Oszczędności Polaków będą trafiać z lokat na giełdę. Proces ten opóźnia niska edukacja ekonomiczna Polaków

 

Polacy powinni przekonać się do inwestycji w akcje, bo stopy zwrotu z depozytów bankowych długo jeszcze pozostaną niskie  uważa Michał Cichosz, zarządzający funduszami w Skarbiec TFI. Jego zdaniem zarówno na polskiej giełdzie, jak i na rynkach naszego regionu oraz w krajach rozwiniętych nie brakuje spółek o solidnych fundamentach i perspektywach wzrostu. Dobrze zestawiony portfel powinien przynieść co najmniej kilkunastoprocentowe zyski.

Można powiedzieć, że ten rynek musi rosnąć, ponieważ poprzeczka postawiona przez lokaty, które są dostępne dla przeciętnego Kowalskiego, jest coraz niższa mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Cichosz, zarządzający funduszami akcji Skarbiec TFI. – Lokaty na poziomie 2 proc. czy poniżej 2 proc. są już bardzo mało atrakcyjne, jeżeli zestawimy to z kilkunastoprocentowymi stopami zwrotu, które można uzyskać z funduszy akcyjnych. Oczywiście, są one bardziej ryzykowne.

Większość analityków uważa, że ten rok będzie dla giełdy przełomowy. Gospodarka ma się coraz lepiej, a spółki pokazują dobre wyniki. Z drugiej strony panuje deflacja i walcząc z nią, Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe NBP nas rekordowo niskim poziomie. To oznacza, że lokaty bankowe czy fundusze obligacyjne przestają się liczyć dla inwestorów. Alternatywą stają się akcje lub fundusze akcji.

W dłuższym terminie fundusze akcyjne, o ile są dobrze zarządzane, powinny przynieść dwucyfrowe stopy zwrotu. Według Michała Cichosza, gdy indywidualni inwestorzy zaczną to dostrzegać, to pewnie wrócą na giełdę, mimo że w ostatnich latach była ona źródłem rozczarowań.

Tak naprawdę w pewnym momencie musi to zadziałać i część z tej ogromnej puli środków wiszącej na depozytach bankowych powinna powoli przechodzić do branży funduszowej ocenia Michał Cichosz. – Natomiast moim zdaniem to nie będzie szybki i prosty proces, ponieważ stopień edukacji ekonomicznej społeczeństwa jest jeszcze dosyć niski. Musi się powoli zrodzić zaufanie do branży i ono też będzie powodować napływ z depozytów bankowych do produktów takich jak fundusze inwestycyjne.

Jak podaje Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, na koniec lutego krajowe fundusze inwestycyjne zgromadziły niemal 216 mld zł. W tym samym czasie wartość zobowiązań baków wobec gospodarstw domowych (głównie z tytułu depozytów) sięgnęła, jak podaje NBP, niemal 605 mld zł.

Widzimy bardzo dużo okazji inwestycyjnych z punktu widzenia nowych biznesów, nowych podmiotów, które się rozwijają podkreśla zarządzający funduszami akcji Skarbiec TFI. – Nie mamy problemu ze znajdowaniem atrakcyjnych podmiotów. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie – jest ich tak dużo, że musimy się decydować, który z nich jest bardziej atrakcyjny, a który mniej, ponieważ portfel ma ograniczoną liczbę miejsc. Z tego właśnie powodu jesteśmy optymistyczni, bo tych biznesów, w które warto inwestować, jest znacznie więcej, niż początkowo myśleliśmy.

Wracając na giełdę, inwestorzy powinni jednak pomyśleć o zmianie filozofii doradza Michał Cichosz, zarządzający ze Skarbca TFI. W mniejszym stopniu zwracać uwagę na wykresy modnej kiedyś analizy technicznej, a w większym na fundamenty spółek, których akcje kupują.

– Chciałbym, żeby kiedyś nadszedł taki dzień, w którym ludzie będą myśleli o inwestowaniu na giełdzie jako o byciu udziałowcem w firmie, a nie byciu spekulantem w poszukiwaniu elektrokardiogramu i szlaczka, który biegnie po monitorze, bo giełda nie ma z tym nic wspólnego. Szlaczek i kardiogram to jest tylko skutek, a przyczyną zawsze jest jakaś firma i jacyś ludzie, którzy za nią stoją.

Tania siła robocza nie daje już polskim firmom sukcesu na zagranicznych rynkach. Muszą konkurować innowacyjnością i unikatowymi produktami

CEO Magazyn Polska

Kluczem do sukcesu polskich firm za granicą jest przede wszystkim unikalny produkt lub usługa wysokiej jakości, ale równie ważne są inne element – innowacyjność oraz dobrze zorganizowany system dystrybucji i marketingu. Badania wskazują, że silne polskie marki na globalnych rynkach przyczyniają się także do wzrostu zarobków i PKB w kraju.

 

– Takie czynniki konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, jak na przykład tania siła robocza, już się wyczerpują. Dlatego ważną rzeczą jest innowacyjność oraz korzystanie z dobrodziejstw globalizacji – mówi agencji Newseria Biznes, prof. dr hab. Tomasz Szapiro, rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Globalne rynki stoją dziś otworem przed firmami, które potrafią dostosować się do wymogów konkurencji. Przewagą firmy przede wszystkim powinien być nowy, unikatowy produkt (lub usługa).

– W przypadku firmy Fakro tym produktem było okno dachowe. Polska firma była jednym z pierwszych producentów – mówi prof. Szapiro.

Kluczowe dla osiągnięcia sukcesu na rynkach zagranicznych są także inne elementy, jak innowacyjność i konkurencyjność cenowa. Konkurencyjność może być także wynikiem dobrze zorganizowanego systemu dystrybucji i skutecznych działaniach marketingowych.

Najważniejsze jest to, żeby solidnie pracować i mieć kapitał ludzki wysokiej wartości. Konkurencyjna firm to taka, która jest zaangażowana i dba o interesariuszy, czyli o pracowników i konsumentów, oraz o dobre relacje z innymi interesariuszami, czyli z samorządem i państwem – wymienia profesor.

Chociaż w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z kilkoma spektakularnymi sukcesami polskich firm za granicą, to eksperci podkreślają, że mamy niedobór silnych marek reprezentujących Polskę w świecie. Z raportu fundacji Pomyśl o przyszłości wynika, że jest to jeden z 21 najważniejszych powodów, dla których w Polsce zarobki są cztery razy niższe niż w bogatych krajach Europy.

W raporcie zestawiono liczbę firm rodzimych o globalnym zasięgu ze średnim wynagrodzeniem w kraju. W państwach, gdzie liczba takich firm jest niewielka (w stosunku do liczby obywateli), zarobki są niskie. Rodzime globalne firmy generują nowe miejsca pracy w swoich centrach zarządzania. Potrzebują wysoko wykwalifikowanych pracowników zajmujących się badaniem i rozwojem, nadzorem technicznym, jakościowym, finansami, dystrybucją, marketingiem czy IT. Są też zleceniodawcami dla małych i średnich firm. Można przyjąć, że generują u nich drugie tyle miejsc pracy, co w swoich centrach.

Likwidacja barier celnych między państwami sprawiła, że globalnie zaczynają wygrywać firmy z dużych krajów, które osiągnęły efekt skali na rodzimych rynkach i odnoszą z tego tytułu korzyści.

 Recepta na silną pozycję konkurencyjną to mocne usytuowanie się w kraju, w macierzy, a dopiero potem szukanie możliwości ekspansji na rynkach zagranicznych, co przy możliwości i większej skali produkcji zmniejsza koszty jednostkowe i czyni firmę bardziej konkurencyjną cenowo – potwierdza prof. Tomasz Szapiro.

Krajami, które postawiły na wspieranie rozwoju rodzimych firm, są Niemcy i Korea. To dziś przynosi efekty. Eksperci fundacji Pomyśl o przyszłości wskazują, że w 1985 roku PKB Korei na osobę był na podobnym poziomie co w Polsce. Dziś jest prawie dwa razy większy i zachowuje tendencje wzrostową.

Pokolenie Y źle oceniane przez pracodawców. Zarzucają młodym brak zaangażowania i roszczeniowość

CEO Magazyn Polska

W ciągu kolejnych 10 lat pokolenie Y, czyli ludzie urodzeniu między 1980 a 2000 r., będzie stanowić 75 proc. siły roboczej na świecie. W powszechnej opinii pracownicy z tego pokolenia są roszczeniowi i brakuje im zaangażowania. To stereotypy – oceniają eksperci i podkreślają, że zaletami tych pracowników są m.in. wielozadaniowość i dobra znajomość nowych technologii. Nie chcą oni jednak poświęcać całego życia na karierę, a stawiają mocno na rodzinę i pasje. 

Pokolenie Y chce pracować przede wszystkim w takich miejscach, gdzie kapitał ludzki traktowany jest jako ważny, strategiczny element rozwoju całej organizacji – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Palikowski, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami. – Młodzi ludzie poszukują zatrudnienia w firmach, którym zależy na rozwijaniu potencjału zatrudnionych poprzez mądre, dobre podejście do motywowania, uwzględniające również nowe wartości, które pokolenie Y, trochę w przeciwieństwie do X, wyznaje.

Dla osób wchodzących obecnie na rynek pracy ważne są – poza pracą – rodzina, hobby i zainteresowania, które tak samo jak zainteresowania zawodowe chcą rozwijać z pasją.

Przedstawiciele tego pokolenia nie będą już, tak jak obecni trzydziesto- i czterdziestolatkowie, poświęcać całego swojego życia rozwojowi kariery – uważa Palikowski.

Według raportu firmy doradczej Deloitte „Trendy HR w 2014 roku” w ciągu najbliższej dekady pokolenie Y będzie stanowić 75 proc. siły roboczej na świecie. Wydłużenie wieku emerytalnego oznacza dla wielu firm konieczność zarządzania pracownikami reprezentującymi cztery różne generacje. Zarówno w Polsce, jak i na świecie najbardziej widocznym trendem w zarządzaniu kapitałem ludzkim staje się budowanie skutecznego przywództwa, które umie pogodzić wyzwania biznesowe z rosnącymi aspiracjami zatrudnionych.

Firmy dzisiaj właściwie nie mają wyboru: muszą zatrudniać przedstawicieli pokolenia Y, ponieważ jest ono tym, które wchodzi na rynek pracy i zaczyna go kształtować – potwierdza Piotr Palikowski. – Przed pracodawcami staje zatem zadanie mądrej komunikacji z tym pokoleniem. Muszą dobrać narzędzia, które będą do tego pokolenia trafiały.

Według obiegowych opinii przedstawiciele pokolenia Y na rynku pracy prezentują postawy roszczeniowe i mają w ogóle niechętny stosunek do zatrudnienia. Prezes PSZK jednak przekonuje, że są to stereotypy.

Pokolenie Y to ludzie, którzy potrafią naprawdę zaangażować się w pracę, pod warunkiem że są odpowiednio motywowani – podkreśla Palikowski. – Nowoczesne technologie trochę uczą multitaskingu. Pokolenie Y coraz lepiej potrafi przełączać się zarówno pomiędzy programami, jaki i pomiędzy różnymi zadaniami. Pracodawcy to obserwują i to jest wielka zaleta, którą należy wykorzystywać.

Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami realizuje kampanię „Jestem Ygrekiem, nie jestem leniem”, której zadaniem jest przełamanie niesprawiedliwych – zdaniem organizacji – stereotypów. Jej celem jest także zachęcenie młodych ludzi do zaprezentowania się pracodawcom z lepszej strony już na etapie studiów, czyli podczas staży i praktyk. Ma też zachęcić pracodawców do otwartej postawy wobec Ygreków i budowania z nimi relacji.

Grupa Wirtualna Polska umacnia się na pozycji lidera Internetu w Polsce

Grupa Wirtualna Polska, w której 20% udziału posiada subfundusz MCI.EuroVentures, zarządzany przez MCI Capital TFI S.A. (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.), zachowała pozycję zwycięzcy w kolejnej edycji badania portali internetowych przeprowadzanego przez Megapanel i Gemius. W styczniu 2015 r. Grupa WP po raz kolejny zajęła pierwsze miejsce wśród portali internetowych w Polsce pod względem liczby realnych użytkowników (blisko 16 mln użytkowników), liczby odsłon (krajowych ogółem i mobilnych) oraz czasu krajowego ogółem (godziny) i mobilnego. W badanym miesiącu – styczniu 2015 Grupa WP zwyciężyła także w kategoriach tematycznych „Biznes, Finanse, Prawo”, „Komunikacja”, „Styl Życia” oraz „Nowe Technologie”.

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Islandia odbierze bankom władzę nad pieniądzem?

Islandia zastanawia się nad odebraniem bankom komercyjnym ich największego przywileju – możliwości kreacji pieniądza. Przygotowany przez ekspertów raport proponuje alternatywy dla współczesnego systemu finansowego.

Na ponad 100 stronach raportu, przygotowanego na zlecenie premiera Islandii, zawarto krytykę istniejącego współcześnie systemu kreacji pieniądza. Trudno się dziwić – ostatecznie Islandczycy, jak mało kto, zostali doświadczeni przez ostatni i wciąż trwający kryzys finansowy, u źródła którego leży właśnie m.in. „pusty pieniądz”.

Autorzy raportu przedstawiają wybrane bolączki współczesnego systemu finansowego. Wśród nich znalazły się m.in. nadmierna kontrola banków nad podażą pieniądza, czy negatywny wpływ państwowych gwarancji na decyzje podejmowane przez banki.

– Islandzki raport,  to ciekawa diagnoza przyczyn obecnego kryzysu finansowego, która jego źródeł upatruje w monopolu sektora bankowego na kreację pieniądza. System rezerwy cząstkowej w połączeniu z państwowymi gwarancjami wypłacalności dla prywatnych banków jest jedną z przyczyn kryzysu, który od 2007 roku osłabia wzrost gospodarczy na świecie – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W dokumencie zaprezentowano cztery rozwiązania, stanowiące alternatywę dla współczesnego systemu finansowego, opartego o zasadę rezerwy częściowej. Propozycje te, to tzw. Plan Chicago, wąska bankowość, bankowość specjalnego przeznaczenia oraz pieniądz suwerenny.

Tylko Bank Centralny ma kreować pieniądz

Szczególnie dużo uwagi poświęcono tej ostatniej koncepcji, która zakłada, że za kreację pieniądza odpowiedzialny ma być jedynie bank centralny – o tym ile środków wpuścić w gospodarkę miałoby decydować ciało podobne do polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Następnie, środki te miałyby być wtłaczane do gospodarki różnymi kanałami: od wydatków rządowych począwszy, a na „dywidendzie obywatelskiej” skończywszy.

– Islandczycy w niestandardowy sposób podeszli do rozwiązania kryzysu finansowego w swoim kraju. Odpowiedzialnych bankierów potraktowano surowo. Część banków znacjonalizowano, zmienił się też rząd oraz rozpoczęto prace nad nową konstytucją. W małym państwie, gdzie praktycznie każdy jest ze sobą spokrewniony, pewne procesy zachodzą szybciej oraz efektywniej. Być może odejście od systemu rezerwy cząstkowej w Islandii sprawdzi się w tym kraju, ale to wcale nie znaczy, że w innych mogłoby być podobnie. Ten system ma wiele wad, ale wbrew pozorom ma też kilka istotnych zalet. Dzięki niemu większa liczba ludzi ma ułatwiony dostęp do kapitału i może bez większych przeszkód kupić np. telewizor na raty. Jednak nie da się zaprzeczyć, że w ostatnich latach głównym beneficjentem rezerwy cząstkowej był sektor bankowy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W 2018 roku globalne przychody firm farmaceutycznych sięgną ponad 1,6 bln dolarów

Starzejące się społeczeństwa, rosnące wydatki na opiekę zdrowotną, innowacje, a także rozwój na rynkach wschodzących sprzyjają wzrostowi przychodów firm farmaceutycznych, biotechnologicznych i technologii medycznej. Jednocześnie jednak, jak wskazuje raport „2015 Global life sciences outlook. Adapting in an era of transformation” przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, branża ta, znajdująca się pod coraz większą kontrolą regulatorów i presją cenową, zmaga się z podobnymi problemami jak sektor usług finansowych 5-10 lat temu. W Polsce rok ten upłynie na dostosowywaniu działalności branży do nowych wymagań w zakresie dystrybucji leków oraz prób ograniczenia eksportu leków.

Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, choć także wyjątkowo konkurencyjnych. W 2014 roku jej przychody na całym świecie wyniosły 1,23 bln dolarów, w porównaniu do 1,15 bln dolarów rok wcześniej. Wiodącym motorem tego wzrostu były leki onkologiczne. Największy udział w tych przychodach mają kraje Ameryki Płn. (41,9 proc.), Azji i Australii (26,8 proc.) oraz Europy Zachodniej (19,8 proc.).

Dla porównania w tym samym czasie przychody branży biotechnologicznej wyniosły 288,7 mld dolarów, a technologii medycznej 364 mld dolarów. „W ostatniej dekadzie wydatki na opiekę medyczną rosły w tempie około 7 proc. rocznie. Biorąc pod uwagę presję kosztową ze strony rządów, a także zmianę modeli biznesowych w służbie zdrowia, w najbliższych latach tempo to będzie wolniejsze, sięgające nieco powyżej 5 proc. Nie pozostanie to bez wpływu na wyniki finansowe firm farmaceutycznych” – tłumaczy adwokat Łukasz Sławatyniec kierujący praktyką farmaceutyczną w kancelarii prawniczej Deloitte Legal.

Według danych The Economist Intelligence Unit (EIU) w latach 2014-2018 globalna sprzedaż produktów farmaceutycznych będzie rosła o 6,9 proc. rocznie, a to oznacza, że przychody tego sektora w 2018 roku mogą sięgnąć 1,61 bln dolarów. Najszybszego tempa wzrostu należy spodziewać się w Azji i Australii (o 10 proc.), w tym samych Chinach będzie to aż 18 proc. rocznie. Dla porównania w tym samym czasie Europa Zachodnia zanotuje wzrost jedynie o 2,2 proc. rocznie. Z kolei sektor biotechnologiczny do roku 2019 ma szansę wzrastać w tempie 9 proc. rocznie, a to oznacza, że jego przychody sięgną 444,9 mld dolarów. W przypadku technologii medycznej do roku 2020 należy spodziewać się wzrostu około 5 proc. rocznie (przychody na poziomie 513,5 mld dolarów).

Dynamiczne zmiany krajobrazu regulacyjnego i biznesowego wymuszają na firmach farmaceutycznych, biotechnologicznych i z sektora technologii medycznej zmiany w dziedzinie badań i rozwoju, polityki cenowej, łańcuchów dostaw i modelu biznesowego, tak aby zapewnić:

  • wspieranie rynku „opartego na wartości” (koncentracja na jakości a nie ilości) publiczne i prywatne systemy opieki zdrowotnej wielu państw odchodzą od modelu opieki nastawionego na ilość na rzecz modelu opartego na wartości,
  • ograniczenie kosztów rządy państw i pozostali uczestnicy rynku wprowadzają mechanizmy kontroli cen i coraz częściej stosują leki biologiczne, a także generyczne, aby obniżyć koszty leków i urządzeń,
  • skupienie się na rynkach wschodzących – spadek dynamiki przychodów w krajach rozwiniętych sprzyja wzrostom i rozwojowi na nowych rynkach wschodzących,
  • zachowanie zgodności z przepisami – wydłużająca się lista wymogów regulacyjnych i oczekiwań nakłada na sektor coraz to nowe wyzwania.

Firmy farmaceutyczne borykają się również z problemem wygasających patentów. Z roku na rok rośnie sprzedaż leków generycznych, czyli zamienników leków innowacyjnych. W Polsce ich udział w sprzedaży sięga ponad 60 proc. i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej.

„Firmy farmaceutyczne nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, coraz więcej inwestują w produkty biologiczne, które zacierają tradycyjny podział na leki innowacyjne (nowe, oryginalne leki niemające odpowiedników) i generyczne (lek odtwórczy, zamiennik już istniejącego leku). Produkty biologiczne wymagają specyficznych regulacji. W szczególności ustawa refundacyjna, oparta na tradycyjnym podziale produktów, zdaje się nie dostrzegać wielu problemów jakie rodzi niemożność uznawania leków biologicznych za pełne odpowiedniki, a tym samym ich pełną wymienialność. Te braki w regulacjach mogą skutkować stosowaniem mechanizmów cenowych, które pogarszają dostęp pacjentów do innowacyjnych produktów” – wyjaśnia Łukasz Sławatyniec.

Niskie ceny leków w Polsce powodują, że nasz rynek zmaga się z problemem handlu równoległego i eksportem leków, co skutkuje tym, że niektórych z nich brakuje dla polskich pacjentów. W tej chwili w pracach sejmowych znajduje się projekt nowelizacji ustawy o prawie farmaceutycznym, który ma ukrócić te praktyki. „Leki, których braki będą odnotowywane, trafią na specjalne listy, a Główny Inspektor Farmaceutyczny będzie mógł sprzeciwić się wobec ich wywozu z Polski, także do innego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Niezależnie od powyższego, zamiarem Ministerstwa Zdrowia jest wdrożenie elektronicznego systemu, który pozwoli na raportowanie w czasie rzeczywistym obrotu lekami i wyrobami medycznymi” – mówi Łukasz Sławatyniec. Jednak zdaniem eksperta Deloitte Legal ten rok dla branży farmaceutycznej w Polsce upłynie przede wszystkim na dostosowywaniu działalności do nowych wymagań prawa farmaceutycznego w zakresie dystrybucji leków. 8 lutego br. weszła w życie nowelizacja przepisów. Konsekwencją zmian jest wdrożenie nowych zasad dobrej praktyki dystrybucyjnej.

Raport Deloitte wskazuje, że wysiłki ze strony administracji rządowych na całym świecie na rzecz lepszej kontroli wydatków na opiekę zdrowotną, ograniczanie dysproporcji w świadczeniu usług i zachęcanie konsumentów do lepszego dbania o własne zdrowie są najważniejszymi czynnikami umożliwiającymi systemom opieki zdrowotnej przejście z modelu nastawionego na ilość na model oparty na wartości. Dla firm z branży farmaceutycznej i biomedycznej trendy te oznaczają niejednokrotnie zmiany w modelach ich funkcjonowania.

Poziom rozwoju społecznego kraju wpływa na bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ)

Przyspieszenie wzrostu gospodarczego oraz wzmocnienie powiązań ekonomicznych, społecznych i politycznych pomiędzy krajami może mieć w najbliższych latach znaczący wpływ na zwiększenie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Wraz ze wzrostem napływającego kapitału wzrasta również potrzeba spojrzenia poza dane finansowe w celu zrozumienia czynników wpływających na BIZ. Firma doradcza Deloitte, we współpracy z organizacją Social Progress Imperative1 stworzyła raport „Foreign Direct Investment and Inclusive Growth: The impacts on social progress” wskazujący, że dzięki odpowiednio prowadzonej polityce można uruchomić mechanizmy wspierające pozytywne sprzężenie zwrotne pomiędzy rozwojem społecznym, a bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi.

Raport powstał w oparciu o analizę wskaźnika rozwoju społecznego tzw. Social Progress Index opracowanego dla 132 krajów. Analizie poddano postęp społeczny rozpatrywany w trzech wymiarach: zaspokojenie podstawowych potrzeb człowieka, fundamenty dobrobytu oraz możliwości awansu społecznego i wolności osobiste. Wysokość wskaźnika rozwoju społecznego kraju pozwala określić jakiego typu bezpośrednie inwestycje zagraniczne są najbardziej wskazane i mają największe szanse na powodzenie w danym kraju, a jednocześnie pokazuje w jaki sposób te inwestycje mogą wpłynąć na rozwój społeczny na danym obszarze. „Korzyści gospodarcze wynikające z BIZ są powszechnie znane i o nich mówi się najwięcej. Mniej jednak wiadomo o tym, jak postęp społeczny, którego dokonuje dany kraj wpływa na zainteresowanie inwestorów zagranicznych. Polityka promująca postęp społeczny może przyciągać zagraniczne inwestycje, co z kolei przyczynia się do dalszego rozwoju społeczeństwa w wielu jego aspektach” – wyjaśnia Steve Almond, Przewodniczący Rady Nadzorczej Deloitte Global.

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne mogą pobudzać szeroko rozumiany postęp społeczny danego kraju. Jednocześnie rządy powinny strategicznie podchodzić do długoterminowych inwestycji (np. w edukację, infrastrukturę, ochronę zdrowia, dostęp do energii, czy wody), które pomagają budować przewagę konkurencyjną państw czy regionów jako obszarów potencjalnie atrakcyjnych dla lokowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Z drugiej też strony skuteczna realizacji projektów inwestycyjnych na danym terenie może też pozytywnie wpływać na długoterminowy rozwój społeczno-gospodarczy i zwiększyć szanse danego obszaru na przyjęcie w przyszłości bardziej zaawansowanych, czy kompleksowych projektów inwestycyjnych” – wyjaśnia Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w zespole Sustainability Services Central Europe, Deloitte.

Jak wskazują autorzy raportu, uruchomienie sprzężenia zwrotnego pomiędzy BIZ a rozwojem społecznym, może zostać zakłócone przez szereg czynników, takich jak:

  • Pułapka ubóstwa – istnieją kraje, w których brak zasobów i odpowiedniej infrastruktury (bezpłatnego dostępu do edukacji czy opieki zdrowotnej dla wszystkich obywateli) uniemożliwia napływ inwestycji zagranicznych. Do takich krajów należą, m.in.: Burundi, Malawi, Liberia i Togo.
  • BIZ uwarunkowane dostępnością do zasobów naturalnych – tego typu inwestycje często wymagają nisko wykwalifikowanej kadry, a ich efekty są ograniczone do jednego sektora, co oznacza, że potencjalnymi beneficjentami korzyści społecznych staje się jedynie niewielka grupa społeczna. Do takich krajów można zaliczyć, m.in.: Kazachstan, Azerbejdżan, Mauretanię, Angolę czy Gwineę.
  • Niestabilność polityczna – niestabilna sytuacja polityczna oraz groźba konfliktu zbrojnego zniechęcają inwestorów zagranicznych niezależnie od poziomu postępu społecznego danego kraju. W tym kontekście należy wymienić, m.in.: Irak i Egipt.
  • Raje podatkowe – bezpośrednie inwestycje zagraniczne koncentrują się jedynie na rozwoju wybranych sektorów, związanych z bankowością i finansami. Tak wąska specjalizacja może zwiększać podatność gospodarki państwa, a także jego otoczenia społecznego i politycznego na wstrząsy. Tak dzieje się, m.in. w Libanie czy Trinidadzie i Tobago.
  • Większe tempo wzrostu gospodarczego w porównaniu ze wzrostem społecznym – istnieją kraje, w których wraz ze wzrostem gospodarczy nie następuje wzrost społeczny. Taki stan charakteryzuje większość krajów z grupy BRICS (Rosja, Indie, Chiny).

Nowa III edycja Social Progress Index zostanie opublikowana w kwietniu 2015 r.

Globalna notka prasowa: How social progress develops with and helps attract foreign direct investment.

Rolnik powinien się szkolić

Nie wystarczy doświadczenie i dobry sprzęt, aby praca w rolnictwie przynosiła efekty. Wymogi jakościowe nakładane przez Unię Europejską sprawiają, że rolnicy, tak jak każda grupa zawodowa, muszą się doszkalać. Dzięki temu mogą być na bieżąco z uprawą roślin i hodowlą zwierząt oraz procedurami pozyskiwania dotacji.

Wśród rolników największym zainteresowaniem cieszą się kursy, które dotyczą pozyskiwania dofinansowania z Unii Europejskiej. Jednak – jak zaznacza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Paweł Kocel z Timac Agro – „ważne są też szkolenia, które pozwalają na optymalizację kosztów i zabiegów agrotechnicznych: wszytko po to, by działać na rzecz zrównoważonego rolnictwa”.

Każdy rolnik, który używa w swoim gospodarstwie środków ochrony roślin, musi mieć ukończone odpowiednie szkolenie. Od 26 listopada 2015 r. wymóg ten będzie dotyczył także sprzedawców tych środków. „W dzisiejszych czasach, kiedy zależy nam na wysokich plonach i bardzo dobrej jakości, doszkalanie jest niezbędne. Rolnik musi wiedzieć, jak stosować dane produkty, zwłaszcza że są one coraz bardziej zaawansowane” – zaznacza ekspert.

Szkolenia organizowane są przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, ale również przez firmy dystrybuujące produkty rolnicze.

Z łupkami nie wyszło, nowy pomysł to gaz z piaskowca

Nawet 200 mld metrów sześciennych wydobywalnego gazu zamkniętego (tzw. tight gas) może znajdować się trzech wielkich polskich kompleksach geologicznych – wynika z raportu zaprezentowanego przez Państwowy Instytut Geologiczny. Jeśli weźmiemy pod uwagę udokumentowane złoża konwencjonalne, szacowane na 134 mld metrów sześciennych i to, że w ciągu roku wydobywamy z nich od około 4 do 5 mld metrów sześciennych błękitnego paliwa, to raport wydaje się zapowiedzią rewolucji energetycznej Polski. Jak pisze portal Money.pl, dzięki takim zasobom moglibyśmy spokojnie pokryć stale rosnące, roczne zapotrzebowanie na to paliwo całego kraju, które na dziś szacowane jest na 15 mld metrów sześciennych, a także uniezależnić się od dostaw z Rosji. Eksperci studzą jednak euforię. To, że mamy wielkie złoża nie oznacza jeszcze, że wydobycie się opłaci.

Bezpieczeństwo energetyczne w obecnej sytuacji politycznej wydaje się priorytetem. Już teraz Ministerstwo Gospodarki chce określić minimalne poziomy dotyczące zakupów gazu poza Polską. Dziś ponad 72 proc. zapotrzebowania zaspakaja gaz importowany. Do kraju sprowadzamy go w ilości 11,26 mld metrów sześciennych z czego 85 proc. z Rosji. Jedynie 4,4 miliarda metrów sześciennych pochodzi z krajowego wydobycia. Ogólnie, z tak zwanego kierunku wschodniego, czyli Rosji, Azerbejdżanu i krajów Azji Środkowej, sprowadzamy – jak podaje Money.pl – aż 9 mld metrów sześciennych gazu w ciągu roku. Dla porównania – z Niemiec importujemy jedynie 1,7 mld metrów sześciennych.

Czy gaz z piaskowca zmieni sytuację energetyczną w jakiej znajduje się Polska? Za przykład wykorzystania gazu zamkniętego stawia się Amerykę, która od lat go wydobywa i stanowi on blisko jedną trzecią całkowitego wydobycia gazu ziemnego w USA. Do końca obecnej dekady z importera tego surowca Ameryka ma szansę stać się jednym z bardziej liczących się eksporterów gazu ziemnego.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie Tight Gas-Texas A&M Univ

 

Czy rzeczywiście Polska ma szansę powtórzyć sukces Amerykanów? – Do tego potrzeba czasu i naprawdę dużych inwestycji, bo sama wiedza o potencjalnych zasobach musi zostać podparta względnie tanią i skuteczną technologią, pozwalającą na masowe wydobycie tego gazu – zaznacza w rozmowie z Money.pl dr Robert Zajdler z Instytutu Sobieskiego. – W przeciwnym razie błękitne paliwo z piaskowca może się okazać równie nieopłacalne, jak gaz łupkowy.

Emocje studzą również sami autorzy raportu: Nie chciałbym, by napompowano marzenia, a potem nastąpił „kac poznawczy”, gdyby okazało się, iż realia są takie, że nie jesteśmy drugim Kuwejtem czy Katarem. Wszystko na to wskazuje, że odniesiemy sukces, ale będzie on na skalę polskich potrzeb i nie nastąpi jutro – przestrzega główny geolog kraju, wiceminister środowiska Sławomir Brudziński. – Dane są optymistyczne, ale spójrzmy na nie chłodnym okiem.

Jeszcze pięć lat temu amerykańscy eksperci z agencji Energy Information Administration przekonywali, że nasze zasoby gazu łupkowego sięgają 5,3 biliona metrów sześciennych, a ówczesny premier Donald Tusk zapewniał, że owe złoża staną się gwarancją naszych przyszłych emerytur. Do dziś jednak nie udało się znaleźć opłacanych źródeł tego paliwa, a z dalszych poszukiwań wycofało się już kilku dużych graczy jak m. in. Chevron i Exxon Mobil.

– Powody były bardzo proste: za duże koszty i zbyt odległa perspektywa zysku z komercyjnego wydobycia – tłumaczy dr Zajdler.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie danych EIA

 

Jak przekonują eksperci, sam gaz z piaskowców nie różni się od gazu wydobywanego ze złóż tradycyjnych i podobnie jak on, głównie składa się z metanu. Gaz typu tight jest jednak uwięziony w mikroskopijnych przestrzeniach porowych piaskowców, ale przestrzenie te nie są ze sobą połączone.

