Firma doradcza Walter Herz została wiodącym agentem, odpowiedzialnym za proces wynajmu powierzchni w kompleksie VIPOL Plaza
Obiekty VIPOL Plaza, zlokalizowane przy ulicy Młynarskiej na warszawskiej, bliskiej Woli, oferują łącznie ponad 20 000 m kw. powierzchni. Kompleks usytuowany jest w spokojnym, zielonym otoczeniu, a jego położenie zapewnia jednocześnie bezpośredni dostęp do rozbudowanej infrastruktury miejskiej i daje możliwość szybkiego dojazdu do centrum miasta różnymi środkami komunikacji. Niedaleko, przy ulicy Okopowej znajduje się Dom Mody Klif.
Biurowce VIPOL Plaza oferują powierzchnię biurową klasy B+ oraz zaplecze konferencyjne, wyposażone w wysokiej klasy systemy audio-wizualne i prezentacyjne. Najnowszy, flagowy budynek – VIPOL Plaza II – o modernistycznej konstrukcji kolumnowej, usytuowany jest przy Młynarskiej 42, niedaleko skrzyżowania z ulicą Żytnią. Do wykończenia obiektu, w tym eleganckiego holu głównego z recepcją wykorzystany został kamień naturalny. Najemcy budynku mają na miejscu restaurację z ogródkiem letnim, salonik prasowy, a poza salami konferencyjnymi, także lożę VIP. Mogą korzystać z 60 miejsc parkingowych w garażu podziemnym oraz myjni samochodowej.
W przyszłym roku biurowiec zyska jeszcze jedną funkcjonalność. Na terenie budynku zacznie działać profesjonalne centrum treningowe – Gaca Centrum, które zostanie otwarte w styczniu przyszłego roku. Będzie to druga taka placówka w Warszawie, a czwarta w Polsce. Walter Herz, jako wyłączny agent ds. wynajmu powierzchni, wspierała firmę Gaca System w procesie negocjacji warunków umowy. Klub usytuowany będzie na 5 i 6 piętrze w budynku, gdzie zajmie powierzchnię ponad 1700 m kw. Centrum treningowe będzie niewątpliwie dużym atutem obiektu. Już teraz przyciąga kolejnych najemców. Wyróżnia kompleks na rynku biurowym i daje mu przewagę konkurencyjną – mówi Mateusz Strzelecki, Senior Associate w Walter Herz.
Jak informuje, w budynkach VIPOL Plaza I i VIPOL Plaza II są jeszcze wolne powierzchnie biurowe. – Do wynajęcia pozostało powierzchnie o metrażu od 130 do 3000 m kw., w tym zarówno moduły typu open-space, przeznaczone do dowolnej aranżacji, jak i gotowe pomieszczenia biurowe – podaje Mateusz Strzelecki. Doradca Walter Herz zwraca jednocześnie uwagę, że wielofunkcyjność obiektu sprawia, że jest to idealne miejsce spotkań biznesowych. – Bogato wyposażone centra konferencyjne, rozwinięte zaplecze gastronomiczne oraz praktycznie nieograniczona liczba miejsc parkingowych wraz dodatkowymi usługami czynią VIPOL Plaza doskonałą lokalizacją do organizowania różnego rodzaju meetingów, czy szkoleń nie tylko przez firmy będące najemcami obiektu – podkreśla Mateusz Strzelecki.
Kompleks zapewnia duży komfort użytkowania. Budynki wyposażone są w BMS, wysokiej klasy klimatyzację, nowoczesne windy, a także system kontroli dostępu, umożliwiający weryfikację personalną poprzez dane biometryczne wraz z całodobowym system monitoringu i ochrony osobistej. Firma VIPOL, która jest właścicielem kompleksu ma w planach jego dalszą rozbudowę.
Ekspert firmy Balabit, Márton Illés – Product Evangelist, omawia najlepsze sposoby ochrony przed infiltracją przez konto uprzywilejowane w czasie rzeczywistym
Istnieje wiele technik, aby zatrzymać zewnętrzny atak przed przeniknięciem do systemu organizacji. Jednak prędzej czy później napastnicy znajdą drogę i sforsują wszelkie zabezpieczenia. Problem z technikami obronnymi jest taki, że wszystkie chronią styk sieci firmowej z internetem, ale nie są naprawdę skuteczne, gdy cyberprzestępcy zdobędą już dostęp do sieci wewnętrznej. Nie są również wystarczające do kontrolowania działań wewnętrznych użytkowników, co jest podobne do przypadku, jakim jest zewnętrzny napastnik, który będąc wewnątrz sieci udaje legalnego użytkownika wewnętrznego. Analizując niektóre z najnowszych technologii phisingu możemy również zobaczyć, że uprawnieni użytkownicy są szczególnie brani na cel takich ataków.
Napastnicy są leniwi lub przynajmniej korzystają z najłatwiejszego rozwiązania, a kontrola konta uprzywilejowanego jest pierwszym rozsądnym krokiem każdego scenariusza ataku. Takie konto może być później użyte do dalszej penetracji i uzyskania po prostu dostępu do cennych danych lub kontroli nad krytycznymi usługami konkretnej organizacji. Niestety dodawanie kontroli nad kontami uprzywilejowanymi może wpłynąć na użyteczność tych kont. W wielu przypadkach ograniczenie praw dostępu jest niemożliwe, ponieważ niektóre zadania nie można wykonać w inny sposób.
„Możliwym sposobem na zaradzenie tym problemom może być szybkie wykrywanie wrogich ataków ze strony uprawnionych użytkowników i stworzenie szybkich procedur reakcji na te naruszenia.” –komentuje Márton Illés, Product Evangelist, Balabit.
Oto pięć kroków jak stworzyć strategię bezpieczeństwa opartą na detekcji:
Należy zawsze używać imiennych kont.
Śledzić działania uprzywilejowanych użytkowników / kont, a nie tylko nadzorować logowanie do nich. Należy je monitorować bardziej szczegółowo.
Monitorować system kont w celu odróżnienia ludzi od robotów czy skryptów.
Stosować monitorowanie w czasie rzeczywistym i analizę zachowania z profilowaniem użytkowników.
Łączyć automatyczne i manualne badanie i weryfikację dla terminowych odpowiedzi.
Zawsze używaj imiennych kont
Korzystanie z imiennych kont powiązanych z rzeczywistymi użytkownikami ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia, jak i co się wydarzyło. Wszelkie analizy śledcze, a zwłaszcza jakiekolwiek wykrywania w czasie rzeczywistym incydentów spowodowanych przez dzielone konta jest bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe. Dla każdej analizy muszą być szczegółowe dane audytowe i odpowiedni kontekst. Z kont dzielonych traci się prawdopodobnie najważniejszą informację kontekstową – użytkownika.
Śledź działania a nie tylko logowanie
Kiedy są już konta imienne można przejść dalej do śledzenia aktywności kont uprzywilejowanych. Im więcej szczegółów, tym większa szansa na udane wykrycie szkodliwych działań. Wiele znanych rozwiązań do monitorowania nagrywa tylko loginy, ale nie śledzi dalszych szczegółów. Po pomyślnej penetracji sieci wewnętrznej, typowymi kolejnymi krokami agresora są dalsze odkrycia i rozpoznawanie zasobów. Te działania mogą być zidentyfikowane przez różne oznaki ostrzegawcze, takie jak zwiększenie ruchu do wielu różnych zasobów i serwerów, czyli typowe działania dla crawlerów – programów automatycznie zbierających informacje o strukturze, stronach i treściach znajdujących się w danej sieci. Każdy system wczesnego reagowania powinien być wyczulony na takie szczegóły, związane ze wzmożonym ruchem po zasobach infrastruktury sieciowej organizacji.
Konta systemowe największym zagrożeniem
Przy identyfikacji uprzywilejowanych kont lub użytkowników wiele organizacji nie radzi sobie z kontrolą nad kontami systemowymi, które są używane przez skrypty, roboty lub wbudowane w aplikacje. Są to typowe „martwe punkty” dla systemów monitorowania i mogą służyć jako doskonała przykrywka dla atakujących. Większość wycieków danych jest związanych ze zwiększonym ruchem dotyczącym danych danego systemu w porównaniu do typowych zachowań normalnych użytkowników. Cyberprzestępcy wykorzystują konta systemowe jako trudne do wykrycia ukryte kanały dla nielegalnego przepływu pożądanych przez nich danych.
„Po stworzeniu solidnej infrastruktury monitorowania, prawdziwym wyzwaniem jest dostrzec igłę w stogu siana, zwłaszcza w czasie rzeczywistym. Napastnicy mają wiele sposobów ukrywania swojej działalności lub udawania legalnego dostępu. Niestety bardzo trudno stworzyć predefiniowane reguły do wykrywania takich przypadków, jednak najlepszym rozwiązaniem jest stworzenie profili użytkowników i na ich bazie wykrywać nietypowe zachowania czy odstępstwa od normy. Poprzez monitorowanie i porównywanie do typowych czynności użytkownika, organizacje mogą zidentyfikować te anomalie.” – mówi Márton Illés, Product Evangelist, Balabit.
Zachowanie użytkownika może ochronić system
Pierwsze podejście koncentruje się na człowieku: wszystkie działania tworzą podstawowe indywidualne wzory zachowań danej osoby i są bardzo trudne do naśladowania przez atakującego. Przykładowo jest to sposób, w jaki użytkownik pisze lub porusza się myszką, jakich poleceń czy skrótów używa, jakie preferuje urządzenia i programy osobiste (rozmiary ekranu, typ przeglądarki czy wersja). Do tego dochodzą zwyczaje – jak przeważnie pracuje, robi wiele rzeczy równolegle czy w sekwencjach.
Inne podejście określa, jakie prace użytkownik wykonuje. Podczas gdy pierwsze z nich stawia człowieka w centrum uwagi to drugie podejście dotyczy użytkownika, który ma określone zadania i pracę do wykonania. Istnieje jeszcze wiele innych aspektów do rozważenia – przykładowo kiedy użytkownik jest zwykle aktywny? Niektórzy napastnicy działają poza normalnymi godzinami pracy. Istotne jest też gdzie użytkownik znajduje się, z jakich usług korzysta, z jakich danych, ich ilość, co z nimi robi czy kopiuje je i wysyła poza zewnętrzną sieć, czyli częstotliwość i różnorodność dostępu do danych / plików / serwerów. Poprzez profilowanie tych wszystkich aspektów pozwala na tworzenia indywidualnych profili ról, które mogą być również wzbogacone o analizę poszczególnych grup, gdzie działania użytkownika są porównywane do profilu danego typu grupy.
„Najlepszym sposobem jest połączenie dwóch powyższych podejść i tworzenie równoległych profili zachowań użytkowników. Brak złotego środka w analizie behawioralnej. Jedno podejście może działać świetnie w niektórych przypadkach, podczas gdy w innej sytuacji nie wykryje podejrzanych działań. Najlepszy wynik daje kombinacja, znacznie trudniej wtedy przechytrzyć działania obronne.” – mówi Márton Illés, Product Evangelist, Balabit.
A co po wykryciu?
Wreszcie musimy ustanowić procedurę postępowania przy wykryciu szkodliwych działań. Ponownie, czas jest tutaj naszym największym wrogiem. Aby zwiększyć efektywność zespołu bezpieczeństwa oraz przyspieszyć dochodzenie, działania powinny być maksymalnie zautomatyzowane. Mając profile użytkowników i prawidłowe kontekstowe informacje śledczy mogą znacznie łatwiej klasyfikować podejrzane zachowania. Automatyczne reakcje mogą być użyte do blokowania i kontrolowania dalszego dostępu do przejętego lub podejrzanego konta, aby spowolnić atakujących.
„Konta uprzywilejowane są wciąż najatrakcyjniejsze dla atakujących i przy budowie strategii bezpieczeństwa, należy rozważyć, zwiększenie naszych zabezpieczeń o szczegółowe techniki monitorowania i analizy behawioralnej. Musimy mieć na uwadze zarówno zagrożenia zewnętrzne oraz wewnętrzne, w tym wszystkich naszych użytkowników oraz znaleźć skuteczną ochronę. Monitorowanie użytkowników i profilowania nie są idealnym panaceum, ale mogą załatać krytyczne luki i braki w dotychczasowych rozwiązaniach dotyczących uprzywilejowanych kont i użytkowników.” – podsumowuje Márton Illés, Product Evangelist, Balabit.
W czasie odbywającej się w Barcelonie konferencji Convergence EMEA, Microsoft zaprezentował najnowszy plan w ramach usługi Office 365 dla średnich i dużych przedsiębiorstw. Office 365 E5 oferuje nowe funkcje w obszarach: komunikacji w czasie rzeczywistym, analityki danych oraz zaawansowanego bezpieczeństwa.
„Dla przedsiębiorców ważne jest, aby technologia zwiększała efektywność codziennej pracy,
a zwłaszcza w kontekście zdalnej współpracy, komunikacji i podejmowania decyzji
w dynamicznie zmieniającym się środowisku biznesowym” – mówi Anna Białobłocka, dyrektor działu Office w polskim oddziale Microsoft.
Nowe funkcje wprowadzone w ramach planu E5 w usłudze Office 365 dotyczą takich obszarów, jak:
Nowoczesna praca zespołowa i komunikacja w czasie rzeczywistym:
Do dyspozycji użytkowników zostanie oddana usługa Skype Meeting Broadcast: rozwiązanie umożliwiające prowadzenie transmisji online jednocześnie wielu użytkownikom (10000+). Uczestnicy będą mogli dołączyć do spotkania z dowolnej przeglądarki i dowolnego urządzenia – komputera, urządzenia 2w1, tabletu czy smartfona. Jest to funkcja, która będzie dostępna dla użytkowników planów E1, E3 i E5.
Cloud PBX: możliwość zarządzania połączeniami za pomocą centrali telefonicznej PBX działającej w modelu cloud. Oznacza to, że wykorzystując centralę w chmurze, klienci będą w stanie wyeliminować część odrębnych systemów central PBX. Dodatkowo, użytkownicy będą mogli inicjować, odbierać oraz przekazywać połączenia telefoniczne w zasadzie z dowolnego miejsca, korzystając przy tym nie tylko z komputerów, ale także z tabletów oraz smartfonów. Z kolei menedżerowie działów IT będą mogli oprzeć swoje działania na usłudze Office 365 stosując tę technologię jako centralny port do zarządzania użytkownikami w kontekście komunikacji, poczty oraz wymiany
i zarządzania treściami.
Jeszcze bardziej zaawansowana analityka:
Power BI Pro: oferuje mechanizmy zaawansowanej analizy dla użytkowników końcowych. Rozwiązanie pozwoli użytkownikom na prowadzenie analityki biznesowej
i wizualizację w czasie rzeczywistym, co w efekcie prowadzi do jeszcze dokładniejszego zrozumienia dostępnych danych. Dotychczas ta funkcjonalność była opcjonalna jako płatny dodatek do Power BI.
Delve Org Analytics: narzędzie do analizy działań i efektywności pracy całej organizacji, jak i zespołów funkcjonujących w ramach struktur przedsiębiorstwa. Wykorzystując Delve Org Analytics, menadżerowie otrzymają rozbudowane
i interaktywne analizy głównych trendów dotyczących pracy zespołu, takie m.in. jak: czas spędzony nad poszczególnymi zadaniami, skala interakcji w grupie oraz wpływ pracy na równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.
Zaawansowane bezpieczeństwo:
Customer LockBox: funkcjonalność umożliwiająca klientowi bezpośrednią kontrolę dostępu do danych. Usprawnienie to zapewni klientom wykorzystującym Office 365 maksymalny poziom ochrony danych i prywatności ich użytkowników. Dzięki zastosowaniu mechanizmów zwiększających bezpieczeństwo, klienci za każdym razem decydują o tym, czy inżynierowie Microsoft będą mogli dostać się do ich danych w celu rozwiązania zgłoszonego problemu, czy też nie mają oni na to zgody. Wszystkie działania związane z kontrolą dostępu są rejestrowane oraz poddawane weryfikacji.
Advanced Threat Protection: funkcjonalność umożliwiająca sprawdzanie załączników oraz adresów URL przed potencjalnym zagrożeniem występującym w wiadomości
e-mail, załącznikach oraz adresach URL użytkowników końcowych. Nowa funkcjonalność usprawni ochronę przed nieznanym i złośliwym oprogramowaniem czy wirusami, zapewni również wyższy poziom ochrony przed niebezpiecznymi stronami internetowymi w czasie rzeczywistym już w momencie kliknięcia. Dodatkowo, funkcja Click Tracking zaoferuje użytkownikom rozbudowane możliwości raportowania
i śledzenia adresów URL.
Equivio Analytics do eDiscovery: funkcjonalność zaawansowanego przeglądania
i sortowania zarówno wiadomości, jak i poczty e-mail oraz dokumentów, dzięki rozwiązaniom eDiscovery. Opcja ta ma na celu zapewnienie jeszcze lepszej zgodności
z wymaganiami prawnymi i audytowymi wewnątrz organizacji.
Dolar w Polsce jest coraz droższy i nie należy oczekiwać zmiany tej tendencji. Na osłabienie złotego wpływ mają zarówno czynniki międzynarodowe, jak i wewnętrzne. Należy więc oczekiwać, że w II połowie grudnia polska waluta będzie jeszcze słabsza niż dziś. Już w czwartek można bowiem oczekiwać niekorzystnej dla siły złotego decyzji Europejskiego Banku Centralnego, a za dwa tygodnie amerykańskiego FED-u.
