Komentarz walutowy BossaFX 29 maj 2014 r.
PZL Mielec pracuje nad nowymi technologiami dla Sikorsky’ego
Dzięki wsparciu unijnemu i krajowemu technologie PZL Mielec mogą trafić nie tylko na rynek polski, skąd przenoszone są do Stanów Zjednoczonych, lecz także m.in. do Ameryki Łacińskiej i Azji Południowo-Wschodniej. Spółka zdobyła pozycję ważnego członka amerykańskiej grupy Sikorsky w zakresie wdrażania nowych technologii w lotnictwie. W mieleckich zakładach trwają badania m.in. nad beznitowymi systemami łączenia blach.
– PZL Mielec jest oknem na Europę dla Sikorsky’ego właśnie ze strony badań i rozwoju nowych projektów oraz nowych technologii, które są wdrażane w Polsce, a następnie są przenoszone na rynek amerykański – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Niedbała, dyrektor działu sprzedaży PZL Mielec.
Mieleckie zakłady od 2007 r. w 100 procentach należą do United Technologies Corporation, która jest właścicielem m.in. jednego z głównych producentów śmigłowców na świecie, firmy Sikorsky. Niedbała mówi, że w zakładach pracuje ponad 300 konstruktorów, którzy bezpośrednio są zaangażowani w prace Sikorsky’ego. W Mielcu powstają też, poza rodzimymi samolotami M28, M28B „Bryza” (wojskowa wersja) i M18 „Dromader”, helikoptery wielozadaniowe S70i „Black Hawk”.
Niedbała ocenia, że dzięki przejęciu przez Sikorsky’ego PZL Mielec mógł rozwinąć się na wcześniej niedostępnych obszarach, w tym w sektorze badawczo-rozwojowym. Biuro konstrukcyjne w Mielcu blisko współpracuje z Amerykanami zarówno w zakresie modernizacji, jak i rozwoju nowych technologii i konstrukcji.
– Te nowe technologie, które u nas są wprowadzane i testowane, będą w późniejszym etapie również z korzyścią dla Sikorsky’ego. O wielu projektach dziś oficjalnie jeszcze nie możemy mówić. Natomiast wszystkie nowe kontrakty i wszystkie potencjalne kontrakty, które Sikorsky planuje, na pewno uwzględniają także PZL Mielec jeśli chodzi o współpracę biur konstrukcyjnych – mówi Niedbała.
Jak podkreśla, spółka aktywnie uczestniczy w programie INNOLOT, który ma na celu finansowanie badań naukowych i prac rozwojowych nad innowacjami w przemyśle lotniczym. Jest rezultatem porozumienia zawartego między Narodowym Centrum Badań i Rozwoju a grupą stowarzyszeń firm lotniczych. Budżet programu na lata 2013-2018 to 500 mln zł, z czego 60 proc. finansuje NCBiR ze środków unijnych.
– To są projekty, które dotyczą np. łączenia blach, tak zwanego drukowania, systemów beznitowych. PZL Mielec jest wiodącym partnerem w grupie Sikorsky, który uczestniczy w tymże projekcie, i dzięki temu możemy skorzystać ze środków, które pozyskujemy z funduszy europejskich i polskich, przez to dajemy szerszą możliwość do współpracy w tych projektach także konstruktorom amerykańskim – mówi Piotr Niedbała.
Dzięki temu pozycja polskiego zakładu w grupie jeszcze się wzmacnia.
Pozwala to myśleć PZL Mielec o rozwoju również na nowych rynkach. Niedbała przypomina, że zarówno mielecki S70i, jak cywilne i wojskowe wersje M-28 cieszą się dużą rozpoznawalnością i są zamawiane przez klientów z całego świata.
– M-28 jest używany przez siły specjalne Stanów Zjednoczonych, sprawdza się w działaniach wojennych, ponad 20 maszyn działa w ramach operacji w Afganistanie. Podobnie jest z samolotem ,,Bryza”, który jest w kręgu zainteresowania polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej, zmodernizowany, obecnie posiada nowy glass-cockpit, nowe rozwiązania, został certyfikowany do lotów w warunkach oblodzenia, tzw. FIKI – wylicza Niedbała.
Dodaje, że zakłady cały czas przyglądają się możliwość dalszego rozwoju konstrukcji. Choć rynek polski pozostaje najważniejszym obszarem zainteresowań, to Niedbała wymienia również Amerykę Łacińską i Azję Południowo-Wschodnią jako szczególnie interesujące rynki.
Michał Boni: komunikacja między urządzeniami połączonymi w sieci powinna zostać uregulowana
Powstawanie internetu rzeczy, który zakłada komunikację pomiędzy urządzeniami połączonymi w sieć, wymaga dyskusji na forum nowych instytucji unijnych – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji. W ciągu kolejnych kilku lat wszystkie urządzenia podłączone do prądu, których używamy na co dzień, będą się ze sobą łączyć, wymieniać dane i w ten sposób np. oszczędzać zużycie energii. To wyzwanie cywilizacyjne, które będzie mieć wpływ na wszystkie sektory gospodarki – podkreśla Boni.
– Tzw. internet rzeczy może zaistnieć i funkcjonować dzięki szybkiemu przetwarzaniu informacji, które obserwujemy już od 2-3 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji, jeden z polityków Platformy Obywatelskiej, który został wybrany posłem do Parlamentu Europejskiego. – Będziemy chcieli, żeby przedmioty, które nabywamy, mogły rozmawiać ze sobą dla naszej wygody i uproszczenia funkcjonowania naszego życia.
Internet rzeczy oznacza komunikację między rozmaitymi przedmiotami. Podłączone do sieci będą więc nie tylko komputery i smartfony, lecz także np. zwykłe przedmioty gospodarstwa domowego.
– Wymiana informacji między przedmiotami znajdującymi się w mieszkaniu może doprowadzić do tego, że gdy zużycie prądu będzie zbyt duże, to niektóre urządzenia się wyłączą. Na przykład lodówka, która może nie pracować przez 15 minut bez uszczerbku dla znajdującej się w niej żywności. A w tym czasie będziemy mogli zużyć prąd na bardziej potrzebne w danym momencie czynności, np. na prasowanie. Pozwoli to na znaczną oszczędność – dodaje.
Internet przedmiotów może być wykorzystany także w transporcie samochodowym. Umożliwi to na połączenie funkcji, za które dziś odpowiada kilka urządzeń, np. wskazywanie drogi, przekazywanie informacji o danej miejscowości, pogodzie i np. o miejscach, gdzie można coś zjeść, w jednym komunikacie.
– Obecnie te informacje uzyskujemy osobno. Internet rzeczy to natomiast synteza informacji, połączenie różnych przekazu w jedno dla nas – tłumaczy Boni.
Upowszechnianie internetu przedmiotów wymaga zdaniem Boniego debaty na poziomie europejskim. To wyzwanie cywilizacyjne, które stoi przed instytucjami unijnymi w nowym składzie.
– Pierwszą rzecz, jaką należałoby zrobić, to zacząć poważną dyskusje o tym nowym wyzwaniu cywilizacyjnym, jakim może być internet rzeczy, przygotować analizę we współpracy ze wszystkimi partnerami i przedstawić rekomendację nowej Komisji Europejskiej po to, żeby wiedzieć, w jakich dziedzinach są potrzebne zmiany prawne, a w jakich one w ogóle nie będą potrzebne – podkreśla Michał Boni. – Każdy kraj będzie szukał dla siebie najlepszych rozwiązań i budował swoje przewagi konkurencyjne. Chciałbym bardzo, żeby Polska w tym internecie przedmiotów była jednym z liderów europejskich.
Jak podkreśla Michał Boni, zmienianie polskiej gospodarki w kierunku internetu rzeczy powinno być kolejnym – po cyfryzacji telewizji – wielkim publicznym zadaniem.
Według marcowego raportu Pew Internet Project i Elon University’s Imagining the Internet Center eksperci uważają, że internet rzeczy będzie rozwinięty do 2025 r. O ile według Cisco w 2013 r. do internetu podłączonych było 13 miliardów urządzeń, to do 2020 r. ma ich być 50 miliardów.
Polska dołącza do wyścigu o chińskie inwestycje. Chce przyciągać z Państwa Środka nowe technologie
Chińczycy spośród europejskich krajów najwięcej inwestują w Niemczech i we Francji. Polska ma także ambicje, aby znaleźć się w kręgu zainteresowania chińskich inwestorów. – Chcemy, by chińskie firmy zaangażowały się w reindustrializację Polski – mówi Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Szczególnie zależy nam na ściąganiu do kraju nowych technologii. Drugim celem Polski jest zwiększanie eksportu do Państwa Środka.
– Zależy nam na chińskich inwestycjach przemysłowych w Polsce, czyli na tworzeniu przez nie nowych miejsc pracy. Nie ukrywam, że jesteśmy mniej zainteresowani tym, żeby chińskie firmy uczestniczyły w Polsce w rozbudowie infrastruktury energetycznej czy kolejowej, na co mają wielką ochotę, ale żeby bezpośrednio lub we współpracy z polskimi firmami włączyły się w reindustrializację Polski – podkreśla Sławomir Majman w rozmowie z agencją Newseria Biznes.
Chińczycy na razie ostrożnie inwestują w Europie (ok. 2,2 proc. zagranicznych inwestycji). Jeśli już decydują się na Europę, to stawiają głównie na Francję i Niemcy, ale Polska ma ambicję znaleźć się w gronie tych państw.
– Francuzom zajęło 15 lat zanim zaczęli zdobywać na serio chińskie inwestycje – mówi szef PAIiIZ. – Nam także zależy na tym, żeby chińskie technologie spływały także do Polski, żeby chińskie firmy korzystały z tego, co możemy im zaoferować, a więc wykwalifikowanej siły roboczej, nie najdroższej w Europie i, co mniej uchwytne, pewnej otwartości Polski – my się mniej boimy chińskiego kapitału niż niektórzy nasi wielcy partnerzy z Zachodu.
W dodatku jesteśmy w czołówce krajów, które nawet w trudnym okresie dla gospodarki, ściągały do siebie inwestycje zagraniczne. Zdaniem Majmana, rozwój rynku wspólnotowego powinien skłaniać Chińczyków do zwiększania zaangażowania na kontynencie.
– W ten sposób nie stracą oni dostępu do rynków europejskich. Przekonujemy ich od pewnego czasu, że najlepszą drogą europeizacji chińskich przedsiębiorstw jest to, by stały się one firmami polskimi – podkreśla Majman.
Dodaje jednak, że dostęp do wspólnotowego rynku będzie utrudniony, ponieważ unijne władze zapowiadają wprowadzenie ograniczeń we współpracy z krajami, które w swojej polityce takie ograniczenia również stosują. Chiny na pewno będą jednym z tych państw, bo tamtejszy rynek jest dość mocno chroniony.
Wzrost eksportu na rynek chiński jest drugim, najważniejszym celem we współpracy Polski i Chin. Tylko w pierwszym kwartale 2014 roku polski eksport do Chin wzrósł o 55 procent. Chińczycy chętnie kupowali polskie produkty spożywcze.
– Na razie proporcja [eksportu i importu – red.] jest jak 1:10. Oczywiście nikomu się nie marzy, żebyśmy zrównali eksport z importem, ale gdyby z tych 1:10 zrobiłoby się 1:5, to bylibyśmy już bardzo zadowoleni – mówi Sławomir Majman.
Jego zdaniem kluczem do sukcesu jest nawiązywanie ścisłych relacji gospodarczych z poszczególnymi prowincjami chińskimi. Pogłębianiu współpracy między Polską a prowincją Zhejiang miało służyć zorganizowane w Warszawie Forum Biznesowe, w którym wzięło udział blisko 100 firm z Państwa Środka. Zhejiang to trzecia najbogatsza prowincja Chin i czwarty największy eksporter, który dynamicznie się rozwija. Średni wzrost gospodarczy prowincji w ubiegłym roku wyniósł ponad 8 procent.
– Jeżeli można mówić o podobieństwach między Polską a Chinami, to największym jest to, że podobnie jak Polska bogactwo i rozwój Zhejiangu oparty jest na biznesie prywatnym, na wielkich firmach prywatnych, które są znane w całych Chinach – podkreśla Sławomir Majman.
W 2012 roku w prowincji Zhejiang zarejestrowanych było około 775 tysięcy firm, które wytwarzały ponad dwie trzecie PKB prowincji. Władze wspierają rozwój nowoczesnych technologii, zwłaszcza że dotychczas firm w prowincji specjalizowały się w produkcji tekstyliów, obróbce skór, przemyśle papierniczym, metalowym i AGD.
Nowe wyzwania przed dyrektorami finansowymi. Przestali być księgowymi w firmie, zaczęli nią współzarządzać
Obecnie zadania dyrektora finansowego dalece wykraczają poza kwestie księgowe. Coraz częściej obejmuje on stanowisko członka zarządu, współodpowiedzialnego za kształtowanie strategii przedsiębiorstwa. Musi pomóc firmie przejść nie tylko przez lata chude, lecz także wspomagać jej prawidłowy rozwój w latach prosperity. Oprócz kompetencji finansowych powinien mieć także typowe umiejętności menadżerskie.
– Rola CFO [chief financial officer – red.], czyli dyrektora finansowego, niewątpliwie bardzo się zmienia i ewoluuje. W wielu przypadkach to jest dość szybka ewolucja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Hiszpański, prezes zarządu Euler Hermes Polska. – Oczekiwania wobec dyrektorów finansowych i finansistów bardzo się zmieniają.
Na początku lat 90. obejmowały one głównie rejestrację zdarzeń księgowych, biznesowych, sprawozdawczość oraz podatki. Dziś to częściej rola współzarządzającego firmą i aktywnego wspierania jej rozwoju.
– Nastąpiło rozdzielenie funkcji między te stricte księgowe a zarządzanie finansami czy też kontroling – mówi prezes zarządu Euler Hermes Polska. – Osoba zarządzająca finansami staje się coraz bardziej strategiczną osobą w firmie. Jako prezesi coraz częściej oczekujemy, żeby finansiści byli dla nas wsparciem w dyskusji o biznesie, o rozwoju i żeby razem z nami budowali firmę. Bardzo często to finansiści muszą znaleźć pieniądze na nowe rynki i muszą ocenić, czy to dla firmy będzie dobre przedsięwzięcie.
Współczesny dyrektor finansowy oprócz kompetencji pozwalających na poprawianie wyników firmy i dostarczanie wartości akcjonariuszom powinien być też sprawnym liderem zespołu.
– Musi mieć kompetencje do prowadzenia firmy i współpracy z zespołem oraz partnerami biznesowymi. To na tym głównie koncentruje się rola dyrektora finansowego – twierdzi Grzegorz Dzik, wiceprezes zarządu Neuca SA, laureat konkursu Dyrektor Finansowy Roku w kategorii dużych przedsiębiorstw. – Powinien on z jednej strony dostarczać pomysły, a z drugiej, wiedzieć, jak zbudować wokół siebie grupę ludzi, którzy pomogą mu te pomysły zrealizować.
– Mówimy z jednej strony o pewnej odwadze, którą muszą się dzisiejsi finansiści wykazywać, żeby aktywnie uczestniczyć w zarządzaniu firmą, z drugiej strony jednak oczekujemy cały czas pewnej rozwagi – mówi Rafał Hiszpański.
Prezes Euler Hermes i nagrodzeni dyrektorzy podkreślają, że sprawny CFO powinien zdecydowanie reagować, gdy sytuacja w firmie się pogarsza. Jednakże równie poważne wyzwania stoją przed nim w okresie prosperity dla firmy.
– Dyrektor finansowy ma za zadanie szybciej ostrzegać, gdy firma zmierza w złym kierunku. Gdy zaś pozostała część zarządu wdraża nowe rozwiązania, to rolą CFO jest zapewnienie finansowania i doprowadzenie do uspokojenia sytuacji – mówi Bogusław Galusik, członek zarządu Polfurnitur i laureat konkursu Dyrektor Finansowy Roku w kategorii małych i średnich przedsiębiorstw. – W naszej firmie czekają nas teraz lata rozwojowe i zadaniem dyrektora finansowego będzie zapalenie żółtego światła w odpowiednim momencie, gdy firma będzie chciała się rozwijać za mocno, nie patrząc na ogólny rozwój przedsiębiorstwa. Czasem trzeba jak w wojsku podciągać tyły, aby osiągać sukces – dodaje.
Grzegorz Dzik z Neuca SA i Bogusław Galusik z Polfurnitur zostali laureatami nagrody Dyrektor Finansowy Roku. Organizatorami konkursu byli Association of Chartered Certified Accountants (ACCA), Euler Hermes oraz magazyn „Forbes”. Partnerem strategicznym w tym roku był HSBC Bank Polska.
W kategorii dużych przedsiębiorstw zwyciężył Grzegorz Dzik, wyróżniony za wpływ na wzrost pozycji rynkowej firmy farmaceutycznej Neuca. Firma przeprowadziła jedną z największych transakcji na rynku farmaceutycznym, którą było przejęcie sieci ACP Pharma. Dzik opracował strukturę transakcji, znalazł partnera strategicznego i pozyskał finansowanie. Z kolei Bogusław Galusik wygrał w kategorii małych i średnich przedsiębiorstw. Kapituła doceniła skuteczne uratowanie znajdującej się w poważnym kryzysie firmy.
W ciągu dwóch dekad 80 proc. węgla w Polsce będzie pochodziło z importu. Brakuje nowych inwestycji w złoża
Nowo budowane bloki węglowe w elektrowniach w Opolu, Kozienicach i Jaworznie będą potrzebowały kilkanaście milionów ton węgla rocznie. Tymczasem jego wydobycie w Polsce systematycznie spada, ponieważ jest wypierany przez tańszy surowiec z importu. Eksploatacja obecnych złóż węgla bez dodatkowych inwestycji w górnictwo spowoduje, że Polska w perspektywie kolejnych 20-30 lat 80 proc. surowca będzie importować. Problemem jest jednak opór społeczny i regulacje – zarówno na poziomie UE, jak i kraju.
– Rząd na jesieni zdefiniował ten problem, że zasoby się kończą i że sama eksploatacja tego, co mamy, nie rokuje strategicznie, bo skazuje nas na prawie 80-proc. import w perspektywie 20-30 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Smoleń, prezydent Euracoal – Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego. – Węgiel jako paliwo do elektrowni i elektrociepłowni jest nie do uniknięcia. Mamy taką tradycję i kulturę węglową i ten surowiec będzie podstawowym paliwem energetycznym jeszcze przez wiele dziesięcioleci. Natomiast pytanie już zadawane już wielokrotnie nie tylko przez prasę, lecz także przez świat polityki to: skąd będzie ten węgiel? Mamy ogromne możliwości, żeby to był węgiel polski.
Dodatkowym argumentem przemawiającym za tym, żeby dołożyć ku temu wszelkich starań, są prowadzone obecnie przez rząd inwestycje w energetyce węglowej. Projekty w Jaworznie, Kozienicach i Opolu kosztują łącznie ponad 20 mld zł, a państwo uzasadniało ich rozpoczęcie koniecznością poprawy niezależności energetycznej. Trudno jednak będzie mówić o pełnej niezależności, jeżeli będą one importować węgiel z Rosji czy Ukrainy.
W 2012 r. węgiel kamienny odpowiadał za 58 proc. całkowitej produkcji energii, a węgiel brunatny – za 39 proc. W ostatnich latach udział węgla brunatnego w miksie energetycznym zwiększał się kosztem kamiennego, co wynika ze spadającego wydobycia tego drugiego surowca. W 2013 r. wydobyto zaledwie 76,5 mln ton węgla kamiennego, o 2,7 mln ton mniej niż rok wcześniej. Dla porównania na początku lat 90. z polskich kopalń pozyskiwano około 140-150 mln ton węgla, a w 2000 r. – blisko 100 mln ton.
Choć wydobycie węgla brunatnego wzrosło wyraźnie w ostatnich kilku latach (z ok. 56 mln ton w 2010 r. do ok. 64-65 mln ton w 2013 r.), to mało prawdopodobne jest utrzymanie tej tendencji w najbliższych latach. Powodem jest brak nowych prac poszukiwawczych, a obecnie zagospodarowane złoża będą zamykane w następnych dekadach. Według szacunków Państwowego Instytutu Geologicznego wraz z uwzględnieniem tzw. zasobów złóż satelickich, kopalnia „Adamów” będzie mogła pracować do 2029 roku, „Bełchatów” – do 2050 roku, „Konin” – do 2037 roku oraz „Turów” – do 2035 roku. Choć na terenie Polski znajdują się ogromne zasoby węgla brunatnego, to uruchomienie nowej kopalni jest bardzo kosztowne i może trwać nawet 15 lat – wynika z opracowania Jacka Roberta Kasińskiego z Państwowego Instytutu Geologicznego.
– Jest udowodnione i w Europie, i w Polsce, że otwieranie nowych odkrywek, a taką metodą pozyskuje się węgiel brunatny, jest bardzo trudne. Na czym polega trudność? Przede wszystkim na niezgodzie lokalnych społeczności i organizacji ekologicznych oraz szerzej – całego elektoratu europejskiego, który nie lubi technologii odkrywkowej i węgla także – uważa Smoleń.
Choć kwestia ochrony środowiska jest rzeczywiście ważna dla wielu mieszkańców UE, to na tym polu są także bardzo aktywne wszelkie grupy, na czele z firmami z branży energetyki odnawialnej. W efekcie część państw UE, gdzie węgiel ma znacznie mniejszy udział w miksie energetycznym niż w Polsce, forsuje bardziej ambitne cele redukcji dwutlenku węgla, niż dotychczas jest to uzgodnione. Jednocześnie UE wspiera pośrednio koncerny rozwijające technologie OZE, ponieważ subsydiuje projekty zielonej energii.
