Karol Ciuk,Doradca Inwestycyjny, Bankowość Detaliczna Citi Handlowy, analizuje powody dynamicznego wzrostu na rynku akcji w Hong Kongu.
Jak podkreśla Karol Ciuk, w ubiegłym roku, alians strategiczny giełd w Hong Kongu i Szanghaju pozwolił inwestorom w Chinach na zakup akcji w Hong Kongu (tzw. akcji H) zgodnie z ustalonym dziennym limitem 10,5 mld juanów. Początkowo możliwość ta nie budziła zainteresowania, jednak już z początkiem kwietnia, po raz pierwszy od wprowadzonych zmian, inwestorzy z Chin dwukrotnie wykorzystali w całości dzienny limit nabyć akcji przyczyniając się do wzrostu indeksu Hang Seng o 11% w pierwszej połowie kwietnia.
Do wyraźnych wzrostów indeksu giełdy w Hong Kongu przyczyniła się znacząca premia w wycenie akcji Państwa Środka (tzw. akcje A) względem akcji H tych samych spółek w Hong Kongu.
Ekspert podkreśla, że pomimo tych wzrostów część spółek, jak np. chińskie banki, wciąż pozostaje wyceniana na jednocyfrowych poziomach wskaźnika ceny do zysku ze względu na obawy inwestorów dotyczące jakości ich portfeli kredytowych. Podobna sytuacja dotyczy spółek działających w sektorze nieruchomości, gdzie niskie wyceny wynikają z trudnej sytuacji na rynku mieszkaniowym. Warto przy tym zwrócić uwagę na pozostające na relatywnie wysokim poziomie realne stopy procentowe. Wskazują one na przestrzeń do ewentualnych działań stymulacyjnych ze strony Ludowego Banku Chin.
Karol Ciuk prognozuje jednak, że przy wsparciu władz monetarnych i rządu chińska gospodarka mimo spowolnienia powinna w tym roku utrzymać wzrost w okolicy 6,9%, wspierając zyski przedsiębiorstw i w konsekwencji inwestorów na rynku akcji.
Najwyższa Izba Kontroli negatywnie ocenia budowę ośrodka wodno – rekreacyjnego w Koszalinie – jednej z kluczowych inwestycji miasta. W wyniku złego nadzoru jej koszt wzrósł o ponad 13 mln zł, a obiekt zostanie oddany do użytku z rocznym opóźnieniem. Zarząd Obiektów Sportowych, pełniący nadzór nad inwestycją, nie był ani organizacyjnie ani kadrowo przygotowany do jej prowadzenia. Dlatego dopuścił do licznych nieprawidłowości.
Delegatura NIK w Szczecinie sprawdziła przebieg budowy kompleksu wodno-rekreacyjnego w Koszalinie w okresie od 2009 r. do połowy 2014 r. Kontrolę przeprowadzono w Urzędzie Miejskim w Koszalinie oraz w Zarządzie Obiektów Sportowych Spółka z o.o. w tym mieście.
Kontrola wykazała, że na 10 postępowań o udzielenie zamówień publicznych, prowadzonych w związku z inwestycją, aż w czterech stwierdzono nieprawidłowości. Budowa kompleksu wodno – rekreacyjnego, która rozpoczęła się w 2009 r., miała być jedną z większych inwestycji budowlanych w Koszalinie. Projekt architektoniczny obiektu wybrano w konkursie, w którym rywalizowało osiem propozycji. Jak ustaliła NIK, zdecydowano się na koncepcję, która jako jedyna, nie spełniała założeń konkursu. Koszt jej realizacji był o 8,5 mln zł droższy od planowanego. Urząd Miejski w Koszalinie i Zarząd Obiektów Sportowych ustalili, że koszt budowy ośrodka nie może przekroczyć 73 mln zł. Mimo iż siedem pozostałych projektów mieściło się w tej sumie, to wybrano projekt za 81,5 mln zł. Wyróżniał się on oryginalnym dachem. Jak się później okazało niemożliwym do zbudowania. Niestety z laureatem konkursu podpisano umowę niekorzystną dla Zarządu Obiektów Sportowych. Zmieniono w niej wartość ubezpieczenia, okres jego obowiązywania oraz nie ustalono kar za niewłaściwe wykonanie zadania. A tymczasem miało to stanowić gwarancję, że w przypadku wad w projekcie, inwestor będzie mógł żądać od projektanta wypłaty odszkodowania. Na podstawie podpisanej umowy projektant, mimo błędów w jego koncepcji, nie poniósł żadnych kosztów, w tym kar za niewłaściwe wykonanie zadania. Projekt obiektu zawierał błędy grożące ryzykiem wystąpienia katastrofy budowlanej. Dokonane zmiany, obniżające koszty wykonania obiektu do 73 mln zł, skutkowały tym, że kosztorys inwestorski był niedoszacowany i niemożliwy do wykonania.
Poza konkursem na wykonanie projektu obiektu, prowadzono postępowanie na wybór Inżyniera Kontraktu. Miała to być firma, która w imieniu Zarządu Obiektów Sportowych, nieprzygotowanego do prowadzenia tak dużych inwestycji, nadzorowałaby ją w imieniu spółki. Wybrano najtańszą ofertę. Szacunkowa wartość wynosiła 1,8 mln zł, a wygrana firma zaoferowała 729 tys. zł. Zarząd nie dociekał, dlaczego proponowana cena jest tak niska. Wartość wygranej oferty stanowiła tylko 40,5 proc. szacunkowej wartości zamówienia. Zarząd nie zwrócił się do startujących w postępowaniu o wyjaśnienie, co składa się na ofertę i co wpływa na proponowaną przez nich cenę. NIK zauważa, że dlatego zdecydowano się na spółkę, która nie posiadała zaplecza odpowiednich specjalistów mogących profesjonalnie nadzorować budowę. Niestety wybrany Inżynier Kontraktu nie wykrył w porę, że projekt na budowę basenów jest wadliwy.
W kolejnym przetargu na wykonanie inwestycji ten sam wadliwy projekt był podstawą ustalenia zakresu robót. W przetargu tym Zarząd niezasadnie odrzucił najtańszą ofertę. Jednak w wyniku postępowania odwoławczego ostatecznie zawarto z oferentem umowę. Po 5 dniach od organizacji zaplecza na placu budowy, wykonawca zgłosił błąd w projekcie dotyczący wadliwej konstrukcji dachu. Stwierdził, że na podstawie tego projektu, inwestycji nie da się zrealizować. Projektant był innego zdania. Blisko 10 miesięcy Zarząd, wykonawca i projektant wymieniali się opiniami i ekspertyzami udowadniającymi swoje rację. A budowa w tym czasie stała. Ostatecznie w maju 2013 r. wypowiedziano umowę zawartą z pierwszym wykonawcą. Na mocy ugody sądowej za wykonane prace zapłacono 2 mln zł i obustronnie zrzeczono się kar i odszkodowań.
Przeprowadzono kolejne postępowanie na wprowadzenie zmian w dokumentacji projektowej i dokończenie budowy. To wszystko spowodowało, że koszt wykonania inwestycji wzrósł o 13,1 mln zł (z 73 do 86,1 mln zł), a planowany termin zakończenia prac przesunięty został o rok – z lipca 2014 r. na lipiec 2015 r. Realizowany projekt znacząco różni się od tego wybranego w konkursie przeprowadzonym w 2009 r. Na wniosek nowego wykonawcy zmienił go jednak projektant pierwotnej koncepcji.
W ocenie NIK, za przyjęcie błędnej dokumentacji odpowiedzialny był nie tylko projektant i Inżynier Kontraktu, ale i Zarząd Obiektów Sportowych, który jako inwestor, powinien odpowiednio zarządzać procesem budowlanym.
Kontrola NIK wykazała, że zarządcy nie podejmowali skutecznych działań dla zahamowania procesu dekapitalizacji najstarszych budynków komunalnych. Stan techniczny tych obiektów ciągle się pogarszał, powodując zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Ciągły niedobór środków na remonty i modernizację sprawiał, że zarządcy często wykonywali remonty budynków jedynie w minimalnym zakresie, a gminy coraz częściej zmuszone były podejmować decyzje o rozbiórce lub sprzedaży zdekapitalizowanych budynków.
W badanym okresie (2011-2013) zasób budynków gminnych, w tym tych najstarszych, zmniejszył się o 10%. NIK podkreśla, że sprawa wymaga pilnego rozwiązania w obliczu rosnącego i niezaspokojonego zapotrzebowania na mieszkania komunalne wśród osób o niskich dochodach.
Aż 75% wszystkich budynków komunalnych w gminach objętych kontrolą stanowiły obiekty oddane do użytku jeszcze przed 14 sierpnia 1961 r. Wiele z nich znajdowało się w złym stanie technicznym, stanowiąc zagrożenie dla zdrowia, a nierzadko i życia ludzi.
Do 90% wzrosła liczba najstarszych budynków zakwalifikowanych do różnego rodzaju napraw. W 2013 r. naprawy głównej (tj. wymiany co najmniej jednej części budynku) wymagało 40% budynków, a do napraw bieżących zakwalifikowano połowę zasobu oddanego do użytku przed 1961 r. Jednak pula środków na remonty sukcesywnie się zmniejszała, powodując pogłębianie się zjawiska tzw. „luki remontowej”, czyli różnicy między rzeczywistymi potrzebami na przeprowadzenie wszystkich koniecznych prac remontowych a nakładami na remonty. W okresie objętym kontrolą na remonty brakowało ok. 1 mld zł. Tymczasem stopień pokrycia niezbędnych nakładów w tym okresie spadł z 20% do 8% i wyniósł w sumie ok. 132 mln zł.
Wykres: „Luka remontowa” w latach 2011-2013
Deficyt środków sprawiał, że przy planowaniu remontów zarządcy musieli ograniczać zakres prac do limitów kwot określonych przez gminę. Konsekwencją było dalsze pogarszanie stanu technicznego budynków i obniżanie poziomu bezpieczeństwa mieszkańców, a także zmniejszenie zasobu mieszkaniowego gminy. W związku ze złym stanem technicznym budynków i brakiem środków na remonty, w ciągu 3 lat z użytku wyłączono 925 obiektów, a liczba budynków komunalnych, w tym tych najstarszych w skontrolowanych gminach, spadła o prawie 10%. Odsetek budynków przeznaczonych do opróżnienia i wyburzenia wzrósł z 4,6% w 2011 r. do 5,5% w 2013 r.
W badanym okresie jedynie na terenie dwóch gmin, spośród 21 skontrolowanych podmiotów, zasób mieszkaniowy się zwiększył.NIK podkreśla, że malejąca liczba budynków komunalnych skutkuje wydłużonym czasem oczekiwania na przydział mieszkania. Taka sytuacja powoduje, że gmina musi przeznaczać coraz większe środki na odszkodowania z tytułu niezapewnienia lokalu socjalnego w ustawowym terminie. Jednocześnie poziom środków przeznaczanych przez gminy na poprawę stanu technicznego budynków i ich bezpiecznego użytkowania oraz rozproszenie potencjalnych źródeł finansowania tych zadań w gminach nie pozwalają na racjonalne gospodarowanie budynkami komunalnymi.
Najważniejsze nieprawidłowości i problemy stwierdzone przez NIK:
43% zarządców nie wykonywało w pełni zaleceń nadzoru budowlanego lub robiło to z opóźnieniem, co czasem powodowało zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Zarządcy mieli też problemy z wykonywaniem decyzji organów gmin dotyczących rozbiórki już wykwaterowanych budynków. Taki przypadek miał miejsce w Łodzi, gdzie w 2004 r. wykwaterowano wszystkich mieszkańców, a budynek stał pusty przez 10 lat, po czym doszło do katastrofy budowlanej. Przez cały ten okres zarządca nie podjął żadnych działań, poza zabezpieczeniem dostępu przed osobami nieuprawnionymi. W wyniku katastrofy konieczne było kilkudniowe zamknięcie ruchu dla samochodów w bezpośrednim otoczeniu budynku;
prawie ⅔ zarządców nie korzystało z dostępnych źródeł zewnętrznych, pozwalających na dofinansowanie wybranych działań służących poprawie stanu technicznego i wyposażenia budynków, a podejmowane przez gminy lub zarządców działania pozwoliły zaledwie 8 z 21 podmiotów objętych kontrolą na zdobycie dodatkowych środków w wysokości ok. 8,9 mln zł. Uzyskana kwota była jednak kroplą w morzu potrzeb: środki te stanowiły zaledwie 0,8% sumy koniecznej, aby zaspokoić wszystkie potrzeby objętych kontrolą budynków komunalnych w latach 2011-2013. Zewnętrzne źródła dofinansowania obejmowały: Fundusz Dopłat Banku Gospodarstwa Krajowego, Program dla Społeczności Romskiej w Polsce, Lokalne Programy Rewitalizacji, jak również Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w ramach programu KAWKA oraz fundusz prewencyjny PZU. W Krakowie wykorzystano ok. 572 tys. zł z Funduszu Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, w innych jednostkach spożytkowano także środki będące w dyspozycji Wojewodów oraz Konserwatorów Zabytków;
prezydenci i burmistrzowie skontrolowanych gmin – poza jednym przypadkiem – nie kontrolowali zarządców pod kątem wywiązywania się z obowiązków określonych ustawą Prawo budowlane. Poza tym, w przypadku ponad 43% jednostek organy gmin nie weryfikowały, czy zarządcy stosują się do postanowień umów zawartych z gminą, dotyczących zarządzania zasobem komunalnym, w tym: czy przeprowadzają okresowe kontrole stanu technicznego budynków, czy wykonują zalecenia pokontrolne oraz czy prowadzą książki obiektu budowlanego. W ocenie NIK brak zainteresowania po stronie gmin mógł przyczynić się do nieprawidłowości po stronie zarządców w zakresie prowadzonych przez nich kontroli najstarszych budynków;
U większości zarządców wystąpiły nieprawidłowości w zakresie prowadzenia rocznych i pięcioletnich kontroli stanu technicznego budynków. 81% skontrolowanych podmiotów w ogóle nie wykonywało takich kontroli lub przeprowadzało je z opóźnieniem w stosunku do terminów określonych w ustawie Prawo budowlane lub w odpowiednich rozporządzeniach. W wyniku kontroli NIK, w jednym przypadku zarządca został ukarany karą grzywny za niedopełnienie obowiązków w tym zakresie.
W ponad 70% przypadków protokoły z kontroli okresowych były niekompletne. Nie ujmowano w nich wszystkich wymaganych prawem danych, nie sprawdzano wykonania zaleceń z poprzednich kontroli. Nie dokumentowano też ustaleń z przeglądów roboczych dotyczących przygotowania budynku do okresu zimowego, na podstawie których sporządzano zestawienie robót remontowych. Zdaniem NIK zaniedbania w zakresie wykonywania okresowych kontroli i przeglądów oraz niekompletne protokoły kontroli sprawiały, że ani gminy, ani zarządcy nie mieli pełnej wiedzy o stanie technicznym użytkowanych budynków. Brak takich informacji nie pozwalał na określenie rzeczywistego zapotrzebowania na remonty i modernizacje, a tym samym na sporządzanie rzetelnych planów remontowych.
W ocenie Izby konieczne jest podjęcie następujących działań:
1) przez Ministra Infrastruktury i Rozwoju, w zakresie:
stworzenia jednolitego systemu na poziomie krajowym, pozwalającego na określenie rzeczywistych potrzeb w zakresie remontów i modernizacji najstarszych budynków,
wypracowania mechanizmu wsparcia finansowego dla gmin
w powyższym zakresie.
2) przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, w zakresie:
zahamowania procesu degradacji najstarszych budynków komunalnych,
wzmocnienia nadzoru właścicielskiego nad działalnością zarządców zasobów komunalnych.
3) przez zarządców budynków komunalnych, w zakresie:
wykonywania decyzji wydanych przez organ nadzoru budowlanego,
terminowego przeprowadzania rocznych i pięcioletnich kontroli stanu technicznego budynków,
sporządzania planów remontów budynków na podstawie kompletnych i rzetelnie sporządzanych protokołów z okresowych kontroli,
pełnej realizacji zaleceń pokontrolnych zawartych w protokołach z przeprowadzanych okresowych kontroli stanu technicznego,
wprowadzenia zasady dokumentowania wszystkich przeglądów i zdarzeń oraz określania stanu budynków i rzeczywistych potrzeb w zakresie ich remontów.
Kluczowy wpływ na stabilność rynku pracy ma – obok obowiązującego systemu prawnego – skala zamówień na usługi na rynku komercyjnym i publicznym. Doskonałe dane o systematycznym spadku bezrobocia w latach 2014 i 2015 powinny być poparte kompleksowymi działaniami mającymi na celu ochronę miejsc pracy i podnoszenie bezpieczeństwa zatrudnienia. Takie działania podejmuje zarówno Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), jak i przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan. W celu długookresowej stabilizacji polskiego rynku pracy, jego dalszego rozwoju oraz skutecznego zabezpieczenia interesów pracowników pracodawcy branż usługowych podpisali deklarację wypełniania zapisów znowelizowanych: Ustawy Prawo zamówień publicznych obowiązującej od 19 października 2014 roku oraz Ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, której zapisy wejdą w życie od 1 stycznia 2016 roku, a także zaangażowania w edukowanie społeczeństwa, budowanie najlepszych wzorców i rozpowszechnianie właściwych standardów działania.
