Dziś ostatnie posiedzenie FED z udziałem Bena Bernankego

CEO Magazyn Polska

Fed prawdopodobnie nie zmniejszy programu skupu obligacji na kończącym się dzisiaj posiedzeniu, ostatnim dla Bena Bernankego jako szefa tej instytucji. To oznacza, że na konkretne decyzje trzeba będzie poczekać aż do marca, ponieważ w lutym FOMC nie planuje posiedzenia – prognozuje Piotr Kuczyński.

Inwestorzy oczekują na to, co w najbliższym czasie zrobi Fed pod nowym kierownictwem. Dzisiejsze wystąpienie Bena Bernankego to jego pożegnanie z rynkiem na stanowisku szefa Rezerwy Federalnej. 

 – Fed na tym posiedzeniu nic nie zrobi. Ben Bernanke powie nam wszystkim do widzenia i będziemy czekali na marzec. To, co miał do zrobienia, zrobił w grudniu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

W lutym, kiedy na fotelu prezesa zasiądzie już Janet Yellen, nie będzie posiedzenia FOMC. Komitet może więc dokonać konkretnych ruchów dopiero podczas posiedzenia w dniach 18-19 marca.

To, że Fed będzie ograniczał program QE3, jest pewne i było kilkakrotnie zapowiadane. Nie wiadomo tylko, w jakim tempie będzie to robił. Pierwszy krok został zrobiony w grudniu – wtedy Fed ograniczył skup aktywów o 10 mld dolarów miesięcznie, do 75 mld. Obniżki będą kontynuowane, jeśli pozwoli na to stan amerykańskiej gospodarki, szczególnie poziom bezrobocia. 

 – Ostatnie dane z rynku pracy były dość dziwne, bo bezrobocie spadło do poziomu najniższego od pięciu lat, a jednocześnie przyrost miejsc pracy był niezwykle mały. Wynikałoby z tego, że dużo Amerykanów wypada z rynku pracy w ogóle i nie jest liczone ani do bezrobotnych, ani do pracujących. Stopień partycypacji Amerykanów w wieku produkcyjnym w sile roboczej jest najniższy od 35 lat. Mimo stopy bezrobocia wynoszącej 6,7 procent, bezrobotnych jest bardzo dużo – wyjaśnia Piotr Kuczyński.

Od sytuacji gospodarczej w USA zależy też kondycja spółek na Wall Street, a tym samym – samego parkietu. Część ekonomistów twierdzi, że trwające od kliku lat wzrosty indeksów skończą się jeszcze w tym roku.

 – Jeżeli tak jak mówi nowa szefowa Fed, Janet Yellen, PKB wzrośnie powyżej 3, a nie powyżej 2 procent, to zyski spółek amerykańskich będą wtedy wysokie. Jeżeli tak będzie, to oczywiście korekta na giełdzie musi gdzieś być, ale lokuję ją koło maja lub października – tak zwyczajowo bywa – uspokaja Kuczyński.

Zdaniem Kuczyńskiego na koniec roku amerykańskie indeksy nie powinny jednak spaść poniżej obecnych poziomów.

Od marca nowe zasady rozliczaniu podatku VAT od pojazdów

CEO Magazyn Polska

Prawdopodobnie w marcu wejdą w życie przepisy regulujące rozliczanie podatku VAT od nabycia i użytkowania samochodów. Wczoraj rząd przyjął projekt ustawy w tej sprawie. Nowa ustawa ma uporządkować rynek pojazdów firmowych o masie do 3,5 tony.

Ministerstwo Finansów zapowiedziało stworzenie stabilnych zasad dotyczących rozliczenia podatku VAT. W ramach nowych przepisów zostanie uregulowane użytkowanie samochodów wyłącznie dla celów służbowych oraz wykorzystywanych także w celach prywatnych. W pierwszym przypadku odliczano by cały podatek VAT za zakup oraz eksploatację samochodów, w drugim – tylko 50 proc.

 – Nowe przepisy budzą jeszcze dużo wątpliwości i niejasności, ponieważ przeciętna firma leasingowa wiedzę czerpie jedynie z dokumentów zamieszczonych na stronie Rządowego Centrum Legislacji. To za mało, by przewidywać skutki wprowadzenia ustawy. Nie wiadomo, czy – jak twierdzi Ministerstwo Finansów – regulacje poprawią sytuację podatników, czy wciąż będą utrudnieniem – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sugajski, prezes Związku Polskiego Leasingu (ZPL).

Ministerstwo Finansów chciało wprowadzenia nowych przepisów już od początku 2014 roku, ale za późno rozpoczęto ścieżkę legislacyjną nowych przepisów. Na ograniczenie odliczania VAT od samochodów musi bowiem specjalną zgodę wyrazić Komisja Europejska; prawo ogólne nakazuje całkowity odpis.

Niejasne przepisy i niepewny termin ich wprowadzenia nie ułatwiają działalności spółkom leasingowym. Z drugiej strony branża ma za sobą rok rekordowych obrotów. Rynek wzrósł o 13 proc.

 – Praktycznie w każdym segmencie rynku rekord został podbity, zarówno w części rynku pojazdów, jak i maszyn i urządzeń. Spodziewamy się dalszego wzrostu w tym roku na poziomie 14-15 proc. – informuje prezes ZPL.

Na ubiegłoroczny dobry wynik w leasingu pojazdów wpłynęło wejście w życie od 1 stycznia nowej normy emisji spalin Euro 6. W takiej sytuacji wiele firm chciało przed terminem wprowadzenia nowej normy nabyć ciągniki siodłowe zgodne z łagodniejszą normą Euro 5.

 – To zjawisko rzeczywiście miało wpływ na wyniki branży, ale i w tym roku kilkunastoprocentowy poziom wzrostu powinien być utrzymany – podsumowuje Andrzej Sugajski.

W tym roku może skończyć się kryzys w transporcie morskim

CEO Magazyn Polska

Po trudnym ubiegłym roku Polska Żegluga Morska liczy na stabilizację i odbicie w obecnym. Już ostatni kwartał 2013 r. udało się zamknąć z zyskiem operacyjnym w wysokości 16,8 mln dolarów. Armatorom doskwierają przede wszystkim wysokie ceny paliwa oraz słaba koniunktura gospodarcza. Na rynku jest nadpodaż statków. 

 – Z wielką radością przyjęliśmy ożywienie w IV kwartale 2013 roku, stawki frachtowe zdecydowanie wzrosły, zwłaszcza w porównaniu do fatalnych w I i II kwartale. Zakończyliśmy IV kwartał pierwszy raz od wielu miesięcy zyskiem operacyjnym naszej floty, co jest bardzo istotne. Zysk ten wyniósł 16,8 mln dolarów. Widzimy też tendencję spadku ceny paliw, wprawdzie delikatną, ale przy zachowaniu stabilizacji w polityce światowej spodziewamy się, że rok 2014 będzie rokiem powrotu do równowagi i odbicia od dna kryzysu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Szynkaruk, dyrektor naczelny Polskiej Żeglugi Morskiej.

Grupa PŻM nie podała jeszcze wyników finansowych za 2013 r., ale Szynkaruk ocenia, że wynik może być zbliżony do tego z 2012 r. Wtedy strata Grupy PŻM wyniosła 236 mln zł netto. W poprzednich latach Grupa była jednak na plusie – np. w 2010 r. zarobiła prawie 600 mln zł netto, a w 2011 r. ponad 200 mln zł netto.

Powodem kryzysu w branży morskiej jest przede wszystkim nadpodaż statków. 

 – W latach boomu 2003-2008 zamówiono olbrzymią liczbę statków. Ponieważ cykl produkcyjny przekłada się na 3-4 lata, w związku z tym te ostatnie gigantyczne zamówienia były zrealizowane właśnie w roku 2012-2013. Statków na rynku było zdecydowanie za dużo – podkreśla Szynkaruk.

Dyrektor dodaje, że inne spółki z tej branży miały znacznie większe problemy, a część z nich zbankrutowała. Zapewnia, że PŻM nie jest zagrożone, a dowodem na to jest pozytywna opinia banków oraz zawarcie umowy o finansowanie zakupu nowych statków z PKO BP. Strata bilansowa nie wpływa na funkcjonowanie i plany Grupy.

Poza nadpodażą statków problemem jest też drogie paliwo. Choć jego cena minimalnie spadła w ubiegłym roku, za tonę ciężkiego paliwa żeglugowego wciąż trzeba płacić nawet 550 dolarów. Wprawdzie na początku 2012 r. było to ok. 700 dolarów za tonę, to i tak ceny doskwierają armatorom. Szynkaruk podkreśla, że paliwo to 30-40 proc. kosztów przewozu w zależności od relacji. Jednak pierwsze tygodnie nowego roku już napawają optymizmem. 

 – Jest szansa, i takie są analizy wielu banków, maklerów i analityków shippingowych, że dla żeglugi będzie to pierwszy rok odbicia. I mamy nadzieję, że to będzie miało miejsce. Pierwsze tygodnie tego roku pokazują, że jest na to szansa – mówi Szynkaruk.

Polska drugim największym w Europie eksporterem futer

CEO Magazyn Polska

Polskie skóry produkowane ze zwierząt futerkowych zyskują uznanie za granicą. Polska jest drugim eksporterem w Europie, a branża dynamicznie się rozwija. Szacunkowa wartość majątku ferm zwierząt futerkowych zainwestowanego w obiekty i zwierzęta to ok. 5 mld zł.

Czołowi producenci mody poszukują polskich skór i futer, żeby móc wykorzystać je w swoich kolekcjach. Jak wynika z oceny Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych, jakość polskich skór jest na najwyższym poziomie, dzięki czemu zyskuje uznanie za granicą.

 – Produkt opatrzony etykietą „made in Poland” to jest to, czym możemy się chwalić na europejskich i światowych rynkach. Produkujemy najlepszej jakości futra i skóry na świecie – zapewnia Szczepan Wójcik, wiceprezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych. – Polscy hodowcy bardzo dbają o swoje zwierzęta, poprzez odpowiednią selekcję i odpowiednią karmę dla zwierząt.

Podaje, że dziś w Polsce funkcjonuje ponad 750 ferm. Futrzarski przemysł stanowi istotną część rodzimego rynku pracy.

 – Jego szacunkowa wartość to około 5 miliardów złotych, które są zainwestowane na polskich wsiach – podkreśla Wójcik. – Fermy dają zatrudnienie ponad 50 tysiącom ludzi związanych z branżą. Są to ludzie bezpośrednio zatrudnieni na fermach, lekarze weterynarii, producenci sprzętu i paszy – ok. 10 tysięcy. I pozostałe 40 tysięcy to ludzie, którzy żyją z branży.

Z danych Związku wynika, że Polska jest drugim największym eksporterem skór w Europie. Zajmuje trzecią pozycję w produkcji naturalnych skór norek i lisów na świecie. Znaczna część przychodów z ich sprzedaży zagranicznej inwestowana jest w dalszy rozwój branży. 

 – 400 mln euro, które każdego roku trafia na rynek polski ze sprzedaży skór na rynku światowym, inwestujemy w budowę nowych gospodarstw rolnych, w tworzenie nowych miejsc pracy – dodaje Wójcik.

Rynek futer rozwija się bardzo dynamicznie. Z każdym rokiem przybywa od kilkunastu do kilkudziesięciu ferm. Obecnie najwięcej hodowli zwierząt futerkowych jest w województwie wielkopolskim i zachodniopomorskim. Prezes Związku podkreśla, że fermy zwierząt futerkowych często mieszczą się na obszarach dotkniętych wysokim bezrobociem, spowodowanym głównie słabą jakością gleb.

 – Jest to dobra alternatywa dla małych rolników, którzy nie mają dużego areału ziemi, którzy mają słabą jakościowo glebę, tam można otwierać takie gospodarstwa, i  ludzie to robią – tłumaczy Szczepan Wójcik.

Jednocześnie zapewnia, że Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych dba o ochronę środowiska, zapobiegając m.in. odstrzałowi dzikich zwierząt.

 – Oprócz tego 400 mln ton produktów ubocznych pochodzenia zwierzęcego zagospodarowujemy jako karmę dla tych zwierząt. Zużywamy też produkty zbożowe, które powinny być utylizowane w bardzo drogi, energochłonny sposób  – dodaje Wójcik.

W Polsce w skali roku produkuje się ok. 10 mln skór norek, 250 tys. skór lisów i 50 tys. skór jenotów.

Działalność społecznie odpowiedzialna nie zwiększa przychodów firm, ale pozwala zyskać lojalność klientów, pracowników i dostawców

CEO Magazyn Polska

CSR, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu staje się coraz ważniejsza dla firm działających w Polsce, szczególnie tych największych. Choć często pierwsze akcje odpowiedzialne społecznie to odpowiedź na oczekiwania społeczne klientów czy akcjonariuszy, to z czasem firmy same podejmują decyzję o zaangażowaniu się w to coraz mocniej. Potwierdzają to coroczne raporty CSR, które publikują największe firmy.

 – Większej sprzedaży dzięki CSR raczej nie można oczekiwać, ale przekłada się to na lojalność klientów, pracowników czy dostawców – podkreśla Bolesław Rok z Centrum Etyki Biznesu Akademii Leona Koźmińskiego, nawiązując do wniosków płynących z debaty eksperckiej zorganizowanej podczas prezentacji IV Raportu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu Grupy Ferrero.

CSR to domena przede wszystkim dużych firm, które są w stanie przeznaczyć na taką działalność odpowiednie środki, bez obawy o utrzymanie płynności finansowej i zapewnienie wypłat dla pracowników.

 – Firmy robią to, czego inni oczekują, że powinni robić. Najczęściej nie jest to taka proaktywna działalność, bo ktoś w firmie wymyśla, co dobrego można by zrobić, lecz coraz bardziej zmuszają nas do tego warunki, w jakich działamy. I myślę, że jest to taka strategia odpowiadania na oczekiwania – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Bolesław Rok.

Rok podkreśla, że firmy są pod presją działania społecznie odpowiedzialnego z wielu stron, m.in. ze strony społeczeństwa. Jak twierdzi, jest to często odpowiedź na istnienie grupy osób wykluczonych ze społeczeństwa.

 – Widzimy na przykład, że jakość edukacji sportowej w Polsce jest niska i że dzieciom, szczególnie w małych miastach, dobrze zrobiłoby, gdyby mogły uczestniczyć w jakichś przedsięwzięciach sportowych i jeszcze zobaczyć gwiazdy siatkówki z bliska. Myślimy, jak moglibyśmy wciągnąć je w łańcuch tworzenia wartości. Widzimy pewne rzeczy, które się zmieniają wokół nas i myślimy, czy jako firma jesteśmy w stanie coś zrobić – tłumaczy dr Bolesław Rok, nawiązując do siatkówkowego programu dla dzieci Kinder+Sport.

Presję na firmy wywierają również oczekiwania właścicieli. Szczególnie dotyczy to międzynarodowych koncernów. Ich polskie oddziały często muszą wdrażać te same zasady CSR, które obowiązują w centrali. Rok dodaje, że firmy, które działają na międzynarodowych rynkach, muszą interesować się CSR-em z uwagi na swoich klientów. Przekonuje, że osoby kupujące produkty coraz częściej pytają o źródło i sposób pozyskania materiałów czy składników spożywczych. Pod presją klientów oraz dystrybutorów na rynkach zagranicznych producenci zwracają coraz więcej uwagi na CSR.

Rok uważa jednak, że nawet sukces działalności CSR-owych zależy od pracowników.

 – Albo to trafi na ludzi, którzy rozumieją o co chodzi i wtedy się w to zaangażują, albo działania będą realizowane do szuflady, po to, aby wykazać się przed centralą. W pierwszym przypadku będą to firmy aktywne, które rzeczywiście starają się coś na rynku zmieniać, robią to w mądry sposób, bo mają całe know-how korporacyjne. Wiedzą już jak to się robi, bo to jest cała sztuka czynienia dobra – ocenia Rok.

Ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego dodaje, że osoby zajmujące się CSR-em szybko dostrzegają pozytywne aspekty takiej działalności. Dotyczą one nie tylko etycznej strony biznesu, lecz także są szansą na pozyskanie nowych, lojalnych klientów.

Według Roka CSR nie musi koniecznie zwiększyć sprzedaży, ale zwykle wpływa na postrzeganie marki. Ważne jest jednak to, by ta działalność była prowadzona w umiejętny sposób, bez szkody dla wyników firmy. Tylko wtedy będzie się to opłacać.

 – Z CSR-em jest trochę jak z wirusem. Niektóre firmy zainfekowane tym wirusem zrobią coś raz, drugi i jeżeli dobrze to zrobią, będą efekty, a zarząd oraz menadżerowie będą przekonani, że coś fajnego zostało zrobione, to zaczyna się to rozwijać. A wtedy, jak w każdej firmie, budujemy strategię, mamy budżet, ludzi, którzy się tym zajmują, myślimy o tym, jak zmierzyć efekty. Zaczyna się profesjonalne zarządzanie, ponieważ profesjonalną odpowiedzialnością trzeba też profesjonalnie zarządzać – tłumaczy Rok.

Zauważa, że wiele firm sceptycznie podchodzi do CSR-u i nawet po próbie takiej działalności nie kontynuuje jej. Jednak ogólnie coraz więcej firm profesjonalnie podchodzi do działań z zakresu Społecznej Odpowiedzialności Biznesu, dzięki czemu zyskują zarówno one, jak i ich klienci i beneficjenci.

Intensywne opady śniegu mniej uciążliwe dla kolei niż oblodzenie sieci trakcyjnej

CEO Magazyn Polska

Paraliżowi kolei, które spowodowało oblodzenie sieci trakcyjnej nie da się zapobiec. Trudno też z nim walczyć, bo jedyną metodą jest skuwanie lodu, a zjawisko występuje zbyt rzadko, by opłacało się rozwijać nową technologię. To sprawia jednak, że podróżni muszą liczyć się z największymi niedogodnościami. Mniej groźne są intensywne opady śniegu, bo ten blokuje jedynie rozjazdy i stosunkowo łatwo go usunąć.

