Domy do 35 mkw. i hotelarstwo rozproszone podbijają rynek turystyczny

Prywatność staje się dobrem luksusowym i ta potrzeba zostanie z nami na dłużej. 75% osób wybierze w tym roku takie miejsca na urlop, które zapewnią przestrzeń, intymność oraz dystans społeczny. 59% turystów dojedzie tam samochodem, a 61% chce spędzać czas na świeżym powietrzu. Widzą to operatorzy ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych, którzy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej inwestują w wysokiej jakości domki i inne niezależne formy zakwaterowania. Hotelarstwo rozproszone rośnie w siłę napędzane przez technologię modułową, która pozwala na szybką realizację, nieinwazyjną instalację w obszarze resortowym i gwarancję jakości. DMDmodular ocenia trendy na rynku nieruchomości w Polsce i Europie.

Hotelarstwo rozproszone na topie

Trendem numer jeden w wakacyjnym podróżowaniu w 2021 roku jest przestrzeń. Wraz ze wzrostem liczby osób zaszczepionych zaczynamy planować urlop określany przez wielu „wakacjami w ramach zemsty”. Chcemy się zemścić na koronawirusie za ponad rok niepewności, ograniczeń i pracy z domu. W badaniu globalnym American Express aż 75% osób przyznaje, że poszukują miejsc, które zapewniają im prywatność i bezpieczeństwo – rozumiane także jako dystans społeczny. Takie pobyty dawniej rozpatrywane były w kategoriach podróży luksusowych, teraz stają się powszechne i pożądane przez większość turystów. 69% badanych chce odwiedzić w tym roku tereny mniej uczęszczane turystycznie, a 68% deklaruje, że starają się podróżować bardziej świadomie i odpowiedzialnie, wybierając te destynacje, ośrodki, hotele i obiekty, które nastawione są na dbanie o środowisko.

Takie tendencje konsumenckie w podróżowaniu w czasie pandemii potwierdzają również nasze plany produkcyjne, rozmowy z inwestorami oraz liczba składanych zapytań i tworzonych przez nas ofert na domy całoroczne z naszej serii Smart Living, a także na nowe produkty modułowe, wpisujące się w trend hotelarstwa rozproszonego. Mamy obecnie 100% wzrostu zainteresowania tego typu rozwiązaniami w stosunku do roku poprzedniego. Nasze budynki modułowe Smart Living to oferta produktowa licząca 15 typów obiektów adresowanych do właścicieli hoteli resortowych, gruntów, parków rekreacyjnych, ale i indywidualnych klientów, którzy coraz częściej rozważają bezpieczną lokatę środków i inwestują w niewielkie osady od 3 do 5 domków. Produkty oparte są na pojedynczych lub podwójnych modułach i liczą od 28 do 120 mkw., z dachem płaskim lub dwuspadowym, komentuje dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, prezes DMDmodular.

To obiekty spełniające wszystkie wymagania techniczne dla budynków obowiązujące od 2021 roku, a do tego technologia modułowa 3D pozwala na przeniesienie budynków w inną lokalizację – np. po uzyskaniu oczekiwanej stopy zwrotu z inwestycji.

Relokacja, choć nie jest powszechnie stosowana przez klientów, staje się coraz częściej przedmiotem kalkulacji finansowych i definiowana jest jako dodatkowy atut dla bezpieczeństwa inwestycji, co nie jest osiągalne dla tradycyjnych metod wznoszenia budynków. Wykończone domy wraz wszystkimi instalacjami, elewacją i wyposażeniem trafiają do klientów z Holandii, Niemiec, Słowacji, Islandii i Polski. To realizacje zarówno na potrzeby indywidualne, jak i rozwój ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych z przeznaczeniem dla urlopowiczów, poszukujących prywatności, przestrzeni i jakości. Obiekty, powstające w fabryce DMDmodular, są gotowe w kilka tygodni od złożenia zamówienia. To przełom dla turystyki rozproszonej, która w obecnych czasach i warunkach pandemii jest bardziej pożądana przez gości, a budownictwo modułowe przeżywa prawdziwy rozkwit w tym kierunku, dodaje Woźniak-Szpakiewicz.

Chcemy wyjechać i zostać na dłużej

W turystyce zrodził się jeszcze jeden trend, który uwidoczniają raporty konsumenckie. Według danych wyszukiwarki VRBO 55% badanych osób jest zainteresowanych głównie podróżami niskoemisyjnymi. Około 59% zapytanych rodzin najprawdopodobniej wybierze podróż samochodem. Takie zrównoważone podróżowanie jest bliskie 68% respondentów również w najnowszym badaniu American Express. Staramy się być bardziej świadomi i wybierać rozwiązania, które są przyjazne środowisku. Dodatkowo wolimy spędzać czas na świeżym powietrzu niż w mieście, dlatego celem podróży coraz częściej stają się prywatne domki w otoczeniu lasów, w których zostajemy na dłużej. Takie zjawisko nazywane jest „flexications”, czyli dłuższe wakacje poza godzinami szczytu, podczas których pracujemy i uczymy się zdalnie. 67% podróżnych, którzy korzystali z takiej formy wypoczynku, deklarują, że chcieliby to powtórzyć.

Pandemia stworzyła warunki dla elastycznego życia i swobody pracy podczas wyjazdów, a wysoka jakość apartamentów, standardy czystości, prywatność oraz spersonalizowane doświadczenia to dla podróżujących obecnie kryteria pierwszego wyboru. W tym kierunku rozwijają się ośrodki wypoczynkowe, centra rekreacji oraz prywatne kwatery. Według badań popyt na prywatne nieruchomości wynajmowane nawet na kilka miesięcy wzrósł gwałtownie w ostatnim czasie. Dane Airbnb wskazują, że podróżni wynajmują domy na przykład w pobliżu małych nadmorskich miast oraz lasów. Urlopowicze poszukują własnych tarasów, podwórek, patio, miejsc kempingowych. Stąd właśnie tak duży wzrost zainteresowania domami modułowymi. Inwestorzy chcą sprawnie, ale z zachowaniem jakości zapewnić swoim gościom komfortowe i oryginalne apartamenty do wypoczynku na łonie natury. Przewidujemy, że sprzedaż naszych obiektów z linii Smart Living wzrośnie w tym roku o minimum 50% i ten trend będzie się utrzymywał, gdyż budownictwo modułowe jest bardziej ekologiczne oraz skraca czas inwestycji nawet o połowę w porównaniu do tradycyjnych metod budowania, wyjaśnia dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Co napędza branżę?

Dynamiczny rozwój hotelarstwa rozproszonego, któremu tempa może dotrzymać tylko technologia modułowa, wynika z wciąż trwających ograniczeń w życiu codziennym i podróżowaniu, ale także zmiany w samym sposobie spędzania wolnego czasu, co wyraźnie widać w oczekiwaniach tegorocznych urlopowiczów. W rezultacie rynek modułowy podbijany jest przez trendy turystyczne w 2021 roku, ale również inwestycje indywidualne na działkach budowlanych i rekreacyjnych. Tu najbardziej pożądane są domki do 35 mkw., ponieważ takie realizacje nie wymagają spełnienia skomplikowanych procedur administracyjnych.

Potrzeba własnego ogrodu, pracy i życia w większej przestrzeni niż w mieszkaniu w centrum miasta powoduje, że poszukujemy szybszych i bardziej efektywnych metod budowania. Dlatego inwestorzy coraz odważniej sięgają po rozwiązania modułowe 3D zamiast angażowania się w długotrwałe i kosztowne procesy budowania metodami tradycyjnymi, podsumowuje prezes DMDmodular.

Jaki kierunek rozwoju przyjmie sektor mieszkaniowy w nadchodzących 2-3 latach?

Jak zmieni się rynek nowych mieszkań w najbliższych latach? Czy spadnie podaż mieszkań? Czy utrzyma się popyt? Od czego będzie zależało utrzymanie równowagi rynkowej? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Wierzymy w długoterminowy wzrost rynku mieszkaniowego. Nasz cel na ten rok to sprzedaż 1750-1850 mieszkań, czyli około 30 proc. więcej w porównaniu do 2020 roku. Przyjęliśmy strategię, zgodnie z którą chcemy zwiększyć skalę działania w segmencie mieszkaniowym do poziomu sprzedaży 3100 mieszkań w 2025 roku. W I kwartale br. odnotowaliśmy bardzo duże zainteresowanie ofertą ze strony klientów, dlatego spodziewamy się, że popyt na mieszkania nadal będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. Do biur sprzedaży wróciło wiele osób, które wstrzymywały się z zakupem mieszkania w związku z pandemią, ponieważ ich potrzeby mieszkaniowe wciąż są aktualne. Do tego dochodzi liczna grupa inwestorów, dla których nieruchomości nadal będą atrakcyjną formą lokowania środków. W naszej ocenie wykluczenie z grupy potencjalnych nabywców osób pracujących w branżach najbardziej dotkniętych pandemią nie wpłynie znacząco na poziom sprzedaży. Nawet gdyby spełnił się negatywny scenariusz i sprzedaż byłaby niższa niż w ubiegłym roku to będzie to raczej spowodowane spadkiem podaży i dalszym wzrostem cen niż spadkiem zainteresowania ze strony klientów. Wyzwaniem dla branży pozostaje ograniczona dostępność gruntów, dlatego aktywnie podchodzimy do budowy banku ziemi m.in. zwiększając rolę działu zakupu gruntów w organizacji.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Wśród czynników wspierających branże i stymulujących wzrost zainteresowania ofertą deweloperów wymienić należy rekordowo niskie stopy procentowe, które przekładają się na większe zainteresowanie kredytowaniem zakupu mieszkania oraz zachęcają do lokowania kapitału w nieruchomości. Jednocześnie w Polsce cały czas mamy do czynienia z bardzo dużymi i niezaspokojonymi potrzebami mieszkaniowymi. Cały czas odrabiamy wieloletnie, systemowe braki i jeszcze nam daleko do zagospodarowania potrzeb w tym zakresie. Wszelkie porównania zasobów lokalowych wskazują, że pod tym względem pozostajemy w ogonie państw członkowskich Unii Europejskiej.

Ponadto bogacenie się społeczeństwa i trend wymiany mieszkań na większe, bardziej komfortowe jest dodatkowym czynnikiem wspierającym podaż. Naturalnie wysoki popyt i dobra pozycja nieruchomości na rynku inwestycyjnym oznaczają dobre perspektywy oraz potencjał dalszego wzrostu pierwotnego rynku mieszkaniowego. Dzięki czemu, pomimo obecnych ograniczeń w sferze zdrowia i gospodarki, z optymizmem spoglądamy w przyszłość.

Należy jednak znaczyć, że istotny wpływ na utrzymanie równowagi na rynku oraz dostępność mieszkań w ofercie będzie miała zdolność deweloperów do pokonywania trudności administracyjnych i szybkiego uruchomiania nowych projektów, a także dostępność gruntów pod przyszłe inwestycje.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Najbliższe 2-3 lata upłyną na odbudowie liczby sprzedawanych mieszkań, która spada w tym momencie o 20 proc. w ujęciu rok do roku. Przy tym tempie spadku sprzedaży kluczowe w utrzymaniu równowagi na rynku będzie znalezienie balansu pomiędzy popytem a liczbą nowych mieszkań wprowadzanych do sprzedaży. Na obecną chwilę nie przewidujemy dalszych spadków podaży. Popyt będzie utrzymywał się na wysokim poziomie, także za sprawą aktywności inwestorów, dla których zakup mieszkania wciąż jest atrakcyjną metodą lokowania zgromadzonych oszczędności, zwłaszcza przy niskooprocentowanych lokatach bankowych. Sytuację na rynku należy teraz ocenić jako stabilną. Cała branża weszła w nowy rok pełna optymizmu. My zamierzamy wprowadzać nowe mieszkania w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu, ponadto planujemy wejść na nowy rynek, do Trójmiasta.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Jeśli nie będzie kolejnych lockdownów, zakładamy kontynuację nieco wolniejszego wzrostu cen mieszkań w bieżącym roku. Jednocześnie w warunkach oczekiwanego, długiego okresu niskich stóp procentowych oraz mocnego odbicia gospodarki zwiększy się po raz kolejny siła nabywcza Polaków, co powinno wzmacniać dalszy popyt na mieszkania w okresie 2-3 lat.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Według naszych prognoz najbliższe 2-3 lata będą okresem kolejnych wzrostów cen. W Polsce nadal mamy niedobór mieszkań, nadal wiele młodych osób, którym brak zdolności kredytowej ma możliwość do samodzielnego mieszkania i decyduje się na wynajem.

Wraz ze wzrostem gospodarczym, w dalszym ciągu będą rosły wynagrodzenia, a co za tym idzie możliwość najmu mieszkań. Nadal będą korzystać na tym fundusze inwestujące w mieszkania na wynajem oraz inwestorzy indywidualni. Niski poziom oprocentowania kredytów hipotecznych będzie z kolei w dalszym ciągu stymulował nabywanie lokali na własne potrzeby.

Spadek podaży gruntów, wzrost ich cen, wydłużenie i skomplikowanie procesu inwestycyjnego, wzrost kosztu wytworzenia 1 mkw. mieszkania spowodowany zmianą Ustawy Deweloperskiej i wprowadzeniem Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego przyczynią się do dalszego wzrostu cen nowych mieszkań.

Boaz Haim, prezes Ronson Development

Doświadczenie pandemii nauczyło nas, aby z pokorą i dużą ostrożnością prognozować przyszłość. Gdyby przyjąć za dobrą monetę obecne zachowania klientów na rynku nieruchomości – aktywne i odważne, to moglibyśmy spodziewać się bardzo dobrej sytuacji jeśli chodzi o popyt. Szczególnie, gdy utrzymają się niskie stopy procentowe kredytów. Jednak ocena rynku i prognozy na przyszłość muszą uwzględniać wiele kryteriów. Bardzo dużo będzie więc zależeć od kondycji rynku pracy, poziomu bezrobocia i ogólnych nastrojów konsumenckich.

Nieco inaczej wygląda i będzie wyglądać strona podażowa. Po pierwsze, nasza branża działa w długich cyklach, mam tu na myśli m.in. wszystkie procedury administracyjne, czy generalne wykonawstwo. Po drugie, w dużych miastach nie przybywa gruntów. Ten zasób jest ograniczony. Będziemy więc mierzyć się z wyzwaniem, jakim jest sukcesywne zwiększanie podaży. Nasz bank ziemi został oczywiście zabezpieczony, a w najbliższych miesiącach ruszymy z nowymi projektami, m.in. na poznańskim Grunwaldzie i w Warszawie. Pewne trendy są widoczne już dzisiaj. Nasi klienci szukają większych przestrzeni, gdzie z łatwością wygospodarują miejsce do pracy zdalnej. Chętniej też sięgają po inwestycje w obrębie aglomeracji, a nie jej ścisłego centrum. Widoczny jest zwrot w kierunku ekologii.

Mariola Żak, dyrektor marketingu i sprzedaży Aurec Home

Pamiętajmy, że na ceny mieszkań wpływa popyt, a ten obecnie jest duży. Deweloperzy budowaliby dużo więcej, ale niestety borykają się z przedłużającymi się procedurami administracyjnym oraz małą dostępnością gruntów. Bank ziemi Aurec Home umożliwia wybudowanie około 3000 mieszkań, ale naszym celem jest dalszy rozwój i zakup kolejnych działek, aby móc wybudować dodatkowe 1000 mieszkań w 2021 roku. Nowe inwestycje w przeważającej większości są obecnie budowane tam, gdzie wciąż jest na to odpowiednio dużo miejsca. Dlatego w Warszawie na popularności zyskują dzielnice wokół centrum, gdzie jest dobra infrastruktura i rzadka zabudowa np. Wola, Bemowo, Ursus i Włochy.

Klientami Aurec Home są przede wszystkim osoby, które kupują mieszkania na własne potrzeby, pozostali to drobni inwestorzy, którzy w nieruchomości lokują swoje oszczędności. Na razie nie obserwujemy dużego zainteresowania mieszkaniami ze strony inwestorów zagranicznych, ale to się zmieni po zluzowaniu ograniczeń związanych z pandemią. Mniejsi inwestorzy zagraniczni będą bardzo zainteresowani mieszkaniami w Polsce, a więksi już szukają okazji w postaci zagrożonych biur, magazynów, czy hoteli. Moim zdaniem po pandemii inwestorzy będą mieli spory wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Sądzę, iż przez najbliższe 2-3 lata rynek utrzyma się na dotychczasowym poziomie. Myślę, że dochodzimy do równowagi pomiędzy popytem, a podażą. Deweloperzy rozsądniej podchodzą do wprowadzania nowych inwestycji. Strona popytowa nadal zainteresowana będzie ciekawymi lokalizacjami. Nieruchomości to nadal pewna lokata kapitału. Popyt zależny jest także od dostępności kredytów hipotecznych oraz wysokości stóp procentowych. Obecnie banki poluzowały dostęp do kredytów, co widać wśród naszych klientów. Jeśli chodzi o zmianę wysokości stóp procentowych to w analizowanym okresie nie można spodziewać się ich znaczącego wzrostu.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Sądzę, że sprzedaż mieszkań w najbliższym czasie będzie lepsza niż w 2020 roku, chyba że będziemy mieli problemy z podażą, wynikające chociażby z opóźnień administracyjnych. Pomimo pandemii, rynek trzyma się zupełnie nieźle. Trzeba jednak wziąć pod uwagę dużo zmiennych, które mogą wpłynąć na sytuację, jak nowe wymogi budowlane i energetyczne, wyższe koszty realizacji inwestycji, dodatkowe podatki, Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Wszystko wskazuje na to, że niskie stopy procentowe i inflacja będą nadal czynnikiem stymulującym popyt, jednak obawiam się, że nie można spodziewać się zwiększonej podaży. Na decyzje administracyjne nadal deweloperzy czekają za długo. Zbyt powolne jest także uchwalanie planów miejscowych, a to wpływa na niską podaż gruntów.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Spodziewamy się, że w perspektywie najbliższych 2-3 lat popyt będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. Zakładamy jednocześnie wysoką liczbę nowych inwestycji deweloperskich wprowadzanych na rynek. Deweloperzy bacznie obserwują zachowania zakupowe klientów i zmieniające się preferencje. Dlatego kolejne projekty będą już dostosowane do nowych potrzeb i oczekiwań klientów. Spora grupa osób nadal będzie chętnie kupować nieruchomości na cele inwestycyjne. To aktualnie jedna z najbardziej popularnych form inwestowania z uwagi na wysoką inflację oraz niskie stopy procentowe. Pieniądze pozostawione na koncie bankowym systematycznie tracą swoją wartość nabywczą.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Uważam, że polski rynek ma wciąż bardzo długą perspektywę rosnącego popytu na nowoczesne mieszkania. Poza stale utrzymującym się popytem, wynikającym z niedoboru w zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych, będącym głównym motorem napędowym tego rynku, równolegle rozwijać się będzie rynek najmu instytucjonalnego PRS (Private Rented Sector). Jeśli chodzi o mniejszych nabywców inwestycyjnych, dla których inwestycje na rynku mieszkaniowym są naturalną alternatywą dla lokat bankowych, to w najbliższym czasie przewidujemy dalsze wzrosty. Wynikać to będzie m. in. z wprowadzenia ujemnych stóp procentowych lokat.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Podaż na rynku deweloperskim spada bardzo mocno przez rosnące koszty gruntów, a popyt nadal będzie sukcesywnie rósł dzięki szerokiej ofercie domów, mieszkań i lokali usługowych budowanych zgodnie z zapotrzebowaniem. Obecnie najbezpieczniejszą lokatą kapitału jest kupno mieszkania, które chroni nasze zyski. Lokowanie środków w nieruchomości to najbardziej rentowny sposób inwestowania, co jednocześnie napędza sprzedaż deweloperom.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Rzeczywiście rośnie popyt inwestycyjny na rynku nieruchomości mieszkaniowych, co jest efektem zarówno zainteresowania dużych podmiotów zagranicznych, jak i zmiany aktywności inwestycyjnej Polaków, którzy przekierowują środki z lokat na inwestycje w nieruchomości. Sądzimy, że rynek nieruchomości mieszkaniowych w ciągu najbliższych 2 lat będzie się stabilnie rozwijał. Nadal popyt będzie lekko przewyższał podaż, ze względu na wymogi proceduralne i administracyjne dotyczące wprowadzania nowych inwestycji. Wzrost popytu może być także stymulowany przez nabywców lokujących swój kapitał, jednak nadal kupujący mieszkanie na własne potrzeby będą stanowić istotną część nabywców. W Polsce wciąż brakuje bowiem 2-3 mln mieszkań. Warto podkreślić, że rynek nieruchomości mieszkaniowych, ze względu na wysoką konkurencyjność i aspekty wolnorynkowe, od wielu lat utrzymuje równowagę i stabilnie się rozwija z korzyścią dla kraju i społeczeństwa.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Spodziewamy się w Poznaniu dalszego, stabilnego wzrostu cen, ale tak naprawdę wiele zależy od sposobu wychodzenia gospodarki z kryzysu wywołanego pandemią. Jeśli kredyty będą relatywnie tanie i dostępne, popyt konsumpcyjny utrzyma się na wysokim poziomie. Natomiast jeśli z jakichś względów będzie spadał, spodziewamy się, że popyt inwestycyjny będzie go kompensował. Należy pamiętać też o ciągle wysokim deficycie mieszkaniowym w Polsce. Polacy muszą gdzieś mieszkać i jeśli nie będą mieszkać „na swoim“, to będą wynajmować i skorzystają na tym inwestorzy nastawieni na wynajem długoterminowy.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że rynek nowych mieszkań w najbliższych latach nadal będzie miał się dobrze. Wysoki popyt na mieszkania powinien się utrzymywać. Niskie stopy procentowe wciąż będą zachęcały do lokowania środków w nieruchomości. Niski koszt kredytu hipotecznego przełoży się na jego zwiększoną dostępność dla klientów. Dodatkowo na korzyść rynku mieszkaniowego może zadziałać wprowadzenie przez rząd bonu mieszkaniowego, który mógłby pomóc nabywcom mieszkań w pokryciu wkładu własnego w formie dopłat lub gwarancji. Oczywiście może też dojść do częściowego ograniczenia podaży, gdyż już teraz są trudności z dostępnością nowych terenów inwestycyjnych, co z pewnością przełoży się na dalszy wzrost cen mieszkań.

Autor: dompress.pl

JR HOLDING ASI S.A. inwestuje w OpenApp, fintech twórcy Frisco.pl

W dniu 14 kwietnia JR HOLDING ASI S.A. podpisał umowę inwestycyjną z OpenApp sp. z o.o., dzięki której został strategicznym inwestorem spółki. Inwestycja JRH w wysokości 5 mln zł będzie przeznaczona na wdrożenie platformy OpenApp na polskim rynku oraz dalszy rozwój jej funkcjonalności.

OpenApp to innowacyjna platforma fintech, która skraca czas składania zamówienia w sklepach online do 10 sekund, nawet przy pierwszym zamówieniu klienta. Rozwiązuje w ten sposób jedną z największych bolączek e-commerce związaną z koniecznością ciągłego wprowadzania danych przez klientów. Złożenie zamówienia wraz z płatnością odbywa się bez wprowadzania jakichkolwiek danych lub logowania się.

OpenApp to zupełnie nowe podejście do checkoutu oparte o aplikację mobilną, które rewolucyjnie upraszcza kupowanie online. Wszyscy byliśmy znużeni ciągłym wpisywaniem tych samych danych w formularzach, więc znaleźliśmy sposób, aby w praktyce zlikwidować checkout dla konsumenta w możliwie najbardziej intuicyjny sposób – tłumaczy Witold Ferenc, założyciel OpenApp.

Dzięki inwestycji w OpenApp, JRH ASI S.A. wchodzi na szybko rosnący rynek checkoutu i płatności e-commerce, którego wielkość szacowana jest obecnie w Europie na ponad 6 mld EUR.

Produkt OpenApp jest tak prosty w użyciu, że mamy przekonanie, że szybko zdobędzie serca konsumentów. Kolejne funkcjonalności, takie jak anonimowe zakupy online, dają szansę na zbudowanie nowego standardu kupowania online na całym rynku europejskim – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu JR HOLDING ASI S.A.

OpenApp jest obecna również na rynku e-grocery, z którego wywodzi się prezes spółki Witold Ferenc. Zbudowała platformę do kompleksowego zarządzania “ostatnią milą”, która dzięki zaawansowanym mechanizmom machine-learning pozwala na osiąganie efektywności logistyki znacznie wyższych niż u europejskich liderów rynku, np. brytyjskiego Ocado. OpenApp Grocery jest wykorzystywana przez wiodących graczy na polskim rynku e-grocery i logistyki, m.in. Frisco.pl (www.open-routing.com) .

Pierwszym inwestorem OpenApp w rundzie seed był INNOventure, krakowski fundusz zalążkowy, który inwestując środki prywatnych inwestorów, ze wsparciem mechanizmu Bridge Alfa pomaga naukowcom, wynalazcom i przedsiębiorcom w rozwijaniu projektów biznesowych opartych o wyniki prac badawczo-rozwojowych. Portfel projektów technologicznych, w których rozwój i komercjalizację zaangażowany jest fundusz, obejmuje przedsięwzięcia z obszarów takich jak innowacyjne rozwiązania w e-commerce, sztuczna inteligencja w przemyśle, a także urządzenia medyczne, farmacja i biotechnologia.

Wyważony optymizm

Wczorajsze wystąpienie Powella z Fed nie przyniosło niespodzianek i rynki pozostają w trybie zawieszenia, wyczekując silniejszych impulsów z serii danych z USA. EUR/USD w żółwim tempie podchodzi do 1,20, a EUR/PLN zatrzymał się przy 4,55. Świeżego impetu dla optymizmu związanego z odbiciem globalnego ożywienia dostarcza wyskok cen ropy naftowej.

Środa była dobrym dniem dla apetytu na ryzyko, szczególnie w przestrzeni FX, gdzie USD pozostawał na przegranej pozycji do większości walut. Silne wzrosty ryzykownych walut surowcowych AUD, NZD i NOK sugerują głód odbudowywania pozycji spójnych ze strategią reflacyjną. Spadek zapasów ropy naftowej w USA stał się też pretekstem, by wyrwać z marazmu ceny WTI. Rynek akcji pokazał mieszane wyniki, ale cofnięcie się S&P500 o 0,4 proc., kiedy dzień wcześniej indeks poprawiał rekordy, nie jest korektą wartą uwagi. Rentowności obligacji skarbowych USA podbiły nieco w górę, ale ruchy nie były na tyle duże, by wzbudzać zakłopotanie.

