Poczta Polska: rewolucja w ubezpieczeniach. Polisę można kupić u listonosza i w placówce

Trwa ubezpieczeniowa ofensywa Poczty Polskiej. W ofercie są ubezpieczenia komunikacyjne i majątkowe, ale operator już pracuje nad wprowadzeniem kolejnych: ubezpieczeń rolnych i turystycznych. W drugiej połowie roku ma ruszyć sprzedaż polis na życie. Ubezpieczenia można kupić w większości placówek poczty lub u listonoszy – sieć dystrybucji jest stopniowo poszerzana, a listonosze są wyposażani w smartfony ze specjalną aplikacją, która ułatwia zawieranie transakcji.

 Rozwój oferty w zakresie usług finansowych i ubezpieczeń jest celem strategicznym Poczty Polskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Widziewicz, prezes zarządu Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych. – W tej chwili oferujemy pełny pakiet komunikacyjny, na który składa się OC posiadacza pojazdu, autocasco, ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków oraz assistance. Ponadto w placówkach pocztowych można nabyć ubezpieczenia domów i mieszkań.

Poczta przygotowuje się do sprzedaży ubezpieczeń rolnych i turystycznych. Trwają także prace nad wprowadzeniem ubezpieczeń na życie. Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA będzie je prawdopodobnie sprzedawać jeszcze w tym roku. W tej sprawie toczą się obecnie rozmowy z dwoma partnerami biznesowymi. Dostępne mają być ubezpieczenia ochronne, bancassurance (ubezpieczenia na życie od kredytów i pożyczek oraz dołączane do rachunków bankowych), a także polisy grupowe dla pracowników Grupy Poczty Polskiej.

 – Strategia rozwoju usług finansowych, w szczególności ubezpieczeń, była budowana w oparciu o doświadczenia innych krajów europejskich. Te doświadczenia są bardzo dobre, zarówno w zakresie oferty ubezpieczeń majątkowych, jak i ubezpieczeń życiowych. Poczta włoska uzyskuje ponad 50 proc. swoich przychodów właśnie z ubezpieczeń, w szczególności ubezpieczeń życiowych. Dlatego też oferta Poczty Polskiej w perspektywie tego roku zostanie uzupełniona również o ubezpieczenia życiowe – mówi prezes zarządu Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych.

Klienci mają możliwość zakupu Ubezpieczenia Pocztowego w 640 specjalnych pocztowych strefach finansowych lub w zwykłych placówkach poczty na terenie całego kraju – od niemal 6 tysięcy sprzedawców. W ciągu tego roku ich liczba ma wzrosnąć do 10 tysięcy.

 – Są to osoby przeszkolone gruntownie ze wszystkich produktów, które oferują. Ta sieć była budowana przez ostatnie dwa lata i dalej będzie rozbudowywana tak, żeby nasz klient mógł docelowo kupić ubezpieczenie na każdej poczcie – podkreśla Aleksandra Widziewicz.

Umowę ubezpieczenia można zawrzeć także podczas wizyty listonosza. Poczta pracuje nad usprawnieniem tego typu transakcji i wyposaża listonoszy w smartfony z aplikacją, która przyspieszy i uprości sprzedaż polis, na razie OC i NNW. W ramach projektu pilotażowego w takie urządzenia wyposażono 100 listonoszy, a do końca lutego dostanie je kolejnych 400 osób.

 – Zawarcie transakcji poza placówką pocztową, przy pomocy smartfona jest możliwe i bardzo dogodne, gdyż wycena takiego ubezpieczenia, określenie składki ubezpieczeniowej, jak również zawarcie samej transakcji następuje w ciągu paru minut – zapewnia Aleksandra Widziewicz. – Początkowo wyposażamy w smartfony tych, którzy zawierają najwięcej umów ubezpieczenia. Jednak z czasem będziemy rozszerzać listę tych osób.

Poczta stawia na dostępność produktów ubezpieczeniowych, również cenową, i dotarcie do szerokiego grona klientów, zwłaszcza tych z mniejszych miejscowości, w których brakuje prostej, zaspokajającej podstawowe potrzeby oferty ubezpieczeniowej i bankowej.

 – Oczywiście bardziej koncentrujemy się na terenach mniejszych miast, na terenach wiejskich. Poczta Polska może proponować swoją ofertę tam, gdzie inni ubezpieczyciele z nią nie docierają. Natomiast ona jest oczywiście dostępna również w dużych miastach – mówi Aleksandra Widziewicz.

Poczta Polska sprzedaje ubezpieczenia pod marką Ubezpieczenia Pocztowe. Są to ubezpieczenia komunikacyjne – OC, autocasco, assistance i NNW oraz inne ubezpieczenia majątkowe. W zakresie ubezpieczeń komunikacyjnych Pocztowe Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych, należące w całości do Poczty Polskiej,  skonstruowało ofertę we współpracy z partnerem – MTU Moim Towarzystwem Ubezpieczeń SA z grupy Ergo Hestia.

Polska kolej traci pasażerów

CEO Magazyn Polska

Kolej musi zwiększyć prędkość i regularność, by zatrzymać odpływ pasażerów. W innym wypadku, coraz więcej osób będzie wybierać samochód, zwłaszcza po dokończeniu budowy sieci autostrad i dróg ekspresowych. Ten rok może być dla kolei wyjątkowo trudny ze względu na trwające modernizacje infrastruktury. Są one zdecydowanie bardziej uciążliwe i dłuższe inwestycje niż drogowe. Często wiążą się z zamknięciem lub ograniczeniem ruchu na danych trasach.

 – Projekty kolejowe są bardzo wielobranżowe, inaczej niż drogowe, dlatego że od razu robimy sygnalizację, zasilanie. Na drogach robimy tylko miejsca, gdzie są stacje paliwowe, natomiast tu jest cała linia zelektryfikowana, często trzeba doprowadzić energię elektryczną odpowiedniej mocy, więź z linii zasilających zarządzanych przez Polskie Sieci Energetyczne, informacje dla pasażerów, telekomunikacja, więc jest tam dużo systemów, które wymagają zaprojektowania i wybudowania – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Celiński, odpowiedzialny za projekty transportowe w firmie CH2M HILL, zajmującej się doradztwem infrastrukturalnym.

Celiński podkreśla, że z tego powodu inwestycje kolejowe są prowadzone wolniej i z większymi problemami niż drogowe, nie tylko w Polsce, lecz także we wszystkich innych krajach Unii Europejskiej. Dodaje, że problemem modernizacji sieci kolejowej jest to, że linie przebiegają często przez centra miast. Remontowane trasy nie powstają też w nowych miejscach, lecz wymagają zamknięcia lub ograniczenia ruchu na starej linii na czas inwestycji.

Remonty powodują zatem wydłużenie czasu przejazdu, co wpływa na utratę konkurencyjności przez kolej. Celiński prognozuje, że w miarę rozbudowy sieci autostrad i dróg ekspresowych coraz mniej osób będzie podróżowało pociągiem.

 – Uważam, że będziemy mieli do czynienia z odpływem pasażerów po wybudowaniu dróg ekspresowych i autostrad, jeżeli w kolei nie postawimy na zwiększenie średniej prędkości handlowej, czyli skrócenie czasów jazdy do takich, które zachęcą kierowców do zmiany środka transportu. Bo skoro można dojechać pociągiem do Krakowa w półtorej godziny, to jechanie autostradą ponad dwie godziny nie będzie dużym osiągnięciem – argumentuje Celiński.

Według niego niezbędne jest takie zaplanowanie rozkładów jazdy, by umożliwić pasażerom wyjazd i powrót w ciągu tego samego dnia. Jednak nawet taka częstotliwość nie wystarczy, co pokazuje przykład rynku lotniczego. Podróżni chcą mieć możliwość wyboru godziny oraz wymagają jak najkrótszego czasu przejazdu. Dlatego na najpopularniejszych trasach szybkie pociągi muszą jeździć często.

Celiński dodaje, że równocześnie ceny biletów muszą być na tyle niskie, by zachęcić podróżnych do wyboru kolei. Z drugiej strony jednak przyznaje, że przewoźnicy muszą pokrywać swoje koszty, w tym wielomilionowe wydatki na nowy tabor. Pociągi, takie jak szybkie składy Pendolino, muszą być w stanie dziennie przejechać trasę w obydwie strony nawet trzykrotnie, by zwrócił się ich koszt.

Problemem polskiej kolei jest też to, że tradycyjnie miała ona własne służby zajmujące się inwestycjami, np. poprzez ewidencję gruntów czy planowanie prac. Modernizację utrudnia także konieczność przebudowy istniejącej infrastruktury, szczególnie podziemnej. Natomiast, jak podkreśla Celiński, praca może zostać dużo efektywniej zaplanowana przez wyspecjalizowanych w tym konsultantów, tak jak ma to miejsce w innych krajach europejskich.

 – Zamawiający wyłania w drodze przetargu konsultanta, który mu pomaga na etapie przygotowania inwestycji i dyskusji na temat jej efektywności, możliwości jej przeprowadzenia, na etapie robienia studium wykonalności, na etapie robienia projektu, budowy i wreszcie oddania do eksploatacji. Czyli cały ten proces jest kierowany nie poprzez administrację, którą się rozbudowuje w sposób nadmierny, tylko poprzez wynajęcie konsultanta – tłumaczy Celiński.

Dodaje, że to również rolą konsultantów jest znalezienie odpowiednich ekspertów oraz wynegocjowanie z nimi umów, a także elastyczne zarządzanie liczbą pracowników na budowie. CH2M HILL pełni tę funkcję m.in. w Wielkiej Brytanii, pracując przy projekcie budowy drugiej linii kolei dużych prędkości (tzw. High Speed Line 2) oraz przy przecinającej Londyn podziemnej trasie kolejowej Crossrail. Spółka pomagała wcześniej przy budowie obiektów przed letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie w 2012 r.

ZUS płaci niemal 1 mld zł rocznie na świadczenia dla chorych na schizofrenię. Oszczędności przyniosłaby zmiana systemu opieki

CEO Magazyn Polska

Schizofrenia jest jednym z czterech schorzeń, generujących najwyższe wydatki z ZUS. To niemal 1 mld zł rocznie na świadczenia związane z niezdolnością do pracy. NFZ na refundację leczenia schizofrenii przeznacza dwukrotnie niższą kwotę. Specjaliści podkreślają, że leki nowej generacji i zmiana systemu opieki nad chorymi przyniosłyby większe efekty w leczeniu, a tym samym przyspieszyły ich powrót do normalnego funkcjonowania, również na rynku pracy. To z kolei oznacza oszczędności dla budżetu państwa.

Dane te prezentuje najnowszy raport przygotowany przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne i Fundację Ochrony Zdrowia Psychicznego – „Schizofrenia – perspektywa społeczna. Sytuacja w Polsce”. 

Schizofrenia to grupa zaburzeń psychotycznych o różnych objawach, przebiegu i rokowaniach. Jest ona chorobą przewlekłą, która niekiedy wymaga leczenia przez całe życie. Jej główne objawy to apatia, wycofanie życiowe, brak energii, motywacji czy problem z realizacją planów i wytyczonych wcześniej zadań. W stanach zaostrzenia dochodzą do tego pobudzenie, halucynacje czy urojenia, które często wymagają hospitalizacji.

 – Po ustąpieniu ostrych objawów staramy się ustawić leczenie tak, by leki nie zakłócały albo w jak najmniejszym stopniu zakłócały funkcjonowanie pacjenta. Do tego służą leki nowej generacji – mówi dr Tomasz Tafliński z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Założenie jest takie, że po osiągnięciu stabilnego leczenia pacjenta kierujemy do poradni, do zespołów leczenia środowiskowego. Staramy się, żeby pacjent odnalazł się w swoim otoczeniu i w miarę możliwości pozostał aktywny, czyli wrócił do nauki czy do pracy.

W Polsce schizofrenia dotyczy 1 proc. populacji, co oznacza, że cierpi na nią 380-400 tys. osób Większość – niemal 60 proc. – jest na rencie, co kosztuje ZUS niemal miliard złotych rocznie (dane z 2009 roku). Po postawieniu diagnozy pracę traci 72 proc. zatrudnionych, po piątej hospitalizacji zachowuje ją jedynie 7 proc. pacjentów. Koszty społeczne są o tyle wyższe, że choroba ta jest zazwyczaj rozpoznawana w młodym wieku (średnia to 27 lat), a więc na wczesnym etapie kariery pacjenta, bez wyrobionej pozycji w zawodzie. Tracą też członkowie rodziny chorego, którzy rezygnują z kariery zawodowej i zajmują się opieką. Eksperci podkreślają, że są to pośrednie koszty schizofrenii, których często nie bierze się pod uwagę.

Narodowy Fundusz Zdrowia na refundacje leczenia osób chorych na schizofrenię przeznacza rocznie ok. 450 mln zł.

 – Pojawia się więc problem podwójnych wydatków na schizofrenię. Płaci ZUS – na świadczenia, i NFZ – na leczenie. Ale niestety nie ma to przełożenia na to, co możemy osiągnąć dzięki rehabilitacji – myślę tu o powrocie do pełnej aktywności zawodowej. To jest celem leczenia, a wtedy koszty byłyby mniejsze – podkreśla dr Tafliński.

Pacjent właściwie leczony, z zastosowaniem leków nowej generacji np. długodziałających (już w stanach zaostrzenia lub bezpośrednio po ustąpieniu najpoważniejszych objawów) i metod rehabilitacyjnych, których w dzisiejszym systemie terapii brakuje, ma duże szanse na w miarę normalny powrót do życia. Może podjąć pracę, założyć rodzinę. Problem tkwi jednak w tym, że psychiatria jest mało dofinansowaną dziedziną medycyny.

 – Niewiele mamy środków na leczenie farmakologiczne i hospitalizację – mówi psychiatra z IPiN. – Pacjenci zbyt dużo czasu spędzają na oddziałach, na których mamy do dyspozycji leki, a nie ma terapii. Po takim pobycie na oddziale zamkniętym pacjent, który wraca do życia, niestety nie ma szansy na to, żeby wrócić od razu do pełnej aktywności. Nie ma części rehabilitacyjnej, na którą brakuje pieniędzy.

Problemem jest również to, że ponad połowa pacjentów z rozpoznaniem schizofrenii nie stosuje się do zaleceń lekarzy, co wiąże się często z niedogodnościami w przyjmowaniu leków starszej generacji. Rozwiązaniem byłoby wprowadzanie na większą skalę leków o przedłużonym działaniu podawanych np. raz na dwa tygodnie.

Zdaniem lekarzy brakuje też specjalistycznego programu, który kompleksowo rozwiązywałby istniejące problemy. Wiele obiecywano sobie po wprowadzeniu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, ale jego realizacja utknęła w martwym punkcie. Według specjalistów najważniejsze dzisiaj jest wprowadzenie indywidualnego programu opieki nad pacjentem.

 – Chodzi o osobę, która koordynowałaby działania terapeutyczne. Nie może to polegać tylko i wyłącznie na podawaniu leków, ale ważne jest również to, by pacjent, biorąc leki, mógł wracać do aktywności, mógł zatroszczyć się o swoje życie pod kierunkiem kogoś, kto w pierwszym etapie leczenia będzie go wspierał – tłumaczy dr Tafliński. – Leczenie środowiskowe jest bardzo istotne. Tego typu rozwiązania sprawdzają się na całym świecie.

Lekarz podkreśla, że łącząc skuteczną i mało uciążliwą farmakoterapię z rehabilitacją w zdecydowanej większości przypadków chorzy mogą wrócić na rynek pracy.

 – Osoby ze schizofrenią błędnie są często utożsamiane z osobami, które wymagają izolacji. Uważa się, że to są osoby nieproduktywne, nietwórcze. To nie jest prawda, ci ludzie mogą pracować i powinni pracować, mogą dać z siebie bardzo wiele. Musimy im tylko na to pozwolić, musimy przestać się ich bać – mówi dr Tomasz Tafliński.

40 proc. pożyczek gotówkowych jest udzielanych przez internet. W tym roku może będzie to nawet połowa

CEO Magazyn Polska

W tym roku co druga pożyczka poza sektorem bankowym będzie udzielana przez internet – liczą przedstawiciele firm pożyczkowych. Z tego sposobu zaciągania pożyczek korzysta coraz więcej osób, zwłaszcza młodych. Segment ten dopiero się rozwija, ale optymistyczne dane płynące z gospodarki dają nadzieję na dalsze wzrosty.

 – Gdy wchodziliśmy na polski rynek, czyli w 2012 roku, pożyczki przez internet stanowiły 10, może 15 proc. wszystkich udzielanych poza sektorem bankowym. Dzisiaj można śmiało powiedzieć, że to jest około 40 proc. Spodziewamy się, że w 2014 roku co najmniej co druga pożyczka będzie udzielana właśnie przez internet – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Loukas Notopoulos, prezes zarządu Vivus Finance, firmy specjalizującej się w udzielaniu pożyczek online. 

Dodaje, że dzięki kampanii reklamowej prowadzonej w mediach Vivus Finance zbudował markę i dotarł do pół miliona klientów.

 – Nasza grupa docelowa to ok. 1,5-2 mln ludzi i cały czas rośnie. Wydaje się, że wskaźniki gospodarcze oraz dane płynące z Polski, a także ze strefy euro i krajów rozwiniętych, wpływają pozytywnie na nasze przedsiębiorstwa, a głównie na naszych konsumentów – uważa Loukas Notopoulos. 