 – W momencie przełomu temperatury z dodatniej na ujemną na linii kolejowej powstaje takie zjawisko, że warstwa lodu na przewodzie, z którego powinien być pobierany prąd, jest pokryta lodem, który stanowi izolator. I nie ma dostępu prądu do lokomotywy, do odbiornika prądu. Na tego typu zjawisko, które jest w sumie bardzo rzadkie, praktycznie nie ma lekarstwa. Nie ma przyrządów, nie ma maszyn, które by to oczyściły, nie ma innej skutecznej metody – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Olpiński z Instytutu Kolejnictwa.

Olpiński podkreśla, że oblodzenie sieci trakcyjnej występuje bardzo rzadko. Jednak po pojawieniu się problemu trudno z nim walczyć, bo zwykle zjawisko ma duży zasięg. Lód na sieci trakcyjnej całkowicie unieruchamia lokomotywy elektryczne. Przewoźnicy mogą wykorzystywać tabor spalinowy, ale to zawsze wiąże się z utrudnieniami.

Według eksperta problem występuje zbyt rzadko, by opłacało się rozwijać zaawansowaną technologię do walki z nim. Taniej może być w tych sporadycznych przypadkach odwołać pociągi.

 – Wiele pomysłów ludzie generowali przez lata: podgrzewanie, przepuszczanie prądu, ale nic takiego nie skutkuje. Można sobie wyobrazić jakieś rozwiązania, uruchomić projekt badawczy, wymyślić maszynę, która by odkuwała lód, bo to praktycznie można tylko usuwać mechanicznie – mówi Olpiński.

Przewoźnicy dysponują lokomotywami wyposażonymi w miedziowe nakładki, które służą do skuwania lodu. W skrajnych przypadkach lód muszą skuwać pracownicy. Z uwagi na nieprzewidywalność i rozproszenie zjawiska oblodzenia sieci trakcyjnej trudno utrzymywać sprzęt i ekipy w gotowości.

Częściej problemy powoduje padający śnieg. Z nim jednak zdecydowanie łatwiej walczyć.

 – Problem jest w przypadku obfitych opadów śniegu, zwłaszcza mokrego albo skawalającego się, zamarzającego, który blokuje rozjazdy i możliwość przestawiania rozjazdów na stacji. To jest o tyle łatwiejsze, że jest to skupione w punktach, lokalnie i przeważnie w miejscach, gdzie jest obsada ludzka, więc można względnie szybko taką rzecz skorygować – podkreśla Olpiński.

Również sypki śnieg, podnoszony przez wiatr lub przejeżdżające pociągi, może blokować rozjazdy. To także jest jednak zwykle problemem lokalnym. Do tego przewoźnicy są wyposażeni w lokomotywy z pługami, które stacjonują zwłaszcza w najbardziej narażonych terenach górskich.

Najrzadszym utrudnieniem są bardzo silne mrozy, które również mogą powodować utrudnienia i opóźnienia pociągów. W Polsce taka sytuacja zdarza się jednak raz na kilka lat.

Prawie połowa zatrudnionych w handlu to osoby po pięćdziesiątce

CEO Magazyn Polska

Aż 40 proc. zatrudnionych w handlu detalicznym to osoby po pięćdziesiątce. Większość z nich to kobiety, stanowią one 70 proc. wszystkich, którzy pracujących w branży. Aby przedłużyć ich aktywności zawodową powstał projekt Kobiety 50+. Ma on umożliwić dzielenie się wiedzą i doświadczeniem z młodszymi pracownikami. Zdaniem organizatorów koszty realizowanego w województwie mazowieckim projektu zwrócą się już w pierwszym roku.

 – Z naszych badań i z danych, które można prześledzić w GUS-ie, wynika, że struktura zatrudnienia w małych i średnich przedsiębiorstwach w sektorze handlowym przesuwa się w kierunku osób powyżej 50. roku życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Beata Buchelt z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, koordynator merytoryczny projektu Kobiety 50+ Talenty Wiedzy. – Te osoby, a zwłaszcza kobiety, dominują i dlatego staramy się wdrożyć projekt, który przedłuży ich aktywność zawodową na rynku pracy. Drugim naszym celem jest podniesienie konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw, która opiera się głównie na kapitale ludzkim  – wyjaśnia.

Według ekspertów zaangażowanych w jego realizację przyniesie on 106-procentowy zwrot już w pierwszym roku realizacji, a w kolejnych latach – 130-procentowy.

Projekt Kobiety 50+ Talenty Wiedzy, który zakłada wykorzystanie pracowników powyżej 50. roku życia w zarządzaniu zasobami ludzkimi w sektorze MSP, ruszył w pełni w ubiegłym tygodniu. Inicjatywa skierowana jest do małych i średnich przedsiębiorstw z branży handlowej, które zatrudniają kobiety powyżej 50. roku życia i funkcjonują w województwie mazowieckim.

 – Projekt dedykowany jest przede wszystkim małym i średnim przedsiębiorstwom, które w sektorze handlowym zatrudniają kobiety powyżej 50. roku życia – mówi Beata Buchelt.

Organizatorem jest Stowarzyszenie Nasza Inicjatywa współpracujące m.in. z Polską Izbą Handlu, a dofinansowanie zapewnia Europejski Fundusz Społeczny. Inicjatywa ma na celu wykorzystanie kompetencji dojrzałych pracownic handlu detalicznego. W jej ramach odbędą się szkolenia dla kobiet w wieku 50 lat i więcej. Organizatorzy liczą na to, że uczestniczki szkoleń będą przekazywać swoje doświadczenie i kompetencje młodszym pracownikom.

Arrow Global Training Alliance

„Szkolenia to kluczowy element naszych zaawansowanych usług. Umożliwiają uczestnikom rynku oraz handlowcom wspieranie dostawców technologii poprzez przygotowanie do wdrażania produktów i rozwiązań” — powiedział Laurent Sadoun, prezes oddziału firmy Arrow w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki oraz globalnego działu usług dla segmentu rozwiązań informatycznych dla przedsiębiorstw.

„Cieszymy się z możliwości podjęcia strategicznej współpracy z firmą Fast Lane w Ameryce Północnej i Europie. Fast Lane jest dostawcą szkoleń o ugruntowanej pozycji, stwarzającym idealne warunki do realizacji naszego globalnego programu szkoleń IBM. Wkrótce Arrow uzupełni tę ofertę o rozwiązania dotyczące kluczowych obszarów biznesowych, takich jak wielkie zbiory danych, mobilność, bezpieczeństwo i przetwarzanie w chmurze. W tym celu firma wykorzysta swoją strategiczną współpracę z IBM w dziedzinie produktów oraz unikalną sieć dostawców zabezpieczeń oraz rozwiązań w zakresie wirtualizacji i mobilności”.

Dział rozwiązań informatycznych dla przedsiębiorstw firmy Arrow, jako dystrybutor VAD specjalizujący się w obsłudze kanałów sprzedaży, łączy dwa światy: dystrybucję zaawansowanej technologii i szkolenia. Arrow stale opracowuje nowe metody szkoleniowe, obejmujące między innymi nowatorskie nauczanie online z wykorzystaniem technik wideo i urządzeń mobilnych, jak również swój program dla partnerów handlowych i program Partner+. Pozwala to dostawcom tworzyć atrakcyjne i kompleksowe oferty edukacyjne dla swoich klientów.

Kolej dużych prędkości może powstać w Polsce dzięki zagranicznym inwestorom, m.in. z Chin

Kolej dużych prędkości mogłaby powstać w Polsce dzięki partnerstwu publiczno-prywatnemu z zagranicznymi inwestorami. Budowę mogliby sfinansować np. inwestorzy z Chin, którzy są już zaangażowani w szybkie połączenie białoruskiego Mińska z Moskwą oraz chcą zbudować drugą linię tego typu w Wielkiej Brytanii. Eksperci podkreślają, że nie można skreślać Chińczyków tylko z uwagi na niepowodzenia przy budowie autostrad.

 – Koleje dużych prędkości to jest wyzwanie, przed którym nie uciekniemy i im wcześniej się zabierzemy za ich realizację, tym lepiej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski z Katedry Logistyki Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy oraz ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Chiny w ostatnich latach bardzo rozwinęły technologie w zakresie kolei dużych prędkości. Mają w tej dziedzinie bardzo duży dorobek i nie lekceważyłbym ich jako atrakcyjnych partnerów przy tego typu projektach. Nie ma się co dąsać i obrażać, trzeba o tym rozmawiać.

Pierwsza w Polsce linia kolei dużych prędkości, umożliwiająca jazdę z prędkością ponad 300 km/h, ma powstać pomiędzy Poznaniem i Wrocławiem a Warszawą przez Łódź. Została nazwana linią „igrek” z uwagi na jej kształt. Choć w 2011 r. ówczesny minister transportu, Sławomir Nowak, ogłosił zawieszenie prac, w PKP PLK wciąż trwają analizy. Linia nie powstanie jednak wcześniej niż ok. 2030 r.

Z uwagi na wysokie koszty, szacowane na znacznie ponad 20 mld zł, szansą na szybszą budowę linii KDP w Polsce jest partnerstwo publiczno-prywatne. Zainteresowani mogą być inwestorzy z Chin. Biorą oni już udział w pracach nad linią z Mińska do Moskwy. Niedawno Chińczycy złożyli też ofertę sfinansowania i budowy tzw. High Speed Line 2 (HS2), czyli drugiej linii szybkiej kolei w Wielkiej Brytanii z Londynu do Manchesteru.

Chiny są światowym liderem pod względem długości sieci kolei dużych prędkości. Na ponad 10 tys. km tras w tym kraju pociągi mają prędkość handlową przekraczającą 200 km/h, a na niektórych, w tym na mierzącej ponad 2200 km długości trasie z Pekinu do Hongkongu, mogą rozwijać nawet 350 km/h.

 – Były wstępne przymiarki jeszcze za czasów ministra Cezarego Grabarczyka, aby właśnie Chińczycy byli partnerem polskiego rządu i na zasadzie jakiejś formy partnerstwa publiczno-prywatnego uczestniczyli w procesie tworzenia kolei dużych prędkości – przypomina Kowalski. – Pytanie, czy druga strona jest tym nadal zainteresowana. Bo być może mają ciekawsze propozycje i może się okazać, że to raczej strona polska powinna zabiegać o tego partnera, a nie odwrotnie.

Kowalski uważa, że kłopoty związane z budową autostrady A2 przez chińską spółkę COVEC nie powinny wpłynąć na decyzję dotyczącą ewentualnej współpracy z Chinami w obszarze kolei. Według niego zerwanie umowy z firmą COVEC w 2011 roku było efektem tego, że w Chinach o wielu sprawach decyduje państwo i czynniki polityczne.

 – U nas jest trochę inny model, bardziej zbliżony do rozwiązań europejskich. Nie ma tak, że w trakcie realizacji kontraktu można go gruntownie zmieniać i przede wszystkim kwestia ceny jest tutaj kluczowym elementem. Myślę, że ta konfrontacja różnych standardów była przyczyną niepowodzenia. Ale sądzę, że jedna i druga strona się czegoś nauczyły. I sądzę, że bazując na tamtym doświadczeniu, gdyby doszło do współpracy przy nowych projektach, można wyprzedzająco zapobiegać powstaniu takiej samej sytuacji – ocenia Kowalski.

W jego opinii niezbędne jest wzmocnienie partnerstwa pomiędzy państwem a wykonawcą. Rola państwa nie może kończyć się w momencie podpisania kontraktu, lecz musi obejmować nadzór i elastyczne podejście do możliwych problemów. To zresztą, według Kowalskiego, recepta nie tylko na budowę KDP, lecz także zmiana konieczna w całkowitym podejściu Polski do zamówień publicznych.

 – Prawo tworzy tylko pewne ramy, a one są wypełnione ludźmi, ich zachowaniami i postawami. Więc myślę, że stworzenie kultury partnerstwa to  gorący apel pod kątem tego, co należy zmienić w naszym procesie inwestycyjnym – mówi Kowalski.

MON zaczyna rozmowy z potencjalnymi dostawcami okrętów podwodnych w ramach dialogu technicznego

CEO Magazyn Polska

W czwartek mają rozpocząć się rozmowy z potencjalnymi dostawcami okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej w ramach procedury dialogu technicznego, która jest pierwszy etapem procesu pozyskiwania okrętów. Modernizacja i wymiana floty jest konieczna przede wszystkim ze względu na zobowiązania Polski w ramach NATO, ale również dla ochrony terytorium morskiego. Dlatego, zdaniem ekspertów, Polska powinna rozważyć zaopatrzenie okrętów również w pociski manewrujące – jako element ochrony i w celu odstraszania potencjalnych wrogów.

Modernizacja wysłużonej i przestarzałej floty Marynarki Wojennej RP jest jednym z priorytetowych działań MON. Według przedstawionych planów resort zamierza kupić trzy okręty podwodne, niszczyciele min oraz zdolne do tego patrolowce.

W tej chwili trwa pierwszy etap procesu pozyskiwania okrętów podwodnych nowego typu, czyli faza analityczno-koncepcyjna, w trakcie której prowadzony jest dialog techniczny. Rozmowy z potencjalnymi dostawcami w ramach tego dialogu rozpoczną się 30 stycznia, a zakończenie procedury planowane jest na 30 marca.

 – Dziś najważniejsze są okręty podwodne jako kluczowe narzędzie działań na morzach i oceanach – mówi Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa z Instytutu Jagiellońskiego i członek Parlamentarnego Zespołu ds. Wojska Polskiego, którego pierwsze posiedzenie odbyło się w ubiegłym tygodniu. – Muszą one być skuteczne, sprawne i funkcjonalne. Do osiągnięcia takiego poziomu potrzebujemy tego, by okręty były wyposażone w najnowocześniejszą broń, która spowoduje, że nie będą one tylko zabawkami dla naszych marynarzy.

Zdaniem Kistera, nowe jednostki powinny być wyposażone w najnowocześniejszą broń, która pozwoli realizować zadania na współczesnym polu walki. Mowa tu głównie o pociskach manewrujących, zdaniem eksperta, najskuteczniejszym narzędziu do odstraszania potencjalnych przeciwników. 

 – Pociski są zdolne do operowania w taki sposób, który będzie wywoływał strach u każdego potencjalnego przeciwnika naszego kraju i będzie w stanie wymusić ustępstwa w przypadku sytuacji newralgicznej, krytycznej dla bezpieczeństwa Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekspert ds. bezpieczeństwa IJ.

Polska jako kraj z dostępem do morza ma obowiązek posiadania skutecznej i nowoczesnej floty Marynarki Wojennej, która zagwarantuje odpowiedni poziom bezpieczeństwa. To ważne również z punktu widzenia naszego członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim. Dzisiejsze okręty, które znajdują się na stanie MW, są przestarzałe. Niektóre z nich można traktować jak zabytek, bo mają już prawie pół wieku. Ich funkcjonalność daleka jest od pożądanej w czasie prowadzonych działań wojennych.

Do Ministerstwa Obrony Narodowej zgłosiło się kilku dużych inwestorów, którzy są zainteresowani wzięciem udziału w procesie modernizacji Marynarki Wojennej RP, zwłaszcza w dostawie uzbrojenia. Są to duże międzynarodowe korporacje, m.in.: z Niemiec, Francji, Hiszpanii i Szwecji. 

 – Największym problemem w pozyskaniu tak dużego uzbrojenia, jakim jest okręt podwodny, są problemy związane z przejrzystością takiego zakupu i kontraktu. Państwo i Ministerstwo Obrony Narodowej musi dochować szczególnej staranności, żeby ten kontrakt był jak najbardziej przejrzysty, żeby postępowanie związane z zakupem i modernizacją takiego uzbrojenia było klarowne, przejrzyste i żebyśmy wybrali to, co potrzebne jest naszym marynarzom – tłumaczy Łukasz Kister.

Tym bardziej że resort zamierza na ten cel wydać kilka miliardów złotych. 

 – Przy modernizacji naszej floty podwodnej powinniśmy zwrócić uwagę na to, by dostawca naszych przyszłych okrętów podwodnych zainwestował także w nasz przemysł zbrojeniowy i stoczniowy – uważa Kister.

Przebudowa i doposażenie MW ma być jednym z kluczowych elementów modernizacji Polskich Sił Zbrojnych. Ministerstwo Obrony Narodowej chce wydać na ten cel ponad 130 mld zł w ciągu najbliższych 10 lat.

Chłodny szczyt Unii Europejskiej i Rosji z Ukrainą w tle

CEO Magazyn Polska

Dzisiejszy szczyt Unia Europejska-Rosja w Brukseli będzie miał inny charakter od poprzednich. Jego skrócenie do dwóch i pół godziny i rezygnacja ze wspólnej kolacji ma być symbolicznym zwróceniem uwagi stronie rosyjskiej, że jej polityka nie znajduje akceptacji w oczach unijnych dyplomatów. Eksperci są zgodni, że spotkanie – podobnie jak wiele poprzednich – nie przyniesie żadnych konkretnych rozwiązań.

Unia Europejska ma nadzieję, że w ten sposób wywrze na Moskwie nacisk w kwestiach związanych np. z Ukrainą.

 – Wydaje się mało prawdopodobne, żeby takie działanie odniosło zamierzony skutek – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Ćwiek-Karpowicz, kierownik Biura Badań i Analiz Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Mało prawdopodobne jest, by strona rosyjska podjęła pewną refleksję i w imię lepszych relacji z Unią Europejską odstąpiła od dotychczasowej polityki, na przykład wobec Ukrainy.