Ogólnie jesteśmy w fazie, gdzie albo szukane są obszary uzasadnionego zwiększania ryzyka, albo panuje wyczekiwanie na nowy pozytywny czynnik. Start nowego kwartału, w szczególności po nerwowej końcówce poprzedniego, oznacza, że inwestorzy mają pokłady niepracującego kapitału, których chcą kierować na bardziej ryzykowne rynki. Potrzeba to jedno, ale pewność wytworzenia się trwalszego trendu to drugie. Wydaje się, że w temacie trzeciej fali zachorowań cały pesymizm jest już w cenach, co przerzuca uwagę na dowody wzmacniania się aktywności gospodarczej. Mocno zdyskontowana jest też wyjątkowość ożywienia gospodarczego w USA, co odbiera paliwo do aprecjacji USD. W tym kontekście ważne jest, że wczoraj prezes Powell przypomniał, że Fed nie spieszy się z normalizacją polityki monetarnej. Zwrócił uwagę na trzy warunki, jakie gospodarka musi spełnić, aby Fed zaczął rozważać podwyżki stóp procentowych: odbudowa rynku pracy będzie w pełni zakończona (tj. stopa bezrobocia wróci do 3,5 proc.), inflacja trwale osiągnie 2 proc. i dalej będzie utrzymywać się powyżej 2 proc. przez pewien czas. Z wcześniejszej wypowiedzi szefa oddziału Fed w St. Louis J. Bullarda wiemy, że warunkiem pomocniczym jest osiągnięcie stopnia zaszczepienia społeczeństwa na 75-80 proc. To łącznie powinno stanowić ważny drogowskaz dla oceny ścieżki polityki Fed i hamować spekulacyjne zapędy dolarowych byków, którzy chcieliby obstawiać początek normalizacji dużo wcześniej.
Sądzę, że sygnały z Fed osłabiają ten filar siły USD, który wynika ze zmiany oczekiwań dotyczących stóp procentowych i trajektorii rynku obligacji. Ale trzeba pamiętać, że USD to także bezpieczna przystań, która będzie przyciągać kapitał w momentach zawirowań rynkowych. By osłabić ten filar, strategia reflacyjna musi mieć poparcie w napływających danych makro ze świata. Inaczej bez świeżego paliwa obserwowany obecnie rajd ryzyka wynikający z odreagowania marcowej korekty wkrótce się wyczerpie.

Dziś impulsów mogą dostarczyć dane z USA. W USA marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej. Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Wskaźniki koniunktury – NY Empire State i Philly Fed – prawdopodobnie dalej będą podkreślać pozytywne nastroje wśród firm dzięki poprawie popytu wewnętrznego i silnej aktywności na zewnątrz. Poza tym rynek akcji będzie żył rozpędzaniem się sezonu wyników kwartalnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Anwim S.A. debiutuje na Giełdzie Papierów Wartościowych

15 kwietnia 2021 r. będzie miał miejsce debiut obligacji wyemitowanych przez Anwim S.A. na rynku Catalyst prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. W obieg zostanie wprowadzonych 50 tys. obligacji na okaziciela serii A o wartości nominalnej 1000 zł każda. Termin wykupu obligacji przypada na 18 grudnia 2023 r. Agentem emisji jest Bank Pekao S.A.

16 listopada 2020 r. Anwim S.A. ustanowił program emisji obligacji o wartości 150 mln zł, a 14 grudnia br. nastąpiła pierwsza emisja obligacji serii A w wysokości 50 mln zł. Obecnie, obligacje trafiają do Alternatywnego Systemu Obrotu Catalyst prowadzonego przez GPW, co pozwoli upłynnić obrót na rynku wtórnym. Fundusze pozyskane w ramach emisji zostaną przeznaczone na dalszy, dynamiczny rozwój sieci stacji paliw MOYA.

–  Wejście na rynek Catalyst sprawi, że obrót obligacjami będzie jeszcze prostszy. Zależy nam na tym, by inwestorzy mieli pełne przekonanie, że warto stawiać na Anwim i sieć stacji paliw MOYA – zarówno na rynkach finansowych, jak i gdy mają potrzebę zatankowania pojazdu. Cieszymy się, że wspólnie z nabywcami naszych obligacji przybliżamy się do naszego celu, jakim jest poziom minimum 500 stacji do końca 2024 r. – mówi Rafał Pietrasina, prezes zarządu Anwim S.A.

Anwim S.A. jest jedną z największych spółek sektora paliwowego w Polsce. Pod marką MOYA działa obecnie ponad 320 stacji paliw. Jako jedyna sieć w Polsce w swoim portfolio ma trzy typy stacji paliw: tradycyjne, obsługowe z konceptem gastronomicznym Caffe MOYA oraz przystacyjnym sklepem, automatyczne – wyłącznie dla klientów flotowych oraz samoobsługowe – MOYA express – zarówno dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Wszystkie stacje działające w ramach sieci spełniają jednolite standardy obsługi i jakości. Gwarancją jakości paliwa na stacjach w barwach MOYA jest niezależny program badania paliw – TankQ.

Jak sektor produkcyjny może poradzić sobie w świecie zmienionym przez COVID? Cztery główne kierunki zmian

Trwały charakter zmian wywołanych przez COVID-19 w przemyśle produkcyjnym uwydatnił potrzebę ponownego zaplanowania operacji biznesowych, aby były bardziej przystosowane do dynamiki rynku. Współczesny biznes wymaga zdecydowanie większej wrażliwości, uwzględniając sytuację w jakiej znaleźli się klienci w erze pandemii. Procesy biznesowe muszą więc stale ewoluować, dostarczając adekwatnych rozwiązań, dlatego tak wiele przedsiębiorstw inwestuje w cyfryzację.

Oprócz transformacji cyfrowej, do najważniejszych priorytetów kadry zarządzającej w ciągu najbliższych 24 miesięcy należy zwiększenie wydajności procesów, planowanie popytu i nowe oferty usług. Tak wynika z raportu Salesforce Trends in Manufacturing Report[1], badania przeprowadzonego na podstawie 750 odpowiedzi udzielonych przez liderów z sektora produkcyjnego z całego świata.

Kluczowym aspektem odróżniającym producentów, którzy są gotowi na przyszłość, a tymi, którzy nie są przygotowani, jest zwinność biznesowa. Oznacza to cyfryzację sprzedaży i działań operacyjnych, nawiązanie silnych relacji z partnerami handlowymi oraz przyjęcie podejścia „usługi jako centrum przychodów”. Raport zawiera cztery kluczowe wskazówki dla producentów, którzy chcą jak najlepiej przygotować swoje biznesy na przyszłość.

Komunikacja z klientem ulega transformacji

Podczas gdy początkowo największy wpływ pandemii widoczny był w obszarze produkcji i dostaw to jednak znaczące zmiany zauważalne są w strefie obsługi klienta. Poza przekształceniem procesów produkcyjnych, w ciągu ostatniego roku znacząco zmieniła się także potrzeba usprawnienia marketingu i komunikacji z klientem. W celu poprawy przejrzystości, przyspieszenia procesów i usprawnienia kontaktu z klientem, przedsiębiorcy rezygnują z mało wydajnych, przestarzałych metod na rzecz bardziej innowacyjnych, niezawodnych rozwiązań. Według danych z raportu około 8 na 10 producentów uważa, że przeniesienie systemu planowania do chmury jest ważnym elementem rozwoju biznesu.

Chmura jest kluczowym sojusznikiem

Technologie chmurowe w dużym stopniu wiążą się z gotowością na przyszłość. Producenci „dobrze przygotowani” są 2,2 razy bardziej skłonni przenieść swoje systemy operacyjne i sprzedaż do chmury i 2,5 razy bardziej przychylni do pełnej migracji określonych systemów o krytycznym znaczeniu dla biznesu, takich jak systemy planowania finansowego lub popytu. Zdolność do szybkiej adaptacji do nowych możliwości, optymalizacja zasobów i skrócenie czasu uzyskania przychodów to tylko niektóre z korzyści.

Źródłem silnych partnerstw jest cyfryzacja

Łatwość prowadzenia biznesu jest ważnym wskaźnikiem sukcesu. Kluczową rolę odgrywa tu partnerstwo i współpraca z poszczególnymi kanałami. Ponad 8 na 10 producentów przyznaje, że niedostępne dane, przestarzałe narzędzia i zamknięte zespoły utrudniają im proces prognozowania. Dlatego właśnie producenci przygotowani na przyszłość podwoili wysiłki w zakresie cyfryzacji sprzedaży i operacji, aby skutecznie współpracować z partnerami handlowymi, budując silniejsze relacje w zakresie przejrzystości danych, sprzedaży i marketingu. Wraz z rozwojem biznesu, udane partnerstwo będzie także obejmować bezpieczny przepływ informacji w całym ekosystemie – od produkcji do sprzedaży.

Aby zapewnić odporność biznesu, warto rozważyć usługi posprzedażowe

Proces sprzedaży nie kończy się oczywiście z momentem zakupu. Usługi posprzedażowe, takie jak diagnostyka czy wsparcie, zyskują na znaczeniu jako wartość dodana, szczególnie dla producentów gotowych na przyszłość. Grupa ta jest również bardziej entuzjastycznie nastawiona do łączenia produktów, wsparcia, oprogramowania i innych usług w jeden model przychodów – zwany również serwicyzacją. Ogólnie rzecz biorąc, 86% producentów gotowych na przyszłość oferuje obecnie opcje serwisowania, pielęgnując ideę “usług jako centrum przychodów”. Te nowe modele biznesowe, w połączeniu z postępami w migracji systemów usługowych do chmury, sprawiły, że producenci gotowi na przyszłość zostawili w tyle swoich konkurentów.

Modele biznesowe są niezwykle ważną częścią strategii producentów w zakresie odporności. Dlatego, w miarę jak przedsiębiorstwa przygotowują się do świata po pandemii, sprawność będzie miała tutaj fundamentalne znaczenie dla sposobu prowadzenia ich działalności. W coraz większym stopniu automatyzacja zastąpi ręczne prognozowanie, a cyfryzacja sprzedaży i operacji będzie kluczowym czynnikiem decydującym o gotowości na przyszłość.

[1] https://www.salesforce.com/form/conf/industries/manufacturing/new-trends-in-manufacturing/

Szukasz taniego mieszkania w dużym mieście? Znajdziesz je, ale… na peryferiach

Część największych miast rozrasta się wolniej od okalających je miejscowości – wynika z danych GUS. W najnowszym raporcie Narodowy Bank Polski wskazuje wręcz na zmianę preferencji budujących mieszkania. Dlaczego tak się dzieje oraz gdzie taką zmianę widać najbardziej?

Według analityków Narodowego Banku Polskiego (NBP) o zmianie preferencji budujących może świadczyć fakt, że w 2020 r. wyraźnie, bo z 65% do 70% wzrósł udział pozwoleń na budowę mieszkań i domów w tzw. pozostałej Polsce. Pozostałe 30% przypadało na 16 miast wojewódzkich plus Gdynię.
Pozwolenia na budowę-2019-2020
Na gwałtowny spadek aktywności inwestorów wskazują dane GUS m.in. dla Warszawy, Wrocławia i Łodzi. Np. w stolicy mieszkań objętych pozwoleniami budowlanymi było aż o jedną trzecią mniej niż w 2019 r.!

– Najprawdopodobniej jest to skutek malejącej dostępności gruntów nadających się pod zabudowę mieszkaniową oraz niewydolności niektórych urzędów – uważa ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Dane NBP potwierdzają, że rozwój budownictwa mieszkaniowego w największych miastach hamują bardzo wysokie koszty zakupu i zagospodarowania gruntu. Np. w Warszawie ich udział w cenie metra kwadratowego mieszkań wzrósł w ostatnich pięciu latach z ok. 16% do 21%. Za rogatkami największych miast grunty są tańsze, a w efekcie niższe są ceny mieszkań. Nie brakuje na nie chętnych, więc lokalni deweloperzy starają się zaspokoić popyt. Wydane w ubiegłym roku pozwolenia na budowę wskazują, że w okolicach Warszawy najwięcej mieszkań powstanie w powiatach wołomińskim, piaseczyńskim i mińskim.Pozwolenia-deweloperzy-powiaty

Na uwagę zasługuje zwłaszcza powiat miński, który zyskał na atrakcyjności dzięki połączeniu z Warszawą drogą ekspresową S2 i autostradą A2. W ciągu ostatnich 10 lat deweloperzy budowali w powiecie mińskim średnio 338 mieszkań rocznie. Tylko na podstawie pozwoleń wydanych w ubiegłym roku powstanie ich przeszło trzykrotnie więcej.

Z danych portalu GetHome.pl wynika, że obecnie w Mińsku Mazowieckim trzy miejscowe firmy deweloperskie oferują mieszkania w cenie 6-6,5 tys. zł za m kw. Dla porównania, w sąsiadującej z tym powiatem warszawskiej dzielnicy Wesoła średnia cena nowych mieszkań wynosi 7,7 tys. zł za m kw.

Z kolei w okolicach Wrocławia na celownik firm deweloperskich trafiły powiaty świdnicki i oławski, bo tam GUS odnotował duży wzrost liczby mieszkań deweloperskich objętych pozwoleniami na budowę. Dla potencjalnych nabywców mieszkania we Wrocławiu ciekawą alternatywą wydaje się być oddalone o ok. 26 km miasteczko Oława. Ceny w ofercie tutejszych deweloperów sięgają 6,5 tys. zł za m kw. Dla porównania we Wrocławiu najtańszą dzielnicą jest Fabryczna, gdzie średnia cena nowych mieszkań przekracza 8,3 tys. zł za metr.

W okolicach Łodzi wzrost aktywności deweloperskiej widoczny jest zaś zwłaszcza w powiecie pabianickim, gdzie wydano pozwolenia na budowę 359 mieszkań. Rok wcześniej było ich tylko 120. W Pabianicach mieszkania na rynku pierwotnym kosztują najczęściej od 4,9 tys. do 5,5 tys. zł za m kw. Natomiast w Łodzi średnia cena metra kwadratowego wynosi ok. 7 tys. zł.

Warto też zwrócić uwagę, że w 2020 r. deweloperzy uzyskiwali pozwolenia na budowę mieszkań w miejscowościach, w których wcześniej nie budowali oni wcale lub budowali pojedyncze budynki. Spore ożywienie widoczne jest m.in. w powiatach: nyskim, łańcuckim, szczycieńskim, poddębickim czy jaworskim.
Pozwolenia-deweloperzy-powiaty1

Np. w powiecie nyskim na podstawie pozwoleń wydanych deweloperom w ubiegłym roku powstanie 680 mieszkań, czyli 2,5 razy więcej niż łącznie przez ostatnich 11 lat.

– Te dane nie uwzględniają jeszcze wpływu pandemii koronawirusa na rynek mieszkaniowy. Może się jednak okazać, że wskutek upowszechnienia się pracy zdalnej, wzrośnie popyt na mieszkania i domy w miejscowościach okalających duże miasta – komentuje ekspert GetHome.pl.

Sztuczna inteligencja wskaże firmy, w które nie warto inwestować

Przyszłość startupów jest zapisana w algorytmach. Tak przynajmniej twierdzi instytut Gartnera. Zdaniem ekspertów, najpóźniej do 2025 roku najważniejszym doradcą dla funduszy venture capital i private equity będzie sztuczna inteligencja. To SI określi czy startup rokuje, czy też nie.

Decyzje opierające się na intuicji bądź wynikające z zamiłowania do hazardowych zagrywek są codziennością w startupowym świecie. Według danych PitchBook i National Venture Capital Association, w ubiegłym roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych, inwestorzy wydali na tamtejsze startupy zawrotną kwotę 156,2 miliarda dolarów. To 428 milionów dolarów dziennie. – Każdego dnia fundusze inwestycyjne analizują dziesiątki ofert i modeli biznesowych. To od ich decyzji zależy z jednej strony los pomysłu foudera, a z drugiej pieniądze inwestorów – mówił Wojtek Stramski CEO polskiego funduszu Deep Change Ventures i dodaje – Wszystkim wydaje się, że gdy startup utrzyma się rok, czy dwa to dalej ma z górki, a wcale tak nie jest. 90% projektów wcześniej czy później kończy się fiaskiem – zauważa inwestor.

9 na 10 startupów to klapa

Ciężko się z nim nie zgodzić, zwłaszcza że jak podaje amerykańska agencja rządowa The Small Business Administration (SBA) w 2019 roku “wskaźnik porażki” wynosił około 90%. Niepowodzenia rozłożone są na lata. W pierwszym roku co piąty ze startupów (21.5%) kończy się klapą. W drugim odsetek rośnie i sięga 30%, w piątym jest to już 50%, a dekadę po starcie z rynku znika niemal ¾ startupów (70%). Wojtek Stramski wyjaśnia, że nie powinno to nikogo dziwić, a problemem często są… fundusze inwestycyjne, które podtrzymują wiele projektów przy życiu, mimo że te nie rokują. – Wiele projektów przez długi czas żyje z ‘inwestycyjnej kroplówki”. Nie przynoszą zysków, a wsparcie pochodzi głównie od inwestorów. Model takiego finansowania powinien być zarezerwowany wyłącznie dla naprawdę przełomowych projektów, takich jak np. Spotify. Szwedzka platforma streamingu muzyki ma już ponad 150 milionów aktywnych subskrybentów… i nadal nie przynosi zysku. Natomiast dziś widzimy, że ten respirator inwestycyjny jest nadużywany. Nie możemy postawić znaku równości między twórcami zaawansowanych rozwiązań dla medycyny a firmą produkującą kolejną aplikację upiększającą zdjęcia. To tak, jakby porównać kolorowankę z epopeją narodową – kończy Stramski.

Lekiem SI

Lekarstwem na chorobę, której doświadczają fundusze inwestycyjne, będzie… sztuczna inteligencja. – Mówi się, że inwestorzy, którzy odnieśli sukces, mają dobre „przeczucie” – mówi Patrick Stakenas, starszy dyrektor ds. badań w Gartnerze i kontynuuje: – Jednak era “wewnętrznego głosu” wynikająca z osobistego doświadczenia odgrywa coraz mniejszą rolę w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Do 2025 r. tradycyjny sposób prezentowania oferty ulegnie zasadniczej zmianie – zaznacza Stakenas. Analitycy Gartnera zapowiadają, że w ciągu najbliższych lat wyrocznią, która decydować będzie o być, albo nie być danego przedsięwzięcia inwestycyjnego będzie sztuczna inteligencja i Data Science.

Według instytutu Gartnera do 2025 roku ponad 75% decyzji wykonawczych funduszy venture capital i private equity będzie podejmowanych przy wsparciu sztucznej inteligencji (AI) i analizy danych. To na bazie narzędzi wykorzystujących analitykę i SI określany będzie współczynnik sukcesu danego projektu. Zdaniem Gartnera do minimum ograniczone będzie ryzyko inwestycyjnej porażki, a to pozwoli zaoszczędzić miliardy dolarów, które będzie można spożytkować w bardziej efektywny sposób, np. dofinansowując większą ilość startupów lub zwiększając sumę dotacji.

Mocno wzrosło ryzyko upadłości firm, przyspieszył też wzrost ich zaległości

Gwałtownie przyrasta liczba firm, które oceniają, że istnieje realne ryzyko zamknięcia lub upadłości ich biznesów. Gdy w październiku zeszłego roku mówiła o tym co dziesiąta firma, po upływie kolejnych 6 miesięcy, w cieniu pandemii, jest to już realna obawa co piątej. Firmy boją się o siebie, ale też o kontrahentów. Przedłużające się ograniczenia destabilizują działanie biznesu, w samym I kwartale upadło ponad dwa razy więcej przedsiębiorstw niż przed rokiem. Zaległości firm wobec dostawców i banków wzrosły w czasie pandemii o 715 mln zł, a prawie połowa z tej kwoty przypadła na początek br. – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.

Każdy kolejny miesiąc choćby częściowego zamrożenia gospodarki coraz bardziej szkodzi biznesowi. Konsekwencje w postaci niższych obrotów spowodowanych trudną sytuacją kolejny kwartał raportuje aż połowa firm, w tym również podmioty, które wcale nie są bezpośrednio objęte restrykcjami związanymi z COVID-19.

Narastające wycieńczenie przedsiębiorstw pokazują odpowiedzi na pytanie: Czy w ostatnich 12 miesiącach w Państwa firmie istniało realne ryzyko zamknięcia biznesu, upadłości? Gdy po 6 miesiącach pandemii twierdząco odpowiadało niecałe 11 proc. przedstawicieli mikro, małych i średnich firm, po roku jej trwania o możliwości bankructwa mówi już blisko 22 proc. ankietowanych – wynika z badań Keralla Research, zrealizowanych dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

upadłości firm
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Rosną statystyki dotyczące upadłości ogłaszanych w Monitorze Sądowym i Gospodarczym

W I kwartale br. niewypłacalność dotknęła blisko 520 firm, o niemal 120 proc. więcej w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. W tym nieco ponad 350 upadłości zostało ogłoszonych w formie uproszczonego postępowania, bez konieczności rejestracji w sądzie.

Największą dynamikę upadłości notuje branża transportowa – przyrost o 230 proc., dalej usługi wzrost o 220 proc., rolnictwo i handel o 150 proc. W budownictwie było 80 proc. więcej przypadków niewypłacalności, a w przemyśle 35 proc.

Tak gwałtowny wzrost upadłości w transporcie nie stanowi optymistycznego prognostyku na przyszłość. Bowiem to właśnie ta branża uchodzi za barometr polskiej gospodarki. Niczym w soczewce odzwierciedlając wszystkie zjawiska i procesy zachodzące na rynku, nie tylko krajowym, ale także i zagranicznym.

Polacy masowo zawieszają też działalność firm. Tylko w pierwszych trzech miesiącach dotknęło to 49 tys. przedsiębiorstw, o 21 proc. więcej niż w I kwartale 2020 r. i o ponad 100 proc. więcej niż w I kw. 2019 r. – Szacuje się, że jeśli ten trend się utrzyma, w tym roku liczba zawieszonych działalności sięgnie rekordowego i niespotykanego poziomu od 200 do nawet 250 tys. firm. Najczęściej problem ten będzie dotykał szeroko rozumianą branż usługową – mówi Tomasz Starzyk, ekspert Dun&Bradstreet.

Transportowcy pierwsi na drodze do upadłości

Największy wzrost upadłości w I kwartale br. odnotowano w transporcie, gdzie zbankrutowało blisko 40 firm. Trudną sytuację przedstawiciele tej branży potwierdzają też w badaniu. O widmie bankructwa w cieniu pandemii mówi ponad 40 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw zajmujących się przewozem osób i towarów, przy średniej odpowiedzi dla wszystkich branż na poziomie 22 proc. W bazach BIG InfoMonitor oraz BIK transport również się wyróżnia. Od końca marca zeszłego roku do końca lutego tego roku jego zaległości wobec dostawców i banków wzrosły o 6,6 proc. (137 mln zł) do 2,2 mld zł, a liczba niesolidnych firm o niemal 0,5 tys. do ponad 33,2 tys. W tym czasie wśród ogółu firm przeterminowane zobowiązania podwyższyły się o 2,2 proc. (0,72 mld zł) do 33,87 mld zł.

Zła sytuacja firm transportowych, to nie przypadek, a efekt drastycznego spadku produktu krajowego w wielu krajach, spadku produkcji przemysłowej i handlu, a co za tym idzie także siły nabywczej konsumentów. To wszystko przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na przewóz towarów. Dodatkowo pandemia mocno uderzyła też w przewóz osób. Jednocześnie wiele firm, szczególnie tych małych, w obawie o sytuację w kolejnych miesiącach, nie podejmuje zbytniego ryzyka, nie wiąże się długofalowymi umowami i nie inwestuje. Na to wszystko nakłada się problem z dostępnością kierowców.

Częściej niż ogół firm o możliwości bankructwa, wspominają też przedsiębiorstwa budowalne – 28 proc. W ciągu minionych 12 miesięcy na skraju upadłości znalazła się także niemal co czwarta firma usługowa. W handlu i przemyśle poczucie zagrożenia bankructwem było już rzadsze, dotyczyło odpowiednio 14 proc. i 12 proc. przedsiębiorstw.

Wiele jednak zależy też od wielkości firmy i liczby zleceniodawców, większe ryzyko plajty sygnalizują mniejsze firmy (28 proc.). Występuje tu również zależność od liczby kontrahentów – im firma ma ich mniej, tym prawdopodobieństwo upadłości wyższe (31 proc.), rośnie też wtedy, gdy kontrahentów jest ponad pięćdziesięciu (28 proc.). Statystyki ogłoszonych już upadłości w I kw. pokazują, że bankructwa zdarzają się najczęściej mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom. Blisko dwie trzecie z odnotowanych upadłości dotyczyło właśnie firm, które w ostatnim roku obrachunkowym nie przekroczyły progu 50 mln zł przychodu i zatrudniały do 100 pracowników.

– Wyniki badania wyraźnie pokazują, że firmy średniej wielkości mówią o ryzyku bankructwa najrzadziej, bo w 9 proc. przypadków. I nawet gdy mają bardzo wielu zleceniodawców radzą sobie z ich zdyscyplinowaniem. W przypadku mikro i małych podmiotów jest to już spore wyzwanie. Niedopilnowywani i niemobilizowani na bieżąco do terminowego płacenia klienci stają się groźni i mogą popchnąć do upadłości – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor. – Firmy transportowe zaczęły już z tego wyciągać wnioski i coraz szybciej zgłaszają swoich niesolidnych klientów do rejestru dłużników. Wcześniej zwykle się ociągały, mimo że podmioty świadczący usługi na ich rzecz zwykle nie mają w takich sytuacjach wątpliwości – dodaje.

Powszechna obawa przed upadłością klientów

Przedsiębiorcy widzą ryzyko upadłości własnej firmy, ale ponad połowa dostrzega też rosnące prawdopodobieństwo bankructwa swoich kontrahentów.

upadłości firm 2
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Do obserwowania partnerów biznesowych i ich nieudanych zmagań z rzeczywistością konieczne są mocne nerwy, bo w sumie 60 proc. przedsiębiorców ma przekonanie, że poważne kłopoty kontrahentów są niebezpieczne dla ich biznesów, bez względu na branżę, wielkość firmy czy liczbę zleceniodawców. Sytuacja jest obecnie na tyle zmienna i trudna, że szybkie działanie wobec dłużników, które zawsze jest niezwykle ważne, obecnie nabrało szczególnego znaczenia. Firmy bankrutują, wiele też ogłasza upadłość w uproszczonym trybie pozasądowym i w takich okolicznościach odzyskiwanie należności nie jest proste – mówi Halina Kochalska.

