Polska branża kosmiczna rośnie, ale rynek pracy nie nadąża

Po 2022 roku polska branża kosmiczna rozwinęła skrzydła. Uhonorowaniem ostatnich lat transformacji była eskapada dr. Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, który jako drugi Polak w historii znalazł się w przestrzeni kosmicznej. Polski wkład w rozwój tego sektora jest coraz większy, ale zdaniem ekspertów Smart Solutions HR, jego kluczowym aspektem są odpowiedni specjaliści, których na ten moment brakuje. Kto może wypełnić luki?

Polska branża kosmiczna jeszcze kilka lat temu była kojarzona głównie z działalnością instytutów badawczych i projektami realizowanymi na niewielką skalę. Dziś sektor przechodzi jednak wyraźną transformację. Coraz więcej firm pracuje nad realnymi produktami i technologiami wykorzystywanymi przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA), wojsko czy administrację publiczną.

– Polski sektor kosmiczny w 2026 jest nadal relatywnie mały na tle Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, ale tempo wzrostu jest wyraźne. To już nie jest niszowa działalność kilku instytutów badawczych. Rynek przeszedł w etap budowy realnych produktów: satelitów, systemów obserwacji Ziemi, elektroniki kosmicznej, software’u dla ESA i rozwiązań dual-use dla wojska oraz administracji. Można powiedzieć, że branża jest dziś na etapie skalowania kompetencji. Polska nie konkuruje jeszcze pełnymi rakietami orbitalnymi czy dużymi platformami satelitarnymi, ale coraz częściej dostarcza kluczowe komponenty, oprogramowanie i systemy integracyjne dla europejskiego rynku – wskazuje Włodzimierz Kucharczuk, Project Manager w Smart Solutions HR.

Nowy impuls rozwojowy dla branży pojawił się szczególnie po 2022 roku. Polska realizuje już projekty o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa i rozwoju krajowych kompetencji technologicznych. Jednym z najważniejszych przedsięwzięć jest projekt CAMILA realizowany przez Creotech Instruments we współpracy z ESA. Kontrakt o wartości blisko 52 mln euro obejmuje budowę narodowej konstelacji co najmniej trzech satelitów obserwacyjnych, rozwój infrastruktury naziemnej, wyniesienie satelitów na orbitę oraz zarządzanie misją kosmiczną. Równolegle rozwijany jest także program MIKROGLOB, czyli Satelitarny System Obserwacji Ziemi realizowany na potrzeby Ministerstwa Obrony Narodowej. Coraz więcej polskich firm pracuje również nad własnymi mikrosatelitami obserwacyjnymi.

– W latach 2026–2030 branża kosmiczna będzie rozwijać się szybciej niż cały rynek IT i inżynierii. Wpływ na to mają rosnące wydatki ESA, rozwój sektora military space, potrzeba budowania europejskiej autonomii technologicznej, boom na małe satelity oraz rosnące znaczenie sztucznej inteligencji i analityki danych satelitarnych. To z kolei będzie napędzać jeszcze jeden aspekt – zapotrzebowanie na specjalistów – sygnalizuje Włodzimierz Kucharczuk.

Jakie stanowiska są poszukiwane w branży kosmicznej?

Polska Strategia Kosmiczna zakłada zwiększenie udziału Polski w europejskim rynku kosmicznym do 2030 roku oraz rozbudowę krajowych kompetencji satelitarnych. Rozwój sektora przekłada się na rosnące zapotrzebowanie na specjalistów technicznych – zwłaszcza z obszarów embedded systems, cyberbezpieczeństwa, AI, analizy danych satelitarnych oraz oprogramowania czasu rzeczywistego.

Raport Polskiej Agencji Kosmicznej „Ocena stanu rozwoju badań i użytkowania przestrzeni kosmicznej w Polsce za 2024 rok” podaje, że cenieni w branży są przede wszystkim inżynierowie (szczególnie inżynierowie systemowi), analitycy danych, specjaliści od systemów satelitarnych, naukowcy i eksperci w dziedzinach technicznych i zarządzania. W firmach dominują zespoły zajmujące się: elektroniką i systemami wbudowanymi, mechaniką precyzyjną i materiałami kompozytowymi, optyką i optoelektroniką, oprogramowaniem i przetwarzaniem danych, robotyką, automatyką i mechatroniką oraz technologiami telekomunikacyjnymi i systemami zasilania (ARP).

Z analizy Smart Solutions HR wynika, że największy popyt dotyczy obecnie stanowisk takich jak:

  • Embedded Software Engineer (programista tworzący oprogramowanie dla urządzeń i systemów elektronicznych, np. satelitów czy elektroniki pokładowej),
  • Firmware Engineer (specjalista odpowiedzialny za niskopoziomowe oprogramowanie sterujące działaniem sprzętu elektronicznego),
  • C/C++ Developer (programista tworzący wydajne i szybkie systemy w językach C lub C++, wykorzystywane m.in. w technologii kosmicznej i systemach czasu rzeczywistego),
  • Real-Time Systems Engineer (inżynier projektujący systemy, które muszą reagować natychmiast i działać bez opóźnień, np. w satelitach czy systemach sterowania),
  • czy FPGA Engineer (specjalista programujący zaawansowane układy elektroniczne wykorzystywane tam, gdzie potrzebna jest bardzo szybka i niezawodna analiza danych).

Branża kosmiczna wymaga produkcji wyjątkowo precyzyjnych komponentów i lekkich konstrukcji wykonywanych z zaawansowanych materiałów, takich jak aluminium lotnicze, tytan czy specjalistyczne stopy metali wykorzystywane w przemyśle aerospace. Elementy satelitów, systemów elektronicznych czy urządzeń optycznych muszą być wykonane z ogromną dokładnością – często na poziomie pojedynczych mikronów, czyli tysięcznych części milimetra. Kluczowe znaczenie mają więc kompetencje związane z frezowaniem 5-osiowym, programowaniem CAM (Computer-Aided Manufacturing, komputerowego wspomagania produkcji), precision machining oraz kontrolą jakości. Duże zapotrzebowanie dotyczy również frezerów CNC (Computerized Numerical Control, komputerowego sterowania numerycznego), tokarzy CNC, operatorów maszyn 5-osiowych oraz specjalistów precision manufacturing i prototypowania krótkich serii.

Odpowiedni specjaliści stanowią dodatkowy impuls dla rozwoju polskiej branży kosmicznej i dorównania bardziej zaawansowanym w tym obszarze państwom. Jest tylko jeden problem – odpowiednich specjalistów niestety brakuje.

Stanowiska techniczne od dawna są jednymi z najtrudniejszych do obsadzenia i dokładnie to samo widzimy dziś w branży kosmicznej. Dotyczy to nie tylko programistów czy inżynierów systemowych, ale również operatorów CNC, frezerów i tokarzy. W space-tech operator CNC z umiejętnością programowania nie jest traktowany jak zwykły operator produkcji, ale jako część bardzo zaawansowanego procesu aerospace manufacturing, co dodatkowo zawęża liczbę odpowiednich kandydatów – mówi Kucharczuk.

Liczą się kompetencje praktyczne

W 2024 roku w polskim sektorze kosmicznym pracowało około 12 tys. osób (Polska Agencja Kosmiczna). Wedle raportu Agencji Rozwoju Przemysłu „Polski sektor kosmiczny 2025”  w rdzeniu 21 wiodących firm kosmicznych w latach 2022–2024 zatrudnienie wzrosło o ponad 30%, zatem można przypuszczać, że aktualnie liczba osób pracujących w tym obszarze jest jeszcze wyższa.

Co trzeba umieć, aby pracować w branży kosmicznej? Ogromne znaczenie ma wykształcenie w odpowiednim kierunku – inżynierii kosmicznej, lotniczej, elektronice czy informatyce. Kandydaci często, po odbyciu odpowiedniego szkolenia, są transferowani również  z sektorów pokrewnych, jak obronność czy telekomunikacja, np. specjalista od łączności satelitarnej mógłby przejść z branży IT/telekom po kursach z FPGA (Field-Programmable Gate Array, konfigurowalnych układów logicznych) czy RTOS (Real-Time Operating System, systemu czasu rzeczywistego). Operatorzy produkcji również mogą znaleźć swoją ścieżkę do aerospace. W Polsce i Europie popularne są szkolenia Siemens SITRAIN, akademie producentów obrabiarek oraz prywatne szkoły CNC, takie jak TBI Technology CNC Academy, które uczą obsługi maszyn, programowania, ustawiania narzędzi i pracy na sterowaniach. Typowa droga rozwoju prowadzi od szkoły technicznej, przez kurs CNC i pracę w produkcji, aż po wejście do firm aerospace, gdzie dodatkowo liczą się kompetencje CAM, znajomość wymagań jakościowych AS9100, doświadczenie z materiałami trudnymi w obróbce, np. tytanem, oraz gotowość do szkoleń pod konkretny model maszyny i standardy danego pracodawcy.

Najbardziej wartościowy profil potencjalnego kandydata powinien zawierać trzy elementy – CNC, programowanie i jakość, czyli specjaliści łączący umiejętności techniczne z praktycznym doświadczeniem produkcyjnym. Szczególnie cenione są osoby, które potrafią jednocześnie obsługiwać maszyny, programować CAM, czytać dokumentację techniczną, optymalizować procesy i rozumieć specyfikę materiałów aerospace. Firmy coraz częściej szukają osób, które rozumieją cały proces technologiczny, a nie wyłącznie jeden jego fragment – wskazuje ekspert.

Raport ARP wskazuje, że ponad 70-80% zatrudnienia w spółkach kosmicznych stanowią inżynierowie i specjaliści STEM, ale wraz z przejściem rozwoju branży z fazy „R&D” do fazy „komercjalizacji”, na znaczeniu zyskują także kompetencje uzupełniające. Najbardziej poszukiwane są osoby wykształcone w takich obszarach jak:

  • zarządzanie projektami (szczególnie znajomość metodyk zgodnych ze standardami ESA),
  • prawo i regulacje (zwłaszcza w obszarze własności intelektualnej, kontraktów międzynarodowych, compliance czy prawa kosmicznego),
  • marketing i komunikacja,
  • rozwój biznesu i sprzedaż,
  • zarządzanie finansami i projektami inwestycyjnymi.

Choć wynagrodzenia w polskim sektorze kosmicznym rosną, nadal pozostają niższe niż w Europie Zachodniej. Klasyczny operator CNC może dziś liczyć na wynagrodzenie na poziomie 6–9 tys. zł brutto miesięcznie. Doświadczeni frezerzy i tokarze CNC zarabiają zwykle od 10 do 16 tys. zł brutto, natomiast specjaliści aerospace, operatorzy 5-osiowi oraz eksperci CAM i precision manufacturing osiągają wynagrodzenia rzędu 15–25 tys. zł brutto. Pensja najbardziej doświadczonych ekspertów może przekraczać poziom 25–35 tys. zł miesięcznie.

Inwestycja w edukację = inwestycja w rozwój całego sektora

Raport ARP wskazuje kapitał ludzki jako kluczowy zasób determinujący innowacyjność i konkurencyjność branży. Jednym z najważniejszych warunków zwiększenia udziału Polski w europejskim rynku kosmicznym będzie dalsze wzmacnianie kompetencji inżynieryjnych. Znaczenie ma również rozwój edukacji oraz budowanie zainteresowania sektorem już na etapie szkół i uczelni technicznych. Rosnące potrzeby rynku już wpływają na rozwój edukacji. Specjalistyczne kierunki związane z technologiami kosmicznymi rozwijają m.in. Akademia Górniczo-Hutnicza, Politechnika Warszawska oraz Politechnika Wrocławska. Wsparcie dla startupów i młodych specjalistów oferuje również ESA BIC Poland, zapewniający doradztwo technologiczne, programy preinkubacyjne i rozwój kompetencji biznesowych. Jednym z ważniejszych elementów rozwoju kadr pozostaje Narodowy Program Stażowy w ESA (National Trainee Programme – NTP), który umożliwia polskim absolwentom zdobywanie doświadczenia zawodowego w międzynarodowym środowisku Europejskiej Agencji Kosmicznej. Program rozwija kompetencje m.in. z zakresu inżynierii systemowej, gospodarki kosmicznej, dyplomacji kosmicznej, technologii obserwacji Ziemi oraz wsparcia dla załogowych lotów kosmicznych.

Ważną rolę odgrywają także projekty popularyzujące technologie kosmiczne, w tym udział polskich astronautów w międzynarodowych misjach kosmicznych.

Wnioski z raportu Polskiej Agencji Kosmicznej sugerują, że misje kosmiczne mają znaczenie nie tylko technologiczne, ale również edukacyjne i kompetencyjne. Mogą inspirować kolejne pokolenia specjalistów i budować kadry potrzebne do realizacji przyszłych narodowych projektów kosmicznych. Miejmy nadzieję, że historyczna wyprawa dr. Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego jest zapowiedzią rosnącej konkurencyjności polskiej branży kosmicznej i zachęci młode osoby do podjęcia drogi zawodowej właśnie w tym sektorze – podsumowuje Włodzimierz Kucharczuk.

Źródła: Polska Agencja Kosmiczna „Ocena stanu rozwoju badań i użytkowania przestrzeni kosmicznej w Polsce za 2024 rok”, Agencja Rozwoju Przemysłu „Polski sektor kosmiczny 2025”, opracowanie własne Smart Solutions HR.

Spadek cen ropy poprawia nastroje. Rynek pracy w Polsce łapie zadyszkę. Produkcja przemysłowa słabsza od prognoz

Jeszcze kilka dni temu rynki zaczynały rozważać scenariusz inwazji lądowej USA w Iranie. Dzisiaj z kolei widać nadzieję na pokój. Dane z Polski okazały się w miarę neutralne dla złotego, choć martwi spadające tempo wzrostu płac.

Dalszy impas w Zatoce

Na razie nie ma przełomu w sprawie amerykańsko-izraelskiej agresji na Iran. Rynki uwierzyły jednak, że jesteśmy coraz bliżej rozwiązania. Wczoraj cena baryłki spadła o ponad 5 USD, co jasno pokazuje wzrost nadziei inwestorów. Iran przekazał kolejną propozycję przez mediatorów z Pakistanu. Podobno poczyniono duże postępy w temacie ograniczenia programu nuklearnego Iranu oraz częściowego zniesienia sankcji w zamian za odblokowanie Cieśniny Ormuz. Nadal pozostaje kwestia sytuacji w regionie, a w szczególności obecności wojsk USA i gwarancji bezpieczeństwa dla Iranu. Scenariusz zmiany władzy w Teheranie wydaje się być bardzo odległy. Im bliżej będziemy podpisania umowy pokojowej, tym tańszą powinniśmy oglądać ropę naftową. Na rynku walutowym z kolei powinno to się objawiać przeceną dolara wobec głównych walut.

Dane z Polski

Dzisiaj trafił na rynek pakiet danych z Polski. Produkcja przemysłowa okazała się słabsza od oczekiwań. Rośnie bowiem o 3,1%, a nie – jak zakładano – o 4,1%. Do tego trzeba dodać budowlano-montażową. Ta jednak pozytywnie zaskoczyła. Zobaczyliśmy wzrost o 4,5% przy prognozowanych 1,2%. W tle pojawiły się ceny produkcji sprzedanej przemysłu. W ciągu roku rosną one o 1,9%, czyli wolniej niż inflacja. To dobra wiadomość dla naszych portfeli, bo przynajmniej z tej strony presja cenowa nie zwiększa się tak bardzo. Po tych danych polski złoty się umacniał. Biorąc pod uwagę, że w tym samym czasie zyskiwały również forint i czeska korona, należy to raczej łączyć z ruchem na rynkach niż z sytuacją w kraju.

Płace w Polsce

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wynagrodzeń i zatrudnienia w przedsiębiorstwach zatrudniających więcej niż 9 pracowników. Nie obejmują one oczywiście całej gospodarki, ale to najbardziej precyzyjny odczyt dla polskiego rynku pracy pod kątem wynagrodzeń. Średnia płaca wyniosła 9530,74 zł – jest to jednocześnie wzrost o 5,4% oraz spadek względem zeszłego roku. Kwiecień bardzo często pokazuje spadki względem marca. Wtedy bowiem wypłacane są często premie roczne, co zaburza wskaźnik. Warto jednak zwrócić uwagę, że analitycy oczekiwali wzrostu płac o 6%. Pokazuje to, że rynek pracy powoli łapie zadyszkę. Zatrudnienie w przedsiębiorstwach spada o 0,9%, ale trzeba pamiętać, że nie przekłada się to od razu na bezrobocie. Dane te bowiem nie pokazują, jaki procent z tych osób faktycznie znika z rynku pracy, a jaki odnajduje się w mniejszych firmach.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Ropa coraz mocniej wpływa na rentowności obligacji, dolara i złoto

Ceny ropy przejmują kontrolę nad rynkami w obliczu sprzecznych sygnałów z frontu dyplomatycznego i ograniczającej się podaży.

  • Ropa nadal wpływa na ogólny apetyt na ryzyko poprzez oddziaływanie na oczekiwania inflacyjne, rentowności obligacji i dolara amerykańskiego.
  • Naprzemienna dyplomatyczna i konfrontacyjna retoryka Donalda Trumpa obniżyła ceny ropy, nie poprawiając jednak istotnie perspektyw ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz.
  • Wskaźniki rynku fizycznego nadal sygnalizują zacieśnienie, mimo ostatniego osłabienia kontraktów terminowych.
  • Podwyższona ujemna korelacja złota z ropą, rentownościami i dolarem pokazuje, jak silny wpływ ropa wywiera obecnie na różne klasy aktywów.

Jak tłumaczy Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank, ropa nadal oddziałuje daleko poza samym rynkiem energii. Bardziej niż jakiekolwiek inne aktywo w obecnym otoczeniu, ceny ropy kształtują szerszy sentyment rynkowy poprzez wpływ na oczekiwania inflacyjne, nastawienie banków centralnych, rentowności obligacji skarbowych oraz dolara amerykańskiego. W praktyce ropa stała się obecnie głównym mechanizmem transmisji dla rynków.

Wyniki różnych klas aktywów coraz wyraźniej odzwierciedlają tę zależność. Złoto, mimo utrzymującej się niepewności geopolitycznej, ma trudność z wypracowaniem trwałego popytu. Wyższe ceny ropy zwiększają obawy o uporczywość inflacji, podbijają rentowności obligacji i wzmacniają dolara, tworząc mniej sprzyjające warunki dla aktywów nieprzynoszących dochodu. Obecnie widoczna jest podwyższona ujemna korelacja między złotem z jednej strony a ropą, rentownościami obligacji i dolarem z drugiej. Dopóki ta relacja się nie zmieni, ropa prawdopodobnie pozostanie dominującym czynnikiem makroekonomicznym na rynkach.

Ostatnie ruchy cen ponownie pokazały, jak rynek jest wrażliwy na retorykę polityczną. Ceny ropy gwałtownie spadły po tym, jak Trump stwierdził, że Stany Zjednoczone są w „końcowej fazie” rozmów z Iranem, co zwiększyło nadzieje, że pewien przełom dyplomatyczny mógłby ostatecznie złagodzić zakłócenia podaży. Nadzieje te osłabły po kolejnych komentarzach, w których ostrzegł, że „czeka nas dalsza walka, jeśli Iran nie zmądrzeje”.

Rynki coraz wyraźniej wydają się uwięzione między tymi naprzemiennymi sygnałami. Efektem jest znacząca zmienność cen, bez jednego rozstrzygnięcia, które ma kluczowe znaczenie: ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz i normalizacji regionalnych przepływów energii.

Jednocześnie uwaga rynku coraz bardziej przesuwa się z wystrzeliwanych rakiet na logistykę i magazynowanie. Dane Kpler pokazują, że od połowy kwietnia żaden tankowiec przewożący irańską ropę nie przekroczył linii blokady, a załadunki ropy spadły z około 2,1 mln baryłek dziennie przed zakłóceniami do obecnych 640 tys. baryłek dziennie. Równocześnie pływające zapasy w Zatoce wzrosły z około 23 mln do 42 mln baryłek, a kolejne 15 mln baryłek gromadzi się na lądzie. Te rosnące zapasy oznaczają baryłki, które utknęły, a nie te usunięte z rynku – i stanowią punkt nacisku, który administracja USA ma nadzieję wykorzystać, aby ostatecznie skłonić Iran do powrotu do negocjacji.

Pojawiły się jednak pewne ostrożne sygnały ruchu. Ograniczony ruch tankowców z Chin i Korei Południowej został ostatnio wznowiony, a Indie przygotowują się do ponownego odbioru ładunków od dostawców z Bliskiego Wschodu. Wolumeny te pozostają jednak ułamkiem normalnych poziomów i nie wskazują jeszcze na znaczącą normalizację.

Najnowszy tygodniowy raport EIA dotyczący rynku ropy dostarczył kolejnych dowodów na utrzymujące się zacieśnienie rynku fizycznego. Łączne zapasy ropy w USA spadły o rekordowe 17,8 mln baryłek, choć niemal 10 mln baryłek tego spadku wynikało z uwolnienia surowca ze Strategicznej Rezerwy Ropy Naftowej. Komercyjne zapasy ropy zmniejszyły się jednak o znaczące 7,9 mln baryłek, a zapasy w Cushing spadły czwarty tydzień z rzędu.

Import wzrósł, wspierany przez dostawy ropy z Wenezueli, które osiągnęły najwyższy poziom od 2018 roku, ale zostało to w dużej mierze zrównoważone kolejnym wzrostem eksportu, ponieważ międzynarodowy popyt nadal kierował amerykańską ropę typu light sweet na globalne rynki. Zapasy destylatów wzrosły nieznacznie, ale pozostają blisko najniższych sezonowych poziomów od ponad dwóch dekad, co wzmacnia sygnały utrzymującego się napięcia w segmencie średnich destylatów.

Tymczasem Goldman Sachs szacuje, że widoczne globalne zapasy ropy i produktów naftowych spadają w rekordowym tempie, a w tym miesiącu zmniejszają się dotąd o 8,7 mln baryłek dziennie.

Na razie ceny kontraktów terminowych mogą nadal reagować na doniesienia dotyczące działań dyplomatycznych i zmieniającą się retorykę polityczną. Jeśli jednak nie przełożą się one na znaczący wzrost przepływów fizycznych, słabość cen może pozostać w większym stopniu napędzana oczekiwaniami niż fundamentami. Kontrakty terminowe reagują na doniesienia; natomiast rynki fizyczne nadal opierają się na rzeczywistych dostawach.

Podczas gdy Brent pozostaje w trendzie bocznym, ceny oleju napędowego i paliwa lotniczego spadły

Podczas gdy Brent pozostaje w trendzie bocznym, ceny oleju napędowego i paliwa lotniczego spadły – źródło: Bloomberg i Saxo

Dane EIA pokazujące spadek zapasów ropy i produktów naftowych oraz gwałtowny wzrost eksportu – źródło: Bloomberg i Saxo

Dane EIA pokazujące spadek zapasów ropy i produktów naftowych oraz gwałtowny wzrost eksportu – źródło: Bloomberg i Saxo

Hotel Gołębiewski w Pobierowie z rezerwacyjnym rekordem. Ponad 2 tys. zgłoszeń w dobę

Pierwsza rezerwacja wpłynęła jeszcze w pierwszej minucie. To, co wydarzyło się przez kolejne 24 godziny, rzadko zdarza się nawet na dojrzałych rynkach hotelarskich. Hotel Gołębiewski w Pobierowie po uruchomieniu możliwości rezerwacji na sezon wakacyjny 2026 przeżywa prawdziwe oblężenie, a liczba chętnych, mimo spodziewanego zainteresowania, przerosła oczekiwania.

Pierwsze minuty po uruchomieniu rezerwacji

W pierwszej dobie od uruchomienia systemu złożono 2 119 rezerwacji. Szczytowy ruch przypadł na godzinę 11:00–12:00, kiedy do systemu trafiało 229 zgłoszeń – jedno co 16 sekund. W pierwszej dobie strona internetowa odnotowała 249 501 tysięcy wejść.

Największym zainteresowaniem cieszy się termin 26 czerwca, który w ciągu zaledwie kilku godzin stał się najchętniej wybieraną datą w całej ofercie. To efekt rozpoczynających się wakacji, wielu Polaków planuje wyjazd bezpośrednio po zakończeniu roku szkolnego.

Spodziewaliśmy się dużego zainteresowania naszym nadmorskim obiektem, jednak skala przerosła nasze oczekiwania. Przez pierwszą dobę pracowaliśmy na mocno zwiększonych obrotach, jednak z dumą mogę powiedzieć, że stanęliśmy na wysokości zadania. Hotel Gołębiewski w Pobierowie rozpocznie sezon wakacyjny z przytupem – mówi Marta Masłowska, Dyrektor Sprzedaży Centralnej w Gołębiewski Holding.

Tempo, w jakim zapełniają się terminy w Pobierowie, nie ma precedensu w polskiej branży hotelarskiej w segmencie wypoczynkowym. To sygnał, że polski rynek turystyczny dojrzał do produktów, które do tej pory kojarzyły się wyłącznie z ofertą zachodnioeuropejską.

Widzimy ogromne zainteresowanie projektem, dlatego wychodząc naprzeciw oczekiwaniom przyszłych gości, dokładamy wszelkich starań, aby uruchomić hotel wcześniej niż pierwotnie zakładaliśmy i udostępnić go gościom być może jeszcze przed rozpoczęciem sezonu wakacyjnego. O postępach i kolejnych etapach realizacji będziemy informować na bieżąco. Wierzymy, że taki kompleks ma realny potencjał, by odczarować sezonowość nad Morzem Bałtyckim i przyciągać gości przez cały rok – dodaje Agnieszka Gawińska – Rucińska, Członek Zarządu Gołębiewski Holding.

Rynek pracy wysyła sygnał schłodzenia. Dynamika płac wyraźnie hamuje

Kwietniowe dane o wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw przyniosły wyraźne wyhamowanie dynamiki płac. Przeciętne wynagrodzenie brutto w firmach zatrudniających powyżej 10 osób, z wyłączeniem sektora publicznego, wzrosło o 5,4 proc. rok do roku, wobec oczekiwań rynkowych na poziomie 6,0 proc. Średnia płaca wyniosła 9 530,74 zł brutto.

Obecne dane potwierdzają wyraźne wygaszanie presji płacowej w gospodarce. Jeszcze kilka kwartałów temu szybki wzrost wynagrodzeń był wskazywany jako jeden z głównych czynników presji inflacyjnej. Dziś ryzyko to wyraźnie maleje, zwłaszcza w warunkach dominującego wpływu zewnętrznego szoku podażowego na rynku energii.

W takim otoczeniu Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje ostrożne podejście i pozostaje w trybie „wait and see”. Oznacza to, że dalsze decyzje dotyczące stóp procentowych będą w najbliższych miesiącach uzależnione przede wszystkim od napływających danych makroekonomicznych, skali przenoszenia się inflacji na kolejne obszary gospodarki oraz oceny trwałości obecnych procesów inflacyjnych.

Enefit z nowym modelem operacyjnym w Polsce i planami rozwoju OZE

Estońska spółka energetyczna Enefit wzmacnia swoją pozycję na polskim rynku. Od 1 maja br. firma rozszerzyła działalność w Polsce o odnawialne moce wytwórcze Enefit Green, integrując swoje kompetencje w obszarze zielonej energii. Zmiany są częścią szerszej reorganizacji struktur Grupy na wszystkich rynkach oraz realizowanej konsekwentnie strategii rozwoju segmentu OZE.

W nowym modelu operacyjnym działalność związana z rozwojem i zarządzaniem odnawialnymi źródłami energii będzie prowadzona w ramach spółki Enefit, co – przy wsparciu silnego zaplecza Grupy Eesti Energia – pozwoli na jeszcze lepszą integrację kompetencji oraz oferowanie klientom bardziej spójnych i zintegrowanych rozwiązań energetycznych. Portfel projektów OZE Enefit Green w Polsce obejmuje 21 farm o łącznej mocy około 33 MW, a dodatkowo spółka rozwija 8 projektów farm wiatrowych o planowanej łącznej mocy do 360 MW.

Enefit jest obecny na polskim rynku od 2016 roku, a tegoroczne 10-lecie działalności spółki zbiega się z rozpoczęciem kolejnego etapu jej rozwoju. W ramach zmian w strukturach, z dniem 1 maja nowoutworzoną funkcję Country Managera Enefit w Polsce objął Łukasz Musiałkiewicz, dotychczasowy prezes spółki. W tej roli będzie odpowiadać za całościowy rozwój działalności spółki na rynku krajowym – obejmujący obszar odnawialnych źródeł energii, sprzedaży energii, usług dla klientów biznesowych oraz elektromobilności – a także za realizację strategii Grupy Enefit, budowanie organizacji i relacji z kluczowymi partnerami oraz interesariuszami.

Przez ostatnie 10 lat konsekwentnie rozwijaliśmy obecność Enefit w Polsce, budując relacje z klientami biznesowymi i poszerzając zakres oferowanych rozwiązań energetycznych. Dziś wchodzimy w kolejny etap rozwoju, w którym chcemy jeszcze mocniej wspierać firmy w transformacji energetycznej i dostarczać im rozwiązania oparte na zielonej energii. To ważny moment dla Enefit i dobra baza do dalszego wzrostu – mówi Łukasz Musiałkiewicz, Country Manager Enefit w Polsce.

