Rosną koszty pracy, kierowców brakuje – polską branżę transportową czeka spowolnienie

Przewoźnicy operujący na terenie Europy, muszą się w najbliższych latach liczyć z wieloma barierami w rozwoju. Wiadomo, że koszty ich działalności będą rosły, między innymi z powodu zmian prawnych związanych z wyczekiwanym z niepokojem przez branżę pakietem mobilności, podwyżek myta w wielu krajach czy też nasilających się obostrzeń w ruchu w Austrii. Polska, dotychczasowy absolutny lider w transporcie drogowym w Europie, ma w tej sytuacji najwięcej do stracenia.

Kierowców brakuje i lepiej raczej nie będzie

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

O ile jednym z podstawowych wyzwań dla sektora transportowego jest niedobór pracowników, o tyle wydaje się, że wszystkie kraje (nawet patrząc w skali świata) jadą w tym względzie na jednym wózku. Przykładowo w Niemczech brakuje ponad 40 tysięcy kierowców ciężarówek, podobnie we Francji, a zmiany demograficzne będą ten deficyt pogłębiać. W odpowiednio mniejszej Holandii pod koniec 2017 roku brakowało aż 7 tys. kierowców. W Austrii natomiast 77 proc. przewoźników z powodu braku siły roboczej musi rezygnować z przyjmowania części zleceń. W Polsce dane z 2016 r. mówią o 100 tys. dodatkowych osób, które potrzebne są do pracy za kierownicą ciężarówki. Jednak trzeba zaznaczyć, że przy rosnącym tempie wzrostu przewozu towarów przez polskich przedsiębiorców (szacowanym na 2,5-3 proc. rocznie w okresie 2016-2025) niedobór ten będzie coraz bardziej odczuwalny – komentuje Łukasz Włoch, ekspert główny Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). Polska rozwiązuje swój problem na dziś, zatrudniając kierowców spoza UE, głównie Ukraińców. Istnieje jednak ryzyko, że Niemcy, z proponowanymi zmianami w polityce migracyjnej oraz atrakcyjnymi inicjatywami skierowanymi do obcokrajowców, mogą niebawem podebrać polskim przewoźnikom część ukraińskich pracowników. Pozytywne zmiany na rodzimym rynku pracy mogą przyjść wraz ze zwiększeniem dostępu do szkolnictwa zawodowego: pod koniec 2018 r. prezydent RP podpisał ustawę, która ma ułatwić zdobywanie uprawnień do kierowania ciężarówkami.

Rosną koszty pracy

Poza problemami czysto kadrowymi, które niezaprzeczalnie ciągną branżę w dół, przewoźnicy z Europy muszą się mierzyć z rosnącymi kosztami pracy i obciążeniami administracyjnymi. Przykładem są tu wprowadzone w styczniu 2015 r. przez Niemców przepisy o płacy minimalnej i delegowaniu pracowników – tzw. MiLoG, a następnie, podobne w zamyśle, ustanowione przez Francuzów Loi Macron. Zdaniem ekspertów OCRK przepisy te, w związku z podniesieniem wynagrodzenia kierowców, wpłynęły na podwyższenie kosztów pracy łącznie nawet o około 20 proc. Nic dziwnego, skoro stawka wynagrodzenia minimalnego dla kierowcy oddelegowanego do wykonywania obowiązków zawodowych w Niemczech wynosi w 2019 r. 9,19 euro brutto za godzinę, we Francji jest to zaś co najmniej 9,88 euro brutto. Do wzrostu tych kosztów bezpośrednich dochodzi szereg określonych wymogów administracyjnych (m.in. wyznaczenie przedstawiciela na terytorium kraju delegowania czy zatrudnienie personelu, który zajmowałby się rozliczaniem kierowców delegowanych), zatem niepewność prawna i ryzyko prowadzonej działalności także rosną. Wielu przedsiębiorców woli w takiej sytuacji przekazać wszelkie formalności, w tym powierzyć rozliczanie pracowników według prawa na przykład MiLoG czy Loi Macron zewnętrznym, wyspecjalizowanym firmom.

Pakiet mobilności w drodze: odchodzimy od wolnego rynku?

Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo
Bartosz Najman, wiceprezes OCRK i Inelo

Dopiero jednak pakiet mobilności, który, przynajmniej teoretycznie, ma zostać finalnie zatwierdzony przed 30 lipca 2020 r., powinien zapewnić jednolite standardy prawne w kwestii delegowania pracowników wysokomobilnych. Generuje on jednak ogromny spór, którego istotą jest niezgodność interesów „starej Unii” (zwłaszcza Francji i Niemiec) oraz popierających prorynkowe rozwiązania państw „nowej Unii” wraz z krajami peryferyjnymi (takimi jak Irlandia i Portugalia). Wiadomo, że stanowisko Rady Unii Europejskiej (a także zbliżone do niego stanowisko Parlamentu Europejskiego) jest wyjątkowo nieprzychylne interesom Europy Środkowo-Wschodniej i uważane za protekcjonistyczne. Według Bartosza Najmana, wiceprezesa OCRK oraz Inelo: Nowy skład Europarlamentu jest jeszcze bardziej protekcjonistyczny, co będzie przejawiać się zamykaniem rynków wewnętrznych państw Wspólnoty z Europy Zachodniej. Wydaje się zatem, że losy pakietu mobilności są przesądzone, a przynajmniej jego główne elementy, w tym ograniczenie dostępu do wolnej i swobodnej wymiany towarowej między krajami członkowskimi.

W dużej części ograniczone zostaną operacje kabotażowe, których kierowcy polskich ciężarówek wykonują najwięcej, bo aż 40 proc. Druga jest Rumunia z 9-proc. udziałem, co pokazuje tylko, w jakim stopniu międzynarodowy transport po europejskich drogach zależy obecnie od polskich przedsiębiorców. To na pewno ulegnie zmianie, bo nowe prawo nazwane pakietem mobilności z pewnością wejdzie w życie. Pytanie tylko, kiedy?

Kierowcy nie mają gdzie odpoczywać…

Zakaz spędzania 45-godzinnego odpoczynku w kabinie także komplikuje działania przewoźników. Egzekwują go już takie kraje jak Belgia, Francja, Niemcy i Holandia, Włochy oraz Hiszpania, choć zasadniczo obowiązuje on w całej Unii Europejskiej. Za złamanie zakazu karany jest zarówno przewoźnik, jak i kierowca. We Francji grzywna sięgać może nawet 30 tys. euro. W Danii wprowadzono w związku

z tym ograniczenie czasowe na parkingach dla ciężarówek (postój może trwać nie dłużej niż 25 godzin). Z drugiej strony infrastruktura dla aut ciężarowych w Europie jest niedostosowana do wygórowanych wymogów regulujących czas pracy i odpoczynku kierowców. Brakuje miejsc postojowych (w samych Niemczech 31 tys.), niewiele jest też prawdziwie bezpiecznych parkingów. Skutek? Mandaty za przekroczenie czasu pracy oraz rosnąca liczba kradzieży ładunków, czyli dodatkowe koszty.

Rosnące opłaty na europejskich drogach

Kolejną kłodą rzucaną pod nogi przewoźników drogowych w Europie są ograniczenia w ruchu ciężarówek stosowane w Tyrolu w Austrii. Życie uprzykrzają tam truckerom tzw. odprawy blokowe powodujące wielokilometrowe korki, jak również sektorowy zakaz ruchu, który będzie jeszcze poszerzany o kolejne grupy towarów. Pojazdy stare, niespełniające wyśrubowanych norm emisji, będą musiały prędzej czy później zniknąć z dróg Tyrolu (Euro 4 od sierpnia br., Euro 5 w 2021 r.), a pojazdy Euro 6 będą obciążone wyższymi opłatami. Tyrolczycy chcą także wprowadzić myto korytarzowe z Monachium do Werony, ale to równałoby się podniesieniu stawek w regionach przyległych w Niemczech i we Włoszech. Ich wzrost oraz zwiększanie ilości płatnych dróg to zresztą tendencja widoczna w całej Europie. W 2019 r. rosną opłaty na drogach niemieckich, francuskich, węgierskich, a w 2023 r. zostaną one po raz pierwszy wprowadzone w Holandii. W największym stopniu kosztami obciążani są właściciele starych, nieekologicznych pojazdów. Przypomnijmy: według danych PZPM normę Euro 6 spełnia tylko 17,5 proc. ciężarówek.

Łukasz Włoch, ekspert OCRK ocenia, że brak wykwalifikowanej kadry do pracy w transporcie drogowym utrzyma się jako główne wyzwanie, któremu właściciele firm będą musieli sprostać. Niedawno zapytaliśmy naszych partnerów biznesowych o to, czego obawiają się najbardziej. Ponad połowa respondentów wskazała właśnie braki kadrowe. Dopiero na drugim i trzecim miejscu znalazły się odpowiednio trudności ze zrozumieniem skomplikowanych przepisów w polskim ustawodawstwie (38 proc.) i regulacje organów UE, w tym pakiet mobilności (33 proc.). Przedsiębiorcy skupiają się na sytuacji tu i teraz, ale coraz bardziej świadomie i z niepokojem patrzą też w przyszłość.

Według Bartosza Najmana, wiceprezesa OCRK, Inelo: Polską branżę transportową czeka lekkie spowolnienie, a to z powodu zmian, jakie szykuje nam Bruksela. Niemniej dobrze zarządzane, przygotowane do zmian firmy powinny się przed nim uchronić. O ile przewoźnicy faktycznie funkcjonują

w trudnych warunkach – różne prawo w poszczególnych krajach Wspólnoty dotyczące choćby delegowania i płacy minimalnej – to jednakowe dla wszystkich zasady powinny być przemyślane, tworzone w myśl Unii wolnego rynku i procedowane w sposób transparentny, co do tej pory było wątpliwe.

NCBR przyznało GPW dofinansowanie z funduszy unijnych na prace badawczo-rozwojowe związane z budową systemu GPW Data

  • Budżet projektu szacowany jest na około 8,3 mln zł, z czego 4,2 mln zł będzie pochodzić z dofinansowania przez NCBR
  • Wdrożenie projektu planowane jest na drugą połowę 2021 r.
  • Budowa systemu GPW Data jest jedną z inicjatyw strategicznych #GPW2022

21 sierpnia 2019 r. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) opublikowało listę ocenionych projektów złożonych w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020. Na liście wybranych do dofinansowania znalazł się projekt Giełdy Papierów Wartościowych (GPW) „Platforma GPW Data jako innowacyjny system wykorzystujący techniki sztucznej inteligencji celem wspierania decyzji inwestycyjnych na rynku kapitałowym”. Jego koszt szacuje się na 8,3 mln zł, z czego dofinansowanie NCBR wyniesie 4,2 mln zł.

– Projekt GPW Data jest jedną z naszych kluczowych inicjatyw strategicznych i wpisuje się w Strategię Rozwoju Rynku Kapitałowego zakładającą m.in. wprowadzenie elektronicznych standardów raportowania w technologii „Inline eXtensible Business Reporting Language” ( iXBRL). Umożliwienie automatyzacji procesu udostępniania oraz analizy danych giełdowych jest bardzo istotne dla rozwoju polskiego rynku kapitałowego. Ten projekt pozwoli nam wyznaczyć nowe trendy w tworzeniu nowoczesnych rozwiązań technologicznych na polskim rynku kapitałowym – mówi Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

Projekt GPW Data będzie bazował na metodach uczenia maszynowego oraz sztucznej inteligencji i pozwoli uczestnikom rynku kapitałowego optymalniej i szybciej niż obecnie podejmować decyzje związane z inwestowaniem na giełdzie. System GPW Data umożliwi szybkie udostępnianie danych rynkowych, ich analizę i przetwarzanie oraz budowanie przez inwestorów własnych algorytmów transakcyjnych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

– Wprowadzenie nowoczesnych, innowacyjnych narzędzi ułatwiających analizę danych rynkowych oraz proces inwestowania, a także pozwalających na dalszy rozwój nowoczesnych form obrotu, w tym handlu algorytmicznego, jest bardzo ważne dla rozwoju i podnoszenia konkurencyjności polskiego rynku kapitałowego. Udział handlu algorytmicznego w obrotach akcjami na GPW wynosi około 10%, natomiast na największych platformach obrotu w Europie i w USA jest to około 70% (dane z 2018 r.). Zaimplementowanie podobnego systemu przez inne, rozwinięte giełdy, przełożyło się zarówno na wzrost zainteresowania inwestorów notowanymi spółkami, jak i na wzrost obrotów – dodaje Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

Prace nad Projektem rozpoczną się w bieżącym roku, a pierwszym etapem będzie budowa modeli raportowania finansowego zgodnych z obowiązującymi standardami sprawozdawczości elektronicznej. Kolejne działania skoncentrują się na budowie systemu raportowania, a następnie na udostępnianiu narzędzi wspierających inwestowanie. Wdrożenie projektu planowane jest w drugiej połowie 2021 r.

Projekt GPW Data jest realizowany w ramach inicjatyw strategicznych GPW i jest związany z obszarem biznesu informacyjnego Giełdy. Jego rozwój jest istotny z punktu widzenia dywersyfikacji przychodów Grupy Kapitałowej GPW.

Od 1 września 2019 r. zmiany w opodatkowaniu mieszkań. Pierwsze zasiedlenie w świetle nowelizacji ustawy o VAT

Od 1 września 2019 r. wejdzie w życie istotna nowelizacja ustawy o VAT, szczególnie istotna dla branży deweloperskiej, a dotycząca definicji pierwszego zasiedlenia.

Pierwszym zasiedleniem od września będzie już nie tylko oddanie budynku do użytkowania pierwszemu nabywcy lub użytkownikowi. Jest to także rozpoczęcie użytkowania budynków na potrzeby własne przez dewelopera.

– Definicja pierwszego zasiedlenia jest bardzo istotna dla ustalenia czy zbycie nieruchomości zabudowanej powinno być opodatkowane stawką VAT. Dotychczas w stosowana w polskim prawie definicja zasiedlenia odwoływała się do transakcji podlegającej opodatkowaniu i tylko ta transakcja wywoływała skutek pierwszego zasiedlenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Kotowski, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – W konsekwencji tego nawet nieruchomości, które były wybudowane i użytkowane przez kilka lat przez podatnika, w momencie ich zbycia nie były traktowane jako zasiedlone.

Praktyka ta została zakwestionowana przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Stąd też zmiany w ustawie o VAT. Orzeczenie Trybunału daje podstawę do wznowienia postępowań zakończonych ostatecznymi decyzjami organów podatkowych.

16 listopada 2017 r. TSUE wydał wyrok w sprawie Kozuba Premium Selection sp. z o.o. przeciwko Dyrektorowi Izby Skarbowej w Warszawie (C-308/16), w którym orzekł, że przepisy polskiej ustawy o VAT są niezgodne z regulacjami unijnymi w zakresie warunków zwolnienia z VAT dostawy budynków.

– Od 1 września 2019 r. sprzedaż lub inna forma zbycia nieruchomości, która była użytkowana przez podatnika przez ponad dwa lata, będzie zwolniona z opodatkowania podatkiem VAT – wyjaśnia W.Kotowski z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Wróciła tendencja mocnego wzrostu wynagrodzeń

Wynagrodzenia znów rosną w tempie przekraczającym 7 proc. Jednak tak wysokie tempo powinno utrzymać się do wiosny. Natomiast realny wzrost dochodów będzie niższy ze względu na inflację.

Nominalna dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób w lipcu wyniosła 7,4% r/r wobec 5,3% w czerwcu, kształtując się powyżej prognozy analityków rynkowych 7,1%. W ujęciu realnym, czyli po skorygowaniu o zmiany cen, wynagrodzenia w firmach wzrosły w lipcu o 4,4% r/r (wobec 2,6% w czerwcu).

– Obawy, że rynek pracy nie jest już tak bardzo dobry dla pracownika zostały rozwiane przez lipcowe dane, które pokazały ponowne przyspieszenie dynamiki płac przy nadal dużym wzroście zatrudnienia bliskim 3 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Konsument ma więc powody, aby nadal zwiększać swoje wydatki, co jest korzystne dla polskiej gospodarki.

Duży wzrost dochodów gospodarstw domowych jest też związany ze zwiększonymi transwerami socjalnymi. To także wpływa na konsumpcję.

– Taka sytuacja może się utrzymać do wczesnej wiosny przyszłego roku – ocenia ekspert.

To z kilku powodów, ze względu na słabsze tempo wzrostu PKB, ale także na tzw.efekt bazy dotyczący wzrostów wynagrodzeń.

W Polsce poza budownictwem nie widać efektów dobrej koniunktury. Niewypłacalności lipiec 2019

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W lipcu 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 74 niewypłacalnych polskich firmach wobec 69 w lipcu 2018 roku – wzrost o 7% w porównaniu r/r
  • Od początku roku do końca lipca opublikowano informacje o 577 niewypłacalnych firm wobec 580 w analogicznym okresie przed rokiem
  • Kluczem do niewypłacalności jest skala działalności determinująca z reguły model biznesowy i rentowność omawianych firm
  • Najwięcej niewypłacalności było w sektorze przemysłowym (22) i usługowym (21) oraz w handlu hurtowym (12).
  • Największy wzrost r/r liczby niewypłacalności w województwach mazowieckim (+9) oraz warmińsko-mazurskim (+7): to tam działały firmy spożywcze (i producenci żywności), mali hurtownicy, małe firmy obsługujące inne przedsiębiorstwa (Mazowsze)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Skala działalności

To na ten aspekt działalności przedsiębiorstw, które w ubiegłym miesiącu znalazły się na liście opublikowanych niewypłacalności warto zwrócić uwagę. Jak rzadko kiedy bowiem w poprzednim miesiącu struktura tych firm w poszczególnych sektorach jest tak jednolita: stosunkowo duzi, chociaż nie najwięksi producenci żywności (przedział obrotów 25-100 mln złotych w skali roku), trochę mniejsze, bardziej regionalne, chociaż nie najmniejsze firmy budowlane (średni obrót kilkanaście milionów złotych firm ogólnobudowlanych i nawet 30-50 mln złotych wśród firm prac wyspecjalizowanych). Małe hurtownie – bo trudno inaczej określić skalę działalności firm, które z natury powinny realizować duży obrót, a w ich przypadku zamykał się on w granicach kilku milionów złotych. Podobnie raczej mała była skala działalności niewypłacalnych firm usługowych doradzających biznesowi.

Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes w Polsce
Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes w Polsce

Te tendencje w zakresie niewypłacalności świadczą o coraz trudniejszym otoczeniu handlowym, w jakim działają polscy przedsiębiorcy. Znaczny wzrost kosztów materiałów i pracy wywiera presję na już i tak niskie marże. Przetrwać mogą tylko te firmy, które dysponują silnymi finansami lub są w stanie szybko i skutecznie dostosować swój model biznesowy do tych wyzwań. Najbardziej zagrożone są firmy średniej wielkości, którym brakuje korzyści skali większych konkurentów i elastyczności mniejszych, niszowych graczy. Ponadto średnie przedsiębiorstwa są zazwyczaj słabo skapitalizowane i tym samym bardziej narażone na wstrząsy, takie jak utrata dużego klienta, jego niewypłacalność lub problemy z realizacją umów. Ich rynkowy staż i wcześniejsze osiągnięcia nie gwarantują dalszych sukcesów, dlatego tak istotne jest ścisłe monitorowanie płynności finansowej, a więc przede wszystkim kredytu udzielanego odbiorcom – uważa Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes w Polsce.Niewypłacalności lipiec 2019

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

To nie dekoniunktura w poszczególnych branżach, a raczej kwestie konkurencyjności wypychały z rynku firmy o określonej wielkości, co rzutowało na ich możliwości biznesowe – ocenia Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. I tak: w produkcji żywności partnerami dla dużych dystrybutorów są równie duże konglomeraty dostarczające żywność pod wieloma różnymi markami, a na drugim biegunie – dobrze prosperują także mali, lokalni prężni dostawcy produktów bardziej niszowych, np. ekologicznych. Podobnie w budownictwie – najwięksi wykonawcy mogą zdywersyfikować portfel zamówień na tyle, by zniwelować sobie straty na poszczególnych inwestycjach, czerpiąc jednocześnie premię z niższych jednostkowych kosztów z racji skali swojej działalności. Również najmniejsze firmy są gremialnie w dobrej sytuacji – ba, nie mogą nadążyć z popytem i przebierają w ofertach na realizację małych, a więc i stosunkowo bezpiecznych oraz wysoko marżowych prac budowlanych. W najgorszej sytuacji są firmy średnie, z reguły lokalni podwykonawcy większych inwestycji, bo przy ich skali działalności ponoszą już wysokie koszty stałe, nie mają takiej elastyczności w zmianie zleceń jak firmy najmniejsze, ani jeszcze takich korzyści z efektu skali jak firmy największe.

Czy zawsze jedynym rozwiązaniem jest budowa jak największej skali działalności, by tym wygrać z konkurencją? Nie zawsze, chociaż prawie – istnieje bowiem miejsce także dla firm małych, trafiających w aktualne czasowo i miejscowo nisze (jak wspomniany popyt na zdrową żywność w dużych aglomeracjach). Tak więc de facto to nie skala działalności, ale raczej rentowność (często się z nią jednak wiążąca) jest podstawą do dalszego „być albo nie być” większości polskich firm. Ile z nich, nawet jeśli ekspansywnie (planowo) nie rośnie, to przynajmniej weryfikuje swój model działalności, dostosowuje koszty do aktualnej a przede wszystkim prognozowanej średnio rynkowej rentowności?

Produkcja żywności – niewypłacalność zarówno przetwórców, jak i bezpośrednio wytwórców płodów rolnych

Dotychczas w publikacjach o niewypłacalnościach pojawiali się producenci żywności, byli to jednak de facto przetwórcy (także w lipcu – tym razem 3 firmy). W lipcu, a więc symptomatycznie – w czasie żniw opublikowano informacje o niewypłacalności również producentów płodów rolnych – z kategorii „uprawa zbóż, uprawy rolne”. Tylko, czy aż (w skali jednego miesiąca) cztery niewypłacalności – popyt konsumpcyjny na żywność i wzrost jej cen nie mówią wszystkiego o produkcji żywności, przede wszystkim o jej rentowności.

Usługi – w sektorze obsługi biznesu w cenie są obecnie możliwości, jakie mogą zaoferować większe podmioty

Ponownie w statystyce niewypłacalności widoczne są dwa rodzaje firm usługowych – gastronomiczne oraz doradcze (wspomaganie działalności na różnych polach – finansów, marketingu, kadru, pośrednictwa etc.). W lipcu niewypłacalne były 4 firmy z pierwszej wspomnianej grupy oraz 8 firm z tej drugiej – obsługujących działalność innych firm od strony finansowo-organizacyjnej. Skala tego zjawiska nie współgra z równolegle obserwowanym trendem do skupiania się przedsiębiorstw na działalności podstawowej i korzystaniu w związku z tym w coraz większym stopniu z wyspecjalizowanych firm nie tylko serwisowych, ale także doradczych, szkoleniowych etc.

Większość, jeśli nie wszystkie z niewypłacalnych firmy nie były debiutantami – działały na rynku od lat, jednak… nie wyszły ponad kilku milionowy próg obrotów (z jednym wyjątkiem). Biorąc to wszystko pod uwagę można stwierdzić, iż przyczyną ich kłopotów nie był z reguły brak popytu, czy może wzrost kosztów pracy (uderzający w pierwszym rzędzie m.in. w firmy gastronomiczne, ochrony czy utrzymania czystości). Paradoksalnie – gdy rynek zaczął dynamicznie rosnąć, zaczął się równocześnie koncentrować – tak jak w innych sektorach większe, prężniejsze firmy odbierają premię za swoją skalę działalności i wiążąca się z tym m.in. szerszą paletę komplementarnych usług, innowacyjność, wdrożenie procesów (m.in. monitorowania i poprawy jakości) etc. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż firmy-klienci korzystający z ich usług również rośli i z czasem poszukiwali firm doradczych oferujących im właśnie nowe możliwości, dostosowane do ich zmieniających się potrzeb.

Handel hurtowy wraca do korzeni tego określenia, a więc skali działalności

Kłopoty firm hurtowych można wytłumaczyć bardzo podobnie jak usługowych, bez zagłębiania się w branżową naturę podażowo-popytową – a więc oddaniem udziałów w rynku na rzecz większych podmiotów, o czym świadczy to, iż poza jednym wyjątkiem niewypłacalne w ubiegłym miesiącu hurtownie były gremialnie firmami o obrocie maksymalnie kilku milionów złotych, a niektóre jedynie 1-2 mln. Wielu prężnych detalistów ma obroty wyższe, niż ci hurtownicy.Niewypłacalności lipiec 2019 2 Niewypłacalności lipiec 2019 3

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Polska będzie mogła kupować tańszy gaz od różnych producentów. Wkrótce spodziewane jest pozwolenie na budowę i wybór wykonawcy podmorskiego odcinka Baltic Pipe

Polska będzie mogła kupować tańszy gaz od różnych producentów. Wkrótce spodziewane jest pozwolenie na budowę i wybór wykonawcy podmorskiego odcinka Baltic Pipe 1

Budowa Baltic Pipe oznacza niższe ceny i większe bezpieczeństwo dostaw – mówi Tomasz Stępień, prezes Gaz-System. Jak podkreśla, niedługo projekt powinien uzyskać pozwolenia na budowę, a na przełomie tego i przyszłego roku będą uruchamiane kolejne przetargi na dostawy dla tej inwestycji. Błękitny surowiec ze złóż na Morzu Północnym ma popłynąć do Polski w październiku 2022 roku i pozwoli uniezależnić się od dostaw z Rosji, skąd pochodzi obecnie ok. 90 proc. importowanego gazu.

Program Baltic Pipe jest na etapie końcowym uzyskiwania pozwoleń i początku procesu zakupowego. Zgromadziliśmy wszystkie decyzje lokalizacyjne jeśli chodzi o tłocznie gazu, teraz czekamy na uzyskanie pozwoleń na budowę, których spodziewamy się w najbliższym czasie, i zaczynamy kupować. Pierwszy ważny przetarg na sprężarki wygrała firma Solar Turbines. Na przełomie tego i 2020 roku będziemy uruchamiać kolejne przetargi, tak aby w I kwartale 2020 wszystkie dostawy potrzebne do tej inwestycji były zrealizowane – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Stępień, prezes Gaz-System.

Baltic Pipe jest inwestycją strategiczną dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego. Gazociąg na dnie Morza Północnego połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii, skąd surowiec będzie trafiać na polski rynek i do odbiorców w sąsiednich krajach. Cała inwestycja ma być gotowa w październiku 2022 roku i według zapewnień jest realizowana zgodnie z harmonogramem. Przetarg na wykonanie podmorskiego odcinka gazociągu ma ruszyć w I kwartale przyszłego roku.

Co warte podkreślenia, Baltic Pipe wpisuje się w szerszą koncepcję inwestycyjną. Dzięki niej w Polsce będzie możliwe rozprowadzanie gazu z kierunków innych niż dotychczasowe, ale nie na zasadzie jednostkowych kontraktów, ale systemowo. To zaspokoi przyszłe zapotrzebowanie polskiej gospodarki na gaz ziemny na wiele lat. Możliwy będzie zakup gazu po konkurencyjnych cenach, w zasadzie od nieograniczonej liczby producentów. Dzisiaj mamy jeden dominujący szlak, kontrakt i jednego dominującego dostawcę. Ta inwestycja oznacza więc niższe ceny, a po drugie większe bezpieczeństwo dostaw – mówi Tomasz Stępień.

Przepustowość Baltic Pipe ma wynosić ok. 10 mld m3 rocznie, co stanowi ok. 60 proc. polskiego zapotrzebowania na gaz. Błękitny surowiec ze złóż na Morzu Północnym popłynie do Polski za trzy lata i pozwoli uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji. Właśnie w 2022 roku kończy się kontrakt jamalski na dostawy gazu zawarty przez PGNiG z rosyjskim Gazpromem, którego pozycja monopolisty umożliwia narzucanie nierynkowych cen. Tymczasem Polska jest uzależniona od importu gazu – z zagranicy pochodzi 70 proc. tego surowca, przy czym 90 proc. importu to właśnie gaz rosyjski.

