Budować czy kupować?

Wiele osób stanęło na pewno przed wyborem – kupić dom czy go wybudować. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co jest lepsze. To trochę tak jakby porównać gotowanie obiadu w domu z wyjściem do restauracji. Jest to indywidualna sprawa każdego człowieka i każdy ma na ten temat inne zdanie. Obie decyzje mają swoje plusy i minusy. Jak wszystko w życiu.

Dom to szeroko pojęte określenie miejsca, w którym mieszkamy. Dla jednych są to ściany i dach nad głową, dla drugich coś więcej. Może to być 300-metrowa willa z basenem, ulokowana w malowniczej okolicy, jak również 30-metrowa kawalerka, z ciemną kuchnią, na 11 piętrze bloku z płyty. Kwestia pieniędzy.

Jeśli patrzymy na dom jedynie jak na miejsce w którym śpimy, to zapewne lepiej jest kupić niż patrzeć na proces jego powstawania. Natomiast osoby, dla których jest to wymarzone miejsce, a obraz mają wyraźnie zarysowany w głowie, wybiorą drogę budowy. Pierwsza i podstawowa różnica w jest cenie. Jeżeli budżet, przeznaczony na inwestycję, zamyka się w kwocie 100 tysięcy, to nie ma o czym myśleć. Natomiast proporcjonalnie do pieniędzy rosną możliwości. Inna kwestia to obowiązki. Jeżeli ktoś musi być w mieście 3-4 razy w ciągu dnia, odwieźć dziecko do szkoły, jechać do pracy, zrobić zakupy czy załatwić coś w urzędzie, wybiera mieszkanie. Budowa czy kupno domu poza miastem mija się z celem.

Warto pamiętać, że do całkowitego kosztu budowy domu należy doliczyć działkę i ewentualne przystosowanie jej. To może powodować największą różnicę. Leszek A. Hardek, Prezydent Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości zaznacza: „Działki, które znajdują się daleko od miasta, mogą być bardzo tanie. Ale jeśli chcemy budować dom na atrakcyjnym terenie, może okazać się, że ta działka stanowi bardzo dużą część całkowitego kosztu. Bez wiedzy na temat cen działek nie można powiedzieć, czy bardziej opłaca się kupno domu czy jego budowa”.

„Jeżeli mamy do czynienia z osobami, które są zajęte zawodowo, być może należy wybrać dom kupiony od dewelopera. W przypadku osób, które znają się na tym i dysponują czasem, część robót może zostać wykonanych samodzielnie, co mocno obniży koszty” – dodaje Leszek A. Hardek.

Sam sposób budowy również wymaga podjęcia trudnej decyzji. Budować w klasyczny sposób czy z wykorzystaniem dostępnych, nowoczesnych technologii. Patrzeć na to jak buduje sąsiad, czy zainteresować się, jak budują na świecie. Mariusz Dębski, dyrektor ds. rozwoju i strategii Z500 wymienia: „Najbardziej znaną i powszechną technologią budowy jest technologia tradycyjna. Mokra, ciężka, z cegły. 80% budynków w Polsce powstaje w taki sposób. Plusem jest solidność, ale taki dom buduje się długo.” Warto pamiętać, że długa budowa powoduje wiele różnych, nieprzewidzianych sytuacji, co może blokować pieniądze i czas. „Druga podstawowa technologia to domy szkieletowe drewniane. Stanowi około 10% rynku, ale jej pozycja będzie rosła. Ściana domu budowanego w tej technologii, przy tej samej grubości, jest cieplejsza jak ściana betonowa. Trzeci rodzaj, to technologie tak zwane szybkie. Są prefabrykowane i przygotowane, tak żeby można było po trzech miesiącach skończyć prace przy budowie domu” – kontynuuje Mariusz Dębski.

Z każdym rokiem dostrzegalny jest rozwój technologii, która pozwala na budowę domu przyjaznego środowisku. „[…] W takich nieruchomościach instaluje się program, który steruje temperaturą w domu podczas naszej nieobecności. Nie ma tradycyjnych kominów, dużych okien, natomiast całe ciepło służące do ogrzania domu jest w 85% odzyskiwane metodą rekuperacji i po raz kolejny trafia do domu. Koszt budowy w takiej technologii nie jest wyższy, ale dzięki odzyskiwaniu energii taki dom jest znacznie tańszy w eksploatacji. To jest przyszłość” – dodaje Mariusz Dębski.

Człowiek, który chce mieć własny dom, stoi przed wieloma wyborami. Musi rozważyć wiele istotnych kwestii. Cisza i spokój za miastem czy hałas i zgiełk, ale jednak w mieście. Kupno mieszkania, a może jednak budowa domu – to sprawa bardzo indywidualna i osobista.

Sprzedaż samochodów osobowych: Polska i Europa nie zdjemują nogi z gazu

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA) wynika, że Europejczycy kupili w marcu br. 1,45 mln nowych samochodów osobowych, czyli o 10,6% więcej niż rok temu. Był to siódmy miesiąc z rzędu, w którym w europejskich salonach samochodowych panował ożywiony ruch. Bardzo dobrym wynikiem mogą pochwalić się Polacy, którzy za sprawą „kratek” zarejestrowali o ponad 40% osobówek więcej niż rok temu. Zdaniem przedstawicieli Exact Systems nowe przepisy obowiązujące od kwietnia br. będą sprzyjały zakupom droższych modeli.

Sprzedaż samochodów osobowych

W polskiej branży motoryzacyjnej pierwszy kwartał tego roku upłynął pod hasłem „auto z kratką”. Pojawienie się okienka derogacyjnego i możliwość odliczenia pełnego VAT wywołały lawinę zamówień na tzw. „kratki”, co przełożyło się na bardzo dobre wyniki sprzedaży samochodów osobowych w naszym kraju – podsumowuje Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W marcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 35 486 tys. nowych samochodów osobowych (wliczając tzw. kratki), czyli o ponad 41% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Od początku roku z polskich salonów wyjechało 97 620 osobówek, co oznacza 29% dynamikę rok do roku. Wśród nich było aż 22 tys. „kratek”.

Ożywienie w europejskich salonach, fenomen Wielkiej Brytanii

Do życia budzi się także europejski sektor motoryzacyjny. Marzec, w którym z salonów europejskich wyjechało ponad 1,45 mln nowych osobówek, to siódmy miesiąc z rzędu „na plusie” (+10,6% r/r). Od początku roku w Europie zarejestrowano o ponad 8% więcej aut niż w analogicznym okresie 2013 r. Dane za ostatnie miesiące przedstawiające sprzedaż nowych samochodów osobowych dają nadzieję, że europejska branża motoryzacyjna najgorsze ma już za sobą. Co prawda mamy do czynienia z najniższym wolumenem sprzedaży od kilku lat, to jednak cieszą kolejne rosnące słupki. Ciekawym przypadkiem, któremu przyglądamy się od kilku miesięcy jest rynek brytyjski, który rośnie nieprzerwanie od ponad 2 lat. Tylko w marcu Anglicy kupili więcej samochodów niż Polacy w całym 2013 r. – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Większość głównych rynków europejskich odnotowała wzrost rejestracji nowych aut osobowych: Niemcy (+5,4% r/r), Hiszpania (+10% r/r), Włochy (+5% r/r) i Wielka Brytania (+17,7% r/r).

W Polsce i Europie rządzi grupa Volkswagen

Zarówno w marcu jak i całym pierwszym kwartale najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce jest Skoda – w ciągu trzech miesięcy zostało sprzedanych ponad 14 tys. modeli tego producenta. Tuż za nią uplasowały się Volkswagen i Toyota. Polacy nadal najchętniej kupują Skodę Oktavię, Forda Focusa i Skodę Fabię. Nieco inaczej prezentuje się europejska mapa producentów. W Europie najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z blisko 160 tys. sprzedanych aut w marcu – mówi Jacek Opala.

2014 rokiem modeli premium?

Od 1 kwietnia zaczną obowiązywać nowe, dla części przedsiębiorców mniej korzystne, przepisy podatkowe dotyczące zakupu samochodów firmowych. W związku z tym dynamika rejestracji nowych osobówek może ulec obniżeniu, ale mam tutaj na myśli głównie grupę marek popularnych. Bowiem w przypadku modeli premium nowe regulacje są korzystniejsze niż te obowiązujące do końca ubiegłego roku i mogą pozytywnie wpłynąć na ten segment rynku – mówi Paweł Gos. I dodaje, że cały rok dla naszej branży motoryzacyjnej będzie lepszy od minionego. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem realna – ocenia Paweł Gos.

Orange przegrywa w sądzie z UOKiK

Polska Telefonia Komórkowa Centertel (obecnie Orange Polska) działała niezgodnie z prawem utrudniając konsumentom przeczytanie umowy przed jej zawarciem. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się ze stanowiskiem UOKiK

Gdy umowa o świadczenie usług telekomunikacyjnych jest zawierana lub zmieniana na odległość (np. przez telefon lub Internet), operator powinien dostarczyć konsumentowi kontrakt w wersji pisemnej. Postępowanie UOKiK wykazało m.in., że spółka PTK Centertel (obecnie Orange Polska) wywierała na swoich klientów niedopuszczalną presję, wymagając aby podpisywali umowę w obecności kuriera. Zdaniem UOKiK, stosowana przez Orange praktyka utrudniała konsumentom przeczytanie ze zrozumieniem kontraktu przed jego podpisaniem. Tymczasem, zgodnie z prawem, konsument powinien mieć realną możliwość zapoznania się z wzorcem umownym przez złożeniem podpisu tak, aby znał wiążące go postanowienia.

Wyrok sądu dotyczy decyzji Prezes UOKiK z grudnia 2010 r. Sąd podzielił stanowisko UOKiK, jednak obniżył karę pieniężną do 13 937 400 zł. Za okoliczność łagodzącą uznane zostało podjęcie przez PTK Centertel (obecnie Orange Polska) negocjacji ze spółką kurierską w celu zmiany sposobu doręczania przesyłek. Wyrok SOKiK w Warszawie z 2 kwietnia 2013 r. (XVII Ama 51/11) nie jest prawomocny, stronom przysługuje apelacja.

Polski sektor MŚP coraz bardziej mobilny

Małe i średnie firmy w Polsce coraz częściej korzystają z urządzeń przenośnych. W porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat, trend mobilności wyraźnie zyskał na znaczeniu. Wydłużył się również nieznacznie cykl wymian sprzętu.

Rośnie wykorzystanie smartfonów i tabletów

Z badania małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) przeprowadzonego w I kw. 2014 r. na próbie 800 podmiotów przez firmę badawczą PMR wynika, że średnio jedno przedsiębiorstwo z sektora MŚP w Polsce, zatrudniające od 10 do 249 pracowników, posiada 14 komputerów stacjonarnych, 6 laptopów, 4 smartfony i jeden tablet. Można zaobserwować, że liczba posiadanych urządzeń jest większa w średnich przedsiębiorstwach, w firmach posiadających zagranicznego inwestora oraz mających więcej niż jeden odział. Nasycenie technologiami IT wzrasta także wraz z wielkością przychodów firmy. Oznacza to, że firmy posiadające bardziej sformalizowaną strukturę i działające na większą skalę potrzebują odpowiednich technologii, których funkcjonowanie i wykorzystanie jest uzależnione od posiadania właściwych urządzeń.

W porównaniu do poprzedniej edycji badania sprzed dwóch lat, nie zmieniły się zasadniczo wskaźniki nasycenia sektora MŚP komputerami, jednak wzrosła średnia liczba posiadanych urządzeń. Największy wzrost można zauważyć w liczbie posiadanych smartfonów, które nie są już charakterystyczne dla firm o największych przychodach jak to miało miejsce dwa lata temu. W przypadku smartfonów średnia liczba wykorzystywanych urządzeń w firmach z sektora MŚP wzrosła czterokrotnie w porównaniu do danych z badania z 2012 r.

Minimalnie dłuższy cykl wymian

Analizując średnią liczbę lat, po których wymienia się w polskich firmach sprzęt na nowy, można zauważyć, że zmienne charakteryzujące przedsiębiorstwa nie wpływają zasadniczo na skłonność firm do wymiany sprzętu. Komputery stacjonarne służą średnio pięć lat, przenośne cztery lata, telefony komórkowe (także smartfony) dwa lata. Dwuletni cykl wymiany telefonów komórkowych wiąże się ze standardowym czasem trwania umowy z operatorami telefonii komórkowej. Potwierdza to również analiza odpowiedzi na pytanie o rodzaj płatności, gdzie większość firm ma umowę na abonament, która zazwyczaj daje możliwość wymiany telefonu w cyklu dwuletnim. Z drugiej strony, wzrost popularności ofert ryczałtowych bez telefonu powoduje stopniowe wydłużenie okresu korzystania z telefonów w firmach.

Mimo wspomnianego wzrostu wykorzystania urządzeń przenośnych, nie maleje zainteresowanie MŚP desktopami, które są obecne praktycznie w każdej polskiej firmie zatrudniającej 10-249 pracowników. Średnia liczba lat, po których wymienia się komputer biurkowy w kolejnych edycjach badania nieznacznie wzrasta, co może świadczyć o rosnącej wydajności dostępnego sprzętu, która spełnia oczekiwania użytkowników.

Uwagi metodologiczne na temat badania

Powyższe dane pochodzą z cyklicznego badania polskiego sektora MŚP przeprowadzanego przez firmę badawczą PMR. Najnowsza edycja badania została zrealizowana w I kw. 2014 roku, a jej pełne wyniki są dostępne w raporcie „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w małych i średnich firmach w Polsce 2014”. Zakres badania obejmuje infrastrukturę ICT, oprogramowanie i usługi IT wykorzystywane przez małe i średnie firmy, poziom wydatków na informatykę i telekomunikację, finansowanie i fundusze UE, a także plany zakupowe. Przedmiotem badania była również popularność poszczególnych dostawców i znajomość marek wśród firm z sektora MŚP.

W badaniu wykorzystano losową, warstwową próbę firm zatrudniających 10-49 oraz 50-249 osób. Należy zaznaczyć, że w badaniu nie uwzględniono podmiotów gospodarczych działających w administracji publicznej, samorządowej i edukacji, służb mundurowych oraz stowarzyszeń. W sumie zrealizowano 804 pełnowartościowe wywiady. Wyniki badania mogą być uogólnione na zbiorowość polskich przedsiębiorstw zatrudniających 10-249 osób, działających w następujących branżach:
• handel hurtowy i detaliczny
• produkcja ciągła, produkcja w masie (produkcja napojów, żywności, surowców chemicznych itp.) – określana w raporcie również jako „produkcja procesowa”
• produkcja w sztukach (produkcja maszyn, urządzeń, gotowych wyrobów metalowych, mebli itp.) – w raporcie określana także jako „produkcja dyskretna”
• transport i logistyka
• HoReCa – sektor hoteli, restauracji, barów i kawiarni
• przedsiębiorstwa użyteczności publicznej (elektrociepłownie, oczyszczalnie ścieków, wodociągi etc.)
• finanse i ubezpieczenia
• inne usługi (zaliczono tu m.in. budownictwo, obrót nieruchomościami, służbę zdrowia, a także telekomunikację i informatykę).

Rynek suplementów diety w Polsce napędza sprzedaż poza aptekami

Według najnowszego raportu „Rynek suplementów diety w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018” wartość sprzedaż suplementów diety w 2013 r. wzrosła o 9%, biorąc pod uwagę sprzedaż apteczną, pozaapteczną i przez internet. Motorem wzrostu, tak jak i w roku 2012, była sprzedaż suplementów w kanałach pozaaaptecznych.

Producenci mogą liczyć na wzrost 9-10% również i w latach 2015-2016

W 2012 r., w przeciwieństwie do rynku leków, rynek suplementów diety w Polsce zanotował dodatnią dynamikę sprzedaży, rosnąc o około 2%. Wynikało to z podobnego spadku sprzedaży aptecznej suplementów diety i leków OTC, a jednocześnie z szybszego wzrostu sprzedaży pozaaptecznej tej pierwszej grupy produktów. Dodatkowo, w przypadku suplementów dystrybucja pozaapteczna odgrywa znacznie większą rolę niż na rynku leków OTC, tak więc dynamika tego kanału bardziej wpływa na cały rynek.

Według naszych szacunków, w 2013 r. motorem rynku był ponownie kanał pozaapteczny, w którym sprzedaż wzrosła o około 16%.

Po spodziewanym obniżeniu dynamiki w 2014 r., za sprawą wysokiej bazy i niższej liczby zachorowań, w latach 2015-2018 dynamika wzrośnie do około 9-10% rocznie. Sprzedaż pozaapteczna będzie rosła bardziej dynamicznie niż sprzedaż apteczna ze względu na mniejsze ograniczenia prawne np. obecnie w rozwoju sprzedaży na rynku aptecznym przeszkadza ich zła sytuacja finansowa oraz zakaz reklamy aptek.

Biorąc pod uwagę czynniki makroekonomiczne, w następnych latach należy oczekiwać szybszego wzrostu płac realnych, wraz z postępującym ożywieniem gospodarczym i spadkiem bezrobocia, co pozytywnie wpłynie na tempo wzrostu sprzedaży suplementów diety.

Wycena należności tylko przy zachowaniu zasady ostrożności – informacja ekspercka

Skłonność do zaniżania odpisów aktualizujących należności lub też próby uniknięcia jego utworzenia pojawiają się w spółkach dość często. Jednak zgodnie z artykułem 28 ust.1 pkt 7 ustawy o rachunkowości (UoR), istnieje obowiązek wyceny należności w kwocie wymaganej zapłaty, przy zachowaniu zasady ostrożności. Aktualizacji wyceny należności trzeba dokonać nie rzadziej niż na dzień bilansowy.

Jednostka ma obowiązek aktualizacji odpisów aktualizujących wartość należności przynajmniej na dzień bilansowy, nie ma jednak przeszkód, by w razie zaistniałej konieczności takich odpisów dokonywać częściej.

Art. 35b ust. 1 UoR wskazuje, że wartość należności podlega aktualizacji przy uwzględnieniu stopnia prawdopodobieństwa ich zapłaty przez dokonanie odpisu aktualizującego, gdy mamy do czynienia z:

należnościami od dłużników postawionych w stan likwidacji lub w stan upadłości,
przypadkiem oddalenia wniosku o upadłość, gdy majątek dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania upadłościowego – w pełnej wysokości należności;
należnościami kwestionowanymi przez dłużników oraz z których zapłatą dłużnik zalega,
należnościami stanowiącymi równowartość kwot podwyższających należności, w stosunku do których uprzednio dokonano odpisu aktualizującego

należnościami przeterminowanymi lub nieprzeterminowanymi o znacznym stopniu prawdopodobieństwa nieściągalności.

Ostatni punkt wskazuje konieczność analizy należności pod kątem możliwości ich odzyskania. W przypadku nieprzeterminowanych należności trudno jednoznacznie oszacować prawdopodobieństwo ich nieściągalności. Tylko dysponując doświadczeniem w danej branży, wiedzą o dotychczasowym przebiegu współpracy z kontrahentem czy też informacją o jego aktualnej kondycji finansowej, można podjąć racjonalną decyzję dotyczącą konieczności i wysokości utworzenia odpisu.