Dolar kosztuje już ponad 4 złote, a w ciągu miesiąca zyskał w Polsce przeszło 4 proc. W ciągu ostatniego roku amerykańska waluta podrożała wobec złotego 1/5, kurs pod koniec listopada zeszłego roku nie przekraczał 3,35 zł. W ocenie analityków trzy czynniki wpływają na kurs dolara w Polsce.
–Europejski Bank Centralny będzie luzował politykę monetarną, a FED chce podnosić stopy procentowe, co oczywiście umacnia dolara. Poza tym waluty krajów rozwijających się są ogólnie w niełasce, co też wpływa na polskiego złotego. Na notowania wpływa również sytuacja wewnętrzna w Polsce, czyli polityka – uważa Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Ten ostatni czynnik sprawia, że złoty od maja stracił do korony czeskiej 10 proc., a do forinta 4 proc. Z drugiej strony w relacji do euro kurs złotego praktycznie się w ciągu roku nie zmienił. Na walutowym rynku bowiem najistotniejsze są dziś decyzje podejmowane poza naszymi granicami. W czwartek np. zaplanowano posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego, a 16 grudnia amerykańskiego FED-u, który prawdopodobnie podniesie stopy o 25 punktów bazowych, co zdaniem analityków jest już wliczone w ceny na rynku i może oznaczać, że dolar potanieje w ramach realizacji zysków. Ważniejsze jest jednak to, co powie szef EBC Mario Draghi.
– Prawdopodobnie stopa depozytowa będzie jeszcze bardziej ujemna, pytanie tylko, jak mocno i czy dodruk euro zwiększy wolumen zakupu aktywów z rynku – zastanawia się Piotr Kuczyński. – Pod znakiem zapytania jest również to, jak rynek to odbierze. Jeśli rynek uzna, że jest to poniżej oczekiwań, to wtedy euro będzie zyskiwało do dolara. W związku z tym większe prawdopodobieństwo jest, że w II połowie grudnia dolar będzie tańszy.
Główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion ocenia, że na rynek walutowy wpływa dziś zbyt dużo czynników i prognozowanie kursów w dłuższej perspektywie jest bardzo trudne.
– Teoretycznie, gdyby brać takie czynniki, które obecnie istnieją, et ceteris paribus, jak mówią ekonomiści, to należałoby powiedzieć, że dolar będzie się umacniał, a euro będzie traciło. Na przykład Goldman Sachs mówił, że w przyszłym roku będą jeszcze przynajmniej 3 podwyżki stóp procentowych w Stanach, a w Europie na pewno ich nie będzie. Teoretycznie od strony fundamentalnej dolar powinien być w cenie.
Słaby złoty i mocny dolar to na razie nie najlepsza wiadomość dla polskiej gospodarki. Polska ma niewielki eksport do strefy dolarowej. Ponad 70 proc. sprzedaży zagranicznej polskich firm to strefa euro. Za to import rozliczany w dolarach jest spory, bo za dolary Polska kupuje surowce, głównie ropę naftową.
ATM ma znakomity potencjał do dalszych wzrostów – uważa nowy prezes spółki. Firma boryka się ze słabnącymi wynikami, jednak dziedzina, na którą ostatnio postawiła, czyli rynek baz danych, przynosi jej coraz wyższe przychody. Za kilka lat ma ona szansę na zdobycie pozycji regionalnego lidera w tym sektorze.
Dariusz Terlecki kieruje ATM od początku grudnia, na stanowisku prezesa zastąpił Tadeusza Czichonia, założyciela i głównego udziałowca spółki.
– Renoma firmy oraz znakomity, efektywny zespół to jest nieoceniony fundament, na którym można budować wzrost firmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor, prezes zarządu ATM SA.
W ostatnich latach spółka osiągała jednak gorsze wyniki. Przychody i zysk ATM systematycznie spadały. W 2015 roku, po trzech kwartałach, firma miała przychody sięgające 99 mln zł, o 17 mln niższe niż w 2014 roku. Zysk netto spadł o prawie 5 mln, do 4,2 mln zł.
– Z działalności podstawowej, skupionej wokół dwóch głównych obszarów (centra danych i usługi telekomunikacyjne), przychody były już jednak wyższe–zwraca uwagę Dariusz Terlecki. – Po trzech kwartałach wyniosły 92,6 mln zł wobec 90,8 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o niespełna 2 proc., a w samym III kw. sięgnęły 31,43 mln zł wobec 29,57 mln zł rok wcześniej, co jest już wzrostem o przeszło 6 proc. Wzrósł też zysk EBITDA do 9,46 mln zł w III kw. 2015 roku z 9,34 mln zł rok wcześniej.
ATM, jak mówi nowy prezes, ma infrastrukturę, know-how i znakomity zespół. To oznacza, że tych obszarów wzrostu jest przynajmniej kilka.
– Chcemy pracować nad usprawnieniem wewnętrznych procesów i nad wzrostem produktywności wewnętrznej. Jeśli w tym kierunku pójdziemy, to w niedługim czasie powinniśmy uzyskać pierwsze efekty. Chcemy korzystać z doświadczenia innych znaczących graczy na rynku. Nie zawsze trzeba coś wymyślać zupełnie od początku, czasem po prostu wystarczy naśladować najlepszych na tym rynku, nie tylko w Polsce, lecz także w Europie czy na świecie.
ATM obserwuje też rejony, w których dotychczas nie funkcjonowała w sposób znaczący. Spółka w pierwszej kolejności zamierza skupić się na swym najbliższym otoczeniu, czyli na Polsce. W kolejnym etapie nie wyklucza jednak ekspansji na rynki państw sąsiednich, gdzie zresztą jest już obecna.
– ATM ma wszelkie dane, żeby być liderem na rynku bazodanowym zarówno w Polsce, jak i w regionalnie – uważa prezes Dariusz Terlecki z ATM SA. –Myślę tutaj chociażby o obszarze Europy Środkowo-Wschodniej, ale nie tylko. Jeśli porównamy ATM z wieloma graczami międzynarodowymi, to myślę, że niczego nam nie brakuje. To jest tylko kwestia konsekwentnego dążenia w tym kierunku i to jest bardzo istotny kierunek rozwoju dla spółki.
Spółka 360° specjalizuje się w organizacji wyjazdów narciarskich i snowboardowych w Alpy (SnowShow.pl), ale w swej ofercie posiada również wyjazdy letnie do Chorwacji i Francji (Chilling.pl). Powstała dzięki wspólnemu pomysłowi czterech pasjonatów narciarstwa. Swój wzrost finansuje wyłącznie ze środków własnych. Ten model biznesowy działa skutecznie i jak deklaruje jej prezes i współzałożyciel, obroty firmy rosną w tempie kilkunastu procent rocznie lub szybszym.
– Firma powstała 8 lat temu, zaczynaliśmy z grupą czterech przyjaciół, później to ewoluowało, ktoś się wykruszył, komuś zmieniły się plany, więc zostaliśmy we dwóch ze wspólnikiem i tak działamy do dzisiaj – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Starkowski, prezes i współzałożyciel 360°. – Ogólniew tej chwili jesteśmy największym organizatorem tego typu zorganizowanych wyjazdów do Francji. Na ten moment mamy prawie jedną trzecią rynku.
Znakiem rozpoznawczym imprez rekreacyjnych organizowanych przez biuro podróży 360° jest łączenie wypoczynku z dodatkowymi atrakcjami, głównie festiwalami muzycznymi. Z tym operatorem można jechać na SnowShow Music Fest, SnowShow Peak Up The Sound czy SnowShow Hip-Hop Week. Firma stara się, by jej wyjazdy w Alpy, organizowane dla młodych ludzi, były połączone z masą różnych rozrywek.
– Od koncertów polskich artystów na SnowShow Music Fest, gdzie zapraszamy czołówkę polskich artystów i przywozimy ze sobą TIR-a wypełnionego sprzętem, nagłośnieniem, sceną, światłami itd. Są to w pełni profesjonalne koncerty odbywające się na prawie dwóch tysiącach metrów nad poziomem morza. – opowiada Michał Starkowski. – Mamy też wyjazdy bardzo sprofilowane, takie jak np. Helicamp, gdzie transportujemy ludzi helikopterem na niedostępne partie gór, a następnie obywa się z nich zjazd.
Taka recepta na działalność na rynku turystycznym sprawdza się pod względem biznesowym. Jak podkreśla jej prezes, przychody firmy stabilnie rosną, od 15 do 25 proc. rocznie, a pozyskane środki pozwalają jej samodzielnie się finansować.
– Mamy model zrównoważonego rozwoju – informuje prezes zarządu 360° i dodaje, że klientów systematycznie przybywa. – Rocznie wyjeżdża z nami ponad 6 tys. osób. Obroty sięgają powyżej 10 mln zł. Oczywiście obroty te mają się nijak do zysków, bo mamy bardzo wysokie koszty. Dużo ludzi pracuje, mamy rozbudowany system informatyczny, który nas wspomaga i masę kosztów marketingowych, ale obrót jest już w miarę znaczący.
Pomysł na rozwój biura podróży 360° wiąże się też ze stałym poprawianiem oferty oraz dopasowywaniem jej do rosnących oczekiwań klientów. Uczestnicy wyjazdów za dodatkową dopłatą mogą sami dobrać różne komponenty produktu, takie jak np. autokar XXL, gdzie można wybrać większe i wygodniejszej miejsca, „pyszne pudełko”, czyli zestaw kanapek na podróż lub serwis „ręczna robota”, dzięki któremu podróżni nie muszą się martwić o sprzęt narciarski. Biuro przygotowuje go do sezonu i dostarcza na miejsce.
– Mamy całkowicie nowy produkt, SnowShow Hip-hop Week, czyli tydzień we francuskich Alpach z czołówką polskich gwiazd sceny hip-hopowej. – wymienia Michał Starkowski. – Z nowych rzeczy wprowadziliśmy również m.in. wyjazdy z nowych destynacji. Zauważyliśmy, że duża część naszych uczestników przyjeżdża do nas z Londynu i Paryża, więc teraz nasze autokary ruszają również z tych miast.
Spółki kolejowe przeszły w ostatnich latach rewolucyjną przemianę – ocenia prezes KIG Andrzej Arendarski. Notują dobre wyniki i zapewniają klientom coraz lepszy standard usług, dzięki czemu lepiej radzą sobie w konkurencji na europejskich rynkach. Przykładem jest PKP Cargo, drugi w Europie przewoźnik, który z powodzeniem zdobywa kolejne rynki. W poniedziałek prezes Grupy PKP Jakub Karnowski i członek zarządu Piotr Ciżkowicz podali się do dymisji.
– Żaden zarząd do czasu tego ostatniego, kierowanego przez prezesa Jakuba Karnowskiego, nie zrobił tyle, ile właśnie oni. Całkowicie zmienili charakter tej spółki. To jest w tej chwili taka sama kolej jak w innych, bardziej rozwiniętych krajach – kierująca się motywami ekonomicznymi, z przejrzystą strukturą, ograniczaniem kosztów, oddłużona, dysponująca coraz lepszym sprzętem i infrastrukturą. Bilans tych 4 lat jest niewątpliwie dodatni i właściwie można powiedzieć, że ten zarząd wydobył kolej z zapaści – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
Przez dwie ostatnie dekady PKP należało do najgorszych polskich przedsiębiorstw. Firma generowała straty, a jej zadłużenie w 2012 roku przekraczało 4 mld zł. Kolejom brakowało pieniędzy na inwestycje, pociągi oferowały niski standard, a czas podróży systematycznie się wydłużał. Reformy torpedowane były przez silne związki zawodowe. Jak podkreśla Andrzej Arendarski, dopiero w ostatnich latach firma zaczęła wychodzić na prostą i ma nadzieję, że na kolei nie wrócą już czasy rządów związkowych.
– Koleją kiedyś rządziły związki zawodowe, w tej chwili rządzi zarząd, więc już tu jest podstawowa różnica. Poza tym wyeliminowano takie zjawiska, jak nepotyzm, umieszczanie swoich znajomych czy krewnych na różnych stanowiskach i preferencyjny wynajem powierzchni w obiektach kolejowych. W tej chwili procedury w kolei są przejrzyste i właśnie dzięki temu wzrosły przychody, a zmalały straty – uważa prezes KIG.
W ciągu ostatnich czterech lat PKP zdołały zmodernizować tabor, wiele z linii kolejowych i dworców. Spółki kolejowe osiągają bardzo dobre wyniki finansowe. Notowana na warszawskiej giełdzie spółka PKP Cargo zarobiła w 2014 roku na czysto 61,2 mln zł, a PKP LHS prawie 75 mln zł. W ciągu 10 miesięcy roku PKP Cargo przewiozła ponad 89 mln ton towarów.
– PKP Cargo to firma, która w ostatnich latach zrobiła dużą karierę i może teraz konkurować z największymi przewoźnikami europejskimi. Przeprowadziła restrukturyzację swojej organizacji, wreszcie wyposażona została w nowoczesny sprzęt, dokonuje licznych przejęć, jest coraz bardziej widoczna na rynku i może być teraz poważnym konkurentem dla firm przewozowych nie tylko w Polsce, lecz także na rynkach europejskich – mówi Andrzej Arendarski.
Spółka od dłuższego czasu stawia na rynki zagraniczne. PKP Cargo przejęło AWT, drugiego największego przewoźnika w Czechach, oraz jego spółki zależne na Słowacji i Węgrzech. Zawarła również porozumienie strategiczne z chorwackim HŽ Cargo oraz umowę joint venture z włoskim operatorem Trenitalia. Dzięki temu zaoferuje swoje usługi także na Półwyspie Apenińskim. Niedawno przewoźnik porozumiał się z spółkami PKN ORLEN i Euronaft Trzebinia w sprawie sprzedaży aktywów kolejowych należących do Grupy ORLEN. Transakcja o wartości ponad 250 mln zł obejmie udziały ORLEN KolTrans i zorganizowaną część spółki Euronaft Trzebinia.
– W PKP Cargo wyzwaniem jest wielka konkurencja i właściwie wiele będzie zależało od koniunktury gospodarczej. Jeżeli będzie co wozić, to i PKP Cargo będzie się rozwijała. Wyzwanie to konkurencyjność, czyli ceny lepsze niż oferują konkurenci, nowoczesny sprzęt, który w dużej części już jest, i utrzymanie tego stylu zarządzania, który jest w tej chwili – mówi Andrzej Arendarski.
W nowej perspektywie wyzwania czekają również inne spółki PKP. Jednym z nich będzie dokończenie inwestycji w modernizację infrastruktury oraz usprawnienia w obsłudze klientów. Dużym wyzwaniem będzie też konkurowanie z zagranicznymi spółkami. Zdaniem Andrzeja Arendarskiego kluczowe dla spółek z Grupy PKP jest kontynuowanie obecnej strategii, niezależnie od ewentualnych zmian w zarządach. Wprowadzone w ostatnich latach zmiany znacząco poprawiły polską kolej i należałoby je kontynuować.
Tylko nieco ponad jedna czwarta z 3,3 mln osób niepełnosprawnych jest aktywna zawodowo. W przyszłym roku wejdą w życie zmiany, które mogą ten odsetek obniżyć. Taki skutek może mieć obniżenie ulg we wpłatach na PFRON o 30 proc. Sytuację mogłoby poprawić zmniejszenie progu posiadanych przez firmę etatów, powyżej którego ma ona obowiązek zatrudnić taką osobę lub płacić składkę na PFRON.
Łączna liczba osób niepełnosprawnych w Polsce to 3,34 mln osób, z czego jedynie ok. 28 proc. jest aktywnych zawodowo – wynika z danych Capital Work. Choć to najlepszy wynik od ośmiu lat, wciąż jest dużo niższy niż w innych krajach UE, gdzie średnio wskaźnik aktywności zawodowej osób niepełnosprawnych sięga 60 proc. W Niemczech i Szwecji pracuje 70 proc. osób niepełnosprawnych.
– W Polsce zatrudnienie osób na otwartym rynku pracy oraz w zakładach pracy chronionej znajduje ok. 227 tys. osób – mówi Paweł Marianowski, prezes Capital Work, agencji pracy tymczasowej dla osób niepełnosprawnych. – Ze względu na nowelizację ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej z 1997 roku, która ma wejść w życie w lipcu 2016 roku, przewidywany jest raczej spadek zatrudnienia osób niepełnosprawnych niż wzrost.
W każdej firmie, w której jest co najmniej 25 etatów, wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych powinien wynosić 6 proc. Jeśli nie jest to spełnione, przedsiębiorca musi płacić co miesiąc składki na rzecz Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). Ich wysokość może być jednak obniżona, gdy firma współpracuje w ramach zakupu usług lub produktów z podmiotami zatrudniającymi osoby z niepełnosprawnościami.
Od lipca 2016 roku przedsiębiorstwa oferujące taką kooperację będą miały obowiązek przekazywania do PFRON informacji o udzielonych ulgach, a podstawa redukcji zostanie obniżona do poziomu najniższego wynagrodzenia. Wysokość maksymalnej redukcji, która obecnie wynosi 80 proc., od lipca nie będzie mogła być wyższa niż 50 proc.
– W związku z tym różnica wynosi 30 proc. – zauważa Paweł Marianowski. – Najprawdopodobniej o tyle właśnie może spaść zatrudnienie wśród osób najbardziej dotkniętych przez los, które mają znaczny stopień niepełnosprawności i umiarkowany stopień niepełnosprawności oraz mają tzw. schorzenia szczególne, czyli są upośledzone umysłowo, niewidome lub cierpią na epilepsję. W 2010 roku ustawodawca powiedział, że firmy, które udzielają ulg, muszą mieć zatrudnienie takich osób na poziomie 30 proc.