Podkreśla, że jest to młoda branża, a rynek nie jest jeszcze nasycony. 

Potwierdzają to dane firmy doradczej PwC, według której prawie 40 proc. gospodarstw domowych w Polsce korzysta z różnych produktów kredytowo-pożyczkowych, z czego prawie 90 proc. deklaruje zadłużenie w bankach, 8 proc. w firmach ratalnych, 6 proc. u osób prywatnych, 5 proc. w SKOK-ach. Tylko około 4 proc. gospodarstw domowych korzysta z usług firm pożyczkowych.

Według raportu PwC „Rynek firm pożyczkowych w Polsce” klienci korzystający z usług firm pożyczkowych są mniej zamożni niż klienci instytucji bankowych – średni dochód netto gospodarstwa domowego wynosi ok. 2,5 tys. zł, podczas gdy w przypadku klientów banków jest on o ok. 50 proc. wyższy (ok. 3,9 tys. zł miesięcznie).

Całkowite zadłużenie z tytułu kredytów konsumenckich w bankach wynosi ok. 122,7 mld zł. Natomiast na firmy pożyczkowe przypada dodatkowe 3-4 mld zł udzielonych pożyczek, to stanowi 0,7 proc. całkowitych zobowiązań kredytowych gospodarstw domowych. Polskie gospodarstwa domowe zawierają rocznie ok. 1 miliona umów z firmami pożyczkowymi, a przeciętna wartość pojedynczej pożyczki wynosi około 1 tys. zł.

Alior Bank na celowniku branży bankowej

Włoski właściciel 34 proc. udziałów Alior Banku ma czas do końca 2014 roku na znalezienie inwestora strategicznego dla banku i sprzedaż udziałów. Zakupem interesują się m.in. PKO BP i Pekao SA. Jeśli właściciele Alior Banku zgodzą się na przejęcie, dojdzie do jednej z najbardziej spektakularnych transakcji na polskim rynku.

 – Popyt na aktywa Alior Banku jest duży, choć jego cena i wskaźniki ceny do wartości księgowej są dosyć wysokie. Mówimy o banku najbardziej innowacyjnym w Polsce, a może i w Europie Środkowej, z powodzeniem realizującym strategię i maksymalizującym zyski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego DF Capital. – Wydaje się, że każdy poważny gracz chce mieć Alior Bank, ale inną sprawą jest, kogo na to stać i czy akcjonariusze banku są gotowi na takie małżeństwo – komentuje.

Polski sektor bankowy, mimo ostatnich fuzji, w porównaniu do innych państw członkowskich Unii Europejskiej wciąż jest rozproszony i wciąż mówi się o jego dalszej konsolidacji.

Zdaniem Dąbrowskiego, z tego powodu prawdopodobnie ani Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ani Komisja Nadzoru Finansowego nie zablokowałyby kupna Alior Banku.

 – Nie ma alternatywy dla konsolidacji sektora. Choć z punktu widzenia makroekonomicznego należałoby zadbać o to, żeby konsolidacja łączyła się z udomowieniem, czyli żeby polskie banki przejmowały inne podmioty z korzyścią dla rodzimej gospodarki – uważa Jarosław Dąbrowski.

Innymi słowy, preferowany byłby polski PKO BP niż włoski Pekao.

PKO BP to lider rynku, ale kojarzony z bardzo tradycyjną bankowością opartą o sieć placówek i obsługę w okienkach. Z drugiej strony PKO od kilku lat zabiega o zmianę tego wizerunku i stara się prezentować jako instytucja nowoczesna. Jakiś czas temu przejął Inteligo – bank skoncentrowany na usługach internetowych. Teraz PKO BP promuje płatności mobilne, a wraz z grupą innych banków pracuje nad wprowadzeniem jednolitego standardu takich płatności.

 – Alior Bank na pewno wzmocniłby innowacyjność i dynamikę banku numer jeden w Polsce. Powinniśmy życzyć sobie tego, żeby największy polski bank był jeszcze większy, jeszcze bardziej zyskowny i jeszcze bardziej innowacyjny. I co ważne, by był gotowy do konsolidacji rynku bankowego w Europie Środkowej – przekonuje Jarosław Dąbrowski.

A pole do zagospodarowania jest całkiem spore. Zdaniem eksperta rynki w Czechach, na Węgrzech, w Rumunii, Chorwacji czy krajach Bałtyckich mają potencjał wzrostu. Nie mówiąc już o bardziej rozwiniętych krajach.

 – Największy bank największej gospodarki w regionie z całą pewnością powinien wyjść na północ, południe i wschód. Im większy będzie w Polsce, tym łatwiej będzie tę strategię w przyszłości realizować – podsumowuje prezes Domu Maklerskiego DF Capital.

Zniesienie terminu ogłaszania przez szkoły listy podręczników spowoduje chaos w księgarniach

W Sejmie trwają prace nad nowelizacją ustawy, dzięki której rząd będzie mógł wydać darmowy podręcznik dla klas pierwszych szkół podstawowych. We wtorek sejmowa komisja edukacji przyjęła poprawkę znoszącą obowiązek podawania przez szkoły listy podręczników do 15 czerwca. Przeciwnicy pomysłu ostrzegają, że wywoła to chaos i przysporzy kłopotów rodzicom.

Rząd i posłowie PO argumentują, że dowolność terminu pozwoli nauczycielom dobrać odpowiednie do poziomu uczniów podręczniki i poprawi organizację pracy. Z kolei według opozycji oraz środowiska nauczycieli i branży wydawniczej zmiana wprowadzi zamieszanie i utrudni pracę edukacji.

 – Nauczyciele do tej pory wybierali podręczniki przed wakacjami, więc mieli dwa miesiące wakacyjne, żeby przygotować się do roku szkolnego, przygotować rozkład materiału i zajęć na cały rok. Po zmianach będą musieli zarywać noce we wrześniu, żeby się przygotowywać, ponieważ ustawowo są do tego zobowiązani – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Wojtyński, dyrektor wydawniczy w Wydawnictwie Nowa Era.

Zmiany na własnej kieszeni odczują również rodzice, którzy zamiast rozłożyć zakup podręczników na okres od czerwca do września, będą musieli kupić je w komplecie po rozpoczęciu roku szkolnego.

 – Dziś około 70 proc. obrotu, jeżeli chodzi o sprzedaż podręczników w sieci Matras, to jest okres czerwiec – wrzesień. Wielu rodziców rozkłada te zakupy, bo wiążą się z dość poważnym wydatkiem – mówi Paweł Urbaniak, członek zarządu firmy Matras. – W przypadku opóźnienia publikacji listy zakładam, że cała sprzedaż skumuluje się w jednym miesiącu, co przełoży się zarówno na liczbę odwiedzin w księgarniach, na sprzedaż, ale obawiam się, że znaczna część rodziców nie zdąży kupić podręczników w odpowiednim czasie i dzieci pójdą do szkoły nieprzygotowane.

Likwidacja terminu 15 czerwca może spowodować, że we wrześniu zabraknie podręczników. Jeśli przed wakacjami nie będą znane listy podręczników, wydawnictwa nie będą mogły rozpocząć druku i przygotowań do sprzedaży.

 – Zwykle w czerwcu wydawcy przygotowywali odpowiednią liczbę podręczników i produkowali je w trakcie lata. Jeżeli zaczniemy je drukować we wrześniu, to książki będą dopiero w listopadzie. Ma to ogromne znaczenie dla pracy i komfortu pracy nauczycieli, uczniów oraz dla rodziców – podkreśla Marcin Wojtyński.

Problemy wydawnictw przełożą się z kolei na księgarnie.

 – Szczególnie dotknie to ponad tysiąca małych, drobnych księgarni, w których problemy z odpowiednim zatowarowaniem przełożą się na ich rentowność, spadek obrotów i spowodują, że księgarnie te będą miały bardzo duże kłopoty finansowe – wyjaśnia Paweł Urbaniak.

Rząd, pozostawiając dyrektorom szkół dowolność momentu ogłoszenia listy podręczników, uznał, że ustawowy termin jest niepotrzebny. Jednak, według Marcina Wojtyńskiego, fakt, że szkoły zwykle wcześniej publikowały listy podręczników, wskazuje, że jest to sprawdzona praktyka dla wszystkich stron.

 – Jeśli nie 15 czerwca, to kolejny możliwy termin to 1 września, kiedy nauczyciele i uczniowie wracają do szkoły. To trudny „rozbiegowy” okres w szkole i jeśli wtedy podręczniki będą wybierane, to po prostu nie będzie ich na rynku – stwierdza przedstawiciel Wydawnictwa Nowa Era.

Propozycja jest kontrowersyjna. Polska Izba Książki skupiająca wydawców edukacyjnych zgłaszała uwagi, Związek Nauczycielstwa Polskiego też zajął oficjalne stanowisko, które mówi wprost, iż propozycja zniesienia terminu ogłaszania listy podręczników wynika wyłącznie z faktu, że rząd nie będzie w stanie przygotować nowego podręcznika dla klas I w takim terminie, by dyrektorzy mogli wywiązać się z tego ustawowego obowiązku. 

 – Sparafrazuję słowa premiera. „Edukacja nie lubi rewolucji, edukacja lubi ewolucję”. A zmiana tego zapisu będzie właśnie rewolucją – komentuje Marcin Wojtyński i dodaje, że pozostaje liczyć na zdrowy rozsądek dyrektorów szkół i nauczycieli. – Zmiana nie jest obowiązkowa, cały czas podręczniki można wybierać wcześnie. Mam nadzieję, że dyrektorzy szkół jednak zdecydują się publikować listy podręczników przed wakacjami.

Młode firmy tworzą połowę nowych miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Od początku kryzysu młode firmy stworzyły połowę nowych miejsc pracy w krajach OECD. Zazwyczaj są to niewielkie przedsiębiorstwa, potrzebujące dodatkowych środków. Według OECD unijne pieniądze przeznaczone na budowę innowacyjnego przemysłu w krajach UE powinny trafiać głównie do młodych firm.

 Od rozpoczęcia kryzysu w 2007 r. kraje OECD utraciły 9 mln miejsc pracy. Jednak w tym czasie powstawały też nowe etaty, a 50 proc. z nich zostało utworzonych przez młode firmy istniejące do pięciu lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Wojciechowski ambasador i Stały Przedstawiciel przy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).

Co piąte przedsiębiorstwo w krajach OECD to firma funkcjonująca na rynku mniej niż pięć lat. Głównie są to małe i średnie przedsiębiorstwa.

 – Mają one duży potencjał wzrostu i w polskim przypadku istotne jest to, żebyśmy zapewnili im dostęp do finansowania, a w tym do środków europejskich – mówi Wojciechowski. – To, ile pieniędzy zostanie przekazane innowacyjnym małym i średnim przedsiębiorstwom, będzie papierkiem lakmusowym skuteczności polityki wspierania biznesu. 

Trzecia fala rewolucji przemysłowej  

Według przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela  Barroso do 2020 r. jedna piąta PKB Unii Europejskiej powinna pochodzić z przemysłu. Jest to efekt powrotu ekonomistów i polityków do poglądu o kluczowej roli przemysłu dla gospodarki. Nie ma to jednak być tradycyjny przemysł zanieczyszczający środowisko, ale produkcja wykorzystująca nowe, zielone technologie. Jedną z nich może być grafen. Na badania nad możliwością komercyjnego wykorzystania tego czystego węgla Komisja przeznaczy 1 mld euro w ciągu najbliższych 10 lat.  

 – Wszelkie projekty, które będą stwarzały firmom podstawy do rozwoju, które będą skuteczne, są mile widziane – twierdzi Paweł Wojciechowski.  

Jak przekonuje, chodzi tu nie tylko o politykę spójności czy politykę regionalną.  

Jest to również kwestia wspierania poprzez różnego rodzaju fundusze europejskie budowy infrastruktury twardej  – np. klastrów przemysłowych, jak również infrastruktury miękkiej. Temu służą programy podnoszące innowacyjność – mówi Wojciechowski.

Jako przykład tego typu programu ekspert podaje realizowany w Holandii program Top Sectors, w ramach którego władze wyłoniły dziewięć sektorów, w których warto wspierać działania innowacyjne. To m.in. przemysł rolno-spożywczy, energetyka, logistyka i wysokie technologie. Następnie tzw. Top Teams – zespoły powołane spośród przedstawicieli administracji publicznej, nauki i biznesu – wypracowały strategię ich rozwoju.

 – Na podstawie tych rekomendacji podpisywane są kontrakty na innowacje, m.in. z ośrodkami badawczymi, które mają wspierać konkretne sektory właśnie w miękki sposób, by zwiększać ich konkurencyjność – wyjaśnia Wojciechowski.

Jego zdaniem, tzw. stara polityka przemysłowa, czyli jednoznaczne postawienia na dany sektor i konkretne firmy, nie do końca się sprawdziła.

 – To rodzi pokusy w zakresie lobbingu, zarzuty o korupcję i faworyzowanie pewnych przedsiębiorstw. W związku z tym chodzi raczej o wybór pewnych sektorów i zastanowienie się, jak im pomóc w praktyczny sposób, żeby były bardziej konkurencyjne, właśnie poprzez budowanie infrastruktury miękkiej i twardej, która generować będzie w przyszłości środowisko do tworzenia gospodarki opartej o wiedzę – mówi Paweł Wojciechowski.

Specjalne strefy ekonomiczne już nie tylko dla gigantów z zagranicy. Inwestują tam także małe i średnie firmy z Polski

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej polskich firm, również z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, inwestuje w specjalnych strefach ekonomicznych. Ta zmiana proporcji oraz przedłużenie funkcjonowania stref do 2026 roku były najważniejszymi, z punktu widzenia rozwoju polskiej przedsiębiorczości, zmianami w ubiegłym roku. Przedstawiciele stref ekonomicznych liczą na to, że nowe unijne regulacje dotyczące pomocy publicznej, które wchodzą w życie w połowie roku, nie zniechęcą przedsiębiorców do korzystania z oferty SSE.

W związku z nową perspektywą finansową na lata 2014-2020 Komisja Europejska zmodyfikowała dotychczasowe podstawy prawne udzielania pomocy publicznej w państwach członkowskich UE. Nowe przepisy obejmą również specjalne strefy ekonomiczne na terenie Polski.

 – Od lipca tego roku wejdzie w życie nowa dyrektywa unijna, która inaczej rozkłada akcenty pomocy publicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Teresa Kamińska, prezes zarządu Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Nowa dyrektywa ograniczy możliwość uzyskania pomocy przez przedsiębiorców za zainwestowane pieniądze. Do tej pory mogła ona sięgać maksymalnie połowy zainwestowanych środków, od lipca górny limit wyniesie 35 proc.

 – Po pierwsze, jest to zmniejszenie możliwości uzyskania pomocy w poszczególnych regionach, po drugie, inaczej w układzie polskim to się odbywa. Będą nieco bardziej wyśrubowane kryteria. A więc od lipca będziemy mieli trochę trudniejszą sprawę, jeśli chodzi o pomoc publiczną – wyjaśnia Teresa Kamińska.

Przedstawiciele stref liczą jednak na to, że nie zniechęci to przedsiębiorców do inwestycji. Do SSE inwestorów przyciągają przede wszystkim takie czynniki, jak dobra infrastruktura, uzbrojenie i wyposażenie terenów inwestycyjnych oraz preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej, w tym ulgi podatkowe. Zdaniem prezes PSSE, dodatkowym atutem w tym roku będzie nowa oferta, obejmująca m.in. parki technologiczne i wsparcie kadry naukowej. Strefy chcą się również zaangażować w szkolnictwo zawodowe.

Inwestorów przyciąga również fakt, że w ubiegłym roku funkcjonowanie stref zostało – decyzją rządu – przedłużone do 2026 roku. Jak wynika z szacunków KPMG, wydłużenie okresu działalności SSE może zwiększyć nakłady inwestycyjne w strefach o 40 miliardów złotych, a odsetek inwestorów – o 16 proc.

 – Inwestorzy mogą sobie w biznesplanach założyć, że jednak opłaca im się taka inwestycja, którą będą mogli sobie odebrać w podatku dochodowym do 2026 roku – tłumaczy Kamińska.

Cieszyć może również fakt, że SSE stają się coraz bardziej atrakcyjne dla polskich przedsiębiorców.

 – W tym roku mieliśmy dużo więcej małych, średnich i polskich przedsiębiorców, którzy dostawali zezwolenia strefowe niż dużych zagranicznych – podkreśla prezes pomorskiej strefy. – Zawsze nam zależało, żeby te proporcje między inwestycjami zagranicznymi a polskimi w strefach bardziej się wyrównały.

Obecnie w czternastu SSE w Polsce działa ponad 1600 firm zatrudniających ponad 250 tysięcy pracowników. W ubiegłym roku aż 5 z 16 polskich stref znalazło się w rankingu 50 najlepszych na świecie, przygotowanym przez „Financial Times” i jego „fDi Magazine”.

Na olimpiadzie zarobi głównie MKOl. Osiągnie przychody na poziomie globalnych korporacji

Obecnie Międzynarodowy Komitet Olimpijski to wielki konglomerat sportowo-finansowy. Przychody w ostatnim czteroleciu olimpijskim, obejmującym zimowe igrzyska w Vancouver i letnie w Londynie, sięgnęły 8 mld dolarów. Blisko połowa to wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych. Dynamicznie rosną również przychody z lokalnego sponsoringu i sprzedaży biletów, szczególnie VIP-owskich. 

