Firmy muszą zmienić podejście do komunikacji online. Internauci chcą natychmiastowej reakcji i więcej treści wideo

CEO Magazyn Polska

Interakcja za pomocą mediów społecznościowych i forów, najlepiej w czasie rzeczywistym bez tego nie może się obejść nowoczesna komunikacja z klientem. Marketerzy muszą również uwzględniać fakt, że konsumenci coraz mniej czytają, a bardziej nastawiają się na treści wideo. Zmiana podejścia do komunikacji z klientami może przynieść wymierne efekty.

Użytkownicy serwisów społecznościowych coraz mniej uwagi przywiązują do długich treści umieszczanych na portalach czy blogach i wykazują mniejsze zaangażowanie jeżeli chodzi o odpowiadanie na post kolejnym wpisem. Preferują raczej wideo, lecz nie tylko wizytówki, przedstawienia przedsiębiorstw i prowadzonych przez nich działalności. Użytkownicy chcą, aby firma naprawdę zabiegała o ich względy, zainteresowała czymś, bawiła czy w inny sposób poszukiwała skutecznej interakcji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sulima, dyrektor zarządzający agencji kreatywnej Elchupacabra.pl.

Media społecznościowe są coraz chętniej wybieranym nośnikiem reklamy. Wiele firm zaczyna dostrzegać potencjał YouTube. Jak wynika z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez firmę Chimney na próbie 500 największych polskich przedsiębiorstw, 38 proc. z nich ma własny kanał w serwisie YouTube, a w przypadku blisko jednej trzeciej jest on aktywny (zamieszczony został na nim co najmniej jeden film w ciągu ostatniego roku). Co więcej, komunikacja w social media powinna odbywać się w formule „tu i teraz”.

– Tak jak w mediach tradycyjnych, tak i w nowoczesnych, każdy kanał komunikacji ma swoją własną specyfikę. W przypadku, gdy pada pytanie na portalu Twitter, ważna jest nie tylko sama odpowiedź, lecz także szybkość jej udzielenia – wskazuje Piotr Sulima. – Gdy komunikujemy się z odbiorcą przy użyciu serwisu Facebook, niezwykle istotne jest, aby umieszczane przez nas treści zawierały zarówno tekst czy zdjęcia, jak i materiał wideo. Chodzi głównie o to, by przekaz był autentyczny, żeby prezes zdjął krawat i powiedział wprost, jak się sprawy mają. Kolejną kwestią jest to, by organizacja rzeczywiście utożsamiała się z wartościami, które przekazuje w swojej komunikacji. Próby fałszowania czy zaklinania rzeczywistości są błyskawicznie wychwytywane przez społeczność sieci.

Coraz częściej firmy zgłaszają się do specjalistów, by pomogli im wzmocnić wizerunek w sieci. Czasem potrzebne jest tylko odświeżenie graficzne, czasem – zbudowanie całej strategii obecności online na nowo.

Klienci zazwyczaj pragną, abyśmy zaproponowali kompleksową strategię komunikacji, a przy okazji zbadali, jak są postrzegani przez rynek, jego segment czy określone grupy klientów. Te wszystkie działania wykonujemy, wykorzystując media społecznościowe i narzędzia oparte na technologii Big Data. Narzędzia te pokazują nam w czasie rzeczywistym, co i gdzie się o danej firmie czy marce mówi. Dla przykładu, jeżeli ktoś w Lublinie opowie w sieci o tym, że kupił paczkę chipsów i ich smak go zwyczajnie nie usatysfakcjonował, to my o tym wiemy i potrafimy nawiązać z klientem interakcję, i to na wielu poziomach, a zagregowane dane są regularnie analizowane – wyjaśnia Sulima.

Przekonuje, że kompleksowe zajęcie się wszystkimi kanałami komunikacji przynosi firmie wymierne efekty. Co więcej, pojawia się już coraz więcej zaawansowanych narzędzi, by mierzyć skuteczność takiej komunikacji.

W każdym przypadku omawiamy z naszym klientem szczegóły dotyczące jego oczekiwań, co w połączeniu z naszymi możliwościami pozwala umówić się na konkretne rezultaty – twierdzi dyrektor zarządzający Elchupacabra.pl. – Przedstawiamy swoisty bilans otwarcia i mówimy: drogi kliencie, to są twoje obecne wskaźniki. Gdy wdrożymy strategię, uruchomimy nowe kanały bądź zaopiekujemy się już istniejącymi przy zastosowaniu takiego budżetu, to osiągniemy następujące wskaźniki np: zasięgu, świadomości marki czy po prostu like’ów. Coraz częściej nowe technologie i nasze kompetencje umożliwiają także wiązanie się konkretnymi wskaźnikami sprzedażowymi.

Obecność w najważniejszych serwisach społecznościowych daje możliwość niestandardowych, ale skutecznych kampanii reklamowych. W ubiegłym roku wydatki na reklamę online wzrosły o 6,4 proc. (o 95,8 mln zł) – wynika z danych domu mediowego Starlink. Dominujący był trend związany z reklamą wideo, która wzrosła o 21 proc. Jednym z ważniejszych staje się również content marketing, czyli marketing treści, strategia polegająca na docieraniu do klientów poprzez publikowanie interesujących dana grupę odbiorców treści.

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Na jakie ogłoszenia o pracę nie aplikują kandydaci?

Z badania przeprowadzonego przez Pracuj.pl wynika, że elementem, który najbardziej zniechęca kandydatów do aplikowania, jest brak nazwy firmy w ogłoszeniu (62% wskazań). Ponad połowa rekrutowanych nie­chętnie odpowiada na oferty pracy, w których nie jest jasno określone stanowisko pracy (53%), lub gdy brakuje szczegółowych informacji na temat tego, co firma oferuje pracownikowi (51%). Eksperci platformy rekrutacyjnej eRecruiter podkreślają, że decyzję o tym, czy aplikować na dane stanowisko pracy, kandydat podejmuje najczęściej w ciągu kilku sekund. W pierwszej kolejności ma na to wpływ właśnie ogłoszenie o pracę.

– Zadaniem rekrutera powinno być takie przygotowanie ogłoszenia, aby zachęcić kandydatów do aplikowania i wyróżnić ofertę spośród innych. Warto wiedzieć, jakie błędy najczęściej popełniamy, bo w codziennym natłoku obowiązków rekrutacyjnych zazwyczaj brakuje czasu na chwilę refleksji nad treścią ogłoszenia. Korzystamy z utartych szablonów, zmieniając tylko nazwę stanowiska i oczekiwania. A nawet w tych obszarach zdarzają się wpadki np. nieadekwatna nazwa stanowiska, zbyt rozbudowany lub odwrotnie, zbyt lakoniczny, opis wymagań wobec kandydatów – mówi Izabela Bartnicka, Sales Team Leader w eRecruiter.

Największe wątpliwości kandydatów pojawiają się wówczas, gdy widzą oni ogłoszenie, w którym nie ma podanej nazwy firmy. Tak odpowiedziało aż 62% respondentów badania „Specjaliści na rynku pracy” zleconego przez Pracuj.pl. Kolejnymi elementami, które zniechęcają kandydatów do aplikowania, są: brak jasno sformułowanego opisu stanowiska (53% wskazań), lakoniczne informacje na temat tego, co oferuje pracodawca (51%) i wygórowane wymagania (40%). Co ciekawe, aż 30% kandydatów chciałoby, aby w ogłoszeniu podana była wysokość wyna­grodzenia.

Firmy, które tworzą i publikują ogłoszenia, powinny przywiązywać do nich szcze­gólną uwagę, gdyż brak istotnego elementu może przyczynić się do zebrania mniejszej liczby lub mniej wartościowych aplikacji. W niektórych firmach odsetek nowozatrudnionych, którzy rezygnują z pracy w ciągu pierwszego roku, sięga nawet 25%. Taki wynik może wskazywać na to, że proces rekrutacji i selekcji pracowników był przeprowadzony niewłaściwie. A bardzo często ma to swój początek w nieodpowiednim przygotowaniu oferty pracy. Aby tego uniknąć, warto na bieżąco badać efektywność publikowanych ogłoszeń oraz całych procesów rekrutacji, na przykład przy pomocy platform do zarządzania procesami rekrutacji. To z pewnością wpłynie na podejmowanie lepszych decyzji o wyborze odpowiednich kandydatów – mówi Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter.

Ogłoszenie o pracę jest pierwszym i podstawowym elementem procesu rekrutacyjnego. Celem stawianym przed rekruterami przygotowującymi oferty jest znalezienie najbardziej wartościowych i pasujących do DNA firmy kandydatów na dane stanowisko. Żeby wyznaczony cel osiągnąć, ogłoszenie o pracę musi wybić się ponad inne i zostać zauważone przez kandydatów. Tak się stanie, jeśli błędy, o których mowa wyżej, nie będą przez autorów ofert powielane.

Metodologia badania

Opinie kandydatów na temat ogłoszenia o pracę zostały zebrane podczas realizacji badania „Specjaliści na rynku pracy”, przeprowadzonego przez portal Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 4656 osób z min. 2-letnim doświadczeniem na rynku pracy, pracujących na stanowiskach specjalistycznych, menadżerskich i wyższych. Badanie zostało przeprowadzone w październiku 2014 r.

Pełne wyniki badania „Candidate Experience” są dostępne w raporcie „Źle potraktowany kandydat to utracony klient” dostępnym na stronie: http://raport-cx.erecruiter.pl/.

Duże wzrosty na giełdowym debiucie Private Equity Managers S.A.

Na otwarciu debiutanckiej sesji kurs akcji Private Equity Managers S.A. (“PEManagers”, “Spółka”) wzrósł o 12,34% do 124,7 zł. PEManagers jest pierwszą spółką notowaną na głównym rynku GPW zarządzającą aktywami alternatywnymi typu private equity i czwartym debiutem na tym rynku w bieżącym roku. Oferta publiczna przeprowadzona w marcu br. obejmowała wyłącznie sprzedaż istniejących akcji PEManagers. Akcjonariusz Spółki sprzedał wszystkie oferowane akcje po maksymalnej cenie wynoszącej 111 zł.

Dzisiejsze pierwsze notowanie akcji Spółki rozpoczęło się od dużego wzrostu. Na otwarciu kurs akcji wynosił 124,7 zł, czyli o 12,34% wyżej niż cena sprzedaży akcji w ofercie publicznej. Po południu akcje PEManagers rosły o ponad 16%.

Oferta publiczna akcji Spółki zakładała sprzedaż do 411 863 akcji stanowiących 12,35 proc. udziału w jej kapitale zakładowym. Sprzedającym akcje był subfundusz MCI.EuroVentures 1.0. wydzielony w MCI.PrivateVentures FIZ. W ramach oferty sprzedano wszystkie oferowane akcje, a popyt na nie zgłaszany przez inwestorów w czasie zapisów kilkukrotnie przekroczył wielkość oferty. W trakcie subskrypcji w transzy otwartej oraz transzy dużych inwestorów indywidualnych złożono zapisy na 460 953 akcje, co przełożyło się na stopę redukcji na poziomie 90,23 proc. Inwestorzy instytucjonalni nabyli łącznie 305 473 akcji. Oferującym akcje był Noble Securities S.A.

Ostatecznie inwestorom indywidualnym przydzielono 45 045 akcji (10,9 proc. wszystkich oferowanych akcji), dużym inwestorom indywidualnym 61 345 akcji (14,9 proc.) a instytucjom finansowym 305 473 akcji Spółki (74,2 proc.). W ramach przeprowadzonej oferty akcje sprzedawane trafiły do 1 769 inwestorów, w tym 1 713 inwestorów indywidualnych. Cena sprzedaży wyniosła 111 zł, co implikuje wartość całej oferty publicznej na poziomie 45,7 mln zł. W ciągu ostatnich dwóch lat na głównym rynku GPW tylko w przypadku czterech spółek zanotowano uplasowanie oferty po cenie maksymalnej akcji.

O Private Equity Managers S.A.:

Private Equity Managers S.A. to spółka dominująca w grupie kapitałowej wyspecjalizowanej w zarządzaniu różnymi klasami aktywów w funduszach alternatywnych private equity, w tym w funduszach venture capital („Grupa”).

Fundusze inwestycyjne, których portfelami inwestycyjnymi zarządzają podmioty z grupy Private Equity Managers S.A., inwestują przede wszystkim w szybko rosnące spółki z sektora technologicznego z regionu CEE. Charakteryzuje je bardzo niskie ryzyko odpływu kapitału pod zarządzaniem, związane z długoterminową specyfiką działania funduszy private equity oraz gotówkowym charakterem przychodów. Polityka dywidendowa Spółki zakłada rekomendowanie przez Zarząd Spółki wypłaty dywidendy w wysokości od 50% do 100% skonsolidowanego zysku netto za dany rok (nie więcej jednak niż jednostkowy zysk netto Spółki). Na koniec czwartego kwartału 2014 r. aktywa pod zarządzaniem grupy wyniosły 1,67 mld zł (wzrost o 82% r/r i 125% względem 2012 r.).

http://www.privateequitymanagers.pl

KNF psuje plany Ministerstwu Finansów

W ustawie budżetowej za 2015 rok Ministerstwo Finansów zakładało, że z dywidend od spółek zgarnie 6,3 mld zł. Jak pisze portal Money.pl, zamieszanie wokół franka szwajcarskiego może te plany pokrzyżować. Pod znakiem zapytania stoi kilkaset milionów złotych dywidendy z PKO BP i miliony podatku dochodowego, którego banki – jeśli KNF zablokuje im wypłaty dywidendy – nie wpłacą do budżetu.

Powodem rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego jest błyskawiczny wzrost kursu franka szwajcarskiego względem złotego, po styczniowej deklaracji Narodowego Banku Szwajcarii, że przestaje bronić ustalonego maksymalnego kursu 1,20 franka za euro. Zagrożenie wypłacalności dużej grupy klientów banków ze zrozumiałych względów wywołało zainteresowanie KNF. Komisja zaleciła, by zabezpieczeniem powstałego ryzyka niespłacalności kredytów było niewypłacenie dywidendy z zysku za 2014 rok.

Zalecenie KNF działa wbrew oczekiwaniom Skarbu Państwa, który szykuje się do wyjścia z unijnej procedury nadmiernego deficytu. Korekty w systemie Otwartych Funduszy Emerytalnych już sprawiły, że deficyt się obniżył, ale do zejścia poniżej progu 3 proc. PKB jeszcze brakuje 2-3 pkt proc. Brak wpływów z dywidend ten plan utrudni.

Jak podliczył Money.pl w ostatnich pięciu latach do budżetu wpływało z dywidend średnio 6,1 mld zł, czyli 2,2 proc. wszystkich wpływów. Rok 2014 był pod tym względem akurat słabszy, bo państwo zebrało od swoich spółek tylko 4,2 mld zł. Co nie przeszkodziło ministerstwu, by na 2015 rok założyć wpływy o 2 mld zł wyższe.

Dochody budżetu z dywidend
  Dywidendy ze spółek Skarbu Państwa
wpłacone do budżetu (mld zł)
dochody budżetowe
ogółem (mld zł)
dywidendy jako procent
dochodów państwa
2015 6,25 297,20 2,10
2014 4,16 283,54 1,47
2013 7,05 279,15 2,53
2012 8,21 287,60 2,85
2011 6,12 277,56 2,21
2010 4,98 250,30 1,99

Źródło: Money.pl na podstawie danych Ministerstwa Finansów, wartości za 2015 r. z ustawy budżetowej, za 2010-2014 z wykonania budżetu

Na słabsze dochody złożyła się między innymi dużo niższa wypłata z zysku od największego banku w kraju, czyli PKO BP. Skarb Państwa ma w banku ponad 31 proc. akcji, a PKO BP przez ostatnich pięć lat zasilał budżet wypłatą średnio 600 mln zł. W zeszłym roku – było to niecałe 300 milionów.

