Grupa ITI zadowolona z wyników oglądalności TVN24 Biznes i Świat. Liczy na wzrost przychodów z reklamy

CEO Magazyn PolskaGrupa ITI pozytywnie ocenia pierwsze efekty zmiany charakteru swojej flagowej stacji biznesowej. TVN24 Biznes i Świat przyciąga pięć razy więcej widzów niż TVN CNBC. ITI oczekuje także wzrostu wydatków na reklamę w segmencie telewizyjnym i podtrzymania dynamiki z ubiegłego roku.

Kanał TVN24 Biznes i Świat, koncentrujący się na tematyce biznesowej i zagranicznej, zastąpił TVN CNBC 1 stycznia 2014 r. Zmiana nazwy i charakteru stacji była związana m.in. z zakończeniem umowy o współpracy z CNBC Europe, która gwarantowała m.in. dostęp do zasobów redakcyjnych i infrastruktury partnera.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników oglądalności kanału TVN24 Biznes i Świat. Przyciąga on pięć razy więcej widzów niż TVN CNBC –zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kostrzewa, prezes zarządu Grupy ITI.

Z analizy firmy badawczej Nielsen Audience Measurement wynika, że w marcu br. kanał przyciągał w każdej minucie przed telewizory prawie 20 tys. widzów, co dało TVN24 BiŚ średni udział w rynku na poziomie 0,29 proc. w grupie 4+ i 0,32 proc. w grupie 16–49. Porównując te wyniki do analogicznego okresu roku poprzedniego, widzimy, że ofertę programową TVN CNBC śledziło tylko 3,8 tys. widzów, a średni udział w rynku kształtował się na poziomie 0,06 proc (grupa 4+) i 0,08 proc. (grupa 16–49).

– TVN24 Biznes i Świat znalazł swoją publiczność, która bardzo docenia połączenie tematyki międzynarodowej – tak bardzo aktualnej w kontekście wydarzeń na Ukrainie – z informacjami ekonomicznymi – przekonuje Wojciech Kostrzewa.

Prezes Grupy ITI z nadzieją spogląda również na prognozy dotyczące kondycji rynku reklamy w Polsce.

Podobnie jak duże agencje mediowe, spodziewamy się wzrostu wydatków na reklamę na poziomie kilku procent. Oczekujemy jednocześnie, że TVN ponownie wykaże się większą dynamiką niż rynek ogółem – zapowiada Wojciech Kostrzewa.

W 2013 r. przychody TVN-u z reklamy i sponsoringu były niższe o 1,7 proc. rok do roku i wykazały dynamikę wyższą niż rynek reklamy telewizyjnej, który w ubiegłym roku odnotował spadek o 2,7 proc.

Kostrzewa skomentował również plany skupienia maksymalnie 34 mln akcji własnych, który przegłosowali w ubiegłym tygodniu akcjonariusze grupy. TVN zamierza przeznaczyć na ten cel do 500 mln zł.

Z punktu widzenia akcjonariuszy decyzja o tym, czy spółka realizuje buy back czy wypłaca dywidendę, nie ma znaczenia. W jednym i drugim przypadku – przy zachowaniu proporcjonalności – akcjonariusze otrzymują gotówkę, która w ten sam sposób jest opodatkowana – wyjaśnia prezes Grupy ITI.

Jego zdaniem jest to alternatywna dystrybucja dywidendy i spółka w ten sposób to traktuje. Transakcję TVN zamierza sfinansować z własnych środków. Oferta będzie skierowana do wszystkich akcjonariuszy.

Płatności gotówkowe w defensywie. Polacy coraz częściej płacą kartą lub telefonem

0

CEO Magazyn Polska

Mimo że ponad 80 proc. transakcji dokonywanych jest w Polsce za pomocą gotówki, w tempie dwucyfrowym rośnie liczba płatności kartami, transakcji zbliżeniowych i mobilnych. Polscy konsumenci są wyjątkowo otwarci na nowinki technologiczne w tym zakresie. Dla nich kluczowa jest wygoda, dlatego nowe technologie, które dają im dostęp do pieniędzy w każdym miejscu i czasie, mają szansę zdobyć rynek. O ile zapewnią również bezpieczeństwo płatności, bo na to konsumenci zwracają szczególną uwagę.

Polska jest wyjątkowo innowacyjnym krajem, nie tylko w regionie Europie Środkowo-Wschodniej, lecz także w całej Europie. Powstaje bardzo dużo nowych inicjatyw, ale nie wszystkie mają szansę zaistnieć. Oprócz łatwości zastosowań ważne jest bezpieczeństwo, a nie wszystkie rozwiązania spełniają ten element. Bezpieczeństwo dla użytkowników jest najważniejsze – podkreśla Paweł Markowski, dyrektor zarządzający  SIX Payment Services w Polsce, agenta rozliczeniowego działającego w skali międzynarodowej.

Pokazuje to przykład płatności zbliżeniowych. Mimo że zdobywają one liczne grono użytkowników i stają się coraz bardziej powszechne (dziś nawet połowa transakcji kartą może być dokonywana zbliżeniowo), banki w Polsce przywróciły do swoich ofert karty bez technologii zbliżeniowej.

Nie dlatego, że jest ona niebezpieczna, tylko dlatego, żeby klienci, którzy nie są do niej przekonani, mogli wciąż używać kart w formie tradycyjnej – zapewnia Markowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W Polsce wciąż dominującym sposobem płatności jest gotówka. Jednak zarówno liczba kart płatniczych, transakcji, jak i punktów akceptacji rośnie w tempie dwucyfrowym. To również efekt m.in. dynamicznie rosnącego segmentu e-commerce, czyli handlu internetowego.

Sklepy tradycyjne ciągle odgrywają najważniejszą rolę w sprzedaży. Natomiast rynek e-commerce rozwija się bardzo dynamicznie. Kiedyś był to alternatywny kanał sprzedaży, dziś kanał e-commerce’owy i kanał tradycyjny przenikają się. Sklepy internetowe otwierają swoje tradycyjne punkty sprzedaży, natomiast tradycyjne sklepy migrują do e-commerce. Tak naprawdę trzeba być obecnym w obu kanałach z płatnościami – wyjaśnia szef SIX Payment Services w Polsce.

Podobnie jest także w całej Europie. Prognozy SIX Payment Services wskazują, że to może być bardzo dobry rok dla dostawców usług płatniczych. Wartość transakcji zbliży się w tym roku do 150 mld zł, a ich liczba przekroczy 1,5 miliarda (w tym roku było to odpowiednio 122 mld zł i ponad 1,3 mld transakcji).

Jedną z bardziej perspektywicznych metod płatności będą płatności mobilne, które – według Markowskiego – są naturalnym następstwem tradycyjnej płatności bezgotówkowej.

Rozwój płatności mobilnych w dużej mierze jest związany z wygodą użytkownika. Rozwiązania, które będą wygodniejsze od tradycyjnej formy NFC [technologia płatności zbliżeniowych stosowana w nowoczesnych smartfonach – red.], mają szansę zaistnieć i zdominować ten rynek w przeciągu 10 lat – uważa Paweł Markowski. – Prognozuję dalszy rozwój transakcji mobilnych, dalszy rozwój transakcji NFC, ale opierający się na elektronicznych portmonetkach zainstalowanych na telefonach, wszystko w maksymalnie bezpiecznym środowisku.

Szanse na rozwój są, bo Polacy są wyjątkowo otwarci na nowinki technologiczne. Rynek płatności zbliżeniowych rośnie tu najszybciej w Europie. Innym przykładem może być popularność nowego rozwiązania w transakcjach przeprowadzanych za granicą, tzw. DCC (Dynamic Currency Conversion), pozwalającego na przewalutowanie transakcji w miejscu zakupu.

Użytkownik karty za granicą płaci we własnej walucie i jest świadomy, ile naprawdę kosztuje go dany produkt czy usługa. Nie musi czekać na rozliczenie transakcji przez operatora i bank. Dla punktu handlowego to ważny argument, by przekonać klienta o końcowej wartości produktu – wyjaśnia przedstawiciel SIX Payment Services. – Zainteresowanie takimi usługami rośnie, szczególnie poprzez osoby, które raz już z tego skorzystały. Tym bardziej że usługa przewalutowania w miejscu zakupu jest tańsza od tradycyjnych opłat bankowych, które pojawiają się w momencie, gdy transakcja jest przeliczana na inną walutę przez wydawcę karty.

Prognozy SIX Payment Services mówią o rosnącym znaczeniu takich trendów, jak płatności między osobami fizycznymi (peer-to-peer; bezpośrednie przelewy elektroniczne do innych osób), mikropłatności czy powtarzalnych zakupów.

Polubowne rozwiązywanie sporów między firmami coraz popularniejsze. W 2013 r. Sąd Arbitrażowy przy KIG rozpatrzył ok. 350 spraw

0

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorcy chętnie decydują się na polubowne rozwiązywanie sporów. W ubiegłym roku Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej rozpatrzył ok. 350 spraw o wartości zbliżającej się do miliarda złotych. Stosowanie międzynarodowych zasad etyki i jakości sprzyja prestiżowi i jakości tej formy rozstrzygania kwestii spornych. 

– W Sądzie Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej w 2013 roku liczba spraw wyniosła 350, czyli mniej więcej tyle samo, co w latach ubiegłych. Natomiast wartość rozpatrywanych sporów rośnie i wyniosła kilkaset milionów, a nawet bliżej jednego miliarda – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Furtek, prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Firmy decydują się na postępowanie arbitrażowe z uwagi na wysoką jakość i szybkość trwania postępowania. Postępowanie arbitrażowe trwa od 9 do 14-15 miesięcy. Arbitrzy zawsze dążą do osiągnięcia ugody między strony. Najczęściej spory dotyczą kwestii infrastrukturalnych i przejęć przedsiębiorstw.

Klasyką są spory budowlane oraz zwykłe transakcje handlowe – mówi Marek Furtek.

W sądownictwie polubownym około 20 proc. spraw jest załatwianych w formie ugody. W pozostałych przypadkach sąd arbitrażowy wydaje wyrok, który po przeprowadzeniu specjalnej procedury przed sądem powszechnym ma taką moc, jak wyrok sądu powszechnego.

Polskie sądy arbitrażowe pracują nad ulepszaniem zasad polubownego rozwiązywania sporów, co zwiększa ich skuteczność i usprawnia prace. Służą temu m.in. wytyczne Międzynarodowego Stowarzyszenia Prawników (International Bar Association). Chodzi tu o trzy rodzaje dokumentów. Jeden z nich dotyczy konfliktu interesów i niezależności oraz bezstronności arbitrów, drugi dokument – zasad postępowania dowodowego w Międzynarodowym Arbitrażu Handlowym.

Zawdzięczamy mu wdrożenie do polskiej praktyki arbitrażowej nowych, dotychczas nieznanych środków dowodowych, takich jak tzw. discovery, czyli poszukiwanie dokumentów u strony przeciwnej lub zobowiązanie jej do przedstawienia określonych dokumentów – mówi Furtek.

Trzeci dokument dotyczy zasad postępowania pełnomocników w Międzynarodowym Arbitrażu Handlowym. Prezes Sądu Arbitrażowego przy KIG podkreśla, że jest to dokument bardzo potrzebny i na czasie. 

Opublikowane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Prawników (International Bar Association), wytyczne IBA Guidelines on Party Representation in International Arbitration (wytyczne dotyczące reprezentacji stron w międzynarodowym arbitrażu) były tematem spotkania arbitrażowego, które odbyło się 15 kwietnia br. w siedzibie Sądu Arbitrażowego przy KIG. Uczestnicy dyskutowali między innymi nad zastosowaniem tego nowego instrumentu w praktyce. Wytyczne to próba skodyfikowania zasad etycznych, którymi powinni kierować się reprezentanci stron w międzynarodowym postępowaniu arbitrażowym.  Ich stosowanie nie jest wymagane, lecz stanowi przejaw dobrych praktyk.

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie powołany został 1 stycznia 1950 roku i funkcjonował pod nazwą Kolegium Arbitrów przy Polskiej Izbie Handlu Zagranicznego, jako niezależna jednostka powołana do rozstrzygania sporów wynikających z międzynarodowych stosunków handlowych. Od 1990 roku Sąd Arbitrażowy kontynuuje swoją działalność w ramach Krajowej Izby Gospodarczej w Warszawie. SA KIG jest członkiem i jednym z założycieli Międzynarodowej Federacji Instytucji Arbitrażu Handlowego, członkiem Międzynarodowej Rady do Spraw Arbitrażu Handlowego, członkiem Europejskiej Grupy Arbitrażowej, Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) w Paryżu oraz Komitetu Specjalnego przy Europejskiej Komisji Gospodarczej w Genewie.

UPC zaoferuje darmowy dostęp do internetu i telewizję na urządzeniach przenośnych

CEO Magazyn Polska

UPC rozpoczyna testy szybkiego internetu 500 Mb/s i darmowego Wi-Fi dla klientów. Operator pracuje również nad rozwiązaniem oferującym dostęp do telewizji m.in. na tabletach. Ma ono wejść w życie jeszcze przed mundialem w Brazylii. Natomiast jeszcze przed Wielkanocą, w najbliższy piątek ruszy nowa platforma komunikacji marketingowej operatora.

UPC rozpoczyna testowanie nowej usługi, umożliwiającej bezpieczny dostęp do internetu na urządzeniach przenośnych – UPC Wi-Free.

Chcemy udostępnić naszym abonentom darmowy dostęp do bezprzewodowego internetu w obrębie 600 tys. modemów, które są zlokalizowane w polskich domach – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Esz, członek zarządu UPC Polska. – Nowością jest to, że gość może skorzystać z pasma, które jest wydzielone i nie wpływa na internet, jaki mamy w domu. Jest to dodatkowa przepływność internetu, którą wydzielamy dla naszych klientów.

Na razie pilotaż ruszy w Sopocie dla 6 tys. klientów, jednak Esz zapewnia, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech miesiącach usługa ma być dostępna na wszystkich modemach firmy w Polsce. Rozwiązanie, dzięki udostępnieniu dodatkowego pasma, umożliwi abonentom platformy dostęp do darmowego Wi-Fi we wszystkich miejscach, w których znajduje się modem UPC.

Równolegle UPC prowadzi testy superszybkiego internetu 500 Mb/s, w którym mogą wziąć udział dotychczasowi klienci UPC. Mogą do nich przystąpić abonenci z Krakowa, Łukowa, Łodzi, Pułtuska, Warszawy i Zakopanego.

Grzegorz Esz zapowiada również wprowadzenie nowej oferty, umożliwiającej oglądanie kanałów UPC na smartfonach i tabletach. Nie zdradza jednak szczegółów propozycji operatora.

Zadebiutuje ona na rynku przed Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej 2014, które rozpoczynają się w czerwcu. To moment, w którym dostęp do telewizji na różnych urządzeniach, także poza domem, będzie szczególnie istotny – twierdzi Grzegorz Esz.

Natomiast już w najbliższy piątek UPC rozpoczyna nową kampanię reklamową, która ma podkreślać jakość usług operatora i komunikować nową ofertę dla klientów, obejmującą m.in. nowe pakiety usług i szybki dostęp do internetu. Kampanię rozpoczną spoty telewizyjne, emitowane w trakcie świąt wielkanocnych, w kolejnej fazie akcja marketingowa obejmie także inne kanały komunikacji.

Wprowadzamy m.in. ofertę opartą o telefon bez limitu na połączenia z telefonami komórkowymi i stacjonarnymi, w zestawie z internetem 60 Mb/s, w cenie 89 zł – zdradza Esz.

Do głównych celów biznesowych UPC Grzegorz Esz zalicza utrzymanie pozycji najbardziej rekomendowanego operatora telekomunikacyjnego w Polsce.

Tę pozycję zdobyliśmy w pierwszym kwartale 2014 r. i o jej utrzymanie walczymy z siecią Play. Stanowimy grupę, która ma bardzo pozytywny net promoter score – przekonuje Esz.

Coraz więcej pracowników dostaje od pracodawców świadczenia pozapłacowe. Także na Wielkanoc

CEO Magazyn Polska

Zwiększa się średnia roczna kwota przeznaczana na świadczenia pozapłacowe dla pracowników wskazują badania ARC Rynek i Opinia przeprowadzone w styczniu 2014 r. na zlecenie Sodexo Benefits and Rewards Services. Rośnie też liczba świadczeń, jakie otrzymują zatrudnieni – w ubiegłym roku było to średnio 4,8 różnego rodzaju rozwiązań motywacyjnych na osobę. Zdaniem ekspertów dowodzi to tego, że polski rynek powoli staje się rynkiem pracownika.

Pracodawcy starają się docenić pracowników szczególnie z okazji świąt. Ta tradycja jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze. Okazje, które przedsiębiorstwa wykorzystują do dodatkowej motywacji personelu, są od lat niezmienne. Najczęściej pracownicy otrzymują świadczenia pozapłacowe w związku z najważniejszymi w Polsce świętami, tj. Bożym Narodzeniem czy zbliżającymi się świętami wielkanocnymi, które dla ponad 31 proc. organizacji są okazją do dodatkowej motywacji zespołu – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Łojewski, product manager Sodexo Benefis and Rewards Services.

Jak wynika z badań przeprowadzonych dla Sodexo, rośnie kwota, jaką firmy przeznaczają na świadczenia pozapłacowe dla swoich pracowników. W 2013 roku było to 726 zł rocznie na osobę, co w porównaniu do roku poprzedniego, kiedy kwota ta wynosiła 709 zł, oznacza wzrost o 2,4 punktu procentowego. Co ważne, zwiększa się również liczba proponowanych świadczeń. Średnio firmy i instytucje oferują pracownikowi 4,8 różnego rodzaju dodatkowych motywatorów rocznie. Z kolei przedsiębiorstwa, które zatrudniają powyżej 250 pracowników, proponują ich już 6 i więcej, co pokazuje, że firmy inwestują w różnorodność oferty motywacyjnej.

Wszystkie świadczenia pozapłacowe mają znaczenie motywacyjne. Jeśli pracodawca daje podwyżkę, to jest ona odczuwana przez pracownika przez miesiąc lub dwa, a potem o podwyżce się zapomina. System świadczeń pozapłacowych, który pracodawca stosuje w firmie, ma efekt długofalowy  finansowanie posiłków czy kupony podarunkowe, z których pracownik może skorzystać wspólnie z rodziną  bo tu motywacja rozłożona jest na długi okres – podkreśla Paweł Łojewski.

Jest to ważne zwłaszcza w kontekście zmian na rynku. Odczuwalne na rynku pracy ożywienie, i pozytywne prognozy wiceministra pracy Jacka Męciny, wg których już w tym roku, w niektórych branżach będzie można mówić o rynku pracownika, będą skłaniać pracodawców do większego nakierowania na potrzeby zatrudnionych, a budowa lojalności i zaangażowania personelu będzie jednym z kluczowych zadań kadry zarządzającej.

Pracodawcy rozumieją, że aby osiągnąć sukces rynkowy, należy stale zwiększać lojalność zatrudnionych i podnosić efektywność zespołu. Dlatego systematycznie włączają świadczenia pozapłacowe do systemu wynagrodzeń w firmach. Młode pokolenie, które wchodzi teraz na rynek pracy, jest o wiele bardziej wymagające od swoich poprzedników. Wymagają od pracodawcy dużo więcej. I jeśli coś im się nie spodoba, po prostu odchodzą z firmy – mówi Paweł Łojewski. 

