Instytut Studiów Energetycznych: podatki od wydobycia kopalin powinny uwzględniać jakość złóż oraz ich lokalizację

Sejmowe komisje zajmą się w tym tygodniu prawem regulującym wydobycie gazu z łupków oraz innych kopalin, a także związanymi z nimi obciążeniami podatkowymi. Maksymalne opodatkowanie ma wynieść 40 proc. zysku, jaki osiągną firmy górnicze. Wciąż jednak nie jest znana wielkość złóż gazu łupkowego, ani opłacalność ich wydobycia w Polsce. Dlatego nawet jeśli proponowane rozwiązania są korzystne dla państwa, to mniej dla inwestorów. A wśród nich są jak na razie głównie polskie firmy. To one mają szukać w Polsce gazu z łupków, jeśli będą miały na to pieniądze.

Według prezesa Instytutu Studiów Energetycznych, podatki od wydobycia kopalin powinny być uzależnione od jakości złóż oraz ich lokalizacji. Warunki geologiczne oraz charakterystyka złóż może być bardzo zróżnicowana na terenie Polski, co silnie wpływa na koszt wydobycia surowców, a zatem atrakcyjność inwestycyjną.

Sugerowaliśmy rządowi elastyczne podejście do tego tematu. Ono też może nie jest nowatorskie, stosowane jest na przykład w Stanach Zjednoczonych. Daje ono możliwość nałożenia podatków w zależności od jakości zasobów geologicznych i miejsca, gdzie to wydobycie ma szansę. Są takie miejsca w Polsce, gdzie pomimo tego, że złoża łupkowe się pojawiają, wydobycie raczej nie będzie ekonomicznie uzasadnione – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sikora, prezes Instytutu Studiów Energetycznych.

W tym tygodniu projekt zmian w ustawie Prawo geologiczne i górnicze oraz projekt ustawy o podatku węglowodorowym ma trafić do sejmowych komisji. Poza podatkiem CIT, firmy pozyskujące np. gaz ziemny mają płacić także podatek od wydobycia niektórych kopalin oraz specjalny podatek węglowodorowy.

W przypadku pierwszego z tych podatków producenci gazu ziemnego ze złóż konwencjonalnych będą obciążeni kwotą 3 proc. wartości wydobytego gazu, a w przypadku gazu łupkowego – 1,5 proc. Produkcja ropy naftowej ma być opodatkowana dwukrotnie wyższymi stawkami – 6 proc. oraz 3 proc., odpowiednio dla złóż konwencjonalnych i niekonwencjonalnych (łupków).

Drugi planowany podatek, czyli od wydobycia węglowodorów, ma być podatkiem od zysku, ale z elastyczną stawką od 0 do 25 proc. Jej wielkość ma zależeć od relacji między przychodami z wydobycia surowców a faktycznie poniesionymi kosztami odwiertów oraz kosztami operacyjnymi. Według założeń przyjętych przez rząd, łączna stopa opodatkowania firm wydobywczych (uwzględniającą wszystkie daniny publiczne) ma być nie większa niż 40 proc. zysku brutto.

Nowe regulacje, korzystne dla państwa, mogą okazać się znacznie mniej korzystne dla inwestorów, a w dużej mierze są to polskie spółki, bo kilka zagranicznych już zrezygnowało ze swoich koncesji w Polsce. Propozycji rządowych nie zmienił fakt, że państwo – jako właściciel wielu spółek – też jest aktywnie zaangażowane w poszukiwanie gazu z łupków. Równocześnie planowane wprowadzenie dwóch nowych podatków może ograniczyć środki polskich koncernów na inwestycje w upstream. Po wejściu życie nowego prawa KGHM, PKN Orlen, Lotos czy PGNiG będą musiały płacić więcej, bo prowadzą wydobycie ze złóż konwencjonalnych.

W związku z tym efektywność i zyskowność prac na złożach konwencjonalnych też spadnie – wyjaśnia Andrzej Sikora.

A w konsekwencji w dłuższej perspektywie może zostać ograniczone krajowe wydobycie.

Na świecie wysokość stawek podatkowych od wydobycia ropy naftowej czy gazu jest bardzo zróżnicowana, co wynika m.in. z odmiennych warunków geologicznych, wielkości i położenia geograficznego złóż. Przykładowo koszty wydobycia w relatywnie gęsto zaludnionej Polsce mogą być znacząco wyższe w porównaniu z kosztami wydobycia na pustynnych lub górzystych obszarach USA i Australii. Dlatego według prezesa ISE, wysokość obciążeń fiskalnych jest kwestią drugorzędną w stosunku do opłacalności samego wydobycia, którą determinuje geologia i geografia.

Tak długo jak nie jesteśmy w stanie określić od jakiej wielkości produkcji, od jakich kosztów, które będą nam się odejmowały od przychodów, zapłacimy ten podatek dochodowy, to sama wielkość procentów jest trochę taka jak gra w Totolotka – uważa Andrzej Sikora.

Ponadto zdaniem Sikory Polska zmarnowała ostatnie 5 lat, ponieważ wciąż nie jest wiadomo, jaka jest wielkość i potencjalna rentowność złóż gazu łupkowego.

Wiedza, którą mamy, jest mała i nie uprawnia do wyciągania dalej idących wniosków. To jest wiedza, która nakłada na nas obowiązek „pokory geologicznej” do tego, co mamy. Ostatnie pięć lat to w naszym przypadku są lata stracone, szczególnie że świat nam bardzo wyprzedził jeżeli chodzi o rozpoznanie złóż niekonwencjonalnych. W 2009 roku byliśmy jednym z niewielu krajów, gdzie tego typu działania mogły być robione, dzisiaj nawet nie mieścimy się w pierwszej dwudziestce. Cała Ameryka i Australia, to miejsca, w których prace poszły niesamowicie do przodu, zupełnie inaczej niż  Polski – twierdzi prezes Instytutu Studiów Energetycznych.

Według części ekspertów opóźnienia związane z przygotowaniem nowego prawa to skutek złego podziału kompetencji między ministrami. Za energetykę w polskim rządzie odpowiada częściowo resort skarbu (jako właściciel spółek), częściowo resort gospodarki oraz środowiska. To tworzy ryzyko, że uchwalone ustawy w niedalekiej przyszłości mogą być poddane kolejnym zmianom, zwłaszcza że rząd nie opracował jeszcze założeń nowej polityki energetycznej. Tymczasem ryzyko regulacyjne to jeden z głównych czynników, jaki może zniechęcać inwestorów do poszukiwań i wydobycia surowców.

Najgorsza z możliwych informacji jest taka, że „jakoś to będzie” i za trzy miesiące coś się pokaże. Ciągle tylko taka informacja jest podawana inwestorom. W Polsce dość jest tego ,,jakoś to będzie’’. Ma być normalnie, ma być stabilnie, wtedy ten 2020 rok jest terminem możliwym. Proszę pamiętać, że może się okazać, że te złoża są, ale będą dopiero eksploatowane w 2050 czy 2100 roku – uważa prezes Instytutu Studiów Energetycznych.

Mniejsze dotacje unijne dla sektora przetwórczego. Bardziej skorzystają grupy producenckie i spółdzielnie

CEO Magazyn Polska

Branża przetwórcza w Polsce stała się jedną z najnowocześniejszych w Europie. W dużej mierze pomogły w tym pieniądze z UE, więc producenci żywności liczą na to, że nowa perspektywa finansowa UE również wspomoże ich rozwój. Na pewno skorzystają grupy producentów żywności i spółdzielnie, jednak pojawią się również ograniczenia w finansowaniu sektora przetwórczego.

Dla sektora przetwórczego nowa unijna perspektywa budżetowa oznacza pewne ograniczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Różański prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. – Zmniejszone zostaną możliwości korzystania przez zakłady przetwórcze z finansowania na działalność inwestycyjną

W poprzednim rozdaniu Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich w 20072013 r. firmy przetwórcze mogły skorzystać ze wsparcia do kwoty 20 mln zł. Tymczasem w latach 20142020 górna granica wyniesie 3 mln zł.

Jest tak mimo że ogólna kwota wsparcia dla polskich rolników wzrośnie. W unijnym budżecie na następne sześć lat na realizację Wspólnej Polityki Rolnej Polska otrzyma 32,1 mld euro w cenach bieżących – o ok. 12 proc. więcej niż dostała w okresie 20072013 r. Zdaniem Różańskiego na nowej perspektywie finansowej skorzystają szczególnie grupy producenckie, które dostaną spore dofinansowania na łączenie się w spółdzielnie i  działania innowacyjne – tzw. działania produkcyjne wewnątrz grup producenckich.

Oznacza to, że połączone grupy będą mogły produkować w zakładach, które zbudują za pieniądze Unii Europejskiej – mówi Różański.

W ramach nowej perspektywy finansowej UE i polski rząd będą stosować także zachęty do skracania łańcuchów produkcji i dystrybucji żywności i ograniczania liczby pośredników. Celem jest pozostawienie większej liczby pieniędzy w kieszeni rolnika zamiast np. w kieszeni przetwórcy niebędącego rolnikiem lub właściciela sklepu. To szansa dla rolników na zakładanie własnych przetwórni i sieci sprzedażowych.

Możliwość przetwarzania produktów bezpośrednio u producenta, a także budowa centrów dystrybucyjnych to oczko w głowie polskiego ministerstwa.  Dzięki temu polscy rolnicy będą mogli w większym stopniu kumulować wartość dodaną – dodaje Różański. 

Przetwórstwo coraz nowocześniejsze

Według prezesa Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego polskie przetwórstwo stoi obecnie na wysokim poziomie i nadal się rozwija. 

Nasza branża przetwórcza jest dzisiaj jedną z najnowocześniejszych w Europie i mamy czym się chwalić – twierdzi Różański. – Możemy produkować w bardzo nowoczesnych warunkach, a także korzystać z unijnych instrumentów wspierających promocję. Nasze produkty mięsne, owocowo-warzywne i mleczne promujemy na całym świecie, zwiększając dynamikę eksportu.

Członkostwo w UE przyczyniło się do modernizacji zakładów przetwórstwa rolnospożywczego. Przed akcesją 483 zakładów z sektora mięsnego, przetwórstwa rybnego i mlecznego nie spełniało standardów weterynaryjnych i higienicznych. W 2014 r. działały 262 zakłady, które w okresie przedakcesyjnym otrzymały okresy przejściowe. Zamknięto w tym czasie 190 zakładów, w tym 81 z powodu niespełnienia określonych wymogów. Wciąż niewielka jest liczba przetwórni stosujących się do przepisów o rolnictwie ekologicznym. Jest ich jedynie 312, podczas gdy ekologicznych rolników jest już ponad 25 tysięcy.

Spółki energetyczne atrakcyjne dla inwestorów. Brakuje jednak rządowej strategii w sprawie polityki energetycznej

CEO Magazyn Polska

Spółki energetyczne notowane na giełdzie to atrakcyjny kąsek dla inwestorów – głównie ze względu na to, że profil ich działalności gwarantuje niską zmienność. Są one jednak obarczone ryzykiem regulacyjnym i niepewnością związaną z przyszłością polityki energetycznej państwa. Inwestorzy czekają m.in. na plany dotyczące energetyki jądrowej czy ewentualnej dużej fuzji w branży, którą resort skarbu państwa zapowiadał na I półrocze 2014. 

Od debiutu Energi w grudniu 2013 r. na warszawskim parkiecie notowane są już wszystkie największe firmy energetyczne w kraju. Łączna wartość księgowa PGE, Enei, Tauronu i Energi przekracza 80 mld zł. Spółki energetyczne są atrakcyjne dla części inwestorów ze względu na relatywnie stabilne przychody oraz niewielką zmienność kursów akcji. Dzięki temu pozwalają stabilizować wahania wartości portfela inwestycyjnego. Ich kolejnym atutem jest to, że wyróżniają się na warszawskim parkiecie wysoką płynnością.

Wszyscy jesteśmy konsumentami prądu, będziemy go potrzebować, co daje długofalowe, przewidywalne zyski tego sektora i stabilizację notowań. Jeśli szukamy w portfelu spółek o niskiej zmienności, to na pewno spółki energetyczne mogłyby do nich należeć – uważa Mirosław Kachniewski, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Niekorzystnym czynnikiem z punktu widzenia inwestorów jest to, że ceny energii elektrycznej są kształtowane przez państwowego regulatora. A ten może mieć interes w utrzymywaniu ich na niskim poziomie, przez co marże i zyski firm znajdą się pod presją.

Spółki te obarczone są dużym ryzykiem regulacyjnym. W związku z tym, że prąd jest dobrem pierwszej potrzeby, to może nieść ze sobą pewnego rodzaju ryzyko, że być może w przyszłości państwo będzie chciało tak, a nie inaczej wpływać na cenę energii. I w związku z tym może to obniżać zyski tych przedsiębiorstw – twierdzi prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Niechętnie na spółki energetyczne może także patrzeć ta grupa inwestorów, która jest zorientowana na krótkoterminowe transakcje. Tymczasem projekty inwestycyjne w sektorze energetycznym są długookresowe, co wraz z niepewnością dotyczącą regulacji cen znacznie utrudnia szacowanie ich rentowności. W rezultacie krótkoterminowi inwestorzy niżej wyceniają akcje producentów i dystrybutorów energii.

Obok prowadzonych obecnie dużych inwestycji w bloki energetyczne m.in. w Opolu, Kozienicach czy Stalowej Woli, uczestnicy rynku czekają na decyzje dotyczące energetyki jądrowej i ewentualnej fuzji w branży. Pod koniec ubiegłego roku Ministerstwo Skarbu Państwo zapowiedziało, że w połowie br., po aktualizacji założeń polityki energetycznej, podejmie decyzję o ewentualnym stworzeniu „narodowego czempiona”. Źródłem niepewności inwestorów są także naciski części państw UE w celu zaostrzenia redukcji emisji dwutlenku węgla w ramach polityki klimatycznej.

– Ostatnia wreszcie, bardzo istotna kwestia dotyczy tego, jak ostatecznie zostaną ukształtowane regulacje dotyczące polityki energetycznej, a to ma niewątpliwie olbrzymi wpływ na wycenę i poczucie przewidywania przyszłych wycen przez inwestorów – uważa Kachniewski.

Obecnie wartość rynkowa akcji PGE, Enei, Tauronu i Energi jest niższa od ich wartości księgowej. Także wskaźnik ceny akcji w stosunku do zysku na 1 akcję nie należy do wysokich wśród tych spółek. Dla inwestorów bardzo istotne są także plany Skarbu Państwa co do docelowej wielkości pakietów akcji i liczby głosów na WZA. Obecnie państwo ma 61,89 proc. udziału w akcjonariacie PGE, 51,5 proc. w Enei, 30,06 proc. w Tauronie (bez uwzględnienia akcji w posiadaniu KGHM, który ma 10,39 proc. akcji Tauronu) oraz 51,52 proc. akcji w kapitale zakładowym Energi.

Jako inwestor życzyłbym sobie wiedzieć, w jakiej perspektywie czasowej potrzebuję zabezpieczyć jak duże pieniądze na konkretne inwestycje. Chciałbym wiedzieć, czym uzasadniony jest taki, a nie inny udział Skarbu Państwa w akcjonariacie i czy to się będzie w przyszłości zmieniać – mówi Mirosław Kachniewski.

Podkreśla, że dzięki rynkowi kapitałowemu energetyka zmieniła się radykalnie. Giełda wymusiła na niej wzrost efektywności i przejrzystości.

W wielu przypadkach nawet spółki nie do końca wiedziały, co posiadają. Na potrzeby stworzenia prospektu emisyjnego trzeba było ukształtować strukturę właścicielską, odnaleźć wszystkie spółki zależne, stwierdzić, co mamy i dlaczego. Później to skonsolidować na potrzeby przygotowania dokumentów związanych z upublicznieniem spółki. I wreszcie zrobić z tego coś, co będzie przejrzyste i możliwie zrozumiałe dla inwestorów – mówi prezes SEG.

Rynek pracy coraz przychylniejszy dla młodych matek

CEO Magazyn Polska

Pracodawcy coraz częściej proponują korzystne rozwiązania dla matek powracających na rynek pracy po urlopie macierzyńskim – wynika z badań przeprowadzonych przez serwis Pracuj.pl. Niektóre firmy proponują elastyczny czas pracy i możliwość wykonywania części czynności w domu, inne kuszą firmowym żłobkiem czy przedszkolem. Ze względu na sytuację demograficzną udogodnienia dla rodziców będą pojawiały się częściej.

Różni pracodawcy w zależności od branży i biznesu oferują mamom wracającym po urlopach macierzyńskich różnego rodzaju udogodnienia. To mogą być bardziej zaawansowane benefity, jak na przykład przedszkola, dofinansowanie do przedszkoli czy żłobków, ale również możliwość wykonywania pracy z domu, przynajmniej w krótkim wymiarze czy elastyczne godziny pracy – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Bartnicka, ekspertka Pracuj.pl.

Pracodawcy coraz częściej proponują rozwiązania, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom młodych rodziców – m.in. pracę w niepełnym etacie, dopasowanie grafiku do ich potrzeb czy możliwość wykonywania części obowiązków w domu. Jak wynika z badań „Specjaliści na rynku pracy” przeprowadzonych przez portal Pracuj.pl blisko 25 proc. kobiet chciałoby dostać od pracodawcy możliwość pracy zdalnej.

Prace, które kobiety mogą wykonywać z domu, są bardzo różne i zależą w dużej mierze od charakteru biznesu, z jakiego wywodzi się pracodawca. Najczęściej dotyczy to prac biurowych, kiedy wystarczy laptop i telefon komórkowy – wyjaśnia Bartnicka. – Coraz więcej firm oferuje możliwość takiej pracy, np. raz czy dwa razy w miesiącu. To udogodnienia, które bardzo często dotyczą nie tylko pań, lecz także panów, którzy mają małe dzieci.

Zdaniem ekspertki takie udogodnienia będą pojawiały się na rynku coraz częściej. Ze względu na niż demograficzny wszystkie korzystne rozwiązania dla matek i ojców będą konieczne. Ponadto firmom brakuje wysoko wykwalifikowanych specjalistów, co oznacza że pracodawcy będą gotowi zapewnić dogodne warunki młodym rodzicom, tak, aby zdobyć odpowiednio wykwalifikowaną kadrę.

– Na Pracuj.pl pojawia się coraz więcej ofert pracy dotyczących elastycznych form zatrudnienia lub takich, które już w samym opisie stanowiska zawierają informację, że możliwe jest częściowe wykonywanie pracy z domu bądź dopasowanie godzin do potrzeb kandydata – mówi Bartnicka.

Na portalu można znaleźć kilkaset ogłoszeń, które odpowiadają na potrzeby młodych rodziców. Informację o możliwości pracy z domu zawierają 273 oferty, a ponad 150 – elastyczny czas pracy. 66 ofert proponuje pracę w niepełnym wymiarze godzin.

Z informacji serwisu wynika, że np. firma TELS zapewnia przyzakładowe żłobki i miejsca do karmienia, możliwe jest również dofinansowanie pobytu dziecka w żłobku czy przedszkolu. Grupa Beiersdorf, w której skład wchodzi m.in. Nivea Polska, wprowadziła program „Working Parents”, który pomaga matkom w czasie ciąży (możliwość częściowego przeorganizowania obowiązków) i po urlopie macierzyńskim (stopniowy powrót do pracy). Firma dba także o kontakt z kobietami, które przebywają na zwolnieniu lekarskim w ciąży lub na urlopie macierzyńskim, tak, by miały świadomość, że pracodawca czeka na ich powrót.

To, co oferują pracodawcy, wynika z tego, jakie mają możliwości. Nawet gdyby młode matki oczekiwały, że w każdej firmie, w której rozpoczną pracę, będzie żłobek lub przedszkole – jest to nie do spełnienia przez wielu pracodawców, choćby ze względu na ograniczenia lokalowe i budżetowe. Natomiast możliwość elastycznych godzin pracy czy pracy z domu, dostępu do narzędzi, które taką możliwość zapewniają – to już może zapewnić większość pracodawców – podsumowuje Izabela Bartnicka.

Roczne koszty wypadków drogowych już szacuje się na 30 mld zł

Polska traci rocznie nawet 30 mld zł na wypadkach drogowych. To niemal 2 proc. polskiego PKB, na które składają się wydatki służby zdrowia, sektora ubezpieczeń społecznych, a także straty materialne. Poprawa jakości dróg pozwala zmniejszyć koszty wypadków nawet o kilka miliardów. Dużą rolę w kształtowaniu polityki bezpieczeństwa na drogach mają też pracodawcy, bo nawet jedna czwarta aut w Polsce to pojazdy służbowe.

 Łączne koszty obciążające sektor finansów publicznych w Polsce z tytułu wypadków i kolizji drogowych przekraczają nawet 30 mld zł rocznie. To są bardzo poważne kwoty, na które składają się zarówno wydatki z systemu ubezpieczeń społecznych i pracodawców oraz systemu ochrony zdrowia, jak i wszelkiego rodzaju straty materialne, czy w środkach transportu, samochodach, czy wreszcie w infrastrukturze drogowej – tłumaczy Bartłomiej Morzycki, prezes Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Koszty wypadków i kolizji na poziomie 30 mld zł oszacował zarówno Bank Światowy, jak i Instytut Badawczy Dróg i Mostów, który wykonuje analizy dla Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Morzycki przypomina, że do kosztów typowo ekonomicznych należy doliczyć te związane z tragediami ludzkimi związanymi z wypadkami.