Wyzwaniem – spadek zamówień, utrzymanie płynności finansowej i kłopoty dostawców

W sytuacji, gdy sprzedaż jest dużo niższa od oczekiwań nie jest jednak łatwo zrezygnować z klienta. Listę największych wyzwań stojących przed biznesem otwiera bowiem spadek zamówień (26 proc. wskazań), ale na drugiej pozycji jest utrzymanie płynności finansowej (24 proc.). Trzecim trudnym wyzwaniem jest spadek przychodów, powraca więc wymieniony wcześniej problem mniejszego popytu i mniejszej liczby zamówień. Dalej znalazło się utrzymanie zatrudnienia (16 proc.), a także kłopoty dostawców (15 proc.). Szczególnie w tym punkcie widać na przestrzeni minionych 6 miesięcy dużą negatywną zmianę w ocenie sytuacji przez przedsiębiorców.

upadłości firm 3
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Przedłużająca się pandemia przekłada się też na przyspieszenie przyrostu zaległości firm wobec dostawców i banków. W okresie 11 miesięcy z COVIDEM-19 w tle, od marca ub.r. do lutego tego roku, przeterminowane zobowiązania przedsiębiorstw wzrosły o 715 mln zł do niemal 33,87 mld zł. Przy czym prawie połowa zaległości, które pojawiły się w tym czasie doszła w dwa miesiące 2021 roku. Problemy z płatnościami wobec dostawców i banków ma już blisko 324 tys. podmiotów (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych). W okresie epidemii koronawirusa przybyło prawie 10 tys. nowych niesolidnych dłużników, z tego ponad 3 tys. w styczniu i lutym.

Badanie zrealizowane przez Instytut Keralla Research, przeprowadzane co kwartał wśród mikro, małych i średnich firm. Próba = 500, technika: wywiady telefoniczne, termin: marzec / kwiecień 2021 r.

Ebury w czołówce prognoz dla ośmiu par walutowych

W pierwszym kwartale 2021 r. Ebury najtrafniej w rankingu Bloomberga prognozowało kurs dolara amerykańskiego do korony szwedzkiej. Dodatkowo analitycy walutowi fintechu znaleźli się w pierwszej dziesiątce w rankingach poświęconym siedmiu innym parom walutowym. Ebury jako jedna z nielicznych instytucji w Polsce i w Europie dostarcza też na bieżąco przedsiębiorcom analizy wielu walut z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej.

Ze względu na potrzeby eksporterów i importerów analitycy Ebury przygotowują prognozy walutowe zarówno dla najpopularniejszych w globalnym handlu walut, jak i dla tych istotnych z perspektywy lokalnej. Wśród tych drugich są waluty tak z rynków uznawanych wciąż za egzotyczne dla polskiego biznesu (np. brazylijski real, turecka lira czy meksykańskie peso), jak z rynków o istotnym znaczeniu dla polskich importerów i eksporterów (chiński juan, rosyjski rubel czy czeska korona).

Ebury pierwszy kwartał bieżącego roku zakończyło nie tylko pierwszym miejscem w rankingu prognoz Bloomberga dla pary dolar amerykański/korona szwedzka (USD/SEK), ale również czwartym dla pary euro/korona szwedzka (EUR/SEK).

Ponadto zespół zdobył także miejsca w pierwszej dziesiątce w rankingach analiz par dwóch innych walut G10: dolar/frank szwajcarski (USD/CHF) oraz euro/jen japoński (EUR/JPY). Analitycy firmy zajęli także drugie miejsce w przypadku czterech par walutowych z rynków wschodzących: euro/lej rumuński (EUR/RON), dolar/lej rumuński (USD/RON), dolar/meksykańskie peso (USD/MXN) oraz dolar/peso chilijskie (USD/CLP).

To kolejne wyróżnienia dla Ebury w rankingu Bloomberga po zajęciu pierwszego miejsca w ostatnim kwartale ub.r. dla kluczowej dla eksporterów i importerów pary euro/dolar amerykański. W ciągu ostatnich jedenastu kwartałów zespół analityków Ebury siedmiokrotnie zajmował jedno z dziesięciu najwyższych miejsc w zestawieniu prognoz dla EUR/USD.

Klucz do ochrony marż

Ebury obserwuje szybko rosnące zainteresowanie polskich eksporterów i importerów rozliczaniem transakcji w lokalnych walutach. Przykładowo, Szwecja była w 2020 r. dla polskich przedsiębiorców ósmym kierunkiem eksportowym i siedemnastym rynkiem dla importerów. W ostatnich dwóch latach lat sprzedaż towarów na rynek szwedzki rosła i kształtowała się na poziomie 2,8–2,9% całości polskiego eksportu, import z tego rynku to zaś ponad 1,6% całości. Rośnie w związku z tym zainteresowanie realizacją transakcji importowo-eksportowych bezpośrednio w koronie szwedzkiej.

Wiedza o kursach walut realnie pozwala na przewidywanie i zmniejszanie ryzyka walutowego, a w efekcie chroni zyski z eksportu lub importu. W ostatnich latach polscy przedsiębiorcy prowadzą międzynarodową ekspansję bez jakichkolwiek kompleksów – w tym na najodleglejsze, egzotyczne rynki. Dlatego zarówno nasze analizy, jak i powiązane z nimi nowoczesne rozwiązania do rozliczania i zabezpieczania transakcji cieszą się szybko rosnącą popularnością wśród importerów i eksporterów – komentuje Jakub Łańcucki, dyrektor zarządzający Ebury Polska.

Obecnie międzynarodową ekspansję polskich firm wspiera 25 oddziałów Ebury na całym świecie. Do tych zlokalizowanych m.in. w Hongkongu, Londynie, czeskiej Ostrawie, Düsseldorfie, Sofii, Dubaju czy Toronto dołączył niedawno oddział w brazylijskim São Paulo.

Kompap podwaja zysk netto i chce wypłacić dywidendę

Grupa Kompap SA, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf oraz drukarnia offsetowa rolowa Imprimus –  w 2020 r. wypracowała przychody ze sprzedaży w wysokości 86,68 mln zł, tj. wyższe o 1,77 mln zł w porównaniu do tych za 2019 r. Jednocześnie grupa podwoiła zysk netto – do 5,69 mln zł w 2020 r. z poziomu 2,81 mln zł notowanego rok wcześniej. Wypracowany zysk spółka chce przeznaczyć m.in. na wypłatę dywidendy w wysokości 50 gr za akcję. Na ten rok Kompap planuje rozwój sprzedaży w Polsce i za granicą oraz dalszą poprawę wyników, m.in. poprzez inwestycje w nowoczesny park maszynowy, pozyskiwanie wysokomarżowych zleceń oraz szkolenia pracowników.

– Podsumowanie roku 2020 r. wypada bardzo korzystnie, chociaż pandemia dotknęła także naszą grupę. W największym stopniu, bo aż o 40% w kwietniu i w maju spadły na skutek lockdown przychody naszej białostockiej spółki, BZGraf. Z kolei spółka Kompap zanotowała w czerwcu i lipcu 17-procentowy spadek sprzedaży. W kolejnych miesiącach udało się nam jednak odrobić te straty, a nawet przekroczyć poziom przychodów z poprzedniego roku. Złożyły się na to wzrosty sprzedaży zarówno w Polsce, jak i za granicą. W skali grupy nasz eksport w minionym roku wzrósł aż o 28% – komentuje Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

Co istotne, w 2020 r. mimo wzrostu przychodów grupa Kompap zmniejszyła koszty własne (o 221 tys. zł) oraz inne kategorie kosztów, w tym ogólnego zarządu (o ponad 900 tys. zł). Te działania wraz z optymalizacją zakupu surowca i innych procesów zarządczych przełożyły się na bardzo duży wzrost rentowności – grupa zwiększyła wynik EBITDA o 33% r/r do 14,02 mln zł oraz zysk netto o 102% r/r – do 5,69 mln zł. Jednocześnie wskaźnik rentowności netto wyniósł po 12 miesiącach ubiegłego roku 6,56% wobec 3,31% rok wcześniej. Grupa poprawiła też płynność, wskaźniki zadłużenia oraz zmniejszyła poziom kredytów. Wskaźnik długu netto do EBITDA wyniósł w grupie Kompap na koniec 2020 r. 2,4 w porównaniu do roku 2019, kiedy to wartość tego wskaźnika wynosiła 4,2. Wobec tak dobrych wyników i optymistycznych perspektyw w branży wydawniczej, mającej duże znaczenie dla działalności grupy, mimo pandemii zarząd Kompapu zarekomendował przeznaczenie części zysku netto na wypłatę dywidendy – po 50 gr na akcję. Byłaby to już trzecia, a jednocześnie najwyższa w historii spółki, wypłata dywidendy. Kompap wypłacał także dywidendę w roku 2020 w wysokości 39 gr oraz w roku 2016 w wysokości 20 gr.

W 2021 r. Kompap zamierza dalej zwiększać sprzedaż oraz pracować nad rentownością. Z myślą o tym unowocześnia swój park maszynowy w drukarniach w Olsztynie, Białymstoku i Laskowicach. W minionym roku spółka kupiła m.in. maszynę poligraficzną Uniplex za 2,5 mln zł do drukarni w Olsztynie. W tym roku chce wydać na inwestycje ok. 9 mln zł.

– Planujemy kolejne zakupy specjalistycznych urządzeń, dzięki którym będziemy mogli drukować szybciej i wydajniej nie tylko popularne formaty książek oraz akcydensów, ale i realizować na dużą skalę nietypowe zamówienia, w niestandardowych oprawach czy rozmiarach. Właśnie takimi możliwościami, wysoką jakością oraz terminowością przyciągamy nowych znaczących klientów z Polski i z zagranicy. Zwłaszcza ci ostatni, odkąd pandemia przerwała łańcuchy dostaw między Europą a Chinami, chętniej wybierają solidnych wykonawców z naszego kontynentu, takich jak drukarnie Kompap. Biorąc pod uwagę wszystkie te elementy oraz trendy na rynku wydawniczym, który świetnie radzi sobie także w czasach pandemii, liczymy na kolejny udany rok – mówi prezes spółki.

W przyszłości do wyników grupy w coraz większym stopniu będzie też kontrybuował najnowszy nabytek akwizycyjny, czyli laskowicka drukarnia, która przez ostatnie lata była integrowana ze spółką Kompap.

Z sukcesem zakończyliśmy już proces restrukturyzacji drukarni w Laskowicach, przejętej jako spółka Imprimus pod koniec 2017 roku. Biznes przynoszący wielomilionowe straty zaczął już wypracowywać zyski po pełnej integracji z Kompap w 2019. W związku z pandemią zdecydowaliśmy się wstrzymać te procesy w odniesieniu do naszych spółek w Olszynie i Białymstoku. Ten projekt pozostaje aktualny, będziemy go jednak finalizować po uspokojeniu pandemii. Już teraz korzystamy jednak z synergii zakupowych wynikających z działania w dużej grupie poligraficznej – wyjaśnia Waldemar Lipka.

Drukarnie grupy Kompap w Olsztynie i Białymstoku należą do największych w kraju zakładów poligraficznych w zakresie produkcji dziełowej. Obsługują renomowane wydawnictwa z Polski (m.in. Publicat, Powergraph, Znak, Marginesy, Dwie Siostry, C.H. Beck, Firma Księgarska Olesiejuk, PWN,  Egmont Polska, Burda czy Zwierciadło) oraz z zagranicy (np. Lantarn Publisher, Vigmostad & Bjorke), w tym z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, Hiszpanii, Czech czy krajów skandynawskich. Kompap drukuje także w Laskowicach materiały dla firm, w tym wielu banków i dużych koncernów, jak PZU, Tauron czy Energa, a także instytucji takich jak ministerstwa, NFZ, ZUS, KRUS.

TenderHut 20 kwietnia zadebiutuje na NewConnect

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wyznaczyła 20 kwietnia 2021 r. jako pierwszy dzień notowań akcji TenderHut SA na parkiecie NewConnect. Akcje spółki w systemie notowań ciągłych będą obecne pod nazwą skróconą „TENDERHUT” i oznaczeniem „THG”. Do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect zostały dopuszczone akcje zwykłe na okaziciela serii B1 (1 010 509) i C1 (3 342).

TenderHut to technologiczna grupa kapitałowa, która prowadzi działalność w trzech liniach biznesowych: outsourcing, wdrażanie systemów laboratoryjnych oraz venture building. W obszarze outsourcingu spółka rozbudowuje i umacnia swoją pozycję poprzez spółki SoftwareHut (systemy IT),  ExtraHut (UI/UX/design), ProtectHut (cyberbezpieczeństwo) oraz LegalHut (doradztwo prawne dla sektora IT). Sektor laboratoryjny reprezentowany jest przez spółki zależne Solution4Labs (wdrożenia LIMS) i Holo4Labs (Mixed Reality w laboratoriach). W sektorze venture building spółka rozwija startupy z sektora PropTech/WorkTech – Zonifero, MedTech – Holo4Med i EduTech – Grow Uperion.

– Nie możemy się już doczekać naszego debiutu giełdowego. Przygotowujemy się do niego już od kilku lat. Status spółki publicznej to dla nas długo wyczekiwany prestiż i powód do dumy. Kluczowa jest dla nas transparentność w działalności i przyzwyczajamy do tego naszych inwestorów. Od lat publikujemy wyniki finansowe na naszej stronie internetowej i informujemy o wszystkich kluczowych wydarzeniach w social mediach. Dlatego myślę, że bez problemu sprostamy obowiązkom informacyjnym i dobrym praktykom panującym na NewConnect – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut SA.

Pandemia COVID-19 spowodowała, że osiągnięte przez Grupę TenderHut w okresie 12 miesięcy 2020 roku wzrosty wyników finansowych prowadzonej działalności były niższe, niż wcześniej zakładano. Pomimo tego, wartość przychodów netto ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów w 2020 roku wzrosła do poziomu 46,11 mln zł, tj. o 23% w porównaniu do roku poprzedzającego. Zdecydowanej poprawie uległ również wskaźnik EBITDA, który za 2020 rok wyniósł 8,8 mln zł, co oznacza wzrost o 94% w stosunku do roku poprzedniego.

W zakres 6-letniej działalności i rozwoju firmy wchodzą: przejęcia lokalnych firm IT wraz z pracownikami, otwarcie 8 centrów developerskich w kraju (Białystok, Poznań, Przemyśl, Olsztyn, Szczecin, Warszawa, Wrocław, Gdynia), 10 polskich spółek zależnych i 5 zagranicznych (100%: Chiny, Dania, USA, udział mniejszościowy: Szwecja, Niemcy), oraz 9 przedstawicielstw sprzedażowych za granicą (Dania, Szwecja, Norwegia, Irlandia, Wielka Brytania, Szwajcaria, Niemcy, USA, Francja).

Grupa CDRL podsumowuje 2020 rok

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik w 2020 roku odnotowała stratę w wysokości 41,7 mln zł, podczas gdy w 2019 roku osiągnęła zysk na poziomie 11,5 mln zł. Przychody ze sprzedaży w minionym roku wyniosły 405,6 mln zł czyli o 21 proc. mniej niż rok wcześniej. EBITDA w 2020 roku wyniosła 25,7 mln zł i jest niższa niż poprzednim roku o 52 proc.

Na wysokim poziomie utrzymały się przepływy pieniężne z działalności operacyjnej – w 2020 roku wyniosły 71 mln względem 33,6 mln zł, co oznacza wzrost o 111 proc. Przepływy pieniężne netto wyniosły niemal 3 mln zł i jest to jest to nieznacznie więcej niż rok wcześniej.

Uważamy, że wyniki, które spółka osiągnęła na poziomie operacyjnym są zadawalające. To zasługa poczynionych oszczędności oraz wzrostu sprzedaży e-commerce. Miniony rok był trudny dla całej branży. Niepewne nastroje konsumentów, a także obowiązujące przez większość roku ograniczenia w handlu nie pozostały bez wpływu na wyniki Grupy CDRL– mówi Marek Dworczak, prezes CDRL.

Na wynik netto odnotowany w 2020 roku istotny wpływ miały odpisy z tytułu utraty wartości środków trwałych i wartości niematerialnych wynikających z przeprowadzonych testów na utratę wartości udziałów w spółkach zależnych na łączną kwotę 23,9 mln zł. W kwietniu br. trzy spółki zależne, zajmujące się prowadzeniem salonów Coccodrillo, głównie w centrach handlowych zdecydowały o rozpoczęciu procesu restrukturyzacji. – Dążymy do zmniejszania kosztów działalności, a restrukturyzacja powinna nam w tym dodatkowo pomóc i w długim terminie korzystnie wpłynąć na wyniki finansowe – dodaje Dworczak.

Rekordowym zainteresowaniem cieszy się sprzedaż za pośrednictwem kanałów e-commerce grupy CDRL. Obrót z zamkniętych sklepów stacjonarnych, częściowo przeniósł się do sklepu internetowego. Spółka koncentruje się na umacnianiu pozycji swoich sklepów internetowych, a także poszerzaniu dostępności produktów w sieci.

Rynek e-commerce wciąż wzrasta i niezależnie od tego ile jeszcze pandemia będzie trwać, zmiana nawyków zakupowych i przenoszenie handlu do Internetu to trend, który zostanie z nami na stałe. Mając na uwadze powyższe, wdrażamy nowe rozwiązania technologiczne i nowe kanały sprzedaży. W ostatnich miesiącach uruchomiliśmy rumuńską i ukraińską wersję sklepu internetowego, od niedawna ubrania Coccodrillo dostępne są również za pośrednictwem platformy Allegro – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Ovid Works z sukcesem zakończył prywatną emisję akcji pozyskując 2,2 mln zł

Ovid Works, notowane na NewConnect niezależne studio gamingowe z Warszawy, z sukcesem zakończył prywatną emisję akcji. Inwestorzy nabyli 966 tys. akcji, stanowiących blisko 10 proc. kapitału. W emisji wziął udział m.in. Rockbridge TFI. Pozyskany kapitał zasili budżety produkcyjne aktualnie realizowanych projektów.

Z sukcesem udało nam się zakończyć emisję i pozyskać 2,2 mln zł, które przeznaczymy na rozwój i dokapitalizowanie bieżących projektów. Cieszę się, że w akcjonariacie pojawili się również nowi profesjonalni inwestorzy, a także prywatne osoby związane z branżą. Tacy inwestorzy są dla nas niezwykle cenni, gdyż oprócz gotówki będziemy mogli liczyć na ich wsparcie, doświadczenie oraz kontakty. – komentuje Jacek Dębowski, prezes zarządu Ovid Works.

Subskrypcja prywatnej emisji akcji serii D zakończyła się 2 kwietnia br. Akcje zostały objęte przez 4 osoby fizyczne, w tym jednego pracownika Spółki oraz dwa podmioty prawne w tym m.in. Rockbridge TFI po cenie emisyjnej 2,30 zł.

Po zakończeniu prywatnej emisji akcji dwaj członkowie zarządu i założyciele Ovid Works – Jacek Dębowski oraz Jacek Chojecki sprzedali łącznie 290 akcji po cenie 2,1 zł inwestorowi prywatnemu związanemu z branżą gamingową.

Ovid Works aktualnie pracuje nad grą Nemesis. Będzie to wyjątkowy multiplayer, inspirowany hitową grą planszową autorstwa Awaken Realms, który będzie także wydawcą gry wideo. Jednocześnie Spółka pracuje nad „Falling Star”, sequelem gry Interkosmos, przeznaczonym głównie na urządzenia VR. Zakończone zostały już prace nad strukturą rozgrywki wieloosobowej, teraz studio pracuje nad elementami typu single player.

Pandemia wymówką dla nieuczciwych kontrahentów

Prawie 80 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP zauważyło, że w czasie pandemii wzrosła liczba nieetycznych zachowań ze strony kontrahentów. Nieterminowe wywiązywanie się z umów i zobowiązań oraz próby usprawiedliwiania swoich zaniedbań i błędów koronawirusem to ich najczęstsze grzechy – wynika z badania Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Jednocześnie aż trzy czwarte polskich przedsiębiorców stoi na stanowisku, że od uczciwości w biznesie nie ma wyjątków.

Założenie, że firma może postępować nieuczciwie w wyjątkowych sytuacjach, takich jak np. pandemia, przekłada się na wzrost nierzetelności – pokazują wyniki badania „Rok biznesu w pandemii”, przeprowadzonego w marcu br. przez Instytut MANDS na zlecenie Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów. Aż 78 proc. polskich firm doświadczyło tego w ostatnim czasie na własnej skórze i zdecydowana większość (80 proc.) z nich wskazuje, że nieuczciwe praktyki nasiliły się właśnie w czasie pandemii. Najczęściej wiązały się one z nieterminowością, czy to w kwestii płatności (35 proc. wskazań), czy realizacji umów (30 proc.). 3 na 10 przedsiębiorców spotkało się też z próbą usprawiedliwiania pandemią błędów czy zaniedbań przez kontrahenta.

Pandemia służy jako wygodna wymówka kontrahentom, którzy z różnych powodów, niekoniecznie związanych z sytuacją epidemiologiczną, są nieuczciwi. Dodatkowo wodą na młyn jest dla nich brak reakcji ze strony samych przedsiębiorców. Okazuje się bowiem, że firmy, które doświadczyły nieuczciwości ze strony partnerów, rzadko decydują się na zerwanie z nimi współpracy. Tylko co trzecia firma nie toleruje takich praktyk i rozwiązuje stosunki z niesłownym partnerem biznesowym. Taka postawa powoduje, że wielu kontrahentów pozwala sobie na działania, które w normalnej sytuacji byłyby nie do zaakceptowania – wskazuje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Z jakimi nieuczciwymi zachowaniami ze strony kontrahentów firma spotkała się w czasie pandemii?
Niepłacenie w terminie 35%
Nieterminowe wywiązywanie się z umów i zobowiązań 30%
Usprawiedliwianie swoich błędów i zaniedbań pandemią koronawirusa 30%
Niedbałe wywiązywanie się z umów i zobowiązań 20%
Oszukiwanie na jakości usługi lub produktu 17%
Podnoszenie cen w trakcie lub na koniec umowy 16%
Niestosowanie się do obostrzeń wynikających z pandemii 14%
Ukrywanie dodatkowych kosztów związanych z usługą lub produktem 13%
Utrudnianie kontaktu lub przepływu informacji 13%
Niewywiązywanie się z umów i zobowiązań 11%
Podawanie nieprawdziwych lub niepełnych informacji o usłudze/produkcie 8%
Łamanie prawa i przepisów pracy 6%
Prowadzenie szkodliwej dla środowiska działalności 3%
Inna odpowiedź 0,2%
Nasza firma nie spotkała się z nieuczciwymi zachowaniami ze strony kontrahentów 22%
Źródło: Badanie Rzetelnej Firmy i KRD „Rok biznesu w pandemii”. Pytanie wielokrotnego wyboru

Uczciwość nie zawsze na pierwszym planie

Jednocześnie większość, bo 74 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP, zgodnie przyznała, że nie ma sytuacji, w których firma może zrezygnować z bycia uczciwą. Pozostali dopuszczają jednak wyjątki od tej reguły. W tym przypadku, nieuczciwość najczęściej rodzi nieuczciwość. Dla 15 proc. przedsiębiorców działanie nie fair kontrahenta stanowi furtkę do tego, by samemu też stosować takie metody. Dla blisko co dziesiątego respondenta usprawiedliwieniem nieuczciwych działań jest także sytuacja kryzysowa, jak załamanie gospodarki czy pandemia. Dodatkowo, niecałe 7 proc. dopuszcza je również w przypadku konieczności ratowania firmy przed upadłością w obliczu koronakryzysu. Kolejne 5 proc. zdecydowałoby się na nieetyczne postępowanie, gdyby firma mierzyła się z kiepską sytuacją finansową, niezależnie od czynników zewnętrznych.

Nasze obecne badanie pokazuje, że wraz z rozwojem koronakryzysu mnożą się nieuczciwe działania w biznesie. Dla porównania, ponad pół roku wcześniej nieetyczne praktyki wśród swoich kontrahentów w pandemii zauważała co czwarta firma z sektora MŚP.[1] Obecnie skarży się na to już blisko 80 proc. firm. Widać więc, że niezdrowe zjawisko się nasila, a w efekcie szkodzi ono całej polskiej gospodarce – zauważa Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.Pandemia wymówką dla nieuczciwych kontrahentów 2

Dobrego kontrahenta poznaje się w biedzie

W pandemii część przedsiębiorców próbuje wykorzystać sytuację i traktuje koronakryzys jako pretekst do niewywiązywania się ze swoich zobowiązań. Jak zwracają uwagę autorzy badania, jest też druga strona medalu. W tych trudnych czasach wiele firm postanowiło wesprzeć swoich partnerów biznesowych.

Blisko 60 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP w czasie pandemii spotkało się z wyjątkowo etyczną postawą swoich kontrahentów. Co piąty docenił ich dbałość o bezpieczeństwo pracowników. 19 proc. mogło skorzystać z ich wiedzy i doświadczenia. Kolejne kilkanaście procent przedsiębiorstw doceniło w zachowaniu kontrahentów wyrozumiałość i skłonność do wydłużania terminów płatności bądź rozkładania ich na raty. To pocieszające wieści, bo wspólne rozwiązywanie problemów jest zawsze lepsze niż uciekanie się do nieuczciwych praktyk – dodaje ekspert Rzetelnej Firmy.

Prawie połowa przedsiębiorstw, które skorzystały z pomocnej dłoni swoich kontrahentów, wskazała też, że w porównaniu do czasu przed pandemią przybyło etycznych i wykraczających poza zwykłą uczciwość zachowań innych firm. Natomiast 17 proc. obserwuje, że takie gesty pojawiają się rzadziej.

