Najwyższa aktywność na rynku IPO w Europie w pierwszym kwartale roku od piętnastu lat

Europejskie giełdy rozpoczęły rok doskonale – w pierwszym kwartale 2015 r. w Europie odnotowano 81  ofert na rynku pierwotnym (IPO) o wartości 16,4 mld euro, czyli więcej (w ujęciu wartościowym) niż łącznie w całym drugim półroczu ubiegłego roku – wynika
z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC. Co więcej, w żadnym z pierwszych kwartałów od 2000 roku, czyli czasów „hossy internetowej”, nie odnotowano tak dobrego wyniku. Podobnie jak w pierwszej połowie roku ubiegłego, aktywność na rynku IPO w Europie była wyższa niż w Stanach Zjednoczonych.

W minionym kwartale rekordowa aktywność dotyczyła przede wszystkim rynków Europy kontynentalnej – na Madryt, Euronext i Szwajcarię przypadła ponad połowa łącznej wartości wszystkich ofert. Londyn utrzymał pierwsze miejsce z 27 IPO o łącznej wartości 4,6 mld euro, jednak stanowiło to 28% wartości wszystkich ofert w Europie wobec 52% w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Największą aktywność odnotowano w sektorze produktów i usług przemysłowych (z łączną wartością ofert wynoszącą 5,4 mld euro), usług konsumenckich (3,1 mld euro) oraz finansowym (2,4 mld euro). Trzema największymi IPO były: Aena na giełdzie w Hiszpanii (zarządzanie lotniskami, 4,3 mld euro), Auto Trader na giełdzie w Londynie (handel samochodami, 2,2 mld euro) oraz Sunrise Communications na giełdzie w Szwajcarii (sektor telekomunikacji, 2,1 mld euro). Warto zaznaczyć, że spośród 10 największych IPO w Europie aż 7 miało charakter wyjścia z inwestycji przez fundusze private equity.

Aktywność na rynku IPO w Europie w ciągu minionych trzech miesięcy była najwyższa w tym okresie roku od czasów kulminacji hossy internetowej przed piętnastoma laty. Zazwyczaj pierwszy kwartał jest okresem o najmniejszej liczbie debiutów w całym roku, więc osiągnięcie lepszego rezultatu niż w całym drugim półroczu ubiegłego roku jest tym bardziej imponującym wynikiem. Wzrost zainteresowania ze strony spółek ofertami pierwotnymi wynikał po części ze sporej liczby ofert z poprzednich miesięcy, które zostały odłożone w czasie i teraz wróciły na rynek. Dalej utrzymuje się wysoki udział spółek z portfeli funduszy private equity. Miejmy nadzieję, że pozytywne nastroje przełożą się na dalszy wzrost liczby ofert w kolejnych kwartałach 2015 roku i że trend ten przeniesie się też w końcu na wyniki rynku w Warszawie” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale miały miejsce dwa IPO (po jednym na rynku głównym i NewConnect) o łącznej wartości zaledwie 8,2 mln euro. Tym samym pomimo powracającego na rynki europejskie optymizmu, chęć do przeprowadzania ofert na rynku pierwotnym na polskiej giełdzie była najniższa od ponad dziesięciu lat. Jedyną ofertą na rynku głównym było IPO zajmującej się budownictwem spółki Dekpol (6,9 mln euro), natomiast na rynku NewConnect odnotowano debiut spółki Gekoplast (1,3 mln euro).

Filip Gorczyca, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC:

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w minionym kwartale rynek pierwotny w Warszawie osiągnął dno, notując najgorszy wynik od ponad dziesięciu lat. Na szczęście wszystko wskazuje jednak na to, że marazm na naszej giełdzie, trwający już od ponad roku, zostanie wreszcie przełamany w nadchodzących miesiącach, dzięki czemu Warszawa ma szansę wrócić do czołówki tabeli najaktywniejszych rynków w Europie. Już pierwsze dni kwietnia zaowocowały udanymi lub częściowo udanymi ofertami pierwotnymi, a w kolejce czeka kilka kolejnych, w tym m.in. Wirtualna Polska Holding, która ma szansę być jedną z najciekawszych transakcji na GPW w całym 2015 roku. Z drugiej strony tylko częściowe powodzenie oferty Idea Banku pokazało, że na pełną odbudowę koniunktury na rynku pierwotnym w Warszawie jeszcze trochę poczekamy”.

Dodatkowe informacje

  1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2014
  1. O IPO Watch Europe

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Chorwacji, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Rumunii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii i we Włoszech) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 stycznia do 31 marca 2015 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

  1. O współtworzących raport

Raport został opracowany przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe.

Majątkowy ranking kandydatów na prezydenta

Majątki kandydatów na prezydenta są równie zróżnicowane jak profesje, którymi się parają. Jak wyliczył portal Money.pl, razem ich stan posiadania sięga około 20 mln złotych.

W wyborach prezydenckich zmierzą się ubiegający się o reelekcję Bronisław Komorowski (z poparciem PO), Andrzej Duda (PiS), Magdalena Ogórek (z poparciem SLD), Adam Jarubas (PSL), lider Twojego Ruchu Janusz Palikot, Janusz Korwin-Mikke (ugrupowanie KORWiN), muzyk Paweł Kukiz, Jacek Wilk (Kongres Nowej Prawicy), Marian Kowalski (Ruch Narodowy), Paweł Tanajno (Demokracja Bezpośrednia) oraz reżyser Grzegorz Braun.

Większość z kandydatów musiała ujawnić swoje majątki pełniąc funkcje posłów lub radnych. Z całej jedenastki, która 10 maja zmierzy się w pierwszej turze wyborów prezydenckich na pytania portalu Money.pl o stan portfela nie odpowiedzieli jedynie Paweł Tanajno i Jacek Wilk. Oto ranking majątków tych, spośród chętnych do stanowiska głowy państwa, których Money.pl udało się prześwietlić:

9. Marian Kowalski

Wiceprezes nowo powstałej partii Ruch Narodowy co prawda nie ujawnił dokładnie, jaki jest jego majątek, ale na pytanie: z czego się utrzymuje i czym może się pochwalić, jego rzecznik odpowiada: do niedawna był trenerem personalnym w jednej z sieci klubów fitness. Obecnie, od kilku tygodni, jest bezrobotnym, zarejestrowanym w Urzędzie Pracy. Co ma Marian Kowalski? Jego sztab obiecał portalowi Money.pl, że zostanie to ogłoszone, gdy tylko zostanie prezydentem.

8. Grzegorz Braun

– Nie posiadam ani żadnych nieruchomości, ani przedmiotów luksusu, ani też znaczących oszczędności. Jestem reżyserem i publicystą, wolnym strzelcem bez etatowego zatrudnienia. Utrzymuję się realizując filmy, pisząc teksty i wygłaszając prelekcje – usłyszeli dziennikarze Money.pl od Grzegorza Brauna, bratanka obecnego prezesa TVP, który kandydując w wyborach prezydenckich nie reprezentuje żadnej siły politycznej, ale jak sam twierdzi – kręgi patriotyczne.

7. Magdalena Ogórek

Kandydatki SLD w wyścigu o prezydenturę – z pewnością nie można zaliczyć do najbogatszych Polek. W ubiegłym roku, jak deklaruje, zarobiła w telewizji i na uczelni zaledwie 10 tys. zł.

6. Adam Jarubas – około 800 tys. zł

Kan­dy­dat PSL w oświad­cze­niu ma­jąt­ko­wym z 2013 roku zadeklarował na swoim kon­cie 80 tys. zł. Jest też po­sia­da­czem domu o po­wierzch­ni 165 m kw. i war­to­ści 600 tys. zł, dział­ki o powierzch­ni 800 m. kw. i war­to­ści 100 tys. zł oraz sa­mo­cho­du, którego wartość to około 15 tys. zł. Do­chód Adama Jarubasa za 2013 rok, gdy pełnił funkcję marszałka województwa świętokrzyskiego, wy­niósł 159 tys. zł.

5. Andrzej Duda – 1,1 mln zł

Polityk walczący o prezydenturę z ra­mie­nia PiS musiał ujawnić swój majątek jako europoseł. Z jego oświadczenia wynika, że na kon­cie zgro­ma­dził 90 tys. zł., a poza tym ma akcje spółki Skotan na łącz­ną sumę około 320 zł. Kandydat PiS ma dwa miesz­ka­nia. Pierw­sze z nich o po­wierzch­ni 79,4 m kw. i war­to­ści 500 tys. zł, a dru­gie o po­wierzch­ni 70,5 m kw. i war­to­ści 400 tys. zł. Po­nad­to, w oświadcze­niu An­drzej Duda wpi­sał dział­kę bu­dow­la­ną o po­wierzch­ni 325 m kw. i war­to­ści 100 tys. zł. oraz dwa auta – suzuki grand vitarę i volkswagena golfa – o łącz­nej war­to­ści 55 tys. zł.Do tego dochodzi wynagrodzenie członka Parlamentu Europejskiego – 6250 euro miesięcznie czyli około 25,1 tys. zł. Za każdy dzień wykonywania obowiązków w PE, eurodeputowany otrzymuje dietę w wysokości 304 euro czyli około 1222 zł. Kandydat PiS spłaca też kre­dyt o war­to­ści blisko 100 tys. zł na zakup sa­mo­cho­du.

4. Paweł Kukiz – co najmniej 2 mln zł

Radny sej­mi­ku wo­je­wódz­twa dol­no­ślą­skie­go na kon­cie zgro­ma­dził 27 tys. zł. Tak przynajmniej zadeklarował w oświadczeniu majątkowym, złożonym w styczniu. Jest posiadaczem domu o po­wierzch­ni 450 m kw. o war­to­ści 1,5 mln zł, miesz­ka­nia o pow. 36 m kw. o war­to­ści 350 tys. zł oraz łąki o pow. 0,6 ha ma­ją­cą war­tość 15 tys. zł oraz sa­mo­chód (sześcioletnie audi Q7) o war­to­ści 150 tys. zł. Pro­wa­dząc dzia­łal­no­ść go­spo­dar­czą, za­ro­bił ponad 302 tys. zł. Muzyk spłaca też kre­dyt hi­po­tecz­ny na bu­do­wę domu i pożyczki. Z po­ży­czo­nych 800 tys. zł do spła­ty zo­sta­ło mu jesz­cze około 600 tys. zł.

3. Bronisław Komorowski – około 3,1 mln zł

Pracownicy Kancelarii Prezydenta, jak lepszej sprawy bronią informacji o majątku swojego szefa – Bronisława Komorowskiego. Zasłaniają się przepisami, a dokładniej brakiem obowiązku ujawniania przez głowę państwa swojego stanu posiadania. Portal Money.pl przejrzał jednak oświadczenia majątkowe, jakie Bronisław Komorowski składał jeszcze jako poseł i marszałek Sejmu. Udało mu się wtedy zgromadzić całkiem pokaźne sumy: 140 tys. zł, 1,3 tys. dolarów amerykańskich i 400 euro. Poza nią Komorowski ma odziedziczone mieszkanie o powierzchni 159 m kw. które wycenił na blisko 2 mln złotych. Jest też słynne już gospodarstwo w Ruskiej Budzie o powierzchni 1,9 ha. Ma tam drewniany dom, szopę i wiatę. Wycenił tę  nieruchomość na 100 tys. zł. Prezydent (a właściwie jego żona – Anna) ma również mieszkanie o powierzchni 74 m kw. o wartości około 700 tys. zł, a także działkę budowlaną (800 m kw.) o wartości 180 tys. zł. Do tego, jako prezydent, Bronisław Komorowski zarabia miesięcznie około 20 tys. zł brutto.

2. Janusz Palikot – ponad 5 mln zł

Ze złożonego przez niego w ubiegłym roku w Sejmie oświadczenia majątkowego wynika, że niemal całość majątku założyciela Twojego Ruchu to nieruchomości i ruchomości. Jest wśród nich mieszkanie w centrum Lublina, z miejscami postojowymi i komórkami o powierzchni 85 mkw., wycenione na 1,65 mln zł. Poza tym poseł zgromadził obrazy i meble, których wartość sięga 3 mln zł. W garażach Palikot ma dwa land rovery – defender i discovery – warte 140  tys. zł. To nie wszystko. Ma jeszcze range rovera za 130 tys. zł i nissana micrę, wartego 12 tys. zł. Bogata kolekcja książek wyceniona została przez niego na 450 tys. zł. Pochwalił się też zegarkiem Breitling za 14 tys. zł. Jednak majątek Janusza Palikota jest mniejszy od deklarowanych zobowiązań o blisko 4 mln złotych. Z jego wyjaśnień wynika, że wziął kredyty na zakup nieruchomości, inwestycje kapitałowe, oraz na uregulowanie zobowiązań w imieniu żony Moniki oraz w spółkach, w których ma udziały: Dzierwany SA i Księgarnia na Wiejskiej Sp. z o.o.

1. Janusz Korwin-Mikke – 9,7 mln zł

Jest najbogatszym z kandydatów, którzy ujawnili swój majątek. Europarlamentarzysta i lider partii KORWiN zgromadził na kon­cie kwotę 25 tys. zł. Pochwalił się domem o po­wierzch­ni 130 m. kw. i war­to­ści 800 tys. zł oraz miesz­ka­niem o po­wierzch­ni 40 m kw. i war­to­ści 350 tys. zł. To jednak i tak niewiele w porównaniu z wartością ośmiu działek, których europoseł jest posia­da­czem. Ich łącz­na war­to­ści to 8 mln 540 tys. zł. Po­li­tyk ma dwa samocho­dy: hyundaya tuscona i fiata punto. Wartość obydwu nie przekracza 30 tys. zł. Europoseł jest udzia­łow­cem Por­ta­lu Pol­skiego, w którym po­sia­da 51 proc. udzia­łów. W ra­mach pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści go­spo­darczej za­ro­bił w ze­szłym roku 677 tys. 42 zł. Na­to­miast do­chód uzy­ska­ny z pu­bli­ka­cji pra­so­wych wy­niósł 32 tys. 468 zł. Wszystkie te dochody przebija jednak uposażenie, jakie Korwin Mikke otrzymuje jako europoseł. Podobnie jak Andrzej Duda, po odliczeniu podatku i składki na ubezpieczenie, otrzymuje miesięcznie z unijnej kasy równowartość około 120 tys. zł.

Ruszył program edukacyjny MF dla gimnazjalistów

„Finansoaktywni. Misja: Podatki” to program edukacyjny dla uczniów i nauczycieli szkół gimnazjalnych. Czym są podatki, dlaczego należy je płacić? Co z tego mamy? To tylko niektóre z pytań, na które pozwala uzyskać odpowiedź projekt Ministerstwa Finansów.

Zagadnienie edukacji finansowej społeczeństwa zyskuje coraz większe znaczenie na świecie, co wynika przede wszystkim z dynamicznego rozwoju rynków finansowych w ostatnich kilkunastu latach. Edukacja finansowa przynosi wiele korzyści konsumentom, społeczeństwu i gospodarce. Ministerstwo Finansów realizując szereg akcji edukacyjno-informacyjnych w ostatnim czasie stawia głównie na edukację młodych obywateli.

Z badań przeprowadzonych przez Ministerstwo Finansów wynika, że dla połowy Polaków płacenie podatków jest obowiązkiem obywatelskim („państwo potrzebuje moich pieniędzy”), natomiast dla 1/3 jest to przykry obowiązek („nie rozumiem po co je płacę”). Dlatego postanowiliśmy edukować naszych młodych Obywateli i informować ich na co przeznaczane są podatki. Mój gorący apel do wszystkich nauczycieli: Zadbajmy wspólnie o edukację finansową młodego pokolenia! – mówi wiceminister finansów i pełnomocnik rządu ds. informacji i edukacji finansowej Izabela Leszczyna.

Edukujmy młodych!

Program ma na celu pokazanie w prosty sposób relacji pomiędzy płaceniem podatków
a finansowaniem przez państwo podstawowych działań, takich jak edukacja, budowa dróg czy zapewnienie bezpieczeństwa. Przekazana w tej formie wiedza ukształtuje wśród młodzieży świadomość podatkową, wyjaśni istotę i potrzebę płacenia podatków, a także płynące z tego korzyści. Projekt jest też narzędziem, które może ułatwić nauczycielom dydaktykę tej pozornie niełatwej dziedziny dzięki atrakcyjnym materiałom edukacyjnym. Zdobyte umiejętności pozwolą uczniom na podejmowanie w przyszłości racjonalnych decyzji, które pomogą im odnieść sukces w życiu zawodowym.

Jak dołączyć do programu?

Zgłoszenie do programu jest bardzo proste. Wystarczy, że nauczyciel gimnazjum wypełni formularz na stronie internetowej www.finansoaktywni.pl. Już w ciągu kilku dni na adres szkoły zostaną dostarczone bezpłatne materiały edukacyjne opracowane przez grono specjalistów. Otrzymany materiał dydaktyczny opisuje zagadnienia podatkowe w sposób przystępny i atrakcyjny dla gimnazjalistów, tak aby pomóc im zrozumieć wszystkie zagadnienia z tej dziedziny. Zestaw zawiera: scenariusz lekcji „Poznaj podatki, kojarz korzyści” dla nauczyciela, prezentację oraz animowany film edukacyjny, karty do gry edukacyjnej oraz portfele z logotypem programu. Zdobytą w ten sposób wiedzę można wykorzystać przy przygotowywaniu zadania na konkurs organizowany w ramach programu, a z otrzymanych materiałów korzystać w kolejnych latach.

Konkurs „Poznałem podatki, kojarzę korzyści”

W ramach programu zapraszamy do udziału w  konkursie, w którym szkoły mają szansę na zdobycie atrakcyjnych nagród. Wystarczy, że trzyosobowy zespół uczniów przygotuje pisemną pracę konkursową pod tytułem „Poznałem podatki, kojarzę korzyści”, a następnie na jej podstawie przeprowadzi debatę konkursową. Relacje z debaty oraz pracę przygotowaną przez uczniów nauczyciel załącza do formularza konkursowego dostępnego na stronie programu: www.finansoaktywni.pl.

Nagrody dla Finansoaktywnych!

Nagrodą główną jest dwudniowa wycieczka do Warszawy dla 16 zwycięskich zespołów z wybranych szkół, podczas której zwycięzcy odwiedzą między innymi Sejm RP oraz Ministerstwo Finansów. Członkowie najlepszego zespołu otrzymają tablety, a pozostali uczestnicy zestawy specjalnie przygotowanych upominków. Nagrody trafią również do opiekunów zespołów – 16 nauczycieli zwycięskich zespołów otrzyma tablety.

Dołącz do Finansoaktywnych! Aby dowiedzieć się więcej o projekcie oraz zapoznać się materiałem edukacyjnym programu wystarczy odwiedzić stronę www.finansoaktywni.pl.

***************

„Finansoaktywni. Misja: Podatki” to program edukacyjny organizowany i finansowany przez Ministerstwo Finansów. Jego misją jest przekazanie gimnazjalistom wiedzy z zakresu podatków.

Projekt przybliża również istotę i potrzebę płacenia podatków. Ponadto wyjaśnia przyszłym podatnikom, sens płacenia podatków i płynące z tego korzyści.

Szersza oferta obligacji skarbowych dla inwestorów detalicznych

Ministerstwo Finansów w porozumieniu z Giełdą Papierów Wartościowych 13 kwietnia 2015 r. wprowadziło po raz pierwszy do obrotu giełdowego (na rynku Catalyst) obligacje skarbowe denominowane w euro. Jest to poszerzenie oferty obligacji skarbowych kierowanej do inwestorów detalicznych.

Obligacje skarbowe denominowane w euro są od stycznia 2013 r. przedmiotem obrotu na międzybankowej platformie elektronicznej Treasury BondSpot Poland prowadzonej przez spółkę BondSpot S.A. należącą do grupy GPW. Teraz debiutują na platformie dostępnej dla inwestorów detalicznych. Inwestorzy detaliczni będą mogli kupić obligacje 4-, 9- i 12-letnie, wyemitowane przez Ministerstwo Finansów w ostatnich dwóch latach. Funkcję animatora pełnić będzie bank PKO BP, który uczestniczył również w ostatniej emisji obligacji 12-letnich w roli Co-Lead Managera. Bank PKO BP od roku 2003 pełni też rolę agenta emisji obligacji oszczędnościowych.

– W przyszłości każda obligacja wyemitowana na rynku euro również będzie wprowadzana do obrotu na rynek prowadzony przez Giełdę Papierów Wartościowych. Mam nadzieję, że analogicznie jak w przypadku obligacji oszczędnościowych, również w przypadku debiutujących obligacji denominowanych w euro nabywcy indywidualni będą mogli nabyć te obligacje z cenami atrakcyjniejszymi lub co najmniej nie gorszymi od akceptowanych przez inwestorów hurtowych – powiedział wiceminister finansów Artur Radziwiłł.