Z drugiej jednak strony szeroko rozumiane koszty wydobycia i spalania węgla są relatywnie wysokie. Jest to dobrze widoczne w woj. śląskim, gdzie do kosztów ekonomicznych na poziomie kopalń należy doliczyć także koszty zewnętrzne, jakie dotykają tamtejszych mieszkańców z powodu zanieczyszczeń środowiska, pękających ścian w mieszkaniach itp.
– Słyszeliśmy o kłopotach na przykładzie Jaworzna: ludzie nie chcą tam mieszkać, boją się szkód górniczych. Tutaj może jest szansa, że przekonamy lokalną społeczność, która z tego żyje, albo, jak w przypadku Lubelszczyzny, będzie trochę łatwiej, bo teren jest niezurbanizowany – twierdzi prezydent Euracoal.
Polski rząd zdecydował się pozostawić węgiel jako podstawowy surowiec z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego, dlatego zdaniem Pawła Smolenia powinien dążyć teraz do zmiany regulacji oraz nastawienia opinii publicznej. W przypadku lokalnych mieszkańców konieczne mogą okazać się rekompensaty z tytułu szkód, jakie wywołuje górnictwo.
– W moim przekonaniu nie ma innych metod niż odpowiednie skompensowanie lokalnym mieszkańcom uciążliwości sąsiedztwa czy też w ogóle umożliwienie im zmiany miejsca zamieszkania, jak np. w USA w związku z gazem łupkowym. Takie rzeczy daje się zrobić, to jest bez wątpienia drogie, ale jeżeli mówimy o biznesie wielomiliardowym oraz o bezpieczeństwie energetycznym nie tylko państwa, lecz także tej części Europy, to chyba warto – uważa prezydent Euracoal.
Zmiana polityki wobec węgla będzie wymagała jednak porozumienia z Brukselą, ponieważ Polska zobowiązała się do realizacji głównych postanowień tzw. paktu klimatycznego. Broniąc swojego górnictwa, polski rząd może jednocześnie zaoferować UE, że będzie wspierał rozwój OZE i energetyki rozproszonej.
– Przy lekkim wsparciu ekonomicznym, dużo mniejszym niż ogromne mechanizmy wsparcia, na przykład dla energetyki solarnej w Niemczech, to jest biznes, który po pierwsze, zrównoważy nam miks energetyczny i z dzisiejszej perspektywy, co ważne, wzbogaci nasze negocjacje z Unią. Będziemy mogli powiedzieć, że oczekujemy od Unii akceptacji naszej bazy węglowej, ale też mamy coś do zaoferowania – wskazuje Smoleń.
Według niego na problem miksu energetycznego należy patrzeć całościowo i nie przeciwstawiać OZE i energetyki konwencjonalnej.
– Szkoda by było tej wspólnej narracji nie wykorzystać w naszych negocjacjach z Unią, zapierając się, że „węgiel i już” albo biorąc udział w takiej sztucznej wojnie między energetyką konwencjonalną a odnawialną czy rozproszoną. W istocie jest to jeden temat, temat jednego miksu, i tak przedstawiony powinien dać nam dużo lepsze szanse na ugranie swego w negocjacjach klimatycznych z Unią – ocenia prezydent Euracoal.
Polacy powoli przekonują się do ubezpieczeń. Wciąż jednak niechętnie ubezpieczają się na wypadek powodzi
Polacy zmieniają nastawienie do ubezpieczeń. Luka w stosunku do społeczeństw zachodniej Europy pozostaje jednak duża, bo wciąż dominuje sprzedaż obowiązkowych polis, takich jak komunikacyjne OC czy ubezpieczenie budynków rolnych. Nie widać także istotnego wzrostu zainteresowania ubezpieczaniem na wypadek powodzi, mimo powtarzających się co roku intensywnych opadów i gróźb zalania.
Ubezpieczyciele nie notują wyraźnego wzrostu popytu na ubezpieczenia od powodzi, mimo że na niektórych obszarach występują one dość często. Według mapy przedstawiającej ryzyko powodziowe na stronach ISOK, dotyczy to zwłaszcza karpackich dopływów Wisły i Sanu, Odry powyżej Wrocławia oraz środkowej Wisły.
– Zajmując się szkodami z ubezpieczenia domów i mieszkań, widzę, że nie wszyscy o tym pomyśleli. Ubezpieczamy się od kradzieży czy od pożaru, bo to jest dla nas bardziej wyobrażalne, namacalne, ale o skutkach powodzi zapominamy – uważa Agata Bernacińska, zastępca dyrektora Biura Likwidacji Szkód w Gothaer.
Niewielkie zainteresowanie ubezpieczeniami od powodzi może wynikać z faktu, że firmy wymagają dodatkowej składki do ubezpieczenia domu lub mieszkania, oraz tego, że część osób liczy na bezzwrotną pomoc państwa. Z kolei mieszkańcy obszarów o mniejszym (teoretycznie) ryzyku powodziowym mogą źle oszacować jego rzeczywistą wielkość i skutki.
Poza tym w Polsce polisy ubezpieczeniowe wciąż uchodzą za produkt, który zaspokaja dalsze, mniej pilne potrzeby. To dlatego w okresie trudnej sytuacji na rynku pracy i kurczących się domowych budżetów, wiele osób oszczędza właśnie na ubezpieczeniach.
– Kryzys gospodarczy, który dotknął Polskę jakiś czas temu, spowodował, że jedną z pierwszych rzeczy, z której ludzie rezygnują, jest dodatkowy koszt ubezpieczenia. W stosunku do potencjalnej straty są to naprawdę niewielkie pieniądze, rzędu 100-200 zł rocznie – uważa zastępca dyrektora Biura Likwidacji Szkód w Gothaer.
Choć w zakresie świadomości społeczeństwa wciąż jest w Polsce wiele do zrobienia, to sprzedaż ubezpieczeń rośnie. W firmie Gothaer zarówno sprzedaż ubezpieczeń domów i mieszkań, jak i ubezpieczeń turystycznych wzrosła w I kwartale roku o ok. 50 proc. w ujęciu rocznym.
– Zapobiegliwi Polacy coraz chętniej, bardziej otwarcie i rozsądniej podchodzą do zawierania umów ubezpieczeniowych. Z mojego punktu widzenia problem, który jeszcze dotyczy nas, to jest kupowanie ceną – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Bernacińska. – Bardzo często ubezpieczenia są zawierane pod cesją bankową lub po prostu dlatego, że są obowiązkowe, jak chociażby ubezpieczenia budynków rolnych czy odpowiedzialności cywilnej w zakresie komunikacji. Tych ubezpieczeń jest najwięcej i są zawierane w minimalnym wymaganym zakresie.
Te polisy nie obejmują jednak ubezpieczenia ruchomości oraz odpowiedzialności cywilnej w życiu prywatnym (OC). Według przedstawicielki Biura Likwidacji Szkód w Gothaer Polacy mają wciąż niską świadomość, jak ważne i przydatne są ubezpieczenia OC w życiu prywatnym. Dodatkowo część osób bagatelizuje „codzienne ryzyka”, bo uważa, że ich skutki nie będą kosztowne.
– Rzadko kiedy Polak zdaje sobie sprawę z tego, że jadąc na rowerze, może potrącić przechodnia i za taką szkodę winien zapłacić odszkodowanie. Wszyscy wiemy, jak wielkiej wartości dzisiaj są szkody osobowe. Często myśląc o OC w życiu prywatnym, myślimy tylko, że możemy zalać sąsiada pod nami, stąd sumy ubezpieczenia 5-10 tys. zł. Ale nasz pies może kogoś pogryźć, nasze dziecko może strącić telewizor sąsiada i wtedy kwoty odszkodowania robią się większe i bardziej dotkliwe. Nie mówiąc o wyjazdach na narty, kiedy OC w życiu prywatnym jest również bardzo przydatne – wskazuje Bernacińska.
Polacy coraz chętniej kupują polisy związane z wyjazdami wakacyjnymi. Najczęściej kupowanymi są ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW) oraz od kosztów leczenia, na co ma wpływ zdaniem Bernacińskiej powszechnie niska ocena usług NFZ.
– Świadomość Polaków wzrasta, coraz chętniej się ubezpieczają. Wydaje mi się, że wpływ na to ma kondycja naszej publicznej opieki zdrowotnej. Wszyscy wiedzą, jak trudno uzyskać pełną opiekę z tej strony, więc wolą się zabezpieczać sami podczas wyjazdów indywidualnych poza granice kraju – mówi z–ca dyrektora Biura Likwidacji Szkód w Gothaer.
Obok wakacji, zwiększona sprzedaż ubezpieczeń przypada na okres zimowy, zwłaszcza sezon narciarski. Poza tymi segmentami rynku, rośnie także sprzedaż długookresowych i jednodniowych polis, które kupują np. podróżujący służbowo.
Aplikacje mobilne stały się rajem dla cyberprzestępców
W 2013 roku specjaliści z firmy Fortinet wykrywali dziennie ponad 1300 nowych, szkodliwych aplikacji na urządzenia mobilne. Obecnie rozpoznano już ponad 400 tys. wirusów atakujących system Android. Częste ataki to efekt uboczny szybko rosnącej liczby użytkowników urządzeń mobilnych, nowych aplikacji oraz możliwości transferu danych. Dla cyberprzestępców złośliwe programy stały się łatwym sposobem okradania bądź szpiegowania użytkowników.
Dalszy dynamiczny rozwój urządzeń i aplikacji mobilnych będzie wymagał coraz lepszych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa. W 2013 r. około 15 proc. ogólnoświatowego ruchu w internecie pochodziło właśnie z urządzeń mobilnych, co zachęca zorganizowane grupy cyberprzestępców do rozwoju złośliwych aplikacji. W najbliższych latach ten udział będzie szybko rósł, co wynika m.in. z coraz większej dostępności tanich urządzeń w krajach rozwijających się oraz rozwoju nowych technologii, jak 4G.
– To się dzieje bardzo dynamicznie. Tablety i smartfony trochę przeszły drogę jak komputery, tylko w znacznie szybszym tempie. W ciągu 10 lat w sferze oprogramowania złośliwego zostało zrobione to, co w sferze komputerów przez 30 lat. Widzimy więc, że technologia przyspieszyła. Oczywiście przestępcy mieli o tyle łatwiej, że mogli zastosować niektóre schematy, które zostały wdrożone w komputerach osobistych, i po prostu je powielić w przypadku tabletów i telefonów, urządzeń mobilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Ciołek, inżynier systemowy Fortinet.
Urządzenia i aplikacje mobilne są szczególnie atrakcyjne z punktu widzenia cyberprzestępców, bo ich wyposażenie i oprogramowanie daje szerokie możliwości rozwoju technik kradzieży – zarówno pieniędzy, jak i poufnych danych. Na czele tych newralgicznych punktów są mobilne systemy płatności, usługi geolokalizacji, odbiorniki GPS oraz wbudowane kamery i mikrofony. W 2013 r. najwięcej infekcji dotyczyło systemu Android – 96,5 proc. wszystkich, jakie wykryło laboratorium FortiGuard Labs. Na drugim miejscu znalazł się system Symbian (3,45 proc.) infekcji, natomiast liczba infekcji urządzeń z systemami iOS, BlackBerry, Palm OS i Windows łącznie nie przekroczyła 1 proc.
– Mamy bardzo szerokie spektrum zagrożeń: od zwykłych aplikacji, które po prostu zmieniają nam przeglądarkę, stronę domową, mechanizm wyszukiwania, aż po zagrożenia typu ransomware, czyli aplikacje, które szyfrują nasze pliki i potem oczekują, że zapłacimy za ich odblokowanie. To już jest poważna sprawa – ocenia Grzegorz Ciołek.
Złośliwe oprogramowanie ransomware występuje najczęściej w postaci fałszywego programu antywirusowego. Przed ewentualnym pobraniem jakiegoś antywirusa warto więc sprawdzić opinie na jego temat, np. na forach internetowych. A najlepiej – pobierać pliki jedynie z zaufanych stron.
– Najważniejsze, kupujmy w sklepach, w Androidzie jest Google Play, w Apple jest iStore. Zakupujemy tam oprogramowanie, nie pobieramy go ze źródeł nielegalnych. Część ludzi jest bardzo świadomych, sprawdza, co instaluje, czyta, przegląda strony internetowe. Są też tacy użytkownicy, którzy w ogóle nie są świadomi tego, co się dzieje z ich telefonem, po prostu instalują, co popadnie, nie sprawdzają, jakie prawa ma aplikacja – uważa Ciołek.
Aplikacje trafiające do oficjalnych sklepów pozwalają znacznie ograniczyć ryzyko pobrania niebezpiecznego programu, ponieważ przechodzą tam weryfikację. W przypadku nieznanych źródeł, eksperci zalecają blokadę możliwości pobierania aplikacji bez zgody użytkownika. Podobnie należy wystrzegać się otwierania odsyłaczy (łączy) z nieznanych lub niezaufanych źródeł, ponieważ może to prowadzić do zainfekowania telefonu lub tabletu. Po zakończeniu korzystania z danej strony warto się wylogować, dzięki czemu znikną dane z logowania w postaci plików cookie. Sprawdzanie uprawnień, jakich żąda przy instalacji dana aplikacja, również należy do ABC bezpieczeństwa w internecie. Użytkownik powinien zastanowić się, czy dany program rzeczywiście potrzebuje korzystać z danych o lokalizacji lub dostępu do aparatu czy kamery.
Szczególnie duże ryzyko wiąże się z korzystaniem z niezabezpieczonych, publicznie dostępnych sieci bezprzewodowych. Brak szyfrowania danych w takich sieciach sprawia, że osoby chcące obserwować ruch są w stanie odczytać nawet loginy i hasła. Względnie bezpieczne są jedynie połączenia szyfrowane, które wykorzystują protokół HTTPS. Jest on wykorzystywany m.in. przez serwisy transakcyjne banków.
– Wszystkie otwarte hotspoty są największym zagrożeniem. W tym momencie jedynym wyjściem jest zastosowanie oprogramowania VPN-owego, które pozwoli nam zostawić jakiś tunel prywatny, bądź do naszego domu, bądź do jakiegoś dostawcy. Najczęściej w sieciach firmowych takie rozwiązanie jest gotowe. Oczywiście otwarte Wi-Fi jest największym zagrożeniem, polecałbym, poszukiwanie takiej sieci, gdzie już jest jakieś szyfrowanie zastosowane przez operatora, czyli oprócz tego, że logujemy się, to musimy podać jeszcze hasło – twierdzi inżynier systemowy Fortinet.
Przestrzegając pewnych zasad dotyczących bezpieczeństwa w sieci, nie wolno także zapominać o ochronie poufnych danych w przypadku kradzieży urządzenia mobilnego. Poza najprostszą blokadą telefonu w postaci PIN, niektóre urządzenia pozwalają też szyfrować dane na dysku oraz znajdujące się na pamięci zewnętrznej, np. micro SD.
– Są różnego rodzaju całe pakiety, włącznie z tym, że możemy śledzić telefon, można wykasować dane z telefonu, jeżeli ktoś go nam ukradnie. Jest szyfrowanie telefonu, są platformy, w których można szyfrować zarówno kartę, jak i dysk systemowy, więc na tym warto się skupić – uważa Grzegorz Ciołek.
Warszawa najtańszym rynkiem hoteli pięciogwiazdkowych wśród stolic europejskich. To może się zmienić
Rynek hotelowy, szczególnie w segmencie biznesowym, z lekkim opóźnieniem reaguje na ożywienie w gospodarce, mimo to hotelarze w Polsce mają powody do radości. Rynek notuje wzrosty w przyjazdach zarówno turystów, jak i klientów biznesowych. Wydarzenia takie jak zbliżające się obchody 25-lecia pierwszych wolnych wyborów pozwalają hotelarzom w krótkim czasie maksymalizować zyski. W Warszawie hotele pięciogwiazdkowe są najtańsze w porównaniu z innymi stolicami europejskimi, ale w dłuższej perspektywie ta sytuacja ma ulec zmianie.
– Rynek turystyczny w Polsce i Warszawie rośnie. Jest to wzrost organiczny i z roku na rok widzimy coraz więcej klientów. Dodatkowe przedsięwzięcia, jak Mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy obchody 25-lecia wolności, są jednostkowymi wydarzeniami, które powodują dodatkowy wzrost ponad poprzedni rok. Powodują wprawdzie trochę zamieszania, ale są niewątpliwie pozytywne i pozwalają wszystkim hotelarzom maksymalizować zyski w krótkim czasie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Woliński, dyrektor generalny Regent Warsaw Hotel.
Rynek rośnie, mimo że jest dość podatny na zmiany koniunktury w gospodarce, ale na ożywienie reaguje z pewnym opóźnieniem.
– Gdy mamy kryzys, to firmy tną koszty podróży, a gdy koniunktura się poprawia, to wznawiają wydatki na wyjazdy. Jedno i drugie robią jednak z pewnym opóźnieniem, dlatego też my nie od razu odczuwamy skutki kryzysu i poprawy sytuacji gospodarczej – mówi Woliński.
Warszawskie najlepsze hotele cieszą się dużym powodzeniem wśród klientów, ponieważ wciąż pod względem ceny jest to najtańsza stolica europejska. Choć według Wolińskiego ta sytuacja w dłuższej perspektywie będzie się zmieniać. Krajowy rynek również pod innymi względami goni rynki zachodnioeuropejskie, m.in. jeśli chodzi o potrzeby klientów.
– Klienci chcą coraz łatwiejszej obsługi, nie chcą wydumanych, nikomu niepotrzebnych usług. Chcą przyjść i się przespać. Kluczowy jest szybki internet, technologia będzie coraz ważniejsza. Dla klienta ważniejszy jest teraz szybki internet niż śniadanie w hotelu. I to jest trend ogólnoświatowy, który będzie kopiowany na polskim rynku – zapewnia dyrektor generalny Regent Warsaw Hotel.
Ulokowany przy ul. Belwederskiej w Warszawie hotel Hyatt Regency Warsaw należał do sieci Hyatt. Współpraca spółki COSMAR, do której należy hotel, z siecią Hyatt zakończyła się 20 marca br. Przyczyny nie zostały podane do wiadomości. Od tej pory hotel jest niezależną placówką występującą pod nazwą Regent Warsaw Hotel. Zmiana ta wiąże się z licznymi wyzwaniami. Konieczne jest nie tylko poinformowanie klientów o uniezależnieniu hotelu, lecz także utrzymanie dotychczasowych gości – których nie będzie już przyciągać znana na całym świecie marka.
Zdaniem Wolińskiego uniezależnienie od międzynarodowej sieci będzie jednak miało też swoje plusy.
– Dzięki temu nie będziemy mieć nacisków z centrali na zwiększanie dochodowości. Umożliwi nam to inwestowanie w gościa i przyciąganie go dzięki temu na przyszłość. W dłuższej perspektywie planujemy renowację hotelu – mówi Woliński. – Odkąd działamy jako hotel niezależny nie widzimy spadku klientów. Myślę, że jesteśmy w stanie pokazać rynkowi, że najważniejsza nie jest marka, lecz serwis.
Wyjaśnia, że do tej pory hotel był głównie obiektem nakierowanym na biznes, ale w segmencie turystycznym widzi duży potencjał i na nim hotel w najbliższym czasie będzie się koncentrował.
Dwa tygodnie przed mundialem Brazylijczycy wciąż protestują. Koszty organizacji imprezy dużo wyższe niż planowano
Nie widać końca protestom w Brazylii. Przeciwnicy mundialu, który zaczyna się dokładnie za dwa tygodnie, zarzucają rządzącym, że wydają ogromne pieniądze na organizację imprezy, podczas gdy nie ma środków na służbę zdrowia czy edukację. Założony przed laty budżet przekroczono już przynajmniej dwukrotnie, według bardziej pesymistycznych szacunków nawet czterokrotnie. Do tego dochodzą zarzuty o korupcję i niegospodarność urzędników.
– Trzeba zastanowić się nad wielkimi imprezami, które najlepsze lata mają za sobą, a teraz im będzie skromniej, tym lepiej – mówi Andrzej Person, senator PO. – Soczi potwierdziło, że świat nie chce takich gigantów. Brazylia jest dość bogatym krajem, a mimo to ci niebiedni ludzie protestują przeciwko temu, że nie daje się na naukę, na zdrowie, tylko na stadiony.
Piłkarskie mistrzostwa w Brazylii będą najkosztowniejszym mundialem w historii. Pierwotnie przewidywano, że będzie to ok. 7 mld reali, czyli ok. 3,5 mld dolarów. Dziś wiadomo, że koszty znacznie wyższe. Stadion w stolicy ma kosztować 900 mln dolarów – w tym przypadku budżet przekroczono trzykrotnie. Według niektórych szacunków mundial może kosztować Brazylię ponad 15 mld dolarów.
– Trzeba skromniej, bo inaczej ten ruch olimpijsk, może zostać zmieciony z powierzchni ziemi przez takie właśnie demonstracje. Im szybciej to zrozumie Międzynarodowy Komitet Olimpijski i Federacja Piłkarska, tym lepiej dla sportu – uważa Person.
Rio de Janeiro będzie też gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich za dwa lata, na które pójdą kolejne miliardy. Na obie imprezy Brazylia zdecydowała się w czasie, gdy jej PKB rosło w tempie nawet 9 proc. rocznie. Teraz jest to 2 proc., a wydrenowana nadmiernymi inwestycjami oraz programami socjalnymi państwowa kasa świeci pustkami
– To jest bardzo istotne, że w kraju, gdzie najbardziej kochają piłkę, właśnie przeciwko tej piłce występują. Może nie dosłownie przeciwko futbolowi, ale wydawaniu tych wielkich pieniędzy na takie imprezy – zauważa rozmówca Newserii Biznes. – Podkreślam, że świat sportowy powinien się zastanowić przez chwilę, dokąd zmierza.
Piłkarskie mistrzostwa rozpoczną się 12 czerwca. Niekwestionowanym faworytem są gospodarze. Zdaniem Andrzeja Persona inny scenariusz nie jest w ogóle brany pod uwagę przez samych Brazylijczyków.
