Wejście w życie umowy handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Europą może wpłynąć na konkurencyjność europejskich przedsiębiorstw chemicznych – ocenia Jacek Podgórski, prezes zarządu spółki Anwil. Powodem jest większa dostępność oraz niższe ceny gazu i ropy w Ameryce. To będzie poważne wyzwanie również dla polskich firm.
– Wyzwań stojących przed branżą jest sporo. Przede wszystkim to nowa umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi, która może diametralnie zmienić kwestie handlu między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Oczywiście wyzwaniem jest to, że feedstock, czyli tzw. dostęp do tanich produktów, inny jest tutaj w Europie, a inny jest w Azji czy w Ameryce – mówi agencji Newseria Jacek Podgórski, prezes zarządu spółki Anwil.
Jak zaznacza, dzięki utrzymującej się obecnie niskiej cenie ropy, spółki z sektora mogą jeszcze przez jakiś czas liczyć na osiągnięcie wysokich marż handlowych. Prezes włocławskiej spółki podkreśla, że trudno mówić o konkretnym wpływie transatlantyckiego porozumienia o wolnym handlu, ponieważ negocjacje jeszcze się toczą.
Prezes ANWIL-u pozytywnie ocenia natomiast zmiany w zakresie pozyskania kapitału dla inwestycji w branży chemicznej. Banki znacznie chętniej niż kilka lat temu finansują projekty firm z tego sektora, głównie dotyczące podstawowej działalności, czyli np. zwiększania możliwości produkcyjnych spółek. Gorzej jest natomiast z funduszami na inwestycje o innowacyjnym charakterze.
– Banki odrobiły swoją lekcję, dzięki temu mamy dostęp do praktycznie wszystkich możliwych instrumentów finansowych. Mam nadzieję jednak, że będą one bardziej pozytywnie patrzyły na kwestie finansowania innowacyjności przemyśle – zaznacza Podgórski.
Tym bardziej że polskie firmy chemiczne coraz częściej chcą inwestować w innowacyjność. Rosną ich wydatki na badania i rozwój. Innowacyjne projekty zwiększają ich szanse w starciu z konkurentami zagranicznymi. To zaś przekłada się na korzyści dla całej gospodarki. Szacuje się, że jedno miejsce pracy w branży chemicznej generuje od dwóch do ośmiu miejsc pracy w innych sektorach.
W Niemczech powstaje około 20 tys. gotowych domów rocznie. W Polsce tego typu konstrukcji stawia się zaledwie 2,5–3 tys. Dostawcy takich rozwiązań podkreślają, że liczba domów budowanych z prefabrykatów będzie w najbliższym czasie dynamicznie rosnąć. Klienci zaczynają dostrzegać zalety gotowych domów, takie jak energooszczędność i wysoka jakość wykończenia. Atutem jest także nawet czterokrotnie krótszy czas budowy w stosunku do tradycyjnego budownictwa.
– Wymagania klientów związane są głównie z oszczędnością energii oraz z ekologią. Zmienia się też podejście klientów do komfortu mieszkania w domu. Chodzi m.in. o sterowanie domem, czyli możliwość zarządzania światłem, ogrzewaniem czy roletami za pomocą aplikacji na smartfonie. To robi się w tej chwili bardzo popularne – mówi agencji informacyjnej Newseria Jarosław Jurak, prezes zarządu Danwood, producenta gotowych domów jednorodzinnych.
Spółka Danwood liczy na wzrost rynku gotowych domów przede wszystkim w Polsce i Wielkiej Brytanii. W obu krajach zainteresowanie klientów jest coraz większe. Prezes dostrzega duży potencjał rynku niemieckiego, a także Austrii, niemieckojęzycznej części Szwajcarii i Belgii.
– Rynek niemiecki jest ewidentnie najbardziej konkurencyjny w Europie. Jest to też rynek o najwyższych standardach w Europie. Nie znam drugiego takiego, na którym wymagania klientów byłyby tak wysokie. Dość powiedzieć, że w Niemczech domy w tej chwili można porównać do mebli właściwie – wyjaśnia Jurak.
Niemieccy klienci oczekują przede wszystkim bardzo wysokiej jakości wykonania. Dużą wagę przywiązują także do kwestii ekologii oraz energooszczędności. Prezes Danwood zauważa, że polski rynek pod tym względem jest co najmniej kilka lat w tyle.
– Niemcy inwestują dużo pieniędzy w rozwój odnawialnych źródeł energii. Od lat budujemy tam domy, wykorzystując pompy ciepła czy ogniwa fotowoltaiczne, i w ostatnim czasie to się bardzo szybko rozwija – dodaje Jarosław Jurak.
Udział gotowych domów w ogólnej strukturze rynku budowlanego różni się w zależności od kraju. Jak informuje Jurak, w Niemczech udział domów budowanych z prefabrykatów wynosi około 20 proc., co przekłada się na 20 tys. konstrukcji rocznie. Przy średniej cenie domu na poziomie 150–170 tys. euro, tamtejszy rynek jest warto przeszło 3 mld euro.
– W Polsce z kolei jest to rynek na poziomie około 2,5–3 tys. domów rocznie i bardzo szybko się rozwija. Oczekujemy, że będzie rósł w jednocyfrowym, ale wyraźnym tempie w kolejnych latach – tłumaczy prezes spółki Danwood..
Ekspert podkreśla, że gotowe domy zyskują na znaczeniu na wszystkich europejskich rynkach.
stresuje się w pracy. Odbija się to negatywnie na obowiązkach i na zdrowiu" title="Ponad połowa Polaków często stresuje się w pracy. Odbija się to negatywnie na obowiązkach i na zdrowiu" />
Strach przed zwolnieniem, niskie wynagrodzenia, konflikty ze współpracownikami, brak umiejętności efektywnego komunikowania się z innymi i niewłaściwe odżywianie – to najczęstsze przyczyny stresu w miejscu pracy. Można go jednak znacznie ograniczyć, m.in. dzięki lepszemu planowaniu czasu.
Z badania ADP „Okiem europejskich pracowników 2015/2016” wynika, że 54 proc. Polaków doświadcza stresu związanego z pracą. Ma on negatywny wpływ nie tylko na ich pracę, lecz także na zdrowie. stresu-nerwicy/”>Stres może przyspieszać i nasilać wystąpienie różnych problemów zdrowotnych, przede wszystkim związanych z układem sercowo-naczyniowym, układem ruchu czy układem pokarmowym (choroba wrzodowa). Niekiedy prowadzi też do wzmożonego napięcia niektórych grup mięśni (karku, szyi lub kończyn). W skrajnych przypadkach pojawia się depresja.
– Stres ogólnie działa destrukcyjnie. Wydziela się adrenalina, która z kolei wywołuje kaskadę odpowiedzi hormonalnych i nerwowych. Jeżeli ciągle żyjemy w stresie, może to prowadzić do poważnych chorób. Dlatego musimy się zastanowić, jak można go trochę zmniejszyć, i tak przeorganizować sobie życie, żeby nadmiernie się nie stresować – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Małgorzata Paprocka-Chylewska, dietetyk Lightbox.
Pośpiech, nadmiar obowiązków i życie w ciągłym biegu sprzyjają stresującym sytuacjom. Wielu z nich można uniknąć, jeśli właściwie gospodaruje się swoim czasem. Trzeba wyznaczyć sobie regularne godziny snu, dobrze się wysypiać, nastawiać wcześniej budzik i zmienić nieco swoje nawyki żywieniowe.
– Zjedzmy przed wyjściem pierwsze śniadanie To jest bardzo istotne, żeby podnieść poziom glukozy, która jest nam najbardziej potrzebna w pierwszej połowie dnia. Śniadanie umożliwia nam dobrą kondycję, żebyśmy nie byli zmęczeni i zestresowani od razu po przyjściu do pracy. Jeśli w drodze denerwujemy się, bo stoimy w korkach, spróbujmy znaleźć jakąś inną trasę albo przesiądźmy się do komunikacji miejskiej – radzi Małgorzata Paprocka-Chylewska.
Warto też umiejętnie wykorzystywać przerwę w pracy. Ten czas można przeznaczyć na krótki spacer, na zjedzenie pełnowartościowej przekąski i miłą rozmowę przy kawie.
– Nie zajmujmy przerwy pracą, siedzeniem przy komputerze, bo musimy coś nadgonić. Starajmy się wyjść, żeby dotlenić organizm, żeby w mózgu wydzieliła się odpowiednia ilość endorfin. W ten sposób do drugiej połowy dnia podejdziemy zupełnie inaczej. Trzeba też zjeść drugie śniadanie, które pozwoli utrzymać glukozę na jednakowym poziomie, żeby nie było momentów apatii, zmęczenia i żeby nie wpłynęło to na naszą wydajność pracy i samopoczucie – mówi Małgorzata Paprocka-Chylewska.
Obowiązki zawodowe warto rozkładać tak, żeby nie zostawiać zbyt wiele na ostatnią chwilę. Systematyczność w dużej mierze pozwoli uniknąć stresujących sytuacji. Duże znaczenie mają też pozytywne relacje ze współpracownikami.
– Jeżeli pracujemy w większym zespole, to konflikty są nieuniknione, ale spróbujmy jednak poprawić swoje relacje. To są zazwyczaj pojedyncze osoby, więc możemy podchodzić do nich z większym dystansem. Wiem, że jest to bardzo trudne, ale czasami trzeba, chociażby po to, żeby ograniczyć stres – podkreśla Małgorzata Paprocka-Chylewska.
Specjaliści do spraw żywienia podkreślają, że nie ma konkretnej diety antystresowej, natomiast są produkty, które poprawiają samopoczucie i mogą zmniejszyć poziom stresu.
– Jeżeli stres trwa długo, wzrasta zapotrzebowanie na białko, a więc chude mięsa, nasiona roślin strączkowych, nabiał i jaja. W czasie długo trwającego stresu, w ciągu 15 minut nasze zasoby magnezu mogą spaść do połowy, dlatego też uwzględniajmy w naszej diecie produkty nisko przetworzone, orzechy, nasiona. Antystresowo działają również flawonoidy, które są zawarte w owocach i warzywach. Ważna jest też witamina C, która pomaga w syntezie adrenaliny, dlatego jedzmy brokuły, brukselkę, paprykę, truskawki, porzeczki czy kiwi – mówi Małgorzata Paprocka-Chylewska.
Warto również codziennie poświęcić kilka minut na uporządkowanie swojego biurka i schowanie sterty dokumentów, które w danym momencie nie są potrzebne. Takie małe porządki też mogą być doskonałą odskocznią od pracy.
Coraz więcej osób deklaruje posiadanie oszczędności, jednak większość z nich robi to bez celu. Lubimy posiadać pieniądze na czarną godzinę i myślimy o przyszłości, a co z drobnymi przyjemnościami, świątecznymi wydatkami czy odległą emeryturą?
Ostatnie badanie Fundacji Kronenberga przy City Handlowy pt. „Postawy Polaków wobec finansów” pokazuje, że z roku na rok rośnie liczba osób oszczędzających bez konkretnego celu – obecnie grupa ta stanowi 29 proc. badanych. Pocieszające jest to, że wzrasta liczba osób odkładających pieniądze z myślą o przyszłości swojej lub najbliższych. A co z drobnymi przyjemnościami? Wg badania najczęściej odkładamy na wakacje (11 proc.), sprzęt do domu (8 proc.), drobne przyjemności (7 proc.) oraz kupno samochodu (6 proc.).
Brak celu ogranicza nas jako społeczeństwo
Oszczędzając budujemy swoją niezależność – od rodziny, banków czy firm pożyczkowych. Jednak, jak komentuje PKO Bank Polski w swoim badaniu „Podejście do oszczędzania”, jedną z głównych barier rozwoju kultury oszczędzania i budowania społeczeństwa oszczędzającego jest brak motywacji w oszczędzaniu. – Trudniej jest nam oszczędzać pieniądze jeżeli naszym celem jest wyłącznie ich odkładanie, co innego, gdy przyświeca nam cel opłacenia z oszczędności wakacji, studiów, czy wkładu własnego – komentuje Mikołaj Fidziński, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl. – Ponadto dużo gorzej znosimy nagłe wyciągnięcie z portfela kilkudziesięciu tysięcy złotych np. na poczet swojego mieszkania. Co innego, jeśli co miesiąc, przez parę lat odkładaliśmy na ten cel określoną kwotę pieniędzy, wówczas to tak nie boli, bo przyzwyczailiśmy się do myśli o tym wydatku – dodaje.
Optymiści stwierdzą, że brak konkretnego celu oszczędzania może wskazywać na fakt, iż znajdujemy się dopiero na początku naszej drogi oszczędzania. – Pierwszym krokiem w oszczędzaniu powinno być zbudowanie tzw. poduszki finansowej, czyli kwoty na gorsze czasy, wystarczającej na przeżycie przez co najmniej pół roku. Dopiero po osiągnięciu tego celu możemy myśleć o wydatkach na inne przyjemności – mówi Mikołaj Fidziński, analityk Comperia.pl.
Oszczędzamy, ale po co?
Lubimy posiadać pieniądze i je wydawać, a także coraz częściej sprawia nam przyjemność ich odkładanie. Niestety, nadal większość z nas nie myśli o emeryturze. Wg badania TNS Polska dla PKO BP aż 68 proc. badanych oszczędza z myślą o najbliższych miesiącach, góra roku. – Wyrobienie sobie nawyku oszczędzania owocuje łatwiejszym identyfikowaniem swoich potrzeb oraz określeniem potrzebnej kwoty pieniędzy na ich zaspokojenie. Zdajemy sobie sprawę, że im szybciej zaczniemy odkładać na emeryturę tym lepiej będzie nam się żyło, ale z racji tego, że jest to odległy cel, realizacja tych planów jest ciągle odkładana – mówi Mikołaj Fidziński, Comperia.pl.
Jak oszczędzać?
