Bio Planet dzięki inwestycjom w magazyny liczy na zwielokrotnienie obrotów. Za 2-3 lata planuje kolejną emisję i przeniesienie na rynek główny GPW

CEO Magazyn Polska

Producent i dystrybutor żywności ekologicznej 1 kwietnia zadebiutował na NewConnect i pozyskał niemal 2 mln zł nowych środków. Będą one przeznaczone na rozbudowę magazynów z 3 do 7,5 tys. mkw., dzięki czemu spółka chce generować kilkukrotnie wyższe przychody. To będzie możliwe dzięki rosnącemu w tempie 20 proc. rocznie rynkowi ekożywności, w którym spółka ma 13 proc. udziałów. Bio Planet w latach 2017-2018 chce przejść na rynek główny GPW i wyemitować kolejne akcje na dalszy rozwój.

Wejście na giełdę jest marzeniem wielu spółek i po wielu latach ciężkiej pracy w końcu nadszedł dzień, kiedy udało nam się osiągnąć taką skalę działania i zyskać zaufanie obecnych i nowych akcjonariuszy na tyle, że w końcu wchodzimy na giełdę – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sylwester Strużyna, prezes zarządu Bio Planet, producenta i dystrybutora żywności ekologicznej.

Spółka chce w ciągu 2-3 lat przenieść się na rynek główny GPW i przeprowadzić kolejną emisję akcji. Nowe środki byłyby przeznaczone na program inwestycyjny uwzględniający maszyny do paczkowania i przygotowania zakładu konfekcjonowania. Obecna kapitalizacja spółki to nieco ponad 20 mln zł, a aby starać się o przejście na rynek główny, jej wycena giełdowa musi wynosić minimum 50 mln zł. Spółka w najbliższych kwartałach zamierza intensywnie rosnąć.

– 100 proc. środków wykorzystamy na budowę nowoczesnych magazynów, czyli naszego centrum logistyczno-magazynowego. Z emisji pozyskaliśmy 1,8 mln, koszt inwestycji, czyli około 17 mln zł – tłumaczy Strużyna. – Większość sfinansowaliśmy długoterminowym kredytem bankowym, część środkami własnymi i pozostałą część stanowiły środki pozyskane z emisji.

Jak tłumaczy prezes Bio Planet, decyzja o budowie nowych magazynów wynika z pełnego obłożenia obecnych. W tej chwili spółka dysponuje 3 tys. mkw., a nowa inwestycja pozwoli zwiększyć tę wartość do 7,5 tys. mkw. Jej oddanie do użytku Sylwester Strużyna szacuje na III kw. br., co umożliwi firmie szybszy rozwój i wprowadzenie do swojej oferty nowych ekologicznych produktów.

– Dzisiaj jesteśmy w stanie z tych magazynów wygenerować około 7 mln zł [obrotów] miesięcznie, nowe magazyny zbudujemy w Lesznie, w województwie mazowieckim, w powiecie warszawskim zachodnim – wyjaśnia Strużyna. – Naszą powierzchnię magazynową zwiększymy dwuipółkrotnie, natomiast kubatura będzie zwiększona jeszcze mocniej, gdyż są to magazyny wysokiego składowania. Przewidujemy, że w nowych magazynach zmieścimy ok. 5 tys. rodzajów produktów, a dzisiaj mamy ich tylko 2,1 tys. Myślę, że docelowo będziemy w stanie osiągnąć obroty kilkukrotnie wyższe niż obecnie.

W 2014 roku Bio Planet osiągnął 63,1 mln zł przychodów (wzrost o 47 proc. w stosunku do 2013 roku), zysk netto wyniósł 1,5 mln wobec 1 mln zł rok wcześniej.

– Nasz udział w rynku szacujemy na około 13 proc. Natomiast cały rynek wzrasta w naszej ocenie co najmniej 20 proc. rocznie i celem jest stopniowe zwiększanie naszego udziału w rynku – podkreśla prezes zarządu Bio Planet.

Strużyna uzupełnia, że spółka chciałaby zwiększać obroty przynajmniej w tempie rozwoju rynku, czyli 20 proc. w ciągu roku. Wzrosty będą możliwe dzięki wysokiej sprzedaży najsilniejszych brandów, jak choćby Bio Planet (40 proc. sprzedaży). Prezes spółki wymienia inne silne brandy, jak Natumi, Alce Nero, czy Sobbeke.

– Zdecydowanie najlepiej sprzedaje się olej kokosowy. Inne topowe produkty to kasza jaglana i jaja ekologiczne – szczególnie w okresie wielkanocnym ich sprzedaż jest doskonała. Sprzedają się także płatki jaglane, suszone owoce, daktyle, śliwki – wylicza Sylwester Strużyna.

W jego ocenie Polacy przekonują się do żywności ekologicznej. W społeczeństwie rośnie rozpoznawalność logo rolnictwa ekologicznego. Nowym trendem jest sprzedaż produktów zaliczanych do kategorii superfoods, czyli np. trawy jęczmiennej sproszkowanej bądź spiruliny. W ocenie Strużyny to silny i wzrostowy trend, który także spółka chce wykorzystać.

Spółka Bio Planet zadebiutowała na NewConnect 1 kwietnia. Kurs na otwarciu sesji wyniósł 7,35 zł, co oznacza wzrost o 22,5 proc. Z emisji akcji pozyskała 1,8 mln zł. Produkty firmy można znaleźć w sklepach ekologicznych i ogólnospożywczych, jak choćby Piotr i Paweł, Tesco czy Alma.

Problemy polskiego górnictwa zmuszają firmy z branży do zwiększania aktywności za granicą. Chiny, Rosja i Argentyna mają duży potencjał

 

W ciągu ostatnich 25 lat górnictwo jako gałąź gospodarki w Polsce straciło na znaczeniu, a ostatnie problemy branży powodują, że firmy, np. producenci sprzętu górniczego, zwiększają swoją aktywność na rynkach zagranicznych. Dla Kopeksu najbardziej perspektywiczne pozostają Chiny i Argentyna, gdzie spółka systematycznie umacnia swoją pozycję. Pierwsze miesiące roku przyniosły również ożywienie w górnictwie rosyjskim.

W Chinach jesteśmy obecni od co najmniej sześciu lat. Mamy tam produkcyjną spółkę joint-venture, która radzi sobie bardzo dobrze – informuje agencję Newseria Biznes Piotr Broncel, odpowiedzialny za sprzedaż członek zarządu Grupy Kopex. – Mimo trudnych warunków panujących dziś w Państwie Środka i spadającej produkcji węgla nasza spółka produkuje tam rocznie około tysiąca sekcji obudów zmechanizowanych na potrzeby tamtejszego górnictwa.

Prócz tego Kopex dostarcza do Chin kombajny (dotychczas sprzedał ich siedem) i przygotowuje się do wejścia na ten rynek z kolejnym produktem, Mikrusem, czyli systemem ścianowym do najcieńszych pokładów, uważanym za „maszynę do zadań specjalnych”.

Jest to proces długotrwały, wymagający od nas i od strony chińskiej przede wszystkim sporego zaangażowania – mówi Broncel.

Kolejnym perspektywicznym rynkiem dla spółki jest Rosja. Po ubiegłorocznej stagnacji w inwestycjach pierwsze miesiące tego roku wskazują na ożywienie.

Ten dość długi czas bez inwestycji spowodował, że teraz trzeba inwestować w nowe urządzenia. Dlatego startujemy w przetargach, jeden już wygraliśmy. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych miesięcy będziemy mogli pochwalić się kolejnym sukcesem – twierdzi Piotr Broncel.

Kopex jest obecny również w Ameryce Południowej. Broncel przyznaje, że Argentyna jest jednym z najważniejszych rynków zbytu dla spółki. Do tej pory Kopex sprzedawał tam głównie urządzenia do górnictwa podziemnego oraz eksploatacji podziemnej metodą ścianową.

Kolejne kontrakty chcielibyśmy podpisać już w zakresie przeróbki mechanicznej węgla w zakresie systemów transportu. Nie mogę jeszcze pochwalić się takimi kontraktami, ale pracujemy nad nimi bardzo mocno. W przeciągu kolejnych kilku lat jest również szansa na kolejne kontrakty w zakresie drążenia szybów – wyjaśnia Piotr Broncel.

Z kolei w Australii spółka odczuwa spowolnienie inwestycyjne.

Nie ogłasza się przetargów na kompleksy ścianowe, czyli na sztandarowy produkt spółki. Natomiast po restrukturyzacji naszej firmy Kopex Waratah jest już ona w pełni dostosowana do potrzeb rynkowych w zakresie produktów, które oferuje, czyli głównie wozów odstawczych – zauważa członek zarządu Kopeksu.

Polska jest największym producentem i rynkiem zbytu dla węgla kamiennego wśród krajów Unii Europejskiej. Na Starym Kontynencie jedynie Turcja ma równie wysoki udział tego surowca w bilansie energetycznym. Jak wynika z danych Agencji Rozwoju Przemysłu, w roku 2014 polskie kopalnie wyprodukowały ok. 72,5 mln ton węgla kamiennego, o około 5,2 proc. mniej niż rok wcześniej. Sprzedaż spadła o 9,3 proc. do poziomu 70,3 mln ton.

W sytuacji zwijania się krajowego górnictwa, przy znacznej redukcji jego potrzeb inwestycyjnych, kierunek zagraniczny wydaje się oczywisty – twierdzi Piotr Broncel. – Podobnie postępują inne duże firmy. W długim okresie udział przychodów eksportowych na pewno będzie większy niż jest obecnie.

Największe wydobycie (w wielkości 201 mln ton) miało miejsce w latach 80. ubiegłego wieku. Od 1988 roku produkcja systematycznie maleje. Znacząco zmniejszyła się też liczba kopalń (z 70 do 30 w ubiegłym roku). W okresie największego wydobycia sektor odpowiadał za blisko 400 tysięcy miejsc pracy w krajowej gospodarce. Pod koniec grudnia ubiegłego roku w polskim górnictwie pracowało nieco ponad 100 tysięcy osób.

Wzrosną koszty działania polskich przewoźników. Nie zagrozi to jednak ich pozycji w Europie

CEO Magazyn Polska

Polska utrzyma wiodącą pozycję na europejskim rynku transportu drogowego pomimo planów objęcia zagranicznych kierowców płacą minimalną w kolejnych krajach UE. Może stracić jednak pozycję lidera – prognozuje branża. Niemcy pozostaną głównym kierunkiem transportu, ale firmy otwierają kolejne bezpośrednie połączenia do innych państw.

Polska dzisiaj ma 25 proc. udziału w przewozach międzynarodowych. To powoduje, że jesteśmy numerem jeden w Europie. Tę pozycję zawdzięczamy niższym kosztom, które są również związane z wynagrodzeniem – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Lichocik, prezes zarządu firmy transportowej Dachser w Polsce. – Niestety, podniesienie tego wynagrodzenia będzie skutkowało tym, że do minimalnego wynagrodzenia będziemy musieli doliczać koszty delegacji czy ryczałtów, co spowoduje, że poziom obciążeń będzie rósł. Myślę, że koszty wzrosną o ok. 10-15 proc.

Lichocik ocenia jednak, że wzrost kosztów nie zniszczy polskiego transportu drogowego. Jak podkreśla, pozycja polskich firm w Niemczech jest na tyle silna, że nawet po wzroście cen powinniśmy utrzymać pozycję w czołowej trójce pod względem udziału w rynku. Wpływ na to ma także zbyt mała liczba przewoźników krajowych w Niemczech.

Na razie objęcie zagranicznych kierowców, również podróżujących jedynie tranzytem przez Niemcy, płacą minimalną w wysokości 8,50 euro brutto za godzinę zostało zawieszone. Nasi zachodni sąsiedzi czekają na zakończenie postępowania Komisji Europejskiej. Ale wprowadzenie podobnych regulacji planują już kolejne kraje – Francja i Austria.

To na pewno w pewnym stopniu wymusi zmiany w przewozach międzynarodowych. Im szybciej uda nam się rozwiązać to w Unii Europejskiej i podejść do tego ze zrozumieniem, tym łatwiej będzie polskim przewoźnikom się do tego dostosować – ocenia Lichocik.

Niemcy są jednak krajem szczególnie ważnym, bo duża część towarów jest transportowana z, do i przez ten kraj. Dachser przewozi ponad 50 proc. ładunków swoich klientów właśnie do Niemiec. Spółka obecnie utrzymuje regularne, codzienne połączenia z 19 miastami, a dostawa trwa od 24 do 48 godzin.

Dla Dachsera metodą na uniknięcie negatywnych konsekwencji wzrostu kosztów w Niemczech może być szukanie nowych rynków. Niedawno spółka uruchomiła bezpośrednie połączenie do Włoch, wozi także towary do Francji w 48 godzin, a w połowie kwietnia ma ruszyć trasa do Hiszpanii.

To w tym momencie jest dopinane i kończymy przygotowania. Będziemy również ruszać z kampanią promocyjną – zapowiada Lichocik. – Otwieramy coraz więcej bezpośrednich kierunków i w tej chwili jesteśmy w zakresie przewozów drobnicowych na pewno w czołówce firm, które oferują tego typu usługi na rynku polskim.

Dachser szuka też przewag konkurencyjnych w sposobie przewozu ładunków drobnicowych. Są one transportowane na platformach, co umożliwia ich przeładowanie pomiędzy ciężarówkami. Dzięki temu nawet, gdy kierowca ma obowiązkową przerwę, towar jest w ruchu na innym pojeździe.

Otwarcie dalekich linii w naszym przypadku powoduje, że korzystając z wymiennych nadwozi, możemy je przemieszczać z jednego środka transportowego na drugi, w związku z tym towar cały czas jedzie. Nie ma przerw na postój, który normalnie kierowcy muszą mieć. W związku z tym towar bardzo szybko dociera do odbiorcy, a czas jest dzisiaj, niestety, dużo cenniejszy niż pieniądz – tłumaczy Lichocik.

Obroty ze sprzedaży dzieł sztuki na aukcjach przekroczyły 15 mld dolarów. To 300 proc. więcej niż 10 lat temu

CEO Magazyn Polska

Po raz pierwszy w historii obroty na światowym rynku sztuki przekroczyły 15 mld dol. Rynek wzrósł w stosunku do roku ubiegłego o 26 proc., ale w ciągu ostatniej dekady obroty wzrosły o 300 proc. Na aukcjach sprzedano rekordową liczbę ponad pół miliona dzieł sztuki. 80 proc. to transakcje poniżej 5 tys. dolarów, ale najdroższe dzieła osiągają wartość kilkudziesięciu milionów dolarów.

Rynek sztuki na świecie rozwija się niezwykle dynamicznie. Według raportu Artprice w 2014 roku obroty na świecie przekroczyły poziom 15 mld dol. Wzrost względem roku poprzedniego wynosi 26 proc., natomiast względem 2004 roku aż 300 proc. – mówi agencji Newseria Karolina Nowak, zarządzająca inwestycjami w dzieła sztuki Wealth Solutions.

Od kilku lat największy jest rynek chiński, który pod względem wielkości obrotów stanowi ponad połowę światowego rynku sztuki. W bardzo dobrej formie pozostaje zwłaszcza segment ultra-high, głównie dzięki aktywności kolekcjonerów z Chin, USA i niektórych państw europejskich. Rośnie także zainteresowanie rynkiem sztuki w Rosji, Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie. Prym nadal wiodą dwa domy aukcyjne: Sotheby’s i Christie’s.

2014 rok był także rekordowy pod względem liczby sprzedanych dzieł sztuki. Na aukcje trafiło 505 tys. dzieł sztuki o łącznej wartości 15,2 mld dolarów. W ubiegłym roku sprzedano ponadto rekordową ilość dzieł za kwotę większą niż 1 mln dol. – było ich aż 1,7 tys., a więc czterokrotnie więcej niż 10 lat temu. Największy udział w rynku miała sztuka nowoczesna – dała ona 43 proc. obrotów. Na kolejnym miejscach znalazła się sztuka powojenna oraz współczesna.

Najdrożej sprzedaną pracą była rzeźba Alberta Giacomettiego „Rydwan”. To rzadkość, bo zazwyczaj najwyższe kwoty osiąga malarstwo. Artystą, który sprzedał najwięcej i najdrożej w tym roku, był Andy Warhol. Od wielu lat w czołówce znajdują się Andy Warhol i Pablo Picasso, tylko zamieniają się miejscami – mówi Karolina Nowak.

W 2014 roku zlicytowano łącznie 1,4 tys. dzieł Andy&HASH39;ego Warhola na sumę 560 mln dol., natomiast rzeźba „Rydwan” została sprzedana za 90 mln dol. Zdecydowana większość rynku sztuki należy jednak do drobnych kolekcjonerów. 80 proc. tego rynku stanowią transakcje poniżej 5 tys. dol.

Wśród klasy średniej w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej nadal istnieje tradycja kupowania dzieł sztuki i to właśnie ci kolekcjonerzy są autorami większości transakcji.

Polski rynek aukcyjny też się bardzo dynamicznie rozwija. Nie mamy danych ze wszystkich domów aukcyjnych, ale największy w Polsce dom aukcyjny Desa Unicum miał zeszłoroczne obroty na poziomie 45 mln zł i zorganizował sześć razy więcej aukcji niż w roku 2013. Ale i tak jeszcze jesteśmy małą kropelką w tym morzu – mówi Karolina Nowak.

