LOT chce przejąć przewozy towarowe od przewoźników z Niemiec i Holandii. Lotniczy rynek cargo będzie rósł w tempie 5 proc. rocznie

LOT chce przejąć przewozy towarowe od przewoźników z Niemiec i Holandii. Lotniczy rynek cargo będzie rósł w tempie 5 proc. rocznie 1

– Polski rynek cargo ma obecnie udział rzędu 8–9 proc. w całym rynku europejskim, a w nadchodzących latach będzie rósł w średnim tempie powyżej 5 proc. rocznie – ocenia Michał Grochowski, dyrektor Biura Cargo w LOT. W tym roku widać na nim oznaki stagnacji spowodowanej sytuacją gospodarczą w Niemczech, ale w kolejnych transport cargo będą napędzać inwestycje zagraniczne i rosnący eksport. LOT liczy zwłaszcza na rynek w Indiach i udział w wartym ponad 13 mld dol. segmencie przewozów farmaceutycznych.

 Ruch lotniczy cargo jest w Polsce co najmniej siedmiokrotnie wyższy niż oficjalne statystyki, które pokazują, że to tylko 1 proc. rynku europejskiego. Technicznie są w nim nieograniczone pokłady. Wszystkie zagraniczne inwestycje na polskim rynku mają charakter globalny, wymagają globalnego supply chain (red. łańcucha dostaw). On jest dzisiaj zapewniony przede wszystkim przez infrastrukturę niemiecką i holenderską – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Grochowski, dyrektor Biura Cargo i Poczty w Polskich Liniach Lotniczych LOT. – Zadaniem przewoźników operujących zarówno na polskim niebie, jak i tych korzystających z polskiej infrastruktury jest pozyskać towar, który dzisiaj wywożony jest na kołach do Niemiec i Holandii i który dopiero tam staje się frachtem lotniczym.

W tym roku na rynku cargo widać oznaki stagnacji, co wiąże się głównie ze spowolnieniem gospodarczym w Niemczech. W sierpniu Niemcy odnotowały największy roczny spadek produkcji przemysłowej od dekady (o 5,2 proc. rok do roku), za który odpowiada m.in. branża automotive – drugi największy sektor niemieckiej gospodarki, z którym powiązany jest nie tylko cały polski przemysł, lecz także rynek lotniczy cargo.

– Z perspektywy LOT-u nie wydaje się jednak, żeby miało zabraknąć nam towarów do przewożenia. Taka sytuacja w perspektywie najbliższych lat jest niemożliwa – podkreśla Michał Grochowski.

Jak ocenia, polski rynek cargo ma w tej chwili udział rzędu 8–9 proc. w całym rynku europejskim i w nadchodzących latach będzie rósł w średnim tempie powyżej 5 proc. rocznie, chociażby ze względu na inwestycje zagraniczne i rosnący eksport.

– Przykładem może być sławna fabryka komputerów w Łodzi, która prawie w ogóle nie produkuje na polski rynek, tylko na rynek zagraniczny, głównie do Południowej Afryki – mówi Michał Grochowski.

Jak wynika ze statystyk Urzędu Lotnictwa Cywilnego, w 2017 roku polskie porty lotnicze obsłużyły w sumie ponad 106 tys. ton (co oznaczało blisko 12-proc. wzrost rok do roku). Natomiast wynik po trzech kwartałach ubiegłego roku to 84 tys. ton i wzrost o 8 proc. Liderem jest warszawskie Lotnisko Fryderyka Chopina, na którym obsłużono w tym czasie 67,7 tys. ton towarów.

 Transport lotniczy w globalnym rynku transportowym ogółem, jeśli chodzi o koszty, stanowi niewielki procent, mniej niż 5 proc. Natomiast pod względem wartości przewożonych jest w ten sposób 35 proc. wszystkich towarów na świecie. To są towary drogie, które muszą zostać przetransportowane szybko albo przy zachowaniu szczególnych cech bezpieczeństwa. Polska nie jest na tym tle wyjątkiem, mamy podobne uwarunkowania. Natomiast bardzo ciekawym jest rozkład rynku, z którego pochodzą polskie towary, ponieważ on jest naprawdę globalny – mówi Michał Grochowski.

Jak ocenia dyrektor Biura Cargo i Poczty w LOT, dla polskich eksporterów nadal problemem jest osiągnięcie destynacji Melbourne, São Paulo czy Mexico City. Także Johannesburg w Afryce pozostaje wymagającą destynacją dla polskiego cargo.

 Od zawsze najważniejszym kierunkiem dla polskiego eksportu było Chicago i nie tylko dlatego, że jest tam duża polska diaspora, lecz także dlatego, że jest to bardzo zurbanizowana i zindustrializowana część świata. To jest miejsce, do którego eksportuje się przede wszystkim towary drogie i ciężkie, czyli takie, które latają – mówi Michał Grochowski.

Przewoźnik ocenia, że bardzo perspektywicznym kierunkiem dla polskiego cargo w najbliższych latach będą Indie. LOT właśnie zainaugurował bezpośrednie loty do Delhi.

 Liczymy na to, że polscy eksporterzy – producenci farmaceutyków, kosmetyków, żywności czy części technicznych – znajdą tam dla siebie rynki. Dopiero co otworzyliśmy połączenie do Indii. Oferujemy naszym partnerom w tym kraju dostęp do regionu Europy Środkowo-Wschodniej przez Warszawę. Zainteresowanie polskim rynkiem i eksportem do tej części Europy poprzez Polskę jest olbrzymie, przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania – mówi Michał Grochowski.

W 2018 roku Polskie Linie Lotnicze LOT przewiozły ponad 50 tys. ton cargo i poczty. To 20-proc. wzrost w porównaniu do 2017 roku, ale również najlepszy wynik w 90-letniej historii przewoźnika.

W kwietniu tego roku Polskie Linie Lotnicze LOT wystąpiły o certyfikat Międzynarodowego Stowarzyszenia Transportu Lotniczego IATA CEIV Pharma, który umożliwi przewóz leków i wartościowych produktów farmaceutycznych w najwyższym światowym standardzie, i – jako pierwsza linia lotnicza w Europie Środkowej – uruchomiły proces cyfrowej akceptacji i weryfikacji materiałów niebezpiecznych. Według danych IATA rynek przewozów farmaceutycznych sięga wartości 13,4 mld dol. Uzyskanie certyfikatu IATA CEIV Pharma otworzy polskiemu przewoźnikowi dostęp do rynku przewozów o rocznej wartości ponad 100 mln zł i wzmocni pozycję przewoźnika w rynku cargo w regionie Europy Środkowej i Wschodniej.

80 proc. klientów deklaruje gotowość do zakupu auta online. Wciąż jednak decydująca jest wizyta w salonie sprzedaży

80 proc. klientów deklaruje gotowość do zakupu auta online. Wciąż jednak decydująca jest wizyta w salonie sprzedaży 2

Branżę motoryzacyjną napędzają nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja, algorytmy, automatyzacja czy elektromobilność. Zakup samochodu wciąż jednak pozostaje domeną tradycyjnego kanału sprzedaży. To wizyta w salonie samochodowym najczęściej decyduje o wyborze danego modelu, wyposażenia, ale też o byciu wiernym danej marce. Chociaż od przyszłego roku sprzedaż aut będzie możliwa całkowicie online, a 80 proc. klientów już dziś deklaruje, że mogłoby przez internet kupić samochód, to salony dealerskie pozostaną kluczowe w procesie sprzedaży. Dlatego koncerny, poza inwestycjami w cyfryzację, muszą także stawiać na jakość obsługi klienta.

Branża motoryzacyjna przeżywa obecnie rewolucję w zakresie innowacyjności. To wielowątkowe zmiany – zarówno samego produktu, czyli samochodu z bezemisyjnymi napędami, jak i całego procesu zakupowego. Konsument już nie chce dzisiaj tak samo kupować i konsumować naszej kategorii – mówi agencji Newseria Biznes Michał Szaniecki, dyrektor marek SEAT i CUPRA.

Badanie „Automotive 2030: Racing toward a digital future” opracowane przez IBM wskazuje, że dla konsumentów marka samochodu ma coraz mniejsze znaczenie, za to liczą się wygoda i cena. Klienci zwracają uwagę także na ekologię, więc przyszłością będą pojazdy elektryczne.

– Najważniejszym trendem w branży motoryzacyjnej jest zdecydowanie elektromobilność rozumiana jako coś odpowiedzialnego z punktu widzenia przyszłości naszej planety, ale również niosąca szereg korzyści dla samego klienta – zarówno ekonomicznych, jaki i związanych z przyjemnością z jazdy – wyjaśnia Michał Szaniecki.

Elektryczną ofensywę prowadzi dziś większość koncernów motoryzacyjnych. SEAT wprowadzi na rynek cztery modele z sześciu zaplanowanych do 2021 roku – Mii electric, el-Born, Tarraco FR PHEV oraz Leon PHEV. Z kolei CUPRA zaprezentowała pierwszy w pełni elektryczny samochód koncepcyjny – Tavascan.

Wśród innych kluczowych trendów w motoryzacji eksperci wymieniają również mikromobilność, czyli takie rozwiązania, które ułatwiają pokonywanie krótkich dystansów po mieście szybko i wygodnie, oraz ekonomię współdzielenia pojazdów. W tych kierunkach również podążają działania koncernów.

Eksperci IBM szacują, że do 2030 roku technologie cyfrowe mogą całkowicie zmienić oblicze branży motoryzacyjnej. Chodzi m.in. o wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego, sieci 4G, a w przyszłości również 5G czy zaawansowanych algorytmów. Przykładem może być opracowana przez SEAT-a aplikacja Mobility Advisor do planowania i optymalizacji trasy przy wykorzystaniu sieci 4G i 5G. Aplikacja dzięki usłudze Watson Learning Machine od IBM uczy się preferencji użytkownika i w ten sposób podaje spersonalizowane rekomendacje najlepszej trasy.

 W branży mamy do czynienia z ciekawym paradoksem cyfrowym. Aby kupić jeden samochód, z którym konsument przeżywa 900 różnych interakcji w świecie online, potrzebna jest jedna wizyta u dealera. Te 900 interakcji napędza sztuczna inteligencja, algorytmy, nowoczesne technologie, ale do tych technologii wszystkie marki mają podobny dostęp, więc tam się trudno wyróżnić. To ta jedna wizyta jest znacznie ważniejsza niż wszystkie interakcje online’owe – przekonuje dyrektor marek SEAT i CUPRA.

Choć sprzedaż samochodów już w przyszłym roku będzie możliwa całkowicie online, a nawet 80 proc. osób deklaruje gotowość kupna pojazdu przez internet, to salony samochodowe i sieć dealerska wciąż pozostają kluczowe. To wizyty w salonie budują lojalność klientów wobec marki i decydują o tym, jak dużo pieniędzy wydadzą na zakup auta. Kanał online wykorzystają za to do tego, by podzielić się doświadczeniami z zakupu z innymi internautami, np. w mediach społecznościowych.

 Cały czas w sprzedaży salon dealerski jest absolutnie kluczowy. Fizyczna wizyta u dealera jest istotna i tak pozostanie w przyszłości, bez względu na to, jakie technologie będą nam towarzyszyć – zapowiada Michał Szaniecki. – Chcemy rozwijać sieć dealerską w kierunku nowoczesności, digitalizacji, nowych napędów. To pozostanie kluczowym kanałem, a z tym wiąże się także jakość obsługi i doświadczenia klienta z naszą siecią i marką.

Badanie SAP Customer Experience wskazuje, że konsumenci bardzo zwracają uwagę na jakość obsługi klienta. Blisko połowa rezygnuje z zakupu, jeśli napotyka problemy w tym obszarze. Chętnie też dzielą się informacjami na temat negatywnych doświadczeń na forach.

Customer experience stoi w centrum naszych działań. Dlatego wyróżnienie, które otrzymaliśmy po badaniu Kantar, że jesteśmy siecią z najlepszą jakością obsługi klienta, jest dla nas tak cenne – podkreśla Michał Szaniecki.

Salony SEAT-a otrzymały najwyższe oceny w 16. edycji badania „Wielki Test Salonów” przeprowadzonego przez Kantar Automotive. Badanie objęło takie kategorie, jak organizacja salonu, obsługa klienta oraz jazda próba.

Co trzeci Polak w ogóle nie jest aktywny fizycznie. Statystyki wyglądają najgorzej wśród seniorów i dzieci

0

Co trzeci Polak w ogóle nie jest aktywny fizycznie. Statystyki wyglądają najgorzej wśród seniorów i dzieci 3

Co piąty Polak nie pamięta, kiedy ostatni raz spacerował dłużej niż 10 minut. Co trzeci nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej, a co drugi spędza ponad 5 godzin dziennie w pozycji siedzącej – pokazuje badanie MultiSport Index 2019. Statystyki wyglądają najgorzej wśród seniorów i dzieci – tylko co czwarte dziecko wypełnia zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące minimalnej dawki ruchu dla swojego wieku. Przykład idzie z góry, bo raptem 8 proc. Polaków uprawia sport wspólnie z dzieckiem. Tymczasem aktywność fizyczna to jeden z najlepszych sposobów na pogłębianie rodzinnych relacji – wskazują eksperci.

– Polacy są mniej aktywni fizycznie niż większość Europejczyków, brakuje nam do nich kilka procent. Aktywnych jest średnio 70 proc. mieszkańców Europy, podczas gdy w Polsce co najmniej raz w miesiącu sport uprawia 64 proc. To oznacza, że aż 30 proc. Polaków powyżej 15. roku życia w ogóle nie jest aktywnych. 18 proc. nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spacerowali dłużej niż 10 minut. Te dane są bardzo niepokojące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Radzki, Członek Zarządu Benefit Systems, firmy będącej twórcą programu MultiSport.

Problemem jest siedzący tryb życia społeczeństwa. Jak pokazuje badanie MultiSport Index 2019, ponad połowa Polaków spędza ponad 5 godzin dziennie w pozycji siedzącej.

Wiele osób, które stale pracują przy komputerze, tym bardziej powinno pomyśleć o aktywności fizycznej po pracy i jak najszybciej ją rozpocząć – mówi Adam Radzki.

Światowa Organizacja Zdrowia alarmuje, że siedzący tryb życia jest czwartą przyczyną zgonów na świecie. Dlatego jednym z aktualnych wyzwań WHO jest ograniczenie zjawiska społecznego bezruchu – o co najmniej 10 proc. do 2025 roku oraz o 15 proc. do 2030 roku.

Aktywność fizyczna Polaków obniża się wraz z wiekiem – ponad połowa seniorów nie podejmuje jej w ogóle. Z drugiej strony w bezruchu zastygają też najmłodsze pokolenia.

Najbardziej aktywna grupa Polaków to osoby młode, między 15. a 24. rokiem życia, które jeszcze się uczą i dla których aktywność sportowa jest obowiązkowa. Niestety, z wiekiem poziom aktywności fizycznej spada. Zmiany demograficzne są nieubłagane i seniorów w naszym kraju będzie coraz więcej. Dlatego powinniśmy działać już dziś, żeby Polacy nabrali zdrowych nawyków teraz, kiedy mają po 20 czy 40 lat i w starszym wieku utrzymywali tę aktywność fizyczną, która na pewno przełoży się na ich zdrowie i jakość życia – mówi Adam Radzki.

Światowa Organizacja Zdrowia zaleca minimum 75 minut intensywnej lub 150 minut umiarkowanej aktywności fizycznej w ciągu tygodnia dla osób dorosłych. Natomiast w przypadku dzieci w wieku od 5 do 17 lat zalecenia WHO to co najmniej godzina dziennie.

Aktywność fizyczna, którą podejmujemy, powinna odpowiadać tej minimalnej dawce zalecanej przez WHO. Nieważne, co robimy, ważny jest czas i intensywność wysiłku. W Polsce nie wygląda to niestety najlepiej – tylko co trzeci dorosły i co czwarte dziecko spełniają te wymagania – mówi dr Janusz Dobosz z Narodowego Centrum Badania Kondycji Fizycznej, AWF Warszawa.

Główną rolę w propagowaniu dobrych wzorców i mobilizowaniu dzieci do aktywności fizycznej odgrywają rodzice. Tymczasem – jak wynika z MultiSport Index 2019 – ponad połowa aktywnych sportowo Polaków ćwiczy samotnie, a aktywność wspólnie z dzieckiem uprawia tylko 8 proc. respondentów.

Aktywność fizyczna jest okazją do tego, żeby rodzina spędziła razem czas w wartościowy sposób. To wywołuje pozytywne emocje, sprawia, że rodzina jest bliżej. Czas spędzany przy komputerze albo na oglądaniu telewizji to jest czas niskiej jakości. Niestety, tylko 8 proc. Polaków wybiera na towarzysza aktywności fizycznej swoje dziecko. Ogromna szkoda, ponieważ kiedy uprawiamy sport z dziećmi, kształtujemy u nich nawyk aktywności fizycznej, który będzie potem obecny przez całe życie. Nie tylko zbliżamy się, pogłębiamy więzi, lecz także wpływamy korzystnie na młodzież, która potem w starszym wieku też będzie uprawiać sport – mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.

Badanie MultiSport Index 2019 pokazuje, że najchętniej wybierane przez Polaków formy aktywności to bieganie i jazda na rowerze. Zaraz za nimi plasuje się siłownia i  kluby fitness oraz pływanie, popularne zwłaszcza w zimnych miesiącach roku.

– Powinniśmy robić to, co nas interesuje: jeździć na rowerze, biegać czy pływać. Na pewno nie szukajmy takich aktywności, do których musielibyśmy się zmuszać, bo to nierozsądne – mówi dr Janusz Dobosz.

Eksperci podkreślają też, że regularna aktywność fizyczna poprawia samopoczucie, zdolności poznawcze i ogranicza ryzyko wystąpienia wielu chorób cywilizacyjnych, takich jak cukrzyca typu II, nadciśnienie czy otyłość.

Sektor bankowy ma coraz mniej środków na innowacje i modernizacje. Liczy jednak na korzystne decyzje rządzących

Sektor bankowy ma coraz mniej środków na innowacje i modernizacje. Liczy jednak na korzystne decyzje rządzących 4

– Rentowność polskiego sektora bankowego spada systematycznie od 2011 roku – mówi prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz. Winne są m.in. nadmierne obciążenia. To powoduje, że branża ma coraz mniej środków na modernizację, innowacje i zatrudnianie kadr, które mogłyby pracować nad unowocześnianiem sektora. Bankowcy liczą na zmiany w tym zakresie. Tym bardziej że przez wiele lat polskie banki były jednymi z najnowocześniejszych w Europie, z rozwiniętym systemem kartowym i systemem wymiany informacji.

– Polski sektor bankowy jest sektorem stabilnym, dobrze zarządzanym, w miarę nowoczesnym, ale niestety od kilku lat tempo rozwoju tego sektora nie jest równomierne i jest kłopotliwe ze względu na bardzo duże obciążenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. – To powoduje, że brakuje nam trochę środków na modernizację, innowacje i pozyskiwanie kadry, która mogłaby wdrażać innowacje nowej generacji w tych instytucjach. Mam nadzieję, że wkrótce sobie z tym poradzimy i że w wyniku pewnych uzgodnień skala tych najwyższych właściwie obciążeń fiskalnych w świecie będzie nieco obniżona, a na pewno inaczej zorganizowana. Myślę o podatku dochodowym, dodatkowym podatku bankowym, a także o formule wpłat na Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Od stycznia do lipca działające na polskim rynku banki zarobiły 9,06 mld zł wobec niespełna 8,9 mld zł przed rokiem. Podatek wyniósł w tym czasie 3,24 mld zł i był wyższy od odprowadzonego w tym samym okresie ubiegłego roku o 314 mln zł. Między styczniem a lipcem 2019 roku tylko 5 z 31 banków komercyjnych i 9 z 543 spółdzielczych odnotowało stratę. Na koniec 2018 roku zysk sektora bankowego nieznacznie przekroczył 13 mld zł. W 2017 roku było to niemal 13,7 mld zł, rok wcześniej – niemal 13,9 mld zł. Jednak jeszcze w 2011 roku banki w Polsce zarobiły przeszło 15,5 mld zł. Z kolei zwrot z kapitałów sektora spadł poniżej 7 proc. w 2018 r. wobec 13 proc. w 2011 roku.

– O ile w poprzedniej dekadzie byliśmy stosunkowo rentowni i byliśmy w pierwszej 7–8 systemów bankowych w Unii Europejskiej, które wykazywały wysoką rentowność, to teraz jesteśmy w tej ostatniej siódemce. To jest kierunek, który musimy odwrócić, bo mamy wysoki wzrost gospodarczy, a bankowość weszła w fazę stagnacji – podkreśla Krzysztof Pietraszkiewicz. – Jeżeli porównamy fundusze własne polskiego sektora bankowego do PKB, oszczędności zgromadzone w polskich bankach do PKB i kredyty udzielane przez polskie banki w relacji do PKB, to znajdujemy się na końcu Unii Europejskiej. Jako kraj na dorobku, który chce doganiać inne kraje, powinniśmy to zmieniać, dlatego że w gospodarce rynkowej potrzebne jest normalne, odpowiedzialne finansowanie rozwoju.

Z analiz ZBP wynika, że maksymalne efektywne opodatkowanie największych polskich banków sięga 44 proc., a nominalne to ok. 33 proc. Stopa podatkowa jest o połowę wyższa niż w innych krajach naszego regionu. Dodatkowo ani opłaty na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ani podatek bankowy wprowadzony na początku 2016 roku nie są uznawane za koszt uzyskania przychodu. Tylko z tytułu tej ostatniej daniny banki w ciągu trzech lat odprowadziły do budżetu przeszło 10 mld zł.

– Jeżeli ta sytuacja od strony regulacyjnej by się nie zmieniła, a jeszcze weszłyby dodatkowe obciążenia, np. na skutek błędnych rozstrzygnięć czy regulacji, to oznaczałoby, że polska gospodarka nie otrzymałaby odpowiedniej ilości środków, a to by oznaczało, że wielu przedsiębiorców musiałoby po prostu zwijać swoje biznesy, a za tym poszedłby wzrost bezrobocia – tłumaczy prezes Związku Banków Polskich. – Myślę, że ten scenariusz uda nam się ominąć, że zostaną podjęte odpowiednie decyzje przez rząd, szczególnie Ministerstwo Finansów, Komitet Stabilności Finansowej i Komisję Nadzoru Finansowego oraz Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Ta sytuacja jest zarządzalna, tylko trzeba podejmować te decyzje w odpowiednim tempie, w odpowiednich momentach, nie za późno.

Tym bardziej że banki będą musiały radzić sobie także z nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym. Drugi kwartał 2019 roku był piątym z rzędu, gdy tempo wzrostu gospodarczego spadało. Jest wprawdzie wciąż relatywnie wysokie (4,5 proc. w ujęciu rocznym), ale już na przyszły rok Narodowy Bank Polski zakłada tylko 4-proc. wzrost, zaś na 2021 rok – 3,5-proc. Wszystko przez spadek zamówień eksportowych, głównie z Niemiec, niewiadomą związaną z brexitem i cykle koniunkturalne. Mniejsze zamówienia to niewykorzystane moce produkcyjne i konieczność przebudowania biznesu. Z drugiej strony przedsiębiorcom doskwiera brak pracowników, na co receptą mogłaby być automatyzacja produkcji.

– W bardzo wielu przypadkach powinna następować mocniejsza współpraca pomiędzy uczelniami a przedsiębiorstwami, wykorzystywana powinna być nauka, powinny być stosowane w takim okresie spowolnienia pewne innowacyjne metody produkcji czy organizacji pracy. Dlatego że spowolnienie, podobnie jak kryzys, jest nie tylko wyzwaniem i zagrożeniem, lecz także jest szansą na to, żeby wykonać pewien krok do przodu – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz. – Dzisiaj polska gospodarka jest słaba pod względem innowacyjności, w relacji do innych krajów ma o wiele mniej robotów i automatów, które moglibyśmy wdrażać w taki sposób, aby produktywność polskiej gospodarki nie zmniejszała się. Jako sektor bankowy chcielibyśmy w takim procesie uczestniczyć.

Programowanie będzie jedną z kluczowych umiejętności na rynku pracy w 2030 roku. Dzieci już w wieku 9–10 lat mogą uczyć się języków używanych przez programistów

Programowanie będzie jedną z kluczowych umiejętności na rynku pracy w 2030 roku. Dzieci już w wieku 9–10 lat mogą uczyć się języków używanych przez programistów 5

Rynek pracy w 2030 roku będzie wymagał umiejętności programowania jako jednej z kluczowych – wynika z badania przeprowadzonego przez Pearson, Fundację Nesta i Oxford Martin School. Tymczasem dzieci już w drugiej klasie szkoły podstawowej są w stanie nauczyć się programowania w zaawansowanych językach. Młodsi uczniowie częściej łączą naukę z zabawą, ale potrafią również napisać autorską grę czy zaprogramować robota.

– Już od 9–10 roku życia można uczyć dzieci programowania w takich językach, jakich używają specjaliści, czyli np. JavaScript, Python. Najważniejsze jednak jest takie podejście do nauki programowania wśród dzieci i młodzieży, żeby tworzyć z nimi projekty, które są dla nich ciekawe, które ich angażują, czyli np. tworzenie prostych gier przeglądarkowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Van Anh Dam, współzałożycielka szkoły programowania Kids Code Fun.

Z raportu „Future of Skills. Employment in 2030” opracowanego przez specjalistów z Pearson, Fundacji Nesta i Oxford Martin School wynika, że programowanie będzie w 2030 roku jedną z najważniejszych i najbardziej pożądanych przez pracodawców umiejętności. To dlatego dzieci mogą zacząć uczyć się kodowania już w młodym wieku, gdy wiedzę chłoną najszybciej. Akademia Kids Code Fan w Polsce prowadzi kursy pierwszego stopnia z programowania np. w języku JavaScript dla uczestników od 11 do 13 roku życia. W ramach zajęć dzieci m.in. piszą autorską grę.

– Uczyć dzieci programowania można np. za pomocą robotów, które wspierają ten proces. Dzieci tworzą instrukcje dla robotów tak, żeby te roboty np. poruszały się, tańczyły, wydawały różne dźwięki i wchodziły w interakcję z otoczeniem. Dzieci najmłodsze, np. między 8 a 12 rokiem życia korzystają wtedy z programów, gdzie mamy gotowe kolorowe bloczki z poleceniami i zadaniem dzieci jest logiczne przeanalizowanie, w jaki sposób te bloczki, w jakiej kolejności, w jakiej logice powinny być ułożone tak, żeby ten program działał – mówi Van Anh Dam.