Wszystkie zmiany wynikają z szerszej reorganizacji Enefit na wszystkich rynkach. Nowy model działania ma wspierać dalszy rozwój spółki na kluczowych rynkach, w tym w Polsce.

Nowa mapa biznesu: wygrają miasta z energią, talentami i infrastrukturą dla AI

Sztuczna inteligencja, ograniczenia w dostępie do energii oraz zmiany demograficzne w nadchodzących latach mogą całkowicie przekształcić globalne centra biznesowe – wynika z raportu Colliers „Building Resilience: 5 Megatrends Redefining Corporate Real Estate”. Jednocześnie analiza pokazuje, że wiele organizacji wciąż nie jest przygotowanych na skalę i tempo tych zmian.

Z badania wynika, że to właśnie obszary o największym wpływie na przyszłość biznesu – takie jak rozwój AI czy rosnące zapotrzebowanie na energię – są jednocześnie tymi, w których firmy wykazują najniższy poziom gotowości. Luka między potencjalnym oddziaływaniem megatrendów a zdolnością firm do reagowania na nie staje się jednym z kluczowych wyzwań strategicznych dla przedsiębiorstw na całym świecie.

AI zmienia biznes, ale firmy nie nadążają z wdrożeniami

Choć sztuczna inteligencja jest dziś uznawana za jeden z głównych motorów transformacji gospodarki i przewagi konkurencyjnej, wiele organizacji wciąż znajduje się na bardzo wczesnym etapie jej wdrażania. Z danych Colliers wynika, że mniej niż jedna trzecia firm ma dziś spójną strategię wykorzystania AI, a pozostałe dopiero planują jej wdrożenie. Co więcej, nawet tam, gdzie projekty już ruszyły, ich efektywność pozostaje ograniczona – tylko około jedna czwarta inicjatyw przynosi oczekiwany zwrot z inwestycji, a w przypadku generatywnej sztucznej inteligencji odsetek nieudanych wdrożeń sięga nawet 95%.

Jednocześnie rośnie znaczenie dostępu do odpowiedniej infrastruktury cyfrowej i wysoko wykwalifikowanych specjalistów, co już dziś wpływa na decyzje firm dotyczące lokalizacji inwestycji. Oznacza to, że w najbliższych latach konkurencja między miastami i regionami będzie coraz silniej koncentrować się wokół zdolności wspierania rozwoju technologii AI.

Energia – nowe „wąskie gardło” rozwoju

Dynamiczny rozwój technologii, a w szczególności sztucznej inteligencji i centrów danych, powoduje gwałtowny wzrost zapotrzebowania na energię. Jak wskazuje raport, do 2030 roku Stany Zjednoczone i Chiny mogą odpowiadać za niemal 80% całkowitego wzrostu zużycia energii przez data center na świecie.

W praktyce oznacza to, że dostęp do stabilnych i konkurencyjnych cenowo źródeł energii staje się jednym z najważniejszych czynników decydujących o lokalizacji nowych inwestycji. Firmy coraz częściej muszą nie tylko analizować dostępność energii, ale również aktywnie inwestować w zwiększenie efektywności energetycznej swoich budynków oraz rozwijać alternatywne źródła zasilania, aby ograniczyć ryzyko operacyjne i koszty.

Dariusz Chrzanowski, dyrektor ds. strategii kontraktacji energii z firmy Colliers
Dariusz Chrzanowski, dyrektor ds. strategii kontraktacji energii z firmy Colliers

– Jeszcze kilka lat temu energia była dla nieruchomości głównie kosztem operacyjnym. Dziś staje się jednym z kluczowych czynników decydujących o możliwości rozwoju inwestycji. Szczególnie w przypadku centrów danych czy nowoczesnych parków logistycznych dostęp do stabilnej, przewidywalnej cenowo energii zaczyna mieć znaczenie porównywalne z lokalizacją czy dostępem do infrastruktury transportowej. Coraz więcej firm projektuje dziś nieruchomości wokół energetyki – uwzględniając lokalne źródła OZE, magazyny energii czy długoterminowe kontrakty PPA – komentuje Dariusz Chrzanowski, dyrektor ds. strategii kontraktacji energii z firmy Colliers.

Klimat zmienia zasady gry dla lokalizacji biznesu

Coraz istotniejszym czynnikiem wpływającym na strategie lokalizacyjne przedsiębiorstw stają się narastające ryzyka klimatyczne. Jak wskazuje raport Colliers, rosnąca częstotliwość ekstremalnych zjawisk pogodowych oraz długoterminowe zmiany klimatyczne istotnie wpływają na profil ryzyka wielu kluczowych rynków nieruchomości. W konsekwencji część dotychczasowych centrów biznesowych może w perspektywie kolejnych dekad wymagać kosztownych działań adaptacyjnych lub tracić na atrakcyjności inwestycyjnej.

Dodatkowo, coraz bardziej restrykcyjne regulacje środowiskowe oraz rosnące oczekiwania inwestorów i najemców powodują, że kwestie klimatyczne stają się integralnym elementem strategii biznesowych i nieruchomościowych. Oznacza to konieczność uwzględniania odporności aktywów na ryzyka fizyczne, a także ich zgodności z wymaganiami dotyczącymi zrównoważonego rozwoju.

Europa się starzeje. Firmy muszą szukać talentów dalej

Równolegle przedsiębiorstwa mierzą się z rosnącą presją demograficzną, szczególnie w Europie i Ameryce Północnej. Starzejące się społeczeństwa oraz malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym powodują, że dostęp do talentów staje się coraz bardziej ograniczony. Według szacunków przywoływanych w raporcie, do końca dekady aż 150 milionów miejsc pracy na świecie może zostać obsadzonych przez starszych pracowników.

W tej sytuacji firmy będą zmuszone do zmiany dotychczasowych strategii zarządzania kapitałem ludzkim. Oznacza to nie tylko większe inwestycje w podnoszenie kwalifikacji pracowników, ale również bardziej globalne podejście do rekrutacji oraz dostosowanie środowiska pracy do potrzeb różnych pokoleń. Jednocześnie rośnie znaczenie elastyczności – zarówno pod względem modeli pracy, jak i lokalizacji biur.

Dorota Osiecka, partnerka, dyrektorka Colliers Define
Dorota Osiecka, partnerka, dyrektorka Colliers Define

– Pomimo zmian na rynku pracy, zdobycie i utrzymanie kluczowych talentów, to nadal duże wyzwanie dla pracodawców. Umiejętność stworzenia środowiska pracy, w którym pracownicy mogą efektywnie realizować swój potencjał, to ważny aspekt strategii firmy. W ostatnich latach obserwujemy, że coraz więcej pracodawców odchodzi od jednego uniwersalnego modelu pracy, delegując na szefów zespołów odpowiedzialność za decyzje dotyczące pracy zdalnej i biurowej. W praktyce oznacza to, że często w organizacji funkcjonują różne modele. Podejmując decyzje dotyczące biura warto uwzględnić zróżnicowanie przestrzeni, tak aby adekwatnie wspierać potrzeby pracowników o różnych stylach pracy i rytmie obecności w biurze – wyjaśnia Dorota Osiecka, partnerka, dyrektorka Colliers Define.

Nowa mapa wzrostu gospodarczego

Zmiany technologiczne i demograficzne idą w parze z przekształceniami w globalnym układzie gospodarczym. Rosnące znaczenie rynków wschodzących, szczególnie w Azji, powoduje, że dotychczasowe centra wzrostu stopniowo tracą przewagę. Z prognoz wynika, że region ten może odpowiadać za około 60% światowego wzrostu gospodarczego w nadchodzących dekadach.

Dla firm oznacza to konieczność dywersyfikacji obecności geograficznej oraz poszukiwania nowych rynków wzrostu. Jednocześnie napięcia geopolityczne i zmieniające się łańcuchy dostaw sprawiają, że decyzje lokalizacyjne stają się bardziej złożone i wymagają uwzględnienia nie tylko kosztów, ale także ryzyka i odporności operacyjnej.

Jak firmy mogą się przygotować

W obliczu tych wyzwań kluczowe staje się budowanie elastyczności i odporności organizacyjnej. Raport Colliers wskazuje, że przedsiębiorstwa powinny już dziś odchodzić od sztywnych modeli zarządzania nieruchomościami na rzecz bardziej adaptacyjnych rozwiązań, które pozwolą szybciej reagować na zmiany rynkowe. Coraz większe znaczenie zyskują również strategie rozproszone, takie jak model „hub and spoke”, który umożliwia łączenie głównych centrów operacyjnych z mniejszymi lokalizacjami bliżej pracowników i rynków.

Elastyczność stała się jednym z kluczowych elementów strategii nieruchomościowych. W dynamicznym otoczeniu firmy potrzebują rozwiązań, które pozwalają szybko dostosować skalę i sposób wykorzystania powierzchni – zarówno w odpowiedzi na rozwój zespołów, jak i zmieniające się modele pracy. Z tego względu organizacje coraz częściej włączają do swoich strategii biura elastyczne, traktując je jako istotny element budowania odporności i możliwość szybkiego reagowania na zmiany – mówi Robert Romanowski, ekspert z Działu Powierzchni Biurowych, Colliers.

Równocześnie firmy powinny ściślej integrować decyzje dotyczące nieruchomości z planowaniem łańcuchów dostaw oraz inwestować w rozwiązania zwiększające efektywność energetyczną i odporność na ryzyka klimatyczne. To właśnie zdolność do łączenia tych elementów – technologii, lokalizacji, ludzi i infrastruktury – będzie w najbliższych latach decydować o przewadze konkurencyjnej.

Zdaniem autorów raportu skala i tempo nadchodzących zmian sprawiają, że odkładanie decyzji na później przestaje być opcją. Organizacje, które już dziś podejmą działania adaptacyjne, mogą nie tylko ograniczyć ryzyka, ale także wykorzystać transformację jako impuls do dalszego rozwoju.

Umiarkowane wejście produkcji przemysłowej w Polsce w II kwartał 2026 r.

Kwietniowy wzrost produkcji przemysłowej do 3,1 proc. r/r oznacza dość istotne wyhamowanie po bardzo mocnym marcu. Odczyt ten potwierdza, że wcześniejsze przyspieszenie miało w dużej mierze charakter jednorazowego odbicia po słabszym początku roku. Nadal czynnikiem determinującym dynamikę produkcji pozostaje konflikt w Zatoce Perskiej i jego oddziaływanie na kształtowanie się kluczowym surowców produkcyjnych. Mimo spowolnienia przemysł pozostaje na ścieżce wzrostu, choć jego tempo jest już bardziej umiarkowane. W tle nadal widoczne są bariery w postaci słabszego popytu oraz wysokich kosztów produkcji. Dane sugerują więc raczej stabilizację koniunktury niż trwałe, mocne ożywienie.

Finansowanie ochrony zdrowia za wyniki? Dr Łukasz Rakasz: najpierw trzeba nauczyć się dobrze mierzyć jakość

Ustawa o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta z 2023 roku daje podstawę do definiowania wskaźników jakości i wykorzystywania ich w kontraktowaniu.

Polski system ochrony zdrowia od lat mierzy przede wszystkim to, co najłatwiej policzyć: liczbę porad, hospitalizacji, procedur, punktów rozliczeniowych, kontraktów i wykonanych świadczeń. To są dane potrzebne, ale niewystarczające dla oceny efektywności systemu opieki zdrowotnej. Pacjenta nie interesuje przecież, ile system wykonał czynności. Interesuje go, czy po leczeniu żyje dłużej, funkcjonuje lepiej, cierpi mniej, krócej czeka na pomoc, ma mniej powikłań i nie zostaje sam po wypisie ze szpitala. Dlatego coraz częściej wraca hasło finansowania opieki zdrowotnej za wyniki — outcome-based financing, value-based payment, pay-for-performance, pay-for-results. Brzmi atrakcyjnie: zamiast płacić za samą aktywność, płaćmy za efekt. Zamiast premiować liczbę procedur, premiujmy poprawę zdrowia. Zamiast rozliczać system z ruchu, rozliczajmy go z kierunku.

Najpierw mierzyć. Dopiero potem płacić

To jest kluczowa lekcja dla Polski. Outcome-based financing nie zaczyna się od przelewu. Zaczyna się od definicji wskaźnika. Trzeba wiedzieć, co dokładnie mierzymy. Czy 30-dniowa śmiertelność po zawale jest liczona od przyjęcia, od wypisu, czy od zabiegu? Czy ponowna hospitalizacja obejmuje każde ponowne przyjęcie do szpitala (np. złamana noga), czy tylko możliwe do uniknięcia powikłanie zawału? Jak uwzględnić wiek, choroby współistniejące, status społeczno-ekonomiczny, ciężkość przypadku i dostępność opieki po wypisie? Kto zatwierdza dane? Jak wykrywamy manipulację kodowaniem? Jak odróżniamy placówkę dobrą od placówki, która wybiera łatwiejszych pacjentów?

Bez odpowiedzi na te pytania finansowanie za wyniki staje się finansowaniem za pozór wyniku. Dlatego najważniejszym instrumentem poprzedzającym outcome-based financing jest audyt i feedback – systematyczne mierzenie jakości i przekazywanie placówkom informacji zwrotnej. Najlepiej nie w formie karzącego rankingu, lecz w formie porównania do grupy podobnych jednostek, z jasnym pokazaniem, gdzie jesteśmy, gdzie są najlepsi i co konkretnie można poprawić.

Dania zbudowała silną kulturę rejestrów klinicznych. Izrael od lat monitoruje jakość w podstawowej opiece zdrowotnej, także z analizą nierówności. Estonia prowadzi program premii jakościowej w POZ w warunkach bardziej porównywalnych do naszego regionu niż systemy anglosaskie. Anglia w wybranych obszarach szpitalnych stosowała taryfy najlepszej praktyki, premiując nie samo wykonanie procedury, ale przeprowadzenie leczenia zgodnie z dowodami naukowymi.

To są dla Polski ciekawsze inspiracje niż kopiowanie największych amerykańskich programów, które są skomplikowane, kosztowne i często nie dają się przenieść na europejski system publiczny.

Polska ma podstawę prawną, ale nie może pójść za szybko

Dobra wiadomość jest taka, że Polska nie musi zaczynać od zera. Ustawa o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta z 2023 roku daje podstawę do definiowania wskaźników jakości i wykorzystywania ich w kontraktowaniu. Narodowy Fundusz Zdrowia ma instrumenty zakupowe. Centrum Monitorowania Jakości może pełnić istotną rolę w niezależnym pomiarze. AOTMiT ma kompetencje metodologiczne. CeZ rozwija infrastrukturę cyfrową.

Zła wiadomość jest taka, że same instytucje nie wystarczą. Potrzebujemy ich jasnego rozdzielenia ról. Ministerstwo Zdrowia powinno określać politykę. NFZ powinien kupować świadczenia. CMJ powinno mierzyć jakość w sposób możliwie niezależny. AOTMiT powinien odpowiadać za metodologię, ocenę technologii i zasady interpretacji dowodów.

Jeżeli ten sam podmiot jednocześnie płaci, mierzy, karze, publikuje rankingi i zmienia reguły gry, zaufanie świadczeniodawców szybko zniknie. A bez zaufania finansowanie za wyniki zamienia się w konflikt o wskaźniki.

Dlatego polski plan powinien być konserwatywny. Nie dlatego, że brakuje ambicji. Właśnie dlatego, że ambicja wymaga powagi.

Trzy rzeczy, które Polska może zrobić w latach 2026–2027

Pierwszym rozsądnym krokiem jest premia jakościowa w podstawowej opiece zdrowotnej, czyli polska wersja premii dla POZ inspirowana Estonią i Izraelem. Powinna dotyczyć kilku stabilnych obszarów: cukrzycy, nadciśnienia, szczepień, opieki po wypisie ze szpitala i profilaktyki u pacjentów wysokiego ryzyka. Przez pierwsze 6–12 miesięcy placówki powinny otrzymywać wyłącznie informację zwrotną, bez konsekwencji finansowych. Dopiero po tym okresie można uruchomić premię — najlepiej dodatnią, a nie karną.

Drugi krok to narodowe dashboardy jakości i bezpieczeństwa, początkowo bez pieniędzy. Polska powinna zbudować system audytu i informacji zwrotnej dla POZ, szpitali i onkologii. Każdy świadczeniodawca powinien widzieć swoje wyniki na tle podobnych jednostek. Nie w formie medialnej tabeli „najlepszy–najgorszy”, lecz w formie narzędzia zarządczego i klinicznego. To tańsze, bezpieczniejsze i lepiej udokumentowane niż natychmiastowe uruchamianie skomplikowanych premii.

Trzeci krok to jeden wąski pilotaż szpitalnego kontraktu jakościowego. Nie reforma całego lecznictwa szpitalnego. Nie narodowa mega-matryca. Jeden obszar, dobrze wybrany: na przykład złamanie szyjki kości udowej, endoprotezoplastyka, prewencja delirium, odzwyczajanie od respiratora albo opieka okołoporodowa. Mechanizm może przypominać angielską taryfę najlepszej praktyki: dodatkowe finansowanie za spełnienie jasno określonej, dowodowej ścieżki leczenia i zbieranie i raportowanie wyników leczenia pacjentów.

To wystarczy na początek. Więcej byłoby ryzykowne.

Największe ryzyko: karać tych, którzy leczą najtrudniejszych

Każdy system finansowania za wyniki musi zmierzyć się z problemem sprawiedliwości. Szpital leczący pacjentów starszych, biedniejszych, z wielochorobowością i ograniczonym wsparciem społecznym będzie miał gorsze surowe wyniki niż placówka obsługująca populację zamożniejszą i zdrowszą. To nie znaczy, że leczy gorzej.

Dlatego nie wolno opierać finansowania na prostych rankingach. Potrzebne są modele korekty ryzyka, uwzględniające choroby współistniejące, ciężkość stanu, historię leczenia, a docelowo także czynniki deprywacji społecznej. Ale korekta ryzyka jest nie tylko technicznym algorytmem. To decyzja moralna. Określa, za co odpowiada lekarz, za co placówka, za co pacjent, a za co państwo i warunki życia.

Szczególnie niebezpieczne są programy karne. Jeśli szpital ma być finansowo ukarany za ponowną hospitalizację, może zacząć unikać pacjentów, którzy mają największe ryzyko powrotu. Jeśli przychodnia jest rozliczana z idealnej kontroli cukrzycy, może niechętnie przyjmować pacjentów z ubóstwem, depresją, uzależnieniem albo brakiem stabilnego miejsca zamieszkania.

Dlatego lepsze są modele, które premiują zarówno poziom osiągnięcia, jak i poprawę. Izraelska logika 70/30 – częściowo nagradzająca zbliżanie się do indywidualnie wyznaczonego celu, a częściowo wynik absolutny – jest ciekawym wzorem, bo pozwala słabszym placówkom poprawiać się bez konieczności natychmiastowego dogonienia najlepszych.

Celem nie powinno być nagradzanie tych, którzy już są najlepsi. Celem powinno być podnoszenie całej podłogi systemu.

Nie wszystko, co ważne, da się łatwo zapłacić

W ochronie zdrowia istnieje pokusa, by każdy problem zamienić w KPI (kluczowe wskaźniki efektywności). To błąd. Niektóre wskaźniki są użyteczne do zarządzania, ale nie nadają się bezpośrednio do finansowania. Niektóre są zbyt podatne na manipulację. Inne są ważne, ale zbyt rzadkie, by sprawiedliwie rozliczać pojedyncze placówki. Jeszcze inne mierzą tylko fragment rzeczywistości.

Śmiertelność 30-dniowa jest ważna, ale nie mówi wszystkiego o jakości leczenia. Ponowna hospitalizacja może oznaczać błąd, ale może też oznaczać dobrą czujność kliniczną i szybki powrót pacjenta do opieki. HbA1c jest istotnym wskaźnikiem w cukrzycy, ale pacjent to nie wynik laboratoryjny. Czas oczekiwania jest ważny, ale nie mówi, czy wykonano właściwe leczenie. Satysfakcja pacjenta jest ważna, ale nie zawsze koreluje z medyczną skutecznością.

Dlatego dobry system musi być zbilansowany. Powinien łączyć wyniki kliniczne, bezpieczeństwo, doświadczenie pacjenta, dostępność, koszty, sprawiedliwość i ciągłość opieki. Powinien też mieć wskaźniki równoważące, które pilnują, czy poprawa jednego obszaru nie pogarsza innego.

Najgorszy model to taki, który bierze jeden wskaźnik, przywiązuje do niego pieniądze i ogłasza reformę.

Polska powinna oprzeć się kilku modnym pokusom

Po pierwsze, nie powinniśmy wdrażać szerokiej, szpitalnej punktacji jakościowej na wzór najbardziej rozbudowanych amerykańskich programów. Taki model jest trudny, kosztowny, mało przejrzysty i często daje niewielkie efekty.

Po drugie, nie powinniśmy zaczynać od kar za kolejne hospitalizacje bez silnych zabezpieczeń społecznych i klinicznych. To może uderzyć w szpitale leczące najbiedniejszych i najbardziej złożonych pacjentów.

Po trzecie, nie powinniśmy robić wielkiej reformy populacyjnej przed zbudowaniem infrastruktury danych. Bez dojrzałych rejestrów, dobrego łączenia danych, walidacji i korekty ryzyka będzie to bardziej reforma księgowa niż kliniczna.

Po czwarte, nie należy podpisywać kontraktów opartych na wynikach lekowych bez pełnego rejestru pacjentów, jasnego mianownika i niezależnego pomiaru efektu. W przeciwnym razie państwo będzie negocjować cenę w ciemności.

Po piąte, nie wolno zbierać PROMs i PREMs — czyli wyników i doświadczeń raportowanych przez pacjentów — tylko dlatego, że brzmią nowocześnie. Jeśli pacjent wypełnia ankietę, system musi z tych danych korzystać. Inaczej jest to biurokracja ubrana w język empatii.

Finansowanie za wyniki to nie reforma systemu. To narzędzie reformy

Najuczciwsze zdanie o outcome-based financing brzmi: to narzędzie przydatne, ale ograniczone. Może poprawiać wybrane procesy. Może zmniejszać niektóre koszty epizodów leczenia. Może promować standardy kliniczne. Może wzmacniać odpowiedzialność za populację pacjentów. Może przesunąć uwagę systemu z aktywności na efekt.

Ale nie zastąpi kadr. Nie skróci kolejek samą zmianą wskaźnika. Nie zbuduje łóżek opieki długoterminowej. Nie naprawi koordynacji między POZ, AOS i szpitalem, jeśli nikt jej organizacyjnie nie zaprojektuje. Nie rozwiąże problemu niedofinansowania świadczeń, jeśli taryfy są oderwane od realnych kosztów. Nie zastąpi cyfryzacji, interoperacyjności i kultury pracy z danymi.

Polska potrzebuje finansowania za wyniki, ale nie jako hasła politycznego. Potrzebuje go jako spokojnego, technicznego, dobrze sekwencjonowanego programu.

  • Najpierw: mierzyć.
  • Potem: pokazywać wyniki lekarzom i menedżerom.
  • Następnie: uczyć się poprawiać system.
  • Dopiero później: ostrożnie podłączać pieniądze.
  • I zawsze: pilnować, czy nie krzywdzimy pacjentów, których system powinien chronić najbardziej.

Jeżeli Polska w latach 2026–2027 wybierze drogę skromną, ale wiarygodną – premia jakościowa w POZ, narodowe dashboardy audytu i jeden wąski pilotaż szpitalny – może zbudować fundament pod prawdziwie nowoczesne kontraktowanie świadczeń. Jeśli natomiast zaczniemy od wielkiego modelu krajowego, wielu wskaźników i szybkich kar, ryzykujemy kolejną reformę, która dobrze wygląda w prezentacji, ale źle działa przy łóżku pacjenta.

Ostatecznie pytanie nie brzmi, czy płacić za wyniki. Pytanie brzmi: czy potrafimy uczciwie, sprawiedliwie i odpowiedzialnie zdefiniować wynik, za który chcemy płacić.

Bo w ochronie zdrowia najważniejsze nie jest to, żeby system zapłacił mniej. Najważniejsze jest to, żeby pacjent otrzymał lepszą opiekę – a państwo wiedziało, za co naprawdę płaci.

Nie jeden model, lecz piętnaście różnych mechanizmów

Outcome-based financing nie jest jednym modelem płatności. To raczej rodzina mechanizmów, które doklejają element jakościowy do istniejącego sposobu finansowania. Można go zastosować do opłaty za procedurę, kapitalizację, ryczałtu, budżetu globalnego, kontraktu lekowego albo programu populacyjnego.

W tej rodzinie mieszczą się bardzo różne rozwiązania: premie jakościowe w podstawowej opiece zdrowotnej, płatność za raportowanie danych, potrącenia i późniejsze odzyskanie środków po spełnieniu warunków, płatności pakietowe za epizod leczenia, wspólne oszczędności, kontrakty jakościowe, programy lekowe z rozliczaniem efektów, modele populacyjne, kontrakty profilaktyczne, a nawet instrumenty oparte na wynikach społecznych.

To rozróżnienie ma znaczenie. Czym innym jest premia dla lekarza rodzinnego za poprawę kontroli cukrzycy w populacji pacjentów, czym innym kontrakt szpitalny za leczenie złamania szyjki kości udowej według ścieżki opartej na dowodach naukowych, a czym innym umowa z producentem bardzo drogiego leku onkologicznego, w której cena zależy od rzeczywistej skuteczności terapii.

Wszystkie te mechanizmy łączy jedna idea: jakaś część przychodu zależy od mierzalnego efektu. Ale diabeł tkwi w szczegółach: kto odpowiada za wynik, jak jest on mierzony, czy pacjenci są porównywalni, czy dane są wiarygodne, czy wskaźnik nie zachęca do manipulacji, jak duża jest premia i czy nie karzemy tych, którzy leczą najtrudniejsze przypadki.

Co pokazują doświadczenia międzynarodowe?

Najważniejsza lekcja z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Holandii, Estonii, Izraela, Danii, Niemiec czy Szwecji jest taka: najłatwiej poprawić wskaźniki procesowe, dużo trudniej poprawić realne wyniki zdrowotne.

Jeśli system płaci za wykonanie pomiaru ciśnienia, oznaczenie HbA1c, szczepienie, kontrolę po wypisie albo spełnienie konkretnej ścieżki klinicznej, zwykle widać poprawę. Najczęściej jest to kilka punktów procentowych, czasem więcej, zwłaszcza tam, gdzie punkt wyjścia był słaby. Ale przełożenie tych zmian na śmiertelność, sprawność, liczbę powikłań czy jakość życia jest znacznie mniej pewne.

Programy pakietowe w procedurach ortopedycznych czy wybranych epizodach szpitalnych potrafią obniżać koszty o kilka procent bez pogorszenia jakości. Modele wspólnych oszczędności w amerykańskim Medicare przynoszą umiarkowane, ale trwałe efekty, zwłaszcza gdy są prowadzone przez organizacje lekarskie, a nie wielkie systemy szpitalne. Z kolei szerokie, szpitalne programy pay-for-performance z wieloma wskaźnikami i małą premią finansową często nie pokazują istotnego wpływu na śmiertelność, doświadczenie pacjenta ani całkowite koszty.

Jeszcze bardziej pouczające są przykłady niepowodzeń. Amerykański program ograniczania ponownej hospitalizacji zmniejszył ich liczbę, ale w niektórych analizach pojawiły się sygnały niepokojące, w tym możliwy wzrost śmiertelności u pacjentów z niewydolnością serca i nadmierne karanie szpitali obsługujących biedniejsze populacje. To klasyczne ostrzeżenie: wskaźnik może się poprawiać, a system niekoniecznie staje się bardziej sprawiedliwy ani bezpieczny.

Brytyjski Quality and Outcomes Framework poprawił wiele wskaźników w podstawowej opiece zdrowotnej, ale efekty z czasem się wypłaszczyły. Co więcej, gdy część wskaźników wycofano w Szkocji, jakość w wielu obszarach spadła. To oznacza, że bodźce finansowe potrafią utrzymywać zachowanie, ale nie zawsze zamieniają je w trwałą kulturę zawodową.

Najbardziej stabilne pozytywne doświadczenia pochodzą nie z systemów, które od razu „płaciły za wynik”, lecz z tych, które najpierw przez lata budowały pomiar, informację zwrotną, rejestry, zaufanie i kulturę audytu klinicznego.

Przychody FO Dębica spadły o 8,2% w I kwartale 2026 roku

Firma Oponiarska Dębica S.A. (FO Dębica), wiodący na polskim rynku producent opon do samochodów osobowych i ciężarowych, osiągnęła w pierwszym kwartale 2026 roku przychody ze sprzedaży na poziomie 688,3 mln zł, wobec 749,6 mln zł w analogicznym okresie 2025 roku.

Wynik operacyjny FO Dębica sięgnął w tym okresie 36,8 mln zł (42,6 mln zł przed rokiem), a zysk netto ukształtował się na poziomie 33,3 mln zł (42,9 mln zł przed rokiem).

