Jan Szynaka: Rok 2026 będzie testem nie tylko dla branży meblarskiej, ale i dla polityki gospodarczej państwa

Wywiad z Janem Szynaką, prezesem zarządu Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Rok 2025 zapisał się jako jeden z najtrudniejszych okresów dla branży meblarskiej. Co było dla firm największym wyzwaniem?

Nie ma wątpliwości, że miniony rok postawił przed producentami mebli wyjątkowo trudne zadania. Przede wszystkim odczuwalne było wyraźne osłabienie popytu na naszych kluczowych rynkach zagranicznych, zwłaszcza w Niemczech i Wielkiej Brytanii. To kierunki, na których przez lata opierał się eksport polskiego meblarstwa, dlatego skala tego zjawiska była dla wielu firm bardzo dotkliwa.

Równocześnie branża znalazła się pod silną presją kosztową. Wzrosty cen energii, surowca drzewnego oraz kosztów pracy zbiegły się w czasie, co znacząco obniżyło rentowność produkcji. Funkcjonujemy dziś w warunkach jednych z najwyższych cen drewna i energii w Europie, przy jednoczesnym wzroście płacy minimalnej. Dla wielu przedsiębiorstw był to bardzo trudny test odporności finansowej.

Jakie są Pana oczekiwania wobec roku 2026?

Rok 2026 będzie momentem weryfikacji. Okaże się bowiem, które przedsiębiorstwa zdołały dostosować swoje modele biznesowe do nowej rzeczywistości, a które będą zmuszone ograniczyć skalę działalności. Możemy liczyć na stopniową poprawę popytu, jednak nie należy łudzić się, że presja kosztów czy konkurencja taniego importu – szczególnie z Azji – znikną. Bez większej przewidywalności otoczenia gospodarczego, w tym decyzji systemowych ze strony rządu, wiele firm będzie ostrożnych w podejmowaniu nowych inwestycji, a niektóre niestety mogą całkiem zniknąć z rynku.

Gdzie dziś widzi Pan największe zagrożenia dla polskiego meblarstwa?

Najpoważniejszym ryzykiem jest brak spójnych i długofalowych działań systemowych ze strony rządu. Bez stabilizacji cen surowca drzewnego i energii trudno odbudować konkurencyjność polskich producentów. Obecnie płacimy za drewno więcej niż wiele firm w innych krajach europejskich, co bezpośrednio osłabia naszą pozycję eksportową. Dodatkowym zagrożeniem jest import z Azji i Ukrainy. Powinny być wprowadzone cła, które regulowałyby napływ towarów z tych kierunków.

Kolejnym wyzwaniem są koszty pracy. Od 2024 roku branża musiała zrezygnować z około 30 tysięcy miejsc pracy, co jasno pokazuje skalę presji kosztowej. Trzecim obszarem są regulacje – przedsiębiorcy rozumieją ich potrzebę, ale oczekują jednoznacznych interpretacji, spójnych wytycznych i realnych harmonogramów wdrożeń. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że potencjał sektora zostanie ograniczony nie przez rynek, lecz przez bariery administracyjne.

Jak długo może potrwać proces stabilizacji i co może go przyśpieszyć?

Musimy patrzeć na sytuację realistycznie – powrót do równowagi nie nastąpi z miesiąca na miesiąc. To proces rozłożony co najmniej na kilkanaście miesięcy. Jego tempo w dużej mierze zależy od decyzji podejmowanych na poziomie państwa. Ustabilizowanie cen drewna, obniżenie kosztów energii dla przemysłu oraz uporządkowanie kwestii regulacyjnych mogłyby znacząco skrócić ten okres.

Przedsiębiorcy potrzebują stabilnych i konkurencyjnych warunków prowadzenia działalności. Jeśli takie warunki zostaną zapewnione, inwestycje i rozwój pojawią się naturalnie. Rok 2026 będzie więc nie tylko testem dla branży meblarskiej, ale także dla skuteczności polityki gospodarczej państwa.

Czy w tej trudnej sytuacji można znaleźć jakieś szanse rozwojowe?

Siłą polskiego meblarstwa od lat pozostaje elastyczność. Krótkie serie, indywidualizacja oferty, szybka realizacja zamówień – to obszary, w których skutecznie konkurujemy z masową produkcją. Coraz większego znaczenia nabiera także technologia: automatyzacja, cyfryzacja procesów, efektywne zarządzanie danymi i łańcuchem dostaw.

Nie możemy też zapominać o kapitale ludzkim. Inicjatywy takie jak Branżowe Centrum Umiejętności w Różanymstoku to inwestycja w przyszłość całego sektora. Jeśli te atuty połączymy z bardziej stabilnym otoczeniem gospodarczym, polskie meblarstwo ma realną szansę nie tylko przetrwać okres próby, ale wrócić na ścieżkę wzrostu.

Chciałbym podkreślić jeszcze jedną rzecz – w obecnych warunkach tylko wspólne działanie przedsiębiorców daje realny wpływ na otoczenie rynkowe i decyzje administracyjne. Pojedyncze firmy nie są w stanie skutecznie walczyć o systemowe zmiany. Dlatego tak ważne jest wzmacnianie organizacji branżowych i aktywne wspieranie Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli, która reprezentuje interesy całego sektora. Tylko działając razem, jako środowisko, możemy skutecznie zabiegać o rozwiązania, które pozwolą branży meblarskiej rozwijać się w sposób stabilny i konkurencyjny. 

Netflix vs oczekiwania Wall Street: problemem nie jest sprzedaż, tylko rentowność

Netflix w ostatnich miesiącach jest pod dużą presją i wygląda na to, że po wynikach za IV kwartał 2025 roku nie ma powodów do powrotu optymizmu. Więcej na temat wyników Netflixa oraz przyszłości streamingowego giganta w swoim komentarzu napisał Eryk Szmyd, analityk XTB:

Akcje amerykańskiego giganta streamingowego mają za sobą trudne miesiące. Walory Netflixa spadły od szczytów o ponad 30%, a po wynikach za IV kwartał 2025 roku Wall Street zaczęło wyprzedawać akcje spółki jeszcze szybciej. Kurs w handlu po zamknięciu sesji w USA cofnął się o ponad 4,5%. W ostatnim ruchu spadkowym akcje zniżkowały z okolic 135 USD do ok. 85 USD, co oznacza spadek o ok. 37%.

Przypomnijmy, że akcje spółki między jesienią 2021 a latem 2022 roku spadły o ponad 75%. Od II kwartału 2022 roku Netflix zyskał 105 milionów subskrybentów. Od tego czasu z sukcesem monetyzuje większą bazę, m.in. korzystając z reklam, a kurs akcji wzrósł ponad 6,5-krotnie. Na fali tego bezsprzecznie spektakularnego sukcesu biznesowego rynek windował wyceny spółki coraz wyżej. Dziś nawet bardzo solidne wyniki nie wystarczają już jednak, by utrwalić wzrostowy trend.

Netflix w IV kw. lekko przebił oczekiwania: EPS wyniósł 0,56 USD (vs 0,55 USD), a przychody 12,05 mld USD (vs 11,97 mld USD), przy wyraźnie mocniejszym FCF 1,87 mld USD (vs 1,46 mld USD). Guidance na 1Q jest jednak mieszany: przychody 12,16 mld USD są praktycznie zgodne z konsensusem, ale prognoza zysku operacyjnego (3,91 mld USD) i marży operacyjnej (32,1%) wypadają poniżej oczekiwań. To właśnie presja na rentowność, a nie sam wynik kwartalny, jest głównym hamulcem dla sentymentu. Spółka zakłada, że w 2H 2026 wzrost zysku operacyjnego przyspieszy względem 1H, a przychody reklamowe w 2026 r. mają ok. podwoić się vs 2025. Na 2026 Netflix prognozuje 50,7–51,7 mld USD przychodów (blisko konsensusu), ale niższą marżę operacyjną (31,5%) i FCF ok. 11 mld USD, również poniżej oczekiwań. 

Poprzeczka powędrowała zbyt wysoko?

Rynek wydaje się nie patrzeć na przyszłość spółki wyłącznie przez różowe okulary. To, co może martwić, to fakt, że mimo ponad 35% spadku od historycznego szczytu, akcje wciąż notowane są na poziomie ok. 35-krotności rocznych zysków netto oraz ok. 30-krotności oczekiwanych zysków w perspektywie kolejnych 12 miesięcy. To mnożniki wyceny, które trudno uznać za atrakcyjne, nawet jak na spółkę wzrostową.

Tymczasem rynek znów zastanawia się, czy Netflix wciąż zasługuje na wycenę w tej skali. W 2022 roku, gdy akcje spółki były jednym z najbardziej znienawidzonych walorów na Wall Street — kojarzonym głównie ze stratami akcjonariuszy i „końcem historii wzrostu” – standardowy wskaźnik C/Z wynosił niespełna 15. Możemy więc powiedzieć, że akcje startowały wówczas z zupełnie innego poziomu, a sceptycyzm inwestorów sprawiał, że udziały notowane były ze znacznym dyskontem.

Wyniki dobre, ale rynek żyje prognozami

Dziś sytuacja ta nie ma już miejsca, mimo mocnego spadku cen akcji. Firma nieznacznie przekroczyła prognozy sprzedaży i zysków netto za IV kwartał. Co więcej, wolne przepływy pieniężne okazały się istotnie wyższe. Jednak prognoza sprzedaży okazała się zgodna z oczekiwaniami, a prognoza zysku oraz marż operacyjnych – rozczarowująco niższa. To właśnie te elementy zawiodły oczekiwania inwestorów.

Wall Street utwierdziło się w przekonaniu, że tempo wzrostu zysków może spowolnić. Wynika to zarówno z kosztów związanych z planowaną transakcją dotyczącą Warner Bros., jak i z szacowanego, około 10% r/r, wzrostu nakładów na produkcję treści na platformie. Co więcej, firma wstrzymała także skup akcji własnych, chcąc sfinalizować kosztowne przejęcie Warner Bros. To sprawia, że inwestorzy mogą zadawać pytania, czy te wydatki się opłacą i czy zwrot z zainwestowanego kapitału będzie wystarczająco wysoki. Całoroczna prognoza przychodów na 2026 rok znalazła się w dolnym przedziale oczekiwań i poniżej 51 mld USD. Spółka nie spełniła również oczekiwań dotyczących średniorocznej marży operacyjnej.

Ryzyka w tle, ale biznes nadal jest mocny

Kolejnym ryzykiem dla spółki może być podejście do „wszystkiego, co amerykańskie” w kontekście napięć natury geopolitycznej. Nie wydaje się jednak prawdopodobne, by trend „anulowania subskrypcji” w Europie czy innych regionach świata miał być znaczący. Netflix celuje w zwiększanie zaangażowania użytkowników, a to oznacza wyższe wydatki na produkcję treści. Warto jednak podkreślić, że biznes spółki kwitnie – nawet jeśli nie spełnia dziś wyśrubowanych oczekiwań Wall Street. Potencjalne przejęcie aktywów Warner Bros., choć w krótkim terminie kosztowne, w dłuższym horyzoncie może przynieść firmie istotne korzyści. Chodzi zarówno o monetyzację kultowych treści, jak i rozwój dodatkowych strumieni przychodów, np. produktów konsumenckich czy gier.

Spółka umiejętnie dostosowuje się do oczekiwań widzów i pozostaje jednym z nielicznych, naprawdę rentownych biznesów streamingowych na świecie. O ile w 2022 roku inwestorzy byli przekonani, że konkurencja może zagrozić Netflixowi, dziś widać, że spółka zarówno skalą produkcji, zaangażowaniem użytkowników, jak i jakością modelu biznesowego wyraźnie odjechała rywalom. Trudno nie zgodzić się, że taka „fosa biznesowa” jest istotna i może uzasadniać premię w wycenie. Nie łudźmy się jednak – taniego Netflixa wycenianego na 15 C/Z prawdopodobnie już nie zobaczymy.

Ile można zarobić w ferie 2026? Stawki w gastronomii, na stokach i przy odśnieżaniu

Ferie coraz częściej oznaczają nie tylko odpoczynek, ale też realny zastrzyk gotówki. Zimowy sezon co roku napędza rynek pracy, oferując setki krótkoterminowych zleceń, częste wypłaty wynagrodzenia i różnego rodzaju bonusy. Chętnych na szybki zarobek nie brakuje, Chętnych na szybki zarobek nie brakuje – wśród nich są młodzi, seniorzy, nauczyciele, a także pasjonaci sportów zimowych. Możliwości wciąż jest wiele – m.in. w gastronomii, hotelarstwie, sektorze rekreacji, usługach oraz logistyce. Na zainteresowanych czeka też praca przy odśnieżaniu, bo w tym roku zima zaskoczyła nie tylko drogowców.

Zimowa przerwa od nauki i pracy etatowej dla wielu Polaków staje się okazją do podreperowania domowego budżetu. Pracodawcy w miejscowościach turystycznych już na kilka tygodni przed feriami intensyfikowali rekrutacje, szukając zarówno osób z doświadczeniem, jak i pracowników do prostych prac sezonowych. Poszukiwania nadal trwają, przybywa też kandydatów, o najbardziej atrakcyjne oferty zatrudniania rywalizuje nawet kilkadziesiąt osób.

Zainteresowanie pracą sezonową w okresie ferii zimowych jest w tym roku wyjątkowo duże, co widać zarówno po liczbie publikowanych ogłoszeń, jak i po aktywności kandydatów. Największą popularnością cieszą się oferty gwarantujące pracę od zaraz, z wyższą stawką godzinową, elastycznym grafikiem, brakiem wymogów dotyczących doświadczenia oraz możliwością szybkiej wypłaty wynagrodzenia, często nawet w formie dniówek lub tygodniówek. Prym wiodą stanowiska w gastronomii, hotelarstwie i obsłudze ruchu turystycznego, ale coraz więcej chętnych pyta o pracę w branży logistyki i usługach pomocniczych – mówi Justyna Lach, Dyrektor Linii Progres HR Logistics w Grupie Progres.

Sezon zimowy bez wymagań

Z analiz ogłoszeń o pracę przeprowadzonych przez Grupę Progres wynika, że ponad połowa ofert zatrudnienia na sezon zimowy, bo aż 50 proc., nie wymaga wcześniejszego doświadczenia. Jedynie 7 proc. stawia warunek posiadania statusu studenta, a zaledwie 3 proc. wprost informuje, że zaprasza do aplikowania seniorów. Pracodawcy coraz częściej oferują dopasowane do potrzeb kandydatów warunki zatrudnienia – 38 proc. ofert gwarantuje możliwość ustalania elastycznego grafiku, a 36 proc. zakłada pracę w weekendy. Co istotne z punktu widzenia pracowników sezonowych, aż 61 proc. ogłoszeń zawiera informację o możliwości wypłat w formie tygodniówek, a nawet dniówek.

Od nart po magazyn

Wolnych etatów nie brakuje nie tylko dla instruktorów narciarstwa i snowboardu. Zatrudnienie znajdują także pracownicy wypożyczalni sprzętu, obsługi wyciągów i tras narciarskich, recepcjoniści, pokojowe, kelnerzy, barmani, kucharze i pomoce kuchenne. Na czas ferii poszukiwani są również animatorzy półkolonii i zimowisk, opiekunowie dzieci, pracownicy kin, muzeów i instytucji kultury, a także osoby do obsługi lodowisk, basenów, parków rozrywki, punktów informacji turystycznej czy wydarzeń rekreacyjnych dla dzieci i rodzin.

Dodatkowo sklepy, zwłaszcza w miejscach turystycznych oraz magazyny intensywnie poszukują pracowników – ruch w tych lokalizacjach rośnie w sezonie zimowym, a potrzebne są osoby do obsługi klientów, kompletowania zamówień i logistyki. Nie brakuje też ofert dla osób do odśnieżania i utrzymania dróg, parkingów, chodników, podwórek czy dachów, ponieważ w tym roku zima okazała się znacznie bardziej śnieżna niż zwykle.

– Pensje w pracach sezonowych są bardzo zróżnicowane i zależą od kilku kluczowych czynników, takich jak rodzaj stanowiska, doświadczenie pracownika czy miejsce wykonywania pracy – wyjaśnia Justyna Lach, Dyrektor Linii Progres HR Logistics w Grupie Progres. – W praktyce oznacza to, że wynagrodzenie może się znacznie różnić nawet w obrębie tej samej branży. Wiele ogłoszeń oferuje minimalną stawkę godzinową przewidzianą przepisami prawa, ale są też propozycje o wiele wyższe. Często odzwierciedlają one też sezonowy charakter pracy – w szczytowych okresach popytu pracodawcy mogą proponować wyższe wynagrodzenie, aby szybko przyciągnąć większą liczbę chętnych podkreśla Justyna Lach.

Zimowy zarobek z bonusem

W gastronomii i hotelarstwie wynagrodzenia wynoszą średnio 31,5–35 zł brutto za godzinę, co przy pełnym wymiarze pracy daje około 1 250–1 400 zł brutto tygodniowo i 5 000–5 600 zł brutto miesięcznie. W kurortach górskich, dzięki napiwkom i dodatkom, realne zarobki bywają wyższe. Obsługa stoków, wypożyczalni i wyciągów narciarskich zarabia średnio 32–38 zł brutto za godzinę, czyli 1 300–1 500 zł brutto tygodniowo oraz 5 200–6 000 zł brutto miesięcznie. Animatorzy półkolonii i pracownicy instytucji kultury mogą liczyć na 32–40 zł brutto za godzinę, co przekłada się na 1 300–1 600 zł brutto tygodniowo i 5 200–6 400 zł brutto miesięcznie.

W handlu, zwłaszcza w sklepach w miejscowościach turystycznych, stawki wynoszą zwykle 32–36 zł brutto za godzinę, czyli około 1 300–1 450 zł brutto tygodniowo i 5 200–5 800 zł brutto miesięcznie. W magazynach i przy logistyce zarobki są podobne – od 33 do 37 zł brutto za godzinę, w zależności od zakresu obowiązków, co daje tygodniowo około 1 350–1 500 zł brutto i miesięcznie 5 400–6 000 zł brutto. Prace związane z odśnieżaniem oferują stawki na poziomie 35–60 zł brutto za godzinę, co w przypadku intensywnej pracy tygodniowo daje 1 400 –2 400 zł brutto, a miesięcznie pozwala zarobić nawet cztery razy więcej.

Najwyższe wynagrodzenia dotyczą instruktorów narciarstwa i snowboardu – średnio od 60 do 120 zł brutto za godzinę, co oznacza 2 400–4 800 zł brutto tygodniowo i nawet 9 000–19 000 zł brutto miesięcznie przy intensywnej pracy.

Dodatkowym atutem pracy sezonowej są różnorodne benefity pozapłacowe, które znacznie zwiększają jej atrakcyjność. Najczęściej pracodawcy oferują zakwaterowanie, wyżywienie i transport do pracy. W ośrodkach turystycznych popularne są darmowe karnety narciarskie, dostęp do basenów czy siłowni. Firmy oferują też premie za wyniki czy frekwencję. W niektórych miejscach można liczyć na prywatną opiekę medyczną, a nawet ubezpieczenie na czas pracy. Ciekawostką są też mniej typowe udogodnienia, np. możliwość korzystania z firmowego sprzętu rekreacyjnego (narty, snowboard), udział w imprezach odbywających się w danej miejscowości, a nawet zapewnienie kieszonkowego budżetu do wykorzystania na aktywności w regionie pracy.

Wielu chętnych do spędzenia ferii w pracy

Ferie zimowe to czas, w którym po pracę sezonową chętnie sięgają osoby młode. – Zgłaszają się do nas zarówno uczniowie zamierzający podreperować budżet domowy nadszarpnięty np. wydatkami na studniówkę, jak i studenci – także zaoczni – którzy w okresie ferii są bardziej dyspozycyji mówi Justyna Lach, Dyrektor Linii Progres HR Logistics w Grupie Progres. Nie oznacza to jednak, że w ofertach sezonowych brakuje miejsca dla osób spoza środowiska studenckiego. Coraz częściej po takie stanowiska sięgają także osoby dorosłe, które chcą dorobić w wolnym czasie lub wykorzystać okres przerwy w pracy stałej, np. nauczyciele mający ferie, rodzice szukający dodatkowego dochodu, a także emeryci lub osoby w wieku przedemerytalnym, chcący pozostać aktywni zawodowo i społecznie – dodaje.

Pracę sezonową podejmują także freelancerzy i osoby pracujące zdalnie, które dzięki elastycznemu grafiku mogą połączyć dodatkowy zarobek z innymi obowiązkami, a także osoby zmieniające branżę lub miłośnicy sportów zimowych, dla których praca w ośrodkach narciarskich czy hotelach to okazja do połączenia pasji z zarobkiem.

Po spadkach z lat pandemicznych rynek pracy sezonowej w okresie ferii zimowych wrócił do stabilnego funkcjonowania, a pracodawcy konkurują o pracowników nie tylko stawkami, ale także dodatkowymi benefitami i elastycznymi formami wypłat. Dla osób szukających krótkoterminowego zatrudnienia ferie zimowe pozostają jednym z najlepszych momentów w roku na podjęcie pracy sezonowej. Kolejna taka okazja pojawi się w wakacje.

***

Analizy Grupy Progres przeprowadzano na bazie ofert pracy sezonowej opublikowanych w styczniu 2026 roku, obejmowały one zbiór ponad 6 000 ofert o pracę widniejących w portalach ogłoszeniowych. Analizie poddano ogłoszenia oferowane przez przedsiębiorców, organizacje i instytucje z całej Polski.

UOKiK stawia zarzuty Benefit Systems

0

Klienci popularnych klubów fitness mogli zostać wprowadzeni w błąd co do rzeczywistych kosztów oraz czasu trwania umów. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) postawił zarzuty spółce Benefit Systems – operatorowi m.in. marek Zdrofit, Fitness Academy i Fabryka Formy. Postępowanie dotyczy podejrzenia naruszenia zbiorowych interesów konsumentów oraz stosowania niedozwolonych postanowień umownych.

Benefit Systems jest jednym z największych graczy na polskim rynku fitness. Zarządza klubami pod wieloma szyldami, w tym m.in.: Zdrofit, Fabryka Formy, Fitness Academy, My Fitness Place, FitFabric, Step One, Total Fitness, Saturn Fitness oraz Interfit Club. Jak wynika z analizy UOKiK oraz skarg klientów, sposób sprzedaży karnetów w tych sieciach mógł ograniczać dostęp do kluczowych informacji i utrudniać świadome podjęcie decyzji.

Promocja, która wiąże na rok

Główny punkt zastrzeżeń Urzędu dotyczy ofert marketingowych „SMART” oraz „STUDENCKA PROMKA SMART”. Reklamy eksponowały atrakcyjną, niską cenę za pierwszy miesiąc, co mogło sugerować elastyczny abonament. W praktyce – jak wskazuje UOKiK – część klientów miała zawierać umowy na czas określony (np. 12 miesięcy) bez możliwości wcześniejszej rezygnacji, nie zdając sobie z tego sprawy na etapie zakupu.

Według UOKiK mechanizm problemu polegał m.in. na tym, że:

  • informacja o rocznym zobowiązaniu nie była widoczna „na pierwszy rzut oka”,
  • klient kupujący karnet online musiał przewijać stronę lub klikać ikonę informacyjną, by dotrzeć do warunków,
  • system pozwalał sfinalizować zakup („Kup teraz”) bez wyraźnego wymogu zapoznania się z warunkami umowy.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny podkreśla, że jeśli przedsiębiorca eksponuje tylko atrakcyjne elementy oferty, a istotne ograniczenia i obowiązki „chowa” w warunkach, może to naruszać prawo oraz zaufanie konsumentów.

Brak jasnej informacji o całkowitym koszcie

Kolejny zarzut dotyczy przejrzystości cen. UOKiK wskazuje, że na żadnym etapie zakupu online – od wyboru karnetu po finalizację – konsument nie otrzymywał jednoznacznej informacji o łącznej kwocie, jaką zapłaci za cały okres obowiązywania umowy (np. za 12 miesięcy). Eksponowana miała być przede wszystkim miesięczna opłata.

W przypadku umów na czas określony, zwłaszcza bez możliwości wypowiedzenia, łączna wartość zobowiązania jest kluczową informacją dla konsumenta – bo dopiero ona pokazuje realny koszt „promocji”.

Komunikaty o „wygaśnięciu” i automatyczne przedłużanie

W skargach klientów pojawiał się także problem komunikacji dotyczącej ważności karnetu. Część użytkowników otrzymywała e-maile sugerujące „utratę ważności” abonamentu, co mogło brzmieć jak koniec umowy. Jednocześnie – według zgłoszeń – umowy miały być automatycznie przedłużane, a opłaty nadal pobierane.

UOKiK cytuje relacje konsumentów, z których wynika, że niektórzy byli przekonani, iż kupują abonament miesięczny bez długoterminowego zobowiązania, a dopiero przy próbie rezygnacji dowiadywali się o rocznym okresie umowy.

Niedozwolone klauzule w regulaminach

Prezes UOKiK zakwestionował również wybrane postanowienia regulaminów i umów. Wątpliwości budzą zapisy, które:

  • automatycznie przedłużają umowę na kolejny czas oznaczony,
  • przewidują podwyżki cen po takim automatycznym przedłużeniu.

Zdaniem Urzędu problemem jest tu przerzucanie ciężaru decyzji na klienta: brak sprzeciwu (milczenie) ma być traktowany jako zgoda na dalsze, niekiedy droższe warunki. Tymczasem zgoda na zobowiązanie finansowe powinna być wyraźna, a nie domniemana.

Co grozi spółce?

Jeśli zarzuty się potwierdzą, Benefit Systems może grozić kara do 10% rocznego obrotu za każdą zakwestionowaną praktykę.

UOKiK sygnalizuje też, że nie jest to jedyny wątek na rynku: urząd prowadzi postępowania wyjaśniające wobec innych podmiotów (m.in. CityFit oraz WellFitness), sprawdzając, czy konsumenci są tam rzetelnie informowani o zasadach trwania i przedłużania umów.

Co dalej z cenami mieszkań? Pośrednicy o scenariuszach na 2026 rok

Ponad 60% agentów przewiduje, że w I kwartale 2026 popyt na mieszkania z rynku wtórnego umiarkowanie wzrośnie. Ceny pozostaną na razie stabilne, ale osoby kupujące powinny liczyć się z tym, że większa dostępność kredytów może ponownie podbić stawki w drugiej części roku – wynika z Nastrojometru rynku nieruchomości po IV kwartale 2025, przygotowanego przez portal Nieruchomosci-online.pl.

Ceny prognozy Podaż prognozy Popyt prognozy

61% w przypadku większych mieszkań i 54% w przypadku kawalerek – tylu pośredników prognozuje wzrost popytu na mieszkania z rynku wtórnego w I kwartale 2026 r. Większość agentów zaznacza jednak, że nie będzie to gwałtowny wzrost zainteresowania, ale umiarkowana poprawa względem końcówki ubiegłego roku.

Popyt na mieszkania w pierwszych miesiącach roku może wzrosnąć, bo obniżki stóp poprawiły zdolność kredytową części kupujących i na rynek wraca popyt odroczony z lat 2024-2025. Do tego ceny są na razie raczej stabilne, a więc łatwiej podjąć decyzję bez presji. Swoje robi też sezonowość: początek roku to czas planów, nowych budżetów i powrotu do tematu przeprowadzki – komentuje Rafał Bieńkowski z działu analiz Nieruchomosci-online.pl.

Wyniki Nastrojometru rynku nieruchomości – badania, które przeprowadzono wśród 1465 pośredników – wskazują też na możliwe większe zainteresowanie domami i działkami. W tych kategoriach również przeważały prognozy o wzroście popytu w I kwartale (domy – 46% głosów, działki – 47%), chociaż niemałe grono agentów przewiduje też utrzymanie ruchu z jesieni ubiegłego roku. Zapowiadana reforma planowania przestrzennego sprzyja temu segmentowi. Działki z wydanymi warunkami zabudowy (WZ) cieszą się największym zainteresowaniem, ponieważ eliminują ryzyko formalne i skracają czas realizacji inwestycji.

Ceny mieszkań to znak zapytania

Prognozy dotyczące cen mieszkań w I kwartale 2026 r. pokazują, jak dużą niewiadomą pozostaje dziś rynek.

