Spada sprzedaż motocykli. Trend ma odwróć nowe prawo o kierujących pojazdami

CEO Magazyn Polska

Nowelizacja przepisów, która umożliwi osobom mającym prawo jazdy na samochód osobowy prowadzenie motocykli o pojemności silnika do 125 cm3, może przyczynić się do wzrostu sprzedaży jednośladów. Specjaliści upatrują w niej szansy na ożywienie polskiego rynku motoryzacyjnego, który nie radzi sobie najlepiej. W maju zarejestrowano w kraju niecałe 6,4 tys. nowych jednośladów. To o 30 proc. mniej niż przed rokiem.

Liczba rejestrowanych w Polsce jednośladów i ich sprzedaż od kilku lat spada. W ubiegłym roku na naszych ulicach pojawiło się o 12 proc. mniej jednośladów niż rok wcześniej, a sprzedawcy nowych motocykli odnotowali wyniki słabsze o ponad 17 proc. Pierwszy kwartał tego roku był całkiem dobry, ale już miesiące wiosenne – kiedy sprzedaż powinna znacząco się zwiększyć – przyniosły rozczarowanie. W maju zarejestrowano 30 proc. mniej jednośladów niż w maju 2013 roku. Spadek dotyczył zarówno motocykli (11,8 proc.), jak i motorowerów (ok. 33 proc.). Od stycznia do maja liczba rejestracji wyniosła 22 481 sztuk i była o 8,1 proc. niższa niż rok temu.

– Nowelizacja prawa o ruchu drogowym powinna spowodować wzrost sprzedaży motocykli najbardziej praktycznej klasy, czyli tej o mniejszych pojemnościach silnika – uważa Lech Potyński, redaktor naczelny „Świata Motocykli”. – Pojazdy klasy 125 cm3 są dobrą alternatywą dla ludzi, którym zależy przede wszystkim na szybkim i sprawnym przemieszczaniu się po mieście. Motorowery dla takich osób wydają się często zbyt małe, a motocykle turystyczne czy cruisery z kolei zbyt drogie i za duże. Niewielkie jednoślady są w takim przypadku idealnym wyborem i w całej Europie świetnie się sprawdzają.

W piątek 6 czerwca zmiany w ustawie o kierujących pojazdami przyjęli senatorowie. Przyjęto poprawkę, zgodnie z którą kierowcy z prawem jazdy kat. B (czyli na samochód osobowy) będą mogli jeździć wszystkimi motocyklami o pojemności silnika do 125 cm3. Nowe zasady mają dotyczyć osób, które mają prawo jazdy przez minimum trzy lata. Nowelizację musi jeszcze zatwierdzić Sejm, a potem trafi na biurko prezydenta.

Branża motoryzacyjna w nowych przepisach upatruje szansy na wzrost rynku i przyciągnięcie nowych klientów. Obecnie największą popularnością kupujących cieszą się pojazdy wyższej klasy o dużych pojemnościach.

– To dość nietypowa sytuacja, charakterystyczna dla naszego kraju – mówi Lech Potyński. – Wynika trochę ze słabości naszej klasy średniej. Motocykle kupują u nas przede wszystkim ludzie najzamożniejsi, którzy wybierają drogie maszyny głównie do celów rekreacyjnych, oraz biedniejsi, których nie stać na samochód i którzy wybierają pojazdy z najniższej półki. Tymczasem, w większości krajów motocykl to wybór ludzi klasy średniej, którzy potrzebują pojazdu umożliwiającego szybkie i bezproblemowe dotarcie do pracy.

Zdaniem specjalistów kultura motocyklowa, rozpowszechniona w krajach zachodniej i południowej Europy, będzie jednak powoli rozwijać się także w Polsce. Mimo mniej sprzyjających warunków pogodowych.

– W kraju zarejestrowanych jest ponad milion jednośladów i pomimo obecnej zadyszki rynku, wciąż ich przybywa – mówi Lech Potyński. – Co prawda sporo tych pojazdów to motocykle używane, importowane we własnym zakresie, myślę jednak, że ta tendencja będzie się powoli zmieniać. Jednoślady są obecnie najekonomiczniejszym i najszybszym środkiem transportu, szczególnie w mieście. Ich popularność będzie więc wzrastać, podobnie jak udział w rynku nowych pojazdów. A ewentualna nowelizacja przepisów powinna w tym dodatkowo pomóc.

Z analizy Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (na podstawie danych Centralnej Ewidencji Pojazdów) wynika, że od początku roku sprowadzono do Polski 26 220 sztuk używanych jednośladów. To nieco ponad 5 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

W Polsce brakuje informatyków. Firmy sięgają po specjalistów ze Wschodu

Zapotrzebowanie na specjalistów z branży IT rośnie w takim tempie, że pracodawcy mają problem ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanej kadry. W całej UE już brakuje do pracy 274 tys. informatyków, a za sześć lat liczba ta może wzrosnąć do miliona. W Polsce problem ten dotyka m.in. Wrocław i okolice, bo wiele firm polskich i zagranicznych zdecydowało o lokalizacji tam swoich centrów badawczo-rozwojowych czy call center. Część pracodawców sięga po specjalistów z zagranicy lub oferuje pracę zdalną.

Zapotrzebowanie na informatyków jest ogromne. W zasadzie w każdym najprostszym nawet urządzeniu mamy elektronikę i procesor, który trzeba oprogramowaćmówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Szawlis, prezes zarządu InsERT SA, firmy działającej na rynku oprogramowania dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe” wskazała, że popyt na pracowników branży teleinformatycznej rośnie 4 proc. rocznie, przewyższając podaż. Dziś na rynku pracy w UE brakuje blisko 275 tys. pracowników z umiejętnościami cyfrowymi. Urzędnicy szacują, że w przyszłym roku wolnych stanowisk będzie ponad 500 tys., a w 2020 roku ta liczba może wzrosnąć do miliona. Brak pracowników jest najbardziej odczuwalny w Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Włoszech. Również pracodawcy w Polsce mają z tym duży problem. Szczególnie dotkliwy jest on dla przedsiębiorców działających we Wrocławiu i okolicach, mimo że tutejsze uczelnie mocno stawiają na kierunki związane z IT. Powodem jest to, że wiele zagranicznych firm wybiera Dolny Śląsk na siedzibę swoich oddziałów i centrów call center czy badawczo-rozwojowych.

We Wrocławiu bardzo trudno znaleźć pracowników IT i dlatego często szukamy ich za granicą, zwłaszcza wschodnią. Tu pojawia się jednak problem językowy, gdyż trudno jest Ukraińcowi wytłumaczyć np. co to jest amortyzacja środków trwałych. Myślę, że przepływ informatyków będzie następował, naszym problemem będzie to, jak sobie radzić z tymi barierami językowymi – zauważa Szawlis.

Poza importem specjalistów z innych krajów rozwiązaniem może być praca zdalna, niewymagająca obecności pracowników w biurze. Jednak w praktyce nie zawsze pomysł ten się sprawdza.

Część zadań na pewno można już wykonywać z domu, jednak bezpośredni kontakt jest bardzo potrzebny. Programiści także muszą się spotykać i mieć ze sobą kontakt, aby współpracować – mówi Szawlis.

Niedobór informatyków jest problemem ogólnoświatowym. Według raportu Manpower Group „Niedobór talentów” opublikowanego w 2013 r., pracownicy działów IT są wśród dziesięciu najbardziej dotkniętych niedoborem talentów zawodów zarówno w skali świata, jak i w rejonie EMEA obejmującym Europę,  Bliski Wschód i Afrykę. Podobnie jest w Polsce, gdzie pracownicy IT znajdują się na ósmym miejscu wśród zawodów, w których najbardziej brakuje pracowników. W czołówce tych profesji w naszym kraju znajdują się wykwalifikowani pracownicy fizyczni, inżynierowie, technicy, przedstawiciele handlowi i kierowcy.

InsERT SA dostarcza oprogramowanie dla małych i średnich firm. Jak podkreśla prezes firmy, to rynek lokalny, na którym ciężko zaistnieć za granicą.

Ten rynek jest specyficzny. Nie znam przypadku, przynajmniej w Europie, gdy firma z jednego państwa lokalizuje swój produkt w innym państwie i osiąga znaczący sukces – mówi Szawlis. – Rynki są tutaj lokalne. Nawet jeśli jakiś wielki koncern wykupuje małą firmę, to produkty są tworzone lokalnie. Dlatego w tej niszy rynkowej, w której się poruszamy, nie ma czegoś takiego jak produkty zagraniczne w Polsce lub polskie za granicą.

Trwała utrata wartości inwestycji długoterminowych

Inwestycje to przede wszystkim aktywa finansowe, nieruchomości oraz wartości niematerialne i prawne, które służą osiągnięciu korzyści ekonomicznych przez jednostkę. W jakich sytuacjach zachodzi trwała utrata ich wartości i jak należy dokonać odpisu aktualizującego podpowiada Monika Borczyńska, Junior Manager w Dziale Audytu Baker Tilly Poland.

Wartość nieruchomości inwestycyjnych można określić stosując, tak jak w wypadku środków trwałych, wycenę według cen nabycia lub kosztów wytworzenia, pomniejszoną o odpisy amortyzacyjne lub umorzeniowe oraz o odpisy z tytułu trwałej utraty wartości. Alternatywą jest wycena według ceny rynkowej bądź inaczej określonej wartości godziwej. Decyzja co do metody wyceny należy do właściciela aktywów.

Spośród nieco innych metod wybierać można w przypadku udziałów zaliczanych do inwestycji długoterminowych. Jednostka może wyceniać je według ceny nabycia pomniejszonej o odpisy z tytułu trwałej utraty wartości, według wartości godziwej albo skorygowanej ceny nabycia.

Po co aktualizacja wartości inwestycji?
Aktualizacja do realnej wysokości wartości bilansowej inwestycji służy zapewnieniu rzetelnego i wiernego obrazu jednostki oraz wyniku finansowego prezentowanego w księgach rachunkowych i w sprawozdaniu finansowym. Chroni również przed wykazywaniem w bilansie inwestycji w zawyżonej wartości. Związana z aktualizacją konieczność weryfikowania zdolności aktywów do przynoszenia jednostce w przyszłości korzyści ekonomicznych, uzasadnia stosowanie przez jednostki rozwiązań i wskazówek opisanych w Krajowym Standardzie Rachunkowości numer 2 „Utrata wartości aktywów”.

Należy przede wszystkim pamiętać, że określenie wartości składników aktywów powinno następować z zachowaniem zasady ostrożności. Nakazuje ona aktualizację wyceny aktywów wykazywanej w księgach rachunkowych i sprawozdaniu finansowym, do wartości możliwej do odzyskania. Szczególnie, jeśli jest ona niższa od wykazywanej w dniu bilansowym wyceny danego składnika. Oznacza to konieczność uwzględniania przesłanek, które mogłyby mieć wpływ na trwałą utratę wartości aktywów.

Kiedy utrata jest trwała
Trwała utrata wartości zachodzi, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo, że kontrolowana przez jednostkę inwestycja nie przyniesie w przyszłości (w znaczącej części lub w całości) przewidywanych korzyści ekonomicznych. Taki stan rzeczy uzasadnia dokonanie odpisu aktualizującego doprowadzającego wartość składnika inwestycji wynikającą z ksiąg rachunkowych do ceny sprzedaży netto, a w przypadku jej braku – do ustalonej w inny sposób wartości godziwej.

Za cenę sprzedaży netto składnika inwestycji przyjmuje się możliwą do uzyskania na dzień bilansowy cenę jego sprzedaży, bez podatku od towarów i usług, pomniejszoną o rabaty, opusty i inne podobne zmniejszenia oraz koszty związane z przystosowaniem składnika aktywów do sprzedaży i dokonaniem tej sprzedaży.

Uwaga: Jeżeli nie jest możliwe ustalenie ceny sprzedaży netto danego składnika aktywów, należy w inny sposób określić jego wartość godziwą na dzień bilansowy.

Pamiętajmy, że za wartość godziwą przyjmuje się kwotę, za jaką dany składnik aktywów mógłby zostać wymieniony, a zobowiązanie uregulowane na warunkach transakcji rynkowej pomiędzy zainteresowanymi i dobrze poinformowanymi, niepowiązanymi ze sobą stronami.

Odpis z tytułu trwałej utraty nieruchomości inwestycyjnych ujmujemy w korespondencji z pozostałymi kosztami operacyjnymi. Odpisu z tytułu trwałej utraty wartości aktywów finansowych dokonujemy natomiast w korespondencji z kosztami finansowymi.

W kolejnych okresach sprawozdawczych, po przeprowadzeniu procedury aktualizacji wyceny inwestycji, zasadne może okazać się podwyższenie lub odwrócenie odpisu aktualizującego wycenę aktywów dokonanego uprzednio w toku wyceny bilansowej. Każdorazowe przeprowadzenie procedury aktualizacji wyceny inwestycji i odwrócenie odpisu aktualizującego ich wycenę, w tym przeprowadzonych ocen, szacunków i obliczeń, wymaga odpowiedniego udokumentowania w księgach rachunkowych oraz ujawnienia danych dotyczących utraty wartości aktywów.

Odwrócenia częściowego lub całkowitego odpisu z tytułu trwałej utraty nieruchomości inwestycyjnych dokonujemy w korespondencji z pozostałymi przychodami operacyjnymi. Jeżeli dochodzi do odwrócenia odpisu z tytułu trwałej utraty wartości aktywów finansowych, ujmujemy je w korespondencji z przychodami finansowymi.

Za 3-4 lata Polska może stać się pierwszym odbiorcą taniego gazu ze Stanów Zjednoczonych

CEO Magazyn Polska

Już za 3-4 lata możliwy może okazać się import amerykańskiego gazu LNG do Polski. Jeśli umowa Amerykanów z PGNiG dojdzie do skutku, to Polska zostanie pierwszym odbiorcą amerykańskiego gazu. Zwiększy to jej bezpieczeństwo energetyczne i pozwoli korzystać z niższych cen, będących owocem rewolucji łupkowej.

Sam fakt, że prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa przymierza się do realizacji takiej koncepcji, jest godny pochwały, gdyż wpisuje się on w projekt dywersyfikacji źródeł zaopatrywania w ten istotny nośnik energii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes były minister gospodarki Janusz Steinhoff. 

Jego zdaniem importowanie niemal całego gazu z Federacji Rosyjskiej nie zapewnia Polsce bezpieczeństwa energetycznego. Przeciwnie, uzależnia naszą gospodarkę od wschodniego sąsiada. Ponadto osłabia pozycję negocjacyjną naszego kraju w kwestii cen gazu. Dlatego zdaniem Steinhoffa dobrym pomysłem jest rozważany przez PGNiG import gazu LNG ze Stanów Zjednoczonych. Najwcześniej byłoby to możliwe za ok. 3-4 lata.

Mam nadzieję, że dywersyfikacja źródeł zaopatrywania w gaz ziemny spowoduje poprawę naszej pozycji negocjacyjnej. Po prostu będziemy kupować gaz tam, gdzie jest on tańszy – mówi Steinhoff.

Ceny gazu w Stanach Zjednoczonych są dzięki rewolucji łupkowej znacznie niższe niż w Europie.

O ile w Europie cena gazu zbliżona jest do 400 dolarów za 1000 metrów sześciennych, to w Stanach Zjednoczonych spadła do poziomu 130 dolarów za 1000 metrów sześciennych – mówi Steinhoff. – Umożliwiła to technologia łupkowa, a także izolacja amerykańskiego rynku. W trosce o podaż krajowego gazu wymagana jest specjalna licencja eksportowa dla firm, które chciałyby sprzedawać gaz za granicę. Dzięki temu na rynku amerykańskim podaż jest wysoka, a ceny niskie.

Koncesja ta będzie więc niezbędna także dla firm chcących eksportować surowiec do Polski.

W oparciu o wypowiedzi prezydenta Obamy myślę jednak, że w tym przypadku nie będzie problemu z tym zezwoleniem – twierdzi były minister. – PGNiG, chcąc importować ze Stanów, idzie w dobrym kierunku. Polska może więc zostać pierwszym odbiorcą amerykańskiego gazu.

Kontrakt z Amerykanami może być kolejnym, pod umowie z Katarem, sposobem na dywersyfikację dostaw gazu. W trosce o bezpieczeństwo energetyczne PGNiG rozważa także zwiększenie wydobycia w Polsce. Obecnie w Polsce wydobywane jest 4,3 mld metrów sześciennych gazu rocznie. Według PGNiG możliwe jest zwiększenie wydobycia o 5-7 proc.

Od 16 czerwca rodziny z minimum trójką dzieci będą mogły składać wnioski o wydanie Karty Dużej Rodziny uprawniającej do zniżek

Za dziesięć dni osoby chcące korzystać z Karty Dużej Rodziny będą mogły składać stosowne wnioski. Trwają przygotowania do produkcji kart. Ogólnopolski program ma umożliwić rodzinom z co najmniej trójką dzieci korzystanie ze zniżek w obiektach publicznych i prywatnych, m.in. w muzeach, obiektach sportowych czy sklepach. 

–  Od 16 czerwca rodziny będą mogły składać wnioski o wydanie karty. Trwa proces przygotowawczy do produkcji kart – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Pierwsze karty mogą trafić do rodzin w połowie wakacji. Do tej pory niektóre polskie gminy wprowadziły już tego typu karty, jednak teraz będzie to program ogólnopolski. Zniżki oferować będą przede wszystkim różne instytucje publiczne.

Na pewno będą to muzea czy instytucje związane z wypoczynkiem zarządzane przez ministerstwo pracy – mówi Kosiniak-Kamysz. – Będziemy też dawać zniżki w ośrodkach szkoleniowych Ochotniczych Hufców Pracy. Niektóre obiekty do zwiedzania czy rekreacji zaproponowała też Kancelaria Prezydenta. Zniżki będą obejmować także wejście na Stadion Narodowy czy na obiekty Centralnych Ośrodków Sportu. Wprowadzi je także kolej – dodaje minister.

Dla rodzin z trójką dzieci bilety mają być tańsze o jedną piątą, z czwórką lub piątką potomstwa – o jedną czwartą, natomiast z szóstką lub większą liczbą dzieci – o 40 proc.

Jednak nie tylko obiekty publiczne będą oferować rabaty. Do akcji włączą się także podmioty prywatne. Dla nich będzie to okazja zarówno do podniesienia prestiżu, jak i zwiększenia zysków poprzez przyciągnięcie nowych, liczących na zniżki klientów. Każdy podmiot, który włączy się do akcji, będzie podpisywał umowę z ministerstwem.

Bardzo liczę na sklepy, szczególnie spożywcze i te z artykułami dziecięcymi – mówi Kosiniak-Kamysz. – Zainteresowana jest też choćby branża hotelarska, z której przedstawicielami odbyłem ostatnio rozmowy. Jesteśmy też w kontakcie z przedstawicielami pracodawców. Grupa ta zobowiązała się do wspólnego spotkania i zachęcania swoich członków do wejścia w ten program.

Lista podmiotów uczestniczących w akcji będzie na bieżąco aktualizowana.

Każdego dnia będzie można się dopisać do listy podmiotów uczestniczących w akcji – zapewnia minister pracy i polityki społecznej. – Jest szansa na to, że każdego tygodnia będziemy ogłaszali nowe porozumienia podpisywane z przedsiębiorstwami prywatnymi.

Karta Dużej Rodziny to ogólnopolski program zniżek dla rodzin z minimum trójką dzieci. Ma służyć ułatwieniu rodzinom wielodzietnym dostępu do
instytucji kultury, aktywnego wypoczynku oraz obniżenia codziennych kosztów funkcjonowania. Ministerstwo szacuje, że korzystać z karty będzie 3,4 mln osób. Wydanie karty jest bezpłatne, a dochody nie są brane pod uwagę. Rodzice będą mogli korzystać z karty dożywotnio, a dzieci do 18. roku życia lub – w przypadku kontynuowania nauki – do 25. roku życia.

Program stanowi element pomocy rodzinom wielodzietnym w sytuacji kryzysu demograficznego. Niska dzietność (1,25– 1,3 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym) i związane z nią starzenie się społeczeństwa są obecnie uważane za główne wyzwanie, przed którym stoi Polska.

Koniec zawodu urbanisty. Deregulacja może oznaczać spadek jakości planów zagospodarowania przestrzennego

0

CEO Magazyn Polska

II transza deregulacji zawodów, którą w piątek podpisał prezydent Bronisław Komorowski, szczególnie mocno dotknie urbanistów, architektów oraz inżynierów budowlanych. Samorządy urbanistów uważają, że ustawa faktycznie likwiduje zawód, zamiast ułatwiać do niego dostęp. Ucierpi na tym interes społeczny, ponieważ pogorszy się jakość planów zagospodarowania przestrzennego. Dlatego branża chce zbadania zgodności ustawy z Konstytucją. Szykuje w tej sprawie wniosek do Trybunału.

Krajowa Rada Polskiej Izby Urbanistów w liście do prezydenta RP wskazała na szereg przesłanek, które decydują o znaczeniu zawodu urbanisty dla interesu publicznego. Obok bezpośredniego wpływu na zagospodarowanie przestrzenne, praca urbanistów wpływa pośrednio na inne wartości chronione konstytucyjnie, takie jak środowisko naturalne, dziedzictwo narodowe czy bezpieczeństwo publiczne. Ponadto, w kontekście planowanych inwestycji w ramach perspektywy finansowej UE na lata 2014-2020, tym bardziej rośnie znaczenie polityki regionalnej, miejskiej oraz lokalnych planów zagospodarowania przestrzeni.

Nie uwzględniono tych potrzeb, które bardzo podkreśla się w koncepcji zagospodarowania przestrzennego kraju, że właśnie rola urbanisty musi wzrosnąć w naszym kraju. Zresztą to bardzo podkreśla się też w Unii Europejskiej, gdzie w 2013 roku ustalono Europejską Kartę Planowania Barcelona 2013. Zawód urbanisty wymaga coraz większego wykształcenia, większego przygotowania, bowiem miasta są coraz większe, żyje w nich już 70 proc. ludności. Naprawdę nie może to być człowiek nieprzygotowany, bo zrobi sporo błędów –  twierdzi Danuta Strembicka, sekretarz Krajowej Rady Polskiej Izby Urbanistów.

Przedstawiciele branży krytykowali wcześniej projekt II ustawy deregulacyjnej, wskazując, że nie prowadzi on do uwolnienia zawodu urbanisty, ale jego faktycznej likwidacji. Zdaniem samorządów reprezentujących urbanistów nieuchronnie spowoduje to pogorszenie usług, takich jak opracowania i plany zagospodarowania przestrzennego.

Jeżeli w tej chwili zlikwidujemy Izbę Urbanistów, czyli zlikwidujemy możliwość sprawdzania przygotowania zawodowego, to faktycznie wszyscy, którzy skończą architekturę, urbanistykę i gospodarkę przestrzenną, nawet po pierwszym stopniu studiów będą mogli podejmować pracę w zakresie urbanistyki – uważa sekretarz Krajowej Rady Polskiej Izby Urbanistów.

Z powyższych względów Krajowa Rada Polskiej Izby Urbanistów zwróciła się do Prezydenta RP o złożenie wniosku o zbadanie zgodności z Konstytucją ustawy ułatwiającej dostęp do wykonywania niektórych zawodów regulowanych, w zakresie dotyczącym dereglamentacji zawodu urbanisty.

Zawody urbanisty, architekta oraz inżyniera budowlanego zostały uznane za zawody zaufania publicznego. Po bardzo szczegółowym uzasadnieniu faktu, że problemem sprawdzania kwalifikacji w tych zawodach powinny zająć się specjaliści, przekazano kompetencje ministerstw do samorządów zawodowych. I w 2000 roku uchwalono ustawę o samorządach zawodowych architektów, inżynierów budownictwa i urbanistów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Strembicka.

Art. 22 Konstytucji RP z 1997 r. stanowi, że „ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny”. Oznacza to, że wszelkie ograniczenia w dostępie do zawodu muszą być uzasadnione ochroną interesu publicznego. Jednakże jego ochrona nie zawsze wymaga regulacji na poziomie ustawowym, w tym ograniczania wolności gospodarczej. Według art. 65 ust.1 Konstytucji każdemu przysługuje wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy, a wyjątki mogą być określone jedynie ustawowo. Zdaniem Krajowej Rady Polskiej Izby Urbanistów ustawa z dnia 15 grudnia 2000 r. o samorządach zawodowych architektów, inżynierów budownictwa oraz urbanistów nie narusza konstytucyjnych praw, w tym zwłaszcza wolności wykonywania zawodu.

