Ponad połowa Polaków zamawia jedzenie na wynos. Najchętniej wybierają kuchnię włoską

64 proc. Polaków zamawia jedzenie na wynos. Choć większość robi to przez telefon, to coraz częściej zamówienia składane są online, np. przez serwisy internetowe udostępniające oferty nawet kilkuset restauracji. Polacy najczęściej wybierają na wynos kuchnię włoską i orientalną. Do pracy często zamawiają sałatki lub obiady domowe.

Zdecydowana większość posiłków zamawiana jest telefonicznie, coraz więcej Polaków decyduje się jednak na składanie zamówień przez internet. Najczęściej posiłki zamawiane są bezpośrednio poprzez stronę internetową wybranej restauracji. Coraz większą popularnością cieszą się jednak portale internetowe, które nie są związane z konkretną restauracją, lecz oferują dostęp do ofert nawet kilkuset lokali gastronomicznych. Z danych firmy PizzaPortal.pl wynika, że korzysta z nich już 38 proc. Polaków. Ich zaletą jest podane w czytelny sposób menu restauracji z ofertą na wynos, co pozwala oszczędzić czas.

Ludzie są bardziej zaganiani, co powoduje, że wieczorem w dzień powszedni nie mają czasu, żeby przygotować posiłek, który mogliby zabrać następnego dnia do pracy, dlatego coraz częściej zamawiają jedzenie z dostawą. Umożliwiając zamawianie przez takie portale jak nasz, dajemy im dostęp do szerszej oferty, bo mają do wyboru nie tylko restauracje w sąsiedztwie, ale dużo więcej lokali – mówi Lech Kaniuk, dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zamawianie posiłków przez serwisy internetowe to także wygoda. Oferują one bowiem płatność nie tylko gotówką przy odbiorze, lecz także online kartą, przelew lub przez system PayPal. Zamówiony posiłek zazwyczaj dociera do klienta w przeciągu godziny. Dostęp do tego typu serwisów umożliwiają specjalne aplikacje, z których możemy korzystać zarówno na laptopach, jak i urządzeniach mobilnych. Jedzenie na wynos częściej zamawiają mężczyźni, stanowią oni 64 proc. zamawiających. 51 proc. zamówień przyjmowanych jest w weekend.

Zamawiamy najczęściej w weekendy, a w tygodniu w czasie lunchu. To się nie zmienia, zmienia się jednak sposób zamawiania – przechodzimy na kanał online. Na początku to raczej mężczyźni zamawiali online i teraz kobiety ich „doganiają” – podsumowuje Lech Kaniuk.

Największą popularnością wśród osób zamawiających posiłki na wynos cieszy się niezmiennie kuchnia włoska, choć niekoniecznie pizza. Spora grupa konsumentów lubi także kuchnię orientalną i tradycyjne polskie smaki. Rośnie także liczba klientów stawiająca na zdrowy styl życia – oni najczęściej decydują się na sałatki lub niskokaloryczne zestawy obiadowe.

Coraz bardziej rośnie grupa, która chce zdrowo się odżywiać, jeść ciepły posiłek zamiast kanapek i przekąsek, mimo że nie ma na jego przygotowanie czasu. Widzimy to zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet – mówi Lech Kaniuk.

Najczęstsze przyczyny zamawiania jedzenia z dostawą do domu lub biura to wygoda, chęć eksperymentowania z nowymi potrawami, niechęć lub nieumiejętność gotowania, a także możliwość oszczędzenia czasu.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 15.04.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Coraz łatwiej o nową pracę

Sytuacja na rynku pracy jest coraz bardziej stabilna – wynika z najnowszego, kwartalnego badania Monitor Rynku Pracy Instytutu Badawczego Randstad. Zarówno gotowość do zmiany pracy, jak i faktycznie dokonane zmiany miejsc pracy Polaków utrzymują się na wysokim, poziomie już od ponad roku. Kolejny już kwartał rośnie jednak liczba osób, które obawiają się utraty pracy.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Wpływ na nieco niższy, w ostatnim badaniu, odczyt wskaźnika określającego poziom rotacji pracowników mają najpewniej czynniki sezonowe. Początek roku to okres, w którym pracodawcy są mniej skłonni do zwiększania zatrudnienia, a większa dynamika na rynku pracy pojawia się na wiosnę, zwykle od kwietnia. Należy jednak zauważyć, że rok 2015 jest pod tym względem wyjątkowy. Stopa bezrobocia pozostaje stabilna od grudnia ubiegłego roku na poziomie ok. 2 pkt. proc. niższym niż przed rokiem. Dane BAEL za IV kwartał 2014 r. wskazują natomiast, że utrzymał się bardzo wysoki poziom zatrudnienia. Pracujących było ponad 16 mln. W porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku nastąpił wzrost liczby pracujących – o 305 tys., tj. o niemal 2%, natomiast liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 290 tys., tj. o ponad 17%. Liczba osób pracujących poszukujących innej pracy zmniejszyła się o 30 tys., tj. o 8,4%. Nadal dla ponad połowy tej grupy powodem poszukiwania pracy pozostaje chęć poprawy warunków finansowych.

Bardzo wysokie jest przekonanie o łatwości zdobycia nowej pracy. Po raz pierwszy od dłuższego czasu liczba Polaków aktywnie poszukujących pracy spadła do 9%. To optymistyczne nastawienie ma swoje obiektywne uzasadnienie. Pozytywne sygnały płyną m.in. z sektora przemysłowego w ramach badania wskaźnika PMI. W marcu dwudziesty miesiąc z rzędu wzrósł poziom zatrudnienia. Ponadto tempo tworzenia miejsc pracy przyspieszyło czwarty miesiąc z rzędu i było najwyższe od stycznia 2014 roku. Możemy zatem spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. To przełoży się na wzrost presji płacowej. Z kolei wzrost wynagrodzeń, przy uwzględnieniu faktu, że podstawowym powodem zmiany pracy dla respondentów była chęć poprawy warunków pracy, z pewnością przełoży się też na większą rotację pracowników.

Konfederacja Lewiatan

 

NIK o jakości robót drogowych nadzorowanych przez GDDKiA

Podczas prowadzenia największych inwestycji drogowych Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych nie potrafiła zapewnić wystarczająco dobrego nadzoru nad jakością robót drogowych. Żadna z dróg oddanych do ruchu w latach 2008-2009 nie była objęta monitoringiem jakości. Wdrożono go w pełni od 2011 roku. W konsekwencji monitoringiem jakości robót nie objęto więc blisko 40 proc. dróg o łącznej długości 834 km, oddanych do użytku od stycznia 2008 do końca marca 2013 roku. Wady i usterki wystąpiły na ponad 70 proc. odcinków zbadanych przez NIK. Z kolei niewłaściwie opracowana dokumentacja projektowa była podstawą uzasadnionych roszczeń wykonawców – łącznie na 63 mln zł – związanych z koniecznością wykonywania dodatkowych robót i prac naprawczych.

Rozpoczęta w 2007 r. nowa unijna perspektywa finansowa otworzyła przed Polską możliwość szybkiego i znaczącego rozwoju infrastruktury publicznej. Na budowę dróg krajowych Polska przeznaczyła z niej 10 mld euro, co pozwoliło rozpocząć wiele inwestycji, odkładanych dotąd z racji braku potrzebnych środków. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w kontrolowanym okresie (2008 – 2013 I półrocze) podpisała w sumie 181 umów na realizację inwestycji drogowych na łączną kwotę 76,5 mld zł. W tym czasie do ruchu oddano łącznie 124 inwestycje – w sumie prawie 2200 km dróg ekspresowych i autostrad. Najwięcej tras szybkiego ruchu uruchomiono w 2012 r. – ponad 700 km – kiedy rozgrywano w Polsce Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej.

Brak monitoringu robót

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych przystępując do realizacji „Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2008 – 2012” nie miała przygotowanych procedur, systemu monitorowania jakości robót budowlanych ani odpowiednio wyposażonych laboratoriów drogowych do przeprowadzania badań kontrolnych materiałów budowlanych wykorzystywanych w pracach drogowych.

Do końca 2009 r. Centrala Dyrekcji nie prowadziła monitoringu jakości robót i nie egzekwowała przekazywania informacji o liczbie i wynikach badań przeprowadzonych przez laboratoria drogowe. Celem monitoringu miało być wychwycenie w trakcie realizacji inwestycji nieprawidłowości, związanych ze stosowaniem niewłaściwych materiałów i technologii oraz trudności wykonawców z prawidłowym wykonaniem zadań. W konsekwencji monitoringiem jakości robót nie objęto blisko 40 proc. dróg oddanych do użytku w kontrolowanym okresie, o łącznej długości 834 km.

Pełne dane z monitoringu dotyczące wszystkich dróg zaczęto pozyskiwać od stycznia 2011 r., a jednolite zasady prowadzenia monitoringu drogowcy z Generalnej  Dyrekcji opracowali dopiero w marcu 2013 r.

monitoring jakosci robot drogowych

W laboratoriach drogowych

Przed 2008 rokiem możliwości badawcze własnych laboratoriów drogowych Dyrekcji były mocno ograniczone – laboratoria nie posiadały sprzętu ani odpowiednio wykwalifikowanej kadry. W rezultacie Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych nie mogła przeprowadzać wszystkich rodzajów badań kontrolnych, niezbędnych dla określenia jakości wykonywanych robót. Przykładowo w łódzkim oddziale Dyrekcji w laboratorium drogowym nie wykonywano badań m.in.: stali, materiałów izolacyjnych stosowanych na obiektach mostowych, dylatacji mostowych, specjalistycznych badań cementu i asfaltu. Z kolei we wrocławskim laboratorium do 2010 r. nie wykonywano m.in.: badań koleinowania, badań ścieralności kruszywa, nie wykonywano także wierceń w podłożu ani badań konstrukcji nawierzchni do głębokości większej niż 5 m.

Inne nieprawidłowości w badaniach wystąpiły w procedurze poboru próbek do badań (w oddziale poznańskim pobierali je tylko przedstawiciele wykonawcy, bez udziału pracowników GDDKiA), nie sporządzano protokołów z poboru próbek (oddział w Kielcach), a także nie monitorowano liczby badań kontrolnych zlecanych przez Inżyniera Kontraktu (oddziały w Białymstoku, Gdańsku, Kielcach, Poznaniu i Wrocławiu).

Sytuacja w laboratoriach drogowych zaczęła się poprawiać dopiero od 2009 r. kiedy zwiększono ilość etatów oraz utworzono 23 laboratoria polowe, umożliwiające wykonanie części badań w pobliżu dużych budów, bez konieczności wożenia próbek. W kolejnych latach ogłoszono duże przetargi i doposażono w potrzebny sprzęt laboratoria drogowe, a także rozpoczęto budowę nowych i modernizacje dotychczasowych siedzib. W sumie po 2009 roku Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych zainwestowała w laboratoria ponad 100 mln zł.

Nawet pomimo tych inwestycji do czasu zakończenia kontroli żadne z 16 laboratoriów nie uzyskało akredytacji. Ich brak powodował, że spory wykonawców z Generalną Dyrekcją dotyczące jakości zastosowanych materiałów lub wykonanych robót rozstrzygane były przez laboratoria rozjemcze, co z kolei oznaczało dodatkowe koszty, zakłócenia w realizacji zadań oraz wydłużenie czasu niezbędnego do ustalenia, czy zastosowane materiały lub wykonane roboty spełniały wymagania określone w Szczegółowej Specyfikacji Technicznej. Pierwszą akredytację dla laboratorium drogowego Dyrekcja uzyskała dopiero w styczniu 2014 roku. Jak wynika z danych pozyskanych przez NIK już po zakończeniu kontroli – w styczniu 2015 r. wszystkie laboratoria Generalnej Dyrekcji już posiadały akredytacje.

Wady i usterki na nowych drogach

Ponieważ nie funkcjonował skuteczny system, który pozwoliłby na rzetelne określenie jakości robót i wychwycenie w porę błędów popełnionych w trakcie prac budowlanych, efekt zaniedbań mógł być tylko jeden – konieczność kolejnych remontów  i prac naprawczych na nowo wybudowanych odcinkach dróg.

NIK szczegółowo skontrolowała jedną czwartą (30 z 124) inwestycji oddanych do użytku w latach 2008-2013 (I półrocze). Jak ustalili kontrolerzy NIK na podstawie dokumentacji GDDKiA na ponad 70 proc. (22 z 30) sprawdzonych odcinków dróg oddanych do ruchu wystąpiły wady i usterki. Wybudowane drogi miały m.in.: spękaną i nierówną nawierzchnię, niedobory asfaltu i niewłaściwie wykonaną nawierzchnię bitumiczną. Kontrolerzy zwracają uwagę, że w prawie jednej trzeciej skontrolowanych inwestycji, wady wystąpiły w krótkim czasie (od 3,5 do 13,5 miesiąca) po oddaniu drogi do użytku. W przypadku trzech skontrolowanych inwestycji (fragmenty drogi S8 Piotrków Trybunalski – Warszawa, drogi S17 Kurów – Lublin Piaski oraz na autostradzie A1 Pyrzowice – Maciejów – Sośnica) wady i usterki wykrywano jeszcze przed oddaniem dróg do ruchu.

Po wykryciu defektów GDDKiA zlecała wykonawcom naprawy, wydłużenie okresu gwarancji lub ukarała ich finansowo. Dyrekcja nie wyciągnęła jednak konsekwencji wobec Inżynierów Kontraktu za niedopełnienie nadzoru na tych inwestycjach, choć zgodnie z zawartymi umowami, mogła żądać od nich odszkodowań.

Kosztowne błędy w dokumentacji

Duża liczba realizowanych inwestycji drogowych w kontrolowanym okresie, nie sprzyjała prawidłowemu ich przygotowaniu. Zaniedbania na początkowym etapie inwestycji, prowadziły do kolejnych. I tak brak rzetelnego nadzoru ze strony GDDKiA na etapie przygotowania dokumentacji projektowej, skutkował błędami w obliczaniu kosztów planowanych prac projektowych, błędnie przygotowanymi projektami wykonawczymi i technologicznymi, a także niedostateczną jakością prac geologicznych. To z kolei prowadziło do wadliwego wykonania obiektów inżynieryjnych, a w konsekwencji konieczne były naprawy  i dodatkowe roboty. Łączna wartość roszczeń zgłoszonych przez wykonawców oraz przeprowadzonych dodatkowych prac budowlanych (na skontrolowanych inwestycjach) wyniosła blisko 63 mln zł.

Słaby nadzór inwestorski

NIK podkreśla, że kluczową funkcję Kierownika Projektu, czyli osoby odpowiedzialnej za całość zadań związanych z realizacją inwestycji, która także reprezentuje GDDKiA w kontaktach z Wykonawcą i Inżynierem Kontraktu, powierzano osobom bez odpowiedniego stażu i doświadczenia w nadzorowaniu robót drogowych, a nawet bez uprawnień budowlanych. Nagminnie zdarzało się, że te same osoby pełniły funkcję Kierownika Projektu równocześnie na kilku budowach (np. w Katowicach, Olsztynie i Warszawie Kierownicy Projektów nadzorowali równocześnie po cztery kontrakty). Efektywnej i sprawnej realizacji inwestycji nie sprzyjały również zmiany na stanowisku Kierownika Projektu (takie przypadki odnotowano w oddziałach GDDKiA w Łodzi, Olsztynie, Warszawie i Wrocławiu), w rezultacie czego nowo powołane osoby nie miały pełnej wiedzy związanej z inwestycją.

Kontrolerzy zwracają także uwagę na przypadki braku właściwej synchronizacji terminów wyboru wykonawcy robót i podmiotu świadczącego usługi Inżyniera Kontraktu (który zarządza i sprawuje nadzór nad pracami budowlanymi). W skutek tego roboty budowlane rozpoczynały się wcześniej niż rozpoczynał  pracę Inżynier Kontraktu (wtedy czasowo tę funkcję pełnił wyznaczony pracownik oddziału GDDKiA). W efekcie występowały opóźnienia w ustanowieniu docelowej obsady inspektorów nadzoru inwestorskiego, a także w weryfikacji przez Inżyniera Kontraktu  dokumentacji projektowej.

Brak należytego nadzoru ze strony GDDKiA nad pracą Inżyniera Kontraktu doprowadził m.in. do przypadków samowolnego wprowadzenia istotnych zmian do projektu budowlanego oraz do niezgodnego ze stanem faktycznym przedstawiania (w miesięcznych raportach) informacji o wprowadzonych zmianach projektowych. Zdarzało się także, że pozbawiony nadzoru Inżynier zlecał i odnotowywał inną (najczęściej mniejszą) liczbę badań laboratoryjnych niż przewidziano w Szczegółowej Specyfikacji Technicznej.

Wnioski

Od wielu lat głównym problemem wpływającym na nienależytą jakość wykonywanych robót jest nieskuteczny nadzór inwestorski ze strony generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad  nad realizowanymi inwestycjami. Brak tego nadzoru miał wpływ nie tylko na niską jakość realizowanych inwestycji, ale również na zwiększenie kosztów i wydłużenie czasu budowy tych inwestycji.

W celu poprawy nadzoru nad jakością realizowanych robót drogowych, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych powinna:

  • usprawnić i wdrożyć rozwiązania w systemie zapewnienia jakości wykonywanych robót budowlanych, ze szczególnym uwzględnieniem  prawidłowego przygotowania dokumentacji projektowej (w tym dokumentacji geologiczno-inżynierskiej);
  • wprowadzić rozwiązania, które umożliwią Inżynierowi Kontraktu rozpoczęcie pełnienia funkcji już na etapie przygotowania inwestycji do realizacji (w szczególności w okresie sporządzania dokumentacji projektowej);
  • wdrożyć jednolite zasady przeprowadzania badań kontrolnych jakości wykonanych robót i stosowanych materiałów budowlanych.

Biorąc pod uwagę wcześniejszą niską skuteczność podejmowanych przez Generalną Dyrekcję  działań w zakresie zapewnienia odpowiedniej jakości robót drogowych, NIK wnioskuje do Ministra Infrastruktury i Rozwoju o wzmożenie bieżącego nadzoru nad wprowadzaniem w GDDKiA efektywnego systemu nadzoru inwestorskiego.

Raport Pracuj.pl „Rynek Pracy Specjalistów” w pierwszym kwartale 2015 r.

W pierwszym kwartale 2015 r. w serwisie Pracuj.pl opublikowano 103 715 ofert pracy, co oznacza wzrost o 13,77%, w porównaniu z zeszłym kwartałem. Tradycyjnie już największe zapotrzebowanie na specjalistów zgłosiły branże: handel i sprzedaż oraz bankowość/finanse/ubezpieczenia. Rysujący się od paru miesięcy trend wzrostowy w budownictwie i nieruchomościach nie zmniejszył swej dynamiki. Z kolei stałe wzrosty w liczbie ogłoszeń adresowanych do specjalistów HR wskazują na utrzymujący się optymizm pracodawców. Także po stronie pracowników coraz wyraźniej widać zwiększone zainteresowanie rynkiem pracy.

  • 103 715 ofert pracy w pierwszym kwartale 2015 r. w serwisie Pracuj.pl
  • 5,53% wzrost liczby ogłoszeń rok do roku
  • 39,2% wszystkich ogłoszeń to oferty skierowane do pracowników handlu i sprzedaży
  • 13,2% więcej ogłoszeń dla pracowników HR w porównaniu z czwartym kwartałem 2014 r.
  • 18,3% więcej ogłoszeń dla pracowników specjalizacji budownictwo w porównaniu z czwartym kwartałem 2014 r.

Jak wynika z opublikowanych 31 marca danych Eurostatu, bezrobocie w Polsce wyniosło w lutym 7,8%. To wynik najlepszy od sześciu lat, co więcej jest on lepszy niż wynik ogólny wszystkich państw Unii Europejskiej wynoszący 9,8%. Z kolei najnowszy komunikat Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, z dnia 8 kwietnia 2015 r., wskazuje, że marcowa stopa bezrobocia na poziomie 11,7% oznacza spadek tego wskaźnika w stosunku do dwóch pierwszych miesięcy roku.  Dane te znajdują odzwierciedlenie w sygnałach docierających z rynku pracy; potwierdzają je także analizy ekspertów portalu Pracuj.pl.

Kogo poszukiwano?