– Do oszczędzania na określony cel najlepiej sprawdzają się konta oszczędnościowe. Są one bezpieczne, a jednocześnie bardzo łatwo wpłaca się na nie pewne kwoty pieniędzy np. co tydzień czy co miesiąc. Niektóre banki oferują tzw. konta celowe, w których można z góry zdefiniować sobie cel oszczędzania i ustanowić zlecenie stałe. Dzięki nim ustalona suma będzie automatycznie przepływała z konta osobistego na rachunek oszczędnościowy. System daje możliwość śledzenia postępów w oszczędzaniu i podpowiada ile powinniśmy co miesiąc odkładać pieniędzy jeśli chcemy dysponować kwotą np. 5 tys. zł na wakacje w lipcu 2016 r. – wyjaśnia Mikołaj Fidziński, Comperia.pl. Rachunki tego typu można obecnie znaleźć np. w ING Banku Śląskim (Dream Saver), Banku Millennium (Konto Oszczędnościowe Twój Cel) czy Getin Banku (Celowe Konto Oszczędnościowe).
Do oszczędzania napędza nas sama chęć posiadania coraz większego kapitału, bo daje on nam bezpieczeństwo i poczucie stabilności. A tak naprawdę, po co oszczędzasz swoje pieniądze?
Uwaga rynków walutowych ponownie skupia się na lukach w polityce ekonomicznej, widocznych w najważniejszych obszarach gospodarki. Rezerwa Federalna podwyższy stopy procentowe w grudniu, a Bank Anglii podąży tą samą drogą w drugiej połowie 2016 roku, natomiast pozostałe banki centralne grupy G10, a w szczególności EBC, pozostają w znacznej mierze w trybie luzowania polityki pieniężnej.
Deflacyjny historyczna niechęć do wahań walutowych
Chiński juan (CNY) ściśle podlega systemowi płynnego kursu walutowego w stosunku do dolara, natomiast Chiński Bank Ludowy zezwala na maksymalnie dwuprocentowy dzienny spadek lub wzrost krajowej waluty względem dolara (na podstawie oficjalnego kursu dnia).
W następstwie kryzysu finansowego na świecie bank centralny wykreował w związku z silną niechęcią do niestabilności na rynku finansowym bardzo płynną i przewidywalną ścieżkę aprecjacji wobec dolara (wykres 1). W ciągu ostatnich dwóch lat ten trend się odwrócił i Chiński Bank Ludowy pozwolił na stopniową deprecjację CNY.
Niespodziewana sierpniowa dewaluacja
W sierpniu Chiński Bank Ludowy zaskoczył jednak rynki walutowe, przeprowadzając szereg dewaluacji juana i obniżając w ciągu zaledwie tygodnia kurs bazowy w stosunku do dolara o prawie 3%.
Wykres 1: Analiza zmian kursu USD/CNY (2011 – 2015)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 18.11.2015 r.
Spowolnienie wzrostu gospodarczego
Dewaluacja ta została przeprowadzona pod silną presją obniżenia kursu juana, wynikającą z aktualnego spowolnienia wzrostu gospodarczego w Chinach. Tempo wzrostu gospodarczego w 2015 roku wciąż malało, osiągając w trzecim kwartale br. najniższy od sześciu lat poziom 6,9%, a krajowy sektor budowlany i sektor przemysłowy odnotowały słabe wyniki.
Gospodarka chińska ustąpiła miejsca indyjskiej, najszybciej rozwijającej się wśród głównych gospodarek na świecie i – według oczekiwań OECD – ma wzrosnąć o około 6,5% w przyszłym roku i zaledwie o 6,2% w roku 2017. Wzrost ten byłby znacznie niższy od siedmioprocentowej wartości docelowej.
Wykres 2: Wskaźnik wzrostu PKB w Chinach (2010 – 2015)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 18.11.2015 r.
SILNY JUAN = SPADEK EKSPORTU
Waluta chińska jest ustalana w stosunku do dolara, a zatem zeszłoroczna aprecjacja dolara o ponad 10% ważona wielkością obrotów handlowych korzystnie wpłynęła na wartość CNY wobec prawie wszystkich najważniejszych walut. Mimo sierpniowej dewaluacji wartość juana utrzymuje się na znacznie wyższym poziomie niż rok temu.
W wyniku spadku konkurencyjności juana ucierpiał eksport do Japonii, Korei Południowej oraz Europy – najbliższych partnerów handlowych Chin. W efekcie ogólna wielkość eksportu zmalała we wrześniu, ósmym miesiącu ujemnego wzrostu eksportu w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy, zmniejszając się o 6,9%.
Działania stymulujące gospodarkę
W celu stymulacji chwiejnej gospodarki w Chinach bank centralny był niedawno zmuszony do podjęcia działań polegających na wprowadzeniu serii obniżek stóp procentowych.
W październiku stopa referencyjna została obniżona o 25 punktów bazowych, do poziomu 4,35%. Była to szósta w tym kraju obniżka stóp procentowych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. W tym samym czasie poziom bankowej rezerwy obowiązkowej obniżył się o kolejne 0,5%.
Dodatkowe dowody braku presji inflacyjnej mogłyby zmusić Chiński Bank Ludowy do zwiększenia zakresu działań stymulujących gospodarkę w nadchodzących miesiącach. W październiku inflacja spadła do najniższego od pięciu miesięcy poziomu 1,3%, a ceny producenta obniżyły się aż o 5,9% w ujęciu rocznym (wykres 3).
Wykres 3: Poziom inflacji cen konsumentów oraz producentów w Chinach (2010 – 2015)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 18.11.2015 r.
Czynniki pozytywne
Czynnikami pozytywnymi są nadal godny podziwu 7-procentowy wzrost gospodarczy i trwałe w tym roku zwiększanie się cen nieruchomości w Chinach mimo ograniczenia inwestycji w kraju.
Pomimo niedawnego nacisku na obniżenie wartości CNY Chiński Bank Ludowy rozwiał obawy dotyczące regularnej interwencji, twierdząc, że nie ma podstaw do osłabiania juana. Stanowisko to opiera się na zrównoważonym i dynamicznym wzroście gospodarki Chin, nadwyżce rachunku obrotów bieżących oraz dużych rezerwach walutowych, które obecnie są na wysokim, przekraczającym ponad 26-miesięczną wartość importu, poziomie.
Prognoza dla CNY
Biorąc pod uwagę powyższe czynniki, w dalszym ciągu spodziewamy się stabilnego kursu juana w stosunku do dolara na poziomie około 6,40.
Utrzymujące się spowolnienie gospodarcze w strefie euro oraz przewidywane zwiększenie zakresu monetarnych środków stymulacyjnych przez Europejski Bank Centralny w grudniu powinny doprowadzić do długoterminowego umocnienia się juana wobec euro.
Pierwszy tydzień grudnia okazał się historyczny pod względem wymiany walut
w internetowym Kantorze Walutowym Alior Banku. Platforma odnotowała rekordowy poziom obrotów dziennych, które osiągnęły wartość 100 mln zł.
W Polsce rynek internetowej wymiany walut przez klientów indywidualnych zaczął się rozwijać w 2011 roku, kiedy to we wrześniu weszła w życie tzw. ustawa antyspreadowa. Zezwala ona posiadaczom kredytów walutowych na spłacanie rat bezpośrednio w walucie obcej, zakupionej poza bankiem. Obecnie głównym celem wymiany waluty przez osoby prywatne w Internecie, poza spłatą kredytów walutowych, są: wyjazdy zagraniczne, zakupy w zagranicznych sklepach internetowych czy działania inwestycyjne. Ważną grupą osób wymieniających walutę w Internecie są także przedsiębiorcy – importerzy i eksporterzy – którzy kupują lub sprzedają walutę w celu rozliczenia się ze swoimi kontrahentami.
– 3 grudnia br. klienci Kantoru wymienili 100 mln złotych. Wynikało to przede wszystkim z dużej zmienności kursów poogłoszeniudecyzji EBC w sprawie wysokości stóp procentowych. Znacząca część obrotu zrealizowana została dzięki automatycznym zleceniom walutowym, które umożliwiły klientom wykorzystanie mocnego wzrostu kursów walut. Oferujemy kilka rodzajów automatycznych zleceń, dzięki którym nie trzeba na bieżąco śledzić rynku walutowego ani też pamiętać o konieczności zawarcia transakcji w danym dniu – mówi Tomasz Dośpiał, dyrektor Działu Walutowych Platform Transakcyjnych. – Staramy się, aby tworzone przez nas narzędzia dostarczały realną wartość w postaci oszczędności środków oraz czasu klientów. Bardzo ważna jest dla nas także łatwość korzystania z aplikacji, która ma być narzędziem służącym zaspokojeniu rzeczywistych potrzeb klientów związanych z wymianą walut i dysponowaniem środkami – dodaje Tomasz Dośpiał.
Kantor Walutowy Alior Banku jest pierwszym w Polsce bankowym kantorem internetowym. Platforma umożliwia klientom wymianę 14 walut w czasie rzeczywistym, 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu z dowolnego miejsca, oferując konkurencyjne kursy, możliwość automatycznego zawierania transakcji, dokonywania darmowych przelewów oraz korzystania z bezpłatnych kart w najpopularniejszych walutach. Od momentu uruchomienia w 2012 r., z usług Kantoru Walutowego skorzystało już ponad 160 tys. klientów. Za pośrednictwem platformy dokonano ponad 3 miliony transakcji, których łączna wartość wyniosła ponad 20 miliardów złotych.
Asertywność należy do tych kompetencji, które menedżerowie rozwijają najchętniej. Jest tak, ponieważ z jednej strony czują oni potrzebę, by lepiej radzić sobie z pracownikami, a z drugiej, zauważają, że ich samodzielne starania w tym obszarze napotykają wiele barier.
Wiele się dziś mówi o zaletach wynikających z utrzymywania partnerskich relacji z pracownikami. Niektórzy menedżerowie odczuwają to jako presję, by pracowników traktować niczym kumpli. Niestety, taka postawa sprzyja utracie autorytetu – szef, który za wszelką cenę stara się być przyjacielem dla swoich podwładnych, cieszy się w większym stopniu sympatią niż szacunkiem.
Dobry, ale zarazem asertywny szef powinien raczej przypominać – pod pewnymi względami – troskliwego rodzica. Owszem, zrozumienie czyjejś sytuacji, uważne słuchanie, empatia, to wszystko jest ważne. Ale tak, jak dobry rodzic musi czasem ograniczyć dziecku dostęp do telewizji lub wymóc na nim posprzątanie zabawek, tak również menedżer powinien mieć w sobie tę odrobinę surowości, która sprawi, że jego podwładny wykona także te polecenia, które nie są dla niego przyjemne.
Pod presją dobrej atmosfery
U wielu osób poczucie bycia surowym wobec innych budzi poczucie winy, ponieważ ich wymagania spotykają się z oporem ze strony pracowników. Ale dobry szef to nie ten, który mówi wyłącznie przyjemne rzeczy, ale ten, który potrafi zarówno doceniać pracowników, jak i stawiać przed nimi trudne wyzwania.
– Często zdarza się, że szefowie nie wykorzystują narzędzia, jakim jest premia, do celu, jakiemu powinna służyć, a więc do motywowania i dyscyplinowania pracowników – mówi Tomasz Pachoł, autor szkoleń dla menedżerów produkcji w firmie szkoleniowej Effect Group. – Zdarza się też, że menedżer nie potrafi przenieść pracownika na inne, gorsze stanowisko pracy lub przymyka oko na nieprzestrzeganie ustalonych norm obowiązujących w organizacji. Jeśli takie sytuacje zdarzają się nagminnie, prawdopodobnie problemem jest brak asertywności szefa – podkreśla.
Powodów, dla których menedżerowie unikają zachowań asertywnych jest wiele. Bardzo często szef stara się budować dobrą atmosferę w zespole i chce mieć „dobrą prasę” wśród pracowników. Obawia się, że będąc bardziej wymagającym, zaburzy dobry klimat w miejscu pracy, a przy tym straci uznanie w oczach pracowników. Tym bardziej, że pracownik to nie dziecko, które zezłości się, a po chwili zapomni, o co miało żal. Pracownik niezadowolony z decyzji przełożonego może długo i na różne sposoby okazywać niezadowolenie, a co gorsza, może również buntować załogę. Wielu menedżerów nie potrafi radzić sobie z takimi sytuacjami, tzn. trudne są dla nich zarówno emocje niezadowolonych pracowników, jak i ich własne odczucia w potencjalnie konfliktowej sytuacji.
– Aby stać się asertywnym szefem, warto uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie dotyczące własnych emocji: „Czego doświadczam, gdy zarządzam moim zespołem: poczucia wykorzystania, lekceważenia, braku respektowania moich poleceń, braku szacunku czy ich odwrotności?”. Warto bardzo głęboko się nad tym zastanowić – radzi Tomasz Pachoł.
W potrzasku przyjaźni warunkowej
Menedżerowie bardzo często są szargani przez sprzeczne postawy. Chcieliby być jednocześnie asertywnymi szefami, jak i świetnymi kolegami. Niestety, skutki do jakich prowadzi takie niezdecydowanie nie są pozytywne.
W chwilach, kiedy taki szef próbuje przestrzegać zasad obowiązujących w organizacji, zespół dystansuje się wobec niego. Relacje między pracownikami a menedżerem stają się wówczas chłodne i sformalizowane. Gdy taka postawa jest odbierana przez szefa jako nieprzyjemna, zmienia on swoje zachowanie na bardziej przyjazne. Niestety, wpada wówczas w pułapkę „przyjaźni warunkowej”.
– Z przeprowadzonych przeze mnie badań wynika, że 78% uczestników szkoleń ma problem z asertywnością i ulega „przyjaźni warunkowej” – mówi trener Effect Group. – Pracownicy zgadzają się na koleżeńskie relacje, ale w zamian oczekują, że szef nie będzie „czepiał się” i przymknie oko na różne nieprawidłowości. W efekcie, za chwilową przyjemność dobrego samopoczucia w relacjach z pracownikami, szef musi zapłacić wysoką cenę w postaci gorszych wyników pracy oraz – na dłuższą metę – niezadowolenia z siebie w roli szefa – podkreśla.
Niespójne zachowanie w zamian za interesowną przyjaźń jest tak naprawdę niekorzystne dla wszystkich. Menedżer traci szacunek i poczucie własnej wartości, a osłabione morale pracowników negatywnie wpływa na efekty ich pracy. Uświadomienie sobie tego jest dla menedżera kluczowym momentem, w którym często podejmuje się on wejść na ścieżkę zmian.
