G. Kołodko: szanse 25 lat transformacji wykorzystane w dwóch trzecich

CEO Magazyn Polska

– Transformacja jako dążenie do stworzenia konkurencyjnej gospodarki rynkowej udała się w Polsce tylko częściowo – uważa Grzegorz Kołodko, były wicepremier i minister finansów. Jego zdaniem po 25 latach od upadku komunizmu w Polsce powinien być szybszy wzrost PKB, większa siła nabywcza i wyższy standard życia. Największy potencjał prof. Kołodko widzi w prywatnej przedsiębiorczości i kapitale ludzkim, które powinny prowadzić do długookresowego wzrostu gospodarczego na poziomie ok. 5 proc.

 Nadrzędnym celem transformacji jest stworzenie społecznej gospodarki rynkowej, która ma być konkurencyjna w warunkach nieodwracalnej globalizacji. I z tego punktu widzenia oceniłbym ten sukces, bo to jest pewien sukces, na 2/3, czyli mogło jednak być lepiej  ocenia prof. Grzegorz Kołodko, czterokrotny wicepremier i minister finansów, obecnie profesor na Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak dodaje, nie ma sensu porównywanie polskiej drogi gospodarczej ostatnich 25 lat do sytuacji w innych krajach naszej części Europy, które poradziły sobie gorzej niż Polska.

 Ja porównuję sytuację, w jakiej jesteśmy w sferze realnej, w odniesieniu do instytucji naszej gospodarki, w stosunku do tego, co moim zdaniem było osiągalne, patrząc wstecz z tej perspektywy, która już teraz jest historią  wyjaśnia profesor.

Obecnie w Polsce PKB na mieszkańca liczone według siły nabywczej to ok. 21 tys. dolarów. Zdaniem byłego wicepremiera, mogłoby to być znacznie więcej, gdyby wszystkie szanse ostatniego ćwierćwiecza zostały wykorzystane.

 Gdyby nie błędy szoku bez terapii na początku lat 90., niepotrzebnego, szkodliwego przechłodzenia koniunktury gospodarczej pod koniec lat 90., gdyby nie pewne złe dostosowania czy brak dostosowań do pierwszych podmuchów światowego kryzysu gospodarczego w ostatnich latach, to dochód mógłby już dzisiaj przeciętnie na Polaka wynosić około 30 tys. dolarów  uważa Grzegorz Kołodko.

Polska gospodarka ma też zbyt wolny wzrost gospodarczy, nawet przy założeniu, że w tym roku, zgodnie z prognozami, przekroczy 3 proc.

 Uważam, że mamy potencjał w postaci rozkwitu prywatnej przedsiębiorczości i wyraźnej poprawy instytucjonalnej, poprawiającej się infrastruktury, jakości naszego kapitału ludzkiego  na wzrost długookresowy około 4-5 proc. Szkoda, żeby ten czas w przyszłości nie był w pełni wykorzystany. A w przeszłości, w ciągu tych 25 lat też mogliśmy go wykorzystać nieco lepiej  ocenia profesor.

Zużycie energii wzrośnie do 2035 r. o ponad 40 proc. Głównie ze źródeł kopalnych, w tym gazu łupkowego

CEO Magazyn Polska

Przez najbliższych 20 lat paliwa kopalne pozostaną głównym źródłem energii, której globalna produkcja wzrośnie o ponad 40 proc. Trzy główne surowce: węgiel, gaz ziemny i ropa naftowa, będą miały po nieco ponad jedną czwartą rynku – wynika z raportu BP Energy Outlook 2035. Dynamicznie będzie rosła produkcja energii ze źródeł niekonwencjonalnych, takich jak gaz łupkowy, ropa ściśniona i piaski bitumiczne. Źródła odnawialne, których rozwój hamują wysokie koszty produkcji, wzrosną, ale tylko do ok. 7 proc. rynku.

Źródła pochodzenia energii będą odgrywały w kolejnych dekadach dużą rolę, bo do 2035 r. zużycie energii na całym świecie wzrośnie o 41 proc. Wynika to zarówno z rozwoju gospodarczego, który globalnie podwoi się do 2035 r., jak i z przyrostu liczby ludności o ok. 1 proc. rocznie. W raporcie BP podkreślono, że 95 proc. wzrostu zapotrzebowania na energię będzie pochodzić z krajów rozwijających się spoza OECD, głównie z Chin i Indii. Te dwa kraje będą odpowiedzialne za połowę wzrostu. W krajach OECD zużycie wzrośnie w tym okresie o zaledwie ok. 5 proc.

Prognozujemy, że w roku 2035 nadal będą przeważać paliwa kopalne, w tym ropa, gaz ziemny oraz węgiel. Przy czym nie będzie jednego dominującego paliwa. Udziały poszczególnych paliw w miksie energetycznym zbliżą się i ustabilizują do poziomu około 26-27 proc. Po raz pierwszy od wielkiej rewolucji przemysłowej nie będzie jednego głównego paliwa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paul Appleby, Head of Energy Economics w BP.

Najwolniejsze tempo wzrostu będzie notować zapotrzebowanie na ropę naftową (0,8 proc. rocznie). Wyhamuje również wzrost zapotrzebowania na węgiel (do ok. 1 proc. rocznie). Jak tłumaczy Appleby, będzie to efekt przede wszystkim odwrotu Chin od gospodarki napędzanej tym paliwem. Coraz więcej będzie zużywać się za to gazu. Pod względem wielkości zużycia będzie to najważniejszy czynnik wzrostu do 2035 r. – wynika z raportu Energy Outlook 2035 przygotowanego przez BP.

Gaz będzie notował najszybsze tempo wzrostu w okresie objętym naszą prognozą – 1,8 proc. rocznie. Będzie notowany na wszystkich rynkach, również krajach OECD. W roku 2035 przewidujemy, że kraje OECD będą uznawały gaz za najważniejsze źródło energii i również wzrośnie produkcja gazu, głównie z łupków – przewiduje Appleby.

Gaz łupkowy pokryje niemal połowę nowego zapotrzebowania na to paliwo, a do 2035 r. jego wydobycie będzie stanowić 21 proc. całego wydobycia gazu. Będzie on pochodził głównie ze Stanów Zjednoczonych, ale za sześć lat wydobycie powinno wzrosnąć również w innych rejonach, np. w Chinach. Jednak do 2035 r. Ameryka Północna będzie pokrywać prawie dwie trzecie światowego zapotrzebowania na gaz, a część z niego może być eksportowana w formie płynnej (LNG).

Również inne paliwa kopalne będą w coraz większym stopniu pochodzić ze źródeł niekonwencjonalnych, takich jak ropa zamknięta i piaski bitumiczne. Do 2035 r. ilość energii z tych źródeł będzie rosła średnio o ponad 6 proc. rocznie i będzie stanowić niemal połowę całego przyrostu zużycia energii w tym okresie. Właśnie dzięki niekonwencjonalnym źródłom paliw kopalnych już w tym roku Stany Zjednoczone mogą wyprzedzić Arabię Saudyjską w rankingu producentów paliw płynnych.

Udziały paliw niekopalnych – energii atomowej, wodnej i energii ze źródeł odnawialnych – ustalą się na poziomie ok. 5-7 proc. każdy.

Udział i znaczenie energii z odnawialnych źródeł będą rosły, ale prognozujemy niewielki wzrost – do 7 proc. – prognozuje Appleby. – W tym sektorze pojawia się zagadnienie związane z dotacjami. Aby produkcja energii była opłacalna, potrzebny jest dość wysoki poziom dotacji. To problem, z którym teraz niektóre kraje się borykają, bo część z nich chciałaby się już z tych dotacji wycofać. Koszt produkcji tej energii musi zmaleć, żeby producenci bez dotacji byli nadal w stanie wyjść na swoje.

Appleby wyjaśnia, że po 2025 r. paliwa niekopalne będą odpowiadały za niemal 40 proc. wzrostu produkcji energii. Najszybciej – o 6,4 proc. rocznie – rosła będzie produkcja energii ze źródeł odnawialnych (w tym biopaliw). Energia jądrowa i wodna będą rosły o ok. 2 proc. rocznie każda. Appleby ilustruje tempo rozwoju tego typu źródeł rozwojem energii słonecznej, która pomimo dużego wsparcia będzie miała tylko 1 proc. rynku.

Z raportu BP wynika także, że coraz więcej energii pierwotnej będzie zamienianej na elektryczną. Obecnie to 42 proc., do 2035 r. wartość ta ma wzrosnąć o co najmniej 4 pkt proc. Choć większość nadal będzie produkowana z węgla, to szybko rosły będą udziały gazu i OZE. Wraz ze wzrostem zużycia energii będzie rosła emisja dwutlenku węgla. Do 2035 r. zwiększy się ona o niemal 30 proc., pomimo spadku emisji w krajach OECD.

Tegoroczny raport BP Energy Outlook 2035 to już czwarta edycja. Co roku autorzy raportu przedstawiają go w kilku wybranych miejscach na świecie. Tym razem po raz pierwszy prezentacja odbyła się w Polsce – przedstawił go w ubiegłym tygodniu Paul Appleby, Head of Energy Economics w BP, podczas wykładu w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Serwis bezpłatnych ogłoszeń lokalnych Tablica.pl zmienia nazwę na OLX.pl

0

CEO Magazyn Polska

Tablica.pl, serwis bezpłatnych ogłoszeń lokalnych będzie funkcjonował pod nazwą OLX.pl. To element strategii właściciela obu serwisów, grupy Naspers, by wzmacniać markę OLX obecną w ponad 100 krajach na rynkach wschodzących. Dla użytkowników nic się nie zmieni: ich konta i hasła pozostaną bez zmian. Tablica.pl jest, według SimilarWeb, ósmą najpopularniejszą stroną w kraju.

Nadal będzie za darmo, nadal lokalnie, nadal ten sam zespół, który stoi za dotychczasowym sukcesem serwisu, będzie go rozwijał i spełniał swoją misję ułatwiania lokalnego handlu – zapewnia Marcin Urbańczyk, dyrektor zarządzający OLX.pl w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Skoro właściwie nic się nie zmieni, można by się zastanawiać, po co zmieniać nazwę marki, która odniosła gigantyczny sukces na polskim rynku. Jej właściciel, firma Naspers, która jest również właścicielem Grupy Allegro, chce w ten sposób wzmocnić na polskim rynku swoją inną, globalną markę OLX, która dynamicznie się rozwija w ponad 100 krajach na całym świecie.

Oba serwisy – Tablica i OLX mają tego samego właściciela, grupę Naspers. Decyzja o zmianie nazwy została podjęta na skutek zmian, jakie zachodzą w branży serwisów ogłoszeniowych i chęci wzmocnienia marki OLX na rynkach wschodzących – tłumaczy dyrektor zarządzający serwisu.

Początkowe zmiany dotyczyć będą wyłącznie logo i nazwy serwisu ogłoszeniowego, żeby użytkownicy mieli czas na przyzwyczajenie się do nowych, ale jej właściciel nie wyklucza dalszych modyfikacji.

Na pewno w długiej perspektywie będziemy korzystać z doświadczenia również naszych kolegów z Brazylii, Indii czy  Portugalii. I na pewno pozwoli nam to jeszcze lepiej spełniać naszą misję i ulepszać ten serwis pod kątem naszego użytkownika – przekonuje Urbańczyk.

Tablica.pl, według danych Megapanelu za styczeń 2014 roku, ma ponad 7 milionów unikalnych użytkowników. Zanotowała największy przyrost w stosunku do grudnia 2013 roku spośród wszystkich ujętych w zestawieniu serwisów. W ciągu miesiąca przybyło portalowi aż milion nowych użytkowników.

Według SimilarWeb jesteśmy ósmą stroną w kraju, a to dosyć spektakularny sukces – twierdzi dyrektor zarządzający OLX.

Użytkownicy będą stopniowo przyzwyczajani do nowej marki.

Każdy użytkownik po wpisaniu „Tablica.pl” zostanie przekierowany na nową stronę, dostanie informacje o zmianie, będzie mógł zarówno odwiedzić stronę informującą o tym, co zmieniliśmy i dlaczego, jak i znaleźć odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania, np.: „czy moje hasło i login zostały zmienione, czy nie?” i „czy jest jakaś ważna zmiana związana z regulaminem?” – zapewnia Marcin Urbańczyk.

Planowane są także zakrojone na szeroką skalę działania marketingowe.

Będziemy obecni w mediach, będzie kampania w telewizji oraz w serwisach YouTube, serwisach VOD, a także kampania display w największych serwisach w Polsce – twierdzi przedstawiciel OLX.pl.

Brakuje leków refundowanych na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc

CEO Magazyn Polska

Według danych epidemiologicznych przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP) dotyczy już 2 mln Polaków. Najczęściej dotyka osoby po 40. roku życia, zarówno te palące papierosy, jak i biernych palaczy. Bagatelizuje się jednak objawy choroby. Narodowy Fundusz Zdrowia pokrył koszty leczenia zaledwie jednej czwartej wszystkich chorujących. Problemem polskich lekarzy i pacjentów z POChP jest brak dostępu do wachlarza terapeutycznego, w tym terapii stosowanych raz na dobę, które są już standardem terapeutycznym w Europie.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przewiduje, że do 2030 r. POChP stanie się trzecią przyczyną zgonów na świecie. Jakkolwiek ta choroba nie jest wyleczalna, jej rozwój opóźnić może wdrożenie odpowiedniego leczenia. Aby ją odpowiednio rozpoznać, trzeba przede wszystkim podnieść świadomość pacjentów.

Świadomość wśród pacjentów na temat chorób układu oddechowego nie jest duża. Choroba dotyczy w większości przypadków mężczyzn, którzy palą papierosy. Niektórzy pacjenci kaszel traktują jako coś naturalnego i nie zgłaszają się do lekarzy – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Jerzy Gryglewicz, ekspert ds. zdrowia z Uczelni Łazarskiego.

W przebiegu przewlekłej obturacyjnej choroby płuc dochodzi do ograniczenia przepływu powietrza przez drogi oddechowe, a co za tym idzie – szybkiego męczenia się. Do jej najczęstszych objawów należą: utrudniony wydech powietrza i chroniczny kaszel. Nieleczona powoduje dalsze powikłania w organizmie – rozedmę płuc, choroby zakrzepowo-zatorowe, powikłania kardiologiczne, zwiększa też ryzyko wystąpienia raka płuc. Rozpoznanie i rozpoczęcie odpowiedniego leczenia opóźnia postęp choroby.

Kuracja polega głównie na leczeniu wziewnym. Pacjenci używają leków inhalacyjnych z inhalatorów albo z nebulizatorów. Podstawą jest leczenie rozkurczające, tzn. takie, które ma na celu zwiększyć światło oskrzela i w związku z tym zwiększyć przepływ tego powietrza, ułatwić wdech, by wciągnąć powietrze, którego nie możemy nabrać – mówi prof. Andrzej Fal, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Alergologii CSK MSWiA w Warszawie.

Leki wziewne zmniejszają objawy chorobowe, ich częstotliwość oraz ryzyko ciężkich zaostrzeń choroby. W wyniku ich przyjmowania poprawia się ogólny stan chorego. Zdaniem specjalistów, jednak zbyt mało leków na POChP jest w Polsce refundowanych. Problemem dla pacjentów jest również reżim przyjmowania leków (np. 4 razy na dobę), czyli stosowanie się do zaleceń, co nie jest bez znaczenia dla postępu choroby. Rozwiązanie daje lek z grupy beta2-agonistów, podawany tylko raz na dobę, a jednocześnie zapewniający lepszą rozszerzalność oskrzeli w porównaniu do innych leków krótko działającymi.

Każda nowa cząsteczka, każda nowa szansa dla pacjenta jest bardzo istotna. Co więcej, zmniejszając pewne inne obciążenia ochrony zdrowia, w dłuższej perspektywie może okazać się, że szybkie refundowanie nowych leków wziewnych opłaci się systemowi w projekcji kilkuletniej – tłumaczy prof. Andrzej Fal.

Część nowych substancji ma już akceptację Europejskiej Agencji Leków, a także pozytywną rekomendację prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych (AOTM). Jednak od ponad 4 lat niewiele zmieniło się w leczeniu POChP. Żaden z leków nowej generacji nie jest w Polsce refundowany.

Ogólnoświatowy rynek concierge rozwija się. Polska intratnym rynkiem

0

CEO Magazyn PolskaUsługi concierge dopiero raczkują na polskim rynku, ale zapotrzebowanie na nie będzie rosło. Zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych. Zakres usług, jaki oferują firmy z branży, jest bardzo szeroki: od pomocy w życiu codziennym aż po niezwykłe życzenia, związane z organizacją czasu, podróży, rozrywką. Dyrektor generalny Quintessentially Lifestyle w Polsce spodziewa się w najbliższym czasie rozwoju usług związanych ze służbą zdrowia i edukacją.

Concierge, które narodziło się w USA, jako odpowiedź na przeciążenie pracą i zmęczenie, ma za zadanie spełnianie potrzeb osobistych pracowników. Popularne na całym świecie, teraz rozwija się również w Polsce.

Polska jest nowym rynkiem dla usług concierge, rynkiem mało dojrzałym. Ludzie muszą poznać i zrozumieć ideę tych usług – co się za nimi kryje i skąd się wziął ten koncept. To wyzwanie, ale jest ono bardzo ekscytujące, bo wprowadzanie nowych usług i koncepcji na rynek jest zawsze ciekawym doświadczeniem – mówi William Devine, dyrektor generalny Quintessentially Lifestyle w Polsce.

Jego zdaniem, konsumenci w krajach, w których rozwijają się tego typu usługi, przyzwyczajają się do pomocy firm concierge. Tak jest np. w USA czy Irlandii.

To jak z piciem wina: kiedy zaczynasz, nie rozróżniasz dobrze rodzajów i szczepów. Jednak im więcej go pijesz, tym bardziej zaczynasz się nim interesować, twój smak się rozwija i masz potrzebę próbowania coraz lepszych win, aż w końcu stajesz się specjalistą w tym zakresie. Więc naszym celem jest wprowadzenie i rozpropagowanie koncepcji usług concierge i sprawienie, że ludzie się do nich przyzwyczają – zapewnia dyrektor generalny Quintessentially Lifestyle w Polsce.

Firma funkcjonuje w ponad 70 krajach i obsługuje ponad 150 tysięcy zamożnych klientów. Usługi concierge adresowane są zarówno do osób prywatnych, zamożnych, o wysokich dochodach, jak i do korporacji.

Naszym celem, który chcemy osiągnąć w Polsce, jest zdobycie nie więcej niż 2 tysięcy prywatnych klientów. Możemy zajmować się też 5–10 dużymi klientami korporacyjnymi – podkreśla William Devine.

Z usług concierge okazjonalnie lub regularnie korzystają głównie przedsiębiorcy, menadżerowie oraz ludzie wolnych zawodów. Wszyscy, mając niewiele czasu wolnego, chętnie sięgają po pomoc osobistego doradcy, który wyręczy ich w rezerwacji hoteli, biletów na pociąg, aranżacji spotkań, organizacji czasu wolnego. Konsjerż pomoże również w zorganizowaniu opieki nad dziećmi czy zwierzętami, zarezerwuje bilety na koncert, przypomni o spotkaniach, pomoże zorganizować przyjęcie czy wesele. Zdarzają się też niecodzienne życzenia, np. wyszukanie romantycznego miejsca na randkę z okazji walentynek czy rezerwacja biletu na mecz, na który wejściówki zostały już wyprzedane.

Chcemy zaproponować naszym klientom coś, o czym nawet nie zdążyli jeszcze pomyśleć, a co ułatwi im życie – przyznaje Devine.

Ocenia, że do nowych trendów concierge można zaliczyć zdrowie i edukację. Kwestia zdrowotna to przede wszystkim leczenie za granicą. W edukacji liczy się pomoc w organizowaniu nauki w odpowiedniej szkole.

Ludziom bardzo zależy na tym, aby mieć pewność, że ich dzieci mają dostęp do możliwie najlepszej edukacji i że oni mają szansę wysłać je za granicę do dobrej szkoły z internatem lub możliwie najlepszego uniwersytetu w USA, Wielkiej Brytanii czy gdziekolwiek na świecie – wyjaśnia William Devine.

Quintessentially Lifestyle to największa firma oferująca na świecie usługi z zakresu zarządzania stylem życia.