Polityka rachunkowości pomoże w utworzeniu odpisu

W tworzeniu odpisu aktualizującego należności przydatna może okazać się polityka rachunkowości stosowana w jednostce, istnieje bowiem możliwość umieszczenia w niej wskazówki co do podstaw tworzenia odpisu, na przykład uznając okres zaległości w płatności za podstawę ustanowienia odpisu. Dysponując danymi historycznymi i bieżącymi informacjami, spółka może ustalić przedziały czasowe, według których będzie dokonywała odpisów w odpowiedniej proporcji do okresu przeterminowania płatności. Analizując wiek należności, nie należy mylić terminu wystawienia faktury z datą płatności. Okres zwłoki w ich uregulowaniu trzeba bowiem liczyć od ustalonego dnia terminu zapłaty. Co ważne, do należności o dużej wartości nie można podchodzić szablonowo. Takie przypadki traktuje się odrębnie, dochodząc do informacji o przyczynie zwłoki i sytuacji finansowej kontrahenta. Warto też wziąć pod uwagę reakcję dłużnika na prośbę o dokonanie zaległej zapłaty oraz to, czy w umowie zawarte zostało zabezpieczenie transakcji, na przykład w postaci gwarancji lub weksla.

Kiedy następuje uprawdopodobnienie nieściągalności wierzytelności?

Istnieje kilka przesłanek, których wystąpienie znacząco zwiększa prawdopodobieństwo nieściągalności długu. Są one wymienione w art. 16 2a ust.1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (updop). Wśród takich czynników można wskazać wykreślenie dłużnika z ewidencji działalności gospodarczej, postawienie w stan likwidacji albo ogłoszenie upadłości.

Także wszczęcie postępowania upadłościowego z możliwością zawarcia układu (w rozumieniu prawa upadłościowego i naprawczego) lub wszczęcie na wniosek dłużnika postępowania ugodowego (przepisy o restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków) istotnie zmniejsza prawdopodobieństwo ściągnięcia wierzytelności.

Kolejną sytuacją. Jaką wymieniają przepisy jest potwierdzenie zadłużenia prawomocnym orzeczeniem sądu i skierowanie go na drogę postępowania egzekucyjnego albo przeciwnie – kwestionowanie wierzytelności przez dłużnika na drodze powództwa sądowego.

Odpis to nie zawsze koszt podatkowy

Ponieważ utworzenie odpisu i ujęcie go w księgach ma negatywny wpływ na wynik finansowy jednostki, można spotkać się z niechęcią do jego tworzenia. Tym bardziej, że nie w każdym przypadku tworzony odpis ma charakter kosztu podatkowego. Zgodnie z art. 16 ust. 2a pkt 1 (updop), aby potraktować odpis w ten sposób, nieściągalność wierzytelności musi zostać uprawdopodobniona. Oczywiście zapisy zawarte w tym artykule nie stanowią pełnego wachlarza przesłanek do uprawdopodobnienia nieściągalności. Spółka może udokumentować to też w inny, wiarygodny sposób. Na koniec należy przypomnieć, że kosztem podatkowym będzie odpis aktualizujący wartość należności wyłącznie w jej kwocie netto.

Piractwo w sieci przyczyną milionowych strat dla polskiej gospodarki

Wartość PKB utraconego z tytułu piractwa internetowego treści wideo szacowana jest na ok. 700 mln PLN rocznie, a w 2018 roku straty mogą sięgnąć nawet dwukrotności całego budżetu MKiDN – wynika z raportu „Analiza wpływu zjawiska piractwa treści wideo na gospodarkę w Polsce” przygotowanego przez firmę doradczą PwC na zlecenie Stowarzyszenia Dystrybutorów Programów Telewizyjnych „Sygnał”. Jest to pierwsza próba oszacowania wpływu piractwa medialnego na gospodarkę w Polsce.

„Mamy nadzieję, że nasza analiza stanie się punktem wyjścia do dalszych działań prowadzonych zarówno w zakresie edukacji społecznej, jak i w obszarze dostosowania polskiego prawa do rzeczywistości cyfrowej oraz jego skutecznej egzekucji” – mówi Piotr Baranowski, partner i lider zespołu ds. mediów i nowych technologii w PwC. „Jeszcze kilka lat temu piractwo internetowe dotyczyło jedynie wąskiej grupy użytkowników. Dziś to już zjawisko powszechne, a jego negatywny wpływ na gospodarkę jest coraz bardziej widoczny. Usługi nielicencjonowanego dostępu do treści są przeważnie doskonale zorganizowane i realizowane w celu czerpania korzyści finansowych. Sektor takich usług urósł do skali przewyższającej legalne serwisy internetowe oferujące w Polsce treści wideo” – podkreśla.

Skala piractwa medialnego

Jak wynika z szacunków PwC, co piąty Polak regularnie korzysta z serwisów internetowych oferujących nielegalny dostęp do treści wideo – stanowi to prawie 30% wszystkich Internautów i aż 94% osób poszukujących treści wideo w Internecie. Jednocześnie większość oglądających treści wideo w Internecie robi to zarówno poprzez źródła legalne jak i nielegalne (73% spośród oglądających filmy, 49% oglądających seriale oraz 45% transmisje sportowe). Nawet niemal połowa respondentów płaci za dostęp do treści wideo z nielegalnych źródeł, a średnia ich deklarowanych wydatków wynosi ok. 14 PLN miesięcznie. Większość serwisów pirackich jest jednocześnie finansowana przez reklamodawców.

Internauci najwięcej czasu poświęcają na oglądanie filmów z nielegalnych źródeł (13 godz. miesięcznie), a najmniej na oglądanie sportu (3,5 godz. miesięcznie). W ciągu roku, poprzez nielegalne źródła następuje 400-500 milionów odtworzeń filmów, 650-750 milionów odtworzeń odcinków seriali oraz 150-180 milionów odtworzeń transmisji sportowych.

„W Polsce skala piractwa jest znacząco wyższa niż na rynkach rozwiniętych Europy Zachodniej czy świata, przy czym należy pamiętać, że koszty tego zjawiska są odczuwalne nie tylko przez twórców, lecz także Skarb Państwa i rynek pracy. Podobną skalę zjawiska w przeliczeniu na jednego Internautę możemy zaobserwować jedynie w Hiszpanii i we Włoszech. Na drugim krańcu, ze stosunkowo niską popularnością piractwa plasują się Niemcy, Wielka Brytania i Japonia, czyli kraje charakteryzujące się jednocześnie stabilnością gospodarczą, jak i poszanowaniem prawa i ochrony własności” – wyjaśnia prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

Wpływ piractwa na polską gospodarkę

Jak wynika z szacunków PwC, wartość utraconego PKB w wyniku piractwa wideo w Internecie w 2013 roku wynosi pomiędzy 500 a 700 mln PLN, co stanowi 0,04% całkowitego PKB Polski, z czego między 170 a 250 mln PLN traci bezpośrednio Skarb Państwa. Straty Skarbu Państwa stanowią równowartość 6-9% budżetu Ministerstwa Kultury lub całość wydatków Ministerstwa na teatry. Ponadto, ograniczenie korzystania z nielegalnych treści mogłoby spowodować utworzenie dodatkowych 6000-6500 miejsc pracy.

Zakładając status quo w zakresie rozwiązań legislacyjnych, poziomu edukacji i postaw społecznych w zakresie piractwa medialnego, a także obserwując trendy sprzyjające rozwojowi piractwa w Polsce, eksperci oszacowali, że średnioroczne tempo wzrostu piractwa w Polsce w latach 2013-2018 może wynieść między 29% a 54%. W scenariuszu umiarkowanego wzrostu, straty gospodarcze w 2018 roku osiągnęłyby 1,8 mld PLN, a w bardziej pesymistycznym scenariuszu przekroczyłyby 6,1 mld PLN, czyli dwukrotność obecnego budżetu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Przyczyny piractwa w Polsce

Najczęstszymi deklarowanymi przyczynami korzystania przez respondentów z serwisów oferujących nielegalny dostęp są: bogata oferta treści (32%) oraz bezpłatny dostęp (26%). Deklaracje te jednak często nie mają związku z sytuacją materialną korzystających i mogą stanowić próbę racjonalizacji zachowań, a nie realną przyczynę korzystania z nielegalnego obiegu treści.

Polacy mają świadomość, że ściąganie i rozpowszechnianie treści pirackich jest niezgodne z prawem (77% wskazań). Dodatkowo, ponad połowa respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że piractwo jest nieetyczne, gdyż pozbawia twórców należnego wynagrodzenia. Jednocześnie jednak ten sposób korzystania z treści video, jest niemal powszechny pośród tych samych respondentów.

Użytkownicy korzystający z serwisów oferujących nielegalny dostęp do treści często mają problem z odróżnieniem ich od źródeł legalnych. Tylko 8% badanych było w stanie prawidłowo zidentyfikować serwisy działające w pełni legalnie. Jednocześnie brak umiejętności takiego rozróżnienia trudno uznać za istotną przyczynę piractwa – w grupie respondentów zakwalifikowanych jako świadomych i jednocześnie deklarujących, że chcieliby korzystać tylko z legalnych źródeł, skala piractwa wyniosła
aż 73%.

„Wyniki badania pokazują, że deklarowane przyczyny korzystania z serwisów nielegalnie udostępniających treści są w niewielkim stopniu zależne od dochodów gospodarstwa domowego respondenta. Osoby dobrze lub bardzo dobrze oceniające swoją sytuację materialną, również wskazały na brak płatności, jako jedną z głównych przyczyn korzystania z nielegalnych źródeł” – komentuje Piotr Baranowski, partner w PwC.

Otoczenie prawne

Skuteczna ochrona własności intelektualnej oraz przeciwdziałanie nieuczciwym praktykom dostawców usług świadomie czerpiącym korzyści z nielegalnej dystrybucji treści wideo jest utrudniona głównie ze względu na luki prawne, daleko idące wyłączenia odpowiedzialności niektórych podmiotów czy nieprecyzyjne definicje prawne (np. definicja dozwolonego użytku, jako m.in. dzielenia się zasobami ze znajomymi, w dobie portali społecznościowych staje się polem do nadużyć), rejestrację serwisów zagranicą, ulokowanie serwerów poza terytorium naszego kraju czy typowe dla działalności pirackiej rozproszenie podmiotów. Przepisy polskiego prawa autorskiego zostały stworzone w „rzeczywistości analogowej” i nie zapewniają skutecznej ochrony interesom twórców i uprawnionych w oferującej dużo większe możliwości działania „rzeczywistości cyfrowej”.

„Dynamicznie rosnąca wirtualna sfera aktywności wymaga regulacji prawnej, która pozwoliłaby na odpowiednie wyważenie i zabezpieczenie słusznych interesów poszczególnych podmiotów w niej funkcjonujących. Tymczasem, prawo nie nadąża za rozwojem technologicznym, a istniejące regulacje nie zawsze pozwalają na rozstrzygnięcie problemów cyfrowej rzeczywistości, która dawno już przekroczyła założenia przyjęte przy projektowaniu instytucji takich jak np. dozwolony użytek prywatny” – komentuje Anna Kobylańska, adwokat z kancelarii PwC Legal.

Proponowane rozwiązania

Patrząc na przyczyny piractwa, złożoność modeli biznesowych stosowanych przez serwisy umożliwiające nielegalny dostęp oraz obecny stan prawny w zakresie ochrony własności intelektualnej, widać wyraźnie, że skuteczna walka z internetowym piractwem wideo jest zadaniem bardzo złożonym.

„Ze względu na kompleksowość zjawiska konieczne jest zarówno podjęcie działań informacyjnych skierowanych do użytkowników serwisów internetowych i pokazywanie alternatyw w postaci legalnych źródeł, jak i uszczelnienie systemu regulacji prawnych i penalizacja naruszeń. Kluczowa jest kwestia niwelowania negatywnego wpływu tego zjawiska na gospodarkę, zatem należy wprowadzić rozwiązania skierowane przeciwko nieuczciwym usługodawcom, które utrudnią im czerpanie korzyści finansowych z działalności pirackiej. Oznacza to współpracę z podmiotami umożliwiającymi obecnie finansowanie działalności pirackiej, jak np. banki, operatorzy komórkowi czy reklamodawcy” – mówi Piotr Baranowski, partner w PwC.

Informacje o badaniu

Raport „Analiza wpływu zjawiska piractwa treści wideo na gospodarkę w Polsce” został przygotowany przez PwC na zlecenie Stowarzyszenia Dystrybutorów Programów Telewizyjnych SYGNAŁ. Prace nad raportem trwały pomiędzy październikiem 2013 roku a styczniem 2014 roku.

Radom – nowe możliwości outsourcingowe dla Warszawy

Gwarantem sukcesu w branży outsourcingu jest dobra lokalizacja centrum usług i wykształcona kadra. Przykładem jest Radom – to teza, którą udowodnili uczestnicy kolejnego śniadania biznesowego Power Breakfast, moderowanego przez prezesa Fundacji Pro Progressio, Wiktora Doktór.

15 kwietnia w Villa Foksal odbyło się śniadanie biznesowe z cyklu Power Breakfast, zorganizowane w ramach seminarium Prospects in Poland. Podczas comiesięcznych spotkań, eksperci poszukują nowych perspektyw dla Polski i tym razem uwaga uczestników skupiła się na Radomiu. Całe spotkanie moderował Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio.

„Radom – siła w precyzji” – to hasło promocyjne miasta położonego zaledwie 100 kilometrów od Warszawy. Na przestrzeni ostatnich kilku lat Radom z powodzeniem wypełnia powyższą misję. Zdecydowanie największym atutem miejscowości jest powstające właśnie lotnisko, oddalone od centrum o 3 km, z którego pierwsze loty zaplanowano już na czerwiec 2014 roku. To dobra wiadomość dla przedsiębiorców, którzy będą chcieli inwestować właśnie w tym mieście. A powodów ku temu jest dużo. Po pierwsze, atrakcyjne ceny najmu biur, niskie koszty utrzymania oraz pomoc publiczna w ramach Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Po drugie, wyspecjalizowana kadra. Obecnie w Radomiu kształci się ponad 15 tys. studentów na 12 uczelniach wyższych, których programy edukacyjne układane są w sposób umożliwiający przygotowanie przyszłej kadry do pracy w sektorze outsourcingu. To tylko niektóre zagadnienia, do których próbował przekonać zebranych Andrzej Kosztowniak, prezydent Radomia. W trakcie spotkania odbyły się dwa panele dyskusyjne z udziałem przedstawicieli m.in. Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Jones Lang LaSalle, AIG/Lincoln Polska, AVON czy PwC. Dotyczyły one możliwości outsourcingowych Radomia oraz korzyści płynących z inwestycji.

„Miasta położone niedaleko wielkich aglomeracji są idealną lokalizacją do rozwoju usług outsourcingowych. Radom posiada niskie koszty prowadzenia działalności biznesowej, a jego niebywałym atutem jest niewielka odległość od Warszawy. Młoda i dobrze wykwalifikowana kadra z pewnością przyczyni się do rozbudowy sektora nowoczesnych usług związanych z BPO.” – powiedział Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.

W ubiegłym miesiącu Radom dołączył do grona miast, które Fundacja Pro Progressio wspiera swoimi licznymi działaniami. Celem współpracy jest popularyzacja tych miejsc na polskim rynku outsourcingu, pomoc w rozwoju sektora usług biznesowych oraz szkolenie pracowników w zakresie zewnętrznych procesów biznesowych.

A. Szczęśniak: w obliczu kryzysu na Ukrainie obligo gazowe zagraża bezpieczeństwu energetycznemu Polski

CEO Magazyn Polska

Obligo gazowe, czyli obowiązek sprzedaży dużej części gazu przez PGNiG za pośrednictwem Towarowej Giełdy Energii, zagraża bezpieczeństwu państwa w związku z kryzysem na Ukrainie – ocenia ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak. Jego zdaniem, taki obowiązek należałoby wprowadzić dopiero po zdywersyfikowaniu dostawców gazu w Polsce, a nie teraz jako narzędzie łamania monopolu.

Mamy dzisiaj sytuację, kiedy dostawy gazu na skutek napięć i praktycznie wojny na Wschodzie mogą zostać każdego dnia odcięte. To oznacza, że sytuacja na rynku europejskim zostanie znacząco zachwiana, ponieważ duże braki w dostawach gazu z Ukrainy spowodują ogromny wzrost cen i w ogóle zachwianie rynku. I w takiej sytuacji nacisk na to, żeby realizować obligo gazowe, jest dodatkowym elementem, który sprawia, że rynek się chwieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Obligo gazowe zostało wprowadzone w ubiegłym roku w celu liberalizacji rynku gazu. PGNiG miało w 2013 r. sprzedać 30 proc. produkowanego gazu przez TGE; w tym roku ma to być 40 proc. Jednak w ubiegłym roku spółka sprzedała na giełdzie jedynie 4 proc. produkcji. Teraz PGNiG grożą wysokie kary, nawet do 4,8 mld zł.

Szczęśniak podkreśla jednak, że w sytuacji zagrożenia zmniejszeniem lub nawet odcięciem dostaw gazu z Ukrainy, zmuszanie PGNiG do sprzedaży gazu przez giełdę może być nierozsądne. W I kwartale tego roku spółka sprowadziła ze wschodu 2 mld metrów sześciennych – 80 proc. całego importu gazu. Część z niego trafia do Polski przez Ukrainę, reszta przez Białoruś.

W tej sytuacji mówienie o karach, o przymuszaniu PGNiG do wykonania obliga, to tak jakby ktoś sobie nie zdawał sprawy z tego, w jakiej sytuacji żyjemy. Dzisiaj musimy pilnować, żeby tego gazu mieć jak najwięcej i żeby spółka, która odpowiada ustawowo za bezpieczeństwo energetyczne, nie była poddana kolejnym naciskom i sytuacji, kiedy ona w zasadzie nie wie, czy ma kupować gaz, czy ma sprzedawać gaz; jak go sprzedawać, skoro na giełdzie nie ma warunków – ocenia Szczęśniak.

Dodaje, że liberalizacja rynku gazu poprzez obowiązek sprzedaży na giełdzie sprawdza się jedynie na rynkach, gdzie jest wielu dostawców gazu. Tymczasem w Polsce jeszcze w 2012 r. PGNiG miało ponad 95 proc. udziału w rynku gazu, choć od tego czasu wielu dużych odbiorców zdecydowało się na samodzielny zakup surowca.

Mimo to Szczęśniak ocenia, że PGNiG przez wiele lat pozostanie jeszcze dominującym podmiotem. Jak dodaje, na rynkach europejskich przyjęto, że do liberalizacji poprzez giełdę potrzebnych jest co najmniej trzech dostawców gazu, najlepiej z różnych kierunków. PGNiG w I kwartale tego roku importowało niemal połowę sprzedaży gazu, ale większość ze wschodu.

– W sytuacji, kiedy mamy jednego gracza i jednego dostawcę, kreowanie rynku jest zabiegiem bardzo sztucznym i to nie przyniesie żadnych korzyści. Czyli liberalizacja rynku w tej postaci giełdowej powinna zostać odłożona do momentu, kiedy zdywersyfikujemy się, kiedy będą możliwe realne i porównywalne cenowo rozmaite źródła gazu, i wtedy można śmiało wprowadzać tę formę liberalizacji – mówi Szczęśniak

Według niego sprzedaż gazu przez giełdę mogłaby się przyczynić do urynkowienia jego ceny. Ale w Polsce mechanizm ten został wprowadzony w celu złamania monopolu PGNiG, co nie mogło przynieść pożądanych efektów. Szczęśniak podkreśla, że w tej chwili brakuje nie tylko konkurencji na rynku dostawców, lecz także nie ma chętnych do zakupu gazu przez giełdę.

Polskie firmy mogą pomóc Ukrainie zmniejszyć zależność gospodarczą od Rosji. Ciech SA podpisał kontrakty na dostawy produktów sodowych

CEO Magazyn Polska

Dążenia Ukrainy do gospodarczego uniezależnienia się od Rosji  stwarzają dla polskich firm szansę na ekspansję. Grupa Ciech podpisała właśnie kilka dużych kontraktów z ukraińskimi odbiorcami sody.