Z jakimi wyjątkowo etycznymi, wykraczającymi poza zwykłą uczciwość zachowaniami kontrahentów firma spotkała się w czasie pandemii
Wyjątkowa dbałość o bezpieczeństwo pracowników w czasie pandemii 22%
Dzielenie się wiedzą i doświadczeniem w radzeniu sobie z problemami wynikającymi z pandemii 19%
Wyjątkowa wyrozumiałość względem naszej firmy (terminowości/usług/produktów) 16%
Skłonność do wydłużania terminów płatności bądź rozkładania płatności na raty 14%
Wprowadzenie udogodnień/zmian w umowie ze względu na zmiany wywołane pandemią 13%
Wprowadzenie dodatkowych opcji kontaktu/oferty/produktu, aby dostosować się do nowych potrzeb, zaistniałych z powodu pandemii 10%
Działalność charytatywna (np. zapomoga dla szpitali, zniżki dla personelu medycznego) 8%
Pomoc finansowa dla naszej firmy 5%
Nasza firma nie spotkała się z wyjątkowo etycznymi, wykraczającymi poza zwykłą uczciwość zachowaniami kontrahentów 40%
Źródło: Badanie Rzetelnej Firmy i KRD „Rok biznesu w pandemii”. Pytanie wielokrotnego wyboru

 

Badanie „Rok biznesu w pandemii” zostało przeprowadzone przez MANDS w marcu 2021 r. na zlecenie Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęło grupę 500 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CAWI.

[1] Badanie na zlecenie Krajowego Rejestru Długów BIG SA „Nieetyczne zachowania firm podczas pandemii”, sierpień 2020 r.

Biedronka wzmacnia promocję świeżych produktów od polskich dostawców. Polskie towary odpowiadają za ponad 90 proc. sprzedaży mięs i ryb

– Pandemia koronawirusa powoduje perturbacje gospodarcze. Dzięki zwiększeniu sprzedaży polskich produktów wspieramy krajową gospodarkę – mówi Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka. Największa w Polsce sieć handlowa od ponad 25 lat stale i konsekwentnie bazuje na współpracy z krajowymi rolnikami i dostawcami. W ubiegłym roku sprzedała 93 proc. mięs, niemal 100 proc. ryb i 67 proc. warzyw i owoców pochodzących od polskich firm. W kwietniu sieć prowadzi akcję promującą rodzimych dostawców, skierowaną do wszystkich, którzy mają w portfelu kartę Moja Biedronka.

Największa sieć handlowa w Polsce stawia mocny akcent na współpracę z lokalnymi, krajowymi dostawcami i rolnikami. Widać to też w wynikach sprzedaży. W 2020 roku wśród produktów świeżych Biedronka sprzedała aż 99,9 proc. ryb, 93 proc. mięsa oraz 67 proc. owoców i warzyw pochodzących właśnie od polskich dostawców.

 Jabłka, gruszki, marchewki czy ziemniaki są polskie. Jednak mamy też owoce egzotyczne, które z powodów klimatycznych nie są możliwe do uprawy w Polsce, a niektóre z odmian owoców i warzyw mogą być uprawiane tylko sezonowo, a nie przez cały rok. Dlatego ten udział krajowych warzyw i owoców w całości sprzedaży jest nieco niższy, ale wciąż na wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Jak deklaruje, sieć systematycznie działa na rzecz zwiększania sprzedaży produktów od krajowych dostawców. Temu ma służyć uruchomiona właśnie akcja Kupuj Świeże Polskie Produkty, która potrwa do końca kwietnia. Jest ona skierowana do posiadaczy karty Moja Biedronka, którą ma już ponad 10 mln Polaków.

– W ramach tej akcji od 15 kwietnia do końca miesiąca wszystkim klientom, którzy są posiadaczami karty Moja Biedronka, będziemy zliczali wartość ich zakupów przeznaczonych na świeże polskie produkty – czyli mięso, ryby, owoce i warzywa. Każdy klient, który w tym dwutygodniowym okresie wyda na polskie produkty 499 zł, otrzyma voucher o wartości 99 zł do wykorzystania w maju na dowolne zakupy, poza standardowymi wyłączeniami – tłumaczy dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Wartość zakupów będzie sumowała się na karcie Moja Biedronka, będzie też drukowana na paragonach podczas zakupów. Voucher będzie można wykorzystać jednorazowo na zakupy z całego asortymentu Biedronki. Jak podkreśla Arkadiusz Mierzwa, do promocji będą się wliczać wyłącznie ryby, mięso czy owoce i warzywa z Polski.

– To jest oferta, którą chcemy zachęcić naszych klientów, żeby dokładnie sprawdzali na produktach kraj pochodzenia, żeby w pewien sposób preferowali i premiowali w swoim koszyku zakupowym te towary, które będą miały znaczek Produkt Polski. To jest szczególnie istotne właśnie w kategorii produktów świeżych, które stanowią większość naszego codziennego koszyka zakupowego – mówi.

Startująca właśnie akcja to niejedyna forma wsparcia Biedronki dla krajowych producentów.

– Podejmujemy też wiele innych działań, które mają promować polskie produkty wśród naszych klientów. To z jednej strony edukacja, a z drugiej działania stricte promocyjne, które w sposób komercyjny mają zachęcić klientów do ich zakupu – mówi Arkadiusz Mierzwa.

Jedną z takich akcji była kampania Kupuj Co Polskie, która wystartowała w sierpniu ub.r. i trwa do dziś. Przez osiem miesięcy klienci Biedronki wsparli gospodarkę zakupami polskich produktów o wartości ponad 23,6 mld zł.

– Ta wartość jest porównywalna ze środkami budżetowymi przeznaczanymi przez nasz kraj na niektóre ważne dziedziny życia – wyjaśnia dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej JMP. – W ramach tej akcji każdemu klientowi pokazujemy na paragonie, jaka część i jaka dokładna kwota z jego zakupów została przeznaczona na produkty wytworzone w Polsce albo takie, które dodają wartość do krajowej gospodarki

Kiedy rozpoczęła się pandemia COVID-19, Biedronka ogłosiła program „Czas na wspieranie małych producentów” i zaoferowała im możliwość współpracy. W efekcie ok. 200 produktów od 140 małych, lokalnych dostawców – znanych dotąd tylko regionalnie – trafiło na półki jednej z największych sieci handlowych w Polsce, co pomogło im w zachowaniu miejsc pracy i utrzymaniu biznesów. Z początkiem tego roku Biedronka wprowadziła też specjalne stanowisko kupców lokalnych owoców i warzyw, którzy poszukują mniejszych rodzinnych gospodarstw rolnych i nawiązują z nimi bezpośrednią współpracę.

– Biedronka ma ponad 3 tys. sklepów w całej Polsce, które każdego dnia odwiedza ok. 4 mln klientów. Przez to mamy kontakt z większością Polaków. W skali miesiąca niewątpliwie większość z nich odwiedzi sklep Biedronka. Dlatego promocja polskich produktów, namawianie do patriotyzmu konsumenckiego i do tego, żeby dokonując zakupów, przy okazji zadbali o krajową gospodarkę, to jest wsparcie niebagatelne. Zwłaszcza że pandemia koronawirusa wywołała pewne perturbacje gospodarcze – wyjaśnia Arkadiusz Mierzwa.

Obroty hazardu online w szarej strefie znacząco wzrosły. W ciągu ostatnich czterech lat zwiększyły się o 9 mld zł

W Polsce prawie połowa obrotów na rynku hazardu online ma miejsce w szarej strefie. Jej procentowy udział w ostatnich latach spadał – z ponad 76 proc. w 2016 roku do blisko 47 proc. w ubiegłym roku. Mimo to obroty w szarej strefie rosną jednak z każdym rokiem i w tym okresie zwiększyły się o 9 mld zł. W ciągu tych czterech lat łączna strata Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego podatku od gier wyniosła ponad 2 mld zł – wynika z szacunków firmy doradczej EY. Eksperci wskazują, że w Polsce rynek hazardowy wciąż ma spory potencjał wzrostu, dlatego w kolejnych latach trzeba się też spodziewać rozwoju szarej strefy. Jej ograniczenie nie będzie możliwe bez odpowiednich działań ze strony państwa i krajowych regulatorów.

Porównując polski rynek gier hazardowych z innymi krajami UE, widzimy, że jego potencjał dalszego wzrostu jest bardzo duży. Dotyczy to zwłaszcza kanału online, który rozwija się najbardziej dynamicznie nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Marek Rozkrut, partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Objęcie internetowych kasyn monopolem państwa, zakaz turniejów pokera online czy możliwość obstawiania meczów tylko u tych podmiotów, które mają licencję Ministerstwa Finansów – to jedne z głównych założeń wprowadzonej w 2009 roku i gruntownie znowelizowanej w 2016 roku ustawy hazardowej. Mimo że zgodnie z polskimi przepisami część gier jest zakazana, międzynarodowe podmioty działające w szarej strefie umożliwiają graczom udział w rozgrywkach niedostępnych na legalnym rynku. W ich rękach znajduje się prawie połowa (46,7 proc.) obrotów na rynku hazardu online – oszacowali eksperci EY w najnowszym raporcie. W ubiegłym roku legalnie działająca branża hazardu online wygenerowała obroty na poziomie 14,4 mld zł. Dla porównania w tym czasie wielkość obrotów w szarej strefie sięgnęła 12,6 mld zł. Co ciekawe, w 2016 roku szara strefa na rynku gier hazardowych online odpowiadała za 76,5 proc. obrotów.

Z jednej strony szacunki – zarówno nasze, jak i zewnętrznych podmiotów – wskazują na spadek udziału szarej strefy w całkowitej wartości rynku hazardowego online w ostatnich latach. Z drugiej strony ten spadek wcale nie oznacza, że wartość hazardu online w szarej strefie maleje w ujęciu absolutnym. Przeciwnie, nasze oszacowania pokazują istotny wzrost w tym zakresie – mówi dr Marek Rozkrut.

Obowiązująca od czterech lat nowelizacja ustawy hazardowej wprowadziła nowe narzędzia przeciwdziałania szarej strefie, lecz nie rozwiązała całkowicie problemu.

Jeszcze w 2016 roku obroty wygenerowane w szarej strefie wyniosły 3,5 mld zł. W ubiegłym roku było to już 12,6 mld zł, a więc o ponad 9 mld zł więcej. Natomiast w ujęciu przychodów netto, zdefiniowanych jako różnica między przychodami operatorów ze sprzedaży gier hazardowych i wypłaconymi wygranymi, szara strefa wzrosła z 0,3 mld zł w 2016 roku do 1,1 mld zł w 2020 roku. Szczególnie niepokoi to, że wzrost wydatków w szarej strefie odnotowywany jest nie tylko w ujęciu nominalnym, ale również w relacji do całkowitych wydatków polskich gospodarstw domowych. To oznacza, że coraz większa część naszego domowego budżetu trafia do kieszeni nielegalnych operatorów, zazwyczaj działających za granicą – podkreśla partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Pomiędzy 2016 a 2020 rokiem obroty szarej strefy w branży hazardu online wzrosły aż o ponad 9 mld zł. Każdego roku budżet państwa traci przez to setki milionów złotych z tytułu CIT, PIT i nieodprowadzonego podatku od gier. Tylko na tym ostatnim strata Skarbu Państwa w 2020 roku sięgnęła 594 mln zł. Z kolei łączna strata w ciągu czterech lat to ponad 2 mld zł – pokazują oszacowania EY oparte na specjalnie przygotowanym, autorskim modelu ekonometrycznym. Dla porównania za 2020 rok do budżetu państwa z tytułu podatku od gier legalni bukmacherzy wpłacili ponad 800 mln zł.

Tu oczywiście nasuwa się pytanie: skoro szara strefa rośnie, to z czego wynika spadek jej udziału w całkowitej wartości rynku? Odpowiedź brzmi: z jeszcze silniejszego wzrostu rynku legalnego, do którego w ostatnich latach przyczyniły się m.in. korzystne zmiany w polskim prawie. Mimo to nie powstrzymały one równoczesnego wzrostu szarej strefy, dlatego niewątpliwie potrzebne są dalsze działania, które będą przeciwdziałać temu procederowi – wskazuje dr Marek Rozkrut.

To m.in. skuteczniejsze blokowanie stron internetowych i płatności na rzecz nielegalnie działających zagranicznych podmiotów. O takie działania od lat apeluje legalna część branży hazardowej, której także szkodzi nieuczciwa, działająca bez zezwoleń konkurencja.

Przedstawiciele legalnie działającej części branży podkreślają, że skuteczność obecnie funkcjonujących w Polsce mechanizmów, które mają uniemożliwiać graczom dostęp do usług świadczonych nielegalnie, wciąż jest niestety niewystarczająca. Potrzebne są dalsze działania, które zwiększyłyby efektywność administracji państwa i w ten sposób ograniczyłyby pole do prowadzenia nielegalnej działalności na rynku gier hazardowych online – ocenia ekspert EY.

Amerykański inwestor szuka w Katowicach nowych pracowników, głównie z branży IT. Chce w tym roku potroić zatrudnienie w swoim centrum badawczo-rozwojowym

0

Katowice znajdują się w pierwszej piątce najatrakcyjniejszych lokalizacji inwestycyjnych w Polsce. Z każdym rokiem stolica Śląska przyciąga coraz więcej zagranicznych firm, a jedną z nich jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, którego firma doradcza Gartner od ponad dekady zalicza do liderów nowych technologii. W Katowicach Hyland otworzył jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej centrum badawczo-rozwojowe, w którym docelowo ma pracować ponad 100 specjalistów z branży IT. – W perspektywie długoterminowej wprowadzenie się tutaj takiej firmy jak Hyland jest ogromną szansą dla regionu – podkreśla country manager firmy Jeremy Nass.

– Katowice dysponują gigantycznym potencjałem inwestycyjnym, dlatego się tu wprowadziliśmy. Dostrzegamy potencjał drzemiący w tym mieście i chcemy go wykorzystać. Zresztą do podobnego wniosku dochodzi coraz więcej firm, które otwierają tutaj swoje biura. Ten region czeka świetlana przyszłość – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeremy Nass.

Katowice, położone w centrum liczącej 2,3 mln mieszkańców Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, to jeden z pięciu najważniejszych ośrodków inwestycyjnych w Polsce – wynika z tegorocznego raportu ABSL. Prężnie rozwija się tu sektor nowoczesnych usług dla biznesu, odpowiadający za 3–3,5 proc. polskiego PKB, a na przestrzeni ostatnich czterech lat wzrost zatrudnienia w tutejszych centrach usług sięgnął prawie 70 proc. Główną kategorią świadczonych w nich usług jest IT. Łącznie w regionie, głównie w Katowicach, działa już 114 centrów nowoczesnych usług biznesowych firm pochodzących z 19 państw. Miasto z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem biznesu, a inwestycje nie zatrzymały się nawet mimo pandemii COVID-19. Zagraniczni inwestorzy, którzy lokują tu swoje centra, zwiększają przychody do budżetu i tworzą nowe miejsca pracy, wspierając lokalną i krajową gospodarkę wychodzącą z lockdownu („Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach”).

 Przyglądaliśmy się takim aspektom jak dostępność wykwalifikowanych kadr, bo to jest dla nas kluczowy aspekt rozwojowy. Sprawdzaliśmy też koszty życia, lokalną infrastrukturę, sytuację na uczelniach i liczbę absolwentów, którzy trafiają na lokalny rynek pracy każdego roku, ale także to, czy jest tu dużo dróg rowerowych. Zależało nam na tym, aby znaleźć dobre miejsce dla naszych pracowników. Ostatecznie Katowice wyraźnie zwyciężyły – wskazuje country manager Hyland w Polsce.

Atrakcyjność inwestycyjną stolicy Śląska potwierdza też ubiegłoroczny raport Colliers International („Przyszłość zaczyna się tu… Katowice”), który podkreśla, że miasto jest wzorcowym przykładem przemiany z ośrodka przemysłowego w nowoczesną metropolię. Lokalizacja na przecięciu transeuropejskich szlaków transportowych, dobrze rozwinięta sieć dróg, ośrodki akademickie i dostęp do wykwalifikowanej kadry oraz duża podaż nowoczesnej powierzchni biurowej przyciągają do Katowic coraz więcej zagranicznych firm.

Raport Colliers pokazuje, że inwestycje w stolicy Śląska nie zwolniły mimo pandemii. Na koniec I połowy 2020 roku wolumen transakcji najmu na katowickim rynku biurowym wyniósł 26,5 tys. mkw., tylko o 11 proc. mniej niż rok wcześniej, pomimo znacznego spowolnienia ekonomicznego wywołanego pandemią COVID-19. Największy udział w całym popycie (64 proc.) stanowiły nowe umowy, zawierane przez firmy otwierające tu swoje siedziby. Jedną z ostatnich, które wprowadziły się do Katowic, jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, dostarczający nowoczesne oprogramowanie do zarządzania treścią.

– Jesteśmy dużą firmą, zatrudniamy ok. 4 tys. pracowników z obu Ameryk, z Europy i całego świata. Kilka lat temu doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy silniej zaznaczyć naszą obecność w Europie Środkowo-Wschodniej – wyjaśnia Jeremy Nass.

Nowa inwestycja firmy w Katowicach to centrum badawczo-rozwojowe, gdzie programiści będą pracować m.in. nad doskonaleniem flagowych produktów firmy i tworzeniem nowych funkcjonalności wspierających cyfrową transformację. To jak na razie jedyny taki ośrodek firmy w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej.

– Dziś stoi przed nami ogromne wyzwanie – kolejna ewolucja, której celem jest wykorzystanie wszystkich korzyści płynących z infrastruktury chmurowej. Nasi klienci chcą przenosić się do chmury i z takiej infrastruktury korzystać. Dlatego tak ważne dla nas jest wdrożenie i przeniesienie naszych produktów do rozwiązań chmurowych. To właśnie o pomoc przy tym zadaniu poprosiliśmy naszych nowych współpracowników w Katowicach – mówi country manager Hyland w Polsce.

Mimo pandemii Hyland R&D w Katowicach w ubiegłym roku zatrudniło już pierwszych 40 pracowników, a ich rekrutacja została przeprowadzona całkowicie zdalnie.

– W 2021 roku chcemy potroić tę liczbę. Poszukujemy osób głównie na stanowiska związane z badaniami i rozwojem, które mogą pomóc nam w przeprowadzeniu tej ewolucji, posiadających nowe i poszukiwane umiejętności, związane np. z .NET Core czy Kubernetes. Jednocześnie potrzebujemy kierowników, osób do działów HR i sprzedaży, bo dostrzegamy potencjał na rynku. Poza tym poszukujemy nowych pracowników do naszego globalnego zespołu usługowego, który pomaga nowym i obecnym klientom uzyskać zwrot z inwestycji poczynionych w Hyland – wymienia Jeremy Nass.

Firma doradcza Gartner od 11 lat zalicza Hyland do liderów w kategorii dynamicznie rozwijających się technologii. Spółka operuje już w kilkunastu krajach świata, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Japonii.

Przerwy techniczne w bankach coraz bardziej dotkliwe dla klientów. Instytucje poszukują sposobów na uniknięcie awarii

W 2020 roku 60 proc. banków zamknęło lub skróciło godziny otwarcia oddziałów, ale jednocześnie zmieniająca się rzeczywistość sprawiła, że wiele z nich wdrożyło nowe funkcjonalności cyfrowe. Są one głównie wdrażane podczas przerw technicznych, które skutkują niedostępnością usług finansowych dla klientów. W połączeniu z dość częstymi przypadkami awarii banki muszą mierzyć się z konsekwencjami w postaci utraty danych czy reputacji. Rozwiązaniem może być software’owa replikacja danych w czasie rzeczywistym, która pozwala na bezprzestojowe wdrażanie nowych funkcjonalności.

Pandemia zmieniła trendy na rynku bankowości. Wzrosła aktywność klientów w kanałach online, wzrósł także ruch w e-commerce, co ma bezpośrednie przełożenie na systemy bankowe, które w dynamiczny sposób musiały rozbudowywać swoją infrastrukturę. Z badania Deloitte’a „Digital Banking Maturity” wynika, że w 2020 roku 60 proc. banków zamknęło lub skróciło godziny otwarcia oddziałów. Jednocześnie wiele z nich wdrożyło nowe funkcjonalności cyfrowe, takie jak możliwość w pełni zdalnego otwarcia konta (34 proc.), zdalna identyfikacja i weryfikacja (23 proc.) oraz płatności zbliżeniowe (18 proc.).

– Wprowadzanie nowych udogodnień odbywa się zwykle w ramach przerw technicznych, które są dość częstym zjawiskiem w polskiej bankowości. Choć większość instytucji stara się je robić w nocy lub w weekendy, kiedy dotykają stosunkowo niedużą liczbę klientów, to wciąż mają one przełożenie na postrzeganie banków i mogą prowadzić do utraty wizerunku, frustracji klientów z powodu braku dostępności usług, utraty danych, a także zmniejszenia przychodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Jagodzki, wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore.

Z raportu Fintek.pl wynika z kolei, że w 2020 roku banki w Polsce odnotowały 32 awarie. Ich liczba systematycznie spada (w 2018 roku było ich 50, a w 2019 roku – 40), jednak to wciąż duży problem nie tylko dla instytucji finansowych, lecz także dla klientów. Ponad 56 proc. wszystkich awarii skutkuje brakiem możliwości zalogowania się do bankowości elektronicznej. Ryzyko awarii wzrasta wraz z pojawieniem się kolejnych funkcji i udogodnień.

– Obecnie w sektorze bankowym nie ma weekendu, podczas którego konsument nie byłby informowany o niedostępności jakiejś usługi bankowej, jak np. możliwości zapłacenia kartą, wypłacenia gotówki czy wykonania przelewu – podkreśla Aleksander Jagodzki. – Wszystkich tych negatywnych skutków można jednak uniknąć. 

W październiku zeszłego roku Rzecznik Finansowy zauważył wzrost częstotliwości wprowadzania tzw. planowych przerw technicznych w świadczeniu usług, określając to zjawisko jako niepokojące zwłaszcza w dobie pandemii, gdy większość swoich aktywności, w tym także finansowych, Polacy przenieśli do internetu. Rzecznik Finansowy podjął działania zmierzające do zminimalizowania tego zjawiska. Banki mogą jednak same zadbać o utrzymanie ciągłości swoich usług, nawet w razie awarii czy wdrażania nowych funkcjonalności.

– Wdrożenie nowej wersji oprogramowania lub zmiana platformy sprzętowej to powszechne zjawisko w każdym środowisku informatycznym. Do tej pory taka operacja wiązała się z niedostępnością oferowanych usług banku na czas migracji – mówi wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. – Dzięki zastosowaniu narzędzi do replikacji danych w czasie rzeczywistym każda migracja lub upgrade technologiczny może być przeprowadzony bez zatrzymywania aplikacji, które skutkuje niedostępnością usług dla klienta końcowego.

Specjalizujące się w integracji baz danych Goldenore ma już na koncie projekty realizowane w różnych sektorach, m.in. w bankowości. Firma koncentruje się na replikacji danych w czasie rzeczywistym na poziomie baz danych. W ten sposób zapewnia ciągłość biznesową, obejmującą aplikacje operacyjne i analityczne oraz bezpieczne i bezprzestojowe migracje na nowe wersje oprogramowania i nowe platformy.

Brak przestojów w działalności jest niezwykle istotny dla systemów obsługujących klientów w sposób ciągły, 365 dni w roku, siedem dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. To m.in. systemy bankowości elektronicznej, CRM czy systemy transakcyjne, gdzie godzinna przerwa technologiczna może odbywać się jedynie raz na kwartał, ponieważ ich zatrzymanie wiąże się z utratą przychodów.

– Cała operacja upgrade’u technologicznego z wykorzystaniem narzędzi replikacyjnych od strony technicznej polega przede wszystkim na przygotowaniu bazy „lustra” – wiernej kopii bazy produkcyjnej, która w czasie realizacji prac serwisowych będzie pracowała jako podstawowa baza produkcyjna. Następnie potwierdzana jest spójność danych pomiędzy bazami i przepinana jest aplikacja na bazę „lustro”. W tym czasie przeprowadza się operacje serwisowe i ponownie uspójnia bazę danych oraz przepina się aplikację z powrotem na podstawową bazę produkcyjną. Dzięki temu nie ma potrzeby zatrzymywania systemu, a co za tym idzie przestoju w usługach – tłumaczy  Aleksander Jagodzki.

Firma m.in. przeprowadziła proces bezprzestojowego upgrade’u technologicznego w jednej z firm z branży paliwowej, która musiała podnieść wersję bazy danych dla systemu SAP, obsługującego produkcję i sprzedaż paliw. Nawet krótkotrwałe zatrzymanie systemu mogło skutkować przerwaniem realizacji procesów biznesowych i obniżeniem przychodów.

– Klient zdecydował się na wykorzystanie mechanizmów replikacji danych w czasie rzeczywistym – Oracle GoldenGate. Celem było przeprowadzenie operacji serwisowych z możliwie najkrótszym czasem przestoju – wskazuje wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. – Proces przenoszenia baz danych ze starej platformy na nową odbył się bezprzestojowo, bez wyłączenia aplikacji krytycznej dla biznesu. W trakcie migracji dane wewnątrz centrali oraz ze stacji benzynowych napływały w sposób ciągły. Dodatkowo przygotowano procedury umożliwiające bezprzestojową migrację kolejnych systemów.

Wodór może zrewolucjonizować polską energetykę, jednak musi być oparty na OZE. Na nową technologię rząd planuje wydać ponad 20 mld zł

Technologie wodorowe mogą być jednym z elementów transformacji polskiej energetyki, a rodzime firmy mogą się stać elementem światowego łańcucha dostaw dla nowoczesnych pojazdów zasilanych wodorem. W ramach Krajowego Planu Odbudowy na technologie wodorowe rząd chce wydać 800 mln euro, a kolejne 17 mld zł do 2030 roku, jak zakłada Polska Strategia Wodorowa. – Wodór może być jednym z elementów transformacji zeroemisyjnej w polskiej energetyce, jednak inwestycje w tym zakresie powinny się rozpocząć już dziś – podkreśla dr hab. inż. Zbigniew Karaczun, profesor SGGW,  ekspert Koalicji Klimatycznej​. – Muszą to być instalacje oparte na odnawialnych źródłach energii.

– Wodór może być jednym z elementów transformacji zeroemisyjnej w polskiej energetyce. Jednak konieczna jest rozbudowa technologii produkcji wodoru, a inwestycje w tym zakresie powinny się rozpocząć już dziś. Ponadto muszą to być instalacje oparte na odnawialnych źródłach energii, czyli produkcja tzw. zielonego wodoru, a nie instalacje tzw. szarego czy czarnego wodoru, który pochodzi ze spalania paliw kopalnych – mówi dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Rząd zapowiada przeznaczenie dużych funduszy na finansowanie projektów wodorowych. W projekcie Krajowego Planu Odbudowy zaplanowano na ten cel prawie 800 mln euro. Z kolei Polska Strategia Wodorowa, która jest już po konsultacjach, przewiduje finansowanie wieloletniego programu wspierania technologii wodorowych na poziomie 17 mld zł do 2030 roku. Ponadto w ramach programu Nowa Energia Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przeznaczy 600 mln zł na technologie wodorowe, a w ramach wsparcia dla zielonego transportu publicznego finansowany jest np. zakup nowych autobusów elektrycznych wykorzystujących do napędu wyłącznie energię elektryczną wytworzoną z wodoru.