W raporcie rocznym za 2014 roku bank wykazał 3,1 mld zł zysku netto, czyli poziom podobny jak rok wcześniej. Gdyby KNF zablokowała wypłatę dywidendy, Skarb Państwa będzie uboższy przynajmniej o 300 mln zł.

Zyski i dywidendy płacone przez PKO BP
  Zysk netto dywidenda wypłacona łącznie (mln zł) część przypadająca skarbowi państwa (mln zł)
2014 3 079,47 937,50 294
2013 3 233,76 2 250,00 706
2012 3 582,64 1 587,50 498
2011 3 953,62 2 475,00 777
2010 3 311,21 2 375,00 746

Źródło: Money.pl na podstawie danych PKO BP

Dywidenda to jedno. Drugą kwestią jest jeszcze podatek od dywidendy. Wypłacając w ubiegłym roku akcjonariuszom 937,5 mln zł brutto, oprócz przypadającej państwu, jako akcjonariuszowi, 31 proc. tej kwoty (294 mln zł), PKO BP musiał przekazać do budżetu 19 proc. całości dywidendy jako podatek dochodowy (178 mln zł). Jak wylicza Money.pl, Skarb Państwa zarobił więc na całej operacji łącznie 472 mln zł, z czego 178 mln zł podatku od dywidend zaksięgowano jako dochody z PIT lub CIT.

Jeśli rekomendacja KNF przełoży się na zmniejszone kwoty wypłat z zysków banków, to spadną też i przychody z podatków dochodowych. Nie tylko deklarowane w ustawie budżetowej 6,3 mld zł wpływów z dywidend, ale też i 44,4 mld zł dochodu z PIT oraz 24,5 mld zł z CIT mogą wymagać korekty.

Biuro Tłumaczeń 123Tlumacz.pl uzyskało certyfikat ISO 9001:2009

Biuro Tłumaczeń 123Tlumacz.pl certyfikat ISO 9001:2009

Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. (123tlumacz.pl) działające na rynku usług tłumaczeniowych przeszło kontrolę i uzyskało pozytywny wynik auditu przeprowadzonego przez zewnętrzną  i niezależną jednostkę certyfikującą,  otrzymując w dniu dzisiejszym Certyfikat ISO 9001:2009 w zakresie tłumaczeń i obsługi tłumaczeniowej firm.

Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. od lat zajmuje się tłumaczeniami w ponad 40 językach, zapewniając swoim klientom zarówno tłumaczenia pisemne, jak i ustne  (symultaniczne i  konsekutywne). Główna siedziba firmy mieści się w Krakowie, przy ul. Łobzowskiej 48/8, jednak działa ona na terenie całego kraju oraz poza jego granicami. Certyfikat uzyskany przez Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. (ang.  EN ISO 9001:2009 Quality management systems – Requirements) to międzynarodowa norma, która określa wymagania konieczne do spełnienia w systemie zarządzania jakością w organizacji. Model zarządzania ISO 9001 opiera się na czterech zasadach, które wzajemnie wiążą się ze sobą, a są nimi: realizacja wyrobu i pomiary, odpowiedzialność kierownictwa, zarządzanie zasobami oraz analizy i udoskonalenia.

„Wprowadzenie normy ISO 9001:2009 to kolejny krok na drodze do doskonalenia i ulepszania jakości naszych usług. Dzięki stosownemu szkoleniu i późniejszemu uzyskaniu pozytywnego wyniku auditu, dajemy gwarancję naszym klientom, że każdy pracownik doskonale zna zakres swoich obowiązków, a produkty, którymi w naszym przypadku są usługi tłumaczeniowe, są zgodne z międzynarodowymi wymaganiami. Będziemy stale monitorować postępy oraz dążyć do tego, aby wszyscy nasi zleceniodawcy byli pewni co do jakości  naszych usług.”

Uzyskanie certyfikatu ISO 9001 to znaczący krok w działalności Biura Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. Daje on gwarancję wszystkim zleceniodawcom, szczególnie klientom biznesowym, którzy sami doskonale wiedzą jak wiele pracy i wysiłku należy włożyć, aby pracować zgodnie z zaleceniami normy ISO 9001, że wszystkie usługi tłumaczeniowe wykonane przez to Biuro 123Tłumacz.pl, spełnią ich wymagania i oczekiwania.

 

Portfel zamówień Selvity wynosi prawie 32 mln zł. Strategia spółki zakłada wzrost przychodów z usług rzędu 30 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

Wartość podpisanych kontraktów biotechnologicznej spółki Selvita na 2015 r. wynosi obecnie prawie 32 mln zł. Spółka zapowiada dynamiczny wzrost zarówno segmentu innowacyjnego, jak i usługowego. Firma nie planuje nowej emisji akcji, obligacji ani wypłaty dywidendy i skupia się na budowaniu wartości.

Część innowacyjna naszych przychodów będzie mocno szła do góry – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Przewięźlikowski, prezes zarządu spółki Selvita. – Po pierwsze kontynuujemy kontrakty ze spółkami Merck Serono, H3 Biomedicine i Felicitex Therapeutics. To umowy podpisane jeszcze w 2013 i 2014 roku. One stanowią twardą część przychodów z segmentu innowacyjnego. Kontrakty z H3 i Merck kończą się w trzecim i czwartym kwartale br., ale oczywiście liczymy na to, że uda nam się je przedłużyć.

Spółka jest jedną z największych w Europie Środkowo-Wschodniej firm biotechnologicznych. Jej działalność dzieli się na dwa segmenty: innowacyjny oraz usługowy. W ramach pierwszego z nich firma poszukuje nowych, oryginalnych leków, przede wszystkim onkologicznych. W tym zakresie współpracuje z koncernami farmaceutycznymi z Europy Zachodniej oraz Stanów Zjednoczonych, oferując między innymi wynalezione przez siebie cząsteczki SEL24 i SEL120, stanowiące potencjalnie podstawę tego rodzaju leków. Segment usługowy dostarcza natomiast rozwiązania z zakresu chemii, biotechnologii oraz bioinformatyki, które umożliwiają obniżenie kosztów wprowadzania innowacyjnych produktów na rynek.

Selvita nie podaje prognoz, natomiast mamy dwa główne cele na ten rok – wskazuje Przewięźlikowski. – Po pierwsze zakładamy dynamiczny wzrost przychodów segmentu usługowego rzędu 30 proc., po drugie – podpisanie kolejnych kontraktów z partnerami. Wtedy dynamika znacząco by się zwiększyła.

Wartość kontraktów spółki w 2015 roku wynosi obecnie prawie 32 mln zł. Od klientów usługowych ma pochodzić 8 mln zł. Jak informuje prezes Paweł Przewięźlikowski, są to umowy, które mają różne cykle realizacji: miesiąc, dwa, sześć, a czasem rok. Portfel tego rodzaju zamówień do końca roku będzie się jeszcze mocno wypełniał.

Oprócz umów na SEL24 i SEL120 chcielibyśmy również podpisać kontrakty na projekty Selvity we wcześniejszej fazie typu SEL303 czy Eptheron – tłumaczy Paweł Przewięźlikowski. – To projekty bardziej zbliżone do kontaktów z Merckiem oraz H3, gdzie partner finansuje część badań już od samego początku, a w zamian za to Selvita oddaje mu część praw do cząsteczki.

Spółka chciałaby otworzyć w br. również co najmniej jeszcze jeden oddział zagraniczny w Wielkiej Brytanii. Obecnie firma jest właścicielem przedsiębiorstwa Selvita Incorporated w Bostonie (Stany Zjednoczone). Jak tłumaczy prezes Przewięźlikowski jest to biuro sprzedaży Selvity na rynek amerykański. Jego głównym zadaniem jest pozyskiwanie klientów usługowych, ale również merytoryczne wsparcie realizacji innowacyjnych projektów.

Z czasem być może oprócz handlowców będziemy wysyłać tam naukowców z zadaniem bezpośredniej obsługi klientów amerykańskich – prognozuje Przewięźlikowski. – Bylibyśmy wtedy swego rodzaju interfejsem pomiędzy amerykańskimi a polskimi naukowcami.

Ubiegłoroczne przychody ze sprzedaży spółki wyniosły 28,9 mln zł (uwzględniając dotacje 41,3 mln zł) i były ponad dwa razy wyższe niż w 2013 roku. Selvita zarobiła na czysto 5,85 mln zł wobec 2,45 mln zł straty rok wcześniej.

Nie planujemy nowej emisji akcji ani obligacji– podkreśla prezes zarządu spółki Selvita. – Zgodnie z polityką dywidendową, nie podzielimy też zysku pomiędzy akcjonariuszy. Mamy bogaty budżet i plany inwestycyjne, więc koncentrujemy się raczej na budowie wartości spółki niż na odcinaniu kuponów od dotychczasowych sukcesów.

Co zmieni nowe prawo łowieckie?

0

Szkody wyrządzone w ubiegłym roku przez dziki oszacowano na 6,3 mln zł. Straty wystąpiły w 1284 gospodarstwach i objęły ponad 4 tys. ha upraw. Protesty poszkodowanych rolników były sygnałem do wprowadzenia zmian w prawie łowieckim. Czy będą one korzystne?

„Nowelizacja zwiększy poszanowanie praw właścicieli nieruchomości podczas wyznaczania obszarów łowieckich” – mówi serwisowi infoWire.pl Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Gospodarze będą mieli duży wpływ na ustalanie obszaru polowań oraz możliwość zgłaszania własnych sugestii i uwag, które będą rozpatrywane w ciągu 30 dni. Obowiązki właścicieli i dzierżawców terenu zostaną szczegółowo określone.

Nowa ustawa ureguluje też kwestię odszkodowań łowieckich – będą one szacowane przez niezależnego eksperta, adekwatne do poniesionych strat i wypłacane szybciej. „Ważne dla rolników byłoby również określenie, jakie powinny być stany populacji poszczególnych gatunków, także chronionych” – zaznacza ekspert. Wyrządzane szkody to często efekt zwielokrotnienia liczebności zwierząt z powodu niezrealizowania planu odstrzału.

Projekt ustawy wciąż wymaga poprawek. Na razie budzi wiele dyskusji i nie jest do końca satysfakcjonujący dla rolników.

Masz wątpliwość przy rozliczaniu PIT? Zadzwoń do MF

Pracownicy Ministerstwa Finansów pomogą Ci w rozliczeniu zeznania podatkowego. Wystarczy zadzwonić w czwartek 9 kwietnia w godzinach 10.00 – 13.00 i zapytać naszych ekspertów o radę.

Nasi specjaliści odpowiedzą na pytania z kilku zakresów:

  • ulgi, rozliczenie małżonków i osób samotnie wychowujących dzieci tel. 22 694 34 34
  • działalność gospodarcza, najem, sprzedaż nieruchomości tel. 22 694 33 33
  • opodatkowanie dochodów z kapitałów pieniężnych tel. 22 694 55 88
  • opodatkowanie dochodów uzyskanych za granicą tel. 22 694 37 37

Kolejny dyżur telefoniczny już 16 kwietnia.

Złoty będzie zyskiwał na wartości. Jesienią polska waluta będzie interesowała inwestorów bardziej niż euro

CEO Magazyn Polska

Do połowy roku złoty będzie lekko zyskiwał na wartości w stosunku do najważniejszych walut świata. Później zacznie tracić względem niektórych z nich. Do końca roku i dolar, i euro mogą kosztować po ok. 4 zł, a dla inwestorów polska waluta powinna być atrakcyjniejsza od europejskiej.

– W czerwcu względem dolara powinniśmy osiągnąć poziom 3,55-3,60, co oznaczałoby kilkuprocentowe umocnienie wobec obecnego poziomu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex.  Względem franka szwajcarskiego złoty również może się nieznacznie umocnić – do 2 proc., gdyż wydaje mi się, że poziom 3,8 zł za franka nie zostanie przekroczony.

Najpoważniejsze z zapowiadanych zmian dotyczyć będą amerykańskiej waluty, ponieważ inwestorów zaskoczyła ostrożność, z jaką Fed podchodzi do zmiany swojej polityki monetarnej. Wcześniej, w oczekiwaniu na rychłą podwyżkę stóp procentowych, dolar na świecie mocno drożał. Teraz, gdy zarząd Rezerwy Federalnej dał do zrozumienia, że obawia się o tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki, na rychłą podwyżkę nikt już nie czeka.

– W połowie roku złoty powinien zyskać do dolara amerykańskiego ze względu na przesunięcie rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych oraz do funta brytyjskiego z tych samych powodów, gdyż tam też rozpoczęcie cyklu zaczyna przesuwać się w czasie uważa Andrzej Kiedrowicz. Do tych dwóch walut aprecjacja złotego powinna być najmocniejsza również z tego powodu, że wcześniej złoty tracił do nich najmocniej, w zawiązku z tym odreagowanie powinno być tu najsilniejsze.

Większych zmian na rynku walutowym oczekiwać można w II połowie roku, o ile amerykański bank centralny zdecyduje się na podwyżkę tamtejszych stóp procentowych.

– Jesienią złoty powinien nieznacznie zyskiwać do euro ze względu na klimat inwestycyjny w Polsce ocenia dyrektor polskiego oddziału Easy Forex. Środowisko niskich stóp procentowych oraz niska wycena polskiej giełdy powinny przyciągać kapitał zagraniczny i z tego też powodu właśnie złoty powinien zyskiwać do euro. Jesienią spodziewamy się aprecjacji dolara związanej z rozpoczęciem cyklu podwyżek stóp procentowych, dlatego złoty powinien na jesieni być już słabszy do dolara. Możemy nawet osiągnąć poziom 4 zł za dolara.

Na koniec roku dolar nadal może kosztować powyżej 4 zł, o ile cykl podwyżek stóp procentowych w USA będzie szedł pełną parą, jak oczekuje część analityków. Złoty powinien być jednocześnie nieco mocniejszy względem franka szwajcarskiego, a najmocniej powinien zyskiwać względem euro.

– Z powodu programu pomocowego Europejskiego Banku Centralnego powinien następować odwrót kapitału od euro właśnie do walut, które są wyżej oprocentowane, czyli np. do polskiego złotego – prognozuje Kiedrowicz.

Skutki działań EBC już są widoczne. W ciągu zaledwie miesiąca od rozpoczęcia skupu obligacji euro osłabiło się do złotego o przeszło 2 proc. i jest najsłabsze do polskiej waluty od połowy 2011 roku.

J. Niedzielewski (Investors TFI): W 2015 roku inwestorzy zarobią na akcjach, szczególnie spółek eksportowych z Europy Zachodniej

CEO Magazyn Polska

W tym roku, podobnie jak w minionych latach, inwestycje na rynkach wschodzących nie przyniosą większych zysków. Niezmiennie inwestorzy lokują środki na rynkach rozwiniętych, głównie amerykańskich, choć w najbliższych miesiącach bardziej atrakcyjna może okazać się Europa Zachodnia, a szczególnie akcje spółek o dużym udziale eksportu w przychodach.

– Niestety, nie jest to dekada rynków wschodzących, taką dekadą była lata po 2000 roku, kiedy wszystkie rynki wschodzące wypadały zdecydowanie lepiej niż rynki rozwinięte. Najbliższe lata również nie będą należały do rynków wschodzących. Ten rok nie będzie inny – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji Investors TFI.