Rosja na razie skutecznie blokuje zawarcie przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Miała ona być podpisana już w końcu listopada ubiegłego roku. Zamiast niej wprowadzono za to antydemokratyczne ustawy zaostrzające kary za udział w demonstracjach. To nie jedyny przedmiot sporu na linii Bruksela-Moskwa. Ochłodzenie we wzajemnych stosunkach trwa od lat. Kreml zamiast dogadywać się z Komisją Europejską, woli rozmawiać z przedstawicielami poszczególnych państw członkowskich.

 – Od wielu lat widać wyraźnie, że szczyty Rosja-UE organizowane są bez żadnej przewodniej idei, one muszą się odbyć, co jest realizowane – mówi Ćwiek-Karpowicz. – Zapoczątkowany dialog dotyczący stworzenia wspólnej przestrzeni gospodarczej, wspólnej przestrzeni naukowej, ludzkiej, zniesienie wiz – wszystko to utknęło w martwym punkcie.

Jeszcze kilka lat temu Komisja Europejska publikowała coroczne raporty, w których opisywała efekty wzajemnej współpracy obu stron. Odstąpiono od tej praktyki, bo trudno mówić o jakichkolwiek dokonaniach w tej dziedzinie.

 – Szczyty są wykorzystywane raczej do tego, żeby Rosja i Unia mogły dyskutować o innych sprawach – podsumowuje ekspert PISM.

Listy zastawne mogą być atrakcyjnym produktem inwestycyjnym dla OFE. Zamiast obligacji skarbowych

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd ma zająć się rozporządzeniem regulującym możliwości inwestycyjne OFE. Wprowadza ono głównie zabezpieczenia inwestycji, takie jak poręczenia i gwarancje. Nowa ustawa o otwartych funduszach emerytalnych pozbawiła je możliwości inwestowania w obligacje Skarbu Państwa, a także uniemożliwiła inwestycje na giełdowym rynku NewConnect. Być może OFE zyskają możliwość inwestowania w listy zastawne.

Wyjście OFE z NewConnect spowoduje, że firmy notowane na tym parkiecie będą zdane tylko na towarzystwa funduszy inwestycyjnych oraz na inwestorów indywidualnych.

 – Duży problem może stanowić to dla podmiotów ujętych w NCIndex30. Spółki te, dla zachowania swojej pozycji inwestycyjnej, będą musiały najprawdopodobniej przenieść się na rynek regulowany. Ale to nie jest proste – trzeba spełnić bardziej rygorystyczne wymogi, którym część spółek nie sprosta – uważa Mariusz Rutke, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej (WSB) w Chorzowie.

Jak podkreśla ekspert, obecnie udziały OFE w rynku NewConnect wynoszą około 300 mln zł. W większości inwestują w spółki indeksu NCIndex30, gromadzącego najbardziej płynne spółki alternatywnego parkietu, a ich udziały wahają się w przedziale od 5 do 20 proc. 

 – Górna granica dotyczy inwestycji w jedną ze spółek z branży medycznej – komentuje wykładowca.

W aktywach OFE spółki z NewConnect stanowią mniej niż 0,5 proc. Według danych na koniec 2013 roku liderami były Nordea OFE oraz Aegon OFE, ale udział ich aktywów wynosił około 0,4 proc. ING OFE, Amplico OFE oraz OFE Pioneer Pekao na tym rynku zaangażowały 0,2 proc., a niektóre fundusze, jak OFE Warta, w ogóle nie inwestują w spółki z NewConnect.

 – Biorąc pod uwagą niewielkie zaangażowanie OFE w ten rynek, wymuszona ustawą zmiana polityki inwestycyjnej nie będzie głęboka – wyjaśnia Mariusz Rutke.

To, co OFE wycofają z NewConnect, w pierwszej kolejności trafi na główny parkiet giełdowy. Zgodnie z nową ustawą OFE muszą inwestować w akcje 75 proc. aktywów.

Nowa ustawa uniemożliwia OFE inwestycje w obligacje skarbowe czy też obligacje gwarantowane przez Skarb Państwa. Spółki mogą jednak pod pewnymi warunkami inwestować w obligacje korporacyjne oraz komunalne. Prawdopodobnie część środków z rynku NewConnect trafi na rynek obligacji Catalyst. 

 – Drugą możliwością jest rynek obligacji firmowych, szczególnie giełdowy Catalyst. Trzecia możliwością są inwestycje zagraniczne – ustawa wprowadza zwiększenie limitu takich inwestycji do 10 proc. – informuje przedstawiciel chorzowskiej WSB.

Zamiennikami obligacji skarbowych mogą być listy zastawne notowane na rynku Catalyst. Ich poziom oprocentowania i ryzyko są podobne jak w przypadku obligacji skarbowych, dlatego mogą być atrakcyjnym produktem dla OFE. 

 – Banki liczą na rozwój tego rynku. Proponowano, by w ustawie do limitu 75 proc. inwestycji poza akcjami włączyć właśnie listy zastawne – przypomina Mariusz Rutke.

Na razie takiego zapisu nie ma. Jednak w nowelizacji ustawy o listach zastawnych i bankach hipotecznych rząd proponuje włączenie listów zastawnych do limitów inwestycyjnych dla OFE.

PKN Orlen chce zainwestować w tym roku 3,8 mld zł. Jedną czwartą tej sumy pochłonie elektrociepłownia we Włocławku

CEO Magazyn Polska

PKN Orlen zainwestuje w tym roku 3,8 mld zł, z czego ok. 3 mld zł w Polsce. Dużą część z tej kwoty, bo aż 1 mld zł pochłonie w tym roku budowa elektrociepłowni we Włocławku. Dzięki odzyskaniu ratingu inwestycyjnego Orlen przymierza się też do emisji euroobligacji, a w marcu zarząd rozpatrzy możliwość wypłaty dywidendy za 2013 r.

Nasz szacunek nakładów inwestycyjnych w wariancie bazowym na 2014 rok wynosi około 3,8 mld zł. W Polsce lokujemy 79 proc. całej kwoty [ok. 3 mld zł – red.]. Widać więc ewidentnie, że główny nacisk i główne nakłady inwestycyjne są na rynku polskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes zarządu PKN Orlen ds. finansowych. – Jednym z celów PKN Orlen jest dywersyfikacja finansowania. Wyemitowaliśmy już z sukcesem obligacje detaliczne. Mamy obligacje korporacyjne i nie ukrywam, że przymierzamy się również do euroobligacji.

Podstawą do emisji euroobligacji są dobre ratingi inwestycyjne. W sierpniu ubiegłego roku agencja Fitch Ratings podniosła rating kredytowy Orlenu do poziomu BBB- z perspektywą stabilną. Odzyskanie ratingu nastąpiło po czterech latach. W listopadzie również agencja Moody’s podniosła rating spółki do poziomu inwestycyjnego Baa3.

Teraz czekamy na drugi element, czyli na dobry moment, żeby wejść na rynek euroobligacji. Obserwując, co dzieje się obecnie na rynku euroobligacji, można powiedzieć, że moment wydaje się dobry. Także wzmogliśmy nasze analizy, ale żadna decyzja w tej sprawie nie została przez nas jeszcze podjęta – podkreśla Jędrzejczyk.

Dużą część nakładów inwestycyjnych pochłonie budowa elektrociepłowni we Włocławku. Inwestycja, która ruszyła w kwietniu ubiegłego roku, będzie łącznie warta 1,4 mld zł. W tegorocznym budżecie Orlenu na ten cel zarezerwowano aż do 1 mld zł. Blok gazowo-parowy o mocy ok. 470 MWe ma ruszyć zgodnie z harmonogramem w czwartym kwartale przyszłego roku. Jędrzejczyk podkreśla, że nie przewiduje żadnych opóźnień, a spółka traktuje inwestycję priorytetowo.

Do 300 mln zł Orlen chce też zainwestować w przejętą w listopadzie ubiegłego roku kanadyjską spółkę TriOil. W tym roku ma wzrosnąć produkcja tej spółki wydobywczej z obecnych 3,8 tys. baryłek ropy dziennie do 5 tys. Orlen chce też dokonać nowych odwiertów i zwiększyć ich łączną liczbę o 18 w 2014 r. Dzięki tym inwestycjom spółka ma poprawić swój tegoroczny wynik (EBITDA) o 200 mln zł.

Ubiegły rok upłynął pod znakiem niskiej marży rafineryjnej, która spadła do najniższego od 10 lat poziomu 2,1 dolara (razem z dyferencjałem). Styczeń nie przyniósł poprawy, choć Jędrzejczyk podkreśla, że to zawsze jeden z najgorszych miesięcy w roku. Ma nadzieję, że wraz ze wzrostem koniunktury i PKB poprawi się też popyt na olej napędowy, co z kolei przyniesie wzrost marży. Pierwsze oznaki tego widać już nie tylko w Niemczech i Czechach, lecz także w Polsce i krajach ościennych.

Poprawy sytuacji na rynku szczególnie oczekuje litewski oddział Orlenu.

Orlen Litwa jest bardzo uzależniony od marży rafineryjnej. To nie jest biznes zintegrowany tak jak w Polsce, gdzie mamy również petrochemię i detal. Stąd też to pogorszenie marż rafineryjnych automatycznie jest widoczne w wynikach Orlen Litwa. Cały rok 2013 Orlen Litwa zamknął na progu rentowności w porównaniu do doskonałych wyników w 2012 roku, kiedy zysk wyniósł prawie 180 mln dolarów. Przy tych marżach rafineryjnych Orlen Litwa boryka się z uzyskaniem dobrego wyniku – zauważa Jędrzejczyk.

Dodaje, że w marcu należy spodziewać się decyzji o ewentualnej wypłacie dywidendy. W ubiegłym roku spółka wypłaciła 1,5 zł na akcję. Wynik netto za zeszły rok wyniósł wstępnie 618 mln zł zysku, więc, jak podkreśla Jędrzejczyk, jest możliwość wypłaty dywidendy. Zauważa jednak, że w marcu zarząd przedstawi jedynie rekomendację, ponieważ ostateczna decyzja o wypłacie będzie należeć do akcjonariuszy.

Rząd zajmie się dziś projektem uchwały ws. Programu Polskiej Energetyki Jądrowej

CEO Magazyn Polska

Na dzisiejszym posiedzeniu Rada Ministrów będzie debatować nad projektem uchwały w sprawie Programu Polskiej Energetyki Jądrowej. Jego przyjęcie będzie znaczącym krokiem w drodze do wybudowania pierwszej polskiej elektrowni atomowej, choć nie przesądza on o realizacji inwestycji.

Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ) to pierwszy kompleksowy dokument dotyczący energetyki jądrowej w Polsce. Zawiera zakres i organizację działań, które należy podjąć, by wdrożyć energetykę atomową i ją bezpiecznie eksploatować. Ministerstwo Gospodarki podkreśla, że przyczyni się to do zapewnienia dostaw odpowiedniej ilości energii elektrycznej przy rozsądnych cenach i przy zachowaniu wymagań ochrony środowiska.

Zgodnie z przedstawionym w PPEJ harmonogramie trwający od stycznia 2014 do końca 2015 roku etap trzeci zakłada wykonanie projektu technicznego i uzyskanie wymaganych prawem uzgodnień.

 – Polska nie może ograniczyć się do węgla, gdyż mamy go coraz mniej i w końcu nam go zabraknie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Andrzej Strupczewski, prof. nadzw. Narodowego Centrum Badań Jądrowych i wiceprezes Stowarzyszenia Ekologów na Rzecz Energetyki Nuklearnej. – Dlatego musimy wprowadzić dodatkowe źródła energii elektrycznej  albo odnawialne źródła, albo energię jądrową. Jest to konieczne, tym bardziej że Unia Europejska stawia coraz ostrzejsze limity emisji CO2.

Zdaniem prof. Strupczewskiego energia jądrowa jest bardziej opłacalna niż odnawialne źródła energii. 

 – Dziś kraje, które stawiają na odnawialne źródła energii, mają najdroższą energię elektryczną w Europie – zauważa Strupczewski. – Ludzie płacą w Niemczech 27 centów za kWh, a we Francji, gdzie dominuje energia jądrowa, już tylko 12-15 centów. Różnica jest więc jak 1 do 2.

Podkreśla, że elektrownie jądrowe wiążą się też z niższymi kosztami podłączenia do sieci. Według badań komisji OECD wynoszą one około 2,5 dolara za MWh, podczas gdy dla elektrowni wiatrowych jest to około 40 dolarów, a dla fotowoltaiki jeszcze więcej. Ponadto odnawialne źródła energii wymagają także kosztownych subsydiów. Zdaniem profesora Strupczewskiego w ubiegłym roku Niemcy dopłaciły do nich równowartość ok. 80 mld złotych. 

 – Dla porównania koszt wybudowania elektrowni jądrowej, o którym się mówi w Polsce, to 50 mld złotych. To jest wydatek  jednorazowy, a po zakończeniu budowy będziemy mieć tanią energię rok po roku przez 60 lat – mówi prof. Strupczewski. – Tymczasem w bazujących na OZE Niemczech dopłaty będą konieczne cały czas.

Atutem energii atomowej w porównaniu do OZE jest także stabilność jej pracy, która nie jest uzależniona od warunków zewnętrznych, np. pogody.

 – Wiatraki obracają się tylko wtedy, kiedy wieje wiatr i pracują na pełnej mocy tylko przez 1/5 czasu  – mówi prof. Strupczewski.  – W pozostałym czasie trzeba je uzupełniać innymi źródłami energii. Dlatego też, gdyby Polska przeszła na odnawialne źródła energii, to i tak musiałaby mieć w zapasie elektrownie gazowe i węglowe, co wiązałoby się z dodatkowymi kosztami.

Największe wątpliwości dotyczące budowy elektrowni atomowej w Polsce wiążą się z kwestią bezpieczeństwa jej eksploatacji. Jednak, jak przekonuje prezes Stowarzyszenia Ekologów na Rzecz Energetyki Nuklearnej, reaktory najnowszych generacji są bezpieczne dla zdrowia i życia.

 – Poza awarią czarnobylską, która była awarią w reaktorze zupełnie innego typu, niezgodnym z wymaganiami bezpieczeństwa, elektrownie jądrowe nie spowodowały żadnego zgonu wskutek promieniowania. Nawet po trzęsieniu ziemi w Japonii i zniszczeniu trzech reaktorów w Fukushimie skutkiem była ewakuacja ludzi, ale nie zgony – argumentuje ekspert. – Mieszkańcy osiedli koło elektrowni jądrowych są znacznie bardziej za atomem niż średnia krajowa. Akceptują te elektrownie, bo nie emitują ani zanieczyszczeń, ani pyłów, ani nie powodują hałasu czy innych kłopotów.

Coraz więcej Polaków chętnych do oddania szpiku. W ciągu pięciu lat ich liczba wzrosła 11-krotnie

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej rejestrują się jako dawcy szpiku. Jeszcze pięć lat temu zarejestrowanych w całym kraju było 40 tysięcy potencjalnych dawców. Obecnie w samej bazie Fundacji DKMS Polska jest ich ponad 440 tysięcy. Do popularyzacji idei dawstwa szpiku przyczyniają się akcje społeczne, w które coraz chętniej włączają się firmy i znane osoby. 

 –  Od założenia naszej fundacji w lutym 2009 roku wykonano ogromną pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agata Maraszek, kierownik ds. rekrutacji dawców w Fundacji  DKMS Polska. – Mówię tu nie tylko o fundacji, lecz także o wolontariuszach na terenie całej Polski, którzy pomagają nam rejestrować dawców. Obserwujemy znaczny wzrost świadomości Polaków.

W skali europejskiej Polska jest na trzecim miejscu pod względem liczby potencjalnych dawców. Zdaniem Agaty Maraszyk liczba dawców w Polsce powinna się jeszcze zwiększać i docelowo wynieść około miliona osób. Samo badanie nie jest dla dawcy uciążliwe. Problemem jest jednak aspekt finansowy – jednorazowy, niepokrywany przez NFZ koszt badania to 250 zł.

 – Na szczęście media, znani ludzie oraz biznes coraz bardziej angażują się w ideę dawstwa szpiku i w działalność DKMS-u – mówi Maraszek. – Przykładem jest akcja, którą teraz organizujemy ze sklepem Biedronka i znanym duetem projektantów Paprocki & Brzozowski. Także ona przyczynia się do szerzenia idei dawstwa szpiku i pozwala docierać do nowych osób z komunikatem, że ty też możesz zostać dawcą.

6 lutego sieć Biedronka rozpocznie sprzedaż koców walentynkowych, promowanych przez duet projektantów Paprocki & Brzozowski.

 – Mówimy o wyjątkowym partnerstwie, gdyż dwójka znanych, rozpoznawanych projektantów spotyka się ze światem biznesu i z organizacją non-profit – mówi Maraszek. – Myślę, że taka kombinacja pozwoli nam dotrzeć do jeszcze większej liczby osób.

Biedronka już wcześniej wspierała działania DKMS-u. W 2009 r. w czterech oddziałach firmy zorganizowano Dni Dawcy, a także przeprowadzono wśród pracowników i klientów rejestrację potencjalnych dawców. Zaowocowało to pozyskaniem ok. 300 pracowników i 1000 osób przez internet.

Przeszczepy szpiku kostnego są szansą na pomoc dla osób cierpiących na nowotwory krwi czy białaczkę. Przeszczep szpiku od tzw. bliźniaka genetycznego jest dla nich szansą na powrót do zdrowia. Znalezienie odpowiedniego szpiku nie jest jednak proste – szacuje się, że tylko 5 na 100 zarejestrowanych osób chętnych do oddania szpiku zostanie w rzeczywistości dawcami. Tymczasem chorych systematycznie przybywa.

