Pandemia dużym wyzwaniem i szansą dla szkół wyższych. Jej efektem są nowe obszary badań i intensywna współpraca międzynarodowa

Czas pandemii obnażył wiele mankamentów polskiego szkolnictwa wyższego, ale także przyczynił się do pozytywnej zmiany i wymusił wprowadzenie na uczelniach innych, nowoczesnych metod dydaktycznych. W efekcie wielu wykładowców odnotowało znaczący wzrost frekwencji i aktywności studentów na zdalnych zajęciach. Z drugiej strony pandemia wyzwoliła także potencjał naukowy na uczelniach, związany chociażby z dodatkowymi grantami na badania w nowych obszarach czy współpracą z ośrodkami zagranicznymi, która jest dziś łatwiejsza dzięki upowszechnieniu komunikacji online.

– Okres pandemii zdecydowanie wpłynął na funkcjonowanie uczelni, również w obszarze naukowym. Wyzwania i ograniczenia powodują, że szukamy innowacyjnego podejścia – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Marcin Lorenc, rektor Politechniki Opolskiej.

Co najmniej do końca kwietnia zajęcia na uczelni odbywają się w trybie zdalnym, z wykorzystaniem metod kształcenia na odległość, w trybie synchronicznym. W tym czasie obowiązuje też nakaz pracy zdalnej. Jak pokazał raport Centrum Cyfrowego „Polskie uczelnie w czasie pandemii” – taki model nauki i pracy okazał się sprawdzianem dla szkolnictwa wyższego i obnażył jedną z jego słabości, czyli skupienie na rozwoju naukowym pracowników naukowych bez równoczesnego pogłębiania ich umiejętności dydaktycznych.

Pandemia COVID-19 wymusiła jednak zmianę i wprowadzenie nowych rozwiązań z zakresu dydaktyki. Wielu wykładowców – nie mogąc utrzymać uwagi studentów wpatrujących się w monitor przez 90 minut – ograniczyło formułę wykładów i zaczęło stosować interaktywne, warsztatowe metody i pracę projektową. Prowadzący zajęcia z czasem nauczyli się zarządzać wirtualną przestrzenią, jaką dają programy do nauki zdalnej – dzielić studentów na mniejsze grupy, przygotowywać multimedialne przerywniki, stosować quizy i ankiety. Wykładowcy uruchomili też nowe kanały komunikacji, m.in. wirtualne dyżury, pozwalające na połączenie wideo lub rozmowę na czacie. Co ciekawe, część z nich odnotowała znaczący wzrost frekwencji na zdalnych zajęciach, a studenci, którzy wcześniej nie wykazywali się aktywnością, w przestrzeni online zaczynali brać udział w dyskusjach.

– Widzimy także duży wzrost aktywności naszych naukowców. Nie mamy możliwości personalnej współpracy, nie uczestniczymy w konferencjach, które są bardzo ważne w naszym cyklu prac, natomiast pracujemy poprzez media, za pośrednictwem komunikacji na odległość. Efekty są bardzo zadowalające, bo wobec 2019 roku liczba publikacji z placówkami zagranicznymi wzrosła u nas o 100 proc. Liczba wniosków, które złożyliśmy na różnego rodzaju granty, też jest bardzo duża – podkreśla rektor Politechniki Opolskiej. – Pojawiły się granty, które są związane przede wszystkim z przeciwdziałaniem pandemii, i o nie również wnioskujemy z dużym powodzeniem.

Wzrosła liczba możliwych do pozyskania grantów związanych z przeciwdziałaniem pandemii i łagodzeniem jej skutków. Dla przykładu NCBiR – w ramach konkursu „Szybka ścieżka – Koronawirusy” – przeznaczył w zeszłym roku 200 mln zł z funduszy europejskich (POIR) na projekty skupione wokół diagnostyki, leczenia i przeciwdziałania chorobom wirusowym, ze szczególnym uwzględnieniem SARS-CoV-2.

– Pozyskaliśmy m.in. projekt, który dotyczy rehabilitacji pocovidowej. W tym obszarze bardzo aktywnie działa jeden z naszych kolegów, prof. Jan Szczegielniak, który praktycznie jako pierwszy zajął się rehabilitacją pocovidową w szpitalu w Głuchołazach i również na uczelni przygotowuje wnioski grantowe, żeby dalej rozwijać ten kierunek – mówi dr hab. inż. Marcin Lorenc.

Prowadzony przez prof. Jana Szczegielniaka, konsultanta krajowego w dziedzinie fizjoterapii, pilotaż w Głuchołazach był jedną z pierwszych tego typu inicjatyw w Europie i na świecie. Dzięki prowadzonej rehabilitacji u osób, które przeszły COVID-19, poprawiają się możliwości wysiłkowe, ustępują duszności, a przez to poprawia się jakość ich życia. Lekarze walczą jednak z szeregiem innych skutków: zaburzeniami równowagi, bólami stawów i mięśni, zaburzeń węchu czy smaku, pamięci, objawami depresji. Od września do końca lutego w Głuchołazach przyjęto ponad 500 pacjentów po zakażeniu.

Politechnika Opolska w połowie marca została laureatem prestiżowego konkursu organizowanego przez europejską sieć M-ERA.NET.2, który finansuje międzynarodowe projekty badawcze skupione na rozwoju nowych technologii. Zgłoszony przez nią projekt ma na celu rozwój technologii druku 3D i poszerzenie jej o natrysk termiczny, dzięki czemu będzie możliwe stworzenie warstwy odpornej na zużycie i korozję. Na jego realizację uczelnia pozyskała prawie milion euro. Projekt będzie realizowany przez naukowców z Wydziału Mechanicznego Politechniki Opolskiej we współpracy z zagranicznymi uczelniami – Uniwersytetem w Pilźnie, niemieckim Instytutem Fraunhofera oraz Akademią Nauk Republiki Czeskiej. Rektor PO podkreśla, że inżynieria mechaniczna jest jedną ze specjalności uczelni.

– Jako mniejsza uczelnia stawiamy na bardzo wyspecjalizowane kierunki naukowe, w tym m.in. na inżynierię mechaniczną, inżynierię lądową i transport, elektrotechnikę i ochronę środowiska. To nasze cztery główne kierunki, chcemy się wyspecjalizować. Nie jesteśmy w stanie zdobyć takiej rozpoznawalności jak choćby Uniwersytet Jagielloński, ale pracujemy nad swoją marką poprzez budowanie bardzo silnych brandów właśnie w tych obszarach naukowych – deklaruje.

Drugi akcent, na który mocno stawia uczelnia, to umiędzynarodowienie badań naukowych i współpraca międzynarodowa.

– To jest rzeczywista współpraca między naukowcami. Wiele ubiegłorocznych publikacji powstało wspólnie z innymi ośrodkami – nie tylko z Polski i Europy, ale i wielu innych krajów świata. Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to fakt, że w naszych murach jest już prawie standardem obecność profesorów m.in. z Włoch, Czech, Niemiec czy Słowacji. W ramach projektu finansowanego z zewnątrz będziemy gościć jeszcze pięciu naukowców spoza Europy – jednego z Chin, jednego z Iranu i trzech z Indii. Politechnika Opolska jest przygotowana, żeby ich przyjąć, mamy odpowiednią kadrę i mamy sprzęt, na którym można robić badania na światowym poziomie – mówi dr hab. inż. Marcin Lorenc.

Podkreśla, że to właśnie wysoki poziom naukowy i otwartość na współpracę z międzynarodowymi ośrodkami przyciągają naukowców z zagranicy.

– Po pierwsze, liczy się poziom, bo ci naukowcy nie zainteresowaliby się Politechniką Opolską, gdyby ludzie, którzy stoją za badaniami i wynikami prac naukowych, nie prezentowali właściwego poziomu. To podstawa. druga rzecz to aparatura do badań, którą posiadamy. Inwestujemy w tej chwili duże środki w nową infrastrukturę. To są magnesy, które do nas przyciągają – mówi rektor Politechniki Opolskiej.

Rośnie zaufanie społeczne do farmaceutów. Zaangażowanie ich i aptek może znacząco przyspieszyć tempo szczepień, nie tylko przeciw COVID-19

Według badań Polskiej Grupy Farmaceutycznej 85 proc. pacjentów uważa, że apteki są teraz bardziej dostępne niż przychodnie i chętnie zamiast z teleporady lekarskiej zwracają się po pomoc do farmaceuty. Pandemia przyczyniła się do wzrostu zaufania społecznego do przedstawicieli tego zawodu, co może teraz być wykorzystane w procesie szczepień przeciw COVID-19. Doświadczenia z innych krajów pokazują, że farmaceuci mają istotną rolę w zwiększaniu wskaźników wyszczepialności również w przypadku innych chorób.

9 kwietnia br. zostało opublikowane rozporządzenie ministra zdrowia, zgodnie z którym farmaceuci – po odbyciu odpowiednich szkoleń – mogą przeprowadzać badania kwalifikacyjne do szczepień i same szczepienia. W maju z kolei mają ruszyć szczepienia w aptekach, choć szczegółowe wytyczne i wymagania wobec przygotowania tych punktów są jeszcze opracowywane. Włączenie nowych punktów i zawodów w proces szczepień ma szanse go znacząco przyspieszyć.

W Polsce jest 12,2 tys. aptek, 36 tys. farmaceutów, z czego 28 tys. praktykujących. Jeśli 70 proc. z nich zadeklarowałoby gotowość do wsparcia szczepień w Polsce, to są to cenne zasoby ludzkie i na pewno nastąpiłaby akceleracja całego programu szczepień przeciwko COVID-19 – mówi agencji Newseria Biznes dr n. farm. Piotr Merks, przewodniczący Związków Zawodowych Pracowników Farmacji, sekretarz generalny Europejskich Związków Zawodowych Pracowników Zatrudnionych w Aptekach.

Badanie wykonane przez Polską Grupę Farmaceutyczną na przełomie grudnia i stycznia, a dotyczące opinii i praktyki pacjentów związanych ze szczepieniem w aptekach, pokazało pozytywny stosunek respondentów do propozycji szczepienia przeprowadzonego przez farmaceutów. W grupie powyżej 60. roku życia blisko połowa ankietowanych zaufałaby swojemu farmaceucie w kwestii podania szczepionki w aptece. Ponad połowa odpowiedzi zgadzała się ze stwierdzeniem, że proces szczepienia w aptekach przebiegałby znacznie szybciej niż do tej pory.

– Punktem wyjścia do rozszerzania kompetencji farmaceutów o szczepienia jest edukacja społeczeństwa. Już dwa lata temu mówiliśmy o wykonywaniu szczepień w aptekach, ale wtedy wszyscy ocenili, że to jest niemożliwe i niewykonalne. Wtedy było to kojarzone z lobbingiem farmaceutycznym. Obecnie 85 proc. pacjentów zadeklarowało, że skorzystałoby ze szczepienia w aptece, a głównym powodem jest dostępność. Pandemia pokazała ułomności systemu ochrony zdrowia w Polsce, a rozwiązaniem jest zaangażowanie aptek w świadczenie niektórych usług – podkreśla dr n. farm. Piotr Merks.

Wzrost zaufania do aptek i farmaceutów to również pośrednio zasługa pandemii i ograniczonego dostępu do placówek ochrony zdrowia. 85 proc. ankietowanych zgadza się z tezą, że apteki są bardziej dostępne dla pacjentów w porównaniu z przychodniami. Największe zaufanie do pracowników aptek deklarują mieszkańcy województwa mazowieckiego, śląskiego, kujawsko-pomorskiego i małopolskiego.

W czasie pandemii branża farmaceutyczna zyskała wiele przywilejów, np. recepty farmaceutyczne, pro familiae i pro auctore, po które nie trzeba było już czekać w kolejce do lekarza. Pacjenci mogli pójść do apteki i kupić leki nawet w sytuacji, kiedy lekarz w przychodni w danym momencie nie mógł wystawić recepty. Ponadto pacjenci deklarowali, że rozmowa z farmaceutą twarzą w twarz bardziej im odpowiada niż teleporada. Apteki są czynne przez cały okres pandemii i to także spowodowało wzrost zaufania do farmaceutów – ocenia przewodniczący Związków Zawodowych Pracowników Farmacji.

Jak zauważa, w czasie pandemii rozszerzyła się także lista dolegliwości, z którymi pacjenci zwracali się do farmaceutów. Większość osób, co też wynika z badań, była w pełni usatysfakcjonowana poradą, a ich problem został rozwiązany bez konieczności wizyty w przychodni.

Eksperci podkreślają, że przy odpowiednich regulacjach i po właściwych szkoleniach farmaceuci mogliby aktywnie uczestniczyć w profilaktyce chorób zakaźnych, zachęcając do zaszczepienia się przeciw grypie i oferując wykonanie świadczeń na miejscu. W przeszłości – zgodnie z deklaracjami – 30 proc. badanych zaszczepiło się z rekomendacji pracownika apteki.

– Farmaceuci powinni być zaangażowani w proces szczepień przeciwko wielu chorobom, nie tylko COVID-19. Obecnie umożliwia to 36 krajów na świecie. Istnieje kilkadziesiąt różnego rodzaju szczepionek, które farmaceuci podają w aptekach, a wyszczepialność w niektórych krajach doszła nawet do 70 proc. Dodatkowo w takich krajach jak Wielka Brytania, USA czy Kanada szczepi się także dzieci powyżej drugiego roku życia. Skoro te kraje przyjęły takie rozwiązanie, jest ono bezpieczne i sprawdzone – uważa Piotr Merks.

Jak dodaje, w średniej wielkości aptece w Wielkiej Brytanii, nie uwzględniając szczepień na COVID-19, szczepi się rocznie około tysiąca pacjentów. Na rozszerzenie uprawnień farmaceutów decyduje się coraz więcej państw. Farmaceuci nie przejmują kompetencji lekarzy i pielęgniarek, tylko wspierają ich w pracy, aby dostępność szczepień była jak największa, szczególnie w szczytowych momentach. Eksperci Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy podkreślają, że w ubiegłym sezonie grypowym nastąpił wzrost zainteresowania szczepieniami przeciw grypie. Mimo trudności w dostępie do szczepionek wyszczepialność wzrosła i wynosi obecnie ponad 6 proc. W ich ocenie w tym roku zapotrzebowanie może być większe nawet o 45 proc. w porównaniu do 2020 roku, co może spowodować nałożenie się na siebie dwóch masowych akcji szczepień – przeciw COVID-19 i grypie.

Według badania PGF blisko 70 proc. farmaceutów uważa, że wprowadzenie nowej usługi do aptek przyczyniłoby się do budowania dobrego wizerunku i zaufania wśród pacjentów, a efektem byłoby podniesienie prestiżu zawodu farmaceuty.

W przyszłym roku rynek odpadów czeka rewolucja. Nowe zasady dla konsumentów, samorządów i producentów

Unijny pakiet odpadowy narzuca Polsce – podobnie jak wszystkim krajom członkowskim – wysokie cele dotyczące recyklingu odpadów opakowaniowych. Ma on wzrosnąć do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Prawdopodobnie w przyszłym roku rynek ten czeka rewolucja. Wdrożenie rozszerzonej odpowiedzialności producentów oraz systemu kaucyjnego, nad którymi pracuje resort klimatu i środowiska, przeniesie koszty związane z prowadzeniem selektywnej zbiórki i recyklingiem na producentów stosujących opakowania. Dziś odpowiedzialne są za to gminy, które przerzucają opłaty na mieszkańców. Raport Eunomia Research & Consulting i firmy TOMRA wskazuje, że tak duża zmiana wymaga wielomiesięcznych przygotowań wszystkich uczestników systemu, dlatego jak najszybciej potrzebne są przepisy, które ją wdrożą.

– Rozszerzona odpowiedzialność producenta zakłada, że musi on wziąć odpowiedzialność nie tylko za produkt w pierwszym etapie jego życia, czyli do momentu, kiedy konsument weźmie go z półki, ale do samego końca, kiedy produkt zostanie zużyty, a opakowanie po nim wyrzucone i stanie się odpadem. Zgodnie z ROP każdy przedsiębiorca, który używa opakowań – czy to opakowań na napoje i żywność, czy folii, którą są owinięte np. zeszyty sprzedawane w supermarkecie – będzie odpowiadał za to, co wprowadza na rynek. W tej chwili toczy się dyskusja, w jaki sposób sprawić, żeby producent ponosił odpowiedzialność finansową i organizacyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA, produkującej maszyny do recyklingu.

Do wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) zobowiązuje Polskę przyjęty w 2018 roku unijny pakiet odpadowy. Zgodnie z tą zasadą przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek będą musiały partycypować w kosztach ich selektywnej zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. W Polsce już od 2019 roku – kiedy to Ministerstwo Środowiska zainaugurowało cykl konsultacji w tej sprawie – mówi się o wdrożeniu ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym, który ma skłonić konsumentów do oddawania zużytych opakowań do punktów zbiórek. Rządowego projektu ustawy wciąż jednak brak, choć nowe przepisy mają zostać uchwalone jeszcze w tym roku, a wejść w życie na początku przyszłego.

– Ustawa nałoży obowiązki na wszystkich interesariuszy rynku odpadowego. Zadecyduje o zakresie odpowiedzialności finansowej i operacyjnej producenta i o tym, jaką rolę będą pełnić gminy, organizacje odzysku opakowań, firmy gospodarujące odpadami i sortownie – wymienia Anna Sapota. – Nie jest to zmiana, do której jesteśmy w stanie dostosować się w ciągu kilku dni. Z jednej strony musimy uwzględnić cele dotyczące rosnących poziomów recyklingu, które stawia przed nami UE w perspektywie do 2025, 2030 i 2035 roku. Z drugiej strony musimy dać czas wszystkim interesariuszom rynku, aby przygotowali się do nowych obowiązków i byli w stanie zorganizować finansowanie.

Pakiet odpadowy ustanawia coraz wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, które Polska musi osiągnąć. Do 2025 roku przynajmniej 55 proc. odpadów komunalnych powinno być poddawanych recyklingowi. Do 2030 roku cel ten wzrośnie do 60 proc., a do 2035 roku – do 65 proc. W przypadku odpadów opakowaniowych poziom recyklingu ma zostać zwiększony do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Odrębne cele zostały wyznaczone dla konkretnych materiałów opakowaniowych, takich jak papier i tektura, plastik, szkło, metal, drewno i aluminium. Wdrożenie ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym ma pomóc w ich osiągnięciu.

– W tej chwili to gmina jest odpowiedzialna za recykling odpadów opakowaniowych, które zbierze, musi więc znaleźć recyklera, który je przetworzy. Natomiast  właściwym podmiotem, który powinien o to zadbać, jest producent. To on kontroluje, co wprowadza na rynek, i to jemu zależy na pozyskaniu materiału z recyklingu, bo będą go obowiązywać wymogi dotyczące zawartości recyklatu – wskazuje wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA.

– Dziś koszty recyklingu opakowań w Polsce ponoszą gminy, co z kolei przekłada się na opłaty nakładane na obywateli. Nowe przepisy doprowadzą do przeniesienia kosztów, co stanowić będzie zachętę dla producentów, aby w inny sposób zarządzali łańcuchem dostaw opakowań. Polski rząd prowadzi konsultacje w sprawie różnych propozycji realizacji systemu ROP i wkrótce przejdzie do tworzenia przepisów krajowych, dlatego uznaliśmy, że jest to właściwy moment na przygotowanie raportu – mówi Andy Grant, dyrektor techniczny Eunomia Research & Consulting.

Analitycy w raporcie jasno wskazują, że mechanizm finansowania ROP w Polsce musi się zmienić. Jedynie gwarancja, że producenci pokryją pełne koszty zarządzania zużytymi opakowaniami, oraz właściwe rozwiązania organizacyjne pozwolą na efektywną realizację unijnych celów klimatycznych.

– Według naszych wniosków Polska powinna skorzystać z istniejących systemów gminnych. Gminy nadal powinny zajmować się odbiorem i sortowaniem odpadów opakowaniowych, ale niezbędne jest płacenie za te usługi przez producentów tak, aby samorządy nie musiały już ponosić kosztów w tym zakresie. Co więcej, w tym modelu gminy nie będą musiały już także szukać rynków zbytu do recyklingu materiałów po ich zebraniu i posegregowaniu – wyjaśnia Andy Grant.

Gminy wyczekują wdrożenia ROP, licząc, że część pieniędzy z tego systemu mogłaby wesprzeć lokalne systemy gospodarki odpadami i w efekcie ulżyć mieszkańcom, którzy wyraźnie protestują przeciw wzrostowi cen.

– Producenci powinni być właścicielami i kontrolerami posortowanych odpadów opakowaniowych przeznaczonych do recyklingu, aby mogli opracowywać strategie i budować dodatkowe możliwości w tym zakresie. Ważne jest jednak to, aby tylko jeden podmiot – zwany organizacją odpowiedzialności producentów – zajmował się obsługą tego systemu w ich imieniu. Obecnie Polska ma kilka takich podmiotów – wskazuje analityk Eunomia Research & Consulting. – Konsumenci zaś nie będą musieli już pokrywać kosztów recyklingu opakowań w postaci opłat pobieranych przez gminy. Te koszty będą ponosić przy zakupie danego opakowania, ponieważ zostaną one doliczone do ceny każdego kupowanego produktu.

Konsumenci wyraźnie popierają wprowadzenie systemu kaucyjnego na opakowania – w 2019 roku, według raportu Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste, za tym rozwiązaniem było prawie 90 proc. Polaków.

– W tej chwili nie mamy żadnych regulacji dotyczących np. opakowań po napojach. Funkcjonuje dobrowolny system kaucyjny, organizowany np. przez browary na butelki po piwie, natomiast w pozostałym zakresie nie ma nic. Wszystko trafia do strumienia odpadów komunalnych, czyli do naszych koszy na śmieci. UE nakłada nam jednak pewne wymogi dotyczące tego, ile takich opakowań powinniśmy zebrać. I tutaj system kaucyjny jest znakomitym rozwiązaniem. Raport Eunomii pokazuje, że system kaucyjny jest jedynym znanym i efektywnym kosztowo rozwiązaniem, które pozwala osiągnąć 90 proc. selektywnej zbiórki opakowań po napojach – mówi Anna Sapota.

System kaucyjny to rozwiązanie, które od lat z powodzeniem funkcjonuje już w 10 krajach UE, takich jak Dania, Finlandia, Niemcy, Holandia, Norwegia, Szwecja i Litwa. Jak wynika z danych Deloitte’a, korzysta z niego ponad 133 mln ludzi, czyli ponad jedna czwarta europejskiej populacji. Dlatego projektując wdrażanie ROP, Polska może czerpać z doświadczeń innych państw, dostosowując je do specyfiki krajowego rynku. Raport, opracowany przez firmy Eunomia Research & Consulting oraz obecną na 60 rynkach depozytowych Tomrę, pokazuje, jak efektywnie wdrożyć system rozszerzonej odpowiedzialności producenta, aby była to transakcja „win-win-win” – korzystna dla konsumentów, producentów i samorządów.

BioBankowanie może być szansą dla chorych z nowotworami. Zainteresowanie wśród pacjentów jest ogromne

BioBankowanie tkanki zmienionej nowotworowo umożliwia analizę całego genomu, dzięki której możliwe jest poszukiwanie dla chorego indywidualnej terapii czy włączenie go do badań klinicznych nad nowymi lekami. – W przypadku nowotworów jajnika stosuje się badanie całogenomowe, dzięki któremu można wytypować pacjentki do leczenia inhibitorami PARP – wyjaśnia dr inż. Aleksandra Szopa z Polskiego Centrum BioBankowania. Nawet jeśli na dany typ raka nie ma jeszcze leczenia, to dzięki odpowiedniemu przechowywaniu materiału biologicznego będzie szansa skorzystania z terapii, które pojawią się w przyszłości.

BioBankowanie polega na przechowywaniu próbek materiału biologicznego i danych medycznych, które są z nimi powiązane. Krew lub inne tkanki może oddać każdy bez względu na stan zdrowia, ale najczęściej z BioBankowania korzystają chorzy na nowotwory i choroby rzadkie. znacza wykorzystanie materiału biologicznego i danych w celach naukowych. Natomiast bankowanie dotyczy celu diagnostycznego czy terapeutycznego.

