Social Media i wybrane kanały społecznościowe

Social media marketing: jest to (pl. marketing w mediach społecznościowych) – zjawisko polegające na zdobywaniu uwagi oraz generowaniu ruchu internetowego przy pomocy serwisów społecznościowych. Do promocji marki wykorzystuje się takie portale społecznościowe jak Facebook, Twitter, LinkedIn, Yelp, Youtube czy blogi. Media społecznościowe w ostatnim czasie odgrywają coraz większą rolę w działaniach marketingowych wielu firm, ze względu na fakt, że są łatwo dostępne dla wszystkich, którzy mają dostęp do internetu. Social media marketing umożliwia bezpośredni dostęp do pożądanej grupy docelowej, a dodatkowo obniża koszty działań marketingowych.

SPOSOBY DZIAŁANIA SOCIAL MEDIA
Social Media Marketing wykorzystuje zaangażowanie klienta na portalach społecznościowych, wobec marki lub produktu. Głównym celem działań z zakresu Social media marketing nie jest efekt sprzedażowy, ale budowanie wizerunku marki. Materiały do kampanii marketingowych tworzy się, nie tylko po to by zdobyć uwagę klienta, lecz przede wszystkim w celu zachęcenia go do dzielenia się nimi ze swoimi znajomymi. Skutkuje to zwiększeniem wiarygodności przekazywanej treści, gdyż pochodzi ona z zaufanego źródła…

NARZĘDZIA SOCIAL MARKETERA
Wśród środków, które wykorzystuje się do komunikacji, możemy wymienić strony fanowskie (tzw. fanpage), marketing wirusowy, gry, blogi, filmy wideo.

FACEBOOK
Głównym działanie z zakresu social marketing na Facebooku, jest stworzenie i zarządzanie fanpagem marki lub firmy. W ramach aktywności, na profilu zamieszcza się zdjęcia, filmy, lub wiadomości tekstowe. Działania mają na celu aktywizację fanów firmy, co przekłada się na tworzenie pozytywnego wizerunku marki. Istnieje możliwość tworzenia specjalnych aplikacji, które pozwalają na rywalizację między fanami, co przekłada się na większe zaangażowanie. Jest to działanie z pogranicza E-PR, które to powinny być prowadzone równolegle do działań marketingowych. Do obserwacji Facebooka wykorzystuje się specjalne narzędzia które pozwalają w czasie rzeczywistym monitorować, wybrane przez nas frazy. Liczbę użytkowników Facebooka na koniec roku 2012 szacuje się na 1 mld.

TWITTER
Pozwala firmom na bezpośredni kontakt z fanami. Przy tworzeniu informacji mamy do wykorzystania 140 znaków, co wymusza tworzenie krótki dynamicznych informacji, które mają szansę na ściągnięcie uwagi użytkowników. Wykorzystuje się go również do wstawiania odnośników do innych portali, na których zamieszcza się pozostała część przekazu marketingowego. Twitter pod koniec roku 2012 osiągnął 200 mln użytkowników.

PINTEREST
Jest to serwis społecznościowy bazujący, na zdjęciach umieszczanych przez użytkowników, którzy mają możliwość dzielenia się z innymi. Fotografie można grupować w kategoriach zainteresowań. Działania marketingowe na tym serwisie wymuszają przygotowanie treść wizualnych, które mają szansę na przyciągnięcie uwagi użytkowników.

BLOGI
Działalność na blogach, można prowadzić w dwojaki sposób. Pierwszym jest stworzenie swojego bloga markowego, na którym opisuje się działania dotyczące marki, wstawia zdjęcia oraz filmy. Pozwalają na zamieszczanie dłuższych opisów produktów oraz zamieszczanie artykułów specjalistycznych. Drugim sposobem na wykorzystanie blogów, jest współdziałanie z blogerami, przy pomocy których organizuje się konkursy dla członków społeczności skupionych wokół ich stron internetowych. Innym typem działania jest wysyłanie swoich produktów do przetestowania i opisania, przy tego typu działaniach trzeba zwrócić uwagę że nie wszystkie opinie muszą być pozytywne.

YOUTUBE
Strategia prowadzenia działań na YouTubie, skupia się na tworzeniu filmów reklamowych oraz wirusowych. Mają one za zadanie przyciągnięcie widzów, przy czym muszą być ciekawe i interesujące dla użytkownika, ponieważ ma on kontrolę nad tym co ogląda. Filmy wirusowe na pierwszym miejscu stawiają na rozbawieniu lub zaciekawieniu użytkownika, dopiero później na promocji marki lub produktu. Są one zazwyczaj dłuższe niż reklamy telewizyjne z racji braku ograniczenia czasowego, a wszystkie koszty ograniczają się do budżetu na stworzenie filmu.

PORÓWNANIE Z TRADYCYJNYMI KAMPANIAMI
Porównując do tradycyjnych kampanii reklamowych w Internecie, starają się nie wykorzystać tradycyjnych, środków takich jakich, banery, mailing, reklama kontekstowa, ponieważ są one mało efektywne w tego typu działaniach. Prowadzenie tego typu działań nie jest jednak pozbawione ryzyka, ze strony użytkowników. Przy prowadzeniu tego typu działalności, dochodzi do interakcji z użytkownikami, dzięki czemu tworzy się bliższe relacje z użytkownikami. Dzięki wykorzystaniu narzędzi analitycznych istnieje możliwość obserwowania w czasie rzeczywistym skutków działań reklamowych oraz szybkiego reagowania na pojawiające się zagrożenia. Część działania skupia się nie na, sprzedaniu produktu, a przyciągnięcie fanów, który w pozytywny sposób będę reagować na działania marketingowe.

ROZRÓŻNIENIE MEDIÓW SPOŁECZNOŚCIOWYCH OD MEDIÓW PRZEMYSŁOWYCH
Przedsiębiorstwa mogą zwracać się ku mediom społecznościowym jako mediom stworzonym przez konsumenta. We wszystkich definicjach mediów społecznościowych powszechnie pojawiającym się wątkiem jest zmieszanie technologii z interakcją społeczną dla współtworzenia wartości przedsiębiorstwa.
Ludzie zdobywają informacje, edukację, wiadomości oraz inne dane z mediów elektronicznych, jak i drukowanych. Media społecznościowe są dalekie przemysłowym oraz tradycyjnym mediom, takim jak gazety, czasopisma, telewizja czy film. Są stosunkowo niedrogie i łatwo dostępne dla każdego, kto chce uzyskać lub opublikować informację w porównaniu z mediami przemysłowymi, które w ogólnym rozrachunku wymagają znaczących środków na opublikowanie informacji.

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech zarówno dla mediów społecznościowych, jak i przemysłowych jest zdolność docierania do małej i dużej liczby odbiorców. Na przykład zarówno blog, jak i telewizja mogą zarówno nie dotrzeć do nikogo, jak i dotrzeć do milionowej publiczności. Niektóre z właściwości, które opisują różnice pomiędzy mediami przemysłowymi a społecznościowymi są:

• Zasięg – technologie zarówno przemysłowych, jak i społecznościowych mediów zapewniają łatwo skalowalną zdolność docierania do globalnej grupy osób. Jednak media przemysłowe używają scentralizowanego schematu odpowiedniego dla organizacji, produkcji i szerzenia, podczas gdy social media są (co wynika bezpośrednio z ich natury), bardziej zdecentralizowane, mniej hierarchiczne oraz zróżnicowane przez różnorakie aspekty produkcji i użytkowania.
• Dostępność – środki oraz zasoby produkcyjne w mediach przemysłowych w całości należą do przedsiębiorstwa, którego są własnością lub do rządu. Zupełnie odwrotnie, niż w mediach społecznościowych, gdzie wszystkie narzędzia są publicznie i powszechnie dostępne niewielkim lub wręcz żadnym kosztem.
• Użyteczność
• Natychmiastowość
• Trwałość

WPŁYWANIE POPRZEZ MEDIA SPOŁECZNOŚCIOWE NA LUDZKOŚĆ
Rządy najsilniejszych państw wykorzystują media społecznościowe np. Facebook do prowadzenia polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej oraz do analizowania postaw od pojedynczego człowieka do społeczności również wielkich . Służby specjalne zadaniowane przez władzę wykonawczą, poprzez owe media mają potencjał i go używają do dezinformowania narodów własnych państw, jak i obcych państw, a także kreują postawy społeczne zgodne ze swoimi celami politycznymi.

Służby specjalne używają do tych celów komputerów o skomplikowanych systemach informatycznych, o bardzo dużych mocach obliczeniowych, przy zastosowaniu, sztucznej inteligencji i specjalizowanych algorytmów. Systemy te łączą pojedynczych użytkowników w zasoby ludzkie połączone ze sobą rozmaitymi relacjami, więziami społecznymi. Badane i wykorzystywane są relacje, zależności zarówno towarzyskie, finansowe, zainteresowań, upodobań, zamieszkania, narodowości, wyznania i mnóstwo innych cech. Instrumenty informatyczne mające MS jako bazę danych analizują również cechy psycho-fizyczne ludności.
Podobne wykorzystanie ww. mediów w celach sprzedażowych prowadzą przedsiębiorstwa. Media społecznościowe są również szeroko wykorzystywane w działaniach Public Relations.

 

Milena Gocejna
Agencja PR Future Advert

Samorządowcy stawiają na seniorów

Mają swoje lata, więc i doświadczenie – nic dziwnego, że wiele samorządów zaczyna powoływać rady seniorów i wsłuchiwać się w ich doradczy głos. Na pełniejsze włączenie najstarszych mieszkańców w procesy decyzyjne pozwoliła ubiegłoroczna nowelizacja Ustawy o samorządzie gminnym.

Już ponad 60 samorządów powołało rady seniorów, które działają jako ciała konsultacyjno-doradcze. „Jest to doskonała inicjatywa – aktywizuje osoby starsze, których nieustannie przybywa. Dzięki takim radom władze dostrzegają i lepiej rozumieją potrzeby seniorów, a następnie mogą je zaspokajać w ramach swojej polityki” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Brzeska-Miksa z Funduszu Hipotecznego Familia.

Bycie członkiem rady seniorów daje osobom starszym poczucie ważności i przekonanie, że mogą robić coś dla społeczności lokalnej. „Bardzo często potrzeby osób starszych są potrzebami całego społeczeństwa. Doskonałym przykładem jest przestrzeń społeczna. Seniorzy zwracają uwagę na konieczność budowania podjazdów, chodników, wytyczania przejść dla pieszych. Te zmiany są niezbędne również dla rodzin z dziećmi” – zaznacza ekspertka.

Rady seniorów są powoływane przez rady gmin z ich własnej inicjatywy albo na wniosek osób zainteresowanych. Zakładane są głównie w miastach. W tych większych jest możliwość tworzenia rad dzielnicowych. Powstają one już np. w Warszawie.

Uważaj, kiedy szukasz mieszkania przez internet

Obecnie ok. 90% ogłoszeń dotyczących kupna lub wynajmu nieruchomości znajduje się w sieci. Oprócz uczciwych znajdziemy tam również te napisane przez oszustów. Jak nie dać się im przechytrzyć?

Znalazłeś korzystną ofertę? Zbadaj ją pod każdym względem. Spotkaj się z właścicielem mieszkania, ustal, czy faktycznie jest on osobą, za którą się podaje, i koniecznie obejrzyj lokal osobiście. Nie bój się zadawać różnych pytań. Jeśli oferent udziela wymijających odpowiedzi, to sygnał, że może próbować cię oszukać.

W ogłoszeniu została podana znacznie zaniżona cena? Prawdopodobnie jest ono nieprawdziwe. „Są okazje, ale bardzo rzadko i trzeba mieć trochę szczęścia. Zdarza się np., że ludzie wyjeżdżają i poszukują osoby zaufanej, która nie zdewastuje mieszkania. Wolą wtedy wynająć je taniej, ale na dłużej” – mówi serwisowi infoWire.pl Jarosław Mikołaj Skoczeń z Emmerson Realty.

Bardzo ważną kwestią jest podpisanie umowy. Zadbaj, żeby została ona sporządzona zgodnie z prawem. Pozwoli to uniknąć w przyszłości wielu ewentualnych problemów. Przed złożeniem podpisu przeczytaj oczywiście dokładnie treść porozumienia. Sprawdź, czy zgadza się ona z tym, o czym była mowa w ogłoszeniu internetowym. I pamiętaj: przed podpisaniem umowy nie płać żadnych prowizji ani kosztów wstępnych.

Sprzedaż detaliczna: nie tylko efekt świąt

O 3 proc. (w cenach bieżących) wzrosła w marcu sprzedaż detaliczna w porównaniu do tego samego miesiąca ubiegłego roku, a w cenach stałych o 6,6 proc. – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Od maja 2014 r. wzrost sprzedaży detalicznej (w cenach bieżących) nie przekroczył 3 proc. r/r, a w cenach stałych od kwietnia 2014 r. nie przekroczył 6 proc. Dlatego marcowe dane są dobrym prognostykiem. Nawet uwzględniając fakt, że część wzrostu do efekt zakupów na święta Wielkanocne, które w tym roku wypadły na początku kwietnia.

Największą dynamikę wzrostu ,w cenach bieżących, wykazała sprzedaż żywności. Świetnie radziły sobie niewyspecjalizowane sklepy, czyli hiper i supermarkety. Gospodarstwa domowe robiły przedświąteczne zakupy już w marcu. Zapewne cześć tego popytu przełoży się pozytywnie również na wyniki sprzedaży detalicznej w kwietniu.
Mocno przyspieszyła, po dość słabym wzroście od początku 2014 roku (z wyjątkiem sierpnia) sprzedaż mebli, rtv i agd. Marcowy wzrost o 9,3 proc. w cenach bieżących i 10 proc. w cenach stałych sugeruje, że Polacy zaczynają chętniej niż dotychczas wydawać pieniądze i to wcale nie dlatego, że ceny spadają.

Ciągle wysoką dynamikę sprzedaży wykazują branża tekstylna, odzieżowa i obuwnicza. Ale jest to okupione silnymi obniżkami cen, co już przekłada się na kondycję niektórych firm. Spadek sprzedaży samochodów wyhamował (nieznacznie zmniejszyła się baza). Może jeszcze nie w kwietniu, ale już w maju powinniśmy zobaczyć silniejsze wzrosty sprzedaży samochodów.

Jeśli marzec pokazał wzrost skłonności do konsumpcji gospodarstw domowych, a nie jedynie świąteczną aktywność, to spożycie indywidulane w tym roku będzie mocno wspierało wzrost PKB.

Konfederacja Lewiatan

XIII edycja Konkursu Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy

1

Wybór najlepszych urzędów oraz tworzenie przyjaznej atmosfery między administracją podatkową a przedsiębiorcami – to główne założenia konkursu Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy. Już po raz 13. konkurs organizują  Ministerstwo Finansów oraz Business Centre Club.

W ramach konkursu urzędy skarbowe w całym kraju będą oceniane na podstawie punktów przyznanych przez przedsiębiorców w ankiecie konkursowej. Oceniane będą m.in.: jakość obsługi podatnika, łatwość komunikacji oraz kompetencje pracowników. Urzędy wyłonione w konkursie zostaną wyróżnione podczas uroczystej gali w siedzibie BCC oraz otrzymają prawo posługiwania się przez rok tytułem „Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy”. Wyróżnienie jest wyrazem uznania przedsiębiorców dla jakości pracy urzędów oraz umiejętności i kompetencji pracowników administracji podatkowej.

L. Fogelman (Greenberg Traurig): Konsolidacja polskich banków wśród już działających na rynku graczy. Wartość przejmowanych podmiotów pójdzie w górę

CEO Magazyn Polska

Mimo że konsolidacja sektora bankowego w Polsce trwa od kilkunastu lat, polskie banki czekają jeszcze zmiany własnościowe. Jest ich wciąż za dużo, a rozrobienie sektora i trudne warunki zewnętrzne nie służą zyskom. Nie oznacza to jednak, że na polskim rynku pojawi się nowy duży inwestor. W ocenie Lejba Fogelmana, starszego partnera Greenberg Traurig, działające w Polsce banki podzielą rynek między siebie.

Pod koniec 2014 roku działało w Polsce 66 banków komercyjnych. To o 3 mniej niż rok wcześniej i 4 mniej niż na koniec 2012 roku. Zmiana liczby banków jak podaje GUS była wynikiem procesów konsolidacyjnych w sektorze. Takich zmian czeka rynek jeszcze sporo.

– Trwa bardzo ostra walka o udział w rynku i prawdopodobnie ta walka dalej będzie się toczyła mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Lejb Fogelman, starszy partner Greenberg Traurig. – Myślę, że nie będzie nowych inwestorów, którzy przyszliby z zagranicy, ponieważ już właściwie nie ma co kupować. A w boju o udział w rynku działający tutaj inwestorzy mają przewagę, ponieważ im akwizycje dadzą poważne synergie, które pozwolą im na zaoferowanie lepszej ceny.

Jak wyjaśnia, dla nowych graczy polski rynek bankowy wydaje się już zbyt drogi: by tu zaistnieć musieliby sporo wydać, a potem konkurować o klienta z tymi, których pozycja jest bardzo silna. Poza tym, by nawiązać walkę z liderami rynku, trzeba kupić albo jednego z nich, albo kilka mniejszych banków, by zdobyć odpowiednio znaczący udział w rynku.