 –  Co godzinę jeden Polak dowiaduje się, że jest chory na białaczkę – mówi Anna Jarnicka z działu medycznego Fundacji DKMS. – To ok. 10 tys. ludzi rocznie.

Potencjalni dawcy często rejestrują się przez internetową stronę fundacji www.dkms.pl. Można z niej zamówić pałeczki do poboru wymazu ze śliny wraz z instrukcją oraz formularzem, na którym deklaruje się gotowość do bycia dawcą. Cały ten pakiet przysyłany jest pocztą. Po zrobieniu wymazu i wypełnieniu formularza można go odesłać w załączonej kopercie. Pakiet ten jest zamawiany przez 400 do 1500 osób dziennie. W ubiegłym roku fundacja zarejestrowała przez internet ponad 50 tys. potencjalnych dawców.

To może być rok obligacji korporacyjnych. Dziś piąty w tym roku debiut na rynku Catalyst

CEO Magazyn Polska

Ten rok może należeć do rynku obligacji korporacyjnych. Ponieważ fundusze emerytalne nie będą mogły inwestować ani w obligacje skarbowe, ani w akcje spółek na NewConnect, realną alternatywą stają się dla nich obligacje firm. Rośnie też ich popularność wśród inwestorów indywidualnych. Dlatego firmy coraz chętniej korzystają z tego źródła finansowania.

Polskie indeksy giełdowe są wciąż niedowartościowane w porównaniu do indeksów zagranicznych, a niskie oprocentowanie lokat skłania do poszukiwania alternatywnych form inwestowania. Według Macieja Kabata, głównego analityka Domu Maklerskiego Invista, bieżący rok będzie sprzyjać zarówno emisjom akcji, jak i ofertom papierów dłużnych wystawianych przez spółki. 

 – Zaletą obligacji korporacyjnych są wypłacane co kwartał lub co pół roku kupony zapewniające stały dochód. W przypadku dobrego emitenta obligatariusze nie powinni mieć problemu z odzyskaniem pieniędzy. Dla inwestorów, którzy wolą dochód bezpieczny, pasywny, obligacje korporacyjne czy skarbowe będą najlepszą formą lokowania kapitału – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaudiusz Sytek, prezes Aforti Holding.

Emisja obligacji jest często łatwiejszą formą pozyskania przez firmy finansowania niż kredyt bankowy ze względu na mniej wymogów formalnych. Z punktu widzenia inwestorów, najlepiej zdywersyfikować portfel aktywów, uwzględniając zarówno akcje, jak i obligacje.

 – Przed zakupem obligacji należy dokładnie przeanalizować emitenta papierów dłużnych, sprawdzając sprawozdania oraz dokumentację przygotowywaną przed emisją przez spółkę. Warto spojrzeć na historię spółki, czy emitowała już obligacje, czy obsługiwała poprzednie emisje w dobry sposób, ocenić jej pomysł na biznes i cele wykorzystania środków z emisji – tłumaczy Maciej Kabat.

Według Open Finance w 2014 roku spółki z samego tylko rynku Catalyst wypłacą 2,5 mld złotych odsetek. Trafią one głównie do inwestorów instytucjonalnych.

Z możliwości finansowania poprzez obligacje korzystają i duże, i mniejsze spółki. Dziś na rynku Catalyst debiutują papiery dłużne banku BZ WBK. Wartość emisji to 500 mln złotych. Emisję obligacji dla klientów indywidualnych i instytucjonalnych przygotowuje także Aforti Holding, spółka notowana na NewConnect, działająca w branży usług finansowych. W grę wchodzą kwoty od 2 do 5 milionów złotych.

 – To obligacje roczne z kuponem kwartalnym, oprocentowane 9 proc. w skali roku i niezależne od stawki WIBOR – informuje prezes spółki.

Uzyskane środki firma zamierza wykorzystać do zwiększenia dynamiki rozwoju.

 – Dwa największe projekty na pierwsze półrocze to dokończenie przejęcia Domu Maklerskiego Invista, gdzie Aforti ma prawie 10 proc. akcji oraz uruchomienie e-kantoru służącego do wymiany walut w internecie głównie dla małych i średnich przedsiębiorstw – podsumowuje Klaudiusz Sytek.

Rynek reklamy internetowej szytej na miarę wzrośnie w ciągu najbliższych 4 lat niemal trzykrotnie

CEO Magazyn Polska

Rośnie znaczenie rynku zautomatyzowanej reklamy osobistej. Jego wartość na całym świecie przekroczyła już 12 mld dolarów, a według szacunków do końca 2017 roku wzrośnie blisko trzykrotnie. Kampanie promocyjne przygotowane pod konkretnego klienta, oparte na analizie jego zachowań cieszą się dużą popularnością zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie. Również w Polsce rynek staje się coraz bardziej dojrzały.

Reklama osobista, czyli inaczej inteligentna reklama, dopasowywana jest indywidualnie do każdego użytkownika internetu, oparta jest na szczegółowej analizie jego upodobań i preferencji. Pomaga jej fakt, że coraz więcej klientów odwiedzających sklepy internetowe ma już jasno sprecyzowane oczekiwania i plany zakupowe. Jak pokazują badania ResearchNow zrealizowane na zlecenie Sociomantic Labs, czterech na dziesięciu badanych wie, jaki produkt zamierza kupić i gdzie go znajdzie.

 – Analizujemy koszyki klientów, dzięki czemu możemy zaproponować im powiązane produkty lub bestsellery, najlepiej sprzedające się produkty w danej kategorii – mówi Maciej Wyszyński, dyrektor zarządzający na Europę Centralną i Wschodnią Sociomantic Labs. – Jeśli wiemy, że ktoś szuka butów w rozmiarze 37, to możemy mu zaproponować najlepiej sprzedające się buty w kategorii, której szukał, w tym właśnie rozmiarze, co pokazuje, że to jest bardzo głęboko spersonalizowana reklama.

Taka reklama może przyciągnąć kilkukrotnie więcej odbiorców niż tradycyjna kampania skierowana do ogółu, czego efektem jest nawet dwa razy większa sprzedaż.

 – Dzięki zaawansowanym technologiom wiemy, jak często i co dany użytkownik kupuje, więc jeżeli wychodzi następny tom jego ulubionej książki, to możemy go o tym poinformować – mówi Wyszyński. – Jeżeli wiemy, że jakaś osoba często w celach biznesowych lata do Pragi, to możemy jej zaoferować reklamę dotyczącą danego połączenia.

Inteligentna reklama sprawdza się dzisiaj przede wszystkim w handlu elektronicznym. Zwłaszcza w branżach odzieżowej, obuwniczej czy turystycznej. Coraz częściej z tego typu rozwiązań korzysta też sektor finansowy. Znając oczekiwania klienta, łatwiej jest do niego dotrzeć z określonym typem produktu, np. rachunkiem bankowym czy kredytem.

 – To samo dotyczy branży telekomunikacyjnej – mówi Maciej Wyszyński. – Wiedząc, że umowa danego klienta się kończy, możemy zainteresować go nową ofertą, może bardziej korzystną, i tym samym skłonić go do przedłużenia umowy.

Eksperci przekonują, że reklama inteligentna jest bardziej skuteczna niż reklama powszechna dzięki temu, że pokazuje tylko te produkty, którymi internauta jest zainteresowany, a nie irytuje go reklamowaniem zbędnych przedmiotów i usług. Badanie ResearchNow dla Sociomantic Labs pokazało, że „tak” tej formie reklamy powiedziało siedmiu na dziesięciu ankietowanych.

ENEA będzie miała kompleksową obsługę bankową

Spółki Podatkowej Grupy Kapitałowej ENEA podpisały umowy z bankami PKO BP i Pekao S.A. Zapewniają one możliwość finansowania wewnątrzgrupowego oraz pełną obsługę bankową na jednolitych zasadach. Dzięki umowom, ENEA zaoszczędzi 3 mln zł.

Ruszyły konsultacje w sprawie zakazu handlu w niedzielę

Dla zapracowanych mieszkańców dużych aglomeracji to zwykle weekend jest czasem, gdy można wybrać się na zakupy. I o ile robione w sobotę nie budzą zastrzeżeń, o tyle w niedzielę już tak. Choć rząd negatywnie ocenił obywatelski projekt ustawy o zakazie handlu w niedziele, temat powraca co jakiś czas jak bumerang.

W Polsce mamy 6-dniowy tydzień pracy – niedziela jest uznawana za dzień wolny. Myli się jednak ten, kto sądzi, że jest to jednoznaczne z zakazem handlu. Otóż nie. Przepisy mówią wprost – jedynie w święta zakupów nie zrobimy. Jak wiadomo od każdej reguły są wyjątki. Jak zaznacza Magdalena Osińska, Radca Prawny, Dyrektor ds. Prawnych Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji “Zakaz ten dotyczy jedynie pracowników, czyli osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, powołania, wyboru, mianowania lub spółdzielczej umowy o pracę. Nie dotyczy więc tych, którzy prowadzą działalność gospodarczą oraz osób zatrudnionych na podstawie umów cywilno-prawnych, czyli umowy zlecenia i umowy o dzieło.”

Polska to jeden z największych rynków pracy w Europie jeżeli chodzi o zatrudnienie w handlu. Najwięcej osób pracuje w centrach handlowych. Już na etapie ich budowy zatrudnienie znajduje od 1500 do 3000 osób, natomiast około tysiąca może liczyć na pracę w funkcjonujących już obiektach. I choć powszechnie wiadomo, że praca w handlu wiąże się z długimi dniami roboczymi, pracą w weekendy, a przede wszystkim niską płacą, to jednak wprowadzenie zakazu handlu w niedziele nie rozwiązałoby istniejących problemów. Według Andrzeja Marii Falińskiego, Dyrektora Generalnego POHiD „[..] decydując się na takie kompromisy redukuje się negatywne skutki, ale się ich nie usuwa. Lepsze byłyby kompromisy, które w rozsądny i życzliwy sposób wykorzystują możliwości prawne, dostępne w polskich przepisach. […] Zakaz handlu w niedziele na tym etapie gospodarki i transformacji, przy polskiej pozycji w Unii Europejskiej nie jest dobrym pomysłem.”

Polacy kochają centra, galerie czy parki handlowe, a zatem ich zamknięcie w niedziele byłoby równoznaczne ze zmianą przyzwyczajeń tysięcy Polaków. Jak podaje Anna Szmeja-Kroplewska, Dyrektor Generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych „[…] każde centrum handlowe w soboty i niedziele jest bardzo licznie odwiedzane przez klientów – do 30 tysięcy osób korzysta z tych obiektów. To forma spędzania czasu z przyjaciółmi i rodziną.”

Wprowadzenie zakazu handlu w niedziele spowodowałoby niewątpliwie falę zwolnień, jednak trudno określić dokładnie ich skalę. Według Centrum Informacji Rządu byłoby to 11 tysięcy osób. Prognozy Polskiej Rady Centrów Handlowych sugerują redukcję ok.40 tysięcy etatów, z kolei Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji mówi o likwidacji nawet do 65 tysięcy kalkulacyjnych etatów. Przy wyliczeniach POHiD wziął pod uwagę wpływ, jaki wprowadzenie zakazu handlu miałoby na branże produkcyjne i usługowe.

Wszyscy są jednak zgodni, że w pierwszej kolejności pracę straciliby ludzie młodzi i uczący się oraz kobiety w wieku 25-55 lat. Niestety są to grupy, którym najtrudniej jest znaleźć zatrudnienie w innych branżach i które już teraz są najbardziej liczne wśród bezrobotnych.

Jakie jest więc rozwiązanie, by móc zadowolić pracowników, a nie wpłynąć negatywnie na gospodarkę i wzrost bezrobocia? Jak podpowiada dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert prawa pracy Konfederacji Lewiatan i członek Trójstronnej Komisji ds. społeczno-gospodarczych „[…] sprawą kluczową jest odpowiednia organizacja pracy. Przepisy kodeksu pracy umożliwiają elastyczne organizowanie czasu pracy. Pracownicy, którzy pracują w niedziele, nie muszą tego robić cały czas. Mogą mieć zapewniony odpowiedni odpoczynek, co pewien czas wolne niedziele. Istnieją różne elastyczne sposoby organizowania pracy chociażby jak: skrócony tydzień i indywidualny rozkład czasu pracy, możliwość dzielenia pracy, praca na część etatu lub poprzez agencje pracy tymczasowej”.

Wszelkie przesłanki ekonomiczne pokazują negatywny wpływ wprowadzenia ewentualnego zakazu handlu w niedziele. Nie można jednak zapomnieć o problemach, jakie mają pracownicy dużych obiektów handlowych. Najważniejsze jest, by znali oni swoje prawa, a pracodawcy pamiętali, że pracownik to też człowiek, który ma rodzinę. Ważne, by starali się znaleźć kompromis pomiędzy chęcią maksymalnego zysku a zadowoleniem swoich podwładnych.

78 proc. osób powyżej 50 roku życia nie korzysta z Internetu

Jeśli Polska przyspieszy rozwój infrastruktury szerokopasmowej, to wkład Internetu w wytworzenie PKB zwiększy się do roku 2020 z obecnych 3 proc. do ok. 9,5 proc. To będzie oznaczać, że około 200 mld zł z polskiego PKB zostanie wygenerowanych w bardziej efektywnej e-gospodarce, powstaną nowe innowacyjne firmy i nowe, przyszłościowe miejsca pracy. Zwiększenie poziomu cyfryzacji Polski do poziomu Norwegii (obecnie lidera w tej dziedzinie), zmniejszyłoby poziom bezrobocia w naszym kraju o ponad 270 tys. osób. Polski rząd musi wspierać edukację i zachęcić starszych ludzi do korzystania z Internetu ponieważ ich wpływ na gospodarkę jest nie do przecenienia. To najważniejsze wnioski z raportu „Cyfrowa przyszłość Polski” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte i Amarach Research na zlecenie UPC Polska.

Jak pokazuje raport, w 2013 r. już dwóch na trzech dorosłych Polaków korzystało z Internetu. W roku 2007 było ich mniej niż połowa. Obecnie Internet stanowi istotną część naszego życia codziennego, kształtuje sposób pracy, odpoczynku, proces uczenia się i robienia zakupów. Jednocześnie jednak według danych „The Digital Agenda Scoreboard 2013”, Polska jest pośród pięciu najniżej punktowanych krajów w UE pod względem cyfryzacji . „Wprawdzie Polska ma wysoki poziom penetracji mobilnych usług szerokopasmowych, czym wyróżnia się pozytywnie na tle innych krajów unijnych, ale jest to spowodowane niską penetracją szerokopasmowego Internetu stacjonarnego. Jest to jeden z obszarów, który naszym zdaniem, powinien znaleźć się na liście priorytetów polskiego rządu” – wyjaśnia Dariusz Nachyła, ekspert TMT, Deloitte.

W „Globalnym Indeksie Konkurencyjności 2013 – 2014” liczonym przez World Economic Forum, Polska zajmuje obecnie 42. miejsce i daleką 102. pozycję na świecie pod względem dostępności najnowszych technologii (jeden ze składników indeksu konkurencyjności). Oznacza to, że nasz kraj będzie musiał dokonać ważnych zmian, aby uniknąć potencjalnej stagnacji ekonomicznej.

Ocenia się, że 10 –procentowy wzrost penetracji usług szerokopasmowych przekłada się na wzrost PKB na poziomie od 0,9 proc. do 1,5 proc. Gdyby penetracja usług szerokopasmowych w Polsce (obecnie 67 proc.) wzrosła do poziomu Wielkiej Brytanii (86 proc.), wówczas PKB Polski podniosłoby się o ok. 3 proc.

Jedna z metod oceny skali „cyfrowej przepaści” bazuje na wyliczeniach tzw. Stopnia Cyfryzacji autorstwa firmy Booz & Company. Jest to złożony indeks obliczany według danych krajowych, dotyczących powszechności usług i produktów cyfrowych, cen czy prędkości Internetu.

Najważniejszą cechą tego indeksu jest to, że wykazuje on zależność między pozycją w rankingu a rozwojem ekonomicznym oraz wskaźnikami bezrobocia. Analiza związków między cyfryzacją a gospodarką wskazuje, że wśród krajów bardziej zaawansowanych w cyfryzacji, a do takich, według firmy Booz zalicza się także Polska, każdy 10-punktowy wzrost poziomu cyfryzacji zwiększa PKB per capita o 0,84 proc. Oznacza to, że przyśpieszenie cyfryzacji w Polsce do poziomu takiego lidera jak Norwegia może zmniejszyć liczbę bezrobotnych w Polsce o ponad 270 tys.*

Z innego opracowania Deloitte opisującego wpływ Internetu na polską ekonomię wynika, że udział gospodarki internetowej w PKB Polski wzrośnie do roku 2020 do 9,5 proc. lub nawet więcej, jeśli kraj obierze bardziej dynamiczną drogę rozwoju. To będzie oznaczać, że około 200 mld zł z polskiego PKB zostanie wygenerowanych w bardziej efektywnej e-gospodarce, zwiększając ogólny poziom efektywności gospodarki, co ma bezpośredni wpływ na poziom zamożności społeczeństwa.

Z raportu „Cyfrowa przyszłość Polski” wynika, że w Polsce jedynie 5 proc. posiadaczy komputerów nie ma dostępu do Internetu, co oznacza duży postęp w porównaniu do 50 proc. w roku 2003 i 15 proc. w roku 2009. Jednocześnie jednak aż ok. 10 z 13 mln Polaków w wieku powyżej 50 lat nie korzysta z Internetu (78 proc.). To zjawisko uznawane jest za ważny problem w skali całej Europy. Starsi wiekiem konsumenci, którzy nie są on-line, nie mogą skorzystać z niższych cen i lepszych usług, a polskie firmy nie mają możliwości dotarcia do nich przez Internet.