Największą korzyścią dla pacjentów z bankowania tkanki zmienionej nowotworowo jest możliwość skorzystania z zaawansowanej diagnostyki całogenomowej. Obecnie skupiamy się na nowotworach piersi i jajnika. W przypadku tego ostatniego na podstawie diagnostyki całogenomowej można wytypować pacjentki, które mogłyby skorzystać z terapii inhibitorami PARP. Zdecydowanie największa grupa osób, która zaufała Polskiemu Centrum BioBankowania i MNM Diagnostics to właśnie pacjentki z rakiem jajnika i piersi. Zwłaszcza w przypadku piersi wynika to właśnie z tego, że jest największa liczba terapii celowanych, które można dobrać na podstawie diagnostyki całogenomowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Aleksandra Szopa, koordynator ds. BioBankowania w Polskim Centrum BioBankowania, MNM Diagnostics.

Tego typu diagnostyka to rodzaj profilowania. Precyzyjna analiza całego genomu umożliwia poznanie 99,9 proc. informacji z materiału genetycznego komórek rakowych. Dzięki tej wiedzy możliwe jest dobranie optymalnej metody leczenia czy zidentyfikowanie przyczyn oporności na daną terapię. Bankować można nie tylko tkanki raka jajnika czy piersi, lecz także innych nowotworów (m.in. prostaty, trzustki, jelita grubego), również takich, na które nie ma jeszcze skutecznych terapii. Jak podkreśla ekspertka, przy obecnym tempie rozwoju onkologii mogą się one pojawić w ciągu kilku miesięcy.

– Nawet jeżeli w tym momencie nie ma możliwości doboru odpowiedniej terapii, to nie znaczy, że to się nie zmieni w najbliższym czasie. Część pacjentów zabezpiecza więc swój materiał z myślą o przyszłości. Koncentrujemy się na tym, żeby DNA w bankowanych próbkach było bardzo dobrze zachowane – mówi dr inż. Aleksandra Szopa.

Bankowanie odbywa się według ściśle określonych procedur i w określonych warunkach. To wieloetapowy proces, który zaczyna się podczas wizyty u lekarza.

Bardzo ważnym etapem jest edukacja pacjenta, wytłumaczenie mu, na czym ten proces polega, jakie będzie miał z tego korzyści, tak żeby decyzja o bankowaniu materiału była podjęta świadomie – wyjaśnia przedstawicielka PCBB. – Decyzję o przechowywaniu tkanek dobrze jest podjąć jak najwcześniej, ponieważ najczęściej jest tylko jedna szansa na pozyskanie materiału.

Fragment guza jest pobierany w trakcie zabiegu diagnostycznego lub chirurgicznego usunięcia, a dodatkowo do badań potrzebna jest także krew pacjenta. Próbki są następnie odpowiednio zabezpieczane, tak aby nie doszło do degradacji DNA. Dzięki temu diagnostykę całogenomową można przeprowadzić w dowolnym czasie.

– Chciałabym podkreślić rolę lekarza w tym procesie, ponieważ to on wypisuje skierowanie na diagnostykę całogenomową w Polskim Centrum BioBankowania. Taki materiał jest przechowywany do 30 dni bezpłatnie z możliwością przedłużenia bankowania do trzech lat już na koszt pacjenta – mówi dr inż. Aleksandra Szopa. – Bankowanie nie dotyczy tylko samego materiału biologicznego, ale również danych klinicznych z nim związanych.

Jednorazowa opłata za pierwsze trzy lata bankowania wynosi 980 zł brutto. Jak podkreśla koordynator, w szpitalach, które współpracują z Polskim Centrum BioBankowania, zainteresowanie pacjentów tą usługą jest ogromne. Dodatkowo – jeśli pacjent wyrazi zgodę na biobankowanie – próbki mogą być wykorzystywane przez naukowców do badań naukowych nad nowotworami i rozwojem nowych terapii. Jak przekonują badacze, zdobyta w ten sposób wiedza z tych anonimowych danych w przyszłości pomoże innym chorym borykającym się z tym samym schorzeniem.

Celowane leczenie nowotworów, czyli skierowane na konkretną zmianę genetyczną, przynosi zdecydowanie większą skuteczność. Wręcz do tego stopnia, że przy nowotworach, które kiedyś wiązały się z bardzo wysoką śmiertelnością i były leczone standardowo chemioterapią, dziś mamy więcej opcji do wyboru. I przede wszystkim możemy sprawdzić, czy dana terapia danemu pacjentowi pomoże. Każdy nowotwór ma swój słaby punkt i badania kliniczne skupiają się na tym, jak w ten punkt trafić i zabić nowotwór, nie niszcząc przy tym zdrowych komórek – wyjaśnia koordynatorka ds. BioBankowania w Polskim Centrum BioBankowania.

Urządzenia ubieralne zmierzą stan zdrowia dostawców jedzenia i poinformują np. o gorączce. Testowane są już także dostawy przez roboty

Bezkontaktowe dostawy i bezdotykowa obsługa pojazdów elektrycznych, którymi przemieszczają się kurierzy – to priorytety dla firm realizujących dostawy jedzenia do domów. Parametry, takie jak temperatura, puls czy saturacja, mierzą u kurierów urządzenia wearables. O krok dalej idzie znana amerykańska sieć pizzerii. Zamówienia dostarcza w niej od kilku dni nie kurier, lecz robot. Analitycy rynkowi zakładają, że rosnące zainteresowanie zamówieniami żywności na dowóz utrzyma się również przez kilka lat po boomie spowodowanym pandemią.

– Innowacją, która była wdrażana na czas pandemii, ale pewnie przyda się nam wszystkim też na przyszłe lata, jest nowy, bezkontaktowy sposób dostawy, który wdrożyła większość platform. Można sobie wybrać taką opcję, że kurier nie wita się, nie przekazuje jedzenia, tylko zostawia je pod drzwiami – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Banach, współzałożyciel Hop.City.

Dzięki możliwości wyboru dostawy bezdotykowej ograniczane jest ryzyko zakażenia. Istotnym problemem jest jednak ryzyko rozprzestrzenienia wirusa między kurierami, którzy kontaktują się ze sobą. Rozwiązaniem jest zdalne monitorowanie stanu zdrowia pracowników przy użyciu urządzeń do noszenia, tzw. wearables. Zamawiając żywność, klient widzi więc, czy kurier, który go będzie obsługiwał, nie ma na przykład podwyższonej temperatury. To również sygnał dla przełożonego takiego pracownika, świadczący nie tylko o możliwym zakażeniu, ale również o zmęczeniu. Urządzenia takie jak opaski nadgarstkowe czy smartwatche mierzą temperaturę, puls czy saturację.

– Wprowadziliśmy urządzenia, które pozwalają nam mierzyć najbardziej charakterystyczne funkcje życiowe takiej osoby. I one z jednej strony pokazują nam stan jej zdrowia, czyli np. aktualną temperaturę, puls czy nasycenie tlenem. Oczywiście to nie są jedyne i stuprocentowe symptomy świadczące o tym, czy ktoś jest chory, ale dające przynajmniej jakąś informację, że może być jakiś problem ze zdrowiem tej osoby, i one również mogą być przekazywane bezpośrednio do użytkownika zamawiającego – mówi Łukasz Banach.

Tymczasem amerykańska sieć pizzerii Domino’s testuje w Houston w stanie Teksas realizację dostaw z wyłączeniem roli kuriera. Firma ogłosiła właśnie, że rozpoczyna wprowadzanie do łańcucha dostaw robotów, które dostarczą opłacone z góry zamówienie. Klient otrzymuje alerty tekstowe, które raportują przemieszczanie się maszyny. Po jej przybyciu klient może odebrać jedzenie, wprowadzając kod PIN na ekranie dotykowym robota.

Bezdotykowa obsługa jest rozwijana nie tylko pod kątem kontaktów kuriera z klientem, lecz także eksploatacji skuterów elektrycznych, którymi pracownicy dowożą posiłki do odbiorców.

– Staramy się nie tworzyć hubów, czyli miejsc, w których przebywa bardzo dużo osób, a do którego trzeba przyjść, pobrać akcesoria, kluczyki do pojazdu. Całością zarządza system rozproszony. Pojazd można zostawić i wypożyczyć, także na cele dostaw, w dowolnym miejscu, bez kontaktu z drugą osobą. Pojazdy elektryczne można też ładować w bezkontaktowych szafkach czy w bateriomatach, również bez kontaktu z inną osobą – dodaje współzałożyciel Hop.City.

Z danych zaprezentowanych przez Stock Apps wynika, że światowy rynek dostaw żywności zamawianej online osiągnie w 2021 roku wartość 151,5 mld dol. i obejmie obsługę 1,6 mld użytkowników. Oznacza to wzrost o 10 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Wyraźnym czynnikiem napędzającym ten rynek jest wybuch pandemii koronawirusa. Przychody w 2020 roku wzrosły o 27 proc., osiągając pułap ponad 136 mld dol., a prognoza zakłada, że w 2024 roku obroty przekroczą 182 mld dol.

Proces cyfryzacji, który przyspieszył na skutek pandemii nie zatrzyma się i nie ma od niego odwrotu

Pandemia spowodowała nie tylko zmiany w gospodarce, ale także w relacjach obywatel – państwo. Społeczeństwa zaczęły domagać się, by rządy przede wszystkim chroniły zdrowie obywateli i zapewniały środki do życia. Jednocześnie państwa musiały zwiększać swoją aktywność w kanałach cyfrowych, by docierać z informacjami do jak najszerszej grupy obywateli.

Jak wynika z globalnego badania EY „Jak cyfrowy rząd może połączyć wszystkich obywateli”, tylko nieco ponad połowa respondentów (53%) uważa, że rządy efektywnie wykorzystują technologię w walce z koronawirusem. Prawie 1/3 (32%) traktuje cyfryzację w usługach publicznych jako jeden z trzech najważniejszych priorytetów, jeśli rządy chcą poprawić ich jakość.

Jak efektywnie rząd i sektor publiczny wykorzystują technologię cyfrową, by walczyć z pandemią?

Jak efektywnie rząd i sektor publiczny wykorzystują technologię cyfrową, by walczyć z pandemią

– Nasze badania i doświadczenia z ostatnich miesięcy pozwalają spodziewać się dalszego wzrostu znaczenia technologii, także po zakończeniu pandemii. Bardzo szybko i dobitnie zdał sobie z tego sprawę sektor prywatny, który bez zwłoki i w możliwie najszybszym tempie – o ile mowa o branży, w której było to możliwe – przeniósł swoją działalność do kanałów cyfrowych i wciąż udoskonala swoje produkty, usługi i buduje pozytywne doświadczenia klientów w tych kanałach. Rządy w tej konkurencji zostały nieco w tyle, choć trzeba pamiętać, że zmiany procesów akurat w tym obszarze nie przebiegają – i z natury rzeczy nie będą przebiegać – tak szybko, jak w sektorze prywatnym. Niemniej jednak, zarówno z badania globalnego, ale i z polskich sondaży – np. przeprowadzonych wspólnie przez EY i Billennium wynika, że obywatele mieli problemy z dostępem do usług publicznych. Na kłopoty z zamknięciem bądź ograniczeniem dostępu do urzędów, ZUS czy urzędu pracy wskazało w naszym badaniu 23% ankietowanych – to niemal jeden na czterech obywateli. Co również ciekawe, ponad połowa ankietowanych z chęcią sprawy urzędowe załatwiałaby online, bez konieczności wizyty w urzędzie. To jedna z najczęściej wskazywanych, najpopularniejszych aktywności, którą Polacy z chęcią przenieśliby do kanału online – mówi Marcin Bartoszewski, EY Poland Consulting Innovation Leader.

Digitalizacja państwa to jednak nie tylko korzyści, ale również wyzwania. Choć 72% badanych przez EY uważa, że technologia poprawia jakość życia, to wraz z rozwojem komunikacji na linii państwo-obywatel w kanałach cyfrowych, obawiają się pogłębiania nierówności społecznych (32%), zwiększenia władzy w rękach tych, którzy już teraz ją mają lub są bogaci (34%), z kolei 32% uważa, że technologia wpłynie na pogorszenie stosunków w społecznościach. Niemniej istnieje potrzeba rozwijania cyfrowych umiejętności. 61% ankietowanych deklaruje, że skorzystałoby z rządowych programów szkoleniowych, jeśli byłyby one dostępne.

– Proces cyfryzacji, który przyspieszył na skutek pandemii nie zatrzyma się i nie ma od niego odwrotu. To, co udało się do tej pory wypracować, prawdopodobnie zostanie z nami na lata, a kolejne cyfrowe rozwiązania albo czekają już za rogiem, albo trwają nad nimi intensywne prace. Oprócz wyzwań czysto technologicznych z tym związanych, nie mniej istotne pozostaną wyzwania o charakterze społecznym, na które szczególną uwagę będą zwracać rządy i administracja publiczna, które muszą ze swoimi usługami trafić do wszystkich obywateli, niezależnie od poziomu wykształcenia, wieku czy miejsca zamieszkania. Na tej drodze rządy będą musiały zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, zanim będzie możliwe obsługiwanie obywateli online w takiej skali, w jakiej robi to dziś sektor prywatny. Oprócz problemu cyfrowego wykluczenia, administracja publiczna będzie musiała również zapewnić obywateli, że przygotowane dla nich rozwiązania są w pełni bezpieczne. Konieczna będzie również transparentna informacja o wykorzystywaniu danych osobowych, bo jak pokazuje badanie EY, tylko nieznaczna grupa ankietowanych zgodziłaby się na ich przekazywanie między jednostkami administracyjnymi bądź prywatnym firmom działającym na rzecz poprawy jakości cyfrowej obsługi obywateli – dodaje Marcin Bartoszewski.

O badaniu
Badanie zostało przeprowadzone we współpracy z Ipsos MORI. Od lipca do września 2020 przeprowadzono wywiady z ponad 12 tysiącami respondentów w 12 krajach (Australia, Brazylia, Francja. Indie, Japonia, Malezja, Meksyk, Niemcy, RPA, USA, Wielka Brytania oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie). W każdym z państw respondenci byli grupą reprezentatywną z punktu widzenia wieku, płci i statusu zawodowego.

Bitcoin bije kolejne rekordy. Funt znów w górę

Chwilowa słabość złotego połączyła się w czasie z lepszymi danymi z Wysp Brytyjskich. W rezultacie byliśmy świadkami wyraźnego ruchu w górę na funcie.

Dobre dane pomagają funtowi

Od rana poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej i PKB z Wielkiej Brytanii. W ciągu roku są to wyraźne spadki, ale niższe niż oczekiwali analitycy. W rezultacie pomimo 7,8% spadku PKB, inwestorzy potraktowali te dane jako korzystne. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że funt od początku kwietnia jest wyraźnie w odwrocie. Staniał względem złotego ponad 20 groszy. Nie może zatem dziwić, że inwestorzy tylko czekali na okazję do realizacji zysków. W rezultacie dzisiejsze lepsze dane spowodowały skokowy wzrost o 5 groszy ceny funta.

Słabsze sygnały z Indii

Wczoraj na rynek trafiły dwie ważne informacje z Indii. Poznaliśmy odczyty inflacji i produkcji przemysłowej. Ceny rosną w tempie 5,52% przy oczekiwanym poziomie 5,4%. Indie są jednym z nielicznych państw podających zmianę cen z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku. Jest to najwyższy odczyt od trzech miesięcy, ale wcześniej przez niemal rok inflacja znajdowała się w okolicach 7%, zatem nie są to poziomy, które powinny jeszcze niepokoić inwestorów. Większym problemem jest jednak produkcja przemysłowa. Spada ona w ujęciu rocznym już o 3,6%, to szybciej niż oczekiwane przez analityków 3%. Wynikiem tych danych było osłabienie się indyjskiej rupii względem głównych walut.

Kolejne rekordy kryptowalut

Wczoraj po raz pierwszy bitcoin na dłużej zawitał powyżej poziomu 60 000 dolarów. Jak bardzo oddziałuje to na wyobraźnię użytkowników, świadczy fakt, że już dzisiaj pojawiło się przebicie poziomu 62 500 dolarów. Wielu analityków, szczególnie tych bardziej konserwatywnych, zastanawia się, gdzie są granice tego ruchu. Problem w tym, że skoro dopiero wchodzą w to duże banki inwestycyjne, nie bardzo wiadomo, komu opłaca się przecena na tym rynku. W rezultacie wiele podmiotów jest skłonnych podtrzymywać swoimi środkami tę hossę. Nie powoduje to oczywiście gwarancji dalszych wzrostów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Gdzie będą pracować byli górnicy?

Transformacja energetyczna, do której na poważnie zabieramy się w Polsce, pozostawi za sobą poszkodowanych. Będą to górnicy i osoby związane z sektorem wydobywczym – które po wyeliminowaniu węgla z polskiego miksu energetycznego stracą dotychczasowe zatrudnienie. To główny powód, dla którego odejście od węgla zajmuje nam tak dużo czasu. Górnicy, reprezentowani przez swoje związki zawodowe, od lat skutecznie blokują reformę sektora wydobywczego. Tym razem wszystko wskazuje na to, że negocjacje z górnikami się udadzą. Żeby jednak transformacja energetyczna doszła do skutku, i aby była sprawiedliwa społecznie – muszą się pojawić nowe miejsca pracy dla osób, które stracą swoje posady po zamknięciu kopalń. Eksperci widzą potencjał na zatrudnienie dla tych osób w programach, które są już od kilku lat finansowane przez rząd.

– Istniejące rządowe programy wsparcia – na przykład termomodernizacji w programie “Czyste powietrze”, czy odnawialnych źródeł energii w programie “Mój prąd” – zwiększyły dynamikę rozwoju przedsiębiorstw w tych branżach. To pozwala przewidzieć, że sporo osób związanych z branżą górniczą ma szansę odnaleźć nowe miejsce pracy właśnie w tych nowych branżach – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Szpor z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jednak żeby nikt nie pozostał z tyłu, trzeba pamiętać o odpowiednim inwestowaniu w inne sektory, które mogą zapewnić byłym górnikom zatrudnienie. W zależności od struktury gospodarczej regionu, górnicy mają największe szanse na znalezienie pracy w sektorze motoryzacyjnym lub budowniczym. W te branże należy więc inwestować, by powstawały w nich nowe przedsiębiorstwa, oferujące kolejne miejsca pracy – apeluje Szpor.

Doskonałe wyniki sprzedażowe deweloperów na początku 2021 roku

W pierwszym kwartale br., bliskie rekordowym, statystyki sprzedażowe deweloperów notowanych na GPW (rynek podstawowy i Catalyst) mogły zaskoczyć nawet największych i najbardziej niepoprawnych optymistów. Z czego wynika taki stan rzeczy i czego zapowiedzią może być w przewidywalnej przyszłości?

Historia koniunktury zatoczyła pandemiczne koło

Gdy przed ponad rokiem deweloperzy giełdowi zgodnie z oczekiwaniami zakomunikowali bardzo dobre wyniki kontraktacji mieszkań za pierwszy kwartał 2020 r., było już oczywiste, że reguła „jaki pierwszy kwartał, taki cały rok w mieszkaniówce” tym razem nie zadziała.

Rynek deweloperski za sprawą Covid-19 i lockdownu stanął w obliczu koniunkturalnego załamania. Stało się ono faktem w kolejnym II kwartale, kiedy to siłą rzeczy sprzedaż mieszkań z pierwszej ręki tąpnęła o bez mała 70 proc. k/k. Szczęśliwie był to incydent przejściowy, po którym w drugim półroczu rynek przystąpił do mozolnej odbudowy nadwyrężonych statystyk sprzedaży. W efekcie podsumowanie 2020 roku wypadło umiarkowanie optymistyczne z regresem kontraktacji deweloperów rzędu jednej piątej w relacji r/r. W tym stanie rzeczy za kluczowe dla co najmniej średnioterminowych perspektyw rynkowych miały okazać się przedmiotowe dane za I kwartał br.

Nieoczekiwanie okazały się one w wykonaniu deweloperów giełdowych sprzedażowo jednymi z najlepszych w historii rodzimego pierwotnego rynku mieszkaniowego, ustępując pola tylko dwóm kwartałom z rekordowego roku 2017. Kontraktacja z wolumenem rzędu ponad 7 tys. lokali przewyższyła o blisko jedną czwartą wynik z analogicznego okresu roku poprzedniego, zaznaczmy – uznanego powszechnie jako zdecydowanie udany, a więc z poprzeczką bazy zawieszoną wysoko.

W ten sposób rynek w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy pandemii zatoczył swoiste koło od zdecydowanie udanego początku roku ubiegłego, poprzez perturbacje kolejnych pandemicznych miesięcy, do wręcz znakomitego pierwszego kwartału roku bieżącego. Pytanie, czy tego typu sytuacja jest faktycznie powodem do powszechnej radości z powrotu koniunkturalnej prosperity w wielkim stylu.

Coraz więcej czynników windujących popyt

Jest raczej pewne, że za wynikami kontraktacji deweloperów w pierwszych trzech miesiącach br. stoją te same czynniki, które dotychczas, w trakcie koronakryzysu utrzymywały pierwotny rynek mieszkaniowy na powierzchni. Z tą tylko różnicą, że do ultra niskich stóp procentowych dołączył przekaz o planach wprowadzania przez rodzimych bankierów opłat za trzymanie pieniędzy na rachunkach bankowych, a do detalicznych klientów inwestycyjnych deweloperskich biur sprzedaży coraz szerszym frontem dołączają hurtowi inwestorzy instytucjonalni.

Zapewne nie byle jakim i już aktywnym rynkowo czynnikiem propopytowym są też komunikowane ostatnio rządowe plany wprowadzenia dopłat do kredytów mieszkaniowych oraz gwarancji wkładu własnego, tymczasem nie sprecyzowane, ale jak najbardziej realne.Doskonałe wyniki sprzedażowe deweloperów na początku 2021 roku

Zapowiedź hossy na wszystkich frontach

Z początkiem kwietnia br. indeks WIG-Nieruchomości wybił się ponad swój szczyt sprzed pandemicznego załamania z lutego 2020 r., zapewne w reakcji na oczekiwaną poprawę wyników sprzedażowych deweloperów mieszkaniowych. Tym samym powstał bardzo wiarygodny długoterminowy sygnał kontynuacji 9-letniej hossy segmentu nieruchomościowego warszawskiej GPW. Zwyżki kursów akcji tuzów krajowej deweloperki nie są jednak jedynymi aspektami oczekiwanej hossy na rynku nieruchomości.

W okolicznościach euforii zakupowej mieszkań deweloperskich nietrudno przewidzieć kolejną falę wzrostów cen materiałów budowlanych i gruntów inwestycyjnych. Z taką tylko uwagą, że o ile w pierwszym przypadku towaru raczej nie zabraknie, to podaż parceli pod osiedla mieszkaniowe, i tak od dawna pozostawiająca wiele do życzenia, może się po raz kolejny skurczyć w oczekiwaniu na znacznie wyższe ceny w przewidywalnej przyszłości. A to w perspektywie zaledwie kilku kwartałów może grozić dość poważnym i niebezpiecznym zaburzeniem równowagi popytowo-podażowej pierwotnego rynku mieszkaniowego.

W efekcie trwająca już bez mała rok krucha stabilizacja cen mieszkań z pierwszej ręki w kolejnych miesiącach br. najprawdopodobniej będzie zmuszona ustąpić miejsca kolejnej fali wzrostowej. Za takim scenariuszem przemawiają nie tylko argumenty o rosnących kosztach deweloperów, ale też coraz więcej przesłanek o propopytowym charakterze.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Nowe projekty farmowe w portfelu Columbus Energy

Columbus Energy S.A. zwiększa swój udział w rynku farm fotowoltaicznych. Spółka w ostatnich dniach zawarła umowę na rozwój projektów farmowych o łącznej mocy 2 800 MW.

Podpisana przez Columbus Energy S.A. umowa dotyczy współpracy z zewnętrznym partnerem w zakresie różnych grup projektów farm fotowoltaicznych. Wśród nich są zarówno projekty z wydanymi warunkami przyłączenia, jak i te będące na różnym etapie rozwoju, realizowane we współpracy z innymi podmiotami. Na część projektów Columbus posiada wyłączność, a w przypadku jednej grupy ma pierwszeństwo nabycia praw do projektów. Łączna moc omawianych projektów Columbus wynosi ok. 2 800 MW.

– Zgodnie z zapowiedziami, dokonujemy znaczących inwestycji na rynku deweloperów farm fotowoltaicznych – komentuje Janusz Sterna, Wiceprezes Columbus Energy S.A. – Środki na finansowanie budowy farm pochodzą przede wszystkim z emisji Zielonych Obligacji, których kolejną transzę planujemy wyemitować jeszcze w tym kwartale. Wszystkie inwestycje traktujemy długoterminowo i zamierzamy kumulować je na bilansie firmy.