Na drodze ku asertywności
Tak naprawdę szczere przekonanie menedżera, że chce zacząć działać w sposób asertywny, jest najważniejsze, aby mógł taki proces przeprowadzić. Nie oznacza to jednak, że zmiana nastąpi łatwo. Zmiana zasad współpracy z pracownikami prawie zawsze wiąże się z oporem. Bardzo rzadko szef może w takiej sytuacji liczyć na zrozumienie i akceptację ze strony zespołu.
Trzeba więc liczyć się z tym, że nowy model współpracy może wywołać negatywne reakcje u podwładnych. Pracownicy mogą np. unikać przełożonego, a nawet wykazywać wobec niego agresję.
– Z badań, które przeprowadziłem na grupie ok. 1000 uczestników szkoleń wynika, że na zaakceptowanie nowych zasad pracownicy potrzebują około trzech miesięcy – mówi Tomasz Pachoł. – Tyle czasu menedżer musi wytrwać w swym postanowieniu, zanim przekona się, że asertywność faktycznie przynosi dobre rezultaty – podkreśla trener.
Przez cały ten czas menedżer musi pamiętać, że największe przeszkody w utrzymaniu asertywnej postawy tkwią w nim samym. Trudno wprowadzić poważne zmiany w relacjach z innymi ludźmi, pozostając zarazem w swojej „strefie komfortu”, a więc w stanie, w którym wszystko wydaje się bezpieczne, przewidywalne, niezmienne i przez to wygodne. Kryzys może pojawić się już po dwóch tygodniach od wprowadzenia nowych zasad. Umysł może podpowiadać menedżerowi, aby widząc, jak wielkie problemy wywołuje jego asertywność, zarzucił wprowadzane zmiany i powrócił do wcześniejszego, mało skutecznego, ale komfortowego sposobu postępowania z pracownikami.
Podwładni przez długi czas mogą próbować wpłynąć na swojego przełożonego, by ten zaczął traktować ich tak, jak dawniej. Prawdopodobnie będą testować różne metody, aby przekonać się, czy szef faktycznie i „na poważnie” zamierza wytrwać w swoich postanowieniach. Dopiero po kilku miesiącach, gdy będą już mieli pewność, że asertywność szefa stała się jego trwałą cechą, zaczną godzić się z sytuacją i dostosowywać się do niej.
I wówczas właśnie pojawią się pozytywne zmiany. Dopiero wtedy relacje pomiędzy pracownikiem a przełożonym zaczną opierać się na prawdziwym partnerstwie, a nie na przyjaźni warunkowej. Dobre relacje będą jak najbardziej możliwe, ale wpływać na nie będzie wzajemne zaufanie, a nie „przymykanie oka” na błędy. Wówczas też pracownicy będą szanowali decyzje swojego szefa i traktowali je poważnie, nie poddając nieustannie w wątpliwość każdego jego pomysłu.
Wcześniej trzeba jednak uwierzyć, że asertywność menedżera nie jest przeciwieństwem dobrej atmosfery w pracy. Praktyka pokazuje, że możliwe jest budowanie zarówno asertywnej postawy lidera, jak i relacji koleżeńskich, ale pod warunkiem, że menedżer nie będzie starał się być dla podwładnych przyjacielem za wszelką cenę.
Dyrektorzy finansowi (CFO) uważają, że polska gospodarka znajduje się obecnie w dobrej kondycji. Ich zdaniem podobnie będzie w 2016 roku i to mimo niesprzyjającej sytuacji geopolitycznej w Europie i na Bliskim Wschodzie. Dziewięciu na dziesięciu badanych przewiduje, że wzrost PKB w najbliższych miesiącach nie przekroczy 3,5 proc., z czego blisko 50 proc. jest zdania, że będzie on w przedziale 2,6-3,5 proc. Aż 56 proc. CFO uważa, że poziom niepewności ekonomicznej w Polsce jest standardowy. To znacząco lepszy wynik od osiągniętego wśród CFO z innych krajów Europy Zachodniej, spośród których około 70 proc. uważa, że niepewność ta jest większa od przeciętnej. To główne wnioski płynące z kolejnej edycji międzynarodowego badania dyrektorów finansowych „CFO Survey” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.
Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy dotyczące wzrostu PKB dla Polski na rok 2013 (około 1,5 proc. PKB), rok 2014 (około 3 proc.) i rok 2015 (około 3 proc.) sprawdziły się.
Obecna edycja, która była przeprowadzona w październiku br., pokazała, że europejscy CFO zwracają baczną uwagę na sytuację geopolityczną na świecie. Najważniejszym aspektem, który wpłynął na ich nieco gorsze nastroje jest załamanie chińskiej gospodarki, a także niepewna sytuacja w strefie euro, związana z problemami Grecji oraz kryzysem migracyjnym.
Wszystkie te czynniki wpłynęły na to, że optymizm netto (różnica osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej w porównaniu z sytuacją sprzed 6 m-cy i odsetek mówiących o jej pogorszeniu) w większości krajów Europy Zachodniej obniżył się. Tak stało się, m.in. w Wielkiej Brytanii, Finlandii i Niemczech. Przykładowo dla krajów ze strefy euro optymizm netto wynosi +5 proc, dla Wielkiej Brytanii + 10 proc, a dla badanych krajów spoza euro zone – 4 proc. A jak jest w Polsce? „Podsumowując można powiedzieć, że w Polsce mamy wciąż wysoki optymizm a spadający w Europie Zachodniej. Wśród polskich CFO zanotowaliśmy wahnięcie optymizmu w dół z poziomu +40 proc. w pierwszej połowie 2015 roku do +32 proc. obecnie. Spadek wiąże się prawdopodobnie w większym stopniu z niepewną sytuacją geopolityczną, a w mniejszym z obawami o stan polskiej gospodarki” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte, Lider Programu CFO w Polsce.
Opinie polskich CFO co do wysokości wzrostu PKB Polski na rok 2016 pokazują, że przewidują oni nieco niższy wzrost niż ten zapisany w założeniach budżetowych rządu, wynoszący 3,8 proc. Dokładnie połowa z nich uważa, że będzie on w przedziale 2,6-3,5 proc. To najlepszy wynik od dwóch lat i najwyższy spośród badanych krajów Europy Zachodniej. Prawie 10 proc. polskich dyrektorów prognozuje wzrost gospodarki o ponad 3,5 proc.
Większość menedżerów odpowiedzialnych za finanse nie oczekuje dużych zmian w zakresie poziomu bezrobocia w Polsce: 44 proc. sądzi, że zmniejszy się „nieznacznie”, 21 proc., że nie zmieni się, a 24 proc. obstawia, że zwiększy się „nieznacznie”. Ich oczekiwania inflacyjne są niskie. Siedmiu na dziesięciu menedżerów biorących udział w badaniu uważa, że inflacja nie przekroczy 2 proc., w tym 18 proc. prognozuje nawet możliwość wystąpienia deflacji.
Poziom niepewności ekonomicznej w Polsce zmniejszył się. Obecnie 56 proc. CFO uważa go za standardowy, a jedynie 33 proc. za wysoki (suma odpowiedzi „wysoki” oraz „bardzo wysoki”). Pół roku wcześniej na poziom standardowy wskazało 30 proc. a na wysoki 57 proc. Widzimy, że w stosunku do wcześniejszej edycji badania relacja odpowiedzi „wysoki” vs „standardowy” odwróciła się, „Opinie polskich CFO mocno różnią się od oceny CFO z Europy Zachodniej, gdzie siedmiu na dziesięciu dyrektorów uważa, że niepewność jest większa niż przeciętna. W Wielkiej Brytanii aż 70 proc. ankietowanych odpowiedziało, że poziom niepewności ekonomicznej jest wysoki, a średnia dla krajów strefy euro wynosi 67 proc.” – mówi Julia Patorska, ekonomistka, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. Z kolei polscy CFO odpowiedzieli, że obecnie nie jest dobry czas na podejmowanie ryzyka (62 proc.). Jedynie 38 proc. było przeciwnego zdania. W krajach strefy euro było to odpowiednio 69 i 31 proc., a w państwach poza strefą 64 i 36 proc.
Zdaniem CFO polska gospodarka będzie się nadal dobrze rozwijać. Aż 50 proc. dyrektorów finansowych uważa, że w porównaniu z sytuacją sprzed sześciu miesięcy perspektywy finansowe ich przedsiębiorstw w ciągu najbliższych miesięcy będą „lepsze” lub „znacznie lepsze”. Odnosząc sytuację naszego kraju do pozostałych państw biorących udział w badaniu, widać wyraźnie, że wysoki polski poziom optymizmu jest daleko poza zasięgiem pozostałych. W krajach strefy euro „optymistycznie” i „raczej optymistycznie” perspektywy dla swoich firm widzi jedynie 26 proc. ankietowanych, a poza strefą 23 proc.
Dyrektorzy finansowi byli pytani także o ocenę wpływu kryzysu greckiego na sytuację ekonomiczną w ich krajach. Aż 65 proc. polskich CFO odpowiedziało, że ich firma nie odczuła tego wpływu, a 44 proc. jest zdania, że nie miał on także wpływu na wysokość polskiego PKB. Z kolei 47 proc. ankietowanych uważa, że negatywy wpływ greckiego kryzysu na PKB należy rozpatrywać w przedziale od -0,1 do -0,3 proc. PKB: „Połowa ankietowanych w Polce jest zdania, że kryzys grecki nieznacznie osłabił perspektywę osiągnięcia stabilnej i mocno zintegrowanej unii monetarnej w perspektywie długoterminowej, a 35 proc. ocenia, że to osłabienie było znaczne. W krajach strefy euro taką opinię wyraziło odpowiednio 34 i 6 proc. respondentów. Ich zdaniem był to sprawdzian, który udało się Unii Europejskiej zdać” – mówi Julia Patorska.
Po raz pierwszy od dwóch lat wzrost przychodów nie jest głównym priorytetem polskich CFO. Presja cenowa (27 proc.) oraz spadek popytu krajowego lub recesja (21 proc.), to obecnie główne czynniki ryzyka wymieniane przez prawie połowę CFO. Odpowiedzią na tę sytuację jest zapewnienie możliwie najniższych kosztów bezpośrednich (66 proc.) oraz poprawa płynności (65 proc.), które awansowały na czoło listy priorytetów. Ten kierunek działania potwierdza również pytanie o priorytet restrukturyzacji – po raz kolejny odsetek CFO traktujących ten temat jako kluczowy wzrósł z 22 proc. do 29 proc.
Ze względu na obecną sytuację, w której stopy procentowe w Polsce są najniższe od czasów transformacji w 1989 r., kredyt bankowy jest zdecydowanie najatrakcyjniejszym źródłem finansowania dla polskich CFO. Łącznie 82 proc. badanych oceniło tę formę finansowania jako atrakcyjną (w tym 32 proc. jako bardzo atrakcyjną). „Widać również, że CFO liczą się z faktem, że dobre warunki kredytów nie mogą utrzymywać się w nieskończoność. Już teraz prognozują, że w ciągu najbliższego roku koszty finansowania wzrosną. Widoczna jest także zmiana w podejściu w stosunku do wyników ankiety z pierwszej połowy 2015. Wtedy to ponad połowa dyrektorów uważała, że koszty finansowania nie zmienią się. Teraz jest to już tylko 38 proc., podczas gdy w sumie 56 proc. obecnie prognozuje wzrost” – tłumaczy Krzysztof Pniewski. Jednak aż 62 proc. menedżerów odpowiedzialnych za finanse uważa, że kredyty są łatwo dostępne. Jest to wzrost o 25 p.p. więcej niż pół roku wcześniej.
Pół roku temu polscy CFO wskazali najważniejsze priorytety i kierunki działania, na których powinien skoncentrować się nowy rząd RP. Każdy z badanych mógł wskazać trzy najważniejsze z jego punktu widzenia obszary. W przedmiocie ich zainteresowań pozostają głównie finanse oraz podatki. Sześciu na dziesięciu badanych uważa, że rząd w roku 2016 powinien skoncentrować się na wprowadzeniu znaczących zmian przepisów i usprawnienia działania administracji w zakresie kompetencji Ministerstwa Finansów. Ponad połowa wskazała na Ministerstwo Gospodarki. Najważniejsze obszary, które powinny ulec zmianom to VAT, CIT oraz ordynacja podatkowa. Polscy dyrektorzy finansowi wskazywali także m.in. na zagadnienia związane z Kodeksem Pracy czy funkcjonowaniem Urzędu Zamówień Publicznych.
Politycy przyzwyczaili nas, że Alexis Tocqueville miał rację, mówiąc o tym co może uczynić nawet liberalny rząd, gdy skończą się pieniądze. W Polsce wygląda na to, że epoka bardzo drogiego eksperymentu, mającego na celu uratowanie systemu emerytalnego, dobiega końca.
W nocy poznaliśmy lepsze dane z Japonii. Finalny wzrost gospodarczy wyrażony rocznie wyniósł 1%. Niby nie jest to wynik, który w naszej części świata robi wrażenie, ale z drugiej strony należy pamiętać, że oczekiwania analityków mówiło o 0,1%. Nowa polityka gospodarcza kraju nie przynosi na razie oczekiwanych rezultatów, pomimo olbrzymiej skali pompowania pieniędzy w gospodarkę.
Niemiłe zaskoczenie nadeszło z Chin. Eksport spadł o 6,8%, podczas gdy oczekiwano “zaledwie” 5% redukcji. Lepiej od oczekiwań zachował się import, ale to głównie dlatego, ze analitycy spodziewali się 12,6% spadku. W rezultacie -8,7% okazało się przyzwoitym wynikiem. W efekcie tych danych nadwyżka handlowa Chin stopniała z 61,64 mld USD przed miesiącem do 54,1 mld USD teraz. Dane z Chin od pewnego czasu wyglądają, jakby działa się tam gospodarcza apokalipsa, a to na razie rozgrzana do czerwoności gospodarka zwalnia. To gdzie brakuje tego importu widać zresztą dokładnie na rynkach surowcowych, gdzie od miesięcy zauważyć można wyraźne problemy.