Widać to szczególnie w kategorii mieszkań większych niż kawalerki – tutaj wskazania na wzrost, spadek i stabilizację rozkładają się niemal po równo (32-34%). W przypadku kawalerek wprawdzie najwięcej agentów wskazuje na stabilizację (42%), ale niewiele mniejsza grupa spodziewa się wzrostów, a co piąty liczy się ze spadkami. To pokazuje, że nawet profesjonaliści, którzy są najbliżej transakcji, nie widzą dominującego scenariusza. W najbliższych miesiącach wiele będzie zależy od uwarunkowań lokalnego rynku, dostępności kredytów, realnego zainteresowania kupujących czy poziomu cen wyjściowych.

Największe szanse na lokalne obniżki tradycyjnie mogą pojawiać się przy mieszkaniach do remontu, z dużym metrażem, zlokalizowanych na peryferiach, z niekorzystnym układem czy z wadami prawnymi. Ceny raczej utrzymywać się będą natomiast przy najbardziej popularnych mieszkaniach 2- i 3-pokojowych, dobrze skomunikowanych, położonych w dobrych lokalizacjach, czy też lokalach inwestycyjnych pod wynajem w miastach akademickich.

W 2025 r. w wielu miastach ceny mieszkań były dość stabilne, bez dużych wahań. Z prognoz części uczestników badania wynika, że w 2026 r. presja na wzrosty może wrócić wraz z odbudowującym się popytem i lepszą dostępnością kredytów. Ale jeśli już będzie to widoczne, to raczej w drugiej połowie roku niż w I kwartale – mówi Rafał Bieńkowski z działu analiz Nieruchomosci-online.pl.

W przypadku domów pośrednicy najczęściej spodziewają się stabilizacji cen (44%), ale pozostałe opinie rozkładają się już niemal po równo między wzrosty (26%) a spadki (28%). To pokazuje, że rynek domów jest mocno zależny od lokalizacji oraz standardu.

Z kolei przy działkach również dominuje scenariusz stabilizacji (44%), ale wyraźniej widać tu przewagę oczekiwań wzrostów (34%) nad spadkami (21%). Wzrost cen działek budowlanych jest prognozowany szczególnie w segmencie działek z wydanymi WZ, co potwierdzają również wypowiedzi pośredników wskazujące na większą presję cenową w tym obszarze. Grunty wciąż mają opinię segmentu, który łatwiej trzyma cenę, zwłaszcza tam, gdzie popyt na budowę domów pozostaje wysoki.

Przybędzie ogłoszeń z większymi mieszkaniami

Wyniki Nastrojometru Nieruchomosci-online.pl wskazują, że rynek mieszkaniowy wciąż jest rynkiem klienta. Liczba ogłoszeń jest większa niż popyt i wiele wskazuje na to, że w I kwartale 2026 r. oferta może jeszcze umiarkowanie powiększyć się – w przypadku mieszkań większych niż kawalerki przewiduje tak 55% pośredników. Uszczuplenia oferty spodziewa się tylko co dziesiąty agent.

Ale sama duża liczba ofert to tylko część obrazu. Pośrednicy zwracają uwagę, że sporo ogłoszeń jest wciąż przeszacowanych – i właśnie cena decyduje o tym, czy mieszkanie sprzedaje się szybko, czy „wisi” miesiącami. Rozsądnie wycenione oferty znajdują nabywców, a te z ceną oderwaną od rzeczywistości po prostu zalegają w portalach – dodaje Rafał Bieńkowski.

Jak zwracają uwagę autorzy badania nastrojów, w przypadku domów i działek trzeba pamiętać o sezonowości, która na tych rynkach działa mocniej niż w mieszkaniach. Początek roku bywa okresem „rozruchu” – część właścicieli wstrzymuje się z publikacją ogłoszeń do wiosny, kiedy łatwiej pokazać nieruchomość, kupujący chętniej jeżdżą na prezentacje i zaczynają planować budowę czy przeprowadzkę. Dlatego prognozy pośredników sugerują raczej utrzymanie podaży na zbliżonym poziomie lub jej lekkie zwiększenie. Ale z zastrzeżeniem, że wyraźniejsze ożywienie po stronie liczby ofert może przyjść tradycyjnie dopiero wiosną.

––––

„Nastrojometr rynku nieruchomości – IV kwartał 2025” to cokwartalne badanie nastrojów rynkowych w ocenie pośredników. Zostało przeprowadzone przez Nieruchomosci-online.pl i Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu w grudniu na grupie 1465 agentów.

Dezinformacja o klimacie i energii działa, choć potrafimy ją rozpoznać – pokazuje badanie

Nawet wiedząc, którym mediom i źródłom informacji można zaufać, wolimy spędzać czas w rozrywkowych serwisach, chłonąc krążące po nich nieprawdziwe treści. Nowy raport “Wiem, że to manipulacja, ale i tak się denerwuję. Polacy w epoce dezinformacji” pokazuje też, które grupy są na nią bardziej podatne.

“Wiem, że to manipulacja, ale i tak się denerwuję” – to komentarz jednej z uczestniczek badania naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacji Pole Dialogu, wybrany jako tytuł nowego raportu o naszych postawach wobec dezinformacji, dotyczącej zwłaszcza klimatu i energii. Pogłębione wywiady z 14 osobami, które wzięły wcześniej udział w ​badaniu społecznym o skuteczności prebukingu i debunkingu pozwoliły lepiej zrozumieć, dlaczego fake-newsy i inne przekłamane narracje rozchodzą się tak skutecznie.

Na czym polegało badanie i co pokazało?

Wytypowani z grona ponad 1300 respondentów badania ilościowego, uczestnicy pogłębionego eksperymentu badawczego mieli za zadanie przez kilka tygodni prowadzić dziennik swojej aktywności medialnej, a pod koniec opowiedzieć o niej badaczom i pod ich okiem zweryfikować prawdziwość pokazanych im materiałów. Z tym ostatnim zadaniem poradzili sobie dobrze, szukając informacji w mediach, które uznawali za rzetelne. Jednak na co dzień praktycznie z nich nie korzystali. Ich codzienna konsumpcja informacji niemal wyłącznie ograniczała się do serwisów społecznościowych. „Sociale to bzdury, ale tam wszystko jest” – podsumowała jedna z badanych osób.

– Osobom, z którymi rozmawialiśmy, z jednej strony brakowało determinacji, by każdą informację napotkaną w internecie weryfikować z takim samym zapałem, a z drugiej – „zdrowych” nawyków, które ułatwiłyby im to zadanie. Przykładowo: porównywanie informacji z różnych źródeł jest świetnym rozwiązaniem, gdy chcemy zagłębić się w jakiś temat, ale w codziennej, rytualnej „prasówce” lepiej sprawdziłyby się dwa naprawdę rzetelne media – nie dwadzieścia obejrzanych do połowy rolek, które przypisał nam algorytm. Potrzebujemy edukacji medialnej, ale idącej głębiej i bardziej praktycznie niż to się wcześniej wydawało – mówi Anna Pruszyńska, współautorka raportu.

Młode osoby i kobiety bardziej podatne na dezinformację

Analiza eksperymentu badawczego i towarzyszącego mu wcześniej ilościowego badania społecznego ujawniły, że grupy od lat znane za najsilniejszego sprzymierzeńca ochrony klimatu – osoby młode i kobiety – są jednocześnie najbardziej wrażliwe na manipulację w sieci, jeśli chodzi o te tematy. To właśnie wśród nich wyraźnie częściej, pod wpływem lektury materiałów zawierających przekłamania, dochodziło do zmiany zdania na temat polityk klimatycznych.

– Młodsze osoby spędzają więcej czasu w mediach społecznościowych i łatwiej dotrzeć do nich przez dominujące tam krótkie formaty treści. Jednocześnie w naturalny sposób są to ludzie o mniej ugruntowanych poglądach niż przedstawiciele starszych pokoleń, często wręcz deklarujące się jako “apolityczne”. Łatwiej im zmienić zdanie, kiedy nie są do niego mocno przywiązani. Ta prawidłowość tłumaczy też różnice w podatności na dezinformację między płciami. Kobiety są z reguły bardziej otwarte na nowe idee w porównaniu do mężczyzn, co w zetknięciu ze zmanipulowanym przekazami okazywało się dla nich zgubne – zauważa Anna Pruszyńska.

Wypalenie informacyjne – jak z nim walczyć?

„Od roku nie śledzę już wiadomości. Tych bodźców jest po prostu za dużo” – mówił otwarcie jeden z uczestników badania jakościowego. To objaw innego i równie groźnego efektu kampanii opartych na nieprawdzie i manipulacjach, wychwycony przez badaczy. Nazwali to “wypaleniem informacyjnym”, czyli zobojętnieniem na to, kto w ogóle ma rację co do faktów. Malejące zaangażowanie prowadzi do wyłączania się z dyskusji osób o umiarkowanych poglądach i oddania przestrzeni publicznej radykałom.

Twórcy raportu pokazują, że ustalenie prawdy wbrew pozorom nie jest takie trudne, jak się nam czasem wydaje. W publikacji wymieniają “czerwone flagi”, na które powinniśmy zwracać uwagę, czytając każdą nową wiadomość oraz wyliczają, że zweryfikowanie przeciętnego artykułu, na który trafiamy w sieci z pomocą wyszukiwarki zajmuje zwykle nie więcej niż 60 sekund. Jednocześnie przypominają, że nie powinniśmy być w tym sami – w walce z wypaleniem informacyjnym muszą pomóc nam instytucje publiczne, tworzące wiarygodne, przejrzyste źródła informacji. Ogromną rolę mają też jakościowe media, dbające o wysokie standardy dziennikarskie.

– 15 minut z gazetą czy rzetelnym portalem internetowym zostawi nam w głowie mniej informacyjnego chaosu niż obejrzenie w tym czasie kilkudziesięciu tiktoków. Ale nie można też wszystkiego sprowadzać do indywidualnego dbania o higienę cyfrową. To odpowiedzialność zarówno zagranicznych platform, jak i naszych instytucji, które powinny wyznaczać im ramy działania, żebyśmy chcąc wieczorem sprawdzić, co u znajomych, nie zostawali za każdym razem zasypywani dezinformacją o energii, klimacie czy migracji – podsumowuje Przemysław Sadura, główny autor raportu.

Metodologia:

Raport przedstawia wyniki dwóch komplementarnych badań zrealizowanych w okresie lipiec – wrzesień 2025. Badanie ilościowe: eksperyment na reprezentatywnej próbie losowej (N = 1388) porównujący skuteczność prebunkingu i debunkingu oraz badanie jakościowe: netnografia oraz wywiady indywidualne (N=14), analizujące praktyki medialne, mechanizmy zaufania i reakcje afektywne.

Dłuższe ciężarówki na polskich drogach. Pilotaż MI z zestawami 25,25 m budzi obawy przewoźników

Zdecydowanie dłuższe ciężarówki będą mogły jeździć po polskich drogach. Pilotaż Ministerstwa Infrastruktury może budzić kntrowersje.

– Nie zamykamy się na nowoczesne rozwiązania, bo wiemy, że w Europie są już w standardzie wydłużone zestawy drogowe. Istnieje jednak obawia, że pilotaż Ministerstwa Infrastruktury nie spowoduje ofensywy polskich przedsiębiorców, a wjechanie do kraju ciężarówek na zagranicznych rejestracjach z właśnie składem ciągnika ponad 25 metrowym – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Pilotaż nie przez wszystkich oczekiwany. „Obawiamy się, że zamiast ekspansji polskich firm za granice będziemy mieli ekspansję zagranicznych na Polskę”

Projekt Ministerstwa Infrastruktury jest to projekt dopuszczający testowanie wydłużonych do 25,25m zestawów drogowych, które w tym przypadku będą musiały się składać z trzech, a nie jak dotychczas dwóch pojazdów. W proponowanym projekcie, ze względu na ograniczenie długości do 25,25m,  nie ma możliwości skompletowania składu z ciągnika siodłowego i dwóch tradycyjnych naczep. Będzie po prostu zbyt długi. Dodatkowo projekt dopuści też używanie naczep o zwiększonej długości przestrzeni ładunkowej.

O takie zmiany apelowało kilka organizacji zajmujących się działaniem w  sektorze TSL. uzasadnienie wprowadzenia tego projektu Ministerstwo Infrastruktury podaje poprawę konkurencyjności polskiego transportu.  Przedsiębiorcy widzą zalety proponowanych rozwiązań, ale widzą też sporo potencjalnych zagrożeń.

– Moim zdaniem przepisy te po prostu dopuszczą zagraniczną, unijną konkurencję stosującą już tego typu rozwiązania w swoich krajach, na nasz rynek. Dlatego, jeśli już, to raczej podnoszą konkurencyjność zagranicznych przewoźników na rynku polskim, a nie polskich zagranicą. W skali całej Unii Europejskiej takie rozwiązanie być może ma sens, ale czy przy aktualnym stanie polskiej branży transportowej powinniśmy się przejmować kondycją zagranicznych przewoźników? – mówi Dariusz Matulewicz.

– Zastanawiające i dające do myślenia w całym tym EMS-owym galimatiasie jest natomiast stanowisko Francji czy Włoch, które pomimo dobrze rozwiniętej sieci autostrad, predysponującej do wykorzystania EMS-ów, od dłuższego czasu jednoznacznie przedstawia negatywne podejście do takiego rozwiązania i odmawia dopuszczenia ich na swoim terytorium – dodaje ekspert.

– Wiem, że  nie możemy bronić się przed postępem, a to bez wątpienia należy uznać za postęp techniczny, ale samo rozwiązanie przydatne będzie głównie dla dużych międzynarodowych producentów i operatorów logistycznych działających zarówno w naszym kraju jak i tam gdzie takie rozwiązania są dopuszczone. Ponieważ tego typu rozwiązania są już testowane w innych krajach to właśnie z tych doświadczeń wiemy, że jest to  rozwiązanie, które przynosi największe korzyści tylko tym uczestnikom łańcucha dostaw – dodaje ekspert.

Obaw więcej niż perspektyw

Patrząc zaś z perspektywy polskiego przewoźnika drogowego, eksperci przekonują, że trudno dostrzec jednoznaczne korzyści.

– Dostrzegamy natomiast wiele zagrożeń. Zwolennicy tego rozwiązania mówią o obniżeniu kosztów przewozu czy zmniejszeniu zapotrzebowania na pracę kierowców oraz zmniejszeniu jednostkowej (przeliczanej na jednostkę ładunku) emisji CO2. Trudno nie zgodzić się z tym ostatnim argumentem jednak pozostałe są bardzo dyskusyjne. Jaka jest pewność, że z przewiezienia większej masy ładunkowej przewoźnikowi pozostanie większy zysk? Bo czy nie o zysk chodzi w prowadzeniu jakiejkolwiek działalności gospodarczej? Tutaj mamy wrażenie, że rządzący przyjęli sobie za punkt honoru obniżenie marż firm transportowych przy jednoczesnym podnoszeniu wszelkich możliwych wydatków, opłat, podatków, parapodatków i wprowadzaniu nowych – mówi Dariusz Matulewicz.

Czy nasza infrastruktura jest gotowa na takie zmiany transportowe? Mamy już w Polsce dość szeroką sieć dróg ekspresowych i autostrad dobrej jakości i na tej właśnie sieci ten projekt powinien się oprzeć.

Czy wielu przewoźników będzie chętnych do testowania takich składów?

– Trudno powiedzieć czy będzie ich wielu, bo to tylko testy, co nie skłania do inwestowania w tego typu sprzęt, ale nie jest też wielką tajemnicą, że już dzisiaj w naszym kraju są przewoźnicy, którzy wykorzystują takie pojazdy i świadczą tego typu usługi w innych krajach zgodnie oczywiście z tamtejszym prawem. Szwecja, Norwegia czy Niemcy umożliwiają wykorzystanie takich pojazdów.  Jest to rozwiązanie, które wymaga zgodnej współpracy nadawcy, załadowcy, przewoźnika i odbiorcy. W tych krajach takie rozwiązania istnieją. I na przykład odpowiedzialność za przeładowania czy niewłaściwe załadowanie pojazdu spada tam również na załadowcę więc załadowca dba nie tylko o to, żeby do pojazdu weszło jak najwięcej, ale żeby tego pojazdu nie przeładować, żeby przewoźnik mógł towar dostarczyć bezpiecznie, a sam przewoźnik nie obawia się, że pozostali uczestnicy przedkładają inne priorytety nad bezpieczeństwo – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

– Rozwiązanie to jest najbardziej pożądane i oczekiwane przez firmy przemieszczające duże objętościowo masy ładunkowe pomiędzy swoimi zakładami czy oddziałami mające dobry dostęp do sieci autostrad czy dróg ekspresowych. I tutaj, ze względu na konieczną integrację współpracy wielu stron łańcucha dostaw, o których wcześniej mówiłem oraz niezbędną infrastrukturę to rozwiązanie najlepiej się sprawdzi. Wszystkie inne przypadki niosą za sobą zagrożenia, które można długo wymieniać – przyznaje ekspert.

ChatGPT i Perplexity zmieniają e-commerce: ruch z wyszukiwania AI rośnie, konwersje biją social media

0

Salesforce ujawnił kompleksowe wyniki sezonu zakupów świątecznych 2025 (1 listopada–31 grudnia), które pokazują rekordową sprzedaż online na poziomie 1,29 biliona dolarów na całym świecie – przy silnym wpływie AI i agentów na wyniki sprzedażowe. Mimo wyższych średnich cen towarów, wzrost sprzedaży rok do roku wyniósł globalnie 7%, co dowodzi utrzymującej się siły konsumpcji przez cały okres zakupowy.

Konsumenci docenili agentów AI w 2025 roku

Rok 2025 był punktem zwrotnym dla nowej generacji wyszukiwania napędzanego przez AI – udział globalnego ruchu z zewnętrznych kanałów wyszukiwania AI, takich jak ChatGPT i Perplexity, podwoił się w porównaniu z rokiem ubiegłym. Choć te kanały nadal się rozwijają, to już dziś dostarczają klientów o bardzo wysokiej intencji zakupowej. Klienci, którzy trafiali na strony sprzedawców przez kanały AI, konwertowali aż dziewięć razy częściej niż ci, którzy przychodzili z mediów społecznościowych.

Markowi agenci należący do detalistów również przyczynili się do wzrostu sprzedaży – jednocześnie zwiększając efektywność pracy ich zespołów. Firmy wykorzystujące własnych agentów AI, w tym klienci Salesforce, takie jak Pandora, SharkNinja i Funko, odnotowały o 59 % wyższy wskaźnik wzrostu sprzedaży – średnio 6,2% wzrostu rok do roku wobec 3,9% u detalistów bez takich rozwiązań. Kupujący korzystali z technologii AI i agentów do obsługi klienta 126% częściej podczas szczytu świątecznego niż w dwóch poprzedzających miesiącach.

Podczas szczytu sezonu agenci AI stali się kluczowi dla obsługi klienta dostępnej 24/7. Grudzień przyniósł 66% wzrost liczby rozmów obsługiwanych przez agentyczne AI w porównaniu z listopadem, a interakcje w tygodniu Świąt Bożego Narodzenia i Boxing Day (wtorek po Bożym Narodzeniu) wzrosły rok do roku o 12%. Oprócz odpowiadania na pytania, agentom udało się wykonać 142% więcej zadań niż w dwóch poprzednich miesiącach – m.in. aktualizowanie adresów dostawy i inicjowanie zwrotów, które dla ludzkich konsultantów są czasochłonnymi zadaniami.

Głębsze spojrzenie na sezon zakupów 2025

  • Sklepy stacjonarne nadal mają znaczenie: prawie co piąte zamówienie w tym sezonie zostało zrealizowane w modelu BOPIS (Buy online, pick up in store), czyli przez odbiór w sklepie po zakupie online. Jednak w miarę jak klienci spieszyli się, by sfinalizować zakupy na ostatnią chwilę, ten wskaźnik wzrósł do jednego na trzy zamówienia w ciągu pięciu ostatnich dni przed Bożym Narodzeniem.
  • Wzrost liczby zwrotów: ponad 181 mld dolarów zakupów online z okresu 1 listopada–31 grudnia zostało już zwróconych. Stanowi to 14% wszystkich zakupów i oznacza 10% wzrost liczby zwrotów w porównaniu z ubiegłym rokiem. Produkty zakupione w sklepie stacjonarnym w cztery ostatnie dni przed Bożym Narodzeniem mają największe prawdopodobieństwo zwrotu w styczniu.
  • Siła nabywcza konsumentów wciąż silna: w całym sezonie świątecznym średnia cena sprzedanych produktów ASP (average selling price) wzrosła globalnie o 7% rok do roku. Mimo wyższych cen klienci nie zniechęcili się – liczba zamówień w tym sezonie wzrosła o 3% globalnie w porównaniu z ubiegłym rokiem.
  • Intensywne przeglądanie przed zakupem: w sezonie świątecznym 2025 roku, klientów cechowały wyższa odporność oraz dociekliwość – ruch online wzrósł globalnie o 13% w porównaniu z ubiegłorocznymi wolumenami, zdecydowanie przewyższając odpowiedni wskaźnik wzrostu z poprzedniego roku (1%).

Sezon świąteczny 2025 stanowił punkt zwrotny w kierunku handlu „agentycznego”. Choć klienci pozostali odporni wobec wyższych cen, prawdziwie przełomowe było to, jak detaliści polegali na AI i agentach, by poradzić sobie z gorączką zakupów świątecznych. Agenci nie tylko wygenerowali 262 mld dolarów sprzedaży poprzez wyszukiwanie z wysoką intencją, stali się też operacyjnymi bohaterami sezonu, obsługując 142% więcej zadań, takich jak zwroty i aktualizacje wysyłek. To nie był tylko większy sezon niż rok temu, to był sezon wydajniejszy i bardziej inteligentny.” – ocenia Caila Schwartz, Director, Consumer Insights, Salesforce.

Metodologia danych świątecznych Salesforce 2025

Dane świąteczne zostały opracowane na bazie narzędzi Agentforce 360, Agentforce Commerce, Agentforce Marketing oraz Agentforce Service. Salesforce przeanalizował dane zagregowane z aktywności ponad 1,5 miliarda kupujących na całym świecie z ponad 89 krajów, ze szczególnym uwzględnieniem 18 kluczowych rynków: Stanów Zjednoczonych, Kanady, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii, Japonii, Holandii, Australii, Nowej Zelandii, regionu Azji i Pacyfiku (z wyłączeniem Japonii, Australii i Nowej Zelandii), Szwajcarii, Ameryki Łacińskiej (LAM), Bliskiego Wschodu i Afryki (MEA), Europy Wschodniej, Belgii oraz krajów nordyckich. Ta bogata baza danych pozwala przyjrzeć się głęboko ostatnim dziewięciu kwartałom i obecnemu stanowi handlu cyfrowego.

Prezentowane dane wynikają z własnych badań Salesforce. Obliczenia łączą dane pierwszo- i trzecioosobowe oraz uwzględniają kilka założeń rynkowych.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce stabilizuje się po korekcie. 2026 ma przynieść odbicie

0

Polski rynek nieruchomości komercyjnych przeszedł w 2025 roku z fazy korekty do etapu stabilizacji. Mimo odnotowanego spadku całkowitego wolumenu transakcji o 12,9% rok do roku, fundamenty sektora uległy wyraźnemu wzmocnieniu. Kluczowe sektory – biurowy i przemysłowy – powróciły na ścieżkę wzrostu, a kumulacja aktywności w ostatnim kwartale roku oraz poprawiające się warunki finansowania tworzą solidne podłoże pod spodziewane odbicie w 2026 roku.

Całkowita wartość sfinalizowanych transakcji na polskim rynku inwestycyjnym w 2025 roku wyniosła 4,3 mld euro, co oznacza spadek o 12,9% r/r. Obraz rynku jest jednak bardziej zróżnicowany, niż wskazywałaby na to roczna dynamika. Aż 45% całego wolumenu wygenerowano w samym czwartym kwartale, co sygnalizuje wzrost płynności i determinację inwestorów do zamykania procesów przed końcem roku. Co istotne, spadek wolumenu nie wynikał z braku zainteresowania Polską, lecz z przesunięcia części dużych procesów transakcyjnych na początek 2026 roku. Na rynku było mniej pojedynczych, spektakularnych przejęć nieruchomości o dużej wartości niż w poprzednim roku, a dominowały mniejsze i średnie transakcje, szczególnie w sektorze nieruchomości przemysłowo-logistycznych oraz handlowych.

Fundamenty gospodarcze i perspektywy

Stabilizację rynku nieruchomości wspierają solidne wyniki polskiej gospodarki, która z wzrostem PKB na poziomie około 3,5% w 2025 roku utrzymała status jednego z liderów Unii Europejskiej. Pozytywny obraz dopełnia wyraźne wyhamowanie inflacji do poziomu 2,4% w grudniu oraz seria obniżek stóp procentowych ogłaszanych zarówno przez Europejski Bank Centralny jak i NBP, które obniżyły odpowiednio stopę refinansową w strefie euro do 2,15% i stopę referencyjną do 4% w Polsce. Poprawa warunków monetarnych oraz prognozowane przyspieszenie gospodarcze w 2026 roku tworzą przewidywalne otoczenie dla długoterminowych strategii inwestycyjnych.

Polska gospodarka wchodzi w 2026 rok z dużą pewnością siebie. Sprzyjająca polityka fiskalna i monetarna w połączeniu z przyspieszającymi inwestycjami sprawiają, że wzrost PKB w Polsce w 2026 roku może osiągnąć nawet 4%, co czyni nasz rynek jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc do lokowania kapitału w regionie – mówi Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills Polska.

Rynek inwestycyjny – wolumen transakcji i struktura sektorowa

Wartość inwestycji w 2025 roku osiągnęła niespełna 4,3 mld euro przy ponad 145 transakcjach, co stanowi spadek o 12,9% w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wynik ten odzwierciedla mniejszą liczbę spektakularnych transakcji handlowych, które widzieliśmy w poprzednim roku i przesunięcie kilku dużych transakcji na początek 2026 roku, co zapowiada mocniejszy start tego roku. Pomimo ogólnego spadku, ostatni kwartał 2025 roku okazał się wyjątkowo aktywny; zainwestowano w nim prawie 1,9 mld euro, co stanowi 45% całorocznego wyniku.

Aktywność skoncentrowana w ostatnim kwartale pokazuje, że inwestorzy wracają na rynek, choć robią to ostrożnie i selektywnie. Kluczowe jest to, że sektory biurowy i przemysłowo-logistyczny odnotowały wzrost odpowiednio o 7,4% i 11,8% – komentuje Mark Richardson, Head of Investment, Savills Polska.

W minionym roku odnotowano siedem transakcji o wartości przekraczającej 100 mln euro oraz kolejnych 18 transakcji w przedziale 50-100 mln euro. Jedną z największych było odkupienie przez CPI Property Group 49% udziałów w swoim polskim portfelu biurowo-handlowym od Sona Asset Management, które zostały sprzedane w 2024 r. i również odzwierciedlone w wolumenie z tamtego roku. Inne istotne przejęcia to m.in. dwa zakłady należące do Eko-Okna czy sprzedaż części portfela parków handlowych Vendo Park.

Struktura inwestycji według sektorów pokazuje wyraźne zmiany preferencji inwestorów w ostatnich latach. Sektor przemysłowo-logistyczny umocnił swoją pozycję, zwiększając udział z około 25% w latach 2016-2020 do 37% w latach 2021-2025. W tym samym czasie udział sektora biurowego spadł z niemal 40% do 32%, a handlowego z 30% do niespełna 23%.

Sektor biurowy – wzrost aktywności w centrach miast

W sektorze biurowym sfinalizowano ponad 50 transakcji o łącznej wartości blisko 1,8 mld euro, co oznacza wzrost o 8,5% pod względem liczby transakcji i 7,4% pod względem wartości r/r. Dwie transakcje dotyczyły portfeli nieruchomości, a wszystkie aktywa biurowe w obu portfelach zlokalizowane były wyłącznie w Warszawie. Spośród 49 zakupów pojedynczych budynków, 27 znajduje się w Warszawie, a w czołówce był też Kraków (6 nieruchomości) i Wrocław (5 biurowców).

Aktywność inwestorów w Warszawie, szczególnie w jej centrum, wspierają korzystne warunki najmu. Rynek charakteryzuje się stosunkowo niskimi wskaźnikami pustostanów i ograniczoną powierzchnią w budowie, co skutkuje luką podażową i presją wzrostową na czynsze – zauważa Daniel Czarnecki, Head of Landlord Representation, Savills Polska.

Budynki biurowe w Warszawie, które zmieniły właściciela w 2025 roku, to przede wszystkim aktywa zlokalizowane w strefach centralnych. Aż 88% wartości inwestycji zrealizowanych w ramach 17 transakcji w całym mieście było skoncentrowane w centrum miasta, głównie w jego zachodniej części. Obejmowały one między innymi budynki należące do CPI, Mennica Legacy Tower, Wola Center, Senator, Vibe B czy Wronia 31.

Kapitały czeski i polski były najbardziej aktywne w sektorze biurowym w 2025 roku, wypracowując odpowiednio blisko 38% i ponad 30% wartości transakcji. Wyprzedziły one znacznie inwestorów brytyjskich, których udział przekroczył nieco 9%.

Stopy kapitalizacji dla najlepszych biur w centrum Warszawy, szacowane są na poziomie 6,00-6,25%. Najlepsze biura poza ścisłym centrum stolicy oraz w miastach regionalnych, notują stopy kapitalizacji wyższe o około 1,25-1,50 punktu procentowego.

Transformacja sektora handlowego

W sektorze handlowym sfinalizowano ponad 50 transakcji o łącznej wartości 862 mln euro, co stanowi spadek r/r o prawie 48%. Należy jednak zauważyć, że w 2024 roku ponad 1 mld euro było skoncentrowane w zaledwie trzech transakcjach (Silesia City Center, Magnolia Park oraz portfel sześciu nieruchomości nabytych przez Star Capital Finance). Pomimo znacznego spadku wartości, liczba transakcji pozostała na poziomie zbliżonym do 2024 roku (51 wobec 54). Rynek inwestycyjny w tym sektorze odzwierciedla trend widoczny od dłuższego czasu na rynku deweloperskim, gdzie dominują małe i średnie parki handlowe.

W ostatnich dwunastu miesiącach żadna z transakcji nie przekroczyła 200 mln euro. Wśród największych znalazły się: sprzedaż części portfela nieruchomości Trei Real Estate przejętych przez Ares Management Corporation i Slate Asset Management, sprzedaż centrum handlowego Libero w Katowicach na rzecz estońskiego Summus Capital oraz nabycie portfela małych parków handlowych przez Reticulum Group.

Również w sektorze handlowym polscy inwestorzy znaleźli się w gronie najbardziej aktywnych nabywców. Zajęli drugie miejsce pod względem wartości inwestycji, stanowiąc 19% całości sektora oraz pierwsze miejsce pod względem liczby transakcji z udziałem 31%.

Jednak dzięki przejęciu portfela Trei Real Estate przez Ares i Slate, wraz z kilkoma innymi transakcjami o znacznie mniejszej wartości, kapitał amerykański okazał się wiodącym źródłem inwestycji w krajowe aktywa handlowe (24% wartości). Inwestorzy czescy wygenerowali kolejne 12,7%, podczas gdy kapitał estoński – reprezentowany przez Summus Capital – odpowiadał za 12%.

Stopy kapitalizacji zależą od szeregu czynników, w tym formatu handlowego, lokalizacji, otoczenia konkurencyjnego i struktury najemców. Ze względu na brak dużych transakcji w tym segmencie, stopy kapitalizacji dla najlepszych centrów handlowych w Polsce szacowane są na 6,25-6,50%. W przypadku parków handlowych stopy wynoszą 7,00-8,00%, natomiast mniejsze centra convenience i parki handlowe, notują stopy kapitalizacji na poziomie 6,75-7,50%.

Lider wzrostu – sektor przemysłowo-logistyczny

W sektorze przemysłowo-logistycznym sfinalizowano 34 transakcje, przekładające się na niespełna 1,5 mld euro zainwestowanego kapitału. To drugi sektor po biurach, który odnotował wzrost wartości inwestycji r/r o blisko 12%. a Liczba transakcji wzrosła o cztery.

Średnia wielkość transakcji wyniosła ponad 43 mln euro, choć wartości były bardzo zróżnicowane, wahając się od 2 mln euro do ponad 253 mln euro. 12 ze sfinalizowanych transakcji przekroczyło 50 mln euro, cztery aktywa zostały nabyte za kwotę do 10 mln euro, a kolejnych dziewięć transakcji mieściło się w przedziale 10-20 mln euro.

Największą transakcją była sprzedaż portfelowa dwóch zakładów produkcyjnych należących do Eko-Okna, przejętych przez amerykański Realty Income. Drugą co do wielkości transakcją była sprzedaż dwóch nieruchomości przemysłowych zlokalizowanych w Bieruniu i Tychach na Górnym Śląsku, nabytych przez amerykański Hillwood za około 100 mln euro. Trzecia pod względem wielkości sprzedaż dotyczyła trzech magazynów Panattoni zakupionych przez Rysy Properties Limited za około 84 mln euro.

Jak w poprzednich latach, inwestorzy amerykańscy utrzymali się na szczycie rankingu inwestorów zaangażowanych w polskie nieruchomości przemysłowo-logistyczne. W 2025 roku stanowili ponad 41% kapitału zainwestowanego w sektorze, znacząco wyprzedzając inwestorów czeskich, którzy zajęli drugie miejsce z udziałem na poziomie 23%.

Po raz pierwszy również kapitał polski znalazł się wśród najbardziej aktywnych grup inwestorów w sektorze przemysłowo-logistycznym (8% wartości). Stało się to za sprawą aktywności DL Invest oraz kilku mniejszych inwestorów prywatnych.

Stopy kapitalizacji dla najlepszych aktywów w sektorze pozostały stabilne po dekompresji obserwowanej w 2023 roku, kiedy na koniec roku wynosiły około 6,25%, niezależnie od tego, czy nieruchomości są obiektami z jednym czy z wieloma najemcami.

Sektor living – potencjał w budowie

Aktywność inwestycyjna w sektorze living w Polsce – obejmującym projekty PRS i PBSA – pozostaje ograniczona. Niewielki rozmiar istniejącego zasobu sprawia, że transakcje są realizowane głównie w formule forward, czyli zakupu lub finansowania projektów na etapie budowy.

W 2025 roku całkowita wartość inwestycji przekroczyła 130 mln euro w ramach pięciu transakcji, obejmujących zarówno transakcje finansowane na etapie budowy, jak i przedsprzedaży. Dwie z nich dotyczyły istniejących aktywów nabytych przez belgijskiego inwestora Xior Student Housing w Warszawie i Wrocławiu.

Jedną z najszerzej omawianych transakcji wśród uczestników rynku było osiągnięcie w połowie 2025 roku porozumienia wstępnego między TAG Immobilien a Resi4Rent dotyczącego sprzedaży ponad 5300 lokali mieszkalnych. Sfinalizowanie transakcji podlega zatwierdzeniu przez UOKiK i oczekiwane jest w połowie 2026 roku.

Stopy kapitalizacji dla najlepszych projektów PRS pozostały w 2025 roku stabilne i szacowane są na 5,50-6,00%, w zależności od tego, czy aktywa znajdują się na gruntach mieszkaniowych czy komercyjnych. Z kolei stopy kapitalizacji najlepszych inwestycji w segmencie PBSA, szacowane są na około 6,00%.

Pochodzenie kapitału inwestycyjnego

Inwestorzy z Czech ulokowali ponad jedną czwartą kapitału zainwestowanego w Polsce, głównie za sprawą odkupienia przez CPI Property Group 49% udziałów w swoim polskim portfelu biurowo-handlowym od Sona Asset Management. Kapitał czeski, zainwestowany w ramach 14 transakcji, przekroczył 1,1 mld euro w 2025 roku.

Trzy z największych transakcji obejmowały kapitał amerykański, który łącznie uczestniczył w 16 przejęciach o łącznej wartości blisko 867 mln euro.

Polscy inwestorzy również znaleźli się na podium, stanowiąc blisko 20% całkowitej wartości. Pod względem liczby transakcji inwestorzy z Polski – zarówno prywatni, jak i instytucjonalni, a także z sektora publicznego – byli zaangażowani w aż 35% wszystkich przejęć.

Inwestorzy z Bliskiego Wschodu wygenerowali kolejne 6,8%, następnie Wielka Brytania z udziałem na poziomie niewiele poniżej 5% i Niemcy z około 3,3%. Zaangażowanie inwestycyjne wszystkich pozostałych krajów pozostało ograniczone, nie przekraczając 3%.

Prognozy na 2026 rok

Po okresie na dostosowanie się rynku, rok 2025 był rokiem stabilizacji i powrotu aktywności, podczas gdy 2026 rok ma przynieść ożywienie w aktywności transakcyjnej – przewiduje Mark Richardson. – Pierwsza połowa roku zapowiada się jako szczególnie aktywna, z szeregiem transakcji oczekujących na zamknięcie, które są już w fazie negocjacji lub zostały ogłoszone na etapie umowy przedwstępnej.

Obejmują one kilka dużych i istotnych dla rynku transakcji, takich jak sprzedaż portfela mieszkaniowego przez Resi4Rent, nabycie ośmiu aktywów handlowych od Auchan przez Adventum Penta Fund SCA SICAV-RAIF, a także transakcje dotyczące pozostałych parków handlowych z portfela Trei Real Estate.

W sektorze handlowym oczekuje się aktywności transakcyjnej nie tylko w formacie parków handlowych, ale także poprzez finalizację sprzedaży kilku dużych centrów handlowych. Biurowy rynek inwestycyjny również ma w 2026 roku odnotować powrót większych transakcji, w tym obejmujących najwyższej klasy nowe projekty.

Chociaż oczekuje się poprawy ogólnej płynności, inwestorzy pozostaną selektywni. Aktywa premium w głównych lokalizacjach będą prawdopodobnie osiągać lepsze wyniki, podczas gdy nieruchomości w mniej atrakcyjnych obecnie lokalizacjach lub wymagające nakładów finansowych będą notować dyskonto, ale transakcje takimi aktywami są wspierane wiarygodnymi strategiami repozycjonowania – dodaje Wioleta Wojtczak.

Wśród najbardziej aktywnych grup inwestorów oczekuje się, że kapitał z Europy Środkowo-Wschodniej i państw bałtyckich pozostanie bardzo aktywny. Jednocześnie przewiduje się stopniowy powrót kapitału zachodnioeuropejskiego na polski rynek w miarę poprawy płynności na rodzimych rynkach inwestorów.

Dane z ostatnich lat wyraźnie pokazują utrzymujące się zainteresowanie krajowych inwestorów inwestycjami w nieruchomości. Patrząc w przyszłość, oczekuje się, że kapitał polski będzie nadal stanowić istotny i stabilny komponent całkowitej aktywności rynkowej.

Obok tradycyjnych funduszy nieruchomościowych coraz wyraźniej widoczny jest również wzrost aktywności biur zarządzających majątkami bogatych rodzin. Te podmioty coraz aktywniej inwestują w nieruchomości, szukając stabilnych przychodów, bezpiecznego lokowania kapitału oraz projektów wymagających modernizacji w różnych sektorach.

Wyniki ponad konsensus, prognoza poniżej oczekiwań: nerwowa reakcja na raport Netflixa

Netflix zaprezentował wyniki za IV kwartał, które wyraźnie przebiły oczekiwania rynku, jednocześnie sygnalizując większą ostrożność w krótkoterminowych prognozach. Spółka osiągnęła 12.1 mld USD przychodów oraz 0.56 USD zysku na akcję, co okazało się lepsze od konsensusu Wall Street. Mimo solidnych danych finansowych inwestorzy zareagowali nerwowo, ponieważ prognoza na bieżący kwartał zakłada zysk na poziomie 0.76 USD na akcję, poniżej oczekiwanych 0.82 USD, przy sprzedaży zgodnej z rynkowymi szacunkami na poziomie 12.2 mld USD. W efekcie akcje spółki spadły w handlu posesyjnym o 5%.

Jednym z filarów wzrostu pozostaje baza użytkowników, która zwiększyła się o około 8%, przekraczając 325 mln subskrybentów na całym świecie. Jednocześnie Netflix jasno komunikuje, że w najbliższych kwartałach wyniki będą obciążone rosnącymi kosztami. Spółka planuje zwiększyć wydatki na filmy i seriale o około 10% w 2026 r., po tym jak w poprzednim roku przeznaczyła na treści blisko 18 mld USD. Dodatkowym obciążeniem będą koszty związane z finalizacją przejęcia aktywów studyjnych i streamingowych Warner Bros. Discovery, które w tym roku mają wynieść 275 mln USD, z czego 60 mln USD zostało już poniesione. W związku z tą transakcją Netflix wstrzymał skup akcji, koncentrując się na gromadzeniu gotówki.

Równolegle spółka rozwija strategię produktową i ofertę. W 2026 r. planowane jest wprowadzenie nowego interfejsu mobilnego, rozszerzenie katalogu wydarzeń na żywo i gier oraz zabezpieczenie praw do filmów m.in. od Universal i Sony. W obszarze fuzji i przejęć Netflix złożył zmienioną ofertę gotówkową w wysokości 27.75 USD za akcję na aktywa Warner Bros., konkurując z propozycją Paramount Skydance Corp. opiewającą na 30 USD za akcję.

Pomimo wolniejszego tempa przyrostu użytkowników Netflix utrzymuje dwucyfrowy wzrost sprzedaży dzięki podwyżkom cen oraz rosnącej roli reklam. Spółka planuje kolejne podwyżki cen w 2026 r. i zakłada, że przychody reklamowe podwoją się w bieżącym roku, rosnąc z około 1.5 mld USD osiągniętych w 2025 r. W dłuższym horyzoncie, na 2026 r., Netflix prognozuje wzrost sprzedaży do 51.7 mld USD, co oznacza dynamikę sięgającą 14%, oraz marżę operacyjną na poziomie 31.5%. Choć w krótkim terminie rentowność pozostanie pod presją rosnących kosztów i akwizycji, spółka liczy, że skala działalności, rozbudowana biblioteka treści oraz nowe źródła przychodów pozwolą utrzymać silną pozycję konkurencyjną w kolejnych latach.

Wojna celna straszy rynki, ZEW winduje euro, a złoto bije rekordy

Napięcia związane z wojną celną zgodnie z oczekiwaniami nie cieszą inwestorów po żadnej ze stron. W Niemczech optymizm z badań instytutu ZEW osiąga rekordowe poziomy. Kryptowaluty przegrywają w ostatnich dniach ze złotem. 

Spadki nie tylko w Europie

Wracający na rynki po dniu wolnym amerykańscy inwestorzy uznali, że potencjalny konflikt handlowy z Europą nie służy żadnej ze stron. Skoro obie strony wzajemnie obłożą się cłami na obu rynkach, zyskają… m.in. Chiny. W rezultacie wczoraj w odwrocie znalazły się główne indeksy za oceanem. Gwałtowność spadków jest tłumaczona przez fakt, że dodatkowy dzień wolny wstrzymywał notowania. Europa spada dzisiaj już trzeci dzień z rzędu. Nie wszystko jednak leci w dół. Złoto dzień w dzień przebija rekordy wszechczasów i próbuje atakować poziom 5000 dolarów za uncję. Jeszcze szybciej rośnie z kolei srebro, które pomimo zwyżek cen złota wyznacza swoje najwyższe poziomy od niemal 15 lat.

Optymizm w Niemczech

Wczoraj poznaliśmy dane na temat indeksu instytutu ZEW. Jest to specyficzne badanie ankietowe obrazujące optymizm lokalnych managerów. Wczorajszy odczyt jest o tyle ważny, że rynek oczekiwał dużej poprawy, ale jednak nie aż tak dużej. Prognozowano bowiem wzrost do poziomu 49,9 pkt. Otrzymano – powiedzmy sobie wprost – rewelacyjny poziom 59,6 pkt. Ostatni raz tak dobry rezultat notowano w 2021 roku. Porównywanie jednak danych na temat optymizmu do przyszłości z nastrojami świata wychodzącego z lockdownu nie jest dobrym punktem odniesienia. Oprócz tamtego czasu jednak ten wskaźnik ostatni raz na takich poziomach był ponad 10 lat temu. Te odczyty przyczyniły się do kolejnego umocnienia euro względem dolara. Ruch ten miał miejsce pomimo tego, że od dwóch dni europejska waluta wyraźnie zyskuje i inwestorzy powoli szukają momentu na realizację zysków.

Kryptowaluty w odwrocie

Ostatnie dni są trudne również dla inwestorów na rynku kryptowalut. Bitcoin, czyli waluta stanowiąca niemal 60% tego rynku, znów notuje silne spadki. Jeszcze tydzień temu osiągnięto poziom 98 000 USD i zastanawiano się, kiedy znajdziemy się na poziomie 100 000. Dzisiaj jednak spadliśmy przez moment do 88 000. Co powoduje tak silną przecenę? Na rynkach trwa ucieczka od ryzykownych aktywów. Widać, że kapitał w sytuacji dodatkowych napięć geopolitycznych wyraźnie wybiera tradycyjne złoto względem nowoczesnych kryptowalut. Nie pomaga również fakt, że pękła psychologiczna bariera 90 000 USD, która uruchomiła dodatkowe zlecenia sprzedaży.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Audi Revolut F1 Team zaprezentował bolid R26

Audi oficjalnie wkracza do świata „Królowej Motorsportu”. Podczas inauguracji w berlińskim Kraftwerk, zespół fabryczny Audi Revolut F1 Team zaprezentował światu swój bolid na sezon 2026 – model Audi R26, oraz ogłosił ambitne plany walki o tytuł mistrzowski do 2030 roku.

Debiut w sercu Berlina

Wybór miejsca premiery nie był przypadkowy. Kraftwerk Berlin, dawna elektrownia będąca ikoną kultury industrialnej, posłużyła jako tło dla połączenia surowej technologii z wizją przyszłości. Wydarzenie, w przeciwieństwie do zamkniętych prezentacji, otworzyło się na fanów, którzy zdobyli wejściówki w drodze losowania, podkreślając nową filozofię zespołu – otwartość i wyjście poza tradycyjny padok F1.

„DZISIEJSZY DZIEŃ TO WIĘCEJ NIŻ PREMIERA, TO PUBLICZNA ZAPOWIEDŹ NOWEJ ERY W AUDI. (…) AUDI REVOLUT F1 TEAM NIE POWSTAŁ PO TO, ABY UZUPEŁNIAĆ STAWKĘ – NASZ CEL TO WALKA O TYTUŁ MISTRZA ŚWIATA DO 2030 ROKU” – ZADEKLAROWAŁ GERNOT DÖLLNER, CEO AUDI AG.

Audi R26: Tytan, karbon i czerwień „Lava Red”

Głównym bohaterem wieczoru był bolid Audi R26. Jego malowanie odzwierciedla nową identyfikację wizualną marki w motorsporcie. Projektanci postawili na „techniczną elegancję”:

Dominacja materiałów: Unikalne tytanowe wykończenia kontrastują z odsłoniętym włóknem węglowym, co ma symbolizować redukcję wagi i czystą wydajność.

Akcenty: Całość przełamują dynamiczne elementy w odcieniu Lava Red oraz charakterystyczne cztery pierścienie Audi w specyfikacji F1.

Ten sam język stylistyczny – czyste linie i szczotkowane powierzchnie – zostanie przeniesiony na całą infrastrukturę zespołu, od garaży po odzież.

Partnerstwo z Revolut

Kluczowym elementem nowej tożsamości jest partnerstwo z globalnym fintechem – firmą Revolut. Logo firmy jest wyraźnie widoczne na bolidzie, a współpraca ma wykraczać poza tradycyjny sponsoring. Antoine Le Nel z Revolut podkreślił, że obie marki łączy mentalność „challengera” – rzucania wyzwania starym porządkom.

Podczas premiery zaprezentowano już pierwsze efekty synergii: goście mogli zaprojektować własne karty płatnicze na miejscu, a oficjalny sklep zespołu (startujący 19 lutego) będzie zintegrowany z systemem Revolut Pay.

Zespół fabryczny

Siłą Audi Revolut F1 Team ma być status zespołu fabrycznego. Mattia Binotto (Head of Audi F1 Project) oraz Jonathan Wheatley (Team Principal) przedstawili strukturę, w której rozwój silnika w niemieckim Neuburgu jest ściśle zintegrowany z pracami nad podwoziem w szwajcarskim Hinwil.

„PEŁNA INTEGRACJA PROCESÓW DAJE NAM CAŁKOWITĄ KONTROLĘ, ELIMINUJE ZBĘDNE KOMPROMISY (…) KONTROLUJĄC KAŻDY PARAMETR, OD BLOKU SILNIKA PO PRZEDNIE SKRZYDŁO” – WYJAŚNIŁ BINOTTO.

Kierowcy

Za kierownicą R26 zasiądzie duet łączący rutynę z młodzieńczą energią:

2026 Launch: Race suits

Nico Hülkenberg: Weteran F1, który wnosi niezbędne doświadczenie w rozwoju bolidu. Podkreślił on energię i determinację nowego zespołu.

Gabriel Bortoleto: Młody talent, dla którego jazda dla tak legendarnej marki jest spełnieniem marzeń i „życiową szansą”.

Styl poza torem: Kolekcja z adidas

Audi wchodzi do F1 nie tylko z technologią, ale i z modą. Zaprezentowano kolekcję odzieży stworzoną we współpracy z marką adidas. Linia ubrań, spójna z malowaniem bolidu, trafi do sprzedaży globalnej 19 lutego 2026 roku, oferując fanom zarówno odzież techniczną (replica), jak i lifestylową.

Co dalej?

Po berlińskiej premierze zespół wchodzi w fazę ostatecznych testów. Audi R26 wyjedzie na tor podczas oficjalnych testów przedsezonowych w Bahrajnie, by następnie zadebiutować w wyścigu otwarcia w Melbourne.

Sezon 2026, wraz z nowymi regulacjami technicznymi, to moment resetu w Formule 1. Audi Revolut F1 Team jasno sygnalizuje: nie przyszliśmy tu tylko brać udziału, przyszliśmy wygrywać.

Corteva i BP tworzą spółkę joint venture Etlas produkującą surowce do biopaliw

Partnerstwo wykorzysta technologię Corteva i zintegrowany potencjał BP w zakresie możliwości do produkcji i dostarczania surowców do biopaliw na rynki globalne. 

Ignacio Conti obejmie stanowisko dyrektora generalnego nowej spółki, a Gaurav Sonar zostanie przewodniczącym rady dyrektorów.

INDIANAPOLIS I LONDYN (7 stycznia 2026 r.) – Corteva Inc. (NYSE: CTVA) i BP (NYSE: BP, LSE: BP.L) ogłosiły utworzenie spółki joint venture Etlas, nowego wspólnego podmiotu, który będzie produkować olej z roślin uprawnych – w tym rzepaku, gorczycy i słonecznika wykorzystywany w produkcji biopaliw, takich jak zrównoważone (lub syntetyczne) paliwo lotnicze (SAF) i odnawialny olej napędowy (RD). Etlas wykorzysta zarówno stuletnie doświadczenie Corteva w technologii nasiennej do opracowania upraw idealnie nadających się do produkcji biopaliw płynnych (SAF) i biopaliw referencyjnych (RD), jak i doświadczenie BP w rafinacji i sprzedaży paliw na rynek transportu komercyjnego.

Etlas planuje produkcję miliona ton metrycznych surowca rocznie do połowy lat 30. XXI wieku, co pozwoliłoby na produkcję ponad 800 tysięcy ton biopaliw. Pierwsze dostawy mają rozpocząć się w 2027 roku i będą wykorzystywane do współprzetwarzania w rafineriach, a także w wyspecjalizowanych zakładach produkujących biopaliwa.

Dominujące szacunki branżowe wskazują, że globalny popyt na biopaliwa płynne (SAF) wzrośnie do 10 milionów ton do 2030 rokui – z około 1 miliona ton w 2024 roku, podczas gdy globalny popyt na biopaliwa referencyjne (RD) może wzrosnąć do 35 milionów ton do 2030 rokuii z około 17 milionów ton w 2024 roku. Spółka Etlas została stworzona z myślą
o zapewnieniu niezawodnych i skalowalnych dostaw surowca, aby pomóc w zaspokojeniu tego przewidywanego popytu.

Surowiec wykorzystywany przez Etlas będzie zbierany z upraw hodowanych na istniejących gruntach ornych, pomiędzy głównymi sezonami upraw żywności. Takie uprawy pośrednie mogą pomóc poprawić kondycję gleby, zapewniając jednocześnie rolnikom nowe źródło dochodu. Biorąc pod uwagę, że wykorzystują istniejące grunty orne w okresach, gdy wcześniej były one nieproduktywne, takich jak ugory czy okresy przejściowe, nie będą generować dodatkowego zapotrzebowania na ziemię uprawną.

– Pomagając w założeniu Etlas, Corteva kontynuuje realizację dwóch kluczowych elementów naszej misji: pomagania w “napędzaniu” świata i wspierania rolników. Rolnictwo jest częścią tych działań i cieszymy się z powstania Etlas – mówi Judd O’Connor, wiceprezes wykonawczy działu nasion w Corteva.

To przedsięwzięcie joint venture o niskim kapitale stwarza możliwości w naszym łańcuchu wartości biopaliw, wzmacniając naszą pozycję i pomagając w generowaniu atrakcyjnych zysków. Cieszymy się ze współpracy z Corteva, co pomoże spełniać oczekiwania naszych klientów – mówi Philipp Schoelzel, starszy wiceprezes ds. rozwoju biopaliw w BP.

Ignacio Conti, dyrektor generalny Etlas
Ignacio Conti, dyrektor generalny Etlas

Ignacio Conti, dyrektor ds. globalnego rozwoju biznesu w Corteva, zostanie nowym dyrektorem generalnym Etlas, a Gaurav Sonar, wiceprezes ds. nowych surowców w BP, obejmie funkcję przewodniczącego rady dyrektorów.

– W obliczu poszukiwania przez branżę lotniczą niezawodnych, zrównoważonych
i konkurencyjnych cenowo źródeł SAF, rola rolników jest tu kluczowa
– mówi Ignacio Conti, dyrektor generalny Etlas.  – Etlas zrzesza światowych liderów innowacji w rolnictwie i produkcji energii, aby zaspokoić to zapotrzebowanie z wykorzystaniem wiedzy technologicznej i bliskich relacji z rolnikami na całym świecie, co pomoże w zwiększeniu produkcji i podaży, jednocześnie oferując rolnikom nowe źródła dochodu – dodaje.

Lech Kaniuk dołącza do Eleven jako Venture Partner w Polsce

Eleven, jeden z wiodących europejskich funduszy venture capital, ogłasza, że Lech Kaniuk dołącza do zespołu Eleven w Polsce jako Venture Partner. Ten krok stanowi znaczące zaangażowanie na rynku, który stał się jednym z najdynamiczniejszych ekosystemów startupowych w Europie.

Liczby mówią same za siebie: Polska jest obecnie liderem w Europie Środkowo-Wschodniej, z 60 scaleupami – więcej niż jakikolwiek inny kraj w regionie. Wartość ekosystemu startupów w Polsce wynosi 58 miliardów euro, zajmując czwarte miejsce pod względem liczby „jednorożców”, ustępując jedynie Estonii, Chorwacji i Ukrainie.

Lech Kaniuk ma ponad 20-letnie doświadczenie w budowaniu i skalowaniu firm technologicznych w Polsce i Europie. Założył PizzaPortal.pl, która w ciągu roku stała się wiodącą w Polsce platformą do zamawiania jedzenia online, a następnie została przejęta przez Delivery Hero za 120 milionów złotych. Obecnie związany z SunRoof Technology, jedną z wiodących europejskich firm w dziedzinie dachów solarnych.

W trakcie swojej kariery pozyskał ponad 150 milionów euro. Jest również aktywnym aniołem biznesu i autorem kilku bestsellerowych książek o przedsiębiorczości, sprzedaży oraz strategii wejścia na rynek.

 „Uważam, że Eleven reprezentuje złoty standard tego, jak fundusze VC powinny wspierać założycieli” – mówi Kaniuk. „Po ponad 20 latach budowania i skalowania firm wiem, że kapitał to tylko jeden element równania. To jakość partnerstwa decyduje o tym, czy startup się rozwinie, czy utknie w martwym punkcie. Moim celem jest wesprzeć rozwój Eleven w Polsce, wnosząc praktyczne doświadczenie operacyjne do jednego z najbardziej perspektywicznych ekosystemów startupowych w Europie”- dodaje Kaniuk.

Polska ma solidne fundamenty: silne zaplecze technologiczne przy konkurencyjnych kosztach, duży rynek wewnętrzny umożliwiający walidację i wzrost oraz coraz większą grupę doświadczonych operatorów. O jej sile decyduje dziś rosnąca dojrzałość ekosystemu – doświadczeni założyciele coraz częściej stają się aniołami biznesu i doradcami, a inżynierowie z globalnych firm technologicznych, takich jak Google, Meta czy Amazon, decydują się na zakładanie własnych przedsięwzięć.

“Polska będzie jednym z kluczowych motorów napędowych europejskiej gospodarki w nadchodzących dekadach – i konsekwentnie stawiamy na ten kierunek” – mówi Daniel Tomov, partner założycielski w Eleven. “Lech podziela nasze DNA. Wielokrotnie był po stronie założyciela i doskonale wie, co oznacza pozyskiwanie finansowania, zmiana kierunku, skalowanie biznesu i wyjście z inwestycji. Nie dołącza po to, by doradzać z dystansu, lecz by realnie pracować ramię w ramię z założycielami.”

Kaniuk będzie wspierał Eleven w Polsce, łącząc pozyskiwanie inwestycji z bezpośrednią współpracą ze spółkami portfelowymi.

Cieszę się, że mogę wspierać przedsiębiorców z naszego regionu – mówi Kaniuk.Chcę pomóc lokalnym founderom w pozyskaniu pierwszej rundy finansowania VC oraz wesprzeć regionalne firmy w ekspansji.

Złoto i srebro na nowych maksimach. Geopolityka znów rozdaje karty

Złoto przebiło historyczne szczyty, na rynkach widać klasyczny zwrot w stronę bezpiecznych przystani.

Dla kontraktów terminowych nowy rekord na złocie to 4 745 USD za uncję, gdy minimum z 52 tygodni wynosiło 2 721 USD, a w tym okresie wzrost jego ceny przekroczył 70%.

Nowy rekord poprzedzony został korektą, po 26 grudnia cena złota spadła o ponad 200 dol. za uncję. Spodziewano się korekty, ale tak się nie stało, złoto bardzo szybko odbiło ku nowym rekordom.

– Spodziewałem się raczej dalszej małej korekty na metalach szlachetnych, a mamy nowe szczyty na złocie i srebrze – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Sobierajski, analityk rynku akcji w XTB.

Srebro podrożało do 95 USD za uncję, gdy minimum z 52 tygodni to 28 USD, a w tym okresie jego cena wzrosła o ponad 200%.

– Na tych wzrostach zaważyły czynniki geopolityczne i wszystko wskazuje, że kolejne kwartały będą podobne – dodaje ekspert XTB. – Jeszcze niedawno oceniałem, że cena złota w tym roku nie przebije 5 tys. dolarów, a teraz możliwe jest, że stanie się to na przełomie I kwartału, sprzyjają temu czynniki fundamentalne.

Trudniejsza do prognozowania stała się cena srebra, kolejne kwartały będą dość dużą huśtawką.

– Można spodziewać się sesji, gdy jednego dnia srebro będzie drożało o 5%, aby następnego dnia spaść o 5%, a to dlatego, że pojawili się gracze spekulacyjni bardzo mocno napędzający cenę srebra – komentuje M.Sobierajski z XTB.

Trudno będzie jednak pobić w tym roku stopy zwrotu na metalach szlachetnych z 2025 r., ponieważ były rekordowo wysokie.

Prezydent Nawrocki kieruje budżet do Trybunału. Sam wysoki deficyt to za mało – kluczowe będzie uzasadnienie wniosku do TK

Decyzję prezydenta Karola Nawrockiego o podpisaniu ustawy budżetowej na 2026 rok i zamiarze skierowania jej w trybie następczym do Trybunału Konstytucyjnego oceniam przede wszystkim przez pryzmat jej potencjalnych skutków dla stabilności gospodarczej w bieżącym roku.

Taki ruch formalnie zapewnia ciągłość finansów publicznych, ale jednocześnie wprowadza dodatkową niepewność co doprzyszłych rozstrzygnięć. Dla przedsiębiorców kluczowe są spójność decyzji oraz przewidywalność otoczenia prawno-finansowego.

Przedsiębiorcy, inwestorzy i instytucje finansowe potrzebuję jasnego sygnału, czy przyjęte zapisy budżetowe są trwałe i wolne od istotnego ryzyka prawnego. Kierowanie całej ustawy lub jej istotnych fragmentów do Trybunału, nawet po jej podpisaniu, osłabia ten przekaz i zwiększa chaos interpretacyjny.

W uzasadnieniu decyzji prezydent, ustami swojego rzecznika, wskazał na bardzo wysoki deficyt budżetowy oraz rosnące zadłużenie państwa. Jednak prezydent nie może skierować ustawy budżetowej do TK jedynie z powodu krytycznej oceny rządowych polityk, wyrażonych w zapisach ustawy. Musi wskazać, które konkretnie, w jego przekonaniu, artykuły Konstytucji narusza ustawa budżetowa. Dzisiaj tego jeszcze nie wiemy.

Jednak, pomimo faktu, że rząd od marca 2024 ignoruje wyroki TK, to w obecnej formule ciężar ryzyka przenoszony jest na podmioty działające w oparciu o polityki i ich finansowanie zawarte w kwestionowanej przez prezydenta ustawie budżetowej, co nie sprzyja stabilności ani długofalowemu planowaniu, w szczególności inwestycyjnemu, działalności biznesowej.

Szpieg w sieci kontaktów. Jak LinkedIn stał się źródłem danych dla grup przestępczych

LinkedIn, postrzegany jako cyfrowa wizytówka kadry zarządzającej i specjalistów, dla grup przestępczych oraz obcych służb jest precyzyjnym źródłem wiedzy o strukturach firm i instytucji. O skali zagrożenia świadczy niedawny komunikat brytyjskiego kontrwywiadu MI5, który oficjalnie ostrzegł parlamentarzystów przed działaniami obcych agentów na tej platformie. Wykorzystując fałszywe profile, napastnicy miesiącami budowali relacje z osobami decyzyjnymi, by docelowo uzyskać dostęp do poufnych danych[1]. Ten przypadek pokazuje, że to, co uznajemy za networking, może być w rzeczywistości starannie zaplanowaną operacją pozyskiwania informacji.

Choć nagłośnione incydenty dotyczą świata polityki, analogiczne metody mogą zostać wykorzystane w szpiegostwie przemysłowym oraz ukierunkowanych atakach na firmy prywatne. LinkedIn, z bazą ponad miliarda użytkowników, pozwala przestępcom na dokładne mapowanie organizacji niemal dowolnej wielkości.

Analizując profile pracowników, atakujący są w stanie zidentyfikować nie tylko kluczowe osoby decyzyjne, ale także nowe osoby w zespole, ich zakres obowiązków czy realizowane aktualnie projekty. Takie dane stanowią fundament do przygotowania spersonalizowanych ataków socjotechnicznych, których celem może być sieć firmowa. Specyfika portalu sprawia, że użytkownicy darzą otrzymywane tam wiadomości znacznie większym zaufaniem niż tradycyjną korespondencję e-mail, co oszuści mogą bezwzględnie wykorzystać.

Pułapka na styku życia prywatnego i zawodowego

Wykorzystanie LinkedIna do ataków jest skuteczne również dlatego, że platforma ta często stanowi „szarą strefę” w bezpieczeństwie IT. Użytkownicy logują się do serwisu nie tylko na komputerach służbowych, ale także na prywatnych smartfonach i laptopach, na których firmowe systemy ochrony nie funkcjonują.

– Używanie prywatnych urządzeń do celów zawodowych sprawia, że działy IT tracą wgląd w potencjalne zagrożenia płynące z mediów społecznościowych. Nawet jeśli firma stosuje rygorystyczne filtry poczty e-mail, nie mają one wpływu na to, co pracownik otrzyma w prywatnej wiadomości w serwisie LinkedIn. Użytkownik, ufając renomie serwisu, znacznie chętniej klika w linki czy pobiera pliki, które mogą zawierać złośliwe oprogramowanie. Łączenie się z siecią firmową za pomocą zainfekowanego prywatnego urządzenia stanowi ryzyko – mówi Kamil Sadkowski, analityk cyberzagrożeń ESET.

Problem przenikania się sfery prywatnej i zawodowej w kontekście bezpieczeństwa potwierdzają badania. Z raportu „Cyberportret polskiego biznesu 2025”, przygotowanego przez ESET i DAGMA Bezpieczeństwo IT[2], wynika, że aż 28% polskich pracowników nie widzi problemu w wykorzystywaniu firmowego sprzętu do celów prywatnych. Z kolei zaledwie połowa badanych (56%) deklaruje unikanie logowania się do systemów firmowych z urządzeń prywatnych. To oznacza dużą grupę osób, które poprzez tego rodzaju zachowania mogą nieświadomie otwierać cyberprzestępcom furtkę do firmowych danych.

Ryzyko potęguje fakt, że przeprowadzenie takiej operacji jest dla napastników relatywnie proste. Używając skradzionych danych uwierzytelniających lub tworząc wiarygodne profile rekruterów, cyberprzestępcy mogą masowo docierać do wybranej grupy odbiorców. Bezwzględnie wykorzystują również to, że na portalu biznesowym darzymy nieznajomych znacznie większym zaufaniem niż w innych mediach społecznościowych. W efekcie niewinne zaproszenie do sieci kontaktów może stać się początkiem zaawansowanego ataku, którego stawką są najcenniejsze zasoby firmy.

Od fałszywego profilu do przejęcia konta

Działania podejmowane na LinkedIn rzadko kończą się na samej platformie. Są one zazwyczaj wstępem do bardziej zaawansowanych ataków, takich jak spear-phishing czy BEC (Business Email Compromise). Dzięki informacjom o strukturze firmy, relacjach podległości oraz realizowanych projektach, oszuści są w stanie przygotować niezwykle wiarygodne komunikaty, które uśpią czujność nawet doświadczonych pracowników. Spektrum zagrożeń jest jednak znacznie szersze:

  • Ataki bezpośrednie i werbunek: Napastnicy przesyłają złośliwe linki ukryte w ofertach pracy lub dokumentach rekrutacyjnych, które służą do instalacji oprogramowania typu infostealer. W skrajnych przypadkach, na co wskazywało MI5, platforma służy do typowego werbunku „współpracowników” wewnątrz organizacji.
  • Wykorzystanie deepfake’ów: LinkedIn jest cennym źródłem materiałów wideo i próbek głosu kadry zarządzającej. Mogą one zostać wykorzystane do tworzenia materiałów typu deepfake, używanych później w wyrafinowanych oszustwach finansowych.
  • Ataki na łańcuch dostaw: Przestępcy mapują nie tylko samą firmę, ale i jej partnerów biznesowych. Uderzenie w mniejszego dostawcę identyfikowanego przez LinkedIn może stać się „mostem” do przełamania zabezpieczeń głównego celu.
  • Przejmowanie kont (Account Hijacking): Poprzez fałszywe strony logowania czy wycieki haseł, napastnicy przejmują profile realnych użytkowników. Takie „uwiarygodnione” konto służy następnie do rozsyłania złośliwych treści do całej sieci kontaktów ofiary, co drastycznie zwiększa skuteczność ataku.

– Badacze ESET wykryli kampanie, w których członkowie grupy Lazarus, podszywając się pod rekruterów, instalowali złośliwe oprogramowanie na komputerach pracowników sektora lotniczego[3]. Co więcej, w ramach operacji Wagemole, osoby powiązane z Koreą Północną próbowały wręcz uzyskać realne zatrudnienie w zagranicznych firmach, by infiltrować je od środka[4]. Z kolei przykład grupy Scattered Spider i ataku na hotele MGM pokazuje, jak niebezpieczne jest wykorzystanie danych z serwisu LinkedIn do manipulowania pracownikami wsparcia technicznego. Doprowadziło to do paraliżu systemów i strat rzędu 100 milionów dolarów[5]. Każda informacja upubliczniona w naszym profilu może zostać użyta do uwiarygodnienia ataku – odpowiada Kamil Sadkowski.

Jak ograniczyć ryzyko? Budowanie cyfrowej czujności

Głównym wyzwaniem w walce z zagrożeniami na LinkedInie pozostaje ograniczona widoczność tych działań dla działów bezpieczeństwa IT. Dlatego kluczowym elementem ochrony staje się edukacja pracowników i włączenie scenariuszy ataków na platformach społecznościowych do regularnych szkoleń z zakresu cyberbezpieczeństwa.

– Każdy pracownik powinien mieć świadomość, że nawet na tak profesjonalnej platformie jak LinkedIn, nie każda osoba nawiązująca kontakt ma czyste intencje. Nadmierne dzielenie się szczegółami dotyczącymi wewnętrznych projektów czy struktury firmy to ułatwienie zadania dla napastnika. Szczególną czujność powinna zachować kadra zarządzająca, która ze względu na swoje uprawnienia jest najczęstszym celem precyzyjnie targetowanych kampanii – zaznacza Kamil Sadkowski.

Aby zminimalizować ryzyko przejęcia konta i infekcji urządzeń, eksperci zalecają przestrzeganie kilku podstawowych zasad:

  • Weryfikacja kontaktów: Zanim przyjmiesz zaproszenie, sprawdź profil osoby zapraszającej. Brak wspólnych znajomych, uboga historia aktywności lub bardzo świeża data utworzenia konta powinny wzbudzić czujność.
  • Wieloskładnikowe uwierzytelnianie (MFA): Włączenie dwuetapowej weryfikacji logowania na LinkedInie to najskuteczniejsza metoda ochrony przed przejęciem profilu, nawet w przypadku wycieku hasła.
  • Ograniczenie widoczności: Warto zweryfikować ustawienia prywatności profilu i ograniczyć dostęp do szczegółowych informacji o projektach osobom spoza sieci kontaktów.
  • Ochrona wszystkich urządzeń: Skoro LinkedIn jest obsługiwany także na urządzeniach prywatnych, niezbędne jest stosowanie sprawdzonego oprogramowania zabezpieczającego na urządzeniach mającym dostęp do zasobów firmy.

[1] bbc.co.uk/news/articles/c4gpnz05kr8o

[2] https://in.eset.pl/cyberportret-polskiego-biznesu

[3] https://www.welivesecurity.com/en/eset-research/lazarus-luring-employees-trojanized-coding-challenges-case-spanish-aerospace-company/

[4] https://www.welivesecurity.com/en/eset-research/deceptivedevelopment-from-primitive-crypto-theft-to-sophisticated-ai-based-deception/#north-korean-it-workers-aka-wagemole

[5] https://inszoneinsurance.com/blog/cyberattack-mgm-resort-explained

Prognozy dla Polski na 2026: PKB 3,8%, inwestycje dwucyfrowe, inflacja blisko 2–2,5%

Początek 2026 roku to dla polskiej gospodarki czas dynamicznego rozwoju i optymistycznych perspektyw na przyszłość. Według prognoz Coface w bieżącym cyklu koniunkturalnym osiągnie ona punkt kulminacyjny. Jak szacują eksperci, PKB wzrośnie o 3,8% r/r w 2025 roku wzrost ten wyniósł 3,6%. Jednak nad koniunkturą wzrostową wciąż ciążą istotne ryzyka – zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Jakie czynniki będą napędzały wzrost gospodarczy Polski w 2026 roku, a jakie już dziś budzą słuszny niepokój?

Na obecny krajobraz makroekonomiczny składa się kilka kluczowych czynników, które w różnym stopniu będą kształtować koniunkturę w bieżącym roku. Wśród nich szczególne znaczenie będą miały: tempo inwestycji i popytu krajowego, sytuacja u głównych partnerów handlowych oraz warunki finansowania w gospodarce. W tle natomiast pozostają ryzyka fiskalne i geopolityczne. Przedstawiamy prognozy gospodarcze firmy Coface na 2026 rok.

Inwestycje i popyt krajowy jako główne filary wzrostu gospodarczego

Podobnie jak w III kwartale 2025 roku, głównym źródłem wzrostu pozostaną inwestycje. W 2026 roku sprzyjać im będzie zarówno upływający w tym roku termin wykorzystania środków z Krajowego Planu Odbudowy, który wymusza kumulację projektów inwestycyjnych, jak i coraz większa absorpcja funduszy w ramach polityki spójności. Ponadto rosnąca akcja kredytowa dla sektora przedsiębiorstw pokazuje, że obniżki stóp procentowych tworzą bardziej sprzyjające warunki dla finansowania inwestycji po stronie sektora prywatnego.

Istotnym komponentem wzrostu gospodarczego Polski pozostanie również konsumpcja prywatna. Choć dynamika realnego wzrostu traci obecnie impet, to wcześniejsza akumulacja oszczędności przez gospodarstwa domowe pozwala na obniżenie stopy oszczędności, co powinno wspierać konsumpcję.

Poprawa koniunktury u partnerów handlowych i odbudowa rentowności firm

Sytuacja wśród głównych partnerów handlowych Polski również będzie się prawdopodobnie stopniowo poprawiać. Według prognoz Coface w 2026 roku niemiecka gospodarka powinna wyraźniej zareagować na wdrożony pakiet fiskalny, co ożywi aktywność gospodarczą i podniesie wzrost PKB do 1,0% (w porównaniu do 0,2% w 2025). Koniunkturę w Europie Zachodniej mają dodatkowo wspierać wyższe wydatki na zbrojenia, niższe ceny energii oraz cykliczne ożywienie gospodarki. Eksperci Coface zapowiadają, że eksport netto może nadal obniżać wzrost PKB z uwagi na wyższą dynamikę importu. Przyczynią się do tego wysokie importochłonne wydatki zbrojeniowe, silny popyt wewnętrzny oraz zwiększony import z Chin.

Rok 2026 może przynieść stopniową poprawę w sektorze przedsiębiorstw. Dotychczasowe czynniki kosztowe, które doprowadziły do kompresji marż, sukcesywnie tracą impet. W szczególności dynamika wynagrodzeń w 2026 roku zbliży się do dynamiki produktywności, a ceny energii najprawdopodobniej spadną. W efekcie zyski i rentowność przedsiębiorstw powinny kontynuować odwrócenie trendu obserwowanego w 2025 roku – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Jakie czynniki ryzyka zagrożą wzrostowi gospodarki Polski?

Tak optymistyczne perspektywy wzrostu mogą jednak zostać przesłonięte przez istotne zagrożenia ciążące nad polską gospodarką. Najważniejsze z nich ma charakter fiskalny i dotyczy oceny wiarygodności kredytowej Polski. Zeszłoroczne obniżenie perspektywy ratingów przez 2 z 3 głównych agencji może oznaczać faktyczny spadek ratingu, jeśli trajektoria deficytu finansów publicznych nie ulegnie poprawie.

Ustabilizowanie finansów publicznych i ograniczenie deficytu będzie szczególnie dużym wyzwaniem w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych, zaplanowanych na 2027 rok, oraz utrzymującego się konfliktu między Prezydentem RP a rządem w sprawie ustaw podnoszących podatki. Niewykluczona jest zatem pierwsza od dekady obniżka ratingu Polski, która mogłaby osłabić zaufanie inwestorów do polskich aktywów – podkreśla dr Mateusz Dadej.

Coface zwraca również uwagę na fakt, że poza czynnikami krajowymi istotne będą również ryzyka geopolityczne, które pozostaną obciążeniem dla globalnej i krajowej gospodarki w 2026 roku.

Polityka zagraniczna Prezydenta USA Donalda Trumpa ma coraz bardziej jednostronny charakter i wywiera rosnącą presję na UE – wyjaśnia dr Mateusz Dadej. – Dotychczasowe spory werbalne, np. dotyczące Grenlandii, regulacji Big Tech czy różnic w podejściu do wojny w Ukrainie, mogą ponownie przerodzić się w konflikt ekonomiczny. Niewykluczone jest też wykorzystanie przez USA swojej pozycji jako kluczowego dostawcy energii, biorąc pod uwagę, że obecnie kraj ten odpowiada za ok. 1/4 importu gazu do UE. W efekcie rosnąca niepewność geopolityczna może wpływać na warunki gospodarcze Unii, w tym na sytuację na rynku energii.

Choć prognozy na 2026 rok zakładają utrzymanie dynamiki wzrostu gospodarczego, jego skala i trwałość będą zależeć od stabilności koniunktury w kolejnych kwartałach. Nawet przy solidnych podstawach, takich jak inwestycje, popyt krajowy i stopniowa poprawa otoczenia zewnętrznego – ryzyka fiskalne i geopolityczne mogą szybko obrócić sytuację na niekorzyść Polski. 

Prognozy dla wybranych zmiennych makroekonomicznych – źródło Coface

Zmienna I kw. 2026 II kw. 2026 III kw. 2026 IV kw. 2026
PKB, r/r 3.7 3.6 4 3.9
Nakłady brutto na środki trwałe (wg RN), r/r 8.5 11 12.5 12
Spożycie w sektorze gospodarstw domowych (wg RN), proc., r/r 4.5 4.1 4.9 4
CPI, r/r 2.1 2.2 2.2 2.5
Stopa referencyjna NBP, na koniec kwartału 3.75 3.5 3.5 3.5

 

Zimowy spokój na rynku gruntów. Czy to cisza przed wiosenną burzą?

Dane Otodom z ostatnich dwóch lat pokazują, że gruntów nie przybywa, dlatego działki z uregulowanym stanem prawnym są dziś najbardziej poszukiwane. Dlaczego ziemia drożeje nawet przy słabszej sprzedaży mieszkań i co zmienią plany ogólne w 2026 roku?

Inwestorzy obawiają się konsekwencji nowych przepisów. Dlaczego tak jest? Wraz z reformą planistyczną burzy się porządek, który panował od niemal dwudziestu lat. To plan ogólny opracowany przez jednostki samorządu terytorialnego przesądzi teraz o tym, które grunty zachowają prawo do zabudowy, a tym samym atrakcyjność inwestycyjną, a które ziemie znacząco stracą na wartości.

„Nowe plany ogólne mogą oznaczać utratę charakteru budowlanego dla tysięcy działek w całej Polsce. Dlatego najdroższe są te grunty, które mają uregulowany stan prawny, co w praktyce oznacza, że można na nich postawić zabudowę wielorodzinną lub jednorodzinną. Rynek ziemi był zawsze mocno zróżnicowany regionalnie pod kątem ceny. Jednak Warszawa i Kraków wymykają się wszelkim porównaniom z resztą kraju. Wysoki koszt ziemi w tych dwóch aglomeracjach winduje ceny mieszkań, dlatego rynek kontynuuje ekspansję na przedmieścia, gdzie aktywnie spoglądają zarówno deweloperzy, jak i inwestorzy indywidualni”, wyjaśnia Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka działu badań rynku nieruchomości w Otodom.

Paradoks odporności – zima cen nie zamrozi

Ceny gruntów rosną nieprzerwanie od dwóch lat mimo spadku liczby ofert. Paradoksalnie ziemia drożeje nawet wówczas, gdy sprzedaż mieszkań jest okresowo mniejsza i nawet wtedy, gdy nastroje inwestorów odzwierciedlają dużą niepewność gospodarczą. Dzieje się tak dlatego, że, jak wskazują eksperci, gruntów nie da się „nadprodukować”, a działek formalnie przygotowanych do budowy jest coraz mniej. Deficyt takich nieruchomości gruntowych oraz wizja planów ogólnych, które zaczną obowiązywać od lipca 2026 roku, sprawiają, że metr kwadratowy najmniejszych działek zlokalizowanych w obrębie największych miast wyceniany jest najdrożej. ​ ​

Warszawa, z ceną ofertową zbliżającą się do 900 zł/mkw., oraz Kraków (600 zł/mkw.) stały się rynkami ziemi premium. Goni je Trójmiasto reprezentowane przez Gdańsk (484 zł/mkw.) i to właśnie w tym mieście odnotowano najwyższą dynamikę wzrostu rok do roku, tj. +24%. W Krakowie wskaźnik ten wynosi +20% r/r. Na znaczeniu zyskuje też wyraźnie ściana wschodnia. Dla przykładu Białystok osiągną wzrost o 35% w ciągu ostatnich dwóch lat, a Kielce +34%. Rosną więc rynki, które zapewniają niższą barierę wejścia. Najtańsza jest Opolszczyzna (184 zł/mkw.), stabilnie zachowują się ceny gruntów w Lublinie, Warszawie czy Katowicach.

Zimowy spokój na rynku gruntów„Obecny zimowy okres to jednak pozorna stabilizacja. Najmniejsze parcele o najwyższej stawce za metr kwadratowy definiują dziś segment premium nieruchomości gruntowych. Jednak to działki o powierzchni pomiędzy 3 tys. mkw. a 5 tys. mkw., czyli środek skali, stają się celem strategicznych zakupów dokonywanych przez deweloperów, ponieważ łączą potencjał inwestycyjny z rozsądną ceną jednostkową”, komentuje ekspertka Otodom.
Tym bardziej, że tereny w promieniu 15-20 minut dojazdu do miasta są lokalizacjami, które mają szansę stać się w przyszłości pełnoprawną częścią dużych aglomeracji miejskich.

„Pamiętajmy, że cena mieszkania czy domu zaczyna się od dostępności i ceny gruntu, na którym dana nieruchomości stoi. Warszawa jest zdecydowanie najdroższa, a jeżeli udział kosztów zakupu ziemi w projektach deweloperskich sięga nawet 50%, to nowe mieszkania w tym mieście są po prostu bardzo drogie. Dla porównania w drugim co do liczby mieszkańców i wielkości oferty mieszkań na sprzedaż Krakowie ceny ofertowe działek są o 30% mniejsze niż warszawskie. Natomiast na kolejnych pięciu rynkach dystans do cen w stolicy zwiększa się jeszcze bardziej i sięga 50%. Dlatego w praktyce to kwota zakupu gruntu decyduje w dużej mierze o wartości mieszkania i domu, a obecnie diamentami inwestycyjnymi są ziemie z zabezpieczonym prawem budowlanym”, podsumowuje Katarzyna Kuniewicz.

Co przyniesie wiosna 2026?

Wszystko wskazuje na to, że wiosna będzie okresem wielkiej mobilizacji. Ekspansja na przedmieścia przyspieszy, często oferując nabywcom dom w cenie mieszkania. Jednak dla tych, którzy posiadają nieuregulowane grunty, będzie to ostatni dzwonek na złożenie wniosków do powstających planów ogólnych. Wchodzimy w fazę, w której informacja o statusie prawnym działki jest najistotniejszym kryterium jej wartości. Różnica między ceną gruntu rolnego a budowlanego to już nie tylko marża, to różnica ilustrująca realną wartość prawa do zabudowy. Deweloperzy ścigają się z czasem, a inwestorzy indywidualni muszą odrobić lekcje i zawczasu sprawdzić stan prawny działki, która ma być miejscem wymarzonego domu. Natomiast właściciele ziemi muszą mieć świadomość, że po uchwaleniu planu ogólnego zmiana statusu ich gruntu będzie wielokrotnie trudniejsza i droższa.

Przedsiębiorca wygrał z KIS: wybór ryczałtu przez PPE w tytule przelewu uznany za skuteczny

Orzecznictwo sądów administracyjnych wskazuje, że symbol PPE w tytule przelewu to skuteczne oświadczenie o wyborze ryczałtu. Wyroki otwierają przedsiębiorcom prostszą drogę do preferencyjnych stawek podatkowych od 2% do 17%, ale jednocześnie rodzą ryzyko sporów z urzędami skarbowymi, które konsekwentnie odrzucają tę formę zgłoszenia.

Ryczałt od przychodów ewidencjonowanych

Podatek dochodowy w Polsce ma różne stawki. Według zasad ogólnych wahają się one od 12% do 32%, a na liniowym wynoszą 19%. Istnieje jednak jeszcze możliwość rozliczania w formie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, gdzie stawki – w zależności od rodzaju prowadzonej działalności – mogą wynosić od 2% do 17%. Ryczałt kusi nie tylko niskim opodatkowaniem dochodu, ale i możliwością stosowania w firmie uproszczonej księgowości. Z ryczałtu chętnie korzystają przedsiębiorcy z sektora MŚP, zwłaszcza mikroprzedsiębiorcy prowadzący JDG.

Jak przejść na ryczałt – wymogi ustawowe

Zgodnie z art. 9 ust. 1 ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne, o wyborze opodatkowania przychodów z pozarolniczej działalności gospodarczej w formie ryczałtu na dany rok podatkowy podatnik składa właściwemu według swojego miejsca zamieszkania naczelnikowi urzędu skarbowego sporządzone na piśmie oświadczenie do 20. dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym osiągnął pierwszy przychód z tego tytułu w roku podatkowym (albo do końca roku podatkowego, jeżeli pierwszy taki przychód osiągnął w grudniu).Oświadczenie można złożyć także na podstawie przepisów ustawy o Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG).

Spór z organem podatkowym o sposób złożenia oświadczenia

Jeden z przedsiębiorców rozpoczął działalność w lutym 2022 r. i wtedy też osiągnął z niej pierwszy przychód. Dnia 18 marca obliczył ryczałt za luty i po odpowiedniej stawce wpłacił go na rachunek właściwego urzędu skarbowego. Na poleceniu przelewu zaznaczył symbol formularza/tytuł płatności – PPE – jako właściwy wyłącznie dla zryczałtowanego podatku dochodowego od przychodów ewidencjonowanych. Był przekonany, że jasno wyraził tym wymagane ustawą oświadczenie woli o wyborze opodatkowania i przejściu na ryczałt. Do końca 2022 r. w ten sam sposób obliczał i przelewał podatek do skarbówki z symbolem PPE. Urzędnicy nie kwestionowali wysokości wpłacanego podatku. Przedsiębiorca chciał się jednak upewnić co do swojego stanowiska, wystąpił więc o jego potwierdzenie do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej.

Stanowisko KIS: polecenie przelewu to nie pismo

Organ podatkowy stwierdził, że przedsiębiorca jest w błędzie i nie dokonał skutecznej rejestracji na ryczałt. Dyrektor KIS poinformował, że przepisy wymagają złożenia oświadczenia sporządzonego na piśmie. Takiego warunku – zdaniem organu – nie spełnia próba wyboru formy opodatkowania dokonana w sposób dorozumiany, jedynie przez zatytułowanie polecenia przelewu.

Organ uznał, że zapłata podatku z użyciem symbolu PPE nie może zostać uznana za spełniającą kryteria „pism” złożonych do właściwego naczelnika urzędu skarbowego. To, że pieniądze z wpłaconego podatku trafiły na rachunek Skarbu Państwa, nie może być traktowane jako równoznaczne ze złożeniem pisemnego oświadczenia woli o wyborze formy opodatkowania.

Rozstrzygnięcie WSA w Gliwicach – korzystne dla podatnika

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach, do którego skargę wniósł przedsiębiorca, uchylił interpretację DKIS. Sąd wskazał na treść art. 60 Kodeksu cywilnego, zgodnie z którym wola osoby dokonującej czynności prawnej może być wyrażona przez każde zachowanie się tej osoby, które ujawnia tę wolę w sposób dostateczny, w tym również przez ujawnienie tej woli w postaci elektronicznej.

Zdaniem sądu interpretacja oświadczenia woli podatnika „nie pozostawia wątpliwości”, że dokonał on wyboru opodatkowania w formie ryczałtu. W innym przypadku nie wskazywałby na poleceniu przelewu symbolu PPE, który – zgodnie z Załącznikiem nr 4 do obwieszczenia Ministra Finansów z 14 stycznia 2019 r. – jest zastrzeżony właśnie dla ryczałtu.

Sporządzenie na piśmie to nie to samo co forma pisemna

WSA zwrócił uwagę na istotne rozróżnienie: ustawodawca nie zastrzegł dla oświadczenia o wyborze ryczałtu formy pisemnej – wymagał jedynie, by było ono sporządzone na piśmie. Sąd wskazał, że brak jest definicji legalnej zwrotu „sporządzenie czegoś na piśmie”. Potocznie należałoby uznać, że oznacza to sporządzenie oświadczenia przy użyciu znaków alfabetu w celu utrwalenia wypowiedzi. Ten wymóg spełnia w ocenie sądu wskazanie tytułu płatności „PPE” na poleceniu przelewu.

W konkluzji sąd stwierdził: „W rezultacie podatnik złożył skuteczne oświadczenie woli o wyborze opodatkowania w formie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych w rozumieniu art. 9 ust. 1 u.z.p.d.” (wyrok WSA w Gliwicach z 25 czerwca 2025 r., sygn. akt I SA/Gl 1486/24).

Uwaga: wyrok nie oznacza braku ryzyka

Opisane rozstrzygnięcie jest korzystne dla podatników, ale należy zachować ostrożność:

  • wyrok nie jest prawomocny – DKIS może wnieść skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego;
  • organy podatkowe nadal prezentują odmienne stanowisko – DKIS konsekwentnie uznaje, że sam przelew z oznaczeniem PPE nie stanowi skutecznego oświadczenia;
  • podatnik wybierający tę drogę musi liczyć się z ryzykiem sporu – może być zmuszony do obrony swojego stanowiska przed sądem administracyjnym (zob. więcej nt. Spory podatkowe);
  • linia orzecznicza dopiero się kształtuje – choć pojawiają się kolejne korzystne wyroki (m.in. WSA w Warszawie z 30 stycznia 2025 r., III SA/Wa 2278/24), nie ma jeszcze utrwalonej praktyki NSA.

Rekomendowana praktyka

Przedsiębiorcom, którzy chcą uniknąć ryzyka sporu z organem podatkowym, zalecamy:

  • złożenie oświadczenia przez CEIDG – najprostsza i najbezpieczniejsza ścieżka przy rozpoczynaniu działalności lub zmianie formy opodatkowania;
  • złożenie pisemnego oświadczenia do urzędu skarbowego – tradycyjna forma, niebudząca wątpliwości organów;
  • traktowanie przelewu z PPE jako dodatkowego dowodu – wzmacnia argumentację, ale nie powinien być jedynym sposobem wyrażenia woli.

Wybór formy opodatkowania wyłącznie przez oznaczenie przelewu może być skuteczny – jak pokazuje orzecznictwo – ale wiąże się z ryzykiem konieczności udowodnienia swoich racji przed sądem.

Podsumowanie

Wyrok gliwickiego sądu ma istotne znaczenie dla praktyki gospodarczej pokazując, że organy podatkowe nie zawsze prawidłowo interpretują wymogi formalne przewidziane przez ustawodawcę. Rozróżnienie między „sporządzeniem na piśmie” a „formą pisemną” może wydawać się akademickie, ale w praktyce ma fundamentalne znaczenie dla ważności oświadczeń podatkowych.

Sprawa ta ilustruje szerszy problem – złożoność polskiego systemu podatkowego, gdzie nawet pozornie oczywiste kwestie formalne mogą rodzić spory z administracją skarbową. Prowadzenie i rozliczanie firmy wymaga dziś nie tylko znajomości stawek i ulg, ale przede wszystkim precyzyjnego wypełniania obowiązków proceduralnych (zob. księgowość dla firm).

Wobec dynamicznie zmieniających się przepisów i niejednorodnego orzecznictwa, współpraca z doświadczonym biurem rachunkowym pozwala nie tylko na prawidłowe prowadzenie ewidencji, ale także na świadomy wybór formy opodatkowania, w tym również wybór formy prawnej prowadzonej działalności, z pełną znajomością związanych z tym ryzyk.

Rzecznik MŚP apeluje do premiera o zmiany w karach URE: „więcej proporcjonalności”

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Agnieszka Majewska w piśmie skierowanym do Prezesa Rady Ministrów, sprawującego nadzór nad Urzędem Regulacji Energetyki, przedstawiła stanowisko w sprawie administracyjnych kar pieniężnych przewidzianych w ustawie Prawo energetyczne, a nakładanych przez prezesa URE. Ocena stosowania przepisów z zakresu administracyjnych kar pieniężnych, dokonana przez Rzecznika MŚP, uwzględnia jednocześnie apele przedsiębiorców, w tym także uczestniczących w pracach Zespołów Roboczych w ramach Rady Przedsiębiorców powołanej przy Rzeczniku MŚP.

Organizacje branżowe zwracają uwagę, że zarówno brzmienie przepisów, jak i praktyka ich stosowania mogą prowadzić do wydawania decyzji uznaniowych, niejednolitych i skutkujących nieproporcjonalnymi obciążeniami dla przedsiębiorców sektora MŚP. Ponadto, przepisy w niewystarczającym stopniu odnoszą się do zasad miarkowania kar i nie obejmują wszystkich przesłanek wyłączenia karania.

Zdaniem Minister Agnieszki Majewskiej zasadne jest stosowanie zasad zawartych w Dziale IVa Kodeksu postępowania administracyjnego do kar pieniężnych nakładanych na podstawie ustawy Prawo energetyczne. Zdaniem Rzecznika MŚP, a także organizacji przedsiębiorców powyższe rozwiązanie przyczyni się do ograniczenia krzywdzących praktyk organów oraz rozbieżności w ich rozstrzygnięciach przy jednoczesnym utrzymaniu prewencyjnego charakteru oraz niezbędnej skuteczności sankcji.

Mając powyższe na względzie, Agnieszka Majewska skierowała do Premiera postulat zmiany ustawy Prawo energetyczne – w taki sposób, aby regulacje jednoznacznie przewidywały stosowanie regulacji Kodeksu postępowania administracyjnego do kwestii nakładania administracyjnych kar pieniężnych. Alternatywnie Rzecznik MŚP apeluje o wydanie odpowiednich wytycznych dla organów stosujących te przepisy w praktyce.

Jak podkreśla Minister Majewska: „prawidłowe i sprawiedliwe ustalanie wysokości administracyjnych kar pieniężnych realizować będzie zasadę proporcjonalności oraz przyczyni się do pogłębiania zaufania przedsiębiorców do władzy publicznej”.

Amerykanie wracają na rynek: dolar słabnie, złoto rośnie

Wczorajsza sesja odbyła się bez udziału inwestorów z USA, którzy mieli dzień wolny (a przynajmniej giełda nie miała notowań) – o ile w ogóle można mieć wolne, gdy tyle się dzieje. W tle wzrost inflacji w Kanadzie i dalsze problemy Rumunii.

Amerykanie wracają na rynki

Administracja USA ma ostatnio praktykę ogłaszania ważnych informacji poza godzinami notowań, tak aby inwestorzy zdążyli je spokojnie przeanalizować i nie reagowali zbyt emocjonalnie. Interwencja w Wenezueli miała miejsce w nocy z piątku na sobotę, a cła za utrudnianie zakupu Grenlandii zapowiedziano w sobotę – i to przed wolnym poniedziałkiem. Wczoraj mieliśmy dzień Martina Luthera Kinga. W rezultacie, kiedy europejskie parkiety krwawiły, to inwestorzy w USA mieli zamkniętą sesję i czas na przemyślenia. Dzisiaj z kolei wrócą na rynek i zobaczymy, jakie będą reakcje. Na razie widać je tylko na złocie, które pewnie kolejny dzień kroczy w górę. Co ciekawe, pod nieobecność inwestorów amerykańskich trwa wyprzedaż dolara, która wyraźnie przyspieszyła dzisiaj nad ranem. Od wczoraj dolar stracił ponad centa na wartości względem euro.

Ceny w Kanadzie

W grudniu inflacja w Kanadzie wzrosła w ujęciu rocznym do 2,4%. Ostatni raz wyższy poziom obserwowaliśmy w lutym 2025 roku. Co ciekawe, stało się to pomimo faktu, że inflacja miesięczna w grudniu spadła o 0,2%. Dlaczego zatem roczny wskaźnik wzrósł? Powodem jest fakt, że spadki z grudnia 2024 były jeszcze większe niż z grudnia 2025. W rezultacie mniej spadkowy miesiąc w danych podniósł wynik. Wyższa inflacja spowodowała, że dolar kanadyjski był wczoraj w delikatnym odwrocie. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest to element szerszego ruchu w USA i nie należy go w całości wiązać z samą sytuacją w Kanadzie. Zwyczajowo wzrost inflacji umacnia walutę przez wpływ na stopy procentowe, tutaj jednak analitycy zwracają uwagę, że stopy w Kanadzie nie powinny się w najbliższym czasie zmieniać.

Brak zmian stóp w Rumunii

Wczorajsze posiedzenie Banku Narodowego Rumunii zakończyło się utrzymaniem głównej stopy procentowej na poziomie 6,5%. Na pierwszy rzut oka, obserwując poziomy w innych europejskich krajach, wydaje się to dużo. Patrząc jednak na wskaźnik wzrostu cen łatwo zrozumieć, dlaczego rynki nie oczekiwały obniżki. Od sierpnia bowiem inflacja przebywa w przedziale 9,7-9,9%. Kraj ten przez dramatycznie wysoki deficyt budżetowy – i to nawet na tle Polski – musiał podjąć pewne działania. Doszło między innymi do podwyżek VAT oraz uwolnienia cen energii. Złośliwi twierdzą, że zastosowano także „twórczą matematykę”, by nie uzyskać poziomu 10% w inflacji. Trzeba jednak pamiętać, że taki szokowy wzrost cen – podobnie jak w Polsce – w większości po roku zniknie ze statystyk, a kraj wróci w okolice normy. Ta norma przed podwyżkami to nadal jednak okolice 5%, co na razie wyklucza obniżki stóp. Rumuńska leja jest nadal silnie usztywniona do euro, więc nie ma reakcji kursu waluty na sytuację.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Rozwój i przyszłość producentów farb dekoracyjnych. Wywiad z Paulem van Bovenem (AkzoNobel)

Polska to nie tylko kluczowy rynek zbytu, ale i serce produkcyjne Europy dla koncernu AkzoNobel. To właśnie tutaj, w Pilawie, znajduje się największa fabryka firmy na kontynencie, a rodzime działy R&D tworzą innowacje, które podbijają świat. O strategicznym znaczeniu naszego regionu, planowanej fuzji z Axalta oraz wyzwaniach, jakie niesie ze sobą cyfrowa transformacja i zmiana nawyków młodego pokolenia, rozmawiamy z Paulem van Bovenem. Nowy dyrektor zarządzający na region Europy Środkowej Północnej i DACH w AkzoNobel Decorative Paints opowiada o swoich pierwszych wrażeniach i planach na najbliższe lata.

W sierpniu tego roku objął Pan stanowisko dyrektora zarządzającego na region Europy Środkowej Północnej i DACH w firmie AkzoNobel Decorative Paints. Jakie są Pana najważniejsze wrażenia z pracy na nowym stanowisku? Jak ocenia Pan współpracę z obecnym zespołem?

Paul van Boven: Na obecnym stanowisku czuję się bardzo swobodnie. Zapewne między innymi dlatego, że pracuję w AkzoNobel już od 2012 roku, czyli trzynaście lat. Miałem wcześniej wiele okazji, aby odwiedzać polską siedzibę firmy i nawiązać dobre relacje
z ludźmi tutaj pracującymi. Zespół jest przede wszystkim bardzo silny, zaangażowany
i ugruntowany. Stanowi doskonałe połączenie doświadczenia, talentu i młodości.

Polska jest bardzo ważnym rynkiem dla AkzoNobel, Posiada bowiem na przykład największy zakład produkcyjny AkzoNobel w Europie – fabrykę farb dekoracyjnych
w Pilawie. Obsługuje on nie tylko Polskę, ale także wiele innych krajów europejskich . Na miejscu działają poza tym nowoczesne i wykwalifikowane zespoły badań i rozwoju oraz Marketingu. Stworzyły one innowacyjne rozwiązania, które teraz są wykorzystywane
w całej Europie. Dobrym przykładem są zmywalne farby ścienne Dulux EasyCare. Zostały one opracowane i wprowadzone na rynek właśnie w Polsce, a obecnie są sprzedawane
w ponad 25 krajach.

Cieszę się i jestem dumny, że mam teraz możliwość współpracy z tymi wspaniałymi ludźmi. Bezpośrednie kierowania nimi sprawia, że codzienna praca jest jeszcze bardziej inspirująca.

Zastanawiam się, jak bardzo zmienił się rynek farb dekoracyjnych w ostatnich latach. Czy może nam Pan opowiedzieć coś więcej na ten temat?

Paul van Boven: Chociaż kategoria produktów farb dekoracyjnych jest dobrze ugruntowana i dość dojrzała, co można już zaobserwować na całym świecie, istnieje szereg ważnych długoterminowych trendów rynkowych, które należy przewidzieć, aby pozostać konkurencyjnym. A konkurencja jest bardzo duża i solidna w tej branży.

Na poziomie konsumentów widać, że zwłaszcza młodsze pokolenia coraz rzadziej remontuje mieszkania czy domy samodzielnie. Czas staje się towarem deficytowym,
a dochody rosną, więc coraz częściej korzystają oni z usług profesjonalnych malarzy
i architektów wnętrz. Zmienia się również sposób konsumpcji mediów: większa grupa konsumentów nie jest już dostępna za pośrednictwem telewizji lub mediów drukowanych, ale korzysta z cyfrowych mediów społecznościowych, takich jak Instagram, Pinterest czy TikTok. To tam szukają inspiracji do swoich mieszkań i domów.

Drugim kluczowym trendem są zmiany w dystrybucji. Część zakupów przenosi się
z tradycyjnych sklepów z artykułami DIY i farbami do sieci. Jednocześnie rosną udziały platform wyłącznie cyfrowych, takich jak Allegro i Amazon. Ale także w przypadku sklepów stacjonarnych obserwuje się fragmentację, ponieważ dyskonty wielobranżowe rozszerzają swoją ofertę farb, a także powierzchnię sklepów. Wreszcie, niezależne sklepy i dystrybutorzy konsolidują się w duże istniejące grupy zakupowe i franczyzowe.

Wreszcie, rośnie presja na zarządzanie produktami, wynikająca z przepisów UE dotyczących zdrowia i zrównoważonego rozwoju.

Jaki jest stan rozwoju technologicznego w branży farb dekoracyjnych?

Paul van Boven: Znaczna część badań nad farbami dekoracyjnymi koncentruje się na opracowywaniu produktów o wysokiej wydajności przy jednoczesnym wykorzystaniu bardziej zrównoważonych surowców i materiałów opakowaniowych. Poczyniono znaczące postępy w ograniczaniu stosowania rozpuszczalników i spoiw na bazie węgla, zastępując je alternatywnymi produktami wykorzystującymi wodę i biomasę.

Kolejnym ważnym obszarem rozwoju są trwalsze rozwiązania: zwiększenie ochrony podłoży, ale także dłuższe zachowanie jasności kolorów i innych właściwości estetycznych.

Trzecim ważnym obszarem innowacji jest wszystko, co związane z ułatwieniem klientom procesu malowania. Wybór i zakup odpowiedniego koloru, rodzaju farby pod konkretne zadanie oraz znalezienie najlepszego sposobu jej nakładania nadal nie jest wystarczająco łatwe zarówno dla profesjonalistów, jak i użytkowników prywatnych. Bardzo potrzebne są ulepszone usługi i łatwiejsze w użyciu narzędzia cyfrowe, jak i dostępne w sklepach, do wyboru kolorów i produktów. Obecnie są to już nie tylko testery, ale i specjalne aplikacje, które pomagają klientom zwizualizować sobie ostateczny wygląd ich mieszkania czy domu.

Jakie są strategiczne priorytety Państwa i firmy na najbliższe lata?

Naszym priorytetem na następne lata jest poprowadzenie firmy w taki sposób, by przeszła ona przez wszelkie zmiany rynkowe lepiej niż inne przedsiębiorstwa z branży farb dekoracyjnych w Polsce. Niezwykle istotne dla mnie jest także to, by nieustannie wzmacniać i angażować nasze zespoły.

Inne ważne tematy dla firmy w najbliższej przyszłości to planowana bardzo duża fuzja
z Axalta oraz trwająca rozbudowa naszego polskiego zakładu w Pilawie produkującego farby dekoracyjne.

Gdzie najtaniej, gdzie najdrożej? Ranking cen ładowania aut elektrycznych – styczeń 2026

Ładowanie elektryka w Polsce nadal pozostaje loterią cenową. Za tę samą ilość energii nadal można zapłacić od 42 do 210 złotych. Styczniowy ranking cen ładowania samochodów elektrycznych, przygotowany przez EV Klub Polska oraz elektromobilni.pl, ujawnia, że mimo stabilizacji cen u większości operatorów, przepaść między najtańszymi a najdroższymi stacjami ładowania utrzymuje się na rekordowym poziomie.

Styczniowy ranking cen ładowania samochodów elektrycznych w Polsce pokazuje względną stabilizację rynku po grudniowych roszadach cennikowych. Choć większość operatorów utrzymała swoje stawki, różnice między poszczególnymi sieciami pozostają znaczące. W segmencie ultra-szybkiego ładowania HPC (≥150 kW) rozpiętość cenowa nadal sięga od 1,00 zł/kWh na Superchargerach Tesli (w wybranych lokalizacjach i godzinach) do 3,59 zł/kWh w wybranych lokalizacjach sieci Shell Recharge.

Zakończyła się również promocja od GreenWay Polska, która zakładała darmowe pierwsze ładowanie na hubach 400 kW. Również ORLEN Charge powrócił do swoich stawek z listopada, po grudniowym obniżeniu cennika podstawowego.

Ładowanie AC – liderzy bez zmian

W kategorii ładowania prądem przemiennym (AC) ChargeEuropa utrzymała pozycję lidera z ceną 1,75 zł/kWh, nieznacznie wyprzedzając Polenergię eMobility (1,78 zł/kWh). Na przeciwległym biegunie plasuje się Powerdot ze stawką 2,25 lub 2,48 zł/kWh (w zależności od lokalizacji). Średnia cena w tym segmencie oscyluje w granicach 1,95 zł/kWh, co oznacza minimalny wzrost względem grudnia 2025 roku.

Szybkie ładowanie DC – Tesla nadal poza konkurencją

W przypadku ładowania DC do 150 kW, bezkonkurencyjna pozostaje Tesla z minimalną ceną 1,00 zł/kWh w wybranych lokalizacjach i godzinach (maksymalny koszt to 2,00 zł/kWh). Stawka w godzinach szczytu u amerykańskiego operatora to 1,7 zł/kWh (dla użytkowników Tesli lub osób z abonamentem na Tesla Supercharger).  Drugi w zestawieniu ScreenCharge oferuje cenę 1,99 zł/kWh a kolejny Enefit ze stawkami od 1,8 zł/kWh do 2,28 zł/kWh (najczęściej 2 zł/kWh). Dla porównania, ładowanie u operatora NOXO może kosztować nawet 3,39 zł/kWh, co stanowi ponad trzykrotność najniższej stawki Tesli.

Ultraszybkie ładowanie HPC – przepaść się utrzymuje

Segment ultraszybkiego ładowania (HPC ≥ 150 kW) nadal pokazuje największe dysproporcje. Tesla oferuje rekordowo niską cenę 1,00 zł/kWh w wybranych lokalizacjach i godzinach, podczas gdy Shell Recharge pobiera nawet 3,59 zł/kWh (w wybranych lokalizacjach), IONITY do 3,50 zł/kWh, a NOXO – 3,49 zł/kWh. Warto zaznaczyć, że Ekoen cały czas utrzymuje bardzo silną pozycję w obszarze najwyższych mocy ładowania z przedziałem cenowym od 1,49 do 3,36 zł/kWh w zależności od lokalizacji oraz pory dnia (taryfy dynamiczne).

Styczniowe dane potwierdzają, że polski rynek ładowania wszedł w fazę paradoksalnej stabilizacji – poza drobnymi zmianami w cennikach czy zakończeniu świątecznych promocji – ceny się ustabilizowały, ale na poziomie ekstremalnego zróżnicowania. W praktyce oznacza to, że użytkownicy samochodów elektrycznych, jeśli nie chcą przepłacić – muszą bardzo szczegółowo przeanalizować stawki ładowania u różnych operatorów, które często potrafią różnić się w zależności od lokalizacji, pory dnia czy posiadanego abonamentu – wskazuje Łukasz Lewandowski, Prezes EV Klub Polska.

„Polski rynek ładowania to europejski paradoks. Mamy konkurencyjne średnie ceny, ale jednocześnie największą nieprzewidywalność w Europie. W krajach zachodnich kierowca wie mniej więcej, ile zapłaci za ładowanie, gdyż różnice między operatorami są umiarkowane. U nas ta sama usługa może kosztować niemal czterokrotnie więcej w zależności od miejsca, czasu i operatora. To nie jest kwestia poziomu cen, to kwestia braku spójności rynkowej. Podczas gdy zachodnia Europa buduje przewidywalne ekosystemy ładowania, zgodne z dyrektywą AFIR, Polska pozostaje areną wolnorynkowego eksperymentu, w którym elektromobilność wymaga od kierowcy wiedzy quasi-eksperckiej – musi znać cenniki, lokalizacje, promocje, taryfy dynamiczne, a dodatkowo przydałby się stopień MBA z zarządzania finansami” – komentuje Maciej Gis, dyrektor komunikacji i PR PSNM oraz redaktor naczelny portalu elektromobilni.pl.

Ranking cen ładowania, przygotowany przez Fundację EV Klub Polska oraz portal użytkowników samochodów elektrycznych elektromobilni.pl, aktualizowany jest cyklicznie co miesiąc. Ranking publikowany jest na stronach evklub.pl, elektromobilni.pl, w aplikacji EV Klub Polska oraz na profilach mediów społecznościowych.EV Klub Polska: ładowanie elektryka w Polsce to nadal loteria cenowa – od 42 do 210 zł

W styczniowym rankingu uwzględniono stawki następujących operatorów: Tesla Supercharger, ChargeEuropa, Polenergia eMobility, ChargeIn+, Horyzont EV, Enefit, ScreenCharge, Lidl, eleport, ChargeIn+, Budimex Mobility, Tauron, MOYA energia, Powerdot, Greenway Polska, Shell Recharge, NOXO, IONITY, Ekoen.

Deficyt kompetencji IT staje się jednym z kluczowych ryzyk biznesowych firm

Przez lata brak specjalistów IT traktowany był jako wyzwanie rekrutacyjne, z którym musiały poradzić sobie działy HR. Tymczasem skala i charakter niedoboru kompetencji technologicznych sprawiają, że problem ten coraz częściej dotyka fundamentów działalności firm – ich zdolności do rozwoju, innowacji oraz realizacji długoterminowej strategii. Dane z badania Scalo pokazują, że deficyt kompetencji IT nie jest już kwestią operacyjną, lecz jednym z kluczowych ryzyk biznesowych, z którym mierzą się dziś duże polskie organizacje – twierdzi Anna Stanek, Head of Growth, Scalo.

Braki kompetencyjne – bariera na drodze wzrostu

Choć kwestia niedoborów kadrowych najczęściej leży w gestii działów HR, firmy coraz częściej zauważają, że w przypadku braku kompetencji IT problem ten ma poważne konsekwencje. Funkcjonując w dobie digitalizacji, AI i ciągłych technologicznych innowacji, przedsiębiorstwa – szczególnie te większe – potrzebują solidnego zaplecza informatycznego, pozwalającego na utrzymanie sprawności systemów, wdrażanie nowych rozwiązań, a co za tym idzie, podnoszenie konkurencyjności. Szybko działająca witryna czy system obsługi zamówień to tylko wierzchołek góry lodowej – pod powierzchnią dużych organizacji zachodzą dziennie tysiące procesów, często wymagających współdziałania wielu aplikacji i środowisk. Brak specjalistów do obsługi tej technologicznej machiny może prowadzić do paraliżu działalności całej firmy. A to tylko pierwszy problem…

Walka o konkurencyjność i uwagę klientów to ciągła zmiana: zabieganie o nowsze, lepsze, wygodniejsze rozwiązania. Wiele firm planuje oprzeć swoją strategię innowacyjności na filarach AI i machine learningu. Wraz z rozwojem technologii coraz bardziej na znaczeniu zyskują również cyberbezpieczeństwo, Software Development czy Dev Ops. Sęk w tym, że ekspertów z tych dziedzin ciągle brakuje – jak pokazują wyniki badania Scalo „Deficyt kompetencji IT i sposoby jego przezwyciężania”, aż 56% dużych firm mierzy się z niedoborem wysoko wykwalifikowanych fachowców IT. W efekcie przedsiębiorstwa stają naprzeciw poważnej bariery, która wstrzymuje ich wzrost – mimo że coraz częściej wiedzą, jakich rozwiązań technologicznych potrzebują, nie mają siły wykonawczej, aby je wdrożyć. Taki stan rzeczy deklaruje 59% dużych organizacji, według których braki w kompetencjach IT hamują ich rozwój oraz innowacje.

Rosnące koszty i malejąca skuteczność klasycznej rekrutacji

W obliczu wspomnianych braków kadrowych, specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi starają się zniwelować je, wzmagając wysiłki rekrutacyjne, jednak efekt często jest mizerny. Powód? Popyt na zaawansowane kompetencje developerskie przewyższa podaż, a działania HR nie stanowią tu remedium. Procesy rekrutacyjne potrafią ciągnąć się miesiącami, nie przynosząc oczekiwanych rezultatów, podczas gdy projekty i stanowiska pozostają nieobsadzone – trudności ze znalezieniem odpowiednich kandydatów w ciągu ostatniego roku deklaruje 32% dużych polskich firm. Z podobnym skutkiem kończą się wewnętrzne próby przekwalifikowania pracowników IT z innych obszarów – wyzwania technologiczne zwyczajnie pojawiają się i zmieniają szybciej, niż proces przyswajania wiedzy przez człowieka jest w stanie nadążyć.

Co więcej, jeśli już firmie uda się znaleźć właściwego kandydata, często koszt jego pozyskania i utrzymania może okazać się bardzo wysoki. W naszym badaniu aż 57% firm zauważyło wzrost kosztów zatrudnienia specjalistów IT, co doskonale odzwierciedla realia rynku. Znajdując się w niewielkiej grupie ścisłego zainteresowania, developerzy liczą na preferencyjne stawki. Rośnie też ryzyko ze strony konkurencji, która może zechcieć skusić ich lepszym wynagrodzeniem.

Skoro więc rozwiązanie problemu nie leży w zwiększeniu budżetu rekrutacyjnego, a standardowe metody budowania zaplecza IT zawodzą, czy istnieje sensowna alternatywa? Jeśli firma chce ruszyć naprzód bez zbędnej zwłoki, wartym rozwagi rozwiązaniem jest nawiązanie współpracy z zaufanym partnerem outsourcingowym.

Kontrola nad kompetencjami IT jako element zarządzania ryzykiem

Coraz więcej przedsiębiorstw przyjmuje dojrzałą perspektywę, traktując dostęp do kompetencji IT jako element ciągłości biznesowej. Jego utrzymanie wchodzi więc w skład szerszej strategii firmy, dzięki czemu jest ona w stanie szybko i skutecznie reagować na zmiany rynkowe, wdrażać nowe technologie i realizować wszelkie projekty, jakich w danym momencie potrzebuje. W tej filozofii outsourcing oraz elastyczne modele współpracy stają się narzędziem działającym na rzecz rozwoju i ograniczania ryzyka.

Skoro mowa o adresowaniu zagrożeń i szans – obie kategorie mają pewien wspólny mianownik: często pojawiają się z zaskoczenia, tak, że nie sposób ich przewidzieć. Ma to szczególne zastosowanie w przypadku rozwoju technologicznego, który w ostatnich latach serwował rynkowi nowe narzędzia i trendy niemal co kwartał. Nadążenie za zmianą wymaga więc elastyczności, możliwości dynamicznego dostosowania się do nowych realiów. Korzystając z outsourcingu, firma może dowolnie skalować oraz zmieniać zespół developerów, pozyskując dokładnie te kompetencje, których właśnie potrzebuje. Co więcej, może tego dokonać niemal natychmiast, korzystając z zasobów właściwego dostawcy IT – kluczowe znaczenie ma bowiem nie tylko kto może wykonać usługę, lecz również jak szybko i na jakich warunkach.

Za rozwiązaniem tym przemawia nie tylko teoria i analiza, lecz również popularność jego zastosowania – 45% dużych polskich firm korzysta z outsourcingu, aby uzupełnić braki kompetencyjne. Przedsiębiorcy doceniają jego praktyczność, a biorąc pod uwagę niską skuteczność rekrutacji, również efektywność kosztową. Podobnie jak szybkie tempo rozwoju technologii, trend ten pozostanie z nami na dłużej – 41% ankietowanych firm planuje nie tylko utrzymać, ale również zwiększyć wykorzystanie outsourcingu w ciągu najbliższych dwóch lat.

Mierząc się z brakiem kompetencji IT, warto potraktować to zagadnienie szerzej – zamiast chwilowej trudności kadrowej, dostrzec w nim ryzyko stagnacji i potencjalne zagrożenie dla konkurencyjności całego biznesu. Możliwość nadążenia za tempem zmian oraz utrzymania atrakcyjności oferty to dla wielu firm ich „być albo nie być”. Kiedy więc zaplecze technologiczne przedsiębiorstwa jest niewystarczające, a proces rekrutacyjny nie przynosi oczekiwanych efektów, sugeruję przemyśleć zmianę strategii. Wkomponowanie współpracy z zaufanym dostawcą outsourcingu w biznesplan pozwala wejść na wyższy poziom stabilności, dynamiki i bezpieczeństwa, dzięki gotowości do działania niezależnie od tego, gdzie i kiedy zastanie nas potrzeba.

Cena srebra bije kolejne rekordy – coraz bliżej 100 dolarów za uncję

Napięcia wokół Grenlandii przyniosły kolejny rekord ceny srebra. Eskalacja konfliktu związanego z planami przejęcia wyspy przez USA pchnęła srebro i metale szlachetne do nowych rekordów cenowych. Notowania srebra osiągnęły poziom 94,75 dolara i wciąż utrzymują się w jego pobliżu. To bezpośrednia reakcja rynku na zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczące ceł na towary z ośmiu państw europejskich, w tym z Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, które sprzeciwiają się USA. Nowe taryfy mają wejść w życie 1 lutego i wyniosą 10 proc., a w czerwcu wzrosną do 25 proc. W nocy prezydent USA zagroził także dodatkowymi cłami na poziomie 200 proc. na produkty z Francji, po tym jak prezydent Macron odmówił udziału w tworzonej przez Stany Zjednoczone Radzie Pokoju. Od początku roku cena srebra wzrosła już o niemal 33 proc. Srebro znajduje się także coraz bliżej psychologicznej granicy 100 dolarów za uncję.

Początek 2026 roku to czas spektakularnych wzrostów na rynku metali szlachetnych. Najmocniej wyróżnia się właśnie srebro, którego tegoroczna zwyżka przekracza już dwukrotnie wynik amerykańskiego indeksu S&P500 z całego 2025 roku. Za rajdem na rynku surowców stoi kilka czynników: rosnąca niepewność geopolityczna, oczekiwania na dalsze spadki stóp procentowych na świecie, słabość dolara oraz ograniczona podaż fizycznego metalu. W pierwszych miesiącach roku kluczowym motorem wzrostów jest ponowny wzrost niepewności. Ataki na niezależność amerykańskiej Rezerwy Federalnej, napięcia geopolityczne (Iran, Wenezuela, Grenlandia) oraz ryzyka polityczne znacząco zwiększyły popyt na srebro jako bezpieczną przystań.

Coraz więcej mówi się też o relacji cenowej złota do srebra, która obrazuje ile uncji srebra można kupić zamiast jednej uncję złota. Spadła ona do poziomu około 50, czyli najniżej od 2012 roku. W ciągu zaledwie trzech kwartałów relacja ta obniżyła się o połowę, co jasno pokazuje, że srebro zyskiwało szybciej niż złoto. To także sygnał, że rotacja surowcowa przesunęła się wyraźnie na korzyść srebra. Jednocześnie tak silne rozciągnięcie tej relacji sugeruje, że w przypadku korekty to właśnie srebro może być bardziej narażone na dynamiczne spadki.

Srebro uzyskuje obecnie podwójne wsparcia. Z jednej strony to surowiec strategiczny, szeroko wykorzystywany w przemyśle. Z drugiej – rynek zmaga się z trwałym niedoborem podaży. W wielu zastosowaniach metal ten zużywany jest bezpowrotnie, co utrudnia jego odzysk i czyni deficyty bardziej prawdopodobnymi niż w przypadku złota. Popyt napędzany jest przez sektory przyszłości: elektronikę, fotowoltaikę, infrastrukturę centrów danych oraz rozwój sztucznej inteligencji. W środowiskach zdominowanych przez nowe technologie srebro historycznie reaguje szybciej i mocniej niż złoto. Ale działa to również w drugą stronę, a jakiekolwiek rozczarowanie związane z potencjałem AI może równie szybko schłodzić notowania metalu.

Rynek zaczyna wyceniać ekstremalną zmienność. Wskaźnik 30-dniowej implikowanej zmienności dla ETF-u SLV osiągnął 0,78, co w skali roku przekłada się na około 80 proc. w ujęciu rocznym. To wartości rzadko spotykane – zazwyczaj zmienność mieści się w przedziale 30-40 proc. Tak wysoki odczyt oznacza oczekiwane ruchy cen rzędu 20-25 proc. w ciągu miesiąca i sygnalizuje wyjątkowo nerwową atmosferę wokół rynku srebra.

Srebro znajduje się obecnie w fazie silnie rozciągniętego rajdu. W takich warunkach najlepszą strategią dla inwestorów pozostaje cierpliwość i unikanie pogoni za ceną. Lepsze poziomy mogą pojawić się wraz z naturalnymi korektami wewnątrz trendu.  Jednocześnie kluczowa będzie ocena czy fundamenty wzrostu pozostają nienaruszone. Niepewność wciąż towarzyszy rynkowi, ale potrafi też szybko zniknąć. Spadające rentowności amerykańskich obligacji i słabszy dolar mogą nadal wspierać wzrosty. A przynajmniej ograniczyć skalę ewentualnej korekty, jeśli inwestorzy zdecydują się na realizację zysków w krótkim terminie.

Grudzień w galeriach handlowych na wyraźnym plusie. Trzy niedziele handlowe zrównoważyły zamkniętą Wigilię

0

Końcówka 2025 roku przyniosła w polskich centrach handlowych wyraźne ożywienie. Mimo że Wigilia po raz pierwszy była dniem ustawowo wolnym od handlu, grudniowa odwiedzalność wzrosła aż o 4 proc. r/r – wynika z najnowszych danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH). Kluczowym czynnikiem sukcesu okazał się kalendarz z trzema niedzielami handlowymi.

Ostatnie tygodnie minionego roku potwierdziły stabilizację trendu powrotu klientów do zakupów stacjonarnych. Wynik odwiedzalności (footfall) wyższy o 4 proc. wskazuje, że Polacy skumulowali swoje przedświąteczne aktywności właśnie w grudniu.

Eksperci PRCH zwracają uwagę na kluczową rolę trzech niedziel handlowych, które poprzedziły Święta Bożego Narodzenia. To właśnie one skutecznie zrównoważyły brak możliwości handlu 24 grudnia. Dane te potwierdzają tezę, że konsumenci chętnie korzystają z możliwości zakupów w niedziele, jeśli tylko prawo na to pozwala. Pełny obraz kondycji branży (w tym dane o obrotach za grudzień) poznamy na przełomie stycznia i lutego.

Listopadowa zadyszka przez kalendarz

Zanim rynek wszedł w fazę grudniowego wzrostu, w listopadzie 2025 r. odnotowano korektę wyników. W ujęciu rocznym obroty spadły o 2,3 proc., a odwiedzalność o 3,2 proc. PRCH wyjaśnia, że główną przyczyną był niekorzystny układ kalendarza – w porównaniu do 2024 roku handlowcom ubył jeden dzień pracy.

Dodatkowo, układ dni wolnych (Wszystkich Świętych w sobotę oraz Święto Niepodległości we wtorek) stworzył okazję do długiego weekendu, co sprzyjało wyjazdom turystycznym, a nie wizytom w galeriach. Mimo spadków ogólnych, duże obiekty handlowe wykazały się największą odpornością, utrzymując dodatnią dynamikę obrotów (+0,2 proc.), podczas gdy mniejsze formaty notowały spadki. Geograficznie, pozytywne trendy utrzymały się w aglomeracjach Białegostoku i Krakowa.

Galerie miejscem spotkań, a nie tylko zakupów

Mimo słabszego listopada pod względem sprzedaży towarów, dane PRCH pokazują wyraźną ewolucję funkcji centrów handlowych. Klienci coraz częściej odwiedzają je nie po produkty, ale po doświadczenia. W listopadzie wyraźne wzrosty zanotowano w kategoriach „czasu wolnego”:

  • Usługi: +7,0 proc.
  • Rozrywka: +6,5 proc.
  • Gastronomia (restauracje i kawiarnie): +4,0 proc.
  • Zdrowie i uroda: +4,0 proc.

Data Act, AI Act, DSA: zgodność przestaje być „projektem prawnym”, staje się strategią IT

Europa wchodzi w nową fazę kształtowania gospodarki cyfrowej. Kolejne regulacje – od Data Act, przez Digital Services Act, po AI Act – tworzą spójny system zasad dotyczących dostępu do danych, transparentności technologii oraz odpowiedzialności dostawców usług cyfrowych. Firmy działające w Polsce i w całej Europie muszą dziś nie tylko dostosować swoje procesy, lecz także podjąć strategiczne decyzje dotyczące architektury danych, bezpieczeństwa informacji, wykorzystania sztucznej inteligencji i współpracy z partnerami technologicznymi. Nowe ramy prawne coraz wyraźniej wpływają na modele biznesowe, inwestycje i codzienne funkcjonowanie organizacji – od sektora przemysłowego po usługi cyfrowe.​​

Europa wzmacnia fundamenty gospodarki cyfrowej

Data Act wszedł w życie 11 stycznia 2024 r., ustanawiając zasady dostępu do danych generowanych przez urządzenia i usługi. AI Act obowiązuje od 1 sierpnia 2024 r. i wprowadza ramy regulacyjne dla systemów sztucznej inteligencji. Digital Services Act obowiązuje od 17 lutego 2024 r. i reguluje odpowiedzialność platform internetowych oraz bezpieczeństwo użytkowników. Choć każde z tych rozporządzeń dotyczy innego obszaru, razem tworzą spójny system, który ma zwiększyć bezpieczeństwo cyfrowe, ograniczyć zależność od pojedynczych dostawców technologii i zapewnić przejrzystość działania usług.

– To rzeczywiście przełomowy moment dla europejskiego rynku cyfrowego. Nowe regulacje realnie zmieniają sposób, w jaki firmy projektują swoje strategie technologiczne i zarządzają danymi. Widzimy, że Data Act, AI Act i DSA tworzą ramy, które wymuszają większą przejrzystość i bezpieczeństwo. Organizacje, które potraktują te zmiany jako szansę, zyskają przewagę konkurencyjną w obszarze zaufania i odporności biznesowej i my będziemy się nad tym elementem skupiać w Polsce – podkreśla Artur Kmiecik, Head of Cloud and Infrastructure Delivery w Capgemini Polska.

Nowe obowiązki dla firm – regulacje, które zmieniają codzienność biznesu

Data Act znacząco wzmacnia prawa użytkowników do danych generowanych przez urządzenia i usługi. W praktyce oznacza to konieczność zapewnienia ich dostępności, interoperacyjności i możliwości przenoszenia między usługami chmurowymi.

AI Act nakłada na przedsiębiorstwa obowiązki związane z dokumentacją danych, oceną ryzyka oraz nadzorem nad systemami wysokiego ryzyka. Firmy muszą stworzyć procedury, które pozwolą wykazać, że stosowane modele działają w sposób bezpieczny, przejrzysty i zgodny z przepisami.

DSA z kolei wprowadza jednolite zasady funkcjonowania platform – od transparentności algorytmów, przez raportowanie zagrożeń, po odpowiedzialność za treści. To wymusza na firmach przegląd procesów, które do tej pory często traktowano jako wewnętrzną politykę, a nie obowiązek prawny.

Dane stają się strategicznym zasobem – firmy modernizują architekturę i procesy

Wprowadzenie Data Act oznacza konieczność reorganizacji całego cyklu życia danych. Firmy muszą nie tylko zapewnić ich dostępność użytkownikom, ale także zmodernizować systemy, by dane były uporządkowane, ujednolicone i możliwe do udostępnienia w bezpieczny sposób.

W praktyce oznacza to przegląd polityk zarządzania danymi, renegocjowanie umów chmurowych, budowanie nowych mechanizmów integracji i aktualizację procesów bezpieczeństwa. Wielu producentów IoT już projektuje urządzenia tak, by dane były „łatwo i bezpiecznie dostępne”, co potwierdzają analizy White & Case.

To zmiana, która przenika całą organizację – od działów technicznych, po prawne i operacyjne.

Sztuczna inteligencja pod nadzorem – firmy uczą się nowych standardów

AI Act to pierwsza na świecie kompleksowa regulacja systemów sztucznej inteligencji. Wymaga od firm dokumentowania danych, wprowadzania procedur bezpieczeństwa, kontroli dostawców oraz zapewnienia przejrzystości działania systemów. UE przewiduje też wysokie sankcje – nawet do 7% globalnego obrotu.

– Sztuczna inteligencja wchodzi w etap dojrzałości – od innowacji i pierwszych wdrożeń do regulacji. To wymaga od firm nie tylko nowych procedur, ale też zmiany kultury organizacyjnej: procesy, dokumentacja i transparentność stają się kluczowe. AI Act i  Data Act redefiniuje podejście do danych – z zasobu technicznego stają się one strategicznym elementem modelu biznesowego. Firmy, które szybko dostosują architekturę i procesy, będą nie tylko zgodne z prawem, ale też lepiej przygotowane na wykorzystanie danych i sztucznej inteligencji – podkreśla Artur Kmiecik, Head of Cloud and Infrastructure Delivery w Capgemini Polska.

To wymusza nie tylko zmiany technologiczne, ale też przesunięcia odpowiedzialności na poziomie zarządczym i operacyjnym – od tworzenia nowych procedur, po powoływanie ról odpowiedzialnych za nadzór nad AI.

DSA zmienia zasady gry – jeden poziom przejrzystości dla wszystkich usług cyfrowych

Digital Services Act wymaga od platform internetowych przejrzystości algorytmów, raportowania ryzyka oraz usprawnionej moderacji treści. Zmiana ma zapewnić użytkownikom większe bezpieczeństwo, a biznesowi – klarowne zasady działania. DSA łączy się z Data Act i AI Act, tworząc trójstopniowy system regulacyjny, który wpływa na każdy etap tworzenia usług: od projektu, przez działanie w czasie rzeczywistym, po odpowiedzialność za skutki.

Dla firm w Polsce oznacza to konieczność wdrożenia procesów, które wcześniej były jedynie „dobrą praktyką”, a dziś stają się obowiązkiem – szczególnie w obszarach usług cyfrowych, platform e-commerce i produktów opartych na danych.

Regulacje jako impuls do rozwoju – przewaga dla firm, które działają szybciej

Komisja Europejska podkreśla, że nowe regulacje mają wzmocnić konkurencyjność europejskiej gospodarki i uniezależnić ją od pojedynczych dostawców technologii.

W Polsce firmy coraz częściej traktują je jako możliwość podniesienia standardów bezpieczeństwa, uporządkowania danych i zwiększenia zaufania klientów. To również okazja do budowania nowych przewag – od lepszego zarządzania informacją, przez bezpieczniejsze wykorzystanie AI, po sprawniejsze dostosowanie produktów do wymogów całego rynku UE.

Przedsiębiorstwa, które zdecydują się na szybkie i świadome wdrożenie nowych regulacji, będą mogły nie tylko zapewnić zgodność, ale też zyskać przewagę technologiczną i reputacyjną. Cyfrowa niezależność staje się jednym z kluczowych elementów odporności biznesu – i kierunkiem, który w najbliższych latach będzie definiował europejski krajobraz gospodarczy.

UOKiK bierze na celownik „dark patterns”. Manipulacje w e-commerce pod lupą

W dobie niezwykłej popularności zakupów w internecie coraz częściej spotkać się można z technikami uważanymi za manipulacyjne, które stosują, lub stosowały nawet bardzo popularne platformy sprzedażowe. Analizując działania Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) można przypuszczać, że w najbliższych miesiącach kontynuowana będzie szczegółowa analiza praktyk określanych jako „dark patterns”.

Praktyki „dark patterns” nie są zdefiniowane w unijnym lub polskim prawie konkurencji. Zwykle mają one wspólne cechy: manipulacyjny charakter praktyki stosowanej w przestrzeni wirtualnej, mający prowadzić do podjęcia przez konsumentów decyzji zakupowych, których mogliby nie podjąć, mając pełne informacje o praktykach sprzedającego. Warto też pamiętać, że niektóre z praktyk zostały wprost umieszczone na tzw. „czarniej liście” praktyk zakazanych w Ustawie o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (UPNPR), co często wykorzystuje Prezes UOKiK w swoich decyzjach.

„Niektóre z praktyk „dark patterns” są zakazane per se, tj. bez potrzeby badania ich okoliczności, co wynika z umieszczenia ich w ustawie UPNPR, np.: fałszywe twierdzenia o ograniczonej dostępności produktu, sugerowanie wyjątkowości oferty, gdy jej nie ma, czy ukryte koszty dodawane na końcu procesu zakupowego.” – mówi Marcin Rudnik, partner w kancelarii Wolf Theiss.

Fikcyjne liczniki i preselekcja zmorą polskiego e-commerce?

Pod koniec 2024 r., Prezes UOKiK wziął udział w globalnym przeglądzie pod kątem praktyk sprzedażowych mogących kwalifikować się jako „dark patterns” w internecie. W ramach tzw. sweep days (od angielskiego słowa „wymiatać” – w tym przypadku złe praktyki marketingowe), przebadano strony internetowe i aplikacje mobilne 642 przedsiębiorców. Przegląd wykazał, że 75,7 proc. z nich stosowało co najmniej jedną taką praktykę, a 66,8 proc. dwie lub więcej[1].

Na gruncie polskim, na połowie z 10 przebadanych stron internetowych znaleziono przynajmniej jedną niedozwoloną praktykę. Najczęstszą była preselekcja, czyli wybranie i zaznaczenie za konsumenta jednej z możliwych opcji np. najdroższej, co sprawia, że aby cofnąć ten wybór konsument musi aktywnie „odznaczyć” uprzednio narzuconą, często mniej korzystną opcję.

Do często występujących praktyk typu „dark patterns” zaliczane są także liczniki pokazujące fikcyjny czas do końca obowiązywania promocji lub niekończące się okazyjne obniżki cen, czy niezgodne z rzeczywistością informowanie, ile kupujących zainteresowanych jest daną ofertą lub który z produktów jest najczęściej wybierany. Zdarzają się także przypadki automatycznego (tj. bez zgody konsumenta) uzupełniania koszyka użytkownika o dodatkowe produkty (np. ubezpieczenie), czy utrudnianie rezygnacji z subskrypcji lub newslettera, np. poprzez mnożenie dodatkowych pytań czy wymaganie podjęcia szeregu dodatkowych czynności przez konsumenta.

„Przykładów takich praktyk może być jednak dużo więcej i mogą one przybierać różne formy oraz potencjalnie ewoluować wraz z rozwojem technologii. Każdorazowo stosowanie przez przedsiębiorców różnego rodzaju zachęt wobec konsumentów powinno więc być poprzedzone analizą, czy mogą one zostać w danym przypadku uznane za niezgodą z prawem konsumenckim technikę marketingową. Z racji braku zamkniętego katalogu praktyk „dark patterns”, każdy przypadek niejednoznacznej praktyki, potencjalnie prowadzącej do podjęcia niedoinformowanej decyzji zakupowej przez konsumenta w przestrzeni wirtualnej może być przedmiotem badania i spotkać się z reakcją organu odpowiedzialnego za ochronę konsumentów”  – podkreśla Aleksandra Niski z kancelarii Wolf Theiss.

O tym jak ważny jest to aspekt działania UOKiK, może świadczyć także informacja zapowiadająca na marzec 2026 r. konferencję o wdrażaniu sztucznej inteligencji w administracji publicznej, ze szczególnym uwzględnieniem badań nad praktykami „dark patterns” i praktycznym zastosowaniem AI w postępowaniach egzekucyjnych.

Dotkliwe kary Prezesa UOKiK

Pamiętać należy, że w przypadku uznania przez Prezesa UOKiK danej praktyki za wprowadzającą lub mogącą wprowadzić w błąd i naruszającą zbiorowe interesy konsumentów, możliwe jest nałożenie na przedsiębiorcę kary w wysokości do 10% obrotu osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary, a także zobowiązanie przedsiębiorcy do usunięcia trwających skutków naruszenia w sposób wskazany w decyzji. Wynika to wprost z Art. 24 Ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Co więcej, mamy już wiele przykładów takich kar, które nałożono na przedsiębiorców działających na terenie Polski.

Przykładowo – jedna z głównych internetowych platform sprzedażowych na rynku została ukarana kwotą 17 mln zł za praktykę „dark patterns”. Niedozwoloną praktyką było w ocenie UOKiK podawanie informacji na temat terminu dostawy oraz ilości dostępnego towaru w sposób wprowadzający w błąd.

„Co istotne, w ocenie organu na możliwość wprowadzenia w błąd konsumenta nie wpłynął w omawianej sprawie fakt, iż informacja o szacunkowym charakterze dostępności i terminów dostaw wynikała z regulaminu serwisu internetowego, ponieważ, jak wskazał organ, sposób wskazywania informacji na stronie produktowej towaru był precyzyjny (dokładność co do liczby dostępnych sztuk i konkretnej daty), wzmacniając przekonanie konsumenta o ich prawdziwości, a informacja o szacunkowym terminie dostawy nie była wprost przekazywana konsumentom na etapie zamówienia produktu.” – komentuje Aleksandra Niski.

Jest to szczególnie ważne dla przedsiębiorców, z których wielu podejmuje ciągłe starania mające na celu sprostanie coraz to ostrzejszym wymaganiom w zakresie zgodności z prawem konsumenckim, skupiające się przede wszystkim na odpowiednim uregulowaniu kwestii dotyczących uprawnień i obowiązków konsumenta w regulaminie sklepu/platformy dostępnym na stronie internetowej. Jak wynika jednak z ostatniej praktyki Prezesa UOKiK, poprzestanie na ustanowieniu odpowiedniego regulaminu nie jest obecnie bezpiecznym rozwiązaniem, a kwestia jednoznacznego przedstawienia treści na tzw. „ścieżce zakupowej” konsumenta nie powinna być zagadnieniem drugorzędnym.” – dodaje Marcin Rudnik.

Kolejnym, ukaranym niedawno (w 2025 r.) podmiotem była firma zajmująca się handlem elektronicznym z siedzibą w Warszawie (prawie 15 mln zł) za rozpowszechnianie na stronach internetowych www.born2be.pl oraz www.renee.pl prawdziwej informacji o stosowanej obniżce cenowej w sposób mogący wprowadzić konsumentów w błąd co do faktycznego istnienia szczególnej korzyści zakupowej.

Prezes UOKiK prowadzi także między innymi postępowanie wobec znanej platformy działającej na rynku dostaw na żądanie, obejmujących jedzenie czy artykuły codziennego użytku, w związku z podejrzeniem stosowania praktyki tzw. „drop pricing”. Polega ona na dodawaniu na ostatnim etapie składania zamówienia niezapowiedzianych wcześniej dodatkowych, obowiązkowych opłat, co uniemożliwia konsumentom porównanie cen w trakcie wyboru towaru lub usługi i może oznaczać, że będą musieli zapłacić więcej, choć wydawało im się, że wybierają tańszą opcję cenową.

Jak zapewnić zgodność z prawem konkurencji?

Jak podkreśla Marcin Rudnik, biorąc pod uwagę dotychczasową bardzo rygorystyczną praktykę Prezesa UOKiK, z punktu widzenia przedsiębiorcy kluczowe jest projektowanie całej ścieżki zakupowej konsumenta (a nie tylko regulaminu sklepu internetowego) w przestrzeni wirtualnej w sposób nie tylko atrakcyjny, ale też jasny i przystępny, pozwalający konsumentowi na podjęcie świadomej decyzji, co wpłynie na zmniejszenie ryzyka ze strony prawnej.

[1] https://uokik.gov.pl/wielkie-wymiatanie-zlych-praktyk-w-e-commerce

Firmy inwestują w dane i GenAI, ale brakuje zasobów: 48% wskazuje bariery budżetowe

0

Dyrektorzy ds. danych (CDO) coraz częściej występują w roli strategów, którzy tworzą fundamenty pod decyzje oparte na danych i skalowanie AI. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Chief Data Officer Survey 2025” zmianę coraz wyraźniej widać w priorytetach i zasobach firm – 73 proc. respondentów inwestuje w technologie zarządzania danymi i data governance, a 54 proc. odnotowało wzrost wielkości swoich zespołów w ostatnich 12 miesiącach. Jednak nawet przy rosnących inwestycjach tempo zmian spowalniają konkurujące w firmie priorytety – 47 proc. liderów jest zdania, że ograniczają one pełne wykorzystanie potencjału danych.

Raport Deloitte „Chief Data Officer Survey 2025” opracowany na podstawie czwartej edycji corocznego badania prowadzonego na dziewięciu rynkach, w tym polskim, pokazuje, jak zmienia się rola CDO oraz priorytety i wyzwania związane z zarządzaniem danymi w warunkach rosnącej presji na wykazanie ich wartości biznesowej. Publikacja opisuje m.in. zmiany w budżetach przeznaczanych na obszar danych i organizacji zespołów, a także wnioski dotyczące priorytetów CDO, ich udziału we wdrażaniu AI i GenAI oraz sposobów mierzenia efektów inicjatyw w obszarze danych.