– Powinna wygrać Brazylia, bo oni kochają piłkę, sport, nie widzą poza tym świata – mówi senator. – Trudno sobie wyobrazić, co się będzie działo w Brazylii, jak nie będą mistrzami świata.
To jednak jest możliwe. Kolejnymi kandydatami do złota są Argentyńczycy i Niemcy. Według Persona czarnym koniem mundialu są Belgowie.
Już jutro rusza II Warszawski Festiwal Kultury Piwnej
W czwartkowe popołudnie warszawiacy rozpoczną kolejną podróż w czasie z piwem w tle. Dzięki II Warszawskiemu Festiwalowi Kultury Piwnej, który potrwa od 29 maja do 4 czerwca na błoniach Stadionu Narodowego, będzie można poczuć klimat starej Warszawy. Kompania Piwowarska, która jest organizatorem imprezy, przewidziała mnóstwo atrakcji dla lokalnych piwoszy.
Jutro po południu na błoniach Stadionu Narodowego rusza II Warszawski Festiwal Kultury Piwnej organizowany przez Kompanię Piwowarską. Podobnie jak rok temu, impreza przyjmie formę piwnej biesiady, podczas której będzie można nie tylko przyjemnie spędzić czas przy kuflu, ale także dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o piwie. Dodatkowo, w tej edycji znacznie mocniej wyeksponowany zostanie warszawski folklor. To przede wszystkim zasługa zespołów, które będą umilać czas piwoszom: Kapeli Czerniakowskiej, Kapeli Praskiej, Staśka Wielanka i Kapeli Warszawskiej czy Panów z Twardej. Dzięki uprzejmości Muzeum Warszawskiej Pragi goście Festiwalu będą mogli obejrzeć wystawę „Leniwie czy z biglem?”. Ekspozycja starych fotografii przybliży mieszkańcom współczesnej stolicy to, jak celebrowano czas wolny po prawej stronie Wisły od okresu międzywojnia do lat 60. XX w.
– Warszawiacy coraz bardziej interesują się piwem i coraz chętniej poznają bogactwo jego świata. Dlatego mieszkańców stolicy i okolic serdecznie zapraszamy na Festiwal, gdzie będą mogli dowiedzieć się więcej o tym trunku oraz oczywiście skosztować różnych gatunków i marek. A to wszystko w klimacie starej Warszawy i przy dźwiękach warszawskiej muzyki. Liczymy na to, że pogoda nas nie zawiedzie i impreza przyciągnie wielu piwoszy. Bo czy może być coś lepszego niż zimne piwo w ciepły, wiosenny wieczór w plenerze? – mówi Wojtek Mrugalski, kierownik ds. komunikacji z Kompanii Piwowarskiej.
Cervesario z misją w stolicy
Podczas czterodniowego święta miłośników chmielowego napoju nie zabraknie również ubiegłorocznych atrakcji. Będzie można spróbować wszystkich piw oraz cydru Green Mill Cider z portfolio KP, a dodatkowo wybranych marek pochodzących z browarów Grupy SABMiller na całym świecie – i to w bardzo atrakcyjnej cenie. Szczególnie interesująco zapowiadają się pokazy cervesario, czyli piwnych ekspertów i degustatorów. Na co dzień ta najbardziej elitarna grupa zawodowa w Polsce (licząca zaledwie 10 osób) urzęduje w Centrum Wycieczkowym LECH w Poznaniu. Dlatego możliwość spotkania ich w Warszawie oraz skorzystania z ich wiedzy i umiejętności to prawdziwa gratka! W programie sesji z ekspertami znajdą się: wykład cervesario na temat właściwości sensorycznych piwa i roli zmysłów w degustacji, pokaz technik degustacyjnych i prawidłowego nalewania, quiz zapachowy oraz konkurs „Jakie to piwo”. Dopełnieniem wiedzy o piwie będą pozostałe atrakcje w strefie kultury Festiwalu. Tutaj będzie można poznać popularne fakty i mity dotyczące złocistego trunku, przekonać się, z jakich składników i w jaki sposób warzy się piwo, i obejrzeć wystawę birofiliów. Dla dociekliwych portal Beerlovers przygotował specjalną grę – aby wziąć w niej udział, wystarczy mieć telefon z dostępem do Internetu i odszukać na terenie Festiwalu podpowiedzi do quizu. Codziennie do wygrania będą koszulki i iPad 16 GB.
Dania z piwną „wkładką”
Nie samym piwem człowiek żyje – w przerwach między kolejnymi festiwalowymi atrakcjami warto się pokrzepić. Na Festiwalu będzie ku temu okazja, co więcej – w ramach „Piwnych Inspiracji Kulinarnych” będzie można dowiedzieć się, jak zastosować piwo w kuchni. Maria Ożga, znana z programu „MasterChef”, codziennie na oczach gości będzie przygotowywać potrawy, których jednym ze składników będzie piwo, a pokazy będą połączone z degustacją.
II Warszawski festiwal Kultury Piwnej potrwa od 29 maja do 1 czerwca na błoniach Stadionu Narodowego. Teren Festiwalu będzie czynny codziennie od godz. 16.00 do 24.00 (czwartek, niedziela) lub 2.00 (piątek, sobota); wstęp jest bezpłatny. Szczegółowe informacje o imprezie znajdują się na stronie http://wfkp.pl/ oraz w specjalnej gazecie festiwalowej, którą jest dystrybuowana na mieście przez rikszarzy.
Nowe prawo dot. wydobycia surowców uderzy w PGNiG. Ucierpią też odbiorcy gazu
Podatek od wydobycia gazu ziemnego, w tym łupkowego i ropy naftowej, to kluczowa zmiana w prawie, nad którym pracuje Sejm. Łączne obciążenie podatkowe dla działalności wydobywczej ropy i gazu wzrośnie o kilkadziesiąt procent. – Jest ryzyko, że najbardziej poszkodowanym będzie najpoważniejszy producent gazu w Polsce, czyli PGNiG – przestrzega Tomasz Chmal, ekspert Instytutu Sobieskiego.
– Tworzenie nowych regulacji uderzających w państwowe firmy, które przeniosą ten koszt na odbiorców w kraju, a nie poza granicami, jest trochę nieskuteczne. Przelewamy pieniądze z jednej kieszeni do drugiej w ramach Skarbu Państwa albo opodatkowujemy znów gospodarstwa domowe czy przemysł, który kupuje gaz produkowany w Polsce. To nie jest dobra koncepcja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Chmal z Instytutu Sobieskiego.
Dziś sejmowa Komisja Nadzwyczajna ds. energetyki zajmie się projektem zmian w Prawie geologicznym i górniczym, z kolei jutro posłowie z podkomisji do monitorowania systemu podatkowego będą pracować nad ustawami wprowadzającymi podatki od wydobycia.
Dyskusja o opodatkowaniu wydobycia gazu, zwłaszcza łupkowego, jest zdaniem wielu ekspertów przedwczesna, bo zasobność krajowych złóż tego surowca ciągle nie jest znana.
– Nie ma powodu, aby dzisiaj dyskutować o opodatkowaniu, nie wiedząc, jakim potencjałem dysponujemy, czy to jest potencjał, który będzie wykorzystywany na potrzeby własnych przedsiębiorców, czy też będzie to eksport. Jeżeli będzie to wykorzystywane na krajowe potrzeby, wówczas warto myśleć o tym, aby te opłaty były jak najniższe i aby podnosić konkurencyjność gospodarki, a nie opodatkowywać dodatkowo nowe wydobycia – tłumaczy Chmal.
Według eksperta na nakładanie wysokich obciążeń podatkowych na firmy wydobywcze stać tak naprawdę zamożne kraje, jak Norwegia.
– Państwo do każdego projektu poszukiwawczego, wydobywczego może wystawić swój podmiot, może dokonywać dużych umorzeń podatkowych lub w ogóle zwalniać z podatków, może też dokładać pieniądze do projektu, by później je odzyskać. Czyli jest inwestorem. To jest jeden z modeli dla bogatego państwa. Polska nie jest w tym miejscu, nie ma takiego funduszu, który byłby w stanie być elementem podziału koncesji czy złóż – podkreśla ekspert Instytutu Sobieskiego.
Dlatego zamiast odstraszać inwestorów poprzez nakładanie podatków i innych obostrzeń na firmy wydobywcze, warto zastanowić się nad wprowadzeniem mechanizmów zachęcających je do rozwijania działalności w Polsce.
– Jeżeli geologia jest znakomita, to wszyscy przełkną regulacje jak gorzką pigułkę i będą kontynuowali wiercenia. Natomiast dzisiaj sytuacja jest daleko inna. Okazuje się, że złoża nie są aż takie zasobne, za to trzeba wydawać dużo pieniędzy, jest coraz mniej chętnych do tego, żeby je wydawać, a tym samym rola państwa polega na tym, aby stymulować rozwój i atrakcyjność inwestycyjną. Tylko wtedy pojawią się pieniądze, których państwo nie ma – mówi Tomasz Chmal.
Taką pozytywną zmianą przewidzianą w projekcie ustawy o węglowodorach jest pomysł połączenia w jedną koncesji poszukiwawczej, rozpoznawczej i wydobywczej. Z drugiej strony barierą dla przedsiębiorców pozostaje trudno dostępna droga i słabej jakości informacja geologiczna, którą w naszym kraju najwyraźniej ominęła era cyfryzacji.
– Ta informacja geologiczna powinna być bardzo dobrej jakości, jednocześnie tania i dostępna 24 godziny na dobę w systemie online, z bardzo prostym systemem dostępu. To jest dzisiejszy świat, a nie biblioteka, archiwum i segregatory – ubolewa Chmal.
Portugalia może pomóc polskim firmom w ekspansji na rynki wschodzące
62,5 mln euro wyniósł w ubiegłym roku eksport polskich artykułów rolno-spożywczych do Portugalii. To 11,5 proc. więcej niż przed rokiem. Dla polskich producentów, nie tylko z branży spożywczej, współpraca z Portugalią oznacza dostęp do ponad 10-milionowego rynku zbytu oraz możliwość wejścia na rynki, z którymi Portugalia od lat utrzymuje bliskie relacje biznesowe, czyli państwa północnoafrykańskie i Ameryki Południowej. Również Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza ma swoich przedstawicieli w wielu regionach świata i organizując po raz piąty Tydzień Portugalski w Polsce, stara się promować dwustronną współpracę.
Wychodząca z kryzysu Portugalia może być także atrakcyjnym miejscem dla polskich inwestycji bezpośrednich. W ostatnich latach Lizbona przeprowadziła wiele reform zwiększających m.in. efektywność administracji publicznej. Kraj ten ma lepsze warunki do prowadzenia biznesu niż Polska. W rankingu Banku Światowego „Doing Business 2013” zajął 30. miejsce, natomiast Polska znalazła się dopiero na 55. pozycji. To również ponad 10-milionowy rynek zbytu dla polskich eksporterów.
Polskie firmy mogą być zainteresowane Portugalią także ze względu na możliwości wejścia na rynki pozaeuropejskie. W 2013 r. polski eksport do tych krajów był o ponad 15 proc. wyższy niż przed rokiem. W przypadku Brazylii dynamika wywozu towarów wyniosła ponad 17 proc. Portugalia – z racji swojej historii – jest silnie związana gospodarczo z takimi krajami, jak Brazylia, Angola, Mozambik, Republika Zielonego Przylądka czy też terytorium Goa w Indiach, Makau oraz Timorem Wschodnim. To sprawia, że ten śródziemnomorski kraj może być trampoliną dla polskich firm, które chcą wejść na zagraniczne, rozwijające się rynki.
– Portugalscy partnerzy mogą znacząco pomóc polskim firmom, dzięki naszym wieloletnim związkom z państwami Ameryki Południowej i Afryki. To dlatego dzisiaj Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza ma swoich przedstawicieli nie tylko w Portugalii, lecz także w Afryce i Ameryce Południowej. Gdy polska firma będzie chciała wejść na któryś z tych rynków, może znaleźć przedstawicieli Izby, którzy jej w tym pomogą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pedro Pereira da Silva, dyrektor operacyjny grupy Jeronimo Martins oraz Country Manager na Polskę, prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.
Mimo spowolnienia gospodarczego wymiana handlowa między dwoma krajami wzrosła w ostatnich pięciu latach o ponad 25 proc. Łączne obroty sięgnęły w 2013 r. 931 mln euro, co stanowi 6-proc. wzrost w stosunku do roku poprzedniego. Saldo wymiany handlowej jest dla Polski dodatnie i wyniosło w zeszłym roku 54,8 mln euro. Obecnie Portugalia zajmuje 35. miejsce w polskim eksporcie dóbr, natomiast w imporcie znalazła się na 40. miejscu. Te dane oraz szybki wzrost obrotów handlowych pokazują, że jest jeszcze spory niewykorzystany potencjał. Jak dotąd większe znaczenie – zwłaszcza dla portugalskich firm – mają inwestycje zagraniczne.
– Polska stanowi dla Portugalii piąty najważniejszy rynek, na którym są lokowane bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Mamy kilka interesujących przykładów sukcesu w Polsce, największym jest z pewnością Jeronimo Martins z Biedronką – mówi Pedro Pereira da Silva. – To druga największa firma w Polsce, jest największym prywatnym pracodawcą w Polsce, zatrudnia ponad 50 tys. pracowników. W zeszłym roku firma miała 32 mld zł przychodów, co pokazuje dokładnie, jak bardzo portugalska gospodarka jest powiązana z polskim społeczeństwem.
W sektorze handlu i dystrybucji portugalski kapitał jest obecny także w grupie Eurocash. Inwestorzy z Portugalii mają mocną pozycję w polskim sektorze bankowym za sprawą Banku Millennium oraz Banco Espirito Santo. Coraz większe znaczenie zyskuje sektor energetyki odnawialnej, w którym do grona liderów w Polsce należy EDP Renováveis. Grupę największych przedsiębiorstw z iberyjskiego kraju zamyka budowlana spółka Mota-Engil. Stopniowo rośnie jednak znaczenie małych i średnich przedsiębiorców znad Tagu, którzy eksportują do Polski np. wino czy wyroby rzemiosła.
Jedną z ważniejszych branż, w których wymiana handlowa jest wyjątkowo dynamiczna, jest branża rolno-spożywcza. W ubiegłym roku eksport polskich artykułów zwiększył się o 11,5 proc. do poziomu 62,5 mln euro. Natomiast globalny eksport portugalskiej żywności wzrósł o 7,3 proc. i osiągnął wartość 5,1 mld euro. Część tego eksportu trafia również na polski rynek. Intensyfikacji tej współpracy mają służyć inicjatywy Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej. Jedną z nich jest trwający właśnie w Warszawie Tydzień Portugalski „Flavours of Portugal”, gdzie prezentowana jest portugalska kuchnia, kultura, atrakcje turystyczne oraz miejscowe wyroby.
– Zarówno Polacy, jak i Portugalczycy lubią siedzieć przy stole, tak więc gastronomia to część naszej kultury. Dlatego zdecydowaliśmy pięć lat temu, by zorganizować takie wydarzenie, zaprezentować naszą gastronomię, kulturę, które są naszym skarbem. Od tego czasu to wydarzenie zyskuje na znaczeniu, a głównym celem jest dzielenie się naszą kulturą i naszymi wartościami. Gastronomia jest oczywiście najważniejszym elementem tego tygodnia, ale jest tu także turystyka i kultura – wyjaśnia prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.
W dniach 28-29 maja Izba organizuje również Portugalską Misję Biznesową, w której wezmą udział przedsiębiorcy z obu krajów reprezentujący sektor spożywczy. Do Polski przyjadą przedstawiciele ok. 30 portugalskich firm z branży oferujący m.in.: oliwę, kawę, ryby, owoce morza czy wino.
Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza stara się promować dzisiejszą współpracę gospodarczą między krajami. Izba została założona w 2008 r. w Warszawie i od tamtego czasu zwiększyła liczbę członków ponad dwunastokrotnie. Obecnie jest w niej zrzeszonych ponad 200 firm i ta liczba wciąż dynamicznie rośnie.
Dzięki energooszczędnym inwestycjom rośnie konkurencyjność polskich przedsiębiorstw
Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju przygotowuje drugą edycję programu PolSEFF finansującego energooszczędne inwestycje w małych i średnich firmach. Dzięki projektom sfinansowanym w pierwszej edycji udało się ograniczyć emisję dwutlenku węgla ok. 100 tys. ton, czyli tyle, ile emituje rocznie 50 tys. samochodów. To nie tylko korzyści dla środowiska, lecz także oszczędność kosztów dla przedsiębiorców.
– Druga edycja programu PolSEFF jest przygotowywana – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Pankiewicz z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. – Przewidujemy, że zostanie ona uruchomiona w III kwartale tego roku. Program jest przygotowywany wraz z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, pod względem rozmiaru jest podobny do pierwszej edycji PolSEFF-u.
W pierwszej edycji PolSEFF–u, która trwała przez 40 miesięcy od stycznia 2011 roku, bank pożyczył firmom 180 mln euro. Zrealizowano prawie 2 tysiące projektów. Jak podkreślają przedstawiciele banku, program udowodnił, że inwestycje w energooszczędność w polskim sektorze małych i średnich firm mogą być opłacalne. Zrealizowane projekty przyniosły w sumie 329 GWh oszczędności energii i zredukowały emisję dwutlenku węgla o ok. 100 tys. ton. Zaoszczędzona energia odzwierciedla średnie roczne zapotrzebowanie na energię około 44 tys. gospodarstw domowych w Polsce lub 350 tys. lodówek w klasie energetycznej A pracujących przez cały rok.
– Odpowiada to również emisji spalin, jaką generuje rocznie 50 tys. samochodów osobowych jeżdżących po polskich drogach [przy ich średnim przebiegu 15 tys. km – red.] – zauważa Pankiewicz. – Oszczędności energetyczne przekładają się na konkretne oszczędności kosztowe dla tych firm. Oznacza to od razu poprawę ich konkurencyjności zarówno na rynku polskim, jak i na europejskim, gdyż wiele naszych małych i średnich firm to eksporterzy.
Firmy uczestniczące w programie otrzymują po finalizacji inwestycji premię inwestycyjną w wysokości 10 lub 15 proc. wartości kredytu lub leasingu. W sumie było to 18 mln euro.
– Było to wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw. Pożyczki były dostarczane przez EBOR za pośrednictwem polskich banków i firm leasingowych – wyjaśnia Pankiewicz.
W programie firmy mogą także liczyć na bezpłatne doradztwo ze strony inżynierów i analityków finansowych, m.in. w zakresie technicznej oceny projektów, przeprowadzenia audytu energetycznego w firmie czy analizy finansowej inwestycji i szacowania okresu zwrotu z inwestycji.
Program PolSEFF powstał z inicjatywy EBOiR i skierowany jest do małych i średnich firm. Jego celem jest rozwój zrównoważonej energii poprzez wzrost stosowania technologii energooszczędnych i źródeł odnawialnej energii w sektorze MŚP. To element realizacji unijnej strategii redukcji użycia energii pierwotnej o 20 procent do 2020 r.
Realizowany w naszym kraju program PolSEFF różni się od programów finansowania zrównoważonej energii, które EBOiR realizuje w innych krajach (m.in. w Bułgarii, Słowacji, Rosji, Mołdawii, Turcji oraz na Ukrainie). W odróżnieniu od nich pozwala na finansowanie inwestycji poprzez leasing. Atutem jest także Lista Zakwalifikowanych Urządzeń i Materiałów, która skraca czas kwalifikowania inwestycji do programu.
Niemiecki ekonomista: Eskalacja konfliktu na Ukrainie może spowolnić polski PKB. Na razie gospodarka rośnie stabilnie
Nawet o 1 pkt procentowy może spowolnić polski wzrost gospodarczy w przypadku zaostrzenia się sytuacji na Ukrainie – wynika z szacunków analityków Euler Hermes. Na razie konflikt nie wpływa istotnie na polskie firmy, choć spowolnił nieco handel z Ukrainą. Eksperci zalecają ostrożność przy poważnych inwestycjach w Rosji do czasu ustabilizowania sytuacji w regionie. Rynki na wschodzie wciąż jednak pozostają dla Polaków bardzo atrakcyjne, a ryzyko można zmniejszyć poprzez dywersyfikację inwestycji.
– Oczekujemy wzrostu PKB Polski w tym roku na poziomie 3 proc. i nieco wyższego w 2015 roku. To się opiera na naszym podstawowym scenariuszu, w którym sytuacja na wschodzie nie pogorszy znacząco, czyli nie będzie poważnych sankcji ekonomicznych nałożonych przez UE i Stany Zjednoczone na Rosję. Jeśli tak by się stało, wtedy w naszym scenariuszu wzrost w Polsce może być mniejszy o 0,5-1 punktu procentowego, w zależności od powagi tych sankcji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Manfred Stamer, starszy analityk ds. oceny ryzyka kraju w Euler Hermes.
Stamer podkreśla, że sytuacja na Ukrainie i sankcje nakładane na Rosję wpływają na Polskę z uwagi na znaczenie wschodnich państw w wymianie handlowej. Rosja ma ponad 5 proc. udziału w polskim eksporcie (ponad 8 mld zł od stycznia do września 2013 r.). Zmniejszenie sprzedaży do tego kraju zaszkodziłoby polskim przedsiębiorcom. Podobnie odczułyby to gospodarki innych państw europejskich, więc polscy przedsiębiorcy mogliby ucierpieć wtórnie także z tego powodu.
Większy, bo aż 14-proc. udział Rosja ma w polskim imporcie. Głównym składnikiem jest import energii. Stamer zauważa, że eskalacja konfliktu mogłaby zmusić Polskę do szukania innych, droższych źródeł energii.
Zauważa jednak, że na razie prognozy nie zakładają poważnego negatywnego wpływu sytuacji na Ukrainie na polską gospodarkę. Dodaje, że to wciąż atrakcyjny, choć ryzykowny rynek.
