ABS Investment S.A. publikuje wyniki po I kw. 2019 r.

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, zakończyła 1 kw. 2019 r. zyskiem netto w wysokości 2,46 mln zł. Emitent zgodnie ze swoją strategią koncentruje się na rozwoju spółek, w których posiada największe pakiety akcji.

Zysk netto ABS Investment S.A. w 1 kw. 2019 r. wyniósł ponad 2.463 tys. zł, a zysk brutto sięgnął blisko 3.103 tys. zł. Głównym czynnikiem poprawy wyników finansowych przez Emitenta jest zmniejszenie liczby pozycji w portfelu inwestycyjnym i koncentracja na dalszym rozwoju spółek portfelowych, których posiadane pakiety akcji są największe. Kursy akcji znaczącej części spółek portfelowych zanotowały wzrost w pierwszym kwartale br., co wynikało przede wszystkim z coraz lepszej sytuacji finansowej i biznesowej większości z nich. Łączna wartość portfela inwestycyjnego ABS Investment S.A. wyniosła na koniec 1 kw. 2019 r. ponad 18,65 mln zł. Zarząd Spółki chce kontynuować bieżącą strategię działalności uwzględniającą przede wszystkim inwestycje kapitałowe, przebudowę portfela oraz posiadanie spółek portfelowych cechujących się wysoką jakością fundamentalną.

„Od samego początku istnienia ABS kładę szczególny nacisk na jakość i  dywersyfikację portfela inwestycyjnego. Przez jakość rozumiem dobrą sytuację finansową, poziom zarządzania, pozycję w branży, odporność na zmiany w koniunkturze gospodarczej oraz wizję rozwoju. Dywersyfikacja z kolei zakłada posiadanie w portfelu ok. 30-50% spółek z potencjałem dywidendowym, dla których uzupełnieniem są spółki nastawione na rozwój. Bardzo duże znaczenie przywiązuję do synergii biznesowych w obszarze portfela inwestycyjnego. Spółki portfelowe powinny ze sobą współpracować i wspierać się nawzajem. W najbliższym czasie zamierzamy się skoncentrować na rozwoju spółek, w których ABS ma największe pakiety, a co za tym idzie największy wpływ na to, co się w tych firmach dzieje. Czynimy też starania, aby zamknąć kilka pozycji inwestycyjnych. Nie jest to proste przy obecnej koniunkturze pomimo dobrej sytuacji finansowej spółek wytypowanych do sprzedaży.” – podkreśla Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

Po pierwszym kwartale br. Spółka zrealizowała tegoroczne prognozy finansowe na poziomie 77,55% dolnej granicy, bowiem jej zysk brutto na akcję wyniósł 0,39 zł. Opublikowane w styczniu br. prognozy finansowe ABS Investment S.A. na 2019 rok zakładają wypracowanie zysku brutto na akcję na poziomie 0,50-0,55 zł. Emitent realizuje także plan obniżania kosztów działalności, co przynosi oczekiwane rezultaty w postaci systematycznego spadku kosztów operacyjnych. Suma bilansowa Spółki zanotowała w 1 kw. 2019 r. ponad 12% i wyniosła na koniec marca br. blisko 23.637 tys. zł. Dzięki redukcji zobowiązań stopień finasowania działalności Spółki kapitałami własnymi wynosił na koniec pierwszego kwartału tego roku 73,8% przybliżając ją tym samym do osiągnięcia celu na ten rok, jakim jest ustabilizowanie tego wskaźnika w przedziale 75-80%.

„Cel na ten rok to wpracowanie zysku brutto na akcję w przedziale 0,50-0,55 zł. Jest to cel zbliżony do tego, co ABS realizował z powodzeniem w latach 2015-2017. Realizacja prognozy po pierwszym kwartale prawie w ¾ cieszy, ale nie zmienia mojej opinii, że prognoza jest wyzwaniem, ponieważ działamy obecnie w zupełnie innej rzeczywistości rynkowej niż w poprzednich latach. Rynek kapitałowy, a szczególnie NewConnect jest od kilku lat w ogromnym kryzysie. Brakuje wszystkiego: inwestorów, kapitału, wsparcia instytucji, ciekawych projektów, strategii rozwoju. Rynek kapitałowy staje się coraz mocniej hermetyczny i defensywny. Dodatkowo podlega licznym zmianom w zakresie regulacji, a szczególnie sankcji. To mocno zniechęca i zdecydowanie utrudnia działanie takim firmom jak ABS.” – komentuje Jarosz.

Celem strategicznym ABS Investment S.A. na ten rok jest połączenie z jedną ze spółek portfelowych – Beskidzkim Biurem Inwestycyjnym S.A. W styczniu br. obie spółki poinformowały o rozpoczęciu procesu połączenia, które przyniesie korzyści obu podmiotom m.in. umocnienie pozycji na rynku kapitałowym oraz w akcjonariatach spółek portfelowych, a także obniżenie kosztów działalności. Najbliższe miesiące upłyną na przygotowaniach do tej procedury.

„Połączenie ABS z BBI wydaje się być dobrym kierunkiem, a wręcz koniecznością. Jednak ze względu na fakt, że mają się połączyć dwie spółki publiczne jest to proces trudny i złożony. Mierzalne korzyści, które wynikają z tego procesu to m.in. scalenie pakietów poszczególnych spółek i ograniczenie kosztów funkcjonowania – jeden podmiot. Dodatkowo nastąpi usprawnienie i ujednolicenie zarządzania portfelem. Aktualnie jesteśmy na etapie wyboru podmiotów uprawnionych do dokonania wycen obu spółek.” – zakończył Prezes Jarosz.

Rynek OZE oprócz sprzyjających wiatrów potrzebuje stabilizacji prawnej

Do 2020 roku udział energii odnawialnej w polskim miksie energetycznym powinien sięgnąć 15 proc. Spełnienie tego celu wydaje się coraz mniej realne, ale jeszcze w tym roku na aukcjach może zostać zakupiona energia elektryczna pozwalająca na utworzenie ponad 3,4 GW nowych mocy wytwórczych. Inwestorzy widzą więc coraz większy potencjał w OZE. „Spotkanie liderów rynku energii odnawialnej” zorganizowane przez DNB Bank Polska pokazało, że zielona energia to sposób nie tylko na czyste środowisko, ale także na udane projekty biznesowe. By jednak tak się stało, zarówno inwestorom, jak i sektorowi finansowemu potrzebne jest wsparcie państwa i stabilność regulacyjna.

Według Ministerstwa Energii w roku 2020 OZE mogą stanowić 13,7 GW mocy i generować 35,4 TWh energii elektrycznej. Ich udział w wytwarzaniu energii elektrycznej będzie wzrastać do poziomu przynajmniej 27 proc. w 2030 r[1].

Jak informował Mariusz Radziszewski z Departamentu Energii Odnawialnej i Rozproszonej w Ministerstwie Energii podczas spotkania zorganizowanego przez DNB Bank Polska, jeszcze w tym roku na aukcjach może zostać zakupiona energia elektryczna pozwalająca na utworzenie ponad 3,4 GW nowych mocy wytwórczych w sektorze energetyki odnawialnej. Ok. 2,5 GW ma pochodzić z farm wiatrowych, a około 750 MW – z farm słonecznych. Potencjał tych ostatnich ma wzrosnąć z 0,1 GW do ok. 1,35 GW. – Liczby te są znaczące i wśród inwestorów widać coraz większy optymizm. Pamiętajmy, że jeszcze dwa, trzy lata temu rynek OZE w Polsce znajdował się w zapaści, zarówno regulacyjnej, jak i faktycznej, a jego przyszłość stała pod wielką niewiadomą – mówi Piotr Biernacki, Dyrektor Departamentu Finansowania Strukturyzowanego i Projektowego DNB Bank Polska.

O tym, że zmienia się atmosfera wokół rynku OZE najlepiej świadczy przykład projektu Potęgowo, który współfinansował bank DNB. To jedna z największych lądowych farm wiatrowych w Polsce, która będzie w stanie wygenerować 219,5 MW. Docelowo w jej skład wejdzie 81 turbin, rozlokowanych w siedmiu gminach nad Bałtykiem, dwóch powiatach i dwóch województwach. Ambitnych projektów jest więcej. Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Energii w najbliższych dwudziestu latach mają powstać, m.in. farmy wiatrowe na morzu zdolne do wytworzenia między 10 GW.

Dobre otoczenie dla inwestycji to klucz do sukcesu

Rozwój energii odnawialnej w dużej mierze zależy od sprawnych rozwiązań regulacyjnych. Inwestorzy czekają na kolejną nowelizację ustawy o OZE, która ma szansę wejść w życie latem tego roku i zmiany w przepisach odnośnie pozwoleń na budowę i  obowiązującej „zasady 10H” – czyli zakazu budowy farm wiatrowych w odległości od zabudowań i terenów chronionych nie mniejszej niż 10-krotność wysokości turbiny. Potencjał energii odnawialnej jest tak duży, że mimo trudności i ostatnio słabszej koniunktury inwestycji przybywa. – Rynek nie będzie się jednak rozwijał w takim tempie, jak byśmy tego oczekiwali, bez wsparcia państwa również w sferze regulacyjnej. Inwestorzy z niecierpliwością czekają na ostateczny kształt PEP2040, czyli dokumentu określającego politykę energetyczną Polski do roku 2040. PEP pomoże inwestorom lepiej zrozumieć długoterminowe trendy cenowe, a z uwagi na to, że ceny są nieprzewidywalne w długim horyzoncie czasowym, banki potrzebują zabezpieczenie przychodów finansowanych projektów w postaci PPA albo kontraktu różnicowego uzyskanego w aukcji – mówi Piotr Biernacki.

Nie tylko aukcje

Inwestorzy z branży odnawialnych źródeł energii z niecierpliwością czekają na kolejne aukcje. W tym roku można się spodziewać jednej, choć jej dokładny termin nie jest jeszcze znany. Dlatego podczas spotkania zorganizowanego przez DNB Bank Polska, mowa była także o alternatywnych rozwiązaniach. Eksperci argumentowali, że aukcje to nie jedyna forma sprzedaży energii ze źródeł odnawialnych. W miarę jak spada koszt technologii OZE zapotrzebowanie na wsparcie państwa będzie malało aż do osiągnięcia punktu grid parity. Jednak nawet wtedy istotne będzie zabezpieczenie długoterminowego poziomu ceny, które sektor prywatny oferuje w postaci PPA (Purchase Power Agreement) –  zawieranego albo z firmami zajmującymi się profesjonalnie handlem energią albo bezpośrednio z odbiorcami końcowymi (corporate PPA).  – Oczywiście możliwa jest też sprzedaż energii po cenach rynkowych, ale w długim terminie jest to ryzykowna strategia, biorąc pod uwagę fakt, że wraz ze wzrostem udziału OZE w miksie energetycznym oraz czekającą polski system energetyczny transformacją, może się okazać, że ceny w długim horyzoncie okażą się niższe niż zakładane przez inwestora w momencie podejmowanie decyzji o realizacji projektu – wyjaśnia Piotr Biernacki. Przedstawiciele rynku są zgodni – rynek PPA w Polsce dopiero się rozwija, potencjał jest duży i należy go wykorzystać.

Wszelkie rozwiązania zwiększające możliwości rynku sprzedaży energii odnawialnej traktujemy jako szanse na jego rozwój. Z perspektywy banku istotne jest, by rynek zyskiwał na stabilności. Jego dojrzałość będzie przekładać się na liczbę i jakość projektów. Grupa DNB ma na koncie zrealizowanych ok. 60 projektów z obszaru energii wiatrowej. Liczymy, że będzie ich więcej – mówi Piotr Biernacki.

[1]https://www.gov.pl/web/energia/-zmieniajac-rzeczywistosc-zmieniajac-polska-gospodarke-dajac-nowy-impuls-regionom-i-zapewniajac-bezpieczenstwo-energetyczne-polakom-tworzymy-nowa-jakosc-zycia-minister-tchorzewski-na-europejskim-kongresie-gospodarczym

Dziś: PKB z Eurolandu, sprzedaż detaliczna w USA, decyzja RPP

Jeden dzień bez dowodów eskalacji konfliktu handlowego USA-Chiny pomaga załagodzić napięcia na rynkach finansowych i dał okazję do odreagowania wcześniejszej nerwowości. Środa jest napakowana wydarzeniami makro, co na chwilę powinno odwrócić uwagę od wojen handlowych. Do najważniejszych zaliczyć należy PKB z Eurolandu i sprzedaż detaliczną z USA. Lokalnie mamy PKB z Polski i decyzję RPP.

Za nami już seria danych z Chin, która jednak nie wypadła dobrze. W kwietniu sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa wypały dużo słabiej od oczekiwań, jak również osłabła dynamika inwestycji w miastach. Chińska gospodarka jeszcze nie stanęła równo na nogi i dane o aktywności wskazują na nierozwiązane problemy. Te problemy oznaczają, że gospodarka potrzebuje wsparcia w postaci polityki fiskalnej i monetarnej. A skoro chińskie władze zrobią wszytko, by zapobiec ekonomicznemu załamaniu, to z nawet tak rozczarowujących danych idzie pozytywna konkluzja i dlatego po rynkach dziś nie widać negatywnej reakcji.

W strefie euro PKB za I kw. już miało swoją pierwszą odsłonę dwa tygodnie temu wraz z wynikami dla Hiszpanii, Francji i Włoch. Dziś pierwszy raz poznaliśmy szacunek dla Niemiec, który wypadł solidnie, choć z minimalnie słabszym wynikiem w ujęciu rocznym (0,6 proc. zamiast 0,7 proc.). Ogólnie jednak odczyt dla całej strony euro powinien przypomnieć, że wzrost w I kw. pozostał solidny nawet pomimo zawirowań z przełomu roku. Z perspektywy EUR wydaje się, że rynek szuka argumentów za rozwinięciem popytu i każdy raport lepszy od oczekiwań będzie się do tego nadawał. Ale nową przeszkodą jest ryzyko polityczne, tym razem z Włoch. Wczoraj negatywnie na walucie odbiła się informacja, że wicepremier Salvini zadeklarował gotowość rządu do złamania reguł fiskalnych UE. Otwiera to drogę do kolejnego konfliktu budżetowego Rzymu z Brukselą, co dodałoby premię za ryzyko na EUR.

W USA kwietniowa sprzedaż detaliczna ma za punkt odniesienia dużo lepszy od oczekiwań wynik za marzec, który teraz podnosi ryzyko odreagowania. Z drugiej strony silne mierniki nastrojów konsumentów dają nadzieję na podtrzymanie wzrostu sprzedaży. Raport będzie ważnym testem tego, gdzie stoi gospodarka USA na tle odbijającego od dołka globalnego ożywienia i czy kontrast nie będzie teraz przemawiał na niekorzyść USD. Produkcja przemysłowa nieoczekiwanie skurczyła się w marcu i dane kwietniowe będą analizowane pod kątem wpływu niepewności o kierunek polityki handlowej. Ryzyka dla USD zdają się przeważać po negatywnej stronie.

Wielki dzień w Polsce z publikacjami PKB za I kw., finalnym szacunkiem CPI i decyzją RPP. Oczekujemy spowolnienia wzrostu PKB do 4,1 proc. r/r z 4,9 proc. w IV kw., choć ryzyka przeważają po pozytywnej stronie w związku z odpornością polskiego przemysłu na dowody wyhamowanie aktywności gospodarczej w Niemczech. W stanowisku RPP interesujące będzie, jak bank centralny odniesie się do zaskakującego skoku inflacji (2,2 proc. r/r w kwietniu). Wątpimy, aby Rada miała gorączkowo zaostrzać swoje nastawienie i prędzej zaznaczy konieczność uzyskania większej puli danych. Prezes NBP Adam Glapiński tak łatwo nie zrezygnuje ze swoich oczekiwań utrzymania stóp procentowych bez zmian nawet do końca 2020 r. Stąd sceptycznie podchodzimy do szans pojawienia się dziś jastrzębich impulsów dla złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Meksyk – jak radzi sobie gospodarka i waluta kraju sombrero i tequili

Jak to jest sąsiadować z państwem rządzonym przez Donalda Trumpa? Przyjrzyjmy się jak radzi sobie gospodarka i waluta Meksyku.

Pod koniec ubiegłego roku peso meksykańskie (MXN) doświadczyło istotnego umocnienia w parze z dolarem amerykańskim i polskim złotym. Od początku grudnia do połowy stycznia waluta odnotowała aprecjację rzędu 8%.

Z USA można się dogadać

W ostatnich miesiącach peso otrzymało sporo wsparcia dzięki optymizmowi, który wybuchł po podpisaniu przez Stany Zjednoczone, Kanadę, oraz Meksyk umowy USMCA (United States-Mexico-Canada Agreement), kończącej wcześniejszy spór na tle handlu międzynarodowego. Tym samym peso meksykańskie w całości odrobiło straty, których waluta doświadczyła podczas wyprzedaży z października ubiegłego roku. Dematerializacja ryzyka w połączeniu z wyższym poziomem stóp procentowych Centralnego Banku Meksyku sprawiła, że w kwietniu kurs MXN w relacji do dolara amerykańskiego wzrósł do najwyższego poziomu od sześciu miesięcy. W parze ze słabszym złotym waluta umocniła się do najwyższego poziomu od ponad półtorej roku.

Kurs USD/MXN & PLN/MXN (maj ’18 – maj ’19)

Kurs USD MXN & PLN MXNŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 13/05/2019

Zmienność peso meksykańskiego w 2018 roku w istotnym stopniu wynikała z niepewności co do przyszłości relacji handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Po podpisaniu porozumienia USMCA ryzyko związane z handlem międzynarodowym zdecydowanie zmalało, aczkolwiek należy pamiętać, że wspomniana umowa musi jeszcze zostać ratyfikowana przez państwa-strony. Nie spodziewamy się jednak, żeby proces ratyfikacji miał wiązać się z jakimikolwiek problemami.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, w ostatnich kwartałach wyższe stopy procentowe Centralnego Banku Meksyku (Banxico) zdecydowanie wspierały MXN. Po raz ostatni stopy zostały podniesione podczas grudniowego spotkania Banxico – po wzroście o 25 punktów bazowych stopa referencyjna banku znalazła się na poziomie 8,25%, najwyżej od 2008 roku. Oświadczenie banku miało dość jastrzębi wydźwięk i odnosiło się do ryzyk związanych z przekroczeniem przez wskaźniki wzrostu cen konsumentów celu inflacyjnego Banxico.

Pod koniec ubiegłego roku inflacja w Meksyku wynosiła 5%, zdecydowanie przekraczając cel banku centralnego (2–4%). W ostatnich miesiącach w kraju doszło jednak do pewnego ograniczenia presji inflacyjnej. Zdaje się, iż seria podwyżek stóp procentowych na jakiś czas wstrzymała wzrost cen, w kwietniu wskaźnik inflacji wynosił 4,4%. Wyraźnie wzrosły natomiast realne stopy procentowe w Meksyku – obecnie wynoszą one blisko 4%. Tak wysoki poziom realnych stóp powinien wspierać peso i ograniczyć skalę wpływu zewnętrznych czynników, chroniąc walutę przed wyraźniejszą deprecjacją.

Realne stopy procentowe w Meksyku (2007 – 2019)

Realne stopy procentowe w MeksykuŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 13/05/2019

Największy niepokój co do perspektyw waluty wzbudza niedawne spowolnienie gospodarcze w Meksyku. W ostatnim kwartale 2018 roku wzrost PKB w ujęciu kwartalnym wyniósł zaledwie 0,2%, w pierwszym kwartale obecnego roku PKB spadło natomiast o 0,2%. Uważamy jednak, że ograniczenie ryzyka, do którego doszło po podpisaniu umowy USMCA, powinno docelowo przyczynić się do poprawy warunków gospodarczych w Meksyku, zwłaszcza w sektorze przemysłu.

Aktualna ocena sytuacji przez Ebury

Niedawne spowolnienie inflacji w Meksyku, słabsze wskaźniki wzrostu gospodarczego, a także „gołębia” retoryka przyjęta niedawno przez Rezerwę Federalną ograniczają potrzebę dodatkowych podwyżek stóp procentowych Banxico. Jednocześnie sądzimy, że głosy oczekujące cięcia stóp są zarówno przedwczesne, jak i przeszacowujące potrzebę reakcji banku centralnego.

Nadal zakładamy stopniowe umocnienie waluty Meksyku w relacji do dolara amerykańskiego z obecnych poziomów. W ostatnim czasie zrewidowaliśmy naszą prognozę USD/MXN w dół spodziewając się poziomu 18,9 na koniec obecnego roku. Uwzględniając naszą prognozę dla pary USD/PLN spodziewamy się umiarkowanego osłabienia meksykańskiej waluty w parze z polskim złotym.

Autorzy: analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Działy zakupów idą na wojnę z… niepewnością

Kupcy, specjaliści ds. sourcingu oraz kierownicy działów zakupów czy logistyki muszą brać pod uwagę coraz więcej czynników, które potencjalnie mogą zagrażać ciągłości działań, które prowadzą. Dodatkowo, obecne otoczenie biznesowe ma tendencję, w skali mikro- i makroekonomicznej, do generowania zmiennych, którymi nikt nie zaprzątał sobie głowy nawet w najbardziej ekstremalnych scenariuszach.

– Koncentracja na optymalizacji procesów, rozwoju zarządzania danymi i ich analityki, trafny dobór nowoczesnych narzędzi ułatwiających pracę, zabezpieczanie strategicznych łańcuchów dostaw i relacji z dostawcami to tylko niektóre z koniecznych działań, jakie podjąć muszą zakupy by pozostać kreatorem wartości, w coraz bardziej kompleksowym i zmiennym otoczeniu – mówi dr Tomasz Gonsior, Partner w OptiBuy.

Jednym ze polecanych przez ekspertów sposobów, w celach kontradykcji rosnącej niepewności biznesowej, jest skupienie się na rozwoju i zacieśnianiu relacji z dostawcami. Znajduje to odzwierciedlenie w technologiach wdrażanych w nowoczesnych działach zakupów. Według Hackett Group (Key Issues Study, 2019), systemy zarządzania relacjami z dostawcami znajdują się na 3. miejscu na liście rozwiązań technologicznych dla zakupów, których poziom wykorzystania w firmach odnotuje największy wzrost na przestrzeni najbliższych lat. Jednocześnie, wykorzystanie potencjału płynącego z zarządzania relacjami z dostawcami znajduje się wśród 5 krytycznych obszarów niezbędnych w rozwoju zakupów.

Na 1. miejscu listy kluczowych zmian w zakupach, przygotowanej przez Hackett Group, znajdziemy ‘poprawę umiejętności analitycznych’. U podstaw minimalizacji ryzyka leży poznanie zasad rządzących rynkami oraz interpretacji danych z nich płynących. Pomaga to nie tylko lepiej przewidywać zagrożenia, ale przenosić wiedzę na… papier. Na przykład, przy tworzeniu kontraktów, w których bardzo często jedna klauzula może mieć gigantyczne znaczenie.

Przy przetwarzaniu ogromnych ilości danych, z pomocą – jak zawsze – przychodzi technologia. Digitalizacja całych firm staje się faktem, a pracochłonne działania przenoszone są na uczące się programy czy rozwiązania angażujące sieci neuronowe – sztuczną inteligencję.

– Działy zakupów stanowią co raz ważniejszą część zmieniającej się organizacji. Obserwacje naszych klientów wskazują na to, że transformacje cyfrowe nie mogą się obyć bez przetransformowania również działu zakupów. Budowanie takiej świadomości pozwala w dużym szerszym stopniu budować zespoły, które są co raz bardziej interdyscyplinarne – mówi Piotr Gałka, Radca Prawny w SSW Pragmatic Solutions.

Nie należy jednak zapominać o fundamentalnej funkcji zakupów, tj.: trzymania w ryzach kosztów firmy. Czy zawsze oznacza to jednak oszczędności stricte finansowe?

Praktyczna wiedza w zakresie zarządzania relacjami z dostawcami, rynków surowców i walut,  zakupów rozwiązań IT dla biznesu oraz generowania oszczędności w firmach produkcyjnych będzie przewodnim tematem najbliższych warsztatów specjalistycznych PROCON Workshops organizowanych przez firmę doradczą i organizatora konferencji oraz wydarzeń zakupowych – OptiBuy oraz jej partnerów.

Zajęcia poprowadzą doświadczeni trenerzy i praktycy: Agata Kulikowska (Tauron), Jacek Jarmuszczak, Jaromir Łuszczewski (ekspert i jeden z najlepiej ocenianych prelegentów konferencji PROCON), a także przedstawiciele kancelarii SSW Pragmatic Solutions, którzy od lat zaangażowani są w procesy zakupowe kompleksowych rozwiązań IT – Łukasz Węgrzyn, Piotr Gałka oraz Zuzanna Kietlińska.

Dwa pierwsze warsztaty odbędą się we Wrocławiu już 22 maja w ramach cyklu – Direct Procurement: „Zarządzanie relacjami z dostawcami (SRM)” oraz „Ruchy cenowe surowców i walut – Strategia negocjacji i konstruowania kontraktów w praktyce”. „Strategie generowania oszczędności w przedsiębiorstwie produkcyjnym” oraz pierwsze warsztaty z cyklu zakupu usług IT („Lean Procurement – jak szybciej, celniej i taniej kupować i kontraktować usługi IT dostarczane w modelu Agile”) już na początku czerwca w Warszawie.

Więcej informacji: http://myprocon.pl/wydarzenia-procon-workshops/

Dwa miliony mkw. powierzchni magazynowo-przemysłowych w budowie

Za nami bardzo udany I kw. na rynku nieruchomości magazynowych – popyt brutto przekroczył 800 000 mkw., na rynek trafiło ponad 620 000 mkw. nowej powierzchni, a w budowie pozostawało około 2 miliony mkw. Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce na koniec I kwartału 2019 r.

Popyt

Popyt brutto – nieuwzględniający umów krótkoterminowych – osiągnął ponad 800 000 mkw. i był trzecim najwyższym wynikiem dla I kwartału w historii rynku.

Intensywny rozwój sektora powierzchni magazynowych w Polsce nadal napędzany jest przede wszystkim przez nowe umowy najmu oraz ekspansje, na które przypadło ponad 580 000 mkw. Tak dobre rezultaty pozwalają patrzeć na nadchodzące miesiące z uzasadnioną dozą optymizmu. – Tomasz Olszewski, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Europie Środkowo – Wschodniej

Najbardziej aktywnym segmentem najemców byli ponownie operatorzy logistyczni, którzy odpowiadali za 55% udziału w popycie netto (ok. 320 000 mkw.). Z kolei na sektory lekkiej produkcji i motoryzacji przypadło łącznie ponad 87 000 mkw., a sektor spożywczy dzięki jednej wyjątkowo dużej umowie wygenerował 14% zapotrzebowania na powierzchnię magazynową.

W I kwartale uwaga najemców skupiona była głównie na pięciu największych rynkach, gdzie widocznym liderem był Wrocław z popytem netto na poziomie ok. 190 000 mkw. Łącznie rynki magazynowe przy największych polskich aglomeracjach odpowiadały za ponad 90% nowego popytu. Niższą aktywność niż w poprzednich kwartałach odnotowano w lokalizacjach wschodzących, jednak deweloperzy zabezpieczają tam kolejne grunty pod przyszłe projekty, co prawdopodobnie przełoży się na wyższą aktywność najemców w dłuższej perspektywie. – Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Podaż

Obserwowane od kilku kwartałów znakomite wyniki po stronie popytowej mają odzwierciedlenie w wysokiej aktywności deweloperskiej.

Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

W pierwszym kwartale zasoby magazynowe urosły o przeszło 620 000 mkw., co jest wynikiem dwukrotnie większym w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku. Całkowita podaż powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęła poziom 16,3 miliona mkw. – Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Nowa powierzchnia pojawiła się na prawie wszystkich badanych rynkach, ale to Olsztyn, gdzie ukończono halę dla Zalando o powierzchni ponad 120 000 mkw., zdobył pozycję lidera. Drugi najwyższy wynik osiągnęły Wrocław oraz Polska Centralna – na każdym z tych rynków oddano do użytku ponad 90 000 mkw.

Tomasz Olszewski JLL
Tomasz Olszewski

Na koniec I kwartału tego roku w budowie pozostawało około 2 mln mkw., z czego 80% przypadało na największe rynki. Warto podkreślić, że zasoby gruntów, które mogą być dość szybko zabudowane są szacowane na około 800 ha, a większość z nich znajduje się w pobliżu lub sąsiedztwie istniejących już parków magazynowych. Co więcej, deweloperzy posiadają dodatkowo zabezpieczone działki, które gwarantują stosunkowo krótki czas przeprowadzenia inwestycji – grunty te powinny pozwolić na budowę kolejnych 3,4 mln mkw. powierzchni magazynowej. – Tomasz Olszewski, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Europie Środkowo – Wschodniej

Pustostany i czynsze

Stosunkowo wysoki udział powierzchni budowanej spekulacyjnie obserwowany w 2018 roku nie spowodował widocznego wzrostu współczynnika pustostanów – średnia dla Polski osiągnęła 5.7% (5.3% w 2018 r.). Z drugiej strony, ponad 100 000 mkw. oddanych do użytku w Polsce Centralnej doprowadziło  do wzrostu pustostanów do poziomu 7,5% w tej lokalizacji, co stanowi jeden z najwyższych wskaźników wakatów w Polsce. Udział niewynajętej powierzchni przekroczył próg 7% również w Poznaniu, Trójmieście, Warszawie Miasto oraz w Białymstoku. Dostępnej powierzchni nie oferowały natomiast Lublin oraz Lubuskie.

W pierwszym kwartale tego roku najemcy w sektorze magazynów w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Szczecinie, Opolu oraz w Lubuskiem mogli obserwować rosnące stawki czynszów – nawet do 3,7 euro/mkw./miesiąc (Warszawa Okolice). Niezmiennie, najdroższym rynkiem pozostaje Warszawa Miasto, gdzie czynsze bazowe wahają się pomiędzy 4,3 a 5,2 euro/mkw./miesiąc. Najbardziej atrakcyjne stawki wynajmu oferowane są w podmiejskich magazynach typu big-box w Polsce Centralnej (2,6 – 3,2 euro/mkw./miesiąc).

Inwestowanie w mieszkanie na wynajem – gdzie najlepiej?

Zakup mieszkania na wynajem może być świetnym pomysłem na biznes lub sposobem na zapewnienie sobie finansowego bezpieczeństwa na przyszłość. Nie oznacza to jednak, że wystarczy kupić dowolną nieruchomość, aby zarabiać. Warto wiedzieć, zakup jakich mieszkań opłaca się najbardziej.

Jeśli mamy oszczędności lub np. otrzymaliśmy spadek, darowiznę, odprawę, czy też inne większe środki finansowe, pierwszym pomysłem na ich pomnożenie może być lokata bankowa. Niestety, oprocentowanie lokat na poziomie 1-3% rocznie nie zachęca do korzystania z takiej formy inwestowania. Szczególnie, że jeśli zamiast lokaty wybierzemy nieruchomość na wynajem, zwrot z inwestycji może wynosić nawet 5-8% rocznie.

Inwestycja w nieruchomości jest na tyle kusząca, że wiele osób finansuje mieszkania na wynajem kredytem hipotecznym. Wówczas kwota uzyskiwana co miesiąc z czynszu wystarcza na kolejne raty kredytu. Z czasem kredyt zostanie spłacony, a nieruchomość pozostanie w naszych rękach. Na dodatek jej wartość z dużym prawdopodobieństwem będzie rosła w czasie. Inwestycja w nieruchomość jest więc rozwiązaniem korzystniejszym finansowo niż lokata, choć zarazem wymaga większego zaangażowania oraz podjęcia pewnego ryzyka.

Które dzielnice Warszawy wybierać?

Ryzyko to można jednak znacznie ograniczyć, wybierając mieszkania w dużych miastach, a najlepiej w tych dzielnicach, które cieszą się największą popularnością. Unikać natomiast należy takich, które w rozmaitych sondażach i rankingach wskazywane są jako najmniej atrakcyjne do zamieszkania. W Warszawie pierwsze miejsca w takich „antyrankingach” od lat należą do Rembertowa, Białołęki, Wesołej, ale wysoko plasuje się w nich także Ursus, Wawer, czy Praga Północ.

– Na Białołęce można kupić jedne z najtańszych mieszkań deweloperskich w Warszawie, przez co sprzedaje się tam bardzo wiele nowych nieruchomości. Ale jednocześnie dzielnica ta jest rzadko wybierana przez osoby zainteresowane wynajmem – mówi Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, przygotowującej mieszkania na wynajem. – Zdecydowanie lepiej inwestować w lokale znajdujące się w dzielnicach wskazywanych przez respondentów jako najlepsze do zamieszkania oraz w te, których infrastruktura aktualnie ulega poprawie – dodaje.

W Warszawie do dzielnic „pierwszego wyboru” należą Mokotów, Śródmieście, Ursynów, Praga Południe, Wola. Pod uwagę można brać także Bielany, czy Żoliborz. Ale szukając mieszkania, które ma stanowić inwestycję w wynajem, warto zauważyć, że nawet w ramach jednej dzielnicy niektóre osiedla (a nawet ich części) będą wybierane częściej, a inne rzadziej.

– Czym innym jest zamieszkać na Żoliborzu Urzędniczym, w przedwojennej kamienicy krytej ceglaną dachówką, czym innym na Sadach Żoliborskich, w smutnych blokach z lat 50., choć osiedla te dzieli zaledwie kilka przecznic – mówi Marta Bocheńska-Pachuta. – Inwestujemy przede wszystkim w Śródmieściu, na Żoliborzu i na Mokotowie, ale potrafimy znaleźć też wspaniałe mieszkania na Starej Pradze, Kamionku, Starej Ochocie. W tych lokalizacjach możemy liczyć na zdecydowanie wyższe stawki najmu, szczególnie w segmencie mieszkań o podwyższonym standardzie – podkreśla.

Perspektywy mają także mieszkania na Woli. Obecnie da się tam jeszcze znaleźć „perełkę”, tzn. nieruchomość w dobrej lokalizacji, a jednocześnie w cenie niewiele wyższej niż na obrzeżach miasta. Wola swoją atrakcyjność zawdzięcza bliskości centrum Warszawy oraz rozbudowie drugiej linii metra. Tereny poprzemysłowe zamieniają się w nowoczesne osiedla, a obecne plany zakładają także rozwój obszarów zielonych. Wola to dobra lokalizacja również dla tych osób, które swoje plany zawodowe wiążą z centrum biznesowym rozbudowującym się w okolicy Ronda Daszyńskiego.

Najlepsze lokalizacje w Polsce

Doskonałe lokalizacje na wynajem znajdziemy oczywiście nie tylko w Warszawie. Wśród dzielnic, które właścicielom nieruchomości przynoszą najlepszy zwrot z inwestycji w wynajem, wymienić można chociażby dzielnicę Strzyża w Gdańsku, Widzew i Śródmieście w Łodzi, Śródmieście w Katowicach oraz dzielnice Fabryczną i Psie Pole we Wrocławiu. W Krakowie najbardziej opłaca się wynajmować mieszkania w Dzielnicy XIII Podgórze. W tych lokalizacjach mieszkania na wynajem osiągają średnią rentowność na poziomie ok. 7-8%.

Tak naprawdę jednak w każdej dzielnicy kluczowe znaczenie ma bliskość komunikacyjna (w Warszawie szczególnie ważna jest odległość od metra), ale też atrakcyjność okolicy, określana poprzez dostęp do sklepów, kawiarni, parków, szkół i przedszkoli. Dobra lokalizacja zawsze się obroni i przyciągnie najemców.

Co decyduje o atrakcyjności nieruchomości?

Jeśli chcemy zainwestować w nieruchomość na wynajem, powinniśmy mieć świadomość, że do zakupu należy podejść inaczej niż wtedy, gdy kupujemy mieszkanie dla siebie. Skoro chcemy zarabiać, to od osobistych preferencji ważniejsza będzie chłodna kalkulacja. Powinniśmy także bardzo dokładnie przyjrzeć się wybranym ofertom pod kątem atrakcyjności dla wynajmujących. Na tę natomiast największy wpływ mają cztery czynniki.

Lokalizacja –  to bardzo ważny aspekt przy zakupie nieruchomości, ale w przypadku wynajmu znaczenie lokalizacji jest jeszcze większe! Ma ona także wpływ na cenę. Dlatego, choć zakup nieruchomości w ładnie położonej i dobrze skomunikowanej dzielnicy będzie stosunkowo drogi, to jednocześnie właśnie tam najwięcej zarobimy na jej wynajmie.

Balkon, taras lub loggia – większe znaczenie ma dla osób kupujących mieszkanie, ale dla wynajmujących także jest to ważne udogodnienie. Balkon idealny to taki, który jest skierowany na południe i roztacza się z niego widok na cichą, zieloną okolicę. Tego typu atut zdecydowanie podnosi wartość nieruchomości i sprawia, że lokal krócej czeka na nowego najemcę.

Cicha okolica – to dodatkowa zaleta, o którą trudno w centrum miasta, ale już w dzielnicach graniczących ze Śródmieściem da się zazwyczaj znaleźć ciche osiedla w zielonym otoczeniu. Jeśli mieszkanie znajduje się blisko centrum, a jednocześnie okna wychodzą na cichy skwer lub park, dla wielu najemców będzie to idealny wybór.

Miejsce postojowe – garaż podziemny lub miejsce pod blokiem przypisane do konkretnego lokalu, to coraz częściej ważny argument za wyborem danego mieszkania. Nikt przecież nie chce np. wracając z pracy, być skazanym na półgodzinne krążenie po osiedlu w poszukiwaniu wolnego miejsca.

Znaczenie dla kupujących i wynajmujących może mieć także obecność (lub brak) windy, czy też stan techniczny lokalu. Jednak tam, gdzie jedni widzą problem, inni dostrzegają okazję.

– Wielu inwestorów celowo poszukuje mieszkań do remontu. Dzięki temu mogą nabyć nieruchomość po okazyjnej cenie, a po remoncie sprzedać lub wynająć lokal z dużym zyskiem. Warto jednak wcześniej skonsultować się z firmą, która jeszcze przed zakupem oceni potencjał danej nieruchomości oraz oszacuje koszt doprowadzenia jej do dobrego stanu – podpowiada przedstawicielka Baransu.

Polska nie spełni celu OZE na 2020 r. Ostatnie 3 lata zostały zmarnowane

Wspieranie odnawialnych źródeł energii (OZE) – to część ekologicznej polityki energetycznej, którą prowadzi Unia Europejska. Przy ustalaniu celów unijnych na rok 2020 Polska zobowiązała się wobec Parlamentu Europejskiego, by energia zużywana w naszym kraju chociaż w 15% pochodziła z odnawialnych źródeł. W przypadku niezrealizowania tego celu, Polska będzie musiała zakupić energię ze źródeł odnawialnych z innych krajów. Im bliżej do końca terminu, tym ten scenariusz jest bardziej prawdopodobny. Eksperci twierdzą, że na pewno nie uda nam się osiągnąć zamierzonego celu, a kupno energii z innych krajów będzie nas kosztować od 8 do 11 miliardów złotych rocznie.

– Szacujemy, że cel unijny zostanie zrealizowane maksymalnie na poziomie 13,8 procent – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Wiśniewski, wiceprezes zarządu Pracowni Finansowej. – Banki wstrzymują się z udzielaniem kredytów na projekty związane z odnawialnymi źródłami energii, gdyż z ministerstwa i rządu płyną niepokojąco sprzeczne informacje dotyczące polityki OZE. Ministerstwo planuje zorganizować szybki przetarg na dostarczenie do krajowego miksu energetycznego 2,5 tysiąca megawatów z odnawialnych źródeł. Jednak ta aukcja nie będzie miała szans na realizację – podobnie, jak większość podobnych projektów – ze względu na brak kredytów bankowych – diagnozuje sytuację Wiśniewski.

Rozważni i rodzinni – narodziny dziecka mobilizują Polaków do oszczędzania

W 2017 r. średni wiek Polek, które urodziły pierwsze dziecko wynosił 27,3 lat. Z roku na rok średnia ta systematycznie rośnie. Statystyki pokazują, że Polacy częściej myślą o założeniu rodziny, dopiero wtedy, gdy pozwala im na to sytuacja materialna. Z okazji Międzynarodowego Dnia Rodzin przyglądamy się temu, jak wygląda obraz współczesnej polskiej rodziny, a także podejście do budowania bezpieczeństwa finansowego.

Międzynarodowy Dzień Rodzin, obchodzony 15 maja, ustanowiony został w 1993 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Jego celem jest zwrócenie uwagi na problemy i wyzwania, z jakimi mierzy się współczesna rodzina. To również pretekst, aby przyjrzeć się procesom ekonomicznym i demograficznym, jakie zachodzą w społeczeństwie.

Tradycyjne podejście

Jak pokazuje raport opracowany przez CBOS – „Preferowane i realizowane modele życia rodzinnego” –  rola rodziny w życiu Polaków umacnia się. Respondenci deklarują chęć powielania modelu, w którym sami się wychowali. Na taką odpowiedź wskazało aż 84 proc. badanych. Dominującym schematem staje się rodzina dwupokoleniowa, składająca się z rodziców i dzieci.

Niemal wszyscy dorośli Polacy chcą mieć dzieci. Jedynie dwie osoby na sto preferują życie bez nich. Spośród tych, którzy deklarują chęć posiadania potomstwa, połowa chciałaby mieć dwoje dzieci, a nieco ponad jedna czwarta Polaków troje. Jednak jak pokazują dane z Głównego Urzędu Statystycznego od lat liczba zawieranych małżeństw maleje. Ta tendencja już teraz wpływa na zmniejszenie liczby urodzeń, a według prognoz będzie nasilała się w przyszłości.

Inwestycja w rodzinę

Pomniejszony współczynnik dzietności jest problemem całej Europy. Według Eurostatu, w 2017 roku żadne europejskie państwo nie zbliżyło się do poziomu wskaźnika o wartości 2,1, który pozwala utrzymać prostą zastępowalność pokoleń. W Polsce jedną z odpowiedzi na ten problem miał być program Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – „Rodzina 500 plus”. W świetle oficjalnych danych, od początku trwania projektu współczynnik dzietności wzrósł nieznacznie z 1,29 w 2015 roku do 1,45 w 2017 roku. Program przyczynił się przede wszystkim do znacznej poprawy sytuacji materialnej wielu rodzin. Do tej pory ze świadczenia skorzystało ponad 3,6 mln dzieci, a po jego rozszerzeniu w lipcu 2019 r. liczba uczestników ma wzrosnąć nawet do 6,8 mln.

Co więcej, projekt „Rodzina 500 plus” pomógł wzmocnić pozycję Polski w unijnym rankingu świadczeń rodzinnych. Jeszcze przed wdrożeniem programu plasowaliśmy się na szarym końcu. Według raportu PwC „Ulgi podatkowe i świadczenia rodzinne w UE – 2017” po 12 miesiącach od rozpoczęcia programu, roczne wsparcie Polski w zakresie ulg na dzieci i świadczeń rodzinnych kształtowało się na poziomie 8 225 zł, co dawało nam miejsce w połowie stawki. W zestawieniu wyprzedziliśmy, m.in. kraje sąsiedzkie – Czechy i  Słowację. Jednak do lidera rankingu, którym od lat jest Luksemburg, jeszcze sporo nam brakuje. Tam średnia kwota bezpośredniej pomocy w zakresie ulg na dzieci i świadczeń rodzinnych wynosi aż 7 538 euro, czyli 32,1 tys. zł.

Rodzicielstwo w parze z odpowiedzialnością

Jak pokazuje raport Nationale-Nederlanden „Dojrzałość finansowa Polaków” – lubimy myśleć o sobie jako o osobach dojrzałych i świadomych. Jednak dopiero wraz z zawarciem związku małżeńskiego i pojawieniem się dzieci, wzrasta poczucie większej odpowiedzialności, w tym konieczności zadbania o finansową przyszłość rodziny. Według respondentów troska o rodzinę oraz kontrolowanie wydatków to główne przejawy ich odpowiedzialności. Na taką odpowiedź wskazało ponad dwie trzecie ankietowanych. Co ciekawe, prawie połowa z nich zaczyna oszczędzać właśnie z myślą o przyszłości swoich dzieci. Jak wynika z raportu – odpowiedzialność za bliskich nie wymaga wyrzeczeń. Niemal 90 proc. zgadza się ze stwierdzeniem, że można ją połączyć z realizacją swoich pasji oraz marzeń.

„Do ojca po grosz, do matki po koszulę”

Choć w ciągu ostatnich dziesięcioleci model rodziny ulegał modyfikacjom, niektóre aspekty pozostały niezmienne i podtrzymują tradycyjne podejście. Wygląda na to, że dawne polskie przysłowie „do ojca po grosz, do matki po koszulę” pozostaje w mocy. Ojciec wciąż kojarzy się z finansami i bezpieczeństwem, a matka z troską i dbałością o ognisko domowe. Według badania Nationale-Nederlanden – kobiety zdecydowanie częściej prowadzą zdrowy tryb życia oraz regularnie wykonują badania profilaktyczne. Taki nawyk zadeklarowało aż 64 proc. pań. Nie jest tajemnicą, że także one w głównej mierze troszczą się o zdrowie najmłodszych, chodząc z nimi na badania i wizyty kontrolne. Panowie z kolei częściej myślą o finansowych konsekwencjach choroby, dbając o zaplecze finansowe na wypadek zachorowania. Dla ponad 2/3 ankietowanych ojców zarabianie pieniędzy na potrzeby rodziny to przejaw odpowiedzialności.

4 najważniejsze wydarzenia na rynku biurowym w I kw. 2019 r.

Na koniec I kw. 2019 r. zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na 8 głównych rynkach regionalnych w Polsce przekroczyły 5 mln mkw. Jest to o 5,3% mniej niż istniejąca podaż biurowa w Warszawie. W budowie pozostaje ponad 2 mln mkw., z czego ponad 834 tys. mkw. w Warszawie i ponad 1,2 mln mkw. w miastach regionalnych. Eksperci Colliers International wybrali najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w trzech pierwszych miesiącach roku na rynku biurowym:

  1. Spark z nowym budynkiem

W I kw. 2019 roku na warszawski rynek biurowy trafiło ponad 20 tys. mkw. Największym projektem oddanym do użytku w stolicy był kolejny budynek w kompleksie Spark (budynek B) o powierzchni 15,7 tys. mkw. Planowany termin zakończenia całego kompleksu zlokalizowanego na Woli to 2023 rok.

  1. Poznań z 0,5 mln mkw.

Po oddaniu do użytku II fazy kompleksu Business Garden, w ramach której powstało 5 budynków o łącznej powierzchni 46,1 tys. mkw., Poznań dołączył do grona miast, w których zasoby biurowe przekroczyły 0,5 mln mkw. Wysoki poziom nowej podaży przyczynił się do wzrostu wskaźnika pustostanów do 15,8%. To najwyższy poziom niewynajętej powierzchni wśród miast regionalnych.

  1. Największa transakcja I kwartału

Firma Akamai z sektora IT odnowiła umowę najmu na 11,2 tys. mkw. w Vinci Office Building w Krakowie – była to największa transakcja najmu w tym kwartale.

  1. Nowe umowy przeważają

Największy udział wśród wszystkich kontraktów podpisanych w minionym kwartale miały nowe umowy (58%) oraz renegocjacje (33%). Ekspansje oraz projekty na użytek właścicieli wyniosły odpowiednio 7% i 2%. Na etapie budowy projektów biurowych najemcy wynajęli 66,5 tys. mkw., z czego aż 43,1 tys. mkw., w miastach regionalnych (64,8%).

Zapowiada się rekordowy rok dla LOT-u. W 2019 roku liczba klientów może sięgnąć 10 mln

Zapowiada się rekordowy rok dla LOT-u. W 2019 roku liczba klientów może sięgnąć 10 mln 1

To może być wyjątkowo dobry rok dla Polskich Linii Lotniczych LOT. W 2019 roku liczba pasażerów może przekroczyć 10 mln. To w dużej mierze efekt zwiększenia siatki połączeń. W sezonie letnim polski przewoźnik zaoferuje ich docelowo 75 tys. Pojawią się dwa dalekodystansowe połączenia – do Miami i Delhi. Wśród nowości są też typowo wakacyjne kierunki w Europie i basenie Morza Śródziemnego, m.in. do Libanu i Izraela.

 Zaczyna się dla nas bardzo intensywne lato, otwieramy ciekawe wakacyjne kierunki. Pierwszym ważnym połączeniem – całorocznym, ale szczególnie atrakcyjnym latem – będzie lot z Warszawy do Miami, czyli na Florydę. Będzie to ułatwienie zarówno dla osób, które chcą po prostu polecieć do Stanów Zjednoczonych, ale też dla tych, którzy chcą na Florydzie wsiąść na jeden z wielu statków wycieczkowych i popłynąć w rejs po Karaibach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Kubicki, rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT.

Sezon letni rozpoczął się w PLL LOT 31 marca. Zgodnie z zapowiedziami przewoźnika nowy sezon to nowe, w tym dalekodystansowe kierunki, a łączna liczba rejsów ma sięgnąć 75 tys., czyli o 10 proc. więcej niż w 2018 roku. Od czerwca Boeingi 787-8/9 Dreamliner będą cztery razy w tygodniu latać do Miami. To piąte lotnisko w USA obsługiwane przez polskiego przewoźnika. Dotychczas bezpośrednio z Warszawy można było polecieć do Nowego Jorku (lotniska JFK i Newark), Chicago i Los Angeles. Samoloty LOT-u latały już co prawda z Warszawy do Miami, ale tylko w ramach połączeń czarterowych z jednym z biur podróży w sezonie zimowym. Ponadto LOT uruchomił bezpośrednie loty z Krakowa do Chicago, z Rzeszowa do Nowego Jorku oraz z Budapesztu do Nowego Jorku i Chicago.

– Na skraju lata rusza jeszcze jedno połączenie, które jest bardzo ciekawe i atrakcyjne turystycznie, czyli stolica Indii – Delhi, które będziemy obsługiwać już od 17 września – zapowiada Adrian Kubicki.

Delhi będzie szóstym obsługiwanym przez LOT połączeniem do Azji. Rejsy między Warszawą a stolica Indii będą obsługiwane Dreamlinerami w wersji 787-8 i 787-9 pięć razy w tygodniu. Przedstawiciele LOT przekonują, że Delhi zostało wybrane nieprzypadkowo spośród kierunków azjatyckich. Indie to siódma gospodarka świata. Po Singapurze, są dla polskich przedsiębiorców drugim ośrodkiem inwestycji bezpośrednich w Azji. Z kolei Polska to ważny rynek inwestycji indyjskich, m.in w sektorze IT. Nowe połączenie LOT-u może pomóc w rozwijaniu więzi gospodarczych między oboma krajami.

LOT zwiększa także częstotliwość innych lotów dalekodystansowych: to trzy dodatkowe rejsy do Toronto, po jednym do Newark oraz z Krakowa do Chicago i dwa dodatkowe rejsy tygodniowo do Tokio oraz jeden do Los Angeles.

– Kolejnym wakacyjnym kierunkiem jest Morze Śródziemne i Liban, czyli skrzyżowanie właściwie trzech największych religijnych kultur, bardzo dużo zabytków, ciekawa i smaczna kuchnia, i oczywiście samo miasto Bejrut, które jest perłą tego regionu. Zachęcamy, żeby rozważyć podróż również w to miejsce. Rejsy będą realizowane na tym kierunku od połowy czerwca przez całe wakacje – zachęca rzecznik prasowy PLL LOT.

Samoloty będą latać do Bejrutu 4-5 razy w tygodniu. Turystyka w tym regionie szybko się rozwija, w dużej mierze dzięki turystyce pielgrzymkowej. Watykan po kilkunastu latach przerwy umieścił Liban w wykazie miejsc pielgrzymkowych i turystyki religijnej na 2019 rok. Co roku na tę listę trafia 20 krajów, które mają być celem turystyki religijnej z całego świata.

– Nasze Dreamlinery zaczęły oferować wygodne połączenia dalekiego zasięgu nie tylko w miejsca biznesowe, ale również turystyczne. Przez cały rok, również w okresie wakacyjnym, oferujemy czarterowe połączenia na Dominikanę. To ok. 10-godzinny rejs na Karaiby – popularne miejsce odwiedzane przez Polaków. Inne nasze kierunki dalekiego zasięgu, czyli wspomniana Floryda, czy generalnie Stany Zjednoczone, oraz Azja są bardzo popularne i Polacy coraz chętniej wybierają się tam na wakacje – wymienia Adrian Kubicki.

Rozwijane będą też połączenia do popularnych destynacji w basenie Morza Śródziemnego.

– Atrakcyjną destynacją, która przyciąga coraz większe rzesze klientów, jest Izrael ze względu na kulturę, dwa morza w niewielkiej odległości od siebie, czyli basen Morza Śródziemnego i z drugiej strony Morze Czerwone, czyli wspaniała rafa koralowa. Do Izraela latamy w sumie 21 razy w tygodniu z różnych miast w Polsce, więc warto rozważyć taką podróż ­– zachęca Kubicki.

Polski przewoźnik poszerza też ofertę połączeń regionalnych. To m.in. nowe połączenia z Krakowa do Bukaresztu oraz Dubrownika. Od maja samoloty LOT-u połączą z Londynem Wilno, Budapeszt, Brukselę i Bukareszt, a połączenia będą obsługiwane po 12 razy w tygodniu.

Polskie Linie Lotnicze LOT w 2018 roku obsłużyły 8,8 mln klientów. To wynik o prawie 30 proc. lepszy niż w 2017 roku, kiedy z ich usług skorzystało 6,8 mln osób. Linie LOT liczą, że w 2019 roku, dzięki rozszerzeniu siatki połączeń, liczba podróżujących może sięgnąć nawet 10 mln osób.