Nasze usługi nie są aż tak drogie, jak ludzie myślą. Opłata członkowska za rok na wejściu wynosi 15 tys. zł. Jeśli podzielić to przez 12 miesięcy, wychodzi niewiele ponad 1 tys. zł. To oczywiście poważne pieniądze, ale trzeba pamiętać o tym, że pomagamy klientom zaoszczędzić czas, zorganizować codzienne życie, a wszystkie usługi, z których korzystają, dostają nie tylko na najwyższym poziomie, lecz także po niższej cenie – podkreśla William Devine.

Powstała aplikacja do szukania miejsc parkingowych przez internet

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku w Polsce przybyło ponad 330 tysięcy samochodów osobowych i dostawczych. Tempo wzrostu jest imponujące. Tylko w marcu tego roku zarejestrowano łącznie 39 860 samochodów osobowych i dostawczych. To niemal 40 proc. więcej niż rok temu i 10 proc. więcej niż w lutym. Nic dziwnego, że kierowcy notorycznie skarżą się na brak miejsc parkingowych. Mają to zmienić nowe rozwiązania internetowe.

iParkomat to usługa, która polega na łączeniu ze sobą ludzi, którzy chcą odpłatnie wynająć swoje miejsce parkingowe, podczas gdy ono stoi puste, z osobami, które chcą z takiego miejsca skorzystać – tłumaczy Kazimierz Bugajski, członek zarządu w firmie iParkomat, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Nie jest to jednak zwykły serwis społecznościowy dla kierowców, którzy niekoniecznie chcą płacić coraz wyższe sumy za parkowanie w miejscach, będących w zasięgu realnych parkomatów. Platforma pozwala również zarobić na wynajęciu miejsca postojowego.

Innowacyjność tej usługi polega na tym, że pozwalamy zarabiać wszystkim mieszkańcom na ich własnym miejscu postojowym w tym czasie, kiedy oni wyjeżdżają do pracy i to miejsce stoi puste. Na to miejsce z kolei zapraszamy osoby, które pracują gdzieś w pobliżu, przyjeżdżają do pracy własnymi samochodami i chcą odpłatnie skorzystać z miejsca postojowego – wyjaśnia Kazimierz Bugajski.

Szukanie miejsca parkingowego może być nie tylko niezwykle irytujące, lecz także może powodować stratę cennego czasu. Szukając miejsca postojowego przez przez internet, automatycznie można ten czas zaoszczędzić.

Osoba, wchodząc do serwisu, rejestruje się, podając tylko swój adres e-mail i numer telefonu. Następnie może wyszukać taki parking, jaki sobie zażyczy, podając oczywiście w wyszukiwarce adres lub kod pocztowy. Wówczas wyświetla się lista parkingów dostępnych w okolicy – mówi przedstawiciel serwisu iParkomat.pl.

Owszem, istnieje taka możliwość, że żadne miejsce parkingowe w danej okolicy nie będzie dostępne. Wtedy można zapisać się na newsletter, który automatycznie poinformuje o tym, gdy miejsce postojowe się pojawi w promieniu 500 metrów.

 – Jeżeli takie miejsce się znajdzie, to szukający zgłasza się do oferenta – wyjaśnia Bugajski.

Co ważne, na tym etapie nie są podawane żadne dane osobowe, co pozwala zachować bezpieczeństwo użytkowników. Gdy szukający znajdzie już miejsce parkingowe, elektronicznie kontaktuje się z jego właścicielem, jednak dane osobowe ujawniane są dopiero wtedy, gdy obie strony wyrażą chęć przystąpienia do transakcji.

 – Wszystkie osoby w systemie są ukryte pod imionami i tylko pierwszą literą nazwiska, więc zachowujemy maksymalną anonimowość wszystkich użytkowników – zapewnia Kazimierz Bugajski. – Jeżeli gość znajdzie swoje wymarzone miejsce postojowe, a gospodarz zgodzi się na jego ofertę wynajmu miejsca postojowego, wówczas gość wpłaca pieniądze na konto. W tym momencie udostępniane są wszystkie dane osobowe: gościowi dane gospodarza, gospodarzowi gościa. I oni we własnym zakresie kontaktują się i sfinalizowana zostaje transakcja – tłumaczy członek zarządu serwisu iParkomat.pl.

Rośnie znaczenie społecznej odpowiedzialności biznesu w firmach

0

CEO Magazyn Polska

Działające w Polsce firmy, zarówno te rodzime, jak i te międzynarodowe, coraz większą wagę przykładają do CSR-u, czyli społecznej odpowiedzialności biznesu. Często jest to część ich strategii rozwoju. Firmy projektują i wdrażają wieloletnie programy, mające podnieść poziom świadomości klientów oraz etyki u pracowników i partnerów, ograniczyć szkodliwość produkcji dla środowiska czy zaangażować pracowników w lokalne i globalne inicjatywy społeczne. Priorytety w ramach CSR-u zależą od branży, jaką dana firma reprezentuje.

W branży farmaceutycznej zrównoważony rozwój i odpowiedzialność społeczna są fundamentalne. Najważniejsza w tym aspekcie jest etyka działania. Oprócz zasad etyki w marketingu i w sprzedaży przywiązujemy wagę do edukacji zdrowotnej, więc profilaktyka, edukacja, promocja zdrowego stylu życia. To wynika ze specyfiki naszej branży i w ten sposób wyraża się nasza odpowiedzialność w stosunku do pacjentów – wyjaśnia Magdalena Rzeszotalska z Polpharmy.

Jak podkreśla, CSR w branży farmaceutycznej oznacza przede wszystkim bezpieczny i dobrej jakości produkt, ponieważ ma on wpływ na zdrowie i życie pacjentów. Polpharma stara się również ograniczyć wpływ swojej działalności na środowisko naturalne – to cel, który przyświeca wielu firmom produkcyjnym, niezależnie od branży, w jakiej działają.

– Dbamy również o środowisko naturalne. Ponieważ nasze zakłady produkcyjne są zlokalizowane blisko lokalnych społeczności, blisko domów mieszkalnych, musimy dbać o to, żeby nasze technologie wytwarzania były bezpieczne dla środowiska oraz były bezpieczne dla ludzi, którzy mieszkają wokół – mówi Rzeszotalska agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Mamy cztery fabryki [Bydgoszcz, Poznań, Katowice i Banino – red], które co roku obniżają emisję CO2 na tonę produkcji. Bardzo dobrze radzimy sobie także w transporcie i w redukcji emisji CO2 w naszych sieciach logistycznych. – podkreśla Paweł Jezierski z Unilever Polska, firmy produkującej m.in.: środki czystości, kosmetyki, artykuły spożywcze i herbaty.

Wyjaśnia, że zrównoważony rozwój jest częścią globalnej strategii biznesowej firmy. Unilever prowadzi około 70 mniejszych projektów związanych z odpowiedzialnością społeczną biznesu, ale przede wszystkim koncentruje się na trzech celach głównych.

Chcemy w perspektywie 2020 roku poprawić zdrowie i samopoczucie ponad 1 mld ludzi na całym świecie, chcemy pozyskiwać surowce rolne ze źródeł zarządzanych w sposób zrównoważony oraz zmniejszyć o połowę wpływ, jaki generują nasze produkty na środowisko – informuje Paweł Jezierski.

Unilever prezentuje publicznie postępy w skali globalnej – raz do roku wydaje raport z opisem osiągnięć i postępów w danych obszarach, wskazuje też największe wyzwania. Firma przygotowuje też raporty lokalne podsumowujące działania w obszarze zrównoważonego rozwoju. Jezierski wskazuje też konieczność działań edukacyjnych i nakłaniania konsumentów do zmiany nawyków, np. by gotowali tyle wody, ile potrzeba na szklankę herbaty czy by zmniejszali zużycie wody krótszym prysznicem (Unilever produkuje m.in.: szampony, mydła, pasty do zębów i herbaty).

To wciąż są wyzwania i sądzę, że im więcej firm oraz organizacji działa w tym kierunku, tym większe będą efekty – uważa Paweł Jezierski.

CSR to ważny element działania również dla firm finansowych.

Wszystkie działania, które podejmujemy, zarówno w kontekście pracy wewnętrznej, jak i zewnętrznej, współpracy z dostawcami oraz szeroko pojętą opinią publiczną, jest oparte na wartościach etycznych. I to jest wyznacznikiem naszych działań – przekonuje Łukasz Smolarek, kierownik ds. społecznej odpowiedzialności biznesu w firmie Provident Polska.

Provident wprowadził kodeks etyczny na każdym szczeblu zarządzania, a każdy pracownik, niezależnie od stanowiska, przechodzi szkolenie w zakresie etyki firmowej.

DM mBanku podtrzymał cenę docelową dla ENEI

W raporcie z 7 kwietnia 2014 r. analitycy DM mBanku rekomendują „Akumuluj” dla akcji ENEI. Cena docelowa została utrzymana na poziomie 17,22 zł za walor.

ACTION S.A. jedynym właścicielem Devil GmbH

ACTION S.A. zwiększył swoje zaangażowanie w Devil GmbH, nabywając pozostały pakiet 800 udziałów, a tym samym stał się jedynym właścicielem spółki. Aby podkreślić kierunek zmian w zasadach działania spółki Devil i obowiązujące nowe, światowe standardy dystrybucji, zdecydowano również o zmianie nazwy na ACTION Europe GmbH. Podjęte działania wpisują się w strategię ACTION S.A., której jednym z głównych celów jest dynamiczny rozwój grupy kapitałowej poprzez zbudowanie silnego dystrybutora w Niemczech.

Chcemy dać rynkowi gwarancję budowania silnej, profesjonalnej organizacji, opartej o globalne standardy dystrybucji i silne partnerstwo z producentami funkcjonującymi na rynku niemieckim oraz klientami. Pierwsze miesiące funkcjonowania Devil GmbH potwierdziły trafność decyzji o wejściu na rynek niemiecki. To był czas odbudowy relacji z klientami, podpisania pierwszych dużych kontraktów, ale i weryfikacji naszych działań i strategii. Dziś wiemy, że mamy szansę w niedługim okresie zbudować w Niemczech podmiot porównywalny do ACTION S.A. Widzimy, że będziemy bliżej realizacji tego celu funkcjonując jako ACTION Europe. Zmiana nazwy ma symboliczny charakter – podkreśla przejście spółki w zupełnie nowy etap. Budujemy podmiot, który ma wyróżniać się na tle konkurencji ponadprzeciętną elastycznością i szybkością reagowania na potrzeby klientów. Naszym celem będzie dostarczanie najnowszych technologii, wskazywanie nowych obszarów rozwoju biznesu, a także wzmacnianie partnerów poprzez wspólne działania marketingowe, szkolenia – komentuje Piotr Bieliński, prezes zarządu ACTION S.A.

Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.
Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.

Powiązanie z ACTION S.A., podmiotem notowanym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, jest gwarancją najwyższej wiarygodności naszej firmy i stabilności finansowej. Z kolei posiadane zaplecze, informatyczne i logistyczne, zapewnia wysoką sprawność operacyjną – dodaje Piotr Bieliński, prezes zarządu ACTION S.A.

Silniejsze zaistnienie na rynku niemieckim ma znaczenie również dla polskich klientów ACTION S.A. Skala, którą uzyska grupa kapitałowa poprzez wzrost w Niemczech pozwoli oferować w wielu miejscach lepsze ceny oraz szerszy wachlarz produktów i usług.

Na 16 kwietnia br. planowane jest Walne Zgromadzenie, na którym zostanie podjęta decyzja o emisji akcji s. D. Jej celem jest pozyskanie środków między innymi na zdynamizowanie rozwoju biznesu na rynku niemieckim.

Dłużnik może pokryć koszty windykacji

Ostatnie dane z rynku świadczą o tym, że problem zatorów finansowych jest nieco mniej uciążliwy dla przedsiębiorców. W sektorach, gdzie nieterminowe regulowanie należności jest wciąż normą, wpływa hamująco na rozwój przedsiębiorstw i ich kondycję finansową. Możliwość obciążenia dłużnika kosztami windykacji skłoni wierzycieli do aktywnego dochodzenia długów. W dłuższej perspektywie może też ożywczo wpłynąć na popularność usług windykacyjnych.

Jak kształtuje się moralność płatnicza w biznesie
Opór przedsiębiorców przed zlecaniem windykacji wyspecjalizowanym firmom wynika gównie z obawy o koszty tych działań. Nie wszyscy wiedzą, że na polskim rynku windykacyjnym standardem jest pobieranie wynagrodzenia od kwot odzyskanych na zasadzie prowizji succes fee. Z tego powodu polski rynek ukształtował moralność płatniczą daleką od ideału. Deprawująco zadziałał tutaj długi okres spowolnienia gospodarczego. Priorytetem decydującym o biznesowym być lub nie było pozyskanie i utrzymanie nowego kooperanta. Często bez względu na warunki współpracy, a w szczególności jego zwyczaje płatnicze. Większość firm nie wypracowała też zadowalających standardów wewnętrznych postępowania wobec nieterminowego regulowania należności. Część firm poprzestaje na sporadycznie podejmowanych, samodzielnych próbach windykacji. Te jednak nie przynoszą oczekiwanych efektów. W rezultacie dłużnicy długo obracają pieniędzmi biernych wierzycieli. W pierwszej kolejności zaspokajają roszczenia wierzycieli o strategicznym znaczeniu dla własnego biznesu np. dostawców materiałów i surowców oraz tych, którzy skutecznie dochodzą zaległych należności.

Kredytowanie własnej działalności cudzymi pieniędzmi mniej opłacalne
Ustawa o terminach płatności uprawniająca wierzycieli do obciążenia dłużnika kosztami windykacji może powoli uzdrowić sytuację. Jeszcze rok temu wierzyciel chcąc zlecić profesjonalistom odzyskanie długu od nierzetelnego kooperanta musiał pokryć związane z tym koszty. Teraz koszty może pokryć dłużnik. Niezależnie od zakresu podjętych działań i kwoty roszczenia wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 EUR jako zryczałtowanych kosztów windykacji. Ponadto może domagać się kosztów dochodzenia roszczenia przekraczające tą kwotę, w tym np. prowizji firmy windykacyjnej. Przedsiębiorcy, którzy standardowo zlecają windykację długów, zgodnie przyznają, że ta regulacja ustawodawcy to realna pomoc dla wierzycieli w nierównej walce o swoje. Ustawa zlikwidowała podstawową barierę w korzystaniu z usług, którą stanowiły dotąd ich koszty. – Z całą pewnością zwyczaj przetrzymywania cudzych pieniędzy przestał być już tak opłacalny. Zadaniem windykatora jest wyczerpanie wszystkich polubownych metod uzyskania spłaty od dłużnika poprzez zawarcie ugody, zaproponowanie harmonogramu spłat bo to oznacza oszczędność czasu i pieniędzy klientów. Teraz do grona zainteresowanych terminową spłatą mogą dołączyć dłużnicy. Coraz więcej z nich ma świadomość, że fiasko polubownej windykacji oznacza proces sądowy, który zakończy się wydaniem nakazu zapłaty i wszczęciem egzekucji. Dług zostanie powiększony o koszty postępowania sądowego, a obecnie również o koszty windykacji– podsumowuje Danuta Czapeczko Dyrektor Sprzedaży i Marketingu PRAGMA INKASO S.A.

Outsourcing się opłaca
Należy pamiętać, że wydatki, których chcemy dochodzić od dłużnika muszą zostać faktycznie poniesione. Nie można się ich domagać z góry, a dopiero po okazaniu dowodu opłacenia. Tym samym pojawił się nowy argument przemawiający za zleceniem na zewnątrz windykacji długów. Duża skuteczność profesjonalnych windykatorów wynika z prowadzenia działań w bezpośrednim otoczeniu dłużnika, zgodnie z indywidualnym scenariuszem dla każdej wierzytelności. Podkreślaną korzyścią, przemawiającą za zleceniem windykacji profesjonalistom, jest też możliwość uniknięcia napięć między wierzycielem a dłużnikiem poprzez wprowadzenie trzeciej strony. Obecnie usługi te stają się dodatkowo szeroko dostępne. – Usprawnienie procedury egzekwowania należności za usługi windykacyjne leży również w interesie firm windykacyjnych. Pragma Inkaso wprowadziła do swojej oferty odzyskiwanie własnej prowizji za windykację od dłużnika jako dodatkową wartość. To powinno przekonać wierzycieli, że warto dbać o swoje – dodaje Danuta Czapeczko.

E-booki czy książki tradycyjne? Co jest bardziej EKO według specjalistów?

Jednym z głównych argumentów przemawiających za czytaniem e-booków, poza wygodą i przystępną ceną, jest ich ekologiczny charakter. Są niematerialnym bytem, do ich produkcji nie zużywa się papieru, nie są tak szkodliwe dla środowiska. Czy na pewno? Virtualo, największy dystrybutor książek cyfrowych, postanowił zapytać o opinie przedstawicieli różnych branż i podmiotów, aby sprawdzić czy w odniesieniu do e-booków używanie terminu eko-czytanie nie jest nadużyciem.

W 2013 roku Virtualo sprzedało prawie pół miliona książek elektronicznych. Mimo iż obecnie rynek e-booków w Polsce stanowi 2-3% całego rynku książki, to w przeciwieństwie do książek tradycyjnych, rozwija się nadal bardzo dynamicznie, dlatego warto zastanowić się czy rozpowszechnienie się książek elektronicznych przyczyni się do poprawy stanu naszego środowiska. Czy ograniczenie produkcji papieru i rezygnacja z wycinania milionów drzew sprawi, że zmaleje emisja zanieczyszczeń i dwutlenku węgla? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta i jednoznaczna. W związku z tym firma Virtualo chcąc sprawdzić czy e-booki są postrzegane jako ekologiczne, poprosiła o wypowiedź przedstawicieli różnych branż i organizacji.

E-book czy książka papierowa – co bardziej ingeruje w środowisko naturalne

Szukając odpowiedzi na to pytanie należy przyjrzeć się analizie cyklu życia produktów, czyli książki elektronicznej i papierowej oraz ich wpływu na środowisko. Funkcja użytkowania obu form książek jest taka sama. Istotną kwestią w procesie analizy jest więc trwałość, sposób użytkowania oraz cena, jaką ponosi środowisko naturalne z tytułu ich produkcji.

Jak alarmują ekolodzy, w wielu rejonach świata zjawisko wycinania lasów odbywa się na zastraszającą skalę. Szacuje się, iż co 3 lata na świecie znikają lasy tropikalne o powierzchni Polski, sięgając więc po tradycyjne książki warto uświadomić sobie fakt, iż z jednego drzewa produkuje się średnio sto 500-stronnicowych książek, a jedno drzewo produkuje dziennie około 2,5 litra tlenu. Co oznacza, iż w wymiarze globalnym produkcja papieru i powstających z niego między innymi książek ma duży, negatywny wpływ na środowisko. Polska na szczęście na tle pozostałych krajów może pochwalić się dobrym zarządzaniem gospodarką leśną. Nasz kraj jest w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o powierzchnię lasów, które zajmują prawie 30% terytorium Polski.

Do papierni trafia drewno pochodzące z tzw. cięć pielęgnacyjnych. Usuwa się wtedy część młodych drzew, by dać przestrzeń do wzrostu pozostałym. Drzewa te i tak zostałyby wycięte. Natomiast dorodne, wiekowe okazy nigdy nie są przerabiane na papier. Owszem powinno się ograniczać zużycie papieru, ale w kontekście niemarnotrawienia produktów pochodzących z lasu i nieśmiecenia. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że do produkcji papieru stosowane są różnego rodzaju chemikalia – mówi Anna Malinowska, rzecznik prasowy Lasów Państwowych.

Kolejnym aspektem w badaniu ekologiczności e-booków i książek tradycyjnych jest emisja CO2 do atmosfery podczas ich produkcji. Wycięcie drzew przy odpowiedzialnie zarządzanej gospodarce leśnej, tak jak ma to miejsce w Polsce jest etapem, który najmniej negatywnie wpływa na środowisko naturalne. Realne straty dla środowiska powstają, jednak przede wszystkim w procesie produkcji papieru i związanej z nim emisji dwutlenku węgla, używania chemikaliów oraz innych skutków ubocznych, szczególnie jeśli rozpatrujemy to zjawisko w skali globalnej.