Krótkoterminowo staramy się wykorzystywać do maksimum pojawiające się okazje rynkowe. Każdy kryzys niesie ze sobą również szanse. Sytuacja na Ukrainie stworzyła dla tamtejszej gospodarki okazję do uniezależnienia się od Rosji. W związku z tym również dla Ciechu pojawiły się określone możliwości, które w porę dostrzegliśmy i wykorzystaliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Ciech SA.

Szansą dla Ciechu okazało się to, że fabryka sody w krymskim Krasnoperekopsku znalazła się na terytorium faktycznie kontrolowanym przez Moskwę. Dodatkowym problemem dla właściciela zakładów – Grupy DF – było aresztowanie w Wiedniu jej prezesa, Dmytro Firtasza. Teraz czeka on na ekstradycję do USA.

Aneksja Krymu spowodowała, że nasz konkurent nagle znalazł się po drugiej stronie granicy rosyjsko-ukraińskiej, co dało nam dostęp do rynku zachodniej Ukrainy – wyjaśnia Krawczyk.

Zajęcie Krymu przez Rosjan może być kosztowne także dla rosyjskich firm działających nad Dnieprem, takich jak chemiczny koncern Khimprom. Dzięki fabryce w obwodzie mikołajowskim ma on silną pozycję na ukraińskim rynku sody. Teraz rosyjskiej fabryce grozi gospodarcza izolacja, ponieważ z powodu inwazji na Krym Ukraińcy wrogo patrzą na rosyjski kapitał. Świadczy o tym m.in. bojkot rosyjskich towarów w tamtejszych sklepach. Równocześnie Ukraińcy liczą na pogłębienie kontaktów handlowych z Zachodem, co pozwoli im zmniejszyć polityczną i gospodarczą zależność od Rosji oraz postawi na nogi gospodarkę.

Według Krawczyka, są to jedynie krótkoterminowe korzyści, wynikające z obecnej sytuacji na Ukrainie. Nie ma wątpliwości, że w dłuższej perspektywie niestabilna sytuacja na wschodzie Europy będzie szkodzić także Ciechowi. Tym bardziej, że Moskwa chętnie korzysta z instrumentów ekonomicznych w swojej polityce zagranicznej, stosując np. embarga. Obecnie ograniczają się one do rolnictwa i przemysłu rolno-spożywczego, ale nie jest wykluczone, że zostaną nim objęte inne gałęzie polskiej gospodarki.

Każdy kryzys na Wschodzie powoduje, że musimy zastanowić się, na których rynkach uplasować produkty, które wytworzymy w ramach programu zwiększania naszych zdolności produkcyjnych. Jesteśmy jednak elastyczni i do nowych sytuacji będziemy przystosowywać się coraz szybciej – twierdzi Dariusz Krawczyk.

Grupa ITI zadowolona z wyników oglądalności TVN24 Biznes i Świat. Liczy na wzrost przychodów z reklamy

CEO Magazyn PolskaGrupa ITI pozytywnie ocenia pierwsze efekty zmiany charakteru swojej flagowej stacji biznesowej. TVN24 Biznes i Świat przyciąga pięć razy więcej widzów niż TVN CNBC. ITI oczekuje także wzrostu wydatków na reklamę w segmencie telewizyjnym i podtrzymania dynamiki z ubiegłego roku.

Kanał TVN24 Biznes i Świat, koncentrujący się na tematyce biznesowej i zagranicznej, zastąpił TVN CNBC 1 stycznia 2014 r. Zmiana nazwy i charakteru stacji była związana m.in. z zakończeniem umowy o współpracy z CNBC Europe, która gwarantowała m.in. dostęp do zasobów redakcyjnych i infrastruktury partnera.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników oglądalności kanału TVN24 Biznes i Świat. Przyciąga on pięć razy więcej widzów niż TVN CNBC –zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kostrzewa, prezes zarządu Grupy ITI.

Z analizy firmy badawczej Nielsen Audience Measurement wynika, że w marcu br. kanał przyciągał w każdej minucie przed telewizory prawie 20 tys. widzów, co dało TVN24 BiŚ średni udział w rynku na poziomie 0,29 proc. w grupie 4+ i 0,32 proc. w grupie 16–49. Porównując te wyniki do analogicznego okresu roku poprzedniego, widzimy, że ofertę programową TVN CNBC śledziło tylko 3,8 tys. widzów, a średni udział w rynku kształtował się na poziomie 0,06 proc (grupa 4+) i 0,08 proc. (grupa 16–49).

– TVN24 Biznes i Świat znalazł swoją publiczność, która bardzo docenia połączenie tematyki międzynarodowej – tak bardzo aktualnej w kontekście wydarzeń na Ukrainie – z informacjami ekonomicznymi – przekonuje Wojciech Kostrzewa.

Prezes Grupy ITI z nadzieją spogląda również na prognozy dotyczące kondycji rynku reklamy w Polsce.

Podobnie jak duże agencje mediowe, spodziewamy się wzrostu wydatków na reklamę na poziomie kilku procent. Oczekujemy jednocześnie, że TVN ponownie wykaże się większą dynamiką niż rynek ogółem – zapowiada Wojciech Kostrzewa.

W 2013 r. przychody TVN-u z reklamy i sponsoringu były niższe o 1,7 proc. rok do roku i wykazały dynamikę wyższą niż rynek reklamy telewizyjnej, który w ubiegłym roku odnotował spadek o 2,7 proc.

Kostrzewa skomentował również plany skupienia maksymalnie 34 mln akcji własnych, który przegłosowali w ubiegłym tygodniu akcjonariusze grupy. TVN zamierza przeznaczyć na ten cel do 500 mln zł.

Z punktu widzenia akcjonariuszy decyzja o tym, czy spółka realizuje buy back czy wypłaca dywidendę, nie ma znaczenia. W jednym i drugim przypadku – przy zachowaniu proporcjonalności – akcjonariusze otrzymują gotówkę, która w ten sam sposób jest opodatkowana – wyjaśnia prezes Grupy ITI.

Jego zdaniem jest to alternatywna dystrybucja dywidendy i spółka w ten sposób to traktuje. Transakcję TVN zamierza sfinansować z własnych środków. Oferta będzie skierowana do wszystkich akcjonariuszy.

Płatności gotówkowe w defensywie. Polacy coraz częściej płacą kartą lub telefonem

0

CEO Magazyn Polska

Mimo że ponad 80 proc. transakcji dokonywanych jest w Polsce za pomocą gotówki, w tempie dwucyfrowym rośnie liczba płatności kartami, transakcji zbliżeniowych i mobilnych. Polscy konsumenci są wyjątkowo otwarci na nowinki technologiczne w tym zakresie. Dla nich kluczowa jest wygoda, dlatego nowe technologie, które dają im dostęp do pieniędzy w każdym miejscu i czasie, mają szansę zdobyć rynek. O ile zapewnią również bezpieczeństwo płatności, bo na to konsumenci zwracają szczególną uwagę.

Polska jest wyjątkowo innowacyjnym krajem, nie tylko w regionie Europie Środkowo-Wschodniej, lecz także w całej Europie. Powstaje bardzo dużo nowych inicjatyw, ale nie wszystkie mają szansę zaistnieć. Oprócz łatwości zastosowań ważne jest bezpieczeństwo, a nie wszystkie rozwiązania spełniają ten element. Bezpieczeństwo dla użytkowników jest najważniejsze – podkreśla Paweł Markowski, dyrektor zarządzający  SIX Payment Services w Polsce, agenta rozliczeniowego działającego w skali międzynarodowej.

Pokazuje to przykład płatności zbliżeniowych. Mimo że zdobywają one liczne grono użytkowników i stają się coraz bardziej powszechne (dziś nawet połowa transakcji kartą może być dokonywana zbliżeniowo), banki w Polsce przywróciły do swoich ofert karty bez technologii zbliżeniowej.

Nie dlatego, że jest ona niebezpieczna, tylko dlatego, żeby klienci, którzy nie są do niej przekonani, mogli wciąż używać kart w formie tradycyjnej – zapewnia Markowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W Polsce wciąż dominującym sposobem płatności jest gotówka. Jednak zarówno liczba kart płatniczych, transakcji, jak i punktów akceptacji rośnie w tempie dwucyfrowym. To również efekt m.in. dynamicznie rosnącego segmentu e-commerce, czyli handlu internetowego.

Sklepy tradycyjne ciągle odgrywają najważniejszą rolę w sprzedaży. Natomiast rynek e-commerce rozwija się bardzo dynamicznie. Kiedyś był to alternatywny kanał sprzedaży, dziś kanał e-commerce’owy i kanał tradycyjny przenikają się. Sklepy internetowe otwierają swoje tradycyjne punkty sprzedaży, natomiast tradycyjne sklepy migrują do e-commerce. Tak naprawdę trzeba być obecnym w obu kanałach z płatnościami – wyjaśnia szef SIX Payment Services w Polsce.

Podobnie jest także w całej Europie. Prognozy SIX Payment Services wskazują, że to może być bardzo dobry rok dla dostawców usług płatniczych. Wartość transakcji zbliży się w tym roku do 150 mld zł, a ich liczba przekroczy 1,5 miliarda (w tym roku było to odpowiednio 122 mld zł i ponad 1,3 mld transakcji).

Jedną z bardziej perspektywicznych metod płatności będą płatności mobilne, które – według Markowskiego – są naturalnym następstwem tradycyjnej płatności bezgotówkowej.

Rozwój płatności mobilnych w dużej mierze jest związany z wygodą użytkownika. Rozwiązania, które będą wygodniejsze od tradycyjnej formy NFC [technologia płatności zbliżeniowych stosowana w nowoczesnych smartfonach – red.], mają szansę zaistnieć i zdominować ten rynek w przeciągu 10 lat – uważa Paweł Markowski. – Prognozuję dalszy rozwój transakcji mobilnych, dalszy rozwój transakcji NFC, ale opierający się na elektronicznych portmonetkach zainstalowanych na telefonach, wszystko w maksymalnie bezpiecznym środowisku.

Szanse na rozwój są, bo Polacy są wyjątkowo otwarci na nowinki technologiczne. Rynek płatności zbliżeniowych rośnie tu najszybciej w Europie. Innym przykładem może być popularność nowego rozwiązania w transakcjach przeprowadzanych za granicą, tzw. DCC (Dynamic Currency Conversion), pozwalającego na przewalutowanie transakcji w miejscu zakupu.

Użytkownik karty za granicą płaci we własnej walucie i jest świadomy, ile naprawdę kosztuje go dany produkt czy usługa. Nie musi czekać na rozliczenie transakcji przez operatora i bank. Dla punktu handlowego to ważny argument, by przekonać klienta o końcowej wartości produktu – wyjaśnia przedstawiciel SIX Payment Services. – Zainteresowanie takimi usługami rośnie, szczególnie poprzez osoby, które raz już z tego skorzystały. Tym bardziej że usługa przewalutowania w miejscu zakupu jest tańsza od tradycyjnych opłat bankowych, które pojawiają się w momencie, gdy transakcja jest przeliczana na inną walutę przez wydawcę karty.

Prognozy SIX Payment Services mówią o rosnącym znaczeniu takich trendów, jak płatności między osobami fizycznymi (peer-to-peer; bezpośrednie przelewy elektroniczne do innych osób), mikropłatności czy powtarzalnych zakupów.

Polubowne rozwiązywanie sporów między firmami coraz popularniejsze. W 2013 r. Sąd Arbitrażowy przy KIG rozpatrzył ok. 350 spraw

0

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorcy chętnie decydują się na polubowne rozwiązywanie sporów. W ubiegłym roku Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej rozpatrzył ok. 350 spraw o wartości zbliżającej się do miliarda złotych. Stosowanie międzynarodowych zasad etyki i jakości sprzyja prestiżowi i jakości tej formy rozstrzygania kwestii spornych. 

– W Sądzie Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej w 2013 roku liczba spraw wyniosła 350, czyli mniej więcej tyle samo, co w latach ubiegłych. Natomiast wartość rozpatrywanych sporów rośnie i wyniosła kilkaset milionów, a nawet bliżej jednego miliarda – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Furtek, prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Firmy decydują się na postępowanie arbitrażowe z uwagi na wysoką jakość i szybkość trwania postępowania. Postępowanie arbitrażowe trwa od 9 do 14-15 miesięcy. Arbitrzy zawsze dążą do osiągnięcia ugody między strony. Najczęściej spory dotyczą kwestii infrastrukturalnych i przejęć przedsiębiorstw.

Klasyką są spory budowlane oraz zwykłe transakcje handlowe – mówi Marek Furtek.

W sądownictwie polubownym około 20 proc. spraw jest załatwianych w formie ugody. W pozostałych przypadkach sąd arbitrażowy wydaje wyrok, który po przeprowadzeniu specjalnej procedury przed sądem powszechnym ma taką moc, jak wyrok sądu powszechnego.

Polskie sądy arbitrażowe pracują nad ulepszaniem zasad polubownego rozwiązywania sporów, co zwiększa ich skuteczność i usprawnia prace. Służą temu m.in. wytyczne Międzynarodowego Stowarzyszenia Prawników (International Bar Association). Chodzi tu o trzy rodzaje dokumentów. Jeden z nich dotyczy konfliktu interesów i niezależności oraz bezstronności arbitrów, drugi dokument – zasad postępowania dowodowego w Międzynarodowym Arbitrażu Handlowym.

Zawdzięczamy mu wdrożenie do polskiej praktyki arbitrażowej nowych, dotychczas nieznanych środków dowodowych, takich jak tzw. discovery, czyli poszukiwanie dokumentów u strony przeciwnej lub zobowiązanie jej do przedstawienia określonych dokumentów – mówi Furtek.

Trzeci dokument dotyczy zasad postępowania pełnomocników w Międzynarodowym Arbitrażu Handlowym. Prezes Sądu Arbitrażowego przy KIG podkreśla, że jest to dokument bardzo potrzebny i na czasie. 

Opublikowane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Prawników (International Bar Association), wytyczne IBA Guidelines on Party Representation in International Arbitration (wytyczne dotyczące reprezentacji stron w międzynarodowym arbitrażu) były tematem spotkania arbitrażowego, które odbyło się 15 kwietnia br. w siedzibie Sądu Arbitrażowego przy KIG. Uczestnicy dyskutowali między innymi nad zastosowaniem tego nowego instrumentu w praktyce. Wytyczne to próba skodyfikowania zasad etycznych, którymi powinni kierować się reprezentanci stron w międzynarodowym postępowaniu arbitrażowym.  Ich stosowanie nie jest wymagane, lecz stanowi przejaw dobrych praktyk.

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie powołany został 1 stycznia 1950 roku i funkcjonował pod nazwą Kolegium Arbitrów przy Polskiej Izbie Handlu Zagranicznego, jako niezależna jednostka powołana do rozstrzygania sporów wynikających z międzynarodowych stosunków handlowych. Od 1990 roku Sąd Arbitrażowy kontynuuje swoją działalność w ramach Krajowej Izby Gospodarczej w Warszawie. SA KIG jest członkiem i jednym z założycieli Międzynarodowej Federacji Instytucji Arbitrażu Handlowego, członkiem Międzynarodowej Rady do Spraw Arbitrażu Handlowego, członkiem Europejskiej Grupy Arbitrażowej, Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) w Paryżu oraz Komitetu Specjalnego przy Europejskiej Komisji Gospodarczej w Genewie.

UPC zaoferuje darmowy dostęp do internetu i telewizję na urządzeniach przenośnych

CEO Magazyn Polska

UPC rozpoczyna testy szybkiego internetu 500 Mb/s i darmowego Wi-Fi dla klientów. Operator pracuje również nad rozwiązaniem oferującym dostęp do telewizji m.in. na tabletach. Ma ono wejść w życie jeszcze przed mundialem w Brazylii. Natomiast jeszcze przed Wielkanocą, w najbliższy piątek ruszy nowa platforma komunikacji marketingowej operatora.

UPC rozpoczyna testowanie nowej usługi, umożliwiającej bezpieczny dostęp do internetu na urządzeniach przenośnych – UPC Wi-Free.

Chcemy udostępnić naszym abonentom darmowy dostęp do bezprzewodowego internetu w obrębie 600 tys. modemów, które są zlokalizowane w polskich domach – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Esz, członek zarządu UPC Polska. – Nowością jest to, że gość może skorzystać z pasma, które jest wydzielone i nie wpływa na internet, jaki mamy w domu. Jest to dodatkowa przepływność internetu, którą wydzielamy dla naszych klientów.

Na razie pilotaż ruszy w Sopocie dla 6 tys. klientów, jednak Esz zapewnia, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech miesiącach usługa ma być dostępna na wszystkich modemach firmy w Polsce. Rozwiązanie, dzięki udostępnieniu dodatkowego pasma, umożliwi abonentom platformy dostęp do darmowego Wi-Fi we wszystkich miejscach, w których znajduje się modem UPC.

Równolegle UPC prowadzi testy superszybkiego internetu 500 Mb/s, w którym mogą wziąć udział dotychczasowi klienci UPC. Mogą do nich przystąpić abonenci z Krakowa, Łukowa, Łodzi, Pułtuska, Warszawy i Zakopanego.

Grzegorz Esz zapowiada również wprowadzenie nowej oferty, umożliwiającej oglądanie kanałów UPC na smartfonach i tabletach. Nie zdradza jednak szczegółów propozycji operatora.

Zadebiutuje ona na rynku przed Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej 2014, które rozpoczynają się w czerwcu. To moment, w którym dostęp do telewizji na różnych urządzeniach, także poza domem, będzie szczególnie istotny – twierdzi Grzegorz Esz.

Natomiast już w najbliższy piątek UPC rozpoczyna nową kampanię reklamową, która ma podkreślać jakość usług operatora i komunikować nową ofertę dla klientów, obejmującą m.in. nowe pakiety usług i szybki dostęp do internetu. Kampanię rozpoczną spoty telewizyjne, emitowane w trakcie świąt wielkanocnych, w kolejnej fazie akcja marketingowa obejmie także inne kanały komunikacji.

Wprowadzamy m.in. ofertę opartą o telefon bez limitu na połączenia z telefonami komórkowymi i stacjonarnymi, w zestawie z internetem 60 Mb/s, w cenie 89 zł – zdradza Esz.

Do głównych celów biznesowych UPC Grzegorz Esz zalicza utrzymanie pozycji najbardziej rekomendowanego operatora telekomunikacyjnego w Polsce.

Tę pozycję zdobyliśmy w pierwszym kwartale 2014 r. i o jej utrzymanie walczymy z siecią Play. Stanowimy grupę, która ma bardzo pozytywny net promoter score – przekonuje Esz.

Coraz więcej pracowników dostaje od pracodawców świadczenia pozapłacowe. Także na Wielkanoc

CEO Magazyn Polska

Zwiększa się średnia roczna kwota przeznaczana na świadczenia pozapłacowe dla pracowników wskazują badania ARC Rynek i Opinia przeprowadzone w styczniu 2014 r. na zlecenie Sodexo Benefits and Rewards Services. Rośnie też liczba świadczeń, jakie otrzymują zatrudnieni – w ubiegłym roku było to średnio 4,8 różnego rodzaju rozwiązań motywacyjnych na osobę. Zdaniem ekspertów dowodzi to tego, że polski rynek powoli staje się rynkiem pracownika.

Pracodawcy starają się docenić pracowników szczególnie z okazji świąt. Ta tradycja jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze. Okazje, które przedsiębiorstwa wykorzystują do dodatkowej motywacji personelu, są od lat niezmienne. Najczęściej pracownicy otrzymują świadczenia pozapłacowe w związku z najważniejszymi w Polsce świętami, tj. Bożym Narodzeniem czy zbliżającymi się świętami wielkanocnymi, które dla ponad 31 proc. organizacji są okazją do dodatkowej motywacji zespołu – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Łojewski, product manager Sodexo Benefis and Rewards Services.