– W ustawie o samorządach zawodowych zapewniono, że do wykonywania zawodu może przystąpić nawet człowiek, który nie skończył kierunkowych studiów, czyli architektury, urbanistyki lub gospodarki przestrzennej, ale po studium podyplomowym w zakresie gospodarki przestrzennej, po przepracowaniu trzech lat w miejscu pracy, w którym zajmowałby się tymi zagadnieniami, a także po zdaniu egzaminu z przepisów prawnych związanych z gospodarką przestrzenną oraz zdaniu egzaminu z umiejętności zastosowania zasad urbanistyki w planowaniu przestrzennym – wskazuje Danuta Strembicka.

Z drugiej strony Konstytucja (art. 76) nakłada na władze publiczne obowiązek ochrony „konsumentów, użytkowników i najemców przed działaniami zagrażającymi ich zdrowiu, prywatności i bezpieczeństwu oraz przed nieuczciwymi praktykami rynkowymi”. Zakres tej ochrony jest również określony ustawowo. Kluczowe znaczenie ma jednak art. 17 Konstytucji, który gwarantuje możliwość tworzenia samorządów zawodowych, które reprezentują zawody zaufania publicznego i sprawują nadzór należytym wykonywaniem tych zawodów w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony (ust.1). Według Strembickiej ten przepis uzasadnia powoływanie samorządów zawodowych w celu ochrony zawodów zaufania publicznego, tak jak architekt, urbanista oraz inżynier budowlany.

W ustawie deregulacyjnej likwiduje się jeden z tych zawodów, czyli w tym trójnogim stołku utrąca się jedną nogę, można sobie wyobrazić, jak będzie stał ten stołek. Nie jesteśmy zgodni z faktem usunięcia, czy jak w ustawie nazywa się to, zniesieniem Izby Urbanistów. Podstawowym punktem, który powoływano przy stanowieniu samorządów zawodowych, jest art. 17 ust. 1 Konstytucji, w którym reguluje się sprawę ustaleń zawodów zaufania publicznego. I w uzasadnieniu do tej ustawy bardzo podniesiono ten fakt, że właśnie te trzy zawody są zawodami zaufania publicznego i zasługują na to, żeby był powołany samorząd zawodowy  mówi sekretarz Krajowej Rady Polskiej Izby Urbanistów.

II transzę deregulacji 30 maja podpisał prezydent. Ustawa ma wejść w życie po upływie 60 dni od dnia ogłoszenia.

7 maja 2014 r. do Sejmu trafiła III transza deregulacji. Projekt ustawy zakłada ułatwienie dostępu do 101 zawodów, m.in. rzecznika patentowego, tłumacza przysięgłego, maklera papierów wartościowych, doradcy inwestycyjnego, strażaka, muzealnika oraz zawodów związanych z górnictwem i geologią.

Co trzecia polska firma planuje rozwój przez fuzję lub przejęcie. Rynek takich transakcji w końcu się ożywi

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej firm na całym świecie planuje rozwijać się poprzez fuzje i przejęcia. Jak wynika z raportu Grant Thornton, globalnie taki zamiar deklaruje 31 proc. przedsiębiorców, w Polsce – 33 proc. Najwięcej tego typu transakcji będzie dotyczyć sektorów usług profesjonalnych, finansowych, branży wydobywczej oraz rolnictwa i leśnictwa. Coraz lepsza kondycja gospodarki zachęca też właścicieli do rozważania możliwości sprzedaży firmy.

Spowolnienie gospodarcze ostatnich lat miało duży wpływ na rynek przejęć i fuzji. Jak wyjaśnia Maciej Richter, partner zarządzający doradztwem gospodarczym Grant Thornton w Polsce, słaba kondycja gospodarek podcięła optymizm kupujących, którzy bardziej rozważnie zaczęli analizować dostępne oferty, natomiast sprzedających niskie wyceny zniechęciły do pozbywania się swoich biznesów.

Po kilkuletnim okresie zastoju mamy pierwsze sygnały tego, że rynek fuzji i przejęć może wejść znów w fazę ożywienia. Aż 31 proc. przedsiębiorców w tym roku w badaniu prowadzonym przez Grant Thornton International zadeklarowało chęć przejęcia innej firmy w ciągu najbliższych trzech lat – mówi Maciej Richter agencji informacyjnej Newseria Biznes.

W Polsce w latach 2008-2010 oczekiwania przedsiębiorców co do tego typu inwestycji rosły o ok. 10-15 punktu proc. rocznie, osiągając w 2010 roku poziom 65 proc. W kolejnych latach odsetek ten znacząco się obniżył (poniżej 18 proc.), a w 2013 roku znalazł się na poziomie zbliżonym do unijnej i światowej średniej (odpowiednio 29 proc. i 31 proc.).

Decyzja o transakcji równie często podyktowana jest chęcią rozwoju, co wzmocnieniem pozycji na rynku.

39 proc. firm na świecie w ciągu ostatniego roku analizowało rzeczywistą możliwość przejęcia swojego konkurenta, więc było to więcej firm niż tych, które deklarowały chęć takiego strategicznego rozwoju poprzez przejęcia. W Polsce takich firm było 32 proc., więc można powiedzieć, że podobna ilość, co tych, które deklarują chęć rozwoju przez przejęcia – wyjaśnia Maciej Richter.

Polscy przedsiębiorcy, obok inwestycji prorozwojowych, coraz częściej analizują możliwość sprzedania własnych firm. Deklaruje to 18 proc., a liczba chętnych w ciągu roku zwiększyła się o 6 proc.

Sprzedających zawsze jest mniej. Od lat jest tak, że firm, które chciałyby kupić firmę jest dwa razy więcej niż właścicieli, którzy chcą sprzedać swoje firmy. Jednak w ostatnich miesiącach zwiększyła się liczba przedsiębiorstw, które są gotowe zmienić właściciela w ciągu następnych trzech lat. Na świecie 11 proc. właścicieli jest gotowych rozważyć taki scenariusz. W ostatnich latach było to mniej niż 10 proc. – podkreśla partner zarządzający doradztwem gospodarczym w Grant Thornton.

Z badania Grant Thornton wynika, że większość ankietowanych (na świecie 86 proc.) planuje dokonanie transakcji na rynku krajowym, a mniej chętnie podchodzą do fuzji i przejęć za granicą (39 proc.) Podobnie statystyki wyglądają w Polsce – wśród przedsiębiorstw planujących takie transakcje 74 proc. ma na myśli rynek lokalny, a 37 proc. – zagraniczny.

Moim zdaniem to jest i tak bardzo dużo. Proszę zwrócić uwagę, że przez ponad 20 lat to polskie firmy były kupowane przez zagranicznych inwestorów, a w tej chwili już od paru lat istotna część firm, które planują i dokonują przejęć, robi to wobec firm, których siedziba znajduje się za granicą – wyjaśnia ekspert.

Jako źródło kapitału na inwestycje najwięcej przedsiębiorców wskazuje zyski z poprzednich lat. Część firm zamierza na ten cel zaciągnąć kredyt bankowy.

– I to jest element optymistyczny, który wskazuje na to, że fuzji i przejęć może być więcej, ponieważ dostępność źródeł finansowania obecnie jest wyższa niż była w przeszłości – mówi Maciej Richter.

Najbardziej aktywny pod względem fuzji i przejęć będzie rynek usług profesjonalnych, na którym połowa ankietowanych firm planuje takie transakcje. Deklaracje takie złożyło również ponad 40 proc. firm z branży usług finansowych, rolnictwa, leśnictwa i rybołówstwa oraz z sektora wydobywczego.

Blisko połowa Polaków planuje wyjazd wakacyjny. Dwie trzecie z nich spędzi urlop w kraju

CEO Magazyn Polska

47 proc. Polaków planuje w tym roku urlop na miesiące wakacyjne – wynika z badania Nielsen Polska przeprowadzonego na zlecenie Mondial Assistance. Co trzeci z nich wyjedzie za granicę, a zdecydowana większość zorganizuje wyjazd na własną rękę. Wraz ze wzrostem popularności wyjazdów niezorganizowanych rośnie również liczba sprzedawanych polis turystycznych. W tym roku zamiar wykupienia ubezpieczenia na wyjazd zadeklarowało 68 proc. wyjeżdżających – o 10 pkt proc. więcej niż przed rokiem.

W 2014 roku około 15 mln Polaków skorzysta z wypoczynku wakacyjnego. To nieco mniej niż w zeszłym roku. Nasze badania, które trwają od trzech lat, pokazują, że ta liczba zwykle oscyluje koło 50 proc. całości – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance. – W tym roku 47 proc. Polaków deklaruje, że na wakacje pojedzie.

Na wakacje wyjadą w tym roku głównie osoby z grupy wiekowej 30-39 lat, mieszkające w miastach i z wykształceniem średnim lub wyższym. Najczęściej plany wakacyjne deklarowali urzędnicy, pracownicy biurowi, wykwalifikowani pracownicy techniczni i specjaliści. 18 proc. osób planujących urlop zamierza go spędzić bez osób towarzyszących. 

Z badania Nielsen Polska dla Mondial Assistance wynika, że spośród tych osób, które swój urlop zaplanowały na miesiące wakacyjne, więcej niż dwie trzecie spędzi go w kraju. Natomiast wśród zagranicznych kierunków wakacyjnych w tym roku ponownie najpopularniejsza jest Chorwacja. Urlop w tym kraju chce spędzić 14 proc. pytanych.

 Pozostałe kierunki to również są destynacje typowo wakacyjne, słoneczne, w zasadzie pierwsza czwórka jest taka sama jak przed rokiem, kraje zamieniły się tylko miejscami. W tym roku na drugie miejsce wskoczyła Grecja (12 proc.), na trzecim jest Hiszpania (10 proc.), a na czwartym – Włochy (7 proc.) – wymienia prezes Mondial Assistance.

Ci, którzy na urlop pojadą z biurem podróży (24 proc.), przy wyborze touroperatora najczęściej kierowali się opiniami znajomych i własnymi doświadczeniami, a dopiero w trzeciej kolejności – ceną wycieczki.

Z kolei 76 proc. badanych zamierza zorganizować swój wyjazd na własną rękę. Zwolennicy takiej formy wypoczynku cenią sobie swobodę decydowania o sposobie spędzania wolnego czasu (57 proc.) oraz możliwość dostosowania oferty do własnych potrzeb (28 proc.). Podkreślają również, że takie wyjazdy są tańsze niż zorganizowane (19 proc.).

Jak podkreśla prezes Mondial Assistance, coraz częściej Polacy planując wakacyjne wydatki, uwzględniają w nich zakup polisy turystycznej. W tym roku ponad dwie trzecie deklaruje, że zamierza kupić ubezpieczenie podróżne.

Jest to bardzo istotny wzrost – 10 proc. punktów procentowych w porównaniu z ubiegłym rokiem. To jest bardzo dobry wynik, a my, jako ubezpieczyciel bardzo się z tego cieszymy, bo może jest to pierwszy sygnał, iż ubezpieczenie stało się bardzo naturalnym wydatkiem wakacyjnym, pewnym bezpieczeństwem. Nie tylko nas interesuje hotel, widok na morze, na góry, ale chcemy kupić sobie ubezpieczenie i mieć święty spokój na wakacjach – podkreśla Frączek.

Spośród 32 proc. ankietowanych, którzy nie zamierzają wykupić polisy, co trzeci deklaruje, że z reguły nigdy się nie ubezpiecza. Tylko 1 proc. wskazał, że jest to niepotrzebny wydatek – jeszcze w ubiegłym roku taką opinię miał co piąty badany.

Turystów przez zakupem ubezpieczenia nieco odstraszają koszty [17 proc. wskazań – red.]. Natomiast jak popatrzymy efektywne koszty ubezpieczenia, one nie przekraczają 10 złotych dziennie, biorąc pod uwagę średni koszt wyjazdu 2300 zł. Przy wydatku niższym niż 2 proc. średniego budżetu wakacyjnego można mieć bardzo przyzwoity pakiet ubezpieczeniowy, który pozwoli nam cieszyć się wszystkim i nie myśleć o możliwych złych komplikacjach urlopowych – dodaje prezes Mondial Assistance.

51 proc. badanych, którzy nie mają zamiaru w te wakacje wyjechać z domu, najczęściej tłumaczy tę decyzję względami finansowymi (41 proc.), co piąty podkreśla, że ma w tym czasie inne obowiązki.

Zadaliśmy też pytanie: „kiedy ostatni raz byli Państwo na wakacjach”, i obraz jest smutny. Około 10 proc. nigdy nie było na wakacjach, a 22 proc. na wakacjach było pięć lat temu bądź jeszcze wcześniej. Sumując te dwa wyniki, to około 1/3 populacji w zasadzie z wakacji nie korzystała, i to nie incydentalnie, tylko dość strukturalnie. Dlaczego tak jest? Wydaje się, że względy ekonomiczne są tutaj podstawą – wyjaśnia Tomasz Frączek.

Polacy są głodni luksusowych marek. Duży potencjał wzrostu ma rynek kosmetyków premium

Rynek kosmetyków premium w Polsce to dziś 11-12 proc. rynku kosmetyków. Potencjał rozwoju jest bardzo duży, bo we Francji kosmetyki selektywne to nawet jedna trzecia całego rynku kosmetycznego. Na polski rynek wchodzą kolejne luksusowe marki, nie tylko kosmetyczne, co może przyczynić się do dynamicznego wzrostu sprzedaży produktów luksusowych.

Polacy są wygłodniali marek luksusowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Adam Kołodziejczyk, dyrektor generalny Sephora Polska. – Istotnym sygnałem było otwarcie w Polsce sklepu Louis Vuitton. Jego pojawienie się to sygnał dla innych wielkich marek, że to jest dobry czas na wejście na ten rynek.

Jak prognozuje dyrektor generalny Sephora Polska, zainteresowanie naszym rynkiem ze strony luksusowych marek rośnie, więc będą one stopniowo debiutować w Polsce. Rynek kosmetyków premium w naszym kraju ma przed sobą dobre perspektywy, bo jego wielkość w porównaniu z rynkami zachodniej Europy nie jest jeszcze duża.

Na przykład we Francji rynek selektywny to jest 25-35 proc. całego rynku kosmetycznego. W przypadku Polski to około 11-12 proc. Widzimy więc, że jest sporo przestrzeni na to, aby ten rynek w Polsce się rozwijał – zapewnia Kołodziejczyk.

Sephora ma dziś ponad połowę udziału w sprzedaży kosmetyków selektywnych wśród sieci perfumeryjnych w Polsce. Oprócz tradycyjnych kanałów dystrybucji, czyli stacjonarnych perfumerii, firma rozpoczęła też w tym roku sprzedaż internetową. Dzięki temu dostęp do kosmetyków premium zyskują również mieszkańcy mniejszych miejscowości, gdzie tradycyjnych perfumerii Sephora nie ma. E-sklep ruszył na początku lutego i właśnie został najlepiej rozpoznawalnym e-sklepem z sektora urody w Polsce.

Silną pozycją w ofercie Sephora są produkty marki własnej.

Z roku na rok konsekwentnie budujemy naszą markę własną, czyli markę Sephora, oferującą przede wszystkim makijaż, ale też szeroką gamę produktów pielęgnacyjnych oraz produktów do kąpieli. Konsekwentnie wprowadzamy na rynek szereg naprawdę innowacyjnych kosmetyków, które są dostępne cenowo dla naszych konsumentów, a jednocześnie zachowują doskonałą jakość. Ostatni hit sprzedaży tej marki to np. atrament do ust, tworzący zupełnie nową kategorię wśród produktów do ust – dodaje dyrektor generalny Sephora Polska.

Z raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” wynika, że w 2012 roku wartość rynku luksusowych kosmetyków i perfum szacowana była na 293 mln zł. Wartość tego segmentu wzrosła o 2,5 proc. w porównaniu z 2011 rokiem. Ważnym czynnikiem wzrostu był rozwój drogerii oferujących tego typu produkty. Natomiast za dwa lata według szacunków ekspertów rynek może być wart ok. 350 mln zł.

Polskie firmy poszukują mieszkających za granicą Polaków do pracy i na staże

Polskie firmy prowadzące działalność również poza granicami kraju chcą zatrudniać mieszkających i studiujących za granicą Polaków. Takie osoby znają lokalne środowisko, język i zwyczaje, są więc wyjątkowo cenni dla pracodawców. Poza tym takie rozwiązanie może być alternatywą dla emigracji zarobkowej, bardziej korzystną dla rozwoju naszego kraju – Polacy, którzy na przykład wykształcili się w kraju, będą pracować na rozwój polskiej gospodarki narodowej.

W ich aktywizacji zatrudniania Polaków za granicą pomoże program Inteligentny Start, oferujący praktyki, staże i miejsca pracy przedstawicielom Polonii. Program prowadzi fundacja Inteligentny Start założona przez Krzysztofa Domareckiego, przewodniczącego rady nadzorczej spółki Selena FM. Fundatorzy to firmy z doświadczeniami w promowaniu polskiej przedsiębiorczości na świecie, jak KGHM, Fakro, Maspex, Grupa Nowy Styl, Grupa Selena, Solaris Bus & Coach i PKO BP. Program ma wspierać polskich studentów i absolwentów przebywających w innych krajach, a także pomagać przedsiębiorcom rozwijającym działalność na zagranicznych rynkach. Działania współfinansuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Selena FM ma spółki w 17 krajach. We wszystkich zatrudniamy zarówno pracowników miejscowych, jak i Polaków, czasami tych, którzy wyjechali z Polski, by zacząć pracować dla nas. Program może pomóc polskim przedsiębiorstwom, także Selenie, zwiększyć zatrudnienie Polaków w poszczególnych krajach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Domarecki. przewodniczący rady nadzorczej spółki Selena FM.

W przedsięwzięciu mniejsze znaczenia ma samo wykształcenie zdobyte poza Polską – w większości państw jest ono na podobnym poziomie. Cenne są doświadczenia mieszkających za granicą ludzi – znają zwyczaje, język, kulturę czy zachowania ludzi.

Z punktu widzenia naszych spółek, w tych krajach taka osoba ma przewagę nad studentem czy absolwentem z polskich uczelni. Właśnie dlatego, że zna lokalne środowisko, łatwiej adaptuje się do warunków prowadzenia biznesu w danym kraju przy takich samych kwalifikacjach zawodowych – komentuje przewodniczący RN Seleny FM.

Na etapie ekspansji międzynarodowej pojawia się konieczność zarządzania międzykulturowego. W jednej firmie pracują ludzie pochodzących z różnych kultur, o różnych wyznaniach i poglądach. By odnosili sukcesy, trzeba z nich stworzyć zespół osób współpracujących na rzecz firmy.

To wyzwanie praktycznie wszystkich firm prowadzących ekspansję międzynarodową. W jego realizacji pomagają ci, którzy mieszkali czy urodzili się w jednym kraju, ale przeprowadzili się, studiowali lub mieszkają w innym kraju. Stają się swego rodzaju tłumaczami i cementują zespół – twierdzi Krzysztof Domarecki.

Program Inteligentny Start został niedawno zainaugurowany, ale jego pomysłodawca liczy na to, że dziesiątki polskich przedsiębiorstw dzięki niemu łatwiej znajdą godnego zaufania pracownika za granicą. Szacuje się, że obecnie poza granicami Polski pracuje co dziesiąty aktywny zawodowo Polak. Liczba ta będzie rosnąć wraz z wchodzeniem na zagraniczne rynki pracy potomków emigrantów zarobkowych, wykształconych już poza Polską.

Polacy zgromadzili 750 mld zł oszczędności. Większość traci wartość na nieoprocentowanych kontach

CEO Magazyn Polska

Po odjęciu gotówki w obiegu i środków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych, Polakom pozostaje 750 mld zł oszczędności. Ponad dwie trzecie tych pieniędzy to depozyty, często nieoprocentowane lub oprocentowane poniżej inflacji. Tylko 130 mld zł zgromadziły fundusze inwestycyjne oraz ubezpieczeniowe fundusze kapitałowe, choć w tych drugich od trzech lat widać trend wzrostowy.

Inwestowanie w ubezpieczeniowe fundusze kapitałowe, czyli oszczędzanie za pomocą towarzystw ubezpieczeniowych staje się coraz popularniejsze. Od trzech lat widać tendencję wzrostową – oszczędności ulokowane przez Polaków w tych aktywach rosną.

Wpływają na to dwa czynniki – dodatni bilans sprzedaży (więcej środków wpływa do towarzystw ubezpieczeniowych, niż z nich odpływa) oraz dodatnia koniunktura od zeszłego roku, kiedy klienci, inwestując w akcje, zarabiali – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Hajduk, specjalista ds. komunikacji inwestycyjnej w AXA Życie.

Pod koniec roku ubezpieczeniowe fundusze kapitałowe zgromadziły blisko 50 mld zł – o 12 proc. więcej w porównaniu z rokiem 2012. Z danych AXA Życie wynika, że dynamika kwartalna pokazuje dalszy stabilny wzrost. To, co mogło zniechęcać klientów, to wątpliwości związane ze sposobem i formą pobierania opłat likwidacyjnych: klienci w momencie podpisywania umowy nie wiedzieli, jaka będzie wysokość pobranej opłaty w dowolnym roku, gdyby zdecydowali się wyjść z programu.

Towarzystwa ubezpieczeniowe wspólnie z Polską Izbą Ubezpieczeń zmieniły ten stan rzeczy, tworząc kartę produktu. To narzędzie, dzięki któremu klient może poznać produkt i dowiedzieć się o wysokości wszystkich opłat, również opłat likwidacyjnych. Będą one znane w każdym momencie trwania często wieloletniej inwestycji – wyjaśnia Łukasz Hajduk.

Zmiany mają spowodować, że klient będzie umowę zawierał świadomie, będzie znał wszelkie szczegóły przed podpisaniem dokumentów.

Pamiętajmy, że oszczędzanie jest działaniem świadomym i celowym. Wykonujemy tę czynność dobrowolnie i przeznaczamy na ten cel środki, które nie będą zaburzały naszej codzienności. Tego powinniśmy się trzymać, bo wtedy sama formuła opłat likwidacyjnych nie będzie problemem – uważa specjalista ds. komunikacji inwestycyjnej w AXA Życie.

Nadmierne obawy przed inwestowaniem czy oszczędzaniem mogą powodować, że nie odłoży się nic. Jednak skłonność Polaków do oszczędzania rośnie, choć z samym oszczędzaniem nie jest najlepiej. Wszelkie badania i raporty, jak „Diagnoza Społeczna 2013” czy „Badania Oszczędności Polaków” Getin Noble Banku pokazują, że 60-70 proc. obywateli nie ma żadnych oszczędności.

Jeśli 80 proc. deklaruje, że powinno się oszczędzać na czarną godzinę, emeryturę czy posag dla dziecka, bo takie są najczęstsze wskazania, to tylko 20-25 proc. rzeczywiście oszczędza – komentuje Łukasz Hajduk.

Według raportu Fundacji Kronenberga ponad połowa Polaków wydaje na bieżąco wszystkie dochody, a niemal 90 proc. pozostałych odkłada niewielkie kwoty. Przyczyną niechęci do oszczędzania może być przekonanie o konieczności inwestowania na bieżąco. Co więcej, oszczędzanie nie zawsze przynosi zyski. Według AXA Życie całkowite oszczędności Polaków na koniec ubiegłego roku wyniosły 1,16 bln zł. Z tego 300 mld zł to środki w otwartych funduszach emerytalnych, na które obywatele nie mają wpływu, a 100 mld zł to gotówka w obiegu. Pozostaje 750 mld zł do zagospodarowania.

I z tym jest problem, ponieważ oszczędzanie to odkładanie pieniędzy w taki sposób, by pracowały, przynosiły dochód. Aż 70 proc. środków trzymamy na depozytach w banku, często w sposób nieoprocentowany – informuje Łukasz Hajduk.