Przychody MKOl już 10 lat temu oscylowały około 2,5-4 mld dolarów. Dziś są ponad dwukrotnie wyższe.

 – Ostatnie czterolecie olimpijskie, które obejmowało Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie i Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver, wygenerowało wręcz astronomiczną sumę przychodów w postaci ponad 8,046 mld dolarów. To suma większa, niż ta, którą osiągają światowe koncerny bankowe, towarzystwa ubezpieczeniowe, nie mówiąc o fabrykach produkcyjnych –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Znaczną część tych przychodów – w ostatnim budżecie 3,85 mld dolarów – stanowią prawa telewizyjne. Ponad połowa (2 mld) to wpływy z amerykańskich telewizji, europejskie z niektórymi nadawcami z północnej Afryki odpowiadają za ok. 850 mln dolarów.

 – Z kolei Azja generuje zaledwie około pięciuset kilkudziesięciu milionów dolarów, co jest niewielką kwotą w stosunku do ogromnego potencjału tego kontynentu – mówi Kita.

Kolejnym, znaczącym źródłem przychodów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest program dla sponsorów, który umożliwia korzystanie na całym świecie z praw olimpijskich, takich jak korzystanie ze znaku olimpijskiego. MKOl posiada obecnie 11 partnerów tzw. top-programu.

 – Są to wielkie, międzynarodowe koncerny, które przynoszą prawie miliard dolarów przychodu – zauważa Kita. – Chodzi tu o takie korporacje, jak Coca-Cola, Procter & Gamble, Visa czy Samsung

Trzecim, znaczącym źródłem zarobków MKOl jest sponsoring umożliwiający korzystanie ze znaku olimpijskiego, jednak ograniczony do jednego kraju – gospodarza igrzysk. Jak podkreśla Grzegorz Kita, przychody z tego tytułu w ostatnim czasie zaczęły dynamicznie rosnąć. W ostatnim czteroleciu olimpijskim osiągnęły poziom 1,2 mld dolarów.

 – To dość dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w Vancouver takich firm o statusie sponsora krajowego było 57, a w Londynie – 42. To ciekawe, ponieważ wydawało się, że to źródło nie jest w stanie ewoluować znacząco – zauważa Grzegorz Kita.  

MKOl zarabia także na tzw. licensingu, a więc produkowaniu towarów z logo olimpijskim. Znacznym źródłem przychodów dla komitetu są również wpływy ze sprzedaży biletów. W ostatnim czteroleciu olimpijskim przyniosły one 1,2 mld dolarów, głównie za sprawą igrzysk w Londynie. Zwiększanie wpływów z tego tytułu jest możliwe dzięki tzw. programom hospitality.

 – Programy te przeznaczone są dla zamożniejszych klientów, korporacji i VIP-ów – wyjaśnia Kita. – To coś podobnego do sprzedaży lóż na polskich stadionach. Takie loże mogą ograniczać się do 10-15 miejsc. Jednak ich zyskowność jest znacząca. Generują one kilkanaście razy większe przychody niż bilety krzesełkowe, nawet w uprzywilejowanych sektorach.

VoIP sposobem na segment biznesowy

Według raportu PMR „Usługi telekomunikacyjne dla segmentu biznesowego i operatorskiego w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2014-2017” liczba linii VoIP w segmencie biznesowym w Polsce w ciągu ostatnich lat nieprzerwanie notuje wzrost. Na koniec 2013 r. przekroczyła już wyraźnie pół miliona. Rosnące wykorzystywanie tej technologii przez polskie firmy umożliwia operatorom oferowanie usług dodatkowych – najczęściej tych z segmentu komunikacji zunifikowanej.

Historycznie usługi telefonii internetowej były w pierwszym rzędzie zorientowane na segment firm dużych. Obecnie jednak pod względem zdobywania nowych klientów operatorzy kładą większy nacisk na segment MŚP/SOHO. W rezultacie rynek w ujęciu ilościowym rozwija się w szybkim tempie. W 2012 r. dynamika wzrostowa wynosiła 20%, a w 2013 r. utrzymała dwucyfrowy – choć niższy – poziom. Pozwoliło to na przekroczenie liczby pół miliona linii VoIP.

Zmiany ilościowe na rynku usług VoIP oraz tradycyjnych linii telefonii stacjonarnej w segmencie biznesowym różnią się i podlegają innym trendom. Podczas gdy liczba linii tradycyjnych obniża się, usługi VoIP notują wzrost. Ponieważ skala spadku linii okazuje się wyższa, wpływa to na zmianę całego rynku, który od 2008 r. notuje mniejszą erozję liczby aktywnych usług. Należy zaznaczyć, że technologia VoIP podobnie do usług telefonii komórkowej również wpływa na spadek liczby linii tradycyjnych telefonii stacjonarnej. W rezultacie rośnie liczba usług alternatywnych, co (w obliczu spadku liczby linii tradycyjnych) skutkuje zwiększeniem udziałów segmentu VoIP w całkowitej liczbie usług. W 2013 r. udział VoIP był na poziomie aż o 18 p.p. wyższym niż w 2007 r.

Promowanie technologii VoIP w segmencie stacjonarnym przez operatorów spowodowane jest nie tylko tym, iż usługa ta po części niweluje cięcia w liczbie linii tradycyjnych, ale również z uwagi na możliwość do sprzedaży dodatkowych usług. Usługi te ukierunkowane są na świadczenie pakietów komunikacji zunifikowanej, które również mogą być dostarczane w modelu usługowym. W modelu tym operator współpracuje z dostawcą oprogramowania, a klient uzyskuje całościowy pakiet usług biznesowych. Dla operatora oznacza to związanie klienta swoimi usługami oraz podniesienie średnich przychodów. Z kolei dostawca oprogramowania uzyskuje nowy kanał sprzedaży oprogramowania oraz dociera do szerszej bazy klienckiej. Najczęściej stosowany model współpracy operatora i dostawcy oprogramowania to dzielenie się przyszłymi przychodami. Takie podejście sprzyja zmianom zachodzącym w polskich firmach, które coraz bardziej sceptycznie podchodzą do zakupu dużych i kosztownych platform telekomunikacyjnych. Wybierają one rozwiązania, które nie wymagają jednorazowych inwestycji, a pozwalają rozłożyć koszty w czasie. Pakiety komunikacji zunifikowanej w konsekwencji uzyskują coraz większą popularność. Skierowane są one w pierwszym rzędzie do klientów z segmentu MŚP. Firmy duże, ale i częściowo średnie, zazwyczaj już posiadają ukształtowaną sieć firmową, często opierającą się na centralach zakupionych kilka lat temu.

Polski rynek budownictwa kolejowego w 2014 r. wart 5 mld zł

W 2014 r. wartość rynku budownictwa kolejowego wzrośnie o ok. jedną trzecią i wyniesie 5,1 mld zł. W nowej perspektywie unijnej sektor kolejowy do wykorzystania będzie miał ponad 10 mld €, a w puli planowanych inwestycji większego znaczenia nabiorą budowy nowych linii kolejowych, wyceniane na 15 mld zł. Jednakże nie wszystkie z nowych połączeń kolejowych ostatecznie trafią do fazy realizacji.

Jak wynika z raportu „Budownictwo kolejowe w Polsce 2014 – Prognozy na lata 2014-2019” przygotowanego przez firmę badawczą PMR, po niespełnionych zapowiedziach kolejowego przyspieszenia inwestycyjnego w latach minionych, w 2014 r. dynamika rynku budownictwa kolejowego wyraźnie przyspieszy, w efekcie czego wartość produkcji budowlanej z tytułu budowy dróg szynowych po raz pierwszy przekroczy wartość 5 mld zł. Wysokie przeroby rynek utrzyma także w 2015 r. na co wpłynie intensywne domykanie inwestycji współfinansowanych minionej perspektywy unijnej.

W związku z rozpoczętym budżetem unijnym na lata 2014-2020 polskie kolejnictwo może liczyć na dofinansowanie przekraczające 10 mld €. Duża część z tej puli trafi na stosunkowo mało-inwazyjne projekty rewitalizacyjne, jednak rządowa lista inwestycji wskazuje także na bardziej zaawansowane, finansowo i czasowo, projekty polegające na budowie nowych odcinków i łącznic kolejowych.

Największe szanse na realizację mają najkrótsze z nowych planowanych odcinków. Do 2020 roku Łódź ma realne szanse na wzbogacenie swojej podziemnej sieci połączeń o dodatkowe blisko 6 km. Rozbudowa stanowi kolejny element przyszłych Kolei Dużych Prędkości, a przy okazji stanowi element spinający łódzki węzeł kolejowy. Na początku lutego 2014 roku PLK ogłosiły przetarg na uzupełnienie studium wykonalności, które obejmuje także opracowanie programu funkcjonalno-użytkowego.

Projektem o dużych szansach powodzenia jest także połączenie kolejowe pomiędzy Katowicami a portem lotniczym w Pyrzowicach. Przedsięwzięcie jest w trakcie projektowania, które z racji dofinansowania unijnego powinno zakończyć się najpóźniej z końcem 2015 roku.

Dokumentacja powstaje już także dla budowy łącznicy kolejowej w Krakowie, która ma zostać zaprojektowana przez firmy BBF i Safege. Firmy za niespełna 10 mln zł zobowiązały się do przygotowania dokumentacji przedprojektowej i projektowej oraz sporządzenie materiałów przetargowych niezbędnych do wyłonienia wykonawców robót budowlanych. Zakładany okres realizacji całej inwestycji planuje się na lata 2016-2020 a koszt budowy to ok. 1,7 mld zł.

Najnowszym projektem, który trafił na listę rządowego Dokumentu Implementacyjnego jest budowa nowej linii pomiędzy Łowiczem a Jaktorowem, która ma stanowić usprawnienie jednej z najbardziej eksploatowanych relacji z Warszawy w kierunku zachodniej części kraju. Projekt ma pochłonąć ok. 1,7 mld zł, jednakże póki co znajduje się w fazie koncepcyjnej i terminowe zrealizowanie go może przysporzyć trudności.

Kolejnym projektem, który pomimo kilkunastoletniej fazy planowania wciąż nie ruszył naprzód jest plan zbudowania szybszego połączenia kolejowego z Zakopanem. Trwa obecnie aktualizacja studium wykonalności dla tego ocenianego na 6 mld zł projektu. Co ważne, w odróżnieniu od połączenia Jaktorów-Łowicz sensowności tej inwestycji się nie neguje, a środowiska kolejowe chciałyby by projekt ten kontynuowano.

Większego poparcia ekonomicznego nie ma natomiast kolejny projekt na Mazowszu, tj. budowa ponad 70 km odcinka pomiędzy Modlinem a Płockiem. Inwestycja miałaby stanowić połączenie nowo otwartego portu lotniczego z zaledwie 100 tysięcznym miastem, co z ekonomicznego punktu widzenia przy założonym koszcie ok. 1,8 mld zł stanowi słaby argument.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. “Budownictwo kolejowe w Polsce 2014 – Prognozy na lata 2014-2019”.

57 proc. studentów obawia się wejścia na rynek pracy

57 proc. studentów obawia się wejścia na rynek pracy – wynika z badania przeprowadzonego przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Jednocześnie, tylko 20 proc. z nich deklaruje, że w trakcie studiów zdobywa umiejętności praktyczne ułatwiające znalezienie zatrudnienia. W tym kontekście najlepiej wypadają staże i praktyki, w których skuteczność wierzy ponad 80 proc. respondentów – o ile są to programy wysokiej jakości.

Właśnie dlatego Stowarzyszenie rozpoczęło audyty programów staży i praktyk oferowanych przez firmy – by sprawdzić czy spełniają one standardy zawarte w Polskich Ramach Jakości Staży i Praktyk, czyli zbiorze norm określających zasady odbywania staży i praktyk wysokiej jakości. – Problemy ludzi młodych na rynku pracy wynikają z ich niewystarczającego przygotowania do rozpoczęcia kariery zawodowej, będącego efektem niskiego poziomu edukacji praktycznej, której istotnym aspektem są właśnie staże i praktyki. Dlatego rozpoczęliśmy weryfikacje programów staży i praktyk – by sprawdzić na ile przedsiębiorstwa stosują standardy jakościowe przy ich organizacji. Pierwsze procesy audytowe ruszyły ponad miesiąc temu, z powodzeniem przeszły je trzy organizacje: PZU, Nestlé i Siemens – komentuje Piotr Palikowski, prezes PSZK.

Podczas audytu Stowarzyszenie szczegółowo bada kolejne zawarte w Ramach obszary, z których powinien składać się staż wysokiej jakości, czyli m.in.: walor edukacyjny, umowa, wynagrodzenie, czy mentoring. Ważną częścią audytu są wywiady przeprowadzane zarówno z pracownikami działu personalnego, kadrą menedżerską, jak i praktykantami i stażystami. W przypadku zgodności ze standardami określonymi w kodeksie, PSZK przyznaje danemu programowi Znak Jakości, który dla studentów stanowi potwierdzenie standardów stażu czy praktyki. – Nasza inicjatywa wynika z faktu, że ponad 80 proc. przebadanych przez nas studentów wyraża chęć wzięcia udziału w stażu wysokiej jakości. To najlepszy dowód na to, że młodzi ludzie coraz bardziej świadomie kierują swoją ścieżką kariery i nie chcą tracić czasu na stażach o niskim walorze edukacyjnym, z których nie wyniosą nic poza pieczątką w indeksie – dodaje Palikowski. PSZK przeprowadziło wspomniane badanie dotyczące czynników istotnych przy ocenie jakości programów praktyk i staży na grupie ponad 1600 studentów z 40 uczelni w całej Polsce.

Pierwsze firmy, które pozytywnie przeszły proces weryfikacji to Nestlé, PZU oraz Siemens. Dlaczego organizacje chcą poddawać swoje praktyki i staże audytowi? Przyczyn jest kilka. – Uczestnictwo w rzetelnie zrealizowanym stażu czy praktyce może stanowić przepustkę do zatrudnienia, ponieważ pracodawca ma w czasie trwania stażu okazję do obserwowania i oceny predyspozycji stażysty jako potencjalnego, przyszłego pracownika – mówi Maciej Hassa, Kierownik Zespołu Marki Pracodawcy z PZU. Inny powód to chęć wyznaczania standardów w zakresie realizacji programów staży i praktyk. – Chcemy upowszechniać nasze zasady w zakresie przeprowadzania staży i praktyk, ponieważ wierzymy, że ma to wartość zarówno dla młodych ludzi wchodzących na rynek pracy, jak i dla pracodawców. Studenci i absolwenci zyskują wiedzę o tym, gdzie warto odbyć praktykę i staż oraz gdzie rozwiną swoje kompetencje. Pracodawcy natomiast mają szansę poznania potencjalnych kandydatów do pracy, mogą także świadomie kształtować swój wizerunek jako atrakcyjnego, wiarygodnego pracodawcy, dla którego jest ważne by traktować ludzi z szacunkiem – komentuje Wiesława Czarnecka – Stańczak, Dyrektor ds. Zarządzania Personelem z firmy Siemens. Zdaniem Marioli Raudo, Kierownika Działu Rekrutacji i HR Business Partnera z Nestlé Polska, weryfikacja jakości staży i praktyk jest receptą na zmniejszenie rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami pracodawców, a kompetencjami młodych. – Rzetelnie przygotowane oraz zorganizowane praktyki są skutecznym narzędziem edukacji praktycznej młodego pokolenia oraz dobrym sposobem na wyławianie talentów. Właśnie dlatego inwestujemy w program praktyk w Nestlé już od 15 lat – komentuje Raudo.

Więcej informacji na temat Programu Polskich Ram Jakości Staży i Praktyk oraz programów staży i praktyk, które otrzymały Znak Jakości można znaleźć na stronie www.stazeipraktyki.pl oraz na portalu Facebook.

Sprzedaż nowych samochodów osobowych: 2014 r. zaczął się dobrze i w Polsce i Europie

Pierwszy miesiąc 2014 r., europejski rynek samochodowy zakończył na 5,5% plusie – tak wynika z najnowszych danych ACEA, Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów. W styczniu Europejczycy kupili blisko 936 tys. nowych samochodów osobowych. W Polsce natomiast z salonów wyjechało o 11% osobówek więcej niż rok temu i wolumenowo jest to najlepszy miesięczny wynik od prawie dwóch lat. Zdaniem przedstawicieli Exact Systems, firmy kontrolującej części motoryzacyjne, za sprawą okienka derogacyjnego w lutym i marcu będziemy mieć do czynienia z jeszcze większym popytem na nowe samochody.

Styczeń to siódmy miesiąc z kolei, w którym w Polsce odnotowaliśmy wzrost rejestracji samochodów osobowych. Jednocześnie wypracowany wynik wolumenowy jest najlepszym od marca 2012 r. A wszystko to za sprawą krótkiego powrotu do kratek, dzięki któremu polskie firmy korzystają z możliwości odliczenia całego podatku VAT. Spodziewamy się, że w lutym i marcu, kiedy okienko derogacyjne będzie jeszcze obowiązywać, wyniki sprzedaży i rejestracji samochodów osobowych będą jeszcze lepsze. W styczniu wielu producentów dopiero przygotowywało specjalne oferty sprzedaży „kratek” i dopiero teraz będą w stanie na bardzo wysoki popyt odpowiedzieć odpowiednią podażą – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, członek Polskiej Izby Motoryzacji.