Od rana poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej z Węgier. Kraj ten jest stawiany nam za wzorzec pod wieloma względami przez nową ekipę rządową. Jedno trzeba przyznać, dwucyfrowy wzrost produkcji przemysłowej w skali roku robi wrażenie, nawet jeżeli to tylko 10,1%. Analitycy spodziewali się 8% wzrostu. W rezultacie umocnienie forinta nie było aż tak mocne.
Na rynkach coraz poważniej komentuje się scenariusze likwidacji OFE. Dlaczego nagle po całej krytyce poprzedniego rządu miało by dojść do tak gwałtownego ruchu.]? Powód jest prosty, to najtańsze pod względem poparcia społecznego pieniądze, które nowy rząd może pozyskać. W OFE leży prawi 150 mld zł. To mniej więcej tyle ile będzie kosztowało oszczędne zrealizowanie najpopularniejszych obietnic wyborczych w tej kadencji. To, że w efekcie budżet weźmie na siebie wypłaty całych emerytur włącznie z obniżonym wiekiem emerytalnym jest jakby mniej istotne. Kolejna ekipa będzie miała ciężki orzech do zgryzienia. Jaki będzie to miało wpływ na waluty? Długofalowe psucie równowagi finansowej to nie jest coś co ujdzie uwagi inwestorów. Można się zatem spodziewać, że przy wszystkich takich dziwnych manewrach złoty będzie raczej wyprzedawany. To jak duża będzie ewentualna przecena, będzie zależało oczywiście od skali problemów, na które zamierzamy się skazać w przyszłości, by sfinansować teraz coś na co nas nie stać.
Dzisiaj z ważnych danych warto zwrócić uwagę na wyniki produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii. Kolejne ważne dane dopiero w nocy, gdzie poznamy inflację konsumencką i producencką z Chin.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.09.2015 do 08.12.2015
Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po ostatnich wydarzeniach nowe maksimum znajduje się na 4,3300. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest wspomniany poziom 4,3300 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowić będą poprzednie maksima na 4,2950.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.09.2015 do 08.12.2015
Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebiciu poprzednich oporów kolejnym istotnym poziomem są okolice 3,9900 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9200.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.09.2015 do 08.12.2015
Kurs USD/PLN w połowie października wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 4,0450. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9650.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.09.2015 do 08.12.2015
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są obecnie maksima lokalne na 6,0850. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem są okolice 5,9200 gdzie kilkukrotnie kurs już odbijał się w górę.
Pracownik sprzedaży to kategoria bardzo pojemna i nie zawsze kryje się pod nią handlowiec. Inne wymagania stawia się telemarketerom, a inne osobom mającym pracować w kanale sprzedaży bezpośredniej. Inaczej poszukuje się przedstawiciela branży finansowej, a inaczej budowlanej. Dlatego rekrutacje w tym obszarze powinny być zróżnicowane i dopasowane do profilu poszukiwanego kandydata. Na co szczególnie zwrócić uwagę zatrudniając pracownika działu „handel i sprzedaż”, czy warto korzystać z niestandardowych technik jak na przykład „mystery shopping” oraz czy nowe technologie ułatwiają rekrutacje – radzą eksperci eRecruiter, Farmacol, Saint-Gobain Group oraz Banku BPS S.A.
– W sprzedaży mamy kilka trudności związanych z rekrutacją. Pierwsza jest ilościowa i polega na tym, że najwięcej ogłoszeń pracy w Polsce pochodzi właśnie z tej branży. Z danych Pracuj.pl wynika, że w III kwartale tego roku stanowiły one prawie 20% wszystkich ofert. Z drugiej strony, mamy problem jakościowy. Pracodawcy reprezentujący często różne branże konkurują ze sobą o tych samych kandydatów. A potencjalni pracownicy, widząc setki podobnych do siebie ogłoszeń, chętniej aplikują do tych firm, które mają ciekawszą ofertę pracy, dobrą opinię na rynku i ugruntowaną pozycję – mówi Izabela Bartnicka, ekspert eRecruiter. – Wyzwaniem jest również znalezienie kandydata o odpowiednich umiejętnościach, bo te bywają różne w zależności od branży, produktu, usługi czy specyfiki firmy. Dlatego w tego typu rekrutacjach warto pamiętać o kilku zasadach, zarówno tych standardowych, jak i mniej tradycyjnych – dodaje Izabela Bartnicka.
Po pierwsze, handlowiec nie jedno ma imię, czyli personalizuj ogłoszenie
Kategoria „handel i sprzedaż” jest bardzo pojemna i to w dwóch wymiarach. Po pierwsze, handlowcy są różni z uwagi na miejsce wykonywania pracy. Możemy wyróżnić m.in. telemarketerów, mobilnych przedstawicieli handlowych czy doradców klienta w instytucjach finansowych. Po drugie, pracownicy sektora „handel i sprzedaż” są potrzebni w różnych branżach. Inaczej powinna wyglądać oferta pracy dla telemarketera z branży bankowej, a inaczej przedstawiciela handlowego reprezentującego branżę farmaceutyczną. Dlatego rozpoczynając proces rekrutacji nie warto podchodzić do poszukiwań szablonowo i korzystać z gotowych schematów. – Przy każdym otwarciu rekrutacji zastanawiamy się, co może być motywatorem dla kandydatów do podjęcia pracy w naszej firmie i jakie konkretnie umiejętności muszą posiadać, żeby do nas dołączyć. Dodatkowo, nasze ogłoszenia są zawsze spójne z tym, co pracownik zastanie u nas po podjęciu decyzji o rozpoczęciu zatrudnienia – mówi Monika Kołodziejczyk Recruitment & HR Development Manager Saint-Gobain Group. Ogłoszenie powinno również jak najlepiej oddawać specyfikę pracy oraz kulturę organizacyjną przedsiębiorstwa.
Po drugie, sięgnij po nowe technologie
Naturalnym sprzymierzeńcem rekruterów są metody wykorzystujące nowe technologie. – Firmy zatrudniające sprzedawców często jednocześnie prowadzą kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt procesów rekrutacyjnych. Dlatego bezcenne dla nich okazują się specjalne platformy rekrutacyjne takie jak eRecruiter, które dają możliwość automatycznej selekcji CV w oparciu o pytania z formularza i szybki kontakt z osobami, które spełniają kluczowe wymagania. Takie narzędzie ponadto pozwala na budowanie bazy i gromadzenie kontaktów do potencjalnych pracowników w jednym miejscu. W przyszłości, gdy rekruter będzie poszukiwać podobnych kandydatów, może wrócić do takiej bazy i wybrać osobę, którą dobrze i pozytywnie zapamiętał, ale nie mógł jej z różnych przyczyn zatrudnić. To z pewnością wpłynie na skrócenie czasu i efektywność całego procesu rekrutacyjnego – wskazuje Izabela Bartnicka.
Po trzecie, wyjdź poza schemat
Standardowe sposoby rekrutacji w sprzedaży są bardzo często niewystarczające, stąd należy je uzupełniać nowymi technikami. Przykładem nieszablonowego podejścia jest stosowany m.in. przez Bank BPS S.A. „mystery shopping”. – W naszej firmie Dyrektorzy Oddziałów pozyskują pasywnych kandydatów dzięki „mystery shopping” przeprowadzanemu w konkurencyjnym oddziale. W ten sposób docierają bezpośrednio do osób, które wykazują się bardzo dobrą jakością obsługi klienta, co obecnie, oprócz kompetencji sprzedażowych, jest bardzo istotnym elementem pracy sprzedawcy – mówi Paulina Rubajczyk z Zespołu Rekrutacji i Rozwoju Banku BPS S.A. Natomiast w Grupie Saint-Gobain, obok standardowych rozmów kwalifikacyjnych, stosuje się również tzw. assessment center. – Są to różnego rodzaju symulacje, prezentacje czy koszyki zadań, które pozwalają nam lepiej poznać kandydata i szerzej spojrzeć na jego kompetencje. Czasami posiłkujemy się także kwestionariuszami osobowości – mówi Monika Kołodziejczyk.
Po czwarte, nie ulegaj mylnemu pierwszemu wrażeniu
Osoby starające się o pracę w sprzedaży mają bardzo różne umiejętności, ale łączy ich to, że potrafią się dobrze zaprezentować i to nie tylko przed klientem, ale również na rozmowie kwalifikacyjnej. Stąd częstym błędem, zwłaszcza niedoświadczonych rekruterów, jest uleganie mylnemu pierwszemu wrażeniu. Ustrzec przed nim jest w stanie tylko bardzo dobre przygotowanie merytoryczne. – Niestety nadal zdarza się, że rekruterzy nie są dobrze przygotowani do rozmów rekrutacyjnych i stosują wypracowane przez siebie schematy rozmów. Tymczasem każdy proces rekrutacyjny jest inny, każdy kandydat jest inny. Rekruter musi być elastyczny, dociekliwy i błyskotliwy, a to, że musi znać branżę i specyfikę stanowiska to oczywistość – mówi Joanna Konicer, Menedżer HR, Farmacol.
Przygotowanie merytoryczne rekrutera ułatwi z pewnością sprawdzenie referencji danego kandydata. – Zazwyczaj prosimy o listę kilku kontaktów referencyjnych z poprzednich miejsc pracy. Staramy się rozmawiać zarówno z przełożonymi, podwładnymi, klientami jak również kolegami z działu. Z każdą z tych osób przeprowadzamy rozmowę, aktywnie słuchając, aby odczytać również przekaz „między słowami” – mówi Monika Kołodziejczyk, Recruitment & HR Development Manager w Saint-Gobain Group.
Rekrutacje osób do działu „handel i sprzedaż” są sporym wyzwaniem dla wielu firm, ale stosując kilka powyższych zasad można je zdecydowanie uprościć. Wystarczy dobrze skomponowane ogłoszenie o pracę, bardzo dobre przygotowanie merytoryczne oraz brak oporu przed stosowaniem nowoczesnych technologii oraz niestandardowych technik rekrutacyjnych.
Producenci wołowiny żyją dziś z eksportu, a Polska stała się drugim po Holandii eksporterem wołowiny w UE z 14-proc. udziałem. By utrzymać korzystny trend, zakłady mięsne zamierzają się konsolidować. To pozwoli im podnieść jakość mięsa, a jednocześnie utrzymać stosunkowo niskie koszty.
Pod koniec 2014 roku w Polsce hodowano ponad 5,7 mln sztuk bydła, o 1,2 proc. więcej niż rok wcześniej. Zwierząt przybywa, bowiem na wołowinę jest coraz więcej chętnych, zwłaszcza poza granicami Polski. Według danych MF (za MRiRW) w pierwszych ośmiu miesiącach br. eksport nieprzetworzonego mięsa wołowego zwiększył się o 16,5 proc. w ujęciu rocznym do 237,3 tys. ton. Według Eurostatu udział Polski w unijnym handlu tym mięsem wzrósł z 11 do 14 proc., co daje wołowinie drugie miejsce.
W Polsce spożycie wciąż jest niewielkie, około 2 kg wołowiny rocznie na osobę. Jednak mimo że w ciągu trzech ostatnich lat ceny detaliczne tego mięsa wzrosły o 50 proc., jakość wołowiny w handlu wyraźnie się poprawiła, a to daje szansę na wzrost spożycia.
– Jeszcze 3 lata temu kawałek antrykotu czy rozbefu kosztował 24 zł, ale nie był kupowany chętnie, bo mięso było niepewne, raz twarde, raz miękkie, a przeważnie twarde– tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jerzy Wierzbicki, prezes zarządu Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego. – W ciągu kilku lat cena za kilogram poszła w górę o 50 proc., z 24 zł na 36 zł, ale z punktu widzenia konsumenta, który szuka mięsa do smażenia, to jest dobra cena, bo dzisiaj ma alternatywę do polędwicy po 80 zł za kilogram.
Producenci mięsa, by zapewnić dobrą jakość inwestują w badania i nowoczesne metody hodowli. Korzystają także z zagranicznych wzorców podczas rozbioru mięsa.
– To jest droga, jaką trzeba iść, przemysł musi dobierać inne mięśnie tuszy, które dzisiaj są sprzedawane tanio i tak je przygotowywać, i tak je prezentować konsumentowi, aby mógł je z powodzeniem wykorzystywać w swojej kuchni i żeby to była wołowina dobra za każdym razem – przekonuje Jerzy Wierzbicki. – Taką pracę wykonujemy w ramach badań naukowych wspólnie z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim i SGGW.
Wysoka jakość i relatywnie niskie ceny trudno jednak utrzymać, gdy branża jest rozdrobniona. Drobnych hodowców i małych ubojni nie stać na odpowiednie inwestycje, dlatego wśród producentów trwa proces konsolidacji. Rosną uboje u dużych producentów, średnie ubojnie staja się dużymi, małe zaczynają tracić pole i ten proces, choć bardzo wolny, cały czas postępuje – podkreśla prezes zarządu Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego.
Według Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych w 2013 roku w Polsce było 274 ubojnie bydła, o prawie 3 proc. mniej niż rok wcześniej.
– W dużych ubojniach można odzyskać o wiele więcej z tzw. piątej ćwiartki, to jest skóra, podroby, ogon, ozór – te rzeczy w małych ubojniach są pozyskiwane w sposób albo droższy, albo niekompletny, tu większą przewagę mają duże ubojnie, które mogą także uzyskiwać wyższe poziomy kontroli jakości i higieny, co jest przewagą konkurencyjną takich dużych ubojni.
Na coraz lepszą i niewiele droższą wołowinę czekają konsumenci, którzy coraz łaskawszym okiem spoglądają na znane sobie z zagranicznych podróży i programów kulinarnych mięso. Do jego spożycia jako alternatywy dla wieprzowiny zachęcają dietetycy oraz miłośnicy dobrej kuchni. Większe otwarcie na wołowinę można też dostrzec na runku restauracyjnym, gdzie pojawiło się w ostatnich latach wiele burgerowni.
– Okazało się, że jest grupa konsumentów, którzy zamiast w fast foodzie zapłacić 5 zł za kanapkę, wolą zapłacić 15 zł w barze, bo to jest dla nich inna kanapka, jest smakowita. I nagle okazało się, że konsumenci, którzy są świadomi, mogą zapłacić więcej i mieć z tego satysfakcję. Ci, którzy lubią steki, dzisiaj mają większą lepszy dostęp do produktu.