Marża brutto na sprzedaży w pierwszym kwartale 2026 r. wyniosła 5,9 proc. wobec 6,5 proc. w analogicznym okresie 2025 roku, a marża EBIT 5,3 proc. wobec 5,7 proc.

„Po pierwszym kwartale utrzymujemy stabilną kondycję finansową, a nasza sytuacja płynnościowa pozostaje bezpieczna. Osiągnięte rezultaty wynikają przede wszystkim z obniżenia jednostkowych kosztów wytworzenia, w szczególności w obszarze surowców i materiałów, co znalazło odzwierciedlenie w poziomie cen w rozliczeniach z podmiotami powiązanymi. Na wynik wpłynęły również niższe przychody finansowe, głównie w związku ze spadkiem rynkowych stóp procentowych.” – mówi Ireneusz Maksymiuk, Prezes FO Dębica S.A.

W pierwszym kwartale 2026 roku łączne koszty wytworzenia na jednostkę wyrobu spadły rdr o 7,9 proc., w tym koszty surowców i materiałów spadły o 12 proc., a koszty przerobu o 1,2 proc.

Przychody FO Dębica ze sprzedaży do podmiotów niepowiązanych w pierwszym kwartale 2026 r. wyniosły 28,3 mln zł, co oznacza spadek o 34,9 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2025 roku. Marża zysku brutto w relacji do przychodów od tych podmiotów wzrosła z 6,7 proc. do 16,3 proc.

Natomiast przychody ze sprzedaży do podmiotów powiązanych spadły w pierwszym kwartale o 6,5 proc. rdr, osiągając poziom 660,0 mln zł. Sprzedaż ta stanowiła 95,9 proc. sprzedaży ogółem wobec 94,2 proc. przed rokiem. Marża brutto w relacji do przychodów od tych podmiotów spadła rdr do 5,5 proc. z 6,4 proc.

Otoczenie branżowe pozostaje niesprzyjające – spółka wskazuje na osłabioną aktywność inwestycyjną oraz niższą dynamikę w sektorze transportowym.

Dodatkowym źródłem niepewności jest sytuacja na Bliskim Wschodzie. Ograniczenia w żegludze w Zatoce Perskiej oraz zakłócenia na rynkach energii mogą wpływać na koszty operacyjne i łańcuchy dostaw. Spółka prowadzi bieżący monitoring i wdraża działania ograniczające potencjalne skutki tych zjawisk, nie wykluczając ich wpływu w kolejnych kwartałach.

„Z uważnością monitorujemy sytuację rynkową i konsekwentnie dostosowujemy nasze działania do zmieniającego się otoczenia, uwzględniając również czynniki geopolityczne.

Naszą przewagą pozostaje doświadczony zespół, oferta wpisująca się w potrzeby rynku oraz stałe inwestycje w technologie wspierające efektywność. Dzięki temu możemy szybko reagować na zmiany rynkowe oraz budować trwałą wartość w długim okresie” mówi Prezes FO Dębica S.A.

Szczegóły dotyczące wyników przedstawia tabela poniżej:

w mln PLN 1Q 2026 1Q 2025 Zmiana
Przychody ze sprzedaży 688,3 749,6 -8,2%
Marża brutto 40,7 48,4 -15,9%
Wynik operacyjny (EBIT) 36,8 42,6 -13,6%
Wynik netto 33,3 42,9 -22,4%

 

KOMSA Poland chce zwiększyć przychody o około 10% rok do roku

KOMSA Poland zamknęła ubiegły rok przychodami na poziomie 767,7 mln zł, utrzymując stabilną pozycję na wymagającym rynku. Spółka kontynuuje inwestycje w rozwój logistyki i systemów IT, planując wzrost w kolejnych kwartałach. Wyniki oraz perspektywy rozwoju komentuje Dominik Kaczmarek, CEO KOMSA Poland Hemani Ventures.

Ubiegły rok upłynął na rynku dystrybucji ICT pod znakiem dużej zmienności i presji kosztowej, co wpłynęło na decyzje inwestycyjne vendorów, resellerów i klientów końcowych. W wielu przypadkach obserwowano przesunięcia projektów w czasie oraz większą ostrożność w podejmowaniu decyzji zakupowych. W przypadku KOMSA Poland nie przełożyło się to jednak negatywnie na przychody.

– Rok 2025 zamknęliśmy przychodami na poziomie blisko 768 mln zł, zachowując stabilność operacyjną. Dominującą rolę odgrywał sprzęt IT oraz rozwiązania telekomunikacyjne. Odnotowaliśmy istotny wpływ programów dla edukacyjnych  w ramach KPO oraz zmiany wywołane rozwoje AI – mówi Dominik Kaczmarek, CEO KOMSA Poland Hemani Ventures i dodaje: – Skala działalności, którą osiągnęliśmy w ubiegłym roku, wymaga dalszego wzmacniania efektywności operacyjnej, wspierającej i automatyzujących procesy sprzedażowe i logistyczne. Jest to konieczność w modelu dystrybucyjnym opartym na wysokich wolumenach i niskich marżach. Stąd szereg inwestycji planowanych na 2026.

Największy udział w strukturze przychodów KOMSA Poland stanowiła sprzedaż sprzętu IT, która wygenerowała ponad 523 mln zł. Istotnym filarem działalności pozostawały również rozwiązania telekomunikacyjne z przychodami na poziomie ponad 162 mln zł.

W 2026 roku spółka będzie koncentrowała się na kolejnych etapach transformacji technologicznej. Dotyczyły one inwestycji w rozwój infrastruktury logistycznej oraz wdrożenie nowych systemów IT. W tym klasy ERP, CRM i WMS.

– Wypracowane wyniki traktujemy jako punkt wyjścia do kolejnego etapu. Planujemy wzrost ok. 10% rok do roku. Aby to osiągnąć, obecnie inwestujemy w skalowalną  platformę operacyjną, która w perspektywie kolejnych lat umożliwi dalszą automatyzację procesów oraz optymalizację współpracy z partnerami – dodaje CEO KOMSA Poland.

Spółka zakłada dalszy rozwój biznesu mimo niepewności makroekonomicznej oraz zmian w globalnym otoczeniu rynkowym. Kluczowe znaczenie w najbliższym okresie będą miały według managera dostępność produktów, poziom ich cen oraz sentyment konsumencki, a także zmiany w WIBOR.

– W kolejnych kwartałach będziemy funkcjonować w otoczeniu pełnym napięcia pomiędzy spadkami wolumenów a presją wzrostu cen. Kluczowe będzie to, czy rynek utrzyma wartość sprzedaży przy zmieniającej się strukturze popytu. W tak rozedrganym środowisku istotne znaczenie mają elastyczność i silne relacje biznesowe z partnerami, budowane na zaufaniu, analityce biznesowej, wspólnych strategiach i szybkiej wymianie danych. To one pozwalają na szybką reakcję na wyzwania i wychodzenie z kryzysów silniejszymi – podsumowuje Dominik Kaczmarek.

Wspomniana zdolność do adaptacji i zarządzania zmiennością będzie w najbliższym czasie kluczowym czynnikiem wzrostu w dystrybucji ICT.

ASICS notuje mocny początek roku. Wzrost sprzedaży we wszystkich kategoriach

ASICS EMEA opublikował wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2026 roku. Przychody firmy wzrosły o 21,2% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku.

ASICS EMEA osiągnął rentowny wzrost we wszystkich kategoriach produktowych w pierwszym kwartale 2026 roku. Firma zanotowała również wyraźny wzrost w kanale hurtowym. Sprzedaż wzrosła rok do roku o 29,4%.

Według danych Jewell Running Group, ASICS jest najczęściej wybieraną marką obuwia przez biegaczy podczas najważniejszych wiosennych maratonów w Europie. Analiza obejmuje wyniki z maratonów w Sewilli, Mediolanie, Paryżu, Rotterdamie, Londynie i Hamburgu. ASICS utrzymuje pozycję lidera pod względem łącznej liczby butów widocznych na trasach maratońskich, a szczególnie mocną pozycję marka zajmuje w segmencie modeli bez płytki karbonowej. Kluczową rolę odgrywają tutaj serie NOVABLAST, SUPERBLAST oraz GEL-NIMBUS.

Z kolei według danych Circana, ASICS pozostaje marką numer 1 w kategorii Performance Running Footwear na pięciu kluczowych europejskich rynkach, we Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, w okresie ostatnich 12 miesięcy zakończonych w marcu 2026 roku. Firma odnotowała również znaczący wzrost udziałów rynkowych w segmencie SportStyle oraz utrzymała pozycję lidera w kategorii Core Performance Sports (tenis, sporty halowe i padel) w analizowanym okresie.

Nadal obserwujemy bardzo silny popyt na nasze produkty oraz wzrost we wszystkich kategoriach. Dzięki konsekwentnemu rozwojowi współpracy z partnerami handlowymi i wzmacnianiu naszej strategii dystrybucyjnej, nieustannie umacniamy swoją pozycję, budując wartość marki zarówno dla partnerów biznesowych, jak i konsumentów. Nasz unikalny cel, połączony z konsekwentnym podejściem do innowacji produktowych, znajduje odzwierciedlenie w rosnącym zainteresowaniu konsumentów. Inspirujemy coraz więcej osób do ruchu z korzyścią dla ciała i umysłu – podsumowuje Carsten Unbehaun, CEO ASICS EMEA.

Auto Partner z rekordową sprzedażą kwartalną. Przychody wzrosły do 1,17 mld zł

Grupa Auto Partner, jeden z największych dystrybutorów części samochodowych na polskim rynku, w I kwartale 2026 r. zanotowała przychody ze sprzedaży na poziomie 1,17 mld zł, co oznacza wzrost o 9% rok do roku. Była to jednocześnie najwyższa sprzedaż kwartalna w historii Spółki. Wynik EBITDA Grupy wyniósł blisko 104,6 mln zł (+47,2% r/r), a zysk operacyjny EBIT 88,1 mln zł (+56% r/r).  Zysk netto  zwiększył się o 58,3% do 62,1 mln zł.

Eksport, odpowiadający za ponad połowę przychodów Grupy, wzrósł o ponad 13% rok do roku. W kolejnych kwartałach jego dynamikę wspierać będzie nowe centrum logistyczne w Zgorzelcu, które powinno osiągnąć pełną operacyjność do końca pierwszego półrocza 2026 r. Dzięki lokalizacji przy granicy z Niemcami i Czechami flagowa inwestycja Grupy pozwala sprawniej obsługiwać kluczowe rynki Europy Zachodniej.

Pomimo niesprzyjających warunków pogodowych w styczniu i lutym, w pierwszym kwartale osiągnęliśmy satysfakcjonujący wzrost sprzedaży – był to najlepszy sprzedażowo kwartał w naszej historii – oraz osiągnęliśmy dwucyfrowe wzrosty wyników na poziomie EBITDA, EBIT i zysku netto. Na wzrost marży brutto do 27,8% wpływ miały m.in. umiarkowany wzrost kursu euro do złotego oraz wygasanie trendów deflacyjnych w cenach towarów, a w przypadku części asortymentu olejowego również wzrost cen wynikający z sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie nowe centrum logistyczne w Zgorzelcu – największa inwestycja w historii Grupy – zbliża się do pełnej operacyjności, umożliwiając sprawniejsze realizowanie zamówień i lepszą obsługę rosnącej sprzedaży w Europie Zachodniej. Nasze operacje pozostają stabilne i odporne na czynniki zewnętrzne, a ryzyka geopolityczne są monitorowane na bieżąco i obecnie nie mają istotnego wpływu na działalność Grupy – mówi Aleksander Górecki, Prezes Zarządu Auto Partner S.A.

W I kwartale 2026 r. sprzedaż w Polsce stanowiła 47,2% przychodów i osiągnęła 552,8 mln zł, co oznacza wzrost o 4,5% r/r. Eksport, odpowiadający za 52,8% sprzedaży, urósł o 13,4% do 617,3 mln zł, przy czym kluczowym rynkiem pozostaje Unia Europejska.

Dalsza ekspansja sprzedaży, skuteczna polityka cenowa i poprawa efektywności operacyjnej przełożyły się na znaczący wzrost finansowych wskaźników Grupy. Przy przychodach wyższych o 9% zysk z działalności operacyjnej wzrósł o 56%, a zysk netto o 58,3% rok do roku. Uruchomienie nowego centrum logistycznego w Zgorzelcu zwiększyło wydatki operacyjne, jednak dzięki utrzymaniu dyscypliny kosztowej udało się utrzymać dynamikę kosztów operacyjnych (9,9% r/r) na poziomie zbliżonym do wzrostu przychodów. Sprzedaż eksportowa rozwijała się dynamicznie, rosnąc w ujęciu rocznym o ponad 13%, ze szczególnie silnym wzrostem na rynku UE. W kolejnych miesiącach skupimy się na dalszej optymalizacji i automatyzacji procesów oraz dywersyfikacji oferty i rynków. Celem pozostaje dalsze wzmacnianie rentowności Grupy, rozwój sprzedaży w kraju i za granicą oraz wysoka dyscyplina kosztowa – mówi Piotr Janta, Wiceprezes Zarządu Auto Partner S.A.

WYBRANE DANE FINANSOWE PO I KWARTALE 2026 ROKU

1Q 2026 1Q 2025 Zmiana%
Przychody ze sprzedaży 1 170 033 1 073 292 9,0%
Sprzedaż w Polsce 552 750 529 055 4,5%
Sprzedaż zagraniczna 617 283 544 237 13,4%
Zysk brutto ze sprzedaży 324 873 272 638 19,2%
Rentowność brutto na sprzedaży 27,8% 25,4% 2,4 p.p.
EBITDA 104 588 71 038 47,2%
Rentowność EBITDA 8,9% 6,6% 2,3 p.p.
EBIT 88 127 56 502 56,0%
Rentowność EBIT 7,5% 5,3% 2,2 p.p.
Zysk netto 62 093 39 236 +58,3%
Rentowność netto 5,3% 3,7% 1,6 p.p.

 

Dywidenda

17 marca 2026 roku Zarząd Spółki zarekomendował wypłatę dywidendy z zysku netto dla akcjonariuszy Spółki w kwocie 19,6 mln zł, tj. po 0,15 zł na jedną akcję. Rada Nadzorcza na posiedzeniu w dniu 14 kwietnia 2026 roku pozytywnie zaopiniowała w/w wniosek Zarządu.  Ostateczną decyzję w powyższym zakresie podejmie Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki, które ustali dzień, według którego zostanie ustalona lista akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy oraz termin jej wypłaty.

Dobry początek drugiego kwartału

Szacunkowe przychody Auto Partner w kwietniu br. wyniosły 430,5 mln zł wobec 372,3 mln zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 15,6% r/r. Narastająco, po czterech miesiącach 2026 r., przychody przekroczyły 1,6 mld zł, rosnąc rok do roku o 10,7%, wskazując na solidną pozycję operacyjną Grupy.

Tradycyjna telewizja nadal mocna. Najczęściej oglądają ją seniorzy i mieszkańcy mniejszych miejscowości

Według najnowszego badania, obecnie 57,6% Polaków codziennie ogląda tradycyjną telewizję, co oznacza wzrost od ub.r. (53,4%). Częściej deklarują to mężczyźni niż kobiety. Głównie dot. to rodaków w wieku 45-54 lat, z miesięcznymi dochodami netto w przedziale 7000-8999 zł, a także mieszkańców miejscowości liczących 5-19 tys. ludności. Patrząc na status zawodowy, tak robią przede wszystkim emeryci, osoby zajmujące się domem i renciści. Z badania wiadomo też, że 21,9% Polaków śledzi tradycyjną telewizję kilka razy w tygodniu (w ub.r. – 24,2%), a 10,4% – rzadziej niż raz w tygodniu (poprzednio – 11,8%). Tylko 9,1% w ogóle tym się nie zajmuje (wcześniej – 9,9%). Autorzy badania uważają, że telewizja jako źródło ma się całkiem dobrze, a ostra rywalizacja między nadawcami stale przyciąga szeroką widownię.

Z badania UCE RESEARCH i Hybrid Europe wiemy, jak często Polacy oglądają tradycyjną telewizję. 57,6% respondentów deklaruje, że robi to codziennie (w 2025 roku – 53,4%). – Ten wynik zaskakuje i powinien być punktem wyjścia do głębszej analizy. Myślę, że przyczyn może być wiele, jak np. zmiana władzy oraz stopniowe przetasowanie widowni TVP, wzmożone zainteresowanie programami informacyjnymi, spowodowane intensyfikacją wydarzeń politycznych. Również rywalizacja między nadawcami powoduje, że ich oferty programowe ciągle przyciągają szeroką widownię – wyjaśnia Adam Iwiński, CEO Hybrid Europe, współautor badania.

Jak komentuje Jan Baczyński, Growth & Operations Director w Media Context, konsultant merytoryczny badania, w badanym okresie mieliśmy niezwykle istotne mecze reprezentacji Polski, które osiągały milionowe oglądalności. Tego typu wydarzenia nadal pokazują siłę telewizji na żywo i mogą okresowo poprawiać wyniki całego rynku. – Według danych firmy Nielsen, badającej widownię za pomocą telemetrii, coraz więcej jest na naszych telewizorach treści pochodzących z internetu. W percepcji widza może zacierać się granica między tradycyjną, linearną telewizją, a streamingiem czy innymi treściami wideo oglądanymi na ekranie telewizora – zauważa Adam Iwiński.

Do tego Jan Baczyński dodaje, że szeroki wachlarz ponad 180 stacji telewizyjnych przekłada się na możliwość wyboru programów, które faktycznie nas interesują. – Oczywiście sposób konsumpcji video na przestrzeni lat znacząco się zmienił. Widzowie coraz częściej korzystają ze streamingu, ale pojawia się też zjawisko zmęczenia nadmiarem wyboru. Użytkownicy platform VOD potrafią spędzić nawet 30 minut na samym szukaniu treści. Na tym tle telewizja linearna bywa po prostu łatwiejszym doświadczeniem. Widz włącza telewizor i akceptuje to, co aktualnie jest emitowane – dodaje ekspert.

Codziennie oglądają telewizję przede wszystkim osoby w wieku 45-54 lat (73,7%), z miesięcznymi dochodami w przedziale 7000-8999 zł netto (63,7%). Głównie są to mieszkańcy miejscowości liczących od 5 tys. do 19 tys. ludności (62,7%). Jak informuje Beata Komosa-Trzaska, Marketing & Client Solutions Director w Hybrid Europe, współautorka badania, wyniki dotyczące wieku są zgodne z ogólnym profilem tzw. heavy TV viewer, odnoszącym się do osób intensywnie oglądających tradycyjną telewizję. Przyzwyczajenie do linearnego odbioru telewizji jest skorelowane z wiekiem.

– Z kolei dane związane z zarobkami nie wskazują na wyraźną i jednoznaczną korelację z częstotliwością oglądania telewizji. Analiza deklaracji i wielkości miejsca zamieszkania pokazuje natomiast wyraźnie, że codzienne śledzenie telewizji to domena raczej mieszkańców mniejszych miejscowości. W miastach liczących powyżej 200 tys. ludności mamy wyraźną nadreprezentację osób oglądających telewizję rzadziej niż raz w tygodniu – zwraca uwagę Beata Komosa-Trzaska.

Biorąc pod uwagę status zawodowy, respondenci zostali podzieleni na 9 grup (m.in. pracujący w pełnym wymiarze godzin, zajmujący się domem czy bezrobotni). I jak wynika z badania, codziennie oglądają telewizję głównie osoby będące na emeryturze (wśród nich – 70,6%), zajmujące się domem (66,7%) oraz przebywające na rencie (65,7%). Adam Iwiński podkreśla, że telewizja jest najprostszą i najbardziej dostępną formą rozrywki, stąd nadreprezentacja wymienionych grup spędzających dużo czasu w domu. Dodatkowo, status emeryta pokazuje, że poza czynnikiem materialnym, mamy tu też do czynienia ze wzorcem związanym z wiekiem.

– Telewizja często jest medium towarzyszącym, więc naturalnie jest chętniej konsumowana w ciągu dnia przez osoby, które mają więcej wolnego czasu na jej oglądanie. Dodatkowo w grę wchodzą tutaj również kwestie pokoleniowe, bo dla osób na emeryturze, telewizor niemal od zawsze był jedną z podstawowych czy też głównych rozrywek na przestrzeni czasu – zwraca uwagę Jan Baczyński.

Z kolei 21,9% respondentów deklaruje, że tradycyjną telewizję ogląda kilka razy w tygodniu (rok wcześniej – 24,2%). Z kolei 10,4% badanych robi to rzadziej niż raz w tygodniu (poprzednio – 11,8%). 9,1% w ogóle nie ogląda (9,9%), a 1% nie pamięta, jak często tym się zajmuje (0,7%). Jak podsumowuje Jan Baczyński, zmienia się rola samego telewizora. Coraz częściej nie służy wyłącznie do oglądania telewizji linearnej, ale np. do streamingu i gamingu. Widać to po rosnącym udziale treści spoza tradycyjnej telewizji oglądanych na ww. ekranie. W Polsce już ponad połowa gospodarstw domowych ma podłączony telewizor do internetu, co zwiększa konkurencję o uwagę widza. Istotne są też zmiany pokoleniowe. Dla generacji Z to urządzenie pełni inną funkcję niż dla seniorów. To wszystko wpływa na sposób konsumpcji mediów.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i Hybrid Europe na ogólnopolskiej próbie 1015 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci oraz regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

Grupa Recykl rozwija działalność na Litwie. Rusza sieć zbiórki opon

Grupa Recykl: ruszyła budowa sieci zbiórki opon używanych na Litwie. Jej operatorem będzie, przejęta przez polską firmę, litewska spółka APG. W tym roku, we współpracy z siecią punktów wymiany opon, firmy transportowe oraz miejsca selektywnej zbiórki odpadów, zostanie rozlokowanych kilkadziesiąt kontenerów na zużyte opony. To dopiero początek, bo Grupa Recykl widzi w krajach nadbałtyckich, interesujący kierunek ekspansji, stąd również systematycznie analizowane są różne propozycje inwestycyjne związane z dalszą budową wartości spółki i grupy kapitałowej.

– Chcemy, aby Litwa była naszym punktem wyjścia na pozostałe kraje nadbałtyckie i dalej do Skandynawii. Zaczynamy od Litwy, gdzie po reorganizacji i dostosowaniu struktur i zasad funkcjonowania APG do naszych standardów, po zainwestowaniu w odpowiednie zaplecze logistyczne i techniczne, uzyskaliśmy możliwości wstępnej obróbki zebranych opon. Dziś każdy samochód zamiast dotychczasowych 10 ton, wiezie ich minimum 12, a plan na najbliższe miesiące zakłada wzrost o kolejne kilka ton zużytych opon na każdym zrealizowany transporcie. Poprawa efektywności jest kluczowym elementem zwiększeniem przychodów, które pozwolą na zwrot poniesionych nakładów i na tym się teraz koncentrujemy – przekonuje i podkreśla Maciej Jasiewicz, prezes zarządu spółki.

Przypomnijmy, że w ubiegłym roku Grupa Recykl, we współpracy z PFR TFI Fundusz Ekspansji Zagranicznej 2 FIZAN, zrealizowała przejęcie na Litwie (Antrinio Perdirbimo Grupė – APG). Firma prowadzi także drugi proces akwizycyjny w Niemczech (Harzer Reifenhandel und Verwertung GmbH – HRV). W kwietniu br. Grupa Recykl i HRV podpisały aneks, na podstawie którego strony wydłużyły termin prowadzenia negocjacji i spełnienia warunków zawieszających zawarcie ostatecznej umowy sprzedaży udziałów, do dnia 31 grudnia 2026 roku.

– Rok 2026 nie musi oznaczać wysokiego tempa wzrostu wyników. Rozwój niesie ze sobą określone koszty, choć istotną część z nich traktujemy w charakterze rozwojowym i inwestycyjnym – podkreśla Maciej Jasiewicz. – Warto przy tym podkreślić, że poziom zbiórki opon i ich przetwórstwa, który osiągnęliśmy, zbliżył się do maksymalnych możliwości przerobowych naszych instalacji. Decyzja o ich powiększeniu to wybór strategii rozwoju, która będzie determinować przyszłość grupy. Im więcej politycznego wsparcia i konkretnych decyzji UE na rzecz utrzymaniu produkcji w Europie, tym bliżsi jesteśmy podjęcia takiej decyzji. Wszystko ma jednak swój czas, a rozwiązania przyjęte w ramach reindustrializacji muszą okazać się trwałe i stabilne dla biznesu – przekonuje prezes Jasiewicz.

Przez ostatnie kilka lat Grupa Recykl przetwarzała średniorocznie ok. 130 tys. ton zużytych opon. Przypomnijmy, że opony zawierają cenne materiały, w tym gumę, a właściwie naturalny kauczuk (min 50%), stal (15%- 20%) i włókna tekstylne (10%- 13%), reszta to już dodatki procesowe.

– W tym roku chcemy się skoncentrować na rozwoju sprzedaży dodatku do asfaltu SMAPOL oraz dalszych pracach nad technologiami przetwarzania włókien tekstylnych z opon. Tu znowu wraca nam temat rynków skandynawskich i analizowanej przez nas możliwości rozszerzenia naszej obecności i włączenia się wraz z miejscowym partnerem w szwedzki, krajowy system zbiórki opon.  To jeszcze wymaga pogłębionych analiz to jedna z naszych opcji strategicznych, kiedy mówimy o dalszym rozwoju – stwierdził prezes Jasiewicz, dodając jednocześnie. – W kraju kontynuowane będą inwestycje w poprawę efektywności procesów i rozwój ekologicznych produktów spełniających wymagania gospodarki obiegu zamkniętego. Ale pracujemy również nad rozwojem kolejnych produktów powstałych dzięki własnym pracom badawczo-rozwojowym, które są odpowiedzią na oczekiwania naszych partnerów handlowych i rynków, na których działamy – stwierdził prezes Maciej Jasiewicz

Nowe produkty i nowe możliwości

Jednym z przykładów nowych produktów jest ELITEX, napełniacz do mieszanek gumowych oraz polimerów termoplastycznych, regulujący parametry mechaniczne wyrobów oraz pozwalający na obniżenie ich śladu węglowego i kosztów produkcji.

– Przyglądamy się możliwością wykorzystania zużytych opon do produkcji efektywnych barier akustycznych. Z dostępnych badań wynika, że biorąc pod uwagę unikalne właściwości fizyczne i chemiczne, materiały gumowe pochodzące z recyklingu mogą zapewnić znaczące korzyści w zakresie izolacji akustycznej i termicznej, a także kontroli wibracji. To ciekawy i dający spore możliwości kierunek rozwoju oferty może nie tyle dla dróg, ale przede wszystkim dla kolejnictwa. O ile w przypadku tych pierwszych ekrany akustyczne już są i systematycznie ich przybywa, o tyle w przypadku hałasu powodowanego przez pociągi nadal jest wiele do zrobienia – wyjaśnia M.Jasiewicz.

Jak przekonują autorzy opublikowanego w ubiegłym roku opracowania „Analiza akustyczna materiałów dźwiękochłonnych z wykorzystaniem gumy pochodzącej z recyklingu samochodów”, potencjał akustyczny granulatu wynika z jego porowatej struktury oraz możliwości regulacji frakcji, grubości i zagęszczenia. Co nie mniej ważne, guma pochodząca z recyklingu jest zrównoważoną alternatywą dla tradycyjnych materiałów, takich jak wełna mineralna, a jej dodatkową zaletą jest wysoka odporność na wilgoć, chemikalia i podobne czynniki. Ta cecha rozszerza potencjalne zastosowania granulatu, szczególnie w środowiskach przemysłowych[1].

Grupa Recykl jest największym w Europie Środkowo-Wschodniej podmiotem na rynku zagospodarowania zużytych opon poprzez ich zbiórkę, odzysk i recykling. Funkcjonuje od 2004 r. i obecnie posiada trzy nowoczesne zakłady produkcyjne, których zdolności przetwórcze wynoszą 150 tys. ton opon. Firma dysponuje unikatową ogólnopolską siecią zbiórki opon, złożoną z kilku tysięcy punktów odbioru. Grupa Recykl produkuje m.in. czyste granulaty gumowe, paliwa alternatywne, kord stalowy, puder gumowy, SMAPOL, ELITEX oraz realizuje usługi recyklingu i odzysku, rozliczenia opłaty produktowej, zbiórki opon na zlecenie.

[1] https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC12250704/.

Roboty da Vinci trafią do Ukrainy. Synektik buduje lokalny zespół i spółkę

Synektik rozpoczyna działalność operacyjną na rynku ukraińskim. W Ukrainie powstała już lokalna spółka oraz zespół, który będzie odpowiadał za sprzedaż oraz serwis. Szkolenia tamtejszych lekarzy i personelu medycznego mają być prowadzone Polsce i Czechach. W perspektywie dwóch lat Synektik zamierza zainstalować w Ukrainie około 20 systemów robotycznych da Vinci.