Jak wynika z badań przeprowadzonych dla Sodexo, rośnie kwota, jaką firmy przeznaczają na świadczenia pozapłacowe dla swoich pracowników. W 2013 roku było to 726 zł rocznie na osobę, co w porównaniu do roku poprzedniego, kiedy kwota ta wynosiła 709 zł, oznacza wzrost o 2,4 punktu procentowego. Co ważne, zwiększa się również liczba proponowanych świadczeń. Średnio firmy i instytucje oferują pracownikowi 4,8 różnego rodzaju dodatkowych motywatorów rocznie. Z kolei przedsiębiorstwa, które zatrudniają powyżej 250 pracowników, proponują ich już 6 i więcej, co pokazuje, że firmy inwestują w różnorodność oferty motywacyjnej.

Wszystkie świadczenia pozapłacowe mają znaczenie motywacyjne. Jeśli pracodawca daje podwyżkę, to jest ona odczuwana przez pracownika przez miesiąc lub dwa, a potem o podwyżce się zapomina. System świadczeń pozapłacowych, który pracodawca stosuje w firmie, ma efekt długofalowy  finansowanie posiłków czy kupony podarunkowe, z których pracownik może skorzystać wspólnie z rodziną  bo tu motywacja rozłożona jest na długi okres – podkreśla Paweł Łojewski.

Jest to ważne zwłaszcza w kontekście zmian na rynku. Odczuwalne na rynku pracy ożywienie, i pozytywne prognozy wiceministra pracy Jacka Męciny, wg których już w tym roku, w niektórych branżach będzie można mówić o rynku pracownika, będą skłaniać pracodawców do większego nakierowania na potrzeby zatrudnionych, a budowa lojalności i zaangażowania personelu będzie jednym z kluczowych zadań kadry zarządzającej.

Pracodawcy rozumieją, że aby osiągnąć sukces rynkowy, należy stale zwiększać lojalność zatrudnionych i podnosić efektywność zespołu. Dlatego systematycznie włączają świadczenia pozapłacowe do systemu wynagrodzeń w firmach. Młode pokolenie, które wchodzi teraz na rynek pracy, jest o wiele bardziej wymagające od swoich poprzedników. Wymagają od pracodawcy dużo więcej. I jeśli coś im się nie spodoba, po prostu odchodzą z firmy – mówi Paweł Łojewski. 

Siłownie i kluby fitness to zyskowny biznes. Polski rynek do 2017 r. urośnie trzykrotnie

CEO Magazyn Polska

Rynek klubów fitness i siłowni w Polsce dziś wart jest 1,5 mld zł, ale w ciągu następnych trzech lat jego wartość się potroi. Na razie jest on dość rozdrobniony – dominują małe podmioty, ale pojawia się na nim coraz więcej siłowni sieciowych. Polskim rynkiem zainteresowani są również zagraniczni inwestorzy.

Do Polski wkracza nowa sieć klubów fitness, która oferuje najnowocześniejszy sprzęt do ćwiczeń w połączeniu z atrakcyjnymi opłatami członkowskimi i bez konieczności podpisywania stałych umów. Pierwszy klub z logo nowej marki zostanie otwarty w maju w centrum handlowym Plaza Rzeszów. Kolejne powstaną w Wałbrzychu, Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. 

Patrzyliśmy na potencjał rynkowy, który ma się potroić w ciągu najbliższych trzech lat. Wartość tego rynku z 1,5 miliarda złotych rocznie ma wzrosnąć do 4,5 miliarda złotych w 2017 roku. CityFit rozpoczął badania dotyczące tego, jak ludzie korzystają z siłowni. Uważamy, że rynek jest rozdrobniony. Jest wiele małych siłowni, które oferują usługi niskiej jakości, a sporo kosztują. Są też siłownie sieciowe, które oferują usługi wysokiej jakości, ale te są już bardzo drogie. A na to nie stać wielu Polaków – tłumaczy Nicholas Moses, dyrektor zarządzający CityFit.

W sumie brytyjski inwestor planuje uruchomić 50 takich obiektów w całym kraju. Chce na to przeznaczyć 100 mln złotych.

W siłowniach znajdzie się taki sprzęt, z jakiego chcieliby korzystać nasi klienci: funkcjonalny sprzęt cardio i do ćwiczeń siłowych, jednak bez niepotrzebnych wabików, które tylko podnoszą opłaty. Nie będzie też zbędnych pomieszczeń, takich jak basen czy sauna. Uważamy, że niewiele osób korzysta z nich regularnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Nicholas Moses.

Kluby fitness z logo brytyjskiego inwestora będą otwarte 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Sieć CityFit wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów i wprowadza wiele udogodnień, m.in. zapisy na zajęcia przez internet. Każdy klub będzie także wyposażony w nowoczesny system dostępu oparty o odczyt danych z linii papilarnych. To oznacza, że wstęp na siłownię będzie możliwy nawet wtedy, kiedy klient zapomni swojej karty członkowskiej.

Zakładając, że siłownie będą czynne 24 godziny na dobę, zainwestowaliśmy w sprzęt kontrolujący dostęp do siłowni, który daje pewność, że tylko członkowie klubu mogą wejść na jego teren. W ten sposób dbamy o bezpieczeństwo naszych gości – zapewnia Nicholas Moses.

Podkreśla, że sieć CityFit wychodzi więc naprzeciw oczekiwaniom klientów i chce ich przyciągnąć konkurencyjnymi cenami w połączeniu z elastyczną ofertą.

Na razie każda lokalizacja będzie miała inną cenę. Jest to spowodowane różnymi kosztami otwarcia siłowni w danym mieście. Jednak, dzięki prowadzonym przez nas badaniom i elastycznej ofercie, będziemy mogli zaproponować członkostwo w cenie co najmniej o połowę niższej, niż oferuje nasza największa konkurencja – dodaje Nicholas Moses.

CityFit nie wymaga od swoich klientów długoterminowych zobowiązań. Umowy mają być odnawiane co miesiąc i w każdej chwili będzie można je zawiesić bądź anulować bez dodatkowej opłaty.

Święta wielkanocne będą niewiele droższe od ubiegłorocznych. Niektóre produkty wręcz potaniały

CEO Magazyn PolskaW święta, czy to Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, konsumenci są przygotowani na zwiększone wydatki. Jednak w tym roku wielkanocne zakupy nie powinny nadwerężyć domowych budżetów. Jajka są tańsze niż rok temu, a ceny większości pozostałych produktów pozostaną na podobnym poziomie.

Koszty koszyka dóbr trafiających na wielkanocne stoły wiążą się z różnicami regionalnymi. W ujęciu ogólnym tegoroczne święta będą niewiele droższe od poprzednich, ponieważ najbardziej tradycyjne, pojawiające się na wszystkich stołach produkty zdrożeją nieznacznie – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ).

Co więcej, niektóre produkty, np. jajka, będą nawet tańsze. Zawdzięczamy to niskiej inflacji i łagodnej zimie.

Jaja będą tańsze o przynajmniej kilkanaście procent niż w roku ubiegłym. Ceny nowalijek będą na pewno niższe w najbliższych tygodniach, ponieważ w zeszłym roku święta Wielkanocy obchodziliśmy przy mrozie i śniegu – komentuje Andrzej Kowalski.

Łagodna zima, zdaniem dyrektora IERiGŻ, obniżyła koszty produkcji rolnej. Zmniejszyła nakłady ponoszone przez producentów związane z ogrzewaniem i osłonami (jak np. w szklarniach), a rośliny – w żargonie producentów – „ruszyły”.

Droższe są i będą te warzywa, które przechowujemy, które były wykopane jesienią, są przechowywane i czekają na nowy sezon. To efekt wyższych kosztów przechowalnictwa – tłumaczy dyrektor IERiGŻ.

Dodaje także, że okresy suszy przeplatane okresami opadów spowodowały, że jakość takich warzyw nie jest najlepsza.

Szef Instytutu wskazuje produkty, które podrożeją i te, które będą tańsze.

Tańsze będą owoce cytrusowe, ale droższe będą jabłka. Droższy będzie nabiał i wyroby mleczarskie, w tym masło, za to tańsze tłuszcze roślinne. Tańsze będzie mięso wieprzowe, niewiele droższe, w granicach 1-2 proc. mogą być wędliny wieprzowe – informuje prof. Andrzej Kowalski.

Tańszy będzie również cukier, niezbędny do świątecznych wypieków.

Krzysztof Zamasz został „Człowiekiem Roku”

Prezes Zarządu ENEA S.A. został laureatem prestiżowego konkursu Liderzy „Świata Energii,” w kategorii Człowiek Roku. Krzysztof Zamasz zyskał uznanie Kapituły za wkład w rozwój polskiej energetyki, przekształcenia Grupy Kapitałowej ENEA i wygenerowanie jej nowego DNA (nadanie nowego kształtu organizacyjnego i funkcjonalnego, zorientowanego na rynek i klienta).

Sprawdź, kto sprzedaje Ci energię!

Rusza ogólnopolska kampania edukacyjno – informacyjna skierowana do Klientów – Odbiorców energii elektrycznej. Za pośrednictwem radia, prasy ogólnopolskiej i lokalnej, a także internetu Towarzystwo Obrotu Energią (TOE) chce uświadomić Konsumentom ich prawa na tym rynku i promować uczciwe zasady biznesowe. Akcję rozpoczęło oficjalne podpisanie Kodeksu Dobrych Praktyk Sprzedawców Energii Elektrycznej przez pierwszych sprzedawców deklarujących działanie zgodnie z Kodeksem. Patronat nad kampanią objął Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE).

ABC Data z kolejną pozytywną rekomendacją analityczną

0

W raporcie z 11 kwietnia br. analitycy DM mBanku wydali dla akcji ABC Data zalecenie KUPUJ, ustalając cenę docelową na poziomie 5,71 zł. Podtrzymali w ten sposób swoją poprzednią rekomendację.

Cena 5,71 zł zawarta w rekomendacji domu maklerskiego jest o 41 proc. wyższa od ceny z dnia wydania raportu, kiedy kurs akcji spółki wynosił 4,05 zł.

Rekomendacja DM mBanku to kolejna pozytywna publikacja analityczna na temat naszej spółki portfelowej. Cieszy zwłaszcza fakt, że analitycy docenili olbrzymi potencjał wzrostu jej akcji, dając cenę docelową o 41 proc. wyższą od bieżącej – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management SA

Zamiarem MCI jest dalsze budowanie wartości ABC Daty poprzez wspieranie inicjatyw rozbudowy portfolio produktowego i ekspansji zagranicznej w Europie. Na dzień wydania raportu MCI Management posiadał akcje ABC Data odpowiadające za 61,5 proc. jej kapitału zakładowego.

– Jak pokazują ostatnie rekomendacje dla ABC Data profesjonaliści rynkowi podzielają naszą opinię o niedowartościowaniu spółki, wyceniając ją zdecydowanie powyżej obecnej ceny akcji. Dlatego też MCI Management nie zamierza sprzedawać akcji tej spółki, dopóki jej kurs nie wzrośnie powyżej poziomu 6 zł za walor – dodaje Cezary Smorszczewski.

Warszawska giełda ma 23 lata. Dojrzała już do zagranicznej ekspansji

0

CEO Magazyn Polska

GPW świętuje 23. urodziny. 16 kwietnia 1991 r. miała miejsce pierwsza po wojnie i okresie komunizmu sesja giełdowa. W dniu inauguracji na parkiecie notowanych było tylko pięć spółek. Dzisiaj warszawska giełda jest postrzegana jako jeden z symboli sukcesu polskiej transformacji. Po tym, jak obecność na GPW stała się celem dla wielu przedsiębiorstw, sama giełda chce umocnić swoją pozycję w Europie Środkowej.

 Giełda to udane dziecko polskiej transformacji i przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania, jakie miałem w momencie jej założenia. Rynek się rozwinął bardzo dobrze, jesteśmy czołowym rynkiem w tej części Europy i w zasadzie jedynym, który jest naprawdę częścią krajowej gospodarki – mówi agencji Newseria Biznes Wiesław Rozłucki, przewodniczący Rady Giełdy i pierwszy prezes GPW.

Kapitalizacja spółek notowanych na GPW jest dziś wyższa niż łączna kapitalizacja podmiotów notowanych w Wiedniu, Pradze, Budapeszcie i Lublanie. Od roku trwają z tworzoną przez nie grupą CEESEG rozmowy, których celem ma być nawiązanie współpracy.

 Zbudowaliśmy bardzo silny rynek, który odgrywa istotną rolę w finansowaniu gospodarki i w redystrybucji naszych oszczędności. I to nie tylko rynek lokalny, lecz także rynek regionalny, który jest zauważalny zarówno w naszym regionie, jak i w całej Europie, zwłaszcza poprzez różne aktywności, które podejmujemy w ostatnim okresie na arenie międzynarodowej – mówi prezes Giełdy Papierów Wartościowych Adam Maciejewski.

Pierwsze lata funkcjonowania giełdy to czas pierwszej hossy i ogromnego zainteresowania Polaków nowo powstałym rynkiem akcji. Apogeum nastąpiło w styczniu 1994 r., kiedy na akcje debiutującego Banku Śląskiego zapisało się 830 tys. osób, a akcje już podczas pierwszej sesji zdrożały trzynastokrotnie.

Później mieliśmy do czynienia z niezwykłym rozwojem ilościowym giełdy. Pod koniec lat 90. wchodziły takie spółki, jak KGHM, Telekomunikacja Polska, PKN Orlen, czyli okręty flagowe naszej gospodarki. W momencie bańki internetowej giełda ucierpiała, tak jak wszystkie giełdy na świecie. Potem był strach przed wejściem do Unii Europejskiej. Ale okazało się, że warszawska giełda i polskie spółki sprostały konkurencji europejskiej – uważa Wiesław Rozłucki.

Dzisiaj na warszawskim parkiecie notowane są 452 spółki, z czego 46 to firmy zagraniczne. Prywatyzacja dużych spółek – choć prowadzona z różną intensywnością i skalą, w zależności od polityki kolejnych rządów – była jednym z głównych motorów rozwoju warszawskiej giełdy.

Faktycznie od lat zajmujemy wysoką pozycję w Europie, jeżeli chodzi o liczbę IPO. Jest trochę gorzej, jeżeli chodzi o wartość pozyskiwanego kapitału. Myślę, że mamy tutaj jeszcze sporo do zrobienia – mówi Adam Maciejewski. – Ta większa wartość pozyskiwanego kapitału pojawiała się głównie w okresach większych prywatyzacji, i to też nie do końca można mówić o pozyskiwaniu kapitału, bo często to była po prostu sprzedaż akcji przez dotychczasowych akcjonariuszy, co też jest dobre dla rynku kapitałowego, dla polskiej gospodarki. Nie można tej sprzedaży deprecjonować.

Ostatni kryzys finansowy był dla giełdy nie tylko zagrożeniem, lecz także szansą. W 2009 r., gdy banki w obawie przed ryzykiem poważnie ograniczyły udzielanie kredytów, wystartował Catalyst – rynek obligacji korporacyjnych i komunalnych. Dzięki niemu przedsiębiorstwa zyskały kolejną – po emisji akcji – alternatywę dla kredytu bankowego. Analitycy są zgodni, że Catalyst ma wciąż ogromne perspektywy rozwoju – zarówno pod względem liczby emitentów, zaangażowanego kapitału, jak i płynności. Ze strategii rozwoju rynku GPW.2020 można wywnioskować, że rynek główny ma także spory, niewykorzystany potencjał, ale potrzebne są dalsze działania, by giełda efektywniej łączyła firmy poszukujące kapitału z inwestorami.

Myślę, że potencjał, jaki tkwi w rynku kapitałowym, nie do końca jeszcze wykorzystaliśmy. Sądzę, że okres 23 lat mógł być lepiej wykorzystany, jeżeli chodzi o możliwości rynku kapitałowego w zakresie obsługi prywatnych przedsiębiorców. W zbyt dużym stopniu uzależniliśmy się od decyzji administracyjnych, czyli przede wszystkim od prywatyzacji. To były dosyć łatwe pieniądze dla całego rynku. Najtrudniej jest jednak funkcjonować na rynku wysoce konkurencyjnym. I teraz wchodzimy w ten okres – uważa Maciejewski.

Według prezesa GPW, atrakcyjność rynku kapitałowego dla firm jest także funkcją polityki państwa, przede wszystkim podatkowej. Zwiększenie dopływu kapitału na giełdę poprzez ulgi podatkowe lub reformę III filara emerytalnego może przynajmniej częściowo wypełnić lukę związaną z ograniczeniem roli II filara, czyli OFE. To tym bardziej istotne, że polska gospodarka ma ogromne zapotrzebowanie na kapitał, a polskie firmy chętnie poddają się weryfikacji przez rynek jako spółki publiczne. Maciejewski podkreśla, że wspieranie rozwoju rynku kapitałowego powinno być częścią szerszej strategii rozwoju kraju, która ma m.in. zwiększyć konkurencyjność i innowacyjność polskich firm.

Patrząc długoterminowo na rozwój gospodarki i na rozwój rynku kapitałowego, trzeba bardzo mocno wspierać powstawanie start-upów. To w tym obszarze kreuje się najwięcej nowych, świeżych pomysłów. Część z tych pomysłów urośnie, to będą nowe, dynamiczne przedsiębiorstwa. Rynek musi zweryfikować, co jest autentycznie dobre, a co nie – uważa obecny prezes GPW.

Marże na kontraktach drogowych nie wzrosną. Budimex czeka na rozstrzygnięcia przetargów i korzystnie ocenia rynek deweloperski

CEO Magazyn PolskaBudimex czeka na rozstrzygnięcie Krajowej Izby Odwoławczej w sprawie odwołania konkurentów od wyników przetargu na budowę nowego bloku w Elektrowni Turów. Największe inwestycje spółka przewiduje w infrastrukturze: jest blisko otrzymania kontraktu na budowę drogi ekspresowej S5 z Korzeńska do Wrocławia i startuje w przetargach na budowę autostrady A1. Budimex planuje także rozpocząć duży projekt deweloperski w Krakowie. W rezultacie spółka prognozuje, że pod koniec 2014 r. będzie miała większy portfel zamówień niż w 2013 r.

Dziś Krajowa Izba Odwoławcza rozpatrzy skargę konkurentów konsorcjum Budimex-Hitachi na wynik przetargu na budowę bloku energetycznego w Elektrowni Turów. 18 marca PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna wybrała ofertę konsorcjum Budimeksu, Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe i Tecnicas Reunidas w powtórnym przetargu na budowę bloku o mocy 430-450 MW w Turowie. Wartość kontraktu to blisko 4 mld zł. Odwołanie od rozstrzygnięcia przetargu złożyły Doosan oraz Shanghai Electric.

– Niestety, pozostali oferenci, którzy zostali wykluczeni, złożyli protest do Krajowej Izby Odwoławczej. Myślę, że te procedury potrwają jeszcze miesiąc. Pojawia się zatem pytanie, czy decyzja zostanie podtrzymana, jeżeli tak, to, czy pozostali oferenci będą się jeszcze odwoływali. Jeżeli nie, to bardzo szybko można z tym tematem ruszyć. A PGE potrzebuje uruchomić ten blok jak najszybciej, więc zachęcam, żeby nie spowalniać procedury, jeżeli nie ma realnych powodów do protestowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Po ubiegłorocznym spadku sprzedaży w części budowlanej, w tym roku spółka będzie starała się odzyskać poprzednie poziomy. Największe planowane przez Budimex inwestycje to infrastruktura, czyli drogi i kolej. Spółka zamierza startować w przetargach, których spodziewa się pod koniec roku, w III i IV kwartale. To oznacza, że w wynikach finansowych będą one miały odzwierciedlenie dopiero w kolejnych latach.