„To już pewne, mamy długo oczekiwane ożywienie na rynku pracy. Polska gospodarka jeszcze nigdy od rozpoczęcia transformacji nie zatrudniała tylu osób, co obecnie. Po dobrych wynikach w ubiegłym roku, w nadchodzących miesiącach możemy się spodziewać dalszego spadku bezrobocia. Na wsparcie osób szukających pracy zarezerwowaliśmy w tym roku 5,5 mld zł. To o blisko 0,5 mld więcej niż w ubiegłym roku. Dzięki nowemu wsparciu dla młodych, rodziców, opiekunów i osób 50+ oraz ożywieniu gospodarczemu jest szansa, że stopa bezrobocia w tym roku będzie jednocyfrowa” – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.
W 2014 roku z nowych instrumentów wsparcia skorzystało 19,6 tys. osób bezrobotnych. To m.in. bony zatrudnieniowe i na zasiedlenie, refundacja składek ZUS, granty na telepracę, świadczenia aktywizacyjne oraz trójstronne umowy szkoleniowe. Dodatkowo ponad 51 tys. osób otrzymało dotacje na start własnego biznesu, a 220 tys. wzięło udział w stażach u pracodawców. W sumie urzędy pracy w 2014 roku udzieliły wsparcia 505 tys. osób bezrobotnych .
„Kluczowe jest, by ozusowanie umów zleceń przyniosło założony przez Ustawodawcę rezultat – a więc przede wszystkim poprawę sytuacji pracowników i zwiększenie bezpieczeństwa ich zatrudnienia. Celem jest stabilizacja na rynku pracy oraz ochrona osób szczególnie narażonych na wykluczenie. Dlatego działania regulacyjne muszą być rozsądne i rozłożone w czasie tak, aby nie zaszkodzić trendowi wzrostu zatrudnienia. To niezwykle ważne, że cele realizowane przez Ministerstwo Pracy są także rozumiane, popierane i wdrażane przez przedsiębiorców. Pracodawcy w 2014 roku stworzyli ponad 610 tys. miejsc pracy, a dzięki ich aktywności inwestycyjnej w bieżącym roku liczba ta może być jeszcze wyższa. W tej liczbie, ponad połowa miejsc pracy została obsadzona przez osoby bezrobotne, a nowe instrumenty mają pomagać lokować ich na otwartym rynku pracy. Deklaracja firm z branży usługowej powinna stanowić wzór dla kolejnych sektorów, które nie tylko chcą zatrudniać, ale także podejmują działania na rzecz poprawy jakości pracy” – dodał Jacek Męcina, sekretarz stanu w MPiPS.
„Znowelizowana w ubiegłym roku Ustawa Pzp pozwoli na efektywniejsze wydatkowanie publicznych pieniędzy oraz na ugruntowanie właściwych standardów i praktyk m.in. w obszarze wyłaniania najkorzystniejszych ekonomicznie ofert. Katalog dobrych praktyk w ramach zamówień publicznych to pozycja obowiązkowa – zarówno dla Zamawiających, jak i Wykonawców. Z całą pewnością warto, by w szczegółach zapoznali się oni z zasadami, jakie powinny obowiązywać dziś na rynku. Waloryzacja kontraktów długoterminowych, odejście od kryterium najniższej ceny i równa konkurencja będą korzystne przede wszystkim dla pracowników” – mówi Maria Janyska, Poseł na Sejm RP, wchodząca w skład Komisji Gospodarki oraz podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo zamówień publicznych.
„Wypracowanie wspólnych standardów, którymi kierować się będą Pracodawcy to bardzo ważny krok, aby w rzeczywisty sposób uzdrowić nie tylko rynek zamówień publicznych, ale także sektor prywatny. W związku z tym niezwykle istotne będzie przestrzeganie katalogu dobrych praktyk oraz deklaracji, które pozwolą nie tylko ustabilizować sytuację na rynku pracy w firmach usługowych, ale również doprowadzić do zwiększenia poziomu zatrudnienia w oparciu o umowy o pracę oraz zapewniania pracownikom godziwych warunków wynagradzania” – ocenił Jan Guz, przewodniczący OPZZ.
„Pracodawcy – jednym głosem ze Związkami Zawodowymi – od 2009 roku postulowali wprowadzenie obowiązkowych składek od umów cywilnoprawnych, a uregulowane ww. aktami prawnymi zmiany wyczerpują podnoszone postulaty. Reforma zabezpiecza nie tylko interes pracowników, ale pozwoli na zmniejszenie szarej strefy w zatrudnieniu czy wyeliminowanie praktyk szkodzących uczciwej konkurencji. Deklaracja pracodawców to ważny krok – a dobrą platformą współpracy będą zbliżające się targi ISSA INTERCLEAN CEE 2015 w Warszawie, gdzie wszyscy uczestnicy rynku będą mogli wymienić między sobą dobre praktyki” – komentuje Marek Kowalski, Przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.
Pracodawcy wskazują, że właściwie wdrożone i przestrzegane reformy w sposób fundamentalny przyczynią się do utrwalenia rozwoju społeczno-gospodarczego Polski, ale również będą stymulować aktywność zawodową Polaków. Deklaracja ma charakter otwarty i może być przedmiotem nostryfikacji zarówno Związków Zawodowych, jak i Związków Pracodawców.
Stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła w marcu br. 11,7% (w marcu 2014 r. stopa bezrobocia wynosiła 13,5 proc) i w porównaniu do lutego br. spadła o 0,3 punktu procentowego. Bezrobocie spadło we wszystkich województwach.
Firmy chcą zatrudniać nowych pracowników. W marcu 2015 r. zgłosiły do służb zatrudnienia 115 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, o 18 tys. więcej niż w lutym br. Liczba ofert zgłoszonych w marcu br. była o 5,9 tys., czyli o 5,4 % wyższa niż w marcu 2014 r.
Przygotowany przez Ministerstwo Środowiska projekt Krajowego Programu Ochrony Powietrza stawia właściwą diagnozę stanu powietrza w Polsce oraz proponuje odpowiednie działania w celu jego ochrony – uważa Konfederacja Lewiatan.
– Zgadzamy się, że przedsięwzięcia zmierzające do poprawy czystości powietrza powinny koncentrować się na ograniczaniu emisji z sektora komunalno-bytowego (indywidulane ogrzewanie budynków) oraz z sektora transportu. One w znacznym stopniu przyczyniają się do przekroczeń dopuszczalnych poziomów zanieczyszczeń. Ponadto w sektorach tych możliwe jest uzyskanie w stosunkowo krótkim czasie istotnych redukcji emisji. Z tego też względu potencjał ograniczenia emisji właśnie w tych sektorach powinien zostać w pełni wykorzystany poprzez odpowiednie działania systemowe, regulacyjne, finansowe oraz edukacyjne – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Lewiatan podziela również konkluzje projektu KPOP, zgodnie z którymi dotychczasowe istotne redukcje emisji możliwe były dzięki inwestycjom w ochronę środowiska w zakładach przemysłowych oraz w sektorze energetycznym na skutek odpowiedniego stosowania wymagań najlepszych dostępnych technik i rozwiązań prawnych (pozwolenia zintegrowane).
W ocenie Konfederacji Lewiatan oznacza to, że ten obszar regulacji skierowany do dużych obiektów energetycznego spalania oraz zakładów przemysłowych działa prawidłowo i przynosi oczekiwane efekty. Dlatego też nie należy tych regulacji zmieniać.
Zakładając odpowiednie konto można zarobić nawet kilkaset złotych w skali roku. Pozwalają na to programy moneyback podpięte do kart kredytowych. Niestety, coraz mniej banków oferuje tego typu bonusy.
Terminem moneyback określamy promocję, która polega na zwrocie określonego procentu od obrotów wykonanych kartą płatniczą. Na koniec miesiąca bank sumuje ile klient wydał za pomocą karty, odlicza określony procent i przelewa na konto użytkownika. Z reguły zwrot wynosi od 1 do 3 proc., ale nie więcej niż około 50 zł miesięcznie. W skali roku można odzyskać nawet 760 zł. Niestety, takich programów jest coraz mniej.
– Banki finansują tego typu bonusy między innymi z prowizji pobieranych od punktów akceptujących karty płatnicze. Po obniżce opłaty interchange z 1,6 proc. do poziomu 0,2-3 proc. banki mniej chętnie sponsorują nagrody dla klientów. Dziś musiałyby łożyć z własnej kieszeni, wcześniej nagrody dla klientów były „sponsorowane” przez handlowców płacących bardzo wysokie prowizje – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.
Z analizy Bankier.pl wynika, że konta z moneybackiem znajdziemy dziś w 9 bankach. Nie wszędzie jest to jednak zwrot od płatności kartą. BZ WBK, czy Getin Bank proponują klientom zwrot od wartości opłaconych rachunków za energię czy inne media. Z kolei w iKoncie od BNP Paribas Banku jest moneyback na poziomie 3 proc., ale od transakcji wykonanych kartą przez aplikację PayU. W niektórych bankach moneyback dotyczy tylko transakcji wykonanych w określonych punktach handlowych. Przykładowo Eurobank zwraca 5 proc. za wydatki kartą do konta na sport, rekreację i rozrywkę, a Toyota Bank oddaje od 2 do nawet 10 proc. za paliwo.
Haczyk za haczykiem
Z reguły programy moneyback są pełne haczyków. Mogą z nich korzystać tylko wybrani klienci, lub osoby, które spełniają określone warunki. Na przykład w mBanku, żeby dostać zwrot w wysokości 2 proc. Miesięcznie, trzeba zasilać konto kwotą nie niższą niż 1000 zł i wydawać kartą minimum 250 zł. Dodatkowo z oferty mogą skorzystać tylko nowi klienci.
– Programy moneyback są bardzo skutecznym narzędziem do promocji transakcji bezgotówkowych, ale nie najważniejszym. Moneyback to produkt dla osób, które aktywnie korzystają z kart płatniczych i jednocześnie odnotowują stosunkowo wysokie wpływy na konto. Przy moneybacku wynoszącym 2% wartości transakcji, by uzyskać 50 zł zwrotu trzeba dokonać zakupów kartą na łączną kwotę 2,5 tys. zł. W Polsce, wciąż mało który klient banku może sobie na to pozwolić. Zwykle miesięczne zwroty wynoszą kilka lub kilkanaście złotych – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Ani upadłość, ani likwidacja, ale druga szansa – 1 stycznia 2016 r. wejdzie w życie nowe prawo restrukturyzacyjne, którego przepisy mają ułatwić przedsiębiorstwom wychodzenie z tarapatów finansowych, a także zabezpieczyć interesy wierzycieli.
Nowe prawo wprowadza elastyczne możliwości postępowania w przypadku niewypłacalności lub zagrożenia niewypłacalnością. „Firmy będą mogły skorzystać z czterech procedur: o zatwierdzenie układu, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego i postępowania sanacyjnego” – wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl radca prawny Piotr Zimmerman z kancelarii prawnej Zimmerman i Wspólnicy.
Wprowadzona zostanie regulacja, która w ramach postępowania upadłościowego pozwoli dłużnikowi na złożenie wniosku o sprzedaż przedsiębiorstwa lub części jego majątku. Oprócz tego zwiększą się kompetencje wierzycieli w postępowaniu ogólnym i ich wpływ na syndyka, a w postępowaniach restrukturyzacyjnych – na nadzorcę i zarządcę. „Tak znowelizowane zapisy prawa upadłościowego pomogą w szybkim i sprawnym przeprowadzeniu postępowania. Mają spowodować, że wierzyciele nie będą musieli latami czekać na wypłatę należnych im pieniędzy” – mówi ekspert.
Ważnym elementem reformy jest utworzenie internetowego Centralnego Rejestru Restrukturyzacji i Upadłości. Oprócz informacji na temat postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych bezpłatny portal będzie zawierał wzory pism i formularzy wymaganych w trakcie spraw. Ułatwi to komunikowanie się sądu z dłużnikiem i wierzycielami, a przez to – aktywizowanie tych ostatnich w procesie restrukturyzacyjnym.
Mimo deflacji Produkt Krajowy Brutto jest coraz wyższy, a tempo jego wzrostu nie słabnie. W tym roku może się zbliżyć do 4 proc., a potem przekroczyć ten poziom. To zjawisko zwane przez ekonomistów joyflation. Zdaniem prof. Mariana Nogi, byłego członka RPP, warto korzystać z okazji, bo choć wzrost gospodarczy przy niskich cenach ma potrwać kilka lat, nie jest to nam dane na stałe.
Polskie PKB w zeszłym roku wzrosło o 3,3 proc. W ocenie wielu ekonomistów w 2015 roku wzrost będzie wyższy.
– Widziałem prognozy większości banków polskich na ten temat i one są między 3 a 4 proc., i to tak właśnie będzie– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, były członek Rady Polityki Pieniężnej. – Myślę, że tak w połowie będzie ten wzrost w roku 2015, czyli 3,5 proc. To jest moim zdaniem dobry wskaźnik, który zapewnia Polsce rozwój gospodarczy i przedpole do jeszcze większego wzrostu w 2016 roku.
Mimo wzrostu gospodarki w tempie powyżej 3 proc., ceny od sierpnia ub.r. spadają. W marcu były niższe od tych sprzed roku o 1,5 proc. Zazwyczaj rozwój gospodarczy napędza inflację, natomiast obserwowany obecnie szybki wzrost przy niewielkiej inflacji lub deflacji ekonomiści określają jako joyflation. Wytłumaczeniem tego zjawiska nie mogą być nawet wspierające rozwój Polski pieniądze z Unii Europejskiej.
– Tylko 10 proc. inwestycji jest finansowanych przez fundusze europejskie, a 90 proc. przez polskie przedsiębiorstwa – zwraca uwagę były członek Rady Polityki Pieniężnej. – W związku z tym to jest nasz wzrost gospodarczy. I rzeczywiście mamy w Polsce joyflation.
Kondycja gospodarki byłaby jeszcze lepsza, gdyby polskie firmy zaczęły jeszcze więcej inwestować w rozwój. Umożliwiają to bardzo niskie stopy procentowe, za którymi idą tanie kredyty. Przedsiębiorstwa wolą jednak trzymać pieniądze na swoich kontach, niż je wydawać.
– Czyli ani kredytów nie biorą, ani nie finansująze swoich funduszy i środków – mówi prof. Marian Noga. –Dlatego że apetyt na ryzyko jest niski, mamy do czynienia raczej z awersją do ryzyka. To wynika z sytuacji na zewnątrz Polski. Jak się sytuacja na zewnątrz poprawi, a musi się poprawić, może za rok, to wtedy inwestycje będą mogły wpływać, ale to już będzie 2016 rok czy nawet 2017. Gdyby wtedy inwestycje działały, spożycie działało, a do tego jeszcze eksport, to u nas mógłby być wzrost nawet 4,5 proc. PKB.
Tymczasem gospodarka rynkowa rozwija się cyklicznie i po okresach dobrego wzrostu, dobrej koniunktury musi nastąpić okres dekoniunktury. Joyflation nie jest dana na stałe.
– Dobrze by było, żeby było tak stale, ale to jest niemożliwe – podkreśla prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Chodzi tylko o to, żeby te amplitudy wahań nie były za wysokie i żeby nie było tych wahań zbyt częstych. Żeby gospodarka możliwie długo była w fazie wzrostu. Jeżeli nawet musi być spadek, to żeby to spowolnienie nie było za duże i raczej krótkie, toby była najlepsza sytuacja dla gospodarki.
Inflacja, czyli wzrost cen, powróci prawdopodobnie już jesienią, gdy pojawi się efekt bazy, czyli ceny będą porównywane do niskich cen z jesieni 2014 roku, a ponadto dołączą się czynniki sezonowe. Zdaniem prof. Mariana Nogi najlepsza dla gospodarki byłaby inflacja na poziomie ok. 2 proc., a Rada Polityki Pieniężnej powinna rozważyć obniżenie celu inflacyjnego właśnie do tego poziomu z obecnych 2,5 proc.
– Spowodowałoby to, że cel inflacyjny w Polsce byłby identyczny jak w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Danii czy jak – przede wszystkim – w strefie euro. To jest pierwszy krok. A drugi krok to doprowadzić inflację bieżącą do poziomu 2 proc. To jest ważne dlatego, że postęp cywilizacyjny kosztuje. Każdy z nas pracuje w określonym miejscu i zdobywa określone kwalifikacje, zwiększa swoje doświadczenie, potem lepiej pracuje, a za to pracodawca powinien nam zapłacić. Mówi się, że to jest gdzieś 2 proc. wzrostu, a u nas nie ma nieraz wzrostu płac w sektorze budżetowym przez trzy lata. A ci pracownicy są lepsi. I w związku z tym musimy się zgodzić na inflację 2-proc., cel bym obniżył do 2 proc. i pilnował potem tych 2 proc.