Indeks MSCI BRIC (skupiający główne indeksy Brazylii, Chin, Rosji i Indii) od końca 2007 roku spadł o 39 proc. Dla porównaniu amerykański indeks S&P 500 w tym samym okresie wzrósł o 41 proc.

Jak dodaje Niedzielewski, do inwestowania w krajach emerging markets należy podchodzić z większym dystansem i selektywnie poszukiwać okazji. Nieco lepsze perspektywy rysują się przed tymi krajami rozwijającymi, które importują surowce, np. ropę naftową.

– Tutaj można wymienić jednym tchem Indie, Turcję, Indonezję, mniejsze kraje azjatyckie, ale również z Europy – Polskę, która też powinna na tym zyskiwać  prognozuje Niedzielewski.

Obecna dekada zdecydowanie należy do rynków rozwiniętych, w szczególności do rynku amerykańskiego. Zdaniem eksperta, ponieważ hossa na Wall Street trwa już wiele lat, w tym roku widać szansę na zmianę liderów światowej hossy na rynkach rozwiniętych. W najbliższych miesiącach inwestorzy więcej powinni zarobić na rynkach Europy Zachodniej  (Niemcy, Hiszpania, Francja, a nawet Włochy).

– Spółki eksportowe najwięcej zyskają na ożywieniu gospodarki europejskiej, na tanim pieniądzu, na tanich surowcach, ale w szczególności na tanim i słabnącym od dłuższego czasu euro – mówi dyrektor departamentu inwestycji Investors TFI.

Jarosław Niedzielewski tłumaczy, że w np. w niemieckich, francuskich czy włoskich indeksach jest notowanych wiele firm, których duży udział przychodów pochodzi z eksportu (szczególnie do USA), co powoduje, że te spółki powinny najbardziej zyskiwać, a już w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy takie spółki okazały się liderami wzrostów.

– Na rynku obligacji ten rok nie wydaje się już tak dobry, z tak dobrymi perspektywami, jak to miało miejsce w 2014 roku. W Polsce wtedy możliwe były zyski rzędu 5-8 proc. – przypomina ekspert. –  W tym roku nie oczekiwałbym takich wyników z funduszy obligacyjnych, ale nie spodziewam się również strat.

Według Niedzielewskiego w 2015 roku możliwe jeszcze będą niewielkie wzrosty na rynku obligacji, ale w porównaniu z perspektywą zysków na rynku akcji inwestowanie w obligacje staje się mało atrakcyjne.

– Na rynku surowców to jeszcze nie moment na inwestycje. Dopiero, kiedy zacznie się napędzać ożywienie i wzrośnie inflacja, będzie czas na wchodzenie w surowce. To zapewne jeszcze nie jest ten rok, być może dopiero kolejny. Dlatego zostają tak naprawdę akcje i instrumenty związane z akcjami oraz np. rynek nieruchomości, który istnieje pomiędzy obligacjami a rynkiem akcji – podsumowuje Jarosław Niedzielewski.

Franczyzobiorcy Chaty Polskiej mogą liczyć na tańsze towary dzięki centralnym zakupom Grupy Mar-Ol

0

CEO Magazyn Polska

Nawet połowa towarów na półkach sklepów Chaty Polskiej będzie pochodziła ze scentralizowanych zakupów właściciela sieci ‒ Grupy Kapitałowej Mar-Ol. Obecnie w ten sposób zapewniane jest ok. 30 proc. towarów w sklepach tej marki. Dzięki tej zmianie asortyment we wszystkich sklepach będzie zbliżony. Nowości pojawią się w kategorii słodyczy oraz alkoholi.

Dotychczas zapewnialiśmy 30 proc. potrzeb naszych sklepów, a po uwspólnieniu tej polityki będziemy mogli zapewnić tych potrzeb aż 50 proc. Oznacza to, że wprowadzamy nowych producentów, ale także to, że przechodzimy z tym asortymentem do tych miast, w których już jesteśmy jako dystrybutor, i że będziemy mogli zapewnić ten asortyment również w pozostałych oddziałach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Joanna Bytner, dyrektor marketingu Chaty Polskiej.

Hurtownia Mar-Ol to obecnie główny dostawca sieci sklepów Chaty Polskiej. Nową politykę zakupową grupy kapitałowej odczują przede wszystkim franczyzobiorcy sklepów pod tą marką. Będą mieli teraz dostęp do większej liczby towarów w korzystniejszych cenach. Zmianę zauważą również klienci, bo asortyment wszystkich Chat Polskich będzie teraz bardziej ujednolicony.

Dzięki nowej polityce zakupowej w Chatach Polskich pojawią się nowe produkty przede wszystkim w kategorii słodyczy. Po raz pierwszy do sklepów Chaty Polskiej z hurtowni Mar-Ol trafią też piwa i mocniejsze alkohole.

Chata Polska planuje też uruchomienie we wrześniu rozbudowanego magazynu centralnego spółki w Kostrzynie pod Poznaniem. Obecne centrum o powierzchni 7,2 tys. mkw. staje się już zbyt małe.

Tam znajdą się ci wszyscy producenci, z którymi nawiążemy kontakt, i ci, z którymi już pracujemy – tłumaczy Bytner podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit 2015.

Zmiany w polityce zakupowej oraz rozbudowa magazynu mają umożliwić spółce dalszy rozwój. Po niedawnych otwarciach sklepów m.in. w Głogowie, Gowarzewie (woj. wielkopolskie) i Kikole (woj. kujawsko-pomorskie) sieć zbliża się już do poziomu 200 franczyz w całym kraju.

Wzrost wielkości sieci to odpowiedź na zmiany na rynku, który podlega obecnie silnej konsolidacji. Zmieniają się także zachowania konsumentów – sklepy muszą coraz mocniej o nich zabiegać i przyciągać atrakcyjną ofertą, bo klienci są bardziej wymagający. Właśnie dlatego nie wszystkie sieci sklepów są w stanie utrzymać się na rynku.

PGNiG przygotowuje się do modernizacji sieci gazowej. Inwestycje zapobiegną problemom za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Przygotowane z odpowiednim wyprzedzeniem inwestycje w sieć gazową pozwolą uniknąć należącej do PGNiG Polskiej Spółce Gazownictwa problemów w przyszłości. By zdobyć środki na sfinansowanie drogiej modernizacji, zwłaszcza w obliczu rosnącej konkurencji na rynku gazu, potrzebna jest jednak restrukturyzacja spółki.

Według opinii tych, którzy odpowiadają za nadzór nad infrastrukturą dystrybucyjną do odbiorcy końcowego, wymaga ona nakładów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Elżanowski, radca prawny, ekspert ds. energetyki w kancelarii Elżanowski Cherka & Wąsowski. – Zarząd PGNiG zdaje sobie sprawę z tego, jakie inwestycje są przed nim, więc robi wszystko, żeby spółkę do tego przygotować. Potrzebne są środki, żeby te inwestycje w najważniejszych sektorach ponieść.

W ramach przygotowań do inwestycji w sieć dystrybucji gazu PSG szykuje dużą restrukturyzację wewnętrzną. Ma ona objąć m.in. lepsze dostosowanie systemu pracy, optymalizację jednostek terenowych oraz dokończenie konsolidacji spółki po połączeniu sześciu regionalnych spółek gazownictwa. Cięcie kosztów jest istotne, bo spółka stoi przed dużym wyzwaniem inwestycyjnym. Ponad połowa spośród 173 tys. km zarządzanych przez PSG gazociągów ma ponad 20 lat.

Tylko w tym roku na segment dystrybucji spółka przeznaczy 30 proc., czyli ok. 1,6 mld zł,  planowanych nakładów inwestycyjnych PGNiG w wysokości 5,3 mld zł.

Cały proces, o którym mówi spółka, związany z restrukturyzacją, wszystkie rozmowy, które się toczą, zmierzają właśnie w tym kierunku, żeby nie zostać zaskoczonym tym, że mamy w danych latach do wykonania określone inwestycje długoterminowe. Trzeba pozyskać finansowanie i zrealizować konkretne projekty, a kasa spółki choć może nie świeci pustkami, to są w niej pieniądze przeznaczone na inne cele – tłumaczy Elżanowski.

Jak podkreśla, problemem nie jest samo pozyskanie środków finansowych, ale takie zaplanowanie inwestycji, by zostały one wydane w optymalnym czasie i w najlepszy sposób.

Modernizacja sieci ma doprowadzić m.in. do likwidacji strat gazu podczas dystrybucji, co dodatkowo podniesie bezpieczeństwo. Wymiana starych, stalowych rur na polietylenowe pozwoli również zmniejszyć wydatki na bieżące utrzymanie systemu. Jak zauważa Elżanowski, m.in. dzięki temu modernizacja sieci dystrybucyjnej może się również przyczynić do zwiększania przychodów spółki.

Już teraz dystrybucja jest drugim co do wielkości segmentem PGNiG pod względem przychodów. W 2014 r. spółka uzyskała z tej działalności ponad 2 mld zł, co stanowiło 31 proc. całości przychodów. Wyniki te są pod dużą presją w wyniku liberalizacji rynku gazu i rosnącej konkurencji.

– Rynek gazu zmienia się bardzo dynamicznie, zmieniają się strumienie przychodów w PGNiG. Jednocześnie spółka jest zobowiązana do wielu inwestycji, czy to w wydobycie, czy to w dystrybucję, więc musi mieć odpowiednią ilość pieniędzy na zrealizowanie tych potrzeb – mówi ekspert ds. energetyki.

Dlatego, jak podkreśla ekspert, restrukturyzacje PGNiG i spółki córki PSG należy rozumieć jako proces zmian w dwóch obszarach. Z jednej strony spółka musi dostosować się do otoczenia rynkowego poprzez optymalizację zatrudnienia i procesów oraz redukcję kosztów, a z drugiej – cały czas inwestować w infrastrukturę.

– Infrastruktura ma dwa aspekty. Pierwszy to walor bezpieczeństwa, czyli nie możemy przekroczyć progów, kiedy pojawi się zagrożenie dla bezpieczeństwa odbiorcy końcowego. A drugi to wymiar ekonomiczny. Spółka musi być przygotowana na poniesienie kosztów. Restrukturyzacja i organizacja mają doprowadzić do tego, że spółka będzie gotowa na to, by w najbardziej optymalnym momencie dokonać tych wydatków – podkreśla Elżanowski.

Dyrektorzy finansowi pozytywnie oceniają sytuację gospodarczą. Ponad 70 proc. z nich planuje inwestycje w firmach

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa dyrektorów finansowych w Polsce spodziewa się w tym roku poprawy koniunktury gospodarczej. Dwie trzecie oczekuje wzrostu obrotów swoich firm, a po ponad 70 proc. planuje inwestycje i wejście na nowe rynki zagraniczne. Mimo to finansiści pozostają ostrożni i planują optymalizację kosztową oraz mrożenie wynagrodzeń.

Kluczowym wnioskiem z raportu Euler Hermes i Grant Thornton jest optymizm, który w tym roku pojawia się u ponad połowy badanych dyrektorów finansowych. Tylko 6 proc. z nich zakłada, że ten rok będzie istotnie gorszy dla naszej gospodarki. Coraz częściej mówimy o rozwoju rynku krajowego, wchodzeniu na nowe rynki, a w mniejszym stopniu o recesji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Hiszpański, prezes zarządu Euler Hermes Polska.

Badanie Euler Hermes i Grant Thornton pokazało, że aż 51,7 proc. dyrektorów finansowych w Polsce oczekuje poprawy koniunktury gospodarczej w tym roku. Optymistycznie oceniana jest też gospodarka światowa – według 33,8 proc. badanych jej odbicie już nastąpiło, a kolejnych 41,2 proc. zakłada, że nastąpi to w tym roku.

Optymizm przekłada się na ambitne plany. 73 proc. dyrektorów finansowych planuje w tym roku nowe inwestycje, 72 proc. wchodzenie na nowe rynki zbytu, a 65 proc. liczy na ogólny wzrost eksportu. Spośród tych, którzy nadzieje wiążą z rynkami zagranicznymi, niemal 60 proc. będzie szukało szans w Unii Europejskiej, a aż 20,9 proc. liczy na zwiększenie eksportu do Azji.

Z jednej strony cały czas rozwijamy współpracę handlową z tradycyjnymi partnerami, jak Wielka Brytania, Niemcy czy Włochy. Z drugiej strony zdobywamy zupełnie nowe rynki, które parę lat temu były jeszcze egzotyczne, jak bliższy i dalszy Wschód, łącznie z krajami azjatyckimi – dodaje Hiszpański.

Dwie trzecie finansistów oczekuje wzrostu przychodów zarówno na rynku krajowym (67,1 proc.), jak i zagranicznym (64,6 proc.). To jednak nie przekłada się na równie optymistyczne prognozy dotyczące rentowności i cen. Na wyższą rentowność liczy 42,3 proc. dyrektorów finansistów, a na wzrost cen – ok. 23 proc. z nich.

Z większą ostrożnością dyrektorzy finansowi podchodzą do zwiększania zatrudnienia. Przyjęcie nowych pracowników planuje 38,6 proc. z nich, ale równocześnie aż 15 proc. chce zmniejszyć zatrudnienie. Większe zatrudnienie nie oznacza jednak wyższych płac, bo aż 72 proc. pytanych chce zamrozić wynagrodzenia.

W zakresie wzrostu płac optymizm jest nieco mniejszy. Natomiast obserwujemy, że rynek pracy staje się coraz bardziej atrakcyjny dla pracowników, co przekłada się na wzrost ich pensji – zaznacza Hiszpański.

Optymizm nieco zaburza niepewność dotycząca sytuacji ekonomicznej w Europie. Przedsiębiorcy pozytywnie oceniają jednak poluzowanie polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny. Dzięki temu firmy mają ułatwiony dostęp do finansowania. Zapowiadane przez Komisję Europejską programy inwestycyjne są dużym wsparciem dla sektora przedsiębiorstw. Według szacunków Euler Hermesa te działania w tym i kolejnym roku pozwolą zwiększyć marże o średnio 1 pkt proc. Sytuacja ekonomiczna wciąż nie jest jednak stabilna w niektórych krajach wspólnoty, a prognozy pogarsza trwający konflikt ukraińsko-rosyjski.

Wartość rynku systemów IT dla przedsiębiorstw rośnie. Najszybciej usługi w chmurze

CEO Magazyn Polska

Wartość projektów IT w obszarze zarządzania wydajnością przedsiębiorstw w Polsce to dziś ponad sto milionów złotych rocznie i nadal rośnie. Spośród wszystkich rodzajów oprogramowania najszybciej rosną usługi chmurowe – o kilkanaście procent rocznie. Na rynku wyróżniają się ci dostawcy, którzy oferują kompleksowe platformy.

Rynek tego typu rozwiązań jest bardzo nasycony. Biorąc pod uwagę licencje oraz usługi, na świecie jest on wart prawie 13 mld dolarów według ostatnich analiz Gartnera – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Stalewski, country manager Tagetik Polska. – To, czy będzie dalej rosnąć, zależy od tego, jak organizacje będą reagować na nowoczesne trendy w tym obszarze, czyli m.in. na chmurę i dostępność tych rozwiązań w ramach modelu software as a service.

Stalewski podkreśla, że wartość rynku systemów (licencje i usługi) corporate performance management, czyli systemów zarządzania wydajnością przedsiębiorstw, to prawie 150 mln zł.