NIK o opiece geriatrycznej

W Polsce nie ma systemu opieki medycznej nad pacjentami w podeszłym wieku. Brakuje geriatrów, a specjalistycznych poradni i oddziałów szpitalnych jest jak na lekarstwo. Główną barierą jest metoda rozliczania świadczeń medycznych przez NFZ, która zakłada finansowanie tylko jednej choroby, choć ludzie starsi z reguły cierpią na kilka schorzeń jednocześnie. Tymczasem z przeprowadzonej przez NIK analizy wynika, że pacjent w podeszłym wieku kompleksowo prowadzony przez geriatrę funkcjonuje lepiej, a jego leczenie kosztuje mniej.

Polskie społeczeństwo się starzeje. Osoby w wieku powyżej 65 roku życia stanowią obecnie ok. 14,7 proc. populacji, a w roku 2035 – wg szacunków GUS – będzie ich ponad 23 proc. Prognozy wskazują ponadto dodatkowo na wyraźny wzrost liczby osób w późnej starości,czyli po 80 roku życia.

Osoby starsze wymagają odpowiedniej opieki medycznej, dostosowanej do ich potrzeb i specyfiki schorzeń. Zwykle chorują na wiele chorób jednocześnie (co najmniej 3-4) i zażywają sporo lekarstw. Dlatego na świecie od kilkudziesięciu lat rozwijana jest geriatria – specjalistyczna dziedzina medycyny, kompleksowo zajmująca się zdrowiem, chorobami i opieką nad osobami w wieku podeszłym. Geriatria kompleksowo łączy fizyczne, psychiczne, funkcjonalne i społeczne problemy starszych pacjentów, pozwalając całościowo oceniać i rozwiązywać złożone problemy wieku podeszłego.

Starszy pacjent odwiedza specjalistów

Na podstawie przeprowadzonej kontroli NIK wskazuje na brak powszechnych, kompleksowych i zestandaryzowanych procedur postępowania dedykowanych osobom w wieku podeszłym. W polskim systemie opieki zdrowotnej starszy człowiek ze swoimi dolegliwościami trafia w pierwszej kolejności do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Ten z reguły nie ma wystarczającego przygotowania w zakresie geriatrii (tej dziedziny medycyny nie ma w obowiązkowych programach kształcenia uczelni medycznych) i dlatego traktuje starszego pacjenta, jak każdego innego w średnim wieku: wysyła do specjalisty. A że osoba starsza najczęściej cierpi na wiele chorób jednocześnie, wysyłana jest więc do wielu różnych specjalistów. Każdy z nich z kolei leczy pacjenta w swoim zakresie, często nie zwracając uwagi na inne, wcześniej zaordynowane leczenie. NIK wskazuje, że istnieją skuteczniejsze, mniej uciążliwe i zarazem mniej kosztowne sposoby opieki nad pacjentami w wieku podeszłym.

Skutecznie, nowocześnie i przyszłościowo

NIK zestawiła roczne koszty leczenia grupy pacjentów powyżej 60 roku życia, którzy byli hospitalizowani na oddziałach geriatrycznych z kosztami leczenia porównywalnej grupy pacjentów oddziałów chorób wewnętrznych. Prześledzono historie pacjentów z 10 najczęściej występującymi schorzeniami (10 najczęściej wykazywanych grup JGP) leczonych na oddziale geriatrii oraz historie porównywalnej grupy pacjentów z tymi samymi chorobami (te same grupy JGP) hospitalizowanych na oddziale chorób wewnętrznych. Wyniki analizy NIK wskazują wyraźnie, że średni jednostkowy koszt wszystkich świadczeń udzielonych pacjentowi leczonemu na oddziale chorób wewnętrznych w ciągu roku od momentu przyjęcia do szpitala, był o 1380 zł wyższy od kosztów leczenia porównywalnego pacjenta na oddziale geriatrycznym*. Wyższy był także roczny koszt leków przyjmowanych przez pacjentów, którzy byli hospitalizowani na oddziałach chorób wewnętrznych: w 2011 r. o 12,6 proc, a w 2013 r. o 10,6 proc. Dlaczego? Na oddziale chorób wewnętrznych, leczy się jedną, podstawową chorobę, na którą skarży się pacjent, także starszy. Natomiast pacjent hospitalizowany na oddziale geriatrycznym przechodzi kompleksową, odpowiednią do swego stanu – wieku i schorzeń – diagnostykę oraz terapię. Dzięki temu opuszcza oddział z lepiej dobranym, celowanym leczeniem, które jest nie tylko skuteczniejsze, ale także mniej uciążliwe, chociażby dzięki ograniczeniu liczby zalecanych leków (w skrajnym ze sprawdzonych przypadku – z siedmiu dotychczas przyjmowanych do trzech). W ten sposób starsza osoba po wyjściu ze szpitala nie musi tak często korzystać z pomocy lekarzy w poradniach specjalistycznych, czy wręcz wracać do szpitala. Takie kompleksowe postępowanie pozwala także efektywniej gospodarować funduszami przeznaczonymi na leczenie pacjentów powyżej 60 roku życia.

Brakuje lekarzy, poradni i oddziałów szpitalnych

Podstawą kompleksowego systemu opieki geriatrycznej jest odpowiednia liczba lekarzy tej specjalności. NIK zwraca uwagę, że w Polsce liczba geriatrów znacznie odbiega od średniej europejskiej: w połowie 2014 r. było jedynie 321 geriatrów, czyli średnio 0,8 geriatry na 100 tys. mieszkańców. Tymczasem w Niemczech wskaźnik ten wynosi 2,2, w Czechach 2,1, w Słowacji 3,1, a w Szwecji blisko 8.

Liczba lekarzy specjalistów w dziedzinie geriatrii w przeliczeniu na 100 tys. Mieszkańców w Polsce i wybranych krajach UE

Wykres: Liczba lekarzy specjalistów w dziedzinie geriatrii w przeliczeniu na 100 tys. Mieszkańców w Polsce i wybranych krajach UE – dane Naczelnej Izby Lekarskiej oraz wzorce opieki geriatrycznej w innych krajach, ze szczególnym uwzględnieniem krajów UE, K. Wieczorowska-Tobis, materiał z prezentacji podczas Panelu Ekspertów, Warszawa

Dodatkowo z racji braku systemu i adekwatnego finansowania geriatrii nie wszyscy lekarze geriatrzy pracują w swojej specjalności. W 2013 r. (według Naczelnej Izby Lekarskiej) w ramach kontraktu z NFZ świadczeń udzielało jedynie 160 geriatrów, czyli zaledwie połowa wszystkich, jakich mamy.

Kolejna trudność to brak oddziałów geriatrycznych. Jak wynika z ustaleń kontroli nieliczne istniejące łóżka geriatryczne są zwykle częścią oddziałów innych niż geriatryczne, np. internistycznych. Barierę w tworzeniu specjalistycznych oddziałów i poradni geriatrycznych stanowi sposób rozliczania świadczeń medycznych stosowany obecnie przez NFZ. Fundusz wykorzystuje bowiem tzw. system JGP (Jednorodnych Grup Pacjentów), który zakłada finansowanie tylko jednej choroby czy procedury, z którymi pacjent zgłasza się do leczenia. Do tej pory NFZ nie wyodrębnił Jednorodnych Grup dedykowanych specjalnie osobom starszym, u których leczenia – i jednocześnie finansowania – wymaga kilka chorób równolegle. W związku z tym opieka nad osobami w wieku podeszłym, realizowana zgodnie z zasadami sztuki medycznej, prowadzi dzisiaj do strat dla szpitali. A co za tym idzie – utrzymanie łóżek przeznaczonych dla pacjentów geriatrycznych jest możliwe tylko przy innych oddziałach, bo tam ich koszt bilansuje się leczeniem młodszych chorych, z pojedynczymi schorzeniami.

Konsekwencją nieodpowiedniej liczby – łóżek, oddziałów i lekarzy – jest wyraźne zróżnicowanie dostępu do świadczeń geriatrycznych w zależności od województwa. Geriatrów wszędzie jest za mało, ale są miejsca, gdzie sytuacja wygląda wręcz dramatycznie. Na przykład w województwie warmińsko – mazurskim w czasie objętym kontrolą, tzn. do połowy roku 2014, nie było ani jednego szpitalnego łóżka geriatrycznego i ani jednej poradni geriatrycznej. Na tym terenie również żaden lekarz geriatra nie przyjmował pacjentów w ramach umowy z NFZ. Z kolei w województwie zachodniopomorskim kontrakt z Funduszem miał podpisany jeden geriatra. Najlepiej zorganizowana opieka geriatryczna jest w województwie śląskim, na terenie którego 42 lekarzy udzielało świadczeń w zakresie geriatrii.

Niewykorzystywane standardy

NIK zwraca uwagę, że do dzisiaj Minister Zdrowia nie wprowadził w formie rozporządzenia, czyli powszechnie obowiązującego prawa, „Standardów postępowania w opiece geriatrycznej”, chociaż odpowiedni dokument został opracowany w 2007 r. przez powołany przez Ministra Zespół ds. Gerontologii. Owe Standardy na razie ukazały się jedynie w kwartalniku „Gerontologia Polska”.

W ocenie NIK Standardy powinny stanowić podstawę dla tworzenia systemu opieki geriatrycznej. Pokazują one, krok po kroku, jak należy zorganizować opiekę nad pacjentem w podeszłym wieku – począwszy od poradni geriatrycznej, poprzez oddział geriatryczny, po opiekę nad pacjentem już po wyjściu ze szpitala. W Standardach znajduje się także opis Całościowej Oceny Geriatrycznej (COG), która jest fundamentalną procedurą postępowania w geriatrii. Służy ona precyzyjnemu rozpoznaniu problemów zdrowotnych i opiekuńczych osób w podeszłym wieku. Stosowanie Całościowej Oceny Geriatrycznej pozwala skutecznie rozpoznawać problemy, programować leczenie i postępowanie poprawiające sprawność fizyczną oraz umysłową pacjentów w wieku podeszłym. Umożliwia także korzystne dla pacjenta zmniejszenie liczby przyjmowanych leków i ograniczenie innych, dodatkowych świadczeń, np. ponownych hospitalizacji. Kontrola NIK wykazała, że mimo iż procedura Całościowej Oceny Geriatrycznej została wprowadzona do leczenia szpitalnego na początku 2012 r. to nie jest ona powszechnie stosowana. Wykonano ją jedynie u 14,3 proc. pacjentów dla których była przeznaczona.

NIK wskazuje, że dużą korzyścią byłoby już, gdyby lekarze podstawowej opieki zdrowotnej wykorzystywali przynajmniej jeden element Całościowej Oceny Geriatrycznej – tzw. skalę VES 13, która w prosty sposób pozwala ustalić, który z pacjentów po 60 roku życia kwalifikuje się do objęcia opieką geriatryczną. Pomocnym i perspektywicznym rozwiązaniem powinny być także zajęcia specjalizacyjne dla studentów medycyny, jednak NIK zwraca uwagę, że wykłady z geriatrii dotychczas prowadzone były na uczelniach wyłącznie jako przedmiot fakultatywny, a zajęcia praktyczne w tej dziedzinie prowadziło tylko pięć spośród jedenastu uczelni medycznych.

Wnioski

Starzenie się społeczeństw powoduje wzrost kosztów opieki medycznej i świadczeń socjalnych. Stanowi także wyzwanie organizacyjne dla całego systemu opieki zdrowotnej. Wobec takiej sytuacji, NIK wskazuje na naglącą potrzebę budowania skutecznego systemu opieki nad osobami w podeszłym wieku oraz sieci wsparcia dla ich rodzin.

W ocenie NIK, wobec prognoz zmian demograficznych, niezbędne jest wprowadzenie przez Ministra Zdrowia pełnego systemu opieki zdrowotnej dla osób w podeszłym wieku. Kontrola NIK wykazała, że dobrze zorganizowany system opieki geriatrycznej oraz adekwatna wycena świadczeń, są korzystniejsze dla pacjenta i tańsze dla płatnika.

Ponadto NIK wskazuje także, że rzetelna analiza potrzeb, leży w gestii zarówno organizatora systemu, jak i płatnika świadczeń, i powinna w krótkim czasie wskazać rejony szczególnego deficytu opieki geriatrycznej, a wycena świadczeń dedykowanych geriatrii powinna być tak skonstruowana, by warunki finansowe umożliwiały tworzenie nowych placówek geriatrycznych.

Organizatorzy systemu opieki geriatrycznej dla osób w podeszłym wieku, m. im. z uwagi na specyfikę tej grupy pacjentów, winni również zadbać o właściwy przekaz informacji dotyczących opieki medycznej dla osób starszych. Brak zrozumienia w społeczeństwie idei i racji tworzenia systemu opieki geriatrycznej również stanowi ograniczenie w korzystaniu z tych świadczeń.

* Po zakończeniu kontroli obejmującej lata 2011 – 2013 NFZ przekazał NIK dodatkowe informacje, że w roku 2014 koszt samego tylko pobytu pacjenta w podeszłym wieku na oddziale geriatrycznym był o 300 zł wyższy od kosztów pobytu porównywalnego pacjenta w oddziale chorób wewnętrznych. W związku z tym NIK dokonała dodatkowej analizy na podstawie uzupełnionych danych z NFZ za rok 2014, z której wynika, że koszty pobytu porównywalnych pacjentów w oddziale geriatrii i oddziale chorób wewnętrznych różnią się nieznacznie (o 38 -108 zł). Ta dodatkowa analiza wzmacnia stanowisko NIK co do różnicy kosztów na korzyść opieki geriatrycznej.

Konferencja „Modernizacja Administracji Podatkowej i Nowa Ordynacja Podatkowa”

Modernizacja administracji podatkowej przeprowadzana w etapach, wsparcie podatnika i założenia nowej Ordynacji podatkowej – to główne wątki konferencji, która odbyła się 9 kwietnia br.  w Sejmie. To realizacja zmian w podejściu do podatnika, zapowiedzianych w expose premier Ewy Kopacz.

Uczestnikami konferencji pt. „Modernizacja Administracji Podatkowej i Nowa Ordynacja Podatkowa” byli m.in. przedstawiciele organizacji zrzeszających przedsiębiorców i środowisk naukowych, Kancelarii Prezydenta, administracji centralnej i instytucji rządowych oraz członkowie komisji sejmowych i senackich. Gospodarzami spotkania byli minister finansów Mateusz Szczurek i wiceministrowie finansów Janusz Cichoń i Jacek Kapica oraz przewodnicząca Komisji Finansów Publicznych Krystyna Skowrońska.

Premier Ewa Kopacz w swoim expose zapowiedziała nowe podejście do podatnika. Na tej konferencji przedstawimy kierunki realizacji tej zapowiedzi – powiedział minister Szczurek. – W założeniach nowej Ordynacji podatkowej został wyważony  interes podatnika i interes publiczny – dodał. Stąd też potrzeba gruntownych, wieloetapowych zmian obejmujących zarówno kwestie dotyczące organizacji i funkcjonowania administracji podatkowej oraz ogólnego prawa podatkowego, a także praw i obowiązków podatnika.

Modernizacja administracji podatkowej dotyczy zmian legislacyjnych i organizacyjnych oraz działań informatycznych. Wdrażana od 1 kwietnia br. konsolidacja oraz projekt ustawy o administracji podatkowej pozwolą na stworzenie optymalnych struktur organizacyjnych i warunków do przeprowadzenia proklienckiej modernizacji. Centra obsługi, usługa asystenta podatnika, wyspecjalizowane urzędy skarbowe dla dużych podatników oraz wyodrębnienie organizacyjne Krajowej Informacji Podatkowej pozwolą na lepszą jakość usług świadczonych przez urzędy skarbowe oraz przejrzyste i jednolite interpretacje podatkowe.

Naszym celem jest urzeczywistnienie koncepcji „Podatnik jest w centrum uwagi administracji” – zaznaczył minister Jacek Kapica. Jego zdaniem zmiany powinny odpowiedzieć na potrzeby i oczekiwania podatników, aby ułatwić im wykonywanie obowiązków podatkowych. Transformację rozpoczęła nowelizacja ustawy o urzędach i izbach skarbowych, która umożliwia konsolidacje procesów pomocniczych i wzmocnienie kadrowe realizacji zadań podstawowych (obsługę, postępowanie, kontrolę i egzekucję). Równolegle jest realizowana standaryzacja procesów, jednolitości działania i zarządzania w administracji podatkowej. Od 2014 r. wzmacniana jest analiza ryzyka dla określenia sposobów reagowania na zjawiska wypełniania obowiązków podatkowych. Nowa ustawa o administracji podatkowej umożliwi kompleksową, niezależną od właściwości miejscowej i komfortową obsługę podatnika, wsparcie nowych przedsiębiorców przez okres 18 miesięcy od nadania NIP przez asystenta podatnika, skoncentrowanie wyspecjalizowanych urzędów skarbowych na obsłudze dużych, strategicznych podatników. Zakłada też wyodrębnienie i specjalizację biur KIP w poszczególnych podatkach oraz utworzenie Centralnego Rejestru Danych Podatkowych. – To wszystko służy realizacji proklienckiej polityki i dążeniu do głębszej reformy strukturalnej administracji podatkowej – wyjaśnił Jacek Kapica.

– Na uwagę zasługuje opinia na temat funkcjonowania polskiej administracji podatkowej przedstawiona w raporcie sporządzonym przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), który przeprowadził w dniach 12-25 listopada 2014 r. analizę oraz przedstawił zalecenia zmierzające do usprawnienia jej efektywności i skuteczności – powiedziała wicedyrektor w Departamencie Administracji Podatkowej Małgorzata Szafoni. MFW ocenił pozytywnie kierunki inicjatyw podjętych przez Polskę, ale wskazał na brak ogólnej, długoterminowej strategii modernizacji i głębszych zmian odnoszących się do słabości strukturalnych poprawiających efektywność. Niezbędna jest głębsza reforma instytucjonalna oraz sformułowanie kompleksowej strategii modernizacji administracji podatkowej, zakładającej m.in.  utworzenie ujednoliconej krajowej administracji Podatkowej, jako jednego podmiotu (centrala i poziomy operacyjne), podległego MF i odpowiedzialnego za wszystkie sprawy związane z administracją podatkową w Polsce.

Prace nad nową ustawą regulującą organizację i funkcjonowanie administracji Podatkowej są bardzo zaawansowane, projekt został skierowany do Sejmu i czeka na pierwsze czytanie, prawdopodobnie na kolejnym posiedzeniu Sejmu.

Wiceminister finansów Janusz Cichoń zapowiedział opracowanie nowej, przyjaznej podatnikowi Ordynacji podatkowej. Jej kierunkowe założenia przygotowała Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego pod przewodnictwem prof. Leonarda Etela. – Celem prac Komisji jest uporządkowanie części ogólnej prawa podatkowego w formie nowego aktu prawnego zatytułowanego – uwzględniając historycznie ukształtowane nazewnictwo – „Ordynacja podatkowa” – powiedział prof. Etel. W jego opinii nie jest możliwa nowelizacja obowiązującego aktu, ale skonstruowanie zupełnie nowego w logice i konstrukcji. Obecnie założenia są po konsultacjach resortowych i opinii Rady Konsultacyjnej Prawa Podatkowego, a przed Komisją prace nad weryfikacja ich zasadności. W maju mają rozpocząć się konsultacje społeczne.

Nowe Ordynacja podatkowa zakłada m.in. skrócony czas na dokonanie wymiaru podatku, wydłużenie terminu do wniesienia odwołania lub zażalenia i nowe środki zwalczania przewlekłości postępowania jako jedne z podstawowych z założeń ochrony prawa podatnika. Natomiast  propozycje m.in. wprowadzenia uproszczonego postępowania podatkowego, ujednolicenie zasad prowadzenia kontroli podatkowej, rozszerzenie zakresu czynności sprawdzających, możliwość przeprowadzenia rozprawy w I instancji, wzmocnienie mocy dowodowej oświadczenia strony i konfrontacja w toku postępowania to założenia służące zwiększeniu skuteczności i  efektywności wymiaru i poboru zobowiązań podatkowych. Katalog zasad ogólnych prawa podatkowego i podstawowych praw i obowiązków podatnika obejmie m.in. prawo do rzetelnego, bezstronnego, sprawnego i terminowego załatwiania sprawy podatkowej, do ochrony prywatności i danych podatnika, do naprawienia szkody, do uzyskania informacji czy prawo do uprzejmego, profesjonalnego i sprawiedliwego traktowania.

Spotkanie było kolejnym krokiem merytorycznej dyskusji ze środowiskiem przedsiębiorców i naukowym oraz przedstawicielami innych instytucji na tematy dotyczące transformacji administracji podatkowej oraz kierunkowych zmian zawartych założeniach nowej Ordynacji podatkowej.

Interpretacja ogólna – zwolnienie podmiotowe z VAT

W dniu 9 kwietnia 2015 r., Minister Finansów wydał na podstawie art. 14a § 1 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa interpretację ogólną w zakresie stosowania tzw. zwolnienia podmiotowego z VAT oraz obowiązku prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących, wobec podmiotów wykonujących m.in. usługi związane z obsługą rachunkowo-księgową.