Robot mTiny chińskiej firmy Makeblock to robot przeznaczony do wczesnej edukacji. Kodowanie odbywa się z wykorzystaniem kontrolera Tap Pen, zgodnie z zasadą „dotknij, aby kodować”. mTiny został zaprojektowany zgodnie z teorią wielu inteligencji. W myśl tej zasady dzieci są stymulowane do wczesnej edukacji już w wieku przedszkolnym m.in. poprzez gry interaktywne, które wspierają ich logiczne myślenie i umiejętności rozwiązywania problemów.

Z kolei polski robot Photon jest interaktywnym robotem edukacyjnym, który poprzez aplikację mobilną oraz powiązane z nią doświadczenia i eksperymenty wprowadza dzieci w świat nowych technologii. Wspiera dzieci w rozwoju podstawowych umiejętności. Pomaga im rozwijać kreatywność, zdolność logicznego myślenia i poznawać podstawy programowania. Robot został stworzony z myślą o dzieciach w każdym wieku. Jego obsługa dostosowana jest do różnego etapu rozwoju dzieci, ich możliwości oraz zdolności percepcji.

Tymczasem rozpoczęcie nauki programowania w jak najmłodszym wieku może przygotować dzieci do odnalezienia się w przyszłości na rynku pracy. Według danych CareerExplorer, rynek pracy programistów komputerowych zmniejszy się do 2026 roku o 7 proc. w porównaniu z rokiem 2016. Aby pozostać konkurencyjnymi, programiści będą musieli nadążać za rozwijającą się technologią i nowymi, bardziej wyrafinowanymi narzędziami.

– Programowanie to nie jest tylko umiejętność, gdzie siedzi się przy komputerze i pisze ciąg znaków, lecz także to umiejętność kreatywnego myślenia, analizowania, wymyślania rozwiązań, współpracy z innymi, dla których np. te rozwiązania technologiczne przygotowujemy. Celem nie jest tylko robienie tej czynności, ale rozwijanie naszych innych kompetencji, czy to manualnych, czy intelektualnych, czy społecznych w trakcie uczenia się programowania –przekonuje ekspertka.

Raport „Future of Skills. Employment in 2030” wskazuje również, że w 2027 r. tempo rozwoju technologicznego znacznie przyspieszy, ale szkoły, niewsparte dodatkowymi funduszami, będą miały problem z utrzymaniem odpowiedniego poziomu nauczania. Twórcy raportu proponują, by po zajęciach lekcyjnych udostępniały one swoją infrastrukturę start-upom, w zamian za prowadzenie przez nie zajęć z zakresu wiedzy o innowacjach.

– Prowadzimy zajęcia nie po to, żeby wyszkolić nowych programistów tylko po to, żeby pokazać dzieciom i młodzieży, że technologie to jest coś, co one mogą tworzyć, za co one mogą być odpowiedzialne. Chcemy pokazać tę sprawczość, jaką my, jako ludzie, możemy przejąć w tym rozwijającym się świecie technologii – mówi Van Anh Dam.

Inteligentny backup sam wykona kopię zapasową najważniejszych danych. Po takie rozwiązania coraz chętniej sięgają instytucje państwowe

Inteligentny backup sam wykona kopię zapasową najważniejszych danych. Po takie rozwiązania coraz chętniej sięgają instytucje państwowe 6

Z badań przeprowadzonych przez analityków IDG wynika, że w skali globalnej aż 93 proc. organizacji wykorzystuje rozwiązania chmurowe lub planuje ich wdrożenie. Technologia tego typu nie tylko sprawdza się w optymalizacji sposobu funkcjonowania firmy, coraz częściej wykorzystywane jest także w roli narzędzia do przechowywania kopii zapasowych istotnych informacji. Po rozwiązania tego typu sięgają zarówno osoby prywatne, jak i przedstawiciele świata biznesu. Na rynek trafiają już pierwsze rozwiązania inteligentnego backupu, które same przewidują, jakie dane są najważniejsze.

– Rośnie liczba danych, ale też zmieniają się potrzeby klientów. Kiedy więc dzisiaj rozmawiamy o backupie, to już nie mówimy tylko o samym przechowywaniu danych, lecz przede wszystkim o zapewnieniu ciągłości biznesu. Dobre rozwiązanie do backupu powinno nam umożliwić szybkie przywrócenie naszej biznesowej operacyjności po jakiejkolwiek awarii, która dotknie nasze przedsiębiorstwo – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Bąk z firmy Xopero Software.

W trakcie targów Computex 2019 firma QNAP zaprezentowała inteligentne narzędzie backupowe. Oprogramowanie Hybrid Backup Sync 3.0 zaprogramowano w taki sposób, aby zautomatyzowało proces tworzenia bezpiecznych kopii zapasowych. Aplikacja pozwala archiwizować dane w kilku pamięciach lokalnych, przesyłać je na nośniki zdalne oraz kopiować do chmury obliczeniowej. Dzięki temu minimalizuje ryzyko utraty informacji w przypadku awarii któregoś z nośników kopii zapasowych.

Firma Xopero Software poszła o krok dalej i stworzyła narzędzie, które umożliwia uruchamianie systemu bezpośrednio z poziomu wirtualizatora. Dzięki temu w razie wystąpienia awarii systemu informatycznego można uzyskać niemal natychmiastowy dostęp do zarchiwizowanych danych, bez konieczności przeprowadzania procesu przywracania kopii informacji. Ponadto maszyna wirtualna pozawala na uruchomienie zarchiwizowanego obrazu systemu, aby zweryfikować poprawność wykonywania kopii zapasowych.

– Inteligentny backup to przede wszystkim backup, który sam nam wskaże, które dane dla nas są ważne do zabezpieczenia, a nawet nie tyle wskaże, ile po prostu zatroszczy się o ich bezpieczeństwo tak, żebyśmy my, jako osoby, które korzystają z takich systemów, kompletnie nie musieli się o nie martwić i powinniśmy być po prostu pewni, że nasze dane będą dla nas dostępne wtedy, kiedy będziemy ich potrzebować – wskazuje ekspert.

Rozwiązaniami chmurowymi interesują się także jednostki rządowe. W Wielkiej Brytanii powstała chmura obliczeniowa G-Cloud, w której przedsiębiorcy mogą m.in. przechowywać swoje dane zapasowe. Podobne rozwiązanie wprowadzane jest w Polsce we współpracy Ministerstwa Cyfryzacji oraz Centralnego Ośrodka Informatyki. Rządowa chmura obliczeniowa stworzona na potrzeby organów administracji publicznej oraz małych i średnich przedsiębiorstw zmniejszy koszty utrzymania architektury informatycznej i ułatwi proces odzyskiwania danych, gdyż te będą przechowywane w profesjonalnych ośrodkach backupowych przystosowanych do archiwizowania informacji.

– Dzisiaj kopie zapasowe tak naprawdę powinien wykonywać każdy, począwszy od przeciętnego Jana Kowalskiego, zakończywszy na każdej firmie i instytucji. Ponieważ dzisiaj żyjemy w XXI wieku, w dobie informacji i danych, przechowujemy na komputerach masę zdjęć, masę informacji i często nawet nie mamy świadomości, jak bardzo są one dla nas istotne, dopóki ich nie stracimy – mówi Grzegorz Bąk.

Także na rynek konsumencki trafiają urządzenia do wykonywania kopii zapasowych danych. Firma SanDisk wprowadziła na rynek hybrydową ładowarkę bezprzewodową iXpand Wireless Charger, która podczas ładowania telefonu wykonuje kopię zapasową naszych danych. Po umieszczeniu telefonu na stacji ładującej informacje są automatyczne zgrywane do pamięci ładowarki.

Automatyczny backup wprowadzono także w ramach usługi Google One dla telefonów z Androidem. Kopie zapasowe w jej ramach będą wykonywane cyklicznie i na bieżąco przesyłane do chmury danych. Oprogramowanie zaimportuje m.in. dane aplikacji, zdjęcia, filmy, kontakty czy wiadomości, a pliki multimedialne nie będą poddawane żadnej kompresji. Co istotne, wprowadzenie automatycznych backupów w żaden sposób nie wpłynie na ręczne tworzenie kopii zapasowych. Subskrybenci Google One nadal będą mogli wykonać je w dowolnym momencie.

– Zmienia się sposób przechowywania danych, ponieważ dzisiaj użytkownicy są coraz bardziej świadomi bezpieczeństwa chmury, zatem coraz więcej tych informacji jest również przenoszonych do chmury ze względu na to, że tak naprawdę jest to jeden z najbezpieczniejszych, jak nie najbezpieczniejszy sposób przechowywania danych – twierdzi Grzegorz Bąk.

Według analityków z firmy The Research Corporation wartość globalnego rynku internetowych rozwiązań backupowych w 2018 roku wyniosła 6,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 11,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Technologia – hamulec czy źródło rozwoju?

Co hamuje inwestycje w nowoczesną infrastrukturę informatyczną? Bardzo często są to źle dobrane rozwiązania i systemy, które już są wdrożone w firmie. Te mogą okazać się również największymi hamulcowymi rozwoju przedsiębiorstwa.

Według badań Ricoh aż 55% właścicieli firm z sektora MŚP uznaje obecnie funkcjonujące w firmie rozwiązania technologiczne za największą przeszkodę we wprowadzaniu nowych, innowacyjnych narzędzi. Firmy, które nie będą w stanie dotrzymać kroku zmianom znacznie obniżą swoje prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu. Szczególnie, że krajobraz rynku zmienia się bardzo szybko. Począwszy od 2000 roku aż 52% firm z listy Fortune 500 zbankrutowało, zostało wykupionych lub przestało istnieć.

„Decyzje dotyczące wdrożeń nowych rozwiązań muszą być podejmowane w strategiczny sposób. Ogromne znaczenie w tym procesie ma maksymalizacja zwrotu z inwestycji – powiedział Paweł Barski, Marketing Director w Ricoh Polska. ”Nowe rozwiązania muszą nie tylko wpisywać się w aktualne potrzeby, ale również dawać możliwość elastycznej rozbudowy

Jakie jeszcze czynniki mogą spowolnić proces rozwoju firmy?

Ogromne znaczenie ma również możliwość szybkiego dostosowania do potrzeb danej organizacji. Brak możliwości kustomizacji jest wymieniana jako jedna z najważniejszych cech, które rodzą frustrację – wskazało ją aż 61% zarządzających europejskimi firmami. Kolejnym czynnikiem  jest konieczność dużego zaangażowania i nakładów pracy czasu pracowników Działu IT (62%).

O badaniu

Badanie przeprowadzono na grupie 2550 przedstawicieli kadry zarządzającej m.in. z Austrii, Belgii, Luksemburga, Czech, Danii, Finlandii, Francji, Niemiec, Węgier, Włoch, Holandii, Norwegii, Polski, Portugalii, Rosji, Słowacji, RPA, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 23/09 – 27/09

W ostatnich dwóch tygodniach poznaliśmy spojrzenie na politykę najistotniejszych banków centralnych. Najważniejsze dla rynku pozostaje, czy dane i sytuacja globalna pogorszą się na tyle by skłonić FOMC do dalszych obniżek stóp procentowych.

Pozostaje to naszym scenariuszem bazowym i powodem, dla którego nie patrzymy konstruktywnie na dolara. Sporo informacji nieść będzie początek nowego kwartału z danymi z rynku pracy USA i startem sezonu wyników spółek z Wall Street. W kolejnych tygodniach w centrum uwagi będzie jednak oczywiście postęp negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami. Abstrahując od ich wyniku należy zdawać sobie sprawo, że przedłużająca się niepewność już teraz odciska silne negatywne piętno na światowej gospodarce. Znajduje to chociażby w nowych prognozach OECD, które sugerują, że ostatni raz rozwijała się ona wolniej niż obecnie w czasie globalnego kryzysu finansowego.

Przyszły tydzień pewnie nie udzieli odpowiedzi na spędzające inwestorom sen z powiek kwestie, ale niektóre wydarzenia będą bardzo istotne. Szczególnie ważne dni przed euro. Został juz położony fundament pod zbudowanie dołka w notowaniach euro, a tempo w jakim wspólna waluta będzie odrabiać słabość będzie warunkowane sygnałami z gospodarki Eurolandu. Już w poniedziałek zostaną opublikowane wstępne wartości wskaźników PMI. Ich odczyty z poprzednich miesięcy były wręcz fatalne i potwierdzały zapaść przemysłu. Ostatni odczyt ZEW sugeruje, że koniunktura (o ile nie zaczyna stopniowo się poprawiać) to przynajmniej przestała się pogarszać. Wynika to w dużej mierze z sytuacji w niemieckiej branży motoryzacyjnej. Ubiegłoroczne załamanie popytu zszokowało przedstawicieli sektora a niedostosowana do spadającego zapotrzebowania produkcja była silnym ciosem w nastroje całego przemysłu. Efekty te powinny zacząć już wygasać. Weryfikacją tej tezy będą także wartości indeksu Ifo, które poznamy we wtorkowe przedpołudnie. Dotychczas mocno trzymał się – zwłaszcza w zestawieniu z przemysłem – sektor usługowy. Zakładane jest pogorszenie się jego kondycji, ale nadal będzie ona co najmniej przyzwoita, więc większy nacisk rynek położy na informacje z przemysłu.

W Stanach Zjednoczonych obok indeksów PMI będą publikowane kolejne regionalne barometry koniunktury. Pierwsze wskaźniki oddające aktywność gospodarczą w regionie Nowego Jorku oraz Filadelfii sugerowały, że we wrześniu uległa ona dalszemu osłabieniu. Jego tempo nie było jednak wyraźnie gorsze od prognoz i nie rodzi paniki – wpisuje się w scenariusz bazowy rynku i Fed. Na najważniejsze informacje trzeba będzie poczekać do piątku. Ze wszystkich wskaźników presji cenowej w największej światowej gospodarce najsłabiej wypadał w ostatnich miesiącach PCE Core. M.in. pozostał on nieco w tyle za podbiciem inflacji bazowej. Sugeruje to, że preferowana przez Fed miara tendencji cenowych powinna nadrabiać dystans. Zostaną opublikowane również informacje z rynku nieruchomości (środa), nastroje konsumentów (wtorek) oraz zamówienia na dobra trwałe (piątek).

Rynki cały czas będą śledzić nagłówki w trzech kluczowych dla sentymentu kwestiach. Będą to oczywiście wojny handlowe i przebieg negocjacji na niższym szczeblu. Na dalszym tle mamy brexit i wyrok brytyjskiego Sądu Najwyższego ws. legalności zawieszenia prac parlamentu oraz (naszym zdaniem płonne) nadzieje na umowę przed październikowym ostatecznym terminem. Funt ostatnio ostro zyskiwał i jest mocno zagrożony spadkową korektą. Inwestorzy śledzić będą oczywiście także doniesienia po atakach na Arabię Saudyjską. W naszej ocenie notowania ropy nie powrócą na poziomy z poprzednich tygodni ze względu na konieczność rewaluacji ryzyka geopolitycznego na Bliskim Wschodzie i uszczerbek dla światowych rezerw wywołany zaburzeniami dostaw z Arabii Saudyjskiej.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Anglicy i Szwajcarzy nie idą drogą EBC i Fed

Czwartek upłynął pod znakiem posiedzeń dwóch ważnych regulatorów. Narodowy Bank Szwajcarii zaskoczył rynki i nie zmienił głównych parametrów swojej polityki monetarnej. Z kolei Bank Anglii obawia się, jak będzie wyglądał wzrost gospodarczy po brexicie, dlatego na razie nie podejmuje żadnych kroków, ale otwiera sobie furtkę do elastycznego działania w przyszłości. Słabsze dane polskiego przemysłu poddają pod wątpliwość solidny wzrost PKB w kolejnych kwartałach. 

SNB i nowe podejście do stopy depozytowej

Z pewnością najważniejszym czwartkowym wydarzeniem była decyzja Narodowego Banku Szwajcarii o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. SNB był pod presją po posiedzeniu EBC, na którym europejski regulator zdecydował się na obniżkę stopy depozytowej. Przypomnijmy, że Szwajcarzy są światowymi rekordzistami, ponieważ nikt inny nie posiada tak niskiej stopy krótkoterminowej. W ostatnich dniach dołączyli do nich Duńczycy, którzy również ścięli ją do poziomu -0,75%. Oczywiście nie zabrakło deklaracji o gotowości do interwencji w przypadku zbyt wysokiej aprecjacji CHF. SNB zaskoczył jednak rynkową nowością, czyli modyfikacją ujemnego oprocentowania depozytów. Banki komercyjne będą płacić regulatorowi za ulokowanie pieniędzy tylko od określonej kwoty. W praktyce więc SNB zmniejszy swoje zyski na korzyść banków komercyjnych i da im nieco oddechu. Efektem posiedzenia szwajcarskiej władzy monetarnej było delikatne umocnienie franka.

Bank Anglii czeka, bo nie ma wyjścia

Wczoraj obradował także brytyjski regulator, ale tutaj nie było mowy o zaskoczeniu. Póki temat brexitu pozostaje otwarty, to decydenci z Wysp nie podejmą żadnych kroków. Trudno być zdziwionym takim podejściem, skoro sprawa wyjścia Wielkiej Brytanii z UE jest jedną wielką niewiadomą. Równocześnie prezes BoE podkreślił, że w przypadku brexitu bez umowy konieczne będzie podniesienie lub obniżka stóp. Dlaczego na stole pozostają obie opcje? Po prostu ciężko w tej chwili postawić zdecydowaną tezę, jak ostatecznie będzie wyglądał brytyjski krajobraz po finalizacji tego bezprecedensowego wydarzenia. Być może osłabnie wzrost gospodarczy, a wtedy zaleca się ciąć stopy, ale równie dobrze inflacja może skokowo wzrosnąć, a wtedy zalecana jest podwyżka stóp procentowych. Oczywiście niewykluczone, że oba czynniki wystąpią na raz i wtedy Bank Anglii znajdzie się pod ścianą.

To jeszcze nie recesja, ale…

W naszym kraju polityka pieniężna pozostaje bez zmian. RPP od dawna utrzymuje stopy na tym samym poziomie. Jak długo takie podejście się utrzyma? Trudno przesądzać, ale dane na temat produkcji przemysłowej zasiały ziarno niepewności co do dalszego wzrostu PKB powyżej 4%. Spadek produkcji o 1,3% może wskazywać, że w końcu i do nas dociera spowolnienie aktywności gospodarczej obserwowane w Europie Zachodniej. Taka teza jest tym bardziej uprawniona, jeśli weźmiemy pod uwagę, że najbardziej cierpi przemysł motoryzacyjny. Historyczną zasadą jest sytuacja, w której kłopoty naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec, przekładają się także na Polskę. Jest tylko kwestią czasu, jak szybko niekorzystne tendencje objawią się nad Wisłą. Przynajmniej na razie ten słaby odczyt nie wpłynął znacząco na złotego, który pozostaje pod presją czynników zewnętrznych, w tym głównie zachowania dolara.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Napięta sytuacja po sierpniowych wynikach produkcji przemysłowej

Problemy niemieckiego przemysłu powoli zaczynają odbijać się również na Polsce. Takiej sytuacji spodziewano się jednak już od dłuższego czasu. Biorąc pod uwagę korektę sezonową, w sierpniu polski przemysł zanotował wzrost zaledwie o 1,7% r/r. W porównaniu miesięcznym produkcja spadła zaś o 6%.

Napięta atmosfera jest widoczna również na rynku amerykańskim. Przedstawiciele banków centralnych na wzrost ryzyka gospodarczego zareagowali obniżeniem podstawowej stopy procentowej o 0,25% do 1,75-2%. Co więcej, jest całkiem możliwe, że w obecnym roku lub na początku przyszłego nastąpi kolejna obniżka stóp.

W tym tygodniu poznaliśmy także nowe dane z polskiego rynku pracy. Wyniki dają powody do zadowolenia. Zatrudnienie wzrosło w sierpniu o 2,6%, a płace poszły w górę o 6,8%. Jednak wspomniana już nerwowa sytuacja na rynkach globalnych i europejskich może przyczynić się do spowolnienia wzrostu także w tej sferze w przyszłości.

Ostatnie dni przyniosły także osłabienie złotego, które częściowo można przypisać stopniowo pogarszającym się fundamentom polskiej gospodarki. Większą rolę odegrała jednak korekta techniczna, przeprowadzona po dwutygodniowym okresie umocnienia. W piątek rano kurs polskiej waluty ukształtował się na poziomie 4,34 EUR/PLN. W tym samym czasie kurs eurodolara wynosił 1,11 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej, analityczki AKCENTY

Branża cyfrowa do MC: unijne prawo o handlu elektronicznym powinno wspierać rozwój innowacji

Związek Cyfrowa Polska (ZCP), reprezentujący polską branżę cyfrową przesłał swoje stanowisko do Ministerstwa Cyfryzacji w związku z unijnymi pracami nad zmianami w Dyrektywie o handlu elektronicznym.

Jak podkreśla Związek, prawo dot. usług cyfrowych musi zostać ujednolicone w całej Unii, by możliwe było budowanie jednolitego rynku cyfrowego. „Zmiany w Dyrektywie powinny też wspierać rozwój innowacji i promować konkurencję, która pozwoli wchodzić na rynek nowym podmiotom. Jest to szczególnie ważne w kontekście rozwoju polskiej gospodarki – stworzenie przyjaznego środowiska na poziomie całej UE pozwoli zatrzymać utalentowanych ludzi w kraju” – zaznacza organizacja.

Prawo sprzyjające budowaniu jednolitego rynku cyfrowego

W swoim stanowisku Związek podkreśla, że dziś swobodny przepływ towarów i usług na wewnętrznym rynku europejskim jest możliwy dzięki funkcjonowaniu zasady kraju pochodzenia. W opinii przedsiębiorców z branży cyfrowej zmieniona Dyrektywa musi zatem gwarantować utrzymanie tej zasady. W przeciwnym wypadku powstanie ryzyko dla świadczących usługi i utrudnienia w transgranicznych transakcjach – przestrzega organizacja. Zdaniem Cyfrowej Polski konieczne jest również utworzenie takiego systemu, który w przejrzysty dla usługodawców sposób określi zasady obowiązujące wszystkie podmioty w państwach UE. Obecnie istniejące różne rozbieżności, np. w interpretacji przepisów uniemożliwiają stworzenie jednolitego rynku cyfrowego.

Jednym z najważniejszych wyzwań, zdaniem ZCP, przed którymi będą stali legislatorzy jest także zachowanie mechanizmu tzw. notice and takedown. Gwarantuje on, że firmy obecnie nie są pociągane do odpowiedzialności, jeśli nie wiedzą o tym, że na należącej do nich platformie zostały umieszczone treści naruszające prawo.

Przyjazne i równe przepisy dla wszystkich podmiotów, także dla nowych

W stanowisku przesłanym do Ministerstwa Cyfryzacji, branża cyfrowa zwraca również uwagę na to, że obecnie firmy narażają się na ryzyko odpowiedzialności prawnej podejmując działania wobec problematycznych treści. Dotyczy to zarówno tych usuwanych, jak i pozostawianych na danej platformie po wewnętrznej ocenie, że nie naruszają prawa. Rodzi to sytuację, w której firmy wolą zaniechać jakichkolwiek działań moderujących, by się po prostu nie narażać. „Dlatego ochrona zasady „dobrego Samarytanina” byłaby impulsem dla firm dla większej proaktywności w zakresie oceny zamieszczanych treści, a tym samym przełożyła się na zwiększenie wartości materiałów dostępnych w sieci” – czytamy w stanowisku.

Zapisy zmienionej Dyrektywy będą miały wpływ na funkcjonowanie wielu podmiotów działających w kompletnie różnych sektorach, czy będących na innych etapach rozwoju. W opinii ZCP nie można pozwolić zatem na stworzenie przepisów, które będą korzystne dla firm działających w jednym obszarze, ale równocześnie ograniczające inne, mniej doświadczone lub dopiero rozpoczynające swoją działalność. Brak takich barier wspiera innowacyjność i pozwala na rozwój lokalnych gospodarek.

Dla Związku kluczowe jest również to, aby przyszłe obowiązki nie zwiększały obciążeń regulacyjnych i nie zwiększały barier wejścia na rynek. Nie mogą też naruszać tajemnicy przedsiębiorstw i innych danych wrażliwych (np. osobowych).

Wzrosły opłaty sądowe. Musimy liczyć się z dużo większymi kosztami

Wzrosły opłaty sądowe. Najbardziej w sprawach o prawa majątkowe. Wzrastają też opłaty związane z wpisaniem do ksiąg wieczystych. Dla firm wyższe są opłaty od pozwów o rozwiązanie spółki.

W dniu 21 sierpnia 2019 roku weszła w życie część przepisów nowelizujących procedurę cywilną, a wraz z nimi przepisy regulujące nowe zasady dotyczące uiszczania kosztów sądowych. W myśl art. 15 noweli nowe regulacje będą stosowane do wszystkich pism i wniosków podlegających opłacie wnoszonych po dniu wejścia w życie ustawy.

Największa zmiana dotyczy opłaty za wniesienie pozwu w sprawach o prawa majątkowe. Dotychczasowe reguły będą miały zastosowanie do spraw gdzie wartość przedmiotu sporu lub wartość przedmiotu zaskarżenia będzie przekraczała 20.000 zł. Wówczas – podobnie jak do tej pory – pobierana będzie opłata stosunkowa w wysokości 5%. Wzrośnie również maksymalna wysokość opłaty stosunkowej ze 100.000,00 zł do 200.000,00 zł.
Natomiast w sprawach, w których wartość przedmiotu sporu będzie wynosiła do 20.000,00 zł art. 13 Ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych ustala widełki. Ustawodawca stopniuje wysokość opłaty od 30 zł za wniesienie powództwa w sprawach w których wartość przedmiotu sporu jest niższa 500 zł, aż do 1.000 zł w przypadku spraw o wartości przedmiotu sporu między 15.000, a 20.000 zł. Takie same zasady mają zastosowanie do obliczania opłaty od apelacji.

– Może się zdarzyć więc tak, że w sprawie, w której od pozwu uiszczono opłatę stosunkową, od apelacji zapłacić będzie trzeba opłatę stałą – mówi w rozmowie z MarketNews24 Ewa Kołodziejska z kancelarii Zięba&Partners.

Nowelizacja ustawy przewiduje również opłatę za sporządzenie uzasadnienia wyroku czy postanowienia, jak również zarządzenia, która podobnie jak w postępowaniu sądowo-administarcyjnym wynosić będzie 100 zł.

W przypadku wniesienia środka zaskarżenia opłatę uiszczoną od wniosku o doręczenie orzeczenia albo zarządzenia z uzasadnieniem zalicza się na poczet opłaty od środka zaskarżenia, jednakże ewentualna nadwyżka nie podlega zwrotowi. Warto wskazać tu dodatkowo, że zgodnie z nowym brzmieniem art. 357 k.p.c., Sąd będzie pisemnie uzasadniał wydane przez siebie postanowienia wyłącznie na wniosek strony.