Pozostałe pieniądze pracują: 80 mld zł znajduje się w funduszach inwestycyjnych, blisko 50 mld zł w ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych, a po kilka miliardów zostało ulokowanych w akcjach spółek publicznych i obligacjach skarbowych.

„Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza” najbardziej opiniotwórczymi mediami dekady

0

„Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza” to najczęściej cytowane, a zarazem najbardziej opiniotwórcze media ostatniej dekady – wynika z badania Instytutu Monitorowania Mediów. W rankingu rozgłośni radiowych zwyciężyła stacja RMF FM (szóste miejsce w ogólnym rankingu mediów), a wśród telewizji – TVN24 (czwarte miejsce w ogólnym rankingu). Raport najbardziej opiniotwórczych mediów w Polsce IMM przygotowuje nieprzerwanie od ponad dekady.

Możemy mówić o dwóch zwycięzcach w kategorii „Najbardziej opiniotwórcze media dekady. Są nimi „Rzeczpospolita i „Gazeta Wyborcza te dwa tytuły miały ponad 100 tys. cytowań w ciągu ostatnich 10 lat i zdecydowanie przodują w rankingu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Grabarczyk-Tokaj, kierownik ds. rozwoju badań Instytutu Monitorowania Mediów.

Zwraca uwagę na duży dystans w zestawieniu IMM między tymi dwoma dziennikami a pozostałymi mediami. Trzecia w rankingu redakcja „Dziennika Gazety Prawnej” ma niecałe 40 tys. cytowań. Dopiero na czwartym miejscu w ogólnym zestawieniu znalazła się stacja telewizyjna, a na szóstym – radio.

Główny ranking telewizyjny zdominowany jest przez dwóch wydawców – TVN i Telewizję Publiczną. Na informację TVN24 powoływano się 31,5 tys. razy. Następna w kolejności jest główna stacja TVN (15,2 tys.), później dwa kanały telewizji publicznej – TVP1 i TVP INFO (odpowiednio 5,3 tys. oraz 4,1 tys.), kolejne miejsce zajmuje TVN24 Biznes i Świat (wcześniej TVN CNBC – 2,5 tys.).

Radio również ma swoich przedstawicieli w rankingu głównym.

W tej kategorii na przestrzeni lat można było zaobserwować silną rywalizację między RMF FM a Radiem ZET. Palmą pierwszeństwa wymieniały się przez 10 lat, ale zdecydowanie prowadzi RMF FM (24,2 tys. cytatów), tuż za nim Radio ZET (18,3 tys.), następnie Tok FM (9,4 tys.) i dwie rozgłośnie publiczne – Program 1 i Program 3 Polskiego Radia (odpowiednio 7,4 tys. oraz 6,4 tys.) – wylicza Magdalena Grabarczyk-Tokaj.

W ogólnym zestawieniu dziesięciu najczęściej cytowanych mediów nie pojawił się żaden portal internetowy. Wśród mediów elektronicznych liderem jest onet.pl (11,9 tys. cytowań). W czołówce znalazły się również portale wp.pl i interia.pl (5 tys. i 4,7 tys.)

Interesująca jest różnorodność tematyczna mediów w tej kategorii. W rankingu znalazły się bowiem serwisy ekonomiczne typu money.pl, portal sportowy sportowefakty.pl czy branżowe wirtualnemedia.pl – zwraca uwagę Grabarczyk-Tokaj.

Ranking najbardziej opiniotwórczych mediów w Polsce IMM przygotowuje nieprzerwanie od ponad dekady. Co miesiąc analizie poddawanych jest prawie tysiąc źródeł, materiałów prasowych, audycji radiowych i telewizyjnych, w których wyszukiwane są cytowania, które pierwotnie pojawiały się na łamach innych mediów – prasy, radia, telewizji i portali internetowych.

Wyniki naszych badań są wykorzystywane w programach motywacyjnych dla pracowników mediów. Z naszych informacji wynika, że niejednokrotnie premie były otrzymywane za dostanie się na odpowiednie miejsce w rankingu – przyznaje w rozmowie z Newserią Paweł Sanowski, prezes Instytutu Monitorowania Mediów.

Jego zdaniem badanie ma także bardzo duże znaczenie dla branży public relations.

Raport jasno pokazuje, z którymi mediami należy współpracować, żeby osiągnąć odpowiedni efekt. Inaczej współpracujemy z mediami, które nie są opiniotwórcze, a inaczej pracujemy z tymi opiniotwórczymi. Ranking prowadzony na bieżąco, miesiąc po miesiącu, rok po roku, który daje bardzo rzetelne wyniki, zawiera bardzo istotne informacje zarówno dla specjalistów z dziedziny public relations, jak i dla drugiej strony, czyli dla wydawców – podkreśla Sanowski.

Zmiany w Zarządzie oraz Radzie Nadzorczej Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

4 czerwca 2014 r. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. dokonało wyboru członków Rady Nadzorczej Spółki, a Rada Nadzorcza powołała Zarząd Spółki na nową kadencję.

W skład Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. obecnej kadencji powołano:
Stanisława Cieszkowskiego, Dyrektora ds. Produkcji na stanowisko Prezesa Zarządu, oraz
Radosława Bolkowskiego, Dyrektora ds. Handlowych,
Mariusza Solarza, Dyrektora ds. Prawnych,
Ireneusza Maksymiuka, obecnego Dyrektor ds. Finansowych organizacji Goodyear w Rosji.

„Obejmuję stanowisko Prezesa Zarządu firmy bardzo nowoczesnej, która posiada mocną pozycję rynkową i jest jednym z największych polskich eksporterów. To dla mnie duże wyróżnienie i jednocześnie wyzwanie, aby nie tylko utrzymać status quo, ale przede wszystkim zwiększać wartość Spółki i jej konkurencyjną pozycję. Ponadto, będąc związanym od wielu lat tak z samą firmą, jak i jej otoczeniem, szczególnie zależy mi, aby Spółka nadal była dobrym sąsiadem lokalnej społeczności w Dębicy, troszczącą się o jej rozwój” – powiedział Stanisław Cieszkowski, Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

W skład Rady Nadzorczej obecnej kadencji wybrano:
Jacka Pryczka, Przewodniczącego Rady Nadzorczej Spółki,
Renatę Kowalską-Andres,
Dominikusa Golsonga,
Macieja Mataczyńskiego,
Karla Brocklehursta,
Łukasza Rędziniaka,
Janusza Rasia.

„Nowy Zarząd firmy jest bardzo silny. Będą ją reprezentowali fachowcy z dużym doświadczeniem, którzy swoją wiedzą i zaangażowaniem zapewniają jej mocną pozycję na rynku. Cieszę się, że jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Spółki, będę mógł wspierać nowy Zarząd we wszystkich istotnych dla jej rozwoju sprawach” – powiedział Jacek Pryczek, Przewodniczący Rady Nadzorczej Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. oraz Dyrektor Zarządzający Goodyear Europa Centralna.

Nowy Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A., Stanisław Cieszkowski, Dyrektor ds. Produkcji Spółki, jest absolwentem Wydziału Chemii Politechniki Rzeszowskiej. Pracę w Firmie Oponiarskiej Dębica S.A. rozpoczął w 1980 r. na stanowisku mistrza Zakładu Produkcji Mieszanek, awansując następnie na kolejne stanowiska: starszego mistrza, kierownika wydziału, Kierownika Zakładu Produkcji Mieszanek, Kierownika Zakładu Produkcji Opon Rolniczych, Szefa Produkcji i Dyrektora ds. Produkcji. W okresie od lutego 2006 roku do listopada 2007 roku był Dyrektorem ds. Produkcji Sava Tires w Słowenii, a od listopada 2007 roku do kwietnia 2009 roku – Dyrektorem ds. Produkcji fabryki Goodyeara w Uitenhage w Republice Południowej Afryki.

Radosław Bółkowski, Dyrektor ds. Handlowych Firmy Oponiarskiej Dębica S.A jest absolwentem Wydziału Technologii Żywności Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, a także Executive MBA na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Karierę zawodową rozpoczął w 1997 r. w firmie Pepsi Cola General Bottlers Sp. z o.o. na stanowisku Przedstawiciela Handlowego w Olsztynie. Następnie pracował w British American Tobacco Sp. z o.o. na stanowisku przedstawiciela Handlowego w Olsztynie, a potem jako Koordynator Regionu sprzedaży w Gdyni. Od listopada 2000 r. pracował w Goodyear Dunlop Tires Polska Sp. z o.o., najpierw jako Przedstawiciel Handlowy ds. Opon Ciężarowych, następnie jako: Menedżer ds. Kluczowych Klientów (od 2003 r.), Menedżer Regionu Sprzedaży Wschód (od 2005 r.), Dyrektor Sprzedaży w Dywizji Opon Ciężarowych (od września 2007 r.), a od 1 stycznia 2012 r. Dyrektor Sprzedaży Opon Osobowych w Goodyear Dunlop Tires Polska Sp. z o.o. Od 5 marca 2012 r. pełni funkcję Członka Zarządu i Dyrektora ds. Handlowych Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

Nowy Członek Zarządu, Mariusz Solarz, jest Radcą Prawnym, absolwentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Karierę zawodową rozpoczął w Kancelarii Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej na stanowisku starszego radcy ds. legislacji. W latach 1997-1999 pracował jako prawnik w kancelarii prawniczej M. Łukowicz i Partnerzy, a później Radca Prawny holdingu Lafarge Polska S.A. Od 2001 r. związany z Firmą Oponiarską Dębica S.A., najpierw jako Kierownik Działu Prawnego i Sekretarz Spółki, a od 2008 r. Dyrektor ds. Prawnych Spółki. Od 2009 r. rekomendowany Arbiter Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie. W 2012 r. uznany przez dziennik „Rzeczpospolita” Najlepszym Prawnikiem Przedsiębiorstw.

Nowy Członek Zarządu, Ireneusz Maksymiuk, jest absolwentem Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Karierę zawodową rozpoczął w 1991 r. w firmie audytorskiej Moore Stephens Sp. z o.o. w dziale audytu. Od 1993 r. do 1994 r. pracował w Moore Stephens Chartered Accountants w Londynie. W latach 1994-1995 zajmował stanowisko Zastępcy Głównego Księgowego w IBM Polska, a w l. 1995-1997 był Głównym Księgowym w Amway Polska, od 1998 r. Dyrektor Finansowy – Członek Zarządu Endemol Neovision Sp. z o.o. Następnie w l. 1999-2006 Dyrektor Finansowy – Członek Zarządu Sara Lee H&BC Poland. Od maja do września 2006 r. Dyrektor Finansowy – Członek Zarządu Ahold Polska. W l. 2006-2008 Country Chief Financial Officer Poland i Członek Zarządu w spółkach Prima Sara Lee Coffee and Tea Poland i Sara Lee H&BC Poland. Przez trzy lata (2008-2011) Chief Financial Officer Sara Lee Russia. Od marca 2011 r. Dyrektor Finansowy – Członek Zarządu Goodyear Russia LLC.

Firma Oponiarska Dębica S.A. jest liderem polskiego rynku opon do samochodów osobowych i dostawczych. Od 1995 roku inwestorem strategicznym w Spółce jest amerykański koncern The Goodyear Tire & Rubber Company. Firma produkuje opony takich marek, jak: Dębica, Goodyear, Dunlop, Fulda i Sava. Sprzedaje swoje produkty w Polsce i 60 krajach na sześciu kontynentach, m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Włoszech, USA i Brazylii.

Coraz więcej Polaków gra w golfa. To sport już nie tylko dla bogatych

Golf nie jest już sportem tylko dla ludzi zamożnych. W Polsce powstaje coraz więcej pól golfowych, a dyscyplina zyskuje nowych zwolenników w różnym wieku i o różnym statusie społecznym. Jedni traktują golfa jak wyzwanie sportowe, a inni  jako relaks na świeżym powietrzu i okazję do spotkania ze znajomymi. Na całym świecie w golfa gra 150 milionów ludzi, w Polsce ok. 10-15 tysięcy. 
 
Golf zyskuje w Polsce coraz więcej fanów. Gra w niego ok. 10-15 tysięcy osób, choć w Polskim Związku Golfa zarejestrowanych jest ok. 3,5 tys. członków. 
 
Ci, którzy zainteresowali się golfem podkreślają, że ta gra wymaga dużej zręczności, inteligencji i precyzji.

Staram się grać w golfa minimum raz w tygodniu, gram jak tylko mam okazję. Czerpię z tego dużo przyjemności. Przy golfie można się zrelaksować, spędzić czas na świeżym powietrzu. Z jednej strony można się wyciszyć, a z drugiej strony są emocje towarzyszące każdemu uderzeniu i chęci osiągnięcia jak najlepszego wyniku. Może wydawać się, że to spokojny sport, ale jest to żywiołowa dyscyplina – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Mateusz Kusznierewicz, sportowiec.

Pierwsze kroki na polu golfowym stawia złoty medalista igrzysk olimpijskich – Kamil Stoch.

 
Włącznie z ostatnimi trzema uderzeniami mam za sobą około 50 uderzeń – mówi Kamil Stoch, skoczek narciarski.

Prezes Mercedes-Benz Polska podkreśla, że żadna inna dyscyplina nie jest tak intrygująca jak golf. To połączenie niezwykłej sportowej precyzji i zdolności do wzbudzania emocji.

– Golf jest sportem liderów wielu dziedzin. Z jednej strony to sport dla ambitnych ludzi. Każdy zawodnik idzie rano na pole golfowe z zamiarem zagrania jak najlepiej. Z drugiej strony, wielu naszych klientów gra w golfa, możemy ich spotkać na polu golfowym przy nadarzającej się okazji. W porównaniu do ostatnich 20 lat coraz więcej osób gra teraz w golfa – mówi Niels Kowollik, prezes zarządu Mercedes-Benz Polska.

Firma została jednym z trzech globalnych sponsorów Turnieju Master – obok AT&T i IBM. Wspieranie tej dyscypliny sportu od lat wpisane jest w strategię marki Mercedes-Benz, zarówno jeśli chodzi o turnieje golfa zawodowego, jak i amatorskiego. W miniony weekend we Wrocławiu odbyła się 10. Edycja Turnieju MercedesTrophy 2014.

Robimy wiele, by wspomóc tę dyscyplinę sportu. W ubiegłym roku w ponad 600 turniejach na całym świecie wzięło udział ponad 60 tysięcy osób. Mamy także 33 regionalne puchary z finałem w Stuttgarcie. Myślę, że zawodnicy bardzo chętnie w nich uczestniczą, co zwiększa popularność tego sportu  – tłumaczy Niels Kowollik.

PKP Energetyka wchodzi na rynki europejskie. Spółka stawia na energię odnawialną oraz handel gazem i prądem

CEO Magazyn Polska

PKP Energetyka wchodzi na niemiecką giełdę energii elektrycznej EEX. Spółka chce w tym roku podpisać umowy z głównymi graczami na rynku energii w Europie i rozpocząć z nimi handel hurtowy. W najbliższym czasie PKP Energetyka liczy na zatwierdzenie taryfy gazu przez Urząd Regulacji Energetyki. Dotychczasowi klienci spółki już wyrażają zainteresowanie rozszerzeniem oferty.

W tym roku bardzo mocno stawiamy na rozwój naszego oddziału Obrót Energią Elektryczną i na rozwój handlu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szwankowski, członek zarządu PKP Energetyka. – Prawdopodobnie od początku czerwca będziemy aktywnym członkiem giełdy EEX, więc na starcie chcemy handlować kontraktami terminowymi na energię. Następnie, do końca roku planujemy podpisać umowy EFET [umowy bilateralne umożliwiające handel poza giełdą – red.] z głównymi graczami na rynku europejskim i zacząć z nimi handlować energią na zasadach fizycznej dostawy.

Szwankowski podkreśla, że wejście na rynek europejski to odważna, ale bardzo obiecująca strategia spółki. W celu rozwoju w tym sektorze PKP Energetyka zatrudniła specjalistów od obrotu energią z doświadczeniem m.in. we Frankfurcie i Londynie. Szwankowski ocenia, że wniesione przez nich know-how przyczyniło się do wejścia na niemiecką giełdę EEX.

Do tego PKP Energetyka niebawem rozszerzy działalność o sprzedaż gazu.

W najbliższym czasie powinniśmy dostać taryfę od URE. Rozmawiamy z wieloma klientami o strategicznym znaczeniu dla naszej spółki, strategicznymi w tym sensie, że są z nami od wielu lat, sprzedajemy im energię, ale też przeróżnego rodzaju usługi okołoenergetyczne. Mamy od nich bardzo pozytywne sygnały dotyczące chęci kupna gazu w tym pakiecie – podkreśla Szwankowski.

Dodaje, że oczekiwanym przez klientów rozwiązaniem byłoby wprowadzenie taryfy dual fuel, czyli obejmującej zarówno energię elektryczną, jak i gaz. Na polskim rynku jak do tej pory nie są dostępne tego typu taryfy, ale nad ich wprowadzeniem zastanawia się kilka spółek. Szwankowski zauważa, że w przypadku PKP Energetyka chodzi nie tylko o rozliczenie razem z gazem samego prądu, lecz także usług okołoenergetycznych, takich jak m.in. zapewniany przez spółkę serwis awaryjny.

W swoim rozwoju PKP Energetyka nie zapomina o odnawialnych źródłach energii. Spółka zainstalowała na swoich hangarach dla pociągów sieciowych w Słotwinach (łódzkie) panele fotowoltaiczne o mocy 140 kilowatów. Instalacja zapewnia energię nie tylko na potrzeby własne spółki, lecz także jest podłączona do ogólnopolskiej sieci dystrybucyjnej.

Sfinansowaliśmy to kredytem z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska na bardzo preferencyjnych warunkach, z możliwością umorzenia 50 proc. po dwóch latach po spełnieniu konkretnych założeń tego projektu. Chcemy ten kierunek kontynuować. Już patrzymy na kolejne możliwości podobnych projektów i myślę, że z podobną ofertą wyjdziemy do naszych klientów, czyli preferencyjny kredyt którejś z instytucji finansowych wspierających zieloną energii, plus zapewnienie przez nas usługi wraz ze sprzętem od wybranego producenta – zapowiada Szwankowski.

Jak wynika ze sprawozdania umieszczonego na stronie internetowej spółki, w 2013 r. ponad 7 proc. energii sprzedanej przez PKP Energetykę pochodziło ze źródeł odnawialnych. Z energetyki wiatrowej pochodziło ok. 0,6 proc. Głównym źródłem energii sprzedanej przez spółkę pozostaje węgiel kamienny (54,4 proc.) i brunatny (30,4 proc.).

PKP Energetyka w coraz większym stopniu rozwija się poza rynkiem dostaw energii elektrycznej dla kolei. Spółka została wydzielona w 2001 r. ze struktur PKP, ale obecnie oferuje energię także firmom i instytucjom. Ma też własną sieć dystrybucyjną na terenie całej Polski. 

GPW: dobrze prowadzone relacje inwestorskie istotne dla pozyskania kapitału przez spółki giełdowe

Relacje z inwestorami mają duże znaczenie dla spółek. Bez umiejętności udzielenia odpowiednich informacji i dobrej komunikacji z inwestorem emitent może wzbudzić mniejsze od oczekiwanego zainteresowanie swoją ofertą. Relacje inwestorskie są szczególnie ważne u spółek zagranicznych, z których 58 notowanych jest na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

Jeśli spółka chce pozyskać kapitał, to powinna dbać o relacje inwestorskie. Wszystkie spółki, nie tylko zagraniczne, zdają sobie sprawę z tego, że ich wycena, reputacja, popularność wiążą się również z relacjami inwestorskimi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Graniewski, wiceprezes Giełdy Papierów Wartościowych. – Dla  inwestorów kluczowe jest to, czy otrzymają na czas informacje, jakość tych informacji, a także łatwość komunikowania się z tymi spółkami. Oni przecież ponoszą ryzyko inwestycyjne.

Zachęceniu zagranicznych spółek notowanych na warszawskim parkiecie do dbania o poprawne relacje inwestorskie służyła druga już edycja organizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych konkursu na „Lidera RI wśród zagranicznych spółek notowanych na GPW 2013”, której wyniki ogłoszono 4 czerwca. Jury wyłoniło liderów w relacjach inwestorskich oraz komunikacji z rynkiem za pośrednictwem mediów. Laureatami zostały spółki Serinus Energy i Global City Holdings (dawne Cinema City International).

– Spośród prawie 900 spółek, które są notowane na warszawskiej giełdzie, około 60 to spółki zagraniczne małe i średnie, i te bardzo duże, łącznie z tymi największymi w regionie, które zdecydowały się przyjść na warszawską giełdę w poszukiwaniu kapitału. To się łączy bezpośrednio z relacjami inwestorskimi, dlatego że ich oferta jest zaadresowana do naszych lokalnych inwestorów. Stąd też ten pomysł, że te spółki, które w najlepszy sposób, najbardziej fachowy i  efektywny prowadzą relacje inwestorskie, zasługują na pewnego rodzaju wyróżnienie i uhonorowanie – podkreśla Graniewski.

Jeden z laureatów konkursu, firma Serinus Energy, to kanadyjska spółka notowana także na giełdzie w Toronto. Na polskim rynku obecna jest od ponad 4 lat. Zajmuje się poszukiwaniem ropy i gazu oraz ich wydobyciem w obszarach międzynarodowych.

Musimy przestrzegać najwyższych standardów zarówno polskich, jak i międzynarodowych – mówi Newserii Biznes Jakub Korczak, Serinus Energy. – Wiąże się z tym sporo pracy polegającej na edukowaniu inwestorów i poszerzaniu ich wiedzy o biznesie. Działalność,  którą prowadzimy, czyli jest bowiem stosunkowo słabo znana – dodaje.  

Drugi laureat, Global City Holdings na polskim rynku notowany jest od 2006 r.  

Właściwie od początku prowadzimy bardzo intensywne relacje inwestorskie – podkreśla Joanna Kotłowska, dyrektor relacji inwestorskich Global City Holdings. – Mamy drużynę zajmującą się kontaktami z inwestorami właściwie odkąd weszliśmy na giełdę. To aktywnie pracująca gałąź naszej firmy, o czym świadczy choćby fakt, że bierzemy udział praktycznie we wszystkich konferencjach dla inwestorów w kraju i zagranicą.

Wyróżnione zostały spółki takie jak: Automotive Components Europe, Industrial Milk Company, Ronson Europe N.V., BMP Media Investors,  Tatry Mountain. Z kolei spośród spółek notowanych na rynku NewConnect wyróżniono Orphee i Agroliga. Wyniki drugiej edycji konkursu ogłoszono 4 czerwca 2013 r. w hotelu Regent w Warszawie podczas 5 edycji „5th WSE International Companies’ Forum” – inicjatywy GPW mającej na celu promowanie warszawskiego parkietu wśród zagranicznych spółek. 

80 mld euro wspomoże rozwój unijnego przemysłu. To szansa również dla polskiego sektora motoryzacyjnego, górniczego i zbrojeniowego

CEO Magazyn Polska

Do 2020 roku UE przeznaczy 80 mld euro na nowe technologie, badania i rozwój. Środki te mają wspomóc plany zwiększania udziału przemysłu w PKB unijnej gospodarki. Doświadczenia ostatnich lat pokazały, że państwa oparte w większej mierze na usługach niż na przemyśle, trudniej radziły sobie ze spowolnieniem gospodarczym. Unijne pieniądze to także szansa na rozwój polskiego przemysłu m.in. zbrojeniówki, przemysłu samochodowego, a także tradycyjnych gałęzi, jak hutnictwo czy górnictwo.

W poprzedniej perspektywie na nowe technologie, badania, szybki rozwój i zwiększanie konkurencyjności przeznaczono 54 mld euro. Na następne kilka lat będzie to niemal 80 mld euro. Warto z tych pieniędzy skorzystać, pamiętając, żeby tematykę do badań definiował sam przemysł, małe i średnie firmy, zgodnie z tym, jakiego typu innowacje i technologie są im potrzebne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Buzek, poseł do Parlamentu Europejskiego i były premier RP.

Dzięki szerszemu porozumieniu przemysłu i nauki możliwe będzie skuteczniejsze wykorzystanie unijnych pieniędzy. Jak podkreśla Jerzy Buzek, w Polsce ta współpraca dopiero się rodzi.

Musimy ją zdopingować, żeby Polska zajęła dobre miejsce w tym wyścigu technologicznym w Europie i na świecie – mówi.

