Analitycy ESET: Za grudniowym atakiem na polską energetykę stoi rosyjska grupa Sandworm. Uderzyli w 10. rocznicę blackoutu w Ukrainie.
Analitycy cyberzagrożeń z ESET przedstawili szczegóły ataku na polski sektor energetyczny, o którym niedawno informowali premier Donald Tusk oraz minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Eksperci potwierdzili, że za próbą paraliżu sieci z 29 grudnia 2025 roku stoi powiązana z rosyjskim wywiadem grupa Sandworm. Atak nastąpił dokładnie w 10. rocznicę zorganizowanego przez tę samą grupę pierwszego w historii blackoutu wywołanego przez cyberatak – w grudniu 2015 roku w Ukrainie.
Jak informowały polskie władze, pod koniec ubiegłego roku polski sektor energetyczny stał się celem znaczącego cyberataku. Analitycy ESET potwierdzają próbę zakłócającego ataku cybernetycznego, która miała miejsce 29 grudnia 2025 roku. Napastnicy wykorzystali oprogramowanie typu wiper, które analitycy ESET przeanalizowali i nazwali DynoWiper. ESET nie ma informacji, aby w wyniku tego ataku doszło do jakichkolwiek skutecznych zakłóceń.
Na podstawie analizy złośliwego oprogramowania oraz powiązanych z nim taktyk, technik i procedur (TTP), z umiarkowaną pewnością przypisujemy ten atak powiązanej z Rosją grupie Sandworm. Wynika to ze znacznej zbieżności z licznymi, wcześniejszymi działaniami Sandworm z użyciem wiperów, które analizowaliśmy.
Choć szczegóły dotyczące zamierzonych skutków ataku są wciąż badane, należy zwrócić uwagę na czas tego skoordynowanego uderzenia. Przeprowadzono je w samym środku zimy, dokładnie w 10. rocznicę zorganizowanego przez grupę Sandworm ataku na ukraińską sieć energetyczną. Był to pierwszy w historii przypadek przerwy w dostawie prądu spowodowany przez złośliwe oprogramowanie. W grudniu 2015 roku ta grupa APT, wykorzystując malware BlackEnergy, przeniknęła do systemów krytycznych kilku podstacji elektrycznych, pozbawiając około 230 000 osób energii na kilka godzin.
W 2026 roku stan psychiczny inwestorów, podobnie jak nastawienie do treści oglądanych w internecie, można zdefiniować jednym słowem – zwątpienie. Po pojawieniu się istotnej informacji rynki reagują, jednak z czasem zdają sobie sprawę, że prawdopodobnie zostały nabrane, tak jak po obejrzeniu fake’owego filmiku stworzonego przez AI. Przykładem tego zjawiska jest powrót eurodolara na 1,175 USD, spowodowany kulejącym zaufaniem do amerykańskiej waluty. W piątek o poranku nieliczni chcieli uwierzyć, a potem jednak uwierzyli w odrodzenie funta.
Wizerunek łatwiej zepsuć, niż zbudować
Amerykańska waluta ma za sobą ciężki tydzień. W poniedziałek kurs głównej pary walutowej świata oscylował przy 1,16 USD. Dziś jesteśmy o ponad cent wyżej. Oznacza to około 1,1% strat względem euro. Głównym powodem osłabienia dolara była groźba siłowego przejęcia Grenlandii przez USA. Groźba, która na rynku znów poddała w wątpliwość wiarygodność Stanów Zjednoczonych. Wtedy to kurs EUR/USD po raz pierwszy w tym tygodniu zwyżkował do 1,175 USD. Po wycofaniu pogróżek Trumpa wiara w dolara wróciła, jednak była słaba i chwilowa. Po zejściu do 1,169 USD notowania „edka” szybko odbiły, wracając do wcześniej wskazanego oporu. Widzimy więc, że zmiana narracji względem największej wyspy świata dała ulgę rynkom, jednak poczucie dyskomfortu pozostało. Co więcej, z każdym kolejnym straszakiem Trumpa niesmak wokół USD jest coraz większy, co szkodzi mu na arenie międzynarodowej.
Waluty USA nie wspiera już nawet wizja odsunięcia cięcia stóp procentowych na czerwiec. Jak łatwo się domyślić, powodem jest również Trump, a dokładnie jego prawdopodobna gołębia nominacja nowego szefa (niezależnej instytucji) FED. W tym otoczeniu pojawiły się również dane z USA. Inflacja PCE za listopad to zgodnie z oczekiwaniami 2,8% r/r, a za październik to 2,7% r/r. Jednoczesny wzrost annualizowanego PKB z 3,8% do 4,4%, który delikatnie przewyższył prognozę 4,3%, ani nie osłabił, ani nie wzmocnił USD. Oznacza to, że rynki aktualnie nadają większą wagę geopolityce, niż publikacjom makroekonomicznym.
Agresywny PLN
Straty wizerunkowe waluty zza oceanu i przepływ kapitału do Europy pozwala krajowej walucie umocnić się na forex. W piątek o poranku kurs USD/PLN to 3,582 PLN (wczoraj byliśmy o grosz niżej). Podobnie wyglądają notowania EUR/PLN, które utrzymują się ok. 4,205 (wczoraj zeszliśmy nawet do 4,197 PLN). Warszawski parkiet także zyskuje, czwartkowa sesja zakończyła się zwyżką w okolicach 3340 pkt., a szeroki WIG wyznaczył nowe historyczne szczyty przy 123500 pkt. Złotemu w ofensywie dodatkowo pomagają dobre dane z krajowej gospodarki, o których pisaliśmy wczoraj. Ich potwierdzeniem jest dzisiejszy wzrost Wskaźnika Dobrobytu wg BIEC z 90,5 pkt. do 96 pkt. Wśród czynników zewnętrznych można wskazać również dobre odczyty indeksów PMI. W przypadku strefy euro wskaźnik badający sektor przemysłu zwyżkował z 48,8 pkt. do 49,4 pkt (prognoza 49,1 pkt.), zbliżając się do neutralnego poziomu 50 pkt. Powyżej niego (51,9 pkt.) utrzymał się sektor usługowy, który mimo delikatnej zniżki wciąż znajduje się w strefie rozwoju.
Rynek chce uwierzyć w funta
Piątkowy poranek przebiegał pod dyktando funta. Brytyjska waluta w końcu umocniła się na forex. Z samego rana dowiedzieliśmy się o wzroście sprzedaży detalicznej w ujęciu rocznym o 2,5%, mimo prognozowanego spadku z 1,8% do 1%. W ujęciu miesięcznym odnotowano wzrost o 0,4%, mimo prognoz pozostania przy -0,1%. Większa sprzedaż sugeruje przyszłe wzrosty dynamiki cen, co oddala nas od cięć stóp procentowych. Po publikacji funt delikatnie umocnił się na forex, jednak ciążyło nad nim widmo szybkiego odreagowania. Obawy zostały rozwiane wraz z danymi o PMI, które wrosły powyżej oczekiwań. PMI dla usług zwyżkował z 50,6 pkt. do 51,6 pkt. (prognoza 50,6 pkt.), natomiast sektor przemysłowy to skok z 51,4 pkt. do 54,3 pkt. (konsensus 51,7 pkt.). Poprawa aktywności gospodarczej to dobra informacja, jednak naraża Brytyjczyków na wzrost inflacji. To dodało paliwa GBP (bardziej jastrzębia polityka BoA). Do południa kurs GBP/PLN wzrósł z 4,82 PLN na 4,85 PLN (powrót do poziomu sprzed wczorajszego silnego umocnienia złotego). Na szerokim rynku funt istotnie zyskiwał dopiero po danych PMI, gdyż po porannych danych o sprzedaży inwestorzy nie do końca byli przekonani co do siły funta.
Warszawski rynek biurowy zamknął 2025 rok jednym z najwyższych poziomów popytu w historii, przy jednoczesnym spadku podaży i wyraźnym obniżeniu wskaźnika pustostanów. Jak wynika z raportu „Warsaw Office Market Spotlight Q4 2025” przygotowanego przez Savills Polska, kluczowymi zjawiskami są: przewaga renegocjacji, ograniczona dostępność dużych modułów w centrum oraz rosnąca presja na czynsze w najlepszych budynkach.
Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły na koniec 2025 roku 6,23 mln m kw., czyli o 1% mniej niż rok wcześniej. To efekt wyburzeń i zmiany przeznaczenia starszych obiektów. Tylko w minionym roku ze stołecznego rynku zniknęło ponad 152 tys. m kw. biur (w formie wyburzeń lub zmian przeznaczenia budynków biurowych). Jednocześnie nowa podaż była niska i sięgnęła 88,7 tys. m kw. (spadek o 15% r/r), z czego około 90% przypadło na centralne lokalizacje. W budowie pozostaje 202 000 m kw., a największe projekty, takie jak AFI Tower czy Upper One, powstają w centrum.
– Od 2020 roku z warszawskiego rynku ubyło już blisko 410 tys. m kw. powierzchni biurowej. Z całą pewnością nie możemy mówić o chwilowym trendzie, a raczej o znaczącej zmianie struktury rynku, której efektem jest to, że starsze biurowce ustępują miejsca mieszkaniom, hotelom lub poddawane są głębokim modernizacjom. Coraz częściej dotyczy to także lokalizacji centralnych, co dodatkowo ogranicza dostępność powierzchni biurowych w najbardziej poszukiwanych częściach miasta – mówi Wioleta Wojtczak, Head of Reaserch, Savills.
Największe inwestycje, które pojawiły się na rynku w ubiegłym roku zrealizowano w zachodniej części centrum miasta (strefa Zachodnie Centrum). Były to The Bridge o powierzchni 47 tys. m kw. oraz Office House z 27,8 tys. m kw. biur. Skala projektów różni się wyraźnie w zależności od lokalizacji – w strefach centralnych średnia powierzchnia budynków będących w realizacji sięga ok. 25 tys. m kw., podczas gdy poza centrum dominują mniejsze, bardziej kameralne inwestycje, zazwyczaj poniżej 10 tys. m kw.
Autorzy raportu szacują, że do końca 2028 roku na rynek może trafić łącznie ok. 290 tys. m kw. nowej powierzchni biurowej, z czego blisko 230 tys. m kw. przypadnie na lokalizacje centralne, głównie w strefie Zachodnie Centrum.
Popyt osiągnął poziom 794 tys. m kw., co oznacza wzrost o 7% r/r i plasuje go w gronie najlepszych wyników w historii rynku. W samym czwartym kwartale wynajęto rekordową powierzchnię sięgającą blisko 310 tys. m kw. W 2025 roku aż 51% wolumenu stanowiły renegocjacje umów, co pokazuje, że firmy częściej decydowały się na pozostanie w dotychczasowych lokalizacjach niż na relokacje. Poza centrum szczególnie wyróżniał się Służewiec, gdzie wynajęto 180 tys. m kw. To trzeci najwyższy wynik w historii tej strefy, ustępując jedynie wynikom z lat 2015 i 2019. Najaktywniejszymi grupami najemców były sektory: produkcyjny (14%), IT (13%) oraz finansowy (11%).
Spadek nowej podaży i wysoki popyt przełożyły się na wyraźne obniżenie wskaźnika pustostanów. Na koniec roku wyniósł on 9,1%, czyli o 150 punktów bazowych mniej niż rok wcześniej. W strefach centralnych dostępność spadła do 6,1% zasobów, a a tylko w siedmiu budynkach położonych w centralnych strefach charakteryzowało się łączną dostępną powierzchniąpowyżej 5 tys. m kw. Równocześnie absorpcja netto wzrosła aż o 117% rok do roku, do poziomu 188,4 tys. m kw.
Ograniczona dostępność najlepszych powierzchni zaczęła wpływać na poziom czynszów. W drugiej połowie 2025 roku stawki w centralnych lokalizacjach wzrosły do około 27,50 EUR za m kw./miesięcznie, a poza centrum do około 19,00 EUR. Opłaty eksploatacyjne ustabilizowały się na poziomie 30-40 zł za m kw., choć w części budynków przekraczają 45 zł.
– 2025 rok potwierdził, że warszawski rynek biurowy wszedł w fazę wyraźnej nierównowagi pomiędzy popytem a podażą. W centrum miasta problemem nie jest dziś brak zainteresowania najemców, lecz bardzo ograniczona dostępność odpowiednio dużych i nowoczesnych powierzchni. To zjawisko będzie jednym z kluczowych czynników kształtujących rynek w tym roku, zarówno po stronie czynszów, jak i strategii, które obiorą najemcy – mówi Jarosław Pilch, Head of Tenant Representation, Savills.
Raport wskazuje, że przy prognozowanym przyspieszeniu wzrostu gospodarczego w 2026 roku i dalszym spadku stóp procentowych presja na najlepsze budynki biurowe może się utrzymać, a polaryzacja rynku pomiędzy obiektami „prime” a starszymi zasobami jeszcze bardziej się pogłębi.
– W Warszawie mamy dziś rynek, na którym najlepsze budynki wyraźnie zyskują na wartości. Malejąca dostępność powierzchni „prime” oznacza większą konkurencję i dalszą presję na czynsze, a właściciele mogą pozwolić sobie na bardziej selektywne podejście do doboru najemców. Jednocześnie przewidujemy, że stabilizacja inflacji powinna ograniczyć skalę indeksacji, co częściowo złagodzi wzrost kosztów. To jednak nie zmienia faktu, że część firm zacznie realnie rozważać relokację poza centrum w poszukiwaniu projektów bardziej przystępnych cenowo – komentuje Daniel Czarnecki, Head of Landlord Representation, Savills.
Wygląda na to, że scenariusz ceł za wspieranie Grenlandii się oddala, na co rynki reagują entuzjastycznie. Płace w Polsce rosną dużo szybciej od oczekiwań, a co z inflacją? Złoto znów idzie w górę i przygotowuje się ataku na psychologiczną barierę 5000 USD.
Jednak bez ceł a Grenlandię
Zgodnie z przewidywaniami wielu analityków dwa tygodnie, które od ogłoszenia ceł do ich wejścia w życie miały upłynąć, to było dość czasu, by doszło do zmiany zdania. Już w tym tygodniu okazuje się, że taryf jednak nie będzie i przygotowywane jest porozumienie w sprawie tego terytorium. Wygląda więc na to, że na wyspie faktycznie staną amerykańskie instalacje obronne. Nie dojdzie jednak do jej przejęcia przez USA. Jak reagują rynki? Na giełdach widać ulgę. Nie wróciliśmy jeszcze do poziomów sprzed początku zamieszania, ale główne indeksy odbiły w górę. Na rynku walutowym z kolei trwa przecena dolara względem euro. Od początku tygodnia amerykańska waluta potaniała z okolic 1,16 USD za 1 EUR w okolice 1,175 USD za 1 EUR.
Płace w Polsce przyspieszają
Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z Polski. Produkcja budowlano-montażowa niespodziewanie wzrosła o 4,5%, podczas gdy analitycy spodziewali się spadku. Ważniejsze wydają się jednak odczyty na temat wynagrodzeń. Grudzień był pierwszym miesiącem w historii, w którym średnia płaca przekroczyła 9500 zł. Co więcej, był o ponad 500 zł lepszy od poprzedniego rekordowego miesiąca. Pensje rosną o 8,6% w skali roku, czyli o 1,5% powyżej oczekiwań. Na tę informację musimy spojrzeć z dwóch stron. Z jednej – przeciętnie jako społeczeństwo zarabiamy więcej, co jest z pewnością pozytywne. Z drugiej – oddala to dalsze obniżki stóp procentowych. Wysoka presja płacowa jest rzeczą, która może wpłynąć na szybki wzrost poziomu cen. Gdyby miało dojść do wzrostu inflacji, należy oczekiwać, że powstrzyma on lub przynajmniej spowolni dalsze obniżki stóp.
Kiedy 5000?
Wczoraj wieczorem kurs kontraktów na złoto zatrzymał się na poziomie 4960 dolarów. Do psychologicznej granicy wciąż brakuje, ale już naprawdę niewiele. Od początku roku wzrost ceny wyniósł wówczas ponad 14%. Ten dodatkowy procent, którego zabrakło, wydaje się zatem jedynie kwestią czasu. Oprócz próby ucieczki kapitału do bezpiecznych przystani mamy jeszcze jeden ważny powód – osłabienie dolara. Im tańszy jest bowiem dolar, w którym wyceniane jest złoto, tym mniej złoto kosztuje w walutach lokalnych. Z tego powodu, gdy amerykańska waluta słabnie, cena dolarowa surowców idzie w górę. W rezultacie cena surowca w walucie lokalnej pozostaje w miarę stała.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na odczyty indeksów PMI oraz:
Digitree Group S.A., notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa, zakończyła proces przejęcia 100% udziałów spółki Euvic Digital od Euvic Performance. Closing transakcji nastąpił po uzyskaniu wymaganych zgód korporacyjnych, w tym zatwierdzenia przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy w grudniu 2025 r.
Euvic Digital to agencja digital działająca w obszarach: kreacja, performance marketing, SEO/SEO-AI, social listening oraz ochrona reputacji online. W okresie styczeń-listopad 2025 r. spółka wypracowała 10,4 mln zł przychodów, 0,7 mln zł EBITDA oraz 0,7 mln zł zysku netto, utrzymując tym samym powtarzalne wyniki roczne na poziomie ok. 12 mln zł przychodów oraz ok. 1 mln zł zysku netto. W przejmowanej spółce i jej podmiotach zależnych pracuje ponad 40 specjalistów. Portfolio klientów Euvic Digital obejmuje m.in. Orange, mBank, Hewlett-Packard Enterprise, TIM, Haier Group, Kulczyk Investments, Związek Banków Polskich, QService Castrol, MHC Mobility oraz Otto Workforce. Spółka świadczy usługi także w ramach wyspecjalizowanych marek: Euvic Buzz (social listening, raportowanie, reputacja) oraz Euvic Organic Search (SEO i GEO/SEO-AI).
ZNACZENIE TRANSAKCJI DLA STRATEGII GRUPY DIGITREE
Przejęcie Euvic Digital wspiera realizację strategii Digitree Group, zakładającej wejście na poziom 150 mln zł przychodów rocznie poprzez jednoczesny, szybki rozwój organiczny oraz kolejne akwizycje. Ostatnia transakcja zapewnia Grupie dostęp do doświadczonych zespołów oraz otwiera możliwość synergii sprzedażowych (cross-selling) w obszarze digital marketingu i usług kreatywnych.
– Dołączenie Euvic Digital do Digitree Group mocno wspiera nasz strategiczny cel budowy szerokiej oferty w obszarze digital oraz wzmacnia kompetencje zespołów w zakresie kreacji, performance marketingu oraz SEO-AI. Wchodzimy w 2026 rok jako grupa gotowa odpowiedzieć na zdecydowaną większość marketingowych wyzwań naszych klientów. To potężny impuls do dalszego wzrostu, jasny i czytelny znak dla rynku, ale przede wszystkim realne wzmocnienie naszej pozycji jako partnera. Pracujemy także nad kolejnymi akwizycjami – komentuje Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group.
– Po latach niezależnego wzrostu widzimy w ramach Digitree Group realną możliwość skalowania naszych kompetencji i wartości rynkowej. Integracja z większym partnerem daje nam dostęp do dobrze zorganizowanego backoffice oraz szerszych zasobów, dzięki czemu możemy skupić się na biznesie i klientach – mówi Krzysztof Małecki, prezes zarządu Euvic Digital. – Jako właściciele obejmujemy akcje Grupy, co pozwala nam współuczestniczyć w budowie dużego podmiotu reklamowego. Wnosimy do holdingu dojrzałe kompetencje: agencję digital z silnymi relacjami, agencję SEO rozwijającą obszar SEO-AI oraz zespół specjalizujący się w monitoringu i ochronie reputacji online. To uzupełnia istniejące możliwości Digitree i wzmacnia zdolność do dostarczania klientom pełnego wsparcia – od strategii i pozyskania ruchu, przez konwersję, aż po ochronę marki – dodaje.
POPRAWA WYNIKÓW PO TRANSFORMACJI
Digitree Group po kolejnych kwartałach 2025 r. raportowała wyraźną poprawę rentowności operacyjnej po przeprowadzonej transformacji strukturalnej. W trzecim kwartale 2025 r. spółka osiągnęła 1,93 mln zł EBITDA (+112% r/r) oraz 1,28 mln zł zysku netto, co jest najlepszym kwartalnym wynikiem spółki od początku transformacji. Łącznie po trzech kwartałach 2025 r. Grupa wypracowała 48,1 mln zł przychodów oraz 2,82 mln zł EBITDA (+13,6% r/r), przy dodatnim wyniku netto 0,4 mln zł (vs. –0,8 mln zł r/r).
Digitree Group kontynuuje identyfikację kolejnych celów akwizycyjnych, wskazując na rosnący potencjał konsolidacji rynku w 2026 r.
OTOCZENIE RYNKOWE SPRZYJA KONSOLIDACJI
Według danych Publicis Groupe Polska, wartość netto rynku reklamowego w Polsce po trzech kwartałach 2025 r. wyniosła ponad 9,6 mld zł (+6,6% r/r), przy czym najszybciej rosnącymi segmentami pozostają wideo online oraz reklama digital w rozproszonym ekosystemie platform. W ocenie analityków trend ten sprzyja integracji usług marketingowo-technologicznych oraz przewadze podmiotów oferujących skalowalne modele digitalowe.
Takiego grudnia w polskim budownictwie nie było od dwóch dekad. Liczba mieszkań oddanych przez deweloperów osiągnęła najwyższy poziom od 2005 roku. Choć ogólny wynik budownictwa mieszkalnego w 2008 roku był formalnie wyższy, wynikało to wówczas z jednorazowej fali rejestracji starych budynków. Grudzień 2025 roku jest więc realnym, rynkowym rekordem.
Grudniowe dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) dotyczące skali nowego budownictwa mieszkaniowego w Polsce wskazują, że mieliśmy do czynienia z wyjątkowym miesiącem na tym rynku. W każdej kategorii rejestrowanej przez GUS (mieszkania oddane, pozwolenia na budowę, rozpoczęte budowy) zagregowane dla wszystkich grup inwestorów wyniki okazały się lepsze niż w listopadzie, a także w stosunku do grudnia 2024 roku. Liczba mieszkań oddanych do użytku w grudniu jest o 15% wyższa niż przed rokiem, pozwoleń na budowę było o 20% więcej, a rozpoczętych budów o 4% więcej niż przed rokiem.
Jak odczytywać ten wynik?
Warto przyjrzeć się uważniej statystykom całorocznym. W ubiegłym roku rozpoczęto budowę 212,4 tys. mieszkań, co oznacza spadek o 9% w stosunku do 2024 roku. Niemal taką samą 9,5% redukcję GUS odnotował w udzielonych w całym 2025 roku pozwoleniach ogółem. Jedynie liczba mieszkań i domów oddanych do użytkowania była – dzięki rewelacyjnym wynikom z grudnia – o 4% wyższa niż w 2024 roku.
Opublikowane przez GUS dane wzmocniły wrażenie, że ocena kondycji budownictwa mieszkaniowego w Polsce na podstawie danych miesięcznych jest niezwykle ryzykowną praktyką. Dwie największe grupy inwestorów budujących w Polsce lokale mieszkalne: gospodarstwa domowe i firmy deweloperskie odnotowały w niemal wszystkich kategoriach wyniki lepsze niż miesiąc wcześniej. Wyjątek stanowią wyniki gospodarstw domowych w kategorii rozpoczynanych budów, których było o 21% mniej, co w kontekście zaskakująco mroźnego tegorocznego grudnia, nie zaskakuje. Warto podkreślić, że całoroczne efekty budownictwa mieszkaniowego w 2025 roku są lepsze od wyników z 2024 roku tylko w kategorii mieszkań i domów oddanych do użytkowania. W pozostałych kategoriach rejestrowanych przez GUS (pozwolenia i rozpoczynane budowy) wyniki są wyraźnie gorsze niż w 2024 roku, przede wszystkim z powodu ograniczenia aktywności firm deweloperskich. Tego niepokojącego stanu nie zmienią optymistyczne sygnały świadczące o ożywieniu w budownictwie komunalnym i społeczno-czynszowym (TBS-y, SIM-y), ponieważ skala ich działalności pozostaje niewielka.
Z najnowszych danych GUS wynika, że liczba mieszkań i domów oddanych do użytku w Polsce w grudniu sięgnęła 203,4 tys. i była o 28% wyższa w porównaniu do wyników z listopada. W stosunku do grudnia 2024 roku GUS odnotował w tej kategorii 15% wzrost. Wyniki z dwunastu miesięcy br. okazały się o 4% wyższe niż w 2024 dzięki wyraźnie lepszej drugiej połowie roku. Liczba mieszkań i domów oddanych do użytkowania od lipca do grudnia była o 26% wyższa od wyniku z pierwszego półrocza. Sprawdziła się więc nasza listopadowa prognoza, zgodnie z która 2025 rok w mieszkaniach oddanych okaże się nieznacznie lepszy od 2024 roku.
Rekordowe domknięcie roku u deweloperów
Na wysokie grudniowe statystyki najsilniej wpłynęły wyniki firm deweloperskich, które odpowiadały za budowę ponad 16,4 tys. mieszkań i domów, co wskazuje na imponujący wzrost zarówno w stosunku do listopada (o 20%), jak i w porównaniu do grudnia ubiegłego roku (o 13,5%). Warto zaznaczyć, że ten kilkudziesięcioprocentowy wzrost miesiąc do miesiąca nastąpił po dobrym wyniku z poprzednich trzech miesięcy i oznacza najlepszy miesięczny wynik lokali oddanych do użytkowania przez firmy deweloperskie w 2025 roku. Na tle liczb z lat 2020-2023, kiedy do użytku oddanych było ponad 220 tys. lokali rocznie, wynik z 2025 roku na poziomie 208 tys., to solidna średnia.
Firmy deweloperskie odpowiadają za 67% wszystkich lokali mieszkalnych oddanych do użytku w grudniu. Wyniki inwestorów indywidualnych są ze swej natury bardziej stabilne niż efekty działalności deweloperów. W trzech pierwszych kwartałach 2025 roku ich udział w całości budownictwa mieszkaniowego w Polsce wahał się od 30% do 38% ogólnej liczby oddawanych lokali. W grudniu w porównaniu z listopadem gospodarstwa domowe (w terminologii GUS to inwestorzy indywidualni) zakończyły budowę o 38% większej liczby domów/mieszkań, a w stosunku do grudnia 2024 roku ich wynik był o 13% lepszy. Wzrost w porównaniu z listopadem wyhamował tendencję spadkową w budownictwie indywidualnym, którą obserwowaliśmy od początku 2025 roku. W rezultacie w grudniu udział tej grupy inwestorów w budownictwie ogółem w Polsce wzrósł w odniesieniu do listopada i wyniósł 30% (w listopadzie zaledwie 27%).