Najwięcej ogłoszeń o pracę skierowano do specjalistów handlu i sprzedaży – było ich 40 682. Na kolejnych miejscach uplasowali się specjaliści ds. obsługi klienta (19 125 ofert), specjaliści ds. finansów (16 334 ofert) oraz specjaliści ds. IT (15 212 ofert).

W pierwszym kwartale 2015 r. to specjaliści ds. marketingu okazali się ekspertami, na których usługi najbardziej wzrosło zapotrzebowanie pracodawców – kwartał do kwartału wzrost ten wyniósł 25,7%. Na kolejnych miejscach znaleźli się inżynierowie – wzrost zapotrzebowania kwartał do kwartału o niemal jedną piątą oraz specjaliści budownictwa – wzrost o 18,3%.

Tradycyjnie nie maleje zapotrzebowanie na specjalistów IT – wzrost o 10% (w porównaniu z czwartym kwartałem 2014 r.) oraz o 8,5% (w porównaniu z pierwszym kwartałem 2014 r.). Na wysokim poziomie utrzymuje się także popyt na specjalistów ds. logistyki – wzrost o 11,1% (kwartał do kwartału) oraz 7,4% (rok do roku). Obok wymienionych specjalistów wygranymi zmian zachodzących na naszym rynku pracy są zdecydowanie eksperci ds. HR – liczba ogłoszeń o pracę skierowana do tych pracowników wzrosła o 13,2% (porównując pierwszy kwartał 2015 r. z ostatnim kwartałem 2014 r.) i o 14,2% ( rok do roku).

Budownictwo i nieruchomości – optymizm coraz wyraźniejszy

Wskaźnik koniunktury regularnie badany przez GUS, odzwierciedlający poziom optymizmu przedsiębiorców różnych branż, w przypadku budownictwa potwierdza dane z rynku pracy. Najgorzej swą przyszłość widzieli pracodawcy z branży budownictwo w grudniu 2012 r. – wtedy wskaźnik optymizmu wyniósł minus 35 pkt. Wynik ten odzwierciedlał ówczesne nastroje całej branży. Po niespełna dwóch i pół roku różnica w samoocenie branży jest kolosalna – w marcu wskaźnik koniunktury wyniósł minus 7 pkt., co oznacza wzrost rok do roku o 5 pkt. Dane te potwierdzają także analitycy rynków kapitałowych; coraz więcej domów maklerskich wydaje pozytywne rekomendacje dla spółek z branży budowalnej.

Udział budownictwa i nieruchomości w I kwartale 2015 r. wyniósł 6,6% (6 825 ogłoszeń o pracę). Jednak prawdziwie imponujący jest wzrost zapotrzebowania w stosunku do minionego kwartału, który wyniósł aż 21,1%. Dla specjalistów budownictwa skierowano 2 868 ofert, co oznacza wzrost na poziomie 18,3% w porównaniu do zeszłego kwartału i także wzrost na poziomie 2,9% porównując kwartały rok do roku. Także liczba ogłoszeń dla specjalistów ds. nieruchomości wzrosła o 12,1% porównując kwartał do kwartału.

Jakie branże rekrutowały w pierwszym kwartale 2015 r.?

Wśród branż o największym zapotrzebowaniu tradycyjnie na pierwszym miejscu uplasował się handel
i sprzedaż
– 21 581 ogłoszeń (20,8% udziału w ogólnej liczbie ogłoszeń I kwartału 2015 r.), wzrost o 13% w stosunku do ostatniego kwartału 2014 r. Dla porównania, w całym 2014 r. ogłoszenia dla specjalistów z tej branży stanowiły 22% ogółu ofert.

Na drugiej pozycji znajduje się bankowość/finanse/ubezpieczenia – 14 896 ofert pracy (14,4% udziału w pierwszych trzech miesiącach 2015 r.), wzrost w stosunku do czwartego kwartału 2014 r. o 9,8%. Kolejne miejsce na podium należy do przemysłu ciężkiego, w tej branży opublikowano 8 902 ogłoszeń (8,6% udziału w pierwszym kwartale), wzrost liczby ofert pracy kwartał do kwartału wyniósł 19,3%. Czwarta branża o największym zapotrzebowaniu na specjalistów to telekomunikacja i zaawansowane technologie, w  pierwszym kwartale bieżącego roku opublikowano 8 378 ogłoszeń o pracę skierowanych do specjalistów tej branży (8,1% udziału w pierwszym kwartale.), zmiana w stosunku do zeszłego kwartału wyniosła plus 4,7%.

Szerszy kontekst, uzyskany dzięki porównaniu kwartałów rok do roku (pierwszy kwartał 2015 r. versus pierwszy kwartał 2014 r.), pozwala dodatkowo zauważyć, że także w takich branżach jak marketing/media/reklama(wzrost o 17,2%  rok do roku), transport/logistyka (wzrost o 9,2% rok do roku) oraz IT (wzrost 8,7% rok do roku) obserwujemy trwałą tendencję wzrostową.

 Gdzie było najłatwiej o pracę w I kwartale 2015 r.?

Najwięcej ogłoszeń o pracę opublikowali pracodawcy z województwa mazowieckiego – było ich 23 465, co stanowiło 22,6% wszystkich ofert pracy z I kwartału 2015 r.  Kolejne województwa w których było w pierwszym kwartale 2015 r. najwięcej ofert pracy to województwo dolnośląskie – 10 282 ogłoszeń o pracę (9,9% udział w ogólnej liczbie ogłoszeń z całego kwartału), województwo małopolskie – 9 786 ofert (9,4% udział w ogólnej liczbie ogłoszeń z całego kwartału.), województwo wielkopolskie (9 308 ofert) oraz śląskie (9 055 ofert).

W porównaniu z zeszłym kwartałem w każdym województwie zwiększyło się zapotrzebowanie na specjalistów. Najbardziej znamienne wzrosty zaobserwowano w województwach: małopolskim (wzrost o 16,4%),  mazowieckim (wzrost o 14,3%), dolnośląskim (wzrost o 10,7%) i śląskim (wzrost o 11,4%).

W pierwszym kwartale 2015 roku firmy, niezależnie od wielkości, wykazały większy optymizm niż w ostatnim kwartale 2014 r.. Najchętniej zatrudniały firmy małe (15,5% wzrost w porównaniu z zeszłym kwartałem) i średnie – identyczny wzrost, jak w przypadku małych firm, także mikroprzedsiębiorstwa zwiększyły swe zapotrzebowanie o 12% w porównaniu z minionym kwartałem. W firmach największych  wzrost ten wyniósł 11,4%. Mikroprzedsiębiorstwa już kolejny rok radzą sobie bardzo dobrze i, jako jedyne, w porównaniu rok do roku, wykazały wzrost zapotrzebowania na specjalistów przekraczających 10% (wzrost o 11,6%  w porównaniu z I kwartałem 2014 r.).

Komentarz Przemysława Gacka, prezesa zarządu Grupy Pracuj S.A.:

Analizując rynek pracy w I kwartale 2015 roku, obserwujemy kontynuację ożywienia na rynku pracy. Po raz pierwszy na Pracuj.pl opublikowaliśmy ponad 100 000 ogłoszeń o pracę w kwartale. Najczęściej poszukiwani specjaliści to, jak co kwartał, osoby odpowiedzialne za handel i sprzedaż, obsługę klienta, finanse i IT.  Ofert pracy dla specjalistów ds. IT opublikowano ponad 15 000, o 10% więcej niż z zeszłym kwartale.

Ożywienie na rynku pracy potwierdza systematyczny wzrost liczby ogłoszeń o pracę dla specjalistów ds. HR, co zazwyczaj zwiastuje kolejne, dalsze rekrutacje. Również poszukujący pracy są znacznie bardziej aktywni. W I kwartale br. na Pracuj.pl konto założyło prawie 190 000 nowych użytkowników, o ponad 30% więcej niż w IV kwartale 2014 roku. W tym czasie użytkownicy Pracuj.pl wysłali również o 10% więcej aplikacji na oferty pracy.

Publikowane oferty pracy to dobry barometr nastrojów przedsiębiorców i kondycji branży. Kilkunastoprocentowy wzrost liczby ofert pracy dla osób odpowiedzialnych za transport i logistykę, produkcję czy budownictwo, dobrze rokuje dla polskiej gospodarki. Wzrost zapotrzebowania na inżynierów specjalizujących się w projektowaniu czy konstrukcjach zwiastuje dalsze inwestycje. Co prawda oferty pracy dla specjalistów ds. marketingu to u nas niecałe 5% ofert pracy, ale ponad 25% wzrost zapotrzebowania na tych pracowników, również świadczy o dobrych nastrojach przedsiębiorców. To te działy bowiem są często jako pierwsze redukowane podczas gorszej koniunktury.

Ożywienie na rynku pracy potwierdzają również najnowsze dane Eurostatu, które pokazują najniższy poziom bezrobocia od maja 2012 roku. Co ważne, poziom bezrobocia w Polsce jest niższy niż w całej Unii Europejskiej. Ożywienie gospodarcze zaczyna powodować, że w wybranych obszarach pracodawcy zaczynają mieć problem ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy. Coraz trudniej zrekrutować pracowników do działów IT, inżynierów czy doświadczonych handlowców. Na znaczeniu będzie zyskiwać zatem to, jaką opinię ma dana firma jako pracodawca. Coraz większą wagę firmy powinny przykładać również do odpowiedzialnej rekrutacji, ponieważ doświadczenie, jakie kandydaci wynoszą z procesu rekrutacji, może mieć bardzo duży wpływ na postrzeganie firmy. Rosnące zainteresowanie przedsiębiorców dołączeniem do naszej Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji pokazuje, że coraz więcej firm zdaje sobie sprawę z tych nowych wyzwań.

Kopex liczy, że jeszcze w br. kopalnia w Przeciszowie uzyska licencję na eksploatację i od 2018 roku rozpocznie wydobycie. Szacowana wielkość złoża to 100 mln ton

CEO Magazyn Polska

Planowana przez Grupę Kopex kopalnia węgla kamiennego w Przeciszowie koło Oświęcimia jeszcze w br. powinna uzyskać licencję górniczą. Gdyby tak się stało, to wydobycie pierwszych ton surowca byłoby możliwe już od 2018 roku. Szacowana wielkość złoża wynosi powyżej 100 mln ton. Eksploatacja mogłaby więc potrwać co najmniej trzy dekady.

– Chcielibyśmy bardzo uzyskać licencję górniczą, czyli zgodę na eksploatację podziemną, jeszcze w 2015 roku – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Broncel, członek zarządu Grupy Kopex. – Wtedy rozpoczęlibyśmy dalsze prace, tak aby w 2018 roku można już było wydobyć pierwsze tony węgla.

Złoże jest zlokalizowane na obszarze koncesyjnym Oświęcim-Polanka 1 obejmującym tereny trzech gmin: Przeciszowa, Polanki Wielkiej i Oświęcimia. Uchwałę pozytywnie opiniującą projekt tej inwestycji Rada Nadzorcza spółki podjęła w listopadzie 2013 roku. Od tego mniej więcej czasu trwają prace przygotowawcze związane między innymi z zapewnieniem przedsięwzięciu finansowania. Wartość inwestycji jest szacowana na przeszło 1,5 mld zł. Pod koniec marca br. radni Przeciszowa uchwalili Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Gminy Przeciszów, uwzględniające istnienie kopalni. To przybliża spółkę do realizacji inwestycji, choć jeszcze nie przesądza o niej ostatecznie.

– Nazwa także pozostaje wciąż kwestią otwartą – dodaje Piotr Broncel. – Wielkość złoża oceniamy na grubo ponad 100 mln ton. Przy założeniu, że kopalnia będzie fedrować na poziomie 4 mln ton rocznie, mamy czas eksploatacji wynoszący 30 lat i więcej.

Zaletą projektu jest niewielka głębokość złoża (250-650 metrów pod ziemią), która umożliwia jego udostępnienie tzw. upadowymi wyrobiskami korytarzowymi zamiast tradycyjnymi szybami. Dzięki takiemu rozwiązaniu koszty inwestycji byłyby niższe, wyższa natomiast wydajność. Kopalnia w Przeciszowie byłaby pierwszą w Polsce inwestycją wykorzystująca tylko wyrobiska upadowe. Korzystanie z takiego rozwiązania pozwoliłoby także wyeliminować problem wąskiego gardła w transporcie urobku na powierzchnię, jakim zazwyczaj są tradycyjne szyby. Grupa Kopex szacuje, że nowy zakład docelowo może zatrudniać ponad tysiąc osób.

– Kopalnia od samego początku jest projektowana i budowana w oparciu o model, który zapewni najniższe możliwe koszty wydobycia – wskazuje Broncel. – Dzisiaj szacujemy, że będą one niższe od kosztów wydobycia w kopalni Bogdanka, czyli bardzo konkurencyjne. Przy takiej cenie klient na dobry węgiel energetyczny z pewnością się znajdzie.

Ubiegłoroczne skonsolidowane przychody ze sprzedaży Grupy Kopex wyniosły ponad 1,43 mld zł i były o około 40 mln zł wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Spółka osiągnęła zysk netto na poziomie 107,5 mln zł, blisko dwa razy wyższym niż za 2013 rok.

W marcu deflacja prawdopodobnie była nieco słabsza niż w lutym. Ceny będą jednak spadały co najmniej do końca III kwartału

CEO Magazyn Polska

Ceny w Polsce mogą spadać do końca września, a nawet dłużej. Wszystko zależy od sytuacji politycznej na świecie. Na razie wiadomo, że marzec był kolejnym miesiącem deflacji. Dziś dowiemy się jak poważnej, bo najnowsze wyliczenia przedstawi Główny Urząd Statystyczny. Jak oceniają ekonomiści, spadek cen był nieco wolniejszy niż w lutym, gdy deflacja sięgnęła w ujęciu rocznym 1,6 proc.

Obserwowane od połowy zeszłego roku spadki cen są w dużym stopniu skutkiem niskich cen ropy naftowej i w konsekwencji niskich cen paliw. Po zajęciu Krymu przez Rosję Stany Zjednoczone zwiększyły sprzedaż ropy naftowej, dzięki czemu ceny paliw zaczęły spadać. Cena baryłki ropy Brent, która jeszcze w lipcu kosztowała 116 dol., sięga obecnie niespełna 60 dol. Wraz z tanimi paliwami spadają ceny wielu towarów.

– Zakładam, że nie dojdzie już do większego spadku cen paliw mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Bank. – To też jest jakieś ryzyko, bo jeżeli Iran się dogada z USA, to będziemy mieli spadek cen paliw. Mówi się o około 10-15 dol. na baryłce. Wtedy ta deflacja może się przedłużyć.

Konflikt pomiędzy Rosją i Unią Europejską przyniósł też spadek cen artykułów spożywczych. Po zamknięciu wschodniego rynku dla m.in. polskiej żywności, producenci musieli obniżyć ceny, by sprzedać nadwyżki.

Deflacja moim zdaniem utrzyma się co najmniej do IV kwartału tego roku, a jeżeli złoty będzie się dalej umacniał, to możliwe, że do początku przyszłego roku prognozuje Morawski.

To by oznaczało oddech dla wielu polskich firm, którym spadające ceny mocno ograniczają dochody. W takim optymistycznym wariancie przyszłoroczna inflacja nie będzie bardzo dotkliwa.

– Załóżmy, że ceny ropy się ustabilizują i ceny żywności będą stabilne, wtedy z deflacji wyjdziemy pod koniec tego roku, a w przyszłym roku średnia inflacja może wyniesie między 0,5 a 1,5 proc., tak bym to widział.

Na razie jednak deflacja niepodzielnie rządzi w polskiej gospodarce i przez co najmniej kilka miesięcy nie należy oczekiwać spektakularnych zmian. Można jednak zakładać, że ceny ostatnio spadały nieco wolniej. Roczna deflacja w lutym sięgnęła 1,6 proc. W marcu powinna być niższa. To z kolei zwiększa siłę nabywczą konsumentów.

Deflacja lekko zelżała w marcu uważa Ignacy Morawski z BIZ Bank.Moje szacunki wskazują, że dynamika cen wyniosła -1,3 proc. rok do roku w marcu. Jeżeli chodzi o wynagrodzenia, to ten trend i wzrosty wynagrodzeń nominalnych są dość stabilne, lekko powyżej 3 proc., i wydaje mi się, że to zostanie utrzymane. Wzrost wynagrodzeń może wynieść 3,3 proc., co i tak daje bardzo wysoki realny wzrost wynagrodzeń, w okolicach 5 proc., czyli zdecydowanie powyżej średniej historycznej. Średnio historycznie realne wynagrodzenia rosły w Polsce około 3 proc.

J. Lewandowski: ścieżka wyjścia z procedury nadmiernego deficytu i niskie zadłużenie podnoszą atrakcyjność Polski w oczach inwestorów

CEO Magazyn Polska

Polska zbliża się do zdjęcia przez UE procedury nadmiernego deficytu, nakładanej na kraje członkowskie przekraczające 3-proc. deficyt finansów publicznych. Zdaniem Janusza Lewandowskiego jej brak to wyższa wiarygodność kraju, niższe rentowności obligacji i zniesienie ryzyka możliwych sankcji wysokiego zadłużenia. Coraz niższy deficyt to efekt lepszej kondycji finansów publicznych, do której przyczynia się wyższa dynamika PKB.

– Wyjście z procedury nadmiernego deficytu budżetowego to dobra wiadomość, która oznacza również wyzwolenie się spod ewentualnych sankcji. Jeżeli kraj długo nie podejmuje działań naprawczych, to jedną z sankcji jest cięcie funduszy strukturalnych, o które tak dzielnie walczyliśmy przez tyle lat – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Lewandowski, obecnie europoseł i szef Rady Gospodarczej przy Pani Premier.

Procedura nadmiernego deficytu to szereg zaleceń nakładanych przez Radę UE na państwa członkowskie, kiedy ich deficyt publiczny przekracza 3 proc. PKB. Dobra kondycja finansowa budżetu Polski w 2015 roku stwarza szansę na wyjście z procedury, która – jak podkreśla Lewandowski – wpływa także na rentowność polskich obligacji. Jak dodaje, na kondycję oddziałują także stabilne perspektywy wzrostu i wiarygodność kraju.

Rentowność polskich 10-letnich obligacji w ciągu ostatnich kilku tygodni oscyluje wokół poziomów 2,1-2,5 proc. Rok temu wynosiła ponad 4 proc., a w 2011 roku przekraczała 6 proc.

– Możemy zadłużać się taniej, tylko nie zawsze warto się zadłużać. Trzeba trzymać się granicy przyzwoitości, która powinna być poniżej 50 proc. PKB. To zresztą rzadkość w krajach UE. Zwłaszcza w strefie euro zadłużenia sięgają 90 proc., co jest pokłosiem kryzysu – przypomina Lewandowski. – Na ich tle Polska wygląda dobrze, dlatego jest atrakcyjna dla inwestorów. Mam nadzieję, że będziemy bliżej 4 proc. wzrostu niż 3 w następnych latach.

Według najnowszej prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wzrost PKB w Polsce w tym i przyszłym roku wyniesie 3,5 proc. Jesienią eksperci Funduszu szacowali 3,3 proc. w tym roku.

Janusz Lewandowski wymienia główne wyzwania Rady na 2015 rok. Celem w najbliższych miesiącach będą prace nad założeniami ordynacji podatkowej i ustawą o działalności gospodarczej.

– Trzeba także sformułować bardziej konkretną i apetyczną ofertę dla polskiej młodzieży, która ucieka za granicę, choć dziś trochę mniej niż dawniej. Na szczęście widzę w młodym pokoleniu gotowość do szukania własnej okazji na biznes. To jest bardzo zdrowe, dlatego trzeba to wspierać –zaznacza przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów.

Niskie ceny produktów nie wystarczą do udanej ekspansji zagranicznej. Polskie firmy muszą stawiać na wiedzę i nowe rynki

0

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny nie są już wyznacznikiem sukcesu na rynkach globalnych. Istotną rolę pełni konkurencja technologiczna oraz znajomość danych rynków. Szansę na sukces zwiększa także wyszukiwanie nowych obszarów ekspansji, np. w Afryce. Szczególnie dobrze przygotowane są do takich działań firmy rodzinne, które planują swoje inwestycje długoterminowo.