Apator, wiodący polski producent sprzętu pomiarowego, liczy na to, że w 2015 roku zwiększy swoje przychody. Spółce ma pomóc ekspansja na rynku brytyjskim, gdzie w lutym została jedynym właścicielem działającej w podobnej branży firmy George Wilson Industries Limited.
Apator za spółkę z Coventry zapłaci w sumie 5,4 mln funtów. Spłaci też 1,7 mln funtów, jakie brytyjska spółka winna jest poprzedniemu właścicielowi, firmie National Industry Group.
– To daje nam dostęp do rynku brytyjskiego, będziemy mieli pełną kontrolę nad spółką – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Nowak, członek zarządu, dyrektor ds. finansowych Apator SA. – Rysują się tam bardzo ciekawe perspektywy wejścia na rynek smart meteringu, a GWi (George Wilson Industries) ma być wehikułem, który ma nam w tym pomóc.
Pieniądze przeznaczone na zakup GWi będą pochodziły z kredytu inwestycyjnego. Apator nie planuje szukać innego sposobu finansowania tej transakcji.
– Wielkość inwestycji jest taka, że to źródło finansowania, tzn. kredyt inwestycyjny, jest wystarczające, nie myślimy w tym momencie o innych źródłach, biorąc pod uwagę wielkość tej transakcji– deklaruje Piotr Nowak.
Jak zaznacza, pozycja Apatora na rynku jest coraz lepsza i spółka liczy na to, że poprawi bardzo dobre wyniki z 2014 roku.
– Prognozujemy dalsze zwiększenie przychodów z działalności organicznej w linie opomiarowania energii elektrycznej, wody i gazu. Częściowo wzrosty będą wzmocnione też dzięki naszej akwizycję GWi w Wielkiej Brytanii.
W ubiegłym roku przychody Apatora ze sprzedaży wzrosły o 42,5 mln zł, przekraczając 725 mln zł. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej bliski był 85 mln zł, co oznacza wzrost o 17 mln w porównaniu z 2013 rokiem. To oznacza, że rośnie też dywidenda płacona akcjonariuszom spółki.
– Apator zadeklarował 80 gr na akcję z zysku za 2014 rok– przypomina członek zarządu i dyrektor ds. finansowych spółki. – W naszej polityce mamy zapisane, że możemy dystrybuować maksymalnie do 75 proc. zysku. To będzie zależało od naszej sytuacji i planów inwestycyjnych. Będziemy rozważać te poziomy w roku nadchodzącym.
Apator produkuje liczniki wodne, gazowe, a przede wszystkim elektryczne. Wraz z rozwojem technologicznym zmienia się ich konstrukcja i w całej Europie dostawcy mediów systematycznie je wymieniają. Spółka liczy na dynamiczny wzrost tego rynku w najbliższych latach i swój udział w tym wzroście. Sporo też inwestuje. CAPEX spółki w ostatnich latach utrzymuje się na poziomie ok. 23 mln zł rocznie. Teraz ma być podobnie.
– To będą inwestycje zbliżone do poziomu z lat ubiegłych– zapowiada Piotr Nowak z zarządu Apatora. – Będziemy inwestować głównie w majątek trwały, odtworzeniowy, moce produkcyjne Apatora. Będziemy realizować kilka nowych projektów, ale te poziomy nie powinny odbiegać od tych, które Apator prezentował w latach ubiegłych.
Selgros, jedna z trzech działających w Polsce sieci hurtowni spożywczych typu cash & carry, rozwija swój sklep internetowy. Firma stawia na dostawy z dowozem do lokali gastronomicznych, oczekując, że będzie ją to wyróżniało na rynku.
Otwierając pierwszą hurtownie w latach 90., Selgros Cash & Carry zakładał, że stworzy ich docelowo pięć. Obecnie otworzył ich już 16, a w planach ma kolejne cztery. Dwie z nich mają powstać w tym roku, z czego jedna w Warszawie. Pięć kolejnych przejdzie modernizację. Jak deklaruje operator hurtowni, dobre wyniki, jakie sieć osiągnęła na polskim rynku, sprawiły, że jej rozwój był znacznie bardziej ambitny niż pierwotnie zakładano. Potwierdził to 2014 rok.
– Wydaje mi się, że rok był dobry– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Wardęcki, kierownik działu obsługi klienta Selgros Cash & Carry. – Otworzyliśmy kolejną halę w Lublinie, rozwijamy nową działkę naszej działalności w postaci e-sklepu. Staramy się też pozyskiwać klientów gastronomicznych, oferując im dowóz. Następny rok będzie czasem ugruntowywania tych działań i zdobywania coraz mocniejszej pozycji u dostawców.
Selgros Cash & Carry oferuje w swych hurtowniach zaopatrzenie dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Obecnie zatrudnia przeszło 4000 pracowników, a każda kolejna hala to ok. 300 nowych miejsc pracy. Wyróżnikiem sieci Selgros jest stworzenie systemu dostaw dla segmentu HoReCa, czyli firm prowadzących działalność hotelarsko-restauracyjną. Wymaga to systematycznego dostarczania do klienta szerokiego asortymentu towarów spożywczych. Zapewnienia im odpowiedniego przechowywania i transportu oraz czasu dostawy. Za tę działalność Selgros został uhonorowany podczas marcowych targów Poland & CEE Retail Summit. Potwierdza to, że współpraca sieci z klientami układa się dobrze – podkreśla Piotr Wardęcki z Selgros Cash & Carry.
– Kolejny rok jesteśmy przez nich doceniani, wygrywamy z innymi firmami z branży. Sądzę jednak, że trudne zadanie dopiero przed nami: musimy działać na takim poziomie jak dotychczas, ewentualnie osiągać jeszcze lepsze wyniki, żeby w kolejnych edycjach konkursu zdobywać podobne nagrody. Mocno podniosło nam to poprzeczkę – mówi kierownik działu obsługi klienta Selgros Cash & Carry.
Selgros Cash&Carry to sieć wielkopowierzchniowych hurtowni, do których klient przyjeżdża własnym transportem i płaci gotówką, w odróżnieniu od hurtowni tradycyjnych, które same dowożą zamówiony towar do klienta i wystawiają fakturę z odroczonym terminem płatności. W Polsce Selgros ma trzecią pozycję na rynku, po sieciach Makro oraz Eurocash.
Sukcesy w eksporcie na zagraniczne rynki skłaniają polskich przedsiębiorców do myślenia o fuzjach i przejęciach. Sprzyjają temu również warunki gospodarcze, czyli przedłużające się problemy rozwiniętych państw europejskich i tani pieniądz. Ekspansje polskich firm może wesprzeć kapitałowo uruchomiony kilka miesięcy temu Fundusz Ekspansji Zagranicznej BGK, który oferuje środki do 50 mln zł.
– Firmy z Polski doszły do tego etapu, że po okresie ekspansji eksportowej myślą coraz częściej o fuzjach i przejęciach. Myślę, że fundusz uruchomiony w ramach BGK będzie wspierał ekspansję zagraniczną polskich przedsiębiorstw – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Partnerów EY.
Zadaniem Funduszu Ekspansji Zagranicznej BGK jest wsparcie kapitałowe polskich firm, które dokonują ekspansji zagranicznej. Udział FEZ w każdym z projektów wyniesie od 5 mln do 50 mln zł i może stanowić maksymalnie 50 proc. wartości całej inwestycji. Funduszem zarządza TFI BGK i działa on od początku 2015 roku. Obecnie dysponuje kapitałami w wysokości 100 mln zł, ale w ciągu 7 lat mają one wzrosnąć do 1,5 mld zł.
Do transakcji fuzji i przejęć zachęca przede wszystkim otoczenie gospodarcze. Spowolnienie w Europie trwa już 7 lat i w niektórych krajach nadal stanowi poważny problem. Jak podkreśla Bielecki, kryzys sprzyja tym, którzy są przedsiębiorczy i mają kapitał, a w takiej roli coraz częściej występują polskie firmy.
– Pojawiają się szanse akwizycyjne, gdyż w tej chwili w gospodarce światowej, szczególnie w krajach bardziej rozwiniętych, nie brakuje pieniądza, tylko pomysłu na inwestycje – podkreśla przewodniczący Rady Partnerów EY. – Jeśli są polscy przedsiębiorcy, którzy mają pomysł i wiedzą, co zrobić, to teraz nadchodzi właściwy moment.
Tym bardziej że koszt pieniądza jest rekordowo niski. W Polsce i krajach rozwiniętych stopy procentowe są na historycznie niskich poziomach. Poza tym myśleniu o przejęciach na rynkach zagranicznych sprzyja również demografia.
– Skutki starzejącego się społeczeństwa zachodniego zaczynają nam służyć. Niektóre biznesy rodzinne w Europie Zachodniej po prostu są sprzedawane przez starszych przedsiębiorców, którzy na ostatnie lata chcą się spokojnie scashować – podkreśla Jan Krzysztof Bielecki.
Z drugiej strony spowolnienie w gospodarce globalnej jest wyzwaniem, z którym polskie firmy również muszą sobie radzić.
– Od ponad roku mówi się o tzw. sekularnej stagnacji, czyli o poważnym spowolnieniu rozwoju gospodarczego w krajach najbardziej rozwiniętych w perspektywie nawet kilkunastu lat. To jest nowe wyzwanie, z którym musimy sobie poradzić – zaznacza Bielecki.
Według ekonomistów sekularna stagnacja w Europie wynika m.in. z dysproporcji handlu zagranicznego w strefie euro. Przed 2008 rokiem państwa z południa Europy osiągnęły deficyty na rachunkach bieżących, a państwa z północy miały z kolei nadwyżki. Pierwsza grupa stała się zatem dłużnikiem drugiej grupy, będącej wierzycielem. Nierównowaga handlowa jest jedną z przyczyn mniejszej dynamiki wzrostu PKB w Europie niż w USA bądź krajach BRICS.
Sektor publiczny staje się jednym z ważniejszych klientów firm informatycznych. W kolejnych latach zamówień może być jeszcze więcej, bo cyfryzacja będzie finansowana również ze środków unijnych. Administracja to wymagający zleceniodawca, bo każde rozwiązanie IT jest tworzone na miarę, a dodatkowym wyzwaniem są wymogi Prawa zamówień publicznych i kryterium najniższej ceny.
– Trudno znaleźć kilka podobnych ministerstw czy instytucji w jednym kraju, w związku z czym każda z nich ma swoją specyfikę i wymaga rozwiązań tworzonych na miarę, pod konkretne procesy, pod swój specyficzny rodzaj działalności – mówi agencji Newseria Borys Stokalski, prezes zarządu spółki Infovide-Matrix. – Druga rzecz to ustawa o zamówieniach publicznych. Praktyka jej stosowania wymaga doskonalenia.
To dwie cechy odróżniające sektor publiczny od innych klientów firm IT.
Zgodnie z Prawem zamówień publicznych cena nadal jest elementem mającym kluczowy wpływ na wyniki organizowanego przez podmiot sektora publicznego przetargu. Zdaniem Stokalskiego decydenci w sektorze działają pod presją filozofii najniższej ceny, co powoduje, że często wygrywa oferta najtańsza, ale w praktyce niemożliwa do zrealizowania w sposób, który przyniesie oczekiwane korzyści zamawiającemu.
– Specyfika pracy w sektorze publicznym polega na tym, by nie poddać się temu szaleństwu. Oczywiście dostawcy powinni twardo konkurować o kontrakty, ale równie ważne jest to, żeby klient na końcu był w stanie w sensowny sposób korzystać z rozwiązania, które dostanie. Jeżeli jesteśmy w stanie, dostarczając sensowne rozwiązanie, jednocześnie zaproponować rozwiązanie, które jest atrakcyjne cenowo, to wtedy udaje nam się takie przetargi wygrywać – mówi prezes Infovide-Matrix.
Technologia staje się narzędziem modernizacji państwa. Informatyka zyskuje w oczach decydentów politycznych, którzy są dysponentami środków sektora publicznego. W wielu obszarach – zdaniem Stokalskiego – działające systemy są na najwyższym poziomie. Jako przykład podaje ZUS i NBP.
– Jednak mieliśmy ostatnio do czynienia, np. przy okazji wyborów, z działaniami, które nie mieszczą się, niestety, w granicach racjonalnych decyzji menadżerskich i prowadzą do marnotrawstwa środków publicznych i skandali, których wolelibyśmy nie oglądać – uważa prezes Infovide-Matrix.
Stokalski przyznaje, że znaczenie sektora publicznego jest coraz większe, bo i proces informatyzacji w administracji przyspiesza. W kolejnych latach dzięki dofinansowaniu cyfryzacji w ramach unijnych programów zamówień może być jeszcze więcej.
– Sektor publiczny jest trzecim co do wielkości klientem naszej spółki. Przewodzą energetyka i przemysł oraz branża finansowa, która obejmuje banki i instytucje ubezpieczeniowe. W tych dwóch segmentach wielkość naszych ubiegłorocznych przychodów wyniosła po około 50 mln zł. Z sektora publicznego pochodziło 26 mln zł. Jest to więc liczący się, choć nie największy, element naszego portfela – podkreśla Borys Stokalski.
Infovide-Matrix jest zainteresowana przetargami we wszystkich segmentach sektora publicznego. Takie instytucje jak Ministerstwo Finansów czy Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa od lat są klientami spółki. Przedsiębiorstwo startuje więc samodzielnie lub w konsorcjum we wszystkich przetargach organizowanych przez te instytucje.
– Szukamy też nowych okazji do wykorzystania kompetencji spółki. Ostatnio pozyskaliśmy duży projektu wdrożeniowego w obszarze systemów ERP [rozwiązania wspomagające zarządzanie – red.] dla sądów – dodaje prezes spółki technologicznej.
Krajowi inwestorzy w tym roku kupują raczej akcje małych i średnich spółek, dlatego te największe liczą na kapitał zagraniczny. Investors TFI jest zdania, że spodziewane wzrosty na warszawskiej giełdzie podyktowane będą głównie aktywnością inwestorów zagranicznych lokujących kapitały głównie w spółkach blue chip wchodzących w skład indeksu WIG20.
– Widzimy powrót inwestorów, w szczególności zagranicznych, na WIG20 – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI. – Jeżeli będziemy mogli oczekiwać wzrostów, to tylko dzięki pieniądzom napływającym z zagranicy. Polscy inwestorzy w tym roku bardziej obstawiają małe i średnie spółki, które powinny być liderami wzrostów na giełdzie.
Od początku roku indeks WIG20, gromadzący spółki o największej kapitalizacji na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, wzrósł o 6,9 proc. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca wzrost przekroczył 7 proc. Średnie spółki skupione w mWIG40 od początku roku zyskały blisko 10 proc., a w ciągu miesiąca – 2 proc. Z kolei sWIG80 zyskał w tym roku 12 proc., ale przez ostatni miesiąc jedynie 1 proc.
– Na razie nie ma jakiegoś szerokiego przepływu do rynków wschodzących kapitału zagranicznego – wskazuje Jarosław Niedzielewski. – Widzimy, że niektóre z tych rynków zachowują się lepiej i w związku z tym inwestorzy zagraniczni część pieniędzy kierują również do Polski. W szczególności dlatego, że jesteśmy blisko rynków zachodnioeuropejskich, które zachowują się bardzo dobrze w ostatnich tygodniach i miesiącach.
Tym bardziej że ożywienie gospodarcze w Europie zaczyna już być widoczne.
– Jesteśmy krajem, który leży bardzo blisko niemieckiej, największej w Europie, gospodarki i możemy na tym najbardziej skorzystać, w tym również polskie spółki – przekonuje Niedzielewski. – Wydaje mi się, że sektor, który może rosnąć, to banki. Mają szansę odzyskać siłę, ale tylko gdy będziemy już wiedzieli, czy zostaną podjęte rozwiązania dotyczące kredytów frankowych. To jest kluczowe ryzyko, które do tej pory trochę uniemożliwiało silniejsze wzrosty największemu sektorowi dużych spółek wchodzących w skład WIG20.
W okresie od stycznia do końca marca indeks WIG-banki stracił ponad 3,5 proc. i był jedynym sektorem branżowym na GPW, który w tym czasie odnotował stratę. Dopiero w ostatnich dniach odrobił straty z pierwszego kwartału.
W ramach prac nad nowymi zasadami funkcjonowania rynku kredytów hipotecznych Związek Banków Polskich zaproponował utworzenie dwóch funduszy. Ze wspierającego kredytobiorców Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych mogliby korzystać zadłużeni, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej, niezależnie od waluty w jakiej zaciągali pożyczkę. Natomiast zadaniem Sektorowego Funduszu Stabilizacyjnego byłaby pomoc wyłącznie w rozwiązaniu problemu kredytów we frankach szwajcarskich. Związek zaproponował również tzw. uwolnienie zabezpieczeń hipotecznych, czyli ewentualną możliwość zmiany zabezpieczenia na wpis do księgi wieczystej innej nieruchomości.