W styczniu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 29,18 tys. nowych samochodów osobowych (wliczając tzw. kratki), czyli o ponad 11% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Samych samochodów osobowych z homologacją ciężarową, czyli „kratek”, z polskich salonów osobowych wyjechało nieco ponad 2 tys.

Piąty miesiąc wzrostu w Unii Europejskiej

Również w Europie styczeń był piątym miesiącem z rzędu, w którym liczba rejestracji była wyższa niż przed rokiem. W pierwszym miesiącu 2014 r. Europejczycy kupili prawie 936 tys. aut osobowych, i choć jest to o 5,4% więcej niż w styczniu ubiegłego roku, to wolumenowo mamy jeden z najsłabszych wyników styczniowych w ciągu ostatniej dekady. Do głównych rynków, które w styczniu odnotowały wzrosty należą Niemcy (+7% r/r), Francja (+0,5% r/r), Włochy (+3% r/r) i Wielka Brytania (+7%). Mamy nowy rok i nowe dane, ale Wyspy Brytyjskie nadal pozostają fenomenem w skali europejskiej – od ponad dwudziestu miesięcy mogą chwalić się wzrostem rejestracji i w tym momencie trudno jest nam określić, jak długo ten trend będzie jeszcze trwał – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

W Polsce numerem jeden Skoda, w Europie Volkswagen

Jak podaje PZPM, najchętniej kupowanym samochodem w styczniu br. w segmencie osobówek w Polsce była Skoda (ponad 4 tys. sprzedanych modeli), tuż za nią uplasowały się Volkswagen i Toyota. Polacy nadal najchętniej kupują Skodę Oktavię, a potem Toyotę Auris. Nieco inaczej prezentuje się europejska mapa producentów. W Europie najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z ponad 122 tys. sprzedanymi autami – mówi Jacek Opala.

Co nas czeka w 2014 r.?

Wyniki rejestracji samochodów osobowych w Polsce po pierwszym miesiącu skłaniają mnie do optymistycznego przypuszczenia, że obecny rok dla naszej branży motoryzacyjnej będzie lepszy od minionego. Jeśli w lutym i marcu „kratki” ściągną do salonów jeszcze więcej klientów, liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, co da nam ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem realna – ocenia Paweł Gos.

W materiale prasowym zostały wykorzystane dane ACEA, Głównego Urzędu Statystycznego, Centralnej Ewidencji Pojazdów, Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

***
Exact Systems Sp. z o.o. działa od 2004 r. i jest obecnie czołowym dostawcą rozwiązań
w zakresie kontroli jakości, czyli selekcji, naprawy i sortowania części, komponentów oraz wyrobów gotowych dla przedstawicieli branży motoryzacyjnej. Głównymi odbiorcami usług firmy są dostawcy
i poddostawcy dla przemysłu motoryzacyjnego oraz producenci samochodów. Klientami firmy są również zakłady zajmujące się produkcją wielkoseryjną z branży elektronicznej, AGD oraz kosmetycznej. Obecnie firma posiada swoje przedstawicielstwa w Polsce, Czechach, Niemczech, Słowacji, Turcji, Rosji, Rumunii i Wielkiej Brytanii.
Firma kładzie duży nacisk na jakość świadczonych usług oraz na rzetelność i stabilność we współpracy ze swoimi kontrahentami. Współpraca z Exact Systems pomaga osiągnąć najwyższe standardy jakości oraz wspiera organizację procesów produkcyjnych.
Więcej informacji o firmie dostępnych jest pod adresem: www.exactsystems.pl.

Decyzja UOKiK: kara 630 tys. zł dla Multimedia Polska

Opłacenie faktury nie oznacza automatycznej zgody konsumenta na przyjęcie nowej oferty. Jak ustalił Urząd, Multimedia Polska włączała dodatkowe usługi bez zgody konsumentów, jednostronnie zmieniając w ten sposób umowę. Prezes UOKiK nałożyła na spółkę karę ponad 630 tys. zł

Spółka Multimedia Polska (MP) z Gdyni jest dostawcą stacjonarnego Internetu i telewizji kablowej. Prezes UOKiK w lipcu 2013 r. wszczęła przeciwko niej postępowanie po przeanalizowaniu doniesień medialnych i zawiadomień od konsumentów.

Postępowanie wykazało, że MP w okresie od lipca do listopada 2012 r. wysyłała swoim abonentom ulotkę informującą o nowej ofercie „multiPower” — podwojenie prędkości Internetu, płatnej dodatkowo 4,99 zł brutto miesięcznie. Usługa była automatycznie uruchamiana u każdego abonenta na dwumiesięczny, bezpłatny okres testowy. Po tym czasie dostawca wysyłał klientom fakturę za usługi powiększoną o należność za dodatkowy, niezamawiany pakiet. Informowano na niej małym drukiem, że opłacenie całkowitej sumy będzie traktowane jako przyjęcie oferty. Konsumenci, którzy nie chcieli wykupić usługi, mieli przed dokonaniem płatności odjąć jej cenę od całkowitej kwoty. Dodatkowym utrudnieniem było umieszczenie na fakturze cen netto wraz z obowiązującą stawką VAT. Konsument musiał we własnym zakresie obliczyć cenę brutto niechcianej usługi, następnie odjąć ją od łącznej kwoty. Drugą z możliwości rezygnacji z oferty był kontakt z MP poprzez infolinię, stronę internetową lub w biurze obsługi klienta.

Promocyjna oferta została skierowana do niemal 200 tys. abonentów, a przyjęło ją 70 proc. z nich. Prezes UOKiK uznała, że MP stosując powyższą praktykę jednostronnie zmieniła umowy z klientami. W ocenie Urzędu, spółka powinna poinformować ich o nowej ofercie, a następnie oczekiwać na zgłoszenia. Multimedia Polska zaniechała zakwestionowanej praktyki w styczniu 2013 r., ale nie uniknęła kary finansowej w wysokości 637 850 zł. Decyzja nie jest ostateczna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.

PKO Bank Polski nagrodzony za zmiany w HR

PKO Bank Polski zajmuje wysokie miejsca w rankingach najbardziej pożądanych pracodawców. W ubiegłym roku najistotniejszymi wyróżnieniami było: trzecie miejsce w Top 100 Ideal Employer w kategorii biznes i w rankingu „Jakość na bank 2013”, tytuł Solidny Pracodawca Dekady, pierwsze miejsce w konkursie Employer Branding Excellence Awards 2013 za kampanię wizerunkowo – rekrutacyjną „Jeden Bank. Wiele Pasji”. Do bogatego zestawienia posiadanych już wyróżnień dołączyła nagroda przyznana w trakcie konferencji Warszawskich Dni Rekrutacji.

J. Piechociński: na początku kwietnia pojedziemy do Iranu z konkretną ofertą współpracy

CEO Magazyn Polska

Przemysł rolno-spożywczy, przetwórczy, środków transportu i maszynowy – to niektóre branże, z którymi Polska chciałaby zaistnieć na irańskim rynku. Na początku kwietnia polska delegacja pojedzie do Iranu rozmawiać o perspektywach współpracy gospodarczej. Janusz Piechociński zapewnia, że polska strona przygotowuje konkretną ofertę współpracy. Ministerstwo Gospodarki zamierza w ten sposób wykorzystać złagodzenie międzynarodowych sankcji wobec Iranu. 

 – Na początku kwietnia biorę dużą grupę przedsiębiorców i jedziemy na spotkanie z ludźmi odpowiedzialnymi za irańską gospodarkę. Pojedziemy tam z bardzo konkretną ofertą – powiedział wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Polacy zamierzają promować w Iranie produkty z szeroko pojętej branży rolniczej – w tym przemysłu rolno-spożywczego i przetwórstwa.

 – Ponadto będziemy promować nasze środki transportu i polski przemysł maszynowy – zapowiada wicepremier. – Uważam, że możemy też wejść w irański segment dóbr konsumpcyjnych  od sprzętu AGD po sektor audio/video.

Wizyta będzie poprzedzona podróżą do Iranu ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego i wiceministra gospodarki Andrzeja Dychy. Piechociński zapowiada, że strona polska skonsultuje się także z przedstawicielami krajów mających większe doświadczenie w handlu w tym regionie.

 – Ściągamy ze wszystkich stron wszelkie informacje, konsultujemy się z innymi krajami z regionu, które mają większe doświadczenie i które są z nami zaprzyjaźnione. Chcielibyśmy, aby zdjęcie sankcji międzynarodowych z Iranu pozwoliło nam na szybkie odzyskanie utraconego rynku – mówi Piechociński. – Już w tej chwili bardzo wiele polskich produktów dociera do Iranu, ale dzieje się to poprzez kraje Zatoki Perskiej albo przez Azerbejdżan czy Gruzję.

W listopadzie przedstawiciele Iranu i tzw. Grupy 5+1 (złożonej ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec) zawarli wstępne porozumienie w Genewie. Ugoda weszła w życie 20 stycznia br. W ramach jej realizacji Iran ograniczył swój program nuklearny, a społeczność międzynarodowa zniosła niektóre sankcje gospodarcze.

Polacy coraz chętniej zmieniają dostawcę energii elektrycznej

Tylko 40 proc. Polaków jest zadowolonych z usług dostawców energii elektrycznych – wynika z obserwacji firmy Accenture w Polsce. To oznacza, że pozostali mogą teraz lub w przyszłości rozważać zmianę dostawcy. Już teraz gotowość do zmiany jest większa niż kilka lat temu, a możliwe, że Polacy będą to robić jeszcze chętniej, kiedy na rynku pojawią się atrakcyjne pakiety łączące usługi energetyczne, telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe i bankowe.

 – Już w tym roku i przyszłym należy oczekiwać postępującej pakietyzacji produktów, czyli uzupełniania tradycyjnych produktów, jak prąd czy gaz, o usługi i produkty powiązane, jak również produkty uzupełniające, np. z obszaru telekomunikacji, bankowości czy ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Chudziak, wiceprezes Accenture w Polsce.

Przykładem takiego działania są chociażby inicjatywy telekomów. Polkomtel (operator sieci Plus) od listopada ubiegłego roku oferuje dostawy energii elektrycznej (z ZE PAK). Na razie oferta jest skierowana do klientów biznesowych, ale zgodnie z zapowiedziami pojawią się również podobne usługi dla klientów indywidualnych. Plus sprzedaje również pakiety połączone z ofertą Cyfrowego Polsatu oraz zapowiada pojawienie się usług bankowych.

T-Mobile przygotowuje się do sprzedaży usług telekomunikacyjnych połączonych z usługami bankowymi. Zgodnie z umową zawartą w grudniu ub.r. z Alior Bankiem operator będzie oferować swoim klientom rachunki, depozyty, kredyty, pożyczki oraz karty płatnicze. Pod koniec roku T-Mobile rozpoczął również pilotażowy program sprzedaży energii wspólnie z Tauronem.

Podobną próbę podjęło też Orange – wspólnie z PGE od marca ub.r. przygotowywało się do połączenia sprzedaży usług telekomunikacyjnych i energetycznych, ale na razie wycofało się z projektu.

Jarosław Chudziak ocenia, że sprzedaż łączona jest przyszłością rynku energii. Atrakcyjne pakiety będą w coraz większym stopniu skłaniały konsumentów do zmiany dostawcy prądu.

 – W ciągu ostatnich pięciu lat prowadziliśmy na świecie badanie dotyczące zachowań konsumenckich w obszarze elektroenergetyki. Wynika z niego, że rośnie otwartość klientów na zmianę sprzedawców, co jest podyktowane nie tylko zmianami na rynku energii, lecz także zmianami konsumenckimi na rynkach pokrewnych, jak telekomunikacja, bankowość, ubezpieczenia – podkreślił wiceprezes Accenture podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Tylko 40 proc. klientów jest zadowolonych z obecnego dostawcy, więc można spodziewać się, że reszta jest gotowa na rozważenie nowej oferty dostawców alternatywnych. Według Jarosława Chudziaka, Polacy nauczyli się otwartości na nowych dostawców po liberalizacji rynków telekomunikacyjnych, bankowych czy ubezpieczeniowych.

 – Pytanie o kształt przyszłego rynku, w szczególności jeżeli mówimy o fragment obejmujący sprzedaż, jest pytaniem otwartym. I tutaj należy bacznie obserwować to, co się dzieje nie tylko w Polsce, lecz także na rynkach krajów bardziej rozwiniętych w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych czy Australii. Na pewno czekają nas ciekawe czasy – prognozuje Chudziak.

Prawo do zmiany sprzedawcy energii elektrycznej jest zagwarantowane w unijnej dyrektywie elektroenergetycznej 2003/54/WE. Zgodnie z obowiązującym prawem Polacy mają prawo do bezpłatnej zmiany dostawcy. Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że do końca 2013 roku na zmianę zdecydowało się 230 tysięcy odbiorców, w tym 125 tys. gospodarstw domowych. Prawie połowa klientów indywidualnych zrobiła to w ubiegłym roku. Urząd Regulacji Energetyki uruchomił stronę internetową, która ułatwia porównanie taryf i dokonanie wyboru.

Zapaść na rynku leków refundowanych

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich dwóch lat sprzedaż leków refundowanych spadła o ok. 4 mld złotych, głównie z powodu niekorzystnych dla hurtowników i aptekarzy marż. Jak wynika ze statystyk branży farmaceutycznej, aż 60 proc. sprzedaży leków wypisywanych na receptę przynosi sprzedawcom straty. Powoduje to, że w ich ofercie pojawia się coraz więcej parafarmaceutyków, czyli leków sprzedawanych bez recepty.

Polski rynek farmaceutyczny osiągnął w 2013 roku wartość 27,6 mld złotych, z czego około 45 proc. (ok. 11 mld zł) stanowiły parafarmaceutyki. Oznacza to, że na rynku dostępna jest już bardzo szeroka oferta leków bez recepty, jak m.in. leki na przeziębienie, wątrobę, zgagę, nawodnienie czy na wzmocnienie.

 – Polski rynek farmaceutyczny, rynek apteczny bardzo się zmienił, ponieważ na rynku leków refundowanych jest duża zapaść. Rynek znacznie się zmniejszył – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kula, prezes firmy Pharma Expert.

W ciągu ostatnich dwóch lat sprzedaż leków refundowanych spadła o ok. 4 mld złotych. Powodem tej zapaści są wyjątkowo niekorzystne dla sprzedawców leków, regulowane przez państwo marże.

 – Marże są sztywne, zarówno hurtownicy, jak i aptekarze do sprzedaży leków refundowanych dopłacają. Hurtownicy obliczyli, że aż 60 proc. sprzedaży leków refundowanych, na receptę, to jest sprzedaż deficytowa – podkreśla Piotr Kula.

Od momentu wejścia w życie ustawy refundacyjnej (1 stycznia 2012 roku) rynek farmaceutyczny nieprzerwanie szuka możliwości wzrostu sprzedaży w tych obszarach, w których marża nie jest regulowana. 

 – Stąd parafarmaceutyki, których cena nie jest regulowana przez państwo, ani marża hurtowa, ani apteczna. Jest boom na te produkty, co widzimy też w reklamach, w telewizji, w gazetach czy w radiu – tłumaczy prezes Pharma Expert.

W jego ocenie rynek parafarmaceutyków z pewnością nadal będzie rozwijał się dynamicznie. Największy popyt na leki bez recepty zgłaszają osoby powyżej 35. roku życia, kupując je zarówno w aptekach, jak i w sklepach zielarskich, supermarketach czy kioskach.

 – Będzie rosła, po pierwsze, liczba produktów, które wchodzą na rynek, będą rozszerzały się wskazania do stosowania tych produktów i rosły ceny tych leków – prognozuje Kula.

SKOK Wołomin: obsługa instytucji trzeciego sektora nie wpłynie znacząco na przychody, ale zwiększy depozyty

Drugi co do wielkości w Polsce SKOK Wołomin zarobił w 2013 roku ok. 90 mln zł netto – wynika ze wstępnych szacunków. W tym roku kasom dodatkowo sprzyjać będą przepisy znowelizowanej ustawy o SKOK-ach. Zgodnie z nowym prawem zyskają one możliwość obsługi instytucji trzeciego sektora, czyli m.in.: spółdzielni, wspólnot mieszkaniowych, fundacji, stowarzyszeń czy parafii, co korzystnie przełoży się na depozyty w kasach.

Choć zmiany w prawie związane z dostosowywaniem się SKOK-ów do wymogów nadzoru KNF zwiększą koszty ich działalności, nie powinny pogorszyć wyników kas. Satysfakcjonujące rezultaty finansowe za ubiegły rok osiągnął m.in. SKOK Wołomin.

 – Co prawda wynik nie jest jeszcze zbadany przez biegłego rewidenta, są to bardzo wstępne dane. Natomiast będzie oscylował w granicach 80-90 mln zł netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes zarządu SKOK Wołomin.

SKOK Wołomin jest drugim co do wielkości SKOK-iem w Polsce. Na koniec stycznia tego roku Kasa obsługiwała blisko 80 tysięcy członków, a jej aktywa wynosiły 2,99 mld zł. Tym, co wyróżnia ją na rynku, jest również niski wskaźnik pożyczek przeterminowanych.