Rynek ekożywności rośnie o 1/5 rocznie. Firmy muszą inwestować m.in. w nowe magazyny i logistykę

 

W tempie 20 proc. rocznie rozwija się rynek ekologicznej żywności. Dynamiczny wzrost sprzedaży wymusza również zmiany u producentów i dystrybutorów żywności. Firmy inwestują nie tylko w nowe produkty, lecz także w logistykę i magazyny. Spółka Bio Planet planuje rozbudowę powierzchni magazynowej, która pozwoli na przechowywanie ponaddwukrotnie większej liczby produktów niż do tej pory.

Cały rynek wzrasta w naszej ocenie o co najmniej 20 proc rocznie. Nasz udział w rynku jest dosyć trudny do policzenia, ale szacujemy go na około 13 proc. Celem jest stopniowe zwiększanie naszego udziału. Oczekujemy wzrostów sprzedaży porównywalnych z tempem rozwoju rynku, czyli co najmniej 20-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Sylwester Strużyna, prezes zarządu firmy Bio Planet, producenta i dystrybutora żywności ekologicznej.

Jak podkreśla, w ostatnich latach rynek znacząco ewoluował. Rośnie przede wszystkim znaczenie rolnictwa ekologicznego i świadomość konsumentów. Nowym trendem jest rosnąca sprzedaż kategorii superfood, czyli produktów o właściwościach prozdrowotnych, np. trawy jęczmiennej sproszkowanej czy spiruliny.

– Zdecydowanie najlepiej sprzedaje się olej kokosowy. Inne topowe produkty to kasza jaglana i jaja ekologiczne. Sprzedają się także płatki jaglane, suszone owoce, daktyle, śliwki – wylicza Sylwester Strużyna. – Najlepiej sprzedaje się nasz brand, czyli Bio Planet. To jest ponad 40 proc. naszej sprzedaży. Kolejne silne brandy to: Natumi, Alce Nero czy Sobbeke.

Rosnąca sprzedaż zmusza producentów i dystrybutorów do kolejnych inwestycji, nie tylko w nowe produkty, lecz także w logistykę i magazyny. Bio Planet planuje przeznaczyć 17 mln zł na rozbudowę magazynów z 3 do 7,5 tys. mkw.

Nasze obecne magazyny są bardzo ciasne i wykorzystane już właściwie w 100 proc. W III kwartale planujemy przenieść się do nowych magazynów. Powierzchnię magazynową zwiększymy dwuipółkrotnie, natomiast kubatura będzie zwiększona jeszcze bardziej, gdyż są to magazyny wysokiego składowania – wyjaśnia Sylwester Strużyna. – Umożliwi nam to zdecydowanie szybszy rozwój, wprowadzenie setek nowych, ciekawych i ekologicznych produktów. Docelowo przewidujemy, że w nowych magazynach możemy zmieścić około 5 tys. rodzajów produktów, a dzisiaj mamy ich tylko 2,1 tys.

Dzięki temu spółka chce generować kilkukrotnie wyższe przychody. Inwestycja będzie częściowo sfinansowana z pieniędzy uzyskanych z rynku – 1 kwietnia spółka zadebiutowała na NewConnect. Udało się jej pozyskać 1,8 mln zł.

Wejście na giełdę jest marzeniem wielu spółek i po wielu latach ciężkiej pracy w końcu nadszedł dzień, kiedy udało nam się osiągnąć taką skalę działania i zyskać zaufanie obecnych i nowych akcjonariuszy na tyle, że w końcu wchodzimy na giełdę – mówi prezes Bio Planet.

Spółka chce w ciągu 2-3 lat przenieść się na rynek główny GPW i przeprowadzić kolejną emisję akcji. Nowe środki byłyby przeznaczone na program inwestycyjny uwzględniający maszyny do paczkowania i przygotowania zakładu konfekcjonowania.

W 2014 Bio Planet osiągnął 63,1 mln zł przychodów (wzrost o 47 proc. w stosunku do 2013 roku), zysk netto wyniósł 1,5 mln wobec 1 mln zł rok wcześniej. Produkty firmy można znaleźć w sklepach ekologicznych i ogólnospożywczych, jak choćby Piotr i Paweł, Tesco czy Alma.

Coccodrillo jedzie po nowych klientów do Azji. W 2015 roku chce otworzyć ponad 90 placówek i e-sklep

0

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w pierwszej połowie roku ruszyć ma sklep internetowy sieci Coccodrillo. Spółka handlująca w Polsce i kilku innych krajach odzieżą dziecięcą zapowiada inwestycje w nowy magazyn i otwarcie ponad 90 nowych sklepów. Pod koniec tygodnia spółka będzie się starała nawiązać nowe kontakty handlowe podczas targów w Singapurze.

Spółka CDRL, właściciel sieci sklepów i marki Coccodrillo, jeszcze w drugim kwartale ma uruchomić sklep internetowy dla konsumentów. Liczy na to, że docelowo z tego kanału sprzedaży pochodzić będzie nawet 10 proc. obrotów firmy.

– Mamy nadzieję, że sklep B2C zostanie uruchomiony do końca pierwszej połowy tego roku mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Dworczak, prezes zarządu CDRL. – Rozpoczęliśmy już projekt, który poprawi naszą skuteczność logistyczną, czyli budowę kolejnej hali przy siedzibie firmy. Jesteśmy na etapie analiz i wybrania najlepszego rozwiązania technologicznego.

Spółka ma już działający sklep B2B, dla klientów biznesowych, który w zeszłym roku osiągnął wzrost wartości obrotu z 3,8 do 5,8 mln zł, co oznacza ok. 3 proc. udziałów w przychodach firmy. Celem spółki jest osiągnięcie obrotów w kanale internetowym na poziomie 10 proc. Mimo inwestycji w logistykę oraz w e-commerce spółka nie zaniedbuje też rozwoju swojej tradycyjnej sieci sprzedaży. CDRL ma obecnie w Europie 362 punkty sprzedaży, z czego 214 sklepów Coccodrillo działa w Polsce. W tym roku powstać ma niemal setka kolejnych.

Chcemy zwiększyć liczbę punktów sprzedaży o ponad dziewięćdziesiąt. Na to potrzebujemy dodatkowych zapasów towaru. To inwestycja przede wszystkim w nowe kolekcje i nowe oferty. Cały czas śledzimy rynek. W połowie kwietnia będziemy uczestniczyć w targach w Singapurze. Wiążemy z nimi duże nadzieje na pozyskanie nowych klientów z krajów ościennych, Indonezji lub Malezji – podkreśla Dworczak.

W 2014 roku Grupa CDRL osiągnęła wzrost skonsolidowanych przychodów o 6,5 proc. do prawie 159 mln zł. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wzrósł z 3 mln do ponad 11 mln zł. To pozwoli spółce przekazać akcjonariuszom część zysku za zeszły rok. Zarząd podjął w tej sprawie uchwałę i rekomendował radzie nadzorczej wypłatę dywidendy w wysokości 75 groszy na akcję.

2014 rok dla spółki był bardzo dobry ocenia prezes zarządu CDRL. – Już w 2010 roku podjęliśmy pewne kroki, które miały nam pomóc w przygotowaniu się do nowych warunków ekonomicznych w związku z licznymi trudnościami na rynku. Przede wszystkim zoptymalizowaliśmy procesy produkcyjne, projektowania i logistyczne. Efekty tego widzimy w wynikach za 2014 rok.

Restrukturyzacja przeprowadzona w CDRL była jak podkreśla prezes – pracą całego zespołu ludzi, nie tylko zarządu, lecz przede wszystkim tych, którzy kontrolują produkcję.

– Obniżyliśmy znacznie koszty produkcji. Widać w naszych wynikach wyraźne wzrosty na marżach, szczególnie w kanale sprzedaży w sklepach polskich, gdzie nasza marża wzrosła brutto o 6,6 proc. Jesteśmy z tego zadowoleni. Wynik, który przedstawiliśmy na koniec 2014 roku jest, jak prognozowaliśmy, nawet o 4 proc. lepszy – mówi Dworczak.

Jak podaje spółka, w I kwartale 2015 roku wartość sprzedaży towarów w polskich sklepach Coccodrillo wzrosła o ponad jedną piątą. Przychody spółki ze sprzedaży w sieci detalicznej w kraju wyniosły w trzech pierwszych miesiącach roku 25,58 mln zł i były o 22 proc. wyższe niż przed rokiem. W samym marcu polskie sklepy pod szyldem Coccodrillo zarobiły 9,85 mln zł, czyli o 17 proc. więcej niż rok wcześniej.

Coraz więcej osób zamawia jedzenie online, ale wciąż popularne są telefoniczne zamówienia

Z portali służących do zamawiania jedzenia online korzysta coraz więcej osób, chociaż wciąż najpopularniejszy jest kanał telefoniczny. Liczba zamówień w tego typu serwisach rośnie wraz z poszerzaniem oferty, a ta rośnie dynamicznie, bo restauracje chętnie korzystają z usług takich platform, tym bardziej że oferują one zamawianie posiłków także przez aplikacje mobilne. PizzaPortal.pl szacuje, że rynek jedzenia zamawianego online zwiększa się o 100 proc. rocznie. 

– W sieci pojawia się coraz więcej platform służących do zamawiania jedzenia. Widzimy duże zainteresowanie rynkiem tego typu portali na całym świecie. W Polsce również. Utrzymujemy tempo wzrostu ok. 100 proc. rok do roku – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lech Kaniuk, dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl. – Trzeba jednak pamiętać o tym, że rynek ten jest bardzo młody. Jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie portale, to i tak procent zamówień, w których pośredniczą, jest niewielki wobec całego rynku posiłków zamawianych do domu.

Bardzo silnym kanałem konkurencyjnym dla tego rodzaju platform są nadal połączenia telefoniczne. Zdaniem Kaniuka wynika to z przyzwyczajenia konsumentów, ale nie ma racjonalnej podstawy. Portale umożliwiają z reguły płacenie online. Ułatwiają też wybór, np. poprzez możliwość posortowania restauracji według rodzaju kuchni.

Restauracje także szukają cały czas możliwości, żeby się promować i zyskiwać dodatkowe zamówienia, a portale są świetnym sposobem, by docierać do klientów online. Dzięki nam ich oferta może być również dostępna w aplikacjach mobilnych, więc jest bardzo duże zainteresowanie – przekonuje Kaniuk.

Jak wynika z raportu serwisu, zauważalną tendencją jest znaczny wzrost zainteresowania zamawianiem przez urządzenia mobilne, zwłaszcza w dużych miastach (Kraków i Warszawa). W minionym roku liczba ściągnięć aplikacji mobilnych zwiększyła się o 250 proc. w stosunku do 2013 roku. Cały rynek posiłków zamawianych online szacowany był na 147 mln zł.

PizzaPortal.pl obsługuje w całym kraju około 3,5 tys. restauracji. Kaniuk prognozuje, że do końca roku w portfolio będzie ich 6,5 tys.

Chcemy rozszerzyć różnych kuchni, nie tylko włoskiej i azjatyckiej, żeby mieć ofertę dla każdego, żeby w każdym miejscu i w każdy dzień było dostępne to, co właśnie dana osoba chce zamówić – podkreśla Lech Kaniuk.

Serwis rozwija sieć również poprzez fuzje i przejęcia. W listopadzie ubiegłego roku przejął platformę FoodPanda.pl, swojego największego rywala na krajowym rynku. W wyniku ponad miesięcznych negocjacji strony ustaliły, że konkurencyjny serwis całkowicie przestanie istnieć, a wszystkie restauracje, z którymi do tej pory współpracował, wejdą do oferty PizzaPortal.pl.

Część portali, które powstały w Polsce, już nie prowadzi działalności, bo my większość przejęliśmy – mówi dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl. – Na początku nasza marka kojarzyła się z pizzą, jednak obecnie bardziej stała się synonimem zamawiania jedzenia online. Mamy coraz więcej sushi, restauracji premium i wciąż rozszerzamy ofertę. Restauracje same zgłaszają się do współpracy.

Jak wynika z raportu platformy PizzaPortal.pl, z możliwości zamawiania posiłków online najchętniej korzystają ludzie młodzi i aktywni zawodowo. Osoby między 18. a 35. rokiem życia stanowią 77 proc. wszystkich użytkowników portalu PizzaPortal.pl. Najwięcej zamówień składanych jest w weekendy i dni wolne od pracy, kiedy wiele sklepów nie prowadzi działalności. W poniedziałek i wtorek zakupy są najmniejsze, jednak wskaźnik ten systematycznie rośnie w ciągu tygodnia, by w sobotę osiągnąć maksimum. W przypadku kuchni włoskiej, domowej oraz amerykańskiej średni koszyk zamówienia jest wart 35 zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Notowania ropy i kryzys rosyjski szkodzą walutom skandynawskim. Inwestorzy zarobią na umocnieniu dolara i funta

CEO Magazyn Polska

Zarówno korona szwedzka, jak i norweska w ciągu ostatnich 12 miesięcy osłabiły się o jedną czwartą. To wynik dużej ekspozycji na handel z Rosją oraz – w przypadku Norwegii – gwałtowny spadek notowań ropy naftowej. Eksperci z Easy Forex przewidują coraz mocniejszego dolara i funta, co wynika ze spodziewanych wzrostów stóp procentowych w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. To rodzi szansę na zyski dla inwestorów, którzy założą dalsze wzrosty tych walut.

– Spoza głównych par walutowych to pary związane z krajami skandynawskimi mogą być pod presją ze względu na dosyć dużą wymianę handlową z Rosją, gdzie widoczny jest kryzys zaufania i kryzys ekonomiczny. Korona szwedzka i norweska będzie także tracić ze względu na niskie ceny ropy naftowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex, międzynarodowej firmy brokerskiej.

Notowania dolara do korony szwedzkiej (SEK) aktualnie znajdują się na poziomie 8,25-8,60 (w ciągu 12 miesięcy korona szwedzka osłabiła się o niemal 25 proc.). Z kolei kurs dolara do korony norweskiej to okolice 7,60-8,40 (deprecjacja waluty norweskiej przekroczyła w ciągu roku 25 proc.).

– Z powodu niskich cen ropy powinny tracić zarówno dolar kanadyjski, jak i dolar australijski – dodaje ekspert.

Dla Kiedrowicza relatywnie bezpiecznymi i silnymi walutami będą dolar amerykański i funt brytyjski, ze względu na planowane podwyżki stóp procentowych w USA i Wielkiej Brytanii. Natomiast wymienione wcześniej waluty powiązane z cenami ropy lub kondycją Rosji nie mogą na razie liczyć na odbicie. Zdaniem Andrzeja Kiedrowicza – co najmniej do końca roku.

– Jeżeli postawimy na spadek tych walut, czyli jeżeli weźmiemy krótkie pozycje, zakładające zagranie przeciwko tym walutom, to wydaje mi się, że w terminie przynajmniej do końca roku powinniśmy zarobić na takich inwestycjach – prognozuje Andrzej Kiedrowicz.

Sebastian Buczek (Quercus TFI): Spada zainteresowanie obligacjami. Inwestorzy zaczynają zwracać uwagę na rynek akcji

CEO Magazyn Polska

Na rynkach inwestycyjnych kończy się czas obligacji, a zaczyna czas akcji. W Polsce podobnie jak w wielu krajach świata spadają stopy procentowe, a wraz z nimi rentowność papierów dłużnych. Inwestorzy zaczynają więc interesować się rynkiem akcji, zwłaszcza niemieckich.

Jesteśmy po bardzo dobrym okresie ostatnich dwóch lat, kiedy fundusze obligacji notowały bardzo wysokie stopy zwrotu, często nawet dwucyfrowe mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – Wydaje nam się, że przy tych poziomach stóp procentowych, które mamy w tej chwili, ta klasa aktywów nie jest już szczególnie interesująca, co oczywiście nie oznacza, że inwestorzy będą od razu tracić na wartości inwestycji.

Jak wynika z danych Analiz Online, w ciągu ostatnich trzech lat fundusze dłużne polskich obligacji skarbowych zarobiły średnio 19,2 proc., obligacji polskich uniwersalnych – 18 proc., natomiast obligacji korporacyjnych – 10 proc. Od początku 2015 roku te klasy aktywów zyskały 1,1-1,2 proc., a w samym marcu fundusze papierów skarbowych i uniwersalnych przyniosły minimalną stratę.

Stopy procentowe w Polsce są dziś najniższe w historii, podobnie w strefie euro oraz Stanach Zjednoczonych. Niskie ceny paliw na światowych rynkach przyniosły w wielu krajach deflację i banki centralne nie mają powodu, by jak kiedyś walczyć z inflacją podnoszeniem stóp. Przeciwnie, starają się raczej wspierać tanim pieniądzem niepewny wzrost gospodarczy.

– W dłuższym okresie wydaje nam się, że te stopy, które mamy zarówno w Polsce, jak i chociażby w Niemczech, są bardzo niskie i jednak jest większy potencjał do strat niż do zarabiania na obligacjach w długim okresie ocenia Sebastian Buczek. – Cały czas ciekawe są obligacje korporacyjne, ale tutaj też na pewno nie ma co liczyć na tak duże zyski, jak w ostatnich dwóch latach, bo rentowności tych instrumentów też wyraźnie spadły, ale jeszcze można znaleźć interesujące walory.

W tej sytuacji inwestorzy rozważają inne formy pomnażania swych kapitałów. Na razie niezbyt atrakcyjnie wygląda jednak rynek surowcowy. Dolar, w którym rozlicza się większość transakcji tego typu, jest na razie zbyt mocny. W ocenie analityków zmian można oczekiwać dopiero wtedy, kiedy ta waluta się ustabilizuje. Nie  wydaje się jednak, by miało się to stać w najbliższym czasie.

– Kiedy umacnia się amerykańska waluta, to z reguły surowce zachowują się słabiej, to widzimy również w bieżącym roku, dlatego przy umocnieniu amerykańskiego dolara surowce nie są tą ulubiona klasa aktywów. To zainteresowanie przeniosło się na europejskie akcje, w szczególności na akcje niemieckie zwraca uwagę prezes Quercus TFI.