– Mamy potencjał do rozwoju technologii wodorowych, ale produkcja wodoru opartego na odnawialnych źródłach energii wymaga stworzenia przez rząd i władzę publiczną właściwych ram prawnych. Uczestnikami rynku produkcji wodoru nie mogą być wyłącznie firmy publiczne skarbu państwa. Należy stworzyć szanse na wejście do gry i udział w tym technologicznym wyścigu również prywatnym inwestorom i innowacyjnym firmom. One będą działały znacznie skuteczniej, taniej i efektywniej niż wielkie państwowe molochy przemysłowe – przekonuje ekspert Koalicji Klimatycznej.

Jak podkreśla, Polska może być znaczącym producentem wodoru, bo posiada zarówno technologie, jak i kadrę wykwalifikowanych specjalistów.

Globalne badanie przeprowadzone przez firmę badawczą BloombergNEF zatytułowane „Hydrogen Economy Outlook” pokazało, że jeśli wodór będzie wdrażany przez gospodarki wielu krajów w najbliższych dekadach, może zmniejszyć globalną emisję gazów cieplarnianych z paliw kopalnych i przemysłu o 34 proc. Będzie to jednak możliwe, jeśli uda się zwiększyć skalę wykorzystania technologii wodorowych (opartych na OZE) i obniżyć ich koszty.

– Wyzwaniem dla Polski jest obecnie zbudowanie dobrego prawa, które umożliwi rozwój odnawialnych źródeł energii i które umożliwiłoby wykorzystanie technologii wodorowych w dużej, przemysłowej skali. Dzisiaj w zasadzie nie mamy tej możliwości, bo np. energetyka wiatrowa na lądzie nie może się rozwijać, mamy znaczące opóźnienia w rozwoju energetyki wiatrowej na morzu i w związku z tym nie mamy wystarczającej ilości zielonej energii, która mogłaby wesprzeć technologie wodorowe – zaznacza dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Jedną z koncepcji, która może być rozważana w Polsce, jest wykorzystanie wodoru nie tylko w energetyce, lecz także jako paliwa transportowego. Na świecie toczy się ożywiona dyskusja, a nawet swego rodzaju wyścig technologiczny pomiędzy technologią samochodów elektrycznych, których głównym źródłem jest energia elektryczna pochodząca z baterii lub akumulatorów, a właśnie technologią wodorową.

– Uczestnictwo w tym wyścigu poprzez próbę rozwoju technologii wodoru wykorzystywanego w transporcie mogłoby być dla Polski interesującym kierunkiem wykorzystywania tego paliwa. Dlatego że te technologie są dopiero na początku drogi i na tym etapie można zyskać dla Polski pewną przewagę technologiczną nad konkurentami. Warto rozmawiać np. z partnerami z innych krajów, żeby tworzyć konsorcja. Stworzyć od początku cały samochód wodorowy byłoby bardzo trudno, ale rodzime firmy mogą być elementem całego łańcucha dostaw dla nowoczesnych pojazdów zasilanych wodorem – podkreśla ekspert Koalicji Klimatycznej.

Powstanie superkombinezon przyszłości. Ochroni przed wszelkimi wirusami i zagrożeniami chemicznymi żołnierzy czy medyków

To może być rewolucja w branży medycznej i militarnej. Firma FLIR Systems ogłosiła właśnie, że wygrała kontrakt z Agencją Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności na opracowanie tkanin, które pomogą chronić przed biologicznymi i chemicznymi zagrożeniami. W ramach Programu Spersonalizowanych Biosystemów Ochronnych powstaną tkaniny z wbudowaną zdolnością do zwalczania gazu VX, chloru, a także różnego rodzaju wirusów.

Eksperci twierdzą, że COVID-19 był tylko sygnałem alarmowym: zwiastunem kolejnego nowego zagrożenia, które może nie być naturalnie występującą pandemią, ale wyrafinowaną bronią biologiczną. Prace nad stworzeniem kombinezonów przyszłości, a nawet żołnierzy przyszłości trwają od lat, jednak pandemia i rosnące zagrożenie przed bronią chemiczną i biologiczną przyspieszyło ten proces. Już w 2014 roku wojsko USA rozpoczęło prace nad kombinezonem ochronnym, znanym jako Tactical Assault Light Operator Suit (TALOS). Film promocyjny pokazywał, jak kule odbijają się od zbroi przyszłości. Pięć lat później inicjatywa dobiegła końca, jednak pokazała kierunek dalszych badań.

Biuro Technologii Biologicznych DARPA uruchomiło program Personalized Protective Biosystem (PPB) w celu szybkiego wyprodukowania technologii do kombinezonów, która zapobiegnie przedostawaniu się groźnych czynników do organizmu, i najnowocześniejszych barier, które pomogą zneutralizować szkodliwe czynniki. Niedawno firma FLIR Systems ogłosiła, że wygrała kontrakt z amerykańską agencją, w ramach którego opracuje nowatorskie tkaniny z wbudowanymi katalizatorami i substancjami chemicznymi, które mogą zwalczać i zmniejszają zagrożenia chemiczne i biologiczne.

– To innowacyjne przedsięwzięcie ma na celu opracowanie pierwszej w swoim rodzaju tkaniny ochronnej dla naszych żołnierzy, lecz także medyków i funkcjonariuszy bezpieczeństwa publicznego – wymienia Mark Stock, wiceprezes i dyrektor generalny działu Sensor Systems we FLIR Systems.

DARPA już w momencie uruchomienia programu oceniała, że możliwe jest stworzenie kombinezonów przyszłości, które działałyby na podobnej zasadzie co np. skóra rekina, która pozwala powstrzymać niechciane mikroorganizmy przed przyleganiem do jej powierzchni. Taka technologia mogłaby oferować wyjątkowe zastosowania ochronne dla ludzi. Rozwiązania molekularne, nanotechnologiczne i inne rozwiązania materiałowe, w połączeniu z przykładami z systemów naturalnych, mają być integralną częścią technologii PPB w celu ochrony przed obecnymi i przyszłymi zagrożeniami.

W ramach Programu Spersonalizowanych Biosystemów Ochronnych (PPB) powstaną tkaniny z wbudowaną zdolnością do zwalczania czynników chemicznych i biologicznych, od gazu VX, przez chlor, po wirus ebola i inne. PPB ma łączyć nowatorskie, lekkie materiały ochronne z nowymi profilaktycznymi technologiami medycznymi, które łagodzą chemiczne i biologiczne zagrożenia w tkankach wrażliwych, m.in. w oczach, skórze i płucach. Kompletny system umożliwi żołnierzom i ratownikom działanie bez obciążenia związanego z noszeniem środków ochrony indywidualnej.

– Gdy zagrożone jest życie, przyszli operatorzy noszący kombinezony PPB uzyskają znaczną przewagę w ochronie przed toksycznymi chemikaliami i pojawiającymi się zagrożeniami biologicznymi, takimi jak niebezpieczne wirusy – podkreśla Mark Stock.

Rewolucyjne tkaniny zostaną wykorzystane w kombinezonach ochronnych i dodatkowym sprzęcie, jak buty, rękawice i maski na oczy, którą mogą nosić żołnierze na polu bitwy, ale też pracownicy służby zdrowia. Firma FLIR otrzymała 11,2 mln dol. wstępnego finansowania na pięcioletnie przedsięwzięcie o wartości 20,5 mln dol.

Komentarz Polskiej Rady Centrów Handlowych w związku z informacjami opublikowanymi przez Puls Biznesu w dn. 14 kwietnia br. – „Jak rząd uciekł spod topora”

Jesteśmy zszokowani informacjami przekazanymi przez Puls Biznesu w dniu 14 kwietnia br. w artykule „Jak rząd uciekł spod topora”, z których można wywnioskować, że groźba pozwu zbiorowego najemców wobec Skarbu Państwa, spowodowała przedstawienie w dn. 1 kwietnia br. przez Pana Premiera Morawieckiego kolejnej po abolicji czynszowej (art. 15ze ustawy covidowej), niezgodnej z prawem propozycji ustawowej regulacji czynszów w centrach handlowych. Nie rozumiemy dlaczego zamiast prowadzić proces legislacyjny w sposób otwarty, umożliwiający udział i przestawienie argumentów wszystkim podmiotom dotkniętym skutkami planowanej legislacji, jak się dowiadujemy z dzisiejszej publikacji, rozwiązania ustawowe mogą być proponowane w celu uniknięcia groźby powództwa przeciwko Skarbowi Państwa skierowanej przez grupę uczestników rynku. Propozycja nowego rozwiązania (obniżki czynszu o 80% w okresie lockdownu oraz o 50% przez trzy kolejne miesiące po jego zakończeniu) powstała bez jakichkolwiek konsultacji ze stroną właścicieli i zarządzających centrami handlowymi, którzy równocześnie zostali całkowicie obciążeni jego kosztami i wykluczeni z jakiejkolwiek pomocy państwa w ramach tarcz rządowych i PFR w trakcie pandemii.

Wyrażamy sprzeciw przeciwko polityce nieuwzględniania głosu właścicieli i zarządców centrów handlowych w tematach, które ich dotyczą. Mimo naszych wielokrotnych apeli i próśb o spotkanie z osobami decyzyjnymi po stronie rządu, jesteśmy nieustająco pomijani w dyskusji i decyzjach, których dotychczasowym skutkiem jest pozbawienie branży 5,5 mld zł przychodów, a biorąc pod uwagę zapowiedzi rządu, to jeszcze nie jest koniec. W innych demokratycznych, europejskich państwach rządy dopłacają do czynszów najemcom, aby oni mogli regulować swoje zobowiązania wobec wynajmujących, a ci z kolei wobec banków. Odgórne decyzje nakładające na jedną stronę koszty finansowania obostrzeń epidemicznych są przejawem dyskryminacji i nierównego traktowania podmiotów.

Branża nadal nie otrzymała propozycji legislacyjnych do nowego rozwiązania zapowiadanego przez Premiera RP w dn. 1 kwietnia br. Na bazie posiadanych, medialnych informacji szacujemy, ze wprowadzenie nowych ustawowych regulacji czynszowych znacząco zwiększy koszty finansowania wsparcia dla najemców ponoszone przez wynajmujących, w porównaniu do dotychczas obowiązującej abolicji czynszowej (art. 15 ze). Jeśli zapowiedziane zmiany weszłyby w życie to obniżki czynszów o 50 proc. przez trzy miesiące po lockdownie kosztowałyby wynajmujących ok. 1,15 mld zł, a koszt każdego jednego tygodnia lockdownu obciążyłby budżety wynajmujących kwotą ok. 140 mln zł. Przy stosowaniu abolicji czynszowej tydzień lockdownu kosztuje wynajmujących ok. 190 mln zł. Jednocześnie brak jest jakichkolwiek informacji dotyczących możliwego wsparcia dla właścicieli i zarządców centrów handlowych, rekompensującego uprzywilejowanie jednych z uczestników rynku – najemców, względem drugich – wynajmujących.

Ustawodawca po raz kolejny proponuje rozwiązanie, które automatycznie przyznaje każdemu najemcy zniżki w czynszach, bez uwzględnienia indywidulanej sytuacji finansowej i biznesowej danego przedsiębiorcy. Tak samo traktuje małych i średnich przedsiębiorców, franczyzobiorców, czy najemców prowadzących pojedyncze lokale oraz duże sieci handlowe, zarówno polskie, jak i zagraniczne, a przecież skala potrzeb i zgłaszanych problemów poszczególnych firm jest zupełnie inna.

Poszkodowani w wyniku przedstawionych zmian w umowach najmu są wszyscy właściciele i zarządcy centrów handlowych w Polsce o powierzchni powyżej 2 000 mkw. – około 300 z ponad 570 obiektów handlowych działających w Polsce należy do polskich właścicieli.

Te działania zmuszają wynajmujących do sięgnięcia po wszelkie dostępne kroki prawne w obronie naszych interesów.

Branża produktów sportowych u progu (R)ewolucji

Ostatni rok spowodował przyspieszenie ekspansji trendu digitalizacji i szukania efektywnych form kontaktu z klientem. Rosnące znaczenie sprzedaży online powoduje, że marki częściej intensywniej zabiegają o podobny „customer experience” w sferze online oraz offline klienta. Jak radzi sobie branża sportowa w obliczu pandemii? W co więc warto zainwestować, aby dotrzeć do konsumenta? Odpowiada nowy Prezes Zarządu Spółki INTERSPORT Polska S.A. Marek Kaczmarek.

Polacy nadal aktywni

Polacy na odzież oraz sprzęt sportowy przeznaczają średnio 193 euro rocznie ­– wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Sports Retail Study 2020”. Prognozy na 2021 są jeszcze lepsze.  Kraj plasuje się na pierwszym miejscu spośród badanych ośmiu krajów w raporcie „Sports Retail Study 2020”, jeżeli chodzi o odsetek osób deklarujących aktywność fizyczną (75 proc.). Drugie miejsce należy do Francji (70 proc.), a kolejne Austria (68 proc.) oraz Niemcy (65 proc.).

Sześć na dziesięć osób uprawiających sport dokonuje swoich zakupów przede wszystkim w sklepach stacjonarnych. Ponad 61 proc. respondentów również zadeklarowało odwiedziny w placówce offline jako ulubionym sposobie nabywania produktów sportowych. Natomiast zakupy sportowe w sklepach online robi aż 38,5 proc. pytanych i jest to jeden z wyższych wyników w badanych krajach.

Pozytywny trend rozwoju danej branży zaburzyła pandemia, która w znaczący sposób ograniczyła możliwości uprawiania poszczególnych dyscyplin oraz dostęp do niezbędnego sprzętu i odzieży.

Branża e-commerce w naszym sektorze – na skutek restrykcji wprowadzanych przez rozprzestrzeniającego się wirusa COVID-19 – zaczęła intensywnie się rozwijać. Należy założyć, że wkrótce konsumenci będą w pierwszej kolejności korzystać ze sklepów online – wskazuje Marek Kaczmarek Prezes Zarządu Spółki firmy INTERSPORT Polska S.A. W trakcie lockdownu uświadomiliśmy sobie czego realnie potrzebują nasi klienci i co, w związku z tym, musimy zmienić. Naszym obecnym głównym celem jest m.in. poprawa modelu biznesowego, który wpisze się w światowy trend omnichanelowego handlu detalicznego. Wiąże się to nierozerwalnie z optymalizacją całego środowiska informatycznego m.in. uruchomieniem nowego systemu ERP/POS/WMS/BI w oparciu o nowoczesną i elastyczną platformę technologiczną oraz przejście na innowacyjną i otwartą platformę e-commerce – dodaje. A także remodelingiem wszystkich standardów i procesów wspierających biznes w spółce. Zarekomendowane zmiany i działania zostały już zainicjowane i większość z nich planujemy wdrożyć już w 2021 roku.  

Quo vadis INTERSPORT?

Czy w związku z wpływem ewolucji zachowań konsumentów branża produktów sportowych ma się czego obawiać? Wyniki sprzedażowe firmy INTERSPORT Polska S.A. osiągane w obu kanałach od początku 2021 roku w najbardziej popularnych kategoriach produktów dobrze rokują na rozpoczynający się sezon wiosenno/letni. W lutym br. zysk ze sprzedaży w tych kategoriach osiągnął ponad 25 proc. wzrost w stosunku do roku 2019, co było najlepszym wynikiem od 5 lat.

Warto wiedzieć, że branża sportowa już od dawna przechodzi swoją przemianę, wszystko za sprawą osiągnięć technologicznych, przemian społecznych i kulturowych.

Aby móc jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby naszych konsumentów (jednocześnie wprowadzać elementy modelu sprzedaży omnichannelowej) planujemy w krótkim czasie wprowadzić w sieci sklepów usługi video chat dla klientów e-commerce. Jest to częścią remodelingu sieci sklepów do formatu INTERSPORT 2.0. Zostaną one zmodernizowane w oparciu o technologię przyszłości według nowej koncepcji Grupy INTERSPORT – mówi Marek Kaczmarek Prezesa Zarządu Spółki firmy INTERSPORT Polska S.A. Planujemy zbudować największy na polskim rynku „sportowy marketplace” w oparciu o nową platformę i współpracę z największymi producentami sprzętu, odzieży i butów do uprawiania wszystkich dyscyplin sportowych – podsumowuje.

Wykorzystanie AI w ochronie zdrowia. Czy jesteśmy gotowi?

Ogromne inwestycje w sztuczną inteligencję nie dziwią, gdyż korzyści wynikające z tej technologii są nie do przecenienia. Jednak pojawia się wiele pytań dotyczących zagrożeń wynikających z jej niewłaściwego – celowego lub nieumyślnego – wykorzystania. Coraz głośniej mówi się o etycznym aspekcie używania AI.

Innowacje oczekiwane przez pacjentów i lekarzy

Już w 2018 roku uczestnicy badania przeprowadzonego przez SAS entuzjastycznie wypowiadali się na temat wykorzystania sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia. Co ciekawe znacznie więcej obaw wiązało się z implementacją tej technologii w bankowości czy handlu. Respondenci pozytywnie odnieśli się do przykładów wykorzystania AI do wsparcia lekarzy w opiece nad pacjentami. Aż 47 proc. badanych stwierdziło, że czułoby się komfortowo w asyście AI nawet podczas operacji. Tak pozytywne podejście do sztucznej inteligencji świadczy o tym, że oczekujemy namacalnych korzyści wynikających z zastosowania tej technologii. Sektor ochrony zdrowia mierzy się z wieloma wyzwaniami, które pandemia COVID-19 dodatkowo spotęgowała. Wśród nich m.in. rosnące koszty, braki personelu i coraz większe zapotrzebowanie na usługi. Specjaliści SAS są zdania, że branży może pomóc wykorzystanie zalet technologii AI. Twierdzą, że sztuczna inteligencja odegra istotną rolę w przekształcaniu branży opieki zdrowotnej, którą znamy.

Bezpieczeństwo danych przede wszystkim

AI i zaawansowana analityka mają bardzo szerokie zastosowanie w sektorze opieki zdrowotnej. Mogą istotnie wpływać na poprawę efektywności całego systemu. Zapewnić lepsze zrozumienie potrzeb i stanu zdrowia pacjentów, odciążenie lekarzy oraz personelu medycznego w zakresie zadań administracyjnych czy wsparcie procesów diagnostyki i leczenia chorych. Jednak mamy tu do czynienia z bardzo wrażliwymi informacjami. Można wyrządzić pacjentowi realną szkodę, gdyby jego dane osobowe i medyczne zostały błędnie zanalizowane lub dostały się w niepowołane ręce.

Mając na uwadze wykorzystanie danych medycznych, należy zadbać o właściwe środki zarządzania, nadzoru i bezpieczeństwa. Mieć pewność, że są używane w uzgodnionym zakresie, dostęp do nich mają upoważnieni pracownicy i autoryzowane algorytmy. Upewnić się, że każde wykorzystanie danych przechodzi weryfikację w celu sprawdzenia, czy przynosi korzyść i wyklucza możliwość wyrządzenia szkody. Z jednej strony powinniśmy chronić prywatność, ale z drugiej – umożliwiać postęp naukowy w medycyniemówi Piotr Kramek, Lider Praktyki Public Sector & Health Care w SAS Polska.

Czy sztuczna inteligencja jest obiektywna

Techniki machine learning mogą być skuteczne na tyle, na ile pozwala jakość, ilość oraz reprezentatywność danych używanych do treningu modeli. Jednym z wyzwań jest niedostateczna reprezentacja pewnych grup populacji w wykorzystywanych danych. Przekłada się ona na stronniczość algorytmów AI (ang. algorythmic bias). W efekcie model sztucznej inteligencji może generować gorsze wyniki dla mniej reprezentowanych grup.

– Dane, które nie są zrównoważone np. w zakresie płci, mogą wpływać na niższą dokładność modeli dla niedostatecznie reprezentowanej płci. Modele wykrywania raka skóry, które „uczą się” głównie na pacjentach o jasnej karnacji, mogą działać gorzej na osobach z ciemniejszą karnacją. W przypadku opieki zdrowotnej słabe wyniki modelu dla określonej grupy mogą dostarczyć niewiarygodnych informacji, prowadząc do niewłaściwej diagnozy lub nieprawidłowego leczeniapodkreśla Piotr Kramek.

Zasilanie modeli AI zaburzonymi danymi może z kolei prowadzić do uzyskania nieobiektywnych rezultatów. To ważne, biorąc pod uwagę potencjalny efekt wykorzystania sztucznej inteligencji w opiece zdrowotnej.

Jak zrozumieć algorytm

Niektóre z algorytmów zwykle używanych w systemach AI (takich jak sieci neuronowe) są uważane za „czarne skrzynki”. Dostarcza się algorytmowi dane treningowe i prosi, aby nauczył się rozpoznawać określone wzorce na podstawie tych danych. Można parametryzować algorytmy oraz zmieniać dane wejściowe przez dodawanie nowych charakterystyk. Nie ma jednak bezpośredniego wglądu w przyczynę, dla której algorytmy zaklasyfikowały daną obserwację w określony sposób. W rezultacie można mieć bardzo dokładny model, który czasem daje nieoczekiwane wyniki. W przypadku ochrony zdrowia błędna klasyfikacja ze strony modelu i brak dodatkowego wyjaśnienia czy interpretacji ze strony algorytmu ogranicza możliwość weryfikacji wyniku po stronie lekarza. Może mieć ona negatywne konsekwencje dla zdrowia pacjenta. Dlatego bardzo ważne jest, aby z jednej strony zrozumieć i zweryfikować aspekty danych, z których korzystają algorytmy. Z drugiej zaś strony zapewnić interpretowalność wyników modeli sztucznej inteligencji, co pozwoli na weryfikację poprawności ich działania.

– Czasami użycie mniej złożonych modeli może zapewnić lepsze zrozumienie zasad działania algorytmu. Regresja liniowa lub drzewa decyzyjne zapewnią wystarczającą dokładność oraz dobrą widoczność zmiennych i kluczowych czynników. Kiedy wykorzystuje się bardziej złożony model, warto użyć narzędzi wspierających wyjaśnialność algorytmów AI. Eksperci zajmujący się tym procesem powinni w obu przypadkach zweryfikować wyjaśnienie, szukając potencjalnych błędów i wątpliwości w doborze zmiennych oraz charakterystyk, które wykorzystuje modeldodaje Piotr Kramek.

AI potrzebuje człowieka

Jedną z barier hamujących realizację projektów AI jest brak odpowiednich kompetencji. Dlatego tak ważne jest kształcenie kadr oraz zapewnienie odpowiednich regulacji prawnych gwarantujących, że sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana w sposób etycz­ny, z poszanowaniem prawa do zachowania prywatności.

Zarząd SUNEX zamierza podwoić w tym roku dywidendę

Zarząd SUNEX S.A., czołowego producenta i dystrybutora innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii, rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości ponad 0,8 mln zł czyli 0,04 zł na jedną akcję. Oznaczać to będzie przeznaczenie dla akcjonariuszy dwukrotnie wyższej kwoty niż w poprzednim roku. Decyzję ostatecznie podejmie WZA.

Zarząd SUNEX S.A. podjął uchwałę w sprawie rekomendacji wypłaty dywidendy z zysku netto za rok obrotowy 2020. Zamierza przeznaczyć na ten cel ponad 0,8 mln zł, co oznaczać będzie wypłatę akcjonariuszom 0,04 zł na jedną akcję. To dwa razy więcej niż rok wcześniej (w ub.r. wypłacono 0,1 zł na akcję, ale gdyby uwzględnić dokonany split to dywidenda na akcję za rok 2019 wyniosłaby 0,02 zł). Rekomendacja Zarządu zostanie zaopiniowana przez Radę Nadzorczą. Ostateczną decyzję w przedmiocie podziału zysku za rok 2020 oraz wypłaty dywidendy podejmie Walne Zgromadzenie Spółki. Producent i dystrybutor innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii w 2020 r. wypracował łącznie 6,5 mln zł zysku netto.

– W minionym roku  osiągnęliśmy rekordowy zysk netto. Jako spółka dywidendowa chcemy konsekwentnie zapewniać swoim akcjonariuszom udział w osiągniętym zysku poprzez regularną wypłatę dywidendy. W tym roku rekomendujemy przeznaczenie na ten cel dwukrotnie wyższej kwoty niż w poprzednim roku – podkreślił Romuald Kalyciok, Prezes Zarządu SUNEX S.A.

Pozostałą część ubiegłorocznego zysku netto w wysokości blisko 5,7 mln zł Zarząd SUNEX zamierza pozostawić w spółce.  – Planujemy dalsze inwestycje w rozwój technologii oraz zwiększenie mocy produkcyjnych. Naszym celem jest umocnienie pozycji na rynku polskim oraz dalszy rozwój na rynku niemieckim, który w obszarze eksportu traktowany jest jako strategiczny. Zainteresowanie instalacjami OZE bardzo szybko rośnie i chcemy to wykorzystać w jak największym stopniu. Z pewnością przełoży się to również na wzrost wartości spółki dodał Romuald Kalyciok.

W bieżącym roku SUNEX planuje inwestycję w obszarze automatyzacji procesów wytwarzania, magazynowania oraz zarządzania produkcją wyrobów metalowych wykorzystywanych w urządzeniach OZE. Wstępna wartość przygotowywanego projektu szacowana jest na 10 mln zł.

Euro silne mimo problemów Niemiec

Okazuje się, że słabsze dane zza Odry nie mają tak silnego wpływu na rynki, jak zmiana przeświadczenia inwestorów co do istotności wzrostu inflacji w USA. Przedstawienie jej jako przejściowej powoduje istotną zmianę podejścia inwestorów do wyceny dolara.

Niemcy z zadyszką

Wczorajszy indeks instytutu ZEW okazał się wyraźnie słabszy od oczekiwań. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że odczyt na poziomie 70,7 pkt to nie jest wcale taki zły rezultat. W ciągu ostatnich dwóch lat tylko 4 miesiące miały lepszy rezultat. Do tego należy dodać, że oczekiwany poziom 79 punktów byłby zdecydowanie najwyższym rezultatem w tym okresie. W rezultacie pomimo niespełnienia oczekiwań nie powinno się traktować tych danych jako początków problemów za naszą zachodnią granicą. Inwestorzy również przyjęli te dane dosyć spokojnie.