Przedmiotowa interpretacja ogólna została wydana w związku z wątpliwościami oraz rozbieżnościami interpretacyjnymi jakie pojawiły się po nowelizacji przepisów ustawy z dnia 5 lipca 1996 r. o doradztwie podatkowym dokonanej ustawą z dnia 9 maja 2014 r. o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych.

Istotą interpretacji jest wskazanie, że w sytuacji gdy podmiot świadczy wyłącznie usługi prowadzenia ksiąg rachunkowych, ksiąg podatkowych i innych ewidencji do celów podatkowych lub też sporządzania (wypełniania) zeznań i deklaracji podatkowych może on korzystać ze wspomnianego zwolnienia podmiotowego w VAT, a obowiązek ewidencjonowania za pomocą kasy rejestrującej powstaje u takiego podmiotu na zasadach ogólnych.

W związku z powstałymi rozbieżnościami interpretacyjnymi, mając na uwadze zasadę zaufania do państwa, w przypadku podmiotów, które po wejściu noweli ustawy z dnia 5 lipca 1996 r. o doradztwie podatkowym zrezygnowali ze zwolnienia podmiotowego z VAT, uznaje się za zasadne aby podatnicy, którzy chcieliby powrócić do ww. zwolnienia (wcześniej niż po upływie roku, licząc od końca roku, w którym zrezygnowali z tego zwolnienia) mogli to uczynić już od 1 maja br. Podatnicy powracający do zwolnienia podmiotowego od 1 maja br. powinni zawiadomić o tym właściwego naczelnika urzędu skarbowego w terminie do dnia 8 maja 2015 r.

Interpretacja ogólna w zakresie stosowania tzw. zwolnienia podmiotowego z VAT oraz obowiązku prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących, wobec podmiotów wykonujących m.in. usługi związane z obsługą rachunkowo-księgową.

Pracowałeś za granicą? Sprawdź, jak się rozliczyć z urzędem skarbowym

0
Niezależnie od tego, gdzie zarabiamy, jeśli mieszkamy w Polsce i mamy rezydencję podatkową w naszym kraju, zwykle musimy złożyć tutaj zeznanie podatkowe. Podwójnego opodatkowania możemy uniknąć, jeśli pracowaliśmy w kraju, z którym Polska ma podpisaną odpowiednią umowę.

Umowy międzynarodowe zakładają dwie metody unikania podwójnego opodatkowania: wyłączenie z progresją lub odliczenie proporcjonalne. „Pierwsze rozwiązanie stosuje się w przypadku, gdy podatnik oprócz dochodu zagranicznego uzyskuje dochód podlegający opodatkowaniu również w Polsce. Wówczas jest zobowiązany do złożenia w naszym kraju rozliczenia rocznego. Dochód uzyskany za granicą nie jest w Polsce opodatkowany. Służy on tylko do obliczenia stopy procentowej” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola. Jeśli pieniądze zarabiamy jedynie w kraju, z którym Polska ma podpisaną umowę przewidującą stosowanie metody wyłączenia z progresją, nie musimy rozliczać się z polskim fiskusem.

Odliczenie proporcjonalne jest mniej korzystne. „Sumujemy dochody zagraniczne i krajowe, opodatkowujemy je, a następnie obliczony podatek pomniejszamy o podatek zapłacony za granicą” – wyjaśnia ekspertka. Umowy przewidujące stosowanie tej metody unikania podwójnego opodatkowania Polska zawarła między innymi z Belgią, Holandią, Islandią, Rosją i Stanami Zjednoczonymi.

Dochody uzyskane za granicą rozliczamy na formularzu PIT-36. Można dostarczyć go osobiście do urzędu skarbowego, wysłać pocztą czy też – jeśli przebywamy za granicą – złożyć w polskim urzędzie konsularnym. Innym, coraz wygodniejszym, sposobem jest przesłanie zeznania w formie elektronicznej (po wcześniejszym pobraniu aplikacji oraz formularzy ze strony www.e-deklaracje.gov.pl).

Skarbiec TFI: W każdych warunkach rynkowych warto brać do portfela średnie spółki o dobrych fundamentach.

CEO Magazyn Polska

Stosowane podczas oceny koniunktury wskaźniki wykazują średnie, przeciętne wartości. Zdaniem zarządzającego funduszami akcji w Skarbiec TFI w takim jak obecnie, normalnym otoczeniu należy stosować logiczne strategie, które pozwolą na większy zwrot z inwestycji niż to, co oferuje szeroki rynek. Dlatego sam stawia na spółki o średniej kapitalizacji, ale będące zdecydowanymi liderami w swoich branżach i sektorach.

Wbrew temu, co często słyszymy, żyjemy po prostu w normalnych czasach – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Cichosz, zarządzający funduszami akcji Skarbiec TFI. – Nie znajdujemy się w momencie, w którym mamy zbyt zaawansowaną hossę na rynkach czy wysokie wyceny i musimy bać się krachu na giełdzie. Jest wręcz przeciwnie.

W takim otoczeniu, jak wskazuje Michał Cichosz, należy stosować normalne, sprawdzone, logiczne strategie inwestycyjne, które pozwolą zarobić zdecydowanie więcej niż to, co przeciętnie oferuje szeroki rynek.

Nie należy się kierować cyklami koniunktury – twierdzi Cichosz. – W naszej firmowej filozofii stosujemy metodologię polegającą na tym, że każdy moment, czy jest to okres prosperity, czy kryzysu, kreuje zwycięzcę i przegranego. Należy wybierać firmy, które radzą sobie lepiej niż pozostałe. Biznesy, które są silniejsze, pokonują bowiem konkurencję bez względu na to, czy w gospodarce będzie dobrze, czy gorzej.

Strategia powinna polegać na wyborze najbardziej efektywnych firm w swoich branżach, sektorach, niszach i eliminowania z portfela słabszych spółek. Daje ona, jak twierdzi Cichosz, bardzo atrakcyjne wyniki inwestycyjne.

Ostatnie kilka lat udawało nam się zarabiać rocznie na funduszu, którym ja akurat się zajmuję, mniej więcej 10 proc. więcej aniżeli indeksy giełdowe, po trzech latach jest to ponad 30 proc. więcej niż benchmark czy indeks WIG – wskazuje Michał Cichosz.

Zdaniem zarządzającego funduszami akcji Skarbiec TFI, inwestując w akcje spółek, nie warto tracić czasu na żmudną analizę sytuacji makroekonomicznej i wyciąganie wniosków z poszczególnych wypowiedzi szefów banków centralnych czy pojedynczych danych makroekonomicznych.

Po prostu zajmijmy się wybieraniem dobrych biznesów, bo każdy moment zawsze kreuje jakiegoś lidera i często na zgliszczach starych biznesów powstaje nowy, wieloletni – przekonuje Michał Cichosz. – Zwracajmy uwagę na to, co tak naprawdę daje nam szansę zarobku, a odrzućmy cały szum informacyjny, który nie pomaga, a wręcz przeciwnie – przeszkadza.

Warto przede wszystkim, jak uważa Cichosz, ocenić efektywność firmy pod względem zwrotu na kapitale, jaki przedsiębiorstwo generuje. Więcej odłożonej gotówki pozwala takiej spółce szybciej się rozwijać, co przynosi jej także więcej środków do podziału wśród akcjonariuszy w postaci dywidendy czy skupu akcji własnych. To z kolei powoduje, że ceny akcji rosną znacznie szybciej aniżeli średnia rynkowa czy udziały słabszych konkurentów.

Czyli można powiedzieć, że jeżeli w biznes A i B należy zainwestować po milion złotych, z czego jeden generuje rocznie 10 proc. do kieszeni, a drugi – 20 proc., to wolimy mieć walory spółki o wiele bardziej rentownej – precyzuje Cichosz. – Nasz filozofia polega na wyborze jakościowych liderów, którzy dają potem przeciętnie 10 proc. więcej aniżeli średnia.

Zdaniem Michała Cichosza w długim terminie ciekawym obecnie segmentem jest branża technologiczna. Spółki IT notowane w Stanach Zjednoczonych lub Niemczech są firmami globalnymi, odgrywającymi bardzo dużą rolę we wzroście gospodarczym. Większość z nich nigdy nie będzie notowana w Polsce. Jeżeli więc inwestor chce mieć ekspozycję na nowych liderów światowej gospodarki, powinien zainwestować za granicą. Takie działania stosuje między innymi Skarbiec TFI w swoich funduszach.

Inną branżą jest chociażby sektor ochrony zdrowia, czyli spółki zajmujące się produkcją i wynajdywaniem nowych leków, które w związku ze strukturalnym starzeniem się bogatych społeczeństw mają przed sobą świetlaną przyszłość – uważa Cichosz. – Obecnie te właśnie branże charakteryzują się najwyższą stopą zwrotu na zainwestowanym kapitale, czyli są najbardziej jakościowe w relacji do innych i atrakcyjne z inwestycyjnego punktu widzenia.

Po roku rekordowych przychodów z podstawowej działalności Infovide liczy na dwucyfrowe wzrosty w 2015 r. To efekt zmiany strategii handlowej

0

CEO Magazyn Polska

Dostawca usług doradczych IT spółka Infovide-Matrix poprawia wyniki finansowe dzięki nowej strategii w zakresie zawierania kontraktów. Firma otwiera się na długoterminową współpracę z dużymi klientami. W 2015 roku Infovide-Matrix chce dalej zwiększać przychody i poprawiać rentowność. To będzie możliwe dzięki zapotrzebowaniu na systemy z zakresu bilansu energetycznego czy analityki dla dużych podmiotów finansowych.

– Strategia budowania portfela jest odzwierciedlona w naszym backlogu (wartość podpisanych kontraktów – red.), który na początku roku już jest w dużej mierze wypełniony zamówieniami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Borys Stokalski, prezes zarządu Infovide-Matrix, dostawcy usług doradczych i rozwiązań zakresie IT. – To jest pierwszy rok wzrostowy od kilku lat. Kiedy popatrzymy na nasze przychody z podstawowej działalności, czyli z usług, to zobaczymy, że mamy rekordowe wyniki w historii spółki.

Jak dodaje, zmiana strategii polegała na odmiennym budowaniu portfela zamówień. Firma zaczęła zawierać oprócz kontraktów średniej wielkości, także kontrakty wieloletnie z dużymi klientami.

– W energetyce przykładem systemów, które dzisiaj przeżywają pewne nowe otwarcie, jest oczywiście billing energetyczny, integracja bilingu z inteligentną infrastrukturą pomiarową i systemy wspierające sprzedaż – tłumaczy Stokalski. – Z kolei obszar bankowości i finansów to oprócz tradycyjnych rozwiązań, jak automatyzacja procesów kredytowych czy kanały elektroniczne, także duża analityka dla dużych podmiotów finansowych.

Przychody Infovide-Matrix w 2014 r. wyniosły 212,89 mln zł i w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej wzrosły o ponad 20 proc. z poziomu 180,48 mln zł. Zysk netto natomiast wyniósł 1,78 mln zł wobec 2,79 mln zł straty w 2013 r.

– Komentując nasze ubiegłoroczne wyniki, trudno tu mówić o jakichś jednostkowych wydarzeniach, które wpłynęły na wyniki, bo jest to po prostu efekt systematycznej i kilkuletniej pracy managementu firmy, związanej z transformacją naszej strategii i tego, w jaki sposób ją realizujemy – mówi prezes zarządu Infovide-Matrix.

W jego ocenie spółka musi nadal pracować nad poprawą wyniku netto, czego powodem może być poprawa efektywności kosztowej, gdyż firma dzisiaj ponosi znaczne koszty w związku z finansowaniem dużych projektów pozyskanych w przeszłości.

– Musieliśmy się też uporać z negatywnymi skutkami problemów, które mieliśmy we współpracy z jednym z klientów w energetyce w ciągu ostatnich dwóch lat – przypomina Borys Stokalski. – Trzeba powiedzieć uczciwie, że kosztowało to spółkę i akcjonariuszy.

Prezes Infovide-Matrix zauważa, że w tym momencie – mimo podobnego poziomu zamówień jak w roku 2014 (96 mln zł versus 95 mln zł) – firma oczekuje poprawy wyniku netto bez zaistnienia zdarzeń jednorazowych, takich jak zamknięcie sporu z spółką energetyczną Enea SA.

– Uważam, że skala kontraktacji w tym momencie jest solidna, porównywalna z ubiegłoroczną, która dała nam tak dużą dynamikę wzrostu. Cały czas pracujemy jednak na zdynamizowaniem tego wzrostu również i w tym roku – podsumowuje Borys Stokalski.

Prezes spółki szacuje, że nie będzie łatwo powtórzyć prawie 26-proc. wzrost w podstawowej działalności, ale chcemy, by osiągnięty w tym roku wzrost był zauważalny.

Infovide-Matrix SA jest jednym z głównych dostawców rozwiązań IT w Polsce. W ciągu ostatnich 12 miesięcy kurs akcji wzrósł o 22 proc. z 3,8 zł do około 4,7 zł przy korzystnym zachowaniu sektora – WIG-Informatyka wzrósł w tym okresie o 25 proc. Obecna kapitalizacja spółki to prawie 60 mln zł. Firma jest notowana na GPW od stycznia 2007 r.

Prawo podatkowe jest nieprzejrzyste i zbyt często zmieniane. Przedsiębiorcy krytycznie oceniają system podatkowy

0

CEO Magazyn Polska

Dwie trzecie przedsiębiorców nisko ocenia jakość przepisów podatkowych, a 86 proc. przyznaje, że zmieniają się one zbyt często – wynika z badań firmy Podatkowiec. Choć system podatkowy wielu z nich stwarza duże trudności, to tylko 30 proc. próbuje zmienić tę sytuację, np. wprowadzając politykę podatkową w firmie. Przedsiębiorcy podkreślają, że problemem większym niż skomplikowany system podatkowy jest jego interpretacja przez poszczególnych urzędników.

– Badania, które przeprowadziliśmy wśród polskich przedsiębiorców, potwierdziły, że system podatkowy jest przez nich bardzo źle oceniany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Pastuszka, prezes firmy Podatkowiec. – Widać, że opinie o systemie podatkowym dramatycznie się pogorszyły. Przedsiębiorcy bardzo źle oceniają skomplikowanie tego systemu i zmiany, które w nim nastąpiły.

Dla 86 proc. respondentów częstotliwość zmian w przepisach podatkowych jest zbyt częsta. Aż 60 proc. z nich jakość przepisów prawa podatkowego ocenia bardzo nisko (bardzo wysoko oceniło zaledwie 3 proc.). Taką samą ocenę wystawiło dwóch na trzech badanych w odpowiedzi na pytanie o przejrzystość systemu.

– Jednocześnie przedsiębiorcy nic nie robią w tym zakresie. Tylko 30 proc. z nich podjęło jakiekolwiek działania, które miały poprawić sposób zarządzania podatkami – podkreśla Pastuszka.

70 proc. badanych nie próbuje zmienić stanu poprzez np. wprowadzenie polityki podatkowej w firmie i określenie rocznych celów podatkowych. Przedsiębiorcom brakuje świadomości, że lepsze zarządzanie podatkami może pozwolić im zmniejszyć obciążenia fiskalne, a tym samym przeznaczyć więcej środków na działalność.

Przedsiębiorcy apelują o uproszczenie przepisów, jednak eksperci z firmy Podatkowiec podkreślają, że trudno upraszczać regulacje dotyczące tak skomplikowanej materii.

– Można długo wymieniać, jakie przepisy można by było wprowadzić czy zmienić, natomiast po analizie problemów przedsiębiorców wydaje mi się, że większym problemem jest podejście organów do interpretacji tych przepisów, kultura obsługi podatnika i podejście do niego. To jest główna kwestia – mówi Jerzy Martini, szef zespołu ds. podatku VAT w firmie Podatkowiec.

Działania zmierzające do poprawy tych kwestii są podejmowane przez resort finansów. Trwają prace nad zmianami w administracji podatkowej, zgodnie z którymi podatnik – jako klient – ma być w centrum uwagi. Jedną z propozycji jest wprowadzenie nowej instytucji – asystenta podatnika, który będzie wspierał mikroprzedsiębiorców w pierwszych 18 miesiącach prowadzenia działalności gospodarczej. Ministerstwo zapewnia również, że poprawi się kwestia interpretacji przepisów. Dla zapewnienia jednolitości interpretacji rozwijana będzie Krajowa Informacja Podatkowa – indywidualne interpretacje podatkowe mają być wydawane w krótszym czasie. Pojawią się też nowe formy obsługi klienta i więcej e-usług.

Pytanie, czy da się zmienić mentalność wielu urzędników, wywodzącą się jeszcze ze starego systemu, czyli negatywne podejście do podatników. Mimo że nie jest to uzasadnione przepisami prawnymi. Urzędnicy nie zawsze są bezstronni, uczciwi, nie zawsze są partnerami. Główny problem nie są przepisy, tylko podejście do nich aparatu państwowego, aparatu skarbowego – podkreśla Martini.

Eksperci podkreślają, że negatywne podejście urzędników i różna interpretacja jednego przepisu w różnych urzędach mogą mieć poważne konsekwencje dla firmy.

– Przedsiębiorca może dzisiaj w dobrej wierze, zachowując należytą staranność, podejmować pewne decyzje, nawet konsultowane prawnie, a urząd może przyjść i stworzyć wykładnię prawną, która jego decyzje podważy i spowoduje, że będzie miał do zapłacenia ogromne pieniądze naliczone również wstecz. W takiej sytuacji przedsiębiorca może sobie nie poradzić na rynku – ocenia Wiesław Wójcik, prezes firmy odzieżowej Corpo i Przewodniczący Porozumienia przedsiębiorców poszkodowanych przez organy RP.

To z kolei może prowadzić do bankructwa przedsiębiorstwa. Jak podkreśla Wójcik, przez „pomyłki” urzędników upadło już wiele podmiotów. W Polsce obowiązują wprawdzie przepisy o odpowiedzialności urzędników za podejmowane decyzje, ale w praktyce nie działa to tak, jak należy – ocenia. Przykładem samowolnej postawy urzędników są kontrole, które zgodnie z wyrokami sądów powinny być zakończone np. w ciągu miesiąca, a trwają przez kolejne dwa lata, co kończy się upadkiem firmy i utratą wielu miejsc pracy przy jednoczesnym braku odpowiedzialności urzędniczej.

Powodem, dla którego organy państwa mogą działać i działają opresyjnie wobec przedsiębiorców jest niezrozumienie tego, jak dużą wartość przedsiębiorcy wnoszą w obrót gospodarczy i lokalne społeczności oraz z jakimi problemami się mierzą. Przedsiębiorcy, żeby móc skutecznie prowadzić swoją działalność, muszą zmagać się z wieloma wyzwaniami. Walczą z ogromną konkurencją, walczą o utrzymanie się na rynku i dobrą relację ceny do jakości produktu, która pozwoli im przyciągnąć klienta – mówi Wiesław Wójcik.

Badanie „Przedsiębiorca o podatkach” przeprowadzono na zlecenie firmy Podatkowiec przez internet na próbie 977 przedstawicieli MŚP w okresie od października 2014 do styczeń 2015. Jego wyniki zostały przedstawione podczas konferencji „Jak bezpiecznie zarządzać podatkami w firmie i uwolnić kapitał na jej rozwój?”, która odbyła się w piątek, 10 kwietnia.

Na stworzenie dobrego systemu informatycznego do wyborów potrzeba co najmniej roku. Firmy informatyczne będą ostrożnie podchodzić do przetargu

CEO Magazyn Polska

Sprawny system informatyczny do obsługi wyborów nie będzie ani tani, ani nie powstanie szybko. Choć ma on relatywnie prostą konstrukcję, to wymaga odpowiedniej specyfikacji, kryteriów funkcjonalnych, wyszkolenia użytkowników i testów niezawodności. Eksperci szacują, że na jego przygotowanie potrzebny jest co najmniej rok intensywnej pracy. Żadna poważna firma nie zaryzykuje już i nie przyjmie pochopnie zlecenia od Krajowego Biura Wyborczego.

System obliczający wynik wyborów wygląda na prosty i szybki do napisania. Problem w tym, że ten pozornie prosty program musi w tym samym czasie z dużą intensywnością pracować w całym kraju. I robić to w sposób niezawodny.

Cała trudność polega na tym, że w relatywnie krótkim czasie trzeba rozwinąć, wdrożyć i uruchomić w sposób w miarę bezawaryjny rozległą infrastrukturę, by  skonsolidować te wyniki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Borys Stokalski, prezes zarządu Infovide-Matrix.