Plany inwestycyjne pod lupą
Starania o uzyskanie pozwoleń na budowę w grudniu przyniosły wyraźnie lepsze efekty niż w listopadzie. Grudniowe wyniki w tej kategorii okazały się najlepsze w 2025 roku. Łączna liczba pozwoleń uzyskanych przez wszystkie grupy inwestorów w listopadzie 2025 roku sięgnęła niemal 28 tys. lokali. Z tego 20 tys. pozwoleń otrzymali deweloperzy, a 6,9 tys. inwestorzy indywidualni. W efekcie w grudniu suma udzielonych pozwoleń była niższa o 35% w porównaniu do listopada tego roku i o 20% w stosunku do grudnia 2024 roku.
Liczba lokali mieszkalnych, na budowę których wszystkie grupy inwestorów uzyskały pozwolenie w 2025 roku, wyniosła tylko 265,6 tys. mieszkań i jest wyraźnie niższa niż rok temu (-8,8%). W całym 2025 roku deweloperzy uzyskali pozwolenia na budowę łącznie 171,5 tys. mieszkań i domów (o 16,6% mniej r/r), a inwestorzy indywidualni 85,8 tys. (o 8,6% więcej).
Statystyki GUS z poszczególnych miesięcy 2025 roku dotyczące rozpoczynanych w całej Polsce budów wskazywały, że od kwietnia skala nowych inwestycji słabła. Nadzieją na odwrócenie tej tendencji były dane GUS z lipca, kiedy nastąpił wyraźny wzrost w ujęciu miesiąc do miesiąca i wyrównanie wyników sprzed roku. Podobnie wyglądał wrzesień i październik za sprawą wyższej aktywności firm deweloperskich. Listopadowe dane zmroziły nadzieje o ożywieniu w budownictwie mieszkaniowym, a grudniowe tylko delikatnie je poprawiły. Liczba budów rozpoczętych w grudniu przez wszystkie grupy inwestorów była nieznacznie wyższa niż w listopadzie (0,6%) i delikatnie wyższa niż w analogicznym okresie 2024 roku (4,1%).
W grudniu 2025 roku wszystkie grupy inwestorów rozpoczęły budowę zaledwie 13,1 tys. lokali mieszkalnych. Niewielkim pocieszeniem jest fakt, że w listopadzie budów rozpoczętych było 13 tys., a rok temu – 12,6 tys. Ten minimalny wzrost w rozpoczynanych budowach ogółem w stosunku do listopada to przede wszystkim zasługa większej aktywności firm deweloperskich (o 11% w porównaniu z listopadem).
Rynek dwóch prędkości – kto budował w 2025 roku?
Wyniki zagregowane dla całego minionego roku potwierdzają prognozy Otodom z połowy roku: aktywność w sektorze rozpoczynanych budów spadła o 9,2% względem 2024 roku. Choć wynik jest ujemny okazał się łagodniejszy niż zakładane kilkunastoprocentowe spadki. Gdyby nie stabilna aktywność gospodarstw domowych, redukcja liczby rozpoczynanych w całej Polsce budów byłaby znacznie większa. W 2025 roku inwestorzy indywidualni rozpoczęli o 2,6% więcej projektów budowlanych niż w 2024 r. Natomiast spółdzielnie mieszkaniowe, jednostki samorządu terytorialnego oraz TBS-y i SIM-y przeciwnie – rozpoczęły budowę mniejszej liczby mieszkań niż w 2024 roku.
Bieżące dane GUS o rozpoczynanych budowach ogółem warto zestawić z liczbą wydanych pozwoleń. W 2025 roku różnica między tymi statystykami wyniosła 51,1 tys., co oznacza, że niemal co piąte (19%) uzyskiwanych pozwoleń ogółem nie przełożyło się na start budowy. Wśród firm deweloperskich odsetek odkładanych pozwoleń jest większy i wynosi 23%. Dla porównania w przypadku inwestorów indywidualnych wskaźnik ten wynosi nieco ponad 8% (nadwyżka 7,1 tys. pozwoleń).
Już wkrótce sądy może dotknąć kolejny kłopot. Wzrasta bowiem zainteresowanie składaniem pozwów związanych ze wskaźnikiem WIBOR. Według części ekspertów, grozi nam nawet swego rodzaju paraliż. Banki mogłyby wyjść do swoich klientów z propozycjami zmian, aby uniknąć długotrwałych procesów. Jednak w przestrzeni publicznej pojawiają się opinie, że nie należy spodziewać się ugód na warunkach korzystnych dla konsumentów. Ponadto nie brakuje ostrzeżeń przed firmami, które udają kancelarie prawne, stosując np. nierzetelną narrację. Do tego eksperci dodają, że być może trzeba powołać w sądach wydziały zajmujące się tylko kwestiami finansowymi, żeby tego typu sprawy były szybciej procedowane.
Polskie sądy od wielu lat ogólnie są przeciążone. Do sprawy przyłożyli się m.in. frankowicze. Jednak wkrótce sytuacja może być jeszcze gorsza, co wynika z prognoz pojawiających się w przestrzeni publicznej. Rośnie bowiem zainteresowanie sprawdzaniem umów ze wskaźnikiem WIBOR i składaniem pozwów z tego tytułu.
– Na pewno coraz więcej takich spraw trafia do sądów. Docierają też kolejne zapytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE w tych kwestiach. Prawdopodobnie część pozwów troszkę „leżakuje” w sądach, bo nie wszyscy wiedzą, jak się za to zabrać, czekają na Trybunał, na rozwój sytuacji – żeby nie popełnić błędów jak na początku historii z kredytami frankowymi. Jednocześnie mamy patologiczną sytuację systemową. W niektórych sądach na jednego orzekającego przypada ponad 1000 bieżących spraw. Grozi nam paraliż, więc Ministerstwo Sprawiedliwości powinno zweryfikować to, co się dzieje. Chciałoby się powiedzieć „zanim będzie za późno”, ale w gruncie rzeczy już i tak jest zdecydowanie „za późno” – komentuje dr Dawid Rogoziński z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego.
Podobnego zdania są też inni rynkowi eksperci. Jak stwierdza adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal, obciążenie sądów może faktycznie wzrosnąć. Pozostaje mieć nadzieję, że doświadczenie nabyte przy sprawach walutowych pomoże w rozładowaniu tego wzrostu. W opinii eksperta, pomocne są także przepisy umożliwiające wniesienie sprawy do sądu właściwego dla kredytobiorcy, a nie siedziby banku – odciąży to sądy warszawskie. Z uwagi na wartość przedmiotu sporu więcej spraw będzie trafiać również do sądów rejonowych, a nie tylko do okręgowych.
– Przeciążenie sądów wynika przede wszystkim z niedoborów kadrowych. W praktyce spotykam się ze sprawami, w których na pierwszą rozprawę czasem trzeba czekać nawet dwa lata. Organy wymiaru sprawiedliwości na bieżąco powinny być gotowe do rozpatrywania pozwów, bez względu na to, czego one dotyczą. Nic nie zwiększy efektywności sądów lepiej niż powołanie do wykonywania zawodu zastępów dobrze wykształconych, gotowych do nieustannego podnoszenia swoich kwalifikacji i mądrych sędziów – zaznacza dr Paweł Klimek z Wydziału Prawa Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego i prezes zarządu Fundacji Poradnictwa Pro Bono.
Z kolei mec. Jakub Bartosiak podkreśla, że sądownictwo powołane jest do rozstrzygania sporów. Skoro banki nie są zdolne do samoregulacji i przyznania, że postępowały niewłaściwie, to konieczne jest orzekanie w tych kwestiach przez sądy. Według eksperta z MBM Legal, banki mogą obecnie wyjść do swoich klientów z propozycjami zmian. Dzięki temu uniknęlibyśmy długotrwałych procesów. Doświadczenie wskazuje jednak, że nie bardzo chyba możemy liczyć na taką refleksję.
– Kredytobiorcy złotowi mocno obserwowali to, co się działo z kredytami frankowymi. Na początku straszono tzw. frankowiczów, że nie mają szans na wygraną. W narracji ta sytuacja jest nieco podobna. Dochodzi do tego identyczny problem w Hiszpanii, w której część kredytobiorców chce kwestionować wskaźniki stosowane przez tamtejsze banki podobne do naszych SKOKów. Zapadły już pierwsze orzeczenia Trybunału, więc zaczyna się ferment. I to przekłada się na rosnące zainteresowanie sprawdzeniem umów i składaniem pozwów – dodaje dr Dawid Rogoziński.
Natomiast jak podkreśla dr Paweł Klimek, można wyróżnić umowy, których postanowienia są sprzeczne z ich społeczno-gospodarczym przeznaczeniem lub zasadami współżycia społecznego (art. 5 k.c.), naruszają przepisy o odsetkach maksymalnych (art. 359 k.c.), dobre obyczaje lub interesy konsumenta (art. 385[1] k.c.) bądź prowadzą do wyzysku (art. 388 k.c.). Z doświadczenia eksperta wynika, że instytucje kredytowe, w tym banki, konstruując umowy kredytu lub pożyczki, zawierały i nadal zawierają w nich takie postanowienia. Zastosowanie w umowie wskaźnika WIBOR może prowadzić do naruszenia przepisów o odsetkach maksymalnych. Jednak każdą umowę trzeba analizować indywidualnie.
– Skala zjawiska zależy od rocznika szablonów umów, które stosowano czy materiałów informacyjnych poszczególnych banków. Nie są to problemy systemowe. I trzeba tutaj zaznaczyć, że dynamika zjawiska będzie zupełnie inna niż w przypadku spraw frankowych. Część z kredytobiorców zdecyduje się na ścieżkę prawną. Mogą to być zwłaszcza posiadacze umów z gorszym standardem informacyjnym. Natomiast większa liczba wybierze strategię obserwowania i czekania na pierwsze wyroki czy ugody – mówi dr hab. Krzysztof Piech, prof. Uczelni Łazarskiego.
Z kolei mec. Jakub Bartosiak nie sądzi, aby zaproponowano ugody na korzystnych warunkach, choć to w zasadzie byłoby najlepsze rozwiązanie. Sektor bankowy nadal oficjalnie nie przyznaje, że umowy kredytów walutowych były wadliwe – mimo setek tysięcy przegranych spraw. Ugody pisane są takim językiem, żeby nie przyznać tej okoliczności. W ocenie eksperta, dopiero masowe wyroki sądowe skłonią banki do proponowania ugód.
– Do rosnącego zainteresowania tematem WIBOR-u przyczynia się też negatywny czynnik marketingowy. Wiele kancelarii, które nazywają się prawnymi, stosuje jednostronną i nierzetelną narrację. Przekonują, że daną umowę można unieważnić i nie wskazują na realne ryzyka. Obawiam się, że te podmioty znikną z rynku, a kredytobiorcy zostaną z ogromnymi kosztami procesu do zapłacenia. Jednocześnie nie będą mieli do kogo skierować pretensji, bo ktoś spółkę zlikwiduje lub postawi w stan upadłości. Takie firmy mają przeważnie niewielki kapitał zakładowy, więc roszczenia odszkodowawcze za potencjalnie źle prowadzoną sprawę będą faktycznie niemożliwe do faktycznej egzekucji – wyjaśnia ekspert z Uniwersytetu Gdańskiego.
Warto też wskazać, że już 12 lutego br. TSUE ma zająć się tematem WIBOR-u. Zdaniem eksperta z Kancelarii MBM Legal, niezależnie od orzeczenia banki będą próbować przedstawiać jako korzystny dla nich. Jednak kredytobiorcy potrafią czytać i z pewnością pozytywny wyrok Trybunału spowoduje zwiększone zainteresowanie. Według eksperta, mimo wszystko banki mogą rozwiązać ten problem już teraz, odpowiednio dostosowując umowy. Wymaga to jednak przyznania się do błędów i zaproponowania uczciwych warunków. Jednak na chwilę obecną nie wydaje się, żeby były do tego zdolne.
– W orzeczeniu Trybunału każdy znajdzie coś dla siebie. Natomiast w jego świetle w sprawie WIBOR-u ja nie dostrzegam problemu systemowego, podobnego do tego, z jakim mieliśmy do czynienia przy kredytach frankowych. Nie spodziewam się więc takiej fali pozwów. Sprawy frankowe coraz mniej obciążają sądy, ale to przede wszystkim zasługa niektórych banków, które proponują ugody na warunkach akceptowalnych dla klientów, bo odpowiadających realiom, sytuacji orzeczniczej. Tu niestety wciąż nie widać rozwiązań systemowych – mówi dr Dawid Rogoziński.
Do tego ekspert dodaj, że długie oczekiwanie na rozprawy uderza w nas wszystkich. Wydziały cywilne zajmują się przecież nie tylko kwestiami umów kredytowych, ale wszystkimi sprawami cywilnymi. Może więc trzeba powołać wydziały zajmujące się kwestiami finansowymi (na wzór tych dotyczących ochrony praw własności intelektualnej), z sędziami wyspecjalizowanymi w tym zakresie.
Medinice S.A., notowana na GPW spółka MedTech rozwijająca innowacyjne technologie w obszarze kardiologii i kardiochirurgii, podpisała list intencyjny (LoI: Letter of Intent) z renomowanym międzynarodowym graczem branżowym, zakładający sprzedaż projektu CoolCryo – autorskiego systemu krioablacji do leczenia arytmii serca. Podpisanie LoI stanowi kluczowy krok w procesie pierwszej komercjalizacji technologii Medinice i potwierdza gotowość projektu do wejścia na globalny rynek.
Zdarzenie to wpisuje się bezpośrednio w strategię spółki zakładającą budowę wartości poprzez rozwój przełomowych technologii medycznych, ich walidację kliniczną i regulacyjną, a następnie monetyzację we współpracy z międzynarodowymi partnerami branżowymi. Zainteresowanie sprzedażą projektu CoolCryo potwierdza jego konkurencyjność oraz atrakcyjność ekonomiczną w dynamicznie rosnącym, globalnym rynku ablacji serca.
Podpisanie listu intencyjnego (Lol) potwierdza skuteczność Medinice SA w przejściu z etapu rozwoju technologii do jej realnej komercjalizacji na rynku globalnym. – CoolCryo posiada istotne przewagi technologiczne oraz klarowną ścieżkę regulacyjną, co czyni go atrakcyjnym aktywem w procesach M&A. Konsekwentnie realizujemy strategię skoncentrowaną na wzroście wartości spółki i maksymalizacji zwrotu dla akcjonariuszy. – komentuje Sanjeev Choudhary, Prezes Zarządu Medinice S.A.
Potencjalnym partnerem transakcji jest globalny podmiot o ugruntowanej pozycji rynkowej w segmencie wyrobów i urządzeń kardiochirurgicznych, obecny na kluczowych rynkach światowych. Planowana transakcja wpisuje się w strategię partnera zakładającą rozszerzenie portfolio produktowego oraz wzmocnienie pozycji w jednym z najszybciej rosnących segmentów rynku MedTech – ablacji serca.
Zakres planowanej transakcji obejmuje prawa do technologii i wyrobu CoolCryo wraz z pełnym, globalnym zabezpieczeniem patentowym, ze szczególnym uwzględnieniem rynków USA i Europy. Pozwoli to na szybkie skalowanie rozwiązania w ramach struktur globalnego partnera oraz jego dalszy rozwój komercyjny. Równolegle Medinice SA finalizuje proces rejestracyjny FDA 510(k) – w styczniu br. spółka złożyła komplet wymaganych dokumentów i odpowiedzi do amerykańskiego regulatora i obecnie oczekuje na decyzję urzędu, która stanowić będzie kolejny istotny kamień milowy dla projektu.
System CoolCryo został opracowany przez zespół naukowy Medinice SA pod kierownictwem prof. Piotra Suwalskiego, światowej klasy kardiochirurga oraz Przewodniczącego Rady Naukowej Spółki. Technologia umożliwia wykonywanie małoinwazyjnych zabiegów krioablacji w leczeniu arytmii serca, oferując potencjał skrócenia czasu procedury, zwiększenia bezpieczeństwa pacjentów oraz poprawy efektywności klinicznej – kluczowych parametrów z perspektywy globalnych operatorów rynku.
W ostatnich miesiącach kurs akcji Medinice SA wykazuje systematyczny wzrost, co odzwierciedla rosnące zaufanie rynku kapitałowego do strategii i potencjału spółki. Pod koniec 2025 r. do grona akcjonariuszy Medinice SA dołączył znaczący inwestor instytucjonalny – TFI PZU S.A., jedno z największych towarzystw funduszy inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Fundusze PZU dokapitalizowały spółkę kwotą 12 mln zł, wzmacniając jej strukturę kapitałową oraz zapewniając solidne podstawy do finansowania bieżących i przyszłych projektów badawczo-rozwojowych.
XTPL według szacunkowych danych wygenerował w całym 2025 roku łącznie 13,7 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów i usług, uzyskując najwyższy wynik w historii Spółki. W największym stopniu do wyniku kontrybuowała dojrzała linia biznesowa urządzeń DPS (Delta Printing System), których w 2025 roku Spółka dostarczyła do klientów w rekordowej ilości 13 sztuk. W styczniu XTPL dostarczył ostatni moduł UPD (Ultra-Precise Dispensing) do klienta z Chin w ramach pierwszego historycznie wdrożenia przemysłowego i wkrótce rozpocznie rozmowy o kolejnej transzy dostaw. Na ostatnim etapie ewaluacji Spółka posiada obecnie 5 kolejnych zaawansowanych projektów nakierowanych na wdrożenie przemysłowe, a także prowadzi zaawansowane rozmowy z potencjalnymi klientami na urządzenia DPS+. Uzyskanie pierwszego zamówienia rozpocznie komercjalizację nowej linii biznesowej o szacunkowo znaczącym wpływie na przychody XTPL w 2026 roku i w horyzoncie Strategii 2026–2028.
– Za nami rekordowy rok, w którym pomimo wielu wyzwań dla prowadzenia globalnej komercjalizacji technologii o przełomowym znaczeniu, wygenerowaliśmy łącznie 13,7 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów i usług, kolejny raz skutecznie docierając do klientów z każdego istotnego dla nas rynku: Ameryki Płn., Azji i Europy. Okres ten wypełniony był także szerokimi działaniami o charakterze B+R w ramach rozwoju prototypu urządzenia DPS+, które pierwszy raz zaprezentowaliśmy w listopadzie 2025 roku na targach Productronica w Niemczech. Wysokie zainteresowanie z jakim spotkał się pokaz naszego urządzenia, a także toczące się zaawansowane rozmowy z klientami, utwierdzają nas w przekonaniu, że DPS+ stanowić będzie kolejne istotne źródło przychodów dla XTPL w 2026 roku i w horyzoncie Strategii 2026–2028 – komentuje Filip Granek, Prezes Zarządu XTPL S.A.
– W obszarze wdrożeń przemysłowych dostarczyliśmy ostatni moduł UPD z początkowej partii 6 szt. dla wiodącego chińskiego producenta maszyn do masowej produkcji nowoczesnych wyświetlaczy FPD. Oznacza to, że wkrótce rozpoczniemy rozmowy o kolejnej transzy dostaw na rok 2026. Nasza współpraca przebiega zgodnie z harmonogramem dostaw klienta, a dodatkowo pozytywnie oddziałuje na kolejne zaawansowane ewaluacje, które prowadzimy z różnymi partnerami – ich liczbę zwiększyliśmy na przestrzeni 2025 roku do poziomu aż 5 zaawansowanych projektów. W 2026 roku liczymy na kolejne wdrożenia przemysłowe, co pozwoli nam regularnie zwiększać liczbę dostarczanych do rynku urządzeń UPD i wpinać technologię XTPL do łańcucha wartości największych globalnie producentów zaawansowanej elektroniki nowej generacji – dodaje Filip Granek.
XTPL, zgodnie z danymi szacunkowymi, osiągnął w całym 2025 roku łącznie 13,7 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów i usług, co stanowi najwyższy wynik w historii Spółki, przekładając się na wzrost o +11% w ujęciu rok do roku. W samym IV kwartale 2025 roku sprzedaż komercyjna wyniosła 3,4 mln zł, a Spółka nie pozyskała nowych środków z dotacji, jednak zgodnie z zasadą rozliczania grantów do wielkości aktywów, może wykazać przychody z tego tytułu w sprawozdaniu finansowym. Stan środków pieniężnych Spółki na dzień 31 grudnia 2025 roku wyniósł 7,3 mln zł w porównaniu do 9,9 mln zł na dzień 30 września 2025 roku.
– Dostarczenie do rynku w 2025 roku najwyższej historycznie liczby urządzeń DPS oraz modułów UPD potwierdza, że globalne zainteresowanie technologią XTPL cały czas wzrasta. Krok po kroku zbliżamy się do poziomu, który umożliwi nam break-even i generowanie dodatniego cash flow. Do czasu osiągnięcia tej wielkości sprzedaży, będziemy musieli zabezpieczyć nasze finansowanie na rok 2026, w którym zidentyfikowaliśmy lukę kapitałową na poziomie ok. 15-20 mln zł. Ostatnie decyzje instytucji dotacyjnych zwiększają prawdopodobieństwo pozostałych scenariuszy, które rozpatrujemy: pozyskania finansowania dłużnego od instytucji lub banków, wejścia do spółki inwestora strategicznego na mniejszościowym pakiecie lub podwyższenia kapitału i emisji akcji skierowanej do rynku. W najbliższych tygodniach podejmiemy decyzję o najbardziej optymalnym dla XTPL rozwiązaniu – mówi Jacek Olszański, Członek Zarządu ds. finansowych XTPL S.A.
– Środki pieniężne XTPL na koniec roku wyniosły 7,3 mln zł w porównaniu do 9,9 mln zł na dzień 30 września 2025 roku, co wynika z utrzymywanej w Spółce wysokiej dyscypliny kosztowej, a także sprzyjającego rozkładu terminów dostarczenia i rozliczenia wpływów z tytułu sprzedanych urządzeń DPS. W 2026 roku nie spodziewamy się istotnego wzrostu bazy kosztowej w ujęciu rok do roku – dodaje Jacek Olszański.
XTPL komercjalizuje trzy linie biznesowe: moduły UPD (głowice drukujące) do wdrożeń przemysłowych na linie produkcyjne globalnych producentów elektroniki, urządzenia prototypujące Delta Printing System (DPS, demonstrator technologii) oraz High Performance Materials (HPM, nanotusze zużywane przez UPD i DPS). Na zaawansowanym etapie prac B+R znajduje się czwarta linia biznesowa: urządzeń DPS+, która wypełni niszę pomiędzy DPS, a modułami UPD. Przeznaczona jest do małoskalowej produkcji przemysłowej o charakterze HMLV (High-Mix Low-Volume), generując zainteresowanie klientów korporacyjnych oraz sektora obronnego. Urządzenia DPS+ będą cechować się ponad 2x wyższą ceną jednostkową niż DPS, przy zachowaniu wysokich, porównywalnych marż i specyfice pozwalającej na sprzedaż większej liczby szt. w pojedynczym zamówieniu.
Spółka posiada obecnie 5 zaawansowanych projektów na ostatnim etapie ewaluacji, poprzedzającym decyzję o wdrożeniu przemysłowym, obejmujących strategiczne dla XTPL obszary: półprzewodniki oraz wyświetlacze. Klientami końcowymi lub partnerami są globalne podmioty odpowiadające za produkcję elektroniki nowej generacji m.in. czołowy producent półprzewodników z Tajwanu, jeden z największych na świecie producentów wyświetlaczy z Korei Płd. i notowany na Nasdaq 100 renomowany producent maszyn przemysłowych z USA.
Siedem firm z USA i Europy przyjechało do Polski, by doskonalić swoje technologie w obszarze obronności w ramach programu akceleracyjnego NATO DIANA. To międzynarodowa inicjatywa Sojuszu, wspierająca rozwój innowacji podwójnego zastosowania tworzonych z myślą o wykorzystaniu w sektorze wojskowym i cywilnym. Jej operatorem w kraju jest FORT Kraków – wspólne przedsięwzięcie Krakowskiego Parku Technologicznego (KPT)i Akademii Górniczo-Hutniczej (AGH). Inauguracja programu akceleracyjnego połączona z otwarciem projektu FORT Kraków odbyła się22 stycznia z udziałem przedstawicieli NATO, administracji publicznej oraz środowiska technologicznego.
Decyzją NATO, Polska, jako jedyny kraj na wschodniej flance Sojuszu, stała się gospodarzem akceleratora DIANA, dziesięciu centrów testowych i biura NATO Innovation Fund. To strategiczne wyróżnienie podkreśla kluczową rolę naszego kraju w rozwoju innowacji technologicznych na rzecz bezpieczeństwa i obronności NATO.
– Uruchomienie akceleratora NATO DIANA w Krakowie to potwierdzenie, że polska nauka i ekosystem innowacji osiągnęły dojrzałość, która pozwala współtworzyć rozwiązania kluczowe dla bezpieczeństwa całego Sojuszu. AGH, jako uczelnia techniczna o silnych kompetencjach w obszarze deep tech, bierze odpowiedzialność nie tylko za rozwój technologii, ale także za ich realne zastosowanie, od laboratoriów, przez testy, po wdrożenia we współpracy z przemysłem i użytkownikiem wojskowym. FORT Kraków to przykład tego, jak nauka i biznes mogą działać wspólnie na rzecz obronności państwa i NATO – podkreślił w trakcie inauguracji prof. Jerzy Lis, Rektor AGH w Krakowie.
DIANA (Defence Innovation Accelerator for the North Atlantic) to agencja NATO wspierana przez zlokalizowane w krajach członkowskich akceleratory i centra testowe, której celem jest przyspieszanie rozwoju technologii istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa i obronności państw Sojuszu. Łączy ona innowatorów technologicznych z przedstawicielami instytucji wojskowych, zapleczem testowym oraz mentorami z sektora obronnego, przemysłu i uczelni wyższych.