– Nie ma już dużych banków, które mogłyby zapewnić nowemu inwestorowi, temu, który jeszcze na tym rynku nie istnieje, taki udział, który pozwalałby mu na dobre konkurowanie z istniejącymi już tutaj inwestorami, którzy mają znaczący udział – ocenia Lejb Fogelman. Mnie się wydaje, że nie będzie już nowych, znaczących inwestorów oprócz jakichś drobnych wyjątków. Jeżeli będzie konsolidacja, to ona według mnie będzie wśród już istniejących graczy na tym rynku.

To, że na polskim rynku nie pojawią się nowi bankowi inwestorzy, nie oznacza jednak, że będzie tanio. Przy potencjalnych przejęciach cena zawsze rośnie i akcjonariusze notowanego na giełdzie kandydata do przejęcia mogą tylko zyskać. Łączenie banków powinno też opłacić się ich klientom. Większe instytucje mogą zaoferować korzystniejsze warunki korzystania ze swych usług. Muszą zaś to robić, by poprawiać swą pozycję na rynku.

Więksi gracze na rynku mają ekonomię skali, mogą obniżać koszty – przypomina Lejb Fogelman z Greenberg Traurig. Wydaje mi się, że to gdzieś w ostatecznym rozrachunku powinno się przełożyć na korzyści dla konsumentów. Czy tak będzie, nie wiem, ale w pewnym sensie w tej konsolidacji rynku i walce o udział w rynku chodzi właśnie o to, żeby koszty były obniżone i żeby była ekonomia skali.

Arrinera kończy sprzedaż obligacji. Spółka liczy na to, że inwestorzy pożyczą jej 5 mln zł na budowę drogowej wersji Hussaryi

0

CEO Magazyn Polska

Arrinera szuka inwestorów, którzy pomogą jej sfinansować budowę drogowej wersji supersamochodu Hussarya, który spółka zbudowała na razie w wersji wyścigowej. Firma myśli już o kolejnym modelu wozu sportowego, który chce sprzedawać na polskim rynku.

23 kwietnia zakończy się sprzedaż obligacji spółki, wyemitowanych w celu sfinansowania budowy serii samochodów. Arrinera wypuściła 5 tys. obligacji o wartości 1 tys. zł każda.

– 7 kwietnia rozpoczęliśmy emisję publiczną mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Gniadek, członek zarządu spółki Arrinera. – Szukamy na rynku kapitału dłużnego w wysokości 5 mln zł. Są to obligacje dwuletnie, zabezpieczone na akcjach spółki Arrinera Automotive SA, która jest w grupie Arrinera SA. Kupon 9,5-proc., płatny kwartalnie. Środki te nam mają pozwolić szybciej osiągnąć cel, jakim jest samochód w wersji cywilnej. Bo wersję racingową na pewno w tym roku pokażemy, tutaj budżet mamy już dopięty. Środki z emisji obligacji mają pomóc nam przyspieszyć pojawienie się wersji drogowej na rynku.

Emisję publiczna prowadzi dla spółki Dom Maklerski Ventus. Piotr Gniadek twierdzi, że cieszy się ona ogromnym zainteresowaniem.

– Patrząc na nasz biznesplan i to, co chcemy zrobić, czyli skomercjalizować wersję racingową już w tym roku, żeby spółka miała pierwsze przychody już na koniec tego roku, można spokojnie sądzić, że to bezpieczny plan. Te 5 mln zł pozwoli nam przyspieszyć wersję drogową, poza tym będziemy już mieć wpływy z wersji racingowej.

Arrinera przeciera szlaki w Polsce. Nikt jeszcze w kraju nie zbudował supersamochodu, czyli wozu sportowego, który jest w stanie rozwinąć szybkość przekraczającą 300 km/h. Tym bardziej nikt nie próbował wprowadzić na rynek podobnego pojazdu w wersji drogowej, którą można zarejestrować i używać na drogach publicznych. Samochody Hussarya, które trafią na rynek dzięki wyemitowanym obligacjom, mają kosztować po ok. 2 mln zł. Ich szybkość maksymalna ma zostać ograniczona do 340 km/h, bowiem wersja wyścigowa może się rozpędzić do 390 km/ h.

Widzimy jedyną możliwość odrodzenia polskiej motoryzacji, zapisania się na kartach historii poprzez małą serię przyznaje wiceprezes zarządu Arrinera.Hussarya 33, tylko 33 sztuki tego nadwozia. Następny model mamy już w planach, ale jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Najpierw musimy sprzedać pierwszy model, musimy osiągnąć sukces, żeby myśleć o kolejnym modelu, który będziemy wprowadzali na rynek. Ale na pewno interesują nas tylko małe serie. Chcemy iść w tym samym kierunku, co firmy Pagani czy Koenigsegg.

Rynek supersamochodów w Polsce Arrinera szacuje na 5-6 mld zł. Spółka ocenia, że jej atutem jest zaprezentowana ostatnio wersja wyścigowa wozu oraz zgromadzony zespół ludzi, którzy tę budowę prowadzili. Na tyle bliski jest też cel komercyjny, czyli przygotowanie serii wozów do sprzedaży na rynku, że obecnie Arrinera myśli już o kolejnym projekcie.

– Mogę zdradzić, że następny model mamy już opracowany deklaruje Piotr Gniadek z Arrinery.Mamy już wizualną koncepcję tego samochodu. Jest to samochód bez paneli dachowych. Nazwy jeszcze nie ma, samochodu jeszcze nie pokazujemy, na razie skupiamy się na naszej drogowej Hussaryi, w wersji racingowej pojawi się jeszcze w tym roku.

EQUES Investment TFI: Warszawską giełdę czeka hossa, która potrwa dłużej niż rok

CEO Magazyn Polska

Wiele wskazuje na to, że na warszawskiej giełdzie zaczyna się czas hossy, który potrwa dłużej niż rok ocenia Tomasz Korab z EQUES Investment TFI. To duża szansa dla funduszy inwestycyjnych na zdobycie nowych klientów. W najbliższych latach ich udział w rynku oszczędności może się podwoić.

Marzec był miesiącem, w którym inwestorzy skierowali swoją sympatię w stronę funduszy akcyjnych. Do lutego włącznie Polacy korzystając z usług funduszy inwestycyjnych, wybierali te, które inwestują w obligacje. To one bowiem w ostatnich latach przynosiły najwyższe stopy zwrotu, sięgające niekiedy 10 proc. rocznie.

Inwestorzy kierowali się głównie stopą zwrotu za ubiegły rok, która była bardzo wysoka, ale w mojej ocenie jest nie do powtórzenia w tym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Korab, doradca inwestycyjny, wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. Dlatego tych inwestorów raczej spotka rozczarowanie, zwłaszcza jeżeli oczekują podobnych stóp zwrotu jak te ubiegłoroczne. 

Stopy procentowe NBP są dziś najniższe w historii i choć Rada Polityki Pieniężnej zarzeka się, że to kres obniżek, to deflacja nie odpuszcza. W marcu była tylko minimalnie łagodniejsza niż w rekordowym lutym (-1,5 proc.). To oznacza, że oprocentowanie lokat i wszelkich innych papierów dłużnych, czyli obligacji, będzie wciąż niskie.

Wysokie zyski w najbliższych miesiącach mogą przynosić akcje. Szczególnie akcje tych firm, które w związku z ożywieniem w polskiej gospodarce zaczną poprawiać wyniki i wykazywać rosnące zyski. Na giełdzie widać ten trend w przypadku małych spółek już od początku roku, w przypadku największych wyraźny wzrost rozpoczął się w kwietniu.

Na uwagę będą zasługiwały dobre spółki podkreśla doradca inwestycyjny i wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. To znaczy ja i nasza firma jesteśmy przeciwnikami wyboru sektorów. Tak naprawdę lepiej mieć dobrą spółkę w kiepskiej branży niż złą spółkę w dobrej. Nawet jeżeli branża jest dobra, to zła spółka nic dobrego nie przyniesie.

Jego zdaniem w tym roku spore nadzieje inwestorzy mogą wiązać z firmami budowlanymi. Branża jest po fali bankructw, które wyeliminowały z rynku słabsze spółki i przerzedziły konkurencję. Tymczasem zarówno napływające środki unijne, jak i dane o pozwoleniach na budowę za zeszły rok sugerują znaczący wzrost produkcji budowlano-montażowej, więc tym, którzy zostali, przybędzie zamówień. Dobrze zachowują się również spółki z branży sprzedaży detalicznej, bo niskie ceny przynoszą wysokie obroty.

Poza dobrymi perspektywami gospodarki dodatkowym bodźcem dla inwestorów do szukania zysków w funduszach akcji powinny być słabe dochody z bezpiecznych lokat bankowych czy obligacji.

Wydaje się, że wobec poprawiającej się sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie, przynajmniej pewna część z nich zdecyduje się na zachowania bardziej agresywne inwestycyjnie, czyli fundusze z komponentem akcyjnym, i to powinno wspierać hossę na warszawskiej giełdzie, której moim zdaniem można się spodziewać – ocenia Tomasz Korab z EQUES Investment TFI.

Jak mówi, 6-7-proc. obecnie udział funduszy inwestycyjnych w oszczędnościach Polaków w perspektywie 5-10 lat może się co najmniej podwoić.

Rosyjskie samoloty wojskowe latają z wyłączonymi transponderami. To zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów cywilnych

CEO Magazyn Polska

W pobliżu granic Polski lata coraz więcej rosyjskich samolotów wojskowych. Choć nie naruszają one granic państw, to latając z wyłączonymi transponderami, stwarzają zagrożenie dla lotów cywilnych w międzynarodowej przestrzeni powietrznej. Trwają prace nad nowelizacją ustawy o ochronie granic. Ma to zwiększyć liczbę sytuacji, w których polskie siły powietrzne będą mogły reagować.

Do wzrostu niebezpieczeństwa lotów dla cywilnych statków powietrznych przyczyniać się mogą przede wszystkim loty samolotów Federacji Rosyjskiej bez transpondera – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes płk Robert Stachurski, szef Obrony Powietrznej w Dowództwie Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych.

Od aneksji Krymu i rozpoczęcia wojny na wschodzie Ukrainy rosyjskie samoloty coraz częściej pojawią się w pobliżu granic państw UE. Bombowce i myśliwce przechwytywały do tej pory siły zbrojne m.in. Szwecji i Wielkiej Brytanii. Więcej pracy ma również lotnictwo NATO stacjonujące w litewskiej bazie w Szawlach w ramach misji Baltic Air Policing. Na czele tej misji obecnie stoją Włosi, ale pomagają im m.in. Polacy – cztery polskie MiG-29 stacjonują, a w litewskiej bazie, a wsparciem służy baza w Malborku.

Płk Stachurski podkreśla, że polskie lotnictwo uczestniczy w Zintegrowanym Systemie Obrony Powietrznej NATO i w ramach obowiązków musi również reagować na loty samolotów bez transpondera i takie, które mogą naruszyć przestrzeń powietrzną.

Szef Obrony Powietrznej uspokaja jednak, że nie odnotowano przypadków naruszenia przestrzeni powietrznej. Nie oznacza to jednak, że nie ma zagrożenia. Problem dotyczy również lotnictwa cywilnego.

Samoloty wykonujące loty w przestrzeni kontrolowanej powinny składać plany lotów. Jeżeli ich nie składają, to jest to niezgodne z prawem międzynarodowym. Wyłączony transponder może skutkować kolizjami w przestrzeni powietrznej, a więc ma wielki wpływ na bezpieczeństwo wykonywanych lotów – wyjaśnia płk Stachurski.

Transponder to urządzenie nadające sygnał, dzięki któremu kontrolerzy lotów mogą zidentyfikować dany samolot. Większość centrów kontroli lotów opiera się na radarach wtórnych, czyli takich, które wyświetlają jedynie samoloty z transponderami. Radary pierwotne umożliwiają dostrzeżenie również jednostek bez transponderów, ale są mniej precyzyjne i nie pozwalają na identyfikację.

Jeżeli dochodzi do jakichkolwiek sytuacji konfliktowych, kierujemy pisma do ambasady rosyjskiej, noty dyplomatyczne i prowadzimy rozmowy. Mamy nawiązaną również łączność z rosyjskim stanowiskiem dowodzenia w obwodzie kaliningradzkim i wyjaśniamy wszelkie sporne sytuacje telefonicznie – mówi płk Stachurski. – Międzynarodowe prawo lotnicze przewiduje konsekwencje dla przewoźników i wojskowych statków powietrznych.

Pułkownik dodaje, że z inicjatywy Ministerstwa Obrony Narodowej i Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych prowadzone są prace nad nowelizacją ustawy o ochronie granicy państwowej. Obecne prawo pochodzi z 1990 r., choć było potem wielokrotnie nowelizowane. Tłumaczy, że proponowana przez resort zmiana rozszerzy listę sytuacji, w których polskie siły powietrzne będą mogły reagować.

Wyższy eksport żywności do UE zmniejszył skutki rosyjskiego embarga. Polska stawia na Chiny, Algierię, Turcję, Indie i Iran

CEO Magazyn Polska

Dzięki dywersyfikacji kierunków eksportu embargo nałożone przez Rosję na polską żywność jest coraz mniej odczuwalne. Polska na rynki UE i krajów rozwijających wysyła odpowiednio o 9 i 20 proc. więcej towarów niż w roku ubiegłym. W szukaniu nowych odbiorców przedsiębiorcom pomaga resort rolnictwa. W tym tygodniu Marek Sawicki promuje polską żywność w Algierii. Inne perspektywiczne rynki to Chiny, Turcja, Indie i Iran.

W tym roku chcemy się głównie skoncentrować na targach SIAL China, będziemy także w Chinach Środkowych i Zachodnich. Chcemy też zintensyfikować naszą promocję w Algierii. Mam nadzieję, że zwiększymy tam również swoją obecność. Priorytetem jest wzmocnienie relacji z Turcją i dwoma wielce obiecującymi rynkami, gdzie jeszcze nadal jesteśmy obecni marginalnie, mówię tu o Indiach i Iranie – mówi agencji Newseria Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Wizyta Marka Sawickiego w Algierii potrwa do 22 kwietnia. Z kolei targi SIAL China odbywają się w dniach 6-8 maja w Szanghaju i są organiozwane dla firm z branży rolno-spożywczej. W 2014 roku w targach wzięło udział ponad 2300 wystawców i prawie 50 tys. zwiedzających. Organizatorzy tegorocznej edycji prognozują, że wystawa skupi 2700 wystawców oraz 55 tys. odwiedzających.

Jak tłumaczy Marek Sawicki, struktura polskiego eksportu powoli się zmienia, ale wchodzenie na rynki trzecie, czyli pozaunijne, wymaga dyscypliny ze strony eksporterów i większego dopasowania się do potrzeb lokalnych producentów.

– Rosyjskie embargo nie pozwoliło utrzymać dynamiki eksportowej w 2014 roku na poziomie kilkunastu procent, jak to bywało w latach 2012-2013, ale udało się uzyskać poziom 4,5-proc. wzrostu, podczas gdy większość państw unijnych zanotowała spadki – mówi minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Polska szczególnie odczuwała zamknięcie rosyjskiego rynku w przypadku owoców i warzyw (szczególnie jabłek), a także wieprzowiny i produktów mlecznych notujących wysoką dynamikę eksportu w ostatnich latach.

 Utrzymaliśmy wysoki eksport dzięki temu, że zwiększyliśmy go na rynki Unii Europejskiej z 79 do prawie 81 proc. i jednocześnie aktywnie wychodzimy na rynki afrykańskie i azjatyckie – zaznacza Sawicki.

Według GUS w okresie styczeń-luty eksport do Rosji wyniósł 3 346,9 mln zł i w ujęciu rocznym spadł o 28,1 proc. (aktualnie stanowi 2,9 proc. całkowitych obrotów handlowych w wysokości 115 984,8 mln zł). Z kolei eksport do UE w stosunku do dwóch pierwszych miesięcy 2014 roku był wyższy o 8,6 proc. i wyniósł 92 696 mln zł. Największą dynamikę odnotowano w eksporcie do krajów rozwijających się (+20,9 proc.) i stanowią one już 8,9 proc. całościowych obrotów w eksporcie (10 342,7 mln zł) wobec 7,8 proc. rok wcześniej.

9 mld euro trafi do polskich firm na innowacje. To szansa na dogonienie Zachodu

0

CEO Magazyn Polska

W nowej perspektywie finansowej polscy przedsiębiorcy będą mogli skorzystać ze wsparcia na innowacje i działalność badawczo-rozwojową. Na ten cel trafi 9 mld euro z programu Inteligentny Rozwój. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju chce im ułatwiać sięganie po unijne środki. Służyć temu ma nie tylko przyspieszanie procedur, lecz także pomoc w nawiązywaniu kontaktów między firmami a naukowcami.

W przyszłej perspektywie finansowej mamy około 9 mld euro z funduszy europejskich na to, by wesprzeć przedsiębiorców w budowaniu innowacji – informuje Leszek Cieśla z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Inwestycje w innowacyjność mają wzmacniać konkurencyjność polskich firm. O potrzebie takich nakładów wiele się mówi, ale – jak podkreśla Leszek Cieśla – trzeba pamiętać, że innowacyjność w Polsce budowana jest dopiero od 1989 roku. Wsparciem dla firm mają być instytucje publiczne, np. NCBiR.