Warszawski rynek powierzchni biurowej jest coraz bardziej korzystny dla najemców. Duża liczba nowych biurowców wpływa na obniżkę czynszów. Oprócz tego firmy mogą negocjować inne atrakcyjne warunki, np. wakacje czynszowe czy biuro dostosowane do swoich specyficznych potrzeb. To przede wszystkim szansa dla małych i średnich firm na siedzibę w bardziej prestiżowych lokalizacjach.
Jak wynika z danych firmy JLL, w ubiegłym roku w Warszawie przybyło blisko 280 tys. mkw. powierzchni biurowej. Ogółem w stolicy całkowita podaż to prawie 4,5 mln mkw.
– To bardzo dobry czas dla firm, które mają siedziby np. w mieszkaniach, żeby wprowadzić się do nieruchomości biurowych, które były dotychczas dla nich niedostępne – mówi Bartosz Budnicki, dyrektor operacyjny w Commerson, firmie oferującej doradztwo i pośrednictwo w obrocie nieruchomościami komercyjnymi. – W tej chwili deweloperzy są w stanie wykończyć powierzchnie zgodnie z wymaganiami nowego najemcy, udzielają też wakacji czynszowych. Dlatego klient może całkowicie bezkosztowo wejść w nowe biuro w prestiżowej lokalizacji.
Obecnie w stolicy w budowie jest 760 tys. mkw. powierzchni biurowej. W 2015 roku w Warszawie do użytku zostanie oddanych ok. 320 tys. mkw., przynajmniej tyle samo w 2016 roku.
– Warsaw Spire to 100 tys. mkw., Hines to kolejne 70 tys. mkw. i jeszcze 90 tys. firmy Skanska. Nie widać, żeby przez najbliższe parę lat ta tendencja miała wyhamować. Jedynym hamulcem mogą być banki, które wstrzymają finansowanie nowej podaży, ale trudno ocenić, czy tak faktycznie się stanie – mówi Budnicki.
W ubiegłym roku podpisano umowy najmu na 612 tys. mkw. (dane JLL). Duża liczba nowych inwestycji sprawia jednak, że coraz więcej deweloperów ma problem ze znalezieniem najemców. Raport firmy CBRE „Warsaw Office MarketView Q4 2014” wskazuje, że obecnie 570 tys. mkw. to pustostany. Na koniec 2015 roku bez najemcy może być 18 proc. powierzchni, a w 2016 roku może być to ponad 20 proc. – oceniają eksperci. To trudna sytuacja dla deweloperów, ale wyjątkowo korzystna dla najemców.
– Jeśli banki nie wstrzymają finansowania, możemy mieć rynek najemcy przez najbliższe 10 lat. Jeśli nastąpi wstrzymanie finansowania nowych inwestycji, może się okazać, że sytuacja rynkowa, korzystna dla małych i średnich firm, ulegnie zmianie w ciągu trzech lat – przekonuje ekspert firmy Commerson.
Obecna sytuacja to okazja nie tylko do rewizji warunków dotychczasowych umów i negocjacji niższego czynszu, lecz także do znalezienia nowego biura w dobrej lokalizacji i korzystnej cenie. Budnicki przekonuje, że warto w tym celu skorzystać z pomocy firm, które zajmują się doradztwem w obrocie nieruchomościami i mogą pomóc zarówno w negocjacji czynszu, jak i wyborze właściwego budynku.
– Wybór budynku jest bardziej skomplikowany. Na finalną ofertę składa się nie tylko cena za 1 mkw., lecz także efektywność budynku, składowe opłat serwisowych i inne warunki najmu. Kiedy przychodzi klient, który twierdzi, że potrzebuje 450 mkw., to po weryfikacji jego wymagań budynki, które mu przedstawiamy, mogą, w zależności od efektywności, oferować powierzchnię od 350 do 550 metrów – wskazuje Budnicki.
Klienci wciąż ostrożnie korzystają z pomocy takich firm. Tym bardziej że część pośredników może równocześnie reprezentować deweloperów.
Sklepy z produktami dla dzieci notują coraz lepsze wyniki. W ubiegłym roku Coccodrillo miało 11,4 mln zł zysku. To wynik lepszy niemal o 275 proc. od osiągniętego w 2013 roku. Firma planuje utrzymać wynik finansowy na zbliżonym poziomie i zwiększyć obroty o ok. 7-10 proc. Wyniki mogą być jeszcze lepsze, bo rynek produktów dla dzieci systematycznie rośnie. W ubiegłym roku jego wartość przekroczyła 9 mld zł.
– Jesteśmy bardzo zadowoleni ze sprzedaży w 2014 roku. Pierwsze miesiące tego roku również pokazują, że jesteśmy dobrze odbierani, a nasze kolekcje cieszą się zaufaniem klientów – mówi agencji Newseria Biznes Marek Dworczak, prezes zarządu CDRL, właściciela marki Coccodrillo. – Styczeń zamknął się ponad 20-proc. wzrostem w stosunku do poprzedniego roku, podobnie w lutym i marcu – dodaje.
Rynek produktów dla dzieci rośnie. Z danych firmy PMR wynika, że w 2014 roku był on wart ok. 9 mld zł, co oznacza mniej niż 3-proc. wzrost względem 2013 roku. W najbliższych latach dynamika ma być jeszcze większa – ok. 4 proc. Branża liczy na coraz lepsze wyniki, zwłaszcza że powoli poprawia się sytuacja demograficzna. W 2014 roku, po raz pierwszy od czterech latach, zanotowano wzrost urodzeń (376 tys., o 6 tys. więcej niż w 2013 roku).
– Chcemy utrzymać dynamikę sprzedaży na poziomie 7-10 proc. Zapewne nie uda nam się osiągnąć takiego wzrostu, jaki zanotowaliśmy między 2013 a 2014 rokiem, kiedy z 3 mln zł osiągnęliśmy ponad 11 mln. Ponad 200-proc. wzrost jest niewykonalny, ale będziemy zadowoleni, jeśli nasz wynik będzie na podobnym poziomie netto jak w 2014 roku – podkreśla prezes CDRL.
Odzież i obuwie dziecięce to największy segment rynku produktów dla dzieci. W ubiegłych latach odzież generowała ponad 30 proc. sprzedaży (odzież i obuwie łącznie blisko połowę). Jak zaznacza Dworczak, najlepiej sprzedaje się odzież dla niemowlaków i najmłodszych dzieci.
Z raportu PMR wynika, że wybierając produkty dla dzieci, Polacy częściej sięgają po asortyment z górnej półki i uznane marki.
– Kładziemy nacisk na jakość, na to gdzie i jak produkujemy. Nasze produkty są poddawane weryfikacji i kontroli jakości kilkakrotnie, od momentu powstania wzorów do ostatecznej weryfikacji, jak już towar zostanie dostarczony na nasz magazyn w Kościanie – zaznacza Dworczak. – Ludzie nam zaufali, chętnie kupują nasze produkty, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i internetowych. To jest taki powód, dla którego tak śmiało patrzymy w przyszłość.
Sieć Coccodrillo liczy obecnie ponad 360 sklepów na całym świecie (z czego 214 w Polsce). W tym roku powierzchnia handlowa powinna wzrosnąć o ok. 9 proc. do 457 placówek na koniec roku. Klienci będą mogli kupować również w sklepie internetowym.
Polscy producenci opon mają nadzieję, że najgorsze już za nimi. Liczą na to, że już w tym roku krajowa sprzedaż zacznie rosnąć i będzie to zapowiedzą jeszcze większych wzrostów w 2016 roku. Na razie Polacy wola kupować samochody niż opony.
W ubiegłym roku sprzedaż opon do aut osobowych była o 2 proc. mniejsza niż rok wcześniej. W przypadku ogumienia do samochodów ciężarowych spadek wyniósł aż 11 proc. To efekt spowolnienia w inwestycjach. Wraz z uruchomieniem środków unijnych ruszą nowe projekty, więc branża liczy na to, że ten rok i kolejne lata przyniosą wzrosty w tym segmencie.
– Spadki w segmencie samochodów osobowych są przede wszystkim skutkiem lekkiej jak na nasz klimat zimy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – W przypadku ciężarówek powodem jest zahamowana sprzedaż samochodów ciężarowych i inwestycji w branży budowlanej. Duże kontrakty infrastrukturalne i budowa dróg na razie zostały wstrzymane. Wszyscy czekają na nowy budżet unijny, nową kontraktację, podpisywanie umów, więc spodziewamy się, że w tym roku i na pewno w przyszłym segment opon ciężarowych na zanotuje wzrosty.
W ubiegłym roku sprzedaż opon do samochodów ciężarowych była o 11 proc. niższa. Sprzedaż tego typu aut w tym okresie spadła o ponad 9 proc. W tym roku wyniki sprzedaży w salonach są już dużo lepsze. Pierwszy kwartał zakończył się na 11-proc. plusie. Tylko w marcu sprzedaż była o 27,4 proc. wyższa niż przed rokiem i o 21,9 proc. wyższa niż w lutym – wynika z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
– Branża oponiarska składa się z dwóch podstawowych segmentów: opony produkowane i sprzedawane do fabryk motoryzacyjnych na tzw. pierwszy montaż i opony sprzedawane na rynek wtórny. W związku z tym od liczby sprzedanych nowych samochodów i od liczby rejestracji zależy w pewnym stopniu również wynik poszczególnych producentów opon. Im bardziej sprzedaż samochodów rośnie, tym lepiej sprzedają się opony – wyjaśnia Sarnecki.
Spadki sprzedaży opon w Polsce są wyjątkowe na tle całego kontynentu. W ubiegłym roku w Europie sprzedaż była wyższa o 2 proc. w segmencie aut osobowych i o 4 proc. w segmencie samochodów ciężarowych.
– W całej Europie sprzedaje się 165 mln sztuk opon do aut osobowych, w Polsce – około 9,5 mln. W przypadku samochodów ciężarowych to 8,5 mln sztuk w Europie, około 700-800 tys. w Polsce – informuje dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – Analizując dane rynkowe, można powiedzieć, że 2014 rok w Europie był nieznacznie lepszy niż 2013 rok. Spodziewamy się, że ta tendencja zwyżkowa obejmie też 2015 rok. W Polsce również spodziewamy się na koniec 2015 roku poprawy wyników ze względu na zwiększoną liczbę zarejestrowanych samochodów.
Dla działających w Polsce producentów opon rynek krajowy nie jest jednak najważniejszy, ich fabryki pracują bowiem głównie na eksport.
– Od lat 90. przemysł oponiarski zainwestował w Polsce 7,5 mld zł – przypomina Piotr Sarnecki. – Mamy cztery fabryki: w Olsztynie, Dębicy, Poznaniu i Stargardzie. Dziennie produkują one 130 tys. sztuk opon, więc jesteśmy bardzo dużą branżą i dużym eksporterem. Nasze produkty są sprzedawane na czterech kontynentach.
Sprzedaż win w Polsce rośnie. Z raportu KPMG wynika, że już co dziesiąta złotówka wydana na alkohol przypada właśnie na wina. Najczęściej kupowane są trunki do 30 zł za butelkę, coraz częściej wytrawne i półwytrawne, a nie deserowe jak kilka lat temu. Rocznie Polak wypija 7 litrów wina, w tym 3,5 litra wina gronowego. Spożycie w krajach winiarskich jest kilkukrotnie większe.
– Coraz więcej ludzi pije wina, jednak wciąż znacznie częściej sięgają po piwa. Spożycie piwa dziś to ok. 90 litrów rocznie na osobę, a wina – w granicach 7 litrów, z czego 3,5 litra przypada na wina gronowe. Pozostałe 3,5 proc. to wina owocowe, wszelkiego rodzaju napoje fermentowane produkowane na bazie polskich owoców – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Pawłowska, członek honorowy Polskiej Rady Winiarstwa.
W międzynarodowych rankingach Polacy pod względem spożycia wina wciąż są w tyle Europy (35. miejsce). Francuzi wypijają rocznie 45 litrów wina (15 razy więcej), niewiele mniej Portugalczycy (42 litrów), czy Włosi (37 litrów). Rynek rośnie jednak w siłę. Jak wynika z raportu KPMG, od 2004 roku sprzedaż win gronowych, zarówno spokojnych, jak i musujących, wzrosła w Polsce o 56 proc.
– Upodobania konsumentów idą w kierunku win wytrawnych, półwytrawnych i półsłodkich. Jeszcze kilkanaście lat temu preferowano wina deserowe i ziołowe – ocenia ekspertka. – Na wina musujące największe zapotrzebowanie jest w okresie karnawału, ale już w tej chwili obserwujemy, że te wina również interesują konsumentów w ciągu całego roku, przede wszystkim latem, np. szampan z truskawkami.
Prognozy KPMG wskazują, że rynek wina może się rozwijać w tempie blisko 7 proc. rocznie. Może mieć to związek z coraz większą ofertą, zwłaszcza w dyskontach. Tam też najczęściej kupujemy wina (44 proc. ). Sięgamy po te do 30 zł za butelkę. Rzadziej kupujemy wina premium w sklepach specjalistycznych.
– Niemniej jednak już jest coraz większa grupa konsumentów, którzy z racji tego, że wyjeżdżają za granicę i spotykają się z określonymi winami, szukają ich na naszym rynku i wówczas kupują również wina droższe – zaznacza Pawłowska.
Same firmy zajmujące się dystrybucją zaznaczają, że w ciągu najbliższych lat wzrośnie znaczenie win niemusujących, przede wszystkim w przedziale cenowym 30-60 zł (wzrost o 71 proc. wedle raportu KPMG).
Na stole Polaków dominują wina europejskie, stąd pochodzi 75 proc. importowanych win gronowych. W 2013 roku kluczowym dostawcą były Włochy (21,3 mln litrów). Coraz większym zainteresowaniem cieszą się wina z Nowego Świata (np. z USA i Chile). Chętnie otwieramy się też na nowości.
– Większa popularność wina różowego na Zachodzie przenoszona jest na nasz rynek. Obecnie cieszy się ono sporą renomą – przyznaje Elżbieta Pawłowska.
Choć zdecydowana większość win obecnych na polskim rynku pochodzi z importu, powoli rośnie też zainteresowanie rodzimą produkcją. Z informacji Agencji Rynku Rolnego wynika, że w sezonie 2013/2014 działało 49 producentów wina (cztery lata wcześniej było ich 21), a uprawiana powierzchnia winorośli to ok. 100 ha.
– Ogólnie polskie wina są rozprowadzane w regionach, w których są wytwarzane. Zdarza się, że można je kupić w restauracjach czy sklepach. Często jest to połączone z agroturystyką – podkreśla ekspertka Polskiej Rady Winiarstwa.
Oglądalność tzw. wielkiej czwórki stacji telewizyjnych w ciągu ostatniego roku spadła o blisko 2 pkt proc. Zyskują natomiast mniejsze anteny, które łącznie mają już ponad połowę udziałów w oglądalności. Rosnąca popularność powoduje, że coraz częściej zamawiają one u krajowych producentów telewizyjnych.
– Wielka czwórka, czyli TVN, Polsat i dwa kanały telewizji publicznej, straciła pozycję lidera – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Grzywaczewski, wiceprezes zarządu spółki ATM Grupa, producenta programów telewizyjnych. – Mniejsze anteny mają już większy udział w rynku niż te cztery główne.
Według danych badającej rynek firmy Nielsen Audience Measurement w marcu pierwsze miejsce wśród najpopularniejszych stacji telewizyjnych należało do TVP1. Udział tego kanału w porównaniu z marcem 2014 roku zmniejszył się jednak o 3,43 pkt proc. i wyniósł 12,97 proc. Z trzeciej na drugą pozycję awansował Polsat, którego udział w analizowanym okresie zmniejszył się o 1,45 pkt proc. do 12,26 proc. Na ostatnią lokatę podium spadł TVN, którego wynik w porównaniu z marcem ubiegłego roku zmalał o 6,23 pkt proc. do 11,89 proc. Czwarte miejsce należało do TVP2 (9,21 proc., czyli o 5,15 pkt proc. mniej niż przed rokiem). Łączny udział wielkiej czwórki zmalał z 48,26 proc. w marcu 2014 roku do 46,33 proc. pod koniec ubiegłego miesiąca.
– Małe stacje zdają sobie sprawę z tego, że trzeba mieć polski kontent, bo on się najlepiej ogląda – wskazuje Maciej Grzywaczewski. – Zwracają się zatem do nas o polskie produkcje, bo krajowy widz najbardziej je lubi. To bardzo nas cieszy. Są one zresztą, porównując z różnymi, zagranicznymi realizacjami, na bardzo dobrym poziomie.