Siedem startupów, sześć miesięcy
W programie realizowanym przez FORT Kraków bierze udział siedem wyselekcjonowanych przez NATO startupów z USA i Europy, pracujących nad zaawansowanymi technologiami (deep tech) o podwójnym zastosowaniu (dual-use). Przez sześć miesięcy zespoły będą korzystać z programów mentoringowych, zaplecza eksperckiego oraz infrastruktury testowej, rozwijając kompetencje techniczne i biznesowe, niezbędne na wszystkich etapach rozwoju produktów i usług – od badań i prototypowania, przez walidację, aż po wdrożenie i skalowanie działalności.
W polskim akceleratorze innowatorzy DIANA rozwijać będą technologie kluczowe dla współczesnego pola walki, w tym autonomiczne rozwiązania wspierające m.in. wykrywanie i przeciwdziałanie bezzałogowym systemom powietrznym (szwedzka firma AegisX), autonomiczną nawigację i planowanie misji dla pojazdów działających w środowiskach pozbawionych sygnału GPS (grecki startup Alpha Autonomy), identyfikację i śledzenie dronów dzięki czujnikom akustycznym i radiowym (brytyjski Arcani Systems), autonomiczny pilotaż dla bezzałogowych systemów, zaprojektowany z myślą o pracy w warunkach utraty sygnału GPS i zakłóceń wojny elektronicznej (duńska spółka Robotto), zintegrowane systemy obrony przed rojami dronów, platformy integrujące różne sensory oraz rozwiązania wspierające identyfikację obiektów w hałaśliwym otoczeniu (firmy ze Stanów Zjednoczonych: mara, Picogrid czy Wave Sciences).
– Innowatorzy, którzy pracują w ramach krakowskiego programu akceleracyjnego, rozwijają rozwiązania odpowiadające na bardzo konkretne potrzeby – od zwiększania bezpieczeństwa operacji wojskowych i wsparcia żołnierzy na linii frontu po ochronę infrastruktury krytycznej. Naszą rolą jako opiekuna programu NATO DIANA w Polsce jest stworzenie im warunków do testowania tych technologii w praktyce, ich weryfikacji oraz przygotowania do dalszego rozwoju w ścisłej współpracy z partnerami międzynarodowymi i potencjalnymi użytkownikami – mówi Bartosz Józefowski, wicedyrektor działu parku technologicznego w Krakowskim Parku Technologicznym.
Sukcesy Polaków w NATO DIANA
Choć akcelerator innowacji obronnych w ramach NATO DIANA uruchomił działalność w Polsce w tym roku, sam program działa już od kilku lat i z powodzeniem wspiera rozwój firm technologicznych z państw członkowskich Sojuszu. W poprzednich edycjach w akceleratorach realizowanych poza granicami naszego kraju uczestniczyły także polskie podmioty, które dziś skutecznie rozwijają i skalują swoje technologie w środowisku międzynarodowym.
Wśród polskich absolwentów NATO DIANA znajdują się m.in. IS-Wireless, Blue Armada Robotics czy Revobeam – twórcy inteligentnych anten do systemów komunikacji bezprzewodowej.
– NATO DIANA to program, który otwiera drzwi do rynku obronnościowego. Proces akceleracji pozwolił nam błyskawicznie zrozumieć procesy w tym obszarze i zdobyć kontakty, na które pracuje się latami. Gdyby nie NATO DIANA, nie prowadzilibyśmy dzisiaj poważnych rozmów z kilkunastoma czołowymi firmami z branży wojskowej i nie bylibyśmy obecni z naszymi antenami i systemem antydronowym na kilku kontynentach – mówi Mateusz Rzymowski, CEO Revobeam.
Przykłady te pokazują, że udział w programie NATO DIANA realnie przekłada się na rozwój i komercjalizację zaawansowanych technologii. Kolejne polskie firmy biorą zresztą udział także w nowym rozdaniu NATO DIANA, w ramach programów akceleracyjnych realizowanych przez inne ośrodki.
– Polski ośrodek jest teraz jednym z 16 akceleratorów tworzonej od 2022 r. sieci. Jego uruchomienie oznacza nie tylko wzmocnienie współpracy międzynarodowej na wschodniej flance NATO w zakresie tworzenia i adopcji nowoczesnych technologii na potrzeby obronności, ale przede wszystkim zmianę roli naszego kraju w ekosystemie innowacji Sojuszu: z uczestnika stajemy się gospodarzem, opiekunem innowatorów i ich relacji ze zrzeszonymi w sieci centrami testowymi. Będzie to także cenna lekcja, w jaki sposób budować ekosystem innowacji dual-use w Polsce i jeszcze intensywniej rozwijać polskie przedsiębiorstwa tej ważnej branży – podsumowuje Izabela Albrycht, pełnomocnik rektora AGH ds. NATO DIANA.
Bumech S.A. podpisał umowę o współpracy z amerykańską spółką United Manufacturing Technologies LLC (UMT). Porozumienie dotyczy pozyskania przez Bumech Defense zdolności wykonawczych w zakresach remontów, serwisu i modernizacji ciężkich pojazdów opancerzonych oraz rozwoju systemów antydronowych pochodzących z USA. Umowa wzmacnia nowy kierunek działalności Bumechu, oparty na silnych kompetencjach przemysłowych spółki.
Umowa o współpracy w sektorze obronnym otwiera drogę do prowadzenia napraw, serwisowania i modernizacji ciężkich pojazdów wojskowych wyprodukowanych w USA. W ramach porozumienia spółka skupia się na pojazdach Stryker, Bradley, M113 oraz MaxxPro. UMT – United Manufacturing Technologies, partner Bumechu, to spółka posiadająca doświadczenie w produkcji pojazdów MRAP oraz systemów przeciwdronowych.
Apetyt na regionalny hub
Jak wyjaśnia Jonasz Drabek, prezes zarządu Bumech S.A., zawarcie umowy z UMT jest kontynuacją strategii, w której spółka wykorzystuje dotychczasowe kompetencje i przenosi je do nowego segmentu rynku. – Mamy unikatowe doświadczenie w budowie ciężkich maszyn i remontach przemysłowych. Synergie pomiędzy branżami sa oczywiste. To kompetencje, które obecnie sa bardzo deficytowe w sektorze zbrojeniowym i zamierzamy to wykorzystać.
Od rozpoczęcia wojny na Ukrainie, na polu walki pojawiły się setki egzemplarzy ciężkiego sprzętu bojowego przekazanego tam przez rząd Stanów Zjednoczonych w ramach wsparcia wschodniego sąsiada Polski.
Ukraina otrzymała pełen wachlarz sprzętu: począwszy od lekkich pojazdów MRAP, wozów wsparcia i bojowych, kończąc na ciężkich systemach artyleryjskich. – Po kilku latach intensywnego użytkowania w warunkach frontowych przekazany sprzęt naturalnie wchodzi w fazę głębokich remontów i modernizacji. Do tego należy dodać znaczącą liczbę sprzętu uszkodzonego w wyniku walk oraz wyłączonego z użytkowania z powodów technicznych – mówi Drabek. – Europejskie bazy remontowe już nie są w stanie sprostać tym potrzebom. Widzimy tu duży potencjał do budowy regionalnego hubu serwisowo–modernizacyjnego – dodaje.
Ale ambicje Bumechu na Ukrainie się nie kończą. W ostatnich dniach USA zaoferowały Polsce przekazanie 250 używanych pojazdów opancerzonych Stryker za symbolicznego dolara za sztukę. Sztab Generalny Wojska Polskiego przygotował pozytywną rekomendację przyjęcia tego sprzętu, ale będzie on wymagał modernizacji. Śląskie zaplecze gotowe do modernizacji może więc być odpowiedzią na największe wyzwanie tej transakcji.
Kontynuacja współpracy
Zakres planowanej współpracy Bumechu z UMT obejmuje dostęp do certyfikowanego personelu technicznego, technologii, dokumentacji oraz części zamiennych. Te elementy są niezbędne przy obsłudze sprzętu pochodzącego z USA. Umowa jest kontynuacją wspólnych działań, które polska spółka podjęła w ubiegłym roku z OTT Technologies, którego właścicielem jest właśnie UMT.
Porozumienie zakłada także powołanie Joint Venture w USA oraz wspólną produkcję systemów antydronowych oraz zdalnie sterowanych systemów uzbrojenia w Polsce i USA. Strony będą wspólnie ubiegać się o zamówienia w Polsce i w Europie, w zakresach programów zbrojeniowych realizowanych przez NATO oraz w ramach Unii Europejskiej.
Zapisy umowy będą realizowane przez spółkę zależną – Bumech Defense. Podmiot ten odpowiada za rozwój projektów obronnych, integrację systemów oraz współpracę z partnerami zagranicznymi w ramach grupy kapitałowej Bumech S.A.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych wskazuje na potrzebę wprowadzenia do polskiego systemu prawnego przepisów, które wprost gwarantowałyby inspektorom ochrony danych (IOD) ochronę przed odwołaniem z powodu wykonywania ich ustawowych zadań. Zdaniem organu nadzorczego brak takich regulacji osłabia jedną z kluczowych gwarancji niezależności IOD przewidzianych w przepisach RODO, jaką jest trwałość podstawy zatrudnienia.
Stanowisko to zostało sformułowane w następstwie orzeczenia wydanego 16 grudnia 2025 r. przez Trybunał EFTA w sprawie E-5/25 Silbernagl. Wnioski z wyroku Prezes UODO Mirosław Wróblewski przedstawił wiceministrowi spraw zagranicznych Ignacy Niemczycki, odpowiadając na prośbę resortu o analizę skutków orzeczenia dla Polski.
Spór przed Trybunałem EFTA
Sprawa, którą rozpoznawał Trybunał EFTA, dotyczyła pytania, czy inspektor ochrony danych może zostać odwołany z przyczyn niezwiązanych z wykonywaniem swoich zadań. Skargę wniósł Rainer Silbernagl, domagając się ustalenia, czy jego stosunek pracy jako IOD w Uniwersytet Liechtensteinu nadal obowiązuje.
Trybunał dokonał wykładni przepisów RODO, podkreślając, że choć rozporządzenie wprowadza zakaz karania i odwoływania IOD za wykonywanie jego zadań, to nie wyklucza przyjęcia przez państwa członkowskie bardziej szczegółowych regulacji krajowych.
Dwie dopuszczalne ścieżki rozwiązania stosunku pracy
Z orzeczenia Trybunału EFTA wynika, że krajowe przepisy mogą przewidywać rozwiązanie stosunku pracy z inspektorem ochrony danych w dwóch sytuacjach:
bez uzasadnionej przyczyny, pod warunkiem że rozwiązanie nie jest związane z wykonywaniem przez IOD jego ustawowych zadań;
z uzasadnionej przyczyny, o ile takie uregulowanie nie zagraża realizacji celów RODO.
Trybunał zaznaczył przy tym, że każdorazowo konieczna jest ocena, czy dana regulacja nie prowadzi do faktycznego ograniczenia niezależności inspektora ochrony danych.
Polska luka regulacyjna
Jak zauważa Prezes UODO, polski porządek prawny – w przeciwieństwie do rozwiązań obowiązujących m.in. w Księstwie Liechtensteinu – nie zawiera przepisów, które wprost odnosiłyby się do zasad odwoływania IOD. Jedyną podstawą ochrony pozostaje art. 38 ust. 3 RODO, zakazujący karania i odwoływania inspektora za wykonywanie jego zadań.
W praktyce przepis ten budzi jednak liczne wątpliwości interpretacyjne, zwłaszcza na gruncie prawa pracy i relacji między pracodawcą a IOD. Brak jasnych regulacji krajowych może prowadzić do sytuacji, w których inspektor, obawiając się utraty zatrudnienia, nie będzie w pełni niezależny w realizacji swoich obowiązków.
Niezależność IOD a cele RODO
Zdaniem Prezesa UODO wprowadzenie doprecyzowanych przepisów do polskiego prawa zwiększyłoby stabilność zatrudnienia inspektorów ochrony danych, a tym samym realnie wzmocniło ich niezależność. Im silniejsza ochrona przed arbitralnym odwołaniem, tym większa szansa, że IOD będzie skutecznie pełnił funkcję strażnika zgodności przetwarzania danych z prawem.
Ma to bezpośrednie znaczenie dla realizacji podstawowego celu RODO, jakim jest zapewnienie wysokiego poziomu ochrony danych osobowych osób fizycznych oraz właściwe funkcjonowanie systemu wyznaczania inspektorów ochrony danych w organizacjach publicznych i prywatnych.
Możliwe kierunki zmian
Analiza skutków wyroku Trybunału EFTA dla Polski otwiera dyskusję na temat ewentualnej nowelizacji przepisów krajowych. W ocenie UODO byłby to krok w stronę większej pewności prawa, zarówno dla inspektorów ochrony danych, jak i dla administratorów oraz podmiotów przetwarzających dane osobowe.
Wprowadzenie jasnych reguł dotyczących odwoływania IOD mogłoby stać się istotnym elementem wzmacniania systemu ochrony danych osobowych w Polsce, zgodnie z duchem i celami unijnego rozporządzenia.
Adamed Pharma podpisał wstępne porozumienie z Sanofi dotyczące przejęcia zakładu produkcyjnego w Riells i Viabrea w Hiszpanii. To kolejny krok w rozwoju międzynarodowym polskiej firmy. Celem transakcji jest zwiększenie mocy produkcji, dywersyfikacja miejsca wytwarzania, wzmocnienie odporności łańcucha dostaw oraz bezpieczeństwa lekowego w Europie.
Harmonogram i warunki transakcji
Formalne zamknięcie transakcji planowane jest na II kwartał 2026 roku. Do tego czasu produkcja będzie prowadzona bez zakłóceń, a proces przejęcia będzie realizowany stopniowo.
Po zakończeniu okresu przejściowego Adamed przejmie operacyjne zarządzanie zakładem. Firma zapowiada utrzymanie obecnego poziomu zatrudnienia oraz dotychczasowych warunków pracy.
– Chcemy budować na tym, co już tam jest: na ludziach, ich wiedzy i doświadczeniu. To solidny zakład, który ma przed sobą przyszłość. To projekt długoterminowy, w który zamierzamy inwestować, by odgrywał istotną rolę w nadchodzących latach – podkreśla dr n. med. Małgorzata Adamkiewicz, Przewodnicząca Rady Nadzorczej i Współwłaścicielka Adamed Pharma.
Zakład w Riells – dalszy rozwój
Zakład w Riells działa od ponad 50 lat i specjalizuje się w produkcji tabletek i kapsułek. Zatrudnia ponad 200 osób i wytwarza około 75 mln opakowań leków rocznie. Produkcja trafia do 77 krajów na świecie, głównie na eksport.
– Zakład Riells odgrywa ważną rolę w dostarczaniu leków pacjentom na całym świecie. Zależy nam na długoterminowej stabilności i rozwoju zakładów produkcyjnych. Jesteśmy przekonani, że pod kierownictwem Adamed zakład utrzyma najwyższe standardy jakości i bezpieczeństwa – powiedziała Marzia Bove, Dyrektor ds. Produkcji i Łańcucha Dostaw w klastrze (General Medicines Sanofi).
Zakład będzie jednym z kluczowych punktów w międzynarodowej sieci produkcyjnej Adamed, skoncentrowanym na wytwarzaniu leków o dużych wolumenach trafiających przede wszystkim na rynki europejskie. Firma zainwestuje w modernizację produkcji, infrastruktury i logistyki oraz dostosowanie jej do obecnych i nowych produktów.
– W dużych, międzynarodowych firmach produkcyjnych standardem jest uniezależnianie się od jednego miejsca wytwarzania. Taka dywersyfikacja daje nam większą elastyczność i niezawodność operacyjną. Hiszpania to dla nas strategiczna lokalizacja, blisko rynków Ameryki Łacińskiej, na których chcemy wzmacniać swoją obecność – podkreśla Paweł Roszczyk, Dyrektor Zarządzający Adamed Pharma.
Decyzja Sanofi
Decyzja dotycząca sprzedaży zakładu w Riells wynika ze strategii koncernu, który chce być globalnym liderem w immunologii i dostosowuje globalną sieć przemysłową do przyszłych potrzeb rozwijanych leków.
Zgodnie z porozumieniem, poza wprowadzeniem do produkcji leków Adamed, przez kilka kolejnych lat w zakładzie w Riells Adamed będzie nadal produkował leki Sanofi. Ma to zapewnić pełną ciągłość dostaw i brak zmian dla pacjentów. Własność produktów oraz ich dystrybucja handlowa pozostaną po stronie Sanofi.
Hiszpania i Polska w centrum rozwoju Adamedu
Adamed jest obecny w Hiszpanii od 2009 roku poprzez spółkę Adamed Laboratorios. Obecnie jest to drugi co do wielkości rynek w Europie pod względem przychodów, charakteryzujący się stabilną perspektywą wzrostu.
Równolegle Adamed inwestuje w Polsce, gdzie posiada dwa zakłady produkcyjne – w Pabianicach i Ksawerowie. Spółka rozbudowuje Centrum Logistyczno-Produkcyjne w Pabianicach, a do 2030 roku planuje przeznaczyć około 300 mln zł m.in. na budowę fabryki leków wziewnych. W ciągu ostatnich 5 lat Adamed zwiększył produkcję leków o 75% – z 2 do 3,5 mld tabletek rocznie. Dzięki przejęciu zakładu w Riells, spółka planuje do 2029 roku podwoić wolumen produkcyjny, do poziomu 7 mld tabletek rocznie.
Międzynarodowa strategia polskiej firmy
Zakład w Riells będzie drugą fabryką zagraniczną w międzynarodowej sieci produkcyjnej Adamedu. Od 2017 roku spółka posiada fabrykę w Wietnamie. Leki polskiej firmy trafiają do pacjentów w ponad 80 krajach na 6 kontynentach.
Cena złota może poszybować ponieważ rynki nie są w stanie nadążyć za zmiennością decyzji D.Trumpa. Inwestorzy z coraz większą determinacją szukają bezpiecznej przystani, a tym bardziej jest nią złoto, skoro dolar jest znów słaby.
Na rynku spot cena złota ustanowiła w styczniu nowy rekord przekraczając 4 800 USD za uncję, natomiast na kontraktach terminowych 21 stycznia cena ta wyniosła aż 4 888 USD, a to oznacza wzrost od początku roku o ponad 11% i bardzo zbliżyła się do 4 900 USD.
– Bardzo mocne wzrosty cen złota są powiązane z potężną niepewnością na rynkach finansowych, działania D.Trumpa powodują, że przyszłość jest ogromnie niepewna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz w XTB. – Trump twierdzi, że chce przejąć Grenlandię, sytuacja jest zagrożeniem dla przyszłości NATO i w tak szczególnej sytuacji złoto stało się jedyną bezpieczną przystanią, bo konflikt pomiędzy USA spowoduje, że ani amerykańskie aktywa, ani europejskie nie będą bezpieczne. Sytuacja rozszerzy się też na Azję, bo inwestorzy będą realizować zyski i wyciągać swój kapitał z rynków, które były postrzegane jako mniej bezpieczne.
Rynki przede wszystkim wyczekują, czy administracja zdecyduje się na zaostrzenie bądź złagodzenie sporu o Grenlandię i czy pojawią się nowe taryfy wobec Europy. Pomimo solidnych fundamentów makroekonomicznych, w krótkim terminie rosnące napięcia geopolityczne przeważają nad pozytywnymi sygnałami gospodarczymi. Trump próbował jednak uspokoić inwestorów, zapewniając, że nie chce użyć nadmiernej siły, by zdobyć Grenlandię i podkreślając, że zależy mu na pokojowym rozwiązaniu sprawy opartej na negocjacjach i dyplomacji.
Nawet takie deklaracje mają jednak ograniczoną moc łagodzenia niepewności, ponieważ inwestorzy pozostają wyczuleni na każdy sygnał mogący wpłynąć na relacje handlowe i międzynarodowe.
– Mieliśmy już prognozy, że złoto w tym roku osiągnie cenę 5 100 USD za uncję, ale w obecnej sytuacji prognozy mniej znanych instytucji czy ekonomistów to już poziom 7 tys. dolarów – dodaje ekspert XTB.
Prawdopodobieństwo eskalacji konfliktu o Grenlandię, z rosnącymi cłami dopóki USA kupią Grenlandię, jest wprawdzie wciąż małe, to przecież D.Trump zaatakował Wenezuelę, grozi Iranowi. Niepewna jest sytuacja w Ukrainie. W USA może dojść do tego, że przed sądem postawiony zostanie prezes Fed, co jeszcze bardziej osłabi dolara. Osłabienie dolara spowoduje wzrost cen surowców, a zwłaszcza metali szlachetnych. Wiele musiałoby się więc zmienić, aby cena złota spadła do znacząco niższych poziomów.
Amerykańska polityka zagraniczna coraz bardziej traktuje handel i gospodarkę jako narzędzia geopolityczne. Groźby taryfowe wobec Europy oraz kontrowersje wokół Grenlandii zwiększają ryzyko w relacjach z kluczowymi partnerami, a w połączeniu z nieprzewidywalnością decyzji administracji prowadzą do wzrostu awersji do ryzyka i nasilonej zmienności na rynkach finansowych.
Każde słowo Trumpa, nawet uspokajające, jest dokładnie analizowane przez inwestorów, ponieważ może przesunąć oczekiwania wobec polityki handlowej i kierunku działań międzynarodowych w nadchodzących miesiącach. Doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że w takich warunkach rynki globalne reagują niemal natychmiastowo, a krótkoterminowe wahania mogą przyćmić fundamenty makroekonomiczne.
Warto też zwrócić uwagę na słabnącego jena, który był jeszcze niedawno postrzegany jako bezpieczna przystań. W Japonii oprocentowanie obligacji 40-letnich przekroczyło 4% i jest najwyższe w historii.
– Cena złota na poziomie 7 tys. dolarów wydaje się niebywale wysoka, ale należy pamiętać, że jesteśmy dopiero po jednym roku prezydentury D.Trumpa i jaka jest skala chaosu na rynkach finansowych – podsumowuje dyr. M.Stajniak z XTB. – A przed nami jeszcze trzy lata jego prezydentury i prognoza 7 000 USD za uncję może okazać się konserwatywną.
Automatyzacja i sztuczna inteligencja przekształcają role finansowe, ograniczając potrzebę tworzenia nowych etatów, wzmacniając jednocześnie popyt na kompetencje analityczne. Oczekiwania wobec specjalistów dodatkowo podnoszą coraz bardziej złożone wymogi regulacyjne. Jak wynika z raportu „Wynagrodzenia i trendy w przedsiębiorstwach” Grafton Recruitment, w 2026 roku kluczowe będą umiejętności łączenia ekspertyzy finansowej z technologią.
Zapotrzebowanie na role w finansach, audycie, podatkach
W 2025 roku firmy podejmowały decyzje rekrutacyjne ostrożniej niż w poprzednich latach. Popyt na pracowników w obszarze finansów pozostawał stabilny – wskaźnik zapotrzebowania wyniósł 0,73 i był zbliżony do 2024 roku, choć nadal utrzymywał się poniżej średniej dla wszystkich stanowisk. Niższe wartości odnotowano w działach podatków (0,57) i audytu (0,47), wynika z raportu „Wynagrodzenia i trendy w przedsiębiorstwach” Grafton Recruitment.
– Postępująca automatyzacja procesów zmienia strukturę zapotrzebowania na określone role i kompetencje, działy finansowe i księgowości firm nie są tu wyjątkiem. Technologia przejmuje część zadań operacyjnych, ograniczając potrzebę tworzenia nowych etatów, z drugiej strony wzmacnia popyt na konkretne umiejętności, np. pracy z danymi. W efekcie w minionym roku firmy rekrutowały bardziej selektywnie, kładąc nacisk na jakość kompetencji – wyjaśnia Dagmara Jaworecka, Regional Division Manager.
W ubiegłym roku największe zapotrzebowanie dotyczyło samodzielnych i głównych księgowych. Jednocześnie coraz większe znaczenie zyskiwały stanowiska o profilu analitycznym, takie jak analityk finansowy, kontroler czy specjalista ds. kosztów. Firmy rekrutowały także ekspertów zajmujących się zagadnieniami regulacyjnymi, compliance oraz zarządzaniem ryzykiem, a na wyższym szczeblu – dyrektorów finansowych i CFO.
Jakie umiejętności w cenie?
Technologia stopniowo przekształca tradycyjne procesy w bardziej analityczne, a rutynowe zadania są wspierane przez rozwiązania oparte na AI i automatyzacji. W działach finansowych, podatków i audycie kluczowa staje się więc umiejętność pracy z danymi, narzędziami cyfrowymi i systemami automatyzującymi raportowanie. Jednocześnie coraz bardziej złożone wymogi legislacyjne, w tym rosnąca rola raportowania ESG, tworzą zapotrzebowanie na specjalistów łączących kompetencje z zakresu finansów, regulacji i zrównoważonego rozwoju.
– Działy finansowe są dziś realnym partnerem biznesu. To przesunięcie roli wymaga nowych kompetencji, szerszego rozumienia kontekstu biznesowego i umiejętności łączenia danych finansowych z celami operacyjnymi. Oczekiwania wobec zespołów obejmują aktywne wspieranie zarządów w podejmowaniu decyzji, analizę scenariuszową, ocenę ryzyk czy interpretację zmian regulacyjnych pod kątem ich wpływu na strategię firmy. W praktyce oznacza to konieczność budowania bardziej interdyscyplinarnych zespołów – podkreśla Dagmara Jaworecka, Regional Division Manager.
Jak kształtują się stawki w działach finansowych?
Jak wynika z raportu „Wynagrodzenia i trendy w przedsiębiorstwach” Grafton Recruitment, poziomy wynagrodzeń są zróżnicowane zarówno w zależności od stanowiska, jak i lokalizacji przedsiębiorstwa. W Warszawie miesięczne wynagrodzenia CFO sięgają nawet 65 000 zł, podczas gdy w Trójmieście i Krakowie górna granica dochodzi do 60 000 zł. Nieco niższe, choć nadal wysokie, są wynagrodzenia dyrektorów finansowych. W Krakowie i Warszawie ich maksymalne pensje wynoszą 45 000 zł, natomiast we Wrocławiu oraz Trójmieście stawki kształtują się w przedziale 28 000-40 000 zł.
Z kolei stawki dla Głównych Księgowych są obecnie zbliżone w całej Polsce, a różnice regionalne wynikają głównie z wielkości organizacji oraz znajomości języków obcych, zwłaszcza angielskiego. W Poznaniu, Trójmieście oraz Wrocławiu poziom płac dla tego stanowiska mieści się w przedziale od 15 000 do 25 000 zł, w Łodzi wręcz do 26 000. Wśród ról specjalistycznych istotne miejsce zajmują analitycy finansowi – w dużych aglomeracjach, takich jak Katowice i Kraków, ich płace mieszczą się w przedziale 10 000–16 000 zł.