Aby go wydobyć, trzeba użyć – podobnie jak w przypadku uwalniania gazu z łupków – metody szczelinowania hydraulicznego. Jednak, jak zapewniają eksperci, w przypadku tight gazu szczelinowanie jest dużo prostsze i nie wymaga stosowania niektórych komponentów chemicznych do płynu szczelinującego.

Jak pisze Money.pl, wykonanie odwiertu tight w USA kosztuje niecałe 6 mln dol., a w Europie – około 8 mln dol. Dla porównania odwiert do wydobycia gazu łupkowego to koszt rzędu od 5 do 9 mln dol. w Ameryce Płn. i od 10 do 15 mln dol. w Polsce.Ale wiele wskazuje na to, że w przypadku Polski czerpanie ze złóż gazu zamkniętego może faktycznie okazać się droższe, niż wydobywanie gazu z łupków. Gaz zamknięty znajduje się bowiem głębiej – nawet o około dwa kilometry – niż w USA, a nawet w innych częściach Europy. Dlatego dr Magdalena Sidorczuk, kierownik działu informacyjnego Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, uprzedza, że takie proste przeliczenie, ile gazu nadaje się do wydobycia, może być mylące.

– Pozyskiwanie surowca musi się opłacić. Byłbym ostrożny więc w popadaniu w euforię. Do szacunkowych kosztów wydobycia gazu z piaskowca trzeba doliczyć jeszcze koszty technologii i infrastruktury oraz koszty środowiskowe – ostrzega również ekspert Instytutu Sobieskiego. – To bardzo podraża inwestycję, czego doświadczyliśmy przy gazie łupkowym.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie danych IHS

 

Jak przekonuje ekspert Instytutu Sobieskiego, jeśli nawet wydobycie gazu z piaskowca okaże się opłacalne, nie wpłynie specjalnie na ceny gazu w prywatnych domach w najbliższych latach. Jego zdaniem nie powinniśmy przedkładać wydobycia własnego nad import, a jedynie poszerzyć koszyk dostawców. Uruchomienie terminalu regazyfikacyjnego LNG w Świnoujściu pozwoli na przesył dodatkowych 5 mld metrów sześciennych paliwa z innych kierunków, co już rozwiązuje wiele problemów.

– Transgraniczne połączenie pozwala na dywersyfikację importu i uniezależnienie się od kierunku wschodniego, daje okno na świat i obecnie daje większe szanse na zbicie ceny gazu w Polsce, niż marzenia o gazowym eldorado – podsumowuje Zajdler.

Spada bezrobocie w Niemczech i w Polsce

Niemiecki rynek pracy europejską potęgą jest i basta. Symptomy poprawy sytuacji widać także w Polsce, choć daleko nam do lat, w których to pracownicy dyktowali warunki pracodawcom.

Niemiecki Federalny Urząd Pracy poinformował dziś, że w największej gospodarce strefy euro, wyrównany sezonowo wskaźnik stopy bezrobocia przyjął w marcu wartość 6,4%, wobec 6,5% w lutym. Ten wynik, to najniższy odczyt od momentu zjednoczenia Niemiec w 1990 r.

– Niskie bezrobocie w Niemczech, to dobra wiadomość dla Polski – im lepsza kondycja naszego głównego partnera handlowego, tym większe prawdopodobieństwo, że nasza gospodarka na tym skorzysta. Niemcy zatrudniają, a to znaczy, że będą też kupować, m.in. polskie produkty. Polskie firmy, których rynkiem zbytu są Niemcy, mogą liczyć na powiększenia portfela zamówień – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W Polsce najlepiej od 6 lat

O poprawie sytuacji, także na polskim rynku pracy, świadczą dane opublikowane dziś przez Eurostat. Obliczana przez europejskich statystyków lutowa stopa bezrobocia wyniosła 7,8%. Po raz ostatni tak niski wynik odnotowano w Polsce w lutym 2009 r.

– Statystyki Eurostatu sugerują, że stoimy na progu rynku pracownika. W latach 2007-08 to pracownicy dyktowali warunki na rynku pracy, a przedsiębiorcy mieli problemy ze znalezieniem siły roboczej i byli zmuszeni do zdecydowanych podwyżek wynagrodzeń – zauważa Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Warto pamiętać, że Eurostat posługuje się badaniem ankietowym (BAEL), a nie oficjalnymi danymi z urzędów pracy. Bezrobocie rejestrowe wykazywane przez Główny Urząd Statystyczny wyniosło w lutym 12%.

– Obecnie jednak sytuacja na rynku pracy w niczym nie przypomina tej sprzed 8 lat. Płace rosną średnio po ok. 3% rocznie, co przy uwzględnieniu deflacji cenowej, realnie daje całkiem przyzwoity wynik rzędu 4-5%. Niemniej jednak w latach 2007-08 wynagrodzenia wzrastały realnie o  6-8%, a zatrudnienie w sektorze dużych przedsiębiorstw rosło w tempie 5-6%, podczas gdy obecnie o nieco ponad 1%. Oznacza to, że sytuacja pracownika na polskim rynku pracy poprawia się, ale najniższa od 6 lat stopa bezrobocia nie jest tożsama z dyktatem pracowników. Może to i lepiej, ponieważ gwałtowne boomy niemal zawsze kończą się równie ostrym załamaniem, jak w roku 2009 r. – dodaje Kolany.

Poszukujący pracy będą przebierać w ofertach

Rynek pracy ożywa – widać to nie tylko po liczbie ofert zatrudnienia, lecz także większej aktywności osób szukających pracy. I nie chodzi tu jedynie o bezrobotnych. Coraz częściej to osoby już pracujące przeglądają oferty i chcą znaleźć nowe, atrakcyjniejsze zajęcie.

Osoby poszukujące pracy zaczynają mieć decydujący głos na rynku. To dla pracodawców nie lada wyzwanie. „Szukający zatrudnienia nie będą się kierować tylko i wyłącznie wynagrodzeniem. Uwagę skupią również na marce pracodawcy i tym, co faktycznie ona za sobą niesie” – mówi serwisowi infoWire.pl Izabela Bartnicka z Grupy Pracuj.

Pracodawca będzie zmuszony bardziej dbać o swoich obecnych pracowników, jak również o komunikację podczas rekrutacji i to, co kandydaci z niej wynoszą. W wielu firmach z konieczności zmieni się także podejście do zatrudnianych osób. „Kandydaci wymagają od przedsiębiorców transparentności. Nie akceptują sytuacji, kiedy obiecuje się świetne warunki pracy i rozwoju, które później są niespełniane” – stwierdza rozmówczyni.

Zmianie ulegną również trendy dotyczące form zatrudnienia i współpracy między pracodawcą a pracownikiem. Popularniejsze staną się wolne zawody oraz praca na zlecenie. Chętniej będziemy też współpracować z kilkoma firmami, niż decydować się na długoletni związek z jedną.

Analitycy zauważają ponadto, że niektórych specjalistów zaczyna brakować. „Wielu firmom będzie trudniej znaleźć dobrych pracowników. Z takim problemem zmaga się już np. branża IT” – zaznacza Izabela Bartnicka.

Szacunkowe wykonanie budżetu państwa w 2014 r.

W okresie styczeń – grudzień 2014 r. oszacowano:

  • dochody budżetu państwa na kwotę 283.542,7 mln zł,
  • wydatki budżetu państwa na kwotę 312.520,2 mln zł,
  • deficyt budżetu państwa na kwotę 28.977,5 mln zł.

Więcej informacji nt. szacunkowych danych znajduje się w dziale Działalność / Finanse publiczne / Budżet państwa / Wykonanie budżetu państwa / Szacunkowe wykonanie budżetu.

Usprawnienie organizacji Administracji Podatkowej

Od 1 kwietnia 2015 roku Administracja Podatkowa będzie funkcjonowała w innej formule niż dotychczas. Izba skarbowa i podległe jej urzędy skarbowe staną się jedną jednostką budżetową, a dla wszystkich pracowników tej administracji w województwie pracodawcą będzie izba skarbowa. Efektem tych zmian będzie lepsza wydajność, przejrzystość i szybkość działania Administracji Podatkowej oraz skuteczność w zakresie koordynacji realizowanych zadań i poziomu świadczenia usług publicznych. Wchodzące w życie zmiany nie będą miały wpływu na siatkę urzędów skarbowych.
Z dniem 1 kwietnia 2015 r. wejdzie w życie nowelizacja ustawy o urzędach i izbach skarbowych, która wprowadzi zmiany będące odpowiedzią na zmieniające się otoczenie i oczekiwania społeczne, co do funkcjonowania Administracji Podatkowej. Nastąpi połączenie izb i urzędów skarbowych, które odbywać się będzie na poziomie każdego województwa i polegać będzie na konsolidacji zadań pomocniczych wykonywanych dotąd odrębnie przez wszystkie jednostki organizacyjne. Izba skarbowa i podległe jej urzędy skarbowe staną się jedną jednostką budżetową. Zadania dyrektora generalnego oraz kierownika jednostki budżetowej pełnił będzie dyrektor izby skarbowej, natomiast pracodawcą osób zatrudnionych w tak rozumianym urzędzie będzie izba skarbowa.

Dyrektor izby skarbowej będzie odpowiadał za wszystkie zadania zwane procesami pomocniczymi, realizowanymi dotychczas odrębnie przez izby i urzędy w zakresie: obsługi finansowej i kadrowej, zarządzania majątkiem, remontami i inwestycjami, zamówień publicznych, obsługi informatycznej, audytu, kontroli zarządczej, zarządzania jakością, komunikacji oraz informacji prawnie chronionych. Naczelnicy urzędów skarbowych pozostaną organami podatkowymi I instancji i organami egzekucyjnymi, a dyrektorzy izb jak dotychczas organami nadzoru i organami podatkowymi II instancji.

Zmiany nie spowodują likwidacji urzędów skarbowych a pracownicy zadania będą realizować w nowej formule organizacyjnej. Część osób zatrudnionych w komórkach zajmujących się do tej pory zadaniami pomocniczymi (np. rachunkowością budżetową, kadrami, informatyką) będzie wykonywała swoje zadania bezpośrednio w strukturze izb skarbowych. Część z nich rozpocznie realizację innych zadań, takich jak obsługa podatnika, kontrola podatkowa, czy egzekucja administracyjna.

Zmiany te wpłyną pozytywnie na wydajność, przejrzystość i szybkość działania Administracji Podatkowej, a także poprawią skuteczność w zakresie koordynacji realizowanych zadań oraz poziom świadczenia usług publicznych. Pozwolą również lepiej wykorzystać istniejące zasoby kadrowe, co przełoży się na jakość realizowanych zadań związanych z obsługą i wsparciem podatnika, poborem podatków oraz dyscypliny podatkowej, które odgrywają istotną rolę w realizacji podstawowego celu Administracji Podatkowej.

Klienci administracji odczują poprawę pracy urzędów skarbowych w zakresie obsługi podatników poprzez wzrost efektywności ich działania oraz usprawnienie wewnętrznych procesów. Dzięki tym działaniom Administracja Podatkowa będzie głównie koncentrować się na zadaniach podstawowych i lepiej gospodarować powierzonymi środkami publicznymi.

Ruch rozwija usługi udzielania pożyczek i sprzedaży ubezpieczeń w mniejszych miejscowościach. Testuje też format małego sklepu

0

CEO Magazyn Polska

Ruch zamierza rozbudowywać swoją sieć kiosków i oferować w niej nowe usługi. W mniejszych miejscowościach w kiosku można odebrać paczkę, ubezpieczyć samochód lub zaciągnąć pożyczkę. Firma testuje też format małych sklepów, w których oprócz prasy będzie można kupić podstawowe produkty spożywcze.

Sklepy działają pod szyldem Superac. Obecnie w ramach programu pilotażowego Ruch uruchomił ich dziesięć.

– To są sklepy c-storowe [typu convenience – red.], które zgodnie z koncepcją trochę rozszerzają ten asortyment Ruchu o świeże produkty, jedzenie, żywność i podstawowe produkty, których może potrzebować człowiek, kiedy rano idzie do pracy czy wieczorem, kiedy wraca do domu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Stolarczyk, wiceprezes zarządu Ruchu. To jest nasz pilotażowy projekt. Liczby pokazują, że dobrze się rozwija. Będziemy spokojnie rośli, pojawiali się w miejscowościach, gdzie są nowe osiedla, gdzie brakuje kiosku Ruchu, w metrze, gdzie na pewno będzie potrzeba kupienia biletu czy prasy.

Ruch ma dziś w Polsce ponad 2,2 tys kiosków. Obsługuje też 20 tys. placówek, do których codziennie dowozi prasę. Posiadaną sieć sprzedaży Ruch zamierza jednak wykorzystywać nie tylko do handlu, tym bardziej że przyszłość rynku prasy drukowanej jest niepewna. Spółka chce więc też świadczyć usługi finansowe.

Niedawno wprowadziliśmy sprzedaż pożyczek konsumenckich naszym klientom – poinformował podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit Dariusz Stolarczyk. Bardzo dobrze to pracuje. W dużych miastach, jak choćby Warszawa, relatywnie łatwo jest złożyć wniosek o pożyczkę i dostać te pieniądze, jednak w mniejszych miejscowościach nie jest to już tak bardzo dostępna usługa. Klienci cieszą się, że w kiosku Ruchu mogą złożyć podanie o pożyczkę i mogą tę pożyczkę dostać.

Kolejny pomysł spółki na poszerzenie asortymentu oferowanego w kioskach Ruchu związany jest z działalnością ubezpieczeniową. W placówkach sieci można więc kupić polisę na samochód.

To też jest oferta dla mniejszych miejscowości ocenia wiceprezes zarządu Ruch. Osoba, która przychodzi do naszego kiosku, daje dowód rejestracyjny, nasz agent skanuje kod QR, który się na nim znajduje się, i składa klientowi ofertę w postaci konkretnego wydruku, może wtedy pobrać pieniądze i ubezpieczenie zawarte.

Od zeszłego roku Ruch świadczy w swych kioskach również usług kurierskich.

– W ubiegłym roku „Paczka w Ruchu” w ciągu pierwszego kwartału zrobiła taki wolumen, jaki dzisiaj robi w pół dnia – mówi Dariusz Stolarczyk. To pokazuje, jak bardzo rośnie biznes usługowy i jak dużym zaufaniem klientów cieszy się nasza spółka. W przypadku pożyczek to jest już całkiem przyjemna liczba, w przypadku ubezpieczeń też rośniemy.

Rynek obligacji przestaje interesować inwestorów. Na znaczeniu mogą zyskać fundusze nieruchomościowe

CEO Magazyn Polska

Fundusze nieruchomościowe mogą się okazać dobrą alternatywą dla bardzo słabo oprocentowanych obligacji skarbowych. Wobec spadku stóp procentowych towarzystwa inwestycyjne poszukują dla swoich klientów nowych sposobów na pomnażanie pieniędzy. Obok atrakcyjnego, ale ryzykownego rynku akcji brakuje bezpiecznych i jednocześnie atrakcyjnych sposobów inwestowania.

Rentowności 10-letnich obligacji ostatnio niewiele przekraczają 2 proc. W przypadku papierów o krótszym terminie są jeszcze niższe. To sprawia, że dla wielu inwestorów przestały być atrakcyjne. Znacznie lepsze perspektywy ma rynek akcji.

Nasz proces inwestycyjny jest w tej chwili rozdrobniony bardzo mocno, tzn. mamy bardzo dużą dywersyfikację, trudno jest wskazać jedną branżę, dlatego że szukamy dobrych firm mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Korab, doradca inwestycyjny, wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. – Praktycznie w każdej branży jesteśmy w stanie znaleźć firmy, dla których perspektywy wzrostu przychodów, zysków, a co za tym idzie – kursu ich akcji oceniamy jako bardzo dobre, tak naprawdę tych branż jest dużo. To oznacza też dobre prognostyki dla koniunktury giełdowej ogółem.

Rynek akcji jednak jest dość ryzykowny. Wielu inwestorów chętniej widziałoby swoje pieniądze ulokowane w bardziej bezpieczny sposób, choć na wyższy procent niż dają dziś papiery dłużne czy lokaty bankowe. Niestety, inne tradycyjne rynki też nie obiecują wysokich zysków.