Morzycki zwraca uwagę na to, że w kontekście kosztów nawet niewielka poprawa bezpieczeństwa na drogach przekłada się na miliardowe zyski dla państwa. Ponieważ jedna czwarta aut na polskich drogach to pojazdy służbowe, Morzycki podkreśla, jaką rolę odgrywają w tym korporacje.

Wypadki drogowe obciążają też pracodawców, ponieważ pracownik, który uległ wypadkowi, jest niezdolny do pracy. Zamiast spędzać czas w pracy, poświęca czas na naprawę samochodu, na rehabilitację po wypadku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki. –Stąd też jest ogromna rola po stronie pracodawców, po stronie zarządów firm, żeby tak kształtować politykę flotową, aby zachęcać pracowników do odpowiedzialnej i bezpiecznej jazdy. To się również opłaca z punktu widzenia pracodawców.

Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego już od 2006 r. zwraca uwagę na pojazdy służbowe w kontekście bezpieczeństwa ruchu. Wraz z 15 partnerami – dużymi polskimi i międzynarodowymi korporacjami – prowadzi program promowania bezpiecznej jazdy poprzez politykę flotową firmy. Na początku działania były prowadzone wśród partnerów stowarzyszenia, a potem zostały rozszerzone także na inne korporacje.

Promujemy standardy, których stosowanie ma zapewnić wyższy poziom bezpieczeństwa flot służbowych w firmach. Obserwujemy stałą poprawę w tym zakresie. Dzisiejsze floty w dużych firmach to są floty bezpieczniejsze, floty o relatywnie niskiej szkodowości – podkreśla Morzycki.

Dodaje, że poza działaniami w ramach polityki flotowej przedsiębiorstw ważne są też inwestycje w nowe i bezpieczniejsze drogi. W Polsce niezbędne są też działania promujące poprawę stanu technicznego i wieku samochodów, bo pojazdy na naszych drogach są średnio starsze niż w innych państwach.

Elektrociepłownia Białystok łączy się z MPEC Białystok

Zgodnie z podpisaną dzisiaj umową, ENEA Wytwarzanie obejmie 85 proc. udziałów w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej w Białymstoku. Spółka, która jest właścicielem głównego producenta ciepła dla miasta, Elektrociepłowni Białystok, przejmie w ten sposób odpowiedzialność także za jego dostarczanie mieszkańcom miasta. Na transakcję musi się jeszcze zgodzić UOKiK.

Eurowybory to dla części Polaków również rozrywka

Wybory do Parlamentu Europejskiego w Polsce weszły w decydującą fazę, zwiększając również w Internecie aktywność polityków. Ugrupowania polityczne i ich kandydaci prześcigają się w pomysłach na wykorzystanie nowoczesnych mediów podczas dobiegającej końca kampanii wyborczej. Polacy jak wynika z sondaży nie są mocno zainteresowani wynikami eurowyborów, sytuacja ulega jednak zmianie, kiedy dotyczy to zakładów bukmacherskich.

Popularność zakładów bukmacherskich

Wyniki badań TNS OBOP pokazują, że uczestnictwo w zakładach wzajemnych w Polsce kojarzone jest przede wszystkim z piłką nożną. Na tę dyscyplinę sportu wskazało aż 61% Polaków, według których udział w zakładach jest przede wszystkim atrakcyjną formą rozrywki, sposobem spędzania czasu wolnego. Potwierdza to również komentarz przedstawiciela firmy Unibet: Nasi użytkownicy to w większości mężczyźni, głównie w grupie wiekowej 20-35 lat, interesujący się sportem. Najczęściej obstawiane w Polsce wydarzenia to piłka nożna, w drugiej kolejności tenis. Polacy uwielbiają wszelkie wydarzenia sportowe, w których biorą udział reprezentanci kraju – dodaje.

Zakłady bukmacherskie to jednak nie tylko zakłady sportowe, ale również typowanie zwycięzców programów muzycznych, jak na przykład Eurowizja, laureatów nagrody Nobla oraz wyników wydarzeń politycznych, takich jak zbliżające się w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego.

Zakłady na odbywające się w Polsce wydarzenia polityczne i społeczne nie cieszą się jeszcze tak dużą popularnością w porównaniu do Europy Zachodniej, gdzie pojawiły się nawet kursy bukmacherskie na wybór papieża. Najczęściej wówczas typowany na miesiąc przed ogłoszeniem wyników konklawy był pochodzący z Ghany kard. Peter Turkson, szef Papieskiej Rady Iustitia et Pax. W zakładach o pochodzenie przyszłego Papieża bukmacherzy, między innymi Unibet dawali wówczas największe szanse: Włochom, Afrykanom, Amerykanom i Azjatom, a najmniejsze Finom, co pozwoliłoby obstawiając 100 zł na papieża Fina, przy jego wyborze wygrać nawet 20 tys zł.

Popularność zakładów bukmacherskich w Polsce, postrzegana jest przez pryzmat restrykcyjnych regulacji tego sektora w przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej, gdzie te usługi świadczone legalnie również za pośrednictwem Internetu przynoszą duże wpływu do budżetu poszczególnych państw, a firmy bukmacherskie są sponsorami licznych wydarzeń sportowych.

Kursy bukmacherskie na wybory do Parlamentu Europejskiego

Ile można zarobić na zakładach bukmacherskich dotyczących eurowyborów w Polsce? To pytanie zadaje sobie wielu Polaków obstawiających zakłady wzajemne. W zależności od wyboru bukmachera, można obstawiać wyniki poszczególnych partii politycznych jak również wyniki jednostkowe osiągane przez polityków reprezentujących różne opcje polityczne.

Ciekawym pomysłem zaproponowanym na przykład przez Unibet jest przeniesienie uwagi z rywalizacji ugrupowań politycznych na pojedynki indywidualne. Dla wielu wyborców ważniejszym od tego, która z partii obwieści swój sukces i tak pewnie zrobią to wszystkie jest to, kto konkretnie dostanie się do Europarlamentu. Czy bardziej „przyda się” reprezentując Polskę Jerzy Buzek czy Bolesław Piecha, Danuta Hübner czy Zdzisław Krasnodębski albo Janusz Lewandowski czy Anna Fotyga. Oprócz 2 największych faworytów: PO i PiS, „pewniakiem” jest według Unibetu Sojusz Lewicy Demokratycznej. Trudniej do Parlamentu Europejskiego będzie wejść Nowej Prawicy i partii Twój Ruch. Bardzo niewielkie szanse na przekroczenie 5% głosów według analityków ma na przykład Solidarna Polska i Polska Razem.

O ile w kategorii zwycięskiej partii prawidłowe wytypowanie PO bądź PiS skutkuje odebraniem wygranych 1,70-1,75 zł za każdą postawioną złotówkę, to obstawienie zwycięstwa Ruchu Narodowego kwotą 4 złotych pozwoliłoby zainkasować prawie 4.000 zł. Trzeba jednak pamiętać, iż kursy na zakłady bukmacherskie zmieniają się wraz z trendami obstawiania.

Zdając sobie sprawę z tego, iż nie ma „pewniaków”, a zdarzenia pewne w zakładach bukmacherskich nie istnieją, można potraktować wybory do Parlamentu Europejskiego również jako dobrą formę rozrywki obstawiając wyniki.

VoD – Gra warta świeczki

Według raportu firmy Gemius internetowe serwisy wideo podbijają serca 95 procent użytkowników sieci. Ponad połowa, bo aż 53% z nich deklaruje, iż regularnie korzysta z telewizji internetowych. Potencjał segmentu VoD jest niezaprzeczalny. Widownia gotowa – czas udowodnić rynkowi siłę reklamy.

VoD, czyli wideo na żądanie to usługa zezwalająca na oglądanie materiału filmowego w wybranym przez odbiorcę czasie. Pierwszym przykładem „oglądania na żądanie” były magnetowidy i kasety wideo. Szeroką popularność usługi zagwarantowała jednak cyfryzacja sygnału audiowizualnego, która nie tylko przyspieszyła przekaz, ale umożliwiła archiwizację oraz dostęp do danych.

Prawdziwy rozkwit usługi VoD jest ściśle związany z rozwojem szerokopasmowego dostępu do Internetu oraz pojawieniem się telefonii trzeciej generacji. Internetowe serwisy Over-the-top oferują telewizję połączoną z możliwością wyboru treści programu, filmu lub serialu w każdym czasie. Ponad to, platformy internetowe pozwalają na odbieranie treści na wszelkich urządzeniach posiadających stały dostęp do Internetu: smartfony, tablety itp.

Nie bez znaczenia pozostaje zatem rola mobile. Z badań przeprowadzonych przez Pentagon Reseach i Best Content wynika, że 14,4 procent użytkowników korzysta z VoD za pomocą smartfonów. Jest to o 5,2 procent więcej w porównaniu z ubiegłym rokiem. Mocną pozycję wśród urządzeń służących do korzystania z usług video on demand uzyskują również tablety – wykorzystuje je 12,4 procent respondentów. Dane te, w porównaniu do informacji z ubiegłego roku są szczególnie imponujące. W 2013 urządzenia te były praktycznie niewykorzystywane jako narzędzia dostępu do VoD.

W październiku i listopadzie ub.r. firma Tomo Group przeprowadziła badania, które miały pokazać zmiany jakie powoduje na rynku wideo i wydawniczym szeroki dostęp do Internetu. Jednym z głównych wniosków było odnotowanie spadku widowni kinowej przy równoczesnym wzroście popularności materiałów audiowizualnych dystrybuowanych za pomocą Internetu. Najpopularniejszym serwisem wideo okazał się YouTube. com, na drugim i trzecim miejscu uplasowały się telewizje Ipla.tv oraz TVNPlayer.pl.

Usługa VoD z roku na rok zyskuje coraz więcej fanów. Ta tendencja wzrostowa uwarunkowana jest kilkoma czynnikami. Po pierwsze – dostępnością materiałów o dowolnie wybranej porze i miejscu, po drugie – bezpłatnym dostępem do większości treści. Wg. badania „Siła uVODzenia” aż 77% konsumentów deklaruje, że woli oglądnąć pasmo niemożliwych do przeskoczenia reklam, niż zapłacić kilka złotych za ulubioną audycję. Pomimo tego, iż reklamodawcy wciąż traktują VoD jako młodszą siostrę telewizji, zaczynamy zauważać wzrost zainteresowania tym stosunkowo nowym kanałem reklamowym. Marketerzy, którzy docenili zalety reklamy on-line, coraz częściej skłaniają się do kierowania budżetów w tym kierunku.

Integracja z kanałami VoD w ramach kampanii reklamowej online to aktualnie jedna z najskuteczniejszych możliwości dotarcia do grupy docelowej – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Dążąc do zaspokojenia potrzeb reklamodawców stwarzamy możliwość rozszerzenia kampanii display o duży branding z możliwością linkowania do pięciu różnych miejsc docelowych. Usługa NR1WINTERNECIE przewiduje również możliwości synchronizowania wielu kanałów jednocześnie. Reklama wideo w połączeniu z reklamą display, bazująca na segmentacji rynku dzięki targetowaniu behawioralnemu przynosi efekty lepsze od zamierzonych. Według naszego doświadczenia, współczynnik CTR w przypadku kampanii video jest dwukrotnie wyższy od standardowej kampanii display – dodaje.

Handel w Polsce – prognozy na przyszłość

Handel hurtowy i detaliczny to sektor o znaczącej roli w polskiej gospodarce. Jak wynika z raportu opracowanego przez DNB Bank Polska i Deloitte „Kierunki 2014 – kluczowe czynniki determinujące handel w Polsce”, firmy handlowe wytwarzają 17 proc. wartości dodanej brutto, a sektory pośrednio powiązane z handlem tworzą dodatkowe 12 proc. W rezultacie sektor handlu przyczynia się do tworzenia aż 29 proc. wartości dodanej w gospodarce. Handel to także prawie 2 mln miejsc pracy, a w sektorach powiązanych kolejne 1,6 mln, co łącznie stanowi 3,6 mln zatrudnionych, czyli 26 proc. ogółu pracujących.

Wedle autorów raportu w ostatnich 10 latach dość znacząco zmieniły się obraz i struktura handlu w Polsce. Ogólna liczba sklepów zmalała o 21 proc. (z ponad 450 tys. w roku 2002 do niecałych 360 tys. w roku 2012), jednocześnie szybko rośnie liczba sklepów wielkopowierzchniowych, które wypierają z rynku sklepy mniejsze. Obecnie placówki wielkopowierzchniowe (o powierzchni 400 m2 i większej) zajmują niemal 50 proc. całkowitej powierzchni handlowej (wobec 28 proc. jeszcze w 2005 r.). Udział sprzedaży w sieciach handlowych w Polsce już teraz przewyższa poziom w rozwiniętych gospodarkach (za wyjątkiem Anglii), choć w niektórych krajach Europy Środkowej jest jeszcze wyższy.

– W tym kontekście możliwość dalszego zwiększania udziału sprzedaży w sklepach wielkopowierzchniowych wydaje się w Polsce ograniczona. Uważamy, że dalszy rozwój sieci handlowych odbywać się będzie raczej poprzez konsolidację i przejęcia, niż znaczące zmiany w strukturze handlu detalicznego, choć nie można wciąż wykluczyć wchodzenia na polski rynek specjalistycznych sieci handlowych, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że skala nasycenia sklepami wielkopowierzchniowymi jest dość mocno zróżnicowana na poziomie województw, co odzwierciedla duże zróżnicowanie sytuacji społeczno-ekonomicznej regionów Polski – ściana wschodnia (z niskim poziomem PKB per capita i niską urbanizacją) versus ściana zachodnia (bogatsza i silniej zurbanizowana).

– Czynniki wzrostu sieci handlowych, ale też całego handlu, wynikać będą w najbliższym czasie raczej z trendów rozwojowych, w tym ze wzrostu siły nabywczej biedniejszych regionów, rozwoju urbanizacji, czy z poprawy sieci drogowej umożliwiającej dalsze podróże po tańsze zakupy – handel przygraniczny w Europie, czy mall’e handlowe na dalekich przedmieściach w USA dobrze pokazują to zjawisko, mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte.

Trendy w gospodarce i ich wpływ na handel

Spowolnienie gospodarcze w latach 2012-2013 przyniosło wyhamowanie dynamiki obrotów zarówno w handlu hurtowym jak i detalicznym. Tendencje w poszczególnych segmentach były jednak zróżnicowane. Spowolnienie dotknęło w szczególności sprzedaży detalicznej w niewyspecjalizowanych sklepach – głównie wielkopowierzchniowych (spadek dynamiki do mniej niż 4 proc. w 2013 r., w tym do 3 proc. w sklepach z przewagą żywności i 6 proc. w pozostałych, do których zaliczona jest Biedronka i Real), a także w placówkach z artykułami użytku domowego (chociaż tu nadal występuje wzrost: 10 proc. w 2013 r.) i wyrobów związanych z kulturą i rekreacją (dynamika ujemna).

W obszarze artykułów użytku domowego relatywnie wysoki wzrost nadal dotyczy wyrobów tekstylnych i sprzętu elektrycznego (po ok. 20 proc.). Na uwagę zasługuje również wysoki wzrost sprzedaży w sklepach z żywnością (24 proc. w 2013 r.), który dotyczy jednakże firm zatrudniających powyżej 9 osób (a więc nie obejmuje małych sklepów osiedlowych).

Co ciekawe, osłabienie popytu konsumpcyjnego nie miało większego wpływu na sprzedaż odzieży, obuwia i wyrobów skórzanych, kosmetyków, a nawet biżuterii. Utrzymał się też dynamiczny wzrost sprzedaży poza siecią sklepową i targowiskami (w tym, przez Internet i domy wysyłkowe).

W kilku branżach (zwłaszcza napojów alkoholowych i bezalkoholowych, sprzętu elektronicznego i telekomunikacyjnego, maszyn i urządzeń rolniczych, mebli biurowych, odpadów i złomu) obroty w ubiegłym roku jednorazowo zmalały – za wcześnie jednak, by wnioskować o jakiejś trwałej tendencji, zwłaszcza, że sytuacja ekonomiczna na świecie i w Polsce wydaje się powoli stabilizować

Czy e-handel zmieni układ sił?

W Polsce udział handlu przez Internet w handlu ogółem to jedynie około 3 proc., podczas gdy w krajach rozwiniętych ta wartość jest 2-3-krotnie wyższa niż w Polsce. Tempo wzrostu e-handlu, począwszy od segmentu spożywczego, poprzez odzież, a skończywszy na AGD w grupie 250 największych globalnych sieci handlowych przekracza 20 proc. Utrzymywanie tak silnie rosnącego trendu wzrostowego wymaga nie tylko wykorzystania rezerw prostych, ale rozwoju znacznie bardziej zaawansowanych technologicznie rozwiązań. To właśnie rozwój technologii – przede wszystkim takich jak geopozycjonowanie za pomocą GPS, identyfikacja za pomocą fal radiowych RFID, która nie jest jeszcze szeroko wykorzystywana ze względu na koszty czy druk 3D – będzie w największej mierze decydował o przyszłym kształcie handlu.

– W zależności od rozwoju nowych technologii, e-handel może w bardzo różny sposób wpływać na „tradycyjny” handel hurtowy i detaliczny, czy poszczególne segmenty rynku. Na przykład, rozwój drukarek 3D może wypierać hurtowników na korzyść detalistów, gdyż ci będą w stanie dostarczać towary bezpośrednio do klientów – z pominięciem łańcucha dostaw, w tym hurtowni. Z drugiej strony, rozwój zaawansowanych portali internetowych i logistyki może wypierać z części rynku detalistów na korzyść hurtowników, którzy będą rozwijali sprzedaż detaliczną, twierdzi Artur Tomaszewski, prezes DNB.

Perspektywy i prognozy dla polskiego handlu

W ostatnich dwóch latach sprzedaż żywności spowolniła do umiarkowanego tempa, natomiast popyt na dobra trwałego i półtrwałego użytku zwolnił w relatywnie większym stopniu, choć nadal pozostawał silny. – Stosunkowo duży udział żywności w koszyku polskiego konsumenta, a ponadto relatywnie niska zależność tego segmentu od osłabienia sytuacji dochodowej społeczeństwa tłumaczy sukces dyskontów w Polsce w okresie spowolnienia, twierdzi Rafał Antczak z Deloitte.

A co można prognozować na kolejne okresy? Wg. autorów raportu, po słabym roku 2013 kolejne dwa lata będą lepsze, ale poprawa sytuacji w segmentach handlu nie będzie równomierna. Wzrost dochodów gospodarstw domowych spowoduje ożywienie w handlu detalicznym, co podniesie dynamikę sprzedaży do ponad 6 proc. w latach 2014-2015 i jest to niezły wynik na tle UE. Jednak wciąż słaba dynamika inwestycji w Polsce nie będzie wystarczającym sygnałem trwałej poprawy koniunktury, więc raczej mało prawdopodobny jest powrót do wysokiej dynamiki sprzedaży detalicznej z lat poprzednich.

Inna będzie natomiast sytuacja handlu hurtowego, gdyż silnie rosnący eksport (od 2014 r.) będzie czynnikiem nakręcającym dynamikę sprzedaży na rynkach zewnętrznych, co razem z nieco lepszą sytuacją na rynku wewnętrznym może powodować silne odbicie wzrostu sprzedaży hurtowej – do 12 proc. w roku 2015 w porównaniu do roku 2014.

– Realizacja takiego scenariusza może okazać się sprzyjająca dla ekspansji polskich firm handlowych za granicą – dodatkowo wzmocnionych dobrymi wynikami w kraju. Kluczową przesłanką do takiej decyzji musi być jednak każdorazowo szczegółowa analiza sytuacji finansowej własnej i konkurencji, mówi Artur Tomaszewski, prezes DNB.

Co dalej z polskimi firmami handlowymi, czyli albo rozwijać albo zwijać biznes

Połowa firm spośród 10 największych globalnych sieci handlowych jest już w Polsce obecna, a największa firma handlu detalicznego w Polsce (Jeronimo Martins – właściciel sieci Biedronka) znajduje się na 67. miejscu wśród największych firm globalnych. Jeśli jednak spojrzeć na czołówkę polskich firm handlowych notowanych na warszawskiej giełdzie, to ich przychody ze sprzedaży są wciąż na tyle nieznaczące, że poza jednym wyjątkiem (Eurocash) żadna z nich nie wchodzi do globalnego rankingu Top 250.

Z drugiej strony, średnioroczna dynamika przychodów ze sprzedaży, czy rentowność obrotu netto plasują polskie firmy na poziomie firm z czołowej światowej „10”, a więc dużo powyżej firm z końca stawki Top 250, bardziej odpowiadających im wielkością. Polskim firmom jednak wciąż daleko do liderów globalnych pod względem tempa wzrostu przychodów ze sprzedaży.

– Ekonomia skali ma w handlu podstawowe znaczenie, zatem polskie firmy, myśląc o dalszym rozwoju, muszą zacząć myśleć i planować regionalnie, mówi Rafał Antczak. Strategię taką realizuje już zresztą ponad 1/3 firm, prowadzących działalność w więcej niż jednym kraju.

– Polskie firmy handlowe mogą zatem okazywać się lepsze od globalnych firm na rynku lokalnym i regionalnym pod względem wskaźników finansowych i konkurencyjności, muszą jednak zadbać o efekt skali, konkluduje Artur Tomaszewski.