Blisko rozstrzygnięcia jest kontrakt na budowę odcinka S5, który ma połączyć Wrocław z Korzeńskiem. Jak podkreśla Blocher, oferta Budimeksu była najkorzystniejsza, choć różnice w cenach kolejnych ofert były minimalne. Spółka chce również startować w przetargach na budowę odcinków A1.

– Jest rozpisany przetarg na dokończenie kontraktu pomiędzy Tuszynem a Strykowem. Przede wszystkim jednak jesteśmy zainteresowani wybudowaniem nowej autostrady od Pyrzowic do Częstochowy. Złożyliśmy dokumenty o prekwalifikacje, i na pewno, jak będą normalne warunki kontraktowe, na tym bardzo nam zależy, będziemy składali ofertę cenową – zapowiada Dariusz Blocher.

Prezes Budimeksu dodaje jednocześnie, że silna konkurencja w przetargach na budowę dróg uniemożliwia wzrost marż do komfortowych, bezpiecznych poziomów w całej branży.

Będziemy starali się poprawić marże, ale to będą raczej symboliczne poprawy, bo cały czas spółka była rentowna. Natomiast mamy bardzo dużą konkurencję, bardzo dużo nowych podmiotów przychodzących do Polski. Nie ma takiego komfortu, że można składać oferty, które dawałyby bardzo bezpieczne marże. To jest w Polsce po prostu niemożliwe – twierdzi prezes Budimeksu.

Budimex jest kolejną spółką, która spodziewa się dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym. Dotyczy to zwłaszcza tańszych mieszkań – ten segment rynku wspierany jest przez państwowy program Mieszkanie dla Młodych. Spółka przygotowuje obecnie projekt deweloperski w Krakowie, który ma zaoferować mieszkania w atrakcyjnej cenie.

– Pracujemy nad dużym projektem, jeżeli chodzi o sprzedaż mieszkań w Krakowie, będziemy gotowi w połowie roku. Jeżeli ten projekt się uda, to byśmy skokowo zwiększyli przedsprzedaż mieszkań. Ale tak organicznie rośniemy o kilkanaście procent w całym roku – prognozuje Blocher.

Planowany wzrost portfela zamówień w 2014 r. względem ubiegłego roku ma pozwolić na bezpieczną wypłatę dywidendy. Tym bardziej, że spółka ma dobrą pozycję gotówkową, zarząd rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości 11,85 zł na akcję. O jej wielkości zdecydują akcjonariusze.

– To jest historycznie największa dywidenda w Budimeksie. Dni dywidendy i wypłaty przypadają na maj, natomiast decyzja o tym będzie podjęta na walnym zgromadzeniu. Mieliśmy dobre wyniki, pierwszy kwartał też wydaje się bardzo dobry. Nie będziemy notowali już takich spadków sprzedaży, być może odrobinę poprawimy rentowność. Nie ma przeszkód, żeby spółka dalej mogła się dzielić pieniędzmi z akcjonariuszami, chcemy to robić i chcemy być spółką dywidendową – zapowiada Dariusz Blocher.

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Budimeksu odbędzie się w przyszły czwartek, 24 kwietnia.

Netia: Upowszechnienie internetu w Polsce jest możliwe. Państwo powinno jednak współfinansować jego budowę

CEO Magazyn Polska

Likwidacja białych plam na szerokopasmowej mapie Polski jest możliwa, ale pod pewnymi warunkami – podkreślają przedstawiciele branży teleinformatycznej. Tam, gdzie inwestycje w budowę sieci są mało opłacalne dla przedsiębiorców, potrzebne jest zaangażowanie finansowe państwa. Firmy potrzebują również stabilnego prawa. Bez tego ryzyko dla przedsiębiorców może okazać się zbyt wysokie.

Jeśli mówimy o realizacji Narodowego Planu Szerokopasmowego (NPS) i pokryciu białych plam, to pamiętajmy, że zwroty z inwestycji mogą sięgać 20 czy nawet 30 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Suszek, członek zarządu Netia SA. – Cele NPS są celami rządu, a nie przedsiębiorstw. Dlatego to rząd powinien wymyślić dobre mechanizmy współfinansowania – dodaje.

Jak podkreśla, technologia się zmienia, a firmy bez wsparcia środków publicznych i funduszy europejskich same nie będą w stanie sprostać wielomiliardowym inwestycjom.

Netia posiada największą w Polsce światłowodową sieć dostępową w technologii PON, która jest w tej chwili najbardziej przyszłościową technologią i umożliwia nam świadczenie usług nawet do 1 gigabita na sekundę. Zrealizowaliśmy tę inwestycję przy współudziale unijnych funduszy do poziomu 40 proc. kosztów kwalifikowanych – mówi Mirosław Suszek.

Równie ważna, co wsparcie finansowe, jest stabilność prawna.

Oprócz ryzyka biznesowego ważne dla nas jest ryzyko przepisów i regulacji – mówi członek zarządu Netii. – Odgrywa ono szczególną rolę przy inwestycjach telekomunikacyjnych, których horyzont czasowy jest bardzo długi. Niestabilność przepisów znacznie podnosi ryzyko inwestycyjne, więc zmniejszenie niepewności związanej ze zmianami w prawie pozwoliłoby zwiększyć liczbę inwestycji.

Podaje przykład tzw. megaustawy, czyli ustawy z 2010 roku o wspieraniu rozwoju usługi i sieci telekomunikacyjnych, która z założenia miała ułatwić realizację inwestycji związanych z budową infrastruktury.

Koncepcja bardzo dobra, zapis ustawy dobry, ale cały czas brakuje przepisów wykonawczych. Kiedy trzeba stosować te przepisy w praktyce, to już nie wychodzi tak dobrze – mówi przedstawiciel Netii.

Jego zdaniem, te dwa warunki, czyli wsparcie przedsiębiorstw z budżetu państwa oraz stabilne otoczenie prawne, są konieczne do tego, żeby zrealizować założenia Narodowego Planu Szerokopasmowego. W ramach rządowego projektu NPS do 2020 r. każdy Polak ma móc korzystać z internetu o prędkości co najmniej 30 Mb/s. Ponadto minimum połowa polskich gospodarstw domowych ma mieć dostęp do sieci o przepustowości przekraczającej 100 Mb/s. Nadzór nad realizacją planu sprawować będzie Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji.

Nie wzrosną płace zarządców nieruchomości komercyjnych i menedżerów projektu

CEO Magazyn Polska

Wysoka konkurencja jest głównym powodem utrzymującej się stabilizacji płac w firmach zajmujących się techniczną obsługą nieruchomości – wynika z badania Facility Management Salary & Satisfaction Survey, przeprowadzonego przez Property Talents. Większość z ankietowanych kierowników technicznych, zarządców nieruchomości i menedżerów projektu wskazała, że ich płace rosną jedynie w tempie inflacji.

– Nie ma co liczyć na duży wzrost poziomu wynagrodzeń w branży FM [Facility Management – techniczna obsługa nieruchomości red.], a jeżeli jest wzrost, to raczej symboliczny, na poziomie indeksacji inflacji. Jednak w większości przypadków raczej mówimy o obniżeniu poziomu wynagrodzeń, co jest skutkiem ostrej konkurencji na tym rynku i ponownego podziału tego rynku w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Alexander Morari, partner zarządzający Property Talents.

Wszystkie przebadane specjalizacje charakteryzują się rozpiętością zarobków rzędu 5–15 tys. zł brutto. Wyjątek stanowią zarządcy nieruchomości bez licencji, którzy zarabiają średnio w przedziale 4 tys. – 5,8 tys. zł brutto, a także pracownicy administracji średniego szczebla w firmach zajmujących się zarządzeniem nieruchomościami (5,5 tys. zł – 6 tys. zł). Najwyższe zanotowane zarobki dotyczyły kierowników projektu i zarządców nieruchomości z licencją – 18 tys. zł brutto. W tej ostatniej grupie zanotowano zarówno kilka podwyżek (od 4 do 20 proc.), jak i spadki wynagrodzeń (od 8 do 15 proc.)  wynika z danych Property Talents. W przypadku zarządców nieruchomości bez licencji zarobki nie uległy zmianie, a wśród pozostałych specjalizacji  przeważały wzrosty w tempie inflacji lub nieliczne spadki i wzrosty, sięgające 15–20 proc.

W ankiecie padło również pytanie o otwartość na zmianę pracy w ciągu kolejnych 12 miesięcy, co było powiązane z pytanie o zadowolenie z obecnego wynagrodzenia.

Około 80 proc. naszych respondentów jest gotowych i otwartych na zmianę pracy. W większości przypadków głównym powodem zmiany byłoby właśnie poszukiwanie wyższych zarobków  twierdzi partner zarządzający Property Talents.

Minimalne wymagania płacowe, jakie muszą być spełnione, by przebadani pracownicy zgodzili się zmienić pracę, okazały się być wysokie. Jednocześnie są bardzo zróżnicowane, podobnie jak płace na wyższych stanowiskach kierowniczych. Relatywnie wysokie żądania płacowe to wynik słabego wzrostu wynagrodzeń w ostatnich latach i niewielkich szans na przyspieszenie ich dynamiki w najbliższym czasie. Każda zmiana pracy łączy się z pewnymi kosztami i ryzykiem, dlatego pracownicy oczekują dużej rekompensaty ze strony nowego pracodawcy.

– Wachlarz oczekiwanego wynagrodzenia był rzędu od 15 do prawie 100 proc. więcej niż obecne wynagrodzenie. To było dużą niespodzianką, ale znowu pokazuje i odzwierciedla sytuację na rynku Facility Management w Polsce  uważa Morari.

Przebadani respondenci pracują głównie w średnich i dużych firmach (zatrudniających powyżej 100 pracowników) i są zatrudnieni w większości na podstawie umowy o pracę. Zdecydowaną mniejszość stanowią inne formy zatrudnienia, takie jak własna działalność gospodarcza czy też kontrakt menedżerski. Wśród pracowników zajmujących się zarządzaniem i utrzymaniem nieruchomości komercyjnych, na każdą zatrudnioną kobietę przypada dwóch mężczyzn.

Nie był dla nas żadną niespodzianką wynik badania pod kątem grup płciowych. Większość respondentów stanowili mężczyzn. Tak naprawdę dominują w tej branży, jest to proporcja mniej więcej 70 do 30 proc. To jednak nie oznacza, że kobiety nie zajmują pozycji związanych stricte z technicznym utrzymaniem budynków albo utrzymaniem budynków całego portfolio nieruchomości. Stroną techniczną zajmują się też kobiety. Jednak nie zdarza się to często  zaznacza Morari.

Badania satysfakcji z wynagrodzeń i innych warunków pracy to cenne informacje dla firm. Dzięki zapewnieniu respondentom anonimowości, otrzymane wyniki są bardziej wiarygodne, co pozwala pracodawcom lepiej kształtować swoją politykę zatrudnienia i płac. Także w odniesieniu do konkurencji z branży.

Komputerowe symulacje coraz popularniejszą metodą edukacji młodzieży. Przykładem program „Zarządzanie firmą”

CEO Magazyn Polska

Zamiast wykładów i testów dla uczniów o sposobach zarządzania firmą – symulacja komputerowa. W ten sposób łatwiej nauczyć się, jak podejmować decyzje dotyczące marketingu, inwestycji czy finansów. 22. edycja programu „Zarządzanie firmą”, realizowanego przez Fundację Młodzieżowej Przedsiębiorczości, pozwoliła ponad 11 tysiącom uczniów szkół średnich wziąć udział w komputerowej symulacji zarządzania firmą. Wspierany przez MasterCard program wywołał szczególne zainteresowanie w mniejszych miejscowościach.

Projekt ,,Zarządzanie firmą” jest skierowany do uczniów szkół ponadgimnazjalnych każdego typu. Realizujemy go od ponad 20 lat i cieszy się ogromnym zainteresowaniem.

Uczniowie uczą się zarządzania firmą i do tego służy symulacja komputerowa, w której muszą podejmować decyzje odnośnie wielkości inwestycji, nakładów na marketing czy na cele dobroczynne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Romanowska, koordynator programu „Zarządzanie firmą”. – Ci, którzy trzymają wirtualną gotówkę w kasie, przekonują się, że nie jest to dobre rozwiązanie na dłuższą metę. Tymczasem najlepsi wiedzą, że im bardziej rozwiną fabrykę i im więcej przeznaczą na różnego typu inwestycje, tym lepiej na tym wyjdą.

Tegoroczna edycja to 22. odsłona programu. W finałowej edycji 21. konkursu „JA Titan” uczestniczyło 12 trzyosobowych drużyn wyłonionych spośród 11 586 uczniów biorących udział w rozgrywkach – komputerowej symulacji zarządzania firmą – na poziomie ponadgimnazjalnym, czyli w liceach i technikach. Finaliści mieli okazję rozegrania finałowej potyczki w siedzibie GPW. Wolontariusze firmy MasterCard podzielili się z finalistami swoim doświadczeniem, rozgrywając z nimi „friendly game”.

Przy realizacji programu w szkołach nauczyciele nie musieli robić wykładu na temat kosztów produkcji, amortyzacji ani prowadzić zajęć z języka angielskiego – mówi Danuta Romanowska. – Młodzież opanowuje biznesowy angielski niejako automatycznie, bo czyta raporty biznesowe w tym języku podczas gry. Uczestnicy muszą dobierać na podstawie analizy rynku odpowiednie strategie, czyli muszą umieć czytać dane rynkowe – dodaje.

Celem symulacji nie jest nauka teorii zarządzania, lecz praktyki prowadzenia firmy.

Co ciekawe, gra budzi większe zainteresowanie wśród młodzieży z mniejszych miejscowości. Szkoły z dużych metropolii, a zwłaszcza z Warszawy, w mniejszym stopniu interesują się udziałem w rozgrywkach.

– W tym konkursie mamy więcej uczestników z niewielkich miejscowości, niewielkich szkół, gdzie całe społeczeństwo żyje takim sukcesem – mówi Romanowska. – Przykładem jest Zamość, gdzie pani Barbara Świst mobilizuje dwie szkoły. W tych szkołach pasjonują się grą, a informacje o sukcesach pojawiają się w miejscowych gazetach – dodaje.

Konkurs po raz trzeci jest wspierany przez firmę MasterCard.

Wierzymy, że edukacja finansowa to pierwszy krok w zarządzaniu firmą, w angażowaniu się w biznes i rozwój gospodarki – mówi Luiza Derek, dyrektor marketingu w polskim oddziale MasterCard Europe. – Wspieramy projekt nie tylko finansowo, lecz także dzielimy się z licealistami naszą wiedzą i doświadczeniem, z finalistami grają nasi wolontariusze, co również nas bardzo cieszy – dodaje.

Młodzi Polacy radzą sobie w tego typu konkursach bardzo dobrze na tle rówieśników. Polscy uczniowie zajęli pierwsze i czwarte miejsce w ogólnoeuropejskim konkursie Virtual Business Challenge, w którym wzięło udział 514 osób z różnych krajów Europy. Organizatorem był Junior Achievement-Young Enterprise Europe.

Od kryzysu w 2008 r. w Polsce przybywa mikropośredników finansowych

CEO Magazyn PolskaMikrofirmy stają się coraz ważniejszym graczem na rynku pośrednictwa finansowego. Spośród 5 tys. firm działających na tym rynku  blisko 90 proc. zatrudnia nie więcej niż pięć osób, a jedną trzecią stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Wielu mikropośredników rozpoczęło działalność w trudnym dla sprzedaży produktów finansowych okresie po 2008 roku, ale dziś już zaczynają odczuwać poprawę koniunktury. Deklarują, że ze swojej działalności osiągają zwykle przychód do 50 tys. zł miesięcznie.

Najwięcej z badanych przez nas mikropośredników działa na terenie województw mazowieckiego, śląskiego i wielkopolskiego [odpowiednio 17 proc, 16 proc. i 9,3 proc. – red.]. Zdecydowana część z nich, bo ponad 91 proc., zatrudnia nie więcej niż pięć osób. Natomiast jedna trzecia z nich to są jednoosobowe działalności gospodarcze – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Werczyńska, dyrektor marketingu firmy Idea Expert.

Badanie przeprowadzone przez firmę Idea Expert objęło ponad stu przedsiębiorców działających w zakresie pośrednictwa finansowego. Ujawniło, że ponad połowa z nich (55 proc.) rozpoczęła działalność po 2008 r., czyli w okresie kryzysu finansowego. Jedna czwarta badanych firm utrzymuje się na rynku co najmniej 10 lat.

Werczyńska dodaje, że pośrednicy odczuwają już powoli poprawę koniunktury w gospodarce.

Widzą już rzeczywiste konsekwencje ożywienia gospodarczego i według nich idzie ku lepszemu – mówi Paulina Werczyńska. – Większość z badanych przez nas firm zadeklarowała przychody do 50 tys. złotych miesięcznie, natomiast w tym 32 proc. deklaracji było do 10 tys. złotych miesięcznie.

Im większe miasto, tym więcej pośredników. Ponad 40 proc. przepytanych przez Ideę Expert firm działa w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców. Jednak potencjał widzą również w małych miejscowościach, gdzie często nie ma oddziałów banków i innych instytucji finansowych lub sieci pośrednictwa. Jedna trzecia z nich operuje w miejscowościach o populacji do 50 tysięcy osób.

Werczyńska podkreśla, że mikropośrednicy mają w swojej ofercie szeroki wachlarz produktów. 80 proc. z nich oferuje kredyty hipoteczne, a także kredyty i pożyczki gotówkowe. Dwie trzecie oferuje kredyty konsumpcyjne lub samochodowe, a niecała połowa pośredniczy w sprzedaży ubezpieczeń. Aż 72 proc. mikropośredników współpracuje z co najmniej sześcioma instytucjami finansowymi, a 19 proc. – z ponad dwudziestoma.

Są to głównie duże banki komercyjne, ale też ogólnopolskie sieci pośrednictwa finansowego, jak również firmy pożyczkowe i ubezpieczeniowe – wylicza Werczyńska.

Z bankami współpracuje aż 88 proc. badanych firm. Z dużymi sieciami pośrednictwa niecałe 60 proc., a z firmami pożyczkowymi – połowa. Badania pokazały, że oczekiwania pośredników wobec instytucji finansowych są jasne – aż ponad 60 proc. z nich liczy na możliwie wysoką prowizję. Ważne, choć mniej istotne są szkolenia, wsparcie techniczne czy wspólne promocje.

Przedstawicielka Idea Expert wskazuje, że pośrednicy korzystają głównie z marketingu szeptanego. Ich główną metodą reklamy jest polecanie usług przez klientów. 87 proc. badanych firm wskazuje ten kanał jako główną drogę promocji. Ok. połowa stosuje ulotki, banery i plakaty lub reklamę na stronie internetowej.

Konsumenci coraz częściej wybierają produkty marek własnych sieci handlowych. Rynek ten rośnie o 20 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

Marki własne to szybko rozwijający się rynek – sprzedaż takich produktów rośnie o jedną piątą rocznie. To świadczy o tym, że konsumenci przestali kojarzyć marki własne z niską ceną i niską jakością. Wśród najbardziej popularnych produktów po marką własną są woda mineralna i papier toaletowy.

Dynamika wzrostu marek własnych z roku na rok wynosi około 20 procent i szacuje się, że w kolejnych latach będą one rozwijały się w bardzo podobnym tempie. Przed nami jeszcze wiele lat wytężonej pracy nad marką własną, bo jest to rynek, który cały czas musi o siebie walczyć, który dużo osiągnął, ale wciąż jest pole do pracy – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwia Piskulska, kierownik marketingu marek własnych sieci sklepów Intermarché.

Klienci przestają już traktować produkty marki własnej jako te gorszej jakości, przestały ona także być postrzegane wyłącznie przez pryzmat ceny, choć niewątpliwie jest to wciąż istotne kryterium.