Aplikacje performance management pozwalają kluczowym osobom w organizacji – zarządom – podejmować decyzje o kierunkach rozwoju firm na podstawie danych rzeczywistych oraz przygotowywanych wariantów  prognoz finansowych i operacyjnych – wyjaśnia ekspert Tagetik.

Chętnych na walkę o ten duży i wciąż rosnący rynek jest wielu. Jak podkreśla Stalewski, pod względem liczby firm segment ten jest już nasycony, ale dostawcy wciąż mogą wyróżnić się ofertą. Jedną z możliwości jest oferowanie kompleksowych rozwiązań IT umożliwiających przedsiębiorstwom stopniowy rozwój i dodawania kolejnych usług. Taką właśnie strategię przyjęła firma Tagetik, oferująca oprogramowanie klasy CPM (corporate performance management).

Platforma biznesowa Tagetik pozwala organizacjom optymalizować swoje procesy związane z zarządzaniem efektywnością w organizacji. Są to procesy, które dotyczą budżetowania, konsolidacji finansowej, sprawozdawczości regulacyjnej, zewnętrznej i wewnętrznej – mówi Stalewski. – Podstawową zaletą oprogramowania jest centralizacja i ujęcie wszystkich procesów w ramach jednego modelu metadanych, opisującego procesy w organizacji, co wiąże się z tym, że organizacje mogą szybciej i taniej tego typu wdrożenia realizować.

Taki model to dla firmy, która się rozwija, duża korzyść. Jak wyjaśnia Stalewski, tradycyjne rozwiązania oparte są na kilku aplikacjach. Do każdego procesu przeznaczone jest inne oprogramowanie, korzystające z różnych modeli danych przechowywanych w różnych bazach danych. O ile dla małych firm nie jest to problem z uwagi na to, że zazwyczaj optymalizują one jeden, dwa procesy, realizując podejście taktyczne, o tyle w większych organizacjach i grupach kapitałowych chętniej spogląda się na rozwiązania, dzięki którym można zmierzyć się z wyzwaniem strategicznie.

Konieczność integracji różnych aplikacji pochłania czas, pieniądze i stwarza dodatkowe ryzyko. W przypadku platform kompleksowych, które opierają się tylko na jednej aplikacji, firma nie musi marnować zasobów na działania integracyjne i skomplikowane utrzymanie. Dzięki kompleksowym platformom zarządy spółek mogą także elastyczniej wybierać usługi, których akurat potrzebują. Potem mogą łatwo dodać kolejne funkcje lub z nich zrezygnować.

Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań opartych o technologię cloud computing.

Implementacja w chmurze tych procesów jest szybsza i tańsza niż w klasycznym podejściu, więc więcej firm na nie stać – podkreśla Stalewski. – Chmura jako segment rynku rozwija się w tempie do kilkudziesięciu procent rok do roku, przy czym w przypadku rozwiązań CPM dynamika jest odrobinę niższa, ponieważ mamy tu do czynienia z krytycznymi danymi. Jest pewna bariera psychologiczna wśród dyrektorów i zarządów, żeby takie dane przechowywać poza firmą. Tego trendu jednak raczej nic już nie zastopuje.

Szacuje się, że w ciągu kolejnych pięciu lat rozwiązania w chmurze będą stanowiły jedną czwartą rynku.

Dodatkową korzyść przedsiębiorstwa, zwłaszcza te mniejsze, mogą osiągnąć dzięki połączeniu zalet kompleksowej platformy do zarządzania firmą z usługami w chmurze. Dzięki chmurze wszystkie nakłady związane z utrzymaniem infrastruktury informatycznej oraz dostępności samej aplikacji i aktualizacji do nowych wersji są po stronie dostawcy. W skali całej inwestycji jest to zazwyczaj kilka do kilkunastu procent jej wartości. W związku z tym organizacje mogą się skoncentrować na samym wdrożeniu przy współpracy ze specjalistyczną firmą lub nawet w oparciu o własne zasoby po odbyciu odpowiednich szkoleń. Szacuje się, że już po trzech latach optymalizacja TCO (ang. total cost of ownership) może wynieść nawet do 20 proc. w porównaniu z modelem tradycyjnym.

Rolnicy uważają zniesienie kwot mlecznych za koniec mleczarstwa w Polsce. Ich obawy są jednak nieuzasadnione

CEO Magazyn Polska

Polscy rolnicy mogą skorzystać na zniesieniu kwot mlecznych. Eksperci podkreślają, że w porównaniu z innymi krajami unijnymi Polska ma mniej liczne stada, także mleczność krów jest niższa niż w Europie. Zniesienie kwot może wpłynąć na zwiększenie mocy produkcyjnej, która wciąż nie jest w pełni wykorzystywana. 

Z początkiem kwietnia w Unii Europejskiej przestały obowiązywać limity produkcji mleka, co dla producentów oznacza spore zmiany.

Jestem przekonany, że w dłuższym okresie zniesienie kwot będzie korzystne dla polskich rolników. Mamy jeden z najnowocześniejszych przemysłów spożywczych, w tym mleczarnie, które w 20-30 proc. nie wykorzystują mocy przerobowych. Mamy też bardzo duże rezerwy wśród producentów mleka z powodu tańszej siły roboczej – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Polski przemysł mleczarski ma duży potencjał. Wskaźnik mleczności krów, choć od kilku lat stopniowo rośnie, jest wciąż niższy niż w krajach zachodnich. Z informacji Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka wynika, że w 2014 roku wydajność wyniosła ponad 7,5 tys. kg mleka (wzrost o 141 kg względem 2013 roku). Dla porównania w Danii wskaźnik ten wynosi 8,5 tys., a w USA – 10 tys.

Część rolników boi się, że zniesienie kwot oznacza koniec polskiego mleczarstwa. Na pewno będzie to okres trudny, ale tak samo przed wejściem do UE straszono nas, że zaleje nas tania żywność, a nasi producenci świetnie dali sobie radę. Po ustabilizowaniu sytuacji będziemy mogli mówić, że zniesienie kwot nie było tak groźne, jak mogło się niektórym wydawać – mówi Kowalski.

Dotychczas można było produkować mleko do ustalonego wcześniej limitu. Dla Polski na rok rozliczeniowy 2014-2015 było to ponad 10 mln ton. Nadprodukcja wyniosła 7 proc., co w konsekwencji oznacza 700 mln zł kary. Dlatego zniesienie limitów może być dla naszego kraju dobrą wiadomością. Analizy U.S. Dairy Export Council wskazują, że produkcja mleka w Unii skoncentruje się w sześciu krajach. Eksperci oceniają, że najbardziej na zniesieniu kwot zyska Irlandia (wzrost produkcji nawet o 50 proc.), ale wśród beneficjentów ma znaleźć się również Polska.

Zniesienie kwot mlecznych może znacząco wpłynąć na poziom eksportu.

W tej chwili nadchodzi czas próby, który pokaże, kto się najlepiej przygotował do tych wyzwań. Natomiast rozwój sytuacji na rynku światowym będzie zależał od kilku czynników. Pierwszy i najważniejszy to poziom wzrostu gospodarczego – zaznacza dyrektor IERiGŻ. – Zniesienie kwot będzie miało również istotne znaczenie, jeżeli Unia przystąpi do porozumienia o współpracy z USA. Trzecim czynnikiem jest rosyjskie embargo.

Wprowadzony w sierpniu 2014 roku przez Rosjan zakaz importu żywności m.in. z Polski – wbrew prognozom – nie wpłynął negatywnie na sytuację przemysłu spożywczego. Zdaniem prof. Kowalskiego w niektórych sektorach można nawet mówić o pozytywnym wpływie. Podobnie było w mleczarstwie. Większa dywersyfikacja eksportu sprawiła, że Polska w 2014 roku wyeksportowała o ponad 15 proc. więcej produktów niż w 2013 roku o łącznej wartości 2 mld euro (dane Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich). Do czasu wprowadzenia zakazu przez Rosję tempo wzrostu utrzymywało się na poziomie 23 proc. W całej Unii eksport nabiału wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat o 45 proc. pod względem wielkości i o 95 proc. pod względem wartości.

Embargo nie okazało się jednak tak groźne dla Europy, jak się wydawało. Sam byłem pesymistą, myślałem, że część rynków się załamie – przyznaje Andrzej Kowalski i wskazuje, że na embargo najbardziej traci Rosja. – Pytanie, czy zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami embargo zostanie zniesione po roku. Na tamtejszy rynek nie wpływa 40-50 proc. potrzebnej żywności i nie zostało to zastąpione importem z innych stron – mówi.

Rozwój dyskontów i marek własnych ogranicza wzrost firm logistycznych

CEO Magazyn Polska

Rosnący udział dyskontów i coraz większa popularność marek własnych ogranicza wzrost firm logistycznych, które obsługują klientów brandowych, tracących na nowych trendach. Rozwiązaniem dla przedsiębiorców jest rozszerzanie zakresu usług oraz wyjście poza ofertę klasycznego transportu i składowania towarów.

– Pracując w dużej mierze z klientami brandowymi, dostrzegamy, że mają oni trudności z utrzymaniem sprzedaży i pozycji rynkowej. To efekt zachodzących w ostatnich latach zmian na rynku retailowym: wzrastającej roli i skali działania sieci dyskontowych oraz wzrostu udziału marki własnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Pawlak, dyrektor handlowy operatora logistycznego FM Logistic w Polsce. – Sytuacja już od kilku lat jest trudna i ogranicza wzrost firm logistycznych.

Jak dodaje, mimo trudnego otoczenia FM Logistic udawało się w ostatnich latach osiągać wzrost trzykrotnie wyższy niż konkurencji. Kluczem do sukcesu – w obliczu panującej na rynku presji cenowej i jakościowej – jest dopasowanie oferty do potrzeb klientów. Walka o rynek wymusza na firmach logistycznych dodatkowe działania, które pozwolą im wyróżnić się spośród konkurencji.

Dzięki nowym usługom udaje nam się zachować wzrost obrotów. Budujemy wartość dodaną nie tylko poprzez sam transport i składowanie towarów, lecz także przez usługi dodane, czyli co-packing, manufacturing – przekonuje dyrektor handlowy z FM Logistic. – Powstaje sporo różnego rodzaju zestawów promocyjnych, np. trzy plus jeden gratis bądź dwa różne produkty połączone.

Oprócz tego firmy logistyczne starają się zagwarantować klientom obniżkę kosztów.

– Z kosztami składowania jest nieco trudniej, bo koszt wynajmu powierzchni magazynowej i oświetlenia jest raczej stały, bardziej indeksowany inflacją – tłumaczy Pawlak.

Z drugiej strony – według dyrektora FM Logistic – są sposoby na to, by ciąć koszty procesów magazynowych, np. w kwestii przygotowywania palet do wysyłki. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu nowych technologii, np. systemu voice pickingu, czyli używania głosu do pobierania przesyłek. To podnosi produktywność firmy, co z kolei pozwala na obniżkę cen podstawowych usług logistycznych.

FM Logistic działa we wszystkich obszarach branży transportu, spedycji i logistyki chociaż core biznes firmy to logistyka magazynowa. Zgodnie z przyjętą strategią do końca 2018 roku firma zakłada 12-15-proc. wzrost rocznie.

– To duże wyzwanie, biorąc uwagę to, że branża raczej oscyluje wokół maksymalnie kilkuprocentowego wzrostu – podkreśla Pawlak. – Nasze wyższe wzrosty wiążemy m.in. z oferowaniem usług dla sektora fresh, czyli świeżej żywności.

We wrześniu 2014 r. firma rozszerzyła obsługę sieci sklepów Carrefour. Prowadzi dla francuskiej sieci magazyn centralny w dystrybucji non-food dla sklepów z całej Polski. Operator wdrożył też dla Carrefour centrum konsolidacyjne dla kilku istotnych dostawców pozwalające im samodzielnie zarządzać poziomem zapasów.

Pierwsza połowa roku nie sprzyja polskim bankom. Sektor czekają słabsze wyniki i konsolidacja

CEO Magazyn Polska

Polskie banki czeka słabszy rok. Na ich gorsze wyniki finansowe wpływ mają spadające stopy procentowe NBP, mocny frank i zmiany w przepisach zapewniające klientom banków lepszą ochronę.

– Wyniki banków w 2015 roku będą raczej słabe mówi agencji informacyjnej Newseria Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. Wyniki będą pod presją, szczególnie pod względem przychodów, bo odbiją się na nich kolejne obniżki stóp procentowych, nie tylko te z października, lecz także te marcowe, a na wynik prowizyjny będzie mieć wpływ dalsza redukcja interchange.

Niskie prowizje i stopy procentowe, które zniechęcają Polaków do oszczędzania pieniędzy na bankowych lokatach oraz ograniczają zyski z udzielania kredytów, to nie jedyne problemy, z jakimi przyjdzie zmierzyć się polskim bankom.

Zobaczymy, jak Rekomendacja U wpłynie na przychody z tytułu sprzedaży ubezpieczeń mówi Iza Rokicka. – W kwestii kosztów pamiętajmy, że banki będą płacić wyższą składkę do BFG i to też będzie miało negatywny wpływ na wyniki. Przede wszystkim pierwsze półrocze będzie niezbyt dobre, potem sytuacja może zacząć się stabilizować i – miejmy nadzieję – poprawiać pod koniec roku.

Konieczność ograniczania kosztów i szukania synergii może przyspieszyć zmiany własnościowe, których oczekują analitycy. Pojawiają się kolejne banki, które są czy będą wystawione na sprzedaż. Mowa m.in. o BPH, Raiffeisenie czy Aliorze.

To bardzo dużo transakcji jak na nasz rynek ocenia analityk Ipopema Securities. Nie jest do końca pewne i oczywiste, kto byłby nabywcą, nowym właścicielem tych aktywów. Możliwe, że przyjdzie ktoś z zewnątrz, podmiot, którego w Polsce nie ma, ale na pewno część podmiotów polskich też by ostrzyła sobie na nie zęby. Chciałabym je przejąć, skonsolidować i ewentualnie dostarczyć synergię w postaci niższych kosztów. Z najbardziej zainteresowanych przejęciami na pewno trzeba wymienić Pekao SA, swego czasu BZ WBK też był wymieniany w tym towarzystwie.

Zainteresowane polskim sektorem bankowym mogą być też fundusze inwestycyjne. Mimo iż nie są one zbyt mile widziane na tym rynku, nie można ich wykluczyć jako potencjalnych inwestorów.

Wydaje się, że nasz regulator, który musi zaakceptować i zgodzić się na nowego właściciela, nie jest, mówiąc kolokwialnie, fanem funduszy inwestycyjnych, wolałby branżowych, długoterminowych inwestorów strategicznych wyjaśnia Iza Rokicka. W niektórych sytuacjach może ostatecznie się zgodzić czy być zmuszonym, żeby zaakceptować również fundusz.

Rośnie popularność plastikowych pojemników wielokrotnego użytku w przemyśle spożywczym

CEO Magazyn Polska

Sklepy i sieci handlowe coraz częściej decydują się na wynajęcie plastikowych pojemników wielokrotnego użytku (PPWU) do transportu m.in. owoców i warzyw. Lider rynku, globalny koncern IFCO Systems, już teraz odnotował obrót na poziomie 200 mln rocznie, ale chce co najmniej podwoić tę liczbę.

Mamy ponad 200 mln opakowań  w obrocie, współpracujemy z ponad 200-300 dostawcami i sieciami. Jesteśmy przygotowani na inwestycje w Polsce, dopóki nie zbudujemy tutaj pozycji lidera, niezależnie od tego, czy nasza inwestycja będzie teraz przynosiła nam zysk, czy za pięć lat, czy za dziesięć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Daniel Oware z IFCO Systems Polska.