W rezultacie indeks tamtejszej giełdy DAX systematycznie rośnie. Od początku roku z 9,8 tys. punktów wzrósł do ok. 12 tys., czyli o ponad 22 proc.

Na pewno warto cały czas intensywnie szukać okazji na rynkach finansowych podkreśla prezes Sebastian Buczek z Quercus TFI. – Najlepszy przykład  z  ostatnich miesięcy to bardzo wyraźne umocnienie amerykańskiego dolara. Jeżeli ktoś ten instrument kupił na przykład w połowie zeszłego roku, to zarobił 20 proc. czy 30 proc. na samym wzroście wartości amerykańskiej waluty. Tak więc cały czas warto szukać i poszukiwać okazji na rynkach.

Mimo że od połowy marca dolar lekko stracił na wartości, wciąż jest mocniejszy do euro niż przed rokiem o przeszło 26 proc., a od początku roku wzmocnił się o ponad 11 proc.

Rząd pomoże polskim firmom w ekspansji. Powstanie m.in. specjalny fundusz

 

Rząd zapowiada zwiększenie wsparcia dla polskich firm rozwijających działalność za granicą. W tym kosztownym procesie przedsiębiorcy będą mogli liczyć m.in. na tworzony w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego Fundusz Ekspansji Zagranicznej. Poza kosztami wyzwaniem podczas ekspansji poprzez przejęcia jest integracja firm oraz uzyskanie oczekiwanej synergii, a także wypromowanie marki, z czym polskie przedsiębiorstwa wciąż mają problem.

W interesie każdej gospodarki jest jak największa ekspansja, oczywiście dobrze rozumiana, dobrze policzona, z uwzględnionym elementem ryzyka, ale i z dużą szansą na poważne zaistnienie w świecie. Dlatego państwo powinno wspierać firmy w otwieraniu się na rynki zagraniczne – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa.

Baniak podkreśla, że rząd aktywnie wspiera polskich przedsiębiorców szukających szans na rozwój na rynkach zagranicznych. Nowym instrumentem będzie tworzony w ramach BGK Fundusz Ekspansji Zagranicznej. Jego początkowy budżet ustalono na 100 mln zł, ale jak zapewnia Baniak, jeśli przedsiębiorcy będą zainteresowani taką pomocą, to do Funduszu może trafić nawet kilka miliardów złotych.

Firmy cały czas mogą także korzystać ze wsparcia Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, chociażby poprzez organizowane przez te agencje misje gospodarcze. Rozwój zagraniczny można zabezpieczyć dzięki instrumentom eksportowym, oferowanymi m.in. przez KUKE.

Wsparcie finansowe i zabezpieczenia są dla rozwijających się poza Polską przedsiębiorców istotne, bo ekspansja może być bardzo kosztownym i skomplikowanym procesem.

Wejście każdej firmy, również polskiej, na odległy rynek jest sprawą dosyć skomplikowaną i kosztowną. Po pierwsze, trzeba dobrze znać dany rynek, a informacja kosztuje. Nie tylko ta ściśle techniczna, lecz także ta dotycząca kultury gospodarczej danego kraju. Po drugie, bardzo ważne jest znalezienie właściwych partnerów. Po trzecie, trzeba mieć dobre produkty, a po czwarte, zainwestować w sieć dystrybucji, agentów czy założenie własnej firmy – wyjaśnia Marek Kłoczko, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Kłoczko podkreśla, że szczególnie ważna jest odpowiednia promocja na danym rynku. Jak zauważa, zupełnie inaczej należy rozwijać się w Europie, Ameryce Południowej czy krajach arabskich, a nietrafiona promocja może okazać się dużą stratą finansową. Na niektórych rynkach pozaunijnych, np. w Chinach, bardzo ważne jest otwarte wsparcie rządu, co w UE jest – z niewielkimi wyjątkami – raczej nieistotne.

Egzotyczne rynki stają się dla polskich firm coraz ważniejsze. Co prawda zdecydowana większość z nich wybiera Unię Europejską jako miejsce swojej ekspansji, a jak podkreśla Kłoczko, wspólnotowy rynek ma wciąż duży potencjał, rośnie jednak odsetek firm szukających szans w Azji czy na Bliskim Wschodzie.

Kłoczko zaznacza jednak, że każda z nich, w zależności m.in. od branży, wielkości, produktów i wybranego rynku, musi mieć indywidualną strategię ekspansji. Jedną z możliwości jest rozwój zagranicznych poprzez akwizycje. W ten sposób działa m.in. PKP Cargo, spółka, która stopniowo zwiększa swój udział w europejskim rynku przewozów towarowych.

– Jako drugi przewoźnik na rynku Unii Europejskiej działamy w kilku krajach, jesteśmy w nich obecni z naszymi przewozami. Największym prowadzonym procesem jest zakup czeskiego przewoźnika AWT, drugiego przewoźnika na rynku czeskim i jednego z największych prywatnych przewoźników w Europie – tłumaczy Łukasz Hadyś, członek zarządu ds. finansowych PKP Cargo. – W Polsce mamy 57 proc. rynku, natomiast widzimy, że nasz tabor możemy efektywnie wykorzystywać, jadąc dalej, do Czech, na Słowację czy do Niemiec. Chcemy budować pozycję naszej firmy, oferując usługi logistyczne w trójkącie Bałtyk-Adriatyk-Morze Północne.

Hadyś zwraca jednak uwagę na dwa problemy, jakie towarzyszą ekspansji przez akwizycję. Po pierwsze, konieczność skutecznej integracji przejmowanego podmiotu, a po drugie, osiągnięcie zakładanej synergii. W przypadku PKP Cargo oznacza to konieczność efektywnego wykorzystania taboru w innych krajach UE.

Udana ekspansja pozwala na szybką poprawę wyników finansowych – podkreśla Hadyś. Kłoczko zwraca jednak uwagę na to, że by ekspansja była udana, firma musi dysponować nie tylko dobrymi produktami i być efektywna finansowa, lecz także musi wypromować swoją markę.

Bardzo mało jest polskich firm, które mają już na tyle rozpoznawalne marki, aby plasować swoje produkty na wyższych półkach i to jest ich główne zadanie. Bowiem ci, którzy mają lepsze marki, mają wyższe marże i lepiej zarabiają – podkreśla wiceprezes KIG-u.

NBP: kredytobiorcy powinni spodziewać się wzrostu stóp procentowych, ale w dłuższej perspektywie

CEO Magazyn Polska

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego programu luzowania ilościowego polityki monetarnej, czyli skupu obligacji. Na jego efekty trzeba będzie jednak poczekać co najmniej kilka miesięcy. W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą taką operację, Rezerwa Federalna przygotowuje się do serii podwyżek stóp procentowych. Polscy kredytobiorcy także powinni brać to pod uwagę, ale w dłuższej perspektywie.

W Europie program luzowania ilościowego został rozpoczęty, a w Stanach Zjednoczonych – w zasadzie zakończony – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Zaleska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego. – Żeby obserwować wpływ tego rodzaju programów na gospodarkę i na rynki finansowe, potrzeba jednak więcej czasu. Takie decyzje przekładają się na wzrost gospodarczy w dłuższym horyzoncie. Z pewnością jednak program luzowania ilościowego ma na celu pobudzenie europejskiej gospodarki.

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego programu luzowania ilościowego (QE, z ang. Quantitative Easing), czyli skupu obligacji. Ma potrwać co najmniej do września 2016 roku. W razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty, może jednak trwać dłużej. W tym czasie EBC będzie skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku. Jak poinformował Draghi, miesięcznie tą drogą ma wpływać do systemu finansowego eurostrefy około 60 mld euro, docelowo łącznie – nawet bilion.

Na rynek finansowy, również w Polsce, duży wpływ ma środowisko niskich stóp procentowych. Jest to wyzwanie dla oszczędzających, ponieważ najpopularniejsze lokaty bankowe stają się mało atrakcyjne. Szukają więc innych, bardziej rentownych sposobów na pomnażanie majątku.

Niskie stopy procentowe są także wyzwaniem dla sektora bankowego, który w UE finansuje się głównie poprzez depozyty. Jeśli są one mało atrakcyjne dla klientów, to może następować ich odpływ, co oznacza, że banki mogą utracić część źródeł finansowania. Aby je z powrotem pozyskać, muszą zaoferować wyższe oprocentowanie, co z kolei oznacza wyższe koszty odsetkowe i gorsze wyniki. Może to skutkować także wojną depozytową, czyli oferowaniem ponadprzeciętnego oprocentowania – ocenia Małgorzata Zaleska.

Po dłuższym okresie obowiązywania niskich stóp procentowych muszą one jednak w końcu zostać podniesione. W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą program QE, Rezerwa Federalna szykuje się do cyklu podwyżek stóp procentowych. W Polsce – zdaniem przedstawicielki NBP – podwyżki można się spodziewać dopiero w dłuższej perspektywie.

Bardzo istotne jest jednak to, by informować klientów banków o ryzyku wzrostu stóp procentowych – uważa Małgorzata Zaleska. – Często konsumenci patrzą na warunki oferowanych kredytów przez pryzmat współczesnej sytuacji, chociażby wysokości rat kapitałowych. Tymczasem w Polsce większość pożyczek opiewa na zmienną stopę procentową, w związku z czym, jeżeli rynkowe stopy procentowe będą rosły, to także zwiększać się będzie oprocentowanie rat kredytowych.

M. Pujszo: Polskie firmy nie potrafią się promować. Brakuje im ciekawych pomysłów

 

Polskim przedsiębiorcom brakuje kreatywności w promocji – uważa Mariusz Pujszo. Jego zdaniem są oni nadmiernie przywiązani do klasycznych metod i nie mają pomysłu na to, jak w oryginalny sposób pokazać się potencjalnym klientom. Twierdzi, że to właśnie dzięki pomysłowej promocji na jego galach w Cannes bywają gwiazdy filmowe światowego formatu.

Zdaniem Mariusza Pujszo dobra promocja nie jest kwestią pieniędzy, ale pomysłu. Polscy przedsiębiorcy nadmiernie przywiązują się do klasycznych metod pozyskiwania klienta, np. poprzez udział w targach lub konferencjach. Według niego takie imprezy nie pozwalają jednak no to, by indywidualnie podejść do potencjalnego klienta. Nie tworzy się tam bowiem atmosfera przyjaźni, niezbędna do nawiązania relacji z ewentualnym klientem. Jako przykład kreatywności w promowaniu własnej inicjatywy Pujszo podaje Polskie Noce w hotelu Carlton w Cannes.

– Jest stara zasada: jak nie możesz pójść do tysiąca osób, to spraw, żeby tysiąc osób przyszło do ciebie. Trzeba mieć pomysł na to, by osoby, które mają w Cannes setki propozycji imprez dziennie, przyszły właśnie do ciebie. Potrzebny jest jakiś numer: czy on jest dobry, czy zły, ale wytworzy atmosferę oryginalności, czegoś innego, nowego. Na moich galach w Cannes było około 50 osób, które miały Oscary. Nigdy w historii żadnych gali czy imprez organizowanych w Cannes czegoś takiego nie było mówi Mariusz Pujszo, reżyser, redaktor naczelny magazynu „Osobowości i sukcesy”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Aby umożliwić nawiązanie kontaktów między różnymi środowiskami, Pujszo zainicjował kilka lat temu galę Osobowości i Sukcesy. Podczas imprezy spotykają się przedstawiciele świata biznesu, kultury, sportu i sztuki. Swobodna atmosfera ułatwia komunikację i nawiązanie znajomości, które mogą się przekształcić w relacje biznesowe. Obecnie Pujszo pracuje nad stworzeniem takiej platformy współpracy na skalę międzynarodową. W Berlinie będzie organizował polsko-niemiecką galę Osobowości i Sukcesy, a w Paryżu polsko-francuską.

– Będę nagradzał firmy francuskie lub niemieckie oraz firmy polskie, które działają na tych rynkach, po to, żeby ludzie się spotkali i porozmawiali. Jak przy okazji są jakieś targi, na których można się pokazać, zaprezentować, to dobrze, ale musi być ten bezpośredni kontakt. Jak jest dobry kontakt, to potem dużo rzeczy można załatwić. Obawiam się, że nie wszystkie firmy zdają sobie z tego sprawę – mówi Mariusz Pujszo.

Zdaniem filmowca już wkrótce trzeba będzie zmienić sposób myślenia o reklamie. Reklama w obecnej formie zniknie w ciągu kilku najbliższych lat, zastąpi ją internet. Pujszo uważa, że w Europie Zachodniej konsumenci już dzisiaj podejmują decyzje zakupowe, kierując się opiniami internautów, a nie reklamą. W biznesie istotna jest także elastyczność. On sam często jest krytykowany za imanie się zbyt wielu zajęć, jest bowiem reżyserem, scenarzystą, aktorem, redaktorem naczelnym magazynu oraz przedsiębiorcą.

– Człowiek może mieć różne zachcianki i różne pomysły na życie. Trzeba patrzeć, co on rzeczywiście robi i co osiąga. Lubię coś tworzyć i cieszę się, że ludzie za mną idą – mówi Mariusz Pujszo.

Co dziesiąte biuro w Warszawie niewynajęte. Poprawa sytuacji spodziewana za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Perspektywy dla warszawskiego rynku nieruchomości biurowych poprawiają się. Jeszcze w tym i przyszłym roku wskaźnik niewynajętej powierzchni może rosnąć, ale coraz większy popyt spowoduje, że najpóźniej w 2017 r. ten trend się odwróci. Branża oczekuje też końca spadków czynszów.

Spodziewamy się, że wskaźnik pustostanów na warszawskim rynku biurowców jeszcze może w 2015 r. rosnąć. W tej chwili jest na poziomie około 13,5 proc., pewnie wzrośnie do 14-15 proc. w 2015 r., być może w 2016 r. jeszcze będzie dysproporcja między popytem a podażą. Natomiast już w 2017 r. eksperci rynku przewidują spadek podaży. Według nich przy dalej rosnącym popycie, który spowoduje obniżenie pustostanów, być może rynek zacznie wracać do równowagi – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Juszczyk, członek zarządu Capital Park.

Obecnie wskaźnik pustostanów, czyli odsetek niewynajętej powierzchni biurowej, w Warszawie jest już na bardzo wysokim poziomie. W większości dużych europejskich miast wartość tego indeksu jest jednocyfrowa, choć nie brakuje również takich, gdzie pustostanów jest nawet więcej, np. w Rotterdamie jest ich ponad 20 proc.

Wzrost tego wskaźnika następuje stopniowo od kilku lat. Analitycy szacują, że w przyszłym roku może się zbliżyć – choć raczej nie przekroczyć – do rekordu z 2002 r., kiedy w Warszawie było ok. 17 proc. pustostanów. Jego wzrost napędza przede wszystkim rosnąca podaż powierzchni biurowej wynikająca z wielu nowych inwestycji. Juszczyk zwraca jednak uwagę na to, że na sile przybiera także popyt, bo poprawiająca się koniunktura skłania wiele firm do szukania nowych siedzib.

– Trzeba zauważyć, że rekordowo wysoki jest również popyt na powierzchnie najmu, napędzany przez dobrą formę polskiej gospodarki, spadające bezrobocie oraz to, że firmy poszukują nowych budynków, przenosząc się często ze starych budynków biurowych klasy B i C – tłumaczy Juszczyk.

Na razie pomimo wzrostu popyt nie dorównuje podaży, ale to ma się wkrótce zmienić. Sytuacja nie pozostaje bez wpływu na czynsze, które obecnie oscylują wokół 22-23 euro w śródmieściu i ok. 14-15 euro poza ścisłym centrum. Choć stawki za metr kwadratowy wciąż jeszcze spadają, Juszczyk przewiduje, że już wkrótce nastąpi odwrócenie tego trendu.

Rozwój infrastruktury wpływa również na zwiększenie atrakcyjności inwestycji biurowych w dzielnicach, gdzie dotychczas nie było takich nieruchomości. Juszczyk wymienia Wilanów, gdzie spółka realizuje budowę biurowca Royal Wilanów. Jego wartość ma rosnąć m.in. dzięki nowym drogom.

Podpisaliśmy umowę z miastem dotyczącą wspólnej przebudowy drogi, która jest pomiędzy nowo otwartym ratuszem dzielnicy Wilanów a naszą inwestycją Royal Wilanów. Sąsiedzi czekają na pozwolenie na budowę sporej galerii handlowej. Prowadzony jest przetarg na wybór generalnego wykonawcy autostrady, południowej obwodnicy Warszawy, więc ta okolica bardzo dynamicznie się zmienia – tłumaczy Juszczyk.

Spółka liczy na dalszy wzrost wartości inwestycji w Wilanowie, bo opierają się na nich plany finansowe Capital Parku.

Deweloper planuje utworzyć dwa fundusze inwestycyjne zamknięte. Pierwszy z nich ruszy jeszcze w tym roku, a do jego portfela aktywów wniesionych zostanie dziewięć lub dziesięć już istniejących i przynoszących dochód inwestycji. Drugi ma ruszyć na przełomie 2015 i 2016 r. i obejmie właśnie projekt Royal Wilanów.

Wierzymy, że długoterminowo jesteśmy w stanie tam wygenerować dużo większą wartość, dlatego jako Grupa Capital Park chcielibyśmy istotną część tego projektu zostawić w naszym portfelu. Inwestorom chcemy zaoferować około 50 proc. wartości aktywów netto w tym projekcie. Wierzymy, że ten projekt ma jeszcze spory potencjał budowania wartości – mówi Juszczyk.