Jak dodaje, ostatnia próba zamówienia systemu była fatalnie przygotowane. Efekt można było obserwować podczas wyborów samorządowych. System nie zadziałał, a ogłoszenie oficjalnego wyniku głosowania trwało miesiąc. Podczas ostatnich wyborów zabrakło przede wszystkim zarządzania ryzykiem.

My rozumiemy ten proces, jego złożoność i ryzyko, m.in. dlatego nie zdecydowaliśmy się na wystartowanie w tym przetargu, bo mieliśmy świadomość, że to po prostu jest absolutnie niewykonalne zadanie dla firmy, która miałaby coś zacząć od początku – podkreśla Stokalski.

Z raportu Najwyższej Izby Kontroli, która badała przyczyny tej porażki, wynika, że Krajowe Biuro Wyborcze nie określiło precyzyjnie w przetargu wymagań jakościowych dla systemu, a przetarg był prowadzony nierzetelnie. Wybrano ofertę tanią, która nie gwarantowała zakupu sprawnego produktu. Na dodatek zakupionego systemu nie przetestowano należycie. Po tej wpadce trudno będzie zamówić nowy system bez bardzo dobrze przygotowanego przetargu.

Myślę, że dzisiaj każdy potencjalny dostawca spróbuje najpierw policzyć sobie dobrze, czy jest w stanie się z tego zobowiązania wywiązać. Skutki wizerunkowe kolejnego nieudanego projektu wyborczego mogą być po prostu dla firmy zabójcze – ocenia Borys Stokalski.

Stworzenie platformy wyborczej, która sprawnie obsługiwałaby kolejne wybory, wymaga przede wszystkim przygotowania strategii informatyzacji i architektury systemu wyborczego i odpowiedniej specyfikacji. W ocenie Stokalskiego to co najmniej rok wytężonej pracy. Wykonawca powinien wziąć pod uwagę zarówno wymagania funkcjonalne wobec systemu, jak i kwestie bezpieczeństwa i ryzyko przeciążeń.

Technicznie ta sprawa jest do rozwiązania i przy precyzyjnej specyfikacji zapewne w kilka miesięcy taki system sprawna firma informatyczna jest w stanie wykonać, przetestować i wdrożyć – ocenia prezes zarządu Infovide-Matrix.

Zamówienie sprawnego systemu wymaga też zagwarantowania odpowiednich szkoleń dla ludzi, którzy będą go obsługiwać i odpowiedniego czasu na testy.

Nasze doświadczenia z wyborów samorządowych w 2014 roku pokazują, że niezależnie od problemów technicznych, które wówczas udało się zwalczyć w sposób pozwalający na poprawne ustalenie wyników, problem wykreowały też zapowiedzi PKW, że wyniki będą znane na drugi dzień. W praktyce okazało się, że policzenie, zgromadzenie i przepchnięcie przez sieć wyników np. z Warszawy trwa dłużej i nic się na to nie poradzi – mówi Stokalski. – Dlatego trzeba przede wszystkim patrzeć na to, gdzie ustawa stawia termin, który jest bezwzględnie konieczny do dotrzymania, i cierpliwie czekać, aż głosy zostaną policzone. Chodzi o to, żeby protestów wyborczych było jak najmniej i żeby wyniki wyborów były jak najbardziej wiarygodne, a nie o to, jak szybko one będą ogłoszone.

M. Boni: ograniczenie anonimowości komentujących oraz potępianie negatywnych wpisów mogą zmniejszyć poziom internetowego hejtingu

CEO Magazyn Polska

W internecie skala nienawistnych wpisów, wypowiedzi i komentarzy rośnie, ale o administracyjnym ograniczaniu swobody wypowiedzi nie może być mowy. Można jednak zmniejszyć liczbę negatywnych opinii, na przykład ograniczając anonimowości. Sami internauci również mogą przyczynić się do zwalczania tego zjawiska, promując właściwe postawy i wspierając atakowane w sieci osoby.

– Ograniczenie internetowego hejtingu jest bardzo trudne. Najważniejsza jest promocja innej postawy.  Musimy mówić, że zachowanie tych, którzy atakują mową nienawiści, często chowając się za anonimowością, jest złe i naganne, a nienawiść rozpalana w słowach może stać się nienawiścią, która przejdzie w czyny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Michał Boni, europoseł i były minister administracji i cyfryzacji.

Jak dodaje, posługiwanie się mową nienawiści jest charakterystyczne dla świata dżihadu i terroryzmu. W Europie podobne zachowania były obecne w latach 30., kiedy rozwijał się faszyzm. My też mamy obecnie podobną sytuację, ale bez ideologicznego podłoża.

Wpływ anonimowości na poziom negatywnych komentarzy (tu na temat mniejszości etnicznych) zbadała Fundacja „Wiedza Lokalna”. Z badania wynika, że wymóg bycia nieanonimowym powoduje złagodzenie komentarzy i ograniczenie nienawiści. Dla przykładu zalogowani na Facebooku internauci, którzy komentowali w popularnych serwisach internetowych dane tematy, znacznie rzadziej zamieszczali negatywne wypowiedzi.

– Mowa nienawiści jest jedną z najgroźniejszych rzeczy, z którą przychodzi nam się zmagać. Mamy jednak prawo do swobody wypowiadania się i na pewno nie należy tutaj wprowadzać żadnych reguł cenzorskich – mówi Boni.

Zdaniem byłego ministra należy tylko ścigać określone przypadki łamania prawa, jak np. propagowanie treści faszystowskich. Natomiast internetowe nienawistne ataki muszą być zwalczane bez wsparcia prawa, przez innych internautów, co na razie jest bardzo rzadkim zjawiskiem.

– Smuci mnie, że jeśli np. na Twitterze jest nienawistny atak na jakąś osobę, to nie ma ona wsparcia ze strony tych, którzy myślą inaczej niż atakujący. To wsparcie jest stosunkowo rzadkie – wyjaśnia europoseł. – Tym dzikim, nienawistnym hordom trzeba się opierać, mówiąc dobrze i dając wsparcie tym, którzy są atakowani.

Michał Boni uważa, że nie należy zmieniać reguł, które dzisiaj rządzą internetem. Użytkownicy sieci, którzy nie wstydzą się swoich postaw, robią to nieanonimowo. Z kolei tych posługujących się mową nienawiści należy oceniać negatywnie, ale nie poprzez wprowadzanie odgórnych przymusów i reguł.

UPS szykuje odpowiedź na paczkomaty. Do końca tego roku 1,5 tys. UPS Access Points w Polsce

 

Polacy kupujący towary przez internet coraz większą wagę przywiązują do wygody zakupów i odbioru zamówienia. W Europie co trzeci kupujący chciałby odebrać przesyłkę w miejscu innym niż dom, wśród polskich klientów widoczne są podobne trendy. UPS w odpowiedzi na te oczekiwania chce rozszerzyć sieć punktów UPS Access Points. W Polsce do końca roku będzie ich 1,5 tys.

Klienci oczekują wygody. To oni chcą decydować, gdzie, kiedy i w jaki sposób będą mogli odebrać swoje przesyłki. Jeśli sklep da swoim im wybór, to stanie się konkurencyjny na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Matusiewicz, dyrektor marketingu UPS Polska.

Jak wynika z badania UPS i comScore, przeprowadzonego w sześciu europejskich krajach, aż 32 proc. kupujących w internecie chce mieć możliwość odbioru towaru poza domem. Badania te pokazały, że wygoda dostawy jest jednym z kluczowych czynników dla rynku e-commerce. Aż 58 proc. respondentów przyznało, że zdarzyło im się zrezygnować z zakupu z uwagi na zbyt długi czas dostawy produktu.

UPS stara się reagować na te preferencje i planuje zmiany w systemie dostawy paczek. Na całym świecie firma zainstaluje 20 tys. urządzeń UPS Access Points, w których klienci mogą samodzielnie odebrać paczkę wtedy, kiedy będą mogli. Będą one powstawać szczególnie w Europie, bo to na tym kontynencie konsumenci zwracają największą uwagę na wygodę dostawy. W Polsce pierwsze urządzenia Access Point pojawiły się w październiku 2014 r., a do końca tego roku ma być ich 1,5 tys.

Będzie to zależało od zapotrzebowania na rynku. Wyliczyliśmy, że około 1,5 tys. jest wystarczającą liczbą, która zapewni wygodę odbiorcom – mówi Matusiewicz.

Badania przeprowadzone przez UPS i comScore pokazały także, że równie ważna dla klientów jest bezpłatna dostawa. Aż 67 proc. z badanych potwierdziło, że zgodziliby się poczekać o 1-3 dni dłużej na dostawę, jeśli nie musieliby za nią płacić.

Tutaj są również opcje dla sklepów, żeby różnicować swoją ofertę – zaznacza Matusiewicz. – Oczekiwania zmierzają również w stronę różnicowania opcji płatności.

UPS już w połowie tego roku zamierza uruchomić nowe centrum dystrybucyjne w Strykowie, które powinno jeszcze bardziej poprawić efektywność dostaw obsługiwanych przez tę firmę. Jak podkreśla Matusiewicz, inwestycja nie ma celu jedynie zwiększenia przepustowości, bo pod tym względem już teraz UPS ma wystarczające możliwości.

Położenie Strykowa jest pod tym względem dużo lepsze niż położenie Warszawy, ponieważ można szybciej i lepiej obsługiwać również zachodnią część naszego kraju – tłumaczy Matusiewicz. – Jest to jeden z elementów strategii inwestowania UPS na rynkach europejskich. W przeciągu 4-5 lat firma planuje przeznaczyć około 1 mld dol. na rozwój sieci i sposobów obsługi klientów na rynku europejskim. To tylko świadczy o tym, jak ważny jest rynek europejski, w tym Polska, dla UPS jako firmy globalnej.

Jak podkreśla Matusiewicz, na całym świecie rynek e-commerce rośnie o ok. 16 proc. rocznie, a Polska pod względem dynamiki nie odbiega od światowej średniej. Dlatego właśnie firmy kurierskie starają się jak najlepiej dostosować swoją ofertę do oczekiwań przedsiębiorców prowadzących handel w internecie oraz ich klientów.

Dodaje, że jako firma globalna UPS stara się dotrzeć także do tych polskich firm, które sprzedają towary za granicę. Matusiewicz ocenia, że dla nich jedną z barier rozwoju jest obawa przed zniszczeniem przesyłek w spedycji międzynarodowej. Dlatego UPS stara się przedstawić im ofertę, w której dużą wagę przywiązuje się do jakości i bezpieczeństwa wysyłki.

Firmy wznawiają inwestycje w odnawialne źródła energii. Ustawa ustabilizuje rynek

0

CEO Magazyn Polska

Na początku maja wchodzi w życie nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii. Pozwoli ona firmom z tego sektora na rozpoczęcie dużych inwestycji. Chociaż wciąż nie są znane szczegóły dotyczące cen energii z OZE w nowym systemie aukcyjnym, to nowe prawo zakończy okres niepewności na rynku. Konsumenci mogą spodziewać się obniżek cen zielonej energii.

Po blisko czterech latach pracy nad ustawą nareszcie została podpisana przez prezydenta. Cieszymy się, że jest, bo znosi ona niepewność, z którą żyliśmy przez ostatnie kilka lat. To przekłada się na inwestycje w naszej firmie. Przez ostatnie dwa lata nie inwestowaliśmy, ponieważ czekaliśmy na jakiś kształt tej ustawy, który pozwalałby nam zidentyfikować ewentualne ryzyka i je zminimalizować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Macias, członek zarządu RWE Renewables Polska, spółki, która inwestuje w energetykę odnawialną w Polsce.

Ustawa o OZE została podpisana przez prezydenta 11 marca i wchodzi w życie na początku maja. Nie wszystkie przepisy zaczną obowiązywać od razu – regulacje dotyczące m.in. wsparcia wytwórców energii z OZE wejdą w życie dopiero 1 stycznia 2016 r.

Nowa ustawa wprowadziła system aukcji, który zastąpi zielone certyfikaty. Zwycięzcy tych aukcji, czyli firmy, które zaproponują najniższą cenę, będą mieli zagwarantowaną przez państwo stałą cenę za energię produkowaną ze źródeł odnawialnych, co ma ich zachęcić do długofalowych inwestycji.

Jak podkreśla Macias, to właśnie od doprecyzowania tego wsparcia zależy dokładny kształt rynku OZE w Polsce w kolejnych kilku latach. Wciąż nie wiadomo jednak, jakie ceny referencyjne dla tych aukcji ustali Ministerstwo Gospodarki.

Wszystko zależy od parametrów brzegowych ustawionych aukcji, na które musimy jeszcze poczekać. Trudno nam oceniać w całości, jaki wpływ będzie miała ustawa na rynek energii odnawialnej, bo wszystko zależy od tego, w jaki sposób zostaną ustalone ceny referencyjne i w jaki sposób zostaną dopuszczone, prekwalifikowane projekty do udziału w aukcjach – wyjaśnia Macias.

Zaznacza jednak, że pomimo tych niejasności ustawa już teraz wpłynie bardzo stabilizująco na rynek.

Macias dodaje, że dla RWE Renewables najważniejszym sektorem rynku OZE jest wiatrowa energetyka lądowa. Liczy na to, że ceny ustalone przez resort gospodarki pozwolą na dalsze inwestycje w tym obszarze.

Na rozwoju odnawialnych źródeł skorzystają również konsumenci, bo ceny energii mogą spaść. Tak stało się na bardziej rozwiniętych w tym zakresie rynkach, np. w Niemczech.

Biorąc jako przykład rynek niemiecki, gdzie energetyka odnawialna jest dużo bardziej rozwinięta niż w Polsce, widzimy, że ceny energii elektrycznej w hurcie są znacznie niższe niż jeszcze kilka lat temu. Spodziewamy się, że podobnie będzie w Polsce – prognozuje Macias.

Nie chce jednak prognozować, do jakiego poziomu spaść może cena energii. W Niemczech, na które powołuje się Macias, energia ze źródeł odnawialnych ma znacznie większy udział w miksie energetycznym niż w Polsce. U naszych zachodnich sąsiadów w 2014 r. OZE po raz pierwszy były największym źródłem energii i miały 25,8 proc. udziału w produkcji. W Polsce ten wskaźnik w 2013 r. wynosił 11,3 proc., a dzięki nowej ustawie do 2020 r. ma wzrosnąć do co najmniej 15 proc.

Nakłady na badania i rozwój polskiego przemysłu biotechnologicznego przynoszą efekty. Firmy mają coraz lepszą pozycję na zagranicznych rynkach

CEO Magazyn Polska

Dzięki inwestycjom poczynionym kilka lat temu w branży biotechnologicznej, dziś firmy z tego sektora mają silną pozycję nie tylko w Polsce, lecz także na zagranicznych rynkach. Klienci za granicą chętnie sięgają po innowacyjne urządzenia medyczne oraz leki. Wśród firm, które odniosły międzynarodowy sukces, są m.in. Medicalgorithmics, Mabion i Selvita.

– Inwestycje, które w branży biotechnologicznej zostały poczynione 5-8 lat temu, pozwoliły wykreować pewnych liderów w określonych kategoriach, za którymi pójdą na pewno następne podmioty – mówi agencji Newseria Paweł Przewięźlikowski, prezes zarządu spółki technologicznej Selvita, działającej w obszarze odkrywania i rozwoju nowych leków, przede wszystkim onkologicznych.

Prezes zarządu Selvity uważa, że pozycja polskich spółek technologicznych jest coraz lepsza. Według niego pierwszą polską firmą z branży, która odniosła międzynarodowy sukces, był Bioton. Firma sprzedaje insulinę nie tylko w Europie i Azji, lecz także w Ameryce Południowej.

– Medicalgorithmics jest bardzo mocnym podmiotem w segmencie urządzeń medycznych, Mabion – w zakresie leków biopodobnych. Pojawiają się także nowe podmioty, jak np. OncoArendi, które również mogą przyczynić się do poprawy pozycji polskiej nauki – wymienia Przewięźlikowski. – Selvita jest największą firmą odkrywającą innowacyjne leki między Indiami a Niemcami. Mamy klientów na całym świecie.

Spółka z Krakowa na początku marca otworzyła swoje pierwsze zagraniczne biuro w Stanach Zjednoczonych – w regionie Bostonu (Greater Boston Area), w którym skupione są firmy biotechnologiczne z całego świata. To wynik rosnących obrotów handlowych z partnerami z USA w sprzedaży usług oraz w zakresie projektów badawczo-rozwojowych w dziedzinie onkologii. Firma intensywnie pracuje nad nowymi projektami – SEL24 i SEL120.

 Są one na etapie badań przedklinicznych. SEL24 planujemy wprowadzić do kliniki w pierwszej połowie przyszłego roku – mówi Paweł Przewięźlikowski.

Projekty SEL24 i SEL120 zakładają stworzenie innowacyjnych leków onkologicznych. Pierwszy z nich ma potencjał terapeutyczny w leczeniu m.in. białaczki szpikowej, a drugi – np. raka jelita grubego.

 Chcielibyśmy pozyskać partnerów na jeden z tych projektów do końca tego roku, tak żeby badania finansować nie tylko ze środków własnych, lecz także ze środków partnera – zaznacza prezes Selvity. – Prowadzimy rozmowy z dużymi i średnimi firmami farmaceutycznymi z Europy Zachodniej, Japonii i Stanów Zjednoczonych.

Polacy sięgają po naturalne produkty. Rośnie sprzedaż jogurtów naturalnych i greckich

CEO Magazyn Polska

Polacy kupują coraz więcej jogurtów naturalnych i greckich. Dynamicznie rośnie również segment deserów mlecznych. Tracą na tym inne produkty mleczne, bo cały rynek nabiału utrzymuje się na stabilnym poziomie. Coraz większą rolę na tym rynku odgrywają marki własne, głównie sieci dyskontowych ale liderem rynku cały czas pozostaje Danone.

Rynek nabiału w Polsce jest w miarę stabilny, natomiast wewnątrz rynku widać bardzo wyraźne kierunki rozwoju. W trendzie rosnącym są wszystkie produkty, które spełniają kryteria naturalności, czyli jogurty naturalne i greckie, oraz desery mleczne – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Mazur, e-retail i e-commerce manager w Danone.

Mazur tłumaczy, że w Polsce obserwowane są obecnie trendy, które już kilka lat temu pojawiły się na Zachodzie. To przede wszystkim odejście od jogurtów owocowych. Polacy coraz chętniej kupują jogurty naturalne, do których sami dodają ulubione dodatki (musli, płatki, owoce)

Większa popularność produktów naturalnych np. w Stanach Zjednoczonych dotyczy nie tylko nabiału – z tego samego powodu udział w rynku tracą producenci wysoko słodzonych napojów gazowanych. Producenci w 2013 r. sprzedali w Ameryce Północnej o 2 proc. mniej napojów gazowanych rok do roku. Ekspert wyjaśnia, że Amerykanie chętniej kupują teraz np. urządzenia , które umożliwia samodzielne stworzenie napoju gazowanego na bazie syropów smakowych.

W segmencie nabiału w Stanach Zjednoczonych dominują jogurty typu greckiego, czyli gęstsze i bardziej kremowe jogurty o wyższej zawartości białka i niższym poziomie cukru niż tradycyjne jogurty.

Rynek jogurtów w Stanach Zjednoczonych to są przede wszystkim jogurty greckie. Stanowią prawie połowę wartości tego rynku. W Polsce jogurty greckie bardzo szybko zyskują na popularności, aczkolwiek nie jest to jeszcze wiodąca kategoria – mówi Mazur.

Na polskim rynku świeżych produktów mlecznych wciąż dominują największe marki. Jak wynika z danych portalu TylkoFMCG.pl, w okresie od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. Danone miał łącznie niemal 30  proc. udziału w tym rynku. Ekspert podkreśla, że najpopularniejszymi markami tego koncernu były Danio, Danonki i Activia. Zajmują one czołową pozycję odpowiednio w segmentach serków homogenizowanych, produktów nabiałowych dla dzieci i tzw. produktów funkcjonalnych, czyli z dodatkową wartością dla zdrowia.

Kolejne miejsca pod względem udziałów w rynku zajęły Zott (ok. 18 proc.) z wiodącymi markami Monte i Jogobella, Bakoma (10 proc.), której sprzedaż napędzały jogurty naturalne, oraz Müller.

Konkurencją są też bardzo dynamicznie rosnące marki własne – podkreśla Mazur. ‒ Zdecydowanie zyskują one na popularności, to już nie są produkty najtańsze i niskiej jakości, tylko bardzo często o bardzo dobrej jakości. Firma Danone z uwagą obserwuje trendy na świecie i w Polsce i na bieżąco na nie reaguje.

Rower to nie tylko sposób na relaks, lecz także środek codziennego transportu. Ponad połowa Polaków korzysta z niego kilka razy w tygodniu

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej jeżdżą na rowerze. Dla większości jest to sposób na spędzenie wolnego czasu i rekreację, natomiast blisko jedna trzecia wykorzystuje rower, by dojechać do pracy lub szkoły. Ponad połowa Polaków przyznaje, że w sezonie jeździ na rowerze nawet kilka razy w tygodniu, najchętniej w towarzystwie bliskiej osoby. Choć dla polskich rowerzystów bezpieczeństwo jazdy jest ważne, to rzadko używają odblasków i kasków. 

