Na wydzieleniu spółki PGNIG Obrót Detaliczny zyska też rynek hurtowy. Zwiększy się jego przejrzystość

CEO Magazyn Polska

Wydzielenie spółki PGNiG Obrót Detaliczny to ważny krok w restrukturyzacji gazowej spółki, który umożliwi zrealizowanie obliga gazowego. Tym samym przyczyni się do szybszej liberalizacji rynku gazowego. Ekspert Instytutu Sobieskiego ocenia, że dla hurtowego rynku surowca nowa spółka również będzie istotna, bo zwiększy jego przejrzystość. Odbiorcy indywidualni nie odczują jednak zmiany.

Dla rynku to oznacza tyle, że jest spółka przeznaczona do prowadzenia obrotu detalicznego, która będzie – podobnie jak inni dostawcy gazu – kupowała surowiec dla swoich klientów na rynku hurtowym, która będzie patrzyła na ceny tego gazu i próbowała go kupować optymalnie. Z drugiej strony będzie pewne porównanie kosztów działalności spółek podobnego rodzaju, czyli tak naprawdę będzie pewna większa przejrzystość rynku hurtowego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Wydzielenie ze struktur PGNiG spółki zajmującej się obrotem detalicznym umożliwiła piątkowa nowelizacja Prawa energetycznego. Zajdler ocenia, że uporządkuje to rynek, zwłaszcza w kontekście realizacji obliga gazowego. Od ubiegłego roku PGNiG jest zobowiązane sprzedawać część produkcji gazu na Towarowej Giełdzie Energii. Do tej pory brakowało jednak potencjalnych kupców, bo najwięksi odbiorcy są związani wieloletnimi kontraktami lub sami sprowadzają gaz.

Zajdler twierdzi, że ustawodawcy nie przewidzieli sytuacji, w której realizacja obliga gazowego nie będzie możliwa z powodu braku nabywców. Za niespełnienie wymogów PGNiG grożą wysokie kary, nawet do 4,8 mld zł. Nowo wydzielona spółka PGNiG Obrót Detaliczny pozwoli zrealizować obligo i uniknąć kary.

Temu też służyła sukcesja generalna. Do nowej spółki przeniesieni zostaną odbiorcy, którzy zużywają do 25 mln metrów sześciennych gazu rocznie. I ta spółka będzie dla nich stroną umowy o dostawy gazu ziemnego. Ten ruch był potrzebny z tego względu, żeby stworzyć stronę popytową rynku – tłumaczy Zajdler.

Dzięki mechanizmowi sukcesji generalnej konsumenci nie odczują różnicy, bo ich umowy zostaną automatycznie przejęte przez nową spółkę. Zapewni to ciągłość i jakość dostaw. Daje to również szansę klientom na wypowiedzenie umowy i znalezienie na rynku nowego dostawcy gazu.

Zajdler ocenia, że wydzielenie spółki zajmującej się obrotem detalicznym to ważny krok w wieloletniej strategii restrukturyzacji PGNiG. Największa gazowa spółka potrzebuje jednak według niego dalszych zmian, by ich dokonać, ważna jest ciągłość zarządzania.

Rzadko kiedy którykolwiek z prezesów utrzymał się dłużej niż 1,5-2 lata, a dla takiej spółki ciągłość jest potrzebna do tego, by dokonywać pewne procesy restrukturyzacyjne. Te działania, które są podejmowane dotychczas, można uznać za pozytywne. Jest to pierwszy etap restrukturyzacji tej spółki. Potrzebne jest zachowanie możliwości działania zarządu w na tyle długiej perspektywie czasu, żeby mógł zrealizować długofalową strategię rozwoju tej spółki – argumentuje Zajdler.

Klienci ZUS załatwią sprawy w placówkach Poczty Polskiej dzięki zusomatom

Klienci Poczty Polskiej będą mogli już nie tylko na miejscu, w okienku, uregulować należne składki ZUS, lecz także złożyć dokumenty oraz zasięgnąć informacji dotyczących ubezpieczeń społecznych. Nowe usługi będą dostępne dzięki zusomatom, czyli interaktywnym urządzeniom podłączonym do elektronicznego systemu informatycznego ZUS. Poczta Polska w porozumieniu z ZUS uruchomiła pilotażowy projekt w pięciu miastach, ale operator już teraz planuje zwiększenie liczby urządzeń.

Zusomat to urządzenie podłączone bezpośrednio do aplikacji informatycznych ZUS-u. Dzięki niemu klienta ma: możliwości składania dokumentów, korzystania z Płatnika, z wszystkich informacji, które są gromadzone na koncie. Zusomat służy również jako elektroniczne okienko ZUS-u, w którym można złożyć dokumenty i otrzymać potwierdzenie złożenia dokumentu. Jest to też miejsce, za pośrednictwem którego możemy skontaktować się z call center – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Śpiewak, członek zarządu ZUS.

Choć Platforma Usług Elektronicznych ZUS jest dostępna w internecie i oferuje szereg ułatwień dla ubezpieczonych, płatników i beneficjentów, to państwowa instytucja liczy, że zusomaty pozwolą dotrzeć do nowej grupy klientów, która nie korzysta jeszcze z elektronicznych usług ZUS-u. Podstawowa korzyść dla klientów to oszczędność czasu oraz możliwość uniknięcia ewentualnych opóźnień w rozliczeniach z Zakładem.

Obok pomocy w postaci telefonicznej obsługi, urządzenie zostało zaprojektowane również z myślą o osobach niepełnosprawnych.

Funkcje urządzenia są takie, że można tu podjechać wózkiem, jest drugi ekran, który ułatwia dostęp osobom niepełnosprawnym – wskazuje Śpiewak. – To na pewno ułatwienia obsługę i daje nam możliwość przyjmowania dokumentów do ostatniej chwili. Wszystkie osoby, które złożenie dokumentów zostawiły na ostatnią chwilę, mogą podejść do otwartej 24 godziny na dobę placówki urzędu pocztowego czy oddziału jednostki ZUS i złożyć te dokumenty. Mogą się w ten sposób dostać do swojego elektronicznego konta w ZUS i złożyć dokumenty czy też uzyskać zaświadczenie o niezaleganiu.

Pilotażowy projekt obejmie pięć placówek pocztowych – w Gdańsku, Opolu, Lublinie, Rzeszowie i Warszawie. Klienci Poczty Polskiej będą mieć całodobowy dostęp do zusomatów, podobnie jak w blisko 150 placówkach ZUS, gdzie działają już one od dwóch lat.

Chcieliśmy spróbować w placówkach, które są łatwiej dostępne, częściej odwiedzane przez naszych klientów. Bo każdy klient Poczty Polskiej jest również klientem ZUS, dlatego chcieliśmy je umieścić w takich miejscach, do których klienci mają łatwy dostęp, mogą wykonywać te czynności przy okazji wizyty w urzędzie pocztowym – wyjaśnia członek zarządu ZUS.

Poczta Polska zapowiada, że zusomaty będą pojawiały się stopniowo w kolejnych punktach. Operator chce w ten sposób poszerzać swoją ofertę o kolejne, komplementarne usługi.

To jest kolejna usługa, która będzie świadczona dla naszych klientów w placówkach Poczty Polskiej. Kolejna usługa, która jest bliska centrum ich interesów życiowych i będzie realizowana dzięki porozumieniu Poczty i ZUS. Zaczynamy od pięciu lokalizacji pilotażowo i będziemy to stopniowo rozwijać – twierdzi Ireneusz Piecuch, wiceprezes Poczty Polskiej.

Jak dotąd Poczta Polska obsługiwała przede wszystkim osoby pobierające świadczenia z ZUS. Nowa usługa będzie ułatwieniem przede wszystkim dla ubezpieczonych oraz płatników. Zyskają oni możliwość składania dowolnych dokumentów i wniosków w formie papierowej, które są wymagane przez państwową instytucję. Zusomaty będą wydawały potwierdzenie złożenia dokumentów.

Maszyny umożliwią również dostęp do Platformy Usług Elektronicznych, w ramach której działają takie serwisy internetowe, jak http://e-inspektorat.zus.pl/, http://www.mojaskladka.zus.pl/, http://mojaemerytura.zus.pl/. Dzięki temu klienci Poczty oraz ZUS będą mogli uzyskać potrzebne informacje o ubezpieczeniach, świadczeniach oraz płatnościach, a także rozliczyć składki.

Misją Poczty Polskiej jest dostarczanie maksymalnej liczby usług naszym klientom. Instalacja zusomatów jest ukłonem w stronę naszych klientów, którzy będą mogli na poczcie realizować również te elementy związane z obrotem z ZUS. To powinno ułatwić im komunikację z tym urzędem,  przez co poczta będzie naturalnym miejscem do realizowania tego typu czynności dla szerokiej bazy naszych klientów – uważa Ireneusz Piecuch.

S&P: Europa Środkowa będzie szybko rosnąć na tle reszty kontynentu

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-06-03 godz.10:44

Polska, Rumunia czy Węgry to przykłady krajów, gdzie ożywienie gospodarcze jest wyraźnie wyższe niż w Europie Zachodniej. Wzrost PKB  w Europie Środkowo-Wschodniej ma teraz bardziej stabilne fundamenty niż przed kryzysem, bo w mniejszym stopniu opiera się na kredycie i napływie zagranicznego kapitału. Dzięki temu cały region jest mało wrażliwy na wstrząsy, jakie wywołuje sytuacja polityczna na Wschodzie.

– Europa Środkowo-Wschodnia zostaje w pewnej izolacji od tych wydarzeń, z punktu widzenia percepcji inwestorskiej. Nie widzimy negatywnych trendów, które przekładałyby się bezpośrednio na wydarzenia w państwach regionu, a ich gospodarki w dalszym ciągu pokazują dobre parametry makroekonomiczne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

W pierwszym kwartale bieżącego roku PKB Polski urósł o 3,4 proc. w stosunku do pierwszego kwartału 2013 r. Nieco szybciej rosły gospodarki Rumunii i Węgier, gdzie ten wskaźnik zwiększył się odpowiednio o 3,8 proc. oraz 3,5 proc. W tym samym okresie PKB strefy euro zwiększył się zaledwie o 0,9 proc. W ostatnich latach większość państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej (poza Polską) doświadczyła głębokiego załamania gospodarczego. Ich rządy wykorzystały jednak ten czas do przeprowadzenia reform oraz ograniczenia deficytu w finansach publicznych, co zaczyna być doceniane przez agencje ratingowe.

Rumunia wróciła po sześciu latach do krajów z ratingiem inwestycyjnym, czyli ma rating BBB-, dzięki polityce konsolidacyjnej oraz dużemu oddłużeniu gospodarki, a także zmianie trajektorii rozwoju i wzrostu gospodarczego. Wzrost gospodarczy w Rumunii był przez kilka ostatnich lat napędzany przez zewnętrzne finansowanie, teraz nastąpiła zmiana w kierunku napędzania tego wzrostu przez eksport, przez lepszą absorpcję środków unijnych oraz dzięki ożywieniu popytu wewnętrznego gospodarki – wyjaśnia Petrykowski.

W momencie wybuchu światowego kryzysu finansowego rumuńska gospodarka miała ogromny deficyt w wymianie zewnętrznej. W styczniu 2008 r. saldo rachunku obrotów bieżących wyniosło -13,4 proc. PKB, co pokazuje znaczną zależność od napływu zagranicznego kapitału. W pierwszym miesiącu bieżącego roku ta nierównowaga została zredukowana do -1,1 proc. PKB. Podobny proces miał miejsce w Polsce: w tym samym okresie deficyt na rachunku obrotów bieżących spadł z -6,2 proc. PKB do -1,3 proc. PKB.

W obydwu gospodarkach ograniczeniu nierównowagi zewnętrznej sprzyjała poprawa bilansu handlowego, elastyczny kurs walutowy oraz polityka redukcji deficytu budżetowego. W tej ostatniej dziedzinie znacznie większy wysiłek podjął rząd w Bukareszcie, który obniżył lukę w finansach publicznych z -9 proc. PKB w 2010 r. do -0,9 proc. PKB na koniec 2013 r. W analogicznym okresie, polski rząd ograniczył deficyt z -7,9 proc. do -4,3 proc. PKB.

Choć z dzisiejszej perspektywy są to dane historyczne, to jednak pomagają inwestorom i przedsiębiorcom prognozować przyszłe trendy. Ustabilizowanie gospodarek ułatwia prognozowanie wzrostu PKB w przyszłości i zmniejsza ryzyko inwestycyjne, dlatego Europa Środkowo-Wschodnia wygląda atrakcyjnie na tle Rosji, Ukrainy, Turcji czy też bardziej odległych rynków rozwijających się, jak Brazylia czy Argentyna.

Widać poszukiwanie alternatywnych aktywów i poszukiwanie jakości w ramach rynków rozwijających się. W to dobrze wpisuje się to story dla Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie fundamenty gospodarcze są trwałe. Dla przykładu Rumunia od tego roku przez kolejne trzy lata będzie miała wzrost na poziomie 3 proc. PKB, Polska 2,7 proc., a wręcz niektórzy optymiści mówią o około 3 proc. To powoduje, że z punktu widzenia inwestorów, ta część Europy i Polska staje się atrakcyjnym aktywem –  tłumaczy dyrektor regionalny w S&P.

Po silnym spadku rentowności obligacji rządowych poprawiły się także warunki finansowania dla firm z regionu. W efekcie szybko rośnie liczba i wielkość planowanych emisji obligacji korporacyjnych na zagraniczne rynki.

Widzimy już rozwój tego trendu, jest w tej chwili w przygotowaniu kilka programów z Europy Środkowo-Wschodniej: ze Słowenii, z Rumunii, z Czech. W Polsce też słyszymy o tym, iż firmy oraz banki rozpoczynają działanie w tym kierunku. To rynek, który się będzie rozwijał – przewiduje Petrykowski.

Atrakcyjność rynku długu oraz emitentów z Europy Środkowo-Wschodniej może zwiększyć planowane przez EBC dalsze luzowanie polityki monetarnej. Inwestorzy obstawiają, że instytucja kierowana przez Mario Draghiego zdecyduje się uruchomić program skupu aktywów, co już teraz doprowadziło do spadku rentowności obligacji praktycznie w całej Europie. Sama ta operacja może mieć pozytywny wpływ na ocenę kredytową rządów, ale istnieje duża niepewność, co do jej skuteczności w pobudzaniu wzrostu gospodarczego i inflacji.

Jeżeli działania Europejskiego Banku Centralnego przełożyłyby się na to, że zostanie zahamowana deflacja i zostanie przywrócona zdrowa inflacja w gospodarkach europejskich, plus nastąpi tak zwana transmisja niskich stóp procentowych do sektora realnego, czyli do przedsiębiorstw, i to w efekcie przełoży się na wzrost gospodarczy – wtedy to może mieć pozytywny wpływ na nasze ratingi – uważa Marcin Petrykowski. 

Na razie agencja ratingowa S&P wstrzymuje się z oceną wpływu ewentualnego programu skupu aktywów na europejską gospodarkę. Już teraz wiadomo jednak, że pozytywny scenariusz mógłby ograniczyć skalę dalszych oszczędności budżetowych i podwyżek podatków w Europie. Jest to obecnie przedmiotem ożywionej debaty wśród ekonomistów. Część z nich postuluje, by przesunąć ciężar polityki gospodarczej w kierunku pobudzania wzrostu, kosztem większej nierównowagi fiskalnej.

Europa będzie budować bardziej energooszczędnie. Velux liczy na tłuste lata

CEO Magazyn Polska

Zainwestowane przez Velux 250 mln zł w wymianę technologii produkcji okien zaczynają przynosić efekty. Po trudniejszych latach branży budowlanej sprzedaż okien od początku roku rośnie. Tym bardziej że firma wprowadziła nowe produkty – bardziej energooszczędne i jednocześnie dostarczające więcej światła do pomieszczeń. Konieczność obniżania zużycia energii w budownictwie daje firmom, które oferują tego typy rozwiązania, dobre perspektywy na przyszłość.

Polska jest potentatem w produkcji okien dachowych. Wartość produkcji firmy Velux i spółek należących do duńskiego holdingu VKR A/S wynosi ponad 1,3 mld zł, zatrudnienie przekroczyło 3100 osób (z czego większość pracuje w fabrykach zlokalizowanych w Gnieźnie, Namysłowie i Wędkowcach koło Tczewa). Obroty głównego konkurenta, Fakro, według „Rzeczpospolitej” przekroczyły 1,2 mld zł. Okna dachowe to część produkcji okien i drzwi w Polsce. Duża jej część w obu największych firmach jest przeznaczana na eksport. Kierowana jest głównie do Europy, przede wszystkim do Niemiec, Danii i Wielkiej Brytanii.

Firma skutecznie wykorzystuje koniunkturę – sprzedaż rozwija się zarówno w Polsce,jak i za granicą.

Ostatnie lata były trudne dla branży budowlanej. Mniejsze były wydatki, mniej inwestycji. Ale początek roku jest bardzo dobry, tym bardziej że wprowadziliśmy całą gamę nowych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska.

Nowe okna to efekt dwuletnich inwestycji. Spółka przeznaczyła 250 mln zł na wymianę technologii w zakładach produkcyjnych i wprowadzenie na rynek nowej generacji okien, łączących większą energooszczędność z większą o 10 proc. powierzchnią przeszklenia, dostarczającą więcej światła do pomieszczeń.

W ten sposób pogodziliśmy dwa pozornie sprzeczne rozwiązania. W efekcie dajemy klientom wyższy komfort i lepsze wykorzystanie wszystkich zalet bilansu energetycznego – komentuje Jacek Siwiński. – Dzięki temu nasi klienci mogą cieszyć się jeszcze lepszym komfortem i wykorzystywać wszystkie zalety bilansu energetycznego, który polega na tym, że z jednej strony mamy do czynienia z wysokim stopniem izolacyjności, a z drugiej strony nasze okna w jeszcze lepszy sposób transmitują ciepło zgromadzone z energii słonecznej do pomieszczeń.

Zwiększonej sprzedaży okien sprzyja rosnąca świadomość potrzeby oszczędzania energii wśród ludzi zarówno w Polsce, jak i za granicą . Od początku roku zaczęły obowiązywać nowe standardy techniczne energooszczędności dla nowo oddawanych budynków, a stopniowo do 2021 roku kryteria zużycia energii będą  coraz niższe.

Budynki odpowiadają za 40 proc. zużycia energii w Europie, więc jeżeli mówimy o energooszczędności, to jednym z głównych zadań jest budowanie energooszczędne, a także renowacja istniejących budynków. W 2050 r. 90 proc. z nich będzie wciąż użytkowana, więc one muszą zostać poddane  termorenowacji – przekonuje Jacek Siwiński. – To powoduje, że wszystkie firmy, które oferują rozwiązania energooszczędne, mają przed sobą dobre perspektywy.

Prezes firmy Velux podkreśla, że firma jest prekursorem rynku okien dachowych. Pierwsze tego typu produkty pojawiły się na rynku przeszło 70 lat temu. Firma powstała w Danii w 1942 roku, 25 lat temu rozpoczęła działalność w Polsce, a 16 lat temu produkcję. Firma ma trzy zakłady produkujące okna dachowe w Gnieźnie i Namysłowie, a w Wędkowach koło Tczewa produkuje też okna pionowe.

Nic dziwnego, że mamy silną pozycję na rynku. To oznacza prestiż, ale także odpowiedzialność: to my kreujemy standardy rynkowe – mówi menedżer. – Biorąc pod uwagę firmę Velux i spółki siostrzane jesteśmy największym producentem i eksporterem okien w Polsce.

Hawe jest blisko podpisania umów na korzystanie ze światłowodów wschód-zachód

0

CEO Magazyn Polska

Hawe kończy budowę odcinka Sochaczew-Biała Podlaska, dzięki któremu będzie mogła zaoferować najkrótsze połączenie światłowodowe między wschodnią a zachodnią granicą kraju. Według prezesa spółki niedługo powinny zostać podpisane umowy z trzema operatorami. Obok rozwoju własnej infrastruktury, spółka kontynuuje także budowę sieci dystrybucyjnej na obszarach, gdzie występuje wykluczenie cyfrowe. 

Spółka jest bliska ukończenia inwestycji, która zapewni najkrótsze połączenie światłowodowe między wschodnią i zachodnią częścią Polski. Według prezesa telekomu, jest już trzech potencjalnych klientów, którzy są zainteresowani korzystaniem z tej infrastruktury i niedługo powinno nastąpić podpisanie umów.

Odcinek Biała PodlaskaSochaczew oddajemy lada chwila. To da nam możliwość przekazania oferty tym, którzy oczekiwali tej inwestycji, czyli operatorom reprezentującym wschodnie obszary: Białoruś, Ukrainę, Rosję, ale także zachodnim operatorom. Na przykład dla białoruskiego Beltelecomu jest to najkrótsza droga do Frankfurtu, tam, gdzie ruch głosowy rozchodzi się po całym świecie. Co ciekawe, oferta, którą budujemy, nie tylko odnosi się do transmisji, lecz także do zakończenia ruchu głosowego, tego międzynarodowego i krajowego, w Warszawie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Witoń, prezes zarządu Hawe.

Budowanie własnej infrastruktury to część z projektów realizowanych przez firmę. Drugą część stanowią inwestycje jako podwykonawcy dla samorządów.

Realizujemy je dla urzędu marszałkowskiego Warmii i Mazur oraz urzędu marszałkowskiego Podkarpacia. Oba te projekty są na poziomie 0,5 mld zł netto i dotyczą budowy 2 tys. kilometrów sieci światłowodowej i dystrybucyjnej. Jest także później możliwość realizacji przyłączeń na tych terenach, które objęte są interwencją – mówi Krzysztof Witoń.

Inwestycje dla urzędów marszałkowskich są finansowane w 85 proc. przez Unię Europejską, 10 proc. wykłada Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, a pozostałą część zapewnia dane województwo. Finansowanie publiczne zdaniem prezes Hawe jest potrzebne, bo na niektórych obszarach budowa infrastruktury jest nieopłacalna dla przedsiębiorców. UE wspiera rozwój sieci światłowodowych na obszarach interwencji, ponieważ ma to służyć zwiększeniu spójności terytorialnej i społecznej.