Baltic Pipe powstanie łącznym kosztem około 1,6 mld euro. Nowy korytarz dostaw gazu na europejski rynek został przez Komisję uznany za jedną ze strategicznych inwestycji energetycznych UE i objęty wsparciem finansowym. Inwestycja jest realizowana wspólnie przez operatorów przesyłowych – polski Gaz-System i duński Energinet.

Gaz-System odpowiada za budowę gazociągu pod Morzem Bałtyckim (przebieg nitki został wybrany w styczniu br., liczy ok. 275 km i po polskiej stronie kończy się w okolicach Niechorza) oraz rozbudowę polskiego systemu przesyłowego. Po polskiej stronie projekt obejmuje szereg inwestycji: budowę tłoczni gazu w Gustorzynie i rozbudowę dwóch innych – w Goleniowie i Odolanowie – oraz budowę gazociągów: relacji Goleniów–Lwówek i drugiego, łączącego gazociąg Baltic Pipe z polskim systemem przesyłowym.

Jedna tłocznia zostanie wybudowana w Danii i umożliwi przesył gazu z szelfu norweskiego do Polski. Natomiast po Polsce musimy ten gaz rozprowadzić. Umowa, którą niedawno podpisaliśmy, zaspokaja 100 proc. potrzeb na sprężanie dla programu Baltic Pipe – mówi Tomasz Stępień.

Zawarty przez Gaz-System w połowie sierpnia kontrakt jest wart 550 mln zł i obejmuje dostawę oraz 10-letni serwis agregatów sprężarkowych do trzech tłoczni gazu ziemnego (Goleniów, Gustorzyn, Odolanów) w ramach Baltic Pipe. Umowa zawarta z amerykańską firmą Solar Turbines jest pierwszą umową inwestorską w ramach realizacji projektu i jednocześnie jednym z największych w Polsce kontraktów w sektorze gazu.

Tłocznie, na których zostaną zainstalowane te sprężarki, dadzą nam możliwość przesyłu gazu, nie tylko z Baltic Pipe, lecz także z terminala LNG i z FSRU, czyli technologii LNG na statku pływającym w Zatoce Gdańskiej, po całym kraju – mówi Tomasz Stępień.

Kluczowa dla dywersyfikacji dostaw gazu do Polski jest także rozbudowa Terminalu LNG w Świnoujściu, która zakłada zwiększenie jego mocy regazyfikacyjnych o 50 proc. (do 7,5 mld m3 gazu rocznie) do końca 2021 roku.

W czerwcu 2016 roku oddaliśmy do eksploatacji terminal LNG. Od tego momentu obserwujemy skokowy wzrost zapotrzebowania na usługę przesyłową, co wiąże się ze wzrostem na zapotrzebowanie na gaz ziemny. Jest on na tyle duży, że w naszych planach biznesowych uwzględniamy już inwestycje, które będą realizowane po 2022 roku. Jedną z nich jest terminal pływający czy też technologia regazyfikacji gazu skroplonego na pokładzie specjalistycznych statków. Taki statek – wraz z infrastrukturą, która umożliwi odebranie tego gazu – planujemy wybudować do 2024 roku w Zatoce Gdańskiej – mówi prezes Gaz-System.

Psychiatria w reformie. Resort zdrowia chce odbudować kadry i poprawić opiekę psychiatryczną dla dzieci i młodzieży

Psychiatria w reformie. Resort zdrowia chce odbudować kadry i poprawić opiekę psychiatryczną dla dzieci i młodzieży 2

Psychiatria – przez lata zaniedbywana – jest na etapie głębokiej reformy, ale ten proces nie potrwa miesiąc czy nawet rok – mówi minister zdrowia Łukasz Szumowski. Jak ocenił, wprowadzony w ubiegłym roku pilotaż Centrów Zdrowia Psychicznego działa dobrze i zostanie rozszerzony. Niedługo ruszy też kompleksowa reforma psychiatrii dzieci i młodzieży, wśród których zaburzenia psychiczne są coraz częstszym problemem. Celem jest to, żeby opieka psychiatryczna była łatwiej dostępna, dostosowanego do indywidualnych potrzeb pacjentów i nie wiązała się z długimi pobytami na oddziałach psychiatrycznych.

– Zmiana jest fundamentalna, bo przechodzimy od opieki zinstytucjonalizowanej, gdzie pierwszym kontaktem często był oddział psychiatryczny, do opieki środowiskowej. Pilotaż działa od roku i objął swoim zasięgiem 3 mln osób. Jest to opieka populacyjna, są Centra Zdrowia Psychicznego, gdzie pacjent może przyjść do koordynatora z ulicy i zadać mu pytanie, dlatego że jest czegoś ciekawy, potrzebuje pomocy on sam lub ktoś z bliskich mu osób – mówi agencji Newseria Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

W ramach Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego w lipcu ubiegłego roku wystartował pilotaż Centrów Zdrowia Psychicznego. Obecnie jest w Polsce 27 takich ośrodków, które obejmują swoim zasięgiem około 10 proc. populacji kraju, czyli ok. 3 mln Polaków. Do programu dołączane są w tej chwili kolejne placówki, część z nich rozszerza swoją działalność.

– Liczę, że po tym rozszerzeniu opieką środowiskową będzie objętych już około 5–6 mln osób. To jest rewolucja w psychiatrii, która jest niezbędna i która może przybliżyć nas do normalności, oczekiwanej przez polskich pacjentów. Liczę na efekt kuli śniegowej i na to, że za chwilę dołączą kolejne miejsca, w których pomoc będzie łatwo dostępna i nie będzie się wiązać z izolacją na oddziale – mówi Łukasz Szumowski.

Do Centrum Zdrowia Psychicznego można się zgłosić bez zapisów i bez skierowania (od pon. do pt. w godz. 8.00–18.00), żeby skonsultować dolegliwości i w razie potrzeby rozpocząć leczenie. Pomoc psychiatryczna jest udzielana także osobom nieubezpieczonym. Jeżeli przyjmujący w Punkcie Zgłoszeniowo-Koordynacyjnym psychiatra, psycholog bądź pielęgniarka psychiatryczna uzna, że przypadek jest pilny, pomoc jest udzielana w ciągu 72 godzin. W CZP pacjentowi stawiana jest wstępna diagnoza, a plan leczenia układany indywidualnie.

Wsparcie w ramach CZP kierowane jest do osób dorosłych, ale niedługo ruszy kompleksowa reforma psychiatrii dzieci i młodzieży, wśród których zaburzenia psychiczne są coraz częstszym problemem.

– Zaczynamy niedługo taki sam pilotaż, ale kierowany do dzieci i młodzieży, z trzema poziomami referencyjności. Pierwszy poziom będzie odmedykalizowany – dzieckiem będzie się zajmować nie psychiatra, tylko psycholog, psychoterapeuta lub pedagog. Dopiero na drugim poziomie wchodzi psychiatra i oddział dzienny, bez pobytu długoterminowego. Specjalistyczne oddziały psychiatryczne będą zarezerwowane dla najcięższych przypadków. To pozwoli wyjść szerzej do ludzi z pomocą psychiatryczną, a wiemy, że u dzieci i młodzież choroby, depresje, uzależnienia i zaburzenia odżywiania są coraz większym problemem – mówi Łukasz Szumowski.

Minister podkreśla też, że w Polsce psychiatria była dziedziną zaniedbywaną i pomijaną przez wiele lat i dopiero w tej chwili zaczyna się jej kompleksowa reforma, która jest jednak procesem trudnym i wymagającym czasu. W przyszłym roku powinien być gotowy projekt ustawy, która wprowadzi w Polsce nowy model opieki psychiatrycznej.

– Odrabiamy straty. Robimy to najszybciej, jak się da, ale na pewno nie da się tego zrobić w miesiąc czy rok – mówi minister zdrowia.

Jednym z kluczowych problemów w psychiatrii są w tej chwili m.in. braki kadrowe. Resort pracuje obecnie nad wytyczeniem ram dla tej specjalizacji i ocenia, że dostępność pomocy psychiatrycznej powinno poprawić wprowadzenie do systemu również psychologów i terapeutów.

 W tej chwili 70 proc. porad w Centrach Zdrowia Psychicznego i w poradniach psychiatrycznych jest udzielana przez psychiatrów. Mamy ich mało, ale być może te proporcje mogłyby zostać odwrócone i większość porad mogliby udzielać psycholodzy, psychoterapeuci czy pedagodzy, a psychiatra byłby tylko medyczną częścią zespołu terapeutycznego – mówi Łukasz Szumowski. – Z drugiej strony, odbudowujemy kadrę, liczba psychiatrów w Polsce rośnie i w tym kierunku kształci się znacznie więcej osób niż do tej pory, ale to trwa. Nie możemy pójść na skróty i dać uprawnień ludziom, którzy nie mają kompetencji i wiedzy, dlatego że jakość jest tutaj niezwykle ważna.

Coraz więcej Polaków przygotowuje przetwory. Robią to głównie kobiety, ale panowie specjalizują się w nalewkach

Coraz więcej Polaków przygotowuje przetwory. Robią to głównie kobiety, ale panowie specjalizują się w nalewkach 3

Nawet 75 proc. Polaków deklaruje, że robi przetwory na zimę. W spiżarniach będą królować ogórki kiszone, dżemy i konfitury, soki, a także nalewki – wynika z Barometru Providenta. Choć przetwory to domena przede wszystkim osób starszych, to także i młodzi coraz częściej kultywują tradycję. Weki to gwarancja smaku i naturalnych składników, a część osób przygotowuje przetwory ze względu na oszczędności.

– Chęć przygotowania przetworów na zimę deklaruje 75 proc. badanych. Zaskakuje nas ten wynik o tyle, że jest to o 26 pkt proc. więcej niż w ubiegłym roku. Głównym powodem, dla którego robimy przetwory, jest z jednej strony kultywowanie tradycji, z drugiej chęć zdrowego odżywiania. Robiąc przetwory samodzielnie, mamy świadomości, co jemy i w jaki sposób przyrządzamy posiłki  – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

Jeszcze w 2018 roku zapasy na zimę planowało zrobić 49 proc. Polaków. Stopniowo jednak sporządzanie domowych przetworów wraca do łask. Samodzielnie przygotowane produkty są tańsze niż te kupowane w sklepach, a przy tym znacznie zdrowsze – bez konserwantów i sztucznych barwników, z mniejszą zawartością cukru.

Weki z reguły przyrządzają osoby powyżej 59 roku życia (w tej grupie wiekowej niemal 80 proc. przyszykuje marynaty na zimę) i osoby młode (75 proc. osób w wieku 25–39 lat).

– Przetworami również interesują się osoby młodsze, poniżej 25 roku życia. Bardzo chętnie kultywując tradycje rodzinne, wracają do sposobu przygotowania warzyw, owoców, kiszonek – mówi Karolina Łuczak.

W domowych spiżarniach znajdą się przede wszystkim kiszone ogórki, dżemy i konfitury owocowe oraz soki i syropy owocowe. To raczej domena kobiet, mężczyźni przy przygotowywaniu przetworów skupiają się raczej na nalewkach – blisko 30 proc. z nich wskazuje, że będzie produkować domowe trunki.

– Zdecydowanie częściej przetwory robią mieszkańcy wsi i mniejszych miejscowości. Warzywa, owoce czy grzyby pochodzą z miejsca, w którym mieszkają, często z przydomowego ogródka lub lasu. Jeśli chodzi o mieszkańców miast, to tutaj owoce i warzywa pochodzą przede wszystkim z targowisk lub są prezentem od rodziny czy przyjaciół z przydomowego ogródka – mówi Łuczak.

Z Barometru Providenta wynika, że niemal 85 proc. mieszkańców wsi przygotowuje przetwory, w dużych miastach – 63 proc. Zdecydowana większość (75 proc.) z tych, którzy deklarują przygotowanie zapasów, wykorzysta swoje zbiory – przede wszystkim osoby młode (83 proc. osób w przedziale wiekowym 25–39 lat) i mieszkańcy wsi (ponad 90 proc.).

– Grupa 38 proc. badanych przygotowuje zapasy na całą zimę tak, żeby wystarczyło do kolejnego sezonu. Najbardziej szczodrzy są seniorzy, którzy przygotowują tego jeszcze więcej i swoimi zapasami obdarowują rodzinę i bliskich – zauważa ekspertka Providenta.

Najmłodsi (15–24 lata) i ci mieszkający w pojedynkę, jeśli już przygotowują weki, to najwyżej kilka słoików. Przetwory to dla nich powrót do przeszłości i bardziej stylowy dodatek do wnętrza niż zapasy na zimę.

– Zapasy robią osoby głównie z rodzin wielodzietnych, rodzin wielopokoleniowych. Rodziny 5-osobowe czy większe przygotowują zapasy na cała zimę. Zdecydowanie mniej zapasów przygotowują single – wymienia Karolina Łuczak.

Prawidłowe oszacowanie wartości czynszu to duży problem przy transakcjach najmu. Pomocne są internetowe porównywarki

Prawidłowe oszacowanie wartości czynszu to duży problem przy transakcjach najmu. Pomocne są internetowe porównywarki 4

Na polskim rynku co roku dochodzi do nawet 1 mln transakcji najmu. Określenie wartości czynszu najmu stanowi częsty problem zarówno dla właścicieli mieszkań, jak i potencjalnych lokatorów. Wynajmującym i najemcom przychodzi z pomocą technologia – internetowe porównywarki agregują dane z portali ogłoszeniowych i na tej podstawie tworzą automatyczną kalkulację ceny. Zdarza się jednak, że nie biorą pod uwagę indywidualnych atutów danej nieruchomości, jak np. widok z okna, na co właściciele mieszkań powinni zwracać uwagę.

– Błędy w oszacowaniu ceny najmu skutkują tym, że wynajmujący wystawiają ofertę albo po zaniżonej cenie, przez co nie czerpią maksymalnych korzyści z wynajmu nieruchomości, albo z kolei zawyżają cenę, w związku z czym nie znajdują chętnych, żeby taką nieruchomość wynająć – mówi agencji Newseria Biznes Anton Bubiel, prezes zarządu platformy Rentier.io.

Nie istnieje ogólnodostępna baza cen transakcyjnych, w której wynajmujący bądź osoby zainteresowane najmem mogłyby sprawdzić wartość czynszu dla poszczególnych typów nieruchomości w danej lokalizacji. Jedynym źródłem takiej wiedzy było dotychczas porównywanie cen na portalach ogłoszeniowych. Problem pojawia się wtedy, kiedy w danej chwili na rynku nikt nie oferuje podobnego typu nieruchomości i trudno jest uzyskać wiarygodne dane porównawcze.

– Poza tym ceny ofertowe nie zawsze są reprezentatywne i wymagana jest analiza większej liczby danych, żeby znaleźć odpowiedź – mówi Anton Bubiel.

Przy szacowaniu wartości czynszu właściciel może skorzystać z pomocy specjalisty – zarówno pośrednicy nieruchomości, jak i firmy zajmujące się obsługą najmu nieruchomości czy doradzające w zakresie inwestycji w nieruchomości na wynajem zazwyczaj orientują się w lokalnym rynku i są w stanie wesprzeć klientów w tym zakresie.

– Pojawiają się też różnego rodzaju serwisy, które agregują dane z ogłoszeń i informacje o transakcjach, dzięki czemu pozawalają automatycznie znaleźć odpowiedź na pytanie, za ile możemy wynająć nieruchomość w określonej lokalizacji – mówi Anton Bubiel.

Na zachodnich rynkach – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii – od dawna istnieją tego typu narzędzia. Ich zasada działania jest prosta – algorytmy wyszukują mieszkania o zbliżonych parametrach wśród aktualnych i historycznych ofert na portalach ogłoszeniowych i na tej podstawie tworzą automatyczną kalkulację. Na polskim rynku takie narzędzia dopiero zaczynają się pojawiać, są wśród nich m.in. Urban.one, Ceny.szybko.pl czy platforma Rentier.io.

Automatyczne szacowanie ceny najmu jest korzystne zarówno z punktu widzenia właścicieli mieszkań, jak i przyszłych lokatorów. Pierwsi mogą sprawdzić, czy ich oferta nie jest zbyt niska albo zbyt wysoka i zorientować się w okolicznej konkurencji. Z kolei drudzy mogą sprawdzić, czy wysokość miesięcznego najmu, którą proponuje właściciel, jest powyżej czy poniżej cen podobnych nieruchomości w okolicy.

– Zarówno w przypadku analizy przeprowadzonej we własnym zakresie, jak i w przypadku analiz przeprowadzanych za pomocą różnego rodzaju narzędzi w grę wchodzą czynniki subiektywne, na które należy zwracać uwagę. Przykładowo, narzędzia analityczne nie biorą pod uwagę widoku z okna, a czasami może to być istotny atut określonej nieruchomości, decydujący o popycie – mówi Anton Bubiel.

Jak podkreśla, przy szacowaniu wartości czynszu najmu właściciel mieszkania powinien uwzględnić indywidualne cechy nieruchomości i sprecyzować, do jakiej grupy klientów chce kierować swoją ofertę.

– Jeżeli są to studenci, to zwracamy uwagę na to, czy w pobliżu naszej lokalizacji znajdują się uczelnie. Natomiast w przypadku par lub osób pracujących ważny jest wygodny dojazd do miejsca pracy albo infrastruktura w okolicy nieruchomości, którą wynajmujemy – mówi Anton Bubiel. – Coraz częściej także wyposażenie odgrywa istotną rolę. Potencjalni najemcy często pytają, czy w mieszkaniu jest zmywarka, oczekują, że będzie dostępny internet i telewizja. 

Szkolenie pilota samolotów rejsowych kosztuje nawet 250 tys. zł. Większość kandydatów finansuje je z własnej kieszeni

Szkolenie pilota samolotów rejsowych kosztuje nawet 250 tys. zł. Większość kandydatów finansuje je z własnej kieszeni 5

W ciągu kilku nadchodzących dekad technologie najprawdopodobniej zastąpią pilotów, ale jak na razie ta profesja ma dobrą passę w związku z dynamicznym rozwojem rynku lotniczego. Piloci mogą liczyć na ciekawą pracę i dobre zarobki, ale wymagany jest nienaganny stan zdrowia i odpowiedzialność, a kształcenie jest długie i wieloetapowe. Wyszkolenie pilota samolotów rejsowych to koszt nawet 250 tys. zł i większość kandydatów finansuje go z własnej kieszeni. Taki wydatek może jednak zwrócić się już w 23 lata się po rozpoczęciu pracy w zawodzie.

Według szacunków Boeinga w ciągu najbliższych 20 lat na całym świecie zabraknie nawet 600 tys. przedstawicieli tej profesji. Duży popyt przy niskiej podaży nowych kadr oznacza dla pilotów rynek pracownika i dobre zarobki, ale za około 50–70 lat zawód ten zacznie stopniowo zanikać.

W świetle rozwoju technologii informatycznych prawdopodobnie pilota w kokpicie również kiedyś zastąpi komputer. W tym sensie zawód pilota wydaje się być zawodem przeszłości, bo najbardziej prestiżowy był w drugiej połowie XX wieku. Natomiast w najbliższych kilkudziesięciu latach jest to wciąż zawód absolutnie perspektywiczny. Pilotów na rynku brakuje, więc będzie dla nich dużo dobrze płatnej pracy w wielu ciekawych krajach świata – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Benke, pilot liniowy, prezes zarządu Bartolini Air.

Kandydaci do tego zawodu muszą się charakteryzować przede wszystkim dobrym stanem zdrowia i przejść badania lekarskie, które zagwarantują, że nie stracą świadomości w powietrzu i nie przestaną panować nad samolotem.

Na drugim miejscu są predyspozycje i one już nie są takie oczywiste. Myślę, że większość osób mogłaby zostać pilotami, bo nie jest to zawód o wiele trudniejszy niż inne. Na pewno wymaga gotowości do wzięcia odpowiedzialności. Według mnie w ogóle nie jest to zawód niebezpieczny, stresujący, natomiast na pewno trzeba być osobą odpowiedzialną i umieć traktować sprawy poważnie – podkreśla Jakub Benke.

Kandydat na pilota musi też wykazać się pracowitością, bo zdobywanie kompetencji oznacza wielogodzinną naukę, pracę i wiele różnego typu egzaminów. Szkolenie pilotów dzieli się na część teoretyczną i praktyczną. Składa się z kilku etapów, z których pierwszym jest szkolenie do licencji turystycznej.

Zaczynamy od podstaw teorii, następnie latamy małą awionetką, czyli małym samolotem tłokowym. Uzyskujemy licencję turystyczną, a następnie poszczególne, dodatkowe uprawnienia – aż do licencji zawodowej i licencji liniowej zamrożonej. Cały czas latamy tylko niedużymi samolotami tłokowymi, tyle że coraz bardziej skomplikowanymi, czyli dwusilnikowymi, z chowanym podwoziem. Chodzi o to, żeby to szkolenie nie było aż tak bardzo drogie, bo ono i tak nie należy do najtańszych – mówi Jakub Benke.

Jak ocenia, w Polsce system szkolenia lotniczego jest dość rozwinięty. Istnieje raptem kilka szkół publicznych, które szkolą pilotów, ale na rynku funkcjonuje wiele podmiotów prywatnych. Większość pilotów finansuje szkolenie ze środków własnych, natomiast wymaga to inwestycji rzędu 250 tys. zł. To koszt, który wiele osób powstrzymuje przed wybraniem tej drogi zawodowej. Jak podkreśla ekspert, przy obecnej dobrej koniunkturze na rynku taka inwestycja może jednak szybko się zwrócić – nawet w 2–3 lata po rozpoczęciu pracy w kokpicie samolotu rejsowego.

Po przejściu wieloetapowego szkolenia i uzyskaniu licencji liniowej zamrożonej pilot może się już zatrudnić w linii lotniczej i zasiąść w prawym fotelu pierwszego oficera w dużym samolocie odrzutowym. Przedtem musi jednak przejść jeszcze jedno, trwające średnio od 2 do 4 tygodni szkolenie na dany typ samolotu rejsowego.

Kiedy kandydat na pilota uzyska już licencję zawodową i dostanie pracę w linii lotniczej, ta linia wysyła go na szkolenie np. na typ samolotu Airbus 320 czy Boeing 737. Ono odbywa się już w pełni na symulatorze, z wyjątkiem nauki lądowań. Jest sześć lądowań, które wykonuje się prawdziwym, pustym samolotem bez pasażerów. Wynika to z faktu, że techniki lądowania symulatorów nie są w stanie idealnie tego oddać i ten element jest niezastąpiony. Natomiast gdy przechodzimy do samolotów odrzutowych, na których godzina lotu jest już bardzo droga, rzeczywiście symulatory zaczynają zajmować pierwsze miejsce w szkoleniu – prezes zarządu Bartolini Air.

Postępuje miniaturyzacja elektroniki. Mniejsze niż obecnie stosowane w smartfonach czujniki pozwolą na umieszczenie w nim pojemniejszej baterii

Postępuje miniaturyzacja elektroniki. Mniejsze niż obecnie stosowane w smartfonach czujniki pozwolą na umieszczenie w nim pojemniejszej baterii 6

Czujniki są obecne w każdym smartfonie. Odpowiadają m.in. za redukcję szumów podczas rozmowy czy wykrywania położenia urządzenia. Ich dziesięciokrotne zmniejszenie może pozwolić np. montować większe baterie w smartfonach, a co za tym idzie – wydłużyć ich czas pracy. Czujniki przewodnictwa kostnego z kolei już wkrótce trafią do słuchawek dousznych, co pozwoli słyszeć otoczenie przy jednoczesnym korzystaniu ze słuchawek. 

– Jesteśmy w stanie znacznie zmniejszyć czujniki w stosunku do obecnych rozmiarów. Opracowujemy wszystkie rodzaje czujników, począwszy od detektorów ruchu, poprzez czujniki przewodnictwa kostnego, żyroskopy i akcelerometry, aż po mikrofony i kompasy. W przypadku smartfonów mniejsze czujniki pozwalają zaoszczędzić miejsce np. na większą baterię, co jest niezwykle istotne, bo umożliwia dłuższy czas pracy telefonu – mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Innowacje Josep Montanya z Nanusens.

Miniaturyzacja jest jednym z największych wyzwań, jakie stawia sobie branża elektroniczna, by mogła się dalej rozwijać. Wykorzystywana jeszcze na początku XX wieku 3,5–calowa dyskietka komputerowa mogła pomieścić na taśmie magnetycznej na powierzchni mieszczącej się w dłoni zaledwie 1 megabajt danych. Obecnie na podobnej powierzchni inżynierowie IBM byli w stanie zmieścić 330 terabajtów danych. Rozwój nanotechnologii pozwala pracować na materiałach o średnicy tysiąckrotnie mniejszej od średnicy włosa.

Stworzony w technologii CMOS czujnik Nanosens MEMS, przeznaczony do stosowania w słuchawkach dousznych, jest dziesięciokrotnie mniejszy od konwencjonalnych czujników mikromechanicznych. Zajmuje on objętość jednego milimetra sześciennego. Dzięki temu w niewielkim urządzeniu zwalnia się bardzo dużo przestrzeni, która może zostać wykorzystana np. do zamontowania pojemniejszej baterii.

Dzięki mniejszym czujnikom, możliwe jest także zamontowanie ich większej liczby, co zwiększą wygodę użytkowania słuchawek. Czujniki oparte na przewodnictwie kostnym, wykrywając głos użytkownika, uruchomią redukcję szumów. Inne, dzięki detekcji ruchu, wykryją, kiedy urządzenie znajduje się w kanale ucha, a kiedy w kieszeni. Dzięki temu słuchawki nie będą niepotrzebnie włączone, gdy ktoś z nich rzeczywiście nie korzysta.

– Główne zastosowanie tej technologii to słuchawki douszne, a więc także smartfony czy internet rzeczy. Wszystkie te urządzenia potrzebują mniejszych czujników, a my potrafimy je zmniejszyć bardzo skutecznie. Szczególnie jeśli chodzi o słuchawki – to rynek, na którym w krótszej perspektywie możemy spodziewać się prawdziwego boomu, dlatego to na nim się skupiamy – wskazuje Josep Montanya.

Nanusens do opracowywania swoich rozwiązań korzysta z systemów pamięci budowanych w technologii CMOS, umożliwiającej zmieszczenie bardzo dużej liczby tranzystorów na jednostce powierzchni płytki krzemu. W praktyce oznacza to znikomy pobór mocy i możliwość pracy w bardzo szerokim zakresie temperatur. Technologia pozwoli na opracowanie szeregu różnych czujników.

– W tym roku zajmujemy się tworzeniem próbek czujników bezwładnościowych, a więc detektorów ruchu i czujników przewodnictwa kostnego. Nasz pierwszy prototyp – czujnik ruchu dla branży słuchawek dousznych – pojawi  się w sprzedaży we wrześniu – zapowiada przedstawiciel Nanusens.

Obecnie światowym liderem w produkcji takich czujników jest Bosch, odpowiedzialny za wdrożenia MEMS w połowie smartfonów produkowanych na świecie. Czujniki mikromechaniczne mogą służyć do mierzenia ciśnienia, przyspieszenia, ruchu obrotowego czy analizowania pola magnetycznego Ziemi. W telefonach są odpowiedzialne m.in. za działanie systemów wykrywających, czy smartfon trzymamy poziomo czy pionowo, a także za redukcję szumów i rejestrowanie mowy. Czujnikami MEMS naszpikowane są też systemy wspomagające jazdę. We współczesnym samochodzie bywa zamontowanych nawet 50 takich czujników.

Według analityków z Market Research Future światowy rynek MEMS i innych czujników elektronicznych osiągnie do 2023 roku wartość przeszło 26 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie powyżej 10 proc.