Jak wynika z zestawiania Nielsena w marcu br. wśród 20 najchętniej oglądanych programów najwięcej, bo dwanaście miejsc, zajęły pozycje wyemitowane przez TVP1, cztery – TVP2, a po dwie – Polsatu i TVN. Największą widownię zgromadził serial „M jak miłość” TVP2, którego najchętniej oglądany odcinek (10 marca) zatrzymał przed telewizorami 7,43 mln osób. Drugie miejsce zajął serial TVP1 „Ranczo”, którego odcinek z 15 marca zgromadził średnio 7 mln osób.
– Bardzo się otwieramy na przyzwyczajenie krajowego widza do krajowych produkcji – przekonuje Grzywaczewski. – Stąd właśnie poszliśmy w stronę Pulsu, współpracujemy z Foksem i Discovery. Powstaje nowy kanał Canal+ Discovery. Będziemy jednym z jego głównych partnerów produkcyjnych. To bardzo dużo produkcji lifestyle’owych, które choć są trochę tańsze, to rynek jest nimi bardzo zainteresowany.
ATM Grupa współpracuje również ze stacją TV4 przy produkcji telenoweli dokumentalnej „Policjantki i policjanci”. Ten format również cieszy się w Polsce coraz większą popularnością.
– Jesteśmy otwarci także na współpracę z mniejszymi kanałami. One oferują trochę mniejsze budżety, ale jesteśmy w stanie dać im za to dobrą ofertę – zapewnia wiceprezes ATM Grupa.
Producentom telewizyjnym sprzyja również rynek reklamy TV. W ubiegłym roku wpływy w tym segmencie były większe o 5,6 proc.
– Mimo przenoszenia się reklamy do internetu widzimy pozytywne trendy również w telewizji. Cały czas podaż reklamy na tym rynku, szczególnie w kraju, utrzymuje się na dobrym poziomie, bo Polacy przede wszystkim oglądają telewizję. Młode pokolenie może rzeczywiście częściej korzysta z internetu, choć często jest on po prostu instrumentem do ściągania kontentu telewizyjnego czy fabularnego – wskazuje Grzywaczewski.
Polacy pokochali jazdę na rowerze. Z badań CBOS wynika, że z jednośladów korzysta aż 70 proc. społeczeństwa. Wciąż jednak co czwarty nie stosuje obowiązkowych odblasków, a tylko co trzeci jeździ w kasku. Tylko 5 proc. zdecydowało się wykupić odpowiednie ubezpieczenie. Na rynku są obecnie dostępne pakiety AC, OC i NNW dla rowerzystów, które pomagają uniknąć wysokich kosztów w razie utraty pojazdu lub udziału w wypadku drogowym.
Z badań przeprowadzonych przez Europ Assistance Polska wynika, że bezpieczeństwo jest ważne dla rowerzystów, ale nie wszyscy przywiązują do tego odpowiednią wagę. 23 proc. nie stosuje odblasków, a tylko 33 proc. jeździ w kasku. Z kolei blisko 66 proc. rowerzystów przed przejażdżką sprawdza stan swojego roweru. Dodatkowo prawie połowa miłośników jednośladów jeździ tylko po wyznaczonych trasach. Zdecydowanie częściej robią to kobiety, one jednak rzadziej niż mężczyźni używają kasków czy ochraniaczy. Cykliści pamiętają także o dzieciach: 40 proc. najchętniej przewozi pociechy w foteliku rowerowym, tylko 4 proc. korzysta ze specjalnych przyczepek. Co ciekawe, zaledwie 5 proc. polskich cyklistów korzysta z przeznaczonych dla nich ubezpieczeń. 49 proc. kupiła je samodzielnie, pozostali otrzymali je w ramach innego ubezpieczenia.
– Na rynku co roku pojawiają się nowe produkty ubezpieczeniowe dla rowerzystów. Najczęściej dotyczą one ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej, ubezpieczenia kradzieży pojazdu oraz od wystąpienia nieszczęśliwego wypadku. Oferta jest zróżnicowana. Możemy kupować takie ubezpieczenia osobno lub w pakiecie z innymi produktami ubezpieczeniowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Justyna Niebutkowska, specjalista ds. PR i marketingu Europ Assistance Polska.
Dla rowerzystów dostępne są trzy rodzaje polis: AC, OC i NNW. AC chroni przed stratami wynikającymi z utraty lub uszkodzenia roweru, co przydarza się co dziesiątemu Polakowi.
Zdaniem policji rowerzyści niedostatecznie zabezpieczają swoje pojazdy: 71 proc. stosuje zabezpieczenia mechaniczne, takie jak łańcuchy, linki i zapięcia typu un-lock. 16 proc. znakuje swój rower, a 14 proc. stosuje blokadę na tylne koło. Najczęściej kradzieże dokonywane są w miejscu zamieszkania.
– Na przykładzie ubezpieczenia Pomoc Rowerowa możemy pokazać, że nie samo ubezpieczenie jest jego przedmiotem, lecz także assistance, które jest do niego dołączone. Tak jak w assistance samochodowym ubezpieczony rowerzysta może liczyć zarówno na odszkodowanie, jak i na pomoc w przypadku awarii pojazdu, która wiąże się np. z holowaniem roweru albo usprawnieniem go na miejscu zdarzenia – mówi Justyna Niebutkowska.
Przeznaczone dla rowerzystów ubezpieczenie NNW pokryje koszty związane z chorobą po wypadku drogowym. OC chroni natomiast rowerzystę od odpowiedzialności finansowej za szkodę wyrządzoną innej osobie podczas jazdy na rowerze. Ubezpieczenie to kosztuje kilkanaście złotych rocznie, a może uchronić przed poważnym wydatkiem. Ze statystyk Komendy Głównej Policji wynika, że stale wzrasta liczba wypadków z udziałem rowerzystów. W 2013 roku doszło do blisko 5 tys. wypadków, to o 70 więcej niż dwa lata wcześniej. Życie straciło w nich aż 317 osób, wiele zostało rannych.
Dobre ubezpieczenie powinno być jak najlepiej dostosowane do potrzeb rowerzysty.
– Jeżeli często jeździmy, to warto wybrać ubezpieczenie, które zawiera w sobie pakiet assistance. Wraz z częstotliwością poruszania się na rowerze wzrasta też ryzyko wystąpienia awarii naszego pojazdu, a wtedy assistance może być bardzo przydatny. Jeżeli jesteśmy zwolennikiem ubezpieczeń majątkowych i chcemy chronić swój dobytek, to warto rozważyć zakup ubezpieczenia majątkowego, do którego będzie dołączone również ubezpieczenie rowerowe – mówi Justyna Niebutkowska.
Ogólnopolskie Badanie Rowerowe Europ Assistance Polska pokazało, że 56 proc. polskich cyklistów jeździ na rowerze kilka razy w tygodniu, a 19 proc. nawet codziennie. Większość, bo aż 87 proc., jazdę na rowerze traktuje rekreacyjnie, 28 proc. korzysta z roweru, by pojechać do sklepu po zakupy, a 26 proc. dojeżdża w ten sposób do pracy lub szkoły.
Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy o bankowym tytule egzekucyjnym są niezgodne z konstytucją. Poniżej Komentarz Bartosza Wyżykowskiego, radcy prawnego, eksperta Konfederacji Lewiatan.
14 kwietnia 2015 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy ustawy – Prawo bankowe umożliwiające bankom wystawianie bankowych tytułów egzekucyjnych (BTE), są niezgodne z art. 32 ust. 1 Konstytucji RP, a więc z zasadą, że wszyscy są równi wobec prawa (sygn.: P 45/12). Przepisy tracą moc obowiązującą z dniem 1 sierpnia 2016 r.
To zaskakujące orzeczenie, dlatego, że problematyka ta dwukrotnie była przedmiotem rozważań Trybunału Konstytucyjnego i w obu wyrokach (wyrok z dnia 16.05.1995 r., K 12/93 i wyrok z dnia 26.01.2005 r., P 10/04), Trybunał Konstytucyjny orzekł, że instytucja BTE nie jest niezgodna z Konstytucją RP. W najnowszym orzeczeniu Trybunał Konstytucyjny uznał jednak, że prawo do wystawiania BTE jest przywilejem banków, naruszającym zasadę równego traktowania w trzech aspektach. A mianowicie w relacji między bankiem a jego klientem, w relacjach między bankami jako wierzycielami a pozostałymi podmiotami będącymi wierzycielami oraz w relacjach między dłużnikami banków i dłużnikami innych podmiotów.
Zlikwidowanie obecnie istniejącego trybu dochodzenia roszczeń, spowoduje konieczność występowania przez banki do sądu z powództwem na zasadach ogólnych, bądź powództwami opartymi na zabezpieczeniach osobowych (np. weksle), rzeczowych, bądź też, co wydaje się bardzo prawdopodobne, z przyjmowaniem przez banki oświadczeń o poddaniu się egzekucji składanych w formie aktu notarialnego w trybie art. 777 § 1 pkt. 4-6 k.p.c. Zastosowanie tych narzędzi może się z kolei wiązać z dodatkowymi kosztami po stronie klientów banków, w tym konsumentów. Swoją drogą, skoro BTE uznane zostało jako niezgodne z zasadą równości w relacji wierzyciel-dłużnik, z takim uzasadnieniem, że strony powinny mieć równe, co do zasady, możliwości obrony swych praw i interesów wynikających z zawartej umowy, to powstaje pytanie, czy tytuły egzekucyjne z art. 777 k.p.c. tej zasady również nie naruszają?
Powstaje też ciekawe pytanie, jak w okresie do 1 sierpnia 2016 r. (termin utraty mocy obowiązującej przepisów), zachowają się sądy (zwłaszcza powszechne) i czy będą nadawały bankowym tytułom egzekucyjnym klauzule wykonalności, a co za tym idzie, czy BTE będą mogły być podstawą egzekucji? Z jednej strony, już samo ogłoszenie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego uchyla domniemanie konstytucyjności zakwestionowanych przepisów. Z drugiej zaś, odroczenie utraty ich mocy obowiązującej wskazuje, że nagła zmiana stanu prawnego mogłaby być zbyt radykalną i niosącą za sobą negatywne skutki. Zresztą w swoim komunikacie, Trybunał wskazał, że odroczenie to umożliwić ma zakończenie spraw w toku oraz wydanie przez ustawodawcę odpowiednich przepisów intertemporalnych. Kluczowa będzie też treść uzasadnienia do wyroku.
Z kolei orzecznictwo Sądu Najwyższego nie jest w tym zakresie jednolite. Wydaje się przeważać pogląd, że przepis uznany za niezgodny z Konstytucją RP, nawet w przypadku odroczenia utraty jego mocy wiążącej, nie powinien być stosowany ani do stanów faktycznych powstałych przed wydaniem wyroku, ani po jego ogłoszeniu (por. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 20 maja 2009 r., I CSK 379/08). Również w orzecznictwie sądów administracyjnych dominuje pogląd wyrażony przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 6 lutego 2008 r., II OSK 1745/07, że przepis uznany przez TK za niekonstytucyjny ma taki charakter od samego początku, tj. od dnia jego wejścia w życie. W przypadku BTE decyzja o tym, czy i jak stosować przepisy prawa bankowego, należeć będzie do sądów powszechnych.
Prezydent Bronisław Komorowski podsumował pięć lat swojej kadencji i przedstawił plany na przyszłość.
Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan
Nie możemy zmarnować wspólnej szansy, nie możemy zmarnować sukcesu 25 lat i kolejnej, ale też ostatniej transzy silnego finansowego europejskiego wsparcia. Musimy zbudować nowe przewagi konkurencyjne Polski, bo trzymanie się dotychczasowych, może nas zepchnąć na pozycję gospodarki skolonializowanej. Cieszy nas, przedsiębiorców, że Bronisław Komorowski ma taką samą wizję prezydentury. Powinniśmy budować porozumienie, jak ma wyglądać Polska za 10, 20 lat, a każdy kolejny prezydent i rząd powinni dokładać swoją cegiełkę, zamiast wywracania wszystkiego co zrobili poprzednicy.
W ogłoszonym w lipcu ubiegłego roku Manifeście Polska 2015-2025, zaproponowaliśmy nowe cele na kolejne 10 lat: zwiększenie PKB o połowę, zmniejszenie o połowę skali ubóstwa i przystąpienie do strefy euro. To współgra z priorytetami prezydenta.
Jak osiągnąć te cele? Przede wszystkim trzeba skupić świat polityki na kluczowych kwestiach rozwoju gospodarki i rozwoju społecznego. Nie zapewni nam nowych przewag uchwalanie dziesiątków czy setek nowych ustaw i rozporządzeń, jeżeli nie mamy wizji, strategii i planu. Potrzebna jest uczciwa i rzetelna współpraca wszystkich sił politycznych z pracodawcami i przedsiębiorcami. Potrzebne jest też niezależne centrum analiz strategicznych – ośrodek, który oceniałby postępy i zagrożenia przyjętej strategii rozwoju. Postulujemy powołanie Rady Konkurencyjności po to, by rozwiązania prawne filtrować przez pryzmat przyjętej strategii.
Dla Lewiatana silna obecność Polski w Unii Europejskiej jest kluczowa. To dobre dla Polaków, dla gospodarki, dla Europy. Nie możemy być sami, bo przegramy.
Ogromną szansą jest otwarcie wszystkich partnerów społecznych i rządu na kwestie dialogu społecznego. Mamy uzgodniony projekt, teraz trzeba szybko go uchwalić i zacząć pracę Rady Dialogu Społecznego. Jedno jest jednak pewne: najlepsza nawet ustawa dotycząca dialogu nie spełni oczekiwań, jeśli nie będzie gotowości wszystkich stron , a przede wszystkim rządu, do autentycznego dialogu, zaufania, wspólnego dążenia do rozwiązywania trudnych spraw.
Prezydentura musi być oparta na najwyższych wartościach – wolności i solidarności. Jak pisał Paweł Jasienica, „polityka nigdy nie odbywa się w moralnej próżni. Zaufanie rządzonych do osobistej przyzwoitości rządzących znaczy bardzo wiele.” Prezydent z racji urzędu ma podstawowe zadanie – przywrócić godność i jakość polityce i debacie publicznej.
Realne, trwałe i systemowe zmiany gospodarczo-społeczne to cel, który będzie realizować Koalicja na rzecz Polskich Innowacji. Została powołana do życia przez najprężniej działające w Polsce instytucje naukowe, akademickie i biznesowe. Misja KPI została przedstawiona w czasie spotkania inauguracyjnego, które odbyło się 16 kwietnia w Warszawie.
Koalicja, której założycielami są m.in. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, Gdański Park Naukowo-Technologiczny, Intel, Konfederacja Lewiatan, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, PwC, Startup Poland czy Wardyński i Wspólnicy działa na rzecz stworzenia przyjaznych warunków dla rozwoju ekosystemu innowacji w Polsce. W wyniku prac KPI zostaną wypracowane szczegółowe proinnowacyjne rozwiązania na rzecz rozwoju sektora B+R w Polsce i zwiększenia poziomu innowacyjności polskiej gospodarki.
– Polska gospodarka odniosła w minionych dekadach niewątpliwy sukces, ale dziś potrzebuje takich zmian, które pozwolą na wyrwanie się z „pułapki średniego rozwoju” i awans do grona krajów wysoko rozwiniętych. Nie da się tego osiągnąć jedynie w drodze kopiowania, importu technologii i zadowalania się rolą globalnych poddostawców. Polskie firmy muszą stać się innowacyjne, ekspansywne, zacząć budować globalne marki i docierać ze swoją ofertą do klientów na całym świecie –komentuje powstanie Koalicji prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.
– Wiadomo powszechnie, że tylko ogólnokrajowa, „wieloresortowa” i skoordynowana polityka w zakresie wparcia nowych technologii może pozwolić na szybkie zwiększenie światowej konkurencyjności Polskiej gospodarki. Wspólne działanie jest więc niezwykle ważne, bowiem rozwój innowacji to nie jedynie wyścig o prymat światowy, ale przede wszystkim wzrost dobrobytu obywateli i bardziej atrakcyjne życie codzienne w Polsce. Dlatego cieszę się, że tak wielu środowiskom zależy na rozwoju kultury innowacyjności w naszym kraju. Wierzę, że w dialogu biznesu i administracji wypracowany zostanie optymalny, przyjazny ekosystem rozwoju nowoczesnych technologii „made in Poland” – podkreśla prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor NCBR.
– Koalicja na rzecz Polskich Innowacji będzie podejmować między innymi działania mające na celu zbliżenie środowisk naukowych i biznesowych w Polsce, a także poprawienie jakości dialogu międzysektorowego – jest to dla nas jedno z jej najważniejszych zadań. Zależy nam na tym, aby w ramach grup roboczych wypracować między innymi instrumenty wsparcia dla firm chcących zaangażować się w działalność w sferze B+R – dodaje prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Swoją misję Koalicja będzie realizowała poprzez:
1. Rozwijanie inteligencji rynkowej poprzez stymulowanie właściwych kierunków badań naukowych oraz wypracowanie kultury organizacyjnej sprzyjającej wzmacnianiu ekosystemu innowacji.