Na uwagę zasługują również poziomy wynagrodzeń w działach podatkowym oraz audytu. Najlepiej opłacani są menedżerowie ds. podatków w Warszawie, ich pensje sięgają 35 000 zł, w Krakowie, Poznaniu i Trójmieście są nieco niższe i dochodzą do 30 000 zł. Wynagrodzenia doradców podatkowych we Wrocławiu oraz w Trójmieście zaczynają się od 12 000 zł i osiągają maksymalny poziom 20 000 zł. W działach audytu na wysokie stawki mogą liczyć kierownicy projektów audytowych w Warszawie, gdyż wynagrodzenia mieszczą się tam w przedziale 20 000-30 000 zł. Na drugim biegunie znajdują się natomiast młodsi audytorzy, których płace są znacznie niższe, ale relatywnie wyrównane między miastami. Na przykład w Krakowie i Katowicach stawki zaczynają się od około 7 000–8 000 zł i dochodzą do 10 000 zł.
Podwyżki wynagrodzeń – najwyższe dla księgowych
Najwyższe średnie podwyżki pensji rok do roku otrzymali księgowi, aż 13,7%. Wyraźne wzrosty objęły także starszych księgowych (8,5%) oraz samodzielnych księgowych (5,8%). W przypadku głównych księgowych dynamika zmian była znacznie mniejsza i wyniosła 4,6%. Na szczeblach zarządczych podwyżki były bardziej umiarkowane – dyrektorzy finansowi odnotowali wzrost na poziomie 6,3%, natomiast CFO / członków zarządu 3,9%.
W działach audytu kierownicy projektów audytowych mogli liczyć na podwyżkę pensji na poziomie 8%, natomiast młodsi audytorzy – 9%. W działach podatkowych wzrosty wynagrodzeń również nie były jednolite. Np. menedżerowie ds. podatków odnotowali średni wzrost o 7,3%, natomiast w przypadku doradców podatkowych było to 13%.
Kierunki zmian w działach finansowych w 2026 roku
Wzrost gospodarczy w Polsce, szacowany na 3,5–3,7% PKB, będzie sprzyjał stabilnemu rozwojowi sektora finansowego w 2026 roku. Prognozy wskazują, że popyt na role finansowo-księgowe w przedsiębiorstwach powinien utrzymać się na zbliżonym poziomie do ubiegłorocznego, co oznacza, iż nadal będzie niższy niż ogólna liczba ogłoszeń na rynku pracy.
– Zgodnie z przewidywaniami stanowiska o charakterze operacyjnym będą w coraz większym stopniu wspierane automatyzacją, co może przełożyć się na rosnącą konkurencję wśród kandydatów. Najlepsze perspektywy rozwoju będą dotyczyć analityków finansowych, kontrolerów, specjalistów ds. ryzyka i raportowania oraz osób łączących kompetencje finansowe z technologicznymi – wyjaśnia Dagmara Jaworecka, Regional Division Manager Grafton Recruitment.
Spodziewany jest stopniowy wzrost wynagrodzeń, a wraz z postępującymi zmianami technologicznymi – jeszcze większe znaczenie nowoczesnych kompetencji. Kluczową przewagą stanie się umiejętność łączenia wiedzy finansowej z analityką i technologią.
O raporcie: Raport Grafton Recruitment został opracowany na podstawie danych ogłoszeniowych oraz badania ilościowego przeprowadzonego wśród pracowników. Analiza objęła 4 975 256 ogłoszeń o pracę pochodzących z jednego z popularnych serwisów rekrutacyjnych w Polsce. Z tego zbioru wyodrębniono 1 414 836 ofert dotyczących sektora prywatnego. Po procesie deduplikacji, mającym na celu usunięcie powtarzających się rekordów, końcowa liczba unikalnych ogłoszeń wyniosła 637 793. Do badania włączono stanowiska ujęte w siatkach wynagrodzeń Grafton Recruitment.
ok 2025 upłynął na rynku mieszkaniowym bez programowych impulsów, przy rekordowej ofercie i wciąż wysokich stopach procentowych. Mimo to deweloperzy rozpoczęli budowę niemal 130 tys. mieszkań, potwierdzając, że sektor potrafi funkcjonować w warunkach rynkowej równowagi, a nie krótkotrwałych bodźców popytowych. Główny Urząd Statystyczny udostępnił grudniowe dane dotyczące budownictwa mieszkaniowego, tym samym dając nam pełen obraz tego, jak kształtował się rynek w 2025 roku.
Rozpoczęte budowy
Deweloperzy rozpoczęli w 2025 roku budowę niemal 130 tys. mieszkań (129 714). Zważywszy, że wynik ten został osiągnięty w czasie, gdy oferta dostępnych mieszkań jest najwyższa w historii, a stopa procentowa NBP wciąż znacznie przewyższa tę z okresu boomu z lat 2016-2021, co mogłoby przecież skłaniać inwestorów do większej ostrożności, miniony rok należy uznać za relatywnie udany.
Fakt, że w porównaniu do 2024 roku odnotowany został 15% spadek nowych inwestycji jest w tym wypadku mylący. W 2024 roku, szczególnie w jego pierwszej połowie, starty nowych inwestycji były bowiem napędzane ożywieniem popytu na skutek funkcjonowania BK2% i jak się później okazało płonną wiarą w zapewnienia o przedłużeniu programu. Tymczasem, rezultat ostatnich 12 miesięcy został osiągnięty w sposób organiczny, bez zewnętrznych impulsów – komentuje dane GUS Patryk Kozierkiewicz, radca prawny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
Pomimo wyzwań sektora związanego z poziomem oferty, przyjęta strategia uruchamiania nowych projektów może zostać zweryfikowana pozytywnie. O prawdopodobieństwie takiego scenariusza świadczą niedawne obniżki stóp i wzmożony popyt, który obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach 2025 roku. Nabywcy wracają do biur sprzedaży, a liczba sprzedanych mieszkań w 7 największych miastach była w ostatnim kwartale 2025 najwyższa od czasu analogicznego okresu 2023, czyli szczytu obowiązywania BK2% (za Otodom Analytics).
Tak wysoki poziom będzie trudny do utrzymania w skali całego przyszłego roku, ale na pewno jest to pozytywny prognostyk dla rynku. Przewidujemy, że na koniec 2026 roku liczba nowo wprowadzonych inwestycji będzie oscylowała wokół podobnego poziomu, tj. 125-130 tys. mieszkań. Równoważyć będą się w tym przypadku wymienione wyżej siły, z jednej strony zwiększonego popytu, z drugiej zaś wysokiej oferty i nieobserwowanej od lat liczby niesprzedanych gotowych mieszkań – dodaje ekspert PZFD.
Pozwolenia na budowę
W minionym roku inwestorzy otrzymali zgodę na realizację 171 493 mieszkań, co stanowi spadek o 16% względem 2024 roku.
– Lekkie schłodzenie wydaje się w tym przypadku naturalne. Nasycenia ofertą i spadek tempa sprzedaży mogły ograniczyć potencjalną aktywność w zakresie przygotowania przyszłych inwestycji. Część inwestorów skupiała się bowiem w większym stopniu na sprzedaży istniejących projektów, co ograniczało przestrzeń na długofalowe planowanie nowych inwestycji. Zjawisko to mogło dotykać w dużej mierze mniejszych deweloperów, działających poza głównymi rynkami i realizujących pojedyncze projekty jeden po drugim. Choć nadpodaż obserwowana jest również w większych metropoliach, takich jak Łódź czy Katowice – twierdzi Patryk Kozierkiewicz.
Pozytywna końcówka minionego roku i poprawiające się warunki makroekonomiczne, a także nadchodzące zmiany prawne powinny skłaniać deweloperów do większej aktywności w 2026 roku.
Pozwolenia na użytkowanie
Po dwóch latach spadków liczby mieszkań oddawanych do użytkowania deweloperzy zamknęli 2025 rok rezultatem 134 tys. ukończonych lokali, co stanowi 8% wzrost r/r. Zważywszy na czas trwania budowy, liczba mieszkań oddawanych do użytku jest wypadkową inwestycji, których budowa rozpoczęła się ok. 18-24 miesięcy wcześniej.
– Jako że 2024 rok był dla branży niezwykle dobry pod względem uruchomionych budów, obecny rok powinien zakończyć się jeszcze lepszym wynikiem, oscylującym zapewne wokół 140 tys. oddanych mieszkań. To z kolei zbliżyłoby nas do rekordowych poziomów z lat 2020-2022 – podsumowuje ekspert PZFD.
Zebrane przez Biuro Informacji Kredytowej dane z ostatnich miesięcy pokazują wzrost wartości zapytań o kredyty mieszkaniowe, jak i liczby osób występujących o takie finansowanie. Równolegle rośnie średnia kwota wnioskowanego kredytu. Jak podkreśla ekspert SonarHome.pl, daje to spójny obraz zwiększonej aktywności po stronie kredytobiorców.
Na początku stycznia br. opublikowany został BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe, którego dane pokazują realny wzrost popytu na kredyty mieszkaniowe. W grudniu 2025 r. wartość zapytań wzrosła o 41,3% rok do roku, a średnia wartość wnioskowanego kredytu wyniosła 487,77 tys. zł i była o 9,7% wyższa niż rok wcześniej. W porównaniu z grudniem 2024 r. większa była także liczba osób składających wnioski – niemal 33,5 tys. wobec 26 tys. rok wcześniej, co oznacza wzrost o 28,8% r/r, przy jednoczesnym spadku liczby wnioskodawców o 9,6% w ujęciu miesiąc do miesiąca.
– Obserwowany wzrost popytu jest zbieżny z poprawą zdolności kredytowej, wynikającą z cyklu obniżek stóp procentowych w 2025 roku oraz z poziomem cen nieruchomości. BIK zwraca uwagę na wpływ obniżek stóp, a także wskazuje wzrost wynagrodzeń jako czynnik wspierający dostępność kredytu – wskazuje Anton Bubiel, ekspert rynku mieszkaniowego w SonarHome.pl.
Warto przy tym uwzględnić dodatkowy element – według szacunków BIK około 18% obecnego popytu może stanowić refinansowanie już istniejących kredytów, wynikające z polepszenia warunków finansowania. Chodzi o sytuację, w której kredytobiorcy zaciągnęli kredyt na mniej korzystnych warunkach, a obecnie – mając lepszą ofertę – chcą przenieść go do innego banku. Jednocześnie, nawet przy uwzględnieniu refinansowań, należy zakładać, że znaczna część zapytań i nowych kredytów dotyczy jednak zakupu nieruchomości.
Co kryje przyszłość?
– Wzrost aktywności kredytowej może przekładać się na rynek nieruchomości poprzez uwolnienie skumulowanego popytu. Kredytem mogą być zainteresowane osoby, które w poprzednich dwóch latach wstrzymywały się z decyzją zakupową, czekając na rządowe programy wsparcia. Nowymi klientami banków mogą stać się także gospodarstwa domowe, które przy wysokich stopach procentowych nie dysponowały wystarczającą zdolnością kredytową, aby sfinansować zakup nieruchomości – mówi ekspert SonarHome.pl, platformy umożliwiającej znalezienie agenta i wycenę mieszkania.
Jednocześnie kupujący funkcjonują obecnie w warunkach dużej podaży i szerokiego wyboru nieruchomości. Przekłada się to na dogodne warunki negocjacyjne, ponieważ u wielu sprzedających można zaobserwować efekt zmęczenia i skłonność do akceptacji niższych cen. Z drugiej strony kupujący mają świadomość, że zdolność kredytowa się zwiększa i coraz więcej osób może zaktywizować się w poszukiwaniu i kupowaniu mieszkań.
W kolejnych kwartałach będzie można zaobserwować efekt skokowy, związany z dynamiczną falą obniżek, która materializuje się w postaci wyższej zdolności kredytowej oraz faktycznych poszukiwań i realizacji potrzeb zakupowych. Jeżeli cykl obniżek nie będzie kontynuowany i stopy pozostaną na obecnym poziomie, możliwe jest stopniowe wypłaszczenie popytu, a następnie powrót do bardziej znormalizowanego poziomu aktywności.
Jednocześnie można rozważać scenariusz, w którym stopy referencyjne nadal będą spadać, potencjalnie nawet do poziomu 3,5%. – W takim wariancie podwyższony poziom zapytań i popytu na kredyty może utrzymać się również w 2026 roku. Skutkowałoby to relatywnie szybszym „czyszczeniem” dużej podaży mieszkań z rynku oraz stanowiłoby sygnał dla sprzedających, aby utrzymywać lub testować wyższe poziomy cenowe. Natomiast w scenariuszu stopniowej normalizacji możliwe jest utrzymanie obecnego poziomu cen transakcyjnych – bez znaczącej presji na obniżki, ale również bez argumentów za wprowadzeniem podwyżek – podsumowuje Anton Bubiel.
Warszawski rynek biurowy zakończył 2025 rok w bardzo dobrej kondycji. Rekordowo wysoki popyt, przy jednocześnie ograniczonej nowej podaży, przełożył się na dalszy spadek poziomu pustostanów oraz stabilizację stawek czynszowych. Łączny wolumen transakcji najmu w całym 2025 roku wyniósł 794 000 m kw., co oznacza wzrost o 7% rok do roku, a wskaźnik pustostanów obniżył się do 9,1% – najniższego poziomu od ponad pięciu lat.
„Końcówka 2025 roku była bezprecedensowa pod względem aktywności najemców. Sam IV kwartał przyniósł niemal 310 000 m kw. wynajętej powierzchni, co było najwyższym kwartalnym wynikiem w historii warszawskiego rynku biurowego i pokazuje, że decyzje odkładane w poprzednich okresach znalazły swoje finalizacje właśnie pod koniec roku”,– komentuje Michał Kusy, analityk w dziale badań rynku w Knight Frank.
Rekordowo niska nowa podaż i koncentracja inwestycji w centrum
Na koniec 2025 roku całkowite zasoby biurowe w Warszawie osiągnęły 6,23 mln m kw. Aktywność deweloperska pozostawała na historycznie niskim poziomie. Od początku roku oddano do użytku jedynie 89 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej, co było najniższym wynikiem od ponad dwóch dekad. Największym ukończonym projektem był biurowiec The Bridge (47 000 m kw.), zrealizowany przez Ghelamco.
W budowie pozostaje obecnie 189 000 m kw. powierzchni biurowej, z czego aż 90% zlokalizowane jest w centralnych strefach miasta. Ponad połowa realizowanych projektów ma zostać oddana do użytku w 2026 roku, co wskazuje, że w najbliższych latach nowa podaż pozostanie ograniczona.
Renegocjacje dominują, a zielone budynki zyskują na znaczeniu
Struktura popytu w 2025 roku wyraźnie pokazuje ostrożność najemców i ich koncentrację na optymalizacji kosztów. Renegocjacje odpowiadały za rekordowe 51% całkowitego wolumenu najmu, podczas gdy udział nowych umów spadł do 40%. Jednocześnie rynek konsekwentnie zmierza w stronę zrównoważonego rozwoju – 67% warszawskich zasobów posiada zielone certyfikaty, a aż 73% powierzchni wynajętej w 2025 roku przypadło na budynki certyfikowane.
„Najemcy coraz częściej łączą decyzje kosztowe z wymaganiami ESG. Najniższy poziom pustostanów obserwujemy w najnowszych, certyfikowanych budynkach, co potwierdza rosnące znaczenie jakości, efektywności energetycznej i lokalizacji”,– dodaje Piotr Kalisz, dyrektor działu reprezentacji najemcy w Knight Frank.
Spadek pustostanów i stabilne czynsze
Na koniec IV kwartału 2025 roku wskaźnik pustostanów w Warszawie wyniósł 9,1%. W strefach centralnych spadł do 6,1%, natomiast poza centrum do 11,6%. Najniższy poziom niewynajętej powierzchni odnotowano w budynkach oddanych do użytku po 2020 roku, gdzie wskaźnik wyniósł jedynie 3,9%.
Stawki czynszów wywoławczych pozostały stabilne. W centralnych lokalizacjach mieściły się najczęściej w przedziale 18–32 EUR/m kw./miesiąc, natomiast poza centrum 12–18 EUR/m kw./miesiąc. Stabilne pozostawały również opłaty eksploatacyjne.
Scanway podpisał umowę o współpracy z klientem z rynku amerykańskiego na dostawę nowej klasy instrumentów optycznych do budowanej przez partnera konstelacji satelitarnej. Umowa przewiduje ponadto uzgodniony podział zysków z tytułu możliwej komercjalizacji danych rejestrowanych przez teleskop Spółki w modelu Data-as-a-Service (DaaS). Wg szacunków Spółki, wartość umowy może sięgnąć ok. 4,3 mln USD (ok. 15,5 mln PLN wg kursu NBP na dzień 22 stycznia) i dotyczy płatności za dostarczenie pierwszego instrumentu optycznego, którego planowane dostarczenie do klienta nastąpi w okresie 24 miesięcy od operacyjnego rozpoczęcia projektu. Zawarta dzisiaj umowa ma charakter strategiczny – istotnie wpływa na poziom backlogu (portfela zamówień), jak również perspektywy rozwojowe i finansowe polskiej Spółki.
Scanway po raz pierwszy opracuje nowej klasy teleskop integrujący w sobie kilka kamer pracujących w różnych zakresach fal, który zostanie wykorzystany w budowanej konstelacji satelitarnej do obserwacji Ziemi
Wynagrodzenie należne Spółce wypłacane będzie w transzach, po akceptacji określonych kamieni milowych projektu, dodatkowo Spółka spodziewa się wpływu środków z tytułu komercjalizacji danych generowanych przez jej instrument optyczny, co umożliwi budowę stabilnych i powtarzalnych strumieni przychodów
Nowy partner to doświadczony podmiot z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, specjalizujący się w projektowaniu i realizacji dużych misji kosmicznych, w tym operacji satelitarnych prowadzonych na rzecz odbiorców komercyjnych
– Zawarta dzisiaj umowa o współpracy z klientem z USA stanowi podstawę do realizacji kolejnych działań i zadań operacyjnych po stronie Spółki, których wykonanie będzie skutkować uruchamianiem poszczególnych transz płatności. To kolejna umowa o charakterze konstelacyjnym i traktujemy ją jako początek długofalowej współpracy. Po raz pierwszy zrealizujemy projekt teleskopu integrującego kilka kamer pracujących w różnych zakresach spektralnych. Pozyskanie nowych kompetencji technologicznych umożliwi nam wejście na nowe rynki, dalszy rozwój portfolio produktowego oraz wzmocnienie współpracy z podmiotami sektora kosmicznego w Stanach Zjednoczonych – mówi Mikołaj Podgórski, COO Scanway S.A. – Dostarczone przez nas instrumenty zostaną wykorzystane w budowanej przez partnera konstelacji satelitarnej do obserwacji Ziemi, opartej na większej liczbie mniejszych jednostek. Takie podejście stanowi kwintesencję New Space – podsumowuje.
Podpisana umowa obejmuje również założenie komercjalizacji danych rejestrowanych przez teleskop Scanway, który zostanie wykorzystany w ramach budowanej konstelacji satelitarnej. Dane te będą udostępniane międzynarodowym klientom w modelu Data-as-a-Service (DaaS) w oparciu o ustalony podział zysków, gdzie Spółce przysługuje procentowy zysk już od pierwszej skomercjalizowanej paczki danych. Zgodnie z praktyką rynkową, model ten zakłada udostępnianie klientom strumieni danych satelitarnych w formule subskrypcyjnej lub w oparciu o długoterminowe kontrakty bez konieczności ponoszenia przez nich kosztów budowy i utrzymania własnej infrastruktury satelitarnej. Finansowanie kolejnych instrumentów optycznych planowane jest poprzez współfinansowanie z Partnerem w oparciu m.in. o środki pieniężne generowane z modelu DaaS.
– Z perspektywy Scanway S.A. model Data-as-a-Service (DaaS) posiada potencjał do generowania stabilnych i powtarzalnych strumieni przychodów, które długoterminowo mogą przewyższyć wartość całego satelity. Rosnące zapotrzebowanie na dane satelitarne sprawia, że model DaaS będzie naturalnym kierunkiem monetyzacji usług w globalnym ekosystemie New Space, wzmacniając segment downstream jako najbardziej dochodową część sektora kosmicznego. Cieszy mnie, że stopniowo budujemy w nim swoją pozycję, dołączając do kontraktu na przetwarzanie danych księżycowych dla ESA kolejny projekt z potencjałem do generowania przychodów ze sprzedaży danych rejestrowanych instrumentem optycznym Scanway – tłumaczy Jędrzej Kowalewski, Prezes Zarządu Scanway S.A. – Zawarta dzisiaj umowa bezpośrednio wpisuje się w realizację „Strategii Scanway S.A. na lata 2026–2028”, w szczególności poprzez wzmocnienie oraz komercjalizację kompetencji Spółki w zakresie budowy pełnego łańcucha danych optycznych, tzw. APAP – od akwizycji, przez przetwarzanie i analitykę, aż po predykcję zdarzeń na ich podstawie. W mojej ocenie podpisany dzisiaj kontrakt ma istotne znaczenie dla perspektyw finansowych i rozwojowych Spółki – podsumowuje.
Szczegółowe informacje dotyczące liczby dostarczonych instrumentów optycznych, ich parametrów technicznych, nazwy klienta oraz planów rozwoju całej konstelacji objęte są tajemnicą handlową i stanowią informacje poufne. Partner Spółki jest podmiotem z sektora kosmicznego z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, specjalizującym się w technologiach satelitarnych, w tym w projektowaniu i wytwarzaniu podzespołów oraz kompletnych satelitów. Dysponuje doświadczonym zespołem zarządzającym i inżynierskim, posiadającym wieloletnie kompetencje w zakresie projektowania, integracji, testów oraz realizacji operacji satelitarnych, zarówno na rzecz klientów komercyjnych, jak i instytucji rządowych.
Scanway S.A. od lat aktywnie wspiera rozwój ekonomii kosmicznej i obecnie jest wiodącym eksporterem technologii kosmicznych w Polsce. Spółka realizuje projekty konstelacyjne dla globalnych klientów, w tym m.in. dla Nara Space z Korei Południowej o wartości 2,7 mln EUR, Marble Imaging z Niemiec o wartości 3,2 mln EUR oraz klienta z Azji o wartości 9,0 mln EUR (wszystkie realizowane projekty mają potencjał do rozszerzania). Spółka posiada również kompetencje w zakresie projektowania instrumentów optycznych przeznaczonych do misji w daleki kosmos, w tym na Księżyc. Jako pierwsza krajowa firma dostarczy instrument optyczny do komercyjnej misji lunarnej. Ponadto stworzy europejski system przetwarzania danych satelitarnych z Księżyca i może połączyć Europę z amerykańskim programem księżycowym Artemis, obecnie największym i najbardziej zaawansowanym na świecie.
Strategicznym, długofalowym dążeniem Scanway S.A. jest wejście do światowej czołówki największych komercyjnych integratorów ładunków optycznych. Kluczowym celem do końca 2028 roku jest osiągnięcie pozycji jednego z największych integratorów ładunków optycznych w Europie.
Pasażerowie linii lotniczych KLM podróżujący na trasach europejskich zyskują nową możliwość. Od dziś, tj. 22 stycznia 2026 r., przewoźnik udostępnia bezpłatny dostęp do internetu na pokładach swoich samolotów. Usługa jest już aktywna w połowie europejskiej floty, w tym na wybranych rejsach z i do Polski.
Decyzja o wprowadzeniu darmowej łączności jest odpowiedzią na potrzeby klientów, dla których dostęp do sieci podczas lotu stał się jednym z kluczowych oczekiwań. Dzięki nowej funkcjonalności pasażerowie mogą na własnych urządzeniach mobilnych (smartfonach, tabletach czy laptopach) nie tylko sprawdzać pocztę i przeglądać media społecznościowe, ale także korzystać z usług wymagających szerszego pasma, takich jak streaming filmów i muzyki czy gry online.
Jeden warunek: Flying Blue
Dostęp do pokładowego Wi-Fi jest całkowicie darmowy, jednak wymaga spełnienia jednego warunku technicznego. Aby połączyć się z siecią, pasażer musi zalogować się do programu lojalnościowego Flying Blue. Osoby, które nie posiadają jeszcze konta, mogą dokonać szybkiej rejestracji w trakcie lotu, co natychmiast odblokowuje dostęp do usługi.
Rozwiązanie to ma na celu poprawę komfortu podróży na trasach krótkiego i średniego zasięgu. Europejska flota wąskokadłubowa KLM nie posiada wbudowanych systemów rozrywki (ekranów w fotelach). Udostępnienie szybkiego internetu pozwala pasażerom na zorganizowanie sobie czasu w powietrzu według własnych preferencji, korzystając z prywatnych urządzeń.
– Uważnie wsłuchujemy się w prośby i potrzeby naszych pasażerów, a bezpłatny dostęp do internetu od dawna znajdował się na ich liście życzeń. Dzięki wprowadzonej dziś usłudze podróże KLM-em po Europie mogą być teraz przyjemniejsze, a każdy podróżny może spędzić czas tak jak lubi, pozostając w kontakcie – mówi Stephanie Putzeist, odpowiedzialna za doświadczenie klienta w KLM.
Rok 2026 nie będzie ani rynkiem pracownika, ani rynkiem pracodawcy. Będzie rynkiem kompetencji – realnych, mierzalnych i precyzyjnie dopasowanych do faktycznych potrzeb organizacji. Po okresie dynamicznych, często reaktywnych rekrutacji firmy przechodzą w fazę większej selektywności i ostrożności decyzyjnej. Coraz rzadziej mówimy przy tym o powstawaniu zupełnie nowych zawodów, a znacznie częściej o ewolucji istniejących ról, których zakres odpowiedzialności i wymagania kompetencyjne ulegają istotnemu pogłębieniu.
Z makroekonomicznego punktu widzenia polski rynek pracy pozostaje stabilny. Niski poziom bezrobocia utrzymuje się mimo spadku liczby ofert pracy, co nie świadczy o osłabieniu rynku, lecz o zmianie podejścia do zatrudniania. Procesy rekrutacyjne wydłużają się, a decyzje coraz częściej poprzedza dokładna analiza kompetencji, doświadczenia i potencjału rozwojowego kandydatów, szczególnie na poziomie specjalistycznym i menedżerskim. Rynek będzie premiował pogłębione specjalizacje, m.in. w obszarach ESG, zaawansowanej analityki danych i programowania, cyberbezpieczeństwa oraz tzw. zielonych kompetencji, ściśle związanych z transformacją energetyczną i rosnącymi wymaganiami regulacyjnymi.
Na ten obraz nakłada się technologia. Narzędzia oparte na AI stały się standardem wspierającym selekcję kandydatów i organizację procesów rekrutacyjnych. W 2026 roku nie będą już jednak źródłem przewagi konkurencyjnej, lecz elementem infrastruktury HR. O wartości procesów decydować będzie jakość i trafność decyzji rekrutacyjnych, a nie sama skala automatyzacji.
Zmiany na rynku pracy nie zmniejszą zapotrzebowania na pracowników zagranicznych. W sektorach takich jak produkcja, logistyka czy przemysł ich obecność pozostanie kluczowa, jednak procesy legalizacji pracy będą coraz bardziej złożone i czasochłonne. W 2026 roku firmy będą więc funkcjonować w warunkach strukturalnej potrzeby zatrudniania cudzoziemców przy jednoczesnym wzroście barier formalnych, co bezpośrednio wpłynie na tempo i organizację rekrutacji.
Równolegle zmieniają się oczekiwania pracowników. Wynagrodzenie pozostaje kluczowe, jednak coraz większe znaczenie mają przewidywalność, transparentność oraz stabilność warunków zatrudnienia. Kandydaci są dziś bardziej świadomi i selektywni, a oferty pracy poddawane są znacznie dokładniejszej ocenie niż jeszcze kilka lat temu.
Najnowsza edycja THE World University Rankings by Subject 2026 przynosi kolejne potwierdzenie rosnącej pozycji polskich uczelni na arenie międzynarodowej. W tegorocznej edycji rankingu znalazły się w sumie aż 42 polskie uczelnie. W wielu dyscyplinach nie tylko utrzymały swoje miejsca, ale też wyraźnie awansowały o wyższych przedziałów rankingowych.
Notowane w rankingu polskie uczelnie reprezentują szerokie spektrum dyscyplin, zgrupowanych w 11 głównych obszarach naukowych. Są to: sztuka i nauki humanistyczne, biznes i ekonomia, informatyka, edukacja, kierunki inżynierskie, prawo, nauki przyrodnicze, medycyna i zdrowie, ale też nauki ścisłe, psychologia i nauki społeczne.
Wyniki THE World University Rankings by Subject 2026 wskazują na systematyczne umacnianie pozycji polskich uczelni.
Silna reprezentacja polskich uczelni
Biorąc pod uwagę wszystkie główne obszary naukowe, w rankingu zostały sklasyfikowane aż 42 polskie uczelnie – część z nich bardzo wysoko. Przykładowo: w obszarze prawo Uniwersytet Jagielloński uplasował się na pozycji 126-150. Z kolei w obszarze sztuka i nauki humanistyczne prym wśród polskich uczelni wiedzie Uniwersytet Warszawski z lokatą 151-175. W gronie liderów na tle światowej konkurencji znalazł się również Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, któremu w obszarze edukacja została przypisana pozycja 251-300.
Sztuka i nauki humanistyczne
Ranking Arts and Humanities 2026 obejmuje szerokie spektrum dyscyplin, w tym: języki, literaturę i językoznawstwo; historię; filozofię; teologię; architekturę; archeologię; a także sztuki wizualne, sztuki performatywne oraz projektowanie (design).
Spośród polskich uczelni najlepiej w tym zestawieniu wypadły: Uniwersytet Warszawski (151-175), Uniwersytet Jagielloński (251-300) i Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (301-400).
Biznes i ekonomia
Ranking Business and Economics 2026 ocenia wyniki uczelni w trzech kluczowych dyscyplinach: biznesie i zarządzaniu; rachunkowości i finansach; oraz ekonomii i ekonometrii.
W tym zestawieniu spośród polskich uczelni najwyższe lokaty zajęły: Uniwersytet Śląski (401-500) i Uniwersytet Jagielloński (501-600).
Computer science
Ranking Computer Science 2026 ocenia z kolei doskonałość uczelni w obszarach, takich jak: tworzenie i inżynieria oprogramowania; sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe; a także cyberbezpieczeństwo i sieci komputerowe, a także w innych pokrewnych zagadnieniach.
Tu zdecydowanym liderem spośród polskich uczelni jest Uniwersytet Warszawski (301-400).
Edukacja
Ranking Education Studies 2026 ocenia zaś wyniki uczelni w trzech kluczowych dyscyplinach: badaniach nad edukacją, kształceniu nauczycieli oraz akademickich studiach nad edukacją.
W tym zestawieniu najlepiej spośród polskich uczelni wypadł Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu z pozycją 251-300.
Kierunki inżynieryjne
Ranking Engineering 2026 ocenia uczelnie pod kątem pięciu podstawowych dyscyplin inżynieryjnych: ogólnej inżynierii, inżynierii elektrycznej i elektronicznej, inżynierii mechanicznej i lotniczej, inżynierii lądowej oraz inżynierii chemicznej.
W tym zestawieniu polskimi liderami są: Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie i Politechnika Gdańska (obie uczelnie w przedziale 601-800).
Prawo
Ranking Law 2026 ocenia natomiast doskonałość uczelni w obszarach, takich jak: prawo konstytucyjne i administracyjne; prawo międzynarodowe; prawo handlowe i korporacyjne; prawo karne i wymiar sprawiedliwości; a także teoria prawa i jurysprudencja, a także w innych pokrewnych zagadnieniach.
W tym przypadku zdecydowanym liderem jest Uniwersytet Jagielloński z lokatą 126-150. Wysokie miejsca zajęły również: Uniwersytet Warszawski (176-200) oraz Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytet Gdański, Uniwersytet Łódzki, Uniwersytet Śląski oraz Uniwersytet Wrocławski (te zajęły noty z przedziału 301-400).
Nauki przyrodnicze
Ranking Life Sciences 2026 zaś to klasyfikacja uczelni w czterech kluczowych dyscyplinach: naukach weterynaryjnych, naukach biologicznych (w tym biologii i biochemii), rolnictwie i leśnictwie oraz naukach o sporcie.
Spośród polskich uczelni najlepiej w tym zestawieniu wypadły Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski (501-600).
Medycyna i zdrowie
Ranking Medical and Health 2026 stawia sobie za cel ocenę uczelni w obszarze medycyny, stomatologii, pielęgniarstwa oraz innych dyscyplin związanych z ochroną zdrowia.
W tym zestawieniu spośród polskich uczelni najwyższe lokaty zajął Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu (401-500).
Nauki ścisłe
Ranking Physical Sciences 2026 ocenia z kolei uczelnie w kilku kluczowych dyscyplinach: fizyce, chemii, matematyce, statystyce, astronomii, geologii oraz naukach o środowisku, naukach o Ziemi i naukach morskich.
W tym zestawieniu spośród polskich uczelni najwyżej uplasował się Uniwersytet Warszawski (401-500).
Psychologia
Ranking Psychology 2026 ocenia uczelnie w kilku węższych dyscyplinach: psychologii klinicznej, psychologii edukacyjnej, psychologii sportu, psychologii biznesu oraz psychologii zwierząt.
Spośród polskich uczelni w tym zestawieniu na podium znalazły się: Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Wrocławski (251-300), Uniwersytet Jagielloński (301-400) oraz Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytet SWPS (401-500).
Nauki społeczne
Ranking Social Sciences 2026 obejmuje szerokie spektrum dyscyplin, w tym: nauki o komunikacji i mediach, nauki polityczne i studia międzynarodowe (w tym studia nad rozwojem), socjologię, geografię oraz antropologię.
W tym przypadku liderami wśród polskich uczelni są: Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski (501-600).
Trwały trend wzrostowy dla polskich uczelni
– Tegoroczne wyniki rankingu jasno wskazują, że polskie uczelnie nie są już jedynie sporadycznymi uczestnikami globalnych rankingów, lecz coraz częściej budują stabilną i rozpoznawalną obecność, opartą na jakości badań, umiędzynarodowieniu oraz konsekwentnym rozwoju instytucjonalnym – mówi prof. Bogumiła Kaniewska, przewodnicząca KRASP.
THE World University Rankings by Subject 2026 po raz kolejny wskazuje, że obrany przez polskie uczelnie kierunek wzmacniania pozycji polskiej nauki na świecie przynosi wymierne efekty.
Co to za ranking?
THE World University Rankings by Subject 2026 umożliwiają porównanie uczelni z całego świata w ramach różnych dysycyplin. Są opracowywane w oparciu o tę samą kompleksową i sprawdzoną metodologię, która stosowana jest w THE World University Rankings. Co istotne, wagi poszczególnych wskaźników są każdorazowo dostosowywane do specyfiki danej dyscypliny, co pozwala na rzetelne odzwierciedlenie jej priorytetów, sprawiedliwą ocenę mocnych stron instytucji oraz dostarczenie pogłębionych, adekwatnych do danej dziedziny wniosków porównawczych.
Prezydent Donald Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone nie wprowadzą ceł na towary z krajów europejskich, które sprzeciwiały się jego planom przejęcia Grenlandii. Decyzję uzasadnił zawarciem „ram przyszłego porozumienia” dotyczącego wyspy, nie ujawniając jednak szczegółowych zapisów ani zakresu uzgodnień. Zapowiedź ta stanowi wyraźny zwrot w dotychczasowej narracji, ponieważ wcześniej Trump groził Europie wprowadzeniem ceł w wysokości 10% od 1 lutego oraz 25% od 1 czerwca, traktując je jako narzędzie presji politycznej.
Informacja została przekazana po spotkaniu Trumpa z sekretarzem generalnym NATO – Mark Rutte – które odbyło się na marginesie World Economic Forum w Davos. Rozmowy koncentrowały się na kwestiach bezpieczeństwa, w szczególności ochronie regionu Arktyki, obronie przeciwrakietowej, w tym koncepcji systemu „Golden Dome”, oraz ograniczaniu wpływów Rosji i Chin w tym strategicznym obszarze. NATO potwierdziło, że negocjacje pomiędzy USA, Danią i Grenlandią będą kontynuowane, z naciskiem na wzmocnienie wspólnego bezpieczeństwa.
Decyzja Trumpa spotkała się z pozytywną reakcją rynków finansowych. Amerykańskie giełdy zanotowały wzrosty, rentowności obligacji 5-letnich USA spadły poniżej 3,83%, zaś 10-letnich poniżej 4,25%. EURUSD zszedł poniżej 1,1700, co można odebrać jako sygnał deeskalacji napięć handlowych i politycznych z Europą. Jednocześnie Dania konsekwentnie odrzuca możliwość negocjowania kwestii suwerenności nad półautonomiczną Grenlandią. Premier Mette Frederiksen zadeklarowała gotowość rozmów o bezpieczeństwie, inwestycjach i współpracy gospodarczej, podkreślając jednak, że suwerenność kraju nie podlega negocjacjom.
Sam Trump mówi o „długoterminowym, wręcz nieskończonym porozumieniu”, unikając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy oznacza ono przejęcie Grenlandii przez USA. Według doniesień medialnych ramy porozumienia mogą zakładać poszanowanie suwerenności Danii przy jednoczesnym zwiększeniu roli Stanów Zjednoczonych w architekturze bezpieczeństwa Arktyki. W efekcie czasowe wycofanie się z ceł uspokoiło rynki i złagodziło napięcia transatlantyckie, jednak brak jasnych i wiążących szczegółów sprawia, że spór wokół Grenlandii nie został definitywnie rozwiązany, a relacje USA z europejskimi sojusznikami pozostają kruche.
Sztuczna inteligencja w ciągu ostatnich 2 lat stała się jednym z najważniejszych motorów cyfrowej transformacji – i jednocześnie jednym z największych źródeł nowych zagrożeń. Najnowszy raport Palo Alto Networks pokazuje, że organizacje na całym świecie zmagają się dziś z bezprecedensową skalą ataków wymierzonych w środowiska chmurowe oraz systemy oparte na AI. Według analiz dzienny wolumen cyberataków wzrósł z 2,3 do blisko 9 milionów, a włamanie, które kiedyś zajmowało tygodnie, przy wsparciu narzędzi sztucznej inteligencji może dziś nastąpić w mniej niż pół godziny.
Eksperci Palo Alto Networks w raporcie „State of Cloud Security 2025”, opartym na badaniu ponad 2,8 tys. specjalistów IT i cyberbezpieczeństwa, podkreślają, że chmura stała się „kręgosłupem” współczesnych firm. To tam działają najważniejsze aplikacje, systemy finansowe, usługi dla klientów i coraz większa liczba rozwiązań AI. Jednocześnie są też jednym z głównych celów atakujących, ponieważ łączą szybkie zmiany, dużą złożoność i krytyczne znaczenie dla działania firm.
Ataki na systemy AI dotyczą niemal wszystkich firm
Z raportu wynika, że aż 99% organizacji doświadczyło w ostatnim roku co najmniej jednego ataku wymierzonego w systemy AI. Cyberprzestępcy celują nie tylko w same modele, lecz przede wszystkim w infrastrukturę, usługi i dane, z których te systemy korzystają. Najczęściej wykorzystywane wektory obejmują kradzież danych, przejmowanie uprawnień oraz manipulację sposobem, w jaki systemy AI komunikują się z otoczeniem.
Sama sztuczna inteligencja staje się jednocześnie źródłem nowych podatności. Aż 99% firm wykorzystuje GenAI do tworzenia oprogramowania, co przyspiesza prace, ale zwiększa liczbę błędnych konfiguracji i podatności. Jak pokazuje analiza zespołu ds. zagrożeń Unit 42, takie działania – określane jako tzw. „vibe coding” – sprawiają, że podatności są wbudowywane w aplikacje już na etapie ich powstawania[1]. Kod generowany przez modele AI koncentruje się przede wszystkim na funkcjonalności, często pomijając podstawowe mechanizmy ochrony, takie jak uwierzytelnianie, kontrola uprawnień czy separacja środowisk, co zwiększa skalę i złożoność późniejszych incydentów. Połowa organizacji wdraża nowy kod co tydzień lub częściej, podczas gdy jedynie 18% jest w stanie naprawiać błędy w podobnym tempie. W efekcie szybko rośnie „zadłużenie bezpieczeństwa”, na którym opiera się wiele współczesnych ataków.
– Obserwujemy, że większość organizacji dopuszcza dziś korzystanie z narzędzi generatywnej AI do tworzenia kodu, często dlatego, że nie wprowadzono żadnych technicznych ograniczeń ich użycia. Jednocześnie tylko nieliczne firmy przeprowadziły formalną ocenę ryzyka związaną z tymi narzędziami lub monitorują, w jaki sposób generowany kod, dane wejściowe i wyjściowe wpływają na bezpieczeństwo systemów. Dlatego kluczowe staje się przywrócenie podstawowych zasad bezpieczeństwa już na etapie tworzenia oprogramowania – w tym kontroli uprawnień, ograniczenia autonomii narzędzi AI oraz obowiązkowego udziału człowieka w przeglądzie i wdrażaniu zmian – mówi Wojciech Gołębiowski, wiceprezes i dyrektor zarządzający Palo Alto Networks w Europie Środkowo-Wschodniej.
Badanie „State of Cloud Security 2025” pokazuje również gwałtowny wzrost złożoności środowisk chmurowych. Przeciętna organizacja korzysta dziś z 6 dostawców chmury i aż 17 narzędzi bezpieczeństwa. Aż 60% respondentów wskazuje rozproszone środowiska chmurowe jako główne źródło ryzyka, a blisko połowa firm identyfikuje i klasyfikuje dane w chmurze… ręcznie, co znacząco zwiększa prawdopodobieństwo błędu.
Na znaczeniu zyskują także ataki na interfejsy API – według danych Palo Alto Networks to najszybciej rosnący wektor zagrożeń, których liczba wzrosła o 41% rok do roku. Równolegle rośnie liczba incydentów wykorzystujących nadmierne uprawnienia i słabości w zarządzaniu tożsamościami.
Firmy szybko wykrywają incydenty – ale wolno je zamykają
Z raportu wynika również, że choć 74% organizacji potrafi wykryć i zatrzymać incydent w ciągu 24 godzin, to jego pełne zamknięcie często zajmuje znacznie więcej czasu – w co trzeciej firmie ponad dzień, a w 9% przypadków od tygodnia do miesiąca. To skutek przede wszystkim braku jednego modelu działania i fragmentacji narzędzi. Według danych Palo Alto Networks aż 70% rzeczywistych incydentów bezpieczeństwa obejmuje jednocześnie 3 lub więcej powierzchni ataku, takich jak chmura, aplikacje, API czy tożsamość, co czyni podejście silosowe nieskutecznym. Ponad 50% analityków bezpieczeństwa deklaruje, że połowę czasu pracy poświęca na ręczne łączenie rozproszonych danych i alertów, co znacznie wydłuża czas reakcji. Dlatego aż 89% firm deklaruje potrzebę połączenia ochrony chmury i operacji bezpieczeństwa w jeden zintegrowany model obejmujący analizę ryzyka, wykrywanie i reagowanie.
– Podział na osobne zespoły od aplikacji, chmury i operacji bezpieczeństwa przestaje mieć sens. Ataki nie respektują wewnętrznych struktur firm. Przechodzą przez wiele warstw jednocześnie. Dlatego organizacje na świecie i coraz częściej w Polsce dochodzą do tego samego wniosku – bezpieczeństwo musi być zintegrowane, zarządzane centralnie i oparte na pełnej widoczności, a nie na wielu odrębnych narzędziach – dodaje Wojciech Gołębiowski.
Jednocześnie polskie przedsiębiorstwa funkcjonują w wyjątkowo wymagającym środowisku – szybka transformacja technologiczna, nowe regulacje (jak NIS2), wdrażanie KSeF i szczególnie wysoka intensywność cyberataków powodują, że bezpieczeństwo przestaje być jedynie kwestią techniczną. Staje się fundamentem odporności operacyjnej.
Aby utrzymać ciągłość działania, organizacje będą musiały postawić na bezpieczeństwo działające w czasie rzeczywistym, centralne zarządzanie ryzykiem w chmurze, automatyzację reakcji na incydenty oraz pełną widoczność w całej infrastrukturze. Przewagę w 2026 roku osiągną te firmy, które zbudują odporność szybciej, niż rośnie ich złożoność.
Ponad 70% średnich i dużych firm w Polsce podejmuje działania mające na celu spełnienie wymogów unijnego Aktu o sztucznej inteligencji (AI Act) – wynika z trzeciej edycji badania EY „Jak polskie firmy wdrażają AI”. Oznacza to wzrost o 13 pkt proc. w przeciągu roku. Jednocześnie 32% przedsiębiorstw wskazało kwestie związane z compliance jako barierę utrudniającą wdrożenie AI w ich organizacji.
W sierpniu 2024 r. wszedł w życie AI Act. Jego celem jest wyznaczenie standardów w zakresie bezpiecznego i zgodnego z prawem wykorzystania sztucznej inteligencji. Wdrożenie rozporządzenia zostało rozłożone na kilka etapów. Zgodnie z pierwotnymi założeniami, od sierpnia 2026 roku zaczną być stosowane m.in. przepisy dotyczące systemów wysokiego ryzyka. Rok później, przewidziany jest ostatni etap wdrożeniowy dotyczący systemów objętych istniejącymi przepisami UE o bezpieczeństwie produktów. Obecnie na poziomie unijnym trwają prace nad przesunięciem harmonogramu wejścia w życie powyższych przepisów. Jeżeli proponowane zmiany w ramach pakietu Omnibus zostaną przyjęte, terminy stosowania kolejnych grup regulacji ulegną odpowiedniej modyfikacji.
– W ramach AI Act organizacje powinny podjąć konkretne kroki, w tym dokonać przeglądu stosowanych rozwiązań AI oraz przeprowadzić ich klasyfikację, wprowadzić system zarządzania jakością oraz odpowiednie polityki i procedury w zakresie m.in. zarządzania ryzykiem i etyką AI. Konieczne będzie także dokonanie oceny zarządzania ryzykiem oraz wdrożenie mechanizmów nadzoru i kontroli nad systemami AI w organizacji – mówi Justyna Wilczyńska-Baraniak, Partnerka EY, Lider Zespołu Prawa Własności Intelektualnej, Technologii, Danych Osobowych w Kancelarii EY Law.
Badanie EY pokazało, że 31% firm rozpoczęło proces wdrożenia AI Act, a 40% jest w jego trakcie. Oznacza to, że ponad 70% organizacji nad Wisłą pracuje nad dostosowaniem się do nowych regulacji. W ostatnim roku odsetek firm, które już rozpoczęły wdrożenia, wzrósł z 29% do 31%, a będących w trakcie prac z 29% do 40%, co łącznie stanowi zmianę o 13 pkt proc. rok do roku. Jednocześnie zmalała grupa organizacji, które na razie mają to tylko w planach (z 17% do 8%). Warto również zwrócić uwagę na fakt, że niezmienny – 16% – pozostał odsetek organizacji, które podjęły próbę wdrożenia, które podjęły próbę wdrożenia, ale wstrzymały prace.
Ponad 1/3 przedsiębiorstw (34%) oceniła, że pełne dostosowanie się do AI Act będzie pracochłonne i wymusi zmiany zarówno w procesach wewnętrznych, jak i biznesowych. Dla 23% będzie to na tyle trudne zadanie, że sięgną po zewnętrznych ekspertów. Jedynie 3% firm wskazuje, że AI Act ich nie dotyczy.
– Widać, że AI Act stał się częścią szerszej transformacji technologicznej w polskich organizacjach, a także impulsem dla organizacji do uporządkowania kluczowych obszarów związanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Największa grupa badanych podmiotów podjęła kroki dostosowawcze mierząc się ze złożonością wymagań stawianych przez AI Act. Wstrzymanie prac przez pozostałe organizacje może wynikać z trudności w interpretacji regulacji lub ograniczeń organizacyjnych – dodaje Justyna Wilczyńska-Baraniak.
Zgodność z przepisami
Ponad połowa badanych organizacji wdrażała AI przede wszystkim w obszarze IT. Najrzadziej wprowadzano AI do działu compliance i obszarów prawno-proceduralnych, takie działania podjęło tylko 8% polskich firm, o 3 p.p. więcej niż rok wcześniej. Wskazuje to na potrzebę większej dojrzałości prawnej i procesowej przedsiębiorstw oraz przyspieszenia procesów w tym obszarze.
Ograniczenia i niepewność regulacyjna znalazły się na trzecim miejscu największych barier utrudniających wdrożenie AI – po kwestiach związanych z obawami o bezpieczeństwo i trudnościami technologicznymi. Wskazała je prawie 1/3 respondentów (32%). Niezależnie od AI Act, do modeli sztucznej inteligencji stosuje się także inne przepisy, m.in. RODO lub NIS2.
– Efektywne zapewnienie zgodności w obszarze AI to skomplikowany proces, który wymaga świadomości złożonego otoczenia regulacyjnego, specyfiki samej organizacji oraz charakterystyki sektora, w którym organizacja operuje. To punkt wyjścia pozwalający postawić właściwą diagnozę i określić strategię efektywnego oraz kompleksowego wdrożenia obowiązków z AI Act. Efektem całego procesu powinno być wdrożenie ram zarządzania AI w organizacji, czyli AI Governance – podsumowuje Justyna Wilczyńska-Baraniak, Partnerka EY, Lider Zespołu Prawa Własności Intelektualnej, Technologii, Danych Osobowych w Kancelarii EY Law.
O badaniu
Badanie – Jak polskie firmy wdrażają AI – zrealizował na zlecenie EY przez CubeResearch. Respondentami było 499 polskich firm: 45% z sektora produkcji, 33% z sektora usług, 22% z handlu. 56% przedsiębiorstw to firmy średniej wielkości, 44% duże. Trzecia edycja została przeprowadzona w ostatnim kwartale 2025 roku.
W grudniu 2025 roku przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 8,6 proc. rok do roku. To wynik wyraźnie lepszy od oczekiwań rynkowych, które zakładały wzrost na poziomie około 6,9 proc. Średnia płaca brutto w firmach zatrudniających co najmniej 10 osób – z wyłączeniem sektora publicznego, czyli m.in. administracji, edukacji czy ochrony zdrowia – sięgnęła 9 583 zł.
Tak silna dynamika płac jest szczególnie istotna w kontekście sytuacji inflacyjnej. Pod koniec 2025 roku inflacja konsumencka spadła do 2,4 proc. w ujęciu rocznym, a więc znalazła się w celu inflacyjnym Narodowego Banku Polskiego. Mimo to Rada Polityki Pieniężnej zwraca uwagę, że presja płacowa pozostaje jednym z kluczowych czynników ryzyka dla przyszłej inflacji – obok wysokiego deficytu budżetowego.
Rynek finansowy pozostaje jednak spokojny. Inwestorzy nadal zakładają, że w najbliższych miesiącach dojdzie do dwóch kolejnych obniżek stóp procentowych, co mogłoby sprowadzić główną stopę NBP do poziomu około 3,5 proc. jeszcze w pierwszej połowie bieżącego roku. To pokazuje, że rynek bardziej wierzy w trwałe wygasanie inflacji niż w scenariusz jej szybkiego powrotu.
Uspokojenie emocji na rynkach powoduje, że inwestorzy nie uciekają od ryzyka do złota tylko szukają walut rozwijających się, np. złotego. Kakao jest najtańsze od 2 lat, a funt brytyjski znów łapie zadyszkę.
Złoty czeka na dobre dane
Wczoraj byliśmy świadkami dość silnego umocnienia złotego. Kurs EURPLN umocnił się o ponad 1 grosz i cena wspólnej europejskiej waluty znów spadła poniżej poziomu 4,22 zł. Dolar w miarę stabilnie kotłował się w przedziale 3,60-3,61 zł. Amerykańska waluta zyskiwała wczoraj względem euro, co spowodowało względną stabilność względem naszego pieniądza. Wczoraj mieliśmy również przecenę franka, a zyskiwały także inne waluty naszego regionu, takie jak forint i korona, ale nie tak silnie jak w przypadku PLN. Co powodowało moc złotego? Z jednej strony to oczekiwanie na dzisiejszy duży pakiet danych z Polski. Z drugiej strony na rynkach doszło do częściowego wytłumienia emocji. W rezultacie kapitał znów przechodzi z aktywów uważanych za bezpieczniejsze (takich jak wspomniany powyżej frank czy złoto) do tych dających potencjalnie lepsze stopy zwrotu (takich jak złoty).
Nie wszystkie informacje ze świata są złe
Obserwując surowce, najczęściej patrzymy na ropę czy metale szlachetne. Często pomijamy surowce konsumpcyjne, mimo że – choć może nie dotyczą naszych portfeli tak bardzo jak ropa – to często znacznie bardziej niż złoto czy srebro. Wczoraj kakao osiągnęło najniższe ceny od stycznia 2024 roku. Czy skończy to szalone ceny czekolad na sklepowych półkach? Nie wiadomo, trzeba jednak pamiętać, że są ku temu dobre warunki. W ciągu roku tona kakao staniała o imponujące 60%. Analitycy wskazują, że duża część wcześniejszych wzrostów wynikała ze spekulacji w obliczu niewystarczających dostaw towaru. Wraz z napływem nowych plonów na rynek cena zaczęła się normalizować. Trzeba jednak pamiętać, że ta „normalizacja” to i tak poziomy niewidziane nigdy w historii przed 2024 rokiem. Surowiec ten nadal ma swoje problemy i niewykluczone, że nie wróci już do poziomów sprzed 2024 r.
Słaby początek dnia dla funta
Wczoraj poznaliśmy dane na temat zmian cen w Wielkiej Brytanii. Inflacja konsumencka znów rośnie. Po dwóch miesiącach spadków mamy, zgodnie z oczekiwaniami, odbicie w górę. Problem w tym, że jest ono wyższe od oczekiwań o dodatkowe 0,1%. W rezultacie ceny rosną w Wielkiej Brytanii w skali roku o 3,4%, to aż 1% powyżej poziomów w Polsce. Warto jednak zwrócić uwagę, że inflacja bazowa w Wielkiej Brytanii wynosi 3,2% i pozostała stabilna względem listopada. Stabilnie zachowują się też ceny producentów, te jednak rosną również o 3,4%. Jak to często bywa w takich sytuacjach, wraca dyskusja co dalej ze stopami procentowymi. W Wielkiej Brytanii mieliśmy w grudniu obniżkę do 3,75%. Przy inflacji 3,4% rynek boi się, że będzie ona rosła dalej, jeżeli miałoby dojść do kolejnych cięć. W rezultacie oddalających się cięć wczoraj do końca dnia funt wyraźnie umacniał się względem euro.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – finalne dane o PKB,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
16:00 – USA – zaległe dane o dochodach i wydatkach Amerykanów za wrzesień i październik.
Z opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup „Barometr Talentów” wynika, że 28% osób nie wierzy w dobre intencje swojego przełożonego, a 53% codziennie odczuwa silny stres. O odejściu z pracy myśli 39%, a ponad połowa jest przekonana, że w ciągu 6 miesięcy znajdzie nową, spełniającą oczekiwania. Więcej o nastrojach polskich pracowników, ich wierze w możliwości na rynku pracy, w swoje kompetencje oraz o tym, czy udaje im się utrzymać równowagę między pracą a życiem prywatnym w poniższej analizie.
ManpowerGroup przeanalizował 12 czynników składających się na dobre samopoczucie pracowników, ich pewność zawodową i satysfakcję z pracy. Zgodnie z raportem, niemal co czwarty badany (23%) uważa, że pracodawca nie wspiera go w osiąganiu work-life balance, podczas gdy 70% pozytywnie ocenia ten aspekt. Częściej ten problem zgłaszają kobiety (25%) niż mężczyźni (21%), a także przedstawiciele pokolenia X (25%) i Z (24%). Rzadziej deklarują go Boomersi (17%) i Millenialsi (22%). Wśród pracowników stacjonarnych brak wsparcia w zakresie work-life balance odczuwa 32% badanych, natomiast w przypadku pracujących zdalnie problem ten dotyczy 15%, a hybrydowo 18%.
Jak zaznacza Luiza Luranc, dyrektor sprzedaży w ManpowerGroup, praca stacjonarna w wielu organizacjach nadal opiera się na sztywnych godzinach, ważna jest fizyczna obecność w firmie, a to ogranicza realną możliwość godzenia życia zawodowego i prywatnego. – Model zdalny i hybrydowy przenosi część odpowiedzialności za czas pracy na pracownika, co poprawia subiektywną ocenę równowagi, nawet jeśli obciążenie zadaniowe pozostaje wysokie. Z kolei różnice płciowe wynikają z nierównomiernego podziału obowiązków domowych. Kobiety częściej odczuwają presję łączenia pracy i życia prywatnego. Pokolenia X i Z mają wysokie oczekiwania wobec wsparcia i granic pracy, a Boomersi i część Millenialsów lepiej oceniają balans, co wynika z doświadczenia zawodowego i większej sprawczości w organizacji – dodaje ekspertka.
Wyższy stres w pracy zdalnej
Codzienny stres to doświadczenie większości pracowników, odczuwa go już ponad połowa badanych (53%), podczas gdy 40% deklaruje, że ten problem ich nie dotyczy. Bardziej narażone są kobiety (54%) niż mężczyźni (53%), a także przedstawiciele pokolenia Z (63%) i wyższej kadry zarządzającej (61%). Poniżej średniej są Boomersi (42%) i osoby z Pokolenia X (52%). Co ciekawe najbardziej zestresowani są pracujący zdalnie, gdzie aż 61% mówi o tym problemie, natomiast wśród osób pracujących stacjonarnie ten odsetek wynosi 47%.
Praca stacjonarna osłabia zaufanie do szefów
Wyzwaniem dla pracowników i firm może być stosunkowo niski poziom zaufania do przełożonych, o którym mówi 28% badanych, podczas gdy 65% deklaruje zaufanie. Z większym kryzysem zaufania mierzą się kobiety (35%) niż mężczyźni (21%), a także przedstawiciele pokolenia X (32%), częściej niż Zetki (16%), Boomersi (22%) i Millenialsi (28%). Najbardziej wyraźna linia podziału przebiega jednak między modelami pracy. Wśród osób pracujących stacjonarnie, które nie mają wpływu na miejsce wykonywania pracy lub praca zdalna w ich przypadku nie jest możliwa, brak zaufania do szefów deklaruje 38% badanych. To ponad dwukrotnie więcej niż wśród pracujących zdalnie (16%) lub hybrydowo (16%).
– Osoby, które nie mogą decydować o miejscu i czasie wykonywania zadań, czują się bardziej zależne od decyzji przełożonych. To przekłada się na poczucie bezsilności i niedostatecznego wsparcia. Dodatkowo kobiety częściej doświadczają kumulacji obowiązków zawodowych i domowych, co w połączeniu z brakiem elastyczności zwiększa frustrację i kryzys zaufania. Pokolenie X natomiast mierzy się z presją równoczesnego zarządzania odpowiedzialnymi rolami zawodowymi i rodzinnymi. W modelach zdalnych i hybrydowych autonomia i elastyczność pozwalają na lepsze dopasowanie pracy do życia prywatnego, co wzmacnia relacje z liderami i zaufanie. Z drugiej strony tak wysokie poziomy stresu w pracy zdalnej nie są przypadkowe. Brak fizycznej separacji między pracą a domem zwiększa presję i poczucie nieustannej dostępności. Pokolenie Z dopiero buduje odporność zawodową i mechanizmy radzenia sobie ze stresem. Wyższa kadra zarządzająca doświadcza stresu z powodu odpowiedzialności za wyniki zespołów w zmiennym, niepewnym środowisku pracy. Z kolei spadek napięcia wśród starszych pokoleń wynika z doświadczenia i wypracowanych strategii radzenia sobie z trudnymi sytuacjami – dodaje ekspertka ManpowerGroup.
Kto najbardziej boi się utraty pracy?
Polskich pracowników coraz częściej niepokoi perspektywa utraty pracy, to zmartwienie 33% ankietowanych. Największe obawy mają pracownicy zdalni, gdzie 55% martwi się o redukcje etatów, podczas gdy wśród pracowników stacjonarnych ten odsetek wynosi 31%. Większe obawy wyrażają także mężczyźni (35%) niż kobiety (32%), a także Zetki (40%) i Millenialsi (37%), podczas gdy X (26%) i Boomersi (31%) wykazują mniejszy niepokój.
Zdalni i młodsze pokolenia wierzą w swoje możliwości na rynku pracy
Polscy pracownicy wierzą w swoje możliwości na rynku pracy. Okazuje się, że 64% jest przekonanych, że w ciągu 6 miesięcy znajdzie nową pracę spełniającą ich oczekiwania. Największymi optymistami są pracownicy zdalni (72%) i hybrydowi (67%), zdecydowanie mniej w swoje możliwości wierzą pracujący stacjonarnie (57%). Także mężczyźni (68%) są większymi optymistami niż kobiety (60%). Wśród pokoleń największą pewność wykazują Millenialsi (73%) i Zetki (69%), podczas gdy Boomersi i przedstawiciele pokolenia X są bardziej ostrożni (po 53%).
– Millenialsi i przedstawiciele pokolenia Z szybciej aktualizują kompetencje i częściej testują rynek pracy, co daje im realną orientację w wymaganiach i poziomach wynagrodzeń. To wzmacnia poczucie sprawczości, zmiana pracy nie jest dla nich ryzykiem, lecz narzędziem aktywnego zarządzania karierą i wyraźnie odróżnia ich od starszych pokoleń, które częściej postrzegają rynek przez pryzmat stabilności i ciągłości zatrudnienia – mówi Luiza Luranc i dodaje – Jednocześnie wyższy poziom lęku wśród pracowników zdalnych wynika nie z braku kompetencji, lecz z mniejszej widoczności w organizacji i ograniczonego dostępu do nieformalnych informacji decyzyjnych. Młodsze pokolenia są przyzwyczajone do niestabilności i traktują zmianę pracy jako naturalny etap kariery, nie jako porażkę. Starsze generacje, mimo mniejszego optymizmu co do szybkiego znalezienia nowej pracy, rzadziej deklarują lęk, ponieważ opierają swoje poczucie bezpieczeństwa na doświadczeniu, stażu i relacjach wewnątrz organizacji – podsumowuje przedstawicielka ManpowerGroup.
Boom inwestycyjny w sektorze energetycznym, który nabiera tempa w Polsce, ma szansę dać mocny impuls rozwojowy całej krajowej gospodarce, uważają ekspertki Baker McKenzie. Na transformacji energetycznej szczególnie mogą zyskać branże budownicza i produkcyjna. Konieczne są jednak zmiany poprawiające stabilność i przewidywalność regulacyjną państwa w obszarze biznesu.
Zdaniem ekspertek Baker McKenzie bezprecedensowa akumulacja inwestycji systemowych w sektorze energetycznym, jak również w przemyśle, obronności i infrastrukturze jest ogromną szansą rozwojową dla Polski. Jednocześnie będzie ona sprawdzianem sprawności działania państwa.
– Polska może stać się hubem bezpieczeństwa energetycznego i bezpieczną przystanią dla globalnego biznesu – uważa Agnieszka Skorupińska, partnerka kierująca praktyką zrównoważonego rozwoju i transformacji energetycznej w warszawskim biurze Baker McKenzie. – Na chwilę obecną liczne zmiany przepisów odstraszają inwestorów i utrudniają życie przedsiębiorców. To jest dzisiaj polska racja stanu, aby organy legislacyjne działały sprawnie i ponad podziałami.
W pierwszych trzech kwartałach 2025 roku polskie grupy energetyczne zainwestowały łącznie ponad 19 mld PLN, jak wynika z raportów Grupy PGE, Tauron, Enea i Energa. Strategie na kolejne 10 lat zakładają kolejne inwestycje sięgające setek miliardów złotych związane głównie z transformacją energetyczną w tym odnawialnymi źródłami energii, gazem, atomem oraz magazynami energii. Inwestycje związane z energetyką planuje też przemysł – biznes poszukuje efektywnych, niskoemisyjnych rozwiązań inwestując w fotowoltaikę i inne metody wytwarzania energii.
– Transformacja energetyczna to szansa na poprawę warunków energetycznych w Polsce, które mogą stać się atutem w oczach inwestorów zagranicznych w wyborze Polski jako lokalizacji dla inwestycji w branży produkcyjnej czy centrów danych – uważa Agnieszka Skorupińska. – W obu tych obszarach inwestorzy zmagają się z ograniczeniami na rynkach zachodnich, co stanowi szansę dla Europy Środkowo-Wschodniej.
Dzięki inwestycjom w transformację energetyczną rozwijać się mogą liczne sektory, w tym branża budowlana. Popyt na jej usługi wygeneruje sama budowa pierwszej elektrowni jądrowej oraz inwestycje towarzyszące. Przyjęty w czerwcu 2023 roku program rządowy przewiduje wydatki na inwestycje towarzyszące rzędu 4,7 mld PLN. Realizacja przewidziana jest na lata 2023-29 i zakłada budowę między innymi dwóch odcinków linii kolejowej, drogi krajowej, konstrukcji morskiej (tzw. MOLF) oraz stacji 400 kV będącej kluczowym elementem sieci przesyłowej.
Ekspertki Baker McKenzie zwracają uwagę, że dobrze wykorzystana transformacja energetyczna pozwoli zbudować kompetencje krajowej kadry i przedsiębiorstw. Wraz z rozwojem polskiego przemysłu jądrowego, lokalny sektor będzie mógł konkurować na światowych rynkach.
Ekspertki podkreślają, że kraje, z którymi Polska konkuruje o inwestycje zagraniczne, nie wygrywały niższymi stawkami podatku, ale większą pewnością i stabilnością regulacyjną, krótszym procesem inwestycyjnym, większą otwartością urzędów widoczną w polityce tak zwanego jednego okienka, centralizacją procesu wydawania zgód czy choćby tworzeniem internetowych stron informacyjnych w wariantach innych niż wyłącznie język lokalny.
– Polska jest na inwestycyjnym zakręcie: tania, wykwalifikowana siła robocza nie jest już atutem naszego kraju, a jednocześnie nie zbudowaliśmy przewagi w kategorii innowacji i zaawansowanych technologii – mówi Weronika Achramowicz, partner zarządzająca Baker McKenzie w Polsce, współkierująca praktyką transakcyjną. – Dodatkowo, nasze położenie geopolityczne, które do niedawna stanowiło przewagę konkurencyjną, zmieniło się w oczach inwestorów zagranicznych na ryzyko, powiększając narastający problem spadku inwestycji w stosunku do PKB, z którym Polska zmaga się od dekady.
Zdaniem Baker McKenzie konieczne jest również skrócenie procesu inwestycyjnego, na co Polska może mieć wpływ zabiegając w instytucjach unijnych o uproszczenie i ograniczenie wymogów formalnych. Ponadto państwu brakuje wartościowych, wiążących dokumentów strategicznych w zakresie energetyki i klimatu, które dawałyby przedsiębiorcom długoterminowy ogląd na plany państwa. Powolność procesów urzędowych, formalizm, częste zmiany prawa utrudniają życie lokalnym firmom i mogą odstraszać inwestorów zagranicznych, czego skutkiem będzie utrata wartościowych, przyjaznych środowisku inicjatyw ważnych dla przyszłości kraju.
Przedsiębiorcy zazwyczaj porównują ceny i szukają możliwych oszczędności przed podjęciem decyzji zakupowej lub rozpoczęciem współpracy. Choć to naturalne, w praktyce okazuje się, że niska cena nie zawsze idzie w parze z jakością. Szczególnie w przypadku usług księgowych, gdzie kluczowe znaczenie mają rzetelność, kompleksowość i bezpieczeństwo rozliczeń. Właśnie dlatego coraz więcej przedsiębiorców sięga po narzędzia, które pozwalają nie tylko porównać ceny, ale także lepiej zrozumieć zakres i wartość oferowanych usług. Jednym z nich jest kalkulator usług księgowych.
Jak oszacować koszty obsługi księgowej? Zastosowanie kalkulatora usług księgowych
Podczas poszukiwania biura księgowego, które zajmie się rozliczeniami w Twojej firmie, możesz zacząć od:
ustalenia zakresu potrzebnych usług księgowych;
skali skomplikowania rozliczeń w swoim przedsiębiorstwie;
preferowanej formy kontaktu i współpracy ze specjalistami od księgowości.
Warto też ustalić swój miesięczny budżet na usługi księgowe. To ułatwi Ci poszukiwania i pomoże wybrać odpowiednią firmę, która zajmie się księgowością od A do Z. W praktyce możesz wykorzystać kalkulator usług księgowych, np. taki jak ten dostępny na https://taxology.co/pl/kalkulator-uslug-ksiegowych/.
W kalkulatorze możesz w kilka sekund dowiedzieć się, ile będzie kosztował miesięczny abonament netto. Wystarczą trzy informacje:
Liczba faktur sprzedażowych.
Liczba faktur kosztowych.
Ilość umów z pracownikami.
Na podstawie wprowadzonych danych kalkulator pokaże orientacyjny koszt obsługi księgowej Twojego przedsiębiorstwa. Co istotne, narzędzie jest całkowicie bezpłatne i dostępne bezpośrednio z poziomu przeglądarki internetowej.
Kompleksowa obsługa księgowa to gwarancja porządku i spokoju w codziennym prowadzeniu firmy. Wszystkie podatki, rozliczenia i formalności są realizowane w jednym miejscu, bez konieczności samodzielnego pilnowania terminów czy interpretowania przepisów.
Prowadzisz działalność nierejestrowaną i zastanawiasz się nad kosztami po przejściu na jednoosobową działalność gospodarczą? Skorzystaj z kalkulatora usług księgowych i sprawdź orientacyjne wydatki. Możesz też liczyć na wsparcie ekspertów — szczegóły znajdziesz na https://taxology.co/pl/blog/dzialalnosc-nierejestrowana/.
Wybierając najtańsze usługi, często otrzymujesz tylko podstawowy zakres wsparcia. Dodatkowe sprawy bywają płatne osobno lub odkładane „na później”, co prowadzi do strat czasu i stresu. Kompleksowa obsługa księgowa zapewnia ciągłość, odpowiedzialność i przejrzystą komunikację, dając przedsiębiorcom pewność i możliwość skupienia się na rozwoju firmy.
Na co zwrócić uwagę przed rozpoczęciem współpracy z biurem rachunkowym?
Cena usług biura rachunkowego nie powinna być jedynym wyznacznikiem, który weźmiesz pod uwagę przed nawiązaniem współpracy. To istotny parametr, bo będzie mieć przełożenie na koszty operacyjne prowadzonej działalności, ale nie najważniejszy.
sposób kontaktu z biurem, czyli metoda przekazywania dokumentów i kontaktowania się w razie problemów z rozliczeniami księgowymi;
doświadczenie specjalistów.
Ważny jest też całkowity zakres świadczonych usług. Nigdy nie wiesz, czy w przyszłości nie będzie potrzebne rozszerzenie zakresu działań księgowości, a wtedy, zamiast zmieniać biuro, możesz poprosić o aneks do umowy i rozszerzyć pakiet o potrzebne wsparcie.
Podsumowując, kalkulator usług księgowych pozwala szybko i bez zobowiązań oszacować realny koszt obsługi księgowej firmy. Daje punkt odniesienia jeszcze przed rozmową z biurem i pomaga zaplanować budżet w przedsiębiorstwie – bez rezygnowania z kompleksowości usług księgowych.
Dla wielu przedsiębiorstw wdrożenie Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF) będzie jednym z największych wyzwań organizacyjnych ostatnich lat. Nie chodzi tu jedynie o kwestie techniczne, ale o konieczność gruntownego przemodelowania całego systemu raportowania oraz procesów fakturowania wewnątrz organizacji. Ciężar tej transformacji rozkłada się jednak nierównomiernie.
– Największą pracę do wykonania, a co za tym idzie, największe koszty wdrożenia poniosą duże podmioty gospodarcze. Wynika to z samej skali ich działalności: korporacje wystawiają miliony faktur rocznie i operują na niezwykle złożonych, często zindywidualizowanych ekosystemach IT. Mimo że wiele z tych firm znajduje się w procesie przygotowawczym już od dwóch lat, wciąż muszą one dostosowywać swoje systemy do ewoluujących wytycznych oraz nowych schematów publikowanych przez Ministerstwo Finansów. Jest to proces ciągły, kosztowny i angażujący znaczne zasoby – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Przemysław Pruszyński, Dyrektor Departamentu Podatkowego Konfederacji Lewiatan. – Zupełnie inaczej sytuacja wygląda z perspektywy małych firm. W tym sektorze można oczekiwać, że transformacja odbędzie się bez nadmiernego zaangażowania samych przedsiębiorców. Kluczową rolę odegrają tu dostawcy oprogramowania księgowego. To na nich spoczywa obowiązek zaktualizowania systemów w taki sposób, aby mechanizm łączenia z platformą Ministerstwa Finansów i przesyłania faktur do KSeF dział się automatycznie, w tle codziennej pracy. Jeśli dostawcy technologii wywiążą się z tego zadania dla najmniejszych podmiotów wejście w nowy system powinno być niemal niezauważalne – podkreślił Przemysław Pruszyński.
Prezes Urząd Ochrony Danych Osobowych, Mirosław Wróblewski, złożył zażalenie na postanowienie prokuratury o umorzeniu dochodzenia w sprawie nielegalnego monitoringu wizyjnego w sali reanimacyjnej Szpitalnego Oddziału Ratunkowego szpitala w Przemyślu. Zdaniem organu nadzorczego decyzja śledczych opiera się na błędnym rozumowaniu oraz nieprawidłowej ocenie prawnej zgromadzonego materiału dowodowego.
Sprawa dotyczy przetwarzania danych osobowych pacjentów znajdujących się w stanie zagrożenia życia oraz personelu medycznego. Prokuratura przyjęła, że skoro nagrania z monitoringu są niedostępne, a sama kamera została zutylizowana, nie jest możliwe jednoznaczne ustalenie, czy doszło do przetwarzania danych osobowych. Prezes UODO zdecydowanie nie zgadza się z takim podejściem.
Monitoring bez wiedzy dyrekcji
O tym, że w sali reanimacyjnej SOR funkcjonował monitoring zainstalowany pierwotnie bez zgody i wiedzy dyrekcji szpitala, Prezes UODO dowiedział się od Rzecznik Praw Obywatelskich.
Z materiału dowodowego zgromadzonego przez UODO wynika, że kamerę zamontował szpitalny informatyk z inicjatywy pielęgniarki oddziałowej. Powodem były podejrzenia dotyczące kradzieży leków i innych działań na szkodę szpitala. Monitoring miał umożliwić ustalenie osoby odpowiedzialnej za te zdarzenia.
Prokuratura: brak dowodów, brak sprawy
Mimo tych ustaleń prokuratura umorzyła dochodzenie, wskazując przede wszystkim na niemożność jednoznacznego ustalenia osoby odpowiedzialnej za montaż kamery oraz brak dowodów rzeczowych w postaci nagrań lub samego urządzenia.
W ocenie śledczych, skoro kamera została zniszczona, a nagrania nie zachowały się, nie można jednoznacznie stwierdzić:
jaki obszar obejmował monitoring,
jakie osoby zostały nim zarejestrowane,
czy kamera obejmowała swoim zasięgiem pacjentów,
ani czy jakikolwiek pacjent został faktycznie nagrany.
UODO: błędne rozumowanie i nieprawidłowa ocena prawna
Prezes UODO kwestionuje tę argumentację, wskazując, że brak fizycznego nośnika nie przekreśla możliwości ustalenia faktów. Choć nagrania i kamera się nie zachowały, z zebranego materiału dowodowego jednoznacznie wynika, w jakim celu monitoring został zainstalowany, co pozwala logicznie odtworzyć zakres potencjalnego przetwarzania danych.
Zdaniem UODO twierdzenie prokuratury, że nie można ustalić, czy kamera rejestrowała pacjentów, jest nie do utrzymania. Monitoring zlokalizowany w sali reanimacyjnej mógł rejestrować dane osobowe pacjentów, a w trakcie udzielania im świadczeń medycznych także informacje o stanie zdrowia – czyli szczególną kategorię danych osobowych objętą najwyższym poziomem ochrony.
Dane personelu również podlegały przetwarzaniu
Niespornym pozostaje również fakt, że kamera rejestrowała dane osobowe pracowników szpitala. Właśnie w tym celu została zamontowana – aby ustalić sprawcę kradzieży z szafki lekowej. Jednocześnie dostęp do tej szafki miało wielu pracowników, co oznacza, że monitoring obejmował szersze grono osób, a nie jedynie potencjalnego sprawcę.
W tym kontekście Prezes UODO stanowczo sprzeciwia się ustaleniom prokuratury, zgodnie z którymi „brak jest jednoznacznych i pewnych dowodów potwierdzających, że kamera działała i rejestrowała obraz”, wyłącznie dlatego, że nie zachowały się nagrania ani urządzenie.
Sprawa trafi do sądu
W ocenie Prezesa UODO zarówno personel, jak i osoby odpowiedzialne za proces przetwarzania danych w szpitalu faktycznie przetwarzały dane osobowe, przy czym przetwarzanie to było niedopuszczalne. W konsekwencji, po analizie materiału dowodowego, Prezes UODO złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych, dotyczącego nieuprawnionego przetwarzania danych.
Złożone zażalenie oznacza, że postanowienie prokuratury o umorzeniu dochodzenia zostanie poddane kontroli niezależnego sądu powszechnego, który oceni zasadność decyzji śledczych.
Rynek nieruchomości bardzo powoli wychodzi z okresu spowolnienia wywołanego wysokimi stopami procentowymi. Z raportu Rankomat.pl i Rentier.io wynika, że pomimo sześciu obniżek stóp w 2025 r., w grudniu ceny ofertowe w 17 badanych miastach były średnio tylko o 3% wyższe niż rok wcześniej. Rynek zdecydowanie sprzyjał jednak kupującym, którzy w negocjacjach często mogli znacząco obniżyć te ceny lub uzyskać darmowe miejsce postojowe albo komórkę lokatorską. Działo się tak, ponieważ deweloperzy w największych miastach mają rekordowy zapas niesprzedanych mieszkań, co będzie ograniczało wzrost cen także w najbliższych miesiącach. Stabilne ceny w połączeniu z niższym oprocentowaniem kredytów sprawiły, że mieszkania stały się łatwiej dostępne. Dla przykładu rata kredytu na 50-metrowe mieszkanie w Warszawie spadła z 5 416 zł w grudniu 2024 r. do 4 568 zł, czyli o 848 zł.