Jak podkreśla Oware, polski rynek PPWU jest wciąż bardzo mały. Firmy z branży spożywczej dopiero zaczynają wykorzystywać tego typu pojemniki do transportu owoców i warzyw, czyli produktów, w których specjalizuje się IFCO Systems.

Tego typu skrzynki umożliwiają bezpieczny i prosty w obsłudze przewóz owoców i warzyw pomiędzy producentami, dostawcami i sprzedawcami, także w ruchu transgranicznym. Pojemniki te krążą pomiędzy firmami, więc najczęściej nie są kupowane, a jedynie wynajmowane od firm takich, jak IFCO Systems.

Rozwój tego rynku nieco spowolniło rosyjskie embargo, które negatywnie wpłynęło na sytuację polskich producentów owoców i warzyw. Oware przyznaje, że wiązało się to z obniżeniem marż i kosztów. Choć spowolnienie jest odczuwalne, Oware podkreśla, że nie zahamuje ono rozwoju tego rynku.

Widzimy światło w tunelu, więc nie jest tak źle – zapewnia Oware. – IFCO Systems jest światowym liderem w systemie zarządzania skrzynkami PPWU i ich wynajmu. Zależy nam na osiągnięciu tej pozycji w Polsce.

Spółka ma ambitny plan inwestycyjny w Polsce. Oware nie chce zdradzić ani planowanych kwot inwestycji, ani harmonogramu osiągania celów.

Potencjał wzrostu tego rynku jest bardzo duży nie tylko w Polsce. Jak szacuje IFCO, spośród rocznego obrotu opakowań owoców i warzyw w Europie na poziomie ok. 7,5 mld, ok. 4,4 mld operacji mogłoby być wykonywanych w PPWU. Jednak rynek tego typu opakowań to obecnie jedynie niecałe 900 mln rocznie w Europie.

– Mamy bardzo ambitne plany co do naszej pozycji, bo mamy świetną organizację, która tak zarządza skrzynkami, by były one wielokrotnie używane, by minimalizować ilość odpadów, co z kolei wpływa na ochronę środowiska – zapowiada Oware.

IFCO Systems liczy na osiągnięcie wolumenu 400-500 mln opakowań PPWU, czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecnie.

Dodaje, że IFCO Systems weszło na polski rynek wcześniej niż inni międzynarodowi gracze, co daje spółce przewagę konkurencyjną. Spółka jest teraz przygotowana na inwestycje aż do momentu osiągnięcia pozycji lidera.

Sukces mediów w internecie możliwy tylko dzięki ich obecności również w wersji mobilnej

CEO Magazyn Polska

Mimo wciąż dużej popularności telewizji to media internetowe w najbliższych latach będą wyznaczać trendy w branży reklamowej. Kluczem do sukcesu jest wieloplatformowe budowanie mediów, czyli tworzenie równolegle wielu wersji, m.in. na urządzenia mobilne. Ze względu na rosnącą popularność smartfonów ten segment reklamy będzie coraz ważniejszy. Jak dotąd największe pieniądze reklamodawcy zarabiają jednak na wersjach przeglądanych na komputerach.

– Media internetowe mają ogromną przyszłość. Okażą się ważniejsze niż telewizja i będą jednym z najważniejszych driverów ekonomii internetu jeszcze przez wiele lat – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wujec, dyrektor segmentu Internet w Agora SA. – Pytanie o ich przyszłość, to tak jakby ktoś na początku XX wieku zapytał: „Czy samochód ma przyszłość? Przecież koń ma wiele zalet”.

Media internetowe będą dopasowywać się do potrzeb odbiorców. Największe zapotrzebowanie jest na treści rozrywkowe, lifestyle’owe, informacje oraz bardziej specjalistyczne dziedziny, jak biznes.

Jest taka teza, że na światowym rynku będzie kilka globalnych platform mediowych: Facebook, Google, YouTube i nic innego. Ja w to jednak nie wierzę. Każda z tych platform tworzy wokół siebie ekosystemy, w których jest miejsce dla wielu różnych graczy, i lokalnych, i międzynarodowych – mówi ekspert.

Do korzystania z sieci nikogo dziś zachęcać nie trzeba. Wielu użytkowników od tego zaczyna i na tym kończy dzień.

Zwłaszcza dla ludzi młodych internet to naturalne medium pierwszego wyboru. Pojedyncze medium oczywiście musi przyciągać uwagę widza, użytkownika, czytelnika różnymi metodami. To jest walka o czytelnika – mówi Wujec.

Kluczem do sukcesu jest budowanie medium na wielu platformach, ponieważ dziś wielu użytkowników przenosi się na urządzenia mobilne. O rosnącym znaczeniu tego segmentu decyduje coraz większa popularność smartfonów.

Smartfonów już nikt dzisiaj nie używa tylko do dzwonienia – podkreśla Wujec. – To malutki komputer, który jest spersonalizowany i który mamy zawsze ze sobą, co tworzy mnóstwo nowych możliwości. Tablety chwilowo nie mają najlepszej passy, choć wydawało się, że mogą zastąpić desktop.

Znaczenie segmentu mobile rośnie również dla reklamodawców, chociaż pozycja internetu jest na razie niezagrożona.

– O ile uwaga użytkownika skupia się na komórce, o tyle pieniądze reklamowe z kilkoma wyjątkami, takimi jak Facebook, jednak głównie zarabia się na komputerze – podsumowuje Paweł Wujec.

Zarabia i wydaje. Według domu mediowego Starlink wydatki na reklamę internetową w 2014 r. przekroczyły 1,6 mld zł. W ciągu roku wzrosły o 6,4 proc. i stanowią już 22 proc. ogółu wydatków reklamowych w Polsce. Najpopularniejsza jest reklama wideo, która w ubiegłym roku wzrosła o 21 proc. Display wzrósł o 3 proc., ale w kanale mobilnym zanotował ponad 60-proc. wzrost.

Sezon wymiany opon na letnie. Dobrze dobrane zwiększają bezpieczeństwo i dają oszczędności

CEO Magazyn Polska

Tylko dwie trzecie kierowców zmienia opony w swoich pojazdach na letnie, mimo że deklaruje to dziewięciu na 10 kierowców. Ci, którzy tego nie robią, narażają się nie tylko na dodatkowe koszty, lecz także na niebezpieczeństwo. Opony letnie muszą być dobrze dobrane. Pozwoli to zarówno poprawić przyczepność i skrócić drogę hamowania, jak i wyciszyć pojazd i zmniejszyć spalanie paliwa.

Zgodnie z deklaracjami kierowców opony wymienia dziewięciu na dziesięciu z nich, natomiast z obserwacji warsztatowych wynika, że tylko około 60-70 proc., więc tu jest spora różnica – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

W Polsce nie ma obowiązku zmiany opon na zimowe. Nie istnieje zatem również przymus wymiany opon z powrotem na letnie. Jak jednak zwraca uwagę Sarnecki, kierowcy powinni o tym pamiętać, bo w grę wchodzi zarówno bezpieczeństwo, jak i oszczędności.

Żeby w pełni skorzystać na wymianie opon nie wystarczy jednak wybrać nowych opon. Ogumienie musi zostać przede wszystkim dobrane do danego samochodu oraz stylu jazdy kierowcy. Pomóc mogą w tym doradcy serwisowi w dobrych warsztatach.

Na pewno opona musi być nieużywana. Musimy dobrze dobrać rozmiar, nie tylko wymiary opony, lecz także indeksy prędkości i nośności. Od tego zależy, czy opona będzie się dobrze trzymać drogi, czy nie będzie stwarzała zagrożenia – wyjaśnia Sarnecki.

Informacje o tym, jakich opon powinniśmy używać, znajdziemy w instrukcji obsługi samochodu. Sarnecki podkreśla, żeby nie przejmować się samym wiekiem opony. Nawet kilkuletnia opona, jeśli była nieużywana i przechowywana w odpowiednich warunkach, nadal będzie miała takie same parametry, jak nowo wyprodukowana.

Sarnecki dodaje, że kierowcy powinni zwracać uwagę również na europejską certyfikację opony. Ogumienie posiadające znak ECE łatwo porównać nie tylko pod względem rozmiaru, lecz także właściwości. Zgodnie z unijnym prawem takie opony muszą być wyraźnie oznaczone.

Opony mają etykiety, na których są trzy podstawowe parametry, czyli efektywność paliwowa, hamowanie na mokrej nawierzchni oraz głośność zewnętrzna – od A do G. To nie są jedyne z ważnych parametrów, ale te Komisja Europejska wybrała we współpracy z przemysłem oponiarskim i organizacjami konsumenckimi. Warto na to zwracać uwagę, dlatego że różnice pomiędzy chociażby kategorią A i B w przypadku drogi hamowania to są aż 4 metry – podkreśla Sarnecki.

Wybór opon równie mocno wpływa na koszty użytkowania samochodu. Opony bardziej efektywne paliwowo mogą pozwolić na oszczędności nawet rzędu kilkuset złotych rocznie dla kierowcy, który dużo jeździ.

Należy poradzić się doradcy serwisowego, żeby dobrać oponę do pojazdu, do tras, jakie pokonujemy, i do naszego stylu jazdy. To są ludzie, którzy mają za sobą wiele szkoleń, a więc i dużą wiedzę o oponach. Warto z tego skorzystać– przekonuje Sarnecki.

Dyrektor generalny PZPO dodaje, że zeszłoroczna zmiana unijnych przepisów, zgodnie z którymi nowe samochody muszą mieć obecnie fabrycznie zamontowane czujniki ciśnienia w oponach, dodatkowo zwiększa wagę prawidłowego serwisu. Nie każdy warsztat poradzi sobie z montażem takich opon, dlatego Sarnecki zachęca do wyboru dobrych punktów obsługi.

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Touroperatorzy są zmuszeni mocniej bronić swoich zysków

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Choć wg styczniowego badania CBOS odsetek osób planujących w 2015 r. wyjazd zagraniczny wzrósł w porównaniu do 2014 r. o 6 punktów procentowych i wynosi aż 58 proc., to ze względu na okoliczności zewnętrzne rok 2015 r. może być bardzo trudny dla polskich touroperatorów. Muszą oni szukać nowych sposobów obniżenia kosztów swoich ofert.

Pomimo pozytywnych danych, które wskazują na większą chęć Polaków do wyjazdów, niedawne tragiczne wydarzenia mogą zniechęcić wiele osób do kupowania wakacji w biurach. Coraz większa aktywność terrorystyczna, w tym zamach w Muzeum Narodowym Bardo w Tunezji, w którym zginęli polscy turyści, katastrofy samolotowe (Air Asia, Germanwings) oraz konflikt na Wschodzie odbiją się na koniunkturze na rynku turystycznym.

Tanie linie – mocna konkurencja

Zmartwieniem polskich touroperatorów jest również konkurencja z tanimi liniami lotniczymi, bo te w swojej ofercie mają nie tylko loty do europejskich stolic, ale też do miast i regionów typowo turystycznych jak m.in. Wyspy Kanaryjskie, Majorka czy wyspy greckie. – Polscy touroperatorzy powinni wytoczyć ciężkie działa jeśli chcą zatrzymać i pozyskiwać nowych klientów. Jednym z rozwiązań może być zwiększenie oferty do dalekich krajów, bo nadal istnieje w tym obszarze nisza. Jednak aby na dalsze i egzotyczne wycieczki w biurach turystycznych znaleźli się chętni musi być taniej. A to oznacza, że aby nie ucierpiały zyski touroperatorzy muszą szukać oszczędności. Można je wygenerować m.in. w zakresie obsługi transakcji walutowych – twierdzi Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe dla firm. Oszczędności i możliwości minimalizowania kosztów polscy touroperatorzy powinni szukać zarówno na zewnątrz firmy (np. tańszego transportu czy nowych partnerów), jak i wewnątrz – czyli w zakresie obsługi własnej działalności.

Drożejący dolar obniża opłacalność tourbiznesu

Touroperatorzy muszą przezwyciężyć jeszcze jedną trudność, która wpływa na ich zyski w tym roku. Rosnący kurs dolara, w którym rozliczana jest większość transakcji z krajami spoza UE, powoduje, że rośnie także koszt organizacji wycieczek. Jednak istnieje sposób aby uniknąć ryzyka niekorzystnych zmian kursu dolara a także euro czy innych walut – transakcje terminowe. Najprostszym tego typu narzędziem są forwardy, dzięki którym touroperatorzy zabezpieczają kurs, po którym wymieniana będzie waluta w danym okresie w przyszłości. To wygodne i bezpieczne rozwiązanie, które minimalizuje straty związane z nieprzewidywalnymi zmianami kursów walut i do tego jest dostępne na polskim rynku nawet za darmo. – Polskim touroperatorom może nie być łatwo wypracować zyski w tak trudnym sezonie, dlatego tak ważne jest aby minimalizować ryzyko ich stopnienia w wyniku niekorzystnego stosunku wymiany danej waluty – mówi Jarema.

Waluty – gdzie jeszcze można szukać oszczędności?

– Polscy touroperatorzy, ci więksi i ci mniejsi, powinni szukać dobrych kursów i możliwość ich negocjacji, dostępu do szerokiego wachlarza walut, niskich kosztów przelewów międzynarodowych oraz jak najniższego – a najlepiej zerowego – kosztu założenia i obsługi rachunku. Biorąc pod uwagę skalę i wielkość obrotów touroperatorów w zagranicznych walutach oszczędności mogą być bardzo duże – wskazuje Przedstawiciel AKCENTY.

Jak podaje Światowa Organizacja Turystyki (UNWTO) w 2014 r. międzynarodowy ruch turystyczny wzrósł o 4,7 proc., poza granice swojego państwa wyjechało aż 1,138 mld turystów (o 51 mln więcej niż w 2013 r.). Również Polacy coraz chętniej wybierają zagraniczne wakacje. W ubiegłym roku na urlop zagranicą zdecydowało się 18 proc. badanych, w tym wśród osób, które zadeklarowały, że wyjechały na wypoczynek, 1/3 wybrała zagraniczny kierunek – wynika z badania CBOS „Wyjazdy wypoczynkowe Polaków w 2014 roku i plany na rok 2015”.

 

Polskie firmy z grantami z Instrumentu dla MŚP w ramach Horyzontu 2020

Dziewięć firm z Polski uzyskało dofinansowanie w grudniowym rozdaniu Instrumentu dla MŚP. To jak dotąd najbardziej udana dla polskich przedsiębiorstw edycja programu. Ale do liderów rankingu wciąż nam daleko. Świetne wyniki osiągnęły Hiszpania, Wielka Brytania i Niemcy.

Czołówka rankingu od kilku rozdań pozostaje niezmienna – w obu fazach programu najwięcej grantów zdobyły firmy z Hiszpanii, Włoch, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Dofinansowania z fazy 2 po raz pierwszy otrzymały Norwegia, Austria, Grecja i Portugalia. Z dziewięciu polskich firm, które uzyskaly dotacje,  siedem otrzyma dofinansowanie w fazie 1 Instrumentu MŚP, a dwie – w fazie 2.

“Polskie firmy wyciągają wnioski z poprzednich, mniej udanych dla siebie edycji, i osiągają coraz lepsze wyniki w Instrumencie” – mówi Alicja Grzegorzek, ekspert od programów brukselskich z międzynarodowej grupy doradczej Ateknea Solutions. – W porównaniu z liderami rankingu, liczba grantów uzyskanych przez polskie przedsiębiorstwa nie jest jeszcze imponująca, jednak kierunek rozwoju jest jak najbardziej słuszny. Sfinansowane projekty z Polski są innowacjami na skalę europejską”.