Do 100 zł wzrastają również opłaty stałe związane z wpisami w księgach wieczystych oraz wnioski o zabezpieczenie dowodu czy opłaty od środków odwoławczych w sprawach wszczynanych z urzędu. Taka sama opłata od 21 sierpnia 2019 roku obowiązuje za wniesienie zażalenia podlegającego opłacie stałej oraz w postępowaniu nieprocesowym oraz z zakresu prawa spadkowego.

Istotnie zmienia się również wysokość opłat za wniosek o zawezwanie do próby ugodowej.
Z obowiązującej dotychczas stawki 40 zł albo 300 zł, w zależności od wartości przedmiotu sporu, od 21 sierpnia 2019 roku opłata wynosi 1/5 wysokości opłaty od pozwu.

Zmieniły się również zasady opłat od wniosków o udzielenie zabezpieczenia roszczenia pieniężnego wniesionego przed złożeniem pozwu. Od 21 sierpnia za takie wnioski pobierana jest opłata w wysokości aż czwartej części opłaty od pozwu. Opłata ta będzie zaliczana na poczet opłaty od pozwu w razie wniesienia powództwa.

W przypadku spółek wzrasta opłata od m.in. pozwów o rozwiązanie spółki, wyłączenie wspólnika, uchylenie uchwały wspólników lub walnego zgromadzenia spółki z 2.000 do aż 5.000 zł.

Co więcej, aby zwolnić osobę prawną od kosztów sądowych należy wykazać, że jej wspólnicy lub akcjonariusze nie mają środków na zwiększenie majątku spółki lub udzielenie jej pożyczki.

Zmieniły się również zasady wynagradzania biegłych – sędzia może sam oszacować przewidywalny koszt opinii, natomiast po zleceniu przeprowadzenia opinii biegły będzie mógł zażądać wyższej kwoty. Jeśli strony jej nie zaakceptują zastosowanie będą miały zasady ogólne. Sąd może również obniżyć wynagrodzenie biegłego w razie nierzetelności opinii lub opóźnienia biegłego,
a w rażących przypadkach nie przyznać go w ogóle.

– W związku z możliwością oddalania powództwa w przypadku jego oczywistej bezzasadności ustawodawca wprowadził regulację, dzięki której powód nie poniesie kosztów opłaty od takiego pozwu, o ile nie wniesie apelacji – wyjaśnia E.Kołodziejska z kancelarii Zięba&Partners.

Zmieniają się również opłaty kancelaryjne. Za wszystkie poświadczone dokumenty zapłacimy 20 zł za każde rozpoczęte 10 stron, natomiast w przypadku kserokopii – za każde rozpoczęte 20 stron.
Za płytę z zapisem dźwięku lub dźwięku i obrazu również należy uiścić opłatę w wysokości 20 zł.

Nowe przepisy spowodują w większości przypadków podwyższenie opłat sądowych, jednak w przypadku osób, które wzięły udział w mediacji bądź złożyły wniosek do konsumenckiego sądu polubownego opłaty mogą zostać obniżone maksymalnie o 400 zł.

Podsumowując – od 21 sierpnia 2019 roku osoba, która chce dochodzić swoich praw w sądzie musi się liczyć się ze znacznie większymi kosztami niż dotychczas.

Najgorsze wyniki od 18 lat. Chińska gospodarka zwalnia

Tempo wzrostu chińskiej gospodarki jest najniższe od 18 lat. Po tak długiej fazie ekspansji musi przyjść okres gorszej koniunktury. Dla światowej gospodarki to niebezpieczne.

PKB w Chinach wzrasta w tempie ponad 6 proc., a więc w przedziale 6,0-6,5 proc. wyznaczonym przez władze tego kraju, jest jednak najniższe od 2012 r.

Pogorszenie koniunktury dotyczy także innych azjatyckich krajów, ale w przypadku Chin sytuacja jest tym trudniejsza, że trwa wojna handlowa z USA.

– Tempo nadal jest szybkie, ale chińska gospodarka systematycznie zwalnia, pogorszenie koniunktury w Chinach będzie miało negatywny wpływ na całą światową gospodarkę – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Jednak sytuacja nie jest jednoznaczna, ze względu na postawę Chin wobec wojny handlowej. Możliwe, że Chiny prowadzą grę na przeczekanie.

– Możliwe, że Chiny stawiają na taki wariant rozwoju sytuacji, że D.Trump przegra wyborczą walkę o prezydenturę – komentuje ekspert XTB.

Compliance a odpowiedzialność karna członków kadry zarządzającej

Wdrożenie programu compliance, a następnie dbanie o jego aktualność i poprawność może stanowić okoliczność ograniczającą odpowiedzialność karną członków kadry zarządzającej przedsiębiorstwem. Niezbędnym warunkiem jest jednak ocenienie, że dany menedżer dochował należytej staranności w trakcie pełnienia swojej funkcji lub wykonywania zadań. Dochowanie należytej staranności wyklucza winę, a brak winy oznacza brak popełnienia czynu zabronionego.

O odpowiedzialności karnej słów kilka

Odpowiedzialność karna jest odpowiedzialnością indywidualną i osobistą. Warto pamiętać, że jest to również ten rodzaj odpowiedzialności, od którego nie można się ubezpieczyć. W przeciwieństwie do odpowiedzialności cywilnej, gdzie można ponosić odpowiedzialność np. na zasadzie ryzyka za działanie innych osób, w prawie karnym mamy do czynienia z odpowiedzialnością osobistą, gdzie każdy odpowiada jedynie w granicach swojego zawinienia. Nie oznacza to bynajmniej, że menedżerowie nie będą ponosili odpowiedzialności karnej, jeżeli czynu zabronionego dokona pracownik przedsiębiorstwa. W takiej sytuacji zawsze ocenia się stopień zawinienia menedżera, uwzględniając miernik należytej staranności, którą taki menedżer w danej sytuacji powinien był zachować (a w tym przypadku sprawować nadzór nad pracownikiem). W praktyce oznacza to, że weryfikowane będą działania i decyzje menedżera, których celem będzie odpowiedź na pytanie, czy zrobił on wszystko, co mógł, by do czynu zabronionego nie doszło.

Jeżeli odpowiedź będzie pozytywna i okaże się, że fakt popełnienia czynu zabronionego był konsekwencją indywidualnej i autonomicznej decyzji pracownika, a w organizacji obowiązywały skuteczne procedury, które ten pracownik naruszył, menedżer będzie najprawdopodobniej zwolniony z odpowiedzialności karnej.

Jeżeli jednak okaże się, że np. system wewnętrznych procedur umożliwiał popełnienie czynu zabronionego (lub go ułatwiał) lub że był systemem kompletnie oderwanym od rzeczywistości i nie uwzględniał realnych procesów i decyzji lub że popełnienie czynu zabronionego było konsekwencją decyzji (bezpośrednich lub pośrednich) członków kadry zarządzającej lub też, że w organizacji panowało przyzwolenie, czy też „tajemnica poliszynela” w zakresie popełnienia danych czynów zabronionych (np. przyzwolenie lub presja na wręczanie łapówek członkom administracji w zamian za sprawne wydawanie korzystnych decyzji administracyjnych), menedżerowi będzie niezwykle trudno wykazać brak jego zawinienia. Jeżeli to ten menedżer podejmował decyzje lub sprawy toczyły się przy jego wiedzy (albo przy jej braku, w sytuacji, kiedy powinien był ją posiadać), to zwolnienie z odpowiedzialności karnej będzie niemożliwe.

Należyta staranność menedżerów

W dzisiejszym stanie prawnym brakuje wciąż aktu prawnego, który obligowałby przedsiębiorców do wdrażania kompleksowych programów compliance. Choć prace legislacyjne w tym zakresie toczyły się już od dawna, to wydaje się pewnym, że w obliczu końcówki kadencji Parlamentu, żaden akt prawny, który regulowałby to zagadnienie, nie zostanie już uchwalony. Nie oznacza to jednak, że dzięki temu przedsiębiorcy mieliby nie ponosić odpowiedzialności karnej, o której mowa powyżej. Przede wszystkim, w branży finansowej wdrażanie programów compliance jest obowiązkiem od kilku lat. Od niedawna obowiązuje z kolei nowa ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowania terroryzmu, które obliguje do wdrażania takich programów „instytucje obowiązane”. Brak jednak regulacji, która obligowałaby do wdrażania programów compliance większość lub wszystkich przedsiębiorców (dostosowanych oczywiście do skali prowadzonej działalności). Nie oznacza to jednak braku możliwości ponoszenia odpowiedzialności karnej przez menedżerów organizacji z takich branż. Członkowie kadry zarządzającej przedsiębiorstwem muszą działać z należytą starannością (adekwatną do pełnionej funkcji lub wyznaczonych zadań) i w której mogą ponosić odpowiedzialność za brak takiej staranności.

Za jeden z elementów należytej staranności zaczyna się uważać konieczność wdrożenia w organizacji kanałów do zgłaszania nieprawidłowości. W niedługim czasie, w wyniku legislacji Unii Europejskiej, będzie musiał zostać uchwalony akt prawny, który zobowiąże polskich przedsiębiorców do wdrażania tego typu kanałów oraz do zapewniania realnej ochrony dla sygnalistów, zgłaszających przypadki nieprawidłowości. Należy się spodziewać, że w niedługim czasie pojawią się kolejne przykłady legislacji, które będą albo obligowały do wdrażania kompleksowych programów compliance, albo przynajmniej jakichś jego elementów. Będzie to wdrażało kolejne obowiązki dla członków kadry zarządzającej, którym będą musieli sprostać z należytą starannością, pod rygorem odpowiedzialności karnej oczywiście.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Aż 78% Polaków deklaruje znajomość usług w chmurze

Według przeprowadzonego na zlecenie IBM, które zrealizowano na reprezentatywnej grupie 500 pełnoletnich Polaków* wynika, że 78% Polaków słyszało o usługach w chmurze, a blisko 72%, uważa je za użyteczne. Jak podkreślają eksperci, liczba danych wrażliwych zapisywanych w chmurze systematycznie rośnie, a większość z nas darzy usługi chmurowe zaufaniem i uważa przechowywanie danych poza swoim urządzeniem za bezpieczne.

Jak wynika z badania, blisko połowa ankietowanych (47%) pozytywnie postrzega użytkowanie chmury w sektorze publicznym, przy czym w grupie respondentów od 18. do 24. roku życia, takie nastawienie jest najwyższe. To młode pokolenie, które budowało swoje kompetencje już w modelu „as a service” i nie chce używać innych narzędzi. Wchodząc na rynek pracy, wręcz wymagają od swojego pracodawcy stosowania takich rozwiązań.

Najbardziej odpowiednimi sektorami dla zastosowań rozwiązań typu cloud, zdaniem Polaków, jest telekomunikacyjny (73%), produkcyjny (70%) oraz handlowy (70%).

W pierwszym etapie cyfrowej transformacji ku chmurze, firmy koncentrowały się na efektywności kosztowej i bezpieczeństwie danych. Oceniamy, że obecnie większość firm ma w chmurze jedynie 20 procent procesów. Rozdział drugi tej transformacji to przeniesienie do chmury i optymalizacji pozostałych 80% – systemów o kluczowym znaczeniu – np. łańcuchów dostaw. Do tego proste modele chmur obliczeniowym nie wystarczą – firmy będą szukać dostawców chmury hybrydowej oraz partnerów, którzy pomogą im zarządzać środowiskiem złożonym z kilku chmur od różnych dostawców – mówi Jarosław Szymczuk, Dyrektor Generalny, IBM Polska i Kraje Bałtyckie. – Przejęcie firmy Red Hat umacnia pozycję IBM jako lidera właśnie w dziedzinie chmury hybrydowej dla przedsiębiorstw. Razem poszerzamy możliwości udostępniania wszystkich korzyści chmury, odpowiadając na potrzeby biznesowe zachowania kontroli i elastyczności.  

Bezpieczeństwo ważniejsze od ceny

Cena usług nie jest czynnikiem determinującym wybór dostawcy – na pierwszym miejscu stawia ją tylko 29% respondentów. W oczach konsumentów przede wszystkich usługa musi być bezpieczna (67%) i gwarantować, że przechowywane dane nie zostaną w żaden sposób utracone (54%). Dodatkowym plusem jest fakt, że podmiot świadczący usługi chmurowe jest dużą i godną zaufania firmą (42%).

Bardzo znaczące jest to, że Polacy uważają narzędzia dostępne w chmurze jako przyjazne
dla środowiska (70%) i darzą je dużym zaufaniem (54%). Boimy się natomiast tego,
że dane przechowywane w chmurze mogą być w przetwarzane bez naszej wiedzy (51%) lub uzyska do nich dostęp osoba do tego nieuprawniona (49%).

Dlatego też w IBM przyjęliśmy zasadę, że dane klientów są nienaruszalne i nie można w żaden sposób, nawet zanonimizowany, ich przetwarzać. Chociaż nie jest to model bardzo popularny wśród głównych dostawców usług chmurowych, dla nas jest jedną z głównych zasad budowy i zarządzania bezpieczeństwem danych w chmurze – podkreśla Jarosław Szymczuk.

Zarządzanie danymi

Największe obawy wśród respondentów budzi fakt przechowywania w chmurze haseł dostępowych

– zdecydowałoby się na to tylko 14% osób. Z drugiej strony większość Polaków (61%) nie ma obiekcji przed przechowywaniem w chmurze swoich zdjęć, a tylko 17% nigdy by się na to nie zdecydowało.

Wyniki badania pokazują, że świadomość Polaków wzrasta, jednak obawy uczestników badania wskazują jednoznacznie, że przed dostawcami usług oraz firmami przenoszącymi dane swoich klientów do chmury jeszcze dużo pracy z zakresu edukacji na temat kultury zarządzania danymi. Ważne, aby zrozumieć które dane, w jakich modelach i w jakim zakresie mogą być przetwarzane przez dostawców w określonych celach biznesowych.

Chmura, sztuczna inteligencja i trendy w świecie nowych technologii były tematami IBM Think Summit Warsaw – najważniejszej dorocznej konferencji IBM w Polsce.

* Badanie Cloud Survey zostało zrealizowane dla IBM przez NMS Market Research
w sierpniu 2019 r. na grupie 500 respondentów z Polski w wieku 18+, z wykształceniem średnim
i wyższym, reprezentatywnej pod względem płci, wieku i regionu.

4 rzeczy, których potrzeba, żebyśmy zaczęli kupować samochody elektryczne

Elektromobilność w coraz większym stopniu i w nieunikniony sposób staje się stałym elementem nowego, zrównoważonego stylu życia w mieście. Stanowi wielką szansę na przełom, zarówno w polityce energetycznej kraju, jak też gmin i przedsiębiorstw. Co musi się stać, żeby tę szansę wykorzystać?

Coraz więcej wskazuje na to, że kolejną generacją samochodów będą pojazdy napędzane energią elektryczną. W czasach, kiedy zmiany klimatu są coraz bardziej alarmujące, a transport odpowiada w 14% za globalną emisję dwutlenku węgla, wyeliminowanie aut spalinowych, jako istotnego źródła zanieczyszczeń wydaje się przesądzone. Ochotę na zakup w pełni elektrycznego samochodu deklaruje 17% kierowców w Polsce (wg badań Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych). Liczba takich osób rośnie z roku na rok, jednak do samochodów elektrycznych przesiądziemy się na masową skalę dopiero po wyeliminowaniu kilku ostatnich barier.

Elektromobilność współgra z propagowaną teraz idą smart city, a promowanie i wspieranie poruszania się samochodami na prąd, to nie tylko kwestia oszczędności czy ochrony środowiska. Coraz częściej to moda w pozytywnym znaczeniu, a wiele firm z którymi współpracujemy przy projektowaniu i budowie infrastruktury dla samochodów elektrycznych przyznaje, że to także część budowy ich wizerunku i pozytywnego odbioru w oczach klientów – mówi Grzegorz Pióro, Kierownik Grupy Innowacyjne Technologie w SPIE Building Solutions.

Spadek cen pojazdów, dofinansowanie zakupu

Większość krajów w Europie stosuje lub w przeszłości stosowało dopłaty do samochodów elektrycznych. Różne są warunki ich otrzymania i kwoty, a najbardziej progresywna jest w tym zakresie Rumunia, gdzie dopłata może wynieść nawet 10 tys. Euro. W każdym kraju, w którym dopłaty funkcjonowały, odnotowano zwiększenie rejestracji aut na prąd. Wsparcie finansowe dla kupujących pojazdy elektryczne planowane jest także w Polsce. Ustawa regulująca zasady jest jeszcze procedowana i choć wobec jej kształtu są zastrzeżenia ekspertów, z pewnością zadziała pozytywnie.

Warto też pamiętać o kosztach eksploatacji, gdyż w przypadku samochodów elektrycznych są one mniej więcej cztery razy niższe od tych ponoszonych przy tankowaniu w sposób tradycyjny. Nawet jeśli auto jest droższe w zakupie, oszczędzamy potem każdego dnia, podczas jego użytkowania. Pojazd elektryczny nie ma sprzęgła, skrzyni biegów, filtrów paliwa i wielu innych elementów napędu spalinowego, które się zużywają i psują, a zatem generują dodatkowe koszty eksploatacyjne.

Dostępność stacji ładowania

W 2018 roku w Polsce było 845 punktów ładowania, dla porównania w Holandii, która jest liderem w tym zakresie, ponad 38 tys. (chociaż jest 7 razy mniejsza od Polski). Jednak liczba stacji ładowania w Polsce rośnie z dnia na dzień dzięki zaangażowaniu m.in. wielu komercyjnych firm, np. producentów i dystrybutorów prądu, oraz dzięki branży motoryzacyjnej.

– Instalujemy stacje ładowania od ponad 3 lat i zauważamy, że z roku na rok zainteresowanie rośnie lawinowo. Co ważne, punkty ładowania montujemy w różnego typu obiektach np. w garażach i parkingach biurowców, przy instytucjach publicznych, w miejskich przedsiębiorstwach komunikacji, przy parkach technologicznych czy sklepach motoryzacyjnych. Technologia umożliwiająca dopasowanie do potrzeb i obiektów różnego typu jest już dostępna i stosunkowo tania. Najbardziej funkcjonalne są tzw. ładowarki triple charger, 3w1. Takie punkty spełniają wszelkie przyjęte standardy ładowania i umożliwiają zarówno szybkie ładowanie prądem stałym, jak i zmiennym. To praktyczne rozwiązanie – szczególnie na obszarze prywatno-publicznym, który jest użytkowany przez najróżniejsze modele e-samochodów – mówi Grzegorz Pióro ze SPIE Building Solutions.

Chcąc wykorzystać w pełni potencjał ekonomiczny e-mobilności, potrzeba czegoś więcej niż tylko wydajnego systemu ładowania. Uruchomienie stacji to jedno, ale w ślad za tym musi pójść integracja urządzeń z zewnętrznym systemem zarządzającym i inteligentne sterowanie obciążeniem zapewniające stabilne działanie sieci.

Rozwój technologii – zasięg

Ponad 100 lat temu samochód elektryczny był w stanie przejechać nawet 300 km na jednym ładowaniu. Niestety przez kolejnych 90 lat niewiele się zmieniło. Dopiero obecnie projektowane, najnowocześniejsze pojazdy elektryczne będą miały zasięg ponad 500 km, co w zupełności wystarczy dla większości użytkowników i przełamie tę barierę elektromobilności.

Jeden z czołowych koncernów motoryzacyjnych ogłosił niedawno, że zainwestuje 30 mld euro w rozwój i produkcję zeroemisyjnych samochodów na prąd. Inni także pracują nad rozwojem technologii elektromobilności, w tym zwiększania pojemności baterii. W dodatku dzięki nakładom inwestycyjnym i coraz większej skali produkcji koszt akumulatorów spadł o 80% w ostatnich 10 latach.

Inteligentne rozwiązania i spójne podejście do infrastruktury punktów ładowania

Punkty ładowania w Polsce wprawdzie powstają coraz szybciej, ale nie wszędzie myśli się o spójnej koncepcji. Miasta wprowadzają strefy czystego transportu, ale nie tworzą funkcjonalnych planów sprzyjających alternatywnej mobilności przyjaznej dla środowiska. Miejsc parkingowych w miastach jest zbyt mało, żeby samochody po prostu je zajmowały i blokowały, ale jeśli dodamy do tego drugą funkcję – ładowanie – czas, kiedy samochód jest pozostawiony np. pod urzędem, wydaje się być lepiej wykorzystanym.

– Niezmiernie ważne jest, aby odpowiednio zaprojektowany i zrealizowany był cały łańcuch związany z instalacją stacji ładowania: od analizy potrzeb i projektu instalacji elektrycznej, przez jej zbudowanie, nawet z rozdzielnią czy transformatorem średniego napięcia, jeśli jest taka konieczność, po zakup odpowiedniej ładowarki, jej instalację i spięcie z aplikacją do rozliczeń połączoną z bankiem danych i czytnikiem kart RFID do rozliczeń indywidualnych. Spójne i inteligentne rozwiązanie wymaga integracji procesów i całego systemu, wsparcia profesjonalistów przy implementacji, wreszcie fachowego serwisu – mówi Grzegorz Pióro – SPIE Building Solutions.

Pozostawienie samochodu pod miejscem pracy powinno dawać możliwość ładowania go w tym czasie. Podobnie, jeśli chodzi o urzędy czy hotele. Stacje ładowania w takich miejscach to nie tylko praktyczne wsparcie dla pracowników, interesantów czy gości, ale kreowanie pozytywnego wizerunku firmy, miasta czy hotelu, dbającego o zrównoważony rozwój i środowisko. W drugiej kolejności takie możliwości powinny też dawać galerie handlowe czy stadiony i sale widowiskowe. Dla nich pozytywny wizerunek związany z dbaniem o środowisko będzie przekładał się na zwiększoną odwiedzalność i sukces biznesowy.

Komornik nie ma możliwości wstrzymania wydania paszportu dłużnikowi

Problemy z długami nie spowodują wstrzymania wydania lub unieważnienia paszportu przez komornika. Nie ma on bowiem uprawnień, które są wskazane w ustawie o dokumentach paszportowych. Tego typu kroki mogą podjąć sądy lub inne organy postępowania w określonych sprawach. Decyzję o odmowie lub o unieważnieniu podejmuje wojewoda. Można się od niej odwołać do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wówczas warto zaznaczyć, że nie zostały uwzględnione wszystkie okoliczności. Ponadto, mimo przesłanek uzasadniających odmowę wydania dokumentu, konsul może pozytywnie rozpatrzeć wniosek o paszport tymczasowy.

Komornik nie ma możliwości wstrzymania wydania paszportu dłużnikowi

Jak zaznacza Filip Powroźnik, prawnik z Kancelarii LEXADVISOR, ustawa z 13 lipca 2006 roku o dokumentach paszportowych jasno wskazuje przesłanki odmowy. Zgodnie z art. 17 ust. 1 ww. ustawy dotyczą one prowadzenia przeciwko wnioskującemu sprawy karnej, karnoskarbowej, z udziałem nieletniego lub będącej w ramach postępowania cywilnego. Z kolei art. 17 ust. 2 wskazuje, że uprawniony do złożenia wniosku o odmowę wydania dokumentu jest sąd lub organ postępowania karnego, np. prokurator. W regulacji nie ma mowy o komorniku.

– Sąd może uznać, że wstrzymanie wydania lub unieważnienie paszportu jest niezbędne dla zapewniania prawidłowego toku postępowania rozpoznawczego lub przygotowawczego, lub wykonania mogącego zapaść w wyniku orzeczenia. Nie dotyczy to jednak etapu egzekucyjnego. Procedura cywilna przewiduje przy tym możliwość wystąpienia przez wierzyciela do sądu o zabezpieczenie roszczenia poprzez orzeczenie zakazu opuszczania kraju przez osobę zadłużoną. Ocena wnioskującego jest badana przez sąd. Taki apel może być uwzględniony wyłącznie w przypadku roszczeń o charakterze niepieniężnym – mówi Krzysztof Szetela, radca prawny z Kancelarii Prawnej RAVEN P. Krupa.

Prawo do wnioskowania ma też prokurator w toku postępowania karnego, co podkreśla Konrad Rydel, prawnik z kancelarii Komornika Sądowego Dawida Palecznego. W takiej sytuacji można zastosować, w charakterze środka zapobiegawczego, zakaz opuszczania kraju przez oskarżonego. To może być połączone z zatrzymaniem paszportu lub innego dokumentu uprawniającego do przekroczenia granicy albo z zakazem wydania go. Uprawnienie takie mają jednak komornicy sądowi działający na obszarze Federacji Rosyjskiej.

– Dłużnik może zostać pozbawiony ważnego paszportu. Jednak przyczyną tego nie będzie sam fakt posiadania zadłużenia lub brak jego regulowania. Ta kwestia jest opisana w art. 38 ustawy z 13 lipca 2006 roku. Przewiduje on, że dokument podlega unieważnieniu, jeżeli został wydany z naruszeniem przepisów. Może też do tego dojść na wniosek sądu, organu prowadzącego postępowanie przygotowawcze lub organu postępowania wykonawczego – komentuje radca prawny Szetela.

Jak wskazuje mecenas Rydel, w każdym przypadku unieważnienie i odmowa wydania dokumentu paszportowego następuje poprzez wydanie decyzji przez wojewodę. Od niej przysługuje wnioskodawcy odwołanie do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Ma na to 14 dni od dnia doręczenia decyzji stronom.

– W odwołaniu należy zwrócić uwagę organu odwoławczego, że wydający decyzję nie uwzględnił wszystkich okoliczności. Można powoływać się na sytuacje charakterystyczne dla postępowania administracyjnego. To zasada prawdy obiektywnej, praworządności, zaufania obywatela do państwa, uwzględnienia interesu społecznego i jednostki – radzi prawnik z Kancelarii Prawnej LEXADVISOR.

Wniesienie odwołania nie wstrzymuje wykonania decyzji, o czym informuje mecenas Szetela. Obie sytuacje nie stanowią osobnych przesłanek dla wydania zainteresowanemu paszportu tymczasowego. Kwestię tę reguluje art. 23 ustawy o dokumentach paszportowych. Z kolei Filip Powroźnik przywołuje art. 17 ust. 2 ww. ustawy. Określono w nim, że w uzasadnionych przypadkach, pomimo istnienia przesłanek uzasadniających odmowę, konsul może wydać paszport tymczasowy. Jeśli zdecyduje się na taki krok, to informuje organ, który wystąpił z wnioskiem o niewydawanie dokumentu.