Mieszkanie 10 000 zł/m2 – w 7 miastach mniej, w 9 więcej
Najdroższym rynkiem mieszkaniowym pozostaje Warszawa, gdzie średnia cena ofertowa za 1 m² wynosiła w grudniu 2025 r. już niemal 17 tys. zł (rynek pierwotny i wtórny). Kolejność pozostałych najdroższych miast nie zmieniła się i nadal są to Kraków (15,7 tys. zł/m²), Gdańsk (14,7 tys. zł/m²) oraz Wrocław (13,2 tys. zł/m²).
Wśród badanych miast najdroższym i największym miastem niewojewódzkim pozostaje Gdynia ze stawką 12,7 tys. zł/m². W porównaniu do innych niewojewódzkich miast z zestawienia to prawie dwa razy więcej niż w Radomiu, Częstochowie i Sosnowcu.
Granicę 10 tys. zł za metr wyznacza Rzeszów – to ofertowa stawka w grudniu 2025 r. Powyżej tego progu znalazło się 9 miast (najbliżej Białystok, Katowice i Lublin), a poniżej 7, z których najbliższy wynik odnotowała Łódź (9 976 zł/m²).
Najtańszymi miastami na koniec ubiegłego roku pod kątem zakupu mieszkania były ponownie Radom, Sosnowiec i Częstochowa – w każdym z nich oferowany metr kwadratowy w ogłoszeniach nie przekraczał 8 tys. zł.
Jeśli te stawki przeliczyć na zakup 50-metrowego mieszkania w grudniu 2025 r., to przeciętnie taki lokal był oferowany od 378 tys. zł w Radomiu, przez 500 tys. zł w Rzeszowie, po prawie 847 tys. zł w Warszawie.
Koniec roku to też specyficzny czas pod kątem zainteresowania kupnem mieszkania. Mimo ogólnego szału zakupowego przed Świętami, w nieruchomościach w tym czasie można mówić o stagnacji z przewagą spadków po stronie liczby dostępnych ofert.
– Grudzień 2025 r. na rynku sprzedaży mieszkań przyniósł lekkie wyhamowanie napływu nowych ogłoszeń. Liczba nowych ofert spadła o -12,0% m/m — to sezonowy efekt końcówki roku. W relacji do grudnia 2024 r. napływ nowych ogłoszeń był niższy o -4,5% r/r, co wskazuje, że rynek nie był w grudniu „zalany” nowymi ofertami. Jeśli spojrzymy na całe lata, widać dwa równoległe zjawiska. Z jednej strony łączna liczba nowych ofert sprzedaży w 2025 r. to 433,6 tys., czyli -8,0% mniej niż w 2024 r., jednocześnie średnia liczba ofert aktywnych w 2025 r. wyniosła 108,7 tys., czyli +2,0% r/r. Choć w 2025 r. napływ nowych ogłoszeń był mniejszy, to oferty „wisiały” dłużej – ocenia Anton Bubiel, prezes Rentier.io.
Mieszkania w miastach częściej drożeją, Kraków potwierdza spadki
Kiedy spojrzeć na wahania ofertowych cen mieszkań, nadal częstszym zjawiskiem jest drożenie niż tanienie nieruchomości. W analizie Rankomat.pl i Rentier.io takie zestawienie cen z grudnia 2025 r. dotyczy skali miesięcznej i rocznej.
W porównaniu miesiąc do miesiąca, czyli do listopada 2025 r., w 12 miastach wystąpiły wzrosty cen. Najwięcej tam, gdzie i tak stawki za m2 są najniższe. W Sosnowcu było to aż +16,9%, a w Częstochowie +10,5%. Wynik +5% należy uznać za jeden z wyższych i taki osiągnęły Łódź, Katowice oraz Radom, a więc ponownie miasta ze średniej lub niższej półki cenowej pod kątem stawek mieszkaniowych. Przez miesiąc praktycznie nie zmieniła się cena w Warszawie (+0,6%), Poznaniu (+0,3%) i Toruniu (-0,1%). Toruń i jeszcze 4 inne miasta znalazł się w gronie tych taniejących. Najbardziej spadła stawka ofertowa w Bydgoszczy (-3,7%).
W szerszej perspektywie, czyli między grudniem 2025 a grudniem 2024 roku, sytuacja dla kupujących mieszkanie jest jeszcze lepsza, bo na 17 miast spadek wystąpił aż w 7. Przez rok najbardziej podrożał stale atrakcyjny przez położenie między zatoką a wzgórzami morenowymi Gdańsk (+14,2%). Sporo drożały też Sosnowiec i Częstochowa (każde o ponad 10%), a nieco mniej Łódź (+6,4%) i Poznań (+5,1%). Znaczniej mniej od Gdańska drożała Gdynia, bo o „zaledwie” +3,7%.
Wśród 7 miast spadkowych najlepiej wypadły Katowice i Szczecin (po -3,8%) oraz Radom (-3,6%) i Białystok (-3,4%). Mniej oferowano też za mieszkanie w miastach z cenowego topu, czyli Warszawie, Wrocławiu i Krakowie.
Tendencja zniżkowa utrzymuje się w Krakowie, Szczecinie i Białymstoku, bo tylko te 3 miasta zanotowały spadki cen w wymiarze zarówno miesięcznym, jak i rocznym.
Małe mieszkania najdroższe, w Warszawie 18 770 za 1m2
Ceny mieszkań w miastach Polski zależą też od metrażu. W zestawieniu kwartalnym (IV kw. 2025 r.) przygotowanym we współpracy Rankomat.pl i Rentier.io najdroższe są małe mieszkania, do 35 m2. Dla takiej powierzchni użytkowej metr kwadratowy kosztuje od 6 877 zł w Sosnowcu do 18 770 zł w Warszawie. W porównaniu z III kw. 2025 r. jest trochę lepiej, bo w 9 miastach stawki spadły na czele z Toruniem (-3,8%), za to najwięcej podrożały w Białymstoku (+8,7%).
W segmencie mieszkań średnich – między 35 a 60 m2 – stawki za metr są wyraźnie niższe, bo sięgają najwyższej 16 634 zł/m2 w Warszawie. W porównaniu z III kw. 2025 r. aż 12 miast zanotowało spadki cen, a 5 wzrosty. W Sosnowcu oferowany metr kwadratowy był niższy o 11,9%, za to największa dodatnia różnica cenowa wystąpiła w Gdyni (+4,5%).
W segmencie mieszkań uznawanych za duże, a więc ponad 60 m2, stawka jest przeciętnie niższa o 2 tys. zł w porównaniu do małych mieszkań. Tu z kolei, w porównaniu do poprzedniego kwartału, w 12 miastach wystąpiły wzrosty, a tylko w 5 spadki. Najbardziej potaniał Sosnowiec (-7,9%), a miastem najbardziej wzrostowym okazał się Rzeszów (+6,8%).
Rata kredytu zależy od miasta
Jeśli mieszkanie ma być kupione na kredyt, w każdym z miast miesięczna rata do zapłacenia będzie nieco inna. Analiza Rankomat.pl i Rentier.io opiera się na wytycznych kredytu hipotecznego: wkład własny 10%, oprocentowanie stałe na 5 lat, okres spłaty 30 lat.
I tak, w przypadku mieszkania 50 m2, rata kredytu wyniesie od 2 130 zł w Częstochowie do 4 568 zł w Warszawie. Przy czym w każdym z 17 miast rata takiego kredytu spadła przez ostatni rok. Od minimalnych 66 zł miesięcznie w Gdańsku po 634 zł we Wrocławiu, 741 zł w Krakowie i aż 848 zł w Warszawie. Średnio w każdym z miast rata kredytu zmniejszyła się o 410 zł miesięcznie.
– W ostatnich miesiącach wyraźnie wzrosły zarówno wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe, jak i liczba wnioskujących, a dodatkowo rośnie średnia kwota wnioskowanego kredytu. Wzrost popytu jest efektem poprawy zdolności kredytowej w wyniku obniżek stóp w 2025 r. oraz wzrostu wynagrodzeń. Dalej możliwe są dwa scenariusze: przy braku dalszych cięć stóp popyt może się wypłaszczyć, a przy kontynuacji spadków podwyższona aktywność kredytowa może utrzymać się w 2026 r., szybciej redukując podaż mieszkań i wzmacniając presję na utrzymywanie wyższych cen. Styczniowa decyzja RPP o utrzymaniu stóp procentowych na dotychczasowym poziomie póki co przemawia za pierwszym scenariuszem – podsumowuje Anton Bubiel.
Bezpieczeństwo, chmura hybrydowa i wirtualizacja znajdują się wśród kluczowych priorytetów strategii IT firm w regionie EMEA na najbliższe 18 miesięcy – wynika z badania Red Hat. Wysoko na tej liście plasuje się również cyfrowa suwerenność: 68% badanych przedsiębiorstw postrzega dążenie do niej za cel strategiczny. Dane te pokazują, że firmy coraz częściej myślą o infrastrukturze IT w sposób kompleksowy, łącząc skalowalność i innowacyjność z potrzebą kontroli, przejrzystości i odporności operacyjnej.
Zapewnienie bezpieczeństwa jest kluczowym elementem strategii IT dla 71% respondentów w badaniu Red Hat. Obszar ten był wymieniany na równi z wykorzystaniem takich technologii, jak wirtualizacja, chmura hybrydowa czy środowiska wielochmurowe. Siedem na dziesięć firm szukać będzie w najbliższych miesiącach przestrzeni do optymalizacji kosztów, a 66% wskazuje kryptografię postkwantową jako istotny kierunek rozwoju.
Kluczowym elementem strategii IT firm staje się także osiągnięcie suwerenności w obszarze chmury, rozumiane szerzej niż wyłącznie przez pryzmat lokalizacji danych. W tym kontekście 78% respondentów uznaje za priorytet elastyczność i możliwość wyboru dostawców IT, podobnie jak przejrzystość oraz zdolność do weryfikacji stosowanych technologii. Z kolei 77% firm jako istotne elementy suwerenności chmurowej wymienia kontrolę operacyjną oraz bezpieczeństwo łańcucha dostaw oprogramowania, a 75% ochronę danych i zgodność z regulacjami.
Wąskie gardła realizacji strategii
Jednocześnie raport Red Hat wskazuje na istotne niedobory kompetencyjne w obszarach kluczowych dla zapewnienia realizacji powyższych celów strategicznych. Braki w zakresie umiejętności pracy z technologiami chmurowymi deklaruje 71% firm, a niemal taki sam odsetek (70%) zwraca uwagę na niedostatek wiedzy i doświadczenia w dziedzinie cyberbezpieczeństwa, a także kompetencji miękkich i biznesowych. Dodatkowo 67% badanych mierzy się z deficytem specjalistów typu full-stack, a niemal połowa firm sygnalizuje trudności związane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji – zarówno w kontekście integracji z danymi, jak i jej efektywnego zastosowania w procesach biznesowych.
Oprócz niedoborów kompetencyjnych firmy w regionie EMEA mierzą się także z barierami organizacyjnymi i operacyjnymi, które utrudniają realizację strategii rozwoju chmury. Na obawy związane z suwerennością środowisk chmurowych wskazuje 63% respondentów badania Red Hat, niewiele mniej zwraca uwagę na brak jasnych kryteriów oceny zwrotu z inwestycji oraz funkcjonowanie silosów w organizacjach. Istotnym wyzwaniem pozostaje również opór pracowników wobec zmian oraz wstrzymywanie decyzji inwestycyjnych w warunkach niepewności rynkowej, na co wskazuje 60% badanych przedsiębiorstw.
W obliczu tych barier firmy w regionie EMEA poszukują rozwiązań, które mogą wesprzeć realizację zaplanowanych strategii IT. Jednym ze wskazywanych działań jest wykorzystanie otwartych technologii. Aż 94% respondentów w badaniu Red Hat wskazuje rozwiązania open source za ważne w obszarze bezpieczeństwa, a 93% widzi dla nich istotne zastosowanie także w obszarze wirtualizacji czy rozwoju środowisk wielochmurowych.
Tak wysokie zainteresowanie open source nie dziwi. Otwarte oprogramowanie zyskuje coraz większe znaczenie w środowiskach korporacyjnych, gdzie liczą się nie tylko funkcjonalność i skala, ale również przejrzystość, możliwość weryfikacji działania stosowanych rozwiązań oraz odpowiedzialne zarządzanie technologiami. Model bazujący na otwartości sprzyja współpracy w ramach szerokich ekosystemów specjalistów, ogranicza zależność od pojedynczych dostawców i ułatwia budowanie suwerenności chmurowej. W efekcie open source staje się istotnym elementem strategii firm, które mierzą się jednocześnie z wyzwaniami związanymi z luką kompetencyjną oraz rosnącą potrzebą kontroli nad kluczowymi zasobami IT.
O badaniu:
Badanie przeprowadzone przez firmę Censuswide objęło 909 menedżerów i dyrektorów IT (w tym osoby pełniące funkcje związane z infrastrukturą oraz infrastrukturą chmurową) oraz inżynierów AI (w tym inżynierów oprogramowania w obszarach AI/ML, inżynierów NLP i LLM oraz analityków danych) z firm zatrudniających ponad 500 pracowników w regionie EMEA (we Francji, Niemczech, Włoszech, Holandii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Wielkiej Brytanii). Spośród tej grupy 100 respondentów pochodziło z Wielkiej Brytanii. Censuswide przestrzega zasad Market Research Society i zatrudnia badaczy będących członkami tej organizacji oraz postępuje zgodnie z kodeksem postępowania MRS i wytycznymi ESOMAR. Censuswide jest również członkiem British Polling Council.
Wyniki za czwarty kwartał miały być potwierdzeniem dobrej kondycji Netflixa. I były. Przychody przekroczyły oczekiwania analityków, zysk na akcję również nie zawiódł, a liczba subskrybentów wzrosła do rekordowych 325 milionów. Mimo to akcje firmy spadły o prawie 6 proc. w handlu pozasesyjnym, bo rynek nie patrzył już na liczby. Uwaga skupiła się na pytaniu, czy Netflix wie, dokąd zmierza? Rynek pozostaje niepewny co do fuzji z Warner Bros Discovery oraz jej potencjalnych skutków dla firmy.
Dane finansowe pokazały 12,05 mld dolarów przychodu, o 17,6 proc. więcej niż rok wcześniej, i zysk na akcję w wysokości 0,56 dolara, nieco powyżej prognoz. Rekordowa liczba użytkowników i rosnące przychody z reklam, które w 2026 roku mają się podwoić do 3 mld dolarów, sugerują, że model biznesowy działa. Jednak inwestorzy odwrócili wzrok od wyników i spojrzeli dalej, w stronę największej w historii firmy akwizycji, która może zmienić wszystko.
Planowane przejęcie Warner Bros Discovery za 82,7 mld dolarów staje się punktem zwrotnym dla Netflixa. Zamiast euforii na rynku pojawiła się ostrożność. Firma zapowiedziała wstrzymanie skupu własnych akcji i pozyskała finansowanie pomostowe, by sfinansować transakcję. W zamian zyska dostęp do bogatej biblioteki treści, w tym marek HBO i Max, a także do rozwiniętego zaplecza produkcyjnego. Tyle że koszt tej operacji budzi pytania. O ryzyko regulacyjne, o skuteczność integracji, ale przede wszystkim o presję finansową, która może odbić się na marżach i przyszłych cenach subskrypcji.
Wyniki za czwarty kwartał pojawiły się w trudnym momencie. Na Wall Street doszło do największej przeceny od października. Inwestorzy w panice wycofywali się z ryzykownych aktywów z powodu napięć geopolitycznych i nowej fali protekcjonizmu zapowiedzianej przez Donalda Trumpa. Indeks Nasdaq spadł o ponad 2 proc., a przecena dotknęła przede wszystkim największe spółki technologiczne. W tym klimacie wyniki Netflixa, choć dobre, nie wystarczyły, by uspokoić nastroje. Wręcz przeciwnie, to strategiczne decyzje firmy stały się katalizatorem spadków.
Subskrypcje z reklamami, wciąż niedostępne na polskim rynku, pozostają jednym z najważniejszych źródeł globalnego wzrostu Netflixa. Z opcji z reklamami korzysta już ponad 94 mln użytkowników, a przychody z tego segmentu podwoiły się w minionym roku i mają ponownie urosnąć dwukrotnie w 2026. Netflix inwestuje również w nowe formaty takie jak transmisje na żywo, wydarzenia sportowe czy podcasty wideo. To próba poszerzenia oferty i zatrzymania użytkowników na coraz bardziej konkurencyjnym rynku.
Jednak najwięcej emocji budzi właśnie akwizycja WB Discovery. Firma deklaruje, że nie planuje łączenia serwisów i utrzyma odrębność platform HBO Max i Netflix. To ma być dowód, że nie chodzi o fuzję, ale o synergię treści. Inwestorzy nie są jednak przekonani. Bo jeśli widownia tych serwisów się pokrywa, przejęcie może nie przynieść wartości, tylko ją zniszczyć. Tego ryzyka nie da się dziś wycenić, dlatego rynek reaguje nerwowo.
W tle pojawia się jeszcze kontroferta Paramount. Według nieoficjalnych informacji ta firma rozważa konkurencyjną ofertę o wartości aż 108 mld dolarów. Taki ruch mógłby całkowicie zmienić układ sił i pokrzyżować plany Netflixa. Ostateczna decyzja zależy od regulatorów i od tego, czy uznają, że połączenie nie zaszkodzi rynkowej konkurencji.
Netflix skończył 2025 rok jako największa płatna platforma streamingowa na świecie. Ale w 2026 może pojawić się w zupełnie nowej roli, nie tylko jako innowator, lecz także jako właściciel klasycznego medialnego imperium. A to budzi obawy inwestorów. Ważne dziś pozostaje to, czy firma będzie w stanie finansowo unieść ciężar własnych ambicji.
Choć uwaga rynku pracy koncentruje się dziś głównie na młodszych pokoleniach, coraz większe znaczenie zyskuje grupa pracowników w wieku 55–64 lat. Mimo że poziom znajomości cyfrowych narzędzi w tej grupie nadal odbiega od wyników deklarowanych przez osoby młodsze, dane jasno pokazują, że odpowiednie szkolenia i wsparcie rozwojowe wystarczą, by także starsi pracownicy skutecznie odnaleźli się w środowisku zdominowanym przez rozwiązania cyfrowe. Z perspektywy ekspertów Gi Group Holding oznacza to realną szansę dla firm na budowanie zrównoważonych, wielopokoleniowych zespołów.
Technologie zmieniają pracę, ale nie eliminują doświadczenia
Dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji i narzędzi opartych o AI powoduje, że coraz więcej zadań zawodowych może być wspieranych lub realizowanych przez algorytmy. Jak pokazuje raport Ministerstwa Cyfryzacji i NASK, około 5,08 mln stanowisk pracy w Polsce jest podatnych na oddziaływanie technologii AI, z czego 817,5 tys. (czyli 4,9% ogółu zatrudnionych) znajduje się w kategorii bardzo wysokiej podatności.
Dane wskazują, że wraz z wiekiem pracowników maleje odsetek osób wykonujących zawody, w których wykorzystywane są narzędzia oparte o AI – zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. W grupie wiekowej 15–24 lata, 47,8% kobiet i 22,7% mężczyzn wykonuje profesje zaliczane do tej kategorii. Wśród osób 55–64-letnich odsetki te są wyraźnie niższe: 26,1% dla kobiet i 15,6% dla mężczyzn.
Pokolenia w cyfrowym świecie – porównanie kompetencji
Pokolenie Z i osoby 55+ różnią się sposobem uczenia się pracy z nowymi technologiami oraz zakresem wykorzystywanych narzędzi cyfrowych. Młodsi pracownicy – dorastający w realiach powszechnego dostępu do technologii – sprawnie poruszają się w świecie aplikacji, automatyzacji i zdalnej współpracy. Dla starszego pokolenia, które zetknęło się z cyfryzacją dopiero w trakcie kariery zawodowej, kontakt z technologią bywa mniej intuicyjny, ale nie oznacza to braku potencjału do jej opanowania.
– Starsze pokolenia częściej niż młodsze napotykają trudności przy opanowywaniu i wdrażaniu nowych technologii, co wynika głównie z odmiennych doświadczeń zawodowych i stylów uczenia się. Różnice pokoleniowe są faktem, ale nie muszą oznaczać trwałej przewagi jednych nad drugimi. Kluczowe jest to, że każde pokolenie uczy się technologii inaczej. Młodsi pracownicy szybciej eksperymentują, starsi potrzebują kontekstu, praktyki i dłuższego czasu na adaptację – i kiedy je dostają, potrafią skutecznie wykorzystywać nowe narzędzia – podkreśla Anna Wesołowska, Dyrektor Zarządzająca Gi Group.
Jak pokazują dane GUS, w 2025 roku 99,5% osób w wieku 16–24 lata korzystało z internetu. W tej grupie 76,3% używało edytorów tekstu, 56,3% – arkuszy kalkulacyjnych, a 20,9% – ich zaawansowanych funkcji. Dla porównania, wśród osób w wieku 55–64 lata dostęp do internetu deklarowało 84,4%, ale tylko 23,8% korzystało z edytorów tekstu, 16,2% z arkuszy kalkulacyjnych, a jedynie 4,7% wykorzystywało ich funkcje zaawansowane.
Natomiast z „Barometru Rynku Pracy” przygotowanego przez Gi Group Holding w 2025 r. wynika, że 9,5% pracowników w wieku 55+ wie, czym są automatyzacja i sztuczna inteligencja i jak mogą być wykorzystywane. 27,4% przyznaje, że ma jedynie ogólne pojęcie na temat tych technologii, ale nie wie, jak dokładnie są wykorzystywane są praktyce. Najwięcej – 46,4% – twierdzi, że ma pewną wiedzę na ten temat, lecz chciałoby ją pogłębić i lepiej poznać możliwości zastosowania tych rozwiązań w pracy. A 16,7% nie rozumie jak AI i automatyzacja wpływają na ich pracę.
Różnice te nie oznaczają „niższej” wartości pracowników z dłuższym stażem – wskazują jedynie na potrzebę zróżnicowanego podejścia do rozwoju kompetencji. Starsze pokolenie uczy się technologii w sposób bardziej zadaniowy, potrzebując kontekstu i praktycznych przykładów. Młodsi pracownicy są szybsi w obsłudze narzędzi, ale nierzadko brakuje im szerszej perspektywy biznesowej. Firmy, które potrafią połączyć te dwa style pracy, zyskują realną przewagę organizacyjną.
– Starsze pokolenie nie jest „z automatu” wykluczone technologicznie – ono po prostu wymaga dostosowanych metod wdrożeniowych. Potrzebuje konkretnych przykładów, realnych zastosowań oraz czasu na adaptację. Szkolenia powinny bazować na praktyce i rozwijać kompetencje przez działanie, a nie tylko przez teorię. To inwestycja, która zwraca się w postaci większego zaangażowania i gotowości do współpracy z nowymi technologiami – dodaje Grzegorz Gojny, Dyrektor Operacyjny Gi Group.
Ubiegłoroczny „Barometr rynku pracy” Gi Group Holding dowodzi, że w kwestii edukacji pracodawcy mają jeszcze wiele do zrobienia. Wśród najstarszych pracowników tylko 6% bardzo dobrze ocenia ofertę szkoleniową swoich firm, która pozwala im dokształcać się na temat AI. Niewystarczający poziom lub brak możliwości zdobywania wiedzy na temat tej technologii zadeklarowało łącznie 72,6%.
Praca zdalna a doświadczenie pracowników 55–64
Osoby w wieku 55–64 lat wyraźnie dostrzegają zalety elastyczności w miejscu pracy, w tym możliwość realizowania obowiązków w modelu zdalnym lub hybrydowym. Z badania przeprowadzonego przez No Fluff Jobs wynika, że aż 73% respondentów z tej grupy wiekowej uważa, że wybór trybu pracy (zdalnego lub stacjonarnego) powinien należeć do pracownika – o ile pozwala na to charakter stanowiska. To nieznacznie mniej niż wśród najmłodszych badanych (77% w wieku 18–24 lata), co dowodzi, że otwartość na elastyczne formy zatrudnienia nie maleje wraz z wiekiem.
Jednocześnie dane pokazują zmieniający się krajobraz rynku – w pierwszym kwartale 2025 roku możliwość pracy całkowicie zdalnej pojawiła się w 32% ogłoszeń, co oznacza spadek o 3 p.p. względem roku poprzedniego. Z kolei tryb hybrydowy był oferowany w 26% przypadków – o 5 p.p. więcej niż w 2024 roku.
Obserwowane trendy potwierdzają, że osoby w wieku 55–64 lat, które deklarują gotowość do pracy w elastycznym trybie, mogą z powodzeniem funkcjonować w środowisku zawodowym opartym na technologiach cyfrowych – pod warunkiem zapewnienia im odpowiedniego wsparcia i dostępu do praktycznego szkolenia. Umiejętności potrzebne do pracy w trybie zdalnym – od obsługi narzędzi online po samodzielne rozwiązywanie problemów – można skutecznie rozwijać, co przekłada się na większą samodzielność i konkurencyjność na rynku.
– Pracownikom w grupie 55+ nie brakuje motywacji do pracy w modelu zdalnym – potrzebują jedynie odpowiednio zaplanowanego wdrożenia. Kluczowe są praktyczne instrukcje, cierpliwość w procesie nauki oraz pokazanie realnych korzyści z użycia nowych rozwiązań. Takie podejście pozwala nie tylko zwiększyć efektywność, ale też zatrzymać w firmach bezcenne doświadczenie – dodaje Ewa Michalska, Dyrektor Operacyjna Grafton Recruitment.
Szansa na inkluzywny rynek pracy
– W dobie różnorodnych i rosnących wyzwań metryka nie przesądza, a różnorodność staje się niebagatelną przewagą. Liczą się kompetencje i doświadczenia wszystkich pokoleń. Technologiczny dystans między nimi jest realny, ale możliwy do zasypania – pod warunkiem, że firmy świadomie inwestują w rozwój kadr. Warto też pamiętać, że technologia nie zna wieku, czego symbolicznym przykładem jest branża IT. Wbrew stereotypom tu wiek nie jest barierą: zarówno młodsi, jak i bardziej dojrzali specjaliści w równym stopniu potrafią funkcjonować w środowisku cyfrowym – podkreśla Daniel Piaszczyk, Senior Partner w Wyser Executive Search.