Żenimy ze sobą dwa środowiska: nauki i biznesu. Głęboko wierzymy w to, że z tego małżeństwa będą dzieci, mówię tu oczywiście o innowacjach, pracach badawczo-rozwojowych i nowych produktach, które są w stanie zdobyć polskie, a przede wszystkim światowe rynki – mówi przedstawiciel Centrum.

Jak zapewnia Cieśla, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju stara się wpłynąć na poprawę sytuacji w dziedzinie innowacyjności poprzez elastyczne dopasowanie się do potrzeb przedsiębiorców. W nowej perspektywie sięganie po dofinansowanie ma być jeszcze łatwiejsze niż w poprzedniej.

Dobrym przykładem może być program, który wkrótce ruszy, czyli Szybka ścieżka. W ciągu 60 dni przedsiębiorca dostaje informację o tym, czy otrzyma dofinansowanie z NCBiR – informuje Leszek Cieśla.

Centrum było pierwszą instytucją publiczną w Polsce, która wprowadziła rynkowy system wsparcia redukujący formalności do minimum i skracający czas wydania decyzji do 60 dni od złożenia dokumentów. W pierwszym, rozstrzygniętym rok temu konkursie dofinansowanie w wysokości 254 mln zł otrzymało 115 przedsiębiorstw realizujących projekty z zakresu wysokich i średnich technologii.

Jak podkreśla Cieśla, kwoty dofinansowania pochodzące z ministerialnej agencji sięgają nawet kilkunastu milionów złotych. Tak szybki czas rozpatrywania wniosków jest czymś wyjątkowym, bo nawet w przypadku kredytów bankowych proces weryfikacji bywa nierzadko dłuższy.

Rozwijanie innowacji w Polsce będzie wspierać również nowo powstała Koalicja na rzecz Polskich Innowacji, która zrzesza instytucje naukowe, akademickie i biznesowe. Inicjatorzy zapewniają, że w wyniku prac KPI zostaną wypracowane szczegółowe proinnowacyjne rozwiązania na rzecz rozwoju sektora B+R w Polsce i zwiększenia poziomu innowacyjności polskiej gospodarki.

Wszyscy przedsiębiorcy powinni inwestować w B+R, być krok do przodu, tak aby ich produkty były innowacyjne – podsumowuje Leszek Cieśla.

Coraz więcej osób obawia się utraty pracy. Coraz więcej również wierzy, że bez problemu znajdzie kolejną

CEO Magazyn Polska

81 proc. pracujących Polaków wierzy, że nie będzie miało problemu ze znalezieniem nowej pracy, jeśli utraci obecną. Niewiele mniej wskazuje, że w ciągu pół roku może znaleźć pracę porównywalną do dotychczasowego zajęcia. Jednocześnie kolejny kwartał z rzędu rośnie liczba osób, które obawiają się utraty swojego stanowiska – wynika z badania „Monitor Rynku Pracy” Instytutu Badawczego Randstad.

W obecnej edycji badania rekordowo duża liczba respondentów, bo ponad 80 proc., dostrzega możliwość znalezienia innej pracy w sytuacji, gdyby utracili obecną. Jednocześnie rośnie liczba osób, które obawiają się utraty pracy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Bulik, dyrektor ds. prawnych i public affairs agencji doradztwa personalnego Randstad.

72 proc. badanych stwierdza, że w razie konieczności znajdzie pracę podobną do obecnej w okresie maksymalnie 6 miesięcy (wzrost o 7 pkt proc.). Z kolei 81 proc. wierzy w znalezienie jakiejkolwiek pracy – to o 5 pkt proc. więcej niż w poprzednim badaniu, co jest jednym z lepszych wyników dotychczasowych badań.

Jak wskazuje Randstad, kolejny kwartał powiększa się jednak grupa osób, dla których obecna sytuacja wiąże się z poczuciem ryzyka utraty pracy. 36 proc. badanych ocenia, że nie ma pewności, czy będzie mogło utrzymać obecną posadę przez najbliższe półrocze.

Agnieszka Bulik wskazuje, że te dwie tendencje wydają się sprzeczne, lecz tylko pozornie.

Mamy coraz więcej ofert pracy, często niskopłatnych, dla osób o niskich kwalifikacjach. Dla osób lepiej wykształconych, o wyższym poziomie kompetencji ofert również jest więcej niż rok temu, ale też jest więcej chętnych, żeby taką pracę podjąć. Patrząc na to, co się dzieje na rynku, jak często następują restrukturyzacje, zmiany, przekształcenia, fuzje, przejęcia i redukcje zatrudnienia, które z tym się wiążą, w naturalny sposób – nawet jeśli czujemy, że nasza praca jest stabilna – spodziewamy się zmian – uważa Agnieszka Bulik.

Z badania wynika, że Polacy są coraz bardziej otwarci na zmianę miejsca zamieszkania w związku ze zmianą pracy. Wskaźnik mobilności wynosi w kraju 108 punktów, podczas gdy w innych krajach UE wynosi on 101.

Okazuje się, że Polacy są bardziej otwarci i ze zrozumieniem patrzą na to, że być może będzie konieczność udania się gdzieś za pracą i zaakceptowania zmiany – dodaje Bulik.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że bezrobocie rejestrowane spada w Polsce już od ponad 15 miesięcy. Na koniec lutego 2015 roku stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 12 proc. wobec 13,9 proc. zanotowanych w lutym 2014 r. Liczba osób pozostających bez pracy wyniosła 1918,7 tys., w ujęciu rocznym liczba bezrobotnych spadła o 337,2 tys. osób.

Dostrzegamy większą liczbę ofert pracy. Sytuacja się zmienia i idziemy w takim kierunku, który jest bezpieczniejszy dla pracowników. Widzimy, że będzie więcej możliwości zmiany zatrudnienia – mówi dyrektor.

Z badania wynika, że 22 proc. ankietowanych, którzy w ostatnim półroczu zmienili pracę, zrobiło to z powodów osobistych. Część z nich chciała tym samym poprawić swoje warunki zatrudnienia.

Jeszcze niedawno dominującym powodem były okoliczności niezależne od nas. To była zmiana, którą nasz pracodawca wprowadzał, zmieniając strukturę firmy czy swoje założenia względem osób zatrudnionych – podsumowuje Bulik.

Zmiany w mobilnej wyszukiwarce Google. Stracić mogą firmy, których strony nie są dostosowane do urządzeń mobilnych

CEO Magazyn Polska

Od dzisiaj Google wprowadza zmiany w swojej mobilnej wyszukiwarce. Preferowane będą strony z wersjami na tablet czy smartfon. Na zmianach skorzystają użytkownicy, którzy coraz częściej łączą się z internetem przez urządzenia mobilne, ale prawdziwa rewolucja czeka firmy. W Polsce tylko 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw pamięta o mobilnym kliencie. Pozostałe po zmianach mogą sporo stracić.

Nowy algorytm wprowadzony dzisiaj przez Google ocenia zgodność stron internetowych z urządzeniami mobilnymi. Zdaniem ekspertów to znak, że firma dostosowuje się do zmian na rynku.

Urządzeń mobilnych jest coraz więcej. Google to dostrzega i dlatego skoro użytkownicy szukają informacji na urządzenia mobilne, to nie będzie im podrzucał stron, które są do takich urządzeń nieprzystosowane. Po drugie, żeby jeszcze bardziej ułatwić korzystanie, pojawi się też informacja, że dana strona jest dostosowana do urządzenia mobilnego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Zieliński, prezes zarządu firmy informatycznej MakoLab.

Mobilnych internautów jest coraz więcej. Z raportu mShopper przeprowadzonego przez Mobile Institute wynika, że z urządzeń mobilnych korzysta 44 proc. Polaków. Wśród internautów odsetek ten wynosi blisko 70 proc. Badania Gemius wskazują, że w ubiegłym roku 12 proc. ruchu w polskim internecie generowały właśnie urządzenia przenośne. W porównaniu z krajami zachodnimi to wciąż niewiele (np. w USA to ok. 50 proc.), jednak mobilnych użytkowników wciąż przybywa. Dlatego przybywa rozwiązań skierowanych właśnie do nich.

Wszystkie firmy, które działają w internecie, a już na pewno te największe, jak Google czy Facebook, na pierwszym planie stawiają „user experience”, czyli doświadczenie użytkownika. Chcą sprawić, żeby użytkownik mógł w łatwy sposób znaleźć jak najlepszą usługę – mówi Zieliński.

Zmiany wprowadzone przez Google oznaczają, że użytkownik trafi tylko na strony dostosowane do jego urządzenia. Tym samym dużo zyskać mogą te firmy, które mają swoją stronę w wersji mobilnej. Zdaniem eksperta dotyczy to przede wszystkim firm z sektora usług, restauracji czy hoteli.

Nie każda branża musi się komunikować ze społecznością, do której kieruje swoją usługę, za pośrednictwem urządzenia mobilnego. Przygotowując swoją strategię i myśląc o tym, w jaki sposób zaistnieć w internecie, trzeba jednak brać pod uwagę wzrost ruchu z urządzeń mobilnych – przekonuje Zieliński.

Polskie firmy o mobilnych użytkownikach raczej zapominają. Z raportu ActiveMobi wynika, że tylko 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw (207 z przebadanych 3 tys.) ma stronę dostosowaną do mobilnych urządzeń. Zdaniem Zielińskiego stworzenie takiej strony nie musi wymagać od firmy dużego wysiłku i ogromnych nakładów. Jednym ze sposobów jest stworzenie mobilnej strony, innym – tzw. responsive web design.

Tworzymy wówczas jedną stronę internetową, ale jest ona tak zbudowana, że rozpoznaje, na jakim urządzeniu jest wyświetlana, i dostosowuje swój widok do tego urządzenia. To rozwiązanie droższe, ale po pierwsze, kiedy pojawia się nowe urządzenie, nie trzeba budować nowej strony mobilnej, tylko dostosować już stworzoną, a po drugie zarządza się treścią na stronie raz – zaznacza ekspert z MakoLab.

IMM: Kandydaci na prezydenta zaoszczędzili 700 mln zł dzięki zainteresowaniu mediów

CEO Magazyn Polska

Do wyborów prezydenckich zostało mniej niż trzy tygodnie, a media komentują każdy krok kandydatów. Instytut Monitorowania Mediów obliczył, że nawet 700 mln zł musieliby wydać kandydujący w wyborach prezydenckich politycy, gdyby mieli zapłacić za poświęcone im publikacje jak za czas reklamowy. Na zainteresowaniu mediów najwięcej zyskali dwaj kandydaci, liderzy sondaży – Bronisław Komorowski i Andrzej Duda. Trzecie miejsce zajął mało liczący się w sondażach Janusz Palikot.

Instytut Monitorowania Mediów przeprowadził badanie, bazując na sondażu TNS Polska przeprowadzonym na początku kwietnia, który wskazywał, że najwyższe poparcie uzyskali kolejno: Bronisław Komorowski, Andrzej Duda, Paweł Kukiz, Janusz Korwin-Mikke i Magdalena Ogórek.

W Instytucie Monitorowania Mediów porównaliśmy wyniki tego sondażu z wynikami popularności w mediach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Tomsia, specjalista ds. PR w IMM. – O ile liderzy tego zestawienia pozostają niezmienni, o tyle kolejne miejsca wyglądają już nieco inaczej.

Na pierwszym miejscu znalazł się Bronisław Komorowski, który uzyskał ponad 150 tys. wzmianek w okresie od początku lutego do 10 kwietnia. Na drugim miejscu znalazł się Andrzej Duda z 80 tys. wzmianek. Natomiast na trzecim miejscu znalazł się Janusz Korwin-Mikke (ok. 40 tys. wzmianek). Czwartą pozycję w tym rankingu zajął Paweł Kukiz, a piątą – Janusz Palikot. Obaj kandydaci mieli po ok. 27 tys. wzmianek.

Kandydaci z pierwszej piątki rankingu IMM osiągnęli szczególnie wysokie wyniki pomiędzy 9 i 15 lutego, w czasie emisji przemówień wyborczych. Kolejne ożywienie mediów nastąpiło miesiąc później. Na pierwszy plan wysunął się wtedy obecny prezydent Bronisław Komorowski, który uzyskał wynik podobny do tego sprzed miesiąca, czyli ok. 20 tys. publikacji w ciągu tygodnia. Zarówno Komorowski, jak i Duda zanotowali duży spadek zainteresowania na początku marca.

Publikacje na temat ich konkurentów utrzymywały się przez te dwa miesiące na dość wyrównanym poziomie. Łącznie wzmianek o wszystkich kandydatach było od początku lutego 420 tys., z czego zdecydowana większość miała miejsce w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Facebooku (77 proc., czyli prawie 250 tys. wzmianek) oraz na Twitterze (19 proc., 61 tys.)

To jest ciekawy wynik, tym bardziej że kandydaci na prezydenta nie prowadzili bardzo aktywnych działań w mediach społecznościowych – ocenia Tomsia. – Stawiali raczej na klasyczne, tradycyjne kanały przekazu. Media społecznościowe, a właściwie ich użytkownicy nie potrzebowali szczególnej zachęty, by wyrażać swoje opinie, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, a w dużej mierze po prostu ironiczne czy żartobliwe.

Mimo że promocja była nieplanowana, jej wartość jest wymierna. Gdyby kandydaci musieli zapłacić za poświęconą im uwagę w mediach, kosztowałoby to ich ok. 700 mln zł.

– Wysokość ekwiwalentu reklamowego wszystkich publikacji na temat wszystkich kandydatów to 400 mln zł w internecie i 300 mln zł w prasie – podsumowuje Monika Tomsia. – Gdyby kandydaci na prezydenta mieli sami zapłacić za uzyskane publikacje, najgłębiej do kieszeni musiałby sięgnąć Bronisław Komorowski i wydać aż 250 mln zł, Andrzej Duda około 130 mln zł, natomiast na trzecim miejscu w tym zestawieniu znalazłby się Janusz Palikot, piąty co do liczby publikacji, a trzeci co do wysokości wydatków. Byłoby to około 40 mln zł.

Strabag ma wypełniony portfel zamówień drogowych i kubaturowych w Polsce na dwa najbliższe lata. A przetargi na modernizację kolei dopiero ruszyły

0

CEO Magazyn Polska

Strabag ma portfel dużych zamówień niemal zapełniony, a mimo to liczy na kolejne zlecenia, szczególnie związane z modernizacją kolei.

– Mamy jeden z najnowocześniejszych parków maszynowych w zakresie budownictwa kolejowego i będziemy starali się jeszcze bardziej niż dotychczas wykorzystać nasz potencjał, biorąc udział w dużych, małych i średnich postępowaniach przetargowych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Trojanowski, członek zarządu spółki Strabag.

Jak dodaje, branża czeka na napływ pieniędzy z nowej unijnej perspektywy i związane z tym inwestycje. Na razie ożywienie widać głównie w drogownictwie.

– Patrząc na wysyp postępowań, jakie się odbyły od początku 2014 roku, widzimy, że infrastruktura odżyła. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ogłosiła i przeprowadziła kilkadziesiąt przetargów na kontynuację budów dróg ekspresowych i autostrad. Jestem pełen optymizmu co do realizacji tych inwestycji w najbliższych latach, program rozbudowy infrastruktury w obrębie dużych inwestycji drogowych nabrał tempa.

Poza kontraktami infrastrukturalnymi Strabag prowadzi też inwestycje w budownictwie ogólnym. Buduje apartamenty, magazyny, centra handlowe i z tego pochodzi 1/4 obrotów spółki. Firma dostrzega, że w Polsce jest duże zainteresowanie wielu inwestorów tym segmentem. Jak ocenia Trojanowski, popyt w nim będzie dosyć stały i pozwoli Strabagowi odgrywać znaczącą rolę generalnego wykonawcy.

– Jesteśmy największym wykonawcą fabryki Volkswagena we Wrześni. To jeden z największych w tej chwili bardzo terminowych projektów realizowanych w tym roku w Polsce przypomina Wojciech Trojanowski. – Jesteśmy też dumni z naszego projektu biurowego Astoria, który realizujemy w Warszawie i którego inwestorem jest Strabag Real Estate. To jedyny biurowiec budowany w tej chwili w ścisłym centrum Warszawy. Ponadto jesteśmy wykonawcą znaczących obiektów komercyjnych na terenie kraju. Interesuje nas również budownictwo energetyczne i związane z szeroko rozumianym obszarem ochrony środowiska.

Biorąc jednak pod uwagę ilość środków unijnych, jakie są przeznaczone na rozwój Polski, i liczbę przetargów publicznych w zakresie budownictwa infrastruktury, przychody z budowy dróg będą dominujące w kolejnych latach.

– Mamy praktycznie wypełniony portfel zleceń infrastrukturalnych na najbliższe dwa lata – ocenia członek zarządu spółki Strabag. – Co nie znaczy, że nie będziemy pozyskiwać kolejnych, szczególnie wykonywanych w formule „Zaprojektuj i wybuduj”, które będą realizowane w 2017 roku i w latach następnych.

M. Tyrmand: Brak wolnych mediów ogranicza rozwój gospodarczy Polski

CEO Magazyn Polska

Rozwój gospodarczy Polski hamuje brak w pełni wolnych mediów – ocenia Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista i syn Leopolda Tyrmanda. Według niego polscy dziennikarze rzadko podejmują kontrowersyjne tematy, a ujawnione afery są szybko wyciszane. Jak podkreśla, światowe doświadczenia pokazują, że im więcej wolności prasy i wolności słowa w danym kraju, tym większe możliwości bogacenia się społeczeństw.