Spośród tysiąca dorosłych osób z dostępem do Internetu szerokopasmowego, ponad połowa spędza on-line trzy lub więcej godzin dziennie. Wśród najbardziej popularnych aktywności należy wymienić zakupy i korzystanie z mediów społecznościowych.

W przeciętnej polskiej firmie dostęp do Internetu ma 64 proc. pracowników, a 60 proc. firm pozwala zatrudnionym osobom korzystać z firmowej sieci w celach prywatnych. Choć większość ankietowanych pracowników korzysta z Internetu w celach zawodowych także w domu, jedynie jedna piąta firm zatrudnia osoby formalnie pracujące z domu (tzw. telepraca) w niepełnym lub pełnym wymiarze. Ta liczba wzrasta do jednej trzeciej w przypadku dużych firm (zatrudniających ponad 250 pracowników).

Aż 94 proc. polskich internautów dokonuje zakupów on-line. „Przewidywano że wartość polskiego rynku e-handlu ma wzrosnąć w roku 2013 o ponad 20 proc. Wpłynie na to przede wszystkich wzrost sprzedaży w najpopularniejszych kategoriach produktów, takich jak książki, ubrania czy obuwie, choć lista kategorii dostępnych dla konsumentów za pośrednictwem sieci stale się wydłuża. Internet stał się więc kluczową częścią handlu, a jego wpływ na obraz tej branży będzie coraz większy” – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer, dział Konsultingu, Deloitte.

Ankieta przeprowadzona pośród 201 polskich przedsiębiorstw zatrudniających dwie lub więcej osób, wykazała że ponad 25 proc. z nich wykorzystuje Internet do różnych form e-handlu (np. do sprzedaży, zamawiania zaopatrzenia), podczas gdy ponad jedna trzecia korzysta z Internetu do obsługi klienta. Nic więc dziwnego, że aż 80 proc. właścicieli firm lub menedżerów uważa dalszą cyfryzację za kluczową kwestię dla rozwoju polskiej gospodarki, a prawie 60 proc. firm jest za wprowadzeniem zachęt fiskalnych wspierających inwestycje w rozwój cyfrowej Polski.

Z perspektywy konsumentów, dalszy rozwój sieci szerokopasmowych (NGN/NGA) postrzegany jest jako obszar z największymi opóźnieniami. Aż 70 proc. polskich internautów korzysta obecnie z usług o prędkościach poniżej 30 Mb/s, więc unowocześnienie sieci i inwestycje w niezawodne technologie to priorytety w procesie budowania cyfrowej przyszłości Polski.

„Internet jak kiedyś elektryczność rewolucyjnie zmienia krajobraz gospodarki i jej perspektywy. Rząd powinien wspierać wszelkie działania na rzecz cyfryzacji, nie tylko dlatego, że zwiększa poziom dobrobytu, ale również dlatego, że w ten sposób buduje innowacyjność i konkurencyjność kraju na rynku międzynarodowym. Innowacyjność to najlepszy możliwy produkt eksportowy, a konkurencyjność, mierzona między innymi poziomem kosztów związanych z prowadzeniem działalności biznesowej, jest nieodzownym warunkiem szybkiego rozwoju gospodarki” – podsumowuje Dariusz Nachyła.

O badaniu:

UPC Polska w sierpniu ubiegłego roku zleciło Deloitte i Amarach Research przeprowadzenie dwóch równoległych ankiet. Pierwszą z nich przeprowadzono on-line na próbie 1000 osób w wieku powyżej 16 lat, drugą ankietę przeprowadzono telefonicznie i przez Internet wśród 201 menedżerów decyzyjnych w kwestiach IT w średnich, małych oraz dużych firmach.

Raport „Cyfrowa przyszłość Polski. Fundamenty rozwoju konkurencyjnej gospodarki w dobie globalizacji” został opublikowany w grudniu 2013 r.

Raport: Football Money League 2014 – Ranking przychodów klubów piłkarskich na świecie 2014

Real Madryt dziewiąty rok z rzędu jest klubem piłkarskim o największych przychodach na świecie. W sezonie 2012/2013 wyniosły one prawie 519 mln euro. Na drugim miejscu bez zmian pozostaje FC Barcelona, na trzecim znalazł się Bayern Monachium, który z podium zepchnął Manchester United. Przychody dwudziestki największych futbolowych drużyn po raz pierwszy przekroczyły poziom 5 mld euro. W czołowej dwudziestce międzynarodowego rankingu „Football Money League 2014”, przygotowanego po raz 17. przez firmę doradczą Deloitte, znalazły się też dwa kluby tureckie: Galatasaray i Fenerbahçe, co może świadczyć o rosnącym znaczeniu drużyn piłkarskich z rynków wschodzących.

Real Madryt, zostając dziewiąty raz z rzędu zwycięzcą zestawienia, pokonał tym samym Manchester United, który liderem był osiem razy z rzędu. Przychody hiszpańskiego giganta wyniosły w sezonie 2012/2013 aż 518,9 mln euro. Na ten wynik składają się przychody z reklam w wysokości 211,6 mln euro (wzrost o 7,8 mln euro, tj. 4 proc.) oraz przychody z transmisji w kwocie 188,3 mln euro (wzrost o 5,7 mln euro, tj. 3 proc.). Drugie miejsce zająła ponownie FC Barcelona, a na trzeciej pozycji po zdobyciu potrójnej korony, uplasował się Bayern Monachium, pokonując tym samym Manchester United, który po raz pierwszy w historii rankingu znalazł się poza podium.

„Real Madryt jest w dalszym ciągu niekwestionowanym liderem rankingu Money League i to mimo, że sezon 2012/2013 zakończył bez żadnego trofeum. Pomimo trudnej sytuacji ekonomicznej, zwłaszcza w Hiszpanii, kluczowym czynnikiem sukcesu tego klubu są ogromne przychody z reklam, osiągane zarówno w kraju jak i za granicą. Dzięki temu jego przewaga nad FC Barceloną zwiększyła się do 36 mln euro. Obydwa hiszpańskie kluby osiągają znaczące przychody z indywidualnie wynegocjowanych umów transmisyjnych, co pozwala im zyskać przewagę nad pozostałymi klubami z Europy” – wyjaśnia Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

Łączne przychody klubów z czołowej dwudziestki rankingu Deloitte Football Money League wzrosły o 8 proc. (o ponad 400 mln euro), do kwoty 5,4 mld euro, a to oznacza, że zdecydowanie wyprzedzają one tempo światowej gospodarki. Na wzrost ten nie miały jeszcze wpływu nowe rekordowe umowy transmisyjne podpisane przez angielską Premier League i niemiecką Bundesligę, które wpłyną dopiero na wyniki przyszłorocznego rankingu.

„Ponadto, przychody każdego klubu z pierwszej trzydziestki przekroczyły 100 mln euro. W pierwszym rankingu przygotowanym przez Deloitte za sezon 1996/97 wyższy wynik osiągnął tylko Manchester United, a wszystkim klubom z pierwszej dwudziestki udało się to osiągnąć dopiero w sezonie 2007/08. Stopa wzrostu przychodów świadczy o niesłabnącym zainteresowaniu tą najbardziej popularną dyscypliną sportu na świecie”- mówi Dan Jones.

Poprzedni sezon niewątpliwie należał do Bayernu Monachium. Przychody niemieckiego klubu, w którym od nowego sezonu będzie grał Robert Lewandowski, wzrosły o 62,8 mln euro (17 proc.), do poziomu 431,2 mln euro.

„Kolejny, trzeci już zwycięski sezon Bayernu, przyczynił się do dalszego wzrostu jego przychodów z reklam do kwoty 237,1 mln euro, tj. o 18 proc.” – wyjaśnia Austin Houlihan, Starszy Menedżer, Sports Business Group, Deloitte UK. Zwycięstwo Bawarczyków w Lidze Mistrzów przełożyło się na ponad 55 mln euro przychodów z UEFA, a bilety na mecze z ich udziałem rozgrywane na stadionie Allianz Arena wyprzedają się na pniu, generując przychody w kwocie 3,4 mln euro za mecz. W sezonie 2013/14 przychody z reklam prawdopodobnie jeszcze się zwiększą, dzięki aneksom do dotychczasowych umów z Lufthansą i Coca-Colą oraz przedłużeniu umowy sponsorskiej z Deutsche Telekom.

Chociaż Manchester United spadł o jedną pozycję w rankingu Money League, podpisane w ostatnim czasie umowy przyczynią się do wzrostu osiąganych przez ten klub przychodów z reklam w sezonie 2013/14, więc spadek na czwarte miejsce może być tymczasowy. Dzięki tym umowom oraz wynegocjowaniu korzystniejszych warunków trzyletnich umów transmisyjnych przez Premier League przychody te najprawdopodobniej zbliżą się do poziomu 500 mln euro, co zostanie odzwierciedlone w przyszłorocznej edycji rankingu. Jeśli w kolejnych sezonach Manchester United będzie z powodzeniem kwalifikował się do Ligi Mistrzów, zyska ponownie szansę na zajęcie pierwszego miejsca w rankingu, którego liderem był ostatni raz w sezonie 2003/04.

Spośród pozostałych pięciu angielskich klubów z czołowej dwudziestki, na uwagę zasługuje Manchester City, który wspiął się na szóstą pozycję. Komercyjny sukces sprawił, że po raz pierwszy w historii rankingu Deloitte klub ten wyprzedził swoich rywali z Premier League – Chelsea (7. miejsce) i Arsenal (8. miejsce). Mimo że przychody Liverpoolu (12. miejsce) wzrosły aż o 9 proc., po raz pierwszy od sezonu 1999/2000 klub ten nie znalazł się w pierwszej dziesiątce.

Jedną z największych niespodzianek w tegorocznej edycji rankingu Money League jest awans Paris Saint-Germain na piątą pozycję. Od sezonu 2010/2011 przychody tego klubu zwiększyły się niemal czterokrotnie, do poziomu 398,8 mln euro, z czego przychody z reklam stanowią 254,7 mln euro, co jest największym źródłem wzrostu tego klubu w historii.

„W tegorocznej edycji rankingu największy awans należy właśnie do Paris Saint-Germain, który zajmuje najwyższą w historii pozycję spośród wszystkich francuskich klubów i jest jedynym przedstawicielem tego kraju w czołowej dwudziestce” – mówi Austin Houlihan.

Po sukcesach w rozgrywkach europejskich, tureckie kluby Galatasaray i Fenerbahçe pojawiły się w rankingu Money League, co jest istotne o tyle, że jest to pierwszy przypadek od sezonu 2005/2006 kiedy dwa kluby spoza wielkiej piątki europejskich krajów znalazły się w czołowej dwudziestce. Ich obecność, a także brazylijskiego Corinthians w pierwszej trzydziestce wskazuje na rosnące znaczenie klubów z krajów wschodzących. Wzrost gospodarczy w połączeniu z pasją do piłki nożnej oraz rozwojem niezbędnej infrastruktury przekłada się na szybki wzrost przychodów największych klubów w tych krajach. Stadion Galatasaray, Türk Telekom Arena, otwarty w 2011 roku, cieszy się opinią jednego z najlepszych w Europie, co świadczy o dużym znaczeniu wysokiej jakości obiektów sportowych dla wzrostu przychodów.

O rankingu:

Wartości przychodów uwzględnione w rankingu pochodzą z rocznych sprawozdań finansowych poszczególnych klubów lub z innych bezpośrednich źródeł dotyczących sezonu 2012/2013. Przychody nie uwzględniają opłat z tytułu transferu zawodników, podatku VAT oraz podatku obrotowego. W niektórych przypadkach dokonano korekt wartości sumarycznych, które zdaniem Deloitte umożliwiły uzyskanie bardziej wiarygodnych wyników umożliwiających porównanie poszczególnych klubów pod względem działalności sportowej. Na przykład jeżeli istniały informacje dotyczące znaczącego zakresu działalności niezwiązanej z branżą piłkarską lub transakcji kapitałowych, wartości te zostały wyłączone z przychodów.

Przed dokonaniem analizy Deloitte nie przeprowadził weryfikacji ani audytu informacji dotyczących poszczególnych klubów zawartych w sprawozdaniach finansowych i innych źródłach stanowiących podstawę naszej publikacji. Aby umożliwić porównanie wyników, wszystkie dane za sezon 2012/2013 zostały przeliczone po kursie z dnia 30 czerwca 2013 r. (1 GBP = 1,1668 EUR; 1 EUR = TL 2,508). Dane porównawcze zaczerpnięto z poprzednich edycji naszego rankingu, z rocznych sprawozdań finansowych lub innych bezpośrednich źródeł.

Wirtualizacja i miejska chmura w Ostrowcu

15 stycznia w Urzędzie Miejskim w Ostrowcu Świętokrzyskim miało miejsce uroczyste zakończenie projektu uruchomienia nowej serwerowni dla Miejskiego Systemu Informatycznego.

 

Zasoby informatyczne UM Ostrowiec zostały przeniesione do nowoczesnej serwerowni. Asseco zapewniło instalację i konfigurację urządzeń infrastruktury sieciowej oraz migrację aplikacji oraz baz danych z serwerów znajdujących się w siedzibie Urzędu Miasta, a także bezpieczne przeniesienie Miejskiego Systemu Informatycznego do nowego środowiska. Wartość usług wykonanych przez Asseco to ok. 4 mln zł brutto.

– Konsekwentnie realizujemy projekty dotyczące rozbudowy infrastruktury informatycznej. Nowa serwerownia pozwoli na udostępnienie miejskiej chmury obliczeniowej wszystkim jednostkom organizacyjnym gminy. W przyszłości ułatwi udostępnianie scentralizowanych usług publicznych – Jarosław Wilczyński, Prezydent Miasta, Ostrowiec Świętokrzyski.

Serwerownia wyposażona została w nowoczesne serwery typu „blade”, wydajną pamięć masową, systemy do archiwizacji i tworzenia kopii bezpieczeństwa oraz systemy przesyłu danych z szybkością 10 GB/s. Spełnia międzynarodowe standardy dla tego typu obiektów. Jest wyposażona w szerokopasmowe przyłącza telekomunikacyjne, dwa niezależne przyłącza energetyczne, wydzielone obwody zasilania, systemy zasilania awaryjnego UPS sprzężone z generator prądotwórczym oraz redundantny system chłodzenia. Nad bezpieczeństwem zasobów czuwa centralny system monitoringu pracy serwerowni współpracujący m.in. z systemami detekcji i automatycznego gaszenia pożaru.

– To wzorcowy przykład racjonalnego podejścia, które pozwala uniknąć kosztownych inwestycji po stronie jednostek organizacyjnych gminy. Co więcej, centralizacja pozwala na obniżenie kosztów użytkowania zasobów i na bardziej efektywne ich wykorzystanie. Chmura wzbogaca scentralizowany system, jako narzędzie do elastycznego udostępniania zasobów – powiedział Andrzej Dopierała, Wiceprezes Zarządu, Asseco Poland.

 

Możliwość tworzenia prywatnych sieci wirtualnych, czyli wydzielonych wewnętrznych segmentów sieci komputerowej, bez dostępu do sieci publicznej, pozwala na bezpieczne odizolowanie usług odpowiedzialnych za obsługę baz danych, od dostępu do sieci publicznej takiej jak Internet.

Uruchomienie serwerowni na potrzeby Miejskiego Systemu Informatycznego to jeden z projektów realizowanych przez Urząd Miasta Ostrowiec w ramach zadania e-świętokrzyskie – Rozbudowa Infrastruktury Informatycznej JST. Wcześniej jednostki organizacyjne gminy zostały objęte nowoczesnym systemem komunikacyjnym w technologii VoIP, który posiada m.in. funkcje telekonferencji i wideokonferencji. Można było to zrealizować dzięki projektowi polegającemu na połączeniu siecią światłowodową jednostek gminnych. Miejska Sieć Światłowodowa w Ostrowcu Świętokrzyskim to w sumie ponad 50km sieci światłowodowej łączącej 57 gminnych jednostek organizacyjnych, w tym spółki gminne i placówki oświatowe.

Warte podkreślenia jest, że sumaryczna wartość projektów informatycznych zrealizowanych przez Ostrowiec Świętokrzyski w latach 2006 – 2013 wynosi ponad 14 mln zł. przy udziale własnym w wysokości około 2,3 mln zł. To przykład racjonalnego wykorzystania środków unijnych na stworzenie fundamentów niezbędnych do sprawnej obsługi mieszkańców i uruchamiania e-usług publicznych.

Jan Kulczyk: polski sport – jak biznes – wymaga mądrej, długoterminowej strategii

CEO Magazyn Polska

Brak długoterminowej strategii, biurokracja, przepisy utrudniające pozyskanie finansowania i zaniedbania w podstawowej edukacji sportowej. To tylko niektóre wnioski na temat sytuacji polskiego sportu, które zaprezentowano podczas spotkania przedstawicieli zespołów eksperckich powołanych podczas pierwszych obrad Okrągłego Stołu Polskiego Sportu. Po 10 miesiącach pracy inicjatywa Jana Kulczyka, przewodniczącego Rady Patronów PKOl, przynosi wymierne efekty, które w postaci konkretnych rekomendacji zmian organizacyjnych i prawnych, zostaną przekazane na ręce premiera po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi.  

 Polski Komitet Olimpijski jest naturalnym i najlepszym forum, by podjąć dyskusję o tym, co trzeba uczynić, byśmy byli dumni z tych złotych, srebrnych czy brązowych krążków na olimpiadach. I stąd sugestia, żeby rozpocząć debatę, zainicjować okrągły stół, w którym wszystkie strony, którym polski sport leży na sercu, mogłyby wymienić myśli, doświadczenia, a przede wszystkim nazwać cele, jakie przed polskim sportem stoją – mówi dr Jan Kulczyk, przewodniczący Rady Patronów PKOl, który zainicjował powstanie Okrągłego Stołu Polskiego Sportu.