Przejściowy wzrost inflacji za oceanem?

Wczoraj o godzinie 14:30 poznaliśmy odczyt inflacji konsumenckiej w USA. Ceny rosną o 2,6% w skali roku, to 0,1% powyżej oczekiwań. Analitycy spodziewali się, że dalszy wzrost cen może wywoływać presję na Rezerwę Federalną by podnosić stopy procentowe. Taki ruch z kolei spowodowałoby umacnianie się dolara wraz ze wzrostem rentowności instrumentów opartych o stopę procentową. Informacje o spodziewanym przejściowym charakterze inflacji odwróciły jednak sytuację. Inwestorzy znów zaczęli wycofywać się od dolara, widząc, że perspektywa powrotu stóp procentowych do wyższych poziomów się oddala. W rezultacie euro szło w górę, osiągając wczoraj poziom 1,197 dolara.

Ropa znów zyskuje

Wczorajsze dane na temat zapasów paliw przedstawione przez Amerykański Instytut Paliw negatywnie zaskoczyły rynki. Okazuje się, że stan rezerw spadł o 3,61 mln baryłek. Oznacza to, że na rynku brakuje jednak surowca. Informacja ta pozwoliła po raz kolejny w ostatnich tygodniach wejść ropie amerykańskiej na poziomy cenowe 61-62 dolarów za baryłkę. Pułap ten jednak od początku drugiej połowy marca nie został przekroczony.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
20:00 – USA – beżowa księga, czyli projekcje gospodarcze FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wszystko co musisz wiedzieć o strategii podatkowej

W 2021 roku na polskich przedsiębiorców nałożono nowe obowiązki sprawozdawcze. Jednym z nich jest posiadanie strategii podatkowej i publikowanie informacji o jej realizacji. Czym jest strategia podatkowa, jaki jest cel wprowadzonych regulacji i kto musi wywiązać się z nowych obowiązków?

Strategia podatkowa – cel nowej regulacji

Zgodnie z obowiązującymi od 1 stycznia 2021 r. przepisami, wybrana grupa podatników jest zobowiązana do sporządzenia i publikacji informacji o zrealizowanej strategii podatkowej za dany rok podatkowy.

Jaki jest cel tej regulacji? Zgodnie z uzasadnieniem do projektu ustawy wprowadzającej nowy obowiązek, głównym założeniem wprowadzonych zmian jest zwiększenie transparentności największych podatników. Publikacja informacji o realizowanej strategii ma również pomóc obywatelom przy podejmowaniu decyzji o skorzystaniu z usług bądź zakupu towarów od tych podmiotów, jak i wpłynąć pozytywnie na zwiększenie kontroli obywatelskiej i społeczną odpowiedzialność biznesu.

Nowy obowiązek ma przyczynić się również do uszczelnienia systemu podatkowego i ograniczenia problemu unikania opodatkowania i erozji bazy podatkowej. Publikowane dane mają też pomóc organom w uzyskiwaniu informacji o działaniach i specyfice największych podatników oraz ich rozliczeniach podatkowych.

Z uwagi na powyższe uzasadnienie warto zastanowić się, jaki jest rzeczywisty cel wprowadzonych regulacji i czy spełnią one swoją – deklarowaną przez organy podatkowe – funkcję.

Część informacji, które podatnicy powinni opublikować, organy obecnie już gromadzą, a więc – dla fiskusa – nowy obowiązek nie będzie stanowił źródła zbyt wielu nowych danych. Z tego powodu można raczej przyjąć, że nowy obowiązek to przede wszystkim ważna wskazówka ze strony MF, że podatnicy powinni zarządzać zagadnieniami podatkowymi w organizacji w sposób spójny i kompleksowy, na bazie szerszego planu i założeń. Takie podejście należałoby uznać za zalecane w stosunku do wszystkich podmiotów, niezależnie od ich wielkości. Z tego powodu, kwestię strategii podatkowej i zarządzania funkcją podatkową powinni mieć na uwadze nie tylko najwięksi podatnicy.

Co to jest strategia podatkowa?

Pomimo wprowadzenia obowiązku sprawozdawczego, w regulacjach podatkowych nie znajdziemy definicji strategii podatkowej. Aby odpowiedzieć na pytanie, czym jest strategia i jak postrzegają ją organy podatkowe, można jednak sięgnąć do innych dokumentów, a zwłaszcza Wytycznych w zakresie Ram Wewnętrznego Nadzoru Podatkowego.

Zgodnie z nimi strategia podatkowa to zestaw podatkowej misji i wizji, a także długoterminowych celów podatkowych z uwzględnieniem celów biznesowych podmiotu i przyjętych wartości etycznych. Strategia podatkowa powinna być, jak wskazano w powyższym dokumencie, katalogiem formuł decyzyjnych, obejmujących cele oraz środki umożliwiające prawidłową i terminową realizację obowiązków wynikających z przepisów prawa podatkowego.

Dla sformułowania strategii pomocne mogą być również przykłady analogicznych przepisów obowiązujących w innych krajach oraz występująca tam praktyka.

Co powinna zwierać informacja o zrealizowanej strategii?

Zrealizowaną strategię podatkową należy podsumować w formie odpowiedniej informacji. Wskazówki, jakie elementy ma zawierać taki dokument, znajdują się w ustawie o CIT. Zgodnie z nowymi regulacjami w przygotowanym raporcie należy zawrzeć w szczególności:

  • informacje o stosowanych procesach i procedurach, dotyczących zarządzania wykonywaniem obowiązków w obszarze opodatkowania i zapewniających ich prawidłowe wykonanie;
  • informacje o dobrowolnych formach współpracy z organami Krajowej Administracji Skarbowej;
  • informacje dotyczące realizacji przez podatnika obowiązków podatkowych na terytorium Polski, wraz z informacją o liczbie przekazanych informacji o schematach podatkowych (z podziałem na podatki, których dotyczą);
  • informacje o określonych transakcjach z podmiotami powiązanymi;
  • informacje o planowanych lub podejmowanych działaniach restrukturyzacyjnych, mogących mieć wpływ na wysokość zobowiązań podatkowych podatnika lub podmiotów powiązanych;
  • informacje o złożonych wnioskach o wydanie ogólnej interpretacji podatkowej, indywidualnej interpretacji przepisów prawa podatkowego, wiążącej informacji stawkowej oraz wiążącej informacji akcyzowej;
  • informacje dotyczące dokonywania rozliczeń podatkowych podatnika na terytoriach lub w krajach stosujących szkodliwą konkurencję podatkową.

Co ważne, jest to katalog otwarty, a zgodnie z uzasadnieniem do projektu nowelizacji, podatnicy powinni uzupełnić informację o realizowanej strategii podatkowej o  dodatkowe (jak można domniemywać – istotne) dane, które w ich ocenie powinny się w niej znaleźć. Podatnicy będą zatem musieli podjąć samodzielnie ważne decyzje co do zakresu i treści przygotowywanej informacji oraz sposobu prezentacji zawartych z niej danych.

Informacja o zrealizowanej strategii a tajemnica przedsiębiorstwa

Jak wynika z powyższego katalogu, przygotowywanym raportem należy objąć również dane wrażliwe (np. dotyczące restrukturyzacji, wybranych transakcji czy raportowania schematów podatkowych). W praktyce informacje te zostaną więc upublicznione.

Co jednak ważne, obowiązek sprawozdawczy nie obejmuje informacji objętych tajemnicą handlową, przemysłową, zawodową i procesu produkcyjnego. Ustawa nie precyzuje przy tym, co dokładnie można przez nie rozumieć. Zagadnienie to – jak się wydaje bardzo istotne dla przedsiębiorców – może więc budzić w praktyce liczne wątpliwości. Co więcej, przed przedsiębiorcami prawdopodobnie pojawi się też trudność polegająca na takim przygotowaniu informacji, aby prawidłowo wypełnić nowy obowiązek, ale jednocześnie ochronić tajemnicę przedsiębiorstwa w sposób optymalny.

Do przygotowania informacji o zrealizowanej strategii należy zatem podejść w sposób rozważny i przemyślany.

Na kim ciąży nowy obowiązek?

Obowiązek opublikowania informacji o strategii podatkowej ciąży na  podatnikach, których wartość przychodu w poprzedzającym roku podatkowym przekroczyła 50 mln Euro oraz na podatkowych grupach kapitałowych.

Kiedy należy opublikować sprawozdanie? 

Nowelizacja nie zawiera przepisów przejściowych. Przepisy weszły w życie 1 stycznia 2021 r., co sugerowałoby, że podatnicy powinni wykonać obowiązek sprawozdawczy dopiero za bieżący rok – zasadniczo w terminie do 31 grudnia 2022 r.

W grudniu 2020 r. Ministerstwo Finansów opublikowało jednak wyjaśnienie, że podatnicy zobowiązani są do sporządzenia i opublikowania informacji już za 2020 r., w terminie – co do zasady – do 31 grudnia 2021 r.

Co zatem z podatnikami, którzy do tej pory – a zwłaszcza od początku 2020 r. – nie sformułowali strategii? Ponadto – czy strategia musi przybrać formę formalnego dokumentu w formie pisemnej? Nowe regulacje nie odpowiadają na te pytania. Niewątpliwie jednak, aby uniknąć sporu z organami podatkowymi, należałoby zaplanować i rozpocząć odpowiednie działania mające na celu wywiązanie się z nowych obowiązków sprawozdawczych jak najszybciej.

Co ważne, zrewidowanie wewnętrznych procesów podatkowych i przygotowanie strategii może również przynieść podatnikom istotne korzyści.

Jak opublikować informację?

Podatnicy będą zobowiązani umieścić informację o realizowanej strategii podatkowej na swojej stronie internetowej. Informacja powinna zostać przygotowana w języku polskim (lub należy ją przetłumaczyć na język polski). Jeśli podatnik nie posiada witryny internetowej, dokument należy umieścić na stronie jego podmiotu powiązanego.

Informację o wykonaniu obowiązku ustawowego należy również przekazać do właściwego naczelnika urzędu skarbowego.

Co grozi za nieopublikowanie raportu?

Podmiotom, które nie wypełnią ustawowego obowiązku, grozi kara pieniężna w wysokości nawet do 250.000 złotych.

Podsumowanie

Analizując przepisy dotyczące obowiązku sporządzania informacji o zrealizowanej strategii podatkowej można dojść do wniosku, że nowy obowiązek będzie budzić wiele wątpliwości, może też stanowić poważne wyzwanie dla podatnika.

Trzeba też podejrzewać, że nowa regulacja ma na celu zmotywowanie podatników do potraktowania zarządzania funkcją podatkową priorytetowo. Co ważne, stworzenie strategii podatkowej jest jedynie elementem w budowaniu wewnętrznego systemu realizacji obowiązków wynikających z przepisów podatkowych, obejmującego również zinwentaryzowanie/wdrożenie odpowiednich – i dostosowanych do konkretnego podmiotu – polityk, procedur i zasad podstępowania (system tax compliance).

Izabela Ścierska-Kulma, doradca podatkowy, Dyrektor w ENODO Advisors. Specjalizuje się w bieżącym doradztwie podatkowym, szczególnie w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych. Jest autorką artykułów i publikacji, a także prelegentką na szkoleniach i konferencjach o tematyce podatkowej.

Katarzyna Hryszko, prawnik, Menedżer w Enodo Advisors. Posiada wieloletnie doświadczenie w doradztwie podatkowym, w szczególności w zakresie podatków VAT, PCC i CIT.

Legislacja próbuje dogonić rzeczywistość. Co zrobić, by nadążyć za zmianami?

Pandemia wywołała zmiany na rynku pracy, które w konsekwencji zostaną z nami na dłużej. Reorganizację potwierdzają badania przeprowadzone przez firmę ADP, z których wynika, że w ostatnim roku 44 proc. pracodawców oficjalnie wprowadziło elastyczne zasady pracy. Oznacza to wzrost o 20 p.p. w porównaniu do okresu sprzed pandemii.

Przyszłość nadeszła już dziś

Czas pandemii to duży test funkcjonalności procesów i systemów w przedsiębiorstwach, w szczególności pod kątem ich odporności na zmiany. Kryzys pokazał, że ich duża część jest przestarzała i nieefektywna, co spowalnia oraz utrudnia funkcjonowanie organizacji. Do tego dochodzą problemy techniczne komplikujące pracę zdalną – słaba jakość połączenia internetowego czy brak odpowiednich rozwiązań cyfrowych, np. w obiegu dokumentów. To wszystko wymusza przyspieszanie digitalizacji w wielu obszarach biznesowych. Niezwykle istotne jest to w przypadku działów HR, które pracują z danymi wrażliwymi pracowników czy są odpowiedzialne za obsługę listy płac i regularne wypłaty.

Możemy przypuszczać, że gdyby nie pandemia, rewolucja, która dzieje się obecnie na naszych oczach, trwałaby kilka, a może nawet kilkanaście lat. Przykładem jest zjawisko pracy zdalnej, która stała się już standardem w wielu branżach i w większości przypadków bardzo dobrze się sprawdza. Kolejnym etapem tej rewolucji jest digitalizacja procesów, między innymi zarządzania płacami, które często są nieefektywne, zarówno kosztowo, jak i czasowo. Niestety, jak wynika z badania ADP, nadal 35 proc. firm nie ma w tym zakresie żadnej strategii – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Zawrotne tempo legislacji

Dodatkowe wyzwanie stanowią dynamicznie wprowadzane zmiany legislacyjne, mające również wpływ na prawo pracy. Z analiz ADP wynika, że globalnie pandemia COVID-19 doprowadziła do czterokrotnego wzrostu liczby nowych przepisów w tym obszarze.
Co prawda, ich liczba jest odzwierciedleniem gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości, ale wiążą się one z komplikacjami i ryzykiem błędów, a ich wdrożenie może przysporzyć dodatkowych obowiązków dla pracowników działów HR. Odbija się to między innymi na ich efektywności. Realnie, analiza i wdrażanie wszelkich zmian legislacyjnych wymaga poświęcenia dodatkowego czasu pracy, często kosztem realizacji dotychczas zaplanowanych zadań.

Przy i tak dużej liczbie obowiązków w działach HR, dodatkowe zadania związane z analizą zmian i dostosowaniem do nowego prawa są ogromnym wyzwaniem. Jednym z rozwiązań jest outsourcing usług kadrowo-płacowych, który może przynieść zaskakujące rezultaty. Jest to korzystne przede wszystkim ze względu na stosunkowo niewielki koszt dostępu do nowoczesnych i zaawansowanych technologii, które redukują ryzyko popełnienia błędu praktycznie do zera – dodaje Anna Barbachowska.

Outsourcing dziś i jutro

Zaawansowana technologia w zakresie zarządzania kadrami jest coraz bardziej przydatna. Pozwala wyprzedzić zamieszanie wywołane pandemią i przygotować się na coraz większy poziom złożoności regulacji, wymagań dotyczących audytu i kontroli zgodności z przepisami. Nie zawsze jednak firmy zdają sobie z tego sprawę lub po prostu nie mają odpowiedniego budżetu na inwestycję. Outsourcing, który w dzisiejszych czasach zyskuje na popularności, jest w stanie pomóc sprostać tym problemom. Pozwala przede wszystkim na wykorzystanie autorskich rozwiązań dostarczanych przez partnera biznesowego, bez konieczności ponoszenia dużych kosztów inwestycji. Wykorzystanie odpowiednich systemów cyfrowych daje pewność, że procesy zostaną przeprowadzone dokładnie i bezbłędnie, ale co równie ważne, dużo szybciej. Zdejmuje także część najbardziej czasochłonnych obowiązków z pracowników, którzy dzięki temu mogą więcej swojego czasu poświęcić na inne strategiczne działania.

Takie rozwiązania są korzystne nie tylko z punktu widzenia pracodawcy. Wymierne korzyści mogą z nich czerpać również pracownicy, którzy dzięki przejrzystemu i czytelnemu systemowi będą mieć łatwiejszy dostęp do swoich wycinków płacowych, a to da możliwość łatwiejszego weryfikowania wypłat. Jak wynika z badania „Workforce View 2020”, aż 26 proc. pracowników twierdzi, że nie zauważyłoby, gdyby otrzymali nieprawidłowe wynagrodzenie, ponieważ system jest zbyt skomplikowany. 33 proc. natomiast twierdzi, że zdarzają się sytuacje, kiedy otrzymują pensje z opóźnieniem. Ponadto aż 78 proc. twierdzi, że firmy będą musiały dostosować swoje opcje wynagradzania, żeby efektywniej przyciągać nowych pracowników.

Dużym wyzwaniem dla firm jest praca z danymi, które często są magazynowane i przetwarzane w nieodpowiedni sposób. Globalizacja baz danych, nowoczesne procesy przetwarzania i zdigitalizowane listy płac są konieczne, aby zrobić krok naprzód i nadążyć za zmianami. Obecnie zgadza się z tym 60 proc. pracodawców, ale wciąż niewielu wdraża innowacyjne rozwiązania. Jest to szczególnie ważne w tym czasie, kiedy problematyczne staje się też po prostu przesyłanie danych w bezpieczny sposób. Receptą jest wdrażanie modeli opartych na optymalnym planowaniu kosztów i wydajności procesów kadrowo-płacowych – podsumowuje Anna Barbachowska.

Fundusze na cyfryzację polskich urzędów: wiemy kto otrzyma najwięcej

  • Według Umowy Partnerskiej na okres 2021-2027 Polska otrzyma do zagospodarowania około 76 mld euro na programy ogólnokrajowe i regionalne, w tym 72,2 mld euro w ramach polityki spójności oraz 3,8 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji.
  • Nowa perspektywa funduszy unijnych będzie skupiać się na dofinansowaniu projektów wspierających transformację cyfrową oraz zrównoważony rozwój gospodarczy.
  • W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa najwięcej środków zostanie przydzielonych województwu śląskiemu (2,36 mld euro), lubelskiemu (1,77 mld euro), mazowieckiemu (1,67 mld euro) i podkarpackiemu (1,66 mld euro).
  • Dodatkowo, perspektywa finansowa na lata 2021-2027 przewiduje wydanie ponad 11 mld euro środków unijnych na kolejną edycję Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej.

W ramach najnowszej perspektywy unijnej na lata 2021-2027, w lutym zakończyły się konsultacje Umowy Partnerskiej. Dokument ten określa uzgodnioną z Komisją Europejską strategię wykorzystania Funduszy Europejskich skierowaną zarówno do urzędników, jak i beneficjentów z sektora prywatnego, którzy będą realizować dofinansowywane projekty. Według ustaleń, Polska otrzyma do zagospodarowania około 76 mld euro na programy ogólnokrajowe i regionalne, w tym 72,2 mld euro w ramach polityki spójności oraz 3,8 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Cele i zakres projektów, a także odpowiedzialne za zarządzanie funduszami instytucje, programy oraz ich finansowanie zostały określone w dokumencie, łącząc oczekiwania Komisji Europejskiej z wyzwaniami wynikającymi z krajowych dokumentów strategicznych, takich jak np. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju. Nowa perspektywa funduszy unijnych na lata 2021-2027 będzie skupiać się na dofinansowaniu projektów wspierających transformację cyfrową oraz zrównoważony rozwój gospodarczy. W tym celu w ramach polityki spójności środki zostaną przydzielone m.in. na kolejną edycję Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.

Podobnie jak w latach 2014-2020, najwięcej czyli 2,36 mld euro w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa zostanie przydzielono województwu śląskiemu. Kolejnymi największymi beneficjentami będą województwa lubelskie, mazowieckie i podkarpackie, odpowiednio 1,77, 1,67 i 1,66 mld euro. Ponad miliard euro na rozwój sieci szerokiego dostępu do szybkiego Internetu, efektywne i przyjazne użytkownikom e-usługi publiczne oraz rosnący poziom kompetencji cyfrowych społeczeństwa otrzymają województwa łódzkie (1,63 mld euro), małopolskie (1,54 mld euro), kujawsko-pomorskie (1,47 mld euro), zachodnio-pomorskie (1,31 mld euro), warmińsko-mazurskie (1,23 mld euro), pomorskie (1,13 mld euro), świętokrzyskie (1,1 mld euro) i wielkopolskie (1,07 mld euro). Najmniej środków unijnych w ramach tego programu do zagospodarowania będą miały województwa podlaskie (0,99 mld euro), dolnośląskie (0,87 mld euro), opolskie (0,76 mld euro) i lubuskie (0,73 mld euro).Fundusze na cyfryzację polskich urzędów

Najwięcej, a mianowicie 2,07 mld euro, województwo śląskie otrzyma z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, co łącznie ze środkami unijnymi w ramach polityki spójności przyniesie ponad 4 mld euro na inwestycje rozwojowe w regionie w ciągu najbliższej dekady. Środki funduszu przeznaczone na zmniejszanie negatywnych skutków społeczno-gospodarczych transformacji w kierunku gospodarki neutralnej dla klimatu trafią także do pięciu województw związanych z górnictwem: łódzkiego, małopolskiego, dolnośląskiego, wielkopolskiego i lubelskiego.

Dodatkowo, Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego (EFRR) w dużej mierze wesprze kolejną edycję Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej, który tradycyjnie obejmuje pięć województw: lubelskie, podkarpackie, podlaskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie. Perspektywa finansowa na lata 2021-2027 przewiduje w tym celu zagospodarowanie ponad 11 mld euro środków unijnych, czyli prawie o 3 mld więcej niż poprzednia, a poza dotychczasowymi beneficjentami tego programu na pieniądze również będzie mogła liczyć część województwa mazowieckiego.

Wzmocnienie potencjału cyfrowego sektora publicznego w Polsce na rzecz nowoczesnej gospodarki jest jednym z celów polityki spójności, a działalność Grupy Sputnik w znacznej mierze koncentruje się na informatyzacji administracji samorządowej. Obserwujemy działania Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej, analizujemy cele, na które będą przeznaczone fundusze unijne w najbliższych latach i budujemy strategię oraz innowacyjne produkty, które wpiszą się w potrzeby rynkowe. Tworzymy zintegrowane narzędzia, które będą wspierać urzędników w codziennej pracy i zapewnią komfort wykonywania obowiązków, również w wirtualnej rzeczywistości. Na przełomie lat 2022-2023 oczekujemy ogłoszenia pierwszych przetargów, do których przystąpimy bogatsi o wieloletnie doświadczenie. Jesteśmy głodni wyzwań i z optymizmem patrzymy w przyszłość – komentuje Sławomir Hemerling-Kowalczyk, prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software.

Przy podziale środków na regiony wzięto pod uwagę poziom rozwoju poszczególnych województw i zastosowano algorytm, oparty na obiektywnych kryteriach takich jak np. liczba ludności i PKB per capita, jednak ostateczne przydziały w programach regionalnych jeszcze zostaną poddane wnikliwej ocenie

Pandemia nie była w stanie zatrzymać podwyżek cen mieszkań

Mimo problemów gospodarczych wywołanych pandemią i początkowych perturbacji na rynku nieruchomości, 2020 był kolejnym rokiem, w którym znów odnotowano wzrosty cen mieszkań. W stolicach województw wahały się one od 3 do 13% na rynku pierwotnym i 3 do 9% na rynku wtórnym w ujęciu rocznym. Popyt na własne M pozostanie silny również w 2021 roku i napędzi kolejne podwyżki, wskazują eksperci Emmerson Evaluation w najnowszym raporcie „Evaluer Index 2021”.

Pierwsze dwa miesiące ubiegłego roku, tuż przed samą pandemią, były okresem wzrostów cen nieruchomości mieszkaniowych. Pojawienie się w marcu koronawirusa w Polsce zachwiało rynkiem. Na przełomie pierwszego i drugiego kwartału ubiegłego roku, kiedy został wprowadzony twardy lockdown, rynek nieruchomości mieszkaniowych wyhamował. Realizowane były głównie wcześniej umówione transakcje. Wielu deweloperów z uwagi na podwyższone ryzyko i niepewność co do przyszłości, zdecydowało się na przesunięcie w czasie wprowadzania nowych inwestycji na rynek mieszkaniowy, kładąc nacisk na szybkie zakończenie tych, które były już w trakcie realizacji.

Zasadnicza zmiana dynamiki nastąpiła na przełomie maja i czerwca, kiedy część restrykcji została zdjęta, a społeczeństwo zaczęło w miarę normalnie funkcjonować. W drugiej połowie roku nastąpiło ożywienie na rynku nieruchomości mieszkaniowych. W następstwie pojawienia się nowej grupy nabywców chcącej chronić swój kapitał przed dewaluacją, popyt na mieszkania zaczął być coraz większy, co także przekładało się na wzrost poziomu cen nieruchomości.

Widząc zwiększający się popyt, deweloperzy zaczęli coraz śmielej wprowadzać nowe inwestycje na rynek. Jednak mimo poprawy sytuacji i wzrostu sprzedaży mieszkań w całym 2020 roku, nie udało się osiągnąć poziomów z roku poprzedzającego pandemię. Przyczyną takiego stanu rzeczy był okres przestoju w II kwartale oraz mniejsza oferta sprzedaży, wskazują autorzy raportu „Evaluer Index 2021”.

Covid-19 nie zatrzymał podwyżek

W swoim raporcie Emmerson Evaluation przeanalizował dane z rynku mieszkaniowego 30 polskich miast, w tym szczegółowo siedem głównych aglomeracji, także w rozbiciu na poszczególne dzielnice. Informacje pochodzą z bazy danych Evaluer, a ceny za mkw. są przedstawione w formie mediany, nie a średniej. Wartość środkowa lepiej odzwierciedla bowiem informację na temat cen, gdyż na wynik nie wpływają pojedyncze, nietypowe transakcje (jak np. zakup jednej wyjątkowo luksusowej nieruchomości). W analizie zostały wzięte pod uwagę ceny transakcyjne, po których kupujący rzeczywiście nabyli mieszkania.

Pozycję lidera pod względem wysokości cen na rynku pierwotnym utrzymał Sopot (mediana 16 700 zł/mkw.). Wiceliderem pozostała Warszawa z medianą zbliżającą się do 11 000 zł/mkw. Na trzecie miejsce na podium przesunął się Kraków z wynikiem 9 800 zł/mkw. Medianę cen mkw. powyżej 9 000 zł Emmerson Evaluation odnotował także w pozostałych miastach Trójmiasta. W Gdańsku wyniosła ona 9 700 zł/mkw., w Gdyni było nieznacznie taniej – 9 600 zł/mkw. We Wrocławiu mediana zbliżyła się do 9 000 zł/mkw., natomiast w Poznaniu przekroczyła 8 000 zł/mkw. Najtaniej znaleźć można było nowe mieszkanie w stolicach województwa lubuskiego. W Zielonej Górze płacono 5 100 zł za mkw. Natomiast najniższą ze wszystkich analizowanych w raporcie miast medianę cen zanotowano w Gorzowie Wielkopolskim (4 700 zł/mkw.)