Im w kraju więcej wolności prasy i wolności słowa, im bardziej jest to chronione prawem, tym więcej bogactwa gromadzi społeczeństwo, tym wycena firm i aktywów rośnie. Polska powinna dążyć do nowego otwarcia w kwestii wolności wypowiedzi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista i autor książki „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”.

Matthew Tyrmand, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrował w 1965 r. jego ojciec, znany pisarz i jazzman, bardzo krytycznie ocenia polską scenę polityczną. Wielokrotnie krytykował korupcję polityczną i brak zmiany w polskim społeczeństwie. Jak podkreśla, jednym z problemów są polskie media. Według niego to właśnie dziennikarze sami ograniczają wolność debaty publicznej i wypowiedzi, zwłaszcza jeśli dotyczy to kontrowersyjnych tematów. W mediach ważne tematy są pomijane lub opisywane jedynie powierzchownie i przez krótki czas. Tyrmand ocenia, że jednym z niewielu tytułów, który nie boi się poruszać niewygodnych zagadnień, jest tygodnik „Wprost”.

Lubię pracować z Michałem Lisieckim, ponieważ „Wprost” nie boi się podejmować takich tematów, przez co stał się niezbyt popularny wśród przywódców establishmentu. Myślę jednak, że bardzo ważne jest patrzenie na pewne sprawy w ten sposób, kontrolowanie na co idą publiczne pieniądze, przeprowadzanie dziennikarskich śledztw, pisanie o tym szczerze – uważa Tyrmand.

Zauważa jednak, że nawet ujawnione przez ten tygodnik afery, takie jak rozmowy polityków najwyższego szczebla nagrane w warszawskich restauracjach czy podejrzenia dotyczące Kamila Durczoka, nie są potem podchwytywane w wystarczający sposób przez inne media.

To są newsy, ale ignorowane przez wiele mainstreamowych platform medialnych w Polsce, ponieważ te informacje nie wpisują się w narrację, którą media chcą sprzedawać konsumentom. To bardzo niezdrowe zjawisko dla wolnego społeczeństwa – przekonuje ekonomista.

Według niego bezkrytyczność największych tytułów medialnych wobec władzy ogranicza pluralizm poglądów.

Debatę publiczną ograniczają także politycy, którym prawo daje takie możliwości – dodaje Tyrmand. Podaje przykład licznych pozwów o zniesławienie. Według niego każda krytyka prasowa jest ryzykowna dla publikującego ją dziennikarza. Autorom takich artykułów grożą pozwy sądowe i poważne konsekwencje. Alternatywą dla tradycyjnych mediów staje się internet, gdzie dużo łatwiej publikować krytyczne teksty.

Alternatywne media zarówno w USA, jak i w Polsce zaczynają się rozwijać online, ponieważ bariery wejścia na rynek i dotarcia do odbiorców są niskie. Establishment i zakorzenione w nim podmioty nie chcą konkurować w taki sposób. Oni chcą się chronić przed konkurencją, więc biorą pieniądze od podatnika. Myślę, że są skompromitowane, tracą wiarygodność, co tylko utrwala ich bankructwo, które, mam nadzieję, w końcu nastąpi – prognozuje Tyrmand.

Dodaje, że Polska powinna wziąć przykład ze Stanów Zjednoczonych. Tam wolność wypowiedzi gwarantuje pierwsza poprawka do konstytucji. Uchwalone już w 1789 r., zaledwie dwa lata po wejściu w życie amerykańskiej ustawy zasadniczej, prawo zabrania ograniczania nie tylko głoszonych poglądów, lecz także wyznawanej religii oraz zgromadzeń publicznych.

Polskie superauto już wkrótce na torze wyścigowym. Za rok samochody wyjadą na ulice

CEO Magazyn Polska

Już w tym roku na tor wyścigowy wyjedzie pierwszy polski supersamochód – Arrinera Racing. W przyszłym roku na rynku pojawi się wersja drogowa Arrinera Hussarya. Auto trafi tylko do prawdziwych kolekcjonerów – na rynku pojawią się 33 sztuki, a koszt sięgnie 500 tys. euro. Zainteresowanie już teraz jest bardzo duże.

W tym roku zmierzamy do zakończenia prac nad naszą wersją sportową, czyli samochodem Arrinera Racing. Testy będą odbywały się w III kw. tego roku na torze w Polsce albo na Slovakia Ring. Zamierzamy jeszcze w tym roku rozpocząć komercjalizację wersji racingowej, a wersja drogowa ujrzy światło dopiero w 2016 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Gniadek, wiceprezes spółki Arrinera SA.

Arrinera Racing została po raz pierwszy zaprezentowana na targach motoryzacyjnych w Poznaniu na początku kwietnia. Całą imprezę odwiedziło 113 tys. osób (o ponad 20 tys. więcej niż rok wcześniej), a jak podkreśla Gniadek, stoisko Arrinery należało do najbardziej popularnych.

Zainteresowanie pierwszym polskim superautem jest bardzo duże nie tylko wśród fanów motoryzacji. Do firmy już zgłaszają się osoby zainteresowane kupnem pojazdu. Jest ich już ponad 200, w tym z Polski 35 osób. Nie wszystkie mogą jednak liczyć na to, że uda im się kupić Arrinerę Hussaryę.

Na świecie będą tylko 33 sztuki. Zmierzamy plasować nasz samochód w segmencie kolekcjonerów, osób, które poszukują czegoś wyjątkowego, czyli niedużej serii oraz połączenia sztuki i technologii. Tym właśnie będzie Arrinera – mówi Gniadek.

Poza liczbą wyprodukowanych samochodów, ograniczeniem będzie też cena. Hussarya ma kosztować ok. 500 tys. euro. Jak podkreśla Gniadek, to auto z tej samej kategorii, co hiperauta Pagani lub Koenigsegg, choć akurat od tych samochodów będzie tańsze. To jednak kategoria wyżej niż modele Ferrari, McLaren czy Lamborghini.

Gniadek zapewnia, że samochód spełni oczekiwania użytkowników pod względem mechanicznym. Hussarya będzie napędzana ośmiocylindrowym silnikiem General Motors o mocy 850 koni mechanicznych i będzie posiadała napęd na tylną oś.

Samochód jest też zaawansowany pod względem aerodynamicznym. Przy projekcie Arrinera współpracowała z naukowcami z Politechniki Warszawskiej. Do produkcji niektórych elementów jego karoserii wykorzystano niezwykle lekki i bardzo wytrzymały grafen.

Do naszego projektu jakiś czas temu zaprosiliśmy polską, znaną na świecie firmę designerską Luc&Andre, która przygotuje dla nas bardzo designerski środek, który przeniesiemy do produkcji małoseryjnej – dodaje Gniadek. – Nasi klienci zwracają uwagę na nadwozie, które z każdej strony jest przepiękne. Sam design tego nadwozia przyciąga uwagę.

Gniadek podkreśla, że wyjątkowość Arrinery polega właśnie na designie oraz małej liczbie wyprodukowanych pojazdów. Coraz trudniej bowiem wyróżnić się spośród innych superaut samymi osiągami. Te są bardzo zbliżone w przypadku wszystkich pojazdów. Również Arrinera Hussarya nie będzie odbiegać od rynku: ma przyspieszać do 100 km/h w nieco ponad 3 sekundy, a do 200 km/h w niecałe 9 sekund.

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

USD zaczyna tydzień przyparty do muru

USD najwyraźniej rozpoczyna tydzień przyparty do muru. Para EUR/USD znalazła się na ostatecznym poziomie zniesienia (1,0840), para USD/JPY jest obecnie tuż pod poziomem dziennej chmury Ichimoku w okolicach lokalnych minimów przedziału, a waluty z Antypodów rozpoczęły sesję mocnym akcentem po tym, jak Ludowy Bank Chin ogłosił obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej o 1%. Nie do końca rozumiem pozytywną reakcję rynku na to wydarzenie, ponieważ zwykle tego rodzaju działania banków centralnych to oznaka osłabienia gospodarki, a nie zapowiedź wzrostu.W tym tygodniu zobaczymy, czy apetyt na ryzyko poprawi się po dramatycznym spadku w ubiegłym tygodniu w związku z sytuacja w Grecji (być może jest to jedynie drugi oddech po trwającej od początku roku hossie na giełdach europejskich). Zwróćmy uwagę, że jesteśmy świadkami największego od dawna oddziaływania greckiego kryzysu na peryferyjne państwa strefy euro. Różnice pomiędzy rentownością obligacji państw Club Medu a rentownością obligacji państw peryferyjnych w ubiegłym tygodniu wzrosły w ramach solidarności ze wzrostem rentowności greckich obligacji rządowych. Rentowność dziesięcioletnich portugalskich obligacji rządowych jest o 190 punktów bazowych wyższa od rentowności obligacji niemieckich; dla porównania, na początku marca, gdy rozpoczęto luzowanie ilościowe, różnica ta wynosiła ok. 130 punktów bazowych. W przypadku Hiszpanii i Włoch różnica ta wynosi ok. 140 punktów bazowych w porównaniu z ok. 90 punktami bazowymi na początku luzowania ilościowego.

Wykres: USD/JPY

Para USD/JPY znajduje się w okolicach kluczowego stabilnego wsparcia w obszarze 118,30/50 i poniżej wsparcia zapewnianego przez dzienną chmurę Ichimoku, która została przekroczona w piątek. Przełamanie kluczowego wsparcia może spowodować zdecydowany spadek – być może w kierunku ostatecznego wsparcia przedziału w okolicach poziomu 115,00/50, jednak nie należy zanadto wybiegać w przyszłość – ponieważ w ostatnich miesiącach para ta nie była w stanie obrać wyraźnego kierunku.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta jest przyparta do muru, a ten tydzień nie oferuje żadnych istotnych katalizatorów; wydaje się, że wszyscy oczekują na posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w przyszłym tygodniu.

EUR: wydaje się, że waluta jest negatywnie skorelowana z apetytem na ryzyko, biorąc pod uwagę tradycyjne zachowanie walut w ramach transakcji carry, a zatem wzrost obaw o los Grecji może jeszcze bardziej negatywnie wpłynąć na parę EUR/CHF, ale – jak na ironię – wzmocnić parę EUR/USD. Ostateczną linią oporu jest poziom 1,0840 w ramach przedziału aż do poziomu 1,10. Posiedzenie Eurogrupy pod koniec tygodnia może wiązać się z nowymi, ważnymi doniesieniami dotyczącymi sytuacji w Grecji.

JPY: Waluta zachowuje się niekonsekwentnie i pozostaje w połowie przedziału w porównaniu z resztą walut z koszyka G10, jednak para USD/JPY dotarła do kluczowych poziomów; zobaczymy, czy przełamanie w dół spowoduje próbę dotarcia do minimów przedziału poniżej poziomu 116,00.

GBP: w piątek para GBP/USD nie zdołała pokonać poziomu 1,5000; para EUR/GBP może być skorelowana z parą EUR/USD, a zatem nie jestem pewien, czy w tym tygodniu można się spodziewać po GBP czegokolwiek interesującego w odniesieniu do par z euro, mimo iż w kalendarzu przewidziano kilka wydarzeń związanych z ryzykiem.

CHF: para EUR/CHF powoli idzie w dół, co wiąże się z nastrojami wobec Grecji/państw peryferyjnych; można się spodziewać kontynuacji w kierunku docelowego poziomu technicznego 1,0170, a być może także i do poziomu parytetu, jeżeli ten kierunek się utrzyma, możliwe są jednak gwałtowne rajdy w przypadku ewentualnych nieoczekiwanych przejaśnień.

AUD: waluta uzyskała wsparcie w postaci obniżenia poziomu rezerwy obowiązkowej przez Chiny, należy jednak interpretować to wydarzenie jako sygnał niepokojącego osłabienia chińskiej gospodarki, dlatego pozytywne oddziaływanie tego ruchu może być krótkotrwałe, w szczególności w kontekście niewielkiego apetytu na ryzyko. Uwaga na opublikowany dziś protokół z posiedzenia Reserve Bank of Australia, w którym zostaną zawarte najnowsze wytyczne po tym, jak bank nie zadecydował o cięciu stóp na ostatnim posiedzeniu. Spodziewam się osłabienia, w szczególności względem USD, czy jednak nastąpi ono już teraz, czy dopiero po osiągnięciu poziomu 0,7900, a nawet 0,8000? Niedźwiedzie mogą wziąć pod uwagę opcje put z dłuższymi terminami – omawiam to w prognozie FX 4 na najbliższy tydzień.

CAD: po kapitulacji na dnie przedziału i przyzwoitym odwróceniu w piątek nastąpiła chaotyczna korekta – zobaczymy, czy przerodzi się to w coś większego. Widać, że potrzebujemy rajdu cen ropy, aby waluta ta zyskała na wartości. Tymczasem na dziś zapowiedziano wystąpienie prezesa Poloza z Bank of Canada.

NZD: słaby odczyt CPI nie wywarł większej presji na NZD, ponieważ uwaga wszystkich skierowana była w nocy na obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej w Chinach. Para NZD/USD zbliża się do kluczowego oporu od poziomu 0,7700 przez linię 200-dniowej średniej ruchomej; powszechnie przewiduje się raczej odwrócenie w dół, niż rozpoczęcie nowego większego rajdu.

SEK: kurs waluty w ubiegłym tygodniu był nietypowy: po gwałtownej deprecjacji w czwartek, w piątek waluta zdecydowanie zyskała na wartości. Zobaczymy, czy jutrzejszy raport w sprawie zatrudnienia potwierdzi piątkową hossę, czy też okaże się, że znajdujemy się w zdradzieckim i zmiennym przedziale.

NOK: w parze EUR/NOK nastąpiła tak bardzo oczekiwana konsolidacja po odbiciu z poziomu ostatnich minimów, jednak ruch ten zmienił strukturę wykresu i mamy trend spadkowy, ponieważ pozostajemy poniżej nieprzekraczalnej granicy 8,50/55.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Chiny: obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej do 18,5% w porównaniu z poprzednim poziomem 19,5%
  • Nowa Zelandia: odczyt CPI w I kw. wykazał -0,3% w ujęciu kwartał do kwartału i +0,1% w ujęciu rok do roku w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio-0,2%/+0,2% oraz z odnotowanym w IV kw. +0,8% w ujęciu rok do roku

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Strefa euro: wyniki sektora budowlanego w lutym (09:00)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Dudleya z Fed (12:40)
  • Strefa euro: wystąpienie Constancio z EBC (13:00)
  • Strefa euro: EBC podaje szczegółowe informacje dotyczące skupu aktywów w ramach luzowania ilościowego (13:45)
  • Kanada: wystąpienie Poloza z Bank of Canada (14:05)
  • Australia: wystąpienie prezesa Stevensa z RBA (17:00)
  • Australia: publikacja protokołu z kwietniowego posiedzenia RBA (01:30)

John J Hardy, Saxo Bank

Przedsiębiorcy postulują uchylenie tzw. przepisów antyzatorowych

0

Przepisy nakładające na podatników obowiązek wyłączenia z kosztów uzyskania przychodów faktur, które nie zostały zapłacone w terminie 30 dni od upływu terminu płatności zostały wprowadzone ustawą 16 listopada 2012 r. o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce. Ich stosowanie, przez ponad dwa lata, generuje wysokie koszty księgowo-ewidencyjne oraz obarcza przedsiębiorców ogromnym ryzykiem podatkowym. Dlatego Konfederacja Lewiatan postuluje ich uchylenie.

Przemysław PruszyńskiKomentarz Przemysława Pruszyńskiego, doradcy podatkowego, eksperta Konfederacji Lewiatan

Celem wprowadzonych zmian było zmniejszenie występujących w gospodarce zatorów płatniczych, które są zjawiskiem wysoce niepożądanym i prowadzącym do utraty płynności finansowej przez niektóre firmy.

Obecnie przedsiębiorcy wskazują, że zatory płatnicze nie występują już tak często, jak to miało miejsce w latach 2009 – 2011. Na poprawę tej sytuacji wpływ miało kilka czynników, przede wszystkim lepsza koniunktura w gospodarce polskiej i europejskiej, zakończenie wielkich kontraktów w branży budowlanej, gdzie bankrutujące olbrzymie konsorcja napędzały spiralę nieściągalnych wierzytelności u tysięcy ich podwykonawców, a być może także w niewielkim zakresie przepisy „antyzatorowe”.
Dwa pełne lata obowiązywania korekty kosztów pokazały, że przepisy te są niezwykle nieprecyzyjne, wadliwie skonstruowane i mają wyjątkowo sankcyjny charakter. Ich stosowanie generuje wysokie koszty księgowo-ewidencyjne oraz obarcza przedsiębiorców ogromnym ryzykiem podatkowym. W założeniu miały stanowić wsparcie dla firm niemających silnej pozycji rynkowej, takich które ze względu na dużą konkurencję „zmuszane były” kredytować inne podmioty. W praktyce okazało się, że to właśnie tym słabszym firmom zaszkodziły najbardziej. Firmy, które w trudnym okresie winny otrzymać pomoc w postaci odroczenia lub rozłożenia na raty płatności podatku, otrzymały dodatkowe, sankcyjne obciążenie.