Faza 1: Rozdano 13 mln euro na studium wykonalności

W grudniowym rozdaniu  fazy 1  małe i średnie przedsiębiorstwa zgłosiły 2363 wnioski o dofinansowanie, z czego zaledwie 320 uzyskało minimalną liczbę punktów wymaganą do zakwalifikowania się na listę rankingową. 259 projektów z najwyższymi wynikami otrzymało  dofinansowanie w wysokości 50 tys. euro każdy, co łącznie daje kwotę 13 mln euro przekazanych dotacji.

W tej edycji Fazy 1 Instrumentu wzięło udział 131 polskich firm –  7 z nich otrzymało dotację, ale tylko 4 występują jako koordynatorzy projektu. Pozostałe 3 uczestniczą w konsorcjach jako partner. Jednym z koordynatorów jest firma Jakusz Sp.zo.o. z Kościerzyny, która zgłosiła projekt w temacie „Kosmos”.

“Jesteśmy bardzo zadowoleni, że Komisja Europejska doceniła nasz projekt. Pracujemy nad bezpieczną i mobilną produkcją  wysoko stężonego nadtlenku wodoru, który może być używany jako ekologiczny materiał pędny do silników rakiet kosmicznych.” – mówi Bartosz Jakusz Dyrektor Działu Kosmicznego z firmy Jakusz z Kościerzyny– “Jeszcze kilka lat temu myśl, że polskie MŚP może z sukcesem rywalizować z międzynarodowymi firmami w tematyce kosmicznej wydawała się abstrakcyjna, dzisiaj jest rzeczywistością. Innym firmom mogę doradzić, że równie ważny jak innowacyjny pomysł jest starannie przygotowany wniosek”.

Faza 2: Ponad 117 milionów euro na innowacyjne projekty

W grudniowym rozdaniu fazy 2 Komisja Europejska otrzymała 629 wniosków. Do listy rankingowej zakwalifikowano 180 projektów, z czego 74 z największą liczbą punktów otrzymało dofinansowanie. Aż 106 innowacyjnych projektów również kwalifikowało się do dofinansowania, jednak, ze względu na ograniczony budżet, grantu nie otrzymało.

Największe sukcesy w tej fazie osiągnęły firmy z Wielkiej Brytanii (14,5 mln euro, 15 firm), Niemiec (13,4 mln euro, 11 firm), Holandii (13,7 mln euro, 7 firm),  Hiszpanii (12,9 mln euro, 13 firm) i Francji (10,7 mln euro, 6 firm). Łącznie w fazie 2 Komisja Europejska przekazała ponad 117 milionów euro dotacji.

Z Polski wnioski zgłosiło 31 przedsiębiorstw. Dofinansowanie otrzymały dwa przedsiębiorstwa. Firma Neel z Warszawy jest jedynym polskim koordynatorem w fazie 2. Projekt SafeTrain, który pozyskał dofinansowanie w temacie „Transport”, jest realizowany przez Neel we współpracy z partnerem z Norwegii, firmą Wavetrain.

“Jesteśmy bardzo dumni i zadowoleni, że udało nam się znaleźć w gronie firm z dofinansowaniem z fazy 2. Projekt, nad którym pracujemy, wykorzystuje innowacyjną technologię do odstraszania zwierząt z torów kolejowych, przyczyniając się do zwiększenia bezpieczeństwa i ochrony zwierząt na kolei.” – mówi Marek Stolarski, prezes firmy NEEL , która pozyskała na projekt prawie 1.4 mln euro grantu. – “Pracując  nad przygotowaniem wniosku dużym wsparciem była pomoc doświadczonych ekspertów, co pozwoliło sprawnie i w profesjonalny sposób przejść cały proces, skoordynować współpracę z naszym zagranicznym partnerem oraz zminimalizować ryzyka związane z popełnieniem błędów wpływających na powodzenie projektu.”

Firmy, którym nie powiodło się w rozdaniach w 2014 roku, mogą ponownie zgłaszać swój wniosek w kolejnych edycjach – w tej samej lub poprawionej formie. O pomoc w ocenie wniosku można zwrócić się do Krajowego Punktu Kontaktowego odpowiedzialnego za program Horyzont 2020 lub do firm doradczych, wyspecjalizowanych w pozyskiwaniu tego typu dofinansowań.

 

 

 

 

Opracowano na podstawie materiałów Komisji Europejskiej:

https://ec.europa.eu/easme/en/news/sme-instrument-13-million-feasibility-studies-phase-1
https://ec.europa.eu/easme/en/news/sme-instrument-1176-million-innovation-activities-and-business-plans-phase-2

Pokolenie Z – technologię ma we krwi

Dorastają pod wpływem Facebooka, smartfonów i talent shows, a ich placem zabaw jest Internet. Wiedzę czerpią z Internetu i są nastawieni na szybkie wyszukiwanie informacji. Pokolenie Z, o którym mowa, to osoby urodzone po 1995 roku, dla których technologia to główne narzędzie do poszerzania wiedzy. Czy z tego powodu należy zmienić podejście do edukacji? Radzą eksperci ze Squla.pl – interaktywnej platformy edukacyjnej.

Aż 85% uczniów wyszukuje informacje w Internecie, a 52% z nich wykorzystuje w tym celu Youtube lub portale social media[1]. 33% korzysta z lekcji online, a co piąty z lektur szkolnych w formie e-booków. Większość rodziców i nauczycieli wyraża obawę, że odejście od tradycyjnych metod nauki to poważne zagrożenie dla wykształcenia i sukcesów ich dzieci. Takie myślenie może okazać się mylące – badacze przewidują, że 1 na 2 osoby z pokolenia Z, będzie miało wykształcenie uniwersyteckie.

Przyszłość w rękach „Zetowców”

Do tej pory to wcześniejsze pokolenie – generację Y (tzw. Millenialsów) – wskazywano jako popularyzatorów innowacyjnych narzędzi, takich jak tablety czy smartfony, w codziennym życiu i pracy. Jednak największy wpływ na współczesny świat może mieć generacja Z. Dzieci z pokolenia Z dorastały już w świecie nowoczesnych technologii, dlatego mają większą zdolność funkcjonowania w wirtualnym świecie, na komputerach, tabletach czy smartfonach.mówi Andre Haardt, założyciel i Dyrektor Generalny Squli, platformy edukacyjnej dla dzieci szkół podstawowych. – To właśnie z nich czerpią informacje potrzebne do kształcenia się. – dodaje Andre Haardt. Nowe technologie to dla pokolenia Z cenne narzędzie do zdobywania wiedzy o świecie oraz nauki, a nie – jak się powszechnie sądzi – bezużyteczna rozrywka. Nazywane jest też często generacją multitasking, która potrafi w tym samym czasie korzystać nawet z trzech różnych urządzeń.

Edukacja przez zabawę

72% uczniów w wieku od 8 do 18 lat, korzysta z komputera lub laptopa parę razy w ciągu dnia. Jak więc sprawić, aby czas spędzany przed ekranem był wartościowy? Rozwiązanie znaleźli twórcy platformy Squla.pl, która łączy w sobie zabawę oraz edukację. Squla to platforma edukacyjna, która za pomocą inteligentnych narzędzi online idealnie angażuje uczniów w proces zdobywania i powtarzania wiedzy łącząc go z zabawą, będąc przy tym zgodną z podstawą programową MEN. Dzięki temu, że dostosowuje się do poziomu ucznia oraz za każdym razem daje wyjaśnienie po udzielonej odpowiedzi, jest niezwykle pomocna przy pracy nad materiałem szkolnym w domu. Blisko 70% dzieci w wieku 6-11 lat przyznaje, że gry komputerowe to ich główne źródło rozrywki – komentuje Andre Haardt – Dlatego też we współpracy z zawodowymi pedagogami i specjalistami od gier edukacyjnych stworzyliśmy Squlę, która realizuje szkolne podstawy programowe poprzez interaktywne gry i quizy. Squla wykorzystuje naturalny pęd dzieci do zdobywania wiedzy i czyni to w sposób, którego dziś oczekuje każde dziecko – dodaje Andre Haardt.

Digitalizacja i postępujące technologie zmniejszają popularność tradycyjnych metod nauki. Dlatego też twórcy nowych technologii wykorzystują je w swoich rozwiązaniach, tworząc przydatne i skuteczne w edukacji narzędzia. Według ekspertów z ośrodka dialogu i analiz THINKTANK rozwój nowych technologii i informatyzacja szkół spowodują przejście do modelu edukacji hybrydowej, czyli połączenia tradycyjnych lekcji, z tymi w przestrzeni wirtualnej.[2] Jednego możemy być pewni – Generacja Z jeszcze może nas pozytywnie zaskoczyć.

[1] Na podstawie badania przeprowadzonego przez Sparks&Honey w czerwcu 2014r.

[2] Raport RE-WIZJE pt. „Jaka będzie Polska za 10 lat”, luty 2015.

Poziom e-administracji w Polsce – ocena ONZ

W ocenie ONZ poziom e-administracji w Polsce jest gorszy niż w Rosji, a nawet Kazachstanie. Na dodatek jesteśmy tylko niewiele lepsi niż Andora, Czarnogóra, czy Kolumbia. Państwowe systemy informatyczne kosztowały już 2,9 miliarda złotych, a wciąż generują kolejne koszty. portal Money.pl sprawdził, które były najdroższe.

Najtańszym są Elektroniczne Księgi Wieczyste, stworzone na polecenie Ministerstwa Sprawiedliwości. Baza, dzięki której każdy może przeglądać wpisy w księgach i składać wnioski o wydanie części dokumentów, kosztowała zaledwie 5,5 miliona złotych. To prawie 200 razy mniej niż najdroższy w zestawieniu system ZUS.

Niewiele więcej niż EKW kosztowała… BeSTi@, czyli Informatyczny System Zarządzania Budżetami Jednostek Samorządu Terytorialnego. Łatwo zauważyć, że wśród polskiej e-administracji królują specyficzne nazwy. Ministerstwo Finansów jest na przykład administratorem systemu Celina, który wspomaga pracę organów celnych. Koszt zaprogramowania Celiny to 16,6 miliona złotych.

Na drugim biegunie zestawienia są projekty Ministerstwa Zdrowia – eZdrowie (system jeszcze nie wystartował) oraz Kompleksowy System Informatyczny Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Jak zastrzega w rozmowie z Money.pl Krzysztof Bąk, rzecznik resortu zdrowia, „program eZdrowie to nie jeden system a kilka projektów realizowanych pod wspólnym logiem”. Łączny budżet całego projektu to 712 milionów, do tej pory resort wydał na ten cel około 494 miliony złotych. – Relizacja projektu przyniesie poprawę jakości obsługi pacjentów, wynikającą z lepszej dostępności informacji o stanie zdrowia pacjentów i ich danych medycznych – tłumaczy Krzysztof Bąk.

Jeszcze droższe są w utrzymaniu systemy obsługiwane przez ZUS, czyli Kompleksowy System Informatyczny i Platforma Usług Elektronicznych. W 2011 roku tylko na obsługę KSI zakład wydał 256 milionów złotych, jednak z każdym rokiem kwoty malały. W ubiegłym roku było to już „tylko” 134 milionów. Dlaczego systemy ZUS, z którymi od lat jest najwięcej problemów są najdroższe?

– Kompleksowy System Informatyczny ZUS jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie rozwiązań IT w Europie. System jest nieporównywalny z żadnym innym działającym w Polsce. Oprogramowanie o takiej skali wymaga ciągłego unowocześniania, a także modyfikacji na potrzeby obsługi zmian w prawie. ZUS dzięki nakładom na KSI przeciwdziała powstawaniu większych kosztów, które znacznie wzrosłyby w przypadku braku rozwoju systemu – tłumaczy Money.pl Radosław Milczarski z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

CEO Magazyn Polska
Źródło: Money.pl na podstawie danych z poszczególnych ministerstw, ZUS i GUS

 

Okazuje się, że wśród drogich systemów są takie, które od uruchomienia generowały naprawdę niewielkie koszty obsługi. Doskonałym tego przykładem są e-Deklaracje, które w ciągu 2,5 roku były aktualizowane za niewiele ponad 80 tysięcy złotych (koszt całego projektu to ponad 80 milionów złotych). Pieniądze przeznaczone były głównie na usuwanie bieżących usterek. Biorąc pod uwagę koszty systemów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, jest to naprawdę śmiesznie niska kwota.

Ocena e-Deklaracji jest jeszcze lepsza, gdy weźmiemy pod uwagę, że od 2008 roku liczba korzystających z oprogramowania urosła z zaledwie 400 osób do aż 5 milionów! W ciągu 7 lat w ten sposób rozliczenie z fiskusem złożyło 11 milionów podatników. To oznacza, że na obsługę każdego podatnika rząd wydał około 9 złotych.

Na drugim biegunie znajduje się ePUAP. Jego efekty w zestawieniu z tymi kosztami są – delikatnie mówiąc – mizerne. Cały system kosztował 79 milionów, a konta (czyli inaczej tak zwane profile zaufane) założyło do tej pory około 320 tysięcy osób i instytucji. Koszt każdego z nich? 250 złotych, czyli około 5 kursów taksówką urzędnika do petenta. W 2015 roku utrzymanie techniczne ePUAP będzie kosztować 19 milionów złotych.

Eksperci od lat tłumaczą, jak powinien być tworzony prawdziwy i potrzebny system państwowej e-administracji. Postawą jest po prostu odpowiedź na realne potrzeby obywateli. To właśnie dobrze zdiagnozowane zapotrzebowanie kolei stoi za sukcesem Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, czyli systemu za który odpowiada Ministerstwo Gospodarki.

CEiDG jest rozwiązaniem postulatu „zero okienka i formalności” przy zakładaniu działalności gospodarczej. Jak zapewniają przedstawiciele resortu, zarejestrowanie firmy możliwe jest w jeden dzień, a przepływ danych między poszczególnymi urzędami – na przykład GUS, ZUS czy urzędem skarbowym – jest automatyczny. Dodatkowo podane przez zakładającego firmę informacje są natychmiast weryfikowane.

Jak wynika z danych uzyskanych przez Money.pl w Ministerstwie Gospodarki do tej pory system obsłużył ponad 3,5 miliona wpisów przedsiębiorców i 4,5 miliona wniosków. Projekt wart 32 miliony złotych, od 2012 roku wygenerował tylko 16 milionów złotych kosztów obsługi. Mniej więcej tyle, ile ePUAP kosztuje tylko w ciągu roku.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 kwietnia 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 kwietnia 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Jeszcze w tym roku na Towarowej Giełdzie Energii dostępne będą kontrakty terminowe na energię. To może przyciągnąć nowych inwestorów

CEO Magazyn Polska

Na Towarowej Giełdzie Energii zostaną w tym roku wprowadzone nowe możliwości inwestowania. Między innymi będzie można tam handlować kontraktami terminowymi na prąd i nieco później na gaz. Prezes aktywnego na TGE DM BOŚ liczy na to, że zarówno rynek akcji, jak i towarów czeka w tym roku ożywienie.

W tym roku czekają nas duże zmiany związane z wprowadzeniem nowych instrumentów finansowych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Radosław Olszewski, prezes zarządu DM BOŚ. – Jednym z produktów będą kontrakty (futures) oparte na energii, następnie pojawią się kontrakty na gaz. Mamy dosyć dużą bazę klientów, zresztą dostaliśmy ostatnio wyróżnienie od Towarowej Giełdy Energii za największą aktywność na rynku i pozyskiwanie klientów na rynku energii elektrycznej.