Zdaniem Marianowskiego dla rynku pracy osób niepełnosprawnych korzystne byłoby obniżenie progu zatrudnienia (25 osób) dla firm, których dotyczą regulacje.
– W 1997 roku, kiedy ustawa powstawała, ok. 90 proc. firm zatrudniało powyżej 25 osób. Dziś takie firmy stanowią ok. 4 proc. Gdyby próg obniżono np. do 10 etatów, wtedy regulacje te dotyczyły znacznie większej liczby firm – mówi Paweł Marianowski. – Dzięki temu z jednej strony więcej firm musiałoby zatrudniać takie osoby albo korzystać z outsourcingu takich firm jak Capital Work, a przy okazji wzrosłyby wpływy do Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, który mógłby w większym stopniu pomagać tym osobom.
Prezes Capital Work zastrzega, że rynek wcale nie musi zareagować spadkiem zatrudnienia osób niepełnosprawnych, bo firmy coraz częściej chcą zatrudniać takich ludzi. Jak podkreśla, są przedsiębiorstwa świadome swojej misji społecznej, które prócz celów komercyjnych realizują także zadania związane z pomocą najsłabszym.
– Wśród naszych klientów są firmy transportowe świadczące usługi przewozu osób zarówno drogą lądową, jak i powietrzną, przedsiębiorstwa produkcyjne, usługowe – precyzuje Paweł Marianowski. – Każdemu z takich podmiotów mogą być potrzebne osoby wartościowe. My kierujemy do nich świetnych pracowników z różnego rodzaju schorzeniami na zasadach outsourcingu.
Utrzymujące się spadki cen artykułów spożywczych i rosnąca konkurencja na rynku nie przeszkadzają w szybkim rozwoju sieci Stokrotka. W III kwartale spółka Emperia Holding otworzyła 35 nowych placówek, a w IV ma być podobnie. W przyszłym roku właściciel sieci nie zamierza zwalniać tempa. Holding w styczniu uruchomi centrum dystrybucyjne w Lublinie.
– Stokrotka, która jest naszym głównym podmiotem w segmencie detalicznym, jest dzisiaj na etapie bardzo intensywnego rozwoju. Otwieramy rekordowe ilości sklepów i chcemy w przyszłym roku kontynuować takie działania – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Cezary Baran, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy w firmie Emperia Holding, właściciel marki Stokrotka. – Mamy nadzieję na zwiększanie udziałów w rynku. Taki jest nasz główny cel w przyszłym roku.
W IV kwartale spółka uruchomi około 35 nowych placówek. Będzie to wynik porównywalny z tym, który udało się osiągnąć spółce między lipcem a wrześniem br. Było to 11 supermarketów, 14 marketów oraz 10 sklepów w systemie franczyzowym. Sieć liczy już 300 placówek.
– Spodziewamy się, że przyszły rok nie będzie gorszy pod względem liczby otwarć, a powinien być lepszy od rezultatów, które pokażemy w tym roku – informuje Cezary Baran. – Nie będę obiecywał klientom, że co kwartał będzie przybywać tyle Stokrotek, ale na pewno będziemy pozytywnie pod tym względem zaskakiwać.
Obecnie Emperia Holding obecna jest na rynku w dwóch formatach placówek detalicznych: mniejszych, usytuowanych bliżej miejsca zamieszkania klientów Stokrotkach Market oraz supermarketach (większe, ale także codzienne zakupy zaspokajające podstawowe potrzeby).
– Bardzo dbamy o to, żeby nasi klienci traktowali nas jako miejsce codziennych zakupów. Efektem tego jest nasza aktywność. Staramy się proponować co chwilę nowe rozwiązania – twierdzi Cezary Baran
W kolejnych tygodniach spółka planuje uruchomienie nowego centrum logistycznego o powierzchni około 600 tys. mkw. w Lublinie. Magazyn ma obsługiwać przede wszystkim sklepy we wschodniej części Polski, gdzie przedsiębiorstwo ma najwięcej placówek. Głównym celem inwestycji jest znaczne obniżenie kosztów logistycznych i poprawa efektywności.
– Nasz dotychczasowy system został stworzony w określonych okolicznościach i z punktu widzenia sieci był daleki od optymalnego – tłumaczy Cezary Baran. – Obecnie doszliśmy do poziomów wydajności, które już niewiele mogą być poprawiane. Naturalnym krokiem było więc stworzenie dodatkowych hubów, z których moglibyśmy zaopatrywać dużą liczbę sklepów.
Jak zapowiadają przedstawiciele spółki, centra przeładunkowe, które obecnie pośredniczą w zaopatrywaniu Stokrotek na terenie całego kraju, mają być systematycznie zastępowane pełnowymiarowymi centrami logistycznymi.
– Po otwarciu centrum w Lublinie będziemy szukać kolejnego miejsca – zapowiada Cezary Baran. – Nasza filozofia jest bardzo prosta: otwieramy nowe centra logistyczne tam, gdzie mamy wystarczająco duże nasycenie placówek detalicznych i jednocześnie w żaden sposób nie powoduje to zwiększenia nakładów na logistykę. To narzędzia, które mają poprawiać pozycję konkurencyjną poprzez zmniejszanie kosztów i poprawę efektywności. Taką strategię chcemy kontynuować.
Jak twierdzi Cezary Baran, spółka walczyć będzie o utrzymanie pozycji lidera pod względem nowych inwestycji w segmencie detalicznym. Zamierza także dbać o satysfakcję inwestorów z rezultatów w pozostałych obszarach aktywności poprzez poszukiwanie nowych produktów, rynków i podnoszenie efektywności aktywów.
Po trzecim kwartale br. przychody spółki Emperia Holding wyniosły 1,5 mld zł i były o ponad 2,2 proc. wyższe niż w tym samym okresie ubiegłego roku (1,47 mld zł). Przedsiębiorstwo zarobiło (po opodatkowaniu) prawie 37,26 mln zł, czyli ponad dwa razy więcej niż rok wcześniej (17,47 mln zł).
Polskie firmy wymieniają sprzęt komputerowy w zależności od jego typu co 2–5 lat. Najczęściej przed zakupem nowych urządzeń szukają porad w internecie. Głównym źródłem informacji są sklepy internetowe i porównywarki cen. Właściciele firm częściej opierają się na rekomendacjach znajomych niż na opiniach specjalistów.
Z raportu Lenovo „Komputery w polskich MŚP 2015” wynika, że najważniejszym kryterium wyboru nowego sprzętu jest jego jakość, uważa tak 69 proc. respondentów, a 67 proc. kieruje się niską ceną. Ważna jest także ogólna renoma producenta (37 proc.) i dostawcy (20 proc.). Zaledwie 12 proc. bierze pod uwagę kwestie wizualne.
– Cena dalej jest bardzo mocnym kryterium wyboru konkretnej oferty. Dlatego ponad 54 proc. respondentów odpowiada, że wiedzę na temat poszczególnych rozwiązań i nowości produktowych czerpie z porównywarek internetowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Polak, PC business development manager w firmie Lenovo.
Tyle samo firm wskazało, że najlepszym źródłem informacji o sprzęcie IT są sklepy internetowe. Ze specjalistycznych serwisów internetowych zajmujących się tematyką IT korzysta co trzeci przedsiębiorca, podobnie jak z rankingów publikowanych online.
Cenne są także źródła pozainternetowe – na 13 zdefiniowanych źródeł siedem z nich znajduje się offline. Wśród nich najcenniejsze dla MŚP są rekomendacje znajomych (42 proc.), fachowa prasa (38 proc.) oraz informacje od dostawców (33 proc.).
– Rozumiemy dostawców jako naszych partnerów handlowych – mówi przedstawiciel Lenovo. – Nasza firma działa w oparciu przede wszystkim o kanał partnerski i bardzo cieszy nas to, że rekomendacje naszych partnerów są brane pod uwagę w całym procesie decyzyjnym przez potencjalnych nabywców.
Stosunkowo rzadko firmy z sektora MŚP czerpią wiedzę z konferencji i spotkań (14 proc.) oraz blogów specjalistów IT (18 proc.).
Sposoby zbierania informacji różnią się w zależności od wielkości firmy oraz od wieku i wykształcenia kadry menadżerskiej. Okazuje się, że mniejsze organizacje najbardziej ufają rekomendacjom znajomych, a większe – dostawcom sprzętu oraz specjalistycznym serwisom internetowym. Dla młodszych respondentów pierwszym wyborem są źródła internetowe. Z kolei osoby bardziej wykształcone biorą pod uwagę kilka źródeł.
Jak podkreślają przedstawiciele Lenovo, badanie pokazuje, że dostawcy sprzętu IT muszą dbać o wszystkie kanały dostępu do klientów, zarówno o przygotowanie merytoryczne sprzedawców, jak i obecność w sieci.
– Pytając o kryteria wyboru sprzętu mobilnego, otrzymujemy bardzo jednoznaczną odpowiedź. 84 proc. respondentów wskazało na wagę urządzenia. To czynnik, który decyduje o tym, czy urządzenie w ich rozumieniu jest mobilne czy ultramobilne. Często użytkownicy wskazywali także na wytrzymałość baterii i konstrukcji – wyjaśnia Polak. – Cieszy nas to, gdyż w swoim portfolio produktów dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw stawiamy właśnie na wytrzymałość i długi czas pracy na baterii.
Najkrócej w małych i średnich firmach wykorzystywane są netbooki. Te małe i tanie komputery wymieniane są średnio po 2,1 roku użytkowania. O nieco ponad rok dłużej wykorzystywane są większe, droższe i bardziej profesjonalne notebooki/ laptopy, a w przypadku stacjonarnych pecetów czas użytkowania jest najdłuższy i oscyluje w granicach 3,8 roku – wynika z raportu „Badanie zwyczajów i zachowań przedsiębiorstw 2015”.
– Jako powód wymiany sprzętu respondenci wskazują zniszczenie i zużycie sprzętu – odpowiednio 73 proc. i ponad 40 proc. – podkreśla Maciej Polak. – Znaczniej rzadziej jest to upgrade nowego oprogramowania bądź konieczność zakupienia nowego sprzętu dla nowych pracowników. Takie przyczyny wskazuje 30–40 proc. respondentów.
Branża farmaceutyczna notuje systematyczny wzrost. Wartość rynku aptecznego rośnie o 5,3 proc., a rynek sprzedaży hurtowej do aptek o blisko 9 proc. rocznie. Najwyższy udział w strukturze rynku mają leki bez recepty. Prognozowany jest też wzrost wydatków na zdrowie w Polsce, które obecnie należą do najniższych w Europie.
– Rynek farmaceutyczny rośnie od wielu lat. Jedyny rok, w którym odnotowaliśmy ujemną dynamikę rynku, to 2012, kiedy wchodziła nowa ustawa refundacyjna i spowodowała zakłócenia w tym zakresie. W naszej opinii wzrost rynku farmaceutycznego rzędu 4–6 proc. w skali roku wynika z czynników demograficznych i wzrostu świadomości zdrowotnej obywateli w zakresie samoleczenia – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Dauenhauer, wiceprezes zarządu ds. strategii finansowej w Pelion Healthcare Group.
Z danych PharmaExpert wynika, że w październiku rynek farmaceutyczny zanotował sprzedaż na poziomie blisko 2,7 mld zł. Wartość sprzedaży rynku wobec analogicznego okresu 2014 roku wzrosła o 146 mln zł, czyli o 5,7 proc. Z podsumowania III kwartału tego roku przygotowanego przez Pelion Healthcare Group wynika, że wartość rynku aptecznego sięga blisko 22 mld zł, co oznacza 5,3 proc. wzrostu względem analogicznego okresu 2014 roku.
– Wzrost rzędu 4–6 proc. to długoterminowy wzrost oczyszczony z czynników, które mają charakter krótkoterminowych zakłóceń. W poprzednich latach było to związane ze zmianami w prawie, które powodowały przesunięcie popytu, koncentrację sprzedaży w okresie przed zmianami i zmniejszenie wzrostu w okresie bezpośrednio następującym po wprowadzeniu przepisów w życie – tłumaczy Dauenhauer.
W 2012 roku, kiedy weszła w życie nowa ustawa refundacyjna, wartość rynku spadła o 6 proc. Był to jedyny rok, kiedy branża zanotowała tak złe wyniki. Zapis, że NFZ na refundację może wydać maksymalnie 17 proc. swojego budżetu, doprowadził do zahamowania wzrostu poziomu refundacji leków. W następnych latach branża notowała wzrost na poziomie ok. 5 proc. w skali roku.
– Od 2012 roku segment leków refundowanych na receptę i jego udział w całym rynku zmniejszył się o ok. 4 proc. w stosunku do sytuacji sprzed zmiany, ale od tego czasu jest dosyć stabilny. Różnicę po równo wypełniły leki refundowane na receptę i segment leków bez recepty – wyjaśnia Dauenhauer.
Z danych Pelion Healthcare Group wynika, że na najwyższym poziomie utrzymuje się dynamika rynku sprzedaży hurtowej do aptek w Polsce (8,9 proc.). W przypadku sprzedaży do szpitali wzrost wynosi 4,4 proc.
Najwyższy udział w strukturze rynku notują leki bez recepty (40 proc.), choć w III kw. ich dynamika wzrostu wyniosła 2,2 proc. Leki refundowane stanowią 38 proc. rynku, ale zanotowały wzrost 8,5 proc. Leki pełnopłatne wzrosły o 5,8 proc. i mają 22 proc. udział w rynku.
Ekspert spodziewa się, że w przyszłym roku branża farmaceutyczna powinna wciąż rosnąć w tempie zbliżonym do tegorocznego.
– Sądzę, że dynamika rzędu 4–6 proc. powinna się utrzymać. Odchylenie ok. 2 proc. często zależy od czynników krótkoterminowych, występowaniem większej zachorowalności na grypę i innych chorób w sezonie zachorowań, czyli I i IV kw., i czynniki pogodowe. Zmiany mogą też wynikać z innej polityki lekowej nowego rządu, choć obecnie jest za wcześnie, by cokolwiek przewidywać – podkreśla wiceprezes Pelion.
Przedwyborcze postulaty prezentowane przez PiS zakładały nowy system odpłatności za leki refundowane – ustalenie jednej ceny leku w każdej aptece i rocznego limitu wydatków, jakie będzie ponosił pacjent. Obecnie poziom współpłacenia polskich pacjentów do leków refundowanych, który jest na poziomie ok. 40 proc., jest jednym z najwyższych w Unii. Leki są zbyt drogie, w efekcie wielu chorych ich nie wykupuje.
– W naszej branży niezwykle istotne jest zwiększenie dostępności do terapii lekowych dla pacjentów. Niestety, w Polsce mamy duży procent odpłatności za leki przez pacjentów, co powoduje, że zjawisko przerywania terapii jest częste. Każda inicjatywa, która zmierzałaby do zwiększenia dostępności leków dla pacjentów, zwłaszcza tych uboższych i osób starszych, jest dobrą perspektywą – ocenia Jacek Dauenhauer.
Dobrym pomysłem byłoby również zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia. W Polsce w 2013 roku było to 6,5 proc. PKB. Z 34 krajów monitorowanych przez OECD tylko Estonia i Meksyk mają mniejszy udział wydatków (mniej niż 6 proc.). Dla porównania, w Niemczech jest to 11,3 proc., w USA natomiast blisko 18 proc.
– Przydałoby się spojrzenie na całościowy rachunek w zakresie wydatkowanych pieniędzy. Kiedy pacjenci przerywają terapię ze względów ekonomicznych, często kończy się to zwiększoną koniecznością leczenia tych pacjentów w szpitalach. Per saldo system wcale na tym nie oszczędza, bo zaoszczędzenie wydatków z jednej strony może się wiązać z koniecznością ich poniesienia w innym segmencie rynku – przekonuje Dauenhauer.
Kierowcy zdają sobie sprawę z tego, jak istotne dla bezpieczeństwa jazdy jest oświetlenie. Większość z nich deklaruje, że zawsze jeździ z włączonymi światłami. Eksperci oceniają, że wiedza ogólna kierowców jest wystarczająca, ale ze szczegółową jest już gorzej. Tylko co trzeci kierowca ustawia reflektory w wyznaczonych do tego punktach. Niewielu zwraca też uwagę na ich czystość. Natomiast przy zakupie żarówek częściej kierujemy się ceną niż homologacją.
– Oświetlenie z punktu widzenia bezpieczeństwa stawiane jest przez polskich kierowców na trzecim miejscu, zaraz po układzie hamulcowym i kierowniczym, a przed pasami i poduszkami powietrznymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Bogusz, marketing manager speciality lighting w firmie OSRAM.
Większość badanych przez OSRAM kierowców twierdzi, że zawsze jeździ z włączonymi światłami. 80 proc. z nich przyznaje jednak, że bardzo często widziało samochody bez włączonych reflektorów.
– Nasz ogólna wiedza jest bardzo dobra, natomiast jeżeli zaczynamy mówić o szczegółach, to jest już trochę gorzej. Nie wiemy, jakim symbolem jest oznaczona homologacja, przez co kupując oświetlenie, nie wiemy, czy jest to produkt homologowany, czy nie – podkreśla Bogusz.
Większość kierowców nie weryfikuje ofert, które są na rynku. Przy zakupie oświetlenia samochodowego często kierują się niską ceną lub aktualnymi promocjami. Eksperci podkreślają, że kierowcy powinni inwestować w oryginalne i sprawdzone oświetlenie. Wybierając żarówki samochodowe, trzeba przede wszystkim sprawdzić, czy mają one odpowiednie atesty.