Poszukiwanie wyłącznie przewag technologicznych stało się niewystarczające. Konieczne wydaje się poszukiwanie innych możliwości. Bardzo istotna stała się wiedza w zakresie pozyskiwania nowych funduszy oraz znajomość innych rynków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Tępińska-Marcinek z Ceramiki Paradyż.

Podkreśla, że aspektem decydującym o sukcesie polskich firm na rynkach światowych była przede wszystkim cena. Przewaga ta jest jednak niewystarczająca. Wzrost kosztów siły roboczej wymusza na nas poszukiwanie innych atutów. Z podobnymi problemami, jak zauważa Tępińska-Marcinek, borykają się także firmy z Chin, gdzie koszty produkcji znacznie wzrosły.

Również technologia przestała być atutem samym w sobie. Z uwagi na globalizację oraz powszechny dostęp do internetu zdobycie przewagi pod względem technologicznym oraz jej ochrona są niezwykle trudne. Istotne stało się zatem poszukiwanie nowych rynków oraz posiadanie dużej wiedzy na ich temat. Dla wielu firm rynek krajowy okazuje się zbyt mały.

Działanie w obrębie rynku krajowego, w gospodarce rozwijającej się, jest o wiele prostsze. Można sobie wtedy pozwolić na budowanie pozycji w kraju. Dzisiaj to jednak za mało. Jeżeli chcemy się rozwijać, chcemy istnieć, to musimy szerzej spojrzeć na nasz biznes – podkreśla Tępińska-Marcinek.

Jednym z wielu obiecujących obszarów ekspansji dla spółki są rynki Afryki. Na tym kontynencie koszty pracy i prowadzenia działalności są o wiele niższe. Zachęcającym czynnikiem jest także dostępność dużych zasobów surowców. Tępińska-Marcinek podkreśla jednak, że również w Afryce konkurencja jest coraz większa – kontynent ten przyciąga firmy z Europy, Ameryki Północnej i Chin.

Ekspansja zagraniczna jest kierunkiem szczególnie atrakcyjnym dla firm rodzinnych, takich jak Ceramika Paradyż. Jak zauważa Tępińska-Marcinek, działania rozwojowe i inwestycyjne w firmach rodzinnych są planowane zwykle w dłuższej perspektywie, ponieważ firmy te stawiają na stabilność, a nie na ryzyko.

Inwestowanie rodzinnych środków finansowych jest o wiele bardziej przemyślane, gdyż przywiązujemy większą wagę do lokowania tych pieniędzy. Niestety, mamy też przez to mniejsze skłonności do ryzyka, a co za tym idzie ‒ większe ograniczenia dla rozwoju firmy. Ostatnie lata pokazały jednak, że firmy rodzinne lepiej radzą sobie w sytuacjach kryzysowych ‒ podkreśla Tępińska-Marcinek.

Ponad 250 osób znajdzie pracę przy produkcji felg samochodowych. Uniwheels chce pozyskać środki na rozbudowę fabryki od inwestorów z GPW

0

CEO Magazyn Polska

Ponad 250 osób zamierza zatrudnić w nowej fabryce w Polsce spółka Uniwheels, europejski potentat w produkcji felg samochodowych. Zasadniczą część pieniędzy na tę inwestycję firma zamierza pozyskać na warszawskiej giełdzie. 17 kwietnia rozpoczynają się zapisy inwestorów indywidualnych na jej akcje nowej emisji.

Zapisy na akcje Uniwheels potrwają do 22 kwietnia, a ich debiut na warszawskim parkiecie oczekiwany jest w pierwszej połowie maja.

– Spodziewamy się wpływów na poziomie około 60 milionów euro mówi agencji informacyjnej Newseria Ralf Schmid, prezes Uniwheels.Maksymalna cena akcji to 119 zł. Środki zostaną przeznaczone na inwestycję w Stalowej Woli.

W pierwszym etapie inwestycji powstaną nowe budynki oraz zostanie zamontowana dodatkowa, w pełni zautomatyzowana linia do malowania, która będzie wspierać już istniejące linie produkcyjne. W Stalowej Woli spółka posiada już dwa zakłady, które w ubiegłym roku wyprodukowały ponad 6 milionów felg.

W pierwszym etapie zainstalujemy moce produkcyjne wielkości 1,2 miliona felg rocznie, co będzie kosztowało nas około 65 milionów euro deklaruje Ralf Schmid. – Większość środków na sfinansowanie pierwszego etapu inwestycji będzie pochodzić z oferty publicznej. Ostateczny koszt inwestycji to 85 milionów euro.

Kolejnym etapem inwestycji będzie budowa odlewni wyposażonej w nowe maszyny odlewnicze, piece do topienia oraz zautomatyzowane maszyny, wspierające proces produkcyjny. Pierwsza faza rozbudowy fabryki zakończy się w 2016 roku, a osiągnięcie docelowego zwiększenia produkcji do ok. 2 mln felg rocznie planowane jest do końca 2017 roku.

Zwiększymy zatrudnienie o 250-300 osób podkreśla prezes Uniwheels.Właśnie rozpoczęliśmy szkolenie załogi. Nowe osoby zaczną pracę w połowie przyszłego roku.

Prawie 75 proc. produkcji z polskich zakładów Uniwheels trafia bezpośrednio do producentów samochodów i montowane jest w nowych autach takich marek, jak Audi, BMW, Mercedes, Jaguar, Land Rover i Volvo. Odbiorcą spółki jest też koncern PSA, właściciel marek Peugeot i Citroën. Reszta produkcji trafia na rynek detaliczny.

– Obserwujemy wyraźny wzrost produkcji samochodów w Europie, szczególnie u naszych klientów z segmentu premium podkreśla Ralf Schmid.W związku z tym widoczny jest również niedobór mocy produkcyjnych w produkcji felg aluminiowych. Zapotrzebowanie jest większe niż istniejące na rynku możliwości produkcji.

W ubiegłym roku Uniwheels uzyskał 362,6 mln euro przychodów, co oznacza wzrost o 7,5 proc. w porównaniu z 2013 rokiem. Zysk netto spółki wzrósł o 73 proc., sięgając 22,8 mln euro.

Dziś prawie 80 proc. naszej produkcji jest zlokalizowane w Polsce. Nowa inwestycja w Stalowej Woli zwiększy ten udział do 90 proc., co oznacza, że 90 proc. naszych przychodów w najbliższym czasie pochodzić będzie z Polski – ocenia prezes Uniwheels.

Ruch w nieruchomościach. Głównie dzięki niskim stopom procentowych i wyższym limitom w programie Mieszkanie dla Młodych

CEO Magazyn Polska

Wbrew obawom wzrost wymaganego wkładu własnego nie przyniósł znaczącego spowolnienia sprzedaży mieszkań. Kupujących zachęcają przede wszystkim rekordowo niskie stopy procentowe. Pomagają również wyższe limity w programie MdM. Na niektórych rynkach to główny impuls do wzrostu sprzedaży.

Rynek jest bardzo silny. Widzimy ogromną korelację między kondycją rynku i popytem na rynku mieszkaniowym a wysokością stóp procentowych. W Polsce mamy rekordowo niskie stopy procentowe i wszystko wskazuje na to, że one jeszcze przez pewien czas się utrzymają, być może nawet spadną, jak przewidujemy. To powinno utrzymać silny popyt na rynku mieszkaniowym. Słyszy się jednak o wprowadzeniu bardzo dużej oferty deweloperów i rzeczywiście tak jest. Obecnie obserwujemy stabilizację na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu spółki deweloperskiej Polnord.

Stabilizację pokazują wyniki sprzedażowe deweloperów po pierwszym kwartale. Część z nich odnotowała delikatne spadki, ale może być to efektem wysokiej sprzedaży w pierwszym kwartale ubiegłego roku. Polnord od stycznia do marca br. sprzedał 344 mieszkania. Przed rokiem liczba ta wyniosła 309.

– To nastraja nas optymistycznie na cały rok i jest to dobry prognostyk dla naszych perspektyw zakupowych. Jesteśmy zadowoleni z tego wyniku, bo wielu obserwatorów i ekspertów uważało, że ten kwartał na rynku będzie słabszy. W ramach Rekomendacji S wzrosły wymogi wkładu minimalnego dotyczące kredytów hipotecznych, więc prognozowano lekkie przyhamowanie w pierwszym kwartale –  zaznacza Sznajder.

Sprzedaż mieszkań stymuluje również program Mieszkanie dla Młodych – przynajmniej w niektórych lokalizacjach. Jak wynika z danych BGK, po pierwszym kwartale wysokość zgłoszonego zapotrzebowania na dofinansowanie wkładu własnego przekroczyła 220 mln zł (z tegorocznego budżetu wynoszącego 715 mln zł).

Liczba wniosków złożonych do BGK jest prawie trzy razy większa niż przed rokiem. Od początku kwietnia obowiązują nowe limity cenowe – w większości miast wskaźnik wzrósł, chociaż symbolicznie.

– Sprzedaż mieszkań w ramach oferty Mieszkanie dla Młodych wygląda różnie w zależności od poszczególnych lokalizacji. Per saldo około 30 proc. oferty Polnordu może być objęte programem MdM – mówi Tomasz Sznajder.

W inwestycjach prowadzonych w Trójmieście do programu kwalifikują się wszystkie mieszkania, z kolei na warszawskiej Woli w ofercie nie ma żadnego.

Ze względu na prestiżowość tej lokalizacji i wynikające z tego wyższe ceny w zasadzie żadne mieszkania nie mieszczą się w ofercie MdM. W mniejszych ośrodkach, np. Szczecin czy Olsztyn, jest ich mniej więcej połowa – wyjaśnia prezes Polnordu.

W 2014 roku z puli 600 mln zł wykorzystano zaledwie nieco ponad 366 mln zł (złożono blisko 16 tys. wniosków).

Prezes Polnordu spodziewa się, że – oprócz stabilnego rynku – na dobre wyniki spółki wpłyną również m.in. zmiany w przepisach.

Spodziewamy się docelowo, że zmiany w ustawie deweloperskiej zaostrzające rygory względem firm deweloperskich oraz obserwowane przez nas bardziej restrykcyjne podejście banków do udzielania otwartych rachunków powierniczych będą prowadziły do konsolidacji rynku i faworyzowania bardziej renomowanych i bardziej profesjonalnych podmiotów. Te wszystkie czynniki powinny sprzyjać w długiej perspektywie Polnordowi – mówi Tomasz Sznajder.

Banki przestają konkurować produktami. Dla klientów ważniejszy jest szybki, prosty i różnorodny dostęp

CEO Magazyn Polska

Instytucje finansowe nie będą już konkurować ze sobą produktami w ofercie, lecz ich dostępnością. Rozbudowywanie nowych kanałów dostępu i ich łączenie, tak by były jak najprostsze i przyjazne klientom, staje się kluczowe dla utrzymania pozycji na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, dlatego banki stawiają na omnikanałowość.

System finansowy odchodzi od konkurowania poszczególnymi produktami. Doszliśmy do pewnego etapu w zakresie uatrakcyjniania oferty produktowej, teraz zaczyna się etap walki o klienta w zupełnie innej formule. Ma ona dwa wymiary, przede wszystkim dostępność klienta do banku i jakość świadczonych usług – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Obłękowski, wiceprezes zarządu PKO Bank Polski.

Jeszcze kilka lat temu dostępność banków oznaczała dobrze zlokalizowane oddziały. Teraz klienci mogą także skorzystać z pomocy call center, konta internetowego, a coraz popularniejsza staje się również bankowość mobilna. Wielokanałowość przestała jednak wystarczać, aby walczyć o klienta, banki muszą stworzyć system, w którym wszystkie kanały wzajemnie się przenikają i uzupełniają. Dlatego jak podkreśla Obłękowski, banki ewoluują w kierunku omnikanałowości.

Dostarczamy klientowi wszystkie kanały dystrybucji i od niego zależy to, z którego chce skorzystać. Co więcej, klient może w tej samej chwili używać wszystkich kanałów dystrybucji. Pracujemy nad modelem, w którym klient rozpoczyna procesowanie danego produktu w wybranym przez siebie kanale dystrybucji, ale w każdej chwili może zacząć korzystać z innego kanału – wskazuje Obłękowski.

Ważne jest, by w procesie sprzedaży klient mógł swobodnie przechodzić z jednego kanału do następnego, a zakończyć w jeszcze innym – w zależności od potrzeb klienta. Dlatego banki powinny mieć zdolność do utrzymywania takich samych relacji z klientem w każdym dostępnym kanale.

Kierunek, w które zmierzamy, również związany z omnikanałowym podejściem do obsługi klienta, to tzw. customer experience. Chodzi o to, żeby niezależnie od kanału odczucia klienta związane z satysfakcją były takie same – tłumaczy ekspert.

Wprowadzenie takiego modelu sprawi, że banki będą mogły oferować wysoką jakość obsługi, a to w tym momencie jest najważniejsze dla klienta. Produkty bankowe w dużej mierze są bardzo podobne, różnią się jedynie szczegółami, dlatego najważniejsze jest uproszczenie wszystkich operacji i jak największa dostępność do usług bankowych.

Jak zaznacza Obłękowski, PKO BP ma już potrzebną infrastrukturę, by zabudować omnikanałowość, teraz potrzebny jest tylko czas na integrację wszystkich kanałów.

Nie należy spodziewać się rewolucji in minus dla klienta w zakresie kosztów usługi, bo to w żaden sposób nie zdrożeje. Chodzi o to, żeby wejść na zupełnie inny poziom jakości świadczonych usług, bo wierzymy, że jakością możemy po pierwsze utrzymać, a po drugie zdobyć klienta – podkreśla Jacek Obłękowski.

Piotr i Paweł zapowiada otwarcie w tym roku ok. 20 sklepów i kilkunastoprocentowy wzrost obrotów

0

CEO Magazyn Polska

Po ubiegłym roku, w którym udało się uruchomić 17 nowych supermarketów, sieć Piotr i Paweł planuje dalszy rozwój. Spółka chce zwiększyć obecność przede wszystkim w Warszawie, a także w Trójmieście, Krakowie i we Wrocławiu. Nowe sklepy Piotr i Paweł pojawią się również w miejscu istniejących supermarketów, bo spółka rozwija model franczyzowy.

W zeszłym roku przekroczyliśmy 2 mld zł obrotu. W tym roku chcemy istotnie go zwiększyć, urosnąć o kilkanaście procent. Zamierzamy otworzyć około 20 kolejnych supermarketów sieci Piotr i Paweł. Widzimy jeszcze wiele miejsc, gdzie możemy się przypomnieć klientom lub zaistnieć. Myślę, że czeka nas dobry rok – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Maciej Stoiński, prezes zarządu spółki Piotr i Paweł.

W ubiegłym roku spółka otworzyła 17 nowych sklepów. Obroty wzrosły o 5,6 proc., co na tle konkurencji jest bardzo dobrym wynikiem. Dzięki nowym sklepom Piotr i Paweł jest już obecny we wszystkich województwach w kraju, łącznie w 60 miastach. Najważniejszy nadal pozostaje rynek wielkopolski, skąd się wywodzi. Stoiński zapowiada jednak, że w tym roku sieć będzie się rozwijał także w innych regionach kraju.

Spółka stawia na intensywny rozwój szczególnie w Warszawie. W stolicy i okolicznych miastach Piotr i Paweł ma obecnie 13 sklepów. Duże wzrosty notuje także w Trójmieście (obecnie razem z Wejherowem i Rumią 11 sklepów) oraz we Wrocławiu (5 sklepów).

Na pewno zaistniejemy we wszystkich miastach powyżej 100 tys. mieszkańców – zapowiada prezes.

Atrakcyjnymi rynkami są zwłaszcza Kraków (obecnie 4 sklepy, w tym dwa – w Skawinie oraz dwa w samym Krakowie – otwarte w tym roku) oraz aglomeracja śląska (obecnie dwa sklepy w Katowicach).

Ekspansja częściowo będzie następować poprzez rozwój sieci franczyzowej. To nowy model sklepu dla Piotra i Pawła.

Zauważyliśmy, że możliwości ekspansji w nowych miejscach jest coraz mniej. Coraz mniej buduje się nowych centrów handlowych, w których Piotr i Paweł najczęściej występował. Jest za to szansa na rozwój w miejscach, w których już supermarkety istnieją, niekoniecznie pod naszą marką. Nakłaniamy właścicieli tychże sklepów do tego, ażeby przystąpili do naszej sieci i żebyśmy wspólnie robili biznes – tłumaczy Stoiński.

Duże znaczenie dla rozwoju sieci sklepów Piotr i Paweł ma też współpraca z dostawcami. Stoiński podkreśla, że ważne jest uzyskanie korzystnych cen, bo na tym korzystają klienci. Już w zeszłym roku miało miejsce wzmocnienie współpracy pomiędzy sieciami Piotr i Paweł, Bać-Pol, Topaz i POLOmarket w zakresie wspólnych zakupów. Spółka cały czas rozwija też własne marki – w ofercie jest już ponad 1000 produktów.

Uczniowie szkół zawodowych i techników pozytywnie oceniają swoje perspektywy zawodowe. Co trzeci rozważa wyjazd za granicę

CEO Magazyn Polska

Większość uczniów szkół zawodowych i techników z optymizmem patrzy na swoje perspektywy zawodowe. Nieco bardziej sceptyczni są absolwenci tych szkół, którzy zaczynają dostrzegać trudności z wejściem na rynek pracy. Ponad dwie trzecie młodych ludzi rozważa prowadzenie własnej działalności gospodarczej.

83 proc. uczniów szkół zawodowych i techników oraz absolwentów ocenia swoje perspektywy zawodowe pozytywnie. Kiedy rozmawiamy z absolwentami, którzy zweryfikowali już swoje doświadczenia z sytuacją na rynku pracy, dostrzegamy, że optymizm nieco maleje, ale nie jest to ogromny spadek – precyzuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Katarzyna Merska-Pietrak, koordynator ds. komunikacji Gumtree Polska.

Różnica w postrzeganiu perspektyw może mieć związek z pierwszymi trudnościami na rynku pracy. Mimo że w Polsce brakuje m.in. spawaczy czy mechaników, a zapotrzebowanie na fachowców jest duże, to większość ankietowanych przyznała, że znalezienie pracy w Polsce jest trudne. Co trzeci młody fachowiec rozważa więc wyjazd z kraju.

Ponad 80 proc. badanych wskazuje, że absolwenci i uczniowie szkół zawodowych oraz techników potrzebują dodatkowego wsparcia – zauważa Katarzyna Merska-Pietrak. – Instytucją, która najbardziej im pomaga w momencie, gdy wchodzą na rynek pracy, cały czas jest szkoła. Natomiast ich zdaniem oferuje ona zbyt mało praktyk i staży.

Według badanych najbardziej przydatnymi instrumentami wspierania młodych fachowców na polskim rynku byłyby właśnie programy stażowe, praktyki zawodowe oraz dofinansowanie do własnej działalności gospodarczej. Prowadzenie własnego biznesu rozważa 68 proc. uczniów i absolwentów. 6 proc. spośród badanych już w czasie nauki lub tuż po niej rozpoczęło działalność. Co ciekawe, odsetek ten wśród studentów i absolwentów uczelni wyższych wynosi 4 proc.

Spośród ankietowanych prawie jedna trzecia rozważa wyjazd z kraju, by podjąć za granicą pracę bądź kontynuować naukę, połowa z nich przeglądała już oferty – informuje Merska-Pietrak. – Natomiast 30 proc. osób, które biorą pod uwagę wyjazd, już zrobiła szersze rozeznanie, orientując się, jakie są np. koszty utrzymania.

Najpopularniejsze kierunki to Wielka Brytania i Niemcy. Motywacją przede wszystkim są zbyt niskie zarobki w Polsce i trudności ze znalezieniem pracy.

MEN chce wspierać rozwój szkolnictwa zawodowego. Trwa ogłoszony przez resort Rok Szkoły Zawodowców, w ramach którego realizowany jest program mający na celu poprawę atrakcyjności edukacji zawodowej. Do tej inicjatywy włączyły się platforma Gumtree oraz pośrednicząca w zatrudnieniu agencja OTTO, organizując drugą edycję programu „Start do Kariery” dla uczniów, absolwentów szkół zawodowych i techników oraz ich nauczycieli.