Doświadczenia ostatnich 25 lat pokazują, że jest to możliwe, ponieważ niektóre sektory polskiego przemysłu stały się przez ten czas bardzo nowoczesne. Na najbliższe lata perspektywy są jeszcze lepsze, bo modernizacja przemysłu będzie wspierana przez pieniądze z UE.

Przemysł w Europie ma dziś 4/5 udziału w eksporcie. Ponadto 80 proc. inwestycji prywatnych firm w badania i rozwój pochodzi właśnie z przemysłu. Jednak średnia udziału przemysłu w unijnym PKB wynosi jedynie ok. 16 procent. Według propozycji Komisji Europejskiej ma ona wzrosnąć do 20 proc. w 2020 r.

Reindustrializacja w Europie oznacza, że musimy wrócić do wielkiej i intensywnej produkcji przemysłowej. Te kraje, które przeszły na usługi i które mają udział przemysłu w granicach 8-10 proc. PKB, najtrudniej przeszły przez kryzys. Polska ma niemal 20 proc., Niemcy wyraźnie powyżej 20 proc. – te kraje lepiej przeszły przez trudny moment – wyjaśnia prof. Jerzy Buzek.

Większa produkcja przemysłowa to również większa szansa na rozwój dla małych i średnich firm, które tworzą najwięcej nowych miejsc pracy.

Nie jesteśmy w stanie wyżyć z usług, musimy mieć konkretną produkcję. I sercem produkcji jest przemysł, a krwiobiegiem są małe i średnie firmy, które w Polsce naprawdę świetnie się rozwijają – podkreśla były premier.

Jego zdaniem w Polsce szczególnie perspektywicznymi sektorami przemysłu są zbrojeniówka, przemysł samochodowy, a także tradycyjne gałęzie, czyli górnictwo i hutnictwo, które mają szansę stać się bardzo nowoczesnymi.

22 stycznia 2014 r. w dokumencie „For a European Industrial Renaissance” Komisja Europejska wezwała władze państw członkowskich do uświadomienia sobie kluczowego znaczenia przemysłu dla rozwoju gospodarczego. Zdaniem Komisji reindustrializacja Unii powinna być jednocześnie modernizacją, a dążyć należy do niej przez inwestycje w innowacyjność, efektywność surowcową, nowe technologie, umiejętności itd. Według KE potrzebne są zmiany legislacyjne, które ułatwią działanie przedsiębiorcom. 

Jacek Socha: Polskie uczelnie muszą przestać produkować magistrów. Potrzebne płatne studia

Powinniśmy rozważyć wprowadzenie odpłatności za studia. To powinno poprawić jakość szkolnictwa wyższego – uważa Jacek Socha, wiceprezes i partner PwC w Polsce. Jak podkreśla, nieefektywne szkolnictwo wyższe jest istotną barierą dla rynku pracy i całej gospodarki. Jego zdaniem w najbliższych latach Polska musi się też skoncentrować na dokończeniu inwestycji infrastrukturalnym, wspieraniu rynku kapitałowego i przyjęciu wspólnej europejskiej waluty. Poważna dyskusja o wyzwaniach dla gospodarki zacznie się prawdopodobnie po maratonie wyborczym, czyli w 2016 roku.

Wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2015 roku zaważą na tym, w jaki sposób Polska zmierzy się z wyzwaniami, które mogą hamować dalszy rozwój gospodarki. Jednym z nich jest sytuacja na rynku pracy. Coraz częściej problem bezrobocia dotyczy osób z formalnie wysokim wykształceniem, co jest pochodną boomu edukacyjnego, jaki miał miejsce w Polsce w ostatnich latach. Obecnie studiuje blisko połowa młodych Polaków, a więc wskaźnik skolaryzacji jest blisko czterokrotnie wyższy niż u progu transformacji. Z punktu widzenia pracodawców wiele z tych osób może pochwalić się jedynie uzyskaniem dyplomu, ale nie zdobyciem wartościowej wiedzy czy umiejętności.

W rezultacie mimo wysokiego rejestrowanego bezrobocia część firm bezskutecznie poszukuje na rynku pracowników, zwłaszcza posiadających wykształcenie techniczne. Ta luka może się pogłębiać, gdyż ze wzrostem technologicznego zaawansowania gospodarki będą potrzebni kolejni informatycy, inżynierowie, analitycy, a także kreatywni i elastyczni profesjonaliści, którzy potrafią szybko się uczyć i rozwiązywać konkretne problemy. Wzrost poziomu nauczania, rozszerzenie programów studiów itp. może wymagać wprowadzenia odpłatności, co według Jacka Sochy jest właściwym rozwiązaniem.

Istotna kwestia to poprawienie szkolnictwa wyższego w Polsce, żebyśmy przestali produkować magistrów, którzy mają wykształcenie niepasujące do dzisiejszej rzeczywistości. Jesteśmy trochę przystopowywani. Budowanie tej kreatywności byłoby zdecydowanie lepsze. W moim przekonaniu powinniśmy poważnie rozważyć konieczność wprowadzenia odpłatności za studia. To, moim zdaniem, zdecydowanie poprawi jakość szkolnictwa wyższego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Socha, wiceprezes i partner PwC w Polsce.

Choć kapitał ludzki ma coraz większe znaczenie w rozwoju rozwiniętych gospodarek, to polska gospodarka wciąż potrzebuje zwiększać zasób tradycyjnego kapitału – w postaci infrastruktury, nowych fabryk oraz maszyn itp. Oszczędności polskich firm i konsumentów pozostają zbyt niskie, by finansować ogromne potrzeby inwestycyjne, dlatego Polska powinna dalej przyciągać zagranicznych inwestorów.

Będziemy musieli być otwarci na bezpośrednie inwestycje zagraniczne. To jest skumulowane 250 mld dolarów, to jest pokaźna kwota, która istotnie rośnie. Myślę, że nasza skłonność do pracy, nasza otwartość i sumienność będą przyciągały również inwestorów zagranicznych. Oczywiście wykorzystanie środków unijnych i ukończenie podstawowych inwestycji infrastrukturalnych, szczególnie na kolei, dokończenie systemu autostrad, to jest warunek konieczny, żeby dalej kapitał zagraniczny czuł się u nas dobrze – uważa Jacek Socha.

Sposobem na zwiększenie inwestycji – zarówno krajowych, jak i zagranicznych – może być wspieranie dalszego rozwoju polskiej giełdy. Rozwinięty rynek kapitałowy ułatwia pozyskiwanie firmom środków na rozwój, a przeciętnemu Kowalskiemu oferuje wiele sposobów na pomnażanie oszczędności, również z myślą o emeryturze. Niekorzystne trendy demograficzne sprawiają, że marginalizacja OFE nie jest na dłuższą metę rozwiązaniem problemów, jakie czeka państwowy system ubezpieczeń społecznych. Wysoka emigracja powoduje, że jeszcze szybciej zmniejsza się stosunek płacących składki do pobierających świadczenia, co będzie zwiększało deficyt w FUS.

– Musimy powrócić do rozmowy na temat oszczędzania długookresowego i odkładania pieniędzy na emerytury. Jeżeli popatrzymy na nasze parametry demograficzne,  to tu następuje pewna rozbieżność. Widać również, że jest sporo osób, które decydują się mieszkać poza granicami – wskazuje Socha.

Wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2015 r. mogą być również głosowaniem za bądź przeciw wprowadzeniu euro. Nie zmienia to faktu, że Polska podpisując traktat akcesyjny do UE, zobowiązała się już do przyjęcia wspólnej waluty. Realizacja tego zobowiązania wymaga zmiany Konstytucji, na co zgodę musi wyrazić co najmniej 2/3 posłów i bezwzględna większość senatorów. Zdaniem Jacka Sochy wprowadzenie euro byłoby korzystne dla polskiej gospodarki, ale politycy nie zdecydują się na to bez silnego poparcia społecznego dla dalszej integracji z UE.

Jednym z najczęściej wysuwanych argumentów przeciwko wprowadzeniu euro jest fakt, że osłabienie złotego pomagało polskim eksporterom w okresie kryzysu gospodarczego. Według Sochy opieranie konkurencyjności gospodarki na słabej walucie jest ryzykowne, gdyż silne umocnienie złotego może bardzo szybko zniwelować te korzyści. W perspektywie kilku, kilkunastu lat polska gospodarka powinna rozwijać się szybciej niż strefa euro, co może sprzyjać stopniowemu umacnianiu się złotego.

Liczenie na to, że złoty się może osłabić w momencie, kiedy nastąpi jakaś dekoniunktura, jest czekaniem na jakąś tragedię, licząc na to, że w tej tragedii Rada Polityki Pieniężnej i polski złoty będzie pomagał polskiej gospodarce. Nie chcę takich polityków gospodarczych, którzy tak zabezpieczają się przed tego rodzaju sytuacjami. Uważam za bardziej prawdopodobne, że złoty będzie się umacniał w stosunku do dolara, w stosunku do euro, a tym samym możemy uzyskać pewną rentę i pewną przewagę, będąc w strefie euro – ocenia Jacek Socha.

Wysokie opodatkowanie gazu łupkowego może wystraszyć inwestorów zanim ruszy wydobycie komercyjne

CEO Magazyn Polska

Proponowane przez rząd opodatkowanie wydobycia węglowodorów, w tym gazu łupkowego, może zniechęcić inwestorów. Wątpliwości ekspertów wzbudza fakt, że projekt opodatkowania jest już w parlamencie, mimo że komercyjne odwierty łupków jeszcze nie ruszyły. Pozytywnym sygnałem jest jednak propozycja odroczenia opodatkowania do 2020 r.

Inwestorzy wiedzą już od jakiegoś czasu, że dodatkowe obciążenia będą wprowadzone. Pozostaje tylko pytanie, jaki one będą miały charakter, jak będą wysokie, jakie utrudnienia administracyjne będą z nimi związane. To są znaki zapytania, które wpływają na to, czy my tych inwestorów nie wystraszymy dodatkowo nowymi obciążeniami – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Wróblewski, menadżer działu doradztwa podatkowego w Deloitte. – Jest to, niestety, klasyczne dzielenie skóry na niedźwiedziu i tego typu sformułowanie pojawiło się już wielokrotnie w kontekście podatków od łupków.

Rząd proponuje, by od 2020 r. przedsiębiorcy wydobywający paliwa kopalne, w tym gaz łupkowy, płacili od 0 do 25 proc. nowego podatku węglowodorowego od zysków. Jeśli ich zyski będą niewielkie lub nie będzie ich wcale, firmy nie zapłacą tej daniny. Na gaz i ropę rozszerzony zostanie też podatek od kopalin, którego wysokość wyniesie w zależności od rodzaju surowca 1,5 lub 3 proc. wartości wydobycia. Przedsiębiorcy będą również obciążeni podatkiem CIT, opłatą eksploatacyjną czy podatkiem od nieruchomości. Propozycje rządowe zakładają, że podatki i opłaty mają wynosić nie więcej niż 40 proc., choć branża podkreśla, że w rzeczywistości mogą okazać się znacznie wyższe.

Wróblewski podkreśla, że rządowy projekty zmian, nad którymi trwają obecnie prace w Sejmie, oznaczają bardzo dużą zmianę dla przedsiębiorców. Nie wyklucza, że firmy, które zdecydowały się o wycofaniu z Polski, brały pod uwagę właśnie dodatkowe obciążenia.

W tym szczególnym przypadku państwo decyduje się na wprowadzenie dodatkowych obciążeń dla wybranej grupy inwestorów. Jest to podyktowane postulatem zapewnienia należytego udziału Skarbu Państwa w potencjalnych zyskach z produkcji węglowodorów – tłumaczy Wróblewski. – Najprawdopodobniej te firmy, które podjęły decyzję o opuszczeniu Polski, w swoich modelach biznesowych te dodatkowe obciążenia wzięły pod uwagę. Tego nie wiemy na pewno. Ryzyko związane z wprowadzeniem każdego obciążenia fiskalnego istnieje i spowoduje, niestety, odpływ inwestorów.

Wróblewski zaznacza, że na całym świecie państwa starają się zabezpieczyć swoje przychody związane z wydobyciem węglowodorów. Niezbędna jest jednak równowaga, bo zbyt wysokie obciążenia odstraszą inwestorów. Zwykle kraje decydują się na jedną metodę opodatkowania. W Australii jest to podatek dochodowy, w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie opłaty „royalties”, czyli opłaty produkcyjne zbliżone do polskiego podatku od kopalin. W innych krajach państwowe agencje przejmują część złóż.

Menadżer z Deloitte zauważa, że pozytywnym sygnałem w rządowym projekcie jest propozycja odroczenia wprowadzenia podatków. Komercyjne wydobycie gazu łupkowego jeszcze nie ruszyło i nie wiadomo kiedy będzie to możliwe na dużą skalę. 

Projektodawcy zdają sobie z tego sprawę. W projekcie przewidziana jest perspektywa realnego obciążenia tymi podatkami od roku 2020. Czyli nie będzie tak, że jeżeli komuś uda się uruchomić produkcję gazu niekonwencjonalnego w przyszłym roku w Polsce, to od tego momentu będzie musiał płacić dodatkowe podatki. Realne obciążenia wchodzą dopiero od 2020 roku – podkreśla Wróblewski.

Niektórzy inwestorzy już teraz jednak podkreślają, że uruchomienie produkcji nie będzie możliwe przed 2020 rokiem, co oznacza, że obciążenia podatkowe i tak dotkną ich od momentu rozpoczęcia działalności.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 czerwca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 czerwca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Co roku rynek wynajmu samochodów rośnie o 20 proc.

CEO Magazyn Polska

Polski rynek wynajmu samochodów rośnie o 20 proc. rocznie. O jego rozwoju świadczyć może fakt, że udział wynajmu lotniskowego zmalał do około połowy rynku, choć jeszcze niedawno stanowił nawet 80 proc. Dynamicznie rośnie sektor wynajmu długoterminowego, bo firmy doceniają jego elastyczność jako przewagę nad typowym leasingiem floty. Na razie to one stanowią największą grupę klientów.

Odnotowujemy stałe wzrosty liczone rok do roku rzędu 20 proc., więc można powiedzieć, że jest to jedna z bardziej dynamicznie rozwijających się branż na polskim rynku. Mamy pewien problem, jeżeli chodzi o świadomość statystycznego Kowalskiego w zakresie wynajmu samochodów. Generalnie jest to usługa nadal kierowana bardziej do firm i podmiotów niż do osób fizycznych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Reczyński, prezes polskiego operatora Sixt rent a car.

Reczyński dodaje, że choć Polska jest wciąż znacznie mniejszym rynkiem niż kraje Europy Zachodniej, to coraz więcej osób decyduje się na wynajem samochodu. Tę formę podróżowania zaczynają doceniać także turyści, który podczas wyjazdów korzystają z wynajętego samochodu, by zobaczyć więcej miejsc. Po powrocie do kraju osoby te są bardziej świadome, że również w Polsce można korzystać z wynajętego samochodu.

Najważniejszymi klientami pozostają jednak przedsiębiorcy. Dzięki temu rosną statystyki wynajmu pojazdów w sektorze premium. Właściciele firm dostrzegają wynajem długoterminowy jako alternatywę dla leasingu lub kupna luksusowych samochodów.

Mamy samochody, które wynajmujemy na kilka miesięcy, to jest tzw. produkt Flexi Lease, który jest świetną alternatywą dla klasycznego leasingu czy car fit managementu. Nie ma takiej konsekwencji, że przedsiębiorca zawiera kontrakt na 24 miesiące, z którego nie może się wycofać. De facto decyduje, jaki samochód i kiedy jest mu potrzebny, na ile czasu, bez konsekwencji ani bez konieczności przedstawienie dokumentów finansowych, co ma szczególne znaczenie dla start-upów – podkreśla Reczyński.

Między innymi rosnąca popularność wynajmu długoterminowego wpływa na zmianę struktury rynku. Jeszcze kilka lat temu nawet 80 proc. wynajmów samochodów w Polsce przez Sixt miało miejsce na lotniskach. To właśnie ten sektor, ściśle związany z ruchem lotniczym, jest głównym obszarem działalności międzynarodowej grupy. Jednak obecnie jego udział w naszym kraju spadł do ok. 50 proc.

Pozostałe 50 proc. to wynajmy pozalotniskowe. Choć dawniej na rynku dominował wynajem ekonomicznych pojazdów najniższej klasy, obecnie zwiększa się udział aut z sektora premium.

Stale rosną wydatki firm farmaceutycznych na innowacyjność. Zachodnie koncerny wciąż przeznaczają na ten cel więcej niż polskie

CEO Magazyn Polska

Każda z firm farmaceutycznych co roku część swoich wydatków przeznacza na badania i rozwój. To konieczne, by sprostać szybko rosnącej konkurencji na rynku – podkreślają przedstawiciele przemysłu. Również konkurentom z Azji, którzy o klientów walczą głównie ceną. Polskim firmom wciąż jednak daleko do nakładów ponoszonych przez zagraniczne koncerny.

Presja cenowa, redukcja wydatków publicznych na leki, potrzeba innowacyjności i duża konkurencja, zwłaszcza ze strony rynku azjatyckiego – to największe wyzwania, z którymi będzie musiał się zmierzyć polski przemysł farmaceutyczny. Branża farmaceutyczna jest jedną z bardziej rentownych, ale także i konkurencyjnych na świecie. Starzenie się społeczeństwa i wzrost wydatków na opiekę zdrowotną mogą oznaczać większe przychody. Aby jednak nadążyć za konkurencją, polskie firmy farmaceutyczne muszą co roku na rozwój i badania przeznaczać kilkadziesiąt procent wydatków. 

Wszystkie nasze fabryki muszą pracować w standardach GMP, czyli dobrej praktyki wytwarzania, przeprowadzać badania zgodnie z wymogami europejskimi, a także testować leki według standardów GLP, czyli dobrej praktyki laboratoryjnej. Wszystkie te standardy są najwyższe na świecie, porównywane ze standardami w Stanach Zjednoczonych – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego (PZPPF).

Sektor farmaceutyczny jest liderem pod względem liczby innowacyjnych przedsiębiorstw. Wedle danych Komisji Europejskiej nakłady na rozwój w tym sektorze w stosunku do przychodów są kilkukrotnie wyższe niż średnia wyliczona dla piętnastu najbardziej innowacyjnych sektorów. Również polskie przedsiębiorstwa farmaceutyczne inwestują potężne środki w rozwój technologiczny, traktując to jako nieodzowny element długofalowej strategii. 

Co 25 lat mamy 100-proc. wzrost nowoczesności w technologiach medycznych. Zdrowie jest najważniejszą częścią naszego życia, więc inwestowane są w nie największe środki. Dlatego staramy się być innowacyjni i poprzez nowe technologie zaproponować nowe rozwiązania. Kilkadziesiąt procent corocznych wydatków przeznaczanych jest na rozwój i badania. To jest wydatek rosnący, czyli powodujący coraz większy wysiłek firmy do tego, abyśmy byli w linii najnowszych technologii – podkreśla Błaszczyk.

Ze „Strategii rozwoju krajowego przemysłu farmaceutycznego do 2030 roku”, przygotowanej przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową na zlecenie PZPPF, wynika, że w Polsce działa około 100 firm farmaceutycznych, których łączne obroty wynoszą ponad 15 mld zł rocznie. Branża ta cechuje się dużą efektywnością, co umożliwia firmom przeznaczanie wysokich kwot na działalność innowacyjną oraz badania i rozwój. Jak jednak podkreślono w strategii, to wciąż niewielkie kwoty w porównaniu ze światowymi gigantami, jak Pfizer czy Novartis. Przykładowo w 2010 roku dziesiąta największa firma farmaceutyczna na świecie przeznaczyła na badania i rozwój ponad 3,5 mld dolarów. Wydatki na ten cel w polskim przemyśle farmaceutycznym wyniosły wówczas ok. 56 mln dolarów.

– Cały czas musimy myśleć o tym, jak coraz bardziej maksymalizować nasze wysiłki celem nadążenia w tym wyścigu technologicznym, wyścigu innowacyjności – mówi Błaszczyk.

Wyzwaniem jest dodatkowo starzejące się społeczeństwo. Jak podano w raporcie IBnGR, według prognozy GUS w 2030 roku udział osób powyżej 60. roku życia wynosić będzie w Polsce 28 procent wobec 20 procent w roku 2011. Więc zapotrzebowanie na leki będzie z roku na rok coraz wyższe.

Kolejnym dużym wyzwaniem, z jakim będą musiały zmierzyć się polskie firmy, jest też rosnąca konkurencja, przede wszystkim z rynku azjatyckiego. Eksperci przewidują, że do roku 2016 sprzedaż farmaceutyków w Chinach i Indiach ma wzrosnąć dwukrotnie, a azjatyckie produkty ze względu na niską cenę stanowią sporą konkurencję. Jak jednak przyznaje wiceprezes Związku, to nie konkurencja ze Wschodu jest największym zagrożeniem dla polskich firm.

Pracujemy w sektorze finansowanym przez pieniądze publiczne, gdzie jest bardzo duża presja cenowa na leki. Powoduje to, że osiągany profit jest zawsze obniżany poprzez presję cenową związaną z wydatkami publicznymi. To spotkanie dwóch interesów. Z jednej strony pacjenta, o którego Ministerstwo Finansów zawsze będzie dbało, aby dostarczyć mu jak najbardziej przystępny cenowo lek. Z drugiej strony fakt, że musimy przeznaczać coraz większe pieniądze na nowe technologie powoduje, że osiąganie sukcesów na rynku jest coraz trudniejsze – podsumowuje Piotr Błaszczyk. 

Grupa Wirtualna Polska walczy o budżety reklamodawców nową ofertą. Stawia m.in. na wideo i urządzenia mobilne

CEO Magazyn Polska

Wspólna oferta dla reklamodawców była jednym z pierwszych przedsięwzięć po połączeniu Wirtualnej Polski i o2. Grupa proponuje nowe narzędzia marketingowego, bazujące m.in. na trendzie big data, ale i odpowiadające na popularność reklamy wideo. Do końca roku dwukrotnie ma się zwiększyć oferowana reklamodawcom powierzchnia wideo. W ten sposób Grupa Wirtualna Polska chce zwiększyć udział w rosnącym dynamicznie rynku reklamy internetowej.

Po 2-3-letnim kryzysie marketerzy wracają z bardziej śmiałymi decyzjami na rynek, jeśli chodzi o wydatki. Jako Wirtualna Polska zastanawiamy się nad tym, jak zaadresować czy to poprzez strukturę po połączeniu, czy ofertę produktowąpotrzeby reklamodawców tak, żeby wzrost inwestycji, która jest lokowana u nas, był jak najlepszy – przekonuje Jacek Świderski, prezes zarządu Grupy Wirtualna Polska i dodaje, że celem jest wyprzedzenie portalu Onet.pl w kategorii zadowolenia marketerów. – To jest nasz główny cel i stawiamy na najlepsze dopasowanie do tych grup docelowych, których reklamodawcy szukają.

Grupa – jak podkreśla jej prezes – jest dobrze przygotowana na nowe budżety reklamowe. W maju na rynku pojawiła się nowa wspólna oferta reklamowa.

Zawiera ona wiele innowacyjnych elementów, związanych m.in. z tematem big data i wykorzystywaniem informacji zanonimizowanych na temat użytkowników poczty i witryn, które odwiedzają – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Świderski.

Świderski podkreśla, że trzon oferty stanowią dwie największe bazy e-mailowe w Polsce oraz duża przestrzeń displayowa, którą udostępniają portale WP.pl i o2.pl. Nowością są m.in. dniówki tematyczne w połączeniu z ofertą na urządzenia mobilne.

To w tej chwili jest widoczny na rynku trend, widzimy to też w oglądalności naszych stron głównych, że coraz więcej użytkowników korzysta z wersji mobilnych. W połączeniu z wiedzą o użytkownikach i produktami performance’owymi  mamy kompleksową ofertę, która dobrze adresuje potrzeby reklamodawców. Mamy ponad połowę polskiego rynku, co daje nam śmiałość w budowaniu innowacyjnych produktów, które dają wysoką konwersję dla reklamodawców – przekonuje prezes Grupy WP.

Ze strony reklamodawców dynamicznie rośnie popyt na powierzchnię wideo. Dlatego Grupa zamierza do końca roku zwiększyć ją dwukrotnie.