– Inwestorzy, którzy mają rynek zbytu w Rosji, powinni próbować inwestować. Rosja to duży rynek. Ukraina, gdy odzyska stabilność polityczną, też będzie dużym, perspektywicznym rykiem. Więc polskie firmy powinny szukać tam szans na rozwój. To może nie jest najlepszy czas na takie kroki, raczej rekomendowałbym przyjęcie pozycji „poczekajmy i zobaczmy” – analizuje Stamer.
Dodaje, że ryzyko można zmniejszyć poprzez dywersyfikację lokalizacji inwestycji. Poza Rosją i Ukrainą atrakcyjne są też m.in. Kazachstan, Białoruś, Gruzja i Azerbejdżan.
– Kazachstan jest zarówno rynkiem surowcowym, jak i rynkiem atrakcyjnym dla inwestycji, rozwijającym się i niedocenianym jeszcze przez polskich przedsiębiorców. To się zmieniało na przestrzeni ostatnich lat, jednak wciąż możliwości tego rynku są ogromne. Mamy w zanadrzu rynki mniejszych państw tego regionu, Uzbekistan, Tadżykistan, które są trudne i biedne, jednak mają wiele możliwości. Nie powinniśmy zapominać o rynkach krajów Kaukazu, tzw. tygrysach regionu – wylicza Andrzej Drozd z Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
Drozd przekonuje, że wschód to naturalny kierunek ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorców. Choć jest obarczony ryzykiem, potencjalne zyski są znacznie większe niż w Europie Zachodniej. Dodaje, że wciąż jest potencjał wzrostu, choć tylko na Ukrainie działa już 12 tys. polskich przedsiębiorców, głównie małych i średnich przedsiębiorstw. Drozd uspakaja, że pomimo trwającego od końca ubiegłego roku kryzysu politycznego na Ukrainie, nie następuje odpływ polskiego kapitału z tego kraju.
Niespokojna sytuacja powoduje jednak problemy. Ich źródłem jest m.in. dewaluacja hrywny, która od początku roku straciła wobec złotówki niemal 30 proc. Powoduje to niewypłacalność niektórych ukraińskich przedsiębiorstw oraz spadek obrotów w wymianie handlowej między dwoma krajami.
Steve Box, dyrektor pionu finansowania handlu i faktoringu na Europę w HSBC Europe, dodaje, że poza wschodem inwestorzy powinni przyjrzeć się też innym rynkom wschodzącym. Szanse widzi dla sektora rolniczego i infrastrukturalnego.
– Nie tylko Chiny, lecz także Wietnam, Bangladesz, nowe gospodarki, jak Nigeria w Afryce. Zdecydowanie ważny będzie sektor rolniczy z uwagi na rosnący popyt konsumentów na najszybciej rosnących rynkach, jak Chiny, Brazylia czy Indie. Prognozuję wzrost popytu konsumenckiego w miarę zwiększania się populacji i zmieniającej się diety – przewiduje Box. – Rosnąć będzie również zapotrzebowanie na wsparcie przy budowie nowej infrastruktury. Indie muszą budować 20 kilometrów dróg dziennie tylko po to, by sprostać własnym ambicjom.
Stamer i Box są zgodni w pozytywnej ocenie polskiej gospodarki, która ma potencjał wzrostu. Analityk Euler Hermes podkreśla, że Polsce nie zagraża żadne większe ryzyko. Dodaje, że w perspektywie najbliższych dwóch-trzech lat nasz kraj pozostanie bardzo silnym rynkiem, o dobrej kondycji makroekonomicznej, niskim deficycie i mocnych rezerwach walutowych. Box dodaje, że choć za ostatnie 20 lat rozwoju Polsce należy się pochwała, to nie może spocząć na laurach i musi wykorzystać szanse tworzone przez nowe rynki.
Dr Manfred Stamer i Steve Box byli gośćmi specjalnymi VI Kongresu Dyrektorów Finansowych, zorganizowanego przez ACCA, Euler Hermes i Forbes. W czasie wieczornej gali we wtorek ogłoszono wyniki konkursu na Dyrektora Finansowego Roku.
Dzięki e-fakturom polskie firmy i administracja zyskają 15 mld zł rocznie. Wymóg ich stosowania narzuca Polsce UE
Parlament Europejski przegłosował dyrektywę w sprawie fakturowania elektronicznego w zamówieniach publicznych. Administracja we wszystkich państwach UE będzie musiała używać e-faktur przy zamówieniach publicznych. Dzięki temu zwiększy się konkurencja na jednolitym rynku, spadną koszty działalności gospodarczej i koszty po stronie administracji. Ministerstwo Gospodarki już rozpoczęło prace nad wdrożeniem dyrektywy, dzięki której uda się zautomatyzować przetwarzanie faktur w firmach i administracji.
W skali całego kraju elektroniczne fakturowanie to szansa na wielomiliardowe oszczędności w postaci spadku kosztów działalności gospodarczej oraz kosztów po stronie administracji.
– W przypadku Polski te oszczędności są nie mniejsze niż 10 złotych na fakturę. Wynika to z prostego porównania obniżek cen, jakie stosują największe firmy fakturujące w Polsce, czyli firmy telekomunikacyjne. A więc w skali Polski, kiedy oblicza się, że jest ponad 1,5 mld faktur rocznie, przejście z faktury papierowej na elektroniczną daje oszczędności rzędu co najmniej 15 mld złotych – prognozuje Marek Rudziński, członek zarządu i dyrektor finansowy Sage, pierwszej firmy, której standard e-faktur został zatwierdzony przez Krajowe Wielostronne Forum Elektronicznego Fakturowania.
Ogólnoeuropejski standard faktury elektronicznej ma zacząć obowiązywać od 2017 r. Zdaniem przedstawiciela Ministerstwa Gospodarki, nie powinniśmy zwlekać z wdrożeniem narzucanych w dyrektywie obowiązków.
– Myślę, że nie musimy i nie możemy czekać aż trzech lat, bo po pierwsze, inni nas wyprzedzą, po drugie, będziemy cały czas ponosić niepotrzebne koszty obciążenia budżetu, a po trzecie, biznes jest już gotowy do dostarczenia administracji takich rozwiązań – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Christow, radca ministra gospodarki z Departamentu Gospodarki Elektronicznej. – Przełomem będzie, jeśli wszyscy zrozumiemy, że sukcesem nie jest otrzymywanie faktur w formie elektronicznej, ale dalsza automatyczna obróbka i to jest rzeczywista korzyść, czyli automatyczne księgowanie, robienie bilansów. Przełomem będzie też, jeśli osiągniemy pewną skalę wykorzystywania e-faktur.
Powszechnie używane dziś e-faktury w postaci zwykłych plików PDF nie pozwalają na pełną automatyzację procesów biznesowych. W rezultacie korzyści z ich stosowania pozostają ograniczone, bo wciąż firmy i sektor publiczny muszą zatrudniać wiele osób do ręcznej obróbki danych z PDF-ów.
– De facto większość przedsiębiorców, którzy fakturują elektronicznie zgodnie z prawem, robią to za pośrednictwem tzw. płaskiego PDF-u, czyli wysyłają nie fakturę elektroniczną, lecz wysyłają elektroniczny obraz faktury papierowej. Efekt jest taki, że tę fakturę po otrzymaniu trzeba wydrukować i przepisać, czyli to jest dokładnie taka sama czynność, jaką się stosuje przy fakturze papierowej – wskazuje Marek Rudziński, członek zarządu i dyrektor finansowy Sage.
Według nowej dyrektywy faktura elektroniczna musi być ustrukturyzowana, czyli zawierać metadane do odczytu przez systemy informatyczne. Dotychczasowe rozwiązania, ze względu na ich ograniczoną efektywność, nie były powszechnie wykorzystywane w administracji. Z tego względu ustawodawcy starali się wymuszać na urzędach krajowych traktowanie faktur elektronicznych (czy też elektronicznych obrazów faktur papierowych) na równi z fakturami papierowymi. Brak wspólnego standardu na poziomie całej UE był barierą w ramach jednolitego rynku, zwłaszcza w obszarze zamówień publicznych.
– Jednym z powodów jej wprowadzenia jest to, żeby uczynić rynek europejski rzeczywiście jednolitym, żeby nie było na nim niepotrzebnych barier, aby przepływ towarów, dóbr, informacji i związanych z tym dokumentów był płynny. Czyli, żeby unijny rynek upodobnił się do rynku krajowego, na którym nie ma fizycznych i administracyjnych barier. Dziś takie bariery są wyznaczone przez warunki, jakie są w poszczególnych krajach – mówi Tadeusz Rudnicki, reprezentant Krajowego Forum Elektronicznego Fakturowania.
Jednym ze źródeł tych barier są zamówienia publiczne. Po przyjęciu dyrektywy administracja publiczna wszystkich szczebli w 28 krajach UE będzie miała obowiązek przyjmowania i wystawiania e-faktur. To ułatwi startowanie w przetargach publicznych firmom z pozostałych krajów członkowskich, dzięki czemu zwiększy się konkurencja na wspólnym rynku. Sektor publiczny w każdym z krajów UE jest największym odbiorcą dóbr i usług, stąd też potencjalne oszczędności dzięki zwiększonej konkurencji mogą być duże.
– Oprócz tego, że usuwamy bariery na rynku, poszerzamy rynek dla firm, dając im łatwiejszy dostęp do rynku zamówień publicznych w innych krajach, wprowadzamy również pewną standaryzację, pomagając w ten sposób rynkowi – ocenia Tadeusz Rudnicki. – Wprowadzenie obowiązku przyjmowania e-faktur po stronie administracji sięgnie również do biznesu, bo chociażby systemy informatyczne, których używa administracja, to systemy, których używa biznes. Więc jeśli producenci tych systemów lub dostawcy różnego rodzaju usług dostosują się do nowych wymagań, to biznes na tym też skorzysta i będzie miał uproszczoną sytuację.
Dyrektywa nie określa w sposób wyłączny specyfikacji standardu elektronicznego fakturowania, ale definiuje minimalne wymagania. Standard e-faktur firmy Sage został zatwierdzony jako pierwszy w Polsce przez Krajowe Wielostronne Forum Elektronicznego Fakturowania. Jest on bezpłatnie udostępniony przez firmę na jej stronie internetowej.
Do Sage należy też serwis internetowy miedzyfirmami.pl, który pozwala zintegrować dowolne oprogramowanie finansowo-księgowe lub ERP, jakich używają odbiory i nadawcy e-faktur. PDF jest najczęściej używanym formatem e-faktury przez przedsiębiorców, dlatego Sage zdecydowało się opracować rozwiązanie pozwalające na dołączanie do niego metadanych.
– Serwis jest przeznaczony dla wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od branży, wielkości, formy zatrudnienia, i co ważne, używanego oprogramowania. Mogą z niego korzystać wszystkie przedsiębiorstwa, niezależnie od tego, czy używają oprogramowania Sage, czy innej firmy. To co ważne i ciekawe, serwis udostępnia API, dzięki któremu każdy klient może się z serwisem zintegrować i dzięki temu odbierać w swoim oprogramowaniu fakturę elektroniczną, i z niego wprost wysyłać oraz mieć pełną kontrolę nad tym, co z tą fakturą się stało: kiedy została wysłana, odebrana, przez kogo, jeśli została odrzucona, to jaki był tego powód. To wszystko widzimy z poziomu swojej aplikacji biznesowej – mówi Aneta Jarczyńska, online business development manager z Sage.
Memoriał Wolnego Słowa upamiętni podziemny ruch wydawniczy. Instalacja stanie w centrum Warszawy
Już za kilka dni, 3 czerwca, u wylotu ulicy Mysiej w Warszawie stanie Memoriał Wolnego Słowa. Instalacja, której odsłonięcie zainauguruje obchody 25. rocznicy wolnych wyborów, ma upamiętnić podziemny ruch wydawniczy. Architekci pomnika postawili na prostotę: skwer Wolnego Słowa przetnie czarny pas – symbol działań cenzora. Organizatorzy memoriału zapowiadają, że projekt będzie nowoczesny, z interaktywnymi multimediami.
Memoriał Wolnego Słowa upamiętni podziemny ruch wydawniczy lat 1976–1989, który ze względu na skalę działania był precedensem na skalę światową. Wydano ponad siedem tysięcy książek i broszur, trzy tysiące tytułów czasopism oraz setki kaset audio i wideo. Nakład gazet przekraczał sto tysięcy, a książek – dwadzieścia tysięcy egzemplarzy. W podziemny ruch wydawniczy zaangażowało się sto tysięcy osób, a z publikacjami drugiego obiegu choć raz w życiu zetknął się co czwarty Polak. Pomysłodawcy Memoriału w dużej mierze związani z podziemnym ruchem wydawniczym podkreślają, że dzięki ruchowi udało się obalić komunizm w pokojowy sposób.
– Dzisiaj możemy się cieszyć z pełnej wolności słowa, natomiast jest jeszcze wiele krajów na świecie, gdzie ta wolność jest ograniczona. Trzeba też pamiętać i przekazywać młodym ludziom, by wolność nie tylko cenili, lecz także o nią dbali, bo trzeba o nią stale zabiegać. Jak mówił Churchill „Tyle masz wolności, ile sobie wywalczysz”. Bardzo łatwo jest przyzwyczaić się do wolności, trudniej sobie wyobrazić, jakby wyglądała rzeczywistość, gdyby wolności nie było. Wolność jest jednak na świecie luksusem, z którego korzystamy od 25 lat w Polsce, ale o który trzeba dbać i walczyć cały czas – podkreśla Waldemar Maj, organizator Memoriału Wolnego Słowa.
Memoriał zostanie odsłonięty 3 czerwca o godz. 9.30 przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, a miejsce, w którym stanie pomnik, jest symboliczne – naprzeciwko byłego budynku cenzury.
– Prezydent był pomysłodawcą tego przedsięwzięcia, objął patronatem tę ideę oraz wspierał komitet honorowy. Był obecny na gali, na której rozstrzygnięto wyniki konkursu na najlepszy projekt. Rok temu, 4 czerwca, podczas otwarcia skweru Wolnego Słowa, zapowiedział, że za rok odsłoni Memoriał Wolnego Słowa, i tak się stanie – mówi agencji Newseria Biznes Waldemar Maj.
Architekci, którzy zostali wybrani na autorów pomnika, Katarzyna Brońska, Mikołaj Iwańczuk i Michał Kempiński, postawili na prostą, ale symboliczną formę.
– Sprawdziliśmy, jak dawniej działali cenzorzy. W prywatnej korespondencji często wykreślali niepożądane fragmenty tekstu czarnymi pasami. I zrobiliśmy z tego motyw przewodni naszego Memoriału – to będzie pas, który przekreśla fizycznie plac. Na samym końcu odchodzi on w górę, czyli tak jakby uwalnia to słowo, które było cenzurowane. I w ten sposób udało nam się pokazać wolność słowa na tyle dobrze, że jurorzy się do tego przekonali – podkreśla Michał Kempiński, jeden z autorów zwycięskiej koncepcji.
Pas ma mieć 90 metrów długości i przecinać cały skwer przy ulicy Mysiej. Instalacja będzie funkcjonalna, będzie można po niej chodzić, jedynie inna faktura i kolor mają wskazywać, że jest to część instalacji. Fragment, który odchodzi w górę, od spodu będzie wykonany z wypolerowanej stali nierdzewnej, w której będzie można zobaczyć świat tak, jak wygląda naprawdę.
Jak zapowiadają organizatorzy i pomysłodawcy memoriału, podziemny ruch wydawniczy uczci nie tylko pomnik.
– W warstwie multimedialnej będzie strona internetowa, na której będzie szereg zakładek. Pierwsza z nich będzie informowała o przedsięwzięciu, druga będzie zawierała lekcję wolności, którą teraz opracowujemy wspólnie z Young Digital Planet – firmą, która specjalizuje się w edukacyjnych materiałach elektronicznych. W kolejnej zakładce znajdzie się gra „Nie daj się złapać – wydrukuj i zawieź wydrukowane materiały do celu” – zaznacza Waldemar Maj.
Jak podkreśla Maj, projekt ma być rozbudowywany, powstaną kolejne zakładki i lekcje wolności. Poprzez specjalną wyszukiwarkę na stronie internetowej będzie można znaleźć informacje o wolności słowa na świecie. Innym rozwiązaniem multimedialnym będzie panel informacyjny.
– Skorzystamy z folii prywatyzującej, by pokazać na przykładzie Tacyta, jak cenzura mogła okaleczyć i okaleczała artystów. Warstwa multimedialna to również kody QR, zainstalowane na siedziskach wokół Memoriału, poprzez które na miejscu będzie można ściągnąć treści obecne na stronie internetowej na tablet i smartfon – dodaje Maj.
Budowa Memoriału została sfinansowana z pieniędzy zebranych w drodze zbiórki publicznej prowadzonej przez Komitet Budowy Memoriału na podstawie decyzji Ministra Spraw Wewnętrznych. Wśród fundatorów znajdują się takie firmy i instytucje, jak: Auchan Polska, Pelion, Bank Gospodarki Żywnościowej, Fundacja Banku Zachodniego WBK, Fundacja PGE-ENERGIA Z SERCA, Grupa Lotos, Hochland Polska, Orange Polska, PKN Orlen czy Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo.
Instytucje finansowe tną wydatki na promocję. Najczęściej reklamują pożyczki
Instytucje finansowe znacznie zmniejszyły wydatki na promocję. Jak wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów, na reklamę w telewizji, radiu i prasie w I kwartale tego roku wydały 270 mln zł, o 15 proc. mniej niż przed rokiem. Najchętniej reklamowanym produktem były pożyczki gotówkowe. O nich też najczęściej dyskutowali w sieci internauci. Badanie wskazało, że wydatki na promocję danej firmy niekoniecznie przekładają się na liczbę wzmianek w internecie.
Instytucje finansowe zacisnęły pasa i obcięły wydatki na reklamę. W I kwartale na ten cel wydały ponad 270 mln zł – wynika z raportu Instytutu Monitorowania Mediów.
– Jest to mniej niż w analogicznym okresie 2013 roku, a także mniej niż kwartał wcześniej. Średnio możemy powiedzieć, że rok do roku ta kwota zmniejszyła się o 15 proc., kwartał do kwartału to był spadek aż o połowę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów, autor raportu.
Dla porównania kwartał wcześniej firmy finansowe na promocję przeznaczyły 520 mln zł, a rok wcześniej – 320 mln zł.
Jak podkreśla Jadaś, spadek w ujęciu kwartalnym nie powinien dziwić. Ostatni kwartał każdego roku to okres najbardziej intensywnych kampanii promocyjnych. Przed Świętami Bożego Narodzenia, w okresie znacznych wydatków konsumentów, instytucje finansowe nie szczędzą środków na reklamę swoich usług, przede wszystkim pożyczek.
Najwięcej pieniędzy na promocję od stycznia wydał ING Bank Śląski – ponad 23 mln zł. Niewiele mniej Bank Zachodni WBK (19 mln zł) i Bank Millennium (ok. 17 mln zł). Niemal wszystkie instytucje z pierwszej dziesiątki rankingu dysponowały swoimi budżetami reklamowymi ostrożniej niż w poprzednich miesiącach. Pod tym względem liderem jest Bank Zachodni, który obciął wydatki na reklamę o blisko 30 mln zł.
– Na początku roku te wydatki w przypadku niemal każdej instytucji finansowej były niższe niż w marcu. Zwiastuje to wzrost wydatków na promocje, którego spodziewamy się w drugim kwartale roku – przyznaje Jadaś.
Bank Zachodni WBK na marcową promocję przeznaczył 12,5 mln zł (w styczniu nieco ponad 2 mln zł), ING – 8,2 mln zł (w styczniu – ok. 7 mln), a Euro Bank – 7,6 mln zł, niemal tyle samo co SKOK Stefczyka (w styczniu instytucje te przeznaczyły na promocję odpowiednio ponad 1 mln zł i nieco ponad 2 mln zł).
Badania IMM wskazują, że najchętniej reklamowanym w I kwartale produktem były pożyczki gotówkowe – na ten cel banki i instytucje finansowe wydały łącznie 58 mln zł. W tym rankingu liderami są Vivus, SKOK i Provident. Wyraźnie mniej, 39 mln zł, kosztowały reklamy kont osobistych i kredytów gotówkowych. Wśród ubezpieczycieli najaktywniejszy był sektor ubezpieczeń samochodowych (tu przodowała AXA przed Liberty Direct i Proama).
– Wysokie nakłady na promocję w mediach nie zawsze przekładają się na sferę dyskusji w internecie w skali jeden do jednego. Zwykle są to artykuły dziennikarskie, wypowiedzi ekspertów banku, różne doniesienia z firm, komunikaty giełdowe. W mediach społecznościowych dominowały dyskusje na Facebooku i branżowych forach internetowych, na przykład na stronie forumkredytowe.pl – mówi Jadaś.
W badanym okresie w sieci najczęściej mówiło się o PKO BP, na temat którego zanotowano ponad 11 tysięcy wzmianek. Bank na promocję wydał niecałe 10 mln zł. Natomiast na temat ING i Banku Zachodniego WBK, które na reklamy wydały najwięcej, odnotowano 5-6 tys. wzmianek w sieci.
Internauci często dzielą się swoimi doświadczeniami z bankami i instytucjami finansowymi oraz problemami związanymi z bankowością – przede wszystkim z dostępem do usług elektronicznych i formalnościami w załatwianiu spraw. Rośnie także zainteresowanie szybkimi pożyczkami. Jak wskazują badania, najwięcej wpisów dotyczyło firmy Provident (blisko 1200), nieco mniej w przypadku SKOK-ów i Vivusa.
– O firmach pożyczkowych bardzo chętnie mówi się na forach i serwisach społecznościowych. Może to sugerować, że internauci zbyt mało wiedzy na temat szybkich pożyczek czerpią z głównych mediów, mediów mainstreamowych i sami szukają informacji na ich temat czy pomocy z nimi związanej w mediach społecznościowych – ocenia Łukasz Jadaś.