Siłownie i kluby fitness to zyskowny biznes. Polski rynek do 2017 r. urośnie trzykrotnie

CEO Magazyn Polska

Rynek klubów fitness i siłowni w Polsce dziś wart jest 1,5 mld zł, ale w ciągu następnych trzech lat jego wartość się potroi. Na razie jest on dość rozdrobniony – dominują małe podmioty, ale pojawia się na nim coraz więcej siłowni sieciowych. Polskim rynkiem zainteresowani są również zagraniczni inwestorzy.

Do Polski wkracza nowa sieć klubów fitness, która oferuje najnowocześniejszy sprzęt do ćwiczeń w połączeniu z atrakcyjnymi opłatami członkowskimi i bez konieczności podpisywania stałych umów. Pierwszy klub z logo nowej marki zostanie otwarty w maju w centrum handlowym Plaza Rzeszów. Kolejne powstaną w Wałbrzychu, Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. 

Patrzyliśmy na potencjał rynkowy, który ma się potroić w ciągu najbliższych trzech lat. Wartość tego rynku z 1,5 miliarda złotych rocznie ma wzrosnąć do 4,5 miliarda złotych w 2017 roku. CityFit rozpoczął badania dotyczące tego, jak ludzie korzystają z siłowni. Uważamy, że rynek jest rozdrobniony. Jest wiele małych siłowni, które oferują usługi niskiej jakości, a sporo kosztują. Są też siłownie sieciowe, które oferują usługi wysokiej jakości, ale te są już bardzo drogie. A na to nie stać wielu Polaków – tłumaczy Nicholas Moses, dyrektor zarządzający CityFit.

W sumie brytyjski inwestor planuje uruchomić 50 takich obiektów w całym kraju. Chce na to przeznaczyć 100 mln złotych.

W siłowniach znajdzie się taki sprzęt, z jakiego chcieliby korzystać nasi klienci: funkcjonalny sprzęt cardio i do ćwiczeń siłowych, jednak bez niepotrzebnych wabików, które tylko podnoszą opłaty. Nie będzie też zbędnych pomieszczeń, takich jak basen czy sauna. Uważamy, że niewiele osób korzysta z nich regularnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Nicholas Moses.

Kluby fitness z logo brytyjskiego inwestora będą otwarte 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Sieć CityFit wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów i wprowadza wiele udogodnień, m.in. zapisy na zajęcia przez internet. Każdy klub będzie także wyposażony w nowoczesny system dostępu oparty o odczyt danych z linii papilarnych. To oznacza, że wstęp na siłownię będzie możliwy nawet wtedy, kiedy klient zapomni swojej karty członkowskiej.

Zakładając, że siłownie będą czynne 24 godziny na dobę, zainwestowaliśmy w sprzęt kontrolujący dostęp do siłowni, który daje pewność, że tylko członkowie klubu mogą wejść na jego teren. W ten sposób dbamy o bezpieczeństwo naszych gości – zapewnia Nicholas Moses.

Podkreśla, że sieć CityFit wychodzi więc naprzeciw oczekiwaniom klientów i chce ich przyciągnąć konkurencyjnymi cenami w połączeniu z elastyczną ofertą.

Na razie każda lokalizacja będzie miała inną cenę. Jest to spowodowane różnymi kosztami otwarcia siłowni w danym mieście. Jednak, dzięki prowadzonym przez nas badaniom i elastycznej ofercie, będziemy mogli zaproponować członkostwo w cenie co najmniej o połowę niższej, niż oferuje nasza największa konkurencja – dodaje Nicholas Moses.

CityFit nie wymaga od swoich klientów długoterminowych zobowiązań. Umowy mają być odnawiane co miesiąc i w każdej chwili będzie można je zawiesić bądź anulować bez dodatkowej opłaty.

Święta wielkanocne będą niewiele droższe od ubiegłorocznych. Niektóre produkty wręcz potaniały

CEO Magazyn PolskaW święta, czy to Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, konsumenci są przygotowani na zwiększone wydatki. Jednak w tym roku wielkanocne zakupy nie powinny nadwerężyć domowych budżetów. Jajka są tańsze niż rok temu, a ceny większości pozostałych produktów pozostaną na podobnym poziomie.

Koszty koszyka dóbr trafiających na wielkanocne stoły wiążą się z różnicami regionalnymi. W ujęciu ogólnym tegoroczne święta będą niewiele droższe od poprzednich, ponieważ najbardziej tradycyjne, pojawiające się na wszystkich stołach produkty zdrożeją nieznacznie – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ).

Co więcej, niektóre produkty, np. jajka, będą nawet tańsze. Zawdzięczamy to niskiej inflacji i łagodnej zimie.

Jaja będą tańsze o przynajmniej kilkanaście procent niż w roku ubiegłym. Ceny nowalijek będą na pewno niższe w najbliższych tygodniach, ponieważ w zeszłym roku święta Wielkanocy obchodziliśmy przy mrozie i śniegu – komentuje Andrzej Kowalski.

Łagodna zima, zdaniem dyrektora IERiGŻ, obniżyła koszty produkcji rolnej. Zmniejszyła nakłady ponoszone przez producentów związane z ogrzewaniem i osłonami (jak np. w szklarniach), a rośliny – w żargonie producentów – „ruszyły”.

Droższe są i będą te warzywa, które przechowujemy, które były wykopane jesienią, są przechowywane i czekają na nowy sezon. To efekt wyższych kosztów przechowalnictwa – tłumaczy dyrektor IERiGŻ.

Dodaje także, że okresy suszy przeplatane okresami opadów spowodowały, że jakość takich warzyw nie jest najlepsza.

Szef Instytutu wskazuje produkty, które podrożeją i te, które będą tańsze.

Tańsze będą owoce cytrusowe, ale droższe będą jabłka. Droższy będzie nabiał i wyroby mleczarskie, w tym masło, za to tańsze tłuszcze roślinne. Tańsze będzie mięso wieprzowe, niewiele droższe, w granicach 1-2 proc. mogą być wędliny wieprzowe – informuje prof. Andrzej Kowalski.

Tańszy będzie również cukier, niezbędny do świątecznych wypieków.

Krzysztof Zamasz został „Człowiekiem Roku”

Prezes Zarządu ENEA S.A. został laureatem prestiżowego konkursu Liderzy „Świata Energii,” w kategorii Człowiek Roku. Krzysztof Zamasz zyskał uznanie Kapituły za wkład w rozwój polskiej energetyki, przekształcenia Grupy Kapitałowej ENEA i wygenerowanie jej nowego DNA (nadanie nowego kształtu organizacyjnego i funkcjonalnego, zorientowanego na rynek i klienta).

Sprawdź, kto sprzedaje Ci energię!

Rusza ogólnopolska kampania edukacyjno – informacyjna skierowana do Klientów – Odbiorców energii elektrycznej. Za pośrednictwem radia, prasy ogólnopolskiej i lokalnej, a także internetu Towarzystwo Obrotu Energią (TOE) chce uświadomić Konsumentom ich prawa na tym rynku i promować uczciwe zasady biznesowe. Akcję rozpoczęło oficjalne podpisanie Kodeksu Dobrych Praktyk Sprzedawców Energii Elektrycznej przez pierwszych sprzedawców deklarujących działanie zgodnie z Kodeksem. Patronat nad kampanią objął Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE).

ABC Data z kolejną pozytywną rekomendacją analityczną

0

W raporcie z 11 kwietnia br. analitycy DM mBanku wydali dla akcji ABC Data zalecenie KUPUJ, ustalając cenę docelową na poziomie 5,71 zł. Podtrzymali w ten sposób swoją poprzednią rekomendację.

Cena 5,71 zł zawarta w rekomendacji domu maklerskiego jest o 41 proc. wyższa od ceny z dnia wydania raportu, kiedy kurs akcji spółki wynosił 4,05 zł.

Rekomendacja DM mBanku to kolejna pozytywna publikacja analityczna na temat naszej spółki portfelowej. Cieszy zwłaszcza fakt, że analitycy docenili olbrzymi potencjał wzrostu jej akcji, dając cenę docelową o 41 proc. wyższą od bieżącej – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management SA

Zamiarem MCI jest dalsze budowanie wartości ABC Daty poprzez wspieranie inicjatyw rozbudowy portfolio produktowego i ekspansji zagranicznej w Europie. Na dzień wydania raportu MCI Management posiadał akcje ABC Data odpowiadające za 61,5 proc. jej kapitału zakładowego.

– Jak pokazują ostatnie rekomendacje dla ABC Data profesjonaliści rynkowi podzielają naszą opinię o niedowartościowaniu spółki, wyceniając ją zdecydowanie powyżej obecnej ceny akcji. Dlatego też MCI Management nie zamierza sprzedawać akcji tej spółki, dopóki jej kurs nie wzrośnie powyżej poziomu 6 zł za walor – dodaje Cezary Smorszczewski.

Warszawska giełda ma 23 lata. Dojrzała już do zagranicznej ekspansji

0

CEO Magazyn Polska

GPW świętuje 23. urodziny. 16 kwietnia 1991 r. miała miejsce pierwsza po wojnie i okresie komunizmu sesja giełdowa. W dniu inauguracji na parkiecie notowanych było tylko pięć spółek. Dzisiaj warszawska giełda jest postrzegana jako jeden z symboli sukcesu polskiej transformacji. Po tym, jak obecność na GPW stała się celem dla wielu przedsiębiorstw, sama giełda chce umocnić swoją pozycję w Europie Środkowej.

 Giełda to udane dziecko polskiej transformacji i przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania, jakie miałem w momencie jej założenia. Rynek się rozwinął bardzo dobrze, jesteśmy czołowym rynkiem w tej części Europy i w zasadzie jedynym, który jest naprawdę częścią krajowej gospodarki – mówi agencji Newseria Biznes Wiesław Rozłucki, przewodniczący Rady Giełdy i pierwszy prezes GPW.

Kapitalizacja spółek notowanych na GPW jest dziś wyższa niż łączna kapitalizacja podmiotów notowanych w Wiedniu, Pradze, Budapeszcie i Lublanie. Od roku trwają z tworzoną przez nie grupą CEESEG rozmowy, których celem ma być nawiązanie współpracy.

 Zbudowaliśmy bardzo silny rynek, który odgrywa istotną rolę w finansowaniu gospodarki i w redystrybucji naszych oszczędności. I to nie tylko rynek lokalny, lecz także rynek regionalny, który jest zauważalny zarówno w naszym regionie, jak i w całej Europie, zwłaszcza poprzez różne aktywności, które podejmujemy w ostatnim okresie na arenie międzynarodowej – mówi prezes Giełdy Papierów Wartościowych Adam Maciejewski.

Pierwsze lata funkcjonowania giełdy to czas pierwszej hossy i ogromnego zainteresowania Polaków nowo powstałym rynkiem akcji. Apogeum nastąpiło w styczniu 1994 r., kiedy na akcje debiutującego Banku Śląskiego zapisało się 830 tys. osób, a akcje już podczas pierwszej sesji zdrożały trzynastokrotnie.

Później mieliśmy do czynienia z niezwykłym rozwojem ilościowym giełdy. Pod koniec lat 90. wchodziły takie spółki, jak KGHM, Telekomunikacja Polska, PKN Orlen, czyli okręty flagowe naszej gospodarki. W momencie bańki internetowej giełda ucierpiała, tak jak wszystkie giełdy na świecie. Potem był strach przed wejściem do Unii Europejskiej. Ale okazało się, że warszawska giełda i polskie spółki sprostały konkurencji europejskiej – uważa Wiesław Rozłucki.

Dzisiaj na warszawskim parkiecie notowane są 452 spółki, z czego 46 to firmy zagraniczne. Prywatyzacja dużych spółek – choć prowadzona z różną intensywnością i skalą, w zależności od polityki kolejnych rządów – była jednym z głównych motorów rozwoju warszawskiej giełdy.

Faktycznie od lat zajmujemy wysoką pozycję w Europie, jeżeli chodzi o liczbę IPO. Jest trochę gorzej, jeżeli chodzi o wartość pozyskiwanego kapitału. Myślę, że mamy tutaj jeszcze sporo do zrobienia – mówi Adam Maciejewski. – Ta większa wartość pozyskiwanego kapitału pojawiała się głównie w okresach większych prywatyzacji, i to też nie do końca można mówić o pozyskiwaniu kapitału, bo często to była po prostu sprzedaż akcji przez dotychczasowych akcjonariuszy, co też jest dobre dla rynku kapitałowego, dla polskiej gospodarki. Nie można tej sprzedaży deprecjonować.

Ostatni kryzys finansowy był dla giełdy nie tylko zagrożeniem, lecz także szansą. W 2009 r., gdy banki w obawie przed ryzykiem poważnie ograniczyły udzielanie kredytów, wystartował Catalyst – rynek obligacji korporacyjnych i komunalnych. Dzięki niemu przedsiębiorstwa zyskały kolejną – po emisji akcji – alternatywę dla kredytu bankowego. Analitycy są zgodni, że Catalyst ma wciąż ogromne perspektywy rozwoju – zarówno pod względem liczby emitentów, zaangażowanego kapitału, jak i płynności. Ze strategii rozwoju rynku GPW.2020 można wywnioskować, że rynek główny ma także spory, niewykorzystany potencjał, ale potrzebne są dalsze działania, by giełda efektywniej łączyła firmy poszukujące kapitału z inwestorami.

Myślę, że potencjał, jaki tkwi w rynku kapitałowym, nie do końca jeszcze wykorzystaliśmy. Sądzę, że okres 23 lat mógł być lepiej wykorzystany, jeżeli chodzi o możliwości rynku kapitałowego w zakresie obsługi prywatnych przedsiębiorców. W zbyt dużym stopniu uzależniliśmy się od decyzji administracyjnych, czyli przede wszystkim od prywatyzacji. To były dosyć łatwe pieniądze dla całego rynku. Najtrudniej jest jednak funkcjonować na rynku wysoce konkurencyjnym. I teraz wchodzimy w ten okres – uważa Maciejewski.

Według prezesa GPW, atrakcyjność rynku kapitałowego dla firm jest także funkcją polityki państwa, przede wszystkim podatkowej. Zwiększenie dopływu kapitału na giełdę poprzez ulgi podatkowe lub reformę III filara emerytalnego może przynajmniej częściowo wypełnić lukę związaną z ograniczeniem roli II filara, czyli OFE. To tym bardziej istotne, że polska gospodarka ma ogromne zapotrzebowanie na kapitał, a polskie firmy chętnie poddają się weryfikacji przez rynek jako spółki publiczne. Maciejewski podkreśla, że wspieranie rozwoju rynku kapitałowego powinno być częścią szerszej strategii rozwoju kraju, która ma m.in. zwiększyć konkurencyjność i innowacyjność polskich firm.

Patrząc długoterminowo na rozwój gospodarki i na rozwój rynku kapitałowego, trzeba bardzo mocno wspierać powstawanie start-upów. To w tym obszarze kreuje się najwięcej nowych, świeżych pomysłów. Część z tych pomysłów urośnie, to będą nowe, dynamiczne przedsiębiorstwa. Rynek musi zweryfikować, co jest autentycznie dobre, a co nie – uważa obecny prezes GPW.

Marże na kontraktach drogowych nie wzrosną. Budimex czeka na rozstrzygnięcia przetargów i korzystnie ocenia rynek deweloperski

CEO Magazyn PolskaBudimex czeka na rozstrzygnięcie Krajowej Izby Odwoławczej w sprawie odwołania konkurentów od wyników przetargu na budowę nowego bloku w Elektrowni Turów. Największe inwestycje spółka przewiduje w infrastrukturze: jest blisko otrzymania kontraktu na budowę drogi ekspresowej S5 z Korzeńska do Wrocławia i startuje w przetargach na budowę autostrady A1. Budimex planuje także rozpocząć duży projekt deweloperski w Krakowie. W rezultacie spółka prognozuje, że pod koniec 2014 r. będzie miała większy portfel zamówień niż w 2013 r.

Dziś Krajowa Izba Odwoławcza rozpatrzy skargę konkurentów konsorcjum Budimex-Hitachi na wynik przetargu na budowę bloku energetycznego w Elektrowni Turów. 18 marca PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna wybrała ofertę konsorcjum Budimeksu, Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe i Tecnicas Reunidas w powtórnym przetargu na budowę bloku o mocy 430-450 MW w Turowie. Wartość kontraktu to blisko 4 mld zł. Odwołanie od rozstrzygnięcia przetargu złożyły Doosan oraz Shanghai Electric.

– Niestety, pozostali oferenci, którzy zostali wykluczeni, złożyli protest do Krajowej Izby Odwoławczej. Myślę, że te procedury potrwają jeszcze miesiąc. Pojawia się zatem pytanie, czy decyzja zostanie podtrzymana, jeżeli tak, to, czy pozostali oferenci będą się jeszcze odwoływali. Jeżeli nie, to bardzo szybko można z tym tematem ruszyć. A PGE potrzebuje uruchomić ten blok jak najszybciej, więc zachęcam, żeby nie spowalniać procedury, jeżeli nie ma realnych powodów do protestowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Po ubiegłorocznym spadku sprzedaży w części budowlanej, w tym roku spółka będzie starała się odzyskać poprzednie poziomy. Największe planowane przez Budimex inwestycje to infrastruktura, czyli drogi i kolej. Spółka zamierza startować w przetargach, których spodziewa się pod koniec roku, w III i IV kwartale. To oznacza, że w wynikach finansowych będą one miały odzwierciedlenie dopiero w kolejnych latach.

Blisko rozstrzygnięcia jest kontrakt na budowę odcinka S5, który ma połączyć Wrocław z Korzeńskiem. Jak podkreśla Blocher, oferta Budimeksu była najkorzystniejsza, choć różnice w cenach kolejnych ofert były minimalne. Spółka chce również startować w przetargach na budowę odcinków A1.

– Jest rozpisany przetarg na dokończenie kontraktu pomiędzy Tuszynem a Strykowem. Przede wszystkim jednak jesteśmy zainteresowani wybudowaniem nowej autostrady od Pyrzowic do Częstochowy. Złożyliśmy dokumenty o prekwalifikacje, i na pewno, jak będą normalne warunki kontraktowe, na tym bardzo nam zależy, będziemy składali ofertę cenową – zapowiada Dariusz Blocher.

Prezes Budimeksu dodaje jednocześnie, że silna konkurencja w przetargach na budowę dróg uniemożliwia wzrost marż do komfortowych, bezpiecznych poziomów w całej branży.

Będziemy starali się poprawić marże, ale to będą raczej symboliczne poprawy, bo cały czas spółka była rentowna. Natomiast mamy bardzo dużą konkurencję, bardzo dużo nowych podmiotów przychodzących do Polski. Nie ma takiego komfortu, że można składać oferty, które dawałyby bardzo bezpieczne marże. To jest w Polsce po prostu niemożliwe – twierdzi prezes Budimeksu.

Budimex jest kolejną spółką, która spodziewa się dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym. Dotyczy to zwłaszcza tańszych mieszkań – ten segment rynku wspierany jest przez państwowy program Mieszkanie dla Młodych. Spółka przygotowuje obecnie projekt deweloperski w Krakowie, który ma zaoferować mieszkania w atrakcyjnej cenie.

– Pracujemy nad dużym projektem, jeżeli chodzi o sprzedaż mieszkań w Krakowie, będziemy gotowi w połowie roku. Jeżeli ten projekt się uda, to byśmy skokowo zwiększyli przedsprzedaż mieszkań. Ale tak organicznie rośniemy o kilkanaście procent w całym roku – prognozuje Blocher.

Planowany wzrost portfela zamówień w 2014 r. względem ubiegłego roku ma pozwolić na bezpieczną wypłatę dywidendy. Tym bardziej, że spółka ma dobrą pozycję gotówkową, zarząd rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości 11,85 zł na akcję. O jej wielkości zdecydują akcjonariusze.