Problem szkodliwych substancji zawartych w produkcji może również dotyczyć czytników, jeśli są to urządzenia pochodzące z Dalekiego Wschodu, wytwarzane masowo po najniższych kosztach. Firma z branży urządzeń do e-czytania, która dbając o jakość swoich produktów samodzielnie opracowuje i produkuje swoje rozwiązania, przekonuje nas jednak, iż: Czytniki kupują ludzie, którzy nade wszystko cenią sobie mobilność i nowoczesność wykorzystywanych urządzeń. Same e-booki są ekologicznym rozwiązaniem, ale nam zależy na czymś więcej – mówi Karina Sękowska, rzecznik szwajcarskiego producenta czytników PocketBook. Dlatego nasze wszystkie czytniki produkowane są z zachowaniem wszelkich norm i zapisów ustaw regulujących poziom substancji wykorzystywanych do wytworzenia rozwiązań technologicznych. Kwestia ochrony środowiska i odpowiedzialnego działania firmy w zakresie ekologii jest sprawą priorytetową – dodaje Pani Karina Sękowska.

Według raportu amerykańskiej firmy badawczej Cleantech Group rozwój rynku elektronicznych czytników czyli urządzeń, które bezpośrednio są związane z użytkowaniem e-booków, powinien mieć radykalny wpływ na poprawę stanu środowiska naturalnego, dzięki czemu globalna emisja CO2 mogłaby zmniejszyć się aż o 10,9 mln ton na przestrzeni najbliższych 4 lat. Szacując dane w oparciu o rynek amerykański, badacze sprawdzili, iż dwutlenek węgla wyprodukowany przez całe życie Kindla jest w pełni utylizowany średnio już po pierwszym roku działania urządzenia. Kolejne lata pracy oznaczają, więc oszczędzenie około 168 kg CO2 rocznie dla środowiska, co jest równe ilości dwutlenku węgla koniecznej, by wyprodukować i rozprowadzić 22.5 książki.

Zatem jeśli udałoby się dalej utrzymać i zwiększać sprzedaż e-czytników kosztem ograniczenia produkcji książek papierowych, będzie można ograniczyć negatywny wpływ przemysłu wydawniczego na środowisko naturalne. Aby zilustrować to zjawisko, warto przytoczyć sugestywne dane sprzed kilku lat dotyczące rynku amerykańskiego. Jak oszacowano w 2008 roku, do wydania wszystkich książek i gazet w USA ścięto 125 mln drzew, wykorzystano 580 mld litrów wody i wyprodukowano taką ilość papieru, która mogłaby pokryć ¼ lądu amerykańskiego.

Dodatkowym atutem przemawiającym za e-bookami w kontekście wpływu na środowisko naturalne może być również proces sprzedaży i dystrybucji książek. W przypadku książek papierowych wymaga on zaangażowania działań logistycznych związanych z pakowaniem, dowożeniem, często foliowaniem książek, czyli procesów, które na dużą skale również wpływają na zanieczyszczenie środowiska.

E-book w służbie ekologii

O tym, że e-book może być bardzo eko, świadczy również fakt, iż forma książki elektronicznej w dzisiejszych czasach znajduje również zastosowanie w akcjach i projektach o charakterze proekologicznym. Na przykład, aby uświadamiać ludzi jak ważne jest sortowanie i recykling. „Jak sortować, aby nie zwariować” – to tytuł e-booka, który powstał dzięki współpracy zespołów magazynu Cztery Kąty i czterykaty.pl, STENA EkoStacji oraz IKEA. Zadaniem tego e-booka jest w prosty i ciekawy sposób rozjaśnienie wątpliwości, które od wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, wciąż utrudniają Polakom skuteczne segregowanie odpadów. Przyjazny środowisku e-book ma szansę stać się remedium na niewiedzę – jego forma ułatwia szybkie dotarcie do informacji na temat ustawy śmieciowej oraz sposobów segregacji odpadów… – mówi Paweł Herman, ekspert Stena Recycling.

Ekologiczność e- booków, a „zielone sumienie”

Dyskutując o e-bookach w kontekście różnych aspektów środowiska i naszego wpływu na jego ochronę, trzeba pamiętać, iż wielbiciele literatury cyfrowej posiadają zwykle czytniki, których wyprodukowanie i późniejsza utylizacja to również koszt dla środowiska. Aby bilans ekologiczny dla natury był dodatni ważny jest okres użytkowania samego urządzenia, a następnie jego utylizacja. Część firm produkujących czytniki wykazuje się już proekologiczną postawą i prowadzi zbiórkę swoich urządzeń do recyklingu. Sama forma e-booka jako pliku elektronicznego jest postrzegana pozytywnie w ujęciu ekologicznym.

E – booki są eko, gdyż zarówno, żeby je wyprodukować, jak i żeby się ich pozbyć, nie wydatkujemy żadnej dodatkowej energii. Nie ma problemu z utylizacją czy z emisją CO2. Pozbawione bytu, bity są doskonale sterylne, niematerialne, jedyne, co w sobie mają, to utrwaloną myśl ludzką – komentuje Łukasz Gołębiewski z Biblioteki Analiz.

Biorąc pod uwagę zebrane przez firmę Virtualo opinie i komentarze dotyczące ekologii i książek należy wyróżnić 2 kwestie. Produkcję urządzeń, e-czytników, która jak wynika z informacji prezentowanych przez producentów, jest coraz bardziej przyjazna dla naturalnego środowiska w odniesieniu do produkcji książek tradycyjnych. Drugą kwestią jest sam ekologiczny charakter e-booka jako pliku elektronicznego w stosunku do książki papierowej.

Ekologiczność e-booków zależy w dużej mierze od naszego sposobu i czasu ich użytkowania. Biorąc pod uwagę fakt, iż na czytniku możemy przechowywać jednocześnie około 500 e-booków, a do powstania książek elektronicznych nie zużywamy zasobów naturalnych, mogę one nam służyć przyjaźnie dla środowiska przez wiele lat. Co więcej, zmieniając urządzenie, na którym czytamy e-booki, biorąc pod uwagę, iż producenci nowoczesnych technologii w dużej mierze stawiają na kompatybilność, możemy dbając bez wysiłku o naturalne środowisko przenieść i nadal rozwijając swoją wirtualną bibliotekę.

Remarketing – ryzyko czy zysk?

Z badań przeprowadzonych przez Marketing Land oraz SurveyMonkey wynika że aż 75% konsumentów w sieci zauważa „śledzące” reklamy. Czy ten zaskakująco wysoki poziom świadomości respondentów oznacza koniec dla retargetowanej reklamy? Absolutnie nie.

Kurtyna została podniesiona. Badania z końca ubiegłego roku udowadniają, iż do procesu retargetowania, który jest obecnie nieodłączną częścią kampanii online należy podchodzić z dużą dozą rozwagi. Powierzenie tego zadania niekompetentnemu i niedoświadczonemu wykonawcy niesie za sobą duże ryzyko w postaci zniechęcenia potencjalnej grupy docelowej – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365 NET. Konsumenci są świadomi tego celowego zabiegu, a zatem oczekują kreatywnych oraz nienachalnych rozwiązań. Specjaliści nie powinni zapominać o różnorodności ofert, rozsądnym cappingu oraz ograniczonym czasie trwania podobnych kampanii – dodaje.

Zaskakujący jest również sposób postrzegania retargetowania reklamy przez badanych konsumentów. Spośród tych, którzy wiedzą iż reklamy podążają za nimi po odwiedzeniu danych stron internetowych, aż 8,7 % przyznało iż jest to doskonały pomysł na „odświeżenie pamięci” i zdeklarowało, że z chęcią powróci na daną stronę www. ilość respondentów którzy odpowiedzieli na ofertę reklamową, czyli wykonali pożądaną akcję wyniosła aż 7,4%. Największy odsetek konsumentów, bo aż 46%, opowiedział się za ignorowaniem takowego przekazu. Nie rzuca to negatywnego światła na retargetowaną reklamę, gdyż w dalszym ciągu jest to prawie dwa razy mniej, niż w przypadku tradycyjnie wyświetlanej reklamie display. Niezbyt pokrzepiającym okazuje się jednak fakt, iż 38% procent konsumentów odpowiedziało, iż komunikaty pojawiające się w sieci „bez końca”, zniechęcają nie tylko do produktu, ale również do marki.

Konsumenci wiedzą, iż jeśli raz udali się w dane miejsce, ktoś będzie chciał sprawić aby wrócili. Badanie przeprowadzone przez Marketing Land i SurveyMonkey obrazuje niestety odsetek błędnie przeprowadzonych lub nieumiejętnie przeprowadzonych kampanii – komentuje Kamila Szwagiel. Dobrze wykorzystany retargeting umożliwia powtórne dotarcie do użytkowników, którzy mieli już kontakt z przekazem marketingowym reklamodawcy, ale również zna granicę cierpliwości konsumenta. Usługa NR1WINTERNECIE bazująca na profilach behawioralnych użytkowników sieci, jest w stanie precyzyjnie określić intencję zakupową użytkownika oraz to czy dany konsument wykonał już pożądaną akcję. Dzięki stałej optymalizacji przekaz reklamowy naszego klienta, trafia tylko do zainteresowanych użytkowników, przy czym nie irytuje tych, którzy ofertą klienta nie są dłużej zainteresowani – dodaje.

Analizy kampanii NR1WINTERNECIE, które wykorzystują tzw. remakreting reklamy pokazują, że dzięki niemu można nawet trzykrotnie poprawić wyniki działań promocyjnych. Dodatkowo, korzystanie z retargetowania daje reklamodawcom możliwość znacznej optymalizacji kosztów całości kampanii, poprzez skuteczne docieranie do klientów, którzy wstępnie wyrazili zainteresowanie ofertą, a nie szukanie ich na nowo w gąszczu liczącego około 20 milionów użytkowników polskiego Internetu.

T. Matras, UI TFI: „Moda na kraje BRIC przemija, potencjał jest w Europie”

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Tomaszem Matrasem, zastępcą dyrektora Inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI.

W ostatnim czasie obserwujemy wzrosty akcji na rynkach wschodzących, m.in. w Brazylii i Indiach, czyli w krajach z grupy BRIC. Czy to sygnał, że kapitał może zacząć masowo powracać na rynki wschodzące?
Na wstępie warto zaznaczyć, że moda na inwestowanie w krajach z grupy BRIC, rozumianych jako całość, przemija. Te państwa mają wewnętrzne problemy, a ich gospodarki już nie będą rosły w tempie, do jakiego nas przyzwyczaiły. Dobrze to widać na przykładzie ostatnich miesięcy – w większości krajów nie tylko rozwiniętych, ale
i rozwijających się można zaobserwować zdecydowaną poprawę sytuacji makroekonomicznej, podczas gdy kraje BRIC jakby stanęły w miejscu.

Jednak giełdy w Brazylii i Indiach ostatnio istotnie rosną.
Tak, choć fundamenty tamtejszych gospodarek nie zachwycają. Zainteresowanie inwestorów może więc być przejściowe. Obecnie dużo ciekawszym kierunkiem inwestycyjnym okazuje się Europa Środkowo-Wschodnia czy Turcja.

Rzeczywiście, w ostatnim czasie Turcja powróciła do łask inwestorów. Gdzie można upatrywać głównych przyczyn tego odbicia na rynku akcji?
Zgodnie z naszymi wcześniejszymi oczekiwaniami rynek pozytywnie przyjął wynik wyborów samorządowych w Turcji, w wyniku których rządząca Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) otrzymała od społeczeństwa wotum zaufania, osiągając nawet większe poparcie niż w poprzednich wyborach. Zagraniczny kapitał powracający nad Bosfor pomógł także tureckiej lirze. Jej umocnienie dodatkowo powiększyło zyski z inwestycji.

Czy minihossa na tureckiej giełdzie może być początkiem trwalszego trendu?
Nie jest to wykluczone, bo fundamentalnie atrakcyjność Turcji się nie zmieniła. Po ubiegłorocznych spadkach spółki tureckie są relatywnie tanie. Wyniki spółek nie uzasadniają takiej przeceny, ponadto firmy wypłacają wysokie dywidendy, a dividend yield w wypadku niektórych przekracza nawet 10%. Sporo czynników przemawia więc za inwestycją, aczkolwiek należy pamiętać, że inwestowanie w Turcji jest cały czas obarczone wysokim ryzykiem.

A z pozostałych rynków środkowoeuropejskich?
Zdecydowanie Polska. Nasz kraj charakteryzuje się dobrymi fundamentami makroekonomicznymi oraz stabilnością polityczną, przez co cieszy się zainteresowaniem inwestorów zagranicznych. Widać to szczególnie wyraźnie, jeśli spojrzymy na wzrosty cen akcji polskich blue chipów. Bardzo możliwe, że do Polski trafia także niewielka część kapitału, który od jakiegoś czasu inwestorzy wycofują z Rosji. Byłoby to całkiem logiczne, ponieważ jeżeli szukamy w regionie alternatywnych rynków o dobrych perspektywach, Polska i Turcja zdecydowanie się wyróżniają.

Jak można ocenić wyniki polskich spółek za IV kwartał 2013 r.?
Wyniki finansowe można ocenić całkiem dobrze. Może nie było zbyt wielu pozytywnych zaskoczeń, jednak znaczna część spółek zanotowała wyższe zyski niż w analogicznym okresie 2012 r. Wśród dużych firm pozytywnie wyróżnił się sektor bankowy, na którego wyniki w znacznej mierze miała wpływ poprawiająca się sytuacja gospodarcza. Wśród średnich spółek wyróżniły się Cyfrowy Polsat, LPP i Inter Cars. Z kolei słabe wyniki za
IV kwartał 2013 r. zaprezentował sektor paliwowy i wydobywczy, co było bezpośrednio związane z niskimi cenami surowców, np. węgla i ropy naftowej.

Sytuacja na Krymie i niepewność co do dalszych działań Rosji wywołała na GPW spore zamieszanie. Czy kurz już opadł, a jeśli tak, jak można na chłodno ocenić sytuację?
Rzeczywiście, spółki z ekspozycją na Rosję i Ukrainę ostatnimi czasy znajdowały się pod presją, a ich akcje zostały znacznie przecenione. W większości wypadków reakcja inwestorów była jednak mocno przesadzona, ponieważ spadki nie odzwierciedlają skali biznesu tych firm w obu wymienionych państwach. O przereagowaniu inwestorów mówią także zarządy samych spółek, które co prawda dostrzegają problem, ale oceniają, że konflikt rosyjsko-ukraiński nie wpłynie znacząco na ich zyski w kolejnych kwartałach.

A sankcje wobec Rosji i ich możliwe następstwa dla polskich spółek?
Wydaje się, że ewentualne sankcje dotkną najbardziej przemysł rolno-spożywczy. Sankcje na tego typu produkty są najprostsze do wprowadzenia i w łatwy sposób można znaleźć dostawców w innych krajach. Zresztą ograniczenia w handlu takimi towarami już nieraz były wprowadzane przez naszego wschodniego sąsiada. Warto jednak podkreślić, że spółki notowane na warszawskim parkiecie powiązane z rosyjską gospodarką to głównie firmy przemysłowe, które dostarczają artykuły potrzebne Rosjanom, i nie jest łatwo w krótkim czasie znaleźć dostawców z innych kierunków, tym bardziej, że wprowadzenie sankcji prawdopodobnie dotknęłoby całą Unię Europejską, a to właśnie stąd trafiają na rynek rosyjski produkty wysoko przetworzone.

Polski rynek obligacji może pozytywnie zaskoczyć

O sytuacji na rynku obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI.

Zgodnie z fazą cyklu koniunkturalnego obecny rok nie jest optymalny, jeżeli chodzi o inwestowanie w obligacje skarbowe. Dotychczasowa kondycja polskiego rynku długu zdaje się temu przeczyć?
To prawda. Po zawirowaniach związanych ze zmianami w OFE w ostatnim czasie polski rynek obligacji zachowuje się dość spokojnie, wręcz pozytywnie. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych spadła z ok. 4,29% na początku kwietnia do poziomu ok. 4,1%. Otoczenie makroekonomiczne w dalszym ciągu nie sprzyja obligacjom, jednak z uwagi na wiele pomniejszych czynników zainteresowanie inwestorów polskimi papierami jest duże.

Czy ten pozytywny trend ma szanse się utrzymać?
Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom – tak. Szczególnie w pierwszej połowie roku, gdyby zrealizował się zaskakujący, wręcz nieprawdopodobny (w kontekście dotychczasowej, raczej jastrzębiej retoryki członków RPP) scenariusz obniżenia stóp procentowych na jednym z najbliższych posiedzeń. Stałoby się to silnym sygnałem wspierającym, bo obecnie rynek nie wycenia takiego rozwoju wypadków. W tym kontekście rodzi się nawet pytanie, czy nie jest to jedna z ostatnich w tym roku okazji, by zarobić na obligacjach. W drugiej połowie roku, wraz ze zbliżaniem się do nieuchronnych podwyżek stóp procentowych w Polsce, sentyment może okazać się już bowiem nieco gorszy.

A jeśli nie Polska, to…? Które jeszcze rynki warto brać pod uwagę?
W regionie Nowej Europy całkiem dobrze prezentują się obligacje tureckie, węgierskie czy rumuńskie, choć trzeba pamiętać, że szczególnie w Turcji inwestowanie jest obarczone dużym ryzykiem, głównie politycznym. Jeśli jednak inwestor ma większą tolerancję na wahania cen papierów i nieco dłuższy horyzont inwestycyjny, może rozważyć dywersyfikację swojego portfela z uwzględnieniem tych rynków.

Spoglądając na Stary Kontynent nieco szerzej, można zauważyć, że na ostatnim posiedzeniu Europejski Bank Centralny pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Czy ta zachowawczość może mieć jakieś implikacje dla gospodarki i rynków?
Rzeczywiście, zarząd banku centralnego strefy euro po raz kolejny pozostał przy stwierdzeniu, iż „ma możliwości i nie zawaha się ich użyć”. Jednak – na co warto zwrócić uwagę – EBC zaczyna dostrzegać ryzyko, że w pewnym momencie zapowiedzi obniżek stóp mogą przestać działać na inwestorów. Szczególnie że stopa referencyjna w strefie euro wynosi obecnie 0,25% i pole manewru jest niewielkie.

Skąd wniosek, że EBC może się zdecydować na jakiś poważniejszy ruch?
EBC zasygnalizował, że rozważa możliwość wsparcia gospodarki europejskiej poprzez program luzowania ilościowego. Trudno powiedzieć, czy jest to realne już w najbliższej perspektywie, ponieważ prezes Mario Draghi mógł tylko sondować rynki. Z pewnością jednak osłabienie euro względem głównych walut okazałoby się korzystne. Obniżyłoby bowiem ryzyko deflacji i poprawiło konkurencyjność krajów eurolandu, co podtrzymałoby wciąż delikatne ożywienie gospodarcze.

Dlaczego EBC zwleka z decyzją?
Prawdą jest, że w obecnej sytuacji, gdy ożywienie w strefie euro nie jest jeszcze silne i trwałe, EBC powinien działać bardziej zdecydowanie i agresywniej. Jednak Europa, w przeciwieństwie do Japonii, nie ma doświadczeń z deflacją. Być może stąd ta zachowawcza polityka i wiara Maria Draghiego, że gospodarka wyjdzie na prostą o własnych siłach. Na to wszystko nakłada się przyjęty w Europie sposób prowadzenia polityki pieniężnej.

Na czym on polega?
Banki centralne w Europie działają asymetrycznie. Postępują bardzo stanowczo, gdy inflacja jest powyżej celu, jednak gdy znajduje się poniżej, ich ruchy nie są tak zdecydowane. Przykładowo jeśli cel inflacyjny NBP wynosi 2,5%, a inflacja przekroczy ten poziom – niezależnie od dopuszczalnego przedziału wahań, który wynosi +/-1 punkt procentowy – to RPP natychmiast podnosi stopy procentowe, by obniżać inflację. Z drugiej strony, gdy inflacja pozostaje poniżej celu, rada nie jest skora do tego, by obniżać stopy i starać się przywrócić poziom inflacji do zakładanego celu. Bank centralny np. Japonii ma zgoła inne podejście. Gdy inflacja zbliża się do zera, niezwłocznie wykorzystuje on wszelkie dostępne narzędzia, by podbić inflację i nie pozwolić gospodarce popaść w stagnację.

Czy poza obniżką stóp i programem luzowania ilościowego EBC może zrobić coś jeszcze, by pomóc europejskiej gospodarce?
EBC ma w zanadrzu narzędzia w postaci m.in. operacji LTRO, które polegają na udzielaniu bankom komercyjnym pod zastaw obligacji nisko oprocentowanych pożyczek w celu pobudzenia akcji kredytowej, a tym samym zwiększenia konsumpcji. Do tej pory raczej średnio się to udawało, bo pieniądze wracały na depozyt do EBC. Należy jednak pamiętać, że EBC zapowiada takie transakcje, a rynek się ich spodziewa.

Ekwiwalent za zaległy urlop do odzyskania nawet po upadłości pracodawcy

W przypadku upadłości pracodawcy, pracownik ma możliwość odzyskania ekwiwalentu za zaległy urlop od Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Kwestie niezaspokojonych roszczeń wynikających ze stosunku pracy, w sytuacji upadłości pracodawcy, reguluje Ustawa z 13 lipca 2006 r. o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy (Dz. U. z 2014 r., poz.272).

Zgodnie z Ustawą, niewypłacalność pracodawcy zachodzi, gdy sąd upadłościowy, na podstawie przepisów Prawa upadłościowego i naprawczego, wyda postanowienie o:
– ogłoszeniu upadłości pracodawcy obejmującej likwidację majątku dłużnika,
– ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu,
– zmianie postanowienia o ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu na postanowienie o ogłoszeniu upadłości obejmującej likwidację majątku dłużnika,
– oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości pracodawcy, jeżeli jego majątek nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania,
– oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości w razie stwierdzenia, że majątek dłużnika jest obciążony hipoteką, zastawem, zastawem rejestrowym, zastawem skarbowym lub hipoteką morską w takim stopniu, że pozostały jego majątek nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania.

Jakie świadczenia musi wypłacić fundusz?

W razie niewypłacalności pracodawcy, zaspokojeniu ze środków funduszu podlegają:
1) wynagrodzenia za pracę;
2) przysługujące pracownikowi na podstawie powszechnie obowiązujących przepisów prawa pracy:
a) wynagrodzenia za czas niezawinionego przez pracownika przestoju, za czas niewykonywania pracy (zwolnienia od pracy) i za czas innej usprawiedliwionej nieobecności w pracy,
b) wynagrodzenia za czas niezdolności pracownika do pracy wskutek choroby, o którym mowa w art. 92 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy,
c) wynagrodzenia za czas urlopu wypoczynkowego,
d) odprawy pieniężne przysługujące na podstawie przepisów o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników,
e) ekwiwalent pieniężny za urlop wypoczynkowy, o którym mowa w art. 171 § 1 Kodeksu pracy, należny za rok kalendarzowy, w którym ustał stosunek pracy,
f) odszkodowanie, o którym mowa w art. 361§ 1 Kodeksu pracy,
g) dodatek wyrównawczy, o którym mowa w art. 230 i 231 Kodeksu pracy;
3) składki na ubezpieczenia społeczne należne od pracodawców na podstawie przepisów o systemie ubezpieczeń społecznych.

Roszczenie z tytułu ekwiwalentu pieniężnego za zaległy urlop podlega zaspokojeniu, jeżeli ustanie stosunku pracy nastąpiło w okresie nie dłuższym niż 9 miesięcy poprzedzających datę wystąpienia niewypłacalności pracodawcy.

Jak odzyskać ekwiwalent?

W okresie jednego miesiąca od daty niewypłacalności pracodawcy, on sam bądź syndyk, likwidator lub inna osoba sprawująca zarząd nad majątkiem pracodawcy, sporządza i składa marszałkowi województwa zbiorczy wykaz niezaspokojonych roszczeń, określając osoby uprawnione oraz tytuły i wysokość roszczeń wnioskowanych do zaspokojenia ze środków Funduszu. Zbiorczy wykaz obejmuje roszczenia z okresów poprzedzających datę niewypłacalności pracodawcy.

WAŻNE! Wypłata świadczeń może nastąpić także na podstawie wniosku pracownika, byłego pracownika lub uprawnionych do renty rodzinnej członków rodziny zmarłego pracownika lub zmarłego byłego pracownika.

Gdzie składać dokumenty?

Wniosek należy złożyć marszałkowi województwa nie wcześniej niż po upływie dwóch tygodni od terminów przewidzianych na złożenie wykazu lub wykazu uzupełniającego.

W świetle powyższych postanowień Ustawy o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy wynika, że pracownik może zgłosić roszczenie do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych o ekwiwalent za zaległy urlop wypoczynkowy należny za rok kalendarzowy, w którym ustał stosunek pracy.

Jeżeli chodzi o roszczenia o ekwiwalent za zaległy urlop w latach innych, niż rok, w którym ustał stosunek pracy, zainteresowany powinien zgłosić swoją wierzytelność do sędziego-komisarza, który nadzoruje postępowanie upadłościowe (jeżeli zobowiązania te nie zostały umieszczone na liście wierzytelności z urzędu). Zgodnie bowiem, z art. 237 Prawa upadłościowego i naprawczego, wierzytelności ze stosunku pracy umieszcza się na liście wierzytelności z urzędu.

Forex Mentoring – rusza unikalny program szkoleniowy Admiral Markets

Admiral Markets AS uruchamia dla polskich inwestorów unikalny projekt szkoleniowy oparty na mentoringu. To pierwsza taka inicjatywa na polskim rynku organizowana przez brokera forexowego. Podczas trzymiesięcznego programu analitycy Admiral Markets przeszkolą 100 osób, a najlepsze 10 otrzyma od brokera możliwość inwestowania na realnym rachunku środkami o łącznej kwocie 100 tys. zł.

Projekt adresowany jest do każdego, kto chciałby zostać profesjonalnym traderem, a o kwalifikacji do niego zadecyduje wypełniany przez kandydatów formularz rejestracyjny. – W ankiecie znajdą się pytania, które pozwolą nam wybrać najlepszych kandydatów. Zależy nam na tym, żeby do projektu przyjąć osoby zaangażowane, ambitne, które chcą tradować zgodnie z obraną strategią i jednocześnie świadomie zarządzać ryzykiem, które jest nieodzownym elementem rynku Forex – mówi Krzysztof Koza z Admiral Markets, jeden z mentorów.

Projekt składa się z pięciu etapów. Pierwszym etapem jest trzytygodniowa rekrutacja, która rozpoczyna się w najbliższy poniedziałek 14 kwietnia br. Następnie odbywają się elitarne seminaria online, podczas których mentorzy będą szkolić uczestników i przedstawią założenia stosowanych strategii. Każdy z mentorów na tym etapie będzie pracował maksymalnie z 50 osobami.

– Przez cały czas trwania programu będziemy wspierać uczestników umożliwiając im konsultacje i indywidualne zgłębianie wybranych zagadnień. Nasze strategie różnią się od siebie. Uczestnicy sami wybiorą czy wolą pracować stosując moją strategię opartą głównie na wsparciach i oporach czy strategię Krzysztofa i jego matematyczne podejście do rynku – tłumaczy Tomasz Wiśniewski, drugi z mentorów. O kwalifikacji do dalszej części programu decydować będzie test weryfikujący zdobytą wiedzę.

Ostatnie dwa etapy Forex Mentoring to wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce. Najpierw uczestnicy będą przez 4 tygodnie handlować na rachunku demo. – Na tym etapie muszą się oni wykazać także konsekwencją w zakresie stosowanej strategii. Każde złamanie zasad, które ustaliliśmy spowoduje wykluczenie z programu – zapowiada Krzysztof Koza. Do finału zakwalifikuje się 10 osób, dla których Admiral Markets AS przygotował rachunek inwestycyjny o wartości 10 tys. zł. – Przez miesiąc uczestnicy będą zmagać się w realnych warunkach rynkowych. Ten czas pokaże przede wszystkim czy sukces na rachunku demo zostanie powtórzony, gdy w grę wejdą emocje towarzyszące rzeczywistemu inwestowaniu – dodaje Tomasz Wiśniewski.

Aplikacje do Forex Mentoring będzie można składać przez trzy tygodnie – rekrutacja potrwa do 4 maja br. Formularz aplikacyjny dostępny jest na stronie www.forexmentoring.pl

Koniec z darmową promocją na Facebooku

Liczba artykułów o tym, jak poradzić sobie z EdgeRankiem codziennie staje się coraz większa. Dodawać jeden post dziennie, a może więcej? Która forma ma największy zasięg – wideo, foto czy tekst? Jakie treści lepiej angażują, a tym samym zwiększają organic reach? Odpowiedź jest prosta – trzeba zacząć płacić.

Oczywiście algorytmu Facebooka nie zna nikt, poza osobami które pracują w Menlo Park. Wszystkie rady, które rzekomo mają polepszyć naszą pozycję na rynku social media, należy traktować jak wróżenie z fusów. Jedyną bowiem radą jest włączenie do swojego budżetu stałego punktu w postaci reklam i promocji postów.

Dlaczego nie jest to popularny pogląd wśród osób niezwiązanych na co dzień z branżą marketingową? Facebook przyzwyczaił nas bowiem przez lata do luźnego podejścia do prowadzenia swojego fanpage’a. Ewentualne błędy nie pociągały za sobą skutków finansowych, co nierzadko dzieje się na innych polach promocji. Ten etap się jednak kończy i zamiast przyzwyczaić się do zmian, jesteśmy prędzej w stanie uciekać do Twittera czy Instagrama.

Nie ma nic złego w rozszerzaniu naszej działalności o pozostałe znane nam platformy – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET – Warto jednak pamiętać, że Facebook to aż 1 miliard aktywnych użytkowników na całym świecie, a do takiego wyniku tym pozostałym mediom zdecydowanie daleko. – zauważa.

Facebook przestał dawno być nowinką i awansował do miana pewnego standardu. Jest to w tym momencie przedłużenie strony internetowej, dlatego warto zastosować tutaj pewną alegorię. W zamierzchłych czasach połączenia internetowego poprzez modem, strony www były w podobnym stadium co do niedawna Facebook. Nie było problemu z założeniem strony całkowicie za darmo, graficzne dopracowanie witryny również nie było zbytnio wymagające. Dzisiaj natomiast koszty efektywnego prowadzenia swojego własnego WWW zawierają takie wydatki jak domenę, miejsce na serwerze, SEO czy też projektowanie graficzne. Dostosowaliśmy się do tych zmian, więc powinniśmy tak samo postąpić z Facebookiem.

Ciekawy jest fakt, że narzekanie na EdgeRank jest domeną polskiej prasy marketingowej. Na zagranicznych serwisach poświęconych social media publicyści skupiają się raczej na czysto PR-owych aspektach, takich jak budowanie więzi, angażowanie, a nie na liczbach i procentach.

Być może lekiem na słabe efekty prowadzenia komunikacji na Facebooku jest zaakceptowanie zmian, jakie wymusza na nas rzeczywistość mediów społecznościowych i powrót do istoty działań w tychże, czyli pogłębiania relacji z naszymi odbiorcami.

Prezydent RP podpisze postanowienie o udziale PKW w misji Air Policing

11 kwietnia 2014 r. (piątek) o godz. 12.30 w siedzibie Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych (ul. Żwirki i Wigury 103/105, Warszawa) Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski podpisze postanowienie o użyciu Polskiego Kontyngentu Wojskowego w składzie Sił Sojuszniczych Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w misji wojskowego nadzoru przestrzeni powietrznej Republiki Estońskiej, Republiki Litewskiej i Republiki Łotewskiej. Polski Kontyngent Wojskowy ORLIK 5 rozpocznie dyżur 1 maja br. na litewskim lotnisku w Szawle. Polscy żołnierze będą realizować misję Air Policing do 31 sierpnia br. Polski Kontyngent Wojskowy będzie liczył do 100 żołnierzy i pracowników wojska. Celem misji jest patrolowanie i niedopuszczenie do naruszenia przestrzeni powietrznej Republiki Estońskiej, Republiki Litewskiej i Republiki Łotewskiej oraz udzielanie pomocy samolotom wojskowym i cywilnym w sytuacjach awaryjnych występujących podczas lotu.
Źródło: Prezydent.pl

Kończą się prace w PE nad dyrektywą ws. pracowników delegowanych. Nowe prawo ma rozwiązać problem łamania ich praw

CEO Magazyn Polska

W przyszłym tygodniu Parlament Europejski zagłosuje nad dyrektywą ws. delegowania pracowników. Projekt w obecnym kształcie jest korzystny dla polskich firm, które delegują do pracy za granicą najwięcej osób w UE. Samo przyjęcie nowego prawa nie rozwiąże od razu problemów związanych z łamaniem praw takich pracowników, bo państwa będą miały dwa lata na wdrożenie przepisów i będą decydować również o kolejności ich wdrażania. Może być to problemem w krajach, które najbardziej obawiają się konkurencji ze strony pracowników z innych państw.

O przyjęciu dyrektywy ws. delegowania pracowników zdecyduje w przyszłym tygodniu Parlament Europejski. Znalazły się w niej m.in. zapisy o kontroli legalności zatrudnienia i zasadzie odpowiedzialności wykonawcy za podwykonawcę. Do obecnego kształtu dyrektywy w znacznym stopniu przyczyniły się wspólne wysiłki polskiego rządu, europosłów i partnerów społecznych, w szczególności przedsiębiorców.

Dla Polski dyrektywa jest wyjątkowo ważna, dlatego że Polska deleguje największą liczbę pracowników. Cieszę się, że doszło do porozumienia, bo na pewnych etapach negocjacji byliśmy w sytuacji, w której rozwiązania albo ograniczały w znacznym stopniu, albo uniemożliwiały delegowanie pracowników. Dobrze, że doszło do rozsądnego kompromisu, mam nadzieję, że Parlament Europejski go poprze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Mleczko, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Dzięki zaangażowaniu europosłanek – Danuty Jazłowieckiej i Małgorzaty Handzlik – oraz wiceministra pracy udało się usunąć najbardziej niekorzystne zapisy w dyrektywie, które ograniczyłyby możliwość delegowania pracowników polskim firmom. Radosław Mleczko został doceniony przez Kapitułę Nagrody Labor Mobilis 2014 „za skuteczne położenie się Rejtanem w obronie świadczenia usług w UE i setek tysięcy polskich miejsc pracy”.

Delegowanie pracowników jest sposobem na podnoszenie naszej konkurencyjności na rynku europejskim. To leży w naszym narodowym interesie – podkreślił w swoim przemówieniu prof. Jerzy Hausner, członek honorowy Kapituły.

Delegowanie pracowników do pracy za granicą pozwala na pracę w innym państwie członkowskim i podleganie przepisom tamtejszego kodeksu pracy. Pracownik delegowany jest zatrudniany przez polską firmę, a jego składki na ubezpieczenia społeczne odprowadzane są w Polsce. W UE pracuje ok. 1 mln delegowanych pracowników. Nowe prawo ma wzmocnić obecnie obowiązujące uregulowania z 1996 r. Jak podkreśla wiceminister, te przestały być wystarczające w sytuacji, kiedy dochodziło do łamania praw pracowników delegowanych w różnych państwach członkowskich.

To był jeden z powodów, dla których Komisja Europejska rozpoczęła prace nad dyrektywą. Drugi, bardzo ważny, to regulacje w państwach członkowskich, które w znacznym stopniu utrudniały delegowanie. Dotyczyło to nie tylko ochrony praw pracowników, lecz także sytuacji, w których była to praktyka nosząca pewne cechy protekcjonizmu – wyjaśnia Radosław Mleczko.

Sebastian Filipek-Kaźmierczak, ekspert Polskiej Izby Handlu, nominowany do Nagrody Labor Mobilis 2014, podkreśla, że przyjęcie przez Parlament Europejski dyrektywy w obecnym kształcie – co nie jest przesądzone, bo niektórzy europosłowie zapowiadają zgłaszanie poprawek – to dopiero początek drogi. Państwa UE będą miały dwa lata na wdrożenie nowych przepisów.

Marzy nam się sytuacja, w której Polska stałaby się centrum usługowym Europy. Nie ma w tym nic złego, że jeżeli szukając dobrego samochodu, pomyślimy o Niemczech, szukając dobrego wina i sera, pomyślimy o Francji, a szukając dobrej firmy usługowej choćby w zakresie budownictwa, mieszkaniec wspólnej Europy pomyśli o polskiej firmie i polskich specjalistach. Tymczasem niektóre państwa członkowskie dążą do wprowadzenia embarga na polskie usługi – mówi Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy, organizatora gali Labor Mobilis 2014.

Europosłanka Danuta Jazłowiecka, członkini parlamentarnej komisji ds. zatrudnienia i polityki społecznej oraz sprawozdawca unijnej dyrektywy wdrożeniowej, ostrzegła, że niektóre państwa członkowskie – te najbardziej obawiające się konkurencji ze strony pracowników z zagranicy – mogą rozpocząć wdrażanie przepisów nowej dyrektywy od tych, które będą umożliwiały im ochronę własnego rynku pracy, a nie od tych, które zapewnią ochronę pracowników delegowanych.

Po dwóch latach od wdrożenia tej dyrektywy Komisja Europejska będzie zobowiązana monitorować to, co się wydarzy, monitorować, na ile wprowadzone dyrektywą instrumenty będą skuteczne, a na ile nie. Również będzie musiała zarekomendować w takim przypadku, w którym będą potrzebne zmiany tych instrumentów, oraz to jakiego rodzaju zmiany powinny być wprowadzone – wyjaśnia Danuta Jazłowiecka. 

Według wiceministra pracy w ciągu tych dwóch lat, które będą okresem przejściowym, nie należy spodziewać się znacznego wzrostu liczby delegowanych pracowników.

Jeżeli byśmy postawili sobie za zadanie we współpracy z partnerami społecznymi i z partnerami w Unii Europejskiej, żeby ten ruch delegowań był taki jak w tej chwili lub nieznacznie wzrósł, to moglibyśmy się czuć bardzo usatysfakcjonowani – mówi Radosław Mleczko.

Kwestia unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych, istotnej dla setek tysięcy pracowników wysyłanych przez polskie firmy do pracy za granicą, była jednym z wiodących tematów podczas II Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy.

IJ: rządowe zmiany ws. regulacji sektora pożyczkowego ograniczą dostęp do szybkich pożyczek

0

Proponowane przez rząd regulacje dotyczące kredytów konsumenckich udzielanych przez firmy pożyczkowe uderzą w osoby biorące niewielkie pożyczki na krótki czas. Propozycja, która diametralnie różni się od założeń sprzed kilku miesięcy, może doprowadzić do rozwoju szarej strefy i ograniczenia dostępu konsumentów do szybkiego finansowania. Według Instytutu Jagiellońskiego, motywy nagłej zmiany i mało przejrzysty tryb jej wprowadzenia wymagają jak najszybszych i wyczerpujących wyjaśnień ze strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Instytut Jagielloński w raporcie na temat nowych propozycji regulacji rynku szybkich pożyczek zwraca uwagę na brak wytłumaczenia ze strony rządu, dlaczego nowa propozycja jest tak różna od zaproponowanej pierwotnie w grudniu. Szczególnie, że powstanie tej grudniowej było wynikiem konsultacji społecznych i wielu rozmów wszystkich uczestników rynku.

Instytut krytykuje brak przejrzystości procesu legislacyjnego i postuluje, by rząd wyjaśnił, skąd i dlaczego w projekcie pojawiły się tak daleko idące zmiany. Podkreśla, że obecne propozycje to powrót do pierwotnych założeń z jesieni ubiegłego roku, które zostały źle przyjęte przez ekspertów. Instytut Jagielloński zauważa, że obecnie zadłużenie Polaków w firmach pożyczkowych to tylko 4 mld zł w porównaniu do 140 mld zł w instytucjach finansowych, ale nowe regulacje mogą doprowadzić do większego zadłużania się Polaków, bo zachęcają ich do zaciągania pożyczek na wyższe sumy i na dłuższy okres.

Rząd, przygotowując zmiany, argumentował, pewnie słusznie, że należy regulować ten rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. Tłumaczy: – Proponowane obecnie regulacje powodują jednak, że chwilówki tak naprawdę zostaną zupełnie wyeliminowane na korzyść dużych i długich pożyczek parakredytowych. Jeżeli usankcjonujemy takie parakredytowe instrumenty, to oprócz nich będzie już tylko szara strefa, z którą rząd walczy.

Roszkowski podkreśla, że największym problemem są zapisy dotyczące ograniczania kosztów pożyczek. O ile wcześniejsze propozycje zakładały inne regulacje w zależności od wysokości i czasu spłaty pożyczki, teraz ograniczenie kosztów ma być na stałym poziomie 27,5 proc. wartości pożyczki niezależnie od jej wartości.

Wyeliminowane zostają krótkoterminowe pożyczki o niskiej wartości. Czyli takie, które najmniej obciążają konsumentów, które powodują, że można na przykład w ciągu 2-3 tygodni zapłacić fakturę za media i uratować rodzinny budżet. A nie takie, które na kilka, kilkanaście lat wiążą z firmą pożyczkową – podkreśla Roszkowski.

Tłumaczy, że w przypadku krótkoterminowych mikropożyczek koszty przygotowawcze, związane m.in. z weryfikacją pożyczkobiorcy i rozpatrzeniem wniosku, stanowią wyższy odsetek ich wartości. Ponieważ propozycja rządu nie jest elastyczna, firmom nie będzie opłacało się udzielanie takich pożyczek, a w zamian skoncentrują się na kredytach długoterminowych.

Według Roszkowskiego przepisy w proponowanej formie przyczynią się do rozwoju szarej strefy, a także lombardów. Legalne krótkoterminowe pożyczki staną się bowiem nieopłacalne. Wiele firm pożyczkowych może z tego powodu upaść, a nowe nie rozpoczną działalności.

Pierwotnie także Ministerstwo Finansów zaproponowało wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych, który miałoby prowadzić Ministerstwo Gospodarki lub Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, skłaniając się jednak ku tej drugiej instytucji. Niewykluczone, że resort z tego pomysłu zrezygnuje, bo nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, nad którą trwają prace w Sejmie, umożliwia Urzędowi publikowanie listy ostrzeżeń publicznych i, według resortu, to może być skuteczniejsze od rejestru.

Pomysł rejestru został pozytywnie przyjęty. Publikowanie listy nie eliminuje takich elementów, jak np. podmioty zagraniczne, które mogą łatwo ominąć ten poziom, a w zasadzie również polskie firmy, zakładając podmioty zagraniczne, mogą łatwo to ominąć – uważa Roszkowski.

Instytut podkreśla także, że waga zmian i ich liczba jest na tyle znacząca, by domagać się wyjaśnień od KPRM, szczególnie, że przepisy z traktujących jednakowo wszystkich uczestników rynku i ze skupiających się na ochronie konsumenta, zamieniono na takie, które preferują określony segment rynku.

Od nowego roku akademickiego możliwe zmiany w szkolnictwie wyższym

CEO Magazyn Polska

Nowy projekt ustawy, nad którym toczą się prace w Sejmie, przewiduje możliwość uzyskania dyplomu po kursach pozauczelnianych, prawo własności do osiągnięć innowacyjnych dla naukowców i studenckie staże w biznesie. To nowe regulacje, które mają motywować do zdobywania wykształcenia i wykorzystywania potencjału nauki w praktyce. Minister nauki i szkolnictwa wyższego liczy, że ustawa zacznie obowiązywać jeszcze przed nowym rokiem akademickim.

Prace nad nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym trwają i mamy nadzieję, że w najbliższych miesiącach się zakończą, tak, by planowane regulacje mogły obowiązywać od nowego roku akademickiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Nowelizacja ustawy porusza wiele kwestii związanych z nauką, część zapisów budzi kontrowersje, ale jej idea jest jasna: ma służyć podniesieniu poziomu kształcenia, budować kadry naukowe na najwyższym poziomie i wykorzystać badania naukowe do zastosowań praktycznych. Dla osób uczących się na kursach poza uczelniami, dotychczas nieakceptowanych przez szkolnictwo wyższe, otwierają się nowe szanse.

Osoby, które się uczą i kończą różne kursy, mogą potem zweryfikować swoją wiedzą i, dzięki nostryfikacji, uzyskiwać dokumenty formalnego wykształcenia z uniwersytetów. Regulacje otwierają też drzwi kształceniu na odległość, przede wszystkim za pośrednictwem internetu – tłumaczy prof. Lena Kolarska-Bobińska.

Takie formy kształcenia są coraz popularniejsze na Zachodzie i w Stanach Zjednoczonych. Oferują je poważne uczelnie zapewniające prestiżowe dyplomy.

To bardzo ważne, by polskie uczelnie były otwarte na nowe metody nauczania i by studenci mogli z nich korzystać – dodaje minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Kolejną zmianą jest zapis o uwłaszczeniu, czyli zapewnienie innowacyjnym naukowcom możliwości czerpania korzyści z ich osiągnięć naukowych.

Naukowiec, który stworzy innowacyjne rozwiązanie czy wynalazek, będzie mógł w pierwszej kolejności skorzystać z owoców swojej pracy, jeśli uczelnia nie zgłosi do tego roszczeń – wyjaśnia minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Ustawa wprowadza również trzymiesięczne staże studenckie w biznesie, by absolwenci po ukończeniu studiów mieli już doświadczenie zawodowe, tak potrzebne na rynku pracy. Prof. Lena Kolarska-Bobińska liczy na uchwalenie ustawy już w czerwcu. Na razie nad projektem pracują sejmowe komisje.

Polska kilka lat za Estonią w informatyzacji. Sytuacja jednak się poprawia

Potrzeba nam jeszcze kilku lat, żeby w informatyzacji dogonić Estonię – twierdzi Krzysztof Witoń, prezes zarządu firmy Hawe. Nadbałtycki kraj, mimo że wielokrotnie mniejszy od Polski, może być przykładem sprawnej informatyzacji kraju. Polska jest jednak na dobrej drodze, by dogonić Estonię. Pod warunkiem, że rozpoczęte inwestycje w upowszechnianie dostępu do internetu zostaną sprawnie ukończone, a państwo włączy się w finansowanie inwestycji w tych obszarach kraju, które dla operatorów nie są opłacalne.

Chcemy mieć to wszystko, co ma dzisiaj Estonia: aplikacje, które są związane z e-medycyną, z e-administracją, dowód osobisty, podpis elektroniczny. Ale żeby to mieć, musimy budować niezbywalną infrastrukturę XXI wieku, która umożliwia rozwój zarówno społeczny, jak i ekonomiczny – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Witoń, prezes zarządu Hawe.

Mimo że Estonia jest niewiele większa od największego polskiego województwa, a jej całkowita liczba ludności odpowiada dwóm trzecim liczby mieszkańców Warszawy, to informatyzacja tego kraju może być dobrym przykładem dla Polski.

W Estonii, żeby otworzyć działalność gospodarczą, wystarczy 18 minut. W ostatnich wyborach 27 proc. obywateli oddało głos przez internet – przypomina Witoń.

Podkreśla, że Estonia ma zinformatyzowany cały system podatkowy. Podatnik musi tylko dostarczyć kompletne dane, a system zajmuje się wyliczeniem kwoty podatku, co nie tylko zapewnia transparentność, lecz także zwalnia ludzi z odpowiedzialności za wprowadzenie urzędu w błąd. Takie rozwiązania powoli wdrażane są także w Polsce i są przez Polaków chętnie wykorzystywane: np. rosnąca liczba osób (ok. 3 mln), które rozliczają się z fiskusem przez internet.

Witoń zaznacza, że rozwój branży teleinformatycznej i wykorzystywanie jej w gospodarce, to nie tylko ułatwienie pracy ludziom, lecz także zwiększenie efektywności i oszczędności.

Cisco opublikowało analizę, z której wynika, że wprowadzenie wszechobecnego internetu doprowadzi do oszczędności na poziomie 1,9 biliona dolarów w skali 10 lat. To są ogromne kwoty – twierdzi prezes zarządu Hawe.

Prace nad zwiększaniem dostępu do internetu trwają. Polska infrastruktura internetowa wciąż się poprawia, ale niezwykle ważne jest angażowanie do tego celu publicznych środków, ponieważ nie wszędzie prywatnym firmom opłaca się inwestować w infrastrukturę.

Warmia i Mazury to projekt sieci szerokopasmowych, który jest w 100 proc. finansowany ze środków publicznych. Realizują go między innymi Hawe SA, Alcatel-Lucent i Orange. Drugim wspólnie organizowanym projektem jest ten na Podkarpaciu, Podkarpackie Sieci Szerokopasmowe, ale szereg projektów jest też realizowanych w kraju z dofinansowaniem środków publicznych – zapewnia Krzysztof Witoń.

W swojej najnowszej strategii Hawe, firma, która jest właścicielem 4 tys. km sieci szkieletowej i 500 km sieci dystrybucyjnej w Polsce, próbuje przekonywać operatorów kablowych i dostawców internetu, by nie budowali własnych sieci, lecz korzystali z tych istniejących, które zapewniają symetryczny przesył danych.

My wszystko budujemy w światłowodzie, czyli dostarczamy kabel do domu zgodnie z oczekiwaniem operatora bądź też klienta końcowego. Dzięki temu operator ma dostęp do tej infrastruktury, To jest infrastruktura symetryczna, co oznacza, że sygnał wchodzący może mieć 100 megabitów i sygnał wychodzący jest równy 100 megabitom. Nie ma żadnych ograniczeń – twierdzi Krzysztof Witoń.

Jak podkreśla, założenie jest takie, że jest to sieć neutralna, z której wszyscy mogą skorzystać.

Jeżeli ktoś u nas dzierżawi kabel bądź oczekuje od nas zestawienia transmisji, łącznie z kolokacją i z innymi produktami, to stawki są równe dla wszystkich operatorów – zapewnia Krzysztof Witoń.

Volkswagen planuje rekordową liczbę premier i liczy na 10-proc. udział w rynku

CEO Magazyn Polska

Po raz pierwszy w historii marki Volkswagen zaplanowano na jeden rok aż 11 premier nowych modeli. Koncern chce w ten sposób utrzymać dobre wyniki sprzedaży, która w styczniu i lutym tego roku wzrosła o 40 proc. Plany firmy zakładają, że co dziesiąty samochodów kupowany w Polsce to będzie właśnie Volkswagen.

Nasza sprzedaż w ubiegłym roku urosła i to dość znacznie, zarówno na całym światowym rynku, jak i w Polsce. Początek roku był jeszcze lepszy dla nas. Sprzedaż w pierwszych dwóch miesiącach urosła o ponad 40 proc. Wprowadzenie kolejnych nowych modeli w ciągu roku z pewnością ten rynek pozwoli nam ten wynik utrzymać. Chcemy, aby nasz udział w rynku wyniósł ponad 10 proc., czyli żeby co dziesiąty nowo sprzedany samochód był autem marki Volkswagen – mówi Tomasz Tonder z Volkswagen Group Polska.

Jak podkreśla, oferta modelowa koncernu jest coraz bogatsza. W ubiegłym roku na rynku pojawiło się osiem nowych modeli, w tym będzie jedenaście.

– Zależy nam, by nasi klienci mieli pełen wybór, obok aut konwencjonalnych proponujemy także pojazdy elektryczne i hybrydowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Tonder.

Najmniejszym z nowych modeli niemieckiego koncernu jest up!, auto miejskie z napędem elektrycznym. Tonder wyjaśnia, że jest to najbardziej wydajny samochód elektryczny dostępny na rynku – na przejechanie 100 km potrzebuje zaledwie 11,7 kilowatogodziny energii. Przy aktualnych cenach prądu koszt przebycia tego dystansu to 6,56 zł.

Pod koniec roku w sprzedaży pojawi się flagowy SUV Volkswagena, czyli model Touareg. To auto przeznaczone do pokonywania długich dystansów, odpowiednie na wypady za miasto. W połowie roku do salonów zawita Golf Sportvan, skierowany do osób mających większą rodzinę oraz Jetta, samochód chętnie kupowany przez właścicieli firm. Miłośnicy niemieckiej marki doczekają się też nowej odsłony Passata, która ma szansę stać się prawdziwym hitem. Niedługo do sprzedaży wejdzie nowe Polo, a niedługo po nim XL1.

Pomóc w zdobywaniu pozycji na rynku ma zastosowanie technicznych udoskonaleń, które pozwolą zmniejszyć koszt paliwa. Wszystkie debiutujące w tym roku modele mają być wyposażone w silniki dużo oszczędniejsze od swoich poprzedników.

– W przypadku Polo możemy mówić o różnicy 21 proc. – tłumaczy przedstawiciel Volkswagena. – Na uwagę zasługuje Polo Bluemotion z silnikiem TDI  auto zużywa 3,1 litra paliwa na 100 km. Jest to najoszczędniejszy pięcioosobowy samochód na świecie z silnikiem wysokoprężnym.

W aktualną politykę niemieckiego koncernu, promującą ekonomiczne samochody, wpisują się też modele z napędem elektrycznym. Szczególne zainteresowanie budzi model XL1.

– To auto wykorzystujące technologię rodem z Formuły 1, podobnie jak bolidy ma nadwozie z karbonu i z włókien węglowych – wyjaśnia Tomasz Tonder. – Dzięki temu ma niezwykle niski wskaźnik oporu powietrza.

IMM: w I kwartale najwięcej na reklamę czekolady przeznaczyli właściciele marek Kinder, Milka i Wedel

CEO Magazyn PolskaKinder, Milka i Wedel to najbardziej promowane marki czekolady w pierwszym kwartale 2014 r. Najczęściej obecne w dyskusjach internautów są Milka i Wedel – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów. Wydatki na reklamę zwiększają obecność produktu w świadomości ludzi, co może, ale nie musi, przekładać się na szybkie zwiększenie ich obecności w mediach społecznościowych.

Najwięcej w I kwartale na reklamę wydał koncern Ferrero – ponad 6 mln złotych tylko i wyłącznie na reklamę jednego swojego brandu – Kinder – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Grabarczyk-Tokaj, kierownik ds. rozwoju badań w Instytucie Monitorowania Mediów. – Z kolei firma Kraft Foods wydała na markę Milka ok. 3 mln złotych, podobnie jak Lotte Wedel na markę Wedel.

Wydatki innych producentów były już znacznie niższe. Lindt & Sprungli na promocję marki Lindt wydał w ciągu trzech pierwszych miesięcy roku 2,4 mln zł. Na reklamy Schogetten firma Ludwig Schokolade GmbH & Co KG przeznaczyła 1,2 mln zł, nieco mniej (1,03 mln zł) Kraft Foods wydał na drugą swoją markę – Alpen Gold.

Z badania można wysnuć wniosek, że im większe nagłośnienie danej marki, tym bardziej ona zapada w pamięć. Nie zauważyliśmy jednak szybkiego przełożenia dużych wydatków reklamowych na natychmiastowy efekt w portalach społecznościowych – twierdzi Magdalena Grabarczyk-Tokaj.

Jak wykazało badanie Instytutu Monitorowania Mediów, wydatki z różnym skutkiem przełożyły się na liczbę wzmianek w internecie. Mimo że najwięcej w I kwartale na reklamę przeznaczyła firma Ferrero, to na temat należącej do niej marki Kinder odnotowano ok. 300 wzmianek w internecie i social media. Częściej wspominano o Milce i Wedlu, choć wydatki na ich promocję były znacznie niższe.

Internauci najczęściej wspominają o markach Milka i Wedel [odpowiednio 1,2 tys. i 1,1 tys. wzmianek – red.]. Są one najczęściej polecane jako składnik do przepisu czy pomysł na prezent np. walentynkowy – podkreśla Grabarczyk-Tokaj. – Co ciekawe, czekoladowi reklamodawcy największe nakłady na reklamę ponieśli w lutym, czyli w miesiącu, w którym są walentynki.

To właśnie w walentynkowym miesiącu firma Kraft Foods wydała na promocję swoich marek 3,5 mln zł, z czego w reklamę Alpen Gold zainwestowała trzy razy mniej niż w promocję Milki. Wydatki poniesione przez tego reklamodawcę w marcu były natomiast znacznie niższe, za to w tym samym czasie reklamodawcy promujący Kinder, Lindt i Schogetten postanowili wydać więcej i zaznaczyć wyraźnie swoją obecność na rynku.

Instytut Monitorowania Mediów, z okazji obchodzonego 12 kwietnia Dnia Czekolady, sprawdził, ile producenci czekolady wydali w I kwartale na promocję swoich marek w radiu, prasie i telewizji. Zbadano aktywność reklamową między 1 stycznia a 31 marca br. pięciu największych reklamodawców, którzy promowali łącznie sześć marek. IMM przeanalizował również, jaki to miało odzew w internecie: zbadał obecność marek w portalach i social mediach (łącznie prawie 3 tysiące wzmianek). Autorzy badania nie brali pod uwagę oficjalnych kanałów komunikacyjnych danych brandów czy reklamodawców.

Jak wynika z raportu Instytutu, temat czekolady najczęściej pojawiał się na wizaz.pl (31 proc. wzmianek), ask.fm (22 proc.), facebook.com (19 proc.), bangla.pl (17 proc.) i photoblog.pl (11 proc.). Na forach i stronach social media użytkownicy chętnie dzielili się zdjęciami ulubionych czekolad lub chwalili, na którą z nich skusili się danego dnia.

Rekordowe nakłady na modernizację polskiej sieci kolejowej. W tym roku nawet 9 mld zł

CEO Magazyn Polska

Nakłady na inwestycje kolejowe systematycznie rosną. W 2010 r. wyniosły one 2,7 mld zł, a w kolejnych latach 3,7 mld, 3,9 mld i – rekordowe w 2013 r. – 5,3 mld zł. W tym roku ma być jeszcze lepiej – PKP PLK planuje wydać 7,3 mld zł, a w optymistycznym wariancie nawet do 9 mld zł. Ten obszar inwestycji wspiera też Unia Europejska. Dlatego wykonawcy kontraktów liczą na nowe.

Trakcja PRKiI, największy wykonawca inwestycji kolejowych w Polsce, spodziewa się, że podobnie jak w 2013 roku i w tym uda jej się utrzymać ok. 20-proc. udział we wszystkich projektach zlecanych przez PKP PLK. Spółka zapowiada walkę o kolejne kontrakty w kraju realizowane do lat 2018–19, m.in. na trasie Rail Baltica. Jeśli sytuacja w branży drogowej się ustabilizuje, Trakcja zamierza również mocniej postawić na ten sektor.

– Nasz portfel kontraktów jest w tym roku bardzo wysoki i przewidujemy, że będziemy mieli duży udział w realizacji planów PKP PLK. W ubiegłym roku wykonaliśmy mniej więcej 20 proc. wszystkich robót, czyli nasz udział w tej chwili jest największy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Roman Przybył, prezes zarządu Trakcji PRKiI. – Nasza firma na tle rynku zwiększyła przychody o 24 proc. i również znacznie poprawiliśmy wynik na wszystkich poziomach: na poziomie marży brutto na sprzedaży, na poziomie zysku operacyjnego, zysku brutto, zysku netto i także EBITDA. Wypracowaliśmy ponad 73 mln zł EBITDA.

Trakcja PRKiI realizuje w tej chwili jedne z największych kontraktów na modernizację polskiej sieci kolejowej. Zakończona została już realizacja kontraktu na Lokalne Centrum Sterowania Działdowo na linii Warszawa – Gdańsk, który był wart 781 mln zł netto. Trwają prace na obszarze LCS Malbork na tej samej linii. Konsorcjum kierowane przez Trakcję podpisało tam umowę na niemal 870 mln zł netto, czyli ponad ok. 1,07 mld zł netto, a prace mają zakończyć się do września.

Część kontraktów skończymy w tym roku, inne mają termin zakończenia wyznaczony na 2015 rok, a niektóre prawdopodobnie skończą się na początku 2016 roku. Liczymy na to, że podpiszemy nowe kontrakty, które będą oczywiście rozpoczęte w tym roku, w przyszłym roku i że będą sięgały po rok 20182019 – zapowiada Przybył.

Jeszcze do końca tego roku Trakcja zakończy też prace na odcinku z Pruszkowa do Grodziska Mazowieckiego za niecałe 100 mln zł. Przybył podkreśla, że większość inwestycji realizowanych przez spółkę ma wartość kilkudziesięciu milionów złotych lub nawet więcej. Potencjał sprzętowy i ludzki spółki pozwala na takie prace, więc Trakcja w mniejszym stopniu koncentruje się na lokalnych inwestycjach.

Do 2020 r. Trakcja zamierza walczyć o kolejne kontrakty z PKP PLK m.in. na linii Rail Baltica. Pomóc ma w tym litewska spółka Kauno Tiltai, która w ubiegłym roku zdobyła kontrakty na równowartość ok. 700 mln zł.

Jak będą rozpisywane kolejne przetargi na odcinku łotewskim i estońskim, będziemy w nich również uczestniczyć. O ile wiem, na Słowacji w tej chwili nie szykują się jakieś większe inwestycje kolejowe , ale jeżeli się pojawią, to oczywiście będziemy się do nich przymierzali – zapowiada Przybył.

Podkreśla, że rentowność inwestycji w Polsce obniża duża konkurencja ze strony firm z całej Europy, które do kraju przyciąga skala realizowanych inwestycji. Pomimo tej rywalizacji i będących jej konsekwencją niskich marż, wyniki Trakcji są, zdaniem prezesa, zadowalające. Przybył podkreśla, że osiągnięto to dzięki ponad 30-letniemu doświadczeniu, sprzętowi oraz skutecznemu obniżaniu kosztów realizacji. Dodaje, że spółka nie zapomina o inwestycjach drogowych, choć z uwagi na ich mniejszą liczbę w kolejnych latach koncentruje się na kolejowych.

Korzystając z tego, że mamy rekordowo duży portfel zamówień, zamierzamy w tym roku poprawić wyniki. W budżecie, który zatwierdziła nasza rada nadzorcza, jest przewidziane, że tegoroczne wyniki mają być lepsze niż ubiegłoroczne – ocenia Przybył.

Lewiatan ma już 2,8 tys. sklepów i zapowiada otwarcia kolejnych

0

CEO Magazyn Polska

Lewiatan zapowiada zwiększanie liczby sklepów w całej Polsce. Będą to wyłącznie placówki franczyzowe. Dzięki dopasowaniu oferty produktów do lokalnych rynków, Lewiatan notuje sukcesywne wzrosty, a kontynuację tego trendu ma zapewnić m.in. zwiększenie liczby produktów marek własnych.

Sieć Lewiatan na koniec 2013 roku miała 2,8 tys. sklepów i tę liczbę zamierzamy zwiększać w kolejnych latach. Nasza strategia działania na najbliższe lata określa kluczowe cele do osiągnięcia. Chcemy w tym okresie między innymi podwoić liczbę sklepów działających w formacie marketowym, jednocześnie zapewniając szeroką pomoc mniejszym placówkom w dostosowaniu się do większego formatu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Poniatowski, członek zarządu ds. marketingu Lewiatan Holding SA.

Marcin Poniatowski podkreśla, że Lewiatan będzie zarówno pozyskiwał już istniejące sklepy do swojej sieci, jak i wspierał rozwój organiczny obecnych franczyzobiorców. Spółka nie planuje jednak tworzenia własnych placówek – cała sieć jest oparta o franczyzę.
Dzięki franczyzowej formule współpracy sklepy Lewiatan potrafią lepiej dostosować asortyment do lokalnego rynku i zmieniających się potrzeb klientów. Między innymi dzięki temu Lewiatan co roku notuje wzrosty sprzedaży. Jak podkreśla Poniatowski, są one znaczne i odczuwalne.

 Oczywiście rozwijamy te grupy asortymentowe, które są najbardziej poszukiwane przez konsumentów. Duży nacisk kładziemy obecnie na produkty świeże  owoce, warzywa, mięso, wędliny – tak, żeby zapewnić klientom możliwie najatrakcyjniejszą ofertę. W ślad za tym idą szkolenia dla pracowników i kadry kierowniczej oraz modernizacje sklepów. Zamierzamy także sukcesywnie poszerzać ofertę produktów marki własnej Lewiatan, aby na przestrzeni 3-4 lat podwoić wolumen ich sprzedaży – zapowiada Marcin Poniatowski.

Marcin Poniatowski zapowiada równomierny rozwój w całej Polski. Podkreśla, że choć 2,8 tys. sklepów to duża liczba, wciąż jest miejsce na rynku na wiele nowych placówek. Dodaje, że w zależności od lokalizacji sklepu różni są nie tylko klienci, lecz także konkurencja. Dlatego niezbędne są działania, które pozwolą skutecznie konkurować.

– Zawsze dopasowujemy nasze działania, począwszy od polityki cenowej i asortymentowej, poprzez aktywność promocyjną, aż do warunków lokalnego rynku, i tak dobieramy pakiet działań, aby wzmacniać konkurencyjność naszych franczyzobiorców – mówi Poniatowski.

Zgodnie z danymi ze strony internetowej spółki, na koniec 2013 r. Lewiatan zatrudniał ok. 22 tys. osób w całym kraju, a roczne obroty sieci przekroczyły 8,1 mld zł.

Praca w korporacji na początek, a po kilku latach własna firma – taką ścieżkę kariery coraz częściej wybierają młodzi ludzie

CEO Magazyn Polska

Praca w korporacji może być swoistą szkołą życia i bazą doświadczeń dla tych, którzy w przyszłości planują otworzyć własny biznes. Korpopracownicy rozwijają swoje kwalifikacje, zdobywają nowe umiejętności i uczą się dyscypliny. Bywa jednak, że po kilku latach porzucają dobrą, ale dość stresującą posadę w międzynarodowych koncernach, i zakładają własne firmy. Są przekonani, że tworzenie czegoś od podstaw i praca na własny rachunek przyniesie im satysfakcję.
Praca w dużej międzynarodowej firmie to marzenie wielu absolwentów szkół wyższych. Wierzą, że taka posada może zapewnić im nie tylko stabilizację zawodowo-finansową, lecz również jasno wytyczoną ścieżkę rozwoju i realne szanse na awans.

Korporacje mają bardzo dużo zalet na początek i na rozwój kariery życiowej. Umożliwiają nauczenie się tego know-how, którego właśnie od wielkich firm można się nauczyć, ponieważ one bardzo często zbierają tę wiedzę od wielu osób w swojej firmie przez wiele lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Walkiewicz, coach.

Ci, którzy w dużej firmie spędzili parę lat, często dochodzą do wniosku, że są zestresowani, wycieńczeni psychicznie i czują się stłamszeni przez korporacyjny system. Praca kilkanaście godzin na dobę, presja czasu i wyścig szczurów mogą zniechęcić nawet najbardziej wytrwałego pracownika.

W dużych firmach bardzo często w którymś momencie tracimy poczucie, że mamy wpływ na to, co się dzieje. Jesteśmy trochę jak w zegarku, jednym z elementów, a tych elementów są tysiące. To tak jakbyśmy płynęli wielkim statkiem, transatlantykiem. Pytanie zasadnicze brzmi, dokąd płyniemy i dokąd chcemy dopłynąć, i czy ten statek nas tam dowiezie – podkreśla Jacek Walkiewicz.

Dlatego też wiele osób po kilku latach porzuca pracę w korporacji, a zdobyte doświadczenia wykorzystuje, zakładając własny biznes – najczęściej lokale gastronomiczne, małe firmy, sklepy internetowe lub agroturystykę. W ten sposób czują się spełnione.

To jest duża zmiana w życiu, jeżeli człowiek robi to, co robi z poczuciem: chcę, a nie muszę. Takie poczucie radości, satysfakcji z życia jest większe, kiedy człowiek ma poczucie, że coś tworzy. Jest bliski związek między tym, co robimy i efektami. Czyli jeżeli ktoś sadzi marchewkę i potem ją zbiera, wychodzi rano i świeci słońce, ma poczucie bliskości, życia w naturze, to myślę, że może mieć wrażenie, że to jest dokładnie to, czego pragnie  – tłumaczy Jacek Walkiewicz.

Nie zawsze jednak praca na własny rachunek przynosi oczekiwane korzyści finansowe i daje satysfakcję. A ci, którzy byli przyzwyczajeni do pośpiechu i pracy pod presją, mogą poczuć się znużeni dużo spokojniejszym trybem życia. Dlatego – zdaniem psychologów – decyzja o dokonaniu takiej rewolucji w swoim życiu, powinna być dobrze przemyślana.

Są osoby, które rzucają miejsce pracy, otwierają małe kawiarnie, pijalnie czekolady, a potem przychodzą do mnie i mówią, że to w ogóle nie wyszło. I jak się pytam, a co tak naprawdę zamierzałeś w życiu robić. I myślę, że jeżeli ktoś np. skończył szkołę filmową i chciał być filmowcem, ale uciekł od gwaru wielkiego miasta, żeby parzyć kawę w małej miejscowości, to może być rozczarowany – dodaje Jacek Walkiewicz.

Wspólny pokaz Ewy Minge i antbag by ania na Cannes Shopping Festival

Już za nieco ponad tydzień rozpocznie się wyjątkowe wydarzenie, na które czekają wielcy projektanci i wszyscy miłośnicy mody. W dniach od 18 do 21 kwietnia br. w słynnym Palais des Festivals odbędzie się XI edycja uznanego w świecie Cannes Shopping Festival.

Wspólny pokaz Ewy Minge i antbag by ania na Cannes Shopping Festival

W obszernym programie tego prestiżowego przedsięwzięcia, obejmującym pokazy mody, tematyczne wieczory i porady designerów, znajduje się wiele polskich akcentów. Jednym z nich będzie wspólny pokaz ekskluzywnych sukni zaprojektowanych przez Ewę Minge i najnowszych torebek marki antbag by ania. Projekt ten, w ramach tak renomowanego festiwalu, stanowi wyraz uznania dla ikony polskiej mody i wyróżnienie rozwijających się projektantów. Dzięki wspólnej prezentacji tych kolekcji będziemy mieli okazję zobaczyć kreacje Ewy Minge uzupełnione najnowszą kolekcją torebek antbag by ania.

Udział polskich designerów w tak znamienitym Cannes Shopping Festival potwierdza, że na dobre weszli oni już w skład światowej czołówki, a tworzona nad Wisłą moda z roku na rok staje się coraz bardziej konkurencyjna.

Coraz chętniej leczymy się w Czechach

Mieszkańcy terenów przygranicznych jeżdżą do pobliskich Czech już nie tylko na zakupy i w poszukiwaniu rozrywki, ale również, aby się leczyć. Powód? Jest blisko i taniej niż w Polsce.

Według danych Eurostatu, czeski rynek turystyki medycznej rośnie w tempie 30% rocznie. Placówki zdrowia w kraju nad Wełtawą coraz tłumniej odwiedzają również Polacy. Nie ma tak dużych kolejek, jak w Polsce, jest taniej, a autostradą A1 do najbliższych ośrodków można się dostać nawet w 30 minut. Prawdziwym hitem jest laserowa korekcja wzroku, na której można zaoszczędzić od tysiąca złotych wzwyż oraz usługi stomatologiczne – tańsze o połowę. Przyjazna dla kieszeni jest też wizyta u kardiologa i ortodonty.

– Pacjenci z Polski są dla nas strategicznymi klientami. Z tego powodu zatrudniamy polski personel oraz dbamy o odpowiednią jakość obsługi. Polacy najczęściej decydują się na operację zaćmy, laserową korekcję wzroku i leczenie schorzeń siatkówki oka. W ciągu ostatnich dwóch lat odwiedziło nas pół tysiąca pacjentów z Polski, głównie z centralnej i południowej części województwa śląskiego – mówi Tomasz Nowalski z Kliniki Okulistycznej Gemini w Ostrawie.

Marta Gałbas regularnie jeździ wraz z mężem i 14-letnią córką do czeskiego dentysty. Leczą zęby całą rodziną. Szybko wylicza, że zaoszczędziła na tym już ponad osiemset złotych.

– Do granicy jest rzut kamieniem. Tam wizyta kosztuje około 50-60 zł. W Polsce 100 zł i więcej. A że leczymy się całą rodziną, dostaliśmy jeszcze rabat. Czescy dentyści to prawdziwi profesjonaliści i są bardzo uprzejmi – chwali kobieta.
Turystyce medycznej sprzyja także unijna dyrektywa transgraniczna, która zapewnia swobodny dostęp do usług zdrowotnych na terenie państw unijnych. Oznacza to, że NFZ zwróci nam za leczenie według polskich stawek.
Według szacunków ekspertów, w ciągu najbliższych dwóch lat liczba polskich pacjentów w czeskich klinikach medycznych wzrośnie o 15-20%, a wartość europejskiego rynku turystyki medycznej osiągnie wartość 50 mld euro.

„Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej” – podsumowanie wydarzenia wprowadzającego do VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach

Konferencja „Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej”, w której udział wzięli m.in.: prezydent RP Bronisław Komorowski i wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński, była wydarzeniem wprowadzającym do zbliżającego się VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (European Economic Congress – EEC, 7-9 maja br.).

Przewodniczący Rady Patronackiej EEC, były premier Jerzy Buzek akcentował podczas konferencji „Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej”, że dyskusja podczas takich wydarzeń realnie przekłada się na głos Polski w ważnych dla gospodarki kwestiach. Jak mówił, to m.in. dzięki takim przedsięwzięciom złagodzony został kłopotliwy dla Polski pakiet klimatyczno-energetyczny. Teraz ważne jest nagłośnienie polskiego głosu nt. dominującego do niedawna w Unii Europejskiej postulatu ambitnego zmniejszania emisji CO2.

Bronisław Komorowski, prezydent RP:

– Energetyka zadecyduje o przyszłości gospodarczej Unii Europejskiej. To widać na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Chcemy, żeby USA poprzez eksport gazu łupkowego zmniejszyły ceny gazu w Europie, ale wiemy, że niska cena gazu za oceanem to niezastępowalne źródło konkurencyjności wobec gospodarki europejskiej, w tym i polskiej. Dlatego w maksymalnym stopniu trzeba wykorzystywać własne zasoby surowców energetycznych.

– Uczymy się, rozglądając się po świecie, od Ukrainy po Stany Zjednoczone. Uczy się także Unia Europejska, która zmienia swe nastawienie. Jeszcze niedawno w Unii panował pogląd, że energetyka konwencjonalna i przemysł nadają się „do zaorania”. To się zmienia – widać, że nie można opierać rozwoju wyłącznie na usługach i handlu. Okazuje się, że przemysł jest potrzebny, ale trzeba mu stawiać wymogi innowacyjności i ochrony środowiska.

Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki RP:

– Do debaty europejskiej udało się wprowadzić równowagę pomiędzy klimatem, finansami i przemysłem. Kryzys pokazał, że kraje bez dużego udziału przemysłu gorzej radziły sobie od tych państw, gdzie przemysł jest bardziej rozwinięty.

– Ważne, by stworzyć takie mechanizmy, dzięki którym będzie się opłacało nie tylko handlować energią, ale także ją produkować. Taką szansą jest energetyka prosumencka. Wymaga ona szczególnej aktywności od ludzi, którzy zajmą się jej rozwojem. Ważne, by to nie było zadanie dla polityków i menedżerów dużych firm energetycznych, lecz dla zwykłych obywateli.

Jerzy Buzek, poseł do Parlamentu Europejskiego, Przewodniczący PE w latach 2009-2012, premier RP latach 1997-2001, Przewodniczący Rady Patronackiej EEC:

– Energetyka niskoemisyjna nie oznacza wcale energetyki niskowęglowej. Chcemy żyć w czystym środowisku, ale niekoniecznie rezygnując z węgla. Elementem naszej wizji energetycznej jak najszybciej powinna się stawać mikrogeneracja. Do tego musimy przebudować polskie sieci energetyczne. Być może wejdziemy też w energetykę jądrową, jeśli okaże się, że nie mamy tyle gazu z łupków, ile się go spodziewaliśmy, choć cały czas bardzo na ten surowiec liczymy.

– Propozycja ograniczenia emisji CO2 o 40 proc. do roku 2030 wprawdzie przeszła w Komisji Europejskiej, ale zdania były bardzo podzielone, kłótnia trwała do ostatniej chwili. Parlament Europejski, który teraz wybierzemy, będzie się na pewno starał o obniżenie tego celu do 35 proc.

Tomasz Gawlik, prezes Spółki Energetycznej Jastrzębie:

– Budowa nowego bloku w EC Zofiówka jest istotna ze względu na ochronę środowiska. Zostanie on oddany do eksploatacji pod koniec 2015 r. Tymczasem od 2016 r. zacznie obowiązywać dyrektywa IED, która podnosi wymogi dotyczące emisji przemysłowych. Bez budowy nowoczesnego bloku SEJ byłby zmuszony do stopniowego wygaszania działalności w Zofiówce. Za inwestycją przemawiało także wykorzystanie odpadów węglowych powstałych przy wydobyciu i przeróbce węgla przez JSW.

Lesław Kuzaj, prezes Alstomu w Polsce:

– Przy wszystkich zastrzeżeniach, polityka Unii Europejskiej była niesłychanie silnym bodźcem dla badań naukowych. Dzięki niej możemy dzisiaj mówić choćby o podnoszeniu sprawności bloków węglowych z 30 proc. do prawie 46 proc. W laboratoriach pracuje się też intensywnie nad kolejnymi technologiami, które mogą odegrać dużą rolę w przyszłości. Mam tu na myśli m.in. masowe magazynowanie energii pochodzącej z OZE. Jestem przekonany, że gdy odpowiednia ku temu technologia w końcu powstanie, to ktoś dostanie za nią Nagrodę Nobla.

Henryk Majchrzak, prezes Polskich Sieci Energetycznych:

– Ciągła dyskusja o grożących nam deficytach mocy, którą prowadziliśmy w ostatnich latach, sprawiła, że dziś możemy być już spokojni o bilans mocy, a przy tym rzeczywiście obniżamy emisyjność CO2.

Wiesław Różacki, dyrektor wykonawczy Mitsubishi Hitachi Power Systems na Polskę:

– Dla Polski najlepszą drogą do obniżenia emisji CO2 jest wysokosprawna energetyka węglowa. Te technologie pozwalają także na rozwój odnawialnych źródeł energii, do którego potrzebny jest stabilny system elektroenergetyczny.

Janusz Steinhoff, wicepremier, minister gospodarki RP w latach 1997-2001:

– Szkoda, że trzeci pakiet energetyczny znacząco nie wyprzedził pakietu klimatycznego. Dzięki niemu łatwiej przyszłoby nam pokrywanie kosztów wdrażania celów klimatycznych. A są one dla Europy obecnie zbyt wielkie i obawiam się, że nie przyniosą pożądanych efektów.

Maciej Stryjecki, prezes Fundacji na rzecz Energetyki Zrównoważonej, członek Społecznej Rady ds. Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej:

– Energetyka prosumencka to energia przyszłości. Po pierwsze oznacza zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego na poziomie lokalnym. Po drugie – mniejsze obciążenie dla sieci elektroenergetycznych. Po trzecie – zmniejszenie strat w przesyle energii. Po czwarte – to roczna redukcja emisji CO2 o 75 mln ton.

– W perspektywie 2020 r. energetyka prosumencka mogłaby stworzyć nowe miejsca pracy oraz rynek inwestycji o wielomiliardowej wartości. Chodzi o 26,5 mld zł na urządzenia, serwis czy doradztwo, a także ok. 53 tys. miejsc pracy. Tych liczb nie uda się nam jednak osiągnąć, a powodem jest trzyletnie opóźnienie w pracach nad ustawą o OZE.

Marek Woszczyk, prezes PGE:

– Nie ma sporu o to, czy można jeszcze bardziej zmniejszać wskaźniki emisyjności w polskim sektorze elektroenergetycznym i całej gospodarce. Trzeba przecież pamiętać chociażby o dużym udziale transportu w emisji CO2. Średnia emisja CO2 na produkowaną MWh w Polsce przekracza 1,1 tony. Gdybyśmy wymienili w Polsce całą flotę wytwórczą w energetyce na wysokosprawną – z obecnej średniej sprawności na poziomie ok. 30 proc. do ponad 45 proc., to moglibyśmy obniżyć emisję CO2 do 850 kg/MWh, czyli o ok. 25 proc.

– To jest wykonalne, ale pytanie, jakim kosztem dla klientów? Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczony pokazuje, że to tania energia jest kluczem do sukcesu – poprawy konkurencyjności i tworzenia miejsc pracy. Tego się nie da ukryć – pakiet klimatyczno-energetyczny jest kosztownym pomysłem na ochronę klimatu. Problemem nie jest to, że nikt nie chce chronić środowiska, bo wszyscy chcemy czystego środowiska. Trzeba jednak brać pod uwagę koszty i mierzyć siły na zamiary.

W pierwszej części konferencji, która odbyła się 8 kwietnia br. w Katowicach, omówione zostały uwarunkowania europejskie – które kraje i sektory przemysłu zalecają zwiększenie celów redukcyjnych, a które zalecają ostrożność, a także zyski i zagrożenia z polityki nastawionej na redukcję emisji oraz miks energetyczny – co z paliwami kopalnymi i czy OZE mogą zająć istotne miejsce w polskiej energetyce.

Druga część wydarzenia poświęcona była generalnym uwarunkowaniom krajowej energetyki i gospodarki oraz konkretnym działaniom w polskiej drodze do gospodarki niskoemisyjnej.

Konferencja „Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej”, pod patronatem i z udziałem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego była wydarzeniem wprowadzającym do VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (European Economic Congress – EEC, 7-9 maja br.)

U nas mobbingu nie ma ale… proszę mi o tym coś powiedzieć?

Tak zazwyczaj zaczyna się rozmowa z departamentami personalnymi, działami HR czy zarządami spółek. 95% menedżerów przed szkoleniem z zakresu profilaktyki antymobbingowej twierdzi, że nigdy nie miała styczności z mobbingiem. Co ciekawe, już po szkoleniu aż 80% z nich potwierdza, że jednak spotkali się z nadużyciami we własnej organizacji. Z analiz przeprowadzonych przez Persona Global Polska wynika, że co drugi badany pracownik twierdzi, iż stosunki w pracy z szefem i między pracownikami są napięte, stresujące i że czuje się poszkodowany, zestresowany bądź nękany. Tymczasem, większość organizacji problem zamiata pod korporacyjny dywan… Czy w świetle przepisów prawa pracodawcy nadal mogą spać spokojnie? Kim są whistleblowers i czy bardziej służą, czy szkodzą organizacji? Jak poradzić sobie z problemem mobbingu w firmach? Jak budować infrastrukturę etyczną w firmie? Szczegółowo o tych problemach mówiono podczas spotkania zorganizowanego wspólnie przez Persona Global Polska, HR Business Partners oraz Kancelarię Adwokacką Kruk i Partnerzy.

Podczas spotkania, które odbyło się 9 kwietnia, eksperci szczegółowo przedstawili zjawisko mobbingu w Polsce, konsekwencje nadużyć dla organizacji i dla pracowników, w tym kluczowe aspekty prawne. Wyjaśnili także pojęcie whistleblowing i rolę sygnalizatorów w organizacjach oraz podali przykłady zapobiegania i przeciwdziałania nieprawidłowościom w firmie.

Z naszych obserwacji wynika, że menedżerowie kompletnie nie wiedzą, gdzie leży granica między efektywnym zarządzaniem pracownikami a mobbingiem. Często nie umieją stawiać celów, powierzać czy delegować pracownikowi zadań w sposób nienaruszający ich godności osobistej. Wielu menedżerów nie wie również jak motywować – jak krytykować czy też chwalić pracownika. Co gorsza niektórzy uważają, że tylko ostre, często wulgarne słowa pod adresem pracownika są skuteczną metodą motywacyjną i kontrolną wobec podwładnych. Nie wiedzą, że taka forma może mieć znamiona mobbingu – powiedziała podczas spotkania Agnieszka Polska-Kamieńska, ekspert ds. przeciwdziałania mobbingowi, prezes Persona Global Polska.

Niewiedza nie zwalnia jednak z obowiązku stosowania się do zapisów prawa. Choć nadal liczba wniosków składanych do Sądu Pracy z tytułu nadużyć i mobbingu jest stosunkowo niewysoka, jednak z roku na rok tych zgłoszeń jest coraz więcej. Poszkodowani pracownicy, korzystając z portali społecznościowych i organizacji niosących pomoc coraz częściej kierują się do sądu z zarzutami nie mobbingu, lecz dyskryminacji i naruszenia godności osobistej i dóbr prywatnych.

Mobbing jako zjawisko stosunkowo trudno jest udowodnić przed sądem. Jedynie 3% wnoszonych spraw z tytułu mobbingu kończy się pozytywnie dla poszkodowanego. Z tego powodu pracownicy coraz częściej odwołują się do innych zapisów prawa pracy bądź kodeksu cywilnego boleśnie egzekwując od pracodawców przestrzeganie etycznego środowiska pracy. Na przykład roszczenie z tyt. naruszenia zakazu dyskryminacji – w przeciwieństwie do roszczenia z tytułu mobbingu – przerzuca ciężar dowodu na pracodawcę. Co więcej, nie ma odgórnych limitów dot. wysokości odszkodowania o jakie może ubiegać się poszkodowany, a także istnieje możliwość łączenia odszkodowania z tytułu naruszenia zakazu dyskryminacji z innymi roszczeniami np. z tytułu naruszenia dóbr osobistych (godność i cześć). Dla pracodawcy, który chętnie przymykał oko na nadużycia w swojej firmie to znak, że czas przeciwdziałać – inaczej czekają ich wysokie kary finansowe. – podkreśla mec. Magdalena Kruk, ekspert prawa pracy z Kancelarii Adwokackiej Kruk
i Partnerzy.

Oczywiście mobbing nie działa jedynie w dół. To znaczy, że mobberem może być zarówno pracodawca, przełożony ale również współpracownik na równorzędnym stanowisku czy wręcz mobbowany może być sam szef. Niezależnie jednak od źródła mobbingu, odpowiedzialność za etyczne nadużycia w firmie względem pracowników ponosi pracodawca. Jak temu przeciwdziałać?

Kluczowe jest budowanie świadomości wśród pracowników ale też kadry zarządzającej. Jednym ze sposobów jest choćby organizowanie dedykowanych szkoleń – na wzór BHP – których celem jest wskazanie zachowań nieetycznych prowadzących do nadużyć oraz sposobów im przeciwdziałania. Na obecnym etapie polskie prawodawstwo uznaje szkolenia antymobbingowe jako wystarczające działania prewencyjne a organizacje, które przeszkolą swoich pracowników z tego obszaru wg prawa uznane są za te, które w czynny sposób budują etyczne środowisko pracy – mówi Agnieszka Polska – Kamieńska z Persona Global Polska.

Innym ciekawym i obserwowanym również w Polsce zjawiskiem jest whistleblowing (z ang. „bicie na alarm”). Whistleblowing to ujawnienie przez pracownika nielegalnych, niemoralnych lub bezprawnych praktyk dokonywanych w miejscu pracy – poprzez poinformowanie osób, które są zdolne do podjęcia skutecznych działań dla ich powstrzymania. Zjawisko whistleblowing jest właściwym naturze ludzkiej, samorodnym i samodzielnie występującym zjawiskiem społecznym.
W każdej organizacji w pewnych sytuacjach może dojść do spontanicznego demaskowania nieprawidłowości, szczególnie wtedy, gdy naruszają one bezpieczeństwo pracownika, ale również, gdy zagrażają jego szerszemu otoczeniu społecznemu. – powiedział dr Wojciech Rogowski, ekspert w dziedzinie nadzoru korporacyjnego ze Szkoły Głównej Handlowej.

Niestety, próby demaskacji często przynoszą także skutki negatywne, szczególnie wtedy, gdy są „wołaniem na puszczy” – informacje są ignorowane, pracownik zastraszany, a niepowstrzymane złe procesy prowadza do strat, a nawet upadku korporacji. Jednak kiedy pracownik wykaże się odwagą i w porę zdecyduje się zareagować, a tym samym zdemaskować przestępstwo, whistleblowing ma szanse odegrać pozytywną rolę, gdyż wcześnie wykryte nieprawidłowości są „uleczalne” – straty mają wtedy charakter ograniczony a firma nie traci reputacji. – dodał dr Rogowski.

Zjawisko whistleblowing pozytywnie wykorzystała w swej polityce korporacyjnej firma Reckitt-Benckiser wprowadzając w ramach profilaktyki antymobbingowej program „ZAREAGUJ”

W 2012 roku wdrożyliśmy Procedurę Informowania o Nieprawidłowościach. Każdy pracownik może zgłosić zaobserwowaną nieprawidłowość w zakresie nieetycznych zachowań bezpośrednio każdemu menedżerowi bądź mailowo. Powstała również specjalna Grupa Społeczna pod hasłem „Zareaguj”, której członkami zostały osoby wskazane przez menedżerów jako najbardziej zaufane, takie do których najczęściej się zgłaszano w problemami pracowniczymi. Strategiczne cele grupy to przede wszystkim zatrzymanie mobbingu, udzielenie pomocy i wsparcia osobom krzywdzonym, zmiana zachowania osób stosujących mobbing, zmiana niewłaściwych zachowań personelu w firmie, a także budowanie firmy przyjaznej pracownikowi i rozwój firmy. – mówi Beata Głowacka, Kierownik ds. Oceny Pracowniczej i Świadczeń Pozapłacowych w Reckitt-Benckiser

Ponadto, zindywidualizowanego i dedykowanego wsparcia udzielono także kadrze zarządzającej Reckitt-Benckiser – Wspólnie z firmą Persona Global Polska stworzyliśmy pakiet warsztatów dla osób zarządzających pracownikami, uszyty „na miarę”. W ramach pakietu dla osoby zarządzającej odbyły się warsztaty antymobbingowe, warsztaty „Komunikacja bez przemocy” oraz warsztaty „Zarządzanie bez stresu” – dodaje Beata Głowacka.

O innym rozwiązaniu opowiedziała Iwona Wencel – ekspert ds. nowoczesnych rozwiązań w HR, prezes firmy doradczej HR Business Partners oraz twórca Ogólnopolskiego Centrum Interwencyjnego (OCI). Ogólnopolskie Centrum Interwencyjne to polski odpowiednik sprawdzonego już na świecie mechanizmu Speak-up Line, zapewniającego pracownikom firmy możliwość bezpiecznego zgłoszenia zewnętrznemu, niezależnemu partnerowi (drogą telefoniczną, mailową bądź internetową) wszelkich nieprawidłowości, których doświadczają bądź obserwują w firmie. Do OCI pracownicy, którzy objęci są nim przez pracodawcę, mogą zgłaszać między innymi takie zjawiska jak kradzieże, defraudacje, nieprawidłowości w płatnościach, łamanie wewnętrznych procedur finansowych i kontrolnych, łamanie prawa, molestowanie seksualne, mobbing, dyskryminowanie w miejscu pracy. Dzięki takiej formie pracownik nie tylko może bezpiecznie zgłosić nieprawidłowość, ale także otrzymać informację zwrotną zarówno o statusie sprawy, jak i wyniku postępowania wyjaśniającego, nie naruszając swojej anonimowości. Takie zarządzanie tym procesem buduje zaufanie do pracodawcy, a także pokazuje jego faktycznie zaangażowanie
w budowanie etycznego środowiska pracy.

Szkolenia z zakresu profilaktyki antymobbingowej, organizowanie wewnętrznych Grup Wsparcia, zachęcanie do odwagi w komunikacji nieprawidłowości wśród pracowników bądź umożliwienie im zgłaszania nadużyć w Ogólnopolskim Centrum Interwencyjnym to skuteczne i dostępne narzędzia przeciwdziałania dyskryminacji w organizacjach. Czy przeciwdziałać warto? Eksperci zgodnie potwierdzają, że tak. I nie chodzi tu jedynie o uniknięcie sankcji karnych, lecz budowanie przyjaznego środowiska pracy, które wprost przekłada się na efektywność organizacji.

Agencja ratingowa Standard & Poor’s (S&P) podnosi „Rating siły finansowej ubezpieczyciela” TUiR „WARTA” S.A. z „A” do „A+”

Standard & Poor’sAgencja ratingowa Standard & Poor’s (S&P) podnosi „Rating siły finansowej ubezpieczyciela” TUiR „WARTA” S.A. z „A” do „A+” ze stabilną perspektywą. Podniesienie ratingu potwierdza fakt, że Warta jest spółką o wysokim strategicznym znaczeniu dla Talanx Primary Insurance Group oraz osiąga stabilne i znaczące przychody operacyjne.

Wraz z ratingiem „A+”, Warta otrzymała jedną z najwyższych ocen S&P w Polsce. Podniesienie ratingu stanowi wyraźny dowód uznania dla ciągłego rozwoju Spółki, który nastąpił po jej przejęciu przez Talanx w 2012 r. „Pozytywna decyzja Standard & Poor’s w sprawie ratingu Warty dała nam ogromna satysfakcję. Decyzja ta stanowi konkretny dowód, iż Warta jest spółką o strategicznym znaczeniu dla Grupy Talanx. Naszym celem jest uzyskanie w przyszłości 50% składki z ubezpieczeń podstawowych z rynków zagranicznych. Warta poprzez swoje działania operacyjne istotnie przyczynia się do osiągnięcia tego celu,” powiedział Torsten Leue, członek zarządu Talanx AG i prezes zarządu Talanx International AG.

Warta jest częścią Grupy Talanx od 1 lipca 2012. Grupa Talanx przejęła Spółkę wraz ze swoim japońskim partnerem – Meiji Yasuda. Obecnie Grupa Talanx posiada 75,7 % akcji spółki. Warta z 3,2 milionem wystawionych polis ubezpieczeniowych, jest jednym z liderów ubezpieczeń majątkowych i na życie w Polsce.

Według statystyk publikowanych przez KNF, Talanx, obecny w Polsce przez spółki zależne Warta i TU Europa, zajmuje drugie miejsce na polskim rynku ubezpieczeniowym. Po Niemczech, Polska stanowi drugi co do ważności rynek działalności Grupy Talanx.

Rynek reklamy online w górę!

Polski rynek reklamy internetowej chodź już dojrzały, nadal rośnie w siłę! Zgodnie z raportem z badania IAB AdEx, rok 2013 przyniósł ponad 10% wzrost wydatków na reklamę w internecie.

Opublikowane wczoraj wyniki badania IAB AdEx przeprowadzonego dla IAB Polska przez PwC wskazują, że w minionym roku w naszym kraju wydatki na reklamę online wzrosły o 226 mln zł w porównaniu z rokiem 2012. Wartość krajowego rynku reklamy internetowej wyniosła 2,432 mld zł, podczas gdy w roku poprzednim osiągnęła poziom 2,206 mld zł.

Największe udziały w rynku miała reklama display (43% ogólnych wydatków na reklamę online). Nakłady na ten rodzaj przekazu zwiększyły się o 13 %. Ujęte zostały w nim budżety przeznaczone na marketing w serwisach społecznościowych i wideo. Indywidualne wzrosty wydatków na te rodzaje komunikacji wyniosły 44% w przypadku social media i 33% jeśli chodzi o reklamę wideo. Spektakularny wzrost wynoszący 106 % zanotował poziom wydatków przeznaczonych na reklamę mobilną.

Drugi z kolei największy udział w całości wydatków na reklamę online miał marketing w wyszukiwarkach. Wydatki na SEM stanowiły 35 % całości, nastąpił wzrost ich wartości o 11 % w porównaniu z rokiem poprzednim. Przyrost o 8 % zanotowały również nakłady na ogłoszenia, stanowiące jednocześnie 14 % całości kosztów poniesionych w minionym roku na internetowy przekaz reklamowy . Na poziomie sprzed roku pozostały wydatki na marketing w ramach poczty e-mail. Ich udział w całości struktury nakładów wyniósł 5 %.

W badaniach IAB AdEx przedstawione zostały również udziały inwestycji na reklamę w internecie w odniesieniu do poszczególnych branż. Na pierwszej pozycji uplasowała się motoryzacja, tuż za nią finanse i handel.

Sprawdzają się prognozy analityków co do ciągłego wzrostu wydatków na reklamę w internecie. Przedsiębiorcy coraz chętniej inwestują w reklamę online doceniając jej skuteczność i elastyczność. Wyniki badania IAB AdEx to bez wątpienia dobry sygnał i motywacja dla branży – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365NET.

Źródło: IAB AdEx jest cyklicznym badaniem służącym do mierzenia wydatków na reklamę internetową. Projekt realizuje IAB Polska wspólnie z PwC.

Czeka nas rekordowy rok na rynku inwestycyjnym w Polsce

W pierwszym kwartale 2014 roku wolumen transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce wyniósł prawie 900 milionów euro, co stanowi wzrost o niemal 70 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2013 roku i jest najlepszym wynikiem od ostatnich dziewięciu lat.

Na tak dobry wynik wpływ miało przede wszystkim kilka dużych transakcji na rynku biurowym i handlowym, które razem stanowiły prawie 60 proc. ogólnego wolumenu transakcji.

Najbardziej popularnymi aktywami w pierwszym kwartale 2014 roku były nieruchomości biurowe, spośród których istotną część stanowiły biurowce zlokalizowane poza Warszawą, w których głównymi najemcami są firmy z sektora BPO / SSC. Całkowity wolumen transakcji na rynku biurowym wyniósł około 500 milionów euro i był prawie dwa razy wyższy niż wolumen transakcji na tym rynku w całym 2013 roku.

Podobnie jak w poprzednich latach dużą popularnością wśród inwestorów branżowych cieszyły się również nieruchomości handlowe – wolumen transakcji na rynku handlowym w pierwszym kwartale 2014 roku wyniósł prawie 290 milionów euro. Wśród sprzedanych aktywów znalazły się nieruchomości handlowe o różnych formatach, co może świadczyć o przyjęciu przez inwestorów strategii dywersyfikacji portfela.

Zdaniem Kamili Wykroty, dyrektora Zespołu Doradztwa i Analiz Rynkowych, DTZ w nadchodzących miesiącach możemy spodziewać się sfinalizowania transakcji o wartości około 500 milionów euro. Widocznym trendem zaobserwowanym już w ubiegłym roku jest powrót zainteresowania inwestorów zagranicznych aktywami zlokalizowanymi na rynkach regionalnych, co świadczy o silnych fundamentach polskiego rynku nieruchomości komercyjnych.

Po stronie nabywców największą aktywnością charakteryzują się fundusze inwestycyjne typu private equity współpracujące z deweloperami powierzchni komercyjnych i tradycyjni prywatni inwestorzy poszukujący aktywów o ustabilizowanej i mocnej strukturze.

– Biorąc pod uwagę rekordowo wysoki wolumen transakcji inwestycyjnych w pierwszych trzech miesiącach tego roku, jak również dużą liczbę transakcji, które są w trakcie finalizacji, spodziewamy się, że całkowita wartość transakcji w 2014 roku będzie wyższa, niż w roku ubiegłym, kiedy to wyniosła 3,1 miliarda euro – mówi Kamila Wykrota, dyrektor Zespołu Doradztwa i Analiz Rynkowych, DTZ.

Modernizacja gospodarstw szansą dla polskiej wsi

Obraz polskiej wsi zmienia się z roku na rok. Jesteśmy świadkami wielkiego kroku naprzód. Rozwój technologii i świadomość jej znaczenia odgrywają obecnie ważną rolę. Można się o tym przekonać wyjeżdżając na wieś. Polscy rolnicy coraz częściej stawiają na automatyzację i nowoczesny sprzęt, co niewątpliwie ma wpływ na rozwój polskiego rolnictwa.

Według spisu rolnego w Polsce istnieje blisko 3 miliony gospodarstw rolnych. Jednak polska wieś nie kojarzy się już z tą oglądaną na filmie „Sami swoi”. Bo choć większość gospodarstw zajmuje powierzchnię mniejszą niż hektar, to coraz większe grono rolników stara się powiększać swój areał, by móc zarabiać na uprawie produktów rolnych. To dzięki takim gospodarstwom sektor ten doświadcza rozwoju technologicznego. Duże obszary pól i wielkie hale produkcyjne obsługiwane są przez nowoczesne urządzenia.

Doskonałą okazją do zobaczenia, jak działa współczesny sprzęt rolniczy i jakie korzyści płyną z jego modernizacji, są różnego rodzaju targi. To właśnie na nich można spotkać się z rolnikami, przedsiębiorcami i przedstawicielami firm produkujących najnowocześniejsze urządzenia w tej branży. Porozmawiać i ocenić, jakie są prognozy rozwoju rolnictwa w Polsce. Tadeusz Rzeszowski z firmy Pol-Agra zaznacza „[…] to jest dzisiaj dość aktywny segment gospodarki w Polsce. Jeden z bardziej zaawansowanych technologicznie, jeśli chodzi o wykorzystanie sprzętu rolniczego do uprawy. […] Klienci oczekują konkretnych parametrów od maszyn. Chcą ciągników, które będą miały odpowiednie układy napędowe, biegi pełzające.” Rolnicy coraz częściej zdają sobie bowiem sprawę, że modernizacja poprawia efektywność pracy, a korzyści płynące z przemysłu rolniczego rosną.

Eksperci jednogłośnie twierdzą, że aby nie zostać z tyłu w stosunku do innych krajów Europy Zachodniej, modernizacja i inwestycje w polską wieś są konieczne. „[…] Rolnicy, którzy kilka lat temu zdecydowali się na wymianę sprzętu i powiększanie gospodarstw, przyczynili się do zmiany tej technologii na bardziej nowoczesną” – podkreśla Tadeusz Rzeszowski. Niestety – realia są takie, że nie każdego polskiego rolnika stać na zakup nowoczesnego sprzętu. Nic zatem dziwnego, że wielu z nich korzysta z dofinansowań unijnych. Są one ogromnym zastrzykiem finansowym dla wszystkich tych, którzy chcą się rozwijać.

Kombajn czy ciągnik, aby zarobić na siebie, musi być w ciągłym ruchu. Jeśli tak się dzieje, inwestycja zwraca się już po jednym sezonie, przy stosowaniu sprzętu na średniej wielkości plantacji. Eryk Cieślak, właściciel firmy Micro-system twierdzi, że „[…] trzeba wydać, żeby zaoszczędzić.” To słowa, które w pełni oddają sens modernizacji sprzętu rolniczego. „Cena zakupu nowoczesnych urządzeń do oprysków jest porównywalna do tradycyjnych, natomiast pozwalają one na rekompensatę dawki chemii do 30%. Zyskujemy zatem 70% na każdym oprysku” – uważa Eryk Cieślak. Te liczby mówią same za siebie.

Rolnictwo w sposób mniej lub bardziej bezpośredni dotyczy każdego z nas. Z tego powodu każdemu powinno zależeć na tym, by polska wieś była modernizowana. Nowoczesny sprzęt to większa efektywność, a to z kolei oczywiste zyski. Korzyści płyną nie tylko dla wielkich przedsiębiorstw, ale też dla ostatecznego odbiorcy, czyli kupującego. Według ekspertów, zainwestowanie przez rolnika w nowoczesny sprzęt, ma wpływ na ceny towarów, które powinny się zmniejszyć. Przynajmniej teoretycznie…

Ubezpieczenia komunikacyjne będą drożały

Duża konkurencja na rynku ubezpieczeń powoduje, że ceny polis są stosunkowo niskie, a jednocześnie bardzo zróżnicowane w zależności od firmy ubezpieczeniowej. Eksperci prognozują jednak, że ceny powinny w najbliższym czasie wzrosnąć – do poziomów porównywalnych z tymi w krajach Europy Zachodniej. Wpłyną na to m.in. coraz wyższe odszkodowania zasądzane na rzecz poszkodowanych.

– Polisy muszą zdrożeć. Wskazują na to relacje do rynku zachodniego, gdzie składki za ubezpieczenia są o wiele wyższe. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czublun, partner w Czublun Trębicki Kancelaria Radców Prawnych.

Ocenia, że stawki będą też rosły z powodu coraz wyższych kwot odszkodowań, zasądzanych przez sądy na rzecz osób poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych, których koszty pokrywa często ubezpieczyciel.

Do podwyżki stawek za polisy może przyczynić się także proponowana zmiana zasad rozliczania szkód. Obecnie powstałe w rezultacie zdarzeń drogowych szkody zgłaszane są w towarzystwie ubezpieczeniowym, którego klientem jest sprawca. Wyceny straty dokonuje rzeczoznawca związany z daną firmą i na tej podstawie płaci ona odszkodowanie. Według proponowanych zmian, szkoda zgłaszana byłaby w towarzystwie poszkodowanego, które dokonywałoby wypłaty odszkodowania na podstawie wyceny niezależnego eksperta. Później przedsiębiorstwo ubezpieczeniowe sprawcy zwracałoby pieniądze firmie osoby poszkodowanej.

Obecnie można spotkać porównywalne zakresy ubezpieczenia dla podobnego samochodu z różnicą w cenie na poziomie 200–300 proc. – mówi partner w Czublun Trębicki Kancelaria Radców Prawnych. – Auto, którego ubezpieczenie w jednym zakładzie kosztuje 2500–3000 zł, w innym można ubezpieczyć za 1000 zł. Dlatego przy odrobinie wysiłku klient może znaleźć ciekawą i atrakcyjną cenowo ofertę.

Jak jednak przestrzega prawnik, zdarza się, że niska cena wiąże się z niższym poziomem usług.

Pojawia się pytanie, na ile firma, która dzisiaj oferuje bardzo atrakcyjne ceny ubezpieczenia OC, będzie wypłacalna w przyszłości, i na ile jej proces likwidacji szkód będzie równie atrakcyjny jak cena, bo to nie zawsze idzie ze sobą w parze. Bywa że mamy bardzo dobrą cenę za produkt ubezpieczeniowy, a jednocześnie firma jest w stanie w pewnym sensie odbić sobie tę cenę bardzo atrakcyjną niezbyt dobrym podejściem do procesu likwidacji szkody. Nie chcę powiedzieć, że nieuczciwym, ale bardzo restrykcyjnym. Ten proces likwidacji jest bardzo często utrudniony przez to, że oszczędności trzeba gdzieś poszukać – mówi Piotr Czublun.

Polisy mają zdrożeć na pewno dla aut z kierownicą po prawej stronie. Możliwość rejestrowania takich samochodów w Polsce dał kierowcom wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 20 marca.

– Możliwość wykonywania manewrów na drodze, wyprzedzani czy wymijania, jest bardzo ograniczona. W efekcie potencjalnie szkodowość takiego pojazdu jest o wiele wyższa. Naturalną rzeczą powinno być zaproponowanie kierowcom tego typu pojazdów znacznie wyższych składek ubezpieczeniowych, ponieważ ryzyko jest wyższe – podkreśla Piotr Czublun.

KNF: decyzja o przystąpieniu do unii bankowej dopiero po zakończeniu jej budowy i analizie korzyści i kosztów

CEO Magazyn PolskaPolska ma możliwość przystąpienia do unii bankowej, nawet jeśli nie będzie członkiem strefy euro. Właśnie dlatego aktywnie uczestniczy w tworzeniu wspólnego europejskiego modelu. Decyzję o ewentualnym przystąpieniu powinna jednak podjąć dopiero wtedy, gdy skończy się cały proces budowy unii bankowej – uważa Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego.  Potrzebna będzie również analiza korzyści i kosztów, jakie się z nią wiążą dla polskiego sektora bankowego.

– Polska jest aktywnym uczestnikiem dyskusji na temat tworzenia nowego modelu europejskiego, ale decyzje odnośnie uczestnictwa w nim będzie podejmować w momencie, kiedy konstruowanie tego modelu zostanie już zakończone. Wtedy będzie można zrobić bilans korzyści i kosztów z tym związanych, również w kontekście przystąpienia Polski do strefy euro – twierdzi Wojciech Kwaśniak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Unia bankowa wraz z istniejącą unią monetarną ma w przyszłości umożliwić integrację w ramach unii fiskalnej, czyli połączenie budżetów państw członkowskich strefy euro. Wspólny europejski nadzór ma być także fundamentem bezpieczeństwa dla wspólnej waluty. Dlatego też Polska, zobowiązując się do przyjęcia euro w traktacie akcesyjnym, bierze udział w pracach nad tworzeniem unii bankowej.

– W chwili obecnej bardzo blisko współpracujemy zarówno z Europejskim Bankiem Centralnym tworzącym ów nadzór, jak i z Europejskim Nadzorem Bankowym, który został ukonstytuowany z początkiem 2011 roku, ponieważ chcemy być w bliskich relacjach z nadzorem europejskim. Jesteśmy aktywni również na poziomie wszelkiego rodzaju grup roboczych –  mówi zastępca przewodniczącego KNF.

Oprócz tego, że unia bankowa jest potencjalnym krokiem ku integracji fiskalnej, ma ona także scementować europejski rynek finansowy. Wybuch kryzysu i wzrost awersji do ryzyka wśród inwestorów doprowadził do faktycznej dezintegracji rynków w strefie euro, na co wielokrotnie zwracał uwagę prezes EBC Mario Draghi. Wyodrębnienie się w ramach strefy euro dwóch grup państw pod względem sytuacji na rynkach finansowych oraz kredytowych utrudnia EBC prowadzenie wspólnej polityki pieniężnej. Unia bankowa ma doprowadzić do spadku ryzyka i obniżenia kosztu kapitału w państwach, w których sektor bankowy jest osłabiony. Trzy elementy, które będą tworzyć całościowy system regulujący sektor bankowy to: Europejski Nadzór Bankowy, system likwidacji banków oraz system gwarancji depozytów.

– Unia bankowa jest to projekt, który jest dedykowany przede wszystkim systemom bankowym państw strefy euro. Polska jest w grupie państw, które są poza strefą euro, ale ma możliwość korzystania z tak zwanej bliskiej współpracy z regulatorem i nadzorcą unijnym, którym będzie w tym przypadku Europejski Bank Centralny – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Polski sektor bankowy jest niewielki na tle europejskiego – posiada aktywa odpowiadające 1,03 proc. aktywów banków strefy euro i 0,73 proc. aktywów UE (dane KNF za wrzesień 2012). Pozostaje silnie zintegrowany ze strefą euro poprzez międzynarodowe instytucje finansowe. To rodzi określone ryzyka dla stabilności finansowej, a w przyszłości także potencjalnego konfliktu interesów między nadzorcą europejskim i KNF, jeśli Polska zdecydowałaby się przystąpić do unii bankowej.

–  Wówczas w odniesieniu do kluczowych dla polskiego rynku banków decyzje bezpośrednio nadzorcze byłyby podejmowane w Europejskim Banku Centralnym. Zaś w odniesieniu do pozostałych instytucji, nadzorca unijny miałby prawo również do podejmowania decyzji w wybranych przez siebie obszarach, jeżeli stwierdziłby, że nadzorca krajowy w sposób nieefektywny sprawuje nadzór wedle jednolitego standardu nadzorczego – uważa Kwaśniak.

Wątpliwości części ekonomistów dotyczą samego modelu unii bankowej. Zakłada on, że ta sama instytucja – Europejski Bank Centralny – będzie odpowiedzialna za politykę pieniężną oraz nadzór nad instytucjami finansowymi. To może rodzić ryzyko, że pojawią się naciski polityczne na EBC, które spowodują konflikt między funkcją nadzorczą i funkcją banku centralnego, który jest zobowiązany do dbania o stabilność cen. Inne uwagi pod adresem unii bankowej to m.in brak rozwiązania problemu banków zbyt dużych, by upaść.

J. K. Bielecki: Ostatnie 25 lat było sukcesem polskiej gospodarki. Teraz będzie o wiele trudniej

CEO Magazyn Polska

Ostatnie 25 lat to sukces Polski, o czym świadczy najmocniejsza pozycja naszego kraju w regionie – przekonuje Jan Krzysztof Bielecki. Według niego kolejne lata będą jednak znacznie trudniejsze. Celem jest już nie tylko przenoszenie rozwiązań z Europy Zachodniej, lecz także stworzenie własnych innowacyjnych pomysłów.

Ten rozwój musi być bardziej skupiony na jakościowej zmianie, na innowacyjności, na wymyślaniu własnych rozwiązań, a nie tylko na wdrażaniu rozwiązań zachodnich na wielką skalę, i w dodatku być może w trudniejszym otoczeniu geopolitycznym. Jestem przekonany, że ten rok będzie lepszy od ubiegłego roku, i wszystko wskazuje na to, że 2015 rok powinien być jeszcze lepszy niż rok 2014 dla polskiej gospodarki – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Gospodarczej przy Premierze.

Bielecki podkreśla, że 25 lat temu Polska i Ukraina startowały z podobnego poziomu. Zgodnie z danymi Banku Światowego, w 1990 polskie PKB na mieszkańca wynosił ok. 1700 dolarów, a w tym samym roku wskaźnik ten dla Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej sięgał niemal 1600 dolarów. Proces transformacji obydwu państw przebiegał jednak zupełnie inaczej.

Jak zauważa przewodniczący Ray Gospodarczej przy Premierze, po 25 latach Polska jest trzykrotnie bardziej zamożna od Ukrainy, a do tego jest członkiem NATO i UE. Taki rozwój pozostaje na razie nieosiągalny dla Ukrainy. Bank Światowy podaje, że w 2013 r. PKB na głowę mieszkańca w Polsce wyniosło niemal 13 tys. dolarów, a na Ukrainie nie przekroczyło nawet 4 tys. dolarów.

My zbudowaliśmy funkcjonujące państwo, funkcjonującą gospodarkę rynkową. Ukraina jest właściwie przed trzecim podejściem do takiego wyzwania. Nawet Węgrzy, które były niedościgłym przykładem, dzisiaj są krajem uboższym od Polski – zaznacza Bielecki.

Dodaje jednak, że Polska nie może spocząć na laurach. Kolejne ćwierćwiecze rozwoju będzie znacznie trudniejsze. Z kraju, który wdraża zachodnie modele, musimy stać się liderem innowacyjności.

Bielecki zauważa, że dalszy rozwój Polski i UE zależy od decyzji Brukseli i Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli zdecydują się silniej stymulować gospodarkę, może to sprzyjać bardziej rozwiniętym krajom. Jednak w warunkach rynkowych, jak zapewnia Bielecki, Polska poradzi sobie znakomicie.

Firmy coraz chętniej inwestują w opiekę medyczną dla członków rodzin pracowników

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej firm wprowadza darmowe programy opieki medycznej dla członków rodzin swoich pracowników. Pomoc wykwalifikowanych pielęgniarek w opiece nad chorym dzieckiem lub rodzicami ma poprawić komfort pracy zatrudnionych, a tym samym zwiększyć ich efektywność. Pracodawca nie traci na nieobecnościach pracowników, co jest szczególnym problemem dla małych firm. Dzięki takiemu rozwiązaniu poprawia się też wizerunek firmy. 

Pracownicy korzystający z programu zyskują przede wszystkim spokój w pracy. Przychodząc do firmy, nie muszą martwić się o chore dzieci lub rodziców, bo ci pozostają pod profesjonalną opieką medyczną. Pracownik nie musi więc rezygnować ani z pracy, ani z obowiązków rodzinnych.

– Z usług w ramach programu ,,Family Care korzystają zarówno międzynarodowe korporacje, które tego typu rozwiązania znają ze swoich krajów rodzimych albo są to rozwiązania prowadzone u nich globalnie, lecz także duże polskie spółki, które nie chcą pozostawać w tyle za korporacjami międzynarodowymi – mówi Ewa Misiak, prezes Baby&Care, spółki, która jest autorem programu ,,Family Care”.

Od kwietnia z takich usług korzysta m.in. firma Hewlett-Packard.

– Nasi pracownicy otrzymują pomoc doświadczonych pielęgniarek w momencie, kiedy członkowie ich rodziny, czy to dziecko, czy to rodzice, potrzebują opieki, kiedy nie mogą ich zostawić samych w domu, a muszą pójść do pracy. Pielęgniarka, która potrafi poradzić sobie z problemami zdrowotnymi, przyjeżdża do domu, otrzymuje instrukcje, jak postępować w danej sytuacji, i zostaje z naszymi dziećmi czy rodzicami, którzy potrzebują takiej opieki – objaśnia Agnieszka Orłowska, prezes Globalnego Centrum Biznesowego HP we Wrocławiu.

Dzięki ułatwieniu łączenia życia prywatnego i zawodowego zyskuje zarówno firma, jak i pracownik.

Pracodawca przede wszystkim ma podstawowy plus w postaci pracownika, który jest w firmie. Poza tym pracodawca również pokazuje pracownikom, że dba o swoich ludzi, że zależy mu na tym, żeby potrafili i mogli dzięki jego pomocy połączyć życie zawodowe z życiem prywatnym. Jest to pewnego rodzaju odpowiedzialność społeczna takiego pracodawcy – tłumaczy prezes Baby&Care.

Jeszcze bardziej skorzystać mogą małe firmy. Dla nich nieobecność kilku pracowników jednocześnie może zahamować bieżącą działalność spółki.

Ewa Misiak dodaje, że coraz więcej firm decyduje się na zaoferowanie pracownikom takich produktów. Mogą one być finansowane z zakładowych funduszów świadczeń socjalnych, co jest dodatkową zaletą dla firm, bo składki na fundusz płacą pracownicy. Do każdej firmy przydzielana jest wybrana grupa pielęgniarek lub fizjoterapeutów, którzy pracują na wyłączność, co poprawia jakość opieki medycznej nad rodzinami pracowników. Baby&Care dba o to, by pracownicy firm, biorących udział w programie, mogli najpierw poznać dostępny personel medyczny, dokonać wyboru odpowiadającej im osoby i korzystać stale z jej usług.

Program może być stosowany od kilku dni do nawet kilku tygodni. Wszystko zależy od przypadku. Krótszej opieki wymagają dzieci przechodzące infekcję, a dłuższej – starsi rodzice po operacji np. biodra. Program w Hewlett-Packard dopiero ruszył, ale według Orłowskiej już wkrótce może skorzystać z niego nawet kilkuset pracowników.

Prezes Globalnego Centrum Biznesowego HP we Wrocławiu dodaje, że w ramach programu „HaPpy Parenting” rodzice pracujący w HP mogą skorzystać z elastycznych godzin pracy wtedy, gdy mimo „Family Care” konieczna będzie opieka nad dzieckiem w ciągu dnia. Możliwa jest również praca zdalna z domu. Orłowska podkreśla, że ponieważ średnia wieku pracowników firmy jest niska i wynosi tylko 30 lat, wielu z nich potrzebuje takiego wsparcia, ponieważ są młodymi rodzicami. Program działa zarówno we wrocławskim, jak i łódzkim centrum HP od 1 kwietnia.

Firmy farmaceutyczne chcą ograniczenia wiekowego przy zakupie niektórych leków bez recepty

0

CEO Magazyn Polska

Po likwidacji sklepów z dopalaczami i ograniczeniu ich spożycia, problemem stały się łatwo dostępne w aptekach substancje psychoaktywne. Kupują je młodzi ludzie, ale nie w celach leczniczych, lecz jako substytut używki. Dotyczy to zwłaszcza tych leków, które zawierają  pseudoefedrynę, dekstrometorfan lub kodeinę. Trwają właśnie prace nad nowelizacją ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. 

Głównie chodzi o substancje psychoaktywne, leki z grupy przeciwkaszlowej, na przeziębienia i grypę, czyli te trzy główne substancje: kodeina, dekstrometorfan i pseudoefedryna. Z badań, które ostatnio przeprowadził poznański ośrodek, wynika, że dzieci w grupie 12-18 lat stosują te leki świadomie. Czyli wiedzą, że przekroczenie dawki dopuszczalnej leczniczej spowoduje działania niepożądane  mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Jankowska, prezes Polskiego Związku Producentów Leków Bez Recepty PASMI.

Na problem zwrócił uwagę Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty PASMI, który przesłał do Ministerstwa Zdrowia swoje rekomendacje do nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Jedną z nich jest określenie bezpiecznych dawek dla leków bez recepty, tzw. OTC. Ma to na celu zmniejszenie ryzyka, że będą one kupowane jako substytut środków psychoaktywnych.

Kolejną istotną kwestią według PASMI jest wprowadzenie ograniczenia wiekowego przy zakupie leku w aptece. Związek proponuje próg 18 lat, ponieważ problem pozamedycznego stosowania leków dotyczy zwłaszcza młodzieży w wieku 12-18 lat. Kontrola wieku kupującego miałaby miejsce w aptece i dotyczyła leków zawierających określone substancje.

Badania pokazują, że tradycyjne narkotyki coraz częściej ustępują miejsca nowym substancjom psychoaktywnym. W latach 90. pojawiły się w Polsce narkotyki syntetyczne, takie jaka amfetamina i ecstasy, a w 2008 r. popularne stały się dopalacze. Po objęciu kontrolą 50 nowych substancji psychoaktywnych i likwidacji ponad 1400 sklepów z dopalaczami, zmniejszyła się ich dostępność i spadło ich spożycie. Według badań CBOS „Konsumpcja substancji psychoaktywnych przez młodzież szkolną – Młodzież 2013”, w 2010 r. 36 proc. uczniów uważało, że dostęp do dopalaczy jest łatwy, podczas gdy w 2013 roku – 20 proc. W efekcie w 2010 r. używanie dopalaczy deklarowało 13 proc. badanych uczniów, z kolei w 2013 r. – 4 proc.
 
Prawdopodobne jest, że część młodych ludzi po likwidacji punktów z dopalaczami zaczęła zdobywać substancje psychoaktywne w aptekach. Ankiety przeprowadzone wśród uczniów pokazują niewielki wzrost zażywania leków bez wskazania lekarza, jednak dotyczy to jedynie leków uspokajających i nasennych. Według CBOS, w 2013 roku 11 proc. uczniów odpowiedziało, że używało w ostatnim roku tego typu leków w celach pozamedycznych. W 2010 roku był to co dziesiąty ankietowany.

Prezes PASMI uważa, że stosowanie leków przez osoby niepełnoletnie musi odbywać się kontrolą ich rodziców.

Z naszych badań wynika, że młodzież stosuje te leki bardzo świadomie, w związku z tym ograniczenie grupy wiekowej pozwoli zahamować ten niekorzystny trend. Istotne jest, aby leki stosowane były pod opieką rodziców lub osób, które pełnią odpowiedzialność za dzieci. Dzieci nie powinny same kupować leków, a w szczególności tych, które mogłyby wpłynąć niekorzystnie na ich stan zdrowia, gdyby świadomie zostały przedawkowane – uważa prezes PASMI.