Intermarché pracuje nad nowym konceptem sklepu. Sieć nie chce wchodzić w segment delikatesowy

0

 

Handlowcy przyznają, że trwająca już od dziewięciu miesięcy deflacja coraz bardziej wpływa na osiągane przez nich wyniki. Sieć Intermarché wybiera strategię ucieczki do przodu i testuje nowy format sklepów, które zmierza wprowadzić na krajowy rynek. Liczy na wzrost zarówno wolumenu sprzedaży, jak i liczby konsumentów odwiedzających jej placówki. Nie zamierza jednak pozycjonować swoich obiektów w segmencie delikatesów.

– Coraz trudniej osiągać wzrosty sprzedaży w momencie, kiedy spadają ceny – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roman Szymanda, kierownik działu category management w sieci Intermarché. – Na konferencji Poland & CEE Retail Summit Nielsen [firma analizująca rynek – red.] w swojej prezentacji paradoksalnie pokazał, że klienci mają wrażenie, że ceny rosną, podczas gdy realnie spadają, co dla sieci handlowych wiąże się z dość poważnymi konsekwencjami.

Według Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) w lutym br. ceny spadły o 1,6 proc. w porównaniu z cenami z tego samego miesiąca ubiegłego roku. Ceny spadły też w stosunku do stycznia, choć tylko o 0,1 proc. Według GUS największy wpływ na ten wskaźnik miały obniżki opłat związanych z transportem (o 11,6 proc.), cen żywności i napojów (redukcja o 3,7 proc.) oraz odzieży i obuwia (o 5,3 proc.).

Spadki, które de facto są obserwowane na całym rynku, u nas były mniejsze, więc można powiedzieć, że całkiem nieźle sobie radzimy – wskazuje Roman Szymanda. – Z jednej strony jest to kwestia optymalizacji działań promocyjnych, czyli wszystkich ścieżek, które mają klienta przyciągnąć, z drugiej – postawienia na pewne grupy produktów, boję się użyć słowa „premium”, ale jednak trochę droższych, by wartość koszyka zakupowego wciąż jednak zdecydowanie rosła.

Odpowiedzią na sytuację rynkową są także, jak sugeruje kierownik działu category management w sieci Intermarché, prowadzone właśnie przygotowania do wprowadzenia przez sieć nowego formatu sklepów, które mają spowodować, że zwiększy się zarówno wartość przychodów, jak i liczba konsumentów.

Ale jest to też kwestia wizerunku, z jednej strony jego ocieplenia, z drugiej spowodowania, by klient mógł poczuć, że zakupy u nas są wygodne, ale bez przekonania, że jesteśmy sklepem drogim czy delikatesowym – tłumaczy Szymanda. – Jest to więc także ścieżka szukania kompromisu.

Nowy koncept, jak informuje Roman Szymanda, jest już na ukończeniu. Obecnie trwają prace związane z testowaniem pierwszych placówek i wdrażaniem go w wybranych lokalizacjach.

Matematyka jest nieubłagana: jeżeli ceny spadają, pozostaje tylko zwiększać wolumeny – przypomina Szymanda. – Ale nie chcemy stawać się siecią zdecydowanie bardziej delikatesową. Zależy nam na tym, by mimo wszystko dać możliwość zrobienia atrakcyjnych zakupów wszystkim grupom klientów. Myślę, że efekty będziemy mogli przedstawić na kolejnej konferencji.

Pomimo deflacji, jak informuje GUS, w lutym br. sprzedaż detaliczna w skali roku wzrosła o 2,4 proc. wobec 3,6 proc. przed miesiącem oraz 7 proc. w lutym ubiegłego roku. Spadek o 1,6 proc. miał miejsce w stosunku do stycznia br.

Coraz więcej usług w kioskach Ruchu. Można w nich zwrócić zakupiony online towar

 

Ruch rozwija usługi dla e-handlu. W kiosku można zwrócić produkt zakupiony online w sklepie partnerskim sieci. On zajmuje się jego wysyłką lub utylizacją, w przypadku gdy koszt przesyłki jest wyższy niż wartość produktu. Spółka oferuje też usługi logistyczne dla zagranicznych e-sklepów. Daje też przedsiębiorcom możliwość nadawania paczek i promocji w kioskach.

– W dzisiejszym e-commerce jest dość duży i konkurencyjny rynek dostawy przesyłek do klientów, ale ciągle brakuje dobrego rozwiązania, które pozwala klientowi zwrócić towar w wygodny sposób. To ważne nie tylko dla klienta, lecz także z punktu widzenia regulacji unijnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Stolarczyk, wiceprezes zarządu spółki Ruch.

Zgodnie z dyrektywą UE, która już została wdrożona do polskiego prawa, klient ma 14 dni na zwrot zakupionego w sieci towaru bez podawania przyczyny.

Ruch w swojej ofercie dla e-commerce umożliwia nadawanie i odbieranie przesyłek w kioskach. Wprowadził również możliwość zwracania nieudanych lub niechcianych e-zakupów.

– My tę przesyłkę przyjmiemy i w zależności od preferencji partnera albo odeślemy przesyłkę do e-sklepu, albo wykonamy inne czynności – wyjaśnia Stolarczyk. – Chodzi m.in. o sprawdzenie, czy przesyłka jest zgodna z parametrami jakościowymi, co pozwala szybciej wypłacić klientowi pieniądze, bo sklep nie czeka na jej dotarcie, tylko wierzy nam.

Spółka ma w ofercie również usługę utylizacji stosowaną w momencie, gdy koszt przesyłki przewyższa koszt zwracanego produktu.

W sposób komisyjny, gwarantujący pewność, że nikt tego nie będzie w nieodpowiedni sposób tego wykorzystywał, niszczymy towar w naszym magazynie. Oczywiście raportujemy wszystkie niezbędne informacje do środowiskowych organizacji, tak żeby też z punktu widzenia odpowiedzialności za środowisko działać według ustalonych reguł – tłumaczy Dariusz Stolarczyk.

Wyjaśnia, że wyróżnikiem oferty Ruchu na rynku e-commerce jest usługa magazynowania. Spółka chce ją rozwijać przede wszystkim dla zagranicznych e-sklepów, w których polscy klienci coraz chętniej i częściej robią zakupy.

Oferujemy usługę gromadzenia przesyłek u nas w magazynie. W przypadku sklepów zagranicznych to szczególnie ważne, bo koszt wysłania paczki z Polski za granicę jest duży, więc lepiej wysyłać paczki w dużych pakietach – mówi Stolarczyk.

W takiej sytuacji towar trafia do magazynu, a e-sprzedawca dostaje od Ruchu informację na temat weryfikacji jakościowej zwrotu i jeśli jest ona pozytywna, może bezzwłocznie przelać klientowi pieniądze za oddany produkt.

Z oferty Ruchu dla e-handlu korzystają zarówno duzi gracze, jak np. Cdp.pl, jak i mniejsi przedsiębiorcy.

– Na rynku są dobre firmy kurierskie, są dobre firmy zarządzające magazynami i firmy, które w obszarze logistyki dla e-commerce wnoszą ciekawe rozwiązania. Wierzymy, że jako Ruch mamy to wszystko, czyli Paczkę w Ruchu, magazyny, promocję w naszych kioskach oraz możliwość zwrotu –wymienia Stolarczyk.

Na korzyść spółki działa przede wszystkim rozbudowana sieć (2,2 tys. kiosków) oraz rozpoznawana marka, która 95 lat jest obecna na rynku.

 To dynamicznie zmieniająca się firma, szczególnie w ostatnich czterech latach. Uznaliśmy, że Ruch zarówno w multichannel, jak i w e-commerce powinien być najczęściej wybieraną firmą spośród tych, które świadczą takie usługi – podsumowuje Dariusz Stolarczyk.

Przez braki w systemie edukacji w Polsce jest deficyt spawaczy, mechaników, hydraulików i szwaczek

 

Polska jest w europejskiej czołówce pod względem udziału na rynku pracy osób kończących studia wyższe. Coraz bardziej dotkliwy jest za to brak specjalistów w zawodach technicznych: spawaczy, elektromechaników czy szwaczek. Eksperci oceniają, że winny temu jest system edukacji. Dlatego resort edukacji stara się odbudować szkolnictwo zawodowe. Z kolei wśród przedsiębiorców, którzy mają problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, jest chęć, by się w ten program zaangażować.

W tej chwili mamy bardzo dużo ludzi z wyższym wykształceniem. Na pewno jesteśmy w czołówce europejskiej pod tym względem. Nie ma w świecie takiej gospodarki, która mogłaby zatrudnić tylu pracowników – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Ambrozowicz, dyrektor na Europę Środkowo-Wschodnią zajmującej się doradztwem personalnym Grupy OTTO.

Taka sytuacja – jak podkreśla – skutkuje tym, że wiele osób pracuje na stanowiskach, które nie odpowiadają ich wykształceniu i aspiracjom. Ma to wpływ na motywację i zaangażowanie. Spory odsetek szuka więc możliwości pracy za granicą, traktując to jako element rozwoju.

Według Eurostatu od 2002 do końca 2013 roku liczba Polaków w wieku 30-34 lata z wyższym wykształceniem wzrosła prawie trzykrotnie, z 14,4 do 40,5 proc. W całej Unii Europejskiej natomiast 37 proc. obywateli w tej kategorii wiekowej miało ukończone studia, o 13 proc. więcej niż w 2002 roku.

Na krajowym rynku pracy brakuje za to specjalistów z wykształceniem technicznym, m.in. spawaczy, elektromechaników, mechaników, hydraulików czy szwaczek – wskazuje Ambrozowicz. – W Polsce tych ludzi nie ma, bo nie ma szkół, nie ma możliwości edukacji i zbierania doświadczenia.

Nad odbudowaniem kształcenia zawodowego pracuje Ministerstwo Edukacji Narodowej. Trwający rok szkolny został ogłoszony Rokiem Szkoły Zawodowców, w ramach którego resort promuje szkoły zawodowe i technika. Prace obejmują również m.in. dopasowanie kształcenia zawodowego do potrzeb rynku pracy, uelastycznienie ścieżek zdobywania kwalifikacji, pomoc uczniom i rodzicom w planowaniu kariery edukacyjno-zawodowej, wsparcie kadr oraz poprawę funkcjonowania systemu egzaminacyjnego. W jego wyniku ma wzrosnąć atrakcyjność tego rodzaju edukacji.

Na pewno musimy też wrócić do współpracy szkół i zakładów pracy. Jest mnóstwo firm, które są gotowe zainwestować w edukację specjalistów, chcą mieć tylko pewność, że na danym obszarze będą mieć dostęp do specjalistów po szkołach z dobrym, kierunkowym wykształceniem. Jest to kierunek, który w najbliższych latach powinien być promowany przez rząd i samorządy – ocenia Piotr Ambrozowicz. – Potencjał odbudowy szkolnictwa zawodowego na pewno mamy, bo takie ośrodki już w Polsce działały.

Taka współpraca może obejmować ofertę praktyk, wykorzystanie zasobów przedsiębiorstwa oraz wiedzy i doświadczenia pracowników. Chodzi o to, by osoba kończąca technikum czy szkołę zawodową już w momencie wejścia na rynek pracy była fachowcem, który nie potrzebuje dalszego kształcenia, by po zakończeniu nauki od razu mogła wykonywać obowiązki zawodowe zgodnie z oczekiwaniami pracodawcy.

Kiedyś w Polsce działały szkoły przyzakładowe, które potem zostały zlikwidowane – przypomina dyrektor Grupy OTTO. – Wydaje mi się, że to może być dobry pomysł, szczególnie w małych miejscowościach, gdzie firmy mogą dawać 30, nawet 40 proc. miejsc pracy w skali regionu. Posiadanie takiej szkoły jest więc dla nich korzystnym rozwiązaniem, bo gwarantuje, że proces edukacji młodego człowieka da im dobrego, wykwalifikowanego pracownika.

Jak wynika z badania TNS Polska w ramach II edycji programu „Start do kariery” organizowanego przez Gumtree, większość młodych fachowców uważa, że absolwentom techników i szkół zawodowych jest łatwiej na rynku pracy niż absolwentom liceów ogólnokształcących. Przyznają jednak, że znalezienie pracy lub start z własnym biznesem dla absolwentów szkół zawodowych i technicznych wcale nie jest taki prosty. 83 proc. z nich uważa, że potrzebne jest im dodatkowe wsparcie. 77 proc. z nich deklaruje, że nie pracuje w wyuczonym zawodzie. Podobny odsetek uważa, że znalezienie pracy w Polsce jest trudniejsze niż za granicą. Wyjazd rozważa 63 proc. z nich.

Przedsiębiorcy coraz częściej przekazują firmy nie rodzinie, ale obcym osobom

0

 

Rynek transakcji sukcesyjnych ma duży potencjał, bo większość właścicieli firm zakładanych w latach 90. zbliża się do wieku emerytalnego. To rodzi szansę na rozwój specjalnych firm doradzających przy tego typu transakcjach. Wyzwaniem przy sukcesji jest silne powiązanie firmy z jej właścicielem. Polscy przedsiębiorcy przekazują firmy już nie tylko bliskim, lecz także osobom niespokrewnionym.

– Potencjał transakcji przekazywania firmy w ramach sukcesji jest gigantyczny, ponieważ większość przedsiębiorstw w Polsce było zakładanych na początku lat 90. przez ówczesnych 30- i 40-latków, którzy w tej chwili dochodzą do wieku emerytalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Jakowiecki, partner zarządzający firmy doradczej BCMS Polska, zajmującej się transakcjami sukcesji. – Będą oni musieli zastanowić się, co zrobić z przedsiębiorstwem, przekazać go dzieciom czy być może znaleźć kogoś z zewnątrz, kto by dalej rozwijał firmę.

Jak dodaje, proces sprzedaży przedsiębiorstwa, czyli szukania zewnętrznego nabywcy-inwestora, trwa około roku. Zdarzają się takie przedsięwzięcia, w których trwa on nawet kilka lat. Na rynku już można zaobserwować większe zainteresowanie przekazywaniem firm nie tylko w ramach rodziny, lecz także w obce ręce. Choć nadal Polskę dzieli dystans do krajów Europy Zachodniej w ilości i wielkości transakcji.

– Najbardziej interesującym czynnikiem, a jednocześnie utrudniającym sprzedaż firmy, jest mocne uzależnienie firm od swoich właścicieli, którzy są zaangażowani w każdą najmniejszą decyzję – podkreśla Jakowiecki.

Silnie powiązanie założycieli firm prowadzi do tego, że nowi nabywcy często proponują im pozostanie w firmie na okres pierwszych kilku lat, co de facto powoduje, że dawni właściciele w swojej firmie stają się pracownikami. W ocenie Jakowieckiego to zjawisko jest największym wyzwaniem, z którym spotyka się BCMS Polska w tego typu transakcjach.

– Bardzo interesującym kierunkiem jest sprzedaż polskiego przedsiębiorstwa zachodniemu czy zagranicznemu nabywcy – wyjaśnia ekspert. – 80 proc. transakcji realizowanych jest w ramach jednego kraju, ale oferty płynące od nabywców z zagranicy są znacznie ciekawsze zarówno pod kątem wartości, jak i przyszłego rozwoju przejmowanej firmy.

Jego zdaniem model transakcyjny w Polsce jest inny niż za granicą, gdzie znacznie bardziej dojrzale niż w Polsce kupujący i sprzedający patrzą na wartość firmy. W Polsce właściciele są przywiązani do swoich przedsiębiorstw i zdarza się, że wyceniają je zbyt optymistycznie, co utrudnia ich sprzedaż.

 Istotą powodzenia transakcji jest dopasowanie pomiędzy kupującym i sprzedającym. Jeśli tego dopasowania nie ma, to jakkolwiek nie próbowalibyśmy takiej transakcji przeprowadzić, po prostu się nie uda. Szukamy więc dopasowania biznesowego, chemii i chęci po obydwu stronach, żeby do tego doprowadzić – podsumowuje Tomasz Jakowiecki.

Ekologiczna żywność z Polski trafi do Japonii, Singapuru i Stanów Zjednoczonych

 

Bardzo perspektywicznymi rynkami dla producentów zdrowej żywności są Japonia, Singapur i Stany Zjednoczone. Mieszkańcy tych krajów coraz częściej zaczynają zwracać uwagę na to, jaka żywność trafia na ich stoły. Japoński rynek już podbija polski sok z aronii. Dużym zainteresowaniem cieszą się także warzywa pochodzące z polskich naturalnych upraw.

Produkcja ekologiczna z roku na rok rośnie o 20-30 proc. Praktycznie w każdym sklepie możemy zobaczyć produkty ekologiczne, powstają lokalne biobazarki, rolnicy zaczynają się promować, potrafimy korzystać z funduszy, które są dostępne – dodaje Paweł Krajmas, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Przetwórców i Producentów Produktów Ekologicznych „Polska Ekologia”.

Szacuje się, że rynek żywności ekologicznej w Polsce wart jest 600-650 mln zł. Naturalne produkty, pochodzące z upraw, w których nie stosuje się sztucznych nawozów i przetwarzane bez użycia szkodliwych konserwantów, zyskują coraz większą rzeszę fanów.

W Singapurze czy Japonii klienci mają świadomość ekologiczną, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych. Poza tym na tych rynkach Polska jest odbierana jako zielona wyspa ekologiczna, a produkty z Polski jako żywność wysokiej jakości. Chcemy sprzedawać żywność już przetworzoną, np. soki, bo ona daje największe zyski – tłumaczy Paweł Krajmas.

By zdobywać nowe rynki zbytu i klientów z różnych zakątków świata, Stowarzyszenie „Polska Ekologia” przygotowało program „EkoEuropa – jakość i tradycja”. Jest on wart 7,2 miliona złotych.