– Warto mieć też na uwadze kwestię praw i wolności obywatelskich. Zgodnie z art. 3 ustawy, każdy polski obywatel ma prawo do otrzymania paszportu, a jego pozbawienie lub ograniczenie może nastąpić wyłącznie w ściśle określonych przypadkach. Pomimo wydania jeszcze pod rządami poprzedniej ustawy o paszportach, aktualność zachowuje wyrok NSA w Warszawie z dnia 8 sierpnia 2006 roku. Sąd wówczas wskazał, że posiadanie tego dokumentu służy realizacji konstytucyjnej wolności do swobodnego opuszczania kraju. Ograniczenia tej wolności określone w ustawie muszą być stosowane ściśle – podsumowuje radca prawny z Kancelarii RAVEN P. Krupa.

Jak podsumowuje prawnik z Kancelarii LEXADVISOR, stosując reguły wykładni logicznej i funkcjonalnej, należy wyrazić pogląd, iż na etapie postępowania egzekucyjnego nie ma żadnych możliwości, aby wierzyciel wnioskował do komornika o odmowę wydania paszportu. W ustawie oraz w przepisach części egzekucyjnej kodeksu postępowania cywilnego nie ma prawnych przesłanek ku temu. Można natomiast zastanowić się, czy ustawodawca nie powinien wprowadzić takiej możliwości i przyznać wierzycielowi uprawnienie do złożenia wniosku o odmowę wydania paszportu, co przypominałoby procedurę wniosku o wyjawienie majątku.

Nowe wymogi dla banków oraz instytucji płatniczych w zakresie outsourcingu

Wytyczne Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA) w sprawie outsourcingu (zwane dalej „Wytycznymi”) zastąpią wkrótce wytyczne Komitetu Europejskich Urzędów Nadzoru Bankowego (CEBS) z 2006 r. dotyczące outsourcingu oraz Zalecenia EBA dotyczące zlecania zadań dostawcom usług w chmurze z 2018 r. Wytyczne EBA kierowane są do właściwych organów, a także – do instytucji kredytowych, instytucji płatniczych oraz instytucji pieniądza elektronicznego (zwanych dalej „instytucjami”).

Wejście w życie i przepisy przejściowe

Pierwotnie – Wytyczne EBA miały mieć zastosowanie od dnia 30 września 2019 r. do wszystkich umów outsourcingu zawartych, odnowionych lub zmienionych po tej dacie . Zgodnie jednak ze stanowiskiem KNF z dnia 16 września 2019 r. – oczekiwaniem organu nadzoru jest, aby banki dostosowały się do Wytycznych w terminie do 30 czerwca 2020 r. Termin ten został określony z uwzględnieniem konieczności dostosowania się banków do licznych wymogów zawartych w Wytycznych.

Definicja outsourcingu

Zgodnie z definicją zawartą w Wytycznych – outsourcing oznacza umowę w dowolnej formie zawartą między instytucją a usługodawcą, na mocy której usługodawca realizuje proces, usługę lub zadanie, które w przeciwnym razie byłoby realizowane przez samą instytucję.

W związku z powyższym, instytucje zobowiązane są ustalić, czy umowa zawarta z osobą trzecią wchodzi w zakres definicji outsourcingu. W ramach tej oceny należy w szczególności rozważyć czy zlecana funkcja (lub jej część) jest przez dostawcę wykonywana regularnie czy na bieżąco. – Stanisław Stefaniak, Associate, Deloitte Legal.

Wytyczne wskazują, jakich sytuacji instytucje nie powinny traktować jako outsourcingu; dotyczy to w szczególności:

funkcji, której wykonanie przez dostawcę usług jest wymagane na mocy prawa, nabycia usług, które w innym przypadku nie zostałyby wykonane przez instytucję (np. porada architekta, udzielenie opinii prawnej i reprezentacja przed sądem i organami administracyjnymi, usługi medyczne, serwisowanie samochodów służbowych, catering, usługi biurowe, usługi turystyczne, usługi pocztowe, usługi związane z obsługą recepcji, sekretariatu lub centrali), towarów (np. plastikowych kart, czytników kart, towarów biurowych, komputerów osobistych, mebli) lub mediów (np. energii elektrycznej, gazu, wody, linii telefonicznej).

Funkcje krytyczne lub istotne

Wytyczne EBA przewidują szczegółowe wymagania przewidziane dla outsourcingu funkcji krytycznych lub istotnych. Instytucje uznają funkcję za krytyczną lub istotną m.in.:

  • w sytuacji gdy przedmiotem outsourcingu ma być działalność bankowa lub usługi płatnicze w zakresie wymagającym udzielenia zezwolenia przez właściwy organ;
  • w sytuacji gdy zleca się zadania operacyjne funkcji kontroli wewnętrznej na zasadzie outsourcingu;
  • o ile błąd lub niepowodzenie w ich wykonaniu zagrażałyby w sposób istotny ciągłości wypełniania warunków zezwolenia, wynikom finansowym instytucji lub bezpieczeństwu i ciągłość świadczenia usług bankowych lub płatniczych przez instytucję.

Zasada proporcjonalności

Instytucje stosując Wytyczne EBA lub właściwe organy sprawując nadzór nad ich stosowaniem – uwzględniają zasadę proporcjonalności. Wymaga ona, aby zasady zarządzania, w tym te dotyczące outsourcingu, były spójne z indywidualnym profilem ryzyka, charakterem i modelem biznesowym instytucji oraz skalą i złożonością jej działalności, tak aby skutecznie osiągnąć cele wymogów regulacyjnych. – Agata Jankowska-Galińska, Radca prawny, Senior Managing Associate Deloitte Legal.

W którą stronę podąży dolar?

Inwestorzy wyczekiwali na posiedzenie FOMC, jako na wydarzenie, które może nadać kierunek rynkom. Jednak stanowisko mocno podzielonego FOMC nie rozjaśnia perspektyw dolara, rynków długu i akcji. Wszystko zależeć będzie teraz od danych i rozwoju negocjacji handlowych. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę, czy słabość sektora przemysłowego nie rozlewa się na usługi. Należy monitorować też kondycję sprzedaży detalicznej i siłę inflacji bazowej – optymizm Fed bazował właśnie na kondycji tych dwóch sfer. Najwyższą rangę utrzymają też publikacje z rynku pracy. Hamujące tempo tworzenia nowych etatów (średnio około 220 tys. miejsc pracy w 2018 i nieco ponad 150 w 2019 roku) zdaniem części decydentów wymaga reakcji.

Warto podkreślić, że choć rynki bardzo dalekie są od paniki takiej jak w sierpniu, to wciąż napływają niepokojące sygnały, że przedłużający się spór i irytująca niepewność z każdym miesiącem mocniej odciskają piętno na globalnym wzroście. W tym tygodniu OECD mocno ścięła prognozy ogólnoświatowej gospodarki na 2020 prognozując tarapaty m.in. Indii czy Brazylii, czyli ważnych przedstawicieli koszyka emerging markets. FedEx, którego kondycja jest często określana mianem pulsu koniunktury zrewidował projekcje swoich wyników finansowych, co przełożyło się na potężny, sięgający kilkunastu procent spadek kursu ma nowojorskiej giełdzie.

Zakładamy, że stopy procentowe będą w tym roku nadal obniżane. W dużej przestrzeni do działania władz monetarnych upatrujemy słabości dolara. W naszym scenariuszu bazowym widzimy kolejną odsłonę zwyżek cen złota, chociaż pewnie będzie ona mniej dynamiczna niż wystrzał z poprzedniego roku. W najbliższym czasie powinna być utrzymana presja na waluty antypodów, szczególnie dolara australijskiego, w którego uderzy cięcie stóp przez RBA. Spodziewamy się również spadkowej korekty USD/JPY. Bardzo sceptycznie podchodzimy zarazem do możliwości kontynuowania rajdu przez główne indeksy giełdowe. W przypadku EUR/USD, który podlega tendencji horyzontalnej widzimy potencjał do wznoszenia się na wyższe pułapy. Tempo tej tendencji będzie warunkowe informacjami z gospodarki Eurolandu. Oznacza to, że należy uzbroić się w cierpliwość.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Drogie, ciasne, ale własne

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy Polacy kupują coraz mniejsze mieszkania na rynku pierwotnym oraz wtórnym. Wyniki takiej analizy wydają się dość zaskakujące.

Już od dłuższego czasu, spada średnia powierzchnia mieszkań oddawanych do użytku przez deweloperów. Ten długookresowy trend wynika między innymi ze zmian demograficznych, które skutkują zmniejszaniem się średniej wielkości rodzin. Warto wiedzieć, że ciekawe informacje dotyczące metrażowych trendów możemy zaczerpnąć nie tylko ze statystyk na temat ukończonych mieszkań. Główny Urząd Statystyczny niedawno podał informacje o tym, jak duże lokale mieszkalne Polacy kupowali w minionym roku i wcześniejszych latach. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przeanalizować takie dane dotyczące rynku pierwotnego oraz rynku wtórnego. Wyniki analizy okazują się ciekawe i nie do końca oczywiste.

Na rynku wtórnym małe lokale są kupowane nieco częściej …

Informacje na temat wielkości sprzedawanych lokali czasem są pozyskiwane po sprawdzeniu wielu ogłoszeń z rynku pierwotnego i rynku wtórnego. Bardziej miarodajne wydają się dane bazujące na faktycznie dokonanych transakcjach. Właśnie takie informacje dotyczące 2018 r. niedawno podał Główny Urząd Statystyczny. Wspomniana instytucja podczas analizowania i sumowania powierzchni sprzedanych lokali, opierała się na danych notarialnych z Rejestrów Cen i Wartości Nieruchomości.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie „GUS-owskich” danych obliczyli rozkład powierzchni mieszkań kupowanych przez Polaków w 2018 r. Poniższy wykres przedstawia taki rozkład dotyczący wszystkich lokali mieszkalnych, nowych mieszkań oraz używanych lokali. Jeżeli chodzi o wszystkie lokale mieszkalne sprzedane w minionym roku, to ich udział ze względu na powierzchnię wyglądał następująco:

  • do 40,0 mkw. – 14,9%
  • od 40,1 mkw. do 60,0 mkw. – 41,4%
  • od 60,1 mkw. do 80,0 mkw. – 27,3%
  • od 80,1 mkw. – 16,4%

Powyższe wyniki są podobne do danych, które już od dłuższego czasu napływają z rynku mieszkaniowego. Bardziej interesujące wydaje się natomiast porównanie wyników obliczonych dla rynku pierwotnego i rynku wtórnego. Okazuje się bowiem, że używane mieszkania kupowane przez Polaków częściej mają powierzchnię do 40,0 mkw. (16,9% vs 12,2% w 2018 r.). Może to wynikać między innymi ze specyfiki starszego zasobu mieszkaniowego, w którym większy udział posiadają małe lokale. Kolejna ciekawa informacja dotyczy faktu, że na rynku pierwotnym częściej sprzedają się mieszkania o powierzchni 60,1 mkw. – 80,0 mkw. Udział nowych „M” z takim metrażem (30,4%) w 2018 r. był wyraźnie większy od wyniku z rynku wtórnego (25,1%). Wspomniana różnica może wynikać z mniejszej dostępności używanych lokali liczących sobie 60 mkw. – 80 mkw. (a zwłaszcza 70 mkw. – 80 mkw.). Nie można wykluczyć, że pewne znaczenie mają też różnice zamożności typowego nabywcy nowego i używanego mieszkania (rzutujące również na udział najmniejszych „M”).Rozkład metrażu lokali RP wyk.1

Wzrósł udział nowych „M” o powierzchni 60 mkw. – 80 mkw.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl w analogiczny sposób obliczyli rozkład powierzchni wszystkich mieszkań kupowanych przez Polaków przed 2018 r. (tzn. w latach 2015 – 2017). Poniższa tabela przedstawia szczegółowe dane na ten temat w podziale na rynek pierwotny i rynek wtórny. Takie informacje wskazują, że dość wyraźnie wzrósł udział sprzedawanych nowych mieszkań o powierzchni 60,1 mkw. – 80,0 mkw. (2015 r. – 26,9%, 2018 r. – 30,4%).

Wspomniana zmiana odbyła się kosztem mieszkań deweloperskich liczących sobie 40,1 mkw. – 60,0 mkw. Co ciekawe, na rynku wtórnym również były widoczne pozytywne zmiany związane ze spadkiem udziału najmniejszych mieszkań (patrz poniższa tabela). Takie zmiany miały jednak mniejszą skalę niż na rynku pierwotnym, który jest o wiele bardziej elastyczny pod względem metrażowym.

Dane z poniższej tabeli na pozór przeczą informacjom GUS – u o coraz mniejszym średnim metrażu ukończonego mieszkania deweloperskiego. Warto jednak pamiętać, że takie spadające wyniki Głównego Urzędu Statystycznego dotyczą zarówno oddawanych do użytku nowych lokali, jak i ukończonych domów z rynku pierwotnego, które dość szybko się kurczą. Informacje prezentowane w poniższej tabeli obejmują wyłącznie lokale mieszkalne. Te dane sugerują, że jeszcze do niedawna wzrost cen nowych mieszkań był kompensowany przez podwyżki wynagrodzeń.Rozkład metrażu lokali RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Prof. Witold Modzelewski: Wciąż da się wyłudzić zwrot VATu

Prognoza rządu na roczny dochód z podatku VAT wynosi w tym roku 180 miliardów złotych. Wyniki wykonania budżetu państwa po pierwszym półroczu zwiastują, że ten plan uda się zrealizować. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, jak mało ambitny jest plan rządu. Wykonanie tylko założonej prognozy sprawi, że tempo wzrostu dochodu z podatku VAT spadnie w stosunku do wyników z 2017 i 2018 roku. Mimo tego, że zamierzenia budżetowe się spełnią – z podatku VAT zarobimy mniej, niż moglibyśmy. Dlaczego tak się dzieje? Głównie dlatego, że narzędzia używane w poprzednich latach do załatania dziury w podatku VAT wyczerpały swoją użyteczność. Wysokie kary zadziałały odstraszająco na tych, którzy wyłudzali zwrot podatku VAT przez fałszerstwo faktur. Jednak po wyeliminowaniu najprostszych wyłudzeń wprowadzone przez państwo kary przestały spełniać swoje zadanie. Wciąż da się w Polsce unikać płacenia podatku VAT i wyłudzać jego zwrot, z powodzeniem sprawiając pozory legalnego działania.

– Efekt odstraszający pojawił się i spowodował, że prymitywne metody wyłudzania VATu przestały być metodami dominującymi. Natomiast nie zrobiliśmy do tej pory drugiego kroku, aby wyeliminować bardziej zaawansowaną formę unikania opodatkowania – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Nie zmniejszyliśmy liczby deklaracji, na podstawie których zwracamy VAT. Jest to prawie milion trzysta tysięcy deklaracji rocznie – nikt nie jest w stanie sprawdzić tyle przypadków. Taka liczba deklaracji zwrotu wynika stąd, że nie usunęliśmy najbardziej patologicznej części tego podatku – czyli tak zwanego odwróconego VATu, z którego korzystają branże stali, metali kolorowych i elektroniki. Niestety, chcąc odebrać możliwość uzyskiwania zwrotu VATu, trzeba było się narazić tym, którzy dzisiaj z tego korzystają – a na to nie zawsze starczyło odwagi – podsumowuje Modzelewski.

Wzrost wydatków na służbę zdrowia nie wystarczy. Problemem brak personelu i efektywne wydatkowanie pieniędzy

Wzrost wydatków na służbę zdrowia nie wystarczy. Problemem brak personelu i efektywne wydatkowanie pieniędzy 7

Mimo ustawy, która zwiększy środki przeznaczane na służbę zdrowia do 6 proc. PKB w 2024 roku, jej finansowanie w Polsce wciąż pozostaje wyzwaniem, a sytuację zaostrza niedobór personelu medycznego i starzejące się społeczeństwo. Dlatego potrzebne są mechanizmy zwiększające efektywność wydatkowania, a środki powinny trafiać w pierwszej kolejności do tych placówek, które potrafią je najlepiej spożytkować. W racjonalizacji wydatków przeznaczanych na ochronę zdrowia pomocne są również technologie, które optymalizują pracę lekarzy i personelu medycznego oraz umożliwiają generowanie oszczędności.

– Wzrost środków finansowych na system ochrony zdrowia widoczny jest już od kilku lat. Co roku przeznaczamy znacząco więcej, polepszamy sytuację w ochronie zdrowia. W najbliższym czasie będziemy przeznaczali więcej na wzrost wynagrodzeń personelu, inwestycje w ochronie zdrowia, skumulowanie świadczeń i farmakoterapię, która jest skuteczna i poprawia sytuację pacjentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia.

Według danych Komisji Europejskiej i OECD Polska nadal odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Z początkiem ubiegłego roku weszła jednak w życie ustawa, zgodnie z którą nakłady te nie spadną poniżej 4,67 proc., a do 2024 roku mają zrównać się ze średnią krajów OECD i wzrosnąć do 6 proc. krajowego PKB. Jednak z drugiej strony społeczeństwo się starzeje, co oznacza więcej chorób przewlekłych i większe nakłady na opiekę długoterminową, a w polskiej służbie zdrowia zaostrza się niedobór lekarzy i pielęgniarek. Jak ocenia wiceminister, finansowanie systemu wciąż jest w Polsce wyzwaniem.

– Cały czas mamy niezaspokojone potrzeby i coraz mniej personelu medycznego w każdej dziedzinie. Natomiast możemy zrobić rewolucję, czyli zdecydowanie lepiej wykorzystać dostępny personel i przeskoczyć wiele państw szybciej, niż nam się to wydaje. Wiele zależy wyłącznie od naszej kreatywności, determinacji i wykorzystania tego personelu, który jest, chce pracować i dobrze zarabiać. Im lepiej go wykorzystamy, tym lepiej będzie można go wynagradzać – mówi Maciej Miłkowski.

Według statystyk OECD, w Polsce na 1 tys. mieszkańców przypada 2,4 lekarza przy średniej europejskiej na poziomie 3,8, co jest jednym z niższych wyników wśród państw europejskich. Z kolei według majowego raportu Manpower Group („Niedobór talentów w służbie zdrowia”) 72 proc. polskich szpitali potrzebuje pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68 proc. szuka lekarzy.

Eksperci są zgodni, że obok wzrostu nakładów na służbę zdrowia potrzebne są jeszcze mechanizmy zwiększające ich efektywność. Środki powinny trafiać w pierwszej kolejności do tych placówek, które potrafią je najlepiej i najbardziej efektywnie wykorzystywać.

– Poprawa zarządzania w szpitalach jest tematem bardzo szerokim i zależy głównie od jakości kadry zarządzającej. Regulator systemu, ale także płatnik, powinien być żywo zainteresowany i zaangażowany w podnoszenie kompetencji personelu zarządzającego. Bardzo ważne jest to, że nie powinniśmy się ograniczać wyłącznie do poziomu dyrektorów, liderów podmiotów leczniczych, ale pamiętać też o personelu operacyjnym, czyli osobach zajmujących się kodowaniem i rozliczaniem świadczeń, kontaktami z płatnikiem, prowadzeniem statystyk. Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że dzisiaj to jest najsłabszym punktem w zarządzaniu podmiotami leczniczymi. Im większa będzie wiedza tych osób, im bliższe formy współpracy z płatnikiem, tym większe korzyści dla obu stron – mówi Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego.

W racjonalizacji wydatków przeznaczanych na ochronę zdrowia pomocne mogą być technologie, które stwarzają możliwość budowania bezpiecznego i efektywnego środowiska opieki medycznej dla pacjenta.

 Można tu podać przykład brytyjskiego NHS-u, który stwierdził w swojej strategii, że musi inwestować w nowoczesne technologie, ponieważ one przynoszą konkretne oszczędności. Te wyliczono na poziomie 12,5 mld funtów rocznie, co stanowi około 10 proc. wydatków NHS-u. Okazuje się, że można nawet policzyć, jakie środki i w jaki sposób należy zainwestować, żeby uzyskać konkretny zwrot z nowoczesnych technologii czy rozwiązań cyfrowych bądź też sprzętowych – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare Polska.

Nowe technologie nie tylko umożliwiają generowanie oszczędności, lecz także optymalizują pracę lekarzy i personelu medycznego. Po pierwsze, odciążają ich od wykonywania czynności, które mogą być zautomatyzowane, po drugie, umożliwiają zdalne wykonywanie pewnych świadczeń, czyli np. opisywania obrazów diagnostycznych. Dlatego mogą się okazać odpowiedzią na deficyty kadrowe w służbie zdrowia. Co więcej, również pacjenci oczekują nowych technologii i cyfryzacji środowiska opieki medycznej.

– Bardzo konkretnie wyrażają to chociażby dane z raportu Future Health Index, w którym zbadanych zostało 15 różnych krajów, w tym Stany Zjednoczone, Niemcy, Holandia i po raz pierwszy w tym roku Polska. Ankieta pokazuje, że pacjenci chcą wchodzić w świat nowych technologii. Chcą, aby cyfrowe dane medyczne były dostępne zarówno dla nich, jak i dla personelu medycznego. Co ciekawe, Polacy są nawet bardziej otwarci na te nowe pomysły technologiczne niż inne narody – mówi Michał Kępowicz.

Amerykański inwestor otwiera w Polsce swoje pierwsze centrum biznesowe. Kolejne inwestycje są w fazie negocjacji

Amerykański inwestor otwiera w Polsce swoje pierwsze centrum biznesowe. Kolejne inwestycje są w fazie negocjacji 8

Pomorze, a w szczególności Gdańsk znajduje się w czołówce regionów najbardziej atrakcyjnych dla zagranicznych inwestorów w Polsce. Składa się na to m.in. strategiczne położenie, dostępność wyspecjalizowanych kadr, boom na rynku nowoczesnych nieruchomości biurowych i szybki rozwój gospodarczy regionu. Dlatego JUUL Labs, start-up z Doliny Krzemowej, zdecydował się utworzyć w Gdańsku swoje centrum biznesowe, pierwsze poza USA. Centrum będzie świadczyć usługi finansowo-księgowe dla oddziałów firmy na całym świecie, a amerykański inwestor rozważa dalsze rozszerzenie inwestycji.

Polacy to wykształcony naród, który cechuje wysoka jakość wykonywanej pracy, co jest dla nas istotne. Polska od kilku lat notuje wysoki wzrost gospodarczy. Możemy zbudować tutaj bardzo profesjonalne centrum biznesowe przy znacznie mniejszych nakładach finansowych niż w przypadku drogich miast, jak chociażby Londyn. Mamy tutaj połączenie wysokiej jakości siły roboczej i wydajności dzięki dużej produktywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grant Winterton, prezes JUUL Labs w regionie EMEA.

JUUL Labs to start-up z Doliny Krzemowej, który w ostatnich latach zdominował rynek elektronicznych papierosów w USA i obecnie rozszerza działalność na kolejne kraje. Za cel stawia sobie wprowadzenie alternatywy dla tradycyjnych papierosów, co przyczyni się do poprawy jakości życia palaczy. Na polskim rynku firma zadebiutowała w sierpniu br.

Najlepszym wyjściem jest oczywiście rzucenie nałogu, ale wiemy, że około 80–90 proc. osób palących nałogowo nie jest w stanie tego zrobić – mówi Grant Winterton. – JUUL to rodzaj e-papierosa, w którym ciecz z zawartością nikotyny podgrzewana jest do temperatury parowania. Organy rządowe, takie jak Public Health England, oceniają, że palenie e-papierosów jest co najmniej 95 proc. mniej szkodliwe dla zdrowia niż tradycyjne papierosy. Naszym celem jest więc stworzenie alternatywy dla nałogowych palaczy, których na całym świecie jest ok. 1 mld.

Według danych Ministerstwa Zdrowia papierosy pali prawie 1/4 dorosłych Polaków, co daje 8–9 mln osób. Z powodu chorób wywołanych dymem tytoniowym co roku umiera ok. 60 tys. osób.

W Polsce odsetek palaczy jest niestety bardzo wysoki i przewyższa wartości notowane w kilku innych krajach – mówi Grant Winterton.

Inwestor otworzył właśnie w Gdańsku regionalne centrum finansowo-księgowe na Europę, Bliski Wschód i Afrykę. To pierwsze takie centrum JUUL Laabs poza Stanami Zjednoczonymi. Pracuje w nim 70 osób, które będą się zajmować kluczowymi obszarami działalności JUUL o zasięgu globalnym. Centrum będzie świadczyć usługi w zakresie księgowości, wsparcia finansowego, obsługi transakcji płatniczych, wystawiania rachunków i usług informatycznych, ale niewykluczone, że ich wachlarz zostanie rozszerzony.

Jest to kompleksowa obsługa spółek JUUL Labs, które otwierają się w Europie. Zapewniamy całą infrastrukturę księgową i finansową, od płacenia dostawcom, wystawiania faktur i prowadzenia ksiąg do wszystkich lokalnych jurysdykcji w całej Europie. Wszystko to odbywa się właśnie z Gdańska – mówi Michał Gryglewski, szef Centrum Usług Wspólnych dla JUUL Labs na region Europy.

Amerykańska spółka jest już obecna na 20 rynkach, w tym w kilku krajach europejskich, m.in. we Francji, w Niemczech, Rosji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Hiszpanii, zatrudniając łącznie ponad 1,5 tys. pracowników w Europie i ok. 4 tysięcy na całym świecie.

– Konsultujemy się ze stroną rządową odnośnie do możliwości dalszego rozwoju naszej działalności w Polsce. Polska stanowi dla nas atrakcyjne miejsce do inwestowania i rozwijania działalności – mówi Grant Winterton. – Rozważamy różne opcje co do rodzaju działalności, którą możemy rozwijać w Polsce. Niektóre z nich mogą się wiązać z bardzo dużymi inwestycjami, ale musimy najpierw wszystko ustalić ze stroną rządową oraz pozostałymi partnerami.

Do końca 2019 roku amerykański inwestor planuje zainwestować w Polsce prawie 15 mln zł. Firma zatrudnia obecnie w Gdańsku 70 osób i blisko drugie tyle w Warszawie, gdzie znajduje się siedziba JUUL Labs w Polsce oraz siedziba regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Potrzebujemy przede wszystkim ludzi, którzy potrafią zarządzać projektami, wdrażaniem procesów księgowo-finansowych. Pod tym względem jest to wyjątkowy projekt, bo firma JUUL Labs przekazała nam pełną autonomię i odpowiedzialność za stworzenie tych procesów na skalę Europy – mówi Michał Gryglewski. – Na pewno nie jest to typowa praca od 9.00 do 17.00. Pozwalamy naszym pracownikom pracować właściwie skąd chcą, kiedy chcą i ta niezależność jest bardzo duża. Niemniej jednak odpowiedzialność jest ogromna.