Zgodnie z podpisaną umową, Columbus będzie odpowiedzialny za weryfikację części projektów oraz wsparcie merytoryczne w ich realizacji. Spółka przeprowadzi też badanie prawne, finansowe i techniczne dokumentacji danego projektu oraz sfinansuje opłaty za jego przyłączenie do sieci elektroenergetycznej. Z kolei za zakładanie spółek celowych powołanych do realizacji projektów, pozyskiwanie praw do nieruchomości, dokumentację oraz uzyskanie wszelkich pozwoleń będzie odpowiedzialny partner Spółki.

W ramach zawartej współpracy, Columbus nabył też prawa do 7 projektów instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 7 MW oraz objął 100% udziałów w 5 spółkach, realizujących projekty farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 38 MW. Projekty te projekty posiadają pozwolenia na budowę.

Rząd odpowiada Rzecznikowi MŚP w jakiej sytuacji przedsiębiorcom grozi odebranie wsparcia z tarcz, w przypadku złamania obostrzeń antycovidowych. Konieczne jest prawomocne rozstrzygnięcie

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców 30 listopada 2020 r. zwrócił się do Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii o objaśnienie prawne dotyczące art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19, zwanej potocznie jako „ustawa o dobrym Samarytaninie”. Przepis ten dotyczy skutków ewentualnego naruszania przez przedsiębiorcę ograniczeń, nakazów i zakazów związanych ze stanem epidemii i możliwości odebrania mu z tego tytułu środków pomocowych. Organ, który stwierdzi naruszenie, ma obowiązek poinformować instytucje, które udzielają pomocy o tym fakcie co skutkuje odrzuceniem wniosku przedsiębiorcy albo obowiązkiem zwrotu przez firmę już udzielonej pomocy. Przedsiębiorca ma obowiązek, składając wniosek o pomoc, złożyć pod odpowiedzialnością karną oświadczenie czy naruszył ograniczenia, nakazy i zakazy związanych ze stanem epidemii. Przepis jest tak skonstruowany, że zachodzi niejasność dotycząca momentu stwierdzenia naruszenia: czy następuje to już w momencie ukarania mandatem bądź karą administracyjną, czy w chwili po rozstrzygnięciu definitywnym (prawomocnym i ostatecznym).

W dniu 7 kwietnia 2021 r., Pan Marek Niedużak – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, wydał objaśnienie ww. sprawie. Na szczególną uwagę zasługują trzy zagadnienia wskazane w piśmie.

Pierwszy, który zawiera wytyczne co do sposobu oceny czy w sprawie przedsiębiorca dopuścił się naruszenia ograniczeń, nakazów i zakazów w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej ustanowionych w związku z wystąpieniem stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii, a wskazujący, że „«stwierdzenie naruszenia» powinno następować po przeprowadzeniu wszystkich potrzebnych czynności wynikających i dokonaniu wszechstronnej oceny dowodów (zob. zwłaszcza art. 6, art. 7, art. 7a, art. 77 i art. 81a KPA oraz art. 5 par. 2, art. 6 i art. 7 Kodeksu postępowania karnego w zw. z art. 8 KPSW, art. 95-9 KPSW)”.

Drugi dotyczy momentu, kiedy można byłoby mówić o „stwierdzeniu naruszenia” w rozumieniu art. 23 ustawy antykryzysowej: „W związku z powyższym, w opinii resortu rozwoju, pracy i technologii, argumenty natury systemowej przemawiają za przyjęciem, że «stwierdzenie naruszenia» w rozumieniu art. 23 ust. 1 i 2 ustawy antykryzysowej następuje po rozstrzygnięciu definitywnym (prawomocnym i ostatecznym)”.

Trzeci wreszcie wskazuje na konieczność stosowania zasady in dubio pro libertate: „Przy wykładni tego rodzaju przepisów należy się zaś kierować zasadą in dubio pro libertate, zgodnie z którą, w razie nie dających się usunąć wątpliwości należy przyjąć wykładnię korzystną dla przedsiębiorcy/obywatela (por. art. 11 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców oraz art. 7a KPA)”.

Rzecznik MŚP zwrócił się do Komendanta Głównego Policji, Wojewódzkich Komendantów Policji, Komendanta Stołecznej Policji, Głównego Inspektora Sanitarnego, Dyrektorów Wojewódzkich Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, Dyrektorów Izb Administracji Skarbowej, Dyrektorów Wojewódzkich Urzędów z prośbą o powiadomienie Powiatowych Urzędów Pracy o zapoznanie się z tezami przedstawionymi w objaśnieniach i ich uwzględnienie w celu zapewnienia jednolitego stosowania przepisów prawa.

Dane Ministerstwa Sprawiedliwości: w 2020 r. 13 tys. nowych umów o dożywocie

Z danych resortu sprawiedliwości wynika, że w 2020 roku podpisano łącznie ponad 13 tys. nowych umów o dożywocie, w wyniku których przeniesiono prawo własności nieruchomości w zamian za świadczenia pieniężne lub opiekę.[1] Z szacunków Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że przedmiotem nowych umów zawartych w ubiegłym roku były zatem nieruchomości o wartości ok. 2,7 mld zł.[2] Statystyki prowadzone przez Ministerstwo Sprawiedliwości w większości przypadków dotyczą kontraktów zawieranych indywidualnie np. pomiędzy seniorem a jego sąsiadem. Eksperci podkreślają, że umowy podpisywane przez osoby prywatne, bez doświadczenia i wsparcia profesjonalnych instytucji czy też prawników, mogą być podstawą do nadużyć.

Resort sprawiedliwości od 30 lat gromadzi dane dotyczące umów o dożywocie. W tym okresie podpisano w Polsce blisko 170 tys. aktów notarialnych (dotyczących nieruchomości rolnych i nierolniczych) na mocy których przeniesiono prawo własności do nieruchomości w zamian za świadczenia pieniężne lub opiekuńcze. Rokrocznie liczba umów o dożywocie rośnie. W latach 2000-2010 podpisano blisko 43 tys. umów o dożywocie, ale w kolejnym dziesięcioleciu było ich już 98 tys. Największe wzrosty zanotowano m.in. w roku 2008 (54,9 proc. względem roku poprzedniego), 2011 (23,6 proc.) oraz 2015 (27,3 proc.).

– Na przestrzeni lat liczba umów dotyczących nieruchomości nierolniczych zaczęła gwałtownie rosnąć, a proporcja pomiędzy kontraktami dot. nieruchomości rolnych i nierolniczych uległa diametralnej zmianie. Spójrzmy chociażby na dane z roku 2000, w którym podpisano 1902 umów o nieruchomości rolne i 1143 umowy o nieruchomości nierolnicze. A teraz przyjrzyjmy się dysproporcji, która zaistniała w roku 2020. Liczba tych pierwszych umów to 1950, ale liczba drugich, czyli dotyczących nieruchomości nierolniczych to aż 11 536. To pokazuje dobitnie, że obecny stan prawny, mimo niedoskonałości, musi nadążać za rosnącym popytem na rentę dożywotnią – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. W tej chwili większość umów o dożywocie opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego, które obowiązują w polskim prawie, ale Rząd powinien stworzyć odrębne, dedykowanej tej usłudze przepisy, dlatego że te już istniejące były tworzone ponad pół wieku temu zupełnie w innym celu.

– Profesjonalny rynek hipoteki odwróconej oraz wszyscy seniorzy zasługują na dedykowane tej usłudze przepisy, które będą gwarantować im większe bezpieczeństwo zarówno na etapie doradztwa, wyliczeń dotyczących wysokości renty dożywotniej jak i samej umowy. Wciąż słyszymy w mediach o nadużyciach i wyłudzeniach w tych obszarach, co nigdy nie powinno mieć miejsca – dodaje Robert Majkowski.

Profesjonalna branża ma 1 proc. udziału w rynku

Dysproporcje dotyczą nie tylko nieruchomości rolnych i nierolniczych. Okazuje się, że profesjonalna branża zrzeszona w Związku Przedsiębiorstw Finansowych przez ostatnie dziesięć lat podpisała mniej niż 1000 umów renty dożywotniej, a to daje mniej niż 1 proc. udziału we wszystkich umowach notowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Robert Majkowski twierdzi, że Polacy są bardzo zainteresowani samą rentą dożywotnią, ale wciąż nie ufają instytucjom finansowym i wolą podpisać umowę z kimś znajomym, aniżeli z firmą. – Z nieoficjalnych informacji płynących z notariatu wynika, że co piąta tego typu umowa jest unieważniana. To bardzo duży odsetek, ale też pewien paradoks. Umowy profesjonalnych funduszy hipotecznych są obwarowane przepisami Kodeksu Cywilnego oraz Zasadami Dobrych Praktyk ustanowionymi w ramach Związku Przedsiębiorstw Finansowych, czyli instytucji zrzeszającej największe fundusze hipoteczne w Polsce. Mimo to seniorzy wybierają kontrakty z sąsiadem, rehabilitantem, księdzem, znajomą osobą lub kimś z dalszej rodziny, kto nie zawsze, mimo dobrych chęci, będzie w stanie unieść zobowiązanie finansowe polegające na wypłacaniu określonych środków pieniężnych lub świadczenia pomocy dla seniora przez 20 czy 30 lat – mówi Robert Majkowski.

Popyt będzie coraz większy. Nowe przepisy są niezbędne

W ostatnich latach obserwujemy stały i sukcesywny wzrost liczby umów o dożywocie na poziomie 8-9 proc. rocznie, co potwierdzają dane resortu sprawiedliwości. W roku 2019 wzrost ten wynosił 11,5 proc. a w 2020 było to 6,8 proc. – Analizując dynamikę wzrostów w ostatnich latach możemy prognozować, że w 2021 roku liczba takich umów będzie większa o ok. 13 proc. w stosunku do roku 2020. Trzeba podkreślić z całą stanowczością, że rynek ten nadal będzie rósł bardzo dynamicznie. Polski system emerytalny będzie coraz mniej wydolny. Zmiany demograficzne, kryzys gospodarczy wywołany pandemią, coraz mniejsza liczba młodych osób pracujących w oparciu o stałą umowę o pracę i wiele innych czynników będą pogłębiać tę niewydolność. Coraz większa liczba seniorów będzie widzieć w hipotece odwróconej, w umowie o dożywocie lub umowie renty nadzieję na to, by niewystarczające świadczenia pieniężne otrzymywane od Państwa były uzupełniane dodatkowymi środkami– mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. To powoduje, że nowe przepisy dedykowane rencie dożywotniej są konieczne. Wykres_Liczba nowych umów o dożywocie zawartych w PL od 1991 r.

[1] Dane Ministerstwa Sprawiedliwości, akty notarialne w latach 1991-2021. Źródło:
https://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/opracowania-wieloletnie/download,2853,1.html

[2] 13 486 umów w 2020 roku * 200 000 zł = 2,69 mld. zł wg szacunków FH DOM

Jak w sześciu krokach zaprojektować skuteczny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta?

Gminy nadal odpowiedzialne za zbiórkę odpadów opakowaniowych, ale zwolnione z kosztów  gospodarowania nimi, przeniesienie kosztów recyklingu opakowań i odpadów tego typu na producentów i scentralizowany system kaucyjny. To tylko niektóre z kroków, które według raportu Eunomia Research&Consulting, przygotowanego na zlecenie TOMRA, powinna podjąć Polska, aby wdrożyć efektywny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP). Eksperci sięgają po najlepsze doświadczenia z europejskich rynków i pokazują, jak zaprojektować ROP, by była to transakcja „win-win-win” – korzystna dla konsumentów, producentów i samorządów. Raport nie pozostawia złudzeń: jedynie właściwe rozwiązania organizacyjne pozwolą nam na efektywną realizację unijnych celów recyklingu oraz dyrektywy Single Use Plastics.

Polska, podobnie jak wiele innych krajów członkowskich UE, musi dostosować swój aktualny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta do nowych wymogów unijnych. Polski rząd pracuje w tym momencie nad wdrożeniem nowych przepisów prawa w tym zakresie. – Projektując ROP musimy patrzeć nie tylko na aktualne cele recyklingu na rok 2023. Pod uwagę trzeba wziąć również te, które będziemy musieli osiągnąć w kolejnej perspektywie, za kilka czy kilkanaście lat – podkreśla Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA. To ostatni dzwonek, by podjąć konkretne decyzje legislacyjne w tej sprawie. Do wdrożenia rozwiązań niezbędne jest przygotowanie wszystkich uczestników rynku, co w polskich warunkach zajmie co najmniej kilkanaście miesięcy.

Autorzy raportu przeanalizowali rozwiązania wykorzystywane z powodzeniem w kilku krajach europejskich. Przeprowadzili również warsztaty z przedstawicielami polskich gmin i producentów, aby dokładnie poznać specyfikę naszego kraju. Biorąc pod uwagę uzyskane informacje, a także wykorzystując swoje doświadczenie w projektowaniu systemów ROP oraz wiedzę na temat nowych regulacji, Eunomia zaproponowała zmiany w sześciu kluczowych obszarach, gwarantujące efektywne wdrożenie przepisów unijnych do polskiego prawa.

Po pierwsze – zbiórka

Zdaniem autorów raportu, gminy nadal powinny pozostać podmiotem odpowiedzialnym za zbiórkę odpadów opakowaniowych, jednak zostać zwolnione z kosztów gospodarowania tymi odpadami, w tym zapewnienia ich recyklingu. Istniejąca obecnie w Polsce infrastruktura i procesy udzielania zamówień są w stanie zapewnić wydajny i skuteczny system zbiórki. – Dyrektywy UE wymagają, aby przepisy krajowe nakładały pełne koszty recyklingu opakowań na producentów – mówi Andy Grant, Technical Director w Eunomii i jeden ze współautorów raportu. – Polskie prawo powinno jednak wskazywać, że dotyczy to tylko kosztów niezbędnych, aby gmina mogła prowadzić lub zakontraktować skuteczną i efektywną kosztowo usługę.

Po drugie – sortowanie

Eksperci Eunomii nie mają wątpliwości, że odpowiedzialność za sortowanie również powinna spoczywać na gminach, jednak pod pewnymi warunkami. Gminy miałyby możliwość rezygnacji z obowiązku sortowania, a wówczas przechodziłby on na organizację producentów, powiadomionych o tym z odpowiednim wyprzedzeniem. – Od podmiotów prowadzących zbiórkę należałoby wymagać dostarczania do sortowni odpadów o określonej minimalnej jakości, pod rygorem pomniejszenia płatności w przypadku niedotrzymywania wymaganego standardu. Z kolei sortownie musiałyby dostarczać, jako surowiec wtórny, materiały o jakości nadającej się do dalszego przerobu – wyjaśnia Andy Grant. – Taki system będzie odpowiednią zachętą dla producentów do modyfikowania opakowań w łańcuchu dostaw, a także rozwoju infrastruktury recyklingu.

Co ważne, polityka zamówień publicznych powinna mieć na celu wypracowanie z czasem efektywnej infrastruktury sortowania, o odpowiedniej skali i zasięgu geograficznym. Eksperci Eunomii podkreślają także, że własność recyklatów powinna należeć do producentów. Jeśli właścicielem recyklatu pozostaną gminy, trudno bowiem będzie stworzyć spójną krajową strategię inwestowania w infrastrukturę do ponownego przetwarzania.

Po trzecie – nadzór

Za recykling pozyskanych w ten sposób surowców wtórnych powinna odpowiadać jedna organizacja producentów. Autorzy raportu podkreślają, że w idealnym scenariuszu, za koordynację – w imieniu wszystkich polskich producentów – odpowiadałby jeden podmiot non-profit. Organizacja ta musiałaby podlegać regularnym audytom (zarówno pod względem finansowym, jak i tonażowym), aby uniknąć nadużyć i stale poszukiwać skutecznych dla osiągnięcia celów umów.

Po czwarte – koszty i zakres

Unijny pakiet odpadowy wymaga, aby zasada pełnego odzyskiwania kosztów netto obejmowała wszystkie opakowania. Z związku z tym, Polska powinna przerzucić koszty unieszkodliwiania frakcji tego typu odpadów na producentów. Wariant ten zachęcałby do dalszego sortowania odpadów opakowaniowych z odpadów resztkowych, co będzie konieczne do osiągnięcia przyszłych celów recyklingu odpadów komunalnych. Tym samym konsumenci nie będą już płacić za recykling opakowań poprzez opłaty dla gmin, bo koszt ten zostanie opłacony bezpośrednio przy zakupie danych produktów – tłumaczy Anna Sapota z TOMRA. – W ten sposób oddajemy decyzję w ręce konsumenta, bo to on sam, przez własne wybory, będzie miał wpływ na to, ile i jakich opakowań zostanie wprowadzonych na rynek i jakie opłaty w związku z tym będzie ponosił.

Zakres kosztów, które mają być ponoszone przez producentów, zostałby rozszerzony poza wymogi prawne — o pozycje, do których zachęca (choć nie zobowiązuje) dyrektywa ramowa o odpadach. Dotyczy to w szczególności kosztów gospodarowania pozostałymi opakowaniami wysortowanymi z odpadów resztkowych oraz kosztów uprzątnięcia wszystkich porzuconych opakowań z przestrzeni publicznej, nie tylko opakowań jednorazowego użytku z tworzyw.

Po piąte –  ekomodulacja stawek opłat producentów w ramach ROP

Ekomodulacja stawek opłat uiszczanych przez producentów powinna odzwierciedlać zarówno koszty recyklingu (w przypadku opakowań łatwo poddawanych przetwarzaniu), jak i możliwość recyklingu różnych opakowań objętych systemem. Sumę uiszczonych opłat należy przeznaczyć na pokrycie kosztów, które system ma obejmować.

Po szóste – system kaucyjny

Zgodnie z unijną dyrektywą Single Use Plastics, do 2025 roku państwa członkowskie muszą osiągnąć określone poziomy selektywnej zbiórki opakowań plastikowych po napojach – odpowiednio 77% w 2025 roku i 90% w ciągu kolejnych dwóch lat. Autorzy raportu uważają, że najwłaściwszą drogą dla osiągnięcia tych celów jest scentralizowany system kaucyjny. – Należy z całą mocą podkreślić, że systemu kaucyjnego i ROP nie można traktować rozłącznie, nie są one też systemami alternatywnymi w stosunku do siebie, ale komplementarnymi. System kaucyjny jest formą systemu ROP – zauważa Andy Grant. – Co ważne, nie da się „przełączyć” istniejącego systemu na nowe warunki bez okresu przejściowego. Dlatego im wcześniej zostaną w Polsce podjęte konkretne decyzje legislacyjne, tym dłuższy będzie okres na dostosowanie się oraz tym mniej problematyczny i kosztowny będzie proces przejścia.

Zdaniem ekspertów Eunomii, dobrze funkcjonujący system kaucyjny to doskonałe narzędzie do zwiększania poziomów recyklingu. Z tego względu rekomendują oni wykorzystywanie tej metody tak często, jak to możliwe, nie tylko dla opakowań plastikowych, ale też np. puszek aluminiowych czy butelek szklanych.

Liczy się tylko zdanie prezesa

Główne rynki przebrnęły przez poniedziałkową sesję w ciasnych zakresach wahań w oczekiwaniu na wydarzenia kolejnych dni. W nocy nieco ożywienia wprowadził James Bullard z Fed komentarzami odnośnie procesu redukcji skupu aktywów. Dziś w kalendarzu niemiecki ZEW i CPI z USA.

Umiarkowana aprecjacja dolara ujawnia się podczas wtorkowego handlu po wczorajszym bezkierunkowym przebiegu sesji. Zmiana na korzyść USD bierze się z komentarzy szefa oddziału Fed w St. Louis Jamesa Bullarda. Bullard powiedział, że choć obecnie jest za wcześnie na rozmowę o zmianach w polityce pieniężnej, to zaszczepienie 75-80 proc. społeczeństwa pozwoliłoby na rozpoczęcie debaty o redukcji tempa skupu aktywów. Dodał jednak, że decyzję o zainicjowaniu dyskusji pozostawia prezesowi Powellowi. Dwa wnioski wynikają z tej wypowiedzi. Po pierwsze według obecnych trendów wskazany poziom zaszczepienia Amerykanów może zostać osiągnięty na przełomie czerwca i lipca. To dość bliski termin w porównaniu z komentarzami prezesa Powella, że obecnie nie ma nawet dyskusji o tym, kiedy zacząć dyskusję o redukcji tempa aktywów. Ale jak wskazał sam Bullard, oprócz warunku ilościowego istotna jest decyzja samego prezesa Fed. Ponadto nie ma z góry określonego okresu czasu między startem debaty nad redukcja QE, a momentem zmniejszenia miesięcznych zakupów. Naturalnie niektórzy uczestnicy rynku mogą spróbować zbudować na tych przesłankach silniejszą argumentację dla wzrostu rentowności i pociągnięcia za tym dolara, ale bez jasnego zwrotu w stanowisku prezesa Powella wyprzedzające ruchy rynkowe wydają się bezcelowe.

Komentarz Bullarda ponadto oznacza, że należy przywiązywać mniejszą wagę do jakichkolwiek jastrzębich komentarzy płynących ze strony prezesów regionalnych oddziałów Fed. Dziś w kalendarzu dużo wystąpień członków FOMC, w tym przedstawicieli jastrzębiego skrzydła: Barkin, Mester, Bostic. Większe znaczenie maja teraz słowa prezesa Powella, który będzie przemawiał jutro w Economic Club w Waszyngtonie. Utrzymanie przez szefa Fed nacisku na wspieranie gospodarki akomodacyjną polityką i przypominanie o ryzykach dla wzrostu powinno tonować zapędy dolarowych byków.

Pozostaje jeszcze reakcja USD na dane z USA, a te publikowane w nadchodzących dniach powinny być silne. Dziś inflacja CPI mocno przyspieszy (prog. 0,5 proc. m/m) dzięki efektom bazy, z których Fed zdaje sobie sprawę i zbagatelizuje w dyskusji o zagrożeniach ucieczki inflacji. Marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej (czwartek). Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa (czwartek) wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Silne dane będą podkreślać wyjątkowość ożywienia USA i kontrastować z borykającą się z trzecią falą strefą euro. Jest to ryzyko, które może zatrzymać EUR/USD pod 1,19. Przeciwwagą może być niemiecki indeks ZEW, gdzie wskaźnik oczekiwań powie więcej o perspektywach gospodarki w kolejnych miesiącach. Silna pozycja przemysłu, który z jednej strony korzysta na globalnym ożywieniu, a z drugiej w mniejszym stopniu jest dotknięty restrykcjami, powinien zapewniać dalszy wzrost indeksu.

Złoty osłabia się we wtorek razem z innymi walutami regionu. Niezdecydowany handel na rynkach globalnych odbiera pozytywny impet z rynków wschodzących i przynosi techniczną korektę. Możemy obserwować więcej wahań EUR/PLN w trendzie bocznym 4,52-4,55 z większym odchyleniami pod dyktando sygnałów z rynków zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy w czasie pandemii nie chcą obniżać wynagrodzeń

W czasie pandemii COVID-19 polskie firmy wolały ograniczać koszty pozapłacowe i inwestycje niż obniżać wynagrodzenia – wynika z „Badania Polskiej Przedsiębiorczości” zleconego przez inFakt agencji ARC Rynek i Opinia. Wśród małych firm co piąta zdecydowała się podnieść płace.

Szanse i ograniczenia

Podstawowym działaniem, jakie w celu zrównoważenia budżetu w czasie pandemii podjęły zarówno mikroprzedsiębiorstwa jak i małe firmy, były redukcje kosztów (57% mikro i 62% małych przedsiębiorców) oraz ograniczenie inwestycji (35% mikro i 49% małych). – Przedsiębiorcy w czasie pandemii bardzo niechętnie szukali oszczędności, które miałyby bezpośrednio dotknąć ich pracowników – zwraca uwagę Piotr Nawrocki z firmy inFakt, kierownik badania. – Znacznie częściej poszukiwano możliwości na ograniczenie kosztów pozapłacowych. Badani wskazywali, że czują odpowiedzialność za swój personel i widać to także po planowanych na 2021 rok działaniach 38% firm chce nadal obniżać koszty, ale za wyjątkiem płac.