Według zagranicznych analiz wzrost penetracji sieci szerokopasmowych w ostatniej mili (FTTH – Fiber To The Home) o  10 punktów procentowych  przekłada się na dodatkowy 1 punkt procentowy wzrostu PKB. Z tego względu budowa sieci dostępowej jest obecnie priorytetem w nowej perspektywie finansowej UE na lata 2014-2020. Realizowane przez Hawe projekty dla Warmii i Mazur oraz Podkarpacia w systemie zaprojektuj-wybuduj-operuj mają być oddane do użytku w 2015 r.

 W ramach projektu sieci szerokopasmowych Warmii i Mazur jest to projekt wholesale’owy, czyli hurt.  To oznacza, że my będziemy podłączać do naszych punktów dystrybucyjnych operatorów lokalnych, a oni z kolei w tej drugiej turze dofinansowania z Unii Europejskiej będą budować tzw. „ostatnią milę”, czyli infrastrukturę do klienta końcowego, na obszarach białych plam i tam, gdzie te inwestycje się nie opłacają – mówi Krzysztof Witoń.

Hawe również buduje sieci FTTH, jednak w przeciwieństwie do projektów dla województw nie mają one współfinansowania ze strony UE.

W ten sposób może paradoksalnie być taka sytuacja, że do tych miejscowości małych, oddalonych od dużych miast, FTTH trafi wcześniej niż do niektórych większych miast – podkreśla Witoń.

Lubawa spodziewa się nowych kontraktów w ramach planu modernizacji sił zbrojnych

0

CEO Magazyn Polska

Lubawa liczy na nowe kontrakty związane z programem modernizacji polskich sił zbrojnych pomimo przegranej w przetargu na hełmy dla spadochroniarzy. Jako spółka strategiczna dla bezpieczeństwa kraju korzysta na przetargowym kryterium polonizacji, czyli transferu technologii i produkcji sprzętu w Polsce, i rozszerza ofertę. Dzięki współpracy z holenderskim koncernem Ten Cate zaoferuje elementy balistyczne do samolotów, śmigłowców i okrętów. Drugim kluczowym dla Lubawy obszarem działalności jest rozwój współpracy z przedsiębiorcami. 

Stawiamy nacisk na bardzo intensywny udział w trwającym programie modernizacji sił zbrojnych – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kubica, prezes zarządu Lubawa SA. – Czy przełoży się to na sprzedaż w kolejnym kwartale? Moja odpowiedź brzmi ,,nie’’, ponieważ w tej branży tak szybko to nie działa. Prowadzimy dziś działania zarówno krótkoterminowe, czyli aktywne uczestnictwo w sprzedaży i promocji naszych produktów na rynkach krajowych i zagranicznych, jak i działania długofalowe.

Kubica podkreśla, że Lubawa zamierza uczestniczyć w programie modernizacji sił zbrojnych w wielu obszarach. Spółka liczyła na sprzedaż hełmów bojowych dla spadochroniarzy, ale pod koniec maja zwycięzcą przetargu została spółka MASKPOL. Lubawa oferuje także stroje pirotechniczne zabezpieczające przed wybuchami, osłony pirotechniczne oraz pojemniki na amunicję. Lubawa chce także zwiększyć obecność w sektorze balistyki dla pojazdów, okrętów, samolotów i śmigłowców. Skorzysta na porozumieniu podpisanym z holenderskim koncernem Ten Cate, który specjalizuje się m.in. w tego typu elementach.

To jest koncern, który notuje obroty roczne na poziomie blisko miliarda euro, jest jednym z liderów w tym segmencie rynku na świecie, posiada wiele fabryk w Europie i Stanach Zjednoczonych i wybrał Lubawę jako swojego partnera w Europie Środkowo-Wschodniej. To do naszych zakładów będzie następował teraz transfer technologii z koncernu Ten Cate i polonizacja tych systemów w celu złożenia oferty naszym odbiorcom na terenie kraju – zapowiada Kubica.

Z kolei dzięki współpracy z czeskim partnerem Lubawa opracowała nowe fotele antywybuchowe. Jak podkreśla Kubica, oferta spółki wykracza poza tradycyjne obszary namiotów i kamizelek balistycznych. Dodaje, że nowe produkty odpowiadają potrzebom polskiego wojska. Na przykład systemy balistyczne dla śmigłowców są powiązane z trwającą procedurą wyboru 70 śmigłowców wielozadaniowych.

Kubica ma nadzieję, że w trwającym do 2022 r. planie modernizacji technicznej sił zbrojnych Lubawa odegra poważną rolę z uwagi na kryterium polonizacji. Daje to spółce, wpisanej na listę firm strategicznych dla bezpieczeństwa państwa, przewagę nad zagranicznymi konkurentami.

– Myślę, że mamy duże szanse na to, żeby w kolejnym kwartale, przynajmniej w obszarze podpisanych kontraktów, poprawić naszą pozycję pod względem przychodów – ocenia Kubica. Dodaje: – Sytuacja się nieco skomplikowała jeżeli chodzi o rynek zamówień publicznych w Polsce, ponieważ te zamówienia proceduje się według nowych przepisów, które zakładają dwuetapowy proces uczestnictwa w postępowaniu. To powoduje wydłużenie postępowania o co najmniej dwa miesiące.

Lubawa zainteresowana jest też współpracą z przedsiębiorcami. Rozwój relacji business to business to kolejny strategiczny cel koncernu.  Zainteresowaniem cieszą się m.in. osłony na amunicję. Lubawa dostarcza już także składniki paliwowe oraz pływaki do śmigłowców produkowanych przez lubelskie zakłady Agusty Westland.

Kubica dodaje, że dzięki współpracy z takimi koncernami, jak Sikorsky, Boeing czy Airbus, z którymi spółka prowadzi rozmowy, Lubawa może uniezależnić się od zamówień z resortów obrony i spraw wewnętrznych. Przypomina, że w ramach grupy wiele spółek notuje dobre wyniki w zupełnie innych sektorach.

W przypadku Litex Promo te produkty to nośniki reklamy zewnętrznej  jest stały progres i myślę, że będzie utrzymany w kolejnych okresach. Jeżeli chodzi o spółkę Miranda, produkty to tkaniny, dzianiny techniczne, rozwija się współpraca z siecią Ikea. Rozwijamy również relacje z partnerami z przemysłu automotive – wylicza Kubica.

40 proc. polskiego rynku śmieci w rękach zagranicznych firm

0

CEO Magazyn Polska

Po wprowadzeniu ustawy śmieciowej rynek zagospodarowania odpadów komunalnych został podzielony między ok. 750 podmiotów z 3,4 tys., które działały wcześniej w branży. Jedną trzecią wartego 3,3 mld zł rocznie rynku posiadają duże podmioty zagraniczne. Razem z firmami w konsorcjach stanowią one 40 proc. rynku – wynika z badań firmy HSM Polska. Wciąż brakuje regionalnych instalacji przetwarzania odpadów komunalnych.

Efektem wprowadzenia nowego Prawa o zagospodarowaniu odpadów są przetargi na odbiór śmieci organizowane przez gminy. Według ekspertów firmy HSM Polska łączna wartość kontraktów wyniosła ponad 6 mld zł, a uzyskało je 750 podmiotów spośród 3 400 działających na polskim rynku przed obowiązywaniem ustawy. Zdecydowana większość zawartych umów (ponad 80 proc.) dotyczyła usług polegających na odbiorze odpadów wraz z ich późniejszym zagospodarowaniem. Biorąc pod uwagę czas i zakres obowiązywania tych umów, eksperci HSM Polska szacują roczną wartość rynku na około 3,3 mld zł.

Rynek od strony podmiotowej się znacząco zmienił. Dużo mniejsza liczba firm będzie w tej chwili ten tort mogła zagospodarowywać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Karpiński, wiceprezes HSM Polska, producenta urządzeń do recyklingu z zakresu techniki biurowej i ochrony środowiska. – Zamysłem przetargów było wyłonienie firmy, która uzyska wyłączność na odbiór odpadów komunalnych gospodarstw domowych z terenu danej gminy bądź sektora. W ich wyniku wyłoniono ok. 750 podmiotów.

Potentaci podzielili większość rynku. Z drugiej strony ponad 200 małych firm, obsługujących tylko jedną gminę, ma udział nieprzekraczający łącznie 10 proc. Ci, którzy nie zdołali uzyskać kontraktu, musieli poszukać innych możliwości.

Wiele firm, które przed przetargami nie czuły się mocne ekonomicznie, już wcześniej zaczęło zajmować się innymi formami działalności. Są firmy, które zajęły się na przykład organizacją terenów zielonych lub zbiórką odpadów z nieruchomości niezamieszkałych. Nie widać znaczących upadłości – stwierdza wiceprezes HSM Polska.

Część spośród 750 podmiotów była zorganizowana w ramach konsorcjów, często wokół firm z kapitałem zagranicznym, m.in. Remondis, Alba, A.S.A Polska, Sita Polska, Toensmeier, Veolia.

To są potentaci branży znani na rynkach Europy Zachodniej. Już w tej chwili widzimy, że ta grupa podmiotów ma znaczący udział w rynku – około 40 proc., jeżeli mierzyć wartości kontraktów zawartych w ramach zarówno indywidualnych podmiotów, jak i konsorcjów. Natomiast sam udział firm zagranicznych to jest około 34 proc. wartości rynku – wyjaśnia Mariusz Karpiński.

Ze raportu HSM Polska wynika, że najmniej za odbiór śmieci płacą mieszkańcy Polski Wschodniej, przede wszystkim dlatego, że tam więcej przetargów jest tylko na odbiór i nie uwzględniają one zagospodarowania odpadów. Statystycznie najwięcej miesięcznie płacą mieszkańcy województwa dolnośląskiego, bo aż 152 złotych, najmniej natomiast zapłaci statystyczny mieszkaniec województwa podlaskiego, bo tylko 40 złotych.

Prawie rok obowiązywania ustawy potwierdził konieczność inwestycji w regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych.

W zamyśle ustawodawcy jest tak, że cały strumień odpadów komunalnych ma być w tej chwili kierowany do tych właśnie wyspecjalizowanych instalacji. Jest ich w Polsce stosunkowo mało, w tej chwili zaczynają być budowane, są na różnym etapie rozwoju. Tych instalacji będzie musiało powstać w Polsce bardzo wiele, przy czym są one finansowane z bardzo różnych źródeł. Nie są to tylko inwestycje firm prywatnych, są to w dużej mierze też inwestycje sektora samorządowego bądź sektora publicznego – mówi Karpiński.

Z kolei firmy, które przetargi wygrały, musiały za to zainwestować w dodatkowe pojemniki, nowe samochody i standard obioru odpadów. Takie inwestycje w niektórych przypadkach były większe niż firmy oczekiwały. Powód? Zdaniem Karpińskiego, organizatorzy nie oszacowali ilości odpadów i w efekcie firmy muszą zbierać ich więcej niż przypuszczały. To wynik wprowadzonego w ustawie systemu opłat. Płaci każdy konsument i za tę opłatę może oddać dowolną ilość śmieci.

W efekcie większość osób, które swoimi sposobami utylizowała śmieci, teraz wykłada je do odbioru. To pozytywna strona regulacji: znikają dzikie wysypiska, śmieci trafiają do zorganizowanego systemu gospodarki odpadami – mówi Mariusz Karpiński.

W ciągu dwóch lat recepty papierowe zostaną zastąpione przez elektroniczne

CEO Magazyn Polska

Jeszcze przed końcem tego roku ma zacząć działać Internetowe Konto Pacjenta. System ma skrócić kolejki do specjalistów, ułatwić zarządzanie zleconymi badaniami oraz zebrać w jednym miejscu historię medyczną pacjenta. W ramach systemu stopniowo wprowadzone zostaną też elektroniczne recepty, które do sierpnia 2016 r. całkowicie zastąpią papierowe.

Internetowe Konto Pacjenta będzie narzędziem informatycznym dla wszystkich obywateli, w ramach którego będziemy mogli gromadzić, prezentować i udostępniać dane medyczne i wszystkie informacje o kontakcie pacjenta z systemem ochrony zdrowia. Pacjent będzie mieć wgląd do całej historii leczenia i będzie mógł udostępniać konkretne zakresy danych konkretnym pracownikom medycznym. Wyeliminujemy tym sposobem między innymi potrzebę zbierania dokumentacji medycznej od różnych świadczeniodawców – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kędzierski, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

Podległe Ministerstwu Zdrowia Centrum wyda na system elektronicznej dokumentacji medycznej łącznie ponad 700 mln zł. Internetowe Konto Pacjenta jest ważnym elementem tego systemu i umożliwi m.in. wgląd do wystawionych recept, wyników badań czy skierowań na badania specjalistyczne. IKP ma ruszyć pod koniec tego roku, prawdopodobnie na przełomie listopada i grudnia.

Kędzierski zapowiada, że poza IKP wkrótce rozpocznie się wdrażanie systemu elektronicznych recept i elektronicznych skierowań. Proces potrwa do 1 sierpnia 2016 r. Kędzierski zapowiada, że dzięki przeniesieniu dokumentów do wersji cyfrowej zniknie problem np. nieczytelnych recept. Będzie można też je realizować częściowo – obecnie receptę można zrealizować tylko w całości w jednej aptece, co czasem naraża pacjentów na szukanie apteki, która ma na stanie wszystkie przepisane leki.

W przypadku recepty elektronicznej będzie możliwość wykupienia konkretnej dawki czy konkretnego leku według wyboru w różnych aptekach, jeżeli pacjent tak zdecyduje – zapowiada Kędzierski. – Przez najbliższe dwa lata od momentu uruchomienia tych usług do 1 sierpnia 2016 roku będzie istniała taka sytuacja, w której będą możliwe do obsługi zarówno recepty papierowe, jak i elektroniczne.

Kędzierski wyjaśnia, że proces podłączania kilkudziesięciu tysięcy placówek ochrony zdrowia do systemu jest czasochłonny i nie da się go przeprowadzić z dnia na dzień. W tych placówkach, które będą podłączone do systemu, wystawianie recept elektronicznych będzie natychmiast możliwe.

Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia zapowiada, że wesprze zarówno małe placówki, jak i prywatne gabinety. Otrzymają one darmowe oprogramowanie (Aplikację Usługodawców i Aptek). W ten sposób wyposażone zostaną te placówki, którym nie opłacałoby się kupować sprzętu i oprogramowania.

Kędzierski podkreśla, że w systemie będą gromadzone przede wszystkim dane wpisywane przez lekarzy. Pacjenci będą mieli jednak możliwość dopisania informacji związanych z danymi ratunkowymi, czyli np. dotyczące alergii lub wszczepionych urządzeń. Będą mogli też poprosić lekarzy o wpisanie tych danych, które będą udostępniane tylko w przypadku potrzeby. W systemie będzie też funkcja kalendarza wizyt i przypominania o nich.

Optymalizacja procesu leczenia zdecydowanie się poprawi. Dzisiaj jest tak, że bardzo często pacjent chodzi do różnych specjalistów, a każdy z nich wystawia skierowanie na badania diagnostyczne, które często są powielane. To jest pewien pomysł na skrócenie kolejek do specjalistów, bo na podstawie elektronicznego skierowania pacjent będzie mógł się wpisać tylko na jedną listę oczekujących – tłumaczy Kędzierski.

Obecnie pacjenci często wpisują się na kilka list, licząc na skrócenie czasu oczekiwania. Ponieważ rzadko informują lekarzy o tym, że odbyli wizytę w innej placówce, prowadzi to do wydłużenia kolejek do specjalistów.

100 mln użytkowników Ask.fm. Serwis świętuje czwarte urodziny

Serwis społecznościowy Ask.fm, opierający się na schemacie Q&A (questions and answers, czyli pytań i odpowiedzi), w czerwcu będzie obchodził czwarte urodziny. Łotewska platforma jest jednym z internetowych fenomenów, ale wzbudza także kontrowersje. Tylko w Polsce korzysta z niej 2,5-3,5 mln użytkowników.

Ask.fm umożliwia zarejestrowanym użytkownikom zadawanie krótkich pytań, na które odpowiadają inni internauci. Pytania są kierowane do osób, które obserwujemy. Do statusów tekstowych można również dodawać zdjęcia czy filmy.

Serwis jest wyjątkowo popularny wśród nastolatków i często przez tę grupę typowany jako jedno z najważniejszych zjawisk ostatnich miesięcy. W Polsce korzystają z niego głównie osoby w przedziale wiekowym 7-24 lata.

W ostatnim czasie w serwisie społecznościowym Reddit zapytano nastolatków z całego świata, jakie zjawisko, produkt czy postać są obecnie najpopularniejsze wśród młodych. Co się okazało, Ask.fm znalazł się tam w ścisłej czołówce obok gwiazd muzyki, gwiazd filmu, obok takich serwisów jak Snapchat czy takich zjawisk jak hashtagi – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów i przypomina, że na świecie korzysta z niego już ponad 100 mln użytkowników internetu. – Serwis został już przetłumaczony na 40 języków – dodaje.

Zdaniem przeciwników Ask.fm serwis może być niebezpiecznym narzędziem w rękach nastolatków, wykorzystywanym do znęcania się nad rówieśnikami. Łotewska strona znalazła się w ogniu krytyki pod koniec ub.r., kiedy nastolatka z Wielkiej Brytanii, która padła ofiarą cyberprzemocy, popełniła samobójstwo. Twórcy serwisu zapewniają, że walczą z każdym przejawem takiego zachowania, stale rozbudowując grupę moderatorów i upraszczając mechanizmy zgłaszania przypadków nękania.

Przypadki cyberbullyingu, czyli sieciowego nękania, zdarzają się oczywiście w każdym serwisie społecznościowym i powinny być tak samo piętnowane – uważa Łukasz Jadaś. – Jeżeli chodzi o prywatność w serwisie Ask.fm, to jest ona właściwie taka, jaką ustalił sam użytkownik. Dlatego też trzeba zwrócić szczególną uwagę na to, by troszczyć się o poziom prywatności i informacje, jakie ujawniają na swój temat użytkownicy tego serwisu.

Jego zdaniem w trakcie monitoringu serwisu Ask.fm, jaki prowadzi Instytut Monitorowania Mediów, nie stwierdzono rażących przypadków ujawniania prywatności.

Mam wrażenie, że młodzi ludzie, czyli główni użytkownicy Ask.fm, mają do niego lżejszy stosunek niż osoby dorosłe, nie traktują go do końca poważnie – przekonuje Jadaś.

ENEA Mecenasem Sportu Wolnej Polski

0

Firma otrzymała tę zaszczytną nagrodę podczas wczorajszej gali Sportowy Sukces 25-lecia Wolnej Polski. Uroczystość z udziałem Prezydenta Bronisława Komorowskiego i Premiera Donalda Tuska odbyła się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Galę i poprzedzający ją plebiscyt zorganizowało Ministerstwo Sportu i Turystyki we współpracy z Telewizją Polską oraz Przeglądem Sportowym.

Monitoring marki, czyli co i jak mówią o nas klienci

Nawet jedna negatywna opinia w sieci potrafi mocno zaszkodzić marce. Jest to szczególnie widoczne w czasach rewolucji social media, gdy każdy z nas może zabrać głos. Głos ten ma coraz większe znaczenie, nawet w przypadku losów i strategii największych firm. Z pomocą przychodzi tutaj monitoring treści, jeden z głównych trendów marketingu internetowego. Można bowiem z niezwykle dużą skutecznością monitorować to, o czym i jak konsumenci mówią w sieci, w tym także właśnie w social media.

W dobie internetu i mediów społecznościowych każdy może być nadawcą informacji, tej pozytywnej jak i negatywnej. Nie powinniśmy się tego bać, ale raczej uważnie słuchać głosów naszych klientów i umieć z nich wynieść maksimum korzyści. I właśnie to jest głównym celem monitoringu internetu. Poprzez zestaw działań, które umożliwiają bieżącą obserwację i ocenę informacji, jakie ukazują się na temat firmy czy danej marki w internecie, jest możliwa wczesna identyfikacja kryzysów oraz ocena efektywności komunikacji. Bardzo ważnym elementem jest również badanie zachowań klientów, ich opinii, a także związanych z marką trendów. Za jeden z głównych celów monitorowania marki w sieci uznawane jest również stworzenie nowego kanału komunikacji z klientami. Jego umiejętne wykorzystywanie pozwala m.in. na wsparcie sprzedaży, a także wzmocnienie pozytywnego wizerunku wybranej marki, produktu bądź usługi.

Duża grupa użytkowników sieci społecznościowych obserwuje za ich pomocą marki lub produkty, a co jest jeszcze bardziej znaczące wielu korzystających z platform społecznościowych publikuje wpisy związane z markami. Nawet jeśli nie prowadzimy aktywnych działań na Facebooku czy Twitterze nie znaczy to, że nasza marka nie jest już tam obecna, a nasi klienci o niej nie rozmawiają. Dlatego też, monitorowanie tego co, gdzie i kto o nas mówi powinno być podstawą wszystkich działań marek w mediach społecznościowych. – radzi Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365 NET.

Narzędzia do monitoringu i analityki mediów społecznościowych muszą być proste i oferować dokładność wyników. Dane powinny pochodzić z wielu, dobrze dobranych źródeł i powinny być dopasowane do potrzeb analitycznych. Umiejętność dobrego ich wykorzystania to bowiem podstawa. Narzędzia analityczne dają nam szybki dostęp do miejsc, w których mówi się o naszej marce oraz możliwość śledzenie opinii naszych klientów, nie tylko ogólnie w internecie ale także w mediach społecznościowych czy na forach internetowych. Coraz szybszy rozwój tych narzędzi stwarza również możliwości oceny, czy wypowiedzi o danej marce koncentrują się wokół emocji pozytywnych czy negatywnych. Jeżeli bowiem wiemy jak oceniane są nasze produkty, jak odbierane są nasze reklamy i jak oceniana jest jakość naszych usług, mamy możliwość odpowiednio zareagować i przewidzieć wcześniej potencjalne problemy.