– To jest historycznie największa dywidenda w Budimeksie. Dni dywidendy i wypłaty przypadają na maj, natomiast decyzja o tym będzie podjęta na walnym zgromadzeniu. Mieliśmy dobre wyniki, pierwszy kwartał też wydaje się bardzo dobry. Nie będziemy notowali już takich spadków sprzedaży, być może odrobinę poprawimy rentowność. Nie ma przeszkód, żeby spółka dalej mogła się dzielić pieniędzmi z akcjonariuszami, chcemy to robić i chcemy być spółką dywidendową – zapowiada Dariusz Blocher.

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Budimeksu odbędzie się w przyszły czwartek, 24 kwietnia.

Netia: Upowszechnienie internetu w Polsce jest możliwe. Państwo powinno jednak współfinansować jego budowę

CEO Magazyn Polska

Likwidacja białych plam na szerokopasmowej mapie Polski jest możliwa, ale pod pewnymi warunkami – podkreślają przedstawiciele branży teleinformatycznej. Tam, gdzie inwestycje w budowę sieci są mało opłacalne dla przedsiębiorców, potrzebne jest zaangażowanie finansowe państwa. Firmy potrzebują również stabilnego prawa. Bez tego ryzyko dla przedsiębiorców może okazać się zbyt wysokie.

Jeśli mówimy o realizacji Narodowego Planu Szerokopasmowego (NPS) i pokryciu białych plam, to pamiętajmy, że zwroty z inwestycji mogą sięgać 20 czy nawet 30 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Suszek, członek zarządu Netia SA. – Cele NPS są celami rządu, a nie przedsiębiorstw. Dlatego to rząd powinien wymyślić dobre mechanizmy współfinansowania – dodaje.

Jak podkreśla, technologia się zmienia, a firmy bez wsparcia środków publicznych i funduszy europejskich same nie będą w stanie sprostać wielomiliardowym inwestycjom.

Netia posiada największą w Polsce światłowodową sieć dostępową w technologii PON, która jest w tej chwili najbardziej przyszłościową technologią i umożliwia nam świadczenie usług nawet do 1 gigabita na sekundę. Zrealizowaliśmy tę inwestycję przy współudziale unijnych funduszy do poziomu 40 proc. kosztów kwalifikowanych – mówi Mirosław Suszek.

Równie ważna, co wsparcie finansowe, jest stabilność prawna.

Oprócz ryzyka biznesowego ważne dla nas jest ryzyko przepisów i regulacji – mówi członek zarządu Netii. – Odgrywa ono szczególną rolę przy inwestycjach telekomunikacyjnych, których horyzont czasowy jest bardzo długi. Niestabilność przepisów znacznie podnosi ryzyko inwestycyjne, więc zmniejszenie niepewności związanej ze zmianami w prawie pozwoliłoby zwiększyć liczbę inwestycji.

Podaje przykład tzw. megaustawy, czyli ustawy z 2010 roku o wspieraniu rozwoju usługi i sieci telekomunikacyjnych, która z założenia miała ułatwić realizację inwestycji związanych z budową infrastruktury.

Koncepcja bardzo dobra, zapis ustawy dobry, ale cały czas brakuje przepisów wykonawczych. Kiedy trzeba stosować te przepisy w praktyce, to już nie wychodzi tak dobrze – mówi przedstawiciel Netii.

Jego zdaniem, te dwa warunki, czyli wsparcie przedsiębiorstw z budżetu państwa oraz stabilne otoczenie prawne, są konieczne do tego, żeby zrealizować założenia Narodowego Planu Szerokopasmowego. W ramach rządowego projektu NPS do 2020 r. każdy Polak ma móc korzystać z internetu o prędkości co najmniej 30 Mb/s. Ponadto minimum połowa polskich gospodarstw domowych ma mieć dostęp do sieci o przepustowości przekraczającej 100 Mb/s. Nadzór nad realizacją planu sprawować będzie Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji.

Nie wzrosną płace zarządców nieruchomości komercyjnych i menedżerów projektu

CEO Magazyn Polska

Wysoka konkurencja jest głównym powodem utrzymującej się stabilizacji płac w firmach zajmujących się techniczną obsługą nieruchomości – wynika z badania Facility Management Salary & Satisfaction Survey, przeprowadzonego przez Property Talents. Większość z ankietowanych kierowników technicznych, zarządców nieruchomości i menedżerów projektu wskazała, że ich płace rosną jedynie w tempie inflacji.

– Nie ma co liczyć na duży wzrost poziomu wynagrodzeń w branży FM [Facility Management – techniczna obsługa nieruchomości red.], a jeżeli jest wzrost, to raczej symboliczny, na poziomie indeksacji inflacji. Jednak w większości przypadków raczej mówimy o obniżeniu poziomu wynagrodzeń, co jest skutkiem ostrej konkurencji na tym rynku i ponownego podziału tego rynku w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Alexander Morari, partner zarządzający Property Talents.

Wszystkie przebadane specjalizacje charakteryzują się rozpiętością zarobków rzędu 5–15 tys. zł brutto. Wyjątek stanowią zarządcy nieruchomości bez licencji, którzy zarabiają średnio w przedziale 4 tys. – 5,8 tys. zł brutto, a także pracownicy administracji średniego szczebla w firmach zajmujących się zarządzeniem nieruchomościami (5,5 tys. zł – 6 tys. zł). Najwyższe zanotowane zarobki dotyczyły kierowników projektu i zarządców nieruchomości z licencją – 18 tys. zł brutto. W tej ostatniej grupie zanotowano zarówno kilka podwyżek (od 4 do 20 proc.), jak i spadki wynagrodzeń (od 8 do 15 proc.)  wynika z danych Property Talents. W przypadku zarządców nieruchomości bez licencji zarobki nie uległy zmianie, a wśród pozostałych specjalizacji  przeważały wzrosty w tempie inflacji lub nieliczne spadki i wzrosty, sięgające 15–20 proc.

W ankiecie padło również pytanie o otwartość na zmianę pracy w ciągu kolejnych 12 miesięcy, co było powiązane z pytanie o zadowolenie z obecnego wynagrodzenia.

Około 80 proc. naszych respondentów jest gotowych i otwartych na zmianę pracy. W większości przypadków głównym powodem zmiany byłoby właśnie poszukiwanie wyższych zarobków  twierdzi partner zarządzający Property Talents.

Minimalne wymagania płacowe, jakie muszą być spełnione, by przebadani pracownicy zgodzili się zmienić pracę, okazały się być wysokie. Jednocześnie są bardzo zróżnicowane, podobnie jak płace na wyższych stanowiskach kierowniczych. Relatywnie wysokie żądania płacowe to wynik słabego wzrostu wynagrodzeń w ostatnich latach i niewielkich szans na przyspieszenie ich dynamiki w najbliższym czasie. Każda zmiana pracy łączy się z pewnymi kosztami i ryzykiem, dlatego pracownicy oczekują dużej rekompensaty ze strony nowego pracodawcy.

– Wachlarz oczekiwanego wynagrodzenia był rzędu od 15 do prawie 100 proc. więcej niż obecne wynagrodzenie. To było dużą niespodzianką, ale znowu pokazuje i odzwierciedla sytuację na rynku Facility Management w Polsce  uważa Morari.

Przebadani respondenci pracują głównie w średnich i dużych firmach (zatrudniających powyżej 100 pracowników) i są zatrudnieni w większości na podstawie umowy o pracę. Zdecydowaną mniejszość stanowią inne formy zatrudnienia, takie jak własna działalność gospodarcza czy też kontrakt menedżerski. Wśród pracowników zajmujących się zarządzaniem i utrzymaniem nieruchomości komercyjnych, na każdą zatrudnioną kobietę przypada dwóch mężczyzn.

Nie był dla nas żadną niespodzianką wynik badania pod kątem grup płciowych. Większość respondentów stanowili mężczyzn. Tak naprawdę dominują w tej branży, jest to proporcja mniej więcej 70 do 30 proc. To jednak nie oznacza, że kobiety nie zajmują pozycji związanych stricte z technicznym utrzymaniem budynków albo utrzymaniem budynków całego portfolio nieruchomości. Stroną techniczną zajmują się też kobiety. Jednak nie zdarza się to często  zaznacza Morari.

Badania satysfakcji z wynagrodzeń i innych warunków pracy to cenne informacje dla firm. Dzięki zapewnieniu respondentom anonimowości, otrzymane wyniki są bardziej wiarygodne, co pozwala pracodawcom lepiej kształtować swoją politykę zatrudnienia i płac. Także w odniesieniu do konkurencji z branży.

Komputerowe symulacje coraz popularniejszą metodą edukacji młodzieży. Przykładem program „Zarządzanie firmą”

CEO Magazyn Polska

Zamiast wykładów i testów dla uczniów o sposobach zarządzania firmą – symulacja komputerowa. W ten sposób łatwiej nauczyć się, jak podejmować decyzje dotyczące marketingu, inwestycji czy finansów. 22. edycja programu „Zarządzanie firmą”, realizowanego przez Fundację Młodzieżowej Przedsiębiorczości, pozwoliła ponad 11 tysiącom uczniów szkół średnich wziąć udział w komputerowej symulacji zarządzania firmą. Wspierany przez MasterCard program wywołał szczególne zainteresowanie w mniejszych miejscowościach.

Projekt ,,Zarządzanie firmą” jest skierowany do uczniów szkół ponadgimnazjalnych każdego typu. Realizujemy go od ponad 20 lat i cieszy się ogromnym zainteresowaniem.

Uczniowie uczą się zarządzania firmą i do tego służy symulacja komputerowa, w której muszą podejmować decyzje odnośnie wielkości inwestycji, nakładów na marketing czy na cele dobroczynne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Romanowska, koordynator programu „Zarządzanie firmą”. – Ci, którzy trzymają wirtualną gotówkę w kasie, przekonują się, że nie jest to dobre rozwiązanie na dłuższą metę. Tymczasem najlepsi wiedzą, że im bardziej rozwiną fabrykę i im więcej przeznaczą na różnego typu inwestycje, tym lepiej na tym wyjdą.

Tegoroczna edycja to 22. odsłona programu. W finałowej edycji 21. konkursu „JA Titan” uczestniczyło 12 trzyosobowych drużyn wyłonionych spośród 11 586 uczniów biorących udział w rozgrywkach – komputerowej symulacji zarządzania firmą – na poziomie ponadgimnazjalnym, czyli w liceach i technikach. Finaliści mieli okazję rozegrania finałowej potyczki w siedzibie GPW. Wolontariusze firmy MasterCard podzielili się z finalistami swoim doświadczeniem, rozgrywając z nimi „friendly game”.

Przy realizacji programu w szkołach nauczyciele nie musieli robić wykładu na temat kosztów produkcji, amortyzacji ani prowadzić zajęć z języka angielskiego – mówi Danuta Romanowska. – Młodzież opanowuje biznesowy angielski niejako automatycznie, bo czyta raporty biznesowe w tym języku podczas gry. Uczestnicy muszą dobierać na podstawie analizy rynku odpowiednie strategie, czyli muszą umieć czytać dane rynkowe – dodaje.

Celem symulacji nie jest nauka teorii zarządzania, lecz praktyki prowadzenia firmy.

Co ciekawe, gra budzi większe zainteresowanie wśród młodzieży z mniejszych miejscowości. Szkoły z dużych metropolii, a zwłaszcza z Warszawy, w mniejszym stopniu interesują się udziałem w rozgrywkach.

– W tym konkursie mamy więcej uczestników z niewielkich miejscowości, niewielkich szkół, gdzie całe społeczeństwo żyje takim sukcesem – mówi Romanowska. – Przykładem jest Zamość, gdzie pani Barbara Świst mobilizuje dwie szkoły. W tych szkołach pasjonują się grą, a informacje o sukcesach pojawiają się w miejscowych gazetach – dodaje.

Konkurs po raz trzeci jest wspierany przez firmę MasterCard.

Wierzymy, że edukacja finansowa to pierwszy krok w zarządzaniu firmą, w angażowaniu się w biznes i rozwój gospodarki – mówi Luiza Derek, dyrektor marketingu w polskim oddziale MasterCard Europe. – Wspieramy projekt nie tylko finansowo, lecz także dzielimy się z licealistami naszą wiedzą i doświadczeniem, z finalistami grają nasi wolontariusze, co również nas bardzo cieszy – dodaje.

Młodzi Polacy radzą sobie w tego typu konkursach bardzo dobrze na tle rówieśników. Polscy uczniowie zajęli pierwsze i czwarte miejsce w ogólnoeuropejskim konkursie Virtual Business Challenge, w którym wzięło udział 514 osób z różnych krajów Europy. Organizatorem był Junior Achievement-Young Enterprise Europe.

Od kryzysu w 2008 r. w Polsce przybywa mikropośredników finansowych

CEO Magazyn PolskaMikrofirmy stają się coraz ważniejszym graczem na rynku pośrednictwa finansowego. Spośród 5 tys. firm działających na tym rynku  blisko 90 proc. zatrudnia nie więcej niż pięć osób, a jedną trzecią stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Wielu mikropośredników rozpoczęło działalność w trudnym dla sprzedaży produktów finansowych okresie po 2008 roku, ale dziś już zaczynają odczuwać poprawę koniunktury. Deklarują, że ze swojej działalności osiągają zwykle przychód do 50 tys. zł miesięcznie.

Najwięcej z badanych przez nas mikropośredników działa na terenie województw mazowieckiego, śląskiego i wielkopolskiego [odpowiednio 17 proc, 16 proc. i 9,3 proc. – red.]. Zdecydowana część z nich, bo ponad 91 proc., zatrudnia nie więcej niż pięć osób. Natomiast jedna trzecia z nich to są jednoosobowe działalności gospodarcze – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Werczyńska, dyrektor marketingu firmy Idea Expert.

Badanie przeprowadzone przez firmę Idea Expert objęło ponad stu przedsiębiorców działających w zakresie pośrednictwa finansowego. Ujawniło, że ponad połowa z nich (55 proc.) rozpoczęła działalność po 2008 r., czyli w okresie kryzysu finansowego. Jedna czwarta badanych firm utrzymuje się na rynku co najmniej 10 lat.

Werczyńska dodaje, że pośrednicy odczuwają już powoli poprawę koniunktury w gospodarce.

Widzą już rzeczywiste konsekwencje ożywienia gospodarczego i według nich idzie ku lepszemu – mówi Paulina Werczyńska. – Większość z badanych przez nas firm zadeklarowała przychody do 50 tys. złotych miesięcznie, natomiast w tym 32 proc. deklaracji było do 10 tys. złotych miesięcznie.

Im większe miasto, tym więcej pośredników. Ponad 40 proc. przepytanych przez Ideę Expert firm działa w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców. Jednak potencjał widzą również w małych miejscowościach, gdzie często nie ma oddziałów banków i innych instytucji finansowych lub sieci pośrednictwa. Jedna trzecia z nich operuje w miejscowościach o populacji do 50 tysięcy osób.

Werczyńska podkreśla, że mikropośrednicy mają w swojej ofercie szeroki wachlarz produktów. 80 proc. z nich oferuje kredyty hipoteczne, a także kredyty i pożyczki gotówkowe. Dwie trzecie oferuje kredyty konsumpcyjne lub samochodowe, a niecała połowa pośredniczy w sprzedaży ubezpieczeń. Aż 72 proc. mikropośredników współpracuje z co najmniej sześcioma instytucjami finansowymi, a 19 proc. – z ponad dwudziestoma.

Są to głównie duże banki komercyjne, ale też ogólnopolskie sieci pośrednictwa finansowego, jak również firmy pożyczkowe i ubezpieczeniowe – wylicza Werczyńska.

Z bankami współpracuje aż 88 proc. badanych firm. Z dużymi sieciami pośrednictwa niecałe 60 proc., a z firmami pożyczkowymi – połowa. Badania pokazały, że oczekiwania pośredników wobec instytucji finansowych są jasne – aż ponad 60 proc. z nich liczy na możliwie wysoką prowizję. Ważne, choć mniej istotne są szkolenia, wsparcie techniczne czy wspólne promocje.

Przedstawicielka Idea Expert wskazuje, że pośrednicy korzystają głównie z marketingu szeptanego. Ich główną metodą reklamy jest polecanie usług przez klientów. 87 proc. badanych firm wskazuje ten kanał jako główną drogę promocji. Ok. połowa stosuje ulotki, banery i plakaty lub reklamę na stronie internetowej.

Konsumenci coraz częściej wybierają produkty marek własnych sieci handlowych. Rynek ten rośnie o 20 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

Marki własne to szybko rozwijający się rynek – sprzedaż takich produktów rośnie o jedną piątą rocznie. To świadczy o tym, że konsumenci przestali kojarzyć marki własne z niską ceną i niską jakością. Wśród najbardziej popularnych produktów po marką własną są woda mineralna i papier toaletowy.

Dynamika wzrostu marek własnych z roku na rok wynosi około 20 procent i szacuje się, że w kolejnych latach będą one rozwijały się w bardzo podobnym tempie. Przed nami jeszcze wiele lat wytężonej pracy nad marką własną, bo jest to rynek, który cały czas musi o siebie walczyć, który dużo osiągnął, ale wciąż jest pole do pracy – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwia Piskulska, kierownik marketingu marek własnych sieci sklepów Intermarché.

Klienci przestają już traktować produkty marki własnej jako te gorszej jakości, przestały ona także być postrzegane wyłącznie przez pryzmat ceny, choć niewątpliwie jest to wciąż istotne kryterium.

Natomiast, gdyby usunąć cenę i zapytać klientów o inne kryterium wyboru marki, to na pierwszym miejscu będzie jakość. Nie kojarzą już oni marek własnych wyłącznie z półką pierwszocenową i produktami złej jakości – przekonuje Piskulska.

Najlepiej sprzedają się produkty tych kategorii, w których klienci nie są przywiązani do określonej marki, a ważna jest przede wszystkim cena. Mowa tu przede wszystkim o papierze toaletowym czy wodzie mineralnej, które wiodą prym w sprzedaży marek własnych.

W sieci Intermarché. co piąty sprzedawany produkt to marka własna, a jak wynika z założeń firmy, udział w sprzedaży ma być jeszcze większy i w ciągu najbliższych lat sięgnąć 30 proc. Marki własne są dziś dostępne w niemal każdej kategorii produktów – m.in. Paquito w kategorii soków i nektarów, Reva w kategorii kasz i ryżu czy Apta w kategorii chemii domowej.

– Biorąc pod uwagę wyłącznie sieć sklepów Intermarché, mamy dzisiaj prawie dwa tysiące produktów, wobec czego można się spodziewać, że  czołowe kategorie produktowe są już zagospodarowane. My szukamy nowych produktów i pomysłów na nie wśród rynków niszowych – mówi Piskulska.

Inspiracji sieć szuka przede wszystkim na rynku francuskim, gdzie działa Grupa Muszkieterów, do której należą supermarkety Intermarché. Często są to produkty premium, nietypowe, które nie mają odpowiedników nawet wśród liderów na polskim rynku.

Silna presja cenowa na rynku logistycznym. Dominować będą duże firmy i transport kołowy

CEO Magazyn Polska

Od początku kryzysu największym problemem w branży logistycznej jest ostra walka konkurencyjna, w której główną bronią jest cena. Operatorzy logistyczni jako pośrednicy między producentem a sprzedawcą są postrzegani jako źródło niepotrzebnych kosztów, co zwiększa presję cenową. Niskie stawki za przewozy nie pozwalają, szczególnie małym firmom, na inwestycje w tabor, przez co tracą konkurencyjność. Mimo wszystko transport kołowy ma mieć ważniejszą rolę niż kolejowy.