Czechy sposobem na obejście nowych przepisów o VAT

Przedsiębiorcy znaleźli sposób na otrzymanie zwrotu VAT bez zbędnych formalności – zakładają spółkę w Czechach, kupują auto, odliczają pełny VAT.

Dnia 1 kwietnia 2014 r. weszły w życie przepisy, które ograniczają pełne prawo do odliczenia podatku naliczonego przy nabyciu samochodów osobowych. Jeżeli właściciel będzie wykorzystywał auto tylko i wyłączenie do celów służbowych, będzie mógł liczyć na odliczenie 100%, gdy pojazd będzie używany zarówno służbowo, jak i prywatnie, odliczenie będzie możliwe tylko w 50%, przy czym jako użytek prywatny traktowany jest już powrót autem z miejsca pracy do domu.

Jak informuje Tygodnik Biznes i Prawo, nowe zasady odliczania VAT, jak by się mogło wydawać, wcale nie są korzyścią dla właścicieli firm. Konieczne jest prowadzenie tabel, w których wykazywać się będzie cele podróży. Przedsiębiorcy zgodnie podkreślają, że byłoby to duże obciążenie i jest to nieopłacalne, a na wynajęcie osoby odpowiedzialnej za to ich nie stać.

Rynek nie znosi próżni, przedsiębiorcy znaleźli więc obejście niekorzystnych przepisów. Lekarstwem i „rajem podatkowym” okazały się Czechy. Przepisy czeskiej ustawy o VAT pozwalają na odliczenie całego podatku zawartego w cenie nabytego samochodu, cenie paliwa i wydatkach eksploatacyjnych, a obywatel polski ma pełne prawo do założenia działalności gospodarczej jak czescy przedsiębiorcy, a co za tym idzie rozlicza się na podstawie przepisów obowiązujących w Czechach.

Jest też niestety drugie dno „czeskiego raju”. Optymalizacja ta, choć jest zachęcająca, może nie przynieść wymiernych efektów finansowych, ponieważ trzeba brać pod uwagę koszt i czasochłonność przedsięwzięcia. Właściciele firm chcący zarejestrować swoją działalność w Czechach powinni pamiętać, że bez znajomości tamtejszych przepisów prawnych i podatkowych bądź wynajęcia podmiotu załatwiającego formalności może to być dużym utrudnieniem.

Mandaty z fotoradarów – wskazujesz kierowcę albo płacisz

Inspekcja Transportu Drogowego, policja oraz straż miejska lub gmina mają pełne prawo karać właścicieli pojazdów złapanych przez fotoradar za niewskazanie kierowcy, który wówczas prowadził pojazd.

Ponad 1500 radarów w Polsce robi codziennie kilkaset zdjęć pojazdom, które przekroczyły dozwoloną prędkość. Często zdarza się, że pojazdem w tym momencie nie kierował jego właściciel. W takiej sytuacji jest on zobowiązany ujawnić, kto złamał przepisy, jadąc jego pojazdem. Jeśli tego nie zrobi, zostanie ukarany grzywną. Wysokość jej może wynosić od 20 do 5000 zł.

Jak informuje portal Experto24.pl Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że na żądanie uprawnionego organu posiadacz pojazdu ma obowiązek wskazać, komu powierzył samochód do kierowania lub używania w oznaczonym czasie, chyba, że auto zostało użyte wbrew jego woli.

Osoba wezwana do wskazania kierowcy ma pięć możliwości:

wskazać siebie, jeżeli faktycznie prowadziła pojazd,
przedstawić dowód, że nie jest ani właścicielem, ani posiadaczem pojazdu,
wskazać, kto kierował pojazdem lub używał go,
nie wskazać, komu powierzyła pojazd do kierowania lub używania,
przedstawić dowód, że pojazd był użyty wbrew jej woli i wiedzy.
Tylko w czwartym przypadku właściciel lub posiadacz pojazdu naraża się na odpowiedzialność za wykroczenie określone w art. 96 § 3: tej samej karze podlega, kto wbrew obowiązkowi nie wskaże na żądanie uprawnionego organu, komu powierzył pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie.

Trybunał w swoim wyroku dodał, że alternatywą dla fotoradarów mogą być tylko zwiększone siły w liczebności policjantów na drogach – kontrolujących ruch. Jednak to rozwiązanie byłoby dużo kosztowniejsze dla państwa, choć z pewnością mniej uciążliwe dla kierowców.

Od 2005 r. w Polsce ubyło prawie 100 tys. sklepów. Handel będzie jednak dynamicznie rósł

CEO Magazyn Polska

Choć w ciągu ostatniej dekady o ponad jedną piątą zmalała liczba sklepów, handel detaliczny będzie nadal rósł 6 proc. rocznie – wynika z raportu przygotowanego przez DNB Bank Polska i Deloitte. Handel hurtowy będzie się rozwijał nawet szybciej, głównie dzięki eksportowi. Sprzedaż w internecie stanowi na razie tylko 3 proc. rynku, ale może rosnąć nawet ponad 20 proc. rocznie w najbliższych latach.

Wyniki handlu zależą od tego, ile mają do wydania klienci indywidualni. Ponieważ planujemy wzrost PKB, szacujemy, że handel detaliczny będzie rósł w tempie jednocyfrowym, około 6 proc. rocznie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. – Handel hurtowy jest silnie powiązany z polskim eksportem, który dynamicznie rośnie i będzie rósł. Dlatego w handlu hurtowym szacujemy wzrosty przekraczające 10 proc. nawet w najbliższych dwóch latach.

Tomaszewski przypomina, że handel to najważniejszy sektor polskiej gospodarki. Niemal 30 proc. PKB kraju pochodzi z tego obszaru (razem z firmami pośrednio związanymi z handlem). W handlu i sektorach powiązanych pracuje też 3,6 mln osób, czyli ponad jedna czwarta zatrudnionych w Polsce.

W ostatnich dwóch latach w handlu nastąpiło nieznaczne spowolnienie. Pomimo tego w niektórych sektorach wzrosty nadal były znaczące. Wyroby tekstylne i sprzęt elektryczny sprzedawały się o ponad 20 proc. lepiej. Wzrosty zanotowały także sklepy z żywnością (24 proc.), choć ten wskaźnik nie obejmuje małych sklepów osiedlowych.

Tomaszewski dodaje, że w handlu panuje duża konkurencja, więc należy spodziewać się poszerzenia działalności przez największych graczy.

Najwięksi gracze wykazują się niewielkimi marżami i starają się rozepchnąć na rynku po to, żeby je zwiększyć. Z jednej strony wchodzą sami w produkcję pod swoimi markami, w których są wyższe marże, z drugiej strony obserwujemy trend wejścia hurtowników do handlu detalicznego, przykładem tego mogą być firmy pośredniczące w sprzedaży farmaceutyków, które budują swoje sieci aptek. W marży detalicznej mamy nieco wyższą marżę niż w hurcie – tłumaczy Tomaszewski.

Dodaje, że coraz większy wpływ na handel będzie miał e-commerce. Na razie handel elektroniczny to tylko 3 proc. całego rynku – trzykrotnie mniej niż w Europie Zachodniej. Ale Tomaszewski spodziewa się utrzymania, a nawet zwiększenia dynamiki wzrostu tego sektora, która już teraz przekracza 20 proc. rocznie.

Choć podstawowymi czynnikami wpływającym na rozwój handlu pozostają dochody konsumentów oraz wzrost eksportu (zwłaszcza dla handlu hurtowego), to dużą rolę odgrywają też nowe technologie. Rozwój dostępu do internetu, technologii GPS czy np. trójwymiarowych drukarek zwiększają dynamikę handlu. Wciąż potrzebne są inwestycje w infrastrukturę i logistykę.

Nie mamy profesjonalnego lotniska cargo, miało powstać między Łodzią a Warszawą, to byłby bardzo ciekawy projekt, który wspierał chociażby wyjście polskich firm handlowych za granicę. To jest moim zdaniem kluczowy element – ocenia Tomaszewski.

Pomimo dużego rozwoju sklepów wielkopowierzchniowych, które mają już niemal 50 proc. udziału w całkowitej powierzchni handlowej w Polsce, małe sklepy osiedlowe nie mają się czego obawiać. Tomaszewski zwraca uwagę na to, że coraz bardziej zapracowani Polacy cenią sobie szybkie i wygodne zakupy w przystępnej cenie, na czym poza sklepami osiedlowymi korzystają też rozszerzające swoją ofertę dyskonty.

Przez jeszcze wiele najbliższych lat nasze podstawowe potrzeby będziemy zaspokajać w tych sklepach. Trudniej będą miały  sklepy wielkopowierzchniowe, bo tam mamy do czynienia z nasyconym rynkiem. Jest ono wyższe niż nawet na najbardziej rozwiniętych rynkach zachodniej Europy – ocenia Tomaszewski.

Prezydent Krakowa: jestem za budową metra, ale jeszcze nie teraz

CEO Magazyn Polska

W niedzielę, 25 kwietnia, mieszkańcy Krakowa wypowiedzą się w referendum, czy chcą organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. Prezydent miasta liczy na pozytywne odpowiedzi Krakowian, bo jak podkreśla, projekt się spina i jest korzystny dla miasta. Mieszkańcy wyrażą również swoje opinie na temat budowy metra. Tu Jacek Majchrowski ma więcej wątpliwości – przede wszystkim dotyczących tego, czy projekt warto zrobić w tej perspektywie UE. Są już firmy, które zgłosiły gotowość do współpracy z miastem przy budowie.

Liczę na to, że mieszkańcy Krakowa są ludźmi otwartymi, mądrymi i zagłosują za olimpiadą, bo to jest szansa rozwoju – przekonuje prezydent Krakowa Jacek Majchrowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Jaki mielibyśmy interes – ja i moi współpracownicy – żeby doprowadzić Kraków do fatalnego stanu.

Kwestia organizacji zimowych igrzysk budzi wiele wątpliwości. Władze miasta przekonują, że to korzystny dla Krakowa i regionu pomysł, przeciwnicy mówią natomiast o wysokich kosztach, jakie wiążą się z organizacją imprezy i budową oraz modernizacją obiektów sportowych. Kraków zorganizował zakrojoną na szeroką skalę kampanię, która miała na celu przekonanie mieszkańców do tej idei. Lokalna prasa szacuje, że na organizację igrzysk miasto przeznaczyło już ok. 3,5 mln zł.

W niedzielnym referendum krakowianie wypowiedzą się również na temat budowy metra w mieście. Majchrowski podkreśla, że realizacja tego pomysłu budzi więcej wątpliwości niż organizacja olimpiady.

To pytanie sformułowała Rada Miasta, ale sądzę, że nieco pochopnie. Po pierwsze, nie wiemy, gdzie metro, jakie metro, nie wiemy, ile ma kosztować i czy się w ogóle da, nie wiemy też, czy to byłoby ewentualnie kosztem rezygnacji z linii tramwajowych – mówi prezydent Krakowa.

Papiery są dopiero przygotowywane, badania są prowadzone. Jak będzie już coś wiadomo, będzie można podjąć decyzję.

Mimo wszystko prezydent Krakowa deklaruje, że w referendum poprze budowę metra w mieście.

Zagłosuję za metrem, aczkolwiek nie bez wahania – mówi Majchrowski. – Nie ulega wątpliwości, że za jakiś czas będzie ono potrzebne. Pozostaje jednak pytanie, czy starać się wykorzystać obecne środki unijne czy raczej kolejną transzę. W tej chwili o metrze mówimy troszeczkę też raczej w kategoriach wyobrażeń niż w kategoriach rzeczywistości.

Władze miasta wysłały do Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju zapytanie o ewentualne dofinansowanie inwestycji.  

Liczymy tu jednak zwłaszcza na środki unijne, a także na współfinansowanie przez firmę prywatną – informuje prezydent Krakowa. – Są takie firmy, które zgłosiły chęć dołożenia się do wsparcia unijnego. Czas pokaże, jak się ta sprawa rozwiąże.

W połączonym z wyborami do Parlamentu Europejskiego referendum w Krakowie oprócz pytań o igrzyska i budowę metra mieszkańcy wypowiedzą się w sprawie zwiększenia monitoringu wizyjnego oraz budowy większej liczby ścieżek rowerowych. Głosowanie będzie ważne, o ile frekwencja wyniesie minimum 30 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców miasta (ok. 175 tys. osób).

Grupa Azoty do 2020 r. wyda na inwestycje 7 mld zł. Chce w ten sposób zwiększyć konkurencyjność polskiej branży chemicznej

CEO Magazyn Polska

Dziś Grupa Azoty ZAK i Rafako mają poinformować o wspólnym projekcie inwestycyjnym. A tych w planach spółki jest wiele. To m.in. budowa nowej elektrociepłowni i modernizacja linii mocznika i amoniaku. Ambitne plany inwestycyjne mają również inne spółki z Grupy Azoty, m.in. zakłady w Puławach i Tarnowie. Wszystko po to, by zwiększyć konkurencyjność polskiej chemii, która już dziś jest wizytówką krajowego przemysłu.

Grupa Azoty, drugi co do wielkości producent nawozów w Europie, do 2020 roku zamierza przeznaczyć na inwestycje 7 mld złotych. W Tarnowie ma powstać instalacja granulacji nawozów sztucznych oraz nowa wytwórnia poliamidów.

To dla nas rozwój: od produktu pierwotnego typu kaprolaktam przechodzimy do produktu bardziej przetworzonego i z nim potem chcemy wejść na rynki – mówi agencji Newseria Biznes Adam Leszkiewicz, prezes Grupy Azoty ZAK SA.

Dzięki uruchomieniu nowej wytwórni Azoty mają produkować trzykrotnie więcej poliamidów, natomiast instalacja granulacji ma być znacznie nowocześniejsza od tej już istniejącej. Koszt obu inwestycji to prawie 500 mln zł, mają się zakończyć w 2016 roku.

– Inwestycje toczą się w każdej z firm. W Kędzierzynie budujemy nową elektrociepłownię i instalację na nowy plastyfikator o zdolnościach 50 tys. ton na rok. Chcemy modernizować linię produkcyjną mocznika i amoniaku. Niedługo w Puławach oddamy nową instalację związaną ze stokażem amoniaku – zapowiada Leszkiewicz.

Inwestycje w Puławach i Kędzierzynie mają być gotowe w 2016 i 2017 roku, a ich koszt szacuje się na blisko 650 mln zł.

Jak podkreśla prezes ZAK, wszystkie inwestycje mają podnosić konkurencyjność produkcji chemii w Polsce. Mimo że już dziś chemia uważana jest za wizytówkę polskiego przemysłu.

Naszym zadaniem jest podtrzymywanie konkurencyjności, aby nie tracić rynku i odbiorców, bo jeśli nic nie będziemy robić, to będziemy się cofać – mówi Leszkiewicz. – Chodzi o to, żeby cały czas myśleć o doskonaleniu operacyjnym, obniżaniu kosztów, rozwoju i innowacyjności.

Zaznacza jednak, że oprócz wysiłków samych firm potrzebne jest również odpowiednie otoczenie, a dziś wiele czynników zewnętrznych może wpływać – również negatywnie – na kondycję polskiej chemii. Unijna polityka klimatyczna oznacza, że firmy przeznaczają na dostosowanie produkcji do wymogów środowiskowych dużą liczbę środków, które mogłyby wspomóc rozwój. Obciążeniem są dla nich również obowiązki autoryzacji produktów chemicznych.

Jest jeszcze kwestia umowy transatlantyckiej. Jest kwestia barier celnych lub zwalniania z tych barier. To są wszystkie te elementy, które na zewnątrz będą dotykały naszej konkurencyjności, albo ją wzmacniając, albo osłabiając – wymienia prezes Grupy Azoty ZAK.

Negocjacje między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi w sprawie umowy o wolnym handlu mogą zakończyć się w przyszłym roku. Produkcja zakładów chemicznych jest w USA tańsza, również ze względu na tańszy gaz używany w procesie produkcji, tak więc zniesienie barier celnych może oznaczać duże zmiany na rynku.

„Pakt dla Łódzkiego” podpisany. Łódzcy kandydaci do PE będą współpracować ws. kolei dużych prędkości i dróg ekspresowych

CEO Magazyn Polska

Kandydaci do Europarlamentu z list Platformy Obywatelskiej, PSL i Samoobrony podpisali „Pakt dla Łódzkiego”. Inicjatywa jednego z kandydatów startujących z listy PO, Krzysztofa Malareckiego, ma służyć pozyskaniu środków europejskich na ukończenie realizacji kluczowych inwestycji dla regionu. Politycy przyznali zgodnie, że zależy im przede wszystkim na pozyskaniu pieniędzy do sfinansowania systemu kolei dużych prędkości między Łodzią a Warszawą, Poznaniem i Wrocławiem, a także zachodniej obwodnicy Łodzi.

– „Pakt dla Łódzkiego” jest inicjatywą, która wywodzi się z ducha współpracy, który chcemy zaproponować wszystkim kandydatom, bez względu na to, z jakiej są partii i jakiej politycznej orientacji. Jeśli wejdą oni do Parlamentu Europejskiego, chcielibyśmy, aby pracowali nad koncepcją szybkich kolei, które połączą Łódź z Warszawą, a docelowo z Poznaniem, Wrocławiem i ze Szczecinem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Malarecki, kandydat do Parlamentu Europejskiego z listy PO w Łodzi.

Do proponowanego przez Krzysztofa Malareckiego paktu przyłączyli się inni kandydaci do PE z listy Platformy Obywatelskiej, m.in. Jacek Saryusz-Wolski, oraz z list Polskiego Stronnictwa Ludowego i Samoobrony. Wszyscy podkreślają jednocześnie, że jego formuła pozostaje otwarta i w każdej chwili mogą do niego dołączyć kolejni politycy.

Budowa kolei dużych prędkości (KDP) została odłożona do roku 2030 w wyniku decyzji byłego ministra transportu Sławomira Nowaka. Trwa jednak realizacja podziemnego dworca Łódź Fabryczna, który został zaprojektowany z myślą o budowie linii Y, czyli szybkiego połączenia stolicy, Łodzi, Poznania oraz Wrocławia. Dla całej inwestycji wykonano już studium wykonalności, ponadto PKP nie wstrzymały opracowywania dokumentacji, co w przyszłości może przyspieszyć ewentualną realizację.

Budowa kolei dużych prędkości została wstrzymana ze względu na wysokie koszty, które początkowo szacowano na 9 mln euro za km linii, a następnie w studium podniesiono do 12 mln euro za km. To mniej więcej środek przedziału kosztów 1015 mln euro, jakie szacuje dla tego typu inwestycji Międzynarodowy Związek Kolei w Paryżu (UIC).

Szansa na realizację KDP w Polsce wciąż istnieje, ponieważ Komisja Europejska wspiera rozwój europejskiej sieci szybkich kolei. Celem KE jest potrojenie długości KDP na terenie Unii Europejskiej do 2030 r., co kosztowałoby astronomiczną sumę 500 mld euro – wynika z opracowania firmy doradczej Civity. Wiadomo, że największe wyzwanie w tym zakresie dotyczy państw Europy Środkowej oraz Bałkanów, gdzie w przeciwieństwie do Europy Zachodniej nie ma szybkich kolei.

„Pakt dla Łódzkiego” obejmuje także planowaną drogę ekspresową S14, która połączy autostradę A2 biegnącą na północ od Łodzi, z drogą ekspresową S8 w kierunku Wrocławia. Według planów S14 byłaby zachodnią obwodnicą aglomeracji łódzkiej i obok ruchu tranzytowego, usprawniłaby także transport między Łodzią, Pabianicami, Konstantynowem Łódzkim i Aleksandrowem Łódzkim.

Absolutnie odciąży to miasto od niepotrzebnego tłoku wywołanego przez samochody transportowe i jednocześnie usprawni transport w tej części województwa łódzkiego – twierdzi Malarecki.

Na razie gotowe jest jedynie 15 km obwodnicy Pabianic, która jest częścią drogi S14. Pozostałe odcinki czekają jeszcze na ogłoszenie przetargu. To sprawia, że trzecie pod względem wielkości miasto w Polsce nie ma obwodnicy w kierunku północpołudnie, bo wciąż w budowie jest odcinek autostrady A1 między Strykowem a Tuszynem.

Te dwa wielkie projekty mają na celu polepszyć infrastrukturę i tak już będącą w procesie bardzo dynamicznego progresu. Te inwestycje infrastrukturalne zdecydowanie zdynamizują możliwość rozwoju przemysłowego tej części Polski i jednocześnie bardzo pomogą Łodzi, żeby jak najszybciej mogła rozwinąć się na miasto takiej rangi, na jaką zasługuje miasto położone w centrum Europy i w centrum Polski – uważa Malarecki.

Podkreśla, że tak ambitne plany nie byłyby możliwe bez współfinansowania przez UE. Jego zdaniem po przyznaniu Polsce 82,5 mld euro w ramach polityki spójności na lata 2014-2020 należy się teraz skoncentrować na efektywnym wykorzystaniu tych pieniędzy. 

Środki unijne stanowią jakby drugi plan Marshalla, którego jesteśmy beneficjantami, a zwłaszcza w dziedzinie infrastruktury. To są projekty o bardzo wysokich kosztach i powinniśmy wykorzystać te fundusze spójności, na które liczymy i które udało się nam wywalczyć w poprzednim Parlamencie na najbliższych 7 lat – uważa kandydat z listy PO do Parlamentu Europejskiego.

Zdaniem części ekspertów obok współfinansowania przez UE istnieje także możliwość zaangażowania w te projekty firm z sektora prywatnego, w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego.