Gdańskie centrum usług biznesowych JUUL Labs zostało otwarte na terenie Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Jest to pierwsza w PSSE inwestycja z sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

Mamy nadzieję, że ten sektor będzie się rozwijał. Trójmiasto jest dla niego naturalną lokalizacją ze względu na wykształcone kadry, szczególnie w kierunkach finansowych i technicznych. Centrum usług wspólnych ma tutaj rację bytu i potencjał do rozwoju. Mamy nadzieję, że centrum JUUL Labs będzie się rozwijać nie tylko w obszarze księgowości, lecz także w innych obszarach wsparcia – mówi Przemysław Sztandera, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Na Pomorzu jest wszystko, czego potrzebuje nowoczesny biznes. Oprócz całej infrastruktury technicznej, technologicznej jest doskonała łączność, powierzchnie biurowe, doskonale wykształceni ludzie, którzy mają chęć do pracy, kwalifikacje i polski etos do pracy. Tutaj jest również dobra oferta kulturalna i sportowa, przyjemnie się tutaj mieszka. To są elementy coraz częściej brane pod uwagę przez biznes, który tutaj przyjeżdża – mówi Wiesław Byczkowski, Wicemarszałek Województwa Pomorskiego.

Dezinformacja i fake newsy zagrożeniem dla demokracji i biznesu. Świadomość tego problemu wśród społeczeństwa jest coraz większa

– Trzeba wrócić do dyskusji nad wprowadzeniem w szkołach edukacji medialnej. Dzisiaj dzieci bardzo wcześnie dostają tablet, ale nie są uczulane na to, żeby weryfikować to, co czytają – mówi Magdalena Wrzosek, ekspert NASK. Jak pokazują badania, w Polsce ponad połowa internautów zetknęła się z manipulacją lub dezinformacją, a niemal tyle samo uważa je za zagrożenie dla demokracji. Ofiarą fake newsów i dezinformacji padają również firmy. W Polsce walka z tym zjawiskiem wpisuje się w działania podejmowane na szczeblu UE, ale wymaga międzysektorowej współpracy między administracją, instytucjami naukowymi, biznesem i dziennikarzami.

Problem dezinformacji w Polsce i Europie nabrał ostatnio nowej twarzy, bo jest powiązany z rozwojem technologii i cyberbezpieczeństwem. Na przykładzie wyborów w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku mieliśmy okazję zobaczyć, że ta dezinformacja była połączona z prostym tak naprawdę atakiem phishingowym, czyli wykradzeniem danych z serwerów partii i ujawnieniem informacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Wrzosek, kierownik Zespołu Analiz Strategicznych i Wpływu Nowoczesnych Technologii w NASK.

Od czasu wyborów prezydenckich w USA dezinformacja i fake newsy to nie tylko temat głośny medialnie, ale i jedno z największych wyzwań współczesnego internetu. Analiza serwisu BuzzFeed  pokazała, że dezinformacja ma większy zasięg i grono odbiorców niż prawdziwe informacje. W trakcie kilku miesięcy kampanii wyborczej ponad 8,7 mln użytkowników Facebooka lajkowało, dzieliło się lub komentowało 20 najbardziej popularnych fake newsów, podczas gdy prawdziwe informacje spotkały się z reakcją 7,3 mln internautów.

Badanie z marca ubiegłego roku na zlecenie Komisji Europejskiej pokazuje, że 68 proc. obywateli UE spotyka się ze zmanipulowanymi lub fałszywymi informacjami co najmniej raz w tygodniu. Natomiast z tegorocznego badania NASK wynika, że w Polsce ponad połowa internautów zetknęła się w ostatnich miesiącach z manipulacją lub dezinformacją. Co trzeci (35 proc.) natrafia w sieci na sfałszowane informacje przynajmniej w tygodniu lub częściej. Mimo to, co piąty internauta (19 proc.) nie sprawdza wiarygodności internetowych informacji ani ich źródeł.

Dzisiaj jesteśmy w miejscu, którego jeszcze kilka lat temu sobie nie wyobrażaliśmy. Całe nasze życie jest w smartfonie, technologia rozwija się szybko, jesteśmy społeczeństwem informacyjnym i z każdej strony atakuje nas bardzo wiele informacji i bodźców. Przeciętny obywatel nie ma czasu weryfikować, które z tych informacji są prawdziwe. Zdarza się, że nawet agencje prasowe podają fałszywego newsa, nie poświęcając wystarczająco dużo czasu na jego weryfikację, albo publikują za kimś, kto też go nie zweryfikował. W efekcie tworzy się szum informacyjny – mówi Magdalena Wrzosek.

Badanie NASK pokazało też, że duża część polskich internautów ma poważny problem z odróżnieniem opinii i faktów i prawdziwych informacji od fake newsów. Co trzeci twierdzi, że nie wie nawet, czy w ostatnich miesiącach zetknął się z informacjami fałszywymi lub zmanipulowanymi.

Dezinformacja sama w sobie nie jest nowym zjawiskiem. Natomiast to, że jest prowadzona w cyberprzestrzeni, znacznie utrudnia nam zadanie na wielu polach. Stoimy przed zupełnie nowym wyzwaniem, którego skutków jeszcze do końca nie rozumiemy i musimy się zorientować w tej nowej sytuacji i podjąć jakieś działania – dodaje Joanna Świątkowska, dyrektor programowa Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa, Instytut Kościuszki.

Jak podkreśla, podstawą w walce z tym zjawiskiem jest edukacja i podnoszenie społecznej świadomości.

Trzeba wrócić do dyskusji nad wprowadzeniem do szkół edukacji medialnej na podstawowym poziomie. Dzisiaj dzieci bardzo wcześnie dostają tablet, ale nie zawsze są uczulane na to, żeby weryfikować, co czytają. Mając dostęp do wielkiej ilości informacji, nie każdy ma umiejętność ich krytycznego weryfikowania. Stąd bardzo istotna jest współpraca administracji, środowiska akademickiego i dziennikarzy – mówi Magdalena Wrzosek.

Drugi istotny komponent to zastanowienie się, czy te same technologie, które obecnie są wykorzystywane do dezinformacji, mogłyby być użyte jako broń przeciwko temu zagrożeniu – dodaje Joanna Świątkowska.

Zmanipulowane bądź sfałszowane informacje są rozpowszechniane przez hejterów i trolli, często służą też celom zarobkowym (np. zwiększeniu wpływu z reklam) albo propagandowym i politycznym. W ubiegłorocznym badaniu Kantar Public prawie połowa Polaków (46 proc.) zadeklarowała, że widzi w dezinformacji zagrożenie dla demokracji. Jednak jej ofiarą coraz częściej pada też biznes.

Fałszywy, czarny PR powiązany bardzo z fake newsami i dezinformacją może się przyczynić się do tego, że firma – zamiast przynosić zyski – nagle zacznie ponosić straty, więc biznes też musi mieć tego świadomość – mówi Magdalena Wrzosek.

Jak podkreśla, w Polsce walka z dezinformacją wpisuje się w działania podejmowane na szczeblu Unii Europejskiej. W kwietniu ubiegłego roku Komisja Europejska opublikowała dokument, który zawiera propozycje konkretnych działań wymierzonych w zjawisko fake newsów (m.in. kontrola reklam, oznaczanie treści sponsorowanych, wspieranie edukacji medialnej i wysokiej jakości dziennikarstwa).

W ocenie KE ostatnie lata pokazały już, że kampanie dezinformacyjne miały wpływ na wybory i referenda przeprowadzane w krajach Unii Europejskiej, a 73 proc. internautów w krajach UE jest zaniepokojonych dezinformacją w okresie przedwyborczym. Dlatego w grudniu ubiegłego roku KE ogłosiła Plan Działań Przeciwko Dezinformacji. Wskazała w nim konkretne działania do realizacji dla unijnych instytucji i państw członkowskich (np. stworzenia Rapid Alert System – systemu szybkiego ostrzegania przed kampaniami dezinformacyjnymi). Te miały zapobiec manipulacjom w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego i przyszłych elekcjach, które będą odbywać się w krajach członkowskich UE. Walka z dezinformacją jest jednym z unijnych priorytetów w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Realizacja priorytetów w zakresie cyberbezpieczeństwa w UE wymaga przede wszystkim współpracy pomiędzy państwami i aktywnej roli Komisji Europejskiej w uzgadnianiu programów badań i certyfikacji dla produktów, które muszą być stosowane w infrastrukturze krytycznej. Wymaga również współpracy operacyjnej pomiędzy państwami, żeby budować świadomość sytuacyjną zagrożeń. Nie jest tak, że ataki ukierunkowane są na pojedyncze państwa czy przedsiębiorstwa. Wczesna wymiana informacji o nowych zagrożeniach czy celach ataków umożliwia lepszą ochronę infrastruktur w poszczególnych państwach, jak również całego Jednolitego Rynku Cyfrowego – podkreśla Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

Od września rośnie liczba gapowiczów. Bez biletu jeździ średnio co szósty pasażer

Od września rośnie liczba gapowiczów. Bez biletu jeździ średnio co szósty pasażer 9

W rejestrze BIG InfoMonitor znajduje się obecnie ponad 101 tys. gapowiczów, którzy nie kupili biletu na przejazd komunikacją miejską i nie zapłacili kary za jego brak. Ich łączne długi z tego tytułu przekraczają 128 mln zł. Najwięcej gapowiczów figurujących w rejestrze dłużników to stateczni 40-latkowie, chociaż to najmłodsi najczęściej deklarują, że zdarza im się jeździć bez biletu. Jazda bez biletu to też głównie domena mężczyzn, a najwięcej nieuczciwych pasażerów mieszka na Mazowszu, Śląsku oraz na Pomorzu. Koszty utrzymania transportu miejskiego są istotną pozycją w budżetach miast, stąd coraz więcej spółek transportowych korzysta z narzędzi, które mają skłonić gapowiczów do płacenia kar.

 W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor jest obecnie ponad 101 tys. osób, które nie tylko nie kupiły biletu, lecz także nie zapłaciły kary za jeżdżenie komunikacją miejską na gapę. Łączne zaległości tych osób przekraczają 128 mln zł i niestety z roku na rok mają tendencję rosnącą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspert Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. 16 proc. Polaków, czyli średnio co szósty, deklaruje bez ogródek, że zdarza im się nie kasować biletu i nie mają z tym problemu. W najmłodszej grupie wiekowej twierdzi tak nawet co czwarty.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor, dużo mniejszą skłonność do ryzykowania w autobusie czy tramwaju mają seniorzy, czyli osoby z grupy wiekowej 65–74 lata, spośród których tylko 6 proc. zdecydowałoby się z premedytacją nie kasować biletu.

– Mimo że młodzi najczęściej deklarują, że są gotowi łamać zasady, to w Rejestrze Dłużników największą grupę osób niepłacących kar za jazdę bez biletu stanowią osoby między 35. a 44. rokiem życia, czyli stateczni 40-latkowie, którzy stanowią 1/3 całej grupy dłużników. W ich grupie kwota zaległości jest wysoka, bo łącznie wynosi ponad 42 mln zł – mówi Halina Kochalska.

Jazda na gapę to też głównie domena mężczyzn, bo aż 4 na 5 dłużników z tego tytułu figurujących w rejestrze BIG InfoMonitor to właśnie panowie.

Najwięcej nieuczciwych pasażerów mieszka na Mazowszu (27,7 tys.), Śląsku (18,5 tys.) oraz na Pomorzu (8,6 tys.). Te regiony przeważają także pod względem łącznych kwot zaległości z tytułu nieopłaconych kar za jazdę bez ważnego biletu.

– Może nie do końca oznacza to, że tam moralność pasażerów jest najgorsza, za to pokazuje aktywność spółek transportowych z tych regionów w ściganiu osób, które nie kupują biletów, a później nie chcą płacić kar za ich brak – mówi Halina Kochalska.

Na przeciwległym biegunie są mieszkańcy województw opolskiego, lubuskiego i podlaskiego, gdzie dłużników-gapowiczów jest najmniej. Statystyki pokazują również, że przeciętna zaległość z tytułu nieopłaconych kar za jazdę bez biletu wynosi około 1 250 zł, ale są regiony, w których ta suma jest znacząco wyższa, np. w województwie łódzkim przekracza 1,5 tys. zł.

Koszty utrzymania transportu miejskiego są istotną pozycją w budżetach miast, stąd coraz więcej spółek transportowych korzysta z narzędzi, które mają skłonić nieuczciwych pasażerów do płacenia kar.

– Sezon na gapowicza zaczyna się wraz z rokiem szkolnym, wtedy otrzymujemy z zakładów komunikacji miejskich coraz więcej spraw i taka tendencja trwa do marca. Zakłady komunikacji na początku nie upubliczniają informacji o długach gapowiczów, natomiast wysyłają do nich wezwania do zapłaty. Przypominają, że mają niezapłaconą należność względem miasta, ale też pokazują, jakie konsekwencje mogą się pojawić, gdy nie wywiążą się z tego obowiązku po 30 dniach – mówi Łukasz Rączkowski, ekspert Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Wezwania do zapłaty pod groźbą wpisu do rejestru dłużników BIG są skuteczne w 67 proc. przypadków, bo taki odsetek dłużników reguluje należność względem miasta po otrzymaniu monitu.

– Pozostałą 1/3 spraw wprowadzamy do rejestru i upubliczniamy, dzięki czemu 26 proc. należności jest spłacanych w pierwszych 4 miesiącach od takiego wpisu – mówi Łukasz Rączkowski.

Jak podkreśla, z bazy BIG InfoMonitor aktywnie korzystają banki, firmy pożyczkowe, telekomy czy instytucje leasingowe, więc dłużnik, który w niej figuruje, może mieć problemy z późniejszym zaciągnięciem kredytu, podpisaniem umowy abonamentowej czy kupieniem sprzętu na raty.

 Raporty z Biura Informacji Gospodarczej są udostępniane bardzo często, średnio prawie co sekundę. W 2018 roku udostępniliśmy 22 mln informacji o konsumentach i przedsiębiorcach. Jeżeli bank czy firma pożyczkowa pyta o konsumenta, to znaczy, że on potrzebuje finansowania, chce skredytować jakiś zakup. Obecność w rejestrze dłużników najczęściej skutkuje odmową. Natomiast spłata długu powoduje całkowite usunięcie tej informacji z rejestru –mówi Łukasz Rączkowski.

Ceny ropy naftowej powoli się stabilizują po ataku w Arabii Saudyjskiej. Duże znaczenie dla notowań będzie mieć rozwój konfliktu w regionie

Ceny ropy naftowej powoli się stabilizują po ataku w Arabii Saudyjskiej. Duże znaczenie dla notowań będzie mieć rozwój konfliktu w regionie 10

Po czterech dniach notowań, jakie upłynęły od ataku na instalacje do wydobywania ropy w Arabii Saudyjskiej, cena czarnego złota spadła o połowę wartości, którą zyskała w poniedziałek. Zdaniem analityka DM mBanku Rafała Sadocha ważniejszym czynnikiem niż czasowe wyłączenie produkcji 5 proc. światowego zaopatrzenia będzie zapotrzebowanie na ropę, a tym rządzi tempo rozwoju gospodarki. Tymczasem ekonomiści od kwartałów ostrzegają przed spowolnieniem.

– Ostatnie wydarzenia z Arabii Saudyjskiej podbijają ceny ropy w krótkiej perspektywie. Niemniej trzeba mieć świadomość, że w dłuższym horyzoncie jest ona w większym stopniu determinowana sytuacją w globalnej gospodarce i obawami o perspektywę popytu na ten surowiec. Tutaj pojawia się sporo znaków zapytania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Widać, że sama Arabia Saudyjska czy kartel OPEC, ale i pozostali producenci robią wszystko, aby tej ropy produkować jak najwięcej, czyli to wydobycie wśród pozostałych producentów niezrzeszonych w ramach kartelu rośnie.

W sobotę 14 września atak dronów zniszczył należące do koncernu Saudi Aramco instalacje w dwóch rafineriach odpowiedzialną za produkcję 5,7 mln baryłek ropy na dobę, a to niemal połowa całej produkcji firmy. W dodatku Arabia Saudyjska jest największym obok Rosji eksporterem tego surowca. W efekcie w poniedziałek, po starcie rynków finansowych, ceny amerykańskiej ropy WTI skoczyły z niespełna 55 do niemal 63 dol. za baryłkę, a europejskiej ropy brent – z nieco ponad 60 do przeszło 69 dol. Saudyjczycy zapewnili jednak, że do końca września przywrócą zdolności produkcyjne rafinerii. Pozostaje pytanie, czy atak był pojedynczym incydentem.

– W Arabii pojawiają się komentarze, że w perspektywie 2–3 tygodni uda się odbudować dużą część mocy przesyłowych, co też powinno ograniczać perspektywę do wzrostów cen tego surowca – podkreśla Rafał Sadoch. – Z drugiej jednak strony ogromnym czynnikiem ryzyka jest napięcie w rejonie, jak będzie wyglądał konflikt pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem. Jeśli będzie eskalowany, to jest na dobrą sprawę jedyny czynnik, który może zdecydowanie podbić notowania ropy naftowej i doprowadzić do nowych tegorocznych szczytów.

Wystarczyło kilka dni, by ceny ropy spadły o połowę wartości, jaką zyskały po weekendzie. W czwartek teksański surowiec kosztował poniżej 58,5 dol. za baryłkę, a brent 64,5 dol. Jest to jednak wciąż o około 7 proc. więcej niż przed atakiem. Pojawia się więc pytanie, w jaki sposób przełoży się to na ceny na stacjach paliw, które podążają za cenami ropy z kilkutygodniowym opóźnieniem i zależą również od kursu dolara. Tuż przed atakiem średnia ceny benzyny Pb95 wynosiła 4,99 zł za litr, diesel był o złotówkę droższy, a za Pb98 trzeba było zapłacić 5,32 zł.

Jeśli efekt tego ataku będzie się utrzymywał w notowaniach ropy, to pewnie za tydzień, być może dwa tygodnie, zobaczymy wzrost notowań o kilkanaście, być może 20 czy 30 groszy – przewiduje analityk DM mBanku. – Niemniej te notowania powinny stopniowo wracać na niższe poziomy wraz z tym, jak te braki w wydobyciu ropy będą zasypywane przez innych producentów, to też to powinien być czynnik stabilizujący ceny benzyny w okolicy 5 zł, a nieprzemawiający za wzrostem w kierunku 5,30 czy 5,40 zł.

Paliwa do prywatnych środków transportu podrożały od stycznia do sierpnia 2019 roku włącznie o 4,1 proc., podczas gdy ogółem średnie ceny towarów i usług wzrosły tylko o 2,1 proc. W ubiegłym roku, po ograniczeniu wydobycia przez kraje OPEC i niektóre niezrzeszone w kartelu, w tym Rosję, ceny wzrosły o 7,8 proc., przy czym benzyna podrożała o 6,7 proc., a olej napędowy o 10,3 proc. Jednak kierowcy na razie nie powinni się obawiać skokowego wzrostu cen.

Ten czynnik związany z ropą naftową raczej nie powinien zasadniczo podbijać inflacji we wrześniu. Jeśli chodzi o wpływ wzrostu notowań ropy, ten element dopiero powinien się pojawić w samej końcówce września, co na inflację będzie miało bardzo umiarkowany wpływ – podsumowuje Rafał Sadoch.

Narzędzia do inwigilowania użytkowników internetu są coraz bardziej zaawansowane. Chętnie korzystają z nich zarówno reklamodawcy, jak i służby państwowe

Narzędzia do inwigilowania użytkowników internetu są coraz bardziej zaawansowane. Chętnie korzystają z nich zarówno reklamodawcy, jak i służby państwowe 11

Co najmniej kilkadziesiąt rządów państw wykorzystuje narzędzia działające w oparciu o sztuczną inteligencję do inwigilowania zachowań obywateli. Niedawno głośno było w Polsce o zakupie przez służby specjalne systemu szpiegowskiego Pegasus. Pozyskiwane w ten sposób dane mogą być wykorzystane chociażby do zwalczania terroryzmu. Tymczasem użytkownicy internetu i aplikacji mobilnych dzielą się swoimi danymi osobowymi bezwiednie i nieodpłatnie również z reklamodawcami. Roczna sprzedaż reklam, które spersonalizowano w oparciu o te informacje może sięgać ponad 200 mld dol.

– Powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że to, co robimy w świecie elektronicznym, jest monitorowane, może być zbierane i różnego rodzaju podmioty i instytucje mogą mieć do tego dostęp. Zarówno są to firmy, które oferują różnego rodzaju usługi w sieci, jak i służby, które wykorzystują coraz bardziej zaawansowane rozwiązania do tego, żeby monitorować aktywność użytkowników, żeby też czasem śledzić i podsłuchiwać korespondencję – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Niedawno doniesienia medialne wskazywały, że polskie Centralne Biuro Antykorupcyjne zakupiło izraelski system do permanentnego inwigilowania. Pegasus umożliwia przejęcie kontroli nad każdym urządzeniem elektronicznym, np. podsłuchiwać rozmowy na smartfonie czy włączyć kamerkę internetową w laptopie.

W inwigilacji coraz częściej wykorzystywane są narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję. Według danych zgromadzonych przez AI Global Surveillance (AIGS), co najmniej siedemdziesiąt pięć ze 176 krajów na całym świecie aktywnie wykorzystuje technologie SI w celów nadzoru. Obejmuje to wykorzystanie platform inteligentnego lub bezpiecznego miasta (pięćdziesiąt sześć krajów), systemy rozpoznawania twarzy (sześćdziesiąt cztery kraje) oraz wsparcie SI dla działań policyjnych (pięćdziesiąt dwa kraje).

Narzędzia do śledzenia odgrywają istotną rolę w zapobieganiu terroryzmowi. Dają władzom możliwość monitorowania krytycznych zagrożeń i odpowiedniego reagowania na nie. Postęp technologiczny wpłynął jednak na to, jakiego rodzaju dane są analizowane. To, co użytkownicy robią w internecie, pozwala na końcu uzyskać dostęp do danych transakcyjnych lub metadanych dotyczących osób fizycznych. To m.in. informacje o wysłanych i otrzymanych wiadomościach e-mail, identyfikacja lokalizacji, śledzenie sieci i inne działania online. Ujawnianie tych danych organom państwowym i ich wykorzystywanie jest w dużej mierze nieuregulowane.

– Przez wiele lat obszar nowych technologii był słabo uregulowany. W tej chwili w coraz większym stopniu widzimy potrzebę tej regulacji. I te regulacje już się dzieją, dotyczą danych osobowych, ale myślę, że to jest dopiero początek, dlatego że sfera cyfrowa jest obecnie istotnym elementem właściwie każdej sfery życia – twierdzi Dominik Batorski.

Skala zjawiska, jakim jest nieświadome udostępnianie swoich danych podczas przeglądania stron internetowych czy korzystania z aplikacji mobilnych, jest ogromna. Podniesieniu świadomości na temat udostępnianych przez użytkowników danych może służyć opracowana przez Polaków platforma ZAX, która służy do sprzedaży danych z inicjatywy samego użytkownika internetu. Osoba zainteresowana sprzedażą może dzięki niej wybrać dane, które chce udostępnić,  a co więcej – mieć z tej transakcji jakąś korzyść. Podobne rozwiązanie wcześniej wprowadziła gibraltarska firma Wibson.

– Rzeczywiście dobrze by było, żeby użytkownicy mieli świadomość tego, co się dzieje z ich danymi, kto może mieć do nich dostęp. Istnieje szereg rozwiązań, które pozwalają ograniczyć udostępnianie danych. To m.in. rozwiązania do przeglądarek internetowych, które pozwalają zminimalizować liczbę zostawianych ciasteczek czy skryptów, które śledzą użytkownika. Także możliwości tzw. serwisów VPN, które pozwalają ukryć przed dostawcą internetu to, co w sieci robimy. Również różnego rodzaju technologie szyfrujące pozwalają zabezpieczyć komunikację – wymienia ekspert.

Według szacunków sporządzonych przez ekspertów z Data Driven Marketing, rynek reklam personalizowanych w oparciu o dane osobowe użytkownika jest wart 210 mld dol. Według agencji SAS i analityków z Future Foundation nawet 69 proc. osób w wieku 16–34 lat byłoby skłonnych udostępnić swoje dane osobowe, jeśli ich sprzedaż przyniesie im rzeczywiste korzyści.

Eksploracja oceanu jest możliwa z domu. Wystarczy internet, by móc sterować podwodnym pojazdem

Eksploracja oceanu jest możliwa z domu. Wystarczy internet, by móc sterować podwodnym pojazdem 12

Więcej wiemy o kosmosie niż o morzach i oceanach. Ludziom udało się zbadać tylko około 5 proc. dna oceanu i ok. 20 proc. powierzchni oceanów. Mamy lepsze mapy Marsa i Wenus niż dna morskiego. Głębiny oceanów wciąż skrywają wiele tajemnic. Niewielki odsetek światowych raf koralowych zbadano głębiej niż na 40 metrów. Dzięki Aalto Explorer może się to zmienić. To sieć technologii podwodnej, która umożliwia odkrywanie głębin morskich z dowolnego miejsca przy wykorzystaniu sieci 5G. Dron Aalto Explorer pozwala eksplorować oceany za pomocą wirtualnej rzeczywistości.

– Aalto Explorer jest pierwszym pojazdem sterowanym za pośrednictwem platformy społecznościowej, przeznaczonym do eksploracji mórz i oceanów. Wyposażony jest on w panel słoneczny, który może wytworzyć wystarczającą ilość energii elektrycznej dla całego systemu. Komunikuje się, wykorzystując technologię 5G  – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Annie Tran, członek zespołu Aalto Explorer.

Aalto Explorer składa się z podwodnego drona lub zdalnie sterowanego pojazdu (z ang.ROV – Remotely Operated Vehicle), zwanego Find-X. Zespół niedawno zbudował prototypowy ROV trzeciej generacji, który może sięgać głębiej niż poprzednie wersje. Poprzedni ROV mógł podróżować na głębokość 50 metrów, ale nowa wersja może zejść już nawet do 100 metrów.

Dzięki Aalto Explorer nie ma potrzeby kupowania podwodnych dronów czy wzięcia udziału w wyprawach nurkowych. Wystarczy internet. Dzięki platformie uzyskuje się dostęp do drona i w ten sposób można go kontrolować. Do wyprawy można dołączyć jako zwykły pasażer i w ten sposób poznawać podwodny świat. Badacze mogą skorzystać na bieżąco z gromadzonych danych. Kapitan sam wybiera, dokąd ma popłynąć podwodny dron. Uczestnicy tworzą załogę, która może się komunikować ze sobą tak, jakby podróżowali razem, nawet jeśli znajdują się w zupełnie innych miejscach.