Branża gamingowa przenosi się na smartfony i urządzenia mobilne. Pojawiają się pierwsze przenośne sprzęty do grania w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości

Branża gamingowa przenosi się na smartfony i urządzenia mobilne. Pojawiają się pierwsze przenośne sprzęty do grania w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości 7

Pojawienie się smartfonów projektowanych z myślą o graczach sprawiło, że deweloperzy pokładają coraz większe nadzieje w branży mobilnej. Przekłada się to nie tylko na rosnącą liczbę tytułów klasy premium, które trafiają do sklepów mobilnych. Twórcy coraz chętniej eksperymentują także z technologiami wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, które mogą zwiększyć wrażenia, jakie gracz odbiera z rozgrywki.

Osiem lat po premierze pierwszej pełnoprawnej wersji Minecrafta firma Microsoft postanowiła przenieść ten tytuł w nową rzeczywistość. W tym roku na rynku zadebiutuje Minecraft Earth, innowacyjna odsłona gry osadzona w rzeczywistości rozszerzonej. Ten ruch jest odpowiedzią na rosnące zainteresowanie graczy nowymi technologiami mobilnymi i próbą wpisania się w sukces takich tytułów, jak Pokemon GO czy Harry Potter Wizards Unite.

Za oba te tytuły odpowiada ten sam wydawca, studio Niantic, które wyspecjalizowało się w tworzeniu aplikacji wykorzystujących rzeczywistość rozszerzoną. Popularna marka i innowacyjna technologia mogą nie wystarczyć, aby Minecraft Earth spotkał się z równie ciepłym przyjęciem ze strony graczy. Wielu twórców gier mobilnych próbowało swoich sił w branży AR i nie wszystkim udało się odnieść sukces.

– Największym problemem technologii augmented reality jest fakt, że trzeba chodzić z urządzeniem i wymachiwać telefonem w przestrzeni. Z kolei największą przeszkodą w wirtualnej rzeczywistości jest logistyka. Obecne urządzenia mają duże wymagania sprzętowe, kable plączące się po podłodze i stacje bazowe, które trzeba porozstawiać. Pierwsze zestawy nie pozwalały na poruszanie się, co często powodowało mdłości, ale nowsze zestawy już rozwiązały ten problem – aplikacje i gry VR-owe są już na dużo wyższym poziomie, a PlayStation wypuściło swój zestaw VR. Wygląda na to, że rynek VR będzie się powoli rozwijał – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Kuczera, prezes zarządu Vixa Games.

Branżę VR od lat wspierają czołowi producenci elektroniki użytkowej. Samsung promuje swoje smartfony z linii Galaxy S jako idealny sprzęt do grania w rzeczywistości wirtualnej za pośrednictwem zestawu Gear VR. Potencjał tego segmentu doceniają także inżynierowie Oculusa, którzy opracowali w pełni niezależny, mobilnym zestaw do wirtualnej rzeczywistości – Oculus Quest. W urządzeniu zamontowano wszystkie niezbędne podzespoły, dzięki czemu nie trzeba podpinać do niego ani komputera, ani smartfona, aby uruchomić gry w VR.

Mobilne zestawy VR mają jednak swoje ograniczenia. Sprzęty obecnej generacji nie są tak zaawansowane, aby pozwalały z wysoką precyzją śledzić położenie gracza oraz otaczających go obiektów tak, jak czynią to pecetowe czy konsolowe gogle wirtualnej rzeczywistości.

– Zestawy VR są zdecydowanie stacjonarne i nawet jeżeli byłyby na tyle mobilne, że moglibyśmy korzystać z nich w pomieszczeniu, to kto ostrzeże nas, że ktoś się zbliża? Będziemy na siebie wpadać. Zatem zdecydowanie to są urządzenia stacjonarne. Nie sądzę, żeby stały się mobilne w najbliższej przyszłości, 5G raczej w tym nie pomoże – twierdzi ekspert.

Technologia 5G może odegrać jednak inną, równie znaczącą rolę w rozwoju branży gier mobilnych. W tym roku zadebiutuje kilka usług gamingowych bazujących na chmurze danych. Na jesieni Apple zaprezentuje platformę Arcade, a Google rozpocznie wdrażanie serwisu Stadia, który umożliwi uruchamianie tytułów klasy AAA (z bardzo dużymi wymaganiami sprzętowymi) m.in. za pośrednictwem smartfonów oraz tabletów.

Do płynnego grania za pośrednictwem chmury wymagany jest dostęp do szybkiego internetu. I o ile w warunkach domowych nie powinno być z tym problemu, o tyle do grania poza domem konieczne może się okazać skorzystanie z sieci 5G. Firmy technologiczne powoli przygotowują się do wsparcia tej technologii i wypuszczają na rynek pierwsze smartfony wyposażone w moduły 5G. Sprzęty takie zapowiedziały m.in. Samsung, Huawei czy Xiaomi.

– Rynek gier jest ogromny i rośnie w zastraszającym tempie. Kiedyś granie było traktowane jako zabawa dla dzieci, teraz jest to normalne. To nic dziwnego, gdy dorosły włączy Wiedźmina III w ramach relaksu. Mamy w Polsce bardzo dobre studia, które produkują bardzo dobrej jakości gry. Na polskim rynku jest duży potencjał, żeby robić jeszcze więcej, jeszcze lepszych gier – uważa Łukasz Kuczera.

Według Research and Markets globalna wartość branży gier mobilnych w 2017 roku przekroczyła 48 mld dol. Szacuje się, że do 2026 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,6 proc.

Raport VMware: Polacy chcą więcej cyfrowej swobody w miejscu pracy

Jak tworzyć silną markę pracodawcy, przyciągać do firmy najlepsze talenty i osiągać biznesowe wzrosty? To wyzwanie spędza sen z powiek menedżerom. Odpowiedź przynosi najnowszy raport firmy VMware. Wynika z niego, że firmy, które chętnie inwestują w rozwój cyfrowych doświadczeń pracowników znacznie łatwiej osiągają cele biznesowe i przyciągają uzdolnionych fachowców. Trend ten dotyczy tak krajów zachodniej Europy, jak i polskich firm.

Według najnowszych badań VMware, ponad 66 proc. pracowników z firm w regionie EMEA przyznaje, że swoboda wyboru cyfrowych narzędzi pracy ma wpływ na decyzję o podjęciu pracy u danego przedsiębiorcy. W Polsce ponad 75 proc. pracowników uzależnia ten wybór od poziomu cyfrowej wolności, co stanowi wynik średnio o 15 proc. wyższy niż w Niemczech, Francji czy Wlk. Brytanii. W całym regionie EMEA 70 proc. pracowników uważa, że ich obecni pracodawcy powinni bardziej skupić się na rozwoju ich cyfrowych doświadczeń.

Kapitał ludzki jest dzisiaj o wiele bardziej niezbędny dla sukcesu firmy niż kiedykolwiek wcześniej. To ludzie stanowią źródło innowacji i to ludzie pozwalają firmie zdobyć przewagę konkurencyjną. Najlepsi fachowcy mają jednak coraz więcej możliwości rozwoju, które są zgodne z ich stylem życia i celami zawodowymi. Pracodawcy nie maja wyboru i muszą o nich walczyć jak nigdy dotąd – komentuje wyniki Jean Pierre Brulard, dyrektor generalny VMware w regionie EMEA. Inwestycje w rozwój cyfrowych doświadczeń pracowniczych, dających swobodę wyboru narzędzi i stylu pracy są najlepszym sposobem pozyskania uzdolnionych pracowników – dodaje.

Informatyczno-kadrowe wojny

Raport wykazał, że jeśli firmy chcą naprawdę czerpać korzyści z technologii cyfrowego miejsca pracy muszę zwiększyć poziom współpracy między działami HR oraz IT. Jak na razie pracownikom brakuje często wiedzy kto tak naprawdę jest odpowiedzialny za ich cyfrowe doświadczenia. Według badań, 49 proc. pracowników w regionie EMEA i 56 proc. w polskich firmach nie wie z kim ma rozmawiać na ten temat. Dla 24 proc. polskich respondentów ten brak rozeznania jest jedną z głównych barier w budowaniu pozytywnych cyfrowych doświadczeń.

Arkadiusz Sikora, dyrektor generalny w VMware Polska
Arkadiusz Sikora, dyrektor generalny w VMware Polska

W Polsce 85 proc. pracowników otwarcie wzywa działy kadr i IT do ścisłej współpracy w zakresie budowania cyfrowych doświadczeń w miejscu pracy. Na razie niecałe 25 proc. ankietowanych w polskich firmach wskazuje, że do takiej integracji działań dochodzi. Co ciekawe, 8 na 10 ankietowanych przyznaje, że kadrowcy z działów HR powinni mieć większy wpływ na rozwój cyfrowych doświadczeń – opowiada Arkadiusz Sikora, dyrektor generalny w VMware Polska – Zmiana tego podejścia jest istotna o tyle, że dyskusje o cyfrowej transformacji zbyt często obracają się wokół technologii, a zapominają o ludziach i ich kompetencjach – dodaje.

Mimo apeli, jedna czwarta polskich pracowników twierdzi, że największą przeszkodą we wprowadzaniu zmian jest całkowity brak zrozumienia ze strony działów IT czego tak naprawdę chcą. 15 proc. z nich wskazuje, że firmy nie uznają cyfrowych doświadczeń za swój biznesowy priorytet. Ponad 56 proc. ankietowanych uważa ponadto, że nie ma wpływu na to z jakich urządzeń mogą korzystać w pracy. Jednocześnie 84 proc. kierowników działów IT twierdzi, że jest wprost przeciwnie.

Podwyżka nie uszczęśliwi pracownika

Budowanie pozytywnych cyfrowych doświadczeń pracownika ma ogromny wpływ na jego satysfakcję z pracy i przywiązanie do firmy. Polscy respondenci, którzy przyznali, że ich organizacja daje im możliwość pracy zdalnej, znacznie częściej wskazywali, że są dumni ze swojego miejsca pracy, w porównaniu z respondentami, których firma nie pozwala na taką swobodę (82 proc. w porównaniu do 18 proc). Pracownicy chwalący się wyższym poziomem autonomii znacznie częściej wskazywali swoje firmy jako organizacje charakteryzujące się progresywna kulturą (74 proc.), najlepsze miejsce do pracy (77 proc.) czy firmy dbające o równowagę pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym (71 proc.)

Dzisiaj bardzo istotne jest, by pracownicy mogli kształtować swoje miejsce pracy w zgodzie ze swoimi potrzebami, aspiracjami i stylem pracy. Tradycyjne wartości, które do tej pory przyciągały pracowników do firmy jak stabilność zatrudnienia, dobre wynagrodzenie czy benefity pozapłacowe już nie działają na młodych ludzi. Ci pracownicy chcę mieć wolność wyboru i sami decydować jak, gdzie i na czym pracują – komentuje Arkadiusz Sikora.

Autonomia dla wzrostu

Przeprowadzone badania pokazały również, w jaki sposób poziom rozwoju biznesu wpływa na to jak firmy zapewniają więcej cyfrowych doświadczeń, w tym dostęp do urządzeń, narzędzi, aplikacji i technologii. Na przykład w Polsce organizacje, które mają niższy wskaźnik wzrostu, rzadziej zapewnią pracownikom swobodę pracy ze swoich urządzeń osobistych (52 procent) i zapewnią dostęp do aplikacji pracowniczych od ręki, w porównaniu z tymi, które charakteryzują wyższe wskaźniki wzrostu wzrost (odpowiednio 68 procent, 78 procent).

Nadchodzą oczekiwane zmiany w VAT: matryca stawek podatku i Wiążąca Informacja Stawkowa

W obecnym stanie prawnym identyfikacja właściwej stawki VAT następuje na podstawie Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług 2008 (PKWiU 2008). PKWiU był stworzony w głównej mierze do celów statystycznych, a nie do określania stawek VAT, dlatego też dla celów identyfikacji VAT jest bardzo problematyczny, niejasny i niespójny. Podatnicy ciągle spotkają się z ogromnymi problemami, a błędne określenie stawki VAT może mieć bolesne konsekwencje.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt
Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Co prawda podatnik może wystąpić do Głównego Urzędu Statystycznego o opinię w sprawie poprawnego sklasyfikowania danej usługi czy też towaru, jednak interpretacja GUS nie jest wiążąca dla organów podatkowych i nie jest decyzją administracyjną. Ponadto opinie te nie są jednolite.

Z tego powodu oraz przez interpretacje organów podatkowych na przestrzeni lat powstało wiele absurdów. Największym, który zawsze powraca do dyskusji publicznej przy okazji Tłustego Czwartku, jest słynny VAT na pączki, który może wynieść 5%, 8% jak i 23%. Stawka zależy od tego, czy jest to pączek dietetyczny lub tradycyjny z datą spożycia do 14 dni, czy pączek o dłuższym terminie przydatności.

Inny przykład – musztarda została zaklasyfikowana pod stawkę 23%, ale już sos musztardowy – 8%. Ta sama niższa stawka obowiązuje dla ketchupu czy też majonezu. Jak widać musztarda jest traktowana inaczej. Dlaczego? Bo jak wynika z uzasadnienia – jest zdrowsza. Podobna sytuacja ma miejsce wśród owoców czy też wody. Stawka VAT na wodę mineralną wynosi 8%, natomiast na wodę źródlaną już 23%. Do sprzedaży brzoskwini ma zastosowanie stawka 5%, ale już banana 8%.

Przykładów absurdów, gdzie dwa podobne do siebie produkty objęte są rożnymi stawkami, jest wiele, stąd też pomysł wprowadzenia matrycy stawek VAT, która ma być oparta na 3 filarach: prostota – przejrzystość – przyjazność stosowania.

Zgodnie z uzasadnieniem do projektu powyższy cel ma być osiągnięty poprzez zbudowanie matrycy stawek podatku VAT opartej na następujących założeniach:

  1. przyjęcie jednej (takiej samej) stawki podatku dla całych – w miarę możliwości i przy racjonalności systemu – działów CN (nomenklatury scalonej);
  2. przyjęcie – w przypadku konieczności zmiany stawki na dane towary – generalnej zasady obniżania stawek („równanie w dół”);
  3. konieczność zrównoważenia wprowadzenia prostej matrycy podwyżkami stawek na wybrane (ale nieliczne) towary i usługi.

Nowa matryca stawek VAT w głównej mierze ma za zadanie wyeliminowanie absurdów w stosowaniu stawek VAT, gdzie podobne towary (towary takiej samej kategorii) były czasem opodatkowane według różnych stawek.

Matryca stawek VAT ma być oparta na nomenklaturze scalonej (CN). W związku z tym produkty będą przyporządkowane do danego działu w systemie CN, np. pieczywo, owoce, warzywa, mięsa czy też produkty mleczarskie. W konsekwencji co do zasady stawkami zostaną objęte całe działy, a nie poszczególne towary z nich wyodrębnione.

Ministerstwo Finansów podkreśla, że planowane zmiany nie mają celu fiskalnego, natomiast mają uprościć system i zdecydowanie ograniczyć niekonsekwencje w stosowaniu stawek VAT. A jak to wygląda w praktyce?

Obniżeniu ulegną stawki VAT np. na:

  1. owoce tropikalne i cytrusowe, niektóre orzechy (pistacjowe, migdały, kokosowe) – obecnie opodatkowane według stawki 8%, objęte zostaną – tak jak pozostałe owoce – stawką 5%;
  2. pieczywo każdego rodzaju, włącznie z ciastkami, proponuje się objąć stawką 5% (obecnie pieczywo i produkty ciastkarskie są objęte trzema stawkami 5%, 8% i 23%);
  3. zupy, buliony, żywność homogenizowana i dietetyczna – w tym również dietetyczne środki spożywcze specjalnego przeznaczenia medycznego objęte obecnie stawką 8%, będą opodatkowane według stawki w wysokości 5%;
  4. musztarda, przyprawa słodka papryka, niektóre przyprawy przetworzone (np. pieprz, gałka muszkatołowa, tymianek), obecnie opodatkowane według stawki 23%, będą objęte zakresem stawki 8%;
  5. książki – wszelkiego rodzaju – a więc drukowane, na dyskach, taśmach i innych nośnikach, jak również w formie elektronicznej (e-booki) proponuje się objąć jedną – 5% stawką podatku VAT;
  6. produkty dla niemowląt i dzieci, tj. żywność przeznaczona dla niemowląt i małych dzieci, smoczki, pieluszki oraz foteliki samochodowe są objęte obecnie stawką 8%. Proponuje się obniżenie stawki na te produkty do 5%;
  7. artykuły higieniczne (podpaski, tampony higieniczne) – obecnie opodatkowane stawką w wysokości 8%, zostaną objęte stawką 5%;
  8. gazety, dzienniki i czasopisma drukowane, na dyskach, taśmach i innych nośnikach, jak również w formie elektronicznej (e-prasa) proponuje się objąć jedną – 8% stawką podatku VAT (z wyjątkiem czasopism regionalnych i lokalnych w formach innych niż elektroniczna, dla których utrzymuje się stawkę 5%).

Podwyższone zaś zostaną stawki VAT m.in. na:

  1. niektóre przyprawy nieprzetworzone (np. gałka muszkatołowa, kwiat muszkatołowy, kmin, szafran, kurkuma) – z 5% na 8%;
  2. homary i ośmiornice oraz inne skorupiaki, mięczaki i bezkręgowce wodne (m.in. kraby, langusty, krewetki, ostrygi, małże, ślimaki) oraz przetwory z nich, kawior oraz namiastki kawioru, jak również sprzedawane w różnego rodzaju placówkach gastronomicznych posiłki, których składnikiem są ww. produkty – z 5% na 23%;
  3. lód – używany do celów spożywczych i innych celów chłodniczych – z 8% na 23%;
  4. czasopisma specjalistyczne – z 5% na 8%. Podwyżka nie dotyczy czasopism regionalnych i lokalnych drukowanych, na dyskach, płytach itp., dla których utrzymuje się stawkę 5%.

Wiążąca Informacja Stawkowa

Instrumentem zapewniającym podatnikom i organom podatkowym większą pewność co do prawidłowości zastosowanych stawek podatku VAT ma być Wiążąca Informacja Stawkowa. Nowy instrument zastąpi niewiążące interpretacje wydawane przez GUS. Wiążąca Informacja Stawkowa będzie decyzją administracyjną wydawaną przez Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej. Wniosek będzie musiał spełnić wymagania formalne oraz będzie podlegał opłacie w kwocie 40 zł. Sama zaś decyzja będzie wydawana w ciągu 3 miesięcy. Podatnik, który uzyska Wiążącą Informacje Stawkową, będzie miał zapewnioną ochronę.

Podsumowanie

Matryca Stawek VAT na pewno nie jest pozbawiona wad. Jednak już podczas samych prac legislacyjnych usunięto jeden z największych absurdów. Stawka na napoje z dużą zawartością soku miała być wyższa, tzn. miał nastąpić wzrost z 5% na 23%. Podwyżkę VAT mogli odczuć w tym zakresie konsumenci. Soki już są stosunkowo drogie, po podniesieniu stawki VAT byłyby jeszcze droższe. Ponadto mogłaby spaść produkcja soków z dużą zawartością owoców na rzecz napojów z niską zawartością.

Powyższe również miałoby przełożenie na popyt owoców od sadowników. Po poprawce niegazowane napoje bezalkoholowe (z przynajmniej 20% zawartością soku z owoców lub warzyw) pozostaną opodatkowane stawką 5%. W stosunku do pierwotnego projektu została również naniesiona inna poprawka, zaproponowana przez Senat. W pierwszym projekcie 5% stawką miało być objęte mleko krowie. Natomiast np. mleko ryżowe, sojowe czy migdałowe – stawką 23%. Po poprawce również na nie będzie obowiązywała stawka 5%.

Pomimo tego matryca stawek VAT jest jedną z najbardziej oczekiwanych zmian w prawie. Zastąpi skomplikowany i przede wszystkim niespójny system, który – co należy jeszcze raz podkreślić – z założenia miał służyć celom statystycznym. Druga zmiana, czyli Wiążąca Informacja Stawkowa, ze względu na swoją funkcję ochronną również jest pożądana. Konkludując, powyższe zmiany są niezbędne i oczekiwane przez podatników. Obie zmiany są już na ostatniej prostej. Obecnie (22.08.2019 r.) projekt ustawy czeka na podpis Prezydenta. Same zmiany mają wejść w życie już 1 listopada 2019 r., jednak większość zmian stawek będzie obowiązywać dopiero od 1 kwietnia 2020 r. Z dniem 1 listopada 2019 r. będzie obowiązywać np. zmiana stawki na e-booki (5%). W związku z powyższym Wiążące Informacje Stawkowe będą obowiązywały dopiero od 1 kwietnia 2020 r.

Umiejętność adaptacji na rynku pracy. Jak zwyciężyć na rynku pracy przyszłości?

W dobie stale postępującego rozwoju technologii coraz więcej uwagi poświęca się tematowi ich wpływu na rynek pracy. Największe firmy konsultingowe, organizacje ekonomiczne czy agencje pośrednictwa pracy co kilka miesięcy publikują stale aktualizowane zestawienia cech, które będą najbardziej pożądane u pracowników w 2020, 2025 czy 2050 roku. Tymczasem pewne jest tylko jedno: zachodzące już zmiany nie ominą nikogo z zatrudnionych. Nie sposób jednak przewidzieć, jakie nowe role i zawody pojawią się w ciągu najbliższych 15 lat, a w związku z tym, jakie kompetencje będą najbardziej potrzebne. W sytuacji takiej podstawową cechą, jaką powinni w sobie rozwijać wszyscy ci, którzy nadal chcą być atrakcyjni dla pracodawców, jest umiejętność adaptowania się do zmian i przeobrażającego się rynku pracy. Tym bardziej, że w miejsce zagrożonych automatyzacją stanowisk pojawią się nowe, jeszcze nieznane, do których chcąc pozostać na rynku trzeba będzie się sprawnie dostosować i pokazać swoją wyjątkową wartość. Jak to jednak zrobić, zarówno na poziomie pracownika jak i całej organizacji?

Grzegorz Święch – Wiceprezes i Partner Grupy Nowe Motywacje
Grzegorz Święch – Wiceprezes i Partner Grupy Nowe Motywacje

Niepewne prognozy na przyszłość

Inteligencja społeczna, umiejętność komunikacji, zdolności kognitywne, kompetencje cyfrowe i wiele innych cech zmieniają swoje miejsce w rankingach kompetencji, które będą musieli posiadać pracownicy, chcący utrzymać się na rynku pracy przyszłości. W zależności od branż czy zawodów, wśród tych najbardziej poszukiwanych umiejętności znajdą się na pewno również: odporność na stres, nastawienie na wyniki i zdolność planowania strategicznego, a także tworzenie nowych idei, kreatywność oraz otwartość na współpracę z maszynami i algorytmami, czy nawet zdolności opiekuńcze. Nie da się jednak ukryć, że wszystkie te prognozy zawierają w sobie sporą dozę niepewności. Już dziś bowiem wiadomo, że 65% uczniów, którzy niedawno rozpoczęli edukację, w przyszłości będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Jednocześnie 74% obecnie pracujących osób deklaruje, że są gotowi uczyć się nowych rzeczy, czy też nawet kompletnie przekwalifikować, aby pozostać atrakcyjnymi dla pracodawców w przyszłości[1].

Nie taka automatyzacja straszna

Jednym z najbardziej znanych opracowań w zakresie rynku pracy przyszłości są badania opublikowane w 2013 przez Carla Benedikta Freya i Michaela Osborne’a z Oxfordu[2]. Według ich szacunków nawet 47% wszystkich miejsc pracy w USA miało być zagrożonych zniknięciem w wyniku automatyzacji. Od tego momentu przyszłość rynku pracy stała się przedmiotem wielu analiz, badań i prognoz. Faktycznie już dziś jedną z przyczyn największych zmian jest automatyzacja, która zmienia funkcjonowanie wielu branż, sposób wykonywania obowiązków w różnych zawodach oraz zapotrzebowanie na pracowników z niektórymi umiejętnościami. Najnowsze badania, przeprowadzone przez Accenture w Niemczech, Wielkiej Brytanii i USA, wskazują jednak, że ryzyko utraty pracy w wyniku automatyzacji poszczególnych stanowisk ulegnie zdecydowanemu zmniejszeniu po 2035 roku. Szansą dla pracujących jest bowiem relokacja ich umiejętności i kompetencji w kierunku bardziej „ludzkim” – rozwoju inteligencji społecznej, emocjonalnej oraz zdolności do kompleksowej analizy[3].

Firmy nie będą w stanie zachować stanowisk i ochronić tych miejsc pracy, które mogą zostać zastąpione pracą robotów czy systemów sztucznej inteligencji – w ich interesie jest bowiem optymalizacja kosztów, wzrost efektywności pracy oraz skrócenie czasu wykonywania poszczególnych obowiązków. Jednak w zakresie ich odpowiedzialności, ale też we własnym interesie, leży zadbanie o posiadane zasoby ludzkie z wyprzedzeniem. Menadżerowie, kadra zarządzająca i osoby odpowiedzialne w firmach za rozwój talentów nie powinny zwlekać, ale już dziś rozpocząć proces przygotowywania się na nadchodzące zmiany. By jednak mogli podjąć jakiekolwiek działania muszą najpierw zrozumieć ze zmianami o jakim charakterze będą musieli się zmierzyć i jak dostosować do nich strategię dalszego rozwoju pracowników.

Maszyny nie zastąpią ludzi, ale znacząco zmienią ich sposób pracy

Niezależnie bowiem od branży czy rodzaju organizacji, w jakiej pracownicy będą świadczyć pracę za 10 czy 15 lat, każdego z nich dotknie bezpośrednio nieustanny rozwój nowych technologii, automatyzacji i robotyzacji. W sytuacji jednak, gdy część obowiązków, stanowisk czy nawet całych działów produkcyjnych, zostanie zautomatyzowana, w ich miejsce powstaną nowe funkcje, które będą mogli pełnić ludzie, używając swoich cech, których maszyny jeszcze przez wiele lat nie będą w stanie posiąść.  Już dziś menadżerowie największych firm i korporacji mają świadomość tego, że w nadchodzących latach będą poszukiwać w pracownikach przede wszystkim takich cech, jak kreatywność, innowacyjność, wyobraźnia czy zdolność projektowania, budowania strategii oraz komunikacji. Wśród ponad 10 tys. menadżerów, pracowników HR i analityków, którzy wzięli udział w przeprowadzonym przez PwC badaniu, 52% zadeklarowało, że w ich organizacjach już badane i wykorzystywane są zalety płynące ze współpracy ludzi z maszynami, a ich firmy czerpią korzyści wynikające z automatyzacji. Jednocześnie taki sam procent ankietowanych zamierzało w ciągu nadchodzących 12 miesięcy zwiększyć liczbę osób zatrudnionych w firmie[4], mając świadomość, że brak na pokładzie takich cech, jak zdolność adaptacji, umiejętność rozwiązywania problemów i współpracy, przywództwo, kreatywność i innowacyjność, może stanowić istotne zagrożenie dla efektywnego funkcjonowania ich biznesu.

Nie da się jednak ukryć, że to, na jakie zawody może być zapotrzebowanie w nadchodzących latach, to jedynie prognozy. 15 czy 20 lat temu nikt nie przewidywał bowiem, że wkrótce będzie można zarabiać na życie prezentując swoje zdjęcia w różnych strojach czy lokalizacjach na Instagramie, pracować jako trener bota czy operator drona. Co zatem zrobić, gdy nie wiadomo czy kompetencje, na które będzie zapotrzebowanie w ciągu najbliższych 5 lat, będą również w cenie za 15 lat? Należy rozwijać w sobie przede wszystkim umiejętność adaptowania się do nowych i ciągle zmieniających się warunków, otwartość na zmiany i świadomość, że przez całe życie zawodowe należy zdobywać nowe umiejętności i nieustannie się uczyć.