W erze automatyzacji i postępującej cyfryzacji, starsi pracownicy mogą odegrać kluczową rolę w zapewnianiu ciągłości wiedzy, stabilności i różnorodności kompetencyjnej. Inwestowanie w rozwój ich umiejętności technologicznych, to nie tylko odpowiedź na wyzwania demograficzne, ale też realna szansa na tworzenie bardziej odpornych i zrównoważonych organizacji. Zespoły łączące cyfrową biegłość młodszych pokoleń z doświadczeniem osób 55+ lepiej radzą sobie z adaptacją do zmian i szybciej wdrażają nowe rozwiązania. Aby ten potencjał mógł się ujawnić, firmy muszą zadbać o realną inkluzję – zapewniając starszym pracownikom narzędzia, przestrzeń do rozwoju i wdrożenie oparte na zrozumieniu, nie stereotypach. To nie wiek stanowi barierę, lecz brak dostępu do rozwiązań, które pozwalają z niego uczynić atut.
Wywiad z Janem Szynaką, prezesem zarządu Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.
Rok 2025 zapisał się jako jeden z najtrudniejszych okresów dla branży meblarskiej. Co było dla firm największym wyzwaniem?
Nie ma wątpliwości, że miniony rok postawił przed producentami mebli wyjątkowo trudne zadania. Przede wszystkim odczuwalne było wyraźne osłabienie popytu na naszych kluczowych rynkach zagranicznych, zwłaszcza w Niemczech i Wielkiej Brytanii. To kierunki, na których przez lata opierał się eksport polskiego meblarstwa, dlatego skala tego zjawiska była dla wielu firm bardzo dotkliwa.
Równocześnie branża znalazła się pod silną presją kosztową. Wzrosty cen energii, surowca drzewnego oraz kosztów pracy zbiegły się w czasie, co znacząco obniżyło rentowność produkcji. Funkcjonujemy dziś w warunkach jednych z najwyższych cen drewna i energii w Europie, przy jednoczesnym wzroście płacy minimalnej. Dla wielu przedsiębiorstw był to bardzo trudny test odporności finansowej.
Jakie są Pana oczekiwania wobec roku 2026?
Rok 2026 będzie momentem weryfikacji. Okaże się bowiem, które przedsiębiorstwa zdołały dostosować swoje modele biznesowe do nowej rzeczywistości, a które będą zmuszone ograniczyć skalę działalności. Możemy liczyć na stopniową poprawę popytu, jednak nie należy łudzić się, że presja kosztów czy konkurencja taniego importu – szczególnie z Azji – znikną. Bez większej przewidywalności otoczenia gospodarczego, w tym decyzji systemowych ze strony rządu, wiele firm będzie ostrożnych w podejmowaniu nowych inwestycji, a niektóre niestety mogą całkiem zniknąć z rynku.
Gdzie dziś widzi Pan największe zagrożenia dla polskiego meblarstwa?
Najpoważniejszym ryzykiem jest brak spójnych i długofalowych działań systemowych ze strony rządu. Bez stabilizacji cen surowca drzewnego i energii trudno odbudować konkurencyjność polskich producentów. Obecnie płacimy za drewno więcej niż wiele firm w innych krajach europejskich, co bezpośrednio osłabia naszą pozycję eksportową. Dodatkowym zagrożeniem jest import z Azji i Ukrainy. Powinny być wprowadzone cła, które regulowałyby napływ towarów z tych kierunków.
Kolejnym wyzwaniem są koszty pracy. Od 2024 roku branża musiała zrezygnować z około 30 tysięcy miejsc pracy, co jasno pokazuje skalę presji kosztowej. Trzecim obszarem są regulacje – przedsiębiorcy rozumieją ich potrzebę, ale oczekują jednoznacznych interpretacji, spójnych wytycznych i realnych harmonogramów wdrożeń. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że potencjał sektora zostanie ograniczony nie przez rynek, lecz przez bariery administracyjne.
Jak długo może potrwać proces stabilizacji i co może go przyśpieszyć?
Musimy patrzeć na sytuację realistycznie – powrót do równowagi nie nastąpi z miesiąca na miesiąc. To proces rozłożony co najmniej na kilkanaście miesięcy. Jego tempo w dużej mierze zależy od decyzji podejmowanych na poziomie państwa. Ustabilizowanie cen drewna, obniżenie kosztów energii dla przemysłu oraz uporządkowanie kwestii regulacyjnych mogłyby znacząco skrócić ten okres.
Przedsiębiorcy potrzebują stabilnych i konkurencyjnych warunków prowadzenia działalności. Jeśli takie warunki zostaną zapewnione, inwestycje i rozwój pojawią się naturalnie. Rok 2026 będzie więc nie tylko testem dla branży meblarskiej, ale także dla skuteczności polityki gospodarczej państwa.
Czy w tej trudnej sytuacji można znaleźć jakieś szanse rozwojowe?
Siłą polskiego meblarstwa od lat pozostaje elastyczność. Krótkie serie, indywidualizacja oferty, szybka realizacja zamówień – to obszary, w których skutecznie konkurujemy z masową produkcją. Coraz większego znaczenia nabiera także technologia: automatyzacja, cyfryzacja procesów, efektywne zarządzanie danymi i łańcuchem dostaw.
Nie możemy też zapominać o kapitale ludzkim. Inicjatywy takie jak Branżowe Centrum Umiejętności w Różanymstoku to inwestycja w przyszłość całego sektora. Jeśli te atuty połączymy z bardziej stabilnym otoczeniem gospodarczym, polskie meblarstwo ma realną szansę nie tylko przetrwać okres próby, ale wrócić na ścieżkę wzrostu.
Chciałbym podkreślić jeszcze jedną rzecz – w obecnych warunkach tylko wspólne działanie przedsiębiorców daje realny wpływ na otoczenie rynkowe i decyzje administracyjne. Pojedyncze firmy nie są w stanie skutecznie walczyć o systemowe zmiany. Dlatego tak ważne jest wzmacnianie organizacji branżowych i aktywne wspieranie Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli, która reprezentuje interesy całego sektora. Tylko działając razem, jako środowisko, możemy skutecznie zabiegać o rozwiązania, które pozwolą branży meblarskiej rozwijać się w sposób stabilny i konkurencyjny.
Netflix w ostatnich miesiącach jest pod dużą presją i wygląda na to, że po wynikach za IV kwartał 2025 roku nie ma powodów do powrotu optymizmu. Więcej na temat wyników Netflixa oraz przyszłości streamingowego giganta w swoim komentarzu napisał Eryk Szmyd, analityk XTB:
Akcje amerykańskiego giganta streamingowego mają za sobą trudne miesiące. Walory Netflixa spadły od szczytów o ponad 30%, a po wynikach za IV kwartał 2025 roku Wall Street zaczęło wyprzedawać akcje spółki jeszcze szybciej. Kurs w handlu po zamknięciu sesji w USA cofnął się o ponad 4,5%. W ostatnim ruchu spadkowym akcje zniżkowały z okolic 135 USD do ok. 85 USD, co oznacza spadek o ok. 37%.
Przypomnijmy, że akcje spółki między jesienią 2021 a latem 2022 roku spadły o ponad 75%. Od II kwartału 2022 roku Netflix zyskał 105 milionów subskrybentów. Od tego czasu z sukcesem monetyzuje większą bazę, m.in. korzystając z reklam, a kurs akcji wzrósł ponad 6,5-krotnie. Na fali tego bezsprzecznie spektakularnego sukcesu biznesowego rynek windował wyceny spółki coraz wyżej. Dziś nawet bardzo solidne wyniki nie wystarczają już jednak, by utrwalić wzrostowy trend.
Netflix w IV kw. lekko przebił oczekiwania: EPS wyniósł 0,56 USD (vs 0,55 USD), a przychody 12,05 mld USD (vs 11,97 mld USD), przy wyraźnie mocniejszym FCF 1,87 mld USD (vs 1,46 mld USD). Guidance na 1Q jest jednak mieszany: przychody 12,16 mld USD są praktycznie zgodne z konsensusem, ale prognoza zysku operacyjnego (3,91 mld USD) i marży operacyjnej (32,1%) wypadają poniżej oczekiwań. To właśnie presja na rentowność, a nie sam wynik kwartalny, jest głównym hamulcem dla sentymentu. Spółka zakłada, że w 2H 2026 wzrost zysku operacyjnego przyspieszy względem 1H, a przychody reklamowe w 2026 r. mają ok. podwoić się vs 2025. Na 2026 Netflix prognozuje 50,7–51,7 mld USD przychodów (blisko konsensusu), ale niższą marżę operacyjną (31,5%) i FCF ok. 11 mld USD, również poniżej oczekiwań.
Poprzeczka powędrowała zbyt wysoko?
Rynek wydaje się nie patrzeć na przyszłość spółki wyłącznie przez różowe okulary. To, co może martwić, to fakt, że mimo ponad 35% spadku od historycznego szczytu, akcje wciąż notowane są na poziomie ok. 35-krotności rocznych zysków netto oraz ok. 30-krotności oczekiwanych zysków w perspektywie kolejnych 12 miesięcy. To mnożniki wyceny, które trudno uznać za atrakcyjne, nawet jak na spółkę wzrostową.
Tymczasem rynek znów zastanawia się, czy Netflix wciąż zasługuje na wycenę w tej skali. W 2022 roku, gdy akcje spółki były jednym z najbardziej znienawidzonych walorów na Wall Street — kojarzonym głównie ze stratami akcjonariuszy i „końcem historii wzrostu” – standardowy wskaźnik C/Z wynosił niespełna 15. Możemy więc powiedzieć, że akcje startowały wówczas z zupełnie innego poziomu, a sceptycyzm inwestorów sprawiał, że udziały notowane były ze znacznym dyskontem.
Wyniki dobre, ale rynek żyje prognozami
Dziś sytuacja ta nie ma już miejsca, mimo mocnego spadku cen akcji. Firma nieznacznie przekroczyła prognozy sprzedaży i zysków netto za IV kwartał. Co więcej, wolne przepływy pieniężne okazały się istotnie wyższe. Jednak prognoza sprzedaży okazała się zgodna z oczekiwaniami, a prognoza zysku oraz marż operacyjnych – rozczarowująco niższa. To właśnie te elementy zawiodły oczekiwania inwestorów.
Wall Street utwierdziło się w przekonaniu, że tempo wzrostu zysków może spowolnić. Wynika to zarówno z kosztów związanych z planowaną transakcją dotyczącą Warner Bros., jak i z szacowanego, około 10% r/r, wzrostu nakładów na produkcję treści na platformie. Co więcej, firma wstrzymała także skup akcji własnych, chcąc sfinalizować kosztowne przejęcie Warner Bros. To sprawia, że inwestorzy mogą zadawać pytania, czy te wydatki się opłacą i czy zwrot z zainwestowanego kapitału będzie wystarczająco wysoki. Całoroczna prognoza przychodów na 2026 rok znalazła się w dolnym przedziale oczekiwań i poniżej 51 mld USD. Spółka nie spełniła również oczekiwań dotyczących średniorocznej marży operacyjnej.
Ryzyka w tle, ale biznes nadal jest mocny
Kolejnym ryzykiem dla spółki może być podejście do „wszystkiego, co amerykańskie” w kontekście napięć natury geopolitycznej. Nie wydaje się jednak prawdopodobne, by trend „anulowania subskrypcji” w Europie czy innych regionach świata miał być znaczący. Netflix celuje w zwiększanie zaangażowania użytkowników, a to oznacza wyższe wydatki na produkcję treści. Warto jednak podkreślić, że biznes spółki kwitnie – nawet jeśli nie spełnia dziś wyśrubowanych oczekiwań Wall Street. Potencjalne przejęcie aktywów Warner Bros., choć w krótkim terminie kosztowne, w dłuższym horyzoncie może przynieść firmie istotne korzyści. Chodzi zarówno o monetyzację kultowych treści, jak i rozwój dodatkowych strumieni przychodów, np. produktów konsumenckich czy gier.
Spółka umiejętnie dostosowuje się do oczekiwań widzów i pozostaje jednym z nielicznych, naprawdę rentownych biznesów streamingowych na świecie. O ile w 2022 roku inwestorzy byli przekonani, że konkurencja może zagrozić Netflixowi, dziś widać, że spółka zarówno skalą produkcji, zaangażowaniem użytkowników, jak i jakością modelu biznesowego wyraźnie odjechała rywalom. Trudno nie zgodzić się, że taka „fosa biznesowa” jest istotna i może uzasadniać premię w wycenie. Nie łudźmy się jednak – taniego Netflixa wycenianego na 15 C/Z prawdopodobnie już nie zobaczymy.
Ferie coraz częściej oznaczają nie tylko odpoczynek, ale też realny zastrzyk gotówki. Zimowy sezon co roku napędza rynek pracy, oferując setki krótkoterminowych zleceń, częste wypłaty wynagrodzenia i różnego rodzaju bonusy. Chętnych na szybki zarobek nie brakuje, Chętnych na szybki zarobek nie brakuje – wśród nich są młodzi, seniorzy, nauczyciele, a także pasjonaci sportów zimowych. Możliwości wciąż jest wiele – m.in. w gastronomii, hotelarstwie, sektorze rekreacji, usługach oraz logistyce. Na zainteresowanych czeka też praca przy odśnieżaniu, bo w tym roku zima zaskoczyła nie tylko drogowców.
Zimowa przerwa od nauki i pracy etatowej dla wielu Polaków staje się okazją do podreperowania domowego budżetu. Pracodawcy w miejscowościach turystycznych już na kilka tygodni przed feriami intensyfikowali rekrutacje, szukając zarówno osób z doświadczeniem, jak i pracowników do prostych prac sezonowych. Poszukiwania nadal trwają, przybywa też kandydatów, o najbardziej atrakcyjne oferty zatrudniania rywalizuje nawet kilkadziesiąt osób.
– Zainteresowanie pracą sezonową w okresie ferii zimowych jest w tym roku wyjątkowo duże, co widać zarówno po liczbie publikowanych ogłoszeń, jak i po aktywności kandydatów. Największą popularnością cieszą się oferty gwarantujące pracę od zaraz, z wyższą stawką godzinową, elastycznym grafikiem, brakiem wymogów dotyczących doświadczenia oraz możliwością szybkiej wypłaty wynagrodzenia, często nawet w formie dniówek lub tygodniówek. Prym wiodą stanowiska w gastronomii, hotelarstwie i obsłudze ruchu turystycznego, ale coraz więcej chętnych pyta o pracę w branży logistyki i usługach pomocniczych– mówi Justyna Lach,Dyrektor Linii Progres HR Logistics w Grupie Progres.
Sezon zimowy bez wymagań
Z analiz ogłoszeń o pracę przeprowadzonych przez Grupę Progres wynika, że ponad połowa ofert zatrudnienia na sezon zimowy, bo aż 50 proc., nie wymaga wcześniejszego doświadczenia. Jedynie 7 proc. stawia warunek posiadania statusu studenta, a zaledwie 3 proc. wprost informuje, że zaprasza do aplikowania seniorów. Pracodawcy coraz częściej oferują dopasowane do potrzeb kandydatów warunki zatrudnienia – 38 proc. ofert gwarantuje możliwość ustalania elastycznego grafiku, a 36 proc. zakłada pracę w weekendy. Co istotne z punktu widzenia pracowników sezonowych, aż 61 proc. ogłoszeń zawiera informację o możliwości wypłat w formie tygodniówek, a nawet dniówek.
Od nart po magazyn
Wolnych etatów nie brakuje nie tylko dla instruktorów narciarstwa i snowboardu. Zatrudnienie znajdują także pracownicy wypożyczalni sprzętu, obsługi wyciągów i tras narciarskich, recepcjoniści, pokojowe, kelnerzy, barmani, kucharze i pomoce kuchenne. Na czas ferii poszukiwani są również animatorzy półkolonii i zimowisk, opiekunowie dzieci, pracownicy kin, muzeów i instytucji kultury, a także osoby do obsługi lodowisk, basenów, parków rozrywki, punktów informacji turystycznej czy wydarzeń rekreacyjnych dla dzieci i rodzin.
Dodatkowo sklepy, zwłaszcza w miejscach turystycznych oraz magazyny intensywnie poszukują pracowników – ruch w tych lokalizacjach rośnie w sezonie zimowym, a potrzebne są osoby do obsługi klientów, kompletowania zamówień i logistyki. Nie brakuje też ofert dla osób do odśnieżania i utrzymania dróg, parkingów, chodników, podwórek czy dachów, ponieważ w tym roku zima okazała się znacznie bardziej śnieżna niż zwykle.
– Pensje w pracach sezonowych są bardzo zróżnicowane i zależą od kilku kluczowych czynników, takich jak rodzaj stanowiska, doświadczenie pracownika czy miejsce wykonywania pracy – wyjaśnia Justyna Lach, Dyrektor Linii Progres HR Logistics w Grupie Progres. – W praktyce oznacza to, że wynagrodzenie może się znacznie różnić nawet w obrębie tej samej branży. Wiele ogłoszeń oferuje minimalną stawkę godzinową przewidzianą przepisami prawa, ale są też propozycje o wiele wyższe. Często odzwierciedlają one też sezonowy charakter pracy – w szczytowych okresach popytu pracodawcy mogą proponować wyższe wynagrodzenie, aby szybko przyciągnąć większą liczbę chętnych – podkreśla Justyna Lach.
Zimowy zarobek z bonusem
W gastronomii i hotelarstwie wynagrodzenia wynoszą średnio 31,5–35 zł brutto za godzinę, co przy pełnym wymiarze pracy daje około 1 250–1 400 zł brutto tygodniowo i 5 000–5 600 zł brutto miesięcznie. W kurortach górskich, dzięki napiwkom i dodatkom, realne zarobki bywają wyższe. Obsługa stoków, wypożyczalni i wyciągów narciarskich zarabia średnio 32–38 zł brutto za godzinę, czyli 1 300–1 500 zł brutto tygodniowo oraz 5 200–6 000 zł brutto miesięcznie. Animatorzy półkolonii i pracownicy instytucji kultury mogą liczyć na 32–40 zł brutto za godzinę, co przekłada się na 1 300–1 600 zł brutto tygodniowo i 5 200–6 400 zł brutto miesięcznie.
W handlu, zwłaszcza w sklepach w miejscowościach turystycznych, stawki wynoszą zwykle 32–36 zł brutto za godzinę, czyli około 1 300–1 450 zł brutto tygodniowo i 5 200–5 800 zł brutto miesięcznie. W magazynach i przy logistyce zarobki są podobne – od 33 do 37 zł brutto za godzinę, w zależności od zakresu obowiązków, co daje tygodniowo około 1 350–1 500 zł brutto i miesięcznie 5 400–6 000 zł brutto. Prace związane z odśnieżaniem oferują stawki na poziomie 35–60 zł brutto za godzinę, co w przypadku intensywnej pracy tygodniowo daje 1 400 –2 400 zł brutto, a miesięcznie pozwala zarobić nawet cztery razy więcej.
Najwyższe wynagrodzenia dotyczą instruktorów narciarstwa i snowboardu – średnio od 60 do 120 zł brutto za godzinę, co oznacza 2 400–4 800 zł brutto tygodniowo i nawet 9 000–19 000 zł brutto miesięcznie przy intensywnej pracy.
Dodatkowym atutem pracy sezonowej są różnorodne benefity pozapłacowe, które znacznie zwiększają jej atrakcyjność. Najczęściej pracodawcy oferują zakwaterowanie, wyżywienie i transport do pracy. W ośrodkach turystycznych popularne są darmowe karnety narciarskie, dostęp do basenów czy siłowni. Firmy oferują też premie za wyniki czy frekwencję. W niektórych miejscach można liczyć na prywatną opiekę medyczną, a nawet ubezpieczenie na czas pracy. Ciekawostką są też mniej typowe udogodnienia, np. możliwość korzystania z firmowego sprzętu rekreacyjnego (narty, snowboard), udział w imprezach odbywających się w danej miejscowości, a nawet zapewnienie kieszonkowego budżetu do wykorzystania na aktywności w regionie pracy.
Wielu chętnych do spędzenia ferii w pracy
Ferie zimowe to czas, w którym po pracę sezonową chętnie sięgają osoby młode. – Zgłaszają się do nas zarówno uczniowie zamierzający podreperować budżet domowy nadszarpnięty np. wydatkami na studniówkę, jak i studenci – także zaoczni – którzy w okresie ferii są bardziej dyspozycyji – mówi Justyna Lach, Dyrektor Linii Progres HR Logistics w Grupie Progres. – Nie oznacza to jednak, że w ofertach sezonowych brakuje miejsca dla osób spoza środowiska studenckiego. Coraz częściej po takie stanowiska sięgają także osoby dorosłe, które chcą dorobić w wolnym czasie lub wykorzystać okres przerwy w pracy stałej, np. nauczyciele mający ferie, rodzice szukający dodatkowego dochodu, a także emeryci lub osoby w wieku przedemerytalnym, chcący pozostać aktywni zawodowo i społecznie – dodaje.
Pracę sezonową podejmują także freelancerzy i osoby pracujące zdalnie, które dzięki elastycznemu grafiku mogą połączyć dodatkowy zarobek z innymi obowiązkami, a także osoby zmieniające branżę lub miłośnicy sportów zimowych, dla których praca w ośrodkach narciarskich czy hotelach to okazja do połączenia pasji z zarobkiem.
Po spadkach z lat pandemicznych rynek pracy sezonowej w okresie ferii zimowych wrócił do stabilnego funkcjonowania, a pracodawcy konkurują o pracowników nie tylko stawkami, ale także dodatkowymi benefitami i elastycznymi formami wypłat. Dla osób szukających krótkoterminowego zatrudnienia ferie zimowe pozostają jednym z najlepszych momentów w roku na podjęcie pracy sezonowej. Kolejna taka okazja pojawi się w wakacje.
***
Analizy Grupy Progres przeprowadzano na bazie ofert pracy sezonowej opublikowanych w styczniu 2026 roku, obejmowały one zbiór ponad 6 000 ofert o pracę widniejących w portalach ogłoszeniowych. Analizie poddano ogłoszenia oferowane przez przedsiębiorców, organizacje i instytucje z całej Polski.
Klienci popularnych klubów fitness mogli zostać wprowadzeni w błąd co do rzeczywistych kosztów oraz czasu trwania umów. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) postawił zarzuty spółce Benefit Systems – operatorowi m.in. marek Zdrofit, Fitness Academy i Fabryka Formy. Postępowanie dotyczy podejrzenia naruszenia zbiorowych interesów konsumentów oraz stosowania niedozwolonych postanowień umownych.
Benefit Systems jest jednym z największych graczy na polskim rynku fitness. Zarządza klubami pod wieloma szyldami, w tym m.in.: Zdrofit, Fabryka Formy, Fitness Academy, My Fitness Place, FitFabric, Step One, Total Fitness, Saturn Fitness oraz Interfit Club. Jak wynika z analizy UOKiK oraz skarg klientów, sposób sprzedaży karnetów w tych sieciach mógł ograniczać dostęp do kluczowych informacji i utrudniać świadome podjęcie decyzji.
Promocja, która wiąże na rok
Główny punkt zastrzeżeń Urzędu dotyczy ofert marketingowych „SMART” oraz „STUDENCKA PROMKA SMART”. Reklamy eksponowały atrakcyjną, niską cenę za pierwszy miesiąc, co mogło sugerować elastyczny abonament. W praktyce – jak wskazuje UOKiK – część klientów miała zawierać umowy na czas określony (np. 12 miesięcy) bez możliwości wcześniejszej rezygnacji, nie zdając sobie z tego sprawy na etapie zakupu.
Według UOKiK mechanizm problemu polegał m.in. na tym, że:
informacja o rocznym zobowiązaniu nie była widoczna „na pierwszy rzut oka”,
klient kupujący karnet online musiał przewijać stronę lub klikać ikonę informacyjną, by dotrzeć do warunków,
system pozwalał sfinalizować zakup („Kup teraz”) bez wyraźnego wymogu zapoznania się z warunkami umowy.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny podkreśla, że jeśli przedsiębiorca eksponuje tylko atrakcyjne elementy oferty, a istotne ograniczenia i obowiązki „chowa” w warunkach, może to naruszać prawo oraz zaufanie konsumentów.
Brak jasnej informacji o całkowitym koszcie
Kolejny zarzut dotyczy przejrzystości cen. UOKiK wskazuje, że na żadnym etapie zakupu online – od wyboru karnetu po finalizację – konsument nie otrzymywał jednoznacznej informacji o łącznej kwocie, jaką zapłaci za cały okres obowiązywania umowy (np. za 12 miesięcy). Eksponowana miała być przede wszystkim miesięczna opłata.
W przypadku umów na czas określony, zwłaszcza bez możliwości wypowiedzenia, łączna wartość zobowiązania jest kluczową informacją dla konsumenta – bo dopiero ona pokazuje realny koszt „promocji”.
Komunikaty o „wygaśnięciu” i automatyczne przedłużanie
W skargach klientów pojawiał się także problem komunikacji dotyczącej ważności karnetu. Część użytkowników otrzymywała e-maile sugerujące „utratę ważności” abonamentu, co mogło brzmieć jak koniec umowy. Jednocześnie – według zgłoszeń – umowy miały być automatycznie przedłużane, a opłaty nadal pobierane.
UOKiK cytuje relacje konsumentów, z których wynika, że niektórzy byli przekonani, iż kupują abonament miesięczny bez długoterminowego zobowiązania, a dopiero przy próbie rezygnacji dowiadywali się o rocznym okresie umowy.
Niedozwolone klauzule w regulaminach
Prezes UOKiK zakwestionował również wybrane postanowienia regulaminów i umów. Wątpliwości budzą zapisy, które:
automatycznie przedłużają umowę na kolejny czas oznaczony,
przewidują podwyżki cen po takim automatycznym przedłużeniu.
Zdaniem Urzędu problemem jest tu przerzucanie ciężaru decyzji na klienta: brak sprzeciwu (milczenie) ma być traktowany jako zgoda na dalsze, niekiedy droższe warunki. Tymczasem zgoda na zobowiązanie finansowe powinna być wyraźna, a nie domniemana.
Co grozi spółce?
Jeśli zarzuty się potwierdzą, Benefit Systems może grozić kara do 10% rocznego obrotu za każdą zakwestionowaną praktykę.
UOKiK sygnalizuje też, że nie jest to jedyny wątek na rynku: urząd prowadzi postępowania wyjaśniające wobec innych podmiotów (m.in. CityFit oraz WellFitness), sprawdzając, czy konsumenci są tam rzetelnie informowani o zasadach trwania i przedłużania umów.