Rynki surowcowe raczej nie, bo do tego potrzebne jest ożywienie w Chinach ocenia Tomasz Korab. – Dostajemy kolejne sygnały spowolnienia. Wydaje się, że interesujące mogą być – tu w ogóle rodzi się nowa kategoria lokat – wszystkie fundusze alternatywne inwestujące w nieruchomości, nieruchomości komercyjne. Tak naprawdę my w tej chwili mamy już jeden taki działający fundusz, gdzie inwestorzy mogą liczyć na dość stabilny dochód rzędu 5-6 proc. rocznie.

Takie fundusze inwestują np. w biurowce czy centra handlowe – budynki komercyjne, których właściciele zarabiają na wynajmie powierzchni.

 Taki biurowiec jest portfelem umów długoterminowych, to jest tak naprawdę trochę portfel instrumentów dłużnych opowiada doradca inwestycyjny i wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. – Mamy wieloletnie umowy, gdzie najemcy płacą nam przepływy. To jest jak papier, który przynosi regularny dochód. Na świecie tego typu inwestycje uważane są za dość bezpieczne. Jeśli chodzi o ryzyko pozycjonowane tuż powyżej obligacji skarbowych i ich cel jest głównie taki, żeby przynosić stopę zwrotu dwa razy wyższą od depozytu. Jest to inwestycja o umiarkowanym ryzyku, dość nudna, ale z drugiej strony dość bezpieczna i stabilna.

Fundusze nieruchomościowe mogą się okazać znaczącą konkurencją dla obligacji. W Polsce ten rynek jeszcze praktycznie nie istnieje, jednak w Europie to są wielomiliardowe fundusze, które sporo inwestują. Mało tego, część z tych zagranicznych funduszy inwestuje pieniądze swych klientów także w polskie nieruchomości komercyjne.

Do tej pory, kiedy stopy procentowe były bardzo wysokie, taka stopa zwrotu nie zachęcała do lokowania w takie fundusze podkreśla Tomasz Korab z EQUES Investment TFI. – Obecnie, jeżeli depozyt bankowy spada poniżej 2 proc., to 5-6 proc. w postaci kuponu, w postaci wypłaty dochodu, jest atrakcyjną alternatywą.

PKO BP chce zarabiać m.in. na sprzedaży ubezpieczeń i kredytach hipoteczne. Otworzy oddział we Frankfurcie

CEO Magazyn Polska

PKO BP rusza w kwietniu z nową ofertą kredytów hipotecznych oraz ubezpieczeń. Zamierza też otworzyć oddział zagraniczny we Frankfurcie nad Menem. Oddział banku w jednej z finansowych stolic Europy ma obsługiwać największych klientów korporacyjnych.

– PKO Bank Polaki z dużą starannością przygotowywał się do podążania za naszymi klientami korporacyjnymi, którzy już są poza Polska, tam prowadzą działalność, posiadają spółki, eksportują dużo towarów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego. – Mam nadzieję, że otwarcie oddziału korporacyjnego banku w Niemczech obędzie się w III kwartale tego roku.

PKO BP ma już za sobą fuzję prawną z Nordeą. Obecnie, chce przeprowadzić fuzję operacyjną i realizować wszystkie efekty synergii związane z tym przejęciem. Połączenie systemów zaplanowano na weekend po połowie kwietnia.

Kolejnym elementem, który startuje od kwietnia, jest sprzedaż kredytów hipotecznych produkowanych przez nasz bank hipoteczny zapowiada prezes PKO Bank Polski. Mam nadzieję, że polski parlament do końca czerwca, czyli do przerwy wakacyjnej, uchwali nowelizację ustawy o listach zastawnych. Ta nowelizacja umożliwi nam wyjście na rynek i emisje listów zastawnych opartych o stałą stopę procentową. W ślad za tym możemy oferować kredyty oparte o stałą stopę.

W PKO BP toczy się proces unowocześnienia banku, między innymi w obszarze bankowości detalicznej. Wprowadzany jest model technicznie nazywany omnikanałową sprzedażą i obsługą klienta.

Klienci, którzy korzystają z usług naszego banku, kontaktują się z nami przy pomocy różnych kanałów komunikacji: telefon, internet, telefony komórkowe, czyli bankowość mobilna, i oczywiście wizytują nas w oddziałach czy agencjach banku wyjaśnia Zbigniew Jagiełło.Zależy nam na tym, żeby informacja o ich kontaktach z naszym bankiem była skoncentrowana, żeby było widać, że bank nie jest wielokanałowy, tylko ten kontrakt z klientem jest taki sam w każdym sposobie komunikacji.

W 2014 roku wynik odsetkowy banku wzrósł z 6,6 do 6,95 mld zł, wynik z tytułu opłat i prowizji nieznacznie spadł, utrzymując poziom ponad 2,6 mld zł, a wynik netto obniżył się z 3,23 mld zł w 2013 roku do 3,08 mld zł (dane jednostkowe). Nie wiadomo jednak, czy bank podzieli się zyskiem z akcjonariuszami, gdyż z powodu kredytów frankowych Komisja Nadzoru Finansowego zasugerowała mu wstrzymanie się z wypłatą dywidendy.

W Polsce szybko rośnie grupa zamożnych gospodarstw domowych. W roku 2020 będzie ich już ponad 2 mln

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych pięciu lat prawie potroi się liczba majętnych Polaków. Polska jest w pierwszej dziesiątce krajów z perspektywą najwyższego wzrostu liczby gospodarstw domowych, których majątek wyceniany jest na minimum 400 tysięcy złotych. Dziś jest ich 717 tysięcy, w 2020 roku będzie ponad 2 miliony – wynika opracowanego na zlecenie banku Citi Handlowy raportu Economist Intelligence Unit.

Na świecie, także w Polsce, tworzy się nowa grupa osób bogatych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Olszewska, dyrektor ds. produktu w banku Citi Handlowy. – Jest to grupa określona mianem budujących nowe majątki. Dziś jest już duża grupa takich osób, a do 2020 roku będzie ona znacznie większa. Na całym świecie liczba tych osób wzrośnie o 7 proc.

Dziś grupa ta dysponuje globalnie aktywami wynoszącymi łącznie 88 bln dolarów, a prognozy wskazują, że do 2020 roku ich wartość wzrośnie do 145 bln. Na przestrzeni kolejnej dekady segment ten rosnąć będzie znacznie szybciej od pozostałych segmentów zamożnych klientów.

Gospodarstwa domowe budujące nowe majątki to grupa, która posiada aktywa w wysokości od 400 tys. zł do 8 milionów złotych. W Polsce takich gospodarstw jest ponad 700 tysięcy. Do 2020 roku liczba ta ma wzrosnąć do 2 mln.

Osoby budujące nowe majątki w większości przypadków same do tego doszły. Dla ośmiu spośród 10 gospodarstw domowych ten majątek to wynik ich własnej ciężkiej pracy w ciągu ostatnich 10 lat, a tylko dla 3 proc. to wynik spadku czy wygranej – mówi Joanna Olszewska. – Osoby takie mają optymistyczne podejście do rzeczywistości, uważają, że są kowalami własnego losu. Są to obywatele świata, osoby odpowiedzialne społecznie.

Z badania Economist Intelligence Unit przeprowadzonego na zlecenie Citi wynika, że 97 proc. z nich oddaje część swojego dochodu na cele charytatywne. Ponad połowa często podróżuje po świecie, co najmniej dwa razy w roku. Jedna trzecia wysyła swoje dzieci na uczelnie zagraniczne, a co czwarty posiada konto zagraniczne. Chętnie i sprawnie korzystają także z nowinek technicznych, realizując większość operacji bankowych cyfrowo.

Jednocześnie osoby budujące swoje majątki to grupa dość mocno przekonana o swojej wiedzy, znajomości rynków i przekonaniu co do skuteczności własnych decyzji inwestycyjnych.

W większości przypadków są to osoby inwestujące w pasje, np. w starodawne samochody, sprzęt muzyczny, biżuterię czy sztukę – wymienia dyrektor ds. produktu w Citi Handlowym. – Główny cel inwestycyjny, jaki im przyświeca, to pomnażanie majątku, by pozostawić go najbliższym. Na drugim miejscu jest inwestowanie jako cel sam w sobie, a na trzecim – pokazywanie statusu społecznego.

Ludzie, którzy bogacą się dzięki własnej pracy, za największe zagrożenie postrzegają niestabilność gospodarczą i ekonomiczną. Z drugiej strony największe możliwości pomnażania majątku dają państwa, która taką stabilność stworzyły relatywnie niedawno. W krajach, w których już dzisiaj jest bardzo wysoki poziom zamożności, w ciągu najbliższych lat ten przyrost osób budujących nowe majątki będzie znacznie wolniejszy niż w przypadku gospodarek rozwijających się.

Kraje, które dziś zajmują kluczowe miejsce pod względem tempa przyrostu [grupy zamożnych gospodarstw domowych – red.], to są przede wszystkim azjatyckie tygrysy, a więc Indie, Indonezja, Filipiny, Tajlandia i Wietnam – podkreśla Joanna Olszewska. – Zaraz za nimi, na szóstym miejscu są Węgry, a na siódmym miejscu jest Polska. Węgry i Polska będą miały tempo przyrostu powyżej 19 proc. rok do roku, natomiast tygrysy azjatyckie ponad 40 proc.

USA i Chiny mają najwięcej gospodarstw budujących nowe majątki oraz największy majątek należący do tej grupy. Z pięć lat Chiny zyskają jednak dwukrotną przewagę nad USA pod względem wartości aktywów (53 bln dolarów wobec 27 bln w USA).

W piątce najbogatszych krajów mamy Hongkong i Singapur z największym średnim poziomem bogactwa na jedno gospodarstwo z tej grupy gospodarstw budujących nowe majątki. Jest to ponad 600 tys. dolarów. Kolejne trzy pozycje są zajmowane przez Australię, Kanadę i Stany Zjednoczone z bogactwem średnim na jedno gospodarstwo powyżej 400 tys. dolarów. W Polsce ta wartość to dziś ok. 205 tys. dolarów na jedno gospodarstwo z tej grupy i w ciągu najbliższych pięciu lat wzrośnie ona do około 214 tys. dolarów – wyjaśnia Olszewska.

Reforma urzędów pracy przynosi efekty. Potrzebne będą jednak kolejne zmiany

CEO Magazyn Polska

Urzędy pracy w ciągu kilku miesięcy poradziły sobie z wdrożeniem większości rozwiązań, które zostały przygotowane w ubiegłorocznej nowelizacji ustawy. Dynamiczne zmiany zachodzące na rynku pracy spowodują, że za 3-4 lata potrzebna będzie kolejna reforma. Jak jednak ocenia resort pracy, niezmienne pozostaną dwa elementy: współpraca publicznych i prywatnych służb zatrudnienia oraz rozwijanie zwrotnych instrumentów wsparcia.

– Publiczne służby zatrudnienia zdały egzamin, ponieważ w ciągu kilku zaledwie miesięcy wdrożono większość rozwiązań, które przygotowaliśmy. To, co się dzieje obecnie na rynku, czyli procesy globalizacyjne i nowe technologie cyfrowe, powoduje, że co kilka lat potrzebna jest zmiana. Uruchamiając tę zmianę, mam świadomość tego, że za 3-4 lata będzie trzeba powrócić do tematu i wprowadzić nowe rozwiązania, bo tak szybko zmienia się gospodarka – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która weszła w życie pod koniec maja ubiegłego roku, wprowadziła m.in. specjalne programy aktywizacji osób młodych oraz w grupie 50+, a także profilowanie bezrobotnych. Wdrożono też system premiowania urzędników za osiąganie wyniki. Jak podkreśla Jacek Męcina, wprowadzenie efektywności jako miernika działalności służb publicznych jest jedną z kluczowych zmian na rynku.

Wprowadzone zmiany umożliwiają urzędom na szerszą skalę współpracę z prywatnymi agencjami zatrudnienia, szczególnie przy aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych.

W tych reformach znalazło się kilka rozwiązań ponadczasowych: łączenie tego, co jest publiczne z partnerstwem publiczno-prywatnym, bo uważam, że taki model, który zresztą rozwija się w Stanach Zjednoczonych i wielu krajach europejskich, jest bardzo przyszłościowy. Tam tworzone są centra wsparcia, które mogą być realizowane czy to publicznie, czy to publiczno-społecznie we współpracy z organizacjami pozarządowymi, czy to publiczno-prywatnie na zasadach efektywności rynkowej – wyjaśnia wiceminister pracy i polityki społecznej.

Drugim ponadczasowym elementem zmian jest zastępowanie dotacji odnawialnymi instrumentami wsparcia. Zdaniem Męciny wspieranie przedsiębiorczości pożyczkami, a nie bezzwrotnymi dotacjami, jest znacznie skuteczniejsze.

Niech one będą maksymalnie preferencyjne, takie jak pożyczki dla młodych w ramach programu Wsparcie w Starcie, ale jednak niech ciąży na nas zobowiązanie do zwrotu tych środków. One wtedy będą pracować trwale. To, co tobie pozwoli stanąć na nogi i zbudować własny biznes, za chwilę wróci na rynek i będzie mogło służyć komuś innemu. O takich instrumentach musimy myśleć i jestem przekonany, że one przetrwają – mówi Jacek Męcina.

100 proc. firm i instytucji oraz 95 proc. mieszkańców Mazowsza zyska w tym roku dostęp do internetu. To szansa na przyspieszenie rozwoju regionu

CEO Magazyn Polska

Do końca 2015 roku 100 proc. firm i instytucji publicznych oraz 95 proc. mieszkańców Mazowsza zyska dostęp do szybkiego internetu. Rozbudowa sieci szkieletowej i światłowodów w ramach dofinansowanego z UE programu Internet dla Mazowsza to szansa na przyspieszenie rozwoju gospodarczego regionu, przede wszystkim jego mniej zurbanizowanych części.

Musimy zamknąć do końca tego roku realizację największego w tej części Europy projektu Internet dla Mazowsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Struzik marszałek województwa mazowieckiego. – To jest budowanie sieci szkieletowej i prawie 3 tys. km światłowodów, ale też punktów dostępu na końcówkach tych światłowodów.

Pod koniec tego roku 100 proc. mazowieckich firm i instytucji publicznych ma mieć dostęp do internetu. W zasięgu będzie też 95 proc. populacji województwa.

– Oczywiście, przed nami wielkie wyzwanie budowy tzw. ostatniej mili, czyli dojścia do odbiorcy końcowego. Następny krok to już faktyczny dostęp dla każdego, kto będzie w internecie mógł pracować, za pomocą internetu handlować, świadczyć usługi, zdobywać informacje, uczyć się, więc wszystko to, co przez internet można zrealizować – wyjaśnia Struzik.

Projekt Internet Dla Mazowsza zakłada wybudowanie światłowodowej sieci szkieletowo-dystrybucyjnej. Powstaje ponad 3,6 tys. km sieci światłowodowej, 42 węzły szkieletowe, cztery węzły techniczne i 308 węzłów dystrybucyjnych. Tak wielki projekt realizowany jest dzięki wsparciu z budżetu Unii Europejskiej w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego. Jego wartość to blisko pół miliarda złotych, a dotacja z UE wynosi ok. 340 mln zł. To właśnie rozliczenie unijnych środków powoduje, że projekt musi zakończyć się w tym roku.

Partnerem województwa w projekcie jest polsko-koreańskie konsorcjum firm KT Corporation. Jak podkreśla Struzik, współpraca administracji z wykonawcą jest wielokierunkowa. Inną rolę odgrywa samorząd województwa, który jest zamawiającym, inna jest funkcja samorządów gminnych, które muszą ułatwić budowę światłowodów, a jeszcze inna administracji samorządowej na poziomie powiatu wydającego pozwolenia na budowę. W ocenie marszałka cały proces przebiega bez większych zakłóceń.

Przedstawiciele władz we wszystkich kategoriach samorządu rozumieją, że to jest wielkie wyzwanie i wielka szansa na sukces – zaznacza marszałek województwa. – Chociaż, oczywiście, czasami zdarzają się tacy wójtowie, którzy chytrze podchodzą do sprawy i chcieliby wycisnąć ile się da, myśląc o swoich dochodach. Zachęcam jednak do myślenia, co będzie w później. Czasami doraźne dochody można zmniejszyć znacząco po to, żeby w przyszłości móc więcej zarabiać, np. na podatkach od dobrze rozwijających się firm na terenie gmin.