Często występują sytuacje kiedy literalne stosowanie tych przepisów w ogóle nie jest możliwe, ponieważ używane przez podatników systemy informatyczne nie są przystosowane do automatycznych wyliczeń, np. przy ewidencji magazynu, amortyzacji lub kalkulacji niezapłaconych zobowiązań. Ponadto ustawa wymaga, aby koszty bezpośrednie były rozpoznawane w dacie uzyskania przychodu z ich sprzedaży z wyjątkiem sytuacji, gdy zobowiązanie nie zostało uregulowane w terminie. W takim przypadku koszt podatkowy możemy rozpoznać w dacie zapłaty danego zobowiązania. Spełnienie warunków ustawy wymagałoby prowadzenia ewidencji zapasów na poziomie pojedynczej sztuki towaru, co w praktyce jest niemożliwe. Przepisy te nie przewidują żadnego rozwiązania chroniącego podatnika w przypadku otrzymania faktur niezasadnych, np. w kwocie nieuzgodnionej z dostawcą lub też przed terminem wykonania usługi, a także w sytuacjach, gdy świadczenie w ogóle nie zostało wykonane lub wykonane zostało wadliwie.

Konieczność uchylenia omawianych przepisów dostrzegł Prezydent RP, który taką propozycję skierował do Sejmu w projekcie ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw. W uzasadnieniu wskazał, że „Rozwiązanie to nie spełniło swojej funkcji. Prowadzenie stosownych rozliczeń wiąże się bowiem z dodatkowymi obowiązkami o charakterze instrumentalnym, generując dodatkowe koszty dla przedsiębiorców”. Wadliwość tych przepisów dostrzega także Minister Finansów i cała Rada Ministrów. W stanowisku Rządu do projektu prezydenckiego możemy przeczytać, że „stosowanie przez podatników przepisów związanych z korektą kosztów podatkowych w związku z nieterminowym regulowaniem zobowiązań wiąże się z koniecznością ponoszenia znacznych nakładów administracyjnych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, np. poprzez dodatkowe obowiązki ewidencyjne.

Uwzględniając powyższe, konieczne jest podjęcie realnych działań zmierzających do uchylenia omawianych przepisów. Obecnie projekt prezydenckiej ordynacji podatkowej jest przedmiotem prac Podkomisji stałej do monitorowania systemu podatkowego, która rekomendowała Komisji Finansów Publicznych wystąpienie do Marszałka Sejmu o zwrócenie się do Trybunału Konstytucyjnego o wykładnię uzasadnienia wyroku SK 40/12 w sprawie Ordynacji podatkowej. Złożenie przedmiotowego wniosku spowoduje przerwanie prac nad projektem na bardzo długi okres. Zatem, jeżeli projekt Prezydencki nie ma wielkich szans na uchwalenie, Minister Finansów oraz Minister Gospodarki powinni podjąć stosowną inicjatywę, aby jeszcze w tym roku doprowadzić do uchylenia omawianych przepisów.

Konfederacja Lewiatan

NIK o dopłatach do sadowniczych upraw ekologicznych

Mimo iż przez dziesięć lat na dopłaty do ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych wydano ponad 708 mln zł produkcja owoców nie wzrosła. Wręcz przeciwnie: wydajność upraw spadła z 15 do 1 t owoców na hektar. Za to aż ośmiokrotnie wzrosła powierzchnia upraw – najczęściej nieowocujących, bo dopłaty przyznawano do plantacji bez wymogu uzyskania plonów. Rolnicy sadzili więc drzewa po to, aby zdobyć fundusze, a nie zebrać plony.

W ciągu dziesięciu lat z dopłat do ekologicznych sadów i upraw jagodowych skorzystało ponad 14,5 tys. rolników. Pomoc była przyznawana w ramach Planu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2004 – 2006 oraz Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007 – 2013. Mimo że już podczas pierwszych lat funkcjonowania dopłat widać było, że w żaden sposób nie ożywiają one wzrostu produkcji, to Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie zmieniło zasad ich przydzielania. Przed uruchomieniem Programu na lata 2007 – 2013 nadal nie uzależniono przyznania pieniędzy od wymogu uzyskania plonu. Dopiero w 2014 r., po dziesięciu latach wypłacania nieefektywnych dopłat, wprowadzono zapis najbardziej oczywisty – że dopłaty zależeć będą od uzyskanych plonów i otrzymają je tylko ci rolnicy, którzy wykażą i udokumentują zbiory, np. na podstawie faktur za sprzedaż owoców.

Sadzili sady – zbierali dopłaty

Ustalenia kontroli wskazują, że większość ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych założono w jednym celu: aby uzyskać dotacje. Kontrola NIK pokazała, jak działał ten mechanizm. Za ekologiczne uprawy sadownicze i jagodowe można było rocznie, w zależności od typu uprawy, otrzymać od 650 zł do 1800 zł za hektar, przy czym większość rolników korzystających z dopłat pobierała tę najwyższą stawkę. Kluczowym warunkiem uzyskania pomocy było prowadzenie upraw przez pięć lat.

Rolnicy zakładali więc i przez pięć lat formalnie prowadzili uprawy. Jednak jak wykazała kontrola plantacje często były zaniedbane: sadzone w niekorzystnych warunkach (np. na podmokłych i słabych glebach), a z powodu braku ogrodzenia narażone na zniszczenie przez dzikie zwierzęta.

Kontrolerzy zwracają uwagę, że sady są inwestycjami wieloletnimi i wydają najwyższe plony dopiero po kilku, a nawet kilkunastu latach od posadzenia. Tymczasem tylko nieco ponad połowa (11 z 20) rolników pobierających dopłaty, u których Izba przeprowadziła oględziny uzyskało jakikolwiek plon. Pozostałych dziewięciu nie zebrało żadnych owoców ze swoich  pozornie prowadzonych, ale za to bardzo realnie dofinansowywanych, upraw ekologicznych. Z kolei tylko siedmiu rolników zadeklarowało, że po pięciu latach dopłat, nadal będą prowadzili uprawy. Pozostałych 13 zlikwidowało lub zamierzało zlikwidować uprawy w momencie, w którym przestaną otrzymywać dopłaty.

Dopłaty miały wspierać rolnictwo ekologiczne, tymczasem owoce ekologiczne sprzedawało zaledwie sześciu z 20 sprawdzonych rolników, a i to nie co roku. W żadnym z poddanych oględzinom gospodarstw, sprzedaż owoców ekologicznych nie miała charakteru stałego i dotyczyła bądź plonu z niektórych lat bądź tylko jego części. NIK oszacowała, że owoce ekologiczne sprzedawano tylko z 3-5 proc. powierzchni upraw, które sprawdzili kontrolerzy. Resztę owoców sprzedawano jako produkcję konwencjonalną.

ARiMR kontroluje – minister próbuje ratować sytuację

Jakość upraw objętych dopłatami kontrolowała losowo Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Raporty Agencji potwierdzały zły stan upraw i fakt, że rolnicy nie inwestowali w dotowane uprawy. Przede wszystkim zwracano uwagę na to, że w sadach sadzono zbyt małą liczbę drzew, a o te które były nie dbano odpowiednio. Nie wykonywano corocznych zabiegów pielęgnacyjnych, a produkcja była prowadzona niezgodnie z najlepszą wiedzą i kulturą rolną.

Po kontrolach Agencji, już w 2008 r. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi miało pierwsze sygnały, że program dopłat się nie sprawdza. Próbowano ratować sytuację, nakładając na rolników dodatkowe wymagania, dotyczące agrotechniki upraw. Określono na przykład jakość sadzonek oraz minimalną liczbę drzew, które należy posadzić. W rozporządzeniach Ministerstwa zwrócono także uwagę na to, że drzewa i krzewy muszą być ukorzenione i posiadać odpowiednią średnicę pnia. Podjęte działania nie przyniosły jednak rezultatów. Wydajność produkcji nadal spadała. Dopiero po dziesięciu latach realizacji wariantów sadowniczych i jagodowych przyznanie dopłat uzależniono od wartości najbardziej oczywistej – od uzyskania plonu.

Wnioski

W ocenie NIK producentom owoców ekologicznych potrzebne jest wsparcie w pierwszych latach od założenia upraw, kiedy jeszcze dochody z zebranych plonów nie pokrywają kosztów uprawy. W kolejnych latach dotacje powinny służyć jedynie wyrównywaniu różnic kosztów między produkcją konwencjonalną a ekologiczną.

Mając na uwadze powyższe, Najwyższa Izba Kontroli wnioskuje do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi o:

  • opracowanie i wdrożenie zasad udzielania pomocy finansowej oraz systemu kontroli, które będą sprzyjały produkcji owoców ekologicznych,
  • monitorowanie stanu produkcji owoców ekologicznych i wykorzystanie danych w celu dostosowania wsparcia tej produkcji zgodnie z potrzebami rynku.

NIK o kontroli zarządczej

0

Kierownicy kontrolowanych jednostek wywiązywali się z zobowiązań nałożonych przez ustawodawcę i wprowadzili do zarządzania zarówno jednostką organizacyjną, jak i działem administracji rządowej poszczególne elementy budujące system kontroli zarządczej. Jednak mimo ustanowienia i wdrożenia takich elementów systemu kontroli zarządczej, jak ogólne zasady, procedury, instrukcje i określone mechanizmy kontroli, system w wielu przypadkach był nieskuteczny, nie zapewniał bowiem realizacji celów i zadań w sposób zgodny z prawem, efektywny, oszczędny i terminowy.

Podstawowym problemem w działaniu systemu kontroli zarządczej jest, zdaniem NIK, brak właściwej i spójnej definicji celów i zadań oraz mierników monitorujących stopień ich osiągania, jak również nieprawidłowa metoda przeprowadzania analizy ryzyk związanych z osiąganiem wyznaczonych celów, w tym określenia akceptowanego poziomu zidentyfikowanych ryzyk.

Badania kontrolne wskazały brak informacji niezbędnych do oceny efektywności funkcjonowania stosowanych mechanizmów kontroli zarządczej, co spowodowało odstąpienie od dokonania oceny efektywności.

Ponadto, jak wykazały ustalenia kontroli, kierownicy kontrolowanych jednostek byli wspierani przez czynności audytu wewnętrznego i instytucjonalnej kontroli wewnętrznej. Ich działania miały wpływ na usprawnianie funkcjonowania kontrolowanych jednostek.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 20.04.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Niższy popyt w branży odzieżowo-obuwniczej przekłada się na niższe marże osiągane przez dystrybutorów – LPP i CCC

0

CEO Magazyn Polska

Niższy popyt w branży odzieżowo-obuwniczej przekłada się na niższe marże osiągane przez dystrybutorów – LPP i CCC. Spółka z Gdańska miała w ubiegłym roku gorsze od prognozowanych wyniki i niższe marże z powodu kryzysu na rynkach wschodnich. Z kolei dystrybutor obuwia spółka CCC ma szansę na poprawę dobrych rezultatów z 2014 roku dzięki ekspansji na rynki zagraniczne. Problemem jest jednak niska rozpoznawalność brandu za granicą, co wymaga nakładów i wieloletniej pracy. 

 W sektorze dystrybucji odzieży i obuwia widzimy, że w IV kw. nastąpiło spowolnienie przyrostu przychodów i pojawiły się pierwsze problemy z marżami ze względu na słabnący popyt  ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska.

Według niego LPP pokazała wyniki poniżej oczekiwań za 2014 rok. Spółka w ubiegłym roku osiągnęła wprawdzie wyższe przychody niż w 2013 roku (4,77 mld zł w 2014 roku wobec 4,12 mld zł w 2013 roku) oraz zysk netto na poziomie 482,1 mln zł (432,86 mln zł w 2013 roku), ale wynik operacyjny nieznaczenie się pogorszył. Przyczyną są m.in. problemy spółki w Rosji, wszystko z powodu recesja i osłabienia rubla. W rejonie państw Europy Środkowo-Wschodniej wzrosty sprzedaży LPP są niższe, poza tym spółka notuje niższe marże. W marcu gdańska spółka osiągnęła 57-proc. marżę brutto, co oznacza spadek w ujęciu rocznym o 6 pkt proc. To znajduje odzwierciedlenie w kursie akcji, który w ciągu roku spadł o 15 proc. z 8 do 6,8 tys. zł za jedną akcję.

 Bałbym się o wyniki sektora w 2015 roku. Kurs dolara jest 30 proc. wyżej, niż był rok temu. Większość tych graczy importuje odzież i obuwie z Azji i płaci w dolarze  przypomina Czachor.  Konsument polski nie jest mocny, więc trudno będzie przerzucić na niego rosnące koszty zakupionych dóbr, jeśli te firmy tego nie zrobią, to spadną marże. A w tych spółkach występuje duża dźwignia operacyjna, więc spodziewałbym się pogorszenia wyników rok do roku.

Ekspert wskazuje, że w przeciwieństwie do LPP bardzo dobre wyniki pokazała spółka CCC, która zaraportowała w 2014 roku 220 mln zysku netto.

 Na początku 2014 roku niewiele osób wierzyło, że spółka jest w stanie osiągnąć taki rezultat. Osiągnęła to m.in. dzięki ekspansji w regionie, a także dzięki pracy nad marżami  tłumaczy Czachor.

Jak dodaje, CCC jest liderem na polskim rynku i skutecznie rywalizuje z Deichmannem, ale w Polsce pole do dalszych wzrostów jest ograniczone. Stąd zdaniem Czachora spółka podjęła rozsądną decyzję o wyjściu poza Polskę – na rynki austriacki, czeski, słowacki, węgierski i rumuński, lecz aby osiągnąć za granicą efekt skali, CCC potrzebuje kilku lat pracy.

 Problemem dla CCC na rynku austriackim i niemieckim jest rozpoznawalność brandu. Brand CCC jest w Polsce bardzo dobrze rozpoznawalny, dlatego że nad jego jakością spółka pracował od wielu lat. Natomiast na rynkach niemieckim i austriackim nie jest on jeszcze znany  podkreśla analityk Erste Securities Polska.

Marek Czachor podkreśla, że jakość obuwia CCC jest porównywalna do tego sprzedawanego w Austrii i Niemczech, natomiast tamtejsi konsumenci nie są przekonani do polskiego brandu. Poza tym spółka z Polkowic musi zdobyć atrakcyjne lokalizacje na nowych rynkach.

 W Czechach CCC jest znaczącym graczem, którego postrzeganie w ciągu 5 lat całkowicie się zmieniło. Mamy teraz spółkę, która posiada bardzo wydajne centrum logistyczne, większą skalę w ogóle działalności, a poza tym konkurencja jest słabsza. W związku z tym cały czas widzę potencjał do dalszego wzrostu wyników CCC oraz poprawy kursu akcji  prognozuje Marek Czachor.

Lepsze wyniki i w konsekwencji wyższy kurs akcji będą zależeć m.in. od warunków pogodowych. Analityk przypomina, że we wrześniu i październiku 2014 roku ciepła pogoda negatywnie wpłynęła na wyniki CCC. Mimo to nawet w przypadku powtórki słabszych miesięcy sprzedażowych, spółka zdaniem eksperta z Erste powinna w ujęciu rocznym zdecydowanie poprawić wyniki.

Akcje CCC w kwietniu wyceniano na 175-180 zł. Ich wartość rośnie od 2011 roku, a w ciągu ostatniego roku wzrosła o blisko 40 proc. (w ciągu 2 lat o ok. 140 proc.).

Polska zredukowała nadmierny deficyt

W 2014 r. deficyt nominalny został zredukowany o 0,8 pkt. proc., do 3,2% PKB, tj. dalece poniżej rekomendowanego przez Radę Ecofin w grudniu 2013 r. celu 3,9% PKB. Uwzględniając wciąż ponoszone w I połowie 2014 r. koszty systemowej reformy emerytalnej (wprowadzonej w 1999 r.) w wysokości 0,4% PKB, skorygowany w ten sposób (tj. porównywalny z krajami, które nie wdrożyły emerytalnego systemu kapitałowego) deficyt wyniósł 2,8% PKB, co pozwala oczekiwać na zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu. Tak znaczna poprawa sytuacji finansów publicznych była efektem wprowadzonych działań konsolidacyjnych oraz korzystnej dla finansów publicznych struktury wzrostu gospodarczego.

W ramach obowiązków informacyjnych, związanych z procedurą nadmiernego deficytu, Polska 15 kwietnia 2015 r. przekazała do Komisji Europejskiej i Rady UE Informację o działaniach podjętych w celu realizacji rekomendacji Rady w ramach procedury nadmiernego deficytu.

Konsolidacja fiskalna w 2014 r. obejmowała zarówno ograniczenie wydatków, jak i wzrost dochodów sektora instytucji rządowych i samorządowych. Relacja wydatków krajowych do PKB (nie uwzględniająca wydatków finansowanych ze środków unijnych, dla których beneficjentem ostatecznym są jednostki sektora instytucji rządowych i samorządowych) ukształtowała się na poziomie 40,4%, tj. o 0,4 pkt. proc. niższym niż w 2013 r. Jednocześnie wydatki na inwestycje publiczne, które zgodnie z rekomendacjami Rady Ecofin nie powinny być obszarem konsolidacji, zwiększyły się o 0,3% PKB, tj. o 11,9% r/r.