6 mln klientów PGNiG zostanie przeniesionych do nowej spółki

0

CEO Magazyn Polska

Dzięki przyjętej w piątek przez Sejm nowelizacji Prawa energetycznego PGNiG może bez przeszkód wydzielić nową spółkę zajmującą się sprzedażą detaliczną gazu. W ramach sukcesji generalnej ponad 6 mln klientów zostanie automatycznie przeniesionych do PGNiG Obrót Detaliczny bez uciążliwych procedur. Zmiany te mają umożliwić PGNiG wypełnienie obliga gazowego.

Ta ustawa oznacza, że w procesie wydzielania będzie możliwe przeniesienie umów z klientami z jednej spółki na drugą, bez konieczności wysyłania aneksów do ponad 6 mln klientów i obarczania ich ciężarem związanym z całą zmianą strukturalną na rynku. W gruncie rzeczy celem tej zmiany jest ułatwienie życia odbiorcy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Szlagowski, dyrektor Departamentu Regulacji PGNiG.

Szlagowski przypomina, że w 2007 r. podobne zmiany zaszły już na rynku energii elektrycznej. Wtedy również zastosowano sukcesję generalną, czyli automatyczne przejęcie umów przez wydzieloną spółkę. Dodaje, że proces liberalizacji rynku gazu jest niezbędny, ale nie może być uciążliwy dla klientów. Bez sukcesji generalnej wśród odbiorców mogłoby powstać duże zamieszanie.

Nowelizacja ustawy Prawo energetyczne gwarantuje konsumentom, że w umowie na dostawy gazy nie zmieni się nic, oprócz nazwy dostawcy. Zapewnia im równocześnie możliwość wypowiedzenia umowy.

Wydzielenie nowej spółki jest korzystne dla PGNiG, bo pozwoli spółce wypełnić obligo gazowe, czyli wprowadzony w ubiegłym roku obowiązek sprzedaży części wolumenu gazu przez Towarową Giełdę Energii. Do tej pory sytuacja na rynku sprawiała, że spółka miała problem ze znalezieniem odbiorców na giełdzie, a za niewypełnienie obliga grozi jej nawet 4,8 mld zł kary, nałożonej przez prezesa URE.

Przy obecnej strukturze rynku spółka nie jest w stanie wypełnić tego obowiązku, pomimo wszelkich starań, które podejmuje. Żeby zmienić tę sytuację na rynku, spółka zaczęła przygotowywać się do wydzielenia spółki zajmującej się obrotem detalicznym. Jesteśmy teraz w trakcie procesu wydzielania – mówi Szlagowski.

Zgodnie z prawem w 2013 r. PGNiG miał sprzedać poprzez TGE 30 proc. produkowanego gazu. W tym roku udział ten wzrósł do 40 proc., a docelowo ma wynosić 55 proc. Jednak w ubiegłym roku poprzez giełdę spółka sprzedała zaledwie kilka procent produkcji. Problemem jest przede wszystkim znalezienie odbiorców, bo najwięksi klienci instytucjonalni są albo związani wieloletnimi umowami z PGNiG, albo sprowadzają gaz samodzielnie.

Dzięki wydzieleniu nowej spółki problem ma zniknąć, bo to właśnie ona na równych z konkurencją i transparentnych zasadach będzie kupować gaz poprzez TGE, a potem sprzedawać go odbiorcom indywidualnym.

– Prawodawca nakłada pewne obowiązki, a spółka musi je realizować. Powołanie nowego podmiotu jest dodatkowym, brakującym narzędziem, które umożliwi wypełnienie nałożonego wcześniej obowiązku. Gdybyśmy mieli je odrobinę wcześniej, szybciej by ten proces liberalizacji przebiegł – podkreśla Szlagowski.

Prezes Banku Millennium: Polska gospodarka będzie się dynamicznie rozwijać. Wzrośnie konsumpcja i spadnie bezrobocie

CEO Magazyn Polska

Przyspieszenie gospodarki w latach 2014-2015 obejmie małe i średnie firmy, wzrośnie też konsumpcja i zatrudnienie. Tak prognozuje Bank Millennium, w którym kredyty korporacyjne są najszybciej rosnącą grupą. Firmy mają jeszcze sporo oszczędności na depozytach, które także mogą przeznaczyć na nowe inwestycje. Bank chce wykorzystać dobrą koniunkturę do zwiększenia udziału w polskim rynku.

W pierwszym kwartale roku bank odnotował dynamiczne wzrosty w obszarze finansowania przedsiębiorstwo. Portfel kredytowy zwiększył się o ponad 16 proc. w ujęciu rocznym.

Kredyty korporacyjne rozwijają się bardzo dobrze. To efekt wzrostu inwestycji i zwiększenia skali obrotów handlowych. Widzimy wzrost w kredytach korporacyjnych, leasingu oraz w faktoringu. Bardzo optymistycznie patrzymy na rozwój biznesu korporacyjnego w ciągu najbliższych dwóch lat – mówi Joao Bras Jorge, prezes zarządu Banku Millennium. – Przewidujemy dynamiczny rozwój polskiej gospodarki, która zawsze dobrze sobie radziła, ale teraz będzie jeszcze bardziej wspomagana poprzez ożywienie w gospodarce UE.

Już w trzecim i czwartym kwartale 2013 r. inwestycje brutto rosły znacznie szybciej niż prognozował Narodowy Bank Polski. W ujęciu rocznym w czwartym kwartale zwiększyły się one o 1,4 proc., a NBP spodziewał się wzrostu o 0,6 proc. Z danych GUS wynika, że inwestycje w pierwszym kwartale wzrosły o 10,7 proc. w ujęciu rocznym. W kolejnych kwartałach można spodziewać się dalszego przyspieszenia. To dlatego, że w pierwszym kwartale br. według wstępnych szacunków GUS PKB wzrósł realnie o 3,4 proc. w ujęciu rocznym. Świadczy o tym również szybszy wzrost kredytów korporacyjnych niż konsumpcyjnych, choć i tam widać stopniową poprawę dynamiki.

Rynek kredytów hipotecznych delikatnie rośnie. To oczywiste, że szybko nie wrócimy do jego wielkości sprzed kryzysu, ale są sygnały świadczące o jego systematycznym wzroście. Kredyty konsumpcyjne rosną stopniowo, to idzie w parze ze wzrostem konsumpcji, który ma miejsce i sądzimy, że będzie miał miejsce w przyszłości – prognozuje Joao Bras Jorge.

Według prezesa Banku Millennium konflikt na Ukrainie jest dużym wyzwaniem, ale ma bardziej podłoże geopolityczne niż gospodarcze. W rezultacie ekonomiści banku należącego do portugalskiego Millennium BCP nie spodziewają się, że zahamuje on wzrost polskiej gospodarki, bo jest on w coraz mniejszym stopniu napędzany przez eksport.

Gospodarka zawsze, a w każdym razie ostatnio, dobrze sobie radziła przy wsparciu eksportu, a teraz będzie sobie radzić dzięki prywatnej konsumpcji oraz inwestycjom firm – przewiduje Joao Bras Jorge.

Dzięki temu obserwowany obecnie wzrost ma być bardziej włączający, czyli wpływający na poprawę sytuacji szerszych grup pracowników i firm.

Możemy mieć dynamiczne PKB dzięki eksportowi i wielkim firmom albo możemy mieć bardziej powszechny wzrost gospodarczy – a to jest dokładnie to, co my przewidujemy. Sądzimy, że najbliższe dwa lata, czyli 2014 i 2015, to będzie czas mocnego wzrostu gospodarczego, który będzie można dostrzec na ulicach w postaci większej konsumpcji, wzrostu inwestycji, zmniejszenia bezrobocia, zwiększenia możliwości zatrudnienia – w taki sposób, że odczują go ludzie – uważa Bras Jorge.

Podstawą do takich prognoz mogą być pozytywne tendencje, które są widoczne także po stronie depozytów bankowych. W przypadku gospodarstw domowych, szybko rośnie ich wartość, natomiast firmy mogą zacząć je redukować. Według prezesa Banku Millennium optymizm panujący wśród przedsiębiorstw może sprawić, że sięgną one po wolne środki na kontach bankowych, by przeznaczyć je na swój rozwój.

Mieliśmy duży wzrost depozytów w segmencie klientów indywidualnych – o 9 proc. w ciągu roku. To bardzo dobry wynik. Naszym zdaniem ten obszar w dalszym ciągu będzie sobie dobrze radził i będziemy notować dalszy wzrost depozytów. Być może wśród klientów korporacyjnych będziemy obserwować pewną redukcję depozytów, bo patrzą oni pozytywnie na perspektywy gospodarki i mogą przeznaczyć wolne środki na inwestycje lub przejęcia – przewiduje prezes Millennium.

W ostatnich latach spółka córka Millennium BCP koncentrowała się na poprawie rentowności, co było spowodowane m.in. trudną sytuacją w sektorze bankowym w Europie. Przyspieszająca polska gospodarka ułatwia teraz realizację kolejnego etapu strategii banku – wzrostu liczby klientów. Temu ma służyć m.in. nowa oferta. Jednym z obszarów, które będą zyskiwały na znaczeniu w walce o klienta, jest bankowość mobilna, która stopniowo będzie zwiększała swój udział w bankowości.

Będzie ona tak ważna w bankowości, jak obecnie jest internet. Inwestujemy i robimy bardzo dużo w kwestii operacji mobilnych, a systemy, które już teraz mamy, są jednymi z najlepszych na rynku. Wciąż będziemy jednak inwestować w nowe mobilne platformy – zapowiada Joao Bras Jorge.

GPW spodziewa się wzrostu rynku instrumentów pochodnych. Planuje wprowadzenie nowych produktów

CEO Magazyn Polska

20 czerwca tego roku zakończy się okres migracji z kontraktów na WIG20 z mnożnikiem 10 zł na kontrakty na WIG20 z mnożnikiem 20 zł. Po tym terminie w notowaniach pozostaną wyłącznie kontrakty z wyższym mnożnikiem. Ta zmiana obniża koszty transakcji, a wraz z wprowadzeniem zarówno nowych indeksów WIG30 i WIG50, jak i opcji akcyjnych, ma przyspieszyć rozwój rynku instrumentów pochodnych.

Obrót na tych kontraktach powoli zaczyna rosnąć. Myślę, że przyjdzie czas, kiedy inwestorzy zauważą i docenią zalety nowych kontraktów. Najważniejsza jest istotna obniżka kosztów zawierania transakcji na nowym instrumencie, które spadły o połowę. To sprawia, że zawieranie transakcji staje się bardziej rentowne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Mejszutowicz, dyrektor Dział Rynku Terminowego GPW.

Kursy kontraktów terminowych, np. na indeks WIG20, są podawane w punktach, a ich cena to iloczyn kursu i mnożnika. Przykładowo, jeżeli mnożnik wynosi 10 zł, a kurs kontraktu na WIG20 2 000 pkt, to cena rynkowa wynosi 20 000 zł. Zmiana kursu kontraktu o 1 pkt oznacza zysk lub stratę wysokości 10 zł. Zakładając, że prowizja wynosi 6 zł za otwarcie i 6 zł za zamknięcie pozycji, ta inwestycja netto przynosi 2 zł straty. W przypadku kontraktów z mnożnikiem 20 zł, jednopunktowa zmiana kursu pozwala pokryć koszty, a nawet może przynieść niewielki zysk. Zakładając tę samą prowizję, inwestor zarobi 8 zł.

Przede wszystkim te kontrakty docenią inwestorzy, którzy są bardzo aktywni na rynku i zawierają transakcje, wykorzystując najmniejsze zmiany kursów kontraktów terminowych. To także inwestorzy, którzy niejednokrotnie inwestują w horyzoncie jednodniowym i są tzw. daytraderami. Dla nich ta zmiana będzie naprawdę bardzo korzystna, ale zyskają na niej również inwestorzy instytucjonalni, animatorzy rynku (ang. market maker), wszyscy uczestnicy rynku – wyjaśnia Mejszutowicz.

Do 2011 r. rynek derywatów rozwijał się dynamicznie, czemu sprzyjała wysoka zmienność instrumentów bazowych. Po uporządkowaniu sytuacji w strefie euro – zwłaszcza w sektorze finansowym – zmienność zaczęła spadać, co odbiło się także na polskim rynku kapitałowym. W 2012 r. wolumen obrotów kontraktami na GPW wyniósł 10,59 mln kontraktów, najmniej do 2007 r., podczas gdy w 2011 r. było to ponad 14,6 mln kontraktów. W ubiegłym roku było widoczne ożywienie, choć wolumen obrotu na kontraktach nie przekroczył 12 mln kontraktów – wynika z danych GPW.

Jest na rynku bardzo niska zmienność cen, co bardzo utrudnia inwestowanie i zarabianie na tym rynku. Nowe kontrakty mają to zmienić. Między innymi dlatego wprowadziliśmy kontrakty z mnożnikiem 20 zł, żeby zaradzić sytuacji trudnego inwestowania w czasach stagnacji – mówi dyrektor Dział Rynku Terminowego GPW.

Rynek instrumentów pochodnych staje się coraz ważniejszy w strategii rozwoju całego rynku kapitałowego w Polsce. Powodem jest przede wszystkim marginalizacja OFE, które zapewniały dopływ kapitału, a także praktycznie wstrzymany proces prywatyzacji. Kolejnym impulsem do dalszego rozwoju rynku derywatów ma być zmiana indeksów giełdowych, która zostanie przeprowadzona pod koniec roku.

Pamiętajmy, że indeks WIG20 i mWIG40, które są bazą dla instrumentów pochodnych, zostaną zastąpione indeksami WIG30 i WIG50. Dlatego musimy dokonać wymiany instrumentów bazowych. Rozpocznie się w grudniu tego roku i potrwa kilka miesięcy. Przez ten czas inwestorzy będą mieć dostępne kontrakty na stare i nowe indeksy po to, żeby w tym okresie mogli przenieść swoje inwestycje. Myślę, że ta zmiana, jak również zmiana mnożnika, spowodują, że rynek derywatów bardzo mocno urośnie – przewiduje Krzysztof Mejszutowicz.

Potencjał tego rynku tkwi także w opcjach. Jak dotąd inwestorzy mogą inwestować jedynie w opcje indeksowe na WIG20. Obok opcji na nowy indeks WIG30, giełda chce w tym roku wprowadzić do handlu opcje na akcje pojedynczych spółek.

Od obecnych opcji będą się one różniły charakterystyką, ponieważ będą rozliczane poprzez dostawę akcji, które są instrumentem bazowym. Będzie można takiej dostawy zażądać w każdej chwili. Opcje będą miały ,,amerykański styl wykonania”. Chcemy również dokonać pewnej poprawy charakterystyki opcji na WIG20, żeby było ich notowanych trochę więcej i aby te instrumenty były wygaszane w każdym miesiącu. To jest coś, na co wielu inwestorów od długiego czasu czeka – uważa Mejszutowicz.

GPW nie zdecydowała jeszcze, które spółki znajdą się w gronie dostępnych na rynku opcji. Prawdopodobny jest start nowego rynku z udziałem niewielkiej liczby największych i najbardziej płynnych spółek, do którego sukcesywnie dołączałyby kolejne.

Myślimy o pięciu najpłynniejszych spółkach. Być może na początku skoncentrujemy obrót na dwóch, trzech spółkach. Postaramy się o zainteresowanie inwestorów tą grupą, a w dalszej kolejności będziemy wprowadzać opcje na akcje kolejnych spółek, tak jak stało się z kontraktami na akcje – mówi dyrektor.

Brytyjska firma bukmacherska chce wrócić na polski rynek. Oczekuje jednak zmian w podatkach od gier

0

CEO Magazyn Polska

Brytyjska firma bukmacherska Ladbrokes jest zainteresowana powrotem na polski rynek. Jej przedstawiciele podkreślają jednak, że niezbędna jest jednak zmiana ustawy hazardowej oraz zmiana sposobu opodatkowania. Dla całego rynku korzystne byłoby wprowadzenie wspólnych europejskich przepisów, które zniosłyby wymogi rejestracji w poszczególnych krajach.

Ladbrokes jest zainteresowany polskim rynkiem, przyglądamy się mu i chcemy na niego wejść. Naszym zdaniem w tej chwili nie pozwala na to opodatkowanie. Wejście nowej firmy przy obecnym podatku i ograniczeniach reklamy jest zbyt ryzykowne, wręcz niemożliwe. Dlatego też staramy się pokazać, że te zmiany są potrzebne – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kopeć, business development manager w Ladbrokes.

Spółka Ladbrokes wycofała się z Polski w 2011 r. po wejściu w życie nowej ustawy hazardowej. Zgodnie z nią w Polsce działać mogą jedynie spółki z polską licencją. W życie wszedł wtedy również zakaz reklamy dla firm z tej branży. Kopeć podkreśla, że choć niektóre firmy omijają prawo, oferując zakłady przez internet, Ladbrokes nie podejmuje takiego ryzyka. Jako spółka notowana na londyńskiej giełdzie i wchodząca w skład indeksu FTSE250 nie chce działać na granicy prawa.

Obecnie użytkownicy z Polski (z polskim adresem IP) mają zablokowany dostęp do strony internetowej Ladbrokes. Kopeć przyznaje, że spółka chętnie wróciłaby na polski rynek zarówno w sektorze online, jak i punktów bukmacherskich, ale niezbędne są zmiany prawne.

Pierwszym podstawowym rozwiązaniem jest zmiana systemu opodatkowania z podatku od obrotu na podatek od zysków firmy. Najlepiej rozwiązane jest to w Danii, gdzie obowiązuje 20-proc. podatek. Szara strefa została zredukowana do minimum, więc jest to rozwiązanie, które pozwala legalnym firmom funkcjonować w pełni na danym rynku i zwiększa wpływy do budżetu, ograniczając szarą strefę – przekonuje Kopeć.

Dodaje, że np. w Hiszpanii sprawdza się nawet wyższy, 25-proc. podatek od zysków. Stosowane w Polsce opodatkowanie obrotów działa na rynek zdecydowanie gorzej. We Francji, gdzie funkcjonuje podobne rozwiązane, rynek bukmacherski skurczył się w ubiegłym kwartale o 13 proc. W Polsce podatek od gier opiera się na obrotach firm, a jego stawki są zróżnicowane w zależności od typu gry. Zakłady wzajemne na współzawodnictwo zwierząt (wyścigi konne) są obłożone 2,5-proc. podatkiem, a wszystkie inne zakłady wzajemne – 12-proc. W 2013 r. zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów wpływy budżetowe z podatku od gier wyniosły 1,3 mld zł.

Kopeć przekonuje, że poza zmianą systemu podatkowego sektor hazardowy skorzystałby na wspólnych unijnych regulacjach. Doprowadziłoby to do wyeliminowania kuriozalnej według niego sytuacji, w której przepisy różnią się między krajami, a firmy i tak omijają prawo, oferując zakłady przez internet.

Nie można tego rozpatrywać, patrząc tylko na polskie prawo czy na prawo jakiekolwiek innego kraju. Trzeba rozpatrywać to w szerszym kontekście Unii Europejskiej, a sama Unia coraz bardziej przygląda się regulacjom hazardowym. W Polsce niedawno Ministerstwo Finansów otrzymało list od Komisji Europejskiej, która żądała wyjaśnień, jak ta ustawa została wprowadzona, bo to też nie jest do końca jasne, czy ona jest w 100 proc. zgodna z prawem unijnym – mówi Kopeć.

Dodaje, że wspólne unijne regulacje hazardowe uprościłby sytuację związaną z rejestracją firm. Jedno zezwolenie dawałoby prawo działania na terenie całej wspólnoty, a klienci nie musieliby zastanawiać się, czy obstawiając w internecie nie łamią prawa. Kopeć dodaje, że firmy hazardowe są jednymi z niewielu, które tak ściśle muszą rejestrować swoją działalność.

Polscy przedsiębiorcy mają problemy z odzyskaniem należności na Ukrainie i na południu Europy

0

CEO Magazyn Polska

Kryzys na Ukrainie i konflikt na linii Kijów – Moskwa przyczyniły się do poniesienia strat przez wiele polskich firm: inwestorów na ukraińskim rynku i tych handlujących ze wschodnim sąsiadem. Dodatkowo regulacje dotyczące sprawozdań finansowych tamtejszych firm powodują, że polskiemu przedsiębiorcy trudno przed podjęciem współpracy poznać kondycję finansową kontrahenta, to zaś prowadzi do problemów z odzyskaniem należności za usługi czy towary. Zatory płatnicze są zmorą polskich firm również na rynkach południowej Europy.

Wiele firm, w tym tych z polskim kapitałem, ucierpiało podczas konfliktu na Ukrainie, do czego przyczyniły się zamieszki, zwłaszcza we wschodniej części – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Harczuk, prezes zarządu Euler Hermes Collections, firmy zajmującą się m.in. monitoringiem należności i windykacją polubowną.  

Ukraina jest ważnym rynkiem lokowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych przez polskie firmy. Dotychczas polskie firmy ulokowały na Ukrainie łącznie ponad 840 mln dol.(dane z końca października 2013 r.). To wartość o ponad 70 mln dol. niższa niż rok wcześniej. Ukraina zajmuje ósme miejsce wśród najważniejszych polskich rynków eksportowych, realizuje go ok. 12 tys. polskich firm, w większości małych i średnich firm. W pierwszych miesiącach roku ze względu na sytuację polityczną eksport jednak znacząco spadł.

Maciej Harczuk podkreśla jednak, że przyczyną kłopotów niektórych polskich firm na Ukrainie nie jest tylko sytuacja polityczna. Ukraiński rynek – nawet w okresie stabilizacji – nie jest dla przedsiębiorców łatwym rynkiem.

Firmy ukraińskie publikują sprawozdania finansowe w kilku wersjach. Wielokrotnie sprawdziliśmy, że kondycja finansowa firmy, która jest publikowana w sprawozdaniu finansowym, nie zawsze jest spójna z tym, co się dzieje w rzeczywistości. Są sprawozdania finansowe dla urzędu, dla właściciela i często sprawozdanie finansowe dla banku – wyjaśnia prezes Euler Hermes Collections. – Firmy tam tworzą siatkę różnych powiązanych spółek, za pośrednictwem których dystrybuują swoje towary, starają się trochę rozproszyć kapitał, rozproszyć obroty.