Marszałek podkreśla, że budowa sieci może przyspieszyć rozwój gospodarczy regionu. Wymaga to jednak równoległej budowy kompetencji cyfrowych społeczeństwa. Inwestycje w tym zakresie ułatwi nowa perspektywa unijna. Sam program operacyjny Polska Cyfrowa opiewa na kwotę ponad 2 mld euro. Razem z wymaganym wkładem krajowym daje to ponad 10 mld zł na cyfryzację kraju.

Nowa perspektywa z jednej strony oznacza kontynuację rozwoju sieci, zwłaszcza nowej generacji, czyli bardzo szybkiego internetu, z drugiej strony – nowe formy wsparcia dla przedsiębiorców i innych beneficjentów. Myślę o wszystkich programach operacyjnych, regionalnych i krajowych, bo każdy z nich zawiera duży komponent wsparcia dla rozwoju rynku cyfrowego i informatyzacji – mówi Adam Struzik.

Niemiecka płaca minimalna nie musi zaszkodzić polskiemu transportowi. Wszystko zależy od interpretacji przepisów

CEO Magazyn Polska

Wbrew powszechnym obawom wprowadzenie płacy minimalnej w Niemczech nie musi uderzyć w polską branżę transportową. Od 1 stycznia polscy spedytorzy, zgodnie z interpretacją Niemców, powinni płacić kierowcom co najmniej 8,50 euro za każdą godzinę jazdy w tym kraju. Przepisy są jednak niejasne i nie wiadomo, co wliczać do wynagrodzenia. Jeśli obejmie ono diety i ryczałt za nocleg, to może się okazać, że wzrost kosztów dla firm transportowych będzie niewielki.

Z powodu ustawy niemieckiej zmienia się w pewien sposób otoczenie biznesowe na rynku transportowym. Do tego muszą się dostosować firmy. Teoretycznie łatwo to policzyć: liczba godzin pracy razy 8,5 euro, odjąć to, co płacimy kierowcy w Polsce. To jest dopłata, ale tylko teoretycznie. Jeżeli zagłębimy się w szczegóły,  to widać tu możliwe elementy, które mogą być korzystne dla branży – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Wszystko zależy od sposobu zdefiniowania składników obliczanej płacy, czyli określenia definicji wynagrodzenia.

‒ Związane z tym problemy dla polskiego przewoźnika są poważne: czy w ogóle płacić, jeśli tak, to jak płacić, jeśli płacić, to co wchodzi w stawkę minimalną i na końcu, jak bardzo to podniesie koszty pracy w przemyśle transportowym w Polsce – wylicza Najman.

Jeśli stosowana będzie szeroka definicja wynagrodzenia, do którego zaliczy się m.in. koszty diet i ryczałt za noclegi służbowe, koszty polskiej branży transportowej w związku z niemieckimi przepisami wzrosną bardzo nieznacznie albo w ogóle.

Najman podkreśla bowiem, że poza wynagrodzeniem już teraz polscy pracodawcy muszą płacić dodatkowe stawki kierowcom wykonującym przewozy zagraniczne. Dieta dla kierowcy wynosi dziennie 30 zł (czyli nieco ponad 7 euro), a ryczałt za nocleg, zgodnie z rozporządzeniem ministra pracy i polityki społecznej, wynosi u naszych zachodnich sąsiadów 37,50 euro. Jak zauważa Najman, po podliczeniu tego okazuje się, że już teraz polskie firmy transportowe zwracają kierowcom koszty w wysokości ok. 42 euro za dzień, a po doliczeniu wynagrodzenia całkowite wynagrodzenie rośnie do ok. 50 euro.

Jest to potwierdzone również przez stronę niemiecką, przez służbę celną niemiecką, że możemy doliczyć kwestie związane ze zwrotem kosztów za podróż służbową kierowców – podkreśla Najman. ‒ Dopłaty mogą być bardzo niewielkie albo nawet w ogóle ich może nie być. Wszystko zależy od liczby godzin spędzonych w Niemczech na dzień roboczy.

Po uwzględnieniu tylko tych dwóch dodatkowych kosztów w przeliczeniu na godzinę wynagrodzenie dla kierowcy wzrasta o niemal 3 euro. Najman zwraca uwagę na to, że rozliczenia będą musiały być niezwykle precyzyjne.

Nie jest tak, że płacimy od wjazdu kierowcy na terytorium Niemiec do wyjazdu kierowcy z terytorium Niemiec. Najpierw trzeba określić dokładne godziny, ile on faktycznie pracował w tym przedziale czasowym. W tym pomogą zapisy z urządzeń rejestracyjnych, czyli tachografom – tłumaczy prezes OCRK.

Przepisy dotyczące płacy minimalnej dla pracowników wykonujących pracę w Niemczech weszły w życie 1 stycznia br. Wcześniej nasi zachodni sąsiedzi nie określali ustawowo najniższego wynagrodzenia. Zgodnie z ustawą płaca w tym kraju musi wynieść minimum 8,50 euro brutto za godzinę. Zgodnie z niemiecką interpretacją tych przepisów ustawa obejmuje również osoby wykonujące pracę dla zagranicznych pracodawców, ale na terenie Niemiec, tak jak w przypadku kierowców.

Taka interpretacja została zakwestionowana przez firmy transportowe, a po interwencji polskiego rządu Berlin zdecydował się na zawieszenie stosowania płacy minimalnej do czasu wyjaśnienia problemu przez UE.

Najman podkreśla, że nowe niemieckie regulacje wynikają z unijnej dyrektywy już z 1996 r.

‒ Ta dyrektywa nakłada na państwa członkowskie możliwość wprowadzenia stawek minimalnych nie tylko dla własnych pracowników, lecz także dla osób wykonujących pracę w danym państwie członkowskim. To, czy rząd niemiecki mógł to zrobić, rozstrzygnie Komisja Europejska, bo tam jest bardzo dużo niejasności – tłumaczy Najman.

Niejasności dotyczą m.in. tego, że według unijnego prawa płaca minimalna może zostać wprowadzona tylko dla osób zatrudnianych przed podmioty z danego kraju. Taka sytuacja miałaby miejsce np. wtedy, gdy polskich kierowców zatrudnialiby niemieccy przewoźnicy. Nie jest jednak jasne, czy dyrektywa umożliwia objęcie niemiecką płacą minimalną również kierowców zatrudnionych przez polskie firmy.

II linia metra zmieni rynek nieruchomości biurowych w Warszawie. Przybędzie biurowców na Woli

CEO Magazyn Polska

Uruchomienie drugiej linii metra w Warszawie spowoduje zmiany na rynku nieruchomości w stolicy. Zmiany widać szczególnie w segmencie nieruchomości biurowych. Nowe inwestycje będą powstawać w okolicy stacji Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego. Pierwszy adres jest bardziej prestiżowy, ale to w tej drugiej lokalizacji ceny będą bardziej przystępne dla najemców.

Najbardziej zyskają okolice stacji Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego, czyli rejony Woli, ponieważ jest tam jeszcze dużo niezagospodarowanych nieruchomości, dużo gruntów poprzemysłowych, które czekają na nową zabudowę. W centrum miasta i na Pradze tych inwestycji również przybędzie, ale będzie ich mniej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Łukasz Jędrychowski, ekspert ds. nieruchomości komercyjnych w Nuvalu Polska.

Druga linia warszawskiego metra ruszyła 8 marca. Ma ponad 6 km długości i łącznie siedem stacji, w tym jedną przesiadkową z pierwszą linią metra. Dzięki zakończeniu inwestycji podziemna kolejka zaczęła kursować na praski brzeg Wisły. Jak jednak zwraca uwagę Jędrychowski, pod względem rynku nieruchomości na Pradze nie zajdą duże zmiany. Zabudowa w pobliżu dwóch prawobrzeżnych stacji metra jest bowiem na tyle gęsta, że nie da się tam przeprowadzić dużych nowych inwestycji, podobnie jest w centrum miasta. Natomiast dwie skrajne stacje na Woli to doskonała lokalizacja dla nowych biurowców.

Mamy tam duże nieruchomości, które pozwalają stworzyć zarówno parki biznesowe, jaki i jeszcze większe inwestycje – wyjaśnia Jędrychowski. ‒ Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego dzieli wprawdzie tylko jedna stacja, ale ta pierwsza lokalizacja jest bardzo prestiżowym adresem, a ceny należą do najwyższych w mieście. Rondo Daszyńskiego natomiast to rejony, które możemy traktować jako obrzeża centrum i tam stawki są już dużo niższe.

Przy Rondzie Daszyńskiego czynsze kształtują się obecnie na poziomie od 14 do 19 euro za metr kwadratowy powierzchni biurowej – dodaje Jędrychowski. Różnice wynikają przede wszystkim z wieku biurowca – w nowo powstających obiektach będą najwyższe. To jednak  tak mniej niż w centrum miasta. Jak wynika z opublikowanego w lutym br. raportu firmy Savills, czynsze w biurowcach położonych w samym sercu Warszawy wynoszą 22-23 euro za mkw.

Jędrychowski podkreśla, że wpływ drugiej linii metra na rynek nieruchomości przypomina efekty uruchomienia pierwszej linii. Wywarła ona wpływ zarówno na rynek nieruchomości biurowych, jak i mieszkaniowych.

Jest to duży katalizator zmian w całym mieście, a także powód zwiększonego zainteresowania danym rejonem miasta. Na rynku mieszkaniowym widać, że ceny nieruchomości rosną tam, gdzie jest metro. Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku biur, z tym że jest to trochę wolniejszy proces, bo biurowców jest zdecydowanie mniej niż mieszkań – wyjaśnia Jędrychowski.

Dynamiczny rozwój polskiego rynku medycyny estetycznej. Wzrost w skali roku wynosi 15 proc.

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z zabiegów medycyny estetycznej. W klinikach chirurgii plastycznej i dermatologii estetycznej rocznie wydają blisko miliard złotych. W 2014 roku polski rynek medycyny estetycznej zanotował 15-proc. wzrost. Eksperci szacują, że w tym roku dynamika ta może wynieść nawet 20 proc.

Rok 2014 był okresem dynamicznego rozwoju rynku medycyny estetycznej na całym świecie. Nieznaczne spowolnienie eksperci zanotowali jedynie na południu Europy. Z danych firmy Lea Futur wynika, że najlepiej radził sobie rynek azjatycki – tam wzrost wyniósł 12 proc. w skali roku. Jeszcze szybszy rozwój miał miejsce w Polsce – rodzimy rynek zanotował 15-proc. wzrost, a jego wartość szacowana jest obecnie na ponad miliard złotych. Eksperci zaznaczają jednak, że tak szybkie przyspieszenie wynika z faktu, że w Polsce rynek ten wciąż jest słabo rozwinięty w porównaniu do rynków Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych.

We wszystkich obszarach właściwie co roku mamy wzrost przychodów wynikający z tego, że rynek też rośnie. Medycyna estetyczna, wellness, sport, produkty beauty – te wszystkie kategorie rosną w Polsce i na świecie. W Polsce wzrost ten sięga od 9 do 20 proc. w zależności od segmentu i kategorii produktów, na świecie także sięga od kilku do kilkunastu procent w zależności od rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP. – My gonimy kraje rozwinięte bardzo szybko i ten większy wzrost w Polsce jest spowodowany tym, że mamy jeszcze kilka lat do nadgonienia.

Jednym z najszybciej rozwijających się segmentów medycyny estetycznej jest chirurgia plastyczna. Według raportu firmy badawczej PMR w 2013 roku Polacy wydali na operacje plastyczne 200 mln złotych. Do najpopularniejszych zabiegów w tym segmencie należy powiększanie piersi, korekta nosa oraz lifting twarzy. Równie dużą popularnością cieszyły się zabiegi mniej inwazyjne, wykonywane w gabinetach dermatologów estetycznych, m.in. zabiegi z wykorzystaniem toksyny botulinowej i wypełniaczy. Zdaniem ekspertów w tym roku wartość polskiego rynku medycyny estetycznej ponownie wzrośnie, nawet o 15-20 proc.

ITP jest jednym z liderów na polskim rynku medycyny estetycznej. Firma powstała w 2007 roku, a od 2011 roku skupia swoją działalność na branży medycyny i medycyny estetycznej. W 2013 roku poszerzyła swoją ofertę o segment wellness – jest jedynym przedstawicielem w Polsce włoskiej marki Technogym, dostarczającej produkty do siłowni, klubów fitness i szpitali. Do klientów ITP należą właściciele klinik medycyny estetycznej, lekarze, szpitale, hotele, obiekty sportowe, placówki medyczne, a także szkoły wyższe i użytkownicy indywidualni.

Posiadamy około 40 proc. udziałów w sprzedaży produktów do medycyny estetycznej, głównie są to urządzenia, lasery medyczne, platformy medyczne. Sektor wellness jest ogromny, a Technogym jest jedną z trzech wiodących marek na rynku polskim. W zakresie sprzedaży produktów i wypełniaczy dopiero od roku rozwijamy tę działalność. Dziś sprzedajemy produkty w Polsce oraz 17 krajach na całym świecie – mówi Dominik Śliwowski.

ITP chce zwiększyć sprzedaż produktów z kategorii wellness, głównie poprzez wprowadzanie na polski rynek innowacyjnych marek. Jak wskazuje Śliwowski, dla polskich firm z tej branży rynki zagraniczne są bardzo perspektywiczne. W 2015 roku ITP zamierza podwoić zyski z zagranicy.

W eksporcie naszych produktów wciąż jesteśmy na początku drogi. Dlatego szukamy partnera, który pomoże nam bardziej dynamicznie rozwijać się na rynkach zagranicznych. Potencjał rynku jest ogromny: działa na nim zarówno wiele dużych koncernów, jak i mniejszych firm z bardzo ciekawymi produktami. Nasze produkty charakteryzują się tym, że są bardzo innowacyjne lub trafiają w nisze rynkowe. W tym upatrujemy ich sukcesu – mówi członek zarządu ITP.

Alumetal stawia na Europę Środkowo-Wschodnią. Region ten staje się centrum produkcji samochodów

0

CEO Magazyn Polska

Nowe inwestycje branży motoryzacyjnej w Europie Środkowo-Wschodniej to szansa dla Alumetalu. Spółka sprzedaje stopy aluminiowe przede wszystkim temu segmentowi i chce skorzystać na rosnącej produkcji aut w naszej części Europy. Produkcja samochodów w tym roku ma wzrosnąć w Europie o 2-3 proc.

Szczególnie bliskie są nam kraje Europy Środkowo-Wschodniej, czyli – oprócz Polski – Czechy, Słowacja, Węgry oraz Niemcy – największy producent samochodów w Europie. Ten rynek wygląda całkiem dobrze. W zeszłym roku sprzedaż samochodów w Unii Europejskiej wzrosła o 5,9 proc., a produkcja samochodów o 4,5 proc. Szacujemy, że wzrost w tym roku będzie minimum 2-3-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Szymon Adamczyk, prezes zarządu i dyrektor zarządzający spółki Alumetal.

Alumetal w ubiegłym roku zanotował rekordową sprzedaż wtórnych aluminiowych stopów odlewniczych na poziomie 156 tys. ton. To właśnie odbicie w branży motoryzacyjnej spowodowało wzrost sprzedaży, a tym samym rekordowe skonsolidowane przychody na poziomie ponad 1,2 mld zł.

Zdaniem Adamczyka po spowolnieniu pod koniec 2012 r. i w pierwszej połowie 2013 r. obecnie koniunktura się poprawia. Portfel zamówień spółki jest już zapełniony do końca drugiego kwartału br., co jest dobrym wynikiem, bo jak zauważa Adamczyk, Alumetal działa w oparciu o kontrakty kwartalne, a nie długoterminowe.

Impulsem do dalszego zwiększania sprzedaży w regionie mogą być nowe inwestycje branży automotive w Polsce i krajach ościennych.

– Tutaj przenosi się cała motoryzacja. Chcemy mieć pozycję numer jeden w całej Europie, naturalnie też w tym regionie. Wiele inwestycji było realizowanych w ostatnich latach. Volkswagen wybudował w Polkowicach kolejną linię produkcji silników. W 2016 roku zakończy budowę fabryki Craftera we Wrześni. Takie inwestycje mają miejsce także w Rumunii, gdzie Daimler zainwestuje 300 mln euro w produkcję skrzyń biegów – mówi Adamczyk.

Alumetal zakłada, że będzie nr 1 w Europie do 2018 roku ze sprzedażą na poziomie 210 tys. ton i 7,5-proc. udziałem w rynku.