Zwycięża ten, kto najszybciej umie się dostosować

Obecnie jedyne, czego możemy być pewni w związku z rozwojem rynku pracy, to fakt, że zmiany następują niezwykle szybko i właściwie nie sposób przewidzieć przyszłości poszczególnych branż, zawodów czy stanowisk, ani też zapotrzebowania na te, które będą niezbędne w przyszłości zauważa Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner Grupy Nowe Motywacje. U wielu osób, funkcjonujących już w zawodowej rzeczywistości, takie niepewne prognozy mogą wywoływać lęk i frustrację, bowiem wielu z nich do wykonywania obecnego zawodu kształciło się latami, zdobywając doświadczenie i budując swoją pozycję. Tymczasem już zaraz może się okazać, że ich umiejętności zostały zastąpione przez pracę maszyn. Dlatego tak ważne jest wykształcenie w sobie zdolności do adaptacji, przyjęcie za pewnik tego, że zmiany nastąpią i otwarcie się na niedodaje Święch.

Świadomość tego, że elastyczność i umiejętność przystosowywania się, są podstawą sukcesu w obecnej rzeczywistości zawodowej sprawia, że pracownik nie traci czasu na stres czy frustrację związane ze zrozumieniem i zaakceptowaniem nowych warunków i wymagań stawianych mu przez pracodawcę, ale może od razu podjąć kroki, które pomogą mu w podniesieniu jego atrakcyjność na rynku.  Zdolność do adaptacji niezbędna jest jednak nie tylko szeregowym pracownikom, osobom, które chcą się rozwijać i zwiększyć swoją konkurencyjność. Jest to również cecha, o którą powinny zadbać całe organizacje – one bowiem również muszą coraz szybciej dostosowywać się do zmian, wprowadzać do funkcjonowania firmy nowe technologie, zmieniać sposób przeprowadzania utartych dotychczas procesów, ale przede wszystkim pozwalać sobie na błędy. Umiejętność adaptowania się do nowych warunków jest niezbędna również po to, by odpowiednio wcześnie zidentyfikować problemy, które mogą się pojawić i z odpowiednim zapasem czasowym zacząć im przeciwdziałać – chociażby odpowiednio kształcąc kadry, dzięki czemu w przyszłości nie zabraknie im odpowiednich kompetencji i umiejętności pracy w zespole.

Przeprowadzone odpowiednio wcześnie, z uwzględnieniem konkretnych potrzeb danej organizacji, szkolenia i warsztaty, mają za zadanie przygotować zatrudnionych na różnych pozycjach w strukturach na nową zawodową przyszłość. W obecnej, tak szybko zmieniającej się sytuacji, podstawą jest uświadomienie sobie, że na każdym poziomie firmy już dziś odbywa się ewolucja, która w efekcie doprowadzi do rewolucyjnych zmian, oraz wykształcenie umiejętności radzenia sobie ze stresem z tym związanym. Dzięki temu firmy będą w stanie zapewnić sobie sprawne funkcjonowanie i przygotować swoje zespoły na stały rozwój, budując jednocześnie konkurencyjną pozycję poszczególnych pracowników, jak i całego prowadzonego biznesu podsumowuje Grzegorz Święch z Grupy Nowe Motywacje.

[1] „Workforce of the future: the competing forces shaping 2030”, PwC, 2018

[2] https://www.oxfordmartin.ox.ac.uk/downloads/academic/The_Future_of_Employment.pdf

[3] „Harnessing revolution. Creating the Future Workforce”, Accenture 2017

[4] „Workforce of the future: the competing forces shaping 2030”, PwC, 2018

Fed vs oczekiwania rynkowe

Rynki oczekują cięcia stóp w USA o 50 pkt bazowych do końca roku. Minutki Fed absolutnie tego nie potwierdzają. Władze monetarne Stanów Zjednoczonych chcą czekać, obserwując sytuację makro i twardo odrzucają wizję rozpoczęcia cyklu obniżek stóp, a lipcową decyzję (-25 pkt) traktują jako dostosowawczą w cyklu. Teraz czekamy na zapiski z ostatniego posiedzenia EBC.

Fed poczeka na rozwój sytuacji

Dla wielu najważniejszym środowym wydarzeniem była publikacja minutek, czyli zapisków z ostatniego posiedzenia Rezerwy Federalnej. Większość członków tej instytucji oceniła lipcową obniżkę jako “element dostosowawczy w środku cyklu”, a nie początek całkiem nowego etapu kształtowania polityki monetarnej. Takie też słowa usłyszeliśmy na konferencji szefa amerykańskiego banku centralnego, która miała miejsce po tych obradach. Co ciekawe z minutek wynika, że kilku decydentów wskazywało na potrzebę głębszego cięcia stóp, czyli o 50 pkt bazowych. Dwóch członków głosowało za ich utrzymaniem na dotychczasowych poziomach. Możemy w takim razie wysnuć wniosek, że rynki zbyt pochopnie oceniły dalsze kroki Fed, skoro oczekują cięcia stóp do końca roku minimum dwukrotnie o 25 pkt bazowych. W tej sytuacji inwestorzy będą z jeszcze większym napięciem obserwować wystąpienie Powella na piątkowym sympozjum w Jackson Hole. Być może dowiemy się wtedy, czy jest on skłonny zmienić dotychczasowe poglądy, czy jednak pozostanie przy swoim zdaniu i będzie czekał na rozwój wydarzeń, utrzymując stopy bez zmian. Jeśli postawi na bycie nieugiętym, to narazi się prezydentowi USA, ale równocześnie pokaże niezależność Fed. EUR/USD utrzymuje się tuż poniżej 1,11.

Nowe wybory we Włoszech nie tak pewne

Dość niepokojące informacje dotarły wczoraj z Włoch. Dotychczasowy premier Giuseppe Conte złożył rezygnację ze stanowiska. Jest to efekt rozpadu rządzącej koalicji, który nastąpił w głównej mierze z winy teoretycznie mniejszego partnera, czyli Ligi. Szef tej formacji Matteo Salvini postanowił zagrać va banque, bo widząc w sondażach rosnące poparcie dla swojej partii, liczy na utworzenie samodzielnego rządu. Jednak na razie prezydent Włoch nie podjął decyzji o rozpisaniu nowych wyborów, które z pewnością skutkowałyby czasem niepewności i chaosu, a rykoszetem mogłyby się odbić na notowaniach euro. Czy zatem kolejna elekcja na półwyspie Apenińskim jest już przesądzona? Niekoniecznie. Prezydent ma 2 tygodnie na prowadzenie rozmów z ugrupowaniami parlamentarnymi i próbę stworzenia nowego rządu. Teoretycznie byłoby to najbardziej rozsądne rozwiązanie, gdyż wtedy udałoby się utrzymać w ramach czasowych (zdefiniowanych przez UE) zaprojektowanie budżetu na przyszły rok. Kampania wyborcza w tak newralgicznym momencie to z pewnością groźba opóźnienia tego projektu, co otworzyłoby kolejny konflikt z unijnymi decydentami.

EBC i jego spojrzenie na politykę pieniężną, czyli minutki z ostatniego posiedzenia

Dzisiaj na rynkach całkiem bogaty dzień pod kątem prezentowanych danych. W ciągu dnia poznamy szereg danych PMI na temat zarówno przemysłu, jak i usług. Wiemy już, jak wyglądają one w Niemczech i trzeba przyznać, że w obu sferach wyniki zaskoczyły pozytywnie, ponieważ okazały się lepsze od prognoz. W efekcie lepsze nastroje wpływają na wzrost notowań EUR/USD. O 13.30 poznamy protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego i wydaje się, że powinien to być kulminacyjny moment dnia z największą zmiennością. Z Polski otrzymamy dane na temat sprzedaży detalicznej.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Kiedy wspólnik spółki odpowie za zaległości podatkowe

Odpowiedzialność wspólników za zaległości podatkowe spółek różni się znacząco w zależności od przyjętej formuły przedsiębiorstwa. Inne zasady obowiązują w odniesieniu do wspólników spółek osobowych, czyli spółek cywilnych, jawnych, partnerskich oraz komplementariuszy w spółce komandytowej lub komandytowo-akcyjnej. Inne natomiast odnoszą się do wspólników spółek kapitałowych, czyli spółek z o.o. oraz spółek akcyjnych. Dodatkowo istnieją pewne odrębności w kontekście spółek z o.o. w organizacji, a także spółek akcyjnych w organizacji.

Odpowiedzialność wspólników spółki osobowej

Kwestię odpowiedzialności wspólników spółki osobowej za zaległości podatkowe spółki reguluje art. 115 Ordynacji podatkowej. Zgodnie z tymi przepisami wspólnicy spółek cywilnych, jawnych, partnerskich, a także komplementariusze w spółce komandytowej lub komandytowo-akcyjnej odpowiadają całym swoim majątkiem solidarnie ze spółką i z pozostałymi wspólnikami za zaległości podatkowe spółki. Co również istotne, przepisy art. 115 Ordynacji podatkowej znajdują zastosowanie także w odniesieniu do odpowiedzialności byłego wspólnika za te zobowiązania podatkowe, których termin płatności upływał w czasie, gdy był on wspólnikiem. Nie rozpatruje się przy tym, jaki był stopień zaangażowania poszczególnych wspólników w działalność spółki i w jakim stopniu przyczynili się oni do powstania zaległości. Ten typ odpowiedzialności ma charakter obiektywny, a zatem nie jest konieczne rozpatrywanie jakichkolwiek pobocznych kwestii związanych z ewentualną odpowiedzialnością. Nawet jeżeli dany wspólnik ma jedynie symboliczny, kilkuprocentowy udział w spółce, będzie odpowiadał równorzędnie z innymi wspólnikami. Wielkość udziału nie ma żadnego wpływu na zakres odpowiedzialności.

Zniesienie odpowiedzialności w drodze umowy

Wspólnicy spółek niejednokrotnie wpadają na pomysł, aby znieść ich odpowiedzialność za zaległości podatkowe spółki w drodze umowy lub dokonania innej czynności prawnej. Sądy administracyjne są jednak zgodne co do tego, że taka modyfikacja zakresu odpowiedzialności nie jest dopuszczalna. Tak stwierdził między innymi Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie w wyroku z 17 sierpnia 2017 r. (sygn. akt I SA/Kr 176/17) oraz Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 6 grudnia 2016 r. (sygn. akt I FSK 688/15). Dodatkowo należy wskazać, że uregulowanie przez wspólnika części zobowiązania, odpowiadającej jego udziałowi w spółce, nie zwalnia go od dalszej odpowiedzialności. Takie stwierdzenie znalazło się bowiem między innymi w wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 7 stycznia 2005 r. (sygn. akt III SA/Wa 620/04).

Decyzja o odpowiedzialności podatkowej wspólnika

Konstrukcja odpowiedzialności podatkowej wspólnika za zaległości podatkowe spółki wymaga również odpowiednich działań organów administracji publicznej. Na podstawie art. 115 Ordynacji podatkowej wydaje się decyzję administracyjną orzekającą o solidarnej odpowiedzialności wspólników. Akt ten obarczony jest licznymi wymogami. W szczególności wszystkim wspólnikom przysługuje przymiot strony w takim postępowaniu i wszyscy muszą mieć realny wpływ na toczące się postępowanie. Ponadto organ podatkowy nie może wybrać wyłącznie jednego wspólnika, przeciwko któremu skieruje decyzję administracyjną. Nie w taki sposób wyraża się ich solidarność. Wydawana decyzja administracyjna musi też być maksymalnie precyzyjna, to znaczy musi ustalać konkretną zaległość podatkową. Nie jest możliwe jej późniejsze doprecyzowanie lub skonkretyzowanie.

Odpowiedzialność wspólników spółki kapitałowej

Z kolei odpowiedzialność wspólników spółki kapitałowej została uregulowana w art. 116 Ordynacji podatkowej. W oparciu o te przepisy za zaległości podatkowe spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, spółki akcyjnej lub spółki akcyjnej w organizacji odpowiadają solidarnie całym swoim majątkiem wyłącznie członkowie zarządu, ale tylko wtedy, gdy egzekucja z majątku spółki okazała się w całości lub w części bezskuteczna. Ponadto odpowiedzialność członka zarządu zaktualizuje się wtedy, gdy dodatkowo nie wykazał on, że we właściwym czasie zgłoszono wniosek o ogłoszenie upadłości lub w tym czasie zostało otwarte postępowanie restrukturyzacyjne albo niezgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości nastąpiło bez jego winy. Po drugie natomiast, gdy członek zarządu nie wskazał mienia spółki, z którego egzekucja umożliwi zaspokojenie zaległości podatkowych spółki w znacznej części. Oczywiście odpowiedzialność członków zarządu jest ograniczona w czasie do okresu, w którym sprawowali funkcję członka zarządu. Mając zatem na względzie treść art. 116 Ordynacji podatkowej, członkowie zarządu spółki w dość łatwy sposób mogą uwolnić się od odpowiedzialności. Wystarczy, że rzetelnie wykonują swoje obowiązki i w razie utraty płynności finansowej firmy w odpowiednim czasie zgłoszą wniosek o ogłoszenie upadłości tego podmiotu lub zadbają o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego albo zatwierdzenie układu.

Bezpieczeństwo wspólników spółek kapitałowych

Konstrukcja odpowiedzialności wspólników spółki kapitałowej za jej zaległości podatkowe daje wspólnikom poczucie bezpieczeństwa. Ta odpowiedzialność ma bowiem charakter subsydiarny, i to w zasadzie tylko wobec członków zarządu tego podmiotu. Wspólnicy zarejestrowanych spółek, a zatem niebędących w organizacji, praktycznie nie ponoszą odpowiedzialności za jakiekolwiek zobowiązania podatkowe spółki. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, w której jednocześnie pełnią funkcję członka zarządu. Wiedząc jednak o potencjalnym zagrożeniu w postaci zobowiązań podatkowych, mogą swobodnie się od nich uwolnić, korzystając z mechanizmu odwołania członka zarządu ze sprawowanej funkcji. Zresztą, biorąc pod uwagę, że odwołanie członka zarządu mogłoby nawet nie zostać ujawnione w rejestrze, wydaje się, że takiego odwołania można byłoby w zasadzie dokonać w każdym czasie. Na marginesie warto zaznaczyć, że krytykowane jest stanowisko wyrażone przez Naczelny Sąd Administracyjny, zgodnie z którym nieujawnienie odwołania członka zarządu w rejestrze nie zwalnia go z odpowiedzialności za zaległości podatkowe spółki (wyrok z 12 września 2003 r., sygn. akt SA/Rz 886/02).

Odpowiedzialność członka zarządu a odpowiedzialność wspólników

Odpowiedzialność członka zarządu jest istotna w kontekście odpowiedzialności wspólników. Może się bowiem zdarzyć, że to właśnie jeden ze wspólników pełni tę funkcję, gdyż co do zasady w oparciu o art. 116 § 1 Ordynacji podatkowej za zaległości podatkowe spółki z o.o., spółki z o.o. w organizacji, spółki akcyjnej lub spółki akcyjnej w organizacji odpowiadają solidarnie całym swoim majątkiem członkowie jej zarządu, jeżeli egzekucja z majątku spółki okazała się w całości lub w części bezskuteczna, a członek zarządu nie wykazał, że we właściwym czasie zgłoszono wniosek o ogłoszenie upadłości lub w tym czasie otwarto postępowanie restrukturyzacyjne albo zatwierdzono układ w postępowaniu o zatwierdzenie układu albo niezgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości nastąpiło bez jego winy, a nadto członek zarządu nie wskazuje mienia spółki, z którego egzekucja umożliwi zaspokojenie zaległości podatkowych spółki w znacznej części. Oczywiście odpowiedzialność członków zarządu obejmuje zaległości podatkowe z tytułu zobowiązań, których termin płatności upłynął w czasie pełnienia przez nich obowiązków członka zarządu. Zagadnienie istnienia bądź nieistnienia zarządu spółki jest ważne także dlatego, że w przypadku, gdy spółka z o.o. w organizacji lub spółka akcyjna w organizacji nie posiada zarządu, za zaległości podatkowe będzie odpowiadał jej pełnomocnik albo sami wspólnicy. Tak stwierdzono w art. 116 § 3 Ordynacji podatkowej. Chodzi tutaj również o zaległości podatkowe z tytułu zobowiązań, których termin upływał w czasie pełnienia przez dane osoby obowiązków członka zarządu oraz o zobowiązania powstałe w czasie pełnienia funkcji, których termin upływał po likwidacji spółki. Sytuacja, w której już na tym etapie działalności dochodzi do powstania dużej zaległości podatkowej, należy jednak do rzadkości.

Odpowiedzialność wspólników za zaległości podatkowe spółek

W kontekście odpowiedzialności wspólników za zaległości podatkowe spółek należy zatem wskazać, że z pewnością najbardziej bezpieczną formą prowadzenia przedsiębiorstwa jest spółka kapitałowa. W tym przypadku można bowiem praktycznie do zera zredukować ryzyko ponoszenia odpowiedzialności – nie tylko wspólników, ale i członków zarządu. Z kolei w spółkach osobowych należy liczyć się z ryzykiem.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfryzacja nie szkodzi polskiemu rynkowi druku. Drukarki 3D przyszłością branży

Pomimo powszechnej digitalizacji oraz sporym wahnięciom sprzedaży urządzeń drukujących, polski rynek druku nie musi bać się o swoją przyszłość. W najbliższych latach motorem napędowym dla tego segmentu będą rozwój druku przestrzennego oraz nowe modele oferowanych przez producentów rozwiązań. A to spowoduje wzrost wartości tego rynku w kraju – ocenia w najnowszym raporcie branżowym Związek Cyfrowa Polska.

Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski

Jak podaje ta największa organizacja branży cyfrowej i nowoczesnych technologii w Polsce, która wśród swoich członków ma również producentów i dystrybutorów drukarek oraz urządzeń wielofunkcyjnych, tylko w zeszłym roku na polskim rynku sprzedano niemal 1 mln urządzeń drukujących. To o 8 proc. więcej niż rok wcześniej. Jak wyjaśnia prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik wzrost w 2018 r. napędziła większa liczba zamówień publicznych na tego typu sprzęt oraz zakupów dokonywanych przez biznes. – Wahnięcia są rzeczą naturalną i wynikają z cyklu życia produktów, które są sprzedawane w kanale biznesowym – mówi Michał Kanownik.

Dzięki drukowi 3D i usługom zarządzania drukiem wzrośnie wartość rynku

Jednak prognozy podawane przez Cyfrową Polskę wskazują, że w kolejnych latach nie tylko w Polsce, ale i na europejskim rynku spodziewany jest spadek sprzedaży tradycyjnych urządzeń drukujących. Jednak, co jest dobrą wiadomością dla branży, przy jednoczesnym wzroście wartości rynku – dziś wartego w Polsce ponad 228 mln dolarów. Jak to możliwe? – Przyszłość rynku druku w Polsce i Europie nie leży już w tradycyjnych urządzeniach drukujących. Dlatego wielu producentów drukarek i urządzeń wielofunkcyjnych rezygnuje z produkcji najtańszych modeli na rzecz wprowadzenia do oferty rozwiązań droższych, ale za to z niskim kosztem użytkowania, np. z mniejszą potrzebą wymiany tonera lub tuszu oraz  energooszczędnych. Zmiana wynika z potrzeb samych konsumentów, którzy częściej wybierają drogie urządzenia wielofunkcyjne, które służą organizacjom również do digitalizacji dokumentów – wyjaśnia Michał Kanownik.

Cyfrowa Polska w raporcie na temat perspektyw rozwoju rynku druku w Polsce podaje, że przyszłością będą usługi zarządzania drukiem pozwalające firmom obniżyć koszty i jednocześnie dokonywać wydruków o dużej oraz dobrej jakości. Zdaniem producentów znaczenie tej usługi w Polsce będzie rosło, ponieważ koszty druku w polskich firmach są jedne z najwyższych w Europie. Oscylują wokół 8 proc. rocznych przychodów przedsiębiorstwa, podczas gdy średnia światowa wynosi 3 proc. Rozwój tego segmentu rynku napędzać ma również wzrastająca potrzeba na urządzenia drukujące w technologii przestrzennej zarówno do wykorzystania przemysłowego, jak i w dalszej perspektywie do użytku konsumenckiego. „Będzie to ogromny impuls szczególnie dla naszego kraju, ponieważ to polski przemysł według prognoz ma być jednym z największych odbiorców technologii 3D” – czytamy w raporcie Cyfrowej Polski. Dziś polskie firmy odpowiadają za ok. 10 proc. światowego rynku drukarek 3D.

Nieuczciwa konkurencja problemem producentów tonerów

Związek w swoim raporcie skupia się też na ryku materiałów eksploatacyjnych do urządzeń drukujących. Tu również obserwowane są wahnięcia w ich sprzedaży. W zeszłym roku w Polsce sprzedano ponad 11,8 mln sztuk tonerów i kartridżów, czyli o prawie 200 tys. sztuk mniej niż w 2017 r. Jak podają autorzy raportu ogromnym problemem dla producentów i dostawców są pojawiające się na rynku podrobione wkłady do drukarek. Światowa branża materiałów eksploatacyjnych ponosi z tego tytułu straty wynoszące średnio nawet 3 mld dolarów rocznie. Niemal z podobnym problemem spotykają się producenci i dystrybutorzy zamienników wkładów do drukarek. Ich sprzedaż w Polsce stanowiła w 2018 r. 41 proc. całego rynku materiałów eksploatacyjnych. Jak zauważa Związek Cyfrowa Polska istnieje także nieuczciwa konkurencja, które oferuje zamienniki niespełniające żadnych standardów i ogólnych norm jakości, których stosowanie może doprowadzić nawet
do pogorszenia działania sprzętu drukującego czy skrócenia jego żywotności.

Autorzy raportu wskazują na potrzebę edukacji konsumentów i biznesu w zakresie świadomego stosowania materiałów eksploatacyjnych. „Konieczne jest również podnoszenie świadomości polskich przedsiębiorców oraz konsumentów w zakresie bezpieczeństwa cyfrowego urządzeń drukujących. Szczególnie jest to ważne w administracji publicznej, która powinna zwracać większą uwagę na cyberbezpieczeństwo w procesie dokonywania zamówień publicznych na sprzęt drukujący” – zaznacza w swojej analizie Cyfrowa Polska.

Jednej trzeciej polskich firm groziła w tym roku utrata płynności finansowej

Odsetek przedsiębiorców, którzy w ostatnim roku obawiali się utraty płynności finansowej wyniósł 32 proc. To o 8 punktów procentowych więcej niż w roku poprzednim i wskaźnik najwyższy od roku 2015 – mówi ostatni raport PARP na temat kondycji sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, opublikowany w czerwcu 2019 roku[1]. Na problem wskazują przede wszystkim właściciele mniejszych firm. Wśród przyczyn groźby utraty płynności finansowej zazwyczaj wymieniane są opóźnienia w płatnościach ze strony kontrahentów oraz utrata klientów. Z pomocą dla sektora MSP coraz częściej wychodzą instytucje pozabankowe, które oferują nie tylko środki na utrzymanie płynności finansowej, lecz także pomoc w odpowiednim zarządzaniu kapitałem obrotowym.

Płynność finansowa to jeden z ważniejszych elementów, umożliwiających ocenę kondycji przedsiębiorstwa. Jej wysoki poziom zapewnia bezpieczeństwo i pozwala inwestować w rozwój firmy, w tym ekspansję na nowych rynkach czy w wykwalifikowanych pracowników. Niska płynność finansowa, przejawiająca się w opóźnieniach w wywiązywaniu się z zobowiązań bieżących, prowadzi do utraty zaufania wśród kontrahentów, trudności w pozyskaniu środków zewnętrznych, a w skrajnym przypadku nawet do upadłości. Z pojęciem płynności silnie powiązane jest zagadnienie kapitału obrotowego. Określa się go jako różnicę pomiędzy majątkiem obrotowym firmy a jej bieżącymi zobowiązaniami.  Jest to tzw. kapitał pracujący lub kapitał obrotowy netto.  Stanowi on w firmie bufor bezpieczeństwa, który w sytuacjach opóźnień w spływie należności lub spadku sprzedaży, pozwala zachować płynność finansową. Kapitał obrotowy pozwala wówczas kontynuować działalność oraz chroni przed zagrożeniami związanymi z utratą płynności finansowej.

Utrata płynności najczęściej grozi mniejszym

Jak podaje raport PARP, w 2019 roku polscy przedsiębiorcy z mniejszym optymizmem oceniają bieżącą koniunkturę. Wymieniane problemy różnią się jednak w zależności od wielkości firmy. Dla dużych przedsiębiorstw najbardziej kłopotliwe są wysokie koszty pracy, brak wykwalifikowanych pracowników czy nieuczciwa konkurencja. Groźba utraty płynności finansowej wskazywana jest najczęściej przez mikro, małe i średnie firmy, które łącznie stanowią 99,8 proc. przedsiębiorstw w Polsce. Zagrożenie to wiąże się w ich ocenie ze wzrostem cen materiałów i usług niezbędnych do działania firmy oraz pogarszającą się terminowością w regulowaniu płatności przez kontrahentów.

– Zagrożeniem dla płynności finansowej wielu przedsiębiorstw jest luka w finansowaniu powstająca na skutek długiego cyklu konwersji gotówki. Może ona doprowadzić do paradoksalnej sytuacji, w której świetnie rozwijająca się firma, regularnie zwiększająca sprzedaż, musi ograniczyć przyjmowanie zamówień – komentuje Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym. Przykładem może być firma będąca importerem, która za towary lub komponenty sprowadzane z zagranicy musi zapłacić w formie przedpłaty. Jeżeli sprzedaż jest następnie realizowana z odroczonym terminem płatności, to w połączeniu z okresem magazynowania generuje wysokie zapotrzebowanie na kapitał obrotowy – dodaje Krystyna Kalinowska.

Jak finansować bieżącą działalność i umiejętnie zarządzać kapitałem obrotowym?

Podręczniki do zarządzania mówią o trzech rodzajach strategii zarządzania kapitałem obrotowym: agresywnej, umiarkowanej i konserwatywnej. Sprowadzają się one do utrzymywania równowagi między płynnością finansową firmy a jej zyskownością. Efektywne zarządzanie kapitałem obrotowym jest niezwykle istotne dla każdej firmy. Przedsiębiorstwo powinno stale monitorować poziom poszczególnych składników kapitału obrotowego, w szczególności wielkość zapasów oraz należności. Odpowiednia wysokość tych pozycji jest w każdym przypadku bardzo indywidualna i uzależniona między innymi od takich czynników jak: przedmiot działalności, szerokość asortymentu, skala działania, pozycja konkurencyjna wobec dostawców i odbiorców czy sezonowość. Nie wszystkie firmy dysponują odpowiednim zapleczem kapitałowym, zapewniającym stabilność działania w zmiennym otoczeniu rynkowym. W takich przypadkach, aby ustrzec się przed zagrożeniem utraty płynności, należy zabezpieczyć firmę dostarczając jej dodatkowe finansowanie zewnętrzne, na przykład w formie kredytu bankowego, pożyczki lub faktoringu. Dostępność tego rodzaju rozwiązań jest jednak uwarunkowana szeregiem różnych czynników.

– W przypadku finansowania na cele obrotowe, zdolność kredytowa przedsiębiorstwa jest ściśle uzależniona od dotychczasowych przychodów ze sprzedaży. Fakt, że mając do dyspozycji więcej gotówki, firma może szybciej się rozwijać i zwielokrotnić sprzedaż, dla banku zwykle nie jest wystarczającym argumentem. Rozwiązaniem dla firm, również tych mikro i małych, mogą być jednak narzędzia pozabankowe, bazujące na indywidualnej ocenie planów rozwojowych i dostosowujące konstrukcję finansowania do przyszłych przepływach pieniężnych. Jednym z nich jest private debt, czyli finansowanie dłużne, które może przybierać formę pośrednią między długiem, a kapitałem udziałowym. Dzięki swojej elastyczności może być ono stosowane jako jedyne źródło finansowania zewnętrznego na cele obrotowe, ale również jako uzupełnienie kredytu – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Właściwe zarządzanie kapitałem obrotowym wymaga przyjęcia określonej strategii, odpowiedniego korzystania z zasobów własnych, ale też umiejętnego wykorzystywania środków zewnętrznych. Ostatni raport PARP stwierdza, że wśród przedstawicieli każdej wielkości firm przeważa pogląd, że kredyty stały się mniej dostępne. Korzystnych rozwiązań można szukać w ofercie wyspecjalizowanych instytucji pozabankowych, ich znajomość wśród przedsiębiorców wciąż pozostaje jednak stosunkowo niska.