Z tego powodu bardzo trudno jest zweryfikować wiarygodność takiej firmy. Bez pomocy specjalistów, firm, które monitorują rynki, często jest to nawet niemożliwe. Takie utrudnienia powodują, że polscy przedsiębiorcy rozpoczynają współpracę z nie do końca sprawdzonym partnerem, a to może oznaczać problemy z odzyskaniem należności za usługi czy towary.

Nasza firma dostarcza właśnie tego typu opracowań, korzystając z pracowników, osób mieszkających na Ukrainie i partnerów przygotowujących dla nas tego typu zestawienia – dodaje Harczuk.

Zatory płatnicze nie tylko na Ukrainie

Konieczność weryfikacji wiarygodności finansowej kontrahentów nie powinna ograniczać się tylko do partnerów wschodnich.  Tym bardziej że statystyki pokazują, że zatory płatnicze są poważnym problemem również na południu Europy.

Sytuacja jest niestabilna w takich krajach, jak Włochy czy Hiszpania – zauważa Harczuk. – Mamy tam dużo zgłoszeń od naszych klientów, którzy sprzedali towar, np. materiały budowlane, i czekają już ponad 100 dni na zapłatę, bo nie sprawdzili wcześniej, jaka jest kondycja finansowa odbiorcy.

Wychodzenie Włoch z kryzysu następuje powoli. Z płynnością finansową mają w tym kraju problem nawet renomowane firmy, które działają od wielu lat. Do zatorów płatniczych przyczyniły się tam także instytucje rządowe. Podobne trudności występują w Hiszpanii.  

Najwięcej problemów mamy na rynkach właśnie w tej części Europy – mówi Harczuk. – Z kolei na rynku niemieckim dyscyplina płatnicza się poprawiła. Wprawdzie i tam nie zawsze pieniądze wpływają na czas. Jeśli jednak już włączamy naszych pracowników zajmujących się windykacją, to okazuje się, że dyscyplina i ustalone harmonogramy są w miarę wypełniane.

Sytuacja przedsiębiorstw w Polsce w obszarze należności utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie – mimo niewielkich wzrostów w porównaniu z sytuacją sprzed kilku miesięcy. 34,6 proc. firm deklaruje spadek problemów z odzyskiwaniem należności lub ich całkowity brak, natomiast 15,5 proc. zauważa wzrost problemów w tym obszarze – wynika z kwietniowych danych Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. Odsetek przeterminowanych należności wynosi 24,8 proc. (w październiku 2013 był historycznie niski – 22,7 proc.). Skrócił się jednak czas przeterminowania należności – jest on najniższy w pięcioletniej historii badania i wynosi 3 miesiące i 17 dni. Udział faktur opóźnionych o ponad 6 miesięcy spadł do 22 proc. Wydatki ponoszone przez przedsiębiorców w związku z nieterminową obsługą zobowiązań przez klientów stanowią 7,9 proc. ogółu ich kosztów.

Dwie trzecie Polaków regularnie dba o zdrowie. Jednak niektóre zdrowe nawyki częściej deklarujemy, niż wcielamy w życie

Zdrowie jest w naszych rękach i jego stan zależy od naszych działań. Twierdzi tak aż 70 proc. Polaków, którzy coraz częściej poddają się badaniom profilaktycznym, uprawiają sport i uważniej komponują dietę. Pozostałe 30 proc. uważa, że na ich kondycję zdrowotną wpływają okoliczności zewnętrzne – wynika z badań „Barometr Bayer 2014. Lepsze życie z wyboru”, ogłoszonych w salonie popularnonaukowym BayLab.

Sojusznikiem jest nauka, która dzięki innowacjom pomaga podwyższać jakość życia, zwłaszcza w fundamentalnych obszarach zdrowia i odżywiania, czego wyrazem jest  motto Bayer: „Science for a better life”, czyli nauka dla lepszego życia – mówi Christophe Dumont, prezes Bayer, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Dostrzegliśmy pewne obszary zdrowia, w których Polacy wykazują się ogromną troską. Jednak wiele innych jest do poprawy, żeby nie było za późno, by zapobiec chorobom. Bayer udostępnia ludziom potrzebne rozwiązania, takie jak glukometr – czyli urządzenie diagnostyczne, które służy do pomiaru poziomu glukozy we krwi.

Ponad 60 proc. ankietowanych przez Millward Brown na zlecenie firmy Bayer przeprowadziło badania profilaktyczne w ciągu ostatnich trzech lat. Nieco większy odsetek badanych zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest profilaktyka.

Mężczyźni częściej wykonują badania profilaktyczne dotyczące chorób układu krążenia, kobiety – badania z zakresu profilaktyki nowotworowej. W starszej grupie wiekowej intensywność wykonywania badań profilaktycznych jest większa – mówi dr Izabella Anuszewska, dyrektor Działu Badań Millward Brown.

Respondenci najczęściej deklarują, że dbają o zdrowie poprzez codzienną higienę, aktywność fizyczną i kontrolowanie wagi. Jednak między deklaracjami a praktyką istnieje pewien rozdźwięk. Znaczenie regularnej aktywności fizycznej podkreśla ponad 80 proc. badanych, ale praktykuje ją niecałe 65 proc.

Z badań wynika, że kobiety częściej niż mężczyźni dbają o zdrową dietę. Polacy deklarują, że kontrolują, co i ile jedzą, ale w praktyce mniej niż połowa zwraca uwagę na zawartość tłuszczu, soli czy cukru w potrawach. Podobnie wygląda sytuacja z wysypianiem się – blisko 80 proc. ankietowanych zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest odpowiednia ilość snu, a niecałe 70 proc. – rzeczywiście się wysypia.

W pierwszej kolejności kwestie dotyczące zdrowia są przekazywane w rodzinie. Okazuje się, że rodzice z różną intensywnością przyzwyczajają dzieci do rozmaitych zachowań prozdrowotnych – mówi dr Izabella Anuszewska.

Polacy najczęściej uświadamiają swoim dzieciom, że powinny dbać o higienę osobistą (91 proc.) i czystość w domu (81 proc.). Informują ich również o szkodliwości używek oraz zbawiennym wpływie aktywności fizycznej na kondycję (po 67 proc.). Najmniejszy nacisk w edukacji prozdrowotnej pociech rodzice kładą na zdrowe odżywianie.

Zdrowie staje się dla Polaków coraz ważniejszym obowiązkiem wobec siebie i bliskich, który polega na dbaniu o swoją kondycję, by cieszyć się życiem i zaspokoić podstawowe potrzeby swojej rodziny.

Powinniśmy dbać o swoje zdrowie. Oczywiście niezależnie od naszej kondycji możemy pojechać w góry, realizować pasje, uprawiać sport wyczynowy. Jeśli jednak chcemy robić to przez większość naszego życia, chcemy aktywnie spędzać czas i osiągać dobre wyniki w sporcie, to należy wprowadzić do swojego życia dobre nawyki sportowe i żywieniowe i dbać od strony medycznej o swój stan zdrowia – przekonuje Kinga Baranowska, wybitna polska himalaistka.

Polacy stosunkowo rzadko pogłębiają swoją wiedzę na temat zdrowia – tylko co piąty śledzi informacje o nowych metodach terapii, zdobyczach medycyny. W efekcie ponad 40 proc. ankietowanych nie umie określić stanu swojego zdrowia, a ok. 30 proc. przyznaje, że mogliby zignorować objawy potencjalnych chorób. Może to się wiązać z faktem, że źródłem wiedzy o zdrowiu dla większości z nas jest internet (trzy czwarte ankietowanych), a w dalszej kolejności – lekarze i znajomi.

Firmy wciąż popełniają wiele błędów w procesie rekrutacji. Kandydaci do pracy skarżą się głównie na brak komunikacji

CEO Magazyn Polska

Pracodawcy nie przywiązują wagi do wysyłania informacji do kandydatów w procesie rekrutacji i nie interesują się ich opiniami – oceniają kandydaci do pracy przebadani przez eRecruitment Solutions. Mimo że prawie połowa pracodawców zapewnia, że dba o relację z kandydatami, to w opinii samych zainteresowanych brakuje przede wszystkim informacji zwrotnej o tym, że CV kandydata dotarło do firmy, i o postępach procesu rekrutacji. Eksperci podkreślają, że negatywna opinia kandydata może przełożyć się na postrzeganie firmy i jej produktów.

„Kandydaci wymagający, pracodawcy za mało przyjaźni” to pierwsze w Polsce badanie candidate experience, czyli opinii i wrażeń kandydatów z procesu rekrutacji.

Główny wniosek, który płynie z tego badania, jest taki, że pomimo deklaracji pracodawców, że dbają o proces aplikacyjny i kandydatów, to w opinii kandydatów tak się jednak nie dzieje. Ponad 70 proc. kandydatów twierdzi, że nie dostaje potwierdzenia, że firma otrzymała życiorys w trakcie procesu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Sieńczyk, dyrektor zarządzający eRecruitment Solutions.

Badanym kandydatom zależy na dwóch podstawowych informacjach – czy ich dokumenty aplikacyjne dotarły do pracodawcy oraz na jakim etapie procesu rekrutacyjnego się znajduje. Co więcej, eksperci podkreślają, że powinno dotyczyć to wszystkich kandydatów, również tych, którzy z rekrutacji odpadli.

Badania pokazują, że to jednak wciąż rzadkie praktyki. Tylko 9 procent firm deklaruje, że po zakończonej rekrutacji pyta kandydatów o opinie na temat procesu, a jedynie co piąty pracodawca informuje o bieżących rekrutacjach odrzuconych wcześniej kandydatów. Normą wciąż nie jest potwierdzanie otrzymania dokumentów rekrutacyjnych i zdaniem Marcina Sieńczyka, gdy sytuacja na rynku pracy zmieni się na korzyść pracowników, brak takich działań może zemścić się na pracodawcach.

Są badania, które pokazują, że negatywna opinia kandydata z procesu rekrutacji może mieć negatywne skutki w postrzeganiu danej firmy, jej produktów czy usług. Mówiąc wprost, niezadowolony kandydat może przestać być klientem danej firmy, danego produktu czy przestać korzystać z jej usług – podkreśla dyrektor zarządzający eRecruitment Solutions.

Dodaje, że negatywne doświadczenia kandydatów do pracy skłoniły przedstawicieli rynku do powołania Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

Jej celem jest promowanie dobrych praktyk rekrutacyjnych w Polsce. W jej ramach pokazujemy dobre przykłady od różnych pracodawców – w jaki sposób dbają o pozytywne wrażenia, jak wygląda komunikacja z kandydatami, którzy aplikują do firmy – wyjaśnia Sieńczyk, jeden z inicjatorów Koalicji.

Do Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji dołączyło już blisko sto firm, kolejne pięćdziesiąt jest zainteresowanych uczestnictwem. Pracodawcy, którzy dołączyli do Koalicji, dbają o dobrą komunikację z kandydatami niezależnie od procesu rekrutacji. Od 2 czerwca z inicjatywy Koalicji w mediach społecznościowych ruszy Tydzień z Przyjazną Rekrutacją. Na profilu Pracuj.pl i Centrum Kariery na Facebooku użytkownicy zostaną zaproszeni do dyskusji na temat dobrych i złych praktyk rekrutacyjnych. Podczas Tygodnia z Przyjazną Rekrutacją kandydaci wymienią się doświadczeniami, pracodawcy będą mogli się dowiedzieć, czego kandydaci oczekują od firm, do których aplikują.

Polski rynek pożyczkowy atrakcyjny dla firm zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Rosnący rynek pożyczkowy w Polsce przyciąga coraz to nowe firmy zagraniczne, które są zainteresowane uruchomieniem działalności w kraju. Eksperci oceniają, że dynamika wzrostu sprawia, że na rynku jest jeszcze miejsce dla nowych graczy, choć wielką niewiadomą są skutki regulacji, które pod koniec tego roku mogą wejść w życie. Pożyczki pozabankowe będą rozwijać się równolegle do sektora bankowego, pytaniem pozostaje tylko kwestia tempa tego rozwoju.

Rosnące zainteresowanie konsumentów krótkoterminowymi, łatwo dostępnymi pożyczkami oraz przyspieszenie w gospodarce sprawiają, że polskim rynkiem pożyczkowym interesuje się coraz więcej firm zagranicznych działających w branży. Na rynku jest już obecnych kilka znaczących podmiotów należących do międzynarodowych grup, m.in. Wonga, Vivus czy Provident.

Zainteresowanie firm zagranicznych to jest wypadkowa wielkości polskiego rynku mierzonej liczbą konsumentów, ale też rozwojem gospodarczym. Fakt, że Polska ma dobre notowania za granicą, nie tylko w Europie, przyciąga zainteresowanie i powoduje, że firmy zaczynają badać rynek, oceniają perspektywy, porównują do własnych rynków i decydują się na rozpoczęcie działalności – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Opaliński, przewodniczący rady nadzorczej Fines SA, niezależnego operatora bankowego. – Ten rynek ma tendencję rosnącą, a przy rosnącym torcie kawałek dla każdego może pozostać taki sam, albo i większy. Gorzej będzie, jeżeli pojawią się zakłócenia, które spowodują okresowe wstrzymanie wzrostu czy redukcję tego rynku.

Zakłócenia te mogą być efektem wprowadzenia regulacji rynku pożyczek pozabankowych, nad którymi trwają prace. Ministerstwo Finansów chce, by weszły one w życie pod koniec roku. Mają one za zadanie uregulować działalność firm pożyczkowych i chronić interesy konsumentów. Branża jednak argumentuje, że niektóre z nowych przepisów przyczynią się do zahamowania rozwoju rynku, a tym samym do spadku dostępności pożyczek dla konsumentów. Szczególne wątpliwości budzi wprowadzenie limitu całkowitego kosztu pożyczki i opłat z nią związanych.

Wszystkie plany wprowadzenia działań regulacyjnych są zakłóceniem, na które sektor musi zareagować. Na pewno dostosuje się do zmian, przynajmniej w części oficjalnej, na pewno nastąpi odpływ klientów do lokalnych pożyczkodawców, którzy działają nieformalnie. To zmniejszy potencjał rynku. Zwykle dostosowanie procesów wewnętrznych do regulacji trwa kilka lat i stanowi zagrożenie cyklu rozwoju – ocenia Krzysztof Opaliński.

Jednak mimo to na rynku będzie postępować profesjonalizacja działających firm. Opaliński podkreśla, że tendencja ta – obserwowana na rynku od jakiegoś czasu – to efekt kryzysu sprzed sześciu lat. W tym czasie rynek pożyczkowy podzielił się na dwa odrębne segmenty: sektor bankowy i pozabankowy (dla klientów o niskiej zdolności kredytowej, którzy potrzebują niewielkich kwot na krótkie okresy).

 – Kryzys z 2008 roku miał oczyszczający wpływ na rynek kredytów bankowych. Spowodował wycofanie się graczy, którzy przeholowali z akceptowaniem ryzykownego klienta. W całej branży lata 2009 i 2010 to były lata chude, przede wszystkim ze względu na to, że banki, które się sparzyły, leczyły rany. Z drugiej strony kryzys w sektorze bankowym uwolnił miejsce, przynajmniej w świadomości konsumentów i w popycie, dla firm pożyczkowych, które zaczęły wchodzić bardzo szeroko na ten rynek i zmieniły oblicze tego sektora – podkreśla Opaliński.

Wtedy też w Polsce obok jednego dominującego gracza na tym rynku zaczęły pojawiać się nowe podmioty, często z kapitałem zagranicznym.

Ich podejście do rynku zaczęło się upodabniać do sektora bankowego. Zarządzanie ryzykiem, proces kredytowy, utrzymywanie relacji z klientem, procent z windykacji, to wszystko zostało zorganizowane w podobny sposób jak w bankach – wyjaśnia przewodniczący rady nadzorczej Fines SA.

Mimo pewnego upodobnienia obu segmentów rynku, odmienne pozostają grupy docelowe klientów i kierowana do nich oferta. To świadczy o tym, że oba sektory będą w najbliższych latach dalej równolegle się rozwijać.

Polacy coraz częściej kupują buty przez internet. Cenią luksusowe marki i duży wybór

CEO Magazyn Polska

Zakupy butów przez internet zyskują coraz większą popularność. Z badania firmy „E-Commerce w Polsce 2014. Gemius dla e-Commerce Polska” wynika, że ponad połowa internautów choć raz kupiła w sieci obuwie. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy wydali na ten cel średnio 134 zł. Jednak coraz częściej w sieci sprzedają się marki luksusowe, które trudno dostać w tradycyjnych sklepach, a klienci są w stanie wydać na wymarzone buty nawet kilka tysięcy złotych. W e-sklepach klienci cenią również szeroki wybór.

Sprzedaż marek zależy od sezonu, obecnie popularnością cieszą się Michael Kors, Love Moschino czy Sonia Rykiel. Przedział cenowy jest bardzo szeroki, od 400 zł do 5 tys. zł. Nasze najbardziej luksusowe klientki wydają na parę butów około 2 tys. zł – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Dąbrowska, country manager Sarenza.pl & Sarenza.eu.

Sarenza powstała we Francji w 2005 roku, a siedem lat później jej strona była dostępna w Polsce.

Do klientów docieramy przede wszystkim przez internet, reklamę internetową, a także dzięki prasie, przez ambasadorki naszej marki. Klientów ciągle przybywa. Polacy lubią i kupują luksusowe marki, szukają ich, a bardzo często znajdują je tylko w internecie – mówi Katarzyna Dąbrowska.

Jak podkreśla Dąbrowska, Sarenza jest dużą międzynarodową firmą, dlatego też marki często decydują się na wystawianie swoich produktów na stronie i traktują to jako możliwość dotarcia do nowych klientów. Przewagą Sarenzy jest możliwość kupna luksusowych butów, które są trudno dostępne w tradycyjnej sprzedaży, a jeśli już są, to zwykle wyłącznie w największych miastach.

Sarenza stawia na różnorodność, dlatego w ofercie oprócz szpilek, które cieszą się dużym zainteresowaniem, można znaleźć także m.in. obuwie zimowe i sportowe. Zwłaszcza te ostatnie cieszą się dużym zainteresowaniem, a ich sprzedaż w okresie wiosennym idzie wyjątkowo dobrze. To m.in. takie marki, jak Converse czy New Balance. Bogata oferta to zaleta, którą według Dąbrowskiej klienci bardzo cenią.

Mamy w sprzedaży 650 marek i blisko 60 tysięcy modeli, więc wybór jest ogromny – podkreśla Katarzyna Dąbrowska. – Ważnym planem jest wprowadzenie naszych typowych polskich marek. Na razie mamy tylko Gino Rossi, ale trwają już negocjacje i rozmowy z innymi polskimi markami. Nasi klienci ich szukają, cenią polskie marki, dlatego jak najbardziej chcemy je im zaoferować.

Sarenza posiada certyfikat bezpieczeństwa Trusted Shops, który chroni kupujących, dlatego odsetek zadowolonych klientów jest wysoki, a ponad 90 procent z nich decyduje się na kolejne zakupy.

Zamówienia przez internet są szybkie i proste. Oferujemy dużo różnych rodzajów płatności, szybką dostawę, a zakupy są bezstresowe – możemy zamówić w domu i oddać bez żadnego ryzyka. Zwrot pieniędzy następuje szybko i myślę, że to argument, który przekonuje wielu z naszych klientów – mówi Dąbrowska.

Jak wyjaśnia Dąbrowska, Sarenza nie planuje otwarcia sklepów stacjonarnych, choć nie wyklucza tego w przypadku zainteresowania klientów taką formą sprzedaży. Rozważa natomiast wprowadzenie nowych sposobów płatności, na których zależy klientom, m.in. płatności za pobraniem.

Private Equity Managers coraz bliżej IPO

0

W związku z planami upublicznienia Private Equity Managers S.A. (PEM), spółki zarządzającej funduszami spółki MCI Management SA („MCI”), Rada Nadzorcza MCI przyjęła rezygnację Członków Zarządu. Zarząd MCI został zmniejszony z sześciu do trzech osób. W najbliższych dniach Rada Nadzorcza PEM podejmie uchwałę o reorganizacji Zarządu także w PEM. Dopasowanie struktur Zarządów obu spółek to zapowiadana uprzednio zmiana.

Proces rozdzielania działalności inwestycyjnej MCI Management od działalności zarządzania aktywami PEM wszedł w decydującą fazę. Po formalnym wydzieleniu PEM ze struktur Grupy MCI, przystąpiono do alokacji kluczowych kompetencji oraz kosztów w sposób odpowiadający profilowi działalności MCI i PEM. W dniu 30 maja br. Rada Nadzorcza MCI przyjęła rezygnację z Zarządu Norberta Biedrzyckiego, Wojciecha Marcińczyka i Sylwestra Janika. Do Grupy MCI dołączyła Ewa Ogryczak, która obejmie stanowisko Członka Zarządu i CFO w MCI Management oraz Chief Operating Officer w PEM. Zastąpi tym samym Magdalenę Pasecką, która w związku ze zmianą planów zawodowych złożyła rezygnację z pełnienia funkcji w Zarządach MCI Management i PEM. W najbliższych dniach na posiedzeniu Rady Nadzorczej PEM zostanie podjęta uchwała o powołaniu Norberta Biedrzyckiego i Wojciecha Marcińczyka na stanowiska Wiceprezesów Zarządu PEM (wymienione osoby są obecnie Członkami Zarządu Spółki). W Zarządzie PEM stanowisko Wiceprezesa zajmuje już Sylwester Janik. Do Zarządu PEM dołączył natomiast Michał Mroczkowski, który  w dniu 27 maja br. został powołany na stanowisko Członka Zarządu i CFO Spółki.

Porządkowanie struktur Zarządów to inicjatywa zapowiadana przez Cezarego Smorszczewskiego od początku objęcia przez niego stanowiska Prezesa Zarządu MCI Management w marcu tego roku. To jedno z działań mających na celu dostosowanie modeli operacyjnych obu spółek do standardów branży private equity i przygotowujących PEM do oferty publicznej na GPW. Przyniesie korzyści zarówno MCI Management jak i PEM.