Rzeczywiście, obawy o powszechne zwolnienia i obniżki wynagrodzeń na szczęście się nie sprawdziły. Zarówno 80% mikro jak i małych firm przynajmniej utrzymało dotychczasowy poziom płac. Co więcej, 22% małych przedsiębiorstw zdecydowało się na przyznanie podwyżek, a 18% zwiększyło poziom zatrudnienia.

Część firm deklarowała ograniczenie inwestycji (35% mikro i 49% małych) oraz konieczność wycofania się z niektórych rynków, spowodowaną m.in. zamknięciem granic (odpowiednio: 24% i 27%), ale też widoczny odsetek ankietowanych poszukiwał nowych możliwości rozwoju firmy w czasie pandemii. I tak: 19% mikroprzedsiębiorstw oraz 16% małych firm rozpoczęło działalność w nowych obszarach. Mikroprzedsiębiorstwa częściej decydowały się na dodatkowe inwestycje, ale za to małe firmy częściej wchodziły na nowe rynki.

Niestety dla części firm lockdown i utrata przychodów oznaczały konieczność czasowego zawieszenia działalności. Na taki krok zdecydowało się 14% mikroprzedsiębiorców oraz tylko 4% małych.

Firma w internecie, czyli nie tylko praca zdalna

Pandemia spowodowała też, że firmy na bezprecedensową skalę przenosiły niektóre obszary swojej działalności do internetu. Najbardziej widocznym przykładem jest skokowy wzrost popularności pracy zdalnej, ale nie jest to oczywiście jedyny aspekt funkcjonowania przedsiębiorstw, który trafił do przestrzeni wirtualnej.

W „Badaniu Polskiej Przedsiębiorczości” 37% ankietowanych przyznało, że w ich firmach zwiększył się stopień funkcjonowania online, a najczęściej dotyczyło to utrzymywania kontaktów z kontrahentami oraz klientami (63% wszystkich badanych), komunikowania się z urzędami państwowymi (51%) oraz prowadzenia transakcji handlowych (46%). Sytuacja pandemiczna skłoniła także 27% przedsiębiorstw do przeniesienia księgowości do internetu.

Polacy są przedsiębiorczy i kreatywni, potrafią działać w niekorzystnych warunkach i pomimo trudności szybko adaptować się do zmian, o czym świadczy choćby błyskawiczne przejście w wielu firmach na pracę zdalną oraz przenoszenie kolejnych obszarów działania do internetu – podkreśla Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt. – Widać to również po odsetku firm, które odważnie planują rozpoczęcie działalności w nowych obszarach.

Warto podkreślić, że przedsiębiorstwa mają zamiar aktywnie działać także w 2021 roku, aby odpowiednio się zabezpieczyć. 50% badanych firm zamierza w tym roku zwiększyć liczbę nowych klientów, 18% chce zainwestować w rozwiązania, które zapewnią im przewagę konkurencyjną, a 11% – znaleźć inwestora.

Kondycja sektora hotelowego po 12 miesiącach epidemii COVID-19

Sektor hotelowy, obok sektora handlowego, jest jednym z obszarów najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Od roku działalność hoteli przypomina falę sinusoidalną: naprzemiennie tymczasowo zamykane i otwierane dla określonych grup. Kolejne obostrzenia rządu, ograniczenia w przemieszczaniu się zarówno w ramach granic Polski, jak i podróży międzynarodowych oraz brak możliwości wcześniejszego zaplanowania urlopów czy wyjazdów służbowych, wpłynęły na drastyczne spadki poziomu obłożenia pokoi w obiektach hotelowych.

12 miesięcy z życia sektora hotelowego

Pierwsze negatywne konsekwencje epidemii COVID-19 dla polskiego rynku turystycznego pojawiły się 14 marca 2020 roku. Próby opanowania rozprzestrzeniającej się pandemii wiązały się z zamknięciem granic dla nierezydentów, drastycznym zmniejszeniem liczby międzynarodowych lotów i połączeń kolejowych, ograniczeniem funkcjonowania hotelowych części gastronomicznych i rozrywkowych, a w konsekwencji czasowym zakazem prowadzenia działalności hotelarskiej z pewnymi wyjątkami, m.in. udzielanie noclegów osobom objętym kwarantanną czy wykonującym zawody medyczne.

Batalia o powrót do względnie stabilnej sytuacji trwała do 4 maja 2020 roku, kiedy podjęto decyzję o ponownym otwarciu obiektów hotelowych w warunkach ścisłego reżimu sanitarnego. Przyniosło to jedynie nieznaczną poprawę sytuacji w sektorze, co było efektem braku możliwości planowania wyjazdów w dłuższej perspektywie czasu i tym samym zdecydowanie mniejszego ruchu turystycznego.

Kolejne zamknięcie hoteli dla turystów nastąpiło jesienią. W wyniku ponownego nagłego wzrostu zakażeń COVID-19 ograniczono działalność obszarów rozrywki ściśle powiązanych z biznesem hotelowym, takich jak baseny, siłownie, aquaparki. W dalszym ciągu negatywny wpływ na wyniki operacyjne hoteli miał znikomy udział popytu biznesowego z segmentu tak zwanego przemysłu spotkań (MICE), dla którego szczyt popularności przypadał w ubiegłych latach na miesiące jesienne. Od 7 listopada z noclegów w hotelach mogli korzystać jedynie goście podróżujący służbowo, sportowcy w trakcie zgrupowań i zawodów, osoby wykonujące zawody medyczne oraz pacjenci i ich opiekunowie. Hotelarze z niepokojem spoglądali w przyszłość z uwagi na zbliżający się okres świąteczny i późniejsze ferie, które zwłaszcza dla regionów turystycznych były niezwykle istotne w skali roku. Ich obawy okazały się słuszne, gdyż ogłoszona trwająca od 28 grudnia do 17 stycznia narodowa kwarantanna pokrzyżowała plany stęsknionych wypoczynku Polaków. Sezon zimowy i kolejne miesiące w regionach górskich nie  zrekompensowały  hotelarzom utraconych zysków z uwagi na kolejne ograniczenia, które objęły cały kraj i zaczęły obowiązywać od 20 marca 2021 roku.

Kondycja sektora hotelowego

Dynamicznie zmieniająca się sytuacja oraz związana z tym niepewność skutkowały opóźnieniami w rozpoczynaniu prac nad nowymi inwestycjami hotelowymi oraz wstrzymaniem kilkunastu budów, które były efektem utrudnionego finansowania przez instytucje bankowe.

„Pomimo sygnałów napływających na początku 2020 roku, iż banki rozważają wstrzymanie wycen hoteli do 2021, liczba zleceń na wyceny nie spadła w stosunku do lat poprzednich. Zlecenia w ciągu ostatnich miesięcy dotyczyły przede wszystkim aktualizacji wartości obiektów, na które udzielone już było finansowanie. Wycena tego typu nieruchomości w obecnej sytuacji jest bardzo skomplikowana ze względu niepewność prognoz i stale zmieniające się obostrzenia, niemniej banki oczekują aktualizacji wartości. Kluczem jest tutaj ostrożna prognoza na rok obecny i kolejne lata. Ryzyko poprawności szacunków i odzwierciedlenie sytuacji na rynku hotelowym uwzględniamy w wyższej stopie dyskonta,” – komentuje Małgorzata Krzystek, Dyrektor w Dziale Wycen w Knight Frank.

„Turbulencje sektorowe będące następstwem czasowego zamykania i otwierania obiektów hotelowych w wyniku administracyjnych obostrzeń miały decydujący wpływ na znaczący spadek jego dynamiki wzrostu. Na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało 2 971 hoteli, co stanowiło 0,68% wzrost w ciągu całego roku, a dla porównania średnie tempo przyrostu liczby obiektów w latach 2017-2019 wynosiło prawie 4% rocznie. Ponad dwukrotnie spadło również tempo wzrostu liczby pokoi hotelowych, które w 2020 roku osiągnęło wartość 2,1%, podczas gdy w analogicznym okresie wyniosło 5% r/r.

Wyraźne spadki odnotowano również w obłożeniu pokoi w obiektach, które na koniec ubiegłego roku według danych GUS wyniosło średnio 29,6%, co było rekordowo niskim wynikiem dla polskiego sektora hotelowego. Zmianę widać szczególnie w porównaniu do poziomu wskaźnika obłożenia z lat 2016-2019, który to był stabilny i kształtował się średnio na poziomie 52,3%. Bezpośredniej przyczyny tak znaczących spadków wyników operacyjnych hoteli należy upatrywać w ponad dwukrotnie mniejszej względem średniej z lat 2016-2019 liczbie turystów korzystających z oferty hotelowej, która na koniec listopada ubiegłego roku wyniosła 10 765 218 osób, co bezpośrednio wynikało z ograniczeń w podróżowaniu. W poprzednich latach goście z zagranicy stanowili średnio około 26% wszystkich korzystających z hoteli, natomiast według danych GUS od stycznia do listopada 2020 roku wartość ta spadła do 14%, osiągając w maju i czerwcu rekordowo niskie średniomiesięczne wartości – odpowiednio 6% i 8%,” – dodaje Lidia Zawiła, Młodszy Konsultant w Dziale Badań Rynku w Knight Frank.

„Tempo powrotu do zadowalających przychodów będzie wyglądało inaczej w różnych segmentach rynku hotelowego. Najszybciej do wyników z 2019 roku powinny powrócić hotele ekonomiczne i resortowe, które w sytuacji kiedy mogą być otwarte nie odnotowują większych problemów z obłożeniem. W związku z oczekiwaną zmianą struktury gości, spadku popytu ze strony klientów zagranicznych, jak i podróży biznesowych, hotele zlokalizowane w dużych miastach, z dużym komponentem konferencyjnym, a w szczególności hotele z sektora 4*- 5*, znajdują się w najtrudniejszej sytuacji. Niemniej rynek wewnętrzny jest na tyle silny, że w dłuższym okresie nie powinno przełożyć się to na drastyczny spadek obłożenia.

Jak wiadomo rynek turystyczny szybko podnosi się po kryzysie i nie jest on teraz mniej atrakcyjny dla inwestorów. Pandemię traktujemy jako wydarzenie jednorazowe, a nie stałą mającą wpływ na rynek w bardzo długim okresie. Odnotowano spadki wartości, ale szacunki przychodów przyjmujemy ostrożniej tylko na najbliższe 2-3 lata, a cała prognoza na potrzeby wycen ma zazwyczaj lat 10 i nie prowadzi to do spadków rzędu kilkudziesięciu procent. W okresie pandemii nie odnotowano transakcji w obszarze nieruchomości hotelowych na rynku instytucjonalnym. Obserwowane jest duże zainteresowanie segmentem ze strony inwestorów stosujących strategie oportunistyczne, niemniej właściciele pomimo trudności nie decydują się na sprzedaż hoteli po znacznie obniżonych cenach,” – wyjaśnia Małgorzata Krzystek.

Analogicznie do sektora handlowego, na rynku hotelowym oczekuje się wzrostu stóp kapitalizacji o 100 bps. W rezultacie można się spodziewać, że najlepsze aktywa w Warszawie będą wyceniane przez inwestorów na 6%.

FPP: Zielona infrastruktura konieczna w Polsce

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) proponuje, by rząd wprowadził dedykowane pożyczki dla Jednostek Samorządu Terytorialnego, spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot mieszkaniowych, właścicieli parkingów na budowę stacji ładowania samochodów elektrycznych typu PlugIn wraz z niezbędną infrastrukturą oraz dokumentacją.

Proponowane parametry:

  • Oprocentowanie pożyczki 0%
  • Dotacja do realizowanej inwestycji wysokości 50%
  • Maksymalna kwota do 200 tys. złotych
  • Okres finansowania do 6 lat
  • Prosty i szybki proces ubiegania się o pożyczkę

„Infrastruktura pozwalająca w odpowiednim punkcie „zatankować” elektryczne auto jest w Polsce w początkowej fazie rozwoju, a zasięg przeciętnego auta elektrycznego nie przekracza 300 kilometrów. Dla większości użytkowników pozostaje więc korzystanie z takiego samochodu w dużym mieście. Co prawda, wraz ze wzrostem liczby pojazdów rozwija się również ogólnodostępna infrastruktura ładowania, ale nadal punktów ładowania jest za mało. Pod koniec marca 2020 w Polsce funkcjonowało 1114 stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 067 punktów). 31% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 69% wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W ciągu ostatniego miesiąca zainstalowano 21 nowych stacji. W związku z obowiązkami nałożonymi na Jednostki Samorządu Terytorialnego przez Państwo Ustawą z dnia 11.01.2018 roku o „Elektromobilności i paliwach alternatywnych” dotyczącymi budowy infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych spodziewany jest duży wzrost tego typu inwestycji” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Ponadto FPP proponuje, by w związku z zapotrzebowaniem małych i średnich firm na niskoemisyjną flotę transportową utworzyć fundusz dedykowanych pożyczek na zakup samochodów elektrycznych, samochodów hybrydowych Plug In, samochodów hybrydowych, samochodów wodorowych. Głównymi odbiorcami byliby taksówkarze, małe i średnie firmy transportowe oraz firmy wykorzystujące środki transportu do bieżącej działalności (cukiernie, kwiaciarnie, sklepy spożywcze, apteki, itd.).

Na rynku zostaje tylko jeden Business Link

Od kwietnia br. z nazwy Business Link korzystać będzie już wyłącznie operator powierzchni elastycznych należący do Grupy Skanska. To kolejny element budowy strategii marki w regionie CEE, który rozpoczął się w 2017 roku, wraz z przejęciem przez szwedzką firmę.

Spółka Business Link zadebiutowała na rynku w 2014 roku jako startup oferujący młodym przedsiębiorcom dostęp do nowoczesnej infrastruktury biurowej z kompleksowym zapleczem, w postaci biur coworkingowych, sal konferencyjnych czy przestrzeni kuchenno-sanitarnej. Stała się tym samym jednym z prekursorów branży coworkingowej nad Wisłą, która w kolejnych latach przeżyła dynamiczny rozwój i na zawsze zmieniła oblicze polskiego rynku biurowego.

Od kwietnia 2017 roku właścicielem Business Link jest Grupa Skanska, która przejmując spółkę od Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości istotnie zdywersyfikowała swoje portfolio nieruchomościowe. Uzupełniła je tym samym o elastyczną i kreatywną przestrzeń biurową dostępną przez całą dobę i 7 dni w tygodniu w 5 miastach: Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu i czeskiej Pradze. W pierwotnym założeniu Business Link pozycjonował się jako nowoczesna przestrzeń biurowa, ukierunkowana do głównych motorów polskiej gospodarki – małych i średnich przedsiębiorstw, ze szczególnym uwzględnieniem startupów. Przez ostatnie cztery lata spółka, podobnie jak cały polski rynek biurowy, przeszła jednak ogromną ewolucję. Miejsce coworków, coraz mocniej zaczęły wypierać przestrzenie elastyczne, a w portfolio zamiast startupów, przybywać zaczęło dużych firm i największych globalnych korporacji. – Rosnąca popularność elastycznego najmu powierzchni biurowych widoczna jest na rynku już od dłuższego czasu, a trwająca pandemia jedynie potwierdziła efektywność tego rozwiązania. Decydując się na przestrzeń flex najemcy przede wszystkim optymalizują koszty. Magnesem są dla nich również krótkoterminowe umowy, w ramach których w dowolnym momencie firmy mogą zwiększyć lub zredukować użytkowaną powierzchnię, dostosowując ją do aktualnych potrzeb biznesowychpodkreśla Maciej K. Król i dodaje, że w najbliższych latach to właśnie przestrzenie typu flex odegrają kluczową rolę w rozwoju spółki. – Rynek biurowy najprawdopodobniej już nigdy nie wróci do „starej normalności”, w której kluczową rolę odgrywały przestrzenie coworkingowe. Przyszłość stoi pod znakiem mądrego i efektywnego zarządzania miksem biurowym, w postaci połączenia najmu długo- i krótkoterminowego. Dlatego już od dłuższego czasu oferta Business Link, w staje się integralną częścią korowej oferty Grupy Skanska, po którą klienci sięgają równolegle, a nie w ramach alternatywypodsumowuje Maciej K. Król.

Wartość gotówki i inwestycji Grupy INC wzrosła o 8,5 mln zł w Q1 2021

Wartość gotówki i inwestycji Grupy INC wzrosła o 8,5 mln zł
w I kwartale 2021 r.

Grupa kapitałowa INC, specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów, opublikowała wybrane szacunkowe dane finansowe na koniec I kwartału 2021 r. Według szacunków Grupa na koniec marca br. posiadała 46,2 mln zł w środkach pieniężnych i inwestycjach krótkoterminowych. Względem końca 2020 r. jest to wzrost o 8,5 mln zł. Istotna poprawa wyników i dynamiczny rozwój to efekt konsekwentnej realizacji strategii rozwoju Grupy oraz efektywnego wykorzystania sprzyjającego otoczenia rynkowego. Celem Grupy INC jest pozyskanie dla klientów kilkudziesięciu mln zł w II kwartale.

W minionym kwartale wzrosła zarówno pozycja gotówkowa (+1,2 mln zł, do 9,6 mln zł na koniec marca br.), wartość rynkowa akcji notowanych (+5,2 mln zł, do 29,9 mln zł), jak i wartość bilansowa papierów wartościowych i udziałów nienotowanych (+2,1 mln zł, do 6,7 mln zł).

– W I kwartale 2021 r. kontynuowaliśmy dynamiczny, ale zrównoważony biznesowo wzrost. Zwiększenie wartości aktywów wynika zarówno z wzrostu kursów spółek notowanych, debiutów ubiegłorocznych inwestycji funduszu Carpathia Capital, jak i dodatnim przepływom z bieżącej działalności operacyjnej. Warto podkreślić, że wzrosła wartość posiadanej gotówki przez Grupę INC i to pomimo dokonania 7 nowych inwestycji za kwotę 1,2 mln zł. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes zarządu INC S.A.

Model biznesowy Grupy opiera się o działalność w trzech obszarach biznesowych: usługi doradcze, oferowanie instrumentów finansowych oraz inwestycje na rynku kapitałowym. Alternatywne spółki inwestycyjne z Grupy INC (INC Private Equity oraz Carpathia Capital) inwestują przede wszystkim w spółki z obszaru tzw. nowej ekonomii w tym m.in. spółki technologiczne, gamingowe, biotechnologiczne oraz OZE.

Grupa INC ma ambitne plany na cały 2021 r. W ciągu bieżącego roku chce wprowadzić na giełdę około 20 spółek. Dotychczas w 2021 r. INC S.A. jako autoryzowany doradca w debiutach na NewConnect wspierała 3 spółki, a w całym ubiegłym roku było to 6 spółek.

– Mamy ambitne plany zarówno w aspekcie wprowadzenia na giełdę nowych spółek przez INC S.A., jak i pozyskania finansowania przez Dom Maklerski INC. Naszym celem jest realizacja dla klientów ofert publicznych o wartości ponad 100 mln zł w całym 2021 r. Po I kwartale możemy pochwalić się zrealizowaniem 9 projektów, o łącznej wartości 12 mln zł. To był jednak okres przygotowywania wielu projektów, a w samym II kwartale chcemy przedstawić inwestorom oferty o wartości kilkudziesięciu mln zł. – dodaje Paweł Śliwiński.

Fundusz SATUS Venture sprzedał część pakietu akcji Legimi rodzinie McGovern

W akcjonariacie Legimi, z pakietem akcji na poziomie 11 proc., pojawiła się Małgorzata McGovern. To wynik sprzedaży części pakietu akcji przez fundusz VC SATUS Venture. Rodzina McGovern jest znana na GPW m.in. poprzez inwestycję w AmRest oraz CCC.

16 lutego br. Fundusz Inwestycyjny Zamknięty Aktywów Niepublicznych Venture Capital Satus (SATUS Venture) w transakcji poza rynkiem zbył łącznie 141.600 akcji Legimi w cenie 24 zł za akcję. Daje to pakiet wart blisko 3,4 mln zł. Oznacza to, iż fundusz SATUS Venture zmniejszył swoje zaangażowanie w akcjonariacie Legimi z 21 proc. do 11 proc. Jest to naturalny proces związany ze strategią i profilem inwestycyjnym funduszy venture capital. Wiązało się to także ze złożeniem rezygnacji z funkcji obejmowanych przez reprezentantów funduszu w radzie nadzorczej Legimi.

Legimi to jedna z niewielu spółek w fazie early stage, której udało się sfinansować fazę wzrostu głównie długiem. Świadczy to o bardzo dobrym zarządzaniu, solidnym i efektywnym modelu biznesowym i dobrze wróży na przyszłość. Jednakże Satus jest inwestorem w Legimi od 7 lat i nasz horyzont inwestycyjny właśnie dobiega końca. – komentuje Krzysztof Bełech, Managing Partner w SATUS Venture.

Drugą stroną transakcji, kupującą pakiet akcji od funduszu była m.in. Małgorzata McGovern, która w wyniku transakcji jest w posiadaniu 159.600 akcji Legimi, co daje udział 11 proc. w akcjonariacie. Założyciele i członkowie zarządu Legimi – Mikołaj Małaczyński oraz Mateusz Frukacz posiadają łącznie największy pakiet akcji dający udział 32 proc. w akcjonariacie.

Chciałbym podziękować funduszowi SATUS Venture za zaufanie i wiarę w Legimi, co przełożyło się na inwestycję w nasz biznes praktycznie na samym początku naszej działalności. Dzięki konstruktywnej współpracy na przestrzeni lat Legimi dynamicznie się rozwijało i konsekwentnie budowało wartość, doprowadzając do ważnego momentu jakim jest giełdowy debiut. W miejsce funduszu pojawiają się nowi akcjonariusze kojarzeni z dobrych spółek na polskiej giełdzie, m.in. rodzina McGovernów znana m.in. z inwestycji w AmRest oraz CCC. – dodaje Mikołaj Małaczyński, Prezes Zarządu Legimi.

Produkcja rolnicza przestaje się opłacać. Rolnicy zapowiadają, że w sklepach może być dużo drożej

Rolnicy ostrzegają, że wkrótce mogą nas czekać duże podwyżki. Już teraz widać gwałtowne wzrosty cen środków do produkcji. Ponadto koszty prowadzenia działalności w przetwórstwie i dystrybucji są bardzo wysokie. Sporo gospodarstw straciło zbyt z powodu obostrzeń w sektorze HoReCa, przez co musiało ograniczyło wytwórczość. Jednak patrząc na ostatni rok, nie brakuje opinii, że np. warzywa, owoce czy drób mogą być tańsze. Jednocześnie rolnicy zwracają uwagę na rolę pośredników, którzy ciągle podnoszą marże. A to finalnie wpływa na ceny w sklepach.

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania o możliwe wzrosty cen produktów rolnych. Jak stwierdza Michał Kołodziejczak, lider AgroUnii, w zasadzie wszystko może zdrożeć. W ciągu ostatniego roku sporo rolników zniechęciło się do dotychczasowego zajęcia. Zdaniem Kołodziejczaka, będzie następowała monopolizacja rynku produkcji, a głównie dystrybucji żywności. Firmy z dużym kapitałem wiedzą, że rolnictwo trzeba sobie podporządkować. Wykorzystują do tego pandemię, a rolnicy stają się coraz bardziej uzależnieni od swoich odbiorców.

– Zgadzam się, że realny jest scenariusz, w którym podrożeje wszystko. Tu mechanizm nie jest na poziomie produktowym i wyboru konsumenckiego. Znaczenie ma bowiem ustawienie parametrów relacji popyt – podaż – państwo. Mamy procesy sprzyjające cenom deflacyjnym, ale polityka fiskalna wobec sektora żywnościowego powoduje inflację, która jeszcze będzie rosła – komentuje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Już teraz dostrzegamy gwałtowny wzrost cen paliw i środków do produkcji rolnej, co podkreśla Sławomir Izdebski, przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. I dodaje, że drożeją też m.in. maszyny rolnicze oraz części do nich. A wydawało się, że właśnie w czasie lockdownu będzie taniej.

– W najbliższym czasie możemy spodziewać się wzrostu cen, chociażby z powodu rosnącej inflacji. Pierwszy lockdown był dla wszystkich ogromnym wyzwaniem, ale w 2021 roku jesteśmy już mądrzejsi o pewne doświadczenia i potrafimy optymalizować procesy zachwiane w czasie obostrzeń. Nie zapowiada się więc raczej na skokowe wzrosty cen. Ale taki scenariusz wcale nie jest pewny, bo na to wpływa sporo rożnych czynników, których często nie sposób przewidzieć – mówi Julita Pryzmont z międzynarodowej firmy badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland.