– 87 proc. badanych przez nas kierowców zakłada, że kupuje produkty oryginalne, tymczasem na rynku pojawia się coraz więcej podrabianych lamp i żarówek, bardzo niskiej jakości. Na pierwszy rzut oka wyglądają tak samo jak oryginalne, różnica jest widoczna dopiero przy świeceniu. Czasem kierowca nie jest w stanie się zorientować, czy ma oświetlenie oryginalne, czy nie, a cena nie jest właściwym wyznacznikiem. Najczęściej jednak jest adekwatna do jakości – wyjaśnia Magdalena Bogusz.
Producenci wprowadzają więc rozwiązania, które pomogą kierowcom rozpoznać oryginalne oświetlenie samochodowe. Przydatne informacje wskazujące na różnice między markowymi produktami a podróbkami można znaleźć na stronie internetowej www.czyoryginal.pl. Znaczącą rolę odgrywają też rekomendacje fachowców.
– Jeżeli producent sugeruje miejsca zakupu, powinniśmy z tego korzystać, bo są to miejsca bezpieczne i mamy pewność, że kupowane przez nas produkty są oryginalne. Niestety, na rynku jest wielu sprzedawców, którzy podszywają się pod znane marki i np. sprzedają produkty bez opakowań. W takiej sytuacji konsumentowi powinno się zapalić czerwone światło. Biały kartonik czy nierynkowo niska cena powinny być sygnałem ostrzegawczym. Markowi producenci sprzedają produkty zawsze w oryginalnych opakowaniach – podkreśla Magdalena Bogusz.
Z badań wynika, że komplet zapasowych żarówek ma przy sobie 60 proc. kierowców. W sezonie jesienno-zimowym, kiedy wcześniej zapada zmrok i na drogach panuje ograniczona widoczność, właściciele aut powinni także zadbać o odpowiednie ustawienie świateł tak, by prawidłowo oświetlały trasę, a jednocześnie nie oślepiały innych.
– Nie przykładamy zbyt dużej wagi do ustawienia reflektorów, a to jest bardzo ważny element bezpieczeństwa. 36 proc. badanych przyznaje, że ustawia reflektory regularnie w wyznaczonych do tego punktach, stacjach diagnostycznych. Natomiast 1/3 spośród badanych twierdzi, że robi to samodzielnie, a to nie gwarantuje nam poprawnego ustawienia świateł – tłumaczy Magdalena Bogusz.
Firma OSRAM prowadzi kampanię pod hasłem „Żarówka czy świeczniówka”. Jej celem jest zwrócenie uwagi kierowców na ogromne znaczenie właściwego oświetlenia na drodze i wyrobienie u nich nawyku sprawdzania tego, czy kupują oryginalne produkty.
O zaletach inwestowania w złoto wiedzą niemal wszyscy. Jednak chcąc zabezpieczyć swoje nadwyżki kapitałowe powinniśmy zainteresować się również – odpornymi na rynkowe zawirowania – brylantami inwestycyjnymi.
– Doskonałą alternatywą dla giełdy są niewątpliwie dobra materialne, szczególnie w postaci złota inwestycyjnego i brylantów inwestycyjnych – mówi newsrm.tv Robert Śniegocki, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej, Grupa Goldenmark.
Ekspert podkreśla, że o ile wiedza społeczeństwa na temat złota jako materiału inwestycyjnego jest dosyć spora, obszar brylantów inwestycyjnych jest mniej znany. Wspomina się o nich najczęściej przy okazji głośnych transakcji realizowanych przez światowe domy aukcyjne. Śniegocki porównuje brylanty inwestycyjne do produktów klasy premium.
– Brylanty bardzo mocno trzymają wartość. Są one odporne na inflację i hiperinflację, przenoszą wartość majątku w czasie. Biorąc pod uwagę system rapaport, który jest wyznacznikiem ceny giełdowej dla kamieni szlachetnych na całym świecie, średnioroczna stopa zwrotu mieści się w przedziale 7-15% dla kamieni białych w szlifie brylantowym. Natomiast jeśli mówimy o kamieniach kolorowych, fantazyjnych takich, jak Blue Moon to ograniczenia nie istnieją. Przy bardzo dobrych parametrach i wysokim nasyceniu kolorów te kamienie rosną nawet po kilkadziesiąt procent rocznie– dodaje Robert Śniegocki.
Inwestowanie w fizyczne złoto lub brylanty inwestycyjne jest dobrym pomysłem dla przedsiębiorców, którzy chcą zabezpieczyć część swoich nadwyżek kapitałowych i aktywów.
– Zarówno złoto, jak i brylanty doskonale zabezpieczają wartość majątku. Brylanty inwestycyjne są przede wszystkim odporne na zawirowania rynkowe. Złoto niesie za sobą mnóstwo korzyści podatkowych, no i przede wszystkim pełna mobilność i płynność inwestycji – tłumaczy Robert Śniegocki – W każdym momencie jesteśmy w stanie złoto odsprzedać w dowolnym miejscu na świecie bądź wymienić na interesującą walutę, dobro, towar lub usługę.
Współpraca marki z jednym z najbardziej interesujących pisarzy młodego pokolenia, Szczepanem Twardochem, zaowocowała nominacją do European Excellence Award w kategorii „Brand Relationship”. Projekt Mercedes-Benz Polska i Inter Car II – dealera marki w Zabrzu, znalazł się w gronie najlepszych europejskich osiągnięć komunikacji marketingowej 2015.
Ogłaszając swoją decyzję, autor „Morfiny”, napisał na profilu społecznościowym: -Kocham samochody. Nigdy się z tą miłością nie kryłem…-. Wybór Szczepana Twardocha na ambasadora Mercedes-Benz był wielkim zaskoczeniem nie tylko w środowisku literackim. Wywołał szeroką i bardzo ożywioną dyskusję o statusie i etosie polskiego pisarza, o roli literatury w społeczeństwie, o czytelnictwie, wydawcach i honorariach. W ciągu miesiąca wygenerował kilkadziesiąt publikacji, w 98% pozytywnych, choć zaczynem dyskusji były początkowo dość zdecydowane negatywne oceny.
Przedstawiciele koncernu w Polsce podkreślają, że Twardoch i Mercedes to dwie marki premium, motoryzacyjna i literacka.
– Nie lubimy schematów ani rutyny. Chętnie wchodzimy w obszary nieeksploatowane przez inne marki. Wybór pisarza wpisuje się w naszą filozofię wspierania wartościowej kultury. – mówi Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR Mercedes-Benz Polska. – Interesuję się literaturą i sztuką, czytam, oglądam i słucham. Szczepan Twardoch jest wybitnym pisarzem i niezwykle ciekawym zjawiskiem polskiego życia literackiego. Wyszliśmy po prostu z założenia, że jeśli coś jest ciekawe dla nas, to jest po prostu warte uwagi.- dodaje autorka pomysłu.
„W celu budowania i pogłębiania relacji konsumentów z marką, potrzebne są kampanie inteligentne” – dlatego, jak podkreślają organizatorzy konkursu, do kategorii Brand Relationship nominowane są strategie, które wykraczają poza utarte standardy i niejednokrotnie wyznaczają nowe formy komunikacji.
European Excellence Awards to jeden z największych konkursów w branży marketingu i PR-u. Honoruje najwybitniejszych specjalistów w tej dziedzinie i prezentuje ich najbardziej innowacyjne osiągnięcia. Tegoroczni laureaci zostaną ogłoszeni podczas gali 10 grudnia 2015 rok w Sztokholmie.
Szczepan Twardoch – pisarz i publicysta. Publikował w Życiu, Opcjach, Frondzie, 44/Czterdzieści i Cztery, Nowej Gazecie Śląskiej, Arcanach, Gazecie Wyborczej i Rzeczpospolitej. Był redaktorem działu literackiego dwumiesięcznika Christianitas, felietonistą Polityki oraz Wysokich Obcasów Extra. Jego opowiadanie Obłęd rotmistrza von Egern nominowane było do nagrody Nautilus za rok 2003 i zajęło w głosowaniu 4. miejsce. Opowiadanie pod tytułem Rondo zdobyło Nautilusa za najlepsze opowiadanie roku 2006. Za Epifanię wikarego Trzaski otrzymał w 2008 roku Srebrne Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. W 2013 roku został laureatem Paszportu Polityki za rok 2012 w kategorii literatura. Nagrodę otrzymał za powieść Morfina – powieść ta znalazła się również w finale Nagrody Literackiej Nike 2013 oraz otrzymała nominację do Prix du Livre Européen/European Book Prize 2015. W 2014 roku wyszła kolejna jego książka – Drach, która została finalistką Nagrody Literackiej Nike 2015. W 2015 został laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich. Jego książki tłumaczone są na 7 języków.
Firma Fibar Group otrzymała prestiżową nagrodę – Globalni Liderzy Przyszłości przyznawaną przez think tank „Poland, Go Global!”. To kolejne wyróżnienie dla poznańskiego producenta pionierskiego systemu do inteligentnych domów – FIBARO, który w tym miesiącu obchodził 5-lecie swojej działalności.
Globalni Liderzy Przyszłości to konkurs organizowany przez think tank „Poland, Go Global!”, w którym nagradzane są przedsiębiorstwa o wysokim potencjalne odniesienia międzynarodowego sukcesu. W tegorocznej, drugiej edycji wydarzenia wyłoniono 12 finalistów, spośród których wybrano tylko jednego laureata głównej nagrody. Została nim firma Fibar Group, która tworzy innowacyjny system automatyki budynkowej – FIBARO.
– Ta prestiżowa nagroda to dla nas ogromne wyróżnienie, tym bardziej, że w tym miesiącu obchodzimy 5-lecie naszej działalności. Pomimo tak krótkiej historii nasze produkty są sprzedawane już w 100 krajach na całym świecie. Jesteśmy obecni zarówno w Europie Zachodniej oraz w USA, jak i bardziej egzotycznych regionach arabskich, rozwijamy również swoją działalność na chłonnych rynkach azjatyckich – podkreśla Joanna Ossowska-Rodziewicz, Wiceprezes Fibar Group S.A. – Wygrana jeszcze bardziej umacnia nas w przekonaniu, że można odnosić globalne sukcesy przeprowadzając cały proces twórczy w Polsce – od pomysłu do produkcji. Wierzymy, że krajowych przedsiębiorców stać na konkurowanie z nawet największymi, zagranicznymi markami i to nie tylko ceną, ale również jakością wykonania i nowatorskimi rozwiązaniami – dodaje Joanna Ossowska-Rodziewicz.
Do udziału w konkursie mogły zgłaszać się firmy z większościowym udziałem kapitału polskiego oraz prowadzące działalność na rynkach zagranicznych. Kapituła konkursu składała się z przedsiębiorców odnoszących sukcesy na rynku globalnym (w tym m.in.: Rafał Brzoska – Prezes, Integer.pl, Zbigniew Jagiełło – Prezes, PKO Bank Polski czy Solange Olszewska – Prezes Zarządu, Solaris Bus and Coach) oraz przedstawicieli instytucji finansujących i wspierających ekspansję międzynarodową. Wybrane firmy przechodziły przez wnikliwy audyt, który był podstawą do ostatecznego głosowania jury.
Bezprzewodowe rozwiązania FIBARO umożliwiają zarządzanie domowymi urządzeniami i mediami z poziomu komputera bądź urządzenia mobilnego z każdego miejsca na świecie. Sensory i moduły FIBARO dostępne są w ponad 100 krajach na pięciu kontynentach. Z powodzeniem wkraczają do ofert krajowych i zagranicznych telekomów i najpopularniejszych sieci sprzedaży detalicznej. Ich innowacyjność i design doceniane są w międzynarodowych konkursach w tym m.in. International Design Awards, CES Innovation Awards, IF Product Design Awards czy CEDIA Awards. Twórcom poznańskiej firmy przyświeca idea tworzenia produktów nowatorskich i praktycznych, które zapewniając komfort, bezpieczeństwo i dopełniają wystrój domowych wnętrz.
Ponad 2600 sklepów bierze udział w ogólnopolskim Dniu Darmowej Dostawy, co stanowi rekordową liczbę w historii tej akcji. Już jutro odbędzie się święto internetowych zakupów i zamówienia złożone tego dnia zostaną dostarczone klientom bez kosztów przesyłki. Pełna lista sklepów dostępna jest na oficjalnej stronie akcji www.dziendarmowejdostawy.pl.
Dzień Darmowej Dostawy jest organizowany w Polsce już po raz szósty. We wtorek 1 grudnia br. od godz. 00:01 do 23:59 klienci będą mogli dokonywać zakupów online w ponad 2600 sklepach, które przyłączyły się do akcji. Koszt dostawy dla zamówień złożonych tego dnia będzie wynosił 0 zł niezależnie od metody płatności i rodzaju dostawy. Akcja obejmuje swym zasięgiem wyłącznie zamówienia z dostawą na terytorium Polski. Głównym jej celem jest zachęcenie jak największej liczby osób do zrobienia zakupów online jako alternatywy dla odwiedzania sklepów tradycyjnych. Inicjatorem i organizatorem przedsięwzięcia jest serwis eKomercyjnie.pl.
Do wyboru do koloru
Na oficjalnej stronie www.dziendarmowejdostawy.pl można znaleźć listę sklepów podzielonych na 30 kategorii. Najwięcej zgłosiło się w następujących działach: „Dom i ogród” (18%), „Uroda i zdrowie” (13%), „Odzież, dodatki” (11%), „Dla Dzieci” (8%) oraz „Sport” (6%). Do akcji przyłączyły się zarówno duże i znane marki, jak i niewielkie sklepy, również te specjalistyczne, które dopiero zabiegają o przychylność klientów. Na stronie Dnia Darmowej Dostawy klienci już od kilku tygodni mogą przeglądać ich oferty. Witryna to także przewodnik, dzięki któremu można zaopatrzyć się w prezenty świąteczne bez kosztów dostawy, a także oszczędzić czas w przeciwieństwie do zakupów w tradycyjnych sklepach.
Zeszłoroczny Dzień Darmowej Dostawy
W 2014 roku dla sklepów był to dobry dzień. 90% ankietowanych przedsiębiorców odnotowało zwiększony ruch na swoich stronach w porównaniu do listopada, a 80% potwierdziło większą liczbę złożonych zamówień. Jednocześnie 41% sprzedawców stwierdziło, że średnia wartość zamówienia złożonego w Dniu Darmowej Dostawy była na podobnym poziomie jak podczas normalnej sprzedaży. –To bardzo ważny i dobry sygnał dla biznesu. Sprzedawcy obawiali się, że w tym dniu będzie dużo zamówień o małej wartości. Tymczasem tak nie jest – podkreśla Krzysztof Bartnik, inicjator i pomysłodawca Dnia Darmowej Dostawy.
W zeszłym roku w dniach od 1 do 3 grudnia na stronę akcji weszło prawie 200 tys. użytkowników, którzy wygenerowali ponad 0,5 mln odsłon. Średnio klienci spędzali na tej stronie około 5 minut.
Internetowe święto po polsku
Dzień Darmowej Dostawy coraz częściej nazywany jest polskim świętem zakupów internetowych. Porównywany jest do słynnego Cyber Monday w Stanach Zjednoczonych czyli pierwszego poniedziałku po Święcie Dziękczynienia. Cyber Monday to internetowa kontynuacja Black Friday, kiedy to tradycyjne sklepy oferują duże obniżki cen. Z kolei w Cyber Monday sklepy internetowe proponują klientom duże rabaty zachęcając ich do tańszych zakupów.
Dzień Darmowej Dostawy 2015 wspierają firmy świadczące usługi dla branży e-commerce. Partnerami premium Dnia Darmowej Dostawy są firmy: FurgonetkaDziś.pl, Spinacz.pl, Przelewy24.pl, Ceneo.pl oraz RAJAPACK. Partnerem akcji jest również firma badawcza PMR Consulting & Research. Partnerami standard są: Pakamera.pl, SuperPaczka.pl, RedCart.pl, IAI-Shop.com, DPD Polska, Okazje.info, Opineo.pl, GetResponse.pl, Freshmail.pl, Sempai.pl, Domodi.pl, Homebook.pl, AllAni.pl, Skapiec.pl, VideoTesty.pl, SMSAPI oraz Sendit.pl.
Union Investment TFI podpisało kolejne umowy dystrybucyjne na najnowsze rozwiązania w formule master-feeder – UniAkcje Biopharma i UniAkcje Globalny Dywidendowy.
Jednostki uczestnictwa nowych subfunduszy można nabyć m.in. poprzez platformę Bossafund (należącą do Domu Maklerskiego BOŚ), NetFund.pl, a także w F-Trust i Profitum Wealth Management. W UniAkcje Biopharma i UniAkcje Globalny Dywidendowy można ponadto zainwestować bezpośrednio w siedzibie Union Investment TFI oraz poprzez platformę online – UniSieć.
Oba subfundusze inwestują na globalnych rynkach i są zarządzane przez ekspertów z grupy Union Asset Management Holding AG.
Subfundusz UniAkcje Biopharma, poprzez swój fundusz źródłowy (UniSector: BioPharma), inwestuje w najbardziej perspektywiczne, globalne spółki z sektora biotechnologicznego, farmaceutycznego i medycznego. Z perspektywy inwestora ważny jest fakt, że strategia ta jest nisko skorelowana z szerokim rynkiem akcji, co ma duże znaczenie w okresach rynkowej niepewności. Modelowo portfel zawiera 65% spółek z sektora farmaceutycznego, 25% z biotechnologicznego i 10% z branży ochrony zdrowia, przy czym proporcje te są dostosowywane do bieżących okoliczności.