2. Wskazanie narodowych specjalności w badaniach i nauce o największym potencjale oraz ich promocja w Polsce i za granicą.
3. Wprowadzanie dogodnych warunków do tworzenia nowych innowacyjnych firm (start-upów) w Polsce oraz działanie na rzecz poprawy ich współpracy z innymi sektorami gospodarki.
4. Wypracowywanie i promowanie narzędzi do ochrony, zarządzania i komercjalizacji własności intelektualnej.
5. Działanie na rzecz zbliżenia świata nauki oraz biznesu, zwiększające skłonność do inwestowania w badania naukowe i transfer wiedzy.
6. Tworzenie dogodnych warunków dla biznesu do otwierania i rozwijania oddziałów R&D w kraju oraz zwiększanie ich zaangażowania w badania naukowe.
7. Wypracowanie strategii zmian legislacyjnych służących rozwojowi innowacyjnej gospodarki.
8. Promowanie twórczych i przedsiębiorczych postaw oraz zachęcanie młodzieży do planowania kariery w obszarze innowacji.
9. Wspieranie budowy wiodących centrów naukowych, które przyciągną do kraju ambitne projekty, wybitne talenty, a wraz z nimi innowacyjne firmy i dodatkowe możliwości finansowania.
Bieżąca działalność Koalicji będzie opierać się na pracach czterech grup roboczych dedykowanych poszczególnym obszarom tematycznym: 1) regulacjom prawnym, 2) współpracy nauki z biznesem, 3) zarządzaniu IP, komercjalizacji badań i Venture Capital oraz 4) systemowi podatkowemu w kontekście procesu innowacji. Operatorem Koalicji na rzecz Polskich Innowacji jest Fundacja Res Publica.
Polscy producenci żywności mają dziś w ręku same atuty. Sprzyjają im niskie ceny surowców, dobra opinia, jaką polskie jedzenie cieszy się na świecie, oraz relatywnie niskie notowania własnych akcji na giełdzie. Marek Czachor z Erste Securities Polska prognozuje, że producenci będą w tym roku osiągać coraz lepsze wyniki, a wartość spółek żywnościowych będzie rosła. Natomiast dystrybutorów żywności dławi wzajemna konkurencja i deflacja.
– Bardzo dobre wyniki zaraportowały takie spółki, jak Graal czy Indykpol– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska. – Pokazały mocną poprawę marż, dodatkowo jeszcze przyrosły im przychody. Poza tym spółki te nie są drogo wyceniane. Najsłabsze wyniki pokazała według mnie branża dystrybucji żywności. Spowodowane to było głównie nasilającą się presją deflacyjną.
O ile więc sieci sklepów spożywczych mogą mieć w tym roku problemy z utrzymaniem tempa wzrostu, o tyle producenci żywności wręcz przeciwnie. Spółki z tej branży skutecznie wprowadzają nowe kategorie produktów, konsolidują polski rynek poprzez rozwój organiczny, a także coraz więcej eksportują. Mimo rosyjskiego embarga wartość polskiej żywności sprzedanej za granicę przekroczyła w 2014 roku 21 mld euro – poinformował resort rolnictwa. To o 1 mld euro więcej niż w 2013 roku.
– Rozwój poza Polską według mnie jest na razie nieograniczony– ocenia Marek Czachor. – Polska żywność charakteryzuje się dobrą jakością, więc może zdobywać rynek europejski. Wartość całego eksportu żywności jest znacząca, a w ostatnich latach mocno przyrastała. W związku z tym polskie spółki wymienione przeze mnie wcześniej, a także Colian czy Wawel, mogą na tym skorzystać.
Producenci żywności, choć szukają także egzotycznych rynków zbytu, najchętniej wysyłają swoje produkty do innych krajów Unii zarówno ze względu na embargo na Wschodzie, jak i bliskość geograficzną oraz duże grono odbiorców z Polski.
– Proces zdobywania rynku zachodnioeuropejskiego zajmuje trochę czasu– podkreśla analityk Erste Securities Polska. – Natomiast z tego, co wiem, te spółki już kilka lat temu podjęły pierwsze działania, żeby lepiej zaistnieć na rynku zachodnioeuropejskim. Natomiast jeżeli chodzi o totalny udział eksportu, to według mnie nie ma granic. Dopóki będzie popyt na te produkty, dopóty spółki mogą zwiększać swoje zdolności produkcyjne. Nasza żywność w Europie jest dobrze postrzegana, w związku z tym te spółki mogą cały czas rosnąć.
Dobra kondycja i możliwości rozwoju branży spożywczej oznaczają też, że akcjonariusze działających w tym sektorze spółek mogą liczyć na wzrost wartości posiadanych akcji. Tym bardziej że są one nadal raczej tanie, mimo już publikowanych wyników.
– Wyniki te były zdecydowanie powyżej moich oczekiwań, a jak spojrzymy na ewaluację całego tego sektora, to nie jest ona wymagająca– zwraca uwagę Marek Czachor z Erste Securities Polska. – Kursy tych akcji oferują jeszcze potencjał wzrostu ze względu na to, że są zdecydowanie tańsze niż odpowiedniki międzynarodowe oraz pozostałe spółki detaliczne w Polsce.
Billa na Słowacji systematycznie się rozwija i planuje otwierać do 10 nowych supermarketów rocznie. Szuka też obiektów do przejęcia. Dla polskich producentów żywności współpraca z tą siecią jest szansą na zwiększanie sprzedaży. U naszych południowych sąsiadów rośnie zapotrzebowanie m.in. na świeże produkty.
Obecnie Billa ma na Słowacji 130 supermarketów i zmaga się tam z silną konkurencją. Poza niemiecką Grupą Rewe, do której należy austriacki szyld Billa, istotny wpływ na rynek słowacki mają m.in. Kaufland, Lidl i Tesco oraz sieci słowackie, które pod brandami franczyzowymi coraz skuteczniej konkurują z rynkowymi potentatami.
– Słowacja jest dla firmy Billa strategicznym krajem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Bator, prezes spółki Billa Słowacja. – Jest drugim pod względem liczby sklepów zagranicznym rynkiem po Czechach. Jesteśmy nastawieni na dynamiczny rozwój na tym rynku. Planujemy ekspansję przez kolejne lata. Liczymy się ze wzrostem sprzedaży, wzrostem liczby placówek i wzrostem liczby zadowolonych klientów.
W najbliższych latach Grupa Rewe zamierza otwierać nowe sklepy Billa na terenie całej Słowacji, jednak głównym rejonem ekspansji będzie Bratysława i okolice oraz rejony wschodniej i środkowej Słowacji.
– Mamy zamiar w najbliższych latach otwierać maksymalnie do 10 sklepów rocznie – deklaruje Dariusz Bator, który słowacką siecią kieruje od początku 2014 roku. – Zarówno na ten rok, jak i na przyszłe 2-3 lata planowana jest podobna liczba otwarć. Rozglądamy się też za możliwościami konsolidacji na rynku, zakupem jakiejś sieci, wszystkie sposoby ekspansji są brane pod uwagę. W przypadku pojawienia się odpowiedniej oferty będziemy reagowali.
Sieć nie wyklucza zatem akwizycji, przygląda się sieciom lokalnym, pojedynczym placówkom handlowym, rozważa oferty od centrów handlowych, które zmieniają swoich partnerów po zakończeniu umów. Po trudnym dla słowackiego handlu ubiegłym roku prezes sieci Billa w tym roku liczy na poprawę wyników.
– Duży wpływ na branżę handlową na Słowacji miała ubiegłoroczna deflacja, którą zwłaszcza w branży artykułów spożywczych bardzo silnie odczuwaliśmy, dotyczy to zarówno sieci, którą kieruję, jak i innych. Było to dosyć niekorzystne zjawisko, które wpłynęło na realizację naszych planów, na zmianę planów marketingowych i sposób postępowania na tym rynku. Na szczęście deflacja zahamowała i w tym roku mamy nadzieję, że będzie na bliskim zera poziomie – mówi szef słowackiej sieci.
Jak podaje Eurostat, w 2014 roku ceny na Słowacji spadły ogółem o 0,1 proc. W Polsce w tym czasie, mimo że druga połowa roku stała pod znakiem deflacji, w ciągu 12 miesięcy ceny minimalnie wzrosły o 0,1 proc.
W sklepach Billa, podobnie jak i w innych słowackich sieciach handlowych, sprzedaje się sporo produktów z Polski. Na tym rynku liczy się dobra jakość skorelowana z atrakcyjną ceną.
– Nie oczekuję jakichś przełomowych zmian w naszych relacjach z dostawcami z Polski – podkreśla prezes Dariusz Bator ze spółki Billa Słowacja. – Handlujemy artykułami polskiego pochodzenia, zarówno dostarczanymi przez polskich producentów bezpośrednio, jak i przez ich pośredników na terenie Słowacji. Nie zakładam, że nastąpi jakaś dramatyczna zmiana w zwiększeniu bądź zmniejszeniu liczby tych produktów. Raczej systematyczny, stały rozwój tej współpracy, zmiana akcentów, może więcej świeżej żywności.
W Polsce działa wiele innowacyjnych firm, które z powodzeniem mogłyby się rozwijać na świecie. Amerykańska firma konsultingowa ITKeyple zamierza szukać dla nich międzynarodowych partnerów i inwestorów venture capital. Chce też za granicą promować polskie osiągnięcia.
– Polska jest krajem, który nigdy nie poddał się recesji, jest więc bardzo wiele firm z Zachodu, które są zainteresowane przeniesieniem się do Polski– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ahmad Piraiee, client partner ITKeyple. – Dla nas, jako dla firmy związanej z IT, jest to bardzo dobry powód do rozwinięcia działalności w Polsce. Jest tak wiele młodych firm, które chcą dać się poznać na arenie międzynarodowej, a my teraz staramy się w to zaangażować i spróbować pokazać je na rynku globalnym.
ITKeyple zdecydował się na wejście do Polski, ponieważ jest to tworzący się dopiero rynek, kraj, gdzie wiele można osiągnąć. Takich możliwości nie ma już w krajach rozwiniętych i bogatych. Firma zamierza więc nie tylko szukać partnerów dla polskich spółek, lecz także uświadomić inwestorom z Zachodu, że to tu są wielkie perspektywy inwestycyjne.
– Staraliśmy się wejść do kraju, który ma możliwości, i zaprezentować mu, jak można się rozwijać, ponieważ w Stanach wszystko jest już dostępne– podkreśla Ahmad Piraiee. –My mówimy: spójrzcie na Polskę, jest tak wiele dobrych firm w Polsce, które potrzebują inwestorów venture capital, potrzebują więcej pieniędzy, żeby móc się rozwijać. Otworzyliśmy firmę w Polsce, ponieważ była taka potrzeba, żeby zostać rzecznikiem tych firm, starać się mówić, że zasługują na znacznie więcej pieniędzy i znacznie więcej uwagi, żeby się rozwijać.
Przy szukaniu partnerów najważniejsze jest zidentyfikowanie unikalnego wkładu jaki polska firma może wnieść do wspólnego przedsięwzięcia, dlatego jak zaznacza client partner ITKeyple, bardzo ważne są spotkania i rozmowy pozwalające znaleźć taką wartość.
– Firmy w wielu krajach mają takie same technologie, ale równolegle rozwijane, więc próbujemy dla nich sprawdzić, czy takiego samego rodzaju prace nie są realizowane w innych krajach, tak żeby można było połączyć siły i razem pracować. Z drugiej strony, jeśli przedsiębiorstwa mają unikalny produkt lub usługę, próbujemy pokazać to na arenie międzynarodowej i w przypadku, gdyby były zainteresowane rozwijaniem się na innych rynkach albo łączeniem z innymi firmami, byłaby to dla nich bardzo dobra okazja do zyskania rozgłosu i kontaktów.
ITKeyple szuka też w Polsce współpracowników. Ludzi, którzy dostarczą wiadomości dotyczących tego, co dzieje się aktualnie w polskim sektorze IT i technologii.
– Możemy te zjawiska promować, możemy umieszczać informacje o nich na naszej stronie internetowej i w naszych mediach społecznościowych– informuje Ahmad Piraiee z ITKeyple. – W ten sposób firmy te mogą pomóc sobie i swojemu krajowi, a dla nas to najłatwiejszy sposób rozwoju, nie tylko w wymiarze lokalnym, lecz także międzynarodowym.
W tym roku w Polsce dokończona zostanie sieć 45 tys. km światłowodów, a w ciągu kolejnych pięciu lata prawie miliard euro przeznaczymy na dalszą rozbudowę dostępu do szybkiego internetu. Równie poważnym wyzwaniem co infrastruktura jest budowanie kompetencji użytkowników, bo pod tym względem Polska jest w ogonie Europy. Na ten cel z programu Polska Cyfrowa trafi blisko 200 mln euro. Na kontynuację czeka m.in. inicjatywa Latarników Polski Cyfrowej, którzy edukują cyfrowo osoby 50+.
– Jesteśmy poniżej unijnej średniej pod względem wykorzystywania internetu w codziennym życiu. To dotyczy zarówno oferty usług, jak i kompetencji. Co czwarty Polak w grupie 50+ nie miał nigdy do czynienia z internetem, więc robimy wszystko, żeby ten odsetek był jak najmniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.
Działania te obejmują trzy filary, na których opiera się również program operacyjny Polska Cyfrowa. Przede wszystkim to budowa infrastruktury zapewniającej szybki dostęp do internetu. Jak podkreśla minister, Polska jest dziś największym w Europie placem budowy światłowodów. Do września powinna zostać dokończona budowa 45 tys. km sieci. W ramach nowej perspektywy na infrastrukturę trafi blisko 1 mld euro.
– To pomoże nam zbudować bardzo nowoczesną infrastrukturę. Muszą być e-usługi, więc kolejny miliard euro przeznaczymy na ten cel. Prawie 200 mln euro trafi na budowę kompetencji. To jest trzeci filar – podkreśla Halicki. – Mamy bardzo ambitny cel, by do roku 2020 zrealizować Europejską Agendę Cyfrową, czyli żeby każdy Polak w każdym domu mógł korzystać z internetu, i to szybkiego internetu o odpowiedniej jakości, i żeby potrafił z internetu i e-usług korzystać.
– Kompetencje cyfrowe Polaków nie są zbyt wysokie, są poniżej średniej europejskiej. Lokujemy się na ostatnich pięciu miejscach w Europie i to jest bardzo zły prognostyk, ponieważ te kompetencje są niezbędne do tego, abyśmy rozwijali się i społecznie, i gospodarczo – mówi Krzysztof Głomb, prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”.
W grupie 50+ z internetu nie korzysta 9 mln osób. Koszty wykluczenia cyfrowego to ok. 24 mld zł rocznie. Jak podkreśla Krzysztof Głomb, to kwota, którą można by przeznaczyć na budowanie kompetencji, które pobudzałyby wzrost gospodarczy i tworzenie nowych miejsc pracy. Jego zdaniem równie istotny jest czynnik podnoszenia jakości ich życia – możliwość komunikowania się online czy załatwiania w sieci różnych spraw urzędowych mogłaby być dla nich dużym ułatwieniem.
By dotrzeć do osób wykluczonych, w ramach projektu Polska Cyfrowa Równych Szans działa inicjatywa Latarników.
– To 300 tys. osób przeszkolonych, tysiące godzin szkoleń, 3 tys. wolontariuszy, tzw. Latarników Polski Cyfrowej, którzy skupiają swoją uwagę właśnie na budowaniu kompetencji w grupie osób powyżej 50. roku życia – mówi minister administracji i cyfryzacji.
– To jest jeden z największych programów europejskich w tym zakresie, dający dzisiaj bardzo silne podstawy do tego, aby w Polsce skutecznie działał system edukacji cyfrowej osób dorosłych – informuje prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”, organizatora inicjatywy. – W najbliższych latach Polska Cyfrowa Równych Szans, już jako projekt realizowany wspólnie w dużym konsorcjum z samorządami, uniwersytetami trzeciego wieku, organizacjami pozarządowymi, będzie miał swój wyraz w przedsięwzięciu, które roboczo nazwaliśmy Latarnicy2020.pl.
Inicjatywę realizacji programu Latarnicy2020.pl poparli, m.in. Andrzej Halicki, Mieczysław Augustyn, przewodniczący Komisji Rodziny, Polityki Senioralnej i Społecznej Senatu RP, Michał Szczerba, przewodniczący Komisji Polityki Senioralnej Sejmu RP, oraz Wiesława Borczyk, prezes Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Uniwersytetów Trzeciego Wieku.
Zdobycie nowych rynków zbytu i nawiązanie bliższych relacji handlowych z partnerami zagranicznymi – to główne założenia strategii obecności Polski na EXPO 2015. Rozpoczynająca się 1 maja w Mediolanie największa wystawa na świecie w tym roku będzie okazją do promocji sektora rolno-spożywczego. Już dziś jest to jedna z najszybciej rozwijających się branż w Polsce, a eksport produktów sięga prawie 20 mld euro rocznie.