Wejście na rynek ukraiński stało się możliwe dzięki zawartej w lutym br. umowie z Intuitive Surgical, producentem systemów robotycznych da Vinci, rozszerzającej zakres terytorialny współpracy dot. wyłącznej dystrybucji produktów tej firmy przez Grupę Synektik o kolejny rynek – Ukrainę.

– Ukraina to dla nas kolejny naturalny, duży rynek. Pod względem populacji – wyłączając tereny obecnie okupowane, a więc obszar, na którym faktycznie można dziś prowadzić działalność – to blisko 30 milionów mieszkańców, a więc kraj porównywalny z Polską. Penetracja chirurgii robotycznej jest tam wciąż na wczesnym etapie, a obserwowany popyt można określić jako duży. Jednocześnie startujemy w momencie, gdy dyskusja o tym czy chirurgia robotyczna jest potrzebna już dawno się zakończyła. Już teraz przyjmujemy w Polsce ukraińskich lekarzy, którzy chcą poznawać nasze systemy i zdobywać pierwsze doświadczenia. To dla nas ważny sygnał gotowości rynku – mówi Cezary Kozanecki, założyciel i prezes Synektika.

Synektik współpracuje z Intuitive Surgical na polskim rynku nieprzerwanie od 2018 roku, gdzie systemy robotyczne da Vinci stały się istotnym elementem nowoczesnej chirurgii. Od 2022 roku Grupa jest wyłącznym dystrybutorem tych systemów także w Czechach i Słowacji, a w 2024 roku zakres współpracy został rozszerzony o Litwę, Łotwę i Estonię. Wejście do Ukrainy to kolejny krok w budowie silnej, regionalnej platformy dystrybucji zaawansowanych technologii medycznych. Docelowo Synektik chce być obecny w Ukrainie z całym portfolio oferowanych technologii. Już wkrótce udostępni pełną ofertę robotów chirurgicznych oraz rozwiązań cyfrowych takich jak telementoring i teleproktoring.

Lokalna obecność, międzynarodowe wsparcie Synektik

W ocenie Synektika, pomimo trwającej wojny, rynek służby zdrowia w Ukrainie – zarówno prywatny, jak i publiczny – funkcjonuje prężnie, a logistyka działa sprawnie. Specyfika sytuacji wymaga jednak innego podejścia organizacyjnego niż na pozostałych rynkach, gdzie firma jest już obecna. W Ukrainie działać będzie lokalna spółka, z ukraińskim zespołem, który będzie stopniowo rozszerzany wraz z kolejnymi instalacjami. Jednocześnie na potrzeby szkoleń tamtejszych lekarzy i personelu medycznego będą wykorzystywane istniejące centra szkoleniowe Synektika w Polsce oraz w Czechach.

– Model lokalny jest dla nas kluczowy z dwóch powodów. Po pierwsze, w warunkach trwającej wojny zakładamy, że oddelegowywanie pracowników z Polski lub innych krajów może mieć oczywiste ograniczenia. Po drugie, postępowania przetargowe w Ukrainie rozliczane są w walucie lokalnej i premiują podmioty zarejestrowane na miejscu. Obecność operacyjna w Ukrainie jest więc dla nas praktyczną koniecznością – wyjaśnia Cezary Kozanecki.

Rynek porównywalny z polskim

W ocenie Synektika, tempo rozwoju ukraińskiego rynku robotyki chirurgicznej w najbliższych latach może być zbliżone lub nawet wyższe niż dynamika obserwowana wcześniej w innych krajach regionu. – Nasz plan zakłada około 20 instalacji systemów robotycznych da Vinci w Ukrainie w perspektywie najbliższych dwóch lat. Dla porównania, w Polsce, gdzie jesteśmy przedstawicielem Intuitive od siedmiu lat, do końca czerwca będziemy mieli zainstalowanych już 100 robotów da Vinci, a w całym regionie ponad 140. Naszą ambicją jest, aby Ukraina, podobnie jak Polska czy kraje bałtyckie, była rynkiem, gdzie dostarczamy nie tylko roboty, ale także szkolenia, serwis i instrumenty robotyczne. Ta część biznesu generuje powtarzalne przychody, stanowiące już ponad 50% sprzedaży naszej grupy – informuje Cezary Kozanecki.

Trzy uzupełniające się źródła finansowania

Zakupy sprzętu medycznego w Ukrainie mogą być, zdaniem Synektika, finansowane z trzech uzupełniających się źródeł. Pierwszym jest budżet państwa, drugim – równie istotnym – jest sektor prywatny, gdzie podobnie jak w Polsce i na innych rynkach gotowość do adaptacji i intensywnego wykorzystywania nowoczesnych technologii medycznych jest wysoka. – Widzimy, że placówki prywatne najszybciej wprowadzają nowe technologie, mają silną motywację, by przyciągać pacjentów i oczekują, że zainstalowany sprzęt zacznie szybko i intensywnie pracować. Podobnie było w Polsce, gdzie ekspansję z robotami da Vinci zaczynaliśmy właśnie od sektora prywatnego – komentuje Cezary Kozanecki.

Trzecim źródłem finansowania, specyficznym dla Ukrainy, są środki pomocowe na odbudowę i wsparcie systemu ochrony zdrowia oraz niektóre z programów obronnych. Część z nich obejmuje także chirurgię rekonstrukcyjną i potrzeby medycyny pola walki, czyli obszary, w których technologie oferowane przez Synektik znajdują realne zastosowanie.

Świetne wyniki Nvidii, ale rynek oczekuje perfekcji

Nvidia pozostaje jedną z najważniejszych spółek globalnego boomu na sztuczną inteligencję, ale jej najnowsze wyniki pokazują, że inwestorzy zaczynają patrzeć na firmę z większą ostrożnością. Spółka zaprezentowała bardzo mocne dane finansowe: przychody wzrosły o 85% rok do roku, do 81,6 mld USD, a segment centrów danych wygenerował 75,2 mld USD sprzedaży. Równie imponująca była prognoza na kolejny kwartał, zakładająca około 91 mld USD przychodów, czyli więcej niż oczekiwał rynek. Mimo to akcje Nvidii spadły w handlu posesyjnym, co dobrze pokazuje, że w przypadku tak wysoko wycenianej firmy same bardzo dobre wyniki przestają wystarczać.

Najważniejszym elementem historii Nvidii pozostaje dominacja w infrastrukturze AI. Firma nadal jest kluczowym dostawcą układów wykorzystywanych do trenowania i uruchamiania zaawansowanych modeli sztucznej inteligencji, a jej platforma Blackwell jest przedstawiana przez zarząd jako najszybciej rozwijany produkt w historii spółki. Jensen Huang buduje wokół Nvidii narrację o „fabrykach AI”, czyli nowej generacji infrastruktury obliczeniowej, która ma stać się fundamentem cyfrowej gospodarki. W tej wizji popyt na moc obliczeniową nie jest krótkotrwałym cyklem inwestycyjnym, lecz początkiem wieloletniej przebudowy globalnej infrastruktury technologicznej.

Jednocześnie Nvidia próbuje zmniejszyć zależność od największych operatorów centrów danych, czyli hyperscalerów. To ważny kierunek strategiczny, ponieważ obecnie duża część przychodów firmy jest powiązana z inwestycjami największych grup technologicznych. Spółka coraz mocniej liczy na popyt ze strony przedsiębiorstw, rządów oraz klientów przemysłowych, którzy będą wdrażać AI w produkcji, administracji, robotyce, automatyzacji i systemach autonomicznych. Taka dywersyfikacja mogłaby obniżyć ryzyko koncentracji przychodów i wydłużyć cykl wzrostu poza obecny boom na centra danych.

Rynek pozytywnie odebrał zwłaszcza sugestie Huanga, że sztuczna inteligencja wychodzi poza serwerownie i zaczyna przenikać do świata fizycznego. Koncepcja „physical AI”, obejmująca roboty, humanoidy i pojazdy autonomiczne, zwiększa potencjalny rynek adresowalny nie tylko dla Nvidii, lecz także dla szerokiego łańcucha dostaw. Dlatego komentarze szefa spółki wywołały silne wzrosty wśród azjatyckich producentów pamięci, chipów, elektroniki i komponentów. Rosły między innymi akcje Samsunga, SK Hynix, TSMC, Hon Hai Precision, SoftBanku oraz spółek związanych z robotyką, takich jak LG Electronics i Hyundai Mobis. To pokazuje, że inwestorzy zaczynają patrzeć na boom AI szerzej niż wyłącznie przez pryzmat jednej amerykańskiej spółki.

Azja ma w tej historii znaczenie fundamentalne. To właśnie tam znajduje się znaczna część łańcucha dostaw Nvidii: od produkcji półprzewodników, przez pamięci, po montaż sprzętu i komponenty elektroniczne. Jeżeli popyt na AI będzie dalej rósł, korzyści mogą odnieść nie tylko producenci najbardziej zaawansowanych układów, ale również firmy dostarczające tańsze chipy, pamięci, systemy chłodzenia, sprzęt sieciowy i rozwiązania wykorzystywane w automatyzacji. Z punktu widzenia rynku oznacza to, że inwestorzy szukają kolejnych beneficjentów trendu AI, zwłaszcza tam, gdzie wyceny mogą być niższe niż w przypadku samej Nvidii.

Nie oznacza to jednak braku ryzyk. Największą niewiadomą pozostają Chiny. Nvidia nie odnotowała w kwartale przychodów z chińskiego rynku centrów danych, mimo że potencjalny popyt na AI w tym kraju jest bardzo duży. Ograniczenia eksportowe USA sprawiają, że firma nie może w pełni wykorzystać tego rynku, a sama Nvidia wskazuje, że Chiny mogłyby potencjalnie generować nawet dziesiątki miliardów dolarów rocznych przychodów. Brak istotnego wkładu Chin w prognozie na kolejny kwartał pokazuje, że zarząd zachowuje ostrożność i nie zakłada szybkiego rozwiązania problemów regulacyjnych.

Drugim istotnym ryzykiem jest konkurencja. AMD, Broadcom i Google rozwijają własne rozwiązania, a najwięksi klienci Nvidii pracują nad autorskimi chipami, aby ograniczyć zależność od zewnętrznego dostawcy. Na razie przewaga Nvidii pozostaje bardzo duża, ponieważ spółka oferuje nie tylko układy graficzne, ale cały ekosystem obejmujący sprzęt, sieci, oprogramowanie, modele AI i kompletne systemy komputerowe. W dłuższym terminie presja klientów na obniżenie kosztów oraz rozwój własnych układów może jednak ograniczać tempo wzrostu marż lub zmieniać strukturę popytu.

Inwestorzy zwracają też uwagę na koszty. Nvidia nadal utrzymuje bardzo wysoką rentowność, a marża brutto wynosi około 75%, ale spółka zwiększa wydatki na pracowników, infrastrukturę i rozwój nowych produktów. Na obecnym etapie nie jest to jeszcze problem, ponieważ dynamika przychodów pozostaje imponująca. Rynek będzie jednak uważnie obserwował, czy koszty operacyjne nie zaczną rosnąć szybciej niż sprzedaż, zwłaszcza gdy tempo inwestycji w centra danych zacznie się normalizować.

Spółka wczoraj do zamknięcia zyskała 1,3%, względem poprzedniego dnia. Z kolei po ogłoszeniu wyników, na koniec fazy posesyjnej (post-market) straciła 1,26%. Ta reakcja rynku wydaje się być zrozumiała. Nvidia nie rozczarowała operacyjnie, lecz poprzeczka została zawieszona wyjątkowo wysoko. Kurs spółki wcześniej mocno rósł, dlatego część inwestorów mogła zrealizować zyski po publikacji danych. Spadek akcji mimo lepszych od oczekiwań wyników nie oznacza słabości fundamentów, lecz pokazuje, że rynek zaczyna wymagać od Nvidii nie tylko wzrostu, ale niemal perfekcyjnej realizacji scenariusza dalszej ekspansji.

W długim terminie historia Nvidii pozostaje bardzo silna. Spółka jest centralnym graczem rewolucji AI, posiada wyjątkową pozycję technologiczną i korzysta z ogromnego popytu na moc obliczeniową. Jednocześnie jej przyszła wycena będzie zależeć od odpowiedzi na kilka kluczowych pytań: czy popyt na AI utrzyma obecne tempo, czy nowe obszary, takie jak robotyka i physical AI, rzeczywiście staną się dużym źródłem przychodów, czy ograniczenia eksportowe wobec Chin nie będą trwale hamować wzrostu oraz czy konkurenci i najwięksi klienci nie osłabią przewagi spółki.

Nvidia pozostaje symbolem obecnej fali sztucznej inteligencji, ale rynek coraz wyraźniej przechodzi od bezwarunkowego entuzjazmu do bardziej selektywnej oceny. Fundamenty firmy są mocne, prognozy nadal bardzo ambitne, a potencjał długoterminowy ogromny. Jednocześnie przy tak wysokich oczekiwaniach nawet świetne wyniki mogą zostać uznane za niewystarczające, jeśli inwestorzy zaczną obawiać się spowolnienia wzrostu, presji konkurencyjnej lub problemów geopolitycznych. Dlatego Nvidia pozostaje liderem rewolucji AI, ale również spółką, wobec której rynek nie wybacza już żadnych oznak niepewności.

Digitree Group poprawia wyniki. EBITDA w Q1 2026 wyniosła 1,26 mln zł

  • Finalne wyniki za Q1 2026 potwierdziły dalszą poprawę sytuacji operacyjnej i finansowej Digitree Group. Notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa osiągnęła EBITDA na poziomie 1,26 mln zł, wobec ujemnego wyniku rok wcześniej, utrzymując jednocześnie wysoką dynamikę wzrostu biznesu.
  • W pierwszym kwartale 2026 r. skonsolidowane przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, rosnąc o 33,6% r/r. O 1,52 mln zł poprawił się również wynik netto. Na rezultaty pozytywnie wpłynęły zarówno efekty zakończonej restrukturyzacji, jak i konsolidacja Euvic Digital.
  • Digitree Group koncentruje się obecnie na dalszym skalowaniu najbardziej rentownych obszarów działalności, rozwoju poprzez akwizycje oraz uproszczeniu struktury organizacyjnej wokół dwóch filarów biznesowych – agencyjnego i technologicznego.

Digitree Group, notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa, w finalnym raporcie za pierwszy kwartał 2026 r. potwierdziła wyraźną poprawę wyników operacyjnych oraz dalszy wzrost skali działalności. Grupa utrzymała dodatnią rentowność EBITDA, jednocześnie notując istotny wzrost przychodów i poprawę wyniku netto rok do roku.

W pierwszych trzech miesiącach 2026 r. przychody Grupy wyniosły 21,16 mln zł, wobec 15,84 mln zł rok wcześniej. EBITDA osiągnęła poziom 1,26 mln zł, poprawiając się r/r o 1,4 mln zł, natomiast wynik netto wzrósł o 1,52 mln zł rok do roku.

Opublikowane dane wyraźnie potwierdzają, że zakończony w poprzednich kwartałach proces zmian organizacyjnych i optymalizacji działalności przełożył się na poprawę jakości biznesu oraz większą stabilność operacyjną Grupy. – W poprzednich kwartałach koncentrowaliśmy się przede wszystkim na uporządkowaniu organizacji, poprawie jakości portfela projektów i zwiększeniu efektywności operacyjnej. Dziś widzimy już konkretne efekty tych działań w wynikach finansowych oraz rosnącej skali biznesu. W Q1 2026 osiągnęliśmy rekordowy poziom EBITDA w porównaniu do analogicznych okresów z ostatnich siedmiu lat – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group S.A.

Jednocześnie coraz większy wpływ na skalę działalności mają przeprowadzone akwizycje oraz rozwój najbardziej rentownych obszarów biznesowych. Istotny udział mają kompetencje oraz portfolio klientów rozwijane w ramach Euvic Digital. Spółki Euvic Digital, Euvic Organic Search oraz Euvic Buzz wspierały w pierwszym kwartale zarówno wzrost przychodów, jak i poprawę rentowności operacyjnej Grupy. Digitree Group pozostaje jednocześnie aktywna w obszarze dalszego rozwoju poprzez kolejne, potencjalne przejęcia i prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami.

Jednocześnie Grupa pracuje nad dalszym uproszczeniem modelu operacyjnego oraz integracją kompetencji w ramach kluczowych obszarów biznesowych. Prowadzone działania mają wspierać dalszy wzrost efektywności organizacyjnej oraz zwiększać przejrzystość modelu biznesowego z perspektywy rynku i inwestorów. – Chcemy budować Grupę opartą o jasny i czytelny model kompetencyjny, który będzie wspierał dalszy wzrost oraz lepsze wykorzystanie synergii pomiędzy spółkami. Konsolidacja działalności wokół dwóch głównych filarów biznesowych agencyjnego i technologicznego jest jednym z ważnych elementów tego procesu – zaznacza Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group S.A.

Strategia Digitree Group zakłada dalszy wzrost skali działalności, poprawę rentowności oraz osiągnięcie do końca 2027 r. poziomu ponad 10 mln zł EBITDA.

Przemysł drzewno-meblarski w kryzysie: branża czeka na systemowe działania państwa

Polski sektor drzewny i meblarski to jeden z filarów naszej gospodarki. To setki tysięcy miejsc pracy, miliardy złotych eksportu i innowacje, które wspierają rozwój wszystkich regionów kraju. Dziś ten filar kruszeje i znajduje się w poważnym zagrożeniu.

Rada ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego: pilne zadania państwa

6 maja odbyło się II posiedzenie Rady ds. Przemysłu Drzewnego i Meblarskiego przy Premierze RP, któremu przewodniczył sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii Michał Jaros. W spotkaniu uczestniczyły Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna oraz stowarzyszenia reprezentujące wszystkie branże przemysłu drzewnego.  Na posiedzeniu Rady przedstawiciele sektora podkreślili, że obecna sytuacja wymaga natychmiastowych działań.

Najważniejsze ustalenia spotkania obejmują:

  • Przygotowanie do połowy lipca przez Lasy Państwowe 10‑letniej prognozy pozyskania drewna z podziałem na gatunki i sortymenty.
  • Wypracowanie założeń ustawy traktującej drewno jako surowiec kluczowy.
  • Konieczność długofalowej strategii opartej na przewidywalności rynku, bezpieczeństwie surowcowym i partnerskim dialogu między administracją a przedsiębiorcami.

Wiceprezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli Piotr Wójcik podkreślił, że branża meblarska od lat buduje dodatnie saldo handlowe, tworzy dziesiątki tysięcy miejsc pracy i jest jednym z największych eksporterów mebli na świecie. Bez stabilnego dostępu do surowca i przewidywalnych warunków funkcjonowania firmy ograniczają produkcję, zwalniają pracowników i zamykają zakłady. Jeśli państwo nie podejmie interwencji, Polska straci nie tylko miejsca pracy, ale i jeden z filarów swojej gospodarki i eksportu.

Ograniczanie podaży drewna uderza w polską gospodarkę

Obecnie najważniejszym zagrożeniem dla stabilności przemysłu drzewnego w Polsce jest ograniczanie dostępności drewna. Wysokie ceny i brak surowca nie są przypadkiem – to konsekwencja decyzji kierownictwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska, które zmniejszają podaż drewna. Do najważniejszych należą: wprowadzanie moratoriów na wyrąb bez wystarczających podstaw prawnych, wyznaczanie obszarów tzw. „starolasów”, „lasów społecznych” i rezerwatów czy modyfikacja metod użytkowania lasu.  Te ruchy, podejmowane bez rzetelnych analiz i konsultacji, powodują gwałtowny spadek podaży. Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe zapewniało w latach 2017‑2024 około 41 mln m³ drewna rocznie. Po decyzjach MKiŚ na rok 2025 zaplanowano sprzedaż ok. 38 mln m³, a w 2026 r. tylko 36 mln m³To  oznacza redukcję podaży o ponad 12%, co bezpośrednio przekłada się na wzrost cen i erozję konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Kryzys narasta

Z najnowszych analiz branżowych wynika, że polski przemysł meblarski i drzewny mierzy się z najpoważniejszym kryzysem od lat. Na kondycję sektora wpływają czynniki geopolityczne (wojna w Ukrainie, napięcia na Bliskim Wschodzie), spadek popytu i rosnąca niepewność gospodarcza. Jednocześnie koszty prowadzenia działalności – energii, wynagrodzeń, paliw, materiałów oraz surowca drzewnego – rosną lawinowo. Cena papierówki w niektórych RDLP przekroczyła już 540 zł za m³, a rosnący import mebli z Chin odpowiada za blisko 40% całego importu.

Dramatycznie spada też wartość produkcji sprzedanej mebli liczonej metodą podmiotową jako suma przychodów całego sektora – z 69,0 mld zł w 2022 r. do 62,1 mld zł w 2024 r., a prognozy mówią o dalszym spadku. Rentowność branży wynosi zaledwie około 4,4% i  wciąż się kurczy – w pierwszej połowie 2025 r. spadła do 3,8%, przy czym niemal 36% firm jest nierentownych. Zamówienia z rynku niemieckiego spadły w wielu firmach o 50–70%.

Przy malejących zamówieniach firmy są zmuszone do trudnych decyzji: w ciągu ostatnich czterech lat branża meblarska zredukowała około 27 tys. miejsc pracy, co oznacza spadek zatrudnienia o ponad 16%  ze średniego poziomu 165 tys. pracowników w 2022 roku do około 138 tys. w marcu 2026 roku. Lista zamykanych lub zmniejszających produkcję zakładów rośnie – od małych firm rodzinnych po duże, rozpoznawalne marki.

Kluczowe pytania do rządu – branża oczekuje konkretnych działań państwa:

  1. Kiedy zostanie przedstawiona kompleksowa strategia surowcowa gwarantująca stabilny dostęp do drewna, dzięki której firmy będą mogły utrzymać produkcję i planować inwestycje?
  2. Kiedy polski przemysł drzewno-meblarski będzie miał zapewnione przewidywalne i rynkowe ceny surowca drzewnego, stanowiące jeden z podstawowych warunków utrzymania konkurencyjności sektora?
  3. Jakie narzędzia ograniczą rosnące koszty energii i pracy? Utrzymanie konkurencyjności wymaga obniżenia kosztów prowadzenia działalności.
  4. W jaki sposób rząd zamierza chronić rynek przed nieuczciwymi praktykami importowymi oraz nadmierną presją producentów i dostawców spoza Unii Europejskiej?
  5. Czy przewidziano systemowe wsparcie finansowe dla przedsiębiorstw w utrzymaniu zatrudnienia i płynności, aby uniknąć fali bankructw i zwolnień?
  6. Jakie działania zostaną podjęte na rzecz ochrony miejsc pracy oraz lokalnych społeczności przed skutkami kolejnych zamknięć zakładów?

Sektor drzewny i meblarski nie ma czasu na kolejne miesiące strat i bierności. Chodzi o realne życie tysięcy Polek i Polaków, dla których praca w tej branży jest fundamentem bytu. Spadająca produkcja, rosnące koszty i zwolnienia pracowników nie mogą już dłużej czekać na reakcję. Jeśli państwo nie zareaguje natychmiast, znikną miejsca pracy i wpływy do budżetu, a Polska utraci przewagę eksportową.

Polski przemysł potrzebuje działania tu i teraz. Nie możemy pozwolić sobie na opieszałość – każdy kolejny miesiąc zwłoki oznacza dalsze redukcje zatrudnienia, utratę rynku i wzmocnienie zagranicznej konkurencji.

Koalicja na Rzecz Polskiego Drewna wraz z całym środowiskiem branżowym apeluje do władz państwa o pilne i systemowe działania: stworzenie stabilnej, długofalowej strategii surowcowej, szybkie wsparcie finansowe i regulacyjne oraz ochronę miejsc pracy i lokalnych społeczności.

Polska i Polacy nie mogą pozwolić sobie na bierność. Teraz jest czas na decyzje – na odpowiedzialność i zaangażowanie ze strony organów państwa. Branża drzewno‑meblarska jest gotowa współpracować, dzielić się wiedzą i doświadczeniem, ale oczekuje konkretnych kroków, a nie deklaracji. Tylko w ten sposób uratujemy jeden z najważniejszych filarów polskiej gospodarki, zapewniając bezpieczną przyszłość pracownikom i ich rodzinom.

Kolejne posiedzenie Rady zaplanowano na połowę lipca – to szansa  dla przedstawicieli państwa, aby przedstawić konkretne propozycje działań.

Wyniki Nvidii testem dla hossy AI. W tle Fed, ropa i Bliski Wschód

Maj powoli zbliża się do końca, a rynki dalej żyją w cieniu bliskowschodniego napięcia. Trochę w tle, chociaż w dużym związku z konfliktem w Zatoce Perskiej, pojawiają się kolejne odczyty makro. Ciekawie zapowiada się również lektura protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC. Jednak wszystko to może zejść na dalszy plan po publikacji wyników największej spółki akcyjnej świata.

Zegar tyka, drony czekają

Naprawdę chciałoby się czasem całkowicie pominąć doniesienia z Bliskiego Wschodu, ale trudno to zrobić, kiedy wiele rynkowych wydarzeń wciąż jest interpretowanych przez ten pryzmat. Zasadniczo niewiele zmieniło się od wczoraj, kiedy pisałem, że napięcie wokół tego zawieszonego konfliktu rośnie. Kolejne media potwierdzają (zarówno te z USA, jak i z Izraela), że atak na Iran zasadniczo jest potwierdzony i tylko czekamy na godzinę zero. Zdecydowanie osłabł nawet optymizm pakistańskich pośredników w negocjacjach, którzy przestali już dostrzegać dobrą wolę po obu stronach. Mimo coraz bardziej jednoznacznego i powszechnego nastawienia do zbliżającej się eskalacji, w trakcie środowej sesji traderzy raczej trzymają palce uniesione nad klawiszami zleceń „sell”. Wcisną je i nie przestaną puszczać chyba dopiero w momencie, gdy niebo nad Bliskim Wschodem znowu zasłonią drony i rakiety. Czy już trochę klasycznie stanie się to w weekend?

Poprawa sentymentu bez fundamentu?

Mniej wprawni obserwatorzy rynków (czyli oczywiście nie nasi czytelnicy) mogliby ze środowego handlu wysnuć wniosek, że mamy do czynienia wręcz ze zniknięciem jakichś ryzyk. Przecież indeksy giełdowe ładnie rosną (dla tezy pominiemy azjatycką sesję), a główne europejskie parkiety zyskują ponad 0,5%. Jeszcze mocniej wyglądają rynki wschodzące, czego przykładem jest Warszawa, WIG20 stara się odrobić wczorajsze straty i rośnie ponad 1%. Na rynku długu w końcu chwila oddechu, rentowności obligacji dużej części państw dziś wyraźnie spadają (wystarczyło, że na napięcia w tym obszarze, o którym pisałem wczoraj, dziś uwagę zwróciła większość polskich analityków), a polskie 10-latki znowu są poniżej 6%. Najbardziej w coś (do końca w sumie nie wiadomo w co) chce w środę uwierzyć rynek ropy naftowej, główne odmiany tracą dziś ok. 3%, za lipcowy kontrakt na Brent trzeba płacić mniej niż 108 USD. Najmniej przekonany do kierunku pozostaje forex, gdzie za dobrą oznakę należy chyba uznać brak widocznego umocnienia dolara amerykańskiego. Kurs EUR/USD balansuje na psychologicznym 1,16 USD i pewnie zbiera siły przed dalszym marszem na południe. Taki układ ogranicza straty złotego, a kurs dolara nie przekracza 3,67 zł. Z kolei kurs euro pozostaje w pobliżu 4,25 zł, a kurs franka skorygował się do 4,64 zł.

All in Nvidia

Trochę w tle głównej osi rynkowych zainteresowań pojawiają się kolejne dane makro. W strefie euro potwierdzono wstępne dane inflacyjne za kwiecień, CPI w ujęciu rocznym wyniósł równe 3%. Trudno stwierdzić, czy taki rezultat zmieni podejście EBC już na najbliższym posiedzeniu, ponieważ decydenci mogą się zasłaniać wynikiem odczytu bazowego na poziomie 2,2% rdr. Rynek zdaje się coraz bardziej wierzyć w czerwcową podwyżkę stóp w strefie, ale wciąż trudno to dostrzec w wycenie wspólnej waluty… Pozytywne inflacyjne zaskoczenie nadeszło za to z Wielkiej Brytanii. Kwietniowy CPI w ujęciu rocznym został skorygowany z 3% do 2,8%. Jeszcze mocniej w dół zjechał bacznie obserwowany przez Bank Anglii wskaźnik cen detalicznych RPI, z 3,6% do 3% rdr. Mimo wszystko te publikacje nie zmieniają nastawienia do oczekiwanej w czerwcu podwyżki stóp w Zjednoczonym Królestwie. Nie widać też zmiany w nastawieniu do GBP, kurs funta jest blisko 4,91 zł. Już dziś wieczorem rynki dostaną kolejne silne impulsy. Najpierw o godz. 20 naszego czasu zostanie opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia amerykańskiej władzy monetarnej. W trakcie tego spotkania ujawniły się największe podziały w Komitecie od ponad 30 lat. Jednak jeszcze większą uwagę przyciągnie raport finansowy za pierwszy kwartał największej spółki na świecie (pod względem rynkowej kapitalizacji). Nvidia przyzwyczaiła już do bicia rekordów, więc sama publikacja (po zamknięciu Wall Street) może stać się świetnym sygnałem do realizacji zysków.