Wspólna oferta reklamowa to jedna z pierwszych inicjatyw po połączeniu o2 i Wirtualnej Polski. Grupa o2 wraz z funduszem Innova Capital sfinalizowały transakcję zakupu Wirtualnej Polski w lutym br. Zdaniem Jacka Świderskiego prace nad konsolidacją i wspólną ofertą obu podmiotów przebiegły szybciej niż zakładano, a najtrudniejszy etap został już pokonany.

Zależało nam na tym, żeby pokazać otoczeniu, że jesteśmy w stanie coś zrobić razem już w pierwszych tygodniach po transakcji i uruchomiliśmy np. Segregator dla użytkowników Poczty WP i Poczty o2 [narzędzie do porządkowania w skrzynkach pocztowych wiadomości od zewnętrznych nadawców – red.], natomiast teraz skupiamy się na dużych projektach w obszarze wideo i sprzedaży. Możemy skoncentrować się na bliższej współpracy z naszymi reklamodawcami – podkreśla Świderski.

W Polsce jest coraz mniej pszczół. Owady te można ratować poprzez tworzenie kwiatowych ogrodów i stosowanie naturalnych nawozów

CEO Magazyn Polska

W Polsce z każdą sekundą ubywa 105 pszczół. To ogromna strata, bo właśnie one odpowiadają za zapylanie dużej części roślin uprawnych. Owady te masowo wymierają w wyniku chemizacji rolnictwa, zmian klimatycznych, chorób oraz niszczenia siedlisk. Pszczoły nie tylko umierają, lecz także coraz trudniej się je hoduje, a jeśli będzie ich coraz mniej – rolnictwo i środowisko będą zagrożone. Ekolodzy podkreślają, że każdy może przystosować swój ogród czy balkon tak, by był bardziej przyjazny dla pszczół. Trzeba tylko wybierać odpowiednie rośliny.

Pszczoły stanowią bardzo ważny element w ekosystemie i bez ich prawidłowego funkcjonowania zostanie zachwiana cała równowaga, nie tylko świata przyrodniczego, lecz także nasze funkcjonowanie. Pszczoły to prawie 78 proc. żywności w naszej strefie klimatycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Strzelec z firmy Kruszwica, produkującej tłuszcze roślinne.

Wprawdzie pszczoły kojarzą się głównie z produkcją miodu, ale trzeba pamiętać, że produkcja 1/3 żywności i 90 proc. owoców zależy od zapylania przez owady pszczołowate. Ekolodzy namawiają więc, by stwarzać idealne warunki dla tych niezwykle pożytecznych owadów.

Projektując własny ogród czy balkon, warto wybierać rośliny, które są rodzime i miododajne, które mogą być pożyteczne dla owadów. Owady się odwdzięczą w taki sposób, że będą nam te rośliny zapylać. Jeżeli mamy sady czy ogrody, dzięki temu te rośliny będą owocować. Korzyść jest obustronna – tłumaczy Katarzyna Dytrych z Fundacji Nasza Ziemia.

Niezwykle szkodliwe dla owadów pszczołowatych jest stosowanie sztucznych nawozów, zwłaszcza w okresie kwitnienia roślin.

Warto pamiętać o tym, żeby stosować nawozy czy środki ochrony roślin, które są naturalne. Jeżeli już koniecznie musimy stosować chemię, to zgodnie z zaleceniami producenta i w odpowiednim czasie. Ponieważ to gwarantuje, że pszczoły po prostu przeżyją i będą zdrowe – mówi Katarzyna Dytrych.

Pszczoły żywią się nektarem i pyłkiem kwiatowym, dlatego ogródki, w których są same iglaki, nie są dla nich zbyt przyjazne. Dobrym schronieniem może być np. wiązka trzciny czy kawałek drewna.

Wystarczy zebrać łodygi, które są puste w środku – to może być bez czarny, malina czy forsycja, trzcina albo bambus. Przycinamy je z jednej strony, z drugiej strony dbamy o to, aby ścianka była zasklepiona, jeżeli jest prześwit, to warto czymś zakleić i wyściełać jeszcze dodatkowo mchem, w którym zawsze jakieś inne pożyteczne owady też mogą znaleźć dla siebie dom. Taką wiązkę możemy związać sznurkiem i powiesić w miejscu, które jest słoneczne i ciepłe. Jest szansa, że właśnie dzikie pszczoły, pszczoły samotnice, które są o wiele mniej znane niż pszczoła miodna, znajdą tutaj dla siebie dobry dom – wyjaśnia Katarzyna Dytrych.

Cyfryzacja i urządzania mobilne motorem napędowym rynku mediów i rozrywki w latach 2014-2018

Globalny rynek mediów i rozrywki w najbliższych 5 latach będzie rósł w tempie 5% rocznie, osiągając w 2018 r. wartość 2,2 bln USD. Choć tradycyjne media nadal będą posiadać największy udział w przychodach, a TV pozostanie największym medium dla reklamy, to jednak media cyfrowe i reklama w Internecie będą głównymi motorami wzrostu. Polski rynek w analizowanym okresie będzie rósł w tempie 3,7% rocznie, i w 2018 roku będzie warty 12,6 mld USD.

W najbliższych latach najistotniejszy wpływ na kształt rynku rozrywki i mediów będą nadal miały dwa główne czynniki: dalsza cyfryzacja oraz rosnące znaczenie urządzeń mobilnych. Najszybciej rosnącymi segmentami będą reklama internetowa oraz dostęp do Internetu. Ich średnioroczne prognozowane tempo wzrostu to odpowiednio 10,7% i 9,0%. Segment dostępu do Internetu będzie w dalszym ciągu odpowiadał za największą część rynku, a jego znaczenie w najbliższych latach jeszcze wzrośnie. Już dziś ten segment szacowany jest na 455 mld USD, a jego wartość w 2018 r. prognozowana jest na 635 mld USD. Wydatki na dostęp mobilny przekraczają obecnie wydatki na dostęp stacjonarny (odpowiednio 238 mld USD i 216 mld USD). W przyszłych latach ta różnica będzie się powiększać ze względu na dużo wyższą dynamikę wzrostu mobilnego dostępu do sieci w porównaniu do dostępu stacjonarnego (13% vs. 4,1%).

Rynek polski

Wartość rynku mediów i rozrywki w Polsce wyniesie w 2018 r. 12,6 mld USD. Dostęp do Internetu będzie stanowić największy segment tego rynku z 30% udziałem. Najszybciej w nadchodzących latach będą rozwijały się segmenty rynku związane z technologiami cyfrowymi, w szczególności reklama w Internecie (15,2%), dostęp do Internetu (7,5%) oraz gry wideo (7,8%). Na przeciwnym biegunie znajdują się segmenty związane z tradycyjnymi mediami jak rynek prasy (-1,6), rynek płatnej telewizji (-1,2%) czy rynek radiowy (-1,0%).

W prognozowanym okresie 2014–2018 r., rynek reklamy w Polsce będzie rósł w średniorocznym tempie 5,8%, napędzany głównie przez wzrost reklamy internetowej (średniorocznie tempo ponad 15%). Przewidujemy, że w 2018 r. reklama telewizyjna utraci swoją dotychczasową dominującą pozycję na rzecz reklamy internetowej.

Główne trendy rynku w Polsce i na świecie

Rynek treści wideo

Istotnym trendem widocznym na rynku treści wideo w skali świata jest dynamiczny rozwój nieliniowego odbioru treści, dostarczanych zarówno poprzez serwisy VOD nadawców telewizyjnych jak i serwisy OTT.

Zgodnie z przewidywaniami PwC, globalne przychody z tego typu form dostarczania treści będą rosły
w ciągu najbliższych 5 lat w tempie prawie 20% rocznie (19,9%) i w 2018 roku przekroczą przychody uzyskiwane ze sprzedaży i wynajmu nośników fizycznych (DVD i Blu-ray).

W zakresie rozwoju serwisów OTT/streamingowych Polska w porównaniu do świata zachodniego dopiero raczkuje. Wartość płatnego rynku OTT/streamingu w naszym kraju w 2013 roku była szacowana na niewiele ponad 7 mln USD, podczas gdy w USA prawie 4,7 bln USD, w Wielkiej Brytanii 485 mln USD, a w Niemczech 134 mln USD. Częściowo wynika to z nieobecności na naszym rynku dużych graczy takich jak Netflix czy Amazon, którzy globalnie mogą pochwalić się widownią liczoną w dziesiątkach milionów widzów. Ma na to wpływ wysoka skala piractwa treści wideo przez Internet w Polsce.

Efekt niskiej bazy powoduje, że w najbliższych 5 latach rozwój serwisów OTT w Polsce będzie znacząco wyższy niż globalnie. Przewidujmy że w latach 2014-2018 rynek płatnych serwisów OTT będzie rósł w średniorocznym tempie 57,2% z obecnych 7 mln do 71 mln USD w 2018 roku.

Jak pokazują globalne doświadczenia Netflixa, do sukcesu poszczególnych serwisów może przyczynić się produkcja własnych treści. Jak na razie z 2 bln USD wydawanego przez ten serwis na treści jedynie 150 mln USD zostało wydane na produkcje własne, jednak sukces House of Cards, pierwszej wysokobudżetowej produkcji serwisu, pozwala przypuszczać, że udział produkcji własnych będzie rósł.

„Globalny trend coraz większej roli nieliniowego odbioru treści, w szczególności poprzez serwisy OTT/streamingowe, będzie zauważalny również w Polsce. Na razie ze względu na niewielką skalę tego rynku w naszym kraju, tradycyjne media nie powinny odczuć znacząco tego we własnych wynikach. Jednak w obawie przed wejściem na polski rynek któregoś z globalnych graczy, w szczególności Netflixa, dystrybutorzy treści w Polsce powinni myśleć o rozbudowie własnych serwisów OTT i VOD, jako komplementarnych produktach do swojej podstawowej działalności” – wskazuje Łukasz Nowicki, starszy menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

Reklama internetowa

W 2018 r. wartość rynku reklamy w Internecie w Polsce przekroczy 4 miliardy złotych. W ten sposób reklama online stanie się największym pod względem wartości segmentem rynku reklamowego, spychając na drugie miejsce dotychczasowego lidera – reklamę telewizyjną. Pod względem wartości rynku reklamy w Internecie w regionie Europy Środkowej i Wschodniej wyprzedzają nas jedynie Rosja i Turcja.

Na znaczenie rynku reklamy online będzie wpływało dalsze upowszechnianie się dostępu do Internetu. W porównaniu do 2013 r. odsetek Polaków posiadających tradycyjny (stacjonarny) szerokopasmowy dostęp do Internetu wzrośnie z 46% w 2013 r. do 57% w 2018 r. W tym przypadku zarówno pod względem poziomu powszechności dostępu do Internetu jak i tempa wzrostu dostępności tej usługi pozostajemy w połowie europejskiej stawki. Tradycyjne formy dostępu do Internetu w coraz większym stopniu będą uzupełniane przez dostęp mobilny, a w 2018 r. co drugi Polak będzie korzystał z tej formy dostępu.

„Prognozujemy, że rynek reklamy w Internecie będzie w najbliższych latach rósł w średnim tempie 15,2% rocznie. Najważniejszymi pod względem wartości segmentami tego rynku będą tradycyjne reklamy prezentowane na portalach (display ads) oraz reklama w wyszukiwarkach internetowych – każdy z nich odpowiedzialny za blisko jedną trzecią wartości tego rynku, liderami będą w ich przypadku odpowiednio Facebook i Google. Jednak pod względem tempa wzrostu zdecydowanie wyróżnia się reklama powiązana z udostępnianymi w Internecie treściami wideo. Wartość tego rynku będzie rosła w tempie 45% rocznie, aby osiągnąć ponad 600 milionów złotych w 2018 r.” – mówi Adam Głąb, menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

Rynek reklamy mobilnej choć względnie niewielki (wart około 10 milionów złotych w 2013 r.), będzie rósł o blisko jedną czwartą rocznie. W tym przypadku wzrostowi rynku reklamy będzie sprzyjało upowszechnienie się jej nośników. Według prognozy PwC w 2018 r. trzech na czterech Polaków będzie użytkownikami smartphonów. Popularność tabletów będzie rosła nieco wolniej niż w ostatnich latach, jednak w ciągu najbliższych 5 lat odsetek użytkowników tych urządzeń przekroczy 10%.

Prasa w Polsce i na świecie
Wartość globalnego rynku prasy (wydatki konsumentów oraz reklama) w 2013 r. wyniosła 154 mld USD, co oznacza spadek w porównaniu do roku poprzedniego o 0,7%. Patrząc w przyszłość, w kolejnym roku możemy spodziewać się dalszego niewielkiego spadku, a następnie stopniowego wzrostu aż do 2018 r., co oznacza CAGR 0,1%.

Segment publikacji prasowych jest przykładem rozbieżnych trendów w gospodarkach dojrzałych i wzrostowych. Spadki będą kontynuowane w niektórych krajach, takich jak Stany Zjednoczone (spadek o 4,4% CAGR do 2018 r., czyli spadek aż o 31% pomiędzy rokiem 2009 a 2018), ale kraje, gdzie infrastruktura cyfrowa jest mniej rozwinięta odnotują silne wzrosty, np. Peru (składana stopa wzrostu rocznego 12,3% do 2018 r.), Chiny (8,3%), Indie (7,5%) czy Chile (7,1%).

Rynek prasy w regionie Europy Środkowo-Wschodniej odnotował drugi rok z rzędu spadek – w 2013 r. na poziomie -0,7% w porównaniu do roku poprzedniego. Szacuje się, że tendencja spadkowa zostanie odwrócona w 2015 r. i w kolejnych latach oczekiwana jest stabilizacja z niewielkimi wzrostami, co oznacza CAGR na poziomie 0,9% w całym okresie prognozy. Wartość rynku w regionie Europy Środkowo-Wschodniej wzrośnie tym samym nieznacznie z 4,2 mld USD w 2013 r. do 4,3 mld USD w 2018 r.

Prognozowana wielkość całego rynku prasy (wydatki konsumentów oraz reklama) w Polsce w 2018 r. wyniesie 493 mln USD, co oznacza spadek o 40 mln USD w porównaniu do 533 mln USD w 2013 r.

W Europie Środkowo-Wschodniej szacowane przychody ze sprzedaży prasy drukowanej w prognozowanym 5-letnim okresie ulegną zmniejszeniu o 2,2%, osiągając 2,1 mld USD w 2018 r. Szacuje się, że w Polsce w nadchodzących latach będziemy obserwować spadek przychodów ze sprzedaży prasy drukowanej z 435 mln USD w 2013 r. do 426 mln USD w 2018 r. (-0,5% CAGR), spowodowany głównie dalszą migracją czytelników do Internetu i urządzeń mobilnych. Wydatki na reklamę prasową w Ameryce Północnej – jako jedynym regionie na świecie z tak znaczącymi spadkami – będą mniejsze w 2018 r. w porównaniu do 2013 r. o ponad 27%. Dla regionu EMEA szacuje się spadek wartości reklamy prasowej na poziomie -2,4% CAGR, z 24,4 mld USD w 2013 r. do 21,6 mld USD w 2018 r. Spadek ten ma nastąpić pomimo szacowanych wzrostów cyfrowej reklamy prasowej, która nie skompensuje jednak w pełni spadków związanych z reklamą na tradycyjnych nośnikach papierowych.

W Europie Środkowo–Wschodniej rynek reklamy prasowej ma osiągnąć wartość 2,1 mld USD w 2018 r. (w porównaniu do 1,8 mld USD w 2013 r., 2,7% CAGR). Na tle krajów regionu, w Polsce spodziewane są w tym zakresie największe spadki.
W Polsce w kolejnych latach oczekuje się dalszych spadków przychodów z reklamy prasowej aż do poziomu 64 mln USD w 2018 r., co oznacza -7,8% CAGR (wielkość tego rynku w 2013 r. szacowana była na 95 mln USD).

Prognozowany wzrost rynku reklamy prasowej w wydaniach elektronicznych w Polsce szacuje się z 2,8 mln USD w 2013 r. do 3,4 mln USD w roku 2018 (4,0% CAGR). To ciągle niewiele w porównaniu z prognozami dla krajów Europy Zachodniej, takich jak np. Wielka Brytania (462 mln USD) czy Niemcy (447 mln USD).

„Zgodnie z wcześniejszymi prognozami stale rośnie liczba użytkowników płatnych serwisów w naszym kraju, szczególnie osób czytających dzienniki z wykorzystaniem urządzeń mobilnych. Choć nie są to jeszcze liczby porównywalne z cyfrową rewolucją w Europie Zachodniej, to jednak można się spodziewać dalszych wzrostów w tym kanale dystrybucji” – wyjaśnia Tomasz Kociołek, menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

„Wydawcy prasy są coraz częściej zmuszani do poszukiwania nowych przychodów w wydaniach internetowych, gdzie treści uniwersalne finansowane są głównie dzięki reklamie, podczas gdy sekcje specjalistyczne utrzymują się dzięki płatnemu dostępowi. Jako że liczba Polaków deklarująca regularne czytanie internetowych wydań tytułów prasowych z roku na rok się powiększa, wydawcy w coraz większym stopniu muszą skupiać swoją strategię na rozwoju wielotematycznych platform w sieci, a nie tylko tradycyjnej prasy. W celu dotarcia do nowych czytelników i grup docelowych coraz bardziej rozpowszechnione jest również zaangażowanie mediów społecznościowych” – podkreśla Tomasz Kociołek.

„Podsumowując globalne trendy, płacenie za cyfrową prasę zaczyna się przyjmować. Przychody ze sprzedaży prasy cyfrowej do końca 2013 r. wzrosły o 66,2%. Chociaż poszczególni wydawcy odnotowują poprawę w tej dziedzinie, niewielu z nich ogłasza pełną transformację – do 2018 r. przychody ze sprzedaży prasy cyfrowej będą stanowiły zaledwie 8% całości przychodów ze sprzedaży prasy na świecie. Jednak wpływ cyfrowych kanałów dystrybucji na strategie wydawców jest dużo bardziej znaczący niż sugerowałyby liczby: zmieniają one definicję prasy z wyłącznie drukowanej gazety na marki informacyjne, pod którymi treści dostarczane są różnymi kanałami do docelowego odbiorcy” – dodaje Tomasz Kociołek.

Rynek gier wideo

Globalne przychody w segmencie PC osiągną apogeum (7,2 bln USD) już w 2014 r. i będą spadać w średnim tempie 0,9% na rok w latach kolejnych. Podczas gdy trend spadkowy rozpoczął się w USA już w 2010 r., segment PC rośnie wciąż w umiarkowanym tempie np. w Chinach czy Indiach.

„Powolny trend spadkowy w segmencie PC wynika z dynamicznych zmian technologicznych na rynku, a także transferu przychodów do innych segmentów tj. konsoli, mobile czy online. Warto zauważyć, że rynek PC przeżywa swój renesans w zakresie gier dystrybuowanych kanałem cyfrowym. Wzrosty w tym obszarze, nie są jednak w stanie zrównoważyć ogólnego trendu spadkowego niemniej innowacyjne projekty jak Steam Machines, Oculus Rift czy wywodzący się z Polski GOG (Good Old Games należący do Grupy CD Projekt) – które oferują bardzo atrakcyjny cenowo i wygodny dostęp do wielu ‘zakurzonych’, ale nie zapomnianych tytułów, jak również nowych produkcji z poziomu jednego serwisu – mogą stanowić światełko w tunelu dla długowieczności gier PC” – wskazuje Michał Koniec, starszy menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

Konsole pozostają najbardziej lukratywnym segmentem gier. Ogółem przychody ze sprzedaży wyniosły w 2013 r. 25,4 bln USD i będą rosły w średnim rocznym tempie 4,7% do poziomu 32 bln USD w 2018 r. Największym rynkiem gier w segmencie konsol pozostają Stany Zjednoczone, natomiast w 2014 r. Wielka Brytania wyprzedzi Japonię i zastąpi ją na drugim miejscu.

„Debiut konsol ‘nowej generacji’ Sony (Playstation 4) oraz Microsoft (Xbox One) pod koniec 2013 r. okazał się ogromnym sukcesem i stał się dodatkową siłą napędową tego segmentu gier globalnie. Konsole ‘nowej generacji’ pozwalają użytkownikom pobrać cyfrową wersję gry, dzięki czemu korzystnie wpływają na rozwój cyfrowego kanału sprzedaży. Z jednej strony taka funkcjonalność powinna napędzać wzrost przychodów, z drugiej jednak stawia producentów gier konsolowych przed dylematem ustalenia właściwiej strategii cenowej, aby nie doprowadzić do kanibalizacji przychodów w tradycyjnym kanale sprzedaży” – mówi Michał Koniec.

Przychody z gier online będą rosły w tempie 7,4% rocznie osiągając poziom 30,6 bln USD w 2018 r., zaledwie 1,5 bln USD mniej niż będzie w tym roku wart rynek konsol. Głównym motorem wzrostu w tym segmencie będą Korea Południowa, Chiny i Japonia.

Informacje o raporcie

Raport PwC w sprawie pespektyw światowego rynku rozrywki i mediów na lata 2014-2018, Global Entertainment and Media Outlook 2014-2018, jest 15. wydaniem corocznej publikacji zawierającej pogłębione analizy oraz dane historyczne i prognozy dotyczące wydatków reklamowych i wydatków konsumentów/użytkowników końcowych w 13 głównych segmentach branżowych i 54 krajach. Więcej informacji znajduje się pod adresem www.pwc.com/outlook.

Segmenty uwzględnione w raporcie

B2B, książki dla konsumentów i edukacyjne, wydawanie czasopism dla konsumentów, rozrywka filmowa, wydatki na dostęp do Internetu: stały i mobilny, reklama internetowa: stała i mobilna, wydawanie gazet, reklama outdoorowa, radio, muzyka, reklama telewizyjna, telewizja abonamentowa i opłaty licencyjne, gry komputerowe.

Wydatki cyfrowe

Wydatki cyfrowe oznaczają wydatki na szerokopasmowy i mobilny dostęp do Internetu, reklamę internetową stałą i mobilną; abonamenty na TV mobilną, cyfrową muzykę, elektroniczne wideo dla domu, internetowe i bezprzewodowe gry wideo, wydatki na cyfrowe czasopisma dla konsumentów, wydatki na cyfrowe gazety dla konsumentów, wydatki na cyfrowe czasopisma branżowe; książki elektroniczne dla konsumentów, edukacyjne i profesjonalne, abonamenty na radio satelitarne.

Optymistyczne prognozy dla produkcji i zatrudnienia w polskiej motoryzacji

Dobra passa w prognozach dotyczących polskiej motoryzacji trwa. 48% firm z sektora Automotive spodziewa się, że produkcja w ich zakładach w najbliższych trzech miesiącach wzrośnie – wynika z 2. edycji „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę kontrolującą części samochodowe. Dodatkowo, 38% zapytanych przedsiębiorców zamierza zwiększyć zatrudnienie, a blisko jedna trzecia ma nadzieję na uruchomienie nowego zakładu produkcyjnego lub produkcję nowego modelu samochodu w Polsce.

Rok temu, kiedy komentowaliśmy pierwszą edycję naszego badania, dane płynące z rynku nie napawały optymizmem. Zarówno w Polsce jak i w Europie sprzedaż samochodów osobowych była na minusie, bardzo źle wyglądała także produkcja aut w naszym kraju. Jednak zapytani przez nas przedstawiciele polskiej motoryzacji wierzyli w odbicie branży, co w ciągu minionego roku miało miejsce – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. W związku z coraz większą liczbą zamówień płynących głównie z Europy Zachodniej, zmianom prawnym związnym z odliczaniem VAT oraz inwestycyjnym ożywieniem, powróciliśmy do tendencji wzrostowej. Od dwunastu miesięcy mamy do czynienia ze wzrostem rejestracji nowych osobówek, powoli odradza się także produkcja aut w polskich fabrykach – dodaje Gos.

Więcej niż stabilna produkcja
Przedstawiciele sektora motoryzacyjnego są spokojni, jeśli chodzi o produkcję w ich zakładach. Połowa z nich spodziewa się, że w najbliższych trzech miesiącach pozostanie na podobnym poziomie, a aż 48%, że wzrośnie. W porównaniu do badania sprzed roku nie mamy wielkich zmian (odpowiednio 45% i 51%).