 – Przygotowujemy otwarcie nowych oddziałów, chcemy docierać do nowych środowisk. Ale podstawową zmianą będzie to, że nowa ustawa o SKOK-ach pozwala nam obsługiwać instytucje tzw. sektora trzeciego, czyli: fundacje, stowarzyszenia, związki parafialne, związki wyznaniowe – podkreśla Mariusz Gazda. – Nie będą to dla nas wielkie zmiany w wielkości przychodów, bo naszym przychodem jest sprzedaż pożyczek. Natomiast na pewno będzie to miało wpływ na wzrost sumy bilansowej, wzrost depozytów – tłumaczy prezes SKOK Wołomin.

Podkreśla, że tego rodzaju organizacje osiągają spore nadwyżki finansowe w perspektywie średniookresowej.

Od strony działań promocyjnych wołomiński SKOK planuje zaangażowanie nowych twarzy medialnych w swoich kampaniach. Tym bardziej że ostatni spot reklamowy z udziałem Michała Wiśniewskiego, mimo kontrowersji jakie wzbudzał, okazał się bardzo skuteczny.

 – Myślimy o następnych akcjach, również z innymi znanymi twarzami – potwierdza prezes SKOK Wołomin. – Ponieważ nie są podpisane umowy, nie chciałbym zdradzać tajemnicy.

Branża budowlana liczy na lepsze siedem lat

CEO Magazyn Polska

Branża budowlana liczy na to, że obecna perspektywa finansowa UE – w przeciwieństwie do ostatnich lat poprzedniej „siedmiolatki” – będzie dla nich szansą rozwoju. Przedsiębiorcy podkreślają, że wprowadzenie zmian w prawie zamówień publicznych może znacznie usprawnić proces budowy dróg ekspresowych i autostrad. Eksperci są zgodni, że o wyborze wykonawcy nie może decydować kryterium najniższej ceny.

Budżet unijny ustala pułapy finansowania różnych sektorów na siedem lat. W ostatnich latach dostarczył polskiemu budownictwu infrastrukturalnemu funduszy, jakich do tej pory nie miało ono do dyspozycji. Efektem, obok dużej ilości nowych odcinków autostrad i tras szybkiego ruchu, jest też paradoksalnie nie najlepsza forma sektora budownictwa. 

 – Kryzysy w branży z reguły były powodowane brakiem pieniędzy na inwestycje i rozwój, a nie nadmiarem pieniędzy. Tym razem okazało się, że nadmiar też może być zabójczy – mówi Marek Michałowski, ekspert Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Szczególnie wtłoczony w bardzo krótki okres, bo ten program nie mógł wystartować, w związku z tym okazało się, że to, co miało być zrobione w siedem lat, musimy zrobić w trzy lata.

Opóźnienia w inwestycjach oraz zastosowanie kryterium najniższej ceny i przerzucanie odpowiedzialności na wykonawców przy realizacji programu doprowadziło do upadku wielu firm budowlanych.

 – Efekt jest taki, że branża budowlana zamiast cieszyć się z zarobionych pieniędzy, liże rany, liczy straty i zastanawia się, czy w nowej perspektywie unijnej będzie tak samo, czy nadal warto startować w kontraktach, czy może już nie – ocenia Michałowski.

Zdaniem eksperta Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, realizacja inwestycji drogowych wymaga zmian w prawie zamówień publicznych. Przede wszystkim kryterium najniższej ceny nie powinno być jedynym czynnikiem przy wyborze oferty. 

 – Jeżeli cena ma być wciąż najważniejszym kryterium, to musi być rzetelna prekwalifikacja, czyli wybór wykonawców, którzy gwarantują, że od strony technicznej i finansowej są przygotowani i gwarantują realizację danego obiektu, czy to jest kawałek autostrady, most, czy obwodnica. Inaczej zawsze będą ogromne problemy – mówi Michałowski. – Nie może być tak, że wygrywa ten, kto dał najniższą cenę, a w ogóle nie wiadomo, czy jest przygotowany do realizacji tego zadania, czy nie jest.

Kondycję branży i jakość inwestycji mogłaby także poprawić umowa, która równo rozłożyłaby prawa, obowiązki i ryzyka między zamawiającego a wykonawcę. 

 – Jeżeli do tego jeszcze wprowadzimy obowiązek rozliczania na końcu budów i nie będzie takich sytuacji jak dziś, że większość roszczeń ląduje w sądach i branża traci płynność, to powinno być dużo lepiej – prognozuje Michałowski.

Polacy wybierają nietypowe formy turystyki m.in. do slumsów oraz opuszczonych dzielnic

CEO Magazyn Polska

Odwiedzanie slumsów, opuszczonych budynków, a także regionów ogarniętych konfliktem staje się atrakcyjne dla coraz większej liczby turystów. Nietypowe formy turystyki zyskują na popularności i są szansą dla mniejszych biur podróży na specjalizację. Nie brakuje także osób uprawiających turystykę seksualną, medyczną, a nawet tzw. turystykę śmierci. 

  Pojawiają się pierwsze zwiastuny nowych trendów turystycznych, które z jednej strony nie wymagają długiego pobytu, jak do tej pory plaża, opalanie, kąpiele, wypoczynek pod palmami czy zwiedzanie atrakcji turystycznych. Te oferty są bardziej nastawione na zaszokowanie, zainteresowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Krystyna Szczęsny, wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.

Jednym z popularnych nowych trendów jest turystyka slumsowa. Polega ona na odwiedzaniu dzielnic skrajnej biedy. Jak podkreśla Szczęsny, tę formę podróży wybierają często bardzo zamożne osoby. Ośrodkami turystyki slumsowej są Ameryka Łacińska, w szczególności brazylijskie Rio de Janeiro, Indie, a także Kenia (slumsy Kibera w Nairobi).

Coraz więcej osób decyduje się także na turystykę urbex, czyli odwiedzanie miejsc, które nie są typowymi atrakcjami turystycznymi – opuszczonych budowli, cmentarzy, katakumb. Szczęsny zauważa, że osoby, które uprawiają tę formę podróżowania, chętnie dzielą się swoimi przeżyciami i zdjęciami w internecie, tworząc w ten sposób charakterystyczną społeczność. 

Dążenie do absolutnego zaszokowania ofertą powoduje stworzenie nowej, ciemnej strony w turystyce. Śmierć, mrok i strach stają się takimi samymi produktami branży turystycznych, jak zdrowie, słonce i radość. Są tacy turyści, którzy z chęcią doświadczają wątpliwego uroku ponurej tanatoturystyki, spragnieni mocnych wrażeń, przemierzają setki kilometrów, żeby na własne oczy zobaczyć spreparowane szczątki ludzkie, narzędzia tortur i miejsca masowych mordów. Ta kontrowersyjna forma podróży cieszy się coraz większym zainteresowaniemNasuwa się pytanie o etykę i moralne przyzwolenie społeczeństwa na ingerowanie w życie rdzennej ludności, z drugiej zaś strony podróżujący do takich miejsc mogą stać się świadkami współczesnej historii.

 – Uczestnicy tanatoturystyki fascynują się mrokiem, ciemnością, grozą. Jeżdżą w miejsca, gdzie odbywają się masowe egzekucje. Spotykają się z ludźmi, obserwują skazańców, ludzi w miejscach, gdzie toczą się wojny. To w ramach tanatoturystyki mieści się również turystyka aborcyjna, jak również tzw. turystyka śmierci, turystyka samobójców. Oczywiście spotyka się to z ogromną krytyką – dodaje Szczęsny.

W ocenie wykładowczyni chorzowskiej WSB mroczna turystyka jest przeznaczona przede wszystkim dla osób szukających nowych wrażeń i skoku adrenaliny.

Według niej pojawiające się nowe trendy nie występują jeszcze na dużą skalę, a wiele osób wciąż preferuje tradycyjny wypoczynek. Większość turystów wybiera wakacje na słonecznych plażach, połączonych z korzystaniem z ośrodków typu spa i wellness.

Zmieniające się trendy w turystyce wymuszają zmiany w ofercie biur podróży. Duzi touroperatorzy mogą sobie pozwolić na szeroką ofertę, w której każdy znajdzie coś dla siebie, ale małe biura powinni się raczej specjalizować. 

 – Wielkie firmy touroperatorskie będą mogły postawić na wiele kierunków. Natomiast mniejsze biura zachęcałabym jednak do segmentacji, do określenia specjalnych ofert. Wtedy turyści będą wiedzieli, gdzie szukać ofert dla singli, ofert dotyczących turystyki kobiecej, czy też na przykład turystyki slumsowej, albo też tego, co określamy turystyką masową, wyjazdy wypoczynkowe, wakacje nad morzem. Osobiście nie pochwalam takiej formy turystyki – mówi Krystyna Szczęsny.

DM IDM: czynsze w biurach w największych polskich miastach nie będą rosły przez kolejne 4-5 lat

CEO Magazyn Polska

Rozwój e-handlu i nadpodaż powierzchni handlowych w wielu miastach powoduje obniżki czynszów w galeriach handlowych. Również w biurowcach ceny wynajmu nie rosną, m.in. za sprawą dużej podaży nowych powierzchni biurowych, i tak może być przez kolejne 4-5 lat. To powoduje, że sytuacja deweloperów komercyjnych jest dużo gorsza niż deweloperów mieszkaniowych, którzy notują wzrosty sprzedaży.

 Sytuacja deweloperów komercyjnej, czyli tych budujących obiekty biurowe i galerie handlowe, nie jest tak dobra jak deweloperów mieszkaniowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Wewiórski, analityk Domu Maklerskiego IDM. – Mam na myśli głównie wywieranie presji na deweloperów, by obniżali czynsze w biurowcach i w galeriach handlowych.

Przyczyną problemów deweloperów w galeriach handlowych jest przede wszystkim dynamiczny rozwój handlu w internecie. 

 – E-commerce odbiera klientów galeriom. Niektóre rynki są już nasycone, np. we Wrocławiu czy Kielcach nie ma już raczej miejsca na nowe obiekty. Z drugiej strony są nawet miejsca w Warszawie, np. na Białołęce brakuje nowoczesnej powierzchni handlowej i deweloperzy nadal poszukują gruntów pod jej budowę – wyjaśnia Maciej Wewiórski.

Z kolei spółki wynajmujące powierzchnię biurową zmagają się z problemami stagnacji gospodarczej oraz dużej podaży nowych biurowców w największych polskich miastach.

 – Wywiera to presję na deweloperów, by obniżali czynsze i tym samym marże – zauważa analityk DM IDM. – Mniejsze przychody z wynajmu i przeszacowania wartości nieruchomości zapewne wpłyną na wyniki finansowe spółek deweloperskich.  

Zdaniem eksperta sytuacja nie ulegnie w najbliższych latach poprawie.  

 – Jesteśmy zdania, że ciągły rozwój e-commerce będzie miał negatywne przełożenie na stawki czynszów w galeriach. Z kolei wzrost powierzchni biurowej w dużych aglomeracjach nie pozwoli na wzrost stawek czynszów w najbliższych 4-5 latach – prognozuje Wewiórski.

Zamieszanie z ustawą o opakowaniach. Przedsiębiorcy skarżą się na brak odpowiednich rozporządzeń

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd ma się zająć ustawą o bateriach i akumulatorach, której projekt zakłada, że producenci tych wyrobów będą finansować ich utylizację. Tymczasem do obowiązującej od początku roku ustawy o odpadach opakowaniowych brakuje rozporządzeń wykonawczych, które wskazałyby przedsiębiorcom, jak mają zagospodarowywać odpady w swoich firmach.

W styczniu tego roku weszła w życie ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi. Teoretycznie, bo Ministerstwo Środowiska wciąż nie wydało odpowiednich rozporządzeń wykonawczych. To jednak nie koniec zawirowań legislacyjnych dla przedsiębiorców w zakresie gospodarowania odpadami. 

 – Dyrektywa unijna dotycząca zużytego sprzętu elektrycznego narzuciła nam termin w połowie lutego, abyśmy wprowadzili nową ustawę. Tej ustawy w ogóle nie ma. W chwili obecnej postępują prace nad nowelizacją ustawy o bateriach i akumulatorach. Biorąc pod uwagę jeszcze ustawę opakowaniową, mamy trzy ustawy, które ulegają właśnie przekształceniom, a to oznacza dużo zmian na raz – ocenia Zbigniew Milkiewicz, prezes CCR Polska.

Projektem ustawy o bateriach i akumulatorach ma się dzisiaj zająć Rada Ministrów. Zakłada on udział producentów baterii i akumulatorów w kosztach utylizacji tych produktów.

Najwięcej niewiadomych wciąż niesie ze sobą ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi. Kontynuuje ona w dużej mierze poprzednią ustawę o obowiązkach przedsiębiorców w zakresie gospodarowania niektórymi odpadami i o opłacie produktowej z 2001 roku. Sprawa dotyczy wielu tysięcy przedsiębiorców w Polsce, którzy produkują lub wprowadzają na rynek swoje produkty w opakowaniach. Opakowania są albo wyrzucane w supermarkecie (w przypadku opakowań zbiorczych), albo trafiają do kosza na śmieci w gospodarstwie domowym. 

 – Celem ustawy, zarówno poprzedniej, jak i nowej, jest to, aby ktoś podjął się zbiórki odpadów opakowaniowych i poddał odpady recyklingowi. Idea jest jak najbardziej szczytna. Surowce wtórne, które uzyskujemy z takich zbiórek trafiają do właściwych zakładów recyklingowych, do papierni, do hut i dzięki temu mamy zwrot surowca do gospodarki – tłumaczy Milkiewicz.

Ustawa niesie ze sobą kilka istotnych zmian. Przede wszystkim dotyczą one obowiązku finansowania kampanii edukacyjnych przez przedsiębiorców. Przepisy wskazują, jaki procent wartości opakowań musi zostać wydany na edukowanie społeczeństwa w zakresie prawidłowego postępowania z odpadami opakowaniowymi. Kolejną wprowadzoną zmianą jest obowiązek zbierania części z całej grupy odpadów z gospodarstw domowych.

 – Czyli dla przykładu, jeśli dzisiaj był obowiązek zbiórki papieru i na poziomie ponad 50 proc., można było ten obowiązek rozliczyć zbiórką z sieci handlowych kartonów zbiorczych. Natomiast nowa ustawa wskazuje, że te odpady powinny pochodzić z gospodarstw domowych – wyjaśnia Zbigniew Milkiewicz.

Wątpliwości przedsiębiorców budzi też utrudnienie scedowania obowiązków recyklingu opakowań wielomateriałowych na organizacje odzysku, który może być realizowany tylko przez porozumienia zawierane przez izby gospodarcze, co jest całkowitą nowością. Pod pojęciem opakowań wielomateriałowych kryją się opakowania typu Tetra Pak, czyli przede wszystkim opakowania do żywności płynnej, pasty do zębów, przypraw, masła.

 – Do tej pory organizacje odzysku mogły realizować te obowiązki, przejmując je od wprowadzających. Natomiast dziś jest to w sferze wielkiej niewiadomej, gdyż prawdopodobnie te obowiązki może realizować tylko i wyłącznie izba gospodarcza. Żadna jeszcze nie wyszła z takim pomysłem do rynku. Nikt nie zawarł stosownego porozumienia, a przedsiębiorcy wciąż nie wiedzą, ile ich będzie ten recykling kosztować – podkreśla Milkiewicz.

Jak podkreśla, jedynym pewnym efektem wprowadzonej ustawy jest wzrost kosztów. Mają na to wpływ dwa czynniki. Z jednej strony, co roku rosną poziomy zbierania poszczególnych typów odpadów, co skutkuje wzrostem opłat. Ponadto obowiązek zbierania części odpadów z gospodarstw domowych sprawia, że koszty rosną zdecydowanie. Wciąż nie wiadomo, ile będzie kosztować obowiązek recyklingu opakowań wielomateriałowych poza organizacją odzysku.

 – Nie wiemy nawet, jak duży procent tych opakowań musi być zebrany, ponieważ nie zostało opublikowane rozporządzenie. Przedsiębiorcy nie mogą bazować na rozwiązaniach z poprzedniej ustawy, gdyż tam nie było osobnego rozwiązania dla opakowań wielomateriałowych – ocenia Milkiewicz.

Brak sprecyzowanych wytycznych może grozić chaosem, a przedsiębiorcom, którzy nie wywiążą się z obowiązku recyklingu, grożą wysokie kary, które mogą wynosić nawet setki milionów złotych.

Polska gospodarka rozwija się stabilnie, ale niejasne przepisy podatkowe utrudniają pracę przedsiębiorcom

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka jest na dobrej drodze do długotrwałego rozwoju – oceniają amerykańscy biznesmeni. Potrzebne są jednak kolejne inicjatywy, które skłonią zarówno polskie firmy, jak i zagraniczne przedsiębiorstwa do inwestowania kapitału w Polsce. Zmian wymaga przede wszystkim skomplikowany i niejasny system podatkowy, który stanowi poważny problem, szczególnie dla małych i średnich firm.

 – Sami przedsiębiorcy szukają dziś pomysłów na to, jak sprawić, by Polska stała się atrakcyjnym miejscem do inwestowania, i to nie tylko jeśli chodzi o inwestycje zagraniczne, lecz także krajowe. Polskie firmy też zadają sobie pytanie, gdzie zainwestować nadwyżki. Budują fabryki w Stanach Zjednoczonych, w Niemczech, i tam zatrudniają ludzi. Trzeba zrobić wszystko, by polski kapitał pracował w kraju – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tony Housh, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.