Z badania Europ Assistance Polska wynika, że w sezonie 56 proc. polskich cyklistów jeździ na rowerze kilka razy w tygodniu, a 19 proc. nawet codziennie. Zdecydowana większość, bo aż 87 proc., traktuje jazdę na rowerze jako formę spędzania wolnego czasu, 28 proc. wykorzystuje jednoślad, by dojechać do sklepu po zakupy, a 25 proc. dojeżdża nim do pracy lub szkoły.

– Najpopularniejsze wśród polskich rowerzystów są rowery górskie i rowery miejskie. Co ciekawe, rowery górskie wybierają mężczyźni i osoby młodsze, natomiast rowery miejskie preferują panie i osoby starsze. Warto też podkreślić, że rower górski jest bardziej popularny w miastach, a rower miejski na wsiach. Polacy posiadają rowery, które mają cztery i więcej lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Justyna Niebutkowska z Europ Assistance Polska.

Rowery górskie posiada 55 proc. przebadanych przez Europ Assistance Polska, rowery miejskie  54 proc., trekkingowe  11 proc., a kolarzówki  8 proc. Z Ogólnopolskiego Badania Rowerowego wynika, że w większości polskich gospodarstw domowych znajdują się dwa lub trzy rowery. Polscy cykliści przywiązują dużą wagę do bezpieczeństwa jazdy, aż 66 proc. z nich sprawdza przed przejażdżką stan swojego pojazdu. 77 proc. miłośników jednośladów używa odblasków, które należą do najpopularniejszego wyposażenia rowerów w Polsce.

Mimo że odblaski są wymagane przepisami prawa, to 1/4 Polaków ich nie używa, co jest niestety powodem do zmartwień. W dalszej kolejności używamy również kasków, ale to też tylko 33 proc. osób i głównie panowie. W wyposażeniu rowerów często znajdują się za to dzwonki i bidony – mówi Justyna Niebutkowska.

Polacy zdecydowanie nie lubią jeździć samotnie. 47 proc. badanych deklaruje, że w trakcie jazdy towarzyszy im zwykle ktoś z rodziny, 35 proc. chętnie jeździ w gronie znajomych i przyjaciół, a 29 proc. zabiera na wycieczki rowerowe dzieci. Na samotne przejażdżki wybiera się 25 proc. cyklistów, w większości osoby starsze.

Rodzice, którzy na wycieczki zabierają małe dzieci, najczęściej decydują się na przewożenie ich w foteliku rowerowym. Tylko 4 proc. badanych decyduje się na specjalne przyczepki. Większość, bo aż 56 proc. maluchów, podróżuje jednak na własnych rowerach.

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Fitness marketing w internecie

Jak reklamować klub fitness lub siłownię, by precyzyjnie trafiać do grup docelowych? Dlaczego przy planowaniu kampanii online warto zwracać uwagę na trendy sezonowe? Jakie znaczenie dla skuteczności reklamy w wyszukiwarce ma położenie geograficzne klubu? W końcu – co determinuje koszty i efekty takiej kampanii? Odpowiedzi znajdują się w najnowszym raporcie opublikowanym przez Blink.pl.

Zgodnie z danymi Polskiego Związku Pracodawców Fitness, w Polsce działa ok. 4 tys. prywatnych siłowni i fitness klubów. W większości przypadków to małe i średnie obiekty rywalizujące z systematycznie rosnącą liczbą nowoczesnych sieci. – Na tak rozdrobnionym rynku wartość reklamy jako sposobu dotarcia do potencjalnego klienta ma wręcz kolosalne znaczenie – przekonuje Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl, firmy specjalizującej się w hostingu oraz kampaniach SEM i SEO. Istotny pozostaje też fakt, że osób zainteresowanych dołączaniem do klubów fitness jest coraz więcej – już teraz to przyrost rzędu 20 proc. rocznie. – Rynek będzie systematycznie rósł przyciągając nowych inwestorów. Z kolei większa konkurencyjność wymusi na firmach konieczność wykorzystywania dodatkowych środków promocji, także w zakresie precyzyjnie kierowanej reklamy online, pozwalających pozyskiwać i utrzymywać grono lojalnych klientów. Obecność w wyszukiwarce i – co za tym idzie – w świadomości starannie dobranych, potencjalnych klientów stanie się coraz ważniejsza – dodaje Jakub Dwernicki.

Kluby fitness w dużych miastach

Dane rynkowe pokazują, że największa koncentracja branży fitness występuje w dużych miastach, szczególnie Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu, Krakowie i Poznaniu. To właśnie w tych lokalizacjach wybór miejsc, w których można regularnie ćwiczyć jest największy. Taka konkurencyjność to szczególne wyzwanie dla właścicieli i menadżerów dążących do wyeksponowania oferty swojej siłowni czy fitness klubu. Raport udostępniony przez Blink.pl pokazuje, jak w osiągnięciu tego efektu pomaga reklama online – jak przedstawiają się szacunkowe koszty takiej kampanii oraz przewidywane rezultaty uwzględniające trendy sezonowe i układ geograficzny.

Raport Blink.pl to symulacja kampanii reklamowej w wyszukiwarce Google dla klubów fitness lub siłowni zlokalizowanych w dużych miastach Polski. Dokonując analizy potencjału tej branży specjaliści pod uwagę wzięli zestaw popularnych fraz związanych z uprawianiem sportów i zdrowym trybem życia. Wybrano wyrażenia cieszące się znacznym zainteresowaniem potencjalnych klientów branży, a wśród nich znalazły się: „crossfit”, „zumba”, „fitness”, „tbc”, „squash”, „tabata”, „pole-dance”, „jogging”, „nordic-walking”, „bieganie”, „aerobik” i „siłownia”. Aby oszacować potencjał reklamy online dla klubów fitness z największych miast Polski, Blink.pl założył hipotetyczny budżet na poziomie 50 zł dziennie. Przyjęto też, że za kliknięcie CPC w reklamę firma nie zapłaci się więcej niż 3 zł. Badanie przeprowadzono w marcu 2015 roku przy użyciu narzędzi Google Trends i Planer Słów Kluczowych.

Masz klub w lubuskim? Promuj zumbę

Analiza wykonana przez Blink.pl pokazała, że wiele zajęć oferowanych przez kluby może mieć charakter sezonowy. Dla przykładu słowo „zumba” najczęściej wyszukiwane jest przez internautów wiosną (szczególnie w miesiącach marcu i kwietniu) oraz z początkiem jesieni (w październiku). Słabsze zainteresowanie odnotowuje się natomiast w grudniu oraz miesiącach wakacyjnych. Co ciekawe, zajęcia te najczęściej wyszukiwane są na zachodzie kraju, a relatywnie największą popularność zyskują w województwie lubuskim.

W opolskim ćwiczą crossfit

Także rosnąca popularność crossfitu znalazła swoje odzwierciedlenie w trendach wyszukiwania. Ośrodkiem największego zainteresowania tą dyscypliną okazała się być Opolszczyzna, zdecydowanie deklasująca inne województwa, jeśli chodzi o częstotliwość zapytań wpisywanych w wyszukiwarkę.

Fitness? Tak, szczególnie w styczniu i wrześniu

Co ciekawe, największe zainteresowanie dość ogólną frazą „fitness” występuje szczególnie na początku roku kalendarzowego. Wraz z upływem wiosny poziom zapytań o te zajęcia systematycznie spada, by osiągnąć próg minimalny w czerwcu. Drugi ze szczytów przypada na wrzesień, by ponownie spaść w okolicach grudnia.

Najbardziej zainteresowani zajęciami „fitness” są mieszkańcy Dolnego Śląska, choć poziom utrzymany w województwie mazowieckim i małopolskim okazał się być tylko symbolicznie niższy.

Cena reklamy zależy od lokalizacji

Jak widać, przy skutecznej promocji klubu fitness pod uwagę należy wziąć trendy sezonowe pozwalające tworzyć przekazy w czasie, w którym informacje te są właśnie wyszukiwane. Drugim ważnym czynnikiem determinującym powodzenie kampanii jest dopasowanie reklamy do położenia geograficznego klubu. Blink.pl sprawdził, jak przedstawiają się koszty reklamy wynikające ze zróżnicowania regionalnego na przykładzie promocji wg fraz „zumba” oraz „siłownia”.

Okazało się, że średnia cena jaką przyjdzie zapłacić za kliknięcie w reklamę po słowie „zumba” wynosi od 1,30 dla Poznania do 2,61 zł dla Krakowa. Co ciekawe, w Poznaniu można liczyć na znacznie większą, miesięczną liczbę wyświetleń przez osoby szukające tej frazy (ok. 2600 vs ok. 800).

A co z promocją wg frazy „siłownia”? Dwa z analizowanych miast – Poznań i Wrocław – zapewniły szansę na szczególnie atrakcyjne koszty za jedno kliknięcie – odpowiednio 0,46 i 0,15 zł.

Analizując wyniki symulacji przeprowadzonej przez Blink.pl, widać jakie wyrażenia związane z zajęciami sportowymi cieszą się największą popularnością w zależności od miasta, z którego pochodzi zainteresowany internauta. Dla przykładu najwięcej wyszukań fraz „fitness” występuje we Wrocławiu (51 786 wyświetleń i 470 prognozowanych kliknięć w reklamę/mc) oraz Poznaniu (45 945 wyświetleń i 513 prognozowanych kliknięć/mc). Spore zainteresowanie „siłownią” wykazują internauci z Warszawy (7 885 wyświetleń i 125 prognozowane kliknięcia/mc), a „zumbą” – mieszkańcy Krakowa (800 wyświetleń i 239 prognozowanych kliknięć/mc). W Gdańsku warto promować „nordic-walking”, którego reklama może być wyświetlona 825 osobom i kliknięta przez 342 potencjalnych klientów.

Reklama doprecyzowana geograficznie

Na koniec specjaliści z Blink.pl sprawdzili, jak będą kształtować się ceny za reklamę doprecyzowaną geograficznie, tj. nastawioną na dotarcie do internauty korzystającego z kombinacji słów „siłownia” + nazwa miasta. Potencjalnie najdroższa kampania będzie w Warszawie, gdzie za kliknięcie w reklamę trzeba zapłacić 5,09 zł (2 400 wyświetleń/mc po frazie „siłownia warszawa”). Na tym rynku panuje jednak największa konkurencja (0,81/1). Najmniejsza występuje w Gdańsku (0,06/1), gdzie za kliknięcie w reklamę zapłaci się 2,93 zł (1 000 wyświetleń/mc). Najmniejsze koszty za kampanię poniesie natomiast siłownia z Krakowa (1,19 zł).

Nie lekceważ m-klienta

Mimo że klienci nadal najczęściej korzystają z komputerów stacjonarnych do wyszukiwania klubów (78 proc. osób), nie należy lekceważyć znaczenia urządzeń mobilnych. – Liczba osób wykorzystujących smartphony do znalezienia ośrodka fitness czy siłowni rośnie (już teraz robi to 18 proc. osób), przybywa także aplikacji mobilnych wspierających zdrowy tryb życia. Znaczenie reklamy w takim miejscu będzie zatem coraz większe, i aby iść z duchem czasu – należy uwzględnić to medium w strategii kampanii reklamowej – radzi dr inż. Artur Pajkert, ekspert z Blink.pl.

Rozwój branży fitness w Polsce jest nieunikniony. Szczególnie rynek dużych miast będzie nasycał się, generując coraz silniejszą potrzebę walki o klienta. Od czego będzie zależeć sukces fitness klubu czy siłowni? – Na pewno ogromne znaczenie będzie mieć przyjęty model biznesowy, know-how, ale także – podjęte działania promocyjno-reklamowe nastawione na skuteczną promocję precyzyjnie targetowaną w grupy docelowe – podsumowuje Artur Pajkert.

W tych bankach klienci zapłacą więcej

0

Nadchodzi kolejna fala podwyżek opłat za konta i karty płatnicze. Jeszcze przed wakacjami klienci kilku dużych banków dostaną nowe, mniej korzystne warunki. Części opłat da się uniknąć, ale trzeba będzie się mocno nagimnastykować.

– Banki nie boją się podnosić opłat za konta i karty, bo doskonale wiedzą, że klienci zacisną zęby i zapłacą. Wbrew pozorom, niewiele osób decyduje się na zmianę  banku. Tymczasem warto rozejrzeć się po rynku, bo wciąż można znaleźć ciekawe oferty. Pamiętajmy, że jeśli to bank zmienia warunki cenowe, możemy odstąpić od umowy nie ponosząc kosztów – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Według banków to posłowie odpowiadają za podwyżki

Gdyby ci nie obniżyli tak mocno opłaty interchange, cenniki nie musiałyby przechodzić dużej rewolucji. Opłata interchange, to prowizja pobierana od punktów handlowych, które akceptują płatności kartą. Jeszcze do niedawna bank pobierał prowizję w wysokości ok. 1,6 proc. od każdej naszej płatności. Dziś prowizja ta wynosi 0,2 proc. dla transakcji kartami debetowymi i 0,3 proc. dla transakcji kartami kredytowymi. Banki tracą na takiej zmianie setki milionów i odbijają sobie to na klientach. Obniżka opłaty interchange nie jest jednak jedynym powodem drożejących usług bankowych. Inne czynniki, to niskie stopy procentowe NBP, fuzje i zmiana modelu dystrybucji usług.

Od wczoraj obowiązuje nowy cennik w mBanku. Bank podniósł opłatę warunkową za korzystanie z karty debetowej w eKoncie. Do niedawna wynosiła 4 zł jeśli klient nie wydał za pomocą karty 100 zł. Po zmianach opłata wynosi 6 zł, a wymagany próg zwalniający z opłaty wzrósł do 300 zł. Od lipca bank podniesie limit transakcji zwalniający z opłaty rocznej za karty kredytowe. Dziś wystarczy dokonać 120 transakcji rocznie, od lipca bank będzie wymagał 240 transakcji.

Z końcem kwietnia Bank Pekao SA wprowadzi opłatę za korzystanie z bankomatów Euronetu, które do tej pory były bezpłatne. Początkowo opłata będzie wynosić 1,49 zł. Taki okres „promocyjny” będzie obowiązywał przez rok. Alior Bank wprowadził 6 złotych opłaty warunkowej, w bezpłatnym dotychczas Koncie Osobistym, oferowanym przez T-Mobile Usługi Bankowe. Nowy cennik obowiązuje od 1 kwietnia 2015 roku, ale zmiany dla obecnych klientów wejdą w życie za dwa miesiące – 1 czerwca.

– Banki w 2014 roku odnotowały rekordowo wysokie zyski, bo ponad 16 mld zł. Jeśli dalej chcą utrzymać ten poziom, to muszą podnosić opłaty. Dla niektórych klientów to fatalna wiadomość, ale jest wyjście z tej sytuacji. Jeśli aktywnie na co dzień korzystamy z karty debetowej, to zmieńmy bank na ten, który nie pobiera stałych opłat za prowadzenie konta tylko uzależnia je od liczby i wartości dokonanych transakcji. Wówczas nawet nie zauważymy, że bank wprowadził opłaty, bo nie będą nas one dotyczyć. W pewnym sensie niektóre banki w ten sposób chcą motywować swoich klientów do płatności kartowych, które w efekcie stają się tańsze, niż tradycyjne zakupy za gotówkę – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Polskie firmy przemysłowe i wydobywcze będą mogły skorzystać z nowej ulgi na energię elektryczną

Opublikowana w piątek ustawa o odnawialnych źródłach energii wprowadza nową ulgę dla przedsiębiorstw przemysłowych reprezentujących energochłonne sektory przemysłu. W zależności od stopnia energochłonności danego przedsiębiorstwa, ulga może wynieść od 20 do nawet 85% kosztów wsparcia odnawialnych źródeł energii. Żeby z niej skorzystać jeszcze w 2015 roku, do 17 kwietnia trzeba złożyć stosowne oświadczenie.

– To bardzo dobra wiadomość dla polskiego przemysłu. Wiele państw Unii Europejskiej, w tym nasz najbliższy sąsiad i konkurent – Niemcy, stosuje ulgi dla największych krajowych przedsiębiorców od kosztów energii elektrycznej tak, by zwiększyć ich konkurencyjność i zredukować tym samym zjawisko przenoszenia energochłonnej produkcji do państw trzecich, w których nie obowiązują wyśrubowane normy i dla których ochrona klimatu nie jest priorytetem – tłumaczy Zbigniew Liptak, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.

Ulga na energię elektryczną dotyczy obowiązku zakupu zielonych certyfikatów. Prawo do skorzystania z niej będzie miało nawet około 1000 firm z sektora produkcyjnego i wydobywczego, dla których koszt energii elektrycznej wyniósł nie mniej niż 3 proc. wartości dodanej brutto. Wśród branż, które będą mogły skorzystać z preferencji znaleźli się m.in. producenci węgla, papieru, szkła, żywności, cementu, wyrobów ceramicznych i wielu innych. Ulga będzie wynosić od 20 do 85% obowiązku umarzania certyfikatów w zależności od poziomu energochłonności.

Firmy, które chciałyby skorzystać z ulgi jeszcze w bieżącym roku, muszą złożyć w ciągu 15 dni od ogłoszenia ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii, czyli do 17 kwietnia, stosowne oświadczenie Prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki. – Oświadczenie takie musi zawierać potwierdzenie wykonywania działalności gospodarczej oznaczonej kodami Polskiej Klasyfikacji Działalności uprawniającej do ulgi, informację o ilości zakupionej na własny użytek energii elektrycznej w roku 2014 oraz wskazanie wartości współczynnika intensywności zużycia energii elektrycznej wraz z opinią biegłego rewidenta – tłumaczy Katarzyna Kłaczyńska, prawnik, ekspert w obszarze energetyki w kancelarii prawnej EY Law.

System zielonych certyfikatów, czyli świadectw pochodzenia energii wytwarzanej za pomocą odnawialnych źródeł energii, funkcjonuje w Polsce od października 2005 roku. Wielcy odbiorcy energii muszą kupić określoną liczbę certyfikatów potwierdzając tym samym, że część zakupionej przez nich energii pochodzi z OZE. Zakupione certyfikaty muszą przedstawić do umorzenia prezesowi URE. Jeśli tego nie zrobią, wnoszą opłatę zastępczą, która w 2015 roku wynosi ok. 300,03 zł/MWh. Co ważne w nowej uldze, to fakt, że przysługuje ona zarówno tym wielkim podmiotom, które samodzielnie rozliczają się z zielonych certyfikatów (próg 100 GWh), jak i mniejszym firmom.

Duże wzrosty na giełdowym debiucie Private Equity Managers

0

Dzisiejsze pierwsze notowanie akcji Spółki rozpoczęło się od dużego wzrostu. Na otwarciu kurs akcji wynosił 124,7 zł, czyli o 12,34% wyżej niż cena sprzedaży akcji w ofercie publicznej. Po południu akcje PEManagers rosły o ponad 16%.

Otwarcie ofert w przetargu na organizację Loterii Paragonowej

Dwie firmy złożyły oferty w przetargu nieograniczonym na przygotowanie i urządzenie Loterii Paragonowej oraz jej kompleksowej obsługi. To pierwsza tego typu inicjatywa Ministerstwa Finansów.

Loteria Paragonowa będzie zachęcała do brania paragonów. Udział w niej będzie mógł wziąć każdy, kto zarejestruje na stronie internetowej loterii paragon fiskalny wystawiony na kwotę co najmniej 10 zł. Losowanie nagród planowane jest raz w miesiącu. Dodatkowo nagradzane będą paragony za wybrane usługi. Nagrodami w loterii będą samochody osobowe, tablety i notebooki. Przewidziano też nagrody dla przedsiębiorców, którzy wystawili zwycięski paragon premiowany nagrodą główną. Start Loterii Paragonowej planowany jest na jesień tego roku. Pierwszy etap Loterii przewidziano na 12 miesięcy.

Kontrakt firmy, która wygra przetarg obejmuje przygotowanie, a następnie urządzenie loterii promocyjnej pod nazwą „Loteria Paragonowa”, zgodnie z wymogami Ustawy o grach hazardowych. Oprócz tego organizator loterii będzie również odpowiedzialny za zakup nagród, zaprojektowanie i utrzymanie strony internetowej loterii, zaplanowanie i przeprowadzenie kompleksowej kampanii promocyjnej w Intrenecie, zorganizowanie profesjonalnej linii telefonicznej help–desk, przygotowanie materiałów informacyjnych i promocyjnych, a wreszcie zaprojektowanie i utrzymanie studia TV na potrzeby Loterii.