Kontrakty na prąd powinny być dostępne już jesienią. Jak tłumaczy prezes DM BOŚ, na giełdzie energii nie inwestują tradycyjni klienci giełdowi, czyli klienci indywidualni. Działają tam spółki, głównie spółki obrotu, oraz mali wytwórcy energii. DM BOŚ liczy na to, że jego klienci zainteresują się nowymi możliwościami inwestycyjnymi.

To jest potencjalnie baza klientów również do obrotu na kontraktach terminowych – podkreśla Radosław Olszewski. I ten rynek rośnie, widać to po wynikach Towarowej Giełdy Energii, która jest spółką z Grupy Giełdy Papierów Wartościowych, ale też ma to odzwierciedlenie w przychodach domu maklerskiego, gdzie znaczenie pozycji z tego segmentu rynku jest coraz większe.

Prezes DM BOŚ przyznaje, że wprowadzenie nowego instrumentu zawsze wiąże się z pewną niewiadomą. Jego zdaniem grupa osób i instytucji zainteresowanych nowymi możliwościami inwestycyjnymi może być jednak dość szeroka.

Liczymy, że ten segment zainteresuje też nowych graczy na rynku, być może zagraniczne instytucje finansowe, być może specjalistyczne fundusze inwestycyjne, ale również może być dostępny dla klienta indywidualnego. Dostęp do tego rynku będzie uproszczony, nie wiąże się z np. koniecznością płacenia VAT-u, tak jak w przypadku towaru, którym jest energia. Na pewno będą to instrumenty zbliżone specyfiką do tych instrumentów, z którymi klienci mają do czynienia na rynku finansowym, giełdowym czy pozagiełdowym.

Ubiegły rok nie był sprzyjający dla branży brokerskiej. Zawirowania na rynkach globalnych, w szczególności w naszej części Europy, konflikt na Ukrainie, również tzw. reforma OFE, miały negatywny wpływ na rynek giełdowy.

– W tej chwili mamy sytuację dosyć sprzyjającą rynkowi akcji ze względu na bardzo niskie stopy procentowe oraz wzrost gospodarczy ocenia prezes Radosław Olszewski z DM BOŚ. – Oczekujemy, że wreszcie ten rynek zaskoczy i klienci wrócą na rynek giełdowy albo bezpośrednio, albo pośrednio, czyli poprzez fundusze inwestycyjne. Czekamy na impuls, który może przyjść z ryków zagranicznych, ale też może być związany z napływem środków do funduszy inwestycyjnych.

Renta dożywotnia za nieruchomość – godne życie na emeryturze?

Problem z utrzymaniem się na emeryturze jest w Polsce powszechny, a co istotne, nie każdy ma możliwość dorabiania. Jednym z rozwiązań trudnej sytuacji finansowej jest renta dożywotnia, którą senior otrzymuje po przeniesieniu prawa własności do nieruchomości na fundusz hipoteczny.

Rentę dożywotnią może dostawać osoba powyżej 65 roku życia, która ma własne mieszkanie lub dom. Aby otrzymywać świadczenie, właściciel musi podpisać stosowną umowę z funduszem hipotecznym. „Osoba starsza zachowuje dach nad głową do końca życia, a dodatkowo zwiększa swój budżet domowy” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Brzeska-Miksa z Funduszu Hipotecznego Familia.

Procedura zawarcia umowy – spisywanej w formie aktu notarialnego – trwa ok. trzech miesięcy. Dokument zawiera zapisy zapewniające bezpieczeństwo osobie starszej. „W przypadku kiedy wypłaty przewyższą wartość nieruchomości (ponieważ dana osoba żyje dłużej, niż wynika to ze średnich statystycznych), instytucja jest w dalszym ciągu zobowiązana do wypłacania świadczeń pieniężnych” – wyjaśnia ekspertka.

Informacji na temat renty dożywotniej często szukają członkowie rodzin, którzy nie są już w stanie pomagać swoim bliskim, a zależy im, aby mieli oni zapewnione godne życie na emeryturze. Należy pamiętać, że renta dożywotnia nie jest tym samym, co odwrócony kredyt hipoteczny – w jej przypadku nie ma możliwości rezygnacji z zawartej umowy. Jeżeli ktoś ją podpisuje, to powinien być świadomy, że będzie ona obowiązywała do końca życia.

Emeryci i renciści nie zawsze muszą składać PIT do urzędu skarbowego

Podatnicy na emeryturze i rencie zwykle nie muszą samodzielnie rozliczać się z fiskusem. Wyjątek stanowią między innymi osoby, które dorabiają do świadczeń bądź chcą skorzystać z przysługujących im ulg lub przekazać 1% podatku organizacjom pożytku publicznego.

Emerytura lub renta otrzymywane z zagranicy stanowią przychód podlegający opodatkowaniu, więc należy w ciągu roku podatkowego odprowadzać od nich zaliczki na PIT. Gdy świadczenie wypłacane jest za pośrednictwem polskiego banku, to on jest płatnikiem tych zaliczek. Emeryt otrzymuje wtedy PIT-11 i musi rozliczyć się samodzielnie.

Jeśli emerytura wypłacana jest przez inny kraj niż Polska, istnieje ryzyko, że zostanie podwójnie opodatkowana. Aby tego uniknąć, trzeba mieć certyfikat rezydencji wydany przez polskie władze podatkowe. Z nim można też starać się o zwrot podatku zapłaconego nienależnie za granicą.

„Samodzielnie rozliczają się również ci, którzy nie płacą w ciągu roku zaliczek na podatek dochodowy lub utrzymują współmałżonka niemającego dochodów i w związku z tym korzystają z dwukrotnej kwoty odliczenia od podatku” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola.

Należy pamiętać, że osoby, które otrzymały roczne obliczenie podatku i nie mają żadnego innego dochodu niż renta lub emerytura, nie muszą składać do urzędu skarbowego odrębnego zeznania podatkowego.

Podatnicy na emeryturze i rencie zwykle nie muszą samodzielnie rozliczać się z fiskusem. Wyjątek stanowią między innymi osoby, które dorabiają do świadczeń bądź chcą skorzystać z przysługujących im ulg lub przekazać 1% podatku organizacjom pożytku publicznego.

Emerytura lub renta otrzymywane z zagranicy stanowią przychód podlegający opodatkowaniu, więc należy w ciągu roku podatkowego odprowadzać od nich zaliczki na PIT. Gdy świadczenie wypłacane jest za pośrednictwem polskiego banku, to on jest płatnikiem tych zaliczek. Emeryt otrzymuje wtedy PIT-11 i musi rozliczyć się samodzielnie.

Jeśli emerytura wypłacana jest przez inny kraj niż Polska, istnieje ryzyko, że zostanie podwójnie opodatkowana. Aby tego uniknąć, trzeba mieć certyfikat rezydencji wydany przez polskie władze podatkowe. Z nim można też starać się o zwrot podatku zapłaconego nienależnie za granicą.

„Samodzielnie rozliczają się również ci, którzy nie płacą w ciągu roku zaliczek na podatek dochodowy lub utrzymują współmałżonka niemającego dochodów i w związku z tym korzystają z dwukrotnej kwoty odliczenia od podatku” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola.

Należy pamiętać, że osoby, które otrzymały roczne obliczenie podatku i nie mają żadnego innego dochodu niż renta lub emerytura, nie muszą składać do urzędu skarbowego odrębnego zeznania podatkowego.

Apel do prezesa ZUS w sprawie umów o dzieło

Dlaczego ZUS podważa zawierane umowy o dzieło, np. przez szkoły językowe, firmy szkoleniowe, ośrodki badania opinii publicznej, podczas gdy w ostatnich latach nie były one kwestionowane? – pyta Konfederacja Lewiatan prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W apelu skierowanym do szefa ZUS pracodawcy zgłaszają wiele zastrzeżeń dotyczących kontroli płatników związanych ze zgłaszaniem do ubezpieczeń społecznych osób wykonujących pracę na podstawie umowy o dzieło.

– Kontrole są przeprowadzane w sposób dopuszczający swobodną interpretację przepisów, z jednoznacznym negatywnym nastawieniem wobec płatników składek. Analiza wielu dokumentów dotyczących przebiegu kontroli, które do nas wpłynęły od przedsiębiorców, potwierdza, że pomija się wolę stron zawierających konkretny rodzaj stosunku prawnego i charakter (istotę) zawieranych umów – mówi dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Niepokojące dla przedsiębiorców jest w szczególności kwestionowanie prawidłowości zawierania umów o dzieło, które od wielu lat były niezmiennie stosowane i podczas wcześniejszych kontroli inspektorów ZUS nie budziły żadnych wątpliwości co do treści i celu wybranego rodzaju stosunku prawnego, a także wzajemnych praw i obowiązków stron.

W ocenie Konfederacji Lewiatan tocząca się publiczna debata na temat nadużywania umów cywilnoprawnych i odchodzenia od stosunku pracy jako oczekiwanej przez pracowników podstawy prawnej zatrudnienia, ze względu na wysokie koszty pozapłacowe, skutkuje budowaniem negatywnego wizerunku firm i uderza w uczciwych przedsiębiorców. Masowe kontrole ZUS, które się ostatnio nasiliły wzbudzają poważne zaniepokojenie.
Dlatego Lewiatan apeluje do prezesa ZUS o interwencję w celu przyjęcia jasnych, przejrzystych zasad przeprowadzania kontroli w tym zakresie, aby wyeliminować uznaniowość i dowolność interpretacyjną kontrolerów ZUS ze szkodą dla przedsiębiorców, a także aby odstąpić od obciążania pracodawców płatnościami z tytułów, które podczas poprzednich kontroli nie były kwestionowane jako rodzące obowiązek zapłaty.

– Nasz niepokój wzbudza fakt, że inspektorzy kontroli ZUS nie dostrzegają istotnych różnic między przedmiotem umowy o dzieło i umowy zlecenia, i to niekiedy nawet wbrew orzecznictwu sądów. Umowy o wyraźnie określonym rezultacie, niemające charakteru ciągłego i odnawialnego, w których przedmiot jest ściśle wskazany, a wykonawca jest rozliczany za osiągnięcie końcowego efektu, ma zapewnioną samodzielność, sam jest organizatorem czynności, jakie realizuje i ponosi odpowiedzialność za wykonanie dzieła, są bezpodstawnie traktowane jako umowy zlecenia – dodaje dr Grażyna Spytek-Bandurska.

Lewiatan zwraca uwagę na poważne konsekwencje finansowe takich kontroli ZUS dla małych przedsiębiorców, którzy nie są w stanie pokryć wysokich kwot należności pieniężnych z lat ubiegłych z tytułu nieopłaconych składek na ubezpieczenie społeczne i ubezpieczenie zdrowotne, kiedy działali w przeświadczeniu, że postępują zgodnie z literą prawa.
Niezależnie od konsekwencji finansowych, kontrole przeprowadzane są w sposób znacznie utrudniający, a niekiedy nawet paraliżujący działanie firmy. Ich kilkudniowy przebieg angażuje przez ten czas zarządzających przedsiębiorstwem, a będące nagminnym zjawiskiem żądania organów kontrolujących dostarczenia im kopii całości mogącej podlegać kontroli dokumentacji firmy odciąga od pracy pozostałych pracowników – co zwłaszcza w małych przedsiębiorstwach skutecznie może sparaliżować jego funkcjonowanie.
Pracodawcy nie byli wcześniej informowani o nowych stanowiskach ZUS w sprawie interpretacji przepisów, nie były prowadzone żadne kampanie informacyjne czy działania o charakterze prewencyjnym. Przeciwnie, pracodawcy zostali zaskoczeni kontrolami i ich wynikami mającymi poważne skutki finansowe dla dalszego funkcjonowania firm. W wielu przypadkach chodzi o zapłatę składek za kilka lat wstecz.

Konfederacja Lewiatan

Dekada Realty: Najpierw inwestycje, potem giełda. Spółka za trzy lata chce mieć w Polsce 20 małych centrów handlowych

0

CEO Magazyn Polska

Dekada Realty, właściciel sieci dziesięciu małych centrów handlowych, chce w ciągu najbliższych trzech lat podwoić swój stan posiadania. Zamierza rozwijać format małych centrów handlowo-komunikacyjnych przy dworcach autobusowych i kolejowych. Dopiero gdy do spółki będzie należało co najmniej 20 obiektów, weźmie ona pod uwagę debiut na warszawskiej giełdzie.

Obecnie grupa kończy budowę dziesiątego obiektu handlowego, czyli Dekady w Malborku. W zeszłym roku spółka otworzyła centra w Nowym Targu i Brodnicy. Te dwa obiekty handlowe są połączone z dworcami autobusowymi i to jest kierunek, w którym obecnie podąża inwestor: budowa zintegrowanych centrów komunikacyjno-handlowych w małych miastach.

Jesteśmy wyspecjalizowani w tworzeni niedużych centrów handlowych w mniejszych miejscowościach mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Walczak, prezes spółki Dekada Realty. – Nasz potencjał, nasze doświadczenia i chęć PKP, żeby modernizować dworce, akurat się łączą i możemy połączyć nasze siły. Poza tym mamy zaplanowanych jeszcze kilka lokalizacji bardziej typowych, w miastach takich jak Łowicz czy Nysa.

Dekada samodzielnie zarządza swoimi centrami handlowymi. Dzięki temu uczy się optymalizować kolejne inwestycje, bo jak podkreśla Aleksander Walczak, doświadczenia z zarządzania obiektami można łatwo przenosić potem na doskonalenie tych obiektów, które są dopiero planowane i budowane.

 Trzeba dużej optymalizacji, żeby budować obiekty jak najlepsze jakościowo pod względem wyglądu i stanu technicznego, a jednocześnie proponować najemcom stosunkowo niski czynsz. Czyli koszty budowy nie mogą być zbyt wysokie, tak samo koszty eksploatacji. Od kilku lat się tego uczymy i w tym  momencie wydaje nam się, że kolejne centra będą jeszcze lepsze.

Na razie spółka inwestuje dzięki środkom pozyskanym od inwestorów, którzy ją stworzyli. Z czasem nie wyklucza jedna wejścia na giełdę. Najwcześniej jednak, jak zaznacza jej prezes, za dwa, trzy lata.

 Nasza strategia jest taka, żeby w portfelu zgromadzić przynajmniej 20 takich obiektów. Myślę, że to będzie taki potencjał, z którym możemy pójść na giełdę bądź możemy myśleć o jakimś docelowym rozwiązaniu, może łączeniu z innymi podmiotami. Natomiast na pewno w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat naszych obiektów nie zamierzamy sprzedawać.

Wejście Dekady na warszawski parkiet pomogłoby spółce pozyskać dodatkowe pieniądze na dalszy rozwój. Potrzebne tym bardziej, że jej pierwsze centra handlowe działają od 2011 roku i część z nich może za kilka lat wymagać przebudowy bądź rozbudowy.

W związku z tym kolejne środki na tego typu inwestycje będą potrzebne, natomiast wejście na giełdę służyłoby płynności tych inwestycji – informuje prezes Aleksander Walczak z Dekada Realty. – To znaczy, jeżeli nasi udziałowcy częściowo chcieliby się wycofać, to żeby mieli takie możliwości. Za grupą Dekada stoi 10 fizycznych osób, można powiedzieć, że docelowo każdy z udziałowców chciałby mieć jakąś płynność swoich inwestycji, a giełda takie rozwiązanie by stwarzała.