Kryzys, który się rozpoczął w 2009 r., utrzymuje się niestety cały czas, a firmy walczą o przetrwanie i utrzymanie się na rynku. Głównym elementem tej walki, niestety, nadal jest cena – mówi agencji  informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Pawlak, dyrektor handlowy FM Logistic.

Dotyczy to zwłaszcza transportu, gdzie ceny są bardzo niskie, a wiele firm, zwłaszcza tych mniejszych, ma problemy z utrzymaniem rentowności.

Na pewno te stawki nie pozwalają na odtwarzanie taboru i jego wymianę w rozsądnych odstępach czasowych – podkreśla przedstawiciel FM Logistic.

Wyjaśnia, że firmy logistyczne muszą dokładać starań, by zwiększać efektywność transportu. Po pierwsze jest to kwestia wypełnienia powierzchni ładunkowej. Pawlak wyjaśnia, że chodzi o podjęcie takich działań, które zmniejszą ilość „wożonego powietrza”, czyli np. zwiększenie wysokości załadowanych palet lub dokładanie małych, drobnych przesyłek do tych dużych.

Ważne jest, żeby jeden TIR miał załadowane 33 palety. Koszt przewozu jednej palety dużym środkiem transportu jest na pewno dużo niższy niż wożenie pojedynczych palet małymi samochodami – mówi Andrzej Pawlak. – Kolejna kwestia to tzw. puste kilometry i starania spedytorów, przewoźników i giełd transportowych, by ograniczać koszty tych pustych przewozów, które w dodatku często odbywają się przez autostrady lub drogi płatne.

Zdaniem Pawlaka w przyszłości rynek będzie się stabilizował.

Będzie się koncentrował w ramach dużych firm, które będą walczyły o utrzymanie swoich klientów i dostarczanie im jak największego pakietu usług i usprawnień logistycznych – twierdzi Pawlak. – Dominować będzie transport kołowy. Odcinki przewozów w Polsce nie są aż tak długie, aby kolej mogła być konkurencyjna kosztowo czy czasowo. Zresztą transport kołowy i tak zazwyczaj musi służyć jako dopełnienie kolejowego – dodaje.

Wyjątkiem jest transport zamorski, w którym – według eksperta – nie ma konkurencji dla kontenerów.

Niektórzy duzi importerzy myślą nawet o tym, aby mieć magazyny budowane również z bocznicami kolejowymi. Ale to w przypadku, gdy duży wolumen jest eksportowany bądź importowany drogą zamorską. Wtedy to rzeczywiście się opłaca, jeżeli mamy kilka, kilkanaście kontenerów do załadowania, wtedy jest to taniej puścić pociągiem z portu do magazynu i tam to rozpakować – mówi Pawlak.

Jak podkreśla, takie plany mają szczególnie firmy handlujące z Dalekim Wschodem.

Większość polskich przedsiębiorstw o uznanej pozycji na rynku założono na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Rynek TSL (transport, spedycja, logistyka) nabrał rozpędu po akcesji Polski do Unii Europejskiej. Branża jest bardzo konkurencyjna, także jeśli chodzi o rynek pracy. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak przeprowadzonego w 2012 r. w sektorze kompleksowych usług logistycznych mediana wynosiła 4500 zł brutto, a wśród pracowników magazynowych – 3000 zł brutto.

Polacy w tym roku stawiają na rozsądne przedświąteczne zakupy. Wydadzą na nie do 500 złotych

CEO Magazyn Polska

Polacy wcześniej rozpoczęli przygotowania do Świąt Wielkanocnych, by rozłożyć wydatki w czasie. Jak wynika z badań Payback Opinion Poll, taką strategię przyjęło aż 70 proc. respondentów. Większości osób zależy na utrzymaniu wydatków na poziomie z ubiegłego roku, dlatego zakupy zrobią w dużych marketach.

75 proc. Polaków deklaruje, że zakupy wielkanocne sfinansuje z bieżącego budżetu domowego. Taki sam procent nie chce wydać na ten cel więcej niż rok temu. Jednocześnie można zauważyć wzrost kwot przeznaczonych na żywność. Z badania wynika, że na spożywcze zakupy świąteczne najczęściej wydajemy od 200 do 500 złotych.

Prawie 3/4 Polaków deklaruje wydatki świąteczne na poziomie podobnym do tego z zeszłego roku. Kupujemy przede wszystkim produkty spożywcze. Ponadto na liście znajdują się środki czystości niezbędne do porządków w domu, samochodzie oraz ogrodzie. Oprócz najbardziej potrzebnych produktów polscy konsumenci kupują kwiaty, słodycze ze świątecznych edycji, a także akcesoria do dekoracji pisanek. Zakupy te robione są najczęściej w hipermarketach lub supermarketach – stwierdza Piotr Lipiński z programu lojalnościowego Payback.

2/3 ankietowanych stwierdziło, że do świątecznych zakupów chcą podejść z głową. Większość chce uniknąć niepotrzebnych zakupów poprzez tworzenie list oraz myślenie o wydatkach dużo wcześniej.

Najpopularniejszą strategią zakupową w tym roku jest planowanie wydatków z wyprzedzeniem, aby rozłożyć je w czasie. Polacy przygotowali także tradycyjne listy z zakupami i próbowali ściśle się ich trzymać w sklepie – mówi agencji Newseria Piotr Lipiński.

Okres przedświąteczny to także czas dużych zmian. Większość Polaków w tym czasie stawia na gruntowne sprzątanie swoich domów, wznowienie aktywności fizycznej oraz poprawę swojego wyglądu.

Według badanych przygotowania do Wielkanocy rozpoczynają się już na początku kwietnia sezonowymi porządkami. Okazuje się, że ponad połowa Polaków lubi sprzątać i rzadko kiedy korzysta z profesjonalnej pomocy – dodaje Lipiński. – Okres świąt to dla konsumentów przede wszystkim czas dla rodziny. Mniejsze znaczenie ma dla nas tradycja oraz aspekt religijny. Najczęściej potrawy przygotowujemy sami, a świąteczne dni spędzamy w gronie większym niż 5 osób.

Co ciekawe, połowa Polaków zamierza rozesłać świąteczne życzenia nie za pomocą wiadomości SMS czy mediów społecznościowych, lecz tradycyjnie, wysyłając kartkę pocztową.

Badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach programu Payback metodą ankiet online na grupie 316 osób. Dobrana próba użytkowników w wieku 18-65 odpowiadała strukturze demograficznej kraju.

Stanowisko Zarządu Digital Avenue – działalność spółki nie jest zagrożona

0

W związku z artykułem z dnia 14 kwietnia w serwisie parkiet.com pt. „Digital Avenue: działalność spółki jest zagrożona” Zarząd Digital Avenue („Spółka”) informuje, iż nie zgadza się z tezami stawianymi w ww. artykule. Zarząd wskazuje na fragment opinii biegłego rewidenta: „wskaźniki poziomu zadłużenia oraz stabilności źródeł finansowania majątku Spółki kształtują się na poziomie bezpiecznym”. Co więcej, poziom zobowiązań krótkoterminowych w przeciągu 2013 roku spadł o ponad 70% (do 205 tys. zł z poziomu 721 tys. zł). Jeśli chodzi o zobowiązania Spółki wobec banku (kredyt obrotowy w rachunku bieżącym) sięgało ono w drugim kwartale 2013 roku 129 tys. zł, podczas gdy pod koniec 2013 roku wynosiło już nieco poniżej 42 tys. zł.

Ponadto Zarząd Digital Avenue pragnie podkreślić, że biegły rewident nie zakwestionował stanowiska Zarządu Digital Avenue, który we wprowadzeniu do sprawozdania finansowego wyraził opinię, że kontynuacja działalności przez Digital Avenue nie jest zagrożona.

Strata Spółki na poziomie wyniku netto jest pochodną przede wszystkim  wysokich kosztów amortyzacji (łącznie 1 028 tys. zł), w skład której wchodzą odpisy księgowe poprzednich inwestycji (wartość 703 tys. zł) oraz amortyzacja wartości firmy w związku z połączeniem ze spółką Styl.Media (wartość 325 tys. zł).

W odniesieniu do kwestii stricte biznesowych, tj. wartości sprzedaży, to rok 2013 był  okresem przede wszystkim wdrażanie działań przedkładających się na wzrost efektywności  działu sprzedaży, polegających m.in. na restrukturyzacji umów na świadczenie usług sprzedaży powierzchni reklamowych z podmiotem zewnętrznym i rekrutacji zespołu wewnętrznego. Pozytywne rezultaty tych procesów widoczne będą w wynikach najbliższych kwartałów.

W średnim i długim okresie Spółka przewiduje poprawę sytuacji biznesowej poprzez dywersyfikację źródeł przychodu. Zamierza bowiem rozwijać się w najbardziej perspektywicznym segmencie rynku internetowego – eCommerce oraz social eCommerce. Obecnie prowadzone są testy biznesowe w tym zakresie z potencjalnym partnerem strategicznym.

Zarząd Digital Avenue S.A.

Spójny ze strategią marketingową sponsoring kształtuje i wzmacniania wizerunek

Właściwie za każdym istotnym wydarzeniem kulturalnym i sportowym stoi jakaś marka. Dlaczego firmy angażują się w sponsoring? Odpowiedź na to pytanie jest prosta- obustronne korzyści. By jednak działania sponsoringowe były skuteczne, a więc pozwoliły osiągnąć zamierzone cele, muszą opierać się na przemyślanej strategii.

Dobra strategia sponsorska zasadza się na wyczerpującej wiedzy, która pozwala określić atrakcyjność danego wydarzenia. Jednym z jej aspektów jest znajomość odbiorców, do których dzięki działaniom wspierającym wydarzenie dotrze marka. Liczy się profil osób i ich liczba. Innymi słowy, trzeba zastanowić się na ile uczestnicy danego wydarzenia są zgodni z grupą docelową, określoną w strategii marketingowej firmy oraz jak duży zasięg będzie miała sama impreza. Szacowaniu zasięgu mogą służyć ogólnodostępne statystyki i prognozy organizatorów oparte na doświadczeniach. Można też określić go za pomocą zsumowania wszystkich potencjalnych miejsc ekspozycji. Liczą się przecież nie tylko sami uczestnicy, ale wszyscy którzy o imprezie usłyszą. Wpływ na ten czynnik mają więc też działania i wydatki samego sponsora.

Bezpośrednio decydującym czynnikiem powinien być także sam charakter imprezy. Ważna jest pewność co do jego zbieżności z pożądanym wizerunkiem marki. Zazwyczaj każde wydarzenie ma już pewien ukształtowany lub kształtujący się w określony sposób wizerunek. Zasadnicza jest więc odpowiedź na pytanie, na ile wizerunek danej imprezy jest dopasowany do wizerunku marki.

W dalszej ocenie opłacalności uzyskania statusu sponsora danego wydarzenia, liczą się też inne elementy. Sponsoring pozwala bowiem zyskać pewną przewagę konkurencyjną. W zależności od szczegółów umowy sponsor może też wykorzystać swój status na przykład w kanałach sprzedaży. Zasadnicza jest w końcu opłacalność finansowa, a więc stosunek zaangażowanych środków do prognozowanych korzyści. Jedna z metod oceny opłacalności to określenie kosztu dotarcia do jednej osoby i jego odniesienie do analogicznego kosztu ponoszonego przy wykorzystaniu innych kanałów. Trzeba jednak cały czas pamiętać o PR-owym wymiarze sponsoringu.

Audyt sponsorski ma wiele zasadniczych elementów. Pierwsza ocena wydarzenia zakłada jednak oszacowanie jego wartości medialnej i wpływu na wizerunek marki. Spójny ze strategią marketingową sponsoring stanowi bowiem doskonałe narzędzie kształtowania i wzmacniania wizerunku. To narzędzie elastyczne, podlegające indywidualizacji. Dlatego tak ważna jest szczegółowo dopracowana umowa. Szansą jest też fakt, że sponsoring może mieć wymiar zarówno czysto finansowy, jak i barterowy – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365NET.

Niemal co czwarty respondent wyda na organizację Świąt więcej niż w ubiegłym roku

Wielkanoc to w naszym kraju tradycyjne rodzinne święto. Zdecydowana większość Polaków ankietowanych w badaniu Barometr Providenta deklaruje, że spędzi Wielkanoc z najbliższą rodziną (92%). Blisko co piąty Polak świętować będzie hucznie i w szerszym gronie (w towarzystwie co najmniej 8 osób). Część osób planuje ponadto wykorzystać czas Świąt na spotkania z przyjaciółmi (18%). Wielkanoc oceniana jest jako Święto ważne. Ponad połowa ankietowanych (56%) traktuje ją jako wydarzenie przede wszystkim rodzinne. Mocno podkreślamy również duchowo-religijny charakter Świąt, na który wskazuje 30% badanych. Niewielki odsetek osób (9%), podkreśla, że w pierwszej kolejności jest to dla nich czas wolny od pracy i okazja do wypoczynku.

Święta w portfelu: odczuwalny wydatek

Wielkanoc to ważne wydarzenie, które ma wpływ na portfele ankietowanych Polaków. Świąteczne wydatki większości respondentów (ok. 60%) kształtować się będą w tym roku na poziomie od 101zł do 500zł. W tej grupie przeważająca ilość osób (37%) planuje przeznaczyć na ten cel od 101zł do 300zł. Wyższą kwotę, od 301zł do 500zł, wyda co piąty respondent (22%).

Większość ankietowanych w badaniu Barometr Providenta przyznaje, że Święta Wielkanocne wiążą się dla nich z odczuwalnym wydatkiem, takim, na który część spośród nich gotowa jest oszczędzać. 43% ankietowanych deklaruje, że organizacja Świąt, choć zauważalna w ich portfelu, to jednak nie wpływa na inne plany finansowe. Z kolei 34% osób wskazuje, że odkłada specjalnie z myślą o Wielkanocy.

Co ciekawe, przeważająca większość respondentów (89%) deklaruje, że przy organizacji tegorocznych Świąt posiłkować się będzie jedynie bieżącymi dochodami. Po różne formy pożyczek na ten cel sięgnie około 12% klientów Provident Polska. W przypadku przedświątecznego deficytu gotówki, Polacy prędzej sięgną po pożyczkę w firmie pożyczkowej (7%) niż zadłużą się w banku (5%) lub u rodziny (4%).

„Wielkanocny Barometr Provident to nie tylko finansowy portret Polaków, którzy są naszymi klientami, ale także ilustracja zmieniających się postaw związanych ze świątecznymi wydatkami. Co pozytywne, wyraźnie rośnie liczba osób, które są w stanie udźwignąć organizację Wielkiej Nocy z bieżących wpływów finansowych. W ubiegłym roku było to około 67% ankietowanych osób. W tym roku przeważająca większość naszych klientów (89%) będzie już w stanie pokryć wszystkie koszty związane z Wielkanocą z własnych dochodów. Widać też wyraźnie, że chętniej oszczędzamy. W sytuacji gdy odczuwamy konieczność skorzystania z pożyczki – pierwszym wyborem niezmiennie pozostaje firma pożyczkowa” – powiedział Przemysław Kasza z działu badań i analiz Provident Polska.

Wydamy tyle samo co w ubiegłym roku

Ponad połowa respondentów (51%) planuje przeznaczyć w tym roku na organizację Świąt tyle samo co w roku ubiegłym. Liczba ankietowanych, których świąteczne wydatki pozostaną na niezmienionym poziomie, jest o 9% wyższa niż w 2013 roku. Proporcje między tymi, którzy przeznaczą na ten cel odpowiednio mniej oraz więcej, okazują się bardzo wyrównane. Wyższe planowane wydatki deklaruje niemal co czwarty ankietowany (24%, wzrost 2% r-d-r), a niższe – co piąty respondent (20%).

„Ożywienie, którego symptomy zaczynamy coraz wyraźniej odczuwać w gospodarce, nie przełożyło się jeszcze w sposób wyraźny na portfele Polaków badanych w ramach Barometru Providenta. Dlatego warto, by osoby, które chcą zorganizować bardziej uroczyste i wystawne przyjęcie świąteczne, z wyprzedzeniem zaczęły odkładać fundusze, choćby niewielkie kwoty, ale za to regularnie. Bardzo dobrze sprawdza się system tygodniowego oszczędzania przed Świętami. Pamiętajmy również, aby nie dać się ponieść zakupowemu szaleństwu i rozsądnie dobierać produkty, które rzeczywiście są nam na Wielkanoc potrzebne. W ten sposób uda nam się zamknąć świąteczne wydatki w racjonalnych ramach, a nasz wielkanocny koszyk będzie pełen, ale równocześnie nadmiernie nie zaciąży nam finansowo” – powiedział Przemysław Kasza.

***
Barometr Providenta

Cykliczne badanie klientów, które pozwala na lepsze zrozumienie zachowań i decyzji finansowych Polaków, prowadzone od 2011 roku. Provident obsługuje aktualnie 841 tysięcy klientów w całej Polsce, dzięki czemu wyniki badania pokazują prawidłowości i zachowania, które mogą być charakterystyczne dla Polaków o średnich i niższych dochodach. Poszczególne odsłony badania dotyczą najpopularniejszych wydatków Polaków: związanych ze świętami, wakacjami, czy też finansowaniem wyprawek szkolnych dla dzieci. Zakres badania obejmuje również nadzieje i obawy związane z oceną własnej sytuacji finansowej.

Tegoroczna edycja badania dotyczącego wielkanocnych wydatków Polaków zrealizowana została na zlecenie firmy Provident Polska przez firmę Millward Brown SMG\KRC, w 2014 roku, metodą CATI, na próbie losowej 371 klientów firmy Provident.

Praca na swoim. Niezależność czy ciągłe problemy?

Własna firma czy praca na etacie – to pytanie zadaje sobie wiele osób pracujących zawodowo. Jednak nie od dziś wiadomo, że własny biznes to ciężki kawałek chleba. Wymaga on zaangażowania i cierpliwości nie tylko na początku zakładania działalności gospodarczej, ale także w trakcie jej prowadzenia – zwłaszcza, gdy pojawiają się finansowe problemy.

Polska gospodarka jest szóstą w Unii Europejskiej pod względem liczby przedsiębiorstw. Mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa stanowią 99,8% ogólniej liczby firm w kraju, a działają one przede wszystkim w usługach i handlu (76%), w budownictwie (13,4%) i przemyśle (10,6%). Według danych Głównego Urzędu Statystycznego przez pierwszy rok działalności na polskim rynku utrzymują się trzy na cztery firmy. W kolejnych latach przeżywalność ta wyraźnie spada – do 54% w drugim i 32% w piątym roku działalności. Łukasz Piechowiak, ekonomista portalu Bankier.pl zaznacza, że „taka drobna przedsiębiorczość w Polsce jest trochę ciemiężona, bo mamy mnóstwo różnego rodzaju danin publicznych, które trzeba zapłacić w różnych terminach i wysokości. […] Mamy też wysokie koszty pracy, więc jeśli przedsiębiorstwo nie generuje dużych przychodów, to trudno jest kogoś zatrudnić. Niestety – większość małych biznesów opiera się na pracy całej rodziny, a nie ludzi z zewnątrz.” Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się o wprowadzeniu udogodnień podatkowych i administracyjnych dla sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw.