– Będziemy chcieli pokazać polskie produkty i polskie firmy. Zaplanowaliśmy dużo wydarzeń gospodarczych, spotkań i konferencji, które będą się odbywały w polskim pawilonie. Zapewniliśmy również polskim firmom udział w misjach, targach i wydarzeniach promocyjnych, które odbywają się przez cały rok we Włoszech – mówi Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, organizator udziału Polski w Wystawie Światowej EXPO 2015.
Trwa ostatni etap przygotowań do EXPO 2015, największej imprezy wystawienniczej na świecie, która odbędzie się między 1 maja a 31 października w Mediolanie. Temat przewodni wystawy w tym roku to wyżywienie, dlatego polska strategia, przygotowana przez PARP i resort gospodarki, zakłada przede wszystkim promocję polskiej żywności – wsparcie wymiany handlowej branż spożywczej, rolniczej i przetwórczej. Temu podporządkowany będzie nie tylko wygląd pawilonu, przedstawiający sad jabłoni, lecz także oferta kulinarna restauracji i sklepu.
– Będą organizowane np. pokazy kulinarne dla dziennikarzy i blogerów, którzy piszą o kuchni i produktach żywnościowych. Chcemy poprzez kuchnię promować dobre produkty żywnościowe z Polski – mówi Lublińska-Kasprzak.
Jak podkreśla, najważniejsze będą wymierne efekty, jakie przyniesie firmom EXPO 2015, czyli nowe kontrakty z partnerami z Włoch i innych krajów. Pomocne w tym mają być spotkania firm.
– Firma polska z firmą włoską będzie mogła usiąść do stołu i porozmawiać o konkretnym biznesie. Chcemy też zaprosić włoskie firmy, które kupują produkty rolno-spożywcze czy urządzenia, maszyny i technologie związane z tym sektorem, na wrześniowe targi Polagra – zapowiada prezes PARP.
Przemysł rolno-spożywczy jest jedną z najszybciej rosnących branż w Polsce. Polscy producenci zyskują też coraz lepszą pozycję na rynkach międzynarodowych. Jednym z hitów eksportowych są jabłka, do których nawiązuje polski pawilon. Polska jest największym w Europie i trzecim na świecie producentem jabłek i największym eksporterem. Roczna produkcja sięga 3 mln ton, a za granicę trafia ok. 1,2 mln ton.
Wartość eksportu produktów rolno-spożywczych wynosi już blisko 20 mld euro, co stanowi 13 proc. sprzedaży zagranicznej. Udział w EXPO może przyczynić się do wzrostu tego potencjału.
– Wzmacniając rolę żywności w polskim eksporcie, wzmacniamy też polską gospodarkę, bo dzięki temu do polskich producentów i przetwórców trafiają duże pieniądze – mówi Arkadiusz Bąk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki. – Chcemy też pokazać Polskę jako kraj technologicznie rozwinięty w produkcji żywności. Technologia wytwarzania żywności to silny i rozwijający się sektor. Będziemy umacniali markę europejskiego lidera w produkcji żywności.
Aktywny udział Polski w EXPO ma służyć zaprezentowaniu kraju jako atrakcyjnego partnera biznesowego.
– Polska gospodarka już dzisiaj musi wyjść z roli młodszego, tańszego brata, czyli miejsca lokowania produkcji ze względu na koszty, a musi wejść w rolę mocnego partnera gospodarczego, jednego z liderów gospodarczych w Europie. Tu chodzi bardziej o obraz Polski, a nie o poszczególne produkty, które sprzedają się świetnie – mówi Arkadiusz Bąk.
Nie ma szans, by tym roku ruszył w Łodzi miejski system wypożyczania rowerów. Na początku kwietnia urząd miasta w Łodzi chciał z firmą BikeU podpisać umowę, mimo podejrzenia, że w jej ofercie znajduje się sfałszowana opinia bankowa. Przetarg został jednak unieważniony ze względu na kolejne nieprawidłowości pojawiające się w dokumentacji spółki. System może ruszyć na wiosnę 2016 roku. Środowisko rowerzystów łódzkich podkreśla, że ten czas warto wykorzystać na poprawę infrastruktury dla rowerów w mieście.
Unieważniony w poniedziałek przetarg na system rowerów miejskich rozpisany był jeszcze w zeszłym roku. Wystartowały w nim dwie firmy – oferta Nextbike została zakwestionowana jako zbyt tania, oferta drugiej firmy – BikeU (będącej częścią grupy EGIS) – została podważona z powodu podejrzenia złożenia sfałszowanej opinii bankowej. Poza tym na początku kwietnia okazało się, że firma, która miała być partnerem BikeU przy budowie systemu rowerów miejskich w Łodzi, nie współpracuje z BikeU od 15 września ubiegłego roku.
– Wyjaśnienia, które zostały złożone przez firmę w tej sprawie, są nie do przyjęcia. W związku z powyższym została podjęta decyzja o unieważnieniu czynności wyboru – mówi Grzegorz Nita, dyrektor Zarządu Dróg i Transportu, dodając, że teraz firma BikeU może się od tej decyzji odwołać do Krajowej Izby Odwoławczej. – Nie wykluczam, że takie odwołanie może zostać wniesione. Wtedy będziemy czekali na wyrok KIO, czy potwierdzi nasze działania, czy też nie.
W sprawie oferty BikeU postępowanie prowadzą też prokuratorzy. Zawiadomienie o podejrzeniu sfałszowania opinii bankowych przez tę firmę w trakcie postępowania przetargowego złożył łódzki ZDiT, konkurencyjna firma Nextbike oraz jeden z banków.
– Nie jesteśmy w stanie się zabezpieczyć przed tym, że ktoś składa nieprawdziwe czy sfałszowane zaświadczenia – przyznaje Grzegorz Nita, komentując sprawę sfałszowanych dokumentów w ofercie firmy BikeU. – Tego typu dokumenty składa się pod groźbą odpowiedzialności karnej. Ktoś, kto je składa, powinien mieć tego świadomość. Stąd nasze doniesienia do prokuratury co do jednego z dokumentów.
– To, co można było zrobić lepiej, to dokładniej weryfikować oferty, które są składane, uważniej przyglądać się dokumentom. To są tylko oświadczenia, pewne wyrażenie woli, ale najwyraźniej trzeba to weryfikować u źródła, bo wykonawcy nie okazują się tak wiarygodni, jakbyśmy tego chcieli – mówi Bartosz Domaszewicz, łódzki radny PO.
Z decyzji o unieważnieniu przetargu zadowolona jest firma, której ofertę na początkowym etapie odrzucono jako zbyt tanią.
– Wydaje mi się, że kierunek, w którym miasto podąża, jest jak najbardziej zasadny. Z pewnością przyniesie to więcej korzyści niż brnięcie dalej w proces, w którym jest tak dużo wątpliwości – ocenia Tomasz Wojtkiewicz, prezes Nextbike Polska.
Nextbike jest operatorem i dostawcą systemów m.in. w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i Sopocie. Jak podkreśla prezes firmy, budowa łódzkiego systemu będzie jednym z trudniejszych projektów w Polsce i będzie wymagała dużego doświadczenia.
– W Łodzi będzie tysiąc rowerów w stu punktach, które będą prawdopodobnie jeszcze rozbudowane. Tutaj nie liczą się deklaracje złożone na papierze, ale prawdziwe doświadczenie zdobyte na ulicach. To jest bardzo wymagający biznes, który składa się z wielu elementów zarządzania, m.im. call center, serwisem, dyspozytorami, relokacją i balansowaniem systemu. Tego doświadczenia nie można kupić na papierze ani przekazać go słownie – mówi Wojtkiewicz.
Miejski system rowerowy miał ruszyć w Łodzi 1 maja 2015 roku. Unieważnienie przetargu oznacza, że praktycznie nie ma na to szans.
– Nie będziemy uruchamiać tego systemu na okres zimowy. W związku z tym na pewno będzie to wiosna przyszłego roku – mówi Grzegorz Nita.
Środowisko łódzkich rowerzystów jest zdania, że ten czas powinien być wykorzystany na przygotowanie infrastruktury dla rowerów w mieście.
– Łódź nie jest przygotowana na rower publiczny. Śródmieście miasta, które jest głównym polem operacyjnym dla roweru publicznego, jest kompletnie nieprzygotowane do jazdy rowerem, poza ulicą Piotrkowską nie mamy nic. Mam nadzieję, że ten czas i zaoszczędzone pieniądze pozwolą na przygotowanie miasta do jeżdżenia rowerem – mówi Hubert Barański, aktywista rowerowy z Łodzi.
Solaris, który w ubiegłym roku sprzedał w Polsce pierwsze autobusy elektryczne i rozwija produkcję tramwajów oraz trolejbusów, chce skorzystać na coraz bardziej widocznym trendzie zakupu proekologicznych pojazdów przez samorządy. Miasta kupują coraz więcej autobusów elektrycznych, trolejbusów i tramwajów. Wymuszają to coraz bardziej rygorystyczne unijne przepisy.
– W ostatnim czasie możemy obserwować coraz większe zainteresowanie pojazdami całkowicie bezemisyjnymi. Mam na myśli przede wszystkim autobusy elektryczne. Pierwsze tego typu pojazdy sprzedaliśmy także na rynku polskim. Pojazdy pojechały do Jaworzna, Ostrołęki, Warszawy i Inowrocławia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mateusz Figaszewski, rzecznik prasowy Solaris Bus & Coach.
W 2014 r. Solaris sprzedał w Polsce łącznie 26 autobusów elektrycznych. Największe zamówienia złożyły Jaworzno (12 sztuk) i Warszawa (10). Tego typu pojazdy spółka sprzedała także m.in. do Brunszwiku, Drezna, Düsseldorfu, Hanoweru, Hamburga oraz Oberhausen w Niemczech. Chętni na elektryczne solarisy są także w Czechach, Szwecji, Hiszpanii i Austrii.
Na razie sprzedaż autobusów elektrycznych to wciąż jedynie ułamek całego portfela dostaw Solarisa, ale wskaźnik ten ma mocno rosnąć. Jak podkreśla Figaszewski, duże znaczenie mają coraz bardziej rygorystyczne przepisy unijne. Zgodnie z nimi do 2030 r. tylko połowa wszystkich pojazdów komunikacji miejskiej może mieć napęd konwencjonalny. Po 2050 r. obowiązkowy będzie napęd ekologiczny, i to nie tylko elektryczny, lecz także m.in. z wykorzystaniem LNG.
– Już niebawem stanie się codziennością to, że w naszych miast będą poruszały się głównie pojazdy bezemisyjne, a wjazd do centrów dużych aglomeracji będzie dla prywatnego transportu pasażerskiego ograniczony – ocenia Figaszewski.
Solaris nie stawia jedynie na autobusy elektryczne. Spółka mocno rozwija też segment tramwajów. Od 2011 r. pojazdy Tramino (łącznie 50) jeżdżą po torach w Poznaniu, niedaleko którego znajduje się siedziba Solarisa. W 2013 r. Solaris został pierwszym polskim producentem tramwajów na rynku niemieckim. Obecnie pięć pojazdów Tramino jeździ w Jenie, trwają dostawy łącznie 18 tramwajów do Brunszwiku. W tym roku tramwaje Solarisa trafią także do Lipska oraz Olsztyna, a testy trwają w Krakowie.
– Jako pierwszej polskiej firmie udało nam się sprzedać niemieckiemu odbiorcy tramwaj, homologować ten produkt i wprowadzić go do codziennego użytkowania – zwraca uwagę Figaszewski.
Spółka jest też aktywna w segmencie trolejbusów. W Polsce to mały rynek, bo z tego typu pojazdów korzystają jedynie Gdynia, Tychy i Lublin. We wszystkich trzech miastach jeżdżą solarisy Trollino. Figaszewski podkreśla, że w tym segmencie rynki zagraniczne są znacznie ważniejsze, bo Solaris jest największym europejskim producentem tego typu taboru. W ubiegłym roku udział firmy w europejskim rynku trolejbusów sięgał 70 proc. Pojazdy producenta jeżdżą m.in. w Tallinnie, Rydze, Kownie, Budapeszcie, Debreczynie, Cagliari i Neapolu.
Figaszewski zauważa, że niezależnie od rynku, na który trafiają pojazdy Solarisa, ich wyposażenie jest do siebie zbliżone. Nie widać już różnic pomiędzy taborem zamawianym w Polsce i za granicą, a zdarza się nawet, że pojazdy produkowane na rynek krajowy są lepiej wyposażone.
– O ile jeszcze kilkanaście lat temu można było zauważyć różnicę w wyposażeniu pojazdów, o tyle dzisiaj te różnice nie mają zupełnie związku z krajami, do których dostarczamy dany pojazd – mówi Figaszewski. – Wiele miast w Polsce ma dużo lepiej wyposażone autobusy komunikacji miejskiej, np. w różne systemy liczenia pasażerów czy inne systemy informacji pasażerskiej.
Dodaje, że niemal standardowym wyposażeniem pojazdów jest już bezprzewodowy dostęp do internetu. Coraz więcej miast zamawia także tabor wyposażony w porty USB przeznaczone do ładowania urządzeń mobilnych pasażerów.
Małe i średnie przedsiębiorstwa coraz częściej wspólnie kupują towary i usługi. Dzięki tworzeniu grup zakupowych firmy mają znacznie silniejszą pozycję negocjacyjną z dostawcami. Takie rozwiązanie na Zachodzie jest już bardzo popularne, w Polsce dopiero zaczyna być stosowane.
– Niestety, na razie małe i średnie przedsiębiorstwa rzadko korzystają z grup zakupowych, ale widać już wyraźnie, że zrozumiały, że dzięki temu mogą mieć tańsze dostawy, np. energii elektrycznej czy innych surowców. Można wspólnie kupować materiały biurowe, papier do faksu, wszelkie rzeczy, które są potrzebne firmom – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.
Grupy zakupowe najczęściej tworzą małe i średnie przedsiębiorstwa pochodzące z jednego miasta lub jednego regionu. Taką współpracę ułatwia to, że firmy te najczęściej znają się i należą do tych samych stowarzyszeń.
Starczewska-Krzysztoszek podkreśla, że lista towarów i usług, które małe i średnie firmy mogą kupować w ramach grup zakupowych, jest praktycznie nieograniczona. Najłatwiej w ten sposób zaopatrywać się w to, co nie różni się w zależności od branży. Przykładem może być energia elektryczna, tym bardziej że koncerny energetyczne są znacznie większe od pojedynczych firm i mogą im narzucać warunki.
– Jeśli utworzymy z wielu małych firm grupę zakupową i wystąpimy jako odbiorca energii elektrycznej do dużej firmy, to równowaga między nami a dużym dostawcą będzie znacznie większa, niż kiedy jedna firma wystąpi sama jako malutki podmiot – zauważa Starczewska-Krzysztoszek.
Podkreśla, że taka grupa zakupowa powstała już m.in. w Rzeszowie, gdzie firmy aktywnie poszukują nowych członków. Ci przedsiębiorcy zrozumieli, że im większa grupa, tym lepsze warunki zakupów. Dzięki zrzeszaniu się taniej mogą nabyć energię, gaz, paliwa, a także wszystkie materiały biurowe wykorzystywane przez firmy. W przypadku udanej współpracy firm z tej samej branży grupy zakupowe mogą kupować nawet komponenty do produkcji.
W Polsce takie podejście wciąż jest nowe, ale na Zachodzie grupy zakupowe są wśród małych i średnich przedsiębiorstw bardzo popularne. Rozpowszechnienie takiej współpracy wymaga jednak zwiększenia zaufania w środowisku małych i średnich przedsiębiorstw.
– Jeżeli firmy same nie dojrzeją do tego, że warto skorzystać z takiej formuły, jaką jest grupa zakupowa, to niczym ich do tego nie namówimy. Więc po prostu krok za krokiem, patrząc na doświadczenia innych mniejszych firm, które już korzystają z grup zakupowych, kolejne firmy będą do tego dołączać – ocenia Starczewska-Krzysztoszek.
Dodaje, że o ile tworzenie grup zakupowych zależy wyłącznie od woli samych małych i średnich firm, o tyle ten sektor może też wspierać rząd. Udanym przykładem działań na rzecz rozwoju najmniejszych przedsiębiorstw było wprowadzenie w 2013 r. funduszu gwarancyjnego de minimis w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego.
Jak wyjaśnia ekonomistka Lewiatana, ten finansowany z środków publicznych fundusz pozwala małym i średnim przedsiębiorcom na zdobycie kredytów bankowych na dalszy rozwój. Większości takich firm nie byłoby stać na wpłacenie gwarancji z własnych aktywów. Jak wynika z danych BGK, w ramach funduszu udzielone zostały gwarancje na ponad 17 mld zł, a skorzystało z nich ponad 80 tys. przedsiębiorstw.
– Skala wykorzystania przez małe przedsiębiorstwa tego funduszu jest naprawdę bardzo duża. To oznacza, że wiele firm mogło rozwinąć swoją działalność gospodarczą właśnie dzięki temu, że był fundusz gwarancyjny, który pozwoli im sięgnąć po pieniądze z banków – ocenia Starczewska-Krzysztoszek.