Ministerstwo Finansów wyceniło tę usługę na 9 mln 243 tys. 207 zł brutto. W procedurze przetargowej o wyborze oferty decydować będzie w 95 % cena, 3 % termin uruchomienia loterii oraz 2% jednorodność oferty obliczana wg wzoru.
Oferty złożyły:

  • konsorcjum spółek Unique One Sp. z o.o. (lider konsorcjum) i Nuorder Sp. z o.o.
  • konsorcjum spółek FM PRO Sp. z o.o. (lider konsorcjum), Playprint Polska Sp. z o.o., Grymark Sp. z o.o.

– Cieszy nas zainteresowanie Loterią i mamy nadzieję, że wyłoniony spośród złożonych ofert organizator pomoże nam poprzez Loterię Paragonową promować ideę wspierania uczciwej konkurencji przez wszystkich Polaków – mówi sekretarz stanu w MF i pełnomocnik rządu ds. informacji i edukacji finansowej Izabela Leszczyna.

Ministerstwo Finansów będzie badało przedstawione oferty przez maksymalnie 60 dni, co zgodnie z ustawą Prawo zamówień publicznych jest również terminem związania potencjalnych Wykonawców ofertą. Rozstrzygnięcie przetargu i wybór najkorzystniejszej oferty powinno nastąpić w tym okresie. Zwycięzca przetargu będzie miał maksymalnie 4 miesiące od dnia podpisania umowy na przygotowanie i urządzenie Loterii Paragonowej.

NIK o kontroli Stoczni Gdańsk S.A.

0

W 2007 roku większościowy pakiet akcji Stoczni Gdańsk S.A. objął ukraiński inwestor – ISD Polska sp. o.o. Chcąc utrzymać bieżącą produkcję stoczniową i ochronić miejsca pracy Agencja Rozwoju Przemysłu S.A. w 2009 roku udzieliła Stoczni Gdańsk pomocy publicznej w wysokości 150 mln złotych (103,3 mln zł pożyczki oraz zwiększenie wkładu w kapitale zakładowym Spółki do 25 proc. akcji). Działania te były zgodne z decyzją Komisji Europejskiej z 22 lipca 2009 r. w sprawie udzielenia Stoczni Gdańsk S.A. pomocy publicznej na realizację zaplanowanej restrukturyzacji.

NIK negatywnie oceniła realizację przez Stocznię Gdańsk S.A. planu restrukturyzacji, który został przygotowany przez inwestora ukraińskiego oraz zatwierdzony przez Komisję Europejską. Mimo przekazania Stoczni Gdańsk przez Agencję Rozwoju Przemysłu pomocy publicznej w 2009 roku w wysokości 150 mln zł, w latach 2009-2013 Stocznia Gdańsk wykazywała znaczące straty. Łączna strata netto od 2009 r. przekroczyła w roku 2013 poziom, który zagrażał dalszej działalności Spółki. Stocznia Gdańsk nie uzyskała zakładanej w planie restrukturyzacji długoterminowej rentowności oraz trwałej zdolności do konkurowania na rynku, co było głównym celem udzielonej pomocy publicznej.

Warunkiem udzielenia Stoczni Gdańsk pomocy przez państwo było utrzymanie produkcji stoczniowej, poziomu zatrudnienia oraz realizacja planu restrukturyzacji. Program działań został zaakceptowany przez Komisję Europejską.

NIK w czasie prowadzonej na wniosek Ministra Skarbu Państwa kontroli doraźnej obejmującej lata 2009 -2013 stwierdziła, że Stocznia Gdańsk S.A. nie realizowała zadań przewidzianych w przyjętym planie restrukturyzacji. Odstępstwa od realizacji przez Stocznię celów założonych w planie restrukturyzacji, sprawiły, że od 2011 r. spółka ponosiła straty, chociaż inwestor zaplanował uzyskanie w tym czasie dodatnich wyników finansowych. Skumulowana (od 2009 roku) strata netto Stoczni Gdańsk S.A. osiągnęła w 2013 roku poziom w istotny sposób utrudniający funkcjonowanie Spółki.

Stocznia Gdańsk S.A. nie zrealizowała zakładanych w planie restrukturyzacji wielkości dotyczących:

  • nakładów inwestycyjnych,
  • przerobu liczby ton stali na cele produkcji stoczniowej,
  • produkcji wież wiatrowych
  • dostaw statków.

Produkcja stoczniowa w latach 2009-2012 – wyrażona w tonach przerobionej stali – była realizowana przez Stocznię Gdańsk na poziomie niższym niż założony w planie restrukturyzacji.

Stocznia Gdańsk nie wywiązywała się także z zobowiązań publiczno-prawnych np. wobec ZUS, mimo, że sama w tym czasie udzielała pożyczek inwestorowi ukraińskiemu oraz spółkom z nim powiązanym (m.in. GSG Towers Sp. z o.o oraz GSG Energia Sp. z o.o). Kontrolerzy NIK ustalili również, że sprawozdania z realizacji zaplanowanej restrukturyzacji, przekazywane (w części z opóźnieniem) przez Stocznię Gdańsk do Komisji Europejskiej, nie zawierały wszystkich wymaganych danych.

Spółka utrzymała natomiast w okresie restrukturyzacji zaplanowany poziom zatrudnienia.

Do Zarządu Stoczni NIK skierowała wnioski o:

  1. Niezwłoczne zwołanie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia w celu oceny sytuacji w Spółce, stosownie do art. 397 Kodeksu spółek handlowych.
  2. Uregulowanie przeterminowanych zobowiązań, w tym publiczno-prawnych, które niespłacone mogłyby skutkować wnioskami o ogłoszenie upadłości Stoczni.
  3. Dotrzymywanie terminów dotyczących obowiązków sprawozdawczych wynikających z przepisów rachunkowych i handlowych oraz niezwłoczne złożenie sprawozdań finansowych za lata 2012 i 2013 wynikających z obowiązków ustawowych.

Zarząd Stoczni Gdańsk S.A. poinformował NIK o sposobie realizacji wniosków pokontrolnych.

NIK oceniła natomiast pozytywnie, mimo stwierdzonych nieprawidłowości, działania Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. (ARP).

ARP udzieliła – na podstawie porozumienia z 5 grudnia 2008 r. – Stoczni Gdańsk S.A. pomocy publicznej, której wysokość – 150 mln złotych – umożliwiała przeprowadzenie zaplanowanej restrukturyzacji. NIK pozytywnie oceniła zarówno udzielenie przez ARP pożyczki jak i objęcie przez Agencję akcji Stoczni. Działania te były zgodne z ustawowymi zasadami udzielania pomocy publicznej oraz z decyzją Komisji Europejskiej z 22 lipca 2009 r.

Stwierdzone w czasie kontroli nieprawidłowości, dotyczące odstąpienia przez Agencję od wewnętrznych procedur (czyli rezygnacja z oceny wniosku o pomoc publiczną oraz analizy planu restrukturyzacji przedłożonego przez Stocznię) a także niedostatecznego korzystania przez Agencję z praw przysługujących akcjonariuszowi mniejszościowemu (w zakresie pozyskiwania informacji o bieżącej sytuacji w spółce) nie wpływały na sytuację Stoczni jako beneficjenta pomocy publicznej.

Po kontroli NIK wnioskowała do ARP o:

  1. Udzielanie pomocy publicznej bez rezygnowania z zasad dotyczących oceny wniosków i planów naprawczych.
  2. Aktywne korzystanie z praw akcjonariusza zwłaszcza w zakresie uzyskiwania informacji o istotnych zdarzeniach i operacjach w spółkach.
  3. Wystąpienie do Ministra Skarbu Państwa o weryfikowanie wykonania zobowiązań, warunkujących udzielenie pomocy publicznej.

Prezes ARP zadeklarowała, że ARP zrealizuje pierwsze dwa wnioski pokontrolne i równocześnie poinformowała, że MSP podjęło już stosowne działania w celu realizacji trzeciego wniosku.

Równocześnie w ramach tej samej kontroli doraźnej NIK podjęła kontrolę w Spółce GSG Towers Sp. z o.o., produkującej wieże wiatrowe na terenie Stoczni. Produkcja ta była ujmowana w sprawozdaniach Stoczni Gdańsk S.A. dotyczących planu restrukturyzacji Stoczni. NIK stwierdziła, że spółka GSG Towers Sp. z o.o. nie wykorzystała otrzymanych środków z funduszy Unii Europejskiej na dofinansowanie dwóch projektów związanych z produkcją wież wiatrowych. Realizacja tych projektów wpłynęłaby na rozwinięcie przez Spółkę produkcji wież wiatrowych i poprawiłaby jej sytuację finansową, umożliwiając tym samym także spłatę zaciągniętych zobowiązań wobec Stoczni Gdańsk. Z przekazanego dofinansowania w wysokości ponad 19,5 mln zł, Spółka wykorzystała jedynie nieco ponad 1,5 mln zł (czyli ok. 8 proc), zwracając niewykorzystane środki.

Kontrola NIK zakończyła się przed zawarciem ramowej umowy inwestycyjnej pomiędzy Stocznią Gdańsk S.A, inwestorem ukraińskim, GSG Towers Sp. z o.o. i ARP S.A. Umowa ta ma zapobiec zwrotowi pomocy publicznej. Zawarcie umowy uratowało tym samym Stocznię przed upadłością.

Zbędne z punktu widzenia produkcji Stoczni grunty zostały nabyte przez Pomorską Specjalną Strefę Ekonomiczną (PSSE), co umożliwi Stoczni Gdańsk spłatę zobowiązań publicznoprawnych, np. wobec ZUS. PSSE podejmuje obecnie działania zmierzające do rewitalizacji terenów stoczniowych oraz rozwoju przemysłu stoczniowego.

17 marca 2015 r. Prezes UOKiK, na wniosek Stoczni Gdańsk S.A. oraz ARP S.A., wydał zgodę na przejęcie przez ARP S.A. kontroli nad GSG Towers Sp. z o.o. Kontrola ta będzie sprawowana wspólnie z inwestorem ukraińskim – GSG Sp. z o.o.

Prezes NIK kieruje wniosek do Trybunału Konstytucyjnego

0

Każdego roku w wyniku zderzeń pojazdów z przydrożnymi drzewami ginie blisko pół tysiąca osób, a około 2,5 tysiąca zostaje rannych. Nieprecyzyjne przepisy uzależniają usunięcie drzew z niebezpiecznych miejsc od zastąpienia ich nowymi, nasadzonymi często w pasie drogowym. W konsekwencji zamiast jednego wyciętego drzewa pojawia się kilka innych, świeżo nasadzonych w pobliżu drogi, które z czasem zaczynają zagrażać bezpieczeństwu kierowców. Dlatego Prezes NIK zdecydował się skierować wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności art. 83 ust. 3 ustawy o ochronie przyrody z art. 2, 5 oraz 31 ust. 3 Konstytucji RP.

Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła w 2014 roku kompleksową kontrolę dotyczącą bezpieczeństwo ruchu drogowego. Jednym z wniosków była konieczność zmiany praktyki w zakresie usuwania drzew z pasa drogowego. Przepisy zezwalają na ich wycinanie, ale uzależniają to od posadzenia nowych drzew, i to w liczbie nie mniejszej niż liczba usuniętych. W praktyce – na co wskazywał np. Wojewoda Podlaski – w pasie drogowym jedno wycięte drzewo zastępują nierzadko trzy inne. W sytuacji, gdy pas jest wąski – a jest tak zwykle na obszarach zabudowanych i na drogach niższych kategorii – drzewa są nasadzane w niewielkiej odległości od krawędzi jezdni. Paradoksalnie więc przepisy i praktyka ich stosowania zamiast sprzyjać poprawie bezpieczeństwa drogowego mogą prowadzić do jego pogorszenia, konsekwentnie uniemożliwiając likwidację tzw. twardego otoczenia drogi.

NIK uważa, że wniosek skierowany przez Prezesa Izby do TK spowoduje doprecyzowanie przepisów, które uniemożliwią lokowanie nowych nasadzeń – w miejsce wyciętego drzewa lokowano – ponownie w pasie drogowym. Zdaniem NIK nowe nasadzenia powinny być  wskazywane w innych, bezpiecznych dla kierowców lokalizacjach. Przepisy w obecnym brzmieniu tego nie gwarantują.

Każdego roku w wyniku zderzeń pojazdów z przydrożnymi drzewami ginie blisko pół tysiąca osób, a około 2,5 tysiąca zostaje rannych. Dane Policji wskazują, że w 2014 roku doszło w Polsce do 1818 wypadków z najechaniem na drzewo. W konsekwencji 421 osób poniosło śmierć, a 2226 zostało rannych. W 2013 roku ofiar było jeszcze więcej. Przydrożne drzewa mają pod tym względem gorsze statystyki niż wszystkie inne elementy infrastruktury drogowej razem wzięte.

Dlatego Prezes NIK skorzystał z przysługującego mu prawa i zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o  stwierdzenie niezgodności art. 83 ust. 3 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody – w zakresie, w jakim uzależnia zgodę na wycięcie drzewa z pasa drogowego od zastąpienia go innymi drzewami lub krzewami w liczbie nie mniejszej niż liczba usuwanych drzew lub krzewów – z art. 2, 5 oraz 31 ust. 3 Konstytucji RP. Wskazany przepis prowadzi zdaniem NIK do arbitralnych rozstrzygnięć organu władzy publicznej, nie określa maksymalnej liczby drzew nasadzanych w zastępstwie, a wreszcie nie wyklucza, że miejscem nowych nasadzeń będzie to, z którego drzewa właśnie usunięto.

Tymczasem rosnące w pasie drogowym drzewa, które bardzo często znalazły się tam w wyniku nasadzeń zastępczych, w realny sposób zagrażają bezpieczeństwu uczestników ruchu drogowego. NIK wskazuje, że z powodzeniem możną byłoby je nasadzić w innych bezpiecznych miejscach.

Ostatni raz z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego ze strony NIK zwrócił się 6 września 1999 roku Prezes Janusz Wojciechowski. Jego wniosek dotyczył wskazanych przez Izbę artykułów ustawy o NBP. Następni dwaj Prezesi nie występowali do Trybunału Konstytucyjnego.

Rodzaj zdarzenia Wypadki Zabici Ranni
2013 r. 2014 r. 2013 r. 2014 r. 2013 r. 2014 r.
Zderzenie się pojazdów w ruchu 18 184 17 960 1 321 1 278 24 743 24 161
Najechanie na pieszego 9 266 8 940 1 130 1 104 8 701 8 339
drzewo 2 055 1 818 473 421 2 615 2 265
słup, inny obiekt drogowy 1 057 942 119 97 1 332 1 222
unieruchomiony pojazd 394 365 20 32 506 469
dziurę, wybój, garb 76 52 1 79 55
zwierzę 179 193 12 8 221 246
Wywrócenie się pojazdu 2 728 2 660 199 176 3 420 3 290
Wypadek z pasażerem 581 633 10 7 758 824

 

Najnowsze badania: 67% młodych Polaków chce mieć własną firmę

To mentalna rewolucja. Raport przygotowany przez Akademię Liderów Innowacji i Przedsiębiorczości Fundację dr. Bogusława Federa  pokazuje, że większość Polaków urodzonych po 1990 roku myśli o własnej działalności. Dlaczego? Chcą lepiej zarabiać i być niezależni. Czy pokolenie Z weźmie sprawy w swoje ręce?

Już w szkołach średnich można dziś spotkać początkujących przedsiębiorców. Tworzą strony internetowe, zarabiają na tematycznych blogach czy projektują i sprzedają ubrania (oczywiście w internecie). Z raportu przygotowanego przez Fundację Akademia Liderów, organizację non-profit wspierającą rozwój przedsiębiorczość w Polsce, wynika, że o pracy na własny rachunek myśli większość osób z generacji Z (urodzeni po 1990 roku).

 – Zdecydowana większość z nich jest przekonana, że wiele zależy od nich samych. Na dodatek prawie połowa uważa, że przedsiębiorczość to postawa, którą można wypracować. Ta tendencja nasila się z roku na rok. W porównaniu do starszych pokoleń można ją porównać do mentalnej rewolucji – mówi dr Bogusław Feder, założyciel Fundacji Akademia Liderów, ekspert w zakresie przywództwa, zarządzania i rozwoju przedsiębiorczości.

Dlaczego młodzi Polacy coraz częściej myślą o własnej firmie? Wpływ na to ma kilka czynników, ale najważniejsza jest sytuacja na rynku pracy. Z danych Eurostatu wynika,
że bezrobocie wśród osób w wieku 20-29 lat sięga w naszym kraju prawie 20%. Nawet jeśli młodzi Polacy są w lepszej sytuacji niż ich rówieśnicy z Włoch czy Hiszpanii, gdziebezrobocie w tej grupie wynosi 30-40%, to i tak spotykają się z barierami. Oferowane im zwykle umowy o dzieło lub zlecenie nie dają perspektyw na usamodzielnienie się. Poza tym często znajdują pracę poniżej swoich kwalifikacji i ambicji.

Na te problemy nakłada się jednak faktyczny trend – rosnąca przedsiębiorczość młodych ludzi. W coraz większym stopniu chcą być na swoim. Kariera korporacyjna nie jest już szczytem marzeń, z kolei rola przedsiębiorcy jest coraz bardziej atrakcyjna. W Nowym Jorku najbardziej atrakcyjnym zajęciem dla mężczyzny, według badań jednego z portali randkowych, jest właśnie bycie przedsiębiorcą. Coraz częściej dzieje się tak i u nas – mówi prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego.

Czym jeszcze własna działalność kusi młodych z pokolenia Z? Raport Akademii Liderów pokazuje, że prawie połowę przede wszystkim perspektywą wyższych zarobków. Niezależność zawodowa jest istotna dla prawie 40%, a 35% podkreśla możliwość podejmowania nowych wyzwań.– Co dla mnie oznacza własna firma? Przede wszystkim szansę na samodzielność. Sam ustalam cele i tworzę reguły. Ja kształtuję organizację, a nie dostosowuję się do skostniałych struktur. To oczywiście wyzwanie, ale też możliwość realizacji własnych ambicji – mówi młody przedsiębiorca z Wrocławia Bartłomiej Postek, prezesi założyciel firmy Funmedia, która stworzyła m.in. platformę dla internetowych kursów językowych, a swoje produkty sprzedaje w 31 krajach.

Badania Fundacji Akademia Liderów dotyczyły także przeszkód, jakie młodzi ludzie zauważają w założeniu i rozwoju własnej firmy. Dla co trzeciej osoby barierą jest brak środków finansowych, a co czwarta wskazuje brak wiedzy o prowadzeniu firmy. Z drugiej strony, generacja Z ma istotny atut.– Osoby z tego pokolenia właściwie nie znają już świata bez rozwiązań IT i są lepiej przygotowane do działalności w gospodarce opartej na wiedzy niż ich starsi koledzy. Potrzebna im jest pomoc przede wszystkim w prowadzeniu własnej działalności, dotycząca zwłaszcza aspektów prawnych i organizacyjnych – podkreśla Bogusław Feder.

Z raportu Fundacji Akademia Liderów wynika także, że co trzeci młody człowiek uważa, że osoba przedsiębiorcza powinna pomagać i wspierać innych. Wszystko wskazuje na to, że generacja Z dokona w Polsce przełomu w myśleniu o przedsiębiorczości.

Ruszył nabór wniosków o pozyskanie pieniędzy z UE

0

82,5 mld euro – tyle pieniędzy przyznanych z Unii Europejskiej ma prawo wydać Polska do 2020 r. O dotacje będzie można ubiegać się w ramach pięciu programów ogólnopolskich i jednego dla województw wschodnich. Wnioski można składać już w ramach „Polski Cyfrowej”.

„50% całej alokacji zostanie przeznaczone na rozwój badań, innowacyjności, komercjalizację prac badawczo-rozwojowych w gospodarce, podnoszenie konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw, ulepszanie technologii informatyczno-komunikacyjnych oraz wsparcie gospodarki niskoemisyjnej. Największy wzrost środków nastąpi w obszarze małych i średnich przedsiębiorstw. Szacuje się, że będzie to ok. 15 mld euro” – mówi serwisowi infoWire.pl Iwona Wendel, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. 8,6 mld euro ma być wydane na rozwój obszarów wiejskich.

W nowym programowaniu województwa będą zarządzać niemal 40% wszystkich pieniędzy przyznanych z Unii. W latach 2007–2013 miały do dyspozycji 25%. Część samorządów doskonale wie, na co chce pozyskać środki. Są jednak pewne ograniczenia. Jak wyjaśniał podczas konferencji prasowej wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski: „Komisja Europejska jest bardziej wymagająca – już nie da się »wcisnąć« jakiegokolwiek projektu, który jest innowacyjny i ładny. Komisja oczekuje planów gospodarki niskoemisyjnej, w których trzeba dokładnie wykazać związek realizacji określonych przedsięwzięć z poprawą jakości powietrza. Bez tego nie ma co liczyć na dotację”.

To już ostatnie lata, w których Polska może liczyć na pieniądze z Unii i dzięki nim – rozwijać się w wielu obszarach, dlatego warto wykorzystać te środki finansowe odpowiednio.