– Jako pasażer oczywiście nie ma się kontroli nad systemem, zaś bilety dla „pasażerów” kosztują obecnie 10 euro, lecz później możemy wycenić je na 40 lub 50 euro, kiedy system będzie w pełni gotowy. Może być on również dostępny nieodpłatnie. Jeśli danego dnia użytkownik ma wolną jedną godzinę, możemy udostępnić system na tę godzinę. System jest zdalnie sterowany i w przypadku wystarczającej ilości energii elektrycznej, możemy się udać tak daleko, jak chcemy – wskazuje Annie Tran.

Twórcy Aalto Explorer podkreślają, że ich celem jest zapewnienie możliwości eksploracji oceanu wszystkim, bez konieczności zakupu drogiego sprzętu lub dalekich podróży. Podwodny dron może się też okazać pomocny w zbadaniu tajemnic głębin oceanu. Członkowie załogi mogą korzystać z 360-stopniowej kamery ROV do podwodnej eksploracji oraz klawiatury i myszy, aby kontrolować widok. Efekty wizualne mogą też zostać przesłane do zestawu VR, dając członkom załogi perspektywę, jakby faktycznie znajdowali się w łodzi podwodnej.

Jak wynika z danych Biura Eksploracji i Badań Oceanicznych NOAA, ludziom udało się zbadać tylko około 5 proc. dna oceanu i maksymalnie 20 proc. ogółu powierzchni. Wiemy więcej o kosmosie niż o oceanach. Mapy Marsa i Wenus są znacznie dokładniejsze niż morskiego dna – 98 proc. powierzchni Wenus zostało zmapowane do rozdzielczości około 100 metrów. W przypadku dna oceanu – 10–15 proc. Jednocześnie tylko w USA budżet na eksplorację oceanów stanowi ok. 1 proc. budżetu na eksplorację kosmosu.

– Chcemy być takim Google Street View dla oceanu. Google już realizowało taki projekt w wersji Beta, mam nadzieję, że pozyskamy odpowiednie inwestycje, żeby rozwinąć ten pomysł. Możemy jednak udać się głębiej, do dna morskiego i w pewnym stopniu będziemy mogli zobaczyć, co znajduje się na dnie poszczególnych oceanów czy mórz. Obecnie jesteśmy na etapie trzeciego prototypu i w maju 2020 r. planujemy zakończyć prace – zapowiada Annie Tran.

Zespół chce rozszerzyć projekt – planuje zbudować pięć nowych ROV-ów, każdy do eksploracji innego oceanu. Obecnie przedsięwzięcie można finansować społecznościowo na Indiegogo.

Poznań odwiedza rocznie 1,5 miliona turystów

Poznań stał się miastem, w którym zdecydowanie warto inwestować w ofertę turystyczną. Według informacji przedstawionych przez BadaM Poznań w ciągu minionej dekady stolica Wielkopolski stała się jednym z najliczniej odwiedzanych spośród dużych polskich miast.

Pod tym względem wyprzedzają go jedynie Warszawa, Kraków, Gdańsk i Wrocław. Liczba zagranicznych gości od 2009 roku utrzymuje się na podobnym poziomie – około 300–400 tysięcy osób rocznie Zdecydowany wzrost odnotowano za to w grupie polskich turystów. Jeszcze 10 lat temu pojawiało się ich w Poznaniu około 650 tysięcy noclegów rocznie, a obecnie liczba ta sięga już 1,1 miliona.

Atrakcyjność turystyczna miasta wzrasta nie bez powodu. Poznań przyciąga gości dużą liczbą dorocznych wydarzeń, takich jak Poznań za Pół Ceny, Jarmark Świętojański, Dni Twierdzy Poznań czy Imieniny Ulicy Święty Marcin. Ogromnym zainteresowaniem cieszą się również festiwale – m.in. Poznań Malta Festiwal, Ethno Port Festiwal, Spring Break, Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku i Międzynarodowy Festiwal Rzeźby Lodowej. Potencjał turystyczny miasta podnoszą duże imprezy sportowe. Do tego od lat niezmiennie rośnie liczba osób z kraju i zagranicy przyjeżdżających w związku z Międzynarodowymi Targami Poznańskimi.

Jeśli chodzi o miejsca, jakie najchętniej odwiedzają goście Poznania, nie ma większych niespodzianek. Największą atrakcją pozostaje Stary Rynek, a tuż po nim – Katedra, Stary Browar i Malta. Turyści chętnie korzystają z bogatej oferty gastronomicznej miasta, przy czym lokalne specjały nie cieszą się większą popularnością, niż tajskie curry czy francuskie naleśniki. Poznań pod tym względem jest miastem multikulturowym, a goście szukają kuchni zgodnej z własnymi preferencjami. Poznańska baza noclegowa liczy około 13 tysięcy miejsc. Wielu przyjezdnych nocuje u rodziny lub znajomych, niemniej co trzeci decyduje się na nocleg w hotelu lub hostelu. Liczba ich gości to blisko 900 tysięcy osób rocznie.

W I poł. 2019 r konsumenci na całym świecie wydali na smartfony 210 mld EUR

Konsumenci na całym świecie wydali 210 mld EUR na smartfony w pierwszej połowie 2019 roku. W Polsce nadal większą popularnością cieszą się produkty z niższych półek cenowych.

W okresie od stycznia do czerwca tego roku, konsumenci na całym świecie zakupili smartfony warte 210 mld EUR. Utrzymuje się dynamiczny wzrost z zeszłego roku i według prognoz konsumenci w 2019 roku mają wydać bilion euro na techniczne dobra konsumpcyjne, z czego ok. 43 proc. przeznaczone zostanie na smartfony o coraz wyższych specyfikacjach.

Czynnikiem sukcesu na rynku smartfonów nadal jest możliwość wykonywania coraz wyższej jakości zdjęć i filmów. Smartfony wyposażone jednocześnie w wyświetlacz o przekątnej 6-7”, aparat 20MP+ i pamięć 128GB+ odpowiadały za 16 proc. przychodów sektora w pierwszej połowie 2019 roku, czyli 33 mld EUR. W analogicznym okresie ubiegłego roku odsetek ten wynosił zaledwie 3 proc.

Wysokie parametry zapewniają bogactwo doświadczeń

Nie tylko trwa wyścig o jak najwyższą rozdzielczość aparatów, ale coraz częściej rośnie także ich liczba. Smartfony z podwójnym aparatem tylnym odpowiadały za połowę globalnej wartości sprzedaży w tym sektorze w pierwszym półroczu 2019 roku, rośnie także udział w rynku modeli z potrójnym aparatem tylnym, które od stycznia do czerwca 2019 zapewniły 20 proc. wartości rynku (wzrost z 1 proc. w analogicznym okresie ubiegłego roku). Motorem wzrostu są telefony z pojedynczym aparatem z przodu i potrójnym z tyłu, których udział w pierwszej połowie 2019 roku wyniósł 16 proc.

Najważniejszy czynnik umożliwiający uzyskanie lepszych/wysokich parametrów to procesory smartfonów. 18 proc. modeli sprzedanych w pierwszej połowie 2019 roku wyposażonych było w procesory o mocy rzędu 2,5-2,8GHz, w tym samym okresie zeszłego roku odsetek ten wynosił zaledwie 5 proc. Przeskok w dostępności potężnych smartfonów wiąże się z popytem na bogate doświadczenia mobilne i rosnącym użyciem chłonących zasoby aplikacji takich jak gry. Procesory smartfonów nie tylko stały się przez lata szybsze, ale zmieniła się także ich podstawowa architektura. Na przykład dwie trzecie kupowanych na całym świecie modeli jest obecnie wyposażonych w ośmiordzeniowe procesory – to o 6 proc. więcej niż w roku 2018. Jedną z najbardziej niecierpliwie wyczekiwanych w tym roku funkcji smartfonów jest z pewnością 5G. Pierwsi operatorzy uruchomili usługi 5G od 1 kwietnia. Smartfony obsługujące 5G stanowiły 41 proc. wszystkich urządzeń zakupionych w czerwcu w Korei Południowej. Obok smartfonów o wysokich parametrach, modele w cenach premium zanotowały 8 proc. udział w sprzedaży w ujęciu liczby sztuk w pierwszej połowie 2019 roku. W analogicznym okresie roku 2018 udział ten wyniósł 6 proc.

Upraszczanie napędza wzrost

Branża smartfonów obejmuje nie tylko słuchawki. Smartwatche należą do urządzeń, które porwały wyobraźnię konsumentów, ponieważ mają potencjał uproszczenia sposobu, w jaki wykorzystywana jest technologia smartfonów. Z punktu widzenia sprzedaży, smartwatche zanotowały w pierwszej połowie 2019 roku wzrost o 47 proc. w ujęciu rok do roku.

Polska – więcej za mniej, czyli rozwój technologii na rynku polskiej telefonii komórkowej

W Polsce, w porównaniu z krajami Europy zachodniej, nadal większą popularnością cieszą się produkty z niższych półek cenowych. Spośród czterech segmentów rynku telefonii komórkowej (smartfony, telefony komórkowe, urządzenia do noszenia takie jak, np. smartwatche oraz pozostałe dodatki, np. ładowarki) największy (w pierwszym kwartale 2019 r. stanowił aż 91 proc. wartości rynku rynku) i najbardziej istotny jest segment smartfonów, w którym wartość sprzedaży (a także obrotów) w 2018 r. w stosunku do 2017 wzrosła prawie o 10 pkt. procentowych. Zmiany technologiczne oraz wzrost dostępności produktów z wyżej wymienionego segmentu sprawiają, że Polacy coraz rzadziej sięgają po telefony komórkowe starej generacji. Jest to jedyny segment rynku, którego wartość od lat systematycznie spada (w pierwszym półroczu stanowi ona już zaledwie niespełna 2 proc. rynku). Choć smartwatche i pozostałe urządzenia do noszenia (prawie 4 proc. wartości rynku w pierwszym kwartale) nadal są relatywnie mało istotne w kontekście całego rynku telefonii komórkowej, to właśnie w tym segmencie obserwujemy najbardziej dynamiczny wzrost. W ubiegłym roku liczba sprzedanych sztuk wyniosła sto sześćdziesiąt razy więcej niż w roku 2013, a pomiędzy rokiem 2017 i 2018 wzrost sprzedaży był ponad dwukrotny.

Bieżący rok związany jest z istotnymi zmianami technologicznymi, które sprawiają, że telefony komórkowe starej generacji najprawdopodobniej znikać będą z rynku coraz szybciej i niebawem odejdą do lamusa. Obserwowany trend związany ze zwiększaniem się rozmiarów wyświetlaczy nadal utrzymuje się i przybiera na sile. W pierwszej połowie 2019 roku już prawie połowa wszystkich sprzedanych smartfonów miała przekątną wyświetlacza powyżej 6 cali, podczas gdy w roku ubiegłym ten podsegment rynku stanowił niespełna 3 proc. Nadal obserwowany jest wzrost również i innych parametrów technologicznych kupowanych smartfonów – liczby tylnych aparatów, pojemności baterii, pamięci GB. Niewątpliwie na wybory Polaków, poza technologią, ma wpływ także cena urządzeń mobilnych. Choć w stosunku do pierwszego półrocza roku ubiegłego obserwowany jest nieznaczny wzrost średniej ceny kupowanych telefonów, to w przypadku smartfonów z ekranem powyżej 6 cali spadła ona prawie o połowę.

Maciej Piekarski, Client Business Partner i analityk GfK komentuje: „Spojrzenie na rynek w wieloletniej perspektywie, jak i rozwój technologii napawa optymizmem, ale w tej beczce miodu znajduje się również łyżka dziegciu. Liczba sprzedanych sztuk smartfonów od stycznia do czerwca br. spadła o 5 proc. w stosunku do tego samego okresu roku ubiegłego, co może oznaczać, że polski rynek w tym segmencie nasyca się. W przypadku smartfonów obroty wzrosły o 4 proc. mimo spadku sprzedaży. Dalszych wzrostów wartości sprzedaży możemy spodziewać się w przypadku urządzeń do noszenia – wartość tego segmentu w pierwszym półroczu wyniosła już ponad 82 proc. ubiegłorocznej wartości sprzedaży i po raz pierwszy w historii polskiego rynku jest większa od wartości pozostałych dodatków, które stanowiły niewiele ponad 3 proc. obrotów w pierwszym półroczu br.”

Nowa Komisja Europejska będzie miała olbrzymi wpływ na polską energetykę

Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie
Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie.pl

Polska ze swoją polityką energetyczną jest coraz bardziej osamotniona. Kraje UE chcą likwidacji subsydiowania górnictwa, a emisja CO2 ma być wysoko opodatkowana. Projekt nowelizacji dyrektywy o opodatkowaniu energii ma ujrzeć światło dzienne za 100 dni.

Frans Timmermans, który zainicjował i kontynuował wbrew opinii samego szefa odchodzącej KE, Jeana-Claude’a Junckera, postępowanie przeciwko Polsce o naruszenie praworządności, dostał tekę najbardziej drażliwą z punktu widzenia polskiego rządu. Dostał fotel pierwszego zastępcy Ursuli von der Leyen oraz tekę komisarza ds. klimatu. Będzie koordynował politykę klimatyczną na szczeblu całej Komisji i zaprowadzał „Europejski Zielony Ład” (European Green Deal, tak oficjalnie nazywa się jego portfolio).

Timmermans ma także koordynować powstanie nowego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (Just Transition Fund), który ma współfinansować odejście od węgla w regionach gospodarczo uzależnionych od tego surowca, takich jak Śląsk, Bełchatów, Konin, niemieckie Łużyce czy grecka Macedonia. Polska może być głównym beneficjentem tego funduszu, ale najpierw musimy jasno określić kiedy i jak chcemy odejść od węgla.

Zadanie prawnego zaprojektowania Funduszu dostała Elisa Ferreira, Portugalka odpowiedzialna za politykę spójności. Przypomnijmy, że od 25 do może nawet 30 proc. środków z nowej perspektywy budżetowej UE na lata 2021 -27 ma być przeznaczone na cele klimatyczne.

Timmermans (w zasadzie podległa mu Dyrekcja ds. Klimatu) ma także opracować pierwszy w UE akt prawny nazwany „europejskim prawem klimatycznym”. Nie wiadomo czy będzie to dyrektywa czy jakieś inne źródło prawa, list stwierdza tylko, że ma on zapewnić przejście do neutralności klimatycznej UE w 2050 r. Holender będzie koordynował także prace nad gospodarką obiegu zamkniętego.

– Ale najciekawsze jest kolejne zadanie, Timmermans ma koordynować prace nad nowym systemem podatkowym, który będzie uwzględniał cele klimatyczne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Złożą się na niego dwa elementy: „importowy podatek węglowy” (carbon border tax), który ma wyrównać warunki konkurencji między firmami z UE, a przedsiębiorstwami z krajów nie noszących w sercu walki ze zmianami klimatu i nowelizacja bardzo ważnej unijnej dyrektywy, dotyczącej opodatkowania energetyki.

Podatek jest starym postulatem Francuzów, popiera go także Polska, ale jego wprowadzenie może być problematyczne – Ursula von der Leyen zapowiada, że musi być zgodny z regułami Światowej Organizacji Handlu. Tymczasem na razie WTO nie przewiduje takiej możliwości. Za zaprojektowanie przepisów będą odpowiedzialni komisarz ds. gospodarki Włoch Paolo Gentiloni oraz unijny komisarz ds. handlu, Irlandczyk Phil Hogan, który ma też zabiegać o reformę samej WTO.

Druga sprawa jest znacznie bardziej konkretna. Chodzi o znowelizowanie unijnej Dyrektywy o Opodatkowaniu Energii, tak aby sprzyjała unijnym celom klimatycznym. Unijna maszyna legislacyjna w tej akurat kwestii chyba już ruszyła. Reuters opisał dokument, który omawiali 7.09 ministrowie finansów. Przygotowali go przewodzący UE w tym półroczu Finowie. Proponują m.in. aby opodatkowanie odzwierciedlało „wkład” poszczególnych paliw w emisję CO2, ale uważają także, że obecne minimalne stawki akcyzy na produkty energetyczne są za niskie i nie stymulują inwestycji. Podniesienie akcyzy na benzynę może być jednak trudne, zważywszy np. na protesty jakie wywołało ostatnio we Francji. Dużo bardziej prawdopodobne będzie podniesienie podatków od węgla, bo w Europie używa się go coraz mniej.

Finowie apelują także o likwidację subsydiów do paliw kopalnych. To oznacza z kolei dyskusję co jest subsydium, a co nie. Np. w Polsce rząd dopłaca kilka mld zł rocznie do emerytur górniczych, ale na razie w świetle przepisów trudno to uznać za subsydiowanie węgla. Projekt nowelizacji dyrektywy o opodatkowaniu energii ma ujrzeć światło dzienne w ciągu najbliższych 100 dni.

Matematyka i język polski to – zdaniem Polaków – najbardziej przydatne przedmioty szkolne

Polacy uznają za najbardziej przydatne w dorosłym życiu takie przedmioty, jak matematyka – 49%, język polski – 39%, języki obce – 33%, informatyka – 21%, a także geografia – 17%. Za mniej istotne są uważane podstawy przedsiębiorczości – 11%, wiedza o społeczeństwie – 7%, jak również wychowanie do życia w rodzinie – 4%. Dla osób do 35. roku życia na pierwszym miejscu są języki obce. Starsi wskazują głównie na matematykę. Jest ona też najważniejsza dla mężczyzn. Kobiety najbardziej preferują język polski. Gospodarstwa domowe o dochodach w wysokości co najmniej dwóch średnich krajowych pensji najczęściej wymieniają matematykę. W opinii badanych, język obcy jest bardziej potrzebny w zamożniejszych rodzinach.

Analiza Instytutu Badawczego ABR SESTA i firmy Syno Poland wykazała, że dla prawie połowy Polaków najważniejszym przedmiotem szkolnym w perspektywie całego życia jest matematyka – 49%. Na drugim miejscu jest język polski – 39%. Dalej respondenci wskazują na języki obce – 33%, informatykę – 21%, a także na geografię – 17%.

– Z badania omnibusowego wynika, że opinie o przydatności poszczególnych przedmiotów różnicuje płeć, wiek, wykształcenie oraz obecna sytuacja materialna. Kobiety bardziej cenią sobie znajomość języków, a mężczyźni – przedmioty ścisłe. Osoby o wyższych dochodach wskazują głównie na matematykę i języki obce – mówi dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Kilka innych wyników może zaskakiwać. Warto zauważyć, że mało praktyczne wydają się Polakom np. podstawy przedsiębiorczości – 11%. Podobna opinia funkcjonuje na temat wiedzy o społeczeństwie – 7%. Jeden z najniższych wskaźników ma też wychowanie do życia w rodzinie – 4%.

– Niskie notowania ww. przedmiotów mogą wynikać z faktu, że niektóre osoby ukończyły edukację przed wprowadzeniem ich do programów szkolnych. Trudno im oceniać przydatność życiową zajęć lekcyjnych, których nie mieli. Nie wszyscy też popierają propagowaną przez oświatę rolę zawodową przedsiębiorcy. Ponadto część badanych może być negatywnie nastawiona do nacechowanego ideologiczne wychowania do życia w rodzinie – tłumaczy dr Piotr Pilch z Akademii Leona Koźmińskiego.

Według Polaków do 35. roku życia, w codziennej egzystencji najbardziej przydają się języki obce – 22%. Dobrze jest też znać matematykę – 18%, a także język polski – 13%. Dr Jurowczyk przypomina, że ww. przedmioty są niezbędne do zdania matury i rozpoczęcia studiów. Bez wyższego wykształcenia dość trudno jest znaleźć dobrze płatną pracę, zgodną z zainteresowaniami. Znajomość przynajmniej jednego języka obcego nie jest niczym niezwykłym dla młodych ludzi otwartych na świat.

– Z kolei badani powyżej 36 lat na pierwszym miejscu wskazywali matematykę – 25%, a na drugim – język polski – 17%. Są to przedmioty, które mają największą liczbę godzin w programie i uniwersalną przydatność życiową oraz zawodową. Dopiero na trzeciej pozycji znalazły się – języki obce – 10%. Wynika to z tego, że starsze osoby musiały obowiązkowo uczyć się rosyjskiego, który potem nie znalazł w ich życiu uznania ani praktycznego zastosowania – wyjaśnia dr Pilch.

Z kolei dr Paweł Jurowczyk zwraca uwagę na to, że język polski pojawia się w czołówce niezależnie od wieku respondentów. Z tego wynika, że poprawna polszczyzna nie traci na znaczeniu. Jak widać, zdaniem Polaków, umiejętność odpowiedniego formułowania wniosków, pisania i wysławiania się przydaje się w życiu.

– Mężczyźni uważają, że najczęściej przydatne w życiu okazują się umiejętności zdobyte na matematyce, informatyce, historii, technice lub ZPT i fizyce. Wyróżniają też wychowanie fizyczne. Głównie wymieniają przedmioty ścisłe i praktyczne, które preferują ze względu na swoje predyspozycje umysłowe oraz zainteresowania. Odwrotną sytuację mamy wśród kobiet w odniesieniu do nauk humanistycznych. W ich opinii, kolejność wg ważności jest następująca – język polski, obcy, biologia lub przyroda, podstawy przedsiębiorczości i wychowanie do życia w rodzinie – informuje ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego.

Z badania wynika również, że osoby z gospodarstw domowych o dochodach w wysokości co najmniej dwóch średnich krajowych pensji częściej wymieniają matematykę niż pozostałe przedmioty. To jest efektem tego, że kompetencja w zakresie powyższych przedmiotów warunkuje uzyskiwanie wyższych zarobków. Znajomość matematyki jest kluczowa w zawodach technicznych.

– W ocenie Polaków, język obcy jest bardziej przydatny w gospodarstwach domowych o dochodach przewyższających średnią krajową. Podobnie jak kiedyś nauka rosyjskiego była standardem, tak teraz dzieje się w przypadku angielskiego. Władanie nim umożliwia zatrudnienie w firmach z kapitałem zagranicznym lub prowadzących międzynarodową współpracę. Znajomość dwóch języków obcych jest oczekiwana ze względu na perspektywy emigracji zarobkowej czy nowe typy karier – podsumowuje dr Pilch.

Dane zostały zebrane za pomocą badania internetowego (CAWI), przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ABR SESTA oraz firmę Syno Poland, na reprezentatywnej grupie 1001 mieszkańców Polski.

Wynajem mieszkania – o czym pamiętać

W Polsce liczba lokatorów w 2017 roku wynosiła ponad 2 mln, tendencja jest ciągle wzrostowa. Przed podjęciem decyzji o wynajęciu mieszkania warto dokładnie przeanalizować prawa i obowiązki zarówno właściciela jak i najemcy.  

Po pierwsze, umowa wynajmu mieszkania powinna być sporządzona pisemnie. Chroni to zarówno najemcę jak i właściciela lokalu. Według kodeksu cywilnego umowa najmu nieruchomości na okres dłuższy niż rok musi być zawarta w formie pisemnej. W przypadku innej formy, np. umowy ustnej, uznaje się, że umowa jest zawarta na czas nieokreślony.

Drugim dokumentem, który warto sporządzić jest protokół zdawczo- odbiorczy. Określa się w nim stan techniczny mieszkania, instalacji, zaznacza ewentualne usterki oraz podaje stan liczników. Taki dokument stanowi podstawę rozliczeń przy zwrocie lokalu właścicielowi.

Sama umowa najmu powinna składać się z kilku kluczowych elementów:

  • Określenie stron zawierających umowę, ich identyfikacja i podanie danych osobowych oraz adresu zameldowania. Takie informacje są szczególnie przydatne w sytuacji, gdy właściciel mieszkania straci kontakt z najemcą.
  • Określenie przedmiotu wynajmu, czyli podanie dokładnie czego dotyczy umowa. W przypadku mieszkania należy podać dokładny adres i dane „techniczne” (metraż, ilość pomieszczeń i wyposażenie). Najemca powinien zadbać o to, żeby wynajmujący oświadczył, że mieszkanie jest jego własnością, lub jest upoważniony do dysponowania nim.
  • Wynajmujący zobowiązany jest przekazać do użytku lokal w pełni sprawny z działającymi instalacjami. Jeżeli wymaga tego sytuacja, mogą być uwzględnione inne zobowiązania wynajmującego, dotyczące np. zakupu dodatkowych sprzętów czy przeprowadzenia remontu.
  • Zobowiązanie najemcy do zapłaty czynszu w wysokości określonej w umowie powinno znaleźć się informacja do którego dnia każdego miesiąca płatność należy regulować. Należy też zaznaczyć co składa się na czynsz i czy są dodatkowe koszty związane z dodatkowymi rachunkami. Oprócz ustawowych obowiązków najemcy, czyli utrzymania lokalu we właściwym stanie technicznym, można też dodać dodatkowe zobowiązania.
  • Ważną kwestią jest ustalenie wysokości kaucji. Według ustawy, jej wysokość to maksymalnie dwunastokrotność miesięcznego czynszu i powinna być wpłacona najpóźniej do dnia podpisania umowy. Kaucja jest zabezpieczeniem dla wynajmującego przed ewentualnymi szkodami. Warto też wskazać czy i kiedy jest ona zwracana najemcy.
  • Ostatni punkt dotyczy końca umowy najmu, należy określić czy umowa zawierana jest na czas nieokreślony czy określony. Jeżeli wybieramy drugą formę, należy jednoznacznie wskazać początkowy i końcowy dzień zakończenia umowy. Z końcem umowy związany jest też okres wypowiedzenia, zgodnie z kodeksem cywilnym, gdy czynsz jest płatny miesięcznie – na miesiąc naprzód na koniec miesiąca kalendarzowego; gdy czynsz jest płatny w krótszych odstępach czasu – na trzy dni naprzód; gdy decydujemy się na wynajem krótkookresowy, np. na doby, wypowiedzenie powinno być przedstawione osobie wynajmującej na jeden dzień naprzód.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus Sp. z o.o. zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami.

Amerykanie obniżają stopy

Pomimo pewnych wątpliwości, które pojawiły się na ostatnią chwilę, FOMC podjął decyzję o obniżce stóp procentowych. Znów trwają spekulacje, czy to naprawdę koniec ruchów na stopach procentowych, głosy są mocno podzielone.