Lwia część budżetu wszystkich instytucji (ponad 220 mln zł) trafiła na reklamy w telewizji. Na szklanym ekranie najczęściej pojawiały się reklamy ING Banku Śląskiego, Bank Zachodni WBK, Liberty Direct i Euro Banku – w I kwartale od 8 do 11 tys. razy. Firmy z branży finansowej często do promocji wykorzystują znane twarze.
– Na przykład bank ING, który na reklamę w pierwszym kwartale przeznaczył najwięcej, wykorzystywał spoty z udziałem Jacka Braciaka, Agaty Kuleszy i Marka Kondrata. Eurobank nie rozstawał się z Piotrem Adamczykiem, Bank Zachodni WBK nadal promował w spotach Kevina Spacey’ego, Artur Żmijewski promował Skoki, także banki chętnie wykorzystują wizerunek gwiazd, celebrytów do promocji – wymienia.
W radiu i prasie na reklamę branża finansowa wydała po 27 mln zł. W radiu najczęściej można było usłyszeć spoty 4Life Direct, mBanku i Loyalty Partner, w prasie najchętniej reklamowały się Pomocna Pożyczka, Provident oraz Inwestycje Alternatywne Profit.
W tym roku na świecie powstaną 1 134 nowe centra handlowe. Najwięcej w Brazylii, Indiach, Chinach i Rosji
Ponad 38 mln mkw. powierzchni handlowej w 1 134 nowych centrach handlowych może powstać w tym roku na całym świecie – wynika z raportu firmy Cushman & Wakefield. Najwięcej nowo budowanej powierzchni przypada na Azję i państwa rozwijające się: Brazylię, Indie, Rosję i Chiny. Rozwojowi rynku sprzyja globalne ożywienie w gospodarce i wzrost wydatków konsumenckich.
– Najwięcej nowoczesnej powierzchni handlowej powstaje w takich państwach, jak: Brazylia, Chiny, Indie i Rosja – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Noetzel, partner, dyrektor działu powierzchni handlowych w firmie Cushman & Wakefield. – To właśnie te kraje będą dostarczały najwięcej nowoczesnej powierzchni handlowej w najbliższym czasie.
Azja jest najważniejszym regionem wzrostu dla sieci handlowych. W ciągu najbliższych trzech lat nowa podaż na rynkach azjatyckich ma wynieść ponad 53,3 mln mkw. powierzchni najmu brutto, a więc prawie pięciokrotnie więcej niż w Stanach Zjednoczonych. To w Chinach wydatki konsumenckie będą rosnąć najszybciej. W 2014 r. o 4,5 proc., a w 2015 r. o 5,1 proc. Sektor handlowy rozwija się bardzo dynamicznie również w Indiach, Indonezji i Wietnamie.
Jednak wzrost konsumpcji nie ograniczy się do Azji. Wydatki gospodarstw domowych zwiększą się w znaczny sposób także w strefie euro i w Stanach Zjednoczonych. Choć ten ostatni kraj ma najwięcej powierzchni handlowej na świecie w przeliczeniu na mieszkańca, to powstają tam kolejne projekty o powierzchni ponad 100 tys. mkw.
– Stany Zjednoczone czy kraje Europy Środkowej i Centralnej również obserwują stały napływ nowoczesnej powierzchni handlowej na rynek – dodaje ekspert.
Według raportu firmy doradczej Cushman & Wakefield w badanych krajach w latach 2012-2013 oddano do użytku ponad 1650 nowych centrów handlowych o powierzchni 63,9 mln mkw. powierzchni najmu brutto. Większość nowej podaży, która stanowi 7 proc. wszystkich istniejących zasobów, przypadała na takie kraje, jak: Stany Zjednoczone, Rosja, Brazylia, Meksyk, Indie i Chiny. Ponad 1000 centrów wybudowano w Ameryce Północnej i Południowej. W 2014 r. planowane jest powstanie 38,3 mln mkw. powierzchni najmu brutto w 1134 nowych centrach handlowych.
Polska nie powinna być w ogonie
Eksperci Cushman & Wakefield oceniają, że rozwój rynku nie ominie również Polski.
– W Warszawie nie obserwowaliśmy otwarcia dużej galerii handlowej od dobrych kilku lat, więc jestem przekonany, że najbliższa przyszłość udowodni nam, że jest tam jeszcze miejsce na kilka ciekawych realizacji. Podobnie zresztą w Szczecinie i Trójmieście. Na Śląsku też jeszcze możemy być świadkami nowych inwestycji, więc nie podpisałbym się pod twierdzeniem, że rynek nowoczesnych powierzchni handlowych w Polsce jest nasycony – podkreśla Marek Noetzel.
Nowoczesne centra handlowe będą powstawać nie tylko w centrach dużych miast, lecz także w mniejszych miejscowościach czy na przedmieściach. Temu sprzyja np. rozwój infrastruktury drogowej.
– Jeżeli wybudujemy w Warszawie obwodnice, to warto by otworzyć się na szybko rozbudowujące się przedmieścia Warszawy. Myślę, że inwestycje w infrastrukturę są kołem zamachowym dla nieruchomości handlowych, które dzięki temu mogą się rozwijać również na obrzeżach miast. Nie można powiedzieć, że z samego faktu bycia w centrum miasta dana lokalizacja jest lepsza, na to ma wpływ wiele innych czynników – mówi Marek Noetzel.
Nowo powstające obiekty muszą być nowoczesne, estetyczne, z poszanowaniem tkanki miejskiej, a jednocześnie wychodzące naprzeciw potrzebom konsumentów przy zachowaniu finansowej efektywności. Ekspert podkreśla, że powstawaniu centrów handlowych będzie towarzyszyć również modernizacja istniejących od kilku lat obiektów.
– Galerie istniejące od 5, 10 czy 15 lat wymagają odświeżenia, nowego pomysłu na komercjalizację i marketing, dzięki czemu mogą stać się konkurencyjne wobec nowo powstających obiektów. Nowym centrom dzisiaj jest dużo trudniej zaistnieć na rynku, bo konkurencja z obiektami istniejącymi jest dużo większa – podsumowuje Noetzel.
Ustawa regulująca rynek pożyczek pozabankowych nie powstrzyma jego rozwoju. Zapotrzebowanie na te produkty rośnie
Rządowy projekt wprowadza m.in. limit opłat i kar, jakie pobierają od klientów firmy pożyczkowe. Nie będą one mogły przekraczać 30 proc. kosztów pożyczki. W założeniu ma to chronić konsumentów przed wpadnięciem w pętle zadłużenia, ale przez to część z nich może być zmuszona pożyczać na gorszych warunkach. Nie jest wykluczone, że w szarej strefie, bo popyt na pożyczki szybko rośnie, co ma związek z powszechnością elastycznych form zatrudnienia.
– W tej chwili na rynku są dostępne pożyczki o bardzo krótkim okresie zapadalności, czyli 15-30-dniowe, tak zwane chwilówki. I one zostaną ograniczone regulacją ze względu na koszty naliczane od jednego klienta w okresie do 120 dni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Tokarek, prezes zarządu SMS Kredyt Holding SA, spółki świadczącej usługi finansowe dla konsumentów.
Obok mikropożyczek na krótki termin nowe regulacje mogą dotknąć także te długoterminowe. To skutek wprowadzenia limitu całkowitych kosztów pożyczki w wysokości 30 proc. Do tej pory firmy oferujące pożyczki (podobnie jak banki) mogły omijać limit oprocentowania w wysokości czterokrotności stopy lombardowej NBP, pobierając wysokie prowizje i inne opłaty. Odgórne ograniczenie całkowitych kosztów pożyczki może jednak ograniczyć dostępność takich produktów dla klientów, bo staną się one mniej rentowne dla firm. Zwłaszcza w przypadku klientów o niskiej zdolności kredytowej, limit narzucony przez ustawodawcę może nie rekompensować ryzyka niespłacenia pożyczki.
– Będzie bardzo trudno firmom pożyczkowym skonstruować produkt, który z jednej strony będzie w stanie pokryć zdecydowanie większe niż w produktach bankowych koszty ryzyka, a z drugiej strony produkt, na którym firmy będą w stanie zarabiać. Więc w mojej ocenie ulegnie zmniejszeniu średni okres kredytowania osób fizycznych. To są osoby o gorszej sytuacji materialnej, niż te, do których oferty kierują banki, dlatego zostaną one zmuszone do wzięcia pożyczki zamiast np. na 4 lata, na okres 1,5 roku bądź roku – uważa Tokarek.
W ten sposób pogorszy się sytuacja osób, które z różnych względów preferują pożyczać pieniądze na dłuższy termin. Część z tych klientów ze względu na trudną sytuację finansową jest zmuszona rozkładać kwotę i koszty pożyczki na mniejsze miesięczne płatności. Skrócenie terminu spłaty przy takich samych potrzebach pożyczkowych może zmniejszyć ich zdolność do regulowania zobowiązań.
– Miesięcznie obciążenie wynikające ze spłaty takiej pożyczki będzie na tyle duże, że większa część pożyczkobiorców będzie mieć kłopoty ze spłatą, a co za tym idzie często postępowanie windykacyjne, a jeżeli ono nie przyniesie efektów, to również egzekucję komorniczą – twierdzi prezes SMS Kredyt Holding.
Firmy pożyczkowe zwracają często uwagę, że ich klientami są osoby, które potrzebują pieniędzy na spłatę innych zobowiązań, np. wobec instytucji finansowych czy z powodu nieprzewidzianych wydatków. Według przedstawicieli branży rzadko są to typowe wydatki konsumpcyjne. Segment produktów, które pozwalają konsolidować zobowiązania klientów, może być kolejnym, który zostanie faktycznie zlikwidowany, jeśli ustawa wejdzie w życie w obecnym kształcie.
– Część klientów jest zainteresowana skonsolidowaniem swojego zadłużenia, ponieważ osoby o trochę gorszym profilu, jeżeli chodzi o ryzyko kredytowe, nie mogą takich produktów pozyskać. Właśnie z uwagi na ryzyko część firm pożyczkowych, w tym nasza, kieruje do nich takie oferty. W nowych regulacjach będzie to niemożliwe – uważa Tokarek.
Z powyższych względów zdaniem części ekspertów i firm pożyczkowych nowe prawo przysłuży się przede wszystkim lombardom i podmiotom działającym w szarej strefie, a nie bezpieczeństwu konsumentów. Z drugiej jednak strony zwolennicy silniejszej regulacji państwa wskazują, że jest ona konieczna w związku z dynamicznym rozwojem rynku mikro- oraz małych pożyczek. Sprzyja mu relatywnie wysoki udział umów na czas określony oraz umów cywilnoprawnych na polskim rynku pracy, przez co duża część pracowników ma utrudniony dostęp do produktów bankowych. To dlatego produkty firm pożyczkowych są coraz częściej sprzedawane w tych samych miejscach, co bankowe.
– Mamy umowę z partnerem, który we własnej sieci agencyjnej, to jest około 1000 punktów, włączy do dystrybucji produkty SMS oprócz tych produktów bankowych, które sprzedawał do tej pory i produktów jednej, dwóch firm poza bankowych – mówi prezes SMS Kredyt Holding.
Wysoka elastyczność i mniejsza stabilność zatrudnienia może być wynikiem nie tylko istniejącego prawa, lecz także zmian strukturalnych, jakie zachodzą w gospodarce. W jednym i drugim przypadku ewentualne zmiany będą miały prawdopodobnie charakter ewolucyjny, dzięki czemu firmy pożyczkowe mogą poszukiwać dla siebie kolejnych rynkowych nisz. Przykładem jest SMS Kredyt Holding, który w ostatnim roku wprowadził na rynek dwa nowe produkty: pożyczka na rachunki bieżące i na zakupy ratalne.
Rynek rozwija się dynamicznie także dzięki nowym kanałom dystrybucji produktów. Coraz większe znaczenie ma współpraca z agentami i partnerami, ale klienci coraz częściej szukają pożyczek w internecie.
Recepta na życiowy sukces, czyli co masz zrobić jutro, zrób to dziś
Od jutra przechodzę na dietę lub rzucam palenie – to najbardziej popularne postanowienia, w których słowo „jutro” odgrywa kluczową rolę. Bez dobrego planu ciężko jest osiągnąć sukces, więc po co zwlekać? Czas nie stoi w miejscu, a człowiek z dnia na dzień nie staje się młodszy, zatem „jutro” warto zamienić na „dziś”.
Ludzie boją się zmian. Bardziej lub mniej świadomie odkładają podejmowanie trudnych decyzji na później. Takie zachowanie daje więcej czasu na zastanowienie się i pozorny komfort bezpieczeństwa. Natomiast to umiejętność podejmowania szybkich decyzji sprawia, kto osiągnie sukces, a kto nie. Zarówno zawodowy, jak i osobisty.
Na podejmowanie decyzji wpływają: osobowość, charakter, otoczenie, jak również sytuacja życiowa. Każdy człowiek jest inny. Jednak gdy w grę wchodzą pieniądze to nie jest tak, że wszystko możemy odkładać na później i nigdy nie uderzy to w nasz portfel. Jak twierdzi Grzegorz Ogonek, ekonomista ING Banku Śląskiego „[…] niektóre umowy mają takie zapisy, że same się przedłużają – rolują – na przykład ubezpieczenie OC. W takim wypadku przepada moment, kiedy mogliśmy dokonać pewnych zmian bez żadnych konsekwencji. To typowy przykład, który pokazuje, że odwlekanie może nas zaboleć finansowo”.
O swoim życiu decydujemy sami. „Ponad 50% Polaków uważa, że jest kowalem swojego losu i lepiej jest działać, niż nic nie robić. To pokazuje, że mamy duże poczucie odpowiedzialności za swoje życie” – uważa Jacek Walkiewicz, psycholog i trener motywacji. Ponadto dodaje, że „[…] duży wpływ ma poczucie własnej wizji życia, osobistej motywacji, chęci osiągania i rozwoju oraz posiadania wokół siebie ludzi, którzy czasami powiedzą nam – zrób”. Element szczęścia jest istotny dla każdego człowieka. Jednak, jak zaznacza Jacek Walkiewicz „[…] spora część ludzi uważa, że szczęście sprzyja, ale trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie”.
Polska się zmienia i my jako jej obywatele również. „Wieloletnie badania Polskiej Akademii Nauk, przeprowadzone na przestrzeni ostatnich 25 lat, wykazują wzrost przekonania, że za osobistym sukcesem kryje się własny wysiłek. Taka odpowiedź jest częściej udzielana przez społeczeństwo, niż wcześniej wskazywane powiązania.
Jako Polacy jesteśmy niezwykli, produktywni i przedsiębiorczy. Potrzebujemy jedynie bodźca. „W trudnych momentach potrafimy pokazać, jak jesteśmy skuteczni. Natomiast w życiu codziennym, gdzieś to gubimy” – twierdzi Jacek Walkiewicz.
Gdy jesteśmy dziećmi – nasze decyzje są weryfikowane przez rodziców. Tymczasem w dorosłym życiu o takie wsparcie zdecydowanie trudniej i zdarza się, że odkładamy na później różne obowiązki. „[…] Rzeczy proste odłożone na jutro są trudne, a rzeczy trudne stają się niemożliwe do zrealizowania. Jest to kwestia samodyscypliny i samokontroli. To bezcenne umiejętności. Samodyscyplina, czyli – robię to, na co nie mam ochoty, samokontrola – nie robię tego, na co mam ochotę” – dodaje Jacek Walkiewicz.
Jako społeczeństwo bardziej się usprawiedliwiamy niż motywujemy nawzajem. Szukamy przyczyn, z powodu których coś nam w życiu nie wyszło. „Brak czasu i pieniędzy to dwie najczęstsze wymówki. A przecież każdy ma go tyle samo. Codziennie jest to 1440 minut do wykorzystania. Tak naprawdę to jest kwestia priorytetów. Jeśli coś jest dla nas ważne, to powinno być przed tym, co mniej ważne. Dzisiaj ludzie mają poczucie, że wszystko jest priorytetem. To jest kwestia organizacji swojego życia. Pieniądz jako wymówka jest jak najbardziej naturalna. Jeżeli coś jest dla nas ważne – jeśli są to marzenia – to na ogół tak wielkie, że nie mamy na nie pieniędzy. Dlatego są marzeniami, ponieważ trudno je od razu zrealizować” – argumentuje Jacek Walkiewicz.
Jeśli człowiek czegoś mocno pragnie, może to osiągnąć. A najważniejsze jest to, że sukces można odnieść w każdym wieku, bez względu na to, czy wychowaliśmy się w bogatym czy biednym domu, w spokojnej czy niebezpiecznej okolicy. Decydują nasze wybory. Przysłowie „co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro – będziesz miał dwa dni wolnego” można włożyć między bajki. Jutro to przyszłość, o której decyduje się teraz i dziś.
Polska na podium w Europie pod względem nowych miejsc pracy stworzonym dzięki Bezpośrednim Inwestycjom Zagranicznym
Inwestorzy zagraniczni nadal postrzegają Polskę jako najatrakcyjniejszą lokalizację dla nowych projektów w Europie Środkowo-Wschodniej. Takiego zdania jest 31% badanych w ramach 12. edycji raportu Atrakcyjność Inwestycyjna Europy przeprowadzonego przez firmę doradczą EY. Kolejne dwa miejsca należą do Czech (11%) i Rumunii (9%). W Europie Zachodniej najwyżej oceniane są Niemcy – najbardziej atrakcyjne w opinii aż 40% badanych. Ponadto według danych EY za 2013 rok, Polska obroniła 3. miejsce w Europie pod względem liczby miejsc pracy stworzonych dzięki Bezpośrednim Inwestycjom Zagranicznym (BIZ).
Inwestorzy zagraniczni byli zgodni – Polska i Niemcy utrzymały pozycje najatrakcyjniejszych lokalizacji w swoich częściach kontynentu. Razem tworzą w Europie swoisty centralny magnes inwestycyjny. Nasz kraj wskazywany jest jako najbardziej atrakcyjny do lokowania BIZ przez 31% ankietowanych. To o 20 p.p. więcej niż drugie w klasyfikacji Czechy, które wskazało 11% badanych. Na trzecim miejscu znalazła się Rumunia, a dalej Węgry, Ukraina i Turcja.
– Tym, co przyciąga inwestorów do Polski, są od lat takie czynniki jak stabilna sytuacja gospodarcza i polityczna, wielkość rynku wewnętrznego i położenie geograficzne. Natomiast w tym roku zauważyliśmy też, że Polska jest zdecydowanym liderem w regionie jeśli chodzi o projekty badawczo-rozwojowe, głównie dzięki inwestycjom z sektora IT. To oznacza, że inwestorzy docenili naszych świetnie wykształconych ludzi. Po raz kolejny widać wyraźnie, że ta wysoka ocena Polski zbliża nas zdecydowanie do poziomu zaufania, jakim inwestorzy darzą kraje Europy Zachodniej – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY w Polsce. – Jednocześnie uwagę zwracają dość wysokie notowania Ukrainy i Turcji, które zyskały w porównaniu z poprzednim rokiem. Badanie było jednak prowadzone w styczniu i lutym tego roku, a ostatnie wydarzenia w tych krajach mogą się odbić na ich postrzeganiu w przyszłości – dodaje Jacek Kędzior.
W krajach Europy Zachodniej prym wiodą Niemcy, których wskazało 40% inwestorów z całego świata. Wielka Brytania (22%) i Francja (11%) zajęły pozostałe miejsca na podium. W swoich ocenach badani brali pod uwagę wizerunek, poziom zaufania, postrzeganie danego kraju i jego możliwości w zakresie zapewnienia korzystnych warunków dla rozwoju BIZ.
Mniej projektów, ale więcej miejsc pracy
W 2013 roku Polska przyciągnęła 107 nowych inwestycji, co dało nam dziesiąte miejsce w Europie. Pod względem liczby nowych projektów odnotowaliśmy spadek z pozycji siódmej. Natomiast pod względem nowoutworzonych miejsc pracy utrzymaliśmy trzecią lokatę na Starym Kontynencie plasując się tylko za Wielką Brytanią i Francją. W sumie w 2013 r. dzięki BIZ w Polsce zatrudnienie znalazło 13 862 osób czyli o 6% więcej niż rok wcześniej. Warto odnotować, że podczas gdy inwestorzy lokowali w Polsce pracochłonne projekty, w skali całej Europy zatrudnienie wykreowane przez inwestycje bezpośrednie spadło o 2%. – Po raz kolejny Polska zdystansowała konkurencję z Europy Środkowo – Wschodniej. Szczególnie cieszy nas wysoka pozycja, jeśli chodzi o tworzenie nowych miejsc pracy, ponieważ na inwestycje poluje się nie dla statystycznych tabelek, ale po to by ludzie mieli pracę. Długofalowo jesteśmy zadowoleni z powrotu inwestorów do Europy – mówi Sławomir Majman, Prezes PAIiIZ.
Największe projekty trafiają do Polski i… Serbii
Polska przyciągała największe, zaraz po Serbii, projekty inwestycyjne. Średnio dzięki jednej zagranicznej inwestycji w naszym kraju powstawało 130 miejsc pracy. To najlepszy wynik w Unii Europejskiej i drugi w Europie właśnie po Serbii (ponad 190 miejsc pracy na projekt). W sumie ponad połowę inwestycji stanowiły projekty z branży przemysłowej – głównie z sektora motoryzacyjnego i tworzyw sztucznych.
– To czego Unia Europejska potrzebuje dzisiaj najbardziej to właśnie miejsca pracy. Bezrobocie, szczególnie wśród młodych, jest największym problemem UE, więc powinniśmy się cieszyć z tego, że nasz kraj przyciąga inwestycje generujące istotną liczbę miejsc pracy. Jednocześnie spadek liczby projektów musi zastanawiać i skłaniać polityków do przemyślenia tego, jak jeszcze można zmotywować inwestorów, aby zamiast do Niemiec czy Wielkiej Brytanii, przyjeżdżali do nas. Myślę tu nie tylko o zachętach inwestycyjnych, choć przedłużenie „życia” Specjalnych Stref Ekonomicznych na pewno było bardzo dobra decyzja. Do dyspozycji będą też środki z nowej perspektywy UE – musimy to wykorzystać! – uważa Paweł Tynel, Dyrektor Zespołu Ulg i Dotacji Inwestycyjnych w EY.