– Sylwester Janik zarządzający funduszem typu growth MCI.TechVentures, Norbert Biedrzycki zarządzający największym aktywem Grupy MCI, spółką ABC Data SA, i Wojciech Marcińczyk odpowiedzialny za pozyskiwanie kapitału, to osoby, których kompetencje zostają skoncentrowane w  PEM, dlatego zdecydowaliśmy się na zmiany w składach Zarządów obu spółek. Ich obecność w Zarządzie PEM uzasadnia dodatkowo osobiste zaangażowanie kapitałowe każdego z Nich w akcje asset managera – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management. – Dla MCI Management, który będzie koncentrował się na pozyskiwaniu źródeł finansowania działalności inwestycyjnej Grupy MCI i trzymaniu na swoim bilansie większości jej aktywów, taka zmiana to przede wszystkim dużo niższe koszty prowadzenia działalności i większa przejrzystość struktur. W mojej ocenie trzyosobowy skład Zarządu MCI Management jest wystarczający na obecnym etapie, by efektywnie realizować swoje cele. Nie wykluczam dalszych zmian – dodaje. – Korzystając z okazji chciałbym w tym miejscu serdecznie podziękować Sylwestrowi Janikowi, Norbertowi Biedrzyckiemu, Wojtkowi Marcińczykowi oraz Magdzie Paseckiej za Ich dotychczasowe zaangażowanie i wkład w rozwój MCI, a Magdzie Paseckiej życzyć również powodzenia w realizacji kolejnych wyzwań zawodowych.

Zmiany w Zarządach obu spółek nie zmienią zasad współpracy między obydwoma podmiotami i ich menedżerami. Gwarantuje to porozumienie o długoterminowej współpracy zawarte między PEM, MCI Management i MCI Capital TFI, które zapewnia PEM rosnącą bazę aktywów i przychodów z tytułu zarządzania aktywami.

– Reorganizacja zarządzania obiema spółkami jest warunkiem koniecznym dla dalszego pomyślnego rozwoju PEM, dlatego jako Chief Investment Officer MCI Management w pełni ją popieram – komentuje Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu PEM oraz Wiceprezes Zarządu MCI Management.

Ewa Ogryczak ukończyła studia w Szkole Głównej Handlowej na kierunku Finanse i Bankowość. W 2009 roku uzyskała uprawnienia Biegłego Rewidenta. Była uczestniczką wielu szkoleń oraz kursów z obszaru finansów i rachunkowości. Doświadczenie zawodowe zdobywała na stanowisku Partnera oraz Dyrektora warszawskiego oddziału Spółki PKF Consult Sp. z o.o. (wcześniej PKF Audyt Sp. z o.o.). oraz Managera w firmie audytorskiej KPMG Audyt Sp. z o.o. W ostatnim roku zajmowała się prowadzeniem własnej działalności audytorskiej.

Michał Mroczkowski zdobywał doświadczenie zawodowe w renomowanych instytucjach finansowych. Pracował m. in. w BMW Financial Services, banku Millennium oraz w PricewaterhouseCoopers (PwC). W PwC Michał prowadził badania sprawozdań finansowych oraz uczestniczył w licznych projektach doradczych, due diligence oraz IPO. Od 2012 roku jest związany z Grupą MCI, gdzie pełnił rolę Skarbnika Grupy oraz Kontrolera Finansowego. Do tej pory odpowiadał za płynność finansową grupy MCI oraz znaczącą część raportowania finansowego i wewnętrznego controllingu, w tym finansowych aspektów działalności PEM.

 

Tabela. Aktualny skład Zarządu MCI Management (stan na 30 maja br.)

MCI Management S.A.
Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu

Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu

Ewa Ogryczak – Członek Zarządu, CFO

 

Przetargi: W czwartym miesiącu roku liderami wzrostów nadal były zamówienia na prace budowlano-remontowe

Według danych opracowanych przez serwis www.Przetargi.eGospodarka.pl, w kwietniu 2014 roku w Biuletynie Zamówień Publicznych opublikowano 14 tysięcy 244 ogłoszenia o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, o 2,87 procent więcej niż rok wcześniej, czyli w kwietniu 2013 roku. Dodatnia dynamika to zasługa mocnego wzrostu liczby postępowań w sektorze budowlano-remontowym. W kwietniu bieżącego roku ogłoszono bowiem aż o 18,36 procent więcej postępowań przetargowych na prace budowlane niż rok temu. W pozostałych dwóch kategoriach, czyli dostawie usług oraz dostawie towarów zanotowano względne spadki, przy czym najbardziej ubyło przetargów na dostawy usług – w relacji rok do roku liczba ich zmniejszyła się o niemal 21,6 procent. Spadek ten to jednak wynik efektu bazy, w kwietniu 2013 roku liczba postępowań przetargowych na dostawy usług była bowiem niestandardowo wysoka, a to za sprawą zamówień na usługi związane z gospodarką odpadami, wynikających z wchodzącej rok temu ustawy „śmieciowej”. Tegoroczny wynik w segmencie dostaw usług jest po prostu powrotem do poziomów obserwowanych w latach wcześniejszych.

Druga kategoria spadkowa, czyli dostawy towarów, zanotowała ujemną dynamikę na poziomie 16 procent. Należy jednak mieć na uwadze, że również i w tym przypadku zaobserwowano powrót do stanów przeciętnych z lat poprzednich, związany z jednorazowym oddziaływaniem ustawy „śmieciowej” – rok wcześniej liczba przetargów na dostawy towarów została mocno podbita w górę przez przetargi na specyficzny rodzaj towarów – pojemniki i kontenery na śmieci.

Za dobry wynik budownictwa odpowiada po części przychylna w tym roku aura, jednak dane statystyczne wskazują na znacznie poprawiającą się kondycję tego sektora. Jest już niemal pewne, że budownictwo powoli wychodzi już z bardzo głębokiego dołka w jakim tkwiło w latach 2012-2013.

Powrót koniunktury w budownictwie widoczny jest w porównaniu kwietniowych wyników miesięcznych za ostatnie lata. Tegoroczny wynik jest na poziomie tych z lat 2009-2010, czyli jeszcze z okresu dobrej koniunktury budowlanej.

W kwietniu 2014 roku liczba przetargów w kategoriach dostaw usług oraz dostaw towarów nie odbiegała znacząco od wyników za ostatnie lata. Różnice wynikają po części ze zmiennej lokalizacji ruchomego święta, którym jest Wielkanoc.

Gospodarka nabiera rozpędu. Wraca optymizm?

Polska gospodarka wyraźnie przyspiesza. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w pierwszym kwartale 2014 roku polski Produkt Krajowy Brutto wzrósł o 3,4 procent rok do roku, po wzroście o 2,7 proc. w IV kwartale 2013 roku. To wynik lepszy od oczekiwań analityków, którzy dynamikę PKB w I kw. 2014 szacowali na ok. 3,1 proc. rok do roku.

Poprawia się także sytuacja na rynku pracy. Z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w kwietniu stopa bezrobocia wyniosła 13 proc. i w porównaniu do marca spadła o 0,5 pkt. proc. Stopa bezrobocia pod koniec kwietnia była o 1 pkt proc. niższa niż przed rokiem, od początku roku spadła również o 1 punkt procentowy.

Rośnie też zatrudnienie – w kwietniu 2014 roku w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 pracowników zwiększyło się ono w relacji rocznej o 0,7 procent. W relacji miesięcznej zatrudnienie nie zmieniło się, pozostając w kwietniu 2014 na takim samym poziomie jak w marcu. W kwietniu bieżącego roku spadły za to w relacji miesięcznej płace – o 1 procent, jednak w stosunku do ubiegłego roku średnie wynagrodzenia wzrosły o 3,8 procent.

Produkcja przemysłowa wzrosła w kwietniu 2014 roku o 5,4 procent. Zauważalny wzrost zanotowało budownictwo. Produkcja budowlano-montażowa była w kwietniu 2014 roku o 12,2 procent wyższa niż przed rokiem (wobec spadku o 23,1 proc. w kwietniu ubiegłego roku) i o 3,2 proc. wyższa w porównaniu z marcem 2014 roku. Wzrost odnotowano we wszystkich działach budownictwa, i to zarówno w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku, jak i marcem tego roku.

Nadal bardzo niska jest inflacja. Według danych GUS, w kwietniu 2014 inflacja w ujęciu rocznym wyniosła zaledwie 0,3 proc., a w ujęciu miesięcznym wyniosła 0 procent, co oznacza, że względem marca 2014 ceny stanęły w miejscu.

Bardzo optymistycznym prognostykiem jest to, że prawdopodobnie rusza jeden z motorów polskiej gospodarki czyli konsumpcja. Polacy przestali obawiać się zakupów i śmielej ruszyli do sklepów. W kwietniu sprzedaż detaliczna, w ujęciu rocznym, wzrosła bowiem o 8,4 proc. Tak wysoki wzrost, nawet po uwzględnieniu wpływu Świąt Wielkanocnych jest bardzo dobrym wynikiem. Rośnie sprzedaż samochodów, odzieży i obuwia, mebli, RTV i AGD. Dzięki wysokiej dynamice sprzedaży detalicznej wzrost PKB w drugim kwartale może być wyższy niż w pierwszym, kiedy to – jak już wspomniano – wyniósł 3,3 proc.

– Gospodarka nabiera wyraźnego i trwałego rozpędu. Spada bezrobocie i rośnie zatrudnienie. Bardzo dobra wiadomość to wysoka dynamika sprzedaży detalicznej. Ponieważ dotychczas konsumpcja prywatna była jednym z czynników napędzających w Polsce wzrost gospodarczy, to jej ponowny wzrost bardzo dobrze wróży wzrostowi gospodarczemu. Dodatkowo systematycznie spada bezrobocie, co wskazuje na rosnącą koniunkturę. Pewne zagrożenia występują jednak w naszym otoczeniu. W związku z niestabilną sytuacją na Ukrainie i zaangażowaniem Polski w ten konflikt może ucierpieć nasz eksport na rynki wschodnie. Dodatkowo, jeśli sankcje wobec Rosji się rozwiną, to ucierpi nasza wymiana z największym partnerem handlowym, czyli Niemcami. Należy pamiętać, że nasz zachodni sąsiad jest dużym eksporterem do Rosji – mówi Beata Szkodzin, wydawca serwisu eGospodarka.pl. – Poprawiająca się kondycja rodzimej gospodarki odblokuje również część wstrzymywanych dotychczas inwestycji publicznych. Tym razem jednak udział w dużych budowach może nie być dla realizujących je firm pocałunkiem śmierci, bowiem posłowie chcą zmian w Prawie zamówień publicznych, ograniczających w przetargach znaczenie kryterium najniższej ceny, którego bezrefleksyjne stosowanie pośrednio przyczyniło się z jednej strony do fali upadłości przedsiębiorstw budowlanych, z drugiej zaś do poważnych opóźnień w budowaniu sieci dróg – dodaje Beata Szkodzin.

Ruch na budowach

W kwietniu 2014 największą roczną dynamikę wykazały postępowania przetargowe na prace budowlane. Najwyższy przyrost w skali rocznej zanotowały ogłoszenia na roboty w zakresie różnych nawierzchni (+46,45 procent w ciągu roku), wyposażenie placów zabaw (+45,88 proc.), roboty budowlane w zakresie budowy rurociągów, linii komunikacyjnych i elektroenergetycznych, autostrad, dróg, lotnisk i kolei; wyrównywanie terenu (+43,20 procent), roboty elewacyjne (+40 procent), roboty w zakresie instalacji elektrycznych (+33,88 procent), roboty w zakresie burzenia, roboty ziemne (+32,87 procent), roboty budowlane w zakresie wznoszenia kompletnych obiektów budowlanych lub ich części oraz roboty w zakresie inżynierii lądowej i wodnej (w kwietniu 2014 o 30,04 proc. więcej niż rok wcześniej), roboty malarskie, wykonywanie izolacji cieplnej, instalowanie centralnego ogrzewania, roboty budowlane w zakresie budynków, roboty w zakresie nawierzchni dróg, roboty w zakresie kształtowania placów zabaw, roboty wykończeniowe w zakresie obiektów budowlanych, roboty remontowe i renowacyjne czy roboty instalacyjne w budynkach.

O eGospodarka.pl
eGospodarka.pl (www.egospodarka.pl) to praktyczny poradnik Internetu dla małych i średnich przedsiębiorstw. Serwis udostępnia m.in. bezpłatną bazę przetargów publicznych, oferty pracy w Polsce i za granicą, porady z prawa pracy, podatków i rachunkowości, komentarze gospodarcze i finansowe, kursy walut, bezpłatne wzory dokumentów i formularzy, aktualności ze świata IT oraz najnowsze raporty i prognozy. Przedsiębiorcy znajdą w serwisie eGospodarka.pl narzędzia porównawcze, wyszukiwarki i kalkulatory.

Misją serwisu jest dostarczanie praktycznych informacji i narzędzi oraz pomoc w podejmowaniu decyzji dotyczących zaistnienia firmy w Internecie. Najczęściej odwiedzane przez użytkowników są działy: Firma, Podatki, Prawo, Praca i Przetargi.

Według badania Megapanel w październiku 2013 roku serwis eGospodarka.pl zanotował ponad 1 mln 557 tys. użytkowników, co stawia go w ścisłej czołówce najlepszych serwisów biznesowych. Dział www.przetargi.eGospodarka.pl w październiku 2013 odwiedziło natomiast ponad 161 tysięcy osób.

Przydatne linki:
http://www.egospodarka.pl
http://www.przetargi.egospodarka.pl
http://www.przetargi.egospodarka.pl/prawo_zamowien_publicznych

PKB rośnie szybciej niż przewidywano. Nie doceniliśmy naszej gospodarki

Gospodarka rośnie nam szybciej niż się spodziewano. W pierwszym kwartale produkt krajowy brutto Polski był o 3,4% wyższy niż rok wcześniej – poinformował Główny Urząd Statystyczny. To wynik o 0,1 pkt. proc. wyższy, niż podano w pierwszym szacunku.

PKB wyrównany sezonowo odnotował wzrost o 1,1% kdk i 3,5% rdr wobec 0,7% kdk i 2,5% rdr odnotowanych w czwartym kwartale 2013 roku. Wzrost gospodarczy w pierwszym kwartale 2014 roku był najszybszy od dwóch lat.

– Największy wkład we wzrost PKB miała konsumpcja prywatna, która zwiększyła się realnie o 2,6% rdr. Pozytywnie zaskoczyły inwestycje, których wartość wzrosła o 10,7% rdr i był to największy wzrost od sześciu lat! Za sprawą przyspieszenia dynamiki importu (+6,9% rdr wobec 4,2% kwartał wcześniej) zmalał wkład handlu zagranicznego, który w pierwszym kwartale wyniósł tylko 0,5 pkt. proc. do wzrostu PKB. To najmniej od drugiego kwartału 2011 roku – stwierdza Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Wzrost PKB w I kw. pozytywnie zaskoczył i jest wyższy od spodziewanego

– Wartość 3,4% mieliśmy osiągnąć dopiero w II kw. 2014 roku. Odczyt ten oznacza, że pomylili się praktycznie wszyscy z OECD, KE i MFW włącznie, którzy szacowali, że polska gospodarka nie będzie się „aż tak szybko” rozwijać i na takie wyniki musimy poczekać co najmniej do 2015 roku. Nie oznacza to, że jest dobrze. Największy wpływ na wzrost PKB ma konsumpcja prywatna. Polacy realnie nie mają dużo więcej pieniędzy, więc to nie uzasadnia aż takiego optymizmu zakupowego. Równocześnie nie poprawiły się znacznie statystyki dotyczące zatrudnienia – stwierdza Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Od początku roku stopa bezrobocia mocno się obniżyła (ponad 1 p. proc.), ale w największym stopniu spowodowane jest to nakładami na staże i szkolenia, a to nie są „prawdziwe miejsca pracy”. Słowem – konsumpcja rośnie, bo nie boimy się wydawać, ale brakuje nam do tego jeszcze twardych podstaw. Martwi odrobinę rachityczność sektora przedsiębiorstw, aczkolwiek w niektórych branżach widać znaczną poprawę, np. wzrost w budownictwie wyniósł ponad 8%. Niemniej, dopóki nie wzrośnie nam zatrudnienie, to cały wzrost gospodarczy będzie wisieć na włosku. Bo to, że mamy dobry wynik, musi się realnie przekładać na sytuację przeciętnych obywateli. Jeśli tak nie jest, to nie ma wzrostu, tylko jest konserwacja.

– Z praktyki wynika, że przy takich danych stopa bezrobocia powinna zacząć obniżać się nawet bez nakładów na aktywne formy walki z bezrobociem i to silniej, niż wynikałoby to z wahań sezonowych. To implikuje podwyżki, bo obniży się podaż pracy. Dodatkowo większa konkurencja ze strony przedsiębiorstw winna prowadzić do obniżenia cen na niektóre produkty. Wyniki po I kw. są bardzo dobre, ale niewykluczone, że 3 miesiące to za mało, by przeciętny obywatel to zauważył – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

E-papieros równie groźny jak tradycyjny. Elektroniczna bomba z opóźnionym zapłonem

Każdego roku 31 maja obchodzony jest Światowy Dzień bez Tytoniu, nałogu z powodu którego co roku na świecie umiera prawie 6 milionów ludzi. Próbując walczyć ze zdrowotnymi i społecznymi skutkami palenia tradycyjnych papierosów, wykorzystujemy nie zawsze dobrze nowoczesne technologie i tworzymy sami dla siebie nową, zabójczą broń: e-papierosy. Na wybuch tej bomby nie trzeba będzie długo czekać. Do naszej placówki trafia coraz więcej osób uzależnionych od e-papierosów – komentuje Pani Kinga Balter, dyrektor Kliniki Rzucania Palenia Allena Carra.

E-papieros równie groźny jak tradycyjny

Wiele osób wciąż żyje złudzeniami, że e-papieros może być „zdrowszą” alternatywą do papierosów tradycyjnych. Jak wynika jednak z badań, opublikowanych między innymi przez naukowców z New York University, e-papierosy mają równie zły, a nawet gorszy wpływ na organizm człowieka. Onkolodzy biją na alarm. Po pierwsze okazuje się, że e-palacze wdychają więcej szkodliwych substancji, gdyż częściej korzystają z e-papierosów niż gdyby palili papierosy tradycyjne. Po drugie, w e-papierosach znajduje się szkodliwa dla organizmu nikotyna, tylko w płynnej postaci. Dodatkowo po e-papierosy, które rzekomo miały pomóc ograniczyć lub rzucić palenie, sięgają osoby, które do tej pory nigdy nie paliły. Obserwując więc popularność e-papierosów na świecie, przez pryzmat rosnącego, nowego pokolenia coraz młodszych e-palaczy, środowiska medyczne i wybrane instytucje podejmują temat statusu prawnego e-papierosa oraz jego negatywnych skutków społeczno – zdrowotnych.

Jak widzę osobę z e-papierosem to jest mi strasznie smutno – mówi Kinga Balter, szefowa Kliniki Rzucania Palenia Allena Carra – trudno uwierzyć, że ludzie dają się nabrać na te same chwyty marketingowe, które były stosowane przez koncerny tytoniowe przez lata, a teraz są zabronione. E-papieros pokazywany jest w reklamach jako produkt luksusowy, przejaw wolności, nowoczesności, zdrowia, odwołuje się do aspektów seksualnych itp. A w środku jest uzależniająca nikotyna i nie wiadomo jakie i jak szkodliwe dodatkowe substancje – dodaje Pani Kinga Balter.

Fałszywe remedium na zerwanie z nałogiem

E-papierosów nie można traktować jak produktów nikotynowej terapii zastępczej, mimo to wiele osób kierując się błędną motywacją wybiera papierosy elektroniczne jako alternatywę dla tradycyjnego palenia.

E-papierosy utrzymują palacza w mitach i stereotypach o paleniu, które ma być rzekomo remedium na stres, dodatkiem do kawy czy piwa, elementem życia towarzyskiego – komentuje Anna Kabat, terapeutka pomagająca rzucić palenie metodą Allena Carra. Nie urodziliśmy się palaczami, ktoś nam tego pierwszego papierosa zaoferował. Tak wpadliśmy w nikotynową pułapkę. Celem naszej terapii jest zmiana przekonań, jakie palacz ma na temat palenia, zmiana jego postrzegania. Chodzi o to, żeby palacz nie tylko rzucił palenie, ale żeby wyrzucił je z głowy. By był wolny od absurdalnych wyobrażeń, że palenie coś daje – uzupełnia terapeutka.

Metoda Allena Carra to rodzaj psychoterapii. W odróżnieniu od innych sposobów rzucania palenia koncentruje się na psychicznym, a nie fizycznym uzależnieniu od nikotyny. Celem terapii jest zmiana nastawienia palacza do palenia i przede wszystkim do sposobu w jaki o paleniu myśli. Tak aby postrzegał zerwanie z nałogiem nie w kategoriach krzywdy, straty czy wyrzeczenia, lecz ulgi i odzyskania wolności

Nałóg tytoniowy bez względu na postać pod jaką występuje kryje w sobie nikotynową pułapkę, której ulegają palacze. Palacz sięga po papierosa, by poczuć się dobrze. Papieros daje mu relaks, odstresowanie i przyjemność – to złudzenie, które powoduje, iż miliony ludzi tkwią latami w nałogu i umierają na całym świecie na choroby odtytoniowe. W przypadku e-papierosów, po które sięga również wiele młodych ludzi, motywy są jeszcze bardziej prozaiczne, związane z modą i byciem trendy.

Trzeba również pamiętać, że e-papieros to wciąż nowy produkt na rynku, modyfikowany przez kolejne firmy chcące zarobić na „elektronicznym nałogu”, który nie został dogłębnie przebadany medycznie, więc nie można określić jednoznacznie wszystkich skutków obocznych i jego szkodliwości. Pojawiające się jednak kolejne wyniki badań naukowców z poszczególnych krajów potwierdzają, że e-papierosy nie mogą być popularyzowane jako „zdrowsza” postać palenia. Używanie papierosów niesie niebezpieczeństwo nie tylko dla samych palaczy, ale również dla ich otoczenia, bez względu czy palimy tradycyjne czy elektroniczne papierosy.