Natomiast, gdyby usunąć cenę i zapytać klientów o inne kryterium wyboru marki, to na pierwszym miejscu będzie jakość. Nie kojarzą już oni marek własnych wyłącznie z półką pierwszocenową i produktami złej jakości – przekonuje Piskulska.

Najlepiej sprzedają się produkty tych kategorii, w których klienci nie są przywiązani do określonej marki, a ważna jest przede wszystkim cena. Mowa tu przede wszystkim o papierze toaletowym czy wodzie mineralnej, które wiodą prym w sprzedaży marek własnych.

W sieci Intermarché. co piąty sprzedawany produkt to marka własna, a jak wynika z założeń firmy, udział w sprzedaży ma być jeszcze większy i w ciągu najbliższych lat sięgnąć 30 proc. Marki własne są dziś dostępne w niemal każdej kategorii produktów – m.in. Paquito w kategorii soków i nektarów, Reva w kategorii kasz i ryżu czy Apta w kategorii chemii domowej.

– Biorąc pod uwagę wyłącznie sieć sklepów Intermarché, mamy dzisiaj prawie dwa tysiące produktów, wobec czego można się spodziewać, że  czołowe kategorie produktowe są już zagospodarowane. My szukamy nowych produktów i pomysłów na nie wśród rynków niszowych – mówi Piskulska.

Inspiracji sieć szuka przede wszystkim na rynku francuskim, gdzie działa Grupa Muszkieterów, do której należą supermarkety Intermarché. Często są to produkty premium, nietypowe, które nie mają odpowiedników nawet wśród liderów na polskim rynku.

Silna presja cenowa na rynku logistycznym. Dominować będą duże firmy i transport kołowy

CEO Magazyn Polska

Od początku kryzysu największym problemem w branży logistycznej jest ostra walka konkurencyjna, w której główną bronią jest cena. Operatorzy logistyczni jako pośrednicy między producentem a sprzedawcą są postrzegani jako źródło niepotrzebnych kosztów, co zwiększa presję cenową. Niskie stawki za przewozy nie pozwalają, szczególnie małym firmom, na inwestycje w tabor, przez co tracą konkurencyjność. Mimo wszystko transport kołowy ma mieć ważniejszą rolę niż kolejowy.

Kryzys, który się rozpoczął w 2009 r., utrzymuje się niestety cały czas, a firmy walczą o przetrwanie i utrzymanie się na rynku. Głównym elementem tej walki, niestety, nadal jest cena – mówi agencji  informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Pawlak, dyrektor handlowy FM Logistic.

Dotyczy to zwłaszcza transportu, gdzie ceny są bardzo niskie, a wiele firm, zwłaszcza tych mniejszych, ma problemy z utrzymaniem rentowności.

Na pewno te stawki nie pozwalają na odtwarzanie taboru i jego wymianę w rozsądnych odstępach czasowych – podkreśla przedstawiciel FM Logistic.

Wyjaśnia, że firmy logistyczne muszą dokładać starań, by zwiększać efektywność transportu. Po pierwsze jest to kwestia wypełnienia powierzchni ładunkowej. Pawlak wyjaśnia, że chodzi o podjęcie takich działań, które zmniejszą ilość „wożonego powietrza”, czyli np. zwiększenie wysokości załadowanych palet lub dokładanie małych, drobnych przesyłek do tych dużych.

Ważne jest, żeby jeden TIR miał załadowane 33 palety. Koszt przewozu jednej palety dużym środkiem transportu jest na pewno dużo niższy niż wożenie pojedynczych palet małymi samochodami – mówi Andrzej Pawlak. – Kolejna kwestia to tzw. puste kilometry i starania spedytorów, przewoźników i giełd transportowych, by ograniczać koszty tych pustych przewozów, które w dodatku często odbywają się przez autostrady lub drogi płatne.

Zdaniem Pawlaka w przyszłości rynek będzie się stabilizował.

Będzie się koncentrował w ramach dużych firm, które będą walczyły o utrzymanie swoich klientów i dostarczanie im jak największego pakietu usług i usprawnień logistycznych – twierdzi Pawlak. – Dominować będzie transport kołowy. Odcinki przewozów w Polsce nie są aż tak długie, aby kolej mogła być konkurencyjna kosztowo czy czasowo. Zresztą transport kołowy i tak zazwyczaj musi służyć jako dopełnienie kolejowego – dodaje.

Wyjątkiem jest transport zamorski, w którym – według eksperta – nie ma konkurencji dla kontenerów.

Niektórzy duzi importerzy myślą nawet o tym, aby mieć magazyny budowane również z bocznicami kolejowymi. Ale to w przypadku, gdy duży wolumen jest eksportowany bądź importowany drogą zamorską. Wtedy to rzeczywiście się opłaca, jeżeli mamy kilka, kilkanaście kontenerów do załadowania, wtedy jest to taniej puścić pociągiem z portu do magazynu i tam to rozpakować – mówi Pawlak.

Jak podkreśla, takie plany mają szczególnie firmy handlujące z Dalekim Wschodem.

Większość polskich przedsiębiorstw o uznanej pozycji na rynku założono na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Rynek TSL (transport, spedycja, logistyka) nabrał rozpędu po akcesji Polski do Unii Europejskiej. Branża jest bardzo konkurencyjna, także jeśli chodzi o rynek pracy. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak przeprowadzonego w 2012 r. w sektorze kompleksowych usług logistycznych mediana wynosiła 4500 zł brutto, a wśród pracowników magazynowych – 3000 zł brutto.

Polacy w tym roku stawiają na rozsądne przedświąteczne zakupy. Wydadzą na nie do 500 złotych

CEO Magazyn Polska

Polacy wcześniej rozpoczęli przygotowania do Świąt Wielkanocnych, by rozłożyć wydatki w czasie. Jak wynika z badań Payback Opinion Poll, taką strategię przyjęło aż 70 proc. respondentów. Większości osób zależy na utrzymaniu wydatków na poziomie z ubiegłego roku, dlatego zakupy zrobią w dużych marketach.

75 proc. Polaków deklaruje, że zakupy wielkanocne sfinansuje z bieżącego budżetu domowego. Taki sam procent nie chce wydać na ten cel więcej niż rok temu. Jednocześnie można zauważyć wzrost kwot przeznaczonych na żywność. Z badania wynika, że na spożywcze zakupy świąteczne najczęściej wydajemy od 200 do 500 złotych.

Prawie 3/4 Polaków deklaruje wydatki świąteczne na poziomie podobnym do tego z zeszłego roku. Kupujemy przede wszystkim produkty spożywcze. Ponadto na liście znajdują się środki czystości niezbędne do porządków w domu, samochodzie oraz ogrodzie. Oprócz najbardziej potrzebnych produktów polscy konsumenci kupują kwiaty, słodycze ze świątecznych edycji, a także akcesoria do dekoracji pisanek. Zakupy te robione są najczęściej w hipermarketach lub supermarketach – stwierdza Piotr Lipiński z programu lojalnościowego Payback.

2/3 ankietowanych stwierdziło, że do świątecznych zakupów chcą podejść z głową. Większość chce uniknąć niepotrzebnych zakupów poprzez tworzenie list oraz myślenie o wydatkach dużo wcześniej.

Najpopularniejszą strategią zakupową w tym roku jest planowanie wydatków z wyprzedzeniem, aby rozłożyć je w czasie. Polacy przygotowali także tradycyjne listy z zakupami i próbowali ściśle się ich trzymać w sklepie – mówi agencji Newseria Piotr Lipiński.

Okres przedświąteczny to także czas dużych zmian. Większość Polaków w tym czasie stawia na gruntowne sprzątanie swoich domów, wznowienie aktywności fizycznej oraz poprawę swojego wyglądu.

Według badanych przygotowania do Wielkanocy rozpoczynają się już na początku kwietnia sezonowymi porządkami. Okazuje się, że ponad połowa Polaków lubi sprzątać i rzadko kiedy korzysta z profesjonalnej pomocy – dodaje Lipiński. – Okres świąt to dla konsumentów przede wszystkim czas dla rodziny. Mniejsze znaczenie ma dla nas tradycja oraz aspekt religijny. Najczęściej potrawy przygotowujemy sami, a świąteczne dni spędzamy w gronie większym niż 5 osób.

Co ciekawe, połowa Polaków zamierza rozesłać świąteczne życzenia nie za pomocą wiadomości SMS czy mediów społecznościowych, lecz tradycyjnie, wysyłając kartkę pocztową.

Badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach programu Payback metodą ankiet online na grupie 316 osób. Dobrana próba użytkowników w wieku 18-65 odpowiadała strukturze demograficznej kraju.

Stanowisko Zarządu Digital Avenue – działalność spółki nie jest zagrożona

0

W związku z artykułem z dnia 14 kwietnia w serwisie parkiet.com pt. „Digital Avenue: działalność spółki jest zagrożona” Zarząd Digital Avenue („Spółka”) informuje, iż nie zgadza się z tezami stawianymi w ww. artykule. Zarząd wskazuje na fragment opinii biegłego rewidenta: „wskaźniki poziomu zadłużenia oraz stabilności źródeł finansowania majątku Spółki kształtują się na poziomie bezpiecznym”. Co więcej, poziom zobowiązań krótkoterminowych w przeciągu 2013 roku spadł o ponad 70% (do 205 tys. zł z poziomu 721 tys. zł). Jeśli chodzi o zobowiązania Spółki wobec banku (kredyt obrotowy w rachunku bieżącym) sięgało ono w drugim kwartale 2013 roku 129 tys. zł, podczas gdy pod koniec 2013 roku wynosiło już nieco poniżej 42 tys. zł.

Ponadto Zarząd Digital Avenue pragnie podkreślić, że biegły rewident nie zakwestionował stanowiska Zarządu Digital Avenue, który we wprowadzeniu do sprawozdania finansowego wyraził opinię, że kontynuacja działalności przez Digital Avenue nie jest zagrożona.

Strata Spółki na poziomie wyniku netto jest pochodną przede wszystkim  wysokich kosztów amortyzacji (łącznie 1 028 tys. zł), w skład której wchodzą odpisy księgowe poprzednich inwestycji (wartość 703 tys. zł) oraz amortyzacja wartości firmy w związku z połączeniem ze spółką Styl.Media (wartość 325 tys. zł).

W odniesieniu do kwestii stricte biznesowych, tj. wartości sprzedaży, to rok 2013 był  okresem przede wszystkim wdrażanie działań przedkładających się na wzrost efektywności  działu sprzedaży, polegających m.in. na restrukturyzacji umów na świadczenie usług sprzedaży powierzchni reklamowych z podmiotem zewnętrznym i rekrutacji zespołu wewnętrznego. Pozytywne rezultaty tych procesów widoczne będą w wynikach najbliższych kwartałów.

W średnim i długim okresie Spółka przewiduje poprawę sytuacji biznesowej poprzez dywersyfikację źródeł przychodu. Zamierza bowiem rozwijać się w najbardziej perspektywicznym segmencie rynku internetowego – eCommerce oraz social eCommerce. Obecnie prowadzone są testy biznesowe w tym zakresie z potencjalnym partnerem strategicznym.

Zarząd Digital Avenue S.A.

Spójny ze strategią marketingową sponsoring kształtuje i wzmacniania wizerunek

Właściwie za każdym istotnym wydarzeniem kulturalnym i sportowym stoi jakaś marka. Dlaczego firmy angażują się w sponsoring? Odpowiedź na to pytanie jest prosta- obustronne korzyści. By jednak działania sponsoringowe były skuteczne, a więc pozwoliły osiągnąć zamierzone cele, muszą opierać się na przemyślanej strategii.

Dobra strategia sponsorska zasadza się na wyczerpującej wiedzy, która pozwala określić atrakcyjność danego wydarzenia. Jednym z jej aspektów jest znajomość odbiorców, do których dzięki działaniom wspierającym wydarzenie dotrze marka. Liczy się profil osób i ich liczba. Innymi słowy, trzeba zastanowić się na ile uczestnicy danego wydarzenia są zgodni z grupą docelową, określoną w strategii marketingowej firmy oraz jak duży zasięg będzie miała sama impreza. Szacowaniu zasięgu mogą służyć ogólnodostępne statystyki i prognozy organizatorów oparte na doświadczeniach. Można też określić go za pomocą zsumowania wszystkich potencjalnych miejsc ekspozycji. Liczą się przecież nie tylko sami uczestnicy, ale wszyscy którzy o imprezie usłyszą. Wpływ na ten czynnik mają więc też działania i wydatki samego sponsora.

Bezpośrednio decydującym czynnikiem powinien być także sam charakter imprezy. Ważna jest pewność co do jego zbieżności z pożądanym wizerunkiem marki. Zazwyczaj każde wydarzenie ma już pewien ukształtowany lub kształtujący się w określony sposób wizerunek. Zasadnicza jest więc odpowiedź na pytanie, na ile wizerunek danej imprezy jest dopasowany do wizerunku marki.

W dalszej ocenie opłacalności uzyskania statusu sponsora danego wydarzenia, liczą się też inne elementy. Sponsoring pozwala bowiem zyskać pewną przewagę konkurencyjną. W zależności od szczegółów umowy sponsor może też wykorzystać swój status na przykład w kanałach sprzedaży. Zasadnicza jest w końcu opłacalność finansowa, a więc stosunek zaangażowanych środków do prognozowanych korzyści. Jedna z metod oceny opłacalności to określenie kosztu dotarcia do jednej osoby i jego odniesienie do analogicznego kosztu ponoszonego przy wykorzystaniu innych kanałów. Trzeba jednak cały czas pamiętać o PR-owym wymiarze sponsoringu.

Audyt sponsorski ma wiele zasadniczych elementów. Pierwsza ocena wydarzenia zakłada jednak oszacowanie jego wartości medialnej i wpływu na wizerunek marki. Spójny ze strategią marketingową sponsoring stanowi bowiem doskonałe narzędzie kształtowania i wzmacniania wizerunku. To narzędzie elastyczne, podlegające indywidualizacji. Dlatego tak ważna jest szczegółowo dopracowana umowa. Szansą jest też fakt, że sponsoring może mieć wymiar zarówno czysto finansowy, jak i barterowy – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365NET.

Niemal co czwarty respondent wyda na organizację Świąt więcej niż w ubiegłym roku

Wielkanoc to w naszym kraju tradycyjne rodzinne święto. Zdecydowana większość Polaków ankietowanych w badaniu Barometr Providenta deklaruje, że spędzi Wielkanoc z najbliższą rodziną (92%). Blisko co piąty Polak świętować będzie hucznie i w szerszym gronie (w towarzystwie co najmniej 8 osób). Część osób planuje ponadto wykorzystać czas Świąt na spotkania z przyjaciółmi (18%). Wielkanoc oceniana jest jako Święto ważne. Ponad połowa ankietowanych (56%) traktuje ją jako wydarzenie przede wszystkim rodzinne. Mocno podkreślamy również duchowo-religijny charakter Świąt, na który wskazuje 30% badanych. Niewielki odsetek osób (9%), podkreśla, że w pierwszej kolejności jest to dla nich czas wolny od pracy i okazja do wypoczynku.

Święta w portfelu: odczuwalny wydatek

Wielkanoc to ważne wydarzenie, które ma wpływ na portfele ankietowanych Polaków. Świąteczne wydatki większości respondentów (ok. 60%) kształtować się będą w tym roku na poziomie od 101zł do 500zł. W tej grupie przeważająca ilość osób (37%) planuje przeznaczyć na ten cel od 101zł do 300zł. Wyższą kwotę, od 301zł do 500zł, wyda co piąty respondent (22%).

Większość ankietowanych w badaniu Barometr Providenta przyznaje, że Święta Wielkanocne wiążą się dla nich z odczuwalnym wydatkiem, takim, na który część spośród nich gotowa jest oszczędzać. 43% ankietowanych deklaruje, że organizacja Świąt, choć zauważalna w ich portfelu, to jednak nie wpływa na inne plany finansowe. Z kolei 34% osób wskazuje, że odkłada specjalnie z myślą o Wielkanocy.

Co ciekawe, przeważająca większość respondentów (89%) deklaruje, że przy organizacji tegorocznych Świąt posiłkować się będzie jedynie bieżącymi dochodami. Po różne formy pożyczek na ten cel sięgnie około 12% klientów Provident Polska. W przypadku przedświątecznego deficytu gotówki, Polacy prędzej sięgną po pożyczkę w firmie pożyczkowej (7%) niż zadłużą się w banku (5%) lub u rodziny (4%).

„Wielkanocny Barometr Provident to nie tylko finansowy portret Polaków, którzy są naszymi klientami, ale także ilustracja zmieniających się postaw związanych ze świątecznymi wydatkami. Co pozytywne, wyraźnie rośnie liczba osób, które są w stanie udźwignąć organizację Wielkiej Nocy z bieżących wpływów finansowych. W ubiegłym roku było to około 67% ankietowanych osób. W tym roku przeważająca większość naszych klientów (89%) będzie już w stanie pokryć wszystkie koszty związane z Wielkanocą z własnych dochodów. Widać też wyraźnie, że chętniej oszczędzamy. W sytuacji gdy odczuwamy konieczność skorzystania z pożyczki – pierwszym wyborem niezmiennie pozostaje firma pożyczkowa” – powiedział Przemysław Kasza z działu badań i analiz Provident Polska.

Wydamy tyle samo co w ubiegłym roku

Ponad połowa respondentów (51%) planuje przeznaczyć w tym roku na organizację Świąt tyle samo co w roku ubiegłym. Liczba ankietowanych, których świąteczne wydatki pozostaną na niezmienionym poziomie, jest o 9% wyższa niż w 2013 roku. Proporcje między tymi, którzy przeznaczą na ten cel odpowiednio mniej oraz więcej, okazują się bardzo wyrównane. Wyższe planowane wydatki deklaruje niemal co czwarty ankietowany (24%, wzrost 2% r-d-r), a niższe – co piąty respondent (20%).

„Ożywienie, którego symptomy zaczynamy coraz wyraźniej odczuwać w gospodarce, nie przełożyło się jeszcze w sposób wyraźny na portfele Polaków badanych w ramach Barometru Providenta. Dlatego warto, by osoby, które chcą zorganizować bardziej uroczyste i wystawne przyjęcie świąteczne, z wyprzedzeniem zaczęły odkładać fundusze, choćby niewielkie kwoty, ale za to regularnie. Bardzo dobrze sprawdza się system tygodniowego oszczędzania przed Świętami. Pamiętajmy również, aby nie dać się ponieść zakupowemu szaleństwu i rozsądnie dobierać produkty, które rzeczywiście są nam na Wielkanoc potrzebne. W ten sposób uda nam się zamknąć świąteczne wydatki w racjonalnych ramach, a nasz wielkanocny koszyk będzie pełen, ale równocześnie nadmiernie nie zaciąży nam finansowo” – powiedział Przemysław Kasza.

***
Barometr Providenta

Cykliczne badanie klientów, które pozwala na lepsze zrozumienie zachowań i decyzji finansowych Polaków, prowadzone od 2011 roku. Provident obsługuje aktualnie 841 tysięcy klientów w całej Polsce, dzięki czemu wyniki badania pokazują prawidłowości i zachowania, które mogą być charakterystyczne dla Polaków o średnich i niższych dochodach. Poszczególne odsłony badania dotyczą najpopularniejszych wydatków Polaków: związanych ze świętami, wakacjami, czy też finansowaniem wyprawek szkolnych dla dzieci. Zakres badania obejmuje również nadzieje i obawy związane z oceną własnej sytuacji finansowej.

Tegoroczna edycja badania dotyczącego wielkanocnych wydatków Polaków zrealizowana została na zlecenie firmy Provident Polska przez firmę Millward Brown SMG\KRC, w 2014 roku, metodą CATI, na próbie losowej 371 klientów firmy Provident.