Inicjatywa ma na celu wymianę idei i zbudowanie podstaw długoterminowej strategii poprawy sytuacji w polskim sporcie zawodowym i amatorskim. Pierwsze obrady Okrągłego Stołu Polskiego Sportu odbyły się w marcu 2013 roku i  zgromadziły ponad 120 osób ze świata sportu, biznesu, polityki, nauki i kultury. Powołano trzy zespoły eksperckie: ds. finansowania sportu, strategii i legislacji, które przez 10 ostatnich miesięcy pracowały nad szczegółowymi rozwiązaniami prawnymi i organizacyjnymi.

 – Zaraz po Olimpiadzie zaproponujemy premierowi bardzo ważny dokument, w którym należałoby odnaleźć role dla ministerstwa sportu, parlamentu, związków sportowych, Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz dla grupy mecenasów wspierających polski sport, i te role skoordynować, wpisać w jedną wielką ideę, dzięki której polscy sportowcy będą odnosić sukcesy na kolejnych olimpiadach – mówi Jan Kulczyk.

Jak podkreśla Jan Kulczyk, wyznaczone cele i rekomendacje będą składać się na całościową strategię, której realizacja umożliwi zwiększenie sukcesów w polskim sporcie.

 – Sport i biznes są bardzo blisko siebie, bo na końcu oceniany jest tylko i wyłącznie wynik. A ten nigdy nie jest dziełem przypadku. To jest ciężka praca, która od samego początku wpisana jest w strategię, której dzisiaj polskiemu sportowi brakuje – dodaje Kulczyk w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Innym problemem polskiego sportu jest brak pieniędzy – dlatego prace zespołu ds. finansowania skupiły się na tym, jak zwiększyć środki przeznaczane na rozwój sportu. Jednym z pomysłów jest wprowadzenie dodatkowych zachęt dla sponsorów. Jak pokazują przykłady z innych krajów, wprowadzenie takich możliwości jak dokonywanie odpisów podatkowych na lokalne kluby sportowe może znacząco zwiększyć wpływy od sponsorów.

Rada Patronów PKOl została powołana w listopadzie 2012 roku. W jej skład wchodzą przedstawiciele ministerstw, instytucji państwowych, przedsiębiorstw i czołowych postaci życia społecznego, sportu, mediów i kultury. Na jej czele stoi Jan Kulczyk, a należące do jego grupy spółki – Kulczyk Holding i Kulczyk Investments – są od 1,5 roku sponsorem strategicznym Polskiej Reprezentacji Olimpijskiej.

Fundusz Mieszkań na Wynajem również sam zajmie się budową nieruchomości przeznaczonych pod preferencyjny wynajem

CEO Magazyn Polska

Bank Gospodarstwa Krajowego poprzez Fundusz Mieszkań na Wynajem planuje w najbliższych latach zainwestować 5 mld zł i nabyć 20 tys. mieszkań. Z założenia Fundusz nie będzie inwestować w pojedyncze lokale w różnych budynkach. Jednak inwestorów, którzy dysponują budynkami pełnymi mieszkań na wynajem jest niewielu. Fundusz zamierza więc także budować samodzielnie na własnych gruntach.

– W dłuższej perspektywie część inwestycji będzie przygotowana specjalnie na nasze zamówienie na gruntach należących do Funduszu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuszewski, dyrektor Departamentu Inwestycji Kapitałowych Banku Gospodarstwa Krajowego.

Fundusz wchodzi na niezagospodarowany rynek. W Polsce nie ma dużych inwestorów, którzy dysponują całymi budynkami z mieszkaniami na wynajem. 

 – W żadnym wypadku nie zamierzamy inwestować w pojedyncze mieszkania, dlatego że to nie pozwala osiągnąć korzyści, czyli na przykład hurtowego zakupu energii, zaoferowania tańszych usług telekomunikacyjnych dla całego budynku, ale też pewnych korzyści, jeżeli chodzi o eksploatację budynku, gdzie nie trzeba zakładać wspólnoty mieszkaniowej, można jako inwestor dużo szybciej przeprowadzać pewne procesy – wyjaśnia Piotr Kuszewski.

Przedstawiciele Banku podkreślają, że inwestor instytucjonalny,  który dysponuje dużą liczbą budynków, może zaoferować bardzo korzystne warunki wynajmu.

 – Na polskim rynku nie ma ofert polegających na tym, że cały budynek jest przeznaczony na wynajem, co pozwala ograniczyć koszty – mówi Kuszewski. – To właśnie skala działania pozwoli nam, jako Funduszowi, zaoferować atrakcyjne stawki czynszu. Jako inwestor instytucjonalny inaczej myślimy o kliencie. Nie patrzymy na jednego najemcę jako źródło utrzymania całego Funduszu, bo to jest niewielka część przychodów.

Jak podkreśla dyrektor w BGK, decyzję o uruchomieniu Funduszu poprzedził szereg analiz dotyczących rynku najmu, rynku budowlanego i możliwości popytu na mieszkania na wynajem.

 – Z komercyjnego punktu widzenia przedsięwzięcie ma sens, a ostatecznie właśnie rynek pokaże, na ile tańsza będzie nasza oferta ze względu na efekt skali. Brak instytucjonalnych inwestorów inwestujących w całe budynki powoduje, że na rynku brakuje możliwości obniżania cen, na czym traci społeczeństwo – uważa Piotr Kuszewski.

Fundusz Mieszkań na Wynajem w początkowym okresie skupi się na największych miastach, jak: Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań i Łódź. W przyszłości oferty wynajmu mogą pojawić się także w innych miejscach. Według oszacowań na polskim rynku mieszkaniowym brakuje co najmniej 800 tys. mieszkań.

W wielu krajach Europy Zachodniej wynajem to zjawisko naturalne. Na przykład w Niemczech niemal połowa mieszkań to lokale wynajmowane. W Polsce wciąż dominuje chęć posiadania mieszkań na własność, zwykle finansowanych długoletnimi kredytami hipotecznymi.

Francja stawia na ostre reformy. Ma to poprawić jej konkurencyjność

CEO Magazyn Polska

50 mld euro oszczędności na wydatkach publicznych, zmniejszenie obciążeń podatkowych o 30 mld euro i obniżenie kosztów pracy o 5 proc. – to podstawowe założenia „paktu odpowiedzialności”, przedstawione przez prezydenta Francji Françoisa Hollande’a. Francuzi liczą, że konkurencyjność ich gospodarki wzrośnie.

Proponowane przez prezydenta reformy zaskakują. Zwycięstwo w wyborach prezydenckich François Hollande zawdzięczał hasłom dotyczącym walki z programami oszczędnościowymi i negowaniu polityki prowadzonej przez Angelę Merkel. Teraz zmienia kurs w poszukiwaniu remedium na gospodarcze problemy Francji.

 – To bardzo ważne wydarzenie gospodarcze, wolta o 180 stopni, odejście od socjalizmu w stronę socjaldemokracji, jak to się określa we Francji. Rząd i prezydent mają nadzieję, że nowe rozwiązania przyczynią się do ożywienia gospodarczego i z czasem przełożą na wzrost konkurencyjności francuskich przedsiębiorstw – stwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Jędrzejczyk, wiceprezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce (CCIFP) i partner w Kancelarii Gide Loyrette Nouel.

Poważne reformy zawsze wywołują protesty i rodzą obawy o obciążenie podatników. Po ogłoszeniu planów nad Sekwaną toczy się burzliwa debata.

 – Z jednej strony organizacje pracodawców, szczególnie potężny Medef, popiera i gratuluje prezydentowi zmiany frontu, natomiast związki zawodowe boją się odejścia od tradycyjnej lewicowości, którą reprezentował prezydent w trakcie wyborów. Zmiana optyki powoduje, że rząd staje się rządem socjaldemokratycznym ze wszystkimi tego konsekwencjami dla systemu wsparcia społecznego – tłumaczy wiceprezes CCIFP.

Od kilku lat Francja przeżywa problemy ekonomiczne. Ubiegłoroczny wzrost PKB to zaledwie 0,2 proc., w tym roku plany także nie są optymistyczne – gospodarka będzie się rozwijać w tempie 0,9 proc. Piąta gospodarka świata dostała poważnej zadyszki. Wiceprezes CCIFP mówi o licznych problemach, od zadłużenia po bezrobocie, których nowe podatki, obostrzenia i fiskalizm nie rozwiązały.

 – Dlatego Francja musi podejmować inne działania – mówi Robert Jędrzejczyk. – Francuskim problemem są niebywale wysokie koszty pracy, dlatego w programie założono kilkadziesiąt miliardów euro oszczędności, które mają obniżyć koszty pracy o 5 proc. Takie działanie ma doprowadzić do podniesienie konkurencyjności, ale związki, w przeciwieństwie do pracodawców, niezbyt przychylnie oceniają plany z obawy o koszty społeczne.

Mniejszy problem jest z opozycją parlamentarną, której trudno negować ogłoszone reformy.

 – Opozycja, przede wszystkim UMP (Unia na rzecz Ruchu Ludowego), zachęca do sceptycyzmu, ale nie może otwarcie kwestionować takich posunięć jak np. ograniczenie części pomocy socjalnej, skoro sami mają takie hasła na swoich sztandarach – komentuje ekspert.

Nastolatki stały sie atrakcyjnym klientem dla banków

CEO Magazyn Polska

Banki stawiają na najmłodszych klientów. Większość z nich posiada w ofercie rachunki dla dzieci i młodzieży. Aktywnych jest ok. 500 tysięcy takich kont. Konta bankowe dla nastolatków to dobra metoda edukacji finansowej młodzieży, możliwość gospodarowania własnymi pieniędzmi i nadzieja banków na lojalność po latach już dorosłych klientów.

Kilkanaście lat temu uczniowie mogli oszczędzać dzięki książeczkom Szkolnej Kasy Oszczędności. Dziś banki oferują nastolatkom nowoczesne konta dostępne przez internet i telefon, często bardziej atrakcyjne niż oferta dla dorosłych. Liczą na to, że to zaowocuje w przyszłości – zyskają lojalnych, już dorosłych klientów.

 – Te konta zwykle oferują większe oprocentowanie niż standardowe konta dla dorosłych. W przypadku zwykłych kont ROR oprocentowanie to maksymalnie 2 proc., często w ogóle go nie ma, natomiast stawka dla młodzieży to ok. 4,5 proc. Jednak banki zabezpieczają się przed napływem gotówki rodziców i zwykle ponadstandardowe oprocentowanie obowiązuje do określonego limitu, zwykle 2,5 tys. złotych. Powyżej takiego salda obowiązują już niższe, standardowe stopy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Parvi, adiunkt w Wyższej Szkole Bankowej (WSB) w Opolu.

Zwykle opłaty związane z prowadzeniem takiego konta to przede wszystkim opłata za wydanie karty płatniczej, maksymalnie za ok. 15 złotych, lub też opłata za jej posiadanie, chyba że klient dokonuje przy jej pomocy określonej liczby transakcji. W ofercie są też konta bezpłatne.

 – Takie konta prowadzi PKO BP, bank od dawna obecny na tym rynku, który w ten sposób kontynuuje tradycje dawnej Szkolnej Kasy Oszczędności. Dziś proponuje Konto Dla Ucznia. To rodzaj reaktywacji dawnych kont i powrót do tradycji szkolnego oszczędzania. Do konta dodawana jest też karta płatnicza. Podobne rozwiązania, z darmowymi kontami, oferuje Pekao SA i m.in. bank Millennium, przy czym w tym ostatnim przypadku za korzystanie z karty płatniczej pobierana jest opłata – tłumaczy ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Zainteresowanie ofertą dla bardzo młodych ludzi jest duże. Z jednej strony dzieci uczą się gospodarowania finansami, z drugiej – dla rodziców to możliwość długoletniego oszczędzania, by zapewnić dzieciom dobry start w przyszłość.

 – To mogą być środki przeznaczone np. na studia, kupno samochodu lub mieszkania, czyli jednorazowo bardzo duże wydatki. Banki nakładają pewne ograniczenia dotyczące wieku osób zakładających konto, ale rodzice mają szeroki wybór na rynku i mogą spokojnie planować finansową przyszłość dzieci. Szczególnie warto zwrócić uwagę nie na rachunki oszczędnościowo-rozliczeniowe, ale na konta oszczędnościowe z wyższym oprocentowaniem, które pozwalają zgromadzić więcej środków w długim okresie – komentuje Rafał Parvi.

Adiunkt WSB wskazuje też dodatkowe rozwiązania, jak polisy ubezpieczeniowa dla dzieci czy ubezpieczenia na życie z funduszem emerytalnym. Zwykle pozwalają one na zgromadzenie większych środków w ciągu kilkudziesięciu lat, a dzieci mogą dysponować pieniędzmi z takich polis po osiągnięciu pełnoletności.

Niepewność w branży chemicznej. Wszystko przez tańsze nawozy z USA i drogi gaz

CEO Magazyn Polska

Umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi i trwająca tam rewolucja łupkowa – to będzie miało największy wpływ na rynek chemiczny w Polsce w tym roku. Tańsze nawozy z Ameryki mogą być zagrożeniem dla krajowych producentów. Dużo zależy także od cen gazu oraz pogody i plonów, bo im więcej rolnicy sprzedadzą, tym więcej zainwestują w nawozy.

 – Ubiegły rok nie był łatwy, a i w tym pojawiają się nowe wyzwania. Od pewnego czasu, dyskutując o chemii w Polsce, mówimy o konsolidacji, polityce klimatycznej, o cenach surowców, w tym gazu. To nadal jest ważne i będzie determinowało naszą sytuację – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Leszkiewicz, prezes Zakładów Azotowych Kędzierzyn.

Według niego podstawowymi czynnikami, które wpłyną na rynek, będą negocjacje umowy o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji może zostać podpisane do końca tego roku. Ułatwi to producentom ze Stanów Zjednoczonych sprzedaż nawozów w Europie.

 – Rewolucja łupkowa w Stanach ma wpływ na niższe ceny tamtejszej produkcji nawozów. Pytanie, czy ten nawóz do nas trafi, i czy stanowi zagrożenie, czy też nie – zastanawia się Leszkiewicz.

Cena gazu jest bardzo ważnym czynnikiem, który wpływa na koszty produkcji nawozów. Grupa Azoty to największy odbiorca gazu w kraju (zużywa nawet do 18 proc. gazu konsumowanego w Polsce). Dlatego Leszkiewicz martwi się nie tylko tanim gazem łupkowym za oceanem, lecz także tym, że w Polsce gaz kosztuje więcej niż np. na Ukrainie.

Branża chemiczna obserwuje również spór na linii UE – Rosja dotyczący polityki celnej. Na początku stycznia Rosja zapowiedziała, że chce konsultować z Unią ochronne cła m.in. na nawozy azotowe.

 – Mamy ostatnie informacje o zaskarżeniu naszej polityki celnej, trwa przygotowywanie dokumentów w tym zakresie. Tani gaz oferowany przez Rosję Ukrainie także może mieć znaczenie dla naszego rynku, bo polityka celna między Unią a Ukrainą jest trochę inna – przewiduje prezes Grupy Azoty.

Dodaje, że na rynek nawozów wpływ może mieć też wyjątkowo późna zima i jej konsekwencje dla produkcji rolnej. Od jej kondycji zależy bowiem również sprzedaż Grupy Azoty. Im większe plony, tym więcej zarobią rolnicy, a to z kolei przekłada się na większe zakupy nawozów.

Ubezpieczyciele chcą walczyć z nieuczciwymi klientami. Jeśli wzrośnie wykrywalność przestępstw, jest szansa na niższe składki

CEO Magazyn Polska

Firmy ubezpieczeniowe planują stworzyć bazę danych zdarzeń i szkód. Ma to im pomóc skutecznie walczyć z nieuczciwymi klientami, którzy wyłudzają odszkodowania majątkowe i życiowe. Europejskie instytucje szacują, że rozmiar przestępczości ubezpieczeniowej to ok. 3 proc. zebranej przez ubezpieczycieli składki. Dzięki bazie niemożliwe stanie się uzyskanie świadczenia za tę samą szkodę z dwóch różnych źródeł. Tego typu bazy istnieją na wszystkich rozwiniętych rynkach ubezpieczeniowych w Europie.

 – Zakłady ubezpieczeń będą dostarczały informacji o szkodach, które rejestrują u siebie – mówi Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Dzięki temu będzie można zweryfikować, czy dana szkoda nie jest dwa razy zgłoszona do dwóch różnych zakładów ubezpieczeń, czy szkoda naprawdę miała miejsce, czy też jest to celowe działanie polegające na wyłudzeniu odszkodowania od zakładów ubezpieczeń.

To projekt Polskiej Izby Ubezpieczeń i Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Baza Zdarzeń i Szkód zostanie uruchomiona w ciągu trzech najbliższych miesięcy. W pierwszej kolejności w bazie znajdą się dane dotyczące ubezpieczeń majątkowych od ognia i innych żywiołów oraz pozostałych szkód rzeczowych (np. kradzieże), a także ubezpieczenia życiowe z grupy indywidualnych ochronnych oraz niektóre grupowe. Do końca roku baza obejmie wszystkie ubezpieczenia majątkowe i na życie. Będzie funkcjonowała na zasadzie dobrowolności i wzajemności.

PIU ocenia, że budowana za blisko 7 mln zł baza umożliwi wzrost wykrywalności wyłudzeń, co oznacza wymierne korzyści dla ubezpieczycieli – ok. 5,7 mln zł dla ubezpieczeń na życie i 11,1 mln zł dla ubezpieczeń majątkowych w ciągu pierwszych trzech lat działania BZS.

Na uruchomieniu bazy tym samym mogą skorzystać również klienci.