FED nie zawiódł

Zgodnie z oczekiwaniami na wczorajszym posiedzeniu Komitetu Otwartego Rynku doszło do obniżki stóp procentowych o 0,25%. Co ciekawe o ile główna stopa spadła o 0,25% pozostałe zostały zredukowane o 0,3%. W komunikacie po decyzji w argumentacji dominowały czynniki zewnętrzne co może sugerować, że FED nie jest zaniepokojony sytuacją w USA. Warto natomiast zwrócić uwagę, że 2 na 9 członków nie było zwolennikami obniżek stóp. Co więcej, patrząc na długoterminowe prognozy stóp procentowych może się to okazać końcem cyklu obniżek. Właśnie to najprawdopodobniej było odpowiedzialne za umacnianie się dolara po posiedzeniu – skoro ma to być koniec obniżek, to inwestorzy dostosowywali pozycję. Z drugiej strony nie zabrakło oczywiście tweeta od prezydenta USA, który zganił Komitet. Patrząc na naciski na FOMC można się spodziewać presji na kolejne obniżki, co może wpłynąć na grudniową decyzję.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Analitycy spodziewali się, że wzrost produkcji przemysłowej w ujęciu rocznym spowolni, z 5,8% w zeszłym roku, do zaledwie 1,7% w tym. Nie spodziewali się jednak odczytu aż o 3% słabszego od oczekiwań. W wyniku tych danych złoty jest od rana pod presją i traci względem euro. Silniejsze są spadki względem franka, ale tam dodatkowo nałożyła się decyzja Banku Szwajcarii o pozostawieniu stóp procentowych bez zmian, co dodatkowo umacnia franka.

Zmiana w fotelu ministra finansów

To, że Marian Banaś w fotelu szefa finansów będzie zasiadać jedynie tymczasowo wiadomo było prawie od razu. Właśnie poznaliśmy nazwisko jego następcy. Piątym ministrem tego resortu w obecnej kadencji zostanie Jerzy Kwieciński. Warto zauważyć, że będzie on jednocześnie szefem ministrem inwestycji i rozwoju. Wątpliwe, by zdążył się on zapisać w historii ze względu na nadchodzące wielkimi krokami wybory – zapewne z tego względu rynki reagują na tą wiadomość neutralnie.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

“Jastrzębie cięcie” ze strony Rezerwy Federalnej wsparło dolara amerykańskiego

Podczas wczorajszego spotkania decyzyjnego, amerykański bank centralny po raz drugi w tym roku obniżył stopy procentowe. Retoryka Rezerwy Federalnej była jednak niespodziewanie jastrzębia, co może sugerować, że decydenci w najbliższym czasie nie będą obniżać stóp procentowych.

Zgodnie z oczekiwaniami rynku, Fed obniżył stopy procentowe o 25 punktów bazowych, w wyniku czego znalazły się ona w przedziale 1,75-2,00%. Za natychmiastową obniżką stóp głosowali niemal wszyscy członkowie FOMC, z wyjątkiem dwóch – Esther George oraz Eric Rosengren głosowali za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Z kolei jeden z najbardziej gołębich członków Rezerwy Federalnej, James Bullard, opowiedział się za głębszą obniżką stóp procentowych, czyli o 50 pb.

Wystąpienie przewodniczącego FOMC, Jerome’a Powella, po spotkaniu decyzyjnym banku centralnego należałoby określić jako raczej jastrzębie. Prezes Rezerwy Federalnej zwracał uwagę między innymi na dobrą kondycję amerykańskiego rynku pracy oraz wysokie wydatki gospodarstw domowych. Zgodnie z oświadczeniem Powella osłabił się natomiast eksport. Dodatkowe oznaki słabości z zewnątrz nie wystarczyły jednak, aby w istotny sposób wpłynąć na projekcje ekonomiczne banku centralnego. Rezerwa Federalna nieznacznie podniosła dotychczasowe prognozy wzrostu gospodarczego – według amerykańskiego banku centralnego w 2019 r. gospodarka Stanów Zjednoczonych urośnie o 2,2% (wcześniej szacowano wzrost na 2,1%).

Ponieważ decyzja o obniżce stóp procentowych Rezerwy Federalnej była oczekiwana przez inwestorów, ich uwaga skupiła się m.in. na publikacji nowego „dot plotu” FOMC, obrazującego indywidualne oczekiwania decydentów Rezerwy Federalnej względem kształtowania się stóp procentowych na przestrzeni najbliższych trzech lat i w dłuższym terminie. Nowy „dot plot” bardzo wyraźnie wskazuje na podział w kwestii oczekiwań członków amerykańskiego banku centralnego względem dalszych kroków w polityce monetarnej. Zgodnie z medianą „dotów” do końca 2019 roku nie zanosi się na więcej cięć stóp procentowych Rezerwy Federalnej, niemniej, siedmiu z siedemnastu członków FOMC uważa, że powinno dojść do ich obniżki. Pięciu decydentów stwierdziło natomiast, że do końca bieżącego roku stopy procentowe powinny wzrosnąć. Naszym zdaniem nie oznacza to, że część członków FOMC popiera podwyżki stóp procentowych – odbieramy to raczej jako sygnał pokazujący skalę opozycji do wczorajszej decyzji o obniżce stóp procentowych.

„Dot Plot” FOMC (wrzesień 2019)

Dot Plot FOMC
Źródło: Refinitiv Datastream/Rezerwa Federalna Data: 19/09/2019

Większa część apetytu amerykańskich decydentów na luzowanie polityki monetarnej była związana ze wzrostem niepewności w kontekście konfliktu handlowego na linii USA-Chiny. Ostatnie dane ekonomiczne dla USA wskazują jednak na odporność amerykańskiej gospodarki i naszym zdaniem, są one dalekie od poziomów, które uzasadniałyby podjęcie przez bank centralny agresywnego cyklu luzowania polityki monetarnej. Co istotne, w USA nadal notuje się wysokie tempo kreacji nowych miejsc pracy, a dynamika cen utrzymuje się w okolicy celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej. Ostatnie cięcia stóp procentowych w USA są tłumaczone jako kroki podejmowane z ostrożności i z wyprzedzeniem w kontekście możliwego pogorszenia się sytuacji w handlu międzynarodowym. Obniżki stóp mają też służyć ograniczeniu presji, jaką amerykańska gospodarka może odczuwać w związku z oczekiwanym spowolnieniem gospodarczym w dalszej części roku.

 

Podczas konferencji prasowej po spotkaniu decyzyjnym banku centralnego, Powell stwierdził, że Fed nie znajduje się na kursie, który byłby wyznaczony wcześniej, a jego decyzje będą w dużym stopniu zależne od napływających danych. Zgodnie ze słowami Powella, Fed będzie decydował o potrzebie działania spotkanie po spotkaniu. Powell stwierdził, że „szersze cięcia mogą być konieczne” na późniejszym etapie, dodając, że Fed będzie „podejmował odpowiednie działania w celu utrzymania ekspansji” amerykańskiej gospodarki, co jednak byłoby konieczne jedynie, jeśli sytuacja gospodarcza w USA się pogorszy. Naszym zdaniem sugeruje to koniec cięć stóp procentowych na ten moment, o ile nie dojdzie do kryzysu lub recesji w USA. Biorąc pod uwagę, że dostrzegamy niewielkie ryzyko zmaterializowania się któregoś z tych czarnych scenariuszy w najbliższym czasie, naszym zdaniem są większe szanse na to, że do końca 2019 roku Fed pozostawi stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Zachowanie dolara amerykańskiego zdawało się częściowo odzwierciedlać to, że Fed nie zobowiązał się do przeprowadzenia dodatkowych cięć stóp procentowych. W parze z polskim złotym amerykańska waluta po spotkaniu Rezerwy Federalnej doświadczyła umocnienia rzędu 0,5%, jednak dziś rano dolar utracił większość wczorajszych zysków. Brak większego i trwającego umocnienia waluty można powiązać z podziałami widocznymi w oczekiwaniach członków FOMC dotyczących kształtowania się stóp procentowych w przyszłości, które sugerują, że nie można całkowicie wykluczyć obniżek stóp procentowych w najbliższym czasie.

Kurs USD/PLN & USD/EUR (18/09-19/09)

Kurs USD PLN & USD EUR
Źródło: Bloomberg Data: 19/09/2019

Wycena kontraktów fed fund futures z Bloomberga sugeruje, że inwestorzy szacują prawdopodobieństwo kolejnej obniżki stóp procentowych przed końcem roku na ponad 60%. Naszym zdaniem prawdopodobieństwo to jest jednak wyraźnie przeszacowane. Jak wspomnieliśmy wyżej, naszym zdaniem Fed chce pozostawić sobie pole do obniżek stóp procentowych na wypadek, gdyby sytuacja w amerykańskiej gospodarce się pogorszyła. Jeśli dane gospodarcze nadal jednak będą wskazywać na odporność amerykańskiej gospodarki, a USA unikną recesji, której nadejście zdaje się sugerować zachowanie amerykańskiego rynku obligacji, w naszej opinii Fed nie powinien obniżać stóp procentowych, przynajmniej do końca tego roku.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Zarówno dłużnik, jak i wierzyciel mają swoje prawa

Z badania opinii, przeprowadzonego na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej KPF), wynika, że wiedza Polaków na temat windykacji jest znikoma. Aż 74 proc. ankietowanych przyznaje, że nie wie, jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny oraz jakie przepisy prawne chronią konsumentów w tym zakresie.[1] Rodacy nie wiedzą również, gdzie mogą zgłosić się po pomoc w przypadku wątpliwości co do profesjonalizmu stosowanych praktyk windykacyjnych.  

Związek Przedsiębiorstw Finansowych przeprowadził badanie opinii w ramach kampanii edukacyjnej „Windykacja? Jasna Sprawa!”. Jego celem było zweryfikowanie wiedzy Polaków na temat procesu windykacji oraz poznanie ich doświadczeń w kontakcie z firmami zarządzającymi wierzytelnościami. Okazało się, że 74 proc. respondentów nie wie, jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny oraz jakie prawa chronią ich w tym zakresie.

Warto wiedzieć jakie są podstawowe etapy windykacji, co powinniśmy zrobić, gdy dostaniemy wezwanie do zapłaty, w jaki sposób na nie odpowiedzieć, jak negocjować warunki spłaty zadłużenia, jak powinna wyglądać komunikacja z windykatorem lub kiedy firma windykacyjna może skierować sprawę do sądu. To podstawowe informacje, które każdy konsument powinien zgłębić. Nie tylko ten, który w danym momencie boryka się z zadłużeniem – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF.

Problem w tym, że wciąż jest zbyt mało edukacyjnych treści dotyczących windykacji, mówiących zarówno o samym procesie, jak i o przepisach prawnych. Realizując kampanię „Windykacja? Jasna Sprawa!” staramy się wypełnić tę lukę. Mówimy nie tylko o windykacji, ale również o tym, jak zarządzać domowym budżetem, jak pożyczać w sposób odpowiedzialny, jak wywiązywać się ze swoich zobowiązań – dodaje.

Wierzyciel tak jak dłużnik ma swoje prawa

Zgodnie z obowiązującym prawem wierzyciel może podejmować działania, które – prowadzone z poszanowaniem praw dłużnika – zmierzają do odzyskania swoich należności. Okazuje się jednak, że w rozumieniu dużej grupy konsumentów, wiele działań, w pełni zgodnych z prawem, traktowanych jest jako nieprofesjonalne, czy nieetyczne. Dobrym przykładem może być wizyta konsultanta w domu osoby zadłużonej, czyli tzw. windykacja terenowa. W badaniu ZPF 25,4 proc. ankietowanych uznało, że jest ona przykładem działania niewłaściwego. Tymczasem, taki rodzaj windykacji jest zgodny z prawem.

Wierzyciele lub w ich imieniu firmy windykacyjne decydują się najczęściej na takie czynności windykacyjne tylko dlatego, że dłużnik świadomie unika kontaktu, traktując to jako swoisty sposób na zwolnienie z długu, czy co do zasady, gdy nie mogą skontaktować się one z konsumentem w żaden inny sposób. Okazuje się, że samym osobom zadłużonym lepiej jest porozmawiać o swojej sprawie osobiście. Przekonują się bowiem w praktyce, że spłata długu jest możliwa i nie rujnuje budżetu domowego, a nawet wprost przeciwnie. Staje się to pozytywnym sposobem na przywrócenie spokoju w finansach domowych – przypomina Andrzej Roter.

Kolejnym przykładem jest to, w jaki sposób konsumenci postrzegają pisemne wezwania do zapłaty. Aż 15 proc. ankietowanych, którzy wzięli udział w badaniu, przyznało, że wysyłanie wezwań do zapłaty jest działaniem nieprofesjonalnym, tymczasem to naturalne działanie wierzycieli, lub w ich imieniu, wykonywane celem odzyskania swoich pieniędzy.

Konsumenci mają do kogo się odwołać

Aż 76 proc. uczestników badania przyznaje, że nie wie, gdzie może zgłosić wniosek o zbadanie konkretnych praktyk windykacyjnych. A przecież w Polsce funkcjonuje wiele podmiotów, do których można zwrócić się o pomoc w przypadku wątpliwości co do praktyk stosowanych przez wierzycieli, odzyskujących swoje należności. Na straży rzetelności wszystkich firm z branży finansowej stoi Biuro Rzecznika Finansowego, które przyjmuje skargi i pomaga konsumentom. Można odwołać się także do Federacji Konsumentów czy Rzeczników Konsumentów, a jeżeli czujemy się nękani, możemy ten fakt zgłosić na policję. Wnioski o zbadanie zgodności praktyk biznesowych z etycznymi standardami dotyczące Członków Związku Przedsiębiorstw Finansowych można zgłaszać do Komisji Etyki, która działa w ramach tej organizacji.

Warto zauważyć i podkreślić, że czynności windykacyjne podejmowane przez profesjonalne firmy windykacyjne są zgodne z prawem, a nawet więcej, bo zgodne z Zasadami Dobrych Praktyk Windykacyjnych, obowiązującymi w ZPF. W przypadku wątpliwości, czy tak jest rzeczywiście, konsumenci mają cały szereg możliwości, stwarzanych przez choćby profesjonalne grono Rzeczników Konsumentów, do tego, by sprawnie, merytorycznie zweryfikować sytuację, w jakiej się znaleźli i uzyskać konkretną pomoc – stwierdza Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF.

[1] Badanie opinii zrealizowane na zlecenie ZPF, przez agencję badawczą SW Research w czerwcu 2019 roku. Próba = 1000.

Bruksela znowu przygląda się inteligentnym tachografom

Konfederacja Organizacji Kontroli w Transporcie Drogowym (CORTE) uważnie przygląda się wdrożeniu inteligentnych tachografów. Przepis o smart tacho w każdym nowym pojeździe ciężarowym wszedł w życie i co dalej? O pierwszych problemach i nowych możliwościach opowiada Mateusz Włoch, ekspert Inelo, członek CORTE.

Problemy już na starcie

Liczba samochodów ciężarowych w Polsce rośnie z roku na rok. Zgodnie z raportem przygotowanym przez Polski Związek Przemysłu Motorowego (PZPM), w I połowie 2019 r. zarejestrowano 16,8 tys. samochodów ciężarowych[1]. To o ponad 1,7 tysiąca więcej niż w analogicznym okresie roku 2018[2]. Po europejskich drogach jeździ ponad 234 tys. polskich TIR-ów[3], czyli najwięcej ze wszystkich  krajów Wspólnoty. Niesie to jednak poważne konsekwencje w związku z omawianym obowiązkowym wyposażeniem nowych samochodów w smart tachografy. Pierwsze problemy pojawiły się w Polsce już w maju, kiedy to okazało się, że karty do tachografów drugiej generacji trafią do warsztatów zbyt późno. Podobny problem z zaopatrzeniem dotknął te same urządzenia. Komponenty inteligentnych tachografów, a zwłaszcza czujniki ruchu, bywały towarem deficytowym.

Warto pamiętać, że od 15 czerwca stopniowo – wraz z pojawianiem się na rynku nowych pojazdów, wkraczają do użytku smart tachografy. Brak kart warsztatowych stanowił pewien problem, jednak nie paraliżował on rynku. Zmiany związane z wprowadzeniem inteligentnych tachografów dla marki Inelo nie były problemem, gdyż już z wyprzedzeniem przygotowaliśmy aktualizację do oprogramowania rozliczającego czas pracy kierowców. Dzięki temu przedsiębiorcy wykorzystujący nowe tacho zyskali możliwość pobrania i analizy danych z nowej generacji urządzeń i kart – mówi Mateusz Włoch, ekspert marki Inelo.

Da się bezpieczniej

Eurostat podaje, że w 2017 roku na europejskich drogach zginęło 25 tys. osób. Z policyjnych statystyk wynika, że 1,9 proc. wypadków jest spowodowanych zmęczeniem lub nawet zaśnięciem kierowcy. Choć udział truckerów w tych wypadkach drogowych jest stosunkowo niewielki, bo oscyluje wokół 3,2 proc.[4], to konieczne jest ciągłe doskonalenie systemu podnoszącego poziom bezpieczeństwa na drogach.

Inteligentne tachografy są jedną z metod walki z nieuczciwymi praktykami manipulowania czasem jazdy. Służby kontrolne, mając możliwość sczytywania danych z urządzenia cyfrowego, są w stanie wskazać znacznie większą ilość pojazdów, w których mogą być naruszane normy czasu pracy lub inne przepisy prawa np. wykrycie wyłączonych tachografów. W wyniku takiej zdalnej preselekcji eliminuje się z dróg większy odsetek kierowców, którzy przez naruszenia mogą stwarzać niebezpieczeństwo w ruchu drogowym.

Takie działania mogą wykluczyć z rynku przewoźników, dopuszczających się nielegalnych praktyk. Truckerzy natomiast, unikną długich postojów związanych z kontrolą pojazdu, gdyż zatrzymywane będą głównie te samochody, w których najprawdopodobniej dochodzi do łamania przepisów – zauważa ekspert Inelo.

Federalny Urząd Transportu Towarowego przeprowadza mobilne kontrole na terenie Niemiec z poziomu radiowozów, jednak już wkrótce ruszą zdalne kontrole za pomocą czytników DSRC montowanych na bramownicach. Podczas zdalnej kontroli inspekcja nie ma dostępu do wszystkich informacji zarejestrowanych przez tachograf, a jedynie do 19 wybranych, w tym do:

  • Numeru rejestracyjnego pojazdu
  • Aktualnej prędkość pojazdu
  • Informacji o jeździe bez karty (ostatnie 10 dni)
  • Konflikcie ruchu pojazdu

Inteligentne tachografy kontra AETR

Wciąż jednym z problemów, na które nie ma jednoznacznego rozwiązania jest kwestia użytkowania tachografów w krajach spoza UE, które respektują postanowienia umowy AETR. Przypomnijmy, konwencja AETR to europejska umowa regulująca zasady pracy załóg pojazdów, wykonujących międzynarodowe przewozy drogowe. Problematyczny okazuje się zapis konwencji, z którego wynika, że pojazdy spoza państw członkowskich nie są w tym momencie zobligowane do posiadania inteligentnych tachografów. Może to prowadzić do stosowania nieuczciwych zachowań ze strony firm przewozowych, jak i przede wszystkim do obniżenia bezpieczeństwa na europejskich drogach. Co ciekawe, działa to również w drugą stronę, gdyż wysyłając pojazd z inteligentnym tachografem do krajów spoza Wspólnoty, przewoźnik naraża się na oskarżenia organów kontrolnych o przewóz z nieodpowiednim tachografem. Jednak wkrótce sytuacja może ulec zmianie, gdyż kraje AERT powoli interesują się zagadnieniem smart tachografów.

Sprawę komplikuje także fakt, iż w krajach spoza UE kalibracja smart rejestratorów nie jest możliwa ze względu na brak wyspecjalizowanych warsztatów, brak kart warsztatowych i przeszkolonych pracowników z zakresu obsługi tych urządzeń.

Co przyniesie przyszłość?

Już teraz trwają prace nad założeniami kolejnej generacji rejestratorów. Tachografy przyszłości zaoferują wiele usprawnień, m.in.

  • kontrolę przekraczania granic, co umożliwiłoby ograniczenie nadużyć firm świadczących usługę w kraju, w którym nie mają one swojej siedziby (tzw. transport kabotażowy).
  • rejestrację miejsc załadunku oraz rozładunku pojazdu

Co również istotne – projektowane zmiany dotyczą też większej ilości pojazdów objętych obowiązkiem instalacji nowych tachografów – mowa tutaj o pojazdach o DMC powyżej 2,4 tony.

W ostatnim czasie pojawiają się także dyskusje dotyczące dalszej przyszłości korzystania z tachografów – mówi się o wykorzystaniu w tym celu tabletów i smartfonów wyposażonych w specjalne aplikacje. Z racji, iż są to urządzenia powszechnie używane, koszty związane z kupnem, serwisowaniem i wymianą tachografów realnie uległyby obniżeniu. Jednak na ten moment dużą przeszkodą jest zapewnienie bezpiecznego korzystania ze smartfonów i tabletów podczas jazdy oraz zbyt duża ilość danych, które należałoby przechowywać – dodaje Mateusz Włoch, ekspert marki Inelo.

[1] https://www.pzpm.org.pl/Publikacje/Raporty/Raport-kwartalny-KPMG-w-Polsce-i-PZPM-Branza-motoryzacyjna-Edycja-Q3-2019

[2] https://www.pzpm.org.pl/pl/Publikacje/Raporty/Raport-kwartalny-KPMG-w-Polsce-i-PZPM-Branza-motoryzacyjna-Edycja-Q3-2018

[3] PZPM, Branża Motoryzacyjna Raport 2019/2020

[4] Raport Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Komenda Główna Policji – Biuro Ruchu Drogowego

Prywatne szpiegostwo rozkwita

Larry Kahaner, amerykański prekursor wywiadu gospodarczego, wygłosił kilka dekad temu tezę, iż wraz z końcem XX wieku skończy się era informacji wyparta przez wiek wywiadu. Wydaje się, iż to co obserwujemy obecnie na rynku wywiadowczym przerosło jego wyobrażenia.

Wiedza na temat narzędzi i oprogramowania szpiegującego, w tym hackerskiego, a przede wszystkim one same, są bardziej dostępne niż kiedykolwiek wcześniej. Nasze dane, jak nigdy wcześniej, podatne są na zagrożenia, a świat stał się przez to bardziej niebezpieczny. To nie jest już tylko problem państw, ale przede wszystkim zwykłych obywateli. Jesteśmy świadkami masowego upowszechnienia narzędzi i technik szpiegowskich, które pozostawały niegdyś wyłącznie w rękach wyselekcjonowanych służb specjalnych. Dzisiaj się to zmienia. Jak twierdzi Sharon Weinberger, dziennikarka „The New York Times”, specjalizująca się w kwestiach bezpieczeństwa, „prywatna inwigilacja to śmiertelna broń, którą obecnie każdy może kupić” (wydanie z 19 lipca 2019 r.).

Źródła szpiegowskiego boomu

Prywatne szpiegostwo to nic nowego, ale dzisiejszy problem polega na skali, wyrafinowaniu technicznym oraz szerokim spektrum aktywnych uczestników. Z czego on wynika? Spróbujmy uporządkować wiedzę.

Po pierwsze, szpiegowski biznes się globalizuje Jak donosi kwietniowy „The Times” technologia monitoringu zbudowana dla chińskiego systemu politycznego jest obecnie wykorzystywana – a w niektórych przypadkach nadużywana – aż przez 18 krajów, w tym Zimbabwe, Uzbekistan, Pakistan, Kenię, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Niemcy. To tylko jeden z przykładów globalizacji. Warto zwrócić uwagę, iż coraz częściej państwa stają się klientami profesjonalnych agencji szpiegowskich, co jest swoistym fenomenem przełomu XX i XXI wieku. Posłużmy się opisanym przez Sarah Weinberger przykładem Uzbekistanu. Otóż w 2014 roku rząd tego kraju zapragnął monitorować komunikację wszystkich swoich obywateli. I bez tej zdolności Human Rights Watch oceniało stan przestrzegania praw człowieka w Uzbekistanie pod przywództwem Islama Karimowa, jako fatalny. Chodziło o zakup zaawansowanej technologii inwigilacyjnej. Jednym z oferentów była amerykańska firma, specjalizująca się w technologii nadzorowania komunikacji telefonii mobilnej i stacjonarnej oraz internetowej. Rządzący nie mieli zamiaru odciąć ludzi od Internetu, a jedynie go kontrolować. Kontrakt trafił prawdopodobnie do izraelskich firm, co potwierdza raport z 2015 r. Privacy International, organizacji pozarządowej śledzącej eksport technologii szpiegowskiej, w którym stwierdzono, że dwie firmy działające w Izraelu utworzyły centra monitorowania w Uzbekistanie. Dzięki temu służby uzbeckie mogą m.in. namierzyć użytkownika telefonu na podstawie jego „unikalnego głosu”, niezależnie od tego, jakiego numeru telefonu używa. Nie sposób wprost udowodnić Izraelczykom udziału w tym procederze, ponieważ branża inwigilacyjna to wielce skomplikowana struktura, zaangażowane są w nią firmy produkujące oprogramowanie, dostawcy sprzętu, a nawet tradycyjni operatorzy telekomunikacyjni.

Po drugie, mamy do czynienia z łatwą dostępnością do wiedzy i technologii szpiegowskiej. Liczne grupy pozarządowe i osoby prywatne kupują narzędzia szpiegowskie i techniki do nielegalnych celów. Cyberprzestępcy są tego przykładem. Prawdziwa wiedza hackerska była niegdyś domeną komputerowych guru i wyrafinowanych służb wywiadowczych, ale dziś takie know-how można pozyskać na czarnym rynku. Kartele narkotykowe, terroryści i inne sieci przestępcze mogą wykorzystywać wysokiej jakości kamery i urządzenia do inwigilacji, nagrywania swoich konkurentów oraz państwowych „prześladowców”. Narzędzia wywiadowcze są też wykorzystywane do kradzieży informacji i technologii należących do firm i instytucji badawczych.

Zaawansowane technologie inwigilacji, niegdyś należące do wyspecjalizowanych służb w bogatych krajach, są obecnie oferowane przez prywatnych kontrahentów na całym świecie w ramach prywatnej tajnej branży wartej wiele miliardów dolarów. W ubiegłym roku pojawiły się co najmniej dwa głośne doniesienia, że państwa autorytarne wykorzystywały zachodnią technologię inwigilacji do tropienia dziennikarzy lub działaczy politycznych. Firma DarkMatter ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich rzekomo szpiegowała niezależnych dziennikarzy, zaś rząd saudyjski został oskarżony o wykorzystywanie programów szpiegujących izraelskiej firmy NSO Group, aby włamać się do telefonu bliskiego współpracownika Jamala Khashoggi, saudyjskiego pisarza i dziennikarza „The Washington Post”, zabitego w konsulacie swojego kraju w Stambule w październiku ubiegłego roku. Również w Stanach Zjednoczonych eksperci bezpieczeństwa alarmują, że prywatni użytkownicy korzystają z tańszych wersji tej technologii.

