W najbliższych miesiącach paliwa podrożeją o kilkanaście groszy za litr. Najbardziej wzrośnie cena oleju napędowego

CEO Magazyn Polska

W II kwartale 2016 roku kierowcy powinni oczekiwać niewielkich podwyżek cen paliw. Litr oleju napędowego może podrożeć maksymalnie o 15 groszy, natomiast za benzynę EuroSuper 95 będzie trzeba zapłacić średnio o 10 groszy więcej niż obecnie. Powodem jest zbliżający się sezon wakacyjny, który może tworzyć niewielką presję na wzrost cen. Nie bez znaczenia jest także sytuacja na międzynarodowych rynkach ropy naftowej. Urszula Cieślak z BM Reflex przypomina jednak, że ceny paliw nadal będą zdecydowanie niższe niż w tym samym okresie rok wcześniej.

– Na rynku paliw obserwujemy niewielkie podwyżki zarówno na rynku hurtowym, jak i po części na stacjach detalicznych. W perspektywie kolejnych tygodni czeka nas prawdopodobnie duża zmienność cen. Będą to zarówno podwyżki, jak i obniżki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Urszula Cieślak, analityk BM Reflex. – Natomiast nie mamy powodów do tego, żeby twierdzić, że rozpocznie się okres długotrwałego wzrostu cen paliw na stacjach – dodaje.

Jak tłumaczy ekspert, to ile kierowcy płacą na stacjach benzynowych w dużej mierze zależy od sytuacji na rynku ropy naftowej. Ta w ostatnich tygodniach jest bardzo zmienna. Z jednej strony mamy do czynienia ze znaczną nadpodażą surowca oraz rekordowo wysokimi rezerwami ropy w Stanach Zjednoczonych. Z drugiej rynki liczą, że ewentualne zamrożenie skali wydobycia przez Rosję, Arabię Saudyjską, Wenezuelę oraz Katar zmniejszy nieco presję na spadki cen.

– Jesteśmy w okresie, kiedy ceny ropy naftowej osiągają poziom najwyższy od grudnia ubiegłego roku – informuje przedstawicielka BM Reflex.

Choć ostatnie wzrosty cen ropy naftowej w pewnej części są kompensowane przez umocnienie się polskiego złotego, to jednak w opinii Urszuli Cieślak w perspektywie kilkunastu najbliższych dni na rynku detalicznym bardziej prawdopodobne są podwyżki cen paliw.

– Nie będzie to oznaczało oczywiście, że czeka nas gwałtowny wzrost cen, ale w sytuacji, kiedy na rynku hurtowym odnotujemy korekty powyżej 10 groszy na litrze, to wówczas część właścicieli stacji może zacząć podnosić ceny – tłumaczy.

W połowie kwietnia przeciętne ceny benzyny EuroSuper95 w polskich stacjach benzynowych wynosiły ok. 4,15 zł za litr. Za litr oleju napędowego płacono ok. 3,85 zł, Natomiast ceny autogazu wahały się w okolicach 1,62 zł za litr.

– W najbliższym czasie od tych poziomów będziemy odbiegać mniej więcej do 10 groszy w górę lub w dół, ale w dalszym ciągu to po pierwsze będą poziomy zdecydowanie niższe niż przed rokiem – przewiduje Cieślak. – Spodziewamy się także, że przez cały II kwartał ceny będą na poziomie niższym niż w ubiegłym roku – dodaje.

Ekspertka przypomina, że najbliższe miesiące będą tradycyjnie okresem rosnącego popytu na paliwa. Związane to jest ze zbliżającym się sezonem wakacyjnym, a tym samym zwiększoną mobilnością Polaków. Wyższy popyt prawdopodobnie przełoży się także na wzrost cen.

– Niemniej nie będą to duże wzrosty. Średnią cenę na II kw. wyznaczamy na poziomie mniej więcej 4,25 zł za litr benzyny EuroSuper 95, cena oleju napędowego powinna pozostać poniżej 4 złotych. Natomiast cena autogazu nie powinna przekroczyć poziomu 1,70 zł – prognozuje Urszula Cieślak.

Małe i średnie firmy w najlepszej kondycji od lat. Konieczne jednak inwestycje w innowacje i eksport

CEO Magazyn Polska

Mikro-, małe i średnie firmy są w najlepszej kondycji od lat – oceniają przedstawiciele Banku Zachodniego WBK na podstawie portfela kredytowego. Sektor ten jest siłą napędową gospodarki – 1,7 mln tego typu firm odpowiada bowiem za blisko 70 proc. PKB i większość miejsc pracy. Aby sprostać rosnącej konkurencji, sektorowi są potrzebne inwestycje w innowacje i zwiększanie obecności na rynkach zagranicznych. 

Potencjał małych i średnich firm dla wzrostu gospodarki w Polsce jest bardzo duży, ponieważ jest to 1,7 mln firm. One odpowiadają za bardzo dużą część naszej gospodarki i większość miejsc pracy. Jest duży potencjał, są też pewne problemy. Nasze małe i średnie firmy w zdecydowanej większości muszą więcej inwestować w nowe technologie – mówi agencji Newseria Biznes Feliks Szyszkowiak, członek zarządu Banku Zachodniego WBK.

Jak podkreśla, dziś – oceniając portfel kredytowy – można powiedzieć, że kondycja firm z tego sektora jest bardzo dobra, a właściwie najlepsza od kilku lat. Zagrożeniem jest jednak rosnąca konkurencja, zarówno na rynku wewnętrznym, jak i na rynkach zagranicznych. Aby jej sprostać, sektor musi więcej inwestować, również w badania i rozwój. Drugą kwestią jest ekspansja na rynki zagraniczne. Z badania Instytutu Keralla Research przeprowadzonego na zlecenie firmy Atradius wynika, że swoje produkty lub usługi sprzedaje za granicą ponad 1/4 firm z tego sektora. 97 proc. z nich podkreśla, że sprzedaż ta wiąże się jednak z trudnościami. Najczęściej wymieniają oni ryzyko walutowe, ryzyko transakcji czy pozyskanie wiarygodnego kontrahenta.

Małe i średnie firmy radzą sobie na rynkach zagranicznych coraz lepiej. Jest jednak parę barier, które sprawiają wiele problemów. Na przykład zapoznanie się z regulacjami na tamtych rynkach czy znalezienie kontrahentów – mówi Szyszkowiak.

W lutym eksport z Polski przekroczył 62,6 mld zł – wskazuje raport KUKE. To wynik o 7,4 proc. lepszy niż w styczniu i o 8,7 proc. wyższy niż rok wcześniej. KUKE szacuje, że w całym 2016 roku sprzedaż zagraniczna będzie o 8,3 proc. wyższa niż w 2015 roku, a w 2017 roku tempo może być jeszcze wyższe – +9,5 proc.

Przedstawiciele Grupy Santander, do której należy Bank Zachodni WBK, podkreślają, że jej przewagą jest bardzo rozbudowana sieć placówek w różnych krajach.

Jesteśmy obecni w 14 różnych regionach, co daje nam ogromne możliwości wspierania MŚP w dostępie do nowych rynków. Takie narzędzia jak portal SantanderTrade.com, Santander Trade Club czy International Desk to duże ułatwienia dla firm, które chcą wyjść poza lokalny rynek i rozwijać się za granicą – podkreśla Javier Castrillo Penadés, szef Global SME Banking w Grupie Santander.

W serwisie SantanderTrade.com firma może uzyskać informacje na temat 185 rynków pod kątem ich atrakcyjności inwestycyjnej, np. sytuacji makroekonomicznej, demograficznej, analizy eksportu i importu. Może też skorzystać z 25 tys. raportów i 40 baz danych z całego świata.

Naszą strategię dla sektora MŚP trzeba rozważać w kontekście misji grupy, jaką jest wsparcie firm w rozwoju. Chcemy, by Grupa Santander była najlepszym partnerem dla tych przedsiębiorstw. Oznacza to wspieranie MŚP we wszystkich aspektach rozwojowych, nie tylko w kontekście czysto finansowym. Chodzi o oferowanie im różnych usług o wartości dodanej, które pomogą im rozwijać się lepiej i szybciej – mówi Javier Castrillo Penadés.

Nowa strategia Banku Zachodniego WBK dla sektora MŚP opiera się na dwóch filarach. Bank chce być dla tych firm nie tylko partnerem finansowym, lecz także partnerem w rozwoju. Firma współpracująca z bankiem uzyska dostęp zarówno do instrumentów finansowych, jak i do rozwiązań pozafinansowych wspierających rozwój w wielu obszarach prowadzonego biznesu, również w eksporcie.

Dziś w tym segmencie Bank Zachodni WBK ma ok. 15-proc. udział. Do 2018 roku – zgodnie z nową strategią – chce go zwiększyć do 20 proc. Cele banku zakładają pozyskanie 100 tys. nowych klientów z sektora MŚP. Chce także zwiększyć udział aktywnych klientów (dziś wynosi on ok. 75 proc.).

Małe i średnie przedsiębiorstwa od banków potrzebują różnych produktów w zależności od tego, jakie to firmy i w jakiej są obecnie fazie rozwoju. Mikro- i małe firmy potrzebują zwykłych, prostych produktów bankowych: konta, kredytu obrotowego. Firmy średnie, szczególnie te, które właśnie inwestują, oprócz tych prostych produktów potrzebują też kredytów inwestycyjnych i produktów skarbowych. Wierzymy, że będą korzystać z naszego wsparcia, tak już jest teraz w przypadku naszej oferty okołofinansowej – mówi Feliks Szyszkowiak.

J. Gowin: Jedną z najdynamiczniej rozwijających się gałęzi polskiej gospodarki będzie lotnictwo. Branża ma także duży potencjał naukowy

CEO Magazyn Polska

Jak podkreśla wicepremier Jarosław Gowin, polskie firmy z branży lotniczej mają duży potencjał, a wesprzeć je mogą zamówienia sprzętu dla wojska. Na wygrane przetargi liczy także lider rynku, świętujący 60-lecie rozpoczęcia produkcji śmigłowców PZL-Świdnik. Jak podkreślają eksperci, pod względem zaawansowania technologicznego polska produkcja nie ustępuje krajom zachodnim, a dodatkowo angażuje polskich partnerów. Rozwój przemysłu lotniczego ma także ogromne znaczenie dla wschodniej Polski.

Innowacyjności nie można na długą metę budować poprzez kupowanie gotowych patentów za granicą, trzeba rozwijać własne ośrodki badawcze i wykorzystywać dorobek polskich uczonych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. – Przemysł lotniczy jest takim obszarem, w którym mamy potencjał i po stronie gospodarki, i po stronie nauki. Jestem pewien, że to będzie jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się branż.

Perspektywy rozwoju tej gałęzi przemysłu ocenia jako bardzo dobre. Jak dodaje, lotnictwo może być jedną z branż, wskazanych jako obszar potencjalnego wzrostu innowacyjności, co zakłada plan Morawieckiego.

Wiadomo przecież, że chociażby polska armia swoje zamówienia publiczne będzie składała do zakładów działających w Polsce, w tym także zakładów lotniczych. Nie chce przesądzać spornej kwestii budowy helikopterów, to jest domena Ministerstwa Obrony Narodowej, ale perspektywy rozwoju przemysłu lotniczego w Polsce są bardzo dobre, mam nadzieję, że już wkrótce doczekamy się pierwszych polskich produkowanych na seryjną skalę dronów służących do celów militarnych i cywilnych – podkreśla Jarosław Gowin.

Przewagą polskiego przemysłu lotniczego jest długoletnia tradycja. PZL-Świdnik właśnie świętuje 60 lat działalności. Od początku istnienia w lubelskich zakładach wyprodukowano blisko 7,5 tys. śmigłowców. To daje Świdnikowi trzecie miejsce na świecie.

60 lat produkcji śmigłowców to wielkie święto PZL-Świdnik i całego polskiego lotnictwa. W czasach, kiedy nieliczni próbowali na świecie produkować pierwsze śmigłowce, my już się tym zajmowaliśmy – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Finmeccanica Helicopter Division.

Jak podkreśla, świdnickie zakłady zajmują się nie tylko montażem śmigłowców, lecz także całym procesem produkcji, począwszy od etapu projektowania. Przychody firmy sięgają 1 mld zł, a eksport w ubiegłym roku wyniósł 700 mln zł, co więcej jest ona pod tym względem liderem w polskim przemyśle lotniczym.

SW-4 Solo jest jedynym tej wielkości śmigłowcem bezzałogowym, który produkuje się w Europie. Liczymy na to, że zamówienia zaczną niebawem spływać. Bardzo ważne są dla nas nowe śmigłowce i tutaj bardzo liczymy na AW149, który chcemy rozwijać wspólnie z polskim przemysłem i z polską nauką – mówi Krzysztof Krystowski. – Uważamy, że to jest idealna platforma do tego, żeby zbudować polski śmigłowiec wielozadaniowy, zgodny z wymaganiami polskiej armii, nowoczesny, z dużym wkładem polskiej myśli technicznej i z 30–40-letnią przyszłością eksploatacyjną.

Ubiegłoroczny przetarg na dostawę śmigłowców dla polskiego wojska jak na razie zakończył się dopuszczeniem francuskiego Airbusa do kolejnego etapu postępowania. Zarząd PZL-Świdnik dopatrzył się jednak uchybień w postępowaniu przetargowym i zgłosił sprawę do sądu. Sprawa rozpatrywana jest przez warszawski Sąd Okręgowy, a lubelski producent domaga się unieważnienia przetargu i rozpisania nowego. Nie ukrywa, że liczy na zamówienie, bo oznacza ono przede wszystkim ogromny impuls do rozwoju firmy i regionu.

13 mld zł, które mieliśmy wydać na śmigłowce wielozadaniowe dla armii, byłyby ogromnym transferem. To jest transfer większy niż środki np. z całego Regionalnego Programu Operacyjnego dla województwa lubelskiego na lata 2014–2020 – podkreśla Artur Soboń, poseł Prawa i Sprawiedliwości.

Dodaje, że przemysł lotniczy i PZL-Świdnik mają też duże znaczenie regionalne. Firma jest największym pracodawcą na Lubelszczyźnie. Zatrudnia 3,3 tys. osób, w tym 650 inżynierów, ale dodatkowo w regionie współpracuje z kilkoma tysiącami kooperantów zarówno biznesowych, jak i naukowych.

Mamy potencjał, który w żaden sposób nie ustępuje temu, który mają kraje Europy Zachodniej. W Świdniku jesteśmy w stanie wyprodukować śmigłowce od początku do końca, wykorzystując własną myśl techniczną. Naprawdę mało jest zakładów, które byłyby tak zaawansowane technologicznie i wpływałyby tak istotnie na podatki, na rozwój gospodarczy i na zatrudnienie, a także na to, czego województwo lubelskie potrzebuje najbardziej, czyli na współpracę nauki z biznesem poprzez innowacje i wysokie technologie – przekonuje Artur Soboń.

Dobrze płatne i ciekawe oferty pracy czekają na kobiety w branży nowych technologii. Wciąż ¾ pracowników stanowią mężczyźni

CEO Magazyn Polska

Branża nowych technologii to w Polsce wciąż domena mężczyzn. Udział kobiet w firmach z tego sektora wynosi nie więcej niż 25 proc., a na stanowiskach kierowniczych tylko 5–15 proc. Wciąż zbyt mało kobiet wybiera także nauki ścisłe jako kierunek studiów – ich udział na politechnikach wynosi tylko 37 proc. Młodym inżynierkom pomóc ma konkurs o staż w ICT organizowany przez Urząd Komunikacji Elektronicznej.

Branża nowych technologii, a tak naprawdę cała gospodarka, nie może istnieć bez nowoczesnych technologii, bez innowacji, bez internetu, bez komunikacji elektronicznej. Aby to wszystko obsłużyć, potrzebne są miliony inżynierów. Jako kobieta, która od 15 lat pracuje na rynku telekomunikacyjnym, jestem tego świadoma, dlatego już 5 lat temu postanowiłam, że będę promowała zatrudnianie kobiet w tej branży – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Udział kobiet w branżach technologicznych w Polsce stopniowo wzrasta. Z raportu przygotowanego przez Siemens i Fundację Edukacyjną „Perspektywy” wynika, że w ciągu ostatnich pięciu lat zwiększył się on o 6 proc. Coraz więcej maturzystek wybiera także nauki ścisłe i technologiczne na studiach – w minionych ośmiu latach udział dziewcząt na politechnikach wzrósł o 8 proc. Zmiany te zachodzą jednak zbyt wolno – udział kobiet w branżach technologicznych wynosi średnio 20–25 proc., na stanowiskach kierowniczych zaś tylko 5–15 proc. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w nauce – na uczelniach technicznych kobiety na stanowiskach profesorskich stanowią tylko 10 proc. Udział studentek na kierunkach kluczowych dla branż STEM (Science, Technology, Engineering and Mathematics) wynosi zaledwie 13 proc.

Pokutują stereotypy. Kobiety nie decydują się na studia stricte techniczne, a rodzice też ich do tego nie zachęcają. Mówimy o wydziale np. telekomunikacji, elektroniki czy automatyki. Dla przykładu na jednym roku na wydziale telekomunikacji na Politechnice Gdańskiej jest 37 studentów, w tym jedna dziewczyna – mówi Magdalena Gaj. – To duży problem, a przecież branża technologiczna to dobre miejsce pracy.

Jak podkreśla, korzyści z większego udziału kobiet w branżach technologicznych są obopólne. Dla kobiet oznacza to zdobycie ciekawej, dobrze płatnej i dającej możliwości stałego rozwoju pracy, międzynarodowej kariery oraz warunki do łączenia pracy zawodowej z opieką nad dziećmi. Większość firm z dziedziny STEM oferuje bowiem elastyczne warunki pracy i możliwość wykonywania wielu obowiązków zdalnie.

Korzyścią dla firm jest natomiast większa wydajność pracy – liczne badania pokazały bowiem, że zróżnicowane zespoły, także pod względem płci, są bardziej efektywne.

 Branża nowoczesnych technologii potrzebuje kobiet, przede wszystkim w zakresie projektowania i programowania. To jest praca na zespołach, na produktach informatycznych albo projektowanie aplikacji i usług informatycznych przygotowywanych na zamówienie klienta. Tam jest potrzebna różnorodność podejścia, dobra komunikacja z klientem, zwracanie uwagi na szczegóły. Kobiety w tym są lepsze od mężczyzn – mówi Magdalena Gaj.

Do zwiększenia udziału kobiet w branżach technologicznych niezbędne jest wsparcie inżynierek po studiach w momencie ich wejścia na rynek pracy. Mogą tego dokonać same firmy technologiczne, m.in. poprzez tworzenie przyjaznych kobietom standardów pracy, szerszej informacji o możliwościach kariery oraz zacieśnianie współpracy z uczelniami technicznymi.

Młodym inżynierkom pomóc mają także specjalne staże i konkursy, takie jak program „Dziewczyny w Nowych Technologiach” zainicjowany w 2012 roku przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. W jego ramach w marcu rozpoczęła się kolejna edycja konkursu o staż w ICT.

Zaliczam tę akcję i konkursy do niezwykle udanych. Mamy 25 finalistek, które dzięki temu konkursowi zrealizowały swoje życiowe marzenie o pracy w firmach z Doliny Krzemowej, jeszcze będąc na studiach – mówi Magdalena Gaj.

Konkurs skierowany jest do studentek kierunków ścisłych i technicznych minimum II roku studiów licencjackich i magisterskich. Uczestniczki muszą rozwiązać zadanie konkursowe przygotowane przez jedną z ośmiu firm partnerskich: SAS Institut, Motorola Solutions Polska, Microsoft Poland, Sygnity, Cisco Systems, Huawei Polska, Telewizja Polska SA, Ericpol. Nagrodą jest trzymiesięczny płatny staż. Doświadczenia poprzednich edycji pokazują, że zwykle kończy się to stałym zatrudnieniem. Czas na zgłoszenie studentki mają do 10 maja.

Spada popyt na urządzenia mobilne. W tym roku tylko 8 proc. Polaków chce zwiększyć wydatki na ten cel

CEO Magazyn Polska

Rynek urządzeń mobilnych coraz bardziej się nasyca – w skali globalnej w przypadku smartfonów nasycenie wynosi ok. 80 proc., a przypadku tabletów – ok. 50 proc. To powoduje, że z roku na rok spada zainteresowanie zakupem nowych urządzeń. W Polsce 20 proc. konsumentów zamierza kupić nowy tablet, a 40 proc. chce wymienić smartfona. Tylko 8 proc. konsumentów planuje zwiększyć wydatki na ten cel. 

Konsumenci nie mają pilnej potrzeby wymiany urządzeń mobilnych na nowe – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Lubak, dyrektor zarządzający Accenture Communications, Media and Technology w Polsce. – Szczególnie dotyczy to smartfonów, bo coraz więcej osób w pełni wykorzystuje możliwości swoich urządzeń. Przypomina to trend obserwowany na rynku tabletów kilka lat temu, gdzie czas życia produktu wydłużył się do 4 lat ze względu na brak znaczącej przewagi ze strony nowych modeli i wystarczającej funkcjonalności starych urządzeń.

Z opublikowanego przez Accenture raportu „Igniting Growth in Consumer Technology” wynika, że w tym roku tylko 13 proc. konsumentów na świecie, o jedną piątą mniej niż w 2015 roku, chce zwiększyć wydatki na kupno tabletu, smartfona czy laptopa. Dla Polski prognozy te są jeszcze mniej optymistyczne – odsetek ten wynosi 8 proc. Popyt na urządzenia mobilne utrzymuje się w całej Europie Środkowej na podobnym poziomie, ale dużo niższym niż na Zachodzie.

W skali globalnej nasycenie smartfonami jest już wysokie i wynosi ok. 80 proc. (w przypadku Polski – 75 proc.). Dysproporcja nasycenia tabletami w Polsce i na świecie jest jeszcze większa. Ich posiadanie w kraju potwierdziło 37 proc. respondentów, globalnie – 48 proc.

Mniejsze zainteresowanie zakupem nowych urządzeń powoduje, że w Polsce tylko 40 proc. respondentów zadeklarowało zakup nowego smartfona w tym roku i jest to 8 proc. mniej niż w skali globalnej – mówi Lubak.

Zamiar zakupu tabletu zadeklarował 20 proc. badanych Polaków.

– Najczęściej wybieraną w Polsce marką jest Samsung, Apple znajduje się na czwartym miejscu, chociaż w ujęciu globalnym marka ta jest wiceliderem – zauważa Lubak. – Miejsce Apple&HASH39;a w Polsce prawdopodobnie wynika z preferencji krajowych użytkowników wobec otwartych platform. Istotna jest także relatywnie wysoka cena urządzeń tej marki.

Zdaniem Sławomira Lubaka trudno prognozować kierunek rozwoju rynku urządzeń mobilnych. Ze względu na niską dynamikę sprzedaży smartfonów, rynek poszukuje obecnie nowych perspektyw rozwoju. Może je wyznaczyć np. internet rzeczy (z ang. Internet of Things, w skrócie IoT, technologia bezpośredniego komunikowania się urządzeń z siecią). Według prognoz firmy analitycznej Gartner pod koniec tego roku na świecie będzie funkcjonować 6,4 mld tego rodzaju urządzeń (o 30 proc. więcej niż rok temu). Do 2020 roku ich liczba natomiast ma przekroczyć 20 mld.

By urządzenia IoT mogły się upowszechnić, zarówno na rynkach regionalnych, jak i globalnie, trzeba sprostać wyzwaniu, jakim jest ochrona prywatności użytkowników, uproszczenie obsługi i obniżenie ceny. Jako istotne bariery aż 62 proc. respondentów wymieniło wysoką cenę nabycia urządzenia IoT, a 30 proc. – obawy o naruszenie prywatności przy ich użyciu – wyjaśnia dyrektor zarządzający Accenture Communications, Media and Technology w Polsce.

W Polsce dodatkowo istotnym czynnikiem wpływającym na decyzję o wykorzystaniu urządzeń IoT jest dostępność i niezawodność infrastruktury. Wprawdzie koszt dostępu do internetu, szczególnie mobilnego, należy do najniższych w Europie, ale w kwestii niezawodności i dostępności sieci przewodowych mamy jeszcze trochę do nadrobienia.

Wśród nowinek technologicznych w Polsce największym zainteresowaniem cieszą się czytniki e-booków. 11 proc. ankietowanych deklaruje posiadanie takiego urządzenia. Na kolejnych miejscach znajdują się systemy inteligentnego zarządzania domem, systemy bezpieczeństwa i monitoringu. Urządzenia typu wearables znajdują się na kolejnej pozycji – wymienia Sławomir Lubak.

W skali globalnej 13 proc. badanych zamierza w tym roku kupić smartwatcha (7 proc. w Polsce). Tyle samo chce zainwestować w elektroniczne opaski do monitorowania treningu (8 proc. w Polsce). Z kolei 8 proc. zakupi urządzenie do odtwarzania wirtualnej rzeczywistości (3 proc. w Polsce).

W porównaniu do społeczeństw Europy Zachodniej Polacy bardziej praktycznie wykorzystują IoT, np. do budowy inteligentnego domu czy monitoringu. Na Zachodzie częściej wybierane są rozwiązania nakierowane na rozrywkę i ułatwiające życie codzienne. Zdaniem Lubaka wraz ze wzrostem poziomu życia społeczeństwa również w Polsce taki trend będzie coraz bardziej powszechny.

Wnioski z badania Accenture wskazują również na rosnące zapotrzebowanie na usługi finansowe z poziomu urządzeń mobilnych. Z płatności mobilnych na świecie korzysta już 18 proc. ankietowanych, a 32 proc. planuje zintegrować je ze swoim smartfonem, podobne jest w Polsce (odpowiednio 12 i 33 proc.).

Pod tym względem jesteśmy w czołówce – chwali Lubak. – Wynika to z dobrego przyjęcia w naszym kraju nowych form płatności, chociażby zbliżeniowych. Barierą może być standaryzacja, łatwość i szybkość korzystania w konkretnej sytuacji.

Polskim projektantom trudno się przebić na rynku. Konkurencja jest ogromna, a liczba konsumentów ograniczona

CEO Magazyn Polska

Polski rynek mody jest bardzo trudny i skomplikowany – uważa blogerka modowa Macademian Girl. Panuje na nim duża konkurencja, wielu projektantów próbuje swoich sił, ale nawet pomimo wybitnych zdolności nie każdy ma szansę się przebić i z sukcesem sprzedawać swoje pomysły. Według niej w modzie potrzebny jest powiew świeżości, dlatego rynek powinien wspierać młodych projektantów, którzy swoją kreatywnością i nowymi inspiracjami mogą przełamać rutynę i przewidywalność.

– Trzeba pamiętać o tym, że projektowanie to część tej pracy, te rzeczy przecież trzeba jeszcze wyprodukować, wypromować i sprzedać. Nawet jeżeli projektanci są artystami, to czasem brakuje im biznesowej żyłki. W Polsce wciąż brakuje także kadry zarządzającej sektorem mody. Mam nadzieję, że coraz więcej takich kierunków studiów będzie powstawać, bo obok artystów potrzebujemy też menadżerów – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Tamara Gonzalez Perea (Macademian Girl), blogerka modowa.

Z kolei Lidia Kalita podkreśla, że rynek mody nie powinien być zamkniętą enklawą tylko dla projektantów, którzy działają w branży od lat. Dobrze, gdyby znalazło się na nim także miejsce dla nowych twórców.

– Moda karmi się zmianą, w związku z tym cały czas potrzebuje świeżej krwi. Jeśli w branży będzie przybywać młodych ludzi i będą oni proponować nowe, kreatywne rzeczy, to wtedy rynek modowy będzie coraz bardziej zakręcony, radosny i świeży – mówi Lidia Kalita, projektantka mody.

Z myślą o młodych twórcach, których projekty często z niezależnych od nich przyczyn głównie trafiają do szuflady, organizowany jest konkurs Fashion Designer Awards, którego półfinał odbył się w kwietniu w Galerii Mokotów.

– Galeria Mokotów to miejsce od lat kojarzone z modą, z najlepszymi markami, również z polskimi projektantami, którzy znaleźli tu swoje miejsce. To u nas butiki ma Lidia Kalita, Duet Bizuu, Bohoboco czy Robert Kupisz. Jesteśmy nieodłącznie związani z polskimi projektantami i mamy nadzieję, że ta współpraca będzie się rozwijała – podkreśla Diana Kopycka, rzecznik prasowy Galerii Mokotów.

Konkurs jest szansą dla projektantów na zaprezentowanie swoich prac szerszemu gronu odbiorców. W przyszłości mogą oni zawojować świat mody.

– Dobrze, że są takie konkursy jak ten, które są szansą na to, by zostać zauważonym przez rynek modowy, być może przez inwestorów, przez kogoś, kto chciałby zainwestować swoje pieniądze w nowe, świeże, ale bardzo obiecujące nazwisko – podkreśla Lidia Kalita.

Konkurs Fashion Designer Awards – w tym roku organizowany już po raz ósmy – jest doskonałą szansą na zdobycie doświadczenia na stażach w atelier w Polsce i za granicą oraz wzbogacenie portfolio. To projekt, w który angażują się topowe nazwiska z branży fashion & design. Wśród dotychczasowych laureatów FDA są m.in. Sabrina Pilewicz, Piotr Drzał, Zuza Szamocka, Serafin Andrzejak i Ola Jendryka.

Makijaż i strój kluczowe podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Co trzeci pracodawca decyduje o przyjęciu pracownika po 90 sekundach spotkania

CEO Magazyn Polska

Z badań Undercover Recruiter wynika, że 33 proc. pracodawców już w przeciągu pierwszych 90 sekund rozmowy kwalifikacyjnej wie, czy zatrudni danego kandydata. Na ich decyzję ogromny wpływ ma wizerunek potencjalnego pracownika, czyli strój, makijaż i komunikacja niewerbalna. Warto więc zarówno w stroju, jak i makijażu postawić na minimalizm. 

Zdaniem Mai Sablewskiej nie ma uniwersalnego dress code’u na rozmowy kwalifikacyjne, a ubiór powinien być dostosowany do stanowiska – w branżach kreatywnych mile widziane będą oryginalne stylizacje, w pozostałych przypadkach lepiej postawić jednak na klasyczną elegancję. Strój nie powinien być jednak całkowicie formalny, kandydat pozbawia się bowiem wówczas autentyczności.

Jeżeli idziemy na rozmowę o pracę do Sephory, do szkolnego sklepiku lub do biblioteki, to w każdym z tych miejsc odpowiednie są zupełnie inne outfity. Jeżeli na rozmowę o pracę do Sephory pójdziemy w garsonce, tak to, jakbyśmy poszli na rozmowę o pracę do banku, dlatego tej pracy prawdopodobnie nie dostaniemy, bo pozbędziemy się swoich fajnych cech. Ubiór trzeba połączyć ze swoją osobowością – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Maja Sablewska.

Zdaniem stylistki kluczem do sukcesu jest minimalizm, zwłaszcza w kwestii biżuterii i dodatków – tych powinno być jak najmniej. Dobrym pomysłem będzie także ograniczenie się do maksymalnie trzech kolorów i odpowiednie ich zestawienie. Ona sama ma kilka trików, które zawsze świetnie się sprawdzają.

Warto założyć jaśniejszą rzecz jako bazę do ubrania, np. białą koszulę, i do tego ciemniejszą marynarkę. Kolejna rzecz bardzo dobra to ciemniejszy dół i jaśniejsza góra. Zawsze, nawet jeśli jesteśmy trochę zmęczeni, to jaśniejsza góra odbija światło od naszej twarzy, a tym samym wyglądamy na mniej zmęczonych – mówi Maja Sablewska.

Makijaż na tę okazję powinien być subtelny i stonowany i powinien stanowić jedynie uzupełnienie stroju. Najlepiej sprawdzi się makijaż biznesowy stworzony przez angielskich ekspertów. Podzielili oni twarz kobiety na dwa trójkąty: osobisty i menadżerski. W makijażu biznesowym istotne znaczenie ma trójkąt menadżerski, rozciągający się od czubka nosa do zewnętrznych kącików oczu. Centralnym punktem makijażu są oczy – podkreślone jasnym cieniem z mocno wytuszowanymi rzęsami. Usta powinny być jedynie muśnięte pomadką w delikatnych odcieniach beżu lub brzoskwini.

Mocno podkreślone oczy sprawią, że złapiemy kontakt wzrokowy z potencjalnym rozmówcą i dzięki temu poprowadzimy prawidłowo rozmowę. Natomiast w momencie, kiedy podkreślimy usta, to podkreślimy tzw. trójkąt osobisty zarezerwowany dla makijażu koktajlowego, stosowanego po godzinie siedemnastej – mówi Sergiusz Osmański, dyrektor artystyczny Sephora.

Wykonanie takiego makijażu może nastręczać trudności, dlatego marka Sephora zdecydowała się na nowy projekt edukacyjny „Przygotuj się do rekrutacji”. Jest to cykl warsztatów organizowanych w Akademii Leona Koźmińskiego, podczas których uczestnicy poznają tajniki makijażu biznesowego krok po kroku i nauczą się go samodzielnie wykonywać. Podczas spotkań eksperci doradzą także, jak wykreować swój wizerunek za pomocą stroju.

Osoby zainteresowane mają możliwość zrobienia zdjęcia w tym profesjonalnym makijażu, a następnie przechodzą do etapu zadawania pytań naszym rekruterom, którzy chętnie odpowiedzą na pytania dotyczące rozmowy kwalifikacyjnej i podpowiedzą, co jest pod czas niej istotne – mówi Magdalena Rusiecka, dyrektor ds. zasobów ludzkich w Sephora.

Warsztaty „Przygotuj się do rekrutacji” to część projektu Sephora University. Jeszcze do niedawna ten program szkoleniowy skierowany był wyłącznie do pracowników perfumerii Sephora, teraz po raz pierwszy dedykowany jest także klientom marki.

(PGE) Numer: 24/2016 – Szacunek wybranych danych finansowych za I kwartał 2016 oraz informacja o wpływie zdarzeń jednorazowych o charakterze niepieniężnym na skonsolidowane wyniki finansowe za I kwartał 2016 r.

  • Numer raportu: 24/2016
  • Data sporządzenia raportu: 25.04.2016
  • Podstawa prawna raportu: Art. 56 ust. 1 pkt 1 Ustawy o ofercie – informacje poufne

Treść raportu

Zarząd spółki PGE Polska Grupa Energetyczna S.A. („PGE”) przekazuje do wiadomości publicznej wstępne skonsolidowane wyniki finansowe za I kwartał 2016 r.

Według wstępnych szacunków skonsolidowany zysk operacyjny powiększony o amortyzację (EBITDA) za I kwartał 2016 roku wyniesie ok. 1,8 mld złotych, natomiast zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniesie ok. 0,9 mld złotych.

Powyższy szacunek uwzględnia istotne niegotówkowe zdarzenia jednorazowe, które wystąpiły w I kwartale 2016 roku:
– Przychody z tytułu przedterminowego rozwiązania umów długoterminowych sprzedaży mocy i energii elektrycznej (tzw. rekompensat KDT) w wysokości ok. 278 mln złotych (w tym 148 milionów złotych z tytułu rozstrzygniętych sporów sądowych w sprawach dotyczących kosztów osieroconych oraz kosztów powstałych w jednostkach opalanych gazem ziemnym) odpowiednio zwiększające raportowany zysk EBITDA.

Zastrzeżenie: Prezentowane wielkości mają charakter szacunkowy i mogą ulec zmianie.

Publikacja skonsolidowanego raportu za I kwartał 2016 roku nastąpi 11 maja 2016 roku.

Podstawa prawna: Art. 56 ust. 1 pkt. 1 ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych (tj. Dz. U. z 2013 r., poz. 1382 z późn. zm.).

Podpisy osób reprezentujących spółkę
Data Imię i nazwisko Stanowisko i funkcja
25.04.2016 Emil Wojtowicz Wiceprezes Zarządu
25.04.2016 Marek Pastuszko Wiceprezes Zarządu

Rynki walutowe: równoważenie pozycji przed posiedzeniami FOMC i BJ w tym tygodniu

  • Para USD/JPY słabsza po doniesieniach dotyczących polityki zerowych stóp
  • BJ najwyraźniej oczekuje większej inicjatywy ze strony rządu Abego
  • Nie należy się spodziewać szczególnych zwrotów akcji po środowym posiedzeniu FOMC

Mocny wzrost w parze USD/JPY tuż przed zamknięciem w piątek ostatniej nocy zakończył się spadkiem z powrotem w okolice poziomu 111,00 po tym, jak rynek przeanalizował intensywny krótki squeeze, który miał miejsce w piątek w związku z doniesieniem, że Bank Japonii może planować nowe inicjatywy dotyczące ujemnych stóp procentowych – tym razem kredytowych, a nie dotyczących depozytów w banku centralnym – co byłoby bezprecedensowym posunięciem w tym zakresie. Część entuzjazmu dotyczącego powiązanej z tym deprecjacji JPY być może należy przypisać bardziej rozmiarom długich pozycji w JPY niż samemu doniesieniu, mimo iż jest to niewątpliwie interesujący obrót sytuacji.

Na powstrzymanie wzrostu w parze USD/JPY ubiegłej nocy wpłynęła informacja ze źródeł powiązanych z BJ, że bank centralny oczekuje od rządu szeroko zakrojonych inicjatyw politycznych. Czy można już mówić o od dawna oczekiwanym zwrocie w kierunku polityki fiskalnej, czy też nadchodzący tydzień wykaże, że jest na to jeszcze zbyt wcześnie?

Drugim istotnym wydarzeniem w tym tygodniu będzie posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w najbliższą środę, mimo iż nikt nie spodziewa się, że Fed zawrze jakiekolwiek przełomowe sugestie w komunikacie dotyczącym polityki pieniężnej. Najprawdopodobniej Fed najchętniej schowałaby się w jakiejś jaskini i przeczekała okres wyborów prezydenckich, niestety jednak takie rozwiązanie nie wchodzi w grę – a obawy, iż wybory w Stanach Zjednoczonych wpływają na powszechny poziom zaufania mogą i tak powstrzymać Fed od bardziej zdecydowanych działań. Donald Trump, który z dużym prawdopodobieństwem będzie kandydatem Republikanów, w ostatnich wypowiedziach skrytykował prezes Fed, Janet Yellen.

Pewnym wsparciem dla kursu USD jest fakt, iż Yellen nie przewiduje konferencji prasowej, ponieważ jej ostatnie wystąpienie z tej okazji było wyraźnie „gołębie”. Język komunikatu będzie prawdopodobnie bardziej zrównoważony, ponieważ Fed musi utrzymać neutralną retorykę dotyczącą podwyżek stóp do czasu posiedzenia w czerwcu na wypadek, gdyby potrzebowała zasygnalizować możliwość podwyżki stóp w lipcu lub, co bardziej prawdopodobne, we wrześniu, o ile dane dotyczące zatrudnienia i inflacji sprawią, że taka podwyżka będzie nieunikniona.

W ubiegłym tygodniu rynek zaktualizował prognozy dotyczące podwyżek stóp Fed o kilka punktów bazowych; obecnie prawdopodobieństwo podwyżki na posiedzeniu FOMC w listopadzie przekracza 50/50 (nie należy jednak spodziewać się jakichkolwiek istotnych sygnałów na tym posiedzeniu – jeżeli Fed nie podejmie decyzji o podwyżce do posiedzenia we wrześniu lub na tym posiedzeniu, trudno oczekiwać, by przeprowadzili ją na sześć dni przed wyborami). Najważniejsze dane ekonomiczne w Stanach Zjednoczonych w tym tygodniu to inflacja PCE ze względu na to, że to na niej koncentruje się najbardziej Fed; w ostatnich miesiącach inflacja ta gwałtownie wzrosła, mimo iż bazowe odczyty w ujęciu rok do roku nadal plasują się znacznie poniżej 2,0%

Wykres: GBP/JPY

W piątek para GBP/JPY podjęła zdecydowany rajd. Na jego przedłużenie najprawdopodobniej wpłynęło dalsze pokrywanie krótkich pozycji w GBP w związku z nadmiernym pozycjonowaniem, nie zaś jakiekolwiek nowe wydarzenia, jednak rynek nieco obniżył prawdopodobieństwo Brexitu pomimo braku nowych trendów w sondażach i znacznej liczby niezdecydowanych respondentów (a także pomimo niepewności co do relacji zmotywowanych zwolenników pozostania w Unii do liczby zwolenników wyjścia z UE).

Reakcja jena na możliwość działań politycznych w tym tygodniu została również najprawdopodobniej wzmocniona przez spekulacyjne pozycjonowanie. Rajd dotarł jednak do istotnych poziomów i znacznie osłabił wcześniejszy trend spadkowy, dlatego też można się spodziewać nowego obrotu spraw dla jena, mimo iż niepewność dotycząca funta szterlinga utrzyma się do czasu referendum w czerwcu.

Podsumowanie w koszyku G10

USD – widać coraz większą odporność, a ruch w parze USD/JPY w ubiegłym tygodniu znacznie osłabił wcześniejszy trend spadkowy. EUR/USD również znalazła się w strefie zwrotu w rejonach 1,1200/50 przed posiedzeniem FOMC i może w tym tygodniu wreszcie odnotować bardziej istotne ruchy po tym, jak zmienność w parze EUR/USD osiągnęła najniższy poziom od 2014 r.

EUR – dziś poznamy wyniki niemieckiego badania IFO, nie będzie to jednak istotny czynnik zmian. Nie widać większych inspiracji dla grających na zwyżkę euro w tym tygodniu, można się zatem spodziewać ogólnego wzrostu wrażliwości wspólnej waluty w przypadku, gdyby pozostałe główne waluty uzyskały wsparcie ze strony banków centralnych (FOMC i BJ).

JPY – w tym tygodniu można się spodziewać znacznego wzrostu zmienności, zarówno w związku z dużą liczbą spekulacyjnych pozycji (długie pozycje w JPY), jak i z rosnącą niepewnością dotyczącą każdego następnego posiedzenia BJ i kierunku jego polityki. Zasadniczo skłaniam się ku krótkim pozycjom w JPY po tym, jak w ubiegłym tygodniu trend rosnący dotyczący japońskiej waluty został istotnie osłabiony.

GBP – prawdopodobieństwo Brexitu nico spadły, umożliwiając pokrywanie krótkich pozycji w GBP po okresie nadmiernego wzrostu liczby krótkich pozycji. Kurs funta umacnia się również w związku z ostatnim wzrostem apetytu na ryzyko. 0,7750 może być kluczowym obszarem wsparcia w parze EUR/GBP, natomiast para GBP/USD wykracza poza górną granicę przedziału w kierunku poziomu 1,4500.

CHF – ostatni wzrost apetytu na ryzyko i wyższe stopy krótkoterminowe, jak również zmniejszenie obaw o spadek kursu funta/Brexit najprawdopodobniej przyczynią się do otwarcia nowych krótkich pozycji w CHF. Para EUR/CHF dociera do kluczowego obszaru 1,1000, natomiast para USD/CHF sięgnęła maksimów przedziału niedaleko 200-dniowej średniej ruchomej.

AUD – trend rosnący w parze AUD/USD stara się utrzymać, jednak umocnienie USD w tym tygodniu oznaczałoby koniec rajdu. Potwierdzeniem technicznym tej sytuacji byłby ruch poniżej poziomu 0,7685, a ostatecznie 0,7623 (istotne zniesienie Fibonacciego z linii rajdu z obszaru 0,7500).

CAD – utrzymujące się wysokie ceny ropy, a także pozytywne dane z Kanady i nadzieje, że hojność fiskalna nowego rządu Trudeau przyczyni się do wzrostu gospodarczego, mogą złagodzić politykę Banku Kanady i doprowadzić nawet do podwyżki stóp. CAD może maksymalnie realizować swój potencjał w odniesieniu do prognoz dla Stanów Zjednoczonych, biorąc pod uwagę strukturalne niedociągnięcia Kanady.

NZD – w tym tygodniu odbędzie się posiedzenie BRNZ i NZD może nieco się umocnić, jeżeli bank centralny nie obniży stóp procentowych; zasadniczo jednak można się spodziewać deprecjacji, w szczególności, jeżeli obniżka stóp nastąpi teraz, a nie w późniejszym terminie. Pełne odwrócenie w parze NZD/USD w ubiegłym tygodniu sprawia, że jest to obecnie idealna metoda na rozegranie spadku kursu NZD.

SEK – inwestorzy wydają się niechętnie nastawieni do spadku w parze EUR/SEK poniżej minimów przedziału z końca 2015 r. (9,12) z obawy, że Riksbank dokona zapowiadanej interwencji, mimo iż zmiany szwedzkich stóp procentowych potwierdzają możliwość testu niższych rejonów.

NOK – w ostatnich tygodniach rynek znacznie obniżył oczekiwania dotyczące luzowania polityki Norges Bank, a para EUR/NOK zmierza w kierunku głównych minimów z końca 2015 r. w rejonie poziomu 9,15. Można się spodziewać dalszej presji spadkowej, dopóki ceny ropy pozostaną wyższe.

John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank

Nasza gospodarka odczuje efekt 500+

0

Program Rodzina 500 + to 500 zł miesięcznie na drugie i kolejne dziecko. Rodziny o niskich dochodach otrzymają wsparcie także dla pierwszego lub jedynego dziecka przy spełnieniu kryterium 800 zł netto lub 1200 zł w przypadku wychowywania w rodzinie dziecka niepełnosprawnego. To nawet 6.000 zł netto rocznego wsparcia dla dziecka.
Ministerstwo Finansów szacuje, że program może pozytywnie wpłynąć na gospodarkę. Szacowana dynamika wzrostu PKB w przyszłym roku to 0,5-0,6 punktów. Jednak wskaźnik wzrostu będzie zależeć od skłonności do oszczędzania Polaków oraz tego, ile pieniędzy zostanie skierowanych na konsumpcję. Jak wyglądać będzie wpływ programu Rodzina 500+ na gospodarkę wyjaśniał w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Nie są chronieni przed zemstą pracodawcy

0

W Polsce nie ma ustawy, która regulowałaby kwestię ochrony sygnalistów ani przepisów, które chroniłyby takie osoby przed zemstą pracodawcy.
Sygnalista, czyli z angielskiego whistleblower, to osoba, która informuje o nadużyciach, do których dochodzi w organizacji. Mamy z tym problem, bo jednocześnie blisko co piąty polski ankietowany traktuje lojalność wobec pracodawcy lub współpracownika jako okoliczność, która mogłaby go powstrzymać przed osobistym zgłoszeniem przypadku nadużycia lub korupcji.
Obawa sygnalisty przed zemstą pracodawcy wydaje się racjonalne. Są kraje, które mają regulacje prawne ich dotyczące. W Stanach Zjednoczonych od 2010 r. obowiązuje ustawa Dodd-Frank Act, która chroni sygnalistów zgłaszających nadużycia dotyczące rynku finansowego. Przewiduje ona między innymi nagrodę pieniężną w wysokości 10-30 proc. wartości należności otrzymanych przez instytucje nadzorcze dzięki informacji od sygnalisty, w przypadku gdy ich suma przekroczy milion dolarów.
-W Polsce osoba, która powiadamia o nieprawidłowościach, nadal niestety budzi negatywne emocje, choć coraz więcej firm decyduje się na wdrożenie specjalnych wewnętrznych kanałów informowania, poprzez które pracownicy mogą sygnalizować nadużycia lub nieprawidłowości swojemu pracodawcy – mówi Mariusz Witalis, partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY.

Polskie kłopoty z urzędnikami skarbowymi

0

Polska ma bardzo wysokie koszty ściągania podatków. Jednocześnie wynagrodzenia urzędników skarbowych nie są wysokie. Tkwimy w pułapce, z której wyjście może być proste.
Polska ma jeden z najwyższych kosztów ściągania podatków w przeliczeniu na urzędnika. Spośród krajów należących do OECD gorzej jest tylko w Japonii.
– Najlepszym sposobem poprawienia efektywności urzędów skarbowych będzie zainwestowanie w IT – mówi Rafał Trzeciakowski z Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Japończycy nadchodzą, Europa czeka

W Wielkiej Brytanii aż huczy po weekendowych wypowiedziach Baracka Obamy na temat Breksitu, więc dzisiejszy wskaźnik Confederation of British Industry – CBI, choć bardzo interesujący, zwłaszcza w obecnej sytuacji, na dwa miesiące przed referendum, będzie miał raczej znaczenie historyczne. Obama twardo wypowiedział się przeciw Breksitowi, i choć większości Brytyjczykom ton jego wystąpienia nie przypadł do gustu, to argumenty praktyczne chyba zostały dobrze zrozumiane. Z perspektywy Waszyngtonu, Londynowi porzucenie Unii po prostu się opłaci. Całkiem możliwe, i taki jest ton brytyjskich komentarzy, Obama przesądził w weekend o wyniku referendum, i jeżeli zwolennicy Breksitu nie znajdą mocnych argumentów, przegrają z kretesem.

Poniedziałek nie jest bogaty w wydarzenia. Na uwagę zasługuje indeks Ifo, czyli wskaźnik klimatu gospodarczego w Niemczech, a przede wszystkim dane o sprzedaży nowych domów w USA. To dzisiaj najważniejsze dane. Rynek naftowy skoncentruje się na Arabii Saudyjskiej, czyli na zaplanowanej na poniedziałek prezentacji koncepcji przebudowy gospodarczej kraju. Królestwo, którego 90 proc. budżetu pochodzi z wydobycia ropy, przygotowuje się do reform ekonomicznych i socjalnych, które mają przestawić kraj na zupełnie inny model gospodarczy, adekwatny do ery post-naftowej. Plan, „Vision for the Kingdom of Saudi Arabia”, przedstawi książę Mohammed bin Salman. Oczekiwania są duże, część rynku spodziewa się nawet informacji na temat wyprzedaży aktywów wydobywczych Arabii Saudyjskiej, jednak pojawiają się też opinie, że plan będzie pozbawiony szczegółów.

Tydzień zaczyna się niemrawo, ale dalsza jego część będzie wyjątkowo atrakcyjna. Kulminacja nastąpi w środę i czwartek, kiedy dwa wielkie banki centralne – amerykańska Rezerwa Federalna i Bank of Japan, zakończą swoje posiedzenia. Fed pewno nie wykona żadnych spektakularnych ruchów, ale Japonia… Apetyty przed spotkaniem BoJ były wyostrzone już w zeszłym tygodniu, co dało się we znaki jenowi. Im bliżej posiedzenia, tym goręcej będzie się robiło na rynku. Japonia i USA to dwa najmocniejsze punkty tego tygodnia.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Prof. K. Opolski: Pośpiech w sprawie frankowiczów może spowodować załamanie polskiego systemu finansowego

CEO Magazyn Polska

Wypracowanie kompromisu w sprawie pomocy osobom zadłużonym we frankach szwajcarskich może potrwać ponad rok – ocenia prof. Krzysztof Opolski. Jego zdaniem rozmowy w tej sprawie należy prowadzić bardzo ostrożnie z udziałem wszystkich zainteresowanych stron. Pośpiech może natomiast zagrozić stabilności całego polskiego systemu finansowego. Jeśli rozwiązania w sprawie frankowiczów weszłyby w życie w postaci takiej, jaką obecnie proponuje Kancelaria Prezydenta, to straty banków sięgnęłyby 67 mld zł. 

– Cała problematyka dotycząca frankowiczów jest bardzo niebezpieczna ze względu na to, że jeżeliby projekt był realizowany tak, że pieniądze banki miałyby zwracać, to byłby to bardzo duży cios i bardzo duża strata dla sektora bankowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Krzysztof Opolski, ekonomista Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Ekspert podkreśla, że problemem nie są jedynie same straty finansowe, lecz także zachwianie roli, jaką banki pełnią w polskim systemie gospodarczym. Według szacunków Komisji Nadzoru Finansowego propozycje Kancelarii Prezydenta dotyczące kredytów we frankach kosztowałyby sektor 67 mld zł.

– Pamiętajmy o tym, że bankowość to jest jednak element stabilizacji systemu ekonomicznego i finansowego – stwierdza Opolski.

Profesor dostrzega także poważny problem związany z etyką pomocy zadłużonym w szwajcarskiej walucie. Zwraca uwagę na selektywny charakter prezydenckiego projektu, który obejmie jedynie część kredytobiorców.

– Mogą pojawić się pytania o to, dlaczego rząd chce teraz pomagać tylko tym, którzy brali kredyty we frankach. Ci, którzy mieli kredyt w złotych, zapytają, dlaczego oni, a nie my – zauważa. – Jest to pewien dynamit i trzeba do tego podejść ostrożnie, żeby zachować parytet ekonomiczny i pewną sprawiedliwość społeczną – dodaje.

Ekonomista zauważa, że przerzucenie na banki kosztów przewalutowania kredytów frankowych wraz z obowiązującym od lutego 2016 roku podatkiem bankowym będzie miało negatywny wpływ na notowania giełdowe.

– Rentowność tych banków będzie gorsza, zatem ich papiery będą dużo mniej atrakcyjne. To spowoduje odchodzenie od tego sektora – wyjaśnia.

Prof. Opolski zauważa, że wpływ ewentualnych nowych regulacji będzie odczuwalny także przez klientów indywidualnych. Skutkiem będzie bowiem prawdopodobne ograniczenie prowadzonej akcji kredytowej, a także ewentualna próba przerzucenia na nich części bądź całości kosztów przewalutowania.

– Z tego powodu podejście do rozwiązania problemu frankowiczów musi, po pierwsze, być odroczone w czasie, po drugie, musi być opracowane z punktu widzenia nie tylko ekonomicznego, lecz także społecznego – tłumaczy profesor Opolski. – Musi także uwzględniać to, że banki muszą zachować i płynność i duże bezpieczeństwo finansowe, ponieważ są gwarantem stabilności finansowej – dodaje.

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego podkreśla, że do wypracowania kompromisu niezbędna jest współpraca pomiędzy przedstawicielami rządu, sektora bankowego oraz Komisji Nadzoru Finansowego. Aby możliwie skrócić czas niezbędny uzgodnienia satysfakcjonujących warunków, konieczne jest także uczestnictwo w rozmowach samych frankowiczów.

– Myślę, że w ciągu roku, nie wcześniej, powinno zostać to rozwiązane, ponieważ banki muszą wiedzieć dokładnie, czego się mają trzymać. Ponadto klienci również powinni wiedzieć, o co mają walczyć. Ale zaznaczam, że to jest sprawa bardzo delikatna i nie ma co się spieszyć – podkreśla prof. Opolski.

Za wcześnie na optymizm na rynku miedzi. Sytuacja w Chinach wciąż nie sprzyja trwałemu wzrostowi cen

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich trzech miesięcy ceny miedzi wzrosły o przeszło 11,5 proc. To odmiana po niemal pięciu latach trendu spadkowego. Eksperci przestrzegają jednak przed nadmiernym optymizmem. Sytuacja w Chinach, u głównego odbiorcy surowca, nie uległa bowiem zmianie, a ostatnie zakupy czerwonego metalu przez Państwo Środka zapełniły jego magazyny i mogą wpłynąć na zmniejszenie popytu w kolejnych miesiącach.

– Na rynku miedzi wciąż jest za wcześnie na optymizm. Notowania tego metalu również na początku tego roku radziły sobie całkiem nieźle, ale wciąż długoterminowo sytuacja ewidentnie wskazuje na utrzymywanie się trendu spadkowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dorota Sierakowska, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Oczywiście największe znaczenie na rynku miedzi ma kondycja gospodarki Chin, bo kraj ten jest największym odbiorcą miedzi na świecie. Tutaj pojawiają się uzasadnione obawy o to, że pojawi się dodatkowa podaż ze strony tego kraju.

Chińska gospodarka chłonęła miedź, dopóki jej PKB rosło w tempie kilkunastu procent rocznie, a rozpędzony przemysł potrzebował wciąż większych ilości surowca. Jak jednak tłumaczy Sierakowska, przestawianie chińskiej gospodarki na tory konsumpcji z charakteru czysto przemysłowego oraz wyhamowanie wzrostu do poniżej 7 proc. spowodowały spadek zapotrzebowania na import tego metalu.

– Zapasy miedzi w Chinach są bardzo wysokie i nie jest wykluczone, że zmniejszy się jej import do tego kraju lub nawet zwiększy się eksport miedzi rafinowanej – przestrzega Sierakowska. – To oznacza, że tej miedzi pojawi się więcej na globalnym rynku i to nie wróży nic dobrego dla cen tego surowca.

W marcu import miedzi do Chin okazał się rekordowy i wyniósł 570 tys. ton, o niemal 36 proc. więcej niż w lutym i o blisko 40 proc. więcej niż w marcu ubiegłego roku. W całym pierwszym kwartale Państwo Środka sprowadziło 1,43 mln ton surowca, o 30 proc. więcej niż w 2015 roku. To, jak podkreślają eksperci, jednak spowodowało nasycenie rynku: na koniec marca zapasy miedzi w tym kraju szacowano na 510 tys. ton, najwięcej od siedmiu miesięcy.

Od początku roku ceny miedzi wzrosły o ponad 5,5 proc., a w ciągu ostatnich trzech miesięcy – o ponad 12,5 proc. Jej cena oscyluje w granicach 4,9 tys. dol. za tonę. W ciągu roku spadła jednak o niemal 16 proc., a w ciągu pięciu lat – o prawie połowę. Na polskim rynku najmocniej odbija się to na wynikach i notowaniach KGHM-u, który w minionym roku zanotował pięciomiliardową stratę.

– Notowania KGHM-u w bardzo dużym stopniu są uzależnione od tego, jak kształtuje się cena na globalnym rynku miedzi. Dlatego jeżeli te perspektywy dla miedzi są negatywne, to również pod dużym znakiem zapytania stoją ewentualne wzrosty cen KGHM-u – ocenia Dorota Sierakowska. – Chociaż warto też pamiętać o tym, że notowania akcji spółek zależą również od innych czynników. Natomiast jednak ten czynnik związany z prawdopodobnym dalszym spadkiem cen miedzi to będzie czynnik, który negatywnie wpłynie na ceny akcji miedziowego giganta.

Akcje KGHM w ciągu trzech lat straciły ponad połowę wartości. Producent jest dziewiątą spółką w WIG20 pod względem kapitalizacji, której wartość to 14,93 mld zł. Jeszcze trzy lata temu była liderem indeksu, a jej wartość rynkowa stanowiła więcej niż trzykrotność obecnej.

W tym roku 45 proc. podatników rozliczy się przez internet. Coraz więcej osób korzysta przy tym z pomocy fiskusa

CEO Magazyn Polska

Resort finansów spodziewa się, że w tym roku do fiskusa wpłynie nawet 8 milionów elektronicznych PIT-ów za 2015 roku. Badanie KPMG wskazuje, że tę drogę wybierze 45 proc. Polaków. Rośnie też zainteresowanie usługą PFR, w której to administracja podatkowa wstępnie wypełnia deklaracje za podatnika. W ubiegłym roku złożono w ten sposób 100 tys. deklaracji PIT-37. W tym roku będzie ich znacznie więcej, tym bardziej że za pośrednictwem PFR można złożyć również PIT-38.

Dane statystyczne za ubiegły rok mówią, że 7 mln deklaracji zostało przekazanych drogą elektroniczną. W tym roku, a najbardziej gorący okres mamy jeszcze przed sobą, jest już 6 mln deklaracji, więc prawdopodobnie ten rekord zostanie pobity – mówi agencji Newseria Roman Durka, wiceprezes zarządu Sygnity, firmy, która buduje dla Ministerstwa Finansów projekt e-Podatki.

Z tegorocznego raportu KPMG „Roczne zeznanie podatkowe Polaków PIT 2015” wynika, że chęć rozliczenia się przez internet deklaruje 45 proc. Polaków. To 5 pkt proc. więcej niż przed rokiem. Odsetek ten już prawie zrównał się z odsetkiem podatników, którzy zamierzają złożyć zeznanie bezpośrednio w urzędzie skarbowym (46 proc.). 71 proc. z rozliczających się online korzysta z programów komputerowych lub aplikacji e-deklaracje.

Od marca ubiegłego roku podatnicy – rozliczający się na formularzu PT-37 – mają możliwość skorzystania z usługi PFR, czyli deklaracji wstępnie wypełnionej (Pre-Filled Tax Return). Dzięki niej podatnik nie musi sam wypełnić PIT-u, tylko robi to za niego administracja na podstawie wcześniej zgromadzonych od płatników informacji. Oczywiście, jest to wersja wstępna, ale jeżeli zgodzi się z treścią proponowanego rozliczenia, propozycja systemu stanie się automatycznie jego formalnym zeznaniem podatkowym.

W PFR w tej chwili są dostępne deklaracja PIT-37 oraz od tego roku deklaracja PIT-38. PIT-37 to deklaracja, za pomocą której rozliczamy się, jeśli jesteśmy pracownikiem, natomiast PIT-38 dotyczy rozliczenia dochodu od przychodów od kapitału – wyjaśnia Piotr Grączewski, dyrektor projektu e-Podatki w Sygnity S.A.

Dla użytkownika PFR oznacza znaczną oszczędność czasu oraz uniknięcie problemów m.in. z ustaleniem prawidłowej wysokości należnego podatku.

Do dziś już 84 tys. deklaracji podatkowych za 2015 rok zostało złożonych przez PFR. Spodziewamy się, że będzie ich więcej niż w zeszłym roku, kiedy to swoje zeznania w ten sposób wysłało 100 tys. osób. W tym roku pik składania takich deklaracji mamy przed sobą – informuje Grączewski.

Usługa dostępna jest na stronie Ministerstwa Finansów, a do jej wypełnienia potrzebne są jedynie nasze podstawowe dane, takie jak NIP lub PESEL. By potwierdzić tożsamość trzeba również podać dochody z lat poprzednich.

Deklaracja jest formularzem interaktywnym i w pełni edytowalnym, możemy zmodyfikować tę część dotyczącą organizacji pożytku publicznego, na którą chcemy przeznaczyć 1 proc. Możemy edytować także pozostałe pola w deklaracji, a także dodawać załączniki – wyjaśnia Piotr Grączewski.

W wielu krajach możliwość przesłania deklaracji za pomocą PFR jest już standardem. Dla przykładu, w Skandynawii w ten sposób dostarczane jest 80–90 proc. wszystkich formularzy. Ekspert dodaje, że polski projekt cyfryzacji zakłada, że docelowo wszystkie podatki będzie można rozliczyć drogą internetową.

W tej chwili system e-Podatki oferuje trzy rodzaje podatku i możliwość opłacania mandatów. Nie jest to jeszcze PIT ani VAT, te będziemy realizować w bieżącym roku i kolejnych, natomiast jest to np. karta podatkowa czy podatek od darowizn – mówi Roman Durka. – W momencie, w którym zakończymy realizację tego projektu, czyli wszystkie podatki będą rozliczane tą drogą, to Polska stanie się jednym z najbardziej nowoczesnych państw pod względem systemu podatkowego.

Jak podkreśla, dzięki upowszechnieniu systemów elektronicznych kontakty z państwowymi urzędami – do tej pory kojarzone z kolejkami, uciążliwościami, skomplikowanymi procedurami i stratą czasu – uległy znacznemu uproszczeniu. Droga online zyskuje na popularności, co widać po rosnącej liczbie wejść i logowań do narzędzi udostępnianych na Portalu Podatkowym. Dla przykładu, ponad 4 mln razy skorzystano z wyszukiwarki VAT, a 58 tys. razy z wyszukiwarki NIP. Kwota zaksięgowanych wpłat z usługi Mandaty wyniosła 56 mln zł.

Rośnie ryzyko cyberataków na małe i średnie firmy. Przestępców zachęcają coraz wyższe kwoty przelewów oraz brak jednolitych zasad bezpieczeństwa

CEO Magazyn Polska

Już ponad 5 mln osób w Polsce korzysta z bankowości mobilnej. Rosnąca popularność tego typu usług powoduje, że coraz częściej stają się one celem cyberprzestępców. Na ich celowniku znajdują się najczęściej transakcje małych i średnich firm – przede wszystkim ze względu na coraz wyższe przelewane kwoty oraz wciąż niewielką świadomość na temat cyberbezpieczeństwa. Według Deloitte w przeciętnym polskim banku istnieje aż ok. 60 różnych ścieżek autoryzacji transakcji, które przez cyberprzestępców traktowane są jak potencjalne furtki.

Z naszych szacunków wynika, że w 2016 roku na świecie sprzedanych zostanie ponad 1,5 mld smartfonów. Jednocześnie w Polsce mamy już ponad 5 mln użytkowników bankowości mobilnej. Stale wzrasta nie tylko liczba, lecz także średnia wartość dokonywanych transakcji. Przykładowo dla sektora małych i średnich firm jest to już średnio ponad 85 tys. zł miesięcznie, a dla klientów indywidualnych – 6 tys. zł – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Ludwiszewski, dyrektor działu cyberbezpieczeństwa w Deloitte.

Z raportu TMT Predictions przygotowanego przez Deloitte wynika, że przeciętny polski bank oferuje osiem różnych kanałów dostępu do bankowości elektronicznej, a do każdego z nich nawet do 10 różnych metod autoryzacji. To m.in. karty kodów, SMS, podpis elektroniczny, kody PIN, pytania kontrolne czy odcisk palca. Oznacza to, że przeciętnie dostępne jest aż kilkadziesiąt różnych ścieżek, za pomocą których klienci mogą korzystać z usług bankowości.

Każda z nich stwarza nową możliwość dla cyberprzestępców. Wprawdzie rozwijane są coraz bardziej zaawansowane metody weryfikacji, jak biometria, jednak grupy przestępcze również pracują nad innowacjami i stają się coraz bardziej profesjonalne.

W ostatnim czasie przestępcy bardzo często koncentrują się na małych i średnich firmach ze względu właśnie na wartość transakcji, które wykonują te firmy, oraz często niespójne podejście do zasad bezpieczeństwa w całej organizacji – tłumaczy Ludwiszewski.

Głównym celem cyberprzestępców jest kradzież pieniędzy, ale nie tylko. Zależy im też na kradzieży tożsamości, która umożliwi im zaciągniecie kredytów przy użyciu danych ofiary czy pranie pieniędzy.

Przestępcy starają się wykorzystać luki w zabezpieczeniach, a skuteczność ich ataków zależy od danej firmy. Są oczywiście organizacje, które jeszcze nie kładą dużego nacisku na bezpieczeństwo informacji, natomiast coraz więcej przedsiębiorców zwraca uwagę na to, że inwestycja w bezpieczeństwo jest jednak inwestycją, która się zwraca – wyjaśnia Marcin Lisiecki, menadżer w dziale cyberbezpieczeństwa w Deloitte.

Najczęstsze błędy wynikają z braku wiedzy na temat istniejącego zagrożenia. Lisiecki zwraca uwagę, że często sami użytkownicy poprzez ściąganie plików z nieznanych źródeł czy otwarcie podejrzanych maili dokonują instalacji szkodliwego oprogramowania na swoich komputerach czy smartfonach, ułatwiając tym samym pracę hakerom. Eksperci radzą, aby przy korzystaniu z bankowości elektronicznej kierować się zasadą ograniczonego zaufania i zwracać szczególną uwagę na to, jakie aplikacje ściągamy na nasz komputer czy telefon.

Musimy pamiętać o tym, aby nie pozostawiać śladów na stronach internetowych czy portalach społecznościowych w kontekście swojego życia prywatnego. Nie wpisywać danych do formularzy czy nie udostępniać swoich danych osobom postronnym – mówi Ludwiszewski.

Małe i średnie przedsiębiorstwa powinny dodatkowo ujednolicić zasady bezpieczeństwa panujące w firmie. Często najsłabszym ogniwem w zabezpieczeniach w ramach firmy są pracownicy. Dlatego Ludwiszewski podkreśla, że bardzo ważne są szkolenia z zakresu cyberbezpieczeństwa, szczególnie wśród tych pracowników, którzy są szczególnie narażeni na ataki, np. księgowe. Inną kluczową kwestią jest zapewnienie odpowiednich środków technicznych do wykrywania i usuwania spamu, fałszywych maili oraz oprogramowania złośliwego.

W stu procentach nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się nigdy i o tym zawsze informujemy. Natomiast jesteśmy w stanie minimalizować to ryzyko do takiego poziomu, który jest dla nas akceptowalny – podsumowuje Lisiecki.

Według danych Związku Banków Polskich w IV kwartale 2015 roku liczba aktywnych klientów bankowości elektronicznej w naszym kraju wynosiła przeszło 14,5 mln osób. W przypadku sektora małych i średnich przedsiębiorstw było to 1,3 mln podmiotów.

Burger King będzie otwierał w Polsce 20–30 restauracji rocznie. Do 2021 roku chce mieć 200 punktów

CEO Magazyn Polska

Sieć Burger King szuka gruntów pod nowe lokalizacje. Chce na nich stawiać zarówno własne restauracje, jak i proponować właścicielom franczyzę. Ciekawymi lokalizacjami są dla Burger Kinga stacje benzynowe i MOP-y przy autostradach, dysponujące zazwyczaj terenem odpowiedniej wielkości. Do 2021 roku amerykańska sieć chce mieć w Polsce 200 obiektów.

– Będziemy się rozwijać dwutorowo: poprzez projekt franczyzowy skierowany do partnerów biznesowych – mogą to być rodziny, jak i osoby prawne, oraz poprzez organiczną ekspansję i budowę operacyjnej struktury – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Zacny, szef rozwoju Burger King Poland. – Nie chcielibyśmy, aby ten rozwój przebiegał w sposób chaotyczny. Stąd przed ekspansją do Polski został ustalony plan rozwoju poprzedzony analizą rynku. 

Burger King po wycofaniu się z Polski i kilku latach nieobecności powrócił na nasz rynek w 2007 roku. Obecnie ma ponad 40 restauracji w 22 miejscowościach, głównie w dużych aglomeracjach lub przy węzłach autostradowych. Do 2021 roku amerykańska sieć chce mieć w naszym kraju 200 obiektów. Przeznaczy na ten cel 300 mln zł, z czego 50 mln zł jeszcze w tym roku.

– Polska po około 25-letniej ekspansji różnych sieci jest już rynkiem dojrzałym. W związku z tym dostępność lokalizacji jest ograniczona. Wiele sieci optymalizuje jednak swoje portfolio. Dlatego czasami pojawiają się na rynku dobre lokalizacje – przekonuje Zacny. – Z optymizmem patrzę w przyszłość. Myślę, że 20 do 30 lokalizacji rocznie jesteśmy w stanie pozyskać w najlepszych miejscach.

Plan rozwoju zakłada, że w miejscowościach poniżej 100 tys. mieszkańców może funkcjonować tylko jeden Burger King, między 100 a 200 tys. mieszkańców – dwie restauracje, a w większych – po cztery i więcej.

 W zakresie nieruchomości gruntowych mamy jeszcze duże możliwości rozwoju. To chociażby sieci stacji paliw, które mają nadwyżki terenu i które możemy zagospodarować naszymi obiektami. Nasze obiekty potrzebują około 2–2,5 tys. mkw. powierzchni, w związku z tym jest możliwość wygospodarowania z tych nadwyżek odpowiedniej powierzchni pod budowę naszej restauracji. Również projekt franczyzowy zakłada tego typu realizację, gdzie franczyzobiorca sieci paliw będzie w stanie wybudować dla nas restaurację Burger Kinga – informuje dyrektor ds. rozwoju

Obecnie najwięcej punktów sieci jest w Warszawie i okolicach (osiem w stolicy i jeden w przygranicznych Markach), a następnie we Wrocławiu (pięć) oraz Krakowie i Szczecinie (po trzy). Jak mówi Zacny, inwestycja w jedną restaurację to koszt rzędu kilku milionów złotych, który zwraca się po 5–6 latach.

Jako przykład takiej flagowej lokalizacji podaje uruchomiony w tym tygodniu lokal przy pl. Konstytucji w Warszawie, w miejscu, w którym przez lata mieścił się Hortex, a następnie cukiernia Batida.

Z Batidą po długich negocjacjach ustaliliśmy podział lokalu, cukiernia zostaje w jednej części, my bierzemy około 300 mkw. i jesteśmy połączeni wewnętrznym korytarzem – mówi Zacny. – Nasi projektanci dostali od nas wytyczne, aby zachować w możliwie najbardziej oryginalnym kształcie wnętrze restauracji, które stworzono w latach 50. Zostały takie elementy jak zabytkowe żyrandole z 1952 roku, marmury. Nie ingerowaliśmy w żadne konstrukcyjne elementy budynku, a tam, gdzie musieliśmy zaingerować, zrobiliśmy przedsionki po to, żeby nie zniszczyć zabytkowych fragmentów obiektu. 

Burger King na świecie ma 16 tys. restauracji. W samej Europie jest ich 3 tys.

Centra handlowe są coraz bardziej ekologiczne. Inwestycje w zielone technologie zwracają się po 2–4 latach

CEO Magazyn Polska

Inwestycje centrów handlowych w zielone technologie związane są przede wszystkim z ograniczeniem zużycia wody, energii i odpowiednią gospodarkę odpadami. Przekłada się to na znaczne oszczędności kosztów, co sprawia, że inwestycja zwraca się już w ciągu 24 lat. Sama wymiana konwencjonalnego oświetlenia na LED powoduje obniżenie wydatków na energię elektryczną o przeszło połowę. 

Nowe i mądrze zaprojektowane rozwiązania ekologiczne mogą przynieść obiektom handlowym bardzo dużo korzyści i zwrócić się już w ciągu kilku lat – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Karbowy, dyrektor techniczny w firmie Apsys Polska, która zarządza centrami handlowymi. – Właściwa diagnoza jest możliwa dopiero po rozpoznaniu tego, co w danym obiekcie szwankuje, co generuje koszty i co można ulepszyć.

Obiekty handlowe smart charakteryzują się innowacyjną architekturą, są funkcjonalne, przyjazne i atrakcyjne dla klientów, biznesu oraz inwestorów, szanują lokalną zabudowę oraz środowisko naturalne.

Piotr Karbowy przekonuje, że nie ma jednej recepty na ograniczenie wydatków eksploatacyjnych. Każda nieruchomość charakteryzuje się bowiem innymi rozwiązaniami, powstała w innych warunkach, czasie, była projektowana przez różne zespoły.

Każdy obiekt ma coś, co można poprawić, ulepszyć, usprawnić – zauważa Karbowy.

Sama wymiana konwencjonalnego oświetlenia na LED-owe może przynieść oszczędności w rachunkach za energię elektryczną rzędu kilkudziesięciu procent.

Niektórzy obawiają się światła LED: czy na pewno będzie ten kolor, odpowiednia częstotliwość – mówi dyrektor techniczny w Apsys Polska. – Pamiętam pierwszy obiekt w Krakowie, w którym taką inwestycję prowadzaliśmy. Do dziś mamy oświetloną galerię, mimo że dawno już minął okres gwarancji. Lampy są sprawne, przynoszą oszczędności i będziemy ich używać do czasu, aż wejdzie nowa technologia, która pozwoli na jeszcze większe oszczędności.

Co więcej, ekologiczne technologie, serce tzw. smart center, pozwalają minimalizować zużycie nie tylko prądu, lecz także energii cieplnej (gazu), racjonalnie wykorzystywać i oszczędzać wodę oraz gospodarować odpadami, zmniejszać emisję substancji niszczących warstwę ozonową, utrzymywać porządek i dbać o tereny zielone. Dla przykładu, recykling wody pozwala zmniejszyć zarówno opłaty za jej wykorzystanie, nawet o połowę, jak i ilość wody odprowadzanej do ścieków. To jednocześnie obniża koszty wody dostarczanej do centrów oraz koszty odprowadzanych ścieków.

Podczas poszukiwania oszczędności bardzo istotne jest, zdaniem eksperta, działanie już na pierwszym etapie powstawania obiektu. Zarówno projektanci, jak i wykonawcy w niewielkim stopniu ograniczają koszty proponowanych rozwiązań.

Pracownia, która nie ma dostępu do nowych technologii, nie śledzi na bieżąco ich rozwoju, nie zaprojektuje systemu, którego nie zna – tłumaczy Piotr Karbowy. – Jeżeli jednak będzie propagować oszczędne rozwiązania, to problem mamy rozwiązany na samym początku, bo wykonawca wybuduje to, co projektant przeniesie na papier. Zarządca będzie zadowolony. Natomiast obecnie świadomość ekologiczna i ekonomiczna dobrze rozwinęła się przede wszystkim u właścicieli obiektów i zarządców. To my szukamy oszczędności, nowych technologii, pieniędzy, dzięki którym możemy potem zarządzać obiektami taniej. Nieprowadzony przez zarządcę projektant narysuje na planach swoje pomysły i najczęściej będą to rozwiązania sprzed lat.

Jak podkreśla Karbowy, smart oznacza także ekologiczne podejście do transportu. Takie centra zapewniają integrację transportu miejskiego z indywidualnym, czyli samochodami oraz rowerami.

Zbyt częste wykorzystywanie gwiazd w reklamach zmniejsza ich skuteczność

CEO Magazyn Polska

Znana osoba w reklamie nie jest gwarancją sukcesu kampanii promocyjnej. Równie ważne jak pozyskanie gwiazdy jest jej dopasowanie do kategorii produktowej lub marki. Znana osoba powinna wypaść w kampanii wiarygodnie, czyli reprezentować te same wartości co firma, której produkty reklamuje. Dobrym rozwiązaniem na wzmocnienie przekazu jest także angażowanie gwiazd, które rzadko pojawiają się w kampaniach promocyjnych.

Polscy reklamodawcy chętnie zatrudniają gwiazdy i celebrytów do kampanii promocyjnych. Według magazynu „Forbes” w czołówce najcenniejszych gwiazd polskiego show-biznesu znajdują się: Robert Lewandowski, Jurek Owsiak, Kamil Stoch i Marcin Gortat. Czołowy polski piłkarz w ciągu ostatnich kilku lat wystąpił m.in. w kampaniach reklamowych gry komputerowej, telefonów komórkowych, produktów do golenia oraz aparatów fotograficznych. Zdaniem ekspertów wykorzystywanie znanych osób w reklamie jest skutecznym zabiegiem i nie straci na popularności w najbliższych latach. Narzędzie to musi być jednak stosowane w umiarkowany sposób.

Wykorzystanie narzędzia, jakim jest celebrity endorsement, podlega pewnej inflacji. Im częściej jest wykorzystywane, tym mniej działa. Można powiedzieć, że firmy i organizacje, które decydują się na wykorzystanie znanych postaci w swoich kampaniach reklamowych, są tym bardziej skuteczne, im mniej chętnie robią to ich konkurenci – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Jolanta Tkaczyk z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Zdaniem ekspertów zaangażowanie znanej osoby do kampanii reklamowej znacznie podnosi świadomość istnienia danej marki na rynku. Dobrym pomysłem jest zatrudnienie gwiazdy, która nie występowała dotąd w reklamach. Otwartą kwestią pozostaje jednak to, czy ten kojarzony wizerunek marki będzie pozytywny czy negatywny.

Zaangażowanie gwiazdy to jednak tylko pierwszy krok do sukcesu, aby był on pozytywny. Aby przekaz reklamowy był skuteczny, gwiazda musi być w nowej roli wiarygodna i dobrze dopasowana do marki lub kategorii produktowej. Nie oznacza to, że musi być ona konsumentem oferowanego przez reklamodawcę produktu, powinna jednak reprezentować wartości zbieżne z wartościami promowanymi przez markę.

Jeżeli mówimy o marce, która ma pokazywać luksusowy sposób życia, ma wnosić optymizm czy dynamizm do życia konsumentów, to wtedy szukamy osoby, która będzie kojarzyła się z luksusem, która będzie optymistycznie nastawiona do życia i dość dynamiczna – mówi dr Jolanta Tkaczyk.

Przykładem niedopasowania gwiazdy do marki może być kampania reklamowa Biedronki z udziałem Daniela Olbrychskiego – według badań firmy Replise liczba negatywnych wpisów internautów o sieci dyskontów wzrosła dwukrotnie po emisji tych reklam. Zdaniem dr Jolanty Tkaczyk wpadkę zanotowali także producenci reklamy wędlin Morliny, których ambasadorką została wegetarianka Katarzyna Dowbor. Widzom nie spodobała się także Katarzyna Skrzynecka w kampanii reklamowej pasztetów Profi.

Wypadła bardzo niewiarygodnie jako gospodyni domowa reklamująca artykuły żywnościowe, tym bardziej że była znana z zupełnie innych kontekstów. O porażce kampanii zadecydowało zatem niedopasowanie kontekstów, wartości i samej osoby, która wzbudzała nie do końca pozytywne wibracje. Był jeszcze przykład Cezarego Pazury i klejów do glazury Atlas, też nie do końca dopasowana osobowość – mówi dr Jolanta Tkaczyk.

Ekspertka pozytywnie ocenia natomiast kampanię Banku Millennium, w której udział wziął idol młodego pokolenia Radek Kotarski. Jej zdaniem bank w ciekawy sposób otworzył się na nową grupę docelową, nie zniechęcając jednocześnie dotychczasowych odbiorców. Na rynku reklamowym coraz większą rolę zaczynają odgrywać także internetowi influencerzy, czyli popularni blogerzy i vlogerzy.

Wszystko zależy od grupy docelowej. Ponieważ piosenkarze, sportowcy, aktorzy to osoby, które trafiają do bardzo szerokiej publiczności, ale – jak się okazuje – coraz starszej. Natomiast do młodzieży trafiają ich idole, czyli blogerzy, vlogerzy czy youtuberzy. To znak naszych czasów. Jeżeli wykorzystujemy do wspierania naszej marki idoli naszej grupy docelowej, to należy stwierdzić, że to jest jak najbardziej sensowne posunięcie – mówi dr Jolanta Tkaczyk.

Rynek dóbr luksusowych urośnie w tym roku o 8–10 proc. Wszystko dzięki większej zamożności obywateli

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż wyrobów jubilerskich, podobnie jak innych dóbr luksusowych, powinna wzrosnąć w tym roku, a także w kolejnych latach o 8–10 proc. – uważa prezes jubilerskiej spółki Briju. To ponaddwukrotnie szybsze tempo niż to prognozowane dla całej gospodarki. Nie powinny mu zaszkodzić ewentualne wahania na rynku surowców czy zachwiania ogólnej koniunktury.

Wzrost sprzedaży jest związany z zasobnością portfela obywateli i wzrostem gospodarczym. Na ten rok przewidziane jest około 4 proc. wzrostu, czyli możemy mniemać, że wzrost w sektorze dóbr luksusowych będzie na poziomie 8–10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Piotrowski, prezes zarządu Briju.

Polska gospodarka ma w tym roku urosnąć według prognoz o 3,9 proc., czyli o 0,3 pkt proc. szybciej niż w ubiegłym. Wzrost w sektorze dóbr luksusowych w zeszłym roku według raportu firmy KPMG wyniósł 13 proc. Do 2018 roku ma wynieść 17 proc. i osiągnąć poziom 16,6 mld zł.

W ciągu najbliższych trzech lat segment biżuterii i zegarków będzie należał do najszybciej rozwijających się w grupie produktów luksusowych. KPMG przewiduje, że do 2018 roku zwiększy się on o 21 proc. do 480 mln zł.

W przypadku sprzedaży detalicznej nie ma większych obaw, ponieważ jeżeli ceny surowców gwałtownie wzrosną, wówczas te towary zamienia się trochę tańszymi albo bardziej dostosowanymi do portfela klienta i wolumen wydanych pieniędzy tak naprawdę zazwyczaj pozostaje ten sam, jeśli nie większy –przekonuje Piotrowski.

Początek roku przyniósł dość gwałtowny wzrost cen złota, które po czterech latach spadków w ciągu kilku tygodni w styczniu i lutym podniosły się o niemal 20 proc., czyli ponad 200 dolarów za uncję. Od dwóch miesięcy utrzymują się na stabilnym poziomie (ok. 1230 dolarów). Srebro zaczęło drożeć dopiero w lutym, ale wciąż kontynuuje wzrosty i od początku roku zyskało już ponad 21 proc. (ok. 17 dolarów).

Nie jesteśmy w stanie przewidywać cen, jakie będą na rynku surowcowym, ale widzimy, że ta sytuacja jest w miarę stabilna – ocenia prezes Briju. – Oczywiście są czasowe zmiany i tendencje na rynku surowcowym złota, srebra czy kamieni szlachetnych, ale dzięki temu, że firma ma odpowiednią formułę współpracy w segmencie surowcowym, nie stanowi to żadnego zagrożenia dla spółki.

Jak podkreśla, największy udział w sprzedaży detalicznej ma złoto.

Srebro to jest mniejszy segment, ale generujący trochę wyższe marże w przypadku wyrobów jubilerskich. Zobaczymy, jak sytuacja będzie wyglądała w kwestii zegarków, ponieważ to jest w naszej firmie segment młody i dynamicznie się rozwijający, w który mocno inwestujemy i w którym widzimy perspektywę rozwoju – mówi Piotrowski.

Luksusową biżuterię kupują głownie kobiety w wieku od 25 do 40 lat – wynika z badania KPMG. Statystyczny nabywca luksusowych zegarków to natomiast mężczyzna między 40 a 60 rokiem życia.

Polacy w porównaniu z bogatszymi społeczeństwami Europy wciąż przeznaczają mniej pieniędzy na biżuterię i zegarki. W przeliczeniu na euro rynek wart był w 2015 roku ok. 95 mln euro. W tym czasie Francuzi, Włosi czy Niemcy przeznaczyli na ten cel po ok. 2,3 mld euro. Nie wszędzie jednak popularnością cieszą się te same produkty.

Każdy kraj ma swoją specyfikę towarową. Najlepszym przykładem jest Hiszpania, gdzie na północy sprzedaje się biżuteria bardziej europejska, w stylu niemieckim, a na południu jest to biżuteria bardziej włoska, podchodząca trochę pod styl turecki – tłumaczy Piotrowski. – Każdy rynek jest inny. Jeżeli się nie zna specyfiki danego miejsca, to trudno wówczas na takim rynku pracować. Wiedzę na ten temat trzeba zbierać latami.

Jak opracować plan marketingowy

Najważniejszą rolą osoby zajmującej się marketingiem jest przygotowanie wstępnej wersji planu marketingowego, który służy do przeprowadzenia wszystkich inicjatyw oraz działań marki. Oto kilka ważnych kwestii o których należy pamiętać:

Jasno określ cele

Pośród marketingowego szumu bardzo łatwo jest odwrócić uwagę i nie wiedzieć od czego zacząć. Moim pierwszym krokiem podczas opracowywania planu marketingowego jest sprawdzenie w jakiej sytuacji znajduje się marka.

Określam cele w zależności od tego na jakim etapie znajduje się marka i dokąd zmierzają interesy firmy. Przykładowe cele to: zwiększenie udziałów w rynku, zwiększenie zatrzymywania klientów, zwiększenie sprzedaży, rozwinięcie świadomości, zmniejszenie kosztów czy rozwój taki jak zwiększenie ilości kanałów dystrybucji.

Pamiętam zasadę SMARC ( ang. SMART) stosowaną przy określaniu celów. Cele powinny być Sprecyzowane, Mierzalne, Akceptowane, Realistyczne i określone Czasowo.

Oto kilka przykładów przygotowanych w oparciu o typy celów:

Świadomość marki: Stworzenie świadomości marki u młodych profesjonalistów w wieku 22-30 poprzez wydarzenia tematyczne oraz kontynuacja przynajmniej 30% wszystkich działań przeprowadzonych w 2-3 tygodnie.

Zwiększenie sprzedaży: Wygenerowanie 100 000 odwiedzających stronę użytkowników, 1 000 leadów z 10% współczynnikiem konwersji  z mediów społecznościowych w ciągu następnych 12 miesięcy, aby osiągnąć dochód 300 000$.

Udziały w rynku: Zwiększenie udziałów w rynku o 10% w ciągu 12 miesięcy.

Przeprowadź badania i zrób użytek z danych statystycznych

Należy również upewnić się, że twój plan marketingowy został opracowany na podstawie badań lub danych statystycznych. Trendy branżowe mogą pochodzić z wiarygodnych źródeł takich jak GUS, Euromonitor, Neilsen, Enter Poland oraz w zależności od specjalizacji twojej marki, z niszowych źródeł.

Powiedzmy, że twoja marka specjalizuje się w branży turystycznej. Wiarygodnym źródłem trendów turystycznych jest corocznie wydawana Tourism Highlights Światowej Organizacji Turystyki Narodów Zjednoczonych (UNWTO).

Opieranie się na wiarygodnych badaniach jest skuteczniejsze od zgadywania czego oczekują twoi odbiorcy.

Pamiętaj o klientach

Czasami jesteśmy tak pochłonięci pomnażaniem zysków, że zapominamy, iż marketing to odpowiadanie na potrzeby klientów. Podczas przygotowywania wstępnej wersji planu marketingowego powinieneś pamiętać o korzyściach dla klientów. W końcu, twoje produkty i usługi istnieją dla nich i dzięki nim.

Spoistość jest kluczem

Plan marketingowy to sposób na opowiedzenie historii o twojej marce, z odpowiednim wstępem, punktem kulminacyjnym i zakończeniem. Pozycjonowanie, przesyłanie komunikatów i wykonanie marki powinny być spójnie wypuszczone na rynek za pośrednictwem stosownych kanałów, po to abyś osiągnął zaplanowane cele.

Należy jednak zauważyć, że zwrot z inwestycji (ang. ROI) w marketing może być trudna do osiągnięcia. Może to zająć trochę czasu, ale pamiętaj, że jeśli celem jest zwrócenie uwagi na twój produkt, to przesyłane komunikaty powinny być spójne.

Jeśli konsekwentnie przesyłasz komunikaty, klienci są gotowi kupić produkt a twoja marka będzie pierwsza o jakiej pomyślą. Polubienie przez klientów twojej marki wiąże się z wyższym współczynnikiem konwersji.

Dziwna gra Japończyków

Na rynku króluje dziś PMI. Publikacje zaczęły się w nocy w Japonii, potem przyszła pora na Europę, a cykl zakończy się w USA o 15.45. W strefie euro wyniki lekko rozjechały się z optymistycznymi prognozami. Dramatu nie ma, ale niedosyt pozostał. W Niemczech pół na pół: lepiej w przemyśle, gorzej w usługach. Europa ma dziś spokój z danymi, bo po zakończeniu PMI nic więcej się nie szykuje.

Teraz wypada poczekać na dane o sprzedaży detalicznej i inflacji w Kanadzie oraz na USA. Ciekawsze od informacji makro będą raporty o wynikach kwartalnych spółek. Wczoraj giełdowi giganci zaprezentowali się słabo: Alphabet (w skład holdingu wchodzi Google) miał wynik gorszy od prognoz, a kwartalne przychody Microsoftu spadły o 5,5 proc. Trzeci technologiczny potentat – Apple – poda wyniki we wtorek. Dzisiaj raporty kwartalne zaprezentuje (przed sesją) m.in. McDonald’s, General Electric, American Airlines i Caterpillar.

Mocne wrażenie na inwestorach zrobił dziś jen, i to on jest bohaterem kończącego się tygodnia. Pogłoski, że Bank of Japan rozważa wprowadzenie ujemnych stóp procentowych dla niektórych instytucji finansowych, mocno wstrząsnęły rynkiem. Nie wiadomo, ile jest w tym prawdy, ale przed zbliżającym się posiedzeniem BoJ, zaplanowanym na 27-28 kwietnia, inwestorzy są wyjątkowo czuli na plotki.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

5 pomysłów na ochronę firmy przed korupcją

0

20-40 proc. firm w Polsce pada ofiarą nadużyć, jak wynika z badań przeprowadzonych przez EY. EY proponuje wprowadzenie pięciu zasad ograniczających ryzyko.
To, co mogą robić przedsiębiorcy, aby skutecznie ograniczać ryzyko korupcji i nadużyć, to wdrażać politykę compliance. Compliance to nie tylko weryfikacja zgodności z prawem i regulacjami wewnętrznymi. To także budowanie etycznych postaw, przykład płynący z góry, a także skuteczniejsze zarządzania ryzykiem i wsparcie dla biznesu w rozstrzyganiu bieżących dylematów.
Innym rozwiązaniem jest wdrożenie wewnętrznego systemu zgłaszania nieprawidłowości, który jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi pozyskiwania informacji o nadużyciach mających miejsce w organizacji.
Z kolei analiza danych może służyć do skutecznego przeglądu i wnioskowania na podstawie dużych wolumenów danych generowanych przez wewnętrzne systemy IT. Ze względu na potencjał strat finansowych, ryzyko wizerunkowe i prawne, bardzo istotną rolę odgrywa też weryfikacja kontrahentów i innych stron trzecich.
Rosnące ryzyko cyberprzestępczości można ograniczyć poprzez opracowanie i wdrożenie kompleksowych planów zapobiegania takim incydentom – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mariusz Witalis, partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY.

Nacjonalizacja OFE? Skarb Państwa właścicielem Agory

0

Jeżeli dojdzie do nacjonalizacji OFE, to Skarb Państwa zostanie akcjonariuszem w prawie siedemdziesięciu spółkach, które zawsze były prywatne. Przykładem takiej giełdowej spółki jest Agora SA, wydawca Gazety Wyborczej. To stanie się problemem dla całej warszawskiej giełdy, który będzie odstraszał inwestorów.
-W przyszłym roku rząd będzie miał problemy ze sfinansowaniem programu 500+, dlatego pojawi się pokusa nacjonalizacji OFE – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Łaszek z Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Nacjonalizacja OFE spowoduje, że Skarb Państwa stanie się akcjonariuszem w prawie siedemdziesięciu spółkach notowanych na warszawskiej giełdzie. Większość tych spółek zawsze była firmami prywatnymi. Przykładem Agora SA, wydawca Gazety Wyborczej.
Skarb Państwa będzie sprzedawał akcje tych spółek. – To oznacza trwającą kilka lat wyprzedaż – komentuje ekspert FOR. – Kurs akcji będzie spadać, co będzie odstraszać potencjalnych inwestorów.
Taki scenariusz byłby zły dla GPW. GPW mocno osłabiła się już wcześniej, gdy poprzedni rząd ograniczył zakres działania OFE.

Dobry okres dla polskiej gospodarki

0

Patrząc na dane z pierwszego kwartału wyłania się całkiem przyzwoity obraz naszej gospodarki. Do tego wkrótce zaczną napływać na rynek pieniądze z programu 500 +. – Problemy pojawią się dopiero w 2017 roku. Wtedy światowa gospodarka może zacząć spowalniać – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Co może stać się głównym oporem dla wzrostu światowej i polskiej gospodarki? Więcej w materiale wideo.

Banki będą w centrum uwagi

0

Program 500+ czy kredyty frankowe te wszystkie zmiany mocno odbiły się na kondycji naszego sektora bankowego. Przed nami sezon wynikowy, warto będzie zwrócić uwagę na kondycję samych banków. – Będziemy obserwować jak konkretny sektor będzie w stanie przyjąć na siebie obciążenie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Jak radzą sobie banki i na co zwrócić uwagę oraz na które inne branże trzeba dziś zwrócić uwagę.

Światowa gospodarka się umacnia. Ropa za rok będzie kosztować nie więcej niż 50 dol.

CEO Magazyn Polska

Światowa gospodarka powoli się odbudowuje – uważa Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK. Według prognoz Banku Światowego gospodarki rozwinięte będą w tym roku rosnąć o 0,5 pkt proc. szybciej niż w poprzednim roku, podobnie jak kraje wschodzące. W przypadku tych pierwszych wzrost wynieść ma 2,1 proc., a w przypadku tych drugich – 4,8 proc. Niepewność związana jest wciąż z sytuacją w Chinach i nadpodażą ropy naftowej. Zdaniem ekonomisty choć widać stopniowy wzrost cen surowca, to powrót do tych sprzed 2 lat jest nieosiągalny.

– Widać, że globalna gospodarka powoli dochodzi do siebie i zdaje się krzepnąć. Widzę spokojną odbudowę cen głównych surowców bazujących na popycie globalnym związanym z bezpośrednią aktywnością ekonomiczną. W odniesieniu do cen ropy wydaje mi się, że powrót w okolice 50 dol. za baryłkę w perspektywie roku nie jest czymś niewyobrażalnym. Natomiast na pewno poziomy, które mieliśmy przed 1,5 czy 2 laty, wydają się być poza zasięgiem.

Początek roku był korzystny dla rynku surowców. Ropa WTI i złoto podrożały już o odpowiednio 15 proc. i 17 proc., ropa Brent – o ponad 21 proc., miedź natomiast po spadkach z drugiej połowy marca i początku kwietnia zachowała już niespełna 5-proc. wzrost.

– Rola poszczególnych surowców dla polskiej gospodarki nie powinna być w mojej ocenie głównym czynnikiem determinującym to, na co patrzymy. Surowce, jak pokazują ostatnie doświadczenia, lubią się poruszać w peletonie. Te ruchy są bardzo silnie skorelowane i powinniśmy patrzeć w mojej ocenie na te surowce, które są kluczowe z punktu widzenia gospodarek rozwijających się, które są w tej chwili największym znakiem zapytania, jeśli chodzi o perspektywy wzrostu globalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK.

Choć w ubiegłym roku, głównie na skutek spadku cen ropy naftowej, polska gospodarka doświadczyła całorocznej deflacji, nie zaszkodziło to jej wzrostowi gospodarczemu, który przyspieszył. Także w tym roku mimo dalszego oczekiwania spadku cen, PKB ma wzrosnąć mocniej niż w 2015 roku. Z drugiej strony powiązany ze spadkiem zaufania do rynków wschodzących spadek cen miedzi przełożył się na niższe wskazania indeksów na GPW i osłabienie złotego.

– Niewątpliwie spowolnienie w Chinach, które na razie wydaje się być tak bezpiecznie kontrolowane, gdyby przydarzyło mu się tzw. twarde lądowanie, byłoby czynnikiem bardzo niekorzystnym z punktu widzenia choćby rynku miedzi, który jest istotny dla polskiej gospodarki – przekonuje Kaczor. – Z drugiej strony w dużej mierze jako kraj, który jednak importuje surowce, a większość surowców importujemy, w tym wiele surowców energetycznych, oceniam, że bylibyśmy w znacznym stopniu beneficjentem tej zmian.

Gospodarka Chin w ubiegłym roku urosła o 6,9 proc. To ponad dwa razy wolniej niż osiem lat wcześniej. Według prognoz Banku Światowego wzrost gospodarczy w tym i kolejnym roku będzie hamował powoli o 6,7 i 6,5 proc. Brazylia boryka się z dużą zmiennością dynamiki: w 2013 r. jej PKB wzrosło o 3 proc., w 2014 r. ledwo dogoniło wartość z poprzedniego roku, zaś w 2015 r. spadło o 3,7 proc. Powrót do wzrostów Bank Światowy przewiduje na 2017 r. RPA pozostaje nad kreską, ale znacznie skromniej niż np. Polska (1,4 proc. vs 3,6 proc.). Jednak przewidywane jest stopniowe przyspieszenie.

Secesja Londynu najbardziej zaszkodziłaby samej Wielkiej Brytanii

CEO Magazyn Polska

Ryzyko brexitu wynosi obecnie 30–40 procent. Oznacza to, że Wielka Brytania najprawdopodobniej nie wyjdzie z Unii Europejskiej – przekonuje Grzegorz Jałtuszyk, dyrektor biura doradztwa inwestycyjnego Citi Handlowego. Jego zdaniem ewentualna secesja Londynu zaszkodziłaby całej Europie, a w największym stopniu odbiła się na samej Wielkiej Brytanii. Ekspert spodziewa się jednocześnie, że w IV kwartale EBC może podjąć decyzje o dalszym luzowaniu polityki monetarnej. Wszystko zależy jednak od poziomu inflacji i koniunktury w strefie euro.

– Europa ma przede wszystkim problem z niskim wzrostem gospodarczym, a koniunktura wciąż nie jest zbyt dobra. Na Europę oczywiście wpływają też czynniki globalne, jak stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych, sytuacja w Chinach czy niskie ceny ropy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Jałtuszyk dyrektor biura doradztwa inwestycyjnego Citi Handlowego. – Tym niemniej EBC stoi na straży wzrostu gospodarczego i próbuje tę koniunkturę rozbudzić. Próbuje podwyższyć inflację i ma pewne sukcesy na tym polu – dodaje.

Indeksy PMI dla sektora przemysłowego oraz sektora usług w strefie euro już od 2013 roku utrzymują się powyżej granicy 50 punktów. To oznacza, że w europejskiej gospodarce wciąż panuje ożywienie. Stopniowe wychodzenie z kryzysu potwierdzają także dane na temat europejskiego PKB. W przypadku strefy euro w IV kwartale 2015 roku zanotowano wzrost na poziomie 1,6 proc. (rdr), w przypadku całej Unii Europejskiej było to natomiast 1,8 proc. (rdr).

– Obecnie możemy się spodziewać przerwania na jakiś czas rozluźniania polityki pieniężnej w Europie. Myślę, że po decyzjach, jakie miały miejsce w marcu, czyli obniżkach stóp procentowych oraz zwiększeniu skali skupu aktywów, w tej chwili EBC będzie się przyglądał, jak jego działania wpływają przede wszystkim na realną gospodarkę, w tym akcję kredytową banków – tłumaczy Grzegorz Jałtuszyk.

Polityka europejskich władz monetarnych uzależniona jest także od poziomu inflacji. Ta w dalszym ciągu pozostaje poniżej celu EBC, który określany jest jako „poniżej, ale w pobliżu 2 proc. w średnim horyzoncie czasowym”. Tymczasem w marcu poziom cen nie zmienił się wobec tego samego okresu rok wcześniej (inflacja wyniosła 0,0 proc.)

– Myślę, że kolejnych decyzji o dalszym rozluźnianiu polityki pieniężnej i wspomaganiu gospodarki możemy się spodziewać po wakacjach – przewiduje przedstawiciel Citi Handlowego.

Poważny czynnik ryzyka dla sytuacji zarówno w strefie euro, jak i całej Unii Europejskiej stanowi widmo ewentualnego brexitu. Referendum w tej sprawie odbędzie się 23 czerwca.

– W tej chwili prawdopodobieństwo brexitu jest na poziomie 30–40 proc. Nie spodziewamy się, żeby Wielka Brytania wyszła ze strefy euro. Uważamy, że ta część osób, która jest dzisiaj niezdecydowana, finalnie prawdopodobnie jednak zagłosuje za status quo, a nie za wyjściem, obawiając się konsekwencji, jakie mogłoby to przynieść – mówi Jałtuszyk.

Ekspert uważa, że secesja Wielkiej Brytanii wpłynęłaby negatywnie na sytuację gospodarczą panującą w całej Europie, ale w największym stopniu zaszkodziłaby jej samej.

– Wśród korporacji globalnych, które mają swoje siedziby główne w Europie, ponad 40 proc. ma je właśnie w Wielkiej Brytanii. Co więcej, nie są tam one tylko dlatego, że Wielka Brytania jest atrakcyjnym krajem, lecz także dlatego, że daje to bardzo dobrą ekspozycję na całą Europę – zauważa analityk Biura Doradztwa Inwestycyjnego Citi Handlowego.

Polskie browary w światowej czołówce w zakresie działań na rzecz ochrony środowiska

CEO Magazyn Polska

Woda w browarach ma kluczowe znaczenie. Stanowi 95 proc. piwa i jest wykorzystywana w większości procesów w trakcie jego produkcji. Od 2008 roku Grupa Żywiec ograniczyła zużycie wody o 5 proc. Dziś wynosi ono 2,8 hl wody na 1 hl piwa. Dwa z pięciu polskich browarów znajdują się w pierwszej piątce pod względem efektywności zużycia wody w Grupie Heineken.

Do produkcji piwa wykorzystuje się przede wszystkim wodę, słód, chmiel i drożdże. Aż 95 proc. składu piwa to właśnie woda. Jej jakość w istotny sposób wpływa na smak piwa, dlatego jest strategicznym surowcem. Jest też wykorzystywana w całym procesie produkcji, począwszy od zacierania, warzenia, fermentacji, filtracji, skończywszy na procesie rozlewu piwa – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ryszard Szczotka, główny energetyk Arcyksiążęcego Browaru w Żywcu.

Szacuje się, że średnio na 1 hl wyprodukowanego piwa zużywa się od 3 hl do 12 hl wody. W Grupie Żywiec zużycie wynosi ok. 2,8 hl wody. To o ponad 1 hl wody na hektolitr piwa mniej niż wynosiło średnie zużycie w browarach Grupy Heineken na świecie.

W ciągu roku w pięciu browarach – w Warce, Elblągu, Leżajsku, Żywcu i Cieszynie – produkuje się 11 mln hl piwa. To 1/10 pojemności Morskiego Oka. Przy tak dużej produkcji zużycie wody jest znaczące, dlatego jej ograniczanie stało się częścią strategii Grupy „Warzymy lepszy świat”.

Zgodnie z nią Grupa Heineken zobowiązała się do ograniczenia zużycia wody we wszystkich swoich browarach na świecie o 30 proc., do wartości 3,5 hl zużycia wody na 1 hl piwa do 2020 roku – wskazuje Ryszard Szczotka.

Zużycie wody na świecie wzrosło dwukrotnie na przestrzeni ostatnich 50 lat, a do 2030 roku wzrośnie o kolejne 40 proc. Zasoby wody są ograniczone, zwłaszcza w Polsce, gdzie wynoszą ok. 1,5 tys. m³ rocznie na mieszkańca. To 36 proc. europejskiej średniej. Dlatego tak istotne jest ograniczenie zużycia wody, zwłaszcza w przemyśle, gdzie oszczędności mogą być największe.

Od 2008 roku widzimy realne efekty naszych działań. Udało nam się obniżyć zużycie wody o 5 proc. Stale inwestujemy w technologie pozwalające oszczędzać wodę i energię. Prowadzimy ciągły monitoring. Zwracamy uwagę na zużycie wody w procesach produkcyjnych, technologicznych oraz pomocniczych – podkreśla ekspert.

Sam Browar w Elblągu osiągnął jeszcze lepszy wynik, schodząc do poziomu 2,7 hl wody na 1 hl piwa. To efekt nadzorowania poziomu zużycia wody oraz regularnie dokonywanych zmian w procesie warzenia piwa. W pierwszej piątce najbardziej efektywnych pod tym względem browarów Heinekena na świecie (a jest ich łącznie 130) jest jeszcze Arcyksiążęcy Browar w Żywcu.

Nasze działania rozpoczynamy od dbałości o czystość brzegów i zlewni potoku Leśnianka oraz od wspierania samorządów lokalnych w jej utrzymaniu. Nasza efektywność to wynik wdrażania nowoczesnych technologii oraz wysokiej kultury organizacyjnej – przekonuje Ryszard Szczotka.

Grupa Żywiec stale ogranicza również zużycie prądu – od 2008 roku udało się zmniejszyć o 7 proc. W 2015 roku na produkcję 1 hl piwa zużywano jedynie 72,7 MJ. Jednocześnie 99 proc. energii wykorzystanej do warzenia piwa pochodziła z odnawialnych źródeł. Co więcej, na polu energooszczędnościowym Browar z Elbląga znalazł się w czołówce – jest to piąty najoszczędniejszy energetycznie browar w całej Grupie Heineken.

Grupa Żywiec stale monitoruje swój wpływ na otoczenie, inwestuje w oszczędne i efektywne technologie, wykorzystuje energię pochodzącą z odnawialnych źródeł oraz prowadzi działania, która zamykają obieg gospodarki poprzez recykling. Jak pokazują dane, od 2008 roku wytwarzanie odpadów niepoddawanych recyklingowi na hektolitr piwa zredukowano o 92 proc. W trakcie produkcji jednego hektolitra piwa w browarach Grupy Żywiec tworzy się jedynie 10 gramów odpadów niepoddawanych recyklingowi.

Promowaniu tego typu proekologicznych inicjatyw służyć ma Światowy Dzień Ziemi, który obchodzony jest 22 kwietnia. Celem obchodów jest zwrócenie uwagi szerokiej opinii publicznej na to, jak istotna jest troska o środowisko naturalne.

Szwajcarskie firmy zainteresowane inwestycjami w Polsce

Z danych Polsko-Szwajcarskiej Izby Gospodarczej wynika, że kraj ten jest drugim po Stanach Zjednoczonych inwestorem spoza Unii Europejskiej. Obroty z wymiany handlowej są zbilansowane, a Polska nawet więcej eksportuje do Szwajcarii niż z niej importuje. Głównym przedmiotem wymiany są maszyny i urządzenia oraz sprzęt transportowy. Szwajcarzy coraz chętniej szukają w Polsce usług biznesowych.

– Szwajcarzy bardzo dużo inwestują w Polsce. Są drugim co do wielkości inwestorem spoza Unii Europejskiej po Stanach Zjednoczonych i są z tych inwestycji zadowoleni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Szymański, prezes Polsko-Szwajcarskiej Izby Gospodarczej. – Wymiana handlowa między Szwajcarią a Polską jest na bardzo wysokim poziomie i z roku na rok się rozwija, a inwestycje szwajcarskie w Polsce rosną. Ta wymiana jest po obu stronach bardzo pozytywna. W Izbie mamy coraz więcej zapytań od polskich przedsiębiorstw, które chciałyby inwestować w Szwajcarii, które chciałyby przenosić swoją działalność do Szwajcarii, dlatego planujemy rozszerzenie działalności także na rynku szwajcarskim.

W badaniu klimatu inwestycyjnego PAIiIZ przeprowadzonego wspólnie z Grant Thornton i HSBC,Szwajcarzy najlepiej spośród inwestorów z 21 krajów oceniali Polskę jako miejsce do inwestowania (przyznali 4 pkt na 5 możliwych).

Jak informuje PAIiIZ na koniec 2014 roku Szwajcaria była trzynastym w ogóle, a drugim spoza UE inwestorem w Polsce. Wartość jej bezpośrednich inwestycji wynosiła wówczas 4 mld euro. Z kolei wymiana handlowa między oboma krajami wyniosła w 2015 roku blisko 3 mld euro i była o ok. 250 mln euro wyższa niż w 2014 roku. Na import przypadło prawie 1,4 mld euro, a na eksport – 1,6 mld.

W 2014 roku w imporcie najwyższą wartość miały chemikalia (2,11 mld zł) oraz maszyny, urządzenia i sprzęt transportowy (1,91 mld zł). Ta ostatnia kategoria była też największa w polskim eksporcie (2,25 mld zł), a za nią następowały towary przemysłowe według surowca (1,19 mld zł) oraz różne wyroby przemysłowe (1,16 mld zł).

– Dzisiaj wiodącym elementem biznesu szwajcarskiego w Polsce jest BPO, czyli Business Process Outsourcing, i SCC,  czyli centra usług wspólnych. Chodzi o tworzenie wspólnych serwisów dla szwajcarskich koncernów w Polsce. Tutaj Polacy wygrywają bardzo dobrą kadrą, kosztami tej kadry, doskonała infrastrukturą i stabilnymi warunkami. To wszystko zachęca szwajcarskie koncerny do inwestowania w centra usług wspólnych w Polsce i jest to najszybciej rosnąca gałąź gospodarki w biznesie szwajcarsko-polskim – przekonuje Szymański.

Prezes Polsko-Szwajcarskiej Izby zauważa, że Szwajcarię w Polsce reprezentują także firmy przemysłowe czy przetwórcze. Wśród nich jest Franke, której Szymański jest prezesem, czyli producent wyposażenia dla kuchni indywidualnych i restauracyjnych, łazienek i umywalni. Firma ma w Polsce dwa zakłady: w Sękocinie pod Warszawą, gdzie produkuje głównie zlewozmywaki i baterie, oraz w Gdyni, gdzie powstają systemy kuchenne dla restauracji szybkiej obsługi. Innym przykładem inwestycji w Polsce jest koncern Nestlé – największy producent produktów spożywczych na świecie, który tylko w Polsce zatrudnia ponad 5 tys. osób i ma dziewięć zakładów produkcyjnych.

– To jest bardzo szeroka działalność. Praktycznie w każdym segmencie mamy firmy szwajcarskie, zarówno w przemyśle farmaceutycznym, np. Roche, Novartis, w sektorze bankowym, tu Credit Suisse i UBS są potężnymi inwestorami, jak i w przemyśle maszynowym, np. Franke, ABB, Stadler. To potężni gracze, którzy naprawdę są związani z Polską – zapewnia Szymański.

Z kolei polskie firmy, które odniosły sukces w Szwajcarii, to m.in. producent autobusów Solaris czy informatyczny Comarch.

Ostatnie badania przeprowadzone wśród inwestorów zagranicznych z dwunastu krajów, także Szwajcarii, przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową pokazały, że Polska wciąż cieszy się największym uznaniem inwestorów zagranicznych spośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Za nami są Czechy, Słowacja i Estonia.

– Wydaje mi się, że doświadczenia lat ubiegłych i pozytywny odbiór wszystkich inwestycji do tej pory jest elementem zapraszającym do Polski i na pewno Szwajcarzy patrzą pozytywnie na przyszłość Polski, choć zmiany polityczne nie uspokajają ,w tej chwili są pewne napięcia, które nie  do końca są potrzebne – mówi Marek Szymański.

Przybywa pracowników tymczasowych. Wartość tego rynku w Polsce to ponad 5,5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Globalny rynek pracy tymczasowej wzrósł w 2015 roku o 12 proc. i odpowiada za 70 proc. przychodów branży agencji zatrudnienia. Wciąż jednak pracownicy tymczasowi stanowią zaledwie 1,8 proc. ogółu zatrudnionych. W Polsce odsetek jest jeszcze niższy – wynosi 1,3 proc., ale tempo rozwoju jest prawie dwa razy większe. Agencje Polskiego Forum HR w ramach pracy tymczasowej odnotowały 21-proc. wzrost. Cały rynek wart jest ok. 5,5 mld zł.

Największym światowym rynkiem agencji zatrudnienia pracy tymczasowej są Stany Zjednoczone. Tam stopa penetracji rynku wynosi 2,2 proc. Następnym rynkiem jest Japonia z wynikiem 2 proc. i Europa – 1,8 proc. Duży potencjał widzimy w rynkach azjatyckich, aczkolwiek stamtąd nie mamy dokładnych danych. Wiemy, że dynamicznie rozwija się przede wszystkim w Chinach i w Indiach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR.

Z raportu ekonomicznego Ciett 2016 wynika, że cały sektor agencji zatrudnienia osiągnął w ubiegłym roku wartość 450 bln euro, a obroty wzrosły o 8,6 proc. Rynek pracy tymczasowej wzrósł zaś o 12 proc. w skali roku. Chociaż sektor rozwija się dynamicznie, to pracownicy tymczasowi stanowią globalnie zaledwie 1,8 proc. pracowników.

W Europie największymi rynkami agencji zatrudnienia pracy tymczasowej są Wielka Brytania i Holandia. Te rynki odnotowują najwyższą stopę penetracji rynku. Mają bardzo długą historię zatrudnienia pracowników tymczasowych, elastyczne są też możliwości ich zatrudnienia – wskazuje ekspertka.

W Wielkiej Brytanii pracownicy tymczasowi stanowią blisko 4 proc. wszystkich zatrudnionych, w Holandii – 2,7, a w Danii, Francji i Belgii po ok. 2 proc. Jak podkreśla Zielińska, wynika to z faktu, że w Europie Zachodniej praca tymczasowa jest uregulowana już od prawie 50 lat. Agencje zatrudnienia blisko współpracują też z publicznym służbami zatrudnienia, często odpowiadają za aktywizację określonych grup bezrobotnych.

W Holandii każda osoba, która jest zarejestrowana jako osoba bezrobotna przez okres trzech miesięcy, jest automatycznie delegowana do agencji w celu poszukiwania pracy. To pokazuje, jak bardzo rozpoznawalny jest ten sektor w tych krajach. W Polsce nadal mamy z tym problem, ale pamiętajmy, że praca tymczasowa jest u nas uregulowana od nieco ponad 10 lat. To stosunkowo krótko – tłumaczy kierownik PFHR.

Polski rynek dynamicznie się rozwija. Co trzeci pracodawca w Polsce współpracuje z agencjami członkowskimi PFHR, w 2015 roku z ich usług skorzystało 5,1 tys. firm. W Europie skala wzrostu jest znacznie mniejsza.

Jak ocenia ekspertka, w tym roku pracodawcy na całym świecie będą się borykali z brakiem wykwalifikowanej kadry, a na rynku pracy tymczasowej wciąż odczuwalne są jeszcze skutki kryzysu.

Poziom nasycenia pracą tymczasowa na wielu europejskich i światowych rynkach jest dość stabilny i nie należy się spodziewać jakichś wielkich wzrostów. Myślę, że dużym sukcesem dla pracy tymczasowej będzie utrzymanie kilkuprocentowego wzrostu rocznie i w ten sposób rynek będzie się wyglądał w najbliższych latach – przekonuje Zielińska.

W krajach Europy Zachodniej z pracy tymczasowej często korzystają wykształceni specjaliści, którzy cenią sobie możliwość elastycznego zatrudnienia. W Polsce to wciąż rzadkość – przeważają stanowiska produkcyjne, choć w ubiegłym roku ich udział spadł o 3 pkt proc.

W ostatnich latach, przede wszystkim dzięki dynamicznemu rozwojowi sektora BPO, znacznie wzrósł poziom zatrudnienia pracowników tymczasowych w sektorze usług. Myślę, że to kierunek, w którym będziemy szli – podkreśla Agnieszka Zielińska.

Charakterystyczny dla polskiego rynku pracy tymczasowej jest wysoki odsetek zatrudnienia osób młodych i kobiet.

Pozycja mediów drukowanych niezagrożona przez e-wydania. Dystrybutorzy prasy notują najlepsze od lat wyniki sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Dobre perspektywy przed rynkiem dystrybucji prasy. Dla Kolportera ubiegły rok był najlepszy od ośmiu lat mimo odnotowanego na rynku spadku sprzedaży o 2 proc. – Cyfryzacja mediów nie powinna zagrażać tradycyjnej prasie – ocenia rzecznik spółki. E-wydania stanowią niewiele ponad 3 proc. całkowitej sprzedaży największych gazet.

Potencjał rynku dystrybucji prasy jest bardzo dobry. Ubiegły rok był dla nas, jako dystrybutora, najlepszym od 8 lat. Spadki sprzedaży prasy, które notuje cała branża, w ubiegłym roku wyniosły około 2 proc., są to więc spadki minimalne. Oczywiście były też tytuły, które zwiększyły sprzedaż – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Materek, rzecznik prasowy Kolportera.

W ubiegłym roku większość dzienników zanotowała spadki sprzedaży. Z raportu Wirtualnemedia.pl wynika, że liderzy sprzedaży wśród dzienników, czyli „Fakt”, „Gazeta Wyborcza” i „Super Express”, zanotowali kilkuprocentowe spadki. Rok wcześniej dynamika spadków była jednak znacznie większa. W 2015 roku wzrosła natomiast sprzedaż „Gazety Giełdy Parkiet” (ok. 4,5 proc.) i „Rzeczpospolitej” (ok. 0,1 proc.).

Wbrew prognozom nie sądzę, aby cyfryzacja mediów była dla nas istotne zagrożenie. Oczywiście obserwujemy uważnie ten proces, nie możemy udawać, że go nie ma. Natomiast wszystkie dane pokazują, że postępuje on bardzo powoli i po okresie zachłyśnięcia się, wyraźnie widać, że będzie on jeszcze trwał latami – ocenia Materek.

Wydawcy inwestują w rozwój elektronicznych wersji tytułów. Wszystkie opiniotwórcze dzienniki mają nie tylko e-wydania, lecz także oferty online, do których dostęp jest płatny. Rośnie liczba osób, które przeglądają prasę w internecie i są w stanie za to płacić. Liczba aktywnych subskrybentów ogólnopolskich dzienników jest coraz większa, np. „Gazeta Wyborcza” miała na koniec 2015 roku ok. 77 tys. subskrybentów płatnych treści. Agora zakłada, że za rok będzie ich 90 tys. W sprzedaży elektronicznych edycji liderem jest „Rzeczpospolita” (blisko 10 tys. egzemplarzy) – wynika z danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy, na które powołują się Wirtualnemedia.pl.

Według Związku Kontroli Dystrybucji Prasy e-wydania prasy, które obecnie się sprzedają, to ilości znikome w stosunku do wydań tradycyjnych. Dla przykładu wiodący dziennik, który sprzedaje ponad 300 tys. egzemplarzy swojego wydania dziennie, ma sprzedaż e-wydań na poziomie 0,6 proc. Jeszcze bardziej tę różnicę widać w segmencie tygodników, dwutygodników, miesięczników, gdzie sprzedaż e-wydań w stosunku do wydań tradycyjnych stanowi 0,1 proc. – przekonuje rzecznik prasowy Kolportera.

Zdaniem eksperta branża wydawnicza kryzys ma już za sobą. Świadczą o tym nowe tytuły, które pojawiają się na rynku. W ubiegłym roku w ofercie dystrybucyjnej Kolportera pojawiło się ok. 200 nowych tytułów. Największą grupę stanowiły wydania kolekcjonerskie (33), więcej było też propozycji dla najmłodszych (22), pojawiły się nowe czasopisma skierowane do pań (13) oraz wydawnictwa edukacyjne i historyczne. W ubiegłym roku liderem w grupie czasopism popularnonaukowych był „Świat Wiedzy”, o tematyce historycznej największe zainteresowanie zanotowało „W Sieci Historii”.

Wydawnictwa historyczne przygotowywane przez wydawców prasowych sprzedają się bardzo dobrze. Zakładamy, że w dalszym ciągu będzie widoczna tendencja zahamowania spadków sprzedaży prasy i przynajmniej o 0,5 proc. ten proces uda się zahamować. Myślę, że liczba tytułów, które pojawią się na rynku, będzie podobna jak w tym roku. Zakładamy, że wydawcy przygotują 150250 nowych tytułów – ocenia Dariusz Materek.

Wynajem nieruchomości turystom najbardziej opłacalny w Krakowie, Sopocie i Warszawie

CEO Magazyn Polska

Kraków, Sopot oraz Warszawa to polskie miasta w których inwestycja w nieruchomość na wynajem jest najbardziej opłacalna. Wszystkie uplasowały się w czołówce rankingu HomeToGo obejmującego 45 popularnych europejskich destynacji turystycznych. Tygodniowy koszt wynajmu 6-osobowego apartamentu w wymienionych miastach wynosi w zależności od pory roku od 2 tys. do ponad 2,7 tys. zł.

– W Polsce bardzo opłaca się wynajmować mieszkania turystom. W zestawieniu przygotowanym przez HomeToGo, w którym wzięliśmy pod uwagę w sumie 45 europejskich miast, aż trzy polskie miasta znalazły się w grupie tych, w których taka inwestycja jest najbardziej opłacalna – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marta Górska, dyrektor krajowy HomeToGo Polska.

W gronie polskich miast najwyżej, bo na czwartym miejscu, sklasyfikowano Kraków. W pierwszej dziesiątce znalazł się także Sopot. Nieco niżej, bo na piętnastym miejscu w zestawieniu, uplasowała się natomiast Warszawa.

Przeciętna cena tygodniowego najmu apartamentu dla sześciu osób w stolicy Małopolski wynosi w sezonie letnim ponad 2,3 tys. zł. Drożej jest w Sopocie, gdzie średnie ceny przekraczały 2,7 tys. zł.

– Okazuje się, że w przypadku polskich miast kupno metra kwadratowego mieszkania jest korzystne z punktu widzenia wynajmu takiego obiektu turystom, a inwestycja powinna się szybko zwrócić – informuje Górska.

Przedstawicielka HomeToGo Polska dodaje, że w popularnych kurortach turystycznych obserwuje się duże różnice w cenach w zależności od pory roku. W przypadku polskich miast ceny najbardziej wahają się w nadmorskich miejscowościach takich jak Międzyzdroje, Mielno czy Kołobrzeg. W sezonie letnim przeciętne ceny są tam od 70 do nawet 100 proc. wyższe niż jesienią czy wczesną wiosną.

– W sezonie wiosennym mamy zupełnie inne ceny niż latem. Szczególnie w kurortach wakacyjnych, które po sezonie letnim pustoszeją, a przed też nie są pełne – wyjaśnia.

Problem sezonowości w znacznie mniejszym stopniu dotyka natomiast dużych miast, takich jak Londyn, Paryż czy Warszawa. Według HomeToGo sezonowa amplituda cen najmu w stolicy Polski wynosi zaledwie 3 procent.

– Jeżeli nie mamy efektu sezonowego, czyli nie są to miasta, które cieszą się popularnością tylko w niektórych miesiącach, to taka inwestycja może nam się szybko zwrócić. Jeśli chodzi o polskie miasta to właśnie Warszawa czy Kraków są szczególnie atrakcyjne – podkreśla Górska.

Zwycięzcą rankingu zostało włoskie Rimini. W sezonie letnim za tygodniowy wynajem domu lub apartamentu dla maksymalnie 6 osób płaci się tam średnio ponad 4,2 tys. zł. W stosunku do kosztów związanych z kupnem takiej nieruchomości daje to najwyższą stopę zwrotu.

Najdroższym europejskim miastem był z kolei Londyn. Tam wynajem podobnego obiektu to w zależności od pory roku koszt od 8,6 do blisko 9,2 tys. zł. Brytyjska stolica znalazła się jednak na ostatnim miejscu zestawienia HomeToGo. Powodem są bardzo wysokie ceny nieruchomości, które czynią inwestycję znacznie mniej opłacalną niż w innych europejskich miastach.

HomeToGo to serwis zawierający blisko 6,5 mln ofert wynajmu domów, kwater, willi oraz apartamentów z ponad 200 portali internetowych. Udostępnia użytkownikom możliwość wyboru, porównania oraz rezerwacji obiektów noclegowych.

Średni wiek samochodów na portalach ogłoszeniowych to 12 lat. Wśród ulubionych marek Opel i Volkswagen

CEO Magazyn Polska

Wystawiane na sprzedaż samochody mają średnio 12 lat. W Czech czy na Słowacji jest to o 2–3 lata mniej – wynika z obserwacji AAA Auto. Co z tym związane, w Polsce średnia wartość używanego auta jest nieco niższa niż u południowych sąsiadów. W rankingu najpopularniejszych modeli liderami są Opel Astra, Volkswagen Passat, Volkswagen Golf, Audi A4 i BMW serii 3.

Analizujemy wszystkie portale z ogłoszeniami motoryzacyjnymi, więc mamy faktycznie przegląd całego rynku. Co ciekawe, w tym roku w porównaniu do 2015 r. top 5 się właściwie nie zmieniło. Na pierwszym miejscu jest wciąż Opel Astra, potem Volkswagena Passat, Golf, Audi A4 i BMW serii 3. To są samochody, które najczęściej widzimy jako wystawiane na sprzedaż przez Polaków. Mniej więcej to się pokrywa też ze strukturą sprzedaży – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Vonau, dyrektor generalny AAA AUTO w Polsce.

Zimą 2015/2016 według raportu Grupy AAA AUTO Polacy poszukiwali najczęściej używanych fordów oraz opli. Te pierwsze wybierało 12 proc. kupujących. Za oplami i skodami rozglądało się natomiast po 10 proc., a 7 proc. za odrobinę mniej popularnymi w tym czasie volkswagenami i toyotami. Także wśród nabywców nowych aut te właśnie marki cieszyły się największą popularnością. W 2015 roku rynek używanych samochodów obejmował niemal 2,5 mln ofert sprzedaży.

To, co wyróżnia rynek polski spośród innych, to fakt, że kupowane są u nas starsze samochody. W Polsce średni wiek samochodów w portalach ogłoszeniowych wynosi 12 lat. Gdy porównamy to z Czechami czy ze Słowacją, to od razu widać, że tam jest nieco mniej, między 9 a 10 lat. Również wartość kupowanych u nas aut jest mniejsza. Średnio te samochody w Polsce mają wartość 21 tys. zł, w Czechach i Słowacji około 25–26 tys. – twierdzi Przemysław Vonau.

Polacy jednak w odróżnieniu od południowych sąsiadów mają bardziej zróżnicowany gust. Kierując się pragmatyzmem, zwracają dużą uwagę na ekonomiczny silnik, pojemny bagażniki oraz sprawdzoną trwałość auta. Szukając trwałego i niedrogiego w użytkowaniu auta, wybierają jednak wśród rozmaitych marek.

Czechy i Słowacja to są kraje, gdzie absolutnie rządzi Škoda. U nich zawsze na pierwszym miejscu we wszelkich rankingach są modele tej marki: Octavia i Fabia. Polacy mają gusta dużo bardziej zróżnicowane. W rankingu top 5, tak naprawdę poza Passatem i Golfem mamy różnych producentów, co też wpływa na naszą działalność. Musimy mieć odpowiedni stock samochodów w Polsce, podczas gdy w Czechach i Słowacji wiemy, że jak mamy 40 proc. aut marki Škoda, to na pewno trafimy w gusta klientów – mówi Przemysław Vonau.

Wybierając wśród modeli samochodów, Polacy stawiają na klasykę i stonowane kolory. Stąd na polskich ulicach przeważają srebrne, czarne, niebieskie i szare auta. Według wspomnianego już raportu także zimą 2015/2016 te kolory zajmowały pierwsze miejsca. Czerwony znalazł się tuż za nimi, na 5. pozycji, a żółty dopiero na czternastej. Polacy kupowali też częściej auta z silnikiem benzynowym. Taką decyzję podjęło 55 proc. nabywców.

Zdecydowanie preferujemy też samochody hatchback. Aż 42 proc. osób zdecydowało na pojazd z tego typu nadwoziem. Kombi wybrało 21 proc., a sedany – 13 proc. klientów. Mniejszym powodzeniem cieszyły się auta typu SUV, offroad lub kabriolet.

Grupa AAA Auto prowadzi sieć ponad 40 salonów samochodowych w Czechach, Polsce, na Słowacji i Węgrzech. Specjalizuje się w samochodach po pierwszym lub drugim właścicielu, z udokumentowaną historią serwisową.

Ubezpieczyciele interesują się seniorami

Ubezpieczyciele interesują się seniorami

W ciągu kilkudziesięciu lat liczba osób w wieku 65+ podwoi się. Będą oni potrzebowali fachowej opieki i dedykowanych produktów ubezpieczeniowych. Jednak przygotowanie odpowiedniej oferty to nie wszystko. Towarzystwa ubezpieczeniowe mają przed sobą wiele pracy.

Obecnie w Polsce żyje ponad 7 mln osób w wieku 65+, jednak do 2050 r. liczba ta wzrośnie do prawie 15 mln obywateli. W połączeniu z drugim niepokojącym zjawiskiem, jakim jest zmniejszający się przyrost naturalny, seniorzy będą stanowić wtedy ponad 30% społeczeństwa. Kolejnym ważnym czynnikiem jest zmieniający się styl życia Polaków. Osoby starsze coraz częściej mieszkają samotnie. Model wielopokoleniowego gospodarstwa domowego, zwłaszcza w miastach, powoli zanika. Ponadto, dorosłe dzieci, z przyczyn zawodowych, coraz częściej mieszkają z dala od domu rodzinnego. Powoduje to niemożność stałego opiekowania się rodzicami. Chcą jednak mieć pewność, że w razie nieszczęśliwego zdarzenia osoba bliska otrzyma natychmiast właściwą pomoc. W związku z tym coraz aktywniej poszukują produktów i usług stworzonych z myślą o zabezpieczeniu osób starszych.

Edukacja konsumentów przede wszystkim

Na rynku istnieje obecnie szereg produktów dedykowanych seniorom jednak zainteresowanie nimi utrzymuje się na niższym poziomie niż w innych państwach europejskich. Wynika to z różnych przyczyn. Jedną z nich jest brak odpowiedniej wiedzy po stronie konsumentów.

– Najważniejszym wyzwaniem, z którym musi się zmierzyć branża jest odpowiednie dostosowanie modelu sprzedaży produktów. Z naszych doświadczeń wynika, że najskuteczniejszym sposobem dotarcia do seniorów są działania edukacyjne, skierowane zarówno do nich samych, jak i młodszego pokolenia – wskazuje Piotr Ruszowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Mondial Assistance.

Kto za to wszystko zapłaci

Ważnym zagadnieniem jest również, na kim spoczywał będzie ciężar kosztów poszczególnych produktów i usług. Obecnie obciążanie leży w znacznej mierze po stronie młodszego pokolenia. Dlatego model biznesowy ubezpieczycieli i instytucji finansowych powinien jako głównych odbiorców przekazu uwzględniać osoby w wieku 30 – 50 lat.

– Patrząc jednak na tendencje oraz podejście do oszczędzania osób, które w niedalekiej przyszłości będą odbiorcami tych produktów, sytuacja może ulec zmianie. Poziom zamożności polskich seniorów będzie regularnie rósł, co z pewnością przełoży się na wolumen zakupionych polis – dodaje Piotr Ruszowski.

Najbardziej pożądana jest pomoc medyczna

Jak pokazało ostatnie badanie Mondial Assistance, Polacy najbardziej cenią sobie możliwość uzyskania wsparcia medycznego ze strony profesjonalnych firm. Obecne na rynku produkty ubezpieczeniowe i asystenckie oferują różnorodne formy pomocy. Zapewniają one kompleksową opiekę osobom starszym w ich domach. Polega ona przede wszystkim na zapewnieniu opieki specjalistów – pielęgniarki, rehabilitanta czy psychologa. Zapewniona jest zazwyczaj także organizacja transportu do szpitala, pomoc domowa po hospitalizacji czy opieka nad zwierzętami. Seniorzy mogą również skorzystać z usług asystenckich realizowanych przy wykorzystaniu telefonu.

– Zadaniem usług telemedycznych jest zagwarantowanie całodobowej opieki i nadzoru nad osobami samotnymi, niepełnosprawnymi, przewlekle chorymi oraz hospitalizowanymi w domu. Specjalistyczne, niewielkie urządzenie, w które wyposażane są osoby objęte wsparciem daje możliwość regularnego pomiaru rytmu serca, analizy aktywności fizycznej, przypomnienia o zażyciu leków i umożliwia wysłanie sygnału o nagłym zdarzeniu do opiekuna lub centrum alarmowego.  Mamy w ofercie również telerehabilitację kardiologiczną mającą na celu ograniczenie postępów chorób serca i wypracowanie właściwych nawyków dietetycznych i dotyczących aktywności sportowej u osób, które mają kłopoty zdrowotne wynikające z chorób układu krążenia – mówi Piotr Ruszowski.

Co dalej

Rynek usług ubezpieczeniowych jest częściowo przygotowany do obsłużenia potrzeb klienta w wieku 65+. Jego rola może czasem być bagatelizowana w kontekście rosnącej sieci miejsc oferujących instytucjonalną pomoc osobom starszym, jak domy pomocy społecznej czy prywatne ośrodki opiekuńcze. Należy jednak pamiętać, że nawet najbardziej profesjonalny i przyjazny ośrodek nie jest w stanie zastąpić komfortu własnego miejsca zamieszkania. W związku z powyższym podejmowane w najbliższych latach działania firm ubezpieczeniowych powinny skupić się na zwiększeniu świadomości istnienia produktów dla seniora.

Paweł Żelawski Dyrektorem IT w Axence

Paweł Żelawski został Dyrektorem IT firmy Axence, tworzącej kompleksowe oprogramowanie do zarządzania infrastrukturą IT. Od września 2015 roku zajmował stanowisko Software Development Managera. W tym czasie znacząco przyspieszył prace nad premierą kompletnie przebudowanego modułu HelpDesk, jednego z pięciu filarów programu Axence nVision.

Paweł Żelawski Dyrektor IT firmy Axence
Paweł Żelawski nowy Dyrektor IT firmy Axence

Oprogramowanie Axence nVision ma przed sobą duże perspektywy rozwoju, dlatego cieszę się, że powierzono mi pieczę nad jego dostosowywaniem do dynamicznie zmieniających się potrzeb klientów i rynku IT. Pierwszym efektem tej pracy jest zupełnie nowa odsłona modułu HelpDesk. Plany zakładają wdrażanie kolejnych innowacji, o których będziemy informować w najbliższej przyszłości. Dołożę wszelkich starań, by każda kolejna zmiana prezentowała najwyższą jakość dla wszystkich odbiorców naszego oprogramowania – mówi Paweł Żelawski, Dyrektor IT Axence.

Wysoka jakość w działaniu, rzetelność w zarządzaniu

Jako Dyrektor IT, Paweł Żelawski czuwa nad procesem tworzenia oprogramowania Axence nVision i odpowiada za realizację obranych kierunków rozwoju firmy. Przewodzi zespołowi specjalistów, słuchając potrzeb i pozostając otwarty na nowe inicjatywy. Jak sam przyznaje, stawia na najwyższą jakość produkcji, sprawną komunikację w zespole, ciągłe doskonalenie jego kompetencji oraz wdrażanie nowych narzędzi umożliwiających jeszcze lepsze wykorzystanie potencjału kadry Axence.

Doświadczenie i wiedza

Paweł Żelawski jest związany z branżą IT od niemal 10 lat. Jako Project Manager pracował dla wielu przedsiębiorstw z kraju i zagranicy, w tym światowych marek, zdobywając duże doświadczenie w zakresie zarządzania procesem produkcji, zespołem i ryzykiem. Jest absolwentem Wyższej Szkoły Ekonomii i Informatyki w Krakowie na kierunku Technologie Informatyczne i Ekonometria. W ramach rozwoju zawodowego pod kątem IT i zarządzania projektami zdobył m.in. certyfikat PRINCE2® Practitioner. W codziennej pracy skutecznie wykorzystuje podejście scrumowe, pozwalające podchodzić elastycznie do potrzeb klientów.

Z powodzeniem wdrażamy w Axence najwyższe światowe standardy zarządzania. Inwestujemy w wizjonerów, oferując im szybki rozwój zawodowy, czego przykładem jest Paweł. W ciągu roku nasz zespół wzbogacił się o 6 nowych osób, zarówno specjalistów, jak i managerów. Wierzę, że kluczem do sukcesu jest zatrudnianie lepszych od siebie, ekspertów w swoich dziedzinach, którzy nie tylko rzetelnie będą wykonywać swoje obowiązki, ale też wskażą nam drogi, którymi będziemy podążać – mówi Grzegorz Oleksy, Prezes Zarządu Axence.