Praca na swoim. Niezależność czy ciągłe problemy?

Własna firma czy praca na etacie – to pytanie zadaje sobie wiele osób pracujących zawodowo. Jednak nie od dziś wiadomo, że własny biznes to ciężki kawałek chleba. Wymaga on zaangażowania i cierpliwości nie tylko na początku zakładania działalności gospodarczej, ale także w trakcie jej prowadzenia – zwłaszcza, gdy pojawiają się finansowe problemy.

Polska gospodarka jest szóstą w Unii Europejskiej pod względem liczby przedsiębiorstw. Mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa stanowią 99,8% ogólniej liczby firm w kraju, a działają one przede wszystkim w usługach i handlu (76%), w budownictwie (13,4%) i przemyśle (10,6%). Według danych Głównego Urzędu Statystycznego przez pierwszy rok działalności na polskim rynku utrzymują się trzy na cztery firmy. W kolejnych latach przeżywalność ta wyraźnie spada – do 54% w drugim i 32% w piątym roku działalności. Łukasz Piechowiak, ekonomista portalu Bankier.pl zaznacza, że „taka drobna przedsiębiorczość w Polsce jest trochę ciemiężona, bo mamy mnóstwo różnego rodzaju danin publicznych, które trzeba zapłacić w różnych terminach i wysokości. […] Mamy też wysokie koszty pracy, więc jeśli przedsiębiorstwo nie generuje dużych przychodów, to trudno jest kogoś zatrudnić. Niestety – większość małych biznesów opiera się na pracy całej rodziny, a nie ludzi z zewnątrz.” Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się o wprowadzeniu udogodnień podatkowych i administracyjnych dla sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw.

Własny biznes to nie lada wyzwanie, które opatrzone jest ryzykiem. Na początek warto mieć nie tylko dobry pomysł i biznesplan. Ważnym elementem rozpoczęcia własnej działalności jest posiadanie zabezpieczenia finansowego, chociażby na pół roku do przodu. Jeśli owego przyszły właściciel nie posiada, może postarać się o dotację na rozwój działalności gospodarczej. „[…] Są prywatne formy dotacji oraz dotacje z Unii Europejskiej. Trzeba się tylko dobrze rozejrzeć, bo teraz jest nowy budżet, będą nowe programy i w ich ramach może się pojawić kilka bardzo ciekawych opcji wspierających rozwój własnego biznesu” – twierdzi Łukasz Piechowiak i dodaje, że „[…] bezrobotni mają trochę lepiej niż osoby zatrudnione na etacie, które chcą założyć biznes, a nic nie odłożyły. Najlepiej być osobą pozbawioną dochodów, by móc liczyć – po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku – na dotację w wysokości 20 tysięcy złotych.”

Dobrym rozwiązaniem jest również branie udziału w różnego rodzaju konkursach, które wspierają rozwój małych przedsiębiorstw. Wystarczy opisać swój pomysł na biznes. Jeśli spodoba się organizatorom, chociażby takim jak firma Provident, można zdobyć 10 tysięcy złotych.

Własna firma jest alternatywą dla szukania satysfakcjonującej pracy. Daje niezależność i dochód. Ale to także stały i wcale niemały comiesięczny koszt, który trzeba pokryć – nawet 1300 zł. Mowa o składkach ZUS, kosztach obsługi księgowej itp. Wielu mikro-, małych i średnich przedsiębiorców boryka się z problemami związanymi z prowadzeniem firmy. Wynikają one chociażby z opóźnień w płatnościach, zatorów płatniczych, jak również z brakiem pieniędzy umożliwiających rozwój przedsiębiorstwa. Nic dziwnego, że wielu właścicieli poszukuje zewnętrznych form finansowana – sięga po kredyty. Częściej są to jednak pożyczki. Jak podkreśla Paweł Szustakiewicz, Kierownik ds. Rozwoju Produktów Provident Polska, w ciągu roku od wprowadzenia Pożyczki dla Firm z tej oferty skorzystało 5 tysięcy klientów. Łączna pula udzielonego wsparcia to 25 milionów złotych. „[…] Pieniądze udzielane są na rozwój działalności biznesowej. Z jednej strony jest to codzienne zarządzanie płatnościami takimi jak: zakup towaru, opłaty za jego dostawę czy opłaty związane z prowadzoną działalnością. Z drugiej strony cel pożyczkowy stanowią środki na rozwój firmy.”

Mali przedsiębiorcy chętnie korzystają z takiej pomocy finansowej, również dlatego, że w ramach pakietu pożyczkowego uzyskują pomoc prawną i księgową. Mogą skorzystać z porad podatkowych, a nawet wsparcia informatyka. W razie awarii, w miejscu prowadzenia działalności, poprosić o interwencję fachowca, m.in: ślusarza, hydraulika, elektryka.

Własna działalność to niewątpliwie ciężki kawałek chleba. Niby jest się panem na własnych włościach, ale prowadzenie biznesu wiąże się z szeregiem wyzwań i obowiązków. Niestety – polskie przepisy i wszędzie panująca biurokracja wcale nie ułatwiają i tak już trudnego zadania. Jednak kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Wielozadaniowość w pracy – mit, który chętnie podtrzymujemy

Ilość wyzwań i zawodowych obowiązków stojących przed nami na co dzień sprawia, że nierzadko marzymy o dodatkowej parze rąk. Część z nas wciąż łudzi się także, że pomocna okaże się także tzw. wielozadaniowość, czyli umiejętność robienia kilku rzeczy na raz. W rzeczywistości jednak nie da się efektywnie przeskakiwać z jednego zadania na drugie. Jak zatem zorganizować swój dzień, by stracić przy tym jak najmniej czasu?

O wielozadaniowości słyszał zapewne każdy. Ta niemalże mityczna cecha sprawia, że jesteśmy w stanie wykonywać na raz więcej, niż tylko jedną czynność. Często wydaje się nam, że tego typu funkcjonowania wymaga od nas otoczenie. Musimy przecież przerwać aktualne zadanie, gdyż szef właśnie wymaga czegoś ważniejszego, koleżanka z pracy przyszła z dokumentami do podpisania, w międzyczasie zadzwonił klient, a żona w wiadomości tekstowej pyta, gdzie pójdziemy na kolację.

Statystyki pozostają nieubłagane

Warto zastanowić się jednak, czy aby na pewno musimy robić to wszystko na raz? I czy w ten sposób nasza efektywność rzeczywiście rośnie? Odpowiedzi na te pytania nie pozostawiają złudzeń. Szacuje się bowiem, że codziennie marnujemy nawet aż 30% swojego czasu na przełączanie się pomiędzy różnymi czynnościami – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Strata ta jest o tyle bolesna, że w większości wypadków kolejne zadanie, którego się podjęliśmy wcale nie było aż tak istotne. Tak naprawdę nic nie stało na przeszkodzie, byśmy najpierw dokończyli swoje działanie, a dopiero potem zajęli się kolejnymi.

W domu róbmy wiele rzeczy na raz

Wielozadaniowość nie jest z natury ani zła ani dobra. Wszystko tak naprawdę zależy od okoliczności, w jakich przyjdzie nam się z nią zmagać. Nie trzeba być perfekcyjną panią domu, by wiedzieć, że następujące po sobie zrobienie prania, ugotowanie obiadu i uprasowanie koszul zajmie dużo więcej czasu, niż jednoczesne uruchomienie pralki, wstawienie zupy i prasowanie pomiędzy dodawaniem do niej kolejnych składników.

– W tym przypadku możemy mówić o tzw. dobrej wielozadaniowości. Czynności, które wykonujemy symultanicznie i „po kawałku” ostatecznie zabiorą nam mniej czasu, niż gdybyśmy kończyli pierwszą i dopiero wtedy zaczynali kolejne – dodaje Frątczak.

Nie bez znaczenia pozostaje tu także mniejsze znużenie danym działaniem. Dużo łatwiej jest poprasować ogromną stertę ciuchów, jeśli podzielimy ją na kilka mniejszych, przerywanych innymi zdaniami grup.

Praca umysłowa wymaga 100% uwagi

Nieco inaczej sytuacja wygląda w warunkach pracy biurowej. Tu liczy się przede wszystkim pełna koncentracja. Teoretycznie, telefon od klienta, który odbieramy np. podczas przygotowywania ważnego raportu, zajmuje nam 3 minuty.

– W praktyce jednak potrzebujemy później nawet 20 minut, by wrócić do poziomu 100% swojego zaangażowania. Czyli ta krótka rozmowa kosztowała nas nie 3, a nawet 23 minuty. Tak duże marnotrawstwo szybko okazać się może widoczne – mówi właściciel CEO Solutions.

Warto też zastanowić się, jak wygląda nasza efektywność, gdy tego typu „rozpraszacze” pojawiają się w regularnych odstępach czasu. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest praca dużo poniżej naszych możliwości i nierzadko konieczność zabierania obowiązków służbowych do domu.

W poszukiwaniu rozwiązań

Pierwszym krokiem w każdym procesie leczenia jest prawidłowa diagnoza. Nie inaczej jest ze złą wielozadaniowością. Także tu zacząć powinniśmy od zastanowienia się, co tak naprawdę wybija nas na co dzień z rytmu i jaki w rzeczywistości mamy na to wpływ. Przeszkadzający koledzy w pracy, radio grające na parapecie, dźwięk dzwoniącego telefonu czy wyskakujące na ekranie powiadomienie o nowej wiadomości e-mail?

Większość z tych elementów da się łatwo wyeliminować. Na początek warto wprowadzić zasadę „złotej godziny”, podczas której skupiamy się wyłącznie na wykonywanym zadaniu. Sygnały dźwiękowe pozostają wtedy wyłączone, powiadomienia dezaktywowane, a współpracownicy poproszeni o nieprzeszkadzanie.

Pamiętajmy przy tym, że najważniejsze czynności należy wykonywać z samego rana. Wtedy bowiem nasz umysł jest wciąż świeży i wypoczęty, a dodatkowo mamy możliwość racjonalnego projektowania swojego czasu na cały dzień.

Duży projekt, małe kroki

Kolejną rzeczą, którą z pewnością powinniśmy sobie przyswoić, jest umiejętność dzielenia dużych, absorbujących zadań na mniejsze, realne do osiągnięcia etapy.

– Dobrym przykładem jest tutaj strategia naszego mistrza olimpijskiego, Roberta Korzeniowskiego. Jak często przyznawał, nigdy nie był on w stanie mentalnie przygotować się na pokonanie 50 kilometrów. Co innego, jeśli uświadomił sobie, że tak naprawdę ma do czynienia z dystansem 5 razy 10 km – podpowiada ekspert zarządzania czasem.

Jeśli zaś chodzi o krótsze prace, dobrym nawykiem jest zaczynanie kolejnego dopiero w momencie ukończenia poprzedniego. Efektywne wykonywanie kilku czynności będzie możliwe dopiero z prawidłowo ułożonym harmonogramem – inaczej narażamy się nie tylko na straty czasu (i nierzadko pieniędzy), ale także na stres czy frustrację. Podsumowując, stwierdzenie, że tytułowa wielozadaniowość zawsze jest dobra to bez wątpienia mit. Jak wszystko, ma ona swoje dobre i złe strony i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili je mądrze wykorzystać. A że z pewnością warto, nikt z nas nie ma już chyba żadnych wątpliwości.

MCI inwestuje w czołowego dostawcę zintegrowanej komunikacji w chmurze

0

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management (MCI), którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy S.A., zainwestował blisko 4 mln zł w firmę Focus Telecom Polska Sp. z o.o. Inwestycja zakłada objęcie mniejszościowego pakietu udziałów z opcją dokapitalizowania o kolejne kilka milionów złotych.

Focus Telecom Polska to innowacyjna spółka technologiczna oferująca usługi do komunikacji biznesowej dostępne w modelu cloud computing. Firma jest liderem polskiego rynku w zakresie Unified Communications as a Service (UCaaS). Spółka dysponuje autorską platformą Unified Communications, która powstała z myślą o klientach biznesowych w celu zwiększania efektywności procesów obsługi klienta, działań sprzedażowych oraz komunikacji wewnętrznej. Platforma skupia usługi, z zakresu, m.in. zarządzania komunikacją i budowania wiedzy o kliencie (call/contact center) zaawansowanych narzędzi kontaktu dla mniejszych firm (telco smart office) oraz komunikacji grupowej (telekonferencje, webkonferencje). Spółka świadczy usługi ponad 800 klientom, osiągając kilkumilionowe przychody oraz ponad 60-procentową marżę na sprzedaży.

Inwestycja Internet Ventures FIZ zostanie przeznaczona m.in. na kontynuowanie rozbudowy platformy UcaaS oraz wzmocnienie działu sprzedaży celem dotarcia do nowych klientów na rynku krajowym, jak również przygotowania modelu biznesowego do przeniesienia na poziom międzynarodowy. Spółka dwukrotnie znalazła się w czołówce najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych rankingu Deloitte Technology Fast 50 2011 i 2012 w kategorii „Wschodzące Gwiazdy”. Profesjonalizm zespołu zarządzającego oraz potencjał biznesowy i wysoka jakość usług Focus Telecom Polska zostały docenione m.in. w rankingu najlepszych menedżerów (500 Menedżerów 2013 – Puls Biznesu) oraz produktów telekomunikacyjnych dla biznesu (Najlepszy Produkt dla Biznesu 2013 – Gazeta Finansowa).

– W ostatnich latach zainteresowanie naszą firmą, zarówno ze strony funduszy inwestycyjnych, jak i inwestorów prywatnych, było bardzo duże. Za współpracą z MCI przemówiło głównie doświadczenie rynkowe we wspieraniu spółek z innowacyjnym portfolio produktów. Focus Telecom Polska skupia ludzi z wyczuciem rynkowych potrzeb IT oraz proklienckim podejściem na każdym etapie tworzenia usług. Dzięki pozyskaniu tak doświadczonego inwestora pomysły na rozwój platformy i konkretnych rozwiązań wdrożymy szybciej, co pozwoli powiększyć dotychczasową przewagę konkurencyjną na rynku polskim i przystąpić do rywalizacji na arenie międzynarodowej. Liczymy również na wsparcie MCI w pozyskiwaniu kolejnych rund finansowania -– powiedział Cezary Małuj, Prezes Zarządu Focus Telecom Polska.

Wg szacunków firmy konsultingowej IDC Polska polski rynek chmury obliczeniowej w 2013 r. wzrósł o ponad 25% i przekroczył wartość 260 mln zł. W latach 2011–16 prognozy IDC Global dla rynku UC&C (unified communications and collaboration), na którym działa Focus Telecom Polska, przewidują coroczny ok. 20% wzrost oraz osiągnięcie wartości ponad 140 mln USD w 2016 r. W tym czasie szacuje się, że obroty generowane przez sektor rozwiązań contact center będą wzrastać przeciętnie o ponad 24% rocznie.

– Rynek ”cloud computing” to jeden z najszybciej rozwijających się segmentów IT w Polsce. Spółki, takie jak Focus Telecom Polska, ze swoim elastycznym modelem biznesowym, kreują istotną wartość dla swoich klientów. Łącząc innowacyjną ofertę z wysoką jakością obsługi klientów, mogą liczyć na dynamiczny wzrost skali działalności w najbliższych latach – powiedział Tomasz Danis, zarządzający funduszu Internet Ventures FIZ. – Mówimy tutaj nie tylko o rynku polskim. W naszej ocenie model biznesowy Focus Telecom Polska oraz właściwa strategia działania w perspektywie 1-2 lat pozwolą spółce na ekspansję w skali globalnej.

Inwestycja w Focus Telecom Polska to czwarta, po Hojo.pl, mGenerator i Feedo, inwestycja funduszu Internet Ventures FIZ w tym roku. Fundusz zdecydował się na dywersyfikację portfolio inwestycji. Dzięki ekspozycji na spółkę technologiczną oferującą wysokiej jakości rozwiązania komunikacyjne, w ramach synergii portfelowych, możliwe będzie potencjalnie m.in. skierowanie oferty usług Focus Telecom Polska do pozostałych spółek z grupy MCI oraz klientów biznesowych obsługiwanych przez takie spółki.
To także kolejny projekt realizowany wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym (KFK), który w roli współudziałowca kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

KNF: polskie banki nie obawiają się stress-testów

KNF: polskie banki nie obawiają się <a title=stress-testów" title="KNF: polskie banki nie obawiają się stress-testów" />

Wybrane banki w Polsce zostaną poddane stress-testom sprawdzającym ich wypłacalność i zdolność do bezpiecznego działania w sytuacjach kryzysowych. Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego oraz Narodowego Banku Polskiego, krajowa bankowość nie musi się obawiać o wyniki badania, banki nad Wisłą uważane są za bezpieczne, stabilne i efektywne.

Uczestniczymy w europejskim procesie mającym przewrócić zaufanie do instytucji finansowych w Europie, który również będzie wzmacniał zaufanie do polskiego rynku finansowego. Rynku, który jest cały czas postrzegany jako rynek wschodzący. W niepewnej sytuacji w polityce czy na rynkach finansowych bardzo ważne jest, by polski rynek nie odstawał w żadnym aspekcie od najlepszych standardów, budowanych dziś na podstawie wniosków płynących z kryzysu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego (KNF).

Kilka dni temu KNF rozpoczął badanie jakości aktywów w 15 polskich bankach, opierając się na metodologii Europejskiego Banku Centralnego. Wśród badanych banków są m.in. :Alior Bank, BGŻ, Millennium, PKO BP, Pekao SA, ING Bank Śląski, Bank Zachodni, mBank – w sumie wszystkie objęte badaniem banki stanowią ponad 70 proc. polskiego systemu bankowego.

Do tego badania w Polsce wybraliśmy wszystkie banki, które są notowane na giełdzie, oraz banki kwotujące stawki WIBOR/WIBID, z wyłączeniem Banku Gospodarstwa Krajowego. Wypełniamy w ten sposób zalecenia europejskie, aby owym badaniem objąć ponad 50 proc. aktywów systemu bankowego – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Dodaje, że w przypadku takich instytucji szczególnie ważne jest zaufanie ze strony inwestorów rynku kapitałowego, stąd potrzeba szczególnej przejrzystości.

Polskie banki przez cały okres kryzysu były nie tylko w pełni bezpieczne, stabilne, lecz także bardzo efektywne. A w związku z tym, w kontekście poprzednich stress-testów, uważamy, że i w tym badaniu europejskim powinny wypaść dobrze. Podobna zresztą jest ocena polskiego banku centralnego – podkreśla zastępca przewodniczącego KNF.

Wyniki badania jakości aktywów będą stanowić wkład do europejskich stress-testów. Wprowadzono je trzy lata temu na skutek światowego kryzysu finansowego i problemów strefy euro. Do tej pory testowano banki europejskie, przede wszystkim w strefie euro. W Polsce dotyczyły – na zasadzie badania skonsolidowanego – wybranych jednostek należących do międzynarodowych grup bankowych. Uwzględniały także PKO BP jako największy bank w kraju.

Stress-testy polskich banków to dla KNF-u to możliwość upewnienia się w sądzie o jakości kluczowych instytucji sektora bankowego.

Upewnimy się, że wypełniamy standardy ustalone na poziomie europejskim. Dodatkowo, uczestnicząc w tym procesie jesteśmy – co ważne – partnerem do dyskusji na poziomie regulatorów unijnych – twierdzi zastępca przewodniczącego KNF.

Co więcej, współpraca oznacza dostęp do europejskiej metodologii, standardu budowania wniosków na podstawie badań i przygotowania do stress-testów.