Czemu możemy liczyć na dalszą poprawę koniunktury w polskiej motoryzacji? Polska należy do czołówki państw o najwyższej atrakcyjności inwestycyjnej. Silnie rozwinięty rynek części do budowy aut składający się z ponad 600 fabryk, który zapewnia sprawniejszą logistykę oraz niższe koszty transportu, to bez wątpienia jedna z najważniejszych przewag naszej branży motoryzacyjnej. Polska to także bezpieczne państwo oraz przewidywalne otoczenie polityczne i prawne. To wszystko sprawia, że kolejni duzi gracze z Automotive lokalizują u nas swoje zakłady, czego przykładem może być decyzja Volkswagena o budowie nowej fabryki czy koncernu TRW o rozbudowie gliwickiego zakładu – ocenia Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

Polskie zakłady motoryzacyjne będą zatrudniać

Aż 38% zapytanych przedstawicieli sektora Automotive planuje w najbliższych miesiącach zwiększenie liczby etatów w swoich fabrykach. Jest to wynik o 6 punktów procentowych lepszy niż rok temu. Ogłoszenia rekrutacyjne będą dotyczyć głównie pracowników produkcyjnych (65%), koordynatorów jakości (9%), a tylko 4% przedsiębiorców deklaruje, że będzie poszukiwać menadżerów i kierowników. Ponad połowa respondentów (59%) natomiast zamierza utrzymać zatrudnienie na podobnym poziomie co obecnie.

Obserwacje konsultantów Antal Engineering & Operations potwierdzają znaczne ożywienie w branży Automotive – szczególnie z perspektywy zapotrzebowania na inżynierów zajmujących stanowiska specjalistyczne, ale coraz częściej także na menedżerów. Ich kompetencje są na tyle niezbędne i często unikatowe, że oferowane są im atrakcyjne możliwości kariery zarówno w Polsce, jak i za granicą. Szczególnie poszukiwani są inżynier ds. badań i rozwoju, inżynier konstruktor oraz inżynier jakości i procesu – komentuje Artur Migoń, dyrektor Antal Engineering & Operations.

Czy mamy szansę na nowy zakład produkcyjny lub model samochodu?
W najbliższych trzech latach siłą napędową polskiej motoryzacji może być uruchomienie nowego zakładu produkcyjnego lub produkcja nowego modelu samochodu w Polsce. Uważa tak odpowiednio 31% i 30% zapytanych przedstawicieli sektora Automotive. W porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania, systematyczna poprawa jakości i niższe koszty zatrudnienia zeszły na plan dalszy, podobnie jak produkcja samochodu elektrycznego.

Nowa fabryka produkcyjna oraz złożenie nowego modelu samochodu w Polsce oznacza kilka tysięcy nowych miejsc pracy, rozbudowę infrastruktury oraz lepsze wyniki polskiej produkcji motoryzacyjnej. Tego oczekują zarówno przedstawiciele branży motoryzacyjnej jak i polskiego rządu. Jednak nadal języczkiem u wagi w przypadku decyzji dotyczących lokalizacji nowych inwestycji pozostają koszty i jakość pracy oraz rozwój nowych technologii, szczególnie w kontekście budowy samochodów hybrydowych i elektrycznych – twierdzi Paweł Gos z Exact Systems.

Czy rzeczywiście Polska ma szansę na nowe inwestycje? Na horyzoncie mamy informacje dotyczące nowego modelu Fiata 500 w tyskiej fabryce oraz modelu Skody Roomster w Poznaniu. Jeśli te zapowiedzi potwierdzą się, Polska ma dużą szansę na powrót do przedkryzysowego wolumenu produkcji samochodów na poziomie 1 mln sztuk – dodaje Opala.
Metodologia badania
„Badanie opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems
w maju 2014 r. na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora Automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczek, szyb samochodowych, dachów, kolumn kierowniczych czy elementów bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 115 respondentów. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI).

Praktyki akwizytorów – poznaj swoje prawa

0

Na pokazie i od akwizytora – to zapowiedź wygodnych zakupów pod warunkiem, że konsument zna swoje prawa, a przedsiębiorca je respektuje. Podstawowe prawo osób zawierających umowy poza lokalem przedsiębiorcy, to możliwość zrezygnowania w ciągu 10 dni. 22 instytucje po raz pierwszy wspólnie informują o prawach i obowiązkach konsumentów

Zaproszenie na pokaz kulinarny, „refundowane” badania, telefon o wygraniu nagrody – w wielu przypadkach okazują się pokazem, podczas którego odbywa się sprzedaż kosztownych produktów. Klient często nie jest świadomy handlowego celu takiego zaproszenia. Do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów stale napływają skargi od osób kupujących towary poza lokalem przedsiębiorcy. W wielu przypadkach dają podstawę do podjęcia działań i wyeliminowania nieprawidłowości: od 2013 roku Urząd wydał 42 decyzje dotyczące niezgodnych z prawem praktyk na tym rynku i prowadzi obecnie 56 postępowań. Dziś razem z 22 instytucjami wspólnie przypominamy o następujacych zasadach:

 Kupujesz od akwizytora, jesteś chroniony

Jeżeli kupujesz towary poza lokalem przedsiębiorcy, czyli np. w domu, na pokazie, prezentacji, możesz zrezygnować w ciągu 10 dni od momentu zawarcia umowy. Ważne: nie liczy się termin dostarczenia towaru, a data, która widnieje na umowie. Przed transakcją sprzedawca musi poinformować o takim prawie i wręczyć formularz odstąpienia od umowy. Konsument dostarcza towar na własny koszt. Może to zrobić osobiście, nadać towar kurierem, czy wysłać paczkę – zawsze za zwrotnym potwierdzeniem odbioru. formularz można także sporządzić samodzielnie, np.:

Miejscowośc, data

Imię i nazwisko konsumenta

Adres zamieszkania

Nazwa i adres przedsiębiorcy

 

Oświadczenie

o odstąpieniu od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorstwa

Oświadczam, że zgodnie z art. 2 ust. 1 Ustawy z dnia 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny (Dz.U. nr 22, poz. 271 ze zm.) odstępuję od umowy dotyczącej……………………….. nr………………… zawartej dnia ………. w …………………. Proszę o zwrot kwoty ……………. zł (słownie ……………… złotych) przekazem pocztowym na adres…………….lub na konto nr …………………….

 

podpis konsumenta 

Sprawdź, gdzie jesteś

Bądź ostrożny i zawsze pytaj sprzedawcę, czy miejsce, w którym jesteś, to jego siedziba lub oddział. Niektórzy sprzedawcy często celowo zmieniają swoje siedziby, rejestrują jako oddział innej w nowym miejscu. Chcą przez to ominąć przepisy pozwalające na odstąpienie od umowy w ciągu 10 dni.

Praktyczna rada: Jeżeli nie wiesz, czy prezentacja odbywa się w lokalu, poproś o przybicie pieczątki na pustej kartce – adres porównaj z tym, który jest zawarty w umowie, którą zamierzasz zawrzeć. Nie ufaj całkowicie zapewnieniom sprzedawcy – samodzielnie poszukaj w umowie informacji o tym, czy masz prawo odstąpienia od umowy. Jeżeli sprzedawca unika odpowiedzi na pytanie, namawia do podpisania kontraktu bez czytania – nie ulegaj presji. Obowiązuje to, co jest napisane w umowie, a nie zapewnienia sprzedawcy.

Zapytaj o sprzedaż

Jeśli nie chcesz uczestniczyć w pokazach połączonych ze sprzedażą – już podczas rozmowy telefonicznej, ustal jaki charakter ma spotkanie. Ukrywanie handlowego celu takich zaproszeń to jedna z nieuczciwych praktyk na którą skarżą się konsumenci. Uważaj na pokazy sprawiające wrażenie refundowanych badań medycznych: w rzeczywistości są to działania marketingowe mające przekonać do właściwości oferowanych produktów paramedycznych. Zawsze poproś o potwierdzenie kwalifikacji eksperta i właściwości sprzedawanych towarów.

Poproś o dowód osobisty

Akwizytor, sprzedawca na pokazie przed zawarciem umowy muszą pokazać konsumentom dokument potwierdzający prowadzenie działalności gospodarczej oraz dowód osobisty. Odmowa powinna wzbudzić podejrzenia klienta.

Szukaj pomocy

Jeżeli nie wiesz, jakie masz prawa lub jak odstąpić od umowy – nie czekaj – skorzystaj z bezpłatnej pomocy: infolinia 800 007 707, rzecznicy konsumentów, Inspekcja Handlowa, Federacja Konsumentów, Stowarzyszenie Konsumentów Polskich.

Nowa strategia Grupy Kapitałowej PRAGMA INKASO S.A. na lata 2014-2016

Bezpieczeństwo, efektywność i skala – tak można podsumować nową strategię ogłoszoną przez Zarząd GK PRAGMA INKASO S.A. 3 czerwca br. Drogą do osiągnięcia tych celów ma być organiczny zrównoważony rozwój. Jeszcze co najmniej przez 3 lata Zarząd GK PRAGMA INKASO podzieli się zyskami osiągniętymi dzięki nowej strategii ze swoimi akcjonariuszami.

Nowa strategia obejmuje umacnianie pozycji rynkowej Grupy w obszarze obsługi wierzytelności biznesowych: wymagalnych (PRAGMA INKASO S.A.), niewymagalnych (Pragma Faktoring S.A.) oraz masowych (Pragma 1 FIZ Niestandaryzowany Fundusz Sekurytyzacyjny). Podstawą rozwoju Grupy będzie generowanie przychodów i zysków ze świadczenia powtarzalnych, zdywersyfikowanych usług, wysoka płynność i bezpieczeństwo aktywów oraz umiarkowany poziom zadłużenia.

„Będziemy kłaść nacisk przede wszystkim na optymalizacje procesów wewnątrz Grupy oraz zwiększać efektywność wykorzystując przy tym obecne zasoby” – podkreśla Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PRAGMA INKASO S.A. Pytany o plany ekspansji odpowiada: „Nie mówię nie. Koncentrujemy się mocno na rozwoju organicznym, ale cały czas przyglądamy się podmiotom, których przejęcie mogłoby wesprzeć realizację strategii i zwiększyć wartość Grupy.”

Opublikowana strategia wyodrębnia 3 podstawowe linie biznesowe GK PRAGMA INKASO.

„Dzięki optymalizacji procesów sprzedaży i automatyzacji realizacji usług rozpoczętej jeszcze w 2013 r. jesteśmy w stanie zmniejszyć koszty jednostkowe, w efekcie czego będziemy w stanie obsługiwać większy portfel wierzytelności bez wzrostu kosztów operacyjnych, przy zachowaniu wysokiej jakości świadczonych usług i konkurencyjnych cenach” – dodaje Tomasz Boduszek.

Grupa planuje rozwinąć linię biznesową w postaci nabywania i windykacji portfeli masowych wierzytelności biznesowych przez Pragma 1 FIZ Niestandaryzowany Fundusz Sekurytyzacyjny, którego właścicielem i serwiserem jest PRAGMA INKASO.

„Dotychczas ten obszar działalności był jedynie w niewielkim stopniu obsługiwany przez Grupę.W obszarze windykacji masowej duży nacisk będziemy kłaść na portfele biznesowe, gdzie występuje mniejsza konkurencja cenowa, a Grupa ma na tle rynku znaczące doświadczenie. Dodatkowo mamy możliwość oparcia działań na już istniejących strukturach windykacyjnych i prawnych, co pozwala na istotne zwiększanie przychodów bez zwiększania kosztów operacyjnych i rozbudowy istniejących struktur” – komentuje Tomasz Boduszek.

Kolejnym strategicznym z punktu widzenia GK PRAGMA INKASO segmentem działalności jest finansowanie obrotu Klientów w oparciu o usługi faktoringu oraz pożyczek krótkoterminowych realizowane przez spółkę Pragma Faktoring. Strategia zakłada imponujący rozwój dynamicznie rotującego, zdywersyfikowanego portfela o niższej rentowności niż transakcje realizowane przez Spółkę w przeszłości, ale o większym rozproszeniu i płynności.

„Proces zmiany struktury portfela został zapoczątkowany w 2013 r. Spółka zamierza stopniowo zmniejszać średni koszt finansowania przechodząc z finansowania obligacjami w kierunku oparcia się w przeważającym stopniu na finansowaniu kredytami bankowymi. Nie wykluczamy rozpoczęcia starań o pozyskanie koinwestora, który zapewni tanie finansowanie dłużne, pozwalające na znaczące zwiększenie skali działalności” – dodaje Tomasz Boduszek.

Finansowe założenia strategii Grupy obejmują zwiększanie przychodów netto o ponad 10% rocznie zachowując przy tym poziom zobowiązań finansowych nie przekraczający 200% kapitałów własnych oraz wskaźnik rocznej rotacji aktywów z podstawowej działalności w wysokości minimum 350%.

Celem Grupy jest osiągnięcie w okresie realizacji Strategii rentowności kapitałów własnych na poziomie przekraczającym 15%.

„Jednym z naszych priorytetów jest zachowanie obecnej polityki dywidendowej zakładającej przeznaczanie istotnej części zysku na dywidendę dla akcjonariuszy” – podkreśla Tomasz Boduszek. Grupa będzie dążyć do wypłacania akcjonariuszom corocznie dywidendy w wysokości nie niższej niż 1 zł na akcję.

Rusza program wspierający zatrudnianie polskich studentów przez rodzime koncerny za granicą

CEO Magazyn Polska

Rusza program „Inteligentny start” wspierający zatrudnianie polskich studentów przez firmy z naszego kraju rozwijające się na rynkach zagranicznych. W podobny sposób od kilku lat działa m.in. KGHM International, który w chilijskiej kopalni Sierra Gorda zatrudnia wielu Polaków, również członków miejscowej Polonii, i szuka kolejnych pracowników. Na takim modelu mogą skorzystać zarówno pracodawcy, jak i młodzi absolwenci, a także cała gospodarka. Resort spraw zagranicznych liczy na to, że będzie on alternatywą dla emigracji zarobkowej.

– Pewne potrzeby związane z tym, że polskie firmy wychodzą za granicę, spowodowały, że uruchamiano już wcześniej różnego rodzaju pomysły, natomiast one nie były nigdy skoordynowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź. – Polskie firmy, które są za granicą, zatrudniają tam najczęściej miejscowych pracowników. I teraz jest pytanie, czy ten pracownik nie mógłby pochodzić z Polski? Przecież w takim układzie zyskujemy bardzo dużo, jeśli chodzi o rozumienie biznesu, o pewnego rodzaju wyznawane wartości.

Program „Inteligentny start”, uruchomiony przez fundację o tej samej nazwie i współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ma na celu właśnie wspieranie tego modelu zatrudniania. Dzięki niemu polscy studenci na zagranicznych uczelniach mogą wykorzystać wiedzę i umiejętności, pracując dla polskich firm. Program ma ułatwiać odbywanie praktyk lub staży, a także zdobywanie stałego zatrudnienia. To może być alternatywa dla emigracji zarobkowej. 

Dzisiaj nasi rodacy, zdobywając doświadczenie, a często są to najbardziej dynamiczni, najbardziej wartościowi młodzi ludzie, przyczyniają się do powstawania dziesiątków miliardów euro bogactwa w innych krajach. A tymczasem nasze biznesy potrzebują tego typu ludzi. Jeśli chociaż część z nich będzie mogła znaleźć zatrudnienie w polskiej firmie o ambicjach międzynarodowych, to będzie oznaczało, że tacy ludzie w przyszłości może wrócą do kraju – dodaje Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych.

Sikorski ocenia, że taka inicjatywa nie tylko wspiera polskich przedsiębiorców, lecz także zwiększa kapitał społeczny całego kraju. Dodaje, że wpisuje się ona w rządowy program zachęcania Polaków do powrotu z emigracji.

Kędzia podkreśla, że obecnie wielu polskich studentów nie wraca z zagranicy, podejmuje tam prace, więc dzięki zatrudnieniu ich przez polskie firmy odzyskujemy ich dla naszego kraju. Dodaje, że zagranicznymi oddziałami zatrudniającymi Polaków dużo łatwiej jest zarządzać.

Lepsze jest zrozumienie, lepsza jest komunikacja, lepszy jest duch podejścia do biznesu, bo my Polacy mamy może nie znacząco różne podejście do biznesu, ale lepiej potrafimy się komunikować, rozumieć i budować to, co jest w biznesie na końcu najważniejsze, czyli zysk – przekonuje Kędzia.

Dodaje, że KGHM już od trzech lat prowadzi podobny program. Po kupnie kanadyjskiej Quadry FNX i budowie nowej spółki KGHM International, firma potrzebowała nowych kadr. Pracownicy miedziowego koncernu byli przygotowani merytorycznie, ale brakowało im przede wszystkim znajomości języków i kultury innych krajów. Spółka uruchomiła programy dla studentów ostatnich lat studiów. Jak podkreśla Kędzia, ich największą wartością jest otwartość na świat. Jednym z programów jest działająca od dwóch lat „Kopalnia talentów”.

Niektórzy uczestnicy „Kopalni talentów” już pracują w KGHM International. Kędzia chwali ich umiejętność zrozumienia innych kultur i podkreśla, że budują oni w ten sposób dodatkową wartość firmy. Podobnie jest w przypadku projektu Sierra Gorda w Chile. Tam KGHM zatrudnił m.in. wiele osób z chilijskiej Polonii i osób o polskim pochodzeniu.

Proces rekrutacji jeszcze trwa. Mamy również tam Polaków z Polonii, która od wieków zasiedlała Chile. Ci ludzie są szalenie dumni z tego, że oto polska firma pojawia się jako firma globalna i w tym rejonie jest firmą cenioną. Ich duma dodaje dodatkowej energii i przekonuje mnie o tym, że było warto wyjść za granicę – mówi Kędzia.

Dwa lata temu do „Kopalni talentów” zgłosiło się 460 studentów, spośród których 12 otrzymało oferty. W ubiegłym roku aplikacji było ponad 800, a zwycięzców rekrutacji – 16. Każdy z nich przechodzi dwuletni program zdobywania doświadczenia, w tym przez kilka miesięcy pracując za granicą. Część z nich na pewno otrzyma propozycję zatrudnienia w KGHM.

PGNiG tnie koszty, by zwiększyć konkurencyjność. Wydatki mają się zmniejszyć o miliard złotych

0

CEO Magazyn Polska

PGNiG rozpoczyna program efektywności operacyjnej, który ma zmniejszyć koszty spółki nawet o miliard złotych. To niezbędne, bo na rynku gazu będzie coraz większa konkurencja. PGNiG musi szukać oszczędności inwestycyjnych i operacyjnych, ponieważ jest związane długoterminowym kontraktem na dostawę drogiego gazu z Rosji. Spółka zmaga się też z trudnym do wypełnienia, bardzo wysokim obligiem gazowym.

Program efektywności to jest coś, co PGNiG musi koniecznie zrobić. W najbliższych latach najprawdopodobniej będzie miał miejsce znaczący przyrost mocy przesyłowych do Polski w zakresie rewersu, ale nie tylko. Wpłyną na to też interkonektory z Czechami, Niemcami i Litwą. Poza tym dopiero część mocy gazoportu jest zakontraktowana przez PGNiG, inne będą wolne. W związku z tym spółka musi się liczyć z rosnącą konkurencją na rynku. To wymusza poprawę efektywności – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominik Smyrgała, ekspert Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas.

Wdrażany od poniedziałku program poprawy efektywności PGNiG ma doprowadzić do trwałego zmniejszenia wydatków grupy o miliard złotych po 2016 r. W ramach planu funkcjonuje aż piętnaście inicjatyw, w tym m.in. wspólna polityka zakupowa spółek z grupy, redukcja etatów kierowniczych, optymalizacja portfela nieruchomości oraz sprzedaż firm niezwiązanych z podstawową działalnością PGNiG. Smyrgała uważa, że wspólna polityka zakupowa Grupy PGNiG powinna przynieść duże oszczędności, bo grupa jest oceniana jako bezpieczny i duży płatnik.

Ekspert podkreśla, że niezbędna będzie poprawa efektywności inwestycyjnej, czyli szybsze i tańsze uruchamianie nowych złóż. To konieczne, by zapewnić podaż tańszego gazu krajowego. Musi on zrównoważyć drogi gaz kupowany od Gazpromu na podstawie długoterminowego kontraktu, a być może także kupowany od Katarczyków skroplony gaz płynny (LNG) dostarczany do gazoportu w Świnoujściu.

Smyrgała ocenia, że dobrym krokiem jest też analiza efektywności planowanych inwestycji. PGNiG nie powinno kierować się liczbą odwiertów, lecz ich opłacalnością, co jest szczególnie ważne w kontekście proponowanego podwyższenia opodatkowania wydobycia węglowodorów, w tym również niekonwencjonalnych.

Program efektywności operacyjnej uwzględnia m.in. przegląd układów zbiorowych pracy, co może wiązać się ze zwolnieniami, choć na razie w spółce trwają analizy.

Pytanie brzmi, czy taka działalność będzie się cieszyła popularnością i czy zarząd wytrwa w tych reformach – zastanawia się Smyrgała. – Mówi się o tym, że część spółek powinna być teraz bardziej efektywna, co powinno przełożyć się na zainteresowanie inwestorów. Być może dzięki temu pozyska też pieniądze na skuteczniejszą działalność.

Restrukturyzacji szczególnie potrzebują zajmująca się poszukiwaniem złóż Exalo Drilling oraz PGNiG Technologie.

Smyrgała dodaje, że PGNiG będzie też zapewne rozszerzał działalność, również w celu wypełnienia obliga gazowego. W tym roku spółka jest zobowiązana sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii 40 proc. produkcji. Pomóc ma w tym wydzielona spółka PGNiG Obrót Detaliczny. To jednak nadal będzie ogromne wyzwanie dla spółki.

Długookresowo obligo jest na tak wysokim poziomie, jest tak ambitne, że bez nowelizacji ustawy Prawo energetyczne w tym zakresie się nie obejdzie. Nie znam na świecie kraju, w którym poziom sprzedaży przez giełdę byłby aż tak wysoki jak docelowe zakładane 55 proc. – mówi Smyrgała.

Krytykuje, że na rynku gazu ustawodawca przeniósł rozwiązania z rynku energii elektrycznej, który był wcześniej znacznie bardziej konkurencyjny. Wypełnienie obliga jest trudne, bo zarówno po stronie odbiorców, jak i dostawców PGNiG jest związane długoletnimi kontraktami.
 

Bank Światowy: kryzys demograficzny jednym z głównych problemów Polski

Polska gospodarka produkuje obecnie dwa razy więcej towarów i usług, a eksport jest osiem razy wyższy, niż był 25 lat temu. Jednak po 25 latach transformacji Polacy należą do najszybciej starzejących się społeczeństw na świecie. To oznacza, że coraz trudniej będzie utrzymać szybkie tempo wzrostu gospodarczego, jakie miało miejsce od 1989 r. Doświadczenia innych państw pokazują, że nie ma na to prostej recepty w postaci polityki prorodzinnej, dlatego Polska musi przeprowadzić kompleksowe reformy, które zwiększą innowacyjność i aktywność zawodową.

Krytycy modelu polskiej transformacji często podkreślają, że doprowadziła ona do silnego wzrostu nierówności dochodowych oraz ogromnych, możliwych do uniknięcia, kosztów społecznych. Nierówności dochodowe, mierzone popularnym indeksem Giniego, rosły w pierwszych latach przemian, jednak od blisko dekady wartość tego indeksu niemal nie zmienia się. Według danych GUS oraz OECD wartość indeksu Giniego w 2012 r. nieznacznie spadła, co oznacza zmniejszenie się różnic w zarobkach.

Myślę, że Polska jest w stanie rozdysponować korzyści ze wzrostu na całą populację. Jeżeli popatrzymy na przychody w grupie najmniej zarabiających, to widzimy, że w ciągu ostatnich sześciu lat rosły one szybciej niż średni przychód w społeczeństwie. Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że żadnych problemów nie ma i że nie popełniono żadnych błędów, ale myślę, że w ogólnym rozrachunku wygląda to imponująco – uważa Xavier Devictor, menadżer Biura Banku Światowego dla Polski i Krajów Bałtyckich.