Własny biznes to nie lada wyzwanie, które opatrzone jest ryzykiem. Na początek warto mieć nie tylko dobry pomysł i biznesplan. Ważnym elementem rozpoczęcia własnej działalności jest posiadanie zabezpieczenia finansowego, chociażby na pół roku do przodu. Jeśli owego przyszły właściciel nie posiada, może postarać się o dotację na rozwój działalności gospodarczej. „[…] Są prywatne formy dotacji oraz dotacje z Unii Europejskiej. Trzeba się tylko dobrze rozejrzeć, bo teraz jest nowy budżet, będą nowe programy i w ich ramach może się pojawić kilka bardzo ciekawych opcji wspierających rozwój własnego biznesu” – twierdzi Łukasz Piechowiak i dodaje, że „[…] bezrobotni mają trochę lepiej niż osoby zatrudnione na etacie, które chcą założyć biznes, a nic nie odłożyły. Najlepiej być osobą pozbawioną dochodów, by móc liczyć – po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku – na dotację w wysokości 20 tysięcy złotych.”

Dobrym rozwiązaniem jest również branie udziału w różnego rodzaju konkursach, które wspierają rozwój małych przedsiębiorstw. Wystarczy opisać swój pomysł na biznes. Jeśli spodoba się organizatorom, chociażby takim jak firma Provident, można zdobyć 10 tysięcy złotych.

Własna firma jest alternatywą dla szukania satysfakcjonującej pracy. Daje niezależność i dochód. Ale to także stały i wcale niemały comiesięczny koszt, który trzeba pokryć – nawet 1300 zł. Mowa o składkach ZUS, kosztach obsługi księgowej itp. Wielu mikro-, małych i średnich przedsiębiorców boryka się z problemami związanymi z prowadzeniem firmy. Wynikają one chociażby z opóźnień w płatnościach, zatorów płatniczych, jak również z brakiem pieniędzy umożliwiających rozwój przedsiębiorstwa. Nic dziwnego, że wielu właścicieli poszukuje zewnętrznych form finansowana – sięga po kredyty. Częściej są to jednak pożyczki. Jak podkreśla Paweł Szustakiewicz, Kierownik ds. Rozwoju Produktów Provident Polska, w ciągu roku od wprowadzenia Pożyczki dla Firm z tej oferty skorzystało 5 tysięcy klientów. Łączna pula udzielonego wsparcia to 25 milionów złotych. „[…] Pieniądze udzielane są na rozwój działalności biznesowej. Z jednej strony jest to codzienne zarządzanie płatnościami takimi jak: zakup towaru, opłaty za jego dostawę czy opłaty związane z prowadzoną działalnością. Z drugiej strony cel pożyczkowy stanowią środki na rozwój firmy.”

Mali przedsiębiorcy chętnie korzystają z takiej pomocy finansowej, również dlatego, że w ramach pakietu pożyczkowego uzyskują pomoc prawną i księgową. Mogą skorzystać z porad podatkowych, a nawet wsparcia informatyka. W razie awarii, w miejscu prowadzenia działalności, poprosić o interwencję fachowca, m.in: ślusarza, hydraulika, elektryka.

Własna działalność to niewątpliwie ciężki kawałek chleba. Niby jest się panem na własnych włościach, ale prowadzenie biznesu wiąże się z szeregiem wyzwań i obowiązków. Niestety – polskie przepisy i wszędzie panująca biurokracja wcale nie ułatwiają i tak już trudnego zadania. Jednak kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Wielozadaniowość w pracy – mit, który chętnie podtrzymujemy

Ilość wyzwań i zawodowych obowiązków stojących przed nami na co dzień sprawia, że nierzadko marzymy o dodatkowej parze rąk. Część z nas wciąż łudzi się także, że pomocna okaże się także tzw. wielozadaniowość, czyli umiejętność robienia kilku rzeczy na raz. W rzeczywistości jednak nie da się efektywnie przeskakiwać z jednego zadania na drugie. Jak zatem zorganizować swój dzień, by stracić przy tym jak najmniej czasu?

O wielozadaniowości słyszał zapewne każdy. Ta niemalże mityczna cecha sprawia, że jesteśmy w stanie wykonywać na raz więcej, niż tylko jedną czynność. Często wydaje się nam, że tego typu funkcjonowania wymaga od nas otoczenie. Musimy przecież przerwać aktualne zadanie, gdyż szef właśnie wymaga czegoś ważniejszego, koleżanka z pracy przyszła z dokumentami do podpisania, w międzyczasie zadzwonił klient, a żona w wiadomości tekstowej pyta, gdzie pójdziemy na kolację.

Statystyki pozostają nieubłagane

Warto zastanowić się jednak, czy aby na pewno musimy robić to wszystko na raz? I czy w ten sposób nasza efektywność rzeczywiście rośnie? Odpowiedzi na te pytania nie pozostawiają złudzeń. Szacuje się bowiem, że codziennie marnujemy nawet aż 30% swojego czasu na przełączanie się pomiędzy różnymi czynnościami – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Strata ta jest o tyle bolesna, że w większości wypadków kolejne zadanie, którego się podjęliśmy wcale nie było aż tak istotne. Tak naprawdę nic nie stało na przeszkodzie, byśmy najpierw dokończyli swoje działanie, a dopiero potem zajęli się kolejnymi.

W domu róbmy wiele rzeczy na raz

Wielozadaniowość nie jest z natury ani zła ani dobra. Wszystko tak naprawdę zależy od okoliczności, w jakich przyjdzie nam się z nią zmagać. Nie trzeba być perfekcyjną panią domu, by wiedzieć, że następujące po sobie zrobienie prania, ugotowanie obiadu i uprasowanie koszul zajmie dużo więcej czasu, niż jednoczesne uruchomienie pralki, wstawienie zupy i prasowanie pomiędzy dodawaniem do niej kolejnych składników.

– W tym przypadku możemy mówić o tzw. dobrej wielozadaniowości. Czynności, które wykonujemy symultanicznie i „po kawałku” ostatecznie zabiorą nam mniej czasu, niż gdybyśmy kończyli pierwszą i dopiero wtedy zaczynali kolejne – dodaje Frątczak.

Nie bez znaczenia pozostaje tu także mniejsze znużenie danym działaniem. Dużo łatwiej jest poprasować ogromną stertę ciuchów, jeśli podzielimy ją na kilka mniejszych, przerywanych innymi zdaniami grup.

Praca umysłowa wymaga 100% uwagi

Nieco inaczej sytuacja wygląda w warunkach pracy biurowej. Tu liczy się przede wszystkim pełna koncentracja. Teoretycznie, telefon od klienta, który odbieramy np. podczas przygotowywania ważnego raportu, zajmuje nam 3 minuty.

– W praktyce jednak potrzebujemy później nawet 20 minut, by wrócić do poziomu 100% swojego zaangażowania. Czyli ta krótka rozmowa kosztowała nas nie 3, a nawet 23 minuty. Tak duże marnotrawstwo szybko okazać się może widoczne – mówi właściciel CEO Solutions.

Warto też zastanowić się, jak wygląda nasza efektywność, gdy tego typu „rozpraszacze” pojawiają się w regularnych odstępach czasu. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest praca dużo poniżej naszych możliwości i nierzadko konieczność zabierania obowiązków służbowych do domu.

W poszukiwaniu rozwiązań

Pierwszym krokiem w każdym procesie leczenia jest prawidłowa diagnoza. Nie inaczej jest ze złą wielozadaniowością. Także tu zacząć powinniśmy od zastanowienia się, co tak naprawdę wybija nas na co dzień z rytmu i jaki w rzeczywistości mamy na to wpływ. Przeszkadzający koledzy w pracy, radio grające na parapecie, dźwięk dzwoniącego telefonu czy wyskakujące na ekranie powiadomienie o nowej wiadomości e-mail?

Większość z tych elementów da się łatwo wyeliminować. Na początek warto wprowadzić zasadę „złotej godziny”, podczas której skupiamy się wyłącznie na wykonywanym zadaniu. Sygnały dźwiękowe pozostają wtedy wyłączone, powiadomienia dezaktywowane, a współpracownicy poproszeni o nieprzeszkadzanie.

Pamiętajmy przy tym, że najważniejsze czynności należy wykonywać z samego rana. Wtedy bowiem nasz umysł jest wciąż świeży i wypoczęty, a dodatkowo mamy możliwość racjonalnego projektowania swojego czasu na cały dzień.

Duży projekt, małe kroki

Kolejną rzeczą, którą z pewnością powinniśmy sobie przyswoić, jest umiejętność dzielenia dużych, absorbujących zadań na mniejsze, realne do osiągnięcia etapy.

– Dobrym przykładem jest tutaj strategia naszego mistrza olimpijskiego, Roberta Korzeniowskiego. Jak często przyznawał, nigdy nie był on w stanie mentalnie przygotować się na pokonanie 50 kilometrów. Co innego, jeśli uświadomił sobie, że tak naprawdę ma do czynienia z dystansem 5 razy 10 km – podpowiada ekspert zarządzania czasem.

Jeśli zaś chodzi o krótsze prace, dobrym nawykiem jest zaczynanie kolejnego dopiero w momencie ukończenia poprzedniego. Efektywne wykonywanie kilku czynności będzie możliwe dopiero z prawidłowo ułożonym harmonogramem – inaczej narażamy się nie tylko na straty czasu (i nierzadko pieniędzy), ale także na stres czy frustrację. Podsumowując, stwierdzenie, że tytułowa wielozadaniowość zawsze jest dobra to bez wątpienia mit. Jak wszystko, ma ona swoje dobre i złe strony i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili je mądrze wykorzystać. A że z pewnością warto, nikt z nas nie ma już chyba żadnych wątpliwości.

MCI inwestuje w czołowego dostawcę zintegrowanej komunikacji w chmurze

0

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management (MCI), którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy S.A., zainwestował blisko 4 mln zł w firmę Focus Telecom Polska Sp. z o.o. Inwestycja zakłada objęcie mniejszościowego pakietu udziałów z opcją dokapitalizowania o kolejne kilka milionów złotych.

Focus Telecom Polska to innowacyjna spółka technologiczna oferująca usługi do komunikacji biznesowej dostępne w modelu cloud computing. Firma jest liderem polskiego rynku w zakresie Unified Communications as a Service (UCaaS). Spółka dysponuje autorską platformą Unified Communications, która powstała z myślą o klientach biznesowych w celu zwiększania efektywności procesów obsługi klienta, działań sprzedażowych oraz komunikacji wewnętrznej. Platforma skupia usługi, z zakresu, m.in. zarządzania komunikacją i budowania wiedzy o kliencie (call/contact center) zaawansowanych narzędzi kontaktu dla mniejszych firm (telco smart office) oraz komunikacji grupowej (telekonferencje, webkonferencje). Spółka świadczy usługi ponad 800 klientom, osiągając kilkumilionowe przychody oraz ponad 60-procentową marżę na sprzedaży.

Inwestycja Internet Ventures FIZ zostanie przeznaczona m.in. na kontynuowanie rozbudowy platformy UcaaS oraz wzmocnienie działu sprzedaży celem dotarcia do nowych klientów na rynku krajowym, jak również przygotowania modelu biznesowego do przeniesienia na poziom międzynarodowy. Spółka dwukrotnie znalazła się w czołówce najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych rankingu Deloitte Technology Fast 50 2011 i 2012 w kategorii „Wschodzące Gwiazdy”. Profesjonalizm zespołu zarządzającego oraz potencjał biznesowy i wysoka jakość usług Focus Telecom Polska zostały docenione m.in. w rankingu najlepszych menedżerów (500 Menedżerów 2013 – Puls Biznesu) oraz produktów telekomunikacyjnych dla biznesu (Najlepszy Produkt dla Biznesu 2013 – Gazeta Finansowa).

– W ostatnich latach zainteresowanie naszą firmą, zarówno ze strony funduszy inwestycyjnych, jak i inwestorów prywatnych, było bardzo duże. Za współpracą z MCI przemówiło głównie doświadczenie rynkowe we wspieraniu spółek z innowacyjnym portfolio produktów. Focus Telecom Polska skupia ludzi z wyczuciem rynkowych potrzeb IT oraz proklienckim podejściem na każdym etapie tworzenia usług. Dzięki pozyskaniu tak doświadczonego inwestora pomysły na rozwój platformy i konkretnych rozwiązań wdrożymy szybciej, co pozwoli powiększyć dotychczasową przewagę konkurencyjną na rynku polskim i przystąpić do rywalizacji na arenie międzynarodowej. Liczymy również na wsparcie MCI w pozyskiwaniu kolejnych rund finansowania -– powiedział Cezary Małuj, Prezes Zarządu Focus Telecom Polska.

Wg szacunków firmy konsultingowej IDC Polska polski rynek chmury obliczeniowej w 2013 r. wzrósł o ponad 25% i przekroczył wartość 260 mln zł. W latach 2011–16 prognozy IDC Global dla rynku UC&C (unified communications and collaboration), na którym działa Focus Telecom Polska, przewidują coroczny ok. 20% wzrost oraz osiągnięcie wartości ponad 140 mln USD w 2016 r. W tym czasie szacuje się, że obroty generowane przez sektor rozwiązań contact center będą wzrastać przeciętnie o ponad 24% rocznie.

– Rynek ”cloud computing” to jeden z najszybciej rozwijających się segmentów IT w Polsce. Spółki, takie jak Focus Telecom Polska, ze swoim elastycznym modelem biznesowym, kreują istotną wartość dla swoich klientów. Łącząc innowacyjną ofertę z wysoką jakością obsługi klientów, mogą liczyć na dynamiczny wzrost skali działalności w najbliższych latach – powiedział Tomasz Danis, zarządzający funduszu Internet Ventures FIZ. – Mówimy tutaj nie tylko o rynku polskim. W naszej ocenie model biznesowy Focus Telecom Polska oraz właściwa strategia działania w perspektywie 1-2 lat pozwolą spółce na ekspansję w skali globalnej.

Inwestycja w Focus Telecom Polska to czwarta, po Hojo.pl, mGenerator i Feedo, inwestycja funduszu Internet Ventures FIZ w tym roku. Fundusz zdecydował się na dywersyfikację portfolio inwestycji. Dzięki ekspozycji na spółkę technologiczną oferującą wysokiej jakości rozwiązania komunikacyjne, w ramach synergii portfelowych, możliwe będzie potencjalnie m.in. skierowanie oferty usług Focus Telecom Polska do pozostałych spółek z grupy MCI oraz klientów biznesowych obsługiwanych przez takie spółki.
To także kolejny projekt realizowany wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym (KFK), który w roli współudziałowca kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

KNF: polskie banki nie obawiają się stress-testów

KNF: polskie banki nie obawiają się <a title=stress-testów" title="KNF: polskie banki nie obawiają się stress-testów" />

Wybrane banki w Polsce zostaną poddane stress-testom sprawdzającym ich wypłacalność i zdolność do bezpiecznego działania w sytuacjach kryzysowych. Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego oraz Narodowego Banku Polskiego, krajowa bankowość nie musi się obawiać o wyniki badania, banki nad Wisłą uważane są za bezpieczne, stabilne i efektywne.

Uczestniczymy w europejskim procesie mającym przewrócić zaufanie do instytucji finansowych w Europie, który również będzie wzmacniał zaufanie do polskiego rynku finansowego. Rynku, który jest cały czas postrzegany jako rynek wschodzący. W niepewnej sytuacji w polityce czy na rynkach finansowych bardzo ważne jest, by polski rynek nie odstawał w żadnym aspekcie od najlepszych standardów, budowanych dziś na podstawie wniosków płynących z kryzysu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego (KNF).

Kilka dni temu KNF rozpoczął badanie jakości aktywów w 15 polskich bankach, opierając się na metodologii Europejskiego Banku Centralnego. Wśród badanych banków są m.in. :Alior Bank, BGŻ, Millennium, PKO BP, Pekao SA, ING Bank Śląski, Bank Zachodni, mBank – w sumie wszystkie objęte badaniem banki stanowią ponad 70 proc. polskiego systemu bankowego.

Do tego badania w Polsce wybraliśmy wszystkie banki, które są notowane na giełdzie, oraz banki kwotujące stawki WIBOR/WIBID, z wyłączeniem Banku Gospodarstwa Krajowego. Wypełniamy w ten sposób zalecenia europejskie, aby owym badaniem objąć ponad 50 proc. aktywów systemu bankowego – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Dodaje, że w przypadku takich instytucji szczególnie ważne jest zaufanie ze strony inwestorów rynku kapitałowego, stąd potrzeba szczególnej przejrzystości.

Polskie banki przez cały okres kryzysu były nie tylko w pełni bezpieczne, stabilne, lecz także bardzo efektywne. A w związku z tym, w kontekście poprzednich stress-testów, uważamy, że i w tym badaniu europejskim powinny wypaść dobrze. Podobna zresztą jest ocena polskiego banku centralnego – podkreśla zastępca przewodniczącego KNF.

Wyniki badania jakości aktywów będą stanowić wkład do europejskich stress-testów. Wprowadzono je trzy lata temu na skutek światowego kryzysu finansowego i problemów strefy euro. Do tej pory testowano banki europejskie, przede wszystkim w strefie euro. W Polsce dotyczyły – na zasadzie badania skonsolidowanego – wybranych jednostek należących do międzynarodowych grup bankowych. Uwzględniały także PKO BP jako największy bank w kraju.

Stress-testy polskich banków to dla KNF-u to możliwość upewnienia się w sądzie o jakości kluczowych instytucji sektora bankowego.

Upewnimy się, że wypełniamy standardy ustalone na poziomie europejskim. Dodatkowo, uczestnicząc w tym procesie jesteśmy – co ważne – partnerem do dyskusji na poziomie regulatorów unijnych – twierdzi zastępca przewodniczącego KNF.

Co więcej, współpraca oznacza dostęp do europejskiej metodologii, standardu budowania wniosków na podstawie badań i przygotowania do stress-testów.

Po zakończeniu powinniśmy mieć dobrze zdiagnozowany system bankowy, cieszący się dużym zaufaniem na zewnątrz. To dobra podstawa do dalszego rozwoju i wsparcia rosnącej po okresie spowolnienia gospodarki – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Już rok działa nowy system transakcyjny GPW. Korzyści z jego wprowadzenia będą rosnąć wraz z rozwojem rynku

CEO Magazyn Polska

Rok temu warszawska Giełda Papierów Wartościowych wprowadziła nowy system transakcyjny UTP, który należy do systemów najnowszej generacji. Potrafi on obsłużyć 20 tys. zleceń na sekundę, czyli ponad 20 razy więcej niż poprzednik – WARSET. Jego wprowadzenie otworzyło drogę do szybkiego rozwoju nowej palety instrumentów, a inwestorzy zyskali możliwość składania niedostępnych wcześniej typów zleceń.

Według Łukasza Bugaja z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska UTP to inwestycja, która będzie procentować w długim okresie, jeżeli wzrośnie napływ kapitału i poprawi się płynność na warszawskim parkiecie.

Zwiększyła się automatyzacja i wprowadzono nowe zlecenia, które są wykorzystywane. Nowy system daje pewną elastyczność oraz zwiększa poziom automatyzacji, czyli jako inwestor mogę funkcjonować dalej na rynku, nie będąc przy monitorze, np. mogę wprowadzić takie polecenie, aby moje zlecenie zawsze było jednym z pierwszych w arkuszu zleceń. Tego nie można było uczynić wcześniej – wskazuje Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Można powiedzieć, że zmieniliśmy starego malucha na nowego mercedesa, ale jeszcze niekoniecznie szybko nim jeździmy. Mamy taką możliwość w przyszłości.