Dlaczego właśnie ta strategia spośród kilkudziesięciu innych została zaoferowana polskim inwestorom? – Wybraliśmy ten fundusz z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że pomimo lat dynamicznych wzrostów akcji spółek biofarmaceutycznych, wciąż widzimy w nich duży potencjał. Przede wszystkim dlatego, że przemysł biotechnologiczny jest perspektywiczny. Utrzymuje się wysoka liczba start-upów, a w kolejnych latach możemy się spodziewać utrzymania szybkiego tempa odkryć i innowacji. Warto też pamiętać, że największy wzrost cen akcji spółek biotechnologicznych generują nowe odkrycia w zakresie leków i metod terapii. Dlatego faza cyklu koniunkturalnego czy tradycyjne wskaźniki koniunktury ekonomicznej mają stosunkowo niewielki wpływ na ich poziom – mówi Waldemar Wołos, dyrektor Departamentu Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI.
– Duże znaczenie ma również fakt, że funduszem docelowym zarządza fachowiec, będący nie tylko zarządzającym, ale również doktorem nauk medycznych i członkiem komisji ekspertów Inicjatywy Przedsiębiorczości Biotechnologii (Go-Bio) Federalnego Ministerstwa Edukacji i Badań Naukowych – Markus Manns – dodaje Waldemar Wołos.
Druga nowość to subfundusz UniAkcje Globalny Dywidendowy, który poprzez swój fundusz źródłowy (UniInstitutional Global High Dividend Equities), inwestuje w akcje najlepszych spółek dywidendowych z całego świata. Jego atutem jest wieloetapowa, bardzo szczegółowa selekcja walorów, w toku której do portfela wchodzi 30-60 spółek spośród ponad 1700 firm wypłacających dywidendę. Przy wyborze spółek bierze się pod uwagę wysokość stopy dywidendy, jednak równie ważne jest dążenie do jak najniższej zmienności. Charakterystyczną cechą funduszu jest również aktywne podejście do zarządzania – portfel inwestycyjny jest co miesiąc optymalizowany pod względem oceny perspektyw poszczególnych spółek, poziomu ich zmienności oraz alokacji sektorowej i geograficznej. To czyni UniAkcje Globalny Dywidendowy ciekawym rozwiązaniem dla inwestorów zainteresowanych portfelem akcyjnym o bardziej defensywnym charakterze.
Funduszem docelowym zarządza Helen Windischbauer, zarządzająca w zespole strategii multi-asset. Jej zdaniem, znajdujemy się obecnie w fazie niskiego wzrostu gospodarczego na świecie, w której to wysokość dywidendy często stanowi znaczącą część całkowitej stopy zwrotu z inwestycji w akcje.
Oba subfundusze Union Investment TFI – UniAkcje Biopharma oraz UniAkcje Globalny Dywidendowy – znajdują się pod parasolem UniFundusze SFIO. Minimalna pierwsza wpłata wynosi 1000 zł.
W ciągu kilku lat wartość transakcji za luksusowe apartamenty w Polsce przekroczy 500 mln zł. Polacy kupują coraz więcej mieszkań w cenach po kilkanaście tysięcy złotych za metr kwadratowy. Jaki potencjał ma rynek? Jak długo będzie się rozwijał?
Czym jest luksusowy apartament? Najłatwiej go zdefiniować poprzez cenę. 16-17 tys. zł za metr kwadratowy to granica wyznaczająca luksus – według osób o zarobkach 10-20 tys. zł i większych. To wyniki raportu „Rynek luksusowych nieruchomości w Polsce” przeprowadzonego przez KPMG. Kwota rośnie do 20 tys. zł za metr kwadratowy, gdy pytamy o luksus kluczowych nabywców apartamentów, tzw. HNWI (high net worth individuals).
Czołówka Europy
Luksusowe apartamenty cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. 2015 rok był na polskim rynku nieruchomości bardzo udany. Pod względem sprzedaży mieszkań okazał się najlepszy od czasów kryzysu w 2008 roku (przynajmniej w pierwszych trzech kwartałach). Nieruchomości luksusowe miały w tym swój udział. Wiele inwestycji wyprzedawało się na pniu. Przykłady? Angel Wawel w Krakowie czy OVO Wrocław w stolicy Dolnego Śląska. Można prognozować, że kolejny rok będzie równie dobry, jeśli nawet nie lepszy. Co na to wskazuje?
Według firmy KPMG wartość rynku dóbr luksusowych w 2017 roku wyniesie 14 mld zł – to oznacza wzrost na poziomie 11%. Z kolei wartość transakcji na rynku nowych luksusowych apartamentów powinna przekroczyć 500 mln zł. Polacy się bogacą oraz chcą te pieniądze wydawać i dobrze inwestować.
– Luksusowa inwestycja jest właściwie oczywistym wyborem. Ekskluzywny apartament w dobrej lokalizacji się nie starzeje, raczej jego wartość rośnie z czasem, więc w razie potrzeby można go sprzedać z zyskiem – mówi Krzysztof Jabłoński z biura Iglica Nieruchomości.
Mamy popyt, jest i podaż. Deweloperzy budują luksusowe apartamentowce, biura i hotele. Często też inwestują w budynki typu mixed-use, które łączą wiele funkcji w jednym, a dzięki temu – poprzez usługi dodatkowe – mogą zaoferować luksus na najwyższym poziomie. Inwestorzy zgodnie twierdzą, że potencjał rynku nieruchomości luksusowych jest w kraju ogromny, a przy tym jest to jeszcze młody rynek.
– Zaczęliśmy inwestować w nieruchomości luksusowe w Polsce ponad dekadę temu. Wówczas ludzie się dziwili, mówiąc, że nie znajdziemy tu nabywców. Ale od tamtej pory wciąż się rozwijamy i planujemy kolejne inwestycje – mówi Ron Ben Shahar, partner grupy deweloperskiej Angel Poland Group. – Polska jest na etapie gonienia europejskiej czołówki, ale zmiany następują w dynamicznym tempie. Obecnie nie odbiega już tak bardzo od krajów zachodnich.
Angel Poland Group zrealizowała m.in. apartamentowiec Angel City i wspomniany Angel Wawel w Krakowie oraz jest w trakcie realizacji multikompleksu OVO Wrocław.
Luksus pojawia się w każdym dużym polskim mieście. Do listy takich inwestycji można zaliczyć m.in. warszawską Złotą 44, Casa del Arte Murano czy Cosmopolitana, gdyński Sea Towers.
Najważniejsza lokalizacja
– Powstaje wiele budynków typu premium. Jesteśmy świadkami dużych zmian, jakie zachodzą na rynku nieruchomości luksusowych w Polsce, który jest obecnie największym w Europie Środkowej i Wschodniej. Inwestorzy ściągają tutaj co najmniej z dwóch powodów: Polska jest postrzegana jako znakomite miejsce na inwestycję, a zamożni Polacy odczuwają głód luksusu – mówi Shuckie Ovadiah, inwestor i CEO OVO Wrocław. – Dowodem mogą być wyniki sprzedaży w OVO Wrocław. Pół roku przed zakończeniem budowy sprzedaliśmy 90% apartamentów oraz penthouse’ow.
Luksusowe apartamenty to szczególny segment na rynku nieruchomości, są kupowane są przez indywidualnych klientów, ale też inwestorów, którzy chcą dobrze ulokować kapitał, a popyt będzie rósł równolegle z podażą. Deweloperzy również odczuwają głód i szykują projekty dla kolejnych inwestycji.
– Nieruchomości luksusowych będzie powstawało coraz więcej. To dobra inwestycja patrząc zarówno z punktu widzenia dewelopera, jak też późniejszego nabywcy apartamentu, który w przyszłości będzie chciał sprzedać nieruchomość i wcale na tym nie straci – mówi .
Według REAS w latach 2009-2014 wybudowano w Polsce nieco ponad 6000 apartamentów, w tym około tysiąca luksusowych. W 2015 rok i w latach późniejszych oddane zostanie kolejnych 900 apartamentów, z czego 300 będzie naprawdę luksusowych. Najbliższy czas dla polskiego rynku nieruchomości luksusowych będzie zatem oznaczać ciągły rozwój.
Ropa ma większy wpływ na rynki walutowe niż się może z pozoru wydawać. Z jednej strony oczywisty jest wpływ na producentów uzależnionych mocno od eksportu ropy, jak np. Rosja. Z drugiej strony, nawet w krajach takich jak Polska, to ten surowiec jest jednym z głównych elementów omawianych obecnie podczas dyskusji o stopach procentowych.
Ceny ropy na rynkach nadal bardzo niskie. Powód jest ten sam. Kraje OPEC ignorują limity wydobycia już od półtora roku. To w połączeniu ze zwiększoną produkcją w innych częściach świata i częściowym powrotem Iranu na rynki powoduje nadwyżki. W rezultacie ceny ropy znajdują się poniżej 50 dolarów i nie widać perspektyw, by miało się to zmienić. W dobrej sytuacji są polskie rafinerie, którym właśnie kończą się wieloletnie kontrakty. Jest to zadziwiająca sytuacja, w której jesteśmy w dobrej pozycji negocjacyjnej w rozmowach energetycznych z Rosją. Nadwyżka ropy na rynku z krajów arabskich powoduje, że są one skłonne podpisywać bardzo korzystne kontrakty na dostawy drogą morską. Jaki ma to wpływ na złotego? Po pierwsze podpisanie korzystnych umów teraz uodporni złotego, który nerwowo reagował na wszystkie trudne rozmowy ze wschodnim większym sąsiadem. Dodatkowym efektem sytuacji na rynku ropy jest presja osłabiająca rubla i waluty innych producentów ropy.
Minister Finansów Paweł Szałamacha wskazał, że jest jeszcze pole do obniżek stóp procentowych. Zwrócił on uwagę, że owszem trwa deflacja, ale ropa naftowa, która obniża ceny transportu, a jednocześnie ceny większości towarów, wciąż tanieje. Argument jest dość karkołomny. Dla rynków ważne jest to, że o ewentualnej obniżce jest mowa dopiero w styczniu-lutym. Może do tego czasu coś się odmieni jeszcze na rynkach. Gdyby doszło jednak do obniżki stóp można oczekiwać, że osłabi to złotego. Gdzie wtedy znajdą się waluty ciężko stwierdzić, ale zapowiadany przez wielu komentatorów powrót do złotówki sprzed wyborów parlamentarnych się wtedy niemal na pewno nie odbędzie.
W nocy poznaliśmy gorsze od oczekiwań dane z Japonii. Produkcja przemysłowa w ujęciu miesięcznym wzrosła o 1,4%, podczas gdy oczekiwano 1,9% wzrostu. Gorsze dane nadeszły od rana z Niemiec. Sprzedaż detaliczna w ujęciu rocznym rośnie o 2,1% podczas gdy oczekiwania były, ze spowolni ona tylko do 2,9%.
Piątkowe dane z Wielkiej Brytanii nie zaskoczyły rynków. Gospodarka rośnie zgodnie z oczekiwaniami o 2,3% w skali roku. Trochę lepiej wypadł indeks zaufania konsumentów w Niemczech. Spadł on mniej niż sądzili analitycy. Ze względu na długi weekend, który przypadł za oceanem przez Święto Dziękczynienia na rynkach było niewiele publikacji.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:
10:00 – Polska – produkt krajowy brutto,
14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
15:45 – USA – indeks Chicago PMI.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 30.08.2015 do 30.11.2015
Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2500, kurs dotarł do 4,2950 i zawrócił. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest wspomniany poziom 4,2950 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2150 a następnie minima w okolicach 4,1800.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 30.08.2015 do 30.11.2015
Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebiciu poprzednich oporów kolejnym istotnym poziomem są okolice 3,9650 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9050.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 30.08.2015 do 30.11.2015
Kurs USD/PLN w połowie października wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 4,0250. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9650.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 30.08.2015 do 30.11.2015
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są obecnie maksima lokalne na 6,0850. W przypadku spadków ważnym wsparciem są okolice 5,9200 gdzie kilkukrotnie kurs już odbijał się w górę.
Wydawać by się mogło, że jesteśmy w stanie znaleźć wiele wspólnych cech składających się na charakterystykę przeciętnego pracownika. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Na rynku pracy możemy wyróżnić cztery pokolenia. Czym się charakteryzują? Jak do nich dotrzeć?
Obecnie na rynku pracy spotykają się cztery pokolenia różniące się m.in. podejściem do obowiązków zawodowych czy stylem życia. Określa się je mianem: Baby Boomers, X, Y i Z. Najmłodsze, R, w Polsce dopiero zaczęto wyodrębniać, choć w Stanach zrobiono to już wcześniej. – Warto wziąć pod uwagę, że podział na pokolenia według daty narodzin ma charakter umowny. Można znaleźć osoby urodzone w 1990 roku, które swoją postawą bardziej przypominają pokolenie X, zdarzają się także Iksy, którym znacznie bliżej do Igreków – mówi Alicja Arndt, ekspert GoldenLine. Jakie mają oczekiwania, jak podchodzą do pracy i obowiązków, co wpłynęło na ich światopogląd?
Pokolenie powojennego wyżu demograficznego, czyli Baby Boomers
Baby Boomers mają ustalone autorytety już na początku oraz cele, do których dążą ciężką pracą, uważaną przez nich jako najlepszą drogę do sukcesu zawodowego. Najbardziej obawiają się utraty pracy, głównie ze względu na wiek oraz ograniczoną znajomość współczesnych technologii. – W przypadku firm o dłuższej historii na rynku zdecydowana większość najwyższych szczebli zarządzania zajmowana jest przez Baby Boomers, w następnej kolejności – przez pokolenie X. Co nie dziwi, jeśli spojrzy się na długość stażu takich osób oraz fakt, że często to właśnie one były założycielami tych firm – wyjaśnia Alicja Arndt z GoldenLine. Temu pokoleniu najbardziej zależy na stabilizacji i pewności zatrudnienia. Lubią pracować w znanym otoczeniu, na ogół niechętnie podchodzą do zmian. Ich przywiązanie do tradycji i sceptycyzm przy wdrażaniu nowych pomysłów może przeszkadzać im czasem w rozwoju własnym, działu czy firmy.
Praca to dla nich wszystko, czyli X
Gdy pokolenie X wchodziło w dorosłe życie, Polska przechodziła transformację. Oznaczało to, że większość zdobywała swoje pierwsze doświadczenia już w warunkach gospodarki wolnorynkowej. Pojawiały się nowe możliwości i nowe zawody. Osoby te cenią sobie możliwość rozwoju i często mocno poświęcają się pracy. Nadgodziny czy dokończenie zadań w domu, nie stanowią dla nich problemu. Iksy wyrosły w przekonaniu, że na dobrobyt należy sobie zapracować. Ich motto brzmi: „żyję, by pracować”. Przedstawiciel pokolenia X skrupulatnie podchodzi do powierzonych mu obowiązków. Wartości wyznawane przez Iksy to poszanowanie zasad hierarchii w pracy i poważanie wobec osoby przełożonego. Przekłada się to również na lojalność względem pracodawcy. Niechętnie sam zmienia pracę. Pracodawca zapewniający pracownikowi z tego pokolenia podstawowe warunki (miejsce pracy, pensja na czas) może liczyć na pełną lojalność. Choć preferują skupianie się na jednym zadaniu, przez co bywają uważani za mniej wydajnych, jednak są przy tym sumienni, terminowi i gotowi do ciężkiej i oddanej pracy.
Milenialsi, czyli Y
Igreki nazywane milenialsami, rozpieszczane przez rodziców spełniających ich zachcianki, były wychowywane w erze konsumpcjonizmu. Doskonale orientują się w nowinkach technologicznych (tablety, iPody, telefony), co czyni ich elastycznymi i mobilnymi. Zmiana pracy jest dla nich czymś zupełnie normalnym. Jest to grupa o wiele mniej samodzielna niż ich poprzednicy, dlatego też chętnie mieszkająca z rodziną – 60% dzisiejszych Amerykanów wraca po studiach mieszkać z rodzicami w ich domu, a w Polsce wskaźnik kidults (dorośli mieszkający z rodzicami) w wieku 25–34 lata liczy ponad 40%. Ciężka praca nie jest dla nich priorytetem. Pracują osiem godzin dziennie, a pozostały czas wolą poświęcić przyjemnościom. – Igreki wierzą w to, że pracują, aby żyć. W przeciwieństwie do iksów nie czują, że praca jest celem samym w sobie, raczej tylko półśrodkiem. Liczą się „fun&friends” (zabawa i przyjaciele). Jeśli chcemy zaangażować Igreka w pracę, musimy dostarczyć mu dodatkowych pozytywnych bodźców, a samą pracę przedstawić jako ciekawe wyzwanie czy grę. Szacuje się, że w przypadku Igreków wprowadzenie elementów grywalizacji może podnieść ich zaangażowanie w pracę nawet o ok. 60% – tłumaczy Alicja Arndt, ekspert GoldenLine. Większość z nich widzi się na stanowiskach kierowniczych, w tym najwyższego szczebla, gdyż uważają, że już na starcie kariery należy im się więcej ze względu na ich wyjątkowe zdolności. Często zdarza się jednak, że ich wiedza jest bardziej teoretyczna niż praktyczna. Stawia to przed pracodawcami wyzwanie – jak nakłonić Igreki do nauki od podstaw. Autorytet przełożonego, który według Igreków powinien wykazywać się odpowiednią wiedzą i liczyć ze zdaniem innych – odgrywa tutaj kluczową rolę. Szczeble rozwoju w firmie muszą być starannie zaplanowane przez pracodawcę. Nie można ich najpierw zatrudniać, a dopiero potem zastanawiać się nad drogą rozwoju. Musi być ona opracowana już na początku poszukiwań pracownika. Igreki wymagają także tego, by firma umożliwiła im dostęp do najlepszych mentorów. Im lepsza oferta w tym zakresie, tym wyższa szansa na ich przyciągnięcie. Dla igreków ważne jest uznanie innych. Pochwała na forum często może zdziałać więcej niż cicha podwyżka.