W ramach programu Gumtree uruchomiona została strona internetowa, na której młodzi ludzie mogą znaleźć informacje dotyczące m.in. zasad konstruowania CV, prezentacji na rozmowie kwalifikacyjnej itp. Są tam także publikowane porady na temat budowania ścieżki kariery czy wymagań w branżach. Materiały dla nauczycieli obejmują scenariusze lekcji ukierunkowanych na problemy zatrudnienia.

Kolejną rzeczą, którą możemy zrobić dla młodych osób, jest pomoc w uzyskaniu dotacji bądź zakładaniu własnej działalności gospodarczej – mówi koordynator ds. komunikacji Gumtree Polska. – Młodzi często nawet nie wiedzą, gdzie szukać takiego wsparcia.

Eksperci podkreślają, że w odbudowywaniu szkolnictwa zawodowego w Polsce dużą rolę do odegrania mają przedsiębiorcy, którzy – co istotne – są zainteresowani współpracą ze szkołami. Kooperacja może obejmować specjalistyczne praktyki, wykorzystanie zasobów przedsiębiorstwa oraz wiedzy i doświadczenia już zatrudnionych w edukacji.

Ceny żywności nie będą rosnąć. Może to stać się przyczyną problemów producentów

CEO Magazyn Polska

W kolejnych miesiącach ceny żywności powinny pozostać stabilne – rolnicy nie mają co liczyć na podwyżki w skupie. To wprawdzie dobra wiadomość dla konsumentów, ale w długiej perspektywie może to spowodować problemy producentów i ich wycofywanie z rynku, co z kolei odbije się na wzroście cen. Niewiadomą pozostają ceny mleka po zmianach na rynku mleka w UE.

– Jeżeli konsumenci się cieszą, to producenci zazwyczaj nie mają powodów do zadowolenia – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Kowalski, dyrektor Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. – Przed sadownikami jest najgorszy okres. Ci, którzy nie musieli sprzedać produktów jesienią, zawsze czekali na okres wiosenny, ale w tym roku ceny jabłek spadają.

Jak podkreśla, korzystne warunki pogodowe w zimie spowodowały, że nowalijki są wcześniej, co oznacza niższe koszty ogrzewania. Perspektywy na najbliższe miesiące nie są jednak dla producentów żywności dobre.

Niskie ceny wprawdzie cieszą konsumentów, ale w dłuższej perspektywie mogą okazać się niekorzystne. Jak wyjaśnia Andrzej Kowalski, po długim okresie niskich cen część producentów wycofuje się z rynku, a inni ograniczają lub zupełnie likwidują nakłady na wydajność, efektywność i jakość. Na skutek tego w następnych miesiącach sytuacja odbija się również na konsumentach, którzy będą mieli mniejszy wybór i produkty gorszej jakości.

Im bardziej się przygnie tę trampolinę do dołu, tym wzrost cen po pewnym czasie może być wyższy niż w normalnych warunkach – przestrzega Kowalski. – Myślę jednak, że spadek cen podstawowych produktów rolnych zostanie wyhamowany, chociaż jest jeszcze sporo niewiadomych. Dotychczas pogoda była bardzo dobra. Ostatnie dni pokazują nieco inny obraz wiosny, nie tak bardzo sprzyjający, ale w sadach jest niezłe przezimowanie.

Jedną z niewiadomych jest rynek mleka. Od 1 kwietnia br. na terenie Unii Europejskiej nie obowiązują już limity produkcji mleka (tzw. kwoty mleczne). Wielu hodowców z niecierpliwością wyczekiwało zmian, kojarząc ograniczenia, szczególnie w ostatnich latach, z wysokimi karami finansowymi za ich przekroczenie. Inni z kolei woleli zostać przy starym systemie, obawiając się, że zupełnie wolny rynek przyniesie obniżki cen skupu.

Trwa dyskusja na temat wpływu zniesienie kwot mlecznych na ceny zarówno w skupie, jak i handlu. Można się spodziewać, przynajmniej na początku, że będzie spora nerwowość na rynku, czyli wahania w dół i w górę. Ale szybko powinno to się ustabilizować – twierdzi Kowalski.

Zastrzega jednak, że to ogólne prognozy, a bardziej konkretne będą możliwe najwcześniej w maju.

O sytuacji na rynku żywności jednak będzie można mówić z pewnością, jak twierdzi Kowalski, dopiero w maju.

Wydaje się jednak, że nic nadzwyczajnego na rynku krajowym czy światowym nie będzie się działo. Nie powinno być nerwowo dla konsumentów. Rolnicy natomiast z niepokojem mogą obserwować, że ceny w skupie nie idą do góry – zauważa Andrzej Kowalski.

Zbyt uciążliwy remont może być naruszeniem prawa

0

 

CEO Magazyn Polska

Bałagan na klatce schodowej i nadmierny hałas – to najczęstsze uciążliwości remontu mieszkania w budynkach wielorodzinnych. Mieszkańcy nie są jednak bezbronni. Gdy bezpośrednia rozmowa z właścicielem lokalu nie pomaga, mogą zwrócić się do administratora budynku. Jeśli uciążliwości będą się powtarzać, pomóc może interwencja straży miejskiej i policji, hałas może być bowiem naruszeniem prawa. 

Remonty w budynkach wielorodzinnych wspólnot mieszkaniowych czy spółdzielni mieszkaniowych wiążą się z wieloma komplikacjami dla sąsiadów remontowanego lokalu. Najczęstsze z nich to hałas, związany przede wszystkim z wyburzaniem ścian, kuciem lub wierceniem. Problemem mogą być także inne zachowania ekipy remontowej, np. przechodzenie przez tereny wspólne, pozostawianie śmieci lub materiałów budowlanych na klatce schodowej. Jeśli remont sąsiedniego lokalu jest wyjątkowo uciążliwy, należy zwrócić uwagę bezpośrednio ekipie remontowej.

– W ekipie remontowej mogą pracować różne osoby, dlatego, jeśli to nie pomoże, sugerujemy rozmowę z właścicielem lokalu. Często nie ma on świadomości, że podczas jego nieobecności ekipa remontowa zachowuje się w sposób nieodpowiedni albo wręcz niszczy wspólną nieruchomość – mówi agencji Newseria Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus, zarządzającej nieruchomościami.

Rozmowa z właścicielem lokalu najczęściej rozwiązuje problem, może się jednak zdarzyć, że nie będzie on miał wpływu na zachowanie ekipy remontowej. Sąsiedzi mają wówczas prawo oficjalnie wystąpić o zaniechanie naruszeń powodujących nadmierne utrudnianie korzystania z nieruchomości.

Sugerujemy kontakt z administracją, która skieruje oficjalne pismo do właściciela lokalu. Mamy też całą paletę środków prawnych, by przymusić właściciela lokalu do przestrzegania wzajemnych norm. Co możemy zrobić, jeżeli te wszystkie ugodowe kroki zawiodą? Jeżeli remont jest prowadzony po godzinie 22.00 albo po godzinach ustalonych w regulaminie, możemy zgłosić sprawę na policję bądź do straży miejskiej, które mają obowiązek podjąć interwencję – mówi Mariusz Łubiński.

W przypadku, gdy taka interwencja odbędzie się po raz kolejny, policja bądź straż miejska ma prawo skierować wniosek do sądu o dodatkowe ukaranie. Poza godzinami wyznaczającymi ciszę nocną każdy mieszkaniec może powołać się na art. 51 Kodeksu wykroczeń. Przewiduje on kary aresztu lub grzywny dla osób, które krzykiem, hałasem, alarmem lub w inny sposób zakłócają spokój i porządek publiczny. Aby znamiona przestępstwa zostały wyczerpane, musi jednak dojść do negatywnych przeżyć psychicznych osób pokrzywdzonych, a działanie sprawcy musi wynikać ze złej woli.

Popołudniowy komentarz walutowy z 14.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 14.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

78% młodych kobiet myśli o własnej firmie

Kobiety są bardziej przedsiębiorcze niż mężczyźni? Z badań wynika, że już niedługo mogą zdominować biznes. Potwierdza to najnowszy raport przygotowany przez Akademię Liderów Innowacji i Przedsiębiorczości, który dotyczy przedsiębiorczości osób z generacji Z (urodzonych po 1990 roku). Dane są jednoznaczne – niemal cztery na pięć młodych kobiet chce założyć własną firmę. W przypadku mężczyzn wynik jest znacznie słabszy.

Kobiety coraz częściej zakładają własne firmy. Z danych GUS wynika, że w 2012 roku utworzyły ponad 40% mikro i małych przedsiębiorstw w Polsce (a na przykład w Niemczech w 2013 roku już 43% wszystkich nowych przedsięwzięć).Najnowszy raport Akademii Liderów, oparty na badaniach wśród osób z generacji Z (urodzonych po 1990 roku), pokazuje, że wśród młodych kobiet ta tendencja jest jeszcze silniejsza. Już 78% z nich chce założyć własną firmę. Wśród młodych mężczyzn to tylko 57%.

Są też różnice w postrzeganiu przedsiębiorczości. Jako przydatne cechy kobiety wymieniały najczęściej zaradność, odwagę i samozaparcie, a mężczyźni dokładność, punktualność i skłonność do podejmowania ryzyka – mówi Bogusław Feder, założyciel Fundacji Akademia Liderów, ekspert w zakresie przywództwa, zarządzania i rozwoju przedsiębiorczości.

Kobiety lubią wyzwania

Dlaczego perspektywa prowadzenia własnej firmy tak pociąga młode kobiety? Wszyscy młodzi liczą, że uzyskają w ten sposób wyższe dochody i zdobędą zawodową niezależność. Jednak kobiety częściej niż mężczyźni wskazywały również możliwość podejmowania wyzwań.

To także szansa na realizację własnych zainteresowań. Kobiety są bardzo kreatywne i potrafią wykorzystać ciekawe nisze rynkowe, związane z modą czy zdrową żywnością. Poza tym łączą wiedzę biznesową i społeczną. To dodatkowy atut – mówi Monika Gołębieska, założycielka firmy Alchemia Czekolady, wytwarzającej autorskie wyroby.

Raport Akademii Liderów pokazuje jeszcze jedną istotną różnicę między kobietami a mężczyznami w podejściu do biznesu. W kontekście barier w prowadzeniu firmy brak środków finansowych wskazało 36% mężczyzn i 25% kobiet, natomiast brak wiedzy to przeszkoda dla 27% kobiet i tylko 15% mężczyzn. Kobiety przykładają większą wagę do kompetencji.

Stają się także coraz bardziej pewne siebie. Do tej pory brakowało im tylko tego. Pod niektórymi względami są nawet lepiej przygotowane do prowadzenia firmy niż mężczyźni. Na przykład działają z większą świadomością ryzyka, co na dłuższą metę jest korzystne – dodaje Bogusław Feder.

Są w tym lepsze?

Czy można stwierdzić, kto lepiej radzi sobie w biznesie? Różne badania pokazują, że na przykład w roli top menadżerów kobiety sprawdzają się często lepiej niż mężczyźni. Z raportu McKinsey Global Institute „Women Matter” (badania przeprowadzone w latach 2007-2010 w firmach europejskich), wynika, że najbardziej efektywnie działają te organizacje, w których kobiety zajmują najwięcej kierowniczych stanowisk. Dlaczego? Decydują o tym wyższe kompetencje społeczne i komunikacyjne kobiet, a także ich zdolności organizacyjne i myślenie długoterminowe.

W Tajlandii niemal co drugi przedsiębiorca to kobieta. To jednak nadal wyjątek. Na całym świecie wśród osób prowadzących firmy zdecydowanie więcej jest mężczyzn. Z danych Eurostatu wynika, że w 2009 roku stanowili 69% wszystkich przedsiębiorców w krajach UE. A jak wygląda przedsiębiorczość kobiet w Polsce? Te same dane pokazują, że stanowią one ponad 30% osób prowadzących działalność gospodarczą – więcej niż w Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Czechach (w każdym z tych krajów poniżej 30%).

W ciągu najbliższych kilku lat mężczyźni przestaną stanowić większość przedsiębiorców w Polsce (i w wielu innych krajach). Jednak nie będzie to tylko statystyczna zmiana. Wiele wskazuje na to, że jeśli kobiety biorą się za prowadzenie firmy, to są do tego lepiej przygotowane niż mężczyźni.

Dwucyfrowy wzrost budownictwa biurowego w Polsce w 2015 r.

Po spadkowych latach 2013-2014, w 2015 r. oczekiwany jest dwucyfrowy wzrost produkcji budowlano-montażowej w budownictwie biurowym – do poziomu 3,6 mld zł, czyli nieco poniżej rekordowej dotychczas wartości 3,8 mld zł z 2012 r. Rynek rosnąć powinien także w 2016 r., na co wskazują bardzo dobre dane o pozwoleniach budowlanych uzyskanych przez inwestorów w 2014 r.

Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR zatytułowanego Budynki biurowe w Polsce 2015-2020. Inwestycje – Firmy – Statystyki – Prognozy – Ceny”, analitycy PMR prognozują, że w latach 2015-2020 na rynku przybędzie ok. 5,5 mln m² powierzchni biurowej, z czego ok 4 mln m² stanowić będzie nowoczesna powierzchnia biurowa w Warszawie i miastach regionalnych.

Rynek budownictwa biurowego w Polsce znacząco rozwinął się dopiero w ostatnich dziesięciu latach, czyli od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej oraz dynamicznego rozwoju w Polsce branży outsourcingowej. Obecnie w Polsce istnieje już ponad 600 tego typu centrów zatrudniających 150 tys. osób, głównie w dużych miastach z zapleczem akademickim.

„Na dalszy rozwój branży usług dla biznesu, a tym samym rynku budownictwa biurowego, wpływ będą miały także czynniki jak: ewolucja branży od prostych operacji do usług opartych na wiedzy i zaawansowanych technologiach, rozwój sektora usług dla biznesu w mniejszych miastach regionalnych, kolejne inwestycje firm obecnych już na polskim rynku, a także rosnąca popularność outsourcingu wśród firm krajowych”, uważa Bartłomiej Sosna, Główny analityk rynku budowlanego i autor raportu. Jak dodaje: „Dalszy rozwój budownictwa biurowego wsparła także wiadomość o przedłużeniu funkcjonowania do 2026 r. Specjalnych Stref Ekonomicznych, w ramach których działają nie tylko firmy produkcyjne (choć te także obok fabryk posiadają zazwyczaj niewielkie biura), ale także inwestorzy z branży outsourcingowej”.

Jak pokazuje analiza realizowanych oraz planowanych inwestycji biurowych, wśród deweloperów działających na rynku powierzchni biurowych, liderem pod względem liczby realizowanych obecnie projektów jest Echo Investment, z ośmioma inwestycjami biurowymi w trakcie realizacji. Kolejni ważni deweloperzy biurowi do Skanska Property Poland oraz należąca do grupy Ikea spółka Vastint Poland. Natomiast do pracowni architektonicznych, które zaprojektowały największą liczbę biurowców będących obecnie w budowie lub w przygotowaniu należą: Kuryłowicz & Associates, APA Wojciechowski oraz JEMS Architekci. Z kolei pod względem liczby realizowanych obecnie kontraktów na generalne wykonawstwo projektów biurowych liderami rynku są firmy Skanska, Erbud oraz Porr.

Z przeprowadzonej przez analityków PMR analizy kontraktów na wykonawstwo budynków biurowych wynika, że średnia jednostkowa cena kontraktowa wynosi ok. 4,2 tys. zł za m² powierzchni użytkowej. Przy czym średnia cena kontraktowa w przypadku obiektów publicznych jest o ponad 20% niższa niż w przypadku obiektów prywatnych. Spośród analizowanych kontraktów najwyższa jednostkowa cena kontraktowa wyniosła 5 844 zł/m² (Biurowiec X2 Boutique Office w Warszawie). Natomiast projektem publicznym o najwyższej jednostkowej cenie kontraktowej wśród analizowanych kontraktów jest budowa siedziby WFOŚiGW w Łodzi (5 699 zł/m2). Wśród najdroższych przedsięwzięć dominowały biurowce klasy A, posiadające lub starające się o certyfikaty ekologiczne oraz dysponujące dwiema lub trzema kondygnacjami podziemnymi. Te dwa czynniki w największym stopniu wpływają na koszt budowy obiektów biurowych.

Największą liczbą projektów biurowych w realizacji niewątpliwie może się pochwalić Warszawa, gdzie w budowie jest ok. 50 inwestycji. Dynamicznie rosną jednak również zasoby powierzchni biurowych w Krakowie oraz Wrocławiu. Według bazy PMR Inwestycje, w miastach tych w marcu 2015 r. było odpowiednio 15 i 10 projektów biurowych w trakcie realizacji. Również ok. 10 inwestycji biurowych powstaje na rynku trójmiejskim. Warszawa wiedzie prym również jeśli chodzi o ilość inwestycji biurowych w fazie planowania lub przygotowania. W bazie PMR Inwestycje, w marcu 2015 r. znajdowało się 65 projektów biurowych ze stolicy będących na etapie planowania lub przygotowania.

Za największy opracowywany obecnie projekt biurowy w Polsce należy uznać kompleks Chopin Airport City w Warszawie. Będące inwestorem Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze”, planuje na 22,5 ha w pobliżu Lotniska Chopina w ciągu 10 lat zrealizować pierwsze w kraju miasteczko lotniskowe, w skład którego ma wejść 26 budynków o przeznaczeniu biurowym z funkcjami uzupełniającymi (165 tys. m² powierzchni użytkowej ogółem).

NIK o poszukiwaniu zaginionych

Z roku na rok bez śladu ginie w Polsce coraz więcej ludzi. Policja stworzyła spójny system poszukiwania osób zaginionych. Przyjęte procedury bywają jednak niedokładnie stosowane przez niewystarczająco przeszkolonych policjantów, którzy nie zawsze właściwie klasyfikują zaginięcia. To sprawia, że niekiedy poszukiwania rozpoczynają się zbyt późno zwłaszcza w sytuacjach, w których decydującą rolę gra czas. Opóźnienia bywają wówczas nie do naprawienia.

Z policyjnych statystyk wynika, że każdego roku w Polsce ginie ok. 17 – 20 tys. osób, z których nigdy nie odnajduje się ok. 2 tys. Szczególnie niepokoi, że od trzech lat liczba zaginięć wzrasta co roku o kolejne 2 tys.

Liczba zaginięć zgłoszonych w Polsce w latach 2011-2014

W Polsce stworzono system poszukiwań osób zaginionych. Od 2013 r. w Komendzie Głównej Policji działa Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych, odpowiedzialne za koordynację, analizę i bezpośrednie poszukiwanie osób zaginionych w całym kraju. Policja wprowadziła specjalnie opracowane procedury postępowania, m.in. zdefiniowała trzy kategorie zaginięć. Do każdej kategorii przyporządkowano oddzielne, odpowiednio sprofilowane grupy czynności, jakie powinny być podjęte w ramach poszukiwań prowadzonych w danej kategorii. Dokładnie określono także katalog danych, które policjant przyjmujący zgłoszenie powinien ustalić. Dodatkowo podczas nowelizacji ustawy o Policji (październik 2014 r.) zadbano o wprowadzenie zapisów prawnych, ułatwiających policjantom pracę, m.in. obecnie mogą oni tworzyć i przetwarzać bazy danych zawierające kody DNA osób zaginionych. Brak takiej bazy utrudniał wcześniej np. ustalenie, że odnaleziono ciało osoby poszukiwanej. Do tej pory istniała jedynie baza zwłok niezidentyfikowanych (NN). Policjanci każdorazowo po ustaleniu kodu DNA osoby zaginionej składali wnioski o przeszukanie bazy NN zwłok. Gdy dane nie pasowały, co jakiś czas trzeba było powtarzać procedurę. Teraz, dzięki możliwości przetwarzania informacji o kodzie DNA osoby zaginionej, może się to odbywać automatycznie. Kontrola NIK wykazała jednak, że mimo wprowadzenia rozwiązań systemowych i jasnych procedur nadal występowały nieprawidłowości przy poszukiwaniu osób zaginionych.