Te inwestycje skróciłyby czas dojazdu np. z Warszawy do Łodzi o połowę. Dzisiaj jedziemy najszybciej 1 godz. 22 min, wtedy będziemy jeździli 35 minut. Jak widać, jest się o co bić i to jest naprawdę priorytetowe zadanie dla nas – walczących o ten region w Parlamencie Europejskim – uważa Krzysztof Malarecki.

Pelion: Ten rok będzie trudny dla branży farmaceutycznej

0

CEO Magazyn Polska

Niski poziom dopuszczanej przez państwo marży na leki refundowane (5 proc.) oraz  zmniejszanie finansowania dla tych preparatów powodują, że branża farmaceutyczna ma problemy z zyskownością w tym segmencie. Pelion, jeden z największych dystrybutorów leków w Polsce, szacuje wzrost całego rynku w tym roku na poziomie 4 proc., co oznacza, że nie uda się utrzymać tempa wzrostu z ubiegłego roku.

2014 rok będzie niewątpliwie trudny dla całej branży farmaceutycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Dauenhauer, wiceprezes zarządu ds. strategii finansowej Pelion Healthcare Group. – To kolejny rok, mam nadzieję, że już ostatni, w którym następuje spadek urzędowej marży na leki refundowane. Wynosi ona obecnie 5 proc., co właściwie nie zapewnia możliwości zyskownego zaopatrzenia aptek w tym segmencie.

Od 1 stycznia urzędowa marża została obniżona do 5 proc. Równolegle na skutek nowelizacji wykazów refundacyjnych spadły ceny detaliczne prawie wszystkich leków refundowanych. Zgodnie z danymi Ministerstwa Zdrowia wydatki NFZ na refundację leków w pierwszym roku, w którym obowiązywać zaczęły nowe zasady dotyczące refundacji, spadły z 8,8 mld zł do 6,8 mld zł. To nie przełożyło się jednak na obniżenie wydatków pacjentów – wciąż ich udział w płatności za leki jest wysoki (najwyższy w Europie).

Otoczenie rynkowe, jak zaznacza Dauenhauer, przekłada się na dynamikę rozwoju tego segmentu rynku.

Szacujemy, że wzrost rynku będzie w granicach 4 proc. – mówi Jacek Dauenhauer. – Będzie niezwykle trudno obronić wyniki osiągnięte w roku 2013. Ale oczywiście będziemy starali się to zrobić. Będzie to dla nas głównym wyzwaniem na 2014 r. 

Od wejścia w życie ustawy refundacyjnej (styczeń 2012 roku) rynek leków refundowanych spadł o ponad 18 proc. W I kwartale br. wzrósł zaledwie o 0,8 proc.

Celem firmy będzie rozwój w każdej z prowadzonych linii biznesowych. Holding Pelion skupia firmy działające w czterech podstawowych segmentach działalności – w segmencie detalicznym w Polsce i na Litwie, w segmencie sprzedaży hurtowej w Polsce, a także w zaopatrzeniu szpitali i usługach dla producentów. Choć Pelion stara się wykorzystywać efekt synergii, płynącej z obecności na wszystkich poziomach dystrybucji farmaceutycznej, to poszczególne segmenty realizują własną politykę rozwoju. 

W tym roku chcielibyśmy pozyskać finansowanie niezbędne do rozwoju sprzedaży hurtowej – mówi Dauenhauer. 

Holding planuje także wejście na nowe rynki ze sprzedażą detaliczną.

Widzimy tu szansę rozwoju na rynkach zagranicznych – informuje wiceprezes Pelion Healthcare Group. – Cały czas monitorujemy sytuację, ale oczywiście, żeby zrealizować tego typu projekt, również segment detaliczny będzie potrzebował dodatkowego finansowania.

Segment detaliczny, jak podkreślają przedstawiciele firmy, najbardziej ucierpiał na skutek zmian w ustawie refundacyjnej. Stąd potrzeba poprawy jego wyniku operacyjnego. W planach jest również zwiększenie liczby aptek franczyzowych.

W segmencie zaopatrzenia szpitali Pelion chce utrzymać pozycję lidera, jeśli chodzi o wygrywanie przetargów. Natomiast w obszarze usług dla producentów będzie koncentrować się na poszerzaniu oferty usług i na nowych projektach w zakresie dystrybucji niestandardowej.

Do 2020 r. na świecie będzie 50 mld urządzeń podłączonych do sieci. Firmy budują systemy do pozyskiwania i zarządzania wielkimi bazami danych

CEO Magazyn Polska

Nowe technologie zarządzania danymi, chmurami obliczeniowymi i rozwiązaniami mobilnymi zmieniają sposób działania przedsiębiorstw. Coraz więcej firm potrzebuje prywatnych, dostosowanych do indywidualnych potrzeb usług. Budowa infrastruktury zarządzania danymi to wielkie wyzwanie, ale i szansa, bo do 2020 r. na świecie może być nawet 50 miliardów urządzeń generujących dane.

Na świecie jest w tej chwili około 7 miliardów telefonów komórkowych. Korzysta z nich ponad połowa populacji, a wiele osób posiada dwa telefony. Dziś około 10 miliardów urządzeń jest podłączonych do internetu, a w 2020 r. będzie ich 50 miliardów. Wyobraźmy sobie ilość danych, które będą przez te urządzenia tworzone – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ian Hunter, wiceprezes Fujitsu.

Ian Hunter dodaje, że są cztery główne elementy zmian w systemach informatycznych i obliczeniowych (ICT). To trend zmierzający w kierunku chmur obliczeniowych, rozwiązań mobilnych, zarządzania dużymi bazami danych (big data) oraz technologii społecznościowych. Dzięki nim można lepiej wykorzystywać potencjał pracowników i klientów oraz lepiej zarządzać wielką liczbą informacji. Niezbędna jest do tego zaawansowana infrastruktura.

Michał Grzegorzewski z Fujitsu podkreśla, że budowa takiej infrastruktury jest niezwykle skomplikowana. Nie wystarczy dostarczenie odpowiednich serwerów, macierzy i światłowodów – wyzwaniem jest zintegrowanie urządzeń tak, by jak najlepiej wykorzystać ich możliwości. Ekspert dodaje, że najważniejszym etapem jest planowanie, które może być długotrwałe, ale dzięki temu płynniej przebiega budowa i możliwe jest efektywne wykorzystywanie systemu. Firmy nie są w stanie nadążyć za szybko zmieniającą się technologią, więc firmy, takie jak Fujitsu, dostarczają im w pełni gotowe systemy zarządzania danymi.

 Jeszcze parę lat temu obserwowaliśmy trend, żeby wszystko przenosić do chmury publicznej. Teraz wydaje się, że chmura prywatna i rozwiązania stricte dopasowane do klienta mają duży potencjał i widzimy powrót do tego typu rozwiązań, choćby z tego powodu, że są to rozwiązania bardzo dobrze dopasowane do wymagań, w związku z tym spełniające wszystkie założenia biznesu, jakie stawia się wobec współczesnej infrastruktury – tłumaczy Michał Grzegorzewski.

Takie dostosowane do klienta rozwiązania są elastyczne, bardziej efektywne i lepiej odpowiadają ich potrzebom. Fujitsu nazywa tę usługę „IT as a service”, podkreślając, że systemy ICT pełnią funkcje usługowe. Umożliwiają one też lepsze zarządzanie kosztami.

Jesteśmy w stanie dostosować się pod względem wydajnościowym i cenowym czy pod względem obsługi procesów, które ma obsługiwać dane data center. Jeżeli do tego dołożymy jeszcze wszystkie usługi, które oferuje Fujitsu, to możemy zaproponować kompletne rozwiązanie wertykalne dla naszych klientów, które od początku, od fazy projektowania przez fazę implementacji, wdrożenia, aż po utrzymanie, zapewni ciągłość biznesu dla naszych klientów – tłumaczy Michał Grzegorzewski.

Dużym wyzwaniem dla systemów ICT jest jednak bezpieczeństwo. Fujitsu wprowadziło m.in. technologię PalmSecure, którą można zainstalować np. w tabletach. Rozpoznaje ona układ żył na dłoniach użytkowników jako weryfikację dostępu. W tym celu wystarczy zbliżyć dłoń do ekranu laptopa lub tabletu.

Maciej Polak z Fujitsu dodaje, że takie same rozwiązania mogą być instalowane w bankomatach oraz w urządzeniach kontrolujących dostęp do budynków.

Mamy do dyspozycji ogromne portfolio, jeżeli chodzi o urządzenia dostępowe. Na chwilę obecną dokonaliśmy pełnego mappingu jeżeli chodzi o poszczególne role poszczególnych klientów. I mamy tutaj do zaoferowania absolutnie na każdy scenariusz odpowiednie urządzenia dostępowe – podkreśla Maciej Polak.

Ian Hunter dodaje, że w ramach strategii Fujitsu Technology and Service Vision nowe technologie mogą trafić nie tylko do firm, lecz także np. do władz miejskich. Podaje przykład systemu Spatiowl, który od 2011 r. działa w Tokio. Dzięki niemu służby ratunkowe szybciej docierają do wezwań, a taksówkarze mogą omijać korki i wypadki.

Wiceprezes Fujitsu ocenia, że dzięki zmieniającej się technologii ICT może powstać zupełnie nowe społeczeństwo. Będzie ono zorganizowane w sposób inteligentny, z wykorzystaniem urządzeń, ale to ludzie i ich potrzeby znajdą się w centrum wszystkich usług.

Nowoczesne rozwiązania dla biznesu są jednym z dominujących tematów podczas Fujitsu World Tour 2014. Przedstawiciele firmy i jej partnerów technologicznych od kwietnia odwiedzają Europę, Afrykę, Australię i Singapur, dyskutując o możliwościach technologii ICT.

Afera Amber Gold może się powtórzyć. Klienci parabanków powinni mieć swojego rzecznika

CEO Magazyn Polska

Wspólne wysiłki Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Komisji Nadzoru Finansowego, Rzecznika Ubezpieczonych i powiatowych rzeczników konsumentów nie gwarantowały konsumentom dostatecznej ochrony przed nieuczciwymi praktykami instytucji finansowych. Do takich wniosków doszła Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie, analizując lata 2011-2013. Stworzenie urzędu rzecznika konsumentów rynku finansowego mogłoby skutecznie powstrzymać naciągaczy, których zapędy mogą doprowadzić do kolejnych afer na skalę Amber Gold. Choć nie bez winy są też sami konsumenci.

Brak odpowiednich przepisów zapewniających kontrolę instytucji finansowych przed dopuszczeniem ich do obrotu oraz nadzór nad tymi podmiotami, a także niedostateczna aktywność urzędów na rzecz ochrony konsumentów to główne przyczyny mało skutecznej ochrony praw rynku finansowego. Jednak nie bez winy są też sami konsumenci.

Niezależnie od kampanii informacyjnych, niezależnie od informacji, które słyszymy, nie czytamy umów. Umowy są skomplikowane i w takiej sytuacji wolimy je podpisać, żeby jak najszybciej otrzymać pieniądze. Nie mamy odwagi zadawać pytań, dlaczego tak jest napisane, co to dla mnie oznacza w praktyce, co w konsekwencji prowadzi do bardzo przykrych rezultatów, jak afera Amber Gold – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Paczewski, szef departamentu prawa konkurencji i antymonopolowego w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Dodaje, że mimo rosnącej świadomości klientów oraz lepszych instrumentów prawnych i coraz prężniejszej działalności organów państwowych nie ma gwarancji, że tysiące Polaków po raz kolejny nie padną ofiarami oszusta pokroju Marcina P., szefa gdańskiego Amber Gold, które okazało się piramidą finansową.

Są projektowane zmiany w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów, jest projektowana nowa ustawa o prawach konsumenta, która ma pomóc konsumentom. Natomiast nie gwarantuje to, że taka sytuacja się nie powtórzy, działalność tych instytucji nie jest regulowana – podkreśla Paczewski.

Sytuację może zmienić ulepszenie obecnie dostępnych konsumentom i przedsiębiorcom sposobów rozwiązywania sporów. Chodzi o sądy polubowne funkcjonujące przy KNF i Rzeczniku Ubezpieczonych, przed którymi konsumenci mogliby szybciej dochodzić roszczeń należnych im np. od parabanków. Teraz taka możliwość jest mocno ograniczona, bo przedsiębiorca ma prawo odmówić przystąpienia do postępowania polubownego bez podania przyczyn. Zmusza to konsumenta do występowania na drogę sądową.

Powiedzmy, że z grupy 100 konsumentów 50 proc. z nich, mając rację i słuszne roszczenia, zrezygnuje z tej drogi dochodzenia roszczeń, ponieważ wiąże się ona z długim czasem oczekiwania i z koniecznością poniesienia dosyć dużych kosztów – wyjaśnia radca prawny.

Prawdziwym wybawieniem dla konsumentów może być zaproponowane przez NIK utworzenie łatwo identyfikowalnej, wyspecjalizowanej instytucji wspierającej ochronę konsumentów wszystkich sektorów rynku finansowego. Taki rzecznik mógłby uporządkować system dochodzenia roszczeń przez konsumentów. Oferowałby im też wsparcie w postępowaniu sądowym w skomplikowanych dla większości klientów sprawach finansowych.

Obecnie konsument, który ma problem z parabankiem, pisze do Rzecznika Konsumentów, UOKiK-u, Komisji Nadzoru Finansowego i wszystkich innych możliwych organów. Natomiast odpowiednia kampania informacyjna, wprowadzenie takiego urzędu zwiększyłoby szansę konsumentów na uporządkowanie sytuacji i szybsze dochodzenie ich roszczeń – uważa prawnik.

Zaznacza jednak, że najważniejsza jest prewencja i większości problemów, w które popadają klienci rynku finansowego, można by uniknąć. Wystarczy dokładnie czytać umowy przed ich podpisaniem lub konsultować ich treść z prawnikami.

Ożywienie w gospodarce. Rosną portfele zamówień firm budowlanych

CEO Magazyn Polska

Ożywienie w polskiej gospodarce nie omija branży budowlanej. Stopniowo poprawiają się marże oraz rośnie liczba nowych inwestycji, zwłaszcza w segmencie kubaturowym, energetyce i infrastrukturze. Portfel zamówień Erbudu, jednej z czołowych firm budowlanych, sięga 1,5 mld zł i jest ponad 16 proc. większy niż rok temu. Według prezesa spółki to dopiero początek poprawy koniunktury w budownictwie, bo jeszcze nie ruszyły pieniądze z nowej perspektywy unijnej. Branża może zyskać także dzięki inwestycjom zagranicznym.

– Wartość nierozstrzygniętych ofert złożonych przez Grupę Erbud wynosi ok. 5,4 mld zł. W tej chwili trudno powiedzieć, które z nich wejdą. W dalszym ciągu głównym segmentem w naszych przychodach jest budownictwo kubaturowe w Polsce, czyli centra handlowe, biurowce, szkoły, szpitale, i z tego segmentu należy się spodziewać najwięcej kontraktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Grzeszczak, prezes Erbudu.

Pod koniec pierwszego kwartału 2014 r. Erbud miał podpisane umowy o wartości ponad 1,5 mld zł, z czego na bieżący rok przypada ponad 1 mld zł.

– Dla porównania: rok wcześniej o tej porze mieliśmy 820 mln zł w portfelu do realizacji na 2013 rok, więc portfel wygląda całkiem nieźle, jeśli chodzi o ten i przyszły rok. Jeśli chodzi o segmenty, to głównie kubaturówka w Polsce, ale i inne segmenty naszej działalności, są dobrze zaopatrzone w zamówienia, po ok. 15 proc. każdy – twierdzi Grzeszczak.

Wyniki budowlanej grupy w I kwartale były wyższe od rynkowych prognoz. Grupa zanotowała 37 proc. wzrost przychodów w porównaniu z I kwartałem 2013 roku, podczas gdy rynek wzrósł w tym czasie o 10,6 proc. Dwucyfrowo rosła sprzedaż w segmencie kubaturowym i deweloperskim, a inżynieryjno-drogowy i energetyczny wzrosły odpowiednio o 166 proc. i 350 proc. w ujęciu rocznym. Zysk EBIT był wyższy o 165 proc. i wyniósł 6,14 mln zł.

– Liczymy zarówno na budownictwo inżynieryjne w kraju, jak i na naszego dewelopera oraz budownictwo w energetyce. Tutaj widzimy wzrosty i wydaje mi się, że w tym roku powinniśmy więcej zrobić niż rok wcześniej. Jeśli chodzi o portfel zamówień i przychody za granicą, to jest to ok. 200 mln zł w porównaniu z 1,2-1,3 mld zł w kraju, czyli niecałe 20 proc. I w tym roku taki udział się utrzyma. Za granicą rentowność jest nieco lepsza: w Polsce liczymy na 2 proc. netto, tam mamy ok. 3 proc.– uważa prezes Erbudu.

Obecnie rentowność netto kontraktów Erbudu w Polsce wynosi ok. 1 proc. Według prezesa, sytuacja finansowa jest stabilna, ponieważ spółka posiada gotówkę w wysokości 111 mln zł (tj. 28 proc. wzrostu w ujęciu rocznym) oraz dostępne linie bankowe i ubezpieczeniowe na łączną kwotę 669,2 mln zł.

– To jest przede wszystkim potrzebne do prowadzenia kontraktów, ponieważ czasami pomagamy zarówno naszym zleceniodawcom, jak i naszym podwykonawcom. To jest nasza siła, jeśli chodzi o rynek w Polsce. Widzimy, że nasza sytuacja jest komfortowa, ponieważ mamy więcej zleceń niż rok wcześniej i w tej chwili koncentrujemy się na tym, żeby te zlecenia w odpowiedniej jakości, terminowości i z odpowiednim zyskiem zrealizować – tłumaczy Dariusz Grzeszczak.

Rosnąca liczba inwestycji współfinansowanych przez UE daje możliwość poprawy marż, jakie będzie osiągał Erbud. Zdaniem Grzeszczaka drugim sprzyjającym czynnikiem są zdrowe fundamenty polskiej gospodarki, co powinno sprzyjać ożywieniu inwestycji, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Szczególnie duży potencjał ma rynek powierzchni biurowych, gdzie inwestorzy zagraniczni – zainteresowani polskim rynkiem – relatywnie silnie wpływają na ceny. Spółka buduje obecnie 2 duże biurowce w Warszawie.

– To jest Eurocentrum oraz Royal Wilanów, nasza przyszła siedziba, do której zamierzamy się wprowadzić na dwudziestopięciolecie naszej firmy w przyszłym roku, w sierpniu lub we wrześniu – mówi prezes Grzeszczak.

Akcjonariusze Erbudu czekają teraz na rozstrzygnięcie sporu z Mazowieckim Portem Lotniczym WarszawaModlin, który domaga się od spółki ponad 34 mln zł odszkodowania za utracone korzyści oraz inne koszty związane z zamknięciem lotniska. Port w Modlinie był zamknięty dla ruchu lotniczego od grudnia 2012 r. do lipca 2013 r. z powodu pękającej nawierzchni na pasie startowym. Wykonawca nie zgadza się z zarzutami i powołuje się na niezależne ekspertyzy, według których stwierdzone uszkodzenia pasa startowego powstały nie z winy Erbudu.

– Pozew wpłynął i w tej chwili go analizujemy. Będziemy zastanawiali się, co z tym dalej zrobić. W oparciu o analizę procesu realizacji inwestycji oraz wyniki niezależnych ekspertyz technicznych błędy wykonawcze zostały wykluczone. Przyczyny uszkodzeń były niezależne od spółki– mówi prezes Erbudu.

Polskie bakalie i płatki śniadaniowe podbijają świat. Perspektywy na najbliższe lata są jeszcze lepsze

CEO Magazyn Polska

Firma Bakalland, producent m.in. bakalii i produktów śniadaniowych, stawia na rozwój eksportu. Choć napięta sytuacja polityczna może negatywnie wpłynąć na sprzedaż do Rosji, bakalie trafiają nie tylko do krajów europejskich, lecz także na rynek azjatycki i afrykański, gdzie sprzedaż dynamicznie rośnie. W Polsce firmy przemysłu spożywczego narzekają na rentowność i zmieniającą się strukturę konsumpcji, plusem są za to rozwinięte linie produkcyjne i dobra baza surowcowa, np. owoców, warzyw czy produktów mlecznych.

Bakalland jest liderem na rynku bakalii w Polsce. Obecnie stawia na eksport, przede wszystkim płatków śniadaniowych oraz batonów bakaliowo-zbożowych. Sektor spożywczy jest wrażliwy na czynniki zewnętrzne, dlatego ważna jest dywersyfikacja eksportu.

Jesteśmy obecni na kilkudziesięciu rynkach eksportowych, kilka rynków rozwija się bardzo ciekawie. W jednym z krajów europejskich notujemy kilkusetprocentową dynamikę. Ale nie można zapominać o innych rynkach, na przykład Afryce, gdzie w jednym z krajów także mamy bardzo dobrą dynamikę obrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Moczulski, prezes Bakallandu.

Polskie bakalie można znaleźć m.in. w RPA i Nigerii, niedawno trafiły także do Chin. Jak zaznacza prezes zarządu firmy, o ile za sprzedaż odpowiada producent, to istotny wpływ przy wchodzeniu na nowe rynki ma też wsparcie od państwa.

Odpowiedzialnością administracji rządowej jest, aby w ramach swoich możliwości nie tylko nie przeszkadzać, lecz także na pewno ułatwiać taką działalność. I tu na pewno jest wsparcie, można tylko mówić o tym, na ile jest ono efektywne, czy coś można poprawić – zaznacza Marek Moczulski.