Rynek wtórny również odnotował znaczące wzrosty. Najdroższy pozostał Sopot z medianą cen na poziomie 10 300 zł/mkw. W Warszawie mediana cena mkw. mieszkań z drugiej ręki zbliżyła się do poziomu 10 000 zł/mkw. Najniższe stawki poniżej 4 000 zł/mkw. występowały w Gorzowie Wielkopolskim oraz miastach Aglomeracji Śląskiej (bez Katowic). Wszystkie analizowane przez Emmerson Evaluation w raporcie lokalizacje zanotowały kilkuprocentowe wzrosty, wyjątkiem jest Łódź, gdzie podwyżki sięgnęły poziomu 10% r/r.Pandemia nie była w stanie zatrzymać podwyżek cen mieszkań

Co czeka rynek w 2021 roku?

Pomimo przewidywanego w wyniku rozwoju pandemii spadku PKB, wzrost bezrobocia jest relatywnie niewielki i w 2020 roku wyniósł tylko 1%. Bezrobocie w Polsce pozostaje na najniższym poziomie w całej Unii. To bardzo ważny wskaźnik dla rynku mieszkaniowego, gdyż niskie bezrobocie i brak obaw o utratę pracy zawsze były na czele listy czynników napędzających jego wzrost.

Innym, bardzo istotnym czynnikiem ekonomicznym wpływającym na koniunkturę rynku mieszkaniowego są stopy procentowe NBP. Od dłuższego czasu są one najniższe w historii, co skutkuje wyjątkowo tanim kredytem, również dla nabywców mieszkań. –  Należy podkreślić, że obniżki dokonane przez NBP zaraz na początku pandemii doprowadziły do sytuacji, w której trzymanie oszczędności w banku stało się nieopłacalne. To skutecznie stymuluje popyt osób posiadających gotówkę na różne aktywa rynkowe, m.in. do lokowania ich na giełdzie, w obligacjach, metalach szlachetnych oraz na rynku nieruchomości. Rynek mieszkaniowy, tradycyjnie postrzegany w Polsce jako najbezpieczniejszy, przejął znaczną cześć tych oszczędności. Osoby, które nie chcą trzymać w banku pieniędzy na zerowym lub ujemnym oprocentowaniu, ale pragną zainwestować je bez narażania się na duże ryzyko, najczęściej wybierają zakup mieszkania – tłumaczy Robert Korczyński, członek zarządu Emmerson Evaluation i wskazuje, że nie bez znaczenia jest również fakt, że po skokowym zaostrzeniu polityki kredytowej w pierwszej fazie pandemii banki istotnie poluzowały politykę kredytową w drugiej połowie ubiegłego roku. Strategia ta jest kontynuowana również na początku roku 2021. Dzięki temu również osoby nieposiadające wystarczających oszczędności mogą pozwolić sobie na zakup wymarzonego mieszkania, wspomagając się kredytem hipotecznym.

Ze strony podażowej eksperci Emmerson Evaluation zwracają uwagę na wysoką inflację, która z całą pewnością nie da deweloperom pola do obniżek cen mieszkań. Należy więc spodziewać się wzrostu zarówno kosztów materiałów budowlanych, jak również kosztów wynagrodzeń pracowników, których nadal brakuje. – Warto pamiętać, że lockdown na przełomie pierwszego i drugiego kwartału ubiegłego roku znacznie zahamował wydawanie nowych pozwoleń na budowę oraz wprowadzanie przez deweloperów nowych inwestycji na rynek mieszkaniowy. Skutkowało to mniejszą podażą praktycznie w każdym dużym mieście i skutecznie wspomagało obserwowane przez cały ubiegły rok wzrosty cen mieszkań. Aktualnie liczba uzyskiwanych przez deweloperów pozwoleń na budowę oraz wprowadzanych na rynek inwestycji wzrosła. Może to w części zrównoważyć zgłaszany popyt oraz złagodzić potencjalne wzrosty cen mieszkań w tym roku. Jest to jednak w zasadzie jedyny czynnik przeciwdziałający potencjalnym wzrostom cen mieszkań. Wszystkie inne wskaźniki przemawiają za kontynuacją podwyżek w perspektywie najbliższego roku – wskazuje Dariusz Książak, prezes Emmerson Evaluation.

Eksperci Emmerson Evalaution nie spodziewają się odwrócenia trendu wzrostowego cen w 2021 r. i wskazują, że popyt jest wystarczająco duży, żeby odpowiednio napędzić rynek do kolejnych rekordów. Według ich prognoz podwyżki będą wahały się w zakresie 3-8%.

Cały raport „Evaluer Index 2021” jest dostępny pod adresem: https://www.emmerson-evaluation.pl/wp-content/uploads/2021/04/raport-evaluer-index-2021.pdf.

Inflacyjny diabeł nie taki straszny

Inflacja w USA w marcu silnie wzrosła, ale odczyt nie sprostał wygórowanym oczekiwaniom rynku, co przełożyło się na osłabienie dolara. Kwiecień zdaje się przynosić więcej wyważonej logiki do handlu, aniżeli gorączkowego popadania w spekulacje.

Muszę przyznać, że wczoraj zakładałem powtórki z niedorzecznych ruchów cenowych i dalszego rozkręcania spirali spekulacji o wymykającej się spoza kontroli inflacji, która zmusi Fed do wcześniejszego ograniczania akomodacyjnej polityki. Przypuszczałem, że nawet najmniejsze odchylenie odczytu CPI w górę wystarczy, by wywołać reakcję łańcuchową z wyższymi rentownościami i silniejszym USD. Wychodzi jednak na to, że oczekiwania rynkowe były już tak wyśrubowane, że zaskoczenie o 0,1 pkt proc. (wzrost do 2,6 proc. r/r z 1,7 proc. w lutym) było swego rodzaju rozczarowaniem. Zarówno rentowności obligacji skarbowych USA, jak i USD osłabiły się po odczycie. Wczorajsza reakcja może być pierwszym dowodem, że uczestnicy rynku dochodzą do porozumienia z nastawieniem głównych banków centralnych zakładającym przejściowy charakter podwyższonej inflacji, na co polityka monetarna nie ma wpływu i reagować nie powinna. Gospodarka globalna jest w wyjątkowej sytuacji, gdzie po jednym szoku wywołanym pandemią i lockdownami przychodzi przeciwstawny szok z odrodzeniem popytu szybszym niż następuje restart produkcji. Walka o ostatnią sztukę produktu wpływa na wzrost cen, jeśli przy wyższych cenach wciąż znajdują się chętni do zakupu. Ale kiedy wszystko wróci do normy (miejmy nadzieję jeszcze w tym roku), odroczony popyt oraz popyt podsycany subwencjami publicznymi (czeki dla Amerykanów) przestaną być silnym zjawiskiem, a moce produkcyjne zostaną odbudowane. Presja inflacyjna osłabnie, jak osłabną efekty bazy (wzrost cen ropy WTI o 160% między marcem ’21 a marcem ’20). W kolejnych miesiącach inflacja jeszcze wzrośnie, prawdopodobnie mocno, ale nie jest to wzrost od utrzymania w dłuższym horyzoncie. A przynajmniej na ten mement nie ma za tym dowodów.

„Normalizacja” rynkowych oczekiwań niesie ze sobą poważne implikacje dla rynku walutowego. Wyjątkowość ożywienia USA może zejść na drugi plan na rzecz strategii reflacyjnej o ile zaskoczenia w danych z USA nie będą wyjątkowo duże. Następna porcja kluczowych publikacji dopiero jutro (sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa). Dziś za to uwaga skupi się na przemówieniu prezesa Fed Powella, który najprawdopodobniej powtórzy, że wzrost inflacji jest traktowany za przejściowy i nie skłania Fed do wcześniejszej redukcji skupu aktywów. Jest mało prawdopodobne, aby USD otrzymał dzisiaj istotne, pozytywne impulsy.

Pozostając w tonie zaskakujących ruchów cenowych we wtorek, silne osłabienie złotego (wzrost EUR/PLN z 4,53 do 4,57) wpisuje się w ten schemat. Osłabienie dotknęło też węgierskiego forinta, co sugeruje regionalny charakter ruchu prawdopodobnie związanego z przepływami przy niskiej płynności. Złoty osłabił się więcej, co jest zrozumiało względem skali aprecjacji polskiej waluty w ubiegłym tygodniu. Po technicznych zawirowaniach teraz rynek złotego powinien się uspokoić, a przy słabości USD na rynkach globalnych może być łatwiej o powrót EUR/PLN pod 4,55.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A

Organizacje prozwierzęce wzywają Komisję Europejską do zakończenia hodowli norek w UE w celu ochrony zdrowia publicznego

Dziś mija dokładnie rok od wykrycia pierwszego przypadku zakażenia wirusem SARS-CoV-2 na fermie norek w Holandii. Do tej pory koronawiursa wykryto na ponad 400 fermach w państwach Unii Europejskiej (również w Polsce) – organizacje prozwierzęce wzywają Komisję Europejską do podjęcia stanowczych kroków w kierunku zakończenia hodowli zwierząt na futro w całej UE.

W ciągu ostatniego roku ogniska SARS-CoV-2 pojawiły się na ponad 400 fermach norek w dziesięciu państwach członkowskich UE. W Polsce badania norek rozpoczęły się dopiero pod koniec zeszłego roku, kiedy na większości ferm było już po uboju i pozostała tylko bardzo mała część zwierząt. Pierwszy przypadek został zgłoszony przez naukowców z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego w listopadzie 2020 r., a drugi (oficjalnie potwierdzony przez Główny Inspektorat Weterynarii) został wykryty pod koniec stycznia 2021 r. w woj. pomorskim. Wówczas zabite zostały wszystkie zwierzęta na fermie – ok 6 tys. norek. Przypadki SARS-CoV-2 na fermach futrzarskich zostały wykryte również w Danii (gdzie zabito z tego powodu wszystkie norki w kraju), Holandii (tutaj przyspieszono wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futro o trzy lata), Szwecji i Włoszech (oba kraje zawiesiły hodowlę norek na cały rok 2021), Hiszpanii, Litwie, Grecji, czy Francji.

Jak podkreślają organizacje prozwierzęce, fermy zwierząt futerkowych stanowią zagrożenie dla zdrowia publicznego i mogą stać się rezerwuarem koronawirusa. We wspólnej ocenie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Światowej Organizacji Zdrowia Zwierząt (OIE) oraz Organizacji ds. Żywienia i Rolnictwa (FAO) zaznaczono, że istnieje znaczne ryzyko przeniesienia wirusa SARS-CoV-2 z norek na ludzi. Mimo to Komisja Europejska nie podjęła żadnych konkretnych działań w celu zlikwidowania przemysłu futrzarskiego w UE.

Do tej pory Komisja Europejska wymagała jedynie monitorowania i raportowania przypadków COVID-19 na fermach futrzarskich. Zaleca też wdrożenie bardziej rygorystycznych środków bioasekuracji, w tym regularne badania na obecność COVID-19 u pracowników ferm futrzarskich oraz losowe badanie próbek norek, a także badanie martwych zwierząt – mówi Paweł Rawicki, prezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Środki te są jednak niewystarczające do ochrony zdrowia publicznego, czego przykładami są choćby Dania czy Holandia. Jedynym sposobem, aby skutecznie zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa jest wprowadzenie zakazu hodowli norek w krajach Unii Europejskiej, w których ta okrutna praktyka jest wciąż legalna – dodaje Rawicki.

Rawicki podkreśla również, że ze względu na warunki hodowli zwierząt na futro – trzymanie zwierząt w długich rzędach ciasnych klatek, nawet po kilkaset tysięcy zwierząt na jednej fermie – fermy futrzarskie są doskonałymi wylęgarniami chorób zakaźnych. Przykład SARS-CoV-2 pokazuje, że wirusy na fermach futrzarskich mogą mutować, tym samym wpływając potencjalnie na działanie szczepionki i utrudniając walkę z pandemią COVID-19.

Firma YouGov przeprowadziła ostatnio badanie opinii publicznej na zlecenie organizacji Four Paws i Eurogroup For Animals we Francji, Włoszech, Bułgarii, na Węgrzech, w Estonii i na Słowacji. Wyniki wskazują jasno, że obywatele UE opowiadają się za podjęciem przez Komisję Europejską nadzwyczajnych działań w celu zakończenia hodowli i chowu zwierząt futerkowych, aby chronić zdrowie publiczne. Co więcej, w ostatnich miesiącach prawie 500 000 osób podpisało petycję wzywającą do zakończenia okrutnego handlu futrami.

Wyniki sondażu pokazują, że większość popiera apele organizacji prozwierzęcych o pilne działanie – mówi Paweł Rawicki – Przy tak silnym poparciu społecznym i zagrożeniach dla zdrowia związanych z kontynuacją hodowli zwierząt futerkowych Komisja Europejska musi działać natychmiast i przekonać państwa członkowskie do wstrzymania produkcji futer – dodaje Rawicki.

Zakaz hodowli zwierząt na futro cieszy się rosnącym poparciem społecznym także w Polsce. W sondażu przeprowadzonym przez Rzeczpospolitą w 2018 roku 56% badanych poparło zakaz hodowli zwierząt na futro, a w 2020 roku było to już 68,3% badanych. W badaniu przeprowadzonym we wrześniu 2019 r. przez Biostat aż 73,1% Polaków zgodziło się, że hodowanie i zabijanie zwierząt dla ich futer nie powinno być w Polsce dopuszczalne. Co więcej, na przełomie września i października 2020 r. Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadziło badanie, w którym Polacy zostali bezpośrednio zapytani o to, czy prezydent Andrzej Duda powinien poprzeć nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, nazywanej potocznie “piątką dla zwierząt” – ponad połowa (56,6%) badanych odpowiedziała twierdząco (odpowiedzi “zdecydowanie tak” i “raczej tak”). Warto zauważyć, że z badania wynika, że projekt poparli zarówno mieszkańcy dużych miast (64,5%), jak i wsi (55,5%).

Wraz z wejściem w życie ustawy o zdrowiu zwierząt dnia 21 kwietnia, Komisja Europejska ma doskonałą okazję do podjęcia działań przeciwko hodowli zwierząt futerkowych i wyeliminowania związanych z nią zagrożeń dla ludzkiego zdrowia raz na zawsze – mówi Paweł Rawicki.

Ustawa o fundacjach rodzinnych coraz bliżej finału. Ministerstwo zapowiada kolejne kroki

Projekt ustawy o fundacji rodzinnej może już za kilka miesięcy trafić do parlamentu. Eksperci znający temat, przekonują, że realne jest wprowadzenie nowych przepisów w przyszłym roku. A zmiany są bardzo wyczekiwane przez przedsiębiorców. Dziś bowiem polskie prawodawstwo w sposób dość ograniczony reguluje proces sukcesji. W nowym prawodawstwie ma pojawić się instytucja fundacji rodzinnej. Jej zadaniem będzie m.in. gromadzenie majątku przekazanego przez fundatora, zarządzanie nim i chronienie go.

Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, w drugiej połowie 2021 roku do parlamentu powinien trafić projekt ustawy o fundacji rodzinnej. Został on opublikowany 22 marca 2021 r. w Biuletynie Informacji Publicznej Rządowego Centrum Legislacji i skierowany do konsultacji publicznych. Resort liczy w tej kwestii przede wszystkim na głosy przedstawicieli polskich firm rodzinnych. Opinie i uwagi można zgłaszać do 22 kwietnia br. włącznie.

– Wprowadzenie przepisów w 2022 roku jest realne, ale meritum sprawy dotyczy tego, co wydarzy się po ich wdrożeniu. Przedsiębiorcy powinni mieć świadomość, że taki model pojawi się w przepisach. Może to spowodować zmiany w samym układzie sektora III – komentuje dr Adam Weinert, prezes Rady Fundacji na rzecz Tworzenia Wartości Wspólnej przez Studentów.

Ustawa o fundacji rodzinnej jest rozwiązaniem długo wyczekiwanym przez polskich przedsiębiorców, co podkreśla Magdalena Franciszczak z grupy kapitałowej DGA. Ekspert dodaje, że obecnie nasze prawo w sposób bardzo ograniczony reguluje proces sukcesji w firmach rodzinnych. Brak krajowych rozwiązań zmusza przedsiębiorców do przenoszenia firm do fundacji rodzinnych działających poza granicami Polski. MRPiT zaznacza, że celem projektu jest wprowadzenie do polskiego systemu prawnego instytucji fundacji rodzinnej, podobnej do tych funkcjonujących właśnie w innych państwach europejskich.

– To oczywiście dobra wiadomość. Przede wszystkim polskie biznesy rodzinne nie będą szukały takich rozwiązań za granicą, czyli kapitał zostanie w naszym kraju. Ponadto ww. rozwiązanie zagwarantuje byt firmy, jej nierozerwalność i stabilność, a także ułatwi jej funkcjonowanie w przyszłości jako wielopokoleniowe przedsiębiorstwo rodzinne – analizuje Teresa Kuliberda-Wojtas, doradca sukcesyjny i mediator.

Resort podkreśla, że fundacja rodzinna to będzie nowa osoba prawna. Ma zajmować się  gromadzeniem, zarządzaniem i ochroną majątku przekazanego przez fundatora, zgodnie z jego wolą zawartą w statucie. Do zadań tej instytucji należeć też będzie zapewnianie środków dla wskazanych beneficjentów.

– Rolą fundacji jest przede wszystkim unieśmiertelnienie majątku fundatora. Dzięki temu nie dojdzie do szybkiej konsumpcji rodzinnego kapitału, a będzie on wspierał kolejne pokolenia. Dodatkowo zabezpieczy rodzinną schedę przed rozdrobnieniem tego mienia, np. z tytułu dziedziczenia czy zapłaty zachowków. A taki podział może w konsekwencji przełożyć się na rozpad firmy – mówi Kuliberda-Wojtas.

MRPiT informuje też, że fundacja rodzinna może akumulować i chronić polski kapitał, tj. zatrzymać go w kraju. Natomiast w dalszej perspektywie czasowej będzie mogła rozwijać działalność inwestycyjną w oparciu o zgromadzony majątek, czyli dokonywać nowych inwestycji.

– Rozwiązanie to jest silnie umocowane z potrzebami rynkowymi. Dziś część osób musi kierować organizacją, która prowadzi jednocześnie działalność gospodarczą. To nie pozwala spełnić potrzeb przedsiębiorców. Fundacje muszą budować kapitał żelazny, który pozwala utrzymać się w perspektywie długofalowej. Nie zyskują na tym firmy, które mogą jedynie pomagać instytucji, przekazując darowizny. Te z kolei muszą zostać przeznaczone na cele statutowe fundacji, co niekoniecznie leży w interesie wspierających przedsiębiorstw, a zatem ich członków rodziny – wyjaśnia dr Weinert.

Beneficjentem fundacji będzie mogła zostać osoba fizyczna i organizacja pożytku publicznego (OPP), o czym informuje resort. Z dochodów i majątku będzie można finansować np. koszty utrzymania, kształcenia lub leczenia beneficjentów albo cele statutowe. Fundacja stałaby się formalnie właścicielem np. udziałów w spółkach, papierów wartościowych czy nieruchomości. Natomiast rodzina przedsiębiorców, ich dzieci, wnuki – beneficjentami fundacji.

– Fundacja staje się niejako funduszem inwestycyjnym. W ten sposób chroni rodzinny majątek i dąży do jego pomnażania. Działa na rzecz integralności przedsiębiorstwa rodzinnego, ale jednocześnie może ograniczyć beneficjentów, którzy wykazują brak zaangażowania. W statucie fundacji mogą znaleźć się warunki konieczne do spełnienia przez kolejnych beneficjentów, członków rodziny – zstępnych. Przy odpowiednich zapisach, można zapobiec m.in. konfliktom rodzinnym czy rozdrobnieniu akcjonariatu w poszczególnych spółkach rodzinnych – stwierdza Joanna Juszczyszyn-Klimek z grupy kapitałowej DGA.

Jak wynika z zebranych informacji, fundacja rodzinna, podobnie jak inne osoby prawne, ma działać poprzez zarząd i będzie mogła podlegać także wewnętrznemu nadzorowi rady protektorów. Beneficjenci utworzą zgromadzenie beneficjentów, które będzie się zbierać tylko w wyjątkowych przypadkach, np. w celu uzupełniania składu danego organu. Jak podsumowuje resort, zapewni to niezbędny wpływ rodziny na najważniejsze kwestie związane z działalnością fundacji w perspektywie wielu kolejnych lat.

42 proc. Polaków uważa, że praca zdalna powinna się wiązać z podwyżką wynagrodzenia

W ciągu minionego roku Polacy oswoili się z pracą zdalną. Rośnie liczba osób, które mają odpowiednie warunki do pracy z domu – deklaruje je już ponad 63 proc. ankietowanych w badaniu polskiego ClickMeeting. Widać też jednak rosnące zmęczenie obecną sytuacją – aż 22 proc. pracowników chciałoby, aby firma zapewniła im możliwość dobrowolnych konsultacji z psychologiem. Blisko 6 proc. pracodawców już takie konsultacje zapewnia.click_meeting_praca_zdalna_raport_kodeks_pracy click_meeting_praca_zdalna_raport_odpowiednie_warunki click_meeting_praca_zdalna_raport_rekompensata_kosztow

W ciągu minionego roku praca spoza biura przestała być nowinką technologiczną i przywilejem dla wybranych, a dla wielu osób stała się codziennością. Jednak mimo zadowolenia z możliwości dopasowania pracy do rytmu dnia i oszczędności czasu na dojazdach z czasem pojawiły się też zmęczenie i niepewność. Jak wynika z nowego badania  ClickMeeting „Jak oceniamy pracę zdalną po roku pandemii?”, polskiej firmy dostarczającej rozwiązania webinarowe, jedynie 25 proc. firm planuje powrót do pracy stacjonarnej w pełnym wymiarze jeszcze w tym roku, natomiast 24 proc. pracowników nie wie, jakie plany w tym zakresie ma ich firma. Aż 34 proc. firm planuje wdrożenie pracy w formie hybrydowej.

Z naszego badania wynika, że Polacy oswoili się z pracą zdalną, potrzebują tylko odpowiednich regulacji prawnych i wsparcia ze strony pracodawców – mówi Dominika Paciorkowska, dyrektor zarządzająca w ClickMeeting – Dzięki nowoczesnym narzędziom do wideokonferencji, takim jak platforma ClickMeeting, praca w zespołach może być wygodna i efektywna. Już ponad ⅓ firm dostrzega korzyści płynące z tego typu rozwiązań i planuje w przyszłości łączyć pracę stacjonarną z możliwością pracy zdalnej.

Już 63 proc. pracowników deklaruje, że ma odpowiednie warunki do pracy z domu

W porównaniu do poprzedniego raportu o pracy zdalnej opublikowanego przez ClickMeeting we wrześniu 2020, warunki do pracy z domu uległy nieznacznej poprawie – obecnie deklaruje je 63 proc. respondentów, o 4 proc. więcej niż we wrześniu. Jednocześnie nadal aż 37 proc. pracowników ma tylko częściowo odpowiednie warunki do pracy zdalnej lub nie ma ich wcale. Problem nie leży w kwestiach technologicznych – 92 proc. ankietowanych ma wystarczający sprzęt do pracy z domu. Aż 88 proc. posiada też odpowiednie łącze internetowe – to o 8 proc. więcej niż we wrześniu. Brakuje jednak odpowiedniej przestrzeni i ciszy.

Coraz więcej osób w związku z pracą zdalną oczekuje podwyżek

Przygotowanie pracodawców do nowych warunków wygląda w świetle raportu trochę gorzej. Zaledwie 9 proc. ankietowanych otrzymuje od firmy rekompensatę za koszty poniesione przez nich w związku z pracą z domu, jak np. wyższe rachunki za wodę, prąd, Internet czy zakup odpowiedniego sprzętu. Trzeba jednak przyznać, że liczba osób oczekujących takich dopłat powoli spada – z 64 proc. we wrześniu do 60 proc. w marcu. Natomiast coraz więcej pracowników w związku z wykonywaniem pracy zdalnej chciałoby otrzymać podwyżkę wynagrodzenia. Oczekuje jej już 42 proc. ankietowanych – o 7 proc. więcej niż we wrześniu 2020 r. Natomiast 16 proc. byłoby zainteresowanych benefitami takimi jak wprowadzenie zadaniowego czasu pracy czy dostęp do wizyt u okulisty, ortopedy lub masażysty.

Pracownicy potrzebują wsparcia psychologicznego oraz regulacji prawnych

W obecnej męczącej sytuacji pracownicy potrzebują od pracodawców nie tylko wsparcia technicznego i finansowego, ale również psychologicznego. Niemal 22 proc. ankietowanych chciałoby, aby firma zapewniła im możliwość dobrowolnych konsultacji z psychologiem. Blisko 6 proc. pracodawców dostrzegło problem i już takie konsultacje zapewnia.

Zdecydowana większość, bo aż 84 proc. ankietowanych, zgadza się, że warunki pracy zdalnej powinny zostać uregulowane w Kodeksie pracy. W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii od roku już trwają prace nad nowelizacją obowiązujących przepisów i przystosowaniem ich do  pracy zdalnej.

PARP: Zmiany demograficzne wymagają aktywizacji pracowników 50+

W Polsce od prawie 30 lat obserwowany jest spadek liczby urodzeń. Taka sytuacja znacząco wpływa zarówno na rynek pracy (niedobór kadr), jak i system zabezpieczenia społecznego czy usług zdrowotnych. Aby załagodzić skutki zmian demograficznych należy m.in. zintensyfikować działania wspierające aktywizację zawodową osób 50+, żeby jak najdłużej pozostawały na rynku pracy – wynika z raportu PARP „Starzenie się społeczeństwa – wyzwanie dla rynku pracy, aktywizacja pracowników 50+”.

Na skutek wydłużania się ludzkiego życia, postępu cywilizacyjnego i poprawy jakości życia, na świecie systematycznie rośnie odsetek ludzi w wieku poprodukcyjnym. W Polsce na koniec 2019 r. populacja osób powyżej 65 r.ż. liczyła 6,9 mln (18,1% liczby ludności). Z prognoz demograficznych GUS wynika, że w 2050 r. jej udział wzrośnie do 32,7%, a udział osób w wieku produkcyjnym i przedprodukcyjnym wyniesie odpowiednio 57 proc. i niecałe 11 proc.