Obchodząc po raz kolejny Światowy Dzień bez Tytoniu, warto nie tylko zwrócić uwagę na szkodliwość palenia tradycyjnych papierosów, ale również ich nowoczesnego odpowiednika – elektronicznego papierosa, którego ponad połowa Polaków jak wynika z badań, mylnie postrzega jako środek zapobiegawczy przed powrotem do nałogu. Papierosy, bez względu na formę są najczęstszą przyczyną chorób i śmierci, której można by skutecznie uniknąć. Jak na ironię losu, to jedyny towar konsumpcyjny, który zabija jeśli stosuje się go zgodnie z przewidzianym przez producenta przeznaczeniem.

D. Lasek, UI TFI: Czy Polsce grozi deflacja?

O sytuacji makroekonomicznej i rynkach obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, Dyrektorem Inwestycyjnym ds. Papierów Dłużnych Union Investment TFI

W kontekście ostatnich danych na temat inflacji rodzi się pytanie, czy Polsce grozi deflacja.

To pytanie w pełni uzasadnione. Kwietniowy wzrost inflacji o 0,3% r/r sugeruje, że w wakacje, które z reguły są okresem deflacyjnym, możemy zejść nawet do poziomów ujemnych. Potwierdza to analiza składowych inflacji. Ceny paliw, energii i żywności są stosunkowo niskie, a najbliższego ich wzrostu – przede wszystkim w odniesieniu do żywności – można się spodziewać dopiero na jesieni. Na koniec tego roku inflacja może się znajdować poniżej 1%.

Czy zasadne byłoby zatem stwierdzenie, że Polska znajduje się w bezinflacyjnej fazie wzrostu gospodarczego?

To trudne pytanie, ponieważ odpowiedź na nie poznamy dopiero post factum. Nie ulega jednak wątpliwości, że wzrost gospodarczy w Polsce ma się dobrze. Odczyt 3,5% r/r w I kwartale 2014 r. to wynik więcej niż satysfakcjonujący. Bardzo dobrze prezentuje się też porównanie I kwartału 2014 r. z IV kwartałem 2013 r. Nawet biorąc pod uwagę, że GUS dokonał pewnych korekt danych za 2013 r., to wzrost kwartał do kwartału o 1,1% jest imponujący – najwyższy od kilku kwartałów. Gdyby to tempo się utrzymało, to na koniec 2014 r. moglibyśmy liczyć nawet na więcej niż 3,5-procentowy wzrost PKB.

Wracając jeszcze do inflacji – czy gdyby spadła do niskich poziomów, byłoby to wsparcie dla rynku obligacji?

Jeśli taki scenariusz się zrealizuje, presja na Radę Polityki Pieniężnej będzie ogromna i ponownie możemy być świadkami dyskusji o obniżkach stóp procentowych. W takim środowisku rentowności polskich obligacji mogą jeszcze spadać. Jednak jak już niejednokrotnie podkreślałem, byłoby to balansowanie na granicy przegrzania rynku.

A złoty? W jakiej kondycji jest polska waluta?

Przez długi czas polski złoty był niedowartościowany w relacji do węgierskiego forinta i czeskiej korony. Obecnie efektywny kurs walutowy wyraźnie pokazuje, że przez ostatnie dwa miesiące złoty umocnił się na tle walut z koszyka. Jedynie rosyjski rubel pozostaje silniejszy od polskiej waluty.

Czy umocnienie złotego to dobry sygnał?

To zależy, z jakiego poziomu patrzymy. Dla wyjeżdżających na wakacje to dobra informacja. Jednak dla przedsiębiorstw eksportujących towary oznacza to mniejszą marżę i niższy zarobek. Ostatnio to te właśnie przedsiębiorstwa uratowały polską gospodarkę. Dlatego dla wzrostu gospodarczego w Polsce lepiej by było, aby złoty się nie umacniał.

Na koniec przejdźmy jeszcze do najważniejszych przetargów. W minionym tygodniu Bank Gospodarstwa Krajowego sprzedał obligacje na rzecz Krajowego Funduszu Drogowego. Czy te papiery cieszyły się zainteresowaniem?

Zainteresowanie ze strony kupujących było umiarkowane, mimo że BGK sprzedał 10-letnie obligacje drogowe po raz pierwszy od dwóch lat. Inwestorom sprzedano papiery
o wartości ponad 1,2 mld zł, przy czym oferta wynosiła od 1 do 2 mld zł. Relatywnie niewielki popyt był spowodowany m.in. przeciętną rentownością w relacji do stosunkowo niskiej płynności tych papierów.

W maju 83 proc. Polaków popierało członkostwo Polski w Unii Europejskiej

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek zwolenników spadł o 1 punkt proc. Obecnie 31 proc. Polaków zdecydowanie popiera nasze członkostwo w UE, a raczej je popiera – 52 proc.

Przeciwników integracji jest łącznie niemal 13 proc. i w stosunku do kwietnia ich odsetek nie zmienił się. Obecnie zdecydowanych przeciwników jest 4 proc., a raczej przeciwnych integracji jest 9 proc. respondentów.

Jedynie 4 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Jedynie w starszych grupach wiekowych, czyli wśród osób z przedziału pomiędzy 50 a 66 rokiem życia i starszych, poparcie członkostwa Polski w Unii Europejskiej jest nieznacznie niższe i waha się pomiędzy 75 a 80 proc. We wszystkich pozostałych grupach wiekowych pozostaje na wysokim poziomie i wynosi znacznie ponad 80 proc.

Wykształcenie respondentów nie różnicuje i nie wpływa znacząco na poparcie idei integracji. Najwięcej jej zwolenników występuje wśród osób z wyższym wykształceniem (ponad 91 proc.), jednak w pozostałych grupach wykształcenia idea integracji ma również licznych zwolenników – od 74 proc. wśród respondentów z podstawowym wykształceniem, 79 proc. z wykształceniem zawodowym i 87 proc. średnim.

Wysokie poparcie dla członkostwa Polski w UE występuje wśród elektoratów obydwu największych partii politycznych. W maju, w przeddzień wyborów europejskich, niemal 90 proc. wyborców Platformy Obywatelskiej oraz ponad 80 proc. wyborców Prawa i Sprawiedliwości jest zwolennikami członkostwa.

Informacje o badaniu
Majowa fala badania została przeprowadzona w dniach 8-11 maja 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

Komentarz EY: Przychody spółek mogą się zmienić, a w sprawozdaniach finansowych będzie więcej informacji – to efekty nowego standardu rachunkowości

Setki spółek w Polsce muszą się przygotować na duże zmiany. 28 maja 2014 został opublikowany nowy standard rachunkowości – MSSF 15 Umowy z klientami. Zmienia on sposób w jaki firmy rozliczają swoje umowy z klientami, w szczególności, gdy w ramach jednej umowy świadczą usługi i dostarczają towary – tak, jak to ma miejsce, np. w branży telekomunikacyjnej. Firmy będą musiały też ujawniać więcej informacji o swoich przychodach, co ma pomóc inwestorom w ocenie spółek. Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB) oraz Amerykańska Rada ds. Standardów Rachunkowości Finansowej pracowały nad nowym modelem rozpoznawania przychodów przez 10 lat.

Nowy standard zastąpi dotychczasowe standardy w ramach Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) i amerykańskich standardów rachunkowości (US GAAP). Prace nad ich ujednoliceniem trwały ponad 10 lat. – Celem wspólnego standardu jest promowanie jednolitej rachunkowości dla rozpoznawania przychodu i zwiększenie porównywalności i przejrzystości informacji finansowych. Wypracowanie standardu dotyczącego przychodów było jednym z kluczowych celów Rad w ostatnich latach – mówi Anna Sirocka, Partner w Dziale Doradztwa w Zakresie Rachunkowości EY.

Nowy standard dotyczy wszystkich umów skutkujących przychodami i zawiera jednolity model rozpoznawania i pomiaru sprzedaży aktywów niefinansowych, w tym m.in. majątku trwałego. Analiza umowy z klientem przeprowadzana jest w pięciu krokach – od identyfikacji umowy, przez wskazanie pojedynczych zobowiązań, ustalenie cen, przyporządkowanie ich do poszczególnych zobowiązań i rozpoznanie przychodu. Zgodnie z MSSF 15 przychód powstaje w momencie, gdy kontrola nad towarem lub usługą przechodzi w ręce klienta.

Wcześniejsze propozycje rozwiązań dotyczące jednego modelu rozpoznawania przychodów budziły dużo obaw ekspertów w kwestii proponowanego momentu, w którym przychód jest rozpoznawany oraz możliwości zastosowania standardu w praktyce. Rady dopracowały niektóre wzbudzające wątpliwości bądź problematyczne obszary. – Rady postarały się rozwiązać zgłaszane problematyczne kwestie. W ostatecznej wersji standardu znalazły się dodatkowe wytyczne dotyczące jego stosowania, tak, aby pomóc spółkom w określaniu momentu, w którym powstaje przychód czyli przeniesienia towarów na klienta, czy też wykonania usług, w tym w szczególności w przypadku licencji – tłumaczy Joanna Frykowska, Dyrektor w Dziale Doradztwa w Zakresie Rachunkowości EY.- Nowy standard może zmienić moment, kiedy spółki pokazują przychody ze sprzedaży, a nawet jeśli ten nie ulegnie zmianie to i tak pozostałe zapisy standardu będą miały wpływ na wszystkie gałęzie przemysłu. Dla przykładu, nowy standard wymaga od spółek ujawniania znacznie większej ilości informacji o sprzedaży i przychodach w sprawozdaniach finansowych w nadziei, że inwestorzy i inni użytkownicy otrzymają bardziej użyteczne dane – dodaje Anna Sirocka.

Pierwotnie MSSF 15 miał być wydany w 2013 roku. Z powodu opóźnień, spółki mają teraz mniej czasu na przygotowanie się do nowych wymogów. Standard wchodzi w życie w 2017 roku (z wcześniejszym przyjęciem dozwolonym jedynie w ramach MSSF), ale możliwe, że spółki, które są zobowiązane do przedstawienia informacji porównawczej z okresu dwóch lat, będą musiały zastosować nowy standard równolegle z obecnie obowiązującymi wymogami w odniesieniu do danych za 2015 rok. Nie jest jeszcze wiadomo, jaki będzie harmonogram przyjęcia tego standardu do stosowania w Unii Europejskiej, co jest istotne z punktu widzenia polskich spółek publicznych.

Podczas gdy standard ten ujednolici wykazywanie przychodów ze sprzedaży na rynkach publicznych, spółki, audytorzy oraz nadzór staną w obliczu nowych wyzwań związanych ze spójną interpretacją i stosowaniem tych wymogów w każdej branży oraz w otoczeniu prawnym specyficznym dla poszczególnych krajów. W odpowiedzi na te obawy Rady powołały do życia grupę wdrożeniową, która ma pomóc w wypracowaniu wspólnych rozwiązań, ujednoliceniu interpretacji, a co za tym idzie zapewnieniu większej porównywalności między spółkami.

Producenci dóbr luksusowych otwierają się na e-commerce

Pomimo spowolnienia gospodarczego, w minionym roku podatkowym (zakończonym najpóźniej w czerwcu 2013 r.) wyniki sprzedaży 75 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły blisko 172 mld dolarów. Autorzy pierwszej edycji raportu Deloitte „2014 Global Powers of Luxury Goods” prognozują, że sektor ten nadal będzie cieszył się zainteresowaniem klientów i inwestorów, w tym funduszy private equity. Jednocześnie globalizacja i rozwój Internetu zmuszają producentów dóbr luksusowych do szerszego wykorzystania e-commerce oraz mediów społecznościowych.

Wzrost sprzedaży w minionym roku podatkowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 12,6 proc. (porównanie rok do roku), a jej średnia wartość przypadająca na jedną spółkę sięgnęła 2,3 mld dolarów. W tym samym czasie producenci dóbr konsumpcyjnych, których kondycję także co roku analizuje Deloitte, mogli się pochwalić wzrostem w wysokości 5,1 proc . „Porównanie producentów produktów luksusowych i dóbr konsumpcyjnych wyraźnie pokazuje, że ci pierwsi, mimo pogorszenia warunków ekonomicznych na niemal całym świecie, poradzili sobie z tym problemem znacznie lepiej. Jest to branża, która nie ulega tak bardzo wahaniom koniunktury gospodarczej, choć niewątpliwie sprzyja jej okres prosperity. Warto zauważyć, że aż 84 proc. firm z tego zestawienia zanotowało w omawianym okresie wzrost przychodów” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Jak oceniają eksperci Deloitte, w najbliższym czasie czeka nas rozwój działalności producentów dóbr luksusowych w Internecie, do którego większość z nich dotąd była nastawiona sceptycznie. Charakterystyką tej branży jest bowiem bliski kontakt z klientem, który traci znaczenie, gdy ten kupuje on-line. „Poza tym producenci do tej pory uważali, że w sieci trudno poznać i docenić wysoką jakość ich towarów. Rozwój Internetu, a także mediów społecznościowych spowodował jednak, że także ten sektor musi inwestować w e-commerce. Jak bardzo jest opóźniony w tym zakresie, najlepiej pokazuje fakt, że jego sprzedaż internetowa stanowiła w 2013 roku 5,3 proc. w całości przychodów ze sprzedaży, podczas gdy w ogólnym handlu detalicznym jest to aż cztery razy więcej” – mówi Magdalena Jończak.

Autorzy raportu wskazują, że źródłem wzrostu dla producentów dóbr luksusowych są rynki wschodzące, czyli region Azji i Pacyfiku, Ameryka Łacińska, Bliski Wschód oraz Afryka. Choć jednocześnie największymi rynkami w tym sektorze pozostaje Europa: Francja, Włochy, Wielka Brytania, Szwajcaria, Hiszpania oraz USA. Z tych sześciu krajów pochodzi niemal 87 proc. największych producentów dóbr luksusowych, a w minionym roku podatkowym wygenerowały one ponad 90 proc. sprzedaży.

Ma to związek m.in. z tzw. turystyką zakupową. Klienci z Azji czy Bliskiego Wschodu, którzy słyną z zamiłowania do luksusu, przyjeżdżają na zakupy do Paryża, Londynu czy Mediolanu. We Francji połowa z 16 mld euro wpływów ze sprzedaży dóbr luksusowych pochodzi właśnie od turystów zagranicznych. Szacuje się, że w latach 2012-2017 Chińczycy będą przewodzić w turystyce zakupowej. Już w ubiegłym roku pojedyncza transakcja, której stroną był turysta z Chin, wynosiła średnio 1083 dolarów. Eksperci Deloitte wskazują na przykład londyńskiego ekskluzywnego domu handlowego Harrods, który po zamontowaniu czytników do chińskich kart kredytowych, zanotował znaczny wzrost przychodów.

Ze znajdujących się w zestawieniu 75 firm swoje sklepy internetowe ma 58 z nich. Raport wskazuje marki, takie jak Louis Vuitton czy Michael Kors, które zauważyły już ten trend i potrafią komunikować się z klientami za pośrednictwem mediów społecznościowych i sklepów internetowych.

W minionym roku podatkowym pierwsze miejsce wśród 75 największych producentów dóbr luksusowych zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazły się także producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont oraz koncern kosmetyczny Estée Lauder. Pierwsza dziesiątka zanotowała nieco większy wzrost przychodów niż TOP 75, który wyniósł 13,1 proc. W zestawieniu znalazło się także podsumowanie TOP 15, grupujące najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. Wśród nich niekwestionowanym liderem jest Michael Kors Holdings, którego przychody w ciągu roku wzrosły aż o 67,5 proc.

Raport analizuje również transakcje na rynku M&A w sektorze dóbr luksusowych. Dużą rolę w tym zakresie odgrywają fundusze private equity, które w tej branży poszukują firm, mogących zagwarantować szybki wzrost i zwrot z zainwestowanego kapitału. W ostatnich miesiącach jedną z największych transakcji był zakup przez fundusz Blackstone Group 20 proc. akcji firmy Gianni Versace. Zdaniem autorów raportu także w tym roku możemy oczekiwać zainteresowania inwestorów branżą producentów dóbr luksusowych. W orbicie ich zainteresowań będą przede wszystkim starsze, uznane marki, które mogą pochwalić się wieloletnim przywiązaniem klientów.

Z Rekomendacją D w banku bezpieczniej

Na koniec 2014 roku Komisja Nadzoru Finansowego wyznaczyła ostateczny termin wdrożenia przez banki w Polsce zaleceń ujętych w Rekomendacji D. Czasu jest coraz mniej, a rzetelne i kompleksowe wprowadzenie zmian wymaga znaczących nakładów pracy, nie tylko wewnątrz samej organizacji, ale w całym obszarze działania informatyki, uwzględniając współpracę z dostawcami usług IT. Warto o tym pamiętać, bo chodzi nie tylko o bezpieczeństwo zasobów informatycznych banku, ale przede wszystkim o bezpieczeństwo i jakość obsługi jego klientów.

Znaczący postęp rozwoju technologii i wyraźny wzrost zależności banków od stosowanych rozwiązań teleinformatycznych wymógł na KNF znowelizowanie obowiązującej do końca 2012 roku wersji Rekomendacji D. Z początkiem ubiegłego roku Komisja opublikowała nową wersję dokumentu, a na wprowadzenie zawartych w nim zaleceń dała bankom czas do 31 grudnia 2014.

Implementacja zaktualizowanej Rekomendacji służyć ma przede wszystkim poprawie jakości zarządzania i poziomu bezpieczeństwa IT, a także, co równie ważne, usprawnieniu nadzoru w tych obszarach. Celem jest więc skuteczniejsze zarządzanie ryzykiem związanym z niepewnością w zakresie zrównoważonego, efektywnego i przede wszystkim bezpiecznego wspierania działalności banku przez jego teleinformatyczne środowisko. – Z tego też powodu Rekomendacja D powinna być traktowana jako komplementarne uzupełnienie dotyczącej zarządzania ryzykiem operacyjnym Rekomendacji M – tłumaczy Agnieszka Frommholz, IT Group Director w Baker Tilly Poland.

Najważniejsze kompleksowe spojrzenie
Jak pokazują dotychczasowe obserwacje, postawy banków wobec rekomendacji nie są jednorodne. Największe podmioty nierzadko traktują ją jako listę praktyk, które przynajmniej w pewnym zakresie już stosują. Inne postrzegają ją jako katalog zaleceń, który trzeba wziąć pod rozwagę, jednak minimalizują przy tym koszty związane z ich wdrożeniem. Takie podejście może ostatecznie prowadzić do implementowania rozwiązań fragmentarycznych, a tym samym mniej skutecznych.

Okazuje się bowiem, że banki częstokroć realizują zalecenie do rekomendacji jako szereg niepowiązanych ze sobą inicjatyw. Tymczasem, wdrożenie jej jako jednego projektu lub programu może przynieść znacznie większe korzyści, zarówno pod kątem bezpieczeństwa i jakości usług dla klientów, jak i uporządkowania procedur. – Zintegrowane działania przekładają się także na przejrzystość procesów oraz lepszy dostęp kierownictwa do informacji, a co za tym idzie do zbudowania skutecznych mechanizmów decyzyjnych dla Najwyższego Kierownictwa – wyjaśnia ekspertka Baker Tilly Poland.

Na rynku funkcjonują również podmioty, dla których wdrożenie rekomendacji jest szansą na wprowadzenie nowoczesnego zarządzania architekturą IT. W dużej mierze są to banki spółdzielcze. Traktując proces zmian jako kompleksowy projekt, bank może nie tylko spełnić wymagania KNF, ale też dostosować się do wymogów stawianych na przykład przez GIODO, czy do audytów bezpieczeństwa danych (ISO27001), a nawet audytów finansowych (SarOX).

Co istotne, Rekomendacja D nie dla każdego podmiotu oznacza dokładnie to samo, bowiem, zgodnie z zasadą proporcjonalności, wymagania KNF zależne są także od możliwości banku i jego wielkości. Mimo tego zakres rekomendacji jest na tyle szeroki, że wymaga zaangażowania i zorganizowania prac specjalistów z wielu zakresów, zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz banku. Oznacza to, że całe przedsięwzięcie powinno mieć kompleksowy charakter projektowy, a nie być zbiorem pojedynczych inicjatyw. Tym bardziej, że jak oceniają eksperci, Rekomendacja nie jest urzędniczą fanaberią, ale dokumentem, który podejmuje tematy najważniejsze z perspektywy instytucji finansowych. Wymagania KNF dotyczą zarówno integralności, jak też dostępności i poufności danych, odnoszą się więc do wszystkich kluczowych dla funkcjonowania banku grup danych, co odróżnia ją od przepisów związanych tylko i wyłącznie z danymi osobowymi. Dodatkowo dotyczą mechanizmów funkcjonowania w Banku, które w krótszej i dłuższej perspektywie przekładają się na jakość obsługi klienta.
Kompleksowość podejścia przy wdrożeniu tej rekomendacji przede wszystkim buduje stabilność organizacji w każdym obszarze działania związanym z technologia IT.Poza tym buduje mechanizm, który gwarantuje kompletność i jednolitość zarządzanych obszarów IT.

Iluzoryczna dowolność

Wdrożenie zaleceń zawartych w dokumencie zapewnia zgodność procedur z szeregiem norm takich jak na przykład kodeks ITIL (Information Technology Infrastructure Library), normy z grupy 27000, COBIT (Control Objectives for Information and related Technology) czy wreszcie ISO 22301. Banki nie powinny więc pozwolić sobie na ignorowanie tej Rekomendacji.

– Niewdrożenie lub fragmentaryczne wprowadzenie rekomendacji może spowodować realne straty. Wśród zagrożeń wymienić można choćby awarie systemów IT, zmniejszenie bezpieczeństwa na ataki z zewnątrz, czy brak prawidłowego mechanizmu do informowania poszczególnych szczebli kierownictwa – mówi Dariusz Stefaniuk, Project Manager w Baker Tilly Poland. – To z kolei wiąże się z ryzykiem niedostarczenia prawidłowej informacji, niezbędnej do podejmowania decyzji kluczowych dla organizacji – dodaje ekspert.