Dla spółki koniunktura na rynku ma większe znaczenie niż same ceny surowców. Te co prawda stanowią 85-90 proc. kosztów Alumetalu, a główny surowiec, czyli aluminium, na londyńskiej giełdzie surowców potaniał od końca sierpnia 2014 r. o ponad 20 proc. Dla spółki dużo ważniejszy jest jednak poziom marży.

Chociaż spółka mocno stawia na eksport, to Alumetal nie jest obecny na rynkach wschodnich. Dlatego napięta sytuacja polityczna oraz kryzys gospodarczy na Ukrainie i w Rosji nie mają żadnego przełożenia na wyniki i sprzedaż Alumetalu.

E-sklepy przeżywają przedświąteczne oblężenie. Kilkukrotnie rośnie sprzedaż chrzanu, białej kiełbasy i majonezu

CEO Magazyn Polska

Przygotowania do Wielkanocy to okres żniw dla sklepów internetowych. Zwiększona liczba zamówień notowana jest od poniedziałku. Statystyczny koszyk jest o kilkanaście procent większy niż w poprzednich miesiącach. Dominują w nim tradycyjne świąteczne produkty, jak jajka, chrzan, majonez oraz nowalijki.

Szczyt zakupowy przypada na tydzień bezpośrednio poprzedzający święta – mówi agencji informacyjnej Newseria Urszula Nowicka, dyrektor działu zakupów i trade marketingu Frisco.pl. – Najwięcej zamówień odnotowujemy w poniedziałek rozpoczynający Wielki Tydzień i ta tendencja utrzymuje się do Wielkiego Czwartku włącznie, aczkolwiek cały miesiąc jest już dość intensywny.

W okresach przedświątecznych klienci szczególnie cenią sobie wygodę oraz oszczędność czasu i nerwów, co dają im zakupy online. Ogólnie liczba internetowych zamówień spożywczych w miesiącu wielkanocnym rośnie o ponad 12 proc. w porównaniu ze średnią z poprzednich trzech miesięcy. Co więcej, w stosunku do miesiąca świątecznego rok wcześniej takich zamówień było w roku 2014 aż o 35 proc.

Przed Wielkanocą Polacy kupują w internecie głównie to, co ma się później znaleźć na ich świątecznym stole. Średni koszyk zakupów w stosunku do średniej z poprzednich miesięcy rośnie w tym czasie o kilkanaście procent.

Odnotowujemy duży wzrost również rok do roku. Klienci w okresie przedświątecznym kupują szczególnie dużo owoców i warzyw, w tym nowalijek, na które już od dłuższego czasu czekają – informuje Urszula Nowicka. – Dodają do koszyków produkty typowo świąteczne, takie jak chrzan, biała kiełbasa, barszcz biały. Rośnie sprzedaż jaj, majonezu i szczypiorku.

Z typowo wielkanocnych artykułów największy wzrost sprzedaży w miesiącu świątecznym notuje chrzan – o 351 proc., porównując z poprzednim miesiącem. O 161 proc. wzrosły zakupy barszczu białego, a o 158 proc. – białej kiełbasy. Podwoiła się też sprzedaż rzodkiewki oraz majonezu.

W przedświątecznym tygodniu o jedną trzecią rośnie zakupu jajek. Z raportu Frisco.pl wynika, że są to głównie droższe jaja, tzw. zerówki.

Większość Polaków chciałaby mieszkać w wolnostojącym domu średniej wielkości. Nie chcą wynajmować, tylko kupić na własność

CEO Magazyn Polska

Ponad 60 proc. Polaków przyznaje, że marzy o tym, by mieszkać w wolnostojącym domu o powierzchni od 100 do 150 mkw. z ogrodem – wynika z badania przeprowadzonego przez Westwing Home & Living. Niewiele osób wskazuje na lokum w zabudowie bliźniaczej czy szeregowej.  Zainteresowaniem nie cieszą się również duże domy, o powierzchni ponad 200 mkw. Podjęciu decyzji o zakupie domu sprzyjają coraz wyższe pensje i tańsze kredyty hipoteczne.

Ponad 60 proc. ankietowanych chciałoby mieszkać w domu z ogrodem. Duża grupa respondentów wybrała też mieszkanie w nowym budownictwie, zlokalizowane na osiedlu. Bardzo mało osób wskazało na dom bliźniak czy w zabudowie szeregowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Suchodolska, dyrektor ds. stylu w firmie Westwing.

Dom w zabudowie szeregowej wskazało zaledwie 3 proc. ankietowanych, a w zabudowie zabudowie bliźniaczej – 2 proc. Z kolei mieszkanie w lofcie chciałoby mieć 13 proc. respondentów, w apartamentowcu – 10 proc., a w kamienicy – 12 proc. W badaniu przeprowadzonym przez Westwing Home & Living Polacy zostali także zapytani o preferowaną wielkość mieszkania lub domu.

Wymarzona powierzchnia to od 100 do 150 mkw. Część ankietowanych odpowiedziała, że chciałaby mieć dom ciut większy lub ciut mniejszy. Znacznie mniej ankietowanych wskazywało na metraż wyższy niż 200 mkw., czyli nie chcemy mieszkać w tak dużych domach, niewielu ankietowanych wskazywało też na powierzchnię od 60 do 80 mkw. To są z reguły mieszkania, w jakich mieszkamy – tłumaczy Marta Suchodolska.

Z badań wynika, że 53 proc. Polaków mieszka w dwu- lub trzypokojowych mieszkaniach, a 16 proc. ankietowanych ma do dyspozycji cztery pokoje. Z kolei trzech na dziesięciu respondentów mieszka we wnętrzu składającym się z pięciu lub większej liczby pomieszczeń.

Ankietowani podkreślają, że jeżeli tylko jest taka możliwość decydują się na zakup domu lub mieszkania na własność. Takim decyzjom sprzyjają rosnące wynagrodzenia, stosunkowo niskie ceny nieruchomości, tanie kredyty oraz przeciętnie niższa stawka za metr kwadratowy przy wyższym metrażu.

Nie chcemy wynajmować czy zmieniać mieszkań co jakiś czas. Chcemy mieć jedno miejsce, nasz dom, naszą twierdzę, które daje nam poczucie bezpieczeństwa – mówi Marta Suchodolska.

Z badań wynika, że Polacy chcą mieszkać nie tylko wygodnie i praktycznie, lecz także pięknie. Planując wnętrza swojego domu, coraz częściej poszukują inspiracji w programach telewizyjnych, na portalach internetowych i w magazynach branżowych. W związku z tym decyzje w zakresie wyboru mebli i dodatków dekoracyjnych są coraz bardziej przemyślane.

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przed nami rok fuzji i przejęć

Jeszcze nigdy w historii przedsiębiorstwa nie dysponowały tak dużymi zasobami gotówki. Gromadziły je od czasów kryzysu w 2008 roku. „Firmy siedzą na pieniądzach; dlatego w najbliższym czasie spodziewamy się znacznego ożywienia na rynku fuzji i przejęć” – mówi David Rebbettes, CEO BCMS Corporate, wiodącej firmy doradczej na rynku fuzji i przejęć w sektorzemałych i średnich przedsiębiorstw.

1. Jak ocenia Pan polski rynek fuzji i przejęć w sektorze MŚP? Czy polskie firmy są aktywnymi kupującymi? Czy raczej stanowią interesujący przedmiot zakupów przedsiębiorstw z zagranicy?
David Rebbettes, CEO BCMS Corporate: Od 2008 roku w Polsce panował trudny czas dla fuzji i przejęć; ale w ostatnich trzech kwartałach obserwuję znaczący wzrost – cytując Warsaw Business Journal: „rynek fuzji i przejęć szykuje się do startu w 2014 roku”. Polskie firmy są coraz bardziej aktywnymi kupującymi, w szczególności w obszarze bankowości, opieki zdrowotnej, telekomunikacji i FMCG, który to sektor przoduje w statystykach. Wzrost gospodarczy Polski wciąż pozostaje silny w zestawieniu z krajami Unii Europejskiej, a gospodarka jest zdrowo zdywersyfikowana. W zakresie fuzji i przejęć Polska jest notowana tuż za Turcją, na wiodących pozycjach w całym regionie Europy Centralnej i Południowo-Wschodniej. Ten wzrost i relatywne ożywienie oznacza, że Polska i polskie firmy są stale w orbicie zainteresowań zagranicznych nabywców.

2. Czym różni się sprzedaż firmy z sektora MŚP od fuzji i przejęć w sektorze globalnych korporacji?
David Rebbettes: Jest bardzo niewielka różnica w sprzedaży firmy z sektora MŚP i większych przedsiębiorstw.
Jednak brak „masy krytycznej” w małych firmach powoduje, że zainteresowanie po stronie nabywców jest mniejsze. Dlatego żeby zrównoważyć stosunkowo niewielkie zainteresowanie potencjalnych nabywców małymi firmami, należy szukać nabywców bardzo szeroko. Tak właśnie robimy w BCMS: zazwyczaj kontaktujemy się z 200 potencjalnymi nabywcami – a bywa, że z jeszcze większą ich liczbą.

3. Dlaczego sprzedaż firmy to taki długi – często kilkuletni – proces?
David Rebbettes: Jeśli przyjmuje się pasywne podejście do sprzedaży firmy, czyli czeka się na pojawienie potencjalnego nabywcy, to cały proces może trwać latami. Brak wyboru pomiędzy nabywcami powoduje, że jeśli transakcja się nie powiedzie, trzeba zacząć poszukiwania od nowa. W BCMS uważamy, że istotne jest inne podejście: znalezienie jak największej liczby potencjalnych nabywców. Dzięki temu właściciel sprzedawanej firmy ma wybór – zawsze staramy się mieć w zanadrzu jakąś alternatywę. To pozwala na osiągnięcie średniego czasu transakcji sprzedaży firmy na poziomie 12 miesięcy.

4. Czy Pana zdaniem w tym roku możemy się spodziewać większej liczby zmian właścicielskich niż w ostatnich latach? Z czego to wynika?
David Rebbettes: Moim zdaniem wzrost liczby zmian właścicielskich jest pewny. Jeden z głównych powodów to zasoby gotówki w bilansach firm na całym świecie – nigdy nie były większe. Firmy gromadziły je od 2008 roku. Nie można siedzieć na pieniądzach – zamiast tego firmy powinny użyć ich w biznesie lub zwrócić akcjonariuszom. Europejskie zasoby gotówki są wyższe niż kiedykolwiek wcześniej w historii, Japonia ma 60% więcej gotówki w bilansach niż kiedykolwiek wcześniej, Ameryka Północna – 30% więcej. Ponadto perspektywy wzrostu gospodarczego w wielu krajach świata są w tej chwili najlepsze od czasu kryzysu 2008 roku. Wszystko to napędza akwizycje. Cytując wypowiedź Juliet Samuel z „Times’a”: „Zakłopotanie wynikające z bogactwa może być czynnikiem pobudzającym fuzje i przejęcia przedsiębiorstw.”

Rekordowy rok w budownictwie mieszkaniowym

2014 r. był dla polskich deweloperów bardzo udany. Sprzedano ok. 70 tys. mieszkań. Tymczasem deficyt mieszkaniowy ciągle jest duży. Szacuje się go na 0,7–2 mln lokali. Są więc nadzieje, że rok 2015 będzie co najmniej tak dobry jak poprzedni.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy aż 43 tys. mieszkań zostało sprzedanych w sześciu największych miastach Polski. Popularnością cieszą się obecnie przede wszystkim lokale małe – o powierzchni 45–55 m2 – maksymalnie dwu-, trzypokojowe. Co ciekawe, jeśli mamy do wyboru dwa mieszkania o tym samym metrażu, chętniej kupujemy to z większa liczbą pokojów – jest to zmiana w porównaniu do sytuacji jeszcze sprzed kilku lat.

Jeżeli chodzi o rok 2015 na rynku budownictwa mieszkaniowego, prognozy są zadowalające. „Wydaje się, że będziemy budować co najmniej tyle samo, co w roku ubiegłym […]. Będzie nadal w czym wybierać […]. Nie ma takiego ryzyka, że popyt będzie rósł szybciej niż podaż” – mówi serwisowi infoWire.pl dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich Konrad Płochocki. Zapotrzebowanie na mieszkania raczej wyraźnie nie wzrośnie – przypuszczalnie utrzyma się na podobnym poziomie co w roku 2014.

Deweloperzy muszą mieć świadomość tego, że wraz z nowym rokiem pojawiły się nowe problemy. „Wielką niewiadomą pozostaje sytuacja na rynku kredytowym, który jest bardzo ważny dla sprzedaży mieszkań. Natomiast wydaje się, że dalej będą spadały stopy procentowe, co powinno pomagać nabywcom mieszkań w zdobyciu finansowania” – zauważa ekspert. Dużym niebezpieczeństwem dla branży jest też pomysł Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, aby zlikwidować otwarte rachunki powiernicze. Zdaniem rozmówcy doprowadzi to do zamknięcia większości małych i średnich firm deweloperskich, a co za tym idzie – do ograniczenia konkurencji i zwiększenia cen mieszkań.

Investors TFI: Małe spółki są atrakcyjne ze względu na niezależność od polityki i potencjał relatywnie wyższego zwrotu z inwestycji. Klienci TFI przerzucają środki z obligacji na akcje

CEO Magazyn Polska

Małe spółki są szansą dla inwestorów. Według zarządzającego funduszami akcji w Investors TFI Macieja Chudzika nadchodzi dobry czas dla małych spółek, które mogą zapewnić stosunkowo duży zwrot z inwestycji. Ważne jest także to, że firmy te prowadzone są przez specjalistów, a nie upolitycznione zarządy. Coraz więcej inwestorów przyciągają też fundusze zagraniczne, bo europejskie spółki korzystają na słabym euro.

W przypadku otwartego funduszu akcji nasza recepta sprowadza się do stworzenia wyselekcjonowanego portfela oraz w miarę pełnej alokacji – informuje agencję Newseria Inwestor Maciej Chudzik, zarządzający funduszami Investors TFI. – Klient, który kupuje nasz fundusz, będzie wiedział, jaki udział portfela zajmą tego rodzaju walory. Od nas otrzyma gwarancję, że będziemy dążyć do pełnej alokacji, tak aby ewentualne okresy hossy były optymalnie wykorzystywane.

Od początku roku zarządzany przez Macieja Chudzika fundusz Investor Akcji FIO zyskał 13 proc. W tym czasie WIG20 zyskał niespełna 3,5 proc., mWIG40 – 7 proc., a sWIG80 – 11 proc. Dokonywana przez zarządzającego selekcja polega na dobrze spółek, które mają mocne fundamenty. Liczą się perspektywy rozwoju przedsiębiorstwa, nowe, innowacyjne produkty, rynek, do którego docierają, unikatowy produkt, doświadczenie kadry zarządzającej i możliwości ewentualnej sprzedaży firmy w przyszłości.

Dobierając spółki, szukamy czegoś, co ma dobry produkt, inny niż konkurencja albo sprzedawany w nowy, innowacyjny sposób – potwierdza Chudzik. – Ważny jest zarząd, który ma długookresową wizję tego, jak rozwijać biznes. Patrzymy, jak spisywał się w przeszłości, oceniamy jego referencje: czy przypadkiem nie miał już jakiejś spółki, której zdarzyło się zbankrutować. Czasem zwracamy także uwagę na to, jak potem sprzedać przedsiębiorstwo większemu inwestorowi.

W strategii Investors TFI istotny jest również, jak mówi Maciej Chudzik, stosunek do akcjonariuszy mniejszościowych. Fundusz nie oczekuje natychmiastowego czy szybkiego zwrotu z zainwestowanego kapitału.

Szukamy, rzecz jasna, spółek wzrostowych, ale nie liczymy na natychmiastowy zwrot w postaci dywidendy czy skupu akcji, chociaż stawiając na spółkę, musimy widzieć, że rozwija się ona w tempie, które w rezultacie dostarczy nam dobry zwrot – precyzuje Chudzik. – Stawiamy więc na spółki w długim okresie, nie kwartalnie. Nie oczekujemy zysków w miesiąc lub tydzień. Interesują nas akcje, które z czystym sumieniem możemy włożyć do portfela na rok, dwa lub trzy lata i przez ten czas spokojnie je tam trzymać, czasami zwiększając alokację, gdy lepiej poznamy biznes lub pojawią się jakieś sprzyjające okoliczności.