Europa: rekord pod względem liczby BIZ, ale miejsc pracy najmniej od 4 lat
W 2013 roku do Europy napłynęła największa liczba nowych inwestycji zagranicznych w 12-letniej historii badania Atrakcyjność Inwestycyjna Europy. Mimo, że w ubiegłym roku Stary Kontynent dopiero zaczął wchodzić na ścieżkę wzrostu, to liczba nowych projektów wyniosła 3 955 czyli o 4% więcej niż w 2012 roku. Natomiast wartość BIZ była aż o ¼ wyższa niż w 2012 i wyniosła w sumie 223 mld euro. Po raz pierwszy od 4 lat skurczyła się za to liczba nowych miejsc pracy wytworzonych przez zagranicznych inwestorów. Zdecydowanie największym beneficjentem z tytułu BIZ jest Wielka Brytania, Niemcy oraz Francja. Największym inwestorem w Europie pozostają Stany Zjednoczone, ale rośnie także liczba projektów z krajów BRIC czyli Brazylii, Rosji, Indii i Chin.
Europa Zachodnia w końcu wyprzedziła Chiny
Z części badania poświęconej postrzeganiu przez inwestorów poszczególnych regionów świata wynika, że Europa Zachodnia (45% wskazań inwestorów) po raz pierwszy od lat wyprzedziła w rankingu atrakcyjności Chiny (44%). Od najniższego poziomu w 2012 roku, notowania Zachodu wzrosły aż o 12 p.p. Na trzecim miejscu znalazła się Ameryka Północna (31%), a tuż za nią Europa Środkowo -Wschodnia (29%).
Piotr Minkina: Wpływ eurowyborów na sytuację gospodarczą
Rezultaty eurowyborów wskazują na rosnącą siłę partii eurosceptycznych, zarówno z prawej jak i lewej strony sceny politycznej. Z punktu widzenia gospodarki – zwłaszcza w krajach borykających się z problemami – były one wyrazem poparcia lub jego braku dla polityki gospodarczej bazującej na „zaciskaniu pasa”. We Francji i Hiszpanii społeczeństwo wyraziło swoje niezadowolenie z takiej polityki, co może w przyszłości prowadzić do większych deficytów budżetowych i w rezultacie wzmóc kryzys zadłużenia. Jeżeli chodzi o główny nurt polityki gospodarczej UE wydaje się, że zmian na tym polu nie będzie, choć w niektórych kwestiach, takich jak np. energetyka, wypracowanie kompromisu może być trudniejsze.
Dla Polski kluczowe jest to, jakie stanowiska w Komisji Europejskiej otrzymają Polacy i czy będą one zbieżne z tymi resortami, które są dla naszej gospodarki ważne.
Na tę całą sytuację nakładają się wygrane w pierwszej turze przez Petra Poroszenkę wybory prezydenckie na Ukrainie. Jest to sytuacja na tyle korzystna, że będzie wpływać na stabilizację sytuacji w regionie, która z kolei powinna przenieść się na rynki finansowe.
Senat przyjął nowe prawo antymonopolowe
Zwalczanie praktyk niekorzystnych dla przedsiębiorców i konsumentów – to główne cele nowej ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Nowelizacja została przyjęta dzisiaj przez Senat
Nowa regulacja, wprowadza istotną zmianę dotyczącą ochrony konsumentów. Prezes UOKiK będzie miał możliwość publicznego ostrzegania o praktykach naruszających zbiorowe interesy konsumentów, które mogą narazić ich na poważne straty finansowe.
Dla przedsiębiorców korzystne będą zmiany w programie łagodzenia kar leniency, który umożliwia uczestnikowi niedozwolonego porozumienia uniknięcie lub obniżenie sankcji finansowej w zamian za współpracę z Urzędem i dostarczenie informacji na temat zmowy. Obecnie tylko podmiot, który jako pierwszy poinformuje Urząd o niedozwolonych praktykach, może liczyć na całkowite zwolnienie z kary – pozostali na obniżenie sankcji. Wprowadzone rozwiązanie, tzw. leniency plus umożliwi przedsiębiorcy, który złoży wniosek jako drugi lub kolejny, uzyskanie dodatkowego obniżenia kary o 30 proc, jeśli poinformuje Urząd o innej zmowie, której również był uczestnikiem. W tej drugiej sprawie będzie miał status pierwszego wnioskodawcy i uniknie w niej kary finansowej.
Okręty podwodne dla Polski mogłyby powstać w polskich stoczniach
Ministerstwo Obrony Narodowej ma ogłosić do końca roku przetarg na trzy okręty podwodne. Wartość zamówienia wyniesie ponad 7,5 mld zł. MON prowadzi obecnie rozmowy z zainteresowanymi firmami dotyczące szczegółów technicznych okrętów i ich uzbrojenia. Równie ważną kwestią jest maksymalne zaangażowanie polskiego przemysłu w program modernizacji Marynarki Wojennej.
– Jakiś czas temu odbyliśmy spotkania techniczne z przedstawicielami MON. Obecnie polskie władze analizują nasze odpowiedzi, aby następnie móc wystosować zapytanie ofertowe, którego spodziewamy się pod koniec czerwca lub na początku lipca – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olivier Dambricourt, szef pionu okrętów podwodnych w DCNS.
Program Orka, dotyczący modernizacji floty okrętów podwodnych, zakłada kupno trzech jednostek o wyporności około 2 tys. ton, z klasycznym napędem. Konieczność przezbrojenia polskiej Marynarki Wojennej wynika z zobowiązań w ramach NATO oraz konieczności zwiększenia bezpieczeństwa morskiego terytorium. Stan techniczny większości okrętów służących w polskiej armii jest zły, dlatego MON planuje zamówić także jednostki nawodne. Jak na razie nie podjęto jeszcze decyzji dotyczących uzbrojenia przyszłych jednostek podwodnych.
– Polskie zapotrzebowanie na okręty podwodne związane jest ze strategicznym obronnym systemem uzbrojenia, z pociskami manewrującymi. Odpowiadając na to zapotrzebowanie, staramy się zaproponować jak najlepsze produkty. DCNS jest jedną z firm konkurujących o udział w programie modernizacji marynarki wojennej. Naszym planem jest zbudowanie okrętu podwodnego w Polsce – mówi Olivier Dambricourt.
Polski rynek staje się coraz bardziej atrakcyjny dla europejskich koncernów zbrojeniowych, ponieważ tamtejsze rządy w większości redukują wydatki obronne, a Polska utrzymuje zalecany przez NATO poziom wydatków około 2 proc. PKB. Obok francuskiej firmy Direction des Constructions Navales Services (DCNS) do dialogu technicznego z MON przystąpiły: hiszpański koncern Navantia, niemiecki Thyssen Krupp Marine Systems oraz szwedzkie konsorcjum stoczni Kockums AB z Agencją Eksportu Eksportu Technologii Obronnych i Bezpieczeństwa.
DCNS chce przekonać polski rząd do swojej oferty, gwarantując wykonanie okrętów w Polsce.
– Jesteśmy przekonani, że polski przemysł może być naszym partnerem w tym projekcie – uważa szef pionu okrętów podwodnych w DCNS.
DCNS buduje już okręty podwodne typu Scorpène w ramach transferu technologii, np. w indyjskiej stoczni. Obok miejsc pracy i zamówień, dla polskiego przemysłu zbrojeniowego jeszcze ważniejszy może być napływ technologii i know–how towarzyszący temu zamówieniu. Pozwoli to następnie na serwisowanie i remontowanie okrętów podwodnych w polskich stoczniach.
– Transfer technologii jest dla DCNS bardzo ważny. W ten sposób działaliśmy już przy współpracy z innymi naszymi partnerami, np. w Indiach czy Brazylii. Przykładowo w Indiach latem ukończymy budowę pierwszego indyjskiego okrętu podwodnego Scorpène z naszym partnerem, stocznią w Bombaju. W podobny sposób widzimy współpracę z polskim partnerem, chcemy wdrażać i rozwijać działania związane z budową okrętów podwodnych i infrastruktury – uważa Olivier Dambricourt.
Rząd chce podwyższyć opłatę paliwową, by finansować inwestycje kolejowe
Nawet miliard złotych rocznie ma trafiać z opłaty paliwowej do Funduszu Kolejowego. Propozycją resortu finansów zajmie się dziś Rada Ministrów. Dzięki zmianom rząd chce zapewnić wkład własny na współfinansowane przez Unię inwestycje kolejowe. Zwiększenie opłaty paliwowej ma być skompensowane obniżką akcyzy, ale to może nie powstrzymać podwyżek cen paliw na stacjach.
– Fundusz Kolejowy, który jest takim młodszym bratem Krajowego Funduszu Drogowego, nie dysponował do tej pory znaczącymi środkami, które by wystarczały na pokrycie w całości zwiększonych potrzeb w zakresie wkładu własnego – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – W jakimś stopniu problemy z wydatkowaniem pieniędzy na kolej w tej perspektywie też były związane z tym, że nie było właściwego finansowania ze środków krajowych.
Rząd planuje, że wydatki z Funduszu Kolejowego w latach 2014-2019 sięgną 4,5 mld zł. By zapewnić dopływ środków do funduszu, resort finansów zaproponował zwiększenie opłaty paliwowej. Jest ona zawarta w cenie paliwa i obecnie wynosi ok. 10 gr za litr benzyny, ok. 26,5 gr za litr oleju napędowego i ok. 13,5 gr za kilogram autogazu. Projekt zakłada podwyżkę o 0,025 zł za litr lub kilogram w latach 2014-2019.
Równocześnie o równowartość podwyżki opłaty paliwowej miałaby zostać zmniejszona akcyza. Dzięki temu ceny paliw mają utrzymać się na obecnym poziomie. Kowalski zaznacza jednak, że nie jest przesądzone, czy tak się stanie.
– To jest założenie teoretyczne, a w praktyce może to wyglądać trochę inaczej. Zmiana w strukturze kosztów paliwa zawsze jest okazją do tego, aby dostawcy paliw i sprzedawcy skorzystali z tego i cenę podnieśli – podkreśla Kowalski. – Ogólnie możemy oceniać tę propozycję pozytywnie. Natomiast rzeczywiście, trochę niepokoi sytuacja, chcący lub niechcący, generowania konfliktu między koleją a kierowcami.
Kowalski przypomina, że do tej pory to inwestycje drogowe były traktowane priorytetowo przez polski rząd. Jednak z uwagi na nacisk Komisji Europejskiej w perspektywie budżetowej 2014-2020, już trzeciej od wstąpienia Polski do UE, w najbliższych latach więcej pieniędzy ma być przeznaczonych na kolej. Kowalski przypomina, że do 2020 r. może to być nawet 10 mld euro.
Zwiększenie środków Funduszu Kolejowego zapewni wkład własny, niezbędny przy współfinansowanych przez UE projektach. Kowalski ocenia, że to nauczka wyciągnięta przez rząd z poprzedniej perspektywy, gdy zapewnienie własnego udziału było czasem problemem. Tym bardziej że Fundusz Kolejowy był według eksperta do tej pory wykorzystywany raczej w związku z restrukturyzacją i długami PKP oraz usamorządowieniem Przewozów Regionalnych niż przeznaczany na inwestycje.
– Przede wszystkim te pieniądze będzie wydawała spółka PKP PLK – zarządca infrastruktury, który prowadzi największe inwestycje kolejowe. Fundusz Kolejowy przede wszystkim powinien wspierać rozwój infrastruktury kolejowej – przypomina Kowalski.
Dodaje, że nacisk na inwestycje kolejowe powinien być priorytetem rządu, bo może napędzić całą gospodarkę. Kowalski przypomina, że według rządowej Strategii Rozwoju Transportu Polska traci nawet ok. 0,5 proc. PKB z uwagi na niewydolność systemu kolejowego. Do tej pory jednak unijne dofinansowania na kolej nie były w pełni wykorzystywane.
Kowalski przyznaje jednak, że zmiany mogą zirytować kierowców. Jeśli paliwo podrożeje, mogą oni mieć wrażenie, że rząd zabiera pieniądze kierowcom i przeznacza je na kolej. Kowalski przypomina jednak, że w rzeczywistości nikt na tym nie straci, a zrównoważony transport jest korzystny dla wszystkich użytkowników dróg i kolei.
Koszty refundacji nowych leków na cukrzycę nie muszą być wysokie. Robią to wszystkie kraje UE poza Polską
Coraz więcej środowisk medycznych apeluje do ministra zdrowia o refundację leków inkretynowych. W Polsce na cukrzycę choruje około 3 mln osób, którym grożą poważne powikłania z powodu braku dostępu do nowych terapii. Koszty leczenia nowymi lekami są poza zasięgiem większości pacjentów, dlatego we wszystkich krajach UE są one refundowane. Wyjątkiem jest Polska.
Ryzyko powikłań jest znaczące. Mimo to zdaniem lekarzy w Ministerstwie Zdrowia nie ma zrozumienia dla wagi i skali tego problemu. Leczenie cukrzycy nie przynosi efektów w krótkim czasie, dlatego urzędnicy wolą koncentrować się np. na poprawie leczenia nowotworów – uważa prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.
– Cukrzyca nie jest tak spektakularną chorobą jak choroby nowotworowe czy układu krążenia. Nie zabija natychmiast, a to, co się poprawia w leczeniu cukrzycy nie przynosi efektów za pół roku, za rok, tylko po 5-10, a nawet 20 latach, więc trudno spodziewać się szybkich efektów – tłumaczy prof. Czupryniak.
Według środowisk medycznych rząd obawia się wysokich kosztów refundacji leków inkretynowych. Lekarze zwracają uwagę, że we wszystkich krajach UE są one dotowane, również w krajach o podobnym do Polski PKB.
– 3 mln osób choruje na cukrzycę, więc wszyscy się boją, że refundacja leków pożre cały budżet. Ale z tym problemem radzą sobie wszystkie kraje i podchodzą do tego reaktywnie. Dochodzą do wniosku, że te leki są potrzebne dla określonych grup pacjentów, i te problemy są rozwiązywane. Nie chcę używać tu słowa ,,zaniedbanie”, myślę, że to jest raczej niezrozumienie i niechęć, a z tego płynie zaniedbanie – ocenia prof. Czupryniak.
– Terapia lekami inkretynowymi dla polskiego pacjenta to jest rząd wielkości od 150 zł do 600 zł miesięcznie. Przy naszych zarobkach, rentach czy emeryturach, a rzecz dotyczy często osób starszych, polskiego pacjenta nie stać na tego typu leki. Jesteśmy jedynym państwem w Europie, które nie refunduje tych leków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.
Skutek jest taki, że polscy pacjenci są nadal leczeni lekami z połowy ubiegłego wieku. Mogą one doprowadzić do szeregu powikłań, które są następstwem niedocukrzenia (hipoglikemii). Leki inkretynowe są bezpieczniejsze dla pacjentów, bo utrzymują odpowiedni poziom cukru.
– Część leków hamuje łaknienie. Uwrażliwiają one komórki beta wysp Langerhansa, czyli wysp trzustkowych, na działania glukozy, a zatem zmniejszają poziom glikemii, czyli poziom cukru we krwi. Doustne leki inkretynowe nie wywołują też objawów hipoglikemii – bardzo niebezpiecznego objawu, który predysponuje do szeregu bardzo niebezpiecznych zaburzeń, głównie neurologicznych, na przykład do udarów mózgu – wyjaśnia Sutkowski.
Prof. Czupryniak podkreśla, że jeżeli dla Ministerstwa Zdrowia lub NFZ ważnym argumentem jest rachunek ekonomiczny, to od kosztów refundacji tych leków powinny być odjęte koszty związane z pogorszeniem stanu zdrowia pacjentów, w tym zwłaszcza koniecznej hospitalizacji.
– W takich krajach jak Dania czy Finlandia, jedna trzecia chorych na cukrzycę leczonych doustnie jest leczona właśnie lekami inkretynowymi. To się przekłada na istotną redukcję liczby hospitalizacji z powodu niedocukrzeń – wskazuje prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.
Lekarze zwracają także uwagę, że dzięki nowej ustawie refundacyjnej rząd może ograniczyć koszty związane z refundacją, przerzucając część z nich na firmy farmaceutyczne.
– To instrumenty podziału ryzyka, czyli ustalenia kwoty refundacji rocznej z góry i umówienia się, że jeżeli to będzie przekroczone, to producent zapłaci sam za pozostałe koszty refundacji. Te instrumenty też nie są jakoś chętnie wdrażane przez rząd, chociaż chyba przemysł jest gotowy je przyjąć – uważa Czupryniak.
Coraz więcej seniorów na świecie korzysta z internetu i mediów społecznościowych
Rośnie liczba seniorów aktywnie korzystających z internetu. Przekonują się oni również do mediów społecznościowych. W ubiegłym roku największy wzrost aktywnych użytkowników Facebooka w Stanach Zjednoczonych miał miejsce właśnie w tej grupie wiekowej. Podobnie jak młodsi ludzie, seniorzy szukają w sieci możliwości komunikacji.
– Światowy trend jest bardzo ciekawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bucki, wykładowca, trener, specjalista ds. komunikacji z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni. – Seniorzy to jest grupa, która najszybciej przyrasta w mediach społecznościowych i która najbardziej angażuje się w korzystanie z tych kanałów komunikacji.
W Stanach Zjednoczonych w ubiegłym roku liczba osób starszych korzystających z social mediów wzrosła o 16 proc., podczas gdy w 2012 r. wzrost był 4-proc. Na Facebooku to właśnie seniorzy byli tą grupą wiekową, której członkowie w 2013 r. najbardziej zwiększyli aktywne uczestnictwo na portalu. Co ciekawe, najbardziej spadła wtedy liczba aktywnych użytkowników w wieku do 24. roku życia. Również w Polsce w ostatnich trzech latach to w grupie wiekowej 50+ portal zyskiwał najwięcej użytkowników – ich liczba podwoiła się z 718 tys. w 2010 roku do 1,55 mln w 2013 roku. Stanowią oni ok. 10 proc. użytkowników Facebooka.
– Polscy seniorzy nie różnią się niczym od seniorów na całym świecie, może poza tym, że częściej dotyka ich problem wykluczenia cyfrowego – zauważa Bucki.
W Polsce wśród 13,7 mln osób w wieku 50+ z sieci nie korzysta 67 proc., czyli ponad 9 mln osób. Według badań Megapanel PBI Gemius z 2012 r. wśród osób w wieku 60 + tylko 12 proc., a więc ponad 900 tysięcy osób, wykorzystuje komputer i internet. Dla porównania wśród osób w wieku 7-59 lat internetem posługuje się 65 proc. osób. Jednak istnieje szansa na poprawę tej sytuacji, gdyż sieć jest często odpowiedzią na problemy seniorów.
Portale społecznościowe pozwalają seniorom aktywniej uczestniczyć w życiu rodziny, np. poprzez rozmowy online z dziećmi i wnukami, które mieszkają daleko od rodzinnego domu, czy przez śledzenie zdjęć umieszczanych przez nich w sieci.
– Starsi Polacy najczęściej w sieci znajdują to, czego brakuje im w świecie analogowym, czyli komunikację i możliwość kontaktu z rówieśnikami. Jest to remedium na ich problemy takie jak depresja czy osamotnienie – wyjaśnia specjalista ds. komunikacji. – Obserwujemy bardzo ciekawe zjawisko polegające na tym, że seniorzy gromadzą się w pewnych zamkniętych społecznościach osób w podobnym wieku i o podobnych zainteresowaniach. Szczególnie wyraźnie widać to w Stanach Zjednoczonych, ale przypuszczam, że ten trend prędzej czy później będzie widoczny także u nas.
Najczęstsze problemy osób starszych związane są z niedostosowaniem stron do osób słabiej widzących lub nieposiadających najnowszych przeglądarek.
– Seniorzy mają też problemy związane z kwestią prywatności w sieci, a także z rozumieniem zasad obowiązujących w internecie. Nie są w tym odosobnieni, jednak problemy te mogą występować u nich częściej – podkreśla wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni. – Pamiętajmy, że dorastali oni w świecie, w którym nie było internetu.
Pomocą w rozwiązaniu tych problemów jest edukacja osób starszych w zakresie korzystania z sieci. W Polsce zajmują się tym m.in. uniwersytety trzeciego wieku, na których są zajęcia z obsługi komputera. Niezbędne jest także edukowanie osób starszych przez bliskich.
– Transfer wiedzy z pokolenia wnuków na pokolenie dziadków może być dobrą płaszczyzną porozumienia – mówi ekspert WSB. – Niektórzy seniorzy uczą się szybko, ale niektórzy mają problem ze zrozumieniem np. konceptu poruszania się kursorem po ekranie. Jednak ta różnica mentalności może być ciekawa, a przy edukowaniu osób z rodziny niezbędna jest wyrozumiałość i empatia.
Walce z wykluczeniem cyfrowym wśród osób powyżej 50. roku życia służyć mają takie inicjatywy jak program Latarnicy, w którym wolontariusze uczą osoby starsze, jak korzystać z sieci. To o tyle istotne, że oferta usług cyfrowych, związana z różnymi dziedzinami życia, będzie coraz szybciej rosnąć.
UPC uruchomiło nową mobilną usługę. W ramach abonamentu program będzie można oglądać na trzech urządzeniach jednocześnie, również poza domem
UPC Polska zwiększa mobilność usług telewizyjnych. Dzięki usłudze Horizon TV będzie można w tym samym czasie oglądać różne programy na trzech różnych urządzeniach, również poza domem. Z myślą o kibicach piłki nożnej przez kolejne dwa miesiące, również podczas trwania mundialu w Brazylii, usługa będzie bezpłatna.