Część inwestycji odbywa się przez specjalne strefy ekonomiczne, których działalność w ubiegłym roku przedłużono do 2026 roku. Jednak polskim problemem jest wciąż skomplikowany system podatkowy, który obniża produktywność i hamuje rozwój firm.

 – Zmiany w systemie podatkowym, ułatwienia w raportowaniu, większa elastyczność systemu – te kroki wydają się drugorzędne, ale najprostsze, by pobudzić zatrudnienie i zachęcić do inwestowania w kraju – tłumaczy Tony Housh. – Czy potrzebuję „kratki” w swoim samochodzie? Jakie wydatki są moimi kosztami i jaką kwotę mogę odliczyć? To szczególnie ważne dla małych i średnich przedsiębiorców, którzy nie mają wyspecjalizowanego działu podatkowego w swojej firmie.

Housh wskazuje, że takie problemy utrudniają podejmowanie decyzji i powodują, że mały czy średni przedsiębiorca nie wie, co może zrobić, albo boi się, że jeśli coś zrobi, będzie miał kłopoty. Skutek takich dylematów to zaniechanie udziałów w transakcjach lub wstrzymanie inwestycji w rozwój.

 – W tym przypadku można zrobić bardzo dużo, po prostu upraszczając procedury. Cały czas pracujemy nad tym w Polsce i już jest lepiej, ale nadal można dostać dwie różne interpretacje przepisów w dwóch urzędach skarbowych. Jeśli prowadzisz przedsiębiorstwo w całym województwie mazowieckim, to możesz dostać inną interpretację w urzędzie w Radomiu i inną w Warszawie – podkreśla członek zarządu AmCham.

Z drugiej strony dane gospodarcze nadchodzące w tym roku są lepsze niż w poprzednim. Siedem lat problemów gospodarczych nie sprzyjało rozwojowi gospodarki i choć w Polsce sytuacja była lepsza niż w innych krajach, zdaniem przedstawiciela Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce, wielu przedsiębiorców z niepokojem patrzyło na to, co dzieje się naokoło i pieniądze lokowało w banku zamiast inwestować.

 – To z kolei powodowało ostrożność wśród konsumentów i niepokój o to, co się dzieje. A gospodarkę napędza teraz bardziej konsumpcja wewnętrzna. Eksport w ciągu kilku ostatnich lat był silny, i to na pewno pomogło gospodarce, ale żeby polski rynek rósł i to w sposób znaczący, czyli więcej niż 3 procent rocznie, to musimy wzmacniać popyt wewnętrzny. Ludzie muszą chcieć wydawać pieniądze, jednocześnie czując się bezpiecznie – tłumaczy Tony Housh.

Podkreśla, że sytuacja gospodarcza Polski jest stabilna i możemy liczyć na 2,5-3 procent wzrostu gospodarczego w ciągu kilku następnych lat.

 – Na pewno jest szansa na wzrost szybszy niż w ubiegłym roku, ale jednocześnie nikt nie chce bardzo szybkiego krótkotrwałego wzrostu. Wszystkim, i inwestorom, i mieszkańcom, lepiej posłuży 3-4 procentowy wzrost przez kolejne 10 lat niż gwałtowny wzrost i później spadek – podsumowuje Tony Housh.

„Nowa era rynku obligacji” – rozmowa z Dariuszem Laskiem (UI TFI)

„Nowa era rynku obligacji” – o sytuacji na rynku długu rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

W ostatnim czasie polski rynek papierów dłużnych zachowywał się gorzej. Czy to w związku z przekazaniem obligacji z OFE do ZUS?

Tak, ale nie tylko. Polski rynek obligacji znalazł się pod presją, jeszcze zanim aktywa z OFE zostały przeniesione do ZUS. Było to związane z pogorszeniem globalnego sentymentu do rynków wschodzących w wyniku zmian w polityce monetarnej USA, a przede wszystkim dalszego ograniczania skupu aktywów przez Fed. Inwestorzy zagraniczni wycofywali kapitał z rynków wschodzących, przenosząc go do „bezpiecznych przystani”, choćby amerykańskich papierów skarbowych czy japońskiego jena. Wywołało to spadki cen aktywów na rynkach rozwijających się – w tym polskich obligacji. Do niedawna polski rynek obligacji skarbowych był odporny na tego typu zawirowania, jednak sytuacja się zmieniła.

To efekt reformy emerytalnej w Polsce?

Tak. Wskutek reformy struktura uczestników polskiego rynku długu uległa istotnym zmianom. Po zniknięciu jednego z największych graczy – OFE – dominującą pozycję zajęli inwestorzy zagraniczni. Tym samym zachowanie rentowności polskich obligacji skarbowych stało się w dużej mierze uzależnione od ich sentymentu. Zajmie jeszcze trochę czasu, zanim wszyscy uczestnicy rynku, m.in. TFI czy banki, oswoją się z nową rzeczywistością.

A zatem jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę inwestorów zagranicznych?

Niezupełnie. Nową sytuację rynkową, w jakiej się znaleźliśmy, dostrzegło m.in. Ministerstwo Finansów, które poinformowało o możliwości dokonywania transakcji na polskich obligacjach skarbowych z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, co powinno stabilizować ich rentowności. Ponadto przedstawiciele NBP uspokajają, że obserwują sytuację polskiej waluty. Uważam jednak, że obecnie NBP jest zbyt pasywne, szczególnie jeśli spojrzymy na aktywność banków centralnych na świecie. Niezależnie od doraźnych działań polskich organów państwowych oceniam, że w dłuższym okresie sytuacja się ustabilizuje.

Rada Polityki Pieniężnej nie zdecydowała się na podniesienie stóp. To dobra wiadomość dla rynku obligacji?

Rzeczywiście, RPP nie zdecydowała się na żaden ruch, ale było to zgodne z oczekiwaniami. Warto jednak zwrócić uwagę, że ostatnie odczyty wskaźników obrazujących kondycję gospodarczą Polski są lepsze, niż spodziewał się rynek. To w dalszej perspektywie oczywiście otwiera furtkę do zacieśniania polityki pieniężnej, jako że im lepsze dane z gospodarki, tym gorzej dla obligacji, a lepiej dla akcji.

Union Investment TFI o sytuacji na rynku akcji

„Na koniec dnia liczą się fundamenty” – o sytuacji na rynku akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

W Polsce trwa okres publikacji wyników spółek za IV kwartał 2013 r. Jakich danych można się spodziewać?
Wyniki kwartalne spółek w Polsce mogą być całkiem niezłe, jako że już w ubiegłym roku weszliśmy na ścieżkę wzrostu. W przeciwieństwie do zysków polskich firm słabsze wyniki zaprezentują zapewne spółki tureckie, które od kilku miesięcy zmagają się ze spowolnieniem i osłabianiem waluty. Gorsze dane widać póki co w raportach niektórych banków notowanych w Stambule. W ich przypadku słabsze wyniki mogą być efektem zawiązywania rezerw finansowych.

Kontynuując wątek Turcji – w ostatnim czasie ekonomiści obniżyli prognozy wzrostu gospodarczego dla tego kraju…
Rzeczywiście. Pierwszy raz, nie licząc kryzysowego 2009 r., wzrost PKB w Turcji będzie najprawdopodobniej niższy niż w Polsce. Wedle ostatnich przewidywań dynamika wzrostu gospodarczego w Turcji może spaść w tym roku do 1,5%. Ścięte zostały również prognozy zysków spółek. Z jednej strony to zła informacja dla inwestorów chcących już teraz zarabiać na tureckiej giełdzie, z drugiej jednak to szansa na zakup aktywów w dołku. Kupując akcje dziś, gra się przecież pod odreagowanie w kolejnych miesiącach i latach.

Wydaje się jednak, że obecnie nie ma chętnych na inwestowanie w Turcji.
Jeśli spojrzymy na średnie dzienne obroty o wartości kilku miliardów tureckich lir, teza ta nie znajduje uzasadnienia. Owszem, patrząc choćby na wartość indeksu tureckiej giełdy BIST 100 czy analizując skalę odpływu kapitału zagranicznego, dostrzeżemy, że sprzedający są obecnie w przewadze. Warto jednak zwrócić uwagę, że po drugiej stronie jest całkiem sporo kupujących.

Czy liczba kupujących może wzrosnąć?
Wszystko będzie zależało od sentymentu, jednak pamiętajmy, że stabilizacja w sferze politycznej czy walutowej prędzej czy później nastąpi. Wówczas tak szybko, jak kapitał odpływał z rynku tureckiego, zacznie napływać z powrotem.

Kto może być skłonny do zainwestowania w Turcji?
Spójrzmy choćby na Polskę i wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację. OFE, po oddaniu obligacji do ZUS, weszły w zupełnie nową erę, stając się de facto funduszami akcyjnymi. Są prawie w całości zbudowane na polskich akcjach. Dysponując wciąż potężnymi aktywami i chcąc efektywnie zarządzać portfelem, OFE będą musiały dywersyfikować inwestycje geograficznie. Załóżmy, że drobny ułamek, np. 0,5–1% (to jest około 2 mld zł), zarządzanych aktywów postanowią ulokować na tureckiej giełdzie, na której po ostatnich przecenach można znaleźć sporo okazji inwestycyjnych. Skala napływów na turecką giełdę (np. ze strony polskich funduszy emerytalnych) może sprawić, że część graczy zagranicznych, zachęconych zwiększonym popytem, zacznie wracać do Turcji. Fundamenty są na razie niezbyt dobre, ale pamiętajmy, że za jakiś czas się poprawią. Wówczas powróci sentyment – poza fundamentami to drugi kluczowy czynnik wspierający.

A jak prezentują się inne kraje w regionie „Nowej Europy”, np. Węgry?
Wbrew obiegowym opiniom o negatywnych skutkach działań premiera Viktora Orbána fundamenty węgierskiej gospodarki są całkiem dobre. Bezrobocie jest relatywnie niskie, wskaźniki wyprzedzające koniunktury (PMI) rosną, a do Węgier zaczął płynąć kapitał. Nieco gorzej, choćby na tle złotego, wypada forint, jednak jego osłabienie nastąpiło głównie w wyniku zawirowań na rynkach wschodzących. Z węgierską giełdą jest o tyle nieciekawie, że jej główny indeks BUX jest zdominowany przez cztery spółki: OTP Bank, MOL, Gedeon Richter i Magyar Telekom. Trudno więc mówić o poszukiwaniu okazji na węgierskim rynku akcji.

A Czechy?
Czeski rynek akcji jest zdominowany przez spółki defensywne, więc nie spodziewałbym się imponującej dynamiki wzrostu tamtejszej giełdy. Dużo ciekawiej prezentuje się polski rynek akcji i – dla osób świadomych wysokiego ryzyka – rynek turecki.

Na koniec przenieśmy się na Wall Street, będącą punktem odniesienia dla inwestorów. W USA osiągnięto limit zadłużenia, jednak na mocy porozumienia między demokratami a republikanami, limit został podniesiony do marca 2015 r. Czy możemy się spodziewać kontynuacji hossy na amerykańskiej giełdzie?

W krótkim horyzoncie to całkiem możliwe, szczególnie po „gołębich” wypowiedziach Janet Yellen przed Kongresem. Pamiętajmy jednak, że hossa na amerykańskiej giełdzie jest dojrzała i każda negatywna informacja, która pojawi się w najbliższym czasie, może stanowić pretekst do zapoczątkowania korekty.

Czy ewentualne pogorszenie w USA może się przełożyć na polski rynek akcji?
Ze statystycznego punktu widzenia to całkiem prawdopodobne. Z drugiej strony, patrząc na fundamenty polskiej gospodarki, można zauważyć sporą szansę na to, że warszawska giełda będzie zachowywała się lepiej niż amerykańska, gdzie wyceny wielu spółek są już „wymagające”.

Union Investment Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. od 18 lat oferuje najwyższej jakości rozwiązania finansowe inwestorom indywidualnym (w zakresie funduszy inwestycyjnych, portfeli asset management, a także produktów systematycznego oszczędzania) oraz instytucjom (w zakresie zarządzania płynnością firmy, asset management, tworzenia dedykowanych produktów). Towarzystwo wielokrotnie nagradzane było za osiągane wyniki zarządzania, w tym – jako jedyne – 11-krotnie stawało na podium najstarszego rankingu funduszy inwestycyjnych w Polsce, przygotowywanego przez Rzeczpospolitą i Analizy Online. Więcej informacji na stronie www.union-investment.pl

Komentarz indeksowy BossaFX 17 lutego 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 17 lutego 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W tym roku PKP wyda 9 mld zł na modernizację torów

CEO Magazyn Polska

Obecny rok ma być przełomowy dla polskiej kolei. Do grudnia pasażerowie muszą liczyć się z dużymi utrudnieniami spowodowanymi remontami torów, na które Polska wyda niemal 9 mld zł. Jednak potem pociągi mają przyspieszyć, a symbolem zmian ma stać się wprowadzenie rozkładowych jazd Pendolino.

 – W tym roku skupiamy się przede wszystkim na wykorzystaniu funduszy Unii Europejskiej po to, żeby zaniedbaną polską infrastrukturę kolejową podnieść na wyższy poziom, żeby wydać w tym roku sensownie blisko 9 mld zł na nadrobienie tych wieloletnich zaległości związanych z infrastrukturą i wprowadzeniem polskich Pendolino na tory – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Karnowski, prezes zarządu PKP SA.

Karnowski podkreśla, że obecny rok będzie trudny z uwagi na trwające remonty. Zamykanie torów kolejowych i ograniczanie przepustowości linii jest jednak nieuniknione. Jak zaznacza prezes PKP SA, w przypadku budowy autostrad i dróg ekspresowych stare trasy nie muszą być zamykane, więc rozbudowa infrastruktury jest mniej uciążliwa dla kierowców. Jednak w przypadku kolei nowych tras nie buduje się równolegle do starych, lecz w tym samym miejscu.

Prezes PKP przyznaje, że remonty są dużym utrudnieniem dla funkcjonowania spółek z kolejowej grupy, ale dodaje, że każdy menedżer rozumie tę sytuację.

 – Wszyscy finansiści wiedzą, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Jeżeli remontujemy tory, infrastrukturę, to musimy robić zamknięcia. Jak się buduje autostradę, to wszyscy jeżdżą po starej drodze. Mamy nową autostradę, de facto większą przepustowość, bo dwa razy tyle dróg. W przypadku kolei musimy zamknąć, żeby wyremontować, musimy to zrobić, żeby wydać pieniądze z Unii i żeby mieć lepszą infrastrukturę. Ten rok będzie bardzo trudny – ocenia Karnowski.

Dużym utrudnieniem dla PKP, zwłaszcza dla PKP Intercity, będzie remont torów dalekobieżnych na warszawskiej linii średnicowej. Prace rozpoczną się 9 marca i potrwają do połowy czerwca. W związku z tym wiele pociągów dalekobieżnych jadących do, z i przez Warszawę zamiast przez Warszawę Centralną pojedzie przez dworzec Warszawa Gdańska.

Utrudnienia na torach powodują wydłużenie czasu przejazdu oraz zmniejszenie liczby połączeń, co zniechęca pasażerów. PKP Intercity straciło w ubiegłym rok ponad 4 mln pasażerów. Nienależące do Grupy PKP Przewozy Regionalne przewiozły nawet o 16 mln mniej osób w 2013 r. niż w 2012 r.

Karnowski zauważa jednak, że mimo straty liczby pasażerów oraz trudnej sytuacji na torach w Grupie PKP pozytywnym znakiem jest zakończony sukcesem debiut giełdowy PKP Cargo. Przewoźnik towarowy, który jest drugi po Deutsche Bahn w Europie, wszedł na GPW 30 października 2013 r.

 – Wejście PKP Cargo na giełdę jest przełomem w polskiej kolei. W tym sensie, że każda spółka, która była kiedyś w podobnej sytuacji wie, że wejście na giełdę oznacza większą transparentność, a tym samym większą efektywność. Jeszcze rok temu nikt nie wierzył, że nam się to uda. Udało się nam w założonym terminie 9 miesięcy wprowadzić pierwszą spółkę z grupy PKP na giełdę. Jest to ogromna korzyść nie tylko dla inwestorów, lecz także dla pracowników PKP Cargo, bo oni również byli beneficjentami tej zmiany – mówi Karnowski.

Dodaje, że debiut PKP Cargo to też szansa tej spółki na dynamiczny rozwój. Z kolei PKP SA dzięki ofercie publicznej, której wartość wyniosła ok. 1,4 mld zł, spłaca historyczne długi polskiej kolei.

Resort gospodarki pomaga producentom mebli w promowaniu się na pięciu rynkach Europy

CEO Magazyn Polska

Niemcy, Rosja, Ukraina, Wielka Brytania i Francja to pięć rynków, na których chcą się promować producenci polskich mebli. Wspiera ich w tym Ministerstwo Gospodarki,  m.in. poprzez pomoc de minimis, zagraniczne misje handlowe oraz specjalistyczne szkolenia dla firm.

Na działania promocyjne na rzecz branży meblarskiej na świecie resort gospodarki przeznaczy w tym roku około 5,5 mln złotych. Producenci mebli uzyskają natomiast w formule de minimis  13,5 mln złotych dofinansowania.