Sytuacja w eksporcie może się jeszcze poprawić, podobnie jak w całym segmencie rolnospożywczym. Eksperci szacują, że w ciągu kilkunastu lat Polska w tym segmencie może nawet podwoić eksport. Przemysł spożywczy został dofinansowany. Jak podkreśla Moczulski, nie ma już luki technologicznej i polskie firmy od dawna dorównują tym na zachodzie Europy.

– Mamy znakomitą bazę surowcową, jeśli chodzi o wiele gałęzi przemysłu, chociażby owoce, warzywa czy bazę mleczarską. Ale jednocześnie różnie bywa pod względem rentowności i konsumpcji na polskim rynku, która zmienia swoją strukturę – ocenia Moczulski.

Napięta sytuacja polityczna na wschodzie Europy może negatywnie odbić się na rynku spożywczym. Według prezesa Bakallandu trudno na razie mówić o skutkach, jakie ta sytuacja przyniesie.

– Są to czynniki ze sobą powiązane, bo jeśli mamy do czynienia z jakimikolwiek zawirowaniami, które są ryzykowne, odbija się to na gospodarce. W tym okresie nie znamy jeszcze pełnych skutków, ale na pewno będą utrudnienia – przyznaje Marek Moczulski.

Ze wschodu Bakalland importuje też dużą część surowców.

Początek budowy spalarni odpadów komunalnych w Poznaniu

Ruszyła budowa współfinansowanej przez PKO Bank Polski największej w historii inwestycji w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. 22 maja została wbita pierwsza łopata pod wartą ponad 720 milionów złotych Instalację Termicznego Przekształcania Odpadów Komunalnych w Poznaniu. Na realizację instalacji Bank przyznał kredyt w wysokości 260 milionów złotych. Inwestycja jest realizowana przez spółkę SITA Zielona Energia, której 50-procentowym udziałowcem jest Fundusz Marguerite. Bank jest także jednym z sześciu głównych inwestorów Funduszu.

Łukasz Duda, Dyrektor Biura Reklamy sieci Adkontekst dołączył do Zarządu Spółki Netsprint

Od maja 2014 Łukasz Duda, Dyrektor Biura Reklamy sieci Adkontekst dołączył do Zarządu Spółki jako Chief Revenue Officer. Na nowym stanowisku będzie odpowiedzialny za tworzenie i wdrażanie strategii Go-To-Market Netsprinta.

W ramach swoich obowiązków zajmie się koordynacją kluczowych działań generujących przychód firmy, takich jak najważniejsze partnerstwa, dalszy rozwój sieci sprzedaży, działania marketingowe, współudział w określaniu kierunków rozwoju produktów oraz rozwój kompetencji zespołów w powiązanych obszarach. Niezależnie od zmiany, Łukasz pozostanie Dyrektorem Biura Reklamy Adkontekst.

Łukasz Duda jest od ponad 10 lat związany z Netsprint, w tym czasie współtworzył produkty i usługi reklamowe. Odpowiadał m.in. za budowanie i rozwój oferty reklamowej sieci Adkontekst. Od ponad 5 lat jako Dyrektor Biura Reklamy Adkontekst, koordynuje i zarządza zespołem Agencyjnym oraz New Business w sieci Adkontekst. W tym czasie odpowiadał za strategiczne relacje z klientami, partnerami i resellerami. Wspierał budowanie mediaplanów i strategii dla kluczowych klientów sieci Adkontekst – m.in. takich firm, jak Allegro.pl, Bankier.pl, Money.pl, NBP, Wakacje.pl, Travelplanet, OMC Motors, Ebay, Expekt, Militaria.pl, Agito.pl czy ESKK. Obecnie jest również aktywnym członkiem zespołów eksperckich – grup roboczych IAB oraz projektowych w ramach struktur Netsprint. Bierze udział w pracach nad rozwojem obecnych i nowych produktów reklamowych.

Łukasz jest autorem publikacji w prasie branżowej na temat rynku reklamowego oraz szeroko pojętego performance marketingu. Prowadzi seminaria, warsztaty i szkolenia z zakresu reklamy m.in dla Forum Marketingu i Reklamy, Informedia Polska, epr.pl, na studiach podyplomowych na UW, Podyplomowych Studiach Nowoczesnej Promocji SGH, Uczelni Łazarskiego, a także na konferencjach IAB, IDG i NoNoobs.

Łukasz Duda ukończył studia na kierunku Zarządzanie i Marketing (Politechnika Warszawska) oraz jest absolwentem stacjonarnych studiów doktoranckich KNoP (SGH).

Polacy patrzą w przyszłość bez optymizmu

Jedna trzecia Polaków uważa, że sytuacja gospodarcza w Polsce pogorszy się w ciągu najbliższego kwartału. Nieco lepiej oceniany jest rynek pracy oraz sytuacja finansowa gospodarstw domowych. Prawie połowa Polaków deklaruje, że posiada oszczędności finansowe, których nie zamierza na razie wydawać – to główne wnioski z pierwszego badania nastrojów ekonomicznych, zrealizowanego przez Instytut Homo Homini na zlecenie mBanku. mBank Indeks Nastrojów Konsumenckich będzie aktualizowany co kwartał.

Subiektywna ocena sytuacji ekonomicznej w kraju jest jednym z ważniejszych czynników pozwalających prognozować, czy i w jakim tempie będzie rozwijać się nasza gospodarka. Nastroje konsumentów mają bowiem istotny wpływ na ich decyzje zakupowe oraz na to, co będą robić w tym czasie przedsiębiorstwa.

Począwszy od końca pierwszego kwartału 2014 roku mBank rozpoczyna regularne badanie nastrojów Polaków, obliczając mBank Indeks Nastrojów Konsumenckich (przygotowywany we współpracy z Instytutem Badań Rynkowych i Społecznych Homo Homini). – Zdecydowaliśmy się na cykliczne badanie nastrojów ekonomicznych, które zamierzamy prezentować regularnie co kwartał. Odpowiedzi respondentów będziemy zestawiać z analizą twardych danych płynących z gospodarki. W naszej ocenie pozwoli to dobrze prognozować rozwój sytuacji gospodarczej w kraju i podejmować wiele istotnych decyzji – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku.

Ocena sytuacji gospodarczej w Polsce

Zaledwie 12 proc. Polaków przewiduje polepszenie sytuacji gospodarczej w kraju, 31 proc. uważa natomiast, że najbliższy kwartał przyniesie pogorszenie. Najbardziej pesymistyczni są mieszkańcy województwa kujawsko-pomorskiego (43 proc. ocen negatywnych), opolskiego (41 proc.) oraz wielkopolskiego (40 proc.). Największymi optymistami są natomiast mieszkańcy Dolnego Śląska (28 proc. pozytywnych wskazań) oraz województwa lubuskiego (22 proc.).

Największy pesymizm panuje wśród osób starszych, w grupie wiekowej 55-64 lata pogorszenia sytuacji gospodarczej w kraju w najbliższym kwartale spodziewa się blisko 45 proc. respondentów, wśród tych powyżej 65 roku życia odsetek negatywnych ocen spada do 32 proc. W tej grupie znalazło się jednak także najwięcej osób, które uważają, że sytuacja gospodarcza w Polsce poprawi się (21 proc. wskazań).

Z większym optymizmem patrzymy na rynek pracy

Badani pytani byli również, jak w nadchodzącym kwartale zmieniać będzie się sytuacja na rynku pracy. W tym wypadku oceny są nieco lepsze. Jedna czwarta uznaje, że ten rynek będzie w ciągu najbliższych miesięcy wyglądał lepiej niż obecnie. Dokładnie tyle samo osób uważa, że sytuacja na nim pogorszy się, a połowa, że pozostanie bez zmian. Najwięcej optymistów jest w tym zakresie w województwie pomorskim (42 proc. pozytywnych wskazań), pesymiści dominują natomiast w województwie lubuskim (42 proc. wskazań o pogorszeniu sytuacji na rynku pracy). Co zaskakujące, najlepiej rozwój sytuacji oceniają mieszkańcy wsi (27,5 proc.) oraz mniejszych miast (24,6 proc.), a najwięcej obaw związanych z pracą mają mieszkańcy miast średnich (pomiędzy 50 a 250 tys.) – blisko 26 proc. respondentów.

Liczba pozytywnych wskazań co do rozwoju sytuacji na rynku pracy w najbliższym kwartale rośnie wraz z poziomem dochodów. O ile wśród osób zarabiających najmniej (do 1 tys. zł) polepszenia spodziewa się zaledwie 11 proc., to już wśród tych o zarobkach powyżej 5 tys. zł optymistów jest już blisko połowa.

Polacy nie spodziewają się zmiany własnej sytuacji finansowej

Aż 69 proc. badanych uważa, że sytuacja finansowa ich gospodarstwa domowego nie zmieni się w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Po 15 proc. badanych sądzi, że się i polepszy, i pogorszy. Największymi optymistami w tym zakresie są mieszkańcy województwa lubuskiego (33 proc. odpowiedzi) oraz kujawsko-pomorskiego (23 proc.). Pogorszenia własnej sytuacji finansowej spodziewają się najczęściej mieszkańcy Podlasia (25 proc. ) oraz Wielkopolski (23 proc.). Lepszej sytuacji finansowej oczekują ludzie młodzi – najwięcej od 18 do 24 roku życia (blisko 33 proc.), ocena ta spada wraz z wiekiem i wśród osób powyżej 65 roku życia wynosi już zaledwie 0,6 proc.

Mamy oszczędności, ale nie zamierzamy ich ruszać. Niewielkie zainteresowanie kredytem

Według badania IBRiS dla mBanku, 47 proc. badanych deklaruje, że posiada oszczędności. Najczęściej są to osoby pomiędzy 25 a 44 rokiem życia. Najwięcej takich osób jest w województwie opolskim (49 proc.), najmniej w Małopolsce (69 proc. twierdzi, że nie posiada oszczędności) i w województwie łódzkim (61 proc. nie ma oszczędności).

Na co respondenci zamierzają przeznaczyć swoje oszczędności w najbliższych trzech miesiącach? Blisko 19 proc. twierdzi, że je po prostu wyda. Natomiast trzy czwarte będzie trzymać je w banku: odpowiednio na lokacie (26,3 proc.), na zwykłym koncie (24,8 proc.) oraz na koncie oszczędnościowym (23,9 proc.). Polacy są raczej niechętni w podejmowaniu ryzykownych inwestycji, które mogłyby przynieść znacznie wyższe zyski – zaledwie 2,6 proc. myśli o inwestycji na giełdzie, 3,6 proc. zainteresuje się zakupem jednostek funduszy inwestycyjnych, a 1,7 proc. kupi złoto i kosztowności.

Z różnego rodzaju produktów kredytowych zamierza w najbliższych trzech miesiącach skorzystać niecałe 15 proc. badanych. Najczęściej myślą oni o dokonaniu zakupów na raty (4,6 proc.), będą wykorzystywać limit na karcie kredytowej (3,7 proc.) czy wykorzystają limit kredytowy w koncie 2,3 proc. O kredycie gotówkowym i hipotecznym myśli po 1,9 proc. badanych.

mBank Indeks Nastrojów Konsumenckich na minusie

Konstrukcja wskaźnika mBanku opiera się na różnicy pomiędzy odpowiedziami pozytywnymi (połączone odpowiedzi „zdecydowanie się poprawi” i „poprawi”) oraz odpowiedziami negatywnymi („zdecydowanie się pogorszy” i „pogorszy”).Może on przyjmować wartość od -100 do 100. mIndeks powstał z połączenia trzech wskaźników oceny sytuacji gospodarczej i rynku pracy orazpodzielenia powstałej wartości przez liczbę wskaźników.Jego pierwszy odczyt na podstawie kwietniowego badania wynosi -7.

Badanie przeprowadził w kwietniu 2014 r. na zlecenie mBanku Instytut Badań Rynkowych i Społecznych Homo Homini. Badanie zrealizowano na reprezentatywnej grupie 1600 mieszkańców Polski deklarujących posiadanie konta bankowego. Metoda pomiaru – telefoniczne standaryzowane wywiady kwestionariuszowe wspomagane komputerowo (CATI).

mIndeks Nastrojów Konsumenckich to nowy wskaźnik, przez co interpretacja jego wyników jest utrudniona ze względu na brak odczytów historycznych. Z tego powodu niemożliwe jest odpowiednie wyznaczenie naturalnego dla Polaków neutralnego poziomu odpowiedzi, ich odsezonowanie itp.

Wynik na minusie wskaźnika wcale nie musi martwić, gdyż niejako polską specyfiką jest negatywne nacechowanie odpowiedzi konsumentów. Potwierdzają to historyczne wskazania alternatywnych badań konsumenckich.

Tym, na co warto zwrócić uwagę, jest bardziej pozytywna ocena przez respondentów sytuacji na rynku pracy niż sytuacji gospodarczej. Dla konsumentów, ich nastrojów i perspektyw popytu konsumpcyjnego, decydujące znaczenie ma właśnie sytuacja na rynku pracy. Nadbudowana z czasem historia badania mBanku pozwoli zapewne na bardziej precyzyjne określenie perspektyw dla konsumpcji właśnie poprzez analizę poziomu oszczędności respondentów i deklaracji co do decyzji inwestycyjnych.

Kierunek – Europa czy Rosja? Wybory prezydenckie na Ukrainie

25 maja Polacy będą wybierać swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. W tym samym czasie obywatele Ukrainy wybiorą prezydenta swojego kraju. Do startu w wyborach zarejestrowanych zostało 23 kandydatów, jednak liczą się tylko trzy nazwiska. Od tego, kogo wybiorą Ukraińcy, będzie zależeć ich przyszłość. Czy kraj przyjmie kierunek na Unię Europejską, czy nadal zostanie pod wpływem Rosji?

Społeczna rewolucja na Ukrainie rozpoczęła się pod koniec listopada 2013 roku, kiedy to prezydent Wiktor Janukowycz nie podpisał umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Decyzja ta zbulwersowała Mustafę Najema, który poprzez wpis na Facebooku wezwał swoich rodaków do przyjścia na Majdan i pokazania swojego niezadowolenia. W owym czasie nie przypuszczano, że na Ukraińskim Placu Niepodległości, pozostaną znacznie dłużnej niż jedną noc oraz że dojdzie do rozlewu krwi. Nic nie działo się na darmo, wyjaśnia Bartosz Kramek z Fundacji Otwarty Dialog „[…] rewolucja doprowadziła do obalenia prezydenta Wiktora Janukowycza. Władze przejęła Rada Najwyższa Ukrainy, która zarządziła, że z uwagi na nową sytuacje polityczną, 25 maja 2014 roku odbędą się przedterminowe wybory prezydenckie”.

Ustanowione wybory są istotne nie tylko dla Ukrainy. Brak prezydenta, brak legalnej władzy oznacza, że Rosja nadal będzie mogła destabilizować sytuację w kraju. Z kolei Europa nie będzie miała legitymnego partnera do prowadzenia rozmów dotyczących przyszłości Ukrainy. W wyborach naród ukraiński pokłada wiele nadziei. Tak jak Lyudmyla Kozlovska, Prezes Fundacji Otwarty Dialog „dla każdego z nas – młodych ludzi, którzy stali na Majdanie – wybór jest oczywisty. […] Nie mamy innej drogi, nasza przyszłość jest europejska, dlatego dążymy wszystkimi siłami, by iść w tym kierunku”.

Jednak jak pokazuje historia, a także ostatnie wydarzenia, Ukraina i jej mieszkańcy są podzieleni. Mają róże przyzwyczajenia i poglądy. Mimo to są zdeterminowani do zmian, bo według wielu sondaży blisko 80% respondentów jest gotowych pójść na wybory prezydenckie, które odbędą się 25 maja. Wybór nie będzie prosty, bo o fotel prezydencki zawalczy aż 23 kandydatów. „[…] Tak naprawdę liczy się tylko kilku. Sondaże dają zdecydowaną przewagę Piotrowi Poroszenko i nie jest wykluczone, że wygra on wybory już w pierwszej turze” – podkreśla Bartosz Kramek. Ukraińskiego biznesmena i byłego szefa dyplomacji, gotowych jest poprzeć 34% wszystkich uprawnionych do głosowania. Jego największą kontrkandydatkę, Julię Tymoszenko – 6,5%. Na trzecim miejscu znalazł się były wicepremier Serhij Tihipko, na którego chce oddać swój głos 5,8%.

Nie we wszystkich okręgach odbędą się wybory, bo niektóre komisje są przejmowane przez separatystów. Według sondażu Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii ponad 20% ankietowanych Ukraińców powiedziało, że nie ma zamiaru iść do urn. Największa niechęć do wyborów jest na wschodzie kraju. Być może wynika to z tego, że kandydaci dążą do zbliżenia z Europą. Jak twierdzi Marcin Święcicki, Poseł na Sejm RP „[…] Wierzę, że Ukraińcy wybiorą mądrze. Postawią na kogoś, kto będzie przestrzegał standardów demokratycznych. Kto będzie opowiadał się za wartościami europejskimi i będzie chciał realizować umowę stowarzyszeniową, by utrzymać dobre kontakty z Europą, w tym z Polską”.

Ukraina jest ważnym partnerem handlowym dla Polski. Nic dziwnego, że wielu przedsiębiorców zadaje sobie pytanie, jak będzie wyglądać przyszłość inwestycyjna polskich firm, które nad Dniepr eksportują głównie wyroby przemysłowe, maszyny, samochody, produkty codziennego użytku i żywność. Czy sytuacja się ustabilizuje i będą lepsze warunki do handlu?

Jeżeli Ukraina chce iść w kierunku Europy musi zacząć się zmieniać. Wprowadzić wiele trudnych reform, które położą kres korupcji i nie pozwolą oligarchom przekupywać polityków. Uniemożliwią wyzysk najbiedniejszych obywateli. W zamian, poprawią system opieki zdrowotnej i edukacji, czy sieć transportową – wszystko z czego korzystają zwykli Ukraińcy. Niestety – to wymaga wyrzeczeń. Nie udało się tego wprowadzić po pomarańczowej rewolucji. Pytanie, czy uda się teraz? Odpowiedź poznamy w przyszłości.

Zachowania i preferencje wyborcze Polaków w maju

Gdyby wybory parlamentarne miały odbyć się w maju, to wzięłaby w nich udział ponad połowa dorosłych Polaków (51 proc.). Najwięcej głosów otrzymałoby Prawo i Sprawiedliwość (37 proc.) oraz Platforma Obywatelska (34 proc.) – wyniki majowej fali badania* GfK Polonia na temat preferencji partyjnych Polaków.

W porównaniu z kwietniową falą badania spadły notowania PiS o 1,33 punktu proc. do 36,93 proc., natomiast wzrosły notowania PO o 0,92 punktu proc. do 33,99 proc. Do Sejmu dostałby się jeszcze Sojusz Lewicy Demokratycznej (10,32 proc., +1,12 punktu proc.). Poza parlamentem znalazłyby się: Twój Ruch (3,9 proc.), Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke (3,45 proc.), Polskie Stronnictwo Ludowe (3,38 proc.), Polska Razem Jarosława Gowina (1,72 proc.), Partia Kobiet (1,36 proc.), Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro (1,02 proc.), Liga Polskich Rodzin (0,38 proc.), Prawica Rzeczypospolitej (0,29 proc.), Samoobrona (0,21 proc.) , Socjaldemokracja Polska (0,17 proc.), Zieloni (0,11 proc.). Powyższy rozkład procentowy głosów uwzględnia także kategorię „inna partia”, na którą wskazało niemal 3 proc. respondentów.

Prezentowane wyniki preferencji partyjnych obliczono na podstawie połączonych dwóch kategorii respondentów, którzy zadeklarowali swój udział w wyborach – tych, którzy wskazali jakąś partię oraz tych, którzy jeszcze się wahają (wynik imputowany**).

Frekwencja
W maju nieco ponad połowa respondentów (51 proc.) deklaruje, że wzięłaby udział w wyborach (18 proc. zdecydowanie tak; 33 proc. raczej tak). W wyborach nie wzięłoby udziału 40 proc. z nich (29 proc. zdecydowanie nie; 11 proc. raczej nie). 9 proc. Polaków nie jest pewnych udziału w wyborach.

Wyborcy niezdecydowani**
Wśród respondentów, którzy deklarują chęć udziału w wyborach, 26 proc. jest niezdecydowanych na jaką partię głosować. W porównaniu z badaniem kwietniowym odsetek wyborców wahających się wzrósł w maju o 3 punkty proc.

Dodatkowe informacje o badaniu
Badanie zachowań i preferencji wyborczych jest prowadzone przez instytut GfK Polonia od 2005 roku na potrzeby partii politycznych, organizacji społecznych, administracji publicznej i rządowej.

* Majowa fala badania została przeprowadzona w dniach 8-11 maja 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby pełnoletnich Polaków wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020.

** Rozkład głosów oddanych na partie dla osób niezdecydowanych, rejestrowany w pytaniu o preferowaną partię, został zaimputowany (odtworzony) za pomocą wielomianowego modelu regresji logistycznej, oszacowanego w oparciu o szczegółowe cechy społeczno-demograficzne badanego respondenta.

Udział w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego zapowiada 41% ankietowanych Polaków

25 maja Polacy po raz trzeci wezmą udział w wyborach do europarlamentu. W poprzednich latach, w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej, nasza frekwencja była bardzo niska. W 2004 roku Polska zajęła przedostatnie miejsce, a w 2009 drugie od końca.

Od kilkudziesięciu lat obecność wyborców w całej Europie spada z roku na rok. W pierwszych wyborach do Parlamentu Europejskiego w 1979 roku wyniosła ponad 60%, w następnych około 55%, a w dwóch ostatnich już tylko 45% i 43%.

Jak wynika z prognoz Centrum Badania Opinii Społecznej tegoroczną obecność Polaków w wyborach do europarlamentu deklaruje 41% ankietowanych, jednak rzeczywista frekwencja wyniesie prawdopodobnie ok. 25%. Wybranych zostanie 51 posłów, którzy będą reprezentować Polskę w Brukseli. Łącznie w 28 Państwach Członkowskich Unii Europejskiej zostanie wyłonionych 766 posłów. Przez kolejne 5 lat będą oni wspólnie decydować o losach Europy.

Aż 89% Polaków, jak pokazuje analiza CBOS, popiera członkowsko w Unii Europejskiej. Za sprawą integracji europejskiej umocniła się nasza pozycja na arenie międzynarodowej oraz odczuliśmy korzyści w dziedzinie gospodarczej, społecznej i kulturalnej. Przez kolejne lata powstały w Polsce liczne inwestycje, zwiększyła się liczba dróg, przedsiębiorcy mogą ubiegać się o pomoc w rozwoju firm, a gminy o dofinansowanie polskiej wsi. Dlaczego zatem Polacy nie chodzą na eurowybory?

Przyczyn jest kilka. Badanie CBOS pokazało, iż zainteresowanie wyborami do Parlamentu Europejskiego jest pochodną ogólnego zainteresowania sprawami polityki – im jest ono mniejsze, tym rzadziej interesujemy się tymi wyborami. Mówiono między innymi o braku odpowiednich kandydatów, na których respondent mógłby oddać głos, o negatywnej ocenie dotychczasowego dorobku, działalności i zachowania polskich europarlamentarzystów, czy wyrażano ogólny brak zaufania do klasy politycznej. W niektórych przypadkach powodem deklarowanej absencji wyborczej są również przyczyny zewnętrzne, niezależne od respondenta, takie jak obowiązki zawodowe lub rodzinne, zaawansowany wiek, choroba, niepełnosprawność albo zaplanowany wcześniej wyjazd za granicę i brak chęci lub wiedzy, jak zagłosować poza granicami kraju.

Każdy typ wyborów, niezależnie czy są to wybory prezydenckie, samorządowe czy do Parlamentu Europejskiego charakteryzuje się innym stopniem zainteresowania oraz czynnikami sprzyjającymi bądź zmniejszającymi frekwencję. Wybory prezydenckie cieszą się większą popularnością, prawdopodobnie dlatego, że walka konkretnych kandydatów skuteczniej przyciąga uwagę. Zaś w przypadku wyborów do europarlamentu media w swym przekazie skupiają na ogólnym obrazie życia politycznego.

Ponieważ na wzrost frekwencji wpływa głównie zaciekłość kampanii wyborczej i popularyzacja sceny politycznej, podejmowane są zatem licznie działania w celu odwrócenia negatywnej tendencji głosowania do europarlamentu.

Istotnym czynnikiem jest przekonanie wyborcy, że jego głos jest ważny i może realnie coś zmienić. Rozmachu nadają kampanie radiowe i telewizyjne, obecność polityków podczas spotkań z wyborcami, plakaty oraz działania w Internecie. Ostatnio również, uczestnictwo w wyborach zwiększają różnego rodzaju zakłady.

Polacy jak wynika z sondaży nie są mocno zainteresowani wynikiem eurowyborów, sytuacja ulega jednak zmianie kiedy dotyczy to zakładów bukmacherskich. – mówi Piotr Majewski z firmy Unibet. Zakłady budzą w wyborcach dużą ekscytację, chęć wygranej może zachęcić również do pójścia do głosowania – dodaje.

Według badania CBOS, 36% osób między 18 a 24 rokiem życia i 41 % studentów, poszłoby głosować, gdyby miało możliwość wybrania nowej partii i nowych kandydatów. Podobnego zdania są mieszkańcy największych miast (33 %) oraz niespełna połowa pracujących na własny rachunek (49%).

Badanie CBOS, na zlecenie koalicji „Masz Głos, Masz Wybór”, pokazało również ciekawe różnice między sposobami podejmowania decyzji podczas głosowania. Dla co trzeciego badanego (32,2%) nazwisko kandydata jest równie ważne, co nazwa partii, którą on reprezentuje. 18,7 % kieruje się głównie nazwą partii i w mniejszym stopniu nazwiskiem kandydata, a dla 13,4 % nazwiska kandydatów w ogóle nie mają znaczenia. Nieco ponad co czwarty badany uważa, że to kandydat jest ważniejszy niż jego partia.

W nowej kadencji Parlament Europejski będzie musiał zmierzyć się między innymi z tak ważnymi kwestiami jak z polityką energetyczną czy osobnym budżetem dla krajów strefy euro. Jakie przełożenie będzie to miało na Polskę i Polaków zależne jest w dużej mierze od wyboru partii nas reprezentującej. Ponieważ naszym prawem jest wolność wyboru i możliwość decydowania o tym kto będzie sprawował władzę, powinniśmy skorzystać z tego przywileju.

Energia w Europie i w Polsce – rekomendacje

Bezpieczeństwo w energetyce – zamiast bezwzględnie lansowanej doktryny. Pogodzenie polityki ochrony klimatu z odnową konkurencyjnego europejskiego przemysłu – a także otwarcie Europy na świat i skutki tego procesu. Oto główne wytyczne dot. energii z VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Unia Europejska posiada już wizję poszanowania klimatu, musi mieć także wizję poszanowania przemysłu. Niedawny kryzys był mniej odczuwalny w tych krajach, gdzie udział przemysłu był większy, niż w krajach, gdzie rola przemysłu była mniejsza – to główne konkluzje formułowane podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego 2014 w trakcie debat poświęconych energii, polityce klimatycznej i przemysłowej.

WYTYCZNE DLA EUROPY

Polityka klimatyczna

Polityka klimatyczna UE jest w fazie szukania nowej tożsamości. Cele klimatyczne tracą znaczenie na rzecz konkurencyjności i bezpieczeństwa energetycznego. KE zrezygnowała z celów dot. udziału OZE i efektywności energetycznej, ale postawiła cel 40 proc. redukcji CO2 do roku 2030. To cel zbyt ambitny dla wielu krajów członkowskich – bardzo trudny do osiągnięcia.

Trwają bardzo intensywne prace nad kształtem polityki energetyczno-klimatycznej UE w średnim i długim okresie. W tej dyskusji pojawiają się nowe pojęcia – koszty, konkurencyjność i bezpieczeństwo dostaw.

Na nich buduje swoje stanowisko negocjacyjne m.in. Polska. Niezmiennym argumentem Polski, który znajduje wielu sojuszników, jest połączenie wyznaczania nowych celów polityki klimatycznej UE z negocjacjami globalnymi. Ochrona klimatu jest problemem globalnym, a nie lokalnym. Jedynym skutkiem wdrożenia unijnego pakietu klimatyczno-energetycznego w krótkim czasie będzie alokacja części przemysłu i obniżenie konkurencyjności unijnej gospodarki, szczególnie polskiej. Dlatego polityka klimatyczna oraz konkurencja na rynku powinny być bodźcem do poszukiwania rozwiązań, które obniżą koszty związane z kosztem produkcji energii z OZE.

Konsekwentna budowa konkurencyjnych europejskich rynków energii elektrycznej i gazu dałaby duże efekty synergii. Natomiast rozpoczęcie działań od bardzo ambitnego pakietu klimatyczno-energetycznego, bez oglądania się na skutki, a także brak jedności większości krajów świata w kolejnych szczytach klimatycznych, nakłada na Europę wyjątkowo duże koszty, które nie przyniosą spodziewanych efektów.

Bezpieczeństwo energetyczne i rynek

W dyskusji nt. celów redukcyjnych ważnym argumentem ma być rola rodzimych złóż paliw i zagwarantowanie prawa do ich eksploatacji. Argument ten jest jednym z filarów unii energetycznej, proponowanej przez premiera Donalda Tuska. Polski węgiel może i powinien pełnić rolę stabilizatora bezpieczeństwa energetycznego w Unii Europejskiej.

Kolejnym czynnikiem bezpieczeństwa w systemie energetycznym na szczeblu regionu i Europy powinien być gaz łupkowy. Polski rząd wyraźnie podkreślił, że nie dopuści, aby KE zablokowała, czy utrudniała, możliwość eksploatacji gazu łupkowego.

Dlatego Polska proponuje, żeby unia energetyczna opierała się na sześciu filarach: rozwoju infrastruktury energetycznej łączącej państwa UE i sąsiadów; mechanizmach solidarnościowych na wypadek kryzysu dostaw; wykorzystaniu siły przetargowej UE w negocjacjach z dostawcami; wykorzystywaniu rodzimych źródeł energii; dywersyfikacji dostaw (np. otwarcie na gaz z USA) oraz wzmocnieniu bezpieczeństwa energetycznego sąsiadów Unii. Komisja Europejska pracuje nad pierwszymi rekomendacjami dotyczącymi zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego Unii Europejskiej.

UE powinna dbać o to, żeby unijne firmy energetyczne były traktowane na rynkach trzecich w ten sam sposób, jak firmy z zewnątrz na unijnym rynku.

Homogeniczny rynek energii elektrycznej będzie ewoluował w stronę rynku dwuproduktowego – energii elektrycznej oraz mocy. Europejski rynek energii elektrycznej będzie nadal rynkiem silnie regulowanym. Obecna sytuacja geopolityczna będzie skłaniała do wprowadzania jeszcze głębszych, aczkolwiek może odmiennych niż obecne, regulacji. O ile dotychczas na pierwszym miejscu stawiany był zrównoważony rozwój,
a w jego ramach wiodącą rolę odgrywały kwestie klimatyczne, to teraz regulacje oddadzą prymat bezpieczeństwu energetycznemu.

Powinno nastąpić przemodelowanie sposobu funkcjonowania energetyki, a bezpieczeństwo energetyczne ma być dominujące. Symptomem tej zmiany będzie tworzenie się rynków mocy. Ponieważ jednak zakres interwencjonizmu w energetyce już jest znaczny, to nie da się wprowadzać kolejnych regulacji bez konsekwencji dla obecnego kształtu rynku. Wśród decyzji politycznych, które będą w największy stopniu determinowały rozwój energetyki, na pierwszym miejscu powinny być decyzje dotyczące szeroko rozumianej pomocy publicznej, czyli tego, co jest dozwolone, a co nie, jeśli chodzi o interwencję państwa w rynek.

Najbliższe 3-4 lata będą rewolucyjne, jeśli chodzi o budowanie rynków energii w ogóle, a szczególnie rynku energii elektrycznej. W Europie obserwujemy w tej chwili dwa główne trendy. Po pierwsze – racjonalizacja systemów wsparcia OZE. To zjawisko bardzo silnie widoczne, ale różne w różnych krajach. Na przykład Niemcy raczej nie będą dążyć zbyt mocno do ograniczenia roli, ale próbują racjonalizować system wsparcia OZE i ograniczać jego koszty, a przy tym po rezygnacji z atomu inwestują w generację węglową. Hiszpania z kolei zdecydowała o pozbawieniu wsparcia wszystkich elektrowni wiatrowych zbudowanych przed 2004 rokiem. Drugi trend to budowa rynków mocy będąca odpowiedzią na głębokie skutki wprowadzenia wspieranych z publicznych środków OZE.

Inteligentna energia

Dzisiejsze trendy w Europie zmieniają się w kierunku przyjęcia podejścia, że to najpierw sieć powinna być inteligentna, dopiero po niej licznik. Nie ma przy tym wątpliwości, że instalacja inteligentnych liczników wraz z funkcjonalnością dwukierunkowej komunikacji może przynieść opisywane szeroko korzyści związane z reakcją odbiorców (większa świadomość energetyczna, możliwość zarządzania reakcją strony popytowej).

Obecny trend na rynku międzynarodowym wskazuje, że przyszłość inteligentnej energetyki nie będzie definiowana przede wszystkim przez postęp w liczbie zainstalowanych inteligentnych liczników, ale raczej poprzez całościowe spojrzenie na inteligentną sieć i szukanie korzyści dla odbiorców, dystrybutorów energii i gospodarki.

Cena energii

Mówiąc o dostępności energii, trzeba pamiętać o aspekcie finansowym – reindustrializacji UE musi towarzyszyć racjonalne podejście do czynników cenotwórczych energii elektrycznej. Jeżeli UE ma być konkurencyjna, to musi obniżyć ceny surowców i energii, bo są znacząco wyższe niż w Stanach Zjednoczonych. Firmy w Europie płacą blisko trzy razy więcej za prąd i cztery razy więcej za gaz, w porównaniu do firm w USA. Ta sytuacja jest w dużej mierze wynikiem wysokich podatków, opłat i dotacji.

W tym kontekście wyzwaniem dla UE są negocjacje o wolnym handlu z USA. Nieskrępowany handel transatlantycki to wielka szansa dla Europy na wzrost gospodarczy, ale przy wspólnie przyjętych standardach pracy i ochrony środowiska. Nie można konkurować z podmiotem, który pomija koszty środowiskowe. W niektórych branżach stanowią one 30 proc. lub więcej kosztów. Opór USA przed redukcją CO2 może być bardzo istotną przeszkodą w finalizacji rozmów nt. umowy o wolnym handlu.

W strefie wykuwającego się unijno-amerykańskiego kompromisu nie ma jednak miejsca na obniżenie standardów ochrony środowiska i konsumenta, czy pogorszenie warunków prowadzenia biznesu po obu stronach Atlantyku.

USA może wpływać na ceny energii na świecie, a więc i w Europie – jednak prawdopodobnie nie bezpośrednio poprzez (problematyczny na razie) import gazu skroplonego do Europy, lecz poprzez wywołane amerykańskim boomem łupkowym zmiany na globalnym rynku surowców energetycznych.

WYTYCZNE DLA POLSKI

Polityka klimatyczna

Polska będzie się domagać uwzględnienia dotychczasowego wysiłku redukcyjnego i wyznaczenia takiego udziału w redukcyjnym wysiłku UE, który nie będzie bolesny dla naszej gospodarki. Polska już zredukowała swoje emisje o 30 proc. w stosunku do roku bazowego. Polski rząd ma bardzo mocne zaplecze analityczne, dysponuje modelem, który wykorzystuje do liczenia kosztów i korzyści wynikających z propozycji Komisji Europejskiej (KE). Polska zastosuje to narzędzie podczas negocjacji z KE.

Redukcja emisji w Polsce w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie efektem dywersyfikacji paliw w elektroenergetyce. Będzie ją można natomiast osiągnąć poprzez modernizację sektora wytwarzania energii elektrycznej i eliminację przestarzałych 30-40-letnich mocy wytwórczych o niskiej sprawności. To najbardziej skuteczna droga redukcji emisji CO2 w polskich warunkach.

Węgiel pozostanie jeszcze przez dziesięciolecia ważnym składnikiem miksu energetycznego Polski, zapewniając stabilność krajowego systemu i utrzymując poziom bezpieczeństwa energetycznego. Ta perspektywa zależy jednak od skuteczności działań restrukturyzacyjnych i modernizacyjnych w górnictwie ukierunkowanych na efektywność wydobycia.

Rynek energii

W przypadku Polski należy mówić o potrzebie zbudowania politycznej doktryny energetycznej. Na pewno sytuacja geopolityczna będzie temu sprzyjała. Dlatego też potrzebna jest świadoma polityka państwa, na podstawie której w rzetelny sposób będzie weryfikowane bezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego przy zróżnicowanym udziale paliw (dywersyfikacji surowców).

Wolny rynek z racji swojej konstrukcji nie stworzył podstaw do rozwoju wytwarzania i nie będzie ich generował w przyszłości. Konstrukcja rynku energii w Polsce bardzo utrudnia rentowną pracę bloków, które są potrzebne dla bezpieczeństwa systemu, ale pracują zbyt krótko i mają zbyt duże koszty produkcji. Wychodzenie nieopłacalnych jednostek z systemu jest problemem Krajowego Systemu Elektroenergetycznego i wymaga mechanizmów, które umożliwią zachowanie ekonomiki ich działalności. To będzie jednak kosztowało odbiorcę końcowego.

Jeśli chcemy mówić o odbudowie i rozbudowie potencjału wytwórczego, to wprowadzenie rynku mocy jest niezbędne. Cena hurtowa nie przenosi dzisiaj wszystkich kosztów, jakie występują w obszarze wytwarzania. W tej chwili wewnątrz branży, przy wsparciu konsultanta zewnętrznego, trwają prace nad propozycjami zasadniczo dwóch koncepcji funkcjonowania rynku mocy – mechanizmu scentralizowanego i zdecentralizowanego. Wydaje się jednak nieuchronne, że homogeniczny rynek energii elektrycznej będzie ewoluował w stronę rynku dwuproduktowego – energii elektrycznej oraz mocy.

Polscy posłowie zapewnili, że jeszcze w tym roku można spodziewać się przyjęcia odpowiednich rozwiązań prawnych w tej kwestii. Musimy dziś w kontekście rozwoju rynku mocy odpowiedzieć na trzy kluczowe pytania – jak pogodzić bezpieczeństwo dostaw energii z ekonomiką jednostek, które działają na krawędzi opłacalności, ale są ważne z punktu widzenia stabilności systemu; jak zapewnić przychody dla tych jednostek, które pracują w niepełnych mocach produkcyjnych oraz czy wspierać wszystkie jednostki wytwórcze, tylko nowe, czy też konkretne technologie.

Rynek gazu

Budowa rynku gazu to obecnie jedno z najistotniejszych wyzwań realizowanych przez branżę gazowniczą. Na razie idzie to z różnych względów dość opieszale.

Trzeba stworzyć warunki do liberalizacji rynku gazu. Powinniśmy więcej inwestować w infrastrukturę przesyłową, aby stworzyć możliwości bezpiecznych dostaw gazu do kraju. Wraz z dostępem do infrastruktury, uruchomieniem rewersu fizycznego, nowi konkurencyjni gracze będą mogli oferować gaz na rynku krajowym. Do rozwiązania pozostaje problem, czy odbiorcy gazu będą mieli w swoich kontraktach miejsce i możliwości, żeby wymienić dotychczasowego dostawcę.

Źródła odnawialne

Stabilny system zielonych certyfikatów w Polsce przyciągnął inwestorów do rynku OZE. Obecnie rynek jest już dojrzalszy i możliwa jest optymalizacja systemu wsparcia i zwiększenie jego konkurencyjności. Szacunki pokazują, że możliwe są oszczędności na systemie wsparcia, przekraczające 11 mld złotych do roku 2020. Nie należy jednak zapominać, że proponowany system aukcyjny niesie za sobą istotne ryzyka dla rozwoju rynku OZE. Trzeba stworzyć takie mechanizmy, dzięki którym będzie się opłacało nie tylko handlować energią, ale także ją produkować. Taki potencjał ma energetyka prosumencka.

Prawo

We współczesnym świecie rozwój gospodarczy państw i regionów jest w dużej mierze uzależniony od dostępu do surowców. Inwestorom chcącym w Polsce realizować nowe projekty wydobywcze w obszarze surowców energetycznych (m.in. gazu ze złóż niekonwencjonalnych) przeszkadza niestabilne, nieprecyzyjne prawo. Szczególnie problemy z pozyskiwaniem koncesji powodują, że procesy inwestycyjne nie dochodzą do skutku, bądź przeciągają się w czasie. Banki uznają niestabilny system prawny za ryzyko, co przekłada się na większe koszty.

W Polsce trzeba uprościć ramy regulacyjne i ustawodawcze, by inwestorzy nie wybierali innych lokalizacji. Widać to doskonale na przykładzie gazu łupkowego, a także inwestycji w nowe złoża węgla i miedzi. Potrzebne są w Polsce mechanizmy, na przykład w postaci ulg inwestycyjnych, które mogłyby łagodzić efekty obciążeń podatkowych oraz wysokie koszty wejścia na rynek.

Zmiany prawne idą jednak także w dobrym kierunku – m.in. w dziedzinie jakości usług związanych z energią. Od 2016 roku Urząd Regulacji Energetyki (URE) zamierza oceniać i rozliczać dystrybutorów energii elektrycznej z jakości ich usług – chodzi m.in. o czas przerw w dostawach energii oraz obsługę klientów – zarówno sprzedawców, jak i odbiorców prądu. To pierwsza w Europie taka inicjatywa i droga, którą zamierzają podążać inne kraje UE.

Komentarz Pawła Durjasza do produkcji sprzedanej przemysłu w kwietniu br.

Produkcja sprzedana przemysłu rosła w kwietniu w tempie 5,4% r/r – zbliżonym do marcowego. Podobnie jak w poprzednich miesiącach, obniżała się w skali roku produkcja w dziale wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę (-5,6% r/r) oraz produkcja w górnictwie (-5,5% r/r), przy solidnym, choć nieco niższym niż w marcu tempie wzrostu produkcji przemysłu przetwórczego (7,3% r/r). Po wyeliminowaniu wahań sezonowych tempo wzrostu produkcji sprzedanej przemysłu nieznacznie w kwietniu zwolniło do 5,3% r/r wobec 5,7% r/r w marcu.