Groźne skutki błędnej kwalifikacji

NIK zwraca przede wszystkim uwagę, na błędne kwalifikowanie osób zaginionych do jednej z trzech kategorii procedur. W niemal połowie jednostek policji objętych kontrolą (12 z 29) funkcjonariusze nie potrafili nadać zgłaszanej sprawie kategorii adekwatnej do okoliczności zaginięcia. Co najgorsze, najczęściej powtarzany błąd dotyczył przypisania zaginionego do zbyt niskiej kategorii. I tak np. osoby zaginione, które powinny zostać zakwalifikowane do kategorii pierwszej-najwyższej, wskazującej na zagrożenie ich życia lub zdrowia, były kwalifikowane do kategorii drugiej, czyli niższej, wymagającej zupełnie innych, łagodniejszych procedur, co diametralnie zmieniało sposób postępowania na niekorzyść zaginionego. To ustalenie NIK znajduje potwierdzenie m.in. w Raporcie Fundacji ITAKA, który stwierdza, że policja wykazuje nadmierną powściągliwość w nadawaniu pierwszej kategorii zaginięć.

Przykładem takiej sytuacji może być chociażby głośne zaginięcie Iwony Wieczorek w lipcu 2010 r. w Sopocie. Kontrola przeprowadzona w Komendzie Miejskiej Policji w Sopocie wskazuje, że tej sprawie nadano kategorię drugą, podczas gdy z okoliczności wynikało jasno, że należało zastosować kategorię pierwszą. Bowiem zaginiona nagle opuściła ostatnie miejsce swojego pobytu, w okolicznościach uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa albo zagrożenia jej życia. W konsekwencji nadania niewłaściwej kategorii poszukiwań nie podjęto niezwłocznie po przyjęciu zawiadomienia. Ponadto nie przeprowadzono także od razu:

  • penetracji terenu ostatniego miejsca pobytu zaginionej z wykorzystaniem sił i środków innych jednostek policji. Zrobiono to dopiero po trzech dniach od daty zawiadomienia o zaginięciu. Zbyt późno także , bo dopiero po 10 dniach, użyto psów szkolonych  do odnajdywania zwłok;
  • sprawdzenia szpitali, pogotowia ratunkowego, noclegowni w rejonie miejsca zaginięcia;
  • lustracji ostatniego miejsca pobytu osoby zaginionej w celu zabezpieczenia śladów i dowodów.

Nie zarejestrowano także w ewidencji policyjnej fotografii zaginionej ani przedmiotów i dokumentów, które miała przy sobie; nie opublikowano informacji o poszukiwaniu zaginionej w środkach masowego przekazu, ani nie zabezpieczono od razu monitoringu w obiektach znajdujących się na trasie prawdopodobnego przejścia zaginionej z Sopotu do Gdańska Jelitkowo (zrobiono to dopiero po siedmiu dniach, dlatego monitoring prowadzony przez hotele, które przechowywały go tylko od kilkunastu godzin do kilku dni, został bezpowrotnie utracony).

Iwona Wieczorek zaginęła pięć lat temu i do tej pory jej nie odnaleziono.

Na bakier z procedurami

Według danych Fundacji ITAKA 30 proc. rodzin zaginionych miało trudności ze zgłoszeniem zaginięcia na policję. Równocześnie, jak ustaliła NIK, nie zawsze po przyjęciu zgłoszenia funkcjonariusze przystępowali do działania. Kontrola wskazała cztery skrajne przypadki, w których zwlekano z rozpoczęciem poszukiwań. Na przykład w Komisariacie Policji w Chęcinach od czasu zarejestrowania osoby zaginionej przez 200 dni nie podjęto żadnych działań, a w Komendzie Miejskiej Policji w Sopocie w przypadku jednego zaginięcia nic nie zrobiono przez 256 dni.

Zdarzało się także, że funkcjonariusze nie w każdym przypadku publikowali wizerunek osoby zaginionej na stronie internetowej Komendy Głównej Policji oraz w środkach masowego przekazu lub nie zabezpieczali nagrań z monitoringu i nie sprawdzali ostatniego miejsca pobytu osoby zaginionej. W trzech jednostkach policji nie ustalono, czy osoba zaginiona nie przebywa w szpitalu lub innej placówce opieki medycznej. Z drugiej strony zdarza się, że to policja ma problemy z uzyskaniem informacji o osobie zaginionej, np. z ewidencji świadczeń medycznych prowadzonych przez NFZ (Komisariat w Otmuchowie czekał na odpowiedź z NFZ 37 dni, a Komenda Powiatowa Policji w Cieszynie w jednym przypadku w ogóle nie otrzymała odpowiedzi).

NIK zauważa, że poszukiwanie zaginionych byłoby skuteczniejsze, gdyby szpitale były zobowiązane do automatycznego informowania policji o przyjętych osobach o nieustalonej tożsamości, lub osobach nieprzytomnych bądź niezdolnych do zrozumienia informacji albo takich, które nie ukończyły 16 lat. Taki system przekazywania informacji o hospitalizowanych przez placówki zdrowia do urzędów gmin działa w przypadku przeprowadzenia wyborów i aktualizacji spisu wyborców. Brak automatycznego systemu przekazywania policji danych o tego rodzaju pacjentach w wielu wypadkach wydłuża lub komplikuje poszukiwania, które w rzeczywistości mogłyby zakończyć się dużo szybciej.

W akcjach poszukiwawczych bardzo pomocne są obecnie badania kodu DNA zaginionych, które zestawia się z kodami DNA niezidentyfikowanych zwłok. NIK  wykazała jednak nieprawidłowości w zakresie pobierania przez policjantów materiału genetycznego zaginionych. W 12 na 29 skontrolowanych jednostek materiału nie pobierano wcale lub robiono to za późno. Przyczyną jest niewystarczające przeszkolenie funkcjonariuszy oraz niedostateczne zaopatrzenie ich w odpowiedni sprzęt.

Nierzetelne wprowadzanie danych do KSIP

Mimo iż Komendant Główny Policji jednoznacznie określił zakres informacji, które w przypadku zaginięcia należy zarejestrować w Krajowym Systemie Informacyjnym Policji (KSIP), kontrola NIK wykazała, że nie zawsze robiono to rzetelnie. Jak ustalili kontrolerzy, z powodu braku nadzoru oraz lekceważenia obowiązków służbowych przez policjantów w Krajowym Systemie brakowało chociażby tak podstawowych danych, jak np. numery PESEL osób zaginionych, informacje o stanie zdrowia czy okolicznościach zaginięcia. Nieprawidłowości występowały także przy rejestrowaniu NN zwłok. W 11 proc. wszystkich skontrolowanych spraw nie rejestrowano takich danych, jak: fotografie, przybliżone daty zgonu, rysopis, znaki szczególne.

Podczas kontroli ustalono także przypadki, w których nie wprowadzono do Systemu informacji o zakończeniu poszukiwań osoby zaginionej, i w konsekwencji angażowano ludzi i sprzęt do zakończonych już spraw. Sytuacja taka miała miejsce np. w Komisariacie Policji w Chęcinach – wysłano patrol, aby sprawdził, czy zaginionego nie ma w miejscu zamieszkania, podczas gdy on sam był już w ośrodku wychowawczym.

Pozapolicyjne grupy poszukiwawcze

W Komendzie Głównej Policji utworzono bazę danych, zawierającą informacje na temat działających na zasadzie stowarzyszeń pozapolicyjnych grup ratowniczo-poszukiwawczych z psami. Zdaniem NIK policja nie korzysta w pełni z pomocy tych grup. Nie ustalono bowiem jasnych zasad, regulujących włączania ich do policyjnych akcji poszukiwawczych. Często grupy te zostają uruchomione dopiero po wielu godzinach od zdarzenia.

Taką sytuację wykazała kontrola NIK. We wrześniu 2013 r. ok. godz. 17 w Komendzie Powiatowej Policji w Ostrowcu Świętokrzyskim przyjęto zawiadomienie, że ok. godz. 13.00 zaginęło 6-letnie autystyczne dziecko. Ze względu na spadek temperatury i zapadający zmrok ok godz. 19 Komenda zgłosiła zapotrzebowanie na użycie psów. Stowarzyszenie Cywilnych Zespołów Ratowniczych z Psami „STORAT”, znajdujące się najbliżej miejsca poszukiwań, zadeklarowało gotowość działania ok. godz. 21. O zaginięciu dziecka dowiedziało się z mediów. Dopiero po godz. 23 zapadła decyzja o włączeniu do akcji grupy „STORAT”, równolegle z grupą poszukiwawczo – ratowniczą z Łodzi. W konsekwencji obie grupy z psami rozpoczęły poszukiwania o 1.30. Na szczęście historia ma szczęśliwy finał – nad ranem dziecko odnaleziono.

Brakuje szkoleń…

NIK zauważa, że jedną z przyczyn nieprawidłowości powstałych przy poszukiwaniu zaginionych i identyfikacji zwłok jest niewystarczające przeszkolenie policjantów. W siedmiu na 29 kontrolowanych jednostek, szkoleń nie było wcale, natomiast w pięciu były one niewystarczające. Ustalenia kontroli są zgodne z opinią samych policjantów. Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła anonimowe badanie ankietowe, z których wynika, że 30 proc. przepytanych policjantów uznało system szkolenia z zakresu poszukiwań osób zaginionych za zły, a prawie połowa stwierdziła, że dostęp do szkoleń tego rodzaju jest niewystarczający. Przy czym aż 90 proc. ankietowanych wysoko oceniło przydatność prowadzonych szkoleń w codziennej służbie.

…i odpowiedniego nadzoru

Jednostki policji prowadzące poszukiwania osób zaginionych mają obowiązek sporządzania i przekazywania do właściwych komend wojewódzkich policji szczegółowych raportów dotyczących prowadzonych działań. W raportach powinny się znaleźć analizy sytuacji z wnioskami i planem poszukiwań.     Tymczasem w 1/3 skontrolowanych jednostkach policji nie przygotowywano i nie przekazywano takich informacji. W ten sposób koordynatorzy ds. poszukiwań w komendach wojewódzkich policji, odcięci od informacji dotyczących zaginięć, nie mogli rzetelnie nadzorować akcji, o których nie wiedzieli.

Wnioski

Problem zaginięć jest przedmiotem ożywionej debaty publicznej, zarówno ze względu na skalę jak i wrażliwy charakter zjawiska. Najwyższa Izba Kontroli wyraża nadzieję, że ustalenia zawarte w informacji o wynikach kontroli zostaną wykorzystane przez właściwe organy Państwa i przyczynią się do zwiększenia skuteczności poszukiwań osób zaginionych.

Ustalenia kontroli wykazały nieprawidłowości o charakterze systemowym i w związku z tym NIK sformułowała wnioski mające na celu poprawę funkcjonowania systemu poszukiwań osób zaginionych w Polsce:

do Ministra Spraw Wewnętrznych

  • o wprowadzenie obowiązku informowania policji przez placówki medyczne o przebywaniu u nich osób o nieustalonej tożsamości, osób nieprzytomnych bądź niezdolnych do zrozumienia informacji lub takich, które nie ukończyły 16 lat;

do Komendanta Głównego Policji

  • o zintensyfikowanie szkoleń policjantów, którzy zajmują się poszukiwaniami osób zaginionych oraz identyfikacją NN zwłok, w szczególności w zakresie nadawania kategorii osobom zaginionym oraz wykorzystywania badań genetycznych;
  • o określenie zasad współpracy Centrum Poszukiwania Osób Zaginionych z grupami poszukiwawczo-ratowniczymi;
  • o usprawnienie współpracy policji z prokuraturą przy prowadzeniu identyfikacji NN zwłok.

NIK o bezpieczeństwie dostaw energii elektrycznej

W Polsce – w latach 2009–2014 – bieżące dostawy energii elektrycznej zabezpieczone były na poziomie adekwatnym do zapotrzebowania. Moc obecnie funkcjonujących źródeł wytwórczych zainstalowanych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wynosi ok. 38 GW, przy maksymalnym zapotrzebowaniu ok. 28 GW.

Według prognoz, maksymalne zapotrzebowanie na moc będzie wzrastać do około 40 GW w 2035 r. i 41-42 GW w kolejnych 15 latach. Wzrastać będzie także zapotrzebowanie na energię elektryczną z ok. 159 TWh w 2015 r. do 230 TWh w 2030 r. W perspektywie do 2050 r., z istniejących obecnie zasobów mocy wytwórczych funkcjonować będą jednostki wytwarzające zaledwie 5 GW mocy (głównie elektrownie wodne). Pozyskiwanie energii elektrycznej po roku 2035 będzie więc możliwe tylko z bloków, które dopiero powstaną.

W latach 2020-2035 powinna nastąpić likwidacja bloków wytwórczych wybudowanych w latach 70-tych XX. Obecnie wytwórcy energii deklarują, że w latach 2014-2028 podejmą się budowy nowych źródeł o mocy 10,5 GW, za ok. 54 mld zł oraz modernizacji istniejących źródeł, która wymaga nakładów na poziomie ok. 12 mld zł.

Długoterminowe prognozy i bilanse mocy zakładają rozpoczęcie od 2025 r. dostarczania energii elektrycznej z elektrowni jądrowej. Założenie to, jest zdaniem NIK obarczone wysokim ryzykiem kolejnego opóźnienia (pierwotnie zakładano, że będzie to rok 2020).

Na bezpieczeństwo energetyczne, w dłuższym horyzoncie czasowym, negatywnie wpływa brak instrumentów systemowych, za pomocą których organy Państwa mogą oddziaływać na zachowania wytwórców energii. W latach 2010-2014 przedsiębiorcy zrezygnowali z budowy 10 nowych jednostek wytwarzających energię, planowanych do przyłączenia do krajowej sieci – z powodu zbyt dużego ryzyka regulacyjnego i cenowego.

Minister Gospodarki, wbrew obowiązkowi wynikającemu z Prawa energetycznego, nie opracował w wymaganym terminie Polityki energetycznej Polski. Minister Gospodarki nie przygotował również Programu działań wykonawczych na lata po 2012 r. stanowiącego część Polityki energetycznej.

Minister Gospodarki, Prezes Urzędu Regulacji Energetyki oraz spółka Polskie Sieci Elektroenergetyczne prawidłowo natomiast monitorowali dostawy energii elektrycznej, analizowali plany wytwórców i oceniali bezpieczeństwo dostaw. Dzięki rzetelnemu monitoringowi i analizie funkcjonowania sieci zdiagnozowano, że istnieje ryzyko występowania okresowych niedoborów rezerw mocy w szczytach zapotrzebowania w latach 2015 – 2018. NIK oceniła jako celowe działania zaradcze podejmowane przez PSE, dotyczące ograniczenia ryzyka wystąpienia okresowych niedoborów mocy w krótkim okresie.

Ustawa krajobrazowa zapewni miastom estetykę?

Plakaty, banery, wielkoformatowe bilbordy – polską przestrzeń publiczną pożerają reklamy. W dbaniu o estetyczny wygląd miast miała pomóc ustawa krajobrazowa. Niestety, kształt, w jakim została przyjęta w Sejmie, nie jest zadowalający.

Dlaczego? Chodzi o wysokość kary za nielegalne umieszczenie reklamy. Miała być dotkliwa – proponowano czterdziestokrotność opłaty reklamowej (nowego podatku samorządowego) – a jest niewielka. Ma wynosić tylko 5 tys. zł. „Ustawie wybito zęby. Kara musi działać odstraszająco na reklamodawców »cwaniaków«” – mówi serwisowi infoWire.pl Aleksandra Stępień ze Stowarzyszenia Miasto Moje A w Nim.

Cała nadzieja w poprawkach do ustawy, które prawdopodobnie naniesie Senat, takich jak np. umożliwienie karania w trybie administracyjnym za nielegalne reklamy czy wprowadzenie regulacji dotyczących umieszczania szyldów.

Ustawa jest wyczekiwana przez samorządy, ponieważ otrzymają one instrumenty do ochrony krajobrazu. Rady gmin będą mogły ustalać zasady sytuowania reklam. Ponadto wprowadzona zostanie opłata od posiadania tablic (maksymalnie 2,50 zł na dzień) i reklam (20 gr dziennie od m2 powierzchni). Z kolei urzędy wojewódzkie będą miały trzy lata na przeprowadzenie audytu, w którym zostaną wskazane zagrożenia krajobrazu, a także rekomendacje i wnioski dotyczące jego kształtowana oraz ochrony.

„Pokolenie 1600”, czyli smutna rzeczywistość bycia emerytem

W Polsce emerytura zwykle nie przekracza kwoty 1600 zł. Skutek? Osoby starsze żyją na granicy ubóstwa: trzeba zapłacić za czynsz, jedzenie, leki. Ponieważ seniorów na nic nie stać, zostają też wykluczeni z życia społecznego. Uwagę na ten problem zwróciła akcja „Pokolenie 1600”.

Dlaczego tak rzadko spotykamy osoby starsze w kawiarni, restauracji, kinie czy teatrze? Mają przecież szereg zniżek. Większości seniorów po prostu na to nie stać. „Jest to sytuacja okrutna, ale niestety rzeczywista. Brak środków pieniężnych wyklucza społecznie” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Brzeska-Miksa z Funduszu Hipotecznego Familia.

W lipcu 2014 r. odbyła się akcja „Pokolenie 1600” – dziennikarz Rafał Betlejewski przeprowadził się na warszawskie Powiśle z 1600 zł w portfelu i żył przez miesiąc jak polski emeryt. Szybko zaczęło brakować mu pieniędzy na bieżące wydatki, takie jak zakup leków czy opłata rachunków, nie mówiąc już o tym, że musiał odmawiać sobie zwykłej kawy w kawiarni. „To pokazuje, że dochody polskiego emeryta nie pozwalają na godne życie. Często musi on rezygnować z kupna lekarstw, aby móc zapłacić rachunki i mieć co jeść” – zaznacza rozmówczyni.

Sposób wyliczania emerytur powoduje, że świadczenia są niskie. Jeśli nie postanowimy odkładać zawczasu pieniędzy, będziemy na starość żyć w biedzie. Ratunkiem może okazać się wsparcie rodziny. Ale co w przypadku osób, które nie mają nikogo bliskiego? Będą mogły liczyć ewentualnie na pomoc społeczną…

W jaki sposób można zatem poprawić sytuację emerytów? „Rozwiązań jest kilka. Muszą być systemowe, długoterminowe i pozwalać na uzyskiwanie stałych dochodów na emeryturze” – podkreśla Katarzyna Brzeska-Miksa.

W sklepach szukamy świeżych produktów i wygody podczas zakupów

55% Polaków robi zakupy codziennie. Przeciętny Polak spędza w sklepie trzy godziny w tygodniu. Największa część tego czasu przypada na piątek i sobotę. Przy wyborze sklepu kierujemy się bliskością od miejsca zamieszkania, jakością towarów, ceną, wielkością wnętrza i łatwością poruszania w nim.

Jak sprawić, aby sklep z artykułami spożywczymi był dla klientów atrakcyjny? Jest kilka zasad, które warto wprowadzić. Przede wszystkim należy postawić na świeże produkty żywnościowe oraz wysoką jakość obsługi. Niezwykle istotna jest również atrakcyjna prezentacja asortymentu – odpowiednie oświetlenie i właściwa ekspozycja. Polacy chcą kupować tam, gdzie towary są dobrze oznaczone i łatwo dostępne.

Nic dziwnego, że sklepy, w których robimy zakupy, zmieniają się i stają coraz bardziej przyjazne. „W ramach międzynarodowego programu UFO (Ultra Fresh Optimization) nasza firma wprowadziła korzystne zmiany w trzech kluczowych departamentach produktów świeżych” – mówi serwisowi infoWire.pl Beata Polit z Makro Cash and Carry. Innowacje te mają przyczynić się do zwiększenia dostępności towarów i ich prostszego odnajdywania.

Odpowiednia wysokość regałów pozwala uniknąć schylania się i sięgania wysoko. Właściwe oznaczenia ułatwią z kolei klientom poruszanie się w sklepie. Ważną kwestią jest poza tym poszerzanie asortymentu, np. o modne ostatnio produkty ekologiczne.

Warto też eksponować informacje o szerokim wyborze towarów, krajach ich pochodzenia i certyfikatach potwierdzających jakość. „Na takie rozwiązania postawiliśmy w departamencie rybnym” – mówi Grzegorz Pietrykowski z Makro Cash and Carry. „Ponadto rozszerzona została oferta owoców morza, a w decyzji o zakupie pomogą organizowane często degustacje” – dodaje.

Przeniesienie pokoju kierownika działu bliżej stoiska korzystnie wpływa na zwiększenie jego kontaktu z kupującymi. Wiadomo również, że pracownicy są efektywniejsi, jeśli zostali przeszkoleni i mają dobrze dopasowany grafik. Warto o tym pamiętać i wprowadzać w sklepach takie zmiany, które poskutkują wzrostem sprzedaży produktów i popularności firmy wśród konsumentów.

Pracodawcy zadowoleni z nowych zasad dywersyfikacji dostaw gazu

Konfederacja Lewiatan popiera zmiany w projekcie rozporządzenia rządu w sprawie minimalnego poziomu dywersyfikacji dostaw gazu z zagranicy. Nowe przepisy są znacznie lepsze od obecnie obowiązujących i odpowiadają aktualnym możliwościom pozyskania przez Polskę paliwa gazowego.

– Liczymy na szybkie przyjęcie nowego rozporządzenia przez Radę Ministrów. Pragniemy jednak zauważyć, iż wątpliwa jest sama zasadność istnienia obowiązku dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego z zagranicy. Nie ma już realnej potrzeby jego utrzymywania, a co więcej, jego pozostawienie może mieć negatywne konsekwencje dla dalszego rozwoju polskiego rynku gazu, chociażby w kontekście planowanego uruchomienia terminalu LNG w Świnoujściu. Dlatego Lewiatan postuluje rozpoczęcie przez Ministerstwo Gospodarki prac nad nowelizacją ustawy Prawo energetyczne zmierzającą do usunięcia obowiązku dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

W rozporządzeniu rządu w sprawie minimalnego poziomu dywersyfikacji dostaw gazu z zagranicy znajduje się wiele dobrych rozwiązań, które ułatwią prowadzenie importu gazu ziemnego. Zaliczyć do nich należy:

a) Zdefiniowanie źródła importu gazu ziemnego jako przedsiębiorstwa, od którego importer pozyskuje gaz. Rozwiązanie takie kończy wątpliwości interpretacyjne dotyczące kraju pochodzenia sprowadzanego gazu. Wyłącza także spod rygorów rozporządzenia gaz kupowany w ramach rewersu na Gazociągu Jamalskim.

b) Odniesienie wielkości gazu importowanego z jednego źródła do wielkości sprzedaży na terytorium Polski. Rozwiązanie takie umożliwia dywersyfikację importowanego gazu dostawami z Unii Europejskiej, krajów EFTA – stron o Europejskim obszarze Gospodarczym, a także gazem zakupionym na terytorium Polski.

c) Gaz kupowany od kilku podmiotów należących do jednej grupy kapitałowej traktowany jest jak kupowany z jednego źródła, co zapobiega możliwości sztucznego obchodzenia obowiązku.

d) Możliwość łącznego obliczenia udziału gazu importowanego z jednego źródła dla więcej niż jednego przedsiębiorstwa (np. PGNiG S.A. i PGNiG Obrót Detaliczny Sp. z o.o.) po uprzednim zgłoszeniu tego zamiaru do prezesa URE.

e) Objęcie przepisami rozporządzenia postępowań wszczętych przed jego wejściem w życie.

Lewiatan proponuje też uzupełnienie treści rozporządzenia, m.in. o doprecyzowanie zasad wspólnego rozliczania obowiązku dywersyfikacyjnego przez przedsiębiorstwa energetyczne, czy wprowadzenie rozwiązań ograniczających uznaniowość prezesa URE.

Przy określeniu obowiązku przedsiębiorstw energetycznych w zakresie dywersyfikacji dostaw uwzględniany powinien być import netto (import po odliczeniu gazu sprzedawanego w ramach dostawy wewnątrzwspólnotowej i eksportu). Nie ma uzasadnienia dla tworzenia obowiązku w zakresie dywersyfikacji dostaw gazu do kraju wobec gazu ziemnego, który nie jest zużywany na terytorium Polski. Obrót gazem ziemnym z zagranicą polegający na dostawie wewnątrzwspólnotowej lub eksporcie nie wpływa de facto na poziom zdywersyfikowania dostaw gazu do kraju, gdyż gaz ten nie jest wykorzystywany do zaspokojenia krajowej konsumpcji.
Konfederacja Lewiatan

Investors TFI: Napływy do funduszy inwestycyjnych będą rosnąć. Rynek wspiera lepsza kondycja polskiej gospodarki i niepewność terminu podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych

CEO Magazyn Polska

Poprawa stanu europejskiej gospodarki wpłynie na wzrost gospodarczy w Polsce, a pośrednio na zwiększenie napływów do TFI. Eksperci nie spodziewają się dalszych obniżek stóp procentowych przez RPP, nie oczekują też szybkich podwyżek wyższych stóp w USA, co nie zaszkodzi globalnemu, w tym polskiemu, rynkowi akcji. Coraz wyraźniejszą tendencją jest wychodzenie zarządzających TFI za granicę w celu poszukiwania płynności ograniczonej na GPW po reformie OFE.

Rynek akcji napędzać będzie rosnąca konkurencyjność europejskiej gospodarki. Wzrost niemieckiej gospodarki, która jest najsilniejszą w Europie Zachodniej, prawdopodobnie wpłynie też na polską – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Chudzik, zarządzający funduszami w Investors TFI. – Niemcy mają teraz konkurencyjne warunki eksportowe, my z kolei eksportujemy do nich, co poprawi nasz wzrost gospodarczy. Z drugiej strony niewykluczone, że pobudzą się napływy do funduszy inwestycyjnych.

Ze wstępnych danych Analiz Online wynika, że po pierwszym kwartale do funduszy inwestycyjnych napłynęło netto 5,5 mld zł, z czego największa część, bo 1,5 mld zł, do funduszy akcyjnych. I jest to trend nasilający się, bo po dwóch miesiącach roku były one na drugim miejscu.

Jak dodaje Chudzik, na rynku TFI równie ważnym czynnikiem są działania amerykańskiego banku centralnego. Fed na razie wstrzymuje się z wyraźną deklaracją co do terminu podwyżki stóp procentowych, co dalej może wspierać amerykański rynek akcji, choć wyceny wielu spółek są już na wysokich poziomach.

Trudno mi prognozować, jaki będzie konkretny przepływ środków na rynku funduszy. Jedno jest pewne: rynek przekierowuje zainteresowanie na Zachód, coraz więcej zarządzających przyjmuje takie podejście. Być może jest to jeden z czynników, który w większym stopniu zachęci klientów do inwestowania – wyraża nadzieję Chudzik.

W jego opinii może to odwrócić negatywną tendencję spadającej płynności na polskim rynku po reformie OFE w latach 2013-2014. Poza tym ograniczenie roli funduszy emerytalnych zwiększyło zmienność rynku.

Jeżeli chcemy w bardziej gwałtownych i niepokojących momentach sprzedawać akcje niektórych średnich spółek, to trudno będzie nam znaleźć drugą stronę – podkreśla ekspert. – Zazwyczaj OFE działały stabilizująco, bo z samej swojej natury długoterminowo patrzyły na spółki. Natomiast teraz tego nie ma, czyli rośnie zmienność.

Według ostatnich danych GPW udział OFE w obrotach na warszawskiej giełdzie w 2014 roku wyniósł 5,6 proc. (6,7 proc. w 2013 roku) przy jednoczesnym spadku we free float z 43,1 proc. w 2013 roku do 41,8 proc. w ubiegłym roku.

Dwa lata temu przenieśliśmy część swoich środków za granicę, bo tam ta płynność jednak jest istotnie lepsza i w przypadku gwałtownych zdarzeń na rynku taką pozycję jest o wiele łatwiej zamknąć. W Polsce trzeba działać z o wiele większym przekonaniem – zaznacza Chudzik.

Rynek funduszy mogłyby jeszcze wspomóc kolejne obniżki stóp procentowych, ale zarządzający Investors TFI nie spodziewa się takich działań. Ekspert nie widzi także szans na rozpoczęcie kolejnej hossy obligacyjnej. Obligacje skarbowe mają już boom za sobą, na korporacyjne jest jeszcze czas.

Rynek obligacji korporacyjnych rozwija się powoli, pojawiają się kolejne nowe produkty, ale raczej nie spodziewałbym się jeszcze jakiegoś gwałtownego boomu – prognozuje Maciej Chudzik. – Głównie z powodu przynajmniej częściowej realokacji środków do bardziej agresywnych funduszy  mieszanych bądź czysto akcyjnych.

Jak tłumaczy ekspert, w modelowym ujęciu fundusz zabezpieczenia emerytalnego ma środki w 40 proc. ulokowane w akcjach, a w 60 proc. w części dłużnej, w której ok. 20-30 proc. mają stanowić obligacje korporacyjne. Podobna sytuacja występuje w funduszach zrównoważonych. Podobnie jak w przypadku akcji zarządzający dokonują analizy fundamentalnej obligacji, jednak ważniejszym czynnikiem są przepływy pieniężne i bezpieczeństwo inwestycji.

W razie napływów środków uzupełnianie części korporacyjnej bywa czasem bardziej problematyczne niż akcyjnej, ponieważ mamy też wewnętrzne założenia co do dywersyfikacji portfela korporacyjnego – wyjaśnia Chudzik. – On jest mocno przesiany, czyli zakładamy po maksymalnie 2 proc. na jedno przedsiębiorstwo. Emisje długu są nieco rzadsze i trudniej je uzupełniać.

W 2014 roku wartość obrotów sesyjnych obligacji korporacyjnych notowanych na GPW Catalyst wyniosła 1,63 mld zł (1,94 mld zł w 2013 roku) przy 52,55 tys. transakcji (47,09 tys. w 2013 roku).

Opóźnia się wprowadzenie inteligentnych liczników energii i gazu na masową skalę

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku rynek liczników prądu i wody rósł dwucyfrowo, jednak wśród nich w mniejszości są urządzenia inteligentne, czyli z funkcją automatycznej komunikacji. Najważniejszym czynnikiem wpływającym na ten rynek będą legalizacje liczników, czyli świadectwa ich ważności i związana z tym wymiana urządzeń na nowe. Dostawcy takich urządzeń liczą też na zamówienia z zagranicy.

Rynek urządzeń pomiarowych w Polsce się rozwija. Wiele zależy jednak od rozwoju smart meteringu na rynku polskim. W momencie, kiedy przyspieszy, szczególnie na rynku opomiarowania energii elektrycznej, to na pewno wzrost przychodów będzie widoczny – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Nowak, członek zarządu i dyrektor ds. finansowych Apatora.

W ubiegłym roku spośród wszystkich segmentów urządzeń pomiarowych najszybciej rozwijał się sektor liczników prądu. Produkcja sprzedana w tym obszarze wzrosła według danych GUS o 16 proc. Segment wodomierzy wzrósł o 10 proc. Wśród wodomierzy tempo wzrostu wyznaczają liczniki typu smart, które stanowią już jedną czwartą wszystkich nowych mierników w Polsce, jednak inaczej jest w przypadku pomiaru energii elektrycznej. W tym segmencie liczników smart, czyli z funkcją automatycznej komunikacji, jest wciąż mniej, niż oczekuje branża.

Główną dźwignią tego rynku są odnowienia i wymiana liczników związana z uzyskiwaniem świadectw ważności liczników na rynku w Polsce. Rynek związany ze smart meteringiem rozwija się, ale jego tempo zostało spowolnione w ostatnich latach – tłumaczy Nowak.

W 2014 r. rozpoczęły się lub zostały zakończone niewielkie przetargi związane z licznikami smart m.in. w gdańskiej Enerdze, w Tauronie we Wrocławiu (gdzie Apator uczestniczy w wymianie ok. 300 tys. liczników), w PGE Dystrybucja w Łodzi i Białymstoku, a w Enei trwały konsultacje techniczne. Jak czytamy w sprawozdaniu rocznym Apatora, wciąż brakuje jednak specyfikacji technicznych dla tego typu liczników.

Bardziej optymistyczne sygnały płyną z rynków zagranicznych, gdzie do wielkich wdrożeń liczników smart przygotowują się m.in. Wielka Brytania, Niemcy, Holandia, Dania i Norwegia. Zamówienia są jednak spodziewane dopiero w 2016 r. Rynek zagraniczny jest dla Apatora bardzo ważny, bo spółka w 2014 r. uzyskała niemal 55 proc. swoich przychodów ze sprzedaży w segmencie pomiarowym z eksportu.

Segment gazo- i ciepłomierzy w 2014 r. rozwijał się znacznie wolniej. Cały rynek mierników zużycia gazu wzrósł rok do roku jedynie o ok. 3 proc. Segment liczników ciepła ma jeszcze niższą dynamikę.

‒ Na rynku opomiarowania gazu również główną dźwignią będzie legalizacja liczników – prognozuje Nowak.

Również w segmencie gazomierzy duże znaczenie w kolejnych latach będzie miał smart metering, choć przede wszystkim na rynkach zagranicznych. Proces wymiany mierników na inteligentne rozpoczął się już m.in. w Holandii, Wielkiej Brytanii i Francji. Zapotrzebowanie na tego typu liczniki ma ‒ według prognozy zawartej w raporcie finansowym Apatora ‒ rosnąć dwucyfrowo.

Na rynku gazomierzy widać już skutki konsolidacji Polskiej Spółki Gazownictwa. W listopadzie 2014 r. odbył się pierwszy przetarg centralny obejmujący pięć z sześciu dawnych regionów, ponieważ dawna Pomorska Spółka Gazownictwa ma jeszcze kontrakt na dostawę liczników do końca 2015 r. Apator wiąże duże nadzieje z kolejnym centralnym przetargiem PSG, który jest zaplanowany na drugą połowę roku, bo w zeszłorocznym zdobył ok. 70 proc. dostaw.

To, co obserwujemy i na rynku energii elektrycznej, i na rynku opomiarowania gazu, to konsolidacja mocy zakupowych naszych klientów. Staramy się aktywnie brać udział w planach inwestycyjnych naszych klientów – mówi Nowak.

Prof. M. Noga: Pierwsze podwyżki stóp procentowych w połowie 2016 roku. Polska skorzysta na luzowaniu ilościowym w strefie euro

CEO Magazyn Polska

Marcowa decyzja RPP o obniżce stóp procentowych o 50 punktów bazowych kończy cykl zmian na kolejne 15-18 miesięcy – twierdzi prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Polską gospodarkę będzie wspierać nie tylko rekordowo tani pieniądz, lecz także uruchomiony w ubiegłym miesiącu program skup obligacji przez EBC. Europejskie luzowanie ilościowe ma poprawić stan zachodnich gospodarek, a Polska dzięki dużej ekspozycji eksportowej również może na tym skorzystać.

– Na razie nie widzę przesłanek dla podwyżki stóp procentowych. PKB rośnie, ale inflacja jest wyraźnie poniżej celu i tak może być przez następne ok. 15 miesięcy. W związku z tym przez przynajmniej 15-18 miesięcy nie ma żadnych przesłanek dla zmiany stóp procentowych  mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, były członek Rady Polityki Pieniężnej.

4 marca Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe o 50 punktów bazowych. Główna stopa referencyjna obecnie wynosi 1,5 proc., stopa lombardowa – 2,5 proc,. stopa depozytowa – 0,5 proc., a stopa redyskonta weksli – 1,75 proc. Profesor Noga dodaje, że rynki mogły odczytać ten ruch jako koniec cyklu obniżek, co oznacza, że następnymi krokami będą tylko podwyżki stóp procentowych.

Ostatnia decyzja Rady o obniżce stóp procentowych była moim zdaniem na odczepnego, była tylko spełnieniem szerokich oczekiwań  podkreśla prof. Marian Noga.

W jego opinii do stycznia 2016 roku, czyli do zakończenia kadencji obecnej RPP, nie nastąpią już żadne zmiany stóp, ani w górę, ani w dół.

 Analizując sytuację w gospodarce polskiej, europejskiej i amerykańskiej, wszystko wskazuje na to, że pierwsza podwyżka stóp procentowych nastąpi za około 15 miesięcy. Moim zdaniem wielkości podwyżek generalnie nie powinny być większe niż 25 punktów bazowych  ocenia były członek RPP.

Jak dodaje, większe ruchy niż o 25 punktów bazowych są niewskazane, bo gospodarka musi poradzić sobie z amortyzacją tak istotnego impulsu pieniężnego, jaki płynie od banku centralnego do rynku.

Polska gospodarka w najbliższych miesiącach również będzie odczuwać skutki luzowania ilościowego prowadzonego przez Europejski Bank Centralny. Program quantitative easing rozpoczął się 9 marca. EBC miesięcznie z rynku do września 2016 roku będzie skupował obligacje o wartości 60 mld euro.

 Ogólnie europejskie QE oceniam pozytywnie, dlatego że będzie wpływało na rozwój w krajach Unii Europejskiej, a my przecież 70 proc. towarów eksportujemy do tych krajów. I rzeczywiście żyjemy z eksportu, dlatego to jest bardzo dobry sygnał dla polskiej gospodarki  ocenia prof. Marian Noga, chociaż w jego opinii krok ten jest spóźniony, zwłaszcza wobec działań amerykańskiej Rezerwy Federalnej.  W Stanach Zjednoczonych praktycznie już zakończyło się QE, gospodarka przekracza poziom 2-proc. inflacji i ma wzrost gospodarczy rzędu 3,5 proc. Amerykanie teraz będą podwyższać stopy procentowe, a my jesteśmy na bardzo niskich i dopiero pompujemy do gospodarki te 60 mld euro miesięcznie.

Pierwsze efekty po kilku tygodniach trwania programu już są widoczne na rentownościach europejskich obligacji. Rentowność 10-letnich niemieckich papierów rządowych 9 marca wyniosła 0,312 proc., by miesiąc później spaść do 0,161 proc. Z kolei francuskie papiery obniżyły dochodowość z 0,539 proc. do 0,446 proc. To najniższe poziomy w historii. Rentowność polskich obligacji zachowuje się relatywnie stabilnie (w okresie od marca do kwietnia wynosi 2,1-2,5 proc.).

Nadmierna biurokracja blokuje rozwój firm i gospodarki. Potrzebne jest wsparcie dla bardziej innowacyjnych sektorów

CEO Magazyn Polska

W Polsce biznes nadal napotyka na bariery, które ograniczają jego rozwój. W najgorszej sytuacji są małe firmy, które potrzebują odpowiednich środków na start. Bez zmian w prawie biurokracja w Polsce będzie negatywnie wpływać na całą gospodarkę.

– Dobrym rozwiązaniem byłoby pójście ścieżką Stanów Zjednoczonych, czyli założenie, że to, co nie jest zabronione, jest dozwolone, tylko w ten sposób będziemy mogli być innowacyjni. Jeżeli będziemy innowacyjni, to będziemy tworzyli wysoką wartość dodaną, a ta pomoże nam być krajem bogatym. Z kolei jak ktoś ma pieniądze, to wtedy rozwiązywanie wszelkiego rodzaju problemów jest dużo prostsze – mówi agencji Newseria Biznes Anna Hejka, prezes Heyka Capital Markets Group, firmy zajmującej się m.in. bankowością inwestycyjną, zarządzaniem aktywami i usługami doradczymi

Według raportu OECD „Going for Growth” zmniejszenie biurokratycznych barier i administracyjnych kosztów dla nowo powstających firm jest dla Polski kluczowe. Przyspieszy to wzrost gospodarczy i tworzenie nowych miejsc pracy. Istotne jest również ograniczenie kosztów pracy. Eksperci OECD wymieniają jeszcze kilka innych czynników: usprawnienie prawa o bankructwie, dokończenie deregulacji zawodów, prywatyzację przedsiębiorstw w górnictwie czy chemii i wycofanie się z przywilejów emerytalnych.

Panaceum na większość problemów w Polsce jest tworzenie miejsc pracy, zapewnić mogą je nowe firmy, ale one potrzebują wsparcia. Pomóc im mogą fundusze venture capital, które inwestują w firmy na wczesnym etapie ich rozwoju, bo to tworzyłoby miejsca pracy i umacniało pozycję Polski w świecie. Żeby tak się jednak stało, musimy stworzyć regulacje ułatwiające działania tym podmiotom – mówi Hejka.

Polska jest atrakcyjnym rynkiem dla funduszy private equity i venture capital. Połowa inwestycji tego typu w Europie Środkowo-Wschodniej przeprowadzana była właśnie u nas (ok. 380 mln euro). W porównaniu ze średnią europejską zaangażowanie funduszy w stosunku do PKB jest w Polsce jednak dwuipółkrotnie niższe.

Jak wyjaśnia Hejka, inwestycje funduszy w polskie firmy mogłyby być bardziej znaczące, gdyby nie niektóre regulacje. Jedną z nich są warunki inwestowania przez fundusze, w które inwestuje Krajowy Fundusz Kapitałowy, czyli tzw. fundusz funduszy.

Jeżeli są dwa fundusze, które dostały pieniądze od KFK, mające innych właścicieli i działające w inny sposób i chcą one zainwestować w tę samą spółkę, to jest to obecnie niemożliwe, gdyż obydwa uzyskały pieniądze z KFK – wyjaśnia Hejka.

Jej zdaniem taka sytuacja nie powinna mieć miejsca i Polska powinna czerpać z przykładów innych krajów.

W Stanach Zjednoczonych koniecznym warunkiem rozwoju tego sektora jest to, żeby fundusze inwestowały razem, bo wtedy następuje przekaz wiedzy, kontaktów. Tworzenie tego ekosystemu powoduje kreowanie nowych pomysłów itd. U nas jest to blokowane – uważa prezes Heyka Capital Markets Group.

Inwestowanie w rozwój nowo powstających firm pomogłoby też zmienić strukturę gospodarki. Ekspertka przyznaje, że potrzebne jest wspieranie nowoczesnych sektorów, m.in. IT.

Stara gospodarka polega na tym, że jeżeli się coś sprzeda, to się już tego nie ma. W sektorze IT, który jest wiodącym sektorem rozwoju Stanów Zjednoczonych, tworzę coś, co sprzedaję 200 milionom ludzi czy podmiotów, ale ciągle jestem właścicielem tej wartości intelektualnej i mogę sprzedać to kolejnym miliardom. Jeśli nie będziemy potrafili wspierać sektora IT, to staniemy się folwarkiem Europy – mówi Anna Hejka.

Poprawia się sprzedaż okien dachowych. Branża obawia się jednak zastoju w budownictwie

0

CEO Magazyn Polska

Po trudnym drugim półroczu 2014 roku pierwsze miesiące tego roku przyniosły wyraźne ożywienie na rynku okien dachowych w Polsce. Nastrój w branży jest optymistyczny, choć studzi go spadek liczby udzielonych kredytów i zastój w budownictwie indywidualnym pod koniec ubiegłego roku. Coraz ważniejszym segmentem stają się jednak inwestycje deweloperskie, zwłaszcza te wyższej klasy.

Dziś możemy mówić o ożywieniu w sprzedaży okien dachowych. W branży nastroje są raczej optymistyczne, choć większość uważa, że na prawdziwe ożywienie przyjdzie nam jeszcze poczekać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska.

Siwiński wyjaśnia, że w zeszłym roku koniunktura była mieszana. Co prawda w pierwszym półroczu branża zanotowała duże wzrosty, ale po połowie roku sytuacja znacznie się pogorszyła. Wynikało to przede wszystkim ze stagnacji w budownictwie indywidualnym. W efekcie cały rok był podobny lub nawet nieznacznie spadkowy w porównaniu z 2013 r.

Prognozy na kolejne lata również są mieszane. Z jednej strony branża martwi się malejącą liczbą udzielanych kredytów oraz hamującym rynek wzrostem wymaganego poziomu wkładu własnego. Z drugiej strony znowelizowane prawo budowlane jest dobrym sygnałem dla rynku. Od czerwca br. budowa domu jednorodzinnego czy domku letniskowego nie będzie wymagać pozwolenia na budowę, a jedynie zgłoszenia.

Krótkoterminowo nie przeceniałbym jednak wpływu tych ułatwień na koniunkturę na rynku. W związku z tym ostrożność w planowaniu w naszym sektorze w 2015 roku dalej jest uzasadniona – zastrzega Siwiński.

Dodaje jednak, że poza wahającą się wciąż koniunkturą na rynku da się zaobserwować również inne trendy. Polacy coraz chętniej kupują okna dachowe z wyższej półki. Dla wielu inwestorów ważniejsze od ceny są komfort, doświetlenie oraz wentylacja wnętrza, a także oszczędność energii, możliwa dzięki zastosowaniu odpowiednich okien.

Te trendy zaczęli dostrzegać także deweloperzy. Chociaż w budownictwie zbiorowym potencjał tego produktu jest mniejszy, to coraz więcej firm deweloperskich stawia na inwestycje o podwyższonej jakości. Z tego powodu coraz częściej instalują wysokiej klasy okna dachowe.

Ten segment rynku staje się dla nas coraz bardziej atrakcyjny – podkreśla Siwiński.

Pomimo wciąż ostrożnych szacunków dotyczących wzrostu koniunktury Velux ma ambitne plany dotyczące rozwoju w Polsce. Jak podkreśla Siwiński, nasz kraj jest dla duńskiej spółki ważnym rynkiem. Już w tej chwili Velux wraz ze spółkami siostrzanymi zatrudnia w Polsce ok. 3,3 tys. osób i planuje w tym roku stworzyć co najmniej 100 kolejnych miejsc pracy. Wzrost zatrudnienia jest związany z planowanym zwiększeniem produkcji oraz poszerzeniem liczby produkowanych modeli okien w polskich zakładach spółki w Gnieźnie i Namysłowie.

Wzrost produkcji nie jest jednak związany tylko z sytuacją na polskim rynku. Fabryki Velux w naszym kraju produkują bowiem głównie na eksport. Wynika to ze specjalizacji – produkowane w Polsce okna lepiej sprzedają się za granicą, podczas gdy niektóre popularne modele w naszym kraju są specjalizacją zagranicznych zakładów produkcyjnych Velux.

Planowane są dalsze inwestycje, w pierwszej kolejności będziemy jednak wykorzystywać istniejący potencjał zakładów. Mamy do dyspozycji ok. 200 tys. mkw. powierzchni produkcyjnej, dlatego najpierw będziemy próbowali zwiększyć wykorzystanie tych zasobów. Niewykluczone jest jednak to, że powstaną również nowe budynki – dodaje Siwiński.

Czas likwidacji szkód ma być krótszy, a ceny polis stabilne. Bezpośrednią likwidację szkód oferuje już kilku ubezpieczycieli

CEO Magazyn Polska

Bezpośrednia likwidacja szkód jest już dostępna u ubezpieczycieli odpowiadających za dwie trzecie polskiego rynku OC. Nowa usługa, dostępna opcjonalnie dla klientów, pozwala osobom poszkodowanym w wypadku komunikacyjnym zgłosić szkodę do własnego ubezpieczyciela zamiast do zakładu ubezpieczeń sprawcy. Doświadczenia z innych państw europejskich pokazują, że dzięki temu rozwiązaniu czas likwidacji szkody znacząco się skrócił. Ubezpieczyciele zapewniają, że ceny polis pozostaną bez zmian.

– Sam bezpośredni system likwidacji szkód nie spowoduje podniesienia składek ubezpieczeniowych. W Polsce generalnie, jako rynek, mamy problem polegający na tym, że składki za ubezpieczenie OC kierowcy są zbyt niskie, co potwierdzają wyniki całej branży za 2014 rok, które dobre nie są – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezes zarządu Gothaer Towarzystwa Ubezpieczeń. – Skorzystanie z bezpośredniej likwidacji szkód jest dobrowolne. To ubezpieczony sam decyduje, do kogo zgłasza szkodę. Za przystąpienie i skorzystanie z systemu BLS nie ponosi dodatkowych kosztów.

30 marca osiem zakładów ubezpieczeń, odpowiadających za znaczącą większość rynku OC, podpisało umowę o wprowadzeniu systemu bezpośredniej likwidacji szkód. Dołączyły do niego Concordia Ubezpieczenia, Ergo Hestia,  PZU, Uniqa, Warta, Aviva, Liberty Ubezpieczenia i Gothaer TU. W części z tych firm system zaczął działać 1 kwietnia, w pozostałych będą oferowane w kolejnych miesiącach. Do systemu – wypracowanego w ramach Polskiej Izby Ubezpieczeń – będą również dołączać kolejni ubezpieczyciele.

Zmienia się przede wszystkim sposób zgłaszania szkody i nasze przyzwyczajenia. Kierowca może zgłosić szkodę do zakładu ubezpieczeń, w którym sam wykupił ubezpieczenie, a nie do zakładu ubezpieczeń sprawcy wypadku. To oznacza uproszczenie sposobu likwidacji szkody. Osoba ubezpieczona będzie mogła skorzystać z firmy, którą zna, z systemu, który zna, więc będzie prościej i szybciej – mówi Anna Włodarczyk-Moczkowska.

Bezpośrednia likwidacja szkód w Europie pozwoliła znacznie skrócić czas likwidacji. Pierwszy system BLS w Europie pojawił się we Francji w 1968 roku. Włodarczyk-Moczkowska wskazuje, że przy opracowywaniu polskich rozwiązań ich twórcy wzorowali się na koncepcjach europejskich.

– Gothaer TU pracuje od wielu miesięcy nad wprowadzeniem systemu bezpośredniej likwidacji szkód. Rozwiązanie wymaga dostosowania systemów informatycznych oraz zmian organizacyjnych i operacyjnych w całej firmie. Będziemy gotowi do zaoferowania naszym klientom możliwości bezpośredniego zgłaszania szkód 11 maja – zaznacza prezes zarządu Gothaer.

Jak podkreśla, nowy system to wyzwanie dla ubezpieczycieli. Przedstawiciele PIU zapewniają jednak, że pozwoli on towarzystwom budować długoterminowe relacje z klientem, ponieważ ten będzie mógł ocenić skuteczność swojego ubezpieczyciela pod kątem jakość likwidacji szkód, a nie tylko ceny polisy.

BLS pozwala na likwidację szkód związanych z uszkodzeniem mienia, uszkodzeniem pojazdu. Limit kwotowy to 30 tys. zł.

Klient może zgłosić szkody, w których udział biorą wyłącznie maksymalnie dwa pojazdy i w których nie została poszkodowana osoba, czyli nie ma szkód osobowych – mówi Włodarczyk-Moczkowska.

Przy założeniu, że wszystkie towarzystwa ubezpieczeń przyjmą nowe rozwiązania, system obejmie 83 proc. zdarzeń drogowych.

Warszawski rynek powierzchni biurowej atrakcyjny dla najemców. W niektórych lokalizacjach czynsze mogą spaść poniżej 10 euro za mkw.

CEO Magazyn Polska

Najemcy powierzchni biurowych w Warszawie mogą liczyć na dalsze obniżki czynszów, nawet do poziomu poniżej 10 euro za metr kwadratowy. Na rynku w stolicy panuje duża nadpodaż, która będzie wpływała na obniżanie czynszów jeszcze przez kolejne 3-4 lata. Warszawa wyróżnia się na tym tle spośród innych europejskich stolic, gdzie najemcom znacznie trudniej znaleźć lokal.

Możemy spodziewać się przebijania poziomów, które bardzo dawno nie były notowane na rynku w Warszawie. To zależy od lokalizacji, ale myślę, że w tych najtańszych najemcy mogą już znaleźć biura na pewno poniżej 10 euro za 1 mkw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jędrychowski, ekspert ds. nieruchomości komercyjnych w Nuvalu Polska.

Jędrychowski podkreśla, że warszawski rynek powierzchni biurowych jest zdecydowanie rynkiem najemcy. Od dwóch lat rosnąca podaż wpływa na obniżkę czynszów, przez co są one coraz niższe. Jak podkreśla ekspert, już teraz na podstawie planów inwestycyjnych deweloperów można przewidzieć, że nadpodaż utrzyma się na rynku przez kolejne 3-4 lata. Dlatego najemcy mogą liczyć na dalsze spadki.

Taka sytuacja jest wyjątkowa na tle innych rynków europejskich. Jak podkreśla Jędrychowski, najemcy w stolicach Europy Zachodniej nie mogą liczyć na tak korzystne warunki.

Obecnie w centrum miasta najemcy płacą 22-23 euro za metr kwadratowy. Taniej jest w okolicach rond Daszyńskiego i ONZ, gdzie powstaje wiele nowych inwestycji, oraz na Służewcu. O nadpodaży, poza spadającymi czynszami, świadczy też wysoki odsetek pustostanów w Warszawie. W tej chwili wynosi on ok. 14 proc., podczas gdy średnia w największych miastach w Unii nie przekracza 10 proc.

Ten odsetek dynamicznie rósł przez ostatnie dwa lata i będzie jeszcze rósł ze względu na to, że podaż nowych inwestycji jest bardzo duża i cały czas rośnie – podkreśla Jędrychowski. – Wiemy, ile biurowców jest planowanych na kolejne trzy lata. Myślę, że najemcy będą mieli bardzo dobre lata na negocjowanie starych umów i szukanie nowych powierzchni w wyższym standardzie za tę samą cenę.

Jak podkreśla Jędrychowski, najemcy do tej pory wybierali najczęściej powierzchnie biurowe albo w ścisłym centrum Warszawy, albo na Służewcu. Ta pierwsza dzielnica jest popularna wśród kancelarii i firm consultingowych, które m.in. ze względów prestiżowych wybierają Śródmieście.

Biurowce powstały też na całej długości Alei Jerozolimskich. Dzięki otwarciu drugiej linii metra powstaje nowa dzielnica biznesowa na Woli. Jak podkreśla Jędrychowski, najemcy mogą tam liczyć na czynsze nieznacznie tylko wyższe niż na Służewcu.

Ta dzielnica jest dużo bliżej niż Służewiec, jest metro, lepsza komunikacja. Natomiast stawki czynszu są porównywalne bądź tylko nieznacznie wyższe – podkreśla Jędrychowski.

Na koniec ubiegłego roku w Warszawie było ok. 4,4 mln mkw. powierzchni biurowej. W ciągu 12 miesięcy trafiło na rynek ponad 276 tys. mkw., a w budowie jest ponad 786 tys. mkw.

Polacy stawiają na zdrowy styl życia. Sprzedaż produktów związanych z kontrolą wagi rośnie o ok. 10 proc. rocznie

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków zmienia styl życia na zdrowszy – uprawiają sport i zdrowo się odżywiają. W walce z dodatkowymi kilogramami sięgają po produkty wspomagające kontrolowanie wagi. Rynek ten rośnie o ok. 10 proc. rocznie. Koktajle i batony odżywcze bogate w białko i mikroskładniki mogą zastąpić dwa posiłki dziennie, co oznacza, że nawet osoby o nieregularnym trybie życia nie muszą rezygnować ze zdrowej diety.

Polska znajduje się na 7. miejscu wśród krajów Unii Europejskiej pod względem otyłości i nadwagi. Badania Herbalife Global Consumer & Distributor Insights przeprowadzone w 2014 roku pokazały, że na nadmiar kilogramów cierpi aż 42 proc. Polaków. Aż 80 proc. z nich zdaje sobie sprawę ze skali problemu i chce zmienić tryb życia na zdrowszy i bardziej aktywny, z czego 63 proc. poparło swoje chęci konkretnymi działaniami w celu poprawy stanu zdrowia i kondycji fizycznej. Niestety, większość przyznała się do porażki w realizacji swoich postanowień. Dla osób pragnących schudnąć pierwszym krokiem jest dieta. Oprócz wyeliminowania z jadłospisu niezdrowych, kalorycznych posiłków Polacy chętnie sięgają po produkty wspomagające odchudzanie i pomagające kontrolować wagę.

– Najlepiej sprzedającym się segmentem są produkty do kontroli wagi. Stanowią około 64 proc. całej naszej sprzedaży i ta kategoria odnotowuje z roku na rok wzrost blisko 2-3-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Konrad Szałkiewicz, dyrektor generalny Herbalife na Polskę, Czechy i Słowację, producenta m.in. produktów do kontroli wagi czy dla sportowców.

Skuteczne kontrolowanie wagi wymaga wprowadzenia istotnych zmian w sposobie odżywiania. Podstawą jest jedzenie pięciu pełnowartościowych posiłków w ciągu dnia. Dla wielu osób jest to trudne do zrealizowania ze względu na nieregularny tryb życia. Dlatego bardzo ważną rolę w diecie pełnią zamienniki posiłków. Są to koktajle, zupy i batony odżywcze, które dostarczają białka wysokiej jakości pochodzącego z soi i mleka oraz niezbędnych mikroskładników odżywczych z dodatkiem składników roślinnych i ziół. Można nimi zastąpić nawet dwa pełnowartościowe posiłki dziennie, są wygodne w przygotowaniu, dzięki czemu można je spożywać nawet w pracy. Branża tego typu produktów dynamicznie się rozwija.

Ta kategoria rośnie z roku na rok o około 9-10 proc. Prognozy wskazują, że branża będzie dalej rozwijała się średnio 7-10 proc. rocznie w ciągu najbliższych kilku lat – mówi Konrad Szałkiewicz. – Widzimy, że konsumenci poszukują prostych rozwiązań. Poza tym doświadczenia np. naukowców z Uniwersytetu w Pensylwanii pokazały, że osoby, które samodzielnie chcą się zmierzyć z programem do kontroli wagi, odnoszą mniejszy efekt niż osoby wspierane przez przyjaciół, rodzinę czy grupę.

Z tego powodu Herbalife prowadzi Kluby Zdrowego Stylu Życia. Konsumenci mogą też brać udział w spotkaniach grupy wsparcia, podczas których rozszerzają wiedzę o odżywaniu oraz otrzymują wsparcie innych osób walczących z nadwagą. Ponadto uczestniczą w tzw. fitcampach. Są to zajęcia, które motywują ich do codziennej aktywności fizycznej. Obecnie 17 proc. Polaków regularnie uprawia jakąś dyscyplinę sportu, a 47 proc. uważa, że 20-minutowy spacer to wystarczający trening aerobowy.

Widzimy wzrastające zainteresowanie aktywnościami fizycznymi, ale paradoksalnie nie zwiększa to szczególnie sprzedaży produktów dla sportowców. Polacy, którzy uprawiają aktywność fizyczną, zaczynają coraz bardziej interesować się zdrowym odżywianiem. Rośnie ich świadomość, dlatego szukają różnego rodzaju rozwiązań, które pomagają im kontrolować wagę. Mamy również kategorię produktów przeznaczonych dla osób bardzo aktywnych fizycznie, dla profesjonalistów, i w tej kategorii również obserwujemy wzrost sprzedaży, ale nie tak dynamiczny, jak w grupie artykułów do kontroli wagi – mówi Konrad Szałkiewicz.

Dla sportowców przeznaczone są specjalne napoje zawierające elektrolity, węglowodany i białka. Zapobiegają one odwodnieniu organizmu podczas ćwiczeń i po ich zakończeniu, jednocześnie są niskokaloryczne.

Agora chce rozwijać model płatnych treści w internecie. „Gazeta Wyborcza” ma już ponad 55 tys. płatnych użytkowników w sieci

0

CEO Magazyn Polska

Już co czwarty płatny czytelnik „Gazety Wyborczej” kupuje ją w wersji cyfrowej. Sprzedaż prasy drukowanej od ponad dekady systematycznie spada. Tradycyjne media szukają więc sposobu na dotarcie do czytelników za pomocą nowych technologii.

Strategia internetowa Agory ma kilka punktów. Po pierwsze, rozwijamy kilka marek, oczywiście Gazetę.pl, ale też np. Sport.pl, który w naszej ocenie jest dzisiaj najważniejszym internetowym medium sportowym w Polsce i fajnie rosnącym wortalem – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Wujec, dyrektor segmentu Internet w Agorze.

Kolejnym elementem strategii obecności Agory w sieci są płatne treści. W tym segmencie najważniejszym tytułem jest „Gazeta Wyborcza”. W lutym, jak podały Wirtualne Media, Agora sprzedała niemal 168 tys. drukowanych egzemplarzy „Gazety Wyborczej”, co oznacza roczny spadek o ponad 4 proc. Część czytelników zamieniła jednak papier na ekran.

Celem Agory jest systematyczny wzrost sprzedaży treści przygotowywanych w wersji cyfrowej. Spółka liczy na to, że mimo zalewu bezpłatnych informacji dostępnych w internecie, są też klienci szukający tekstów lepszej jakości, którzy gotowi są zapłacić za możliwość ich przeczytania.

Naszym celem jest rozwój płatnych treści, stąd wejście „Gazety Wyborczej” w model mierzonego paywalla [po przeczytaniu 10 artykułów w miesiącu czytelnik odsyłany jest na strony płatne – red.] – wyjaśnia Paweł Wujec. – Pod koniec zeszłego roku mieliśmy już ponad 50 tys. płacących subskrybentów. Kiedy zarząd Agory ogłosił swój cel, mało kto wierzył, że się uda, a jednak okazuje się, że w Polsce jest popyt na jakościowe treści i wbrew wszystkim obiegowym opiniom są ludzie, którzy chcą za to zapłacić.