Na polskim rynku stacji benzynowych jest coraz mniej miejsca dla tych, którzy chcą się ograniczyć tylko do sprzedaży paliw. Przyszłość to punkty sprzedaży łączące funkcje sklepu, gastronomii oraz punktu usługowego. Sieć Huzar zapowiada inwestycje zmierzające do tego, by przekształcić kolejne stacje marki zgodnie z tymi standardami oraz by poszerzyć sieć o kolejne stacje benzynowe.
Planowane inwestycje związane są z korzystną sytuacją na rynku paliwowym. Tania ropa oznacza, że właściciele stacji mają więcej wolnych środków na rozwój.
– Dla stacji paliw tania ropa oznacza zmniejszenie środków zaangażowanych w obrót, a tym samym zmniejszenie kosztów funkcjonowania stacji oraz możliwość przeznaczenia tych środków wycofanych z obrotu na inwestycje dla stacji, na właśnie dostosowywanie stacji do potrzeb klientów– tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ireneusz Jabłonowski, prezes zarządu spółki Huzar Polskie Stacje Paliw.
Jak dodaje, mimo że dziś jeszcze można spotkać stacje działające samodzielnie, gdzie można kupić wyłącznie paliwo, to takie podejście do biznesu staje się anachronizmem.
– Dzisiaj stacja to jest taki punkt, w którym klient otrzymuje pewien szereg usług i towarów, nie tylko może kupić paliwo, lecz także może zrobić drobne zakupy czy zjeść posiłek. Często jest to związane również z rozbudową infrastruktury stacji o myjnie automatyczne, serwisy dla samochodów czy okręgowe stacje kontroli.
Dlatego Huzar inwestuje i zapowiada kolejne inwestycje. Ireneusz Jabłonowski mówi, że te stacje, które dobrze funkcjonują i odnalazły się w nowych realiach, cały czas inwestują, rozbudowując swoją infrastrukturę o kolejne elementy.
– Przyszłość rynku paliwowego bez wątpienia jest związana z zapotrzebowaniem na paliwa przez konsumentów oraz zmieniającym się miejscem tankowania. Musimy mieć świadomość, że w dużym stopniu konsumpcja paliw przeniesie się do tzw. MOP-ów, czyli punktów przy drogach szybkiego ruchu, przy autostradach. Niemniej jednak przyszłość dla tej grupy stacji, którą ja reprezentuję, nie jest zagrożona.
W 2015 roku tylko w ostatnich miesiącach sieci Huzar, w której funkcjonuje niemal 100 stacji, przybyło kilka nowych, a następne już czekają na uruchomienie.
– Są kolejne stacje w planach– zapowiada prezes zarządu spółki Huzar Polskie Stacje Paliw. – 2016 rok to kontynuacja rozbudowy sieci o kolejne obiekty oraz umacnianie pozycji tych stacji, które już funkcjonują właśnie poprzez poszerzenie usług oferowanych na stacjach z zakresu towarów, w wielu przypadkach są już rozpoczęte przebudowy stacji, a przede wszystkim sklepów.
Obecnie klienci stacji paliw oczekują prostego modelu, miejsca, gdzie zrobią podstawowe zakupy: papierosy, napoje, słodycze, alkohol, a przede wszystkim kawę. Na stacjach, gdzie jest duży ruch powinna działać drobna gastronomia, sprzedaż hot dogów, zapiekanek lub podobnych dań. Właściciele stacji to rozumieją, choć aby ta wiedza przełożyła się na inwestycje, muszą też mieć na nie środki. Niskie ceny paliw tworzą taką okazję, bo pozwalają utrzymywać wyższe marże i zyski.
–Sieć Huzar jest siecią niezależnych stacji paliw, to jest bardzo ważne– zwraca uwagę prezes Ireneusz Jabłonowski ze spółki Huzar Polskie Stacje Paliw. –To oznacza, że to ci niezależni właściciele stacji muszą się zdecydować na inwestycje. Można powiedzieć, że firmy, które podpisały już umowę na założenie i oczekują na założenie barw, reprezentują kilkanaście czy może nawet kilkadziesiąt stacji.
W ciągu dwóch lat Mercator Medical zamierza o niemal 150 proc. zwiększyć produkcję i sprzedaż rękawic medycznych. Spółka przygotowuje się do budowy nowej fabryki w Tajlandii. W finasowaniu projektu pomóc ma emisja 1,8 mln akcji, o którym w poniedziałek zdecydowało NWZA spółki. Na warszawskiej giełdzie za jedną akcję Mercator Medical płacono 16,6 zł.
Nowa fabryka Mercator Medicalu to na razie projekt. Start inwestycji będzie zależał m.in. od uzyskania szeregu niezbędnych pozwoleń i zwolnień podatkowych, ale też od pozyskania finansowania, czyli kredytu, oraz pomyślnej emisji akcji.
– Ta inwestycja będzie kosztowała około 100 mln zł, planujemy sfinansować to częściowo długiem, częściowo emisją akcji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Witold Kruszewski, członek zarządu Mercator Medical. – Dług to będzie 65–80 proc., emisja akcji od 20 do 35 proc. Wszystko zależy od tego, czy wszystkie czynniki, które w tej chwili warunkują te inwestycję, uda się zrealizować.
Rozpoczęcie inwestycji oprócz pozyskania finansowania z rynku uzależnione jest także od uzyskania pozwoleń i zwolnień podatkowych na miejscu, w Tajlandii. Mimo że spółka dopiero przymierza się do inwestycji, są to przymiarki na tyle konkretne, że rozpoczęcie budowy zaplanowano na II kwartał przyszłego roku, a zakończenie budowy na koniec 2017 roku.
– Ten projekt, który rozważamy to budowa fabryki na naszej ziemi, którą posiadamy w Tajlandii, obok naszej już istniejącej fabryki– informuje Witold Kruszewski. –To są rękawice, które uzupełnią naszą obecną ofertę. W tej chwili produkujemy 100 mln rękawic miesięcznie, te moce pozwolą nam zwiększyć produkcję do 246 mln rękawic, co postawi nas w trochę zacniejszym gronie, jeżeli chodzi o poziom realizowanych wolumenów.
Przy budowie fabryki rękawic medycznych występują trzy główne składniki inwestycji. Jak wymienia członek zarządu Mercator Medical, są oto hale produkcyjne, które trzeba zbudować, to są dostawy kotłów energetycznych oraz linii produkcyjnych, które te rękawice właśnie produkują. Ponieważ fabryka powstanie w Tajlandii, na jej budowie zyska raczej tamtejsza gospodarka.
– Hale to lokalny zakup, kotły pochodzą od firm azjatyckich, linie produkcyjne także, ponieważ rękawice produkuje się wyłącznie w tamtym regionie i tak jak specjaliści od produkcji rękawic są w tamtym regionie, tak samo specjaliści od produkcji linii produkcyjnych są ulokowani w Azji.
Medical sprzedaje swe produkty na całym świecie i liczy, że znajdzie zbyt także na dodatkowe 146 mln rękawic miesięcznie.
– Sprzedajemy do prawie 50 krajów na całym świecie i chcielibyśmy, żeby jak najwięcej produkcji trafiało nie do sieci europejskiej dystrybucyjnej, ale w świat – mówi Witold Kruszewski z Mercator Medical. – Natomiast na takie skokowe uruchomienie mocy produkcyjnych oczywiście trzeba być przygotowanym i czynimy starania, aby ta europejska sieć dystrybucyjna była w stanie zaabsorbować około połowy tych dodatkowych mocy produkcyjnych, czyli około 70 mln rękawic miesięcznie.
Trwają prace nad ostatecznym kształtem podatku od wielkopowierzchniowych sieci handlowych. Autorzy pomysłu przekonują, że będzie on skonstruowany tak, by wyrównać szanse między polskimi a zagranicznymi handlowcami oraz by zatrzymać w Polsce generowane przez zagraniczne sieci handlowe zyski. Przedstawiciele branży pomysł krytykują, twierdząc, że jest to rozwiązanie niekonstytucyjne, które odbije się zarówno na dostawcach, jak i na klientach, oraz spowoduje odpływ kapitału z Polski.
– Model opodatkowania powinien pozwalać na funkcjonowanie wszystkich firm, powinien też zatrzymać wypływanie z Polski ogromnych miliardów złotych, które tu są generowane, są wynikiem naszej konsumpcji, a jednocześnie zasilają wielkie sieci międzynarodowe, które nie pozostawiają w Polsce podatków – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Suski, poseł Prawa i Sprawiedliwości. – Powinien on obciążać tych, którzy dziś wcale albo prawie wcale nie płacą podatków, ale oczywiście w takiej formule, żeby to nie powodowało upadłości tych firm.
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami kwota opodatkowania ma wynieść od 0,5 do 2,0 proc. i być naliczana jedynie od przychodów ze sprzedaży detalicznej. Podatkiem mają być objęte wszystkie sklepy o powierzchni powyżej 250 mkw. Prace nad kształtem propozycji jednak trwają.
– Szkopuł tkwi w takim spozycjonowaniu tego podatku, by miał jak najmniej negatywnego wpływu, np. na polskich dostawców. Słyszałem, że sklepy wielkopowierzchniowe zaczynają renegocjować marże, czyli będą się starały zrekompensować dodatkowe koszty obniżonymi marżami dla dostawców, a być może i zwiększonymi marżami wobec klientów – przestrzega Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
Suski zapewnia, że ustawodawca zadba o to, by koszty nie były przerzucane na klientów. Tym bardziej że wzrost cen w dużych zagranicznych sieciach handlowych spowoduje automatycznie, że mniejsze podmioty, przede wszystkim polskie, staną się bardziej konkurencyjne. A takie jest założenie autorów pomysłu.
– Polskich sieci jest niewiele. Czy one zyskają? Jeśli zyskają, to – w moim przekonaniu – w bardzo małym stopniu, a gdyby ten podatek został jednak naliczany od powierzchni, to część tych obiektów kwalifikowałaby się do tego podatku – mówi Andrzej Arendarski.
Przedstawiciele sieci handlowych spodziewają się, że danina będzie mieć negatywny wpływ na rynek. Selektywny podatek, który dotknie wyłącznie część sprzedawców, zaburzy rynkową równowagę. Może to dotknąć także firmy współpracujące z hipermarketami.
– Mam na uwadze producentów i dostawców, małe firmy lokalne – mówi Renata Juszkiewicz, prezes POHiD. – Jeśli z rynku będą znikać nierentowne małe firmy, to spowoduje to zwolnienia i falę bankructw, która z pewnością odbije się na mniejszych miejscowościach czy mniejszych firmach.
Marek Suski przekonuje jednak, że podatek ma być dodatkowym mechanizmem obronnym dla polskich dostawców.
– Mali dostawcy, którzy współpracują z dużymi sieciami, są dziś pozbawieni ochrony państwa – mówi poseł PiS. – Gdyby chociaż niewielka część zysków, które dziś transferowane są za granicę, trafiała do budżetu, to można byłoby zabezpieczyć ich interesy.
Przedstawiciele sieci handlowych podkreślają także, że w konsekwencji obciążeń podatkowych zatrzymane zostaną inwestycje zagranicznych podmiotów.
– Nie będziemy mogli się dalej rozwijać, nie będziemy tworzyć nowych obiektów handlowych i nowych miejsc pracy. Z całą pewnością będziemy optymalizować nasze zasoby, również zasoby ludzkie – przestrzega prezes POHiD.
Jej zdaniem niezależnie od ostatecznej formy podatku nasz kraj w oczach zagranicznych inwestorów z pewnością znacznie straci na atrakcyjności, a wtedy kapitał może popłynąć w innym kierunku.
– Myślę, że nie będzie drastycznego odpływu kapitału z Polski, ponieważ te sieci sporo zainwestowały. Raczej możemy mieć do czynienia ze zmianą właściciela, jeżeli rentowność będzie niższa, to część właściciel sprzeda swoje sieci i przejmą je inni – uważa Andrzej Arendarski. – Firmy handlowe będą poszukiwały wszelkich możliwości cięcia kosztów, a jedną z możliwości jest redukcja zatrudnienia, więc myślę, że to się przełoży na ograniczenie zatrudnienia.
Wątpliwości handlowców budzi także konstytucyjność nowej propozycji.
– Uważamy, że jeżeli powinniśmy być traktowani równo zgodnie z artykułem 32. Konstytucji, jak wszystkie podmioty gospodarcze, to taki podatek selektywny nie do końca spełnia swoje zadanie – mówi Renata Juszkiewicz. – Rozpoczęły się konsultacje społeczne w tym zakresie ze środowiskiem handlu. Jako branża zrzeszająca zagraniczne koncerny nie zostaliśmy na razie zaproszeni.
Jak wynika z lipcowego raportu PwC przygotowanego we współpracy z POHiD, wprowadzenie w Polsce rozwiązań analogicznych do tych przyjętych na Węgrzech, czyli podatku od sieci osiągających najwyższe obroty, spowodowałoby utratę przez nich większości zysków. To pociągnęłoby za sobą obniżenie wpływów do budżetu z podatku CIT i spadki sprzedaży, a to z kolei oznaczałoby niższe wpływy z VAT.
Decyzja o przyznaniu częstotliwości LTE poszczególnym firmom, które wygrały aukcję, powinna zapaść na przełomie roku. Szybkie zakończenie postępowania poaukcyjnego leży w interesie zarówno samych wnioskodawców, jak i odbiorców internetu. Bez tego operatorzy nie będą mogli rozpocząć inwestycji w budowę sieci szybkiego internetu mobilnego. Postępowanie się przedłuża, bo do UKE wciąż trafiają liczne wnioski formalne związane z przebiegiem aukcji.
– Wnioski o dokonanie rezerwacji częstotliwości wpłynęły 26 października, prowadzimy więc to postępowanie poaukcyjne około miesiąca. Wcześniejsze postępowania poprzetargowe, bo aukcja była pierwszy raz przeprowadzona, trwały mniej więcej od 4 do 6 miesięcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
UKE będzie się starał możliwie szybko wydać decyzje o rezerwacji częstotliwości 800 MHz oraz 2,6 GHz. Urząd nie chce bowiem opóźniać planów inwestycyjnych poszczególnych operatorów. Podczas aukcji dwa bloki częstotliwości 800 MHz, kluczowych dla rozwoju LTE, kupił Orange, a po jednym P4, T-Mobile i NetNet. Pasmo 2,6 GHz podzieliły między siebie Polkomtel i P4 (po cztery bloki) oraz Orange i T-Mobile (po trzy bloki).