– Horizon TV to wyjątkowa usługa na rynku polskim. Jesteśmy kolejnym krajem z grupy Liberty Global, który to wprowadził. Dlaczego jest wyjątkowa? Ma 98 kanałów, a większość z nich jest dostępna poza siecią domową, poza siecią Wi-Free czy Wi-Fi. Można więc oglądać programy również poza domem, na telefonie komórkowym albo na tablecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Esz, członek zarządu ds. marketingu i sprzedaży w UPC Polska.
Dynamiczny rozwój mobilnych usług to reakcja na dwie przeciwstawne tendencje, które wpływają na spędzanie czasu wolnego, w tym konsumpcję mediów.
– Człowiek ma coraz mniej czasu na oglądanie telewizji, a z drugiej strony jest coraz więcej interesujących rzeczy, które chciałby obejrzeć. I jeśli te dwa trendy się spotkają, to pojawia się potrzeba, żeby oglądać, gdzie się chce, na czym się chce i kiedy się chce – uważa Grzegorz Esz.
Horizon TV posiada funkcję zdalnego nagrywania, wybór kilkuset filmów i programów na żądanie, a także przewodnik TV z wyszukiwarką filmów i seriali. Aplikacja ma również system rekomendacji oraz dzielenia się informacjami o programach w serwisach społecznościowych. Cała usługa będzie dostępna bezpłatnie do 31 lipca bieżącego roku.
– Skąd ta data? Mamy wewnątrz firmy kampanię „Koniec walki o pilota”, w której chodzi o mistrzostwa świata w piłce nożnej. Myślę, że każdy z nas ma takie doświadczenie z życia, że chciał obejrzeć kolejny danego dnia półtoragodzinny mecz, a rodzina chciała obejrzeć co innego. W związku z tym dajemy realnie możliwość obejrzenia meczu czy innego programu na dodatkowych urządzeniach, i to na trzech jednocześnie – mówi członek zarządu UPC Polska.
Korzystanie z usługi Horizon TV poza domem umożliwi wprowadzana właśnie usługa Wi-Free. To bezpłatna sieć hotspotów, oparta na modemach Wi-Fi użytkowników UPC. Po pilotażowym wdrożeniu usługi dla klientów w Krakowie i Sopocie, którzy mają internet o przepustowości łącza co najmniej 30 Mb/s, zasięg UPC Wi-Free jest teraz poszerzany dla wszystkich klientów UPC na obszarze działania sieci operatora.
– Docelowo sieć UPC Wi-Free tworzyć będzie 600 tys. hotspotów. Po zalogowaniu się klienci mogą jej używać wszędzie tam, gdzie znajdą sygnał i mogą jej używać bezpłatnie – podkreśla Esz.
UPC podkreśla, że udostępnianie łącza nie oznacza, że osoba posiadająca np. pakiet z łączem 30 Mb/s będzie miała odpowiednio niższy maksymalny transfer. To dlatego, że modemy tworzące sieć posiadają dodatkową przepustowość.
Horizon TV będzie musiał zmierzyć się z konkurencją ze strony źródeł, które oferują nielegalny dostęp do mediów. Według Grzegorza Esza, skala tego zjawiska stawia Polskę w „awangardzie europejskiej”. Nowa usługa telewizyjna ma być legalną alternatywą dla tych serwisów.
– Ściągamy nielegalnie bardzo dużo seriali, oglądamy bardzo dużo serwisów, które liniowo w internecie udostępniają programy telewizyjne, wydarzenia sportowe, jak walki bokserskie czy mecze. My, w ramach Horizon TV, oferujemy blisko 100 programów legalnie – wskazuje członek zarządu UPC.
Lubawa walczy o nowe kontrakty w Stanach, Somalii i Nigerii, w tym na dostawę trap ratunkowych dla cywilnych Boeingów
Lubawa SA negocjuje duże kontrakty z Boeingiem – jednym z nich są dostawy komponentów dla cywilnych samolotów amerykańskiego producenta. Współpraca z koncernem w dłuższej perspektywie zapewni znaczny wzrost przychodów spółki i co nawet ważniejsze dla jej zarządu, zdywersyfikuje ich źródła. Negocjacje trwają również z rządami Somalii i Nigerii i dotyczą one sektora wojskowego.
– Podpisaliśmy list intencyjny z rządem Somalii, ustalamy specyfikację poszczególnych produktów, które ten rząd interesują, i rozmawiamy również na temat kwestii finansowania tych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kubica, prezes zarządu Lubawa SA – To kraj o olbrzymich potrzebach, a zarazem o olbrzymich możliwościach jeśli chodzi o sprzedaż naszych produktów.
Lubawa była pierwszą zagraniczną firmą z branży obronnej, która odwiedziła Somalię. Kraj ten bardzo powoli zbliża się do końca trwającej od 1991 r. wojny domowej. Kubica podkreśla, że współpraca skupi się na najpilniejszych potrzebach, takich jak dostawa baz namiotowych dla Somalii i systemów ochrony indywidualnej. Problemem jest zapewnienie finansowania, bo Somalia nie ma wciąż stabilnego budżetu, ale pomóc mogą granty z UE i Stanów Zjednoczonych.
Dużo łatwiejsza, a równie obiecująca, jest współpraca z Nigerią. Kubica przypomina, że prezydent tego kraju, Goodluck Jonathan, zatwierdził budżet celowy w wysokości miliarda dolarów na wyposażenie czterech dywizji nigeryjskiej armii. Na początku czerwca do Polski przyjedzie delegacja lotnictwa tego kraju, a w późniejszym terminie sił lądowych.
– Każda z tych delegacji odwiedzi nasze zakłady po to, by dokonać ostatecznej weryfikacji i zatwierdzenia oferty produktowej, którą my już tam uplasowaliśmy. W konsekwencji w tym roku spodziewamy się zamówień ze strony nigeryjskiej na te produkty. Takie deklaracje otrzymujemy z tamtej strony – mówi Kubica. – Ten miliard dolarów będzie przeznaczony w najbliższym okresie na zakupy sprzętu, mam nadzieję przede wszystkim pochodzącego z naszego źródła.
Poza kontraktami z państwami afrykańskimi Lubawa blisko współpracuje też z Amerykanami. Spółka zrealizowała już dwa zamówienia systemów kamuflażu wielozakresowego dla Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. Za oceanem działa spółka zależna Lubawa USA, w której polska spółka ma 52 proc. udziałów. Dzięki temu sprzedaż na ten rynek jest łatwiejsza, bo Lubawa jest zweryfikowana przez departamenty obrony i stanu, nie tylko w zakresie produktów wojskowych, lecz także np. związanych z zabezpieczeniami przeciwpowodziowymi. Budzą one duże zainteresowanie klientów m.in. z St. Louis oraz dorzecza Missisipi.
– To jest pierwszy element naszej obecności na miejscu w USA, a drugi element to jest przełożenie aktywności podmiotów amerykańskich na rynku polskim i skanalizowanie jej poprzez nasze struktury. Nasze działania już procentują, jesteśmy w samym środku negocjacji z koncernem Boeing, to jest bardzo duża sprawa dla nas jako dla Lubawy. Negocjacje dotyczą kilku elementów – po pierwsze, naszej współpracy w zakresie systemu obronnego, po drugie, naszej współpracy w zakresie rynku cywilnego – mówi Marcin Kubica.
Współpraca cywilna mogłaby dotyczyć produkcji w zakładach Lubawy nadmuchiwanych trapów ratunkowych dla samolotów cywilnych. Skorzystałby na tym również LOT, który mógłby serwisować trapy w swoich Boeingach 787 w Polsce – w tej chwili jest to możliwe tylko w Europie Zachodniej. Kubica zauważa, że w ten sposób Lubawa realizowałaby nie tylko własny, lecz także narodowy interes. Po spotkaniu z wiceprezesem Boeinga Kubica ocenia, że jest wola dalszych rozmów z obydwu stron.
Dodaje, że nowe kontrakty obronne i cywilne to działania, które przyniosą efekty w długiej perspektywie czasowej. Pozwolą zwiększyć przychody spółki, ale przede wszystkim zdywersyfikują ich źródła i pozwolą na zdobycie nowych kompetencji.
– Oczywiście to są dla nas działania o charakterze strategicznym, to nie przełoży się na zamówienia od Boeinga za 2-3 tygodnie, bo to nie jest takie łatwe. Trzeba być najpierw zweryfikowanym przez ten podmiot, proces certyfikacji cały czas trwa. Jeżeli pojawi się przełożenie tego na konkretne kontrakty, biorąc pod uwagę skalę działalności koncernu Boeing, będzie to wzrost skokowy w naszych przychodach – prognozuje Kubica.
Pierwsza polska firma, która ma szansę zarobić na łupkach. Baltic Ceramics Investments sprzedaje akcje
Do 29 maja można zapisać się na akcje spółki, która buduje pierwszą w Europie fabrykę proppantów ceramicznych, czyli innowacyjnych materiałów ceramicznych wykorzystywanych przy wydobyciu gazu łupkowego. Baltic Ceramics Investments planuje zebrać z emisji akcji 10 mln zł i zachęca inwestorów szybko rosnącym rynkiem zbytu na proppant. Jest on wykorzystywany w eksploatacji trudnych geologicznie złóż, w tym łupkowych, których wydobycie rośnie dynamicznie na całym świecie.
– Ta emisja zaspokoi niemal wszystkie potrzeby inwestycyjne tego projektu. Jest to 10,2 mln zł i służy do tego, aby sfinansować brakującą część inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Janus, prezes IndygoTech Minerals.
Baltic Ceramics Investments, spółka z portfela IndygoTech Minerals, planuje wprowadzić akcje serii M do obrotu na rynku NewConnect na przełomie czerwca i lipca. Cena emisyjna akcji wynosi 2,8 zł, co w przypadku objęcia całej emisji oznacza, że udział nowych inwestorów w akcjonariacie wyniesie 8 proc. – napisano w komunikacie spółki.
Obok emisji akcji budowa fabryki zostanie sfinansowana także dzięki dotacji z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka w wysokości 40 mln zł. W zakładzie w Lubsku w woj. lubuskim znajdzie zatrudnienie ok. 30 osób, a docelowy poziom produkcji wyniesie 135 tys. ton proppantów ceramicznych rocznie. Według prognoz spółki będzie to stanowiło 5 proc. światowego rynku. Inwestycja już się rozpoczęła, spółka wybrała generalnego wykonawcę, który zrealizuje inwestycję na przełomie I i II połowy 2015 roku.
– Jesteśmy w trakcie budowy pierwszej w Unii Europejskiej i na kontynencie europejskim fabryki proppantów ceramicznych. Są to malusieńkie ceramiczne kuleczki, które mają cechy piasku, ale przewyższają ten piach wielokrotnie i dlatego – pomimo wyższej ceny – są stosowane przy wydobyciu gazu i ropy naftowej – tłumaczy Janus.
Proppanty ceramiczne są wykorzystywane do stabilizacji otworów, przez które przepływa ropa lub gaz. Wchodzą w skład wpompowywanej do szczelin skalnych mieszkanki i dzięki swoim właściwościom zapobiegają ich zamykaniu się. Proppanty są stosowane zarówno przy poszukiwaniu, jak i eksploatacji złóż konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, w tym łupkowych.
– Wykorzystywane są one do złóż podmorskich, stosuje się je wszędzie tam, gdzie panują ciężkie warunki geologiczne i trudno jest wydobyć węglowodory. Mamy coraz mniej zasobów konwencjonalnych, natomiast zasoby niekonwencjonalne gazu i ropy są ogromne, na niektórych kontynentach wielokrotnie większe niż konwencjonalne. Będziemy zmuszeni do tego, aby sięgać w coraz większym stopniu do tych zasobów – przewiduje prezes IndygoTech Minerals.
Dobrze obrazuje to przykład Rumunii, która w przeszłości była ważnym w Europie producentem ropy naftowej i gazu z konwencjonalnych złóż w Transylwanii i na przedpolu Karpat. Obecnie większość z nich jest bliska wyczerpaniu, dlatego rząd w Bukareszcie stał się zwolennikiem rozwoju wydobycia gazu z łupków.
Rumunia jest jednym z wielu miejsc, gdzie budowana fabryka będzie mogła eksportować swoje wyroby. Ze względu na lokalizację spółka pokłada duże nadzieje w eksporcie do zachodnich sąsiadów, gdzie również korzysta się z proppantów ceramicznych.
– Proppanty są powszechnie stosowane w Niemczech w złożach piaskowca przy wydobyciu gazu, a także są wykorzystywane na Morzu Północnym przy wydobyciu gazu i ropy wokół Afryki oraz w Arabii Saudyjskiej. Jest to produkt, który jest stosowany na masową skalę od kilkunastu lat. W ciągu ostatnich 12 latach roczny wzrost wolumenu produkcji i konsumpcji proppantów wynosił 24 proc. Szacuje się, że za następne 10 lat wartość tego rynku liczona w dolarach wzrośnie ponad dwukrotnie – prognozuje Dariusz Janus.
Pewne ryzyko dla rynku proppantów wiąże się z polityką państw UE, gdzie część z nich wprowadziła moratorium na wydobycie surowców z łupków. Nie jest jednak wykluczone, że ze względu na bezpieczeństwo energetyczne te decyzje zostaną uchylone. Obecna sytuacja polityczna w Europie zmniejsza też prawdopodobieństwo, by kolejne rządy rezygnowały z gazu łupkowego.
– Problem, który mieliśmy ostatnio z Unią Europejską, nie dotyczył szczelinowania czy używania proppantów, a tylko i wyłącznie wydobywania gazu łupkowego. Jednakże instytucje unijne postanowiły, że każdy kraj będzie sam decydował, w jaki sposób i na jakich warunkach będzie mógł wydobywać gaz łupkowy – mówi prezes IndygoTech Minerals.
Nowoczesne technologie ułatwiają komunikację rodzica z nauczycielem
Szkoła w starym wydaniu nie zdaje już egzaminu, dlatego nauczyciele chętnie wykorzystują nowe media, by skutecznie dotrzeć do uczniów. Korzystają z elektronicznych, a co za tym idzie wielofunkcyjnych materiałów edukacyjnych. Wiele placówek wprowadza e-dzienniki i wykorzystuje specjalne aplikacje w urządzeniach mobilnych, poprzez które informacje o ocenach i frekwencji ucznia błyskawicznie trafiają do jego opiekunów.
Tradycyjne tablice z kredą i gąbką są wypierane przez urządzenia multimedialne, które dają nieograniczone możliwości prezentacji. Stare mapy z powodzeniem zastępuje rzutnik wielkości laptopa i ekran projekcyjny, a zamiast stosu kserówek uczniowie dostają pomocne materiały na czytnikach pamięci. Zmienia się też sposób kontaktu nauczycieli z rodzicami.
– Jest dziennik elektroniczny, są platformy e-learningowe, komunikatory, dzięki którym rodzic ma bieżący dostęp do informacji: co dziecko ma zaplanowane, jak sobie radzi z pewnymi zadaniami, jak je motywować, na które obszary rodzic powinien zwrócić uwagę, w których elementach dydaktycznych jego dziecko jest mocne – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Tomasz Babicz, dyrektor sprzedaży systemów informatycznych dla edukacji Librus. – Kolejnym etapem w przyspieszeniu dostępu do tych informacji jest technologia direct push, która istnieje w urządzeniach mobilnych. Dzięki niej rodzic dostaje informację na temat swojej pociechy praktycznie w momencie, kiedy jest ona wpisywana do systemu.
Szybki przepływ informacji na linii szkoła – rodzic ma swoje plusy i minusy. Na tradycyjnej wywiadówce rodzice dostawali karteczki z ocenami i mieli czas na to, aby ochłonąć, przeanalizować sytuację i dopiero w domu porozmawiać z dzieckiem. W dobie nowoczesnych technologii, kiedy rodzic ma dostęp do informacji tu i teraz i wystarczy tylko zalogować się do systemu czy wejść w aplikację, dlatego dużo trudniej jest powstrzymać emocje.
– Szybszy dostęp do informacji, który będzie nieumiejętnie wykorzystany, może wpłynąć bardzo destruktywnie na ucznia. Proszę wyobrazić sobie taką sytuację, w której dziecko ma pisać kartkówkę, a w międzyczasie inny nauczyciel wpisuje do systemu ocenę ze sprawdzianu. Jeśli to będzie słabsza ocena, rodzic dostaje informacje na swój smartfon i pierwsze, co robi pod wpływem emocji, bierze telefon i zaczyna dzwonić do dziecka z pytaniem, dlaczego taka ocena, nie myśląc o tym, że dziecko w tym czasie jest w szkole, że być może za chwilę będzie miało kartkówkę – tłumaczy Tomasz Babicz.
Nowoczesne technologie ułatwiają kontakt i przepływ informacji, jednak nie zastąpią bezpośredniej rozmowy rodzica z nauczycielem. Pedagodzy podkreślają też, że ważna jest poprawna interpretacja wiadomości, które są umieszczone w elektronicznych dziennikach.
– Motywujmy dziecko, a nie szukajmy tylko negatywnych informacji i krytyki. Stosujmy tak zwaną kanapkę psychologiczną, czyli doceniajmy to, co jest pozytywne w dziecku, ponieważ w systemie mamy takie informacje, mamy pochwały, pozytywne oceny, ale z drugiej strony też starajmy się motywować dziecko do tego, aby te negatywne elementy można było poprawić – dodaje Tomasz Babicz.
Narzędzia ułatwiające organizację czasu pracy
Właściwa organizacja czasu, zarówno służbowego, jak i prywatnego, w powszechnym przekonaniu kojarzona jest po pierwsze z określonymi umiejętnościami, po drugie zaś – z niemal żelazną konsekwencją. Mało kto jednak wie, że równie istotne są nawyki podnoszące naszą efektywność. A wsparcie w tym zakresie stanowić może kilka powszechnie dostępnych narzędzi.
Szukając sposobów na poprawę wydajności w domu czy też w pracy w pierwszej kolejności przyjrzeć się powinniśmy naszym nawykom. Jak się bowiem okazuje, aż 40% codziennych decyzji podejmujemy odruchowo, niemalże bez udziału świadomości.
Skoro za prawie połową naszych wyborów stoją powielane latami przyzwyczajenia, warto zadbać o to, by pracowały one na naszą korzyść. Powinniśmy dołożyć też wszelkich starań, by stworzyć otoczenie, które będzie nas wspierać, a nie przeszkadzać w realizacji założonych celów.
Wzrost efektywności zarządzania swoim czasem zagwarantować może zatem zestaw odpowiednio dobranych narzędzi, które wymuszą pewną powtarzalność i pozwolą wykreować pozytywne nawyki.
Uwolnij swoją pamięć
– Tempo życia w dzisiejszych czasach sprawia, że robimy wszystko, by ułatwić sobie pracę. I nie ma w tym nic dziwnego – obecnie średnio w ciągu tygodnia wykonujemy podobną ilość zadań, jaka jeszcze 200 lat temu zajmowała ludziom co najmniej rok – zauważa ekspert zarządzania czasem, Grzegorz Frątczak.
W parze z nawałem obowiązków nie idzie jednak, aż tak duże poszerzenie naszych możliwości intelektualnych. Próba spamiętania tego wszystkiego daje często efekt odwrotny do zamierzonego – umysł zaczyna się buntować i drastycznie zwalniać, tak jak zwalnia komputer przeciążony zbyt dużą liczbą procesów.
By się od tego problemu uwolnić warto uzyskać dostęp do narzędzi, które w znaczący sposób odciążą naszą pamięć.
– Swoją uwagę skierować powinniśmy przede wszystkim w stronę produktów wspierających zarządzanie zadaniami (np. wg metodyki Getting Things Done – jak np. Nozbe), które zwalniają z obowiązku pamiętania o wszystkich zobowiązaniach, pozwalając jednocześnie zachować wysoką produktywność w pracy. Równie pomocne mogą okazać się aplikacje do zarządzania zadaniami wg zasad Kanban. Wśród nich prym wiedzie zwłaszcza Trello – dodaje specjalista z CEO Solutions.
Jeśli z kolei mamy trudności z przypominaniem sobie wielu różnych loginów i haseł, ratunkiem może się dla nas okazać oprogramowanie takie, jak np. Keepass. Zyskamy w ten sposób poczucie bezpieczeństwa nieobarczone żadnym dodatkowym wysiłkiem.
Nie marnuj więcej czasu
Zadania, z którymi się zmagamy, pochłaniają nie tylko naszą uwagę, ale także czas. By nad nim zapanować w pierwszej kolejności należy więc określić, jak to, co na co dzień robimy, przybliża nas do założonego wcześniej celu.
– W tym wypadku skorzystać możemy np. z programu Rescue Time, w którym zarejestrujemy wszystkie wykonywane przez nas czynności, pogrupujemy je tematycznie, a następnie sprawdzimy, ile minut czy godzin po prostu zmarnowaliśmy lub spędziliśmy produktywnie – podpowiada Frątczak.
Osoby często odwiedzające portale informacyjne czy platformy blogowe powinny także zainteresować się czytnikami RSS (jak chociażby Feedly). Narzędzia te agregują wszystkie pojawiające się w wybranych mediach nowości i pozwalają zaoszczędzić czas przeznaczany do tej pory na wielokrotne wchodzenie na ulubione strony w poszukiwaniu newsów.
Skup się na pracy
Jednym z najistotniejszych elementów w pracy intelektualnej jest skupienie się na wykonywanej aktualnie czynności. Jak wielokrotnie udowodniono, koncentrację w znaczący sposób poprawić może muzyka.
Nie chodzi tu jednak o radio grające na parapecie, gdzie piosenki co chwila przerywane są wiadomościami lub reklamami. W poszukiwaniu dźwięków wspierających wysiłek umysłowy z całą pewnością warto za to odwiedzić stronę Focus@Will.
– Jeśli jednak mimo pomocnej muzyki zbyt często zdarza nam się tracić czas na różnych portalach, zainteresować się powinniśmy dodatkami do przeglądarki, które chwilowo blokują dostęp do poszczególnych internetowych adresów – mówi specjalista projektowania czasu.