[1] PARP „Raport o stanie małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce”, Warszawa, czerwiec 2019

Sektor usług zajmuje już 3 mln mkw. powierzchni biur

Już 3 miliony mkw. biur zajmuje sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce, a w najbliższym czasie spodziewamy się kolejnych wzrostów.

Firma JLL podsumowała aktywność firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu na największych rynkach biurowych w Polsce w I połowie 2019 roku.
W pierwszym półroczu 2019 najemcy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu wynajęli niemal 190 000 mkw. biur, co przekłada się na jedną czwartą łącznego popytu w Polsce. Jeszcze większe znaczenie sektora widoczne jest na głównych rynkach poza Warszawą (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań, Katowice, Łódź, Lublin, Szczecin), gdzie prawie co drugi metr był wynajęty przez firmę reprezentującą tę branżę. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Dwie z trzech największych transakcji najmu w I połowie roku zostało podpisanych w Kraków – Sabre zajęło 16 000 mkw. w Tischnera Office, natomiast Ailleron wynajął 8 600 mkw. powierzchni w Podium Park B. Z kolei w Gdańsku Nordea podpisała umowę na 10 800 mkw. w biurowcu Olivia Star.

Sektor na trzech milionach

Z danych ABSL wynika, że sektor usług dla biznesu zatrudnia dziś ok. 307 000 osób, z perspektywą wzrostu do 336 000 w I kw. 2020 r., a rozwój ten przekłada się bezpośrednio na sytuację na rynku biurowym.

Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Z naszych szacunków wynika, że łącznie w całej Polsce centra usług dla biznesu zajmują już ok. 3 mln mkw., a patrząc na aktywność firm z tej branży w ostatnich latach, możemy spodziewać się wzrostu tego wolumenu w nadchodzących w nadchodzących miesiącach.-Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Jak wynika z danych JLL, najwyższy (58%) udział sektora w zajętej powierzchni biurowej przypada na Kraków. Drugie miejsce, z 53%, przypadło Łodzi, a trzecie z 49% ponownie zajął Wrocław.

Miasto Udział sektora usług w zajętej powierzchni
Kraków 58%
Łódź 53%
Wrocław 49%
Lublin 43%
Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia 38%
Szczecin 37%
Poznań 34%
Trójmiasto 34%
Warszawa 11%

Źródło: JLL, www.bazabiur.pl, I poł 2019 r.

Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Ambitne plany biznesowe sektora usług potwierdzają wysoką atrakcyjność inwestycyjną Polski. Są też istotną przesłanką dla podejmowania decyzji przez deweloperów oraz fundusze, planujące rozwój swojego biurowego portfolio na polskim rynku. Wielu najemców z tej branży rozważa zarówno ekspansję w ramach już zajmowanych projektów biurowych, jak i otwarcie kolejnych centrów w nowych lokalizacjach. To z kolei prowadzi do coraz szybszego wzrostu podaży nowoczesnej powierzchni biurowej w miastach regionalnych.

Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor ds. Reprezentacji Najemcy w JLL

Dynamiczny rozwój sektora usług oznacza nie tylko mocny popyt, ale również zmianę funkcji i charakterystyki nowoczesnych przestrzeni biurowych oraz samych przestrzeni do pracy.

Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL
Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL

Konkurencja o kadry, zmieniające się potrzeby pracowników, ale również zróżnicowanie pokoleniowe i osobowościowe w zespołach stawia przed firmami nowe wyzwania jeśli chodzi o dobór oraz organizację przestrzeni biurowych. Znaczenia nabierają elastyczność powierzchni oraz – co może się wydawać zaskakujące – emocje i doświadczenia z nią związane. A firmy z sektora usług dla biznesu zatrudniające tysiące pracowników stają się prekursorem zmiany na szeroko pojętym rynku przestrzeni biurowych. – Anna Bartoszewicz-Wnuk, Dyrektor Działu Doradztwa ds. Miejsca Pracy, JLL

JLL to lider w obszarze reprezentacji firm z sektora usług dla biznesu i pierwsza firma doradcza, która dostrzegła potencjał sektora jako jednej z najszybciej rozwijających się gałęzi współczesnej gospodarki. W ubiegłym roku eksperci JLL brali udział w transakcjach najmu dla firm z branży na ok. 100 000 mkw. powierzchni, współpracując przy umowach zawieranych m.in. z IBM, UBS, Cisco, Standard Chartered Bank, Accenture, Olympus, Clariant, Ricoh, AstraZeneca, Foss, Dentons EMEA Business Services oraz wieloma innymi.

Union Investment TFI zmienia nazwę na Generali Investments TFI

Generali Investments TFI S.A. zostało dziś wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego jako nowa nazwa Union Investment TFI S.A.

Zmiana ta jest konsekwencją transakcji zawartej 18 czerwca 2019 pomiędzy Grupą Generali a Union Asset Management Holding AG.

Zmiana nazwy nie wymaga od Klientów żadnych dodatkowych działań. Wszystkie umowy pozostają w mocy.

Numery rachunków bankowych do wpłat, dane dostępowe do serwisów transakcyjnych i innych narzędzi online oraz hasła do systemu transakcyjnego pozostają bez zmian. Nie zmienia się również siedziba Towarzystwa, numery telefonów oraz osoby do kontaktu.

Zmienia się natomiast nazwa rejestrowa Towarzystwa na Generali Investments TFI S.A., logo, nazwy funduszy inwestycyjnych oraz innych produktów w ofercie TFI, niektóre nazwy oraz wygląd serwisów transakcyjnych, informacyjnych i aplikacji mobilnej. Domena internetowa union-investment.pl zmieni się na generali-investments.pl. Adresy mailowe będą miały kształt [email protected].

Zmiany będą przeprowadzane sukcesywnie i zakończą się w grudniu 2019.

Michał Krupiński dla chińskiej agencji Xinhua: Chiny to źródło inspiracji i możliwości dla polskich firm

Banki muszą podążać za postępującymi zmianami, a kluczem do sukcesu są transformacja cyfrowa oraz inwestycje w nowe technologie – tłumaczy Michał Krupiński w wywiadzie dla chińskiej agencji informacyjnej Xinhua. Zdaniem Prezesa Banku Pekao, polskie firmy powinny współdziałać z Chinami. Państwo Środka to inspiracja dla polskich przedsiębiorców, którzy muszą w jak największym stopniu wykorzystać możliwości płynące ze współpracy z Chinami.

Michał Krupiński
Michał Krupiński

Mówiąc o trendach w światowej gospodarce i bankowości, Michał Krupiński podkreślił, że banki muszą przejść proces transformacji, aby przetrwać zachodzące w globalnej gospodarce zmiany. Jednym z głównych filarów zmiany Pekao jest transformacja cyfrowa. Krupiński przyznał, że bank inwestuje przede wszystkim w pracowników z sektora IT, ponieważ bankowość coraz częściej „odbywa się” za pośrednictwem kanałów elektronicznych, zwłaszcza smartfonów. Bankowi Pekao udało się podwoić liczbę klientów korzystających z nagradzanej aplikacji PeoPay do ok. 1,5 mln.

Bankowość elektroniczna w telefonie to już teraźniejszość. Przyszłość to używanie „selfie” do płacenia za wodę – powiedział Michał Krupiński, nawiązując do filmu dokumentalnego na temat dokonywania płatności w chińskim mieście Zhengzhou. Jego zdaniem, chińskie firmy technologiczne są obecnie światowymi liderami płatności zbliżeniowych i źródłem inspiracji dla polskich banków, pragnących być liderami innowacji.

Bank Pekao dostrzega, jak ważna jest rola rynku chińskiego dla usług handlu zagranicznego, zwłaszcza w odniesieniu do obsługi akredytyw. Jeżeli chodzi o akredytywy importowe otwarte przez Pekao, rynek chiński jest pod tym względem numerem jeden. – Chiny to wciąż niezbadany dla polskich firm rynek. Mamy znaczącą nierównowagę handlową, a możliwości są tam olbrzymie – powiedział Krupiński.

Za przykład podał m.in. możliwości rozwoju eksportu polskich produktów rolnych, którym się intensywnie przygląda.

Polska jest bardzo zależna od gospodarki Niemiec, która z kolei zależy od gospodarki Chin. Musimy zmienić modele wymiany handlowej i współpracować bardziej bezpośrednio, zamiast poprzez Niemcy – zauważył.

Krupiński dodał, że w Polsce istnieją także duże możliwości inwestycyjne dla Chin.

Nasi klienci z branży logistycznej mówią, że można obecnie zaobserwować znaczącą zmianę – transport przenoszony jest z morza na ląd. Chciałbym, żeby Polska i inne kraje regionu CEE brały udział w tej zmianie, ponieważ centra logistyczne powinny być zlokalizowane u nas, a nie w Europie Zachodniej – powiedział Krupiński, dodając, że dzięki swojemu położeniu i dostępności wykwalifikowanych pracowników, Polska stała się już ważnym centrum infrastrukturalnym i logistycznym.

W Polsce jedną z największych przeszkód pozostaje niewystarczająca liczba pracowników – przewiduje się, że do 2030 r. w naszym kraju będzie brakowało 4 mln pracowników. Na razie lukę tę wypełniają Ukraińcy, a Pekao jest wiodącym bankiem wśród Ukraińców mieszkających w Polsce. Jednak w dłuższej perspektywie Polska musi zwiększyć liczbę osób aktywnych na rynku pracy, aktywując więcej młodzieży i osób starszych lub przyjmując bardziej przychylną politykę imigracyjną.

Tak czy inaczej, zdaniem Michała Krupińskiego, polskie firmy muszą zwrócić się mocniej w kierunku bardziej kapitałochłonnych modeli i inwestować w nowoczesne technologie. Krupiński podkreślił, że proces ten już zachodzi i że polskie firmy z sektora opakowań, przetwórstwa spożywczego, a także niektóre przedsiębiorstwa produkcyjne są liderami implementacji nowoczesnych technologii w Europie. Z kolei Bank Pekao rozwinął ostatnio sektor leasingu. Niestety postęp następuje wolniej w sektorze MŚP, a transformacja cyfrowa organów rządowych mogłaby dostarczyć potrzebnych bodźców w tym zakresie.

Prezes Banku Pekao utrzymuje, że polskie przedsiębiorstwa także muszą przejść transformację cyfrową i przywołuje badanie, z którego wynika, że gdyby rodzima gospodarka była zdigitalizowana w stopniu porównywalnym do skandynawskich, wówczas i tak szybki już wzrost gospodarczy Polski zyskałby dodatkowe 1,5 proc. Obecnie nasz kraj może pochwalić się jednym z najwyższych wskaźników wzrostu w UE – jest na poziomie ok. 5 proc. PKB.

Możemy wyciągnąć liczne wnioski z rozwoju gospodarki cyfrowej Chin. Jeśli jest tam już możliwe płacenie za wodę za pomocą „selfie”, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie to centrum światowego rynku – podsumował Michał Krupiński.

Czy były pracownik odpowie za naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa na gruncie nowych przepisów?

Ustawą z dnia 5 czerwca 2018 r., która weszła w życie trzy miesiące później, polski ustawodawca zmienił przepisy ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji w zakresie tajemnicy przedsiębiorstwa. Zmiana wprowadzona do ustawy na skutek implementacji Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/943 z dnia 8 czerwca 2016 r. w sprawie ochrony niejawnego know-how i niejawnych informacji handlowych (tajemnic przedsiębiorstwa) przed ich bezprawnym pozyskiwaniem, wykorzystywaniem i ujawnianiem.

Elżbieta Delert-Wiącek
Elżbieta Delert-Wiącek, Kancelaria Sadkowski i Wspólnicy

Jakkolwiek zmiany przepisów dotyczących tajemnicy przedsiębiorstwa były konieczne należy się zastanowić, czy sposób dokonania tej zmiany, jaki został wybrany przez ustawodawcę był prawidłowy.

Dyrektywa 2016/943 zakłada ochronę tajemnic przedsiębiorstwa przed jej bezprawnym pozyskaniem „przez osobę trzecią” i nie rozróżnia, kto może być taką osobą trzecią. Może to wiec być każdy – inny przedsiębiorca, klient, kontrahent, pracownik, współpracownik, zleceniobiorca, czy też osoba, z którą dysponenta tajemnicy nie łączą żadne stosunki prawne (np. były kontrahent, były pracownik).

Przepisy dotyczące ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa w polskim porządku prawnym znalazły się w ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, co nie pozostaje bez znaczenia przy ustalaniu kręgu osób odpowiedzialnych za naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa. Wskazać bowiem należy, że dla zastosowania ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji rozstrzygające znaczenie ma okoliczność faktycznaprowadzenie działalności gospodarczej i związane z nią uczestniczenie w obrocie gospodarczym. Dlatego też należy zwrócić uwagę na fakt, że ustawa ma zastosowanie w stosunkach pomiędzy przedsiębiorcami. Taką interpretację możliwości stosowania ustawy potwierdza także orzecznictwo, jak choćby wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z 15 lutego 2012 r., zgodnie z którym „celem tej ustawy, ogólnie mówiąc, jest zapewnienie prawidłowości funkcjonowania i działania podmiotów gospodarczych w warunkach wolnej konkurencji i dostępu do rynku na wolnych prawach poprzez wyeliminowanie wszelkich zachowań sprzecznych z prawem lub dobrymi obyczajami, zagrażających interesowi innego przedsiębiorcy bądź ów interes naruszających” (wyr. SA w Katowicach z 15.2.2012 r., V ACa 5/12, OSA 2012, Nr 11, poz. 30). Należy więc zaznaczyć, iż ustawa w żaden sposób nie reguluje stosunków z pracownikami, czy też byłymi pracownikami przedsiębiorców i na tym tle powstaje trudność w zastosowaniu nowych przepisów o ochronie tajemnic przedsiębiorstwa do czynów nieuczciwych byłych pracowników.

W przypadku pracowników, przedsiębiorcy mogą się nie obawiać – choć ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji nie znajdzie w tych stosunkach zastosowania, pracownicy są zobowiązani do dbałości o dobro zakładu pracy, ochrony jego mienia oraz zachowania w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę (art. 100 § 2 pkt 4 Kodeksu Pracy). Co prawda tajemnica pracodawcy i tajemnica przedsiębiorstwa nie są tym samym, jednak w wielu przypadkach zakresy tych tajemnic się przenikają. W przypadku więc gdyby pracownik naruszył tajemnicę przedsiębiorstwa, która była jednocześnie tajemnicą pracodawcy, ten może wystąpić względem pracownika z odpowiednimi roszczeniami. Niemniej jednak, przepisy Kodeksu Pracy obowiązują jedynie tak długo, jak długo pomiędzy stronami trwa stosunek pracy. W przypadku rozwiązania stosunku pracy, pracodawca nie będzie mógł dochodzić odpowiedzialności za naruszenie.

W przypadku byłego pracownika przedsiębiorca – na gruncie obecnie obowiązujących przepisów – będzie miał utrudnione zadanie, jeśli będzie chciał dochodzić roszczeń związanych z naruszeniem tajemnicy przedsiębiorstwa.

Art. 11 ust 2 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, w brzmieniu obowiązującym do  4 września 2018 r., wskazywał że „Przepis ust. 1 (a więc określający na czym polega czyn nieuczciwej konkurencji w postaci naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa) stosuje się również do osoby, która świadczyła pracę na podstawie stosunku pracy lub innego stosunku prawnego – przez okres trzech lat od jego ustania, chyba że umowa stanowi inaczej albo ustał stan tajemnicy”. W związku z tym, były pracownik przez kolejne 3 lata po ustaniu stosunku pracy był zobowiązany do ochrony tajemnic byłego pracodawcy tak, jakby nadal był pracownikiem.

Po wprowadzeniu przez ustawodawcę zmian, art. 11 ust. 2 we wskazanej powyżej treści nie ma już w ustawie. I o ile można przyjąć, że założeniem ustawodawcy była zmiana tego ustępu ustawy z uwagi na fakt, iż zgodnie z Dyrektywą 2016/943 odpowiedzialność za naruszenie tajemnic przedsiębiorstwa nie powinna być ograniczona w czasie, zdaje się, że wprowadzając te zmiany do ustawy nie zwrócono uwagi na to, że obowiązuje ona wyłącznie w stosunkach pomiędzy przedsiębiorcami i – chcąc rozszerzyć ochronę tajemnic przedsiębiorstwa – znacznie ją zawężono.

Jedynie wiec w przypadkach, w których były pracownik założy własną działalność gospodarczą (niezależnie od jej formy) i narusza tajemnice przedsiębiorstwa byłego pracodawcy, ten będzie mógł dochodzić roszczeń względem byłego pracownika. Jeżeli jednak nieuczciwy były pracownik nie podejmie działalności gospodarczej, tylko znajdzie inne zatrudnienie, były pracodawca nie będzie mógł pociągnąć go do odpowiedzialności.

Jeszcze przed wejściem w życie ustawy w nowym brzmieniu w prasie pojawiały artykuły na temat tego, jakoby, pomimo zmian w ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, byłych pracowników w dalszym ciągu obowiązywał co najmniej 3-letni okres obowiązku zachowania w poufności tajemnicy przedsiębiorstwa byłego pracodawcy. Niestety powyższa teza nie została w żaden sposób uzasadniona, dlatego nie można prześledzić argumentacji stojącej za nią.

Można by się było zgodzić z powyższym stwierdzeniem, jednak jedynie w stosunku do byłych pracowników, którzy w umowach o pracę mieli zawartą klauzulę o zobowiązaniu do zachowania poufności po ustaniu stosunku pracy. Należy jednak pamiętać, że będzie to jedynie zobowiązanie umowne, a nie ustawowe.

Sposób implementacji Dyrektywy 2016/943 budzi więc poważne wątpliwości w zakresie spełnienia celu tej Dyrektywy, którym było jak najszersze zabezpieczenie przedsiębiorców przed naruszeniem tajemnicy ich przedsiębiorstwa przez osoby trzecie. W związku z tym, że jak dotychczas nie zostały wydane orzeczenia sądów polskich, które dotyczyłyby stanów faktycznych zaistniałych po 4 września 2018 r., należy jedynie domniemywać, iż w braku krajowych uregulowań w tym zakresie zarówno przedsiębiorcy dochodzący swoich praw, jak i sądy rozpatrujące tego typu sprawy będą zmuszone odwoływać się do przepisów dyrektyw i porozumień międzynarodowych. Wydaje się, że jedną z bezpośrednich podstaw prawnych takiej odpowiedzialności może być art. 39 ust. 2 Porozumienia w sprawie handlowych aspektów praw własności intelektualnej (TRIPS), zgodnie z którym: „Osoby fizyczne i prawne będą miały możliwość zapobiegania temu, aby informacje pozostające w sposób zgodny z prawem pod ich kontrolą nie zostały ujawnione, nabyte lub użyte bez ich zgody przez innych, w sposób sprzeczny z uczciwymi praktykami handlowymi, tak długo, jak takie informacje: (a) są poufne w tym sensie, że jako całość lub w szczególnym zestawie i zespole ich elementów nie są ogólnie znane lub łatwo dostępne dla osób z kręgów, które normalnie zajmują się tym rodzajem informacji; (b) mają wartość handlową dlatego, że są poufne; i (c) poddane zostały przez osobę, pod której legalną kontrolą informacje te pozostają rozsądnym, w danych okolicznościach, działaniom dla utrzymania ich poufności”, w związku z art. 415 KC. W w takim przypadku należy jednak pamiętać, że konieczne będzie wykazanie przesłanki winy sprawcy. Takie rozwiązanie będzie zgodne z Dyrektywą 2016/943.

Dlatego też, zasadnym jest, aby przedsiębiorcy wprowadzili wzory umów, które będą zobowiązywały pracowników do zachowania poufności także po ustaniu stosunku pracy. Wzory te mogły by być podobne do umów o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy, a dzięki temu przedsiębiorca i pracownik mogliby w sposób dowolny kształtować czas trwania obowiązku ochrony tajemnic przedsiębiorstwa i określić ewentualne sankcje za jego naruszenie. Brak określenia tych sankcji bezpośrednio w umowie spowoduje, że takiego byłego pracownika będzie można pociągnąć do odpowiedzialności jedynie z tytułu niewykonania/nienależytego wykonania umowy na podstawie art. 471 i nast. KC.

Brak restytucji w ubezpieczeniach społecznych to wyższe koszty pomocy społecznej

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że w przypadku braku zmian w funkcjonowaniu systemu ubezpieczeń społecznych, w perspektywie najbliższych 6 lat wydatki na podstawowe świadczenia pomocy społecznej adresowane do osób starszych mogą wzrosnąć o ponad 145% (2,6 mld zł) w porównaniu do stanu obecnego, w związku

W latach 2017-2019 wydatki na emerytury mają wzrosnąć o 19,8%. Nawet jeżeli dzięki dobrej sytuacji na rynku pracy ponownie uda się osiągnąć niższy deficyt w stosunku do planowanego, wyraźnie widoczne staje się, że polski system emerytalny znajduje się pod narastającą presją niekorzystnych tendencji demograficznych, a rezerwy krótkoterminowej poprawy sytuacji w postaci marginalizacji OFE zostały już wyczerpane.

Jedynym sposobem na zatrzymanie tych tendencji o potencjalnie katastrofalnych skutkach jest restytucja ubezpieczeń społecznych i zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które dotychczas świadczyły pracę na podstawie nieoskładkowanych umów zleceń, gdzie okresy zatrudnienia w tej formie praktyce nie przekładały się na nabycie uprawnień do najniższego gwarantowanego świadczenia.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Dokonane w 2014 r. przeniesienie części aktywów OFE będzie implikowało w przyszłości wyższe wydatki na emerytury ze względu na przyjęcie na siebie przez państwo znacznie większej roli w zabezpieczeniu emerytalnym, lecz na krótką metę doprowadziło do znacznego zasilenia FUS dodatkowymi wpływami. Ponadto na stosunkowo korzystną ostatnio sytuację FUS wpłynęło ożywienie na polskim rynku pracy i towarzyszący mu wzrost wynagrodzeń i zatrudnienia, a także pojawienie się grupy blisko 0,6 mln cudzoziemców płacących składki na ubezpieczenia społeczne. W celu podtrzymania stabilnej kondycji finansowej FUS potrzebne są działania porządkujące system ubezpieczeń społecznych” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Zgodnie z planem finansowym FUS na rok 2018, dotacja z budżetu państwa miała wynieść 46,6 mld zł. Później ZUS zaktualizował planowane wykonanie, obniżając tę sumę do 38,6 mld zł. Ostatecznie dane o wykonaniu budżetu państwa w ubiegłym roku pokazują, że dotacja ta wyniosła 35,8 mld zł. Plan na 2019 r. zakłada jednak deficyt na poziomie aż 49,4 mln – jest to spowodowane przede wszystkim obniżką wieku emerytalnego. 

Na przestrzeni ostatnich 10 lat deficyt FUS utrzymywał się na względnie stabilnym poziomie, oscylując wokół 40 mld zł rocznie. Towarzyszył temu bardzo wyraźny wzrost wydolności Funduszu, czyli stopnia pokrycia jego wydatków wpływami ze składek – z 57% w 2010 r. do 80% w 2017 r. Wynikało to z systematycznego ogranicza roli OFE, w efekcie zmian legislacyjnych wprowadzonych w życie w 2011 r. i 2014 r. Na ich skutek znacząco zwiększył się udział obowiązkowej składki emerytalnej trafiającej bezpośrednio do FUS.

Ewolucja, a nie rewolucja – zmiana roli działów marketingu w erze transformacji cyfrowej

Nieustannie rozwijające się technologie oraz rosnące i zmieniające się preferencje konsumentów sprawiają, że biznes funkcjonuje dziś w „erze klienta”. Wpływa to na zmianę roli działów i dyrektorów marketingu. Jak wynika z polskiego badania „CMO Survey” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, dla 77 proc. szefów marketingu firm w Polsce priorytetem jest pozycjonowanie i strategia marki. Z kolei w znacznie mniejszym zakresie skupiają się oni na analityce danych i pogłębianiu wiedzy o klientach. Jako przyczynę takiego stanu rzeczy ponad połowa badanych wskazuje brak procesów lub odpowiednich narzędzi. Z kolei co ósmy ekspert marketingu nie posiada wiedzy na temat analityki danych. Na pozycję marketingu w firmie wpływa też nieustanna rywalizacja z działami sprzedaży.

Badanie CMO Survey 2019 przeprowadzone przez Deloitte Polska z udziałem 339 ekspertów marketingu pracujących w Polsce jest pierwszą tego typu inicjatywą Deloitte w Europie Środkowej. Ankieta została zrealizowana w okresie od 13 lutego do 31 marca 2019 roku.

W jaki sposób polscy eksperci ds. marketingu tworzą wartość dla swoich organizacji? Łatwo to wywnioskować, odnosząc się do działań, które po pozycjonowaniu i strategii marki zajęły następne w kolejności miejsca na liście priorytetów marketerów. Komunikacja i tworzenie treści — za pośrednictwem mediów cyfrowych, mediów społecznościowych, mediów tradycyjnych — to kolejne pozycje w rankingu. Jedynie 49 proc. CMO wymieniło analitykę marketingową jako ważny element swojej pracy, a jeszcze mniej, bo tylko 34 proc. – badania marketingowe.  – Ta zaskakująca obserwacja potwierdza, że przy kształtowaniu pozycji marki polscy liderzy polegają raczej na strategii opartej na treści (content strategy) niż na wykorzystaniu danych na temat oczekiwań klientów pozyskanych za pomocą analiz i badań marketingowych – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider sektora dóbr konsumenckich, Deloitte.

Tylko co dziesiąty badany zajmuje się zarówno pozycjonowaniem marki, jak i badaniami marketingowymi oraz analityką. Tymczasem są to obszary kluczowe do należytego zrozumienia klientów, rynku i konkurencji. Aż 56 proc. ankietowanych wskazało jako przyczynę nie wykorzystywania analityki Big Data w działaniach marketingowych brak odpowiednich procesów lub narzędzi, 41 proc. ograniczoną dostępność wykwalifikowanych pracowników. Z kolei 23 proc.podkreślało , że analityka oparta o Big Data nie ma dla nich znaczenia w procesie decyzyjnym, a 13 proc. respondentów przyznało, że nie posiada wiedzy na temat analityki danych typu Big Data.

Mimo wielu wyzwań stojących przed liderami marketingu, perspektywy na przyszłość są optymistyczne. 45 proc. respondentów spodziewa się zwiększenia budżetu marketingowego w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, a 40 proc. oczekuje, że budżet ten się nie zmieni. Świadczy to o wzmocnieniu pozycji marketingu jako ważnej sfery działalności sprzyjającej rozwojowi całej firmy.

Optymizm ten dotyczy również wyników finansowych firm. Prawie 50 proc. ankietowanych ocenia perspektywy finansowe swojej firmy bardziej optymistycznie niż pół roku temu, a 30 proc. nie spodziewa się istotnych zmian w tym zakresie. Mimo tego liderzy marketingu przyjmują raczej konserwatywne stanowisko odnośnie gospodarki: przewidują średni wzrost PKB na poziomie 3 proc. w 2019 r., co nie pokrywa się z bardziej optymistycznymi prognozami międzynarodowych instytutów, takich jak Bank Światowy (4 proc.) czy Eurostat (4,2 proc.).

Dużym wyzwaniem dla polskich CMOs jest rekrutacja pracowników. Liderzy marketingu twierdzą, że znalezienie odpowiednich specjalistów to jedno z największych wyzwań. Aż 84 proc. ankietowanych wskazało, że ma braki kadrowe.

Automatyzacja musi poczekać

Najwyższy priorytet budżetowy w opinii CMO będą miały komunikacja w mediach cyfrowych i tradycyjnych oraz wsparcie sprzedaży (reklamy, materiały informacyjne, POS). Z kolei na przeciwległym biegunie znalazły się badania rynku, szkolenia oraz doradztwo strategiczne i biznesowe.