Wirtualni, czyli Z
Świat online i realny to dla nich jedna rzeczywistość. Nie są w stanie żyć bez internetu. Często określa się je również jako młodszych milenialsów. W powszechnej opinii pokolenie to najbardziej wyróżnia fakt, że najnowsze technologie są dla nich czymś zwyczajnym, gdyż były obecne od początku ich świadomości. Komunikowanie się z wszystkimi i wszędzie, korzystanie z dostępnych kanałów, wyrażanie wprost swoich opinii – nie stanowi dla Zetek problemu. To, z czego często boją się korzystać starsze pokolenia, dla nich jest obiektem fascynacji. Zetki cenią siebie i swoją wiedzę. – W ich przypadku nie wchodzi w grę opcja darmowych praktyk, w trakcie których realizuje się konkretne zadania, a nie tylko „parzy kawę”. Zresztą, na samo parzenie kawy raczej się nie zgodzą. Oczekiwana przez nich płaca może być wyższa niż dotychczas także ze względu na wiedzę, którą wnoszą do organizacji. Dzięki mediom społecznościowym i otwartości na kolektywne rozwiązywanie problemów Zetki mogą w wieku 20 lat być prawdziwym ekspertem w jakiejś wąskiej dziedzinie. I to tę wiedzę właśnie wyceniają. Sama płaca natomiast musi im wystarczyć przede wszystkim na realizowanie swoich pasji – informuje Alicja Arndt z GoldenLine. – Ich problemem jest krótki „attention span”, czyli umiejętność skupienia uwagi na dłużej. Jest to wynik środowiska, w którym dorastają – stale bombardowani kolejnymi przekazami, wiecznie w opcji stand-by. Dlatego potrzebują wielu ciekawych zadań naraz. Stabilizacja jest dla nich istotna, aczkolwiek rozumieją ją inaczej niż np. Baby Boomers, dla których oznaczała ona pracę w tej samej firmie aż do emerytury. Szacuje się, że w ciągu swojego życia przeciętny zet będzie pracował na 17 różnych stanowiskach, w tym przebranżowi się ok. 5 razy. Dla zetów ze stabilizacją związana będzie transparentność i niepodejmowanie ryzykownych decyzji, które narażają pracowników np. na utratę pracy – dodaje Arndt. Zetki preferują kolektywny sposób radzenia sobie z problemami. Będą wybierać więc tych pracodawców, którzy zapewnią im taką możliwość. Ważne dla nich będzie np. to, czy ich pracodawca prowadzi działania CSR. Ze względu na wrodzoną umiejętność do szybkiego odnajdywania informacji, są w stanie dotrzeć do każdej, którą się zainteresują i w które wierzą.
Pokolenie optymistów i luzu, czyli R
Młodzi, którzy w Polsce wciąż są traktowani raczej jako Z, w Stanach nazywa się już pokoleniem R. Przełomem była recesja – stąd nazwa. W naszym kraju nie był to tak silny czynnik, aby wyodrębnić kolejne pokolenie. Jesteśmy przesunięci czasowo w stosunku do USA o ok. 5 lat, więc teoretycznie nasze R, jako odrębne pokolenie, powinno zacząć się raczej wśród urodzonych ok. 2005-2008. W Europie R odnosi się do rodziny i relaksu, które dla tego pokolenia w Polsce będą miały kluczowe znaczenie. Niemieccy badacze przeprowadzający badania dotyczące właśnie jej najmłodszej grupy prognozują, że będzie miała wysokie aspiracje zawodowe, ważne będzie dla niej dbanie o wygląd, zdrowe odżywianie oraz konieczność oddzielania pracy od domu i rodziny. W przekonaniu tego pokolenia, rodzina nie powinna tracić przez zapracowanego rodzica.
Rekrutując na konkretne stanowiska, motywując pracowników, budując dla nich ścieżki kariery ważne jest, aby pracodawcy mieli świadomość różnic pokoleniowych i wiedzieli co jest ważne dla danej grupy i z czego to może wynikać. Z pewnością przełoży się to na efekty ich pracy, a co za tym idzie – rozwój całej firmy.
Wszyscy miłośnicy nart mają nadzieję, że nadchodzący sezon będzie udany. Coraz więcej osób uprawiających narciarstwo, zwraca uwagę nie tylko na wrażenia ze stoków. W praktyce równie ważne jest bezpieczeństwo. Polisy przeznaczone dla narciarzy nie uchronią przed wypadkiem na trasie zjazdowej. Wspomniane ubezpieczenia mogą jednak sprawić, że narciarz nie odczuje kosztów związanych z leczeniem urazu podczas zagranicznego wyjazdu. Odpowiednią ochronę dla czteroosobowej rodziny, zapewniają już polisy kosztujące 150 zł – 250 zł na tydzień. Takie ubezpieczenia pokrywają nie tylko koszty związane z zagranicznym leczeniem kontuzji …
Warto dopłacić za pakiet, który zawiera ubezpieczenia OC i NNW …
Koszt ubezpieczeń dla narciarzy można sprawdzić na przykładzie rodziny składającej się z dwojga rodziców (37 lat i 36 lat) oraz dwóch dzieci (9 lat i 7 lat). Przykładowa rodzina na tydzień wybiera się w Alpy Szwajcarskie, aby rekreacyjnie jeździć na nartach. Dla większości ubezpieczycieli, taki cel podróży nie jest związany z wysokim ryzykiem. Tylko Allianz Direct traktuje każdą formę narciarstwa jako „sport zimowy wysokiego ryzyka”. Taka nietypowa klasyfikacja, znalazła odzwierciedlenie w cenie oferowanej polisy (zobacz poniższe zestawienie).
Po uwzględnieniu pozostałych założeń (zobacz adnotacja pod tabelą), okazuje się, że koszt siedmiu przykładowych ubezpieczeń wynosi od 153,03 zł do 248,00 zł. Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zaznacza, że wszystkie analizowane polisy cechują się dość zbliżonym poziomem ochrony. Te ubezpieczenia prócz refundacji kosztów zagranicznego leczenia na poziomie 100 000 zł – 120 000 zł, zapewniają również ochronę finansową jeśli któryś z członków rodziny ulegnie wypadkowi lub wyrządzi szkodę innej osobie (np. podczas zderzenia na stoku).
Najtańsze polisy dla narciarzy gwarantują tylko zwrot ewentualnych kosztów leczenia. Warto dopłacić za pakiet, który zawiera również ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW) o wartości przynajmniej 15 000 zł – 20 000 zł i ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej z minimalną sumą 40 000 zł – 50 000 zł. „Takie rozszerzenia ochrony nie są zbyt kosztowne. Osoba, którą stać na zagraniczny wyjazd narciarski, nie powinna oszczędzać kilkudziesięciu złotych na bezpieczeństwie swojej rodziny” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Porównanie kosztu ubezpieczeń dla narciarzy, które są dostępne przez Internet
Nazwa ubezpieczyciela
Nazwa polisy
Zakres ochrony oraz sumy ubezpieczenia
Dodatkowe informacje
Składka ubezpieczenia z uwzględnieniem przyjętych założeń*
Allianz Direct
Sportowy Wyjazd
(pakiet Medium)
Koszty leczenia (KL) i Assistance (AS): 100 000 zł
Ochrona obejmuje amatorskie uprawianie sportów zimowych wysokiego ryzyka (np. hokej, narciarstwo zjazdowe po oznaczonych trasach, saneczkarstwo, snowboard zjazdowy po oznaczonych trasach).
508,80 zł
AXA
Travel Sport Large Family
KL i AS: 30 000 euro
NNW: 4000 euro
OC: 50 000 euro
KR: 5000 euro
Sportowe OC: 10 000 euro
Ubezpieczenie sprzętu (US): 700 euro
Ochrona sprzętu sportowego i sportowe OC to opcjonalne elementy pakietu.
153,03 zł
AVIVA
Ubezpieczenie Turystyczne (własny pakiet)
KL i AS: 100 000 zł
NNW: 20 000 zł
OC: 50 000 zł
UB: 500 zł
Ochrona obejmuje rekreacyjną jazdę na nartach lub snowboardzie.
Podana stawka uwzględnia dodatkową ochronę z tytułu złamań i skręceń.
248,00 zł
Generali
Ubezpieczenie Turystyczne (Pakiet Elastyczny)
KL i AS: 100 000 zł
NNW (uszczerbek na zdrowiu): 20 000 zł
OC: 50 000 zł
KR: 5500 euro
UB: 500 zł
Ochrona obejmuje rekreacyjną jazdę na nartach lub snowboardzie.
Generali dodatkowo chroni mienie domowe przed kradzieżą (suma: 5000 zł).
187,00 zł
Link4
Ubezpieczenie Turystyczne
(Pakiet Elastyczny)
KL i AS: 100 000 zł
NNW: 50 000 zł
OC: 50 000 zł
KR: 6000 euro
UB: 2500 zł
Ochrona obejmuje amatorską jazdę na nartach lub snowboardzie.
Za dopłatą ubezpieczyciel zapewnia ochronę mienia pozostawionego w domu.
219,82 zł
Signal Iduna
Bezpieczne Podróże Travel (wariant indywidualny)
KL: 30 000 euro
NNW: 15 000 zł
OC: 30 000 euro
KR: 6000 euro
UB: 1000 zł
Ochrona obejmuje amatorską jazdę na nartach lub snowboardzie.
242,16 zł
Warta
WARTA Travel (Pakiet Komfort)
KL: 120 000 zł
NNW: 20 000 zł
OC: 50 000 zł
KR: 50 000 zł
UB: 500 zł
Ochrona obejmuje amatorską jazdę na nartach.
W ramach pakietu bezpłatne Assistance i pokrycie kosztów akcji ratowniczych.
213,00 zł
Uniqa
Ubezpieczenie Turystyczne (Pakiet Mini)
KL: 100 000 zł
NNW: 40 000 zł
OC: 100 000 zł
KR: 6000 euro
US: 1000 zł
Ubezpieczenie Assistance Maxi jest dodatkowym i bezpłatnym elementem pakietu.
191,00 zł
* – Założenia: rodzina składająca się z dwojga rodziców (37 lat i 36 lat) oraz dwóch dzieci (9 lat, 7 lat) wyjeżdża na tydzień w Alpy Szwajcarskie (cel wyjazdu: rekreacyjna jazda na nartach). Ubezpieczeni nie cierpią na przewlekłe choroby. Podróż będzie trwała do 14 grudnia 2015 r. do 21 grudnia 2015 r. Wszyscy członkowie rodziny będą wyruszać z obszaru Polski. Ubezpieczeni nie korzystają ze zniżek dla stałych klientów i biorą pod uwagę tylko polisy dostępne przez Internet.
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ubea.pl i stron ubezpieczycieli
Trzeba sprawdzić, czy polisa pokrywa koszty ratownictwa i transportu
Nina Kuczyńska uważa, że klienci firm ubezpieczeniowych, którzy szukają polisy zapewniającej jak najszerszy zakres ochrony, powinni zwrócić uwagę na kwestie związane z akcją ratowniczą w górach i transportem obłożnie chorej osoby do kraju. Takie przykre zdarzenia nie są bardzo prawdopodobne, ale ich koszty mogą wynosić kilkadziesiąt tysięcy euro. W tym kontekście warto pamiętać, że nawet Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ) nie uchroni polskiego turysty przed kosztami akcji pogotowia górskiego i transportu medycznego do kraju. Takie wydatki zwykle są w całości „przerzucane” na niefortunnego narciarza i jego rodzinę.
W związku z powyższym warto sprawdzić, czy kupowana polisa narciarska zapewnia np. zwrot kosztów akcji ratowniczej w górach. „Taką rekompensatę gwarantuje siedem ubezpieczeń prezentowanych w powyższej tabeli. W przypadku pozostałych polis (również tych kupowanych stacjonarnie), warto po prostu zapytać, czy ubezpieczyciel przewidział możliwość odpowiedniego rozszerzenia ochrony” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Sektor obronno-lotniczo-kosmiczny generuje najwięcej innowacji w gospodarce. Gdyby do polskiego przemysłu trafiła większość ze 130 mld zł, które zakłada budżet na modernizację armii, toby istotnie wzrosła innowacyjność Polski. Jak szacują eksperci, polski przemysł zbrojeniowy jest w stanie wyprodukować nawet 90 proc. sprzętu potrzebnego naszej armii.
– Nie wszystko możemy wyprodukować, bo są rodzaje uzbrojenia, których Polska nie produkuje i musi kupić za granicą. Natomiast mamy bardzo duży potencjał w niektórych sprzętach, one powinny być rozwijane oraz wykorzystywane przez wojsko polskie i eksportowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
Jak zaznacza Krzysztof Krystowski, dyrektor zarządzający PZL-Świdnik, nawet 90 proc. sprzętu potrzebnego polskiej armii może powstać w kraju. Dlatego polski przemysł liczy na zamówienia z MON. Tym samym modernizacja armii nie tylko wzmocniłaby zdolności bojowe armii, lecz także kondycję przemysłu obronnego.
– Przemysł obronny jest ważnym elementem systemu obronności państwa, o czym wielokrotnie wielu zapomina. Wszystkie państwa, które mają przewagę strategiczną posiadają również bardzo silny własny przemysł obronny, który jest naturalnym zapleczem dla armii. To wszystko powoduje, że racjonalnie wydawane pieniądze na wzmocnienie armii powinny jednocześnie wzmacniać własny przemysł – mówi Krystowski. – Pamiętajmy też, że kupowanie „u siebie” jest tańsze.
Mocne strony polskiego przemysłu to jego zdaniem m.in. śmigłowce, drony czy wyposażenie celownicze. Jak podkreśla Arendarski, Polska ma również duże zaplecze badawcze, które współpracuje z przemysłem obronnym. Wspólne prace nad innowacjami mogą doprowadzić do zwiększenia innowacyjności w całej gospodarce.
– Jest rzeczą udowodnioną, że przemysł obronno-lotniczo-kosmiczny jest sektorem generującym największe innowacje dla całej gospodarki. Mnożniki, jakie osiąga ten przemysł w porównaniu z innymi, są wielokrotnie wyższe. Można powiedzieć, że 1 euro wydane na innowacje w przemyśle obronnym może skutkować kilkunastoma, a nawet czasami kilkudziesięcioma euro w innych, cywilnych sektorach gospodarki – podkreśla Krzysztof Krystowski.
Z podwójnego – wojskowego i cywilnego – zastosowania technologii korzystają m.in. segment produkcji, telekomunikacja, energetyka czy transport.
– W Świdniku pracujemy nad pierwszym polskim śmigłowcem bezzałogowym SW-4. On już lata, startuje, ląduje, nawet na okręcie, co zostało ostatnio certyfikowane w badaniach NATO. Na razie ma zastosowanie militarne, ale jestem głęboko przekonany, że przyszłością lotnictwa personalnego są pojazdy bezzałogowe, które będą przewoziły pasażerów, w tym nas – mówi dyrektor zarządzający PZL-Świdnik.
Świdnicki zakład współpracuje m.in. z naukowcami z Wojskowej Akademii Technicznej, z Politechnik Warszawskiej, Lubelskiej i Rzeszowskiej czy Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych. Wspólne prace przynoszą efekty, ale impulsem do ich dalszego prowadzenia i intensyfikowania mogłyby być zlecenia od rządu.
– Chodzi przede wszystkim o długoletnie pewne programy współfinansowane przez przemysł, naukę i państwo. Programy, które dają długą perspektywę współpracy i możliwość głębokiego zaangażowania się każdej ze stron na lata. Tylko dzięki takim długoletnim programom są w stanie wypracować rozwiązania naukowe, które potem będą wdrażane do praktyki gospodarczej – podkreśla Krystowski.
Ochrona zdrowia pracowników i bezpieczeństwo pracy to dla firm z branży kolejowej trudne zadanie. Wprawdzie kwestie te są regulowane przez bardzo szczegółowe przepisy, ale od spółek wymaga to znaczących inwestycji i starań. Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa jest rutyna.
– Na kolei obowiązuje szereg bardzo szczegółowych przepisów. Mogłoby się wydawać, że to wystarczy, aby praca była bezpieczna – nic bardziej mylnego. Trzeba dbać o bezpieczeństwo każdego dnia i walczyć z największym wrogiem, jakim jest rutyna – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Górnicki, prezes zarządu PKP Linia Hutnicza Szerokotorowa. – Zarząd LHS w ostatnim czasie podjął bardzo dużo decyzji, które mają się przyczynić do podniesienia bezpieczeństwo.
PKP Linia Hutnicza Szerokotorowa to znaczący pracodawca w południowo-wschodniej Polsce – zatrudnia blisko 1,3 tys. osób. Kwestie bezpieczeństwa dotyczą również kilkuset współpracujących z PKP LHS firm.
– To dbanie o bezpieczeństwo zaczyna się od najprostszych rzeczy, od chodzenia w kasku tam, gdzie jest to wymagane, od używania odpowiednich narzędzi tam, gdzie muszą być one użyte w odpowiedni sposób, aż po inwestycje, które powodują, że praca naszych pracowników jest bezpieczna – wyjaśnia Łukasz Górnicki.
Za te działania i inwestycje spółka została nagrodzona w konkursie organizowanym przez Państwową Inspekcję Pracy „Pracodawca – organizator pracy bezpiecznej”. Podczas gali podsumowującej konkurs, która odbyła się na Zamku Królewskim w Warszawie, spółka PKP LHS otrzymała nagrodę i została wpisana na Złotą Listę Pracodawców.