Natomiast dr Faliński dodaje, że bardzo wysokie są koszty prowadzenia działalności poza produkcją, czyli w przetwórstwie i w dystrybucji. Dlatego wytwórca bezpośredni dostaje możliwie najmniejsze środki. Handel zarabia brutto spore pieniądze, ale musi bardzo dużą część oddać państwu.

– Podczas pierwszego lockdownu były zerwane łańcuchy dostaw. To groziło wstrzymaniem eksportu żywności, a co za tym idzie – utratą płynności finansowej gospodarstw. Polska znaczną część swojej produkcji rolnej sprzedaje za granicę. Tak jest m.in. z wołowiną, mlekiem czy drobiem. Towar zostawał w kraju, a nadpodaż powodowała załamanie cen skupu – opisuje Marian Sikora, przewodniczący Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych.

Jak zaznacza Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, od roku praktycznie nie istnieje sektor HoReCa. Tym samym pojawił się problem dla wielu gospodarstw sprzedających warzywa bezpośrednio do firm gastronomicznych. Ci rolnicy stracili więc rynek zbytu.

– Rok temu o tej porze przestała się sprzedawać czerwona kapusta. Tylko w naszym gospodarstwie musieliśmy wyrzucić jej ok. 100 ton, a normalnie miała trafić do sprzedaży. To powinna być wartość od 100 do 200 tys. złotych, a nikt nam za to nie oddał ani złotówki. Tu ponieśliśmy konkretne straty – dodaje lider AgroUnii.

Z kolei Marian Sikora podkreśla, że lockdown w gastronomii oznaczał też likwidację popytu na towary kulinarne. Dla przykładu, w branży mięsa wołowego zdestabilizowany został rynek szlachetnych elementów takich jak polędwica, antrykot i rostbef. A Polska jest wiodącym eksporterem tych towarów w Europie.

– Po pierwszym roku nowej sytuacji widać, że niektóre artykuły nawet mogą stanieć. Dotyczy to drobiu, warzyw, owoców ze względu na brak eksportu i naturalnych odbiorców. Podrożały zboża i rzepak, ponieważ pojawiło się duże zapotrzebowanie związane z gromadzeniem zapasów lub zwiększeniem produkcji zwierzęcej. Mogły podrożeć oleje i pieczywo – analizuje prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Natomiast Michał Kołodziejczak zaznacza, że rok temu bardzo tania była kapusta pekińska. Ale nastąpił znaczny spadek produkcji. Teraz sprzedaje się ją bardzo drogo, bo na rynku jest jej po prostu mało. Lider AgroUnii prognozuje, że tak też stanie się z innymi towarami, ale korzyści będą czerpali głównie pośrednicy. Z kolei dr Faliński podkreśla, że rolnicy ograniczają wytwórstwo ze względów ekonomicznych. Odbiorcy im mało płacą i nie mogą sobie poradzić ze zwiększonymi kosztami. Julita Pryzmont dodaje, że ceny owoców wzrosły w 2020 roku o około 11% w stosunku do 2019 roku, a w br. nie podskoczyły w porównaniu z ub.r. W przypadku warzyw w ub.r. był spadek o prawie 10%, a obecnie jest on zdecydowanie mniejszy.

– Obecnie ceny w rolnictwie utrzymują się na względnym poziomie. Jednak obawiam się, że one mogą wzrosnąć w sklepach, marketach i na bazarach. Pośrednicy stale narzucają coraz większe marże, zresztą bez porozumienia z rolnikami. Dlatego później odbiorcy płacą za poszczególne produkty naprawdę bardzo dużo – stwierdza przewodniczący OPZZ RiOR.

Również Wiktor Szmulewicz zwraca uwagę na działalność pośredników. Zdaniem eksperta, oni mają największy wpływ na ceny w sklepach. Surowiec często stanowi 15% kosztów. Z kolei według Sławomira Izdebskiego, rolnictwo jest dość nieprzewidywalne. Dzisiaj możemy zapowiadać gwałtowne wzrosty cen, a jutro pewnie będą spadki. Do tego mamy teraz początek wiosny. Nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zjawiska pogodowe wystąpią w tym roku. A wszystkie mają niesamowite znaczenie. Wpływają na wielkość plonów. Jeżeli one są dosyć wysokie, to z reguły ceny są niskie.

Deloitte: 98 proc. przedsiębiorców chce wdrożyć sieć 5G i Wi-Fi 6 w ciągu 3 lat

Na skutek wyzwań, jakie postawił przed światem koronawirus, przedsiębiorstwa zmieniły swoje priorytety, a na ich szczycie znalazła się szybka i skuteczna łączność cyfrowa. Jak wynika z raportu Global Advanced Wireless Study przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, aż 70 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci uważa, że technologie bezprzewodowe zmienią ich branżę. Tym bardziej, że do 2023 roku przewidywana liczba urządzeń sieciowych na świecie może osiągnąć nawet 29,3 mld sztuk, co daje prawie cztery urządzenia przypadające na jednego mieszkańca Ziemi.

 – Nowa rzeczywistość wpłynęła na zmianę modelu biznesowego wielu firm, a odpowiednie wykorzystanie rozwiązań technologicznych pomaga się im w tej ewolucji odnaleźć. Zdalne narzędzia komunikacji nie tylko ułatwiają współpracę, lecz także pozwalają przetrwać niełatwy okres dystansu społecznego. Innowacje, nowe modele biznesowe i uzyskanie przewagi konkurencyjnej, skuteczna komunikacja, poprawa bezpieczeństwa, zwiększenie komfortu i efektywności pracowników, inspirujące i angażujące doświadczenie klienta – to tylko niektóre z korzyści, jakie wnosi cyfrowa ewolucja – mówi Sławomir Lubak, partner, lider branży Telekomunikacji, Mediów i Technologii, Deloitte.

Zmiana priorytetów biznesowych

Jednym z najważniejszych czynników, który motywuje firmy do wdrożenia sieci 5G i Wi-Fi 6 jest zwiększenie odporności organizacji na kryzysy. Taką odpowiedź wskazuje ponad połowa respondentów (59 proc.). Na drugim miejscu jest dążenie do opracowania lub poszerzenia puli rozwiązań dopasowanych do nowych potrzeb, które opierają się na solidniejszej i wydajniejszej infrastrukturze sieciowej (48 proc.). Dobrą ilustracją tego trendu jest przykład dużej firmy telekomunikacyjnej, która wdrożyła prywatną sieć 5G w hali produkcyjnej, aby sprostać wyzwaniom związanym z pandemią. Sieć jest wykorzystywana np. do sprawdzania, czy pracownicy noszą maski. Podobnych rozwiązań jest więcej: monitoring czujników osobistych pomaga w utrzymaniu dystansu społecznego, sprzęt VR umożliwia bezpośrednią łączność pomiędzy pracownikami. Dzięki dużej przepustowości i niskim opóźnieniom, sieć 5G znalazła swoje zastosowanie także w telemedycynie (zdalne konsultacje medyczne czy sterowana przez robota diagnostyka w kierunku COVID-19).

Albo cyfrowa transformacja albo nic

Raport Deloitte pokazuje, że inwestycja w infrastrukturę sieciową jest nieodłącznym elementem rozwoju przedsiębiorstwa. 56 proc. respondentów przyznaje, że z uwagi na obecny stan łączności sieciowej wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań w ich firmie nie jest możliwe. Maksymalne wykorzystanie potencjału nowych technologii oraz zwiększenie efektywności pracy (po 38 proc.) stanowią główną motywację rozwoju firm do przeprowadzenia transformacji cyfrowej.

– Analizując wcześniejsze badania, możemy zauważyć, że na przestrzeni ostatnich miesięcy nasi respondenci istotnie zwiększyli prognozy poziomu wydatków, jakie planują przeznaczyć na rozwój i wykorzystanie sieci bezprzewodowych w ciągu trzech najbliższych lat. Duża część tych inwestycji posłuży zwiększeniu łączności i co za tym idzie – większej efektywności pracowników. To konieczne w dobie upowszechnienia się pracy zdalnej. Aż 41 proc. badanych wskazuje zwiększoną przepustowość danych sieci mobilnych, jako najważniejszą przyczynę warunkującą chęć transformacji cyfrowej – mówi Magdalena Bączyk, senior manager z zespołu Human Capital Deloitte.

Jak podkreśla ekspertka, konieczność stworzenia nowych warunków do pracy w modelu hybrydowym znajduje się dziś na agendzie zarządów wszystkich największych firm na świecie. Stawką jest tu pozyskanie i retencja największych talentów. W tym kontekście stworzenie najlepszej infrastruktury technicznej wydaje się być jednym z największych wyzwań, przed jakimi stoją decydenci.

Dzięki sieciom bezprzewodowym przedsiębiorstwa są w stanie zarządzać flotą maszyn i linii produkcyjnych. Dobrym przykładem jest telewizja przemysłowa – zapewnia zdalny nadzór nad sprzętem w czasie rzeczywistym oraz stały kontakt pomiędzy współpracownikami, robotami czy sztuczną inteligencją. Wyposażenie zakładu produkcyjnego w bezprzewodowe czujniki ułatwia transfer ogromnych ilości informacji dotyczących działania i stanu sprzętu, a przez to firmy są w stanie przewidzieć problemy lub opóźnienia, zanim spowodują one przestój.

Wprowadzenie automatyki i analizy danych na każdym etapie funkcjonowania przedsiębiorstwa – od komunikacji, dystrybucji energii, gospodarowania budynkiem, administrowania IT po zarządzanie procesami – umożliwi wprowadzanie innowacji oraz zwiększy efektywność pracowników i urządzeń.  Przedsiębiorcy są tego coraz bardziej świadomi – 80 proc. badanych przygotowuje się do procesu lub już wdraża zarówno sieć 5G jak i Wi-Fi 6. 98 proc. respondentów oczekuje, że ich organizacje będą używać obu technologii w ciągu 2-3 lat.

Dobry kontakt z klientem zaprocentuje

Kolejną korzyścią cyfrowej transformacji jest poprawa jakości obsługi klienta, która stanowi ważną składową dobrej kondycji przedsiębiorstwa. Zdaniem 80 proc. respondentów, jej rozwój będzie miał kluczowe znaczenie dla usprawnienia standardów kontaktu z klientem w ciągu trzech najbliższych lat.

– Wzmocnienie relacji między konsumentem a przedsiębiorstwem jest według inwestorów jednym z głównych motorów wdrożenia transformacji cyfrowej. Uważa tak aż 32 proc. naszych respondentów, wskazując na poprawę interakcji z klientem jako jeden z trzech najważniejszych obszarów, w których wykorzystanie zaawansowanych sieci bezprzewodowych może przynieść najwięcej korzyści – mówi Wiesław Kotecki, partner, lider Customer Strategy&Applied Design, Deloitte.

Aplikacje mobilne oparte na chmurze, wykorzystanie technologii rozszerzonej rzeczywistości, wideokonsultacje, sklepy autonomiczne – to tylko niektóre możliwości z szerokiego spektrum zastosowania najnowszych technologii łączności bezprzewodowej.

Inspirującym przykładem wykorzystania technologii bezprzewodowych są igrzyska olimpijskie. Sieć 5G zostanie wykorzystania podczas tegorocznych igrzysk do tworzenia rzeczywistości wirtualnej. Wokół boisk zostaną rozmieszczone liczne kamery, dzięki czemu widzowie na całym świecie, wyposażeni w sprzęt VR, będą mogli oglądać obiekty i wydarzenia sportowe tak, jakby siedzieli na widowni. Planowane jest także wdrożenie pilotażowego systemu hologramowego, który umożliwi filmowanie sportowców w rozdzielczości 8K i tworzenie hologramów, naśladujących ich ruchy.

Bezpieczeństwo a technologia

Jedną z ważniejszych przyczyn cyfrowej transformacji w firmach jest poprawa ochrony danych. Wskazuje na nią ponad jedna czwarta badanych. Jednocześnie aż 41 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci obawia się o bezpieczeństwo informacji w kontekście korzystania z technologii bezprzewodowych. Warto jednak zaznaczyć, że oczekuje się zwiększonej ochrony danych dzięki wykorzystaniu najnowocześniejszych sieci bezprzewodowych. W przypadku Wi-Fi 6 wszystkie certyfikowane urządzenia obsługują zabezpieczenia najnowszej generacji (WPA3), które zapewniają solidniejsze szyfrowanie. Natomiast sieć 5G posiada unikalne zasady bezpieczeństwa dla każdego segmentu, co zwiększa ich ochronę, jeżeli segmenty są odpowiednio skonfigurowane i zarządzane.

Równie silną obawę przedsiębiorców (38 proc.) stanowi kompatybilność nowych sieci z istniejącymi już połączeniami i ustawieniami. Trudności wynikające z braku tej zgodności stanowią okazję dla dostawców do zademonstrowania wartości biznesowej ich rozwiązań, które charakteryzują się skuteczną integracją infrastruktury sieciowej.

Przedsiębiorstwa, które wdrożyły Wi-Fi 6 lub 5G, często współpracują z wieloma usługodawcami każdego typu: aplikacji i usług w chmurze, operatorami sieci bezprzewodowych, konsultantami i integratorami, producentami sprzętu i dostawcami infrastruktury. Aż siedmiu na dziesięciu badanych deklaruje otwartość w nawiązaniu współpracy z nowymi dostawcami.

– Wdrożenie nowych technologii to duża zmiana w funkcjonowaniu firmy. Bardzo ważne jest dobranie odpowiednich rozwiązań dopasowanych do obszaru jej działań. Najbardziej efektywne będzie wprowadzenie wielu opcji i utworzenie rozbudowanej infrastruktury sieciowej, zdolnej do współdziałania różnych sieci. Dwie trzecie firm, które decydują się na adopcję takich nowoczesnych rozwiązań sieciowych wybiera model „best of breed”, składający całość rozwiązania z wielu komponentów różnych producentów, i zwraca się do partnerów zewnętrznych w celu wsparcia w ich integracji – podsumowuje Sławomir Lubak.  

Licznik elektromobilności: znaczny wzrost rejestracji BEV i PHEV w I kwartale 2021 r.

Według danych z końca marca 2021 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 22 291 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Przez pierwsze trzy miesiące br. ich liczba zwiększyła się o 3 555 sztuk, tj. o 107% więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSPA.licznik_elektromobilnosci_2021-03_A4

Pod koniec marca 2021 r. po polskich drogach jeździło 22 291 elektrycznych samochodów osobowych. Pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) nieznacznie przekroczyły połowę   (11 194 szt.) tej części parku, a pozostałą część (49,8% udz.) stanowiły hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 11 097 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych liczył 880 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec marca składała się z 9 366 szt.

Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce wzrósł do 472 szt. W I kwartale 2021 r. flota elektrobusów powiększyła się o 40 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z analogicznym okresem 2020 r., kiedy zarejestrowano 19 takich autobusów, oznacza to wzrost o 111% r/r. licznik_elektromobilnosci_2021-03_grafika_800x450px

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec marca w Polsce funkcjonowało 1 425 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 780 punktów). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. Podobnie jak w lutym, w marcu uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 punkty).

„W ostatnich miesiącach tempo instalacji i odbiorów nowych, ogólnodostępnych stacji wyrażnie spadło: z 82 ładowarek w IV kwartale 2020 r. do 61 w I kwartale bieżącego roku. Sytuacji w zakresie rozbudowy infrastruktury z pewnością nie poprawi planowana nowelizacja Ustawy o elektromobilnosci i paliwach alternatywnych, w ramach której zostaną usunięte art. 64-66 dotyczące tzw. mechanizmu interwencyjnego nakładającego na  operatorów systemów dystrybucyjnych elektroenergetycznych (OSD) obowiązek wybudowania brakującej liczby stacji ładowania, o ile próg minimalny (określony w art. 60 ustawy) nie został osiągnięty w trybie rynkowym. W tym kontekście dodatkowego znaczenia nabiera możliwie szybkie wdrożenie programu wsparcia rozbudowy infrastruktury ze środków NFOŚiGW” – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak ważna jest sieć ładowarek wielokrotnie podkreślała ACEA, a szef Rady Dyrektorów europejskiego stowarzyszenia zwrócił uwagę, że to producenci samochodów są motorem przejścia na elektromobilność i dosłownie prześcigają się w pomysłach wprowadzając nowe samochody elektryczne. Zauważył jednak, że powodzenie tego ogromnego wysiłku jest poważnie zagrożone przez opóźnioną budowę infrastruktury ładowania w UE. Również w Polsce, jako branża, nieustannie podkreślamy, że popularność, a tym samym popyt na samochody elektryczne i niskoemisyjne jest uzależniony od sprawnej sieci ładowania czy tankowania wodoru i gazu. Producenci samochodów domagają się „prawa do ładowania” tj. swobodnego dostępu dla swoich klientów – użytkowników pojazdów z napędami niskoemisyjnymi – do punktów ładowania i tankowania. Żądanie to dotyczy nie tylko możliwości ładowania pojazdów w miastach i na dużych osiedlach, ale też budowy sieci szybkich ładowarek przy głównych szlakach komunikacyjnych. Polska nie jest samotną wyspą, dlatego infrastruktura ładowania na naszych drogach musi dotrzymywać tempa Europie ” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.  

Polska w czołówce krajów gotowych na nadejście nowych technologii

Big Data, sztuczna inteligencja, inżynieria genetyczna – to tylko niektóre z technologii, które zdaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych wkrótce nam spowszednieją. Jednak cyfrowa rewolucja nie rozleje się po świecie w równym stopniu. Te najlepiej przygotowane na nadejście nowych technologii kraje zostawią w tyle resztę stawki. A jak w tym zestawieniu wypada Polska? Znaleźliśmy się wysoko w rankingu, ale co to właściwie oznacza i na co czekamy?

Wiele mówi się o innowacjach i stymulowaniu, ale prawda jest taka, że rozwój kluczowych i przełomowych technologii realizowany jest tylko w kilku krajach. Zgodnie z danymi zebranymi przez UNESCO, USA i Chiny odpowiedzialne są za około połowę globalnych wydatków na badania i rozwój – zauważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – firmy, która zbiera, przetwarza i monetyzuje anonimowe dane o internautach z ponad 200 rynków świata – a następnie dodaje: – Jednak już dziś, wszyscy musimy zadbać o odpowiednie przygotowanie, gdyż innowacje szybko zyskują globalny zasięg i będą silnie przenikać do naszego codziennego życia – uważa ekspert warszawskiej spółki IT.

UNCTAD, który jest jednostką ONZ zajmującą się handlem i rozwojem, opublikował raport “The Technology and Innovation Report 2021”, w którym wytypowano 11 pionierskich technologii, jakie wkrótce staną się naszą codziennością i wpłyną na obraz otaczającej nas rzeczywistości.

Sztuczna inteligencja, sieć piątej generacji, Big Data, robotyzacja czy edycja genów to tylko niektóre z nich. Eksperci są przekonani, że te technologie mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jako całość, wymienione rozwiązania już teraz tworzą rynek wart 350 mld USD, a w 2025 roku będzie to kwota niemal dziesięć razy większa (3,2 bln USD).

Polska w gronie liderów

Aby ocenić krajowe zdolności do wdrożenia, dostosowania i wykorzystania tych technologii, analitycy UNCTAD, opracowali „indeks gotowości”, który określany był wartością od 0 do 1. Na wynik wskaźnika wpływają: wdrażanie technologii informacyjno-komunikacyjnych, kompetencje, działalność badawczo-rozwojowa, kondycja przemysłu i dostęp do finansowania.

W zestawieniu krajów, liczącym 158 pozycji, Polska znalazła się na 28 miejscu i została zaliczona do grona państw, które wyróżniają się ponad światową średnią. Z wynikiem na poziomie bliskim 0.8 naprawdę niewiele zabrakło nam do tego, by znaleźć się w najbardziej prestiżowej elicie, gdzie dominują USA, Szwajcaria i Wielka Brytania. Jednocześnie zostaliśmy sklasyfikowani wysoko ponad światową średnią, która wynosi dokładnie 0.4. Za naszymi plecami znaleźli się nie tylko przedstawiciele byłego bloku wschodniego, jak Litwa, Łotwa i Estonia, ale także kraje o wyższym PKB od naszego, jak Turcja czy Brazylia.

Pandemia stała się bodźcem, który zaostrzył apetyt biznesu na nowoczesne technologie, w tym także na dane, które okazują się niezbędne w nowej rzeczywistości, bo umożliwiają dotarcie do potencjalnych klientów w kanale online, a więc odpornym na lockdown – tłumaczy Piotr Prajsnar. – Według analityków, przeniesienie się do internetu będzie trwało również po zakończeniu pandemii.

Dla przykładu spójrzmy na sektor ecommerce, który przeniósł się w czasie o co najmniej dwa lata, bo ze względu na pandemię ludzie na całym świecie tak wiele zakupów robili przez internet. A wraz z rozwojem kanałów cyfrowych rośnie popyt na reklamę i dane wykorzystywane w kampaniach.

– Nad Wisłą już dziś odnotowujemy ponadprzeciętne zainteresowanie anonimowymi danymi. Jak wynika z raportu Global Data Market Size, przygotowanego przez OnAudience.com, tegoroczna wartość polskiego rynku danych wyniesie blisko 40 mln USD, co oznacza ponad 22% wzrost w porównaniu z 2020. Natomiast globalne wydatki na dane sięgną 52,3 mld USD, czyli ponad 26% więcej niż w ubiegłym roku – zauważa Piotr Prajsnar.

Społeczeństwo techno-centryków

Gotowość na przyjęcie tych przełomowych technologii jest o tyle istotna, że jak wskazują analizy, wpłyną one nie tylko na naszą gospodarkę lub biznes, ale będą rezonować także na codzienne życie zwykłego obywatela. Zgodnie z analizami Pew Research Center w ciągu najbliższych 4 lat, nasza rzeczywistość stanie się techno-centryczna. Firma badawcza poprosiła 915 innowatorów, programistów, liderów biznesu i polityki, badaczy i aktywistów o zastanowienie się, jak będzie wyglądało życie w 2025 roku w następstwie wybuchu globalnej pandemii i innych kryzysów w 2020 roku.

Ich szeroki i niemal powszechny pogląd jest taki, że związek ludzi z technologią będzie się pogłębiał, w miarę jak coraz większe segmenty populacji będą w coraz większym stopniu polegać na połączeniach cyfrowych w pracy, edukacji, opiece zdrowotnej, codziennych transakcjach handlowych i podstawowych interakcjach społecznych. Niektórzy z nich opisują to jako świat „tele-wszystkiego”. W tym świecie niemal każda aktywność generuje informacje, a więc naturalnie rozwiną się narzędzie do gromadzenia, analizy i wykorzystania ogromnych zbiorów cyfrowych informacji.

Elektromobilność powinna stać się jednym z priorytetów Krajowego Planu Odbudowy

Projekt polskiego Krajowego Planu Odbudowy nie zawiera wizji szerokiej i spójnej reformy w obszarze zrównoważonego transportu – ocenia Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych. Formalnie propozycja KPO zakłada przeznaczenie na ten cel ok. 26% dostępnych środków (6,1 mld euro z ok. 24 mld euro). W praktyce ma być to zaledwie ok. 4% (1,031 mld euro). To kilkukrotnie mniejszy udział niż np. w Niemczech, Czechach lub Rumunii. Zielona mobilność powinna stać się jednym z priorytetów KPO, w przeciwnym razie Polska straci niepowtarzalną szansę na zeroemisyjną transformację w sektorze transportu.

Niespójność, zbyt ogólny charakter, niski budżet w obszarze zielonej mobilności, brak konkretnych propozycji zmian legislacyjnych i projektów inwestycyjnych – to główne wady projektu Krajowego Planu Odbudowy, które wskazuje PSPA. Według największej organizacji kreującej elektromobilność w Polsce, propozycja KPO nie spełnia wymogów warunkujących pozytywną ocenę tego dokumentu przez Komisję Europejską, dlatego powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona. PSPA przeprowadziło szerokie konsultacje branżowe projektu, a opinię przekazało Ministrowi Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Ministrowi Klimatu i Środowiska.