Po trzecie, terroryzm uaktywnił globalną działalność inwigilacyjną, a jednocześnie dał pretekst do wielu nadużyć w jej obszarze. Genezy tego szpiegowskiego fenomenu należy szukać w gorączkowych tygodniach bezpośrednio po atakach z 11 września 2001 r., kiedy Kongres amerykański uchwalając Patriot Act, ustanowił prawo znacznie poszerzające kompetencje inwigilacyjne rządu. W trakcie procesu legislacyjnego ustawodawcy, zdaje się w sposób niezamierzony, stworzyli rynek dla firm prywatnych, zainteresowanych świadczeniem usług i technologii gromadzących i analizujących wielkie zasoby danych. Firmy z branży szpiegowskiej zaczęły bez rozgłosu powstawać w Stanach Zjednoczonych i Europie. Niektóre były tradycyjnymi firmami telekomunikacjami, które od dawna współpracowały z organami rządowymi w zakresie inwigilacji, inne zaś mniejszymi start-upami.

Skala szpiegowskiej branży

Według opinii ekspertów firmy Booz Allen Hamilton, dla której niegdyś pracował E. Snowden, wartość prywatnego rynku szpiegowskiego jest trudna do oszacowania. Należałoby zebrać dane od jego uczestników, a to, ze względu na charakter ich działań, nie jest możliwe. Jeden z raportów ocenia branżę na 3,3 miliarda USD. Izraelska NSO Group, szacuje wartość sektora na około 12 miliardów USD. Jedno jest pewne: prywatny sektor inwigilacji kwitnie. Firma „Little Black Book of Electronic Surveillance”, która tworzy katalog technologii inwigilacyjnych, zmieniła w 2016 roku nazwę na „Big Black Book”. Edycja z 2017 roku obejmuje 150 dostawców tego rodzaju urządzeń i programów.

Na tym wschodzącym rynku mocno osadziły się firmy izraelskie. W 2010 r. premier Benjamin Netanjahu nadał priorytet opanowaniu cyberprzestrzeni. Natychmiast podjęto działania organizacyjne i prawne umożliwiające weteranom słynnej Jednostki 8200, odpowiedniczce amerykańskiej NSA, tworzenie prywatnych firm szpiegowskich. Netanjahu nie ukrywał, iż jego inspiracja wywodzi się z lat 70., kiedy studiował w amerykańskim MIT (Massachusetts Institute of Technology) i przekonał się o bliskich związkach wywiadu ze środowiskiem akademickim. W 2011 r. powołał specjalną grupę zadaniową, która zainicjowała rozwój prywatnego przemysłu cybernetycznego w Izraelu i usunęła „przeszkody eksportowe” w zakresie technologii cybernetycznej. Weterani z Jednostki 8200 i innych formacji izraelskiego wojska zaczęli tworzyć wyspecjalizowane firmy. Większość angażuje się w cyberbezpieczeństwo narodowe, ale kilka, w tym NSO Group, wkroczyło na drogę „legalnego” przestępstwa. Te ostatnie pomagają włamać się do obcych systemów komputerowych. Czas był dla nich pomyślny, bowiem w 2011 r. miała miejsce arabska „wiosna ludów” i wiele krajów oraz wywiadów poszukiwało takich usług.

Jeszcze kilkanaście lat temu branża trudniła się zbieraniem informacji przechwyconych głównie z telefonów komórkowych i stacjonarnych oraz skrzynek e-mailowych. Ostatnie kilka lat to rewolucyjna zmiana w komunikacji – najpierw Facebook, potem Skype, iPhone itp. Obecnie miliardy ludzi spacerują z urządzeniami, które wykonując szeroką gamę usług, pozwalają zgromadzić szczegółowe dane o ich posiadaczach.

W przeszłości, kiedy służby wywiadowcze chciały „zajrzeć do czyjegoś mózgu”, musiały z taką osobą rozmawiać, zorganizować jej obserwację, ewentualnie pojmać i przesłuchiwać. Nieco później dobrym rozwiązaniem było zdalne zainstalowanie złośliwego oprogramowanie na komputerze. Ale nawet wówczas istniały ograniczone możliwości dokładnego „prześwietlenia” człowieka. Obecnie, kiedy ludzie noszą w kieszeniach zaawansowane technologicznie urządzenia, które zawierają wymieniane wiadomości, kontakty, zdjęcia, informacje o zwyczajach i upodobaniach, zdradzają tym samym sposób ich rozumowania, obnażają osobowość.

Do 2013 roku wiedza o tym, co oferowały firmy szpiegowskie i co wykorzystywały rządy, była bardzo ograniczona. Ale w maju 2013 r. Edward Snowden ujawnił listę ściśle tajnych materiałów, które szczegółowo opisywały globalne programy nadzoru NSA, w tym program PRISM, który gromadził ogromną ilość komunikacji internetowej. Te rewelacje zmieniły z dnia na dzień sposób postrzegania elektronicznej branży szpiegowskiej.

Oczywiście niewiele krajów ma środki na budowę lub zakup programu takiego jak PRISM, ale stać ich na usługi izraelskiej NSO Group lub jej podobnych. Do 2013 roku jedna trzecia firm branży szpiegowskiej pochodziła z „krajów niezachodnich”, w tym z Chin, Indii, Arabii Saudyjskiej i Południowej Afryki.

Najgorsze, jak utrzymują eksperci, dopiero nadchodzi. Wielkie zasoby danych, sztuczna inteligencja, obliczenia kwantowe i sieci komórkowe 5G zmienią nasze społeczeństwa w sposób niewyobrażalny, na lepsze i na gorsze. Coraz potężniejsza, łatwo dostępna technologia będzie zwiększać konkurencję między państwami, wzmocni zarówno służby wywiadowcze, jak i przestępców oraz terrorystów.

Prywatne szpiegostwo wymaga prawnych regulacji

Inwigilacja to groźna broń, ale gdy inne rodzaje uzbrojenia podlegają surowym międzynarodowym normom i ograniczeniom – nawet jeśli są często łamane – to handel technologią szpiegowską jest w praktyce nieuregulowany. Bez większej przesady można stwierdzić, że tego rodzaju technologia w niepowołanych rękach daje taki sam efekt, jak sprzedaż śmiercionośnej broni. Możliwości zagranicznych służb wywiadowczych wciąż rosną, zwiększa się więc presja na rządy, aby kwestie te uregulowały prawnie.

W 2015 roku włamano się do Hacking Team, włoskiej firmy, która sprzedaje oprogramowanie do zdalnego włamywania się i monitorowania elektronicznych urządzeń użytkowników. Opublikowano w Internecie pięcioletni zasób wewnętrznych wiadomości e-mail i dokumentów firmy jednocześnie ujawniając, że zespół hakerów sprzedał swój produkt do krajów autorytarnych, w tym Syrii i Azerbejdżanu, i że włoskie przepisy eksportowe nie zabraniają takiej działalności.

Rosnące oburzenie związane z tego rodzaju sprzedażą zwiększyło wsparcie dla zaproponowanych przez Wielką Brytanię i Francję zmian do istniejącego porozumienia z Wassenaar (porozumienie w sprawie Kontroli Eksportu Broni Konwencjonalnej oraz Dóbr i Technologii Podwójnego Zastosowania z 1994 roku). Wśród nowych propozycji znalazł się postulat włączenia do porozumienia technologii inwigilacji, w tym oprogramowania szpiegowskie. Firmy mogłyby sprzedawać tego rodzaju technologie, ale po uzyskaniu pozwolenia, jak w przypadku innej broni. USA początkowo proponowały wymóg licencji eksportowych. Inni sygnatariusze Wassenaar, w tym Unia Europejska, posuwali się jeszcze dalej, ale z różnych powodów proponowane zmiany nie znalazły się w treści porozumienia.

Jak dotąd nikt nie wymyślił dobrego rozwiązania regulującego tę branżę, natomiast istnieją dowody na to, że prywatne szpiegostwo poczyna sobie coraz śmielej. Nawet sami zainteresowani uważają, że sektor wymaga nadzoru, zwłaszcza w Europie i Azji, gdzie najlepiej czują się firmy handlujące technologią szpiegowską. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić, ponieważ jest to skomplikowany, pełen niuansów problem. Politycy źle się czują w obliczu złożonych technologicznie kwestii.

  1. Snowden, którego informacje rzuciły światło na technologie napędzające ten rynek, proponuje radykalne wyjście: całkowicie zakazać obrotu oprogramowaniem szpiegowskim. Twierdzi, iż handel lukami w zabezpieczeniach oprogramowania ma niewielką wartość publiczną, a przynosi wyjątkowe publiczne szkody, jako że tworzy grupę najemników – cyfrowych sabotażystów – którzy równie dobrze mogą świadczyć usługi dla Saudyjczyków i Chińczyków, jak i dla Francuzów. Drastyczny zakaz handlu tego rodzaju technologami prawdopodobnie nie wejdzie w życie, ale obawy Snowdena są uzasadnione.

Niedawno wyszło na jaw, iż DarkMatter, cyberfirma ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, zatrudniająca byłych amerykańskich pracowników wywiadu, atakowała również obywateli amerykańskich. Potwierdza to tylko obawy, że zachodnie technologie ostatecznie są stosowane przeciwko obywatelom tych krajów. Znane firmy, jak NSO Group czy angielsko-niemiecka Gamma Group, sprzedają swoje technologie rządom, ale trafiają one również do prywatnych użytkowników. Dzieje się tak z programem FlexiSPY, którego producent ogłasza, że może potajemnie „włączyć mikrofon telefonu i nagrać jego otoczenie” oraz „szpiegować SMS-y, e-maile i zdjęcia”. Można go nabyć za 60-70 USD. Z kolei program szpiegujący FinSpy firmy Gamma Group, może rejestrować każde naciśnięcie klawisza, połączenie lub wiadomość tekstową na zainfekowanym urządzeniu. Może ponadto potajemnie nagrywać dźwięk za pomocą wbudowanego mikrofonu w komputerze.

Reasumując warto ponownie postawić pytanie: czy można zatrzymać ten szpiegowski Armagedon? Zapewne nie do końca, nie definitywnie, ale należy podejmować wysiłki w tym kierunku. Przede wszystkim systemy i technologie gromadzenia danych wywiadowczych winny być traktowane przez rządy jak broń. Ta zaś wymaga licencji eksportowych. Nie ma oczywiście gwarancji, że eksport nigdy nie trafi do krajów autorytarnych, takich jak Arabia Saudyjska, ale odpowiednie przepisy postawią tamę powszechności procederu. Decydującą rolę mogą odegrać tu Stany Zjednoczone, które są w stanie wywrzeć presję na sojusznikach – w tym na Niemcy, Włochy i Izrael – aby sprzedawali oprogramowanie tylko tym krajom, które respektują prawa człowieka.

Wymaga to zasadniczych przewartościowań w myśleniu, na które prawdopodobnie nie stać administracji Trumpa, prowadzącej rekordową sprzedaż uzbrojenia do Arabii Saudyjskiej. Zmiana i tak nie miałaby wpływu na amerykańskie firmy, które sprzedają oprogramowanie szpiegowskie na rynku wewnętrznym, ale byłby to dobry sygnał dla innych, silniejszych państw.

Warto pamiętać, iż eksport broni to w dalszym ciągu nieuporządkowany obszar. Nowe przepisy dotyczące technologii szpiegowskiej wywołałyby protest. Firmy zachodnie podniosą krzyk, że przynoszą korzyści takim konkurentom jak Chiny czy Rosja, zaś obrońcy praw człowieka będą utyskiwać, że Departament Stanu regularnie zezwala na sprzedaż broni dyktatorom. Jednak oznaczenie technologii i oprogramowania szpiegowskiego jako broni pozwoli uświadomić zainteresowanym, że narzędzia do szpiegowania prywatności są częścią nowego wyścigu zbrojeń.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Firmy rodzinne generują ponad 70% światowego PKB

Według badań rynkowych, firmy rodzinne stanowią dwie trzecie wszystkich firm na świecie, generują ponad 70% światowego PKB i zapewniają 50–80% miejsc pracy w wielu krajach. Europejska Organizacja Firm Rodzinnych (European Family Businesses Organization) twierdzi, że ​​firmy rodzinne stanowią od 60% do 90% wszystkich firm ogółem w różnych krajach Europy oraz zapewniają 40%-50% prywatnych miejsc pracy w regionie.

Dla przykładu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich firmy rodzinne stanowią dużą część lokalnej społeczności biznesowej i znacząco przyczyniają się do wzrostu gospodarki we wszystkich krajach z obszaru GCC (Rady Współpracy Zatoki Perskiej).

Jakie są główne cechy odnoszącego sukcesy biznesu rodzinnego?

„Jeśli coś jest dobre dla firmy, jest także dobre dla rodziny” – powiedział kiedyś André Hoffmann, wiceprezes Roche, przedstawiciel czwartego pokolenia założycieli firmy. Przedsiębiorcy tworzą lub nabywają biznes, rozbudowują go i rozwijają, a następnie przekazują kolejnym pokoleniom jako spadek. Rozwój opiera się na wartościach i ładzie rodzinnym, niemniej dostosowanie tych wartości do kultury zarządzania jest często dość trudnym zadaniem. Zdaniem Philippe Mueler Head, Investment Themes, Chief Investment Office, UBS Global Wealth Management UBS, firmy rodzinne, niezależnie od wielkości, branży i regionu geograficznego, w którym działają, łączą zazwyczaj pewne wspólne cechy, będące kluczowymi czynnikami sukcesu, jeżeli spojrzymy na nie z długoletniej perspektywy:

  • Przedsiębiorczość
  • Długoterminowa wizja, strategia i zaangażowanie zainteresowanych stron
  • Budowanie majątku i ochrona pokoleń
  • Wartości i ład rodzinny
  • Zgodność interesów biznesowych i rodzinnych
  • Połączenie własności, kontroli i zarządzania
  • Koncentracja majątku rodzinnego w firmie
  • Dobre relacje z interesariuszami i zaufanie umożliwiające budowanie dobrej reputacji w społeczeństwie
  • Wyzwania obejmują kwestie związane z ładem korporacyjnym, konflikty rodzinne o pieniądze i sukcesję oraz nepotyzm.

Firmy odnoszące największe sukcesy łączą silne wartości rodzinne, na kanwie których tworzone są solidne instytucje do zarządzania biznesem. Ład rodzinny pomaga chronić wartości przewodnie i łagodzić konflikty. Jest to szczególnie ważne, gdy cele niefinansowe i emocjonalne wywierają wpływ na konkretne działania, np. jeśli rodzina pragnie zachować kontrolę nad firmą. Jednocześnie firmy rodzinne, które odpowiednio wcześnie zajmą się kwestiami sukcesji i planowania majątku rodzinnego, mogą zmniejszyć ryzyko i zapewnić płynność sukcesji dzięki sprawiedliwemu i jasnemu planowaniu wewnętrznemu, jak i zewnętrznym poradom pochodzącym od zaufanych przyjaciół i profesjonalnych doradców.

Jakie są główne zagrożenia związane z inwestowaniem w firmę rodzinną?

Wielkość spółki

Firmy rodzinne to raczej mniejszych rozmiarów przedsiębiorstwa. Akcje spółek o mniejszej kapitalizacji charakteryzuje wyższe ryzyko biznesowe i zmienność cen w porównaniu z akcjami dużych spółek.

Płynność rynku

Jeśli rodzina posiada duży udział w spółce, wolny obrót może być ograniczony, co może sprawić, że akcje staną się mniej atrakcyjne, podlegając ponadprzeciętnej zmienności cen. Co więcej, wykorzystywanie rynków finansowych w celu uzyskania świeżego kapitału i długu, zdaniem analityków UBS, jest zazwyczaj trudniejsze i bardziej kosztowne dla spółek o ograniczonej płynności na giełdzie.

Konflikty rodzinne

Członkowie rodziny mogą narazić firmę na niestabilność w wyniku konfliktów osobistych. Aby zminimalizować to ryzyko, rodziny muszą posiadać narzędzia umożliwiające zarządzanie potencjalnymi konfliktami oraz radę rodzinną, która pomaga rozwiązywać takie sytuacje.

Kwestie ładu korporacyjnego

Firmy rodzinne mogą doświadczać problemów związanych z ładem, ponieważ kontrolę sprawuje kilka osób/członków rodziny.

Ryzyko związane z sukcesją

Sukcesja jest jednym z głównych zagrożeń, z którym borykają się wszystkie firmy rodzinne, ponieważ zarządzają procesem przeniesienia własności i zmianami pokoleniowymi, z którymi często wiąże się element emocjonalny. Planowanie sukcesji jest zatem kluczem do ograniczenia ryzyka, które obejmuje kwestie związane z przeniesieniem majątku, własności, kadry zarządzającej, jak i kwestie prawne oraz podatkowe.

Ryzyko krajowe i wewnątrzsektorowe

Ekspozycja wewnątrzsektorowa (podsektory w ramach sektorów) jest mniej zrównoważona niż w MSCI AC World. Dobra dywersyfikacja i aktywne zarządzanie inwestycjami mogą jednak zmniejszyć to ryzyko.

Ryzyko gospodarcze, recesja i wstrząsy

Firmy rodzinne stoją w obliczu takiego samego ryzyka gospodarczego, recesji i wstrząsów, jak inne przedsiębiorstwa. Jednak mniejsze firmy oraz rynki wschodzące są bardziej wrażliwe na zmienne trendy panujące w gospodarce.

Jak przedsiębiorcy mogą zbudować biznes odnoszący sukcesy i prowadzony w zrównoważonym rozwoju?

Reputacja: Ważne jest, aby wartości, zainteresowania i wizje rodziny były zgodne, ponieważ od tego zależna jest reputacja przedsiębiorstwa. Uczciwe praktyki zatrudnienia i wsparcie wysiłków społecznych pokazują, że zarówno rodzina, jak i firma są zaangażowane i dbają o lokalną społeczność. Zaangażowanie w stosunku do interesariuszy może pomóc firmom utrzymać dobrych pracowników, znaleźć nowych, utalentowanych pracowników i prowadzić zrównoważony rozwój.

Innowacje: Skupienie się na innowacjach i rozważenie współpracy, która przynosi obopólne korzyści, biorąc pod uwagę podwyższone ryzyko wstrząsów, na przykład wynikających z cyfryzacji, jest o wiele bardziej istotne niż kiedykolwiek wcześniej.

Plan biznesowy i ład korporacyjny: Gdy firma rozwija się i przechodzi na kolejne pokolenie, konieczne jest odpowiednie udokumentowanie zarówno planu biznesowego, jak i zasad ładu korporacyjnego. Nieformalne ustalenia mogą sprawdzać się tylko we wczesnych etapach istnienia firmy.

Sukcesja: Plan sukcesji powinien być dobrze udokumentowany i przygotowany odpowiednio wcześnie, aby uniknąć stresu, rozpadu firmy, a w najgorszym przypadku nawet bankructwa. Większość przedsiębiorców pragnie zbudować dziedzictwo, jednak ma tendencję do nieodpowiedniego zarządzania planami sukcesji.  Sytuacja taka może nastąpić nagle w razie wypadku lub śmierci głowy rodziny, skutkując brakiem przywódcy czy rodzinnymi sporami.

Przekazanie obowiązków: Budowanie i poszerzanie struktury organizacyjnej jest naturalnym etapem rozwoju firmy. Delegowanie obowiązków wspiera szkolenie i motywację pracowników, jednocześnie oszczędzając czas na właściwe zarządzanie biznesem.

Nepotyzm: Ważne jest, aby prowadzić zrównoważone zatrudnienie członków rodziny i zewnętrznych specjalistów, co pozwoli utrzymać dobrą reputację, a także zapewnić wysoki poziom możliwości zarządczych i pracowniczych.

Brak elastyczności kapitału: Firmy rodzinne muszą mądrze wydatkować zasoby, utrzymywać elastyczność finansową i równoważyć budżet, gdyż posiadają bardziej ograniczony dostęp do płynnych rynków finansowych. Działania te pozwolą im zachować kontrolę nad spółką.

Popularne jest powiedzenie: „Jeśli możesz założyć rodzinę, możesz zbudować firmę”. Podobnie jak w przypadku rodziny, twoja firma jest tym, co odziedziczyłeś lub stworzyłeś i równie naturalne jest dążenie do dalszej jej budowania i rozwoju z myślą o przyszłych pokoleniach.

Savills: wysyp biurowców w Łodzi

Łódź zamienia się powoli w wielki plac budowy. Do końca 2022 zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście mogą wzrosnąć o blisko połowę, podaje firma doradcza Savills w najnowszym raporcie analizującym rynek nieruchomości biurowych w Łodzi.

Łódź zaliczana jest do ośmiu głównych regionalnych rynków biurowych w Polsce. W drugiej połowie 2019 r. zasoby nowoczesnych powierzchni biurowych w Łodzi przekroczą 500 000 m kw. Oznacza to poziom zbliżony do Katowic i Poznania, ale plasuje ją za Trójmiastem, Wrocławiem i Krakowem. Dla porównania Warszawa dysponuje zasobami wynoszącymi 5,54 mln m kw. Na koniec czerwca 2019 r. w Łodzi znajdowało się dokładnie 496 700 m kw. powierzchni biurowej, z czego ponad 40% zostało wybudowane od 2015 r.

Historycznie pierwsze nowoczesne budynki biurowe w Łodzi powstawały w centrum miasta. Było to m.in. Centrum Biznesu Łódź, Łódź 1, Orion i Red Tower. Z biegiem lat na popularności zyskiwała dzielnica Widzew, z takimi budynkami jak Forum 76, i Symetris Business Park (do których wkrótce dołączy Imagine i Monopolis),  a w ostatnich latach również Nowe Centrum Łodzi (NCŁ), gdzie powstały takie projekty jak Nowa Fabryczna, Przystanek mBank i Brama Miasta.

Cechą wyróżniającą Łódź na tle innych rynków biurowych jest m.in. duża ilość postindustrialnej powierzchni. Na koniec pierwszej połowy 2019 roku ok. 20% zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście znajdowało się w zaadaptowanych na potrzeby biznesowe fabrykach i kamienicach.

Zgodnie z danymi Savills na koniec pierwszej połowy 2019 r. w budowie znajdowało się 96 000 m kw. W latach 2020-2022 deweloperzy planują dostarczyć na rynek ok. 210 000 m kw. nowej powierzchni biurowej, wśród której znajdują się takie projekty jak: Targowa 2 (HB Reavis; 30 000 m kw.), Textorial Park II (St. Paul’s Development; 26 000 m kw.), P22 (Ghelamco i Budomal; 26 000 m kw.), Fuzja (Echo Investment; 20 000 m kw. I faza) oraz pierwsza faza Nowego Soho (Ghelamco; 15 200 m kw.).

Dariusz Karwański, dyrektor w dziale powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills
Dariusz Karwański, dyrektor w dziale powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills

„Deweloperzy dostrzegli w Łodzi potencjał. Do 2022 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście mogą wzrosnąć do ponad 700 000 m kw. Nigdy wcześniej w perspektywie trzyletniej nie prognozowano tu tak wysokiego poziomu nowej podaży. Wzrost dostępności wysokiej jakości przestrzeni biurowej może pomóc w przyciągnięciu do Łodzi nowych firm” – mówi Dariusz Karwański, dyrektor w dziale powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills.

Popyt na powierzchnię biurową w Łodzi rośnie. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku wynajęto 32 200 m kw., 13% więcej niż przed rokiem. Tym samym ustanowiono nowy rekord najwyższego popytu odnotowanego w pierwszej połowie roku w historii łódzkiego rynku. Do największych transakcji najmu zawartych od stycznia do czerwca 2019 roku należą: przednajem firmy New Work w budynku Hi Piotrkowska (5000 m kw.), dwie umowy Nordea Operations Centre: nowa umowa w budynku Red Tower (3300 m kw.) oraz przednajem w budynku Cross Point C (3300 m kw.) oraz renegocjacja umowy firmy Flint Group w budynku Łódź 1 (2600 m kw.).

Z analiz Savills wynika, że firmy wynajmujące w ostatnich latach biura w Łodzi najczęściej reprezentowały sektor IT. Biorąc pod uwagę jedynie ostatnie sześć miesięcy najbardziej aktywny był jednak sektor finansowy oraz nowy rodzaj najemców – operatorzy powierzchni elastycznych, którzy oferują następnie swoim klientom mniejsze moduły biurowe w formie coworkingu lub biur serwisowanych. W perspektywie najbliższych lat kluczowe znaczenie dla Łodzi będzie miał prognozowany rozwój sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

Jak podaje firma doradcza Savills w raporcie „Rynek biurowy w Łodzi” od 2015 do 2018 roku stopa pustostanów w Łodzi pozostawała niska, utrzymując się poniżej 10%. Jednak na koniec czerwca 2019 roku odnotowano wzrost wskaźnika do 12,1% spowodowany głównie przez wysoką dostępność wolnej powierzchni w projektach oddanych do użytkowania w pierwszej połowie 2019 r.

Łódź oferuje konkurencyjny koszt wynajmu nowoczesnej powierzchni biurowej w porównaniu np. do najbardziej popularnych lokalizacji w Warszawie. Czynsze bazowe w najlepszych budynkach biurowych w Łodzi na koniec czerwca 2019 roku wynosiły od 12,00 euro/m kw./miesiąc do 13,50 euro/m kw./miesiąc, gdy w stolicy dochodzą nawet do 25,50 euro/m kw./miesiąc. W przypadku powierzchni poprzemysłowych czy kamienic zaadaptowanych na cele biurowe czynsze w Łodzi są zazwyczaj niższe i wahają się w przedziale od 8,00 euro/m kw./miesiąc do 10,00 euro/m kw./miesiąc.

„Rosnący wskaźnik pustostanów w połączeniu z dużą liczbą nowych projektów biurowych planowanych przez deweloperów rodzi pytanie o zasadność tak szybkiego rozwoju rynku biurowego w Łodzi, jaki aktualnie obserwujemy. Deweloperzy zdecydowali się skorzystać z dostępności atrakcyjnych gruntów w mieście, skuszeni niewątpliwym potencjałem, jaki oferuje Łódź. Dzięki większej liczbie nowych projektów dostępnych w mieście popyt na powierzchnie generowany będzie nie tylko przez debiuty nowych firm oraz ekspansję tych, które są już obecne na tym rynku, ale również przez najemców, którzy nie posiadają w tej chwili biura w budynku klasy A i chcieliby się przenieść do nowoczesnych obiektów” – dodaje Dariusz Karwański z firmy doradczej Savills.

„Ogromną przewagą Łodzi nad innymi regionalnymi rynkami biurowymi jest bliskość stolicy. Strategiczne położenie Łodzi sprawiło, że stała się ona logistycznym centrum Europy. Rozwój rynku magazynowego w regionie Polski Centralnej będzie również stymulował popyt na powierzchnie biurowe w obrębie samego miasta. To również od lat jeden z największych w Polsce ośrodków nowoczesnych usług dla biznesu. Moim zdaniem Łódź jest skazana na sukces” – podsumowuje Adam Pustelnik, dyrektor ds. rozwoju biznesu, Savills.