Z kolei relacja dochodów krajowych sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wzrosła w 2014 r. o 0,5 pkt. proc. Było to m.in. efektem rozszerzenia zakresu sektora instytucji rządowych i samorządowych o spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe S.A., realizacji planu działań zwiększających stopień przestrzegania przepisów podatkowych i efektywność działania administracji podatkowej), jak i czynników o charakterze makroekonomicznym, które generalnie (poza kształtowaniem się cen towarów i usług) pozytywnie oddziaływały na realizację dochodów.

Po zakończeniu procedury nadmiernego deficytu celem polityki fiskalnej będzie dążenie do średniookresowego celu budżetowego (MTO), czyli deficytu strukturalnego na poziomie 1% PKB. W związku z tym w latach 2015-2016 m.in. dzięki przestrzeganiu stabilizującej reguły wydatkowej, kontynuowana będzie konsolidacja fiskalna, która pozwoli zredukować deficyt do odpowiednio 2,7% PKB i 2,3% PKB.

Przeciętne wynagrodzenie przekroczyło 3 tys. zł na rękę

Według najnowszych wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego, przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyraźnie przekroczyło w marcu 4000 zł i wyniosło 4214 zł brutto. To dokładnie 3003 zł netto. W górę – zgodnie z oczekiwaniami – poszło także zatrudnienie.

– Tak silny wzrost wynagrodzenia przeciętnego to sygnał, że w końcu presja płacowa spowodowana przez spadające bezrobocie i rosnące zatrudnienie najprawdopodobniej znalazła swoje pokrycie w podwyżkach. Co ciekawe, przekroczyliśmy magiczną granicę 3 tys. zł netto. Można założyć, że w kolejnych miesiącach wzrosty nie będą już tak silne, ale chyba już na trwale utrzymamy wynik powyżej 4 tys. zł – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W porównaniu do analogicznego miesiąca ubiegłego roku, przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w marcu 2015 r. wzrosło o 4,9%. Odczyt ten pozytywnie zaskoczył analityków, którzy typowali wzrost jedynie o 3,4%. Wzrost w ujęciu miesięcznym był jeszcze wyższy i wyniósł 5,8%. Raportowane przez GUS wynagrodzenie nominalne (4214,14 zł) przekroczyło okrągły poziom 4000 zł. Trzy z pięciu poprzednich takich przypadków wypadły jednak w tradycyjnie najlepszym pod względem płac grudniu.  Pozostałe dwa przypadki, to listopad  i marzec 2014 r.

Wzrost nominalnego poziomu wynagrodzeń, zbiegający się z utrzymującą się w Polsce od 9 miesięcy deflacją sprawia, że realna dynamika średniego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 9 osób (6,5%) jest najwyższa od lipca 2008 r.

Zatrudnienie nie zaskoczyło

Z kolei zatrudnienie w marcu wyniosło w liczbach bezwzględnych 5575,6 tys., co oznacza nieznaczny wzrost względem lutego (5572,6 tys.). W porównaniu do marca 2014 r. przybyło 60,6 tys. zatrudnionych. Wzrost zatrudnienia w ujęciu rocznym okazał się zgodny z oczekiwaniami analityków (1,1%).

Równocześnie należy pamiętać, że dane podane dziś przez GUS dotyczą przedsiębiorstw, w których liczba pracujących przekracza 9 osób. Nie obejmują zatem ani najmniejszych firm, ani sektora publicznego.

– Więcej mówiące o realiach polskiego rynku pracy dane o medianie wynagrodzeń GUS – niestety – publikuje co 2 lata. Ostatnie wydanie dotyczące stanu na październik 2012 r. ukazało się w grudniu 2013 r. Według opracowania „Struktura wynagrodzeń według zawodów w październiku 2012 r.”, połowa pracowników zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywała do 3111,5 zł brutto, natomiast najczęstsze wynagrodzenie wynosiło 2189,11 zł – dodaje Michał Żuławiński, analityk Bankier.pl.

Krwiodawco, pamiętaj o swoich przywilejach, także przy rozliczaniu PIT-u

0

Oddałeś krew? Tego dnia przysługuje ci nie tylko dzień wolny od pracy. Przywilejów dla krwiodawców jest więcej. Między innymi można skorzystać z ulgi podczas wypełniania PIT-u i odliczyć od dochodu ekwiwalent w wysokości 130 zł za litr krwi i osocza.

Maksymalna wysokość ulgi dla mężczyzn wynosi 3 601 zł, a dla kobiet – 3 484 zł. Należy pamiętać, że wartość odpisu nie może przekroczyć 6% dochodu podatnika. Aby móc odliczyć ulgę, potrzebne jest zaświadczenie z jednostki organizacyjnej realizującej zadania w zakresie pobierania krwi.

„Honorowi krwiodawcy nie liczą na żadne dodatkowe profity, ponieważ najcenniejsze jest to, że mogą uratować ludzkie życie” – mówi serwisowi infoWire.pl lek. med. Joanna Wojewoda z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Warszawie. Skoro jednak przywileje są, warto z nich korzystać.

Zasłużony honorowy dawca krwi (aby nim zostać, kobieta musi oddać 5 l krwi, a mężczyzna – 6 l) oprócz ulgi podatkowej może liczyć na zniżki w aptekach i nie musi czekać w kolejkach w placówkach służby zdrowia. Ci, którzy przekazali jeszcze więcej krwi (kobiety co najmniej 15 l, mężczyźni – minimum 18 l), mają ponadto przywilej poruszania się środkami komunikacji miejskiej za darmo. „Do korzystania z tych ulg uprawnia legitymacja zasłużonego honorowego dawcy krwi” – zaznacza rozmówczyni.

Jeśli krew oddaliśmy jednorazowo, przysługuje nam zwrot kosztów dojazdu do punktu krwiodawstwa i nie musimy iść tego dnia do pracy. Otrzymujemy też legitymację honorowego dawcy krwi oraz posiłek regeneracyjny.

Lewiatan Holding : Deflacja obniżyła obroty w handlu o 2-4 proc. Spadek cen skończy się w III kwartale

CEO Magazyn Polska

Lewiatan Holding prognozuje, że w najbliższych miesiącach deflacja nie będzie już dla niego szczególnie dotkliwa i skończy się w trzecim kwartale br. Wcześniej z tego powodu przychody zarządzanych przez holding placówek były niższe o 2 do 4 proc. Grupa zamierza zwiększać powierzchnię handlową i wymieniać mniejsze sklepy w portfolio na większe. Zapowiada także szerszą kampanię informacyjną kierowaną do franczyzobiorców, kontrahentów oraz klientów.

Przede wszystkim będziemy nadal zwiększać średnią powierzchnię sal sprzedażowych średnio od 5 do 10 mkw. – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kruszewski, prezes Lewiatan Holding. – Wynika to głównie na tego, że przyjmujemy coraz większe formaty. Natomiast sklepy, które ubywają, są to najczęściej małe placówki, które nie są w stanie lub nie za bardzo potrafią odnaleźć się w naszej sieci.

Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała w 1994 roku jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Aktualnie zrzesza ponad 2860 placówek realizujących swoje cele poprzez centralę Lewiatan Holding SA oraz spółki regionalne, które budują i koordynują sieć sklepów w poszczególnych regionach. Od początku 2015 roku do sieci dołączyło 70 nowych sklepów. Sieć chwali się, że już niemal 300 placówek ma powierzchnię przekraczającą 300 mkw., a jedynie 70 to małe sklepy.

– Nasz biznes to autorski projekt polegający na tym, że bezpośrednio nie inwestujemy w sklepy, natomiast wypłacamy bardzo wysokie wypłaty retrospektywne za to, że franczyzobiorcy świadczą nam usługę – informuje Wojciech Kruszewski. – Razem z nimi świadczymy usługę dla producenta i pieniądze z tego w absolutnej większości inwestowane są w sklepy. Z tych środków franczyzobiorcy finansują rozwój i doskonalenie własnych placówek. Minimalny procent zostaje w holdingu.

Lewiatan oferuje swoim członkom – oprócz wspólnych, tańszych zakupów – ogólnopolską reklamę oraz produkty pod markami własnymi sieci. W 2014 roku sieć miała ponad 8,5 mld zł obrotów. To jedna czwarta obrotów Biedronki.

Ważnym celem jest dla nas edukacja e-learningowa kierowana zarówno do franczyzobiorców, jak i wszystkich załóg – zapowiada Kruszewski. – Poza tym stawiamy na coraz szerszy zasięg wiadomości o akcjach promocyjnych na różnych nośnikach, żeby dostęp do informacji o naszej sieci i oferowanych produktach był jak największy. Osiągamy dobry efekt synergii z producentami i oni już są przekonani, że warto z nami takie promocje prowadzić.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w marcu br. ceny spadły o 1,5 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku, choć w stosunku do lutego ceny wzrosły o 0,2 proc. Według GUS największy wpływ na spadek cen rok do roku miały obniżki opłat związanych z transportem (o 9,9 proc., w tym paliwa do prywatnych środków transportu staniały o 14,8 proc.), ceny żywności i napojów bezalkoholowych (spadek o 2,5 proc.) oraz spadek wartości odzieży i obuwia (o 5,3 proc.). Deflacja jednak, jak przekonuje prezes Lewiatan Holding, nie będzie już szczególnie dotkliwa dla sieci handlowych.

Myślę, że w najbliższych miesiącach deflacja nie będzie już tak mocno wpływała na nasz biznes – prognozuje Wojciech Kruszewski. – Tym bardziej że zakończy się, jak sądzę, najpóźniej w trzecim kwartale br. Na pewno nasze obroty, gdyby nie deflacja, byłyby o 2 do 4 proc. wyższe.

Dobry doradca powinien dopasować fundusz do potrzeb klienta. Nie możne go zarzucać wskaźnikami finansowymi

0

CEO Magazyn Polska

Obowiązkiem doradcy jest pomóc klientowi w wyborze odpowiedniej strategii i sposobu ulokowania oszczędności. Istotne jest poznanie oczekiwań inwestującego, celu i okresu inwestycji oraz poziomu akceptowanego ryzyka. Doradca musi także umieć przedstawić produkt, który proponuje, znać jego wady, zalety oraz jawne i ukryte opłaty.

Odpowiedzialność za to, żeby pomóc klientowi w wyborze dobrego funduszu, musi leżeć po stronie doradców – uważa Marcin Iwuć, właściciel i twórca portalu Finanse bardzo osobiste. – Zwykle rozmowy, które toczą się z klientami na temat funduszy, oscylują wokół stóp zwrotu, wskaźników ryzyka, czyli rzeczy, które tak naprawdę dla osoby niezorientowanej są zupełną abstrakcją. Trzeba przenieść ciężar rozmowy na cel, jaki klient ma do zrealizowania i to, czy dana inwestycja pomoże mu go osiągnąć. Proporcje tematów w rozmowie powinny być zatem zupełnie odwrotne.

Od niemal pięciu lat na polskim rynku obowiązuje dyrektywa unijna MiFID, która zobowiązuje podmioty inwestycyjne do sporządzania profilu klienta zgodnego z jego celami inwestycyjnymi oraz wiedzą na temat rynków finansowych, co wiąże się z kolei ze świadomością ponoszonego ryzyka. Dzięki temu łatwiej dobrać fundusz do klienta, minimalizuje się także ryzyko rozczarowań. Z danych Analiz Online wynika, że w 2015 roku Polacy coraz chętniej zwracają się w stronę funduszy inwestycyjnych, i to funduszy akcyjnych, polecanych przez sprzedawców z racji spodziewanego ożywienia na giełdach i niezbyt obiecujących perspektyw na rynku obligacji czy lokat bankowych. Nie jest to jednak inwestycja odpowiednia dla każdego.

Jednej, prostej recepty świadczenia usług doradztwa inwestycyjnego oczywiście nie ma – zauważa Marcin Iwuć. – Ale musimy wziąć pod uwagę fakt, że fundusze są mimo wszystko produktem skomplikowanym, a klienci nie posiadają wiedzy na temat tego, jak z nich korzystać. Odpowiedzialność za to, by pomóc w doborze dobrego wehikułu finansowego, musi być po stronie doradców. To oni powinni pomóc zgłaszającej się osobie doprecyzować cel inwestycyjny i dobrać właściwy fundusz do konkretnych potrzeb.

Zdaniem twórcy Finansów bardzo osobistych, doradca nie powinien zarzucać klientów wskaźnikami finansowymi. Oczywiście pozytywne wyniki funduszu, na który chce namówić klienta, pomagają w przekonaniu go do inwestycji, ale po pierwsze są to dane historyczne, które wcale nie muszą się powtórzyć, a po drugie nadmiar informacji finansowych może inwestora zniechęcić. Podobnie jak nadużywanie specjalistycznego słownictwa. Według Iwucia doradca 90 proc. czasu powinien przeznaczyć na rzetelne zapoznanie się z sytuacją klienta i jego potrzebami, a jedynie 10 proc. – na dobranie właściwego funduszu.

Trzeba mówić bardzo prostym językiem, by mieć pewność, że klient wie, na co się decyduje i dlaczego podejmuje taką decyzję – przekonuje Marcin Iwuć w rozmowie z agencją Newseria Inwestor. – Tylko to sprawi, że za jakiś czas nie zmieni swojego postanowienia i nie ucieknie z powrotem np. w depozyt.

Do doradców wiele osób straciło zaufanie po kryzysie finansowym 2007-2008 roku, gdy okazało się, że niektórzy oferowali produkty, których sami do końca nie rozumieli. Zdaniem Marcina Iwucia, jeśli doradca inwestycyjny będzie oferował klientowi produkt, którego sam nie rozumie, nie będzie wiedział, jaka jest struktura opłat w produkcie, to zawsze, bez względu na to, jaką taktyka sprzedaży zostanie wykorzystana, sukces będzie krótkotrwały.

Za kilka lat uderzy to rykoszetem zarówno w doradcę, jak i w całą branżę – uważa Iwuć. – Takich przykładów na rynku mamy mnóstwo.

PGNiG obniża ceny gazu dla odbiorców hurtowych. Rabaty związane są z cenami na Towarowej Giełdzie Energii

CEO Magazyn Polska

Od maja najwięksi hurtowi odbiorcy gazu od PGNiG mogą liczyć na duże obniżki. Poza niższą taryfą zatwierdzoną przez prezesa URE spółka gazowa uruchamia też program rabatowy dla najważniejszych klientów. Ceny gazu dla firm, które do niego przystąpią, będą związane z cenami na Towarowej Giełdzie Energii, a te są niższe od zatwierdzonych taryf.

Na pewno jest to dobry ruch – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Ten program idzie w kierunku większej elastyczności, większego otwarcia na potrzeby rynku i pozwala na inne spojrzenie na możliwości, jakie daje współpraca odbiorców hurtowych z PGNiG.

Program rabatowy uruchomiony przez PGNiG będzie obowiązywał od 1 maja do końca roku, chyba że wcześniej nastąpi liberalizacja rynku i zniesiony zostanie obowiązek zatwierdzania taryf przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. W ramach programu na zniżki liczyć mogą przede wszystkim duzi odbiorcy, którzy odbierają gaz równomiernie i w zadeklarowanej ilości.

Rabaty będą związane z cenami gazu na Towarowej Giełdzie Energii, czyli w rzeczywistości będą podążać za trendami rynkowymi. To dla hurtowych odbiorców PGNiG duża korzyść. Choć od 1 maja, po wejściu w życie nowych taryf zatwierdzonych przez prezesa URE, gaz wysokometanowy dla odbiorców hurtowych potanieje o 7,1 proc., a gaz zaazotowany o 3,2 proc., to program rabatowy oznacza jeszcze większą zniżkę.

Obecne ceny gazu na TGE wynoszą ok. 95 zł za MWh – to o ponad 10 proc. mniej niż w taryfach zatwierdzonych przez URE.

– Na rynkach światowych od jakiegoś czasu cena ropy naftowej, która jest podstawą hurtowych cen gazu ziemnego, regularnie spada. To jeden z elementów, który wpływa na ceny gazu, m.in. oferowane przez PGNiG klientom. Na pewno te uwarunkowania cenowe związane z ceną ropy naftowej mają znaczenie dla taryfy zaproponowanej przez PGNiG i dla tych obniżek w ramach nowego programu rabatowego – podkreśla Zajdler.

Odbiorcy przemysłowi poza przeniesieniem na nich korzyści związanych z tańszym pozyskiwaniem surowca przez PGNiG oczekują również większej elastyczności cen. Zajdler podkreśla, że właśnie elastycznością cen starają się rywalizować inni dostawcy gazu na polskim rynku.

Spółka w ten sposób spełnia oczekiwanie nie tylko klientów, lecz także URE. Nowe taryfy dla odbiorców hurtowych zostały zatwierdzone jedynie na 3 miesiące, co oznacza, że wkrótce należy spodziewać się kolejnej zmiany cen. Tak krótkie okresy obowiązywania taryf mają na celu m.in. regulowanie ich w zgodności z trendami na rynku. Zajdler podkreśla, że prezesowi URE szczególnie zależy na tym, aby podmiot dominujący na rynku, czyli PGNiG, określało ceny w odniesieniu do cen na giełdach energii.

Chodzi o to, żeby jak najbardziej ten aspekt fluktuacji cen był uwzględniony – precyzuje Zajdler. – Odniesienie w tej umowie ceny, jaką klient będzie płacił, do pewnych parametrów ceny giełdowej jest proponowane przez inne firmy na rynku i to wychodzi naprzeciw oczekiwaniom odbiorców.