Polski rynek magazynowy przekroczył 37 mln mkw.

Według najnowszego raportu „Rynek magazynowo-przemysłowy w Polsce”, opublikowanego przez firmę doradczą Newmark Polska, w pierwszym kwartale 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37 mln mkw. W tym czasie sześć głównych rynków regionalnych umocniło swoją przewagę nad pozostałymi regionami, skupiając prawie 70% nowej podaży, ponad 83% powierzchni w budowie oraz niemal 85% zarejestrowanego popytu. Średni wskaźnik pustostanów odnotował spadek nie tylko w ujęciu rocznym, lecz także drugi kwartał z rzędu.

Na koniec pierwszego kwartału 2026 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce przekroczyły 37,4 mln mkw., notując przyrost w ujęciu rocznym o nieco ponad 6,2%.

– Nowa podaż od początku roku wyniosła ok. 653 250 mkw., co stanowi wzrost o ponad 374% względem poprzedniego kwartału, ale jednocześnie spadek o niespełna 4% w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 r. W trzech województwach deweloperzy oddali do użytku ponad 100 000 mkw. Łącznie przeszło 450 000 mkw. nowej powierzchni trafiło na sześć głównych rynków magazynowych kraju, co odpowiada prawie 70% całkowitej nowej podaży odnotowanej w pierwszym kwartale 2026 roku – mówi Jakub Kurek, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych w firmie doradczej Newmark Polska.

Pod koniec marca 2026 r. w budowie znajdowało się niecałe 1,46 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej, tj. o 18,6% mniej niż w czwartym kwartale 2025 r., ale o prawie 6% więcej niż w analogicznym okresie w 2025 r. Obecnie obiekty w budowie stanowią niecałe 4% całkowitych istniejących zasobów magazynowych w Polsce, co świadczy o stosunkowo niewielkiej aktywności deweloperów. Wskazuje to również na większą ostrożność inwestorów i deweloperów przy podejmowaniu decyzji o rozpoczynaniu nowych inwestycji oraz na stopniową stabilizację rynku po latach bardzo dynamicznego wzrostu.

– Liderem pod względem zarówno powierzchni w budowie, jak i udziału w całkowitym wolumenie realizowanych projektów pozostaje województwo mazowieckie (542 400 mkw.; 37,3%). Drugą pozycję zajmuje Górny Śląsk z wynikiem ponad 216 000 mkw., co stanowi ok. 15% powierzchni wszystkich magazynów pozostających w realizacji – dodaje Jakub Kurek.

Całkowity wolumen powierzchni wynajętej w pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł prawie 1,58 mln mkw., co oznacza wzrost o ponad 46,8% rok do roku, ale spadek o 27,7% kwartał do kwartału. Był to jednocześnie najlepszy wynik dla pierwszego kwartału od 2021 roku.

– Biorąc pod uwagę wielkość polskiego rynku oraz aktywność najemców w ostatnich 12 miesiącach, możemy spodziewać się utrzymania zainteresowania wynajmem powierzchni magazynowo-przemysłowych w najbliższym czasie na stosunkowo wysokim poziomie. W efekcie całkowity popyt w tym roku może przekroczyć 6 mln mkw. – mówi Jakub Kurek.

W strukturze transakcji zawartych w pierwszym kwartale 2026 r. dominowały nowe umowy, które odpowiadały za 42% całkowitego popytu. Renegocjacje stanowiły 35,2%, natomiast pozostałe 22,8% przypadło na ekspansje (11,8%) oraz najem zwrotny (11,0%). Szczególnie duży udział transakcji najmu zwrotnego odnotowano w województwie podkarpackim (77,2% całkowitego popytu w regionie), lubelskim (44,8%) i wielkopolskim (43,2%). Warto również dodać, że w tym czasie najemcy wynajęli łącznie 91 950 mkw. na podstawie umów krótkoterminowych (zawieranych na okres do jednego roku).

Wśród największych transakcji sfinalizowanych w okresie od stycznia do końca marca 2026 r. znalazły się m.in. wynajem zwrotny 125 800 mkw. w magazynie dedykowanym firmie Raben w Poznaniu oraz dwie renegocjacje: w Prologis Park Janki na 72 000 mkw. i w Logistic City Piotrków Trybunalski na 68 300 mkw. Oba przedłużenia dotyczyły poufnych najemców z sektora handlowego.

Na koniec marca bieżącego roku udział niewynajętej powierzchni magazynowo-przemysłowej w całkowitych zasobach wyniósł 7,3%, co oznacza spadek o 0,1 p.p. kwartał do kwartału oraz o 1,2 p.p. rok do roku. Przekłada się to na ponad 2,7 mln mkw. dostępnej powierzchni w istniejących budynkach. Dla porównania inwestycje będące w trakcie realizacji oferują do wynajęcia 539 750 mkw., co stanowi nieco ponad 37% całkowitego wolumenu powierzchni pozostającej w budowie.

W pierwszym kwartale 2026 roku zaobserwowano dalszą polaryzację rynku pod względem czynszów ofertowych za powierzchnie magazynowe i przemysłowe.

– Obiekty wyposażone w zaawansowane rozwiązania technologiczne i ekologiczne, znajdujące się w najbardziej poszukiwanych lokalizacjach, odnotowały nieznaczne wzrosty stawek, natomiast właściciele magazynów o niższym standardzie mierzyli się z mniejszym zainteresowaniem najemców oraz koniecznością oferowania bardziej rozbudowanych pakietów zachęt. Najwyższe stawki czynszów na koniec marca roku nadal utrzymywały się w Warszawie (strefa I) oraz w województwie pomorskim – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

Pokolenie Z najczęściej odwiedza galerie handlowe, mimo cyfrowego stylu życia

0

Konsumenci wybierają tradycyjne zakupy przede wszystkim po to, by zobaczyć produkt na żywo – wskazuje tak 6 na 10 osób. Decydujemy się na nie również wtedy, gdy chcemy sprawdzić jakość produktu, zależy nam na czasie lub mamy ograniczone zaufanie do zakupów online, takie wnioski płyną z badania CBRE „Nowy konsument, nowe centra handlowe”. Galerie najczęściej odwiedzają osoby z pokolenia Z – trzy czwarte z nich pojawia się w centrach przynajmniej dwa razy w miesiącu.

Tradycyjne zakupy utrzymują swoje przewagi pomimo rozwoju e-commerce. Główną motywacją klientów do wyboru centrów handlowych jest chęć zobaczenia produktu na żywo – wskazało na to 60 proc. respondentów. Niewiele mniej, bo 56 proc. badanych, udaje się do galerii z potrzeby przymierzenia rzeczy lub zweryfikowania jej jakości. Istotną rolę odgrywa również czas – dla 36 proc. konsumentów kluczowa jest możliwość natychmiastowego zakupu i zabrania produktu ze sobą. Z kolei blisko co czwarty ankietowany (23 proc.) deklaruje, że po prostu lubi atmosferę towarzyszącą wizytom w sklepach. Co ciekawe, jedynie 8 proc. odpowiadających motywuje swoją decyzję brakiem zaufania do e-commerce.

Wyniki badania pokazują, że model omnichannel stał się dziś standardem. Konsumenci swobodnie przełączają się między zakupami online i offline, wybierając kanał najlepiej dopasowany do konkretnej potrzeby. E-commerce wygrywa przede wszystkim ceną i wygodą, umożliwiając szybkie porównanie ofert oraz komfort zakupów bez wychodzenia z domu. Z kolei handel stacjonarny pozostaje niezastąpiony tam, gdzie liczy się możliwość zobaczenia, dotknięcia czy przymierzenia produktu oraz jego natychmiastowa dostępność. Offline wygrywa doświadczeniem zakupowym, a online efektywnością i wygodą. Oba kanały się przenikają, szczególnie dla konsumentów z pokolenia Z, którzy choć żyją w cyfrowym świecie, centra handlowe odwiedzają najczęściej – mówi Anna Wysocka, szefowa działu handlowego, CBRE.

Kobiety i mężczyźni w centrum handlowym

Choć ogólne motywacje konsumentów obu płci do wizyt w galeriach handlowych są podobne, w pewnych aspektach widać istotne różnice. Kobiety wykazują bardziej praktyczne podejście do zakupów tradycyjnych. 59 proc. z nich wybiera sklepy stacjonarne by mieć możliwość przymierzenia lub osobistego sprawdzenia jakości asortymentu (w porównaniu do 52 proc. wśród panów). Kobiety częściej potrzebują również szybko otrzymać produkt (38 proc. vs. 34 proc.).

Dla mężczyzn atmosfera zakupów jest ważniejsza niż dla kobiet – na jej znaczenie wskazała jedna czwarta panów, w porównaniu jednej piątej pań. Co ciekawe, w grupie badanych mężczyzn odnotowano niemal dwukrotnie wyższy poziom sceptycyzmu wobec handlu elektronicznego niż wśród badanych kobiet. Brak zaufania do zakupów online jako powód wizyty w galerii handlowej wskazało 11 proc. mężczyzn i zaledwie 6 proc. kobiet.

– Kobiety i mężczyźni mają różne oczekiwania wobec centrów handlowych. Dla mężczyzn większe znaczenie ma gastronomia, rozrywka czy sama atmosfera zakupów. Kobiety doceniają możliwość przymierzenia produktów, oceny ich jakości i zrobienia zakupów w komfortowych warunkach. Bardziej niż mężczyźni cenią sobie także możliwość zwrotu zamówień złożonych online – dodaje Anna Wysocka, CBRE.

METODOLOGIA

Badanie przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie respondentów odwiedzających centra handlowe, liczącej N=2190 osób. Termin realizacji: od 27 lutego do 4 marca 2026. Metoda: CAWI.

Do 10% rocznego obrotu kary. UOKiK ma nowe narzędzie na e-sklepy już od czerwca

0

Od 19 czerwca 2026 roku każdy polski sklep internetowy musi mieć działający „przycisk odstąpienia od umowy”. Brak ulgi czasowej, brak preferencji dla mikrofirm, kary do 10% rocznego obrotu. W internecie krąży już lawina poradników i połowa z nich myli się co do podstaw. Co naprawdę zmienia dyrektywa (UE) 2023/2673 i dlaczego część sklepów ma już ten problem z głowy – wyjaśnia Michał Tykarski, członek zarządu IAI S.A., właściciela platformy IdoSell.

Mniej niż miesiąc. Tyle zostaje polskim przedsiębiorcom e-commerce do wejścia w życie dyrektywy (UE) 2023/2673, która zmienia sposób, w jaki klient może odstąpić od umowy zawartej online.

UOKiK może nałożyć do 2 mln kary dla osób zarządzających firmą, a w przypadku poważnych i powtórzonych uchybień sankcja sięga 10% rocznego obrotu przedsiębiorstwa.  Warto też pamiętać o tym, że niedopełnienie obowiązków informacyjnych skutkuje przedłużeniem terminu na zwrot z 14 dni do 12 miesięcy. Nowa ustawa wdraża szersze obowiązki informacyjne odnośnie zwrotów, a także bardziej reguluje funkcjonalności odstąpienia od umowy w sklepie.

To nie jest kolejna dyrektywa do „zanotowania na później”. Czerwiec 2026 to twarda data.

O co właściwie chodzi?

Dyrektywa (UE) 2023/2673, przyjęta przez Parlament Europejski i Radę 22 listopada 2023 roku, dodaje art. 11a do dyrektywy 2011/83/UE o prawach konsumentów. Główne założenie to, że rezygnacja z zakupu ma być równie prosta jak sam zakup. Jeśli klient mógł zawrzeć umowę jednym kliknięciem w sklepie, odstąpienie od niej także musi być dostępne elektronicznie, w tym samym środowisku.

Z perspektywy ostatnich dwóch lat i ciągu nowych aktów prawnych (w tym Omnibus, DSA, GPSR, WCAG) – widać, że środowisko e-commerce w Polsce żyje w stanie permanentnego dostosowywania się. Rozumiem, że dla wielu właścicieli sklepów to brzmi jak „znowu coś”. Ale ta zmiana akurat nie jest tak straszna, jak ją opisują. Wymaga konkretnej decyzji, konkretnej konfiguracji i nic więcej.

W praktyce oznacza to, że każdy sklep musi udostępnić wyraźny, łatwy do znalezienia przycisk „Odstąp od umowy tutaj” lub „Odstąp od umowy” w interfejsie zakupowym. Przycisk ten ma być dostępny przez cały czas trwania ustawowego prawa do zwrotu, czyli standardowo 14 dni od odbioru towaru lub zawarcia umowy.

Funkcja powinna być opisana w sposób jednoznaczny i zrozumiały, np. „Odstąp od umowy” albo „Odstąp od umowy tutaj”, lub innym równoważnym określeniem, które nie budzi wątpliwości co do swojego znaczenia.

Obowiązek dotyczy też informowania klienta o istnieniu i lokalizacji funkcji, czyli aktualizacji regulaminu i polityki zwrotów.

Kogo dotyczy?

Odpowiedź jest krótka: wszystkich sprzedawców B2C. Dyrektywa obejmuje towary fizyczne, usługi cyfrowe, treści cyfrowe, subskrypcje, VOD, a także usługi finansowe zawierane na odległość. Nie ma progu obrotów, nie ma wyjątku dla mikroprzedsiębiorców, nie ma kryterium liczby pracowników.

Jeśli prowadzisz sklep B2C i klient może przez Twój serwis zawrzeć umowę na odległość, dyrektywa Cię dotyczy. Bez wyjątków.

Mity i fakty

Słyszę dziś od sprzedawców, że muszą wydłużyć termin zwrotu z 14 do 30 dni, że dyrektywa zmusi ich do darmowych zwrotów, że trzeba budować nową bramkę zwrotów. To wszystko nie wynika z dyrektywy. Ona zmienia tylko jedno: sposób, w jaki klient z prawa do zwrotu może skorzystać. Termin pozostaje ten sam, koszty zwrotu według dotychczasowych zasad. Mity rosną szybciej niż obowiązki.

MITY KRĄŻĄCE W SIECI FAKTY
„Termin na zwrot wydłuża się z 14 do 30 dni.” Termin pozostaje 14 dni od otrzymania towaru – dyrektywa nie zmienia długości terminu, tylko sposób korzystania z prawa odstąpienia.
„Sklep musi pokrywać koszty zwrotu.” Zasady ponoszenia kosztów zwrotu nie zmieniają się – można je nadal przerzucać na konsumenta na obowiązujących regułach.
„Dyrektywa nie dotyczy mikrofirm.” Dotyczy wszystkich sprzedawców B2C – bez progów obrotów, transakcji, liczby pracowników.
„Wystarczy formularz PDF do pobrania.” Nie wystarczy. Wymagana jest funkcja online – przycisk i formularz w środowisku, w którym klient zawarł umowę. PDF może działać dodatkowo, ale nie zastępuje przycisku.
„Jest okres przejściowy – można wdrażać do końca 2026.” Obowiązek dotyczy wszystkich umów zawieranych od 19 czerwca 2026 roku.
„Wystarczy jeden klik – bez potwierdzenia.” Wymagane jest dwustopniowe potwierdzenie, żeby uniknąć przypadkowych odstąpień. Plus e-mail potwierdzający na trwałym nośniku.

 

Omnibus, DSA, GPSR, i teraz to

Według komentarzy, na które można trafić w mediach branżowych, właściciele polskich e-sklepów przeżywali już „katastrofy” związane z dyrektywą Omnibus (ceny i opinie), DSA (moderacja treści), GPSR (bezpieczeństwo produktów). Każda z tych regulacji wyglądała groźnie na papierze. Każda skończyła się jako element konfiguracji.

Pamiętam panikę przy Omnibusie i pamiętam panikę przy DSA. Za każdym razem rynek dramatyzował. Tymczasem zawsze okazywało się, że dobrze przygotowana platforma robiła to za sprzedawcę w tle. Z tą dyrektywą będzie tak samo, pod warunkiem, że ktoś za sprzedawcę myśli zawczasu.

Sklepy, które ten temat mają już z głowy

Różnica między modelami e-commerce w obliczu regulacji prawnych jest subtelna, ale ważna. W modelu SaaS, czyli abonamentowej platformy zarządzanej przez dostawcę, dostosowanie do nowych przepisów leży po stronie dostawcy, nie sprzedawcy.

Na platformach opartych na otwartym oprogramowaniu, takich jak WooCommerce czy PrestaShop, wdrożenie leży po stronie właściciela sklepu lub agencji. To oznacza koszt deweloperski, czas i ryzyko błędów.

W modelu SaaS taka regulacja wygląda inaczej niż na rynku open source. W IdoSell dostosowanie do dyrektywy 2023/2673 to jest nasz problem, nie sprzedawcy: w odpowiednim momencie funkcja włącza się w panelu, a nasi klienci dostają zgodne z prawem rozwiązanie bez kosztów deweloperskich, bez kupowania wtyczek, bez audytów. Tak działa profesjonalna platforma: bierze na siebie zmienność prawa, aby sprzedawca mógł skupić się na sprzedaży.

Jeśli mam coś poradzić właścicielowi sklepu, który dziś czyta o tej dyrektywie po raz pierwszy: nie panikuj, nie czekaj. Sprawdź, na jakiej platformie sprzedajesz i kto bierze odpowiedzialność za zgodność z prawem: Ty, agencja, czy dostawca. To jedno pytanie odpowiada na całą resztę.

Kontekst prawny:

Do 19 czerwca 2026 r. każdy sklep B2C w UE musi mieć wdrożone: widoczny i stale dostępny przycisk odstąpienia na stronie www, online’owy formularz z możliwością wyboru konkretnych produktów, dwuetapowe potwierdzenie, automatyczny e-mail zwrotny, zaktualizowany regulamin, a wszystko to bez dark patterns. Stawką jest do 10% rocznego obrotu, a także 12-miesięczne prawo zwrotu dla klientów.

Retail media rosną w polskim handlu. Ekrany w sklepach zauważa niemal co drugi klient

0

Prawie połowa klientów zauważa w sklepach reklamy na ekranach. Co trzeci konsument nie dostrzega ich. Z kolei jedna piąta osób tuż po wyjściu z placówki handlowej nie pamięta, czy je w ogóle widziała. Autorzy raportu oceniają ww. wyniki jako zadowalające dla marek, producentów i retailerów. I jak twierdzą, zebrane dane pokazują aktualny potencjał retail mediów w Polsce, ale też przestrzeń do pewnych korekt, które – w ich ocenie – branża musi ewidentnie wykonać. Raport daje również wyraźny sygnał retailerom, że sam ekran to za mało. Liczy się jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym.

Badacze z UCE RESEARCH w ramach raportu pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu” przeprowadzili bezpośrednie wywiady z prawie tysiącem konsumentów wychodzących ze sklepów. I tak z zebranych danych wynika, że 47,4% osób podczas zakupów zauważyło reklamy na ekranach. Według autorów raportu, to jest dobry wynik i poziom, który może na tym etapie rynkowym zadowalać marki, producentów i retailerów. W warunkach sklepowych, gdzie uwaga jest mocno rozproszona między listą zakupów, cenami i logistyką poruszania się po sklepie, niemal co druga osoba zauważyła reklamę. W praktyce oznacza to, że in-store retail media znajdują się w polu widzenia konsumenta, a nie są tylko elementem tła.

– Rynek retail media w Polsce dopiero się skaluje i uczy optymalizacji zarówno po stronie sieci, jak i reklamodawców. Powyższy wynik pokazuje potencjał, ale też przestrzeń do poprawy. To sygnał przede wszystkim dla retailerów, że sam ekran to za mało. Najważniejsze kwestie to jego umiejscowienie, kontekst i integracja z doświadczeniem zakupowym – komentuje Radosław Gołąb, ekspert rynku retail mediów i współautor raportu z MyShopTV.

Przede wszystkim retail media w sklepie wymagają takiego samego podejścia jak digital, czyli planowania, optymalizacji i mierzenia, co podkreśla ekspert. – Kluczowe jest planowanie ustawienia ekranów w kontekście realnej ścieżki klienta, tak aby komunikaty pojawiały się w momentach decyzyjnych, a nie przypadkowych. Kampanie in-store powinny być projektowane pod konkretne miejsce i moment, bo inaczej wygląda komunikacja przy wejściu, a inaczej – przy półce. Do tego dochodzi właściwe wykorzystanie danych oraz powiązanie ekspozycji z efektem sprzedażowym – wskazuje znawca rynku.

Z raportu wynika też, że co trzeci konsument nie zauważył tego typu reklamy – 31,3%. Według ekspertów z MyShopTV, powodem tego może być to, że sklep nie jest typowym medium. Klient przychodzi z konkretnym celem i filtruje bodźce. Jeśli komunikat nie jest osadzony w jego ścieżce zakupowej, fizycznie lub mentalnie, to po prostu go pomija. To nie jest problem samego formatu, tylko dopasowania do momentu i kontekstu.

– Właśnie dlatego tak ważne jest korzystanie z danych first party retailera i dostosowywanie komunikatu do profilu koszyka zakupowego czy prime time sprzedaży produktów z danej kategorii. Dopiero wtedy in-store retail media zaczynają działać jak trzeba, czyli skracają dystans między komunikatem a decyzją, zwiększają konwersję przy półce i realnie wpływają na sprzedaż w miejscu, gdzie ona faktycznie zapada – wyjaśnia Radosław Gołąb.

Do tego widać, że jedna piąta osób zaraz po wyjściu ze sklepu nie pamięta, czy w ogóle zauważyła tego typu reklamy – 21,3%. Jak tłumaczą autorzy raportu, to nie oznacza braku kontaktu, tylko raczej niepamięć. A to już kwestia jakości kreacji, powtarzalności i dopasowania komunikatu. W praktyce oznacza to, że reklama się wyświetliła, ale nie zostawiła żadnego śladu. I tutaj jest bardzo dużo czynników, które mogły mieć na to wpływ – od niewłaściwego dopasowania komunikatu, samej formy reklamy aż po wygląd kreacji.

– Wyniki pokazują, że fundament działa, czyli ekran generuje kontakt z reklamą. Natomiast efektywność nie będzie wynikać z samej obecności ekranów, tylko z tego, jak dobrze kampanie są dopasowane do zachowań konsumenta i jak precyzyjnie wpisują się w proces zakupowy. In-store retail media zaczynają przypominać media digitalowe, gdzie liczy się nie tylko zasięg, ale jakość dotarcia i moment ekspozycji – analizuje ekspert z MyShopTV.

Jak stwierdza Radosław Gołąb, klienci są otwarci na komunikację w sklepie, gdy zapadają ich decyzje. Natomiast ta otwartość trwa bardzo krótko i dotyczy tylko części kategorii. Jeśli komunikat odpowiada na aktualną potrzebę, to działa. Jeśli nie trafia w nią, wówczas znika w tle. Tylko niewielka część kupujących sztywno trzyma się swojej listy zakupów. Potwierdzają to inne badania rynkowe UCE RESEARCH, z których wyraźnie wynika, że polski konsument często zmienia zdanie w samym sklepie w kwestii konkretnego zakupu czy wyboru producenta.

– Skoro decyzje zmieniają się nawet w samym sklepie, to placówka handlowa staje się ostatnim, często decydującym punktem wpływu. In-store nie buduje lojalności w klasycznym sensie, ale bardzo skutecznie przechwytuje decyzję w momencie zakupu. Na samą zauważalność reklam w sklepach najbardziej wpływają takie czynniki, jak odpowiednia lokalizacja ekranu, kontekst kategorii i prostota komunikatu. Ekran przy wejściu działa inaczej niż przy półce. Kreacja do przeczytania przegrywa z komunikatem do zobaczenia w sekundę. Nadmiar bodźców oczywiście istnieje, ale problemem rzadziej jest ich liczba, a częściej brak dopasowania – mówi Radosław Gołąb.

W opinii współautora raportu, wyniki zrealizowanych w sklepach kampanii jednoznacznie pokazują, że reklama w miejscu sprzedaży działa i wpływa na decyzje zakupowe. Na pewno jest jeszcze pole do optymalizacji. Retail media w sklepach fizycznych są dokładnie w tym miejscu, w którym digital był kilkanaście lat temu. Potencjał jest ogromny, ale standardy w handlu dopiero się kształtują.

– Obecnie rynek w Polsce jest na etapie obecności ekranów w sklepach stacjonarnych, natomiast zmierza ku efektywności działań reklamowych. W najbliższych latach wygrają ci, którzy przestaną traktować placówkę handlową tylko jak miejsce emisji reklamy, a zaczną je postrzegać jako środowisko decyzji zakupowej, w którym warto być ze swoim przekazem. Sklep fizyczny stanie się pełnoprawnym kanałem mediowym, z własną logiką planowania i optymalizacji, opartą na danych first party retailera – podsumowuje Radosław Gołąb z MyShopTV.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport został oparty na specjalnym badaniu, które realizowano w bezpośrednim otoczeniu blisko 80 placówek handlowych, które w dniu badania posiadały ekrany wizyjne z wyświetlanymi reklamami. Zastosowano metodę wywiadów bezpośrednich z respondentami opuszczającymi sklep (tzw. intercept survey). Do udziału kwalifikowano osoby w wieku od 18 do 65 lat, które w danym momencie realizowały zakupy w analizowanej placówce. Łączna liczebność próby wyniosła blisko 1 tys. osób. Dobór próby miał charakter celowy i był związany z kontekstem sytuacyjnym (tj. dokonywania zakupów), co umożliwiało uchwycenie bezpośrednich deklaracji respondentów dotyczących ich doświadczeń zakupowych. Celem badania była analiza percepcji oraz poziomu zauważalności reklam wizyjnych emitowanych w przestrzeni sklepów detalicznych, a także ocena reakcji konsumentów na tego typu komunikaty w środowisku zakupowym. Badanie stanowi część szerszego projektu badawczego realizowanego w ramach raportu rynkowego pt. „Retail media coraz mocniej rozpychają się w polskim handlu. Edycja 2026”.

Praca sezonowa w Polsce coraz bardziej opłacalna. Stawki sięgają nawet 52 zł za godzinę

Praca sezonowa w Polsce może dziś opłacać się bardziej niż wyjazd na saksy. Jak wynika z danych Grupy Progres, obecne stawki wahają się od 32 do nawet 52 zł brutto za godzinę. Firmy, walcząc o pracowników oferują też dodatkowe benefity — premie frekwencyjne, darmowe zakwaterowanie i wyżywienie, dopłaty do transportu czy elastyczne grafiki. Tegoroczny sezon przynosi również ważną zmianę dla zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych: wykonywanie takiej pracy zaczyna wliczać się do stażu pracy i przyszłej emerytury dzięki przepisom obowiązującym od początku 2026 r.

Jeszcze kilka lat temu praca sezonowa kojarzyła się głównie ze zbiorami owoców czy pracą w restauracjach zlokalizowanych w kurortach turystycznych. Dziś nie mniejsze zapotrzebowanie dotyczy magazynów obsługujących e-commerce, centrów logistycznych, festiwali muzycznych, parków rozrywki i całej branży hotelowej czy handlu. Sezon stał się dziś czasem, z którego korzystają niemal wszyscy, a jego wszechstronność sprawia, że rośnie liczba ofert pracy o coraz bardziej zróżnicowanym charakterze. Dzięki temu takie oferty obejmują nie tylko proste, monotonne zajęcia, ale również bardziej interesujące i dynamiczne role w różnych branżach.

Jedna z większych zmian, którą na przestrzeni lat obserwujemy w przypadku pracy sezonowej dotyczy różnorodności stanowisk. Coraz częściej nie są to już wyłącznie proste prace fizyczne, ale role wymagające podstawowych kompetencji cyfrowych, szybkiej adaptacji i umiejętności pracy w dynamicznym środowisku. Sezonowość zatrudnienia zaczyna przypominać elastyczny rynek projektowy, w którym pracownicy płynnie przechodzą między branżami w zależności od popytu i lokalnych wydarzeń. Do tego mają szansę na dość szybki zarobek mówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rekordowe stawki i nowe benefity napędzają sezon 2026

Jak wynika z danych Grupa Progres, tegoroczne stawki w pracy sezonowej wahają się od 32 do 45 zł brutto za godzinę, choć w przypadku bardziej wymagających lub pilnych zleceń zdarzają się również oferty bardziej intratne sięgające 52 zł brutto. Zarobki części osób plasują się w środku tej stawki. Według statystyk Jooble dotyczących stanowisk zawierających określenie „sezonowa”, przeciętny pracownik w Polsce zarabia rocznie około 80 628 zł (stan na 13 maja 2026 r.). Przekłada się to na średnio 6 719 zł miesięcznie, 1 680 zł tygodniowo lub około 41,99 zł za godzinę. Jednocześnie analiza pokazuje zróżnicowanie wynagrodzeń – najniższe roczne stawki wynoszą około 77 640 zł, a najwyższe sięgają 83 508 zł.