W prace nad zwiększaniem bezpieczeństwa pracy zaangażowani są też sami pracownicy. Jak podkreśla prezes Górnicki, jest to jeden z elementów szeroko prowadzonego wolontariatu pracowniczego. Zatrudnieni w PKP LHS włączają się również w akcje na rzecz ochrony środowiska. Spółka jest organizatorem cyklicznej akcji sprzątania Roztoczańskiego Parku Narodowego – na początku października 2015 roku już po raz czwarty odbyła się akcja wolontariatu pracowniczego o nazwie „EKOlogiczni”. Za swoją aktywność firma otrzymała wyróżnienie w raporcie „Społeczna odpowiedzialność biznesu” przygotowywany cyklicznie przez „Gazetę Finansową” oraz portal RaportCSR.pl.
– Działamy na rzecz przyrody, czyli bierzemy czynny udział w sprzątaniu Roztoczańskiego Parku Narodowego. Podejmujemy też działania, które mają przyczynić się do tego, żeby nasza działalność przewozowa jak najmniej niekorzystnie wpływała na środowisko – mówi prezes zarządu PKP LHS.
W swoich działaniach PKP LHS koncentruje się też na minimalizowaniu wpływu eksploatacji linii kolejowej na przyrodę parku. Jak podkreśla Górnicki, przewóz ciężkich ładunków na linii o długości ponad 400 km może być uciążliwy dla osób mieszkających w jej pobliżu, dlatego spółka inwestuje np. w wyciszanie torów czy bardziej ekologiczne lokomotywy.
O około 60 proc. w ciągu ostatnich pięciu lat wzrosły obrotu handlu zagranicznego między Polską a Belgią. W ubiegłym roku wyniosły 7,8 mld euro. Do Belgii trafiają z Polski przede wszystkim samochody i urządzenia elektryczne. Perspektywiczne są dostawy materiałów budowlanych. Na polskim rynku działa ok. 700 belgijskich firm.
– W ostatnich latach relacje handlowe znacząco się ożywiły – ostatnie pięć lat przyniosło wzrost o 60 procent. Mamy więc do czynienia z rosnącą wymianą handlową produktów pomiędzy Belgią a Polską – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bruno Lambrecht, prezes Belgijskiej Izby Gospodarczej i firmy CFE Polska. – Stosunki gospodarcze między Belgią a Polską są bardzo dynamiczne, o czym mogliśmy się przekonać kilka tygodni temu podczas wizyty króla Filipa i królowej Matyldy w Polsce.
Według szacunków Głównego Urzędu Statystycznego po pierwszych sześciu miesiącach br. obroty handlu zagranicznego wymiany gospodarczej z Belgią przekroczyły 4 mld euro. Wartość eksportu z Polski do tego kraju była przy tym nieco niższa od importu i wyniosła 1,96 mld euro. W ubiegłym roku wymiana zamknęła się w kwocie 7,8 mld euro, co dało Belgii ósmą pozycję wśród partnerów handlowych Polski z krajów Unii Europejskiej.
– Z Belgii do Polski eksportujemy głównie różnego rodzaju urządzenia i sprzęt. Z kolei w przeciwnym kierunku, czyli z Polski do Belgii, trafiają samochody i duże ilości wieprzowiny – mówi Lambrecht.
Największy udział wśród krajowych produktów sprzedawanych do Belgii – według GUS – mają urządzenia mechaniczne i elektryczne, pojazdy mechaniczne, wyroby nieszlachetne, tworzywa sztuczne oraz wyroby mineralne. Najpoważniejszą rolę w imporcie natomiast odgrywają tworzywa sztuczne i produkty przemysłu chemicznego.
– Dostrzegam również wzrost eksportu z Polski materiałów budowlanych. Sądzę, że to sytuacja korzystna dla obu stron. Wielu moich kolegów w Belgii z tego sektora pyta mnie o polskich dostawców. W przyszłości sprzedaż materiałów budowlanych może być motorem polskiego eksportu – wyjaśnia Bruno Lambrecht.
W ciągu ostatnich kilku lat na polski rynek weszło ponad 700 belgijskich firm. Wartość ich inwestycji to ok. 5 mld euro, co daje Belgii 13. miejsce wśród inwestorów zagranicznych. Najczęściej inwestycje te dotyczą branż finansowo-ubezpieczeniowej, energetycznej, budowlanej i spożywczej. Polską interesuje się coraz więcej małych i średnich firm. Również coraz więcej polskich przedsiębiorców jest zainteresowanych rynkiem inwestycyjnym w Belgii.
– Nasze kultury i sposoby myślenia są do siebie dość zbliżone, problemem jest raczej niedostateczna wiedza o sobie nawzajem oraz bariera językowa – uważa Bruno Lambrecht. – Moim zdaniem nie są to jednak poważne przeszkody, które utrudniałyby robienie interesów. Z pewnością Polska jest interesującym rynkiem dla Belgów. To kraj szybko się rozwijający, z dużą populacją. Więc wiele belgijskich firm interesuje się inwestowaniem w Polsce albo eksportem na ten rynek swoich towarów.
Szacuje się, że w przypadku każdej ciężko poszkodowanej osoby w wypadku drogowym koszty leczenia mogą sięgnąć nawet 2 mln zł. Jeśli wypadek spowodowała osoba pod wpływem środków odurzających, to odpowiedzialność finansowa spada na nią, a nie na jej ubezpieczyciela. Eksperci podkreślają, że gdyby więcej kierowców o tym wiedziało, to na pewno mniej z nich wsiadałoby za kółko po spożyciu alkoholu lub narkotyków.
Choć liczba poszkodowanych w wypadkach spada, to koszty zdarzeń drogowych są wciąż wysokie. Nie jest to tylko kwestia akcji ratowniczej i rehabilitacji rannych, lecz także niezdolności do pracy poszkodowanych – część z nich nigdy nie jest już w stanie wrócić do pracy.
– Trudno jednoznacznie stwierdzić, jaki jest całkowity koszt leczenia ofiar wypadków drogowych. Szacuje się, że w przypadku każdej ciężko rannej osoby, która odnosi obrażenia w zdarzeniu drogowym, koszty wynoszą od kilkuset tysięcy do nawet 2 mln zł – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Piotr Majewski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.
Teoretycznie koszty pokrywa ubezpieczyciel, bo zgodnie z prawem ubezpieczenie OC pojazdu jest obowiązkowe. Jednak bez wykupionej polisy po polskich drogach jeździ 250 tys. samochodów. Z danych UFG wynika, że nieubezpieczeni i nieznani sprawcy powodują 1 proc. wszystkich szkód z wypadków komunikacyjnych w Polsce (to relacja szkód zgłaszanych i wypłacanych przez UFG do liczby szkód z komunikacyjnego OC wypłaconych w tym czasie przez firmy ubezpieczeniowe). W I półroczu tego roku do UFG zgłoszonych zostało ponad 3,5 tys. nowych szkód, o 20 proc. więcej niż przed rokiem.
Jeśli sprawca wypadku nie ma polisy, roszczenie należy zgłosić do Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego za pośrednictwem dowolnego towarzystwa ubezpieczeniowego. Zdarzają się jednak sytuacje, w których nawet przy wykupieniu OC pojazdu, koszty wypadku ponosi sprawca wypadku.
– Kierowanie pod wpływem alkoholu, narkotyków i innych podobnie działających środków, ucieczka z miejsca wypadku i kierowanie bez uprawnień to sytuacje, w których ubezpieczyciel wypłaca poszkodowanym odszkodowanie, natomiast sprawca musi je zwrócić do zakładu ubezpieczeń. Dużo mówi się o skutkach jazdy po alkoholu, karach finansowych, utracie prawa jazdy, wyrokach karnych, natomiast mało się mówi o najbardziej dotkliwej konsekwencji, czyli konieczności oddawania z własnej kieszeni całości odszkodowania – tłumaczy Majewski.
Ubezpieczyciel ma prawo do regresu – to uprawnienie do żądania od sprawcy szkody zwrotu całości lub części odszkodowania wypłaconego przez zakład. Przy lżejszym wypadku sprawca musi liczyć się z pokryciem kosztów naprawy samochodów. To kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt tysięcy złotych. W przypadku poważniejszych wypadków, w których uczestnicy kolizji zostają ranni lub giną w wyniku poniesionych obrażeń, koszty mogą sięgać nawet kilku milionów złotych. Często sprawcy nie mają większych szans na spłatę powstałego w ten sposób zadłużenia.
– Gdyby świadomość tych konsekwencji była bardziej powszechna, mogłoby to odstraszyć niektóre osoby od kierowania w stanie nietrzeźwości, bo potencjalny dług jest nie do udźwignięcia – przekonuje wykładowca WSB.
Problem regresu dotyczy nie tylko alkoholu, lecz także wszystkich środków psychoaktywnych. Takie substancje utrzymują się w organizmie znacznie dłużej niż alkohol, o czym kierowcy zapominają. Dzięki większemu arsenałowi środków do wykrywania tego typu substancji, sprawca nie może czuć się bezkarny.
Z danych policji wynika, że w 2014 roku doszło do blisko 35 tys. wypadków drogowych. Względem 2013 roku oznacza to spadek o 2,5 proc., a względem 2012 roku – 5,6 proc. Spada też liczba ofiar śmiertelnych – w ubiegłym roku w wypadkach zginęło ponad 3,2 tys. osób przy ponad 3,5 tys. w 2012 roku. Liczba rannych przekroczyła 42,5 tys. – o 7 proc. mniej niż w 2012 i 3,4 proc. mniej niż w 2013 roku.
W okresie świątecznym rośnie zainteresowanie usługami marketingu sensorycznego. Sklepy chcą budować atmosferę, bo odpowiednio dobrane barwy, przyjemne zapachy i muzyka przyciągną klientów i skłoni ich do pozostania dłużej, w efekcie wydadzą więcej. Dwie trzecie decyzji podejmowanych przez konsumentów ma miejsce w punkcie handlowym lub usługowym. Właściwe zastosowanie marketingu sensorycznego sprawia, że sprzedaż wzrasta powyżej 30 proc.
– Marketing sensoryczny to oddziaływanie na zmysły klientów i otoczenia, aby uzyskać pożądany efekt, wywołać określone emocje tak, żeby osiągnąć wyższe pułapy sprzedaży, przywiązać klienta do miejsca, zidentyfikować z marką. Klient powinien chcieć do nas wracać i przebywać dłużej w danej lokalizacji – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aleksandra Potrykus-Wincza, country manager w Mood Poland and Baltics.
W okresie świąt marketing sensoryczny cieszy się jeszcze większym zainteresowaniem. Zwłaszcza że odpowiednia atmosfera przekłada się na wyniki sprzedażowe. Badania przeprowadzone przez Mood we współpracy z ESOP wskazują, że ponad połowa kupujących deklaruje, że dłużej chce zostać w sklepie, którego atmosfera im odpowiada.
– Okres świąteczny to moment, kiedy możemy oddziaływać na zmysły klientów w zdwojony sposób. Są oni wówczas wyczuleni na nowości, rozglądają się za promocjami. Mamy tu duże pole do popisu, bo ludzie oczekują świątecznej atmosfery. Wprowadza się ją za pomocą określonej muzyki, zapachów, wizualizacji, tym samym tworząc atmosferę domową i świąteczną, której klient nie może się oprzeć – podkreśla Potrykus-Wincza.
Niekontrolowane decyzje konsumenckie to blisko 70 proc. wszystkich zakupów. To w sklepie klient podejmuje 2/3 decyzji. Odsetek zakupów impulsywnych sięga 67 proc. w supermarketach i na stacjach benzynowych, w centrach handlowych to 39 proc.
Również producenci (70 proc.) i detaliści (85 proc.) uważają, że shopper marketing zapewnia znaczny zwrot z inwestycji.
– Według naszych badań sprzedaż wzrasta o około 33 proc. Wahania są od 10 do 33, a nawet 40 proc. w zależności od pory roku i tego, co aktualnie dzieje się na rynku. Wiadomo, że czynników zewnętrznych nie możemy wykluczyć, natomiast jest to na pewno liczba dwucyfrowa – ocenia Potrykus-Wincza.
Już w latach osiemdziesiątych badania przeprowadzone przez amerykańskiego psychologa Ronald E. Millmana potwierdzały, że muzyka wpływa na zwiększenie lub zmniejszenie obrotów w punktach sprzedaży. Potwierdzają to także badania Mood Media – spokojne utwory przyczyniają się do 38-proc. wzrostu sprzedaży. Jak jednak podkreśla ekspertka, choć muzyka przekłada się na większe zakupy, to dużo lepsze efekty może dać posługiwanie się odpowiednim zapachem – w okresie świątecznym np. cynamonu, goździków i piernika.
– Najnowsze badania pokazują, że zapach odwołuje się do tak głębokich pokładów pamięci człowieka, że konsument, przypominając sobie określone momenty z dzieciństwa tylko za sprawą zapachu, jest w stanie się bardziej zrelaksować bądź sprężyć, oczywiście w zależności od efektu, którego oczekujemy – wskazuje Potrykus-Wincza. – Warto jednak łączyć wszystkie elementy, bo tylko całościowe działania marketingu sensorycznego dają pożądane efekty.
Przekonuje, że sklepy powinny zainwestować w wewnętrzne radio, czyli zestaw odpowiednio dobranych utworów, ścieżkę muzyczną, która tworzy pewną całość. Powinna ona korespondować z marką i konsumentem, który odwiedza dany sklep. W Wielkiej Brytanii już 80 proc. czołowych organizacji detalicznych używa systemów zarządzania muzyką, by zintensyfikować wewnątrz sklepowe doświadczenia.
– Radio nie powinno dostarczać negatywnych informacji z rynku, co mogłoby być nieprzyjemne dla klienta albo zdecydować o tym, że zrezygnowałby z zakupów. Wewnętrzne radio pozwala nam na kontrolowanie tego, co chcemy przekazać klientowi. Możemy odtwarzać własne jingle, informacje czy reklamy, tym samym informując konsumenta o promocjach bądź o tym, co mogłoby mu umknąć podczas spaceru po sklepie czy punkcie usługowym – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza.
Poczta Polska wprowadziła do obiegu unikatowe kartki przedstawiające rezydencje i samochody Ignacego Mościckiego i Stanisława Wojciechowskiego. Oprócz wizerunków obydwu prezydentów RP na kartkach widoczne są limuzyny marki Cadillac oraz reprezentacyjne budynki i wnętrza – Sala Kolumnowa w Pałacu Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu i część gabinetu marszałka Józefa Piłsudskiego w Belwederze. To nie lada gratka dla filatelistów i wyjątkowa pamiątka z okazji 25. rocznicy pierwszych wolnych wyborów prezydenckich w Polsce.
– Poczta Polska wydała dwie piękne emisje na kartkach pocztowych ze znakiem opłaty i datownikiem. Jedna emisja dotyczy rezydencji prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, a druga – samochodów prezydenckich. Bardzo się cieszymy, że udało nam się te kartki wydać właśnie z okazji 25. rocznicy pierwszych wyborów prezydenckich – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Kłoda-Dębska, zastępca dyrektora biura marketingu i filatelistyki w Poczcie Polskiej.
Kartki mają wymiary 148 x 105 mm, obie serie zostały wydane w nakładzie 17,5 tys. sztuk. Autorem projektu jest Andrzej Gosik. Kartki mają nadrukowany znaczek opłaty pocztowej o wartości 1,75 zł.
– Na jednej z kartek jest cadillac, którym jeździł prezydent Ignacy Mościcki, na drugiej cadillac, którym jeździł prezydent Stanisław Wojciechowski. Ciekawostką jest to, że prezydent Wojciechowski kochał konie i zawsze mu się wydawało, że to jest najbardziej reprezentacyjny środek transportu. Czasy się szybko zmieniały i te amerykańskie samochody, które były specjalnie dla prezydentów sprowadzane do Polski, też miały swoje miejsca w historii – tłumaczy Agnieszka Kłoda-Dębska.
W części ilustracyjnej na pierwszej kartce zostało umieszczone zdjęcie prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego, który w asyście wsiada do samochodu Cadillac Type 57 Limousine model z 1918 roku. Z kolei na drugiej kartce widać Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, który wraz z królem Rumunii Karolem II wyjeżdża z lotniska na Okęciu samochodem Cadillac 370C All Weather Phaeton z 1933 roku.
– Na naszych kartkach z rezydencjami prezydentów pokazujemy Belweder i Pałac Prezydencki. Pokazujemy oba obiekty od strony ogrodów oraz sale reprezentacyjne. Myślę, że dla naszych filatelistów będzie to bardzo ciekawa emisja – mówi Agnieszka Kłoda-Dębska.
W części ilustracyjnej na pierwszej kartce umieszczono centralną część gabinetu marszałka Józefa Piłsudskiego, a na drugiej – fragment Sali Kolumnowej. Agnieszka Kłoda-Dębska podkreśla, że emisje specjalne cieszą się dużym zainteresowaniem popularnością, bo wśród nich można znaleźć prawdziwe perełki.
– Największą popularnością cieszą się te emisje, które są w niewielkich nakładach i są przygotowane w sposób wyjątkowy, na przykład mają ukryte mikrodrukiem jakieś słowa albo wypukłość, albo użyto w ich produkcji specjalnego koloru bądź zapachu. Wydawaliśmy również znaczki malowane na jedwabiu. Nasze emisje przede wszystkim różnią się w świecie tym, że mają piękne unikatowe projekty i zawsze wprowadzamy tam jakieś ciekawostki – mówi agencji przedstawicielka Poczty Polskiej.