Postępowanie aukcyjne trwało 116 dni, a do jego zakończenia konieczne było wydanie rozporządzenia przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji.
– Było tak dużo prób destabilizacji tego procesu, że teraz wszystkie wnioski rozpatrujemy bardzo ostrożnie i z dużą atencją. Chciałabym jednak, aby rezerwacje zostały wydane jak najszybciej, myślę tutaj o przełomie roku – wyjaśnia Gaj.
Choć na jak najszybszym zakończeniu postępowania poaukcyjnego zależy zarówno UKE, jak i przedsiębiorcom, to jednak ostateczny termin zależy w dużej mierze od liczby wniosków formalnych wpływających do urzędu.
– Mamy dwóch przedsiębiorców, którzy składają wszelkie możliwe wnioski formalne, czy to uzasadnione, czy to nieuzasadnione, tylko po to, aby przedłużyć postępowanie, ponieważ prezes UKE musi rozpatrzyć wszelkie wnioski formalne przed wydaniem tej właściwej decyzji – dodaje Magdalena Gaj.
Po przydziale konkretnych bloków operatorom nastąpi wyznaczenie im obszarów inwestycyjnych. Firmy będą miały obowiązek likwidacji białych plam, czyli obszarów, gdzie dziś transfer danych obejmuje poniżej 80 proc. powierzchni gminy. Szybkie przyznanie częstotliwości umożliwi rozpoczęcie inwestycji, co powinni w niedługim czasie odczuć mieszkańcy tych gmin.
– Określiliśmy około tysiąca gmin w Polsce, które nazwaliśmy białymi plamami, są to gminy, gdzie transfer danych nie przekracza 10 Mb/s. Tam może być dostęp do telefonii komórkowej, głosowej, natomiast nie ma tego szybkiego internetu – wyjaśnia Magdalena Gaj. – Z tej racji inwestycje będą tam rozpoczynane najszybciej.
Przedsiębiorcy będą równolegle inwestować w pozostałych regionach kraju. Szefowa UKE szacuje, że w perspektywie roku lub dwóch lat wszyscy zyskają dostęp do szybkiego internetu mobilnego w technologii LTE. Wartość wszystkich ofert złożonych w aukcji na częstotliwości LTE wyniosła 9,2 mld złotych. W licytacji wzięło udział sześć przedsiębiorstw, które walczyły o rezerwacje łącznie 19 częstotliwości z zakresu 800 MHz oraz 2,6 GHz.
Narodowe Centrum Badań i Rozwoju uruchamia drugi konkurs programu Demonstrator. 0,5 mld zł wesprze prace badawczo-rozwojowych w firmach. Dzięki pozyskanym środkom przedsiębiorstwa będą mogły przetestować innowacyjne rozwiązania, co w efekcie doprowadzi do ich szybszego wdrożenia do gospodarki.
Celem programu Demonstrator (poddziałanie 1.1.2 programu operacyjnego Inteligentny Rozwój) jest podniesienie innowacyjności polskich firm dzięki wykorzystaniu rezultatów ich prac badawczo-rozwojowych. W ramach konkursu na wsparcie publiczne mogą liczyć projekty, których istotnym elementem jest faza testów przeprowadzanych na instalacjach pilotażowych lub demonstracyjnych.
– Poszukujemy innowacyjnych projektów badawczo-rozwojowych, takich, które polegają na wytworzeniu nowej technologii, nowego produktu czy usługi. W programie Demonstrator finansujemy powstanie technologii, produktu czy usługi, które zostaną skomercjalizowane, a więc wdrożone przez danego przedsiębiorcę lub w inny sposób upowszechnione na rynku – mówi agencji Newseria Biznes Daniel Maksym, dyrektor działu rozwoju i innowacji w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.
NCBiR na wsparcie firm przeznaczył 500 mln zł. Budżet całego poddziałania wynosi 650 mln euro. O pieniądze mogą starać się zarówno mikro-, małe, średnie, jak i duże przedsiębiorstwa.
– Co ważne, przedsiębiorca musi dołożyć swój wkład własny, średnio będzie to 60 proc. środków z własnej kieszeni. Im przedsiębiorca jest większy, tym większy jest też wkład. W konsekwencji ten konkurs służy temu, żeby pieniądze prywatne towarzyszyły środkom prywatnym, a więc faktyczna ilość pieniędzy na rynku będzie znacząco większa – wyjaśnia Maksym.
Dzięki nim firmy prowadzące działalność B+R będą mogły przetestować swoje nowatorskie rozwiązania. W efekcie możliwe będzie wprowadzenie tych produktów, technologii lub procesów do gospodarki.
– Długofalowy cel to zbudowanie strategii działania przedsiębiorstwa w oparciu o wysokie technologie, o produkty i usługi, które są wynikiem prac badawczo-rozwojowych. Chodzi o to, by pokonać lukę technologiczną, jaką mają niektóre polskie przedsiębiorstwa i oprzeć swój model biznesowy, sposób na zarabianie pieniędzy, na zaistnienie i utrzymanie się na tym konkurencyjnym rynku o nowe produkty i usługi technologiczne – podkreśla Daniel Maksym.
23 września br. NCBiR ogłosiło wyniki pierwszego konkursu Demonstratora. Dofinansowanie otrzymało 20 spośród 122 projektów zgłoszonych w konkursie (15 dużych przedsiębiorstw i 5 przedsiębiorstw z sektora MŚP). Wkład prywatny wniesiony przez przedsiębiorstwa to ponad 407 mln zł. Wśród zwycięskich projektów są m.in. pierwsza w Europie 6-osiowa elektryczna lokomotywa wielosystemowa dla ciężkich składów towarowych, demonstrator technologii lekkiego wiropłata dwusilnikowego z elektrycznym wspomaganiem wirnika głównego oraz opracowanie innowacyjnej technologii wytwarzania przeciwciała monoklonalnego stosowanego w terapii stwardnienia rozsianego.
– Po pierwszym rozdaniu widzimy, że przede wszystkim duże firmy otrzymują dofinansowanie. Sądzimy, że to się powtórzy, bo posiadanie prototypu i konieczność zbudowania instalacji demonstracyjnej predestynuje większe firmy – podkreśla Maksym.
Rozpoczęcie naboru wniosków w drugim konkursie rozpocznie się 7 stycznia i potrwa do 29 lutego 2016 r.
Ten rok na rynku gruntów inwestycyjnych może być rekordowy – wynika z analizy Colliers International. Bezpośrednie zaangażowanie inwestorów w grunty wyniesie ok. 2 mld zł. W ubiegłym roku było to 1,85 mld zł. Największym powodzeniem cieszą się działki pod zabudowę mieszkaniową, wzrósł też popyt na grunty pod powierzchnie magazynowe. Prym wiodą deweloperzy lokalni, ale w segmencie hotelarskim i magazynowym spodziewany jest napływ zagranicznych inwestorów.
– 2015 rok należy uznać za bardzo udany z dwóch przyczyn. Przede wszystkim ze względu na liczbę transakcji i ich skalę oraz na bardzo dużą aktywności inwestorów, głównie za sprawą rynku mieszkaniowego. Drugą przyczyną są nowe trendy, które pojawiły się na rynku, przede wszystkim w segmencie hotelarskim opartym o grunty inwestycyjne i magazynowym – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Emil Domeracki z Colliers International Polska.
Z analizy ekspertów Colliers wynika, że wartość transakcji inwestycyjnych, z wyłączeniem gruntów inwestycyjnych, powinna być na podobnym poziomie, co w 2014 roku i sięgnąć 3 mld euro. Na rynku gruntów inwestycyjnych ten rok może być najlepszy od lat. Zdaniem analityków wartość transakcji może sięgnąć 2 mld zł i być najwyższa od 2006 roku (1,85 mld zł w 2014 roku). W 2016 roku może natomiast przekroczyć 2,1 mld zł.
– Widzimy dużą aktywność inwestorską w segmencie mieszkaniowym. Ona zwiększa się za sprawą tego, że inwestorzy weszli też do innych miast. W zeszłym roku głównie budowano w Warszawie. Dziś myślę, że śmiało możemy wskazać nowe rynki. Trójmiasto to bardzo dobry, wzrostowy rynek, Poznań, Kraków i Wrocław to również miasta, które wykazały się bardzo dużą aktywnością na początku tego roku – ocenia ekspert Colliers.
Na rynku gruntów inwestycyjnych największym zainteresowaniem cieszyły się w tym roku działki pod zabudowę mieszkaniową, a udział transakcji w rynku sięga ok. 70 proc. Znacząco, bo o blisko 100 proc., wzrósł natomiast popyt na grunty magazynowe. Mniejszy popyt zanotowano na zakup terenów pod projekty biurowe.
Jak wskazuje Domeracki, na rynku prym wciąż wiodą lokalni inwestorzy, którzy znają realia administracyjne i nie boją się nowych inwestycji.
– W segmencie hotelarskim, gdzie nastąpił powrót do inwestowania w Polskę, czy też w segmencie magazynowym widzimy już nowych inwestorów, nowych graczy, którzy bardzo aktywnie podchodzą do akwizycji w Polsce – mówi Emil Domeracki.
Analitycy Colliers spodziewają się też napływu kapitału z Kanady, Australii, Chin, Singapuru, Korei Południowej czy RPA.
Domeracki ocenia, że prognozy na 2016 roku są również optymistyczne. Pozytywny trend wzrostowy powinien się utrzymać w segmencie mieszkaniowym i magazynowym przez kolejne trzy kwartały.
– Nie widzę natomiast żadnych pozytywnych sygnałów w gruntach inwestycyjnych przygotowanych pod projekty biurowe. Nastąpi stabilizacja i dalsze wyhamowanie aktywności inwestorów przy zakupie gruntów, a to za sprawą wysokiej podaży istniejącej przestrzeni biurowej. Ten czynnik niesie ze sobą niską decyzyjność, niską gotowość inwestorów i raczej deprecjację wartości gruntu, aniżeli jej wzrost w perspektywie najbliższych 3–4 kwartałów – podkreśla ekspert Colliers Polska.
83 proc. Polaków kupujących opał nie zamierza w ciągu najbliższych pięciu lat zmieniać wybieranego paliwa – wynika z danych Oferteo.pl. Najpopularniejszym wśród nich produktem jest ekogroszek, który wybiera 54 proc. ankietowanych. O wyborze dostawcy opału najczęściej decyduje cena.
Tylko 17 proc. badanych bierze pod uwagę możliwość zmiany sposobu ogrzewania w ciągu najbliższych pięciu lat.
– Pomimo zmian prawnych, które uprawniają sejmiki wojewódzkie do uchwalania ustaw antysmogowych, Polacy w najbliższych latach nie zamierzają zmieniać rodzaju stosowanego ogrzewania – informuje agencję Newseria Biznes Adam Wawrzyniak, kierownik projektów biznesowych w serwisie Oferteo.pl. – Źródłem ogrzewania, które wybiera najwięcej ankietowanych, bo aż 54 proc., jest węgiel, tzw. ekogroszek.
Często wykorzystywany bywa również pellet, czyli paliwo z biomasy (17 proc. ankietowanych), olej opałowy (10 proc.) oraz węgiel kamienny (9 proc.).
Decydującym czynnikiem przy wyborze dostawcy jest cena (wskazuje tak 68 proc. badanych). Za tonę opału ankietowani płacą przeciętnie około 740 zł, co daje wydatki w wysokości około 3,7 tys. zł rocznie. Klienci zwracają uwagę także na pochodzenie surowca. Najchętniej wybierają opał rodzimego pochodzenia (aż trzy czwarte badanych). Wśród preferowanych dostawców znalazły się jedynie krajowe kopalnie. Najczęściej wymieniano Wesołą, Piast i Mysłowice.
– Polski węgiel uważany jest za produkt dobry jakościowo i wydajny energetycznie – tłumaczy Adam Wawrzyniak. – Z analizy, którą przeprowadziliśmy, wynika, że Polacy są coraz bardziej zainteresowani ekologicznymi aspektami opału.
Stąd bierze się rosnące zainteresowanie ekogorszkiem, który jest bardziej przyjazny środowisku. Jego popularność względem ubiegłego roku wzrosła o 15 proc. Spadła natomiast liczba zapytań dotyczących tradycyjnych form węgla kamiennego.
Co drugi Polak chce w najbliższych tygodniach zaangażować się w pomoc potrzebującym – wynika z deklaracji zbadanych przez TNS Polska na zlecenie marki Milka. Z tego ok. 3 mln osób weźmie udział w 15. edycji akcji Szlachetna Paczka. W okresie świątecznym chętniej niż zwykle pomagamy obcym osobom.
W okresie świątecznym w działania na rzecz innych chce się zaangażować ponad połowa dorosłych Polaków. Najczęściej pomagamy rodzinie (65 proc.), przyjaciołom (33 proc.), sąsiadom i znajomym (odpowiednio 29 i 26 proc.). Prawie co czwarty ankietowany deklaruje, że pomaga obcym osobom.
– To jest bardzo dobra nowina. Nie należy piętnować faktu, że ktoś się angażuje tylko raz w roku. To zaangażowanie i tak pozwoli rozwiązać wiele problemów i trudności – mówi ks. Jacek Stryczek, inicjator akcji Szlachetna Paczka, która wspiera rodziny w potrzebie paczkami. – Cudowną rzeczą jest wielka mobilizacja do pomocy przed świętami. Dobrze, że mamy takiego partnera jak Milka, który zajmuje się z nami pomaganiem i uwrażliwianiem ludzi, przekonywaniem ich, że pomaganie daje szczęście, że to jest dobry pomysł na budowanie społeczności, że życie jest lepsze, jak jesteśmy wrażliwi na innych.
Z badania TNS Polska wynika, że Polacy pomagają przede wszystkim dlatego, że lubią to robić i czerpią z tego osobistą satysfakcję. Skłania ich do tego również zasada wzajemności – wiedzą, że sami mogą się kiedyś znaleźć na miejscu potrzebujących.