W 2012 r. wartość indeksu Giniego wyniosła w Polsce 30,9 i była niemal równa przeciętnej wartości indeksu dla wszystkich krajów UE. Część ekonomistów uważa jednak, że brak wzrostu nierówności dochodowych nie jest zasługą polityki gospodarczej rządu czy samoistnej ewolucji gospodarki, lecz masowej emigracji po 2004 r. Kurcząca się siła robocza sprawia, że w następnych latach wzrost gospodarczy będzie silnie uzależniony od poprawy wydajności pracy. To będzie wymagało reform, które poprawią otoczenie instytucjonalne, które warunkuje innowacyjność.

Perspektywy dla Polski z naszego punktu widzenia są wyjątkowo obiecujące. Oczywiście wasz kraj będzie musiał zmierzyć się z pewnymi problemami, na przykład z trudną sytuacją demograficzną. Polska będzie musiała postawić w większym stopniu na innowacyjność, ponieważ dziś wzrost opiera się głównie na wdrażaniu istniejących już, zagranicznych technologii. Teraz nadszedł czas na rozwijanie własnych technologii, własnej innowacyjności – twierdzi Devictor.

Wzrost efektywności pracy w polskiej gospodarce może być jednak niewystarczający do podtrzymania tempa rozwoju z ostatniego 25-lecia. Dlatego coraz więcej ekspertów wskazuje, że Polska będzie musiała przyciągać imigrantów. Wyniki ostatnich wyborów do PE pokazały, że wielu europejskich wyborców sprzeciwia się swobodzie przepływu osób w Europie. Na Starym Kontynencie imigranci są często obwiniani m.in. o zaostrzanie problemu bezrobocia oraz niechęć do asymilacji. To jednak nie jest regułą na świecie, ponieważ silnie zależy od modelu gospodarki i polityki państwa.

Nie jestem pewien, czy łączyłbym problemy integracyjne z problemami kulturowymi, ponieważ znajdziemy zarówno kraje z napiętą sytuacją wewnętrzną, jak i te, które świetnie poradziły sobie z integracją imigrantów. To na przykład Kanada, Stany Zjednoczone i Australia. Problem w tym, że aby utrzymać odpowiednią piramidę wiekową, musimy przyjąć ogromną liczbę imigrantów, co jest fizycznie niemal niemożliwe – wskazuje Devictor.

Z powodu bardzo niskiej dzietności (1,25-1,3 dziecka na kobietę) oraz masowej emigracji młodych osób, Polacy należą do najszybciej starzejących się społeczeństw na świecie. Równocześnie, dzięki wydłużeniu przeciętnego okresu życia, w latach 1989–2013 silnie wzrosła liczba emerytów. Jak wynika z danych GUS, u progu transformacji świadczenia emerytalne pobierało ok. 6,8 mln osób, obecnie jest ich ponad 2 mln więcej. Niekorzystne trendy demograficzne sprawiają, że coraz większym obciążeniem dla finansów publicznych stają się przywileje emerytalne, które skracając okres pracy, wydłużając okres pobierania świadczeń.

Rozwiązaniem może być wydłużenie czasu pracy, zatrzymanie Polaków dłużej w pracy oraz stworzenie takich warunków dla kobiet, które pozwolą im łączyć życie prywatne i zawodowe. W ten sposób nie będą musiały wybierać między pracą a dziećmi. Potrzebne jest również stworzenie warunków w społeczeństwie do zdrowszego, lepszego życia. Widzę, że niektóre rzeczy w tym zakresie zostały zrobione, ale jest jeszcze wiele innych, które wymagają poprawy –  uważa przedstawiciel Banku Światowego. – Dwóm krajom w Unii udało się utrzymać wskaźnik urodzeń na poziomie dwojga dzieci na kobietę. Są to Francja oraz Szwecja. To dwa różne kraje, z różną kulturą oraz różnymi systemami polityki socjalnej. Myślę, że Polska musi znaleźć własną drogę radzenia sobie ze swoimi problemami.

Wysokie średnie tempo wzrostu gospodarczego w latach 1989–2013 pozwoliło zwiększyć polski PKB blisko dwukrotnie. Oznacza to, że w 2013 r. polska gospodarka wytworzyła dwa razy więcej dóbr i usług, wycenionych według stałych cen. Przeciętny wzrost dobrobytu był prawdopodobnie jeszcze wyższy, ponieważ dzięki umocnieniu i urynkowieniu kursu złotego znacznie potaniały towary z importu. Ponadto miara w postaci PKB nie obejmuje pewnych nierynkowych dóbr i usług, które mają wpływ na poziom życia, jak np. stan środowiska naturalnego.

Polska jest krajem, który ma najwyższe tempo wzrostu w Unii Europejskiej przez ostatnie 25 lat oraz przez ostatnie 10 lat, utrzymujące się na poziomie ok. 4 proc., co jest bardzo dobrym wynikiem, nawet w skali globalnej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Xavier Devictor.

Filarem transformacji gospodarczej w Polsce, obok prywatyzacji i makroekonomicznej stabilizacji, było powiększanie otwartości gospodarki – zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Sprzyjały temu pozostałe nie tylko reformy, lecz także postępująca integracja z UE. Układ stowarzyszeniowy, a następnie wejście do UE w 2004 r. otworzyły przed polskimi przedsiębiorcami nowe rynki. W efekcie eksport w 2013 r. był osiem razy wyższy niż w 1990 r., a import – 9,5 razy wyższy – wynika z danych GUS.

Wymiana z gospodarką światową silnie rosła także w sferze bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Do 2013 r. zagraniczni inwestorzy ulokowali nad Wisłą kapitał o wartości 45 proc. polskiego PKB. Wartość BIZ polskich firm do 2006 r. miała znikomą wartość, po czym eksport polskiego kapitału w formie BIZ przyspieszył i w 2013 r. jego całkowita skumulowana wartość wyniosła 10 proc. PKB Polski.

Pirackie serwisy zarabiają 50 mln zł rocznie na reklamach. Branża internetowa apeluje o wycofanie tych reklam

Związek Pracodawców Branży Internetowej rozpoczyna kampanię zniechęcającą firmy do zamieszczania swoich reklam na pirackich stronach internetowych. Inicjatywa pod patronatem resortów kultury oraz administracji i cyfryzacji zostanie ogłoszona na rozpoczynającym się dziś Forum IAB 2014. Łamiące prawo serwisy zarabiają na reklamach rocznie nawet 50 mln zł. Większość serwisów nielegalnie dystrybuujących treści w internecie jest zarejestrowana poza Polską.

Na reklamy na serwisach pirackich wydaje się 50 mln złotych w skali roku. To serwisy, które zarabiają pieniądze właśnie w ten sposób, że emitują reklamy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Schmidt, prezes zarządu Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska. – Bardzo dużo firm wyraża zainteresowanie, chcą przystąpić do tej inicjatywy i chcą podejmować konkretne działania, żeby z czasem doprowadzić do tego, żeby przynajmniej ograniczyć pieniądze, które wpływają do serwisów pirackich z tytułu emisji reklam.

Schmidt podkreśla, że większość serwisów nielegalnie dystrybuujących treści w internecie jest zarejestrowanych poza Polską. Dlatego wykupując na nich reklamy, firmy wyprowadzają pieniądze z polskiej gospodarki. Schmidt przyznaje, że skala zjawiska jest bardzo duża i zmiana nie będzie łatwa. Jednak duże zainteresowanie firm już na samym początku inicjatywy jest dobrym znakiem.

Dodaje, że nie chodzi tylko o serwisy z nielegalnie udostępnianymi filmami, lecz także o każdą formę łamania praw autorskich w sieci. Przypadków jest tak dużo, że według Schmidta zetknął się z nimi niemal każdy przedsiębiorca, a wielu mogło nawet mimowolnie uczestniczyć w tym zjawisku.

Nam bardzo zależy na tym, żeby firmy zrozumiały tę sytuację, co się z tymi pieniędzmi dzieje i w jaki sposób funkcjonuje rynek reklamy internetowej. Od tej świadomości wszystko się zaczyna. Jeżeli właściciele budżetów reklamowych zrozumieją, że wbrew temu, co mogą początkowo myśleć, niereklamowanie się w serwisach pirackich jest w ich najlepiej pojętym interesie, wtedy będziemy mieli bardzo duże poparcie – ocenia Schmidt.

Przyznaje, że polska kampania na pewno nie doprowadzi do wyeliminowania piractwa w sieci i nie wpłynie na zniknięcie reklam z łamiących prawo serwisów. Wynika to z tego, że rynek internetowy jest globalny i bardzo często serwisy te pozyskują reklamodawców i użytkowników z wielu krajów. Schmidt ma jednak nadzieję, że inicjatywa pozwoli na redukcję tego zjawiska. Dodaje, że skorzysta na tym gospodarka, bo pieniądze wycofane z pirackich serwisów będą mogły być inaczej reinwestowane w kraju przez polskie firmy.

Inicjatywa została objęta patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Zostanie ogłoszona na rozpoczynającym się dziś dwudniowym Forum IAB 2014.

To już jest ósma edycja największej, najbardziej inspirującej konferencji dotyczącej rynku internetowego, branży internetowej, ale i bardzo szeroko pojętej komunikacji internetowej. Gromadzimy blisko tysiąc osób. W tym roku po raz pierwszy postanowiliśmy się zmierzyć z bardzo trudnym tematem dotyczącym efektywnej sprzedaży z wykorzystaniem kanału internetowego. Wszystko odbywa się w tym roku pod hasłem „Lubisz to? Kup teraz” – tłumaczy Schmidt.

Kilka dni czekania na wizytę zamiast kilku miesięcy. Prywatne polisy ma tylko 700 tys. Polaków

CEO Magazyn Polska

Czas oczekiwania na wizytę u specjalisty w publicznej służbie zdrowia to kilka, a niekiedy nawet kilkanaście miesięcy. Jeszcze dłużej, bo co najmniej kilka lat, czekają pacjenci i branża ubezpieczeniowa na ustawę o dobrowolnych ubezpieczeniach zdrowotnych. Brak regulacji w tym zakresie hamuje rozwój rynku prywatnych ubezpieczeń, a przez to zmusza wiele osób do długiego czekania lub ponoszenia wysokich kosztów leczenia w prywatnej służbie zdrowia. Rocznie Polacy wydają na leczenie z własnej kieszeni 35 mld zł.

 – Sytuacja w publicznej służbie zdrowia jest coraz gorsza, a kolejki do lekarzy coraz dłuższe. Zgodnie z ostatnimi danymi opublikowanymi przez fundację Watch Health Care czekanie na kardiologa dziecięcego trwa pięć miesięcy, a na rezonans  sześć miesięcy. To powinno być impulsem do tego, żeby Polacy byli zainteresowani ubezpieczeniami zdrowotnymi – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksandra Polakowska-Szymańska, dyrektor departamentu ubezpieczeń grupowych w AXA Życie.
 
Tym bardziej że rocznie Polacy wydają na prywatne leczenie (w tym również leki) ponad 35 mld zł. 

–  Wydajemy na zdrowie z własnej kieszeni, a mimo wszystko realnego zainteresowania [ubezpieczeniami zdrowotnymi – red.] nie widać. Jeżeli pytamy Polaków, czy są takimi produktami zainteresowani, odpowiadają, że tak. Natomiast z danych o rozwoju rynku ubezpieczeń zdrowotnych wynika, że tak naprawdę ten rynek stoi w miejscu. Z roku na rok dynamika jest kilkuprocentowa, czyli niewielka, zważywszy na to, że rynek cały czas jest młody i nieduży – uważa Aleksandra Polakowska-Szymańska.

Jedynie 700 tys. osób wykupiło produkty związane z dobrowolnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi. Nie ma dokładnych szacunków liczby klientów, ponieważ nie ma też ustawowej definicji ubezpieczenia zdrowotnego. Brak regulacji jest właśnie główną barierą rozwoju tego rynku, jak również brak jasno zdefiniowanego koszyka świadczeń, jaki przysługuje ze strony NFZ. Ponadto pacjenci korzystający z NFZ nie wiedzą przed pójściem do lekarza, w jakim terminie zostaną przyjęci do specjalisty.

Na pewno barier jest wiele. Jedną z nich jest nie do końca jasna i przejrzysta sytuacja w NFZ i to, jak ubezpieczenie zdrowotne mają się komponować z całością leczenia, czyli z NFZ. A także jakie miejsce na tym rynku zajmują firmy abonamentowe. To jest też coś nowego w stosunku do tego, co obserwujemy na rynkach zachodnich – twierdzi dyrektor w AXA Życie.

Postulat rozwoju rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych nie oznacza, że zastąpią one publiczne ubezpieczenia NFZ. Branża apeluje o precyzyjne uregulowanie obu sfer, dzięki czemu prywatne polisy staną się produktem uzupełniającym, obejmującym mało prawdopodobne, ale często bardzo kosztowne zabiegi szpitalne czy ambulatoryjne. Słabo rozwinięty rynek prywatnych polis sprawia, że wielu pacjentów może ryzykować życie lub zdrowie z powodu czasu oczekiwania na wizytę w publicznej służbie zdrowia lub też jest zmuszonych ponosić ogromne koszty leczenia.

Ubezpieczenia zdrowotne zapewniają węższy zakres świadczeń. Najczęściej ograniczają się do świadczeń ambulatoryjnych bądź do świadczeń szpitalnych, ale w ograniczonym zakresie. To, co mogą zdecydowanie nam dać, to czas dostępu. W ubezpieczeniach zdrowotnych mamy gwarancję dostępu do specjalisty w ciągu trzech czy pięciu dni roboczych, bo takie są standardy rynkowe. Natomiast w NFZ czekamy na specjalistów często miesiącami. I to jest ta przewaga i powód, dla którego ubezpieczenia zdrowotne są i powinny być kupowane –  uważa Polakowska-Szymańska

Przeciwnicy prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych argumentują, że jest to rynek ograniczony do stosunkowo młodych i zdrowych osób. Z tego względu w wielu krajach istnieją finansowane ze środków publicznych programy ubezpieczeniowe dla osób starszych, jak np. Medicare w Stanach Zjednoczonych. Dzięki temu rynek polis może rozwijać się wśród osób w wieku produkcyjnym i jednocześnie nie ma ryzyka, że ciężko chorzy seniorzy pozostaną bez opieki zdrowotnej.

I tak wiek ubezpieczania osób w grupie się wydłużył, bo najczęściej ubezpieczamy osoby do 69. roku życia, gdzie jeszcze kilka lat temu to był mniej więcej 60. rok życia. Ubezpieczenia indywidualne często też mają limit wieku, natomiast tu każdy płaci składkę adekwatną do swojego ryzyka. W związku z tym osoby z grupy wiekowej 60+, nawet jeżeli jest dla nich oferta, to jest ona bardzo droga. Dla nich często dużą barierą jest zapłacenie kilkuset złotych miesięcznie za takie ubezpieczenie, szczególnie że w ich głowach dominuje przekonanie, że to będzie podwójne płacenie za to, co już opłacili w swoim życiu na NFZ – wskazuje dyrektor w AXA Życie.

Starzenie się społeczeństwa sprawia, że firmy ubezpieczeniowe muszą dostosowywać swoją ofertę, by utrzymać pozycję na rynku. Zaczynają pojawiać się pierwsze produkty i usługi, które są adresowane do osób w wieku 60+.

Mamy ofertę wprowadzoną ostatnio przez nas we współpracy z Providentem, to jest pakiet medyczny adresowany do osób, które ukończyły 60. rok życia, w którym zapewniamy świadczenia medyczne typu wizyta lekarza specjalisty, rehabilitacja, dowóz leków, pokrycie kosztów za leki czy zasiłek szpitalny za każdy dzień pobytu w szpitalu. To jest oferta adresowana tylko do tej grupy wiekowej – mówi Aleksandra Polakowska-Szymańska.

Prawdopodobnie nie będzie to łatwy rynek dla ubezpieczycieli, ponieważ wiele starszych osób jest przyzwyczajonych do państwowego monopolu w ochronie zdrowia i ubezpieczeniach zdrowotnych. Dlatego według branży ustawa o dobrowolnych ubezpieczeniach zdrowotnych powinna zawierać rozwiązania, które będą zachęcały Polaków do kupowania polis. Firmy ubezpieczeniowe deklarują gotowość do współpracy przy tworzeniu ustawy, ale czekają na inicjatywę ze strony rządu. 

Musimy rozpocząć akcję budowania świadomości wśród potencjalnych klientów, żeby przekonać ich do czegoś, co jeszcze niedawno na rynku nie istniało. I zdecydowanie bodźcem do tego, co jest oczekiwane w ustawie o ubezpieczeniach zdrowotnych, byłaby ulga podatkowa – uważa Polakowska-Szymańska. – Polska Izba Ubezpieczeń, która reprezentuje rynek ubezpieczeń zdrowotnych, jest w stałym kontakcie z Ministerstwem Zdrowia i czekamy na sygnał, żeby powrócić do dyskusji, żeby przygotować ustawę, która zaspokoi interesy wszystkich zainteresowanych stron.

Polscy fałszerze banknotów odchodzą od fałszowania złotówek na rzecz euro

0

CEO Magazyn Polska

Według statystyk policji na każde 50 tys. banknotów w obiegu jeden jest podrobiony, choć eksperci podkreślają, że w rzeczywistości może być ich nawet 2-3 razy więcej. Polskie banknoty, które są w obiegu od 1994 roku, są trudne do podrobienia, a mimo to od kwietnia Narodowy Bank Polski wprowadza do obiegu nowe, jeszcze lepiej zabezpieczone przed fałszerzami, banknoty. Dane pokazują też, że przestępcy coraz częściej wolą podrabiać euro, ponieważ ryzyko jest podobne, a zyski z procederu czterokrotnie wyższe. 

Policyjne statystki mówią, że fałszywy jest mniej więcej jeden na 50 tys. banknotów w obiegu. Nie wszystkie fałszywki są wykrywane od razu, a część to są straty kasjerek, które nie przyznają się kierownikowi, czyli tych pieniędzy jest dwu-, trzykrotnie więcej, niż podają statystyki policyjne. Z drugiej strony, Europejski Bank Centralny wykrywa 400-500 tys. fałszywych banknotów na pół roku, czyli odsetek jest stosunkowo nieduży – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sylwester Salach, prezes zarządu DCB SA, ekspert w dziedzinie wykrywania fałszywych banknotów, monet i dokumentów.

Coraz częściej fałszerze rezygnują z podrabiania polskich nominałów, wybierają europejską walutę.

W Polsce można zaobserwować odejście od fałszowania złotówek na rzecz euro, ponieważ to sama praca, a zysk czterokrotnie większy. Sporo grup przestępczych przestawiło się na fałszowanie banknotów euro – mówi ekspert.

Fałszywe banknoty mogą trafić teoretycznie wszędzie – zarówno do kas w sklepach spożywczych, na stacjach benzynowych, jak i do urzędów. 

Największe fałszowanie jest tam, gdzie jest trudno rozpoznawać banknoty, czyli tam, gdzie ciemno, późno, szybko lub na granicy. To są miejsca, gdzie najczęściej mamy do czynienia z fałszowanymi banknotami. Również w pobliżu miejsc, gdzie istnieją drukarnie fałszywych banknotów i przestępcom najłatwiej jest je tam rozprowadzać – uważa Salach.

Choć istniejące w obiegu polskie banknoty są uważane za dobrze zabezpieczone, to NBP postanowił zyskać przewagę w wyścigu technologicznym z fałszerzami. Od kwietnia 2014 r. bank centralny wypuszcza do obiegu zmodernizowane banknoty o nominałach 10, 20, 50 i 100 złotych. Motywy graficzne pozostały takie same, ale zmieniły się zabezpieczenia. Jednym z nich jest biały niezadrukowany pasek, który zawiera znak wodny, a także pozwala profesjonalistom lepiej oceniać stopień zużycia danego banknotu. Banknoty ze starymi zabezpieczeniami pozostaną obowiązującym środkiem płatniczym do momentu ich zużycia. Na razie bez zmian pozostanie banknot o nominale 200 zł.

Polskie złotówki w 1994 roku były jedną z trzech najlepiej zabezpieczonych walut świata. Do tej pory są one dosyć dobrze zabezpieczone, z tym że mają już wiele lat. W związku z tym NBP wprowadza nową emisję, nowe banknoty, z nowymi zabezpieczeniami, łatwiejsze do rozpoznawania dla kasjerów metodą na oko, czyli bez urządzeń weryfikujących – ocenia prezes DCB SA.

Równie poważne ryzyko dla przedsiębiorców wiąże się także z fałszywymi dokumentami, zwłaszcza gdy są one następnie przekazywane bankom w celu realizacji płatności na rzecz dostawcy.

To są na przykład dokumenty frachtowe, duże zamówienia, gdzie na podstawie kilku sfałszowanych dokumentów wyjeżdża kilka samochodów towaru z fabryki i nie wiemy, gdzie one są i do kogo trafiły – mówi Salach.

Swobodny przepływ osób, towarów, usług i kapitału w Unii Europejskiej wymaga ścisłej współpracy państw członkowskich w celu walki z fałszowaniem pieniędzy lub dokumentów. W ostatnich latach obserwuje się wzrost liczby podrobionych banknotów euro, na co zwróciła już uwagę Komisja Europejska, zalecając państwom zaostrzenie odpowiednich przepisów karnych. Falsyfikaty są badane w bankach centralnych państw strefy euro oraz w Centrum Analiz Fałszerstw przy Europejskim Banku Centralnym. W walce z fałszerzami EBC jest wspierany przez Europol (Europejskie Biuro Policji) oraz Interpol (Międzynarodową Organizację Policji Kryminalnej).

Najważniejsza jest jednak prewencja, dlatego EBC wnikliwie śledzi rozwój technik druku i reprodukcji, a następnie gromadzi odpowiednie dane techniczne i statystyczne dotyczące fałszywych banknotów. To jednak nie zawsze wystarcza, by szybko wykryć falsyfikaty w obiegu, jeśli pracownicy nie sprawdzają bądź nie potrafią zweryfikować otrzymywanych pieniędzy.

Ważna jest prewencja, czyli przygotowanie pracowników do tego, żeby umieli odróżnić oryginał od fałszerstwa: podrabianie podpisów, podrabianie technik drukarskich, rodzaje papierów, zabezpieczeń. W dokumentach i banknotach są one bardzo podobne, w związku z czym nawet na jednym szkoleniu można się tego nauczyć, na to potrzeba ok. 4-6 godzin – uważa Sylwester Salach.

Choć skutki oszustw fałszerzy mogą być dla firm bardzo dotkliwe, to rzadko kiedy przedsiębiorcy decydują się na szkolenia.

Jest medycyna pracy, jest szkolenie BHP, a obowiązku szkolenia z rozpoznawania fałszywych banknotów nie ma, a moim zdaniem powinno być. To jest pierwszy obowiązek pracodawcy, który dopuszcza kasjera do pracy, żeby z tego był przeszkolony – uważa prezes DCB SA.

W rezultacie firmy narażają się nie tylko na straty finansowe, lecz także wizerunkowe, bo każda próba posłużenia się fałszywym banknotem jest przestępstwem. Po konfiskacie falsyfikatów przez organy ścigania przyłapanej osobie nie przysługuje prawo do otrzymania zwrotu pieniędzy.

40 mln zł na szkolenia dla pracowników 45+. W kolejnych latach środki w Krajowym Funduszu Szkoleniowym wzrosną pięciokrotnie

CEO Magazyn Polska

Krajowy Fundusz Szkoleniowy wspomoże podnoszenie kwalifikacji zawodowych w najmniej mobilnej obecnie grupie na rynku pracy, czyli wśród osób powyżej 45. roku życia. Środki na finansowanie szkoleń dla pracowników będą pochodziły z Funduszu Pracy. W tym roku na ten cel zostanie przeznaczonych 40 mln zł, natomiast w przyszłych latach ma to być 200 mln zł rocznie. Środki będą przydzielane po przeanalizowaniu wniosku od pracodawcy, ale zgodnie z zasadą kto pierwszy, ten lepszy. 

Krajowy Fundusz Szkoleniowy, który finansuje szkolenia dla pracowników, to nowy instrument, który wprowadza znowelizowana ustawa o promocji zatrudnienia i instytucji rynku pracy. 

Przez najbliższe lata będzie przeznaczony dla pracowników starszych, powyżej 45. roku życia. Ta grupa zawodowa jest najmniej mobilna na rynku pracy, więc ustawodawca zdecydował, żeby ją wesprzeć w pierwszej kolejności. O środki z funduszu mogą ubiegać się pracodawcy – jeśli wniosek złożony do starosty zostanie pozytywnie rozpatrzony, zawierają umowę ze starostą – mówi agencji Newseria Biznes dr Izabela Szczygielska, specjalista prawa pracy z kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr. 

Pracodawca rocznie na szkolenia pracownika będzie mógł przeznaczyć 300 procent przeciętnego wynagrodzenia. W zależności od wielkości przedsiębiorstwa, mogą one liczyć na dofinansowanie w wysokości 80 procent poniesionych kosztów, a w przypadku najmniejszych przedsiębiorstw – nawet całkowite pokrycie wydatków na szkolenia.

Na Krajowy Fundusz Szkoleniowy ma być przeznaczonych 2 proc. środków z Funduszu Pracy. Jak zaznacza Szczygielska, to duże pieniądze, jednak na początku skorzystają z nich najstarsi, dopiero później szansę dostaną pozostali pracownicy, bez względu na wiek.

Miejmy nadzieję, że będzie to skuteczny środek aktywizacji zawodowej pracowników i umożliwi dostosowanie ich kwalifikacji do potrzeb rynku pracy. Środki z funduszu mają być przeznaczone nie tylko na samo sfinansowanie szkolenia, lecz także na kwestie związane z ubezpieczeniem pracowników, którzy korzystają ze szkoleń, organizowanie egzaminów, wydawanie certyfikatów czy na badanie zapotrzebowania na określone typy szkoleń – zaznacza Szczygielska.

Część wydatków ma pochłonąć promocja funduszu i działania informacyjne dla pracodawców, którzy będą chcieli z niego skorzystać. Jak podkreśla Izabela Szczygielska, przepisy w żaden sposób nie regulują, czy środki będą przeznaczone wyłącznie dla tych, którzy już pozostają w stosunku pracy, czy też tych, którzy dopiero mają go nawiązać. Pracodawca w składanym wniosku sam określa liczbę osób, które mają być przekwalifikowane lub przeszkolone, musi również oszacować koszty. W dużej mierze kwota, jaką pracodawca uzyska, zależy od niego samego i przygotowanego przez niego wniosku i uzasadnienia. 

Środki przydzielane są z funduszu zgodnie z kolejnością wpływania wniosków. Kto pierwszy, ten lepszy, warto więc się zorganizować i w miarę szybko taki wniosek skompletować i złożyć, najlepiej niezwłocznie. Nie ma tu konkretnych terminów ustawowych. Jest tylko jeden określony termin – 31 października każdego roku starosta powinien informować ministra o tym, czy środki uda się w pełni wykorzystać – mówi Szczygielska.

Środki finansowe zostaną podzielone w zależności od liczby miejsc pracy w danym województwie.

Tematyka szkoleń, które odbędą pracownicy, nie jest odgórnie narzucona i decyduje o niej sam pracodawca.

Trzeba zwrócić uwagę na to, że wniosek pracodawcy musi zawierać uzasadnienie. Powinno z niego wynikać, że szkolenie, które odbędą pracownicy, będzie miało pozytywny wpływ na możliwość ich dalszego zatrudnienia – podkreśla Izabela Szczygielska.

Polska liderem rynku private equity w regionie. Potencjał wzrostu wciąż ogromny

CEO Magazyn Polska

Na Polskę przypadła niemal połowa wszystkich inwestycji private equity w 2012 r. w regionie Europie Środkowo-Wschodniej. To zasługa szybko rosnącej gospodarki, dobrze rozwiniętego rynku kapitałowego oraz nowoczesnego sektora bankowego. Inwestorzy cenią również kulturę przedsiębiorczości i wysokie kompetencje polskich menedżerów. Rynek private equity pozostaje jednak wciąż mały w porównaniu z rynkiem Wielkiej Brytanii czy Szwecji.

Polski rynek dla funduszy private equity to jest jeden z najbardziej atrakcyjnych rynków. W tej chwili można powiedzieć śmiało, że Polska jest numerem jeden w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika to z wielu aspektów, które charakteryzują Polskę, czyli dobrej infrastruktury, ciekawych branż, możliwości konsolidacji, jak i dużej przedsiębiorczości naszych właścicieli firm – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Wiza, dyrektor w dziale audytu, szef zespołu Private Equity w KPMG w Polsce.

Fundusze private equity (PE) inwestują swoje środki w udziały firm prywatnych, które nie są notowane na giełdzie, i uczestniczą w rozwoju danej firmy.

W ostatnich 10 latach PKB krajów tzw. starej UE wzrósł jedynie o 20 proc., podczas gdy w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE) – aż o 80 proc. Polska jest centrum regionu CEE, ponieważ przypada na nią 35 proc. PKB całego regionu i 32 proc. udziału w liczbie ludności. Na tym tle ma dobrze rozwinięty rynek private equity, gdyż w 2012 r. skupił on 46 proc. wszystkich transakcji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Wartość inwestycji private equity w stosunku do PKB jest najwyższa w całym regionie. Jest ona na podobnym poziomie, jak w Czechach czy na Słowacji, natomiast są to zdecydowanie mniejsze kraje, więc wartościowo jest ogromna różnica. Trzeba podkreślić, że jeśli chodzi o kraje Unii Europejskiej typu Szwecja, Wielka Brytania czy Niemcy, to przed nami jeszcze daleka droga. Ta proporcja, czyli mniej więcej 0,13 proc. PKB, jaka jest inwestowana w Polsce, powinna być czterokrotnie wyższa, żebyśmy mówili o podobnym poziomie, jak w tych krajach Unii Europejskiej – uważa Rafał Wiza.

To oznacza jednak, że polski rynek PE ma ogromny potencjał wzrostu. Sprzyjają temu czynniki makroekonomiczne oraz instytucjonalne. Optymistycznie przyszłość PE w Polsce widzą również ankietowane przez KPMG fundusze działające na krajowym rynku. 86 proc. z nich nie dostrzega problemów z pozyskiwaniem finansowania za pomocą zaciągania długu. Z kolei 65 proc. spodziewa się, że w najbliższym czasie wzrośnie liczba atrakcyjnych możliwości przejęć na polskim rynku.

– W drugiej połowa roku 2014 i 2015 oczekujemy, że będzie zdecydowanie większa liczba atrakcyjnych spółek do przejęcia, jak i nastąpi intensyfikacja działań sprzedażowych spółek, które już są w portfelach funduszy private equity – prognozuje dyrektor w KPMG.

Czynnikiem przyciągającym kapitał na rynek private equity może być również relatywnie wysoki wzrost przychodów firm. Według wyliczeń KPMG, mediana średniorocznych wzrostów przychodów spółek portfelowych w czasie inwestycji wyniosła 14 proc. To o 3 pkt proc. więcej niż mediana średniorocznych wzrostów przychodów największych polskich spółek w latach 2004-2013, znajdujących się na Liście 2000 dziennika „Rzeczpospolita”.

Fundusze inwestują w spółki, które charakteryzują się dużym potencjałem wzrostu. W ostatnich latach 2004-2013 fundusze inwestowały głównie w spółki z sektora przemysłowego oraz w medycynę, farmację czy też usługi dla biznesu. Ogólnie w tym okresie inwestycje portfelowe zakończone exitem [wyjściem funduszu z inwestycji red.] przez fundusze przyniosły medianę zwrotu na poziomie około 2,8, czyli bardzo wysoki zwrot. Patrząc na wszystkie transakcje, które miały miejsce w okresie ostatnich 10 lat, ta wartość jest jeszcze wyższa, nawet wyższa niż 3 – mówi Wiza.

W badanym okresie (2004-2013) fundusze PE osiągnęły najwyższe zwroty z inwestycji w spółki finansowe. Inwestycje w sektor finansowy charakteryzowały się jednak dłuższym średnim okresem trwania (7 lat), w porównaniu z średnim okresem wszystkich zakończonych inwestycji (4 lata).

Obok poszukiwania nowych okazji do przejęć część funduszy PE może w najbliższym czasie sprzedawać spółki ze swoich portfeli. Według ankiety KPMG 65 proc. funduszy uważa średni poziom wyceny polskich spółek za wysoki w porównaniu z Europą Zachodnią.

W tej chwili najbardziej prawdopodobną ścieżką wyjścia z inwestycji jest sprzedaż do gracza strategicznego, i to gracza strategicznego spoza regionu CEE. Mniej prawdopodobny będzie pewnie gracz strategiczny z CEE – przewiduje dyrektor w KPMG.

Ankietowane fundusze PE jako drugi najbardziej prawdopodobny sposób wyjścia z inwestycji wskazały sprzedaż na rzecz innego funduszu. Na dalszym miejscu znalazła się pierwsza oferta publiczna (IPO), co może mieć związek z ostatnimi zmianami dotyczącymi OFE.

Raport firmy doradczej KPMG „Rynek Private Equity w Polsce: fakty a opinie” został oparty na analizie blisko 180 inwestycji w spółki portfelowe na przestrzeni ostatnich 10 lat. Autorzy raportu przeprowadzili również badanie ankietowe wśród 21 funduszy private equity działających w Polsce.

Sukces polskiej transformacji. PKB jest dwa razy większy niż 25 lat temu

CEO Magazyn Polska

W 1991 r. wystarczyło 2 tys. dolarów, by pokryć wszystkie transakcje na warszawskiej giełdzie. Taki był dzienny obrót w czasie pierwszej sesji giełdowej po upadku komunizmu. Dziś GPW jest największym parkietem w regionie i przyciąga wielu inwestorów i emitentów. 25 lat temu ogromne niedobory kapitału uwidaczniały się także poprzez fatalny stan dróg, kolei i mieszkań. Urynkowienie gospodarki oraz wejście do UE przyczyniło się jednak do dużego postępu – dzisiaj PKB Polski jest ponad dwa razy wyższy niż w 1989 r.

Wszystkie z filarów polskiej transformacji – liberalizacja gospodarki, prywatyzacja oraz stabilizacja makroekonomiczna – sprzyjały rozwojowi rynku kapitałowego, który jest nie tylko symbolem czy ozdobą gospodarki rynkowej, lecz także bardzo ważną jej częścią. W latach 90. Polska włączyła się w kolejną fazę globalizacji, która charakteryzowała się m.in. ogromnym wzrostem międzynarodowych przepływów finansowych. Według ekspertów firmy doradczej McKinsey & Co. w 1980 r. ich wartość wyniosła około 470 mld USD, a w 2007 r. – astronomiczne 120 bln USD. 

Początki rynku kapitałowego w III RP były jednak bardzo skromne. Brakowało prywatnego kapitału, wiedzy na temat rynków finansowych i prowadzenia obrotu giełdowego, wypracowanych dobrych praktyk i regulacji itp. Zenon Komar był jedną z osób, dzięki której udało się uruchomić handel w 1991 r. 

Dołożyłem swoją cegiełkę do budowy rynku kapitałowego i mam sporo satysfakcji, choć w ostatnich lat rynek dotknęła stagnacja. Początki były bardzo skromne. Począwszy od tego, że w ogóle nie było giełdy, kiedy uczyłem pierwszych maklerów i doradców inwestycyjnych. Mówię o latach 1990-1991. Czekałem na te pierwsze notowania i zapisywałem sobie w arkuszu – wspomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zenon Komar, doradca i bankier inwestycyjny.

Potem w 1993 r. tłumy inwestorów, skuszonych przez hossę, uczyło się z jego książki „Sztuka spekulacji”. Ważną lekcją dla nich była także pierwsza poważna bessa, która zaskoczyła rynek rok później. Dzisiaj polska giełda jest liderem w regionie Europy Środkowej i ma ambicję, by stworzyć wraz wiedeńską giełdą CEESEG silną konkurencję dla dużych europejskich parkietów.

W 1991 r. polski rynek był tak mały, że dla zagranicznych inwestorów praktycznie nie istniał.

Pierwsze notowania i cały wolumen wszystkich transakcji to było 2 tys. dolarów – tyle transakcji wykonano. Pytanie moich studentów: Kiedy Pan ściągnie fundusze inwestycyjne z Ameryki, było śmieszne o tyle, że 2 tys. można było wyjąć z kieszeni i każdy z moich pytających mógłby obstawić cały obrót. Ale już pod koniec tego samego roku, kiedy giełda powstała, już doszliśmy do 400 tys. dolarów. Ten obrót rósł i kilka lat później zaczęliśmy dorównywać giełdzie w Turcji – mówi Zenon Komar.

Jak podkreśla, efekty 25 lat transformacji są satysfakcjonujące.

Chyba w 1990 roku miałem półgodzinny wywiad z Ireną Dziedzic i prognozowałem, jakie to szczęście nas tu wszystkich spotka. Muszę powiedzieć, że większość z tych rzeczy się sprawdziła, aczkolwiek nie wszystkie. Oczywiście w sensie socjalnym jest trochę zaniedbań, ale ogólnie wyszło bardzo pozytywnie – ocenia doradca i bankier inwestycyjny.

Komar przewidywał wtedy, że wprowadzenie gospodarki rynkowej pozwoli uwolnić ogromny potencjał, jaki drzemie w polskim społeczeństwie – zwłaszcza pracowitość i zaradność. Potwierdziły to już pierwsze lata transformacji, kiedy dzięki tzw. ustawie Wilczka pojawiło się około 2 mln nowych przedsiębiorstw, co znacznie przebiło prognozy Leszka Balcerowicza i jego doradców. 

Rozwój prywatnej przedsiębiorczości następował w sytuacji ogromnego ryzyka związanego z dramatyczną sytuacją finansową państwa. Pod koniec 1989 r. rezerwy walutowe Narodowego Banku Polskiego stanowiły około 1,6 mld USD, a deficyt budżetowy w wysokości 3 proc. PKB musiał być pokryty dodatkową emisją pieniądza przez NBP. To była jeden z przyczyn wybuchu hiperinflacji, dlatego plan Balcerowicza zakładał m.in. bilansowanie budżetu oraz zaprzestanie finansowania deficytu przez bank centralny.

W 1990 r. i 1991 r. PKB Polski kurczył się o blisko 7 proc., by w 1992 r. wzrosnąć o 2 proc. Lata 1993-2000 to okres dynamicznego wzrostu, tworzonego zwłaszcza w sektorze prywatnym. Nie był on jednak wystarczający, by doprowadzić do dużych, korzystnych zmian w takich obszarach, jak infrastruktura oraz niektóre usługi publiczne. Odziedziczony po PRL stan techniczny dróg, linii kolejowych oraz wielu mieszkań był tak zły, że w latach 90. gospodarka nie była w stanie zapewnić niezbędnych nakładów na ich poprawę. Polska – w przeciwieństwie do nowych krajów członkowskich UE, jak Hiszpania, Portugalia czy Grecja – nie mogła wtedy liczyć na fundusze europejskie. Również kapitał zagraniczny w początkowej fazie transformacji nie był chętny do inwestowania w Polsce, szczególnie w sferze infrastruktury publicznej i budownictwa.

Podczas wakacji w Hiszpanii w 1996 roku w każdym mieście widziałem żurawie, niesamowity boom budownictwa. I tak sobie pomyślałem, kiedyś będziemy widzieli rozwój budownictwa i dróg w Polsce. I dzisiaj widzimy, i budownictwo, i drogi. Oczywiście można powiedzieć, że ten boom w budownictwie nie wszystkim wyszedł na dobre, ale nowo oddawane drogi, autostrady i mosty na pewno służą Polakom  – wylicza Zenon Komar.

Boom budowlany w Hiszpanii czy Irlandii ostatecznie doprowadził do głębokiego załamania tamtejszych gospodarek. Szczególnie w iberyjskim państwie, na krótko metę umożliwił on poprawę wskaźników ekonomicznych i odłożenie reform na półkę, które w tym samym okresie wdrażała Polska. Pękniecie na rynku nieruchomości bańki, nadmuchanej tanim kredytem oraz rządowym wsparciem, odsłoniło ogromne marnotrawstwo kapitału i pracy w postaci niepotrzebnych lotnisk, dróg czy mieszkań. 

W Polsce boom na rynku nieruchomości był krótkotrwały i miał stosunkowo niewielkie rozmiary. Według części ekonomistów pomogła w tym zakresie dość konserwatywna polityka pieniężna NBP, przez co kredyt w Polsce nie był tak tani jak w strefie euro. Po drugie, napływ funduszy europejskich znacząco wzrósł dopiero w okresie silnego spowolnienia po 2008 r., co pomogło stabilizować polską gospodarkę.

SkyCash rozszerza zasięg nad morzem

Od czerwca za pomocą SkyCash można kupować bilety metropolitalne, obowiązujące na obszarze kilkunastu nadmorskich miejscowości nad Zatoką Gdańską. To kolejne udogodnienie dla wielu mieszkańców i turystów, którzy do tej pory używali już aplikacji SkyCash płacąc za przejazdy SKM w Trójmieście czy regulując należność za parkowanie.

Turyści oraz mieszkańcy trójmiejskiej metropolii zyskali możliwość kupowania biletów metropolitalnych przy użyciu aplikacji mobilnej SkyCash. Pozwalają one na korzystanie z dowolnych środków komunalnej komunikacji miejskiej na obszarze kilkunastu gmin, wchodzących w skład Metropolitalnego Związku Komunikacyjnego Zatoki Gdańskiej. To wygodny sposób na szybkie przemieszczanie się między takimi miejscowościami, jak Gdańsk, Gdynia, Sopot, Wejherowo, Kosakowo, Reda czy Rumia. Co istotne, bilety kupowane telefonem są tańsze niż te, które pasażerowie nabywają w tradycyjnych punktach sprzedaży. Użytkownicy SkyCash mogą też skasować pierwszy bilet za darmo.

Nowe bilety uzupełniają trójmiejską ofertę SkyCash, który od początku 2013 r. daje możliwość płacenia komórką za przejazdy pociągami SKM, przewożącymi rocznie ok. 35 mln pasażerów. W wielu miejscowościach można też używać aplikacji do płatności za parkowanie (Gdańsk, Gdynia, Sopot, Hel), kupowania biletów do kina czy wypłacania gotówki z bankomatów.

– Bilety metropolitalne to już kolejna usługa SkyCash dostępna w Trójmieście i jego okolicach – mówi Adam Krypel, przedstawiciel SkyCash Poland S.A. – Rozszerzoną ofertę z pewnością docenią turyści i bywalcy nadmorskich festiwali, którzy często mają problemy ze znalezieniem punktu sprzedaży. Nasza aplikacja zapewnia dostęp do biletów w każdym miejscu, 24 godziny na dobę – dodaje Krypel.

Żeby móc korzystać ze SkyCash, wystarczy posiadać telefon z dostępem do Internetu i zainstalować bezpłatną aplikację. Użytkownik może w każdej chwili podłączyć do niej kartę płatniczą MasterCard lub Visa, eliminując w ten sposób konieczność pamiętania o regularnym zasilaniu konta. SkyCash daje też możliwość zakupu w ramach jednej transakcji nawet kilkunastu biletów, jak również okazywania ich do kontroli w trybie offline, bez potrzeby łączenia się z Internetem.

Nowy Dyrektor Zarządzający w OpusCapita Sp. z o.o.

Od pierwszego czerwca br. Jarosław Tkaczyk pełni obowiązki Dyrektora Zarządzającego OpusCapita Sp. z o.o. Zastąpił na tym stanowisku Miikkę Savolainen, który przeniósł się do centrali spółki w Finlandii. Jarosław Tkaczyk będzie się skupiał na dalszym rozwoju OpusCapita w Polsce oraz na wzmacnianiu jej wizerunku w naszym kraju.

Jarosław Tkaczyk posiada blisko 20-letnie doświadczenie w zakresie księgowości i finansów, planowania i zarządzania zmianą oraz rozwoju przedsiębiorstw realizowanych w skali lokalnej i międzynarodowej. Swoją karierę zawodową rozwijał w Arthur Andersen, Exact Software, AMS (Grupa Agora). Był także wieloletnim członkiem zarządu i współwłaścicielem BusinessPoint S.A., lidera outsourcingu dokumentów transakcyjnych w Polsce. W 2008 roku firma Business Point S.A. została przejęta przez OpusCapita, a Tkaczyk był odpowiedzialny za projekty integracyjne z nowym inwestorem oraz rozwój portfela usług na rynku w Polsce. Następnie, pełnił funkcję Dyrektora Finansowego OpusCapita, a od 2010 roku był odpowiedzialny za budowanie i utrzymanie relacji z klientami jako Dyrektor Działu Client Services.

Jarosław Tkaczyk ma 42 lata. Jest absolwentem Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie oraz Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Posiada Certyfikat Księgowy Ministra Finansów. Ukończył program Management w ICAN Institute. Obecniej studiuje Executive MBA. Jarosław jest żonaty i ma trójkę dzieci. Swój wolny czas najchętniej spędza z rodziną, a dla relaksu lubi także prace w ogrodzie.

Edukacja finansowa i inwestowanie? Coraz częściej online

Internet jest najczęściej wykorzystywanym przez Polaków źródłem pozyskiwania informacji na tematy finansowe. I najbardziej wiarygodnym – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI.

Choć wydawałoby się, że w takiej dziedzinie jak finanse bezpośrednia relacja
z ekspertem jest najbardziej preferowaną drogą do pozyskiwania wiedzy, badanie pokazuje, że jedynie 35% respondentów wykorzystuje to źródło. Znacznie większy odsetek Polaków, aż 60%, informacje na tematy finansowe pozyskuje samodzielnie, poprzez strony internetowe instytucji finansowych. Co warte podkreślenia, strony te są uważane przez respondentów za równie wiarygodne jak samodzielnie dokonywane przez nich analizy danych rynkowych czy funduszy inwestycyjnych.

– W dzisiejszych czasach osoby pomnażające swój kapitał oczekują, że instytucja finansowa będzie nie tylko dostarczycielem wysokiej jakości rozwiązań finansowych, ale także partnerem w inwestycji – mówi Piotr Minkina, Dyrektor ds. Produktów Inwestycyjnych Union Investment TFI. – Firmy dbające o partnerskie relacje przygotowują dla inwestorów analizy rynkowe, komentarze ekspertów czy też materiały edukacyjne. Wszystko po to, by czuli się oni komfortowo. Taka transparentność buduje zaufanie, stąd duża wiarygodność stron instytucji finansowych i rosnące ich wykorzystanie w charakterze źródła informacji – dodaje.

Ważnym źródłem informacji na tematy finansowe są publikacje w Internecie (51%), artykuły prasowe (48%) oraz programy telewizyjne lub radiowe (44%). Badani wskazali również, że dość często (41%) korzystają z opinii znajomych, jednak nie jest to ich zdaniem wiarygodne źródło informacji o zagadnieniach związanych z finansami. Publikacje naukowe z dziedziny ekonomii i finansów cieszą się najmniejszą popularnością. Korzysta z nich jedynie 16% respondentów i co ciekawe – są uważane za najmniej wiarygodne.

Samodzielność, również w inwestycjach
Zakupy przez Internet z każdym rokiem cieszą się coraz większą popularnością klientów. Fakt ten nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę wygodę czy oszczędność czasu. Okazuje się, że Polacy coraz częściej dostrzegają zalety inwestowania za pośrednictwem sieci.

Badanie pokazuje, że już 72% badanych jest świadoma istnienia narzędzi online do kupowania jednostek funduszy inwestycyjnych i zarządzania nimi, choć dotąd jedynie 21% z nich korzysta lub korzystało.
– Platformy online pozwalające na zakup jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych stają się z każdym rokiem stają się coraz popularniejsze. Dodając do tego rosnącą samodzielność Polaków w wyszukiwaniu informacji finansowych

w Internecie sądzę, że wielkimi krokami zbliżamy się również do „rewolucji” w sposobie inwestowania i przejścia od okienka bankowego do Internetu – ocenia Michał Wojciechowski, z-ca Dyrektora Domu Maklerskiego BOŚ.
Badanie w formie ankiety internetowej zostało przeprowadzone na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych w marcu 2014 r. Wielkość próby: N=600, wiek: 20-65 lat.