Ale w wielu przedsiębiorstwach notowanych na warszawskim parkiecie, szczególnie wśród tzw. blue chipów (spółkach o największej kapitalizacji), nadal silną pozycję utrzymuje Skarb Państwa. To powoduje, że do zarządów i rad nadzorczych często trafiają osoby z politycznej, a nie merytorycznej, nominacji. Zdaniem Macieja Chudzika bywa, że tacy menadżerowie podejmują nieracjonalne lub wręcz szkodzące spółce decyzje.

W Polsce, jeżeli mówimy wyłącznie o rynku krajowym, więcej byśmy się spodziewali po spółkach małych, głównie dlatego, że są dosyć niezależne od polityki – mówi zarządzający funduszami Investors TFI. – WIG20 na przykład niesamowicie zależy od decyzji politycznych, a siłą rzeczy ludzie wybrani na kluczowe stanowiska dość często mają wykształcenie zupełnie nieprzystające do zarządzania dużym przedsiębiorstwem. Zdarza się więc, że podejmują decyzje, które są niekorzystne dla tych spółek.

Między innymi dlatego podczas wyboru walorów do portfeli klientów zarządzający Investors TFI mniejszą wagę przykładają do wielkość przedsiębiorstwa, a większą do jakości. Notowania mniejszych firm, jak prognozuje Maciej Chudzik, mogą dodatkowo być wspierane przez inwestorów wycofujących swoje fundusze z zaangażowania w dające coraz mniejsze przychody na skutek obniżek stóp procentowych obligacje.

Dodatkowo zawsze szukamy szeroko, czyli w tym wypadku także w Europie Zachodniej – informuje Maciej Chudzik. – Wyraźnie widać już od początku roku na kursach spółek i szczęśliwie także w stopie zwrotu naszych funduszy, że gospodarka europejska po osłabieniu euro stała się bardzo konkurencyjna eksportowo. To jest już widoczne w wynikach niektórych przedsiębiorstw oraz prognozach analityków.

W lutym fundusze akcyjne miały najwyższy napływ środków od roku. Saldo wpływów i wypłat wyniosło, jak podają Analizy Online, 370 mln zł. Szczególnym powodzeniem cieszyły się fundusze zagraniczne. Trend ten, jak przekonuje Chudzik, jest już bardzo wyraźny. Podobne zjawisko rynki obserwowały po dewaluacji japońskiego jena.

Dodatkowo lubimy spółki zagraniczne, gdy mają ekspozycję globalną – zapewnia Chudzik. – Mówiąc w skrócie, pozwala to nieco złagodzić cykle działające w różnych gospodarkach i ich wpływ na wyniki finansowe.

Opóźnienie w oddaniu gazoportu nie uderzy w PGNiG. Porozumienie z Qatargasem chroni spółkę

 

Dotychczasowe opóźnienia w oddaniu do użytku gazoportu w Świnoujściu nie zaszkodzą finansowo PGNiG. Polska spółka zawarła już w grudniu korzystne porozumienie z katarskim dostawcą gazu, zgodnie z którym nie będzie musiała płacić za nieodebrany w tym roku gaz. Teraz najważniejsze jest to, by gazoport udało się uruchomić w tym roku, bo ewentualne kolejne negocjacje z Qatargasem mogą być trudniejsze.

Brak tego porozumienia stanowiłby istotne ryzyko dla spółki. Ponieważ spółka porozumiała się z Qatargasem w zakresie opóźnienia odbioru gazu zakontraktowanego w Katarze, to dziś, zgodnie z komunikatami spółki i z istotą tego porozumienia, ryzyko bezpośrednich konsekwencji finansowych dla PGNiG nie występuje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Elżanowski, radca prawny, ekspert ds. energetyki z Kancelarii Elżanowski Cherka & Wąsowski.

Terminal na skroplony gaz ziemny (LNG) w Świnoujściu miał być gotowy już w połowie 2014 r., ale w wyniku opóźnień w realizacji inwestycji wciąż nie jest ukończony. Ma zostać uruchomiony w tym roku. Będzie mógł przyjmować rocznie 5 mld m3 transportowanego statkami LNG.

Opóźnienie mogło jednak spowodować konsekwencje finansowe dla odbiorcy gazu z Kataru, czyli PGNiG. Spółka od początku 2015 r., zgodnie z pierwotnym kontraktem, miała odbierać gaz w formule take or pay. Oznacza to, że niezależnie od tego, czy dostawa faktycznie nastąpi, polska spółka miała za paliwo płacić. Dzięki zawartemu w grudniu porozumieniu uniknięto jednak tych konsekwencji.

Qatargas zgodnie z tym porozumieniem nie obciąży PGNiG kosztami za nieodebrany gaz. Katarska spółka sprzeda LNG na innych rynkach, a PGNiG zapłaci jedynie ewentualną różnicę pomiędzy uzyskaną przez Qatargas ceną a kwotą, którą miał płacić polski koncern zgodnie z umową z 2009 r.

Ryzyko kar dla PGNiG za nieodebranie zakontraktowanych ilości gazu – bo Qatargas nie interesuje to, gdzie gaz ma dopłynąć, tylko kto go ma odebrać – jest zminimalizowane dzięki zawarciu tego porozumienia – podkreśla Elżanowski.

Podkreśla, że władze spółki skutecznie zabezpieczyły się w ten sposób przed ryzykiem związanym z opóźnionym oddaniem gazoportu. Negocjacje dotyczące zmiany kontraktu rozpoczęto, gdy tylko pojawiły się sygnały o możliwym opóźnieniu. Elżanowski zwraca uwagę na to, że drugie z analizowanych rozwiązań, czyli odbiór gazu w innym terminalu i transportowanie go do Polski, byłoby znacznie bardziej kosztowne dla PGNiG.

Zaznacza jednak, że teraz za wszelką cenę należy uniknąć kolejnych opóźnień podczas budowy terminalu LNG. Te jednak są mało prawdopodobne, bo inwestycja jest już zaawansowana w znacznie ponad 95 proc. Gdyby jednak wystąpiły, PGNiG może znaleźć się w trudnej sytuacji.

Oczywiście gdybyśmy mieli do czynienia z czarnym scenariuszem, że ta inwestycja będzie jeszcze przesuwana, to wtedy pewnie byłoby trzeba znów zasiąść do rozmów. Siadanie do rozmów z partnerem, z którym się już raz dogadało i przesunęło się termin, jest zawsze trudniejsze – zaznacza Elżanowski.

Uspokaja jednak, że w tej chwili ryzyko kolejnych opóźnień jest niewielkie.

Akcjonariusze spółki nie powinni się już obawiać negatywnych konsekwencji, ale powinni trzymać kciuki za terminal – mówi Elżanowski.

Dr G. Pietrek: Przywrócenie obowiązkowego poboru do wojska niepotrzebne. Niezbędna jest poprawa wyszkolenia żołnierzy

 

Pomimo napiętej sytuacji za naszą wschodnią granicą przywrócenie obowiązkowego poboru do wojska byłoby przedwczesne – ocenia dr Grzegorz Pietrek z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. Lepiej podnieść poziom armii i umiejętności żołnierzy. Według eksperta zarządzaniem armią powinna zająć się niezależna od rządu agencja.

Patrząc na obecną sytuację, mogłoby się wydawać, że zasadnicza służba wojskowa powinna powrócić. Myślę jednak, że to twierdzenie jest przedwczesne i podszyte paniką – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Grzegorz Pietrek, wykładowca na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku. – Uważam, że nie jest to jeszcze moment, kiedy należałoby w sposób dosyć gwałtowny domagać się powrotu służby wojskowej.

Postulaty przywrócenia poboru do wojska, zawieszonego w 2009 r., pojawiają się coraz częściej z uwagi na obawy przed działaniami Rosji. Na odejście od armii czysto zawodowej zdecydowała się Litwa – pobór zostanie tam przywrócony w tym roku, na razie tylko na pięć lat. Pietrek zwraca jednak uwagę na to, że entuzjazm młodych do obowiązkowej służby wojskowej jest bardzo mały. Jak wynika z sondażu Millward Brown, tylko 27 proc. Polaków deklaruje gotowość do obrony kraju z bronią w ręku.

Pietrek dodaje, że w rzeczywistości zrobiłoby to pewnie jeszcze mniej osób. Zdaniem ekspertów choć atak na terytorium Polski jest mało prawdopodobny, bo nikt nie ma w tym interesu ekonomicznego, to warto przygotować polskie wojsko na ewentualne działania.

Atmosfera zagrożenia już wpłynęła na zwiększenie nakładów z budżetu na obronność. Jak przekonuje ekspert, żeby dobrze wykorzystać te środki, trzeba zamiast poprzestać na armii zawodowej zwiększyć jej profesjonalizm.

Żołnierze, którzy zostają wcieleni i są zawodowcami, mają pewnego rodzaju ograniczenia  po 12 latach mogą zostać zwolnieni do cywila i w zasadzie nie mają zapewnionych żadnych przywilejów z opieki społecznej. To nie jest atrakcyjne. Natomiast armia jak najbardziej powinna być zawodowa, z tym że nacisk powinien być położony nie na armię ekspedycyjną, lecz na taką armię, która miałaby za zadanie bronić nas od wewnątrz, przygotować się do działań związanych z obroną terytorialną – postuluje Pietrek.

Nawet w przypadku przywrócenia poboru obowiązkowa służba wojskowa nie musiałaby trwać dłużej niż 9 miesięcy, czyli tyle, ile trwała w ostatnich latach przed zawieszeniem poboru. Jak podkreśla Pietrek, w ciągu 9 miesięcy można odpowiednio przeszkolić żołnierzy.

Gdyby te szkolenia nie były prowadzone profesjonalnie, a nie na takiej zasadzie, że trzymamy żołnierzy dwa lata czy półtora roku i jest musztra i przysłowiowe malowanie trawy na zielono, to dziewięć miesięcy by wystarczyło. Oczywiście przy założeniu, że później będą dalsze szkolenia doskonalące i zgrywające – uważa Pietrek.

Takie szkolenie musiałoby objąć zadania związane z m.in. ratownictwem na polu walki, survivalem, partyzantką miejską czy obroną terytorialną i być prowadzone z naciskiem na działania praktyczne. W taki sposób funkcjonują siły zbrojne w krajach o niewielkiej, ale sprawnej armii, jak choćby w państwach skandynawskich czy Szwajcarii. Jak przypomina Pietrek, takie założenia miały też Narodowe Siły Rezerwowe.

Działania przypominające podstawową służbę mogłyby by zaledwie 5-dniowymi szkoleniami. Taki plan jest już gotowy – MON chce w tym roku wezwać na obowiązkowe szkolenia wszystkich rezerwistów, którzy odbyli służbę zasadniczą.

Według eksperta Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku polska armia już teraz jest bardzo sprawna i odpowiednio wyposażona, ale jej problemem są ciągłe zmiany. Dlatego zarządzaniem siłami zbrojnymi powinna zająć się niezależna od rządu agencja, która nie będzie kierowała się względami politycznymi, lecz strategicznymi.

Niezależnie od polityki miałaby określony kierunek – twierdzi Pietrek.

Dodaje, że warto wykorzystać także zapał młodych działających w organizacjach paramilitarnych. Współpraca z tego typu organizacjami może pozwolić wojsku na przeszkolenie wielu osób bez przywracania poboru.

Optymistyczne nastroje wśród mikroprzedsiębiorców. 66 proc. z nich spodziewa się w tym roku wzrostu obrotów

CEO Magazyn Polska

Polscy mikroprzedsiębiorcy bardzo optymistycznie oceniają perspektywy gospodarcze. Co drugi z nich chce zwiększyć w tym roku zatrudnienie, a dwie trzecie liczy na wzrost obrotów, a aż 75 proc. planuje inwestycje w środki trwałe. To dobra wiadomość dla całej gospodarki, bo wydatki mikrofirm przełożą się na zwiększoną sprzedaż wielu większych spółek.

Mikroprzedsiębiorcy są w tej chwili w dobrej kondycji. Ich prognozy dotyczące wzrostu obrotów w tym roku oraz chęci inwestowania czy zatrudniania są na bardzo dobrym poziomie. Badanie, które przeprowadzamy co kwartał od ponad czterech lat, tym razem pokazało, że przedsiębiorcy optymistycznie podchodzą do swojego biznesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Makosz, członek zarządu Idea Banku.

Z badań Idea Banku wynika, że 30 proc. mikroprzedsiębiorców oczekuje w tym roku przyspieszenia wzrostu gospodarczego, a 47 proc. utrzymania poziomu z ubiegłego roku. Ta grupa przedsiębiorców jeszcze bardziej optymistycznie ocenia własne perspektywy – wzrostu obrotów swoich biznesów spodziewa się 66 proc. ankietowanych, a stabilizacji na poziomie z zeszłego roku 27 proc. Tylko 7 proc. obawia się spadku obrotów.

Z uwagi na swój optymizm przedsiębiorcy planują w tym roku także duże inwestycje. Ponad 75 proc. właścicieli mikrofirm deklaruje, że w tym roku przeprowadzi inwestycje. To znacznie więcej niż w IV kwartale 2014 r. – wtedy ten odsetek wynosił jedynie 63,3 proc. Jeszcze na początku 2013 r. niecałe 40 proc. mikroprzedsiębiorców chciało inwestować.

Przedsiębiorcy chcą teraz inwestować głównie w środki trwałe, przede wszystkim korzystając ze wsparcia finansowego w postaci kredytów bankowych czy leasingu. Największy odsetek przedsiębiorców chce kupić samochód. To dobra informacja, bo często jest to związane z tym, że przedsiębiorca widzi, że jego biznes na tyle się rozwinął, że potrzebuje wymienić środek trwały na większy, lepszy, nowszy czy po prostu chce kupić dodatkowy – tłumaczy Makosz.

Ponad jedna trzecia mikroprzedsiębiorców chce w tym roku kupić samochód. Jedna czwarta planuje inwestycje w sprzęt, a co piąty w maszyny. Jakikolwiek kredyt w tym roku zamierza zaciągnąć, zgodnie z deklaracjami, ponad 70 proc. przedsiębiorców, a ponad połowa z nich skorzysta z kredytu inwestycyjnego.

‒ Oprócz tego przedsiębiorcy wyrażają chęć zatrudnienia. Wyniki pokazują, że ponad połowa z nich chce zatrudnić przynajmniej jedną osobę. Mamy prawie 3 miliony firm, gdyby każdy z tych przedsiębiorców zatrudnił osobę bezrobotną, to 1,5 mln ludzi zostałoby zatrudnionych. Wtedy o 70 proc. spadłoby bezrobocie w Polsce – mówi Makosz.

Makosz zaznacza, że na tak duży wzrost zatrudnienia nie możemy liczyć, ale deklaracje o zwiększeniu zatrudnienia przez mikroprzedsiębiorców i tak są bardzo pozytywnym sygnałem.

Inwestycje oraz wzrost zatrudnienia w sektorze mikrofirm to dobre wieści dla gospodarki, bo przedsiębiorstwa zatrudniające do dziewięciu osób generują obecnie ok. 73 proc. PKB całego sektora przedsiębiorstw. Makosz zaznacza, że optymizm mikroprzedsiębiorstw utrzymuje się nawet w czasach dekoniunktury, dzięki czemu pełnią one funkcję stabilizującą w gospodarce.

Mikroprzedsiębiorcy tak bardzo nie patrzą na prognozy analityków, na wyniki GUS-u dotyczące całego sektora czy całej gospodarki, ponieważ oni zwracają uwagę głównie na to, żeby nikt im nie przeszkadzał w rozwoju biznesu. Oczywiście, jeżeli na rynku jest bardzo źle, to w jakimś stopniu przekłada się to na ich kondycję. Najważniejsza jest dla nich jednak informacja dotycząca tego, czy mogą rozwijać biznes zgodnie ze swoim planem – podkreśla Makosz.

Optymizm mikroprzedsiębiorstw wynika także z ich elastyczności. Jak podkreśla Makosz, firmy tej wielkości mogą znacznie szybciej reagować na zmiany koniunktury. Będąc bliżej rynku, od razu odczuwają zmieniające się trendy i mogą dostosować swoje plany, a nawet zmienić branże. To przewaga, której nie mają korporacje.

Lotte Group rozbudowuje fabrykę Wedla w Warszawie. W ciągu najbliższych trzech lat przeznaczy na inwestycje dziesiątki milionów złotych

0

CEO Magazyn Polska

Wedel, należący do japońskiego koncernu spożywczego Lotte Group, w najbliższych latach szykuje duże inwestycje. Planuje rozbudowę fabryki czekolady w Warszawie, uruchomienie nowych linii produkcyjnych i modernizację istniejących oraz poszerzenie asortymentu wyrabianych słodyczy.