Zajdler dodaje, że dla PGNiG to dobry sposób na walkę z konkurencją. Gazowy koncern dzięki elastycznym cenom chce zatrzymać obecnych klientów.

Mars uruchamia nową linię produkcyjną w fabryce pod Sochaczewem. Zwiększa też zatrudnienie

0

CEO Magazyn Polska

300 mln zł kosztowała rozbudowa fabryki czekolady firmy Mars w Janaszówku pod Sochaczewem. Dzięki tej inwestycji zakład będzie produkować 1,1 tys. opakowań M&M’s na minutę. Spółka zatrudniła 70 nowych pracowników, ale dzięki zwiększonym dostawom pośrednio w gospodarce powstanie w sumie 350 nowych miejsc pracy. Polska to kluczowy dla Marsa rynek, z którego firma obsługuje nie tylko region, lecz także dalsze rynki.

W ubiegły piątek Mars uruchomił nową linię produkcyjną w fabryce M&M’s w Janaszówku pod Sochaczewem. Rozbudowa zakładu kosztowała 300 mln zł.

Dało nam to możliwość produkowania dodatkowych 25 tys. ton rocznie. To jest 1,1 tys. opakowań M&M’s na minutę. Nasza marka jest dobrze znana i lubiana na świecie, więc zapotrzebowanie wzrasta – podkreśla Krzysztof Dyner, dyrektor fabryki Mars Polska w Janaszówku.

Do obsługi nowej linii firma zatrudniła 70 nowych pracowników. Jednak pośrednio inwestycja da 350 nowych miejsc pracy, m.in. dzięki zwiększonym dostawom surowców i usług.

Fabryka w Janaszówku jest dla nas bardzo ważna. Obsługujemy z niej nie tylko rynek wewnętrzny i rynki europejskie, lecz także Bliski Wschód i Afrykę. Odkryliśmy, że w polskich zakładach jest potencjał, dzięki któremu możemy obsłużyć naszą regionalną sieć – mówi Gilles Morel, lider Mars Chocolate na Europę i Eurazję.

Kompleks fabryczny Mars Polska pod Sochaczewem jest jedną z największych inwestycji kapitałowych firmy na świecie. Należą do niego fabryka czekolady w Janaszówku, dwie fabryki gotowego jedzenia dla zwierząt oraz fabryka mleka o statusie mleczarni w Kożuszkach-Parcel.

Nasza fabryka należy do jednych z najbardziej nowoczesnych w Polsce i na świecie. Zastosowaliśmy wszystkie nowoczesne technologie, które spowodowały, że mamy również pozytywny wpływ na środowisko: obniżamy zużycie energii i wody, a dodatkowo żadne odpady z naszego zakładu nie trafiają na wysypisko śmieci – wyjaśnia Krzysztof Dyner.

Jak podkreśla Gilles Morel, Polska jest jednym z dziesięciu najważniejszych rynków dla firmy. W kraju działa sześć fabryk, które dają zatrudnienie 2,5 tys. osób.

– Będziemy eksportować 70 proc. produkcji z tej fabryki do 60 krajów, 30 proc. jest produkowane na rynek polski. Dla powodzenia naszego przedsięwzięcia jest bardzo ważne, by móc sprzedawać w Polsce produkty wytworzone w polskiej fabryce – podkreśla Morel. – Jesteśmy bardzo dumni, że możemy dzięki tej inwestycji rozwijać w Polsce talenty, kształcić je poza granicami i przyciągać z powrotem do Polski. Większość naszej kadry kierowniczej, dyrektorów i menadżerów to Polacy.

Jak ocenia Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki, decyzja Marsa o rozbudowie fabryki potwierdza tylko tezę, że w Polsce warto inwestować. Jej lokalizacja natomiast będzie sprzyjać zwiększaniu eksportu.

Fabryka znajduje się obok wielkiej aglomeracji warszawskiej, w Sochaczewie, który jest razem z Błoniem jednym z ważniejszych hubów polskiej logistyki, wzmocnionym zmodernizowaną drogą krajową nr 50 i autostradą A2 na całej długości do Niemiec. To jest kapitalna lokalizacja nie tylko do ekspansji na Europę Środkowo-Wschodnią i Wschód, lecz także – co ważne – do podtrzymywania silnego eksportu na rynek Unii Europejski – mówi Janusz Piechociński.

Inwestycja Marsa ma szczególne znaczenie dla Mazowsza, przede wszystkim dla okolic Sochaczewa.

To firma, która ma ogromny wpływ na przemysł spożywczy, produkcję wyrobów czekoladowych w kraju, na to, co się dzieje na ziemi sochaczewskiej. Firma z dużymi tradycjami, bo rozpoczęła swoją produkcję w 1992 roku, przyniosła do Polski technologię, środki finansowe i organizację pracy. Jesteśmy szczęśliwi, że ta firma jest właśnie w gminie Sochaczew i cieszymy się, że systematycznie się rozwija, budując nową firmę, nowy zakład i realizując nowe przedsięwzięcia – mówi Mieczysław Orliński, wójt gminy Sochaczew.

Orange zapowiada duże zmiany. Wprowadza nową ofertę i chce poprawić kontakt z klientem

0

CEO Magazyn Polska

W ofercie Orange pojawiły się nowe pakiety dla klientów indywidualnych i taryfy dla firm. To jeden z elementów globalnych zmian, które mają odświeżyć wizerunek koncernu. Zmieni się również obsługa klientów  serwis ma być prosty i szybki, a jakość usług wysoka. Zarówno nowe taryfy, jak i nowy sposób komunikacji mają być odpowiedzią na zmieniające się potrzeby konsumentów.

Zmiana przede wszystkim musi mieć odzwierciedlenie w naszym codziennym funkcjonowaniu, w postrzeganiu nas przez klientów. Większą wagę będziemy przywiązywać do tego, by słuchać naszych klientów i trafiać w ich potrzeby za pomocą ofert oraz dopasowanych usług i skupiać się na tym, co jest dla nich istotne – mówi agencji Newseria Biznes Bruno Duthoit, prezes Orange Polska.

Operator wprowadza do oferty nowe plany taryfowe dla biznesu i klientów indywidualnych. Na podstawie przeprowadzonych wśród klientów badań w nowych taryfach biznesowych znajdą się – oprócz nielimitowanych rozmów, SMS-ów i MMS-ów w kraju – również pakiety rozmów i pakiety internetowe w roamingu do krajów UE. Z kolei plany dla klientów indywidualnych będą uwzględniały dziedziny życia wskazane przez nich jako szczególnie ważne, czyli bliscy, dom i mobilność.

Wprowadzamy bardziej spójne oferty, odpowiadające potrzebom zarówno klientów indywidualnych, jak i biznesowych, zwłaszcza małych przedsiębiorstw. Prostota, konwergencja oraz bezpieczeństwo są dla nas niezmiernie ważne i zbieżne z oczekiwaniami klientów – mówi prezes Orange Polska

W ofercie pojawi się też bezpłatna CyberTarcza, czyli rozwiązanie zwiększające bezpieczeństwo użytkowania internetu i chroniące przed większością zagrożeń.

Zmieni się również podejście do komunikacji zarówno w salonach, jak i online.

Deklarujemy dostępność w każdym miejscu, w dzień i w nocy, przez różne kanały komunikacji. Serwis służący do zarządzania online swoim kontem przez klienta, będzie prostszy, czy to w przypadku telefonii stacjonarnej, czy mobilnej – wyjaśnia Bruno Duthoit. – W punktach sprzedaży zmienimy sposób, w jaki rozmawiamy z klientem. Będzie więcej dialogu, będziemy słuchać i będziemy starali się sprostać ich oczekiwaniom.

Jak zapewnia prezes Orange, obsługa klienta będzie przebiegała znacznie szybciej niż dotychczas. Klienci, którzy korzystają z wielu usług Orange, będą mogli swoje sprawy załatwić przez wyznaczonego dla nich doradcę. Spółka stopniowo będzie wdrażać też inteligentny system zarządzania ruchem w salonie, dzięki któremu klienci będą mogli zaplanować wizytę w dogodnym dla siebie terminie. W planach jest również otworzenie jeszcze w tym miesiącu w Warszawie Smart Store, czyli inteligentnego salonu przyszłości.

Rusza także system obsługi dla seniorów. Jak podkreśla Duthoit, klienci powyżej 70. roku życia to ważna dla spółki grupa około miliona osób.

Połowa z nich korzysta z telefonii stacjonarnej, a połowa z mobilnej. Ich oczekiwania są inne niż pozostałych klientów. Dlatego właśnie dla nich uruchomimy specjalną linię. Starsza osoba, która zadzwoni, zostanie automatycznie przekierowana do specjalnego call center. Tam obsługa jest dostosowana do potrzeb osób wymagających nieco więcej uwagi, czasu oraz wyjaśnień – mówi prezes Orange Polska.

Orange będzie mieć specjalne oferty dla osób przedłużających umowy. Zamierza koncentrować się również na rozwijaniu technologii zarówno w telefonii stacjonarnej jak i mobilnej, które pozwolą ulepszać ofertę dla klientów. Nowością jest też sprzedaż innych ofert niż tylko telekomunikacyjnych. Dziś w ofercie operator ma usługi finansowe i energię elektryczną.

– Dostrzegliśmy możliwość synergii, a nasi klienci są zainteresowani taką ofertą. Pokrywa się to z potrzebą konwergencji: usługi dla całego domu mogą być zakupione u operatora komórkowego. To ciekawy kierunek rozwoju – mówi Bruno Duthoit. – W krótkim okresie planujemy dalszy rozwój usług finansowych i energetycznych, zamierzamy też zagospodarować istotną niszę, w której zresztą już zajmujemy silną pozycję, a mianowicie internet rzeczy.

Jak podkreśla, rynek przedmiotów podłączonych do sieci dynamicznie się rozwija, również w Polsce. I tak też będzie w najbliższych latach. Do tego segmentu zaliczają się m.in. rozwiązania z zakresu smart cities, a także koncept inteligentnego domu z monitoringiem i zdalnym sterowaniem.

Bank Pocztowy walczy o klientów, wprowadzając darmowe konto. Chce się odróżnić od konkurentów, którzy wprowadzają opłaty w trudnych dla banków czasach

CEO Magazyn Polska

Środowisko niskich stóp procentowych i związane z tym niższe wpływy z rat spłacanych przez klientów kredytów powodują, że przychody banków spadają. Niskie stopy nie zachęcają też Polaków do zakładania lokat. Dlatego banki muszą szukać nowych źródeł przychodów, które zrekompensują im utracone zyski. Większość instytucji podnosi lub wprowadza opłaty za świadczone usługi. Zupełnie odmienną strategię przyjął Bank Pocztowy, który chcąc przyciągnąć nowych klientów, zaoferował darmowe konto z dożywotnią gwarancją braku opłat.

– Rynek się zmienia. Zmiany makroekonomiczne, niższe stopy procentowe i zmiany w samym sektorze bankowym powodują, że banki zmieniają strategię, politykę cenową i podejście do klienta – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Szymon Midera, prezes Banku Pocztowego. – Oczywiście jest ogromna pokusa wśród wielu graczy, żeby w prosty sposób te problemy przerzucić na klienta, podnosząc taryfę opłat i prowizji, w tym główną opłatę za prowadzenie rachunku. Dane Narodowego Banku Polskiego potwierdzają, że te opłaty rok do roku rosną.

Z raportu Narodowego Banku Polskiego pt. „Porównanie wysokości prowizji i opłat związanych z rozliczeniami pieniężnymi w złotych w polskim sektorze bankowym” wynika, że w grudniu 2014 roku średnia opłata za prowadzenie konta bankowego była o ponad 8,5 proc. wyższa niż pół roku wcześniej i wyniosła 3,30 zł miesięcznie. Badanie objęło 19 banków.

To jest próba poprawienia rentowności za wszelką cenę w innym środowisku makroekonomicznym, przy wyższej konkurencyjności – uważa Midera. – Z punktu widzenia budowania relacji długofalowej z klientem to nie jest dobra strategia. Klienci będą szukać takich banków, w których będą mieć zapewnione bezpieczeństwo i długofalowe spojrzenie na relacje z klientem.

Banki radzą sobie w nowych warunkach nie tylko poprzez bezpośrednie podniesienie opłat, lecz także poprzez wprowadzenie m.in. większej liczby warunków, od których uzależnione jest posiadanie darmowego konta. Może to być np. podniesienie wymaganego limitu wpływów na konto. Tymczasem Bank Pocztowy wprowadził darmowe konto z dożywotnią gwarancją braku opłat bez dodatkowych warunków.

Zmiana rachunku bankowego to jest bardzo poważna decyzja. Nie powinno się jej podejmować pod wpływem chwili, emocji czy krótkotrwałej promocji ze strony banku. Ona wiąże się też z konkretnym wysiłkiem i dlatego proponujemy darmowy rachunek z gwarancją niezmienności tej oferty, bez żadnych dodatkowych warunków związanych z wpływami na rachunek czy aktywnością klienta – deklaruje prezes Banku Pocztowego.

Szymon Midera zapewnia też, że kierowany przez niego bank nie zamierza w przyszłości zmieniać tej strategii, choć na łatwe zyski w sektorze bankowym długo nie będzie można liczyć. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 roku banki zarobiły o 7,1 proc. więcej niż w 2013 roku, przy czym głównie przyczynił się do tego wynik z tytułu odsetek, który będzie słabł z powodu coraz niższych stóp procentowych.

Pierwsza po ponad roku obniżka nastąpiła dopiero w październiku, a kolejna już w marcu br., zatem wpływ niskich stóp procentowych na wyniki banków w tym roku będzie zdecydowanie wyraźniejszy. Z kolei na opłatach i prowizjach banki w ubiegłym roku zarobiły tylko o 0,7 proc. więcej niż w 2013 roku. Do dobrego wyniku przyczyniła się także obniżka kosztów, głównie pracowniczych. Koszty ogółem spadły o 1,3 proc., przy czym pracownicze o 1,7 proc, a koszty ogólnego zarządu o 0,9 proc.

Rentowność sektora maleje i będzie się zbliżała do rentowności banków w krajach Europy Zachodniej, w których środowisko niskich stóp procentowych funkcjonuje już od dłuższego czasu ­– konstatuje Midera. I dodaje: – Musimy sobie z tym poradzić.

Dobre prognozy dla PKP Cargo. Spółka pozyskuje nowe kontrakty

CEO Magazyn Polska

Dostawy stali i kruszyw na budowy oraz rozwój transportu intermodalnego to czynniki, które pozytywnie wpłyną na PKP Cargo w 2015 rok. Powinny one zrównoważyć spadki w przewozach węgla. Wprawdzie dostawy surowca dla polskiej energetyki są stabilne, jednak zastój może  dotyczyć przewozów eksportowanego węgla. Perspektywiczne dla spółki są rynki przewozów drewna oraz zbóż.

Rynek w 2015 roku uważamy za bardzo perspektywiczny, ponieważ rozwój infrastruktury, także w Polsce, pociąga za sobą konieczność dostaw stali. Sygnały o tym, że rynek będzie się rozwijał, płyną też od naszych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Neska, wiceprezes zarządu ds. handlowych PKP Cargo. – Z drugiej strony mamy kruszywa i materiały budowlane. Inwestycje infrastrukturalne zarówno w drogownictwie, jak i na kolei, oraz budowy hydrotechniczne pozwalają nam zakładać, że w tym roku wzrost będzie stabilny.

W ubiegłym roku grupa PKP Cargo miała 4,3 mld zł przychodów operacyjnych i prawie 59 mln zł zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Wynik był jednak obciążony realizacją Programu Dobrowolnych Odejść, którego koszt wyniósł ponad 250 mln zł. Po wyłączeniu tego czynnika zysk spółki w 2014 roku był na poziomie 276 mln zł. Raport za I kwartał przewoźnik poda 12 maja.

Istotny wpływ na skalę przewozów na początku roku miała sytuacja na rynku węgla. Z jednej strony mamy bardzo dobre wskaźniki ekonomiczne płynące właściwie ze wszystkich linii biznesowych, ze wszystkich produktów, które wozimy – od kruszyw, przez biznes intermodalny, aż po drewno. Dobre wskaźniki notuje również hutnictwo, metale, rudy. Z drugiej strony węgiel ze względu na perturbacje, które praktycznie towarzyszą nam przez cały 2014 rok i z którymi weszliśmy również w 2015, powoduje, że rozwój na całym wolumenie przewozów jest w jakiś sposób niwelowany sytuacją związaną z przewozami węgla – podkreśla Neska.

Udział spółki w dostawach węgla dla polskiej energetyki jest stabilny. Niewiadomą są jednak przewozy eksportowanego surowca, które już w ubiegłym roku były niskie i nic nie zapowiada odbicia w tym roku.

Spółka poinformowała w czwartek o podpisaniu dwuletnich umów na przewozy towarów z trzema liderami polskiego przemysłu drzewnego – International Paper Kwidzyn, Kronospan Szczecinek oraz Mondi Świecie. Przewoźnik będzie transportować dla tych podmiotów m.in. drewno, wyroby z drewna oraz zrębki drzewne.