W zależności od używanego przez nas oprogramowania, skorzystać możemy z wtyczek takich, jak np. LeechBlock czy też StayFocusd.
Kopie zapasowe rób automatycznie
Trudno chyba wyobrazić sobie wydarzenie, które mocniej zdezorganizuje naszą pracę, niż utrata potrzebnych w danym momencie plików czy dokumentów. Urządzenia techniczne, choć często niezbędne, nie zawsze okazują się być w 100% niezawodne. Nigdy nie powinniśmy więc zapominać o tworzeniu kopii zapasowej.
– Ręczne powielanie danych to jednak niewdzięczne i czasami czasochłonne zadanie, które przeważnie odkładamy „na później”. Pozwólmy się zatem w tej kwestii wyręczyć i korzystajmy z coraz popularniejszych wirtualnych dysków – dodaje na koniec Grzegorz Frątczak.
Rozwiązania typu GoogleDrive, SkyDrive, Dropbox czy Sugarsync dodatkowo dadzą nam także dostęp do naszych plików z dowolnego miejsca na świecie. A to pozwoli dokończyć pracę np. podczas powrotu do domu czy też w trakcie wyjazdu na zasłużony odpoczynek.
Olga Grygier Siddons na czele PwC w Europie Środkowo –Wschodniej. Nowy prezes PwC w Polsce
Z dniem 1 lipca 2014 r. Olga Grygier–Siddons dotychczas stojąca na czele firmy w Polsce, obejmie stanowisko Prezesa w Europie Środkowo–Wschodniej (CEE). Firmą doradczą PwC na polskim rynku od początku lipca kierować będzie Adam Krasoń, obecnie zarządzający działem Assurance (obejmującym audyt, zarządzanie ryzykiem, doradztwo księgowe oraz usługi doradcze z zakresu sprawozdawczości finansowej i rachunkowości).
Olga Grygier–Siddons objęła stanowisko prezesa w Polsce w roku 2009. Wcześniej przez 5 lat jako partner zarządzający działem doradztwa biznesowego była odpowiedzialna za rozwój części konsultingowej biznesu PwC. Przez ostatnie pięć lat pod kierownictwem Olgi Grygier – Siddons PwC odnotowało ponad 30% wzrost przychodów, a zespół konsultantów rozrósł się do 1800 osób. W tym okresie firma przeszła także ogromne zmiany umacniając pozycję na rynku usług konsultingowych – obecnie ta część działalności doradczej porównywalna jest pod względem uzyskiwanych przychodów z usługami audytorskimi. PwC dokonało także szeregu inwestycji otwierając m.in. własną kancelarię prawną, biuro maklerskie, nowe biuro w Łodzi oraz Centrum Usług Wspólnych w Katowicach, pracujące na potrzeby kilkudziesięciu krajów.
Olga związana jest z PwC od 1991 roku, przed powrotem do Polski pracowała w Wielkiej Brytanii. Posiada bogate doświadczenie w doradztwie dla rządów, urzędów i gmin oraz wiodących międzynarodowych koncernów z sektora energetycznego i infrastruktury zdobyte w Wielkiej Brytanii, Polsce i innych krajach Europy Środkowej.
W nowej roli Oldze podlegać będzie ponad 8000 osób ulokowanych w 30 krajach – od Mongolii, przez Rosję i kraje byłego ZSRR, po Węgry i Słowenię. Pracownicy PwC w regionie CEE obsługują ponad 16 tysięcy klientów. Wybór Olgi przez 270 partnerów oznacza, że po raz pierwszy stanowisko to obejmie kobieta, a zarazem osoba pochodząca z jednego z krajów regionu (dotychczas byli to Amerykanie lub Brytyjczycy). Firma będzie przez najbliższe 5 lat zarządzana z Warszawy. Olga wejdzie również w skład Globalnej Rady Strategicznej firmy.
Olga jest zamężna, ma dwójkę dzieci. Swój wolny czas najchętniej spędza z rodziną, jeździ na nartach i uprawia jogę.
Wraz z przejęciem przez Olgę Grygier-Siddons nowych obowiązków, stanowisko prezesa PwC w Polsce obejmuje Adam Krasoń. Przez ostatnie dwa lata Adam Krasoń jako partner zarządzający stał na czele działu Assurance. Wcześniej przez 5 lat kierował zespołem ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki w Polsce, a przez 3 lata odpowiadał za usługi nieaudytowe w ramach Assurance dla całego regionu CEE. Z PwC związany jest od początku swojej drogi zawodowej – w firmie przeszedł pełną ścieżkę kariery, dwa lata pracując w jej amerykańskim oddziale. Jako szef PwC w Polsce Adam Krasoń stawia na zrównoważony rozwój – zamierza wzmacniać wszystkie trzy linie serwisowe firmy (Assurance, doradztwo podatkowo-prawne, konsulting). Jego celem będzie zebranie „pod jednym dachem” strategicznych kompetencji dostępnych na rynku, a w efekcie dostarczanie klientom jednolitej i kompleksowej oferty usług odpowiadającej ich biznesowym wyzwaniom.
Adam Krasoń ma kilkunastoletnią córkę. W wolnym czasie podróżuje, biega i jeździ na nartach.
Po zmianach działem Assurance kierować będzie Krzysztof Szułdrzyński. Krzysztof związany jest z PwC od prawie dwóch dekad. W ostatnich latach jego działania koncentrowały się na rozwoju usług związanych z audytem i doradztwem w zakresie szeroko pojętego systemu kontroli wewnętrznej przedsiębiorstw: procesów i kontroli, systemów informatycznych, zarządzania ryzykiem i audytu wewnętrznego. Obecnie stoi na czele 300-osobowego zespołu Risk Assurance Solutions (RAS) w regionie Europy Środkowo–Wschodniej, świadczącego tego typu usługi. Od kilku lat Krzysztof współpracuje z Radami Nadzorczymi polskich spółek giełdowych w ramach Forum Rad Nadzorczych, którego jest współtwórcą i organizatorem. Zasiada też w Komitecie Dobrych Praktyk Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.
Jest żonaty, ma dwie kilkunastoletnie córki, a wolny czas najchętniej spędza słuchając muzyki i podróżując.
Totalizator Sportowy chce udostępnić gry i loterie przez internet
Ponad 300 mln zł może trafić do polskiego sportu w ciągu trzech lat dzięki poszerzeniu działalności Totalizatora Sportowego. Spółka chce wkrótce udostępnić gry i loterie przez internet. Czeka też na zgodę ministra finansów, by stać się członkiem europejskiej loterii EuroJackpot.
– Jeżeli uda nam się doprowadzić do sytuacji, w której nasze gry i loterie zostaną wsparte nowym kanałem dystrybucji, czyli internetem, i dostaniemy zgodę ministra finansów na wprowadzenie Polski do gry multijurysdykcyjnej i biura EuroJackpota, to jest szansa na to, żeby polski sport w ciągu najbliższych trzech lat, licząc od momentu wprowadzenia tych produktów i nowego kanału dystrybucji, mógł się pochwalić dodatkowym przychodem w granicach 300 mln złotych – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szpil, prezes zarządu Totalizatora Sportowego.
Zwiększenie finansowania sportu związane z rozszerzeniem oferty Totalizatora to jedna z rekomendacji Okrągłego Stołu Polskiego Sportu. Po drugim spotkaniu tego forum pojawił się apel, by zmienić przepisy ustawy hazardowej. Uczestnicy Okrągłego Stołu apelowali też m.in. o zmniejszenie biurokracji w sporcie, poprawienie współpracy i ustanowienie długoterminowej strategii.
Dzięki sprzedaży zakładów przez internet oraz uczestnictwie w EuroJackpot wzrosłyby przychody Totalizatora, a to bezpośrednio przekłada się na finansowanie sportu. Spółka od 2003 r. ustawowo przekazuje 77 proc. dopłat do gier liczbowych i loterii (wynoszą odpowiednio 25 i 10 proc. ceny zakładu) na finansowanie sportu. Z każdej złotówki 19 groszy trafia na sport i kulturę.
W międzynarodowej loterii EuroJackpot bierze obecnie udział 14 państw, a maksymalna wygrana może sięgnąć 90 milionów euro. Do tej pory rekordzista wygrał w Finlandii ponad 57 milionów euro.
– To jest oczywiście estymacja w granicach 300 mln złotych. Liczymy na to, że to jest ta bezpieczna kwota, natomiast jesteśmy przekonani, że w zależności od tego, kiedy te produkty i ten kanał dystrybucyjny mogłyby zostać wprowadzone, kwota również mogłaby ulec zwiększeniu – podkreśla Szpil.
Dodaje, że dzięki wsparciu przez Totalizator Sportowy imprez sportowych w Polsce rośnie ich znaczenie. Przykładem jest warszawski lekkoatletyczny Memoriał Kamili Skolimowskiej, który odbędzie się w tym roku już po raz piąty. Zawody zostaną rozegrane w sierpniu na Stadionie Narodowym, a jedną z gwiazd ma być rekordzista świata w sprincie na 100 i 200 metrów Jamajczyk Usain Bolt.
– Cieszę się, że Memoriał odbywa się w Warszawie. Myślę, że kwoty są ważne, ważne są gwiazdy, które przyjadą i które będziemy mogli zobaczyć na własne oczy. Myślę, że ta przyjemność obserwowania ich na żywo, a nie w telewizji, sprawi, że cały Stadion Narodowy zapełni się publicznością, która będzie kibicowała zarówno polskim uczestnikom, jak i gościom, którzy się pojawią na tej imprezie – ocenia Szpil.
Dodaje, że to nie jedyna duża impreza sponsorowana przez Totalizator. Spółka patronowała też m.in. marcowym halowym mistrzostwom świata w lekkoatletyce w Sopocie. Szpil dodaje, że sponsorowane przez Totalizatora Sportowego wydarzenia odbywają się także m.in. w Krakowie i Poznaniu.
Nowa strategia Rafako: więcej samodzielnych realizacji i ekspansja na Wschód i Bałkany
Rafako stawia na średniej wielkości samodzielne projekty, które mają uzupełnić ofertę dużych projektów w kraju i za granicą oraz wzmocnić pozycję spółki przed planowaną na drugą połowę roku kolejną emisją akcji. W ubiegły piątek spółka ogłosiła, że zostanie wykonawcą nowej elektrociepłowni dla Grupy Azoty w Kędzierzynie za 375 mln zł. Rafako chce też wzmacniać pozycję na wschodzie Europy i Bałkanach, choć sytuacja polityczna to utrudnia.
– Aktualnie pracujemy nad strategią grupy kapitałowej. Po pierwsze, musimy wykonać analizę rynku, tego, gdzie nasze produkty mogą być sprzedawane. Po drugie, pozyskać odpowiednią wiarygodność tego, czy projekty będą zamawiane w terminie – bo z tym też było różnie – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Mortas, prezes zarządu Rafako Grupa PBG.
Nowa strategia ma doprowadzić do planowanej na drugą połowę roku emisji akcji. Mortas podkreśla, że duże projekty, takie jak warta łącznie 11,6 mld zł budowa dwóch nowych bloków energetycznych w Opolu, są ważne dla spółki, ale bardzo skomplikowane. W przypadku Opola rozpoczęcie prac nastąpiło dopiero dwa lata po podpisaniu umowy. Rafako nie realizuje też tak dużych projektów samodzielnie – w Opolu jest liderem konsorcjum z Polimeksem-Mostostal i Mostostalem Warszawa, a generalnym projektantem jest Alstom Power. Rafako dostarczy urządzenia i elementy za 650 mln zł.
Mortas zwraca uwagę, że Rafako zamiast w tych trudnych finansowo i organizacyjnie projektach chce się specjalizować w obszarze instalacji oczyszczania i ochrony powietrza. Liczy też na powrót węgla do łask oraz na mniejsze projekty, w których spółka ma duże doświadczenie.
– Rafako ciągle chce utrzymywać produkty eksportowane, ale by nie było tak, że spółka jest przeznaczona tylko pod realizację dużych kontraktów typu Opole czy Jaworzno. To jest ogromny wysiłek zarówno organizacyjny, jak i finansowy. Szukamy projektów dla naszych produktów o różnej wielkości, jak kontrakt z Grupą Azoty na 375 milionów – to jest strzał w dziesiątkę: krótki okres i samodzielne działanie. Nie musimy szukać konsorcjów technologicznych. To projekt, w którym produkty z Rafako wystarczą, by samodzielnie go zrealizować, i terminowo, i marżowo. Oby więcej takich – tłumaczy Mortas.
W ramach podpisanej w piątek umowy z Zakładami Azotowymi Kędzierzyn z Grupy Azoty Rafako za 375 mln zł netto wykona pierwszy etap elektrociepłowni węglowej. Prace powinny zakończyć się w pierwszym kwartale 2016 r.
Mortas dodaje, że technologia, pracownicy i możliwości realizacji kontraktów nie są problemem dla Rafako. Z uwagi na sytuację gospodarczą trudniej jest jednak o zapewnienie finansowania. Pomóc ma emisja akcji, a także dywersyfikacja inwestycji na rynkach zagranicznych.
– Bardzo dobrze czujemy się w Europie. Do tej pory rynki wschodnie były dla nas dobre, mieliśmy tam oferty. Natomiast dziś jest tam trudna sytuacja. Wróciłem właśnie z Możejek – tam też składamy oferty – dla nas stabilizacja nie tylko polityczna, lecz także finansowa klientów jest najważniejsza. Nie sztuką jest sprzedać, sztuką jest odzyskać pieniądze, dlatego to wymaga precyzji. Jesteśmy też pod rygorem finansowym, ponieważ zanim dostaniemy finansowanie pod naszą ofertę, każdy bank, każdy gwarant sprawdzi, czy nasz klient jest wiarygodny i aby na pewno środki za dany produkt uzyskamy – podkreśla Mortas.
Poza Europą Wschodnią Rafako działa też na terenie byłej Jugosławii, a w Belgradzie jest jedno z biur projektowych spółki.
W. Pawlak: potrzebne surowsze normy jakości dla importowanego węgla
Unia Europejska powinna wprowadzić surowsze normy dotyczące jakości importowanego węgla. Należy także wspierać wydobycie i wykorzystanie europejskich surowców energetycznych poprzez zwolnienie ich z opłat za uprawnienia do emisji dwutlenku węgla – uważa Waldemar Pawlak. Zdaniem byłego ministra gospodarki, takie działania pomogłyby polskiemu górnictwu, które przeżywa głęboki kryzys.
– Problemy są dość jasne. Najlepiej zdefiniował to prezes Węglokoksu Jerzy Podsiadło, że potrzeba większej dbałości o standard i jakość takich paliw jak węgiel na naszych granicach i na granicach Unii Europejskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Pawlak, były wicepremier i minister gospodarki.
Prezes Węglokoksu Jerzy Podsiadło powiedział podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, że praktycznie jedyną możliwością ograniczenia importu węgla z Rosji jest wprowadzenie norm ekologicznych. To wymagałoby jednak zgody na szczeblu Komisji Europejskiej, która odpowiada za politykę handlową UE. Pozycję unijnych (w tym polskich) producentów surowców energetycznych można też poprawić poprzez przyznawanie darmowych uprawnień do emisji.
– Darmowe przydziały uprawnień do emisji powinny być dla tych, którzy korzystają z europejskiego węgla, wydobytego w Europie. Byłoby to bardzo ciekawe i proeuropejskie działanie. Skoro Europa buduje politykę, która zmusza firmy do ponoszenia dodatkowych kosztów, to w przypadku surowców europejskich powinna być lepsza pozycja konkurencyjna, i takimi pozataryfowymi mechanizmami można by poprawić tę sytuację – uważa Pawlak.
Zdaniem byłego ministra gospodarki takie rozwiązanie prowadziłoby do zwiększenia przychodów krajowych firm, dlatego jest lepsze, niż np. utworzenie państwowych składów węgla, co rozważa obecnie rząd.
– Myślę, że zamiast budować składy, lepiej doprowadzić do tego, żeby ten węgiel był skutecznie wykorzystany do produkcji energii na potrzeby Polski i Europy – twierdzi były wicepremier.
Działania na rzecz zwiększenia opłacalności wydobycia i wykorzystania europejskich surowców są jednym z punktów unii energetycznej, której koncepcję forsuje na forum UE rząd Donalda Tuska. Zakłada ona wprowadzenie na terenie UE jednolitych cen gazu dzięki wspólnym zakupom dla wszystkich państw członkowskich. Kolejnym elementami proponowanej unii są mechanizm solidarnościowy w sytuacji przerwania dostaw gazu do jednego z państw UE oraz zwiększenie możliwości importu surowców energetycznych z innych państw niż Rosja.
– Jest to ciekawy kierunek, natomiast potrzeba też dużo sprytu, pomysłowości we włączeniu w to głównych partnerów europejskich – ocenia Waldemar Pawlak.
Do koncepcji unii energetycznej na razie pozytywnie odniosły się Francja, Węgry i kraje bałtyckie. Jasnego poparcia nie udzieliły Niemcy, natomiast niemiecki komisarz UE ds. energii Günther Oettinger negatywnie odniósł się do pomysłu wspólnych zakupów i jednolitej ceny gazu. Jego zdaniem należy dążyć do zwiększenia konkurencji między dostawcami gazu oraz poprawy infrastruktury przesyłowej. W wywiadzie dla „Allgemeine Zeitung” Oettinger stwierdził, że to doprowadziłoby do wyrównania się cen, ale w sposób rynkowy.
Zdaniem części ekspertów jest mało prawdopodobne, by Niemcy zaakceptowały propozycję unii energetycznej w obecnym kształcie, ponieważ doprowadziłoby to do wzrostu cen kupowanego przez nie gazu. Polski rząd kontynuuje jednak dyplomatyczną ofensywę w sprawie unii energetycznej – minister do spraw europejskich Piotr Serafin powiedział dziennikarzom, że Komisja Europejska rozpoczęła już pracę nad tym projektem. Krytycy zwracają także uwagę, że obowiązujące w UE prawo już teraz pozwala zrealizować wszystkie punkty zawarte w projekcie unii energetycznej, poza wspólnymi zakupami gazu. Takie możliwości daje Traktat Lizboński, Traktat o Europejskiej Wspólnocie Energetycznej oraz Trzeci Pakiet Energetyczny.
Według Waldemara Pawlaka polsko-rosyjska umowa dotycząca dostaw gazu jest przykładem na to, że Komisja Europejska ma już wiele narzędzi, by kształtować politykę energetyczną zgodnie z interesami państw odbiorców gazu.
– Wydaje mi się, że dobrym rozwiązaniem jest wykorzystanie mechanizmów, które są już w rozwiązaniach europejskich, a więc rozdział producentów od przesyłu i dystrybucji. Udało im się to zrobić w umowie polsko-rosyjskiej, gdzie właścicielem na Jamale i gazociągu jamalskim jest spółka EuRoPol GAZ, w której prawie 50 proc. ma PGNiG i Gazprom, ale operatorem na tym gazociągu jest w 100 proc. spółka Skarbu Państwa, to znaczy Gaz-System. Tego typu podejście chroniłoby nas od różnego rodzaju nadużyć czy monopolistycznych zachowań graczy pozaeuropejskich i tworzyło warunki do zachowania dobrej, równej konkurencji – uważa były wicepremier.
S. Niesiołowski: uczestnictwo w NATO nie zwalnia Polski z konieczności posiadania nowoczesnej armii
Przynależność do NATO nie zwalnia z obowiązku utrzymywania silnej i nowoczesnej armii. Stefan Niesiołowski, poseł Platformy Obywatelskiej i przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej, wskazuje na konieczność posiadania przez Polskę potencjału odstraszającego, który ma nie tylko kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa kraju, lecz także podnosi jego pozycję na arenie międzynarodowym. W ostatnich dniach Polska rozpoczęła przyjmowanie nabytych od Niemców czołgów. Trwają także negocjacje dotyczące oferty zakupu łodzi podwodnych.
– Należymy do NATO, jednak nie znaczy to, że powinniśmy lekceważyć własną armię. Polsce niezbędne są nowoczesne siły zbrojne, silna armia mająca potencjał odstraszania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stefan Niesiołowski, poseł PO i przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej.
W ramach opiewającego na 180 mln euro kontraktu zawartego w listopadzie 2013 r. Polska ma nabyć od Niemiec 119 czołgów Leopard 2 i ok. 200 sztuk sprzętu wspierającego i zabezpieczającego – używanego sprzętu z rezerw Bundeswehry. Na razie do Polski dotarło 11 czołgów. W tym roku MON chce również rozstrzygnąć przetarg na zakup przez Polskę łodzi podwodnych. Zainteresowane współpracą są m.in. francuski Direction des Constructions Navales Services (DCNS), hiszpański koncern Navantia, niemiecki ThyssenKrupp Marine Systems oraz szwedzkie konsorcjum stoczni Kockums AB z Agencją Eksportu Eksportu Technologii Obronnych i Bezpieczeństwa.
– Pamiętajmy jednak, że żaden przetarg nie zaważy na bezpieczeństwie narodowym – mówi Niesiołowski. – Tym niemniej z okrętami podwodnymi wiąże się potencjał odstraszający. Warto, by były to nie tylko klasyczne torpedy do zatapiania statków, lecz także dalekosiężne rakiety. Moim zdaniem francuska oferta okrętów podwodnych jest korzystniejsza z naszego punktu widzenia, gdyż wiąże się z potencjałem odstraszania.
Jak przekonuje polityk, posiadanie tego typu sprzętu zwiększa potencjał bezpieczeństwa państwa, lecz także jego znaczenie na arenie międzynarodowej.
– Państwo, które jest w stanie z łodzi podwodnej razić cele w głębi terytorium potencjalnego wroga czy napastnika, ma zupełnie inną pozycję pod każdym względem – zauważa. – Byłoby bardzo dobrze, gdyby takim państwem stała się również Polska.