Praca sezonowa ma swoją wartość

W gastronomii nadal dominują oferty dla kelnerów (ok. 32–40 zł/h + napiwki), barmanów (32–50 zł/h, w sezonie i klubach/eventach nawet 50–70 zł/h), baristów (32–45 zł/h), pomocy kuchennych (32–38 zł/h) i kucharzy (35–60 zł/h, w topowych lokalizacjach i kurortach więcej), ale coraz częściej pojawiają się także operatorzy food trucków (32–55 zł/h lub stawka dzienna + udział w obrocie), pracownicy cateringu eventowego (35–60 zł/h) oraz obsługa mobilnych stref gastronomicznych podczas koncertów i festiwali (40–70 zł/h, często z dodatkami za godziny nocne i pracę w weekendy).

W hotelach rekrutowani są nie tylko recepcjoniści i pokojowe (32–45 zł/h), ale też animatorzy dziecięcy (30–50 zł/h), opiekunowie stref wellness (35–60 zł/h), technicy basenowi (35–55 zł/h), concierge sezonowi dla apartamentów premium (40–70 zł/h, często wymagane języki obce) oraz osoby odpowiedzialne za obsługę rezerwacji online (30–50 zł/h, czasem system premiowy od wyników).

W logistyce i handlu sezonowym firmy szukają magazynierów (32–40 zł/h), operatorów kompletacji zamówień (32–45 zł/h), pracowników pakujących przesyłki e-commerce (32–40 zł/h), osób do inwentaryzacji (32–45 zł/h) oraz kierowców dostaw miejskich (35–55 zł/h + premie za kursy i godziny). Coraz więcej ofert dotyczy również obsługi automatów paczkowych i punktów odbioru zamówień w miejscowościach turystycznych (32–40 zł/h).

Bardzo dynamicznie rośnie sektor eventowy, gdzie poszukiwani są montażyści scen (35–60 zł/h), technicy światła i nagłośnienia (40–80 zł/h), stewardzi wydarzeń (32–45 zł/h), pracownicy stref VIP (35–70 zł/h) i osoby obsługujące zaplecze sanitarne podczas imprez plenerowych (32–40 zł/h). Pojawiają się też bardziej nietypowe stanowiska, takie jak operator dmuchańców (32–40 zł/h), opiekun stref relaksu (32–50 zł/h), tester escape roomów sezonowych (32–60 zł/h), kierownik kina letniego (40–70 zł/h) czy animator aktywności sportowych w hotelach i kurortach (32–55 zł/h).

W turystyce i rekreacji szukają instruktorów sportów wodnych (40–80 zł/h, często prowizje od zajęć), operatorów wypożyczalni rowerów elektrycznych (32–45 zł/h), obsługi parków linowych (32–50 zł/h), ratowników (35–60 zł/h + dodatki za odpowiedzialność) i przewodników miejskich (35–70 zł/h + napiwki). Z kolei branża beauty i wellness rekrutuje sezonowych masażystów (40–90 zł/h), kosmetyczki (40–80 zł/h), stylistki paznokci (40–85 zł/h) i recepcjonistów spa (32–50 zł/h). W miejscowościach turystycznych pojawiają się nawet oferty dla fotografów wykonujących zdjęcia turystom (32–70 zł/h lub prowizja od sprzedaży) oraz twórców materiałów do social mediów obsługujących profile hoteli i beach barów (35–80 zł/h lub stawki projektowe).

Praca sezonowa przestała być wyłącznie rozwiązaniem dla studentów szukających wakacyjnego zarobku. Dziś to pełnoprawny segment rynku pracy, w którym firmy rywalizują o kandydatów niemal tak samo jak przy rekrutacjach stałych. Coraz więcej pracodawców buduje markę wokół sezonu i wraca do tych samych pracowników co roku. Kandydaci zwracają uwagę już nie tylko na stawkę, ale też na warunki zatrudnienia, dodatki do pensji, grafik i atmosferę pracymówi Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Umowa nadal ma znaczenie. Najwięcej ofert na zlecenie, ale rynek się zmienia

Najpopularniejszą formą zatrudnienia pozostaje umowa zlecenie, szczególnie w gastronomii, turystyce i eventach. W logistyce oraz magazynach coraz częściej pojawiają się jednak umowy o pracę na czas określony, ponieważ firmy chcą ograniczyć rotację i szybciej szkolić pracowników do kolejnych sezonów. Pracodawcy próbują przyciągać kandydatów dodatkowymi benefitami: darmowym noclegiem, posiłkami pracowniczymi, premiami za brak absencji czy dopłatami do paliwa.

Duże zainteresowanie budzą także krótkie kontrakty weekendowe i mikrosezony trwające od dwóch do sześciu tygodni. To odpowiedź na zmieniające się podejście młodych pracowników, którzy coraz rzadziej deklarują gotowość do pracy przez całe wakacje. Popularne stają się również hybrydowe modele zatrudnienia – kilka dni pracy stacjonarnej i część zadań wykonywana zdalnie, np. przy obsłudze rezerwacji czy klienta online.

Nowe przepisy zmieniają rynek pracy sezonowej

Nowe przepisy obowiązujące od 2026 roku sprawiły też, że część osób zaczęła zwracać większą uwagę na legalność zatrudnienia i odprowadzanie składek. Zmiany pozwalają bowiem wliczać część okresów przepracowanych na zleceniu do stażu pracy, co może mieć znaczenie przy naliczaniu uprawnień pracowniczych, dodatków stażowych czy długości urlopu.

To pierwszy sezon, w którym kandydaci naprawdę pytają o składki i formalności. Jeszcze niedawno większość młodych ludzi interesowała wyłącznie stawka netto i liczba godzin. Dziś coraz częściej dopytują, czy umowa będzie zgłoszona do ZUS, czy pojawi się odprowadzanie składek i jak wygląda kwestia stażu pracy. To pokazuje, że świadomość rynku pracy rośnie szybciej, niż wielu pracodawców zakładało. W praktyce legalność zatrudnienia zaczyna być elementem przewagi konkurencyjnej podkreśla Magda Dąbrowska, prezeska Grupy Progres.

Rodzice wracają do procesu rekrutacji

Jednym z widocznych trendów tegorocznego sezonu jest obecność rodziców podczas rekrutacji. Młodzi kandydaci często przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne z mamą lub tatą, szczególnie jeśli praca wiąże się z wyjazdem do innego miasta albo zakwaterowaniem zapewnianym przez pracodawcę.

Rodzice pytają o standard noclegów, liczbę godzin pracy, bezpieczeństwo transportu i zapisy w umowie. Dla części firm to zaskoczenie, ale wiele organizacji zaczęło już przygotowywać specjalne informacje dla rodzin kandydatów. W branży hotelarskiej i gastronomicznej pojawiły się nawet dni otwarte dla rodziców pracowników sezonowych.

Wraz ze wzrostem liczby ofert rośnie również ryzyko nadużyć, dlatego szczególna czujność kandydatów jest jak najbardziej wskazana. Warto dokładnie weryfikować ogłoszenia – zwłaszcza te, które nie zawierają pełnych danych firmy, jasno określonych warunków zatrudnienia czy szczegółów dotyczących miejsca i formy pracy. Niepokój powinny budzić również nieprecyzyjne zasady dotyczące zakwaterowania, zbyt wysokie potrącenia za nocleg i wyżywienie, a także brak informacji o rzeczywistej liczbie godzin pracy czy systemie zmianowym – zaznacza Magda Dąbrowska. – Szczególnie ostrożnie należy podchodzić do ofert, które obiecują bardzo wysokie zarobki bez umowy lub bez jasno określonego sposobu rozliczeń. Transparentność w tych obszarach jest kluczowa – jej brak może świadczyć o potencjalnych nieprawidłowościach lub nieuczciwych praktykach. Dlatego przed podjęciem decyzji o wyjeździe lub zatrudnieniu warto każdą ofertę dokładnie sprawdzić i upewnić się, że warunki są jasno opisane i możliwe do zweryfikowania. Jeśli oferta wydaje się zbyt dobra, by była prawdziwa, lepiej podejść do niej z dystansem i w razie wątpliwości po prostu z niej zrezygnować – podsumowuje prezeska Grupy Progres.

UOKiK ukarał sprzedawcę kursów językowych. Chodzi o fikcyjne dofinansowania i „darmowe” kursy

0

Prezes UOKiK wydał decyzję dotyczącą spółki Mobile Marketing Center, która sprzedawała multimedialne kursy języków obcych. Urząd uznał, że przedsiębiorca naruszał zbiorowe interesy konsumentów, m.in. poprzez sugerowanie nieistniejących dofinansowań, reklamowanie pozornie darmowych produktów oraz nieprawidłowości przy zawieraniu umów na odległość.

Na spółkę nałożono karę w wysokości 2,232 mln zł. Dodatkową sankcję finansową, w wysokości 420 tys. zł, otrzymała osoba zarządzająca, której UOKiK zarzucił umyślne dopuszczenie do naruszeń prawa. Decyzja jest prawomocna wobec Mobile Marketing Center, natomiast osoba zarządzająca odwołała się do sądu.

Kursy językowe z rzekomym dofinansowaniem

Mobile Marketing Center oferowała kursy językowe za pośrednictwem strony poliglotos.pl, a także telefonicznie. Spółka korzystała również z serwisu speakking.pl. Według ustaleń UOKiK konsumenci byli zachęcani do zakupu kursów poprzez komunikaty sugerujące możliwość skorzystania z publicznego wsparcia finansowego.

Szczególne wątpliwości urzędu wzbudziła domena funduszwsparcia.eu, na której przedsiębiorca posługiwał się nazwą „Europejski Fundusz Wsparcia Nauki Języków Obcych i Edukacji”. Konsumentom sugerowano, że dzięki takiemu programowi mogą kupić kursy z 87-procentową zniżką.

Postępowanie wykazało jednak, że wskazany fundusz nie istniał. Zdaniem UOKiK narracja o dofinansowaniu miała stworzyć wrażenie wyjątkowej okazji cenowej i skłonić konsumentów do podjęcia decyzji zakupowej.

„Darmowe” produkty wymagały zakupu

Urząd zakwestionował również sposób reklamowania ofert określanych jako darmowe. Konsumenci mogli odnieść wrażenie, że otrzymają bezpłatny kurs lub materiały edukacyjne. W praktyce warunkiem skorzystania z takiej oferty był zakup innego, pełnopłatnego produktu.

Według UOKiK informacja o tym warunku była podawana w sposób niejasny lub ukrywana. Tym samym konsument nie otrzymywał pełnej i rzetelnej informacji o rzeczywistych kosztach oferty przed podjęciem decyzji.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny ocenił, że spółka budowała swój model sprzedaży na dezinformacji i manipulacji. Jak wskazał, konsumenci byli kuszeni wizją atrakcyjnych, lecz nieistniejących dofinansowań oraz ofertami darmowymi, które w rzeczywistości wiązały się z koniecznością zapłaty.

Nieprawidłowości w sprzedaży telefonicznej

Istotna część zarzutów dotyczyła sprzedaży telefonicznej. Według ustaleń UOKiK konsultanci Mobile Marketing Center nie przekazywali konsumentom pełnych informacji wymaganych przy zawieraniu umów na odległość.

Chodziło m.in. o brak jasnego wskazania handlowego celu rozmowy, danych identyfikujących przedsiębiorcę oraz informacji o prawie do odstąpienia od umowy. Urząd zakwestionował także praktykę uznawania transakcji za zawarte już podczas rozmowy telefonicznej.

W przypadku umów zawieranych przez telefon przepisy wymagają, aby konsument potwierdził wolę zawarcia umowy na trwałym nośniku. Według UOKiK Mobile Marketing Center traktowała umowy jako skutecznie zawarte mimo braku takiego potwierdzenia.

Spór o prawo do odstąpienia od umowy

Kolejny zarzut dotyczył utrudniania konsumentom odstąpienia od umowy. Spółka miała odmawiać takiego prawa w przypadku kursów multimedialnych, argumentując, że aktywacja kodu dostępu do treści cyfrowej wyłącza możliwość rezygnacji.

UOKiK wskazał jednak, że konsument musi wcześniej otrzymać jasną informację o skutkach aktywacji treści cyfrowej. Jeżeli przedsiębiorca nie poinformuje go prawidłowo o utracie prawa do odstąpienia, nie może później powoływać się na taki skutek.

W ocenie urzędu praktyka stosowana przez Mobile Marketing Center mogła prowadzić do sytuacji, w której konsumenci byli pozbawiani możliwości skutecznej rezygnacji z umowy, mimo że nie zostali wcześniej właściwie poinformowani o konsekwencjach swoich działań.

Ponad 2,6 mln zł kar

Łączna wysokość kar finansowych w sprawie przekracza 2,65 mln zł. Na Mobile Marketing Center nałożono 2,232 mln zł kary za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów. Osoba zarządzająca spółką ma zapłacić 420 tys. zł za umyślne dopuszczenie do naruszeń.

Spółka została również zobowiązana do poinformowania konsumentów, z którymi zawarła umowy, o decyzji Prezesa UOKiK. Ma to umożliwić klientom zapoznanie się z ustaleniami urzędu i ocenę swojej sytuacji prawnej.

Sprawa pokazuje, że UOKiK coraz dokładniej analizuje nie tylko same treści reklamowe, ale również sposób prowadzenia sprzedaży telefonicznej, konstrukcję ofert promocyjnych oraz przestrzeganie obowiązków informacyjnych wobec konsumentów.

Konsument musi znać rzeczywistą cenę i warunki oferty

Decyzja dotycząca Mobile Marketing Center wpisuje się w działania UOKiK wymierzone w praktyki, które mogą zniekształcać decyzje zakupowe konsumentów. Szczególne znaczenie mają tutaj komunikaty o promocjach, dotacjach, zniżkach i darmowych produktach.

Z perspektywy konsumenta kluczowe jest, czy informacja o cenie, warunkach skorzystania z oferty i prawie do odstąpienia od umowy została przekazana w sposób jasny, widoczny i zrozumiały. Jeżeli przedsiębiorca eksponuje korzyść, a ukrywa koszt lub istotne ograniczenia, może naruszać przepisy o ochronie konsumentów.

W przypadku Mobile Marketing Center UOKiK uznał, że konsumenci mogli być wprowadzani w błąd na kilku etapach kontaktu z firmą: od reklamy internetowej, przez rozmowę telefoniczną, po realizację prawa do odstąpienia od umowy.

Mikrokawalerki znów na celowniku resortu. Rynek mieszkaniowy może stracić kolejną furtkę

Ministerstwo Rozwoju i Technologii po raz kolejny bierze na tapet mikrokawalerki. Najpierw zakazano budowy mieszkań mniejszych niż 25 mkw., później ograniczano możliwość obchodzenia tych przepisów poprzez lokale użytkowe, a teraz nowe warunki techniczne mają domknąć również furtkę wykorzystywaną przez mikroapartamenty w hotelach, aparthotelach czy akademikach. Problem polega jednak na tym, że za każdym razem rynek znajduje nowe obejście. Bo mikrolokale – niezależnie od regulacji – wciąż mają swoje wierne grono amatorów.

Według najnowszej wersji projektu rozporządzenia w sprawie warunków technicznych, nie będzie można projektować lokali mniejszych niż 25 mkw. także w budynkach zamieszkania zbiorowego. Zmiana ma ograniczyć praktykę budowania małych lokali formalnie użytkowych, które w rzeczywistości funkcjonują jako mieszkania.

– To kolejny etap trwającej od lat wojny regulatora z rynkiem – komentuje Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Od liberalizacji do uszczelniania

Paradoks całej historii polega na tym, że jeszcze dekadę temu kierunek myślenia administracji był dokładnie odwrotny niż dziś. W 2016 roku resort infrastruktury planował zniesienie norm dotyczących minimalnych powierzchni pomieszczeń mieszkalnych, uznając, że o parametrach lokali powinien decydować przede wszystkim rynek i preferencje nabywców.

Jak argumentowali wówczas eksperci portalu RynekPierwotny.pl, mikromieszkania nie były żadnym polskim wynalazkiem, lecz naturalnym elementem funkcjonowania największych światowych metropolii – od Nowego Jorku i Londynu po Paryż. W warunkach szybko rosnących cen nieruchomości i postępującej urbanizacji segment najmniejszych mieszkań miał stanowić jeden z elementów dywersyfikacji oferty deweloperskiej.

W tamtym okresie dominowało przekonanie, że rynek sam zweryfikuje skalę zjawiska.

Dwa lata później nastąpił jednak gwałtowny zwrot regulacyjny. Od 1 stycznia 2018 roku zaczęły obowiązywać przepisy zakazujące projektowania mieszkań o powierzchni mniejszej niż 25 mkw. Regulacja miała poprawić standard zamieszkiwania i ograniczyć najbardziej skrajne przypadki „upakowywania” ludzi na minimalnej przestrzeni.

I rzeczywiście – z punktu widzenia urbanistyki czy jakości życia trudno odmówić tym argumentom racjonalności.

Problem w tym, że rynek mieszkaniowy rzadko podporządkowuje się prostym administracyjnym zakazom.

Mikrokawalerki nie są żadnym nowym wynalazkiem

W publicznej debacie najmniejsze lokale często przedstawiane są jako stosunkowo nowy produkt „patodeweloperki”. Tymczasem mieszkania o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych funkcjonowały w Polsce od dekad – również w czasach PRL. Dla wielu osób były pierwszym krokiem do samodzielności mieszkaniowej.

Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu nikogo szczególnie nie dziwiły kawalerki o powierzchni 16, 18 czy 20 mkw., zwłaszcza w dużych miastach i atrakcyjnych lokalizacjach. Ich przewagą była relatywnie niska cena nominalna, dobra lokalizacja i możliwość samodzielnego zamieszkania bez konieczności wynajmowania większego lokalu.

Jak wynikało z analiz portalu RynekPierwotny.pl jeszcze sprzed wprowadzenia limitu 25 mkw., popyt na najmniejsze lokale utrzymywał się stabilnie na poziomie około 1–2 proc. całkowitego popytu na rynku pierwotnym. Segment miał więc charakter niszowy, ale trwały i wyraźnie obecny w strukturze rynku.

To właśnie ten stabilny popyt sprawił, że mimo regulacji mikrolokale nie zniknęły z rynku.

Popyt nie zniknął. Rynek znalazł obejście

Po wejściu nowych przepisów deweloperzy bardzo szybko zaczęli wykorzystywać alternatywne formuły prawne.

Ponieważ ograniczenia dotyczyły wyłącznie lokali mieszkalnych, na rynku zaczęły pojawiać się:

  • mikroapartamenty,
  • aparthotele,
  • condohotele,
  • prywatne akademiki,
  • lokale użytkowe pełniące funkcję mieszkań.

Formalnie nie były to mieszkania, lecz lokale użytkowe lub budynki zamieszkania zbiorowego. W praktyce jednak często funkcjonowały dokładnie tak samo jak klasyczne lokale mieszkalne.

Kupujący godzili się przy tym na liczne niedogodności:

  • wyższy, 23-procentowy VAT,
  • mniej korzystny status prawny,
  • ograniczenia meldunkowe,
  • problemy eksploatacyjne.

W zamian otrzymywali jednak produkt relatywnie tani w zakupie. Nawet jeśli cena za metr kwadratowy była bardzo wysoka, to niewielki metraż oznaczał dużo niższy próg wejścia kapitałowego niż w przypadku tradycyjnego mieszkania.

I właśnie w tym miejscu najlepiej widać fundamentalne zderzenie dwóch sposobów myślenia o rynku mieszkaniowym.

Zderzenie dwóch logik rynku mieszkaniowego

Zwolennicy podejścia rynkowo-liberalnego przekonują, że państwo nie powinno administracyjnie eliminować produktu, na który istnieje trwały popyt. Ich zdaniem mikrolokale są naturalną odpowiedzią rynku na wysokie ceny mieszkań, urbanizację oraz zmieniający się styl życia mieszkańców dużych miast.

W praktyce najmniejsze lokale trafiają najczęściej do:

  • studentów,
  • singli,
  • młodych pracowników migrujących do największych aglomeracji,
  • inwestorów szukających małych lokali na wynajem.

W wielu przypadkach nie chodzi nawet o wybór komfortu, lecz o wybór pomiędzy bardzo małym mieszkaniem a całkowitym brakiem możliwości zakupu własnego lokalu.

Z drugiej strony istnieje jednak równie silne podejście urbanistyczno-regulacyjne, które zwraca uwagę, że problemem nie jest wyłącznie sam metraż, lecz obchodzenie prawa i rozbijanie logiki planowania przestrzennego.

Na ten aspekt zwraca uwagę m.in. Hanna Milewska-Wilk z Instytutu Rozwoju Miast i Regionów. Jak podkreśla ekspertka, budynki formalnie projektowane jako hotele, aparthotele czy obiekty usługowe w praktyce zaczynają pełnić funkcję mieszkaniową, co prowadzi do przeciążenia infrastruktury oraz chaosu urbanistycznego.

Gmina planuje bowiem:

  • określone natężenie ruchu,
  • zużycie mediów,
  • funkcje usługowe lub biurowe,
  • odpowiednią infrastrukturę techniczną.

Tymczasem w miejscu planowanego obiektu usługowego pojawia się budynek zamieszkany przez setki osób. W efekcie rozjeżdża się zarówno logika planowania przestrzennego, jak i realne funkcjonowanie miasta.

Resort próbuje zamknąć ostatnią furtkę

Nowe przepisy mają być odpowiedzią właśnie na ten mechanizm.

Nie chodzi już wyłącznie o sam zakaz projektowania mieszkań poniżej 25 mkw., ale o ograniczenie możliwości obchodzenia wcześniejszych regulacji poprzez budowę mikroapartamentów w budynkach zamieszkania zbiorowego.

To bardzo istotna zmiana, ponieważ przez ostatnie lata właśnie ten segment stał się głównym kanałem rozwoju najmniejszych lokali na rynku.

W praktyce oznacza to kolejny etap uszczelniania systemu:

  • najpierw zakazano mikrokawalerek jako mieszkań,
  • następnie rynek przeniósł się do lokali użytkowych,
  • potem do aparthoteli i akademików,
  • dziś regulator próbuje ograniczyć również tę ścieżkę.

Nowe przepisy nie walczą więc już z samą powierzchnią lokalu, lecz z mechanizmem obchodzenia wcześniejszych regulacji.

Wojna, która szybko się nie skończy

Historia mikrokawalerek pokazuje paradoks polskiego rynku mieszkaniowego. Państwo przez lata próbowało regulować segment, który jeszcze dekadę temu samo chciało liberalizować. Rynek odpowiadał jednak kolejnymi konstrukcjami prawnymi – od lokali użytkowych po aparthotele i condohotele.

Trudno zresztą oczekiwać, by było inaczej. Dopóki ceny mieszkań pozostaną wysokie, a część kupujących będzie poszukiwać możliwie najtańszego wejścia na rynek, zainteresowanie najmniejszymi lokalami prawdopodobnie nie zniknie.

– Pytanie brzmi raczej, czy segment ten będzie funkcjonował w przejrzystych i spójnych ramach prawnych, czy też nadal będzie wypychany do kolejnych legislacyjnych szarych stref – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

Trend Capital chce podwoić skalę działalności. Firma celuje w czołówkę rynku pozabankowego finansowania dla MŚP

Trend Capital, polska firma oferująca finansowanie pomostowe dla małych i średnich przedsiębiorstw, poinformowała o przekroczeniu progu 70 mln zł wartości portfela pożyczkowego. Spółka deklaruje, że w najbliższych latach chce istotnie zwiększyć skalę działalności i znaleźć się wśród największych podmiotów na rynku pozabankowych pożyczek hipotecznych dla firm.

Według informacji przekazanych przez firmę, Trend Capital obsłużył dotychczas ponad 200 klientów, a obecnie współpracuje z blisko 100 aktywnymi przedsiębiorcami. Roczna wartość udzielanego finansowania wynosi około 35,6 mln zł. Średnia kwota pojedynczej pożyczki w ostatnich kwartałach zbliża się do 1 mln zł, natomiast maksymalne finansowanie może sięgać 4 mln zł.

Pozabankowe finansowanie jako odpowiedź na potrzeby firm

Spółka działa w segmencie finansowania pomostowego zabezpieczonego hipotecznie. Tego typu rozwiązania są kierowane przede wszystkim do przedsiębiorców, którzy potrzebują szybkiego dostępu do kapitału, na przykład w celu utrzymania płynności, realizacji kontraktu lub sfinansowania bieżących potrzeb rozwojowych.

Trend Capital wskazuje, że popyt na takie finansowanie rośnie m.in. w związku z wydłużonymi procedurami kredytowymi w bankach oraz ograniczoną dostępnością finansowania dla części branż. Według spółki klasyczne procesy bankowe mogą trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy, podczas gdy w finansowaniu pomostowym kluczowe znaczenie ma czas decyzji i wypłaty środków.

Z oferty Trend Capital korzystają firmy z różnych sektorów gospodarki, w tym deweloperzy, firmy produkcyjne, przedsiębiorstwa z branży medycznej, transportowej, technologicznej oraz gastronomicznej.

Ambicja wejścia do pierwszej trójki rynku

Strategia spółki zakłada podwojenie skali działalności operacyjnej w ciągu około dwóch lat. Trend Capital planuje również systematycznie zwiększać wartość aktywów o 20–30 mln zł rocznie. Zgodnie z deklaracjami firmy portfel pożyczek na koniec 2027 r. ma przekroczyć 110 mln zł.

Anna Kafel-Kwiatkowska, CEO i współzałożycielka Trend Capital, ocenia, że polski rynek pozabankowego finansowania przedsiębiorstw pozostaje rozdrobniony, ale jego wartość można szacować na 3–5 mld zł. Spółka chce wykorzystać rosnące zapotrzebowanie na szybki kapitał i wejść do pierwszej trójki największych podmiotów oferujących pozabankowe finansowanie przedsiębiorstw zabezpieczone hipotecznie.

Firma informuje jednocześnie, że prowadzi proces pozyskiwania dodatkowego finansowania, które ma umożliwić dalszy wzrost portfela pożyczkowego.

Model oparty na prowizji i analizie ryzyka

Trend Capital podkreśla, że jego model biznesowy opiera się na przejrzystych kosztach dla klienta. Według informacji spółki przy terminowej spłacie pożyczki firma nie stosuje oprocentowania, a kosztem finansowania jest z góry określona prowizja. Ma to odróżniać ofertę od mniej transparentnych modeli pożyczkowych funkcjonujących wcześniej na rynku.

Istotnym elementem działalności firmy jest również analiza ryzyka. Trend Capital korzysta z autorskiego systemu scoringowego stworzonego we współpracy z firmą technologiczną Algolytics. System ma automatyzować pracę analityków i pozwalać na szybkie przygotowanie oceny ryzyka po wprowadzeniu danych.

Spółka deklaruje, że dzięki takiemu podejściu utrzymuje zdrowy portfel pożyczkowy, a wskaźnik pożyczek z opóźnieniami w spłacie pozostaje na niskim poziomie. Nie podano jednak konkretnej wartości wskaźnika NPL.

Wsparcie inwestorów instytucjonalnych

Trend Capital zwraca uwagę także na strukturę finansowania swojej działalności. Od pięciu lat spółkę finansują m.in. fundusze zarządzane przez CVI Dom Maklerski, określany w materiale jako lider rynku private debt w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich zaangażowanie w projekt ma wynosić 26 mln zł.

Działalność operacyjna grupy jest zarządzana przez Trend Capital Sp. z o.o., natomiast portfele pożyczkowe są lokowane w wyodrębnionych spółkach celowych. Według spółki taka struktura ma zwiększać przejrzystość oraz bezpieczeństwo inwestorów, a także ułatwiać tworzenie wehikułów finansowych dla funduszy instytucjonalnych i inwestorów prywatnych.

Rynek może rosnąć wraz z zapotrzebowaniem na szybki kapitał

Rozwój Trend Capital wpisuje się w szerszy trend profesjonalizacji rynku pozabankowego finansowania przedsiębiorstw. Segment ten pozostaje alternatywą dla finansowania bankowego, szczególnie w sytuacjach, gdy przedsiębiorcy potrzebują szybkiej decyzji lub nie mieszczą się w standardowych kryteriach bankowych.

Jednocześnie działalność tego typu instytucji wymaga ostrożnego zarządzania ryzykiem. Finansowanie zabezpieczone hipotecznie daje pożyczkodawcy dodatkową ochronę, ale nie eliminuje ryzyk związanych z kondycją finansową przedsiębiorców, jakością zabezpieczeń czy sytuacją na rynku nieruchomości.

Trend Capital deklaruje, że chce rosnąć przy zachowaniu konserwatywnego profilu ryzyka. Jeśli spółce uda się pozyskać dodatkowe finansowanie i utrzymać jakość portfela, może zwiększyć swoją pozycję w segmencie, który w Polsce pozostaje rozdrobniony, ale odpowiada na realne potrzeby wielu firm z sektora MŚP.

Samochody elektryczne w Polsce: więcej rejestracji, więcej ładowarek i rekord autobusów

Według danych z końca kwietnia 2026 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 147 596 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). Przez pierwsze cztery miesiące b.r. ich liczba zwiększyła się o 15 386 szt., czyli o 46% więcej niż w analogicznym okresie 2025 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Licznik_Elektromobilnosci_2026-04_grafika_800x450px

Pod koniec kwietnia 2026 r. po polskich drogach jeździły 273 122 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 135 413 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 137 709 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 13 044 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec kwietnia b.r. składała się z 29 611 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 390 772 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 2 225 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 2 061 szt., zaś wodorowe 164 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec kwietnia 2026 r. w Polsce funkcjonowało 12 779 ogólnodostępnych punktów ładowania pojazdów elektrycznych. 48% z nich (6 183 szt.) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 52% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W przypadku 21% punktów DC możliwe jest również alternatywne skorzystanie z ładowania AC.

Kwiecień to kolejny już miesiąc z rzędu, w którym odnotowaliśmy lepszy wynik rejestracji osobowych BEV niż w roku ubiegłym.  Pomimo wyczerpania budżetu programu „NaszEauto” na polskim rynku nadal dostępnych jest wiele atrakcyjnych ofert na „elektryki”. Średnie ceny szczególnie popularnych w Polsce elektrycznych SUVów segmentu C oraz D są o kilkanaście tys. niższe w porównaniu do 2025 r. Szykuje się nam również absolutnie rekordowy rok pod względem rozwoju zeroemisyjnego transportu publicznego. Od stycznia do kwietnia na drogi wyjechało ponad 330 autobusów bateryjnych – prawie tyle samo co w całym roku 2025 i o niemal 2/3 więcej niż w całym roku 2024. To m.in. konsekwencja kontynuacji dostaw pojazdów objętych dofinansowaniem z programu „Zielony Transport Publiczny” mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.

– Analizując wyniki kwietnia b.r. możemy stwierdzić, że poziom rejestracji samochodów bateryjnych wrócił do poziomu sprzed wprowadzenia programu NaszEauto. Producenci pojazdów – aby spełnić ambitne cele klimatyczne – robią wszystko, aby zaoferować klientom szeroką gamę samochodów bateryjnych i   hybryd plug-in w bardzo atrakcyjnych cenach. Widać to szczególnie w przypadku hybryd plug-in, które nie są objęte żadnym programem dofinansowania, a których ilość w parku pojazdów jest praktycznie taka sama jak samochodów elektrycznych. Warto podkreślić, że konsekwentnie rośnie liczba publicznych punktów ładowania samochodów elektrycznych, a prawie połowa z nich to punkty szybkiego ładowania prądem stałym – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Agent zamiast listy linków. Google zapowiada największą zmianę w historii wyszukiwarki

Podczas dorocznej konferencji Google I/O 2026 w Mountain View technologiczny gigant ogłosił najbardziej radykalną przebudowę swojej sztandarowej usługi od niemal ćwierćwiecza. Skromne pole tekstowe, będące dla miliardów ludzi codzienną bramą do globalnej sieci, ulega gruntownej transformacji. Zamiast prostego katalogowania linków firma stawia na całkowicie przeprojektowane pole wyszukiwania o nazwie Intelligent Search Box oraz autonomicznych agentów opartych na sztucznej inteligencji. Ich zadaniem nie będzie już jedynie odpowiadanie na pytania użytkowników, lecz przede wszystkim samodzielne realizowanie wieloetapowych zadań w tle, co zwiastuje początek zupełnie nowej ery w komunikacji człowieka z maszyną.

Zmiany zaprezentowane przez Google trudno tym razem uznać za kosmetyczne. Ikoniczne, minimalistyczne okienko wyszukiwarki przestaje być jedynie przestrzenią do wpisywania krótkich, sztywnych fraz. Nowy mechanizm został zaprojektowany w taki sposób, aby dynamicznie rozszerzać się na ekranie w miarę wprowadzania dłuższych, naturalnych wypowiedzi. System, napędzany najnowszym modelem językowym Gemini 3.5 Flash, jest w pełni otwarty na komunikację multimodalną. Aby uzyskać pogłębioną, kontekstową analizę danego zagadnienia, obok tradycyjnego tekstu można przesyłać zdjęcia, materiały wideo, obszerne dokumenty, a nawet udostępniać aktywne karty przeglądarki Chrome. Maszyna uczy się odczytywać nie tylko słowa, lecz cały cyfrowy krajobraz, w którym w danej chwili operujemy.

Obserwujemy fundamentalne przesunięcie środka ciężkości z prostego wyszukiwania informacji na ich wielowymiarowe przetwarzanie. Przez ponad dwadzieścia lat to my musieliśmy uczyć się języka maszyny, redukując złożone myśli do prymitywnych zbitków słów. Dziś Google chce, abyśmy zaczęli traktować wyszukiwarkę jak partnera w dialogu, który bez trudu wychwytuje intencję ukrytą za chaotycznym, potocznym językiem – podkreśla Marcin Stypuła z Semcore. – To koniec żmudnego stukania w ekran przy wpisywaniu precyzyjnych haseł. W tej nowej cyfrowej architekturze liczy się przede wszystkim szeroki kontekst. Odejście od myślenia w kategoriach słów kluczowych wywraca do góry nogami zasady gry, które obowiązują od czasu, gdy internet był jeszcze w powijakach – dodaje ekspert ekspert.

Aplikacje na życzenie

Zmiany w Google nie ograniczają się jedynie do sposobu pozyskiwania informacji. Firma idzie o krok dalej, redefiniując również proces tworzenia oprogramowania i zamieniając wyszukiwarkę w interaktywne studio programistyczne. Napędzana technologią Google Antigravity usługa umożliwia generowanie, na podstawie naturalnych poleceń formułowanych w języku potocznym, dynamicznych interfejsów i aplikacji bezpośrednio w oknie przeglądarki. W praktyce oznacza to, że użytkownik nie musi już znać języków programowania, aby stworzyć funkcjonalne narzędzie dopasowane do własnych potrzeb. System potrafi samodzielnie zaprojektować, zakodować i uruchomić choćby spersonalizowany tracker fitness integrujący dane z kalendarza, prognoz pogody oraz lokalnych map, tworząc gotowe do użycia narzędzie, które można zapisać, udostępniać i rozwijać. Subskrybenci wersji AI Pro i Ultra będą mogli budować tzw. „superaplikacje” wspierające złożone, wieloetapowe procesy. Posiadacze podstawowej wersji – przynajmniej na razie – będą musieli zadowolić się prostymi wizualizacjami i symulacjami.

Google zadzwoni do fryzjera i umówi wizytę

Prawdziwym przełomem, na który zwracają uwagę analitycy branżowi, jest debiut tak zwanych Information Agents – agentów AI dostępnych na głównej stronie wyszukiwarki. Mowa o autonomicznych programach, które przypominają niestrudzonych wirtualnych lokajów, pracujących na zlecenie użytkownika bez względu na porę dnia. Agent może na przykład otrzymać polecenie nieustannego monitorowania rynku nieruchomości pod kątem bardzo precyzyjnych wymagań, śledzenia w tle promocji w sklepach odzieżowych czy analizowania subtelnych zmian na rynkach finansowych. Właściciel konta nie musi już odświeżać stron ani wertować portali informacyjnych – otrzymuje gotowy raport w czasie rzeczywistym, dokładnie wtedy, gdy pojawia się istotna z jego perspektywy zmienna.

Na tym nie kończą się ambicje giganta z Mountain View, co doskonale ilustruje funkcja Agentic Booking, w ramach której system samodzielnie zarezerwuje wizytę u fryzjera, dopilnuje realizacji harmonogramu napraw domowych, a w niektórych przypadkach wykona połączenia głosowe do firm, by samodzielnie dopytać o brakujące informacje w ofercie. Funkcjonowanie agentów informacyjnych wesprze usługa Personal Intelligence, która – za wyraźną zgodą użytkownika – integruje dane z jego prywatnego kalendarza, skrzynek pocztowych oraz archiwów zdjęć. Dzięki temu asystent dysponuje pełniejszym, bardziej intymnym obrazem życia swojego właściciela, co pozwala mu unikać konfliktów w harmonogramie i proponować rozwiązania skrojone na miarę.

Jeden koszyk dla wszystkich sklepów

Wisienką na torcie w prezentacji Google jest Universal Cart – koszyk zakupowy oparty na architekturze Google Wallet, który integruje usługi Search, Gemini, Google Pay, Gmail oraz YouTube. Fundamentem tej rewolucji jest Universal Commerce Protocol (UCP), czyli otwarty standard stanowiący wspólny język dla agentów AI, umożliwiający płynne dokonywanie zakupów u wielu sprzedawców jednocześnie. Dzięki temu użytkownik może sfinalizować transakcję kilkoma kliknięciami bezpośrednio przez Google Pay albo przejść na stronę wybranego sklepu. Już na starcie projekt przyciągnął potężnych partnerów, w tym Nike, Sephora, Target, Walmart, Wayfair oraz marki działające w ekosystemie Shopify, takie jak Fenty czy Steve Madden.

W tym wszystkim najciekawsze jest to, że uniwersalny koszyk zakupowy radykalnie upraszcza proces podejmowania decyzji konsumenckich: nie tylko zapamiętuje przeglądane produkty i monitoruje spadki ich cen, lecz także samodzielnie wyszukuje ukryte oszczędności, analizuje historię cen oraz informuje o ponownej dostępności towaru. Możliwości systemu sięgają jednak znacznie dalej – np. podczas kompletowania podzespołów do budowy komputera potrafi on automatycznie wykryć brak kompatybilności sprzętu i zaproponować odpowiednie zamienniki.

Nie mamy tu do czynienia z kolejną ciekawą funkcją, lecz z początkiem epoki Agentic Commerce, która może całkowicie zmienić układ sił w e-commerce. Dzięki integracji zakupów z ekosystemem Google proces zakupowy zostanie niemal całkowicie pozbawiony tarć związanych z logowaniem, płatnościami czy przechodzeniem między sklepami. Oznacza to znaczący spadek liczby porzuconych koszyków oraz możliwość finalizowania transakcji dokładnie w chwili pojawienia się intencji zakupowej, na przykład podczas oglądania recenzji produktu na YouTube. Jednocześnie ta wygoda niesie ze sobą istotne ryzyko dla samych sprzedawców. W modelu kontrolowanym przez platformę Google sklepy internetowe mogą zostać sprowadzone do roli anonimowych centrów logistycznych, tracąc bezpośredni kontakt z klientem, możliwość budowania lojalności wobec marki oraz dostęp do danych first-party. Proces decyzyjny i sama transakcja przenoszą się bowiem do interfejsu technologicznego giganta – uważa Marcin Stypuła z Semcore.

Ekspert ostrzega również, że rozwój agentów AI analizujących ceny i automatycznie wyszukujących najtańsze oferty może doprowadzić do brutalnej wojny cenowej i dalszej presji na marże. – Asystent zakupowy nie będzie promował produktów konkretnego sklepu, lecz po prostu wybierze najkorzystniejszą ofertę dostępna na rynku. To oznacza również osłabienie tradycyjnych strategii cross-sellingowych – prognozuje Stypuła.

Nowości przedstawione na konferencji Google I/O 2026 bazują na imponujących możliwościach obliczeniowych nowego modelu Gemini 3.5 Flash. Przedstawiciele firmy twierdzą, że poczynili milowy krok w kierunku stworzenia sztucznej inteligencji ogólnej, zdolnej do swobodnego rozumowania na poziomie ludzkim. Choć podstawowy wariant nowego silnika trafił właśnie do użytkowników na całym świecie, te najbardziej spektakularne, wielowątkowe zdolności agentów zostaną zarezerwowane dla płatnych subskrybentów planów Pro i Ultra, których premiera w USA planowana jest na lato 2026 r.

Sezonowe ożywienie nie ratuje finansów budownictwa. 45,6 tys. firm ma 1,85 mld zł zaległości

Polska branża budowlana weszła w drugi kwartał 2026 roku z większym ruchem na placach budów, ale bez wyraźnej poprawy kondycji finansowej. Sezonowe ożywienie nie zmienia faktu, że tysiące firm nadal zmagają się z zaległościami płatniczymi, rosnącymi kosztami i niską rentownością kontraktów. Według danych Krajowego Rejestru Długów 45 621 firm budowlanych ma przeterminowane zobowiązania finansowe, a ich łączna wartość wynosi 1,85 mld zł.

Prawie połowa wszystkich zaległości sektora przypada na firmy zajmujące się robotami budowlanymi specjalistycznymi. Ich łączny dług wynosi 846,2 mln zł. Drugie miejsce zajmują przedsiębiorstwa wznoszące budynki, które mają 758 mln zł zaległości. Pozostałe ponad 245 mln zł przypada na firmy budujące obiekty inżynierii lądowej i wodnej.

Najliczniejszą grupę dłużników stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Jest ich 29 740, a ich łączny dług wynosi 853,6 mln zł. Spółki prawa handlowego, choć mniej liczne, odpowiadają za wyższą kwotę zaległości, sięgającą blisko 996,1 mln zł. To właśnie w tej grupie znajduje się krajowy rekordzista zadłużenia – firma budowlana z województwa małopolskiego, która zalega firmie z tej samej branży niemal 18,5 mln zł.

Budownictwo jest branżą silnie powiązaną siecią zależności, dlatego zaległości jednej firmy rzadko pozostają jej indywidualnym problemem. Jeśli wykonawca nie otrzymuje zapłaty na czas, opóźnia płatności wobec podwykonawców, dostawców materiałów czy leasingodawców. Dane pokazują, że najmniejsi przedsiębiorcy są najliczniejszą grupą dłużników, ale największe kwoty zaległości generują większe podmioty. To szczególnie niebezpieczne, bo ich problemy płynnościowe mogą oddziaływać na cały łańcuch realizacji inwestycji – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Słabsza kondycja firm

Dobrze ilustruje to Analiza wiarygodności płatniczej KRD. Choć większość firm budowlanych nadal ma najlepsze oceny A+B+C, to ich udział jest niższy niż rok wcześniej. W marcu 2026 roku wyniósł 86,9 proc., wobec 87,9 proc. r/r. Jednocześnie wzrósł udział przedsiębiorstw z ocenami pośrednimi D+E: z 5,9 proc. w marcu 2025 roku do 6,7 proc. w marcu 2026 roku. Lekko wzrósł też (z 6,2 proc. do 6,4 proc.) udział firm, z którymi współpraca jest najbardziej ryzykowna (z kategorii F+G+H). Oznacza to pogorszenie wiarygodności płatniczej w sektorze budowlanym na przestrzeni ostatniego roku.

Kondycję sektora dodatkowo obciążają rosnące koszty. Według portalu WielkieBudowanie.pl, kwiecień, tradycyjnie już, przyniósł wzrost zamówień we wszystkich analizowanych segmentach usług budowlanych, choć skala poprawy była zróżnicowana. Najmocniejsze odbicie widoczne było w pracach terenowych, posadzkach betonowych oraz ociepleniach i elewacjach. Jednocześnie w kwietniu wzrosły ceny usług budowlanych – średnio o 4,2 proc. miesiąc do miesiąca, w usługach wykończeniowych o 5,7 proc., a w pracach terenowych o 5,1 proc. Dodatkowym obciążeniem pozostają ceny materiałów i sytuacja na rynkach surowców, które według szacunków portalu mogą przełożyć się na ok. 4-proc. wzrost kosztów budowy w skali roku.

Ożywienie ma głównie charakter sezonowy

Dane makroekonomiczne pokazują jedynie ograniczone odbicie po bardzo słabym lutym, ale nie wskazują jeszcze na trwałą poprawę kondycji rynku. Z najnowszego raportu GUS za marzec 2026 roku wynika, że produkcja budowlano-montażowa była o 0,4 proc. wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Skala wzrostu pozostaje więc symboliczna, szczególnie w zestawieniu z narastającymi problemami płynnościowymi firm. Wzrost odnotowano w budowie budynków, gdzie wyniósł 1,4 proc. oraz w robotach budowlanych specjalistycznych, które zwiększyły się o 0,2 proc. Spadek utrzymał się natomiast w budowie obiektów inżynierii lądowej i wodnej, gdzie produkcja była niższa o 0,2 proc. niż rok wcześniej.

Słabsze nastroje potwierdza również Barometr EFL. Subindeks dla budownictwa spadł w II kwartale 2026 roku do 47,1 pkt z 51,4 pkt kwartał wcześniej, schodząc poniżej neutralnego poziomu 50 pkt. To najniższy wynik od końca 2022 roku. Szczególnie mocno pogorszyły się oczekiwania dotyczące sprzedaży: jej wzrostu spodziewa się jedynie 3 proc. firm budowlanych, wobec 19 proc. w poprzednim kwartale.

Największym problemem pozostaje niska rentowność prac. Firmy funkcjonują pod presją rosnących kosztów pracy, paliw i wybranych materiałów, a jednocześnie silna konkurencja zmusza je do składania bardzo agresywnych ofert. To klasyczne „przekleństwo najniższej ceny”: kontrakt można wygrać, ale coraz trudniej na nim zarobić. Po okresie dekoniunktury głód zleceń sprawia, że część firm akceptuje stawki, które przy obecnych kosztach szybko stają się zagrożeniem dla płynności – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Wykonawcy czekają na zapłatę

Największa część długu firm budowlanych (565 mln zł) należy się zarządcom wierzytelności. Kolejna część zadłużenia to faktury nieopłacone wewnątrz samej branży. Dłużnicy zalegają innym podmiotom z sektora budowlanego na 296 mln zł. Na trzecim miejscu znajdują się leasingodawcy, którzy czekają na zwrot 133 mln zł.

Problemem branży nie jest już wyłącznie liczba nowych kontraktów, ale ich opłacalność oraz tempo przepływu pieniędzy między inwestorami, generalnymi wykonawcami, podwykonawcami i dostawcami. W takiej sytuacji nawet wzrost aktywności na rynku nie musi automatycznie oznaczać poprawy bezpieczeństwa finansowego firm.

Najmniejsze firmy budowlane to przeważnie wykonawcy i podwykonawcy, którzy często muszą kupić materiały, opłacić ludzi albo dojechać na budowę, zanim sami otrzymają pieniądze od kontrahenta. Dlatego szukają elastycznego dostępu do finansowania: czasem na krótki cykl realizacji zlecenia, a czasem na dłuższe rozłożenie kosztów. Z naszych danych wynika, że w ostatnim roku produktem pierwszego wyboru w tej branży stała się pożyczka, która wyprzedziła nawet finansowanie w faktoringu cichym i jawnym. Liczba firm korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad 102 proc. rok do roku, a wartość finansowania wzrosła o ponad 120 proc. Średnia kwota pożyczki wynosi 7,7 tys. zł. Jednocześnie przy większych zleceniach firmy nadal chętnie sięgają po eFaktoring. Liczba mikroprzedsiębiorstw budowlanych korzystających z tego rozwiązania zwiększyła się o ponad jedną trzecią rok do roku, a średnia finansowana faktura to ok. 19 tys. zł. Dla dużych podmiotów to niewielkie sumy, ale dla małego wykonawcy mogą decydować o tym, czy przyjmie kolejne zlecenie, kupi materiały na czas i utrzyma płynność między jedną płatnością a drugąmówi Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Firmy budowlane nie tylko mają nieopłacone zobowiązania, ale same również czekają na zwrot 393 mln zł od swoich klientów i kontrahentów. Oprócz wewnętrznych długów branży, które stanowią lwią część zaległości, 44 mln zł są im również winne przedsiębiorstwa przemysłowe, a 22,6 mln zł – z branży nieruchomości.

Dealerzy samochodowi popierają projekt PSL. Chodzi o przewagę producentów i importerów

W dniu 19 maja 2026 roku w Sejmie odbyła się konferencja prasowa zorganizowana przez klub poselski Polskiego Stronnictwa Ludowego, na której zaprezentowano przełomowy projekt zmian w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. Inicjatywa ta ma na celu radykalne zwiększenie ochrony małych i średnich przedsiębiorców w Polsce.

Projektowana nowelizacja wprowadza do polskiego porządku prawnego zupełnie nową instytucję – pojęcie „względnej pozycji dominującej”. Będzie to kluczowe narzędzie w rękach Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, pozwalające na skuteczną walkę z praktykami polegającymi na wykorzystywaniu rażącej dysproporcji w potencjale ekonomicznym oraz przewagi kontraktowej stron.

Zgodnie z projektem, nadużywanie względnej pozycji dominującej będzie surowo zakazane i obejmie m.in. narzucanie nieuczciwych cen, odległych terminów płatności, nieuzasadnionych warunków umownych czy stosowanie działań odwetowych. Co niezwykle istotne, czynności prawne będące przejawem takiego nadużycia będą w całości lub w odpowiedniej części nieważne z mocy prawa.

Szczegóły nowych przepisów podczas konferencji przedstawili:

• Krzysztof Paszyk – poseł i przewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga,
• Jacek Tomczak – poseł i wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego Polskie Stronnictwo Ludowe – Trzecia Droga.

Problem nierównowagi sił jest szczególnie dotkliwy w branży dealerskiej. Dealerzy samochodowi, działający najczęściej jako sektor MŚP, regularnie stają w pozycji zależności od globalnych producentów i importerów. Ci drudzy mogą obecnie w sposób jednostronny narzucać wysokość marż, bonusów, rygorystycznych celów sprzedażowych oraz innych warunków drastycznie wpływających na stabilność biznesową polskich firm.

Projektowane przepisy wychodzą naprzeciw tym wyzwaniom, wprost wskazując, że zależność występuje wtedy, gdy przedsiębiorca jest zmuszony do zawarcia umowy z podmiotem posiadającym przewagę kontraktową lub gdy alternatywne rozwiązania byłyby dla niego nadmiernie uciążliwe.

„Jako branża dealerska jesteśmy żywo zainteresowani tymi zmianami i będą one bardzo korzystne dla ochrony interesów polskich dystrybutorów samochodów. W obecnym stanie prawnym jesteśmy „zblokowani”, bo w aktualnej definicji pozycji dominującej przedsiębiorca powinien mieć udział 40% rynku, a żadna z marek samochodów nie ma obecnie nawet 15%. Zaproponowana zmiana będzie miała ogromny wpływ na rynek, ponieważ w końcu firmy dealerskie będą objęte należytą ochroną. Zresztą, zyska na tym nie tylko nasza branża – nowymi przepisami objęte zostanie ponad 2 miliony przedsiębiorców będących MŚP w Polsce.”

— komentuje Paweł Tuzinek, Prezes Związku Dealerów Samochodów.

Inicjatywę wspierają także przedstawiciele innych branż, wśród których są m.in. najemcy w centrach handlowych zrzeszeni w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

„Nowelizacja stanowi szansę na naprawę relacji na linii najemca – wynajmujący. Dzięki nowym narzędziom prawnym UOKiK będzie mógł ingerować we wszystkie sytuacje, w których strona silniejsza nadużywa pozycji dominującej, zwłaszcza w stosunku do małych i średnich przedsiębiorców. W obecnym stanie prawnym najemcom pozostaje jedynie ścieżka sądowa, która – jak wiadomo – jest kosztowna i niezwykle czasochłonna. Mamy historyczny przykład jednego z małych najemców, który czekał na zwycięstwo w sądzie osiem lat.”

– mówi Waldemar Ciępka, dyrektor generalny Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług.

Więcej rolników w dobrej niż złej kondycji finansowej, choć sytuacja jest złożona

Z niedawno opublikowanego raportu wynika, że największa grupa rolników (32,9%) ocenia swoją sytuację finansową jako przeciętną. Pozytywne opinie stanowią 36,6% (w tym 9,1% bardzo dobre i 27,5% raczej dobre), natomiast negatywne – 30,5% (19,3% raczej złe oraz 11,2% bardzo złe). Eksperci komentujący te wyniki podkreślają, że przewaga ocen neutralnych może świadczyć o braku finansowych rezerw i uzależnieniu od czynników zewnętrznych. Do tego widać, że około jedna trzecia gospodarstw ma trudności z utrzymaniem płynności lub odczuwa presję zadłużenia, co zwiększa ryzyko przy wahaniach cen. Swobodę inwestycyjną posiada jedynie niewielka część badanych rolników.

Według raportu pt. „Kondycja finansowa polskich rolników. 2026” (autorstwa UCE Research), największa grupa rolników ocenia swoją sytuację finansową na ani dobrą, ani złą – 32,9%. Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, ekspert w dziedzinie zadłużenia w sektorze rolniczym, jest zdania, że dominacja tej odpowiedzi nie oznacza stabilizacji w sensie ekonomicznego bezpieczeństwa, lecz funkcjonowanie gospodarstw w warunkach równowagi bilansowej, gdzie dochody pokrywają koszty, ale nie generują istotnych nadwyżek.

– To bardzo ważne, bo w praktyce oznacza to sektor, który działa na styk, bez buforów finansowych. Taki stan jest typowy dla gospodarek rolnych w okresach presji kosztowej – szczególnie przy wysokich cenach środków produkcji i ograniczonej przewidywalności przychodów. W tym sensie neutralność nie jest komfortem, lecz raczej ekonomicznym „punktem zerowym”, który jest względnie stabilny, ale tylko pozornie – mówi Adrian Parol.

Natomiast dr Paweł Kraciński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (SGGW) stwierdza, że ww. wyniki należy interpretować jako złe. Skoro nie ma nadwyżek, to znaczy, że rolnicy nie zarabiają. Innymi słowy, nie osiągają odpowiedniego zysku. Raport wykazał też, że 30,5% respondentów negatywnie ocenia swoją sytuację (19,3% – raczej źle, a 11,2% – bardzo źle). Jak wyjaśnia dr Kraciński, to oznacza, że w znacznej części gospodarstw występują trudności z płynnością, a to poważny sygnał ostrzegawczy.

– W sektorze tak silnie uzależnionym od czynników zewnętrznych ww. odsetek negatywnych ocen przekłada się nie tylko na problemy jednostek, ale też na większą niestabilność całego rynku rolnego. To może skutkować ograniczeniem inwestycji, wzrostem zadłużenia oraz spadkiem zdolności gospodarstw do reagowania na kryzysy – komentuje Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z kancelarii GKPG.

W raporcie łącznie 36,6% ocen jest pozytywnych (9,1% bardzo dobrych i 27,5% raczej dobrych). – Niski udział ocen bardzo dobrych wskazuje na to, że tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. Sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – mówi Łukasz Goszczyński.

Prof. Jakub Piecuch z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie uważa, że względna równowaga między odpowiedziami wskazującymi na dobrą i złą sytuację finansową to dowód na brak stabilności i poczucia bezpieczeństwa rolników. – W mojej opinii, wyniki badania wskazują na niepewność sytuacji. Chcąc zgłębić analizę, warto byłoby uwzględnić sytuację makroekonomiczną rolników, czyli napływ produktów z Ukrainy, otwarcie wspólnego rynku w ramach umowy MERCOSUR, kontrakty z Australią itd. To wszystko powoduje, że presja odczuwana przez rolników jest coraz większa – zauważa prof. Piecuch.

Zdaniem Adriana Parola, obraz jest bardziej niejednoznaczny, niż mogłaby to sugerować sama dominacja kategorii neutralnej. Łącznie 36,6% pozytywnych ocen wskazuje na to, że ponad jedna trzecia gospodarstw funkcjonuje w warunkach stabilności lub nawet realnej zdolności inwestycyjnej. Z kolei aż 30,5% ocen negatywnych pokazuje, że niemal co trzecie gospodarstwo doświadcza realnych problemów finansowych, w części przypadków bardzo poważnych, związanych z utratą płynności lub ryzykiem zadłużeniowym. To w warunkach rolnictwa jest szczególnie istotne, bo ogranicza zdolność do inwestycji i zwiększa wrażliwość na wahania cen. To nie jest jeszcze obraz kryzysu systemowego, ale jest to poziom, który wrażliwie reaguje na pogorszenie otoczenia makroekonomicznego.

– Widać strukturę spolaryzowaną wokół środka, przy jednoczesnym istotnym udziale skrajnych napięć. Sektor jest rozciągnięty między stabilnością a kryzysem, bez wyraźnej dominacji jednego stanu. Tylko niewielka część gospodarstw znajduje się w sytuacji komfortu finansowego, który pozwala na swobodne inwestowanie i budowanie buforów bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to, że sektor ma ograniczoną górną warstwę kapitałową, czyli relatywnie mało gospodarstw pełni rolę liderów inwestycyjnych i modernizacyjnych – uważa Adrian Parol.

Jak wyjaśnia ekspert z SGGW, dobra sytuacja garstki rolników wynika z prowadzenia specyficznej działalności, tj. produkcji niszowej. Są produkty czy gałęzie, które dają zysk, np. okresowo niektóre warzywa i owoce. – Nie oznacza to jednak, że za rok ci sami rolnicy nie znajdą się w złej sytuacji. Zmienność, zwłaszcza na małych rynkach, jest duża. Co gorsza, większość czynników makroekonomicznych oddziałuje negatywnie. Stopy procentowe nadal są wysokie w porównaniu do rentowności produkcji rolnej. Rynek pracy jest trudny, bo mało jest chętnych do pracy w rolnictwie, co pociąga za sobą wzrost kosztów wynagrodzeń, a nawet czasami konieczność rezygnacji czy reorganizacji produkcji – zwraca uwagę dr Paweł Kraciński.