CMO odpowiadali również na pytanie w jakich obszarach korzystają z usług zewnętrznych. Przede wszystkim jest to przygotowanie materiałów informacyjnych, badania marketingowe oraz obsługa mediów społecznościowych i innych kanałów komunikacji.

Z kolei najbardziej zautomatyzowane obszary działalności polskich działów marketingu to monitoring wizerunku marki (49 proc.), optymalizacja strony internetowej (46 proc.) oraz zarządzanie komunikacją w mediach społecznościowych (34 proc.) 44 proc. badanych spodziewa się, że w przyszłości automatyzacji ulegnie analiza rynku, podczas gdy obecnie dzieje się to w 22 proc. przypadków. Jedna trzecia prognozuje, że zautomatyzowane zostaną zarządzanie sprzedażą i produkcją.

Marketing kontra sprzedaż

Aż 60 proc. respondentów nie jest w stanie właściwie ocenić, jak wydatki marketingowe wpływają na rozwój działalności firmy. – Efekty działań marketingu są często kwestionowane, ale obecnie firmy nie robią wiele, żeby je obiektywnie monitorować. – mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w Dziale Brand Strategy Deloitte. – 75% ankietowanych wskazało wolumen i wartość sprzedaży jako kluczowe kryteria oceny wyników zarówno działu sprzedaży jak i marketingu – takie ustawienie KPI w firmie skutkuje ryzykiem konfliktu między tymi dwoma działami. Co drugi respondent przyznaje, że dział marketingu w jego organizacji ma problemy ze współpracą z działem sprzedaży – fakt ten może przekładać się na mniej efektywne wykorzystanie potencjału marketingowego w polskich firmach – dodaje.

Co trzeci CMO wskazywał na brak zaufania odnośnie zysków generowanych przez poszczególne działy, a jedna piąta przyznała, że nie ma porozumienia między sprzedażą i marketingiem. Kluczowe dla zrozumienia nieporozumień pomiędzy sprzedażą i marketingiem oraz zarządem są KPI przez pryzmat, których oceniane są oba zespoły. Ograniczone możliwości pomiaru wpływu marketingu na rozwój firmy znajdują również odzwierciedlenie w wyborze wskaźników KPI, które marketerzy wykorzystują oceniając pracę swoich działów. Z badania wynika, że żaden ze wskazanych zestawów KPI nie został uznany za jeden kluczowy wyznacznik jakości pracy działu marketingu.  Biorąc pod uwagę, jak bardzo różne odpowiedzi zostały uzyskane odnośnie wskaźników KPI oraz powszechnie występujący nacisk na kryteria związane ze sprzedażą, można przypuszczać, iż polscy liderzy marketingu podejmują w tym zakresie znaczne ryzyko, że rzeczywisty sukces ich działu pozostanie niezauważony. W konsekwencji dwóch na pięciu liderów ds. marketingu uważa, że musi się tłumaczyć i bronić swojego stanowiska przed zarządem firmy. Jedna trzecia twierdzi z kolei, że poczucie to nasiliło się w ciągu zeszłego roku. Świadczy to o dodatkowych obowiązkach w zakresie stymulowania rozwoju marki, które od niedawna ciążą na działach marketingu.

Nie w pełni wykorzystywane social media

Większość respondentów wymienia budowanie świadomości marki (82 proc.), pozyskiwanie nowych klientów (72 proc.) oraz budowanie wizerunku nowych produktów i usług (68 proc.) jako główne cele, do osiągnięcia których używają mediów społecznościowych. Takie wykorzystanie jest typowe dla kanałów ATL. Mniejsze firmy przeznaczają większą część budżetu marketingowego (24 proc.) na media społecznościowe niż firmy średnie (17 proc.) czy duże (15 proc.) Może to wynikać z konieczności poszukiwania tańszych kanałów, aby pozostać konkurencyjnym. – Wynik ten wskazuje, że kluczowe zalety mediów społecznościowych dające im przewagę nad radiem czy telewizją, takie jak możliwość uzyskania całościowych danych o kliencie, szczegółowa analiza wpływu inicjatyw marketingowych, dwustronna komunikacja i łatwa personalizacja treści, nie są w pełni wykorzystywane – mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w Dziale Brand Strategy Deloitte.

– Badanie Deloitte pokazało, że czeka nas istotna zmiana w zakresie kompetencji oraz roli CMO. Musi być wszechstronna, bardziej technologiczna i analityczna niż dotychczas. Ważne przy tym jest, by dyrektor marketingu nie stracił kreatywności i umiejętności komunikacji. W firmach brakuje roli reprezentującej właściwie klienta. Rola CMO mogłaby ewoluować w tym kierunku i stać się swoistym centrum klientocentryczności. Przejście do takiego modelu biznesowego będzie wymagało czasu, ale jest konieczne dla dalszego rozwoju firm w dobie transformacji cyfrowej – podsumowuje Michał Pieprzny.

Bez wieści, bez progresu

Rynki są w stanie zawieszenia, gdyż inwestorzy mocno skoncentrowali uwagę na jednym wydarzeniu w tym tygodnia, podczas gdy reszta informacji umyka bokiem. Minutki FOMC zostały zignorowane jako nieaktualne, a wskazówek dla kierunku inwestorzy będą się doszukiwać w jutrzejszym przemówieniu szefa Fed Powella. W międzyczasie nie widać postępów na polu wojen handlowych i brexitu.

Co było do przewidzenia, protokół z lipcowego posiedzenia FOMC nie wpłynął na rynki. Jego podstawową wadą jest timing – dyskusja przedstawiciele Fed miała miejsce na dzień przed tym, jak prezydent Trump zapowiedział rozszerzenie ceł na chińskie towary i doprowadził do eskalacji sporu handlowego, która stała się katalizatorem ostatniego pogorszenia nastrojów i wybuchu recesyjnych obaw. Mimo to minutki udzielają informacji, m.in. dlaczego na konferencji po posiedzeniu prezes Powell tak nieudolnie meandrował między otwartością banku do luzowania a podkreślaniem, że lipcowa decyzja (cięcie o 25 pb) była jedynie „dostosowaniem w środku cyklu”. W lipcu obok zwolenników głębszego cięcia o 50 pb (dwóch członków) było „kilku” opowiadających się za utrzymaniem stóp procentowych bez zmian. By zadowolić wszystkich, Powella musiał przedstawić rozumowanie wszystkich. Wówczas wypadło to dziwacznie, dziś jednak nie ma to znaczenia, gdyż warunki gospodarcze uległy zmianie. Co jednak ciekawe, powody, które w lipcu wskazano za wystarczającą do zdecydowania o obniżce, to oznaki osłabienia dynamiki aktywności gospodarczej, negatywne ryzyka dla perspektyw wzrostu oraz słaba presja cenowa i niskie oczekiwania inflacyjne. Od tego czasu dostaliśmy właściwie dowody na zaostrzenie tylko jednego – ryzyka dla wzrostu z tytułu konfliktu handlowego z USA. Inflacja i płace wypadły mocniej, skok zaliczyła sprzedaż detaliczna. Stąd przynajmniej na papierze opór niektórych członków FOMC przed zaakceptowaniem głębokiego cięcia następnym razem we wrześniu nie musi zniknąć. Ale jak już napisałem wcześniej, wtedy a teraz to dwie różne rzeczywistości. Inwestorzy z wnioskami czekają na piątkowe słowa Powella na rozpoczęcie sympozjum bankierów centralnych w Jackson Hole.

Poza tym nie poruszamy się do przodu w żadnym z kluczowych tematów. W Waszyngtonie i Pekinie nikomu nie spieszy się do zawarcia porozumienia. Według prasowych doniesień Chiny przygotowują plan awaryjny na wypadek braku umowy handlowej z USA i nałożenia ceł na wszystkie produkty i dla Pekinu żadnym straszakiem są spekulacje, że Biały Dom może powiązać rozmowy z sytuacją w Hong Kongu. W międzyczasie LBCh wyznacza coraz wyższy fixing dla juana, a USD/CNY jest handlowany najwyżej do 2008 r. Na rynkach aktualnie może być spokojnie, ale ryzyka nie znikają i mogą wyskoczyć na powierzchnię w każdej chwili.

Podobnie można ocenić postępy rozmów UE z Wielką Brytanią. Konferencja prasowa po spotkaniu premiera Wielkiej Brytanii Johnsona z kanclerz Niemiec Merkel potwierdziła wnioski, które opisałem we wczorajszym komentarzu porannym. UE nie zamyka się na znalezienie alternatywnego rozwiązania dla irlandzkiego backstopu, o ile jednak Wielka Brytania przedstawi lepszy mechanizm. Bez tego impas trwa i stabilizacja GBP na wyższych poziomach nie może być trwała.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Gamingowa spółka Starward Inudstries planuje debiut na New Connect

Starward Industries z dużą redukcją uplasował prywatną emisję akcji serii G, przeprowadzoną przez Dom Maklerski Navigator. Spółka pozyskała w tej rundzie 2,7 mln zł. Gra oparta na twórczości Stanisława Lema powstająca w krakowskim studiu zdobyła już finansowanie na poziomie 6,15 mln zł. W najbliższych tygodniach Starward Inudstries przedstawi szczegóły związane z planowanym wejściem na New Connect.

Już od prawie roku zespół Starward Industries tworzy debiutancki i zarazem kluczowy dla spółki produkt, grę fabularną na licencji jednej z powieści Stanisława Lema. Jest to pierwsza w historii adaptacja twórczości tego autora w formie gry wideo.

W sierpniu do zespołu Starwarda dołączył jeden z najbardziej doświadczonych pisarzy w polskiej branży produkcji gier, Michał Gałek. Ostatnie 6 lat pracował przy projektach studia CD Projekt RED: Wiedźmin 3, Wiedźmin 3: Krew i wino oraz Cyberpunk 2077. W latach 2013-2015 kierował kreatywnie projektem Wiedźmin 3: Krew i wino i był bliskim współpracownikiem pomysłodawcy studia Starward Industries, Marka Markuszewskiego.

“Zbudowaliśmy zespół na wysokim poziomie kompetencyjnym i kreatywnym, oparty o starannie wyselekcjonowaną grupę doświadczonych twórców. Dołączenie Michała gwarantuje nam dostarczenie w grze fabuły na poziomie światowej czołówki. Jest to dla nas bardzo ważne, gdyż wynika z poczucia wielkiej odpowiedzialności za dostarczenie graczom na całym świecie rozgrywki opartej o wybitny materiał źródłowy. Dzieło kultowego pisarza, wizjonera, wyjątkowego umysłu to trudny i ambitny materiał, w którego przełożeniu do gry nie możemy sobie pozwolić na kompromisy. – podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.

Wzmocniły się też władze spółki. W lipcu do rady nadzorczej dołączył Przemysław Marmul. Jest to osoba legitymująca się 17-letnim doświadczeniem jako Business Development Director oraz Chief Publishing Officer w firmie Techland, która wprowadziła na światowe rynki takie hity jak m.in. Dead Island, Call of Juarez, czy Dying Light.

“W ciągu pierwszego roku działania spółki zabezpieczyliśmy niemal całość budżetu produkcyjnego. To spory sukces, choć przed nami jeszcze ogrom wyzwań. Właśnie dlatego merytorycznie poszerzamy biznesowe zaplecze spółki. Cieszę się, że w sferze promocyjnej oraz wydawniczej będziemy mogli liczyć na potężne doświadczenie Przemka Marmula- mówi Kamil Klinowski, przewodniczący rady nadzorczej spółki.

Transformacje w sektorze finansowym – jak zadbać o bezpieczeństwo danych?

Liczba aktywnych użytkowników bankowości mobilnej cały czas rośnie – w grudniu 2018 r. wynosiła 17,2 mln użytkowników, natomiast w pierwszym kwartale 2019 już 17,49 mln[1]. Coraz więcej osób nie potrzebuje tradycyjnego kontaktu z bankiem w placówce, stawiając na kanały mobilne. Co to oznacza dla banków? Nowe technologie, ułatwiające dostęp do usług bankowych wraz z trwającą konsolidacją w tym sektorze, sprawiają, że ilość placówek bankowych stale maleje. Iron Mountain, jako globalny lider w zarządzaniu informacją, aktywnie wspiera sektor finansowy w czasie transformacji. Jak można zapewnić bezpieczeństwo danych klientów w trakcie zmian?

Zmiany, jakie następują w branży finansowej, wymagają precyzyjnego działania, które pozwoli nie tylko na bezpieczne przeniesienie informacji (zarówno dokumentacji papierowej, jak i zasobów zdigitalizowanych), ale także na ich analizę, zniszczenie w razie potrzeby oraz modyfikację systemów IT – tak aby wszystkie dane były bezpieczne, a nowy podmiot miał do nich swobodny dostęp. O tym jakie działania w tym zakresie może outsourcować sektor bankowy, opowiada Michał Giza, Account Management Department Manager w Iron Mountain Polska.

Bezpieczne przeniesienie dokumentacji

Często w ramach likwidacji czy przeniesienia danego oddziału bankowego następuje czas na porządkowanie i weryfikację dokumentów. Konieczne jest sprawdzenie, czy posiadane dokumenty należy dalej archiwizować, czy w bezpieczny sposób zniszczyć, tak aby być zgodnym z RODO. Kolejnym krokiem jest przeniesienie dokumentacji (do centrali, innego oddziału lub do archiwum) w sposób kontrolowany i bezpieczny. Nie wolno także zapominać o tym, że bank w tym czasie musi nadal działać i mieć dostęp do wszystkich potrzebnych dokumentów. We wszystkich tych działania, bank nie pozostaje sam.

„Jako lider w branży zarządzania informacją aktywnie wspieramy sektor finansowy w czasie fuzji, przejęć, a także optymalizacji sieci oddziałów bankowych. Naszymi klientami jest ponad 90% wszystkich działających w Polsce banków, w tym także te o zasięgu międzynarodowym. Pozwala to na ciągłe udoskonalanie naszych procedur oraz na wypracowanie rozwiązań, które możemy zaimplementować w praktycznie każdej sytuacji. Warto pamiętać, jak ważna w tym przypadku jest optymalizacja czasowa i ekonomiczna dla naszych klientów – praca w oddziale nie może być zaburzona. Z tego powodu, nasze działania odbywają się poza godzinami pracy jednostki, np. w weekendy, wieczorami. Branża bankowa jest również zobowiązana do posiadania planów ciągłości działania, w które się wprost wpisujemy. Nie jest możliwe zamknięcie oddziału bez wcześniejszej relokacji dokumentacji, przy czym, bank musi mieć zapewniony dostęp do danych wykorzystywanych w swoich procesach biznesowych, co dzięki naszym rozwiązaniom, jest możliwe” – komentuje Michał Giza, Account Management Department Manager w Iron Mountain Polska.

Warto również przypomnieć sytuację, kiedy w ramach ratowania sektora bankowego, nastąpiło przejęcie SKOK przez kluczowe banki w Polsce. Jest to szczególnie istotne z punktu widzenia logistycznego – zamknięcie oddziału w ramach jednego banku jest wyzwaniem, jednak bank wie, z jakiego rodzaju pracą należy się mierzyć i jakiego rodzaju dane posiada. Trudniej jest w sytuacji, kiedy przejmowana jest placówka innego banku. Kluczowa w takich przypadkach jest precyzyjna weryfikacja, walidacja i rejestracja danych, aby zasilić nimi systemy przejmującej jednostki.

Usprawnienie infrastruktury IT

Kolejnym ważnym aspektem jest eliminacja nadmiarowych systemów IT. Mowa o całym przekroju systemów – produktowych, wspierających pracę w oddziałach, jak i tych back-office. Istotna w takim momencie jest bezpieczna migracja danych, czy stworzenie jednego modelu zarządzania informacją dla połączonych banków.

„Wspieramy banki w tworzeniu modelu zarządzania informacją dla już połączonych instytucji. Najczęściej rekomendujemy zaimplementowanie jednego centralnego repozytorium danych, zarówno papierowych, jak i elektronicznych. Zapewnia to agregowanie informacji w jednym miejscu. Warto pamiętać, że domeną instytucji, które funkcjonowały przez wiele lat, jest mnogość procesów wynikających z częstych fuzji, przejęć czy działań własnych. Dużym wyzwaniem jest więc, aby te procesy ujednolicić. Jedną z dobrych praktyk jest stosowanie tzw. podejścia „golden record”, które pozwala unikać wielokrotnego przechowywania tej samej informacji. Wspieramy klientów w deduplikacji danych, tworząc ostateczną wersję obrazu dokumentu, który nie podlega dalszym modyfikacjom.  Pozwala to wprowadzić znaczne oszczędności oraz przyśpieszyć czas dostępu do danych” – mówi Michał Giza.

Niezwykle istotna jest więc optymalizacja i tworzenie nowych procesów związanych z zarządzaniem informacją dla połączonych instytucji. Warto pamiętać, że nie zawsze jest tak, że większa instytucja,  ma bardziej optymalne procesy. Banki decydują się na wybór tych lepszych i wdrożenie ich w swoich strukturach. W takich sytuacjach niezwykle istotny jest również odpowiedni consulting, który przeanalizuje i porówna wszystkie możliwości, proponując najlepsze rozwiązanie.

Iron Mountain, jako wieloletni partner BNP Paribas, ma znaczący udział w działaniach realizowanych w Banku w związku z fuzją operacyjną  pomiędzy Raiffeisen Bank Polska S.A. i BNP Paribas Bank Polska S.A.” – Kazimierz Łabno, Wiceprezes Zarządu Banku, Obszar Operacji i Wsparcia Biznesu

Różne scenariusze działania

Należy pamiętać, że nie ma dwóch takich samych procesów. Dlatego tak ważne jest odpowiednie podejście do zagadnienia, aby fuzje i przejęcia w branży finansowej były przeprowadzone sprawnie, a co najważniejsze, w 100% bezpiecznie i zgodnie z przepisami prawa.

„Kluczem do sukcesu jest bogate doświadczenie. Należy pamiętać, że tutaj nigdy nie ma przewidzianego scenariusza. Realizacja wielu takich projektów, nie tylko w Polsce, pozwala nam na korzystanie z niezwykle bogatej bazy możliwych rozwiązań i dostosowanie ich do każdej instytucji” – dodaje Michał Giza.

[1] Dane z raportu Związku Banków Polskich opublikowanego przez Netbank

Unia chce ujednolicić przepisy dotyczące dopuszczalnego limitu alkoholu we krwi kierowców

Co czwarty śmiertelny wypadek drogowy na drogach Unii Europejskiej ma związek z alkoholem. Komisja Europejska chce zaostrzyć i ujednolicić przepisy dotyczące dopuszczalnego limitu alkoholu we krwi kierowców. Polakom ten pomysł… się podoba – donosi dziennik „Puls Biznesu”.

Wybierając się samochodem do innego unijnego kraju, powinniśmy pamiętać, że choć kontrole graniczne w Unii Europejskiej (UE) praktycznie zniknęły, to przepisy drogowe — również te regulujące problem trzeźwości za kierownicą — mogą znacząco różnić się od naszych. Taki stan rzeczy polscy kierowcy postrzegają jako kłopotliwy. W badaniu przeprowadzonym w maju 2019 r. przez AlcoSense Laboratories aż 72,8 proc. respondentów uznało, że dopuszczalne limity zawartości alkoholu we krwi kierowców powinny być ujednolicone w całej Unii Europejskiej. Jednakowy limit obowiązujący we wszystkich krajach skutkowałby nie tylko lepszą orientacją w przepisach — gdyby zdecydowano się na ich generalne obniżenie, poprawiłoby się również bezpieczeństwo na drogach.

— Różnice w przepisach wynikają m.in. z odmiennej kultury spożywania alkoholu w poszczególnych państwach, ale wpływ alkoholu na ludzki organizm jest jednak taki sam, niezależnie od kraju, z którego pochodzimy. Nowe badania wskazują, że nawet mała ilość alkoholu prowadzi do złudnego poczucia pewności siebie, co może doprowadzić do kosztownego błędu na drodze. W Estonii i Łotwie obniżenie limitu z 0,5 do 0,2 promila przyniosło wymierne zmniejszenie liczby śmiertelnych wypadków drogowych z udziałem alkoholu – w Estonii w latach 2006-16 o 89 proc. W parze z przepisami powinno jednak iść także ich skuteczne egzekwowanie i stałe budowanie odpowiedzialności wśród kierowców — mówi Hunter Abbott, ekspert bezpieczeństwa ruchu drogowego z firmy AlcoSense Laboratories.

Jak obecnie wygląda sytuacja w Europie? „Puls Biznesu” informuje, że Polska z dolnym limitem wynoszącym 0,2 promila lokuje się w grupie państw średnio rygorystycznych — identyczny limit obowiązuje np. w Szwecji. Kraje zachodnioeuropejskie i śródziemnomorskie najczęściej stosują limit 0,5 promila. W tej grupie są m.in. Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania. Do 0,5 promila alkoholu we krwi może mieć również kierowca podróżujący przez popularną wśród polskich turystów Chorwację. Wybierając się na Bałkany, należy również pamiętać o tym, że zwykle przejeżdżamy przez Czechy lub Węgry. W obu tych krajach nie ma żadnej tolerancji dla jazdy pod jego wpływem. Sytuację dodatkowo komplikują odrębne i surowsze przepisy dotyczące kierowców początkujących, zawodowych lub motocyklistów. Przykładem jest Chorwacja, gdzie policja może ukarać kierowcę z niewielkim stażem za jakikolwiek ślad alkoholu we krwi. Nic więc dziwnego, że czujemy się skołowani i chętnie widzielibyśmy identyczne regulacje we wszystkich krajach unijnych.

Komisja Europejska w swoim planie działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego wspomina o wzmocnieniu zaleceń dotyczących m.in. wprowadzenia w krajach członkowskich bardziej rygorystycznych limitów dla zawodowych i początkujących kierowców.

— Podróżowanie samochodem po drogach Unii Europejskiej bez wcześniejszego zapoznania się z obowiązującymi przepisami w krajach tranzytowych i kraju docelowym może wpędzić kierowcę w poważne kłopoty. W jednym kraju auto musi być wyposażone w kamizelki, w innym nie. W jednym nagrywanie kamerkami jest OK, a gdzie indziej już samo posiadanie kamery na szybie stanowi problem. W jednym kraju nie ma przyzwolenia na jakiekolwiek stężenie alkoholu w wydychanym powietrzu, a w drugim dopuszczalne jest nawet 0,5 promila. Unifikacja przepisów ułatwi kierowcom podróżnikom życie. Moim zdaniem takim ujednoliconym limitem mogłoby być 0,2 przy zachowaniu zasady, że spowodowanie kolizji lub wypadku przez kierowcę, który jest pod wpływem alkoholu w dopuszczonym prawnie limicie, stanowiłoby okoliczność dodatkowo obciążającą — mówi „Pulsowi Biznesu” Sylwester Pawłowski, prezes Safetylogic i autor projektu „Świadomy kierowca”.

Autor – Marcin Bołtryk/”Puls Biznesu”

Pracodawca na przeczytanie CV poświęca średnio mniej niż 30 sek.

W ponad połowie mikrofirm i małych przedsiębiorstw przejrzenie życiorysu kandydata do pracy zajmuje średnio do pół minuty. Z badania przeprowadzonego przez brytyjską spółkę UCE GROUP LTD. wynika, że 21% pracodawców robi to nie dłużej niż przez minutę. Z kolei 23% menedżerów czyta jedno CV przez minimum dwie minuty. Najmniej wskazań otrzymała odpowiedź „powyżej 5 minut”, a wybrało ją zaledwie 2% ankietowanych. Znawcy tematu nie są zaskoczeni wynikami i wskazują przyczyny takiego stanu rzeczy. Jednocześnie przekonują, że takie podejście do rekrutacji może oznaczać straty dla samych firm i aplikujących osób.

Maksymalnie do pół minuty – tyle czasu na przeczytanie nowego CV kandydata poświęca 56% respondentów. Krzysztof Zych z międzynarodowej firmy doradczej UCE GROUP LTD. przekonuje, że wynik raczej nie powinien być zaskoczeniem. Po pierwsze, tej wielkości przedsiębiorcy są bardzo zajęci i ich czas jest mocno ograniczony. Po drugie, tego typu dokumenty są z reguły tworzone szablonowo. Doświadczony menedżer potrafi błyskawicznie ocenić, czy dany kandydat zasługuje na więcej uwagi. Jednak zdaniem eksperta, to trochę mija się celem, bo nawet dobry specjalista może sporo rzeczy przeoczyć.

– Nie jestem zaskoczony tymi wynikami. Specyfiką mikrofirm i małych przedsiębiorstw jest sposób zatrudniania pracowników. Sposób ten w dużej mierze polega na wykorzystaniu kapitału społecznego, czyli mówiąc potocznie na „znajomościach”. Kiedy używam takich terminów, to one w polskiej rzeczywistości źle się kojarzą. Chciałbym jednak, żebyśmy traktowali to zjawisko po prostu jako fakt. Ono wcale nie musi negatywnie wpływać na efektywność przedsiębiorstw. Często są to przecież rodzinne firmy. Pracodawca sporo wie o kandydacie, bo ma dobre rozeznanie w środowisku lokalnym, stąd CV w dużym stopniu jest pewną formalnością – komentuje dr hab. Tomasz Ochinowski, kierownik Zakładu Socjologii Organizacji i Historii Biznesu na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Z kolei Dominika Kaczmarek, Senior Consultant z Hays Poland, przekonuje, że pół minuty pozwala na oddzielenie potencjalnych pracowników od aplikujących, którzy nie spełniają podstawowych wymogów formalnych. W tym czasie można sprawdzić, czy w CV kandydata znajdują się kluczowe informacje, których akurat szuka rekruter. Do tej kategorii zalicza się długość doświadczenia zawodowego, poprzednio zajmowane stanowiska oraz znajomość języków obcych, programów komputerowych lub technologii. Jednak w pół minuty nie ma możliwości zdobycia szczegółowych informacji na temat człowieka i zyskania całkowitej pewności, że jest to właściwa osoba na dane stanowisko. Do tego niezbędna jest rozmowa.

– Niestety, przy szybkim czytaniu literówka bywa bardziej zapamiętana niż kompetencje. Podejrzewam, że przedstawiciele firmy czytający CV po prostu kierują się pierwszym wrażeniem. Zachowują się jak ludzie przy wyborze książki czy filmu na podstawie plakatu bądź trailera. Jako psycholog powiem, że takie podejście może mieć daleko idące konsekwencje, przede wszystkim utraconej szansy dla przedsiębiorstwa. Równocześnie jednak pracodawcy zdają sobie sprawę z tego, że pisanie CV to pewien rodzaj twórczości i sposób sprzedawania siebie – dodaje dr Ochinowski.

Z badania UCE GROUP LTD. wynika, że 21% ankietowanych mikrofirm i małych przedsiębiorstw przeznacza na czytanie CV nie więcej niż minutę. Z kolei 23% respondentów poświęca na to minimum 2 minuty. Przy tym w 2-3 minuty robi to 11%, w 3-4 minuty – 7%, w 4-5 minut – 3%, natomiast powyżej 5 minut – tylko 2%.

– Na obecnym rynku pracy jest nieco więcej czasu na przyjrzenie się CV niż było jeszcze dekadę temu. Po prostu na jedno stanowisko jest znacznie mniej chętnych. Z pomocą menedżerom i rekruterom przychodzą nowoczesne technologie. Ułatwiają one odnalezienie w dokumentach najbardziej istotnych informacji z punktu widzenia obsadzanego stanowiska. A coraz częściej tradycyjne życiorysy zastępują profile w portalach społecznościowych – podkreśla Anna Wertenstein-Żuławska, Senior Talent Acquisition and Development Specialist w Randstad Polska.

Jak zaznacza Dominika Kaczmarek, rekruter może bardzo szybko wyselekcjonować potencjalnych kandydatów do rozmów. Jednak przed spotkaniem czy wywiadem telefonicznym powinien się odpowiednio przygotować i szczegółowo przeanalizować CV kandydata, a tego nie da się zrobić w minutę. Niezbędne jest m.in. zapoznanie się z zadeklarowanymi kompetencjami czy ze znaczeniem wszystkich skrótów i nazw podanych w aplikacji. To powinien być dialog, a nie odpytywanie kandydata.