Będziemy promowali żywność ekologiczną m.in. w Singapurze, Japonii i Stanach Zjednoczonych. Mamy nadzieję, że podczas trzyletniego okresu działania tego programu uda się nam zwiększyć sprzedaż produktów ekologicznych na tych rynkach od 20 do 50 proc. Liczymy na sukces. To jest jedyny program ekologiczny w Europie i to realizowany właśnie przez polską organizację – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Krajmas.

W Stowarzyszeniu „Polska Ekologia” na razie działa 50 firm, ale prezes wierzy, że do współpracy uda mu się zachęcić kolejnych przetwórców i producentów. Przekonuje też, że przy obecnych możliwościach bez najmniejszego problemu można zorganizować za granicę na przykład transport ekoproduktów z krótką datą ważności.

Paweł Krajmas nie kryje satysfakcji z tego, że pierwsze szlaki zostały już przetarte. Ekologiczne produkty z Polski trafiają do zagranicznych delikatesów, a miejscowi doceniają ich jakość i smak.

Jeden z producentów aronii trafił już na rynek japoński. Sok z aronii uznawany jest tam za lekarstwo, antyoksydant. Japończycy doceniają też właściwości polskiej kapusty. Są również producenci, którzy eksportują do Stanów Zjednoczonych. Zagraniczny rynek powinna też zawojować wołowina – wymienia Paweł Krajmas.

Trzyletni program „EkoEuropa – jakość i tradycja” realizowany jest we współpracy z Agencją Rynku Rolnego.

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Branża wynajmu długoterminowego urosła o 10,3% w 2014r.

Wynajem długoterminowy w 2014: już 1/3 nowych wyleasingowanych aut osobowych i ponad 21% kupionych na REGON

Zgodnie z wynikami po czwartym kwartale 2014r., podanymi przez Polski Związek Wynajmu
i Leasingu Pojazdów, branża wynajmu długoterminowego samochodów (CFM) urosła w 2014 roku o 10,3%. Dane te potwierdzają, że wynajem długoterminowy, który jeszcze kilka lat temu był usługą o marginalnym znaczeniu, obecnie staje się jedną z głównych form finansowania flot aut służbowych w kraju. Spośród wszystkich nowych samochodów osobowych wyleasingowanych
w 2014, aż 1/3 (32%) stanowiły auta w wynajmie długoterminowym. Biorąc pod uwagę łączną sprzedaż nowych samochodów osobowych na REGON w Polsce, udział ten wyniósł 21,2%. 

W 2014 r. Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów odegrał bardzo znaczącą rolę, jeśli chodzi
o wpływ organizacji na kondycję całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Łączne zakupy nowych aut firm należących do PZWLP, a więc zarówno na potrzeby oferowanego klientom leasingu operacyjnego z pełną lub częściową obsługą floty, jak i leasingu finansowego, wygenerowały w 2014 r. prawie 1/3 (32,2%) całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych na REGON w Polsce. Członkowie organizacji zakupili ponad 64 tys. nowych aut osobowych.

Wynajem długoterminowy coraz ważniejszą formą finansowania aut służbowych

Ubiegły rok był bardzo udany dla branży CFM w kraju. Łączna flota 16 należących obecnie do PZWLP firm wyniosła na koniec 2014 roku prawie 126 tys. (125.876) samochodów wynajmowanych długoterminowo. Branża urosła o 10,3% w stosunku do stanu na koniec grudnia 2013r. Oznacza to, że dynamika rozwoju wynajmu długoterminowego aut w naszym kraju utrzymuje się od kilku lat na niezmiennie bardzo wysokim poziomie, oscylującym w granicach 10-12% w skali roku. Najwyższy wzrost kwartalny, na poziomie 3,6%, został odnotowany w ostatnich 3 miesiącach roku. Na potrzeby usług wynajmu długoterminowego, branża zakupiła w ubiegłym roku łącznie ponad 42,2 tys. nowych samochodów osobowych. Zdecydowana większość z nich została nabyta przez członków PZWLP, organizacji reprezentującej ok. 80% całego rynku CFM w Polsce.

Wynajem długoterminowy samochodów służbowych, od momentu pojawienia się w Polsce ok. 20 lat temu, rozwija się bardzo szybko, co powoduje, że obecnie stanowi już znaczną część nie tylko leasingowanych pojazdów flotowych, ale również wszystkich kupowanych w kraju nowych samochodów osobowych na REGON – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Rynek wynajmu długoterminowego jeszcze 10 lat temu był ok. 3-krotnie mniejszy, niż obecnie, a samochody firmowe użytkowane w ten sposób stanowiły znikomą część nowych aut kupowanych przez przedsiębiorców.

W 2014 roku już więcej niż co piąta firma w Polsce zdecydowała się na użytkowanie swojej floty w formule wynajmu długoterminowego. Wśród przedsiębiorców korzystających z leasingu pojazdów, stanowiących ogółem w Polsce aż 2/3 kupujących nowe auta osobowe do firm, co trzeci decydował się na taki sposób finansowania i zarządzania pojazdów. Usługi CFM zaczynają w naszym kraju już powoli zastępować inne formy finansowania floty, takie jak zakup za gotówkę, kredyt, czy leasing finansowy. Jesteśmy pewni, że w kolejnych latach, znaczenie wynajmu długoterminowego dla rynku flotowego w Polsce oraz kondycji całej branży motoryzacyjnej, będzie się nadal zwiększało. Nasz kraj upodabnia się do rynków zachodnioeuropejskich, gdzie w wynajmie długoterminowym znajduje się zdecydowana większość leasingowanych samochodów służbowych – nawet 70-80%.     

Najpopularniejsze zewnętrzne finansowanie wraz z pełną obsługą floty

Jeśli chodzi o popularność poszczególnych usług wynajmu długoterminowego, to rok 2014 potwierdził utrzymujące się od wielu lat tendencje rynkowe. Full Service Leasing (leasing operacyjny z pełną obsługą serwisową), gwarantujący przedsiębiorcom pełen outsourcing floty, a więc zewnętrzne finansowanie oraz obsługę serwisową i administracyjną, stanowił w łącznej flocie firm PZWLP zdecydowanie największy, bo aż 76% udział (95.412 aut). Leasing z Serwisem, czyli usługa zapewniająca również zewnętrzne finansowanie floty, ale z niepełną jej obsługą, na koniec 2014 r. stanowiła 13% samochodów (16.820). Na uwagę w tym przypadku zasługuje 3-krotny spadek dynamiki rocznego rozwoju Leasingu z Serwisem, w stosunku do roku 2013.

Oznacza to, że firmy w Polsce, korzystające z wynajmu długoterminowego samochodów, zaczynają jeszcze częściej wybierać pełen outsourcing w zarządzaniu parkiem pojazdów, decydując się na full service leasing – wyjaśnia Marek Małachowski, Prezes PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive. – Full Service Leasing pozwala bowiem na maksymalne wykorzystanie korzyści płynących z wynajmu długoterminowego pojazdów, a więc uzyskania przez firmę bardzo dużego komfortu w codziennym użytkowania aut służbowych oraz oszczędności finansowych. W zakresie finansowania pojazdów firma unika wówczas zamrażania znacznych środków na zakup floty. Jeśli zaś chodzi o obsługę serwisową i administracyjną, to dostawca usług CFM przejmuje na siebie wszystkie uciążliwe obowiązki związane z autami służbowymi – od ich rejestracji, przez naprawy, przeglądy, ubezpieczenia, likwidację szkód, a kończąc na odsprzedaży po zakończeniu użytkowania. Dzięki uwolnieniu własnych zasobów potrzebnych do obsługi floty oraz preferencyjnym stawkom uzyskiwanym przez firmy wynajmu długoterminowego w zakresie zakupu np. części zamiennych, czy opon, przenoszonym na klienta, przedsiębiorca oszczędza od kilku do kilkunastu procent łącznych kosztów związanych z flotą.   

Najmniejszą 11% (13.644 auta) część floty PZWLP stanowią samochody służbowe w usłudze Fleet Management (wyłącznego zarządzania). W jej przypadku przedsiębiorstwo finansuje auta we własnym zakresie, w dowolny sposób, przekazując firmie wynajmu długoterminowego jedynie opiekę administracyjną i serwisową nad swoimi samochodami służbowymi. Pomimo, że auta w wyłącznym zarządzaniu stanowią bardzo mały udział w całości pojazdów w wynajmie długoterminowym, to w 2014 roku usługa ta zanotowała znaczący, ponad 42% wzrost popularności.

Jest to związane z pojawieniem się na rynku nowego rodzaju usług wynajmu długoterminowego, mieszczących się w kategorii Fleet Management, kierowanych do mikro firm – mówi Marek Małachowski, Prezes PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – W ich efekcie dynamicznie rośnie popularność wyłącznego zarządzania. Jest to pozytywna tendencja. Pokazuje, że obecnie w Polsce nawet mikro przedsiębiorcy, poszukują już zewnętrznej i profesjonalnej obsługi floty, co prawda wciąż w niepełnym zakresie, zazwyczaj związanym tylko z serwisowaniem aut,  ale jednak. 

Najpopularniejszymi samochodami w wynajmie długoterminowym w łącznej flocie PZWLP na koniec 2014 r. były Ford Focus, Skoda Octavia, Skoda Fabia i Toyota Yaris. Dominującym napędem pozostawał wciąż silnik diesla, występujący w 74% pojazdów, choć jego udział spadł o 1% w stosunku do stanu z końca 2013r.

Pierwszą trójkę największych w Polsce firm wynajmu długoterminowego samochodów (CFM), biorąc pod uwagę nie tylko członków PZWLP reprezentujących ok. 80% rynku, ale również niezrzeszoną, lecz wspólnie raportującą ze Związkiem firmę Masterlease, stanowią po IV kwartale 2014 roku kolejno: LeasePlan Fleet Management Polska (23.764), Masterlease (21.943) oraz Arval (16.654).

„Kratki” – bez wpływu na rozwój wynajmu długoterminowego, ale zniekształciły obraz sprzedaży nowych samochodów do firm

Do najważniejszych zjawisk, mających wpływ  na funkcjonowanie i rozwój branży wynajmu długoterminowego w ubiegłym roku, należy zaliczyć dwukrotną zmianę przepisów w zakresie odliczania podatku VAT od kosztów zakupu i eksploatacji samochodów użytkowanych przez firmy. Od 1 stycznia 2014r. wróciła w przypadku tzw. aut z kratką możliwość odliczenia całości podatku od towarów i usług. Spowodowało to znaczny wzrost zakupów tego typu pojazdów przez firmy, szacowany przez IBRM Samar na 23,5 tys. samochodów.

„Kratki” stanowiły znikomy udział w ogólnie zakupionej w 2014 r. liczbie samochodów w wynajmie długoterminowym – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Zgodnie z naszymi szacunkami, było to mniej niż 2 tys. aut. Pozostałe ponad 20 tys. samochodów tego typu, zostało zakupionych przez firmy, w większości przypadków przez mikro przedsiębiorstwa, w innych formach finansowania – ze środków własnych, na kredyt, w leasingu finansowym. Pojawienie się tzw. kratek wywołało jednorazowy dodatkowy popyt, który w efekcie spowodował zniekształcenie ogólnego obrazu rynku w zakresie sprzedaży nowych samochodów do firm w 2014 roku.

Od 1 kwietnia wprowadzone zostały z kolei diametralne zmiany w zakresie zasad odliczania VAT od kosztów zakupu i eksploatacji samochodów firmowych. Generalnie, po raz pierwszy w Polsce, nowe przepisy rozgraniczyły użytkowanie przez przedsiębiorców samochodów wyłącznie do celów służbowych oraz korzystanie z nich także na potrzeby prywatne. Od zakresu wykorzystania pojazdu firmowego, czyli tylko do celów związanych z działalnością gospodarczą lub w sposób mieszany (służbowo i prywatnie), uzależniona została wysokość możliwego do odliczenia podatku VAT.

W 2014 roku branża wynajmu długoterminowego rozwijała się także pod względem rozwiązań ekologicznych we flotach. Na rynku pojawiły się kolejne usługi wspomagające przedsiębiorców w projektowaniu i użytkowaniu w działalności biznesowej parków samochodów służbowych przyjaznych środowisku naturalnemu. Obserwowany był również dalszy wzrost świadomości polskiego biznesu, w odniesieniu do działań ekologicznych w zakresie flot. Niestety, pomimo że liczba samochodów ekologicznych, a więc z napędem hybrydowym i w pełni elektrycznym, w ubiegłym roku wzrosła, to udział tego typu pojazdów w polskich flotach jest wciąż marginalny. Niska popularność aut ekologicznych dotyczy w równym stopniu całego rynku flotowego w Polsce, niezależnie od formy finansowania pojazdów.

Do przyśpieszenia wzrostu w polskich flotach liczebności aut najbardziej ekologicznych, czyli elektrycznych, konieczna jest odpowiednia stymulacja prawno – podatkowa ze strony państwa –  mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Wówczas użytkowanie tego typu pojazdów stanie się dla biznesu opłacalne nie tylko pod względem wizerunkowym, ale i ekonomicznym. Kluczowa jest także kwestia znaczącego rozwoju publicznych punktów ładowania samochodów o napędzie elektrycznym, co pozwoli na komfortowe i efektywne użytkowanie takich pojazdów w normalnej, codziennej działalności biznesowej firm.

W 2014 roku  kontynuowany był trend wzrostu popularności wynajmu długoterminowego w sektorze MSP. Jeszcze 10 lat temu z usług tych korzystały w zasadzie wyłącznie duże polskie i międzynarodowe korporacje. Obecnie ich klientami są coraz częściej mikro, małe i średnie firmy, co jest związane z rozwojem oferty, sprofilowanej pod kątem obsługi tego typu przedsiębiorców.

Co czeka branżę w 2015 roku?

Do najważniejszych wydarzeń w 2015 roku, które będą miały wpływ na funkcjonowanie branży wynajmu długoterminowego samochodów, będzie z pewnością należało planowane od 1 lipca wprowadzenie możliwości odliczenia podatku VAT od paliwa aut wykorzystywanych przez firmy. Istotną zmianą prawną, która została już natomiast wprowadzona od początku tego roku, jest określenie zasad opodatkowania pracowników z tytułu prywatnego użytkowania aut firmowych.

Dla Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów rok 2015 jest szczególnie ważny, ponieważ organizacja obchodzi w  nim jubileusz 10 lat swojej działalności. PZWLP został założony w listopadzie 2005 r. Po niespełna 10 latach od powołania, łączna flota pojazdów wynajmowanych długoterminowo przez członków organizacji zwiększyła się blisko 4-krotnie. PZWLP jest obecnie najważniejszym głosem branży wynajmu długoterminowego samochodów oraz posiada znaczący wpływ na kondycję całego rynku motoryzacyjnego w Polsce.

„Ustawa fotoradarowa” zniszczy wypożyczalnie aut w Polsce

Do Sejmu trafił poselski projekt tzw. ustawy fotoradarowej, dotyczący m.in. wprowadzenia odmiennego od dotychczas stosowanego sposobu karania sprawców wykroczeń drogowych, ujawnionych przy użyciu fotoradarów. Zgodnie z projektem, mandaty mają płacić nie łamiący przepisy kierowcy, ale właściciele pojazdów, zarówno osoby prywatne, jak i firmy. Zdaniem ekspertów PZWLP, planowane zmiany mogą przyczynić się do nagłego wzrostu niebezpiecznych zachowań na polskich drogach. Co więcej, narażą wszystkie funkcjonujące w Polsce firmy, użytkujące na co dzień auta służbowe, na poważne koszty. Mandaty z fotoradarów mieliby bowiem zapłacić nie pracownicy – kierowcy firmowych samochodów, ale sami przedsiębiorcy. Planowane zmiany najgorzej wpłynęłyby jednak na sytuację wypożyczalni samochodów. W większości przypadków tego typu firmy czekałaby upadłość.

Poselski projekt zmiany ustawy Prawo o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw trafił do Sejmu 16 stycznia 2015, a 18 marca 2015 odbyło się jego pierwsze czytanie na sali izby niższej polskiego parlamentu. Następnie projekt został skierowany do dalszych prac Komisji Infrastruktury oraz Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej.  Proponowane w projekcie zmiany przepisów o ruchu drogowym w zakresie dotyczącym mandatów z fotoradarów budzą poważne zastrzeżenia ekspertów.

Obniży się bezpieczeństwo na drogach – kierowcy flotowi mogą poczuć się bezkarni

Eksperci PZWLP wskazują, że wprowadzenie w życie regulacji w kształcie proponowanym
w poselskim projekcie, może przyczynić się do znacznego pogorszenia bezpieczeństwa na polskich drogach. Dlaczego? Projekt zmian zakłada bowiem, że za przewinienia drogowe ujawnione przy użyciu fotoradarów, nie będzie karany faktyczny sprawca, a więc kierowca, ale właściciel pojazdu. Dodatkowo, kwalifikacja przewinienia wykrytego za pomocą fotoradaru zostanie zamieniona
z wykroczenia na karę administracyjną, co oznacza, że ukarany właściciel samochodu nie otrzyma
z jego tytułu punktów karnych, a jedynie karę finansową.