W opinii Łukasza Goszczyńskiego, neutralne odpowiedzi w badaniu pokazują, że nawet niewielkie wstrząsy mogą przesunąć je w stronę ocen negatywnych. Dominujące nastroje w rolnictwie zależą głównie od stabilności kosztów produkcji, cen skupu oraz przewidywalności regulacyjnej. Obecnie najbardziej prawdopodobny jest scenariusz dalszej polaryzacji. Część gospodarstw będzie się rozwijać, a reszta – coraz mocniej odczuwać presję finansową. Do tego prof. Jakub Piecuch przewiduje, że sytuacja rolników będzie coraz trudniejsza, m.in. ze względu na zmiany klimatyczne, rosnące ceny nawozów i konkurencję ze strony producentów z krajów, w których produkcja rolna jest tańsza niż u nas.

Przełom dla małych firm. Po zmianie przepisów rośnie liczba „pojedynczych kontroli” L4

Nowelizacja przepisów dotyczących zwolnień lekarskich, która weszła w życie 13 kwietnia 2026 roku, po raz pierwszy dała możliwość samodzielnej kontroli L4 także firmom zatrudniającym poniżej 20 pracowników. Eksperci rynku pracy wskazują, że dla sektora MŚP to prawdziwy przełom. Dotychczas małe firmy były w praktyce uzależnione od działań ZUS, który prowadził kontrole stosunkowo rzadko. Dziś przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po tzw. pojedyncze kontrole L4, które można zlecić w kilka minut i przeprowadzić nawet w ciągu 24-72 godzin na terenie całego kraju.

Jedno L4 potrafi sparaliżować małą firmę

Zdaniem ekspertów nowe przepisy szczególnie mocno zmieniają sytuację małych przedsiębiorstw, gdzie nawet pojedyncza absencja może wywołać poważne problemy organizacyjne.

– W dużej organizacji jedno L4 jest często jedynie elementem statystyki. W małej firmie może oznaczać realny kryzys operacyjny. Mówimy o sytuacjach, w których nagła nieobecność pracownika potrafi zatrzymać produkcję, sparaliżować realizację usług albo wymusić czasowe zamknięcie punktu – mówi Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy i prezes Conperio, polskiej firmy doradczej specjalizującej się w zarządzaniu absencją chorobową.

Jak wskazuje, po zmianie przepisów wyraźnie wzrosło zainteresowanie tzw. kontrolą pojedynczych zwolnień chorobowych.

– Jeszcze kilka miesięcy temu wielu małych przedsiębiorców było praktycznie bezradnych. Dziś mogą zlecić kontrolę w ciągu kilku minut i szybko zweryfikować, czy zwolnienie jest wykorzystywane prawidłowo. Widzimy wyraźny wzrost zainteresowania takimi pojedynczymi kontrolami – dodaje ekspert rynku pracy.

Największe ryzyko? Krótkie i nagłe L4

Najbardziej problematyczne dla sektora MŚP czy produkcji są dziś krótkie, niezaplanowane absencje, szczególnie jednodniowe zwolnienia pojawiające się w okolicach weekendów lub w okresach zwiększonego obciążenia pracą. To właśnie one są najtrudniejsze do organizacyjnego zabezpieczenia i często powodują największe straty operacyjne.

– Jednodniowe, nagłe L4 są dziś jednym z największych wyzwań dla zespołów. W praktyce przedsiębiorca bardzo często nie ma możliwości szybkiego zastąpienia pracownika, a każda taka absencja automatycznie zwiększa obciążenie pozostałych osób – wskazuje Mikołaj Zając.

Jak wynika z danych Barometru Absencji Chorobowej Conperio za 2025 rok, ponad 44 proc. jednodniowych zwolnień lekarskich przypada na dni bezpośrednio sąsiadujące z weekendami.

Kontrola L4 staje się usługą „na żądanie”

Nowe przepisy nie tylko rozszerzyły uprawnienia przedsiębiorców, ale również zmieniły sposób funkcjonowania rynku kontroli L4. Coraz częściej mają one charakter szybkiej, punktowej reakcji na konkretną sytuację w firmie.

Zdaniem ekspertów rok 2026 może przynieść dalszy wzrost zainteresowania kontrolami zwolnień lekarskich w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.

To milowy krok dla MŚP. Po raz pierwszy mali przedsiębiorcy otrzymali realne narzędzie reagowania na nadużycia, które wcześniej pozostawały praktycznie poza ich kontrolą. Można się spodziewać, że liczba pojedynczych kontroli będzie systematycznie rosła, szczególnie w branżach najbardziej narażonych na problemy kadrowe i absencje – podsumowuje prezes Conperio.

Allianz Partners wdraża AI do automatyzacji likwidacji szkód

Allianz Partners wdrożył rozwiązanie firmy Minte.ai – narzędzie oparte na sztucznej inteligencji wspierające proces likwidacji szkód osobowych. System wykorzystywany jest w obsłudze roszczeń z tytułu następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW) w ramach produktów Allianz Zdrowie.

Zawarta umowa umożliwia Allianz Partners wykorzystanie technologii Minte.ai w procesie rozpatrywania zgłaszanych szkód osobowych. Narzędzie jest wykorzystywane przy obsłudze roszczeń z tytułu hospitalizacji oraz NNW, usprawniając proces likwidacji szkód i skracając czas podejmowania decyzji.

Szybsze decyzje i większa spójność dzięki AI

Wdrożenie Minte CLAIMS odpowiada na jedno z kluczowych wyzwań branży – konieczność szybkiej i precyzyjnej analizy obszernej dokumentacji medycznej oraz ograniczenia ryzyka niejednolitych ocen szkód.

Automatyzacja pozwala znacząco przyspieszyć proces oraz zwiększyć jego transparentność. System może dostarczyć wstępną ocenę roszczenia nawet w ciągu kilku minut, wspierając ekspertów w podejmowaniu decyzji oraz ograniczając konieczność manualnej analizy – komentuje Ewelina Nazarczuk, Kierownik ds. likwidacji szkód w Allianz Partners Polska.

– Współpraca z Allianz Partners potwierdza korzyści, jakie osiągają nowoczesne podmioty stawiając na gotowe, głęboko wyspecjalizowane komponenty. Sprostanie restrykcyjnym wymogom AI Act oraz RODO w automatyzacji roszczeń medycznych to duże wyzwanie produktowe. W Minte.ai łączymy ogólną technologię AI z własnymi, specyficznymi rozwiązaniami, dzięki czemu zapewniamy efektywność i pełną zgodność regulacyjną już od pierwszego dnia. Taki komplementarny model pozwala wewnętrznym zespołom technologicznym partnera uwolnić zasoby inżynieryjne i skupić się na innych polach budowania przewagi rynkowej – mówi Romuald Paprzycki, CEO Minte.ai.

Rozwiązanie Minte CLAIMS bazuje na wyspecjalizowanych modelach AI poświęconych analizie dokumentacji medycznej, które identyfikują m.in. diagnozy, przebieg leczenia, czy okoliczności uszczerbku oraz obliczają – zgodnie z warunkami umowy ubezpieczeniowej – wysokość świadczenia, np. poziom uszczerbku na zdrowiu. System pozwala na parametryzację produktów ubezpieczeniowych bez przeuczania modeli AI, co jest istotne przy różnorodności załączników do OWU i pozwala na pełną automatyzację procesu oceny roszczenia zgodnie z obowiązującą legislacją. Co istotne, technologia działa bez przesyłania danych do chmury obliczeniowej, co oznacza, że wrażliwe dane medyczne nie są przesyłane poza ściśle określoną infrastrukturę.

Kierunek: automatyzacja i lepsze doświadczenie klienta

Wdrożenie rozwiązania firmy Minte.ai wpisuje się w szerszy trend wykorzystania sztucznej inteligencji w ubezpieczeniach – nie tylko w celu optymalizacji kosztów, ale przede wszystkim poprawy doświadczenia klientów. Szybsze decyzje, większa przewidywalność procesu oraz przejrzystość rozliczeń stają się dziś kluczowe w ocenie jakości obsługi.

Mieszkania w Warszawie najdroższe w historii. Ale rekord cen mieszkań ma drugie dno

W połowie maja 2026 roku średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich w Warszawie po raz pierwszy w historii przekroczyła barierę 20 tys. zł/mkw. Eksperci Otodom studzą jednak rynkową panikę, a na pytanie o to, czy Polaków jeszcze stać na własne M, odpowiadają, że rekord nie oznacza nagłego załamania dostępności mieszkań. To przede wszystkim efekt wyraźnej zmiany w strukturze podaży. Jak ten wynik ma się do cen transakcyjnych i realnej zawartości portfeli kupujących?

Najważniejsze informacje:

  • Średnia cena ofertowa mieszkań deweloperskich na poziomie 20 tys. zł/mkw. w Warszawie jest faktem. To rezultat wprowadzenia do sprzedaży nowych, drogich inwestycji (powyżej 23,1 tys. zł/mkw.).
  • W połowie maja średnia cena transakcyjna w stolicy okazała się aż o 13,7% niższa od średniej ceny ofertowej.
  • Eksperci Otodom prognozują, że w II kwartale 2026 roku przeciętna stawka transakcyjna w stolicy (według danych własnych Otodom) wyniesie około 17,1-17,2 tys. zł/mkw.

Mechanizm majowego rekordu: 900 drogich mieszkań wywindowało warszawską średnią

– Przekroczenie progu 20 tys. zł/mkw. to nie tylko medialna, ale i rynkowa sensacja. Tak drogo jeszcze nie było, ale warto zrozumieć mechanizm stojący za tym rekordem. Kluczową rolę odegrały przede wszystkim bardzo drogie wprowadzenia. W ciągu zaledwie dwóch tygodni do sprzedaży trafiło ponad 900 mieszkań, których średnia cena wyniosła 23,1 tys. zł/mkw. – mówi Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Równolegle w pierwszej połowie maja kupujący nabyli 800 mieszkań po przeciętnej stawce 17,3 tys. zł/mkw. Skoro z rynku zniknęły tańsze lokale, a ich miejsce zajęły nowe i wyraźnie droższe, to średnia warszawskiej oferty niemal automatycznie wzrosła do 20 063 zł/mkw. To niezwykle ważna informacja dla nabywców, ponieważ oznacza, że ceny lokali dostępnych już wcześniej w sprzedaży w zdecydowanej większości wcale się nie zmieniły.

Ceny ofertowe a transakcyjne. Ile naprawdę płaci się za mieszkanie w Warszawie?

Dane NBP potwierdzają to, co obserwujemy w analizach Otodom od dłuższego czasu. Kwota z ogłoszenia odbiega od tej widniejącej w akcie notarialnym. Różnica między ceną ofertową i transakcyjną wyniosła w I kwartale 1 581 zł/mkw. Oznacza to, że większość sprzedanych w I kwartale mieszkań miała niższą od średniej rynkową cenę metra kwadratowego. Nie musi to jednak dowodzić, że nabywcy uzyskiwali 8-9% upusty, co sugeruje różnica między ceną ofertową i transakcyjną, ale z pewnością świadczy o ich zainteresowaniu mieszkaniami z tańszej części oferty firm deweloperskich – przyznaje Katarzyna Kuniewicz.

Aby przełożyć najświeższe, majowe dane na konkretny przykład musimy sięgnąć po ceny całkowite oferowanych w stolicy lokali. Według badań Otodom przeciętne mieszkanie w sprzedaży na rynku deweloperskim ma 55 mkw. i kosztuje prawie 1,1 mln zł. Tymczasem nabywcy którzy zdecydowali się na zakup w pierwszej połowie maja wybierali mieszkania przeciętnie 54-metrowe, za które płacili około 930 tys. zł (średnia cena mieszkań sprzedanych). Oznacza to, że przeciętna transakcja na rynku deweloperskim w maju została zrealizowana na wyraźnie niższym poziomie niż sugeruje to cena całkowita przeciętnego oferowanego mieszkania (o 166 tys. zł  mniej).

ceny mieszkań w warszawie

Mieszkanie z rynku deweloperskiego czy wtórnego? Zaskakujący remis cenowy

Jak zaznacza Katarzyna Kuniewicz, z danych NBP za I kwartał 2026 roku wyłania się zaskakujący obraz warszawskiego rynku. Okazuje się, że mimo dużych różnic w cenach ofertowych, średnie ceny transakcyjne mieszkań deweloperskich i używanych były niemal identyczne. W przypadku nowych lokali to 16 475 zł/mkw., a na rynku wtórnym – 16 393 zł/mkw. (mniej niż 1%).

– Po raz pierwszy od dwóch lat to średnia cena transakcyjna na rynku deweloperskim okazała się wyższa od transakcji na rynku wtórnym. Co więcej, nasz stały monitoring pozwala już teraz prognozować wyniki dla trwającego – II kwartału*. Ponieważ bieżące odczyty badań Otodom niemal pokrywają się z oficjalnymi raportami NBP, spodziewamy się, że w II kwartale ostateczna średnia cena transakcyjna w stolicy ogłaszana przez NBP ukształtuje się na poziomie około 16,8-16,9 tys. zł/mkw. – mówi dyrektorka badań rynku Otodom.

*Zgodnie z metodologią NBP oznacza to miesiące od marca do maja.

multiQure z wyceną na poziomie 104,6 mln USD. Polski projekt celuje w przełom w terapii Huntingtona

Dom Maklerski INC ocenia, że platforma RNAi opracowana przez zespół projektu multiQure może istotnie wpłynąć na standard leczenia w chorobie Huntingtona w ciągu najbliższych lat. Analitycy zauważają, że projekt ma wysoki potencjał innowacyjny w obszarze chorób o istotnej niezaspokojonej potrzebie medycznej, jakimi są choroby poliglutaminowe. Wynika on z przewag konkurencyjnych, perspektywicznej niszy oraz szybkiego momentu „sprawdzam”. Pozwoliło to wycenić multiQure na 104,6 mln USD (około 380 mln zł przy obecnym kursie).

Ideą stojącą za multiQure jest realizacja amerykańskiego modelu biotechnologii w Polsce, który polega na skoncentrowaniu środków i zasobów na wiodącym projekcie i jak najszybszym udowodnieniu działania terapii w rzeczywistych warunkach klinicznych. Zdaniem autorów raportu projekt zagospodarowuje istotną niszę rzadkich chorób neurodegeneracyjnych, do których zaliczają się m.in. choroby poliglutaminowe.

– Metody leczenia, które są wykorzystywane obecnie, koncentrują się na zwalczaniu objawów choroby, nie ingerując w jej przyczynę, czyli powstawanie zmutowanego białka w efekcie wadliwego genu. Platforma RNAi autorstwa multiQure nie pozwala na powstanie wspomnianego białka, przez co zatrzymywany jest rozwój choroby, a to stanowi główną wartość projektu – informuje Maciej Kietliński, autor raportu analitycznego DM INC.

Najbardziej zaawansowanym programem spółki jest terapia choroby Huntingtona, jednak potencjalny zakres zastosowania technologii obejmuje również inne choroby poliglutaminowe, takie jak DRPLA, SCA3 czy SCA7. Wspólnym mechanizmem biologicznym tych schorzeń są ekspansje powtórzeń CAG, co nadaje technologii multiQure™ charakter platformowy i pozwala budować strategię rozwoju wykraczającą poza pojedyncze wskazanie terapeutyczne.

– Wycenę tego projektu z pewnością wspiera fakt, że stoi za nim światowej klasy zespół badawczy pod kierownictwem prof. Marty Olejniczak. Dla inwestorów kluczowy jest fakt, że technologia z IChB PAN ma mocne, udokumentowane podstawy naukowe, co minimalizuje ryzyko na wczesnym etapie rozwoju. Dodatkowo, obecność Biofund Capital Management jako partnera strategicznego gwarantuje odpowiednie know-how w obszarze komercjalizacji. To rzadkie i pożądane na rynku połączenie twardej nauki z doświadczeniem biznesowym. Ponadto, szybki moment „sprawdzam” zaplanowany na 2028 r. pozwoli zwiększyć szanse na sprawne wprowadzenie terapii na rynek – podkreśla analityk.

Analitycy dostrzegają, że pomimo prac prowadzonych nad innymi terapiami genowymi, na czele z metodą autorstwa spółki uniQure, to właśnie polski projekt ma największy potencjał do stania się terapią „best-in-class”, ze względu na długotrwałe wyciszenie genu oraz selektywne działanie na zmutowany gen. Terapie konkurencyjne nie łączą w sobie obu tych cech na raz, dlatego szanse na ich sukces rynkowy są zdaniem autorów raportu niższe niż w przypadku multiQure. Większa szansa na sukces rynkowy jest zdaniem DM INC istotnym elementem wyceny projektu.

– Duży potencjał platformy multiQure oraz jej przewagi na tle konkurencyjnych terapii sprawiają, że w przypadku dopuszczenia jej na rynek projekt może notować w szczytowym momencie przychody od jednego pacjenta w kwocie 1,3 mln USD w USA oraz 1,0 mln USD w Europie. Na podstawie naszego modelu oszacowaliśmy wartość projektu na 104,6 mln USD, co w przeliczeniu na złote wynosi około 380 mln zł. Wspomniane założenia oraz przyjęte szacunki mają charakter ostrożnościowy, szczególnie w kontekście obecnych poziomów cen terapii genowych na rynku – mówi Maciej Kietliński.

Raport analityczny DM INC ma charakter scenariuszowy i nie stanowi prognozy finansowej spółki ani rekomendacji inwestycyjnej.

Link do raportu: https://www.dminc.pl/raport-analityczny/multiqure/

Strach wraca na rynki. Dolar zyskuje, a rentowności obligacji idą w górę

Inwestorzy boją się, że sytuacja w Zatoce Perskiej może eskalować. Efektem tego strachu są trzy elementy: droższa ropa, której wpływ państwa odrobinę amortyzują, napływ kapitału do dolara oraz rosnące koszty obsługi długu. W tle inflacja w Kanadzie poniżej oczekiwań.

Co z długiem?

Na rynku wyraźnie widać, że inwestorzy oczekują coraz wyższych stóp zwrotu z inwestycji w obligacje. Jeszcze dwa tygodnie temu polskie papiery 10-letnie były handlowane przy rocznej rentowności 5,6%. Dzisiaj za ryzyko na poziomie ponad 6% żądania wierzycieli rosną. Co się w tym czasie w Polsce zmieniło? Właściwie nic. Na świecie natomiast postępuje przekonanie, że jeszcze kilka miesięcy temu zbyt gwałtownie wycenialiśmy skalę obniżek stóp procentowych w najbliższych latach. Skoro wskaźniki będą wyższe, to i oczekiwania inwestorów za pożyczanie pieniędzy państwom rosną. Nie jest to oczywiście tylko polski problem. Drożej zadłuża się też USA, które wywołały większość tego zamieszania oraz gospodarki Europy Zachodniej. Co to oznacza dla Polski? Nasz kraj jest zadłużony niemal na 60% PKB, czyli około ćwierć procenta naszego PKB idzie dodatkowo w obsługę długu.

EURUSD poniżej 1,16

Na rynkach trwają przygotowania na najgorsze. Widać to po notowaniach dolara amerykańskiego, który zasysa kapitał niczym wir. Jeszcze w zeszłym tygodniu za 1 EUR płacono 1,1750 USD. Wczoraj byliśmy już na poziomie 1,1600. Dolar jest miejscem, do którego kapitał ucieka w trudnych czasach. Wielu analityków zastanawia się, czy nie dojdzie do eskalacji obecnej wojny w Zatoce Perskiej. Spotkanie USA–Chiny nie przyniosło rozstrzygnięcia, mimo absurdalnych zalotów administracji prezydenckiej sugerujących możliwość przehandlowania bezpieczeństwa Tajwanu. Obecna sytuacja wygląda już trochę na desperację. Ceny ropy są w miarę pod kontrolą, ale to głównie dlatego, że kolejne państwa uwalniają rezerwy surowca na rynek. Nie bez znaczenia jest też zawieszenie sankcji na Rosję na kolejny miesiąc, dzięki czemu może finansować agresję na Ukrainę. Im bardziej jednak rynki się boją eskalacji, tym silniejszy staje się dolar.

Miła niespodzianka w Kanadzie

Pomimo słabej passy negatywnych niespodzianek dotyczących wskaźnika inflacji nie wszędzie jest źle. Pozytywnie zaskoczyła nas wczoraj Kanada. Analitycy oczekiwali wzrostu inflacji dla konsumentów do 3,1%. Faktycznie był on jednak niższy – ceny rosną o 2,8% w skali roku. Głównym powodem była wyraźnie mniejsza od oczekiwań inflacja bazowa. W rezultacie, pomimo kryzysu energetycznego wywołanego przez USA wojną w Zatoce Perskiej, Kanadyjczycy nie odczuwają tego aż tak dotkliwie. Po samej publikacji dolar kanadyjski osłabiał się względem amerykańskiego. Był to jednak chwilowy ruch.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Inflacja w strefie euro przyspiesza. Ceny energii znów podbijają odczyty

Kwietniowy odczyt inflacji konsumenckiej w strefie euro przyspieszył do 3,0 proc. w ujęciu rocznym wobec 2,6 proc. miesiąc wcześniej. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 1,0 proc., a dane okazały się zgodne z oczekiwaniami rynku. Głównym czynnikiem odpowiadającym za wyraźne przyspieszenie inflacji był wzrost cen surowców energetycznych, będący konsekwencją napięć geopolitycznych na Bliskim Wschodzie.

Jednocześnie harmonizowana inflacja bazowa, która nie uwzględnia cen energii oraz nieprzetworzonej żywności, wyniosła w kwietniu 2,2 proc. w ujęciu rocznym. Relatywnie umiarkowany poziom tego wskaźnika sugeruje, że presja inflacyjna pozostaje w dużej mierze ograniczona do komponentów najbardziej podatnych na wahania cen surowców. Na ten moment nie widać wyraźnych sygnałów szerokiego rozlewania się inflacji na pozostałe sektory gospodarki.

Mimo to inflacja konsumencka nadal pozostaje powyżej średnioterminowego celu Europejskiego Banku Centralnego wynoszącego 2,0 proc. W efekcie w ostatnich miesiącach rynek wyraźnie zmienił oczekiwania dotyczące polityki monetarnej. Jeszcze trzy miesiące temu dominował scenariusz stabilizacji stóp procentowych, natomiast obecnie inwestorzy wyceniają pierwsze podwyżki stóp procentowych w strefie euro w tym roku.

Złoto blisko dolnego ograniczenia korekty. Inwestorzy szukają nowego kierunku

0
  • Złoto znajduje się przy dolnym ograniczeniu korekty o skali 1 500 USD, wyznaczonej między styczniowym szczytem na poziomie 5 595 USD a marcowym minimum w okolicach 4 100 USD.
  • Rosnące oczekiwania inflacyjne napędzane cenami energii oraz wyższe rentowności obligacji obecnie przysłaniają czynniki, które od dłuższego czasu wspierają złoto: obawy o zadłużenie fiskalne, dywersyfikację rezerw przez inwestorów i banki centralne oraz utrzymujące się trendy dedolaryzacyjne.
  • Przepływy do ETF-ów oraz wskaźniki zmienności wskazują na ograniczoną aktywność uczestników rynku i oczekiwanie na wyraźniejszy impuls – techniczny lub fundamentalny.

Jak tłumaczy Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank, złoto kontynuuje trwającą od tygodnia fazę konsolidacji po historycznym rajdzie, który wyniósł cenę kruszcu do styczniowego szczytu w pobliżu 5 595 USD, zanim nastąpiła gwałtowna korekta do marcowego minimum w okolicach 4 100 USD. Przy cenie około 4 550 USD złoto nadal zyskuje mniej więcej 5% od początku roku i 40% w ujęciu rocznym, ale pozostaje blisko dolnego ograniczenia korekty o skali około 1 500 USD, która ukształtowała się w pierwszym kwartale.

Obecne otoczenie coraz wyraźniej pokazuje różnicę między tym, na czym w krótkim terminie koncentrują się traderzy, a tym, co w dłuższej perspektywie obserwują inwestorzy. Choć strukturalne argumenty za złotem pozostają w dużej mierze nienaruszone, krótkoterminowe czynniki makroekonomiczne stworzyły dla cen bardziej wymagające warunki.

Z perspektywy traderów uwaga nadal skupia się na cenach energii, oczekiwaniach inflacyjnych, rentownościach obligacji i dolarze. Kryzys na Bliskim Wschodzie oraz związane z nim zakłócenia na rynkach energii podniosły oczekiwania inflacyjne w momencie, gdy rynki przygotowywały się do niższych stóp procentowych. Wyższe ceny energii bezpośrednio przekładają się na inflację, a w konsekwencji także na rentowności obligacji skarbowych, jednocześnie wspierając dolara amerykańskiego.

To połączenie stworzyło trudne środowisko dla złota. Rosnące rentowności zwiększają koszt alternatywny utrzymywania aktywa nieprzynoszącego dochodu, a mocniejszy dolar zwykle ogranicza popyt ze strony inwestorów spoza USA. W rezultacie typowa reakcja złota jako bezpiecznej przystani stała się mniej jednoznaczna. W obecnym mechanizmie rynkowym eskalacja napięć geopolitycznych może czasami ciążyć złotu, jeśli jednocześnie prowadzi do kolejnego wzrostu cen energii i oczekiwań inflacyjnych.

Z technicznego punktu widzenia złoto w bardzo krótkim terminie ustabilizowało się w wąskim przedziale 4 500–4 590 USD, a ceny skupiają się wokół kluczowych poziomów zniesienia Fibonacciego. Szerszy układ pozostaje ograniczany przez dwie istotne średnie kroczące. 200-dniowa średnia krocząca, obecnie w pobliżu 4 355 USD, stanowi kolejny ważny poziom wsparcia, natomiast 50-dniowa średnia krocząca w okolicach 4 705 USD nadal ogranicza próby wzrostowe.

Złoto spot z poziomami technicznymi

Złoto spot z poziomami technicznymi – źródło: Saxo

Złoto spot, wykres pięcioletni

Złoto spot, wykres pięcioletni – źródło: Saxo

Pozycjonowanie inwestorów potwierdza obraz rynku czekającego na wyraźniejszy kierunek. Zasoby ETF-ów w ostatnim miesiącu zasadniczo pozostawały stabilne, co sugeruje brak silnego, świeżego przekonania inwestorów, a zmienność nadal spada. Wskaźnik ATR (Average True Range) obniżył się do najniższego poziomu od czterech miesięcy, wskazując na coraz bardziej skompresowane warunki handlu i rynek, który może przygotowywać się do większego ruchu kierunkowego, gdy obraz techniczny lub fundamentalny stanie się bardziej klarowny.

Kolejnym czynnikiem mogącym ciążyć cenom jest wymuszona lub taktyczna sprzedaż ze strony części banków centralnych. Kilka krajów importujących energię mierzy się z gwałtownie rosnącymi kosztami paliw oraz większą presją na lokalne waluty wynikającą z wyższych rachunków importowych denominowanych w dolarze. W takich warunkach część oficjalnych posiadaczy rezerw może sprzedawać złoto, aby bronić walut lub pomóc finansować podwyższone zakupy energii. Nie musi to podważać szerszej historii popytu ze strony sektora oficjalnego, ale może częściowo tłumaczyć ograniczoną reakcję złota na napięcia geopolityczne.

Naszym zdaniem inwestorzy długoterminowi nadal koncentrują się na innym zestawie czynników. Rosnące obciążenia związane z zadłużeniem fiskalnym, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, ponownie przyciągają uwagę, ponieważ wyższe rentowności obligacji skarbowych zwiększają koszty obsługi długu. Jednocześnie uporczywa inflacja nadal stanowi wyzwanie dla tradycyjnych stóp zwrotu z instrumentów o stałym dochodzie, a dywersyfikacja rezerw i trendy dedolaryzacyjne pozostają czynnikami wspierającymi złoto.

Zmienność na rynku złota przypomina, że decyzje inwestycyjne warto oceniać w szerszym kontekście, a nie wyłącznie przez pryzmat bieżących ruchów cen. Krótkoterminowo rynki często reagują na zmiany inflacji, rentowności obligacji czy kursu dolara, natomiast w dłuższym horyzoncie większe znaczenie mają trwałe tendencje makroekonomiczne i sposób zarządzania ryzykiem. Dlatego kluczowe pozostaje budowanie portfela w oparciu o różne klasy aktywów, regiony i waluty, tak aby ograniczać wpływ pojedynczych źródeł niepewności  – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Gdy bezpośrednia presja związana z cenami energii zacznie słabnąć, popyt ze strony banków centralnych może ponownie stać się ważniejszym czynnikiem dla rynku. Na razie złoto pozostaje zawieszone między krótkoterminowymi przeciwnościami makroekonomicznymi a długoterminowym wsparciem strukturalnym, utrzymując się w fazie wyczekiwania bez wyraźnego kierunku, podczas gdy rynek czeka na większą klarowność.

Przepływy inwestycyjne w złoto poprzez ETF-y i kontrakty terminowe

Przepływy inwestycyjne w złoto poprzez ETF-y i kontrakty terminowe oraz krótkoterminowe korelacje z dolarem i realnymi rentownościami w USA – źródło: Bloomberg i Saxo