– Jeżeli chce się poważnie potraktować kandydatów, a także własne przedsiębiorstwo, należałoby poświęcić na czytanie CV zdecydowanie więcej czasu. Z mojego doświadczenia korporacyjnego wynika, że trzeba przeznaczyć średnio od 4 do 6 minut, aby dobrze poznać profil osoby ubiegającej się o pracę. I to jest absolutne minimum – stwierdza ekspert UCE GROUP LTD.

Jednak kandydaci powinni pamiętać o tym, że ich CV może być przeglądane w zawrotnym tempie. Anna Wertenstein-Żuławska radzi, aby w dokumentach aplikacyjnych posługiwać się językiem konkretu, pokazywać kluczowe kompetencje i to, jak je praktycznie wykorzystywaliśmy w swojej pracy. Według eksperta, warto konsultować życiorys z innymi osobami. Można pokazać je znajomym i poprosić, by spojrzeli na nie krytycznie albo poradzić się specjalisty, np. doradcy zawodowego.

– W przyszłości główną rolę w ocenie kandydatów będzie odgrywała sztuczna inteligencja, bo tylko w taki sposób można ten proces mocno uprościć. Jednak wyczucie rekrutera powinno odgrywać wiodącą rolę. AI może wyłowić niezbędne dane i je posegregować, ale i tak człowiek podejmuje ostateczną decyzję. Jeśli oddamy władzę maszynom, to często może być tak, że dany kandydat, mimo świetnych referencji i doświadczenia, zostanie zwyczajnie pominięty. Automat go zaszufladkuje według wcześniej stworzonego algorytmu, co może być ze szkodą dla samej firmy, jak i dla kandydata – podsumowuje Krzysztof Zych.

Brytyjska spółka UCE GROUP LTD. z oddziałem w Polsce wykonała badanie na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa oraz ich najbliższych okolic, w tym 11 średnich i mniejszych miast. Ankieta telefoniczna była prowadzona w okresie od 1 do 26 lipca br. Łącznie zrealizowano 1004 wywiadów. W badaniu wzięło udział 43% kobiet i 57% mężczyzn. Odpowiedzi udzielili menedżerowie wyższego szczebla, w tym właściciele firm, od 30. do 50. roku życia. Analizie poddano mikrofirmy (do 10 pracowników) i małe przedsiębiorstwa (do 50 osób).

Zastawiają chodniki, utrudniają przejazd – parkingowe problemy wspólnot mieszkaniowych

Zbyt duże auta, np. 3,5-tonowe ciężarówki, parkujące na osiedlach często zastawiają chodniki lub utrudniają przejazd innym pojazdom. W przypadku dróg wewnętrznych członkowie wspólnot i spółdzielni są bezsilni. Służby porządkowe nie mogą tam interweniować. Problem rozwiązuje strefa ruchu umożliwiająca podjęcie działań. Kierowcy ewidentnie zaburzający lokalny ruch mogą zostać ukarani mandatami. Jednak w praktyce często to się nie dzieje, bo strażnicy miejscy nie widzą w tym problemu lub zwyczajnie obawiają się, że ewentualnie przed sądem nie obronią swoich argumentów, bo przepisy są niejednoznaczne. Dlatego doradzają, żeby wprowadzić dodatkowe oznaczenia, na które będą mogli skutecznej reagować. A jeśli to możliwe, proszą o wyznaczenie osobnych miejsc dla ponadgabarytowych pojazdów, np. dla dostawców i właścicieli takich samochodów.

Parkingowe problemy

Na parkingach osiedlowych należących do wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych często parkują duże pojazdy, jak busy pasażerskie czy samochody dostawcze. Zwykle nie mieszczą się w obrysie miejsc parkingowych i zasłaniają część chodnika lub wystają na jezdnię. Z tego powodu utrudniają życie mieszkańcom. Złe parkowanie to szerszy problem. Według starszego inspektora Sławomira Smyka, rzecznika Straży Miejskiej m.st. Warszawy, zgłoszenia takiego procederu wpływają codziennie co dwie minuty.

– Na osiedlach możliwość reakcji na takie zdarzenia jest ograniczona i zależy od sytuacji prawnej i faktycznej zarówno kierowców takich aut, jak i właścicieli nieruchomości. W większości przypadków zależy ona od oznakowania terenu oraz od tonażu pojazdu. Gdy obszar wspólnoty jest ogrodzony, a wjazd ogranicza szlaban, problem nie jest drastyczny. Można w pewnym stopniu oddziaływać na możliwość parkowania i poruszania się pojazdów nie należących do mieszkańców – komentuje Agnieszka Stec-Bielak, radca prawny z Kancelarii Proradcy Stec-Bielak&Czubacka Pędzisz.

Kolejnym problemem jest wystawanie samochodu poza obrys miejsca parkingowego. Jednak, zdaniem Sławomira Smyka, taki pojazd, nie zawsze jest zaparkowany niezgodnie z prawem o ruchu drogowym. Może dojść do tamowania lub utrudnienia ruchu, niemniej jest to tzw. wykroczenie skutkowe. Gdyby strażnicy podejmowaliby taką interwencje, wskazane jest, aby na miejscu była osoba, której został zatamowany lub utrudniony ruch. Nie dotyczy to jednak dróg wewnętrznych. Na nich działanie ww. aktu prawa dotyczy tylko zakresu obowiązywania znaków i sygnałów drogowych lub konieczności uniknięcia zagrożenia bezpieczeństwa osób.

– Długotrwałe zastawienie chodnika i drogi można zgłosić do odpowiedniej jednostki Straży Miejskiej. To, czy interwencja zostanie podjęta, zależy od wprowadzonej na osiedlu organizacji ruchu, poprawności zamontowania oznakowania pionowego i poziomego z założeniami projektu organizacji ruchu, a także unormowania jego funkcjonowania poprzez złożenie dokumentów w odpowiednim urzędzie – informuje Paweł Nowicki, partner ds. rozwoju i zarządca nieruchomości w spółce Acresta.

Z kolei mecenas Stec-Bielak wskazuje, że na osiedlowych drogach wewnętrznych mogą obowiązywać takie same zasady parkowania i poruszania się, jak np. w strefie zamieszkania – m.in. na podstawie przepisów ustawy o ruchu drogowym. Warunkiem jest postawienie na nich, obok znaku „droga wewnętrzna”, również symbolu „strefa ruchu”. W przeciwnym wypadku Straż Miejska nie podejmie działań na terenie prywatnym.

– Bez odpowiedniego oznakowania nie ma szans na taką interwencję. Ewentualne gromadzenie dokumentacji fotograficznej przez mieszkańców raczej też nie przyniesie korzyści. Można ją oczywiście później przedstawić w sądzie, ale w tym przypadku nie wierzę w skuteczny wyrok. Sądy nie zajmują się wykroczeniami. Te należą do Straży Miejskiej oraz Policji. Jednym z rozwiązań problemu jest wprowadzenie na osiedlu ruchu jednokierunkowego przy jednoczesnym montażu słupków wzdłuż chodników – komentuje Paweł Nowicki.

Rozwiązaniem problemu mogłoby być postawienie znaków zakazu zatrzymania lub postoju pojazdów powyżej 2,5 lub 3,5 tony. Wówczas kierowcy mieliby obowiązek respektować taki znak, a w razie pozostawienia auta w takim miejscu liczyć się z mandatem (według taryfikatora w wysokości 100 złotych) i punktami karnymi. Jednak Sławomir Smyk podkreśla, że rozwiązaniem często stosowanym przez zarządców, jest utworzenie w takim miejscu „strefy ruchu”, ponieważ wtedy Ustawa prawo o ruchu drogowym, działa w pełnym zakresie.

– W strefie zamieszkania obowiązują specjalne przepisy dotyczące parkowania pojazdów. Ten najważniejszy mówi, iż pozostawienie pojazdu na postoju jest możliwe tylko w miejscach wyznaczonych. I to zarządcy terenu decydują o wprowadzeniu odpowiedniego oznakowania. Oczywiście możemy im w tym pomóc i wesprzeć fachową opinią – informuje Marek Anioł, rzecznik prasowy krakowskiej Straży Miejskiej.

Kłopoty poza strefą ruchu

Jeśli jednak brakuje oznaczenia strefy ruchu, drogi i parkingi osiedlowe pozostają drogami wewnętrznymi. W takiej sytuacji nie obowiązują przepisy ustawy prawo o ruchu drogowym. Mieszkańcy są w takiej sytuacji bezsilni, ponieważ ani Straż Miejska, ani Policja nie mogą interweniować. Nie pomogą nawet wewnętrzne regulacje – naruszenie wprowadzonych w nich zasad nie powoduje żadnych sankcji. Wspólnota nie ma prawa nakładania kar pieniężnych na „niesfornych” mieszkańców czy zakładania blokad na koła pojazdów na własnym terenie.

– Gdy zastawienie drogi czy chodnika trwa krótko, interwencja służb porządkowych jest niemal niewykonalna. Jeśli to możliwe, warto wyznaczyć na terenie osiedla miejsce, w którym czasowo mogą się zatrzymać większe pojazdy. Dobrym sposobem jest dogadanie się z właścicielami zakładów usługowych, do których realizowane są dostawy. Służą temu odpowiednie porozumienia między użytkownikami lokali a wspólnotą. Ewentualnie można wprowadzić odpowiednie zapisy do regulaminu porządku domowego – przekonuje Paweł Nowicki.

Mecenas Stec-Bielak dodaje, że wspólnoty mieszkaniowe nie mają prawa wprowadzania w drodze regulacji wewnętrznych zakazu parkowania pojazdów o określonej masie całkowitej czy ograniczania ich postoju i wjazdu na teren wspólnoty w stosunku do swoich członków. Takie działania naruszają art. 24 ustawy o własności lokali oraz art. 64 Konstytucji. W gorszej sytuacji są najmniejsze, często jednobudynkowe spółdzielnie mieszkaniowe, gdzie ogrodzenie takiego terenu jest rzadkością. Zwykle jednak są one oznakowane tak, by umożliwić interwencję właściwych służb.

– Ustalenie zasad realizacji dostaw do lokali z konkretnymi użytkownikami jest skuteczniejsze niż ogólnie obowiązujące zapisy w regulaminie. Nie eliminuje to problemu, ale wprowadza ład i porządek, a także pozwala zapanować nad chaosem. Jeśli na osiedlu jest ochrona, to jednym z jej obowiązków powinno być pilnowanie ruchu takich pojazdów. Ich działania można także wesprzeć poprzez montaż słupków czy blokad parkingowych, otwieranych na czas rozładunku, np. mebli do mieszkań – uważa zarządca nieruchomości z Acresty.

Jednocześnie należy zauważyć, że nie jest jednoznaczne, czy kierowca samochodu o znacznie większych gabarytach niż przeciętna osobówka narusza przepisy powszechnie obowiązujące, parkując na miejscu dla aut osobowych. Mecenas Agnieszka Stec-Bielak podkreśla, że zakazane jest np. parkowanie na chodniku aut o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 2,5 tony, choć do ich prowadzenia wystarcza prawo jazdy kategorii B.

– Parkingi osiedlowe nie należą do katalogu dróg publicznych, w związku z tym są zaliczone do kategorii dróg wewnętrznych. W takiej sytuacji zakres obowiązywania prawa o ruchu drogowym jest dość mocno ograniczony. Ale jeśli organizacja ruchu, wyrażona znakami drogowymi, dotyczy także zasad parkowania, funkcjonariusze mają obowiązek reagowania na nieprawidłowości w tym zakresie – podsumowuje Sławomir Smyk z warszawskiej Straży Miejskiej.

Nagły wzrost kursu franka szwajcarskiego zagraża polskiej gospodarce

Pierwszy raz od 2017 roku frank szwajcarski tak szybko i gwałtownie się umacnia. Jeszcze w lipcu jego wartość wynosiła 3,86 złotego, a w ciągu kilku dni wzrosła do 3,91 zł. Taki dziesięciogroszowy wzrost to dla międzynarodowej giełdy bardzo dużo. Przyczyn umocnienia Franka szukać należy w chwiejnej gospodarce europejskiej, która mierzy się z wizją „twardego” Brexitu i konfliktem w relacji USA-Chiny. Frank szwajcarski od zawsze był i wciąż pozostaje „bezpieczną przystanią” dla inwestorów. W niepewnych czasach inwestycji we franku przybywa, gdyż uważany jest za solidną i pewną walutę. Wzrost zainteresowania frankiem umacnia jego wartość. To niestety nie wróży dobrze polskiej gospodarce.

– Jest to kłopot dla kredytobiorców, którzy są zadłużeni we franku. Przede wszystkim wzrosną ich raty, ale jednocześnie spadnie zdolność tych gospodarstw domowych do zakupu innych towarów i dóbr. Niestety, nie jest to więc kłopot tylko osób zadłużonych we franku, ale także całej gospodarki – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG.  – Mimo wzrostu wyceny franka, nie jest on na szczęście bardzo drogi. Wzrost wynosił kilka procent, a wartość franka nie przekroczyła 4 złotych. Ale jeżeli okaże się, że ta tendencja wzrostu waluty szwajcarskiej utrzymuje się – jeżeli niepokój na rynkach światowych wciąż będzie dosyć duży – mogą się z tym łączyć poważne problemy dla kredytobiorców i dla polskiej gospodarki – ostrzega Soroczyński.

2 mln zł na wsparcie lokalnych społeczności. Najlepsze pomysły w małych miejscowościach mogą liczyć na granty od 4 do 15 tys. zł

2 mln zł na wsparcie lokalnych społeczności. Najlepsze pomysły w małych miejscowościach mogą liczyć na granty od 4 do 15 tys. zł 8

Fundacja należąca do PKN Orlen przeznaczy w tym roku w sumie 2 mln zł na dofinansowanie projektów, które służą lokalnym społecznościom. W programie grantowym „Moje miejsce na Ziemi” swoje pomysły na takie inicjatywy mogą zgłaszać biblioteki, szkoły, organizacje pozarządowe, fundacje i stowarzyszenia czy nawet jednostki ochotniczej straży pożarnej. Mogą one wnioskować o wsparcie w wysokości od 4 do 15 tys. zł. Jak podkreśla prezes fundacji, dla wielu samorządów i organizacji to szansa, aby po raz pierwszy aplikować o takie finansowanie.

– O wsparcie w programie „Moje miejsce na Ziemi” mogą się starać wszystkie organizacje i instytucje, które mają osobowość prawną. Mogą to być organizacje pozarządowe, fundacje i stowarzyszenia, szkoły, instytucje samorządowe, jak centra kultury, biblioteki czy gminne centra informacji. Równie dobrze mogą to być także jednostki ochotniczej straży pożarnej czy koła gospodyń wiejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Różycka, prezes Fundacji Orlen – Dar Serca.

Program grantowy „Moje miejsce na Ziemi” dofinansowuje działania i projekty służące lokalnym społecznościom. Wnioski do tegorocznej edycji programu grantowego dla społeczności lokalnych „Moje Miejsce na Ziemi” można składać do 9 września br. Zgłaszane projekty muszą dotyczyć jednego z tematów: ekologia, sport, promocja zdrowego trybu życia, przeciwdziałanie wykluczeniu, bezpieczeństwo czy zachowania dziedzictwa historycznego oraz rozwoju edukacji, kultury i sztuki.

– W poprzedniej edycji wsparliśmy projekty z całej Polski, a zakres tematyczny był bardzo szeroki. Te projekty mogły dotyczyć ekologii, rewitalizacji miejsc pamięci, zajęć dla mam z małymi dziećmi czy dla seniorów. Wspieraliśmy takie inicjatywy, jak np. stworzenie mobilnej biblioteki i zupełnie nowych miejsc służących lokalnym społecznościom. Były to także m.in. zajęcia z robotyki dla dzieci z małych miejscowości, które nie mają możliwości wzięcia udziału w tego typu zajęciach w szkole – wymienia Katarzyna Różycka.

Pierwsza edycja cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem. W ciągu dwóch tygodni, które były przewidziane na składanie wniosków, do fundacji wpłynęło 1 tys. zgłoszeń z całej Polski. Sukces ubiegłorocznej edycji sprawił, że i w tym roku Fundacja Orlen – razem z fundatorem grantów, czyli PKN Orlen – zadecydowała o kontynuacji programu.

Co ważne, były to wnioski z najmniejszych miejscowości i od organizacji, które robiły to po raz pierwszy, nie bały się spróbować swoich sił w naszym programie – mówi Katarzyna Różycka. – Laureaci pierwszej edycji to osoby, które naprawdę chciały zmieniać coś w swoim najbliższym otoczeniu, opowiadały nam o swoich pomysłach, problemach, o tym, jak bardzo cieszą się, że ktoś zauważył ich mniejsze miejscowości i chciał wesprzeć ich działania.

Każdy, kto chce złożyć wniosek, może do nas zadzwonić albo napisać e-maila. Skonsultujemy projekt i pomożemy złożyć wniosek. Aby to maksymalnie ułatwić, stworzyliśmy specjalną strefę „Moje miejsce na Ziemi”, która zawita do 50 miejscowości w całej Polsce. To strefa dla lokalnych mieszkańców, w której można odpocząć, kreatywnie spędzić czas z dzieckiem, ale przede wszystkim porozmawiać z naszym ekspertem na temat swojego pomysłu na projekt. Listę odwiedzanych miejscowości publikujemy na naszym Facebooku – dodaje Magdalena Przygońska-Kęska, koordynator programu „Moje miejsce na Ziemi”.

Całkowity budżet programu wynosi 2 mln zł. Organizacje pozarządowe i jednostki samorządu mogą się ubiegać o granty w różnej wysokości od 4 do 15 tys. zł.

– Zachęcamy szczególnie do składania wniosków na te najmniejsze granty, w wysokości 4 oraz 7,5 tys. zł. Ich jest najwięcej, a szanse na zdobycie takiego grantu są dużo większe – mówi Magdalena Przygońska-Kęska.

Chcemy też zwrócić uwagę, że szansę na otrzymanie wsparcia mają również pomysły osób indywidualnych. Jedyne, co muszą zrobić, to zainteresować jakąś organizację swoim pomysłem. Takie przypadki były już w pierwszej edycji i do tego zachęcamy – dodaje Katarzyna Różycka.

Aby zgłosić projekt, który będzie służył lokalnej społeczności i ubiegać się o grant na jego realizację, należy wejść na stronę orlendarserca.pl, gdzie znajduje się regulamin programu, przykładowy wniosek i odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Organizatorzy uruchomili też specjalny numer infolinii (+48 665 560 237), pod którym można uzyskać wszystkie informacje dotyczące programu.

– Program  „Moje miejsce na Ziemi” dostrzega potrzeby tych najmniejszych miejscowości. Dla wielu organizacji to szansa, żeby po raz pierwszy starać się o tego typu wsparcie finansowe, nauczyć się składać tego typu wnioski. Zasady wnioskowania i rozliczenia są na tyle proste, że każdy może spróbować swoich sił – mówi prezes Fundacji Orlen – Dar Serca.

Ministerstwo sportu chce inwestować w aktywność fizyczną Polaków. Jej brak przekłada się na realne straty dla gospodarki

0

Ministerstwo sportu chce inwestować w aktywność fizyczną Polaków. Jej brak przekłada się na realne straty dla gospodarki 9

Spada aktywność fizyczna Polaków. Regularnie sport uprawia co czwarta osoba, ponad połowa w ogóle nie ćwiczy. Brak aktywności fizycznej generuje blisko 7 mld zł strat rocznie – wynika z danych przytaczanych przez Polski Instytut Ekonomiczny. Są to głównie koszty opieki zdrowotnej i absencji pracowniczych. Ministerstwo sportu chce zachęcać Polaków do sportu przez różnego rodzaju programu. Konieczne jest także wsparcie władz lokalnych i szersza promocja sportu wśród społeczeństwa.

– Wartość całego polskiego rynku sportu szacuje się na ok. 10 mld zł, a udział w PKB na ok. 2 proc. Miejmy nadzieję, że będzie on coraz większy, ponieważ sport jest istotny społecznie. Wpływa pozytywnie na nasze zdrowie i poczucie wspólnotowości – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Rafał z Ministerstwa Sportu i Turystyki.

Raport „Polski rynek sportu” Polskiego Instytutu Ekonomicznego wylicza, że rodzima branża sportowa generuje ok. 9,6 mld zł rocznie. Taka kwota umożliwiłaby sfinansowanie każdemu mieszkańcowi Polski dwóch biletów na mecze eliminacyjne Mistrzostw Europy. Ta kwota mogłaby być znacznie większa, gdyby nie mała aktywność fizyczna Polaków. 28 proc. przyznaje, że regularnie uprawia sport, a ponad połowa (56 proc.) nie uprawia go w ogóle.

– Straty, które wynikają z nieuprawiania sportu, szacuje się na około 7 mld zł, z czego 85 proc. to są koszty absencji – zaznacza Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Wraz z wiekiem spada aktywność fizyczna Polaków. Polscy emeryci uprawiają sport dwukrotnie rzadziej, niż wynosi średnia w Unii. Biorąc pod uwagę to, że społeczeństwo będzie się starzeć, możemy się spodziewać jeszcze wyższych niż te obecne około 7 mld zł strat gospodarczych.

Gdyby co druga osoba, która nie jest aktywna fizycznie, zaczęła regularnie uprawiać sport, przełożyłoby się to na co najmniej 11 tys. zawałów mniej, 2,2 tys. mniej zachorowań na nowotwór jelita grubego czy 1,5 tys. mniej przypadków raka piersi. Koszty opieki zdrowotnej spadłyby w skali roku o 440 mln zł, a koszt absencji pracowniczych – o 3 mld zł.

 Jesteśmy coraz aktywniejsi, ale wiele nam brakuje do europejskiej czołówki. Zajmujemy 7. miejsce w UE, ale od końca. W związku z tym należy podejmować wszelkie działania, żeby ten poziom rósł – zauważa Mateusz Rafał. – Ministerstwo Sportu i Turystyki stale stara się to robić, w szczególności przez rozwój infrastruktury sportowej, upowszechnianie sportu wśród dzieci i młodzieży. Wprowadzamy wiele nowych programów, np. rządowy program „SKAUT”, który będzie wychwytywał najmłodsze talenty wśród najmłodszych.

Ta inicjatywa zakłada organizację systemu ogólnopolskiej sieci skautów – trenerów, instruktorów, nauczycieli wychowania fizycznego – wyszukujących uzdolnione dzieci i młodzież poprzez m.in. przeprowadzanie badań poziomu sprawności fizycznej. Docelowo program ma objąć rocznie 1,5 mln uczniów klas IV–VIII ze wszystkich szkół podstawowych w Polsce.

Polacy, choć są zadowoleni z dostępności infrastruktury i oferty klubów, oceniają, że władze lokalne nie robią dostatecznie wiele, by zapewnić możliwość bycia aktywnym.

 Rozwój sportu w kolejnych latach w bardzo dużej mierze jest uzależniony od polityk krajowych. Nasze samorządy powiatowe wydają rocznie około 90 mld zł, w budżetach województw to jest średnio ok. 125 mln zł w skali roku – oblicza Krzysztof Kutwa.

W 2017 roku wydatki budżetowe na sport i rekreację wyniosły blisko 7,6 mld euro, co odpowiada 0,4 proc. PKB Polski. W porównaniu z pozostałymi krajami UE-28 jesteśmy relatywnie wysoko – na 8. pozycji, zarówno pod względem wartości nominalnej, jak i ekwiwalentu PKB. Wydajemy m.in więcej niż Belgowie, Finowie czy Duńczycy, ale mniej niż Francuzi, Niemcy czy Włosi.

– Branża sportu na pewno nie jest tą branżą, która generuje największe efekty w naszej rodzimej gospodarce. Przy czym biorąc pod uwagę dynamiczny rozwój e-sportu i technologii blockchain, który można zastosować w różnego rodzaju zakładach sportowych, to wydaje się, że ten wpływ może być coraz większy – ocenia analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Rosnący wpływ nowych technologii na branżę sportową wymaga zmian w sposobie kształcenia i nowe zachęty finansowania klubów sportowych. To zaś może się przełożyć na przyszłe sukcesy turniejowe reprezentacji. Kraje bogatsze, wydatkując więcej na zawodników, zwiększają swoje szanse na zwycięstwo.

 Sukcesy sportowe przekładają się na gospodarkę. Możemy to zaobserwować chociażby na przykładzie Hiszpanii. Jej wygrana na Mundialu w 2010 roku wpłynęła na wzrost gospodarczy – zauważa Mateusz Rafał.

Blisko dekadę temu korzyść dla gospodarki zwycięzcy mundialu szacowano na 0,25–0,5 proc. PKB. Z kolei zwycięstwo Francji w ubiegłorocznym mundialu organizowanym w Rosji wpłynęło na wzrost PKB o 1,9 proc.

Mercedes z rekordową sprzedażą kultowego modelu. Z salonów zniknęła cała dostępna w tym roku na rynek polski pula Klasy G

Mercedes z rekordową sprzedażą kultowego modelu. Z salonów zniknęła cała dostępna w tym roku na rynek polski pula Klasy G 10

Mercedes Klasy G jest już kultowym samochodem, a popyt na niego nie maleje. W 2017 roku sprzedano w Polsce 130 samochodów, rok później – 350, a w tym roku jest to już 400 sztuk, czyli cała dostępna pula na rynek polski. Z okazji 40. urodzin Gelendy do sprzedaży trafiają trzy specjalne edycje „Stronger Than Time” – Mercedes-Benz G 400 d, Mercedes-Benz G 500 oraz Mercedes-AMG G 63. Klienci mogą wybierać spośród miliona opcji. Miłośnicy klasy G w Polsce spotkali się w dniach 15-18 sierpnia w Srebrnej Górze na Dolnym Śląsku.

– W 2018 roku sprzedaliśmy 350 sztuk Klasy G w Polsce. W tym roku sprzedaliśmy już wszystkie samochody, jakie są w ogóle dostępne na rynek polski, na chwilę obecną jest to 400 sztuk. Czas oczekiwania na nowy samochód wynosi ponad rok czasu, więc nie narzekamy na brak zainteresowania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Gos z Mercedes-Benz Polska.

Produkcja Mercedesa Klasy G ruszyła w austriackim Grazu 40 lat temu. Samochód szybko stał się ikoną off-roadu. Od 20 lat pojazd funkcjonuje również jako model AMG, z dodatkowym ładunkiem osiągów. To najdłużej produkowana seria modelowa w historii osobowych Mercedesów. O jej fenomenie może świadczyć to, że 80 proc. wyprodukowanych egzemplarzy nadal jest eksploatowane.

– Fenomenem Klasy G jest jej niepowtarzalna bryła, lecz także kultowa historia, możliwości terenowe. To kawał porządnej niemieckiej stali i komfort w jeździe w terenie. Dla mnie jako dla użytkownika jest to nieocenione – przekonuje Rafał Śnieżek, organizator zlotu polskich miłośników Mercedesa Klasy G.

– Nikt nie musi już udowadniać ideału tego samochodu. Rzesza klientów, którzy nie bez kozery wybierali ten samochód przez tyle lat i nadal go wybierają, świadczy o tym, że jest to ikona off-road – dodaje Grzegorz Gos. – Auto jest gotowe po wyjeździe z fabryki do tego, żeby pokonywać ciężkie, trudne przeszkody terenowe oraz ułatwia podróżowanie w trudnych, ekstremalnych warunkach. Moja największa trasa to przejechanie całej Rosji do Alaski samochodem, wyjeżdżając z Warszawy, dojeżdżając do Morza Ochockiego i z powrotem. Z dziećmi i bliskimi zwiedziłem już praktycznie cały świat.

Z okazji okrągłych urodzin Klasy G do sprzedaży trafią trzy specjalne edycje „Stronger Than Time” – Mercedes-Benz G 400 d, Mercedes-Benz G 500 oraz Mercedes-AMG G 63. Pierwszy z nich to najmocniejszy wariant 6-cylindrowego silnika wysokoprężnego OM 656. Wariant z wzmocnionym dieslem (330 KM) dostępny jest tylko w ramach tej specjalnej edycji. Jak podkreślają eksperci, w kolejnych generacjach Klasy G zmieniają się tylko szczegóły.