Prof. Marian Noga: Waluty państw w dobrej kondycji gospodarczej pozostaną mocne.

CEO Magazyn Polska

Euro pozostanie słabą walutą tak długo, jak długo słaby będzie rozwój gospodarczy państw Unii Europejskiej – uważa prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Jego zdaniem dziś w notowaniach najważniejszych walut świata mniej liczy się spekulacja, a bardziej czynniki fundamentalne, czyli kondycja gospodarki.

Wbrew różnym spekulacjom na walutowym rynku nie doszło do spektakularnych przetasowań. Choć wielu analityków oczekiwało, że amerykańska waluta zacznie słabnąć, bo tamtejszy Zarząd Rezerwy Federalnej nie zapowiedział podwyżki stóp procentowych, to dziś za euro trzeba zapłacić o 10 centów mniej niż na początku roku i jest to poziom najniższy od dekady.

– Jesteśmy w bardzo interesującej sytuacji, bo rzeczywiście umacnia się dolar, euro się osłabia, frank był i jest mocny mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej. – Sytuacja taka zaistniała z prostych powodów – działają czynniki fundamentalne. Tutaj nic się nie zmieniło. Wszyscy mówią, że to popyt, podaż, moda, trendy, a tu się okazuje, że działają fundamenty.

Krótko mówiąc, tam, gdzie gospodarka ma się dobrze, waluta staje się mocniejsza, bo kraj ten przyciąga inwestorów, a tam, gdzie gospodarka ma kłopoty, waluta słabnie.

– W Stanach Zjednoczonych PKB powyżej 3 proc. i silny dolar zwraca uwagę prof. Marian Noga. W Europie PKB poniżej 1 proc., a właściwie 0,5 proc., i słabe euro. Szwajcarska gospodarka rośnie w tempie 2-3 proc., prawie jak w Stanach Zjednoczonych, i frank szwajcarski jest mocny.

W dłuższym terminie tendencje się odwrócą, ponieważ amerykańska gospodarka potrzebuje osłabienia dolara, by zwiększyć eksport, a bez tego jej wyniki zaczną wreszcie rozczarowywać. Europejska zaś dzięki słabemu euro wreszcie zacznie się rozwijać, co spowoduje, że euro zacznie nabierać wartości.

Dolar się osłabi na pewno prognozuje były członek Rady Polityki Pieniężnej. Tylko tak, jak to mówią uczeni w piśmie, nie wiadomo kiedy i w jakiej skali, ale na 100 proc. się osłabi. Euro się wzmocni, ale wiadomo kiedy. Wtedy, kiedy wzrosną fundamenty gospodarki europejskiej, strefy euro, kiedy ten PKB będzie miał przynajmniej 2-proc. wzrost roczny, a nie taki, jak w tej chwili, rachityczny. Ale te zmiany nie nastąpią szybko, więc euro będzie moim zdaniem słabe jeszcze przez rok. Dolar może się osłabić już za rok i wtedy nastąpią pewne przetasowania.

Te reguły działają jednak tylko w krajach o wysokiej gospodarczej reputacji. Na rynkach państw, które dopiero nad taką reputacją pracują, poza czynnikami fundamentalnymi liczą się też inne kwestie, głównie ta, że inwestorzy na światowych rynkach finansowych waluty takich państw traktują wspólnie, bez rozróżniania ich. Gdy któreś państwo z rynków wschodzących ma problemy, waluty wszystkich trafiają na sprzedaż, gdy jedno odnosi wyraźny sukces, wszystkie waluty się wzmacniają.

– A my jesteśmy ciągle krajem wschodzącym, krajem o gospodarce reformującej się, transformującej się, a w związku z tym jesteśmy „na jednym guziku” u maklerów na rynku Forex, razem z takimi krajami, jak Brazylia, jak Turcja, jak Rumunia, jak Bułgaria itd. podkreśla prof. Marian Noga.

Indykpol zainwestuje w produkcję nawet 200 mln zł w ciągu czterech lat. Celem jest wzrost obrotów i zdobycie nowych rynków zbytu

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 200 mln zł zamierza zainwestować w rozwój produkcji polski potentat na rynku drobiarskim spółka Indykpol. Firma szuka nowych rynków zbytu i sposobów na zwiększenie eksportu. Liczy, że jej obroty będą rosły w tempie sięgającym 10 proc. rocznie.

Producent jako firma zintegrowana, czyli posiadająca własne zaplecze hodowlane, własne pasze i produkująca potem ubój, czyli mięso i przetwory drobiowe, mająca wpływ na cały łańcuch produkcyjny, może zapewnić klienta, że rzeczywiście jego produkty są bezpieczne, zdrowe i że kontrolujemy to, co robimy, jesteśmy w tym specjalistami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ryszard Waśniewski, dyrektor zarządzający ds. operacyjnych Grupy Indykpol.

Indykpol realizuje strategię rozwoju drogą integracji pionowej. To oznacza, że zamiast polegać na podwykonawcach czy poddostawcach, spółka zamierza samodzielnie kontrolować wszystkie etapy produkcji. Jak tłumaczy Ryszard Waśniewski, atutem spółki jest polskie mięso tanie i dobrej jakości. Dlatego planowane inwestycje dotyczyć będą polskich zakładów i nie przewidują budowy fabryk poza Polską. Firma ma w kraju trzy zakłady produkcyjne: Olsztyn, Lublin i Świebodzin, w które zainwestuje w ciągu najbliższych czterech lat dziesiątki milionów złotych.

Są to inwestycje w majątek produkcyjny, mówię tu o maszynach i urządzeniach, i w formy pakowania. Nadążanie za rynkiem w dziedzinie nowoczesnych form pakowania, głównie małych, również w związku z terminem ważności, czyli takich, które wydłużają termin ważności, to aspekty, w które będziemy inwestować. To są inwestycje nawet do 100-200 mln zł w najbliższych latach.

Jak podaje dyrektor operacyjny, udział Indykpolu w polskim rynku drobiarskim wynosi ok. 10 proc. Jeżeli zaś chodzi o produkcję samego indyka, to sięga 30 proc. Drogę rozwoju spółka dostrzega w eksporcie, dlatego zwiększa produkcję drobiarską, by dotrzeć na rynki nie tylko Unii Europejskiej, lecz także do Azji oraz Afryki.

Polski drób jest dużo tańszy niż drób produkowany na Zachodzie i śmiem twierdzić, że dużo zdrowszy podkreśla dyrektor zarządzający ds. operacyjnych Grupy Indykpol. Obroty rosną w granicach 8-10 proc., tak jak rośnie rynek, tutaj podążamy za rynkiem.

Obecnie spółka eksportuje niemal 1/3 swojej produkcji. By ten wynik poprawić, szuka nowych rynków i stara się sprostać lokalnym oczekiwaniom. W pierwszej kolejności jak zaznacza Ryszard Waśniewski z Indykpolu trzeba spełniać wszystkie kryteria jakościowe.

– Na rynku europejskim większość zakładów spełnia kryteria jakościowe, ale by zacząć działalność na rynku azjatyckim, choćby chińskim, trzeba uzyskać pozwolenia i certyfikacje wydane przez misje lekarzy weterynarii, którzy do nas przyjeżdżają. Firma Indykpol spełnia te wszystkie wysokie wymagania, otrzymaliśmy certyfikacje. Nie wszystkie firmy je jednak spełniają, a tutaj jakość to podstawowa rzecz, potem dopiero nawiązuje się kontakty handlowe.

System rowerów miejskich powstanie w Łodzi z opóźnieniem. Firma, która wygrała przetarg, podejrzana o sfałszowanie dokumentów

 

System rowerów miejskich w Łodzi nie ruszy – jak wcześniej zapowiadano – 1 maja br. W przetargu na system rowerów miejskich wystartowały dwie firmy – oferta Nextbike została jednak zakwestionowano jako zbyt tania, a BikeU z kolei jest podejrzewane o przedstawienie sfałszowanej opinii bankowej. Prokuratura prowadzi w tej sprawie śledztwo. Mimo to miasto nie wyklucza współpracy z tą firmą, choć już przed wyborem oferty wiedziało, że opinia przedstawiona przez nią może być sfałszowana. Tymczasem na jaw wychodzą kolejne wątpliwości dotyczące dokumentów złożonych przez BikeU.

– Zdajemy sobie sprawę z wyzwania, jakim jest realizacja projektu Łódzki Rower Miejski. Jako operator i dostawca 10 systemów w Polsce mamy odpowiednie doświadczenie, wiedzę i potencjał, a są to niezwykle istotne elementy, które wpływają na sukces tego typu projektów – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Wojtkiewicz, prezes Nextbike Polska.

Rozpisany jeszcze w zeszłym roku przetarg na system rowerów miejskich to już drugie podejście Łodzi do wprowadzenia na ulice miasta jednośladów. Do przetargu stanęły dwie firmy – Nextbike (operator i dostawca systemów m.in. w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i Sopocie) oraz BikeU (operator systemów w Bielsku-Białej i Bydgoszczy). Ta druga firma posiada znacznie skromniejsze dokonania na polskim rynku bezobsługowych wypożyczalni, ale agresywnie stara się wejść na rynek.

– System rowerów miejskich to projekt zgłoszony w budżecie obywatelskim jeszcze w poprzedniej edycji. System zakładał, że to będzie 100 stacji na terenie ścisłego Śródmieścia, w których będzie docelowo 1000 rowerów, natomiast został tak zaprojektowany, że każdy podmiot prywatny, firmy czy np. centra handlowe mogą do niego dołączać poprzez dostawianie swoich stacji, jednocześnie uzupełniając ofertę i wzbogacając ten system – wyjaśnia Bartosz Zimny z Zarządu Dróg i Transportu w Łodzi.

Rozstrzygnięcie przetargu przedłużyło się jednak ze względu na zbyt niską cenę, jaką zdaniem Krajowej Izby Odwoławczej zaproponowała firma Nextbike. Firma oczekiwała za kontrakt z Łodzią niecałych 9 mln zł – o prawie 4 mln zł mniej niż BikeU.

Tymczasem w sprawie oferty BikeU postępowanie prowadzą aż trzy prokuratury. Zawiadomienie o podejrzeniu sfałszowania opinii bankowych przez tę firmę w trakcie postępowania przetargowego złożył Łódzki ZDiT, Nextbike oraz jeden z banków.

– Wykonawca BikeU w ramach uzupełnienia dokumentów, do czego był  zobowiązany, złożył opinię bankową. To właśnie w sprawie tej opinii bank rzekomo ją wystawiający złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa – wyjaśnia Marcin Radecki, adwokat z kancelarii prawnej PIERÓG i Partnerzy.

Mimo to ZDiT może podpisać umowę z BikeU. Jak podkreśla Zimny, zarzuty dopiero weryfikuje prokuratura. „W związku z zawiadomieniem, w dniu 16 marca 2015 r. prokuratura śródmiejska wszczęła dochodzenie w sprawie o przestępstwo dotyczące podrobienia opinii bankowej, a następnie użycia jej jako autentycznej” – napisała prokuratura w Łodzi w komunikacie przesłanym Newserii.

– Bardzo nas dziwi sytuacja, w której zamawiający, mimo że ma taką wiedzę, chce dalej podpisać umowę z wykonawcą, który dostarczył nieprawdziwe dokumenty w postępowaniu – mówi prezes Wojtkiewicz. – Mamy tutaj na myśli opinię bankową złożoną przez firmę BikeU w tym postępowaniu, która to jest opinią nieprawdziwą. Zostało to potwierdzone przez bank, który tę opinię wydał, zostało to stwierdzone również przez Zarząd Dróg i Transportu.

Przedstawiciel zamawiającego podkreśla natomiast, że samo wszczęcie postępowania prokuratorskiego nie jest przesłanką do unieważnienia przetargu.

– Postępujemy zgodnie z wyrokiem KIO, który nakazuje nam wybranie kolejnej najkorzystniejszej oferty, w tym wypadku była to jedna oferta, firmy BikeU – podkreśla Zimny. – To nie są przesłanki, które pozwalają nam unieważnić przetarg.

Mec. Radecki zwraca jednak uwagę na to, że miasto jeszcze przed rozstrzygnięciem przetargu wiedziało o podejrzeniach dotyczących sfałszowania opinii bankowej. Miało bowiem taką informację z banku, który rzekomo miał wystawić opinię i który złożył zawiadomienie do prokuratury. Podkreśla, że taka decyzja ZDiT budzi wątpliwości i niepokój prawników.

– Zamawiający miał wiedzę o istnieniu okoliczności, które spowodowały wszczęcie trzech postępowań karnych. Mimo to powziął decyzję o wyborze tejże oferty. Jakie motywy kierowały decyzją zamawiającego, tego nie wiemy, ale będziemy chcieli to ustalić – mówi Radecki.

Jak dodaje prezes Nextbike Tomasz Wojtkiewicz w ostatnich dniach zaistniała kolejna przesłanka przemawiająca przeciwko konkurencyjnej wobec jego firmy ofercie.

– To są nowe okoliczności, które pojawiły się kilka dni temu. Mianowicie firma grecka, której referencje i doświadczenie miały być użyczone podczas realizacji tego projektu firmie BikeU, oświadczyła w piśmie do Zarządu Dróg i Transportu, że nie współpracuje od pół roku z firmą BikeU i że wycofuje swoje wszelkie poświadczenia przekazania zdolności i pomocy przy realizacji tego projektu – informuje prezes Nextbike.

Prezes Wojtkiewicz zwraca również uwagę na to, że ani KIO, ani sąd nie zajmowały się i nie rozstrzygały kwestii fałszerstwa dokumentów w ofercie BikeU, trudno więc mówić, że ta sprawa została należycie wyjaśniona.

System łódzkich rowerów miejskich miał ruszyć jeszcze przed długim majowym weekendem, ale obecnie mało prawdopodobne jest, by tak się stało. Na uruchomienie miejskich wypożyczalni jednośladowych czekają mieszkańcy miasta, bo rowery mają stać się nową gałęzią transportu w Łodzi.

Firmom będzie łatwiej zarabiać na innowacjach. Mogą liczyć na wsparcie ARP i NCBR

CEO Magazyn Polska

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Agencja Rozwoju Przemysłu ułatwią firmom zarabianie na najlepszych innowacjach. Dzięki współpracy tych dwóch instytucji przedsiębiorcy będą mogli liczyć na wsparcie od wczesnego etapu prac badawczo-rozwojowych po komercjalizację swoich pomysłów. Z projektu już skorzystał krakowska firma GRC Technologie, kolejne projekty są w trakcie analiz.

Przede wszystkim chcemy w ten sposób uzupełnić ofertę partnerów, którzy już dziś działają na rynku w obszarze innowacyjności, czyli Narodowe Centrum Badań i Rozwoju jako kluczowa instytucja wspierająca pierwszy etap, czyli przekuwanie pomysłu na innowacyjność, prace badawczo-rozwojowe i wczesną ich komercjalizację, a później Agencja Rozwoju Przemysłu, która uzupełnia kapitał na komercjalizację tych pomysłów – wyjaśnia Patrycja Zielińska, wiceprezes zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu.

Dzięki porozumieniu podpisanemu przez NCBiR i ARP polscy przedsiębiorcy otrzymają wsparcie na wszystkich etapach wprowadzania nowego produktu. NCBiR poprzez swoje programy zapewnia wsparcie na etapie prac badawczo-rozwojowych dla przedsiębiorstw i naukowców. Z kolei ARP, szczególnie poprzez fundusz ARP Venture, inwestuje środki, które pozwalają na komercjalizację pomysłu i uzyskanie przychodów z jego sprzedaży.

Pierwsza firma już skorzystała z tej współpracy. To krakowskie przedsiębiorstwo GRC Technologie. Rozwiązanie stosowane przez tę firmę, czyli produkcja m.in. cementu z popiołu powstającego ze spalania węgla, zostało opracowane przez naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie w ramach projektu finansowanego przez NCBiR. Dalszy kapitał na rozpoczęcie produkcji zapewniła ARP Venture.

Wartością dodaną jest to, że przedsiębiorca będzie miał pełną ofertę wsparcia: kiedy wyjdzie z fazy badawczo-rozwojowej, będzie miał komfort, że otrzyma kapitał na komercjalizację tych prac – podkreśla Zielińska.

NCBiR w ramach swojego budżetu nie może wspierać komercjalizacji efektów prac badawczo-rozwojowych. Z kolei ARP nie finansuje wczesnych faz prac nad innowacyjnymi technologiami. Nowe porozumienie wzmocni dostępną w ramach programów NCBiR z rodziny BRIdge ofertę finansowania innowacyjnych projektów przy udziale funduszy wysokiego ryzyka.

Chcielibyśmy wspólnie, bardziej kompleksowo niż do tej pory, wesprzeć wszystkich przedsiębiorców, którzy realizują ambitne przedsięwzięcia zaczynające się w fazie badawczo-rozwojowej – podkreśla prof. Krzysztof Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju

Finansowanie nie jest ograniczone pod względem branż lub typów produktów, choć prof. Kurzydłowski przyznaje, że zapewne większość funduszy trafi do naukowców i firm funkcjonujących w sektorze wysokich technologii oraz do opartej na tego typu technologiach części sektora przemysłowego.

Zielińska dodaje, że trwają już rozmowy nad wsparciem kolejnych projektów, jednak przed sfinalizowaniem tych negocjacji nie może ujawniać, jakich produktów i sektorów dotyczą.

Badamy kolejne inwestycje. Pewnie jako ARP Venture będziemy obejmować status obserwatora w tych inwestycjach w pierwszej fazie komercjalizacji, by przyglądać się, jak rokują, jak się rozwijają, żeby w fazie, w której się kończy finansowanie z NCBiR, uzupełnić kapitałem z Agencji Rozwoju Przemysłu – wyjaśnia Zielińska.

Powołany pod koniec ubiegłego roku fundusz venture capital ARP Venture dysponuje budżetem ponad 300 mln zł. Zgodnie z założeniami tego funduszu, firmy mogą liczyć na inwestycję w wysokości 5-15 mln zł na okres do 5 lat. ARP łącznie, również poprzez inne mechanizmy, chce do 2020 r. przeznaczyć na innowacyjność 1,3 mld zł.

Na emigrację decyduje się coraz więcej specjalistów. Młodzi Polacy wolą pracować za granicą poniżej swoich kwalifikacji, ale za lepsze pieniądze

CEO Magazyn Polska

Od czasu wejścia Polski do UE wciąż rośnie liczba Polaków wyjeżdżających do pracy za granicę. Emigruje też coraz więcej specjalistów. Zdecydowana większość wyjeżdżających jako powód wskazuje zbyt niskie zarobki w kraju. Rosnąca skala emigracji powoduje, że do Polski napływa coraz więcej pracowników ze Wschodu.

Według raportu CEED Institute w 2012 roku za granicą mieszkało prawie 1,7 mln Polaków, o ponad 1,2 mln więcej niż przed akcesją. Rok później poza krajem pracowało już blisko 1,9 mln obywateli Polski. Pod względem liczby emigrantów w grupie 10 państw nowej Unii Polska zajmuje drugie miejsce, zaraz po Rumunii. 74 proc. emigrantów wskazuje, że powodem wyjazdu nie jest brak pracy w Polsce, ale zbyt niskie zarobki.

Polacy poza granicami kraju, np. w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, zarabiają średnio czterokrotnie więcej niż w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Springer, menedżer kierunku zarządzanie Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Te dysproporcje różnią się w zależności od branży, stażu i kwalifikacji. Dla przykładu spawacz w Polsce może liczyć na zarobki rzędu 3 tys. zł, podczas gdy w Niemczech zarobi około 8 tys. zł. W przypadku pielęgniarki ta różnica jest większa, bo w Polsce początkująca pielęgniarka zarabia około 2 tys. zł, podczas gdy w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii te zarobki sięgają 8-9 tys. zł.

Badania wskazują, że ponad 80 proc. pracujących na emigracji w UE jest zadowolonych ze swojej sytuacji zawodowej i nie zamierza wracać do kraju. Ponad 90 proc. z nich wskazuje na istotna poprawę swojej sytuacji finansowej.

Częściej wyjeżdżają osoby młodsze, do 35. roku życia, głównie posiadające wyższe wykształcenie, co na pewno jest związane z ich znajomością języka obcego. Czują się bezpiecznie, wyjeżdżając za granicę. Są to osoby, które zwykle jeszcze nie założyły rodziny, dopiero to planują. W związku z tym ich zobowiązania nie są na tyle silne, żeby ich zatrzymać w Polsce – podkreśla dr Agnieszka Springer.