Główne przyczyny starzenia się społeczeństwa

Przyczyn starzenia się społeczeństwa jest wiele. Jedną z nich jest coraz późniejsze macierzyństwo. Na przestrzeni ostatnich trzech dekad obserwuje się, że kobiety w coraz późniejszym wieku decydują się na urodzenie pierwszego dziecka. Nie bez znaczenia pozostaje także wydłużony okres nauki oraz wyższa aktywność zawodowa kobiet. Co więcej, można zaobserwować wyraźny spadek liczby zawieranych małżeństw, a osoby żyjące w związkach nieformalnych rzadziej decydują się na posiadanie potomstwa. Do starzenia się społeczeństwa przyczynia się również zmiana potrzeb konsumpcyjnych. W praktyce oznacza to wzrost zapotrzebowania na usługi związane z ochroną zdrowia, opieką społeczną, w tym powszechny dostęp do miejsc w placówkach dziennej opieki dla dzieci, tj. żłobków, przedszkoli. Trudności w zapewnieniu opieki dla dzieci, po zakończeniu urlopu związanego z macierzyństwem, mogą skutkować przesuwaniem przez młodszą część społeczeństwa decyzji o prokreacji. Ponadto na zjawisko starzenia się ludności wpływa pośrednio szereg innych czynników, m.in.: poziom zamożności społeczeństwa, promowany model rodziny, wykształcenie ludności; polityka społeczna państwa itp.

Starsi pracownicy z potencjałem i doświadczeniem

Zmieniająca się struktura wieku społeczeństwa powinna skłonić pracodawców do dostrzeżenia potencjału zawodowego i doświadczenia osób starszych. Bardzo ważne staje się inicjowanie rozwiązań, które będą wspierały osoby 50+ na rynku pracy, aby pozostawały one aktywne zawodowo jak najdłużej. Działania na rzecz pracowników starszych powinny opierać się zarówno na systemowych rozwiązaniach w ramach polityk krajowych, jak i indywidualnych programach realizowanych w miejscach pracy.

Osoby starsze na rynku pracy borykają się z różnorodnymi problemami. Jednym z nich jest bariera mentalna pracodawców, którzy niechętnie zatrudniają osoby w wieku 50+. Opinie dotyczące starszych pracowników są często niepotwierdzone i krzywdzące. Na ogół są to osoby lojalne, o dużej wiedzy merytorycznej i bogatym doświadczeniu życiowym i zawodowym, które pomaga im radzić sobie w trudnych sytuacjach i dopasowywać się do specyfiki pracodawcy.

Zjawisko starzenia się społeczeństwa stanowi jedno z najważniejszych wyzwań warunkujących w najbliższych latach rozwój państw członkowskich UE, szczególnie Polski, która od wielu lat plasuje się w pierwszej trzydziestce krajów demograficznie starych na świecie. Będzie miało również wpływ na podejmowane decyzje na płaszczyźnie społecznej i gospodarczej – ocenia Anna Skowrońska z Departamentu Analiz i Strategii PARP.

Niewiele czasu na zmiany

W perspektywie niespełna dwóch dekad Polsce grozi duży spadek osób aktywnych na rynku pracy. Z  jednej strony będzie to skutkować poważnym niedoborem rąk do pracy, z drugiej, wyzwaniem dla systemu emerytalnego. W związku z rosnącą świadomością tego problemu zmieniają się cele polityki rynku pracy. W wielu krajach jednym z głównych priorytetów tej polityki jest zwiększenie aktywności zawodowej osób starszych, a za istotny czynnik sprzyjający jego osiągnięciu w przedsiębiorstwie uważa się wdrażanie w procesie zarządczym modelu zarządzania wiekiem rozumianego, jako strategia zarządzania zróżnicowanym wiekowo zespołem pracowników.

Ważne jest dostosowanie otoczenia instytucjonalnego, zestawu narzędzi i instrumentów kierowanych na aktywizację zawodową osób 50+ do danej sytuacji gospodarczej. Istotne jest także zapewnienie środków na aktywizację osób 50+ nawet w takich warunkach gospodarczych, w których tworzenie miejsc pracy jest trudne.

W dobie starzenia się społeczeństw równie ważne, jak wdrażanie rozwiązań  zachęcających do jak najdłuższej aktywności zawodowej, staje się promowanie zdrowego stylu życia i umożliwienie pracownikom 50+ pozostawania jak najdłużej w dobrym zdrowiu oraz kondycji psychofizycznej.

———-

Raport został przygotowany w ramach projektu infobrokeringowego na potrzeby Systemu Rad ds. Kompetencji i jest finansowany z funduszy europejskich (Program Operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój).

Północna Izba Gospodarcza: dostęp do szczepień w zakładach pracy powinien być powszechniejszy

Północna Izba Gospodarcza apeluje do Premiera: sektor MŚP nie może być pomijany w procedurze dostępu do szczepień.

Ponawiamy apel o to, by zmienić limit osób, które kwalifikują zakład pracy do możliwości przeprowadzenia szczepień na terenie firmy. Obecnie ten limit to 500 deklarujących osób. W opinii Północnej Izby Gospodarczej tak wysoki limit spowodowuje, że sektor MŚP, który bardzo chętnie przyłączyłby się do organizacji szczepień w swoich firmach będzie mieć zablokowaną taką możliwość. Postulujemy, by limit osób deklarujących szczepienie był obniżony do 200 osób.

– Północna Izba Gospodarcza od początku wyraża pozytywną opinię na temat programu szczepień w zakładach pracy, podobnie jak medycy uważamy, że tylko szczepienia są szansą na szybki powrót do normalności, a widzimy, że sektory takie jak turystyka, gastronomia, hotelarstwo czy usługi jak tlenu potrzebują szansy na normalną działalność. Naszym zdaniem program szczepień i organizacji ich punktów powinien być jeszcze bardziej powszechny. Zachęcamy także przedsiębiorców do organizowania akcji promocyjnych, których intencją będzie obalanie stereotypów i zachęcanie pracowników do szczepienia się. Jako Izba damy przykład. Więcej o kampanii powiemy już niebawem – mówi Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Poniżej list do Premiera Mateusza Morawieckiego podpisany przez Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hannę Mojsiuk:

Szanowny Panie Premierze,

na początku kwietnia Pan Michał Dworczyk, Pełnomocnik Rządu ds. Szczepień, zaprezentował imponujący plan przyspieszenia programu szczepień w II kwartale roku 2020. Z punktu widzenia przedsiębiorców daje on nadzieję na szybszy powrót do normalności oraz na to, że niebawem niektóre branże będą mogły powrócić do płynnej i nieprzerywanej lockdownami działalności. Zapowiedź powszechnych szczepień oraz możliwość organizowania punktów szczepień w zakładach pracy to doskonała wiadomość, którą jako instytucja otoczenia biznesu z całą mocą wspieramy.

Jako Północna Izba Gospodarcza postulujemy, by zapowiedziany przez Ministra Dworczyka program poszerzyć. Uważamy, że sektor MŚP również powinien mieć możliwość organizowania punktów szczepień. Zdajemy sobie sprawę, że logistyka nakazuje rozsądek, ale dlaczego nie pozwolić na szczepienia w miejscach pracy, gdzie 200 osób zadeklarowało chęć zaszczepienia się? Należy zrobić wszystko, by powrót do normalności był możliwy jak najszybciej.

W związku z tym, apelujemy Panie Premierze, by obniżyć limit osób deklarujących chęć zaszczepienia jako wyznacznik do tego, by możliwe było zorganizowanie punktu szczepień w zakładzie pracy. Uważamy, że zasadne jest umożliwienie pracodawcy zorganizowanie punktu szczepień w jego firmie, w momencie, kiedy jego 200 pracowników wyrazi chęć zaszczepienia, tym bardziej, iż bierze on za to  pełną odpowiedzialność.

Sektor MŚP nie chce być pomijany w uproszczonej procedurze dostępu do szczepień. Chce wracać do normalności. Przedsiębiorcy pokładają w szczepieniach wielkie nadzieje. Uważamy, że proces szczepienia powinien być tak mocno zdynamizowany, jak to tylko jest możliwe.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie stoi na stanowisku, że szczepienia powinny być możliwie szeroko promowane wśród pracowników przez przedsiębiorców. Takie kampanie powinny odbywać się jak najszybciej, albowiem nie ma lepszego narzędzia do walki z koronawirusem niż szczepionka. Jesteśmy gotowi włączyć się w taką promocję i być jej aktywnym uczestnikiem.

Po 13 miesiącach walki z pandemią, po fali bankructw w wielu sektorach gospodarki i po mocnym uderzeniu w światową gospodarkę, musimy wszyscy zdać sobie sprawę, że szybki powrót do normalności jest w interesie nas wszystkich. Wszyscy pragną już normalności, ale najkrótsza droga do niej prowadzi przez masowe szczepienia.

Azure Summit 2021 (online) – największa polska konferencja o Microsoft Azure

Zapraszamy na Azure Summit 2021 (online), czyli największą polską konferencję poświęconą chmurze Microsoft Azure technologiom Microsoft w formie wydarzenia online. Wydarzenie odbędzie się w dniu 13 maja 2021 roku. Najważniejszą wartością konferencji jest wysoki poziom merytoryczny prezentacji technicznych. Prelegentami podczas konferencji będą pracownicy Microsoft, Microsoft MVP oraz przedstawicie firm wykorzystujących Microsoft Azure.

Podczas wydarzenia odbywają się również Wirtualne Targi Pracy IT, na których można spotkać renomowane firmy z branży IT na ich dedykowanych wirtualnych stoiskach. 

Rejestracja i udział w konferencji są w pełni bezpłatne.
Link do rejestracji na wydarzenie: https://azuresummit.pl/ 

Ze względu na sytuację panującą na świecie, konferencja odbędzie się w formie online. W konferencji weźmie udział ponad 1500 uczestników z całej Polski.

Serdecznie zapraszamy do udziału wszystkich chętnych!

Czym różni się kredyt gotówkowy od pożyczki?

Potrzebujesz gotówki i zastanawiasz się, jakie są różnice między kredytem a pożyczką? Pożyczka bez zbędnych formalności czy kredyt gotówkowy – co wybrać? Sprawdź, czym jest kredyt gotówkowy oraz pożyczka i wybierz opcję odpowiednią dla Ciebie.

Czym jest kredyt gotówkowy?

Kredyt gotówkowy to potoczna nazwa dla określenia sposobu pożyczania pieniędzy. Pojęcia kredytu najczęściej używa się w ramach definicji wywodzących się z przepisów Prawa bankowego.

Umowę kredytu, czyli kredyt, Prawo bankowe określa jako umowę pomiędzy bankiem a klientem. Zobowiązuje ona bank do oddania pewnej kwoty do dyspozycji klienta na określony czas oraz na określony cel.

Bank wypłaca kredytobiorcy określoną sumę pieniędzy z przeznaczeniem na ustalony w umowie cel i czas. Ma prawo zweryfikować, czy kredytobiorca faktycznie wykorzystuje kredyt w celu określonym w umowie (np. remont).

Kredytobiorca jest zobowiązany do spłaty kredytu wraz z odsetkami w określonych terminach spłat oraz zapłaty prowizji od udzielonego zobowiązania. Nie dochodzi tutaj do przeniesienia na kredytobiorcę własności środków pieniężnych.

Udzielenie kredytu jest uzależnione od zdolności kredytowej kredytobiorcy, więc procedura jego przyznawana może być dość długa – szczególnie, gdy wnioskodawca nie ma żadnej relacji z bankiem. Dokumenty potrzebne do kredytu to przeważnie zaświadczenie o zatrudnieniu, dochodach i zarobkach.

Terminy kredyt/pożyczka gotówkowa często są używane zamiennie, ale są to zupełnie inne produkty. Zamienne stosowanie obu tych pojęć może wynikać z faktu, że po spełnieniu pewnych warunków mogą stanowić kredyt konsumencki (o którym mowa w ustawie o kredycie konsumenckim i dalszej części artykułu).

Kredyt a pożyczka – różnice

Pożyczka gotówkowa to znacznie bardziej swobodna i elastyczna forma finansowania niż kredyt. Udzielają jej nie tylko banki, ale także instytucje finansowe i osoby prywatne. Umowa pożyczki podlega przede wszystkim pod przepisy Kodeksu Cywilnego. Pożyczkę można wykorzystać na dowolny cel, którego nie trzeba dokumentować. Co więcej, pożyczka może dotyczyć nie tylko środków pieniężnych, ale także określonej liczby rzeczy oznaczonych co do gatunku.

Pożyczkobiorca zobowiązuje się zwrócić tę samą sumę pieniędzy lub liczbę rzeczy opisanych w umowie, które na mocy umowy przechodzą na jego własność. W przypadku umowy pożyczki mogą, ale nie muszą zostać nałożone odsetki czy prowizja.

Najczęściej nie są wymagane dodatkowe dokumenty i zaświadczenia potwierdzające zdolność kredytową, chyba że udzielana pożyczka stanowi jednocześnie kredyt konsumencki w rozumieniu ustawy o kredycie konsumenckim – w takim przypadku na kredytodawcy spoczywa szereg obowiązków takich jak ocena zdolności kredytowej, wydanie formularza informacyjnego przed zawarciem umowy, czy uwzględnienie w umowie wielu elementów istotnych z punktu widzenia kredytobiorcy.

Kredyt konsumencki to forma finansowania znacznie bardziej uregulowana i kontrolowana przez instytucje państwowe (np. Prezesa UOKiK w zakresie prawidłowej realizacji obowiązków informacyjnych spoczywających na kredytobiorcy), co zwiększa bezpieczeństwo, ale jednocześnie może wydłużać procedurę jej udzielenia.

Jeśli zastanawiasz się, jaką formę finansowania wybrać, dokładnie przeanalizuj cel, na jaki chcesz przeznaczyć środki, sumę pieniędzy, jakiej potrzebujesz i czas niezbędny do zwrotu środków.

Szybka gotówka online bez zbędnych zaświadczeń

Interesuje Cię pożyczka bez zbędnych formalności? Potrzebujesz szybkiej gotówki? Sprawdź z nami główne zalety pożyczki gotówkowej online w PKO Banku Polskim.

W PKO Banku Polskim możesz otrzymać pożyczkę gotówkową online, korzystając z bankowości elektronicznej iPKO lub darmowej aplikacji mobilnej IKO – szybko i prosto. Jeśli złożysz wniosek online, możesz otrzymać wypłatę nawet w 30 sekund!

Otrzymujesz pieniądze na konto nawet w dniu złożenia wniosku. Pożyczkę możesz spłacać krótko – nawet przez 3 miesiące, ale także dłużej, w zależności od Twoich potrzeb – nawet do 96 miesięcy. Jeśli nie jesteś klientem PKO Banku Polskiego, również możesz skorzystać z pożyczki bez zbędnych zaświadczeń online do 4500 zł.

Jak otrzymać pożyczkę bez zbędnych formalności w PKO Banku Polskim?

  1. Wypełniasz wniosek o pożyczkę w aplikacji w telefonie lub na komputerze. Możesz także udać się do oddziału PKO Banku Polskim osobiście, a także umówić się na wideorozmowę lub rozmowę telefoniczną z doradcą.
  2. Zapoznajesz się z warunkami, zdalnie dostarczasz dokumenty (gdy wymagane)  i akceptujesz umowę pożyczki elektronicznie.
  3. Dostajesz pieniądze na konto nawet tego samego dnia.

Deloitte: Polskie rady nadzorcze angażują się w zarządzanie kryzysowe

Pandemia wpłynęła na funkcjonowanie firm nie tylko w obszarach strategicznych czy operacyjnych. Zmiany odczuły również organy kontrolne, czyli rady nadzorcze.

Z badania „Rada Nadzorcza w obliczu COVID-19: kryzys, doświadczenie, nowa rzeczywistość” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że chociaż cztery piąte członków rad zapewniło, że włączyli się w zarządzanie kryzysowe, to 59 proc. z nich nie ma określonej strategii na wypadek wystąpienia niespodziewanych sytuacji. Z kolei ponad 80 proc. zasiadających w radach nadzorczych dostrzegło, że w czasie kryzysu zwiększył się zakres współpracy z zarządem i akcjonariuszami. Więcej uwagi poświęcono również pracownikom.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Deloitte, pandemia COVID-19 zmusiła członków rad nadzorczych do zaangażowania się w zarządzanie kryzysowe. Aż 81 proc. respondentów deklaruje, że podjęło kroki w tym kierunku. Ponad połowa z nich zrobiła to w ciągu siedmiu dni od wprowadzenia w Polsce lockdownu, 23 proc. w ciągu dwóch tygodni, a 19 proc. do miesiąca.

Nie każda rada nadzorcza posiada przygotowany konkretny zestaw działań. 59 proc. badanych wskazało, że nie ma określonego planu działania w przypadku kryzysu. 56 proc. przyznało również, że nie ma gotowych planów na wypadek awaryjnej sukcesji. To powoduje, że wiele sytuacji może potencjalnie zaskoczyć rady nadzorcze w sposób negatywny i wymusić podjęcie decyzji pod wpływem chwili. Natomiast wszyscy respondenci zgodnie stwierdzili, że udało im się przełożyć doświadczenia z funkcjonowania innych rad i rozwiązań stosowanych w różnych firmach. Tym samym mogą przejąć i zaadaptować dobre praktyki, również te w obszarze zarządzania kryzysowego, do swojej jednostki mówi Dorota Snarska-Kuman, partner w dziale audit & assurance, liderka programu Rady Nadzorcze, Deloitte.

Ład korporacyjny w obliczu dynamicznych zmian

Firmą zarządza się i nadzoruje w oparciu o system norm i zasad zwany ładem korporacyjnym. W praktyce pojęcie to można rozumieć jako złożoną sieć relacji rozwijanych pomiędzy kadrą zarządzającą, reprezentantami nadzoru właścicielskiego, akcjonariuszami oraz pozostałymi interesariuszami.

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu biznesowym odpowiedni ład korporacyjny i ustrukturyzowane przez niego relacje pomiędzy interesariuszami pomagają organizacji właściwie reagować na sytuacje kryzysowe i zawczasu identyfikować zagrożenia.

Zdaniem 85 proc. badanych, pandemia nie wpłynęła na zmianę ładu korporacyjnego. Członkowie rad nadzorczych, którzy byli odmiennego zdania, najczęściej wskazywali na przekształcenia w systemach i funkcjach zewnętrznych oraz w wynagrodzeniach.

Zapytaliśmy naszych respondentów również o trudności związane z wypełnieniem elementów ładu korporacyjnego. Ponad połowa z nich nie ma takich doświadczeń. 19 proc. członków rad wskazało natomiast na przeszkody w obowiązkach zarządu i rady nadzorczej, 15 proc. na problemy związane

z walnymi zgromadzeniami i relacjami z akcjonariuszami, a 11 proc. z wynagrodzeniami. Warto podkreślić, że o zmianie ładu korporacyjnego częściej mówili przedstawiciele firm z najwyższym rocznym obrotem – mówi Dorota Snarska-Kuman.

Nowe perspektywy

63 proc. respondentów deklaruje, że rada nadzorcza miała przygotowane plany zapewnienia ciągłości pracy na wypadek zakłóceń wywołanych pandemią, a w 81 proc. firm udało się wprowadzić te założenia. Aż 89 proc. członków rad nadzorczych podkreśla, że w tym procesie nie napotkało większych trudności. Natomiast badani, którzy doświadczyli problemów, najczęściej wskazywali na te natury logistycznej (67 proc.). Co ciekawe, zdaniem większości firm pandemia COVID-19 nie wpłynęła na zmianę ich strategii działania (63 proc.). Natomiast 56 proc. członków rad nadzorczych twierdzi, że obecnie przedmiotem dyskusji są nowe kierunki rozwoju, które nie były rozpatrywane przed pandemią. Co ciekawe, w 89 proc. przypadków nie został powołany specjalny komitet ds. koronawirusa.

Wśród priorytetów rad nadzorczych w czasie pandemii, znalazło się zarządzanie ryzykiem, strategia,

a także polityka informacyjna i komunikacja z inwestorami. Zdaniem 59 proc. respondentów hierarchia priorytetów nie zmieniła się z powodu sytuacji spowodowanej COVID-19.

Zmienił się z kolei sposób komunikacji na każdym szczeblu firmy. Z naszego badania wynika, że 93 proc. rad nadzorczych odbywa spotkania zdalnie, a 89 proc. nie zauważyło trudności związanych z taką formą kontaktu. W przypadku 59 proc. częstotliwość komunikacji zwiększyła się w związku z pandemią. 82 proc. badanych twierdzi, że z powodu koronawirusa ściślej współpracują z zarządem firmy i akcjonariuszami, 15 proc. z pracownikami, a 11 proc. z partnerami biznesowymi. Oznacza to, że rady nadzorcze poczuły potrzebę, by poznać nastroje panujące w przedsiębiorstwie. Taki przepływ informacji powinien być zachowany również po zakończeniu pandemii – mówi Dorota Snarska-Kuman.

O badaniu

Badanie „Rada Nadzorcza w obliczu COVID-19: kryzys, doświadczenie, nowa rzeczywistość” przeprowadzono od czerwca do września 2020 r. wśród członków rad nadzorczych w Polsce. 59 proc. ankietowanych zasiada w jednej radzie, 28 proc. w od dwóch do pięciu i 3 proc. w sześciu do dziewięciu radach nadzorczych. Najwięcej przedstawicieli miały firmy zatrudniające więcej niż 250 pracowników (50 proc.). W badaniu wzięli również udział reprezentanci przedsiębiorstw zatrudniających mniej niż 50 osób (28 proc.) i zatrudniających od 51 do 250 pracowników (22 proc.).

Respondenci zasiadają w radach nadzorczych firm z branż: dobra konsumpcyjne i usługi, usługi finansowe, nieruchomości, energia, zasoby i przemysł, technologia, media i komunikacja, opieka zdrowotna oraz usługi publiczne. Najwięcej badanych to przedstawiciele przedsiębiorstw, których roczny obrót wynosi od 10 do 50 mln euro (36 proc.) i tych, które przekraczają kwotę 50 mln euro (33 proc.). 17 proc. członków rad nadzorczych reprezentuje firmy o rocznym obrocie od 2 do 10 mln euro, a 14 proc. do 2 mln euro.

Praca zdalna nie pomaga branży papierniczo-biurowej

Pandemia, a konkretnie home office, nie sprzyjają producentom papieru, artykułów biurowych i firmom zajmującym się administracyjną obsługą biur. Zadłużenie podmiotów z tej branży od początku marca ubiegłego roku wzrosło o ponad 1/5 i dziś wynosi 23,6 mln zł – wynika z najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Z 29,6 tys. zł do 34,6 tys. zł zwiększyła się także ich średnia zaległość wobec kontrahentów.

Pracownicy skierowani na home office nie korzystają z materiałów biurowych, nie drukują umów, dokumentów ani prezentacji. Firmy, które przeniosły działalność do Internetu również zredukowały zapotrzebowanie na papier i artykuły biurowe. Segregatory, notesy, zszywacze, dziurkacze czy pojemniki na dokumenty nie są potrzebne w takiej liczbie, jak kiedyś. Z kolei mniej drukowanych dokumentów to mniejsze zapotrzebowanie na tonery. Uczniowie i studenci podczas nauki zdalnej również nie zużywają tyle zeszytów, długopisów, markerów, kredek czy kartek samoprzylepnych, ile w szkole i na uczelni.

Firmy wykonujące usługi ksero nie kopiują notatek ani książek w takiej skali jak przed pandemią. Podobnie jak podmioty świadczące działalność pomocniczą związaną z prowadzeniem biura – archiwizację i niszczenie dokumentów, dostarczanie i obsługę poczty, usługi sekretarskie, księgowe i rachunkowe. Papier jest wykorzystywany teraz głównie w stacjonarnych oddziałach banków, które nadal drukują sporo umów i innych dokumentów dla klientów oraz używają długopisów.

JDG-i mają pod górę

Problemy z popytem na takie materiały widać w bazie danych KRD. W marcu 2020 r. zaległości firm z branży papierniczo-biurowej wynosiły 19,6 mln zł. Dziś wzrosły do 23,6 mln zł. Poszerzyło się też grono dłużników z 657 w marcu ub.r. do 683 obecnie. W ślad za rosnącymi zaległościami powiększa się średnie zadłużenie wobec kontrahentów. Dwanaście miesięcy temu wynosiło ono 29,6 tys. zł, a teraz 34,6 tys. zł.

Największe problemy z wypłacalnością mają jednoosobowe działalności gospodarcze, które są winne kontrahentom 12,8 milionów złotych. Tuż za nimi są spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, zalegające na kwotę 9,6 milionów złotych. Reszta zadłużenia rozkłada się pomiędzy spółki akcyjne, spółki jawne i komandytowe – informuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Europejska Konfederacja Przemysłu Papierniczego (CEPI) podaje, że w samym tylko 2020 r. produkcja papieru do druku i pisania, a więc często wykorzystywanego dotąd w firmach, spadła o 18 proc. Zapowiedziano stałe zamykanie papierni, ale także przebudowę parków maszynowych, tak aby dostosować się do nowej sytuacji. Rynek e-commerce jest teraz bardzo chłonny i potrzebuje dużo opakowań papierowych do transportu towarów.

Branża musi przetrwać trudny okres i widać, że szuka rozwiązań ratunkowych. Zmienia profil produkcji, wprowadzając do oferty nowe rodzaje papieru potrzebne w handlu internetowym. To dobry znak, bo świadczy o elastyczności i determinacji firm. Takie podejście powinno ułatwić im wyjście z problemów finansowych – ocenia Adam Łącki.

Komu zalega branża papierniczo-biurowa

Najwięcej zaległości mają firmy z Mazowsza, które nie zapłaciły kontrahentom blisko 9,1 mln zł. Drugie miejsce zajmuje województwo śląskie z kwotą 3 mln zł, a podium zamyka Małopolska, gdzie firmy są zadłużone na 2,1 mln zł.

Rekordzistą jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z Warszawy, świadcząca usługi administracyjne dla biur. Ma ona do oddania aż 2,2 mln zł. Kwota ta rozkłada się na fundusz sekurytyzacyjny, który przejął należności od pierwotnych wierzycieli, i firmę windykacyjną.

Przedsiębiorstwa z branży papierniczo-biurowej są winne 6,6 mln zł funduszom sekurytyzacyjnym i windykacyjnym i prawie tyle samo bankom, 1,6 mln zł firmom leasingowym oraz 1,4 mln zł operatorom komórkowym.