Dodaje, że pomimo takiego wsparcia mali i średni przedsiębiorcy wciąż borykają się w Polsce z wieloma problemami. W badaniach realizowanych przez Lewiatana skarżą się przede wszystkim na wysokie koszty pracy oraz wysokie podatki oparte na niejasnym i nieprecyzyjnym prawie. Choć kontakty z urzędami znacznie się w ostatnich latach poprawiły, urzędy skarbowe i ZUS wciąż nie są miejscami przyjaznymi dla małych i średnich firm.
Niemiecki koncern energetyczny RWE zamierza tylko w tym roku wydać 70 mln euro na inwestycje w polskie farmy wiatrowe. Dzięki temu moc zainstalowana w farmach wiatrowych zwiększy się do 240 MW. Spółka czeka na wejście w życie ustawy o odnawialnych źródłach energii, by zbudować ekologiczne elektrownie o mocy 500 MW.
Ustawa o OZE została podpisana przez prezydenta Bronisław Komorowskiego 11 marca i wejdzie w życie po 30 dniach od publikacji w Dzienniku Ustaw, czyli 3 maja br.
– Biorąc pod uwagę bardzo zaawansowane prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii, w styczniu podjęliśmy decyzję o tym, by rozpocząć budowę parku wiatrowego w Opalenicy w województwie wielkopolskim, który składa się z siedmiu turbin o mocy 2,4 MW każda, czyli łączna moc to 17 MW – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Macias, członek zarządu RWE Renewables.
Spółka planuje uruchomić park wiatrowy jeszcze w tym roku. To – zgodnie z nowymi przepisami – zagwarantuje jej możliwość wyboru systemu wsparcia – dotychczasowego systemu zielonych certyfikatów lub nowego systemu aukcyjnego, który zacznie działać od 2016 roku.
Także w tym roku RWE zdecydowało, że rozbuduje istniejący parku w Nowym Stawie. Dziś pracują w nim 22 turbiny o mocy 2,05 MW każda, co łącznie daje moc 45 MW. Koncern zbuduje tam kolejnych 14 turbin, co w sumie pozwoli zwiększyć moc wytwarzaną do 73 MW.
To początek inwestycji, jakie RWE planuje w Polsce.
– Mamy 70 mln euro do wydania w tym roku. Do tej pory zainwestowaliśmy już ponad 400 mln euro i mamy plany dalszych inwestycji w Polsce – deklaruje Robert Macias.
Jak podkreśla do końca 2014 roku RWE był właścicielem parków wiatrowych o łącznej mocy 197 MW. Znajdują się one w trzech regionach: Nowy Staw koło Gdańska, Krzęcin i Tychowo na Pomorzu Zachodnim oraz Suwałki, Piecki i Taciewo na Podlasiu, w północno-zachodniej Polsce. Po zakończeniu dwóch rozpoczętych w styczniu inwestycji koncern będzie wytwarzał z wiatru 240 MW.
– W naszym portfolio mamy projekty w różnej fazie przygotowania do budowy dalszych około 500 MW. Z uwagi na wprowadzenie nowej ustawy i konieczność zdefiniowania nowych warunków funkcjonowania energetyki wiatrowej musimy poczekać z następnymi decyzjami o budowie do czasu rozstrzygnięcia pierwszych aukcji – wyjaśnia Macias.
Zgodnie z nowa ustawą od 2016 roku podczas specjalnych aukcji wybierani będą najtańsi dostawcy prądu ze źródeł odnawialnych. Oni będą mieli zagwarantowany odbiór energii po cenach, które sami zaproponują.
Macias podkreśla, że niemiecki koncern wiąże z Polską duże nadzieje. Dla RWE Innogy, spółki odpowiedzialnej za inwestycje w tym sektorze energetyki odnawialnej, Polska jest obok Niemiec, Holandii i Wielkiej Brytanii strategicznym rynkiem.
– Eksploatujemy parki wiatrowe o mocy około 2 tys. MW na lądzie i 800 MW na morzu. W tym roku w budowie mamy w Europie 200 MW na lądzie i prawie 1 tys. na morzu. Ten tysiąc powinien w tym roku zostać uruchomiony, więc na koniec roku łączna moc wzrośnie o około 40 proc. Szacujemy, że będziemy mieć w eksploatacji parki wiatrowe o mocy około 4 tys. MW – informuje członek zarządu RWE Renewables.
Schorzenia aparatu mowy i problemy z emisją głosu to częste dolegliwości m.in. mówców, śpiewaków i nauczycieli. Do skutecznego leczenia niezbędna jest szybka diagnoza. W Warszawie otwarto właśnie Centrum Głosu dla Profesjonalistów MEDINCUS, gdzie można się poddać diagnostyce, terapii i rehabilitacji aparatu mowy. Jest to pierwsza w Polsce placówka oferująca kompleksową opiekę nad pacjentem w zakresie ochrony i leczenia głosu.
Na problemy z głosem narażeni są przede wszystkim nauczyciele, wykładowcy, śpiewacy, artyści i dziennikarze. Eksperci podkreślają, że wiele osób wymaga terapii, która pomoże im w odpowiedni sposób zadbać o głos.
Nowe Centrum Głosu dla Profesjonalistów MEDINCUS to ośrodek, który oferuje kompleksową opiekę lekarską osobom, dla których głos jest narzędziem pracy.
– Opracowaliśmy program diagnostyczno-terapeutyczno-rehabilitacyjny przeznaczony dla osób, które pracują głosem. Stworzyliśmy zespół, który jest w stanie przeprowadzić bardzo sprawną i rzetelną diagnostykę. Mamy zaplecze terapeutyczno-rehabilitacyjne, które skupia logopedów, psychologów, terapeutów głosu, i mamy zaplecze fizykoterapeutyczne, gdzie istnieje możliwość przeprowadzenia terapii manualnych w zakresie obręczy barkowej i szyi oraz zabiegów wspomagających w obrębie narządu głosu – mówi agencji Newseria dr hab. n. med. Agata Szkiełkowska, laryngolog, audiolog i foniatra.
Narząd głosotwórczy to wyjątkowo czuły instrument w ludzkim organizmie. Istnieje wiele czynników powodujących zaburzenia emisji głosu i zmieniających jego brzmienie. Nieprawidłowe nawyki, takie jak garbienie się, powodują upośledzenie pracy mięśni krtani, a tym samym zaburzają czynność mówienia. Dużym problemem jest przekrzykiwanie, częste w pracy nauczyciela lub wykładowcy akademickiego, będące główną przyczyną przewlekłych chrypek.
Zdarzają się jednak także zmiany organiczne w krtani, np. guzki głosowe, polipy fałdów głosowych, zmiany obrzękowe, zmiany przerostowe. Są one często skutkiem nieprawidłowego sposoby wytwarzania głosu lub nadużywania go. Bagatelizowanie problemu może prowadzić do utrwalenia zmian, wówczas konieczne jest wykonanie zabiegów fonochirurgicznych.
– To jest zestaw bardzo precyzyjnych zabiegów w obrębie fałdów głosowych, w wyniku których przywracamy właściwą, prawidłową funkcję głosową, oszczędzając mechanizm wibracyjny fałdów głosowych, który gwarantuje wytworzenie głosu. Ponieważ jesteśmy częścią Centrum Słuchu i Mowy, które ma placówki w całej Polsce, mamy również do dyspozycji zaplecze szpitalne, co umożliwiło nam rozszerzenie działalności również na leczenie chirurgiczne pacjentów, którzy takiej pomocy będą potrzebowali – mówi dr hab. n. med. Agata Szkiełkowska.
Możliwość przeprowadzenia zabiegów chirurgicznych jest bardzo ważna, zapewnia bowiem kompleksową opiekę nad pacjentem. W zakresie diagnostyki, która zazwyczaj zabiera więcej czasu, Centrum Głosu dla Profesjonalistów jest w stanie przyjąć ok. 25 osób dziennie. W dwóch pozostałych gabinetach równolegle przyjmowani będą natomiast pacjenci poddawani procesom terapeutycznym i rehabilitacyjnym. Tych placówka może przyjąć nawet 70 dziennie. Twórcy Centrum uważają, że jest duże zapotrzebowanie społeczne na tego typu usługi medyczne.
– Nasza oferta kierowana jest przede wszystkim do środowisk twórczych, dlatego planujemy, że nasz ośrodek będzie również otwarty w soboty i niedziele, ponieważ wiele wydarzeń artystycznych ma miejsce właśnie w weekendy. W ten sposób nasi pacjenci w trudnych chwilach, przed ważnym zadaniem lub tuż po nim, będą mieli zapewnioną opiekę – mówi dr hab. n. med. Agata Szkiełkowska.
Otwarcie Centrum Głosu dla Profesjonalistów MEDINCUS zbiega się z obchodzonym 16 kwietnia Światowym Dniem Głosu.
Z ponad biliona złotych oszczędności gospodarstw domowych zaledwie niecałe 100 mld zł to środki zarządzane przez towarzystwa funduszy inwestycyjnych. W ciągu kilku lat ten udział ma szansę się podwoić, ale pod warunkiem zmiany postawy doradców finansowych oraz zmniejszenia opłat i prowizji na rzecz TFI.
– Udział funduszy inwestycyjnych w portfelu oszczędności Polaków od wielu lat jest niezmiennie niski i stanowi około 8-9 proc., a jego potencjał jest dużo większy – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Iwuć, właściciel i autor bloga Finanse bardzo osobiste.
Z ostatnich danych Analiz Online wynika, że na koniec grudnia 2014 roku oszczędności Polaków wynosiły 1,09 bln zł, z czego środki ulokowane w TFI to ok. 97 mld zł. Największą wartość stanowiły depozyty złotowe i walutowe (ok. 600 mld zł).
W opinii Iwucia nawet podwojenie tego udziału na przestrzeni najbliższych lat nie jest zbyt wygórowanym wyzwaniem. Aby jednak dokonały się znaczące przyrosty, potrzebne są zmiany zarówno po stronie doradców finansowych, jak i po stronie samych dostawców produktów, których konstrukcję należałoby uprościć oraz urealnić ich koszty.
– Przede wszystkim zanim zaczniemy inwestować, musimy się do tego właściwie przygotować. To nie jest tak, że gdy pojawią się pierwsze oszczędności, zaczynamy inwestycje – to niewłaściwa kolejność. Najpierw trzeba spłacić długi i pożyczki konsumpcyjne, bo nie osiągniemy z naszych inwestycji wyższych stóp zwrotu niż odsetki, które płacimy za długi – radzi właściciel Finanse bardzo osobiste.
Jego zdaniem drugim krokiem powinno być odłożenie równowartości ok. 6-miesięcznych wydatków w ramach tzw. funduszu bezpieczeństwa, który pozwoli przetrwać nieprzewidziane trudne sytuacje życiowe. Dopiero potem należy myśleć o takich celach, jak środki na emeryturę czy edukację dzieci, oraz odpowiednio w dalszej kolejności – o lokowaniu środków w TFI.
– Wybór funduszu zawsze zależy od indywidualnej sytuacji klienta, ale przy rekordowo niskich stopach procentowych potencjał do wzrostu w funduszach opartych na długu, takich jak fundusze obligacji czy rynku pieniężnego, jest niewielki – podkreśla Marcin Iwuć. – Jeżeli realnie myślimy o zarabianiu większych pieniędzy niż na depozytach, musimy dodać do naszego portfela akcje.
Marcin Iwuć dodaje, że istotny jest dobór odpowiedniego produktu, który nie jest obciążony wieloma nieuzasadnionymi opłatami. Jednak mimo często wysokich opłat dystrybucyjnych czy za zarządzanie w momentach hossy Polacy nie zwracają na nie większej uwagi.
– To jest cykliczna branża, charakteryzująca się zawsze tym, że kiedy giełdy zachowują się dobrze, a stopy procentowe są rekordowo niskie, pojawiają się zwiększone napływy do funduszy, a co za tym idzie stadne zachowanie wśród klientów, którzy chcą zdążyć za tą uciekającą hossą. Branża zdaje sobie z tego sprawę, ale pozostaje pytanie, czy będzie miała odwagę, żeby tych pieniędzy nie przyjąć, rezygnując w ten sposób z zysków – podsumowuje Marcin Iwuć.
Rośnie zainteresowanie samorządów pojazdami bezemisyjnymi w komunikacji publicznej. Miasta kupują coraz więcej autobusów elektrycznych, trolejbusów i tramwajów. Wymuszają to coraz bardziej rygorystyczne unijne przepisy. Korzysta na tym Solaris, który w ubiegłym roku sprzedał w Polsce pierwsze autobusy elektryczne i rozwija produkcję tramwajów oraz trolejbusów.
– W ostatnim czasie możemy obserwować coraz większe zainteresowanie pojazdami całkowicie bezemisyjnymi. Mam na myśli przede wszystkim autobusy elektryczne. Pierwsze tego typu pojazdy sprzedaliśmy także na rynku polskim. Autobusy pojechały do Jaworzna, Ostrołęki, Warszawy i Inowrocławia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mateusz Figaszewski, rzecznik prasowy Solaris Bus & Coach.
W 2014 r. Solaris sprzedał w Polsce łącznie 26 autobusów elektrycznych. Największe zamówienia złożyły Jaworzno (12 sztuk) i Warszawa (10). Tego typu pojazdy spółka sprzedała także m.in. do Brunszwiku, Drezna, Düsseldorfu, Hanoweru, Hamburga oraz Oberhausen w Niemczech. Chętni na elektryczne solarisy są także w Czechach, Szwecji, Hiszpanii i Austrii.
Na razie sprzedaż autobusów elektrycznych to wciąż jedynie ułamek całego portfela dostaw Solarisa, ale wskaźnik ten ma mocno rosnąć. Jak podkreśla Figaszewski, duże znaczenie mają coraz bardziej rygorystyczne przepisy unijne. Zgodnie z nimi do 2030 r. tylko połowa wszystkich pojazdów komunikacji miejskiej może mieć napęd konwencjonalny. Po 2050 r. obowiązkowy będzie napęd ekologiczny – nie tylko elektryczny, lecz także m.in. LNG.
– Już niebawem stanie się codziennością to, że w centrach naszych miast będą poruszały się głównie pojazdy bezemisyjne, a wjazd do centrów dużych aglomeracji będzie ograniczony dla prywatnego transportu pasażerskiego – ocenia Figaszewski.
Solaris nie stawia jedynie na autobusy elektryczne. Spółka mocno rozwija też segment tramwajów. Od 2011 r. pojazdy Tramino (łącznie 50) jeżdżą po torach w Poznaniu, w pobliżu którego znajduje się siedziba Solarisa. W 2013 r. Solaris został pierwszym polskim producentem tramwajów na rynku niemieckim. Obecnie pięć pojazdów Tramino jeździ w Jenie, trwają dostawy łącznie 18 tramwajów do Brunszwiku. W tym roku tramwaje Solarisa trafią także do Lipska oraz Olsztyna, a testy trwają w Krakowie.
– Szczególnie chciałem podkreślić realizację kontraktów na rynku niemieckim, ponieważ jako pierwszej polskiej firmie udało nam się sprzedać niemieckiemu odbiorcy tramwaj, homologować ten produkt i wprowadzić go do codziennego użytkowania – zwraca uwagę Figaszewski.
Spółka jest też aktywna w segmencie trolejbusów. W Polsce to mały rynek, bo z tego typu pojazdów korzystają jedynie Gdynia, Tychy i Lublin. We wszystkich trzech miastach jeżdżą solarisy Trollino. Figaszewski podkreśla, że w tym segmencie rynki zagraniczne są znacznie ważniejsze, bo Solaris jest największym europejskim producentem tego typu taboru. W ubiegłym roku udział Solarisa w europejskim rynku trolejbusów sięgał 70 proc. Pojazdy producenta jeżdżą m.in. w Tallinnie, Rydze, Kownie, Budapeszcie, Debreczynie, Cagliari i Neapolu.
Figaszewski zauważa, że niezależnie od rynku, na który trafiają pojazdy Solarisa, ich wyposażenie jest do siebie zbliżone. Nie widać już różnic pomiędzy taborem zamawianym w Polsce i za granicą, a zdarza się nawet, że pojazdy na rynek krajowy są lepiej wyposażone.
– O ile jeszcze kilkanaście lat temu można było zauważyć różnicę w wyposażeniu pojazdów, o tyle dzisiaj te różnice nie mają zupełnie związku z krajami, do których je dostarczmy – mówi Figaszewski. – Wiele miast w Polsce ma dużo lepiej wyposażone autobusy komunikacji miejskiej, np. w różne systemy liczenia pasażerów czy inne systemy informacji pasażerskiej.
Dodaje, że niemal standardowym wyposażeniem pojazdów jest już bezprzewodowy dostęp do internetu. Coraz więcej miast zamawia także tabor wyposażony w porty USB przeznaczone do ładowania urządzeń mobilnych pasażerów.