Polska żywność coraz lepszej jakości. Krajowi konsumenci doceniają regionalne i sezonowe wyroby

Polska żywność coraz lepszej jakości. Krajowi konsumenci doceniają regionalne i sezonowe wyroby 2

Polscy konsumenci w coraz większym stopniu kupują krajową żywność i – jak wynika z badań Ipsos – ponad połowa jest skłonna zapłacić więcej za produkt polski niż zagraniczny. Wynika to m.in. z faktu, że krajowe wyroby są coraz lepszej jakości, nastawione na świeżość, lokalność i sezonowość.  – Producenci zdają sobie sprawę, że na coraz bardziej konkurencyjnym rynku nie ma miejsca na „bylejakość” – uważa Lara Gessler, członkini jury konkursu „KUKBUK Poleca”, w którym nagradzana jest najlepsza polska żywność, gospodarstwa agroturystyczne i wyroby regionalne.

– Jakość polskich produktów jest z roku na rok coraz lepsza. Wydaje mi się, że jesteśmy szczęściarzami, ponieważ wielu Polaków pochodzi z domów, w których się gotowało, jedzenie było bardzo ważne, było elementem scalającym, integrującym społeczność. Wszyscy mamy w pamięci pierogi babci czy szarlotkę cioci, te przepisy w nas są – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daria Pawlewska, redaktorka naczelna i wydawczyni magazynu KUKBUK.

Polscy konsumenci w coraz większym stopniu doceniają krajową żywność. Z sondażu zrealizowanego przez SW Research na zlecenie De Heus wynika, że 53,7 proc. Polaków uważa krajowe mięso, wędliny i przetwory mięsne za lepsze od produktów zagranicznych. Z kolei badanie Ipsos „Moda na polskość” pokazało, że 73 proc. Polaków stara się kupować krajowe produkty, a ponad połowa jest gotowa zapłacić więcej za produkt polski niż importowany. Produkty z Polski cieszą się też uznaniem na europejskim rynku, a w ubiegłym roku do UE została wyeksportowana żywność o rekordowej wartości 29,4 mld euro.

– Made in Poland to bardzo silna marka. Może zabrzmi to górnolotnie, ale odpowiedzialnością nas wszystkich jest dbać o to, by made in Poland oznaczało produkt, z którego jesteśmy dumni, który pochodzi z polskich lasów i łąk, został wytworzony dzięki pracy polskiego rolnika, lokalnego producenta serów czy wędlin. Pracujmy wszyscy na to, żeby się chwalić naszymi polskimi dobrami – podkreśla Daria Pawlewska.

Magazyn kulinarny KUKBUK od trzech lat nagradza najlepsze polskie produkty certyfikatem jakości „KUKBUK Poleca”. Ubiegać się o nie mogą zarówno producenci żywności, jak i kosmetyków ekologicznych oraz właściciele gospodarstw agroturystycznych. Wyróżnienie jest przyznawane godnym zaufania podmiotom za rzetelność, zaangażowanie i pasję, dzięki którym powstają wyjątkowe produkty. Podczas ubiegłorocznej edycji konkursu do redakcji dotarło blisko 700 zgłoszeń od blisko 200 lokalnych wytwórców, z których 24 otrzymało certyfikat „KUKBUK Poleca”.

– W pierwszej edycji zgłosiło się około 100 producentów. W trzeciej mamy już około 300 firm i ocenialiśmy ponad 900 produktów. Większość z nich stanowią produkty spożywcze. Natomiast z roku na rok zyskuje rzemiosło, mamy coraz więcej pięknych przedmiotów. Widać, że w tym rękodziele chodzi nie tylko o ochronę planety, bo one są wytwarzane są z ekologicznych składników, ale są to też niesamowicie estetyczne, bardzo piękne przedmioty – mówi Daria Pawlewska.

– Polskie produkty w kategorii rzemiosła są rzeczywiście warte zauważenia. Są etyczne, ekologiczne, pięknie zrobione, a ich cena jest adekwatna do produktu mówi Anna Nowak-Ibisz, członkini jury konkursu „KUKBUK Poleca”. – Filozofia, że lepiej zaoszczędzić i kupić coś lepszego, sprawdza się także w kategorii beauty, Chodzi o to, żeby nie nakładać sobie chemii na skórę, nie kupować kremu za 5 zł, który nas zatruje. Często nie myślimy długofalowo, po czym w wieku 60–70 lat okazuje się, że przez całe życie nasz organizm stykał się z różnymi toksynami – zarówno, jeśli chodzi o jedzenie, jak i o kosmetykę – i niestety tego nie wytrzymał. Wtedy jest za późno.

W jury tegorocznej edycji „KUKBUK Poleca” najlepsze polskie produkty oceniała również Lara Gessler. Jak podkreśla, poziom konkursu dowodzi, że producenci są coraz bardziej świadomi, nastawieni na potrzeby konsumentów i zdają sobie sprawę, że na coraz bardziej konkurencyjnym rynku nie ma miejsca na „bylejakość”. Z drugiej strony, sami Polacy w coraz większym stopniu uczą się doceniać krajowe i regionalne wyroby.

– Uczymy się nie mieć kompleksów na punkcie tego, co sami robimy. Wchodzimy w taki czas, kiedy zaczynamy doceniać to, co nasze i obnosić się z tym z pewnym szacunkiem i dumą. Wydaje mi się, że na przestrzeni ostatnich lat zachodzą zmiany – zaczynamy rozumieć to, że to, co regionalne, jest dobre. Inne kraje też zaczynają nas doceniać, tym samym my również podchodzimy do krajowych produktów dużo łaskawiej – mówi Lara Gessler.

– Jakość polskich produktów – zwłaszcza tych ekologicznych – jest coraz lepsza. To są smaczne rzeczy, pięknie podane, pięknie opakowane – zarówno dla odbiorcy masowego, czyli dla np. gastronomii, kucharzy, jak i dla odbiorcy indywidualnego. Zależy nam właśnie, żeby ten odbiorca indywidualny, domowy był zainteresowany dobrym, polskim produktem – dodaje Anna Nowak-Ibisz.

Niemal 40 proc. Polaków wpada w lukę czynszową. Nie stać ich na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożni na lokal komunalny

Niemal 40 proc. Polaków wpada w lukę czynszową. Nie stać ich na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożni na lokal komunalny 3

Blisko 70 proc. polskich rodzin nie ma zdolności kredytowej. Natomiast 40-proc. grupa osób wpada w tzw. lukę czynszową, czyli zarabiają powyżej kryteriów kwalifikujących do lokalu komunalnego, a za mało na nabycie mieszkania na własność – wskazuje Magdalena Ruszkowska-Cieślak, prezes zarządu Fundacji Habitat for Humanity Poland. Społeczny najem to odpowiedź na potrzeby tych, którzy nie są wstanie udźwignąć najmu komercyjnego, a z drugiej strony nie mogą otrzymać mieszkania od gminy. Lokale przeznaczone na wynajem na korzystnych warunkach czynszowych pomogłyby w rozwiązaniu kwestii niedoboru mieszkań – obecnie deficyt szacuje się na ok. 2 mln lokali.

 70 proc. polskich rodzin nie ma zdolności kredytowej i nie może mówić o nabyciu na własność mieszkania. Instrumenty najmu na rynku prywatnym rozwijają się dosyć powoli, zajmują w tej chwili zaledwie 6 proc. rynku zasobu mieszkaniowego w Polsce. Natomiast dla osób wpadających w tzw. lukę czynszową, a jest to 40-proc. grupa polskiego społeczeństwa, najem w systemie społecznym, który powstaje ze wsparciem publicznych pieniędzy, może pomóc znaleźć swoje miejsce do mieszkania – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Ruszkowska-Cieślak, prezes zarządu Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Raport Habitat for Humanity „Mieszkalnictwo w Polsce. Przyszłość najmu społecznego” wskazuje, że wiele rodzin zamieszkuje w niesamodzielnych mieszkaniach. Ok. 14 proc. rodzin mieszka w lokalach o niskim standardzie technicznym, które wymagają nie tylko gruntownych remontów, ale też np. doprowadzenia instalacji. Inne, zwłaszcza na wsiach, powinny zostać po prosty wyburzone. Nawet jeśli rozwój budownictwa mieszkaniowego przyczyni się wkrótce do zmniejszenia ogólnego deficytu, to nie rozwiąże największych problemów.

– Luka czynszowa to nie tylko niespełnianie kryteriów, ale również oczekiwanie na zasób komunalny, jeżeli kwalifikujemy się dochodowo. W Polsce na mieszkanie z zasobu gminy czeka się w zależności od wielkości miasta od 4 do nawet 18 lat. Dlatego mówi się czasami, że łatwiej jest zamieszkać i wynająć mieszkanie w Londynie niż w Warszawie, właśnie dlatego, że tego zasobu, który jest przystępny cenowo, bardzo drastycznie brakuje – podkreśla Magdalena Ruszkowska-Cieślak.

Analitycy Heritage Real Estate Think Tank podają, że obecnie w Polsce brakuje nawet 2,1 mln mieszkań, a do 2030 – będzie ich 2,7 mln. Problemem jest przede wszystkim zapewnienie dachu nad głową osobom o niskich i średnich dochodach. Obecnie (wyliczenia domiporta.pl) za przeciętną pensję netto można kupić średnio 0,93 mkw. mieszkania na rynku wtórnym lub 0,57 mkw. na rynku pierwotnym. Brakuje lokali socjalnych. Zbyt mało mieszkań buduje się też w systemie społecznego budownictwa czynszowego. Deficyt mieszkań w tym segmencie może wynosić nawet 150 – 200 tys. mieszkań (HRE Think Tank).

 Osoby, które znajdują się w luce czynszowej, są w trudnej sytuacji. Mają poczucie, że nikt o nich nie myśli – bo dla jednych jest wsparcie gminy, dla drugich jest wsparcie banków, różnego rodzaju możliwości kredytowe, a oni nie są w stanie skorzystać z tej oferty. Musimy wspierać te osoby w każdy możliwy sposób – przekonuje Anna Józefiak-Materna, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej we Wrocławiu.

Dla takich osób rozwiązaniem może być najem społeczny, gdzie mieszkanie wynajmuje się od osoby prywatnej lub właścicieli publicznych (np. od samorządów terytorialnych) po znacznie niższych kosztach niż rynkowe. Stawki czynszu w zasobach towarzystw budownictwa społecznego są ok. 2–3-krotnie niższe niż stawki rynkowe, w zasobach samorządów gminnych ok. 5–8-krotnie niższe

 Najem społeczny jest rozwijany przez podmioty publiczne, które głównie zajmują się najmem społecznym, czyli takim, który nie działa dla zysku, a głównym jego celem jest zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych osób słabiej zarabiających, w trudnej sytuacji życiowej. Coraz częściej widzimy inicjatywy, które sięgają nie tylko do zasobów, którymi zarządzają gminy poprzez TBS-y [towarzystwa budownictwa społecznego – red.], spółki celowe albo bezpośrednio zarządzające zasobem komunalnym, ale również pozyskiwanie zasobów z rynku prywatnego – wymienia Magdalena Ruszkowska-Cieślak.

Społeczne agencje najmu pośredniczą między osobami w trudnej sytuacji, a tymi, którzy posiadają mieszkania na wynajem. W Polsce sytuacja jest nieco trudniejsza niż na Zachodzie, gdzie właścicieli prywatnych zachęca się do wynajmowania mieszkań osobom w słabszej sytuacji ekonomicznej, np. poprzez ulgi podatkowe, dostęp do preferencyjnego finansowania budowy tych mieszkań, dodatek mieszkaniowy stanowiący znaczną część wymiaru czynszu, czy dopłaty do czynszów płaconych przez osoby uprawnione do pomocy mieszkaniowej.

Zasób mieszkań na wynajem stanowi tylko ok. 18,6 proc. zamieszkanych mieszkań, z czego najem komercyjny to ok. 4–5 proc., natomiast zasób społeczny, mogący potencjalnie służyć zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych niezamożnych to tylko nieco ponad 13 proc. mieszkań zamieszkanych.

 Społeczne agencje najmu to inicjatywy, które powinny znaleźć swoje miejsce w Polsce na rynku. Z jednej strony mamy bardzo wiele pustostanów, lokali, których prywatni wynajmujący boją się wynajmować, które stoją niewyremontowane i które wystarczy niewielkim nakładem uruchomić. Z drugiej strony wiemy, ile czasami gminie potrzeba czasu i środków, żeby wybudować nowy zasób. Gminy nie palą się niestety do budowania, a ludzi w miastach przybywa i potrzeba dostępnego cenowo najmu alarmująco rośnie – podkreśla Magdalena Ruszkowska-Cieślak.

Raport Fundacji Habitat for Humanity wskazuje, że lokali finansowanych przez państwo wciąż brakuje. Kolejka po mieszkania komunalne w 2016 roku liczyła blisko 159 tys. osób zakwalifikowanych przez gminy do uzyskania pomocy mieszkaniowej.

– Samorządy wspierają osoby w trudnej sytuacji życiowej. Wspierają również, na razie w niewielu miastach, poprzez funkcjonowanie w ich strukturach społecznych agencji najmu. Tak jest już w Poznaniu czy Warszawie, takie rozwiązania trochę nie do końca odpowiadające modelowemu, ale zbliżone zaczynają funkcjonować też w innych miastach. Zanim taka społeczna agencja najmu będzie umiała zarabiać albo się przynajmniej samofinansować, to z całą pewnością może być wspierana przez samorząd – ocenia Anna Józefiak-Materna.

Coraz więcej pracowników tymczasowych przechodzi na etaty. To wywołuje zmiany w agencjach zatrudnienia

Coraz więcej pracowników tymczasowych przechodzi na etaty. To wywołuje zmiany w agencjach zatrudnienia 4

Spada liczba pracowników tymczasowych. Firmy członkowskie Polskiego Forum HR w ubiegłym roku zatrudniły o 14 proc. mniej osób niż rok wcześniej. Szacuje się, że w Polsce brakuje blisko 140 tys. pracowników. Połowa stanowisk nie jest obsadzona z powodu braku talentów. Agencje postawiły więc sobie za cel pomoc w podwyższaniu kwalifikacji pracowników i dopasowaniu się do wymagań rynku.

Spadek związany jest przede wszystkim z brakiem pracowników. Nasi klienci chętnie przejmują pracowników tymczasowych na etaty do siebie. Druga przyczyna to kończący się w listopadzie ubiegłego roku 18-miesięczny okres zatrudnienia pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy. To był jednorazowy efekt, bo nigdy wcześniej nie było tej bariery, w związku z tym spowodował dosyć duże uderzenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, prezes firmy Trenkwalder Polska i wiceprezes Polskiego Forum HR.

Tylko firmy zrzeszone w Polskim Forum HR w 2018 roku zatrudniały 219 tys. pracowników tymczasowych, o 14 proc. mniej niż w 2017 roku. Łącznie liczba pracowników tymczasowych w Polsce mogła wynieść ok. 743 tys. osób.

Obecnie około 50 proc. stanowisk nie jest obsadzonych z powodu braku talentów, a to po prostu niedopasowanie umiejętności pracownika czy kandydata do wymagań. W związku z tym agencje w tej chwili stawiają sobie za cel rozwój pracowników, dopasowanie  ich umiejętności do wymagań rynku i zarządzanie karierą – wskazuje Wojciech Ratajczyk.

W Polsce brakuje obecnie około blisko 140 tys. pracowników. W ciągu najbliższych kilku lat ta liczba może wzrosnąć do 1,5 mln (raport PwC „Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce. Jak ją zniwelować?”).

– Praca tymczasowa to jedna z form zatrudnienia, która daje elastyczność w zatrudnieniu i zawsze będzie potrzebna. Natomiast problemem nie jest brak pracowników tymczasowych, problemem jest brak pracowników w ogóle – przekonuje Ratajczyk.

Spadek liczby godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych przeliczony na pełne etaty (FTE) wyniósł 16 proc. To efekt m.in. większej rotacji pracowników. Jednocześnie o ok. 6 proc. wzrosła wartość rynku rekrutacji stałych na rzecz polskich pracodawców. Firmy członkowskie PFHR wygenerowały w tym zakresie obroty na poziomie blisko 136 mln zł, a łącznie z rekrutacjami międzynarodowymi wartość rynku rekrutacji stałych w PFHR wyniosła 156 mln zł.

Agencje pracy tymczasowej mają bardzo dużo zajęcia z rekrutacjami stałymi. To znaczy, że poszukujemy szeregowych pracowników linii produkcyjnych na zasadach rekrutacji stałych – wyjaśnia prezes firmy Trenkwalder Polska.

Zdaniem wiceprezesa Polskiego Forum HR najbliższe miesiące przyniosą wiele zmian na rynku agencji zatrudnienia. Od kilku lat gama usług świadczonych przez agencje jest coraz większa. Na znaczeniu zyskuje rynek usług outsourcingu procesów, funkcji i zadań. Agencje będą też szerzej świadczyć usługi w ramach career management, gdzie celem jest praca nad kwalifikacjami i ich nabywaniem zgodnie ze zmianami na rynku pracy i predyspozycjami kandydatów.

Zmiany są konieczne, zwłaszcza że koniec limitów 18-miesięcznego zatrudnienia pracowników tymczasowych znacząco wpłynął na rynek. Przed nowelizacją ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych pracownik mógł pracować nie dłużej niż 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej, czyli mógł kontynuować pracę u danego pracodawcy-użytkownika, ale zatrudniony przez inną agencję.

Rok 2019 będzie dalszym rokiem spadków liczby pracowników tymczasowych. Nie będzie to tak duży spadek, szacujemy, że będzie on jednocyfrowy, ale nadal. Główną przyczyną w tym roku będzie ponownie tendencja przejmowania pracowników tymczasowych na etaty do naszych klientów. Jest to dobry sposób, aby zachęcić pracownika do pozostania w pracy u danego klienta – ocenia Wojciech Ratajczyk.

Płatności bezgotówkowe możliwe w coraz większej liczbie polskich urzędów oraz systemach transportu miejskiego. Przyszłością staną się transakcje realizowane za pomocą aplikacji mobilnych

Płatności bezgotówkowe możliwe w coraz większej liczbie polskich urzędów oraz systemach transportu miejskiego. Przyszłością staną się transakcje realizowane za pomocą aplikacji mobilnych 5

Postępująca cyfryzacja społeczeństwa doprowadziła do pojawienia się rozwiązań umożliwiających wykonywanie płatności bez sięgania po gotówkę. Dzięki innowacyjnym technologiom płatniczym w Polsce zyskuje na popularności idea miast bezgotówkowych, w których płatności za usługi publiczne dokonywane są bez gotówki. Urzędy zaczynają honorować transakcje realizowane za pośrednictwem aplikacji mobilnych, a karty płatnicze zastępują bilety, pobierając opłaty wyłącznie za faktycznie pokonaną trasę. Operatorzy kart pracują nawet nad systemami płatniczymi zintegrowanymi z samochodami.

Z raportu opracowanego przez analityków Mastercard wynika, że aż 85 proc. polskich użytkowników kart tej firmy korzysta z płatności zbliżeniowych. Stawia to Polskę na drugim miejscu na liście krajów europejskich, w których najchętniej korzysta się z tej formy płatności. Warto zauważyć, że dziś transakcje bezgotówkowe nie są domeną wyłącznie prywatnych firm. Coraz częściej sięgają po nie także ośrodki samorządowe w ramach realizacji idei inteligentnych miast.

– Idea miast bezgotówkowych polega na tym, że miasta transformują w kierunku cyfrowym i wprowadzają różne formy rozliczeń bezgotówkowych, które są wygodne dla klientów poczynając od płatności kartą w komunikacji miejskiej, po użycie kart w terminalach urzędów do opłacania różnych usług publicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Jakub Górka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Przedstawiciele Centrum Innowacji Społeczno-Samorządowych CentroPolis z Torunia postanowili sprawdzić, jak w praktyce władze polskich miast radzą sobie z upowszechnianiem płatności bezgotówkowych. W tym celu zbadano popularność tego typu transakcji w ośrodkach sportowych, kulturalnych, transporcie publicznym oraz urzędach miejskich. Zebrane dane posłużyły do stworzenia rankingu Cashless Cities, w którym wskazano miasta najlepiej przystosowane do płatności bezgotówkowych.

W gronie miast o liczbie mieszkańców przekraczających 100 tysięcy najlepiej wypadł Kraków, w którym wszystkie kasy Urzędu Miasta wyposażono w terminale oraz systemy płatności funkcjonujące z aplikacją BLIK. Miasto zainwestowało także w samoobsługowe opłatomaty, w których mieszkańcy mogą zapłacić m.in. opłaty skarbowe czy komunikacyjne bez ponoszenia żadnych kosztów prowizyjnych. Z kolei za najbardziej bezgotówkowe miasto średniej wielkości, czyli takie, którego liczba mieszkańców mieści się w granicach 20-100 tysięcy, uznano Konstancin-Jeziornę. Autorzy rankingu docenili gminę za to, że umożliwia mieszkańcom realizowanie płatności w ratuszu za pomocą karty bankomatowej oraz aplikacji mobilnej a także wnoszenie bezgotówkowych opłat w Zakładzie Gospodarki Komunalnej.

– Paleta dostępnych w Polsce rozwiązań bezgotówkowych rośnie, tzn. np. w różnych miejscach można już płacić Blikiem. Rosną też możliwości płatności bezgotówkowych w miastach, czemu sprzyjają programy rządowe, takie jak Polska Bezgotówkowa, nastawione na zwiększanie dostępności terminali płatniczych u przedsiębiorstw, ale od niedawna popularyzujące i umożliwiające płatności bezgotówkowe także w urzędach – mówi dr Jakub Górka.

Wraz z rozwojem systemów transakcji bezgotówkowych, pojawiają się innowacyjne pomysły na usprawnienie funkcjonowania miejskich systemów płatniczych. Dobrym przykładem takiego działania jest współpraca, jaką Łódź zawiązała z Mastercard. W ramach programu pilotażowego, władze miasta zintegrowały karty płatnicze tej firmy z systemem komunikacyjnym. Dzięki temu karta może posłużyć do identyfikacji tożsamości użytkownika oraz opłacenia kosztów podróży w wysokości przystosowanej do faktycznej liczby przebytych przystanków.

W ślad Łodzi poszły także inne ośrodki miejskie takie jak Bydgoszcz, Gdańsk czy Wrocław, które również planują wykorzystać karty płatnicze w roli biletów komunikacyjnych. Dzięki temu podróżni zapłacą mniej za przejazd, zaś władze miasta mogą zredukować koszty dystrybucji biletów.

– Potrzeby mieszkańców oraz turystów, którzy przyjeżdżają do polskich miast, wymuszają zmiany. Są one widoczne w takich miastach jak Wrocław, Jaworzno, Rybnik, czy Bydgoszcz, gdzie karta płatnicza służy za bilet komunikacji miejskiej. Z drugiej strony pojawiają się WebPOS-y w urzędach, gdzie możemy zapłacić BLIK-iem. Być może sytuacja jeszcze nie jest idealna, ale na pewno będzie zmierzała w dobrym kierunku – twierdzi ekspert.

W przyszłości systemy płatności bezgotówkowych mogą zatoczyć jeszcze szersze kręgi. Na czeskich stacjach Shell wdrożono technologię płacenia za paliwo bez wychodzenia z samochodu, za pośrednictwem bankowej aplikacji mobilnej. Kolejnym krokiem na drodze do popularyzacji rozwiązań bezgotówkowych będzie zintegrowanie systemów płatniczych z komputerami pokładowymi inteligentnych samochodów, dzięki czemu pojazd automatycznie uiści opłaty na stacjach benzynowych.

– Od strony miast możemy się spodziewać, że nastąpi integracja takich jednostek, które na razie działają niezależnie, a więc jednostek odpowiedzialnych za bilety, transport publiczny, parkowanie czy terminale w urzędach – zapowiada dr Jakub Górka.

Według firmy badawczej Research and Markets, wartość globalnego rynku rozwiązań fintechowych do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach rynek ten ma  się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Postępuje dewastacja oceanów i lasów, a przez działalność człowieka może wyginąć nawet milion gatunków zwierząt

Postępuje dewastacja oceanów i lasów, a przez działalność człowieka może wyginąć nawet milion gatunków zwierząt 6

Jeszcze nigdy w historii ludzkości zagrożonych wyginięciem nie było tak dużo gatunków zwierząt – wynika z raportu Międzyrządowej Platformy ds. Różnorodności Biologicznej i Funkcji Ekosystemu. Spada produktywność gleby, zagrożone są uprawy. Już teraz na świecie trwa ok. 2,5 tys. konfliktów o wodę, jedzenie, ziemię i paliwa. Nie jest jeszcze za późno, by powstrzymać zagładę planety, ale konieczne są rewolucyjne zmiany.

– Raport IPBES wskazuje pięć głównych przyczyn dlaczego ekosystemy mają się coraz gorzej, gatunki zwierząt i roślin wymierają. To przekształcanie terenów i ingerencja w obszary oceanów, bezpośrednia eksploatacja, czyli pozyskiwanie roślin, zwierząt, substancji naturalnych, zmiana klimatu, a rola tego co się dzieje z klimatem będzie coraz bardziej rosła jeżeli chodzi o czynnik pogarszający stan ekosystemów, na czwartym miejscu są zanieczyszczenia i dalej obce gatunki inwazyjne – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Sierpińska z portalu Nauka o klimacie.

Przygotowany przez IPBES „Global Assessment Report on Biodiversity and Ecosystem Services” wskazuje, że nasza planeta stopniowo umiera, a winę ponosi wyłącznie człowiek. Średnia temperatura na świecie wzrosła o ok. 1 stopnień Celsjusza w porównywaniu do okresu preindustrialnego. Tymczasem wzrost temperatury o 1,5 stopnia spowoduje wymieranie 80 proc. raf koralowych, a o 2 st. może doprowadzić do ich całkowitego zniszczenia.

– Nawet to niewielkie wydawałoby się ocieplenie o jeden stopień wpływa w bardzo konkretny sposób i na rośliny, i na zwierzęta. Zmieniają się zasięgi ich występowania, niektóre zwierzęta po prostu wymierają, bo nie są w stanie przystosować się do takich szybkich zmian. Widzimy też wpływ na rolnictwo, czyli przedłużające się okresy suszy, kwestie zdrowotne, czyli np. dłuższe fale upałów, zwiększanie się zasięgu owadów przenoszących choroby, takie jak malaria, denga, w przypadku Polski kleszcze, dłuższy okres żerowania, czyli większe ryzyko zarażenia np. boreliozą – tłumaczy Anna Sierpińska.

Raport Koalicji Klimatycznej i HEAL „Wpływ zmian klimatu na zdrowie” wskazuje, że zmiany klimatu powodują wzrost populacji części owadów i poszerzenia terytorium ich występowania. Choroby wektorowe wywoływane przez patogeny przenoszone np. przez owady co roku powodują śmierć ok. 700 tys. osób. W Polsce od 2005 do 2014 roku liczba zachorowań na boreliozę wzrosła ponad trzykrotnie, do blisko 14 tys. rocznie. W dużej mierze to właśnie efekt zmian klimatu. Jednocześnie zmiany klimatu zabijają zwierzęta i owady. W ciągu ostatniego wieku liczba gatunków zwierząt na lądach spadła o ok. 20 proc. Zagrożonych jest od 30 do 40 proc. gatunków morskich. Co trzeci gatunek owadów został uznany za zagrożony.