Zerwany zostanie związek pomiędzy czynem zabronionym, a karą za niego, gdyż odpowiedzialność za niebezpieczne zachowania na drodze osoby kierującej pojazdem, może ponieść zupełnie kto inny – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – W ten sposób funkcja prewencyjna i wpływ na poprawę bezpieczeństwa drogowego w przypadku mandatów z fotoradarów, w praktyce przestaną istnieć. Nawet najbardziej rażące łamanie przepisów ruchu drogowego, nie będzie się już bowiem wiązało z dotkliwą karą utraty prawa jazdy, a będzie jedynie pociągało za sobą konieczność opłacenia grzywny. W przypadku aut służbowych bądź wynajmowanych w wypożyczalniach, będzie to sprzyjało znacznemu wzmożeniu niebezpiecznych zachowań na drodze. Kierowca takiego samochodu będzie miał bowiem świadomość, że ewentualny mandat zapłaci nie on, a właściciel pojazdu, który może mieć trudności z późniejszym obciążeniem go kosztami grzywny.

Zdaniem ekspertów PZWLP podstawowa funkcja nakładania mandatów za przewinienia drogowe,
a więc poprawa bezpieczeństwa, w przypadku tego projektu zmian ustawy, została zastąpiona celem fiskalnym. Głównym motywem w przypadku proponowanych zmian regulacji nie jest bowiem ukaranie sprawcy, a uproszczenie systemu ściągania kar finansowych z mandatów i przyśpieszenie wpływu pieniędzy z tego tytułu do budżetu państwa. W uproszczeniu, zakładane w projekcie zmiany przesuwają ciężar odpowiedzialności za ściąganie pieniędzy z mandatów z fotoradarów, z organów państwowych na przedsiębiorców i firmy.

Konsekwencje zmian dla firm – wysokie dodatkowe koszty, wzrost biurokracji, konieczność egzekucji mandatów od pracowników

Obecnie w Polsce, według niektórych źródeł, jest zarejestrowanych nawet kilka milionów samochodów użytkowanych przez firmy i przedsiębiorców. W przypadku każdego mandatu z fotoradaru wystawionego dla tego typu aut, kosztami grzywny zostanie obciążona firma, która jest prawnym właścicielem pojazdu, bez możliwości wskazania sprawcy, czyli konkretnego pracownika, użytkującego w danej chwili służbowy samochód. Skala problemu jaki mógłby się pojawić po wprowadzeniu w życie proponowanych przepisów, jest więc bardzo duża. Kłopoty dla firm i przedsiębiorców, będące konsekwencją proponowanych regulacji, nie skończą się wyłącznie na konieczności poniesienia kosztów mandatów, które w przypadku dużych flot pojazdów służbowych mogą wynosić w skali roku kilkaset tysięcy, a nawet kilka milionów złotych. Na każdego przedsiębiorcę i firmę w Polsce, użytkującą służbowe samochody, spadnie bowiem  problem późniejszej egzekucji grzywny z tytułu mandatu od pracowników. Odzyskanie pieniędzy będzie się wiązało z dodatkowymi, uciążliwymi zarówno dla pracodawców, jak i zatrudnionych, czynnościami formalnymi np. z podpisaniem dodatkowych oświadczeń przez pracowników i potrącaniem kwot wynikających z mandatów z wynagrodzeń zatrudnionych osób.

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych zapisów w projekcie przepisów jest wzrost wysokości kary finansowej o 50% w przypadku otrzymania przez właściciela auta więcej niż trzech mandatów z fotoradarów w ciągu 12 miesięcy. W konsekwencji, w przypadku firm użytkujących floty złożone z kilkuset, a nawet ponad tysiąca aut, można się spodziewać, że wyższe o połowę mandaty pojawią się już po maksymalnie kilku dniach. W takiej sytuacji, pracownicy – kierowcy firmowych samochodów, będą w zasadzie permanentnie obciążani przez swoich pracodawców o 50% wyższymi kosztami mandatów, niż gdyby podobnych wykroczeń drogowych dopuścili się np. prywatnym autem. Innymi słowy, będą  ponosili wyższe koszty kar z tytułu mandatów, będąc traktowanym jak „piraci drogowi”, podczas gdy faktycznie może to być ich pierwsze przewinienie drogowe od kilku czy kilkunastu lat. W związku z tym, rozwiązanie to wprowadza różną odpowiedzialność za takie samo przewinienie i w efekcie budzi wątpliwości co do zachowania konstytucyjnej zasady równości wobec prawa.

Ustawa fotoradarowa zabójcza dla wypożyczalni

Proponowana zmiana przepisów będzie miała w szczególności bardzo negatywny wpływ na działalność i kondycję firm wynajmu krótkoterminowego pojazdów, popularnie zwanych wypożyczalniami samochodów. W wielu przypadkach może ona wręcz doprowadzić do upadków tego typu przedsiębiorstw. Zgodnie z proponowanymi zmianami, wypożyczalnie samochodów musiałaby ponosić bardzo wysokie koszty mandatów, które w skali roku mogłyby osiągnąć poziom nawet kilkuset tysięcy złotych, bez jakiejkolwiek możliwości egzekucji tych środków od swoich klientów.

Firmy wynajmu krótkoterminowego aut wypożyczają samochody zazwyczaj na okresy kilkudniowe, czasami nawet tylko na jeden dzień. Oznacza to, że mandaty otrzymują już po zwrocie pojazdu
i praktycznie nie mają możliwości otrzymania zwrotu kosztów grzywny od sprawcy wykroczenia.

Obecnie wypożyczalnie mają możliwość wskazania kierowcy, który złamał przepisy – mówi Radosław Lesiak, Członek Zarządu PZWLP, Wiceprezes, Country Manager Avis Polska. – W takim przypadku mandat jest egzekwowany bezpośrednio przez organ go wystawiający, który ma do tego pełne prawo, ponieważ ujawnione przez fotoradar przewinienie jest kwalifikowane jako wykroczenie drogowe. Zgodnie z propozycją nowych przepisów, mandat z fotoradaru będzie wyłącznie karą administracyjną, nakładaną na właściciela pojazdu, bez możliwości wskazania sprawcy. W efekcie firma wynajmująca auta, jako właściciel pojazdu, będzie musiała sama opłacić mandat. Ze względu na fakt, że samochód, którym popełniono wykroczenie został zwrócony znacznie wcześniej i wypożyczalnia nie będzie już miała żadnego kontaktu z klientem, w praktyce zostanie pozbawiona prawnych i technicznych możliwości obciążenia faktycznego sprawcy kosztami mandatu i odzyskania poniesionych na opłacenie grzywny środków. Firmy wypożyczające auta niestety nie będą również miały możliwości zabezpieczenia odpowiednich środków finansowych u swoich klientów, np. na zasadzie kaucji, na poczet ewentualnych mandatów w przyszłości, ponieważ nie będą w stanie przewidzieć ich potencjalnej wysokości.

Czy w innych krajach Unii Europejskiej wypożyczalnie aut także płacą mandaty za swoich klientów?

W przypadku firm wynajmu krótkoterminowego konieczne jest wprowadzenie odmiennego od proponowanego systemu nakładania kar administracyjnych. W przeciwnym razie funkcjonowanie firm tego typu w Polsce będzie bardzo poważnie zagrożone. Wypożyczalnie samochodów powinny mieć w dalszym ciągu zachowaną możliwość wskazania faktycznego sprawcy przewinienia drogowego, np. za pośrednictwem elektronicznych systemów instytucji zarządzającej siecią fotoradarów w Polsce. Pozwoliłoby to na przeprowadzenie całego procesu w sposób bardzo szybki
i sprawny, a wypożyczalni umożliwiłoby obciążenie klienta kosztami mandatu już w momencie zwrotu samochodu.

Proponowane obecnie w Polsce rozwiązania  nie funkcjonują w innych krajach Unii Europejskiej. Wypożyczalnie samochodów, w przypadku otrzymania mandatu z fotoradaru, mają możliwość wskazania sprawcy wykroczenia. W większości krajów kosztami mandatu mogą zostać obciążone tylko w sytuacji, kiedy podane przez nie dane użytkownika są nieprawdziwe lub niekompletne i organ ścigania nie ma w związku z tym możliwości wyegzekwować grzywny od sprawcy.

Likwidacja szkód komunikacyjnych na nowych zasadach

Posiadanie OC to obowiązek wszystkich właścicieli samochodów. Powinni oni wiedzieć, że od 1 kwietnia zmieniły się zasady likwidacji szkód. W większości przypadków formalności załatwimy tylko ze swoim ubezpieczycielem.

Nowa usługa nazwana została bezpośrednią likwidacją szkód (BLS). System umożliwia naprawę auta lub uzyskanie odszkodowania u swojego ubezpieczyciela, a nie – jak dotąd – u ubezpieczyciela sprawcy szkody. Gdy to nastąpi, zakłady ubezpieczeń rozliczą się między sobą.

„Dla polskiego rynku ubezpieczeń są to zmiany rewolucyjne, które wychodzą naprzeciw klientowi i podnoszą standardy” – mówi serwisowi infoWire.pl Kazimierz Majdański, dyrektor Biura Likwidacji Szkód Ergo Hestii.

Porozumienie w kwestii wprowadzenia systemu BLS – na razie jako miesięcznego pilotażu – zostało podpisane przez ośmiu ubezpieczycieli. Według zapewnień system nie spowoduje wzrostu cen OC.

Jak wyjaśnia przewodniczący Komisji ds. Likwidacji Szkód Polskiej Izby Ubezpieczeń i wiceprezes TUiR Warty Rafał Stankiewicz, z nowych zasad wyłączone są szkody o wartości przekraczającej 30 tys. zł, szkody na zdrowiu oraz te, do których doszło poza Polską.

O bankowości centralnej

0

Wykład profesora Andrzeja Sławińskiego, dyrektora generalnego Instytutu Ekonomicznego NBP, dla finalistów XXVIII edycji Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej. Spotkanie odbyło się 27 marca 2015 roku w Warszawie w centrali NBP.

Stać nas na 7962 jaja za średnią pensję

Przeciętnie zarabiający Polak może teraz za swoją pensję kupić aż o 316 więcej jaj, niż na poprzednie święta – wyliczył portal Money.pl. Na rekordowy wynik złożyły się: spadek cen i wzrost wynagrodzeń, w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Średnia pensja w Polsce była w lutym o 3,2 procent wyższa niż przed rokiem – podał w tym miesiącu Główny Urząd Statystyczny. Dodatkowo w tym samym czasie, jak wylicza GUS, żywność i napoje bezalkoholowe potaniały o 3,9 procent.

Co z jajkami? Najpopularniejsze – klasy M – są w tym roku tańsze niż przed rokiem. Najdroższe są jaja od niosek z chowu ekologicznego oraz z wolnego wybiegu. W zależności od klasy, w tym sezonie ceny wahają się od 35 do nawet 70 groszy za sztukę. Według obliczeń Money.pl średnia cena spadła w ciągu roku o 1 grosz. Dzięki temu za średnią pensję brutto jesteśmy w tym roku w stanie kupić aż 7962 sztuk jajek, przy 7646 w zeszłym roku i niespełna 7000 dwa lata temu. Z kolei 55 lat temu każdy Polak za średnią pensję mógł sobie pozwolić na zaledwie 678 jajek.

Biorąc pod uwagę, że przeciętny Polak zjada 148 jaj rocznie średnia pensja brutto wystarczy dziś na 53 lata zapasów.

jaja
Źródło: Money.pl na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego

Oczywiście należy pamiętać, że z 3981 złotych pensji brutto pracownik etatowy z umową o pracę „na rękę” otrzyma niewiele ponad 2840 złotych. Po odliczeniu 545 złotych, które trafią do ZUS, 309 złotych na NFZ i 286 złotych zaliczki na podatek dochodowy, Polakowi zarabiającemu średnią w portfelu zostanie pieniędzy na 5680 jajek. Jak wyliczył Money.pl, dodatkowe obciążenia skarbowe kosztują Polaków ponad 2 tysiące jajek miesięcznie.

Tuż przed świętami specjaliści wróżą jeszcze większe obniżki. – Handlowcy, którzy chcą przyciągnąć klientów, sztucznie zaniżają ceny. W ostatnim tygodniu przedświątecznym mamy więc prawdziwe żniwa – produkty na promocjach kosztują nawet kilkanaście, kilkadziesiąt procent mniej niż jeszcze miesiąc wcześniej – tłumaczy w rozmowie z Money.pl Maria Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, dodając, że trend ten nie dotyczy wyłącznie dużych sieci handlowych. – Mniejsze sklepy osiedlowe uzależnione są w ogromnym stopniu od tego, co dzieje się w supermarketach. Przed Wielkanocą zmuszone są do radykalnych cięć cen.

Niektórzy cudzoziemcy będą pracować bez zezwolenia

Rozszerzenie możliwości pracy bez zezwolenia na studentów i doktorantów przebywających w Polsce na podstawie wizy w celu odbycia studiów w Polsce, czy umożliwienie cudzoziemcom zamieszkałym w naszym kraju wygłaszania (do 30 dni w roku kalendarzowym) okazjonalnych wykładów, referatów lub prezentacji też bez wymogu posiadania zezwolenia na pracę – to dobre rozwiązania uważa Konfederacja Lewiatan.

– Pozytywnie oceniamy większość zmian związanych z wprowadzeniem rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie przypadków, w których powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi w Polsce jest dopuszczalne bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę – mówi Kamil Wiśniewski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Studenci i doktoranci będą mogli wykonywać pracę przez cały rok kalendarzowy, a nie jak dotychczas tylko w lipcu, sierpniu i wrześniu. Jest to korzystne rozwiązanie co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze, pracodawcy oczekują od absolwentów dużego doświadczenia zawodowego, które trudno zdobyć jedynie w miesiącach wakacyjnych. Po drugie, koszty związane ze studiowaniem za granicą (a co za tym idzie funkcjonowaniem poza domem rodzinnym), są tak znaczące, że bez możliwości pracy w roku akademickim, część studentów z zagranicy z przyczyn finansowych nie mogłaby studiować w Polsce. Po trzecie,
jest to korzystne rozwiązanie dla studentów z Ukrainy, których rodziny w dobie obecnego kryzysu mogły utracić zdolność do finansowania nauki za granicą. Po czwarte, w dobie niżu demograficznego, z którym borykają się polskie uczelnie jest to rozwiązanie, które powinno przyczynić się do zwiększenia liczby studentów
w krajowych uczelniach.

Objęcie cudzoziemców zamieszkałych w Polsce możliwością wygłaszania (do 30 dni w roku kalendarzowym) okazjonalnych wykładów, referatów lub prezentacji
(o szczególnej wartości naukowej lub artystycznej ) bez wymogu posiadania zezwolenia na pracę pozwoli na uniknięcie zbędnej biurokracji cudzoziemcom, którzy chcą dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami.

Konfederacja Lewiatan

 

Torpol walczy o kolejne kontrakty na modernizację linii kolejowych. Duże projekty Nowa Łódź Fabryczna i Rail Baltica pozwoliły spółce na istotną poprawę wyników

0

CEO Magazyn Polska

Poznańska spółka Torpol, zajmująca się modernizacją linii kolejowych, w 2014 roku pięciokrotnie poprawiła wynik netto dzięki udziałowi w dużych projektach infrastrukturalnych. W najbliższych miesiącach firma wystartuje w przetargach na modernizację m.in. linii E20 oraz kontynuację E75. W centrum zainteresowania Torpolu pozostaje kolej, choć spółka realizuje także kontrakty tramwajowe.

 W tej chwili przygotowujemy się do dużych, niedługo ogłaszanych przetargów kolejowych. Będą one dotyczyć przede wszystkim linii E20, kontynuacji linii E75 oraz poprawy stanu infrastruktury, czyli rewitalizacji tych projektów, które PLK ma zamiar w najbliższym czasie ogłaszać  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Sweklej, prezes zarządu Torpol SA.

Linia kolejowa E20 prowadzi od Siedlec do Terespola i jest częścią Transeuropejskiego Korytarza łączącego Berlin z Moskwą. Z kolei linia E75 (Rail Baltica) prowadzi od Warszawy przez Białystok do granicy państwa. Renowacja obydwu linii pozwoli na rozwinięcie prędkości 160 km/h przez pociągi osobowe (120 km/h przez składy towarowe), co będzie możliwe dzięki modernizacji torów, przejazdów kolejowych i sieci trakcyjnej.

W 2014 roku  przychody i zyski były generowane przede wszystkim przez dwa największe projekty – Nowa Łódź Fabryczna i Rail Baltica, czyli linię E75 na odcinku od Warszawy-Rembertowa do Tłuszcza – wyjaśnia Sweklej. – To są dwa największe infrastrukturalne projekty kolejowe w Polsce, które mamy przyjemność realizować jako generalny wykonawca z naszymi partnerami.

Spółka w 2014 roku osiągnęła przychody ze sprzedaży rzędu 775,4 mln zł (wobec 415,7 mln zł w 2013 roku) przy zysku netto w wysokości 25 mln zł (4,8 mln zł w analogicznym okresie w poprzednim roku).

– Projekty tramwajowe dla Torpolu w niektórych latach były kilkunastoprocentowym źródłem przychodów, nacisk kładziemy jednak na kolej. Do kolei jesteśmy lepiej przygotowani zarówno pod względem kadr, jak i wyposażenia sprzętowego. Projekty tramwajowe oczywiście nas interesują, natomiast kolej zawsze będzie najistotniejszym elementem naszej działalności  – zaznacza prezes zarządu Torpol SA.

Dane finansowe z 2014 roku wskazują, że spośród 775 mln zł przychodów spółki 93,5 proc. (725 mln zł) pochodziło z segmentu kolejowego, a 3,8 proc. (30,1 mln zł) z nich to obroty generowane przez segment tramwajowy.

Tomasz Sweklej podkreśla, że marże w biznesie Torpolu zależą głównie od ogólnej koniunktury w gospodarce. W fazie rozwoju infrastruktury spółka osiąga wyższe marże zarówno w projektach kolejowych, jak i w projektach w zakresie infrastruktury miejskiej i projektach ogólnobudowlanych.