Plany krajów takich jak np. Niemcy, Francja czy Słowacja, zawierają zarówno diagnozę problemu, jak i konkretne cele, czyli reformy i inwestycje, które mają być przeprowadzone w danym obszarze wraz ze wskazaniem kamieni milowych ich realizacji i alokacji środków. Państwa członkowskie uznają za priorytet rozbudowę infrastruktury dla pojazdów elektrycznych, przewidują dopłaty i zmiany podatkowe premiujące wymianę samochodu na zeroemisyjny oraz inwestycje w zrównoważony transport publiczny. Reformy i projekty inwestycyjne zaplanowane w tych państwach cechuje szeroki zakres oddziaływania i wewnętrzna spójność. To czynniki, których zabrakło w komponencie dotyczącym zielonej, inteligentnej mobilności w polskim projekcie, który rozwój zrównoważonego transportu traktuje po macoszemu – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak wskazuje PSPA, analiza rządowej propozycji, a w szczególności komponentu „Zielona, inteligentna mobilność” prowadzi do wniosku, że dokument prezentuje dwa zasadnicze braki na tle wymagań stawianych każdemu KPO. Z jednej strony chodzi o brak podejścia projektowego i ogólnikowość zaproponowanych inwestycji. Z drugiej, o częściowy lub całkowity brak istotnych zmian legislacyjnych, które byłyby ściśle powiązane z inwestycjami.

Propozycja Krajowego Planu Odbudowy ma charakter bardzo ogólny. Brakuje w niej jasnej wizji reform i inwestycji. Projekt został rozdrobniony na bardzo wiele sekcji i tabel, z których nie wyłania się konkretna wizja wsparcia rozwoju danego obszaru. Przedstawionym w dokumencie, rozproszonym inwestycjom brakuje wspólnego mianownika. Nie są ze sobą wzajemnie powiązane i nie łączą się z szerszym planem działań legislacyjnych. Reform prawnych brakuje prawie całkowicie. Brak jest też faktycznych wskaźników realizacji celów przewidzianych w Planie i harmonogramu ich realizacji. Proponowane zmiany nie składają się na szerszą i spójną reformę, której obecność jest warunkiem koniecznym akceptacji każdego krajowego planu odbudowy – dodaje Joanna Makola, Kierownik Centrum Legislacyjnego PSPA.

PSPA zwraca uwagę, że cała treść reformy prawnej przewidzianej w projekcie KPO sprowadza się do kilku regulacji znajdujących się już w fazie realizacji (takich jak np. nowelizacja Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych). Co istotne, propozycja reformy uwzględnia również przepisy, które powinny zostać obowiązkowo transponowane do polskiego prawa na podstawie regulacji unijnych. Skala tych regulacji i ich wpływ na rynek zrównoważonego transportu zdecydowanie nie mają przełomowego charakteru i nie stanowią – wymaganej przez instytucje unijne – „kompleksowej i wyważonej reakcji na sytuację gospodarczą państwa członkowskiego […] z uwzględnieniem szczególnych wyzwań dotyczących państwa członkowskiego”.

Tymczasem wyzwania, przed którymi stoi polski sektor transportu, są bardzo poważne. Na podstawie prowadzonego przez PSPA i PZPM „Licznika Elektromobilności”, pod koniec lutego 2021 r. w Polsce było zarejestrowanych ok. 21,3 tys. osobowych i dostawczych samochodów z napędem elektrycznym, stanowiących mniej niż 0,1% całej floty. Ich kierowcy mieli do dyspozycji zaledwie 2 744 ogólnodostępne punkty ładowania, czyli ponad 24 razy mniej niż w Niderlandach. Z uwagi na niski udział napędów alternatywnych w parku pojazdów, transport odpowiada aż za 24 proc. łącznych emisji gazów cieplarnianych w Polsce. Na podstawie danych EEA, w latach 1990-2017 emisje z tego sektora w Polsce wzrosły aż o 206 proc., przy średniej w Unii na poziomie 28 proc. Coraz poważniejszym problemem w polskich miastach staje się również smog. Według danych IQAir z 2019 r., spośród stu europejskich miast najbardziej zanieczyszczonych pyłem PM 2.5 aż 29 znajduje się w Polsce. Co więcej, Polska jest czwartym najbardziej zanieczyszczonym krajem PM 2.5 w Unii Europejskiej.

Na tym tle zeroemisyjny transport w projekcie polskiego KPO został potraktowany pobieżnie nie tylko w zakresie przewidzianych reform i inwestycji, ale również puli środków przeznaczonych na ich realizację. Całkowity deklarowany budżet przewidziany w tej sekcji to 6,074 mld euro. Kwota ta uwzględnia różne inwestycje w ramach pierwszego celu szczegółowego „Zwiększenie udziału zeroemisyjnego transportu oraz przeciwdziałanie i zmniejszenie negatywnego oddziaływania transportu na środowisko”, tj. także te mające na celu wsparcie przemysłu dla gospodarki niskoemisyjnej. Jednak z tej samej puli środków realizowane będą również inwestycje w ramach drugiego celu szczegółowego „Zwiększenie dostępności transportowej, bezpieczeństwa i cyfrowych rozwiązań”, mające za przedmiot linie kolejowe, pasażerski tabor kolejowy, projekty intermodalne, bezpieczeństwo transportu oraz cyfryzację transportu. W konsekwencji, realna suma środków zarezerwowanych na rozwój elektromobilności (w ramach pierwszego celu szczegółowego) dotyczy wyłącznie inwestycji w zeroemisyjny transport zbiorowy i wynosi zaledwie 1,031 mld euro, co w kontekście wyzwań generowanych przez sektor transportu w Polsce jest kwotą bardzo małą i z pewnością niewystarczającą. Dla kontrastu, krajowe plany odbudowy w wielu państwach członkowskich UE traktują rozwój elektromobilności jako priorytetowy cel, który zostanie objęty post-COVID-owym wsparciem finansowym. Przykładowo, w projekcie czeskim 52 proc. dostępnych środków przeznaczono na infrastrukturę i zieloną transformację, z czego 30 proc. na zapewnienie zrównoważonego i bezpiecznego transportu. W projekcie niemieckim zrównoważony transport odpowiada za ok. 23 proc. wszystkich funduszy. Rumunia zarezerwowała na zieloną transformację aż 65 proc. dostępnych środków, z których większość – 43 proc. – zostanie przeznaczona na zrównoważony transport.

Zdaniem PSPA, treść planu naprawczego na rzecz zielonej, inteligentnej mobilności powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona.

Środki z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Odporności dają konkretne możliwości i ogromne pole do wsparcia finansowego. Jedynym warunkiem jego pozyskania i kluczowym aspektem determinującym powodzenie planu naprawczo-stymulacyjnego jest właściwe zaprojektowanie reform i inwestycji, jakie Polska zamierza zrealizować w danym obszarze. Przedstawiliśmy stronie rządowej dokument zawierający szczegółowe propozycje modyfikacji KPO. Obejmują one działania dynamizujące rozbudowę stacji ładowania oraz punktów tankowania wodorem, instrumenty wpierające rozwój floty pojazdów zeroemisyjnych poprzez wprowadzenie systemu bonus-malus zachęcającego do rezygnacji z samochodów spalinowych na rzecz samochodów zeroemisyjnych, jak również postulaty wprowadzenia konkretnych zmian legislacyjnych, w tym przepisów podatkowych – podsumowuje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Według PSPA, pomoc finansowa ze środków Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności stanowi niepowtarzalną szansę na dynamizację rozwoju transportu przyjaznego środowisku, a biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, Polska nie może sobie pozwolić na to, żeby tej szansy nie wykorzystać.

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej wynikający z COVID-19 a odliczenie VAT z faktur zakupowych

W związku z epidemią koronawirusa rząd zakazuje prowadzenia niektórych rodzajów działalności gospodarczej. W konsekwencji przedsiębiorcy nie mogą otwierać swoich biznesów i nie osiągają przychodów. Często jednak podpisane umowy powodują konieczność ponoszenia różnych wydatków. Może pojawić się więc wątpliwość, czy w przypadku ponoszenia wydatków w czasie zamknięcia działalności gospodarczej, która nie wiadomo kiedy zostanie ponownie otwarta, podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego w związku z dokonywanymi zakupami.

Kiedy przysługuje prawo do odliczenia

Prawo do odliczenia kwoty podatku naliczonego jest jedną z podstawowych zasad podatku od towarów i usług. Zgodnie z art. 86 ust. 1 ustawy o VAT w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych, podatnikowi przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Jest to kluczowe dla zasady neutralności, czyli podstawy podatku od towarów i usług.

Jak wynika z powyższego przepisu, istotne jest, aby dokonywany zakup był związany z działalnością opodatkowaną. W ustawie występują pewne kategorie wyłączone z prawa do odliczenia jak np. nabycie usług noclegowych i gastronomicznych czy pewne sytuacje, które są sankcjonowane przez ustawodawcę jak fikcyjność transakcji, błędy na fakturze itp.

Zakaz prowadzenia działalności

W związku z epidemią COVID-19 polski rząd wprowadził obostrzenia polegające na ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej dla niektórych przedsiębiorców z różnych branż. Pomimo że już pojawiły się pierwsze orzeczenia sądów administracyjnych w zakresie legalności wprowadzanych zakazów prowadzenia działalności, strona rządowa dalej stosuje zakazy jako narzędzie walki z epidemią koronawirusa. Sądy administracyjne wskazują, że aby ingerować w istotę wolności działalności gospodarczej wyrażoną w konstytucji, niezbędne jest wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych, co nie zostało uczynione (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu z 27 października 2020 r., sygn. akt II SA/Op 219/20). Obostrzeniami dotknięte są różne branże: hotelowa, gastronomiczna, rozrywkowa, sportowa oraz inne.

W związku z zakazem prowadzenia działalności gospodarczej rząd nie podjął decyzji odnośnie do możliwości odliczenia podatku VAT od zakupów dokonywanych w czasie zakazu. W szczególności nie odniósł się do tej kwestii w wydanych 21 lipca 2020 r. objaśnieniach podatkowych, a także w innych dokumentach. Dlatego urzędy skarbowe zapowiedziały, że będą przyglądać się wydatkom podmiotów, które obejmował zakaz w szczególności pod kątem prawa do odliczenia podatku VAT. Z jednej strony kontrole podatkowe mogą być więc dodatkowym instrumentem represji wobec podatników, którzy nie będą respektować nałożonych zakazów. Z drugiej natomiast strony mogą być narzędziem zwiększenia wpływów podatkowych. Swoją argumentację organy podatkowe mogą opierać na stanowisku, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności wydatki nie były związane z działalnością opodatkowaną.

Powyższe stanowisko byłoby jednak sprzeczne z dotychczasowym orzecznictwem i podejściem fiskusa. Przykładowo w przypadku sądowych zakazów prowadzenia działalności gospodarczej stanowisko organów było pozytywne w zakresie prawa do odliczenia podatku VAT z faktur zakupowych (interpretacja z dnia 30 września 2013 r., sygn. akt ITPP2/443-613b/13/AP). Powyższe zostało jednak ograniczone i zasadniczo w przypadku zakazu prowadzenia działalności orzeczonego przez sąd podatnik ulega automatycznemu wykreśleniu z rejestru podatników VAT czynnych i nie może realizować prawa do odliczenia podatku.

Należy jednak pamiętać, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności i związanego z nim braku sprzedaży oraz zakupów podatnik może zostać wykreślony z urzędu z rejestru podatników VAT czynnych, jeżeli zgodnie z art. 96 ust. 9a pkt 3 ustawy o VAT: „składał przez 6 kolejnych miesięcy lub 2 kolejne kwartały deklaracje, o których mowa w art. 99 ust. 1, 2 lub 3, w których nie wykazał sprzedaży, nabycia towarów lub usług ani importu towarów z kwotami podatku do odliczenia”. W przypadku wykreślenia z rejestru podatników VAT czynnych podatnik nie będzie miał prawa do odliczenia podatku VAT naliczonego. Powyższe oznacza, że podatnicy powinni wręcz w okresie zakazów prowadzenia działalności dokonać jakiegoś zakupu, aby nie składać przez pół roku deklaracji tzw. zerowych.

Zawieszenie prowadzonej działalności a VAT naliczony

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej nie jest tożsamy z jej zawieszeniem, jednak część branż, nawet jeżeli nie jest bezpośrednio objęta zakazem, to na skutek obostrzeń przedsiębiorcy, zwłaszcza niezatrudniający pracowników, mogą podjąć decyzję o zawieszeniu prowadzenia działalności. W takich sytuacjach reguły postępowania w zakresie odliczenia VAT są znane, ponieważ miały one miejsce także przed epidemią.

Należy pamiętać, że zawieszenie działalności gospodarczej na okres co najmniej 6 miesięcy może skutkować wykreśleniem podatnika z rejestru VAT podatników czynnych. W dacie zawieszenia działalności przedsiębiorcy mogą wystawić faktury sprzedażowe dokumentujące otrzymywane przez nich płatności, wynikające z wcześniej zawartych umów (interpretacja z dnia 5 maja 2019 r., sygn. akt 0114-KDIP1-3.4012.99.2019.2.MK). W takich przypadkach podatnicy zobowiązani są do złożenia deklaracji VAT i rozliczenia podatku VAT należnego.

W okresie zawieszenia działalności przedsiębiorcy przysługuje także prawo do odliczenia VAT naliczonego, uwzględniając związek poniesionych kosztów z działalnością opodatkowaną. Co do zasady, organy podatkowe potwierdzają prawo do odliczenia, o ile ponoszone wydatki zabezpieczają źródło przychodów i mają związek z działalnością, która w przyszłości będzie odwieszona (przykładowo interpretacja z dnia 24 lipca 2019 r., sygn. akt 0112-KDIL4.4012.261.2019.4.JS). W takim przypadku podatnik nie jest zobowiązany do składania deklaracji VAT, a odliczenia można dokonać w pierwszej deklaracji po odwieszeniu (ewentualnie na bieżąco jeżeli są spełnione ustawowe warunki odliczenia).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy epidemia koronawirusa zmniejszyła smog w Warszawie?

Pierwsze miesiące koronawirusowego lockdownu przyniosły nadzieję na oczyszczenie się powietrza. Zamknięci w domach kierowcy mniej poruszali się samochodami, produkowali więc mniej zanieczyszczeń i pyłów zawieszonych w powietrzu. Z tego okresu pamiętamy niesamowite zdjęcia wysoce zanieczyszczonych miast, w których powietrze było przejrzyste po raz pierwszy od kilku dekad. Nie można jednak na podstawie tego zjawiska jednoznacznie powiedzieć, że epidemia COVID wpłynęła na polepszenie się jakości powietrza. Dawniej, gdy patrzyliśmy na krzywą zanieczyszczenia powietrza, widzieliśmy poranny szczyt, w środku dnia powietrze było względnie czyste, a smog wracał wieczorem – kiedy wracaliśmy z pracy i grzaliśmy dom. Teraz ta krzywa stężeń jest bardziej płaska. Siedzimy cały czas w domu i cały czas musimy utrzymać komfortową temperaturę. Jeżeli ogrzewamy dom kopciuchem, dymu będzie więcej.

– Ruch samochodowy przyczynia się do emisji tlenków azotu i ozonu, a także pyłów zawieszonych. W marcu 2020 roku w ciągu 3 tygodni jakość powietrza w Warszawie poprawiła się o połowę. Widać więc, że ograniczenie ruchu samochodów potrafi w bardzo krótkim czasie mocno poprawić jakość powietrza. To jest dobry sygnał dla aktywistów, którzy walczą o to, żeby samochody nie wjeżdżały do miast – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Siergiej z Warszawskiego Alarmu Smogowego. – Natomiast jeżeli mówimy o smogu zimowym – wywołanym przez palenie w kopciuchach, kotłach i kominkach – możemy się spodziewać wzrostu zanieczyszczeń. Jeżeli siedzimy w domu i nie wychodzimy do pracy, będziemy więcej grzać. Nie mamy jeszcze pełnych pomiarów i trudno jednoznacznie osądzić, jak epidemia wpłynęła na jakość powietrza. Intuicja mówi mi jednak, że podczas COVID-u mamy do czynienia z większym smogiem. Z drugiej jednak strony siedząc w domu jesteśmy mniej narażeni na dym, który jest na zewnątrz. Stężenia pyłów zawieszonych w domach są zawsze niższe, niż na dworze. Dlatego ten obraz jest bardziej złożony. Nie można prosto powiedzieć, że COVID poprawił albo pogorszył sytuację smogową – podsumowuje Siergiej.

Przedłużające się restrykcje mogą nasilać objawy depresji wśród Polaków. Jedną z grup najbardziej narażonych są rodzice dzieci w wieku do 18 lat

W pierwszych miesiącach pandemii najwyższy poziom objawów depresji i lęku przejawiały osoby w wieku 18–24 lata, z kolei w grudniu 2020 roku depresja najczęściej dotyczyła osób w wieku 35–44 lata – wynika z badań prowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Na dalsze nasilanie depresji najbardziej narażone są osoby do 45. roku życia, doświadczające trudności zawodowych oraz konfliktów rodzinnych, ale także rodzice, coraz bardziej zmęczeni łączeniem pracy zdalnej i opieki nad dziećmi. – Szczególnie ważne jest objęcie wsparciem psychologicznym dzieci, młodzieży i całych rodzin – mówi dr hab. Małgorzata Gambin z UW, koordynatorka badań.

Nasilenie objawów depresji i lęku jest wyższe w trakcie pandemii, ale w szczególności w pewnych momentach, szczególnie w okresach wzmożonych restrykcji, większych ograniczeń, ale też w czasie zwiększonej liczby zakażeń – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Małgorzata Gambin, koordynatorka grupy badawczej „Psychologiczne aspekty pandemii” z Uniwersytetu Warszawskiego. – Zaobserwowaliśmy, że w wakacje ubiegłego roku poziom objawów depresji w społeczeństwie obniżył się, więc możemy mieć nadzieję, że latem spora część społeczeństwa zaadaptuje się do tej sytuacji i kolejnych zmian. 

Raport z badania „Depresja, lęk i pandemia” przeprowadzonego na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego w 2020 roku pokazał, że osoby badane przejawiały najwyższe nasilenie objawów depresji i lęku uogólnionego w maju i grudniu ubiegłego roku, natomiast najniższe – w lipcu 2020 roku. W grudniu w grupie ryzyka klinicznego nasilenia depresji znajdowało się 29 proc. kobiet i 24 proc. mężczyzn.

Poziom samopoczucia zmieniał się dynamicznie także w poszczególnych grupach wiekowych. Na początku pandemii, wiosną, najwyższym poziomem niepokoju i przygnębienia zareagowały młode osoby, w wieku 18–24 lata. Później, w grudniu osoby w wieku 35–44 lata przejawiały najwyższy poziom objawów depresji i lęku. W szczególności dotyczyło to rodziców, którzy byli już zmęczeni przedłużającym się czasem łączenia pracy zdalnej z opieką nad dziećmi – mówi ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Badanie wykazało, że rodzice są jedną z grup badanych, które wykazywały większą podatność na nasilenie depresyjności. W grudniu 2020 roku rodzice dzieci w wieku do 18 lat zmagali się z wyższym poziomem takich objawów niż osoby, które nie miały dzieci w tym wieku. Z badania UW wynika, że podwyższony poziom objawów depresji i lęku uogólnionego przejawiały także osoby przebywające na kwarantannie lub w izolacji domowej, które utraciły ciągłość wynagrodzenia lub podejrzewały, że przeszły zakażenie COVID-19, ale nie robiły testu.

Wyższy poziom objawów depresji przejawiały także osoby, które doświadczały dużych trudności rodzinnych, a nawet konfliktów, szczególnie w czasie zamknięcia w domu, kiedy nieuniknione było przebywanie przez długi czas z bliskimi – dodaje Małgorzata Gambin.

Jej zdaniem problem może się nasilać podczas kolejnych lockdownów, szczególnie wśród grup bardzo narażonych na depresję, czyli osób doświadczających trudności w pracy, kłopotów finansowych i rodzinnych.

Wymienionym grupom osób z wyższym nasileniem objawów depresji i lęku powinno się poświęcić uwagę i wsparcie – w szczególności ważne jest wspieranie rodzin z dziećmi w czasie epidemii, gdyż objawy depresji u rodzica utrzymujące się przez dłuższy czas mają negatywne skutki dla funkcjonowania emocjonalnego dzieci i całej rodziny – podkreślili autorzy badania.

Osobną grupą narażoną na negatywne psychologiczne skutki pandemii są przedstawiciele zawodów medycznych. Wśród przebadanych przez naukowców z Wydziału Psychologii UW osób z ochrony zdrowia 24 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia objawów depresji, a 34 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia zespołu lęku uogólnionego. W tej grupie zawodowej pielęgniarze i pielęgniarki przejawiali najwyższy poziom zarówno obaw, poczucia zagrożenia, jak i depresyjności i lęku uogólnionego. Był on istotnie wyższy niż w przypadku lekarzy.

Jak podkreśla ekspertka, z badań prowadzonych na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem dr. hab. Pawła Holasa wynika, że skuteczną metodą na radzenie sobie ze stresem są treningi uważności (MBCT), szczególnie dla osób, które doświadczają bardzo dużego nasilenia problemów emocjonalnych.

Może to być strategia radzenia sobie ze stresem dla każdego. Badania pokazują skuteczny wpływ tych treningów na budowanie większej świadomości własnych uczuć, emocji, nabranie pewnego dystansu do przeżywanych trudności emocjonalnych, większej akceptacji przeżywanych emocji – wymienia Małgorzata Gambin.

Z badania „Trening uważności online w pandemii” wynika, że internetowy trening uważności może skutecznie poprawiać dobrostan psychiczny osób dotkniętych negatywnymi emocjonalnymi konsekwencjami pandemii COVID-19. Okazało się, że MBCT obniża poziom depresji, problemów lękowych i zaburzenia adaptacyjnego związanego z pandemią, a jego korzystne efekty mogą być związane z nabyciem większego dystansu do własnych przeżyć.

Dodatkowo badania dr. Juliana Zubka pokazują, że pozytywny wpływ na nasze samopoczucie ma aktywność fizyczna, dbanie o uregulowany rytm dnia, regularność snu i planowanie różnych aktywności w ciągu dnia, jak również realizowanie hobby. Bardzo ważne jest, żeby osobom, które doświadczają bardzo wysokiego nasilenia problemów emocjonalnych, w tym dzieciom, nastolatkom i całym rodzinom, zapewnione było wsparcie psychologiczne – podsumowuje ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Z raportu badawczego „Rytmy dnia” wiadomo, że ćwiczenia fizyczne i hobby miały pozytywne przełożenie na samopoczucie podczas pandemii, a nauka i praca zawodowa, zwykle związane z siedzeniem przy komputerze, obniżały nastrój. Niekorzystne było także poświęcanie zbyt wiele czasu na elektroniczną rozrywkę i kulturę. Korzystne było natomiast posiadanie uregulowanych rytmów dziennych i tygodniowych, które pozwalają przez dłuższy czas skupić się na jednego rodzaju aktywności. Życie rodzinne miało pozytywny wpływ na nastrój badanych, ale tylko w sytuacjach, gdy do kontaktu dochodziło bezpośrednio, a nie za pośrednictwem mediów elektronicznych.

Nastroje wśród producentów żywności coraz lepsze. Mniejszy popyt gastronomii rekompensują zakupy konsumenckie i eksport

Po okresie największego pesymizmu, jaki towarzyszył branży spożywczej latem ubiegłego roku, nastroje stopniowo się poprawiają, choć do powrotu do sytuacji sprzed pandemii jeszcze daleka droga. To wnioski z badania firmy analitycznej Food Research Institute. Luty był pierwszym miesiącem w czasie pandemii, w którym widać wzrost Indeksu FRI. – Lokomotywą napędzającą rozwój polskich producentów żywności w czasie pandemii jest eksport. Przetwórcy nadążają za światowymi trendami i stają się ważnym europejskim graczem w segmencie żywności bio i eko – mówi Dariusz Chołost, general manager Food Research Institute.

Indeks FRI jest publikowany przez Food Research Institute od pięciu kwartałów. Odzwierciedla nastroje menedżerów z branży spożywczej. Przed wybuchem pandemii w styczniu 2020 roku był na poziomie 67,4 pkt, w lipcu spadł do 50,8 pkt, a w lutym br. odbił się do 56,2 pkt.