Model wprowadzony został w lutym 2014 roku. Po roku działania liczba płatnych odbiorców cyfrowej wersji gazety wzrosła do 55 tys.

„Gazeta Wyborcza” to brand, od którego Agora się zaczęła, i priorytet dla firmy – mówi Wujec. – Równocześnie robimy mnóstwo rzeczy w zakresie modelu zasięgowego, reklamowego, nie tylko na Gazeta.pl. To m.in. wiele inicjatyw związanych z wideo.

Agora rozwija m.in. sieć AIA (Agora Internet Artists) – to największa sieć zrzeszająca twórców działających na YouTube. Obejmuje ponad 400 kanałów z różnych kategorii tematycznych, jak rozrywka, informacje, sport. Spółka ma też w ofercie platformę VOD Kinoplex.

– O tym, co robimy na rynku internetowym, trzeba myśleć w kilku kategoriach i w kilku strumieniach, a nie stawiać wszystko na jedną kartę. Są różne grupy odbiorców i różne produkty. To jest segmentacja rynku, której trzeba się nauczyć – mówi Paweł Wujec. – Zdarza się, że kiedy wrzucamy na YouTube wideo, które cieszy się popularnością na Gazeta.pl, nikt tam tego nie ogląda. I odwrotnie, filmy, które są popularne na YouTube, czasami nasze, czasami naszych partnerów, pokazane na Gazeta.pl nie zawsze podobają się naszym użytkownikom.

Polacy coraz chętniej kupują biżuterię z diamentami. Częściej jako ozdobę niż inwestycję finansową

CEO Magazyn Polska

Diamenty kojarzą się Polakom przede wszystkim z ważnymi momentami w życiu, dlatego z okazji zaręczyn czy ważnych rocznic najchętniej kupują złote pierścionki właśnie z nimi. Klienci coraz częściej zwracają uwagę nie tylko na sam wygląd kamienia, lecz także na jego parametry i szlify. Choć świadomość wartości diamentów rośnie, to Polacy wciąż sceptycznie podchodzą do ich zakupu jako inwestycji finansowej, preferując w tym wypadku złoto lub srebro. 

Klienci na pewno kupują brylanty bardziej świadomie. Nie tylko szukają pierścionka z brylantem, lecz także interesują się jego wewnętrznymi cechami i parametrami. Pytają o czystość, kolor, chcą porównywać jeden z drugim. Nie jest to zakup samego tylko wyrobu brylantowego, jest to zakup zdecydowanie bardziej świadomy – mówi Rafał Śliwiński, specjalista sprzedaży firmy jubilerskiej W. Śliwiński, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Diamenty to jedne z najcenniejszych kamieni szlachetnych, a wzrost ich cen na rynkach od kilku lat jest bardzo stabilny. Sam rynek diamentów rośnie o kilka procent rocznie i tak ma być również w kolejnych latach. Eksperci prognozują, że popyt na diamenty będzie coraz większy, natomiast podaż może spadać. Wśród Polaków nadal diamenty są mniej popularną inwestycją niż złoto czy srebro.

– Jest to inwestycja długofalowa, a po drugie, to inwestycja w piękno. Klienci kupują brylanty nie tylko jako inwestycję, lecz także po to, by je nosić, żeby służyły kobietom jako ozdoba na co dzień, żeby mogły błyszczeć. Są też pewnego rodzaju klienci, którzy nie rozstają się z biżuterią brylantową, którzy noszą brylanty każdego dnia i nie wyobrażają nosić na sobie innej biżuterii – mówi Rafał Śliwiński.

Polacy kupują diamenty przede wszystkim, aby upamiętnić ważne dni w swoim życiu. Najczęściej są to zaręczyny, ślub, rocznice czy narodziny dzieci. Diamenty są w takich momentach symbolem wieczności i trwałości. Diamentową biżuterię coraz chętniej kupują także kobiety niebędące w związku. Dla singielek zakup pierścionka z diamentem jest oznaką zamożności i prestiżu.

Złoty pierścionek z diamentem to wciąż najchętniej kupowany przez Polaków rodzaj biżuterii. Coraz większą popularnością cieszą się jednak także zawieszki lub naszyjniki inkrustowane brylantami, a także kolczyki.

Brylanty najlepiej prezentują się solo, czyli bez otoczenia dodatkowych innych kamieni, więc czy kolczyk, czy pierścionek najlepiej odzwierciedla nam piękno tego kamienia – mówi Śliwiński.

Brylanty można nosić zarówno w dzień, jak i wieczorem. Moda na retro sprawiła także, że Polacy na nowo zainteresowali się diamentową biżuterią zabytkową, chętnie kupują zwłaszcza dawne pierścionki.

Spośród różnego rodzaju szlifów Polakom najbardziej podoba się szlif brylantowy okrągły. Zdaniem ekspertów jest to jedna z najdoskonalszych form szlifu, bowiem najlepiej załamuje światło, a także tworzy najlepszą feerię barw i blask, zwany przez jubilerów ogniem brylantów. Znacznie mniejszą popularnością cieszą się szlify takie jak: princessa, zbliżony kształtem do kwadratu, szlify w kształcie serca oraz tzw. pear shape, czyli mające kształt gruszki. Szlify te stosowane są w biżuterii niestandardowej, innego rodzaju niż pierścionki. Tego typu ozdoby chętniej wybierają gwiazdy.

– Szlif brylantowy okrągły najbardziej kojarzy się nam z brylantem, ma najwięcej odbić, kolorów. Natomiast te pozostałe są mniej spotykane na co dzień, bardziej ekstrawaganckie, dla osób, które szukają pewnego rodzaju różnorodności w biżuterii, więc sięgają po inne szlify, które na pierwszy rzut oka mniej kojarzą się z typowym brylantem – mówi Rafał Śliwiński.

Diamentową biżuterię coraz chętniej kupują także mężczyźni. Polskie salony jubilerskie oferują panom przede wszystkim spinki do mankietów czy sygnety.

Popołudniowy komentarz walutowy z 13.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 13.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Najwyższa aktywność na rynku IPO w Europie w pierwszym kwartale roku od piętnastu lat

Europejskie giełdy rozpoczęły rok doskonale – w pierwszym kwartale 2015 r. w Europie odnotowano 81  ofert na rynku pierwotnym (IPO) o wartości 16,4 mld euro, czyli więcej (w ujęciu wartościowym) niż łącznie w całym drugim półroczu ubiegłego roku – wynika
z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC. Co więcej, w żadnym z pierwszych kwartałów od 2000 roku, czyli czasów „hossy internetowej”, nie odnotowano tak dobrego wyniku. Podobnie jak w pierwszej połowie roku ubiegłego, aktywność na rynku IPO w Europie była wyższa niż w Stanach Zjednoczonych.

W minionym kwartale rekordowa aktywność dotyczyła przede wszystkim rynków Europy kontynentalnej – na Madryt, Euronext i Szwajcarię przypadła ponad połowa łącznej wartości wszystkich ofert. Londyn utrzymał pierwsze miejsce z 27 IPO o łącznej wartości 4,6 mld euro, jednak stanowiło to 28% wartości wszystkich ofert w Europie wobec 52% w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Największą aktywność odnotowano w sektorze produktów i usług przemysłowych (z łączną wartością ofert wynoszącą 5,4 mld euro), usług konsumenckich (3,1 mld euro) oraz finansowym (2,4 mld euro). Trzema największymi IPO były: Aena na giełdzie w Hiszpanii (zarządzanie lotniskami, 4,3 mld euro), Auto Trader na giełdzie w Londynie (handel samochodami, 2,2 mld euro) oraz Sunrise Communications na giełdzie w Szwajcarii (sektor telekomunikacji, 2,1 mld euro). Warto zaznaczyć, że spośród 10 największych IPO w Europie aż 7 miało charakter wyjścia z inwestycji przez fundusze private equity.

Aktywność na rynku IPO w Europie w ciągu minionych trzech miesięcy była najwyższa w tym okresie roku od czasów kulminacji hossy internetowej przed piętnastoma laty. Zazwyczaj pierwszy kwartał jest okresem o najmniejszej liczbie debiutów w całym roku, więc osiągnięcie lepszego rezultatu niż w całym drugim półroczu ubiegłego roku jest tym bardziej imponującym wynikiem. Wzrost zainteresowania ze strony spółek ofertami pierwotnymi wynikał po części ze sporej liczby ofert z poprzednich miesięcy, które zostały odłożone w czasie i teraz wróciły na rynek. Dalej utrzymuje się wysoki udział spółek z portfeli funduszy private equity. Miejmy nadzieję, że pozytywne nastroje przełożą się na dalszy wzrost liczby ofert w kolejnych kwartałach 2015 roku i że trend ten przeniesie się też w końcu na wyniki rynku w Warszawie” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale miały miejsce dwa IPO (po jednym na rynku głównym i NewConnect) o łącznej wartości zaledwie 8,2 mln euro. Tym samym pomimo powracającego na rynki europejskie optymizmu, chęć do przeprowadzania ofert na rynku pierwotnym na polskiej giełdzie była najniższa od ponad dziesięciu lat. Jedyną ofertą na rynku głównym było IPO zajmującej się budownictwem spółki Dekpol (6,9 mln euro), natomiast na rynku NewConnect odnotowano debiut spółki Gekoplast (1,3 mln euro).

Filip Gorczyca, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC:

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w minionym kwartale rynek pierwotny w Warszawie osiągnął dno, notując najgorszy wynik od ponad dziesięciu lat. Na szczęście wszystko wskazuje jednak na to, że marazm na naszej giełdzie, trwający już od ponad roku, zostanie wreszcie przełamany w nadchodzących miesiącach, dzięki czemu Warszawa ma szansę wrócić do czołówki tabeli najaktywniejszych rynków w Europie. Już pierwsze dni kwietnia zaowocowały udanymi lub częściowo udanymi ofertami pierwotnymi, a w kolejce czeka kilka kolejnych, w tym m.in. Wirtualna Polska Holding, która ma szansę być jedną z najciekawszych transakcji na GPW w całym 2015 roku. Z drugiej strony tylko częściowe powodzenie oferty Idea Banku pokazało, że na pełną odbudowę koniunktury na rynku pierwotnym w Warszawie jeszcze trochę poczekamy”.

Dodatkowe informacje

  1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2014
  1. O IPO Watch Europe

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Chorwacji, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Rumunii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii i we Włoszech) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 stycznia do 31 marca 2015 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

  1. O współtworzących raport

Raport został opracowany przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe.

Majątkowy ranking kandydatów na prezydenta

Majątki kandydatów na prezydenta są równie zróżnicowane jak profesje, którymi się parają. Jak wyliczył portal Money.pl, razem ich stan posiadania sięga około 20 mln złotych.

W wyborach prezydenckich zmierzą się ubiegający się o reelekcję Bronisław Komorowski (z poparciem PO), Andrzej Duda (PiS), Magdalena Ogórek (z poparciem SLD), Adam Jarubas (PSL), lider Twojego Ruchu Janusz Palikot, Janusz Korwin-Mikke (ugrupowanie KORWiN), muzyk Paweł Kukiz, Jacek Wilk (Kongres Nowej Prawicy), Marian Kowalski (Ruch Narodowy), Paweł Tanajno (Demokracja Bezpośrednia) oraz reżyser Grzegorz Braun.

Większość z kandydatów musiała ujawnić swoje majątki pełniąc funkcje posłów lub radnych. Z całej jedenastki, która 10 maja zmierzy się w pierwszej turze wyborów prezydenckich na pytania portalu Money.pl o stan portfela nie odpowiedzieli jedynie Paweł Tanajno i Jacek Wilk. Oto ranking majątków tych, spośród chętnych do stanowiska głowy państwa, których Money.pl udało się prześwietlić:

9. Marian Kowalski

Wiceprezes nowo powstałej partii Ruch Narodowy co prawda nie ujawnił dokładnie, jaki jest jego majątek, ale na pytanie: z czego się utrzymuje i czym może się pochwalić, jego rzecznik odpowiada: do niedawna był trenerem personalnym w jednej z sieci klubów fitness. Obecnie, od kilku tygodni, jest bezrobotnym, zarejestrowanym w Urzędzie Pracy. Co ma Marian Kowalski? Jego sztab obiecał portalowi Money.pl, że zostanie to ogłoszone, gdy tylko zostanie prezydentem.

8. Grzegorz Braun

– Nie posiadam ani żadnych nieruchomości, ani przedmiotów luksusu, ani też znaczących oszczędności. Jestem reżyserem i publicystą, wolnym strzelcem bez etatowego zatrudnienia. Utrzymuję się realizując filmy, pisząc teksty i wygłaszając prelekcje – usłyszeli dziennikarze Money.pl od Grzegorza Brauna, bratanka obecnego prezesa TVP, który kandydując w wyborach prezydenckich nie reprezentuje żadnej siły politycznej, ale jak sam twierdzi – kręgi patriotyczne.

7. Magdalena Ogórek

Kandydatki SLD w wyścigu o prezydenturę – z pewnością nie można zaliczyć do najbogatszych Polek. W ubiegłym roku, jak deklaruje, zarobiła w telewizji i na uczelni zaledwie 10 tys. zł.

6. Adam Jarubas – około 800 tys. zł

Kan­dy­dat PSL w oświad­cze­niu ma­jąt­ko­wym z 2013 roku zadeklarował na swoim kon­cie 80 tys. zł. Jest też po­sia­da­czem domu o po­wierzch­ni 165 m kw. i war­to­ści 600 tys. zł, dział­ki o powierzch­ni 800 m. kw. i war­to­ści 100 tys. zł oraz sa­mo­cho­du, którego wartość to około 15 tys. zł. Do­chód Adama Jarubasa za 2013 rok, gdy pełnił funkcję marszałka województwa świętokrzyskiego, wy­niósł 159 tys. zł.

5. Andrzej Duda – 1,1 mln zł

Polityk walczący o prezydenturę z ra­mie­nia PiS musiał ujawnić swój majątek jako europoseł. Z jego oświadczenia wynika, że na kon­cie zgro­ma­dził 90 tys. zł., a poza tym ma akcje spółki Skotan na łącz­ną sumę około 320 zł. Kandydat PiS ma dwa miesz­ka­nia. Pierw­sze z nich o po­wierzch­ni 79,4 m kw. i war­to­ści 500 tys. zł, a dru­gie o po­wierzch­ni 70,5 m kw. i war­to­ści 400 tys. zł. Po­nad­to, w oświadcze­niu An­drzej Duda wpi­sał dział­kę bu­dow­la­ną o po­wierzch­ni 325 m kw. i war­to­ści 100 tys. zł. oraz dwa auta – suzuki grand vitarę i volkswagena golfa – o łącz­nej war­to­ści 55 tys. zł.Do tego dochodzi wynagrodzenie członka Parlamentu Europejskiego – 6250 euro miesięcznie czyli około 25,1 tys. zł. Za każdy dzień wykonywania obowiązków w PE, eurodeputowany otrzymuje dietę w wysokości 304 euro czyli około 1222 zł. Kandydat PiS spłaca też kre­dyt o war­to­ści blisko 100 tys. zł na zakup sa­mo­cho­du.

4. Paweł Kukiz – co najmniej 2 mln zł

Radny sej­mi­ku wo­je­wódz­twa dol­no­ślą­skie­go na kon­cie zgro­ma­dził 27 tys. zł. Tak przynajmniej zadeklarował w oświadczeniu majątkowym, złożonym w styczniu. Jest posiadaczem domu o po­wierzch­ni 450 m kw. o war­to­ści 1,5 mln zł, miesz­ka­nia o pow. 36 m kw. o war­to­ści 350 tys. zł oraz łąki o pow. 0,6 ha ma­ją­cą war­tość 15 tys. zł oraz sa­mo­chód (sześcioletnie audi Q7) o war­to­ści 150 tys. zł. Pro­wa­dząc dzia­łal­no­ść go­spo­dar­czą, za­ro­bił ponad 302 tys. zł. Muzyk spłaca też kre­dyt hi­po­tecz­ny na bu­do­wę domu i pożyczki. Z po­ży­czo­nych 800 tys. zł do spła­ty zo­sta­ło mu jesz­cze około 600 tys. zł.

3. Bronisław Komorowski – około 3,1 mln zł

Pracownicy Kancelarii Prezydenta, jak lepszej sprawy bronią informacji o majątku swojego szefa – Bronisława Komorowskiego. Zasłaniają się przepisami, a dokładniej brakiem obowiązku ujawniania przez głowę państwa swojego stanu posiadania. Portal Money.pl przejrzał jednak oświadczenia majątkowe, jakie Bronisław Komorowski składał jeszcze jako poseł i marszałek Sejmu. Udało mu się wtedy zgromadzić całkiem pokaźne sumy: 140 tys. zł, 1,3 tys. dolarów amerykańskich i 400 euro. Poza nią Komorowski ma odziedziczone mieszkanie o powierzchni 159 m kw. które wycenił na blisko 2 mln złotych. Jest też słynne już gospodarstwo w Ruskiej Budzie o powierzchni 1,9 ha. Ma tam drewniany dom, szopę i wiatę. Wycenił tę  nieruchomość na 100 tys. zł. Prezydent (a właściwie jego żona – Anna) ma również mieszkanie o powierzchni 74 m kw. o wartości około 700 tys. zł, a także działkę budowlaną (800 m kw.) o wartości 180 tys. zł. Do tego, jako prezydent, Bronisław Komorowski zarabia miesięcznie około 20 tys. zł brutto.

2. Janusz Palikot – ponad 5 mln zł

Ze złożonego przez niego w ubiegłym roku w Sejmie oświadczenia majątkowego wynika, że niemal całość majątku założyciela Twojego Ruchu to nieruchomości i ruchomości. Jest wśród nich mieszkanie w centrum Lublina, z miejscami postojowymi i komórkami o powierzchni 85 mkw., wycenione na 1,65 mln zł. Poza tym poseł zgromadził obrazy i meble, których wartość sięga 3 mln zł. W garażach Palikot ma dwa land rovery – defender i discovery – warte 140  tys. zł. To nie wszystko. Ma jeszcze range rovera za 130 tys. zł i nissana micrę, wartego 12 tys. zł. Bogata kolekcja książek wyceniona została przez niego na 450 tys. zł. Pochwalił się też zegarkiem Breitling za 14 tys. zł. Jednak majątek Janusza Palikota jest mniejszy od deklarowanych zobowiązań o blisko 4 mln złotych. Z jego wyjaśnień wynika, że wziął kredyty na zakup nieruchomości, inwestycje kapitałowe, oraz na uregulowanie zobowiązań w imieniu żony Moniki oraz w spółkach, w których ma udziały: Dzierwany SA i Księgarnia na Wiejskiej Sp. z o.o.

1. Janusz Korwin-Mikke – 9,7 mln zł

Jest najbogatszym z kandydatów, którzy ujawnili swój majątek. Europarlamentarzysta i lider partii KORWiN zgromadził na kon­cie kwotę 25 tys. zł. Pochwalił się domem o po­wierzch­ni 130 m. kw. i war­to­ści 800 tys. zł oraz miesz­ka­niem o po­wierzch­ni 40 m kw. i war­to­ści 350 tys. zł. To jednak i tak niewiele w porównaniu z wartością ośmiu działek, których europoseł jest posia­da­czem. Ich łącz­na war­to­ści to 8 mln 540 tys. zł. Po­li­tyk ma dwa samocho­dy: hyundaya tuscona i fiata punto. Wartość obydwu nie przekracza 30 tys. zł. Europoseł jest udzia­łow­cem Por­ta­lu Pol­skiego, w którym po­sia­da 51 proc. udzia­łów. W ra­mach pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści go­spo­darczej za­ro­bił w ze­szłym roku 677 tys. 42 zł. Na­to­miast do­chód uzy­ska­ny z pu­bli­ka­cji pra­so­wych wy­niósł 32 tys. 468 zł. Wszystkie te dochody przebija jednak uposażenie, jakie Korwin Mikke otrzymuje jako europoseł. Podobnie jak Andrzej Duda, po odliczeniu podatku i składki na ubezpieczenie, otrzymuje miesięcznie z unijnej kasy równowartość około 120 tys. zł.