Ostatni moment na zmiany w terminie
Zdaniem specjalistów wiele banków dopiero zmierzy się z koniecznością przeprowadzenia wnikliwej analizy stanu aktualnego, określenia istniejących braków oraz opracowania planu procesu wdrożeniowego, nie mówiąc o samym wprowadzeniu zmian i monitorowaniu poprawności tych działań. Wyzwaniem jest nie tylko skoordynowanie wielu równolegle wykonywanych czynności, ale także zorganizowanie sprawnego systemu raportowania dla kierownictwa, na podstawie którego możliwe będzie szybkie podejmowanie decyzji. Podczas przeprowadzania analizy, jak i etapów wdrożeniowych oraz raportowych, nieocenione będzie więc doświadczenie zewnętrznych firm audytorskich, które znają realia oraz dysponują efektywnymi narzędziami, które umożliwią sprawne osiągnięcie celu.

Zaletą zewnętrznego audytu jest mi.in to, że dotyczy integralności bezpieczeństwa informacji i środowiska teleinformatycznego w każdej komórce organizacyjnej banku. Narzędzia audytorów zewnętrznych, pozwalają na obiektywną i rzetelną ocenę całej struktury banku. Analiza zgodności z Rekomendacją D realizowanej przez bank samodzielnie nie daje takiej możliwości, dlatego audyt zewnętrzny może pełnić rolę sprawdzającą badanie wewnętrzne, zwłaszcza w obszarach o wysokim poziomie ryzyka.

Bardzo duże znaczenie mają też kwalifikacje osób przeprowadzających badanie i możliwość wyciągnięcia przez nie kompleksowych i obiektywnych wniosków. – Audyt przeprowadzony wewnętrznie wiąże się z ryzykiem nadmiernego obciążenia pracowników oraz jednostronnej oceny sytuacji. Zespołowa praca niezależnych specjalistów z zakresów takich jak np. zarządzanie bezpieczeństwem systemów IT, kierowanie projektami IT, czy projektowanie systemów IT pozwala na wypracowanie dobrych praktyk i sprawdzonych rozwiązań w zakresie procesów oraz technologii przy wykorzystaniu międzynarodowych standardów – mówi Agnieszka Frommholz.

Podsumowując, należy zaznaczyć, że każdy bank w pewnym stopniu wdrożył mechanizmy, o których mowa w rekomendacji. Pojawia się jednak pytanie, w jakim zakresie podmioty te są przygotowane na ewentualną inspekcję KNF, a co za tym idzie, jak bardzo dbają o jakość obsługi swoich klientów.

Trzy kwartały z elastycznym czasem pracy

W 9 miesięcy po wprowadzeniu regulacji dotyczących elastycznego czasu pracy wydaje się, że przepisy funkcjonują bez zarzutu. Niewielka liczba zgłoszeń do Okręgowych Inspektoratów Pracy pozwala sądzić, że pracodawcy nie nadużywali przyznanych im przywilejów.

Z badań PIP wynika, że do końca marca elastyczny czas pracy wprowadziło niespełna 710 przedsiębiorstw, przede wszystkim w dużych miastach (np. Katowice, Kraków, Rzeszów), głównie z branży przetwórczej a także z obszaru handlu i napraw – czyli segmentów, w których działalność ma charakter mocno sezonowy. – Zmiany w prawie przysłużyły się firmom, które do sprawnego funkcjonowania na konkurencyjnym rynku potrzebowały elastycznych rozwiązań– mówi Dorota Strzelec, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Groźbą nadużyć związanych z czasem pracy załogi straszyły związki zawodowe, a sami pracownicy obawiali się, że po wprowadzeniu zmian nie tylko będą musieli pracować więcej i dłużej, ale także odebrana zostanie im choćby możliwość uzyskania zapłaty za nadgodziny. Obawy te od początku przez wielu ekspertów uznawane były za bezpodstawne, bo obowiązujące od 23 sierpnia 2013 zmiany Kodeksu Pracy przewidują konieczność uzyskania zgody pracowników na wdrożenie zmian oraz przeprowadzenie odpowiedniej procedury implementacyjnej. Co więcej, przepisy nigdy nie pozbawiały pracowników wynagrodzenia za przepracowane nadgodziny. – Zmianie nie uległy także dobowe i tygodniowe normy pracy i wypoczynku (tj. 11 godzin odpoczynku w ciągu doby oraz do 35 godzin nieprzerwanego odpoczynku w ciągu tygodnia). Wydłużony okres rozliczeniowy daje możliwość ułożenia harmonogramu tak, aby w ujęciu rocznym przeciętny tygodniowy czas pracy nie przekraczał 40 godzin – tłumaczy Agnieszka Janowska, radca prawny i dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

W odpowiedzi na obawy

W praktyce elastyczny czas pracy oraz wydłużony okres rozliczeniowy oznaczają szansę na lepsze dostosowanie mocy produkcyjnych firmy do cyklu zamówień i bilansowania czasu pracy pracowników w ciągu całego roku. Dodatkowo przepracowany czas obowiązkowo później oddawany jest pracownikom jako godziny lub całe dni wolne. Rozwiązanie to pozwala więc pracodawcom na zmniejszenie kosztów nadgodzin, które w znacznie większym zakresie rekompensowane są czasem wolnym.

Co więcej, „antykryzysowe” zmiany służyć mają nie tylko pracodawcom. Oczywiście, dzięki nim mogą oni lepiej dostosować moce produkcyjne firmy do cyklu zamówień i efektywniej bilansować czas pracy załogi w ciągu roku, a co za tym idzie, być konkurencyjnym nie tylko na polskim, ale i międzynarodowym rynku (podobne rozwiązania pracownicze wprowadzono także w krajach ościennych – w Niemczech, Czechach i na Słowacji). Jednak też dla pracowników elastyczny czas pracy oznaczać może pewne korzyści.

– Przede wszystkim wynikają one z zapisów nakładających na pracodawcę uzyskanie zgody załogi na wprowadzenie w zakładzie elastycznych rozwiązań. Tym samym pojawia się okazja do pogłębionych konsultacji z zespołem i podjęcia prób takiego zorganizowania czasu pracy, by był on satysfakcjonujący nie tylko dla firmy, ale i dla jej pracowników. Możliwe jest więc zaangażowanie ogółu zatrudnionych w planowanie pracy oraz lepsze zrozumienie interesów ekonomicznych pracodawców i tym samym budowanie wzajemnego zaufania i lojalności – komentuje Dorota Strzelec ze StaffPoland Sp. z o.o.

Dla wielu zatrudnionych korzystne mogą okazać się więc ruchome godziny rozpoczęcia i zakończenia pracy lub dłuższe okresy wolnego, wynikające z wcześniej przepracowanych godzin. Takie elastyczne rozwiązania dla wielu mogą być atrakcyjne, choćby ze względu na możliwość wygospodarowania czasu przeznaczonego na załatwienie spraw prywatnych takich jak kilkudniowy wyjazd, przeprowadzenie remontu czy po prostu dłuższy odpoczynek. Wydaje się to być korzystne zwłaszcza w świetle danych mówiących o tym, że polscy pracownicy są coraz mniej skłonni do pracy w nadgodzinach. Asertywność młodego pokolenia oraz świadomość, jak ważny jest tzw. work-life balance, mają coraz większe znaczenie w budowaniu swojej kariery i relacji z pracodawcą.

Nowe przepisy stwarzają także szansę na załatwienie spraw prywatnych w trakcie pracy.
– W tym celu konieczne jest jednak złożenie pisemnego wniosku do przełożonego, który może wyrazić zgodę na udzielenie takiego czasu wolnego, z zastrzeżeniem, że musi on zostać odpracowany w uzgodnionym z pracodawcą terminie (niekoniecznie w tym samym dniu). Należy jednak pamiętać, że czas ten nie będzie stanowił nadgodzin – zastrzega Agnieszka Janowska z TGC Corporate Lawyers.

Druga strona medalu

To, co dla jednych może być bardzo dobrym rozwiązaniem, dla innych może jednak okazać się kłopotliwe. Dla części zatrudnionych trudne lub wręcz niewykonalne będzie pogodzenie dłuższych godzin pracy w niektórych okresach z obowiązkami prywatnymi (np. w przypadku samotnych rodziców). A to może stać się przyczyną napięć między kierownictwem firmy a załogą. W pewnych sytuacjach obawy pracowników mogą więc być uzasadnione. Odpowiedzialny pracodawca powinien jednak pamiętać, że modyfikacje harmonogramów czasu pracy powinny być nie tylko konsultowane z reprezentacją pracowników, ale też wcześniej sygnalizowane ogółowi zatrudnionych objętych zmianami (np. pion produkcji), aby ewentualne trudności mogły być wcześniej zgłaszane i wyjaśniane z bezpośrednimi przełożonymi.

Pięć trendów na rynku windykacyjnym

Firmy windykacyjne walczą o wciąż duży, niezagospodarowany rynek. W ostatnich latach wprowadziły szereg usług dodatkowych, wspierających wierzycieli w egzekwowaniu należności od nierzetelnych kontrahentów. Na jakie trendy w branży zarządzania wierzytelnościami warto zwrócić uwagę podpowiadają eksperci PRAGMA INKASO.

Trend 1: Sprzedaż długu zamiast windykacji

Na rynku widać wysyp internetowych giełd wierzytelności. Ich popularność wynika z niesłusznego przekonania, że wystawienie wierzytelności na sprzedaż jest działaniem mniej szkodliwym dla relacji biznesowych niż zlecenie windykacji długu. Profesjonalna windykacja nie powinna zaszkodzić dalszej współpracy na linii wierzyciel – dłużnik. Przedsiębiorcy wychodzą jednak z założenia, że jeżeli znajdzie się nabywca długu gotowy za niego zapłacić i przejąć na podstawie umowy cesji problem związany z wyegzekwowaniem wierzytelności, to jest to wygodne rozwiązanie. Uruchamiane przez firmy windykacyjne giełdy pozwalają szybko i bez większych formalności złożyć ofertę sprzedaży i kupna wierzytelności. Najaktywniejsze wystawiają tygodniowo nawet kilkaset aukcji niezapłaconych faktur. Poza możliwością dokonania transakcji spełniają czasem funkcję dyscyplinującą dłużnika. Często wystawienie długu na giełdzie i realna perspektywa, że przejdzie on w trzecie ręce powoduje, że dłużnik decyduje się uregulować wierzytelność.

Trend 2: Jeśli nie sprzedaż to upublicznienie informacji o długu

Skutkiem bierności w dochodzeniu roszczeń jest powstanie wierzytelności określanych jako trudno ściągalne. Firmy, które mają świadomość, że z powodu oszustwa lub braku działań straciły szanse na odzyskanie długu, decydują się na jego upublicznienie. Mimo silnej pozycji Krajowego Rejestru Długów, wiele firm z branży obrotu wierzytelnościami tworzy własne rejestry dłużników. Ich popularność wynika najczęściej z braku możliwości podjęcia innych działań względem wierzytelności trudno ściągalnych, o dużym przeterminowaniu, znajdujących się na etapie sądowym lub wobec dłużników niewypłacalnych, czy będących w upadłości. Wówczas wpis do rejestru dłużników pozostaje jedyną rzeczą, jaką może zrobić wierzyciel. Czasami wpisanie dłużnika do rejestru może zadziałać dyscyplinująco. Najczęściej gdy brak wpłaty wynika ze złej woli, a nie trudnej sytuacji finansowej. Wtedy z obawy przed upublicznieniem informacji o nierzetelności część dłużników decyduje się uregulować należność.

Trend 3: Unikanie ryzyka dzięki prześwietlaniu klientów

Praktyka zbierania informacji o potencjalnym kontrahencie zyskuje w ostatnich czasach na popularności. Przedsiębiorcy słusznie stosują profilaktykę, która pomaga uniknąć ryzyka współpracy z niewypłacalnym bądź nierzetelnym kontrahentem. Najczęściej zlecają przeprowadzenie wywiadu gospodarczego przed podpisaniem znaczącego kontraktu, dokonaniem fuzji lub w przypadku inwestycji wymagającej zaangażowania znacznych środków. W takich sytuacjach wydatek związany ze zleceniem wywiadu gospodarczego jest stosunkowo niewielki wobec ewentualnego ryzyka związanego z transakcją. Usługę wywiadu gospodarczego oferują wywiadownie gospodarcze, agencje detektywistyczne, a także firmy windykacyjne.

„Informacje pozyskiwane z wszystkich odstępnych źródeł pozwalają ustalić sytuację finansową przedsiębiorstwa, powiązania kapitałowe członków zarządu, moralność płatniczą oraz opinię jaką ma firma wśród otoczenia biznesowego”- przekonuje Danuta Czapeczko Dyrektor Sprzedaży i Marketingu PRAGMA INKASO SA. Firmy prześcigają się w uatrakcyjnianiu oferty w tym zakresie. Niektóre wywiadownie zatrudniają psychologów biznesu, aby dodatkowo sporządzały profil psychologiczny prezesa czy właściciela. Firmy oferujące tego rodzaju usługę przekonują, że cechy osobowe menadżera mają niebagatelny wpływ na długoterminową sytuację i perspektywy rozwoju przedsiębiorstwa.

Trend 4: Zlecanie windykacji on-line

Coraz więcej firm dąży do automatyzacji zarówno procesu windykacji wierzytelności, jak i obsługi zlecającego ją klienta. Informatyzacja pozwala obniżyć koszt usług, a użytkownicy zyskują komfort i oszczędzają czas. Proste narzędzia do samoobsługowej internetowej windykacji wprowadziło wiele firm z branży. Przedsiębiorcy mogą już wysyłać formularze wezwań do zapłaty tzw. monity czy odpłatnie użytkować pieczęcie prewencyjne firm windykacyjnych. Wierzyciele korzystają też z możliwości wglądu on-line w postęp swoich spraw. Samo jednak zlecenie windykacji wymagało dotąd kontaktu, jeżeli nie twarzą w twarz, to przynajmniej mailowego z przedstawicielami firmy windykacyjnej.

Nowością jest aplikacja Debtpoint od PRAGMA INKASO umożliwiająca elektroniczne zlecenie windykacji. Pozwala ona zlecić proces odzyskania należności bez konieczności wychodzenia z biura czy rozmów z doradcą. „Nowe narzędzie pozwala na szybkie rozpoczęcie realizacji usługi, co jest kluczowe dla przedsiębiorców borykających się z problemem płynności finansowej – podsumowuje Danuta Czapeczko. „Proces zlecenia windykacji udało się ograniczyć do pięciu kliknięć. Aplikacja na podstawie udzielonych odpowiedzi pomaga określić problem, automatycznie wygenerować umowę windykacji, przekazać zlecenie do realizacji lub przesłać klientowi indywidualną ofertę o dofinansowanie lub sprzedaż długu, bez konieczności kontaktu osobistego czy telefonicznego” – dodaje. Ten trend będzie się szczególnie rozwijał w segmencie B2B, ponieważ firmy podążają za oczekiwaniami klientów, którzy niechętnie patrzą na tradycyjne, angażujące czas formy prezentowania oferty.

Trend 5. Koszty windykacji ponosi dłużnik

Standardem na polskim rynku windykacyjnym jest pobieranie wynagrodzenia w formie prowizji jedynie od kwot rzeczywiście odzyskanych. Mimo to powszechne przekonanie o dużych kosztach usług skutecznie zniechęcało mniejszych wierzycieli do zlecania windykacji firmom zewnętrznym. Obowiązująca już od roku ustawa o terminach płatności, uprawniająca wierzycieli do obciążenia dłużnika kosztami windykacji, może to zmienić. Zgodnie z zapisami, wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 EUR jako zryczałtowanych kosztów windykacji, a także prowizji firmy windykacyjnej. Firmy windykacyjne starają się dobrze wykorzystać tę szansę. Większość z nich wprowadziło do oferty odzyskiwanie własnej prowizji od dłużnika jako dodatkową usługę. Można przypuszczać, że usprawnienie procedur w tym zakresie spowoduje większe zainteresowanie wierzycieli usługami firm z branży obrotu wierzytelności i pozwoli słusznie obciążać wszelkimi kosztami dochodzenia roszczeń dłużników.

Lepsza ochrona konsumentów – ustawa o prawach konsumenta

0

Nieudana transakcja w Internecie lub od akwizytora? Każdy z nas będzie mógł w ciągu 14 dni zwrócić produkt kupiony w ten sposób. Ponadto, koszty zakupu usług i towarów w sieci nie będą już dla klientów zaskoczeniem. Dzisiaj Parlament zakończył prace nad ustawą o prawach konsumenta

Sejm przyjął poprawki Senatu do ustawy o prawach konsumenta. Po podpisaniu przez Prezydenta RP, nowe prawo zacznie obowiązywać w ciągu 6 miesięcy od momentu ogłoszenia w Dzienniku Ustaw RP.

Jakie zmiany nas czekają?

Konsumenci zyskają jeszcze większą ochronę swoich praw. Najważniejsze zmiany, które będą chronić wszystkich słabszych uczestników rynku to wydłużenie prawa do odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem lub na odległość z 10 do 14 dni oraz wymóg uzyskania wyraźnej zgody konsumenta na wszelkie dodatkowe płatności wykraczające poza uzgodnione wynagrodzenie za główne obowiązki przedsiębiorcy wynikające z umowy. Dzięki temu dokonywanie zakupów w sieci będzie bezpieczniejsze.

Konsument, który kupi wadliwy produkt, składając reklamację, będzie mógł wybrać między jego naprawą, wymianą, obniżeniem ceny a odstąpieniem od umowy.

Wejście w życie

Dostosowanie się przedsiębiorców, ich klientów oraz organizacji broniących praw konsumentów do nowych przepisów będzie wymagało czasu. Dlatego wydłużenie vacatio legis, czyli czasu niezbędnego na wejście w życie regulacji, do sześciu miesięcy, pozwoli na lepsze stosowanie przepisów w praktyce. Aby zwiększyć świadomość uczestników rynku na temat nowych przepisów, UOKiK planuje przeprowadzić jesienią kampanię informacyjną.

Ustawa wdrażająca do polskiego prawa dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady została przygotowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Prawa kupujących i obowiązki sprzedających będą identyczne w całej UE.

W Wielkiej Brytanii powstało już ponad 40 tys. polskich firm

0

W Wielkiej Brytanii działa już 40 tys. polskich firm. Własną działalność gospodarczą może prowadzić nawet co szósty Polak pracujący na wyspach. Dzięki członkostwu w UE wzrosła też wymiana handlowa, która w ciągu 10 lat przekroczyła 400 mld zł. Z kolei brytyjscy inwestorzy, tacy jak Tesco czy GlaxoSmithKline, napędzają polską gospodarkę.

W Wielkiej Brytanii jest około 40 tysięcy przedsiębiorstw z Polski, więc jedna na sześć osób pochodzenia polskiego pracujących w Wielkiej Brytanii prowadzi własną działalność gospodarczą. Oni pracują w różnych gałęziach gospodarki – usługach finansowych, sklepach, sektorze usług, w wielu różnych obszarach – produkcji, drewnie, budowlance, pracach konstrukcyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Martin Oxley, dyrektor UK Trade & Investment w Warszawie.

Oxley podkreśla, że w ciągu dziesięciu lat członkostwa Polski w UE więzy gospodarcze między naszym krajem a Wielką Brytanią znacznie się zacieśniły. Jednym z bardzo widocznych efektów jest migracja. Wiele osób, które wyjechały z Polski do Wielkiej Brytanii, prowadzi własną działalność gospodarczą. Polaków nie brakuje też w londyńskim sektorze finansowym.

Widzimy również Polaków pracujących w londyńskim City, w organizacji Polish City Club, są dobrzy finansiści, którzy wywodzą się z City i wciąż w nim pracują. Tak więc jest to cały wachlarz rodzajów zatrudnienia, czy to praca w czyjejś firmie, czy prowadzenie własnej – tłumaczy Oxley.

Zwraca też uwagę na rosnącą wymianę handlową. Od 2004 r. wymiana handlowa z Wielką Brytanią sięgnęła już 80 mld funtów, czyli ponad 400 mln zł. Wielka Brytania jest drugim partnerem handlowym Polski (po Niemczech), a Polska szóstym krajem wśród partnerów handlowych Wielkiej Brytanii. Wymiana handlowa dotyczy bardzo wielu produktów – inżynierskich, samochodów czy spożywczych.

Tylko w okresie od stycznia do października 2013 r., zgodnie z danymi GUS, eksport Polski do Wielkiej Brytanii wyniósł 30,7 mld zł, a import – 12,7 mld zł. Stanowiło to odpowiednio 6,5 proc. i 2,7 proc. polskiej wymiany handlowej.

Oxley zauważa jednak, że poza wymianą handlową, Polska korzysta też na bezpośrednich inwestycjach brytyjskich inwestorów. W 2013 r. według danych PAIiIZ przedsiębiorcy z Wielkiej Brytanii zainwestowali w Polsce bezpośrednio 3,5 mld zł. Więcej zainwestowali tylko Francuzi i Niemcy.

Wielka Brytania to drugi największy światowy inwestor, a w Polsce jest dziewiąty. Istnieje istotny poziom inwestycji, spójrzmy chociaż na sektor sprzedaży detalicznej, mamy np. Tesco, który zainwestował w sieć detaliczną, a nawet dużo więcej, bo zmodernizował sprzedaż detaliczną i zbudował swoją pozycję w eksporcie produktów z Polski. Jeśli chodzi o opiekę medyczną, mamy dwie firmy farmaceutyczne – AstraZeneca i GlaxoSmithKline. Glaxo inwestowała w Poznaniu i stworzyła tam jedno ze swoich światowych centrów produkcyjnych – wylicza Oxley.

Dodaje, że Brytyjczycy doceniają też polskie produkty. Nie chodzi wyłącznie o żywność, którą bez problemu można kupić w Wielkiej Brytanii, lecz także o produkty inżynierskie, doceniane za wysoką jakość.

Właśnie dzięki temu Polska nie jest na wyspach postrzegana tylko w kategoriach siły roboczej. Brytyjczycy doceniają Polaków za ich umiejętności i profesjonalizm. Poza finansistami w Londynie, wielu Polaków pracuje też u wybrzeży Szkocji w sektorze wydobycia ropy naftowej. Jest też sporo osób w sektorze usługowym. Niektórzy z nich traktują Wielką Brytanię jako miejsce nauki, a potem wracają do Polski, by otworzyć hotel, restaurację lub inną firmę.