Kiedy jest dekoniunktura, brakuje zamówień, a na rynku panuje posucha, to nasze marże zarówno w projektach kolejowych, projektach tramwajowych, jak i innych projektach budowlanych są słabsze – ocenia Sweklej.

Prezes spółki dodaje, że wszystkie obecnie realizowane projekty osiągają dodatnie marże, jednak dopóki nie zostaną one ukończone, trudno mówić o konkretnych wartościach.

Spółka Torpol jest notowana na GPW od września 2014 roku. Od debiutu kurs akcji wzrósł o prawie 50 proc. i oscyluje wokół poziomów 12-13 zł, co daje kapitalizację w wysokości niespełna 300 mln zł.

KSR: propozycje zmniejszenia barier dla przedsiębiorców

0

a podstawie raportu Banku Światowego pt. „Różnice pomiędzy przepisami o rachunkowości i przepisami podatkowymi” Komitet Standardów Rachunkowości (KSR) wybrał propozycje dotyczące tych obszarów polskiego prawa bilansowego i podatkowego, w których można osiągnąć zbliżenie przepisów w perspektywie krótko- i długoterminowej. Będzie to przydatne m.in. w redukcji barier administracyjnych w prowadzeniu działalności gospodarczej, przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Najważniejsze z propozycji dotyczą: definicji środków trwałych, prawa wieczystego użytkowania gruntów (amortyzacja), momentu rozpoczęcia i zakończenia amortyzacji, aktualizacji wartości nieruchomości, wartości niematerialnych i prawnych czy też różnic kursowych.

KSR przekazał ww. propozycje powołanej przez Ministra Finansów Radzie Konsultacyjnej Prawa Podatkowego jako materiał pomocny w prowadzonych przez Radę pracach nad zbliżeniem prawa bilansowego i podatkowego.

Raport Banku Światowego opracowano ramach realizacji projektu „Budowa zdolności instytucjonalnych i prawnych na poziomie krajowym, w zakresie sprawozdawczości finansowej i audytu w sektorze prywatnym”.

Komunikat w sprawie przyjęcia w Polsce Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej

W dniu 1 kwietnia 2015 r. Komisja Nadzoru Audytowego (KNA), zatwierdzając odpowiednie uchwały Krajowej Rady Biegłych Rewidentów, zatwierdziła do stosowania w Polsce przez biegłych rewidentów i podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych, wydawane przez Radę Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej i Usług Atestacyjnych (ang. International Auditing and Assurance Standards Board, IAASB):

  1. Międzynarodowe Standardy Badania,
  2. Międzynarodowe Standardy Usług Przeglądu,
  3. Międzynarodowe Standardy Usług Atestacyjnych Innych niż Badania i Przeglądy Historycznych Informacji Finansowych
  4. a także Międzynarodowy Standard Kontroli Jakości 1.

KNA wyraża zadowolenie z zakończenia trwającego od 2011 roku procesu przyjmowania do polskiego porządku prawnego Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej. KNA uznaje to za znaczący krok dla wzmocnienia jakości i jednolitości wykonywania zawodu biegłego rewidenta w Polsce i budowania zaufania do sprawozdawczości i rewizji finansowej.

Nowe standardy rewizji finansowej mają zastosowanie:

  1. w przypadku podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych wykonujących badania lub przeglądy sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego – do badania i przeglądów sprawozdań finansowych sporządzonych za okresy kończące się dnia 31 grudnia 2016 r. i później;
  2. w przypadku podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych niewykonujących badania lub przeglądów sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego – do badania i przeglądów sprawozdań finansowych sporządzonych za okresy kończące się dnia 31 grudnia 2017 r. i później;
  3. do usług atestacyjnych innych niż badania i przeglądy historycznych informacji finansowych rozpoczętych dnia 1 stycznia 2017 r. i później.

Podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych wykonujące badania lub przeglądy sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego, sporządzonych za okresy kończące się pomiędzy dniem 31 grudnia 2016 r., a dniem 31 grudnia 2017 r., zobowiązane są do dostosowania swojej działalności do przepisów nowych zasad wewnętrznej kontroli jakości do dnia 1 stycznia 2016 r., a pozostałe podmioty do dnia 1 stycznia 2017 r.

Przewidziano również możliwość dobrowolnego, wcześniejszego stosowania nowych standardów przez podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych.

Zatwierdzając uchwały Krajowej Rady Biegłych Rewidentów, KNA oczekuje od organów Krajowej Izby Biegłych Rewidentów dalszego wsparcia we wdrożeniu nowych standardów rewizji finansowej zarówno dla biegłych rewidentów jak i podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych, dostosowania procedur kontroli podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych do nowych standardów, zapewnienia mechanizmu dalszego sukcesywnego wprowadzania zmian wynikających ze zmiany standardów IAASB, a także włączenia się przedstawicieli samorządu zawodowego biegłych rewidentów w proces przyjmowania i aktualizacji standardów na poziomie międzynarodowym.

Coca-Cola: w polskim handlu rośnie znaczenie małych sklepów „za rogiem” i związanych z nimi systemów franczyzowych

0

 

Coca-Cola chce dostosować swój system dystrybucji do zmieniających się wyborów konsumentów dotyczących kanałów sprzedaży. Po erze dominacji hipermarketów i triumfu dyskontów w polskim handlu rośnie znaczenie małych sklepów osiedlowych typu convenience oraz związanych z nimi systemów franczyzowych. Ale w tym roku producent napojów nie planuje zwiększenia produkcji ani nowych inwestycji.

Na polskim rynku kluczowym zjawiskiem, które obecnie obserwujemy, jest stała ewolucja kanałów sprzedaży – uważa Anna Jakubowska, dyrektor generalna Coca-Coli na Polskę i kraje bałtyckie. – Dobrym przykładem jest odrodzenie się sklepów typu convenience i związanych z tym formatem systemów franczyzowych. W praktyce to oznacza, że konsument chce mieć wygodny dostęp do produktów tuż obok swojego domu.

Sklepy typu convenience charakteryzują się długimi godzinami otwarcia, lokalizacją wewnątrz osiedli i kwartałów mieszkaniowych, niewielką powierzchnią i doborem najpotrzebniejszych w gospodarstwie domowym produktów. To np. Żabki, Małpki czy małe formaty Carrefoura. Coca-Cola, jak deklaruje Anna Jakubowska, chce szybko reagować na zmiany wyborów konsumenckich i kryteriów, jakimi kupujący się kierują.

W Polsce wkładamy wiele pracy w zapewnienie sobie odpowiedniej drogi na rynek i obsługę wszystkich kanałów – zapewnia szefowa Coca-Coli na Polskę i kraje bałtyckie. – W szczególności jesteśmy zainteresowani poprawą doświadczenia klientów podczas robienia zakupów w różnych kanałach. Skupiamy się zarówno na sektorze HoReCa (hotele, restauracje, catering – red.), jak i na nowoczesnym handlu czy wciąż rozwijającym się kanale dyskontowym.

Takie działanie wymusza krajowy rynek, który jak podkreśla Jakubowska, jest już bardzo konkurencyjny. Działają na nim nie tylko wszystkie znane marki i producenci, lecz także bardzo silni lokalni gracze i detaliści z markami własnymi (tzw. private labels).

To sprawia, że musimy być jeszcze silniejsi zarówno w kwestii oferty, innowacji, jak i sposobu komunikacji z klientami oraz konsumentami – tłumaczy Anna Jakubowska.

Jak przyznaje Anna Jakubowska podczas Poland & CEE Reatil Summit, najbliższe plany rozwoju Coca-Coli w Polsce nie obejmują jednak znaczącego zwiększenia produkcji ani nowych, budowanych od podstaw, inwestycji.

W zeszłym roku informowaliśmy o automatyzacji stanowisk do butelkowania w Radzyminie – przypomina Jakubowska. – Jest to najbardziej technologicznie zaawansowany automatyczny system magazynowania w ramach operacji butelkowania Coca-Cola Hellenic. W dalszym ciągu będziemy się przyglądać wydajności. Natomiast na tym etapie nie chcemy produkować więcej, uruchamiać czy planować nowych fabryk. Stale weryfikujemy strategie dotyczące obsługi polskiego odbiorcy, przyglądamy się też potrzebom związanym z zatrudnieniem i dostosowujemy je do wymagań rynku.

Po 25 latach od transformacji produkt krajowy brutto na głowę mieszkańca w Polsce wynosi 66 proc. średniej unijnej. Według Głównego Urzędu Statystycznego tylko ubiegłoroczny wzrost polskiego PKB wyniósł 3,3 proc. Był to jeden z najlepszych wyników w Europie, a tegoroczny ma być na podobnym poziomie.

Fakt, że kraj skorzystał na dodatnim wzroście PKB, jest dla nas fantastyczny, musimy umieć skorzystać z tej wartości – przekonuje Anna Jakubowska. – Nie ulega wątpliwości, że duża konkurencja, zarówno z punktu widzenia produkcji, jak i detalu, utrudnia prowadzenie działalności, choćby w zakresie dokonania wyceny rynku. Ale dla nas ważne jest to, że tworzymy wartość. Ostatecznie myślę, że Polska skorzysta także na inwestycjach producentów i detalistów.

Easy Forex: Stopy procentowe w Szwajcarii nie spadną, a SNB będzie słownie interweniował na rynkach. W połowie roku za franka zapłacimy 3,80 zł

CEO Magazyn Polska

Mija chaos na rynkach wywołany styczniową decyzją Szwajcarskiego Banku Narodowego o zniesieniu parytetu franka do euro oraz obniżce stóp procentowych. Prognozy wskazują, że stopy nie powinny być niższe, a SNB nie będzie interweniował na rynku, jak w poprzednich miesiącach. To oznacza stabilizację lub lekkie osłabienie franka do złotego o kilka, kilkanaście groszy względem obecnych poziomów. Jeśli rozpocznie się cykl podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, to w relacji do dolara frank może być jeszcze słabszy.

– Możliwości interwencji Szwajcarskiego Banku Narodowego powoli się wyczerpują. Prawdopodobnie tutaj nastąpi pauza w dalszych działaniach, gdyż stopy procentowe są już na niespotykanym dotąd poziomie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex, międzynarodowej firmy brokerskiej. – Główna stopa LIBOR jest na poziomie -0,75 proc., więc wydaje mi się, że trudno będzie o kolejne obniżki stóp procentowych.

15 stycznia Szwajcarski Bank Narodowy zniósł wprowadzony w 2011 roku sztywny kurs franka do euro na poziomie 1,20. Frank podrożał o kilkadziesiąt groszy z 3,54 zł (bezpośrednio po decyzji sięgnął nawet do 5,19 zł) i w kolejnych dniach ustabilizował się na poziomie 4,10-4,30 zł. Decyzja SNB wywołała obawy zadłużonych we frankach i chaos na rynkach finansowych.

– Spodziewane są raczej interwencje słowne niż wprowadzenie nowego sztywnego poziomu, na przykład franka szwajcarskiego względem euro, gdyż to już było praktykowane i jak widzieliśmy na początku tego roku, nie przyniosło zamierzonych skutków –podkreśla Kiedrowicz.

Pod koniec marca przedstawiciel SNB Fritz Zurbruegg powiedział dziennikowi „The Wall Street Journal”, że frank jest nadal istotnie przewartościowany, a wprowadzone w styczniu ujemne stopy procentowe potrzebują czasu, aby osiągnąć oczekiwany efekt.

Jak dodaje Kiedrowicz, najmocniejsza aprecjacja franka względem walut powoli zbliża się do końca, gdyż wpływ ujemnych stóp procentowych w Szwajcarii zaczyna przynosić skutki.

– Dlatego jeżeli nawet nastąpi jeszcze aprecjacja franka szwajcarskiego, to już nie będzie ona przebiegać w tak gwałtownym stylu jak dotychczas i raczej w dłuższym terminie powinniśmy obserwować stabilizację na parach związanych z frankiem – mówi dyrektor polskiego oddziału Easy Forex.

Zdaniem eksperta relacja notowań dolara do franka szwajcarskiego będzie zależeć od ewentualnego rozpoczęcia podnoszenia stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Jeśli rozpocznie się cykl podwyżek zainicjowany przez Fed, to dolar powinien być mocniejszą walutą od franka szwajcarskiego. W relacji EUR/CHF Kiedrowicz wskazuje oscylowanie notowań pary wokół parytetu.

W połowie roku kurs franka do złotego będzie na poziomie 3,80-3,85, czyli złoty powinien być nieznacznie mocniejszy względem franka szwajcarskiego niż obecnie – przewiduje Andrzej Kiedrowicz.

Notowania CHF/PLN w marcu poruszały się w korytarzu 3-85-3,90 – co oznacza pewną stabilizację notowań. Po ogłoszeniu 15 stycznia decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego w kolejnych dniach dni kurs franka szwajcarskiego do złotego oscylował na poziomie 4,30 zł.

Żywność na Wielkanoc potaniała. Średnio za produkty zapłacimy o 4 proc. mniej niż rok temu

CEO Magazyn Polska

Na wielkanocne zakupy żywnościowe wydamy w tym roku o ok. 4 proc. mniej. Najpopularniejsze na świątecznym stole produkty są jednak jeszcze tańsze – nowalijki o ponad 10 proc., a cukier o jedną trzecią. Znacząco potaniało również mięso. Handlowcy dodatkowo obniżają ceny, oferując klientom różne promocje. Podrożał nieznacznie tylko alkohol.

Żywność w okresie świąt wielkanocnych jest tańsza niż w ubiegłym roku. Szacujemy, że spadek cen wyniósł około 4 proc. Różne produkty taniały w różnym stopniu, poza alkoholem [zdrożał o 0,5 proc.  red.] – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Jak wyjaśnia prof. Kowalski, popularne wczesną wiosną młode warzywa, czyli nowalijki, w większości staniały o ponad 10 proc. Tańsze będą też wypieki, bo mąka potaniała o kilka procent, a cukier niemal o jedną trzecią. Ekspert wylicza także inne grupy produktów, za które w tym roku płacimy mniej niż w 2014 r., to jaja, nabiał, ryby oraz mięso.

Podrożał jedynie alkohol, ale jak zwraca uwagę dyrektor Instytutu, wzrost ten jest nieznaczny. Do tego świętom wielkanocnym nie towarzyszy tradycyjnie znacznie większa niż na co dzień konsumpcja alkoholi.

Dla poziomu cen żywności na święta nie bez znaczenia jest utrzymująca się w kraju od połowy ubiegłego roku deflacja. Dzięki niej przez cały 2014 r. inflacja roczna wyniosła 0.

Na zjawisko spadku cen w całej gospodarce nakładają się promocje sieci handlowych. Prof. Kowalski podkreśla, że co prawda trudno przewidzieć zachowanie sklepów przed samymi świętami, ale prawdopodobne jest, że będą próbowały zwiększyć wolumen sprzedaży, oferując różne promocje. Ekspert nie wyklucza jednak, że przed samymi świętami ceny mogą nieco wzrosnąć.

Być może handel uzna, że konsumenci będą pod przymusem i nieco podniesie ceny, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby to mógł być znaczący wzrost, jeżeli w ogóle będzie – ocenia prof. Kowalski.

HSBC Polska: Chiny to wielka szansa dla polskich firm. Tamtejsi konsumenci czekają na europejskie towary

0

CEO Magazyn Polska

Import z Chin rośnie trzy razy szybciej niż eksport polskich produktów do tego kraju. W ubiegłym roku saldo wymiany handlowej z Państwem Środka zmniejszyło się o 2,7 mld euro, do poziomu 15,7 mld euro. To może jednak się zmienić, bo tamtejsi konsumenci są coraz zamożniejsi i chętnie sięgają po europejskie towary. Dla polskich firm to wielka szansa znalezienia rynku zbytu dla swoich wyrobów.

Kondycja polskiego eksportu jest coraz lepsza. Jak podaje resort gospodarki, opierając się na wstępnych danych GUS, w ubiegłym roku polskie firmy sprzedały za granicą towary o wartości 163,1 mld euro, o 5,2 proc. więcej niż w 2013 roku. Eksport do Chin jest jednak niewielki i wynosi ok. 1,7 mld euro. Dynamika wzrostu wyniosła 5,6 proc., ale przy dynamicznym przyspieszeniu i tak wysokiego importu (o 19 proc. do 17,4 mld euro) niekorzystne saldo obrotów zwiększyło się o 2,7 mld euro – do poziomu 15,7 mld euro. Same Chiny importują rocznie towary za niemal 1,9 bln dolarów.

W Chinach jest bardzo duża klasa średnia, która stale rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Adrian Leung, dyrektor departamentu bankowości korporacyjnej HSBC Bank Polska. – Mamy do czynienia z wielkim procesem urbanizacji, wielu ludzi przenosi się z obszarów wiejskich do większych miast. To z kolei będzie powodowało coraz większy popyt. Chiny zmieniają się z gospodarki napędzanej eksportem na gospodarkę napędzaną przez konsumpcję.

Chiński rynek ma duży potencjał, ale sukces mogą tam odnieść tylko dobrze przygotowani eksporterzy, którzy będą w stanie zmierzyć się z odmienną kulturą, językiem i mentalnością.

Rosja i Ukraina stanowią wyzwanie, Europa Zachodnia zwolniła tempo rozwoju gospodarczego, więc trzeba szukać nowych, rozwijających się rynków – mówi dyrektor bankowości korporacyjnej HSBC Polska. – Chiny mają ogromną liczbę ludności, a więc potężny rynek konsumentów i silny wzrost. To obszar, który polskie firmy, posiadające dobre marki, powinny wziąć pod uwagę jako kolejny krok na drodze rozwoju.