Wydanie kartek przedstawiających samochody i rezydencje prezydentów RP było inicjatywą Kancelarii Bronisława Komorowskiego z 2013 roku.
31 proc. stron ma zbyt ciężkie obrazki, 20 proc. nie stosuje kompresji, a 5 proc. korzysta ze słabego hostingu – to wyniki analizy na grupie niemal 3 tysięcy polskich stron www, wykonanej przy pomocy bezpłatnego analizatora semantycznego Blink.pl w październiku 2015 roku. Jak na tym tle wypada twoja strona www? Czy wiesz, że wystarczy zaledwie jedna sekunda za długo, żeby stracić 11 proc. odsłon, 7 proc. konwersji i obniżyć satysfakcję odbiorcy o 16 proc. (dane wg badania Aberdeen Group)? Dobra strona www musi ładować się szybko, jeżeli ma spełniać cele sprzedażowe i osiągać wysokie pozycje w wyszukiwarkach. To logiczne! Przecież sam nie raz opuściłeś witrynę, zniechęcony zbyt długim czasem ładowania. Skoro więc nie byłeś zainteresowany przebywaniem na takiej stronie www, dlaczego Google miałoby wyróżnić serwis, którego szybkość ładowania kuleje?
Trzy czynniki spowalaniające twoją stronę www
W październiku 2015 r. do bezpłatnego analizatora semantycznego Blink.pl zgłoszono blisko 3 tysiące stron internetowych. Jednym z badanych aspektów była ocena szybkości ładowania audytowanej witryny wraz ze wskazaniem tych elementów, które wymagają poprawy. Jak okazało się, że problemy większości polskich stron to wynik zbyt ciężkich obrazków, które na nich się znajdują, niestosowania kompresji oraz kiepskiej jakości hostingu.
Problem 1. – obrazki z nadwagą
Im większa waga zdjęć, obiektów multimedialnych, plików css itp., tym dłużej trwa ich przesyłanie, co skutkuje wydłużeniem czasu ładowania strony www. Tymczasem na 2 874 przebadanych w październiku stron, na aż 910 wykryto obecność przynajmniej jednego obrazka o objętości przekraczającej 100 kB. W uproszczeniu oznacza to, że ok. 31 proc. polskich stron www jest przeładowanych grafikami, wykazując mniejsze szanse na uzyskanie pożądanej konwersji ze strony odbiorców.
Problem 2 – brak kompresji
Mimo że większość serwerów umożliwia włączanie kompresji, na aż 20 proc. przeanalizowanych stronach nie korzystano z tej funkcji. Tymczasem dzięki kompresji, pliki przesyłane odbiorcy są mniejsze, przez co otwieranie strony trwa krócej. Dodatkowo, witryna konsumuje mniej transferu, co może mieć znaczenie, gdy użytkownik przegląda stronę korzystając z internetu mobilnego. Z punktu widzenia właściciela strony – to także pożądane, ponieważ niektóre plany taryfowe u dostawców hostingu mogą zakładać opłaty za generowany transfer – kompresja zaś wpływa na jego zmniejszenie.
– Tylko w październiku odnotowaliśmy 584 przypadki stron, których kompresja nie była włączona. Niekorzystanie z tej możliwości zwykle oznacza, że właściciel albo nie wie, jak to zrobić, albo nie ma świadomości, jak bardzo funkcjonalność ta przyczynia się do poprawy szybkości ładowania strony. A przecież kompresję można włączyć samodzielnie lub w razie trudności skontaktować się z operatorem hostingu, który powinien podpowiedzieć, jak to zrobić – radzi dr inż. Artur Pajkert z Blink.pl, pomysłodawca analizatora semantycznego stron. Dodajmy, że w takim wypadku należy pytać o to, jak włączyć kompresję opartą o moduły: mod_gzip lub mod_deflate – to dwa najbardziej popularne standardy, stosowane na całym świecie.
Problem 3. – kiepski hosting
Czas odpowiedzi serwera także rzutuje na tempo wczytywania strony www. Jej ładowanie może bowiem rozpocząć się dopiero po uzyskaniu z serwera odpowiedzi na żądanie (w uproszczeniu: wpisania adresu w przeglądarce).
Mierząc czas odpowiedzi serwera na przebadanych analizatorem semantycznym Blink.pl stronach, problemy ze zbyt długim czasem odpowiedzi wystąpiły w 159 przypadkach na 2 874. Wynik całościowy na poziomie 5,5 proc. nie przeraża, choć jest sygnałem, że warto bliżej przyjrzeć się hostingowi, z którego się korzysta. Szczególnie, gdy strona ma być wydajna pod kątem szybkości ładowania.
Pamiętaj, zoptymalizowana witryna internetowa to korzyść dla każdej ze stron. – Zyskuje internauta, który może zasięgać interesujących go informacji, bez narażania się na stratę czasu czy niepotrzebnego zwiększania transferu, szczególnie podczas korzystania z połączenia mobilnego. W oczywisty sposób korzysta także właściciel witryny. Szybsze strony osiągają wyższe pozycje w wynikach wyszukiwania Google i trafiają tym samym do większej liczby potencjalnych odbiorców – mówi Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl, i dodaje: – Dane ujawniane w analizatorze semantycznym Blink.pl pokazują, że część polskich stron nadal ma problem z optymalizacją czasu ładowania. Miejmy jednak nadzieję, że ich właściciele, bogatsi o wiedzę gdzie popełniają błąd, poczynią kroki zwiększające jakość własnych witryn.
Dwa szybkie sposoby na sprawdzenie strony
Istnieje kilka bezpłatnych narzędzi, które pozwalają sprawdzić podstawowe elementy strony. Oto przykłady:
To narzędzie, które poza podstawowymi informacjami o szybkości otwierania strony, da także pogląd na inne elementy, w szczególności – pomoże w marketingowej analizie treści zawartych w witrynie. To narzędzie o charakterze uniwersalnym, które analizuje wiele elementów strony – nie jest aż tak szczegółowe w zakresie oceny czasu otwierania, jak np. PageSpeed Insights, ale za to, jako jedyne bezpłatne narzędzie, prezentuje dodatkowe informacje o jakości treści na stronie.
Narzędzie, udostępnione przez firmę Google, bardzo szczegółowo pokazuje elementy wpływające na szybkość ładowania strony www. Moduł analizy wydajnościowej jest tu znacznie bardziej rozbudowany, choć w tym wypadku nie dostaje się informacji o marketingowej jakości treści na stronie.
Oba narzędzia są bezpłatne, a skorzystanie z nich trwa tylko kilka sekund. Warto to zrobić, by dowiedzieć się więcej na temat własnej strony www.
Ponad połowa pracujących Polaków twierdzi, że łatwiej jest uzyskać awans i podwyżkę zmieniając pracę niż ubiegając się o nie u obecnego pracodawcy – wynika z raportu Pracuj.pl „Wygoda kontra rozwój”*. Jakie zmiany w firmie skłonią pracowników do poszukiwań nowego miejsca zatrudnienia?
Aż 66% Polaków deklaruje, że gdyby otrzymało atrakcyjniejszą pod względem finansowym ofertę pracy, zdecydowałoby się na jej przyjęcie. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że dla większości Polaków to właśnie zmiana miejsca pracy jest najłatwiejszym sposobem otrzymania awansu i podwyżki. Ponad połowa badanych (56%) uważa, że łatwiej otrzymać awans i uzyskać wyższe wynagrodzenie zmieniając pracodawcę, niż pozostając w dotychczasowym miejscu pracy.
Źródło: Pracuj.pl
Okazuje się, że niezależnie od wieku, najczęstszym powodem, który mógłby przekonać osoby niezdecydowane do poszukiwania nowej pracy, pozostaje istotna zmiana warunków zatrudnienia (32%). W przypadku redukcji wynagrodzenia, zmiany wymiaru etatu lub formy umowy aż co trzeci badany zacznie rozglądać się za nowym pracodawcą. Innymi najczęściej wskazywanymi okolicznościami, które mogłyby skłonić do podjęcia takiej decyzji są: pogorszająca się sytuacja finansowa firmy (29%), zła atmosfera w dotychczasowym miejscu pracy (23%), informacja, że na danym stanowisku w innej firmie zarabia się więcej (19%), a także brak możliwości dalszego rozwoju zawodowego (15%). Dla 12% badanych nie bez znaczenia jest także zmiana lokalizacji firmy.
Niesatysfakcjonujące warunki czy nerwowa atmosfera są czynnikami silnie motywującymi do zmiany miejsca pracy, szczególnie wśród osób bliskich wypaleniu zawodowemu. Tym osobom jest jednak zdecydowanie trudniej zmienić pracę. Myśląc o zmianie nie warto więc czekać aż do ostatniego momentu, tylko stale aktualizować swoją wiedzę o ofertach pracy oraz dbać o dostęp potencjalnych pracodawców do aktualnych informacji o nas. Pomoże nam w tym nowoczesne narzędzie, jakim jest Pracuj Select. Dzięki nowej funkcji dostępnej w serwisie Pracuj.pl, każdy kandydat, który wypełni swój profil zawodowy i wyrazi zgodę na jego polecanie, może zostać zarekomendowany odpowiednim pracodawcom – komentuje Sabina Dąbrowska-Olbryś, Learning and Development Manager Grupy Pracuj.
Źródło: Pracuj.pl
*Wyniki badania motywacji zawodowych Polaków, zrealizowanego na zlecenie Pracuj.pl przez TNS Polska, na reprezentatywnej próbie 1000 aktywnych zawodowo Polaków.
Rozwój rynku energii w Polsce obejmuje wiele segmentów. Kluczowym jest zapewnienie oraz stałe podnoszenie poziomu bezpieczeństwa energetycznego. Czy Polska wypracowała w tym zakresie strategię? Czy zintegrowany rynek jest receptą na wszystko? O przyszłości polskiej energetyki dyskutowano w trakcie Konferencji EuroPOWER, organizowanej przez MMC Polska. Gościem Honorowym był Minister Energii,.
Dr Leszek Juchniewicz, Przewodniczący Rady Programowej dokonał uroczystego otwarcia XXII edycji Konferencji Energetycznej EuroPOWER. Tuż po nim swoje wystąpienie miał Minister Energii, Pan Krzysztof Tchórzewski, który w swoim wystąpieniu podkreślał rolę energetyki w gospodarce oraz rolę nowo utworzonego Ministerstwa Energii w rozwoju tego sektora. W pierwszym panelu moderowanym przez Piotra Łubę, Partnera Zarządzającego w Dziale Doradztwa Biznesowego PwC, rozmówcy debatowali na temat bezpieczeństwa energetycznego, solidarności i zaufania. Paneliści wypowiadali się na temat tego, czy Polska wypracowała już własną strategię bezpieczeństwa energetycznego i jakie działania trzeba podjąć, by obniżać koszty energii w stosunku do konkurencji.
O bezpieczeństwie energetycznym, przyszłości sektora paliwowego czy dekarbonizacji gospodarki paneliści debatowali w ciągu dwóch dni trwania konferencji. Wśród rozmówców znaleźli się m.in.: Maciej Bando, Prezes Urzędu Regulacji Energetyki, Jan Chadam, GAZ-SYSTEM S.A., Prezes Zarządu spółki Polskie LNG S.A, Jean-Andre Barbosa, Dyrektor AREVA na Europę Środkowo-Wchodnią, Jerzy Kurella, Prezes Zarządu, TAURON Polska Energia, Andrzej Tersa, Prezes Zarządu, ENERGA S.A.
Konferencja EuroPOWER to wydarzenie, które na stałe wpisało się w kalendarz najważniejszych konferencji gospodarczych w Polsce. Zawdzięcza to obecności kluczowych przedstawicieli rynku, administracji centralnej i samorządowej, regulatora oraz niezmiennie wysokiej merytoryce paneli dyskusyjnych. Za dobór tematów odpowiada Rada Programowa, która przy każdej edycji porusza aktualne i pilne do omówienia problemy.
Patronami honorowymi konferencji EuroPOWER są m.in.: Urząd Regulacji Energetyki, Ministerstwo Skarbu Państwa, Agencja Rynku Energii, Fundacja na rzecz Energetyki Zrównoważonej.
27 listopada br. odbyła się Międzynarodowa konferencja naukowa „Rozwiązywanie sporów konsumenckich w Unii Europejskiej” organizowana przez Lubelskie Centrum Arbitrażu i Mediacji oraz Katedrę Negocjacji i Mediacji KUL. W konferencji wzięło udział wielu ekspertów z dziedziny mediacji, przedstawicieli środowiska prawniczego i uniwersyteckiego oraz lubelskich instytucji otoczenia biznesu.
Międzynarodowa konferencja jest podsumowaniem rocznej działalności Lubelskiego Centrum Arbitrażu i Mediacji. Misją Centrum Arbitrażu i Mediacji jest wspieranie i pomoc przedsiębiorcom w rozwiązywaniu sporów związanych z wszelką ich aktywnością przy zastosowaniu szeregu rozwiązań, pozwalających na zarządzanie sytuacjami spornymi w celu ich wyeliminowania. W Lubelskim Centrum Arbitrażu i Mediacji przedsiębiorcy mogą skrócić czas, a w konsekwencji również obniżyć bezpośrednie, jak i pośrednie koszty rozwiązywania sporów gospodarczych nie korzystając w tym zakresie z pomocy państwa. W ciągu tego okresu zostało przeprowadzone ponad 80 mediacji zakończonych sukcesem, a dzięki mediacjom przedsiębiorcy zaoszczędzili ponad 150 mln złotych. – Chciałbym sobie oraz wszystkim osobom wspierającym idee mediacji tego żeby postrzegali mediację jako praktycznego narzędzia oraz możliwości, która realnie pozwala na zakończenie sporów w sposób szybki, prosty i jednocześnie zachować szanse na dalszą przyszłą współpracę. A także, żeby świadomość prawna w tym zakresie istniała i dalej się rozwijała – powiedział Marek Dąbrowski, kierownik Lubelskiego Centrum Mediacji.
Wojciech Kutyła, Wiceprezes NIK podczas swojej prelekcji okolicznościowej poświęconej ochronie praw konsumenta w kontekście działalności kontrolnej NIK podkreślił, że najważniejsze działania wspierające ochronę praw konsumenta prowadzone przez jednostki za to odpowiedzialne to przede wszystkim prowadzenie działań zwiększających świadomość konsumentów w zakresie przysługujących im praw oraz sposobów i miejsc uzyskania przez nich ewentualnej pomocy.
W pierwszym panelu poświęconym rozwiązywaniu sporów konsumenckich na rynkach wewnętrznych UE i państw stowarzyszonych z UE wystąpiły prof. María Concepción Rayón z Universidad Complutense de Madrid prezentowała zasady rozwiązywanie sporów konsumenckich w Hiszpanii. Na temat funkcjonowania arbitrażu konsumenckiego w praktyce obrotu prawnego w Szwajcarii mówiła Pani dr Christine Moehler z University of Lucerne, a alternatywne metody rozwiązywania sporów konsumenckich w Anglii przedstawiła Pani Loredana Allegranza z Wolf Theiss. Całość wystąpień moderował dr Marcin Asłanowicz radca prawny, Prezes Lubelskiego Sądu Arbitrażowego, partner prowadzący Dział Postępowań Sądowych i Arbitrażowych w Wolf Theiss P. Daszkowski.
W drugim panelu poświęconym rozwiązywaniu sporów konsumenckich w Polsce wzięli udział Prezes Stowarzyszenia Rzeczników Konsumentów Pan Krzysztof Podgórski, Wiceprezes zarządu Grupy Azoty Zakładów Azotowych „Puławy” Pan dr Zenon Pokojski, Naczelnik Wydziału Polityki Konsumenckiej Departamentu Detalicznego Rynku Telekomunikacyjnego UKE Pani Milena Górecka oraz Kierownik Katedry Prawa Handlowego KUL Pan dr hab. Andrzej Herbet, prof. KUL. Całość rozmowy została przeprowadzona przez Prezesa SO w Tarnobrzegu Pana Roberta Pelewicza.
Zagraniczni eksperci podkreślili fakt, że mediacja z powodzeniem funkcjonuje i jest wykorzystywana przez przedsiębiorców zdecydowanie częściej w krajach wysokorozwiniętych. Zwrócili uwagę, że przedsiębiorcy w swoich firmach spory rozwiązują polubownie. Przede wszystkim manager w danej firmie decyduje, o tym w jaki sposób spór rozwiązać, ponieważ to on ocenia jaki wpływ ten spór będzie miał na wizerunek zewnętrzny firmy, relacji z partnerami oraz konsumentami, jakość dostarczanych produktów czy usług oraz funkcjonowanie jego firmy. Stąd też pierwszym krokiem z jakiego zagraniczni przedsiębiorcy korzystają są formy polubowne, a przede wszystkim jest mediacja. Traktowana jako forma społecznej odpowiedzialności biznesu, odpowiedzialności za to
w jakim środowisku firma funkcjonuje i odpowiedzialności, za to że konflikt jest nieodłączną częścią funkcjonowania firm. Natomiast umiejętnością dobrze przygotowanego managera jest zdolność do odpowiedniego zarządzania konfliktami.
Polscy eksperci podkreślili, że idee mediacji coraz częściej jest doceniania przez polskich przedsiębiorców i coraz częściej sięgają po tego typu narzędzie przy sporach gospodarczych. Mając nadzieję, na zdecydowanie większą świadomość w tym zakresie będzie ona wykorzystywana we wszystkich konfliktach, które będą szybciej, sprawniej i przy zaangażowani mniejszych kosztów rozstrzygane i zakończone.