Nastroje w branży spożywczej dotyczące przyszłości są bardzo dobre. Przetwórcy przyjęli model kryzysowy i umiejętnie dopasowali się do sytuacji w branży. Myślę, że mimo wszystkich zawirowań związanych z ograniczeniem handlu i zmianą zachowań konsumenckich odnaleźli się bardzo dobrze – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Chołost.

Jak podaje Food Research Institute, 29 proc. zapytanych menedżerów przewiduje, że za trzy miesiące sytuacja ich firmy poprawi się w stosunku do obecnej. 51 proc. uważa, że pozostanie ona bez zmian, a 20 proc. ocenia, że się pogorszy. Prognozy sytuacji za sześć miesięcy są podobne, choć respondentów spodziewających się pogorszenia sytuacji jest nieco więcej (22 proc.).

Do osiągnięcia poziomu sprzed pandemii jeszcze jednak długa droga. Jeśli oczekiwania menedżerów firm spożywczych się sprawdzą, to Indeks FRI za maj sięgnie 59,5 pkt, co oznaczałoby wzrost o 3,3 pkt w stosunku do lutego br. Dobre oczekiwania co do wartości majowego wskaźnika umacnia też fakt, że przetwórstwo rolno-spożywcze, pomijając pojedyncze kategorie, dobrze poradziło sobie w okresie pandemii.

– Lokomotywą branży spożywczej jest eksport. Oczywiście przykre jest to, że polskie firmy dalej nie sprzedają wyrobów pod własną marką, lecz produkty do przetworzenia, ale to w obecnej sytuacji jest już względne. Najważniejsze, że eksport ratuje kondycje firm, chociaż widzimy pewne spadki, np. o 10 proc. w segmencie drobiu, w którym jesteśmy liderem europejskim – dodaje ekspert.

Spadek sprzedaży zagranicznej w tym segmencie jest związany z ograniczeniem zamówień z kanału gastronomicznego, ale drób jest wciąż chętnie kupowany przez gospodarstwa domowe. Podobnie jest w innych segmentach rynku, bo konsumenci nie zmniejszyli zakupów żywnościowych w czasie pandemii.

Zmieniają się preferencje konsumentów. Patrzymy już na zakupy bardziej odpowiedzialnie, chcemy, by produkty spożywcze, które kupujemy, były zdrowe. Konsumenci szukają nowych produktów i stają się coraz bardziej świadomi – zaznacza general manager Food Research Institute. – Polscy producenci żywności nadążają za tymi trendami, a w segmencie produkcji żywności bio czy eko stają się powoli potęgą. Europejski Zielony Ład będzie wymuszał zmiany związane z formą produkcji, a więc będzie to wymagało odejścia od produktów masowych w kierunku ekologicznych. To jest jedyne rozwiązanie dla przetwórców.

W ubiegłym roku – jak wynika z danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa – sprzedaż artykułów rolno-spożywczych za granicę osiągnęła nienotowany dotąd poziom 34 mld euro, o ponad 2 mld euro wyższy niż rok wcześniej (wzrost o 7 proc.). Na dobre wyniki eksporterów przełożył się również korzystny kurs złotego do euro i dolara amerykańskiego, co sprzyjało konkurencyjności cenowej polskich produktów na rynku międzynarodowym. Głównym odbiorcą polskich produktów pozostają kraje UE, które wygenerowały 27,2 mld euro, a w szczególności Niemcy (8,5 mld euro i wzrost o 10 proc. r/r). Udział artykułów rolno-spożywczych w strukturze eksportu ogółem wzrósł w ubiegłym roku do 14,3 proc.

Polskie lotniska nawet przez cztery lata będą odbudowywać ruch pasażerski. Na powrót do kondycji finansowej sprzed pandemii potrzebują jeszcze więcej czasu

– Borykamy się z największym kryzysem w branży lotniczej. Spadek ruchu jest bardzo głęboki, w połączeniach regularnych na niektórych lotniskach sięga prawie 100 proc. – mówi Artur Tomasik, prezes zarządu Związku Regionalnych Portów Lotniczych oraz Katowice Airport, i podkreśla, że minie kilka lat, zanim porty lotnicze odbudują ruch pasażerski i powrócą do kondycji finansowej sprzed pandemii. Kryzys w przewozach ominął transport towarowy. Lotnisko w Katowicach w pierwszym kwartale tego roku zanotowało w tym segmencie 30-proc. wzrost.

Jak podaje Związek Regionalnych Portów Lotniczych, w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku 13 lotnisk obsłużyło ok. 8 mln podróżnych, czyli o 15,3 mln mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku (w całym 2019 roku podróżnych była rekordowa liczba – 30,2 mln). Najgorszy był II kwartał, który przyniósł prawie całkowite zatrzymanie ruchu lotniczego. Zakaz lotów wprowadzony wiosną obowiązywał do końca czerwca, czyli ponad 100 dni. Sezon wakacyjny w okresie pandemii pozwolił tylko częściowo odbudować ruch na lotniskach. W efekcie w trzecim kwartale 2020 roku polskie porty lotnicze obsłużyły tylko jedną trzecią liczby pasażerów z tego okresu w 2019 roku, a dodatkowo druga fala pandemii w czwartym kwartale ponownie przyniosła spadki na poziomie 90 proc.

Niektóre porty lotnicze nie obsługują obecnie żadnych połączeń w ruchu regularnym. W ujęciu rocznym spadek w tym segmencie wyniósł w 2020 roku ponad 90 proc. W ruchu czarterowym sytuacja jest różna w poszczególnych portach. W Pyrzowicach w ubiegłym roku obsłużyliśmy 60 proc. ruchu w czarterach w porównaniu z wynikiem z 2019 roku. Kryzys jest bardzo głęboki i bardzo długo będziemy z niego wychodzić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Tomasik.

W ramach ruchu regularnego i czarterowego na pyrzowickim lotnisku obsłużono w ubiegłym roku prawie 1,45 mln podróżnych, czyli o prawie 3,4 mln mniej niż w 2019 roku (-70,1 proc.). Spadek w liczbie operacji startów i lądowań samolotów był nieco mniejszy i wyniósł ok. 47 proc. – odnotowano ich 21,9 tys., czyli o prawie 19,7 tys. mniej niż rok wcześniej.

Znaczny spadek liczby operacji utrzymuje się również w pierwszych miesiącach 2021 roku. Według danych Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej na wszystkich polskich lotniskach w lutym tego roku było ich 7157, o 78 proc. mniej niż przed rokiem (31 844). Również marcowe statystyki pokazują spadki, mimo że od połowy marca ub.r. były już odczuwalne restrykcje rządu – liczba operacji w tym roku wyniosła w marcu 8017 vs. 16 248 w marcu 2020 roku (33 041 w marcu 2019 roku).

Jedyny segment lotniczych usług przewozowych, który nie ucierpiał znacznie w czasie pandemii, to transport towarowy. Urząd Lotnictwa Cywilnego podał, że w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku w polskich portach przewieziono 71,4 tys. ton cargo lotniczego, co stanowi spadek o 20,3 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Wynika on ze zmniejszenia wolumenu lotów samolotów pasażerskich, na których pokładach przewożona jest duża część cargo obsługiwanego przez polskie porty lotnicze, szczególnie do Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Liczba operacji lotniczych cargo w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku spadła jednak w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku o zaledwie 1,5 proc.

Handel w internecie kwitnie i firmy, które w tym handlu uczestniczą, prosperują bardzo dobrze. W efekcie wykorzystywana jest także nasza infrastruktura. W Pyrzowicach w pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy ponad 30-proc. wzrost w przewozach cargo. Myślę, że w innych portach, które oferują transport towarowy, jest podobnie. Na pewno po pandemii będziemy silniejsi w zakresie obsługi cargo i liczę na to, że będzie to pozytywny efekt, który pozostanie po czasach COVID-19 – zaznacza prezes Katowice Airport.

Również ubiegły rok w przewozach cargo był korzystny dla katowickiego lotniska. Przewieziono 20 375 ton frachtu, czyli o 252 tony więcej (1,2 proc.) w porównaniu z 2019 rokiem. Jednocześnie w tym segmencie odnotowano rekordowy wynik w liczbie startów i lądowań frachtowców. W 2020 roku obsłużono dokładnie 3 27 operacji samolotów cargo. Jest to wynik o 4 proc. lepszy niż w 2019 roku.

Odtworzenie ruchu pasażerskiego potrwa co najmniej dwa, trzy, może cztery lata, ale dłużej potrwa odbudowa finansów w naszych przedsiębiorstwach. Jesteśmy w bardzo głębokim kryzysie, który spowodował, że aby utrzymać działalność, musieliśmy zaciągnąć kredyty, pożyczki u swoich właścicieli, które trzeba będzie spłacać. To może potrwać nawet pięć lat – mówi Artur Tomasik.

Polskie lotniska liczą na to, że część strat uda się odbudować podczas tegorocznego sezonu letniego, bo Polacy są spragnieni podróżowania. Większość portów wystartowała już z ofertą wakacyjną.

Siatki połączeń na sezon letni szybko się odbudują, ale warunkiem jest powrót do normalności i odporność stadna uzyskana w wyniku szczepień. W Katowicach będzie dostępnych ponad 130 połączeń regularnych i czarterowych, czyli podobnie jak w 2019 roku. Myślę, że w innych dużych i średnich portach będzie analogicznie. W najgorszej sytuacji będą małe porty, które wcześniej obsługiwały do 500 tys. pasażerów. Tam siatka połączeń lotniczych będzie odbudowywana o wiele dłużej – zauważa prezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych.

W sezonie letnim z Katowic będą latać dwie nowe linie lotnicze: grecka Lumiwings oraz ukraińska SkyUp. Mimo rozbudowanej siatki połączeń ze względu na obecną sytuację epidemiologiczną w Europie nie wszystkie kierunki będą dostępne już w momencie uruchomienia letniego rozkładu.

W Pyrzowicach stacjonuje LOT-owski dreamliner latający bezpośrednio na Dominikanę i do Meksyku. Jesteśmy jedynym portem regionalnym, w którym ruch obsługuje samolot szerokokadłubowy, co umożliwia loty bezpośrednie na dalekie dystanse – podkreśla Artur Tomasik. – Na pewno w innych portach też pojawi się sporo nowości oraz nowi przewoźnicy. To są pozytywne elementy, które wpłyną na szybkość odbudowy ruchu po trudnej covidowej sytuacji.

Od 30 marca obowiązują nowe zasady kwarantanny dla osób przekraczających polską granicę, zarówno transportem drogowym, kolejowym, jak i lotniczym. Podróżni przybywający do Polski ze strefy Schengen podlegają obowiązkowej kwarantannie, chyba że przedstawią negatywny wynik testu na COVID-19, wykonanego nie później niż 48 godzin przed przekroczeniem granicy. Z kolei przybywający spoza strefy Schengen są kierowani na kwarantannę niezależnie od wyniku takiego testu. Może ich z niej zwolnić tylko negatywny wynik testu wykonanego już w Polsce. Obowiązkowej kwarantannie nie podlegają także osoby zaszczepione.

Agnieszka Radwańska została ambasadorką wody Jurajska. W kampanii będzie zwracać uwagę na prawidłowe nawodnienie organizmu

Była tenisistka podkreśla, że marka wody Jurajska od zawsze była bliska jej sercu, ponieważ pochodzi z jej rodzinnych stron. Przyznaje, że jako mama oraz sportowiec bardzo dużą wagę przywiązuje do jakości spożywanych produktów. Woda jest podstawą codziennej diety, dlatego docenia zarówno jej skład, jak i walory smakowe. Klaudia Krupicz, senior marketing manager marki, zaznacza, że wybór Agnieszki Radwańskiej jako ambasadorki wody Jurajskiej był przemyślaną decyzją. Marka chciała związać się z osobą autentyczną, której styl życia pasuje do filozofii i głównych założeń brandu. 

– Agnieszka idealnie współgra z identyfikacją naszej marki. To pełna energii mama, która dba o zdrowie swoje oraz swoich najbliższych. Jest znana w Polsce i co ciekawe, tak jak nasza woda pochodzi z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Jest dla nas wymarzonym ambasadorem – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Klaudia Krupicz, senior marketing manager marki Jurajska.

Kampania wody Jurajskiej z Agnieszką Radwańską rozpocznie się w ostatnim tygodniu kwietnia. Ekspertka zaznacza, że będzie to ukoronowanie ostatnich działań związanych z relaunchem marki. Wcześniejsze zmiany: nowe opakowania oraz butelka, a także wejście na rynek ogólnopolski spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem konsumentów. Przedstawiciele marki za pomocą kampanii pragną zwrócić uwagę na wyjątkowość wody Jurajskiej na tle innych dostępnych na rynku.

– Niewątpliwie największym wyróżnikiem naszej marki jest jej pochodzenie. To woda mineralna wydobywana z głębi skał Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Dzięki temu jest czysta, wolna od wszelkich zanieczyszczeń. Co ciekawe, natura tworzyła ją aż przez 10 tys. lat. W konsekwencji możemy się pochwalić unikalnym składem mineralnym i tym, że proporcje wapnia do magnezu są dokładnie takie same jak te występujące naturalnie w ludzkim organizmie – podkreśla.

Agnieszka Radwańska przez współpracę z marką Jurajska chce zwrócić uwagę, jak ważne jest prawidłowe nawodnienie organizmu. Codzienne obowiązki i dynamiczny tryb życia często sprawiają, że zapominamy o regularnym uzupełnianiu płynów.

– Kiedy grałam zawodowo w tenisa, nawodnienie było dla mnie najważniejsze. Dbałam o nie przed meczem, w jego trakcie i po nim. Podobnie jest teraz. Aby człowiek był w dobrej kondycji, musi się nawadniać. Oczywiście liczy się nie tylko ilość, ale także jakość wody, którą pijemy. Pilnuję tego zarówno u siebie, jak i u najbliższych. Lubię mieć butelki wody w aucie, w wózku czy w plecaku. Bardzo ważne, żeby mieć wodę pod ręką i pamiętać o niej – mówi Agnieszka Radwańska.

Była tenisistka otwarcie przyznaje, że bardzo się cieszy ze współpracy z marką. Rekomenduje więc picie wody, która już od dawna towarzyszy jej w codziennym życiu.

– Woda przede wszystkim musi mieć dobry skład. Dla mnie liczy się również smak, bo jeśli coś jest dobre, częściej po to sięgamy. Staram się wybierać wodę, która przede wszystkim mi smakuje. Z marką Jurajska zdecydowałam się na współpracę bardzo szybko, nie trzeba było długo mnie namawiać. Mam nadzieję, że nasza współpraca potrwa lata – tłumaczy.

Pandemia napędza zakup laptopów przez graczy. Komputery mobilne wydajnością dorównują już stacjonarnym

Rynek gamingu znacznie się zmienił pod wpływem pandemii. Sprzedaż laptopów dla graczy wzrosła w 2020 roku prawie o 27 proc. i do 2025 roku będzie stale rosła, podczas gdy komputerów stacjonarnych dla graczy sprzedaje się za to coraz mniej – wynika z raportu IDC. Zdaniem sprzedawców gracze kupują coraz droższe laptopy i stawiają na najnowsze generacje kart graficznych, które oferują już wydajność zarezerwowaną dotąd dla komputerów stacjonarnych.

– Jest dużo większe zainteresowanie droższymi sprzętami. Laptopy dla graczy, które wcześniej były kupowane, najczęściej kosztowały od 6 do 7 tys. zł. Teraz te ceny są już znacznie wyższe. Dużo więcej laptopów sprzedaje się z naprawdę mocnymi podzespołami, z możliwościami rozbudowy. Zauważyliśmy to praktycznie od samego początku pandemii – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Jarka, dyrektor sprzedaży i marketingu, członek zarządu Blue Technology.

Z raportu opublikowanego przez IDC wynika, że sprzedaż laptopów gamingowych wzrosła w 2020 roku niemal o 27 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Analitycy przewidują, że w 2021 roku rynek ten wzrośnie jeszcze o 16 proc. Jednym z głównych powodów takiego trendu jest możliwość wykorzystania laptopa gamingowego również do pracy. Autorzy raportu wskazują, że wzrosły też ceny sprzedaży takich komputerów.

– Gracze obecnie najczęściej wybierają laptopy 17-calowe z kartami graficznymi nowej generacji, ale tymi z niższej półki, czyli modelami RTX 3060. Nie są one w tym momencie dostępne w komputerach stacjonarnych, a w laptopach mamy je na miejscu praktycznie cały czas. Ceny laptopów z kartami 3060 są niższe niż komputerów stacjonarnych. Oprócz mocnej karty graficznej nowej generacji gracze poszukują też procesorów z serii Core i7 i 17-calowych ekranów. Wcześniej wybierane były laptopy 15-calowe, ale teraz przesunęło się to ku większemu rozmiarowi – wskazuje Tomasz Jarka.

O rosnącej popularności laptopów wśród graczy decydują: duża dostępność podzespołów, niższa cena zakupu, porównywalna do komputerów wydajność, ale przede wszystkim fakt, że są to urządzenia, które można łatwo ze sobą zabrać na przykład w podróż.

– Gracze często podróżują. Dużo wygodniej jest zabrać na turniej laptop niż komputer stacjonarny, do którego trzeba zabrać dodatkowo monitor i pozostałe akcesoria. Laptopy spokojnie dorównują mocą komputerom stacjonarnym, niektóre nawet je pod tym względem przewyższają – ocenia dyrektor Blue Technology, właściciela marki Hyperbook.

Z raportu IDC wynika, że sprzedaż komputerów i monitorów gamingowych do 2025 roku będzie rosła w średniorocznym tempie 5,8 proc, biorąc pod uwagę liczbę sprzedanych egzemplarzy. Segment notebooków w tym pięcioletnim ujęciu zanotuje średnioroczny wzrost sięgający 7 proc., podczas gdy w przypadku komputerów stacjonarnych będzie to spadek o 1,2 proc.

Biodruk zrewolucjonizuje medycynę. Już niedługo będzie można w ten sposób tworzyć narządy do przeszczepów

Światowy rynek biodruku w ciągu najbliższych kilku lat wzrośnie ponad trzykrotnie. Takie rozwiązania jak rusztowania wspomagające leczenie złamań czy biotusze, które posłużą do wyhodowania narządów do przeszczepów, to technologie, które już za kilka lat mogą trafić nawet do szpitali o niskim stopniu referencyjności. Technologia biodruku i druku 3D już dziś pomaga planować operacje wycięcia nowotworów czy przewidywać skutki radioterapii.

– Przyszłością druku 3D w medycynie będzie ukierunkowanie na biodruk. Nie będziemy, tak jak do tej pory, stosować materiałów sztucznych, termoplastów w celach tylko wizualizacyjnych, do planowania pewnych zabiegów. Biodruk będzie pozwalał po prostu drukować tkanki ludzkie, które mogą uzupełniać naturalne narządy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Mariusz Sobol z Wydziału Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki Politechniki Opolskiej.

Technologia biodruku posłużyła np. naukowcom z Uniwersytetu Jiao Tong w Szanghaju do opracowania techniki wytwarzania trójwymiarowych rusztowań wspomagających leczenie złamanych kości u pacjentów z cukrzycą. Rusztowanie składa się z komórek macierzystych szpiku kostnego, morfogenicznego białka kości i makrofagów. Cukrzyca może zwiększać ryzyko złamań kości nawet o 300 proc. Wysoki poziom glukozy we krwi utrudnia też proces gojenia. Biodruk 3D pozwoli więc usprawnić proces leczenia i ułatwić dostęp do skutecznych terapii.

– Pozwoli bardziej precyzyjnie zadziałać, skrócić czas operacji. Stosując te technologie, być może nie trzeba będzie zbierać tak dużych konsyliów lekarzy, ale zaplanować taką operację w mniejszym gronie. Leczenie będzie można prowadzić nawet w mniejszym ośrodku – prognozuje dr inż. Mariusz Sobol.

Technologia biodruku jest też nadzieją transplantologii. W początkowej fazie są badania nad biotuszami mogącymi posłużyć do stworzenia struktur, na których można osadzać komórki niezbędne do tworzenia narządów do przeszczepu. Naukowcy z Uniwersytetu w Lund stworzyli biotusz, z użyciem którego będzie można odtworzyć drogi oddechowe człowieka. Z kolei pracownicy King Abdullah University of Science and Technology (KAUST) opracowali nową metodę drukowania 3D szkieletów hydrożelowych na bazie ultrakrótkich peptydów. Atrament ten będzie można wykorzystać do tworzenia hydrożeli zawierających komórki.

W transplantologii druk 3D pomaga już teraz. Inżynierom z Politechniki Opolskiej udało się stworzyć model żyły pacjenta onkologicznego. Naczynie było zajęte zmianami nowotworowymi, a trójwymiarowy model posłużył do zaplanowania operacji, tak by zminimalizować ryzyko zagrożenia życia pacjenta. Naukowcy pracują już nad kolejnymi projektami z zakresu trójwymiarowego druku.

– Ten projekt dotyczył tkanek miękkich. Obecnie pracujemy już nad projektem dotyczącym tkanek twardych, dokładniej kośćca miednicy. Jest to nowatorski projekt, w ramach którego ma powstać fantom, który będzie przydatny do badań w zakresie radioterapii pęcherza moczowego – zapowiada badacz z Politechniki Opolskiej.

Z raportu Mordor Intelligence wynika, że światowy rynek biodruku 3D był w 2020 roku wyceniany na 724 mln dol. Do 2026 roku jego wartość wyniesie niemal 2,4 mld dol.

Dlaczego złoty jest słaby?

Złoty tak bardzo się osłabił, że jego kurs wobec euro był najniższy od 12 lat. Co się do tego bardziej przyczyniło, rozczarowujące efekty w zwalczaniu pandemii czy polityka Narodowego Banku Polskiego? Słabość złotego była tym bardziej zaskakująca, że czeska korona i węgierski forint straciły znacznie mniej na wartości.

– Rzeczywiście sytuacja pandemiczna nie pomaga, inwestorzy zwracają na to coraz większą uwagę, zwłaszcza, że jeszcze przed kilkoma miesiącami przyjmowano, że epidemia dotyka wszystkich w dość podobnym stopniu, a jednak obecnie sytuacja w wielu krajach jest dużo lepsza niż w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

– Przyczyn osłabienia złotego jest jednak więcej. Najważniejszą jest polityka NBP, który poprzez swoją retorykę przekonał rynki, że nie zależy mu na stabilnej walucie. Działania NBP to nietypowe podejście, jak na kraj, który zaliczany jest do tzw. rynków wschodzących. W tych krajach banki centralne są zwykle bardzo ostrożne, aby nie spowodować sytuacji, w której kapitał odpływa, powodując osłabienie lokalnej waluty.

– Banki centralne krajów wschodzących obawiają się, że odpływ kapitału może być gwałtowny, a potwierdzeniem takiej sytuacji było ostatnio to, co stało się z turecką lirą, gdy prezydent Turcji doprowadził do zwolnienia prezesa banku centralnego – wyjaśnia ekspert XTB.

– Turcja boleśnie doświadczyła do czego prowadzi osłabienie zaufania inwestorów. Podobnie było w kilku innych krajach, kolejnym przykładem jest Brazylia. Sytuacja polskiej waluty jest mocno niestabilna. Na koniec marca euro kosztowało 4,66 zł, a pierwsza dekada kwietnia zakończyła się kursem 4,54 zł. Dolar potaniał o ponad 17 groszy w zaledwie kilka dni, tak dobrej passy złoty nie miał od listopada ubiegłego roku. Czy jednak może ona trwać? Z jednej strony pojawia się nadzieja, że kulminacja trzeciej fali pandemii może być już za nami, a znaczne przyspieszenie tempa szczepień sprawi, że kolejnej takiej fali nie będzie. Mimo, że do normalizacji daleko, rynek zawsze próbuje dyskontować przyszłość (w tym przypadku bardziej optymistyczną). Nieco mógł pomóc komunikat RPP, która oficjalnie nie uważa już, że złoty jest zbyt mocny. Oczywiście, jest nadzieja, że sytuacja się ustabilizuje, a patrząc długoterminowo złoty był przecież niedowartościowany, jednak perspektywy, jakie są przed nami, nadal nie są dobre. W przypadku kursów walut istotne jest, że na światowych rynkach dolar nadal jest bardzo mocny. Pojawiły się też opinie, że na siłę złotego może wpłynąć orzeczenie Sądu Najwyższego dotyczące frankowiczów, którego termin ogłoszenia został przełożony.

– Uważam, że jest to argument bardzo mało istotny, z tego względu, że temat jest od dawna znany inwestorom – ocenia P.Kwiecień. – Aby wpływ sytuacji frankowiczów przełożył się na kurs złotego banki musiałyby zostać zmuszone do natychmiastowego rozwiązania większości umów i likwidacji swoich zabezpieczeń walutowych, a nie sądzę, że do tego dojdzie.

Złoty i euro zyskują, dolar w odwrocie

Polski złoty wyraźnie umocnił się w ubiegłym tygodniu i w parze z euro znalazł się najwyżej od początku marca. Walutę wspiera globalna poprawa sentymentu, słabszy dolar i oczekiwania dotyczące poprawy sytuacji epidemicznej tak w kraju, jak w Europie.
Z globalnej perspektywy jedną z ciekawszych kwestii, na których skupialiśmy się w ostatnim czasie, były zmiany rentowności obligacji skarbowych USA. Ich wyprzedaż w minionym tygodniu ustała, a rentowności zdają się stabilizować. W przypadku obligacji 10-letnich utrzymują się w przedziale 1,60–1,75%. Nie spodziewamy się, że to koniec wzrostów rentowności obligacji, ale sądzimy, że potrzebują one do wzrostu impulsu w postaci przyspieszenia dynamiki cen.

Czwartkowe posiedzenie decyzyjne Banku Centralnego Republiki Turcji zyskuje na znaczeniu po tym, jak prezydent Erdoğan zwolnił jego poprzedniego prezesa charakteryzującego się ortodoksyjnym podejściem do polityki pieniężnej. Co tyczy się odczytów z gospodarki globalnej, warto zwrócić szczególną uwagę na marcowy odczyt inflacji w USA. Zakłócenia w łańcuchach dostaw i rosnący popyt naszym zdaniem stwarzają szanse na to, że odczyt przewyższy oczekiwania.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień istotnym umocnieniem. Kurs EUR/PLN na przestrzeni kilku dni zszedł z poziomu ponad 4,60 do 4,53.

W ostatnim czasie wspominaliśmy, że słabość złotego może niedługo na krótko powrócić za sprawą planowanej uchwały Sądu Najwyższego ws. frankowiczów. Pod koniec ubiegłego tygodnia posiedzenie zostało jednak przełożone na 11 maja. Dlatego w naszej ocenie w perspektywie najbliższych trzech–czterech tygodni złoty powinien reagować głównie na zmiany globalnego sentymentu i wieści z frontu walki z pandemią w Polsce i w Europie i ma szansę na kontynuację ostatniego umocnienia.

W tym kontekście pojawia się pytanie o to, czy na wyraźną aprecjację złotego nie zareaguje NBP. Jesteśmy zdania, że interwencje są mało prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę oczekiwaną poprawę sytuacji gospodarczej w kraju (co redukuje potrzebę wsparcia gospodarki przez słabszy kurs), szczególnie dobrą sytuację eksportu i perspektywę wzrostu inflacji.

EUR

Ostatni tydzień przyniósł mieszane informacje ze strefy euro. Indeksy PMI doświadczyły nadzwyczaj dużej rewizji w górę, dobre były również dane o zamówieniach fabryk w Niemczech. Lutowe dane o bezrobociu były jednak gorsze niż oczekiwano. W naszej ocenie istotniejsze są jednak pierwsze wiadomości – ze względu na to, że są świeższe.

Coraz więcej wskazuje na to, że tempo szczepień w strefie euro może się istotnie poprawić. Już teraz ma to pozytywny wpływ na sentyment do euro i m.in. w tym kontekście widzimy potencjał do umacniania się wspólnej waluty. Szczególnie, że wygląda na to, że sytuacja w zakresie dolarowego pozycjonowania została znormalizowana i nie występuje znaczny nawis krótkich pozycji – w ostatnim czasie wśród spekulantów handlujących kontraktami futures powszechne stało się zamykanie krótkich pozycji na USD. Oznacza to, że amerykańska waluta w najbliższym czasie nie będzie wspierana przez ich pokrywanie.

Warto wspomnieć, że w przyszłym tygodniu w UE mają ruszyć szczepienia jednodawkową szczepionką Johnson&Johnson, co powinno istotnie przyspieszyć dotychczas niezwykle powolny proces szczepień we Wspólnocie.

USD

Przerwanie wzrostu rentowności nie jest korzystne dla dolara, który po mieszanym tygodniu doświadczył osłabienia względem większości walut G10, z wyjątkiem funta brytyjskiego. Tracił też wobec większości walut emerging markets.

Spośród drugorzędowych wskaźników ekonomicznych opublikowanych w zeszłym tygodniu w USA szczególną uwagę zwraca marcowa publikacja inflacji PPI – miary presji cenowej na poziomie hurtowym. Przyniosła ona spore zaskoczenie, pokazując znacznie wyższą od oczekiwanej przez rynek dynamikę cen, co potwierdza naszą opinię, że w USA narasta presja cenowa. Rentowności obligacji obecnie się ustabilizowały. Potencjalne zaskoczenie in plus danych o inflacji konsumenckiej w tym tygodniu może być jednak katalizatorem do kolejnego testu górnej granicy przedziału, w którym utrzymują się rentowności. Oprócz tego potencjał do wpłynięcia na amerykańską walutę w drugiej części tygodnia mają naszym zdaniem dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, które zostaną opublikowane w czwartek.

GBP

W zeszłym tygodniu szterling doświadczył presji wyprzedażowej. Walucie nie sprzyjało spowolnienie tempa szczepień związane z oczekiwanym załamaniem dostaw szczepionki AstraZeneca oraz zrewidowane lekko w dół dane PMI.

Niemniej jak dotąd w tym roku funt radzi sobie całkiem dobrze, a biorąc pod uwagę silne fundamenty i sukces programu szczepień przeciwko COVID-19 w Wielkiej Brytanii, oczekujemy, że jego słabość będzie krótkotrwała. Liczba nowych zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 również istotnie spadła, a dziś łagodzone są kolejne restrykcje: otwarte zostały ogródki przy pubach i restauracjach, sklepy i siłownie. Pewne zawirowania polityczne w najbliższej przyszłości mogą jednak opóźnić istotniejszą aprecjację funta – zbliżamy się bowiem do wyborów parlamentarnych 6 maja w Szkocji.

CHF

Frank szwajcarski był w zeszłym tygodniu drugą po koronie szwedzkiej najlepiej radzącą sobie walutą G10. Kurs EUR/CHF obecnie spadł poniżej poziomu 1,10, co oznacza, że frank jest najmocniejszy od początku marca.

Walutę zdaje się wspierać zarówno stabilizacja rentowności długoterminowych papierów skarbowych USA, jak i poprawa sentymentu względem Europy. Frank radzi sobie lepiej również od innej waluty safe haven – jena japońskiego, co można wyjaśnić różnicami w sytuacji epidemicznej w obu krajach. Liczba nowych przypadków zachorowań w Japonii gwałtownie wzrosła, co wywołało zaostrzenie restrykcji w Tokio, Kioto i Okinawie. W Szwajcarii zaś sytuacja jest dużo bardziej stabilna.

Uważamy, że frank szwajcarski ma przestrzeń do aprecjacji w krótkim terminie, jednak jednocześnie może być ona w pewnym stopniu ograniczona przez jego status safe haven.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Bitcoin zbliżył się do rekordowej wartości, a ethereum utrzymuje się na stałym poziomie

„Cena bitcoina wzrosła w weekend powyżej 60 000 dolarów, zbliżając się do swojego rekordu wszechczasów, dzięki zmniejszonej podaży i rosnącym popycie ze strony nowych typów inwestorów”.

„Największa na świecie kryptowaluta zanotowała wzrost ceny do 60 730 dolarów w sobotę, a dziś rano jego cena wynosi 60 132 dolarów”.

„Cena Bitcoina ponownie wzrosła dzięki wielu czynnikom, w tym nowemu popytowi ze strony inwestorów instytucjonalnych i zarządzających majątkiem, oferujących klientom ekspozycję na kryptowaluty. Tymczasem spadek rezerw na giełdzie zmniejsza podaż, ponieważ coraz więcej inwestorów przenosi walutę do własnych portfeli”.

„Niedawny wzrost stawia bitcoina nieznacznie poniżej jego rekordowego poziomu, który wynosił ponad 61 500 dolarów”. Natomiast ethereum, które pod koniec zeszłego tygodnia osiągnęło rekordowy poziom 2 151 dolarów, utrzymuje się na stabilnym poziomie blisko nowego szczytu, osiągając dziś rano wartość 2 134 dolarów”.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Czy Rosja będzie pierwszym krajem, który wprowadzi cyfrową walutę?

„Rosyjski Bank Centralny zasygnalizował, że wprowadzenie cyfrowego rubla nastąpi w 2023 r. Na wirtualnej konferencji prasowej w zeszłym tygodniu liderzy rosyjskiego banku centralnego przekazali najważniejsze informacje o planach wypuszczenia cyfrowej waluty banku centralnego (CBDC)”.

„Rosja od jakiegoś czasu zamierzała wypuścić cyfrowego rubla i spodziewała się, że do końca tego roku uruchomi wymaganą infrastrukturę, w celu przetestowania cyfrowych prototypów w 2022 r. Prowadzono dyskusje, w jaki sposób bank centralny będzie chciał ograniczyć transakcje gotówkowe, aby umożliwić płynne przejście na walutę cyfrową. Będzie to możliwe dzięki zawężeniu transakcji bezgotówkowych, aby zrównoważyć niedobory płynności po wprowadzeniu zasobu cyfrowego”.

„To posunięcie wynika ze stałej cyfryzacji rosyjskich płatności. Olga Skorobogatova, członek zarządu Banku Rosji, ujawniła, że 73 proc. transakcji w Rosji odbywa się obecnie w formie bezgotówkowej, co jest znaczącą zmianą w stosunku do kilku lat wstecz, kiedy uważano głównie gotówkę ”.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Pandemia nie zaszkodziła eksportowi kosmetyków z Polski

Krajowi producenci kosmetyków utrzymali najlepszą dynamikę eksportu w 2020 roku wśród wiodących państw Unii Europejskiej. W zeszłym roku urósł on o 7,2%, podczas gdy u liderów branży takich jak Francja, Niemcy czy Włochy zanotowano około 15% spadki. Wartość eksportu kosmetyków z Polski sięgnęła w 2020 roku 4,1 mld euro.

Eksport kosmetyków ze wszystkich krajów Unii Europejskiej w zeszłym roku spadł o prawie 10%, natomiast eksport między krajami wspólnoty zmalał o 9%. Jeszcze większy spadek zanotowano w sprzedaży produktów europejskiej branży kosmetycznej poza granice Unii, było to 10,6%. Kraje będące wiodącymi w Unii Europejskiej eksporterami kosmetyków zanotowały znaczne spadki, sięgające kilkunastu procent. Z czołowych producentów i eksporterów jedynie Polska i Holandia pozostały na plusie. To pozwala nam doganiać największych europejskich eksporterów tego asortymentu.

– Wzrost dynamiki eksportu polskich kosmetyków na poziomie 7,2% to fenomenalne osiągnięcie, szczególnie na tle największych gospodarek starego kontynentu, słynących z produkcji kosmetyków. Oczywiście musimy pamiętać o specyfice polskiego rynku kosmetycznego, gdzie liderzy branży – międzynarodowe firmy kosmetyczne – mają w Polsce swoje fabryki i gro tej sprzedaży idzie właśnie na eksport. Pandemia i zachwiany łańcuch dostaw pozwoliły polskim producentom częściowo zastąpić azjatyckich dostawców dla firm z Europy Zachodniej, które podczas tego nietypowego czasu przemodelowały swoje kanały dostaw poszukując alternatyw w Europie. Polskie firmy oferujące produkty wysokiej jakości, odpowiadające ofertą produktową na trendy konsumenckie oraz działające elastycznie w sytuacji kryzysowej świetnie wypełniły tę lukę – mówi Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora żywności i FMCG Santander Bank Polska.eksport kosmetyków

Na tak dobry wynik naszego eksportu miały wpływ także warunki makroekonomiczne i kursy walut. Jednak decydujące wydaje się dobre dopasowanie kategorii produkowanych w Polsce kosmetyków do potrzeb europejskich konsumentów, ich wysoka jakość  oraz elastyczność polskich producentów.

– Oprócz warunków makroekonomicznych, takich jak wahania kursów walut i słaby złoty, wynik eksportu w zeszłym roku to zasługa wielu zalet i decyzji firm, które prowadzą kosmetyczny biznes nad Wisłą oraz szczęśliwych splotów okoliczności. To w Polsce swoje siedziby mają największe globalne koncerny kosmetyczne, produkujące artykuły pierwszej potrzeby, popularne niezależnie od pandemii, tj. kosmetykę białą – mydła, żele, całą pielęgnację. To nasz rynek jest jednym z najbardziej konkurencyjnych i innowacyjnych w Europie. To polscy przedsiębiorcy mają unikalny know-how, często ponad 30-letnie doświadczenie i specjalizację w rozwijaniu portfolio produktów do pielęgnacji twarzy i ciała. To wszystko pozwala elastycznie i zwinnie reagować na niespodziewane zwroty akcji – mówi Blanka Chmurzyńska-Brown, dyrektor generalna Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego.

Firma Euromonitor International prognozuje, że polski rynek kosmetyków jest obecnie szóstym co do wielkości w Europie, a jego wartość przekracza 18 mld PLN.

Polski eksport ciągle rośnie

Eksport kosmetyków z Polski rośnie nieprzerwanie od 2005 roku. Jego wartość w ciągu ostatnich 15 lat wzrosła z 0,8 mld EUR w 2005 roku do 4,1 mld EUR na koniec 2020 roku. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CAGR) eksportu kosmetyków dla lat 2005-2020 wyniósł 11,7%. Na przestrzeni lat zmienili się nasi główni partnerzy handlowi, spadło znaczenie rynku rosyjskiego, w 2005 było to prawie 25% eksportu, obecnie jest to 8%. Coraz ważniejszym partnerem są za to Niemcy, które w ciągu ostatnich 10 lat stały się głównym odbiorcą naszych kosmetyków, z 18% udziałem w eksporcie.eksport kosmetyków 2

Coraz mniej mieszkań w ofercie deweloperów. Ceny idą w górę!

Marzec był kolejnym miesiącem, w którym eksperci GetHome.pl odnotowali spadek liczby mieszkań w ofercie firm deweloperskich przy jednoczesnym wzroście cen metra kwadratowego. Osoby, które wytrwale czekają na spadki znów mogą czuć się zawiedzione.

Popyt

Nowe mieszkania wciąż rozchodziły się jak świeże bułeczki. W 10 analizowanych przez nas miastach deweloperzy sprzedali łącznie przeszło 6,3 tys. mieszkań. Tradycyjnie najwięcej – 2048 – znalazło nabywców w Warszawie. Warto podkreślić, że wysoka sprzedaż warszawskich deweloperów utrzymuje się kolejny miesiąc.Wykres 1 – Mieszkania sprzedane

Jednak na szczególną uwagę zasługuje sytuacja w Krakowie i Gdańsku, bo w tych miastach marcowa sprzedaż była dwukrotnie wyższa niż w lutym. W  stolicy Małopolski klienci firm deweloperskich zdecydowali się na zakup aż 1139 mieszkań, zaś w Gdańsku – 777.

Popyt wciąż napędzają niskie stopy procentowe. Jedni kupujący traktują mieszkania jako bezpieczną lokatę dla swoich oszczędności w sytuacji, gdy oprocentowanie lokat nie chroni ich nawet przed skutkami inflacji. Inni wykorzystują fakt, że kredyty mieszkaniowe są rekordowo tanie, a banki nie stosują nadmiernych ograniczeń.

Biuro Informacji Kredytowej (BIK) podało, że w lutym banku udzieliły ok. 19,8 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli minimalnie więcej niż przed rokiem.Wykres 2 – Kredyty mieszkaniowe

Jednak w kolejnych miesiącach prawdopodobny jest duży wzrost akcji kredytowej. Wskazuje na to rosnąca liczba złożonych wniosków. W marcu o kredyt mieszkaniowy wnioskowało ok. 56,1 tys. potencjalnych kredytobiorców, czyli o 35% więcej niż przed rokiem. W porównaniu do lutego, liczba wnioskujących wzrosła o 19%.

Podaż

Niestety, w marcu deweloperzy nie zareagowali na rosnący popyt odpowiednio dużym zwiększeniem podaży mieszkań. W 10 analizowanych przez nas miastach do sprzedaży trafiło łącznie niespełna 4,1 tys. lokali.

Mniejszą od sprzedanych liczbę mieszkań wprowadzonych na rynek odnotowaliśmy niemal we wszystkich miastach. Wyjątkiem jest Lublin, w którym deweloperzy najwyraźniej się rozkręcają.  Wskazują na to dane GUS. W okresie styczeń-luty 2021 r. rozpoczęli oni budowę w tym mieście 804 mieszkań. W analogicznym okresie przed rokiem było ich tylko 356.

Niepokoić może zaledwie 20 mieszkań wprowadzonych w marcu do sprzedaży w Poznaniu. Czy w kolejnych miesiącach będzie ich więcej? Wygląda na to, że tak. GUS podaje, że w pierwszych dwóch miesiącach tego roku poznańscy deweloperzy rozpoczęli budowę 2417 mieszkań, czyli pięciokrotnie więcej niż przed rokiem w tym samym czasie. Mniejszą w porównaniu z lutym podaż odnotowaliśmy także Bydgoszczy i Szczecinie.Wykres 3 – Mieszkania wprowadzone

Czy podobnie jak w Poznaniu optymizmem mogą napawać statystyki budowlane? Niestety, na ryzyko znacznego zmniejszenia podaży wskazują dane GUS dla Warszawy. W styczniu i lutym deweloperzy rozpoczęli tu budowę zaledwie 1755 mieszkań, co jest wynikiem niemal o połowę gorszym od ubiegłorocznego. Poprawy sytuacji trudno też oczekiwać w Szczecinie.Wykres 4 – Mieszkania rozpoczęte

Oferta

Marzec był więc kolejnym miesiącem, w którym odnotowaliśmy spadek liczby mieszkań w ofercie firm deweloperskich. Najmocniej skurczyła się ona w Warszawie. Pod koniec lutego deweloperzy oferowali tu ok. 9,6 tys. mieszkań, zaś pod koniec marca – nieco ponad 9,1 tys.

Mniejszy niż miesiąc wcześniej wybór lokali mieli nabywcy w Krakowie, Gdańsku, Łodzi, Poznaniu i Szczecinie. Oferta wzrosła zaś nieznacznie we Wrocławiu.Wykres 5 – Mieszkania w ofercie

Ceny

Ci, którzy czekają na spadek cen mieszkań znów mogą się czuć zawiedzeni. W marcu średnie ceny mieszkań w ofercie firm deweloperskich wzrosły we wszystkich analizowanych przez nas miastach. Najmocniej, bo aż o ponad 3%, średnia wzrosła w Gdańsku i Wrocławiu. W innych miastach podwyżki oscylowały w granicach od 0,3% (w Krakowie) do ponad 2,5% (w Bydgoszczy i Szczecinie). W Warszawie średnia minimalnie spadła z 10762 do 10695 zł za m kw. , czyli o ok. 0,6%.

Pamiętajmy jednak, że sytuacja na rynkach mieszkaniowych jest dynamiczna. W zależności od dnia, w którym dokonamy pomiaru, te średnie mogą się nieco różnić.Wykres 6 – Średnie ceny mieszkań

W analizach wykorzystujących średnią cenę mieszkań trzeba uwzględnić zmieniającą się strukturę cenową mieszkań. Np. we Wrocławiu podwyżka średniej była duża ze względu na wzrost udziału w ofercie deweloperów drogich jak na ten rynek mieszkań w cenie powyżej 10 tys. zł za m kw. Z kolei w Krakowie średnia ceny ofertowej praktycznie się nie zmieniła, bo deweloperzy zaczęli wprowadzać do sprzedaży więcej mieszkań w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw., a więc poniżej średniej.

Analizowanie zmian w strukturze cenowej mieszkań utrudnia fakt, że deweloperzy często nie ujawniają cen oferowanych mieszkań w portalach ogłoszeniowych. Na podstawie danych, którymi dysponujemy możemy jednak stwierdzić, że najpewniej wskutek wzrostu kosztów budowy, a przede wszystkim cen gruntów budowlanych, w analizowanych przez nas miastach kurczy się oferta mieszkań w cenie do 7 tys. zł za m kw. Znalezienie mieszkania z ceną poniżej 5 tys. zł za metr graniczy zaś z cudem.

W marcu mniej niż w lutym wprowadzonych zostało na rynek mieszkań z ceną poniżej 8 tys. zł za m kw.  Oczywiście są wyjątki, np. w Łodzi i Lublinie w sprzedaży pojawiło się duża pula mieszkań w cenie 6-7 tys. zł za m kw., a w Lublinie, Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu – w przedziale cenowym 7-8 tys. zł za metr.

W Krakowie i Warszawie największy przyrost liczby mieszkań w nowych inwestycjach deweloperskich zaobserwowaliśmy w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw. Ponadto we Wrocławiu i Gdańsku na rynek trafiło sporo mieszkań z ceną metra kwadratowego w granicach 10-15 tys. zł. To właśnie te mieszkania powodują wzrost średniej.   Wykres 7 – Struktura cenowa

Mamy też i dobrą wiadomość dla potencjalnych nabywców. Najwięcej wprowadzonych w marcu na rynek mieszkań, to lokale dwu- i trzypokojowe, na które jest największy popyt. W ofercie deweloperskiej jest ich wciąż najwięcej.

Komentarz eksperta

Marek Wielgo, ekspert GetHome.pl

Chętnych na zakup nowych mieszkań nie brakuje. Skuteczną „szczepionką” przeciwko COVID-19 okazały się niskie stopy procentowe. Problem w tym, że deweloperzy nie nadążają z podażą. Np. w Warszawie wprowadzili w marcu do sprzedaży ok. 1,3 tys. mieszkań. Cieszy, że było ich dwukrotnie więcej niż w lutym. Niepokoi, że było ich znacznie mniej niż sprzedanych. Oferta wciąż jest spora. Jednak ci, którzy planują zakup nowego mieszkania muszą się liczyć z tym, że dolna granica cen będzie się przesuwała w górę.

Euro nadal mocne. Dobre dane z Unii Europejskiej

Pomimo lepszych danych w piątek za oceanem trwa dobra passa euro. Powodem są dobre dane z Unii Europejskiej. Patrząc jednak na silny ruch od początku kwietnia, można oczekiwać korekty w najbliższych dniach.

Lepsze dane z Unii Europejskiej

Dzisiaj o 11:00 poznaliśmy dane na temat sprzedaży detalicznej w Unii Europejskiej. Sprzedaż detaliczna w skali roku spada o 2,9%. Teoretycznie jest to zły wynik. Warto jednak pamiętać, że oczekiwania wynosiły 5,4% spadku. W rezultacie tych danych euro zyskuje względem dolara, pomimo tego, że od rana było widać odwrót od euro na rzecz dolara.

Uspokojenie na rynku ropy

Ceny ropy naftowej po osiągnięciu kolejnych maksimów od początku pandemii na początku marca znajdują się w odwrocie. Powodem jest przeszacowanie popytu na surowiec połączony ze wzrostem produkcji. Widać to chociażby po danych z USA, gdzie wyraźnie wzrosła liczba aktywnych wież wiertniczych. W rezultacie presji na ceny ropy w odwrocie jest też rosyjski rubel, który zwyczajowo ma słabsze wyniki, kiedy ropa naftowa tanieje.

Rynek pracy w Kanadzie

W piątek poznaliśmy wyraźnie lepsze od oczekiwań dane na temat sytuacji na rynku pracy z Kanady. Bezrobocie zgodnie z oczekiwaniami spadło wyraźnie w marcu. Analitycy spodziewali się spadku do 8%, faktyczny odczyt wyniósł jednak 7,5%. Powodem takiej zmiany był jednak istotnie większy od spodziewanego przyrost liczby miejsc pracy. Wyniósł on ponad 300 tysięcy przy oczekiwaniach na poziomie około 100 tysięcy. Co dodatkowo ważne, w przeciwieństwie do poprzednich danych składał się on w większości z osób zatrudnionych na pełen etat, a nie na część etatu jak wcześniej. Nie może zatem dziwić, że dolar kanadyjski zakończył tydzień wzrostami.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl