Dobra sprzedaż obligacji deweloperów. Papiery do portfela trzeba jednak wybierać uważnie

Warto kupować obligacje deweloperów, ale emitentom trzeba się uważnie przyglądać. Dziś trwa hossa na tym rynku, jednak niebawem może się ona skończyć. Analitycy namawiają więc do bardziej selektywnego wyboru spółek, którym pożycza się pieniądze. Na razie jednak mieszkań w Polsce buduje się coraz więcej i firmy deweloperskie kupują coraz więcej ziemi pod kolejne inwestycje, a to właśnie zakup gruntów najczęściej finansowany jest dzięki emisji obligacji.
Dla spółek deweloperskich pieniądze z obligacji są sposobem finansowania zakupu nowych działek budowlanych. O ile na samą budowę łatwo i tanio mogą one dostać pieniądze z bankowych kredytów, o tyle na kupno ziemi już nie.
– Deweloperzy korzystają ze środków z emisji obligacji właśnie głównie do celów zwiększania banku ziemi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Gosz, menadżer transakcji i analityk Michael/ Ström. – Banki zakupu ziemi nie sfinansują, a środki przeznaczone z emisji obligacji do takiego zakupu mogą jak najbardziej posłużyć i to jest główna zaleta. Jest też szereg innych projektów deweloperskich, które mogą być finansowane z emisji obligacji, a z kredytu bankowego niekoniecznie.
Z tego względu sektor deweloperski jest obecnie jednym z najbardziej aktywnych wśród emitentów obligacji. W ciągu dziesięciu miesięcy 2015 roku inwestorzy budujący na sprzedaż lub wynajem uzyskali pozwolenia na budowę 79,8 tys. mieszkań, czyli o 23 proc. więcej niż przed rokiem.
– Jeżeli chodzi o deweloperów, którzy dzięki nam pozyskali kapitał, to głównie te programy finansowały zakup gruntów. Trudno jest sfinansować zakup gruntu kredytem bankowym, dużo łatwiej zrobić to ze środków pozyskanych z emisji obligacji, a dopiero później zaprosić do współpracy bank, kiedy ta inwestycja będzie miała powstać i bank będzie mógł udzielić kredytu budowlanego na taki projekt.
Sektor deweloperski potrzebuje dużo kapitału, ale jednocześnie ma produkt, który jest w stanie dostarczyć środki na wykup obligacji w określonym terminie. Michael/ Ström do sierpnia przygotował dla deweloperów emisje o łącznej wartości 129 mln zł, z których największa – dla spółki Robyg – miała wartość 30 mln zł.
– Sektor deweloperski jest teraz w sytuacji bardzo korzystnej – mówi menadżer transakcji i analityk Michael/Ström. – Największe spółki deweloperskie pozyskują finansowanie z emisji obligacji bez najmniejszego problemu, obniżają marże i widać, że inwestorzy ten sektor teraz doceniają. Jest to możliwe też dzięki boomowi na rynku mieszkaniowym. Widać, że kolejne kwartały przynoszą kolejne rekordy, jeśli chodzi o kontraktację mieszkań.
Deweloperzy w okresie dziesięciu miesięcy 2015 r. oddali do użytkowania ponad 46,8 tys. mieszkań, czyli o 0,8 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 r. Odnotowano również wzrost – o 19,8 proc. – liczby mieszkań, których budowę rozpoczęto – do ponad 70 tys. mieszkań. Jednocześnie, jak zwraca uwagę Paweł Gosz z Michael/ Ström, wzrost kontraktacji i sprzedaży wykazują zarówno giełdowe, jak i niepubliczne spółki deweloperskie.
– Sprzyja temu niski poziom stóp procentowych, inwestycyjne zakupy mieszkań, zakupy na wynajem. Oceniamy, że te branża jest w tym momencie w bardzo dobrej sytuacji, natomiast mamy do czynienia z jakimś cyklem koniunkturalnym. Trzeba wziąć pod uwagę to, że niedługo może się to skończyć, dlatego wybór obligacji deweloperskich do portfela po stronie inwestorów powinien być bardzo selektywny.
NDI chce w przyszłym roku zacząć działać w branży energetycznej i bardziej zaangażować się w budownictwo kolejowe

Sopocka spółka wykonawcza NDI planuje rozpoczęcie działalności w branży energetycznej. Chce też brać udział w modernizacji kolei. W 2015 roku firma rozwijała się wolniej, choć jak zaznacza jej prezes Jerzy Gajewski, tempo było satysfakcjonujące. W przyszłym roku oczekuje jednak przyspieszenia.
Na przyszłoroczne wyniki firmy z pewnością wpłynie zakończenie jej sztandarowej inwestycji w gdańskim porcie, gdzie współpracuje z partnerem belgijskim, z firmą Besix, realizując projekt wart ponad 100 mln euro.
– Ten rok dla nas jest okresem udanym, rozwijamy się, ten rozwój jest wolniejszy, ale to jest naturalne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jerzy Gajewski, prezes zarządu NDI. – Wykonujemy w tej chwili szereg istotnych inwestycji, najważniejsza dla nas w tej chwili jest rozbudowa terminala kontenerowego w Gdańsku. To jest o tyle ważne, że hydrotechnika to jest dla nas nowa branża.
NDI działa jako generalny wykonawca i deweloper. Buduje zarówno drogi i linie kolejowe, jak i obiekty użyteczności publicznej, czyli biurowce, hotele i mieszkania. Spółka oferuje usługi według formuły „zaprojektuj i zbuduj”. W przyszłym roku zamierza zakończyć inwestycję w terminal i rozwijać nowe projekty.
– Przygotowujemy się trochę do głębszego zaangażowania w rozbudowę polskich kolei – informuje Jerzy Gajewski. – Robimy to bardzo starannie. Zajmujemy się przebudową torów, po których jeżdżą i pociągi osobowe, i cargo.
Spółka ma już za sobą przedsięwzięć, teraz realizuje kolejne modernizacje oraz budowy linii, połączeń kolejowych i torowisk. W przyszłym roku zamierza wkroczyć w kolejny segment działalności.
– Chcemy też zaistnieć w branży energetycznej, to jest dla nas znacznie trudniejsze. Nie mamy jednak jeszcze w planach jakichś spektakularnych projektów – zastrzega Jerzy Gajewski.
Danfoss chce zwiększać produkcję i przejmować inne firmy. Akwizycje mają zapewnić jedną czwartą wzrostu

Danfoss planuje, że będzie się rozwijał na świecie w tempie 10 proc. rocznie, przy czym nawet do 1/3 tego wzrostu mają generować akwizycje. Koncern szuka w Polsce firm, które mógłby przejąć. Zamierza też zwiększać produkcję w swych fabrykach we Wrocławiu, Grodzisku Mazowieckim oraz Tuchomiu.
Danfoss jest światowym potentatem w produkcji nowoczesnych systemów grzewczych i chłodniczych, automatyki i osprzętu instalatorskiego. Jako firma technologiczna sporo inwestuje w badania, które mają zwiększać efektywność energetyczną produkowanych urządzeń.
– Mamy takie swoje hasło Engineering Tomorrow (inżynieria jutra), czyli chcemy wybiegać w przyszłość i dostarczać coraz to nowych urządzeń – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dorota Jezierska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Danfoss Polska. – Dla mnie jest bardzo dużą satysfakcją to, że bardzo duże inwestycje są ponoszone w Polsce. Mamy tu cztery zakłady produkcyjne, a całkowite nakłady inwestycyjne wynoszą ponad 200 mln zł. Duża część to są też działy rozwoju.
Zgodnie ze strategią koncernu Danfoss w najbliższych latach zamierza na ogólnoświatowym rynku wzrastać o 10 proc. rocznie.
– Gros to jest jednak rozwój organiczny, natomiast wzrost rzędu 2–3 proc. będą generowały akwizycje – informuje Dorota Jezierska. – I przyglądamy się również polskim firmom. Jednym z ostatnich zakupów jest akurat fińska firma Vacon, ale z dosyć dużym oddziałem tutaj w Polsce. 2–3 proc. przychodów ma pochodzić właśnie z przejęć lub zakupu nowych przedsiębiorstw.
Za rozwój organiczny Danfossa po części mają także odpowiadać polskie fabryki firmy.
– Mamy w tej chwili cztery fabryki, dwie zlokalizowane we Wrocławiu, jedna w Grodzisku Mazowieckim i w Tuchomiu niedaleko Gdańska – mówi dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Danfoss Polska. – W ramach tych fabryk będziemy produkowali więcej urządzeń. Mamy taką strategię, że fabryki specjalizują się w poszczególnych grupach urządzeń. Urządzenia, które produkujemy tutaj w Polsce, poprzez nasz centralny magazyn rozchodzą się po całym świecie.
Fabryki Danfossa w Polsce zatrudniają ok. 1,4 tys. osób i produkują systemy grzewcze oraz chłodnicze, elementy automatyki i systemy zasilania.
– Obecnie wprowadzamy inteligentny system sterowania ogrzewaniem, zarówno w mieszkaniach, jak i w domach jednorodzinnych – zapowiada Dorota Jezierska z Danfoss Polska. – Umożliwia on obniżenie kosztów ogrzewania nawet o 30 proc., jeżeli wcześniej nie mieliśmy regulacji. Jednocześnie taką wygodną nowinką technologiczną to jest, że można nim sterować również za pomocą smartfona.
Spółki węglowe mogą notować dobre wyniki. Przyszłością łączenie górnictwa z energetyką

Tworzenie dużych grup paliwowo-energetycznych, które zajmują się jednocześnie wydobyciem węgla oraz wytwarzaniem i obrotem energią elektryczną, jest przyszłością zarówno energetyki, jak i górnictwa – uważa Jerzy Kurella, prezes Tauron Polska Energia. Branża węglowa, która dziś boryka się z problemami, w ten sposób zyskuje stałych i pewnych odbiorców. Koncerny energetyczne zmniejszają zależność od dostaw z zewnątrz, dzięki czemu mogą obniżyć koszty surowca.
– Doświadczenia krajów zachodnich łączących duże grupy energetyczne w jeden organizm, w którym jest zapewniony cały łańcuch wartości, tzn. jest zarówno wydobycie, jak i wytwarzanie, obrót energią elektryczną oraz dystrybucja, pokazują, że takie koncerny mogą generować środki na niezbędne inwestycje. Jestem przekonany, że jest to przyszłość dla polskiej energetyki, czego dobrym przykładem jest Tauron – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Kurella, prezes zarządu Tauron Polska Energia.
Przez spółkę Tauron Wydobycie i należące do niej zakłady górnicze (Zakład Górniczy Janina i Zakład Górniczy Sobieski) koncern kontroluje 20 proc. polskich zasobów energetycznego węgla kamiennego. W ciągu trzech kwartałów roku Grupa wyprodukowała 3,5 mln ton surowca. W obszarze Wydobycie zanotowała znaczący wzrost – EBITDA w III kwartale wyniosła blisko 135 mln zł, przy ponad 55 mln zł rok wcześniej.
– Pomimo trudnego otoczenia regulacyjnego i rynkowego osiągane przez nasze kopalnie wyniki finansowe są bardzo dobre na tle nie tylko innych podmiotów tego typu, lecz także w ramach Grupy Tauron. Było to możliwe dzięki bardzo gruntownej restrukturyzacji tego sektora i dużemu postępowi technologicznemu. To jest także dobry prognostyk na przyszłość – podkreśla prezes Tauron Polska Energia.
Elektrownie i elektrociepłownie Grupy Tauron zużywają blisko 10 mln ton węgla kamiennego. Dla koncernu dostęp do paliw z własnych źródeł jest korzystniejszy cenowo, poza tym ogranicza ryzyko przerw w dostawach. Kopalnie należące do koncernu w 40 proc. zaspokajają jego zapotrzebowanie na węgiel. Spółka zgodnie z przyjętą strategią chce systematycznie ten udział zwiększać, aż do 50 proc., m.in. dzięki przejętej niedawno KWK Brzeszcze.
– Nie podejmowalibyśmy trudnej decyzji związanej z akwizycją KWK Brzeszcze, gdybyśmy nie byli przekonani, że może to być program opłacalny – zapewnia Kurella. – Nie będzie to proces łatwy, na pewno będzie związany z szeregiem wyrzeczeń, z oszczędnościami, z motywacyjnym systemem wynagrodzeń. W efekcie Grupa Tauron i KWK Brzeszcze będą projektem przykładowym, który pokaże, jak można skutecznie zrestrukturyzować polski sektor wydobycia.
Analizy spółki wskazują, że KWK Brzeszcze może stać się rentowna w 2017 roku, kiedy wydobywać będzie 1,8 mln ton węgla rocznie. Jak podkreśla Kurella, do tego potrzebne będą inwestycje (szacowane na 200–250 mln zł), zmiana organizacji pracy i wdrożenie nowoczesnych technologii górniczych.
– Dla nas szczególnie ważnym aspektem jest to, że kopalnia Brzeszcze ma zasoby węgla dobrej jakości i dzięki wydobyciu tego węgla z kopalni Brzeszcze będziemy mogli znacznie poprawić jakość oferowanego naszym klientom produktu – mówi Łukasz Brzózka, prezes zarządu Tauron Wydobycie SA.
Tauron Wydobycie realizuje dwie inwestycje strategiczne. Jedna z nich ma na celu umożliwienie wydobycia na głębokości 800 metrów w kopalni Janina w Libiążu. Drugą jest budowa nowego szybu „Grzegorz” w kopalni Sobieski w Jaworznie.
– Dodatkowo w najbliższym czasie będziemy ponosili duże nakłady inwestycyjne w związku z przejęciem kopalni Brzeszcze. Będą to głównie inwestycje w sprzęt, czyli wyposażenie, kompleks ścianowy do pokładu 510 – wyjaśnia Łukasz Brzózka. – Liczymy, że te nakłady zwrócą się w postaci dobrej jakości węgla, który będziemy mogli zaoferować naszym klientom.
Jak podkreśla Brzózka, z perspektywy spółki Tauron Wydobycie i prowadzonych przez nią inwestycji przynależność do dużej grupy paliwowo-energetycznej jest dużą wartością dodaną.
– Inwestycje realizujemy ze wspólnego finansowania, które pozyskuje Grupa Tauron, to nasza przewaga nad innymi spółkami górniczymi – mówi prezes zarządu Tauron Wydobycie. – Dodatkowo jesteśmy częścią łańcucha wartości i to, że mamy zapewniony stabilny zbyt na nasze produkty do elektrowni i elektrociepłowni Grupy Tauron, zapewnia nam podstawowe bezpieczeństwo sprzedaży.
Od stycznia lekarze będą mogli wystawiać e-zwolnienia. To duże ułatwienia dla przedsiębiorców
Od nowego roku lekarze będą mogli wystawić elektroniczne zwolnienie lekarskie (e-ZLA). Informacja trafi do ZUS zanim jeszcze pacjent opuści przychodnię, a ten przekaże ją pracodawcy. Będzie to możliwe jednak tylko wtedy, gdy pracodawca będzie miał konto na Platformie Usług Elektronicznych. Płatnicy odprowadzający składki za więcej niż pięć osób muszą je założyć jeszcze przed końcem roku. Elektroniczna informacja o zwolnieniu to ułatwienie zarówno dla pracowników, jak i pracodawców.
– By mieć dostęp do zaświadczeń lekarskich wystawionych pracownikom w formie elektronicznej, płatnik składek musi założyć profil informacyjny na Platformie Usług Elektronicznych ZUS. Płatnicy, którzy mają taki profil, będą otrzymywać automatycznie zwolnienia lekarskie online, najpóźniej dzień po jego wystawieniu. Zaświadczenie będzie dostępne w postaci dokumentu elektronicznego oraz w formie zestawienia danych, żeby je zobaczyć, wystarczy dostęp do portalu bez podpisu elektronicznego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Juśko z Departamentu Obsługi Klientów w ZUS.
Do końca grudnia 2015 r. płatnicy odprowadzający składki za więcej niż pięć osób muszą założyć profil na PUE. Ci płatnicy, którzy rozliczają składki za mniej osób, nie muszą tego robić, ale muszą poinformować pracowników o konieczności dostarczenia zwolnienia w formie papierowej, jeśli zostało wystawione przez lekarza w formie elektronicznej. Jeśli płatnik założy profil na PUE w 2016 roku, będzie miał 7 dni na poinformowanie podwładnych o ustaniu obowiązku dostarczania mu wydruku e-ZLA.
Choć mniejsi przedsiębiorcy nie muszą zakładać profilu, to – jak podkreśla ekspertka – warto to zrobić, zwłaszcza że cały proces jest prosty i nie zajmuje dużo czasu.
– Na stronie ZUS należy wypełnić formularz rejestracji. Podczas rejestracji dostajemy login PUE oraz tworzymy swoje hasło PUE, a następnie w ciągu 7 dni od rejestracji musimy się udać do dowolnie wybranej przez siebie jednostki ZUS w celu potwierdzenia swojej tożsamości, czyli uwierzytelnienia profilu. To ważne z uwagi na dostęp do danych, który uzyskujemy na profilu. Osoby, które mają certyfikat kwalifikowany bądź profil zaufany ePUAP, nie muszą już udawać się do ZUS. Potwierdzają swoją tożsamość już na etapie rejestracji profilu – wyjaśnia Juśko.
Profil na PUE pozwala na szybkie uzyskanie informacji o zwolnieniu lekarskim wystawionym dla danego pracownika. Obecnie ubezpieczony ma obowiązek dostarczyć swojemu pracodawcy zwolnienie w ciągu 7 dni od jego wystawienia. Dzięki elektronicznym zwolnieniom cały proces będzie szybszy, dzięki czemu pracodawca może szybciej zlecić kontrolę poprawności wykorzystania takiego zwolnienia. Tylko w pierwszym półroczu tego roku ZUS przeprowadził 298,6 tys. kontroli osób mających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy. W konsekwencji wydano 12,5 tys. decyzji wstrzymujących wypłatę zasiłków chorobowych o łącznej wysokości blisko 7,5 mln zł.
– Elektroniczne zwolnienie powinno natychmiast pojawić się u pracodawcy. Z punktu widzenia prowadzenia biznesu daje to dużą elastyczność regulowania nieobecności pracownika. To pozwala sprawniej prowadzić biznes – tłumaczy Jolanta Augustyniak z firmy HR Start Polska.
W jednym miejscu, na profilu PUE, pracodawca będzie widział wszystkie zwolnienia swoich pracowników, co powinno ułatwić zarządzanie personelem – podział obowiązków i ustalenie zastępstw. Elektroniczne zwolnienia usprawnią też administrację. Mniej obowiązków będą miały działy kadr w firmach, na których dotychczas spoczywał obowiązek przekazywania zwolnień dostarczanych przez pracowników do ZUS. Mniejszy będzie też problem z właściwym rozliczeniem ewentualnych różnic wynikających z naliczania, jeśli np. pracownik dostarczył zwolnienie po wymaganym czasie.
Na nowych zasadach wystawiania zwolnień mogą zyskać nie tylko przedsiębiorcy, lecz także pracownicy.
– Elektroniczne zwolnienia dają pracownikom możliwość kontrolowania tego, czy rzeczywiście składki ZUS są przez pracodawcę regulowane. Pracownik wie też, co dzieje się w jego historii zwolnień. Odciąża to też dział administracji wewnątrz każdej firmy od pytań i konsultacji – wskazuje Augustyniak.
Rośnie udział alkoholi smakowych w polskim rynku spirytusowym. Segment wart jest już 2,2 mld zł

Udział segmentu alkoholi smakowych w polskim rynku spirytusowym wynosi 5,4 proc. – wynika z raportu KPMG. Łączna sprzedaż nalewek, likierów oraz smakowych napojów spirytusowych wyniosła w 2013 roku 2,2 mld złotych. Większość przedsiębiorców oczekuje wzrostu także w 2015 roku. Według prognoz tegoroczny wolumen sprzedaży może się zwiększyć o 3,0 procent. Zmiany zachodzące na rynku wpływają także na ofertę producentów. Dla konsumentów bardzo ważnymi kryteriami są jakość i smak.
– Jesteśmy narodem bardzo tradycyjnym. Ta tradycja to również biesiadowanie, niespieszne spotkania, kiedy jest okazja do tego, żeby na chwilę zwolnić i spędzić ten czas z przyjaciółmi. Polacy piją bardzo różne alkohole, natomiast coraz częściej – i taki jest trend na rynku – sięgają po alkohole owocowe – mówi agencji Newseria Diana Kopycka z biura prasowego Stock Polska.
Rynek nalewek, likierów oraz smakowych napojów spirytusowych w ostatnich latach dynamicznie rośnie. Według raportu KPMG łączna wielkość sprzedaży w tym segmencie wyniosła w 2013 roku 2,2 mld złotych. Oznacza to wzrost o blisko 70 proc w stosunku do 2006 roku.
– Nalewki są bardzo popularne na rynku polskim. Można powiedzieć, że obserwuje się wręcz renesans tej kategorii – mówi Karolina Wróblewska, senior brand manager w spółce Stock Polska.
Udział tego segmentu w rynku alkoholi smakowych wynosi dziś 5,4 proc. Ankieta przeprowadzona przez KPMG na grupie 24 przedsiębiorstw pokazała, że będzie on obok whiskey i rumu najszybciej rosnącym obszarem rynku.
– Polacy chcą i lubią delektować się mocnymi alkoholami. Zmienia się sposób spożywania alkoholu w Polsce. Wszystko to, co dzieje się na rynku, to, po co sięgają konsumenci, jakie alkohole wybierają i jak zmienia się sposób spożywania alkoholu, inspiruje nas do wprowadzania zmian opartych coraz bardziej na smaku, a nie na innych atrybutach mocnych alkoholi – wyjaśnia Diana Kopycka.
Jak podkreśla, odpowiedzią Stock Polska na te zmiany rynkowe jest nowa marka Saska. Klienci mogą wybierać spośród trzech wariantów smakowych: czarny bez, dzika róża i śliwka węgierka.
– W marce Saska przede wszystkim stawiamy na smak. Czerpiemy ze staropolskich tradycji tworzenia nalewek. Dobraliśmy smaki w ten sposób, żeby cieszyły się dużym zainteresowaniem konsumentów, są to nowe, wyszukane smaki, które dotąd nie były spotykane w kategorii alkoholi mocnych – wyjaśnia Karolina Wróblewska.
W nowej ofercie Stock Polska są też wódki czyste Saska. Jak podkreśla Wróblewska, to alkohol wytwarzany tradycyjnymi metodami, co powinni docenić klienci. Polacy coraz częściej przy wyborze alkoholu kierują się jakością – wybierają produkty droższe, ale za to lepsze i markowe.
– Produkcja marki Saska była inspirowana recepturami pochodzącymi z czasów saskich, dlatego też cechuje ją bardzo wysoka jakość – wyjaśnia senior brand manager w Stock Polska.
– Tą marką chcemy kształtować pewien zwyczaj spożywania alkoholu. Chcemy namawiać raczej do niespiesznych spotkań, do tradycji, kiedy czas spotkań przy stole, czas spotkań rodzinnych, czas spotkań z przyjaciółmi to był czas bardzo ważny – mówi Diana Kopycka.
Produkty marki Saska są wprowadzane do sieci dystrybucji na terenie całej Polski. Docelowo marka ma być dostępna także na rynkach międzynarodowych.
Michał M. Lisiecki: Polskie media czekają duże zmiany
Michał M. Lisiecki, wydawca „Wprost” i „Do Rzeczy”, uważa, że zmiany w polskich mediach są konieczne, żeby sprostać konkurencji ze strony zagranicznych podmiotów, które są większością na rynku mediowym w kraju. Lisiecki zapowiada, że chce budować wysokie standardy dziennikarstwa i dbać o merytoryczną debatę w Polsce. W uznaniu m.in. za odwagę i bezkompromisowość prezes PMPG Media otrzymał godło z siedziby ostatniego prezydenta II RP Ryszarda Kaczorowskiego.
– Tygodnik „Wprost” i wszystkie media stoją przed nowym wyzwaniem. Zmianom będą ulegały także media publiczne, co stworzy wiele okazji dla mediów prywatnych. Mamy silnych konkurentów wobec polskich mediów, ponieważ 75 proc. rynku jest w rękach kapitału niemieckiego, tylko 24 proc. jest w polskich, jeden w skandynawskich – mówi agencji Newseria Biznes Michał Maciej Lisiecki, prezes PMPG Polskie Media.
Jego zdaniem, w tej jednej czwartej rynku, który ma polski kapitał, potrzebna jest większa integracja – dziś jest zbyt dużo walki, a za mało dialogu.
– Brakuje nam miejsca, gdzie jako środowisko mediów rozmawiamy. Bo istniejące miejsca są niewystarczające – albo skłócone, albo opłacone przez jeden kapitał, co w efekcie oznacza blokadę, a nie dyskusję. A przecież dialog, dyskusja, okrągły stół to najpiękniejszy polski produkt eksportowy – mówi Lisiecki.
Zapowiada jednocześnie, że wydawane przez niego tygodniki będą budować wysokie standardy dziennikarstwa.
– Bez wątpienia media są czwartą władzą, czasami to pokazują, ale muszą być mądrą władzą – podkreśla Michał M. Lisiecki. – Mam nadzieję, że „Wprost” ujawnieniem afery taśmowej pokazał standardy dziennikarstwa i udowodnił, że media nie są od tego, żeby być agendą rządu i muszą być opozycją przyjazną, ale merytoryczną.
Dodaje, że „Wprost” będzie patrzeć na rząd z kredytem zaufania, ale będzie stawiać merytoryczne pytania i podnosić debatę.
– Dzisiaj widzę, że jest przychylność rządu, żeby docenić media i ich rolę w polskim społeczeństwie. Ta przyjazność rządu może być nam pomocna tylko do tego, żeby budować media jeszcze silniejsze – mówi prezes PMPG Polskie Media.
Silne media to także media, które zarabiają. Zadaniem wydawcy jest łączenie aspektów ekonomicznych i dziennikarstwa, ale – jak podkreśla Lisiecki – to nie oznacza ograniczania wolności słowa.
– Naszą rolą jest pomagać dziennikarzom budować standardy, pogłębiać wiedzę, rozwijać i szkolić się do nowych mediów. Trzeba pamiętać o tym, że to też daje możliwości, bo jeśli dziennikarz dziś ma nie tylko pisać, lecz także rejestrować dźwięk, nagrywać obraz i wrzucać to do sieci, to też tworzy dodatkowe budżety – mówi wydawca „Wprost”.
W czwartek Lisiecki otrzymał wyróżnienie od przedstawicieli Instytutu im. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego – godło Polski, które wisiało w gabinecie ostatniego prezydenta II RP. Jak podkreślali członkowie Instytutu, to wyraz dla uznania odwagi i bezkompromisowości oraz działalności w polskim interesie narodowym.
– Lisiecki ryzykuje, podejmuje ważne wyzwania, które wywołały niemało zamieszania. Ale nie o zamieszanie chodzi, tylko o to, żeby dążyć za wszelką cenę do prawdy i żeby z tego była korzyść dla sprawy polskiej – wyjaśnia prof. Wiesław Jan Wysocki, prezes Instytutu im. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. – Prezydent Kaczorowski uczył nas tych pozytywów, tego, jak być dumnym, jak nosić wysoko biało-czerwoną flagę.
– Uważam, że powinno się takich ludzi wyróżniać i pokazywać, żeby młodzież miała wzorce i mogła brać przykład z tych ludzi – dodaje Grażyna Pikulska, siostra cioteczna prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego.
Co roku na narty w Alpy wyjeżdża 250 tys. Polaków. Stają się przy tym coraz bardziej wymagającymi klientami

W ubiegłym sezonie zimowym wyjazd na narty wybrało 28 proc. wszystkich wyjeżdżających zimą Polaków. Niesłabnącą popularnością cieszą się Alpy, na które decyduje się 250 tys. osób. Blisko 80 proc. z nich wybiera Włochy i Austrię, rośnie też zainteresowanie francuskimi miejscowościami. Klienci częściej wybierają sprawdzone biura podróży, a podczas wyjazdu wymagają od organizatora rozrywek i animacji.
– Do wszystkich krajów alpejskich, czyli Austrii, Włoch, Szwajcarii i Francji, wyjeżdża ćwierć miliona osób rocznie. Liczbę klientów wybierających Włochy szacujemy na 100 tys. osób, nieco mniej wybiera Austrię, natomiast do Francji jeździ 15-20 tys. osób – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Starkowski, prezes zarządu biura podróży 360°, do którego należy m.in. SnowShow oraz Chilling.
Coraz więcej Polaków decyduje się na zimowy wyjazd na narty. Jak wynika ze statystyk rezerwacyjnych serwisu Travelplanet.pl, w ubiegłym sezonie odsetek miłośników nart wzrósł z 21 do 28 proc. Turyści najchętniej wybierają kraje europejskie – do Włoch i Austrii wyjazd zarezerwowało 80 proc. z nich. Rośnie też popularność francuskich kurortów, dotychczas mniej obleganych przez polskich turystów.
– Dla osób, które szukają lepszej ceny, niezawodne jest Risoul we Francji, gdzie oprócz trzygwiazdkowych apartamentów mamy też świetnie wyposażone czterogwiazdkowe. Są też destynacje znane, z dużą liczbą tras. Dobrze sprzedają się również Trzy Doliny we Francji, jeździmy do Les Menuires czy Val Thorens. Sprawdza się także Helicamp, czyli drop z helikoptera organizowany w La Rosière – wskazuje Starkowski.
Choć tygodniowy wyjazd w Alpy jest droższy niż pobyt w polskich górach, to za wyższą cenę klienci zyskują też wyższą jakość – gwarancję śniegu, nowoczesną infrastrukturę i tym samym możliwość przejechania większej liczby kilometrów tras narciarskich. Co więcej, można też łatwo obliczyć koszt wyjazdu, bo wystarczy wykupić jeden skipass. Klienci większą wagę przywiązują też do organizatora wyjazdu.
– Coraz mniej ludzi jeździ z biurami podróży typu no name, raczej szukają sprawdzonych touroperatorów – zaznacza Starkowski i tłumaczy, że to kwestia niezawodności danego biura. – Musimy sobie zadać pytanie, czy zaoszczędzenie 50 czy 100 zł warte jest zbierania uczestników po całej Polsce, koczowania 2 godziny w oczekiwaniu na klucze czy rozbicie ekipy między parę apartamentów.
Jak podkreśla właściciel SnowShow, większość naszych uczestników jest zainteresowana rozrywkami. Chcą, żeby nie był to tylko przyjazd na miejsce, rozdanie skipassów, ale coś więcej – warsztaty barmańskie, animacje, koncerty i imprezy.
Warszawa przygotowuje się do świąt. Liczne atrakcje mają przyciągnąć turystów

Bożonarodzeniowe jarmarki, lodowiska i iluminacje – takimi atrakcjami Warszawa chce przyciągać turystów w okresie świątecznym. Końcówka grudnia i początek stycznia to dobry czas, by odwiedzić stolicę. Mniejsza liczba wydarzeń biznesowych powoduje, że lepiej odczuwalna jest lokalna atmosfera.
– Warszawa przygotowuje się na święta już od jakiegoś czasu. Na PGE Narodowym mamy zimowe miasteczko, Zimowy Narodowy, trzy lodowiska, górka i dużo atrakcji sportowych. Zaraz obok Warszawski Jarmark Świąteczny. Drugi kluczowy to oczywiście jarmark na Starym Mieście, przy Barbakanie. Takich jarmarków będzie w Warszawie kilka, np. na Żoliborzu czy Bielanach – mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Białkowska, dyrektor biura Warszawskiej Organizacji Turystycznej.
Warszawskie jarmarki co roku przyciągają tłumy mieszkańców i turystów. Jak wyjaśnia Białkowska, to okazja, by spróbować regionalnych świątecznych przysmaków, kupić prezenty, ale także poczuć atmosferę Gwiazdki.
– Ludzie potrzebują się zbierać, gromadzić i wspólnie przeżywać ten czas. Te jarmarki się w ten trend wpisują – mówi Monika Białkowska.
Warszawa w okresie świątecznym przygotowała także dostęp do bezpłatnych lodowisk. Oprócz tej na PGE Narodowym w mikołajkowy weekend ruszą także ślizgawki na Starówce oraz przy Pałacu Kultury od strony ulicy Marszałkowskiej.
– Żeby Warszawa miała świąteczną atmosferę, to przygotowujemy świąteczne oświetlenie ulic. 5 grudnia o 17:00 będzie zapalana choinka na pl. Zamkowym. Świąteczne lampy to nie tylko ulice miasta, lecz także takie kluczowe miejsca, jak Łazienki Królewskie czy pałac w Wilanowie – dodaje dyrektor WOT.
Z raportu IPSOS przygotowanego na zlecenie Urzędu m.st. Warszawy wynika, że w zeszłym roku stolicę odwiedziło około 7,5 mln–8,3 mln osób, z czego przeszło jedną trzecią stanowili turyści z zagranicy. Przedstawicielka Warszawskiej Organizacji Turystycznej zauważa, że okres świąteczny to dobry czas na odwiedzenie stolicy Polski.
– Warszawa jest miastem biznesowym, a święta są ewidentnie okresem niebiznesowym, więc wtedy odczuwamy atmosferę miasta. Prowadzimy projekt „Warsaw City Break”, który ma promować Warszawę na takie przyjazdy niebiznesowe, czyli np. weekendowe – mówi Monika Białkowska.
Turyści odwiedzający Warszawę potrzebują przede wszystkim kompleksowej informacji na temat wydarzeń, które odbywają się w stolicy.
– Na stronie Warsawcitybreak.com prowadzimy kalendarz dla turysty zagranicznego, który opowiada, jakiego typu atrakcji może tu doświadczyć. Pokazujemy, kiedy będą jakieś wydarzenia, imprezy, ale też to, jakie są np. wystawy w naszych kluczowych muzeach – wyjaśnia Białkowska.
Jak podkreśla, turyści chętnie uczestniczą też w lokalnych wydarzeniach, chcą spróbować regionalnych kuchni, porozmawiać z ludźmi i poczuć lokalną atmosferę.
Popołudniowy komentarz walutowy z 03.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 03.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 03.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 03.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Piotr Kuczyński DI Xelion: Polska giełda w niełasce zagranicznych inwestorów

Analitycy nie mają dobrych wieści dla posiadaczy akcji na warszawskiej giełdzie. Według nich sytuacja na polskiej scenie politycznej odstrasza inwestorów zagranicznych. Niepokoi ich zarówno stosunek nowego rządu do giełdowych spółek, jak I jego zapowiedzi dotyczące decyzji gospodarczych. Prawdopodobne jest też dalsze osłabienie złotego.
– Polska giełda w tej chwili jest w totalnej niełasce zagranicy i dopóki nie wyjaśnią się czynniki zależne wyłącznie od polityków, dopóty będzie w niełasce –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Jest kwestia sektora energetycznego, tego, czy rzeczywiście spółki energetyczne będą przejmowały kopalnie, jak to będzie obciążało ich wyniki, i kwestia sektora bankowego.
Tylko w ciągu ostatniego miesiąca WIG20 stracił ponad 7 proc., a od wyborów prezydenckich ponad 20 proc. Już tylko zapowiedź opodatkowania aktywów bankowych i to wraz z udzielonymi przez banki kredytami wywołała przecenę ich akcji. To jednak, jak mówi Piotr Kuczyński, tylko jedna i to nie najpoważniejsza z przyczyn zaniepokojenia inwestorów.
– Ważne jest też to, jak będzie rozwiązana kwestia kredytów walutowych. To może uderzyć w sektor bankowy dużo potężniej niż podatek bankowy. Dopóki te sprawy nie zostaną wyjaśnione, to zagranica do nas nie przyjdzie. A i tak zagranica może się obawiać, bo coraz głośniej mówi się o tym, że w przypadku braku pieniędzy rząd może sięgnąć po środki z OFE.
Ostatnie wypowiedzi wicepremiera Mateusza Morawieckiego także nie poprawiły nastrojów na polskiej giełdzie. Zapowiedź nowelizacji budżetu, czyli zwiększenia deficytu budżetowego w tym roku, oraz deklaracja, że w przyszłym deficyt może być jeszcze wyższy, mogą zostać potraktowane negatywnie przez rynek.
– Zapowiedź zwiększenia deficytu do 3,3–3,4 proc. PKB jest lekko ryzykowna i to nie z punktu widzenia Komisji Europejskiej – ocenia główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Bo procedura nadmiernego deficytu trwa, wpierw trzeba zrobić ten budżet, będzie 3,4 proc. w 2016 r., w 2017 r. być może Komisja rozpocznie procedurę, w 2018 r. będzie obowiązywała, mamy dwa lata, to mnóstwo czasu. Rozumiem wicepremiera, że od tej strony się nie boi, tylko pytanie, jak rynki to potraktują,
Jeżeli jednak deficyt rzeczywiście zostanie zwiększony do 3,4 proc. PKB, to z pewnością osłabi złotego, a zagraniczne inwestycje w polskie akcje staną się jeszcze bardziej ryzykowne.
– Szczególnie, jeżeli gracze sobie uświadomią, że w lutym zmienia się Rada Polityki Pieniężnej, ośmiu członków zostanie wymienionych przez Senat, Sejm i prezydenta, czyli z rekomendacji Prawa i Sprawiedliwości. A skoro Paweł Szałamacha mówi, że jest pole do obniżki, to prawie na pewno będzie obniżka stóp procentowych, co złotemu pomagać nie będzie – zwraca uwagę Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion.
Madkom chce łączyć systemy informatyczne w samorządach w jedno kompleksowe rozwiązanie. Przyszłością są też centra usług wspólnych
Zajmująca się dostarczaniem informatycznych systemów dla samorządów firma Madkom widzi przyszłość tego rynku w łączeniu istniejących rozwiązań w jeden system. Pierwsze samorządy szykują się też do tworzenia centru usług wspólnych, które zajmie się informatyczną obsługą grup gmin. Takie rozwiązanie pozwoli nie tylko obniżyć koszty działania władz lokalnych, lecz także poprawi jakość ich obsługi.
– Najważniejsze innowacje, które w tej chwili bierzemy pod uwagę, to innowacje związane z łączeniem wielu systemów wyspowych w jedno duże rozwiązanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Szczechowiak, prezes zarządu informatycznej firmy Madkom, której klientami są głównie samorządy. – Daje to takie korzyści urzędnikom w urzędach, że gdy dokument wpływa do urzędu, to informacja z tego dokumentu pojawia się w systemach podatkowych, w systemach budżetowych i także w drugą stronę może wrócić do swojego nadawcy, czyli do mieszkańca bądź przedsiębiorcy.
Jak podkreśla, samorządami, które są najbardziej zaawansowane we wdrażaniu rozwiązań informatycznych, są samorządy z południa Polski, głównie z województwa śląskiego i małopolskiego. Jeden z klientów spółki z województwa małopolskiego już pozyskuje inne samorządy do projektu budowy centrum usług wspólnych, które ma świadczyć usługi dla około 14 okolicznych samorządów. To także przyszłość tego rynku – ocenia Grzegorz Szczechowiak.
– Będą się tworzyły centra usług wspólnych, gdzie samorządy będą łączyły swoje siły po to, by budować jedno centrum, w którym będzie obsługiwane np. pięć samorządów, co pomoże obniżyć koszty użytkowania tych systemów informatycznych, a także scentralizować pewną wiedzę i kompetencje w jednym miejscu. I ta wiedza, i te kompetencje będą wpływały na jakość świadczonych przez samorządy usług.
Centra usług wspólnych, z których chętnie korzystają firmy, potrafią przynieść oszczędności rzędu 40–50 proc. Także samorządy mogą liczyć na to, że outsourcing obsługi informatycznej będzie kosztował mniej. Prawdziwym zyskiem związanym z takim rozwiązaniem będzie jednak wyższa jakość usług.
– Najważniejszym elementem budowy centrum usług wspólnych jest to, że można scentralizować wiedzę i zbudować kompetencje wokół tej wiedzy –tłumaczy Grzegorz Szczechowiak. – Największą bolączką samorządów jest to, że nie mogą zatrudnić informatyków na bardzo wysokim poziomie technicznym i organizacyjnym i zbudować centrum serwerowego, utrzymaniowego też na wysokim kompetencyjnym poziomie.
Budowa centrów usług wspólnych pozwoli dobrze wyszkolić kadrę bądź utrzymać na wysokim poziomie wiedzę kadry, która w tym centrum będzie pracowała. Zatrudnieni tam ludzie będą świadczyć usługi i bardziej kompetentnie, i szybciej niż dotąd. Zdaniem prezesa Madkomu to wcale nie musi być odległa przyszłość.
– To jest dosyć ciekawa sytuacja – podkreśla prezes zarządu Madkomu. – W momencie, kiedy wdrażano elektroniczny podpis w Polsce, wszyscy stawiali bariery temu podpisowi i przez dobre dwa lata praktycznie wszyscy stawali okoniem, żeby używać podpisu elektronicznego. W pewnym momencie, bez żadnej zmiany przepisów, zmieniła się w jakiś sposób mentalność ludzka i w ciągu dwóch lat cały proces zaczął szybko postępować.
Jak uważa Grzegorz Szczechowiak, podobnie powinno być z tworzeniem centrów usług wspólnych przez samorządy.
– Tak naprawdę nie wiemy, co jest katalizatorem tego, że ten proces nagle wystartuje i nagle pójdzie do przodu, jest to może trochę zmiana mentalności samych urzędników, może trochę kwestia zbudowania świadomości wokół tego, że te rozwiązania będą przetwarzane w prywatnych chmurach, i zbudowanie w nich świadomości tego, że jest to bezpieczne rozwiązanie.
Dzięki nowej hali produkcyjnej Danwood zbuduje nawet 1,3 tys. gotowych domów rocznie. W dwa lata powstanie też 150 nowych miejsc pracy
Firma Danwood za 30 mln zł zbuduje nową halę produkcyjną. Dzięki inwestycji możliwości produkcyjne firmy wzrosną do 1,3 tys. gotowych domów rocznie. Realizacja projektu przyczyni się także do wzrostu zatrudnienia o około 150 osób w ciągu dwóch lat. Oprócz tego spółka aktywnie wspiera edukację zawodową.
– Najważniejszym planem na 2016 rok jest budowa nowej hali produkcyjnej, jesteśmy w tej chwili w trakcie przygotowań do tego przedsięwzięcia. To nam zapewni zdolności produkcyjne pozwalające na budowę około 1,2–1,3 tys. domów rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jarosław Jurak, prezes zarządu Danwood.
Obecnie moce produkcyjne to ok. 850 domów rocznie. Nowy zakład produkcyjny powstanie na terenie siedziby głównej spółki Danwood w Bielsku Podlaskim. Koszt inwestycji szacowany jest na około 30 mln zł. Budowa przyczyni się do wzrostu zatrudnienia w firmie o około 150 osób w ciągu najbliższych dwóch lat. Obecnie firma zatrudnia około 1000 osób.
Danwood produkuje gotowe domy, które zyskują coraz większą popularność wśród klientów, także w Polsce. Rozmówca podkreśla zalety, które niesie technologia budowania domów z prefabrykatów.
– Technologia jest znana od dawna, szczególnie w krajach skandynawskich i w Europie Zachodniej. W Niemczech to jest około 20 proc. rynku, w Austrii zdecydowanie ponad 30 proc. – podkreśla Jurak. – Produkcja domu trwa w sumie około 2–3 dni w zakładzie produkcyjnym, na budowie montaż to jest jeden do dwóch dni i potem wykończenie. Tu w zależności od materiałów, które klient wybrał, trwa to około 6–8 tygodni – wylicza Jarosław Jurak.
Oferta produktowa jest stale uzupełniana o nowe rozwiązania. Pojawią się one także w nadchodzącym roku.
– Myślę, że w 2016 roku wprowadzimy do oferty domy z elewacją wentylowaną, tynkowaną i nie tylko. Mogą pojawić się również płyty szklane, mogą być płyty malowane. To pozwoli na budowanie naszych domów w najtrudniejszych warunkach, w miejscach, gdzie wieje wiatr, gdzie pada deszcz, na wybrzeżach – informuje.
Oprócz inwestycji w nową halę produkcyjną oraz rozwoju oferty firma prowadzi także aktywną działalność w zakresie edukacji zawodowej. Danwood współpracuje z Zespołem Szkół z Bielska Podlaskiego oraz z Politechniką Białostocką.
– Rozpoczęliśmy program studiów podyplomowych dla studentów budownictwa. Wspieranie rozwoju pracowników budowlanych oraz kadry inżynieryjnej to są te najważniejsze rzeczy, które czekają nas w przyszłym roku – dodaje Jarosław Jurak.
Co czwarty student myśli o założeniu własnej firmy. Etat traci na atrakcyjności

Etat to dla większości Polaków najbardziej pożądana forma zatrudnienia, z którą łączą poczucie bezpieczeństwa. Młodym ludziom w nieco mniejszym stopniu niż ogółowi społeczeństwa zależy na umowie o pracę. Wprawdzie cenią stały dochód i określone godziny pracy, ale chcą mieć także poczucie niezależności. Dlatego co czwarty student ostatnich lat studiów zamierza założyć firmę – wynika z badania „Młodzi a rynek pracy” Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy.
– Badania Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy wskazują, że większość młodych ludzi chciałaby być zatrudniona w oparciu o umowę o pracę, co jest też charakterystyczne w odniesieniu do ogółu opinii społeczeństwa. Mamy też wśród młodych duży odsetek osób, które jednak planują założyć własną działalność gospodarczą i stać się przedsiębiorcą – mówił Sławosz Sawicki, dyrektor ds. koordynacji projektów strategicznych w Citi Handlowy na spotkaniu prasowym Hi-Tech Start Up, gdzie ogłoszono grono 30 firm zakwalifikowanych do konkursu spośród 106 nadesłanych zgłoszeń. Wydarzenie na Politechnice Warszawskiej połączono z prezentacją badań „Młodzi a rynek pracy” Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy.
95 proc. osób zatrudnionych na umowie o pracę jest zadowolonych z tej formy kontraktu. Na rynku pracy jest ona dominująca – na etacie pracuje trzy czwarte ogółu zatrudnionych. 66 proc. Polaków łączy go z poczuciem bezpieczeństwa. Wśród studentów odsetek ten jest dużo niższy – 39 proc. Wśród młodych 60 proc. myśli wyłącznie o etacie, a 12 proc. chciałoby w jakimś stopniu łączyć go z własną działalnością.
Prowadzenie działalności gospodarczej to dla nich większa niezależność (80 proc. wskazań) i możliwość realizowania własnych pomysłów.
– Dzisiaj coraz więcej ludzi chce zakładać własny biznes. Chodzi przede wszystkim o pełną samodzielność, nie chcą być trybikami w korporacjach, nie chcą pracować dla kogoś, ale chcą robić coś swojego. Przy okazji oczywiście chcieliby w przyszłości odnosić sukcesy, które pozwolą im być dumnymi z tego, co zrobili, ale pozwolą także zarabiać pieniądze – wyjaśnia Jacek Aleksandrowicz, wiceprezes i współtwórca Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości.
Eksperci oceniają, że w takim optymistycznym podejściu do przedsiębiorczości kryje się duży potencjał. Niezbędna jest jednak pomoc instytucjonalna. W badaniach Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy 35 proc. respondentów wskazało wsparcie finansowe jako główną pomoc przy zakładaniu biznesu oraz uproszczenie formalności z tym związanych.
– W walce z tymi barierami pomocne są inkubatory, które oferują młodym osobom możliwość założenia firmy na próbę, bez ZUS-u. Czyli można zacząć prowadzić swój biznes pod skrzydłami inkubatora, ograniczając mocno ryzyko, biurokrację i koszty – mówi Jacek Aleksandrowicz.
– Na przykładzie innych programów Fundacji Kronenberga skierowanych do start-upów widzimy, że kluczowym elementem, który wpływa na rozwój firmy na bardzo wczesnym etapie, jest dostęp do mentoringu, czyli do osób, które są w stanie pomóc młodym przejść przez tę pierwszą fazę formułowania pomysłu i modelu biznesowego – wyjaśnia Sławosz Sawicki. – Drugim ważnym elementem jest dostęp do szerokiej sieci kontaktów, czyli tzw. networking, który ułatwia nawiązać kontakty młodym firmom z branżą, z otoczeniem i przez to wyrobić sobie renomę na rynku.
Starania młodych warto wspierać, bo – jak podkreślają specjaliści – ich pomysły są świeże i innowacyjne. Pokazują to projekty zgłoszone do programu Hi-Tech Startup realizowanego wspólnie przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy i Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości. Partnerami projektu są również: Instytut Badań Stosowanych, Politechniki Warszawskiej i Urząd m.st. Warszawy. Projekt ma na celu komercjalizację koncepcji technologicznych młodych ludzi. Jak podkreśla Aleksandrowicz, do finału zakwalifikowano nie tylko innowacje stricte technologiczne, lecz także procesowe z różnych branż – od nowych technologii i medycyny, po sport i rolnictwo. Przykłady zgłoszonych prac to m.in. składana kabina prysznicowa, która przy bardzo małym zużyciu wody umożliwia całkowicie zautomatyzowany proces mycia czy drukowane w 3D dziecięce protezy dłoni i przedramienia.
– Mamy mentorów, ekspertów i doświadczonych przedsiębiorców, którzy pracują z tymi osobami nad dopracowaniem pomysłu, modelu biznesowego, modelu sprzedaży i przetestowaniem tego pomysłu na biznes. Te biznesy będą startowały w inkubatorach, żeby zobaczyć, czy na nich się da zarabiać i żeby w przyszłości pomóc uczestnikom pozyskać kapitał na rozwój i prowadzenie biznesu na dużą skalę – wyjaśnia Jacek Aleksandrowicz.
Prof. L. Balcerowicz: podniesienie płacy minimalnej czy program 500 zł na dziecko mogą doprowadzić do rozwoju szarej strefy

Część propozycji nowego rządu może się przyczynić do wzrostu szarej strefy – ocenia prof. Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady FOR. Impulsem do jej rozwoju będzie podnoszenie płacy minimalnej, czyli kosztu dla pracodawcy, który skłoni niektórych do zatrudniania na czarno. Z kolei uzależnienie otrzymania wsparcia na dzieci od dochodów może skłaniać rodziców i opiekunów do ukrycia części dochodów.
– Każdy oczywiście chciałby więcej zarabiać, ale przedsiębiorstwa prywatne oceniają, ile pracownik może wnieść do danej firmy. Jeżeli on ma na razie niskie kwalifikacje, nie ma stażu, to niewiele może zrobić, w związku z tym płaca nie może być wysoka. Jeżeli się podbije wymaganą płacę, czyli płacę minimalną, to przedsiębiorstwa prywatne zatrudnią na szaro – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria prof. Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Według wyliczeń Forum Obywatelskiego Rozwoju w szarej strefie pracuje obecnie około 2 mln Polaków, co stanowi blisko 10 proc. ogółu osób zatrudnionych w naszym kraju. Tak duża skala zjawiska to efekt wysokiego opodatkowania pracy.
– Szczególnie dotyczy to osób o niższych zarobkach legalnych, niższych kwalifikacjach, stąd oczywistą propozycją jest obniżenie opodatkowania pracy. Ale żeby skompensować utratę dochodów budżetu, należałoby wyrównać stawki VAT. Takich propozycji jednak nie słyszymy – mówi Balcerowicz.
Od stycznia 2016 roku płaca minimalna wzrośnie do 1850 zł brutto.
Według ekonomisty do rozwoju szarej strefy może się także przyczynić zapowiedź wypłat 500 zł na dziecko.
– Obietnica ta będzie skłaniała, przynajmniej niektóre osoby, do tego, żeby przechodzić do szarej strefy, bo inaczej pozbawione zostałyby zasiłku, gdyby nadal pracowały legalnie. Takich bodźców pchających ludzi do szarej strefy, która i tak w Polsce jest za duża, jest w programie PiS-u dużo więcej – ocenia Leszek Balcerowicz.
Ekonomista negatywnie ocenia dotychczas przedstawione propozycje gospodarcze PiS. Jak podkreśla, brakuje w nich zapowiedzi konkretnych reform ważnych dla gospodarki, a te zaproponowane mogą być dla niej groźne. Do takich zalicza ponowne obniżenie wieku emerytalnego czy podatek bankowy, który może uderzyć w akcję kredytową, największe problemy mogą mieć małe i średnie firmy. Balcerowicz uważa, że grozi to czarnym scenariuszem rozwoju sytuacji gospodarczej kraju.
Jak wynika z wrześniowego raportu FOR, największymi problemami polskiej gospodarki są starzejące się społeczeństwo i brak ludzi do pracy, niska stopa inwestycji i słaby poziom ogólnej efektywności. W zależności od tego, jak politycy będą się starali je rozwiązywać, FOR przygotował trzy scenariusze rozwoju gospodarczego kraju.
Pierwszy z nich zakładał, że rząd nie przeprowadzi żadnych reform gospodarczych, a poziom inwestycji będzie utrzymany na niewielkim poziomie. W przypadku realizacji takiego scenariusza wzrost produktywności naszej gospodarki będzie niewielki, a Polska praktycznie w ogóle przestałaby doganiać kraje Zachodu.
– Drugi scenariusz jest jeszcze gorszy – to brak reform, ale i cofanie niektórych reform – tłumaczy Leszek Balcerowicz. – W tym scenariuszu wzrost był także wolny, na dodatek byłoby większe ryzyko kryzysu. Nie mówię o tym, że on się zdarzy za miesiąc, ale mówię, że ryzyko by wzrosło.
Trzeci scenariusz – według FOR najlepszy dla Polski – zakłada wprowadzenie środków zaradczych i przeprowadzenie głębokich reform. Powinny one prowadzić do zwiększenia aktywności zawodowej osób starszych (np. przez eliminację możliwości przedwczesnego opuszczania rynku pracy), kobiet (łatwiejsze łączenie obowiązków zawodowych i rodzinnych) oraz osób młodych, ułatwiając im wejście na rynek pracy. Kolejnym postulatem jest pobudzanie inwestycji. FOR rekomenduje m.in. uproszczenie systemu podatkowego i usprawnienie działalności sądów.
Polska opóźnia wdrożenie elektronicznego rejestru przedsiębiorców transportu drogowego. Grożą nam za to kary
Przyłączenie Polski do elektronicznego rejestru przedsiębiorców transportu drogowego pozwoliłoby zwiększyć bezpieczeństwo usług przewozowych. Wszystko dzięki wyeliminowaniu z rynku nieuczciwych przedsiębiorców. Niestety, Polska opóźnia się z wdrożeniem rejestru, dlatego Komisja Europejska skierowała sprawę przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości UE.
Skarga na Polskę związana była z brakiem krajowego elektronicznego rejestru przedsiębiorców transportu drogowego i połączenia między tym rejestrem a rejestrami w innych państwach UE. Kraje członkowskie miały na to czas do końca grudnia 2012 roku.
– Nie musi to jednak oznaczać nałożenia na Polskę kar finansowych, jeśli oczywiście szybko szybko nadrobimy zaległości – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adrian Furgalski wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – To, że nie mamy tego rozwiązania, niesie jednak konsekwencje dla przedsiębiorców, którzy korzystają z usług transportu drogowego. Rejestr miał być wspólnym zbiorem informacji zarówno o naszych firmach, jak i o firmach w innych krajach.
To o tyle istotne, że Polska jest bardzo ważnym graczem na unijnym rynku przewozowym. W elektronicznym rejestrze dostępne byłyby informacje na temat tego, czy dana firma ma licencję, czy jest zarejestrowana i czy może wykonywać przewozy. Jak podkreśla Furgalski, zwiększyłoby to bezpieczeństwo w tym segmencie usług. Dziś jedna trzecia wszystkich nieprawidłowości na rynku to wyłudzenia towarów przez nieuczciwe firmy.
– Byłby to więc mocny bat na złodziei, którzy podszywają się pod uczciwych przedsiębiorców. Byłaby to także dobra baza informacji dotycząca całej historii firmy i osób, które firmę prowadzą pod względem naruszeń, a więc swoisty katalog informacji o tym, czy firma nie tylko jest wiarygodna, lecz także czy rzeczywiście wypełnia swój obowiązek – mówi Adrian Furgalski.
KE podkreśla, że wpłynie to również na zwiększenia bezpieczeństwa na drogach. Połączenie rejestrów krajowych umożliwi przepływ informacji o możliwych naruszeniach popełnianych przez firmy przewozowe (np. przekraczania dopuszczalnego czasu prowadzenia pojazdu albo fałszowania zapisów tachografu).
– Rejestr to pełny katalog wiedzy, która jest potrzebna do tego, żeby oczyścić ten rynek, usprawnić jego funkcjonowanie i poprawić bezpieczeństwo na naszych drogach. Ci, którzy łamali przepisy, powinni być przez samo znalezienie się w takim rejestrze, w tej czarnej rubryce, z tego rynku eliminowani – podkreśla Adrian Furgalski.
Jak podkreśla, koszt takiego systemu można oszacować na 20–25 mln zł, a roczne jego utrzymanie na 2–3 mln zł. To jednak niewiele w porównaniu do korzyści jakie przyniesie on branży i gospodarce.
Polska staje się zagłębiem projektowym dla przemysłu stoczniowego. Atutem są polscy inżynierowie

Na rynku działa ok. 40 firm projektujących statki, ale są też firmy świadczące bardziej specjalistyczne usługi inżynierskie. Zagraniczne koncerny przyciąga nad Wisłę wykwalifikowana kadra i dostępne zasoby inżynierów. Coraz większą rolę w branży odgrywa projektowanie i konstruowanie statków pasażerskich. Z powodu spadających cen ropy naftowej zmniejszyło się natomiast zainteresowanie masowcami.
– W Polsce jest około 40 firm zajmujących się stricte projektowaniem statków. Oprócz tego jest prawdopodobnie drugie tyle firm dostarczających inne usługi inżynierskie, specjalizujących się tylko w obliczeniach, usługach elektrycznych czy projektowaniu dźwigów dla dostawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Sztelwander-Zięba, dyrektor polskiego oddziału grupy projektowej Deltamarin. – To jest ogromna rzesza ludzi pracujących przy projektowaniu. Myślę, że w sumie ok. 2 tys. inżynierów jest zatrudnionych w firmach, które są związane z przemysłem morskim.
Deltamarin to fińska firma projektująca statki. W Polsce prowadzi działalność od 2008 roku. Jak podkreśla Sztelwander-Zięba, to była przemyślana biznesowa decyzja. Dziś coraz więcej skandynawskich firm decyduje się na taki krok. Jednym z powodów, dla których to robią, są niższe koszty,
– Bardzo duży wpływ na decyzje biznesowe dużych zachodnich firm projektowych ma fakt, że Polska jest krajem, gdzie dostępne są usługi projektowe i zasoby inżynierskie, które powoli znikają w innych krajach – wyjaśnia Sztelwander-Zięba. – Polscy projektanci od zawsze pracują na międzynarodowym rynku, w związku z tym standardy pracy są zbliżone do tych, jakie obowiązują w Finlandii.
Jak wyjaśnia, w ostatnim roku w przemyśle stoczniowym zaszły istotne zmiany. Ze względu na niskie ceny ropy na świecie był to gorszy okres dla produkcji offshore’owej, czyli jednostek przeznaczonych do obsługi przemysłu poszukiwawczego, wiertniczego czy wydobywczego.
– Przez ten czas niezwykle rozwinął się rynek związany z projektowaniem i produkcją nowych cruiserów i statków pasażerskich – mówi dyrektor polskiego oddziału Deltamarin. – Mamy dwa nowe kierunki na świecie, czyli Kubę, która stała się atrakcyjnym miejscem dla firm pasażerskich, oraz Chiny. Jest już pierwszy statek, który został wyprodukowany przez Norwegian Cruise Line, wielki cruiser, który rozpoczął ekspansję na rynku chińskim, i kolejni armatorzy starają się usadowić na tym rynku.
Grupa Deltamarin świadczy usługi żegludze, przemysłowi stoczniowemu i morskiemu na całym świecie. Są to zarówno usługi inżynierskie od studiów wykonalności i opłacalności poprzez rozwój koncepcji, fazę projektów kontraktowych do kompletnej dokumentacji technicznej i warsztatowej łącznie z prowadzeniem nadzorów w stoczniach na całym świecie. Grupa zatrudnia ok. 350 projektantów w swoich oddziałach w Europie i Azji.
– Nasz oddział, jako firma polska, po raz pierwszy pokazał własny produkt w tym roku na targach Baltexpo. To jest projekt małego ekonomicznego, kompaktowego promu z napędem LNG – mówi Sztelwander-Zięba.
DeltaLinx to prom pasażersko-samochodowy, który ma być przeznaczony na krótkie trasy między mniejszymi miejscowościami. Kompaktowe rozmiary pozwolą na manewrowanie w zatłoczonych portach.
2/3 gimnazjalistów spotkało się w szkole z różnymi przejawami agresji. Ofiary często pozostają same ze swoim problemem

Największym problemem wśród gimnazjalistów nie jest przemoc siłowa, a słowna – wynika z badań IQS. Spotkało się z nią aż 81 proc. uczniów, a jedna trzecia twierdzi, że sami byli obiektem drwin, pod ich adresem padały wyzwiska lub przykre komentarze. 38 proc. uczniów przyznaje, że zetknęli się z sytuacjami, gdy dokuczano komuś w serwisach społecznościowych. Rodzice twierdzą, że skala problemu nie jest aż tak duża i często bagatelizują niepokojące sygnały.
– Z badań wynika, że tylko co dziesiąty nastolatek nie zetknął się z żadnym z przejawów przemocy szkolnej. Natomiast aż 2/3 doświadczyło przynajmniej pięciu typów zachowań. To jest przerażająca liczba – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Marta Rybicka, business unit manager w IQS. – W badaniach koncentrowaliśmy się głównie na uczniach gimnazjum, bo to oni są w trudny wiek.
Ofiara ze swoim problemem najczęściej zostaje sama, bo boi się przyznać przed rodzicami czy nauczycielami do tego, że nie jest akceptowana przez środowisko. Nie może też liczyć na wsparcie rówieśników. W 1/3 przypadków zachowań agresywnych młodzież nie reaguje.
– Nastolatki twierdzą, że częściej spotykają się z przejawami przemocy słownej, ale należy też pamiętać o tym, że pod tym sformułowaniem może kryć się wiele obszarów. To jest również przemoc online, ośmieszanie, szantaż czy oszustwo. Skala tego zjawiska jest ogromna. Niemal każdy nastolatek się z czymś takim zetknął – tłumaczy Marta Rybicka. – Przemoc siłowa jest na drugim miejscu, zdarza się nieco rzadziej i ma bardziej jednoznaczny wymiar.
Niemal każdy nastolatek dysponuje smartfonem z dostępem do internetu i bardzo aktywnie funkcjonuje w przestrzeni wirtualnej. Jak wynika z badań, 38 proc. uczniów przyznaje, że zetknęli się z sytuacjami, gdy dokuczano komuś na Facebooku lub w innym serwisie społecznościowym.
– Przemoc online to na przykład formułowanie obraźliwych treści pod adresem swoich rówieśników. Przyjmuje to często formę hejtu i może się skończyć tragicznie. Mamy nawet przykłady samobójstw popełnianych z tego powodu. W internecie nastolatki czują się bezpiecznie, a jednocześnie bezkarnie i bardzo często to wykorzystują – mówi Marta Rybicka.
Dlatego też tematyka agresji i przemocy wśród nastolatków powinna być poruszana chociażby na godzinach wychowawczych. To najlepsza okazja do rozmów o godności, prawidłowym funkcjonowaniu w grupie i życzliwości wobec innych osób.
– W szkole często warunki, w jakich młodzież funkcjonuje, są trudne. Nie ma ciekawych zajęć dodatkowych i panuje pewna presja. Nie rozwiązuje się na bieżąco konfliktów, nie uczy się dzieci pracy w grupie, wzajemnego poszanowania, funkcjonowania w społeczności, tego, że należy się wspierać, rozmawiać i przede wszystkim szanować – mówi Marta Rybicka.
Badania pokazują, że rodzice nie zdają sobie sprawy z intensywności zjawiska. Ich zdaniem styczność z negatywnymi zachowaniami ma mniej niż połowa dzieci (47 proc.). Z jednej strony to niewiedza, z drugiej – lekceważenie problemu przez dorosłych. Nawyki i wzorce wyniesione z domu mają ogromne wpływ na zachowania dzieci w szkole.
– Dzieci często nie wyniosły z domu jasnego kanonu norm: co jest dobre, co jest złe, jak należy postępować, więc mają kłopot i nie potrafią się odnaleźć. Bardzo ważna jest atmosfera w rodzinie. W niesprzyjającej atmosferze dziecko źle się rozwija i inaczej reaguje na pewne rzeczy. Nie jest bezpieczne, nie jest spokojne i też przenosi tę swoją złość – podkreśla Marta Rybicka.
Rodzice są łagodniejsi w ocenie sytuacji często ze względu na to, że nie ma ich na miejscu zdarzenia i nie wiedzą wszystkiego albo sami nie mają przykrych doświadczeń ze szkolnych czasów. Spora grupa opiekunów (20 proc.), pomimo poinformowania o sytuacji związanej z przemocą, nie podjęła żadnych, konkretnych działań. Co trzeci rodzic zdecydował się nawet na interwencję w szkole.
Badania na temat przemocy w szkołach zostały przeprowadzone przez IQS z okazji Światowego Dnia Godności.
Co piąty Polak jest wolontariuszem. Coraz częściej w pomoc innym angażują się pracownicy i prezesi firm

W wolontariat angażuje się coraz więcej osób. Często w różnego rodzaju akcje społeczne, ekologiczne czy pomoc potrzebującym włączają się całe rodziny i firmy. W ramach wolontariatu kompetencji swoimi doświadczeniami i wiedzą coraz chętniej dzielą się osoby z najwyższego szczebla menadżerów. Wciąż jednak wolontariuszy jest zbyt mało. W zachęcaniu pomóc może mówienie o korzyściach, jakie wolontariat niesie nie tylko obdarowanym, ale i pomagającym.
W wolontariat rozumiany jako działalność na rzecz organizacji lub grup społecznych angażuje się kilkanaście procent społeczeństwa. Najchętniej biorą udział w przedsięwzięciach o charakterze akcyjnym, w ramach których do wykonania jest konkretne zadanie. To jednak stopniowo się zmienia i pojawia się coraz więcej form aktywności społecznych.
– Skala wolontariatu w Polsce rośnie. Mamy bardzo zróżnicowany wolontariat, to już nie jest tylko wolontariat akcyjny, lecz także rodzinny czy kompetencji. Coraz częściej staje się on częścią aktywności instytucji czy firm, np. wolontariat pracowniczy – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii.
Firmy w tego rodzaju działaniach dostrzegają szansę pozytywnej integracji pracowników. Jeszcze do niedawna wolontariat pracowniczy to były pojedyncze akcje, nakierowane na wykonanie jakiegoś zdania. Dziś coraz częściej przyjmuje to formę wolontariatu kompetencji. Jak podkreśla Łukasiak, korzyści są obustronne. Uczestnicy tego wolontariatu otrzymują wiedzę, która często dla nich jest niedostępna.
– Proszę sobie wyobrazić wolontariat kompetencji prowadzony przez członków zarządu czy menadżerów wysokiego szczebla. Na co dzień młodzi ludzie nie mają dostępu do osób mających takie kwalifikacje. Dla osób, które przygotowują jakieś przedsięwzięcie, projekt społeczny czy start-up biznesowy takie doradztwo, dzielenie się własnymi życiowymi i biznesowymi doświadczeniami mają ogromne znaczenie – mówi prezes Akademii Rozwoju Filantropii.
Z drugiej strony, jak wskazują badania, wolontariusze kompetencji rozwijają w ten sposób umiejętność pracy w grupie, planowania czy dążenia do celu, stają się także bardziej empatyczni.
– Wolontariat kompetencji to po trosze transakcja, z której obie strony czerpią korzyści, potrzeba zmieniania świata, ale i konieczność – mówi Mariusz Gaca, wiceprezes Orange Polska, uczestnik Koalicji Prezesi-wolontariusze. – Orange Polska uczy ludzi na początku swojej drogi życiowej i seniorów tego, w jaki sposób mądrze i bezpiecznie korzystać z internetu. Tempo, w jakim świat wokół nas się zmienia, i ilość nowych narzędzi, nowych doznań, które się pojawiają, sprawiają, że jest konieczność pomagania ludziom w odnalezieniu się w tym. My, jako firma telekomunikacyjna, mamy na ten rozwój kompetencji cyfrowych duży wpływ.
W Orange wolontariat pracowniczy działa od 13 lat. 3 tys. wolontariuszy z firmy regularnie udziela się w różnych inicjatywach. Są mikołajami podczas świąt Bożego Narodzenia, tworzą bajeczne kąciki dla dzieci w świetlicach, uczą dzieci korzystać z internetu oraz z numerów alarmowych w sytuacji zagrożenia.
Często w firmach przykład idzie z góry. W ramach Koalicji Prezesi-wolontariusze działają menadżerowie z największych polskich przedsiębiorstw, banków i firm finansowych, spółek wydobywczych, firm telekomunikacyjnych oraz koncernów spożywczych. Wszystkich łączy przekonanie, że przy dzieleniu się wiedzą, zyskują obie strony.
– Mamy 30 pań i panów prezesów, członków zarządu. To grono osób zdecydowanie chętnie dzieli się swoimi doświadczeniami – podkreśla Mariusz Gaca. – Widzę na przestrzeni lat, że ten trend ma tendencję wzrostową, czyli coraz więcej jest osób, które chcą się dzielić swoimi kompetencjami w ramach wolontariatu. Ciągle jest to jednak za mało, a im więcej, tym lepiej.
Eksperci podkreślają, że dużym wyzwaniem jest zachęcanie Polaków do wolontariatu. Szczególnych starań wymaga motywowanie przedstawicieli pokolenia Y, czyli urodzonych między 1980 a 2000 rokiem.
– To nie jest pokolenie, któremu można coś kazać, to jest pokolenie, które należy inspirować. Oni chcą mieć moc sprawczą, chcą mieć wpływ na to, co robią, ale i swobodę działania. Z całą pewnością pomocne w zachęcaniu ich będzie stworzenie dobrego, odpowiedzialnego społecznie środowiska pracy, które sprzyja działaniom społecznym – wyjaśnia Artur Nowak-Gocławski, członek zarządu ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych.
Jak podkreśla, przedstawiciele generacji Y angażują się nie mniej niż innych pokoleń. Jednak za 10 lat będą oni stanowili trzy czwarte polskiego rynku pracy i ze względu na ten potencjał potrzebne są dodatkowe zachęty kierowane właśnie do tych osób.
Wolontariusze z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych organizują zajęcia w szkołach, uczą dzieci przedsiębiorczości odpowiedzialnej społecznie i finansów. Chcą też angażować się w edukację ludzi starszych.
O rozwoju wolontariatu pracowniczego i sposobach zachęcania młodych do większego zaangażowania dyskutowano podczas III Konferencji Koalicji Prezesi-wolontariusze objętej Honorowym Patronatem Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. W debacie, która odbyła się 25 listopada w Warszawie, wzięli udział przedstawiciele Koalicji, grono top menadżerów, dyrektorów i konsultantów HR oraz przedstawiciele organizacji pozarządowych. Spotkanie zorganizowano z okazji zbliżającego się Międzynarodowego Dnia Wolontariusza,który obchodzony jest 5 grudnia.
Popołudniowy komentarz walutowy z 02.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 02.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
W Chinach kupujemy 10 razy więcej niż eksportujemy

Zakończona wizyta Prezydenta Andrzeja Dudy w Chinach i zainaugurowane w jej trakcie Polsko-Chiński Forum Gospodarcze stają się dobrą sposobnością do przyjrzenia się relacjom polskich przedsiębiorców z partnerami z Państwa Środka. Chociaż z roku na rok dynamicznie rośnie polski eksport do Chin (w 2014 roku był dwukrotnie wyższy niż 5 lat wcześniej), to jednak w porównaniu do innych państw europejskich rynek chiński pozostaje ciągle niedostatecznie wykorzystany przez firmy znad Wisły, a zyski ze sprzedaży polskich produktów są dziesięciokrotnie niższe niż koszty zakupu chińskich towarów.
Chińczycy piją polskie mleko i jedzą polskie czekoladki
Dane z ostatnich lat pokazują, że import polskich produktów przez Państwo Środka systematycznie rośnie, osiągając prawie 6-procentowy wskaźnik w skali roku. Co ciekawe, tendencja wzrostowa w tym względzie ciągle się utrzymuje, mimo że proces nabywania towarów pochodzących zza Chińskiego Muru dość gwałtownie w ostatnim czasie wyhamował. Naszym atutem pozostaje wysoka jakość za stosunkowo niską cenę.
W procesie eksportu do ChRL-u na topie są przede wszystkim produkty spożywcze, w tym przetwory mleczne, wieprzowina i słodycze. Warto zauważyć, że w ostatnim przypadku nastąpił dynamiczny wzrost – wartość sprzedaży łakoci w 2014 roku wzrosła przeszło 10-krotnie w porównaniu z rokiem 2013. Oprócz tego polskie firmy wysyłają do Chin wyroby kosmetyczne, chemiczne, metalurgiczne i maszyny, w tym od niedawna w dużej mierze urządzenia górnicze służące efektywnemu wydobyciu węgla. Jest to bezpośrednio związane z procesem modernizacji sektora paliw kopalnych w ChRL-u.
Mimo stałego i dość dynamicznego wzrostu polskiego eksportu do Chin, daleko nam jednak do wyrównania czy nawet częściowego zbilansowania wymiany handlowej z tym państwem. W 2014 roku polskie firmy osiągnęły zysk 2 mld złotych za sprzedane chińskim kontrahentom produkty, ale jednocześnie wydały przeszło 20 mld złotych za towary u nich zakupione.
Władze pomagają nawiązać kontakty gospodarcze z chińskimi partnerami
Do jeszcze większego wzrostu powyższych wskaźników przyczynić się mają systematyczne w ostatnim czasie wizyty polskich władz w Chinach i udział w forach gospodarczych, których ideą jest nawiązanie przy pomocy centralnych ośrodków politycznych kontaktów handlowych i inwestycyjnych pomiędzy kontrahentami polskimi i chińskimi.
Przykładem może być czwarty już szczyt 16 państw Europy Środkowo-Wschodniej i Chin (tzw. 16+1) oraz Polsko-Chińskie Forum Gospodarcze, w którym udział wzięło blisko 80 polskich przedsiębiorców prowadzących działalność w różnych branżach i sektorach gospodarki. Wartym odnotowania jest również akces Polski do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), który w ramach specjalnego funduszu inwestycyjnego oferuje korzystne linie kredytowe.
Jak przekonują eksperci, działania takie mogą przynieść wymierne korzyści w stosunkowo krótkim czasie. Według ostatnich zapowiedzi premiera ChRL-u, chińskie spółki zamierzają w najbliższym czasie zainwestować w regionie Europy Środkowo-Wschodniej 5 mld dolarów.
Silniejsze z każdym rokiem ukierunkowanie działalności gospodarczej na Państwo Środka dostrzegają firmy współpracujące z polskim biznesem. Widząc coraz większe zaangażowanie polskich władz w promocję wymiany polsko-chińskiej w stosunkach gospodarczych, przygotowaliśmy promocyjną ofertę tłumaczeń dla firm zainteresowanych współpracą z chińskimi partnerami. W ramach stałej współpracy oferujemy promocyjne stawki tłumaczeń dokumentów z języka i na język chiński (mandaryński) – mówi przedstawiciel Biura Tłumaczeń 123tłumacz.pl.
Jeden Pas i Jeden Szlak ułatwi wymianę handlową
Kluczową rolę w rozwoju wymiany handlowej, inwestycyjnej, naukowej i kulturalnej mogą odegrać również konkretne inicjatywy podejmowane w trakcie rozmów z władzami Chińskiej Republiki Ludowej. Przykładem może być projekt nowego Jedwabnego Szlaku znany pod nazwą „Jednego Pasa i Jednego Szklaku”, który zakłada budowę i modernizację sieci korytarzy transportowych łączących Chiny z państwami Unii Europejskiej (np. uruchomione w 2013 roku kolejowe połączenie towarowe między Łodzią a miastem Czengdu). Rozwojowi polsko-chińskiego partnerstwa gospodarczego służyć ma również podpisane ostatnio porozumienie pomiędzy największym bankiem świata ICBC (Industrial and Commercial Bank of China) a PAIiIZ (Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych).
Tłumaczenia tekstów związanych z przemysłem naftowo-gazowym
6 największych wyzwań dla tłumaczy tekstów związanych z przemysłem energetycznym
Jako przemysł przynoszący multibilionowe zyski, sektor energetyczny działa na skalę światową. Jest to ogromny biznes, dlatego też konsekwencje złych decyzji tłumaczeniowych w trakcie interpretowania treści są zazwyczaj bardzo poważne.