Roczne tempo wzrostu produkcji sprzedanej zostało utrzymane na poziomie zbliżonym do poprzednich dwóch miesięcy, pomimo wyższej bazy odniesienia sprzed roku. Choć w samym kwietniu odsezonowana produkcja przemysłowa wzrosła o 0,9% m/m w stosunku do marca, to jednak widać pewne ustabilizowanie jej średniego poziomu w ostatnich miesiącach (pierwszy wykres z lewej). Wpływ na to miała bardzo łagodna zima i mniejsze zapotrzebowanie na energię. Tempo wzrostu produkcji przemysłu przetwórczego było w ostatnich miesiącach dość stabilne. Biorąc pod uwagę bardzo dobre wyniki eksportu w I kwartale wydaje się, że kryzys ukraińsko-rosyjski nie ma obecnie większego wpływu na dynamikę produkcji przemysłowej. Z ogólnej informacji GUS wynika, że wśród działów o najwyższej dynamice produkcji w kwietniu były te o istotnym udziale eksportu. W tej czołówce była jednak także produkcja materiałów dla budownictwa.

Niespodziewanie wyraźnie obniżyła się w kwietniu w stosunku do marca odsezonowana produkcja budowlano-montażowa (-5,4% m/m). Osłabła w związku z tym także jej roczna dynamika (13,3% r/r wobec 15,5% r/r w marcu po odsezonowaniu). Nie wydaje się jednak, by był to powód do obaw. Sprzyjająca pogoda umożliwiła bowiem w tym roku wcześniejsze niż zwykle rozpoczęcie prac w budownictwie po zimie – już w lutym nastąpił silny wzrost produkcji w tym sektorze, który w bardziej typowej sytuacji przesunąłby się na kolejne miesiące.

Uwzględniając dane o kwietniowej produkcji sprzedanej przemysłu i produkcji budowlano-montażowej, prawdopodobne jest powtórzenie w II kwartale dynamiki PKB na poziomie ok. 3,3% r/r.

Materiał ekspercki dotyczący budowania relacji na linii fundusz inwestycyjny – spółka

Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że to ludzie tworzą firmę. Od ich kompetencji, umiejętności i zaangażowania zależy, czy i jak biznes będzie się rozwijał. Wiele mówi się więc o motywacji, konieczności dopasowania stanowiska w zależności od predyspozycji danej osoby, czy budowaniu odpowiednich relacji w zespole. Ten ostatni element jest również jednym z najważniejszych we współpracy funduszu inwestycyjnego ze spółką. Gdzie to właśnie fundusz, już na etapie poznawania spółki, powinien tą komunikację prowadzić w stronę kooperacji opartej na wzajemnym szacunku, zaufaniu i dialogu.

W budowaniu właściwej relacji na linii spółka – fundusz inwestycyjny na samym początku należy zadać sobie pytanie, z kim tak naprawdę chcemy tą relację budować. Wiele oczywiście zależy od struktury i wielkości danego przedsiębiorstwa, inaczej buduje się komunikację z małym kilkuosobowym zespołem, inaczej gdy przedsiębiorstwo jest już bardziej rozbudowane.

– Inwestora powinny interesować osoby, od których może w największym stopniu zależeć powodzenie inwestycji. Mówimy tu więc głównie o kadrze zarządzającej. Ale jeżeli dla danego projektu kluczowym jest również dział odpowiadający np. za rozwój produktu czy badania, to i z menagerem tegoż dział powinniśmy nauczyć się rozmawiać. Ważna jest więc już na samym początku identyfikacja: kto za co odpowiada, kto jest kluczowym pracownikiem na danym etapie, kto wnosi dodatkową wartość do naszego biznesu, z kim będziemy podejmowali decyzyjne o przyszłości firmy, a nawet kto ma najlepsze relację z pracownikami – tłumaczy Jacek Kajko, Partner Zarządzający WSI Capital.

Właściwą komunikację z zespołem w relacji fundusz-spółka należy budować więc już od pierwszego spotkania, na etapie pre-inwestycyjnym. Należy gruntownie przemyśleć jak powinny być zbudowane relacje z osobami kluczowymi. I nie można tu stosować żadnych schematów. Każdy człowiek jest inny, różne są struktury, różne formy zarządzania kadrą, dlatego do każdej spółki należy podejść indywidualnie. Bowiem im lepszej jakości będą te relacje, im lepiej zostaną zbudowane, tym większa jest szansa, że zespół (w składzie fundusz i spółka) osiągnie wspólne cele.

Dobra relacja jest warta więcej niż najlepsza umowa, jednak wiadomo, że życie bywa nieprzewidywalne. Dlatego, jako inwestorzy powinniśmy się zabezpieczyć na wypadek sytuacji, w której mogłoby dojść do nieporozumienia z naszym zespołem. Ubezpieczeniem takim będzie dobra umowa z naszymi wspólnikami, dobry system motywacyjny dla zarządu, organizacja dla osób kluczowych pracujących na niższych stanowiskach oraz stałe kontaktowanie się z osobami, które mogą wzmocnić nasz zespół kompetencyjnie – dodaje Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Elektrownie dostaną pieniądze za utrzymywanie większych zdolności produkcyjnych

CEO Magazyn Polska

Urząd Regulacji Energetyki oczekuje, że Polskie Sieci Elektroenergetyczne wystąpią z inicjatywą w sprawie stworzenia rynku mocy. Dzięki temu rozwiązaniu producenci energii utrzymywaliby zdolności produkcyjne na większym od opłacalnego poziomie, co pozwoliłby zapewnić bezpieczeństwo dostaw energii. Polska ma czas do 2016 r., najpóźniej 2017 r. na wybranie najlepszego modelu rynku mocy. 

Oczekuję przede wszystkim sygnału ze strony Polskich Sieci Elektroenergetycznych, bo to one odpowiadają za bieżące bilansowanie i bieżącą strategię zaopatrzenia w energię elektryczną i bezpieczeństwo, i to oni pierwsi powinni dać sygnał: „tak, powinniśmy o tym rozmawiać” – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Bando, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki pełniący obowiązki prezesa URE.

Rynek mocy mógłby rozwiązać problem niewystarczającego zapasu mocy produkcyjnych polskich elektrowni. W tym modelu producenci otrzymują zapłatę za utrzymywanie jednostek produkcyjnych, które są przestarzałe lub nieekonomiczne. To istotne dla Polski, bo średni wiek bloków węglowych największych grup energetycznych, jak wyliczył „Dziennik Gazeta Prawna”, przekracza 30 lat i część z nich niedługo może zostać wyłączona.  

Jak wynika z raportu „5 mitów polskiej elektroenergetyki 2014” przygotowanego przez ING i PwC, rynek mocy funkcjonuje już w ośmiu krajach UE, a w Holandii – pomimo przygotowań – nie został uruchomiony. We Francji, Niemczech, Belgii i Wielkiej Brytanii trwają prace nad takim rozwiązaniem. W Polsce rynek mocy mógłby ruszyć najwcześniej w roku 2016 lub 2017.

Nie wiadomo jednak, w jakim modelu funkcjonowałby polski rynek mocy. Jak podkreślają autorzy raportu, rynek mocy może być oparty na wolumenie energii lub na jej cenie. W ramach pierwszego z tych typów można wyróżnić m.in. stworzenie trwałej rezerwy, zobowiązania mocowe oraz aukcje mocy.

Jest zdecydowanie za wcześnie na to, aby mówić o konkretnym modelu, jaki będzie wprowadzony w Polsce. Jesteśmy dopiero na etapie dyskusji, poznawania różnych modeli. Myślę, że ten rok będzie czasem, kiedy wypracujemy jakieś elementy, które będą poddane pod dyskusję, bo musimy pamiętać, że koszty tego modelu zostaną przeniesione na wszystkich konsumentów energii elektrycznej – podkreśla Bando.

Autorzy raportu podkreślają, że do wyboru wariantu rynku mocy niezbędne jest określenie celów tej decyzji. Regulatorzy muszą określić m.in., czy chcą zapewnić rezerwę poprzez utrzymanie pracy jednostek nieekonomicznych, zapewnić dodatkowe źródło przychodów dla wytwórców zmuszonych ograniczyć swoje zdolności produkcyjne czy też wykorzystać rynek mocy do wspierania określonych technologii, od czego zależy m.in. długość kontraktów na rynku.

W niedzielę olimpijskie referendum w Krakowie. Organizacja zimowych igrzysk będzie kosztowała każdego Polaka prawie 80 zł

W niedzielę mieszkańcy Krakowa zadecydują, czy chcą zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 r. Senator Andrzej Person – zwolennik organizacji zimowej olimpiady w Polsce – podkreśla, że wydatki z nią związane byłyby stosunkowo nieduże, a większość inwestycji będzie musiała powstać tak czy inaczej. Szacuje, że organizacja igrzysk w ciągu kolejnych siedmiu lat kosztowałaby każdego Polaka ok. 11 zł rocznie.

Najważniejsza data jest w niedzielę, wszyscy myślimy o Europarlamencie, ale w Krakowie myślą także o referendum. Jak ono się skończy, zobaczymy. Mam nadzieję, że pozytywnie, bo jestem wielkim orędownikiem igrzysk – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Person, senator PO i były dziennikarz sportowy. – Polska zasługuje na igrzyska po tylu latach działalności w ruchu olimpijskim. Grupa przeciwników tego pomysłu nie jest duża, ale za to głośna.

Person zwraca uwagę, że zimowe igrzyska olimpijskie nie są tak drogie w organizacji jak chociażby piłkarskie mistrzostwa Europy, których Polska była współgospodarzem w 2012 r. Według strony internetowej miasta Kraków wydarzenie pochłonęłoby niecałe 7 mld zł, z czego z budżetu miasta pochodziłoby tylko niecałe 5 proc.

W ubiegłym roku „Gazeta Krakowska” wyliczyła jednak, że organizacja igrzysk może kosztować ok. 21 mld zł. Rozbieżność przynajmniej częściowo wynika jednak z tego, że miasto skupia się na kosztach związanych głównie z budową infrastruktury sportowej i przeprowadzeniem igrzysk. Przy okazji igrzysk duże wydatki pochłonie też m.in. budowa towarzyszącej infrastruktury drogowej.

Według Persona wydatki w przeliczeniu na każdego Polaka wyniosą tylko 79 zł do 2022 r. To oznaczałoby sumę ok. 3-3,5 mld zł na organizację igrzysk, a rocznie stanowiłoby wydatek jedynie ok. 11 zł na osobę.

To nie jest taka wielka kwota, to jest dużo mniejszy wydatek niż na Euro – przypomina Person.

Organizacja zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi kosztowała nawet 50 mld dolarów (ponad 150 mld zł), a poprzednich w Vancouver – niemal 9 mld dolarów (27 mld zł).

Person zauważa jednak, że Kraków i rejon Tatr potrzebują wielu inwestycji niezależnie od tego, czy igrzyska odbędą się w Polsce, czy nie. Sportowa impreza byłaby tylko impulsem do przyspieszenia inwestycji, na które i tak wydamy pieniądze.

Wiemy i znamy wszyscy Zakopiankę, bardzo niekorzystną infrastrukturę w górach. Jest duże zapóźnienie całego regionu i po słowackiej stronie, i po naszej. To jest oczywiste, że trzeba to zrobić, może lepiej by było przy okazji igrzysk – podkreśla Person.

Kraków jest jednym z pięciu miast ubiegających się o organizację zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 r. Poza stolicą Małopolski o to wydarzenie zabiegają Ałmaty w Kazachstanie, Lwów, Pekin i Oslo. Kandydatura stolicy Norwegii jest jednak zagrożona z uwagi na brak politycznego poparcia jednej z partii w koalicji rządzącej.

Poddanie kandydatury pod lokalne referendum zaproponował w marcu prezydent Krakowa Jacek Majchrowski. Poza pytaniem o igrzyska w 2022 r krakowiacy odpowiedzą też, czy chcą w mieście metra, monitoringu wizyjnego i więcej ścieżek rowerowych. By referendum było wiążące, frekwencja musi przekroczyć 30 proc. uprawnionych.

Prezydent Warszawy zapowiada rewitalizację prawobrzeżnej strony miasta

Rewitalizację prawobrzeżnych dzielnic zapowiada prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Władze stolicy położą nacisk na mniejsze inwestycje, które poprawią jakość życia i dostępność miasta dla mieszkańców. Kluczowa z tego punktu widzenia wielka inwestycja przedłużenia drugiej linii metra na Targówku przebiega zgodnie z planem. W przyszłym roku wybrany może zostać wykonawca.

Teraz będziemy raczej starali się poprawić jakość życia. Tych trudnych inwestycji będzie mniej – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy. – Chcemy rewitalizować Pragę-Północ, Pragę-Południe, Targówek. To są różne, drobniejsze niż do tej pory inwestycje, oczywiście poza budową metra. Przedłużenie drugiej linii metra jest w tej chwili projektowane, bo taki projekt dość długo trwa. Będziemy chcieli może już w przyszłym roku wyłonić wykonawcę.

Gronkiewicz-Waltz zapowiada, że nowe inwestycje mają przede wszystkim poprawić jakość życia w Warszawie i odpowiadać na potrzeby mieszkańców. Dlatego powstać mają nowe żłobki, co wiąże się z obowiązującym od tego roku wydłużeniem urlopów macierzyńskich i rodzicielskich do maksymalnie 52 tygodni. Gronkiewicz-Waltz zaznacza, że żłobki są teraz potrzebne bardziej niż przedszkola, choć to nie oznacza, że tych drugich wszędzie jest już wystarczająco dużo.

Prezydent Warszawy zaznacza, że potrzebne są zarówno inwestycje w infrastrukturę ciężką, taką jak drogi, mosty czy metro, jak i w szkoły oraz usługi. Dzięki tym drugim warszawiacy będą chętniej spędzać czas w mieście. Ważne jest, by inwestycje dotyczyły wszystkich dzielnic, także tych bardziej oddalonych.

Jeżeli mieszkańcy chcą się osiedlać na przykład na Białołęce czy w Wilanowie, a nie w centrum, to trzeba tam budować szkoły, co nie jest takie proste. Ponadto potrzebna jest infrastruktura publiczna, oczywiście sklepy, galerie, różnego typu usługi, kina. Ale oczywiście dobre drogi, dobra komunikacja, tramwaje, autobusy, most, żeby rozładować korki, i oczywiście metro też są bardzo ważne – tłumaczy Gronkiewicz-Waltz.

W ciągu ostatnich siedmiu lat Warszawa zainwestowała aż 25 mld zł w infrastrukturę, z czego 15 mld zł pochodziło bezpośrednio z budżetu miasta, a 10 mld zł – z budżetów miejskich spółek. Do tego 9 mld zł zainwestował rząd. Gronkiewicz-Waltz podkreśla, że dzięki unijnemu wsparciu i wielkim inwestycjom Warszawa stanęła przed szansą szybkiego rozwoju. Na tle innych stolic w regionie, takich jak Budapeszt i Praga, Warszawa wydała najwięcej.

Wybudowano szereg nowych osiedli o średnim i wysokim poziomie oraz różne apartamentowce. Oczywiście różne galerie handlowe, usługi. Na pewno jesteśmy najlepsi, jeśli chodzi o stolice państw regionu – wylicza Gronkiewicz-Waltz.

Podkreśla, że warszawskich inwestycji nie należy porównywać z zachodnimi stolicami, takimi jak Londyn czy Paryż, bo tam większość środków pochodzi ze źródeł prywatnych. W Polsce tymczasem inwestycje finansuje rząd, samorząd oraz Unia Europejska.

Gronkiewicz-Waltz dodaje, że Warszawa niemal nie pożycza pieniędzy w bankach komercyjnych. Większość inwestycji jest finansowana ze środków własnych, funduszy unijnych oraz kredytów z Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Pożyczki z EBI są najtańsze dla miasta. W dwóch transakcjach uczestniczył również Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Jednym z nich był zakup tramwajów dla stolicy.

To była bardzo trudna struktura finansowania, bo to był i EBOiR, i Europejski Bank Inwestycyjny, i środki unijne, i Tramwaje Warszawskie – naszej spółki. I to w sumie dzięki temu udało się zakupić ponad 200 składów tramwajowych. Był to chyba największy przetarg w Europie. Myślę, że gdyby nie taka zdolność strukturyzowania tej transakcji, to byłoby to trudne do wykonania. Również metro ma zakupić za kredyt z EBOiR-u nowe składy pociągów do II linii metra – tłumaczy Gronkiewicz-Waltz.

Coraz niższe ceny węgla na świecie uderzają w spółki górnicze w Polsce

CEO Magazyn Polska

Szczególnie mocno spadek cen węgla odczuwa Kompania Węglowa. By ratować sytuację, spółka zapowiedziała poszukiwanie odbiorców w kraju i za granicą dla ok. 5 mln ton węgla, który zalega na zwałach. Prezes Węglokoksu, który zaoferował Kompanii pomoc w procesie sprzedaży, uważa, że jest to konieczne mimo obecnych niskich cen.

Sytuacja jest rzeczywiście zła. Od połowy 2011 roku mamy do czynienia z obniżaniem się cen węgla. Ten proces przyspieszył w 2012 roku. Dzisiaj ceny węgla energetycznego na tak zwanym benchmarku ARA wynoszą w granicach 75-76 dolarów za tonę. Są bardzo niskie i ten spadek cen węgla obnażył wszystkie słabości polskiego górnictwa, które znajduje się w dużym kryzysie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Podsiadło, prezes Węglokoksu.

W pierwszym kwartale 2014 r. węgiel energetyczny był tańszy o 10 dolarów za tonę, a węgiel koksowy typu hard o 9 dolarów za tonę w porównaniu z  ostatnim kwartałem 2013 r. Spadek cen węgla to efekt łagodnej zimy w Europie, wysokich zapasów oraz słabego popytu na rynkach rozwiniętych. W przypadku polskiego węgla energetycznego, niekorzystnym czynnikiem jest także rozwój energetyki odnawialnej w Niemczech, głównie wiatrowej i słonecznej. Z kolei ceny węgla koksowego są pod presją słabego popytu ze strony Chin, które ograniczają produkcję stali – wynika z opracowania Węglokoksu.

Spadek cen na światowych rynkach szczególnie mocno dotknął Kompanię Węglową, która jest największym producentem węgla w UE. To też najważniejszy partner handlowy Węglokoksu.

W tej chwili jest ponad 5 mln ton na zwałach węgla z Kompanii Węglowej. Ceny są bardzo słabe. One, mówiąc kolokwialnie, szurają po dnie, ale tym niemniej myślę, że trzeba upłynnić ten ogromny kapitał, żeby odzyskać płynność – ocenia Podsiadło.

Prezes zadeklarował, że Węglokoks może pomóc Kompanii Węglowej w sprzedaży zalegającego węgla. Mirosław Taras, nowy prezes KW, zapowiedział, że spółka szuka odbiorców na rynku krajowym i zagranicznym.

Najbardziej prawdopodobną opcją jest sprzedaż tego węgla na zagraniczne rynki, które sprowadzają węgiel drogą morską. Równocześnie, ze względu na konkurencję w portach ze strony innych dostawców, możliwe do uzyskania ceny będą bardzo niskie.

Generalnie eksportujemy węgiel do Europy Zachodniej. Trudno mówić o jakichś konkretnych klientach, dlatego że w tej chwili nie ma jeszcze decyzji o sprzedaży. To jest proces i nie będzie on szybki. Parę miesięcy zajmie dokonanie takiej wielkiej sprzedaży – tłumaczy prezes Węglokoksu.

Obecnie polski węgiel jest eksportowany przede wszystkim do Niemiec, Czech, Austrii, na Węgry i do Włoch. Na tych rynkach jest on relatywnie konkurencyjny ze względu na niskie koszty transportu koleją. Znacznie mniej opłacalny jest eksport węgla drogą morską. Problemem dla polskich kopalń jest również import węgla na krajowy rynek, m.in. z Rosji. Praktycznie nie ma możliwości ograniczenia importu poprzez decyzję rządu, co przyznał niedawno premier Donald Tusk. Jedynym rozwiązaniem jest więc restrukturyzacja śląskiego górnictwa oraz usprawnienie rynku dystrybucji, na którym zdaniem rządu oraz niektórych przedstawicieli branży występują spore nieprawidłowości.

Jesteśmy o tyle w łatwiejszej sytuacji, że dziś około 50 proc. naszego zysku pochodzi z eksportu węgla. Ta zła sytuacja nie powinna, przynajmniej natychmiastowo, wpłynąć na naszą pozycję, na naszą zdolność do inwestowania. Natomiast w długim okresie – tak. Jeżeli by coś złego stało się z naszym głównym partnerem, to bez wątpienia dotknie nas to również bardzo mocno – uważa Jerzy Podsiadło.

Rynek supermarketów jest mocno rozdrobniony. Może się jednak pojawić zdecydowany lider

0

CEO Magazyn Polska

Rynek supermarketów czekają duże zmiany. Dziś działa na nim wielu graczy i można spodziewać się, że – wzorem rynku hipermarketów i dyskontów – również tu nastąpi konsolidacja i jeden z podmiotów uzyska przewagę nad konkurentami – ocenia wiceprezes sieci Piotr i Paweł. W Polsce wciąż wysoki jest udział małych sklepów w rynku handlowym.

Przywiązanie Polaków do małych, osiedlowych sklepów wyróżnia polski rynek na tle innych państw regionu.