Właściwe strategie inwestycyjne na instrumentach pochodnych szansą na dobre zyski

CEO Magazyn Polska

Inwestycje w opcje i kontrakty terminowe mogą zwiększyć wolumen transakcji na warszawskiej giełdzie. Doradcy inwestycyjni podkreślają, że właściwe strategie inwestowania mogą przynieść znacznie wyższe zyski niż odsetki osiągane w bankach czy wypracowywane przez fundusze inwestycyjne. By zmniejszyć ryzyko, należy jednak dywersyfikować inwestycje.

 Z mojego punktu widzenia to jest największe rozczarowanie, że instrumenty, jak futures i opcje, nie przyjęły się, ich wolumen jest niski. Zróbmy coś, żeby uaktywnić ten rynek, bo to jest jedna z dróg, dzięki której inwestorzy mogą zarobić i spekulanci mogą zarobić. Szkoda, że jest ta stagnacja. Miejmy nadzieję, że to się ruszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zenon Komar, doradca i bankier inwestycyjny.

Futures, czyli kontrakty terminowe, pojawiły się na Giełdzie Papierów Wartościowych w 1998 r. Obecnie giełda umożliwia obrót kontraktami terminowymi na główne indeksy (WIG20 i mWIG40), akcje niektórych spółek oraz waluty. Jak wynika z raportu rocznego GPW za ubiegły rok liczba transakcji na kontraktach terminowych przekroczyła 3 mln, a wolumen kontraktów – 11,8 mln. Najpopularniejsze były kontrakty indeksowe (odpowiednio 2,4 mln oraz 8,3 mln).

Opcje z kolei dają nabywcy prawo sprzedaży (put) lub nabycia (call) akcji po z góry określonej cenie w określonym czasie. Komar podkreśla, że tradycyjną strategią jest czekanie do dnia wygaśnięcia opcji. Tymczasem większe zyski można uzyskać, decydując się na wcześniejszą realizację opcji – w momencie, kiedy poziom, jaki osiągają, zapewnia gwarantowane zyski.

Ostatnie badania pokazały, że należy zamykać transakcje przynajmniej tydzień przed wygaśnięciem lub również akceptować zyski znacznie wcześniej. Innymi słowy, mimo że zawieramy transakcje na 45 dni, bo taka jest rekomendacja strategii, to jeśli uzyskujemy zysk 50-proc. następnego dnia, a takie rzeczy też się zdarzają, to zamknijmy transakcję – radzi Zenon Komar.

Dodaje, że w ten sposób uwalniamy wcześniej środki i możemy wykonać więcej transakcji w danym okresie. Podkreśla, że z punktu widzenia minimalizacji ryzyka jak największa liczba transakcji jest bardzo korzystna.

–  Chodzi o to, żeby wykonywać jak najwięcej transakcji, ale małymi pozycjami, bo wielkość zabija. Nie wchodzimy z 25-proc. kapitałem na jedną transakcję, tylko nie więcej niż 3 proc., a najlepiej 1 proc. czy nawet jeszcze mniej – podkreśla doradca inwestycyjny.

I zapewnia, że w ten sposób inwestorzy mogą osiągnąć zyski lepsze niż w bankach lub funduszach inwestycyjnych.

W ubiegłym roku pod względem wolumenu obrotów kontraktami indeksowymi GPW zajęła piątą pozycję w Europie, a trzynastą pod względem wolumenu obrotów wśród opcji na indeksy. Rynek instrumentów pochodnych warszawskiej giełdy jest najdynamiczniej rozwijającym się rynkiem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Ten rok dla tego typu instrumentów będzie bardzo ważny. W czerwcu kończy się notowanie kontraktów na WIG20 z mnożnikiem 10 zł, a notowane będą wyłącznie z mnożnikiem 20 zł. Natomiast pod koniec roku rozpocznie się przenoszenie pochodnych na indeks WIG20 (kontraktów i opcji) na pochodne na indeks WIG30.

Zenon Komar był gościem specjalnym konferencji GPW „Instrumenty Pochodne 2014”.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 maja 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 maja 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Faktoring, czyli alternatywna forma finansowania firm, rośnie w siłę. Kolejne lata mają być równie dobre

CEO Magazyn Polska

Rynek faktoringowy z roku na rok notuje dynamiczny wzrost. W ubiegłym roku wartość wykupionych należności wyniosła blisko 100 mld zł, a wartość obrotów w porównaniu z 2012 rokiem wzrosła o ponad 15 procent. Także i w tym roku eksperci spodziewają się dwucyfrowego wzrostu. Coraz więcej firm widzi w faktoringu skuteczne narzędzie do rozwiązywania problemów z płynnością finansową. Cenią również wartości dodane do faktoringu  administrację należnościami czy weryfikację klientów.

 Bez względu na to, jak popatrzymy na historię ostatnich piętnastu lat naszego rozwoju gospodarczego, czy to będą lata koniunktury gospodarczej, czy dekoniunktury, rynek faktoringowy sukcesywnie rośnie. W 2013 roku zbliżyliśmy się do magicznej liczby, czyli 100 mld zł wykupionych należności przez firmy faktoringowe. To już jest dosyć duży wolumen – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Pardela, dyrektor i członek zarządu Pragma Faktoring SA

Zdaniem Pardeli sukcesu faktoringu należy upatrywać w fakcie, że jest narzędziem uzupełniającym. Oznacza nabycie na podstawie cesji praw do pieniężnej wierzytelności handlowej przed terminem jej płatności i zabezpiecza płynność finansową przedsiębiorcy. Jednak faktoring nie jest wyłącznie finansowaniem, klienci doceniają także wartości dodane, jakie niesie ze sobą skorzystanie z tego typu usług.

Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów obsłużyli w 2013 roku wierzytelności blisko 5,5 tys. klientów i objęły ponad 100 tys. kontrahentów. Dynamiczny rozwój pozwolił polskiemu rynkowi zbliżyć się pod względem wielkości do pierwszej dziesiątki w Europie, jednak do tych najlepszych sporo brakuje – np. na brytyjskim rynku wartość wykupionych należności w 2013 roku wyniosła niemal 270 mld zł.

Jeśli chodzi o stopień nasycenia rynku to w Polsce finansujemy faktoringiem ok. 6 proc. PKB, przy 10-12 proc. PKB w Wielkiej Brytanii. To starszy rynek, oferuje też nieco inne usługi. W Polsce przeważa pełny faktoring, związany z przejęciem ryzyka niewypłacalności odbiorcy. W brytyjskich usługach dominuje invoice discounting, czyli wykup konkretnych wierzytelności w oparciu o cesję należności, robiony najczęściej w standardzie jako usługa z regresem do klienta. Drugą podstawową różnicą jest to, że rynek brytyjski oferuje rozwiązania dodatkowe, czyli asset-based lending, to coś w rodzaju pożyczki pod inne aktywa. W Polsce takie rozwiązania proponują nieliczne firmy – wyjaśnia Pardela.

W Polsce proporcje usług faktoringowych – pełnych i nieubezpieczonych – dzielą się w równych proporcjach. Na wyspach przeważa faktoring niepełny. Eksperci podkreślają, że w Polsce powoli się to jednak zmienia i coraz więcej przedsiębiorstw, zwłaszcza małych i średnich, interesuje się dodatkowymi rozwiązaniami, które niesą ze sobą faktoring.

Firmy cenią wszystkie usługi dodane, administrowanie należnościami, weryfikowanie klientów, ich zdolności do spłaty odroczonego kredytu kupieckiego. To jest bardzo istotne, bo to część pracy, którą wykonuje za nich faktor, czego nie dostaną w banku, i to jest ta wartość dodana ponad kredyt bankowy – ocenia Grzegorz Pardela.

Przekonuje, że w najbliższych latach nastąpi znaczny rozwój dodatkowych rozwiązań.

Polska silnym eksporterem mrożonych owoców i zagęszczonych soków

CEO Magazyn Polska

Nie tylko jabłka są hitem eksportowym Polski wśród produktów ogrodniczych. Dobrze za granicą idzie również sprzedaż zagęszczonych soków oraz mrożonek, zwłaszcza malin. Ich produkcja jest coraz większa, ponieważ konsumpcja świeżych owoców i warzyw w kraju nie rośnie, więc nadmiar zbiorów sprzedawany jest do zakładów przetwórczych. Największym konkurentem w eksporcie mrożonych malin jest Serbia, która obecnie boryka się z największą od 120 lat powodzią.

Polska jest największym na świecie eksporterem jabłek. Udało się nawet wyprzedzić dotychczasowego lidera, czyli Chiny. Według danych Związku Sadowników RP w ubiegłym roku zostało wyeksportowanych 1,2 mln ton jabłek, z czego ponad 2/3 trafiło do Rosji. 

– Problem tylko polega na tym, że eksportujemy głównie do Rosji, natomiast jest to rynek dosyć niepewny. Mieliśmy już w latach 2005-2008 zakaz eksportu z Polski, wtedy rzeczywiście pojawiły się kłopoty. Teraz sytuacja jest niepewna, więc uzależnienie od jednego rynku zbytu może mieć duże znaczenie, miejmy nadzieję, że to się nie stanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bożena Nosecka z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Z silną pozycją w eksporcie jabłek wiąże się sprzedaż za granicę koncentratu soku jabłkowego. Polacy są pod tym względem drugim producentem i drugim eksporterem na świecie. Sok kupują od nas również Chiny, ponieważ na skutek rosnącego spożycia świeżych jabłek konsumpcja oraz produkcja soku jest ograniczana. Paradoksalnie eksportowi z Polski nie sprzyja silny eksport samych jabłek.

Gdy eksportujemy dużo jabłek, to zmniejsza się baza surowcowa dla zakładów przetwórczych – zauważa Nosecka. – Te naczynia są ze sobą powiązane. Albo eksportujemy bardzo dużo jabłek, albo mamy dużą podaż surowca do przetwórstwa, czyli konkretnie do produkcji zagęszczonego soku. Dla producentów korzystniejszy jest eksport jabłek, bo uzyskują wyższe ceny, niż sprzedając surowiec do zakładów przetwórczych. Gdybyśmy rozwinęli bazę przetwórczą, na przykład zakładając sady przemysłowe, to byłaby szansa nawet na pokonanie Chin – dodaje ekspertka IERiGŻ.

Od dawna też Polska ma silną pozycję jako eksporter mrożonek, np. mrożonych malin. Ekspertka prognozuje, że to będzie kolejny dobry rok dla producentów, z cenami na dość wysokim poziomie. Największym konkurentem na rynku światowym i unijnym jest Serbia, podobnie jak w przypadku mrożonych wiśni.

W tym sezonie sytuacja może nam się poprawić, dlatego że nie wiemy, jaka jest skala uszkodzeń na Serbii. Możliwe, że nie zniszczy zbiorów, ale pogoda i powodzie mogą spowodować to, że plantacje zostaną dotknięte chorobami. Czyli tragedia, która zdarzyła się na Bałkanach, a konkretnie w tym przypadku na Serbii, może przełożyć się na lepszą pozycję Polski w tym sezonie – mówi dr Bożena Nosecka.

Polska ma też potencjał, żeby wyprzedzić Belgię w rankingu największych eksporterów mrożonych warzyw w UE. Na razie zajmuje szóste miejsce na świecie. Polscy producenci spokojnie mogliby więcej przeznaczać na eksport, wolą jednak swoje produkty przeznaczać na krajowy rynek, gdzie uzyskują wyższe ceny, a konsumpcja rośnie.

W eksporcie innych świeżych owoców i warzyw Polska nie radzi sobie już tak dobrze jak ze sprzedażą jabłek. Znaczącym utrudnieniem może być zebranie odpowiednio dużej partii towaru jednolitej jakości, odpowiednia logistyka sprzedaży i środki transportu. W przypadku jabłek te problemy udało się rozwiązań dzięki środkom unijnym.

Sukces jabłek zachęcił również producentów owoców i warzyw świeżych do szukania tego typu rozwiązań, czyli np. nowoczesne przechowywanie, duże partie towaru. Nasze gospodarstwa nie są zbyt duże i muszą powstawać organizacje producentów, żeby tę koncentrację podaży zwiększyć. Mam nadzieję, że to się będzie działo, ponieważ nowa perspektywa budżetowa zakłada zwiększenie środków na funkcjonowanie organizacji producentów i ich związków. Wszystko zależy od tego, jaka będzie aktywność producentów w pozyskiwaniu tych środków i całego otoczenia producentów – podkreśla ekspertka.

Według danych GUS produkcja mrożonych owoców i orzechów w Polsce w zakładach zatrudniających min. 50 osób wyniosła w ubiegłym roku 370 tys. ton. To o 18,7 proc. więcej niż w 2012 r. Przyczynił się do tego wzrost zbiorów owoców, które są najczęściej wykorzystywane w przemyśle zamrażalniczym, takich jak: truskawki, wiśnie, porzeczki i maliny. Nie bez znaczenia były także niedobory na europejskich rynkach. Są one szansą na dalsze zyski dla polskich eksporterów. Powodują bowiem znaczny wzrost cen – np. w styczniu 2014 r. mrożone warzywa na europejskich rynkach były od kilku do nawet kilkudziesięciu procent droższe, niż rok wcześniej.

Statystyczny Polak ma w portfelu cztery karty lojalnościowe, Amerykanin – dwanaście

CEO Magazyn Polska

Statystyczny Polak uczestniczy średnio w czterech programach lojalnościowych. Choć to zdecydowanie mniej niż na przykład w Stanach Zjednoczonych, to popularność tego typu programów dynamicznie rośnie. Firmy, które zdecydują się na ich wdrożenie, mogą zdobyć cenne dane, umożliwiające zrozumienie zachowań konsumentów i poprawić dotarcie do odpowiedniej grupy docelowej. Zyskują jednocześnie szansę tańszego dotarcia do klientów w porównaniu z kampaniami wielozasięgowych.

Statystyczny Polak nosi w portfelu cztery karty lojalnościowe. Porównując to do najbardziej zaawansowanych rynków, np. Stanów Zjednoczonych, gdzie jest to dwanaście kart, można powiedzieć, że ten biznes dopiero się rozkręca – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Damian Zapłata, dyrektor zarządzający Loyalty Partner Polska.

W jego ocenie sprzyja temu przede wszystkim szybki rozwój rozwiązań mobilnych i cyfrowych, wspierających funkcjonowanie programów lojalnościowych i często wypierających tradycyjne karty.

To trend, który w najbliższej przyszłości będzie się nasilał i coraz więcej Polaków skorzysta z tego typu rozwiązań – uważa Zapłata. – Wszystko raczej migruje do smartfonów, zarówno karta, jak i kontakt z konsumentem. To będzie jeden z głównych kanałów, co obserwujemy już w USA i powoli również w Polsce.

Drugim silnym trendem na rynku jest oferowanie tego typu rozwiązań dla małego biznesu niesieciowego.

Coraz więcej konsumentów ceni sobie programy oferowane przez lokalne sklepy czy ulubione kawiarnie – dodaje Zapłata. – To obszar, który dopiero u nas raczkuje, ale oczekuję w nim dużych wzrostów.

Dyrektor Loyalty Partner Polska uważa, że z rynku znikać będą programy, które poza budowaniem lojalności klientów nie dają firmom żadnych innych benefitów. Dla wielu z nich kluczowe jest zdobywanie informacji o tym, co konsument lubi, gdzie chodzi, jakie ma nawyki, jak można się z nim skomunikować i co może wpłynąć na jego zachowanie.

Karta bonusowa to jest takie narzędzie, które pozwala zrozumieć, kto stoi za zakupami. Nie chodzi o to, żeby dać klientowi zniżkę, tylko o to, żeby zrozumieć, co on kupuje, i przygotować dla niego odpowiedni plan, ofertę, żeby go aktywizować – wyjaśnia Damian Zapłata. – Karty pozwalają handlowcom, żeby mieli ofertę dla każdego i żeby jednocześnie rozmawiali ze wszystkimi klientami. Zaawansowane rynki, jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, przede wszystkim koncentrują się na tego typu rozwiązaniach opartych na big data i analizie zachowań konsumenckich.

Program lojalnościowy to jedno z działań marketingowych, które pozwala firmie odróżnić się od konkurencji i pozwala sprawnie zarządzać marketingiem. Jest to o tyle skuteczniejsze od tradycyjnych kampanii wielozasięgowych, np. w telewizji czy na nośnikach outdoorowych, że firma nie ponosi kosztów dotarcia do klientów, którzy nie są zainteresowanie jej ofertą.

W ramach programów pomysł polega na tym, że staramy się kierować komunikaty do tych konsumentów, u których mamy większą możliwość osiągnięcia sukcesu i zachęcenia ich do czegoś. Dzięki temu per contact wychodzi to taniej. Oczywiście jest kwestia zasięgu, to są raczej akcje skierowane do kilkudziesięciu, kilkuset tysięcy, a nie milionów konsumentów, ale dzięki temu są tańsze – podkreśla Zapłata.

Firmy, które są zainteresowane wprowadzeniem programu lojalnościowego, mają do wyboru uruchomienie własnego programu dla klientów lub przystąpienie do koalicji brandów działających pod wspólnym szyldem, jak ma to miejsce w przypadku programu Payback, zarządzanego przez Loyalty Partner Polska.

 – Jedna karta, której klient może używać w salonach wielu brandów, nawet jeśli robi to tylko raz na jakiś czas, jest bardziej relewantna i pozwala efektywniej wpływać na zachowania konsumenta – przekonuje Zapłata. 

Polacy bilety na imprezy kupują głównie w internecie. Rynek jest wart ponad 500 mln zł

CEO Magazyn Polska

Rynek internetowej sprzedaży biletów na imprezy kulturalne i sportowe w Polsce jest warty ponad 500 mln zł i w kolejnych latach będzie dynamicznie się rozwijał. Jeden z liderów rynku, eBilet.pl, w ubiegłym roku odnotował dwukrotny wzrost przychodów, sprzedając 2 mln wejściówek na 30 tys. różnych imprez. Polacy doceniają przede wszystkim szybkość i wygodę, jaką oferują zakupy wejściówek w sieci. Dlatego tradycyjne punkty sprzedaży mogą za kilka lat zniknąć z rynku.

Sprzedaż internetowa biletów w Polsce mocno się rozwija, odnotowujemy bardzo duże wzrosty w tym obszarze – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Matuszewski, prezes platformy eBilet.pl.

Jeszcze parę lat temu sprzedaż wejściówek przez internet stanowiła niewielki procent ogólnej sprzedaży. W ubiegłym roku proporcje się odwróciły – już ok. 80 proc. biletów klienci kupują w sieci.

Serwis eBilet.pl w ubiegłym roku sprzedał przez internet 2 mln wejściówek, obsługując 30 tys. imprez i notując prawie 100 proc. wzrost przychodów r/r. Matuszewski szacuje wartość rynku sprzedaży internetowej biletów na imprezy, wydarzenia kulturalne oraz sportowe w Polsce na ponad 500 mln złotych. W jego ocenie ten segment dystrybucji biletów będzie nadal dynamicznie się rozwijał (ok. 20 proc. rocznie). 

Jako dystrybutor jesteśmy obecni w kilkuset punktach sprzedaży naziemnej, m.in. w salonach Empik, ale zdecydowana większość naszych klientów wybiera jednak opcję internetowego zakupu biletów – dodaje Matuszewski i przewiduje, że za kilka lat bilety będą dystrybuowane wyłącznie za pośrednictwem sieci.

Wygoda oraz możliwość wyboru z szerokiej gamy wydarzeń to zdaniem Marcina Matuszewskiego główne argumenty, które przekonują Polaków do wybrania tej opcji zakupu wejściówek.

Wystarczy wybrać bilet na interesującą nas imprezę oraz dokonać płatności dzięki jednej z wielu dostępnych form. Cały proces jest szybki i bardzo intuicyjny – przekonuje prezes eBilet.pl. 

Sprzedaż biletów na różnego typu imprezy w Polsce ogólnie rośnie – nie tylko przez internet. Jednym z powodów jest rosnąca zamożność Polaków, a co za tym idzie – również zmiana ich stylu życia i sposobów spędzania wolnego czasu. Coraz szersza jest również oferta, bo zagraniczni organizatorzy częściej zwracają uwagę na polski rynek. Prezes eBilet.pl podkreśla również zainteresowanie ofertą kulturalną w Polsce ze strony konsumentów zagranicznych.

Przewidujemy rozwój sprzedaży za granicą. Już od roku sprzedajemy bilety w regionie Kaliningradu Rosjanom, którzy przyjeżdżają na imprezy do Polski i stanowią znaczną część sprzedaży biletów na imprezy, w szczególności w Trójmieście. Im bardziej impreza jest międzynarodowa, tym więcej jest Rosjan. Ale tu ważniejsza jest jakość klientów, bo Rosjanie z pewnych względów kupują bilety drogie, czyli VIP-owskie, na które często nie stać jest przeciętnego Polaka. De facto oni uzupełniają sprzedaż polską, a nie ją kanibalizują – wyjaśnia Marcin Matuszewski.

Aby sprostać temu wyzwaniu, firma zmienia strukturę organizacyjną i pracuje nad unowocześnieniem platformy informatycznej, poszerzając ją o nowe usługi dla klientów i partnerów biznesowych. 

W tym roku planujemy wprowadzić nową platformę sprzedaży biletów z nowymi funkcjami dostosowaną do wymogów przyszłości, bo umożliwiającą zakup na wszelakich urządzeniach, w szczególności na urządzeniach dotykowych, czyli smartfonach i tabletach. Pracujemy także nad wdrożeniem systemu, w którym klient po zakupie biletu otrzymuje kod lub znacznik RFID na telefon i dzięki temu nie musi drukować swojego biletu – zdradza prezes eBilet.pl. 

Jego zdaniem na krajowym rynku, po niedawnych konsolidacjach, konkuruje ze sobą już tylko trzech dużych graczy, eBilet.pl jest w tym gronie jedyną firmą z polskimi korzeniami. – To bardzo trudny rynek, szczególnie dla firm, które mają ambicje dopiero na nim debiutować. Przewidujemy, że jeżeli ktoś jeszcze zdecyduje się na wejście do Polski, to będzie to wyłącznie duży, zagraniczny podmiot – przekonuje Matuszewski.