 – Jeśli wzrośnie wykrywalność przestępstw, ubezpieczyciele będą wypłacali mniej odszkodowań. Ponieważ to wszystko idzie z tej samej puli, płacą za to klienci. Więc im mniej będzie wypłacane, tym większa będzie możliwość zmniejszania stawek ubezpieczeniowych, czyli dla uczciwego klienta zakładu ubezpieczeń będzie to konkretna korzyść w postaci niższej składki ubezpieczeniowej – podkreśla prezes PIU w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Tego typu bazy istnieją w większości państw europejskich. Potrzeba ich stworzenia wynikała z częstych prób wyłudzania odszkodowań. Europejskie instytucje szacują, że ubezpieczyciele tracą na wyłudzeniach ok. 3 proc. składki.

W Wielkiej Brytanii, gdzie tego typu zdarzeń jest znacznie więcej niż w Polsce, ich wykrywalność wzrosła po uruchomieniu Insurance Fraud Bureau.

 – Ta instytucja w Wielkiej Brytanii ma dostęp do wszystkich publicznych baz danych, również policyjnych, prowadzi działania zastępujące policję. My absolutnie czegoś takiego nie robimy. Od ścigania przestępców w Polsce jest policja, instytucje państwowe, natomiast nam chodzi w dużej mierze o prewencję – wyjaśnia Prądzyński. – Jeżeli wiemy, że coś jest właściwie niewykrywalne, to mamy poczucie bezkarności. Wiedząc, że jest prewencja, narzędzie, którym ubezpieczyciele mogą się posłużyć, to siłą rzeczy jest mniejsza inklinacja do popełnienia przestępstwa.

Solaris pokaże w kwietniu autobus elektryczny nowej generacji

CEO Magazyn Polska

Solaris na kwietniowych targach przemysłowych w Hanowerze zaprezentuje autobus elektryczny nowej generacji. Po rekordowym pod względem sprzedaży 2013 r. spółka chce koncentrować się na tego typu pojazdach. Na całym świecie, głównie w Europie, jeździ już ponad 10 tys. autobusów Solarisa.

 – W tym roku będziemy mieli premierę następnej generacji naszego autobusu na targach w Hanowerze [7-11 kwietnia 2014 r. red.]. Będzie to autobus elektryczny. Jesteśmy właściwie jedynym solidnym producentem pojazdów o napędzie na baterie, bezpiecznych, dobrych pojazdów. To jest niezwykle ważne, żeby to był jeden z priorytetów Solarisa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Solange Olszewska, prezes zarządu Solaris Bus & Coach.

Spółka, której główna siedziba znajduje się w podpoznańskim Bolechowie, zajmuje się głównie produkcją autobusów, ale także trolejbusów i tramwajów. W ubiegłym roku producent pobił rekord sprzedaży pojazdów.

W 28 krajach, głównie w Europie, jeździ już ponad 10 tys. autobusów Solarisa. Firma ma kontrahentów głównie w krajach europejskich, w tym szczególnie w  Niemczech, ale także w innych częściach świata, m.in. na należącej do Francji wyspie Reunion na Oceanie Indyjskim. Pod koniec ubiegłego roku spółka dostarczyła m.in. 222. autobus do Szwajcarii (trafił do miasta Winterthur) oraz pierwsze dwa autobusy do miasta Weiden w Bawarii (Niemcy).

 – Bardzo się z tego cieszymy, ale oczywiście to oznacza, że nie wolno spocząć teraz na laurach. Przede wszystkim musimy utrzymać tych klientów, którzy są zadowoleni, którzy nas szanują i chętnie u nas kupują – zapowiada Olszewska.

Jedna piąta obszarów polskich miast wymaga rewitalizacji

CEO Magazyn Polska

Na odnowę polskich miast w ciągu najbliższych siedmiu lat ma trafić 25 miliardów złotych. Samorządy wsparcie to otrzymają w ramach Narodowego Programu Rewitalizacji. Przeznaczane dziś na ten cel środki własne miast są niewystarczające. Z szacunków Instytutu Rozwoju Miast wynika, że ponad jedna piąta obszarów polskich miast wymaga rewitalizacji.

 21 proc. powierzchni polskich ośrodków miejskich jest w stanie kryzysu i w związku z tym domaga się rewitalizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Porawski, dyrektor Biura Związku Miast Polskich.

Połowę tej powierzchni stanowią stare dzielnice śródmieścia. Poza tym rewitalizacji wymagają tereny poprzemysłowe, a także powojskowe.

 – To są trzy główne dziedziny, do których trzeba skierować pieniądze – mówi Porawski. – Zdajemy sobie sprawę, że każdy program musi mieć swoje priorytety i że zrobienie wszystkiego naraz może być niemożliwe.

Związek Miast Polskich popiera rządowy plan utworzenia Narodowego Programu Rewitalizacji, w ramach którego co najmniej 25 mld zł ze środków unijnych trafi do ośrodków miejskich. Zdaniem przedstawicieli Związku, tego typu programy to lepszy sposób na wsparcie miast niż tworzenie funduszy celowych. W projekcie ustawy o rewitalizacji, przedstawionym przez ZMP w październiku ub. r., zostało uwzględnione utworzenie NPR.

 – Rewitalizacja trwa wprawdzie już dzisiaj i jest finansowana ze środków własnych samorządów, a także z funduszy prywatnych i europejskich, ale są one niewystarczające, więc taki zastrzyk z narodowego programu to jest to, na co czekamy od lat – mówi Porawski.

Jego zdaniem, przy rewitalizowaniu obszarów miejskich korzystne jest współdziałanie inwestorów publicznych i prywatnych.

 – Na wszystkich rewitalizowanych obszarach są miejsca, które są przedmiotem zainteresowania inwestorów prywatnych, banków, poczty, deweloperów itd. – zauważa Andrzej Porawski. – Przykładem jest Borne Sulinowo, które zostało w całości zagospodarowane. Samorząd dał na to 10-20 proc, rząd 10 proc., a pozostałe 70 proc. ci, którzy się tam przeprowadzili. Jednak zawsze ktoś musi odpowiadać za planowanie przestrzenne czy budowę infrastruktury. To właśnie podstawowa rola samorządów – dodaje.

Premier Donald Tusk zapowiedział, że wsparcie trafi m.in. do zniszczonych centrów miast – Łodzi, Górnego Śląska, Wałbrzycha oraz warszawskiej Pragi. W rządowym programie chodzić ma nie tylko o odbudowę starych budynków mieszkalnych, lecz także o poprawę jakości życia mieszkańców, również o budowę infrastruktury. Według obietnic rządu, program nie ograniczy się do wielkich miast – obejmie też mniejsze miejscowości.

Tylko dobrze zaplanowany wyjazd na ferie będzie naprawdę tani

CEO Magazyn Polska

To, czy zimowy urlop będzie udany, w dużym stopniu zależy od organizacji wyjazdu, szczególnie jeśli nie korzysta się z pomocy biura podróży. Źle zaplanowany tani wyjazd może ostatecznie dużo kosztować. Przed pułapkami ukrytych kosztów uchronią turystów dobrze zlokalizowany hotel, przemyślany transport i odpowiednie ubezpieczenie.

Planując wyjazd na narty, trzeba zorganizować transport do miejsca docelowego, przewóz sprzętu, noclegi, wyżywienie i karnety na stoki. Ci, którzy zdecydują się na wycieczkę z biurem podróży muszą jedynie mieć na uwadze, co wchodzi w skład zakupionej oferty. Te osoby, które preferują wyjazd na własną rękę powinny pamiętać o tym, że zimowy urlop powinien być przede wszystkim bezpieczny, a jeśli będzie dobrze zaplanowany, to nie wygeneruje nieplanowanych kosztów.

Osoby, które decydują się na wyjazd bez biura podróży, często zaczynają planowanie urlopu od organizacji transportu. O ile jest to wyjazd samochodem, sprawa jest prosta. Sprzęt pakuje się zazwyczaj do bagażnika na dachu samochodu i nie ponosi się innych dodatkowych kosztów. Jednak jeśli chodzi o przelot samolotem wraz z nartami, to należy bardzo dokładnie zapoznać się z zasadami linii lotniczych, aby uniknąć sytuacji, kiedy konieczna będzie nieprzewidziana dopłata za transport sprzętu. Coraz więcej tanich przewoźników oferuje loty do popularnych zimowych kurortów, ale cena biletu nie zawsze obejmuje przewóz nart.

 – W jedną stronę za transport sprzętu zapłacimy od 170 zł. To najniższa kwota. Jeśli zapomnimy wcześniej zgłosić, że lecimy z nartami, to wtedy będzie ona jeszcze wyższa – przestrzega Magdalena Fijołek z portalu esky.pl.i dodaje, że linie lotnicze często organizują promocje na przewóz nart lub uznają go za część bagażu, o ile mieści się w ustalonych limitach.

Wybierając miejsce noclegowe, Polacy często kierują się przede wszystkim atrakcyjną ceną. Jednak niska cena za dobę niekoniecznie musi oznaczać, że faktycznie wyjazd będzie tani.

Gdy jedziemy samochodem, trzeba sprawdzić, czy przy hotelu jest parking i czy jest on bezpłatny, również jak daleko od stoku znajduje się hotel, bo często cena jest niższa, ale trzeba codziennie dojeżdżać kilkanaście kilometrów. Jest to zupełnie niepotrzebne, to dodatkowy wydatek –  tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria przedstawicielka esky.pl.

Wyjazd na narty czy snowboard to aktywny wypoczynek, podczas którego nikt nie jest w stanie przewidzieć, co może wydarzyć się na stoku. Dlatego dla bezpieczeństwa warto wykupić ubezpieczenie narciarskie, które w razie wypadku pokryje koszty leczenia.

 – Nam się zawsze wydaje, że ubezpieczać się nie musimy, bo jedziemy tylko na weekend i nigdy nam się nic nie stało, będziemy jeździli tylko na oślej łączce i to nie jest niebezpieczne. Tymczasem statystyki zawsze pokazują, że wypadków w górach jest dużo ostrzega Magdalena Fijołek.

Planując urlop, można korzystać z portali internetowych, które dysponują bazą hoteli w wielu krajach na świecie, zawierają wyszukiwarkę biletów lotniczych, ofertę wczasów oraz prowadzą telefoniczną obsługę klienta, gdzie można uzyskać rady i wskazówki dotyczące planowanej podróży.

ENEA będzie kupowała gaz od Orlenu

ENEA Trading podpisała umowę ramową na hurtowy zakup paliwa gazowego od PKN Orlen. Celem współpracy jest zoptymalizowanie kosztów pozyskania gazu dla Klientów końcowych. Wiosną ENEA S.A. zamierza przedstawić ofertę sprzedaży błękitnego paliwa skierowaną do małych i średnich przedsiębiorstw.

Branża spożywcza chce dobrowolnie wprowadzić ograniczenia w reklamie żywności skierowanej do dzieci

CEO Magazyn Polska

Producenci żywności chcą dobrowolnie wprowadzić ograniczenia w reklamie żywności skierowanej do dzieci poniżej 12. roku życia. Miałyby one dotyczyć produktów, których nie obejmują zalecenia żywieniowe dla dzieci. Nowe zasady mogą zacząć obowiązywać najwcześniej w połowie roku.

Przemysł spożywczy wychodzi poza ramy regulacji prawnych i wprowadza samoregulację m.in. w znakowaniu żywności oraz  reklamach kierowanych do dzieci poniżej 12. roku życia.

 – Na początku roku złożyliśmy do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) projekt samoregulacji dotyczącej reklamy skierowanej do dzieci do lat 12, który bardzo szczegółowo określa, jakie produkty, w jakich warunkach mogą być reklamowane dla tej grupy docelowej. W całej Unii Europejskiej dzieci uważa się za grupę wrażliwą, nie w pełni świadomą podejmowanych decyzji, które mogą mieć realny wpływ na ich zdrowie i kondycję – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ).

To pewnego rodzaju kodeks reklamy żywności. Przedstawiciele branży przeprowadzili już rozmowy z nadawcami medialnymi oraz dyskutowali o nowych pomysłach z KRRiT. System wpisany jest i bazuje na skutecznych rozwiązaniach stosowanych przez Kodeks Etyki Reklamy, który działa pod nadzorem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy.

 – Jeśli wszyscy uznają zaproponowane zasady, to praktycznie w połowie tego roku w Polsce mogłyby już zacząć obowiązywać. I chociaż  jest to samoregulacja, czyli ograniczenie dobrowolne, kiedy przystąpią do niej wszystkie główne media, obejmie całą branżę spożywczą. Liczymy również na współpracę z KRRiT w zakresie monitoringu i korekt systemu – mówi dyrektor PFPŻ.

Producenci żywności będą mogli tworzyć reklamy skierowane do dzieci poniżej 12. roku życia tylko z tymi produktami, które spełniają zalecenia żywieniowe narodowe lub międzynarodowe. Poza tym określono progi zawartości substancji, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do nadwagi i otyłości, takie jak: cukier, tłuszcz czy sól. Nie będzie więc reklam dla dzieci z produktami niespełniających przyjętych kryteriów. Nawet produkty zalecane żywieniowo, będą musiały spełnić dodatkowe limity.

Zdefiniowano też pojęcie reklamy żywności skierowanej do dzieci poniżej lat 12.

 – Będzie to każda reklama nadawana w czasie, kiedy oglądalność w tej grupie docelowej jest większa niż 35 procent. To właśnie widownia dziecięca decyduje o tym, czy to jest reklama skierowana do dzieci, czy nie – tłumaczy Andrzej Gantner. – Zgodnie z kodeksem nie przewidujemy możliwości reklamy dla tej grupy wiekowej takich grup produktów jak napoje słodzone, słodycze i chipsy.

Reklama z jednej strony przekłada się na konkurencyjność produktów, z drugiej przynosi niebagatelne wpływy mediom. A samoograniczenia branżowe część reklam wyeliminują.

 – Ta kwestia na pewno wywołuje sporo dyskusji, ale te najważniejsze są już za nami. Firmy, które stanowią w tej chwili ponad 70 proc. rynku reklamy żywności skierowanej do dzieci, absolutnie zgadzają się z tymi zasadami. To odpowiedzialne społecznie podejście. Co więcej, to są także firmy działające w całej Europie, zatem możemy przyjąć, że samoregulacja będzie obowiązywać w Unii Europejskiej, a nie tylko w Polsce – komentuje dyrektor generalny PFPŻ.

Andrzej Gantner podkreśla, że ważne jest podejście mediów, które muszą zgodzić się na pewne ograniczenie części przychodów za względu na wyłączenie części reklam z czasów antenowych skierowanych do dzieci.

 – Ale dzięki temu dzieci poniżej 12. roku życia będą miały znacznie mniejszą styczność z reklamami produktów, które w nadmiarze mogą przyczyniać się do nadwagi i otyłości. Będą bardziej podatne na edukację żywieniową, a mniej narażone na komunikację marketingową służącą przede wszystkim sprzedaży – uważa dyrektor generalny PFPŻ.

Jak dodaje, już dotychczas istniejące samoregulacje, nieco łagodniejsze od proponowanych, przynoszą widoczne rezultaty.

 – Stosowanie samoograniczeń w ciągu trzech lat wyeliminowało prawie 70 proc. reklam nie spełniających założeń. W efekcie 98 proc. reklam spełnia kryteria. To bardzo dobry wynik. Pozostałe 2 proc. to błędy szacunkowe, ponieważ czasem trudno oszacować wielkość grupy docelowej danego programu. Ten przykład pokazuje, że samoregulacja przynosi korzyści, i można je znacznie szybciej i skuteczniej wdrożyć niż zakazy ustawowe – przekonuje dyrektor generalny PFPŻ.

Inną inicjatywą branży spożywczej, realizowaną w całej Unii Europejskiej, jest system znakowania GDA. To dodatkowe oznaczenia informujące o poziomie pokrycia zapotrzebowania dziennego na energię, cukier, tłuszcz czy sól.

 – Dzięki takiemu systemowi konsument może podczas zakupów podjąć świadomą decyzję, czy dany produkt jest odpowiedni dla jego stanu zdrowia, wieku, diety. Dajemy prostą i zrozumiałą dodatkową informację o właściwościach żywieniowych produktu – podsumowuje Andrzej Gantner.

Kwestia samoregulacji w zakresie reklamy jest tylko jedną z wielu inicjatyw przemysłu spożywczego w walce z otyłością wśród najmłodszych. Firmy inicjują wiele projektów z zakresu edukacji żywieniowej i propagowania zdrowych nawyków. Jak wynika z analiz ekspertów, dużą popularnością cieszą się także projekty z zakresu popularyzacji sportu dzieci i młodzieży, takie jak np. żeglarski Program Edukacji Morskiej czy Kinder+Sport dla dzieci zainteresowanych siatkówką. O efektach tych programów rozmawiano na eksperckiej debacie zorganizowanej podczas prezentacji IV raportu CSR Grupy Ferrero w ambasadzie Włoch w Warszawie.

Komentarz indeksowy BossaFX 24 stycznia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 24 stycznia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Unia Europejska przeznaczy miliard złotych na wsparcie dla młodych na rynku pracy

CEO Magazyn Polska

W tej perspektywie finansowej w ciągu kolejnych sześciu lat do Polski mają spłynąć 252 mln euro na wsparcie dla młodych bezrobotnych. Fundusze te mają posłużyć zmniejszeniu luki między pracodawcami a absolwentami szkół, których kwalifikacje odbiegają od oczekiwań rynku. – Nie zbudujemy konkurencyjnej gospodarki na taniej sile roboczej – podkreśla Paweł Orłowski, wiceminister infrastruktury i rozwoju.

 – Wygrywamy często z tego powodu, że koszty pracy są w Polsce niższe, ale jest to tzw. pułapka średniego dochodu. To nie jest czynnik, który spowoduje naszą trwałą konkurencyjność – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wiceminister infrastruktury i rozwoju.