Po zakończeniu powinniśmy mieć dobrze zdiagnozowany system bankowy, cieszący się dużym zaufaniem na zewnątrz. To dobra podstawa do dalszego rozwoju i wsparcia rosnącej po okresie spowolnienia gospodarki – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Już rok działa nowy system transakcyjny GPW. Korzyści z jego wprowadzenia będą rosnąć wraz z rozwojem rynku

CEO Magazyn Polska

Rok temu warszawska Giełda Papierów Wartościowych wprowadziła nowy system transakcyjny UTP, który należy do systemów najnowszej generacji. Potrafi on obsłużyć 20 tys. zleceń na sekundę, czyli ponad 20 razy więcej niż poprzednik – WARSET. Jego wprowadzenie otworzyło drogę do szybkiego rozwoju nowej palety instrumentów, a inwestorzy zyskali możliwość składania niedostępnych wcześniej typów zleceń.

Według Łukasza Bugaja z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska UTP to inwestycja, która będzie procentować w długim okresie, jeżeli wzrośnie napływ kapitału i poprawi się płynność na warszawskim parkiecie.

Zwiększyła się automatyzacja i wprowadzono nowe zlecenia, które są wykorzystywane. Nowy system daje pewną elastyczność oraz zwiększa poziom automatyzacji, czyli jako inwestor mogę funkcjonować dalej na rynku, nie będąc przy monitorze, np. mogę wprowadzić takie polecenie, aby moje zlecenie zawsze było jednym z pierwszych w arkuszu zleceń. Tego nie można było uczynić wcześniej – wskazuje Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Można powiedzieć, że zmieniliśmy starego malucha na nowego mercedesa, ale jeszcze niekoniecznie szybko nim jeździmy. Mamy taką możliwość w przyszłości.

Obok zlecenia typu Peg, dzięki systemowi UTP inwestorzy zyskali możliwość składania zleceń WNF (Ważne na najbliższy fixing), WNZ (Ważne na zamknięcie) i WDC (Ważne do czasu). Zlikwidowano zlecenie PCRO (Po cenie rynkowej na otwarcie), które będzie dostępne w ramach popularnego zlecenia PCR (Po cenie rynkowej) przed otwarciem notowań. Dzięki wprowadzeniu UTP wzrosły także możliwości rozwoju tzw. handlu wysokiej częstotliwości. Dla profesjonalnych inwestorów na rynkach derywatów, składających zlecenia o dużej wartości, znaczenie mają nawet ułamki sekund.

– Pole manewru jest większe, wprowadzona została również możliwość funkcjonowania handlu wysokich częstotliwości, jednak potrzebna jest dla niego bardzo duża płynność na poszczególnych papierach, a z tym, niestety, potrafią być problemy na warszawskim parkiecie. I one niejako nie zostały rozwiązane w trakcie wprowadzania nowego systemu, nie jest jednak panaceum na bolączki naszego rynku – uważa Bugaj.

Wprowadzenie UTP jest komplementarne względem innych działań, mających na celu m.in. zwiększenie płynności na rynku. Zmiany nie ominęły również rynku instrumentów pochodnych, zwłaszcza kontraktów terminowych na indeks WIG20. Giełda zwiększyła mnożnik na kontrakty terminowe na WIG20 i WIG30 z 10 do 20 zł. Oznacza to, że zmiana notowań o 1 pkt przekłada się na 20 zł zysku lub straty dla inwestora, w zależności od zajmowanej pozycji. Wyższy mnożnik to nie tylko wyższy możliwy zysk i ryzyko, lecz także niższe koszty składania zleceń w stosunku do oczekiwanych zysków. To oczywiście oznacza większą atrakcyjność rynków derywatów, zarówno w celach spekulacyjnych, jak i hedgingowych. 

Skuteczne uruchomienie UTP pozwoliło na rozszerzenie segmentu rynku instrumentów pochodnych. Oferta GPW została wzbogacona o takie kategorie instrumentów, jak kontakty terminowe na stawki referencyjne WIBOR oraz obligacje skarbowe, a w 2014 r. planowane jest wprowadzenie do obrotu, m.in. opcji na akcje. W dalszej perspektywie wzmocnieniem pozycji GPW w obszarze instrumentów pochodnych będzie wdrożenie osobnego, dedykowanego tym instrumentom systemu transakcyjnego UTP-Derivatives, czyli tzw. UTP-D.

– Jeżeli chodzi o rynki instrumentów pochodnych, to ważna jest zmienność, która panuje na parkiecie, ważne też jest nastawienie inwestorów do rynku i wydaje się, że te czynniki przeważają. One mogą być korzystne bądź nie. I zmiana systemu handlu miała oczywiście pewien wpływ, większa zdolność automatyzacji handlu jest przez część inwestorów wykorzystywana – zaznacza analityk DM BOŚ w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Obecnie trwają prace nad poszukiwaniem nowej strategii rozwoju dla polskiego rynku kapitałowego. Kieruje nimi Rada Rozwoju Rynku Finansowego, w skład której weszli przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa, Ministerstwa Finansów oraz uczestnicy rynku. Całościowa strategia jest tym bardziej istotna, że w ostatnim roku inwestorzy obawiali się ryzyka związanego z demontażem OFE i jego konsekwencji dla giełdy, zarówno w krótszym, jak i dłuższym horyzoncie czasowym. Z pewnością zmiany w II filarze nie umknęły także uwadze inwestorów zagranicznych, o czym świadczą relacje w światowych mediach finansowych.

Poprawa koniunktury w realnej gospodarce i utrzymujące się na rekordowo niskim poziomie stopy procentowe NBP powinny jednak przełożyć się na wzrost wolumenu transakcji i płynności w najbliższych kwartałach. Istotne jest także to, że inwestorzy nie zostali obciążeni kosztami wprowadzenia UTP, a więc nie wzrosły koszty związane z lokowaniem kapitału na giełdzie.

– Koszty transakcyjne jako takie się nie zmieniły. Jeżeli chodzi o koszt wprowadzenia całego systemu, to został on poniesiony w przeszłości zarówno przez biura maklerskie, jak i przez giełdę. Te koszty są gdzieś widoczne, w przypadku papierów wartościowych są amortyzowane, one nie zostały de facto przerzucone na końcowego użytkownika w postaci inwestora, co jest dla niego korzystne, bo poniesione nakłady nie były małe – twierdzi Łukasz Bugaj.

Rozwój sieci szerokopasmowych może być spowolniony. Konieczna zmiana prawa

CEO Magazyn Polska

Bez zmiany prawa rozwój sieci szerokopasmowych w Polsce będzie spowolniony z powodów administracyjnych – uważa Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskich Sieci Szerokopasmowych. Jeszcze w tym roku nowe przepisy powinny stworzyć preferencyjne warunki dla tych inwestycji, kluczowych z punktu widzenia rozwoju internetu. Inaczej prywatni przedsiębiorcy mogą nie poradzić sobie z uzyskaniem niezbędnych pozwoleń. Prace usprawnić mogłoby powołanie krajowego koordynatora budowy sieci szerokopasmowych.

W 2014 roku powinniśmy całkowicie zmienić system prawa, tak, jak to zrobiono w Korei. Tam w 1994 roku podjęto decyzję o tym, że szerokie pasmo jest najważniejsze dla kraju. I cały system się zmienił, wszystkie bariery administracyjne i finansowe zostały zredukowane, zero podatków, zero problemów inwestycyjnych, administracyjnych, zgód, uzgodnień, terminów – apeluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej.

Streżyńska mówi, że choć w Polsce trwa projekt zapewnienia powszechnego dostępu do sieci szerokopasmowych, to brakuje odpowiednich przepisów prawnych. Zgodnie z Narodowym Planem Szerokopasmowym do 2020 r. każde polskie gospodarstwo domowe ma mieć dostęp do internetu o prędkości minimum 30 Mb/s, a połowa z nich ma korzystać z co najmniej 100 Mb/s. Na obszarach, gdzie operatorom komercyjnym nie opłaca się budować sieci, zajmują się tym spółki z udziałem podmiotów publicznych, jak Wielkopolska Sieć Szerokopasmowa.

Według Streżyńskiej, borykają się oni jednak z barierami prawnymi i administracyjnymi, związanymi m.in. z możliwością budowy w pasie dróg publicznych oraz z kwestiami geodezyjnymi. Część władz lokalnych nie wspiera też inwestycji. Streżyńska podkreśla, że te sprawy powinny być rozwiązane już przed 2006 r., czyli przed startem poprzedniej unijnej perspektywy budżetowej.

A najpóźniej na początku perspektywy budżetowej. One teraz są głównymi problemami. Brakuje powszechnego mniemania, że jest to wspólny cel, że dzięki niemu cały nasz region się zmieni, że wszystkie ręce na pokład i pracujemy na Wielkopolskę szerokopasmową. Są też obiektywne mechanizmy wynikające z wymagań prawa   trzeba dostarczać różne dokumenty, bez których nie ma poczucia bezpieczeństwa ani ten urzędnik, który wydaje różne zgody, ani my jako inwestor – podkreśla Streżyńska.

Inwestorzy i urzędnicy muszą spełniać wymogi administracyjne, bo są kontrolowani także przez Komisję Europejską. Dopóki budową sieci szerokopasmowych zajmują się podmioty publiczne, problemy administracyjne są mniejsze. Streżyńska obawia się jednak, że przedsiębiorcy prywatni, którzy będą się tym zajmować w nowej unijnej perspektywie, będą mieli jeszcze trudniejsze zadanie.

Ciała publiczne są inaczej, lepiej traktowane, gdy załatwiają pozwolenia i różne inne dokumenty. A wiemy, jak administracja w przeważającej mierze traktuje przedsiębiorcę – jak potencjalnego naciągacza. W związku z tym brakuje przełożenia tych wszystkich problemów na rozwiązania, które będą nie tylko dotyczyły administracji samorządowej, inwestującej w telekomunikację, lecz przede wszystkim przedsiębiorców, na których będzie spoczywała cała przyszła perspektywa budżetowa – przestrzega Streżyńska.

Według niej, rozwiązaniem byłaby nie tylko zmiana prawa, lecz przede wszystkim powołanie urzędu lub osoby odpowiedzialnych za projekt Polski Szerokopasmowej. Gospodarz projektu musiałby mieć ustawowo nadaną możliwość wydawania decyzji administracyjnych. Zajmowałby się też planowaniem inwestycji w skali całego kraju. Po stworzeniu takiej pozycji inwestorzy mogliby łatwiej i z mniejszymi problemami przeprowadzać inwestycje.

Z elektronicznego potwierdzenia odbioru w Poczcie Polskiej korzysta już blisko 100 firm

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba firm, które wybierają elektroniczne potwierdzenie odbioru (EPO) zamiast tradycyjnych, papierowych zwrotek. Nowe rozwiązanie to oszczędność czasu dla klientów operatora, wśród których dużą część stanowi sektor finansowy. To również ułatwienie przy sprawach sądowych – elektroniczne potwierdzenie odbioru jest prawnie wiążące jako dowód w sądzie.

Z naszej usługi elektronicznego potwierdzenia odbioru korzystają już banki, firmy ubezpieczeniowe czy windykacyjne. Co ważne, w skali miesiąca odnotowujemy blisko 100-proc. wzrosty wysyłanych potwierdzeń dostarczenia lub zwrotu przesyłki poleconej. Nadawcy chcą mieć pełną informację o doręczeniu przesyłki poleconej lub jej zwrocie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Baranowski, rzecznik Poczty Polskiej.

Elektroniczne potwierdzenie odbioru to usługa głównie dla klientów biznesowych Poczty. To alternatywa dla tradycyjnej, papierowej zwrotki.

Dla naszych klientów oznacza to przede wszystkim skrócenie procesów, które są istotne w prowadzeniu ich biznesów – mówi Zbigniew Baranowski.

Rzecznik podkreśla, że EPO można się posługiwać jako dowodem w postępowaniach sądowych.

W przeciągu 12 miesięcy od nadania takiej przesyłki ze zwrotnym elektronicznym potwierdzeniem odbioru, jeżeli jest konieczność okazania takiego dokumentu w sądzie, Poczta Polska weryfikuje to, wystawia poświadczenie takiego dokumentu i bez problemu możemy z tego rozwiązania korzystać także na drodze sądowej – wyjaśnia Baranowski.

Elektroniczne potwierdzenie odbioru to jeden z elementów większego procesu, jakim jest cyfryzacja i elektronizacja usług pocztowych.

Mamy elektroniczne awizo, z którego korzysta dzisiaj już 100 tys. klientów, mamy elektroniczną informację o doręczeniu przesyłki, możliwość nadania elektronicznej kartki czy listu przez internet, który Poczta Polska drukuje i doręcza w tradycyjnej formie. Jest też możliwość wydrukowania z internetu znaczka pocztowego, naklejenia go na list i wysłania tradycyjną drogą – wymienia rzecznik Poczty Polskiej.

Operator konsekwentnie rozszerza swoje portfolio elektronicznych usług, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom zmieniającego się rynku. Od dłuższego czasu spadają wolumeny papierowej korespondencji i rośnie znaczenie usług elektronicznych. Ten trend będzie się utrzymywał, na co wskazują ubiegłoroczne badania klientów, jakie przeprowadziła Poczta Polska.

W grupie najmłodszych klientów blisko 80-90 proc. uczestników deklarowało, że chce drogą elektroniczną – czyli poprzez komórkę lub internet – kontaktować się z dostawcami usług masowych. To oznacza, że takie firmy jak Poczta Polska nie mają innego wyjścia, tylko muszą elektronizować swoją ofertę tak, aby coraz młodsze pokolenia chciały z usług Poczty Polskiej korzystać – tłumaczy Baranowski.

Poczta Polska zapowiada dalszy rozwój i doskonalenie swojej oferty elektronicznych usług. W ten sposób firma chce lepiej wykorzystywać posiadane zasoby, m.in. dobrze rozwiniętą sieć placówek, logistykę oraz doświadczenie.

Poczta Polska jest dzisiaj jedyną firmą logistyczną, pocztową w tym kraju, która jest w stanie realizować bardzo złożone i skomplikowane zlecenia na rynku pocztowym dotyczące obsługi przesyłek na terenie całego kraju. Firma ma blisko 7,5 tys. placówek. Dociera właściwie do każdego zakątka kraju, co trudno jest zrealizować naszym konkurentom. Wszystkie te elementy, czyli właśnie infrastruktura, placówki, przeszkolony i doświadczony personel, możliwość dotarcia do każdego właściwie zakątka kraju powodują, że dzisiaj jesteśmy najważniejszym graczem, liderem na tym rynku –podkreśla rzecznik Poczty Polskiej.

Baltona chce wejść na europejskie lotniska. Będzie inwestować też w sklepy dla dyplomatów

0

CEO Magazyn Polska

Baltona, dysponująca największą siecią sklepów wolnocłowych na lotniskach, będzie inwestować poza Polską. Spośród polskich portów lotniczych możliwości rozwoju oferuje jeszcze jedynie Kraków – tu przetarg na zajęcie stref komercyjnych zaplanowany jest na przełom roku. Spółka liczy na poprawę wyniku z zeszłego roku, w którym przychody wzrosły o 35 proc. Baltona stawia także na usługi dla dyplomatów, co ma przynieść kilkadziesiąt milionów złotych przychodu rocznie. 

Polska przestaje być dla nas miejscem rozwoju. Przed nami ostatni wielki przetarg na duże lotnisko, czyli lotnisko w Krakowie, który jest spodziewany na koniec tego roku albo na początek przyszłego. Po zakończeniu tego przetargu wszystkie większe lotniska będą na kilka lat zajęte przez liderów rynku, z czego Baltona ma ich znaczną większość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Uryga, prezes zarządu PHZ Baltona SA.

Nasycenie rynku polskich lotnisk – głównego obszaru działalności Baltony – wynika z zakończenia ich rozbudowy. Strefy komercyjne zostały rozdzielone pomiędzy najemców na wiele lat. Baltona zdobyła wiele spośród tych kontraktów. Ma ok. połowy udziału w całkowitych obrotach na rynku. Druga połowa to warszawskie lotnisko Chopina, na którym jest nieobecna. W Gdańsku, Rzeszowie i Poznaniu ma wyłączność w strefie bezcłowej, a dominuje w Katowicach i Bydgoszczy.

Już w ubiegłym roku Baltona rozpoczęła ekspansję europejską, otwierając sklepy we Lwowie i Montpellier. W tym roku zdobyła kontrakt na lotnisku w Alghero na Sardynii i bierze udział w kilkunastu kolejnych przetargach. Choć możliwości rozwoju w Europie są większe niż w samej Polsce, nie jest to łatwy rynek.

Europa jest bardzo dojrzałym i wymagającym rynkiem. To rynek klienta, który ma niesamowicie rozwinięty rynek lokalny, i kiedy przebywa na lotnisku, niełatwo go zadowolić. Oczekuje bardzo wysokiej klasy usług, bardzo wysokiej jakości produktu, i to narzuca nam spore wymagania – podkreśla Uryga. – Kolejną specjalnością Europy jest to, że wszędzie na świecie klient kupuje w klasycznym duty free, w którym ceny są dużo niższe niż na lokalnym rynku. W Europie to już w znacznej mierze przestało funkcjonować.

Ponieważ handel międzynarodowy w obrębie Unii Europejskiej nie jest objęty cłem, na lotniskach przy lotach europejskich nie ma możliwości prowadzenia sprzedaży bezcłowej. Takie połączenia to, według Urygi, aż 70-75 proc. wszystkich lotów w UE. Dlatego Baltona nie może oferować znacznie tańszych produktów. Taka możliwość istnieje jedynie dla pasażerów lecących poza Unię Europejską.

Ubiegły rok był dla spółki rekordowy. Baltona zanotowała przychody w wysokości 245 mln zł, o 35 proc. więcej niż w 2012 r. EBITDA wyniosła 1,5 mln zł, a łącznie grupa Baltony odnotowała stratę netto w wysokości 6 mln zł.

Uryga podkreśla, że był to udany rok, bo Baltona zwiększyła sprzedaż we wszystkich obszarach działalności. O 20 proc. wzrosła sprzedaż w sklepach, a w dystrybucji B2B i gastronomii wzrost przekroczył 100 proc. W tym roku wzrost też ma być dwucyfrowy. Szczególne nadzieje Uryga wiąże ze sprzedażą dla dyplomatów. W ubiegłym roku Baltona przejęła większość udziałów w holenderskiej spółce CDD Holding BV, która ma m.in. 5 sklepów dla dyplomatów w Brukseli, Hadze, Londynie i Paryżu.

Kilka lat temu Baltona była bardzo skoncentrowana na sektorze lotnisk, głównie w Polsce. Mieliśmy niewielką spółkę prowadzącą obsługę statków wpływających do polskich portów. Od tego czasu staramy się dywersyfikować nasze ryzyka działania w segmencie lotniczym i bardzo intensywnie rozwijamy tę działalność dystrybucyjną, która działa w kilkunastu różnych kanałach. Jednym z głównych kanałów jest kanał dyplomatyczny i militarny, obsługa jednostek i organizacji NATO, ONZ – tłumaczy Uryga.

Pod znaną marką Chacalli Baltona jeszcze w tym roku chce rozpocząć sprzedaż dla dyplomatów w Europie Środkowo-Wschodniej, a do końca 2015 r. ma być w całej Europie. Ten obszar rocznie może przynosić dodatkowych kilkanaście milionów złotych przychodu.

Uryga podkreśla, że firma musi odpowiadać na różne potrzeby klientów. Inne rzeczy kupują osoby lecące do pracy np. do Wielkiej Brytanii, a inne – turyści podróżujący lotem czarterowym na wakacje. Choć Baltona rozszerza ofertę o produkty lokalne, akcesoria, biżuterię, torebki i odzież, to najważniejsze pozostają tradycyjne grupy produktów. W 2013 r. aż 45 proc. sprzedaży PZH Baltona stanowiły produkty tytoniowe. 19 proc. to alkohol, a niecałe 13 proc. – kosmetyki.