Jak przekonuje Adrian Leung, trudno nawet mówić o jednym chińskim rynku, ponieważ jest to tak wielki obszar, że poszczególne prowincje mają ze sobą mniej wspólnego niż kraje w Europie. Sprawne poruszanie się po tym rynku wymaga pomocy osób dobrze z nim obeznanych.

Każda prowincja w Chinach jest inna, jest jak oddzielne państwo europejskie – przekonuje Adrian Leung. – Przymierzając się do biznesu w Chinach, trzeba więc sobie wyobrazić próbę eksportu do różnych części Europy, trzeba przyjąć różne podejścia i uwzględnić różne kultury. W niektórych rejonach ludzie mówią innymi dialektami niż w pozostałych. Dlatego tak ważne jest znalezienie odpowiednich partnerów.

Jak podkreśla Adrian Leung, rozważając wejście na chiński rynek, warto też pozbyć się części tradycyjnych obaw. Chiński rząd intensywnie i skutecznie walczy z korupcją i łapownictwem. Także kwestia piractwa, jak przekonuje ekspert HSBC, odgrywają coraz mniejszą rolę.

Zamiast martwić się o same podróbki, trzeba spróbować zbudować znajomość marki i sprawić, by konsumenci zrozumieli, że najważniejsza jest jakość oryginalnego produktu – podkreśla Adrian Leung.

R. Ziemkiewicz: fundusze unijne zepsuły polską administrację publiczną

CEO Magazyn Polska

Niemal 100 miliardów euro, które Polska otrzymała w ciągu 10 lat swojego członkostwa w UE, zaszkodziło naszemu krajowi – ocenia Rafał A. Ziemkiewicz. Przez dostępność środków z Brukseli zabrakło zachęt do reform i zwiększenia efektywności polskiej administracji publicznej. Przez to, jak uważa dziennikarz, polskie urzędy działają uznaniowo, nieefektywnie, powstaje także zbyt dużo ustaw. 

Pomoc unijna, z której tak bardzo się w oficjalnym dyskursie wszyscy cieszą, wyrządziła nam więcej szkody niż pożytku. Parę kawałków autostrad i rozmaite infrastrukturalne rzeczy nie były warte tego, że ogromne pieniądze, które wpłynęły do Polski, posłużyły zakonserwowaniu zupełnie nieracjonalnej struktury państwowej, a nawet jej rozrostowi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dziennikarz Rafał A. Ziemkiewicz.

W ciągu 10 lat od wstąpienia do UE Polska otrzymała z Brukseli ponad 90 mld euro. Ziemkiewicz przyznaje, że dzięki tym środkom udało się rozbudować infrastrukturę oraz rozwinąć uboższe części kraju. Równocześnie fundusze unijne zlikwidowały zachęty do tego, by wydawać państwowe środki jak najbardziej efektywnie.

Dziennikarz przekonuje, że gdyby nie środki unijne pogarszająca się sytuacja ekonomiczna wymusiłaby głębokie reformy administracji państwowej już kilka lat temu. Napływ funduszy z UE pozwolił jednak zamaskować rosnącą nieefektywność polskiego systemu politycznego i mimo jego wad osiągać wzrost gospodarczy.

Obawiam się, że w takiej sytuacji impulsem do modernizacji będzie jakieś gwałtowne wydarzenia. Nie myślę tu o wojnach czy rewoltach ulicznych, chociaż mogą się zdarzyć jakieś bunty społeczne. Musi jednak dojść do gwałtownego załamania systemu, żeby zaczął on być nie tyle przebudowywany, ile wręcz budowany od nowa. Dziś jest on krańcowo nieracjonalny – ocenia Ziemkiewicz.

Jak podkreśla, wykorzystując środki unijne, Polska zaczęła funkcjonować według zasad opracowanych przez kraje rozwinięte. To właśnie one dyktują bowiem treść unijnych praw. Taki kraj jak nasz, który dopiero bogaci się i zmierza w stronę Zachodu, powinien jednak działać inaczej, według tego, co najlepsze dla nas, a nie dla bogatszych sąsiadów.

Według Ziemkiewicza symptomem nieefektywności polskiego państwa jest trudność w prowadzeniu jakiejkolwiek działalności. To, co np. w Irlandii czy Kanadzie nie jest żadnym problemem, w Polsce okazuje się niewykonalne – podkreśla Ziemkiewicz. Dotyczy to m.in. ułatwień w zakładaniu działalności gospodarczej, systemu podatkowego czy nadzoru państwa nad przedsiębiorcami.

Powodem takiej sytuacji jest m.in. obowiązujące w naszym kraju prawo. W Polsce powstaje bardzo wiele ustaw i rozporządzeń, ale ich skuteczność jest ograniczona.

Wszędzie panuje ogólna niemożność wszystkiego. Ministerstwo nie jest w stanie napisać projektu ustawy, piszą ją lobbyści. Potem się okazuje, że w samym rządzie ten projekt nie może przejść przez ustalenia międzyresortowe. Jak już przejdzie, to nie może przejść przez parlament. Jak już przejdzie przez parlament, to Trybunał Konstytucyjny zobaczy, że to jest sprzeczne, bo tyle żeśmy nabudowali idiotyzmów – punktuje Ziemkiewicz.

Podkreśla, że pierwszym krokiem w celu zmiany systemu powinna być likwidacja uznaniowości w działaniu urzędników. Ziemkiewicz wyjaśnia, że obecnie niektórzy przedsiębiorcy muszą liczyć się z tym, że różne urzędy skarbowe odmiennie interpretują przepisy. Dlatego nie brakuje osób, które rejestrują firmę tam, gdzie mogą liczyć na bardziej przychylnych urzędników, a nie tam, gdzie faktycznie mieszkają. Równie subiektywnie interpretowane są np. przepisy dotyczące odliczeń podatkowych czy pozwoleń na budowę.

Ziemkiewicz podkreśla, że jeśli wprowadzilibyśmy jednolite i precyzyjne procedury we wszystkich urzędach w kraju, to jakość administracji publicznej natychmiast by się poprawiła.

W kraju cywilizowanym podstawą administracji są procedury. Urzędnik, do którego przychodzi obywatel z takim i takim dezyderatem, spełniający określone warunki, musi wydać decyzję pozytywną. Ewentualnie negatywną, jeśli te warunki nie są spełnione. Decyzja powinna być wydana w ciągu 2-3 tygodni i koniec. Nie ma miejsca na widzimisię urzędnika – mówi Ziemkiewicz.

Rośnie popularność chmur obliczeniowych wśród polskich firm. Zaczynamy gonić firmy z USA

CEO Magazyn Polska

Już ponad połowa polskich przedsiębiorców uważa chmurę za technologię przyszłości. Przechowywanie danych w ten sposób jest tańsze, a – wbrew obawom wielu – jest równie, a nawet bardziej bezpieczne. Tego typu rozwiązania są dostępne dla przedsiębiorstw każdej wielkości, a dla użytkowników końcowych nie ma zauważalnej różnicy w korzystaniu z chmury w porównaniu do tradycyjnych technologii.

– Rozwiązania chmurowe cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Zdecydowanie gonimy Zachód pod tym względem. Tam technologia chmurowa jest codzienna wykorzystywana praktycznie cały czas podczas migracji istniejących rozwiązań bądź przy ich budowie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Młynarczyk, Program Manager z firmy ITMagination.

Badania dotyczące liczby przedsiębiorstw korzystających z technologii chmury (cloud computing) podają bardzo rozbieżne dane. Według ubiegłorocznych badań przeprowadzonych wśród polskich firmach, już niemal dwie trzecie przedsiębiorstw korzysta z tego typu rozwiązań. Tymczasem według opublikowanego również w 2014 r. raportu Frost & Sullivan tylko 38 proc. przedsiębiorstw w Europie korzysta z chmur obliczeniowych. W Ameryce Północnej ten odsetek – według tego samego źródła – jest wyższy i sięga 48 proc.

Jak przyznaje Młynarczyk, rozpowszechnienie chmury obliczeniowej szczególnie w Stanach Zjednoczonych jest znacznie większe niż w Europie. Raport Frost & Sullivan przewiduje, że do 2017 r. ponad 60 proc. amerykańskich firm będzie korzystało z technologii cloud.

Według ITMagination badania pokazują, że ponad połowa polskich przedsiębiorców postrzega rozwiązania w chmurze jako technologię przyszłości. Potwierdza to przeprowadzone na początku 2013 r. badanie Ipsos MORI dla Microsoftu. Jedną z największych zalet chmury jest jej niski koszt.

Porównując takie koszty, powinniśmy wziąć pod uwagę całkowity koszt takiej inwestycji, czyli TCO (Total Cost of Ownership), a nie jedynie początkowy koszt, jaki firma powinna ponieść. Licząc w ten sposób w dłuższej perspektywie czasowej rozwiązania chmurowe wychodzą zdecydowanie taniej – zapewnia Młynarczyk.

Po przeniesieniu danych lub procesów do chmury zachowane zostają dotychczasowe funkcjonalności znane użytkownikom z rozwiązań tradycyjnych. Biorąc po uwagę komfort pracy, nowa technologia jest niewidoczna dla użytkowników końcowych – zauważa Młynarczyk. Jedyną nowością jest sposób przechowywania danych, które trafiają na zewnętrzne serwery i są dostępne z każdego miejsca na świecie.

Przeniesienie danych i procesów do chmury rodzi jednak obawy związane z bezpieczeństwem i kontrolą nad nimi. Problem ten podkreśliły chociażby głośne wycieki przechowywanych w chmurze prywatnych danych amerykańskich celebrytów. Jednak Młynarczyk zauważa, że w przypadku klientów biznesowych bezpieczeństwo rozwiązań chmurowych jest zdecydowanie większe niż tradycyjnych.

Z mojego doświadczenia wynika, że nie ma czego się obawiać w kwestii bezpieczeństwo rozwiązań opartych o cloud. ITMagination dostarcza swoim klientom usługę opartą o chmurę Microsoft Azure. Jest to rozwiązanie komercyjne dla firm, a co za tym idzie przechodzi przez rygorystyczne testy i audyty bezpieczeństwa – podkreśla Młynarczyk.

Rozwiązania chmurowe są obecnie dostępne dla przedsiębiorstw każdej wielkości. To właśnie od liczby danych oraz zakresu ich wykorzystywania w ramach cloud computingu zależy koszt tej technologii dla konkretnej firmy.

Lewiatan Holding: skończyła się era hipermarketów, rynek przesycił się też dyskontami

0

 

W ubiegłym roku udział sieci hipermarketów w handlu detalicznym artykułami spożywczym zmniejszył się o 2 pkt proc., a rynek dyskontów się nasyca. Do 2020 roku liczba sklepów dyskontowych osiągnąć ma pułap, który bardzo trudno będzie przekroczyć. Według Lewiatan Holding mogą na tym skorzystać producenci, którzy chętniej będą rozwijać współpracę z mniejszymi sieciami handlowymi, pozwalającymi osiągnąć wyższe marże.

Minęła era hipermarketów, które mają istotny regres, a sieci dyskontowe dotknęły sufitu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Kruszewski, prezes Lewiatan Holding. – W związku z tym producenci powinni być zadowoleni. Nie będą bowiem tak dużo pracować w celu realizowania wielkich wolumenów sprzedaży. Ich uwaga będzie mogła kierować się na współpracę z sieciami, która przynosi większe zyski.

Jak szacuje analizująca rynek handlowy firma PMR, udział największych sieci hipermarketów w detalicznym handlu spożywczym zmalał w ubiegłym roku o 2 pkt proc. i obecnie wynosi 10 proc. Dyskonty natomiast jeszcze zwiększyły swoje przychody i obecnie odpowiadają za około 19,5 proc. obrotów (w 2010 roku niecałe 10 proc.).

Jak jednak zauważają autorzy raportu, również ich ekspansja ma swoje granice. Już teraz największa polska sieć odnotowuje znacznie słabsze dynamiki niż jeszcze rok czy dwa lata temu. Według szacunków w Polsce jest miejsce dla 5-6 tys. tego rodzaju placówek, a liczba ta ma zostać osiągnięta do 2020 roku. Ponadto konsumenci powoli zwracają się ku sklepom nie tyle najtańszym, ile najbliżej położonym i oferującym szybkie zakupy.

– Współpraca naszej sieci z producentami jest oceniana pozytywnie, o czym świadczą nasze wyniki – zapewnia Wojciech Kruszewski. – Obroty w wysokości ponad 8,5 mld zł lokują nas wśród największych graczy handlowych zarówno w Polsce, jak i całej Europie Środkowo-Wschodniej. Musimy mieć dobre relacje i zawsze wychodzimy z założenia, że powinny być one bardzo partnerskie, aby jedna strona nie zaskakiwała drugiej.

Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała w 1994 roku jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Aktualnie skupia 2860 placówek realizujących swoje cele poprzez centralę Lewiatan Holding SA oraz spółki regionalne, które budują i koordynują sieć sklepów w poszczególnych regionach. W holdingu zatrudnione jest obecnie ponad 22 tys. osób.

Producentom przedstawiamy bardzo szerokie portfolio – precyzuje Kruszewski. – Zawsze chcemy być razem z nimi, szczególnie w działaniach promujących wytwarzane przez nich artykuły, więc kooperacja z wieloma zwiększa się w tempie dwucyfrowy. Sądzimy, że producenci są zadowoleni. My również na tej współpracy zyskujemy, korzystając na przykład z trenerów, którzy szkolą naszych ludzi w zakresie zarządzania poszczególnymi kategoriami produktów.

W czasie Wielkanocy znacząco rośnie w Polsce spożycie czekolady, choć nie tak bardzo jak w Europie Zachodniej

CEO Magazyn Polska

Polacy wciąż spożywają znacznie mniej czekolady niż mieszkańcy krajów Europy Zachodniej. W czołówce europejskich smakoszy znajdują się Szwajcarzy, którzy jedzą jej prawie trzykrotnie więcej niż Polacy. W Polsce spożycie tego przysmaku rośnie w czasie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. W okresie przedświątecznym rosną zamówienia u producentów słodyczy.

Polacy nie należą do największych miłośników czekolady w Europie. Rocznie zjadają jej ok. 4,5 kg, niemal trzykrotnie mniej niż Anglicy, Belgowie i Szwajcarzy. W kwestii smaku Polacy są tradycjonalistami, wybierają bowiem przede wszystkim czekoladę najbardziej popularną: mleczną, gorzką, z nadzieniem truskawkowym oraz z orzechami. Rzadziej sięgają po bardziej oryginalne smaki, np. czekoladę z solą lub chili. Chętnie skosztują kawałek, np. podczas degustacji w sklepie, ale raczej nie decydują się na zakup całej tabliczki. Oryginalne połączenia smakowe chętniej wybierają osoby z dużych miast.

Sięgamy po nowe rzeczy, jak np. czekolada o smaku crème brûlée, panna cotta czy tiramisu, czyli smaki, które znamy z cukierni i łatwiej nam jest sobie wyobrazić, że to też może być w naszej czekoladzie jako forma deseru. Przekonujemy Polaków również do tego, żeby jedli czekolady nie tylko na słodko, lecz także wytrawnie. Taką czekoladę można użyć również do sosu do mięsa, np. do kaczki, zaś białą czekoladę do królika z wanilią i gorgonzolą– mówi agencji Newseria Janusz Profus, maestro czekolady E.Wedel.

Spożycie czekolady przez Polaków rośnie znacząco dwa razy w roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Polacy coraz więcej podróżują i chętnie przyswajają świąteczne zwyczaje zaobserwowane za granicą. Coraz większą popularnością cieszy się w Polsce np. zwyczaj poszukiwania wielkanocnego czekoladowego zajączka w ogródku lub domu, w czym widać wpływ kultury niemieckiej i amerykańskiej. Coraz chętniej wręczają sobie także świąteczne drobne czekoladowe upominki. Tradycyjne prezenty z okazji Lanego Poniedziałku to zwykłe pisanki, obecnie coraz częściej zastępowane przez jajka z czekolady.

Ta tradycja się zmienia, ale jednak Wielkanocą spożywamy mniej czekolady niż na Boże Narodzenie. Widzimy różnice w naszych zamówieniach, ale i tak przed Wielkanocą jest ich bardzo dużo – mówi Janusz Profus.

Czekolada na Wielkanoc to przede wszystkim pisanki, zarówno puste, jak i wypełnione nadzieniem. Polacy coraz chętniej kupują także czekoladowe zające i baranki, które ozdabiają świąteczny stół, a także trafiają do wielkanocnego koszyka. Popularność zyskują także pralinki w kształcie małych jajeczek nadziewane wanilią, maliną, karmelem czy nugatem. Polacy wybierają dobrze sobie znane smaki nadzienia, mniej popularne są wypełnienia pralinek o smaku ziół lub chili.

W krajach europejskich, np. w Belgii czy Niemczech, z Wielkanocą kojarzy się głównie zajączek i pisanki z czekolady i tego jest całe mnóstwo. Sprzedaż zaczyna się już w lutym lub pod koniec stycznia – te produkty już wtedy są dostępne w sklepach. W Polsce te produkty też są dostępne, ale trochę rzadziej po nie sięgamy. Trudno powiedzieć dlaczego. To dopiero zaczyna być tradycja – mówi Janusz Profus.

W wielu krajach istnieje zwyczaj obdarowywania dzieci słodyczami z okazji świąt wielkanocnych. W Szwecji i Stanach Zjednoczonych słodkie podarunki przynosi zajączek wielkanocny. Kiedyś wręczał maluchom tradycyjne słodkości, obecnie najczęściej czekoladowe jajka, zajączki i pralinki.