– Pomagamy, oddając rzeczy, których już nie potrzebujemy. Pomagamy drobnymi gestami – wrzucając pieniądze do skarbonki czy kupując przedmioty, których sprzedaż wspiera akcje charytatywne. Staramy się także angażować swój wolny czas. Staramy się przygotowywać i kupować rzeczy dla osób potrzebujących – wymienia Czerniawska.
W tym roku, jak wynika z badań, co trzecia osoba wrzuci pieniądze do puszki. 29 proc. Polaków kupi kartki lub świece, których sprzeda wspiera akcje charytatywne. Co piąta osoba wyśle charytatywny SMS, a co jedenasta deklaruje, że weźmie udział w akcji Szlachetna Paczka. To ok. 3 mln ludzi w wieku 15 lat i więcej.
– Polacy lubią działać w grupie – podkreśla Joanna Skrzyńska, account manager TNS Polska. – Wierzą, że to przyniesie lepsze rezultaty niż działanie w pojedynkę. Wierzą też w to, że trzeba brać sprawy we własne ręce.
Uważa tak ponad 80 proc. ankietowanych.
Co ważne, blisko połowa Polaków zgadza się z opinią, że „zwykli ludzie, nawet w grupie, nie są w stanie wiele zdziałać”.
– Żeby więcej osób w Polsce zaczęło pomagać, być może wystarczyłoby tych ludzi przekonać, że każdy może to robić. W tych ludziach jest ogromny potencjał do zmiany, do tego, żeby wpływać na swoje życie i życie innych ludzi. Taka diagnoza daje niesamowite pole do rozwoju. Szlachetna Paczka stara się właśnie odkrywać w ludziach ten potencjał i przekonywać poszczególne osoby, że mogą wziąć sprawy w swoje ręce – mówi ks. Jacek Stryczek.
Szlachetna Paczka w tym roku obchodzi swoje 15-lecie. Darczyńcy i wolontariusze przygotowują pomoc dla rodzin w potrzebie. Jak podkreślają inicjatorzy akcji, ma ona na celu nie tylko przekazanie tym rodzinom potrzebnych im rzeczy, lecz także wsparcie psychologiczne w mierzeniu się z trudnościami. Wybrane osoby można wesprzeć do 13 grudnia. Swój udział w akcji można zgłosić na stronie www.szlachetnapaczka.pl.
Specjalistyczne wyroby medyczne z Lublina będą trafiać na rynek USA, Kanady i Meksyku. Polfa Lublin będzie eksportować za ocean 15 mln sztuk produktów rocznie. Pozyskanie tego kontraktu to dowód na to, że restrukturyzacja spółki prowadzona w ostatnich latach przynosi efekty. Polfa Lublin ma stabilne wyniki finansowe zarówno dzięki staraniom właściciela Jerzego Staraka i zarządu, jak i dzięki zaangażowaniu pracowników.
– Na jubileusz 70 lat Polfy Lublin mamy dobrą wiadomość. Amerykańska firma Haemonetics będzie kupowała od nas przyrządy medyczne. W przyszłym roku 5 mln, a docelowo 15 mln sztuk rocznie będzie sprzedawane na rynku amerykańskim, kanadyjskim oraz meksykańskim. To pozwoli nam zwiększyć obroty, a jednocześnie być atrakcyjnym partnerem dla innych firm, z którymi – miejmy nadzieję – będziemy mogli współpracować – mówi agencji Newseria Jerzy Starak, przewodniczący Rady Nadzorczej Polpharma SA, prezes Spectry Holding, głównego udziałowca Polfy Lublin.
Jak podkreślają przedstawiciele Polfy Lublin, pozyskanie eksportowego kontraktu to dowód na słuszny kierunek prowadzonej restrukturyzacji, czyli przede wszystkim inwestycji w nowe linie technologiczne do produkcji opakowań dla przemysłu farmaceutycznego.
– Polfa Lublin jest od lat wiodącym producentem wyrobów jednorazowego użytku dla przemysłu medycznego. Dzięki temu, że zaczęliśmy produkować opakowania dla przemysłu farmaceutycznego, w ciągu ostatnich dwóch lat poprawiliśmy swoją kondycję finansową i teraz jesteśmy spółką, która ma pozytywny wynik finansowy – wyjaśnia Jarosław Stępniak, prezes zarządu Polfy Lublin.
Po prywatyzacji, która nastąpiła w 2002 roku, spółka borykała się z wieloma problemami. Zmieniające się warunki rynkowe, czyli konkurencja producentów z Azji i rosnący import wyrobów medycznych (takich jak strzykawki, sprzęt do transfuzji czy hemodializy), spowodowały straty i konieczność ciągłego zasilania finansowego spółki.
– Po wielu latach, kiedy spółka była skarbonką, udało się zebrać fantastyczny zespół ludzi z pasją i kompetentnych, którzy wyprowadzili firmę z zapaści – podkreśla Jerzy Starak. – Firma musiała się dostosować i znaleźć sobie inny segment. Zdecydowaliśmy się na produkty dla przemysłu farmaceutycznego, opakowania i inne akcesoria.
Polfa Lublin zainwestowała w badania i rozwój oraz w nowoczesną infrastrukturę m.in. do produkcji zakrętek, kroplomierzy, miarek i buteleczek na leki. Dzięki nawiązaniu strategicznej współpracy z zakładami Grupy Polpharma i pozyskaniu nowych partnerów biznesowych w ubiegłym roku spółka zanotowała dodatni wynik finansowy. W tym roku przychody ze sprzedaży opakowań farmaceutycznych i innych akcesoriów po raz pierwszy będą wyższe niż te ze sprzedaży wyrobów medycznych.
– Chcemy się związać z przemysłem farmaceutycznym, bo to jest przyszłość. Coraz więcej konsumentów zwraca uwagę na jakość leków, a opakowanie jest nieodłącznym elementem, który zapewnia jakość w okresie użytkowania leku – mówi Jarosław Stępniak. – Chcemy być spółką wysoko rozwiniętych technologii, dzięki czemu nasze produkty będą innowacyjne. Już teraz takie produkty, jak buteleczki na krople do nosa, które produkujemy dla Grupy Polpharma, są najwyższej jakości światowej.
Przedstawiciele spółki podkreślają, że restrukturyzacja spółki powiodła się dzięki wytrwałości głównego inwestora. Starak w latach 2002–2014 przeznaczył na jej bieżące finansowanie i inwestycje blisko 38 mln zł. Kluczowe było również wsparcie ze strony pracowników i związków zawodowych, i to mimo trudnych procesów restrukturyzacyjnych i koniecznej redukcji zatrudnienia.
– Dzisiaj jesteśmy stroną dialogu społecznego. Najlepiej świadczy o tym fakt, że w tym roku udało nam się podpisać trzy nowe regulaminy: regulamin pracy, regulamin socjalny oraz regulamin wynagradzania. Pracownicy dostali podwyżki – jest to mały krok, który poprowadzi nas naprzód – mówi Jolanta Mazurek, przewodnicząca Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. – Poprawia się też wizerunek firmy. Jest zarząd, który dba o prestiż firmy, jest reklama i marketing i to procentuje. Lepsze wyniki finansowe na pewno przełożą się również na polepszenie sytuacji finansowej pracowników.
Dziś Polfa Lublin zatrudnia 106 osób. Planuje zwiększenie zatrudnienia i nowe inwestycje. Wejście spółki na ścieżkę wzrostu daje jej powód do świętowania. W tym roku Polfa Lublin obchodzi 70. rocznicę działalności.
– To firma o ogromnej tradycji, a przemysł farmaceutyczny, który reprezentuje, był ważny z punktu widzenia innowacyjności Lublina i dostępu do technologii. Zaawansowanie technologiczne i znakomita kadra to jest to, co dziś decyduje o obliczu Lublina i Polfa wpisuje się znakomicie w strategię rozwoju miasta – podkreśla Krzysztof Żuk, prezydent Lublina, a w latach 1999–2007 członek Rady Nadzorczej Polfy Lublin.
3 grudnia na Zamku w Lublinie z okazji 70-lecia firmy odbyła się uroczysta gala, podczas której medale i wyróżnienia otrzymali pracownicy z największym stażem pracy oraz osoby, które w sposób znaczący wpłynęły na rozwój firmy. Wśród odznaczonych jest też Krzysztof Żuk.
Dzięki środkom z programu operacyjnego Inteligentny Rozwój polskie firmy z sektora innowacji i działań badawczych mają szansę rozwijać się szybciej, a opracowane przez nich technologie będzie łatwiej wdrażać do gospodarki. Budżet programu na lata 2014–2020 to ponad 8,6 mld euro. Resort rozwoju liczy na to, że doświadczenia w przygotowywaniu i realizowaniu programów badawczych wypracowane na poziomie krajowym, m.in. przez NCBiR, zostaną przeniesione na poziom regionów, bo to do nich trafi gros unijnych środków.
– Najważniejsze dla nas są te obszary, które będą mogły w przyszłości generować duża wartość dodaną, co będzie przekładało się zarówno na wyższe marże dla firm w danym sektorze, jak i na wyższe wynagrodzenia dla osób, które w danym sektorze pracują – mówi agencji informacyjnej Newseria wiceminister rozwoju dr Jerzy Kwieciński.
Realizacja tego celu będzie jednak uzależniona od tego, w jakim stopniu uda się wdrożyć w poszczególnych branżach nowoczesne technologie, innowacje produktowe i procesowe czy nowe modele biznesowe.
W przyszłym roku w ramach programu operacyjnego Inteligentny Rozwój planowane jest uruchomienie 23 konkursów, których budżet wyniesie 6,2 mld zł. Dodając do tego nabory ciągłe, które rozpoczęły się w tym roku i będą kontynuowane w 2016 roku, łączna kwota na konkursy wzrośnie do blisko 8 mld zł.
Pierwszy konkurs ze styczniowym naborem wniosków zostanie ogłoszony 7 grudnia. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, jedna z dwóch instytucji pośredniczących w POIR, rusza z konkursem programu „Demonstrator” (poddziałanie 1.1.2), którego budżet wynosi 500 mln zł. W ramach POIR w grudniu zostaną jeszcze ogłoszone trzy inne konkursy, m.in. na proinnowacyjne usługi instytucji otoczenia biznesu dla MŚP.
– Najważniejsze jest finansowanie projektów badawczych przygotowywanych przez firmy, które później są realizowane dalej we współpracy ze światem nauki, czyli z uczelniami i instytutami badawczymi. W dalszej kolejności, kiedy wyniki tych badań zakończą się pomyślnie, istotne jest wdrażanie wyników tych prac badawczych w przemyśle i biznesie – wyjaśnia priorytetowe założenia POIR Jerzy Kwieciński.
Duża część z unijnych środków dystrybuowana będzie przez samorządy. To wymaga od lokalnych władz odpowiedniego przygotowania.
– Bardzo ważne jest w tej chwili, aby know-how, czyli wiedzę, umiejętności i doświadczenie, które zostały wypracowane na poziomie krajowym, głównie przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, przekazać następnie na poziom regionalny – stwierdza Jerzy Kwieciński. – Wszystkie regiony będą miały do swojej dyspozycji znaczące środki na innowacje, czyli na prowadzenie badań, a później na komercjalizację wyników tych badań w firmach.
Resort rozwoju prowadzi z Komisją Europejską rozmowy w sprawie przedłużenia kwalifikowalności wydatków poniesionych w ramach perspektywy finansowej na lata 2007–2013. Zgodnie z zasadami UE powinny one być wykorzystane i rozliczone do końca 2015 roku.
– Jeszcze sporo pieniędzy zostało nam do wydania w Polsce w ramach poprzedniej perspektywy. Rozmawiamy z Komisją Europejską zarówno o przedłużeniu, jak i o innych rozwiązaniach, które pozwalałyby na wykorzystanie środków, które mamy jeszcze do dyspozycji – informuje Kwieciński.
Środki pozostały m.in. w ramach programów Innowacyjna Gospodarka oraz Infrastruktura i Środowisko, a także z regionalnych programów operacyjnych.
Dla polskiej armii zakup okrętów podwodnych to strategiczna decyzja. Okręty to kluczowy element świadczący o potencjale odstraszania ewentualnych agresorów, a ich wyposażenie w pociski manewrujące jeszcze te możliwości obronne i ofensywne zwiększy – przekonuje jeden z oferentów w przetargu firma DCNS. Francuzi podkreślają, że głównym założeniem ich oferty jest pełna niezależność Polski przy wykorzystaniu okrętów i pocisków, a także samodzielność przy ich serwisowaniu.
Polski rząd w ramach programu Orka zamierza w ciągu kolejnych kilku lat wymienić część przestarzałej floty podwodnej na nowoczesne jednostki. Na trzy okręty zamierza wydać ponad 7,5 mld zł. W ich wyposażeniu znaleźć się mają m.in. rakiety manewrujące, które – jak podkreślają eksperci – zwiększą potencjał odstraszania polskiej armii.
– Okręty podwodne wyposażone w pociski manewrujące są bardzo potężną bronią odstraszającą, ponieważ morze to jedyne miejsce, w którym obiekty pozostają niewykryte przez satelity, drony czy innego rodzaju bezzałogowe statki powietrzne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Alain Fougeron, wiceprezes DCNS.
Pociski manewrujące umożliwiają bardzo precyzyjny atak na cele zlokalizowane daleko w głębi lądu. Ponieważ nie można przewidzieć dokładnego miejsca takiego ataku, obrona przed nim jest bardzo trudna. Jest to broń tak groźna, że Stany Zjednoczone, które produkują pociski Tomahawk, zastrzegają sobie prawo autoryzacji celów wybieranych przez ich posiadacza. Jak deklaruje Pierre Buhler, ambasador Francji w Polsce, oferta francuskich stoczni daje Polsce w tym zakresie pełną niezależność.
– Niezależność i suwerenność polega na budowie, szkoleniu, użytkowaniu i nawet wyborze celów. Właśnie to cenimy we Francji, że jeśli musimy działać militarnie, to nie musimy nikogo prosić o zezwolenie. Sądzimy, że właśnie taki okręt podwodny, do którego z pełnym wsparciem państwa francuskiego DCNS może dokonać transferu technologii, wzmocni polską suwerenność – podkreśla Pierre Buhler.
W resorcie obrony narodowej nie zapadła decyzja, czy okręty podwodne zostaną zakupione razem z pociskami manewrującymi, czy dopiero po zakupie zostaną w nie wyposażone.