Obok zlecenia typu Peg, dzięki systemowi UTP inwestorzy zyskali możliwość składania zleceń WNF (Ważne na najbliższy fixing), WNZ (Ważne na zamknięcie) i WDC (Ważne do czasu). Zlikwidowano zlecenie PCRO (Po cenie rynkowej na otwarcie), które będzie dostępne w ramach popularnego zlecenia PCR (Po cenie rynkowej) przed otwarciem notowań. Dzięki wprowadzeniu UTP wzrosły także możliwości rozwoju tzw. handlu wysokiej częstotliwości. Dla profesjonalnych inwestorów na rynkach derywatów, składających zlecenia o dużej wartości, znaczenie mają nawet ułamki sekund.

– Pole manewru jest większe, wprowadzona została również możliwość funkcjonowania handlu wysokich częstotliwości, jednak potrzebna jest dla niego bardzo duża płynność na poszczególnych papierach, a z tym, niestety, potrafią być problemy na warszawskim parkiecie. I one niejako nie zostały rozwiązane w trakcie wprowadzania nowego systemu, nie jest jednak panaceum na bolączki naszego rynku – uważa Bugaj.

Wprowadzenie UTP jest komplementarne względem innych działań, mających na celu m.in. zwiększenie płynności na rynku. Zmiany nie ominęły również rynku instrumentów pochodnych, zwłaszcza kontraktów terminowych na indeks WIG20. Giełda zwiększyła mnożnik na kontrakty terminowe na WIG20 i WIG30 z 10 do 20 zł. Oznacza to, że zmiana notowań o 1 pkt przekłada się na 20 zł zysku lub straty dla inwestora, w zależności od zajmowanej pozycji. Wyższy mnożnik to nie tylko wyższy możliwy zysk i ryzyko, lecz także niższe koszty składania zleceń w stosunku do oczekiwanych zysków. To oczywiście oznacza większą atrakcyjność rynków derywatów, zarówno w celach spekulacyjnych, jak i hedgingowych. 

Skuteczne uruchomienie UTP pozwoliło na rozszerzenie segmentu rynku instrumentów pochodnych. Oferta GPW została wzbogacona o takie kategorie instrumentów, jak kontakty terminowe na stawki referencyjne WIBOR oraz obligacje skarbowe, a w 2014 r. planowane jest wprowadzenie do obrotu, m.in. opcji na akcje. W dalszej perspektywie wzmocnieniem pozycji GPW w obszarze instrumentów pochodnych będzie wdrożenie osobnego, dedykowanego tym instrumentom systemu transakcyjnego UTP-Derivatives, czyli tzw. UTP-D.

– Jeżeli chodzi o rynki instrumentów pochodnych, to ważna jest zmienność, która panuje na parkiecie, ważne też jest nastawienie inwestorów do rynku i wydaje się, że te czynniki przeważają. One mogą być korzystne bądź nie. I zmiana systemu handlu miała oczywiście pewien wpływ, większa zdolność automatyzacji handlu jest przez część inwestorów wykorzystywana – zaznacza analityk DM BOŚ w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Obecnie trwają prace nad poszukiwaniem nowej strategii rozwoju dla polskiego rynku kapitałowego. Kieruje nimi Rada Rozwoju Rynku Finansowego, w skład której weszli przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa, Ministerstwa Finansów oraz uczestnicy rynku. Całościowa strategia jest tym bardziej istotna, że w ostatnim roku inwestorzy obawiali się ryzyka związanego z demontażem OFE i jego konsekwencji dla giełdy, zarówno w krótszym, jak i dłuższym horyzoncie czasowym. Z pewnością zmiany w II filarze nie umknęły także uwadze inwestorów zagranicznych, o czym świadczą relacje w światowych mediach finansowych.

Poprawa koniunktury w realnej gospodarce i utrzymujące się na rekordowo niskim poziomie stopy procentowe NBP powinny jednak przełożyć się na wzrost wolumenu transakcji i płynności w najbliższych kwartałach. Istotne jest także to, że inwestorzy nie zostali obciążeni kosztami wprowadzenia UTP, a więc nie wzrosły koszty związane z lokowaniem kapitału na giełdzie.

– Koszty transakcyjne jako takie się nie zmieniły. Jeżeli chodzi o koszt wprowadzenia całego systemu, to został on poniesiony w przeszłości zarówno przez biura maklerskie, jak i przez giełdę. Te koszty są gdzieś widoczne, w przypadku papierów wartościowych są amortyzowane, one nie zostały de facto przerzucone na końcowego użytkownika w postaci inwestora, co jest dla niego korzystne, bo poniesione nakłady nie były małe – twierdzi Łukasz Bugaj.

Rozwój sieci szerokopasmowych może być spowolniony. Konieczna zmiana prawa

CEO Magazyn Polska

Bez zmiany prawa rozwój sieci szerokopasmowych w Polsce będzie spowolniony z powodów administracyjnych – uważa Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskich Sieci Szerokopasmowych. Jeszcze w tym roku nowe przepisy powinny stworzyć preferencyjne warunki dla tych inwestycji, kluczowych z punktu widzenia rozwoju internetu. Inaczej prywatni przedsiębiorcy mogą nie poradzić sobie z uzyskaniem niezbędnych pozwoleń. Prace usprawnić mogłoby powołanie krajowego koordynatora budowy sieci szerokopasmowych.

W 2014 roku powinniśmy całkowicie zmienić system prawa, tak, jak to zrobiono w Korei. Tam w 1994 roku podjęto decyzję o tym, że szerokie pasmo jest najważniejsze dla kraju. I cały system się zmienił, wszystkie bariery administracyjne i finansowe zostały zredukowane, zero podatków, zero problemów inwestycyjnych, administracyjnych, zgód, uzgodnień, terminów – apeluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej.

Streżyńska mówi, że choć w Polsce trwa projekt zapewnienia powszechnego dostępu do sieci szerokopasmowych, to brakuje odpowiednich przepisów prawnych. Zgodnie z Narodowym Planem Szerokopasmowym do 2020 r. każde polskie gospodarstwo domowe ma mieć dostęp do internetu o prędkości minimum 30 Mb/s, a połowa z nich ma korzystać z co najmniej 100 Mb/s. Na obszarach, gdzie operatorom komercyjnym nie opłaca się budować sieci, zajmują się tym spółki z udziałem podmiotów publicznych, jak Wielkopolska Sieć Szerokopasmowa.

Według Streżyńskiej, borykają się oni jednak z barierami prawnymi i administracyjnymi, związanymi m.in. z możliwością budowy w pasie dróg publicznych oraz z kwestiami geodezyjnymi. Część władz lokalnych nie wspiera też inwestycji. Streżyńska podkreśla, że te sprawy powinny być rozwiązane już przed 2006 r., czyli przed startem poprzedniej unijnej perspektywy budżetowej.

A najpóźniej na początku perspektywy budżetowej. One teraz są głównymi problemami. Brakuje powszechnego mniemania, że jest to wspólny cel, że dzięki niemu cały nasz region się zmieni, że wszystkie ręce na pokład i pracujemy na Wielkopolskę szerokopasmową. Są też obiektywne mechanizmy wynikające z wymagań prawa   trzeba dostarczać różne dokumenty, bez których nie ma poczucia bezpieczeństwa ani ten urzędnik, który wydaje różne zgody, ani my jako inwestor – podkreśla Streżyńska.

Inwestorzy i urzędnicy muszą spełniać wymogi administracyjne, bo są kontrolowani także przez Komisję Europejską. Dopóki budową sieci szerokopasmowych zajmują się podmioty publiczne, problemy administracyjne są mniejsze. Streżyńska obawia się jednak, że przedsiębiorcy prywatni, którzy będą się tym zajmować w nowej unijnej perspektywie, będą mieli jeszcze trudniejsze zadanie.

Ciała publiczne są inaczej, lepiej traktowane, gdy załatwiają pozwolenia i różne inne dokumenty. A wiemy, jak administracja w przeważającej mierze traktuje przedsiębiorcę – jak potencjalnego naciągacza. W związku z tym brakuje przełożenia tych wszystkich problemów na rozwiązania, które będą nie tylko dotyczyły administracji samorządowej, inwestującej w telekomunikację, lecz przede wszystkim przedsiębiorców, na których będzie spoczywała cała przyszła perspektywa budżetowa – przestrzega Streżyńska.

Według niej, rozwiązaniem byłaby nie tylko zmiana prawa, lecz przede wszystkim powołanie urzędu lub osoby odpowiedzialnych za projekt Polski Szerokopasmowej. Gospodarz projektu musiałby mieć ustawowo nadaną możliwość wydawania decyzji administracyjnych. Zajmowałby się też planowaniem inwestycji w skali całego kraju. Po stworzeniu takiej pozycji inwestorzy mogliby łatwiej i z mniejszymi problemami przeprowadzać inwestycje.

Z elektronicznego potwierdzenia odbioru w Poczcie Polskiej korzysta już blisko 100 firm

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba firm, które wybierają elektroniczne potwierdzenie odbioru (EPO) zamiast tradycyjnych, papierowych zwrotek. Nowe rozwiązanie to oszczędność czasu dla klientów operatora, wśród których dużą część stanowi sektor finansowy. To również ułatwienie przy sprawach sądowych – elektroniczne potwierdzenie odbioru jest prawnie wiążące jako dowód w sądzie.

Z naszej usługi elektronicznego potwierdzenia odbioru korzystają już banki, firmy ubezpieczeniowe czy windykacyjne. Co ważne, w skali miesiąca odnotowujemy blisko 100-proc. wzrosty wysyłanych potwierdzeń dostarczenia lub zwrotu przesyłki poleconej. Nadawcy chcą mieć pełną informację o doręczeniu przesyłki poleconej lub jej zwrocie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Baranowski, rzecznik Poczty Polskiej.

Elektroniczne potwierdzenie odbioru to usługa głównie dla klientów biznesowych Poczty. To alternatywa dla tradycyjnej, papierowej zwrotki.

Dla naszych klientów oznacza to przede wszystkim skrócenie procesów, które są istotne w prowadzeniu ich biznesów – mówi Zbigniew Baranowski.

Rzecznik podkreśla, że EPO można się posługiwać jako dowodem w postępowaniach sądowych.

W przeciągu 12 miesięcy od nadania takiej przesyłki ze zwrotnym elektronicznym potwierdzeniem odbioru, jeżeli jest konieczność okazania takiego dokumentu w sądzie, Poczta Polska weryfikuje to, wystawia poświadczenie takiego dokumentu i bez problemu możemy z tego rozwiązania korzystać także na drodze sądowej – wyjaśnia Baranowski.

Elektroniczne potwierdzenie odbioru to jeden z elementów większego procesu, jakim jest cyfryzacja i elektronizacja usług pocztowych.

Mamy elektroniczne awizo, z którego korzysta dzisiaj już 100 tys. klientów, mamy elektroniczną informację o doręczeniu przesyłki, możliwość nadania elektronicznej kartki czy listu przez internet, który Poczta Polska drukuje i doręcza w tradycyjnej formie. Jest też możliwość wydrukowania z internetu znaczka pocztowego, naklejenia go na list i wysłania tradycyjną drogą – wymienia rzecznik Poczty Polskiej.

Operator konsekwentnie rozszerza swoje portfolio elektronicznych usług, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom zmieniającego się rynku. Od dłuższego czasu spadają wolumeny papierowej korespondencji i rośnie znaczenie usług elektronicznych. Ten trend będzie się utrzymywał, na co wskazują ubiegłoroczne badania klientów, jakie przeprowadziła Poczta Polska.

W grupie najmłodszych klientów blisko 80-90 proc. uczestników deklarowało, że chce drogą elektroniczną – czyli poprzez komórkę lub internet – kontaktować się z dostawcami usług masowych. To oznacza, że takie firmy jak Poczta Polska nie mają innego wyjścia, tylko muszą elektronizować swoją ofertę tak, aby coraz młodsze pokolenia chciały z usług Poczty Polskiej korzystać – tłumaczy Baranowski.

Poczta Polska zapowiada dalszy rozwój i doskonalenie swojej oferty elektronicznych usług. W ten sposób firma chce lepiej wykorzystywać posiadane zasoby, m.in. dobrze rozwiniętą sieć placówek, logistykę oraz doświadczenie.

Poczta Polska jest dzisiaj jedyną firmą logistyczną, pocztową w tym kraju, która jest w stanie realizować bardzo złożone i skomplikowane zlecenia na rynku pocztowym dotyczące obsługi przesyłek na terenie całego kraju. Firma ma blisko 7,5 tys. placówek. Dociera właściwie do każdego zakątka kraju, co trudno jest zrealizować naszym konkurentom. Wszystkie te elementy, czyli właśnie infrastruktura, placówki, przeszkolony i doświadczony personel, możliwość dotarcia do każdego właściwie zakątka kraju powodują, że dzisiaj jesteśmy najważniejszym graczem, liderem na tym rynku –podkreśla rzecznik Poczty Polskiej.

Baltona chce wejść na europejskie lotniska. Będzie inwestować też w sklepy dla dyplomatów

0

CEO Magazyn Polska

Baltona, dysponująca największą siecią sklepów wolnocłowych na lotniskach, będzie inwestować poza Polską. Spośród polskich portów lotniczych możliwości rozwoju oferuje jeszcze jedynie Kraków – tu przetarg na zajęcie stref komercyjnych zaplanowany jest na przełom roku. Spółka liczy na poprawę wyniku z zeszłego roku, w którym przychody wzrosły o 35 proc. Baltona stawia także na usługi dla dyplomatów, co ma przynieść kilkadziesiąt milionów złotych przychodu rocznie. 

Polska przestaje być dla nas miejscem rozwoju. Przed nami ostatni wielki przetarg na duże lotnisko, czyli lotnisko w Krakowie, który jest spodziewany na koniec tego roku albo na początek przyszłego. Po zakończeniu tego przetargu wszystkie większe lotniska będą na kilka lat zajęte przez liderów rynku, z czego Baltona ma ich znaczną większość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Uryga, prezes zarządu PHZ Baltona SA.

Nasycenie rynku polskich lotnisk – głównego obszaru działalności Baltony – wynika z zakończenia ich rozbudowy. Strefy komercyjne zostały rozdzielone pomiędzy najemców na wiele lat. Baltona zdobyła wiele spośród tych kontraktów. Ma ok. połowy udziału w całkowitych obrotach na rynku. Druga połowa to warszawskie lotnisko Chopina, na którym jest nieobecna. W Gdańsku, Rzeszowie i Poznaniu ma wyłączność w strefie bezcłowej, a dominuje w Katowicach i Bydgoszczy.

Już w ubiegłym roku Baltona rozpoczęła ekspansję europejską, otwierając sklepy we Lwowie i Montpellier. W tym roku zdobyła kontrakt na lotnisku w Alghero na Sardynii i bierze udział w kilkunastu kolejnych przetargach. Choć możliwości rozwoju w Europie są większe niż w samej Polsce, nie jest to łatwy rynek.

Europa jest bardzo dojrzałym i wymagającym rynkiem. To rynek klienta, który ma niesamowicie rozwinięty rynek lokalny, i kiedy przebywa na lotnisku, niełatwo go zadowolić. Oczekuje bardzo wysokiej klasy usług, bardzo wysokiej jakości produktu, i to narzuca nam spore wymagania – podkreśla Uryga. – Kolejną specjalnością Europy jest to, że wszędzie na świecie klient kupuje w klasycznym duty free, w którym ceny są dużo niższe niż na lokalnym rynku. W Europie to już w znacznej mierze przestało funkcjonować.

Ponieważ handel międzynarodowy w obrębie Unii Europejskiej nie jest objęty cłem, na lotniskach przy lotach europejskich nie ma możliwości prowadzenia sprzedaży bezcłowej. Takie połączenia to, według Urygi, aż 70-75 proc. wszystkich lotów w UE. Dlatego Baltona nie może oferować znacznie tańszych produktów. Taka możliwość istnieje jedynie dla pasażerów lecących poza Unię Europejską.

Ubiegły rok był dla spółki rekordowy. Baltona zanotowała przychody w wysokości 245 mln zł, o 35 proc. więcej niż w 2012 r. EBITDA wyniosła 1,5 mln zł, a łącznie grupa Baltony odnotowała stratę netto w wysokości 6 mln zł.

Uryga podkreśla, że był to udany rok, bo Baltona zwiększyła sprzedaż we wszystkich obszarach działalności. O 20 proc. wzrosła sprzedaż w sklepach, a w dystrybucji B2B i gastronomii wzrost przekroczył 100 proc. W tym roku wzrost też ma być dwucyfrowy. Szczególne nadzieje Uryga wiąże ze sprzedażą dla dyplomatów. W ubiegłym roku Baltona przejęła większość udziałów w holenderskiej spółce CDD Holding BV, która ma m.in. 5 sklepów dla dyplomatów w Brukseli, Hadze, Londynie i Paryżu.

Kilka lat temu Baltona była bardzo skoncentrowana na sektorze lotnisk, głównie w Polsce. Mieliśmy niewielką spółkę prowadzącą obsługę statków wpływających do polskich portów. Od tego czasu staramy się dywersyfikować nasze ryzyka działania w segmencie lotniczym i bardzo intensywnie rozwijamy tę działalność dystrybucyjną, która działa w kilkunastu różnych kanałach. Jednym z głównych kanałów jest kanał dyplomatyczny i militarny, obsługa jednostek i organizacji NATO, ONZ – tłumaczy Uryga.

Pod znaną marką Chacalli Baltona jeszcze w tym roku chce rozpocząć sprzedaż dla dyplomatów w Europie Środkowo-Wschodniej, a do końca 2015 r. ma być w całej Europie. Ten obszar rocznie może przynosić dodatkowych kilkanaście milionów złotych przychodu.

Uryga podkreśla, że firma musi odpowiadać na różne potrzeby klientów. Inne rzeczy kupują osoby lecące do pracy np. do Wielkiej Brytanii, a inne – turyści podróżujący lotem czarterowym na wakacje. Choć Baltona rozszerza ofertę o produkty lokalne, akcesoria, biżuterię, torebki i odzież, to najważniejsze pozostają tradycyjne grupy produktów. W 2013 r. aż 45 proc. sprzedaży PZH Baltona stanowiły produkty tytoniowe. 19 proc. to alkohol, a niecałe 13 proc. – kosmetyki.

Na rynku pojawiają się nowe innowacyjne sposoby płatności. Młodzi Polacy wkrótce przestaną płacić gotówką, a nawet kartą

0

CEO Magazyn Polska

Polacy mają w portfelach ok. 20 mln kart z możliwością płatności zbliżeniowej, a co miesiąc dokonują nimi kilkanaście milionów transakcji. Coraz większą popularność zdobywają również płatności zbliżeniowe przez telefon. Wraz z rozwojem technologii pojawiają się coraz to nowe sposoby płatności, zwiększające wygodę klienta, które mają szansę przyjąć się na rynku. – W Polsce są zarówno odpowiednie rozwiązania technologiczne, jak i zainteresowanie ze strony klientów – podkreśla Janusz Diemko, prezes First Data, właściciela marki Polcard.

Myślę, że będziemy mieli coraz więcej opcji. Niektórzy chcą płacić kartami bezstykowymi, inni chcą płacić telefonami. Niektórzy chcą płacić telefonami, ale niekoniecznie chcą zmieniać telefon czy operatora – twierdzi Janusz Diemko, prezes zarządu w firmie First Data.

Polska jest liderem transakcji zbliżeniowych w Europie. Z danych First Data wynika, że w marcu 2011 roku zanotowano około 80 tysięcy transakcji zbliżeniowych, rok później było ich już 900 tysięcy, a w marcu 2013 zarejestrowano ich niemal 3 miliony. Stopniowo rośnie również liczba osób korzystających z możliwości bezstykowej płatności przez telefon. Szybki rozwój tego typu rozwiązań technologicznych świadczy o tym, że polscy konsumenci, szczególnie młodzi, będą z zainteresowaniem przyglądać się kolejnym propozycjom.

– Jak patrzymy na pokolenie Z i kolejne, to widzimy, że oni szybciej zaakceptują wszystko w telefonie niż my. My dalej mamy karty, wprawdzie używamy telefonów, ale jeszcze w małym stopniu. Kolejne pokolenie, które robi wszystko w internecie czy na Facebooku, może szybciej odejść od tradycji. Jeżeli będą odpowiednie rozwiązania, to zakładam, że większość młodych ludzi chętnie zrezygnuje i z gotówki, i z kart – prognozuje Janusz Diemko.

Zdaniem prezesa First Data, na nowe rozwiązania nie trzeba będzie długo czekać.

– Będziemy mogli płacić, nie wyjmując telefonu z kieszeni, tylko wchodząc do sklepu. System kasowy w sklepie rozpozna nasze zdjęcie, sprzedawca w sklepie będzie wiedział, kim jesteśmy, więc będziemy mogli wziąć towary, a przy wychodzeniu ze sklepu pieniądze zostaną z naszego rachunku potrącone – wyjaśnia Janusz Diemko w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Tego typu rozwiązania mogą przy okazji służyć budowaniu lojalności klientów.

–  Jeżeli np. dana sieć ma wiele kawiarni, to może wysyłać do klientów ofertę, która będzie ważna tylko przez 10 minut. Jeżeli wie, że dana osoba już wcześniej była klientem, może dostać dodatkowy rabat. W ten sposób sieć będzie w stanie kontrolować, czy częstsze są wizyty danych klientów, czy też nie. Można to dostosować w taki sposób, żeby rabaty były wykorzystywane, żeby sieć dawała taki rabat, żeby budować lojalności klientów – podkreśla Janusz Diemko.

Takie technologie już niedługo mogą stać się częścią codziennego życia.

 To już możemy wdrażać. Software jest gotowy, tylko wymaga integracji z systemami kasowymi. Są rozwiązania, są telefony. Jedyna kwestia to chęci – deklaruje prezes zarządu First Data, właściciela marki Polcard.

Na łagodnym sezonie grypowym gospodarka straciła 1 mld zł. Pięciokrotnie mniej niż rok temu

CEO Magazyn Polska

Tegoroczny sezon grypowy był wyjątkowo łagodny kosztował gospodarkę ok. 1 mld zł. Koszty w latach o zwiększonej zachorowalności, jak sezon 2012/2013, sięgnęły 4-5 mld zł. Na nieobecności chorych pracowników tracą też pracodawcy, dlatego opłacalna staje się dla nich inwestycja w szczepienia przeciwko grypie dla pracowników.

Absencja chorobowa generuje dla pracodawcy koszty związane z koniecznością znalezienia zastępstwa, wypłatą dodatkowych wynagrodzeń czy częściowego wynagrodzenia chorującemu pracownikowi, opóźnieniem produkcji i realizacji kontraktów, czyli brakiem wypracowanego zysku.

– Koszty absencji chorobowej w Polsce zostały oszacowane i okazuje się, że jeżeli mamy niewiele zachorowań, tak jak w sezonie 201314, koszty w ogólnej gospodarce wynoszą ok. miliarda złotych. Natomiast, jeżeli dochodzi do licznych zachorowań, jak to miało miejsce w sezonie 201213, to tego typu koszty mogą wynieść około 4-5 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Adam Antczak, Dziekan Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Lekarz podkreśla, że zapobieganiu stratom występującym w sezonie grypowym wskutek nieobecności pracowników na stanowiskach pracy może pomóc immunizacja, czyli szczepienia przeciwko grypie. Po przeanalizowaniu kosztów absencji wydatek na szczepienia rzędu 20 zł na pracownika staje się nie tylko racjonalny, lecz także opłacalny.

W wymiarze ekonomicznym szczepienia przeciw grypie opłacają się w sposób niezwykły: w wymiarze gospodarstwa domowego, bo nie choruję, więc więcej zarabiam i jednocześnie w wymiarze przedsiębiorstwa, bo zdrowi pracownicy to pracownicy bardziej zadowoleni, a przede wszystkim znacznie wydajniejsi – przyznaje prof. Adam Antczak i podkreśla, że jeden dzień absencji chorobowej pracownika w przeciętnym przedsiębiorstwie to znacznie więcej niż wspomniane 20 zł. 

W naszym kraju, mimo że brakuje powszechnej świadomości problemu zarówno ze strony pracownika, jak i pracodawcy, coraz częściej spotyka się świadomych przedsiębiorców, którzy doceniają znaczenie szczepień przeciw grypie w wymiarze, tak społecznym, jak i ekonomicznym. Jednocześnie jest cała rzesza przedsiębiorców, którzy tego nie wiedzą lub nie myślą o tym, jako o sposobie na uniknięcie absencji chorobowej.

Szczepienie przeciw grypie chroni przed grypą i powikłaniami, ale warto też pamiętać, że ci, którzy szczepią się przeciw grypie, zwykle łagodniej i rzadziej chorują na inne zakażenia układu oddechowego. Krótko mówiąc, jest mniej przeziębień lub one są łagodniejsze – mówi prof. Antczak.

Jeżeli dzisiaj mówi się z sukcesem o zatrzymaniu wyszczepialności na poziomie 3,8 proc., to ja mówię, że to jest za mało, na pewno nikogo to nie zadowala – przyznaje dr Andrzej Mądrala, wiceprezydent Pracodawców RP. – Zrzeszamy większość zakładów pracy, zarówno prywatnych, jak i państwowych. Chcemy zaapelować poprzez dyrektorów, prezesów do pracowników, aby te szczepienia stały się powszechne.

Jego zdaniem szczepionki dla pracownika powinny być bezpłatne i w jak najmniejszym stopniu opodatkowane dla pracodawcy.

Lublin szuka inwestorów. Chce zaangażować się w prace nad prototypem autobusu elektrycznego

CEO Magazyn Polska

Lublin potrzebuje napływu kapitału zewnętrznego. To właśnie inwestorzy z innych obszarów kraju i z zagranicy mają pomóc tworzyć nowe miejsca pracy dla mieszkańców. Miasto chce ich zachęcać m.in. oferując tereny w specjalnej strefie ekonomicznej, pomoc w kontaktach ze Wschodem oraz duży potencjał akademicki. W regionie i w samym Lublinie poprawia się infrastruktura oraz transport. Władze miasta angażują się także w prace nad lubelskim autobusem elektrycznym.

Bez przyciągnięcia inwestycji zewnętrznych trudne będzie większe zdynamizowanie rozwoju Lublina. Własny potencjał inwestycyjny miasta i regionu jest niewystarczający. Nie ma w zasobie regionu lubelskiego takiego kapitału, który w perspektywie najbliższych kilku lat rozwiązałby problemy niedorozwoju gospodarczego. Infrastrukturę wybudujemy, natomiast miejsca pracy musi stworzyć biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Żuk, prezydent Lublina.

Żuk zapowiada, że inwestorzy spoza miasta mają pozwolić wykorzystać istniejący kapitał Lublina, podobnie jak miało to miejsce w innych dużych ośrodkach w Polsce. Miasto chce zachęcać ich m.in. poprzez wsparcie współpracy biznesu i nauki (np. tworzenie kierunków studiów dostosowanych do potrzeb firm) oraz innowacyjnych przedsięwzięć. Żuk dodaje, że szczególnie atrakcyjne są nowoczesne przedsiębiorstwa, ale nie zapomina np. o motoryzacji, która zawsze była obecna w Lublinie. Podkreśla jednak, że niezbędna jest poprawa innowacyjności tego obszaru.

W przyciąganiu inwestorów ma też pomóc nowoczesna infrastruktura transportowa oraz telekomunikacyjna. Żuk wylicza m.in. projekt Sieci Szerokopasmowej Polski Wschodniej, w ramach którego w województwie lubelskim zainwestowane zostanie 385 mln zł. Prace ruszyły w marcu tego roku, a zakończenie planowane jest na czwarty kwartał 2015 r. Dzięki infrastrukturze Lublin liczy na napływ inwestorów zarówno zainteresowanych przestrzenią biurową, np. z branży outsourcingu (BPO), jak i przemysłową.

Wykonaliśmy wszystkie zadania, które są fundamentem dla przyciągania biznesu. Jest lotnisko, jest obwodnica, są rozwiązania drogowe, które zapewniają dostępność komunikacyjną – wylicza Żuk. – Mamy specjalną strefę ekonomiczną, mamy uzbrojony duży obszar poza SSE dla biznesu. Łącznie wydaliśmy około 100 mln złotych i jesteśmy przygotowani na to, by przyjąć każdą inwestycję.

Dodaje, że mocną stroną Lublina jest dostępność siły roboczej oraz jej niska fluktuacja. Spośród zatrudnionych w obszarze BPO, w którym powstało już 3 tys. miejsc pracy, tylko ok. 4 proc. zatrudnionych zrezygnowało z pracy. Tymczasem na zachodzie kraju, jak zaznacza Żuk, fluktuacja sięga nawet 40 proc., a pracownicy chętniej przenoszą się np. do Warszawy.

Poza pracownikami i infrastrukturą Lublin oferuje inwestorom też wsparcie przy rozpoczęciu działalności i rekrutacji. Żuk dodaje, że miasto jest też dobrą bazą dla działalności na Wschodzie, bo ma osiem miast partnerskich na Ukrainie i kontakty m.in. z Azerbejdżanem, Białorusią, Gruzją i Mołdawią.

Do tego rozwojowi miasta sprzyjają środki unijne, dzięki którym coraz lepsza i bardziej ekologiczna jest np. komunikacja miejska. Od grudnia po Lublinie jeżdżą pierwsze trolejbusy zmontowane w tym mieście przez konsorcjum Ursusa i ukraińskiej firmy Bogdan.

 Innym przykładem jest gotowość wejścia przez miasto do spółki, która będzie przygotowywać autobus z napędem elektrycznym lub trolejbusy. Produkujemy w Lublinie trolejbusy, a od trolejbusu do autobusu jest tylko krok. Jesteśmy zainteresowani, żeby wspólnie z firmą Ursus, Politechniką Lubelską i ewentualnymi innymi partnerami wdrażać tego typu projekty – zapowiada Żuk.

Pierwszy prototyp lubelskiego autobusu elektrycznego ma powstać jeszcze w tym roku. Żuk zauważa jednak, że w obszarze komunikacji zbiorowej miasto nie tylko rozwija produkcję, lecz także inwestuje. Celem jest stworzenie nisko- lub wręcz bezemisyjnego transportu. Za ponad 500 mln zł Lublin ma już m.in. nowy tabor, system informacji oraz sterowania ruchem, a planuje także budowę zintegrowanego dworca i poprawę dojazdu z gmin podmiejskich. Żuk liczy na duże wsparcie z UE, także na zakupu kolejnych trolejbusów.

Tylko połowa użytkowników smartfonów używa aplikacji

CEO Magazyn Polska

Już 46 proc. Polaków posiada smartfony, ale tylko połowa z nich wykorzystuje je aktywnie. Smartfony zostały zaprojektowane tak, aby łatwiej korzystało się na nich z internetu, ale prawdziwą wartością dodaną urządzeń tego typu jest możliwość instalowania aplikacji.

Spora część użytkowników, którzy aktywnie korzystają ze smartfonów, tak naprawdę przegląda tylko internet, wykorzystuje przeglądarkę internetową lub różnego rodzaju komunikatory – twierdzi Konrad Latkowski, udziałowiec firmy analitycznej Grupa Manubia.

Aktywne korzystanie ze smartfonów to nie tylko otwarcie przeglądarki internetowej, lecz także pobieranie i używanie mobilnych aplikacji, które niejednokrotnie potrafią ułatwić życie, a czasami nawet pozwalają odzyskać pieniądze.

Taką aplikacją jest pudełko na gwarancje, które pozwala archiwizować w prosty sposób na swoim telefonie wszystkie paragony, faktury, dowody zakupu – mówi Latkowski agencji informacyjnej Newseria.

Wystarczy zrobić zdjęcie paragonu lub zeskanować kod produktu. Aplikacja przeszuka swoją bazę i przyporządkuje produkt do odpowiedniej kategorii. W ten sposób wszystkie dowody zakupów, które są niezbędne przy reklamowaniu produktów, lądują w jednym miejscu.

Jeśli paragon wyblaknie, to mamy pewność, że możemy się odwołać u sprzedawcy do naszej aplikacji i powiedzieć: niestety, paragon wyblakł, ale mam tutaj kopię bezpieczeństwa w postaci zdjęcia – przekonuje przedstawiciel Grupy Manubia.

Wiele osób szuka w internecie informacji na temat ochrony zdrowia i chciałoby mieć do nich dostęp w każdej sytuacji. Powstały aplikacje, które podpowiedzą, którego lekarza warto wybrać, bazując na opiniach innych użytkowników.

Po każdej wizycie wystawiana jest recenzja danego lekarza. Dzięki temu w prosty sposób możemy znaleźć lekarza najbliżej naszego domu, ale jednocześnie najlepszego – z dużą liczbą rekomendacji. To często ułatwia życie, żeby trafić do kogoś kompetentnego, a nie do kogoś przypadkowego – tłumaczy Latkowski.

Ze względu na rozwijający się rynek gastronomiczny oferujący jedzenie z dostawą, powstają także aplikacje, dzięki którym można wybrać restaurację i złożyć zamówienie z dowolnego miejsca. 

Wprowadzamy adres i otrzymujemy dostępne restauracje, które dowożą do miejsca, w którym się znajdujemy. Możemy wybierać spośród różnych kuchni i cen posiłków, więc pozwala to łatwo wyszukać i zamówić sobie jedzenie – zapewnia Konrad Latkowski. – Jest też system do współdzielenia list zakupów. Jeśli wychodzę z domu i rano dziewczyna mi mówi, żebym kupił mleko, to oczywiście o tym zapomnę. Ale mam to w aplikacji i w ciągu dnia ona może dopisać do tej listy kilka innych produktów, które właśnie się skończyły w domu, żebym wracając mógł je zakupić.

Dużą część aplikacji stanowią również gry, z których najchętniej korzystają najmłodsi użytkownicy smartfonów. Dużą popularnością wśród użytkowników cieszą się także wszelkie systemy nawigacyjnej, których można używać za pomocą telefonów komórkowych.

Deutsche Bank podwyższył cenę docelową dla ENEI

Analitycy Deutsche Banku w raporcie z 14 kwietnia 2014 r. podtrzymali rekomendację „Trzymaj” dla akcji ENEI. Jednocześnie podnieśli cenę docelową do poziomu 15,70 zł za walor.

PwC wzmacnia dział Doradztwa Biznesowego

Firma doradcza PwC informuje o wzmocnieniu działu Doradztwa Biznesowego kompetencjami ekspertów z Roland Berger Strategy Consultants. Do PwC dołączyło 19 osób z polskiego oddziału Roland Berger, specjalizujących się w doradztwie strategicznym oraz usługach dla sektora FMCG oraz handlu detalicznego (retail). Wraz z rozszerzeniem zespołu Doradztwa Biznesowego PwC, w gronie partnerów firmy znajdą się Krzysztof Badowski i Maciej Korzeniowski, wcześniej partnerzy Roland Berger w Polsce.

„Wzmocnienie zespołu doradztwa strategicznego w Polsce jest częścią bardzo konsekwentnie realizowanej strategii – naszym celem jest świadczenie wszystkich usług pod jednym dachem i w tym kierunku sukcesywnie rozwijamy ofertę. Chcemy być wyraźnym i niekwestionowanym liderem w doradztwie strategicznym w Polsce i regionie Europy Środkowo – Wschodniej. Rozszerzenie polskiego zespołu o bardzo konkretne kompetencje pozwoliło nam zbudować przewagę praktycznie z dnia na dzień, a nasi klienci już od teraz uzyskują dostęp do umiejętności i doświadczeń nowych kolegów. A wszystko w ramach PwC, bez konieczności wdrażania kolejnych zespołów doradczych i współpracy z wieloma firmami” – podkreśla Piotr Łuba, partner zarządzający działem Doradztwa Biznesowego PwC w Polsce.

W PwC Krzysztof Badowski stanie na czele zespołu dóbr konsumenckich i handlu detalicznego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, analogicznie do roli pełnionej w Roland Berger Strategy Consultants. Dodatkowo będzie także liderem grupy Doradztwa Strategicznego na polskim rynku, która ma za zadanie wspomagać dział transakcji PwC w zakresie doradztwa strategicznego na etapie przed- i potransakcyjnym. Krzysztof posiada 15-letnie doświadczenie w doradztwie strategicznym – poza Roland Berger Strategy Consultants, gdzie był partnerem zarządzającym, pracował także w Kolaja&Partners i KPMG. Z Roland Berger związany był 7 lat, kierował projektami doradczymi dla czołowych firm FMCG oraz detalistów na polskim rynku, a także w Rosji, na Ukrainie i w Czechach. Posiada również doświadczenie we współpracy z funduszami private equity oraz w doradztwie transakcyjnym. Krzysztof Badowski jest absolwentem studiów MBA na Kellogg School of Management oraz Wydziału Zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim.

Maciej Korzeniowski w PwC wzmocni praktykę doradztwa w zakresie transformacji przedsiębiorstw w Centralnej i Wschodniej Europie oraz wejdzie w skład zespołu oferującego usługi dla klientów z sektorów: elektroenergetyka i sektor paliwowy. Posiada 15-letnie doświadczenie w doradztwie strategicznym, w tym m.in. w transformacji przedsiębiorstw, zmianach modeli operacyjnych i tworzeniu nowych strategii dla firm z sektora energetycznego, paliwowego, telekomunikacyjnego oraz mediów. Doradzał także funduszom private equity w transakcjach. W Roland Berger – gdzie pracował 8 lat – pełnił funkcję partnera oraz wiceszefa regionalnego zespołu ds. energetyki. Wcześniej związany był z IBM Global Services jako dyrektor ds. sektora telekomunikacji. Karierę zaczynał w PwC. Maciej jest doktorem ekonomii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studiował na Oxford University i Akademii Ekonomicznej w Krakowie.

„Dołączyliśmy do struktury, która ma już bardzo bogate doświadczenie w doradztwie. My tę ofertę uzupełnimy naszymi doświadczeniami i kompetencjami. Nasz zespół posiada bardzo szerokie, wieloletnie doświadczenie strategiczne i operacyjne w wielu branżach. Połączenie kompetencji strategicznych z warsztatem wdrożeniowym PwC oraz szeroką paletą innych usług świadczonych przez grupę PwC tworzy nową jakość dla klientów” – mówi Krzysztof Badowski.

W skład działu Doradztwa Biznesowego PwC wejdzie także między innymi Jakub Kurasz. Obejmie funkcję dyrektora w dziale Doradztwa Biznesowego. Będzie się zajmował doradzaniem naszym klientom w budowaniu strategii komunikacji i wzmacnianiu ich pozycji na rynku. Jakub Kurasz wcześniej był dyrektorem ds. rozwoju w Roland Berger Strategy Consultants oraz redaktorem naczelnym „Gazety Giełdy Parkiet” i zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”.

W ostatnich dniach PwC na świecie połączyło także siły z firmą Booz & Company, specjalizującej się w doradztwie strategicznym. Stając się częścią PwC, Booz & Company zmieniła nazwę na Strategy& (czytane jako „Strategy and”), która będzie używana obok nazwy i marki PwC.