– Zwiększenie powierzchni budynku fabrycznego nastąpi już pod koniec lata – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Herman, dyrektor sprzedaży i marketingu Lotte Wedel.

Rozbudowa fabryki polegająca na przedłużeniu jej budynku to początek planów rozwoju firmy rozpisanych na kilka najbliższych lat.

Ten rok i najbliższe 2-3 lata będą bardzo ciekawym okresem dla naszej firmy – zapowiada Maciej Herman. – Nie mogę podać dokładnych kwot, ale na inwestycje przeznaczymy dziesiątki milionów złotych. Zaczniemy już w tym roku – powiększeniem naszej fabryki, która znajduje się na warszawskiej Pradze. Będziemy stawiać niedługo dodatkowy budynek, który zwiększy jej powierzchnię.

Kolejnym etapem inwestycji Wedla będzie uruchomienie produkcji nowych słodyczy, które uzupełnią asortyment kilkudziesięciu wyrobów czekoladowych oferowanych przez firmę.

– Kończymy właśnie kilka projektów inwestycyjnych związanych zarówno z wdrożeniem nowych linii produktowych, o szczegółach których na razie nie mogę mówić, jak i z unowocześnieniem linii produkcyjnych, które w tej chwili w naszej firmie działają – deklaruje dyrektor sprzedaży i marketingu Lotte Wedel.

Jak zaznacza, większość tych planów realizowana będzie po zakończeniu rozbudowy budynków.

– Jest szansa na to, że pozostałe inwestycje ruszą pod koniec tego roku. Natomiast większość inwestycji w linie produkcyjne przypadnie na przyszły rok i 2017 r. – zapowiedział Herman podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit 2015.

Przejmując Wedla od brytyjskiego koncernu Cadbury, japońska Lotte Group deklarowała w 2010 roku, że nie zamierza zmieniać produktów polskiej firmy. Skoncentrowany na azjatyckim rynku japoński koncern zapowiadał, że chce, by z czasem Wedel stał się jego przyczółkiem do europejskiej ekspansji. Przychody ze sprzedaży Grupy Lotte szacowano w zeszłym roku na ok. 80 mld dolarów.

Amica Wronki: Po dobrym roku spółka szykuje się na wolniejszy wzrost. Cały czas szuka spółek do przejęcia, głównie w Europie Zachodniej

0

CEO Magazyn Polska

Amica Wronki z satysfakcją podsumowuje wyniki osiągnięte w zeszłym roku i przymierza się do inwestycji oraz akwizycji. Na celowniku ma spółki, które pozwolą jej wejść na nowe rynki zbytu w Europie Zachodniej. Zakłada jednak pogorszenie wskaźników w związku z coraz poważniejszym kryzysem w Rosji.

Spodziewamy się wzrostu sprzedaży na kluczowych rynkach. Zamierzamy także wejść na nowe rynki w związku z planowanymi akwizycjami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych Amica Wronki. – Zakładamy wzrost inwestycji, ponieważ spodziewamy się, że nasze kuchnie będą się sprzedawały lepiej. Być może przejściowo ten wzrost będzie trochę wolniejszy, ale cały czas zakładamy, że sprzedaż będzie rosła.

W zeszłym roku przychody ze sprzedaży firmy przekroczyły 2 mld zł i były o niemal 400 tys. zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy spółki spadł jednak o ponad 10 mln zł i przekroczył 78 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł natomiast o przeszło 30 mln zł i wyniósł 128 mln zł. Jak podkreśla wiceprezes spółki, wskaźnik długu do EBITDA na koniec zeszłego roku wyniósł 0,2. Jest to niski poziom i jak deklarują władze Amiki, podobnie powinno być w tym roku, nie powinien on przekroczyć 1. To oznacza spore możliwości inwestycyjne, dlatego w tym roku powinna ruszyć sprzedaż w Hiszpanii. Spółka deklaruje też, że nie zapomina o rynku włoskim i planuje zwiększenie sprzedaży na rynkach francuskim i brytyjskim.

Grupa Amica miała bardzo dobry 2014 rok, ponieważ zwiększyła sprzedaż powyżej 20 proc. i to nie tylko w pojedynczych krajach, ale właściwie na wszystkich kluczowych dla nas rynkach ocenia Wojciech Kocikowski. – Za tym wzrostem obrotów szły też wzrosty wyników, tak że oceniamy ten rok bardzo pozytywnie.

Wiceprezes Amiki do spraw finansowych podkreśla, że jeszcze lepszą wiadomością od dynamicznego wzrostu sprzedaży jest to, że rozkładała się ona równomiernie.

Na szczęście możemy powiedzieć, że na żadnym z rynków nasza sprzedaż nie spadła, nawet na rynku rosyjskim zwiększyliśmy obroty. Natomiast rynkiem, na którym najbardziej wzrosła nam sprzedaż, był rynek brytyjski, gdzie bywały kwartały, że sprzedaż wzrastała o ponad 100 proc. Jeśli chodzi o inne rynki, to dobrze sobie radził rynek polski, niemiecki, skandynawski, czeski i słowacki.

Obecnie spółka przygotowuje się na trudniejszy czas i zakłada, że sprzedaż w tym roku będzie niższa niż w ubiegłym. Szefowie Amiki Wronki zakładają, że gdyby firmie udało się  osiągnąć wzrost organiczny – bez efektów związanych np. z akwizycjami – rzędu 5 proc., to będą mieli powody do zadowolenia.

Sprzedaż na pewno obciążona jest największym ryzykiem na rynku wschodnim – zaznacza Wojciech Kocikowski z Amica Wronki. – Spodziewamy się, że w Rosji trudno będzie powtórzyć wzrosty z ubiegłego roku. Dodatkowo jeszcze jest ryzyko związane z kondycją samych kontrahentów rosyjskich, dlatego trzeba będzie bardziej wnikliwie analizować ich standing finansowy i należności, które mamy na tym rynku.

Amica Wronki zwiększa sprzedaż za granicą. Chce zdobywać nowe rynki dzięki przejęciom

0

 

W tym roku Amica Wronki zamierza uruchomić sprzedaż w Hiszpanii. Rozgląda się również za spółkami dystrybucyjnymi, które mogłaby przejąć, zyskując w ten sposób dostęp do nowych rynków. W ubiegłym roku spółka zwiększyła sprzedaż na wszystkich rynkach. W Wielkiej Brytanii w niektórych kwartałach wrosła o 100 proc. Nawet rosyjski rynek przyniósł wzrost obrotów, ale w tym roku trudno będzie powtórzyć ten wynik.

Zakładamy wzrost sprzedaży na kluczowych rynkach oraz na nowych rynkach, na które zamierzamy wejść w związku z planowanymi akwizycjami. Zakładamy również wzrost inwestycji, ponieważ spodziewamy się, że nasze kuchnie będą sprzedawały się lepiej. Być może przejściowo będzie to trochę wolniejszy wzrost – mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych Amica Wronki.

Wśród produkowanych przez Amicę kuchni najszybciej rosła sprzedaż tych do zabudowy. Wyższe wzrosty spółka odnotowała jednak w segmencie sprzedaży towarów, czyli produktów, których nie produkuje: lodówek, zmywarek, okapów i pralek.

Jak podkreśla Kocikowski, ubiegły rok Amica miała bardzo doby, ponieważ zwiększyła sprzedaż o ponad 20 proc. Wzrosty zanotowała właściwie na wszystkich kluczowych rynkach.

Na żadnym z rynków sprzedaż nie spadła, nawet na rynku rosyjskim zwiększyliśmy obroty. Natomiast najbardziej wzrosła sprzedaż na rynku brytyjskim, gdzie bywały kwartały ze 100-proc. wzrostem – mówi Kocikowski.

Inne kluczowe dla spółki rynki to Niemcy, Skandynawia oraz Czechy i Słowacja.

Ten rok będzie trudny i na pewno sprzedaż będzie niższa niż w ubiegłym. O skali jeszcze trudno mówić. Gdybyśmy osiągnęli wzrost organiczny, bez efektów związanych np. z akwizycjami, rzędu 5 proc., to będziemy zadowoleni – podkreśla wiceprezes.

Obawy spółki dotyczą przede wszystkim kierunku wschodniego. Jak podkreśla Kocikowski, w Rosji trudno będzie powtórzyć ubiegłoroczny wynik. Dodatkowym ryzykiem jest niepewna kondycja kontrahentów na tym rynku.

Mimo oczekiwanego spowolnienia Amica ma ambitne plany związane z rozwojem na rynkach zagranicznych i szuka możliwości przejęć.

Koncentrujemy się na rynkach Europy Zachodniej. Mamy otwartą spółkę w Hiszpanii i zamierzamy tam uruchomić sprzedaż w tym roku. Ciągle nie zapominamy o rynku włoskim, zwiększamy sprzedaż na rynku francuskim i brytyjskim – mówi Kocikowski. – Nieustannie pracujemy nad nowymi inwestycjami i akwizycjami. To będą przede wszystkim spółki dystrybucyjne i za takimi obiektami do przejęcia się rozglądamy. Najbardziej interesuje nas dostęp do rynku.

W zeszłym roku przychody ze sprzedaży firmy przekroczyły 2 mld zł i były o niemal 400 tys. zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy spółki spadł jednak o ponad 10 mln zł i przekroczył 78 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł natomiast o przeszło 30 mln zł i wyniósł 128 mln zł. Jak podkreśla wiceprezes spółki, wskaźnik dług do EBITDA na koniec zeszłego roku wyniósł 0,2. Jest to niski poziom i jak deklarują władze Amiki, podobnie powinno być w tym roku, nie powinien on przekroczyć 1. To oznacza spore możliwości inwestycyjne.

Za półtora roku ruszy poszerzanie autostrady wokół Poznania

 

Dopiero w drugiej połowie przyszłego roku ruszy budowa trzeciego pasa na autostradowej obwodnicy Poznania. Nie udało się uzyskać zgody na inwestycję w ramach skróconej procedury środowiskowej, więc Autostrada Wielkopolska musi przedstawić pełną dokumentację. Ruch na autostradzie rośnie o 7-8 proc. rocznie.

Będziemy starali się jak najszybciej rozpocząć prace na obwodnicy Poznania związane z budową trzeciego pasa ruchu. Niestety, wbrew naszym oczekiwaniom nie skończyło się to skróconą procedurą środowiskową, lecz rozszerzoną procedurą środowiskową narzuconą nam zgodnie z przepisami przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Lewandowicz, wiceprezes zarządu Autostrady Wielkopolskiej. – Zakładamy, że jest szansa na to, by w drugiej połowie przyszłego roku wejść na budowę trzeciego pasa obwodnicy Poznania.

Autostradowa obwodnica Poznania to ponad 13-kilometrowy fragmentu trasy A2 łączącej Warszawę z Niemcami. Był to jeden z pierwszych zbudowanych w Polsce odcinków autostrady. Obwodnicę uruchomiono w 2003 r. Już wtedy planowano poszerzenie jej do trzech pasów ruchów w każdą stronę. To właśnie dzięki tym planom, pochodzącym jeszcze z 2000 r., Autostrada Wielkopolska liczyła na uzyskanie decyzji środowiskowej na rozbudowę w ramach skróconej procedury.

Myśleliśmy, że skoro trzeci pas został zaprojektowany w 2000 roku przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, to sytuacja uprawnia nas do skróconej procedury, okazało się jednak, że nie – tłumaczy Lewandowicz. – Zakładamy, że decyzję środowiskową będziemy mieli pod koniec tego roku, następnie musi się odbyć projektowanie, następnie konsultacje społeczne, a potem projektowanie techniczne.

Zmianie muszą ulec m.in. założenia dotyczące ruchu. W 2000 r. projekt autostrady uwzględniał plany miasta dotyczące budowy tzw. trzeciej ramy komunikacyjnej, czyli wewnątrzmiejskiej obwodnicy. Plany te obecnie są zawieszone z uwagi na brak środków i nie wiadomo, czy trzecia rama w ogóle kiedykolwiek powstanie. Z tego powodu ruch na autostradowej obwodnicy Poznania może być większy niż zakładano 15 lat temu. Tym bardziej że ruch na całej autostradzie A2 zarządzanej przez Autostradę Wielkopolską, czyli na odcinku od Konina do Świecka, cały czas rośnie bardzo stabilnie.

Ruch przyrasta o 7-8 proc. rocznie. Trudno mi powiedzieć, czy ten trend utrzyma się do 2018 roku. Olbrzymi wpływ będzie miał na to rozwój gospodarczy i utrzymanie PKB na odpowiednio wysokim poziomie – mówi Lewandowicz.

Na razie Lewandowicz nie chce oceniać wpływu ostatniej podwyżki opłat za przejazd autostradą. Od połowy stycznia kierowcy aut osobowych za przejazd całym odcinkiem z Konina do Świecka muszą zapłacić 69 zł, za odcinek od Konina do Poznania – 34 zł, a za odcinek od Poznania do Świecka – 35 zł. Przejazd fragmentem wokół Poznania (od węzła Poznań Zachód do Poznań Wschód) jest bezpłatny.

 Dwa miesiące to bardzo krótki okres, żeby jednoznacznie stwierdzić, jaki ta podwyżka miała wpływ. Obserwujemy ten sam poziom ruchu. Z racji tego, że takie statystyki zwykle przeprowadza się w okresach co najmniej półrocznych, to będę przygotowany na takie pytanie w okolicach lipca – mówi wiceprezes zarządu Autostrady Wielkopolskiej.

Dodaje, że dla Autostrady Wielkopolskiej przyrost ruchu jest procesem w miarę stabilnym i równomiernym. W przeciwieństwie do szczególnie autostrady A1 prowadzącej do Gdańska, na kierunku od Warszawy do Niemiec nie widać bardzo dużego wzrostu ruchu w miesiącach wakacyjnych. Autostrada Wielkopolska nie planuje zatem szczególnych przygotowań związanych chociażby z usprawnieniem płatności w tym szczytowym okresie.

Biedronka chwali sobie współpracę z polskimi dostawcami. Wielu spośród 500 partnerów współpracuje z siecią od początku jej obecności w kraju

 

Umożliwienie płatności kartami, otwarcie 2500. sklepu oraz wdrożenie systemu testowania produktów marek własnych przez klientów – to najważniejsze wydarzenia dla Biedronki w dobrym, choć trudnym ubiegłym roku. Sieć rozwija się szybko m.in. dzięki udanej współpracy z polskimi dostawcami. Z ponad 500 partnerów handlowych z naszego kraju większość współpracuje z Biedronką od początku jej obecności w Polsce.

Współpraca z dostawcami na co dzień oczywiście nie jest pozbawiona różnych trudnych elementów, ale jesteśmy dumni z tego, że budujemy ją w sposób stabilny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Jankowiak, dyrektor ds. zakupów Jeronimo Martins Polska, właściciela Biedronki.

Biedronka ma obecnie ponad 500 polskich partnerów handlowych. Dzięki temu 90 proc. produktów oferowanych przez tę sieć zostało wyprodukowanych w Polsce. Jak podkreśla Jankowiak, większość z nich współpracuje z Biedronką od początku jej działalności w Polsce, czyli od 1995 r.

Wieloletnia współpraca z tymi samymi dostawcami to ‒ według Jankowiak ‒ dowód na to, że Biedronka sprawdza się jako partner handlowy i wspiera rodzimy rynek. Warto jej zdaniem zwrócić uwagę także na to, że poza długofalowym działaniami Biedronka wprowadza także nowe projekty.

‒ Zrealizowaliśmy wiele ciekawych projektów, wśród najważniejszych było wprowadzenie długo oczekiwanych płatności kartą w naszych sklepach – przypomniała Jankowiak podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. ‒ Bardzo ważnym wydarzeniem było też utworzenie platformy Testujemy. Jest to platforma zrzeszająca w tej chwili 80 tys. użytkowników, którzy zgłosili się i chcą testować nasze produkty, produkty marki własnej, które następnie oceniają, degustują, sprawdzają i przekazują nam swoje uwagi. Na ich podstawie nasza sieć dokonuje wyboru produktów.

Jankowiak podkreśla, że dzięki temu klienci sieci mają bezpośredni wpływ na to, co potem pojawia się na półkach. Ważnym wydarzeniem w ubiegłym roku było też otwarcie 2500. placówki Biedronki w Polsce (w Milanówku). Obecnie Biedronka ma już ponad 2600 sklepów w ponad 900 miejscowościach, i zatrudnia łącznie ok. 55 tys. pracowników w Polsce.