 – Wybraliśmy 15 branż, w tym również branżę meblarską, które uznaliśmy firmy mające duże perspektywy eksportowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Eliasz, naczelnik wydziału realizującego projekt systemowy „Promocja polskiej gospodarki na rynkach międzynarodowych” w Ministerstwie Gospodarki.

Choć Polska już jest czwartym na świecie (po Chinach, Niemczech i Włoszech) eksporterem mebli, program resortu gospodarki ma dodatkowo zwiększyć rozpoznawalność polskich wyrobów w środowisku międzynarodowym, przede wszystkim na pięciu zagranicznych rynkach.

 – Branża meblarska wybrała sobie pięć krajów: są to nasi sąsiedzi, czyli Niemcy, Rosja, Ukraina, ale też Wielka Brytania i Francja jako kraje docelowe, w których chciałyby się promować – wymienia Eliasz.

Jak wynika z danych  Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM) – Polska w ubiegłym roku wyeksportowała meble za łączną kwotę ponad 9 mld dolarów. Największymi odbiorcami są Niemcy (39 proc. łącznego eksportu branży) oraz kolejno Francja (blisko 9 proc. eksportu), Czechy, Wielka Brytania, Szwecja i Holandia. Największy popyt zgłaszają na meble tapicerowane, meble do jadalni oraz salonu.

Resort gospodarki wspiera promocję polskich produktów w dwojaki sposób.

 – Pomoc dla przedsiębiorców w formule de minimis i pomoc dla branży jako całość podkreślająca właśnie efekt programu promocji – tłumaczy przedstawiciel ministerstwa.

Pierwszy z komponentów programu zakłada udział w targach w Polsce i za granicą, misjach handlowych oraz specjalistycznych szkoleniach dla firm. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się również o refundację 85 proc. kosztów poniesionych w związku z realizacją działań zawartych w programie (dofinansowanie udziału w targach, przejazdu, transportu mebli i ich ubezpieczenie, przygotowanie materiałów promocyjnych). Drugi komponent programu zakłada m.in. organizację przez resort gospodarki stoisk informacyjnych na targach zagranicznych oraz kampanię promocyjną w zagranicznej prasie codziennej i branżowej.

Przedsiębiorcy, którzy biorą udział w programie, mają możliwość uczestniczenia inicjatywach zarówno wskazanych przez resort, jak i wybranych przez siebie. Ważnymi z punktu widzenia promocji wydarzeniami są dla nich zagraniczne misje gospodarcze, na których spotykają się z potencjalnymi kupcami, oraz szkolenia.

Realizowany w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka Poddziałanie 6.5.1. program promocji branży meblarskiej został przewidziany na 36 miesięcy i zakończy się 31 grudnia tego roku. Jego główne cele to poprawa wizerunku Polski, jej gospodarki oraz dostępu do informacji o Polsce, wzrost inwestycji polskich przedsiębiorców na rynkach zagranicznych, a także wsparcie i pomoc w rozwoju eksportu branży.

Prof. J. Buzek: szansą dla Polski jest rozwój nowych technologii w energetyce węglowej

CEO Magazyn Polska

Polska powinna skoncentrować się na tym, by gospodarka oparta na węglu była jednocześnie gospodarką niskoemisyjną – uważa prof. Jerzy Buzek. To nie tylko korzyści dla środowiska, ale również dla biznesu, bo nowe efektywne technologie energetyczne znajdą nabywców w innych krajach UE, a także w Chinach czy Indiach. Drugim najważniejszym wyzwaniem jest poprawienie konkurencyjności produkcji w Polsce i w Europie, bez degradacji środowiska.

  Trzeba robić wszystko, by gospodarka oparta na węglu była równocześnie gospodarką o małej emisji. Stawiajmy na to również w skali całej UE, tym bardziej że Unia jest dzisiaj gotowa wiele zapłacić za to, że ktoś opracuje tego rodzaju technologie. To jest również wielki skok do przodu, jeśli chodzi o możliwość ich sprzedaży do Chin czy Indii. Oni nie zamierzają zrezygnować z węgla i będą go używać także w przyszłości – przekonuje prof. Jerzy Buzek, europoseł, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Jeśli chcemy chronić klimat i zmniejszyć emisję w skali świata, to musimy dostarczyć im takie technologie.

Innowacyjność, również w energetyce, ma kluczowe znaczenia dla poprawy konkurencyjności europejskich gospodarek na arenie międzynarodowej. Podstawowym warunkiem jest jednak tania energia. 

 – Stany Zjednoczone mają dzisiaj niemal dwukrotnie tańszą energię elektryczną, a gaz na potrzeby chemii jest tam czterokrotnie tańszy niż w Unii Europejskiej, a zwłaszcza w Polsce. Nie mamy szans na to, żeby być konkurencyjni przy takich cenach energii – podkreśla prof. Buzek.

Obniżaniu cen pomogą nie tylko nowe technologie, lecz także dobre wykorzystanie rodzimych źródeł energii. Dla Polski dużą szansą może być gaz z łupków, którego poszukiwania trwają, o ile Bruksela – jak chce część państw członkowskich – nie podejmie decyzji w sprawie ograniczania możliwości jego wydobycia.

Zdaniem byłego przewodniczącego PE polski przemysł da się zmienić w bardziej nowoczesny, a to z kolei przełoży się na konkurencyjność Polski w świecie. Proces ten przyspieszyłoby uruchomienie koła zamachowego, którym w tym przypadku mógłby być przemysł zbrojeniowy. Tym bardziej że rząd rozpoczyna wielki program modernizacji polskiej armii.

 – Jeśli to wyposażenie będzie produkował polski przemysł, to nie ma żadnych wątpliwości, że zrobimy ogromny skok technologiczny i dzięki temu cały przemysł się rozwinie. Bo przemysł zbrojeniowy najczęściej wytwarza finalne produkty, a w produkcję tego, co potrzebne jest w zbrojeniówce, są zaangażowane także inne gałęzie przemysłu – mówi Buzek. – Przykładem są Rosomaki [kołowe transportery opancerzone – red.] produkowane w Siemianowicach, na Śląsku na podstawie technologii fińskiej. Są konkurencyjne w skali światowej dzięki temu, że kiedyś kupiliśmy technologię i przekształciliśmy ją tak, że dziś jest najlepsza na świecie.

MON w październiku ub.r. podpisał z produkującymi transportery Wojskowymi Zakładami Mechanicznymi w Siemianowicach Śląskich umowę na zakup kolejnych 307 Rosomaków do 2019 roku. Wartość kontraktu to 1,65 mld zł.

Lotos stawia na ropę. Jest szansa na dywidendę

CEO Magazyn Polska

Koncentracja na poszukiwaniu i wydobywaniu ropy naftowej w Polsce i Norwegii oraz dalsza reorganizacja struktury grupy – to cele na nadchodzące miesiące dla Lotosu. Decyzja w sprawie wypłaty dywidendy za 2013 rok jeszcze nie zapadła, ale prezes grupy podkreśla, że jest przygotowany do rozmowy z głównym akcjonariuszem”  na ten temat.

W minionym roku zarząd grupy zdecydował, że zysk netto za 2012 roku pozostanie w spółce. Tym razem jest szansa, że jego część trafi do akcjonariuszy.

 – Jesteśmy przygotowani do tego, żeby rozmawiać na temat dywidendy, bo zrealizowaliśmy inwestycję 10+, mamy dobrą pozycję finansową. Mamy również szeroki program rozwojowy na temat tego, w jaki sposób podzielić zysk. On jeszcze nie jest poddany audytowi, więc dopiero będziemy wiedzieli, jaki zysk będzie i czy będziemy go przeznaczać częściowo na dywidendę. To będzie przedmiotem dyskusji z naszym głównym właścicielem, czyli ze Skarbem Państwa – mówi Paweł Olechnowicz, prezes Lotosu.

Ten rok będzie kontynuacją programu „Efektywność i Rozwój 2013-2015”, który zakłada poprawę wskaźników finansowych Lotosu, dalszy jej rozwój poprzez realizację inwestycji w core biznes oraz reorganizację grupy kapitałowej.

 – Zdecydowane nastawienie na rekonstrukcję naszych aktywów i na rozwój w biznesach podstawowych: w poszukiwaniu, wydobyciu ropy naftowej, pozostawieniu części przerobu ropy i inwestycyjne dostawienie części, która nam da większą marżę zysku, mówimy tutaj o koksowaniu – zapowiada prezes Lotosu.

Olechnowicz zapewnia, że poszukiwania i wydobycie ropy to strategiczny kierunek.

 – Szelf Morza Norweskiego, Polska, współpraca z PGNiG. To są zadania już dość dobrze rozkręcone i w tym roku będą widoczne konkretne posunięcia, czy to w działaniach inwestycyjnych w tym zakresie, czy to w działaniach efektywnościowych wewnątrz firmy – zapowiada prezes.

Strategia grupy w działalności handlowej zakłada poprawę jakości i zwiększenie wolumenu sprzedaży sieci detalicznej, które powinno przełożyć się na 10-proc. udział Lotosu w rynku.

Spółka chce również kontynuować proces wyłączeń spółek z grupy. Chodzi głównie o Lotos Kolej, choć brane pod uwagę są również inne, mniejsze spółki zależne.

 – Nastawiając się na strategiczny kierunek działania, chcemy odciążyć się od rozwoju pomocniczych elementów biznesowych, które potrzebują właściciela strategicznego. Szukamy więc partnera, który w drugiej firmie na polskim rynku stworzy jeszcze lepszy model rozwojowy przewoźnika towarowego, który będzie również woził towary grupy Lotos. Zakładamy, że to, co zbudowaliśmy, powinno jeszcze lepiej funkcjonować dla naszej działalności, ale i samo powinno się rozwijać, a więc nowe miejsca pracy, a nie zwolnienia, większe aktywność i ambicje managementu podmiotu wyłączonego ze wsparciem właściciela – podkreśla Paweł Olechnowicz.

T-Mobile Polska: na pewno nie będziemy liderem taniości

CEO Magazyn Polska

Na rynku telekomunikacyjnym T-Mobile nie zamierza być liderem niskich cen, bo potrzebuje pieniędzy na inwestycje w usługi i technologie. Operator zapowiada dalszy rozwój oferty w segmentach klienta indywidualnego i biznesowego, jednak zdaniem dyrektora sprzedaży na obniżki cen klienci firm telekomunikacyjnych nie mają co liczyć.

 – Domyślam się, że konsumenci chcieliby płacić taniej. My uważamy, że ten poziom już jest bardzo niski w Polsce, i myślę, że każdy konkurent to potwierdzi – podkreśla Wojciech Kliniewski, dyrektor sprzedaży T-Mobile Polska. – Na pewno nie będziemy liderem taniości, ponieważ na koniec dnia chcemy mieć marżę, którą chcemy inwestować w nasze usługi i technologie. Ale zobaczymy, co będzie się działo na rynku, jak agresywna będzie konkurencja i na pewno pola nie odpuścimy – zapewnia.

Poza inwestowaniem w technologię i podnoszeniem jakości usług, priorytetem operatora jest poprawianie jakości obsługi klienta. Kliniewski podkreśla, że od lat wartość inwestycji w ten obszar stanowi znaczący udział w kosztach firmy.

 – Nowa technologia, doskonały produkt czy doskonały serwis to dzisiaj za mało. Stąd też od lat kwestia obsługi klienta jest jednym z najważniejszych elementów w strategii naszej kadry zarządczej – tłumaczy Wojciech Kliniewski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes

Operator będzie dbał o innowacyjność. Największym celem w tym zakresie w tym roku będzie wejście T-Mobile w sektor usług bankowych. Operator wspólnie z Alior Bankiem ma zamiar świadczyć usługi bankowe zarówno dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Trwają prace nad szczegółami oferty.

 – Usług i innowacji będzie w tym roku cała masa, ale najważniejszą jest współpraca, którą podejmujemy z Aliorem, więc wejście do sektor usług bankowych, co będzie największą tegoroczną innowacją – mówi Wojciech Kliniewski, dyrektor sprzedaży T-Mobile Polska.

W grudniu Alior Bank zawarł z T-Mobile Polska umowę o współpracy, zgodnie z którą operator ma oferować swoim klientom produkty i usługi bankowe, takie, jak: rachunki, depozyty,  kredyty, pożyczki i limity kredytowe oraz karty płatnicze. Ma to być pierwszy w Europie tak kompleksowy projekt współpracy banku i firmy telekomunikacyjnej. Według zapowiedzi, szczegóły oferty mają być znane w I połowie roku.

Łączona oferta będzie dedykowana zarówno osobom fizycznym, jak też małym i średnim firmom (lub osobom fizycznym prowadzącym działalność gospodarczą).

 

Soczi zmieniło się w twierdzę. Bezpieczeństwa broni 30 tys. żołnierzy

Olimpijskie zmagania sportowców w Soczi sprawiły, że o potencjalnym zagrożeniu zamachem mówi się nieco mniej. Podjęte środki bezpieczeństwa są jednak bezprecedensowe. Wokół miasta rozmieszczono baterie pocisków przeciwlotniczych. Nad bezpieczeństwem sportowców czuwa ponad 30 tysięcy przedstawicieli wojska, służb bezpieczeństwa i innych. Kontrolowane są rozmowy telefoniczne i poczta mailowa. 

 – Główne zagrożenia to przede wszystkim te związane z zamachem terrorystycznym, także z niepokojami społecznymi, bo są tam wywłaszczenia mieszkańców. Ale przede wszystkim są zagrożenia dla osób uczestniczących w samej imprezie czy dla przedstawicielstw innych państw, które w tym rejonie się znajdują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Grzegorz Pietrek, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Kurort leży w regionie znajdującym się między Morzem Czarnym a Kaukazem i graniczącym z Gruzją oraz Czeczenią. Dawne republiki ZSRR próbują ograniczać rosyjskie wpływy, a to oznacza, że od lat są wstrząsane konfliktami. By zapewnić bezpieczeństwo, kurort Soczi został przemieniony w twierdzę. Wokół miasta rozmieszczono baterie pocisków przeciwlotniczych.

 – Amerykanie mają dwa okręty wojenne na Morzu Czarnym, są też przygotowani do ewentualnej ewakuacji swoich pracowników, uczestników igrzysk za pomocą pięciu samolotów transportowych Herkules w Turcji mówi dr Grzegorz Pietrek. – Rosjanie poddają permanentnej kontroli wszelkiego rodzaju korespondencję, łącznie z internetową, działa bardzo skomplikowany i uciążliwy system przepustkowy, kontrola na bieżąco przemieszczania się, nawet ekip sportowych. Takie zabezpieczenia są na wysokim poziomie, chociaż dla nas nie zawsze akceptowalnym.

Przy zabezpieczeniu imprezy pracuje ok. 30 tysięcy osób z różnego rodzaju służb.

 – To są i policjanci, i wojska wewnętrzne, służby specjalne, chociażby FSB czy też służby ochroniarskie – uważa dr Grzegorz Pietrek. W samym rejonie Soczi, w obiektach sportowych raczej nie powinno dojść do żadnego zagrożenia, natomiast zagrożone mogą być inne obiekty związane z samą imprezą.

Zdaniem eksperta celem terrorystów mogą stać się także obiekty w innych miastach, np. w Wołgogradzie, Piatigorsku, Rostowie lub samej Moskwie czy Petersburgu. W grudniu w Wołgogradzie oddalonym od Soczi o 670 km miały miejsce trzy zamachy terrorystyczne.

 – Na samych stadionach, arenach nie powinno do dojść do niebezpiecznych incydentów. Są jednak elementy wzbudzające obawy. Przekazywane zostały pogróżki do przedstawicielstw dyplomatycznych państw, które wysyłają swoich reprezentantów, m.in. dotyczące dwóch zawodniczek austriackich. Można więc obawiać się o bezpieczeństwo tych osób – podsumowuje dr Grzegorz Pietrek.

Do liczącego ponad 350 tys. mieszkańców kurortu sprowadzono ok. 30 tysięcy żołnierzy, a wojsko w Soczi ma dostęp do systemu obrony przeciwlotniczej Pantsir-S, nowej generacji pocisków ziemia-powietrze; z kolei marynarka wojenna patroluje morze.

2014 r. będzie przełomowy dla rynku odzieżowego

CEO Magazyn Polska

Rynek odzieżowy w Polsce jest w coraz lepszej kondycji. Prezes Próchnika prognozuje, że po udanym IV kwartale ubiegłego roku 2014 r. może być przełomowy. W segmencie formalnym, czyli garniturów i koszul, będą pojawiać się nowi gracze.

 Przykładem jest marka Reserved, która zaczyna wypuszczać nowe kolekcje formalne, choć wcześniej tego nie robiła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Bauer, prezes zarządu Próchnika. – Na rynku garniturów i koszul w tym roku na pewno zobaczymy ciekawe przemiany.

Choć do zmiany na pozycji lidera branży prawdopodobnie w tym roku nie dojdzie.

 – Lider rynku się nie zmienił. Nadal jest nim Vistula&Wólczanka – mówi Bauer, który był prezesem Wólczanki od 2004 roku, a potem połączonych Vistula&Wólczanka w latach 2006-2008.

W ubiegłym roku przychody spółki wyniosły blisko 400 mln zł, w tym mają być jeszcze większe. Spółce udało się zrestrukturyzować zadłużenie, zamknęła też nierentowne sklepy.