Wiceprezes DCNS podkreśla, że niezależność, którą gwarantuje stocznia Polsce, dotyczy także długoterminowego serwisowania jednostek pływających oraz systemów bojowych.
– Będziemy się dzielić z Polską doświadczeniem i specjalistyczną wiedzą, które mamy. Serwisujemy całą flotę francuskich okrętów podwodnych. Dowiedliśmy, że jesteśmy w stanie zapewnić naszym okrętom bardzo wysoki, prawdopodobnie najwyższy w całej Europie, poziom gotowości operacyjnej. Poza tym nasze usługi charakteryzują się najniższym w Europie stosunkiem ponoszonych kosztów do uzyskanych korzyści – mówi Alain Fougeron.
Francuzi zapewniają, że chcą przekazywać swą wiedzę podczas budowy okrętów. Ponieważ serwisowania jednostki najlepiej uczyć się podczas jej budowy, drugi i trzeci okręt planują zbudować w Polsce. Czas budowy pierwszego okrętu we francuskiej stoczni wykorzystają na przeszkolenie polskich inżynierów i monterów, którzy będą pracować przy budowie kolejnych jednostek.
– Znamy możliwości polskich firm, ponieważ już z nimi współpracujemy – zapewnia wiceprezes DCNS. – Mało kto wie, że nasze francuskie okręty są częściowo budowane w Polsce, więc mamy długoletnie doświadczenie, znamy wasze możliwości, wasze stocznie, a także niektórych podwykonawców, dostawców wyposażenia oraz firmy zajmujące się instalowaniem systemów bojowych. Uważamy, że Polacy są doświadczonymi partnerami i że możemy na was polegać.
Technologie chmurowe pozwalają nie tylko obniżyć koszty i przyspieszyć niektóre procesy, lecz także zwiększyć bezpieczeństwo przechowywanych danych. Rośnie świadomość przedsiębiorców na temat tych zalet, choć wciąż zbyt mało mówi się o kwestiach prawnych związanych z chmurą. Prawnicy podkreślają, że użytkownicy chmury chronieni są zarówno przez przepisy prawa i umowy międzynarodowe, jak i przez odpowiednie postanowienia w umowach z dostawcami technologii.
– Chmura dla firmy to wygoda i elastyczność. Pozwala skupić się przedsiębiorstwu na celach biznesowych. Dzięki chmurze realizacja projektów informatycznych jest szybsza i tańsza. Mamy też gwarancję, że infrastruktura IT jest wspierana przez specjalistów najwyższej klasy bez angażowania własnych zasobów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Skowron z Capgemini Polska.
Coraz więcej przedsiębiorców – zarówno duże korporacje, jak i małe i średnie firmy – przenosi swoje zasoby do chmury. Rośnie ich świadomość na temat aspektów technologicznych i ekonomicznych tych rozwiązań, natomiast zbyt mało uwagi poświęca się kwestiom prawnym.
– Istnieje wiele przepisów prawnych mogących mieć zastosowanie do usług chmurowych, ale niewiele z nich zostało stworzonych z uwzględnieniem realiów, w jakich świadczone są tego typu usługi – podkreśla Renata Zalewska, radca prawny firmy Microsoft – Przedsiębiorcy chcą zaufać chmurze i potrzebują prawników, którzy w sposób bezpieczny i zgodny z przepisami prawa pomogą im stosować najnowsze rozwiązania technologiczne.
Wykorzystanie chmury do przechowywania danych musi przede wszystkim być zgodne z krajowymi i unijnymi regulacjami dotyczącymi ochrony danych osobowych. Gwarantem bezpieczeństwa danych jest także odpowiednia umowa między ich administratorem a przetwarzającym, czyli między klientem a dostawcą chmury.
– Ważne jest, żeby w umowie dokładnie określić, kto za co odpowiada. Zgodnie z przepisami prawa przetwarzający dane odpowiada za elementy techniczne i organizacyjne związane z bezpieczeństwem danych. Warto sprawdzić, czy dostawca chmury nie tylko zachowuje podstawowe, standardowe elementy bezpieczeństwa, lecz także czy ma dodatkowe certyfikaty – wyjaśnia Marlena Wach, radca prawny z kancelarii K&L Gates.
Chodzi np. o certyfikat zgodności z normą ISO 27001 dotyczącą systemów zarządzania bezpieczeństwem informacji czy ISO 27018, czyli certyfikat zgody z normą poufności danych w chmurze. Ten dedykowany cloudowi standard narzuca na dostawcę m.in. obowiązek ujawnienia miejsca, gdzie zlokalizowane są dane klienta oraz konieczność raportowania wszelkich zaistniałych incydentów.
– Jeżeli jakiś organ zgłosi się do dostawcy chmury z prośbą o udostępnienie informacji w zakresie danych klienta, to dostawca musi przekazać swojemu klientowi informację, że takie zapytanie nastąpiło, chyba że jest to prawnie wyłączone – tłumaczy Marlena Wach. – Poza tym informacje, które są przechowywane w danej chmurze, nie mogą być wykorzystywane w celu świadczenia usług marketingowych. Ewentualnie tylko za zgodą klienta.
Jak podkreśla, jeśli dostawca usług cloud computing ma certyfikat ISO 27018, to rozwiązania chmurowe zazwyczaj zapewniają większe bezpieczeństwo danych niż te przechowywane na serwerach wewnątrz firmy.
W umowie między dostawcą chmury a klientem powinny być także określone następujące elementy: lokalizacja serwerów, gdzie przechowywane są dane, oraz cel i zakres przetwarzania danych, dalsze przetwarzanie oraz dostęp do danych. Strony umowy powinny określić też czas jej trwania i szczegóły dotyczące audytów bezpieczeństwa.
– Kolejnym istotnym elementem jest określenie tego, co następuje po rozwiązaniu umowy – w jaki sposób dane są niszczone czy przekazywane klientowi. Dobrym rozwiązaniem jest sytuacja, kiedy dostawca chmury sam usuwa te dane ze swoich serwerów i następnie protokołem potwierdza ich usunięcie i informuje o tym klienta. Wówczas klient, który otrzymał z powrotem dane, może je przekazać innemu dostawcy chmury i ma wymagany ustawą nadzór i kontrolę nad danymi – wyjaśnia radca prawny z Kancelarii K&L Gates
Kwestie zgodnego z wymaganiami prawnymi i bezpiecznego wykorzystania publicznej chmury obliczeniowej były głównym tematem konferencji Trusted Cloud Day 2015, która odbyła się 26 listopada w Warszawie. W panelach dyskusyjnych uczestniczyli prawnicy, eksperci branżowi, użytkownicy rozwiązań chmurowych oraz firmy rozważające ich zastosowanie.
Gdyby mali i średni przedsiębiorcy kończyli dzień pracy po ośmiu godzinach, toby globalna gospodarka była uboższa o 8,3 bln dol. – wynika z badania firmy Sage. Blisko połowa właścicieli firm pracuje dłużej niż 40 godzin tygodniowo. Sami przyznają, że cierpi na tym ich życie rodzinne, mimo to uważają, że warto. Główną motywacją nie są dla nich pieniądze, lecz poczucie zamiłowania do swojej pracy.
– 70 proc. PKB jest generowane przez małe i średnie przedsiębiorstwa, a trzy czwarte wszystkich pracowników jest zatrudnionych w tym sektorze. Właściciele tych firm pracują bardzo ciężko. Z badania wynika, że w Europie ponad 50 proc. przedsiębiorców pracuje więcej niż 8 godzin dziennie – mówi agencji Newseria Piotr Ciski, dyrektor zarządzający firmy Sage w Polsce.
W czasie poza ustawowymi ośmioma godzinami mali i średni przedsiębiorcy w skali globalnej wytwarzają równowartość 8,3 bln dol. Do najciężej pracujących należą Niemcy – 57 proc. przedsiębiorców z tego kraju pracuje ponad 40 godzin. Najmniejszy odsetek – 31 proc. – jest wśród Australijczyków.
W Polsce statystyczny właściciel firmy spędza w pracy średnio o 4 godziny więcej od pracownika etatowego. Blisko co trzeci przedsiębiorca przyznaje jednak, że jego tydzień pracy przekracza 50 godzin.
– Właściciele małych przedsiębiorstw pracują zdecydowanie dłużej niż pracownicy etatowi. Z naszych wyliczeń wynika, że w roku prawie o miesiąc dłużej – mówi Piotr Ciski. – Odbywa się to kosztem ich czasu prywatnego.
Przedsiębiorcy średnio dwukrotnie rzadziej korzystają ze zwolnień lekarskich. Rzadziej też wyjeżdżają na urlop, a jeśli już się na niego zdecydują, to i tak poświęcają czas na sprawy firmy. 36 proc. właścicieli firm podkreśla, że trudno im wygospodarować czas dla rodziny, a blisko połowa przyznaje, że ich poświęcenie dla firmy odbiło się negatywnie na ich związku.
– Rozmawialiśmy z przedsiębiorcami o tym, co my możemy zrobić, żeby oni mieli więcej czasu. Z naszego badania wynika, że są dwa takie aspekty. Pierwszy to aspekt technologiczny, czyli oprogramowanie, które jest w stanie im pomóc lepiej zarządzać czasem. Druga rzecz to umiejętność delegowania obowiązków i znajdowania właściwych ludzi. Dzisiaj przedsiębiorcy mówią, że często pewne czynności wykonują w firmie sami, dlatego że nie mają dobrze przygotowanych pracowników – wyjaśnia dyrektor zarządzający Sage w Polsce.
Jak wynika z badania Sage, mimo wszystko przedsiębiorcy uważają, że warto pracować dłużej i ciężej – w skali globu przyznaje to dwie trzecie ankietowanych. Co ważne, to nie pieniądze są dla nich główną motywacją.
– Głównym czynnikiem jest poczucie misji, że robimy coś ważnego, realizujemy nasze marzenie, nasz pomysł. Jest to bardzo ważne dla nich, w związku z tym skupiają się w 120 proc. na osiągnięciu celu – mówi Piotr Ciski.
Dla 41 proc. przedsiębiorców motywacją jest zamiłowanie do swojej pracy, a dla 38 proc. – duma z własnych osiągnięć. Eksperci podkreślają, że takie podejście do biznesu napędza gospodarkę.
Badanie Sage zostało przeprowadzone w 11 krajach wśród ponad 2,6 tys. osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach zatrudniających do 100 pracowników.
Pasażer, którego nie wpuszczono na pokład samolotu z powodu overbookingu, czyli zbyt dużej liczby sprzedanych biletów, ma prawo do odszkodowania. Może ono wynieść od 250 do 600 euro, w zależności od długości trasy. Pasażerowie mogą się także domagać zwrotu kosztów biletu, wyżywienia i napojów, a nawet zakwaterowania na koszt przewoźnika, jeśli muszą długo czekać na kolejny rejs.
Overbooking to mieszcząca się w granicach prawa praktyka stosowana przez niektóre linie lotnicze. Polega ona na sprzedawaniu większej liczby biletów na dany lot, niż wynosi faktyczna liczba miejsc na pokładzie samolotu. Część pasażerów mimo posiadania ważnego biletu może nie zostać wpuszczona do samolotu. W takiej sytuacji pasażerowi przysługują jednak określone prawa. Przede wszystkim przewoźnik musi zacząć od znalezienia ochotnika, który dobrowolnie zrezygnuje z tego rejsu.
– Najpóźniej przy odprawie zadaje pytanie, czy pasażer jest w stanie zrezygnować z tego lotu i wówczas taki pasażer negocjuje z przewoźnikiem warunki, na których zgadza się na lot w innym terminie. Może się okazać, że liczba ochotników jest niewystarczająca, wówczas przewoźnik ma możliwość odmówić wejścia na pokład wbrew woli pasażera – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Anna Konert, ekspert prawa lotniczego, prodziekan Wydziału Prawa i Administracji Uczelni Łazarskiego.
Przewoźnik powinien w takiej sytuacji zapewnić pasażerowi alternatywny transport możliwie jak najszybciej, w dogodnym dla pasażera czasie, albo zwrócić koszt biletu. Pasażer może się także domagać zwrotu kosztu biletu, nawet jeśli odbył już część podróży.
Pasażerowi, któremu odmówiono wejścia na pokład samolotu z powodu overbookingu, przysługuje odszkodowanie wypłacane przez przewoźnika. Jego wysokość uzależniona jest od długości rejsu i wynosi 250 euro dla wszystkich lotów o długości do 1500 km, 400 euro dla lotów w ramach Unii Europejskiej dłuższych niż 1500 km oraz lotów poza UE od 1500 do 3500 km, wreszcie 600 euro dla pozostałych rejsów. Kwota odszkodowania może być pomniejszona, jeśli przewoźnik zaproponował pasażerowi alternatywny lot w podobnym terminie.
– Pasażer ma obowiązek zwrócić się ze skargą, z reklamacją do przewoźnika, następnie w razie, gdy decyzja jest odmowna, może złożyć skargę w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego w Komisji Ochrony Praw Pasażerów oraz oczywiście w sądzie jako sprawę cywilną – mówi prof. Konert.
Pasażerom linii lotniczych przysługuje także prawo do opieki. Dotyczy to nie tylko przypadku niewpuszczenia pasażera na pokład samolotu z powodu overbookingu, lecz także znacznych opóźnień rejsu (od 2 do 4 godzin w zależności od długości rejsu) oraz odwołaniu lotu. W ramach tej opieki przewoźnik ma obowiązek zapewnić pasażerowi posiłki i napoje, możliwość wykonania dwóch rozmów telefonicznych lub wysłania e-maila bądź faksu, a także zakwaterowania przy dłuższym czasie oczekiwania na kolejny lot.
– Prawo do opieki zagwarantuje, że pasażerowie nie zostaną na lotnisku, jak to miało miejsce w przypadku wybuchu wulkanu w 2010 roku – mówi ekspertka prawa lotniczego.
W przypadku niewpuszczenia na pokład z powodu overbookingu, odwołania lub opóźnienia lotu, przewoźnik ma obowiązek przekazać pasażerowi pełną informację dotyczącą przysługujących mu praw w zakresie prawa do opieki oraz odszkodowania.