Analizy Online: Fundusze akcji polskich uniwersalnych oraz małych i średnich spółek dają największą szansę na zyski dla inwestorów indywidualnych

CEO Magazyn Polska

Według Analiz Online inwestorzy indywidualni lokujący swoje środki w funduszach inwestycyjnych powinni budować portfel, spoglądając na strukturę napływów do TFI. To pozwoli im ochronić kapitał, a jednocześnie da szansę na satysfakcjonujące zyski. Walory powinny pochodzić z dwóch grup: małych i średnich spółek oraz akcji polskich uniwersalnych.

– Zaletą tej strategii jest oparcie się na maksymalnie jednym dobrze zdiagnozowanym czynniku, czyli napływach do funduszy inwestycyjnych, i na tej podstawie podejmowanie decyzji inwestycyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Antosiewicz, dyrektor sprzedaży w Analizach Online.

Według niego ta strategia pozwala w dużej mierze chronić kapitał, a jednocześnie daje szansę na osiąganie satysfakcjonujących stóp zwrotu.

– Analizując dostępne grupy funduszy, udało nam się znaleźć dwie takie grupy, które spełniają nasze kryterium. Są to fundusze z grupy akcji polskich uniwersalnych i fundusze z sektora małych i średnich spółek – tłumaczy ekspert.

Piotr Antosiewicz uzasadnia, że udział inwestorów indywidualnych w tym sektorze funduszy jest relatywnie największy. W pozostałych najczęściej ma miejsce o wiele większy udział inwestorów instytucjonalnych, którzy nie podlegają tak łatwo modzie, jak osoby indywidualne.

– Mogę postawić diagnozę osobistą, która mi się sprawdzała. Klient chętnie kupi produkt, pod warunkiem że nie zostanie z nim sam. Będzie on od nas otrzymywał pewne podpowiedzi i sugestie, co należy zrobić ze swoim portfelem, żeby działał on efektywnie – mówi dyrektor sprzedaży w Analizy Online.

Zdaniem Antosiewicza sukces w inwestowaniu pomaga osiągnąć samokształcenie, np. poprzez uczestnictwo w branżowych konferencjach, które dają szansę poznania nowych możliwości i pogłębienia wiedzy. Zdaniem dyrektora sprzedaży Analiz Online każdy inwestor musi rozwijać swój warsztat, trzymać rękę na pulsie i unikać nerwowych reakcji w razie spadków, czyli podejmować racjonalne, spokojne decyzje. Sensowne jego zdaniem jest również dobranie doradcy inwestycyjnego pod kątem własnych oczekiwań.

– Budowa portfela zależy za każdym razem od profilu inwestycyjnego konkretnego inwestora. Wydaje mi się, że najwyższy czas, żebyśmy przygotowali się do pracy z doradcą finansowym dobrze przygotowanym do wykonywania swojego zawodu – podkreśla Antosiewicz. – Tak jak poszukujemy dobrego samochodu w salonie, szukamy tego, który nas satysfakcjonuje. Polecam taką pracę z doradcami. Trzeba znaleźć osobę, która zrozumie nasze oczekiwania oraz potrzeby i będzie wykonywać swoją pracę adekwatnie do naszych celów inwestycyjnych.

Antosiewicz podsumowuje, że przy budowie portfela istotna jest także dywersyfikacja inwestycji, która nie powinna opierać się tylko na jednym bądź dwóch rozwiązaniach.

Według Analiz Online w lutym saldo napływów środków do TFI było dodatnie i wyniosło 1,9 mld zł. Najwięcej środków inwestorzy ulokowali w funduszach gotówkowych i dłużnych. Po raz pierwszy od kilku miesięcy odnotowano dodatnie napływy do funduszy akcyjnych (+0,4 mld zł), choć były one realizowane w produkty inwestujące głównie na zagranicznych rynkach.

Klienci firm ubezpieczeniowych mają być lepiej chronieni. Pomoże wdrożenie unijnych regulacji

CEO Magazyn Polska

Rynek ubezpieczeniowy przygotowuje się do wdrożenia dyrektywy Solvency II. Znowelizowana ustawa, nad którą trwają prace, nałoży na firmy ubezpieczeniowe nowe obowiązki. Zmiany mają zrewolucjonizować cały rynek. W 2016 roku zmieni się sposób wyznaczania marginesu wypłacalności ubezpieczycieli, a wymogi kapitałowe będą powiązane z rzeczywistym podejmowanym ryzykiem. Skorzystają klienci, dla których zmiany oznaczają większe bezpieczeństwo.

Rynek ubezpieczeniowy jest w tej chwili w trakcie przygotowywania się do dużej zmiany. Będzie nią wejście dyrektywy Solvency II, czyli Wypłacalność II, która nakłada olbrzymią liczbę nowych obowiązków na zakłady ubezpieczeń – mówi agencji Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Zmieni się system wypłacalności zakładów ubezpieczeń. Będzie oparty o trzy filary – wymogi kapitałowe, jakościowe i obowiązki informacyjne. Wymogi kapitałowe będą wyznaczane osobno dla ryzyka ubezpieczeniowego czy finansowego i będą powiązane z rzeczywistym ryzykiem. Podstawą wyliczenia kapitału wypłacalności będą spodziewane wyniki finansowe (dotychczas były to dane ze sprawozdań finansowych).

Zupełnie inny sposób podejścia do ryzyka i liczenia wypłacalności zakładów to olbrzymie wyzwanie. Zakłady intensywnie nad tym pracują wspólnie z Ministerstwem Finansów i Komisją Nadzoru Finansowego – zaznacza Prądzyński.

Obowiązki, które wynikają z unijnej dyrektywy, będą wprowadzone nową ustawą ubezpieczeniową, dostosowaną do Solvency II, która gwarantuje wzmocnienie ochrony klienta w ubezpieczeniach. Prace nad nowymi przepisami trwają.

Ustawa ma kilka aspektów. Wiele z nich jest czysto technicznych dla zakładów ubezpieczeń, np. w relacjach z Komisją Nadzoru Finansowego, ale część nowych przepisów dotyczy klienta. To szerszy zakres informacji, którą trzeba przekazywać konsumentom i dużo większy zakres obowiązków zarówno przy przygotowywaniu produktów, jak i przy przekazywaniu informacji – ocenia Prądzyński.

Dzięki zmianom w ustawie Komisja Nadzoru Finansowego zyska podstawę do wydania zakładom rekomendacji dotyczących zarządzania produktem i badania adekwatności produktu do potrzeb konsumenta.

Zakłady będą musiały m.in. przeprowadzić analizę potrzeb klienta przed podpisaniem umowy i ocenić, czy produkt oferowany danemu klientowi jest odpowiedni do jego potrzeb, wiedzy, doświadczenia w dziedzinie ubezpieczeń na życie i jego sytuacji finansowej. Ma to ograniczyć ryzyko nietrafionego zakupu. Jeśli analiza wykaże, że produkt nie jest odpowiedni dla danego klienta, to firma nie będzie go rekomendować, a zakup będzie możliwy pod warunkiem, że klient zaświadczy o tym, że wie o negatywnej rekomendacji.

Projekty założeń rekomendacji mają być przedstawione na forum KNF w połowie roku. Dlatego istotne jest przyjęcie nowej ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej w tej kadencji parlamentu. Wydanie rekomendacji jest planowane na początek przyszłego roku.

Czasu na przystosowanie się do zmian zostało niewiele. Zaczną one obowiązywać w styczniu 2016 roku, jednak zdaniem prezesa PIU branża powinna zdążyć.

Przygotowania są na bardzo intensywnym etapie. Czasu zostało bardzo mało, ale zakłady będą gotowe na 1 stycznia 2016 roku – zapewnia prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Miliard euro dla Polski na upowszechnienie szybkiego internetu. Wykorzystanie tej kwotymmożliwe dzięki współpracy nauki, biznesu i administracji

 

Powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu w Polsce może powstać jedynie dzięki współpracy biznesu, administracji i nauki. Powstają już pierwsze komisje, złożone ze specjalistów z różnych dziedzin, dzięki którym ta kooperacja ma być bardziej efektywna. Bez współpracy nie uda się skutecznie wydać ponad miliarda euro przeznaczonego na zapewnienie powszechnego dostępu do szybkiego internetu.

Niska dostępność usług szerokopasmowych jest problemem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Dulka, prezes Alcatel-Lucent Polska. – Musimy się w Polsce nauczyć współpracować, wspólnie realizować to przedsięwzięcie tak, aby w 2020 roku powiedzieć o tym, co nam się udało, a nie spojrzeć do tyłu i powiedzieć: paru rzeczy nam się nie udało, każdy z nas zrobił maksimum, ale jako społeczeństwo, jako gospodarka nie osiągnęliśmy optymalnego wyniku.

Dulka przypomina, że Polska jest w tej chwili jednym z najgorszych krajów UE pod względem dostępu do internetu szerokopasmowego. Obecnie w Polsce korzysta z niego 71 proc. gospodarstw domowych. Według danych Eurostatu średnia unijna to 78 proc., a niższy wskaźnik od Polski ma tylko 7 państw: Bułgaria, Grecja, Chorwacja, Cypr, Litwa, Portugalia i Rumunia.

Do 2020 r. wskaźnik ten ma ulec jednak znacznej poprawie, głównie dzięki inwestycjom finansowanym ze środków unijnych. W ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa otrzymamy z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego niemal 2,2 mld euro, w tym na zapewnienie powszechnego dostępu do internetu przeznaczono ponad miliard euro. Kolejne ok. 180 mln euro w ramach wkładu krajowego musi zainwestować Polska.

Dulka zwraca uwagę na to, że inwestować będzie też biznes prywatny. Dlatego właśnie współpraca jest tak ważna.

Jeśli to zostanie wsparte prywatnymi środkami inwestycyjnymi i do tego duzi operatorzy telekomunikacyjni dołożą swoje inwestycje, to widzimy, jak ogromny potencjał i jak ogromny rynek otwiera się przed nami w latach 2014-2020 – mówi Dulka.

Podkreśla, że już teraz zarówno administracja państwowa, jak i biznes prywatny dobrze radzą sobie ze swoimi zadaniami. Jednak to nie wystarczy, by w pełni wykorzystać środki, musi powstać synergia.

Dulka przywołuję ekonomiczną teorię gier. Zakłada ona, że dwaj gracze rynkowi mogą skorzystać, o ile będą z sobą współpracowali, choć zwykle z uwagi na konkurencję i brak informacji co do zamiarów drugiej firmy wybierają rywalizację. To bowiem zabezpiecza ich przed narażaniem się na większe straty, gdy konkurent nie zechce współpracować.

Dlatego właśnie potrzebne jest centralne koordynowanie tej współpracy.

Wydaje się być naiwnym podejście „bądźmy dobrzy”. Nie, to trzeba zinstytucjonalizować, to musi mieć strukturę. Ministerstwa w ostatnim czasie powołały komisje koordynującą środowiska, zbierające specjalistów z biznesu, nauki, samorządów i ze szkolnictwa, którzy mają usiąść, rozmawiać i znaleźć te obszary współpracy – wyjaśnia Dulka.

Przestrzega, że jeśli nie odniesiemy sukcesu w cyfryzacji Polski, to za kilka lat nasza gospodarka straci konkurencyjność. Bez powszechnego dostępu do szybkiego internetu nie będziemy w stanie rywalizować z nowocześniejszymi pod tym względem krajami.

Brak zbiorczej faktury za prąd powstrzymuje klientów przed zmianą sprzedawcy energii

CEO Magazyn Polska

W ciągu pięciu lat wolnego rynku energii blisko 500 tys. odbiorców zmieniło sprzedawcę energii elektrycznej. To niewiele – oceniają przedstawiciele branży i twierdzą, że jedną z przeszkód jest brak kompleksowej faktury za dystrybucję i sprzedaż energii w przypadku zmiany dostawcy. Dziś wypracowany w ramach branży model jest dla firm nieopłacalny, a klienci obawiają się, że będzie zbyt skomplikowany.

Z danych URE wynika, że od grudnia 2010 roku sprzedawcę prądu zmieniło ponad 308 tys. gospodarstw domowych (grupa taryfowa G) i ponad 134 tys. odbiorców przemysłowych (z grupy taryfowej A, B i C).

Już prawie pół miliona odbiorców zmieniło sprzedawcę energii i w dalszym ciągu praktycznie wszyscy z nich otrzymują dwie faktury – jedną za dystrybucję, drugą za sprzedaż – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Owczarski, prezes zarządu spółki Polski Prąd. – Polska jest ewenementem na skalę światową. W każdym innym rozwiniętym kraju odbiorca otrzymuje jedną fakturę, bądź to od sprzedawcy, jak to się dzieje w Europie, bądź to od dystrybutora, jak to się dzieje w Stanach Zjednoczonych.

Zgodnie z Prawem energetycznym odbiorcy mogą zmienić sprzedawcę energii elektrycznej w ramach zasady TPA (z ang. Third Party Access), która daje prawo do zakupu energii od dowolnie wybranego sprzedawcy. W przypadku zmiany sprzedawcy energii klient otrzymuje dwie osobne faktury: jedną za sprzedaż energii, drugą – za jej dystrybucję. W przypadku umowy kompleksowej, zawieranej na obydwie usługi, konsument może rozliczać się na podstawie jednego dokumentu. Wypracowany model wspólnej faktury nie działa jednak tak, jak powinien – ocenia Owczarski.

Jak wskazał audytor w swoim ostatnim raporcie, jednym z problemów jest to, że dystrybutorzy wymagają od sprzedawców bardzo wysokiego zabezpieczenie finansowego, jeżeli mają zgodzić się na fakturowanie usług dystrybucji przez sprzedawcę. W konsekwencji dla sprzedawcy tego typu umowa kompleksowa jest nieopłacalna – zauważa Owczarski.

Problemem jest też odpowiedzialność za płatności klienta. Jeśli klient nie zapłaci rachunku za dystrybucję, odpowiedzialność za to ponosi sprzedawca.

Innym problemem jest terminowość i jakość danych pomiarowych, które są przekazywane przez dystrybutorów sprzedawcom. Trudno jest wymagać od sprzedawcy, żeby poprawnie fakturował dane dystrybucyjne klienta, jeżeli dostaje je często z wielomiesięcznym opóźnieniem, a nierzadko zdarza się, że one są wielokrotnie zawyżone bądź zaniżone – mówi prezes Polskiego Prądu.

Jak podkreśla Owczarski, klienci obawiają się formalności związanych ze zmianą sprzedawcy energii. Dlatego liczba osób, które się na to decydują, rośnie stosunkowo wolno. Powodem takiego stanu rzeczy, jak przekonuje Paweł Owczarski, jest niedopracowany model umowy.

URE powinien doprowadzić do wypracowania przez dystrybutorów i sprzedawców modelu, który będzie bardziej przejrzysty i przyjazny – uważa prezes Owczarski. – Nie musimy odkrywać Ameryki: można wziąć rozwiązanie niemieckie czy czeskie, które doskonale funkcjonują.

W Niemczech i Czechach obowiązuje jeden, narodowy system zbierania danych od klientów, do którego wszystkie firmy mają dostęp w tym samym formacie, a informacje pomiarowe przekazywane są przez dystrybutorów online. W Polsce funkcjonuje 16 platform wymiany danych pomiarowych i w tylu formatach są one przekazywane sprzedawcom.

Brak kompleksowej faktury – zdaniem prezesa Owczarskiego – jest głównym czynnikiem hamującym rozwój procesu wymiany sprzedawcy energii. Wielu klientów, szczególnie indywidualnych, jest bowiem bardzo niechętna zmianom.