 – Sądzę, że w najbliższych latach Vistula pozostanie liderem. Z drugiej strony pamiętajmy, że tę spółkę ściga Bytom, który w ostatnich latach rozwijał się bardzo dynamicznie – zauważa prezes Próchnika. – Te dwie spółki na pewno będą tworzyły element konkurencyjny na naszym rynku.

W szybkim tempie rozwija się także LPP, właściciel m.in. marki Reserved. Kurs jej akcji wzrósł w ubiegłym roku o niemal 100 proc., a w IV kwartale zysk przekroczył 180 mln zł. W tym roku zamierza uruchomić dwa sklepy w Niemczech i pięć w Chorwacji.

B. Stelmach: parytety dla kobiet mogą być rozwiązaniem dobrym, ale tylko przejściowo

Trwałe wprowadzenie parytetów byłoby wbrew zasadom wolnej konkurencji, ale mogłoby się sprawdzić jako rozwiązanie przejściowe – uważa Beata Stelmach, prezes zarządu koncernu GE w Polsce i krajach bałtyckich. Jej zdaniem, w dzisiejszej sytuacji nierównowagi na rynku pracy parytety mogłyby zachęcić kobiety do podejmowania wyzwań i dałyby im szansę, której nie stworzył rynek.

  Kobiet do biznesu nie należy na siłę przyciągać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Stelmach, prezes zarządu koncernu GE w Polsce i krajach bałtyckich. – Kobiety chcą być w biznesie, chcą robić karierę, natomiast nie zawsze mają sprzyjające warunki do tego, by osiągnąć te pozycje, na których im najbardziej zależy, czyli pozycje na szczycie firmy.

Mimo że Polki są ambitne, dobrze wykształcone i wykwalifikowane, determinacja nie jest jedynym kluczem do osiągnięcia celu.

 – Kobiety zbyt często wycofują się na dość wczesnym etapie. Nie podejmują wyzwań, które stoją przed nimi. I często utrata wiary w to, że można osiągnąć postawiony cel, powoduje, że wycofują się zbyt szybko i poprzestają na drobnych sukcesach – tłumaczy Beata Stelmach.

Chociaż, jej zdaniem, kobiety są przygotowane do pełnienia funkcji liderek. Bardzo dobrze radzą sobie w roli szefowych małych i mikrofirm. Większość z tych podmiotów została założona i jest prowadzona właśnie przez kobiety.

Mimo to na polskim rynku pracy wciąż dużym problemem jest nierównowaga – na stanowiskach kierowniczych, a szczególnie na tych najwyższych, zdecydowanie dominują mężczyźni. To sytuacja charakterystyczna nie tylko dla Polski, lecz także dla innych państw UE. Według Beaty Stelmach, to powód, dla którego warto rozważyć wprowadzenie parytetów – mogłyby pomóc w zwiększeniu proporcji kobiet w zarządach i radach nadzorczych. Jednak powinno by to raczej rozwiązanie przejściowe, bo o zatrudnieniu na danym stanowisku zawsze powinny decydować przede wszystkim kompetencje, a nie płeć.

 – Rozwiązania legislacyjne, które mają ustanowić parytety czy kwoty, jako rozwiązanie na zawsze, nie jest rozwiązaniem dobrym, bo to jest pewnego rodzaju ucieczka od wolnej konkurencji – podkreśla Stelmach. Kwoty mogą być rozwiązaniem przejściowym, czyli zachęceniem kobiet do tego, by podejmowały ryzyko i wyzwanie, właśnie dlatego, że jest w tej chwili okazja, by otworzyć drzwi, które są w naturalnej ścieżce zamknięte albo tylko lekko uchylone – tłumaczy.

Na różnorodność pracowników pod względem płci stawiają dziś przede wszystkim korporacje. Dostrzegły bowiem, że zatrudnianie kobiet pozytywnie przekłada się zarówno na styl zarządzania, jak i wewnętrzne relacje w firmie. Jak dotąd jednak żadna spółka oficjalnie nie zakomunikowała, że chce u siebie wprowadzić parytety, choć chętnie chwalą się wyższym niż przeciętny odsetkiem kobiet na kierowniczych stanowiskach.

Europejska Agencja Kosmiczna będzie wspierać komercjalizację badań i wprowadzanie nowych technologii

CEO Magazyn Polska

Polska chce się skupić w tym roku na komercjalizacji efektów pracy Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Roczny budżet agencji wynosi ponad 4 mld euro, a jej działalność to przede wszystkim badania i rozwój oraz przenoszenie zaawansowanych technologii do życia codziennego.

 – W tym roku chcemy się skupić na tym, by nasze działania w Polsce, które podejmujemy z partnerami w przemyśle i instytutami badawczo-rozwojowymi, stawały się projektami komercyjnymi, by prowadziły do stworzenia produktów przydatnych w codziennym życiu. Jestem przekonany, że to nie stanie się w ciągu kilku następnych miesięcy, ale jest to możliwe w ciągu roku czy dwóch lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pedro Baptista, dyrektor Departamentu Wspierającego Nowe Kraje Członkowskie ESA.

Polska wstąpiła do ESA dopiero w listopadzie 2012 r., jako 20. członek tej organizacji. Agencja ma też 11 członków współpracujących (tzw. European Cooperating States) – są to głównie małe kraje Unii Europejskiej, a także Izrael, Turcja oraz Ukraina. W 2014 r. budżet ESA wynosi 4,1 mld euro. Składka członkowska Polski wyniesie 28,7 mln euro, czyli niecały 1 proc. całego budżetu Agencji. Najwięcej wpłacą Niemcy – ponad 760 mln euro, oraz Francja – ponad 720 mln euro.

Najwięcej pieniędzy, bo aż 915 mln euro w tym roku, Agencja przeznacza na program obserwacji Ziemi. 617 milionów euro zostanie przeznaczonych na wystrzeliwanie rakiet w przestrzeń kosmiczną.

 – Większość tego budżetu wydajemy na badania i rozwój, na wprowadzanie kosmicznych technologii do życia codziennego. Nie mamy mandatu do prowadzenia operacji w przestrzeni kosmicznej czy związanej z satelitami. Nasza rola to przede wszystkim wprowadzenie technologii do przemysłu. Cała nasza działalność w gruncie rzeczy sprowadza się do innowacji, badań i rozwoju – podkreśla Baptista.

W ramach działań ESA w Polsce ma powstać środowisko ekspertów związanych z technologiami kosmicznymi. Agencja chce też stworzyć stabilny system finansowania projektów.

Baptista przekonuje, że dzięki działalności Agencji zyski są większe, niż gdyby kraje prowadziły niezależne programy kosmiczne. ESA to nie tylko współpraca, ale także finansowanie zwrotne działalności przemysłowej, w tym wielu przedsięwzięć międzynarodowych.

 – Mamy dużą liczbę firm, które prowadzą działalność transgraniczną, albo mają zasięg ogólnoeuropejski. Jeśli weźmiemy pod uwagę współpracę i konkurencję, zarówno w przemyśle, jak i sektorze pozarządowym, to możemy stwierdzić, że efekty naszej działalności są widoczne dosłownie wszędzie – mówi Baptista.

MCI Management kupił 20 proc. Grupy Wirtualna Polska

0

MCI, czołowa Grupa technologicznych funduszy typu PE/VC w Europie Środkowo-Wschodniej, poprzez subfundusz MCI.EuroVentures 1.0 zawarła z funduszem European Media Holding S.a r.l., należącym do grupy kapitałowej Innova Capital, umowę nabycia 20 proc. udziałów w Grupie o2 S.A.     

W dniu 10 lutego 2014 r. MCI Management S.A. (MCI) poprzez swój subfundusz MCI.EuroVentures 1.0 wydzielony w ramach funduszu MCI.PrivateVentures Fundusz Inwestycyjny Zamknięty, w którym to subfunduszu MCI posiada pośrednio 99,99% certyfikatów inwestycyjnych, zawarła umowę ze spółką European Media Holding S.a r.l. („EMH”), na mocy której MCI objęło pakiet mniejszościowy dający równowartość 20 proc. udziałów w Grupie o2 S.A., kontrolowanej przez EMH, której właścicielem jest fundusz Private Equity z grupy Innova Capital. Zakup ma charakter transakcji dokonywanej przez fundusze typu Private Equity z zachowaniem praw akcjonariuszy mniejszościowych.

Nabycie mniejszościowego pakietu udziałów w Grupie o2 to pierwsza z zapowiadanych na ten rok inwestycji Grupy MCI i trzecia spółka, która dołączyła do portfela inwestycyjnego subfunduszu MCI.EuroVentures, do którego należą już polska ABC Data i turecki Indeks Bilgisayar.

W dniu 23 października 2013 r. spółka zależna od Grupy o2 S.A. podpisała przedwstępną umowę nabycia 100% akcji Wirtualna Polska S.A. Przejęcie Wirtualnej Polski miało charakter warunkowy i wymagało uzyskania zgody Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Pozytywna decyzja w sprawie połączenia Wirtualnej Polski i Grupy o2.pl została wydana w dniu 27 stycznia 2014 r. W wyniku przejęcia powstała Grupa Wirtualna Polska – nowy lider Internetu na polskim rynku.

O Wirtualna Polska:

Pierwszy polski portal internetowy, kompleksowa, multimedialna platforma komunikacji, informacji, skuteczne medium reklamowe. Miesięcznie WP.PL odwiedza ponad 13 milionów użytkowników. Lider w segmencie poczta elektroniczna. Zajmuje wiodącą pozycję wśród portali w kategoriach mobile, wideo, informacje i publicystyka, sport, biznes, rozrywka, lifestyle.

Grupa o2:
Jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się grup internetowych w naszym kraju. Należy do niej między innymi portal o2 – najpopularniejszy serwis informacyjno- rozrywkowych w Polsce. Grupę o2 tworzy kilkadziesiąt serwisów tematycznych, z których najpopularniejsze to „Pudelek”, „Wrzuta” czy „Kafeteria” – miesięcznie odwiedza je ponad 9 milionów Internautów.

Są zastrzeżenia co do bezpieczeństwa konstrukcji Stadionu Miejskiego w Białymstoku. Pierwotny wykonawca zawiadamił nadzór budowlany i PZPN

CEO Magazyn Polska

Biegli z Politechniki Gdańskiej powołani przez sąd ostrzegają, że konstrukcja budowanego w Białymstoku nowego Stadionu Miejskiego może być niebezpieczna. Spółka, która miała być wykonawcą stadionu, ale w 2011 roku odstąpiła od umowy, zawiadomiła o ryzyku Wojewódzki Urząd Nadzoru Budowlanego oraz Polski Związek Piłki Nożnej. 23 lutego w Białymstoku mają ruszyć rozgrywki ligowe.

 – Biegli z Politechniki Gdańskiej stwierdzili np. że w konstrukcji większą wagę przykładano do elementów estetycznych niż do aspektów bezpieczeństwa, że jest ona opatrzona pewnym, jak to biegli określają, mankamentem pierwotnym, czyli że sposób, w jaki została zrealizowana, nie pozwala osiągnąć jej wymaganego poziomu bezpieczeństwa. Biegli kończą swoją opinię wnioskami idącymi bardzo daleko, że konstrukcja Stadionu Miejskiego w Białymstoku nie jest bezpieczna – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Krzysztof Rastawicki z kancelarii RMS Rastawicki Mianowski Sawicki, która reprezentuje Eiffage Polska Budownictwo w procesie cywilnym przeciwko miastu Białystok.

Firma Eiffage była pierwotnym wykonawcą stadionu, ale nie jego projektantem. Nowy stadion, który powstaje na miejscu starego, zaprojektowała pracownia APA „Kuryłowicz & Associates”. Pierwsza część nowego stadionu została otwarta w połowie sierpnia ubiegłego roku, a obecnie trwa budowa drugiej części, która powinna się zakończyć do lipca.

Według pierwszych planów stadion miał być gotowy w 2012 r., ale po obustronnym odstąpieniu od umowy przez miasto i Eiffage konieczny był nowy przetarg. Od 2011 r. toczy się proces cywilny między Białymstokiem a spółką, w którym obydwie strony są powodami i pozwanymi. Jednak poza ewentualnymi karami umownymi, o które walczą obydwie strony, dużo poważniejsze są problemy związane z bezpieczeństwem stadionu.

 – Sąd Okręgowy powołał Politechnikę Gdańską jako placówkę naukową do sformułowania opinii technicznej na temat wielu problemów związanych z realizacją tego kontraktu, w szczególności na temat konstrukcji stalowej, która jest integralną częścią Stadionu Miejskiego w Białymstoku – przypomina Rastawicki. – Praktycznie przez cały czas realizacji kontraktu firma Eiffage zgłaszała różnego rodzaju zastrzeżenia do konstrukcji stalowej, w szczególności dotyczące jej nadmiernej wagi.

Ze względu na te wątpliwości Eiffage odstąpił od umowy jeszcze przed zamówieniem materiałów. W ponownym przetargu na wykonawcę zostało wybrane konsorcjum, którego liderem jest Hydrobudowa. Okazuje się, że budowa trwa bez niezbędnych poprawek w projekcie.

 – Szereg zastrzeżeń, które Eiffage zgłaszał do tej konstrukcji, istnieje nadal, co więcej, zgodnie z opinią Politechniki Gdańskiej, ta konstrukcja nie jest bezpieczna. Dlatego też nasz klient doszedł do wniosku, że ze względu na to, że ranga tej opinii i jej wnioski wykraczają znacznie poza ochronę interesów Eiffage, należy zawiadomić odpowiednie władze. Zawiadomiliśmy więc Wojewódzki Urząd Nadzoru Budowlanego w Białymstoku, jak również Polski Związek Piłki Nożnej jako organizatora imprez masowych – mówi Rastawicki.

W gestii Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego leży decyzja, czy na stadionie mogą odbywać się rozgrywki. Piłkarska ekstraklasa wznowi rozgrywki już w ten weekend, ale pierwszy mecz Jagiellonii w Białymstoku zaplanowano na 23 lutego.

Problem bezpieczeństwa stadionów pojawił się niedawno w Portugalii, gdzie silny wiatr uszkodził dach Estádio da Luz, przerywając derby drużyn ze stolicy tego kraju. Kawałki dachu spadły na trybuny i murawę, ale nikt nie został ranny. 28 stycznia minęła 8. rocznica zawalenia się hali na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich, które spowodowane było błędnym projektem i napieraniem śniegu na budynek. W wyniku zawalenia zginęło 65 osób, a procesy osób odpowiedzialnych trwają do dzisiaj.

Janusz Piechociński: Eksport rośnie, bo polskie firmy wchodzą na nowe rynki

CEO Magazyn Polska

Polski eksport wzrósł o 6,5 proc. głównie dlatego, że polskie firmy coraz chętniej wchodzą na nowe rynki zbytu, szukając alternatywy dla przeżywających trudności gospodarek państw strefy euro. Ekspansję polskich firm wspomagają rządowe programy, jak Go China czy Go Africa. – Również inwestycje kapitału zagranicznego w Polsce w dużej mierze otwierają nowe rynki dla polskiego eksportu – podkreśla wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

W 2013 r. polska gospodarka wyeksportowała towary za niemal 153 mld euro. Oznacza to wzrost o 6,5 proc. w porównaniu do 2012 r.   

 – Wzrost naszego eksportu może tylko cieszyć, bo po raz pierwszy w historii jego wartość przekroczyła 150 mld euro – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki. – Co ważne udało się to przy dużo niższym wzroście eksportu do państw strefy euro.

Chociaż łącznie eksport wzrósł w ubiegłym roku o 6,5 proc., to ten do krajów UE jedynie o 4,5 proc., a do strefy euro – o 3,8 proc. Oznacza to, że polskie towary coraz częściej są nabywane w krajach pozaeuropejskich. Zdaniem wicepremiera jest to zasługą przedsiębiorców, którzy sami chętnie szukają nowych chłonnych rynków zbytu, ale pomocne są również działania resortu gospodarki, Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości i dyplomacji.

 – Musimy te procesy kontynuować – przekonuje Janusz Piechociński. – Dlatego ważne są takie programy, jak Go China i Go Africa, czy dynamiczne zwiększanie sprzedaży naszych towarów w krajach arabskich czy islamskich.

Według raportu PARP i Małopolskiej Szkoły Administracji Publicznej w pierwszej połowie 2014 r. możemy się spodziewać nawet 15-procentowego zwiększenia eksportu. Jednak później wzrost ten wyhamuje i na początku 2015 r. będzie wynosić jedynie 2-3 proc.

Jak podkreśla minister gospodarki, rozwojowi eksportu służą również inwestycje zagranicznych inwestorów w Polsce. Dlatego rząd powinien również skupić się na przyciąganiu kapitału do kraju.

 – Nadal łakniemy kapitału i poszukujemy inwestorów, którzy przynoszą nowe techniki i technologie do polskiej przedsiębiorczości, które stają się później lokomotywami naszych relacji ze światem – mówi Piechociński. – Inwestycje kapitału zagranicznego otwierają nowe rynki zbytu dla polskiego eksportu, podnoszą kwalifikacje w gospodarce i sprawiają, że  upowszechniają się dobre wzorce.

Z drugiej strony inwestycje zagraniczne, szczególnie dużych koncernów międzynarodowych, to również szansa na współpracę dla mniejszych firm.

 – Dobrym przykładem jest tu sektor motoryzacyjny. Obok światowych gigantów mamy też polskie firmy ze światowymi rozwiązaniami wysokiej jakości i blisko współpracujące ze światem nauki – podkreśla wicepremier.