Mamy nieporównywanie wysoki udział handlu tradycyjnego w całości sprzedaży. W niektórych grupach towarowych to cały czas jest podział 50/50, na nowoczesne sieci zorganizowane i handel tradycyjny – mówi Robert Krzak, wiceprezes sieci Piotr i Paweł.

Jego zdaniem, najwięcej zmian na rynku czeka segment supermarketów. Tym bardziej że i wśród sieci hipermarketów, i wśród dyskontów jest dużo wyraźniejsza konsolidacja.

Sieci hipermarketów w zasadzie już podzieliły rynek. Real z Auchan plus Carrefour, Tesco i Kaufland. Wśród sieci dyskontowych też mamy znanych liderów, do tego teraz dochodzi inwestycja Czerwonej Torebki – zobaczymy, jak to wyjdzie. W ramach sieci supermarketów jest bardzo duża fragmentacja i pewnie będzie musiało dojść do stworzenia przewagi przez jednego z graczy – ocenia Robert Krzak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Sposobem na budowanie mocnej pozycji na rynku mogą być niskie ceny. Jednak, według Krzaka, to w dłuższej perspektywie trudna sytuacja dla sieci sklepów.

Wmanewrowanie się w narożnik pod nazwą lider cenowy zobowiązuje do ciągłej walki o to przewodnictwo cenowe i skoncentrowaniu się na cenie. Jest to bardzo ważny element gry, natomiast oferujemy cały pakiet: przy konkurencyjnych cenach przede wszystkim musi to być jakość, asortyment, standard obsługi, wygląd sklepu. To jest cała układanka – podkreśla wiceprezes.

Wyjaśnia, że sieć sklepów Piotr i Paweł stawia na rozwój organiczny i rozbudowę sieci franczyzobiorców – pozyskiwanych z innych sieci lub niezależnych operatorów. I na razie nie planuje rozwoju poprzez przejęcia na dużą skalę. Sieć coraz mocniej wchodzi również do internetu.

 – Handel elektroniczny jest rosnącą częścią rynku, natomiast w sektorze żywności w najbliższych latach nie będzie dominujący. Dlatego też rozwijamy tę naszą część handlu e-commerce w dużych miastach. Będziemy też zwiększać liczbę sklepów, tak, by była większa penetracja rynku – zapowiada Krzak.

Obecnie na rynku działają 104 sklepy Piotra i Pawła, w każdym województwie. W tym roku ma zostać otwartych 20 kolejnych placówek, również w kolejnych latach – w zależności od sytuacji na rynku – co najmniej 20.

Polskie przetwory podbiją Azję

CEO Magazyn Polska

Branża przetwórstwa owocowo-warzywnego głęboko odetchnęła po niedawnym kryzysie gospodarczym. Polskie firmy nie tylko dobrze radzą sobie na niełatwym rodzimym rynku spożywczym, lecz także coraz więcej sprzedają na wschodzie Europy. Szukając rynków zbytu, dotarły także za Ural, do Kazachstanu czy Mongolii.

Sytuacja na rynku zbytu i rosnące w siłę sieci handlowe sprawiają, że mocno rozdrobniony polski rynek przetwórstwa owocowo-warzywnego powoli zaczyna się konsolidować. Zmniejszająca się liczba graczy pociąga za sobą wzrost zdolności sprzedażowych. Dzięki temu polska żywność dobrze sprzedaje się w krajach Europy Środkowej, a jej producenci skutecznie konkurują też na rynku węgierskim czy rumuńskim, ograniczając do nich dostęp firmom z krajów starej Unii.

– Przede wszystkim musimy postawić na państwa Europy Środkowej i nie dopuszczać do nich naszych konkurentów z Zachodu. Oni mają własne, silne rynki, niech tam pilnują swojego, a my powinniśmy pilnować rynków Europy Środkowej, i jak się uda – wychodzić na rynki wschodnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Józef Rolnik, właściciel firmy Rolnik.

Wytwarzane w Polsce produkty przypadły też do gustu Kazachom i mieszkańcom Mongolii. Ta ekspansja odbywa się z pominięciem Rosji, z którą trudno konkurować.

Nie należy próbować bić się z koniem w Moskwie i Petersburgu, tylko wychodzić poza Ural. Tam jest bardzo dużo młodych firm, prężnie działających na zdrowych, ekonomicznych i biznesowych zasadach – zapewnia Józef Rolnik.

Przetwórstwu znad Wisły nie zaszkodziły nawet napięcia na linii Rosja Ukraina. Stało się wręcz przeciwnie, bo na konflikcie wschodnich sąsiadów polskie firmy mogą sporo skorzystać kosztem Kijowa.

Ukraina, będąc w unii celnej rosyjskiej, miała szeroki dostęp ze swoimi produktami do rynku rosyjskiego i tam była traktowana jako mocny konkurent z tanią produkcją. Teraz, gdy im zostanie odcięty ten rynek, jest szansa, że my, czyli polskie firmy, na tym skorzystamy – wyjaśnia Rolnik.

Polscy przetwórcy zdołali też przebojem wedrzeć się na hermetyczny, wspierający rodzimych wytwórców i zdominowany przez duże koncerny rynek naszych zachodnich sąsiadów, do których w ubiegłym roku wyeksportowaliśmy towary żywnościowe za ponad 3 mld euro, a na wymianie handlowej z nimi wypracowaliśmy nadwyżkę w wysokości blisko miliarda euro.

– W tym roku po raz pierwszy dostaliśmy zapytanie do przetargu z sieci niemieckiej. To wskazuje na to, że Niemcy nie tylko przekonali się do jakości polskich produktów, lecz także wierzą w potencjał i możliwości polskich firm. To jest budujące, bo do tej pory uważałem, że Niemcy mają rynek nieco zamknięty, wręcz chroniony pod swoich producentów – potwierdza właściciel firmy Rolnik.

Głównym zmartwieniem przedstawicieli firm przetwórstwa owocowo-warzywnego jest obecnie nieco przestarzały park maszynowy, w większości zakupiony 10 lat temu w ramach programu SAPARD. Potrzebne są nowe maszyny o większej wydajności, zapewniające większe bezpieczeństwo produkcji, m.in. urządzenia do prześwietlania produktów. Przetwórcy mają nadzieję, że ich technologiczny postęp wesprze Unia Europejska.

Czekamy na informację, co przyniesie nowy program funduszy europejskich w 20142020. Bardzo liczymy na te środki, bo uważam, że bez dostępu do unijnych pieniędzy rozwój tej branży i podążanie za oczekiwaniami ministerstwa o wzroście lub podwojeniu produkcji będzie bardzo trudne – uważa Józef Rolnik.

Mimo dużych oczekiwań polski rząd oferuje przetwórcom niewielkie wsparcie. Jego głównym filarem jest system ubezpieczeń Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych, która ubezpiecza należności handlowe od kontrahentów zagranicznych.

My z tego ubezpieczenia korzystamy. Można by sobie tylko życzyć, żeby KUKE działało bardziej odważnie, żeby dostało takie prerogatywy, żeby udzielało limitów na nieco większym ryzyku. Bez ryzyka po prostu nie ma sukcesu, niekiedy trzeba iść tą drogą – mówi szef Rolnika.

Branża stalowa wychodzi z zapaści

0

CEO Magazyn Polska

Po trudnych dwóch latach branża stalowa ma szansę na poprawę sytuacji, mówi się nawet o boomie spowodowanym ożywieniem gospodarki i nowymi inwestycjami finansowanymi z funduszy europejskich. Rynkowi pomogła nowelizacja ustawy o VAT, która ograniczyła szarą strefę.

 Rok 2012 i I połowa 2013 roku były to najgorszy okres w branży hutniczej i mam nadzieję, że gorszego nie będzie – mówi Iwona Dybał, prezes Polskiej Unii Dystrybutorów Stali. – Natomiast już II połowa 2013 i perspektywa roku 2014 i 2015 w naszym odczuciu są pozytywne. Może wreszcie nasz rynek zrealizuje inwestycje, które są przewidywane w Polsce.

Koniunktura na polskim rynku jest znacznie lepsza niż na całym rynku europejskim, co wprost wynika z ożywienia gospodarki w naszym kraju. Produkcja budowlano-montażowa jest większa o kilkanaście procent niż rok temu – tylko w kwietniu wzrosła o 12,2 proc. a od początku roku o 10,5 proc. Cała gospodarka rozwija się w tempie ponad 3 proc., i taki trend ma się utrzymać.

 To są wszystko wskaźniki wyższe niż ogólne wskaźniki w Europie. Dlatego mamy nadzieję, że II połowa roku 2014, a na pewno 2015 i 2016 rok będą bardzo pozytywne dla naszej branży – przewiduje Dybał.

Pomogą w tym na pewno fundusze europejskie – inwestycje finansowane z ich udziałem mają pociągnąć sprzedaż stali zużywanej podczas budowy dróg czy kolei.

Od października zeszłego roku obowiązują też nowe przepisy w zakresie ustawy w VAT, wprowadzające mechanizm odwróconego naliczania VAT dla większości wyrobów stalowych. To ograniczyło szarą strefę, w szczególności zjawisko wyłudzania VAT w wewnątrzunijnych obrotach prętami stalowymi, co było zmorą branży w latach 2011–2013.

 Spodziewamy się boomu w inwestycjach i mamy nadzieję, że tym razem zdyskontujemy go i będzie on z korzyścią dla naszych firm. W poprzednim okresie niestety proceder wyłudzania podatku VAT spowodował, że to nie nasze firmy zarobiły na tym boomie – mówi Dybał.

Ostatnie trudne lata spowodowały, że rynek diametralnie się zmienił. Odbiorcy są bardziej wymagający. Dystrybutorzy jednak, zdaniem Dybał, przez ostatnie lata dostosowali swoje magazyny, centra logistyczne czy serwisowe do wymagań nowego rynku. Są więc w stanie sprostać rosnącym wymaganiom klientów.

 Klient oczekuje bardzo szybkiej realizacji wszystkich zamówień, kompletacji dostaw, dostaw w określonym czasie określonego asortymentu, spakowanego. To jest zupełnie inny rynek niż kilka lat temu – mówi prezes Polskiej Unii Dystrybutorów Stali.

Maleje transport na Ukrainę. Przewoźnicy przenoszą się na rynki unijne

CEO Magazyn Polska

Przez kryzys polityczny na Ukrainie i wywołane nim wahania kursów walut maleje transport między tym krajem a Polską. Skłania to też przewoźników drogowych, którzy obsługiwali głównie Wschód, do skierowania się na rynki UE, co oznacza większą konkurencję na rynku. Polska pozostaje jednak liderem wśród krajów wspólnoty w tym sektorze.

Widzimy na rynku dość dużą zmianę w zakresie tego, co dzieje się za naszą wschodnią granicą. Do tej pory widać było specjalizację przewoźników. Część z nich z nowszym taborem skupiona była na rynkach zachodniej i południowej Europy, z kolei przewoźnicy ściany wschodniej bardziej działali w zakresie obsługi kierunków rosyjskich, białoruskich, ukraińskich i jeszcze głębiej w Azji. Znacznie niższe wolumeny na tamtych rynkach powodują pewnego rodzaju przetasowania przewoźników i część z nich jest gotowa do obsługi również kierunków zachodnich – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Trębicki, dyrektor generalny Raben Transport.

To oznacza rosnącą konkurencję na wspólnym europejskim rynku. Polska – wśród państw UE – jest liderem w przewozach drogowych, wyprzedzając Niemcy i Hiszpanię. Trębicki ocenia, że polskie firmy są w stanie zaadaptować się do nowych warunków i powinny bez problemów przetrwać kryzys związany z mniejszym transportem na Ukrainę.

Trębicki podkreśla, że transport drogowy na Ukrainę w ramach grupy Raben nie jest duży, ale w związku z rozwojem wydarzeń politycznych w tym kraju dodatkowo zmalał. Na sytuację przewoźników wpłynęły wahania kursów walut (hrywna straciła w stosunku do złotego od początku roku niemal 30 proc.) oraz mniejszy handel wewnętrzny i zagraniczny na Ukrainie.

Widzimy z kolei więcej ładunków, które się przemieszczają ze wschodniej części Europy w kierunku zachodniej części, co jest związane z tym, że konkurencyjność tamtejszych produktów jest teraz, z uwagi na niski kurs wymiany, bardziej atrakcyjna – wyjaśnia Trębicki.

Dodaje, że sektor przewozów całopojazdowych (wynajem samochodów, bez względu na objętość przewożonego towaru), w którym działa Raben, jest bardzo konkurencyjny. Poza przewozami zagranicznymi spółka działa też na rynku krajowym, który wciąż jest bardzo sezonowy. Trębicki podaje przykład producentów napojów, którzy w dużym stopniu korzystają z transportu drogowego. Ich produkcja zależy jednak od pogody i może wahać się w bardzo dużym stopniu.

W ubiegłym roku różnica pomiędzy wielkością transportu krajowego w sierpniu i wrześniu sięgnęła 300 proc. Zapewnienie odpowiedniej jakości usług w tak zmiennych warunkach jest dużym wyzwaniem dla Raben Transport, ale jak podkreśla Trębicki, spółka utrzymuje 98-proc. niezawodność.

Coraz większą popularnością wśród producentów cieszy się też transport intermodalny.

Transport intermodalny jest tą gałęzią transportu, której chcemy i którą rozwijamy. Widzimy też wzmożone zainteresowanie naszych klientów, którzy bardzo często poza ofertami na transport drogowy wręcz oczekują, aby pojawiła się jakaś alternatywa, na przykład w postaci transportu intermodalnego, i taką jesteśmy gotowi jak najbardziej przedstawić – podkreśla Trębicki.

Ekologiczny transport intermodalny jest też jednym z elementów usprawnień wprowadzanych przez Raben Transport. Spółka rezygnuje też m.in. z papierowych faktur, a dzięki planowaniu działań wspólnie z klientami może zwiększyć efektywność. Raben zachęca też pracowników do myślenia proekologicznego i innowacyjnego oraz wpływania na działalność spółki, zarówno poprzez działania indywidualne, jak i grupowe.

Zmiany mają na celu nie tylko optymalizację i redukcję kosztów, lecz także poprawę konkurencyjności oferty spółki. Proponowane przez Raben rozwiązania są organizowane wspólnie z klientami i mają na celu nie tylko zapewnienie dobrej biznesowej współpracy dwóch przedsiębiorstw, lecz także zadowolenie końcowych odbiorców transportowanych towarów.

Od miesiąca niepokój w branży mleczarskiej. Spada liczba zamówień

Od około miesiąca trwa dekoniunktura na rynku artykułów mlecznych. Ubiegły rok i początek obecnego były jednak dla branży bardzo korzystne. Polska jest w europejskiej czołówce pod względem produkcji mleka i sera, a swoje wyroby eksportuje nie tylko na rynki unijne, lecz także coraz częściej do Azji i Afryki.

O ile ubiegły rok był kapitalny pod względem eksportu, podobnie jak pierwsze miesiące tego roku, to niestety pod koniec kwietnia zaczęliśmy obserwować spadek zamówień na artykuły mleczarskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Broś, prezes zarządu Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich. – Chodzi tu przede wszystkim o sery, mleko w proszku i masło z rynków wewnętrznych.

Jego zdaniem sytuacja ta jest trudna do wyjaśnienia, gdyż popyt na żywność, w tym artykuły mleczarskie, na świecie stale rośnie.

Trudno dziś wytłumaczyć to, że raptem zakupy są mniejsze, a ceny na rynkach światowych spadają – mówi Broś. – Podobna sytuacja zdarzyła się po bardzo dobrym roku 20072008. Następujące po nim zahamowanie popytu było wywołane celowo przez pewien spekulacyjny kapitał handlowy. Obecna sytuacja wygląda mi na podobny scenariusz – ocenia.

Polska jest szóstym producentem mleka w Unii Europejskiej i co roku przerabia ponad 10 mld litrów mleka na artykuły mleczarskie i mleko spożywcze. Ponadto nasz kraj plasuje się na szóstym miejscu na świecie pod względem produkcji serów dojrzewających.

Polskie mleczarstwo w okresie ostatnich 10 lat w Unii zrobiło ogromny skok, bo zwiększyliśmy przerób o ponad 43 proc., a także skoncentrowaliśmy produkcję – zauważa Broś. – Dzisiaj mamy około 141 spółdzielni, a wcześniej mieliśmy ich 300. Mieliśmy prawie 400 tys. producentów mleka, a obecnie jest ich 141 tys., mimo że produkcja mleka wzrosła. Dokonaliśmy też postępu w zakresie bezpieczeństwa. Każdy niemal producent ma dziś urządzenia udojowe czy chłodnicze i jest sprawdzany przez służby weterynaryjne.

W ciągu 10 lat 4,5-krotnie wzrósł też eksport produktów mlecznych. 40 procent jego wartości stanowią sery, często polscy producenci sprzedają za granicę także mleko w proszku, serwatkę, masło czy galanterię (np. jogurty i śmietanę).

Eksport jest kołem zamachowym rozwoju polskiego mleczarstwa, gdyż ma wpływ na wiele rzeczy, między innymi dyscyplinuje rynek, powoduje pewną konkurencję, a ponadto odgrywa określoną rolę w dopływie gotówki – mówi prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich.

Poza tym produkcja przewyższa spożycie artykułów mleczarskich w kraju. Więc co najmniej 30 proc. musi trafić na eksport, żeby nie zahamować rozwoju produkcji.

O ile po wejściu do Unii eksportowano produkty głównie do innych krajów UE, to w ostatnich latach dynamicznie rozwija się eksport na rynki pozaunijne. Chodzi tu zwłaszcza o rynki afrykańskie i azjatyckie – szczególnie chiński. O ile bowiem średnie spożycie artykułów mleczarskich w UE szacuje się na ok. 350 litrów, w Polsce – na niecałe 200 litrów, to w Chinach na razie jest to jedynie 18-20 litrów.

Sądzę, że ci, którzy prześpią okres wejścia na rynek chiński, będą mieć w przyszłości kłopoty. Ma on bowiem duży potencjał rozwoju, a ceny zbytu są znacznie wyższe niż w Polsce – mówi Broś. – Problemem jest jednak brak przyzwyczajenia Chińczyków do spożywania wyrobów mlecznych.

Jak mówi, zdecydowana większość Chińczyków cierpi na nietolerancję laktozy. Oznacza to, że nie mogą oni spożywać mleka nieprzetworzonego.

Game Industry Trends: Money 2014 już 5 czerwca w Warszawie

Konferencje Game Industry Trends poruszają różnorodną tematykę związaną z szerokopojętym rynkiem interaktywnej rozrywki. Do tej pory podczas trzech dwudniowych konferencji (2011, 2012 i 2013 rok) organizowanych przez firmę NoNoobs poruszono bardzo różnorodne obszary tematyczne związane z produkcją i sprzedażą gier wideo, a także różnorodnymi trendami na rynku cyfrowej rozrywki. W roku 2014 odbyły się już dwie tematyczne edycje GIT: Kids 2014 oraz GIT: Marketing 2014. Już 5 czerwca zapraszamy na trzecią konferencje tematyczną GIT: Money 2014, której celem jest wskazanie możliwych trendów rynkowych oraz istniejących mechanizmów zarabiania na grach wideo. Naszą ambicją jest odkrycie, jakimi ścieżkami wędrują.

W świecie gier wideo pieniądze nie leżą na ulicy – są w wielu różnych, czasem wręcz zaskakujących miejscach (o czym najlepiej świadczy proponowane przez YouTube 1 mln dolarów za Twitch.tv, czyli serwis do streamowania gier) – mówi Tomasz Kreczmar, dyrektor artystyczny konferencji Game Industry Trends – Podczas konferencji Game Industry Trends: Money postaramy się wskazać miejsca, w których pieniądze były, w których są i w których mogą być. Lecz nie tylko, oczywiście. Michał Gembicki z cdp.pl porówna wyprzedaże cyfrowe z fizycznymi. Arkadiusz Cybulski opowie jak grywalizacja może wspomóc sprzedaż. Maciej Krupowies przedstawi nowatorski projekt biznesowy, który wykorzystuje potencjał gier. Będzie też co nieco o prawnym aspekcie wirtualnych walut, o klasycznych grach w epoce cyfrowego świata.

Dziś polscy deweloperzy produkcji większych i mniejszy są coraz lepiej rozpoznawalni na świecie – ale czy tak będzie też jutro? Czy czasy, gdy deweloperzy i wydawcy zarabiali na „pudełkach” i dodatkach należy do przeszłości? Czy gry typu free2play, lokowanie produktu w grze czy mikropłatności to teraźniejszość wypierająca wielkie produkcje AAA? Podobnie jak growe aplikacje mobilne na smartfony i tablety, które w wielu kręgach stały się synonimem gier wideo. Jednocześnie z roku na rok rośnie popularność gier online – raport firmy Gartner wskazuje, iż rynek gier MMO ma do 2015 roku zwiększyć wartość o ponad 230%.

„W ledwie kilka tygodni hit 2013 roku – gra Grand Theft Auto V – znalazła 29 milionów nabywców – mówi Dariusz Sokołowski, co-founder NoNoobs.pl S.A. – Tytuł ten pobił film Avangers i grę Call of Duty: Black Ops II w kategorii najszybciej zarabiającego produktu rozrywkowego, który osiągnął zysk w wysokości miliarda dolarów. Film Marvela potrzebował na to 10 dni, produkcja Activision niemal dwóch tygodni, a gra firmy Rockstar ledwie 3 dni. W interaktywnej rozrywce są zatem ogromne pieniądze. Tylko gdzie?”