„Na wielu projektach działamy w zespołach międzynarodowych – klient otrzymuje wtedy dostęp do kompetencji z tych rynków, które pewne procesy czy doświadczenia mają już za sobą, a to pozwala na skuteczne budowanie przewagi konkurencyjnej względem innych graczy. Teraz – choć Booz & Company nie była fizycznie obecna w Polsce – tworząc zespoły projektowe będziemy mogli zaoferować naszym klientom dodatkową ekspertyzę w doradztwie strategicznym, począwszy od stworzenia strategii, aż po jej realizację” – dodaje

NIK o modernizacji Stadionu Śląskiego

Przebudowa Stadionu Śląskiego rozpoczęła się 20 lat temu, kosztowała już ponad 600 mln zł i nie została zakończona do dnia dzisiejszego. Do nieuzasadnionego wzrostu kosztów inwestycji przyczyniły się m.in. nieprawidłowe działania urzędników związane z wyborem droższego i dokładnie niesprawdzonego projektu zadaszenia trybun. Dlatego NIK kieruje zawiadomienie do prokuratury dotyczące niegospodarności oraz sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy budowlanej związanej z awarią łączników lin zadaszenia.

Koszt modernizacji Stadionu w Chorzowie początkowo miał wynieść ok. 300 mln zł. NIK w swoim raporcie wskazuje następujące przyczyny, które wpłynęły na opóźnienia przy przebudowie obiektu oraz rażący wzrost kosztów:

Zarząd Województwa Śląskiego bez merytorycznego uzasadnienia odstąpił od realizacji projektu zadaszenia trybun Stadionu w Chorzowie według projektu „Saturn 2005”. Projekt biura TB Badora został zatwierdzony i uzyskał pozwolenie na budowę w kwietniu 2005 r. Projekt ten został pozytywnie zaopiniowany przez Instytut Techniki Budowlanej pod kątem wytrzymałości na obciążenie śniegiem. W 2006 r. zorganizowano dwa przetargi na jego wykonanie. Niespodziewanie, po przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji EURO 2012, Zarząd Województwa postanowił zmienić projekt zadaszenia. W tym celu m.in. zlecił wykonanie ekspertyz podważających bezpieczeństwo założeń konstrukcyjnych projektu „Saturn 2005”. Ekspertyzy, które w świetle zgromadzonej w toku kontroli dokumentacji okazały się nierzetelne zostały opublikowane w mediach. Uniemożliwiało to dyskusję na temat zasadności stawianych w nich zarzutów i usankcjonowało decyzję na temat odstąpienia od projektu „Saturn 2005”, na który wydano z budżetu województwa 5 mln zł.

Urząd Marszałkowski w niejednolity sposób weryfikował poprawność zamawianych projektów zadaszenia Stadionu Śląskiego. W przypadku projektu „Saturn 2005” UM mimo, że dysponował zatwierdzonym projektem budowlanym oraz koreferatem i innymi specjalistycznymi opiniami, zlecał kolejne ekspertyzy, aż do odstąpienia od jego realizacji. Z kolei drugi projekt, który opracowała niemiecka firma GMP za 16 mln zł, Urząd Marszałkowski przyjął bez weryfikacji jego założeń projektowych (nie sprawdzono nawet wytrzymałości na obciążenie śniegiem). Zdaniem NIK nowy wykonawca został wybrany z naruszeniem prawa zamówień publicznych – wybrano go w trybie z wolnej ręki, zamiast w trybie konkurencyjnym. Tym samym Urząd Marszałkowski w niegospodarny sposób wydał ok. 68 mln zł. Koszt wykonania zadaszenia wg. projektu „Saturn 2005” był tańszy o 55 mln zł od projektu GMP (koszt robót – 174 mln zł). Do tego dochodzą wydatki na realizację projektu „Saturn 2005” oraz cena projektu wykonanego przez GMP.

W wyniku awarii przy podnoszeniu konstrukcji linowej dachu konieczne było wstrzymanie budowy zadaszenia trybun i opracowanie zamiennej dokumentacji projektowej. Spowodowało to dalsze opóźnienie inwestycji i wzrost kosztów. Ekspertyzy techniczne sporządzone na zlecenie Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego wskazują na kilka przyczyn awarii: elementy, które uległy uszkodzeniu nie miały odpowiednich parametrów materiałowych, były niedokładnie zmontowane, a sam projekt zadaszenia zawierał błędy. Zdaniem NIK część przyczyn awarii można było wyeliminować, gdyby inżynier kontraktu rzetelnie wykonywał swoje obowiązki.

Urząd Marszałkowski musiał ponieść dodatkowe koszty, które bezpośrednio wynikały z awarii. Wyniosły one ok. 18 mln zł i zostały przeznaczone m.in. na dodatkowe ekspertyzy, doradztwo prawne, zakup nowej zamiennej dokumentacji projektowej, zabezpieczenie placu budowy. Ostateczna ich wysokość będzie możliwa do określenia dopiero po zakończeniu budowy.

Ponieważ modernizacja stadionu nie zakończyła się w terminie, a koszty inwestycji znacząco wzrosły, NIK przygotowuje zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawach dotyczących:

niegospodarności urzędników, którzy zrezygnowali z gotowego i zaakceptowanego projektu budowy zadaszenia trybun na rzecz projektu znacznie droższego, którego do dziś nie udało się zrealizować,
sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy budowlanej.
NIK zamierza stale monitorować dalsze prace modernizacyjne na stadionie, szczególnie że pochłoną one jeszcze ponad 200 mln zł. Po zakończeniu całej inwestycji kontrolerzy szczegółowo rozliczą wydane pieniądze.

Spośród 7 mld ludzi na świecie tylko 2,7 mld korzysta z Internetu

Gdyby dostęp do Internetu zwiększył się w Indiach, Afryce, Azji Południowo-Wschodniej i Ameryce Łacińskiej do poziomu krajów rozwiniętych, PKB tych regionów mogłoby wzrosnąć łącznie o 2,2 bln dolarów, a 160 mln ludzi wyszłoby z ubóstwa. To główne wnioski płynące z raportu „Value of connectivity. Economic and social benefits of expanding internet access”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte na zlecenie portalu Facebook.

Upowszechnienie się Internetu zmieniło wiele aspektów życia przynosząc liczne korzyści gospodarcze i społeczne, m.in. nowe formy komunikacji i modele biznesowe oraz powstanie nowych miejsc pracy. Internet zmienił też (i wciąż zmienia) sposób funkcjonowania usług publicznych: opieki zdrowotnej czy edukacji. „Dziś na świecie żyje 7 mld ludzi, z czego tylko 2,7 mld ma dostęp do Internetu. Zdecydowana większość osób wykluczonych cyfrowo zamieszkuje kraje rozwijające się. Zwiększenie dostępności Internetu w takich regionach jak Indie, Ameryka Łacińska czy Afryka jest kluczem do przyspieszenia wzrostu gospodarczego i społecznego oraz w przyszłości może otworzyć drogę do przekształcenia ich systemów gospodarczych w gospodarki oparte na wiedzy” – mówi Rafał Antczak, Członek Zarządu, Deloitte Business Consulting.

Dziś w obszarze dostępu do Internetu pomiędzy Europą i Ameryką Północną, a Azją Południowo-Wschodnią, Indiami, Ameryką Łacińską i Afryką istnieje przepaść. W krajach rozwiniętych jego penetracja wynosi średnio 74 proc. (68 proc. w Europie i 82 proc. w Ameryce Północnej). W Polsce dostęp do sieci jest nieco mniejszy, z Internetu w 2012 roku korzystało 60 proc. Polaków. Dla porównania penetracja Internetu w krajach rozwijających się wynosi średnio 22 proc., co oznacza, że tylko 800 mln ludzi z 3,8 mld ma do niego dostęp. Najgorzej jest w Indiach, gdzie ten wskaźnik sięga zaledwie 13 proc. W Afryce jest to 20 proc., o jeden punkt proc. więcej – w Azji Południowo-Wschodniej, a w Ameryce Łacińskiej – 45 proc. (dane za 2013 rok).

Eksperci Deloitte szacują, że zwiększenie dostępu do Internetu do poziomu obserwowanego obecnie w krajach rozwiniętych, oznaczałoby w dłuższej perspektywie wzrost produktywności w czterech omawianych regionach średnio o 25 proc. W Indiach byłoby to nawet 31 proc., podczas gdy w Afryce i Azji Południowo-Wschodniej odpowiednio 29 proc. i 26 proc., a w Ameryce Łacińskiej – 13 proc.

Internet znacząco wpływa na wzrost gospodarczy. W Polsce udział Internetu w całym PKB w 2010 roku wynosił 5 proc. i z roku na rok ten wskaźnik rośnie. „Zakładając, że te cztery regiony osiągną taki poziom dostępu do Internetu jaki mają obecnie kraje rozwinięte, może to zaowocować wytworzeniem przez nie dodatkowych 2,2 bln dolarów PKB i przyspieszyć tempo jego wzrostu o 72 proc. (średnia ważona).To z kolei przekłada się na stworzenie ponad 140 mln nowych miejsc pracy i wyjście z nędzy 160 mln ludzi w Afryce, Indiach, Ameryce Południowej i Azji Południowo-Wschodniej” – mówi Maciej Klimek, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Aż 44 mln nowych miejsc pracy mogłoby powstać w Afryce, a prawie 65 mln w Indiach. Jeżeli te regiony dogonią Europę i Amerykę Północną pod względem dostępu do Internetu to nastąpi w nich prawie czterokrotny wzrost liczby jego użytkowników – z 800 mln do 3 mld. Oznacza to, że dodatkowe 2,2 mld osób otrzyma dostęp do Internetu, a wśród nich 700 mln w Afryce, 200 mln w Ameryce Łacińskiej i 1,3 mld w południowo-wschodnich regionach Azji. Eksperci Deloitte szacują także, że rozszerzenie dostępu do sieci może podnieść dochody tamtejszych mieszkańców nawet o 600 dolarów na osobę rocznie. W Afryce i Indiach, gdzie poziom dochodów społeczeństwa jest mniejszy i rynek ma duży potencjał, ten wzrost może być najwyższy i wynieść odpowiednio 21 proc. i 29 proc.

W krajach rozwijających się, w których rolnictwo stanowi średnio 40 proc. działalności gospodarczej, telefonia komórkowa i Internet umożliwiają mieszkańcom dostęp do danych o cenach na rynku, prognozie pogody czy informacjach o chorobach zwierząt gospodarskich. Drobni rolnicy mogą uzyskać dostęp do tych danych bez konieczności korzystania z kosztownych pośredników. Przykładowo hinduscy rolnicy i rybacy, którzy zaczęli śledzić warunki pogodowe i porównywać ceny hurtowe za pośrednictwem telefonów komórkowych, zwiększyli swoje zyski o 8 proc., a lepszy dostęp do informacji spowodował spadek cen płaconych przez konsumentów o 4 proc. Rozwój Internetu będzie też korzystny dla małych i średnich przedsiębiorstw, które często borykają się z barierami wejścia na rynek. W takich krajach jak Meksyk, Malezja czy Maroko, sektor MŚP z dostępem do Internetu zwiększył swą wydajność średnio o 11 proc.

Rozwój Internetu ma nie tylko znaczenie dla gospodarki, ale także ogromny wpływ na standard życia mieszkańców, również w tak ważnych kwestiach jak ochrona zdrowia czy edukacja. Brak dostępu do podstawowych usług zdrowotnych w słabo rozwiniętych krajach jest nadal poważnym problemem społecznym. Gdyby podstawowe informacje i usługi opieki zdrowotnej były bardziej dostępne w omawianych regionach, można byłoby zmniejszyć umieralność i statystyki zachorowalności. Deloitte szacuje, że zwiększony dostęp do Internetu dla kobiet w ciąży i młodych matek, a także większa świadomość pracowników ochrony zdrowia, mogłyby uratować życie 250 tys. dzieci. Internet zwiększa także szansę wydłużenia życia dla ponad 2,5 mln osób dotkniętych HIV/AIDS.

Postęp mógłby się dokonać także w edukacji. Poprzez upowszechnienie dostępu do Internetu w tych regionach szansę na naukę zyskałoby 640 mln dzieci, które chociażby poprzez kursy on-line mogłyby zdobyć podstawowe i średnie wykształcenie. Internet stwarza także szereg dodatkowych możliwości nauczycielom.

Raport został opublikowany w lutym br. przez Deloitte w Wielkiej Brytanii, i został przygotowany na zlecenie portalu Facebook (Internet.org).

Rekomendacja Ministerstwa Finansów: urzędy skarbowe powinny bezzwłocznie zwracać firmom VAT

0

CEO Magazyn Polska

Resort finansów rekomenduje urzędom skarbowym szybszy zwrot podatku VAT przedsiębiorcom. Chodzi o kwoty, które nie budzą żadnych wątpliwości ze strony fiskusa. Rekomendacja to efekt zakończonych prac nad interpretacją przepisów i przygotowanych projektów postanowień. Ministerstwo przewiduje, że zwiększy to płynność firm, będzie to też korzystne dla budżetu państwa.

Rekomendujemy urzędom skarbowym, aby bez zbędnej zwłoki, w podstawowym terminie zwracały przedsiębiorcom kwoty niepodlegające żadnej weryfikacji. W sytuacji, w której urzędy dokonują weryfikacji i oceny zasadności zwrotu, są takie części wnioskowanej kwoty, które nie podlegają żadnej weryfikacji i ocenie zasadności – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kapica, wiceminister finansów.

Na podstawie przepisów ustawy o podatku VAT urząd skarbowy, w przypadku jakichkolwiek wątpliwości i przy prowadzeniu czynności sprawdzających, ma prawo wstrzymać wypłatę z wnioskowanej kwoty zwrotu podatku. Ustawa w żaden sposób nie regulowała, czy chodzi tu o całą kwotę, czy też o jej budzącą wątpliwości część, jednak w praktyce urzędy zatrzymywały całą kwotę. Rekomendacja ministerstwa polega przede wszystkim na innej interpretacji przepisów ustawy o podatku VAT i ustawy o finansach publicznych.

Podział kwoty na część, która podlega weryfikacji i która nie podlega, będzie korzystny zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla budżetu państwa. Przedsiębiorca będzie mógł wcześniej otrzymać część kwoty, tym samym zachować większą płynność, obracać gotówką z tej części, która nie podlega weryfikacji. Natomiast budżet państwa ograniczy koszty odsetek od wstrzymanej kwoty, co ulży budżetowi, bo nie trzeba będzie odsetek zwracać od całości – przekonuje Jacek Kapica.

Potrzeba weryfikacji wynika przede wszystkim z sytuacji, gdy firmy mają faktury na duże kwoty, z dużym zwrotem podatku, a opłacone nimi transakcje nie mają potwierdzenia. W dużej mierze dotyczy to firm, które zajmują się obrotem złomem, elektroniką czy obrotem paliwami, gdzie trudniej jest kontrolować transakcje, które faktycznie miały miejsce.

Rekomendacja będzie oczywiście stosowana przez urzędy w indywidualnej sytuacji każdego podatnika. Termin podstawowy zwrotu to 60 dni, ale liczymy, że będzie można to zrealizować dużo wcześniej, w okresie między 30. a 60. dniem. – podsumowuje Kapica.

Jutro pierwsza debata z mieszkańcami Krakowa ws. organizacji olimpiady. Dzięki niej władze miasta liczą na przyspieszenie inwestycji i promocję za granicą

CEO Magazyn PolskaPrzyspieszenie szeregu inwestycji infrastrukturalnych ważnych dla regionu i miasta oraz promocja marketingowa – to korzyści, na jakie liczą władze Krakowa w związku z organizacją Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku. Przekonują, że potencjalne zyski znacznie przewyższają koszty z tym związane. W przyszłym miesiącu pomysł organizacji olimpiady ocenią w referendum mieszkańcy Krakowa – jutro pierwsza z kilku zaplanowanych debat władz miasta z mieszkańcami.

Pamiętajmy o Euro 2012. Chociaż w Krakowie nie było meczów, to mieszkały u nas trzy reprezentacje piłkarskie. Sporo na tym zyskaliśmy, gdyż sam ekwiwalent świadczeń reklamowych, artykułów, relacji w stacjach telewizyjnych angielskich, holenderskich czy włoskich, opiewa na sumę 150 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Filip Szatanik, zastępca dyrektora Wydziału Informacji, Promocji i Turystyki Urzędu Miasta Krakowa. – Na igrzyskach tylko marketingowo spodziewamy się zarobić około 300 mln zł.

Oprócz efektów marketingowych organizacja olimpiady przynieść ma duże korzyści infrastrukturalne dla miasta i regionu.

Między innymi obiecywane przez rząd dopięcie obwodnicy autostradowej Krakowa – S7, która jest szalenie ważną inwestycją. To również przebudowa infrastruktury dookoła Krakowa, przebudowa Zakopianki i innych węzłów komunikacyjnych, która spowoduje, że między Krakowem a miastami sąsiednimi komunikacja będzie sprawniejsza i łatwiejsza – podkreśla Filip Szatanik.

Wyjaśnia, że wybudowana przed igrzyskami wioska olimpijska po zakończeniu sportowych zmagań mogłaby być wykorzystywana jako lokale komunalne. Dzięki organizacji olimpiady Kraków zyskałby nowe obiekty sportowe, choć niektóre powstają niezależnie od tego, czy miasto wygra tę rywalizację.

Realizujemy kilka inwestycji. To jest chociażby hala widowisko-sportowa w Czyżynach, która będzie jednym z najbardziej nowoczesnych tego typu obiektów w Europie. Tutaj będą odbywały się imprezy olimpijskie, a w przyszłości spodziewamy się koncertów, ważnych wydarzeń sportowych, np. siatkarskich. Te obiekty będą Krakowowi, mieszkańcom i turystom służyły również po 2022 roku – zapewnia przedstawiciel Urzędu Miasta Krakowa.

Przeciwnicy organizacji olimpiady w Krakowie zwracają uwagę na fakt, że wiele miast-organizatorów, np. Ateny, poniosło ogromne koszty w trakcie przygotowań, głównie na budowę odpowiedniej infrastruktury sportowej, która teraz nie jest wykorzystywana i na siebie nie zarabia. Wskazują też na obciążenia związane z kwestiami bezpieczeństwa i zapewnienia ochrony.

Zdaniem Szatanika, wiele z głosów przeciwnych igrzyskom wynika z niewiedzy o potencjalnych kosztach i korzyściach związanych z tak dużą imprezą sportową. Dlatego miasto zaplanowało serię spotkań z mieszkańcami.

Pierwsza debata  odbędzie się 15 kwietnia w Urzędzie Miasta Kraków. Liczymy na obecność krakowian. Będziemy prezentować cały projekt realizacji igrzysk na terenie całego miasta, Małopolski i Słowacji. Liczymy na wnikliwe pytania, dzięki czemu mieszkańcy zapoznają się z ideą igrzysk, z formą ich realizacji oraz korzyściami, jakie Małopolska i Kraków zyskają dzięki tej imprezie – mówi Szatanik.

24 i 28 kwietnia oraz 12 maja odbędą się kolejne debaty w dzielnicach Podgórze, Krowodrza i w dawnej Nowej Hucie. Z kolei 19 maja w Urzędzie Miasta Krakowa będzie mieć miejsce spotkanie z organizacjami pozarządowymi. Referendum zaplanowane jest na 25 maja br. i ma być połączone z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Mieszkańcy odpowiedzą także na pytania dotyczące budowy metra w Krakowie, zwiększenia monitoringu wizyjnego oraz przeznaczenia większych niż obecnie funduszy na budowę ścieżek rowerowych. Głosowanie będzie ważne, jeśli frekwencja wyniesie minimum 30 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców (ok. 175 tys. osób).