Takie segmenty jak rynek drewna czy rynki płodów rolnych są dla nas bardzo ciekawe i zakładamy, że będą też dosyć stabilne. Przyczyniają się one do dywersyfikacji naszego portfela – wskazuje wiceprezes PKP Cargo.

Perspektywicznym kierunkiem, choć o niewielkim jeszcze znaczeniu finansowym w skali działalności PKP Cargo, jest segment przewozów intermodalnych, czyli łączących różne środki transportu: kolejowy, drogowy i morski. Jak deklaruje Jacek Neska, spółka osiąga w tej dziedzinie dwucyfrowe wzrosty, dzięki czemu udział intermodalu w przychodach powinien się w kolejnych latach zwiększać.

Intermodal to linia biznesowa, która obecnie stanowi o 4 proc. naszej całej wykonanej pracy – zaznacza Neska. – Traktujemy ją jednak jako linię najbardziej perspektywiczną, z największym potencjałem wzrostu. W tej chwili notujemy wzrosty dwucyfrowe rok do roku. Oczywiście, w jakiś sposób jest to efekt niskiej bazy, natomiast głęboko wierzymy w to, że ten rynek się będzie rozwijał.

Wiceprezes PKP Cargo podkreśla, że na biznes przewoźnika pozytywny wpływ ma poprawiająca się sytuacja makroekonomiczna, a zwłaszcza coraz lepsza kondycja polskiego przemysłu. Od października ubiegłego roku obrazujący ją wskaźnik PMI pozostaje powyżej poziomu 50 pkt, co oznacza rozwój sektora. W I kwartale oscylował wokół poziomu 55 pkt.

Jeżeli nasi klienci produkują, jeżeli potrzebują surowców i sprzedają swoje wyroby, to wtedy rynek logistyczny, również kolejowy, ma się dobrze. Sytuacja makroekonomiczna ma istotny wpływ na to, co dzieje się na torach – mówi Jacek Neska. – Z dużym zadowoleniem obserwujemy to, że wskaźniki, które opisują polską gospodarkę, mają pozytywny oddźwięk i z tym wiążemy oczekiwania związane z dalszym rozwojem rynku logistycznego w Polsce.

Właściciele małych i średnich firm coraz częściej szukają wsparcia wśród bardziej doświadczonych przedsiębiorców. Przyspiesza to rozwój ich biznesów

0

CEO Magazyn Polska

Właściciele firm coraz częściej szukają wsparcia u innych przedsiębiorców. Wymiana doświadczeń czy zasięgnięcie opinii pozwala im skuteczniej rozwiązywać biznesowe problemy. Zwłaszcza że zwykle są one podobne, dotyczą m.in. zwiększania sprzedaży, przyciągania i utrzymywania klientów, znajdowania odpowiednich pracowników czy organizacji przedsiębiorstwa.

– Najczęściej problemy, z którymi borykają się prezesi średnich i małych firm, związane są ze sprzedażą, pozyskiwaniem i utrzymaniem klienta. Przedsiębiorcom brakuje skutecznych sprzedawców, a firmą odpowiedniej organizacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Augustyniak, dyrektor regionalny Alpha Group w Polsce, firmy organizującej m.in. spotkania dla biznesu.

Augustyniak zwraca uwagę na to, że małe i średnie przedsiębiorstwa w miarę rozwoju swojej działalności i znajdowania nowych rynków mierzą się z podobnymi problemami. O ile skuteczne zarządzanie firmą zatrudniającą 5-10 osób jest w miarę proste, o tyle przy wzroście liczby pracowników do 20-30 i obrotów mogą pojawić się problemy ze zwiększeniem sprzedaży, utrzymaniem klientów, zatrudnieniem odpowiednich osób czy organizacją firmy.

Ten ostatni element jest szczególnie ważny z punktu widzenia właścicieli. Wielu szefów małych i średnich firm bierze odpowiedzialność za wszystkie procesy, co nie pozwala im na urlop lub przerwę w pracy. Augustyniak zwraca jednak uwagę na to, że nowi przedsiębiorcy mogą wiele nauczyć się od tych, którzy już pokonali te przeszkody lub wcześniej popełniali błędy i wiedzą, jak sobie z nimi radzić. Coraz więcej właścicieli firm docenia taką możliwość.

Tradycyjnie raczej się nie zrzeszamy, problemy wolimy rozwiązywać we własnym, małym gronie. Ale jesteśmy bardzo zaskoczeni, bo ludzie rzeczywiście przychodzą, otwierają się i w atmosferze zaufania mówią o swoich największych problemach biznesowych. W zamian za to otrzymują rekomendacje i rozwiązania. Właściciele firm wychodzą z takich spotkań bardzo zadowoleni – podkreśla Augustyniak.

Takie comiesięczne spotkania ułatwiają podejmowanie decyzji prezesom firm. Jak zwraca uwagę Augustyniak, nawet w przedsiębiorstwach zatrudniających 50-60 osób i generujących kilkumilionowe obroty rocznie właściciele często nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc w kierowaniu firmą.

Augustyniak dodaje, że uczestnictwo w spotkaniu w ramach tzw. rady dyrektorów to dla wielu prezesów także pierwsza okazja, by spojrzeć na własną działalność z innej perspektywy. Mogą usłyszeć wiele nowych pomysłów, które w codziennej pracy nie są analizowane.

To jest bardzo duża wartość, jeżeli właściciel wychodzi jeden dzień w miesiącu, by spotykać się z ludźmi, którzy mają podobne wyzwania, i spojrzeć na poziomie strategicznym na całość swojej firmy, na problemy, z jakimi się mierzy, i na otoczenie rynkowe. To jest luksus, na który do tej pory właściciele małych firm nie mogli sobie pozwolić – przekonuje Augustyniak.

Rośnie wiedza Polaków na temat GMO. Zwracają uwagę na oznaczenia na opakowaniach

CEO Magazyn Polska

Polacy wiedzą coraz więcej na temat żywności modyfikowanej genetycznie. Co trzeci Polak świadomie nie kupuje żywności GMO, a informacji o jej pochodzeniu szuka na opakowaniu. Znacznie mniej powszechna jest wiedza o antybiotykach dodawanych do żywności. Tymczasem jej spożywanie może skutkować reakcjami alergicznymi lub uodpornieniem organizmu na działanie antybiotyków.

Polscy konsumenci, zwłaszcza w miastach, mają coraz większą świadomość tego, co kupują, i zwracają uwagę na etykiety. Cały czas mamy bardzo dynamiczny wzrost spożywania produktów niemodyfikowanych genetycznie czy takich, które nie zawierają składników modyfikowanych genetycznie. Na polskim rynku jest kilka produktów, które nie stosują żadnych składników modyfikowanych genetycznie i ten walor jest podkreślany w komunikacji z klientami – mówi agencji Newseria Artur Węgłowski, wiceprezes zarządu Farmio, producenta jaj.

Również Farmio w komunikacji podkreśla, że jaja, które firma wprowadza do obrotu, pochodzą od kur karmionych paszą bez GMO.

Obecnie na rynku europejskim dopuszczony jest handel genetycznie modyfikowaną kukurydzą i soją. W Polsce od 2013 roku obowiązuje zakaz uprawy roślin genetycznie modyfikowanych. Dozwolony jest natomiast import i handel produktami GMO, w tym ogólnie dostępnymi produktami spożywczymi oraz paszami dla zwierząt. Z danych firmy Farmio wynika, że rocznie Polska importuje ok. 2 mln ton soi modyfikowanej genetycznie na potrzeby produkcji pasz dla drobiu, bydła i trzody chlewnej.

Unijne prawo nakazuje oznakowanie produktów zawierających przynajmniej 0,9 proc. składników zmodyfikowanych genetycznie. Nie dotyczy on znakowania produktów nabiałowych i mięsnych pochodzących ze zwierząt karmionych paszami z GMO.

Jeśli mam wybór, to ja zawsze będę preferował i do tego będę też namawiał wszystkich konsumentów, aby wybierali produkty niemodyfikowane genetycznie, czyli takie, które nie zawierają modyfikowanej soi czy kukurydzy. Brak modyfikacji daje nam czystość, bliskość z naturą, tradycyjność. Modyfikacje dają większe możliwości produkcji spożywczej, ale jednak pojawia się pytanie, czy nie mają negatywnego wpływu na nasze zdrowie – mówi Artur Węgłowski.

Poza kwestią GMO konsumentów powinna interesować również zawartość antybiotyków w żywności. Już w pierwszej połowie XX wieku zaczęto dodawać antybiotyki do paszy zwierząt hodowlanych, odkryto bowiem, że powodują one przyrost masy ciała. Nieuzasadnione użycie antybiotyków w hodowli zwierząt jest zabronione w Unii Europejskiej od 2006 roku, jednak zdarzają się przypadki jej stosowania. Obecność niedozwolonego poziomu antybiotyków w jajkach lub mięsie może być też efektem niewłaściwego dawkowania leku choremu zwierzęciu, nieprzestrzegania okresu karencji lub podania niedozwolonej dla danego gatunku substancji. Zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) nadużywanie antybiotyków w hodowli zwierząt jest jedną z ważniejszych przyczyn narastania problemu lekoodporności u ludzi.

– W 2013 roku użycie antybiotyków do produkcji żywności wyniosło 520 ton. Nawet minimalne dawki antybiotyków, które pozostają w produktach spożywczych, kumulują się w organizmie i powodują liczne problemy. W przypadku alergików nawet minimalna ilość antybiotyku może wzbudzić wstrząs anafilaktyczny. W ich przypadku i u dzieci do lat 12 obowiązuje absolutny zakaz stosowania tetracyklin czy antybiotyków z tej grupy. A 70 proc. antybiotyków używanych do produkcji żywności to właśnie antybiotyki z grupy tetracyklin i penicyliny – mówi Artur Węgłowski.

Przedstawiciele Farmio zapewniają, że zgodnie z oczekiwaniami konsumentów jaja tej firmy są dodatkowo badane pod kątem obecności antybiotyków.

WHO uznała, że odporność niektórych drobnoustrojów na leki jest jednym z największych zagrożeń dla zdrowia człowieka w XXI wieku. Tylko na terenie Unii Europejskiej w wyniku zakażenia bakteriami odpornymi na niektóre antybiotyki umiera rocznie 25 tys. ludzi. Zdaniem komisji ekspertów powołanej w 2013 roku przez brytyjski rząd w 2050 roku odporność na antybiotyki może być przyczyną śmierci 10 mln ludzi.

Ruszył kanał TVN Fabuła. Będzie walczył o fanów filmów i seriali również własnymi produkcjami

0

 

TVN nowym kanałem chce zawalczyć o widownie ceniącą dobre filmy w wysokiej jakości. W ofercie właśnie uruchomionego TVN Fabuła znajdą się również seriale – nie tylko produkcje TVN-u, lecz także zagraniczne hity. Mimo dużej konkurencji kilkudziesięciu kanałów filmowych i serialowych stacja liczy na duży sukces.

Kanał TVN Fabuła jest częścią oferty Premium TV. Mamy o tyle łatwiej na biznesowym polu, że jesteśmy w pakiecie razem z innymi kanałami, nie tylko kanałami TVN. Dlatego myślę, że jesteśmy skazani na sukces – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Świerzawski, dyrektor TVN Fabuła.

Premium TV to oferta TVN dla reklamodawców obejmująca różne kanały tematyczne.

Uruchomiony 16 kwietnia kanał to propozycja dla fanów filmów i seriali. Będzie walczyć o widzów m.in. z propozycjami Polsatu i TVP (np. Polsat Film i TVP Seriale). TVN Fabuła stawia przede wszystkim na jakość i możliwość wyboru.

Jest wszystko, co widzowie filmów uwielbiają, czyli świetna jakość dźwięku, obrazu i możliwość przełączania się między wersjami. Niby wiele stacji oferuje tego typu udogodnienia, niemniej jednak jak popatrzymy na całość polskiej oferty telewizyjnej, to nie jest to takie oczywiste. Nie jest tak, że wszystkie programy nadawane są w HD, wiele filmowo-serialowych kanałów nadal nadaje w wersji podstawowej, w wersji SD – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Świerzawski, dyrektor TVN Fabuła.

Nowy kanał TVN Fabuła ma trafić m.in. do tych widzów, którzy uprawiają tzw. binge watching, czyli oglądają kilka odcinków ulubionego serialu z rzędu.

Świerzawski, który sam jest filmowcem i współpracował jako asystent reżysera m.in. z Agnieszką Holland i Stevenem Spielbergiem, zapewnia, że oferta będzie zróżnicowana. W ramówce TVN Fabuła mają znaleźć się zarówno najnowsze produkcje, jak i nieco starsze seriale. Już w ten weekend kanał wyemitował kinowy przebój „Władca pierścieni: Powrót króla”. Wkrótce planowana jest emisja m.in. „Sherlocka Holmesa”.

To będzie szansa na zobaczenie pewnych filmów po raz pierwszy w wysokiej jakości. To jest oferta skierowana do ludzi, którzy kino kochają, którzy kina szukają w telewizji i którzy uwielbiają je oglądać – mówi Świerzawski.

Poza światowymi hitami TVN Fabuła zamierza też promować własne produkcje koncernu. Codziennie o godz. 20:00 emitowane będą seriale wyprodukowane dla TVN-u. Świerzawski podkreśla, że to szansa, by wiele z tych chętnie oglądanych seriali wróciło na antenę w czasie największej oglądalności. Natomiast o godz. 21:00 będzie rozpoczynało się najważniejsze pasmo, w którym wyświetlane będą filmy oraz maratony serialowe.

TVN Fabuła jest w ofercie nc+, UPC, TOYA oraz wielu mniejszych operatorów telewizji kablowej i satelitarnej.

Wartość rynku e-booków sięgnie 60 mln zł. E-czytelnicy czytają prawie trzy razy więcej niż tradycyjni

Polacy coraz chętniej sięgają po e-booki. Rynek sprzedaży książek elektronicznych rośnie bardzo szybko i jak szacuje branża, w 2015 roku jego wartość wzrośnie do co najmniej 60 mln zł. Dlatego w szybkim tempie przybywa też tytułów w wersji elektronicznej. Z badań Virtualo wynika, że e-czytelnicy czytają rocznie 30 książek, podczas gdy czytelnicy tradycyjnych książek średnio 11.

Czytelnicy e-booków najchętniej czytają książki z kategorii kryminał i sensacja (18 proc.). W pierwszym kwartale bestsellerem w Virtualo była kryminalna trylogia Zygmunta Miłoszewskiego, czyli tytuły „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i „Gniew”. Bardzo często wybierają tez powieści obyczajowe (16 proc.), fantastykę (11 proc.), reportaż i literaturę faktu (9 proc.).

W ofercie samego Virtualo jest ponad 40 tys. e-booków i audiobooków, więc ta liczba cały czas rośnie w porównaniu do 37 tys., które były na koniec zeszłego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Martyna Bednarczyk z Virtualo. – Prowadzimy cały czas nowe akcje promocyjne, wprowadzamy nowe tytuły.

E-booki częściej kupują mężczyźni, kobiety nadal chętniej wybierają książki drukowane. W ocenie sprzedawców wynika to z większego zainteresowania mężczyzn nowymi technologiami, jednak ta różnica powinna stopniowo zanikać. Z badania przeprowadzonego pod patronatem Biblioteki Analiz wynika, że 67 proc. czytelników książek cyfrowych ma od 25 do 45 lat.

Ze wszystkich danych wynika, że na razie głównie czytamy książki drukowane – informuje Martyna Bednarczyk. – Natomiast e-czytelnicy stanowią elitę wśród ogółu czytelników, gdyż czytają nawet 30 książek rocznie w porównaniu z 11 książkami, które czytają czytelnicy książek drukowanych. Jest to zdecydowanie grupa osób, która czytają bardzo dużo i bardzo chętnie.

Średnia cena pojedynczego e-booka zakupionego w pierwszym kwartale wyniosła 21,90 zł. Ceny e-booków są średnio o 20-30 proc. niższe niż ceny książek drukowanych. Dodatkowo wydawnictwa kuszą czytelników promocjami. Ceny mogłyby być jeszcze niższe, gdyby nie system podatkowy, który traktuje e-booki jak zwykły towar, a nie jak książki.

W Polsce cały czas VAT na e-booki wynosi 23 proc., a na książki drukowane 5 proc. Jest to na pewno jeden z czynników, który bardzo utrudnia rozwój rynku – podkreśla koordynator ds. marketingu Virtualo. – Drugim takim czynnikiem jest piractwo. Wiadomo, że e-booki są dość łatwo dostępne, ale i łatwo jest taki plik udostępnić w sieci. Oczywiście mamy mnóstwo zabezpieczeń i możemy do tego dojść, kto taki plik udostępnił, ale prawo za tym nie nadąża. Tu jest główny problem.

Biblioteka Analiz w 2013 roku szacowała, że straty, które rocznie ponoszą w wyniku piractwa wydawcy, sięgają 250 mln zł. Mimo tych przeciwności przedstawiciele branży są dobrej myśli. Rynek rozwija się dynamicznie i obecny rok pod względem tempa wzrostu powinien być podobny do poprzedniego.

Rok 2014 zakończyliśmy z wynikiem 40 mln zł – mówi Bednarczyk. – Szacujemy, że ten rok będzie jeszcze lepszy i że będzie to 60 mln zł.

Po pierwszym kwartale widać, że najprawdopodobniej wynik ten zostanie zrealizowany z nadwyżką.