Otrzymane wyniki pokazują, że organizacje wciąż dbają o fundamenty: 51 proc. CDO wskazuje data governance jako priorytet w ostatnich 12 miesiącach, co wiąże się m.in. z rosnącą skalą wykorzystania AI i potrzebą uporządkowania zasad zarządzania danymi. Równocześnie eksperci z tego zakresu podejmują działania, aby zapewnić użyteczność danych teraz i w przyszłości: 73 proc. stawia na technologie zarządzania danymi, 70 proc. rozwija strategię AI i samą technologię, a 66 proc. inwestuje w kompetencje związane z pracą w tym obszarze. Dodatkowo, CDO w przedsiębiorstwach koncentrują się na rozwoju produktów danych i możliwości samoobsługowych (85 proc.).

Rozbudowa kompetencji i struktur data przyspiesza

Niezależnie od deklarowanego poziomu dojrzałości, przedsiębiorstwa konsekwentnie rozwijają i finansują kompetencje związane z architekturą danych, data governance oraz data science, ale akcenty rozkładają się inaczej w zależności od etapu rozwoju praktyki zarzadzania danymi w organizacji. To, od czego firmy zaczynają, nie jest przypadkowe: uporządkowanie danych i zasad ich zarządzania to warunek konieczny, żeby wykorzystać AI na szerszą skalę i zagwarantować wiarygodność rezultatów. Firmy o niższej deklarowanej dojrzałości koncentrują się na kompetencjach z zakresu zarządzania danymi, inżynierii danych i kształtowania kultury organizacyjnej na nich opartej, podczas gdy bardziej dojrzałe podmioty skupiają się na budowaniu i pozyskiwaniu zaawansowanych kompetencji w dziedzinie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego oraz na komunikacji, która ma przygotować grunt pod wykorzystanie tych technologii w skali całego przedsiębiorstwa – podkreśla Krzysztof Wnuk, dyrektor, lider praktyki Data Strategy, Governance & Architecture w Deloitte.

Równolegle widać wzrost nakładów – ponad 40 proc. CDO wskazuje, że budżet na zarządzanie danymi w ich organizacji zwiększył się w ostatnim roku, a 56 proc. deklaruje wzrost całkowitych wydatków na ten obszar, co sugeruje, że inwestycje w data governance wykraczają poza budżety pozostające w bezpośredniej dyspozycji CDO.

Wzrost inwestycji w obszar data widać także w podejściu do zasobów ludzkich. 54 proc. badanych CDO potwierdza, że w ostatnim roku powiększyło swoje zespoły, a 63 proc. spodziewa się dalszego wzrostu zatrudnienia w perspektywie kolejnych 12 miesięcy. W globalnych organizacjach CDO odpowiadają dziś za centralne zespoły danych liczące średnio 76 osób i zarządzają średnio 9 bezpośrednimi podwładnymi. Jednocześnie, mimo rosnących nakładów i rozbudowy struktur, ograniczenia budżetowe i dostępność zasobów pozostają istotną barierą w szerszym wdrażaniu AI, na co wskazuje niemal połowa (48 proc.) respondentów.

Wskaźniki odzwierciedlające efekt inicjatyw

Ponad 60 proc. ankietowanych CDO deklaruje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy inicjatywy z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i analityki przyniosły organizacjom konkretne korzyści biznesowe. Co drugi lider wskazuje przy tym na dwa najbardziej widoczne rezultaty, czyli usprawnienie procesów oraz poprawę zgodności regulacyjnej. Wraz z rosnącymi inwestycjami i rozbudową zespołów rośnie też znaczenie mierzenia efektów, dlatego CDO najczęściej koncentrują się na KPI, które bezpośrednio pokazują wpływ tych działań na sprawność funkcjonowania organizacji.

Z perspektywy polskiego rynku przez długi czas działania w zakresie zarządzania danymi koncentrowały się porządkowaniu fundamentów: architektury, standardów i ładu danych. Dziś te elementy stają się standardem. Obecnie coraz większe znaczenie zyskuje osiąganie mierzalnych efektów, rozumianych już nie tylko jako usprawnienie procesów czy zapewnienie zgodności regulacyjnej, ale to, w jakim stopniu dane przyczyniają się do wzrostu przychodów i innowacyjności biznesu.  Widać to wyraźnie w KPI, które przesuwają się z mierników technicznych w stronę biznesowych. Najczęściej jest to efektywność operacyjna, ale obok niej pojawiają się też wskaźniki związane z compliance i satysfakcją klientów, szczególnie w usługach finansowych. W biznesie coraz częściej spotykamy KPI powiązane ze zwrotem z inwestycji oraz wzrostem sprzedaży i przychodów, a w sektorze publicznym z oszczędnością czasu i jakością usług mówi Krzysztof Wnuk.

Jednocześnie autorzy raportu wskazują, że sama rola lidera ds. danych w organizacjach wyraźnie się zmienia. 42 proc. badanych raportuje dziś do CIO (wobec 23 proc. w 2024 r.), a rozpoznawalność funkcji CDO na poziomie CEO wzrosła w ciągu roku z 49 proc. do 86 proc. Tymczasem ponad połowa CDO ocenia swój wpływ jako mniejszy niż innych członków kierownictwa, choć 46 proc. z nich przewiduje, że w perspektywie pięciu lat staną się jednymi z najbardziej wpływowych liderów w najwyższej kadrze zarządzającej.

O raporcie:

Raport Chief Data Officer 2025 to czwarta edycja corocznego badania, która prezentuje perspektywę na ewolucję roli Chief Data Officer (CDO), jako strategicznego lidera odpowiedzialnego za generowanie wartości z zasobów danych organizacji. W badaniu wzięło udział 81 respondentów z 9 krajów: Niderlandów, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Portugalii, Niemiec, Norwegii, Rumunii, Bułgarii oraz Austrii. Objęło sektory takie jak usługi finansowe, instytucje publiczne, telekomunikacja, media i technologia, energetyka, opieka zdrowotna, a także handel.

Biofund sprzedaje 2,1 mln akcji Medicalgorithmics za blisko 70 mln zł

Akcje Medicalgorithmics S.A., działającego w skali globalnej innowatora branży EKG i obrazowej diagnostyki kardiologicznej, zostały nabyte przez czołowe polskie OFE, TFI oraz fundacje rodzinne. Fundusz Biofund Capital Management LLC, główny akcjonariusz Medicalgorithmics, ponownie zwiększył instytucjonalną bazę akcjonariuszy spółki sprzedając 2,1 mln akcji Spółki o wartości niemal 70 mln zł. Transakcja jest odpowiedzią na duży popyt złożony przez inwestorów po ogłoszeniu przez Spółkę przełomowych szacunkowych wyników za IV kwartał 2025 r.

Jednocześnie fundusz Biofund złożył Spółce wiążącą ofertę obejmującą zawarcie 12-miesięcznej umowy lock-up oraz znaczące obniżenie kosztów finansowania pożyczki udzielonej w 2024 r. Fundusz zobowiązał się również do podjęcia negocjacji w sprawie konwersji pożyczki wraz z odsetkami na akcje Spółki.

Notowany na GPW medtech skutecznie przeszedł pierwszy etap transformacji, stawiając na rozwój innowacyjnego oprogramowania do diagnostyki kardiologicznej. Efektem jest podpisanie rekordowej liczby umów, w skutek czego odnotowano ponadprzeciętną dynamikę wzrostu przychodów oraz powrót do rentowności EBITDA.

– Medicalgorithmics znajduje się obecnie w najlepszym momencie odkąd zainwestowaliśmy w tę Spółkę. Przekształciliśmy ją w technologicznego innowatora, którego unikalne algorytmy AI potwierdzone przez publikację w magazynie Nature podbijają świat. Spółka, która jeszcze kilka lat temu borykała się z wieloma wyzwaniami, obecnie notuje kilkudziesięcioprocentowe dynamiki wzrostu, dodatni wynik EBITDA oraz zdobywa nowe kontrakty w kolejnych krajach. Nie dziwi nas więc zainteresowanie czołowych polskich instytucji finansowych – komentuje współzałożyciel Biofund i jeden z ojców data mining, znany naukowiec prof. Paul Lewicki.

Polski medtech podpisał w ubiegłym roku rekordowe 20 umów (więcej niż w 2024 roku: 14), co przełożyło się na istotny wzrost kursu akcji (+85% w 2025). Przełomowy okazał się jednak czwarty kwartał ur. Spółka odnotowała w tym okresie szacunkowe skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 10,2 mln zł, co daje wzrost na poziomie +74% r/r oraz +42% q/q. Jednocześnie Spółka odnotowała dodatni szacunkowy wynik EBITDA na poziomie 1,0 mln zł. Zmiana modelu biznesowego oraz wejście na ścieżkę wzrostu okazały się możliwe dzięki inwestycji funduszu Biofund oraz objęciu sterów nad Spółką przez dra Krisa Siemionowa, jednego z udziałowców i założycielu funduszu.

Cieszymy się, ze Spółka zyskuje uznanie wśród wielu czołowych polskich instytucji finansowych, które zgłosiły popyt na niemal 70 mln zł. Znalazł się w tym gronie naprawdę duży, wiodący polski fundusz. O wierze inwestorów w potencjał Medicalgorithmics może świadczyć m.in. niskie dyskonto pomiędzy ceną rynkową, a ceną transakcyjną. – informuje dr Kris Siemionow, Prezes Medicalgorithmics oraz udziałowiec Biofund Capital Management – Pomimo sprzedaży istotnego pakietu akcji zamierzamy długoterminowo wspierać Medicalgorithmics, zgodnie z wcześniejszymi zapewnieniami. Biofund pozostaje największym akcjonariuszem Spółki i planuje kontynuować bliską współpracę, która okazała się być tak bardzo owocna przez ostatnie 2 lata – dodaje.

W ramach przedmiotowej transakcji Biofund zaoferował Spółce zmianę warunków Umowy Pożyczki w sposób istotnie obniżający koszty finansowania – w szczególności rezygnację z prawa do 3% prowizji od przychodów od nowych klientów, obniżenie oprocentowania pożyczki z 18,5% do 14% oraz wydłużenie terminów zapadalności spłaty o 6 miesięcy. Zadeklarował również gotowość objęcia 12-miesięcznym lock-up wszystkich akcji posiadanych przez Biofund oraz podjęcia negocjacji dotyczących konwersji wspomnianej pożyczki w kwocie 3 mln USD (kapitał wraz z naliczonymi odsetkami) na akcje.

Biofund Capital Management LLC to amerykański fundusz inwestycyjny typu venture capital z siedzibą w Miami na Florydzie. Firma koncentruje się na sektorze Life Science, medycynie oraz nowoczesnych technologiach medycznych. Fundusz został założony przez dwóch wybitnych przedstawicieli amerykańskiego świata medycznego i naukowego z polskim pochodzeniem : dr. n. med. Krisa Siemionowa – chirurga i przedsiębiorcę medycznego oraz prof. Paula Lewickiego – pioniera w dziedzinie Data Mining i założyciela firmy StatSoft, twórcy systemu STATISTICA. W portfolio inwestycyjnym funduszu Biofund znajdują się takie spółki jak Biometryks, Dystrogen Therapeutics oraz Dystrogen Gene Therapies.

W ramach transakcji Biofund Capital Management LLC sprzedał 2,1 mln akcji, które stanowią około 21% wszystkich akcji Medicalgorithmics.

AI redefiniuje rynek pracy. Dla firm ważniejsze stają się umiejętności niż dyplom

Oto propozycja artykułu informacyjnego, utrzymana w podobnej objętości i tonie, opracowana na podstawie dostarczonych danych.

AI redefiniuje rynek pracy. Dla firm ważniejsze stają się umiejętności niż dyplom

Rozwój sztucznej inteligencji wymusza na pracodawcach zmianę strategii zatrudnienia. Jak wynika z najnowszego raportu EFL „Wykształcenie czy doświadczenie? Co pomaga w biznesie. Pod lupą”, niemal połowa przedsiębiorców (47%) przyznaje, że w dobie AI wyżej ceni praktyczne umiejętności kandydata niż jego formalne wykształcenie. Trend ten jest najsilniejszy w średnich firmach oraz sektorach produkcyjnych i usługowych.

Rynek pracy znajduje się w fazie transformacji. Choć wciąż 51% firm deklaruje przywiązanie do tradycyjnego modelu, w którym kluczowa jest wiedza teoretyczna, szala powoli przechyla się na stronę kompetencji praktycznych. Zmianę tę napędza konieczność szybkiej adaptacji do nowych narzędzi cyfrowych.

– Sztuczna inteligencja zmienia kryteria rekrutacji. Coraz częściej kluczowe staje się to, co kandydat realnie potrafi, jak szybko się uczy i jak adaptuje do nowych modeli pracy, a nie wyłącznie to, jaką wiedzę posiada na papierze – wyjaśnia Paweł Bojko, wiceprezes zarządu EFL. Ekspert podkreśla, że w nowoczesnym biznesie gotowość do pracy z algorytmami staje się jednym z fundamentalnych wymogów, a nie tylko dodatkowym atutem w CV.

Duży może więcej (i wymaga więcej)

Raport EFL wyraźnie wskazuje na korelację między wielkością firmy a podejściem do rekrutacji. Im większa i bardziej dojrzała cyfrowo organizacja, tym chętniej stawia na praktyków.

Średnie firmy (50–249 pracowników): Aż 71% z nich deklaruje, że pod wpływem AI priorytetem stały się umiejętności, a nie wykształcenie. Wiąże się to z faktem, że 75% podmiotów tej wielkości już wykorzystuje sztuczną inteligencję w codziennej pracy.

Mikrofirmy: Tutaj sytuacja wygląda odwrotnie. Jedynie 31% najmniejszych przedsiębiorców zmieniło podejście do rekrutacji, a aż 68% wciąż preferuje wiedzę teoretyczną. Wynika to z niskiej adopcji technologii – zaledwie 17% mikrofirm korzysta z rozwiązań opartych na AI.

Produkcja i usługi na czele zmian

Rewolucja kompetencyjna jest najbardziej widoczna w branżach, gdzie technologia bezpośrednio wpływa na efektywność procesów. Liderami zmian są sektory produkcji oraz usług. W tych obszarach ponad trzy czwarte firm (76%) wskazuje, że w erze sztucznej inteligencji kompetencje praktyczne dominują nad teorią.

To właśnie w tych sektorach automatyzacja i praca z inteligentnymi narzędziami stają się codziennością. Zdolność pracownika do obsługi tych systemów decyduje o przewadze konkurencyjnej przedsiębiorstwa. Jak podsumowują autorzy raportu, odchodzenie od wymogu „papierowej wiedzy” na rzecz realnego know-how nie jest chwilową modą, lecz trwałą konsekwencją cyfryzacji biznesu.

Steven Davis zastępuje Romana Skowrońskiego na stanowisku szefa Peakside w regionie CEE

Peakside Capital Advisors wzmacnia strukturę zarządczą w Europie Środkowo-Wschodniej. Steven Davis objął stanowisko Dyrektora Zarządzającego na region CEE i przejął odpowiedzialność za rozwój oraz działalność spółki na wszystkich rynkach regionu.

W nowej roli Steven Davis będzie nadzorował platformy inwestycyjne i deweloperskie Peakside w regionie CEE, w tym w Polsce oraz na pozostałych kluczowych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Jego zadaniem będzie dalszy rozwój działalności spółki, wzmacnianie efektywności operacyjnej oraz ścisła współpraca z lokalnymi zespołami zarządzającymi.

Steven Davis jest doświadczonym menedżerem i deweloperem nieruchomości, posiadającym kompleksowe kompetencje obejmujące cały cykl inwestycyjny – od akwizycji i finansowania, przez procesy planistyczne i realizację inwestycji, po sprzedaż, marketing oraz leasing. W trakcie swojej kariery zawodowej zrealizował ponad 20 000 lokali mieszkaniowych, uczestniczył w rozwoju ponad 400 000 mkw. powierzchni biurowej oraz 100 000 mkw. powierzchni handlowej, a także projektów z sektora nieruchomości logistycznych i przemysłowych.

Jego doświadczenie obejmuje wszystkie kluczowe segmenty rynku nieruchomości komercyjnych – mieszkaniowy, biurowy, handlowy, hotelowy oraz przemysłowy. Projekty realizował zarówno w formule inwestycji typu greenfield, jak i poprzez przejęcia portfeli oraz pojedynczych aktywów.

Przed dołączeniem do Peakside Steven Davis pełnił funkcję Chief Operating Officer w spółce notowanej na giełdzie, zarządzającej aktywami o wartości około 2,5 mld euro. Współpracował również z renomowanymi partnerami instytucjonalnymi, w tym Goldman Sachs, GE, Pirelli Real Estate oraz Grove Investment Fund. W trakcie swojej kariery w Europie Środkowo-Wschodniej odpowiadał za budowę i rozwój platform deweloperskich na wielu rynkach, m.in. w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech, w Niemczech, Chorwacji oraz Serbii.

Steven Davis jest postrzegany jako lider o silnych kompetencjach przywódczych, skutecznie budujący zespoły, wspierający współpracę między strukturami oraz konsekwentnie realizujący długoterminowe cele biznesowe w oparciu o jasną strategię i wysoką dyscyplinę operacyjną.

– Steven wnosi unikalne połączenie międzynarodowego doświadczenia deweloperskiego oraz dogłębnej wiedzy operacyjnej obejmującej wszystkie segmenty nieruchomości komercyjnych, w tym sektor logistyczny i przemysłowy. Jego regionalna perspektywa oraz styl przywództwa będą istotnym wsparciem dla dalszego rozwoju Peakside w Europie Środkowo-Wschodniej, zgodnie z długoterminową strategią spółki – powiedział Stefan Aumann, Founding Partner w Peakside Capital.

Steven Davis zastąpił Romana Skowrońskiego, który od 2019 roku odpowiadał za rozwój działalności Peakside w Polsce.

Kurczą się zasoby biurowe Warszawy. Budynki zmieniają funkcję na mieszkaniową i edukacyjną, pustostany najniższe od lat

Rynek biurowy w Warszawie wchodzi w fazę wyraźnego niedoboru powierzchni, szczególnie w centralnych lokalizacjach. Na koniec 2025 r. poziom pustostanów spadł do 9,1 proc., a w ścisłym centrum miasta wolne pozostaje już tylko około 5–6 proc. powierzchni – wskazują najnowsze dane CBRE. Jednocześnie nowa podaż pozostaje bardzo ograniczona, a rekordowy popyt w dużej mierze opiera się na renegocjacjach istniejących umów.

Odsetek wolnych przestrzeni biurowych w Warszawie systematycznie spada. Po przekroczeniu w trzecim kwartale 2025 r. granicy 10 proc., na koniec roku wskaźnik wakatów obniżył się do 9,1 proc. Widać jednak spore różnice pomiędzy dzielnicami. W centralnym obszarze miasta poziom pustostanów spadł do 6,2 proc., a na Zachodnich Obrzeżach Centrum do 5,5 proc. Z kolei w lokalizacjach poza centrum dostępność pozostaje wyższa i wynosi 11,6 proc., przy czym na Służewcu sięga 18,2 proc.

–  Kurczą się również zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie. Na koniec 2025 r. wyniosły 6,23 mln mkw., wobec 6,29 mln mkw. rok wcześniej. Ten spadek przestrzeni to efekt coraz częstszych zmian funkcji istniejących budynków. Biurowce są przekształcane m.in. w obiekty edukacyjne, medyczne, sportowe lub mieszkaniowe. Skala nowej podaży jest zbyt mała, aby zrekompensować te ubytki – mówi Katarzyna Gajewska, dyrektorka działu badań i analiz rynku w CBRE.

W czwartym kwartale 2025 r. nie oddano do użytku żadnego nowego biurowca. W całym roku pozwolenie na użytkowanie uzyskały jedynie dwa większe projekty (The Bridge i Office House), co przełożyło się na 88,7 tys. mkw. nowej powierzchni. Obecnie w budowie lub przebudowie, z terminem oddania do 2028 r., znajduje się około 200 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Rekordowy popyt, ale głównie dzięki renegocjacjom

Czwarty kwartał 2025 r. przyniósł rekordowy wolumen transakcji – łączny popyt wyniósł 309,9 tys. mkw. W całym 2025 r. najemcy zakontraktowali 794,1 tys. mkw. powierzchni biurowej. Warto jednak podkreślić, że wysoki popyt w dużej mierze wynikał z przedłużeń już istniejących umów. W samym czwartym kwartale 64 proc. transakcji stanowiły renegocjacje, a 32 proc. nowe umowy. W ujęciu rocznym struktura była bardziej zrównoważona, choć nadal z przewagą renegocjacji. Stanowiły one 51 proc., a nowe umowy objęły 40 proc. Kolejne kilka procent to ekspansje.

Najaktywniejsze lokalizacje i sektory

W całym 2025 r. największy udział w popycie odnotowano w strefie Zachodnich Obrzeży Centrum (22,8 proc.) oraz na Służewcu (22,7 proc.). Pod względem branż dominował sektor przemysłowy, który odpowiadał za 14 proc. całkowitego popytu, przed IT (13 proc.) oraz usługami dla biznesu (11 proc.).

Czy w bankowości będzie jeszcze miejsce dla człowieka?

Według ekspertów SAS, rok 2026 zapowiada się jako moment przełomowy – czas, gdy tzw. agentic AI, czyli półautonomiczne systemy zdolne do samodzielnego działania, wejdą do produkcyjnego użycia w bankach na szeroką skalę.

20 stycznia 2026 Jeszcze kilka lat temu sztuczna inteligencja w bankowości była traktowana głównie jako ciekawy eksperyment lub obietnica odległej przyszłości. Dziś wchodzimy w etap, w którym AI przestaje być dodatkiem do procesów, a zaczyna je realnie współtworzyć. Agentic AI przejmie znaczącą część codziennych zadań operacyjnych: obsługę zapytań klientów, koordynację procesów, podejmowanie decyzji w oparciu o jasno zdefiniowane reguły i mechanizmy wyjaśnialności.

Bankowość przyszłości będzie oparta na inteligentnych agentach, którzy potrafią działać szybko, konsekwentnie i na ogromną skalę. To fundamentalnie zmieni sposób projektowania operacji bankowych oraz sposób mierzenia wartości wdrożeń AI. Nie przez liczbę pilotaży, lecz przez realny wpływ na wyniki finansowe i jakość zarządzania ryzykiem – mówi Miłosz Trawczyński, Senior Executive, Consulting & AI Solutions, SAS Polska.

Skala inwestycji mówi sama za siebie. Według IDC sektor finansowy wyda na sztuczną inteligencję ponad 67 miliardów dolarów do 2028 roku. Największy wzrost dotyczyć będzie rozwiązań produkcyjnych związanych z podejmowaniem decyzji i automatyzacją operacji. Bankowość wychodzi z fazy „proof of concept” i wchodzi w etap produkcyjnego wykorzystania AI. Zwyciężą te instytucje, które potrafią zamienić pilotaże w zysk, a wymogi regulacyjne w przewagę konkurencyjną.

Kolejna rewolucja w zarządzaniu danymi

Równolegle generatywna AI zacznie odgrywać kluczową rolę w obszarze danych nieustrukturyzowanych. Do tej pory banki świetnie radziły sobie z analizą danych tabelarycznych i liczbowych. Tymczasem ponad 80% danych w organizacjach ma postać tekstów, dokumentów, maili, nagrań czy obrazów, a ich wolumen rośnie nawet o 50–60% rocznie. W 2026 roku generatywna AI stanie się dla danych nieustrukturyzowanych tym, czym statystyka była dla danych ustrukturyzowanych.

Dzięki tzw. agentom wiedzy, opartym na dużych modelach językowych i technologii RAG (Retrieval Augmented Generation), banki będą mogły zamieniać ogromne zasoby wcześniej niewykorzystywanych informacji w szybkie, konkretne odpowiedzi biznesowe. Pozwoli to przyspieszyć procesy decyzyjne, lepiej zarządzać ryzykiem i przejść z reaktywnego podejścia do proaktywnego, opartego na inteligentnej analizie.

Druga strona medalu

Jednocześnie pojawiają się nowe ryzyka. Hasło „Pomocy, mój agent AI oszalał i kupił czajnik za 800zł” brzmi jak żart, ale doskonale oddaje nadchodzące wyzwania. Wraz z rozwojem tzw. agentic commerce, czyli handlu prowadzonego przez autonomiczne systemy, banki będą musiały mierzyć się z falą sporów dotyczących transakcji, których klient nigdy świadomie nie zatwierdził. Zespoły antyfraudowe staną przed nowymi zagrożeniami, bo przestępcy nauczą się przejmować kontrolę nad agentami AI lub podszywać się pod legalne systemy.

W praktyce oznacza to, że banki będą musiały uwierzytelniać nie tylko ludzi, ale również narzędzia AI działające w ich imieniu. Pojawią się nowe mechanizmy kontroli, takie jak tokeny agentowe, sygnatury behawioralne czy dynamiczna ocena ryzyka. To zupełnie nowa warstwa bezpieczeństwa, która zwiększa złożoność i tak już trudnej walki z przestępczością finansową – mówi Marta Prus-Wójciuk, Head of Fraud Practice, SAS Central Europe.

Największą ilością problemów obarczony będzie obszar przeciwdziałania przestępczości finansowej. Rynek narzędzi AML i antyfraudowych stoi przed ogromnym wyzwaniem modernizacji. Wiele obecnych platform opiera się na przestarzałych systemach, które nie nadążają za nowymi typami oszustw i praniem pieniędzy. Próby „doczepiania” AI do starych technologii często kończą się rozczarowaniem. Przyszłość należy do rozwiązań projektowanych od początku jako cloud-native i AI-first, zdolnych do wykrywania złożonych, dynamicznych wzorców w czasie rzeczywistym.

Badania wśród specjalistów AML pokazują jednoznacznie: sztuczna inteligencja nie jest już opcją, lecz koniecznością. Banki, które postawią na wyjaśnialną AI i decyzje podejmowane w czasie rzeczywistym, zyskają istotną przewagę w obszarze zgodności regulacyjnej i zarządzania ryzykiem – dodaje Marta Prus-Wójciuk.

AI zmieni również sposób funkcjonowania rynków kapitałowych. W obszarze obligacji korporacyjnych rosnąć będzie znaczenie ilościowych strategii kredytowych, wspieranych przez modele, które potrafią błyskawicznie uwzględniać nowe informacje, dane alternatywne i wskaźniki wyprzedzające. Zespoły inwestycyjne odejdą od pracy opartej głównie na ratingach, na rzecz elastycznych modeli uczenia maszynowego, które przekładają różnorodne sygnały na konkretne decyzje inwestycyjne. Warunkiem sukcesu pozostanie jednak solidne zarządzanie danymi i ryzykiem modeli.

A co z człowiekiem?

Odpowiedź brzmi: nie znika on, ale zmienia sposób działania. Człowiek przestaje być wykonawcą powtarzalnych zadań, a staje się projektantem, nadzorcą i strażnikiem sensu. To ludzie będą definiować cele, wartości, zasady odpowiedzialności i granice autonomii AI. To oni będą odpowiadać za etykę, zgodność regulacyjną, interpretację wyników i podejmowanie decyzji w sytuacjach niejednoznacznych.

Bankowość jutra nie będzie bankowością „bez ludzi”. Będzie bankowością, w której człowiek i sztuczna inteligencja realizują różne zadania: AI zajmuje się skalą, szybkością i analizą, a człowiek zaufaniem, odpowiedzialnością i strategicznym myśleniem. Paradoksalnie więc im bardziej zaawansowana technologia, tym większe znaczenie roli człowieka. Bo to nie algorytmy ponoszą odpowiedzialność wobec klientów i społeczeństwa, lecz instytucje, które je wdrażają – mówi Miłosz Trawczyński.

Wynajem? Tak, ale tylko na dłużej. Coraz mniej osób wynajmuje mieszkania na krócej niż kilka miesięcy

Oferty najmów krótkoterminowych znikają z portali informacyjnych i ogłoszeniowych. Takich sytuacji jest coraz więcej i wynika to z kilku czynników: administrowanie mieszkaniami wynajmowanymi np. na jedną czy dwie noce jest coraz trudniejsze i coraz droższe. Taki wynajem cieszy się dużym zainteresowaniem klientów i turystów, ale generuje także częste protesty wspólnot mieszkaniowych i właścicieli budynków.

Wynajem na krótko, problemy na długo. Deweloperzy i wspólnoty mieszkaniowe za dłuższymi wynajmami

Wynajem krótkoterminowy np. na jedną noc, kilka nocy czy na tydzień, to dla wielu przedsiębiorców, właścicieli mieszkań czy deweloperów atrakcyjna okazja do generowania sporych przychodów. Najem taki jest zwykle bardziej intratny niż najem np. na rok z góry, ale jednocześnie trudniejszy, bo każdy wynajmujący to zupełnie inna historia. Zdarza się, że klienci wynajmują mieszkania, by zrobić w nim imprezę, poszaleć na wyjeździe poza swoje miejsce zamieszkania. Często tacy klienci, będąc w mieszkaniu kilka dni, nie zwracają uwagi na porządek w lokalu i zostawiają po sobie śmieci, a czasem nawet dochodzi do wandalizmu.

Jak mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości, zdarza się coraz częściej, że inwestorzy są wręcz zmuszani do tego, by rezygnować z najmu krótkoterminowego.

– Takie sytuacje zdarzają się często i trochę można powiedzieć, że to efekt zachowania klientów. Jeżeli mamy budynek mieszany, gdzie połowa mieszkań to lokale na wynajem, a połowa to lokale zamieszkałe przez standardowych lokatorów to trudno się dziwić, że całonocne imprezy, dewastacje na klatkach schodowych czy głośne zachowanie może im przeszkadzać. Nie każdy się tak zachowuje, ale zdarzają się sytuacje, że wynajem mieszkania na dwie-trzy noce, nawet gdy przyjazd do innego miasta spowodowany jest wyjazdem służbowym, to i tak kończy się głośną imprezą. Co ciekawe, zgłoszenia często dotyczą cudzoziemców np. w ostatnio w Krakowie spotkałem się z sytuacją, że w wynajętym mieszkaniu zorganizowano wieczór kawalerski. Konieczny był później remont tego miejsca, a wynajem skończył się interwencją policji – mówi Mirosław Król.

– Wynajmują zarówno właściciele prywatni jak i deweloperzy, którzy nie chcą, by ich mieszkania stały puste. Rezygnacja z najmu krótkoterminowego jest zwykle efektem tego, że najem generuje problemy dla standardowych lokatorów – mówi Mirosław Król.

Największy problem jest w prestiżowych lokalizacjach

Jak dodaje ekspert rynku nieruchomości bardzo często problem z najmem krótkoterminowym i problemowymi lokatorami dotyczy… bardzo luksusowych nieruchomości.

– Oczywiście w standardowych mieszkaniach też zdarzają się sugestie, że najem krótkoterminowy jest niemile widziany, ale w luksusowych nieruchomościach problem jest poważniejszy. Spotkałem się już z takimi sytuacjami w Warszawie, Poznaniu czy w Szczecinie, że to właśnie w najbardziej prestiżowych budynkach najem na jedną czy dwie noce kończył się wielkimi imprezami, zniszczeniami, awanturami na klatkach schodowych czy innymi zachowaniami i sytuacjami, które sprawiają problem i niszczą prestiż budynku – mówi Król. – Po co kupiłem apartament za dwa miliony złotych jeżeli w windzie spotykam głośnych i pijanych ludzi? Spotykam się z takimi komentarzami – dodaje ekspert.

– Właściciele mieszkań, deweloperzy, zaznaczając więc podczas transakcji, że zakup mieszkania wiąże się ze zgodą, że lokal będzie wynajmowany na konkretny czas np. nie krócej niż rok, choć zdarzają się także sytuacje, że ta granica wynajmu jest krótsza np. jeden miesiąc. Tak, by nie był to wynajem „na imprezę” czy „na krótki wypad”. Właściciele obiektów chcą się chronić przed sytuacji, gdy wynajem będzie mocno eksploatować cały budynek i sprawiać wszystkim mieszkańcom problem – mówi Mirosław Król.

Dodajmy, że nie każdemu właścicielowi mieszkania takie regulacje się podobają. Czasem jednak nie ma innego wyjścia, a sytuacji, że mieszkania na krótki wynajem znikają z ofert platform internetowych jest coraz więcej.

Bregal Unternehmerkapital przejmuje pakiet większościowy w INPS (właściciel SwipBox)

Fundusze zarządzane przez BU Bregal Unternehmerkapital („BU”), wiodącego inwestora mid-cap z siedzibą w regionie DACH, uzgodniły warunki z EIFO (Duńskim Funduszem Eksportu i Inwestycji) oraz Grupą Clausen dotyczące nabycia pakietu większościowego w spółce INPS, holdingu stojącym za SwipBox International A/S.

Partnerstwo to stanowi naturalny, kolejny etap rozwoju SwipBox. Dzięki długoterminowemu wsparciu EIFO oraz Grupy Clausen, SwipBox zbudował solidne fundamenty i rozwinął się w finansowo stabilną spółkę, dysponującą sprawdzonym rozwiązaniem oraz wyraźnym potencjałem dalszej skali. Współpraca z BU pozwala SwipBox przyspieszyć ekspansję międzynarodową i umocnić pozycję wiodącego, europejskiego dostawcy automatów paczkowych.

Znaleźliśmy długoterminowego partnera o bogatym doświadczeniu w technologii przemysłowej i skalowalnych biznesach platformowych. BU realnie wzmocni oraz przyspieszy wzrost SwipBox w całej Europie – mówi Jan C. von Backhaus, przewodniczący rady nadzorczej INPS i SwipBox. 

BU doskonale zna rynek i mocno wierzy w nasz biznes, naszych ludzi oraz długoterminowy potencjał spółki. Razem przeniesiemy SwipBox na kolejny poziom. Szczególnie cieszy mnie fakt, że SwipBox pozostanie w 100% niezależnym dostawcą automatów paczkowych dla wszystkich operatorów kurierskich obecnych na rynku – dodaje Jens Rom, CEO SwipBox.

Pierwotni inwestorzy SwipBox – rodzina Danfoss oraz EIFO – wybrali nas jako kolejnego właściciela większościowego i długoterminowego partnera w dalszym rozwoju spółki. Pozwoli to SwipBox jeszcze skuteczniej współpracować zarówno z nowymi, jak i obecnymi klientami oraz wspierać ich wzrost na kluczowych rynkach europejskich, takich jak Niemcy – zauważa Kasper Sorensen, partner w BU.

SwipBox jest wyjątkowo dobrze pozycjonowany w jednym z najszybciej rosnących segmentów rozwiązań dla ostatniej mili. Wyróżniająca się technologia automatów paczkowych zasilanych bateryjnie, silna chmurowa platforma programowa oraz długoletnie relacje z klientami dają spółce wyraźną przewagę konkurencyjną. Z niecierpliwością czekamy na współpracę z zespołem SwipBox przy skalowaniu biznesu w Europie – zarówno poprzez wzrost organiczny, jak i selektywne akwizycje – oraz na aktywne budowanie wartości, aby w długim terminie jeszcze bardziej wzmocnić pozycję rynkową spółki – podsumowuje Felix Werdin, partner w BU.

W ramach transakcji zespół zarządzający SwipBox zainwestuje w spółkę i będzie kontynuować realizację długoterminowej strategii wzrostu. Strony uzgodniły, że nie będą ujawniać warunków finansowych transakcji. Kluczowe postanowienia zostały uzgodnione w grudniu 2025 roku, a finalizacja transakcji jest spodziewana po spełnieniu standardowych warunków regulacyjnych i operacyjnych w pierwszym kwartale 2026 roku.

BU Bregal Unternehmerkapital („BU”) to wiodąca firma inwestycyjna posiadająca biura w Zugu, Monachium, Mediolanie oraz Londynie. Zarządzając aktywami o wartości ponad 7 mld euro (AUM), BU jest największym inwestorem mid-cap z siedzibą w regionie DACH. Fundusze zarządzane przez BU koncentrują się na inwestycjach w średniej wielkości spółki w regionie DACH oraz krajach sąsiednich. Kierując się misją bycia partnerem pierwszego wyboru dla przedsiębiorców i firm rodzinnych, BU współpracuje z liderami rynkowymi oraz tzw. „ukrytymi czempionami”, dysponującymi silnymi zespołami zarządzającymi i potencjałem dynamicznego wzrostu. Od momentu założenia w 2015 roku fundusze wspierane przez BU zainwestowały w ponad 160 spółek, zatrudniających łącznie blisko 32 tys. pracowników, tworząc przy tym ponad 11 tys. nowych miejsc pracy. BU wspiera przedsiębiorców jako partner strategiczny w rozwoju, internacjonalizacji i cyfryzacji ich biznesów, pomagając jednocześnie w budowaniu trwałej wartości w sposób odpowiedzialny, z myślą o kolejnych pokoleniach.

Rynek pracy w energetyce przyspiesza. OZE i offshore napędzają popyt na specjalistów

Transformacja energetyczna wyraźnie zmienia krajobraz rynku pracy w Polsce. Jak wynika z „Przeglądu wynagrodzeń 2026” przygotowanego przez firmę rekrutacyjną Michael Page, tempo wzrostu płac w energetyce stabilizuje się, jednak zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych specjalistów – szczególnie w obszarze OZE, magazynów energii i projektów offshore – pozostaje bardzo wysokie. To nadal rynek pracownika, ale głównie dla osób dysponujących unikatowymi kompetencjami technicznymi i doświadczeniem projektowym.

Szybki rozwój sektora energetycznego, zwłaszcza odnawialnych źródeł energii, sprawia, że pracodawcy poszukują kandydatów z coraz szerszymi i bardziej wyspecjalizowanymi kompetencjami. Największym zainteresowaniem cieszą się inżynierowie – projektanci instalacji, specjaliści od przyłączeń, automatycy, eksperci od systemów SCADA, których wynagrodzenia w Warszawie sięgają średnio od ok. 14-15 tys. zł brutto do 19-21 tys. zł w przypadku ról seniorskich. Według danych z „Przeglądu Wynagrodzeń 2026” firmy Michael Page, wysoko wyceniani są również grid managerowie. Ze względu na kluczową rolę w procesach przyłączeniowych mogą liczyć na wynagrodzenia powyżej 20 tys. zł., a w górnych widełkach nawet 35 tys. zł. Równolegle rośnie znaczenie ról deweloperskich i projektowych. Land acquisition managerowie, odpowiedzialni za zabezpieczanie gruntów pod inwestycje OZE, osiągają średnio ok. 16 tys. zł, a doświadczeni specjaliści nawet 18 tys. zł. Wind project developerzy i project managerowie w OZE zarabiają od 19 do 25 tys. zł, natomiast w projektach offshore stawki są wyraźnie wyższe i sięgają średnio 31 tys. zł, z górnym poziomem nawet 34 tys. zł. Coraz większą rolę odgrywają również kompetencje analityczne – energy market analysis managerowie oraz eksperci danych energetycznych osiągają wynagrodzenia na poziomie 18-20 tys. zł, wspierając firmy w prognozowaniu i optymalizacji produkcji oraz popytu na energię.

Stabilizacja płac, ale wyjątkowi specjaliści nadal dyktują warunki

„Przegląd Wynagrodzeń 2026” firmy Michael Page pokazuje wyraźną stabilizację wynagrodzeń w branży odnawialnych źródeł energii. – Jeszcze kilka lat temu rynek przeżywał gwałtowne wzrosty płac i każdy specjalista mógł liczyć na znaczące podwyżki. Teraz stawki się wyrównują, a firmy coraz częściej stawiają na doświadczenie i konkretne kompetencje techniczne, nie na sam potencjał – podkreśla Antoni Komsta, principal consultant w Michael Page.

Ofert pracy nie brakuje, jednak są one kierowane głównie do kandydatów posiadających doświadczenie zarówno po stronie projektowej, jak i realizacyjnej. Szczególnym wyzwaniem pozostaje rekrutacja ekspertów w obszarze energetyki wiatrowej na morzu, ponieważ liczba specjalistów z odpowiednim doświadczeniem jest wciąż bardzo ograniczona.

– Firmy, które rozwijają projekty offshore, często nie mają czasu na długotrwałe szkolenia i potrzebują kandydatów gotowych do sprawnego wejścia w projekt. To powoduje, że są skłonne wręcz przepłacić za doświadczonych ekspertów. Ten sam mechanizm obserwowaliśmy wcześniej w fotowoltaice, gdzie na początku również brakowało specjalistów, a rynek wynagradzał ich wyjątkowo hojnie – dodaje Antoni Komsta.

Kompetencje miękkie i benefity zamiast kolejnych podwyżek

Wysoki poziom wynagrodzeń sprawia, że pracodawcy coraz częściej konkurują o talenty nie tylko płacą, ale również pakietem benefitów. Kandydaci zwracają dużą uwagę na elastyczne modele pracy, work-life balance oraz dodatkowe świadczenia. W odpowiedzi firmy oferują m.in. dopłaty do ekologicznego transportu, wsparcie w instalacji domowych systemów OZE czy rozbudowane programy rozwojowe.

Edukacja nie nadąża za transformacją energetyczną

Ekspert Michael Page podkreślają, że jednym z kluczowych wyzwań dla branży pozostaje luka kompetencyjna wynikająca z niedostosowanego systemu edukacji. – Polska edukacja i rynek pracy nie nadążają za tempem rozwoju odnawialnych źródeł energii, szczególnie w obszarze offshore. Poza Trójmiastem i Szczecinem trudno znaleźć uczelnie, które realnie przygotowują do pracy w tym sektorze. Uczelnie techniczne dopiero zaczynają dostosowywać ofertę edukacyjną do transformacji energetycznej, a wiele programów nauczania nadal opiera się na przestarzałych technologiach – mówi Antoni Komsta.

Unijne regulacje klimatyczne wymuszają przyspieszenie transformacji energetycznej, co otwiera nowe możliwości inwestycyjne i tworzy kolejne miejsca pracy. Jednocześnie brak specjalistów sprawia, że część projektów realizowana jest przy udziale zagranicznych firm. – Transformacja energetyczna może być więc zarówno szansą, jak i ryzykiem. Zyskają ci, którzy są otwarci na rozwój i zdobywanie nowych kompetencji. Z kolei dla kandydatów, którzy „utknęli” w starych schematach i nie chcą się uczyć, transformacja może być ryzykiem utraty pozycji na rynku pracy – podkreśla ekspert Michael Page.

Rynek pracownika – ale nie dla wszystkich

Energetyka pozostaje więc rynkiem pracownika, szczególnie dla osób z unikatowymi kompetencjami technicznymi i doświadczeniem projektowym. W przypadku kandydatów z krótszym stażem konkurencja jest jednak coraz większa, a procesy rekrutacyjne – bardziej selektywne. Dla deficytowych ról, takich jak inżynierowie stacji transformatorowych czy specjaliści elektroenergetyki, rekrutacje trwają nawet kilka miesięcy i kończą się wyborem spośród wąskiej grupy starannie dopasowanych kandydatów.

ORLEN odkrył złoże gazu na Morzu Północnym

0

ORLEN Upstream Norway wspólnie z Equinor odkryli nowe zasoby gazu ziemnego na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Wielkość złoża, nazwanego Sissel, pozwoli koncernowi wydobyć i przesłać do Polski prawie miliard metrów sześciennych gazu.

Odkrycia dokonano na obszarze koncesji PL1137, zlokalizowanej w centralnej części Morza Północnego, 250 km na południowy zachód od Stavanger. Wiercenia poszukiwawcze rozpoczęły się w grudniu 2025 roku i zakończyły w ciągu 39 dni pomimo trudnych warunków pogodowych. Wykonany odwiert poszukiwawczy, o długości całkowitej 4359 metrów, natrafił na zasoby gazu ziemnego z domieszką kondensatu szacowane na 6,3–28,3 mln baryłek ekwiwalentu ropy.

– Sukces prac poszukiwawczych na złożu Sissel, z którego będziemy mogli pozyskać nawet miliard metrów sześciennych gazu, wzmacnia portfel naszych aktywów w Norwegii i stanowi kolejny krok w kierunku realizacji celów strategicznych Grupy ORLEN. Norweski gaz ma kluczowe znaczenie dla zapewnienia stabilnych dostaw dla naszych klientów. Dowodzi tego początek tego roku, kiedy odnotowaliśmy rekordowe zapotrzebowanie ze strony energetyki, firm oraz gospodarstw domowych – sięgające 100 mln metrów sześciennych w ciągu doby. W odpowiedzi zwiększyliśmy import surowca, również przez gazociąg Baltic Pipe, którym do Polski sprowadzamy gaz z Norweskiego Szelfu Kontynentalnego – powiedział Ireneusz Fąfara, Prezes Zarządu ORLEN. – Jako spółka kluczowa dla krajowego bezpieczeństwa energetycznego, jesteśmy zdeterminowani nadal rozwijać współpracę z naszymi norweskimi partnerami w oparciu o własne wydobycie na szelfie.

Złoże Sissel może być przyłączone do infrastruktury położonego pięć kilometrów na północ złoża Utgard za pomocą podwodnego rurociągu. Samo Utgard jest podłączone do kompleksu platform wybudowanych pierwotnie w celu eksploatacji złóż Sleipner Øst i Sleipner Vest. To jeden z hubów produkcyjnych ORLEN na Norweskim Szelfie Kontynentalnym obejmujący, oprócz obu Sleipnerów oraz Utgard, złoża Gungne i Gina Krog. W 2025 r. wydobycie w rejonie Sleipner odpowiadało za ok. 30 proc. całkowitej produkcji ORLEN w Norwegii. W tym roku koncern planuje uruchomienie na tym obszarze kolejnego złoża o nazwie Eirin.

– Odkrycie Sissel potwierdza skuteczność naszej strategii poszukiwawczej, skoncentrowanej na obszarach w pobliżu już istniejącej infrastruktury wydobywczej. Nowo odkryte zasoby mogą być podłączone do już działających instalacji, co umożliwi ich szybkie zagospodarowanie i ograniczy koszt inwestycji. Jednocześnie, eksploatacja Sissel pozwoli zrekompensować naturalny spadek wydobycia ze złoża Utgard, tym samym przedłużając okres wykorzystania posiadanej przez nas infrastruktury. Dzięki takiemu podejściu dbamy o jak największą efektywność ekonomiczną i operacyjną obszaru upstream, jednocześnie zapewniając stabilne dostawy gazu do naszych odbiorców w Polsce i Europie Środkowej – powiedział Wiesław Prugar, Członek Zarządu ORLEN ds. Upstream.

Udziałowcami koncesji PL1137 są w równych częściach ORLEN Upstream Norway i Equinor, który jest operatorem. ORLEN nabył udziały w koncesji dzięki zrealizowanemu w 2024 r. przejęciu spółki KUFPEC Norway.

Potencjalne zagospodarowanie złoża Sissel uzależnione jest od wspólnej decyzji partnerów koncesyjnych, podjętej na podstawie wyników analiz ekonomicznych, technicznych i operacyjnych projektu.

Nieruchomości na początku 2026 r.: mocne magazyny, ostrożny kapitał, biura przed odbiciem

0

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce wchodzi w 2026 rok w dobrej kondycji i z potencjałem wzrostu. Magazyny utrzymują pozycję jednego z najsilniejszych sektorów w Europie. Ograniczona podaż powierzchni biurowej otwiera drogę do odbudowy aktywności deweloperskiej, a inwestorzy – mimo większej ostrożności – nie tracą zaufania do Polski – mówi Piotr Kaszyński, Partner Zarządzający Newmark Polska.

Ostatnie kilkanaście miesięcy potwierdziło trwałe wzmacnianie pozycji Polski w gospodarce europejskiej. – Przekroczenie 1 biliona dolarów PKB i wejście do grona najbardziej uprzemysłowionych gospodarek świata jest nie tylko symbolicznym kamieniem milowym, ale dowodem na skuteczność transformacji ostatniej dekady. Dziś Polska nie jest już rynkiem goniącym, lecz aktywnie współkształtuje kierunek zmian w regionie – zapewnia Piotr Kaszyński. Ekspert podkreśla, że chociaż położenie geopolityczne pozostaje stałym elementem analiz, to inwestorzy i przedsiębiorcy doceniają również stabilność regulacyjną, wysoką jakość infrastruktury oraz dostęp do wykwalifikowanych specjalistów w naszym kraju.

Rynek magazynowy: wielka szóstka nadal rządzi

Polski sektor magazynowy pozostaje jednym z kluczowych segmentów rynku nieruchomości komercyjnych i nadal przyciąga uwagę międzynarodowych inwestorów. W poprzednim roku deweloperzy utrzymali stabilne tempo realizacji nowych projektów, zwiększając całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej do ok. 37 mln mkw. pod koniec 2025 r. Co więcej, biorąc pod uwagę wolumen powierzchni pozostającej w budowie, analitycy Newmark Polska spodziewają się, że w bieżącym roku na rynek trafią kolejne około 2 mln mkw. nowych magazynów.

Najwięcej hal produkcyjno-magazynowych nadal powstawało w województwach: mazowieckim, pomorskim, śląskim i dolnośląskim oraz w mniejszym zakresie w łódzkim i wielkopolskim – gdzie w sumie trafiło ponad 80 proc. nowej podaży.

– Przewaga tych lokalizacji wynika nie tylko z korzystnego położenia, dobrej komunikacji i rozwiniętej logistyki, ale również z dostępu do wykwalifikowanych pracowników. Największe regiony magazynowe tworzą razem kompleksową i zróżnicowaną ofertę – od lokalizacji przy dużych lotniskach, przez dostęp do portów morskich, po sąsiedztwo zachodniej granicy czy klastrów przemysłowych. Dzięki temu firmy o bardzo różnych potrzebach operacyjnych mogą znaleźć w Polsce miejsce precyzyjnie dopasowane do swojej działalności, co dodatkowo wzmacnia stabilność całego rynku – podkreśla Piotr Kaszyński z Newmark Polska.

Stabilny popyt na hale i mniej przeprowadzek

Większa ostrożność była zauważalna po stronie najemców magazynowych. Przyczyniło się to do przesunięcia w strukturze popytu w stronę renegocjacji, które w ubiegłym roku stanowiły ponad połowę wszystkich transakcji. – Przedsiębiorcy dokładniej analizowali lokalizacje i standardy nowych obiektów, chcąc mieć pewność, że relokacja rzeczywiście poprawiłaby efektywność operacyjną ich firmy. Część najemców, których działalność nie wymaga zaawansowanych rozwiązań, decydowała się na pozostanie w starszych, mniej nowoczesnych magazynach, które nadal spełniają ich potrzeby. Innym powodem przedłużania dotychczasowych kontraktów była obawa o utratę części pracowników w efekcie przeprowadzki – wyjaśnia Piotr Kaszyński.

Mimo większej liczby renegocjacji, Partner Zarządzający Newmark Polska zapewnia, że fundamenty rynku pozostają solidne. – Rozwój e-commerce, logistyki ostatniej mili oraz postępująca modernizacja infrastruktury drogowej, kolejowej i portowej sprawiają, że całkowity popyt w minionym roku utrzymał się na szacunkowym poziomie około 6 mln mkw., zbliżonym do wyniku z roku 2024. Spodziewamy się, że w tym roku potrzeby na magazyny będą stopniowo rosły. Deweloperzy, dysponując przygotowanymi gruntami, mogą w stosunkowo krótkim czasie zareagować na większe zapotrzebowanie, co powinno pomóc w utrzymaniu płynności podaży – zapewnia Kaszyński.

Trwa walka o duże, nowoczesne biura

Jedną z największych przemian w ostatnich latach przeszedł rynek biurowy. Technologia dała firmom niespotykaną dotąd elastyczność, ale biuro wciąż pozostaje miejscem, w którym organizacje budują kulturę i realnie wzmacniają swoją przewagę konkurencyjną. – Taki dualizm mocno wpłynął na sposób podejmowania decyzji przez najemców, którzy coraz bardziej doceniają długofalową wartość biur: lokalizację, jakość techniczną czy otoczenie usługowe. Tymczasem podaż tych najbardziej pożądanych – dużych i nowoczesnych modułów w topowych lokalizacjach jest ograniczona, co wiele firm zmusza do przemyślenia swoich strategii – informuje Kaszyński.

W 2025 roku po raz pierwszy w tak dużej skali obserwowaliśmy kurczenie się zasobu biurowego. Tempo wycofywania starszych budynków było szybsze niż dopływ nowej podaży. Dlaczego? – Najemcy oczekują wysokiej jakości, a część obiektów sprzed dwóch czy trzech dekad nie jest w stanie sprostać współczesnym wymogom technologicznym ani środowiskowym. Właściciele coraz częściej decydują się na modernizacje, a to wiąże się z czasowym wyłączeniem obiektów z użytku, albo całkowitą zmianę ich funkcji, co pogłębia lukę podażową na rynku biurowym – odpowiada Piotr Kaszyński z Newmark Polska.

W Warszawie i w regionach

Jednocześnie – szczególnie w Warszawie – coraz wyraźniej widać różnice w chłonności poszczególnych rejonów miasta. W centralnych lokalizacjach każdy dobrze położony i nowoczesny metr kwadratowy powierzchni biurowej znika z rynku błyskawicznie, podczas gdy na obrzeżach miasta nadal można znaleźć wolne moduły, choć wymagające dokładniejszej analizy pod względem jakości, dostępności komunikacyjnej i zaplecza usługowego.

W ośrodkach regionalnych wysoki poziom pustostanów mógłby wskazywać na przewagę negocjacyjną najemców. – Ten zasób jest jednak silnie rozproszony i często nie spełnia wymagań jakościowych firm, zwłaszcza tych oczekujących wyższych standardów powierzchni. Najbardziej widoczne jest to przy zapotrzebowaniu na większe biura, ponieważ przedsiębiorstwa poszukujące powierzchni powyżej 5 tys. mkw. praktycznie nie mają realnych alternatyw. W regionach niemal nie powstają nowe, nowoczesne projekty, dlatego nawet tam, gdzie teoretycznie dostępnych biur jest dużo, faktyczny wybór pozostaje ograniczony. W konsekwencji dla wielu firm pozostanie w dotychczasowym budynku staje się jedyną realną opcją, jeśli potrzebują dużej, dobrze skomunikowanej powierzchni, spełniającej normy ESG. Tendencję tę potwierdzają również liczby – udział renegocjacji w całkowitym popycie na głównych rynkach biurowych w ubiegłym roku utrzymywał się na wysokim poziomie, sięgając około 50 proc. – informuje Piotr Kaszyński.

Starsze i nowsze – rynek dwóch prędkości

Jednocześnie rosnące koszty realizacji budynków ścierają się z defensywną strategią wielu funduszy oraz oczekiwaniem wysokich stóp zwrotu. Piotr Kaszyński dodaje, że kapitał szuka przede wszystkim bezpieczeństwa, a nie agresywnych zakupów. W praktyce oznacza to dłuższe utrzymywanie aktywów w portfelach właścicieli oraz selektywne uruchamianie nowych projektów – wyłącznie w lokalizacjach o najwyższym potencjale komercyjnym. Taki model działania sprawia, że w kolejnych latach dostępność powierzchni w wysokim standardzie będzie stopniowo spadać, a najemcy będą musieli planować swoje decyzje z większym wyprzedzeniem i większą determinacją, niż dotychczas.

– W 2026 roku ta układanka się nie zmieni. Podaż nowych biur będzie nadal niewystarczająca, a całkowite zasoby już spadły i wynoszą około 13 mln mkw. Najemcy wielkopowierzchniowi wciąż będą rywalizować o nieliczne dostępne opcje. W najbardziej pożądanych budynkach dostępność będzie maleć, w starszych – rosnąć, co jeszcze mocniej podkreśli dwutorowość rynku. Renegocjacje pozostaną istotnym elementem struktury popytu. Dla najemców oznacza to konieczność wcześniejszego układania strategii i szybszego podejmowania decyzji – komentuje Piotr Kaszyński z Newmark Polska.

Ostrożny optymizm oparty na faktach

Polski rynek nieruchomości komercyjnych zakończył 2025 rok w dobrej kondycji i z jasno zarysowanym kierunkiem rozwoju. – Sektor magazynowy utrzymał wysoką aktywność i dziś stoi przed kolejną falą popytu napędzaną przez e-commerce, produkcję oraz relokacje łańcuchów dostaw. Na rynku biurowym ograniczona podaż stworzyła przestrzeń do odbudowy aktywności deweloperskiej, a firmy coraz śmielej planują rozwój w najlepiej przygotowanych lokalizacjach. Jednocześnie inwestorzy – mimo większej selektywności – postrzegają Polskę jako stabilny i skalowalny rynek, który w 2026 roku może ponownie przyciągnąć większy kapitał. Wiele sygnałów wskazuje na to, że 2026 rok przyniesie stopniowe odbicie, budowane raczej na stabilnych fundamentach niż gwałtownym wzroście – podsumowuje Piotr Kaszyński, Partner Zarządzający Newmark Polska.