IPBES podaje, że zabójcze dla ekosystemu jest ingerencja w tereny naturalne. Naukowcy policzyli, że nawet trzy czwarte środowiska na lądzie i dwie trzecie na morzach i oceanach uległo poważnym zmianom przez działalność człowieka. Blisko 30 proc. powierzchni lądów i 75 proc. zasobów słodkiej wody wykorzystuje się do produkcji żywności i hodowli zwierząt. Tylko 7 proc. zasobów ryb morskich jest poławiana w zrównoważony sposób. W latach 1980-2000 zniszczono 100 mln hektarów lasów tropikalnych, przede wszystkim pod hodowlę bydła i uprawy.

– Oprócz tego, że zabijamy zwierzęta, pozyskujemy drewno, czyli usuwamy z ekosystemów osobniki, to także sprawy związane chociażby z chorobami. Ludzie przemieszczają się po całym świecie i przenoszą choroby także między gatunkami zwierząt. Bardzo narażone na wyginięcie są np. płazy, a jedną z przyczyn jest choroba, która roznosi się teraz po całym świecie. Zanieczyszczenie środowiska bezpośrednio także wpływa na zwierzęta – mówi ekspertka.

Problemem jest również ogromna ilość śmieci produkowanych przez człowieka. Tylko w przypadku plastiku zanieczyszczenie zwiększyło się dziesięciokrotnie od 1980 roku. Każdego roku do oceanów trafia 300-400 ton metali ciężkich, toksyn i innych odpadów przemysłowych. W morzach jest już nawet 400 tzw. martwych stref.

– Właściwie każda nasza działalność nie jest obojętna dla natury. Możemy pewne rzeczy robić w sposób bardziej przyjazny, dzięki czemu zwierzęta, rośliny, całe ekosystemy mają się lepiej, ale jest nas coraz więcej. Gorszą rzeczą jest to, że rośnie konsumpcja, zwiększa się ilość zużywanej przez nas energii, kupowanych przedmiotów, spożywanej żywności, zwłaszcza mięsa i produktów odzwierzęcych, czyli mleka, serów – wymienia Sierpińska.

Obecnie 12 gatunków roślin i zwierząt zaspokaja ok. 75 proc. zapotrzebowania na jedzenie. Wkrótce może ich jednak zabraknąć. Już teraz na świecie trwa ok. 2,5 tys. konfliktów o zasoby, w tym wodę, jedzenie, czy ziemię. Jednocześnie wyjaławianie ziemi uprawnej spowodowało, że produktywność 23 proc. terenów drastycznie spadła. Straty w produkcji żywności w 2018 roku na niektórych obszarach przekroczyły poziom 500 mld dol.

Naukowcy przekonują, że tylko rewolucyjne zmiany mogą odwrócić negatywny trend.

– To zmiana transformacyjna, która obejmie zarówno ekonomię, technologię czy aspekty związane z przemysłem, tym jak pozyskujemy np. surowce, w jaki sposób uprawiamy ziemię, a także zmiany dotyczące społeczeństwa. Chodzi m. in. o to co jest dla nas ważne, jakie wartości ma społeczeństwo, czy ludzie widzą, że są częścią natury, a natura jest darmową fabryką tlenu, oczyszczającą wodę, dostarczającą nam żywność – podkreśla Anna Sierpińska.

Minister finansów: z elektronicznej formy rozliczenia PIT-u skorzystało 16 mln Polaków. To ponad dwie trzecie podatników

Minister finansów: z elektronicznej formy rozliczenia PIT-u skorzystało 16 mln Polaków. To ponad dwie trzecie podatników 7

Do końca maja powstanie szczegółowe podsumowanie tegorocznych rozliczeń podatków dochodowych obywateli. Wiadomo już jednak, że z nowego systemu rozliczeń skorzystało 70 proc. rozliczających się z fiskusem, a niektórych regionach kraju nawet powyżej 80 proc.

Uruchomiliśmy Twój e-PIT 15 lutego i w tym roku do końca kwietnia 16 mln zeznań zostało złożonych w formie elektronicznej. Dla porównania, w roku ubiegłym było to 11,4 mln, więc dynamika jest blisko 50-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Teresa Czerwińska, minister finansów. – Z tej możliwości mogą skorzystać zarówno podatnicy, którzy pracują na umowę o pracę, umowę-zlecenie, o dzieło, jak również dla tych, którzy czerpią dochody z instrumentów finansowych.

Po raz pierwszy w 2019 roku za podatników deklaracje PIT-37 i PIT-38 wypełniała Krajowa Administracja Skarbowa, korzystając z danych od pracodawców oraz ubiegłorocznych deklaracji podatników. To od podatnika zależało, czy dokonał w formularzu zmian, czy pozostawił go w niezmienionej formie, akceptując rozliczenie fiskusa. Mógł także złożyć zeznanie w formie tradycyjnej albo przez internet, ale za pomocą działającego już w latach poprzednich programu e-Deklaracje. Ze wstępnego podsumowania resortu finansów wynika, że średnio w skali kraju ponad 70 proc. podatników rozliczyło się w formie elektronicznej, ale np. w województwie śląskim odsetek ten wynosi 84 proc.

– Do końca maja przygotujemy rozliczenie akcji Twój e-PIT, podsumujemy statystyki, dlatego że część podatników, którzy rozliczyli się w formie papierowej, wysłali zeznania pocztą i one jeszcze cały czas napływają. Stąd też będziemy mieli dokładne dane pod koniec maja. Wówczas będziemy mogli zaprezentować całą mapę Twojego e-PIT w skali kraju – zapowiada minister finansów w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Najczęściej podatnicy sprawdzali w programie swoje dane, zmieniali sposób rozliczenia na wspólny z małżonkiem, bo e-PIT był przygotowany dla osób indywidualnych, albo dodawali ulgi, np. na nowo narodzone dziecko, darowizny czy wpłaty na IKZE.

Jeżeli ktoś nie podjął aktywności do końca kwietnia i rozliczenie zostało zaakceptowane w sposób automatyczny, a np. podatnik miał niedopłatę, to wówczas aktywność informująca podatnika o niedopłacie jest po stronie urzędu skarbowego. Do końca maja urząd wysyła taką informację do podatnika i w ciągu 7 dni od otrzymania takiej informacji podatnik jest zobowiązany do uiszczenia niedopłaty – wyjaśnia Teresa Czerwińska. – Jeśli podatnik miał nadpłatę, to wówczas urząd skarbowy albo wysyła zwrot na konto podane w systemie e-PIT, albo przelewem pocztowym. W tym roku zredukowaliśmy czas zwrotów z 90 do 45 dni ustawowo, a w praktyce te zwroty były dokonywane w ciągu kilku dni.

W przyszłym roku resort zapowiada wprowadzenie elektronicznego rozliczenia także dla podatników prowadzących działalność gospodarczą, rozliczających się na formularzach PIT-36 i PIT-36L oraz PIT-28, czyli dla prowadzących samodzielną działalność gospodarczą, wspólników spółek cywilnych lub jawnych oraz osiągających dochody z najmu.

Credit Agricole i nc+ proponują wspólne korzyści dla klientów

Aż do 460 zł premii mogą dostać abonenci platformy nc+ od Credit Agricole. Wystarczy, że założą konto w tym banku i będą z niego opłacać rachunki za produkty i usługi nc+.

ITI Neovision, operator platformy nc+, oraz Credit Agricole Bank Polska nawiązały współpracę, która pozwoli klientom obniżyć rachunki i zyskać gotówkową premię. Wszystkim abonentom nc+, którzy założą konto w Credit Agricole, bank wypłaci premię do 460 zł. Pierwsze 100 zł można otrzymać już po pierwszym miesiącu od otwarcia konta, o ile w poprzednim miesiącu zasilone one zostanie kwotą co najmniej 1000 zł. Taki miesięczny wpływ, a także opłacanie abonamentu za nc+ z nowo otwartego rachunku, umożliwia uzyskanie kolejnego benefitu od Credit Agricole: bank zwróci co miesiąc klientowi 50 proc. opłaty za rachunek nc+ (nie więcej niż 30 zł miesięcznie).

W promocyjnej ofercie można otworzyć jedno z dwóch kont Credit Agricole: Konto dla Ciebie oraz Konto dla Ciebie VIP. Co ważne klienci mogą bezpłatnie korzystać z pierwszego, jeśli poza regularnym zasilaniem konta w wysokości 1000 zł, raz w miesiącu zapłacą kartą lub BLIK. Oznacza to, że abonenci nc+ poza premią promocyjną, mogą zyskać za darmo flagowe konto tego banku.

Zależy nam, aby abonenci nc+ byli w pełni zadowoleni ze współpracy z nami i zostali na dłużej w Credit Agricole. Będziemy dbać o te relacje. – mówi Jędrzej Marciniak, wiceprezes banku Credit Agricole, odpowiedzialny za marketing, rozwój produktów i customer intelligence.

Aby przystąpić do promocji przygotowanej przez obie firmy, trzeba kupić lub przedłużyć dowolny abonament w salonie nc+. A następnie odwiedzić dowolną placówkę bankową Credit Agricole i przy otwieraniu konta podać numer rachunku, na który należy przelewać pieniądze za abonament. Konto można również otworzyć telefonicznie lub korzystając ze strony internetowej.

Stale rozwijamy ofertę z korzyścią dla naszych klientów, dlatego cieszymy się ze współpracy z bankiem Credit Agricole, dzięki której abonenci nc+ mogą zyskać dodatkowe benefity pieniężne i obniżyć opłaty za rachunek  – mówi Artur Przybysz, wiceprezes zarządu ds. sprzedaży i CRM platformy nc+.

Promocyjna oferta jest dostępna do 31 lipca 2019 r. dla abonentów nc+, którzy przez ostatnie 12 miesięcy nie byli posiadaczami lub współposiadaczami konta w banku Credit Agricole.

Komentarz Piotra Gąsiorowskiego do tzw. „ustawy antyzatorowej”

Piotr Gąsiorowski - Prezes Zarządu eFaktor S.A.
Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych został w miniony czwartek (9 maja) zatwierdzony przez Stały Komitet Rady Ministrów i rekomendowany Radzie Ministrów. Rozpatrzenie projektu planowane jest przez Radę Ministrów w maju.

Zmiany w przepisach gospodarczych zapowiedziane przez minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz dotyczą nowych terminów płatności. Na mocy ustawy będą wynosić do 30 dni dla administracji oraz do 60 dni dla podmiotów gospodarczych w relacjach pomiędzy dużym i małym podmiotem. Za przekroczenie terminów największym firmom będą grozić kary w wysokości do 5% wartości niezapłaconej faktury. Ministerstwo deklaruje, że powstały w oparciu o konsultacje z przedsiębiorcami i odwzorowują rozwiązania stosowane w UE np. w Holandii, Wielkiej Brytanii czy Francji.

Zapisy i oczekiwany efekt, jaki ma wywołać ustawa komentuje Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.,

firmy udzielającej finansowania przedsiębiorcom, których dotykają zatory finansowe.

Mikrofirmy to około 96 procent wszystkich przedsiębiorstw w Polsce, wytwarzają jedną trzecią krajowego PKB. Właśnie te podmioty zatory finansowe dotykają w największym stopniu. Problemem jest asymetria powstająca, kiedy mała firma produkuje lub wykonuje usługi na rzecz znacznie większego podmiotu. Ten drugi może oczekiwać długiego terminu zapłaty, liczonego w miesiącach. Nie ryzykuje utraty dostawcy – mniejsze firmy nawet w przypadku konieczności długiego oczekiwania na pieniądze będą wykonywać kolejne zlecenia – niejako na kredyt – nawet w przypadku wielomiesięcznych zaległości. To blokuje możliwość wykorzystania potencjału rozwojowego przez polskich przedsiębiorców, w tym szczególnie tych z sektora MŚP. Takie praktyki dużych firm, które nie mają problemów z płynnością, a nadużywają swojej silnej pozycji, ma wykluczyć ustawa.

W związku z ustawą nasuwa się kilka pytań: kto i w jaki sposób będzie pilnował skróconego terminu zapłaty? Czy kary będą konsekwentnie naliczane i będą miały rzeczywiście mobilizujący charakter (nawet jeśli tak, będą dotyczyć tylko największych firm)? Co w sytuacji, kiedy współpracujące podmioty dogadają się na dłuższy termin spłaty faktury, np. 90-dniowy? Czy wtedy też zadziała ustawa wymuszając przelew po dwóch miesiącach? Ministerstwo mówi, że chce, żeby duże przedsiębiorstwa raz do roku składały sprawozdanie pokazujące, w jakim terminie płacą swoje faktury. Można mieć wątpliwości, czy takie rozwiązanie będzie skuteczne.

Nieco na przekór działaniom ministerstwa w I kwartale tego roku do 49 proc. spadł odsetek przedsiębiorstw, którym ich partnerzy biznesowi w ostatnich 6 miesiącach opóźnili płatności o ponad 60 dni (wg BIG). Czy przestraszyli się zapowiadanej ustawy? Raczej nie, po prostu mimo wszystko dość sprawnie funkcjonuje rynek finansowy. Działają też m.in. takie narzędzia jak faktoring, które skutecznie zmniejszają dolegliwości związane z zatorami. Faktoring jest więc jak bufor i mechanizm oczyszczający gospodarkę, a jego koszty od kilku lat spadają, my też je obniżyliśmy.

Ustawa pomoże ograniczyć zatory płatnicze i jest krokiem w dobrym kierunku, jednak naiwnością byłoby sądzić, że wraz z wejściem jej w życie opóźnienia w płatnościach zupełnie znikną. My, jako firma faktoringowa, również działamy zabezpieczająco – pilnujemy terminowości przelewów, przypominamy o nich płatnikowi. To także bardzo znacząco podnosi skuteczność egzekwowania należności i terminowego ich regulowania, pozwala oddalić niebezpieczeństwo zatorów finansowych, choć całkowicie ich nie eliminuje.

O co chodzi z tym sustainability?

Przedsiębiorcy coraz częściej, także w Polsce, stawiają na zrównoważony rozwój swoich firm. Czy to nowa „moda”, która wyprze działania CSR, czy raczej jest to model biznesowy, według którego powinno działać przedsiębiorstwo w 2019 r.? Chociaż nie jest to nowe zjawisko – w USA i na zachodzie Europy znane jest szerzej od niemal dwóch dekad, to jednak nie dorobiło się swojej jednoznacznej definicji. Nic dziwnego, ponieważ zrównoważony rozwój – z ang. sustainability – jest różnie rozumiany w biznesie. Jedna z definicji mówi o tym, że oznacza takie prowadzenie firmy, która zdecydowanie więcej wnosi w środowisko, gospodarkę i społeczeństwo niż czerpie z tych obszarów. Co to oznacza w praktyce i dlaczego branie przez przedsiębiorstwa odpowiedzialności za swoje działania jest ważne szczególnie dzisiaj, pokazuje doskonale przykład Grupy Intrum.

Małe dzieci – mały problem, duże dzieci – duży problem. Podobnie jest z firmami. Duże przedsiębiorstwa i korporacje tworzą największą liczbę miejsc pracy, ale także to one muszą dokładać większych starań, aby dbać o swój wizerunek jako atrakcyjnego pracodawcy i wdrażać coraz to nowsze narzędzia employer brandingowe. One również w związku ze swoją działalnością pozostawiają nieporównywalnie większy negatywny ślad w środowisku niż te mniejsze. Największym problemem są zanieczyszczenia powietrza powodowane przez zakłady produkcyjne czy te związane z funkcjonowaniem floty firmowych samolotów i samochodów. A na to patrzą nie tylko organizacje pozarządowe dbające o środowisko, aktywiści, ale przede wszystkim konsumenci, obecni i potencjalni klienci, którzy wymagają podejścia „eko” od swoich ulubionych marek. W związku z tym, firmy są niejako zmuszane, aby dbać o najbliższe otoczenie, w którym funkcjonują. Od firm, wymaga się również, aby działały na rzecz społeczeństwa. Branie przez nie udziału w akacjach charytatywnych, włączanie się w kampanie społeczne traktowane jest jako ich obowiązek, co oczywiście ma pozytywne strony.

sustainability zresztą nie chodzi o narzucenie przedsiębiorstwu jakiś odgórnych zasad działania. – To również „model” biznesowy, który jest „zdrowy” dla firmy. Aby przedsiębiorstwo mogło się rozwijać w sposób zrównoważony – a do tego dąży każda firma, bo jest to już potwierdzony przepis na sukces – osoby za nie odpowiedzialne muszą mieć świadomość związków, jakie zachodzą między jej działaniami, a zmianami, jakich dokonują w środowisku czy w społeczeństwie. Przedsiębiorstwa przeciwne zrównoważonemu rozwojowi dziś mają właściwie zerowe szanse na osiągniecie sukcesu – zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum.

Jak zatem zrealizować w praktyce „przykazania” zrównoważonego rozwoju, by przyniosły one zamierzone skutki?

Wiarygodność to podstawa

Jak zaznacza Agnieszka Surowiec, działania na rzecz zrównoważonego rozwoju nie odniosą sukcesu, jeżeli zostaną narzucone firmie i jej pracownikom z góry. Muszą one być spójne przede wszystkim z jej profilem działalności oraz tym, co przedsiębiorstwo reprezentuje, być ugruntowane w jej wartościach. – We wszystkich 25 krajach, w których obecne jest Intrum, także w Polsce,  wprowadzenie polityki zrównoważonego rozwoju nie było trudne, dlatego, że te działania mają solidną podstawę. Wynikają one wprost z misji i wizji naszej Grupy, naszych czterech wartości (Ethics, Empathy, Dedication, Solutions), a także z Kodeksu Postepowania Intrum, czyli wytycznych ważnych nie tylko dla naszych pracowników, ale i dostawców i wszystkich tych, z którymi współpracujemy – dodaje Agnieszka Surowiec. Działania firmy, która chce postawić na zrównoważony rozwój, muszą być nie tylko spójne z jej misją, ale także jej wizerunkiem. Konsumenci, szczególnie ci młodszej generacji, wyczuwają fałsz. Dlatego, przykładowo, bezsensowe jest przeznaczanie pieniędzy na kampanie społeczne mówiące np. o ochronie środowiska, jeśli wiadomo, że ta firma odnosi zyski dzięki odwrotnej postawie i nie zamierza zmieniać swojego podejścia.

Długofalowe działania zamiast jednorazowych akcji

Działania na rzecz zrównoważonego rozwoju muszą być działaniami prowadzonymi długofalowo i to z dwóch powodów. Jednorazowe akcje kierowane do społeczeństwa czy pracowników nie przyniosą trwałej, pożądanej zmiany. Nie przyniosą także na dłuższą metę korzyści samej firmie. Nie można bowiem ukrywać, że postawienie na zrównoważony rozwój opłaca się przedsiębiorstwom. Zwiększenie świadomości na temat marki, zbudowanie wokół niej społeczności lojalnych klientów, którzy docenią działania dodatkowe, to „efekt uboczny” zainwestowania w zrównoważony rozwój, ale będzie miał miejsce tylko wtedy, gdy wdroży się długofalowy plan działania, który będzie się konsekwentnie realizować.

Takich kroków firma nie musi podejmować w pojedynkę. Nie chodzi jednak przy tym tylko o np. włączanie się w akcje prowadzone przez organizacje pozarządowe. Warto również na poziomie lokalnym i międzynarodowym współpracować z podmiotami, które działają na rzecz zrównoważonego rozwoju. To jest szczególnie dobre dla firm, które dopiero poznają ten obszar, ponieważ na początek otrzymują jasne wskazówki, co mają robić, aby wpisać się w politykę sustainability. Grupa Intrum od 2016 r. jest sygnatariuszem inicjatywy ONZ Global Compact (największa na świecie inicjatywa na rzecz biznesu i wspierania zrównoważonego rozwoju) oraz jej dziesięciu zasad dotyczących praw człowieka, warunków pracy, środowiska i zwalczania korupcji. Są one wdrażane za pomocą wewnętrznych instrukcji firmy, które również regulują jej działania w zakresie zrównoważonego rozwoju. Intrum wspiera także Agendę 2030 oraz globalne cele rozwojowe ONZ.

Zrównoważony rozwój = prowadzenie biznesu A.D. 2019

Zrównoważony rozwój to nie tylko kwestia brania odpowiedzialności firmy za swoje działania, ale także wymóg biznesowy XXI wieku. Firmy-klienci wybierając swoich partnerów biznesowych, biorą nie tylko pod uwagę to, jakie produkty i usługi proponuje dane przedsiębiorstwo, ale także to, czy postępuje etycznie i jest odpowiedzialne społecznie. Nikt nie będzie chciał pracować z firmą, o której wiadomo, że ma np. problem z dbaniem o środowisko lub nie przestrzega podstawowych praw pracowniczych.

– W Intrum regularnie rozmawiamy z naszymi interesariuszami, udziałowcami i partnerami biznesowymi, dzięki którym na bieżąco możemy uzupełniać i weryfikować przyjętą strategię zrównoważonego rozwoju. Na rynku brytyjskim organizowaliśmy dla klientów dyskusje przy okrągłym stole, podczas których mieli oni możliwość wypowiedzenia się na temat kwestii związanych z zadłużaniem się i oferowanymi przez nas usługami. Na przestrzeni roku, regularnie spotykamy się z organizacjami reprezentującymi osoby zadłużone. By lepiej rozumieć oczekiwania naszych udziałowców i interesariuszy, w 2018 r. wśród wybranych podmiotów przeprowadziliśmy ankietę, w której oceniono kluczowe obszary zrównoważonego rozwoju. Za kwestie szczególnie ważne uznano: finanse przedsiębiorstwa, etykę korporacyjną, ochronę praw konsumenta, transparentność, zapobieganie korupcji oraz kwestię różnorodności w zespołach pracowników. Szczegółowe wnioski z tej ankiety zostały zawarte w raporcie Annual and Sustainability Report for 2018 i stanowią wytyczne dla Intrum, jeżeli chodzi dbanie o zrównoważony rozwój w 2019 r. – komentuje Agnieszka Surowiec.

Pracownicy, społeczeństwo i gospodarka – trzy filary zrównoważonego rozwoju

Rozmowy, które prowadzi Intrum z klientami, udziałowcami i interesariuszami pozwoliły wyłonić firmie trzy strategiczne obszary działań na rzecz zrównoważonego rozwoju. Są nimi: umożliwienie zrównoważonych płatnościzdobycie zaufania i uznania (zarówno klientów, konsumentów, jak i całego otoczenia biznesowego), rozwój (własnego przedsiębiorstwa, jak i całej gospodarki oraz społeczeństwa) poprzez tworzenie nowej jakości.

Jeżeli chodzi o pierwszy obszar – umożliwienie zrównoważonych płatności – Intrum dostrzega problem związany z regularnie rosnącym poziomem zadłużenia europejskiego społeczeństwa, co ma negatywny wpływ na całą gospodarkę. Nie mniejszym problemem są opóźnione płatności, na który narażona jest zdecydowana większość przedsiębiorców działających w Europie, nieotrzymujących na czas pieniędzy za swoje produkty i usługi. Jak zaznacza Agnieszka Surowiec: – Misją Grupy Intrum jest wyznaczanie drogi ku zdrowej gospodarce. Pomagamy naszym klientom utrzymać płynność finansową, zarządzamy ich wierzytelnościami. Co roku Intrum przeprowadza badanie na grupie 10 000 przedsiębiorców z całej Europy, by poznać ich potrzeby związane z tym obszarem. Regularnie analizujemy także kwestie związane zadłużaniem się mieszkańców starego kontynentu i ich podejście do wydawania pieniędzy. Edukujemy w zakresie finansów osobistych.

Przykładowo, w Belgii Intrum wspiera organizację, która działa m.in. na rzecz podniesienia świadomości w zakresie finansów osobistych wśród młodych obywateli. W Szwecji powstała mobilna aplikacja Spendido, która jest interaktywnym narzędziem dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych i ich nauczycieli, dzięki któremu mogą uzyskać wiedzę na temat zagadnień związanych z kredytami i zadłużeniem się. W Holandii, w zeszłym roku Intrum przeprowadziło siedem gościnnych wykładów w regionalnym centrum edukacyjnym (ROC) dla studentów w wieku 16-22 lat w zakresie finansów osobistych i zwyczajów płatniczych.

– Dostarczanie usług wysokiej jakości to jednak nie wszystko. Nasi pracownicy, klienci, partnerzy biznesowi czy po prostu osoby zadłużone, z którymi jesteśmy w stałym kontakcie, muszą darzyć nas zaufaniem (chociaż wydaje się, że w tym kontekście trafniejsze jest stwierdzenie, że musimy sobie na to zaufanie zasłużyć) i mieć pewność, działania, które podejmujemy, mają nieść dla nich realną wartość, poprawę – dodaje Agnieszka Surowiec.

Jak to osiąga firma? Poprzez działania, które skupiają się na dwóch obszarach. Część z nich skierowana jest do pracowników. Chodzi m.in. o działania employer brandingowe ukazujące Intrum jako atrakcyjnego pracodawcę, który dba o dobro pracowników i tematy, które są ważne dla zespołu (np. środowisko). Intrum także podejmuje szereg działach pokazujących, że to etyczna firma, która ma jasno określony kodeks postępowania i go przestrzega, dba o „czystość” zasad prowadzenia biznesu, prowadząc politykę antykorupcyjną i antymonopolową.

–  W całej Grupie, także w Intrum w Polsce, prowadzimy rozmowy z naszymi pracownikami, które pozwalają nam zrozumieć ich potrzeby i oczekiwania względem nas, jako ich pracodawcy. Właśnie zakończyliśmy tegoroczną edycję badania My voice, które m.in. analizuje poziom zadowolenia zespołu Intrum z pracy w organizacji. Bycie odpowiedzialnym i etycznym pracodawcą, tworzenie komfortowego miejsca pracy dla wszystkich pracowników oraz dawanie im możliwości rozwoju i zdobywania kolejnych umiejętności, to dla nas kompletna podstawa. Stawiamy również na budowanie zespołu zróżnicowanego pod względem płci i wieku, czyli zespołu zrównoważonego. Prawa człowieka, godne warunki pracy są dla nas ważne nie tylko w przypadku naszych wewnętrznych pracowników, ale także tych osób, z którymi mamy okazję współpracować na co dzień. Chodzi zarówno np. o podwykonawców, jak i o partnerów biznesowych. Te kwestie reguluje Kodeks Postępowania Intrum – wylicza Agnieszka Surowiec.

Pod tajemniczym zwrotem rozwój poprzez tworzenie nowej jakości kryją się dodatkowe działania prowadzone przez Intrum, które mają wnosić dodatkową wartość do społeczeństwa i gospodarki. – Naszym zdaniem odpowiedzialna firma 
w obecnym świecie nie powinna poprzestawać na rozwiązywaniu bieżących problemów, czy na dbaniu o status quo. Można dążyć do tworzenia narzędzi i rozwiązań, które przyczynią się do rozwoju społeczeństwa, sprawniejszego działania mechanizmów gospodarki i efektywniejszego dbania o środowisko, itp
. – zauważa Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum.

Na Węgrzech, Intrum pomaga dzieciom i dorosłym z rodzin zastępczych w kontynuowaniu edukacji. W Rumunii firma działa na rzecz organizacji ekologicznej: Let’s do it Romania oraz bierze udział w projekcie Free Miorita, którego celem jest udostępnienie energii odnawialnej dla osób, które nie posiadają dostępu do elektryczności. Z kolei Intrum w Polsce bierze udział w licznych inicjatywach charytatywnych. Co ważne, nie są to tylko działania organizacji, ale i oddolne akcje organizowane przez samych pracowników.

Czy odpowiedzialny i zrównoważony rozwój kosztuje?

Czy postawienie na zrównoważony rozwój musi wiązać z dużymi nakładami finansowymi, o co może być problemem dla mniejszych przedsiębiorstw? Niekoniecznie. Co więcej, nie trzeba dokonywać dużych zmian, tym bardziej rewolucji w dotychczasowym działaniu przedsiębiorstwa, aby zaczęło ono funkcjonować według zasad zrównoważonego rozwoju. Metoda małych kroków sprawdzi się najlepiej. Jeżeli chodzi o dbanie o środowisko, początkiem może być np. ustawienie w firmowej kuchni dedykowanych koszy do segregacji śmieci lub opłacenie pracownikom miesięcznych biletów komunikacji miejskiej, by nie musieli dojeżdżać własnymi samochodami do pracy i przyczyniać się do zanieczyszczania powietrza. Już na etapie rekrutacji nowych pracowników można zadbać o zróżnicowanie zespołu, co po pierwsze, jest zgodne z polityką sustainability, przede wszystkim, na co wskazują liczne badania – wpłynie pozytywnie na efektywność pracowników, a tym samym na prosperowanie firmy. Możliwości jest wiele.

Jak Polacy radzą sobie z niedzielami bez handlu? – raport z badania opinii publicznej

Niedziela bez handlu to temat ważny i aktualny dla Polaków, co pokazuje rekordowa liczba wyszukiwań w internecie. W sobotę, przed ostatnią pracującą niedzielą kwietnia, hasło „niedziela handlowa” było znów na 1. miejscu według analizy trendów Google. Od ponad roku pojawia się w każdy weekend (piątek-sobota) w rankingu TOP 10 najpopularniejszych fraz. Ustawowy zakaz handlu wpływa na życie codzienne wszystkich Polaków, ich wybory, styl życia, sposób spędzania czasu czy miejsce robienia zakupów. Dowodzą tego również wyniki najnowszych badań, przeprowadzonych przez dwie agencje badawcze – Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research i Danae. Przeprowadzona diagnoza społeczna miała na celu określić postawy Polaków w stosunku do zakazu handlu w niedzielę.

Obecne ograniczenia, zainicjowane w 2018 roku, to nie tylko zakaz robienia zakupów spożywczych, odzieżowych czy produktów do domu, których zakup trwa istotnie dłużej niż
w przypadku artykułów z kategorii FMCG. To również mniej możliwości w korzystaniu
(na przykład w centrach handlowych) z rozrywek czy usług gastronomicznych, na które brak czasu w dni pracujące. Jak pokazują badania zrealizowane przez SW Research i Danae wpływ tych zmian na nasze życie jest złożony i zależny od ról społecznych, które przyjmujemy. Ustawa[1] jest inaczej oceniana z perspektywy przedsiębiorcy, chcącego rozwinąć własny biznes, inaczej z punktu widzenia pracownika, stającego w niedzielę za ladą, a jeszcze inaczej z perspektywy konsumenta, który musi przeorganizować styl życia swój i całej swojej rodziny.

Poniższy materiał przedstawia wyniki cząstkowe z wywiadów pogłębionych zrealizowanych na dwóch grupach respondentów – przedsiębiorców oraz pracujących matek. Każdy temat jest uzupełniony badaniami ilościowymi na reprezentatywnej grupie Polaków. Cały projekt w konsekwencji ma zainicjować dialog społeczny, którego celem będzie wypracowanie rozwiązań, łączących interesy każdej ze stron.

Mały biznes traci w niedzielę

Jak wynika z badania ilościowego przeprowadzonego przez SW Research, około 45 proc. Polaków uważa, że zakaz handlu w niedzielę utrudnia prowadzenie biznesu małym przedsiębiorcom. Natomiast opinie przedsiębiorców wyrażane w wywiadach Danae pokazują, że zmiana liczby klientów i konsekwencje z tym związane pozostają w ścisłym związku z lokalizacją punktu handlowego czy usługowego. Na utratę części klientów, a tym samym obniżenie przychodów, wskazują głównie ci przedsiębiorcy, których lokale znajdują się w centrach handlowych.Infografika_zakaz handlu w niedzielę a mali przedsiębiorcy

Przedsiębiorcy zgodnie uznali, że w efekcie wprowadzenia i zwiększenia liczby niedziel wolnych od handlu najbardziej poszkodowani zostali właśnie najemcy mniejszych stoisk/wysp/lokali gastronomicznych w centrach handlowych. Z ich obserwacji wynika, że choć część klientów niedzielnych odwiedza obecnie galerie w soboty, to często ich wizyty przebiegają bardziej pospiesznie niż to miało miejsce wcześniej w niedziele, przychodzą
w konkretnym celu i nie korzystają tak chętnie z dodatkowych zakupów czy konsumpcji. Strat nie wyrównują nawet wydłużone godziny pracy w inne dni. – Sobota tego nie rekompensuje. Ta histeria (pospiesznych zakupów – przyp.) przesuwa się na Biedronkę lub Lidla, inne miejsca niż te nasze małe sklepy – twierdzi przedsiębiorca ze sklepu spożywczego.

Badani są przede wszystkim nastawieni na samodzielność, podmiotowość i działanie, a także sprzeciwiają się ingerowaniu państwa w ich działalność, a tak właśnie wielu z nich postrzega ograniczanie handlu w niedziele. – Nie pracowałam w markecie, ale wolałabym pójść w niedzielę do pracy i mieć wolne w tygodniu, odebrać dziecko ze szkoły wcześniej i odrobić z nim na spokojnie lekcje. – mówi właścicielka salonu kosmetycznego – Ta prorodzinna niedziela wygląda tak, że korzystają z nich tylko rodzice z małymi dziećmi, ale starszych już nie widać – dodaje.

Badani wskazywali, że każdy człowiek sam powinien móc zdecydować, w jaki sposób spędzi niedzielę i jeżeli chce spędzić ten dzień na zakupach, to powinien mieć taką możliwość. Niektórzy proponowali referendum. Inni podkreślali, że wspólne robienie zakupów i wspólna rozrywka czy posiłki w lokalach może być również integrujące dla rodziny.

Na pytanie, jakie zmiany wprowadził zakaz handlu w życiu rodzinnym, szefowa biura podróży odpowiada: – Wprowadził chaos, bo wydaje się, że tego czasu mam więcej, a de facto wcale go nie mam, bo muszę się bardzo starać, żeby zrobić wszystkie obowiązki w niedzielę i połączyć to z czasem dla rodziny. Zaburzył też tę harmonię przychodów w biznesie. Jest dopiero kwiecień, więc za szybko, żeby to ocenić w skali roku, ale trochę się obawiam jak to będzie wyglądało w kolejnych miesiącach. Czuję mniejszą stabilność w tym momencie.

Pracująca Matka

Infografika_możliwość pracy w niedzielePonad połowa Polaków (55 proc.) uważa, że każdy powinien mieć możliwość pracy w niedzielę, w tym 47 proc. twierdzi, że nie powinno być w tym zakresie żadnych ograniczeń – pokazują badania SW Research. Jedynie niewielki odsetek badanych wskazał, że możliwości pracy w niedzielę nie powinni mieć pracownicy handlu, czy osoby wychowujące dzieci (po 4 proc.). Ci ostatni, często wymieniani jako beneficjenci niehandlowych niedziel, zwrócili szczególną uwagę badaczy. W tym celu agencja badawcza Danae przeprowadziła wywiady z pracującymi matkami, aby sprawdzić, czy są one zwolenniczkami nowych regulacji, czy może wolałyby mieć możliwość wyboru.

Do tematu pracy w niedzielę matki podchodzą przede wszystkim realistycznie i praktycznie – nie kwestionują rzeczywistości, starają się sobie poradzić i zapewnić jak najlepsze warunki rodzinom, kładąc główny nacisk na kwestie organizacyjne, nie na emocjonalną ocenę sytuacji – Muszę teraz bardziej rozplanować sobie ten tydzień i często ta niedziela po prostu nie jest mi potrzebna jako dzień wolny. Tak, jak było u nas, że były 3 niedziele pracujące, jedna była wolna, to była akurat wystarczająca w zupełności – twierdzi pani Joanna z Pruszcza Gdańskiego.

Generalnie matki prowadzące własną działalność w handlu lub usługach, bardziej krytycznie odnosiły się do zwiększenia liczby wolnych niedziel, ponieważ przynoszą one realne straty
w ich biznesie, które przekładają się na poziom życia ich rodzin. Klienci bądź rezygnują z usług, bądź w większym zakresie korzystają z Internetu. Przy niehandlowych niedzielach dla części rodzin zakupy stały się logistycznym wyzwaniem.

Pani Monika pracuje obecnie w niemal każdą niedzielę handlową, ale wolałaby wrócić
do rozwiązania praktykowanego wcześniej w jej firmie, czyli dwóch niedziel pracujących
w grafiku przy wszystkich dniach handlowych. Jak twierdzi, miała wtedy czas wolny
na zrobienie większych zakupów: – Często wypada tak, że ja w tę jedną w miesiącu pracuję, więc jakby mam wszystkie niedziele pracujące. Wcześniej jak pracowaliśmy, że były 4 niedziele handlowe, to mieliśmy pół na pół, więc w moim odczuciu było to dużo wygodniejsze, bo miałam nawet czas, żeby zrobić zakupy, które muszę robić, posiadając rodzinę. – zapewnia.

Dwie strony medalu

Matki zatrudnione w firmach, szczególnie w handlu, mają różne spojrzenia na wprowadzenie wolnych niedziel. Dla części z nich jest to szansa na wspólne spędzenie czasu z bliskimi, posiadanie go wtedy, kiedy i reszta rodziny, co umożliwia całodzienne wycieczki czy wyjścia na różne uroczystości, które zazwyczaj odbywają się w niedzielę. Jednak nawet gdy deklarowały, że nie lubią chodzić w niedzielę do galerii handlowej, to przyznawały, że zdarzało im się to robić, np. na prośbę dzieci.

Inne matki zauważają, że wprowadzając niehandlowe niedziele, odebrano im możliwość spędzenia czasu w taki sposób, w jaki dotychczas lubiły ją spędzać – wybierając się na rodzinne zakupy, na które w tygodniu nie ma czasu, często połączone z wizytą w restauracji, czy w kinie. Na przykład pani Anna, pracująca na stacji benzynowej zauważa różnicę między pracą w niedzielę a w inne dni: – W tygodniu klienci przyjeżdżają i chcą być obsłużeni szybko, natomiast w weekendy przychodzą bardziej na kawę, posiedzieć. W tygodniu często ludzie umawiają się na jakieś spotkania, natomiast w weekendy przychodzą rodzice z dziećmi, bo np. jadą na rowerze i zatrzymują się po wodę. Nie ma takiego napięcia.

Niektórym matkom pracującym w niedzielę zmiany wręcz utrudniły organizację życia rodzinnego. Dla części z nich oznacza to większą troskę o zapewnienie opieki nad dziećmi w tygodniu, co jest jeszcze trudniejsze, jeśli obydwoje rodziców pracuje w trybie zmianowym. Pani Monika (pracująca w handlu) mówi: – Mam koleżankę w pracy, która chciałaby pracować w niedzielę, bo teraz muszą wszyscy razem siedzieć z dzieckiem, a tak to mogliby się wymieniać i łatwiej byłoby im pogodzić opiekę nad dziećmi. Łatwiej im było żonglować tą opieką, bo jedno pracowało w jeden weekend, drugie w drugi i ta opieka zawsze była.

Dodatkową stratą jest utrata dochodów – bonusów, które były przyznawane osobom pracującym w niedzielę: – Jest to dzień świąteczny i nawet jak ten dzień będzie wolny, to zawsze ktoś będzie chciał iść do pracy i wziąć więcej pieniążków – podsumowuje pani Eliza.

***

Przedstawione wyniki dotyczą badań ilościowych, które obejmowały 2 pytania, jak również 14 wywiadów jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostanie 7 pytań na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzenie 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.

[1] Ustawa z dnia 10 stycznia 2018 r. o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni (Dz.U. z 2019 r. poz. 466)

W II kwartale br. zamówienia rozbujają budownictwo i przemysł

II kwartał br. okazał się okresem wyczekiwanym przez wszystkie branże – po raz pierwszy od roku (od II kw. 2018) w każdej subindeks Barometru EFL[1]przekroczył próg OR[2] wynoszący 50 pkt. Co więcej, wszystkie branże oceniają swoją sytuację lepiej niż na początku tego roku. Odczyt dla budownictwa wyniósł 57 pkt., dla usług 54,4 pkt., dla transportu 53,8 pkt., dla handlu 51,8 pkt, a dla produkcji 51,1 pkt. Wyższe wartości wskaźników wynikają przede wszystkim z optymistycznych prognoz dotyczących sprzedaży. Eksperci EFL studzą jednak optymizm, gdyż wciąż są to wyniki dużo słabsze niż te z II kwartału 2018 i 2017 roku.

– Kondycja każdej branży jest wynikową kilku czynników, które najbardziej determinują działalność reprezentujących  ją firm. Te okoliczności z pewnością wpływają także na subiektywną ocenę sytuacji przedstawiciela biznesu. Na przykład w przypadku budownictwa istotne są czynniki związane z rokiem kalendarzowym. Sezon wiosenno-letni to czas, w którym ta branża wchodzi na pełne obroty. Wzrost obrotów w produkcji i handlu to często pochodna nastrojów konsumenckich, a te wśród Polaków są bardzo dobre, wzmacniane kolejnymi programami społecznymi. Ponadto, wartość branżowych subindeksów to także następstwo sytuacji gospodarczej w kraju, Unii Europejskiej czy u najważniejszych partnerów handlowych. Każdy właściciel firmy uważnie obserwuje to, co dzieje się wokół – jakie nastroje panują wśród zachodnich kontrahentów, jakie są ceny ropy, jak wygląda sytuacja na zagranicznych giełdach – i uwzględnia to w swoich prognozach i planach – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Budowlanka liczy na skokowy wzrost zamówień

W II kwartale br. subindeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt. i był wyższy o 3,8 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Choć jest to jeden z najlepszych odczytów branżowych w tym kwartale, wynik ten jest daleki od rekordowego z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na lepszy wynik wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Niemal połowa z nich spodziewa się wzrostu obrotów (47,5 proc.), dużo więcej niż na początku tego roku (18,8 proc.).

Firmy budowlane bardzo często posiłkują się leasingiem – przy pomocy tego rozwiązania swoje inwestycje jak sprzęt budowlany zamierza finansować ponad połowa firm (57,5 proc.).

W przemyśle dwa razy więcej sprzedażowych optymistów

Wartość subindeksu Barometru EFL dla produkcji w II kwartale br. wyniosła 51,1 pkt. Jest to wynik o 2,1 pkt. wyższy niż kwartał wcześniej (49 pkt.) Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to pochodna przede wszystkim pozytywnych prognoz w zakresie sprzedaży. 4 na 10 zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym spodziewa się wzrostu zamówień na swoje usługi. To ponad dwa razy lepszy wynik niż na początku roku, kiedy odsetek produkcyjnych optymistów wyniósł tylko 18 proc.

Warto jednak zwrócić uwagę, że produkcyjny subindeks z II kwartału br. wciąż należy do najniższych wyników w historii badania i daleko mu do rekordowych odczytów z II kwartału 2018 roku (62,8 pkt.) i 2017 roku (69 pkt.).

Firmy produkcyjne są jedną z dwóch branż, które najczęściej swoje inwestycje zamierzają sfinansować leasingiem (biorąc pod uwagę zewnętrzne instrumenty finansowe). Z tego narzędzia planuje korzystać 2 na 3 producentów (66 proc.).

Firmy handlowe umiarkowanymi optymistami

W II kwartale br. subindeks Barometru EFL  dla handlu wyniósł 51,8 pkt. Jest to wynik nieco lepszy niż w poprzednim kwartale (+3,6 pkt.). Tutaj, na głównym wskaźniku zaważyły lepsze niż kwartał wcześniej prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Po pierwsze, aż co piąta firma handlowa spodziewa się więcej inwestować (20 proc.). To o 6 p.p. lepszy wynik niż kwartał wcześniej. Przedstawiciele branży handlowej sygnalizują również wzrost zamówień. Więcej spodziewa się sprzedawać 33,3 proc. firm, co oznacza wzrost o 7,5 p.p. w porównaniu do I kwartału tego roku. Podobnie jednak jak w przypadku firm przemysłowych, odczyt z II kwartału br. daleki jest od rekordowych z analogicznego okresu w 2018 i 2017 roku (odpowiednio 61,1 pkt i 61,9 pkt.).

Firmy handlowe bardzo często posiłkują się leasingiem – przy pomocy tego rozwiązania swoje inwestycje zamierza finansować ponad połowa firm (56 proc.).

Firmy usługowe będą więcej inwestować

Subindeks Barometru EFL dla usług wyniósł 54,4 pkt. i był o 5,2 pkt. wyższy niż kwartał wcześniej. Jest to najlepszy wynik od roku (od II kwartału 2018 – 59,3 pkt.). Optymizm wśród firm reprezentujących ten sektor powrócił biorąc pod uwagę inwestycje i sprzedaż. Co trzecia firma usługowa planuje więcej inwestować (33,3 proc.), co jest wynikiem aż trzy razy lepszym niż kwartał wcześniej (10,3 proc.). W przypadku sprzedaży, odsetek optymistów wyniósł 31,4 proc., podczas gdy na początku roku 18,6 proc. Firmy usługowe należą do tych, którzy niemal w większości finansują swoją działalność ze środków własnych (96,4 proc.), następnie korzystają z ubezpieczenia majątku firmy (42 proc.), a potem z leasingu (35,5 proc.).

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 28.03- 05.04. 2019 r.

[2] Próg OR to poziom ograniczonego rozwoju firm z sektora MŚP, który wynosi co najmniej 50 pkt. w Barometrze EFL. Stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne.

Wtorek odwrotu może być zgubny

Strach inwestorów o impas w negocjacjach handlowych i działania odwetowe w polityce celnej przyćmiewa wszystkie inne tematy. Dziś mamy moment uspokojenia z pomocą lepszego humoru prezydenta Trumpa, ale pytaniem do przedyskutowania jest, czy wczorajsze załamanie nie pchnęło aktywów na drogę bez odwrotu?

Uspokojenie dziś przynoszą słowa Trumpa, który czuje, że negocjacje z Chinami się powiodą, a przekonamy się o tym za 3-4 tygodnie. Prezydenci USA i Chin prawdopodobnie spotkają się na szczycie G20 28-29 czerwca i wtedy możliwe byłoby oficjalne podpisanie porozumienia handlowego, więc to przynajmniej daje jakąś datę z nadzieją na zakończenie sporu. Ale teraz mamy 14 maja, co z perspektywy rynków finansowych jest wiecznością. Działania odwetowe Pekinu w postaci podwyższenia ceł na towary sprowadzane z USA miało miejsce mimo wcześniejszych ostrzeżeń Trumpa, by tak nie robić. Dodatkowe wstrząsy wywołały informacje, jakoby chińscy specjaliści dyskutowali nad potencjalną wyprzedażą posiadanych przez Chiny obligacji skarbowych USA. Wprawdzie całe to zaostrzenie stanowisk rzez obie strony może być tylko taktyką negocjacyjną i w rzeczywistości rozmowy na szczeblu szeregowych urzędników trwają w podobnej atmosferze, jak wcześniej, tak dla rynków widać głównie dolewanie oliwy do ognia. Obraz rynku zmienia każdy znaczny ruch cen, który prowadzi do przełamania poziomów technicznych lub naruszenia zabezpieczających zleceń stop loss. Jeśli straty zostały zrealizowane, później trudno wrócić do punktu wyjścia, jak gdyby nigdy nic. Wczoraj S&P500 spadł o 2,4 proc. i Wall Street zmierza do najgorszego maja od 50 lat. Jakkolwiek osobiście nie lubię historycznych porównań, a tym bardziej gardzę ocenianiem całego miesiąca zanim jeszcze minął półmetek, tak medialna otoczka obecnych zmian rynkowych jest ważnym czynnikiem kształtującym sentyment. Stąd jedno ciepłe słowo Trumpa o jego przeczuciach może się okazać niewystarczające, by odmienić rynkowy pesymizm.

Tak, jak istnieje powiedzenie „sell in May and go away”, tak samo istnieje określenie „wtorku odwrotu”. I tak samo wtorek odwrotu może być zgubny, jeśli rynek w głębi ducha pozostanie ostrożny i bardziej skory dalej podążać w rytmie awersji do ryzyka. Bilans ryzyk wokół wojen handlowych dalej wskazuje przewagę zagrożeń niż pozytywnych szans i w takim klimacie nie sądzę, aby inwestorzy odważyli się budować pro-ryzykowne pozycje. JPY i CHF wciąż są największymi beneficjentami obecnego zamieszania. Status USD jako bezpiecznej przystani jest zachwiany prze zaangażowanie USA w spór i groźby wyprzedaży długu. Mimo to siła USD będzie widoczna względem walut rynków wschodzących, choć to bardziej wyraz ucieczki od ryzykownych walut.

Wtorek przynosi sporo publikacji, choć żadna z nich nie jest największego kalibru. Przed południem przejściowo uwagę przykują CPI ze Szwecji, dane z brytyjskiego rynku pracy i niemiecki ZEW. Po południu otrzymamy saldo bieżące z Polski. Z USA otrzymamy drugorzędny raport o nastrojach małych przedsiębiorstw, a ważniejsze mogą być komentarze członków Fed. Wszytko to może okazać się niczym, jeśli znów zostaniemy zalani informacjami związanymi z wojnami handlowymi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek pracownika wydaje się być niezagrożony, nawet podczas osłabienia gospodarki

Rekordowo niskie bezrobocie, dobry stan gospodarki i starzenie się społeczeństwa ograniczają podaż pracowników. W efekcie ci ostatni wymuszają lepsze warunki zatrudnienia. Tej sytuacji nie zmieni nawet prognozowane pogorszenie koniunktury. Nawet jeśli mniej będzie nowych miejsc pracy, wciąż pozostaną tysiące wakatów. Rynek pracownika jest najbardziej widoczny w sektorze produkcji. Brakuje zarówno robotników wykwalifikowanych, jak i tych wykonujących proste prace. Najmniejszy wpływ na warunki zatrudnienia mają kandydaci na stanowiska w administracji publicznej i w budżetówce, gdzie zmiany wciąż krępuje gorset szeregu ustaw i regulacji. Ograniczone pole manewru mają też mieszkańcy regionów z wysokim poziomem bezrobocia. Ale właśnie tam biznes rozważa nowe inwestycje.

Wciąż mamy do czynienia z niedoborem rąk do pracy i w związku z tym z rynkiem pracowników. Ofert zatrudnienia jest dużo, ale chętnych znacznie mniej. To oznacza, że kandydaci oczekują wyższych pensji i lepszych warunków pracy. Przy ogromnej liczbie wakatów są rozchwytywani i mogą dyktować własne warunki. Jednak nic nie trwa wiecznie. Prędzej czy później sytuacja może się zmienić, choćby ze względu na cykle koniunkturalne.

– Już teraz widać symptomy, które mogą odwrócić lub zahamować obserwowany trend. Prognozowane spowolnienie gospodarki może zmniejszyć zapotrzebowanie przedsiębiorstw na kolejne rekrutacje. Tu ważne są sygnały nie tyle z polskiej, co z niemieckiej gospodarki. Jesteśmy z nią przecież silnie związani, a już napływają negatywne informacje o kondycji naszego zachodniego sąsiada – komentuje Mateusz Żydek z międzynarodowej agencji pracy tymczasowej Randstad Polska.

Zjawiska na niemieckim rynku zazwyczaj odbijają się na polskim. Jednak, jak stwierdza ekspert, wieści o nich ograniczają inwestycje w naszym kraju, choć głównie infrastrukturalnych, niekoniecznie związanych z rynkiem pracy. Wynika to stąd, że rezygnacja z pracownika jest trudniejsza niż odłożenie nowych przedsięwzięć. Z podjętych zobowiązań nie można się łatwo wycofać, co zatrudnionym daje poczucie większego bezpieczeństwa. Dlatego potencjalne pogorszenie koniunktury przynajmniej w najbliższych latach nie odbije się na rynku pracy.

– Z danych statystycznych widać, że na rynku pojawia się mniej nowych ofert zatrudnienia. Nie oznacza to jednak, że liczba wolnych miejsc spada – po prostu nie powstają nowe. Ale nawet wyhamowanie wzrostu gospodarczego nie spowoduje, że pracodawcy będą dyktować warunki. Wciąż potrzebują pracowników, a demografia raczej tutaj nie sprzyja. Starzejemy się i coraz więcej osób przechodzi na emerytury. Niepewny jest też los zatrudnionych w Polsce obcokrajowców, głównie tych z Ukrainy. Być może zaczną opuszczać Polskę zachęceni lepszymi ofertami w krajach zachodnich – wyjaśnia Mateusz Żydek.

Od czasu transformacji ustrojowej i wprowadzenia gospodarki rynkowej obserwujemy, że amplituda wahań zatrudnienia na rynku pracy stopniowo spada. Kiedyś silne wzrosty bezrobocia pozwalały przedsiębiorstwom dyktować warunki. A w najbliższych latach nawet jeśli ten poziom wzrośnie, to nie do np. 20%, jak było w przeszłości, ale w znacznie bardziej ograniczonym zakresie. To w dużej mierze wynika właśnie z problemów demograficznych, a nie tylko ze wzrostu gospodarczego. Spada bowiem liczba osób poszukujących zatrudnienia.

– Jednak wciąż nie możemy mówić, że rynek pracownika istnieje w całej Polsce. Mamy bardzo ograniczoną migrację osób poszukujących nowego zajęcia. To sprawia, że wciąż są regiony, gdzie poziom bezrobocia pozostaje dość wysoki, ponieważ brakuje tam pracodawców. Specyficznym zjawiskiem jest fakt, że mieszkańcom łatwiej pojechać w poszukiwaniu pracy do państw zachodnich niż przenieść się wewnątrz kraju, np. o sto kilometrów – przekonuje ekspert z Randstad Polska.

To problem wynikający m.in. z poziomu zamożności. Zmiana miejsca zamieszkania wiąże się z koniecznością wynajmu mieszkania, a polskie zarobki niekończenie pozwalają na takie wydatki. Tymczasem w rodzinnej miejscowości można mieć do dyspozycji np. dom po dziadkach. Co więcej, niewiele firm decyduje się na wsparcie migrujących „za chlebem”. Dotyczy to zwykle wąskich specjalizacji, w których panuje duży głód pracowników. Z drugiej strony, urzędy pracy oferują bony relokacyjne, czyli dopłatę do zamieszkania w nowym miejscu.

– Niedobór kadr wpływa na decyzje pracodawców w kwestiach inwestycyjnych. Mimo dobrej koniunktury gospodarczej rynek pracowników i duża liczba wakatów powodują, że firmy bardzo dokładnie analizują ryzyko w tym obszarze. Trudno stawiać nowe linie produkcyjne czy magazyny, jeśli nie da się skompletować załogi. Coraz częściej przedsiębiorstwa poszukują obszarów, w których dostępność kandydatów jest większa – stwierdza Mateusz Żydek.

Zdaniem eksperta, nowe warunki powodują, że rynek pracy znacznie dojrzał. Kandydaci są bardziej świadomi nowych możliwości. Nie dotyczy to tylko wyższych zarobków, ale także warunków zatrudnienia, zarówno pod względem narzędzi czy szkoleń, jak i relacji personalnych. Biznes już zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma powrotu do czasów, gdy wysokie bezrobocie pozwalało na dyktowanie dowolnych warunków pracy czy na zatrudnianie w szarej strefie.

– W większości branż króluje rynek pracowników. Najmocniej widać to zjawisko w branży produkcyjnej z powodu niedoboru robotników zarówno wykwalifikowanych, jak i niewykwalifikowanych. Dyktat pracowników najsłabiej przejawia się w sektorze administracji publicznej i ogólnie budżetówki. Wynika to z dużej formalizacji tej branży i regulacji ustawowych – podsumowuje ekspert z Randstad Polska.

Wojna handlowa między USA i Chinami nie będzie miała wielkiego wpływu na gospodarkę Polski

Ugoda, którą miały podpisać skłócone handlowo Stany Zjednoczone i Chiny, nie dojdzie do skutku. Obie strony negocjacji zmieniły zdanie co do warunków umowy. Prezydent Chin wycofał się z ugody, a amerykańska administracja powróciła do groźby nałożenia ceł na kolejne wymiany handlowe. Chiny boją się, że ugoda z USA doprowadzi do zmniejszenia popytu na ich technologie na rynku europejskim. Niestety trwająca wojna handlowa między tak dużymi gospodarkami ma wpływ na światowy handel, szczególnie na handel europejski. Otwarta i nastawiona na eksport gospodarka europejska ucierpi na znaczącym spowolnieniu wzrostu handlu międzynarodowego. Widać to na przykładzie recesji sektora przemysłowego w Niemczech. Jednak te negatywne okoliczności nie mają wielkiego wpływu na Polską gospodarkę.

– Tak długo, jak popyt wewnętrzny Unii Europejskiej radzi sobie dobrze, produkcja polskich firm nie jest zagrożona – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Polskiego. – Popyt krajowy nie spada, polskie firmy sprzedają tańsze alternatywy dla wielu produktów, a ich wyroby lądują bardzo często na rynku europejskim i niekoniecznie są sprzedawane dalej. Dlatego negatywne przełożenie się wojen handlowych na sytuację w Europie jest dosyć ograniczone i ma niewielki wpływ na sytuację w Polsce. Wciąż możemy mówić o wzroście gospodarczym w strefie euro zbliżonym do 1%. To niski poziom, ale odległy od recesji – podsumowuje swoją analizę Benecki.

Generacja Z najlepiej pracuje w hałasie, a najbardziej rozpraszają nas współpracownicy

Generacja Z jest najbardziej produktywna w hałaśliwym otoczeniu. Ale pokolenie powojennego wyżu, żeby skupić się na pracy, musi mieć absolutną ciszę. Największy rozpraszacz uwagi w pracy w otwartych przestrzeniach biurowych? Koledzy i koleżanki z biura.

Ponad połowa (55 proc.) pracowników z Generacji Z, czyli młodych ludzi urodzonych po 1995 roku, oraz 56 proc. Milenialsów twierdzi, że chce pracować w biurach typu open space (otwarta przestrzeń biurowa), pomimo związanych z tym zakłóceń. Wynika tak z nowego badania przeprowadzonego przez Future Workplace na zlecenie firmy Plantronics, Inc. (Obecnie Poly, NYSE: PLT). Wyniki pokazują, jak cztery pokolenia znajdujące obecnie się na rynku pracy myślą dziś o swoim środowisku pracy, w tym o tym co napędza ich produktywność, jak funkcjonują w biurze i jak radzą sobie z rozpraszaniem uwagi.

Kiedy zastanawiamy się, ile różnych stylów pracy i różnych pokoleń jest rzuconych razem w jedno miejsce, nic dziwnego, że prawie wszyscy mówią o rozpraszaniu uwagi w pracy – powiedziała Amy Barzdukas, CMO oraz Executive Vice President w Poly. – Równie oczywiste jest, że odpowiednie połączenie technologii i przyjaznego otoczenia może ułatwić koncentrację i poprawić wydajność – i o to właśnie proszą pracownicy.

Główne tezy raportu:

Ludzie w każdym wieku uwielbiają pracować w biurach – gdyby tylko nie musieli znosić hałaśliwych współpracowników.

  • Prawie wszyscy (99) pracownicy zgłaszają, że są rozpraszani podczas pracy.
  • Ponad połowa z nich twierdzi, że z powodu hałasu ma problemy z prowadzeniem rozmów telefonicznych (51) oraz utrudnia on im koncentrację (48 proc.).
  • Winni sią współpracownicy: dla 76 proc. wszystkich ankietowanych największym „rozpraszaczem” są rozmawiający zbyt głośno przez telefon, a dla 65 koledzy i koleżanki dyskutujący między sobą.
  • 93 proc. odczuwa frustrację, przynajmniej sporadycznie, z powodu rozproszenia uwagi podczas rozmowy telefonicznej lub wideo.

A jednak Generacja Z i Milenialsi nadal preferują  biura typu open space. Wynika to prawdopodobnie z ich lepszego dostosowania do pracy w hałaśliwym środowisku i większej chęci do współpracy z innymi pracownikami.

  • Połowa pracowników woli pracę w open space, a im młodsi, tym bardziej preferują taki układ – 55 pracowników z Generacji Z i 56 proc. Milenialsów preferuje biura otwarte w porównaniu z 47 proc. z Generacji X (osoby urodzone pomiędzy latami 1965 – 1980) i 38 proc. z pokolenia powojennego wyżu.
  • Ponad połowa badanych z grupy Generacji Z (52 proc.) twierdzi, że są najbardziej produktywni, gdy pracują w głośnym otoczeniu lub gdy mają możliwość rozmawiania. 60% wyżu powojennego twierdzi, że są najbardziej produktywni, gdy jest cicho.
  • Dwadzieścia procent Generacji Z spędza co najmniej połowę dnia na rozmowach telefonicznych, wideo lub grupowych, podczas gdy w ten sposób działa tylko 7 najstarszych pracowników.

Obecnie miliony ludzi z Generacji Z wchodzi na rynek pracy na całym świecie, a nasze badania wykazały, że ich style pracy różnią się znacznie w porównaniu z poprzednimi pokoleniami – powiedziała Jeanne Meister, założycielka Future Workplace. – Obecnie cztery pokolenia pracują pod jednym dachem, co zmusza firmy do ponownego rozważenia tradycyjnych definicji tego, co tworzy produktywne środowisko biurowe i jak ich pracownicy mogą najlepiej ze sobą współpracować.

W porównaniu z ich starszymi kolegami i koleżankami Generacja Z i Millenialsi są w stanie lepiej radzić sobie z rozpraszaniem uwagi.

  • 35 proc. Generacji Z używa słuchawek, aby poradzić sobie z hałasem, podczas gdy tylko 16 najstarszych pracowników robi to samo.
  • Czterech na dziesięciu milenialsów i „Zetek” przenosi się do wygodnych przestrzeni, wyposażonych w kanapy czy pufy. Przeciwnie robi pokolenie ich dziadków – pracuje głównie w przy biurku.
  • Trzy razy więcej pracowników z powojennego wyżu niż tych z Generacji Z przyznaje, że nie radzi sobie z problemami ze skupieniem w biurze.

Co warte podkreślenia, wyniki badania pokazują, że prawie trzy na cztery osoby pracowałyby w biurze więcej – i byłyby bardziej produktywne – gdyby pracodawcy robili więcej w celu zmniejszenia rozproszenia uwagi w miejscu pracy, dzięki współpracy między działem IT, HR i administracją budynku.

9 na 10 respondentów twierdzi, że hałas podczas rozmów telefonicznych frustruje ich, a większość pracowników uczestniczących w rozmowach telefonicznych i wideokonferencjach mówi, że rozproszenie można zminimalizować dzięki nowej technologii (56 proc.) i eliminacji hałasu tła (56 proc.). Ponad połowa pracowników twierdzi, że ich firma może zredukować problemy ze skupieniem poprzez ustanowienie cichych stref, ustalenie wytycznych dotyczących odpowiedniego poziomu hałasu i zmianę układu biura.

Metodologia badawcza

Wyniki badań są oparte na globalnym badaniu przeprowadzonym przez agencję Savanta w USA, Kanadzie, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Chinach, Australii, Nowej Zelandii, Japonii i Indiach w dniach 18-26 marca 2019 roku. W ramach tego badania 5150 respondentów zadano ogólne pytania dotyczące ich pracy w biurze oraz korzyści i problemów z niej wynikających . Badanie było skierowane do pracowników, którzy pracują co najmniej trzy dni w korporacyjnym środowisku biurowym i w organizacjach różnej wielkości. Wszyscy ankietowani przeszli proces podwójnego procesu weryfikacji (opt-in) i otrzymali średnio 300 punktów przed wzięciem udziału w ankietach.

Telehorse zmienia nazwę na Cannabis Poland i rozpoczyna działalność w branży konopi leczniczych

W dniu 13/05/2019 spółka notowana na NewConnect zmieniła nazwę na „Cannabis Poland SA”. Akcjonariusze podmiotu znanego dotychczas pod nazwą „Telehorse”, podjęli uchwały o zmianie  działalności na branżę konopną: jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się obecnie dziedzin w wielu krajach świata z USA i Kanadą na czele.

Podczas Walnego Zgromadzenia spółka uchwaliła także emisję z prawem poboru nie więcej niż 30.800.000 akcji w cenie 0,10 zł, co oznacza możliwość pozyskania 3.080.000,00 zł. Dzień prawa poboru akcji ustalono na 4 czerwca 2019 roku, a każdy akcjonariusz posiadający na koniec tego dnia akcje spółki, otrzyma 4 prawa poboru za każdą akcję.

Cannabis Poland planuje rozwój w dziedzinie produkcji i sprzedaży wyrobów farmaceutycznych i medycznych z głównym nastawieniem na produkty zawierające kannabinoidy wytwarzane z konopi siewnej, czyli gatunku konopi, który jest całkowicie legalny w Polsce.

Spółka planuje skupić swoją działalność na produkcji i dystrybucji urządzeń oraz olejków do waporyzacji (inhalacji) kannabinoidów, a także prowadzić prace badawcze nad nowymi produktami spełniającymi wymagania prawne. Warto dodać, iż od 1 listopada 2017 roku w Polsce dopuszczalne jest  stosowanie do celów leczniczych marihuany wytwarzanej z konopi indyjskich.

Spośród kilkuset substancji wykrytych w konopiach, kannabinoidy takie jak CBD, CBC, CBG, czy CBN posiadają silne właściwości zdrowotne. Dla przykładu kannabidiol (CBD) jest najczęściej uzyskiwany poprzez ekstrakcję dwutlenkiem węgla. W ten sposób otrzymuje się czyste CBD, które następnie może zostać przetworzone w olejek do podawania doustnego lub w jeden z typów koncentratów przeznaczonych do waporyzacji. Waporyzacja produktów bogatych w kannabinoidy jest uznawana za najbardziej skuteczną, efektywną i oszczędną metodę ich przyjmowania. Dzięki niej kannabinoidy dostają się bezpośrednio do krwiobiegu zaledwie w kilkanaście sekund.

Kannabinoidy są stosowane w kuracjach przeciwzapalnych, przeciwbólowych, przeciwlękowych, przeciwpsychotycznych i przeciwspazmatycznych. Znajdują zastosowanie w chorobie Alzheimera, stwardnieniu rozsianym, białaczce, cukrzycy, astmie, epilepsji, urazach rdzenia kręgowego, migrenie, terapiach odwykowych. Pomagają w bólach reumatycznych. Mają właściwości przeciwwymiotne i stymulujące apetyt, co ma zasadnicze znaczenie dla osób w trakcie chemioterapii. Mogą być również stosowane w procesie odwykowym przy walce z nałogiem palenia tytoniu.

Największe spółki z branży cannabis takie jak Canopy Growth, Aurora Cannabis czy Cronos Group są notowane na giełdach w Kanadzie i USA, a ich wyceny wynoszą odpowiednio 22 mld CAD, 11 mld CAD i 5 mld USD.

Według firmy Prohibition Partners wielkość rynku medycznego bazującego na konopiach szacowana jest w 2028 roku w Polsce na 2 mld EUR oraz na 58 mld EUR w całej Europie.

Napięcia handlowe na pierwszym planie

Po zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczącej podwyżki ceł na chiński import do USA z minionego weekendu rynki akcyjne na całym świecie zabarwiły się na kolor czerwony. Spadki rozlały się na wiele rynków, a informacje z frontu handlowego przysłoniły inne treści i przesądziły o obrazie całego tygodnia. Jak się okazało, obu stronom nie udało się dojść do porozumienia, a wyższe cła stały się faktem, jednak negocjacje będą kontynuowane, więc ten temat jeszcze długo może znajdować się w centrum uwagi inwestorów. Za oceanem indeks S&P500 spadł o -2,18%, DJIA o -2,12%, a indeks giełdy Nasdaq skurczył się o -3,03%. W Europie skala spadków również była znacząca. Niemiecki DAX stracił -2,84%, francuski CAC40 -3,99%, a brytyjski FTSE100 znalazł się -2,40% pod kreską. W sytuacji podwyższonej niepewności na rynkach oprócz spadków na giełdach, na rynkach zyskiwały obligacje oraz waluty, takie jak japoński jen i frank szwajcarski, uznawane za bezpieczne przystanie. Spadające rentowności obligacji na rynkach bazowych, przełożyły się na wzrost cen polskich obligacji skarbowych. W takim środowisku dobrze poradził sobie Superfund Obligacyjny, który w skali ostatniego tygodnia zyskał 0,26%.

W Polsce GPW zanotowała bardzo słaby tydzień, choć biorąc pod uwagę sytuację na rynkach globalnych, nie powinno to nikogo dziwić. Indeks szerokiego rynku WIG stracił aż -4,74%, w tym największe spółki spadły o -5,48%, a indeksy mniejszych i średnich spółek, sWIG80 i mWIG40, zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, -2,04% oraz -3,11%.

W tym tygodniu w Polsce czeka nas bogaty kalendarz makroekonomiczny. We wtorek zostaną opublikowane dane o bilansie płatniczym w marcu, w środę oprócz posiedzenia RPP, poznamy wartość PKB w pierwszym kwartale oraz finalny odczyt inflacji CPI w kwietniu, a w czwartek czeka nas odczyt inflacji bazowej. Na rynkach globalnych oprócz informacji z frontu handlowego, warto zwrócić uwagę na odczyt produkcji przemysłowej ze strefy euro we wtorek oraz indeks ZEW z gospodarki niemieckiej. W środę poznamy ważne dane z Chin oraz Stanów Zjednoczonych – produkcję przemysłową oraz sprzedaż detaliczną, a także niemiecki PKB.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Ronson Development prezentuje wyniki finansowe za 1 kw. 2019 r.

Ronson Development proponuje wypłatę 0,06 zł dywidendy na akcję z zysku za 2018 rok i prezentuje wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2019 roku.

  • Zarząd Ronson Development rekomenduje, by na wypłatę dywidendy z zysku za 2018 r. przeznaczyć 0,06 zł na akcję, czyli łącznie około 9,8 mln zł. Kwota ta odpowiada ponad 70% ubiegłorocznego zysku netto przypisanego akcjonariuszom Spółki.
  • W pierwszym kwartale 2019 r. Ronson Development uzyskał przychody w wysokości 66 mln zł, w tym 59,5 mln zł z tytułu przekazania klientom 132 lokali (w projektach objętych pełną konsolidacją) oraz 6,5 mln zł z tytułu sprzedaży działki we Wrocławiu. W analogicznym okresie ubiegłego roku Spółka rozpoznała przychody w łącznej wysokości 80,2 mln zł z tytułu przekazania nabywcom 234 lokali (w projektach objętych pełną konsolidacją).
  • Choć liczba przekazanych lokali w pierwszym kwartale br. była mniejsza niż pierwszym kwartale 2018 r., marża brutto z projektów mieszkaniowych znacząco wzrosła do poziomu 19,6% wobec 13,2% przed rokiem.
  • Wynik netto przypisany akcjonariuszom Ronson Development za I kwartał br. wyniósł 3,5 mln zł i był zbliżony do osiągniętego w analogicznym okresie 2018 r. (3,9 mln zł).

Ponad 70% ubiegłorocznego zysku netto na dywidendę

Zaproponowana przez zarząd Ronson Development wypłata dla akcjonariuszy została pozytywnie zaopiniowana przez radę nadzorczą dewelopera i jest zgodna z przyjętą w ubiegłym roku polityką dywidendową. Zakłada ona przeznaczanie na dywidendę kwoty wynoszącej 50% skonsolidowanego zysku netto, ale nie mniej niż 0,06 zł na akcję (około 9,8 mln zł). Zarząd zaproponował wypłatę dywidendy w takiej właśnie wysokości. Kwota ta odpowiada 73% ubiegłorocznego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej, który wyniósł 13,5 mln zł.

Nir Netzer, prezes Ronson Development
Nir Netzer, prezes Ronson Development

– Sytuacja finansowa Ronson Development jest stabilna, dlatego chcemy kontynuować praktykę dzielenia się wypracowanymi zyskami z naszymi akcjonariuszami – powiedział Nir Netzer, prezes Ronson Development.

Ostateczną decyzję w sprawie dywidendy za 2018 rok podejmie walne zgromadzenie akcjonariuszy spółki, którego zwołanie planowane jest na pierwszą połowę czerwca. Zarząd proponuje, aby dzień ustalenia prawda do dywidendy został wyznaczony na 18 czerwca, a jej wypłata nastąpiła 25 czerwca br.

Mieszkania z wyższą marżą

W pierwszym kwartale tego roku Ronson przekazał klientom łącznie 145 lokali, w tym 132 w projektach objętych pełną konsolidacją i 13 w projekcie City Link I i II, w którym udział Spółki wynosi 50%.

– Największy udział w przychodach i zyskach rozpoznanych w pierwszym kwartale tego roku miał projekt Miasto Moje na warszawskiej Białołęce, gdzie marża brutto na sprzedaży przekracza 22%. Średnia marża brutto na wszystkich lokalach przekazanych klientom w pierwszych trzech miesiącach tego roku wyniosła 19,6%. W analogicznym okresie ubiegłego roku przekazaliśmy nabywcom znacznie więcej mieszkań, ale średnia marża brutto wyniosła jedynie 13,2%, z uwagi na dwa projekty z blisko zerową marżą (Panoramika w Szczecinie i Młody Grunwald w Poznaniu). W efekcie, w pierwszym kwartale tego roku, mimo mniejszych przychodów, zanotowaliśmy wyraźną poprawę rentowności na poziomie zysku brutto na sprzedaży – wskazał Rami Geris, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

Na koniec I kwartału 2019 r. w już ukończonych projektach Spółki znajdowało się łącznie 357 lokali, które nie zostały jeszcze przekazane klientom, w tym 276 lokali było już sprzedanych, a 81 pozostawało w ofercie sprzedaży. Do końca tego roku Ronson Development planuje ponadto zakończyć realizację inwestycji obejmujących łącznie 741 lokali, spośród których 580 było już sprzedanych do marca br.

W całym 2019 r. Ronson planuje przekazać nabywcom około 800 lokali (wobec 764 w 2018 r.).

Dobry początek roku w sprzedaży

W pierwszym kwartale 2019 r. Ronson zakontraktował sprzedaż 174 lokali wobec 188 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Łączna wartość podpisanych umów była natomiast większa o 8% r/r i wyniosła 77,8 mln zł (wobec 71,9 mln zł w I kwartale 2018 r.).

– 174 sprzedanych lokali w pierwszym kwartale należy uznać za bardzo dobry rezultat, biorąc pod uwagę fakt, że rozpoczęliśmy ten rok z mocno wyprzedaną ofertą wynoszącą zaledwie 562 lokale. Wynik za pierwsze trzy miesiące br. był znacznie lepszy niż w ostatnim kwartale 2018 r. Od początku tego roku istotnie wzmocniliśmy i urozmaiciliśmy naszą ofertę i na koniec pierwszego kwartału obejmowała ona już 849 lokali. Biorąc pod uwagę kolejne ciekawe projekty w przygotowaniu, jesteśmy pozytywnie nastawieni, jeśli chodzi o realizację naszych planów, zakładających sprzedaż około 800 lokali w całym roku – wskazał Andrzej Gutowski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.

W I kwartale 2019 r. Ronson Development wystartował z budową trzech projektów obejmujących łącznie 461 lokali, a w całym bieżącym roku planuje rozpocząć realizację łącznie ośmiu inwestycji liczących w sumie ponad 1 000 lokali.

Kolejny etap Novej Królikarni w portfelu spółki

Lista nowych inwestycji, które Ronson Development uruchomi w tym roku, może się jeszcze wydłużyć. W kwietniu Spółka skorzystała bowiem z przysługującej jej opcji nabycia kolejnego etapu projektu Nova Królikarnia, zakładającego realizację 84 lokali o łącznej powierzchni około 9,2 tys. m2.

– Nova Królikarnia to najbardziej prestiżowy projekt w naszym portfelu. Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, jakie nam dotychczas przynosi, dlatego skorzystaliśmy z możliwości nabycia jego kolejnego etapu na atrakcyjnych warunkach. Rozważamy rozpoczęcie realizacji tego etapu jeszcze w tym roku – zapowiedział Nir Netzer.

Cyfryzacja również dla seniorów. Firmy muszą ich uwzględniać w swoich strategiach zmian

Cyfryzacja również dla seniorów. Firmy muszą ich uwzględniać w swoich strategiach zmian 8

Firmy, które nie wdrażają cyfrowej transformacji, mogą wkrótce zniknąć z rynku – uważa Szymon Włochowicz, członek zarządu firmy Hicron. Przestaną się liczyć zwłaszcza dla młodego pokolenia konsumentów, przyzwyczajonych do korzystania z technologii i internetu, którzy nie będą wkrótce zainteresowani usługami firm dostępnych tylko offline. Z drugiej strony marki nie powinny jednak lekceważyć starszych klientów. Ci są mniej obeznani z cyfrowymi narzędziami, ale to także istotna grupa rynkowa. 

Cyfryzacja wszystkich bez wyjątku procesów zachodzących w przedsiębiorstwie jest niemożliwa, ale trend ten będzie miał naprawdę kluczowe znaczenie. Jeśli teraz zignorujemy cyfryzację, to za kilka lat możemy zostać z przestarzałymi procesami w przestarzałych firmach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Włochowicz, dyrektor działu realizacji usług i członek zarządu Hicron.

Cyfrowa transformacja stała się dla biznesu priorytetem i koniecznością, niezależnie od branży i wielkości firmy. Potwierdzają to badania IDC, według których globalne wydatki na technologie i usługi umożliwiające cyfrową transformację sięgną 1,97 bln dol. w 2022 roku, rosnąc w tempie 16,7 proc. rocznie. IDC przewiduje, że już w przyszłym roku 30 proc. firm z listy Global 2000 będzie przeznaczać co najmniej 10 proc. swoich przychodów na realizację strategii cyfrowych.

Głównym obszarem, w którym firmy wykorzystują cyfrowe technologie, jest marketing i obsługa klientów. Nowe narzędzia pozwalają m.in. poprawić jakość usług i usprawnić komunikację. Jednak ekspert Hicron podkreśla, że zdigitalizowane mogą być w zasadzie wszystkie procesy zachodzące w przedsiębiorstwie: począwszy od łańcucha dostaw, który można w całości scyfryzować tak, aby przepływem materiałów zarządzał system informatyczny, a skończywszy na automatyzacji procesów zakupowych czy HR-owych, które mogą być w całości realizowane w sieci. Podobnie pracownicy mogą korzystać z rozwiązań IT i pracować z każdego zakątka świata.

Nie trzeba już iść do biura, żeby wykonywać swoją pracę. Dzięki narzędziom online możemy odnieść znaczne korzyści gospodarcze. Jeżeli nie wszyscy pracownicy muszą przebywać w biurze, to przedsiębiorstwo nie ma konieczności zapewniania im przestrzeni biurowej, dostępu do internetu itd. W ten sposób ogranicza koszty, notuje zyski, a przy tym pracownicy są szczęśliwi i chętni do pracy, bo mogą wykonywać swoje obowiązki skąd zechcą. Ten trend będzie wzrastał – mówi Szymon Włochowicz.

Cyfrową transformację napędzają oczekiwania konsumentów, zwłaszcza młodego pokolenia, które przywykło do nowych technologii i wychowało się na dostępie do internetu. Według ubiegłorocznych badań CBOS („Korzystanie z internetu 2018”) użytkownikami sieci jest prawie 100 proc. młodych Polaków w wieku 18–24 lata oraz 25–34 lata. W grupie wiekowej 35–44 lata ten odsetek wynosi z kolei 83 proc.

Młodzi napędzają zmianę, przy czym starsze pokolenie również zmienia swoje podejście – nie postrzega już cyfryzacji jako czegoś niebezpiecznego, dziwnego lub złego. Starsze osoby widzą płynące z niej korzyści. Doceniają to, że mogą robić zakupy w internecie albo za pomocą dwóch kliknięć myszy sprawdzić, który warsztat samochodowy cieszy się lepszą renomą. Bardzo szybko dostrzegają zyski płynące z cyfryzacji i przyjmują ją – mówi Szymon Włochowicz.

Jak podkreśla, dla firm istotną kwestią jest opracowywanie nowych rozwiązań w taki sposób, żeby były one przystępne również dla starszego pokolenia, mniej obytego z technologiami i internetem.

Łatwo jest zaprojektować sklep internetowy dla użytkowników mających doświadczenie w korzystaniu z takich stron jak Facebook, Google czy Amazon. Spróbujmy jednak zaprojektować sklep internetowy czy konfigurator dla uznanej marki samochodowej w taki sposób, żeby nieco starsze osoby były w stanie samodzielnie, za pierwszym czy drugim podejściem, skonfigurować swój samochód. To jest możliwe, ale wymaga przemyślenia. Konieczne jest przyjęcie podejścia, że tworzymy produkt dla osób, które nigdy wcześniej nie miały do czynienia z czymś podobnym – mówi Szymon Włochowicz.

Rosnącą adaptację nowych technologii wśród przedstawicieli starszego pokolenia widać m.in. na przekładzie e-commerce. Z danych GUS za ubiegły rok wynika, że w grupach wiekowych 55–64 oraz 65–74 lata odsetek kupujących w internecie wynosi kolejno 16 i 7 proc., jednak i wśród nich popularność zakupów w sieci istotnie wzrasta (wzrost z 13,3 i 5,3 proc. w ujęciu rocznym). Tegoroczny raport „InfoSenior” opracowany przez Związek Banków Polskich pokazuje z kolei, że aż 94 proc. polskich emerytów, którzy mają dostęp do sieci, aktywnie korzysta z bankowości elektronicznej. Marki powinny więc uwzględniać tę grupę w swoich rozwiązaniach.

– Warto zapewnić, żeby nasza marka czy sklep internetowy były łatwiej dostępne dla tych osób – podkreśla Szymon Włochowicz. – Ciekawym doświadczeniem jest obserwowanie, w jaki sposób użytkownicy nieobeznani z internetem korzystają z aplikacji. Warto znaleźć w swoim otoczeniu kogoś, kto nie ma zbyt dużego doświadczenia w użytkowaniu rozwiązań cyfrowych, i pokazać mu, nad czym aktualnie pracujemy, przyjrzeć się, w jaki sposób korzysta z projektowanego przez nas rozwiązania i wyciągnąć wnioski w kwestii ulepszeń, jakie możemy wprowadzić, aby stać się bardziej otwartymi na mniej doświadczonych użytkowników.

KGHM inwestuje w Hucie Miedzi Cedynia. Rusza nowa ekologiczna i innowacyjna inwestycja

0

KGHM inwestuje w Hucie Miedzi Cedynia. Rusza nowa ekologiczna i innowacyjna inwestycja 9

Spółka KGHM Polska Miedź otworzyła wartą 4,5 mln zł inwestycję w Hucie Miedzi Cedynia, dzięki której chce wzmocnić swój potencjał produkcyjny. Nowy Wydział Granulatu Miedzi będzie produkować surowiec w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie rynku na granulat miedziany, przeznaczony do produkcji stopów oraz w procesach galwanizacji. Inwestycja wpisuje się w strategiczne plany rozwoju spółki i – jak podkreśla wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski – umocni ją na pozycji europejskiego lidera. 

– KGHM jest spółką globalną i niekiedy łatwiej jej zdobyć szczyt, ale trudniej ten szczyt utrzymać. Od pewnego już czasu KGHM zaczyna się mocno na tym szczycie usadawiać i poprawia wyniki. Z jednej strony pomaga cena miedzi, ale nie udałoby się to bez właściwych decyzji o nowych inwestycjach, uporządkowaniu aktywów zagranicznych, ale również o nadaniu nowego impulsu rozwojowego KGHM-u, który jest liderem europejskim, ale i światowym. Myślę, że możemy mówić o KGHM jako o czempionie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Tobiszowski, wiceminister energii.

W ubiegłym roku zysk netto KGHM Polska Miedź SA wyniósł 2 mld zł. Jak podaje spółka, udało się również ustabilizować produkcję, zrobić przegląd aktywów w Polsce i za granicą, istotnie poprawić parametry Sierra Gorda, rozpocząć redukcję zadłużenia oraz uruchomić nowe inicjatywy rozwojowe. Plany na ten rok związane są m.in. z poprawą rentowności, parametrów finansowych oraz obniżaniem kosztów. Pośrednio przyczyni się do tego otwarcie inwestycji, jaką jest nowy wydział Huty Miedzi Cedynia (gmina Rudna w województwie dolnośląskim).

– W Hucie Cedynia produkujemy walcówkę, druty miedziane i granulat. Granulat jest produktem, na który zwiększa się popyt, dlatego w dość szybkim tempie zwiększyliśmy możliwość jego produkcji, budując hale oraz ustawiając maszyny w taki sposób, żeby odpowiedzieć na to zapotrzebowanie rynkowe –mówi Marcin Chludziński, prezes zarządu KGHM Polska Miedź. – To nie jest nasz ostatni krok, dlatego że wydłużenie łańcucha produkcji bardziej przetworzonych produktów miedzi jest naszym zamierzeniem strategicznym. Mamy już kolejne plany rozwojowe związane z Cedynią i większy wolumen produkcyjny.

Poszerzenie oferty Huty Miedzi Cedynia to inwestycja, która wynika ze strategii spółki na lata 2019–2023. Ma usprawnić i zintensyfikować pracę oraz odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie rynku na granulat z KGHM.

– To się w bardzo prosty sposób przekłada na sprzedaż. Wydajność nowej instalacji to 12 ton na dobę. Jeśli to przemnożymy, otrzymujemy konkretne wolumeny produkcyjne i sprzedażowe, które dają nam konkretne pieniądze przy bardzo zoptymalizowanych kosztach – mówi Marcin Chludziński.

– Dla KGHM-u to oznacza dołączenie do pewnego łańcucha wartości, bo Huta Miedzi Cedynia – przez stworzenie nowej linii produkcyjnej – dołożyła do swojej walcówki jeszcze granulat i zapełnia rynek swoim produktem. Bardzo mocno chcę też podkreślić nowoczesność, innowacyjność tej technologii i – co jest bardzo cenne – fakt, że tę technologię przygotowano i wdrożono dzięki pracownikom i inżynierom zatrudnionym w tej hucie – mówi Grzegorz Tobiszowski.

Otwarcie inwestycji zbiegło się w czasie z jubileuszem, ponieważ Huta Miedzi Cedynia rozpoczęła działalność dokładnie 40 lat temu. Obecnie jest największym zakładem przetwórstwa miedzi w Polsce oraz jedną z czterech największych walcowni miedzi w Europie. Tylko w ubiegłym roku wyprodukowała 248 tys. ton walcówki oraz 17 tys. ton drutu z miedzi beztlenowej i stopowej.

Huta przetwarza około 50 proc. miedzi wytwarzanej w Głogowie i Legnicy na walcówkę, drut i granulat miedziany, przeznaczony do produkcji stopów oraz procesów galwanizacji. Są to jednocześnie najbardziej przetworzone produkty z miedzi oferowane przez KGHM Polska Miedź SA.

– Ta inwestycja pokazuje, że umiemy w Polsce przekształcać ten tradycyjny przemysł w nowoczesny. Stajemy się krajem coraz bardziej uprzemysłowionym, który rozwija się poprzez reindustrializację i nowe technologie. To powoduje, że stajemy się jednym z ważniejszych gospodarczo krajów w Europie – mówi wiceminister energii.

Nowa inwestycja KGHM-u kosztowała ok. 4,5 mln zł. W hali posadowione są dwie, a docelowo będą trzy maszyny produkujące granulat, który stanowi pocięta w równych, powtarzających się odcinkach walcówka lub drut z wyrobów własnych, a proces jest realizowany praktycznie bezobsługowo. Co istotne, proces produkcji nie powoduje wytwarzania żadnych odpadów, pyłów ani cząstek poza produktem końcowym.

– Ta inwestycja jest na wskroś ekologiczna. Pokazujemy, że umiemy w polskim hutnictwie wdrażać inwestycje nowoczesne i ekologicznie, nieburzące ładu środowiskowego. KGHM w swojej strategii ma zapisany rozwój ekonomiczny, ale i ekologiczny. Trzeba trzymać kciuki, żeby ta konsekwencja była realizowana – mówi Grzegorz Tobiszowski.

Mistrzowie świata i Europy promują sport w szkołach. W mediach społecznościowych zachęcają uczniów podstawówek do aktywności fizycznej

Mistrzowie świata i Europy promują sport w szkołach. W mediach społecznościowych zachęcają uczniów podstawówek do aktywności fizycznej 10

200 szkół z całej Polski bierze udział w drugiej edycji programu Drużyna Energii, którego ideą jest promowanie sportu wśród uczniów polskich podstawówek. To istotne o tyle, że – jak pokazują statystyki – już co trzeci ośmiolatek w Polsce ma nadwagę. Stąd potrzebne jest zaangażowanie szkół i rodziców, ale promować sport, aktywność i zdrowe odżywianie wśród młodzieży pomagają też sukcesy polskich sportowców.

– Mamy nadzieję, że ten program wpłynie na lepszą kondycję młodzieży, bo – jak obserwujemy w szkołach – różnie z tym bywa. Tak naprawdę nie jest źle, ale do ideału bardzo dużo nam brakuje. Mamy świadomość, że telefony czy komputery zabierają młodzieży dużo czasu, a sport jest odkładany na później. Poprzez Drużynę Energii chcemy zachęcać młodzież do ruchu, do spełniania sportowych marzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Citko, były piłkarz i Ambasador Drużyny Energii.

Drużyna Energii to ogólnopolski program sportowo-edukacyjny skierowany do uczniów klas VI–VIII szkoły podstawowej, którego partnerami są Grupa Energa i New Balance. Główny cel to przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych. W tym celu akcja wykorzystuje internet i media społecznościowe.

Program wspierają znani i lubiani przez młode pokolenie ambasadorzy: piłkarz Marek Citko, siatkarz Krzysztof Ignaczak, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik, piłkarski freestyler Krzysztof Golonka, mistrzyni Europy w siatkówce Izabela Bełcik oraz najlepszy „dunker” świata Rafał Lipiński. Raz w miesiącu na stronie internetowej projektu ambasadorzy publikują 4 filmy z ćwiczeniami, które uczniowie muszą powtórzyć. Za każde wideo, w którym powtórzą trening mistrzów, szkoła otrzymuje punkty. Najlepsza podstawówka zyskuje miano zwycięzcy miesiąca i wygrywa wizytę ambasadorów, a także ma szansę na udział w Wielkim Finale, który odbędzie się w czerwcu na gdańskim Stadionie Energa.

– Obecnie w projekcie bierze udział 200 szkół. Dostajemy dwu- albo nawet trzykrotnie więcej filmików z ćwiczeniami niż w poprzedniej edycji. Każdego miesiąca mamy blisko 10 tys. nadesłanych nagrań – mówi Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego New Balance Polska.

Szkoła, która w danym miesiącu prześle najciekawsze nagranie, może liczyć na odwiedziny ambasadorów i wspólny trening. W kwietniu maksymalną liczbę filmów wysłało pięć szkół, dlatego o wygranej decydowały zaangażowanie i staranność wykonywanych zadań. Zwycięzcą okazała się szkoła podstawowa w Mrocznie w województwie warmińsko-mazurskim.

– Braliśmy udział już w pierwszej edycji Drużyny Energii i otarliśmy się o zwycięstwo w ostatnim etapie. Ale to nas zmobilizowało jeszcze bardziej, przystąpiliśmy do kolejnej edycji i mamy sukces. Lekcje z ambasadorami Drużyny Energii są wyjątkowym wydarzeniem, na które czekaliśmy – mówi Anna Wioletta Kamińska, nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Mrocznie.

– To jest dla nas wyjątkowe święto, które kosztowało nas dużo pracy, żebyśmy mogli gościć mistrzów świata i Europy. Spotykaliśmy się praktycznie codziennie, aby nagrywać filmiki – dodaje Dawid Rutkowski, nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Mrocznie.

Obecna edycja Drużyny Energii jest już drugą. W premierowej, ubiegłorocznej uczniowie przesłali łącznie ponad 20 tys. filmów z ćwiczeniami, a Drużyna Energii przejechała 2,2 tys. kilometrów, odwiedzając szkoły w Olszynach, Żorach, Gdyni, Kętrzynie i Łęgu Probostwie.

– Dotychczas byliśmy i w dużych szkołach, i w małych miejscowościach. Akurat teraz mieliśmy okazję przeprowadzić finał w jednej z mniejszych, ale atmosfera była niesamowita. Klimat i infrastruktura takich miejsc pozwalają przeprowadzić tutaj naprawdę niezapomniany event. Obecność lokalnych władz, frekwencja dzieciaków i rodziców wskazuje, że takie imprezy mają sens i są dużym wydarzeniem w skali regionu – mówi Robert Leszczyński.

W czwartym miesiącu zmagań ambasadorzy przygotowali dla uczniów kolejne ćwiczenia, które można znaleźć na stronie internetowej projektu.

– Mam nadzieję, że po tym programie więcej dzieci będzie ćwiczyło, a przede wszystkim niektóre uwierzą w siebie. My też jesteśmy z małych miejscowości, zaczynaliśmy w małych klubach, ale udało nam się osiągnąć szczyty sportu. Pokazujemy dzieciom, że przez taki trening, charakter, samozaparcie też mogą dojść bardzo wysoko – mówi Marek Citko.

Dane satelitarne wspierają pracę administracji publicznej. Urzędnicy będą szkoleni na temat sposobów ich wykorzystywania

Dane satelitarne wspierają pracę administracji publicznej. Urzędnicy będą szkoleni na temat sposobów ich wykorzystywania 11

Polski sektor kosmiczny szybko nadrabia zaległości względem państw Zachodu. Krajowe firmy są częścią międzynarodowego ekosystemu, uczestniczą w misjach kosmicznych i współpracują m.in. z NASA czy ESA. W Polsce dynamicznie rozwijają się kosmiczne takie specjalizacje, jak robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne. Duży odsetek przedsiębiorstw koncentruje swoją działalność na obszarze technologii satelitarnych, a jednym z głównych ich odbiorców jest administracja publiczna. W drugiej połowie roku Polska Agencja Kosmiczna przeszkoli urzędników administracji publicznej w zakresie wykorzystywania danych pochodzących z satelitów.

Nie mamy w kosmosie tak długiego doświadczenia jak kraje Europy Zachodniej i podmioty z państw zachodnioeuropejskich. Dlatego nadrabiamy innowacyjnością i pomysłowością. Na to kładziemy mocny akcent, stąd wiele programów akceleracyjnych, które pomagają młodym polskim firmom promować i rozwijać innowacyjne rozwiązania w sektorze lotniczo-kosmicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes mgr inż. Mariusz Kacprzak z Centrum Technologii Kosmicznych Instytutu Lotnictwa.

Wsparcie polskiego sektora kosmicznego to główny cel przyjętej przez rząd w 2017 roku Polskiej Strategii Kosmicznej. Zakłada ona m.in. zwiększenie udziału polskich firm w obrotach europejskiego sektora kosmicznego do 3 proc. w 2030 roku. Ta branża rozwija się w Polsce bardzo szybko – według MPiT jeszcze dwa lata temu w Polsce było około 30 firm działających w sektorze kosmicznych, podczas gdy obecnie jest ich ponad 300. Większość z nich współpracuje z międzynarodowymi agencjami (np. Astronika w ramach współpracy z NASA zaprojektowała próbnik kosmiczny dla marsjańskiej misji InSight), uczestniczy w misjach kosmicznych albo działa jako podwykonawcy największych globalnych podmiotów.

Do dynamicznego rozwoju sektora kosmicznego przyczyniło się m.in. przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej w końcówce 2012 roku. Jak podaje Polska Agencja Kosmiczna, polskie firmy i instytuty naukowo-badawcze efektywnie wykorzystały 6 lat członkostwa w ESA. Zrealizowały lub realizują dla europejskiej agencji około 330 kontraktów o łącznej wartości ponad 100 mln euro. Biorą też udział w prestiżowych misjach kosmicznych ESA, takich jak: Rosetta – na kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko, Cassini-Huygens – na Tytana, księżyc Saturna, Proba 3 – badająca zewnętrzną warstwę atmosfery słonecznej, ExoMars2016 czy JUICE – do księżyców Jowisza.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii kładzie bardzo duży nacisk na rozwój innowacyjnych rozwiązań. Nie da się ukryć, że inwestycje w branży kosmicznej są potrzebne i mówimy o setkach tysięcy, jeśli nie o milionach złotych. Żeby przejść od idei do komercyjnego rozwiązania, potrzebne są naprawdę duże inwestycje. Dlatego wsparcie państwa jest bardzo potrzebne – zarówno bezpośrednie środki, które pozwalają rozwinąć produkt, jak i umożliwienie polskim firmom uczestnictwa w międzynarodowych projektach – podkreśla Mariusz Kacprzak.

Opracowany przez Polską Agencję Kosmiczną Krajowy Program Kosmiczny na lata 2019–2021 zakłada wsparcie dla 54 uzupełniających się projektów, które przyczynią się do szybszego rozwoju tej branży w Polsce. Budżet programu wynosi 248,5 mln zł, a 40 proc. tych środków zostanie przeznaczonych na tzw. projekty duże, kluczowe dla osiągnięcia celu Polskiej Strategii Kosmicznej. Dotyczą one wsparcia polskiej kosmicznej misji naukowej, rozwoju krajowego systemu świadomości sytuacyjnej w kosmosie, programu projektów zamawianych, rozwoju infrastruktury oraz programu polskich rakiet suborbitalnych. Krajowy Program Kosmiczny zakłada też aktywną promocję polskiej branży kosmicznej oraz budowanie kompetencji i edukację przyszłych kadr dla sektora kosmicznego w Polsce.

Ekspert Centrum Technologii Kosmicznych podkreśla, że równie ważne jest też uczestnictwo polskich firm i jednostek naukowych podmiotów w międzynarodowych projektach. Tylko na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy Polska Agencja Kosmiczna została członkiem Europejskiego Konsorcjum ds. robotyki kosmicznej Peraspera oraz Konsorcjum SST, związanego ze śledzeniem śmieci kosmicznych zagrażających infrastrukturze w Kosmosie i na Ziemi. Umożliwi to polskim firmom udział w przedsięwzięciach finansowanych ze środków UE, których budżet w bieżącej i przyszłej perspektywie finansowej przekroczy 350 mln euro. Zauważa również, że o ile jeszcze kilka lat temu w polskim sektorze kosmicznym dominowały inwestycje ze środków publicznych, o tyle w tej chwili tendencja się odwraca.

Pojawiają się firmy, które inwestują własne środki, żeby rozwinąć produkty i dotrzeć do klientów. Są w Polsce podmioty, które świadczą usługi oparte na  analizie zdjęć satelitarnych, podmioty, które wykiełkowały w oparciu o własne finansowanie. Są też firmy, które zaczynają rozwijać satelity obserwacyjne –mówi Mariusz Kacprzak.

Jak podaje Polska Agencja Kosmiczna, w Polsce dynamicznie rozwijają się takie kosmiczne specjalizacje, jak robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne. Duży odsetek przedsiębiorstw koncentruje swoją działalność na obszarze technologii satelitarnych.

Z danych firmy badawczej P&S Research Market przytaczanych przez CloudFerro wynika, że globalny rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym szybko rośnie – w 2023 roku ma być wart już 5,2 mld dol. Dane dostarczane przez satelity krążące nad Ziemią mają cały szereg zastosowań, m.in. w monitorowaniu środowiska i zmian klimatycznych, w sektorze wydobywczym i rolniczym, w celach militarnych bądź gospodarce przestrzennej.

– Głównym odbiorcą przetworzeń danych satelitarnych są też jednostki administracji publicznej. Od kilku lat, systematycznie budujemy świadomość pracowników jednostek administracji publicznej i pokazujemy, że wykorzystanie danych satelitarnych ma realny wpływ na podniesienie efektywności pracy –podkreśla Mariusz Kacprzak.

Z badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Kosmiczną w ubiegłym roku wynika, że 72 proc. urzędników jest zainteresowanych szkoleniami, które dotyczą wykorzystywania danych satelitarnych w pracy administracji. Jako możliwości ich wykorzystania urzędnicy wskazywali najczęściej identyfikowanie zmian zagospodarowania przestrzennego (37 proc.), inwentaryzację działek rolnych (26 proc.), analizę hydrologiczną (18 proc.), określanie ryzyka i skutków powodzi (17 proc.), analizę roślinności (17 proc.), analizę meteorologiczną (17 proc.) oraz opracowywanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego (15 proc).

W drugiej połowie tego roku mają wystartować szkolenia agencji dla administracji publicznej w ramach projektu Sat4Envi. Ich celem będzie m.in. rozszerzenie wiedzy urzędników dotyczącej możliwości wykorzystania danych satelitarnych oraz kształcenie odpowiednich umiejętności – doboru, pozyskiwania i wykorzystania zobrazowań i usług satelitarnych.

Jest wiele przykładów zastosowania danych satelitarnych w różnych obszarach i gałęziach gospodarki. Polskie firmy oferują usługi m.in. dla leśnictwa, rolnictwa, zarządzania kryzysowego. To są obszary kluczowe, które mają największy potencjał, jeśli chodzi o wykorzystanie danych satelitarnych – mgr inż. Mariusz Kacprzak.

Poznań stawia na współdzielenie środków transportu. Miasto chce, żeby takie inicjatywy finansowały się same

Poznań stawia na współdzielenie środków transportu. Miasto chce, żeby takie inicjatywy finansowały się same 12

Obniżenie poziomu hałasu, ekologia, czystość powietrza i mniej korków – to główne powody, dla których miasta promują publiczną komunikację i rozwijają alternatywne formy transportu. Poznań stawia mocny akcent na współdzielenie – w stolicy Wielkopolski są już dostępne rowery, skutery, samochody i hulajnogi na minuty. Miasto dąży do modelu, w którym takie inicjatywy będą finansować się same, na zasadach czysto rynkowych.

– Stawiamy na ekologiczny i zrównoważony transport, dlatego przede wszystkim rozwijamy transport publiczny i zachęcamy do korzystania z niego. Współpracujemy też z podmiotami zewnętrznymi, które oferują alternatywne środki transportu, jak auta czy skutery współdzielone. Są to inicjatywy prowadzone w Poznaniu na zasadach czysto komercyjnych, rynkowych, nie w trybie współpracy z miastem, natomiast przy pełnym naszym wsparciu dla tego typu rozwiązań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Gosiewski, dyrektor Zarządu Transportu Miejskiego, UM w Poznaniu. – W naszym zakresie leży natomiast rozwój systemu roweru miejskiego.

Z początkiem marca w Poznaniu po raz ósmy ruszył system rowerów miejskich – w tym roku rozszerzony o jednoślady czwartej generacji, wyposażone w nadajniki GPS. Można je wypożyczyć za pośrednictwem aplikacji mobilnej i nie trzeba zostawiać ich w stacji dokującej, ale w dowolnym miejscu na terenie Poznania. Warto jednak oddawać te rowery w specjalnie wyznaczonych i oznakowanych strefach PRM 4G (jest ich ponad 100), bo wówczas użytkownik nie ponosi dodatkowej opłaty w wysokości 5 zł. Na początek Poznań udostępnił mieszkańcom 475 rowerów 4G, w tym 30 elektrycznych, których liczba co roku będzie zwiększana. W miejskim systemie funkcjonuje blisko 1,2 tys. rowerów 3G, bez nadajników, które można wypożyczyć w ponad 100 stacjach.

Jak podkreśla dyrektor ZTM w Poznaniu, miasto stawia mocny akcent na to, żeby zachęcać mieszkańców do korzystania z publicznej komunikacji i nowoczesnych form transportu. Obok współdzielonych rowerów promuje też m.in. carsharing. Wypożyczalni samochodów na minuty szybko przybywa w całej Polsce, podobnie jak użytkowników tej usługi. Zgodnie z analizami PwC („The five dimensions of automotive transformation”) w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu.

– Wykorzystanie pojazdów współdzielonych powoduje zdecydowanie zmniejszenie zatłoczenia i optymalizuje korzystanie z miejsc parkingowych. Nie ukrywajmy, liczba tych miejsc jest ograniczona, a miasto nie jest w stanie zapewnić ich wszystkim chętnym. Otwarta pozostaje dyskusja dotycząca wysokości opłat za parkowanie w ścisłym centrum. Natomiast korzystając z pojazdu współdzielonego, użytkownik dojeżdża do centrum miasta i parkuje ten pojazd w ramach swojej opłaty i nie przejmuje się kosztem parkowania, ponieważ pokrywa go operator. Z kolei operator zakłada, że w tym czasie kolejna osoba już z tego pojazdu skorzysta. Jest to z całą pewnością korzystne zarówno dla użytkowników, jak i dla miejskiego systemu transportowego – mówi Jan Gosiewski.

Nowością, która pojawiła się w Poznaniu w końcówce ubiegłego roku, są elektryczne hulajnogi. To kolejna – po rowerach, skuterach i samochodach – forma współdzielonego transportu. Stolica Wielkopolski jest trzecim po Warszawie i Wrocławiu miastem, w którym taką usługę uruchomiła firma Lime, umożliwiając mieszkańcom wypożyczenie jednego z 200 elektrycznych pojazdów za pośrednictwem aplikacji. Ich liczba ma być coraz większa.

Problemem są jednak kwestie prawno-formalne: hulajnogi nie mają stacji dokujących, po skończonej podróży można je zostawić w dowolnym miejscu. W praktyce są często porzucane np. na środku chodników czy ścieżek rowerowych. Z tym problemem boryka się także Warszawa.

– Jest to duża ciekawostka, która może być uzupełnieniem oferty przewozowej transportu publicznego. Umożliwia sprawniejsze i szybsze dotarcie np. do przystanku komunikacji miejskiej. Natomiast są pewne problemy związane z parkowaniem tych pojazdów, niedogodnościami dla pieszych czy osób niepełnosprawnych, jeżeli takie pojazdy są pozostawione w miejscach do tego nieprzeznaczonych. To jest kwestia wypracowania nowych nawyków, trochę większej kultury korzystania z tych pojazdów, zaangażowania operatora w zakresie monitorowania na bieżąco tej sytuacji – mówi Jan Gosiewski.

Z ubiegłorocznego raportu „Mobility as a Service PL”, przygotowanego przez Straal i fundację Digital Poland, wynika, że współdzielone rowery i samochody to dwie najpopularniejsze na polskim rynku formy transportu oparte na sharing economy. Rowery na minuty to rozwiązanie znane 90 proc. Polaków, a współdzielone samochody – 68 proc. Natomiast z usługą wynajmu elektrycznego skutera lub hulajnogi na minuty zetknęło się 28 proc. Polaków.

– W obszarze alternatywnych form transportu jesteśmy otwarci na wszelkie możliwości. Dążymy do takiego modelu, w którym będą to inicjatywy samofinansujące się na zasadach rynkowych, więc pozostajemy otwarci na kreatywność podmiotów, które te usługi będą chciały zaoferować – mówi Jan Gosiewski.

Historię choroby będzie można przechowywać w aplikacji mobilnej. Dzięki takiemu rozwiązaniu lekarze zyskają więcej czasu dla pacjentów

Historię choroby będzie można przechowywać w aplikacji mobilnej. Dzięki takiemu rozwiązaniu lekarze zyskają więcej czasu dla pacjentów 13

W Polsce wizyta lekarska trwa średnio nieco ponad 10 minut. Dzięki aplikacji gromadzącej historię leczenia skróci się czas, jaki lekarz poświęca w jej trakcie na wypełnienie dokumentów i wstępny wywiad. Umożliwi to poświęcenie czasu na leczenie chorego. Jednocześnie szacuje się, że do 2022 roku urządzenia i rozwiązania mobilne staną się powszechnie wykorzystywane w leczeniu pacjentów. Elektroniczna dokumentacja przechowywana w chmurze będzie jednym z najistotniejszych trendów.

W badaniu przeprowadzonym przez Zebra Technologies w 2018 r. oszacowano, że do 2022 r. 97 proc. pielęgniarek szpitalnych i 98 proc. lekarzy szpitalnych będzie korzystać z urządzeń mobilnych w leczeniu pacjentów. Urządzenia te pomagają już pielęgniarkom zmniejszyć błędy w podawaniu leków, pomagają w etykietowaniu próbek i redukują możliwe do uniknięcia błędy medyczne. Jednocześnie za kierunek rozwoju mobilnej medycyny twórcy raportu uznali korzystanie z urządzeń mobilnych w celu uzyskania dostępu do baz danych medycznych i leków, wyników laboratoryjnych i elektronicznych kart zdrowia.

– SynappseHealth  to miejsce do przechowywania, analizowania i wyciągania wniosków z danych medycznych. To, do czego chcemy doprowadzić, to to, żeby wszystkie dane, które są w szpitalach, w klinikach czy u dentysty, znajdowały się w jednym miejscu i żeby można było przechowywać wszystkie dane medyczne w jednej aplikacji i wykorzystywać te informacje u wszystkich lekarzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sebastian Suchanowski, założyciel SynappseHealth.