Jak podkreśla, wciąż większość wyjeżdżających podejmuje pracę poniżej swoich kwalifikacji. Akceptują oni taką pracę z uwagi na wyższe zarobki lub w ogóle możliwość wykonywania jakiejkolwiek pracy, której nie mogły znaleźć w Polsce. Najpopularniejsze branże, w których Polacy znajdują zatrudnienie za granicą, to budownictwo i gastronomia. Bardzo wyraźnie widać jednak, że na emigrację decyduje się coraz więcej wysoko wykwalifikowanych specjalistów, m.in. inżynierowie, informatycy i lekarze.

Ze względu na rosnącą emigrację do Polski napływa coraz więcej pracowników ze Wschodu. 90 proc. z nich to Ukraińcy.

Mimo że ciągle w niektórych rejonach kraju mamy dwucyfrowe bezrobocie, to w przypadku prac sezonowych pojawiają się wyraźne problemy ze znalezieniem pracowników – zauważa dr Agnieszka Springer. – Problemy te dotyczą przede wszystkim budownictwa, rolnictwa i przetwórstwa. Zatrudnienie w Polsce w tym momencie znajdują mieszkańcy Ukrainy, którzy chętnie podejmują pracę zarobkową w Polsce z uwagi na lepsze zarobki i warunki pracy niż w ich kraju.

Zdaniem ekspertki rosnąca imigracja nie wiąże się z zagrożeniem dla polskich pracowników. Tym bardziej że pracownicy ze Wschodu często znajdują zatrudnienie przy pracach mniej atrakcyjnych ze względu na niskie zarobki, wypełniając lukę, która powstaje na rynku pracy. Pracodawca, zatrudniając pracownika legalnie, musi przestrzegać zapisów Kodeksu Pracy niezależnie od tego, czy zatrudnia Polaka czy Ukraińca.

Większym zagrożeniem jest emigracja polskich specjalistów. Jest to grupa, w której edukacje polskie społeczeństwo zainwestowało. Tej grupy pracowników tak łatwo nie zastąpimy pracownikami z Ukrainy czy Białorusi – mówi Springer.

Według rankingu atrakcyjności migracyjnej przygotowanego przez CEED Institute na podstawie porównania kryteriów socjalno-ekonomicznych spośród państw Europy Środkowo-Wschodniej Polska zajęła czwarte miejsce, za Czechami, Słowacją i Estonią.

Priorytetem UE jest rozwój przemysłu. Będzie on zależeć m.in. od stanu infrastruktury kolejowej

CEO Magazyn Polska

Sukces promowanego przez Komisję Europejską procesu reindustrializacji Europy zależy od inwestycji w infrastrukturę, zwłaszcza kolejową. To szczególnie ważne w Polsce, która jest mocniej uprzemysłowiona niż inne kraje. Dlatego PKP PLK zamierza skupić się w najbliższych latach na inwestycjach usprawniających transport towarowy.

Zgodnie z przyjętą w 2012 r. strategią Komisji Europejskiej do 2020 r. ok. 20 proc. europejskiego PKB ma pochodzić z przemysłu. Jak wynika z danych Eurostatu, w 2013 r. sektor ten odpowiadał za 19,1 proc. unijnej gospodarki. Znacznie mniej uprzemysłowione są stare kraje członkowskie – średnia dla strefy euro to 18,4 proc. PKB z przemysłu, a m.in. w Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii wskaźnik ten jest poniżej 15 proc.

Reindustrializacja Europy zaczyna być priorytetem dla gospodarki europejskiej, a bez dobrej infrastruktury i logistyki możliwości rozwojowe będą bardzo ograniczone. Ta perspektywa dla Polskich Linii Kolejowych to przede wszystkim nacisk na poprawę jakości przewozów kolejowych cargo i przewozów intermodalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej PKP PLK.

Uprzemysłowienie Polski na tle innych krajów Unii jest na wysokim poziomie – już w 2013 r. zgodnie z danymi Eurostatu niemal jedna czwarta (24,7 proc.) polskiego PKB pochodziła z przemysłu.

Polska ze swoimi tradycjami, przede wszystkim dzięki temu, że nie zlikwidowała swojego przemysłu w okresie, kiedy on był trochę passé i był traktowany jako mniej atrakcyjna część gospodarki, dzisiaj staje się atrakcyjna dla wszystkich inwestorów, zwłaszcza europejskich – podkreśla Krężel.

Atrakcyjność polski w oczach inwestorów zwiększa dodatkowo wycofywanie kapitału z rynków wschodnich, takich jak Chiny i Indie. Ich miejsce zajmują nowe, wschodzące rynki europejskie – poza Polską to także m.in. Czechy i Rumunia.

By jednak polski przemysł mógł dalej się rozwijać i być atrakcyjny dla kapitału zagranicznego, poprawie musi ulec infrastruktura transportowa, w szczególności dotyczy to kolei. Dlatego PKP PLK do końca 2022 r., czyli do momentu, kiedy upływa termin na rozliczenie środków unijnych z perspektywy 2014-2020, będzie inwestować przede wszystkim w infrastrukturę przewozów towarowych.

Właściwie zakończyliśmy w dużym stopniu część, która była poświęcona transportowi osobowemu. Myślę, że projekt Pendolino, czy inwestycje związane ze zwiększeniem prędkości pociągów osobowych, się udał i ostatnie trzy lata dużego przyspieszenia w inwestycjach poprawiły tę jakość. Teraz stawiamy na cargo – zapowiada Krężel.

Inwestycje będą obejmowały zarówno linie wykorzystywane w ruchu krajowym, jak i korytarze Wschód-Zachód. Krężel jest przekonany, że pomimo obecnych problemów politycznych i gospodarczych tranzyt pomiędzy Europą a Wschodem nie zniknie.

Wśród planowanych i realizowanych przez PKP PLK inwestycji jest m.in. poprawa przepustowości linii kolejowych prowadzących do portów morskich oraz modernizacja magistrali węglowej, czyli linii łączącej Śląsk z Gdynią.

Ochrona przeciwpożarowa w Polsce na bardzo niskim poziomie. Straty wynikające z pożarów to nawet 1,5 mld zł rocznie

 

Polska ma jeden z najwyższych na świecie wskaźników śmiertelności w pożarach wynoszący 1,53 ofiar na 100 tys. osób. Rocznie odnotowywanych jest 150-180 tys. zdarzeń, a poniesione w nich straty sięgają ok. 1,5 mld zł. Zdaniem Stowarzyszenia „Nie igraj z ogniem” w Polsce zbyt długo czekamy na nowelizację odpowiednich przepisów o bezpieczeństwie pożarowym, wprowadzenie rozwiązań o charakterze prewencyjnym, a użytkownicy nie zdają sobie sprawy ze skali zagrożenia.

W latach 80., w czasach jeszcze sprzed wielkiej rewolucji technologicznej, mieliśmy do czynienia z 20 tys. pożarów rocznie. Dziś jest ich od 150 do 180 tys., nastąpił więc prawie dziewięciokrotny wzrost. To bardzo dużo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Dreger, prezes zarządu Stowarzyszenia na rzecz bezpieczeństwa pożarowego „Nie igraj z ogniem”.

W wyniku takich zdarzeń ginie około 500 osób rocznie, a poszkodowanych i rannych jest kilka tysięcy. Straty materialne z tytułu pożarów szacowane są na 1,5 mld zł.

Jest to tendencje wzrostowa – informuje Dreger. – Przy czym mowa tu tylko o bezpośrednich szkodach. Statystyka nie uwzględniają tego, że za stratą materialną mogą też iść bardzo duże szkody gospodarcze, środowiskowe, a także ludzkie życie. Jeżeli ktoś traci dorobek swojego życia, to nie ważne, czy był on wart 10 czy 50 tys. zł, ponieważ ten człowiek staje przed koniecznością odbudowania wszystkiego.

Jej zdaniem jednym z istotniejszych powodów rosnącego zagrożenia pożarem jest rewolucja technologiczna w budownictwie. Poprzedni, centralnie zarządzany system narzucał firmom stosowanie materiałów niepalnych, technologie były znane strażakom. Od roku 1990 na rynku pojawiło się wiele nowoczesnych rozwiązań, za którymi nie nadążały system prawny, rozwiązania prewencyjne oraz świadomość użytkowników nieruchomości.

W dużym stopniu jest to związane z przeobrażeniami, jakie nastąpiły w Polsce – mówi prezes Stowarzyszenia „Nie igraj z ogniem”. – Choć w ogólnym bilansie były korzystne, to nie zawsze jednak wszystko nadążało za tymi zmianami. O ile od czasów powojennych do lat 70. liczba pożarów i skala strat systematycznie malały, o tyle po 1990 roku trend się odwrócił.

W Polsce obecnie jest około 5 mln budynków. Rosnące ceny energii w ostatnich latach sprawiły, że właściciele oraz zarządcy nieruchomości zaczęli bardziej dbać o izolację termiczną. Do ocieplania używane są zarówno palne, jak i niepalne materiały izolacyjne.

To odróżnia obecne budynki od tych sprzed dziesięcioleci – zauważa Maria Dreger. – Kiedyś izolacji nie było w ogóle, a fasady budynków były niepalne i dobrze znane strażakom. Mieszkańcy również doskonale wiedzieli, jakie są ich właściwości. Obecnie izolacja jest często palna i mamy jej coraz więcej, czego skutkiem może być pożar, który szybko rozprzestrzeni się po elewacji.

Nawet najlepiej zorganizowana służba ratowniczo-gaśnicza nie wystarczy, by zmniejszyć liczbę ofiar i ograniczyć straty. Jak podkreśla Dreger, problemem jest brak świadomość oraz brak zmian w przepisach prawnych.

– Przepisy w podstawowej konstrukcji nie zmieniły się od lat 90., bardzo rzadko są nowelizowane i w żaden sposób nie obejmują już wszystkich rozwiązań – twierdzi Maria Dreger. – Dlatego poziom bezpieczeństwa pożarowego zamiast się zwiększać, ulega raczej obniżeniu.

Każdy kraj ma specyficzne wymagania związane z bezpieczeństwem pożarowym. Polska jest jednym z niewielu krajów, gdzie wraz z rozwojem rynku ociepleń i wzrostem grubości izolacji, nie wprowadzono rozwiązań mających zapobiec obniżaniu poziomu bezpieczeństwa. Tymczasem pod koniec ubiegłego roku w Niemczech wprowadzono kolejne już regulacje, które wymagają wykonania w palnych ociepleniach pasów zabezpieczających z niepalnej wełny ograniczających rozprzestrzenianie się ognia po zewnętrznej stronie budynku.

Polacy mieszkają mniej bezpiecznie niż na przykład Niemcy czy Czesi, a stosują te same materiały i rozwiązania budowlane – wskazuje Dreger. – Problemem okazują się zaniechania i nienadążanie naszych krajowych regulacji za rozwojem technologii.

Według zajmującej się problemami cywilizacyjnymi międzynarodowej organizacji The Geneva Association Polska ze wskaźnikiem 1,53 ofiary śmiertelnej na 100 tys. mieszkańców jest jednym z krajów o najwyższym poziomie śmiertelności w pożarach na świecie.

Hipermarkety szukają nowych strategii. Kierunek zmian wyznaczają rosnące wymagania klientów

0

 

Stagnacja na rynku hipermarketów powoduje, że duzi gracze na rynku szukają nowych strategii rozwoju. Zmiany będą przechodzić również dominujące na rynku dyskonty oraz sieci franczyzowe. Nowe kierunki wyznaczają rosnące oczekiwania klientów i coraz większa konkurencja.

Już pierwsze jaskółki pokazują, że w branży dyskontów mogą nastąpić pewne zmiany w samym podejściu do klienta. Będą się zmieniać z typowego hard dyskontu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD). – Sieci hipermarketów przeżywają stagnację, dlatego muszą przebudować swoje praktyki i strategie.

W przypadku sieci dyskontowych wyraźnie widać, że ich oferta jest coraz bardziej rozbudowana. Sięgają również po produkty premium. Przekształcanie się z typowych sieci dyskontowych jest spowodowane tym, że dla klientów coraz ważniejsza – obok ceny – staje się jakość kupowanych produktów.

Jak szacuje analizująca ten rynek firma PMR, w 2014 r. udział największych sieci hipermarketów w detalicznym handlu spożywczym zmalał o 2 proc. Juszkiewicz podkreśla, że sieci hipermarketów intensywnie pracują nad nowymi kierunkami rozwoju. Szukają możliwości optymalizacji kosztów i sposobów na przyciągniecie nowych i zatrzymanie dotychczasowych klientów. Rosnące oczekiwania konsumentów są jednym z najważniejszych impulsów do zmian na rynku.

Widzimy zmiany w nastawieniu klientów, w ich oczekiwaniach. Pojawiają się nowinki technologiczne. Firmy istniejące na rynku już od dłuższego czasu muszą dostosowywać i zmieniać swoje koncepty, tak by klient otrzymała to, czego oczekuje – mówi Renata Juszkiewicz. – Ważne jest utrzymanie pozycji, żeby klient do nas wracał. Musimy udowodnić, że mimo zmieniających się warunków rynkowych i ekonomicznych handel reaguje najszybciej jak można, by klienta zatrzymać oraz nie stracić jego zaufania i lojalności.

Zmiany dotyczą także mniejszych sieci handlowych działających w oparciu o model franczyzowy.

Także pozostałe sieci, w tym polskie, które muszą znaleźć dla siebie drogę poprzez franczyzę i grupy zakupowe, będą pokazywać najlepiej, w jaki sposób można obronić swoją pozycję – ocenia prezes POHiD.

Według GUS w lutym br. odnotowano spadek sprzedaży detalicznej w cenach bieżących o 1,3 proc. w skali roku. W porównaniu ze styczniem nastąpił spadek o 2 proc.

Poduszki powietrzne i napinacze pasów to za mało. Koncerny motoryzacyjne inwestują w najnowsze systemy bezpieczeństwa

CEO Magazyn Polska

Producenci aut starają się nie tylko zabezpieczyć kierowcę i pasażerów w razie wypadku, lecz także pomóc im w unikaniu niebezpiecznych zdarzeń na drodze. Temu służą nowoczesne systemy antykolizyjne, m.in. kamera stereoskopowa czy aktywny tempomat, które same zareagują w sytuacji zagrożenia.

Producenci samochodów dbają nie tylko o bezpieczeństwo pasywne, któremu służą poduszki powietrzne, kurtyny czy napinacze pasów. Coraz częściej zaczynają dbać również o to, żeby zapobiec kolizjom – mówi agencji Newseria Paweł Latała, specjalista ds. sprzedaży Subaru.

Temu z kolei służyć mają systemy antykolizyjne. Jednym z najnowocześniejszych jest system kamer stereoskopowych zamieszczanych przed przednią szybą samochodu. Specjaliści określają je mianem cyfrowej drugiej pary oczu kierowcy – działają bowiem na dwa sposoby: są asystą kierowcy wzmagającą jego uwagę podczas jazdy, a także zapobiegają kolizjom, interweniując w momentach zagrożenia.

Kiedy kierowca jedzie monotonną trasą albo jest korek, zaczyna tracić czujność, a to zwiększa zagrożenie. Kiedy ktoś przed nim nagle bardzo mocno wytraci prędkość, system przejmuje kontrolę nad hamulcami. Nie tylko może wyhamować, lecz także wspomoże nas w hamowaniu, jeżeli sami nie robimy tego dostatecznie mocno – wyjaśnia Latała.

Kamery cały czas obserwują drogę, wykrywając różnorakie obiekty, m.in. inne samochody, pieszych, motocyklistów i rowerzystów. System uwzględnia prędkość ich poruszania się i odległość od samochodu. Gdy wykrywa potencjalne niebezpieczeństwo, ostrzega kierowcę, a w sytuacji krytycznej zatrzymuje samochód. Systemem steruje komputer, angażujący przepustnicę i układ hamulcowy. Bardzo często jest on wyposażony w funkcję asystenta pasa ruchu, która ostrzega roztargnionego lub zmęczonego kierowcę, że wyjeżdża poza krawędź własnego pasa ruchu. System daje także znać prowadzącemu samochód, że pojazd stojący przed nim, np. na światłach, właśnie ruszył i możliwa jest kontynuacja jazdy.

Również aktywny tempomat coraz częściej pojawia się seryjnie w samochodach. Ten sam system, który odpowiada za ostrzeganie przed potencjalnym zagrożeniem i wyhamowuje, potrafi również monitorować prędkość z jaką się poruszamy i dostosować ją do prędkość samochodu poprzedzającego – mówi Paweł Latała. – Poprawia to komfort, bo kierujący skupia się jedynie na tym, aby trzymać kierownicę i utrzymać tor jazdy, a samochód sam dopasowuje prędkość do ruchu, w którym się porusza.

System antykolizyjny w niczym nie przeszkadza kierowcy. Ma tylko wesprzeć kierowcę i sprawić, że podróż będzie bezpieczna i komfortowa. Nie zwalnia on jednak kierowcy z obowiązku uważnego i bezpiecznego prowadzenia samochodu, w pewnych przypadkach, np. pod wpływem wyjątkowo niekorzystnych warunków pogodowych, może nie zadziałać optymalnie.

Benedyktyńskie nalewki trafią na europejskie rynki. Rośnie zainteresowanie produktami z segmentu premium

CEO Magazyn Polska

Benedictus Memes, właściciel marki Produkty Benedyktyńskie, chce sprzedawać tradycyjne nalewki za granicą. Trwają rozmowy z partnerami z Europy Zachodniej i krajów bałtyckich. Produkowane z naturalnych składników i świeżych owoców trunki od kilku miesięcy zdobywają popularność na krajowym rynku. Przedstawiciele spółki podkreślają, że cały segment premium w branży spożywczej rośnie, dając producentom możliwość osiągnięcia wyższych marż.

Rozmawiamy głównie na temat dystrybucji i eksportu naszych nalewek. Prowadzimy kilka rozmów z interesującymi partnerami z Europy Zachodniej i krajów nadbałtyckich w zakresie możliwości sprzedaży naszych produktów na tamtejszym rynku – mówi agencji Newseria Adam Jaroszewicz, członek rady nadzorczej spółki Benedictus Memes, właściciela marki Produkty Benedyktyńskie.

Jest jednak zbyt wcześnie, by mówić o szczegółach. Nalewki pojawiły się w ofercie firmy pod koniec ubiegłego roku. Ich duża popularność na krajowym rynku zachęca producenta do rozwoju eksportu.

Są to nalewki przygotowywane w tradycyjny sposób, zawsze wykorzystywane są świeże owoce, które są wymagane w technologii. To np. zielone orzechy włoskie, naturalne wiśnie czy kwiat czarnego bzu. Na bazie tych naturalnych produktów tworzone są nalewki, które żeby nabrać walorów smakowych, leżakują 1-2 miesiące, w zależności od rodzaju nalewki, którą oferujemy. Widzimy wzrost sprzedaży w tym segmencie – wyjaśnia Jaroszewicz.

Spółka pracuje również nad nową gamą produktów pod marką Apteczka Benedyktyńska. Będą to produkty prozdrowotne, jak syropy, kremy czy balsamy. W skład gamy wchodzić będą także artykuły oparte na poszukiwanych przez konsumentów kwasach tłuszczowych omega-3.

Jedna z naszych spółek powiązanych kapitałowo, spółka FLC Pharma, jest cenionym na świecie producentem kwasu omega-3 pochodzącego z oleju lnianego. Zamierzamy wraz z tą spółką wytwarzać różnego rodzaju produkty oparte o tę unikalną technologię uzyskiwania najczystszej formy estrów kwasów tłuszczowych – mówi przedstawiciel Benedictus Memes.

Produkty premium, czyli np. produkowane z naturalnych, a więc i znacznie droższych, składników są dla wytwórców atrakcyjnym segmentem, ponieważ pozwalają na uzyskiwanie wyższych marż.

W artykułach klasy premium marże muszą być wyższe od średniej. Mamy nadzieję docelowo jeszcze je zwiększać. Nie chcemy jednak podnosić ceny produktu. Bardziej zależy nam na optymalizacji kosztów wytwarzania oraz logistyki związanej z dostarczeniem towaru do ostatecznego odbiorcy – podkreśla Jaroszewicz.

Nie bez znaczenia jest także, jak twierdzi Jaroszewicz, struktura dostawców. Tego rodzaju artykuły powstają zazwyczaj w małych, rodzinnych manufakturach, przykładających większą wagę do zachowania tradycyjnej receptury oraz wytwarzających stosunkowo niewielkie ilości tego rodzaju artykułów.

Nasza spółka współpracuje z kilkudziesięcioma dostawcami, głównie są to mali, bardzo lokalni, producenci krajowi, niewielkie firmy rodzinne, które produkują czasem większą, czasem trochę mniejszą ilość, ale zawsze nasza pozycja w ich biznesie jest znacząca – tłumaczy Jaroszewicz. – Staramy się, by ta współpraca była prowadzona z jak największym pożytkiem dla wszystkich. Chcemy rozszerzać ofertę zarówno pod względem ilości, jak i jakości, dlatego starannie dobieramy producentów, którzy muszą spełniać wysokie normy, tak by sprostać coraz wyższym oczekiwaniom klientów.