 W tym samochodzie główną zaletą jest mechanika, rozwiązania techniczne, które w zasadzie od 40 lat się nie zmieniają. Są na tyle uniwersalne i na tyle przemyślane technologicznie, że do dziś są praktycznie niezmiennie wykorzystywane – mówi Rafał Śnieżek.

Nowy program indywidualizacji G manufaktur sprawia, że teoretycznie pojazdy mogłyby być produkowane przez kilka dziesięcioleci, a żaden z nich nie byłby taki sam. Łącznie dla aut seryjnych i G manufaktur dostępnych jest ok. miliona opcji.

– Od strony wizualnej nadal konstrukcja jest bardzo podobna. W środku ten samochód zmienił się nie do poznania, więc w kontekście kolorystyki i wyposażenia jest zupełnie innym autem – mówi Grzegorz Gos.

Przykładowo, w przypadku siedzeń dostępne są 64 różne kombinacje tapicerki i typów foteli, przy projektowaniu nadwozia można wybierać spośród 34 lakierów. Przy wyborze kolorów skóry na kierownicy, tablicy rozdzielczej i siedzeniach, czy odcieni przeszyć i pasów bezpieczeństwa, oferta jest niemal nieograniczona.

 Dobrego konia się nie zmienia. Samochód oczywiście ewoluuje, żeby dopasowywał się do XXI wieku, ale tak, aby klienci mogli z tego samochodu korzystać na co dzień, a auto zachowało aspekty stricte off-roadowe – zaznacza Grzegorz Gos.

Z okazji okrągłych urodzin 15-18 sierpnia polscy miłośnicy Klasy G spotkali się na terenie Dolnego Śląska w Srebrnej Górze. Na zlot, według szacunków organizatorów, przyjechało ok. 50–70 samochodów, zarówno klasycznej Gelendy, jak i najnowszej generacji modelu.

– Klasa G ma bardzo dużą rzeszę fanów, pomijając samych użytkowników. Obecnie mamy około 5–6 tys. cywilnych użytkowników G Klasy w Polsce. Spotykamy się na zlotach od około 15 lat, mniej więcej co roku – wylicza Rafał Śnieżek. – G Klasa łączy ludzi. Na zlot przyjechali użytkownicy i fani z całej Polski: Ełku, Koszalina, Gdańska, Krakowa, Rzeszowa, Łodzi, Poznania, Warszawy, a także z Austrii, Niemiec, Słowacji. Ten samochód łączy ludzi z różnych środowisk, o różnych przekonaniach, pasjach i sposobach na życie.

Jak przekonuje organizator zlotów, samochód jest kultowy, łączy ludzi, a przy tym spełnia najbardziej rygorystyczne wymagania.

 Jeżeli ktoś zaczął przygodę z Klasą G to prędzej czy później do niej wróci, nawet jeśli z nią na chwilę wziął rozwód. Ma ona w sobie to coś, co nie pozwala przejść obojętnie, zostawić tego samochodu. Każdy użytkownik przekonuje się do możliwości terenowych auta – podkreśla Śnieżek.

Polacy rzadko konsultują się z prawnikami. Ponad 80 proc. korzysta z ich pomocy dopiero, gdy sprawa trafia do sądu

Polacy rzadko konsultują się z prawnikami. Ponad 80 proc. korzysta z ich pomocy dopiero, gdy sprawa trafia do sądu 11

Dla zdecydowanej większości Polaków adwokat to ostatnia deska ratunku. Blisko 90 proc. na co dzień nie widzi potrzeby, by korzystać z ich pomocy, a 81 proc. konsultuje się z nimi dopiero, gdy dostają pozew sądowy. Tymczasem pomoc prawna może się przydać niemal w każdej sytuacji. Adwokat potrafi przewidzieć długoterminowe konsekwencje podejmowanych decyzji – podkreśla Anisa Gnacikowska, zastępca sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej.

 Polacy najczęściej korzystają z pomocy prawnej adwokata lub innego prawnika w sytuacjach, w których już muszą, w których jest już problem prawny i muszą go rozwiązać. Zwykle adwokat kojarzy im się z salą sądową – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes adwokat Anisa Gnacikowska, zastępczyni sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej.

Z badań przeprowadzonych przez Kantar Public na zlecenie Naczelnej Rady Adwokackiej wynika, że 87 proc. Polaków nie widzi potrzeby konsultowania swoich decyzji z adwokatem. 81 proc. osób robi to wówczas, gdy np. otrzymuje pozew sądowy. Ubiegłoroczne badanie SW Research „Problemy prawne Polaków” na zlecenie D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej wskazuje, że w ciągu ostatnich kilku lat nieco ponad 20 proc. osób miało problem natury prawnej.

 Pomoc prawna może się przydać właściwie w każdej sytuacji, w której mamy podjąć ważną decyzję dla naszego życia. Po takiej konsultacji wiemy o wszystkich okolicznościach, które są istotne. Prawnik może nam wskazać nie tylko nasze obowiązki i przysługujące nam prawa, lecz także pewne długoterminowe konsekwencje podejmowanych dzisiaj decyzji – tłumaczy Anisa Gnacikowska.

Z adwokatem można skonsultować takie kwestie, jak podpisanie pierwszej umowy z pracodawcą, wynajem czy kupno mieszkania, umowa pożyczki czy kredytu. W rzeczywistości robi tak niewiele osób, tymczasem można w ten sposób znacznie ułatwić sobie życie.

Nie wystarczy tylko poszukać na stronach internetowych informacji o danej umowie, dlatego że czasem drobny szczegół, który wydaje się nieistotny, może rodzić określone konsekwencje prawne i zmieniać diametralnie sytuację prawną u poszukującego pomocy – mówi Anisa Gnacikowska.

Badanie D.A.S. wskazuje, że najczęstszym problemem, z jakim borykają się Polacy, są te związane z urzędami lub instytucjami. Często wskazywaną kategorią były kwestie związane z samochodem lub transportem oraz sprawy dotyczące pracy i zatrudnienia.

– Kiedy np. rozpada się związek małżeński, strony są zaskoczone, że choć tylko jedno z nich pracowało, muszą się podzielić majątkiem po połowie. Gdyby przed zawarciem małżeństwa zgłosili się do prawnika, mogliby uzyskać informację o tym, jak można modyfikować majątkowy ustrój małżeński – wskazuje zastępczyni sekretarza NRA. – W mojej 15-letniej praktyce miałam trzech klientów, którzy to skonsultowali przed ślubem, z czego dwóch było cudzoziemcami.

Jednemu na pięciu Polaków w ciągu ostatnich 5 lat zdarzyła się sytuacja, w której zrezygnowali z dochodzenia swoich roszczeń, choć mogli to zrobić. Tu także przydatna jest pomoc prawnika. Wiele osób wskazuje jednak, że przed skorzystaniem z tego typu usług powstrzymują ich koszty, brak zaufania do efektu współpracy i konieczność samodzielnego szukania i weryfikowania jakości usług prawnych.

– Zasięgnięcie pomocy prawnej przed podjęciem decyzji pozwala ograniczyć ryzyko związane z błędną decyzją i stres wywołany komplikacjami, a często także pieniądze. Im wcześniej zjawimy się u adwokata, tym więcej możemy zaoszczędzić na kosztach ewentualnego postępowania sądowego, egzekucji komorniczej, a w sytuacjach ekstremalnych możemy uratować majątek – przekonuje ekspertka.

Zwiększenie świadomości prawnej Polaków oraz zachęcenie ich do korzystania z porad adwokatów to cel kampanii „Adwokat w każdym przypadku” organizowanej przez Naczelną Radę Adwokacką.

– W czasie kampanii chcemy pokazać Polakom, że ważnym jest, aby podejmowali ważne decyzje, mając pełną informację dotyczącą ich praw i obowiązków. Wtedy ta decyzja jest słuszna i mogą dzięki temu uniknąć ewentualnych problemów – podsumowuje Anisa Gnacikowska.

Praca tylko dla cierpliwych mediatorów. Zawód organizatora ślubnego zyskuje na popularności

0

Praca tylko dla cierpliwych mediatorów. Zawód organizatora ślubnego zyskuje na popularności 12

Dobry wedding planner musi być mediatorem i jednocześnie w pewnym stopniu psychologiem, który będzie godzić skłóconych przyszłych małżonków oraz mieć dużą cierpliwość i umiejętności organizacyjno-logistyczne. Eksperci zauważają, że musi także być przygotowany na pracę przez cały rok, 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Młode pary, które chcą uniknąć niepotrzebnych nerwów, rozczarowań oraz zbędnych kosztów powinny zaufać rekomendowanemu konsultantowi ślubnemu, bowiem jego doświadczenie, fachowość i znajomość branży są gwarancją udanego wesela.

Przygotowania do ślubu najczęściej bywają długie, bardzo stresujące, a co więcej – mogą wiązać się z wieloma konfliktami i różnicami zdań pomiędzy przyszłymi małżonkami lub ich rodzicami. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze zderzenie marzeń z bolesną finansową rzeczywistością. Kompromis natomiast jest możliwy do osiągnięcia w dużej mierze dzięki wedding plannerowi.

Zawód konsultanta ślubnego czy wedding plannera rozwija się w Polsce bardzo prężnie. Równolegle z dynamicznym rozwojem branży ślubnej z roku na rok zauważamy napływ nowych firm, nowych wedding plannerów, którzy wprowadzają nową jakość i świeże podejście do ślubów. Na pewno jest to korzystne dla całej branży, że każdego roku mamy nowe firmy i możemy się nawzajem inspirować – mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Wardęga-Sawicka, rzecznik prasowy Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych.

Osobom, które chcą zostać wedding plannerami, Polskie Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych zaleca ukończenie specjalnych szkoleń. Dzięki takim warsztatom i fachowym poradom ekspertów można zdobyć potężną dawkę niezbędnej wiedzy i umiejętności, a przez to solidnie przygotować się do wykonywania zawodu organizatora ślubów i wesel.

Lista cech, które powinien posiadać dobry konsultant ślubny, jest bardzo długa. Przede wszystkim są to umiejętności logistyczne i organizacyjne, czyli umiejętność spięcia kilkudziesięciu albo nawet kilkuset drobnych elementów w jeden, który będzie tworzył idealną całość. Dobry wedding planner powinien cechować się dużym spokojem, cierpliwością, choć czasami nie jest to łatwe. Powinien też umieć, a przynajmniej próbować, rozwiązywać sytuacje konfliktowe, które zdarzają się bardzo często – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Jak podkreśla, nie chodzi tutaj o sytuacje konfliktowe pomiędzy parą młodą a usługodawcami, bo te są raczej rzadkością.

Myślę tutaj o konfliktach na linii panna młoda – pan młody czy też para młoda – rodzice. Wbrew pozorom te „konflikty” i różne punkty widzenia wychodzą na wierzch w momencie, kiedy para zaczyna organizować swój ślub. To, co wcześniej wydawało się oczywiste dla obu stron, okazuje się, że takie oczywiste nie jest i trzeba pogodzić interesy kilku podmiotów. Dlatego te zdolności negocjacyjne i mediatorskie bardzo się przydają – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Praca wedding plannera jest pracą 24/h, przez 7 dni w tygodniu, bowiem dla klientów trzeba być dostępnym non stop.

Urlopy w branży ślubnej są wtedy, kiedy wszyscy inni pracują, czyli jest to późna jesień, zima i wczesna wiosna. Wtedy, kiedy cała Polska ma wakacje i urlopy, my jesteśmy w szczycie sezonu i bardzo ciężko pracujemy – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Aby znaleźć dobrego konsultanta ślubnego, warto zdać się na doświadczone firmy. Można w tym celu skorzystać ze strony Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych, która skupia najlepsze firmy weddingowe z całego kraju. Po dokonaniu pierwszej selekcji należy osobiście spotkać się z wybranymi firmami, przedstawić swoje oczekiwania i znaleźć wspólny punkt widzenia.

– Między parą młodą a wedding plannerem musi być dobra relacja i nić porozumienia, ponieważ niejednokrotnie praca trwa rok czy 1,5. Niemożliwe jest więc, abyśmy się nie lubili. To jest klucz do sukcesu. Musimy się lubić, musimy sobie ufać i musimy mieć pewność, że nadajemy na tych samych falach, podobają nam się te same rzeczy, a konsultant ślubny rozumie w locie, o co nam chodzi – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Wedding plannerzy, którzy dopiero zaczynają karierę w branży muszą uzbroić się w cierpliwość, bo klientów nie zdobywa się z dnia na dzień. Kluczową rolę odgrywa tutaj przede wszystkim osobowość, fachowe podejściem do tematu, pasja i zaangażowanie, lecz także doświadczenie.

– Najlepsze agencje ślubne, które są na rynku od lat, proponujące najwyższą jakość usług, pobierają wynagrodzenie w wysokości od 9,5 do 15–16 tys. zł. Oczywiście jest to zależne od regionów. Przestrzegam pary młode, aby nie nabierały się na niską cenę, ponieważ najczęściej wiąże się to z brakiem doświadczenia – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

W Polsce powstaje symulator uczenia autonomicznych samochodów. Sztuczna inteligencja wyszkoli pojazdy, jak mają się zachować na drodze

W Polsce powstaje symulator uczenia autonomicznych samochodów. Sztuczna inteligencja wyszkoli pojazdy, jak mają się zachować na drodze 13

Wysoki poziom bezpieczeństwa, jaki zapewniają inteligentne auta, nie jest wyłącznie zasługą programistów odpowiedzialnych za stworzenie systemów rozpoznawania i analizy obrazu. Równie istotną rolę w procesie tworzenia oprogramowania dla pojazdów tego typu pełnią algorytmy uczenia maszynowego. Naukowcy tworzą specjalne programy, za pośrednictwem których uczą samochody poruszania się, zanim w ogóle wyjadą na drogi. Jeden z symulatorów do uczenia autonomicznych samochodów powstaje w Polsce.

– Robimy symulator jazdy do nauki dla samochodów autonomicznych, w którym nie uczymy człowieka jeździć samochodem – uczymy autonomiczne samochody. Szkolenie samochodów autonomicznych jest kosztowne, trwa bardzo długo i przede wszystkim może być niebezpieczne dla innych uczestników ruchu drogowego. Dlatego nasz pomysł jest taki, żeby część tego procesu przenieść do świata wirtualnego. To znaczy jest to taki program, wewnątrz którego inny program uczy się po prostu jazdy samochodem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Rzepka, prezes zarządu Intelicar.

Jednym z największych graczy na rynku sztucznej inteligencji jest Google. Korporacja przez lata zdobywała doświadczenie w dziedzinie uczenia maszynowego, doskonaląc swoje algorytmy wyszukujące, a teraz za pośrednictwem spółki-córki DeepMind chce wejść na rynek motoryzacyjny. Inżynierowie DeepMind zaangażowali się w prace nad oprogramowaniem, które usprawni funkcjonowanie autonomicznych pojazdów od Waymo. Zespoły programistów z obu firm opracowały nowe narzędzia szkoleniowe wykorzystujące algorytmy uczenia maszynowego. Oprogramowanie uruchamiane jest na kilku symulatorach, a następnie każda wersja przechodzi niezależny proces szkolenia oraz testów. Kiedy te zakończą się, wdraża się najlepsze poprawki i ujednolica oprogramowanie. Następnie cały proces powtarza się wielokrotnie, aby otrzymać algorytm popełniający statystycznie najmniej błędów.

– Standardowo samochód autonomiczny pobiera informacje o świecie za pomocą sensora, w komputerze pokładowym generuje decyzję i aplikuje ją w systemie sterowania. Podmieniamy zewnętrzny świat, sensory i sterowanie na ich wirtualne odpowiedniki. W ten sposób oprogramowanie jest dokładnie takie samo, jak w samochodzie, a potem może być wgrane do docelowego samochodu. Nauka nie ma ograniczeń czasowych. Samochód musi się dostosowywać do nowych przepisów, nowego kraju, nowych zwyczajów kierowców. Kiedy zdarza się jakiś wypadek, którego nikt wcześniej nie przewidział, trzeba po raz kolejny przetrenować to samo zdarzenie w tysiącach wariantów – tłumaczy ekspert.

Z nieco innej strony do procesu szkolenia podeszli naukowcy z MIT Media Lab. Badacze od kilku lat prowadzą masowy internetowy eksperyment Moral Machine. W tym teście jednokrotnego wyboru każdy chętny może partycypować w procesie doskonalenia samochodowej sztucznej inteligencji. W ramach Moral Machine uczestnikom prezentuje się kilka problemów moralnych, z którymi mogą się w przyszłości zmagać systemy autonomiczne. Badacze mają za zadanie wskazać, których uczestników ruchu drogowego powinno uśmiercić inteligentne auto, gdyby tuż przed przejściem dla pieszych doszło do awarii hamulców. Projekt ma na celu stworzenie cyfrowego odpowiednika ludzkiej moralności dla pojazdów autonomicznych.

Inżynierowie z Intelicar postanowili z kolei usprawnić sam proces tworzenia narzędzi do nauczania sztucznej inteligencji. Firma opracowała algorytm częściowo automatyzujący tworzenie systemów uczenia maszynowego na potrzeby rynku motoryzacyjnego. Dzięki niemu firma może dostarczać symulatory wyspecjalizowane do pracy w ściśle określonych warunkach.

– Mamy technologię, dzięki której możemy bardzo szybko odwzorowywać realne miasta w wirtualnym świecie na podstawie danych geograficznych, zapełniać je ruchem drogowym. Dzięki temu klient nie musi ręcznie, żmudnie przygotowywać scenariuszy tych symulacji i to prowadzi do jeszcze większego przyspieszenia procesu – zauważa Adam Rzepka.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku uczenia maszynowego w 2016 roku przekroczyła miliard dolarów. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie ona do 8,8 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 44 proc.

Dane osobowe to waluta w internecie. Na sprzedaży informacji o nas samych możemy zarobić 700 zł miesięcznie

Dane osobowe to waluta w internecie. Na sprzedaży informacji o nas samych możemy zarobić 700 zł miesięcznie 14

Dane są bardzo cenną walutą w internecie. Jak cenną – pokazały ostatnie lata. Facebook i Cambridge Analytica nie są jedynymi firmami, które naruszyły zaufanie konsumentów. Witryna Emma’s Diary dla młodych rodziców dane osobowe sprzedawała Partii Pracy. Firmy na sprzedaży danych zarabiają krocie, tymczasem my – jako źródło danych – nie dostajemy ani grosza. Tymczasem za podstawowe dane – imię, nazwisko i numer telefonu możemy zarobić nawet 120 zł. Dzięki polskiej aplikacji można nie tylko sprawdzić, jakie firmy posiadają nasze dane, lecz także na sprzedaży informacji na nasz temat także zarobić, nawet 700 zł miesięcznie.

– Dane już od dawna są walutą w internecie. Giganci tacy jak Facebook czy Google bazują tylko na tych informacjach, które my im sami dostarczamy za darmo i nie dostajemy ani grosza. Z jednej strony to dobrze, bo mamy usługi prezentowane i dopasowane przez te spółki, ale z drugiej strony oddajemy swoją prywatność całkowicie za darmo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Pilch, prezes start-upu BSafer.

W 2009 roku ówczesna europejska komisarz Meglena Kuneva stwierdziła, że dane osobowe to nowa ropa. Dziś już wiadomo, że nie było w tym żadnej przesady. Cambridge Analytica miała zapłacić od 75 centów do 5 dol. za dane osobowe na nasz temat. Facebook i Cambridge Analytica nie są jedynymi firmami, które naruszyły zaufanie konsumentów. Kilka lat temu głośno było o witrynie Emma’s Diary przeznaczonej dla młodych rodziców. Gdy użytkownicy zarejestrowali się, wyrazili również zgodę na wykorzystanie ich danych do przekazywania opinii reklamowych. Dane zostały w rzeczywistości sprzedane Partii Pracy, która wykorzystała je do profilowania mam przed wyborami w 2017 roku. Witryna została ukarana grzywną w wysokości 140 tys. funtów za sprzedaż danych osobowych ponad miliona osób.

Na rynku pojawiają się jednak aplikacje, które pozwalają samemu zdecydować, komu chcemy sprzedać dane na nasz temat, a przy okazji przy tym zarobić.

– Na naszych danych osobowych możemy zarobić naprawdę dużo pieniędzy. Dla firm medycznych nasze dane są warte około 120 zł wyłącznie za imię, nazwisko i numer telefonu. Oczywiście, im więcej mamy informacji na temat tego konsumenta, tym drożej te dane możemy sprzedać – wskazuje Michał Pilch. – Ubezpieczalnie płacą do 40 zł za zwykły kontakt, tylko po to, żeby zadzwonić do konsumenta. W naszym programie dajemy do 60 proc. stawki rynkowej – dodaje.

Już w 2000 roku, cztery lata przed uruchomieniem Facebooka i siedem lat przed pierwszym iPhone’em, Brytyjczyk Chris Downs sprzedał wszystkie swoje dane osobowe w serwisie eBay za 150 funtów brytyjskich. W 2014 roku holenderski uczeń Shawn Buckles powtórzył to za 350 euro. Opracowana przez Polaków aplikacja pozwala na świadomą sprzedaż swoich danych osobowych – sami decydujemy komu i co chcemy przekazać.

– Obliczyliśmy, że zarobić na danych można ok. 700 zł miesięcznie. Nasz system ma parę marginesów zabezpieczających. Nie możemy się zapisać na tysiące ofert od razu, tylko miesięcznie możemy sobie wybrać około 10 ofert. Staramy się nie tylko dostarczać informacje na temat ofert handlowych samych w sobie, lecz także dać możliwość brania udziału w badaniach rynkowych i badaniach danego produktu – wskazuje prezes BSafer.

W części krajów Europy można skorzystać z portalu, który umożliwia sprzedaż danych za kryptowaluty. Polska aplikacja nie tylko jednak pozwala na sprzedaż danych, ale w ciągu 30 dni jest w stanie wygenerować raport, w którym wskazuje, jakie firmy są w posiadaniu informacji na nasz temat.

– Konsument może podjąć decyzję, czy nadal zezwala tym spółkom na przechowywanie i przetwarzanie, albo usuwa te zgody. Jeżeli wówczas firma ponownie zadzwoni już bez zgody, to automatycznie zgłaszamy przypadek do Urzędu Ochrony Danych Osobowych i staramy się o zadośćuczynienie od administratora – tłumaczy Michał Pilch.

Według firmy analitycznej OnAudience globalny rynek danych w 2019 r. osiągnie wartość 26 mld dol.

Droga do ograniczenia marntrawienia żywności

Podpisana właśnie ustawa o przeciwdziałaniu marnotrawienia żywności regulująca kwestie wyrzucania w Polsce ok. 9 mln ton żywności rocznie, pozwoli na uratownie ok. 100 tys. ton żywności w dużych skelpach. Jednak marnowanie żywności to również problem społeczny – głód, ubóstwo oraz środowiskowy – zwłaszcza w kontekście pogłębiających się zmian klimatu – sama hodowla zwierząt odpowiada za ok. 18% antropogenicznych emisji gazów cieplarnianych, a produkcja żywności to również olbrzymia ilość zużywanej wody.

Najnowszy raport specjalny IPCC porusza kwestie pustynnienia, degradacji gleb, zrównoważonego gospodarowania gruntami, bezpieczeństwa żywnościowego i przepływu gazów cieplarnianych w ekosystemach lądowych. Pokazuje potrzebę większej dbałości o gleby, ale też mocno podkreśla wpływ zmian klimatycznych na jakość i dostępność żywności.

Dobrą wiadomością płynącą z raportu jest to, że wysiłki mające na celu ograniczenie zmian klimatu mogą jednocześnie poprawiać stan gleb i dostęp do żywności, przyczyniając się do likwidacji problemu głodu na świecie. Zmiana klimatu już teraz bowiem wpływa m.in. na ogólną dostępność pożywienia, dostęp do żywności dla poszczególnych osób (ceny i fizyczną dostępność pożywienia, możliwość jego zakupu), wykorzystanie (wartość odżywczą produktów, sposoby ich użycia) oraz na stabilność zaopatrzenia w żywność.

Jak mówi Priyadarshi Shukla, współprzewodniczący grupy roboczej IPCC, zajmującej się ograniczaniem zmian klimatu: W przyszłości zmiana klimatu będzie w coraz większym stopniu odbijać się negatywnie na bezpieczeństwie żywnościowym, poprzez spadek plonów (głównie w tropikach), wzrost cen, zmniejszoną jakość odżywczą produktów i przerwy w łańcuchu dostaw.

Dzisiaj, podczas gdy jedna trzecia żywności produkowanej do spożycia przez ludzi jest albo tracona, albo marnotrawiona, co dziewiąta osoba codziennie kładzie się spać głodna. Marnotrawienie żywności ma również duży wpływ na środowisko: żywność, która jest pozyskiwana, ale ostatecznie zmarnowana, zużywa około jednej czwartej całej wody wykorzystywanej przez rolnictwo i odpowiada za około osiem procent globalnej emisji gazów cieplarnianych. Ograniczenie strat żywności jednocześnie zmniejszyłoby emisje gazów cieplarnianych i poprawiło bezpieczeństwo żywnościowe.

Marnotrawienie żywności to pojęcie odnoszące się do zachowań konsumenckich – to wyrzucanie zepsutej żywności lub po prostu skutek zbyt dużych zakupów. Strata żywności to nieefektywny łańcuch dostaw, spowodowany głównie słabą lub przerywaną infrastrukturą łańcucha chłodniczego, brakiem technologii, niewystarczającymi umiejętnościami, wiedzą i możliwościami zarządzania podmiotami łańcucha dostaw oraz brakiem dostępu do rynków. Niezależnie od tego, z jakiego powodu dochodzi do strat żywności i marnotrawstwa, w świecie, w którym co dziewiąta osoba jest niedożywiona, fakt, że ponad miliard ton żywności nigdy nie jest spożywany, jest nie do przyjęcia zarówno z punktu widzenia społecznego, jak i etyki.

Istnieje ogromny potencjał poprawy łańcuchów dostaw żywności na wszystkich etapach produkcji, dystrybucji i przechowywania. Droga do globalnego bezpieczeństwa żywnościowego i zminimalizowania marnotrawienia żywności jest możliwa dzięki wykorzystaniu już dostępnych energooszczędnych rozwiązań i ulepszeniu ich o nowe technologie.

Pierwszym krokiem w kierunku zmniejszenia marnotrastwa żywności jest optymalizacja wydajności rolnictwa. Sprzęt rolniczy powinien być odpowiednio wyposażony, aby zoptymalizować zbiory w gospodarstwach. Rolnictwo precyzyjne łączy czujniki, roboty, GPS, narzędzia do mapowania i oprogramowanie do analizy danych. Rolnicy otrzymują informacje zwrotne w czasie rzeczywistym, a następnie dostarczają wodę, pestycydy lub nawozy w skalibrowanych dawkach tylko do obszarów, które ich potrzebują. Technologia ta może również pomóc rolnikom w podjęciu decyzji, kiedy sadzić i zbierać plony.

Kolejnym krokiem jest dbałość o bezpieczeństwo żywności w drodze do konsumenta. Od pola do stołu – utrzymanie ciągłości bezpieczeństwa żywności, świeżość i higiena muszą być zapewnione za pomocą niezawodnych oraz efektywnych i energooszczędnych systemów łańcucha chłodniczego. Od przetworów mlecznych i produktów rybołówstwa po warzywa i owoce, wyroby piekarnicze łańcuchy chłodnicze i przechowywanie są niezbędne dla wydajnej dystrybucji żywności i minimalizacji strat żywności. Skuteczny łańcuch chłodniczy wymaga również cyfrowego systemu śledzenia i identyfikowalności, który umożliwia operatorom łańcucha chłodniczego monitorowanie temperatury produktów przez cały czas. Śledzenie temperatury produktów w czasie rzeczywistym zapewnia utrzymanie właściwej temperatury i wilgotności produktów, optymalizując bezpieczeństwo żywności.