Brak digitalizacji danych o pacjentach i szerszego do nich dostępu sprawiają, że dużą część pierwszej wizyty lekarskiej zajmuje obecnie wypełnienie dokumentacji i przeprowadzenie wywiadu, w którym lekarz zbiera informacje ogólne o stanie zdrowia pacjenta. Jednocześnie z analizy opublikowanej w British Medical Journal wynika, że w Polsce wizyta lekarska trwa średnio nieco ponad 10 minut. Biorąc pod uwagę czas potrzebny na zebranie informacji, realny czas przeznaczany na diagnozowanie i leczenie jest niewystarczający. Dla porównania w Szwecji wizyta trwa średnio ponad 22 minuty.

– Lekarze spędzają za dużo czasu na papierologii, na tworzeniu dokumentacji, która jest tak naprawdę im niepotrzebna w danym momencie. Ponadto obecnie w ogóle nie istnieje wymiana danych między klinikami a szpitalami – twierdzi ekspert.

Wdrożenie aplikacji, w której dane medyczne są zebrane w jednym miejscu, może wydłużyć czas, jaki lekarz poświęca podczas wizyty na diagnozę.

– Lekarz podczas wizyty ma możliwość uruchomienia systemu SynappseHealth na swoim komputerze. Gdy w gabinecie lekarskim komputera nie ma, użytkownik może udostępnić dane za pomocą aplikacji. Może też po prostu wyjąć telefon i na podstawie ustawienia odpowiednich filtrów może odpowiednie dane lekarzowi pokazać na telefonie bądź je po prostu przeczytać – wyjaśnia Sebastian Suchanowski.

Oprócz zadania podstawowego, jakim jest możliwość udostępnienia lekarzowi skoncentrowanych danych podczas wizyty, rozwiązanie takie może być przydatne również w sytuacjach nagłych. Bardzo często ratownicy i medycy nie mają w takich przypadkach wiedzy o czynnikach stanowiących o zagrożeniu życia. Zaledwie niewielka część osób przewlekle chorych nosi opaski informacyjne czy kartkę, na której spisane są przyjmowane przez nie leki lub kontakt do lekarza prowadzącego.

– W przypadku, gdy mamy do czynienia z osobą, która została poszkodowana w jakimś wypadku, jest nieprzytomna bądź też straciła pamięć na chwilę, możemy taką osobę zidentyfikować za pomocą, czy to numeru PESEL, czy też imienia i nazwiska. Wtedy możemy uzyskać dostęp do danych, takich jak grupa krwi czy uczulenia, które mogą być krytyczne w przypadku potrącenia bądź też zagrożenia zdrowia lub życia – mówi założyciel SynappseHealth.

Tymczasem w USA rozwijany jest projekt, w ramach którego trzy nowojorskie ośrodki zdrowia wdrażają zintegrowaną elektroniczną dokumentację medyczną „Epic”. Do 2022 roku wszyscy lekarze z placówek mają mieć dostęp do wspólnej platformy. Epic zapewni pacjentom dostęp do bezpiecznego portalu, który umożliwi komunikowanie się z lekarzem i jego gabinetem, planowanie terminów, żądanie uzupełniania leków i łatwiejsze zarządzanie ogólną dokumentacją medyczną.

Projekt polskich twórców jest w fazie kończenia pierwszej wersji aplikacji mobilnej. Będzie w niej można przechowywać historię choroby. Znajdą się tam dane z wizyt lekarskich, objawów, diagnoz czy cen wizyt lekarskich. Obecnie przygotowywana jest wersja aplikacji na smartfony z systemem iOS i na komputery.

Ekologiczny beton może się okazać rewolucją w budownictwie i walce ze smogiem. Nie tylko oczyszcza powietrze, lecz także sam dłużej zachowuje czystość

Ekologiczny beton może się okazać rewolucją w budownictwie i walce ze smogiem. Nie tylko oczyszcza powietrze, lecz także sam dłużej zachowuje czystość 14

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń i gadżetów, które mają pomóc w oczyszczaniu powietrza. To nie tylko popularne maski antysmogowe, lecz także zasłony oczyszczające powietrze pod wpływem światła na zasadzie fotosyntezy czy specjalne antysmogowe kołyski. Niedługo jednak ich rola może być znacznie mniejsza, bo dzięki nowoczesnym technologiom właściwości oczyszczania powietrza może mieć beton. Dzięki użyciu w produkcji nanometrycznego dwutlenku tytanu utlenia szkodliwe tlenki azotu zawarte w spalinach. Taki cement może być stosowny m.in. w kostce brukowej, dachówkach czy panelach elewacyjnych. 

Według raportu WHO spośród pięćdziesięciu miast Unii Europejskiej z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem aż trzydzieści trzy znajdują się w Polsce. Europejska Agencja Środowiska wskazuje zaś, że tylko w latach 2013–2016 w wyniku podwyższonego stężenia NO2 przedwcześnie zmarło w Polsce 1,7 tys. osób. Zanieczyszczone powietrze dostaje się również do wnętrza domów i mieszkań. To wszystko sprawia, że zdecydowana większość mieszkańców, zwłaszcza w miastach, inwestuje w urządzenia do oczyszczania powietrza czy gadżety chroniące przed zanieczyszczeniami.

Coraz częściej funkcję walki z zanieczyszczeniami pełni infrastruktura – np. pochłaniające smog chodniki czy elewacje. Jest to możliwe dzięki rewolucyjnej technologii z wykorzystaniem ditlenku tytanu TiO2.

– Cement zmieszany z ditlenkem tytanu ma możliwość oczyszczania powietrza, oczyszczania ze związków azotu, które są bardzo niebezpieczne dla naszego zdrowia. A przy naszych problemach ze smogiem to zostało dostrzeżone – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Jan Deja z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Opracowanie „Fotakatalityczne właściwości betonu zawierającego cement TioCem” przygotowane przez Marcina Sokołowskiego i Zbigniewa Giergicznego wskazuje, że nanokrystaliczny ditlenek tytanu TiO2 pod wpływem promieniowania UV,ulega aktywacji. W dalszej fazie na powierzchni betonu zawierającego TiO2 tworzą się rodniki wodorotlenowe oraz jony tlenowe, które mają silne właściwości utleniające. W efekcie naturalny proces utleniania jest znacznie szybszy, a przy tym szybciej rozpadają się szkodliwe związki, które znajdują się w powietrzu i zanieczyszczają powierzchnię betonu.

TiO2 redukuje szkodliwe tlenki azotu NOx, obecne w spalinach emitowanych przez silniki pojazdów. Na koniec procesu na powierzchni betonu tworzy się kwas azotowy, a następnie sole neutralizowane i spłukiwane przez deszcz. Z jednej strony, dzięki takiemu rozwiązaniu czystsze staje się powietrze, ale też cement dłużej zachowuje czystość.

– Mamy już w Warszawie przykłady zastosowania betonu z dodatkiem TiO2, czyli tlenku, który pochłania NOx-y. Nastawienie inwestorów na przyjazne środowisku rozwiązania techniczne i architektoniczne będą powodowały, że tych surowców czy też materiałów będzie stosowanych coraz więcej. Jest to rzeczywiście dobry przykład zastosowania materiału, betonu, który potrafi redukować emisję NOx-ów – przekonuje Ernest Jelito, prezes  i dyrektor generalny Górażdże Cement.

Pojawiają się już pierwsze rozwiązania w infrastrukturze miejskiej betonu z dodatkiem TiO2. W Warszawie już od 2018 roku przy Rondzie Daszyńskiego powstał pierwszy antysmogowy chodnik. Badania wykazały, że na terenie w pobliżu chodnika jest o ok. 30 proc. mniej tlenku azotu niż w innych miastach. W warunkach laboratoryjnych redukcja NOx sięga nawet 70 proc. Kolejne antysmogowe chodniki mają się pojawić w stolicy jeszcze w tym roku (fragmenty al. Lotników, al. Wojska Polskiego, al. Solidarności, ul. Zawodzie oraz ciągu ulic Czecha i Sejmikowa).

Także w województwie podkarpackim powstał ekologiczny chodnik, gdzie kostka brukowa została wyprodukowana z cementu zawierającego ditlenek tytanu. W Krakowie powstał zaś budynek, którego elewację pokryto płytami z betonu architektonicznego na bazie cementu fotokatalitycznego. Z wykorzystaniem tej technologii produkowane są też dachówki. Może się też sprawdzić przy ekranach dźwiękoszczelnych.

– Cieszy mnie, że ten efekt fotokatalityczny, związany z obecnością TiO2 w wierzchniej warstwie betonu, został dostrzeżony. Świadomość społeczna wzrosła na tyle, że ludzie zaczynają dostrzegać  te pozytywne efekty związane z betonem – zaznacza prof. Jan Deja.

Według analityków Grand View Research do 2025 r. globalny rynek rozwiązań opartych na ditlenku tytanu ma osiągnąć wartość  ponad 28 mld dol.

Kolejny etap prac poszukiwawczych Grupy ORLEN na Podkarpaciu

Pod koniec 2020 r. Grupa ORLEN planuje uruchomienie produkcji gazu ze złoża na Podkarpaciu. Właśnie rozpoczęło się wiercenie drugiego otworu – odwiertu Bystrowice OU-2. Jego cel to przetestowanie nowych horyzontów z gazem, jak i dalsze rozpoznanie odwiertu Bystrowice OU-1.Podkarpacie_foto_jeden

Prace wiertnicze prowadzone są na nowoodkrytym złożu gazu ziemnego w gminie Roźwienica, województwo podkarpackie. Realizowany otwór będzie miał głębokość 2050 m, a wiercenie wraz z pracami pomocniczymi potrwa około 90 dni. Złoże gazu ziemnego Bystrowice jest wielohoryzontowe, a nagromadzenia gazu występują w utworach miocenu oraz w jego podłożu. Uruchomienie produkcji gazu planowane jest na koniec 2020 roku.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

– Eksploatując obiecujące złoża na Podkarpaciu myślimy nie tylko o zyskach, lecz także o bezpieczeństwie energetycznym kraju. Dlatego właśnie prowadzimy dalsze prace poszukiwawczo-badawcze w tym rejonie. Już widzimy, że nasza strategia wydobywcza przynosi wymierne efekty – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Zasoby wydobywalne złoża Bystrowice zostały oszacowane na poziomie 2 mld m3 wysokometanowego gazu ziemnego o ponad 98 procentowej zawartości metanu. Wydobycie ze złoża może trwać minimum 10 lat. Dokładne dane będzie można podać po przeprowadzeniu m.in. testów produkcyjnych wszystkich horyzontów gazonośnych. W 2019 r. planowane jest wiercenie jeszcze jednego otworu, Bystrowice OU-3 w obrębie odkrytego złoża. Niezależnie od rozpoznania złoża Bystrowice, Spółka kontynuuje prace poszukiwawcze na tej koncesji, właśnie zakończyła akwizycję nowych danych sejsmicznych 3D.

Obecnie grupa ORLEN Upstream prowadzi działalność w Polsce (ORLEN Upstream, FX Energy Poland) oraz Kanadzie (ORLEN Upstream Canada). W I kwartale 2019 roku średnio wydobywała 18,8 tys. boe/d, a zasoby na koniec 2018 roku oszacowano na poziomie 211 mln boe.

W sektorze upstream Grupa ORLEN planuje zwiększenie poziomu produkcji oraz koncentrację na dobrej jakości aktywach i najbardziej rentownych projektach. Podejmowane działania umożliwiają elastyczne reagowanie na zmiany zachodzące na rynku ropy i gazu, poprzez dostosowywanie działalności do sytuacji makroekonomicznej.

Zarówno ON i Pb95, jak i LPG drożeją

Średnie ceny detaliczne paliw na polskich stacjach 13 maja 2019 r. ukształtowały się na poziomie: olej napędowy 5,20 zł/l; benzyna 95-oktanowa 5,24 zł/l i autogaz 2,23 zł/l*

Najtańszy olej napędowy ma woj. śląskie: 5,15 zł/l (+2 gr/l przez ostatnie 7 dni); najdroższy lubuskie: 5,24 zł/l (-2 gr/l). Największe zmiany ceny detalicznej ON, jaką odnotowujemy w tym tygodniu, to mazowieckie: +5 gr/l przy średniej 5,23 zł/l.

Śląskie to też najtańsza benzyna: średnia 5,19 zł/l (b.z.), a zachodniopomorskie najdroższa: 5,30 zł/l (+7 gr/l). Największe zmiany ceny detalicznej Pb95, jaką odnotowujemy w tym tygodniu, to podlaskie: +9 gr/l przy średniej 5,27 zł/l.

Podkarpackie to z kolei najtańszy autogaz: 2,16 zł/l (-1 gr/l), a zachodniopomorskie najdroższy: 2,35 zł/l (+4 gr/l). Największe zmiany ceny detalicznej Pb95, jaką odnotowujemy w tym tygodniu, to mazowieckie: +5 gr/l przy średniej 2,30 zł/l.

* Zestawienie sporządzone wg monitoringu cen paliw prowadzonego przez Biuro Polskiej Izby Paliw Płynnych notowanie z 13 maja 2019 r.)

Brytyjska firma Four Eyes Insight i polska spółka Future Processing realizują projekt rewolucjonizujący wykorzystanie szpitalnych sal operacyjnych

Four Eyes Insight oraz polska spółka technologiczna Future Processing znalazły się wśród laureatów nagrody Real IT Awards. To jedno z najbardziej prestiżowych międzynarodowych wyróżnień w branży technologicznej. Nagrodę przyznano za projekt poświęcony optymalizacji wykorzystania sal operacyjnych w brytyjskich szpitalach. Wdrożenie opracowanego przez polskich inżynierów systemu pozwoli zaoszczędzić 945 mln GBP National Health Service (NHS) w skali roku. Taka kwota jest marnowana z powodu nieefektywności planowania i odwoływania zaplanowanych wcześniej zabiegów. Pomysłodawcą projektu jest Four Eyes Insight, która jego realizację powierzyła Future Processing.

Rocznie ponad 8 proc., z 4,7mln operacji jest odwoływanych

Rocznie w ramach National Health Service – brytyjskiego systemu opieki zdrowotnej – przeprowadzanych jest 4,7 mln operacji chirurgicznych (wg. danych Royal College of Surgeons). Przy tej skali zabiegów problem efektywności zarządzania jest kluczowym wyzwaniem. Obecnie 80 proc. operacji jest odwoływanych zanim pacjent zostanie przetransportowany do sali operacyjnej, a 60 proc. ma miejsce na etapie przygotowania przedoperacyjnego. Łącznie, w ciągu roku, 394 tys. planowanych zabiegów nie odbywa się w planowanym czasie – jest to ponad 8 proc. wszystkich zabiegów wykowanych w Wielkiej Brytanii. Każda odwołana operacja wiąże się z kosztami finansowymi oraz ma znaczenie dla innych pacjentów, których zabiegi mogłyby – z korzyścią dla ich zdrowia – zostać przeprowadzone szybciej. Wg. wyliczeń Wydziału Innowacji NHS, 10-procentowa poprawa wykorzystania sal operacyjnych oraz harmonizacja harmonogramu czasu pracy lekarzy i zespołów przy zabiegach ortopedycznych asystujących powinna przynieść 3 960 000 GBP rocznie[i] w średniej wielkości szpitalu.

NHS, zatrudniające ponad 1,7 mln pracowników, pomimo budżetu w wysokości 126 miliardów funtów rocznie, musi zmagać się z problemem wydajności funkcjonowania i powiązanym z nią finansowaniem.

– Szpitale mają jedne z największych możliwości zwiększania produktywności. Nawet jeśli pod tym kątem są oceniane bardzo dobrze, to korzyści płynące ze wdrożenia Four Eyes Insight w celu zwiększenia wykorzystania czasu sal operacyjnych pracy bardzo szybko rosną – komentuje Matthew Lowry, zastępca dyrektora generalnego i dyrektor ds. finansów w The Rotherham NHS Foundation Trust.

Wyzwaniem, przed którym stanęli specjaliści Four Eyes Insight i Future Processing, było rozwiązanie problemów związanych z planowaniem zabiegów oraz uzyskanie znaczącej poprawy wydajności i przewidywalności planowania operacji. Z kolei finansowe skutki odwoływania zaplanowanych operacji kształtują się na poziomie £7M funtów rocznie dla statystycznego szpitala działającego w ramach NHS (wg. British Medical Journal).

Jaki problem rozwiązuje aplikacja Four Eyes Insight?

Rozwiązanie zaprojektowane przez Four Eyes Insight i zrealizowane przez inżynierów polskiej Future Processing dedykowane jest koordynatorom, odpowiedzialnym za planowanie zabiegów operacyjnych w szpitalach. To odpowiedzialna funkcja, osoby pracujące w takim charakterze decydują o ludzkim zdrowiu, ale ciąży na nich również odpowiedzialność za stronę finansową szpitala. Wielość danych, płynąca z różnych szpitalnych systemów (np. grafik pracy lekarzy, pielęgniarek, alergie, choroby zakaźne czy ilość zrealizowanych badań przedoperacyjnych pacjentów), które koordynatorzy muszą przeanalizować jest ogromna, często przekracza możliwości analityczne człowieka.

Intencją twórców było stworzenie platformy, która pozwoliłaby skrócić kolejki i obniżyć koszty funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej. Zespół projektowy opracował, bazujące na sztucznej inteligencji, narzędzie z przejrzystym raportowaniem dostępności sal operacyjnych i personelu medycznego. W oparciu o dane, aplikacja w nowoczesny, łatwy w obsłudze i przyjazny dla użytkownika sposób pozwala zweryfikować poziom wykorzystania sali operacyjnej oraz umożliwić innym pacjentom szybszy zabieg. Aplikacja bierze np. pod uwagę takie dane jak:

  1. To, że dzieci muszą być operowane jako pierwsze,
  2. Osoby chore na chorobą zakaźną musza być operowane ostatnie
  3. Do sali operacyjnej można przypisać np. zabiegi tylko dla dzieci, gdyż dla nich przepisy regulujące postępowanie anestezjologiczne są inne niż dla dorosłych.
  4. Dana sala operacyjna realizuje tylko operacje jednodniowe, a pacjenci szpitalni są przypisani do innej – ze względu na konieczność zapewnienia opieki pooperacyjnej w salach szpitalnych.
  5. Aplikacja jasno podkreśla np. że ktoś ma alergie i w związku z tym planujący operacje musi wziąć te dane pod uwagę.

Rozwiązanie opracowane przez Four Eyes Insight z punktu widzenia koordynatora pozwala na lepsze, efektywniejsze planowanie zabiegów. Aplikacja rozróżnia również to, że np. niektóre schorzenia muszą być operowane szybciej.

Z punktu widzenia pacjenta, aplikacja pozwala przyspieszyć leczenie, gdyż skraca czas oczekiwania na zabieg. Sale mogą mieć rezerwacje przekraczające 100%, gdyż gdy kończy się operacja, kolejny zespół lekarzy oraz pacjent może być przygotowywany do zabiegu. Co więcej, w przypadku gdy jakiś zabieg nie może się odbyć, automatycznie w jego miejsce sugerowany jest kolejny – co skraca kolejkę oczekujących.

Z punktu widzenia zarządzających szpitalem platforma Insight przejrzyście raportuje jak są zajęte zajętość łóżek pooperacyjnych, widać także jaki jest koszt operacji (na podstawie danych historycznych) i jest w stanie oszacować jaki szpital będzie miał przychód z operacji.

Z punktu widzenia lekarza, aplikacja pozwala lepiej przygotować się do zabiegu, gdyż dostarcza danych o pacjencie w przejrzysty i usystematyzowany sposób. A analizując czas pracy lekarza (niektórzy lekarze te same zabiegi przeprowadzają szybciej lub wolniej niż inni) pozwala koordynatorom jeszcze dokładniej planować zabiegi w salach operacyjnych.

17000 operacji więcej i 2000 proc. zwrotu z inwestycji

Nagrodzone w konkursie Real IT Awards rozwiązanie przynosi szereg korzyści dla personelu placówek szpitalnych oraz instytucji zarządzającej systemem opieki zdrowotnej. Projekt opracowany przez polsko-brytyjski zespół specjalistów może przynieść korzyści finansowe dla szpitala, który wdroży platformę Insight u siebie. Oczekiwany zwrot szpitala z inwestycji w aplikację wyniesie około 2000 proc.

Real IT Awards – doceniają pracę zespołów projektowych

RITA_AwardPrzyznawane od 2004 roku The Real IT Awards (RITA) są docenianą przez specjalistów branży IT nagrodą za niezależność i skupianie się na wysiłkach zespołu projektowego. Zgłoszenia do RITA są bezpłatne i otwarte dla organizacji z branży technologicznej. Przystąpienie do konkursu jest możliwe na zasadzie partnerstwa z klientami. Do udziału w tegorocznej edycji zgłosiło się wiele renomowanych firmy, w tym m.in. Bank of England, PepsiCo, Virgin Atlantic Airways czy BP. Spółka z Gliwic, wraz ze swoim brytyjskim partnerem FourEyesInsight, została nominowana w kategorii „Projekt o wartości do 250 tys. funtów”.  

Organizatorem konkursu jest brytyjska organizacja CITF (wcześniej znana jako Corporate IT Forum) skupiająca podmioty branży IT i technologicznej. Członkami CITF są firmy z indeksu FTSE250 (indeks obejmujący 250 największych firm pod względem wartości giełdowej notowanych na Londyńskiej Giełdzie Papierów Wartościowych) lub równoważne, zarejestrowane organizacje charytatywne i sektora publicznego. 

[i] Instytut Innowacji i Doskonalenia NHS: http://harmfreecare.org/wp-content/files_mf/Improving-quality-and-efficiency-in-the-operating-theatre.pdf

Krótka ścieżka do dłuższej współpracy

Doradcy finansowi, eksperci finansowi, trenerzy finansowy – często myleni z doradcami inwestycyjnymi – nazywają się niezależnymi. Ale ta niezależność i obiektywizm w rzeczywistości nie występują. Tak jak w każdej sprzedaży liczy się wykonanie planu miesięcznego, kwartalnego i wysokość prowizji, jaką pośrednik otrzyma od danej instytucji finansowej.

Paweł Kruszyński, Członek Zarządu w Grupie Assay
Paweł Kruszyński, Członek Zarządu w Grupie Assay

Zawód pośrednika i doradcy finansowego rozwinął swoje skrzydła na początku lat 90-tych, kiedy w Polsce rozpoczęło działalność wiele zagranicznych firm: banków, towarzystw ubezpieczeniowych i towarzystw funduszy inwestycyjnych. Różnorodność produktów przez nie oferowanych, chęć pokazania nowych ciekawych rozwiązań finansowych spowodowała dynamiczny rozwój rynku pośredników, którzy w założeniu mieli pomóc w poruszaniu się wśród licznych finansowych ofert , doradzać i wskazywać na te najkorzystniejsze. To ich zadaniem miało być zapoznawanie się z produktami, porównywanie i prezentowanie klientowi najlepszych możliwych opcji.  Ale wraz ze wzrostem sprzedaży i rozwojem rynku wzrosły również przychody,  nie tylko instytucji finansowych,  ale również i samych pośredników. Mając oczywiście  wyśrubowane plany sprzedażowe, zarabiając niezależnie od wyników klientów, a niekiedy działając wręcz z jawnym konfliktem interesów, zaczęli kierować się przede wszystkim swoim dobrem, które niestety nie idzie w parze z korzystnymi rozwiązaniami dla klienta.

75 proc. Polaków nie ma zaufania do instytucji finansowych

Pośrednicy to po prostu sprzedawcy, do których zaufanie w ciągu ostatnich kilku lat zaczęło gwałtownie spadać. Profesor Dominika Maison po jednym z badań przeprowadzonego właśnie dla tej grupy zawodowej, stwierdziła, że 75 proc. Polaków nie ma zaufania do instytucji finansowych i że kierują się one wyłącznie swoim interesem i nie traktują priorytetowo korzystnych rozwiązań dla klienta. Po wielu aferach finansowych, klienci poczuli, że muszą dokładnie analizować propozycje pośredników i zaczęli wykazywać czujność.

W badaniu przeprowadzonym w 2016 r. w ramach programu nienieodpowiedzialni.pl przepytano Polaków, w jakim stopniu ufają instytucjom oraz grupom zawodowym. I niestety na liście zawodów o najmniejszym zaufaniu społecznym znaleźli się doradcy finansowi. Aż 83 proc. ankietowanych było zdania, że doradca będzie ich namawiał na zakup niepotrzebnych produktów finansowych i tylko 31 proc. badanych uznało, że  pośrednicy dbają o dobro swoich klientów.

Co prawda najwięksi pośrednicy finansowi pokazują w swoich wynikach, że wzrasta sprzedaż kredytów hipotecznych i pod tym względem Polacy nadal chętnie korzystają z pośredników, ponieważ obawiają się skomplikowanych procedur i nie czują się na siłach, by samodzielnie podjąć decyzję o wyborze najlepszego kredytodawcy.

Natomiast, jeśli już chodzi o powierzanie swoich pieniędzy, sytuacja jest odmienna i związana z tym, że branża finansowa boryka się z niskim poziomem zaufania społecznego, które trwa już od globalnego kryzysu sprzed dekady. Nie pomogły również ostatnie afery z Amber Gold i GetBeckiem, które tylko umocniły rosnącą utratę zaufania dla rynku finansowego i jego nowych podmiotów.

Ponadto klienci zaczęli  dostrzegać, że inwestując swoje środki w fundusze ponoszą zbyt wysokie koszty, które pobierane są za zarządzanie, ponadto dochodzą koszty wynikające z korzystania z pośrednictwa finansowego czy też bankowego. W Polsce często opłaty pobierane są niezależnie od tego czy zyskujemy czy tracimy na zakupionym produkcie. Rozwiązaniem kwestii wysokich kosztów stały się platformy internetowe, poprzez które bezpośrednio można nabywać jednostki uczestnictwa w funduszach. Proces jest w całości on-line, bez pośrednika, bez podpisywania dokumentów u kuriera czy w placówce. Dzięki temu obniżany jest koszt zarówno zakupu, jaki i prowadzenia inwestycji  sama oplata manipulacyjna (zwana również opłatą za dystrybucję), zamiast  wynosić  4 proc. spada do zera, opłata za zarządzanie spada poniżej 1 proc., a w przypadku korzystania z pośredników może sięgać  nawet 4 proc. Ponadto pobierane są jeszcze opłaty z tytułu zakupu i umorzenia jednostek, konwersji oraz prowadzenia jednostek, co przy zakupie online też jest odpowiednio obniżane lub nawet likwidowane.

Niskie koszty, zysk, ale i bezpieczeństwo są dla klientów na równi ważne przy podejmowaniu decyzji finansowych. Może warto rozważyć inne rozwiązania wynagradzania doradców. Bo czy prowizja w postaci up-frontu zapewnia klientowi najlepszą merytoryczna obsługę, która daje mu bezpieczeństwo finansowe, a nie wysokie korzyści dla doradcy? A może warto ujawniać wysokość prowizji, jaką otrzymuje pośrednik od każdej z instytucji?