Dlatego rząd powinien postawić na wsparcie prac badawczo-rozwojowych i innowacyjności, a także na dostosowanie kwalifikacji absolwentów szkół do potrzeb rynku pracy.

 – Musimy zapewniać młodym osobom dobre warunki pracy w Polsce, ale też odpowiednie kwalifikacje, które umożliwią wykorzystanie ich na rynku pracy. Mamy lukę pomiędzy rynkiem pracy a osobami bezrobotnymi, ale także wolnymi miejscami pracy, które wciąż w Polsce są. Klucz leży więc w tym, aby osoby młode, także po studiach, miały takie kwalifikacje, które będą odpowiadały pracodawcom – mówi wiceminister. 

Według danych Eurostatu za listopad ubiegłego roku bez pracy pozostaje 27,9 proc. Polaków poniżej 25. roku życia, podczas gdy np. u zachodnich sąsiadów, w Niemczech, bezrobocie w tej grupie wiekowej wynosi zaledwie 7,5 proc. Ale to ma się zmienić, m.in. za sprawą Europejskiego Funduszu Społecznego, ponieważ w perspektywie na lata 2014-2020 ma być większe powiązanie edukacji z potrzebami pracodawców. W ramach całego unijnego budżetu do Polski na wsparcie bezrobotnej młodzieży wpłynie ok. 1 mld euro.

 – Wchodziliśmy do Unii Europejskiej i walczyliśmy o dostęp do rynków pracy także w innych krajach. Ale to jest także ogromny problem, bo chcielibyśmy, żeby wszystkie osoby młode pozostały w kraju. Wpływ ma na to szereg czynników, jak dostęp do mieszkań, do dobrej infrastruktury społecznej, przedszkoli, żłobków – tłumaczy Paweł Orłowski.

Aby więc młodzi zostali w kraju lub wracali tu po zdobyciu doświadczenia za granicą, powinni mieć możliwość zdobycia w Polsce tzw. twardych kwalifikacji, które umożliwią znalezienie pracy.

 – I na to skierowane są nasze wysiłki – zapewnia wiceminister. – Często młode osoby wyjeżdżają za granicę, nie po to, żeby wykonywać zaawansowaną pracę, nie wykorzystują w pełni swoich kompetencji.

Stanisław Kluza (b. minister finansów): Gospodarka w tym roku wzrośnie przynajmniej o 3,5 proc.

CEO Magazyn Polska

5 proc. rocznie – nawet w takim tempie mogłaby się rozwijać polska gospodarka przy obecnych parametrach, czyli poprawiającej się koniunkturze i spodziewanym napływie środków unijnych. Rządowe prognozy są jednak znacznie niższe. W tym roku, zgodnie z budżetem, wzrost PKB wyniesie 2,5 proc. W ocenie Stanisława Kluzy niepełne wykorzystanie potencjału kraju to efekt zaniedbań w reformach.

W przyszłym tygodniu GUS poda wstępny szacunek tempa wzrostu PKB w 2013 rok. Jeśli sprawdzą się prognozy, które przewidują rozwój na poziomie 1,5 proc., miniony rok okaże się pod tym względem najsłabszy od 2002 r. W tym roku powinno już być dużo lepiej. Gospodarka ruszyła, rośnie poziom zamówień, zwiększa się eksport, rozpędu nabiera, w wolniejszym tempie, również konsumpcja wewnętrzna.

 – W najbliższych latach Polska powinna doświadczać stosunkowo dobrej koniunktury. Wynika to z pewnych procesów, które się toczą w tle – procesów demograficznych i dużego napływu środków unijnych. Oba czynniki mają charakter bodźców prowzrostowych. Naturalny poziom wzrostu polskiej gospodarki przy tych parametrach zawiera się w przedziale 4,5-5 proc. – uważa Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista w Szkole Głównej Handlowej.

Na taką dynamikę PKB na razie jednak nie ma co liczyć. Mimo że prognozy na kolejne dwa lat są pozytywne.

 – Uwzględniając niedoszacowanie rządu i naturalny poziom wzrostu krajowej gospodarki, można pokusić się o znalezienie złotego środka. I dlatego uważam, że należy być stosunkowo optymistycznym, zakładając wzrost PKB w granicach 3,5 proc., a może nawet trochę więcej – dodaje ekspert w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Wszystko będzie zależało od tego, czy rządowi uda się przełamać wysoki poziom bezrobocia.

Rządowe prognozy budżetowe mówią o rocznym wzroście PKB w wysokości 2,5 proc., a w bardziej optymistycznym wariancie, o którym mówił premier Donald Tusk – 3 proc. To zdecydowanie lepiej niż w ubiegłym roku, ale by rozwój stał się odczuwalny dla społeczeństwa, a przede wszystkim, by powstawały nowe miejsca pracy, tempo powinno być wyższe.

 – Te prognozy uważam za negatywne. Gdzieś schowano brakujące 2 punkty procentowe. Sądzę, że to efekt zaniechań w reformach finansów publicznych na przestrzeni ostatnich sześciu lat. A zaniechania wynikają z pasywności rządu. Może nawet z lenistwa – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Kluza.

Jako dowód wskazuje przyjęte zmiany w systemie emerytalnym, w szczególności dotyczące otwartych funduszy emerytalnych i przeniesienia ponad połowy zgromadzonych w nich środków do ZUS.

 – Te zmiany to rezultat zaniedbań. Wtedy, kiedy można było ograniczać wydatki i administrację, zwiększać efektywność pewnych obszarów funkcjonowania gospodarki, nie wykonano odpowiedniej pracy. A skutek jest taki, że nagle okazało się, że mamy deficyt, że budżet się nie dopina – przekonuje były przewodniczący KNF.

Jednak lepsza sytuacja ekonomiczna powinna zwiększyć wpływy z podatków i między innymi dzięki temu przyczynić się do obniżenia deficytu budżetowego.

 – Uważam, że deficyt można zmniejszyć do poziomu poniżej 4,5 proc. W przypadku wpływów podatkowych będzie się ścierało kilka czynników, więc na razie trudno wiarygodnie prognozować możliwe przychody – uważa ekonomista.

Polska znajduje się w gronie 20 państw unijnych objętych procedurą nadmiernego deficytu, która wymaga obniżenia jego poziomu do 3 proc. W tym roku rząd ocenił deficyt na ok. 4,8 proc. (być może będzie nieco niższy). Według pierwotnych ustaleń Polska miała odpowiedni poziom deficytu osiągnąć w 2014 roku, ale po nowelizacji budżetu stało się jasne, że to niemożliwe. Komisja Europejska zaproponowała przedłużenie terminu do roku 2015. Zdaniem Kluzy zdjęcie procedury w najbliższym czasie praktycznie nie wchodzi jednak w grę.

 – Jeżeli teraz rozpoczniemy reformy finansów publicznych, to pozytywne efekty możemy zobaczyć już za kilka lat. Ale jednocześnie wtedy będziemy mieli dużo gorszy bilans demograficzny, czyli wyższe wydatki na emerytury bądź na opiekę zdrowotną dla osób starszych – przekonuje ekonomista.

Prezes DNB Nord: Polska stała się głównym centrum produkcyjnym Europy. Dorównuje już Niemcom

CEO Magazyn Polska

Jakość produkcji, terminowość dostaw oraz inwestycje w linie produkcyjne wzmacniają konkurencyjność polskiego przemysłu – uważa Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Nord Polska. Polska radzi sobie coraz lepiej na tle innych krajów europejskich. Problemem wciąż jednak pozostają bariery administracyjne, niski poziom oceny naszego szkolnictwa wyższego, zbyt mało inwestycji zagranicznych w kraju oraz potencjalne koszty polityki klimatycznej UE.

Jak wynika z najnowszych danych GUS, produkcja przemysłowa w grudniu 2013 r. wzrosła o 6,6 procent rok do roku, ale za to skurczyła się w porównaniu do poprzedniego miesiąca o 9,7 procent. Choć jest to gorszy wynik w porównaniu do oczekiwań analityków, które mówiły o dynamice wzrostu na poziomie 10,5 proc., to i tak dane pokazują, że polski przemysł dobrze sobie radzi, również na tle gospodarek europejskich.

 – Z naszego raportu wynika, że Polska już jest hubem produkcyjnym dla Europy, bo kraj przemysłem stoi. Prawie 25 proc. polskiej gospodarki stanowi przemysł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Nord Polska.

Osiągnęliśmy pod tym względem poziom porównywalny do Niemiec, które są dziś najbardziej uprzemysłowioną gospodarką europejską (25,8 proc.).

 – Jesteśmy powyżej wielu rozwiniętych gospodarek i powyżej średniej europejskiej (18,5 proc.), jeśli chodzi o kontrybucję przemysłu do naszego PKB – dodaje Artur Tomaszewski.

Konkurencyjności polskiego przemysłu w środowisku międzynarodowym sprzyjają niskie koszty pracy oraz kurs walutowy, jednak to nie one są kluczowe dla rozwoju naszego eksportu.

 –  Przede wszystkim liczy się jakość i terminowość dostaw, jakość produkcji, wreszcie inwestycje, które były i są realizowane efektywnie – podkreśla prezes DNB Nord.

To sprawia, że produktywność polskich firm rośnie – dziś przemysł jest o ok. 23 proc. bardziej wydajny niż cała polska gospodarka.

Mimo to zagrożeń nie brakuje. Jak wymienia prezes DNB Nord to wciąż są bariery administracyjne oraz poziom edukacji, szczególnie na poziomie uniwersyteckim, na tle innych państw Europy i świata. W rankingu przygotowanym przez Uniwersytet Szanghajski są tylko dwie polskie uczelnie (UW i UJ) i znajdują się w czwartej setce. Dla porównania, spośród uczelni niemiecki w rankingu znalazło się 37 szkół. Z punktu widzenia rozwoju eksportu dóbr z wyższej półki, np. dóbr luksusowych, poziom nauczania w kraju producenta odgrywa bowiem bardzo istotną rolę.

 –  Na dzisiaj jednak eksport polski, szczególnie do tych krajów rozwiniętych, np. do Niemiec ma charakter bardziej jednak zaopatrzeniowy niż produktów z wyższą wartością dodaną – zauważa prezes DNB Nord. – Pewne zagrożenie wiąże się również z cenami energii, z polityką UE w zakresie kosztów emisji CO2. I trzeci element to inwestycje zagraniczne, których brakowało w ostatnich dwóch latach. Bez nich w Polsce jest zbyt mało kapitału.

Już w połowie roku mogą się skończyć pieniądze z programu Mieszkanie dla Młodych

CEO Magazyn Polska

Mieszkanie w programie Mieszkanie dla Młodych kupią tylko najszybsi. Po pierwsze, w niektórych miastach nie ma dużego wyboru nieruchomości, które spełniałyby warunki programu. Po drugie, nie dla wszystkich może starczyć pieniędzy. Eksperci szacują, że przy dużym zainteresowaniu ze strony nabywców, środki przeznaczone na dopłaty z budżetu skończą się w połowie roku.

Wszystko wskazuje na to, że dla osób, które chcą skorzystać z programu „Mieszkanie dla młodych” kluczowe znaczenie będzie miał czas.

 – W tegorocznym budżecie na dopłaty jest przeznaczone 600 milionów złotych. Firma Reas ocenia, że przy sporym zainteresowaniu tym programem, pieniędzy może wystarczyć na pół roku – podkreśla Marek Wielgo, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, specjalizujący się w rynku nieruchomości.

  – Nawet spełniając warunki programu, może się okazać, że nie załapiemy się na niego z powodu braku pieniędzy publicznych na ten cel w 2014 roku. To oznacza, że możemy mieć dalsze przyspieszenie sprzedaży w pierwszym półroczu – twierdzi Katarzyna Kuniewicz z firmy doradczej Reas. – Jak to będzie wyglądało, będziemy wiedzieli po pierwszym kwartale tego roku, kiedy wykonamy badanie.

Czas będzie się liczył również podczas poszukiwań odpowiedniego mieszkania. Przynajmniej w niektórych miastach.

 – W takich miastach, jak Warszawa, Kraków czy Wrocław mieszkań, które spełniają warunki programu, szczególnie cenowe, jest stosunkowo niewiele. Trzeba się więc pospieszyć, żeby takie mieszkanie znaleźć i ewentualnie kupić – podkreśla Marek Wielgo.

W Krakowie odsetek dostępnych mieszkań spełniających wymogi programu Mieszkanie dla Młodych wynosi 5 proc. Dla porównania, w Gdańsku, Lublinie czy Łodzi stanowią one ponad połowę rynku deweloperskiego. W Bydgoszczy do programu kwalifikuje się aż 95 proc. mieszkań na rynku. Zdaniem Kuniewicz, to właśnie na tych rynkach może być największe zainteresowanie MdM.

 – Przez to zróżnicowanie MdM może wywołać na lokalnych rynkach zupełnie przeciwstawne zjawiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz. – Na części rynków będziemy mieć próbę dostosowania cen w dół do limitów wyznaczonych w MdM, na innych deweloperzy będą mogli sobie pozwolić na podniesienie cen. Pytanie, czy takie działanie ze strony rządzących było zamierzone. Wiele wskazuje na to, że tak po prostu wyszło.

Jak podkreśla, jest szansa na zmianę tej sytuacji, bo zgodnie z założeniami programu wskaźniki będą zmieniane co pół roku.

Osobom, które nie są zmuszone spieszyć się z zakupem mieszkania, eksperci radzą jednak przeczekanie pierwszych miesięcy obowiązywania programu. Banki PKO BP i Pekao SA, które jako pierwsze, od początku stycznia, zaoferowały kredyt w ramach MdM, narzuciły wyższe marże niż przy tradycyjnym kredycie hipotecznym. Do programu już dołączają kolejne banki, więc eksperci oceniają, że wraz ze wzrostem konkurencji, spadną też ceny kredytów.

 – Dodatkowo deweloperzy wypychają w tej chwili mieszkania z zapasów i pewnie będą próbowali te mniej chodliwe sprzedawać właśnie w programie „Mieszkanie dla młodych”. Być może w ciągu najbliższych kilku, kilkunastu miesięcy pojawią się na rynku zupełnie nowe inwestycje, niekoniecznie na dalekich obrzeżach miasta, ale również w ciekawych lokalizacjach, ponieważ deweloperzy zechcą wykorzystać program jako swego rodzaju narzędzie marketingowe i wypromować dzięki niemu swoje inwestycje – wyjaśnia Marek Wielgo.

Na rynku hipermarketów fuzji już nie będzie

CEO Magazyn Polska

Po przejęciu Reala przez Auchan rynek nie spodziewa się dalszych fuzji na rynku hipermarketów. Zostało na nim zaledwie trzech graczy. W segmentach mniejszych sklepów polski rynek wciąż jest bardzo rozproszony. Eksperci prognozują przejęcia wśród sieci supermarketów. Dyskonty na razie łączyć się nie będą, bo wszystkie sieci rozwijają się dynamicznie.

 Trudno spodziewać się przejęć na rynku hipermarketów, ponieważ pozostało na nim niewielu graczy: Tesco, Carrefour i Auchan – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Łaptaś, ekspert Roland Berger Strategy Consultants (RBSC). Z kolei na rynku dyskontów w zasadzie wszyscy odnoszą sukcesy, szybko się rozwijają i dlatego brakuje im motywacji do sprzedawania własnej marki. Fuzje mogą natomiast mieć miejsce wśród supermarketów.

Na tym rynku jest dużo graczy, a co za tym idzie – potencjał do konsolidacji. Sprzyja temu też struktura właścicielska tych sklepów, z których wiele należy do funduszy inwestycyjnych. Żabka i Freshmarket należą do funduszu Mid Europa Partners, sieć Eko należy do funduszu Advent, a właścicielem Dino jest Enterprise Investors. Niektóre sieci należą do prywatnych polskich przedsiębiorców, np. Polo Market czy Stokrotka.

 – Potencjalnie każda z tych sieci jest albo kandydatem do tego, żeby przejąć kogoś innego, albo do tego, by stać się obiektem przejęcia. Zatem to właśnie w tym segmencie, wśród sieci operujących w przedziale od 100 do 1000 mkw. możemy się spodziewać ruchów konsolidacyjnych – twierdzi Łaptaś.

Cel: obniżyć ceny

Głównym celem przejęć jest możliwość tańszych zakupów od producentów, co pozwala na późniejszą sprzedaż towaru po atrakcyjniejszej cenie.

 Niska cena jest ważna w mocno konkurencyjnym środowisku, a w efekcie korzystają na tym klienci – zauważa Łaptaś.

Z przejęciami wiążą się jednak także niekorzystne skutki uboczne. Jest tak zwłaszcza, gdy ewentualna fuzja stoi długo pod znakiem zapytania. Obniża to morale pracowników, którzy mają niepewność, co do dalszego istnienia firmy i co za tym idzie, zatrudnienia, a to z kolei może przełożyć się na jakość pracy. Przykład takiej zawieszonej w czasie fuzji to ostatnie przejęcie hipermarketów Real przez sieć Auchan. Choć porozumienie Auchan z Metro Group, właścicielem marki Real, zostało zawarte już jesienią 2012 r., to dopiero w tym tygodniu UOKiK wyraził zgodę na transakcję.

Pewnym problemem dla Auchana może być spełnienie warunków UOKiK dotyczących obowiązku sprzedaży ośmiu sklepów. Urząd uznał, że jest to niezbędne do zachowania równej konkurencji.

 Będzie to trudne i sytuacja jest o tyle niekorzystna, że mało jest na rynku potencjalnych kupców, kandydatów do przejęcia tych lokalizacji – twierdzi Łaptaś. – Musi to być gracz, który posiada już hipermarkety w Polsce, a tych jest niewielu. Oznacza to, że Auchan jest pod presją i nie ma wielu potencjalnych kupców.