Restrykcje czasowe
Przemysł energetyczny w ogólnym pojęciu jest wyjątkowo podatny na czynnik czasu. Nieakceptowalnym zachowaniem w tej branży jest przegapienie ostatecznego terminu przez tłumacza. Przykładowo, nawet jeden dzień zwłoki może kosztować firmę naftową 650 tysięcy dolarów, a kwota ta nie obejmuje strat związanych z wstrzymaną produkcją. Trzy minuty spóźnienia mogą oznaczać stratę nawet 3 milionów dolarów.
Słownictwo branżowe
Ile z tych wyrażeń znasz?
- PSA
- Gone to water
- Gunk squeeze
- Sour Corrosion (korozja kwasowa)
- Gas Cut mud (zagazowana płuczka)
- Sidetrack (odwiert rozgałęziony)
- Pipe ram preventer (uszczelnienie rurowe głowicy przeciwerupcyjnej)
To tylko kilka przykładów technicznych terminów, które tłumacz tekstów z branży naftowo-gazowej, może napotkać na swej drodze i musi być w stanie zwięźle i efektywnie przenieść je na inny język. Większość językoznawców, nawet profesjonalnie wyszkolonych, nie zna definicji tych wyrażeń, o ile nie posiada wiedzy z tej konkretnej dziedziny. Obszerna wiedza na temat technicznych i konkretnych dla danej branży terminów jest kluczowa w tworzeniu wiernego tłumaczenia wysokiej jakości.
„Tłumaczeniowe” przepisy
Każdy kraj ma swoje specyficzne kody i standardy, których musi przestrzegać. Przykładowo, Rosja ma najsurowsze na świecie przepisy dotyczące wiertnictwa nafty, wprowadziła też kolejne, dotyczące tego, w jaki sposób zagraniczne misje pomocnicze mają podchodzić do władz rosyjskich kiedy przesyłają swoje wyniki badań i sprzęt. Tłumacze branży naftowo-gazowej są więc odpowiedzialni za zapoznawanie się z nowymi przepisami i zapewnienie, że ich tłumaczenia będą do nich stosowne. Nieuwzględnienie w budżecie wynagrodzeń za dobrze wykonane tłumaczenia, które są zgodne ze wszystkimi wprowadzonymi przez docelowe państwo przepisami, może prowadzić do odrzucenia ich (i konieczności ponownego tłumaczenia). Dlaczego więc nie dopilnować wszystkiego już za pierwszym razem?
Spełnianie społecznych i środowiskowych wymogów przemysłu
Jak wiele innych przedsiębiorstw, sektor naftowo-gazowy znajduje się pod rosnącym wpływem presji ulepszania swojego wpływu społecznego i oddziaływania na środowisko. Ocena oddziaływania na środowisko (OOŚ) i Ocena skutków społecznych są używane do oceniania zrównoważonego rozwoju stosowanych przez firmy metod. Wymogi tych organizacji są powszechnie dostępne do wglądu, są one nakładanae na poziomie krajowym przez traktaty, prawa krajowe, wytyczne przemysłu naftowo-gazowego, a także przez międzynarodowe organizacje finansowe (np.: Bank Światowy) jako warunki udzielania pomocy finansowej i wsparcia. Jest to żmudna procedura, która wymaga obszernej znajomości terminów prawnych i finansowych. W wyniku nieustannego, międzynarodowego przepływu dokumentów, tłumacze powinni być zaznajomieni z procedurami i powiązanymi dokumentami, do których mogą odwoływać się w trakcie tłumaczeń. W celu zatwierdzenia ich tłumaczeń, powinni być także w stanie efektywnie aktualizować dokumenty i dokonywać ich korekty.
Wymogi publikowania zza biurka
W związku z wysoce technicznymi powiązaniami tłumaczeń naftowo-gazowych, specjalne programy komputerowe, jak AutoCad, mogą okazać się użyteczne w tworzeniu technicznych diagramów. Tłumacze muszą wiedzieć jak wykorzystywać przypisy w trakcie korzystania z tego typu narzędzi. Zbyt łatwym rozwiązaniem byłoby pozostawianie rzeczy bez możliwości dokładniejszego przeglądu.
Komunikacja wielojęzyczna jako szczególna cecha projektu
Do chwili obecnej, już 53,43 biliony dolarów amerykańskich zostały zainwestowane w projekt „podsolny”, z przewidywaną w ciągu najbliższych 10 lat kolejną inwestycją 400 bilionów dolarów, wliczająca pięniądze od zagranicznych inwestorów, takich jak koncern naftowy Petrobras, przedsiębiorstwo British Gas czy też państwo Chile. Obecnie, istnieje już 688 różnych źródeł inwestujących w projekt „podsolny”. Liczba ta pokazuje nie tylko jak bardzo potrzebne będą tłumaczenia wielojęzyczne, lecz także jak ważne jest usprawnione podejście do jednego projektu, który będzie wymagać wielu tłumaczeń w różnych językach, koniecznie zrozumiałych dla każdego docelowego odbiorcy i zawierających te same terminy.
- Pressure Setting Assembly – narzędzie używane do umieszczania trwałych przedmiotów na przewodach przy użyciu ciśnienia
- opisuje studnię, w której poziom wody wzrasta, a poziom ropy naftowej spada
- mieszanka bentonitu i oleju napędowego, która jest wpompowywana do rury wiertniczej i do pierścienia, gdzie miesza się z błotem wiertniczym
- zwiększenie kruchości materiału i następujące w związku z tym ścieranie metalu spowodowane kontaktem metalu z siarkowodorem
- błoto wiertnicze, które zawiera zasysany gaz, nadający błotu charakterystyczną „puszystą” strukturę
- używać pionowej instalacji wiertniczej typu whipstock, turboświdra lub innej maszyny wiertniczej do wiercenia wokół zepsutej rury wiertniczej lub do zamykania obiektów trwale umieszczonych w otworze wiertniczym
- urządzenie zapobiegające wytryskom ropy, zbudowane z siłwoników rurowych użytych jako zawiasów
Komentarz walutowy z 02.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 02.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
TIM zwiększa sprzedaż w swoim sklepie internetowym. Spółka zarabia dzięki zmianie struktury sprzedaży
Dynamicznie rośnie sprzedaż sklepu internetowego spółki TIM. Dystrybutor osprzętu elektrotechnicznego zmienił model sprzedaży i po ponad dwóch latach strat wyszedł na prostą. Spółka zanotowała zysk w ostatnim kwartale i liczy, że skorzysta na boomie budowlanym w Polsce.
Wobec systematycznych strat ponoszonych od 2013 roku TIM SA zdecydował się na radykalną restrukturyzację. Spółka zamknęła tradycyjne oddziały i postawiła na sprzedaż w e-sklepie. Już pod koniec zeszłego roku sprzedaż w sieci stanowiła połowę całkowitej sprzedaży spółki. Obecnie jest to 61 proc., zaś pod względem marż te proporcje wyglądają jeszcze lepiej.
– Obecnie sprzedaż internetowa stanowi około 68 proc. wartości sprzedaży, ale to jest 68 proc. wartości marży kwotowej, czyli widać, że jesteśmy już stricte spółką internetową – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Folta, prezes zarządu TIM SA. – Bo jeżeli 68 proc. marży generuje sprzedaż internetowa, to już praktycznie klamka zapadła. W III kw. ponad 85 proc. linijek zamówień było generowanych przez sklep internetowy i sprzedaż przez internet wynosiła ponad 61 proc.
Jak mówi Krzysztof Folta, sklep jest w tej chwili lokomotywą, która ciągnie TIM SA. Potwierdzają to wyniki spółki, które się poprawiły, mimo że jej sprzedaż w III kwartale była nieznacznie niższa niż w zeszłym roku. Przy 152,66 mln zł przychodów (wobec 154,33 mln zł przed rokiem) grupa miała niemal milion zł zysku. Przed rokiem wygenerowała stratę. Zmiana była możliwa dzięki przebudowie struktury sprzedaży i zwiększeniu w niej udziału produktów wysokomarżowych.
– Mieliśmy spadek sprzedaży kabli i przewodów o około 19 proc., ale za to wzrosła sprzedaż produktów wysokomarżowych. Czyli nareszcie potrafimy sterować sprzedażą. Tych dwóch elementów nie udałoby nam się osiągnąć bez sklepu internetowego. Sklep internetowy jest tym driverem, który po pierwsze zmienia strukturę sprzedaży, a po drugie obniża koszty działalności firmy.
W 2014 roku sprzedaż elektrotechniki budowlanej wzrosła w Polsce o 10 proc. W tym roku można oczekiwać jeszcze lepszego wyniku, bo buduje się coraz więcej. W rezultacie przez ostatnie dziewięć miesięcy TIM SA miała prawie 409 mln zł przychodów ze sprzedaży, czyli o prawie 28 mln zł więcej niż przez trzy kwartały 2014 roku.
– Po dziesięciu kwartałach strat mamy pierwszy raz wynik kwartalny dodatni na wszystkich poziomach – ocenia prezes zarządu TIM SA. – Począwszy od wyniku na sprzedaży, a skończywszy na wyniku operacyjnym brutto i netto. Nareszcie doczekaliśmy się wymiernych korzyści ze zmiany modelu sprzedaży.
Kredyty Polaków warte są 939 mld zł. Odsetek niespłacanych sięga 7 proc.
Wartość kredytów w Polsce dla sektora niefinansowego po pierwszym półroczu wynosiła 939 mld zł. Dług sektor prywatnego to blisko 75 proc. PKB, czyli dużo poniżej granica ryzyka ustalonej przez Komisję Europejską (133 proc.). Bardziej zadłużeni są konsumenci niż przedsiębiorcy i to oni mają częściej problemy ze spłatą zobowiązań. Odsetek złych kredytów nie jest jednak wysoki.
– Zadłużenie sektora prywatnego w Polsce stanowi niespełna 75 proc. PKB. Jak to wygląda na tle innych krajów Europy? Sama Komisja Europejska ustaliła, że granicą ryzyka dla gospodarki jest zadłużenie na poziomie 133 proc. PKB – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Sędłak, doradca zarządu Krajowego Rejestru Długów Biuro Informacji Gospodarczej. – Średnia unijna to natomiast około 150 proc. PKB.
Jak podkreśla Sędłak, w UE są kraje, takie jak Cypr czy Luksemburg, których zadłużenie prywatne jest znacznie większe niż średnia dla 28 państw członkowskich i oscyluje nawet wokół 350 proc. PKB.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego na temat sektora bankowego wynika, że w pierwszym półroczu 2015 roku wartość kredytów w Polsce dla sektora niefinansowego zwiększyła się o 7,9 proc. (względem I półrocza 2014) do 939 mld zł.
– Biorąc pod uwagę strukturę zadłużenia, Polska jest wyjątkiem na tle innych krajów rozwiniętych – w tych państwach zdecydowanie bardziej zadłużone są przedsiębiorstwa, a mniej konsumenci. U nas jest odwrotnie – wyjaśnia Mirosław Sędłak.
Po 6 miesiącach 2015 roku kredyty dla przedsiębiorstw wyniosły 316,5 mld zł (wzrost o 6,8 proc. w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej), a dla gospodarstw domowych 616,8 mld zł (więcej o 8,4 proc.). Kredyty dla przedsiębiorstw zostały w większości (57,6 proc.) zaciągnięte przez MŚP.
Kredyty dla gospodarstw domowych były przeznaczone głównie na nieruchomości mieszkaniowe (376,2 mld zł, w tym 146,3 mld zł w we frankach szwajcarskich) i kredyty konsumpcyjne osób prywatnych (121,3 mld zł).
– Średni odsetek tzw. złych kredytów wynosi w sektorze finansowym w Polsce około 7 proc. – wylicza Mirosław Sędłak. – W przypadku mieszkaniowych i hipotecznych złe kredyty stanowią jedynie kilka procent całości. Mieszkanie czy dom to podstawa egzystencji, więc siłą rzeczy dyscyplina regulowania tych należności jest największa. W przypadku konsumpcyjnych jest to już kilkanaście procent.
Za zaległości w spłatach kredytów czy zobowiązań wobec usługodawców firmy i konsumenci mogą trafić do rejestru dłużników. W bazie danych KRD BIG znajdują się informacje o 6 milionach niezapłaconych zobowiązań na kwotę 26,5 mld zł. Długi konsumentów stanowią zdecydowaną większość – 5,2 mln na kwotę 21 mld zł. 780 tys. to zobowiązania przedsiębiorców na kwotę ponad 5 mld zł.
– W przypadku konsumentów są to należności z tytułu różnego rodzaju pożyczek w bankach, bankach spółdzielczych, SKOK-ach, firmach pożyczkowych, ale także zobowiązania wynikające z takiego codziennego funkcjonowania, czyli zaległe czynsze mieszkaniowe, zaległe opłaty za prąd, gaz, śmieci, wodę itd., a także alimenty – wymienia Sędłak.
Jeśli chodzi o przedsiębiorstwa, to są to zazwyczaj zaległości w opłatach za media i telefony oraz opłatach wynikających z obrotu gospodarczego, czyli np. nieuiszczenie faktur za otrzymanie towaru lub usług. Upublicznienie długów w Polsce jest ściśle regulowane przez ustawę o udostępnianiu informacji gospodarczej i wymianie danych gospodarczych.
Praca w kilku krajach Unii oznacza emeryturę z każdego z tych państw. ZUS wypłaca 100 tys. takich emerytur
Obywatele UE, którzy pracują w kilku krajach, mogą liczyć na emeryturę z każdego z nich. O prawa ubezpieczonych dbają przepisy o koordynacji systemu zabezpieczenia społecznego. Umożliwiają one zsumowanie okresów ubezpieczenia i przyznanie świadczeń w każdym z państw, proporcjonalnie do przepracowanego tam czasu. W ubiegłym roku ZUS wypłacał ponad 100 tys. emerytur osobom, które pracowały w Polsce i innych krajach.
– Jeżeli obywatel jednego z państw członkowskich Unii Europejskiej pracuje w czasie swojej kariery zawodowej w różnych państwach, to jego emerytura składa się z elementów, które wypracował w poszczególnych krajach. Jeżeli 1/3 swojej kariery zawodowej przepracował poza krajem obywatelstwa, to jego emerytura w 1/3 składa się z ubezpieczeń wypracowanych poza krajem obywatelstwa, a w 2/3 ze świadczenia wypracowanego we własnym kraju – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Piotr Wawrzyk z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Warszawskiego.
Jest to możliwe dzięki przepisom o koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego. Praca w każdym z państw objętych przepisami liczy się do stażu potrzebnego do uzyskania świadczenia w jednym z nich (emerytury lub renty). Stworzenie takich przepisów było koniecznością, bo każdy z krajów Unii Europejskiej ma inny obowiązujący system ubezpieczeń społecznych.
– Każde państwo wewnętrznymi przepisami określa katalog świadczeń emerytalno-rentowych, o które mogą się ubiegać osoby ubezpieczone i określa warunki, jakie należy spełnić, aby je uzyskać. Aby wyeliminować niekorzystne sytuacje, jakie mogą wystąpić w związku ze zbiegiem ustawodawstw różnych państw i aby zapewnić osobom ubezpieczonym jak najlepsze warunki do uzyskania świadczeń, w Unii wprowadzono przepisy o koordynacji systemu zabezpieczenia społecznego – wskazuje Tomasz Szabliński z Departamentu Rent Zagranicznych w ZUS.
Bez przepisów o koordynacji systemów niejednokrotnie osoba zatrudniona w czasie kariery zawodowej w kilku krajach mogłaby być pozbawiona prawa do emerytury lub renty. Krótki okres podlegania ubezpieczeniom w poszczególnych krajach powodowałby, że nie nabyłaby prawa do świadczenia. Dzięki przepisom obowiązującym w Unii liczy się suma przepracowanych lat, a świadczenia z każdego kraju oblicza się według zasady proporcjonalności. To element swobody przepływu osób, czyli niedyskryminowania osób pracujących poza krajem, którego są obywatelami, pod względem ubezpieczeń społecznych.
– Taka osoba nie może tracić uprawnień emerytalnych za okres, kiedy pracowała poza krajem swojego obywatelstwa, bo odprowadzała składki. Z drugiej strony państwo, w którym pracuje, nie może go traktować gorzej niż własnych obywateli. Jeżeli więc obywatele danego kraju mają za ten okres uprawnienia do nabywania świadczeń emerytalnych, to tym samym prawo musi być przyznane obywatelom innych państw członkowskich, którzy w tym kraju pracują – wskazuje dr Piotr Wawrzyk.
Polska dodatkowo podpisała dwustronne umowy na temat koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego z krajami spoza UE, m.in. z USA, Kanadą, Australią czy Ukrainą. W ubiegłym roku ZUS wypłacał ponad 100 tys. emerytur osobom, które pracowały w Polsce i innych krajach.
Przepisy koordynacji, oprócz zasady sumowania okresów ubezpieczenia, wprowadzają też zasadę zachowania praw nabytych.
– To zasada, na mocy której osoba, która otrzymuje świadczenia z danego państwa i zmieni swoje miejsce zamieszkania, przesiedli się do drugiego państwa nie traci swoich świadczeń. Nie mogą one być zmniejszone czy zawieszone – zaznacza Szabliński.
W obrębie Unii Europejskiej w sferze wypłaty świadczeń z ubezpieczenia społecznego granice właściwie nie obowiązują, a przyszłe emerytury czy renty przysługujące z kilku krajów unijnych mogą być wypłacane do państwa zamieszkania świadczeniobiorcy.
– W oparciu o zasadę transferu świadczeń osoby, które zmienią miejsce zamieszkania i przesiedlą się do innego państwa, mogą świadczenia otrzymywać w miejscu zamieszkania i co ważne, nie ponoszą kosztów związanych z transferem świadczenia. Koszty bankowe i koszty transferu pokrywane są przez instytucje ubezpieczeniowe poszczególnych państw – podkreśla Tomasz Szabliński.
Białko wytwarzane z owadów może rozwiązać problem deficytu białka zwierzęcego na świecie. Polski producent liderem w Europie
Na świecie brakuje białka zwierzęcego wykorzystywanego w żywności dla ludzi i zwierząt, a zapotrzebowanie na nie rośnie. Rozwiązaniem tego problemu może być białko pozyskiwane z owadów. W fabryce HiProMine pod Poznaniem prowadzona jest hodowla przemysłowa ponad 30 gatunków owadów, z których tworzone są pełnowartościowe koncentraty białkowe. Dzięki m.in. wsparciu NCBiR w 2016 roku ma powstać pierwszy zakład produkcyjny.
– Prowadzimy jedną z nielicznych na świecie i największą obecnie w Europie hodowlę przemysłową owadów, a następnie przetwarzamy je tak, żeby uzyskać z nich wysokobiałkową mączkę odtłuszczoną, tłuszcz i ekstrakt chitynowy – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Urbański, prezes firmy HiProMine.
Przyrost ludności na świecie sprawia, że rośnie popyt na białko zwierzęce jako składnik pożywienia dla ludzi i dla zwierząt. Naukowcy oceniają, że do 2050 roku może być większy nawet o 80 proc. Konieczne są więc innowacyjne rozwiązania, które pomogą w poszukiwaniu alternatywnych źródeł białka, przede wszystkim do wzbogacenia paszy dla części zwierząt – kurczaków czy ryb. Jak podkreśla Urbański, dziś białko wykorzystywane nie jest optymalnie. Co trzecia poławiana ryba jest przetwarzana na mączkę rybną do karmienia kolejnych ryb.
– W przypadku owadów takiego problemu nie ma. Dzięki nim utylizujemy odpady organiczne czy produkty uboczne przemysłu spożywczego i rolnego i produkujemy z nich pełnowartościowe białko. Co więcej, jest to naturalny, ekologiczny i ewolucyjnie uzasadniony pokarm dla wielu zwierząt, np. dla drobiu czy dla ryb – podkreśla Urbański. – Tak naprawdę wykorzystujemy tylko to, co wymyśliła sama natura.
W Robakowie pod Poznaniem badanych jest ok. 30 gatunków owadów, m.in. karaczany, świerszcze, larwy chrząszczy i błonkoskrzydłych. W efekcie badań powstają białkowe koncentraty wieloskładnikowe. Jak wskazuje prezes HiProMine, są one optymalizowane pod kątem potrzeb żywieniowych określonych gatunków zwierząt. W tym Urbański upatruje przewagi technologicznej nad innymi tego typu firmami działającymi na świecie, które zajmują się maksymalnie kilkoma gatunkami owadów. Utrzymanie odpowiednich parametrów środowiskowych i właściwej paszy dla owadów powoduje, że hodowla jest wydajna.
– Dzięki wprowadzeniu automatyzacji hodowli i niekonserwatywnemu podejściu do procesu hodowli owadów na skalę przemysłową udało nam się osiągnąć produktywność około 300 kg żywca owadziego z metra kwadratowego powierzchni hodowlanej w ujęciu miesięcznym. To odpowiada za ok. 75 kg czystego białka. Jest to więc bardzo wydajna hodowla – mówi Jakub Urbański.
Centrum badawczo-rozwojowe HiProMine zostanie oficjalnie otwarte 7 grudnia, jednak w praktyce już funkcjonuje. Inwestycje były możliwe dzięki środkom z programu BRIdge Alfa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, które zapewniło ponad 7 mln zł. Środki pozwoliły na sfinansowanie pierwszej serii badań nad zwierzętami i opracowanie technologii, która podniosła wydajność hodowli owadów przemysłowych.
– Otrzymaliśmy też pozytywną decyzję o przyznaniu nam środków w ramach działania „Szybka ścieżka” z programu operacyjnego Inteligentny Rozwój. Dzięki temu będziemy w stanie nie tylko rozwinąć technologie, lecz także opracować konkretne produkty, które w perspektywie kilku lat trafią na rynek pasz czy na rynek hobbystyczny, bo planujemy również pomyśleć o zwierzętach domowych – zapowiada Jakub Urbański.
Spółka złożyła już cztery wnioski patentowe. Do końca roku planuje wprowadzenie kolejnego – związanego z paszą dla ryb. Od listopada HiProMine pracuje też nad programem „Insekt”, związanym z „Szybką ścieżką”. Od przyszłego roku spółka chce ruszyć z komercyjną działalnością i otworzyć zakład produkcyjny. Rynków zbytu nie powinno brakować.
– Rynek jest potężny. Zapotrzebowanie na pasze na potrzeby akwakultury to setki tysięcy ton rocznie w skali europejskiej. Mierzymy w rynek norweski ze względu na hodowlę łososia, również w rynek polski i hodowlę pstrąga tęczowego, mamy już zoptymalizowaną paszę dla pstrąga. To jest jednak dopiero początek – zapowiada prezes HiProMine.
Duże jest zainteresowanie ze strony krajów spoza Unii – oprócz Norwegii, również Rosji, Ukrainy, Turcji i Australii. Izolaty przeznaczone do żywienia ludzi przyciągają natomiast odbiorców z Japonii. Rynki unijne są dla firmy obecnie zamknięte. Regulacje UE nie pozwalają na karmienie zwierząt paszą pochodzącą z owadów.
– Jeżeli wejdą regulacje, które umożliwią stosowanie białka owadziego w żywieniu zwierząt, jak drób czy trzoda chlewna, to rynek automatycznie wzrośnie. Będzie tak duży, że planujemy rozwinięcie sieci franczyzowej. Nasza technologia będzie udostępniona podwykonawcom, którzy będą hodowali dla nas owady w oparciu o lokalny rynek odpadów rolnych – przekonuje Jakub Urbański.

Polacy najczęściej wykupują ubezpieczenia na życie o wartości 50–100 tys. zł
Ponad połowa Polaków wybiera ubezpieczenia na życie na kwotę od 50 tys. do 100 tys. zł. Polisy uprawniające do wypłaty odszkodowania w kwocie 400–500 tys. zł wybiera jedynie 9 proc. ubezpieczonych, głównie mężczyźni. Najbardziej przezorni są mieszkańcy województwa śląskiego.
– Analiza zapytań ofertowych w serwisie Oferteo.pl pokazuje, że Polacy najczęściej decydują się na ubezpieczenia na życie w kwocie od 50 do 100 tys. zł. Prawie połowa ankietowanych zdecydowała się właśnie na takie polisy. Najwyższe kwoty ubezpieczenia – rzędu 400–500 tys. zł – są wybierane tylko przez 9 proc. respondentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Grygiel, dyrektor działu marketingu i członek zarządu Oferteo.
34 proc. wybiera polisy o wartości 100–200 tys., a 14 proc. te o wartości 200–300 tys. zł
– Aby zapewnić rodzinie prawdziwą ochronę, polisa na życie powinna opiewać na sumę odpowiadającą co najmniej pięcioletnim zarobkom – mówi Karol Grygiel. – Taka kwota będzie adekwatna w przypadku śmierci. Natomiast z finansowego punktu widzenia w razie kalectwa sytuacja jest bardziej wymagająca. Wiąże się z nią bowiem konieczność uzyskania pomocy w utrzymaniu do końca życia.
Przez ubezpieczonych najczęściej wybierane są polisy gwarantujące ochronę na wypadek śmierci i bezpieczeństwo finansowe najbliższym. Na te kwestie zwraca uwagę 1/3 użytkowników składających zapytania w serwisie.
– Natomiast 20 proc. decyduje się zawrzeć również w polisie ochronę na wypadek niezdolności do pracy – mówi Grygiel.
Tylko 5 proc. osób zainteresowanych ubezpieczeniami chce zgromadzić dodatkowy kapitał na emeryturę.
Według Polskiej Izby Ubezpieczeń w pierwszym półroczu br. ubezpieczyciele wypłacili ponad 10 mld zł świadczeń z tytułu ubezpieczeń na życie. Dane serwisu Oferteo.pl świadczą o tym, że najbardziej zainteresowane taką polisą są osoby urodzone w latach 1970–1989, mieszkające w województwie śląskim (18 proc. zapytań ofertowych). Najmniejszą uwagę tego rodzaju polisy przywiązują osoby mieszkające w województwach świętokrzyskim i podlaskim (po 1 proc.).
– Widoczne są także różnice w wysokości kwot ubezpieczeń w zależności od płci – precyzuje Karol Grygiel. – Kobiety decydują się głównie na najniższe kwoty ubezpieczeń. 45 proc. osób płci żeńskiej i 37 proc. mężczyzn składających zapytania ofertowe wybrało polisy o wartości od 50 tys. do 100 tys. zł. Natomiast kwoty od 200 tys. do 300 tys. zł zostały wskazane przez jedną na dziesięć kobiet, ale przez 15 proc. mężczyzn. Natomiast najbardziej wartościowe polisy, od 400 do 500 tys. zł, są wybierane tylko przez 6 proc. osób płci żeńskiej i 10 proc. osób płci męskiej.
Odpowiednio przygotowany do zimy samochód to większe bezpieczeństwo na drodze. Wymiana opon na zimowe to za mało
Niebagatelny wpływ na bezpieczeństwo jazdy w trudnych warunkach atmosferycznych ma oświetlenie, akumulator i pasek klinowy, dlatego zanim ruszymy zimą w drogę, koniecznie musimy sprawdzić te rzeczy. Warto zadbać także o widoczność, m.in. wymieniając zużyte wycieraczki. Niestety, wymiana opon to za mało, by odpowiednio przygotować samochód do zimy.
Dla kierowców jesień i zima to przede wszystkim czas niesprzyjających warunków na drogach. Szybko zapadający zmierzch, mgła, śliskie drogi i częste opady stanowią spore zagrożenie dla bezpieczeństwa jazdy. Aby uniknąć przykrych zdarzeń drogowych, należy przede wszystkim ograniczyć prędkość – mokra nawierzchnia oznacza bowiem dłuższy odcinek hamowania oraz trudniejsze manewry na zakrętach. Warto też odpowiednio przygotować samochód do trudnych warunków atmosferycznych. Osoby, które intensywnie użytkowały samochód latem, powinny zrobić przegląd techniczny auta.
– Zwróćmy szczególną uwagę na hamulce, światła, klimatyzację oraz inne kwestie związane z elektryką, czyli np. z akumulatorem, po to, żeby później samochód był sprawny przez całą chłodną porę roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Dobrzyńska, PR i marketing manager w Avis Polska.
Oprócz akumulatora bardzo ważne jest sprawdzenie stanu alternatora i paska klinowego, dzięki czemu kierowca zyska pewność, że auto ruszy nawet w mroźny poranek. Należy zadbać także o dobrą widoczność – czyste szyby i odpowiedni stan wycieraczek to podstawa. Jeśli pióra wycieraczek są popękane lub wyszczerbione, to należy wymienić je na nowe. Po każdej wizycie w myjni wycieraczki trzeba dokładnie wytrzeć, aby dobrze pracowały nawet przy dużym mrozie. Niezbędna jest także wymiana płynu w spryskiwaczach na zimowy.
– Dobrze jest pomyśleć o klimatyzacji przed okresem zimowym. Trzeba ją wyczyścić i sprawdzić jej funkcjonowanie, ponieważ tylko sprawna pomoże nam w zimie w usuwaniu wszelkiego rodzaju zaparowań. Ważne jest, żeby sprawdzić także elektrykę – mówi Katarzyna Dobrzyńska.
Wysoki poziom wilgoci w powietrzu sprawia, że użytkownicy aut powinni zadbać o zakonserwowanie kabli wysokiego napięcia, aby nie doprowadzić do zwarcia w instalacji elektrycznej.
Właściciele aut często zapominają o odpowiedniej dbałości o uszczelki, tymczasem przenikająca do wnętrza samochodu wilgotność nie tylko powoduje nieprzyjemny zapach, lecz może stanowić zagrożenie – jest bowiem przyczyną zaparowań na szybach.
– Można się uchronić przed takim efektem poprzez przetarcie uszczelek w drzwiach po myjni samochodowej, można dodatkowo zabezpieczyć je gliceryną, ale wtedy trzeba uważać na ubranie przy wsiadaniu i wysiadaniu, żeby się nie pobrudzić. Bardzo ważną rzeczą jest również sprawdzanie wycieraczek w samochodzie – mówi Katarzyna Dobrzyńska.
Zdaniem ekspertów jesienią i zimą wycieraczki welurowe lepiej zastąpić gumowymi, dzięki czemu woda nie będzie wsiąkała w wykładzinę auta – nie będzie powodować zaparowań i łatwiej będzie ją usunąć. Warto ponadto zabezpieczyć lakier na karoserii przed chemikaliami używanymi do czyszczenia nawierzchni dróg i solą, którą posypywane są ulice.
Wymiana opon na zimowe nie jest w Polsce obowiązkiem, zwiększa jednak bezpieczeństwo jazdy – zimowe opony zapewniają bowiem lepszą przyczepność samochodu. Dla bezpieczeństwa jazdy niezbędne jest także prawidłowe oświetlenie samochodu, dlatego należy sprawdzić sprawność reflektorów, a w razie konieczności wymienić żarówki na mocniejsze.
Leasing lub pożyczka dla MŚP w programie COSME
Raiffeisen-Leasing Polska podpisał z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym umowę w sprawie przystąpienia do unijnego programu COSME. Dzięki gwarancjom COSME instytucja kierowana przez Andrzeja Krzemińskiego może finansować inwestycje przedsiębiorstw na preferencyjnych warunkach. Program jest kontynuacją CIP – Programu ramowego na rzecz konkurencyjności i innowacji.
Raiffeisen Leasing dołączył do grona Narodowych Pośredników Finansowych programów Unii Europejskiej. Oznacza to, że w ramach programu COSME może korzystać z bezpłatnych gwarancji portfelowych oferowanych przez Europejski Fundusz Inwestycyjny. Podział ryzyka kredytowego między EFI a firmę leasingową sprawia, że może ona zaoferować więcej produktów na atrakcyjnych zasadach. Maksymalna wartość portfela Raiffeisen-Leasing pokrytego gwarancją może wynieść 520 mln zł, a czas na zbudowanie ekspozycji to 2 lata. Wdrożenie programu nastąpi w maju 2016 roku.
Celem programu jest wspieranie małych i średnich firm poprzez wzmocnienie ich konkurencyjności. Dzięki unijnym gwarancjom Raiffeisen Leasing będzie mógł zaoferować klientom z sektora MŚP finansowanie inwestycji na preferencyjnych warunkach. W ofercie Raiffeisen Leasing znajdą się zarówno leasingi, jak i pożyczki (w euro lub złotówkach), na kwoty od 25 tys. do 150 tys. euro.
– Korzystając z leasingu lub pożyczki z gwarancjami EFI, przedsiębiorca będzie mógł sfinansować m.in. auto dostawcze, sprzęt IT, całą linię produkcyjną czy maszyny potrzebne do rozwoju firmy – mówi Monika Ostaszewska, Manager Produktu w Raiffeisen Leasing. – Takie oferty leasingu zakładają dłuższy okres spłaty oraz mniejsze wymogi dotyczące zabezpieczenia i wkładu własnego. Pozwala to na udostępnienie produktów finansowych także tym przedsiębiorcom, którzy w zwyczajnym trybie nie mieliby szans na zdobycie niezbędnego finansowania – dodaje ekspertka. Wyłączone z oferty będą nieruchomości, samochody osobowe, motocykle, quady, jachty i samoloty oraz helikoptery.
Program COSME stanowi kontynuację funkcjonującego w latach 2007-2013 Programu na rzecz konkurencyjności i innowacji (CIP). CIP został stworzony w celu promowania konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw w Europie poprzez wsparcie działalności innowacyjnej.
W programie COSME priorytety są podobne – to wzmocnienie trwałości unijnych przedsiębiorstw, krzewienie przedsiębiorczości, tworzenie miejsc pracy oraz wzrost sektora MŚP. Program unijny COSME na lata 2014-2020 stanowi uzupełnienie programu Horyzont 2020, który główny nacisk kładzie na wspieranie innowacji.
Nie spłacasz swoich zobowiązań – dowiedz się, jakie mogą być tego skutki
Jak wynika z raportu InfoDług, zrealizowanego pod koniec 2014 roku, aż 2,38 mln polskich kredytobiorców to klienci podwyższonego ryzyka, czyli tacy, którzy w swojej historii kredytowej mają odnotowaną nieterminową spłatę zobowiązań. Być może ich opieszałość w podejściu do regulowania płatności wynika z niewiedzy o tym, jakie konsekwencje niesie za sobą finansowa niefrasobliwość. Eksperci Grupy Casus Finanse, należącej do międzynarodowej Grupy Lindorff, podpowiadają, czym może skutkować brak terminowej wpłaty oraz w jaki sposób można temu przeciwdziałać.
Nieterminowe regulowanie zobowiązań finansowych może wynikać z różnych sytuacji – tych poważnych, jak chwilowy brak płynności finansowej spowodowany utratą pracy, problemami rodzinnymi lub zdrowotnymi, oraz tych mniej istotnych – jak roztargnienie czy zapominalstwo. Niezależnie od przyczyny, nieprzestrzeganie harmonogramu spłaty rat, ustalonego podczas zawierania umowy kredytu lub pożyczki, może skutkować poważnymi konsekwencjami, z których część wiąże się ze wzrostem wartości naszego zadłużenia.
„Czarna lista” finansowych przewinień
Konsekwencją nieterminowego spłacania zobowiązań finansowych jest wpis na tzw. „czarną listę” nierzetelnych płatników. W Polsce funkcjonuje kilka różnych instytucji zajmujących się przechowywaniem danych o osobach z nieuregulowanymi zobowiązaniami i ich zaległych płatnościach (m.in. BIG InfoMonitor, BIK, Bankowy Rejestr Klientów Niesolidnych, Rejestr Długów Podatkowych). Na taką listę może nas wpisać dowolny podmiot, u którego zalegamy z płatnością. Aby się na niej znaleźć, wystarczy mieć nieuregulowane zobowiązanie o wartości powyżej 200 zł, które jest przeterminowane co najmniej 60 dni. 30 dni przed dokonaniem wpisu podmiot zobowiązany jest wysłać do osoby spóźniającej się z płatnością wezwanie do zapłaty z informacją, że w przypadku braku wpłaty w wyznaczonym terminie informacje na jej temat zostaną przekazane do konkretnego biura informacji o nierzetelnych płatnikach.
„Czarna lista” w praktyce
Co w praktyce oznacza obecność na „czarnej liście” niesolidnych płatników? Wiąże się to m.in. z brakiem możliwości zakupu telefonu na abonament czy zaciągnięcia kolejnego kredytu. Uniemożliwia też dokonywanie zakupów na raty, a nawet może spowodować problemy z wynajęciem mieszkania czy znalezieniem pracy. Obecność na „czarnej liście” mocno komplikuje życie, z bazy można jednak zniknąć. Po całkowitej spłacie zobowiązań przez płatnika wierzyciel ma 14 dni na złożenie wniosku o wykreślenie jego danych.
Pozostałe konsekwencje niespłacania zobowiązań
Wpis na czarną listę jest wbrew pozorom najłagodniejszą karą dla nierzetelnego płatnika. Znacznie poważniejsze konsekwencje może mieć dalsze niespłacanie zobowiązań i ignorowanie wezwań do zapłaty. Po tym, jak sprawa trafi do firmy zarządzającej wierzytelnościami, istnieje jeszcze szansa na polubowne rozwiązanie sytuacji. Jeśli jednak kontakt z osobą ze zobowiązaniem dłużnym jest utrudniony lub co więcej, osoba ta skutecznie go unika, w najgorszym wypadku może dojść do egzekucji komorniczej, czyli np. zajęcia części wynagrodzenia lub innego świadczenia, a w przypadku gdy zabezpieczeniem kredytu jest mieszkanie, eksmisji z lokalu, a nawet jego licytacji.
Zanim dojdzie do egzekucji komorniczej, wierzyciel kieruje do sądu sprawę o wydanie nakazu zapłaty. Jednak w przypadku kredytów bankowych często w umowie kredytowej widnieje zapis, że zgadzamy się na dobrowolną egzekucję. Skraca to drogę wierzyciela do odzyskania zaległych zobowiązań.
Dialog – najlepszym rozwiązaniem
Pamiętajmy jednak, że ani wierzycielowi, ani firmie zarządzającej wierzytelnościami nie zależy na doprowadzeniu sprawy do etapu egzekucji komorniczej. Także w interesie osoby z nieuregulowanymi zobowiązaniami powinno leżeć rozwiązanie spornej sytuacji na etapie polubownym, gdyż wszelkimi kosztami sprawy sądowej i komorniczej zostanie obciążony niesolidny płatnik. Dlatego, jeśli w naszej skrzynce pocztowej znajdujemy wezwania do zapłaty, nie powinniśmy ich lekceważyć. Bardzo wiele spraw udaje się rozwiązać na drodze negocjacji. Kontakt z negocjatorem z firmy zarządzającej należnościami jest w interesie osoby posiadającej zobowiązanie dłużne i może pomóc w rozwiązaniu finansowych problemów.
Juan znów zyskuje
Międzynarodowy Fundusz Walutowy dodał juana do koszyka walut składających się na SDR, walutę rozliczeniową MFW. Dane z Polski okazały się odrobinę lepsze od oczekiwań, aczkolwiek rynki bardziej są zainteresowane planowaną nowelizacją budżetu.
Szefowa Międzynarodowego Funduszu walutowego zapowiedziała dołączenie juana do koszyka walut, na podstawie których wyceniana jest waluta rozliczeniowa SDR (Special Drawing Rights). Juan dołączy co prawda 1 października 2016, czyli za 10 miesięcy. To największa zmiana w tym koszyku od dołączenia euro i tym samym wyjściu marki niemieckiej oraz franka francuskiego. W koszyku znajdą się dolar, euro, jen i funt. Udziały tych walut nie spadną proporcjonalnie, a juan będzie trzecią walutą koszyka wyprzedzając funta i jena z 10,9% udziałów. Ze względu na siłę dolara, który w ostatnim czasie zyskiwał na rynkach, straci on relatywnie mało. Najwięcej straci funt i euro. Jak wpłynie to na rynki walutowe? Na pewno rola juana będzie rosła. Z waluty z problemami z wymienialnością jeszcze kilka lat temu zmieni się on w walutę rozliczeniową. Wątpliwym jest na razie, by inne kraje rozliczały się jakoś masowo między sobą w juanach, ale zamieni on najprawdopodobniej w sporej części inne waluty w rozliczeniach z Chinami.
Wczoraj o godzinie 10:00 poznaliśmy dane na temat PKB z Polski. W ujęciu rocznym gospodarka rośnie o 3,7%, czyli o 0,1% szybciej niż spodziewali się analitycy. Dane te niemal nie wpłynęły na rynki. Również inflacja w Niemczech przeszła bez echa. Nie może to dziwić skoro była dokładnie zgodna z oczekiwaniami. Dużo gorzej wypadł za to indeks Chicago PMI.
Wczoraj doszło do kolejnego osłabienia się złotego. Co było powodem? To zapowiadana nowelizacja budżetu, pomimo tego, że do końca roku pozostał miesiąc. Jaki ma to sens? Zwykle nowelizuje się budżet, gdy są poważne problemy z jego wykonaniem, albo gdy pojawiają się nowe gwałtowne wydatki. Dobrym przykładem były lata kryzysowe, gdzie wpływy z podatków spadały a wydatki rosły. Co się stało w tym roku? Powodem jest luka we wpływach z podatku VAT. Luka owszem istnieje. Jest też drugi ważny element, który przeczy tej nowelizacji. Jest to procent wykonania deficytu, jest on niższy niż zakładany. Skoro mamy mniejszy niż zakładano procent wykonania deficytu to znaczy, że budżet powinien się domknąć. Rynki boją się, że nowelizacja tegorocznego budżetu jest po prostu próbą wrzucenia w niego przyszłorocznych wydatków. Tak by móc spełnić wyborcze obietnice trochę na koszt poprzedniej ekipy a tak naprawdę na koszt zwiększenia deficytu – czyli nas wszystkich.
Dzisiaj od rana trwają publikacje indeksów PMI, oprócz tego warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:30 – Wielka Brytania – indeks PMI dla przemysłu,
15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.
EUR/PLN

Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2500, kurs dotarł do 4,2950 i zawrócił. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest wspomniany poziom 4,2950 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2450 a następnie minima w okolicach 4,2100.
CHF/PLN

Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebiciu poprzednich oporów kolejnym istotnym poziomem są okolice 3,9650 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9100.
USD/PLN

Kurs USD/PLN w połowie października wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 4,0250. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9650.
GBP/PLN

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są obecnie maksima lokalne na 6,0850. W przypadku spadków ważnym wsparciem są okolice 5,9200 gdzie kilkukrotnie kurs już odbijał się w górę.
Jedna trzecia Polaków nigdy w życiu nie zmieniła operatora telefonii komórkowej
Korzystanie z urządzeń mobilnych stało się jednym z najsilniejszych nawyków współczesnego Polaka. Dostęp do smartfonów ma obecnie już 80 proc. z nas, a ponad połowa do tabletu. Aż sześć na siedem osób zerka na swój smartfon przed upłynięciem jednej godziny po obudzeniu, a ponad 75 proc. w ostatniej godzinie przed zaśnięciem. Jak wynika z badania „Global Mobile Consumer Survey” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, około 60 proc. Polaków w ciągu ostatnich pięciu lat nie zdecydowało się zmienić operatora usług komórkowych. Swoje smartfony coraz częściej kupujemy w sieci. Operatorzy komórkowi większościowy udział w sprzedaży tych urządzeń zachowali jedynie w handlu tradycyjnym.
Badanie Deloitte objęło w Polsce reprezentatywną grupę 2 tys. osób w wieku 18-59 lat. Na zlecenie Deloitte badanie przeprowadziła firma badawcza IPSOS Mori.
Z badania wynika, że dostęp do laptopa ma 85 proc. respondentów, do smartfona 80 proc., a do tabletu 51 proc. „Zaledwie jeden procent ankietowanych zadeklarował, że nie ma dostępu i nie korzysta z żadnego z tych urządzeń, a nawet standardowej komórki. Oznacza to, że zasięg wspomnianych urządzeń mobilnych w Polsce jest już naprawdę bardzo duży, porównywalny do najbardziej rozwiniętych światowych gospodarek” – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w dziale Konsultingu Deloitte, Ekspert branży TMT.
Polacy nie rozstają się ze smartfonem
Korzystanie ze smartfona i tabletu stało się nawykiem. Aż sześć na siedem osób zerka na ekran swojego smartfonu już w pierwszej godzinie po obudzeniu (nie uwzględniając wyłączenia budzika), a ponad trzy czwarte robi to w ostatnich 60 minutach przed snem. Warto zaznaczyć, że przyzwyczajenia te są tym silniejsze, im młodszy jest użytkownik smartfona. Aż 62 proc. ludzi w wieku 18-24 lat sięga po telefon już w ciągu pierwszych 5-15 minut po obudzeniu, a w grupie osób w wieku 45-59 lat odsetek ten wynosi jedynie 48 proc.
„Starsze osoby wykazują dużo mniejsze przywiązanie do telefonu niż młodsze. Zapytaliśmy respondentów jak często zerkają na smartfon, nie licząc sytuacji, gdy on dzwoni, wibruje lub informuje o przyjściu wiadomości. Okazuje się, że 36 proc. młodych ludzi przed 24 rokiem życia robi to bardzo często, 36 proc. od czasu do czasu, a jedynie 3 proc. nigdy lub prawie nigdy. W grupie osób w wieku 45-59 lat odpowiedzi te kształtowały się odpowiednio na poziomie 17, 38 i aż 18 proc.” – mówi Jakub Weber, Starszy Menedżer, Innovation Consulting, Deloitte.
Najczęściej używamy smartfona w pracy (45 proc.), podczas podróży komunikacją miejską (40 proc.), spaceru (32 proc.) oraz zakupów (26 proc.). Ponad połowa z nas zerka na smartfon od czasu do czasu nawet podczas spotkań z rodziną i przyjaciółmi. I znowu nie zaskakuje fakt, że odpowiedzi wśród młodych Polaków kształtowały się nieco inaczej. Aż 63 proc. osób w wieku 18-24 lat bardzo często używa komórki w czasie jazdy transportem publicznym, 42 proc. podczas spaceru, 35 proc. w pracy, a 35 proc. w czasie zakupów.
Jeśli smartfon, to tylko z Internetem
Jak wynika z badania Deloitte, pomimo możliwości zachowania dotychczasowego numeru przy zmianie operatora, często zostajemy przy raz wybranym operatorze dłużej niż wynika to z okresu pierwotnej umowy. „Blisko 60 proc. badanych deklaruje, że nie zmieniło operatora od 2011 roku. Jedna piąta respondentów twierdzi, że zrobiła to przed 2010 rokiem, a w ostatnich latach najwięcej, bo 14 proc. dokonało tego w 2014 roku. Jedna trzecia Polaków przyznaje, że nigdy nie zmieniła operatora.” – mówi Jakub Wróbel.
Smartfony coraz częściej kupujemy za pośrednictwem Internetu. Jeszcze w 2011 roku robiła tak jedynie jedna piąta ankietowanych. W 2015 roku odsetek ten wzrósł już do 33 proc. Z kolei z roku na rok na znaczeniu powoli traci tradycyjny handel. Obecnie smartfony kupuje w sklepach już tylko 36 proc. ankietowanych, czyli niewiele więcej niż przez Internet. „Można powiedzieć, że operatorzy stracili monopol na sprzedaż smartfonów, lecz ich przewaga utrzymuje się nadal w handlu tradycyjnym” – mówi Jakub Wróbel.
Cały świat w małym smartfonie
Smartfon już dawno przestał służyć jedynie do rozmowy, a stał się uniwersalnym urządzeniem mobilnym do komunikacji z całym światem. Aż 63 proc. badanych używa go do czytania newsów, 46 proc. do oglądania krótkich form video, a 32 proc. do słuchania radia. Ta ostatnia opcja była wybierana przede wszystkim przez osoby w wieku 45-59 lat (37 proc.). Młodzi ludzie przodują z kolei w oglądaniu krótkich filmików (64 proc.).
Czym różnią się kobiety od mężczyzn w korzystaniu ze smartfonów? Pierwszą rzeczą, którą sprawdzają kobiety w smartfonie są SMS-y (26 proc.). Wśród mężczyzn odsetek ten wynosi 22 proc. Z kolei mężczyźni przeważają w sprawdzaniu wiadomości e-mail (17 vs 14 proc.). Aż 12 proc. kobiet, dwa razy więcej niż mężczyzn, pierwszą rzeczą, którą robi w swoim smartfonie, jest sprawdzenie co dzieje się w używanych przez nich mediach społecznościowych. Takiej odpowiedzi udzieliło też aż 18 proc. młodych ludzi w wieku 18-24 lat, podczas gdy średnia dla wszystkich grup wiekowych wynosi 9 proc.
Smartfony coraz częściej zastępują inne urządzenia cyfrowe. Respondenci używają ich przede wszystkim do robienia zdjęć (64 proc.). Poza tym korzystamy z nich, gdy chcemy znaleźć coś w Internecie (24 proc.) czy pograć w gry (23 proc.). Średnio miesięcznie ściągamy na swoją komórkę 2,7 aplikacji. Wśród ludzi w wieku 18-24 liczba ta wzrasta do 4,7. Jednocześnie jednak interesują ich przede wszystkim darmowe aplikacje i gry. Średnio miesięcznie wydają oni jedynie 2 zł, podczas gdy średnia dla całej populacji badanych wynosi 9,53 zł. Najwięcej, bo aż 17,72 miesięcznie zł wydają osoby w wieku 35-44 lat.
Dostęp do Internetu, a także usług z nim związanych jest coraz ważniejszym czynnikiem dla użytkowników smartfonów. Badani byli pytani o korzystanie z usług, które oferują ich operatorzy komórkowi. I tak 19 proc. korzysta, a 21 proc. chce korzystać w przyszłości z szerokopasmowego Internetu domowego, dostarczanego przez firmy, których są abonentami. Z kolei 14 proc. używa, a 22 proc. chce używać Internetu w miejscach publicznych. Aż 76 proc. właścicieli smartfonów łączy się z siecią za pośrednictwem Wi-Fi dostępnego w ich domach, miejscach pracy i szkołach. Wśród posiadaczy tabletów odsetek ten jest o 4 p.p. wyższy. Jedna trzecia użytkowników smartfonów używa Internetu 4G/LTE. „Nasze badanie pokazało, że użytkownicy Internetu w standardzie 4G/LTE są bardziej mobilni niż pozostali. Aż 58 proc. pisze i czyta w smartfonie maile, podczas gdy wśród pozostałych odsetek ten wynosi 48 proc., a 45 proc. korzysta z mediów społecznościowych, o 11 p.p. więcej niż w grupie, która z 4G/LTE nie korzysta” – wyjaśnia Jakub Weber.
Popołudniowy komentarz walutowy z 01.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 01.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl











