Kontrakty terminowe na ropę Brent spadają w poniedziałek o ponad 7,6% i są wyceniane w okolicach 95,65 USD za baryłkę. Głównym czynnikiem sprzyjającym uspokojeniu nastrojów na rynku ropy są informacje, że Stany Zjednoczone i Iran zbliżyły się do zawarcia porozumienia. Według doniesień proponowana umowa mogłaby doprowadzić do ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz, zakończenia działań zbrojnych, odblokowania części zamrożonych irańskich aktywów oraz rozpoczęcia kolejnych rozmów dotyczących ograniczenia programu nuklearnego Teheranu. Prezydent Donald Trump zaznaczył jednak, że Waszyngton utrzyma blokadę Cieśniny Ormuz do czasu osiągnięcia formalnego porozumienia, dodając, że nie zamierza „spieszyć się” z zawarciem umowy.
Konflikt zwiększył oczekiwania dotyczące bardziej „jastrzębich” działań ze strony banków centralnych. Jednocześnie wzrost rentowności długoterminowych obligacji nie wynika obecnie wyłącznie z obaw o inflację wywołaną wojną i droższą ropą. Coraz wyraźniej widać, że za presją na rynku długu stoją także głębsze czynniki strukturalne, związane z wysokim zadłużeniem państw, rosnącą podażą obligacji, możliwością utrzymywania się wyższych stóp procentowych oraz zmianami zachodzącymi w globalnej gospodarce.
Szczególnie dobrze widać to w Stanach Zjednoczonych, gdzie wzrost rentowności długoterminowych obligacji był w dużej mierze efektem wzrostu realnych rentowności, czyli oprocentowania po uwzględnieniu inflacji. Oznacza to, że inwestorzy nie reagują jedynie na krótkoterminowe ryzyka, takie jak wzrost cen ropy czy przejściowe przyspieszenie inflacji. Rynkowe miary oczekiwań inflacyjnych nie wzrosły bowiem tak mocno jak same rentowności. Długoterminowe oczekiwania inflacyjne w USA pozostają niższe niż w 2022 roku i są zbliżone do poziomów obserwowanych w grudniu. Sugeruje to, że rynek obligacji wycenia coś więcej niż tylko ryzyko droższej energii. Jednym z najważniejszych źródeł tej presji są finanse publiczne. W USA inwestorzy coraz uważniej przyglądają się wysokiemu deficytowi budżetowemu, rosnącym kosztom obsługi długu oraz perspektywie większych emisji obligacji skarbowych. Im większe potrzeby pożyczkowe państwa, tym większa podaż długu trafia na rynek. W takiej sytuacji inwestorzy mogą oczekiwać wyższej premii za ryzyko i większego wynagrodzenia za lokowanie kapitału w papierach długoterminowych.
Dodatkowym czynnikiem wpływającym na koszty finansowania jest boom inwestycyjny związany ze sztuczną inteligencją. Firmy technologiczne przeznaczają ogromne środki na budowę centrów danych, rozwój infrastruktury półprzewodników i inne projekty wymagające dużych nakładów kapitałowych. Część tych inwestycji jest finansowana emisją długu korporacyjnego, co zwiększa popyt na kapitał i może podbijać jego cenę. W krótkim terminie rozwój sztucznej inteligencji, choć w przyszłości może poprawiać produktywność gospodarki, może więc sprzyjać utrzymywaniu się wyższych kosztów finansowania. Na innych głównych rynkach obligacji sytuacja ma nieco odmienny charakter. W Japonii i Niemczech większą rolę we wzroście rentowności odegrały oczekiwania inflacyjne, natomiast w Wielkiej Brytanii dodatkowym źródłem presji pozostają niepewność polityczna oraz ryzyko prowadzenia luźniejszej polityki fiskalnej. Wspólnym mianownikiem pozostaje jednak przekonanie, że era bardzo taniego pieniądza może nie wrócić tak szybko, jak wcześniej zakładano.
Rentowności obligacji mogą nie spaść wyraźnie nawet wtedy, gdy napięcia wojenne osłabną, a ceny ropy się ustabilizują, ponieważ rynek długu zaczyna wyceniać głębsze zmiany: rosnące potrzeby pożyczkowe państw, większą podaż obligacji oraz możliwość trwałego wzrostu neutralnej stopy procentowej. Oznaczałoby to, że gospodarka światowa wchodzi w okres wyższych kosztów finansowania niż jeszcze parę lat temu, kiedy dominowały wysokie oszczędności i bardzo niskie stopy procentowe. Obecny wzrost rentowności obligacji należy więc interpretować szerzej niż tylko jako reakcję na wojnę i ceny ropy. Nawet jeśli ryzyko inflacyjne związane z konfliktem osłabnie, koszty finansowania mogą pozostać podwyższone. Decydujące znaczenie mogą mieć bowiem zadłużenie państw, duże emisje obligacji, rosnące potrzeby inwestycyjne oraz strukturalne zmiany w gospodarce, które stopniowo przekształcają warunki funkcjonowania globalnego rynku kapitałowego.
Mex Polska S.A. – notowana na Rynku Głównym GPW w Warszawie spółka holdingowa działająca w obszarze gastronomicznym – poinformowała, że Zarząd Spółki podjął decyzję o rekomendowaniu wypłaty 50 proc. skonsolidowanego zysku netto z 2025 r. w formie dywidendy. Kwota na wypłatę dywidendy wynosi 460 tys. zł, co odpowiada kwocie 0,06 zł na jedną akcję objętą dywidendą. Powyższa rekomendacja oznacza poziom wyraźnie wyższy od założeń przyjętej polityki dywidendowej zakładającej wypłatę 30 proc. skonsolidowanego zysku netto za dany rok obrotowy.
– Rekomendacja wypłaty dywidendy na poziomie wyraźnie przekraczającym założenia stanowi naturalną konsekwencję konsekwentnie realizowanej polityki ukierunkowanej na budowanie długoterminowej wartości dla akcjonariuszy. Jednocześnie odzwierciedla ona bardzo dobrą kondycję finansową Grupy, stabilną jakość generowanych przepływów pieniężnych oraz komfortową przestrzeń do jednoczesnego prowadzenia ekspansji operacyjnej i realizacji atrakcyjnej polityki dywidendowej, bez ograniczania tempa rozwoju – powiedział Paweł Kowalewski, Prezes Zarządu Mex Polska S.A.
Na koniec 2025 roku Grupa Mex Polska osiągnęła skonsolidowany zysk netto na poziomie 0,8 mln zł, EBITDA na koniec ub. roku wyniosła 16,5 mln zł, natomiast zysk operacyjny EBIT ukształtował się na poziomie 4,6 mln zł. Przychody wyniosły 127,4 mln zł, co dało 19,12 proc. wzrost r/r. Silnym okresem okazała się końcówka roku. W samym IV kwartale przychody osiągnęły 34 mln zł, rosnąc o 24,4 proc. r/r, natomiast zysk netto w tym okresie wyniósł 0,4 mln zł.
Na wyniki Grupy istotny wpływ ma konsekwentna realizacja strategii ekspansji krajowej, obejmującej systematyczne otwieranie nowych lokali oraz selektywny, oparty na analizie potencjału rynkowego dobór lokalizacji. Spółka koncentruje się na lokalizacjach o wysokim potencjale ruchu i rentowności, co przekłada się na poprawę efektywności całej sieci. Od początku roku Grupa otworzyła już cztery nowe lokale, w tym jeden w formule dark kitchen, realizując tym samym ponad połowę planu otwarć założonego na 2026 rok. Najnowszym otwarciem był koncept Chicas & Gorillas w Krakowie, zlokalizowany przy Placu Szczepańskim 5.
Grupa konsekwentnie realizuje strategię rozwoju zakładającą otwieranie co najmniej 6–7 nowych lokali rocznie, przy jednoczesnym doskonaleniu efektywności operacyjnej istniejącej sieci. Obecnie Grupa posiada łącznie ponad 60 lokali usytuowanych w największych miastach w kraju oraz atrakcyjnych lokalizacjach turystycznych.
– Obecna sytuacja finansowa Grupy oraz wysoki poziom generowanych przepływów pieniężnych pozwalają nam jednocześnie realizować ambitną strategię rozwoju oraz prowadzić atrakcyjną politykę dywidendową. Konsekwentnie podtrzymujemy długoterminowe założenia zakładające regularne dzielenie się wypracowanym zyskiem z akcjonariuszami, traktując politykę dywidendową jako istotny element budowania wartości spółki oraz wzmacniania jej atrakcyjności inwestycyjnej – dodał Prezes Zarządu Mex Polska S.A.
Dotychczasowo osiągane wyniki oraz perspektywy rozwoju mogą wspierać dalszą poprawę wyników Grupy w kolejnych latach – według prognoz Domu Maklerskiego INC S.A. zysk netto Grupy w 2026 roku może osiągnąć poziom 7,2 mln zł, co wskazuje na potencjał dalszej istotnej poprawy skali działalności i rentowności. Ostateczna decyzja dotycząca podziału zysku oraz wysokości dywidendy za 2025 rok zostanie podjęta przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki.
Koniec tygodnia nie przynosi porozumienia między USA a Iranem, co ponownie pcha kapitał na forex w stronę bezpiecznych przystani. W Japonii odnotowano spadek inflacji konsumenckiej, który z jednej strony powinien cieszyć, jednak z drugiej strony przyczynia się do dalszej słabości jena. W tle negatywne zakończenie historii o brytyjskiej sprzedaży detalicznej.
Czy jest się z czego cieszyć?
Poranne wieści z Japonii o spadku inflacji konsumenckiej nie są aż tak dobre, jakby mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Wskaźnik CPI za kwiecień spadł z 1,5% r/r do 1,4% r/r. Nie licząc lutowej zniżki do 1,3% r/r, jest to najniższy poziom od kwietnia 2022, czyli od 4 lat. To nie koniec, ponieważ subindeks bazowy (bez żywności i paliw) to także 1,4% r/r, co jest znacznie głębszym spadkiem od oczekiwanego 1,7% r/r (poprzednio 1,8% r/r). Niższa dynamika cen to dobra informacja dla konsumentów, jednak nie dla waluty, która od dwóch tygodni traci. Dziś kurs USD/JPY wraca powyżej 159 JPY. Oznacza to, że interwencje Banku Japonii z początku maja (spadek USD/JPY z okolic 161 JPY na 155 JPY) zostały w dużej części zniwelowane. Drugim niepokojącym faktem jest forsowany przez premier Sanae Takaichi nowy pakiet stymulacyjny o wartości około 19 miliardów dolarów. Co prawda ma on przywrócić dotacje energetyczne, które mają ochronić konsumentów przed rosnącymi kosztami paliw, jednak to tylko odłożenie problemu wzrostu inflacji w czasie, na czym długoterminowo będzie cierpiał jen. To połączenie w najbliższej przyszłości prawdopodobnie będzie poważnym problemem w Kraju Kwitnącej Wiśni, a ewentualne kolejne interwencje walutowe BoJ mogą być neutralizowane na wykresach jeszcze szybciej, niż te z początku maja.
Zastanawiające dane z Wysp
Ostatnie dane z Wielkiej Brytanii były mieszane, a ich konsekwencje widać w dzisiejszym odczycie o sprzedaży detalicznej. Przypomnę, że mimo spadku inflacji konsumenckiej mocniej od oczekiwań (z 3,3% r/r do 2,8% r/r), odnotowano wzrost cen producentów z 3% r/r do 4% r/r. Mimo lepszych nastrojów w przemyśle (utrzymanie indeksu PMI na poziomie 53,7 pkt. przy prognozowanym spadku), sektor usługowy runął w strefę recesji (zniżka z 52,7 pkt. do 47,9 pkt., poziom neutralny 50 pkt.). Natomiast piątkowa publikacja mówi o braku zmian sprzedaży detalicznej w ujęciu rocznym (0% r/r), mimo oczekiwanego wzrostu o 1,3% r/r. Jeszcze gorzej wygląda zestawienie miesięcznie, gdzie sprzedaż dosłownie zanurkowała do ujemnego poziomu (-1,3% r/r). Spadek jest głębszy od oczekiwanej redukcji z 0,6% r/r do -0,4% r/r. Powyższe sugeruje, że środowy spadek cen konsumenckich nie do końca jest wielkim sukcesem. Ceny producentów rosną, sektor usługowy ma się coraz gorzej, a sprzedaż spada i to właśnie to połączenie, czyli spowolnienie w gospodarce, powoduje obniżki wskaźnika CPI.
Strach na forex
Na rynku walutowym niewiele się zmienia od czasu rozpoczęcia konfliktu na Bliskim Wschodzie. Powracająca co weekend awersja do ryzyka stała się czymś powtarzalnym. Tak jest i dziś, kiedy to obawa przed ewentualną eskalacją wojny w sobotę lub niedzielę pcha kapitał do bezpiecznych przystani. Zyskuje na tym dolar. W piątek przed południem kurs głównej pary walutowej świata schodzi poniżej 1,16 USD. Ma to swoje przełożenie na osłabienie walut lokalnych, do których należy polski złoty. Kurs EUR/PLN o godzinie 13:00 wychodzi powyżej 4,24 PLN, USD/PLN to okolice 4,66, GBP/PLN to niecałe 4,91 PLN, a CHF/PLN znajduje się przy 4,65 PLN. Przed weekendem jedną z nadziei na deeskalację ma być podróż pakistańskiego przedstawiciela do Iranu celem omówienia kolejnego porozumienia przedstawionego przez stronę amerykańską. Rozważenie tej propozycji lub jej częściowa akceptacja może przywrócić apetyt inwestorów na ryzyko w przyszłym tygodniu.
Ceny produkcji budowlano-montażowej w Polsce wzrosły w I kwartale 2026 r. o 1,4 proc. wobec IV kwartału 2025 r. – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Podwyżki objęły wszystkie główne segmenty budownictwa. Najszybciej drożały roboty budowlane specjalistyczne, gdzie wzrost wyniósł 1,7 proc. kwartał do kwartału.
Wzrost cen w budownictwie pozostaje umiarkowany, ale powszechny. Obejmuje zarówno budowę budynków, inżynierię lądową i wodną, jak i roboty specjalistyczne. W ujęciu rocznym wiele kategorii notuje dynamikę przekraczającą 4–5 proc., a w wybranych przypadkach wzrosty są dwucyfrowe.
Wszystkie segmenty na plusie
Według GUS ceny produkcji budowlano-montażowej ogółem wzrosły w I kwartale 2026 r. o 1,4 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem. Taki sam wzrost odnotowano w segmencie budowy budynków. Inżynieria lądowa i wodna podrożała o 1,2 proc., a roboty budowlane specjalistyczne o 1,7 proc.
Dane pokazują, że presja kosztowa w budownictwie nie ogranicza się do pojedynczych kategorii. Wzrost cen widoczny jest zarówno w inwestycjach mieszkaniowych, komercyjnych, przemysłowych, jak i infrastrukturalnych. Oznacza to, że inwestorzy nadal muszą uwzględniać rosnące koszty realizacji projektów.
Największą dynamikę wśród robót odnotowano w przypadku elementów kowalsko-ślusarskich. Ich ceny wzrosły o 4,0 proc. kwartał do kwartału i o 10,1 proc. rok do roku. To najwyższy roczny wzrost spośród analizowanych robót budowlano-montażowych.
Stal i instalacje podbijają koszty
Silny wzrost cen elementów kowalsko-ślusarskich wskazuje na utrzymującą się presję w obszarze stali i wyrobów metalowych. Ma to znaczenie zwłaszcza dla inwestycji infrastrukturalnych, przemysłowych i wielkokubaturowych, gdzie udział takich elementów w kosztorysach może być istotny.
Wysoką dynamikę odnotowały również instalacje gazowe. Ich ceny wzrosły o 3,5 proc. wobec IV kwartału 2025 r. i o 5,3 proc. rok do roku. Pokrycia dachowe oraz oprawy oświetleniowe podrożały po 2,6 proc. kwartał do kwartału. W przypadku opraw oświetleniowych roczna dynamika sięgnęła 7,2 proc.
Wśród kategorii wyróżniają się także roboty z gipsu i prefabrykatów gipsowych. W ujęciu rocznym ich ceny wzrosły o 6,8 proc. To jedna z wyraźniejszych zwyżek w segmencie robót wykończeniowych.
Mieszkania, biura i hale droższe
Wzrost cen dotyczył także obserwowanych przez GUS obiektów budowlanych. W budownictwie mieszkaniowym jednorodzinnym ceny wzrosły o 1,5 proc. kwartał do kwartału. Dotyczyło to zarówno domów wolnostojących bez podpiwniczenia, domów z podpiwniczeniem, jak i zabudowy szeregowej.
Podobną skalę wzrostu odnotowano w przypadku budynków wielomieszkaniowych. Budynek czterokondygnacyjny podrożał o 1,5 proc. kwartał do kwartału i o 4,4 proc. rok do roku. Budynek pięciokondygnacyjny wzrósł cenowo o 1,5 proc. kwartalnie i 4,2 proc. rocznie.
W segmencie obiektów komercyjnych najmocniej wyróżnił się supermarket, którego ceny wzrosły o 1,9 proc. kwartał do kwartału i o 5,0 proc. rok do roku. Budynek administracyjno-biurowy oraz hala produkcyjna podrożały po 1,6 proc. kwartalnie i po 4,5 proc. rocznie.
Infrastruktura też drożeje
W budownictwie drogowym wzrost objął wszystkie obserwowane obiekty. Droga ekspresowa klasy S podrożała o 1,2 proc. wobec poprzedniego kwartału i o 3,9 proc. rok do roku. Autostrada klasy A zdrożała o 1,0 proc. kwartalnie.
Wśród robót drogowych wyróżniało się oznakowanie poziome dróg, którego ceny wzrosły o 2,9 proc. kwartał do kwartału i o 8,0 proc. rok do roku. To wyraźnie więcej niż w przypadku większości pozostałych kategorii drogowych.
Podwyżki widoczne są również w budownictwie mostowym. Według danych GUS wzrost cen dotyczył wszystkich 17 monitorowanych obiektów. Wiadukt drogowy z betonu zbrojonego typu belkowego podrożał o 1,2 proc. kwartalnie, a most drogowy z betonu sprężonego typu belkowego o 1,0 proc. W ujęciu rocznym niektóre kategorie związane z hydroizolacją notowały wzrosty sięgające około 11 proc.
Marzec przyniósł przyspieszenie
Dane miesięczne pokazują, że największe tempo wzrostu cen przypadło na marzec. Styczeń i luty przyniosły raczej umiarkowane zmiany, natomiast w marcu ceny wielu obiektów budowlanych wzrosły o około 1,0–1,5 proc. miesiąc do miesiąca.
Takie przyspieszenie może mieć częściowo charakter sezonowy. Początek wiosny oznacza zwykle wzrost aktywności na placach budów, większe zapotrzebowanie na materiały, robociznę i usługi podwykonawców. Jeżeli ten trend utrzyma się w kolejnych miesiącach, może to oznaczać dalszą presję na kosztorysy inwestycji.
Źródło: opracowanie na podstawie danych GUS, „Ceny robót budowlano-montażowych i obiektów budowlanych – I kwartał 2026 r.”, Departament Cen i Usług GUS.
Utrzymywać własne ciężarówki czy zlecić transport sprawdzonemu operatorowi logistycznemu? To pytanie zadaje sobie niemal każda firma, która osiąga skalę wymagającą regularnych dowozu i odbioru towarów. Odpowiedź nie jest oczywista – zależy od branży, modelu biznesowego, wolumenu i kierunków dostaw, a przede wszystkim od pełnego obrazu kosztów, który łatwo przeoczyć, patrząc tylko na fakturę za fracht.
Własna flota – pełna kontrola i jej cena
Własna flota transportowa daje firmie dużą kontrolę nad realizacją dostaw. Pozwala samodzielnie zarządzać harmonogramami, szybko reagować na zmiany zamówień i mieć pełną wiedzę o tym, kto oraz czym przewozi towar. Dla firm obsługujących stałe okna czasowe lub wymagających specyficznych warunków transportu to często istotny element modelu operacyjnego.
Jednak koszt własnej floty jest bardziej złożony, niż może się wydawać. Zakup lub leasing pojazdów to jednorazowy lub cykliczny CAPEX, ale realne wydatki obejmują także ubezpieczenia OC/AC dla pojazdów ciężarowych, przeglądy techniczne, serwis, opony, opłaty drogowe oraz koszty nieprzewidzianych awarii. Do tego dochodzi zarządzanie kierowcami – rekrutacja, wynagrodzenia, szkolenia, diety oraz obowiązek przestrzegania unijnego rozporządzenia 561/2006/WE dotyczącego czasu pracy kierowców. W efekcie rzeczywisty TCO (Total Cost of Ownership) często okazuje się wyższy, niż zakładano.
Istotnym wyzwaniem jest także kapitał. Inwestycja we własną flotę zamraża środki, które mogłyby zostać przeznaczone na rozwój biznesu. Przy sezonowych wahaniach popytu problem się pogłębia – pojazdy stoją bezczynnie, a koszty stałe nadal obciążają firmę.
Zewnętrzna firma transportowa – skala, elastyczność i specjalizacja
Outsourcing transportu polega na przekazaniu przewozu towarów wyspecjalizowanemu operatorowi logistycznemu, który dysponuje własną flotą, infrastrukturą, systemami IT oraz doświadczeniem zdobytym na różnych rynkach i trasach. Dla firmy zlecającej transport oznacza to zmianę modelu z CAPEX na OPEX — płatność dotyczy wyłącznie zrealizowanych przewozów, a nie kosztów utrzymania pojazdów, niezależnie od tego, czy są wykorzystywane, czy pozostają w postoju.
Takie rozwiązanie jest szczególnie korzystne dla firm o sezonowym lub trudnym do przewidzenia zapotrzebowaniu na transport. Zewnętrzny operator może elastycznie zwiększać lub ograniczać skalę obsługi w zależności od aktualnego wolumenu, bez konieczności ponoszenia dodatkowych inwestycji czy rozbudowy zaplecza kadrowego po stronie klienta.
Istotną zaletą outsourcingu jest także dostęp do nowoczesnych technologii. Duzi operatorzy logistyczni inwestują w systemy TMS (Transport Management System), narzędzia do śledzenia przesyłek w czasie rzeczywistym, rozwiązania do optymalizacji tras oraz platformy do raportowania emisji CO₂. Dla wielu małych i średnich firm samodzielne wdrożenie takiej infrastruktury byłoby kosztowne, dlatego współpraca z zewnętrznym operatorem pozwala korzystać z tych rozwiązań bez ponoszenia dodatkowych nakładów.
Porównanie: własna flota vs zewnętrzna firma transportowa
Poniższa tabela zestawia kluczowe aspekty obu modeli, pomagając ocenić, które podejście lepiej odpowiada specyfice Twojej firmy.
Kryterium
Własna flota
Zewnętrzna firma transportowa
Koszt początkowy
Wysoki CAPEX (zakup/leasing pojazdów)
Brak – model OPEX (płatność za usługę)
Koszty stałe
Ubezpieczenia, serwis, kierowcy niezależnie od wolumenu
Brak kosztów stałych – koszty zmienne z przewozem
Elastyczność
Ograniczona – trudno szybko zwiększyć liczbę pojazdów
Wysoka – operator dostosowuje do potrzeb
Kontrola nad dostawą
Pełna – własny harmonogram i procesy
Częściowa – zależna od standardów operatora i SLA
Wymogi regulacyjne
Po stronie firmy: licencje, tachografy, czas pracy kierowców
Po stronie operatora – firma zlecająca nie ponosi odpowiedzialności
Dostęp do technologii
Wymaga osobnych inwestycji w TMS, GPS, systemy raportowania
Dostępne w ramach usługi – platforma myRaben, tracking, raporty
Ekologia i normy emisji
Konieczność wymiany taboru na Euro 5/6 – koszt po stronie firmy
Operator inwestuje we flotę spełniającą normy Euro 5/6
Zasięg geograficzny
Ograniczony do posiadanych zasobów i tras
Międzynarodowy dzięki sieci partnerów i oddziałów
Kiedy własna flota transportowa ma sens?
Własna flota transportowa jest uzasadniona przede wszystkim wtedy, gdy firma generuje wysoki i przewidywalny wolumen transportu. Kluczowe znaczenie ma tutaj poziom wykorzystania pojazdów – zazwyczaj powinien on przekraczać 70–80% tygodniowej wydajności. W przypadku regularnych, powtarzalnych tras i dużej liczby kursów miesięcznie inwestycja w tabor zaczyna się zwracać, a model CAPEX staje się efektywny kosztowo.
Własna flota sprawdza się także w branżach o specyficznych wymaganiach transportowych, takich jak transport żywności w kontrolowanej temperaturze, przewóz materiałów niebezpiecznych ADR czy dostawy objęte wysokimi standardami bezpieczeństwa. Dodatkowo, dla firm, w których istotny jest bezpośredni kontakt z klientem i wizerunek marki, własny kierowca oraz pojazd oznakowany logo firmy mogą stanowić ważny element przewagi konkurencyjnej.
Kiedy warto postawić na outsourcing transportu?
Outsourcing transportu warto rozważyć szczególnie wtedy, gdy:
koszty logistyki rosną szybciej niż wolumen przewozów,
zapotrzebowanie na transport jest sezonowe lub trudne do przewidzenia,
firma planuje ekspansję na nowe rynki krajowe lub zagraniczne,
problemem staje się rekrutacja i utrzymanie kierowców kategorii C+E,
konieczne są inwestycje w flotę spełniającą normy Euro 6 i wymagania ESG.
W takich sytuacjach operator logistyczny zapewnia większą elastyczność, dostęp do infrastruktury, know-how oraz możliwość skalowania transportu bez angażowania własnego kapitału. To rozwiązanie szczególnie korzystne dla firm, które chcą rozwijać sprzedaż, ale nie chcą równolegle rozbudowywać własnego zaplecza transportowego.
Model hybrydowy – optymalne połączenie
W praktyce coraz więcej firm wybiera model hybrydowy, łączący własną flotę transportową z outsourcingiem. Własne pojazdy obsługują stałe, kluczowe trasy o wysokim wykorzystaniu, natomiast operator logistyczny przejmuje transport nieregularny, kierunki międzynarodowe oraz obsługę szczytów sezonowych.
Takie podejście pozwala zachować kontrolę nad najważniejszymi procesami, a jednocześnie zwiększyć elastyczność i ograniczyć koszty. Warunkiem skutecznego wdrożenia jest jednak dobrze zdefiniowany podział zadań, jasne warunki współpracy oparte na SLA oraz dostęp do systemów monitorowania transportu po obu stronach. Naturalnym rozwinięciem tego modelu jest logistyka kontraktowa, w której operator logistyczny przejmuje szerszy zakres działań – od transportu po magazynowanie i zarządzanie zapasami. Więcej o tym modelu przeczytasz na stronie logistyka kontraktowa Raben pod adresem https://polska.raben-group.com/uslugi-logistyczne/logistyka-kontraktowa.
Raben Transport – outsourcing transportu bez kompromisów
Decyzja o outsourcingu transportu to coś więcej niż zmiana dostawcy usługi. To wybór partnera, który staje się częścią Twojego łańcucha dostaw i ma bezpośredni wpływ na terminowość dostaw, satysfakcję klientów oraz koszty operacyjne. Dlatego wybór zewnętrznego operatora logistycznego powinien być traktowany z taką samą starannością jak każda inna decyzja strategiczna.
Podsumowanie – pytania, które warto zadać przed podjęciem decyzji
Przed wyborem między własną flotą a outsourcingiem transportu warto odpowiedzieć sobie na kilka kluczowych pytań:
Jaki jest rzeczywisty TCO floty i czy uwzględnia on wszystkie koszty stałe, kadrowe oraz regulacyjne?
Czy współczynnik wykorzystania pojazdów w skali roku przekracza 70%?
Czy potrzeby transportowe firmy są stabilne i przewidywalne, czy raczej podlegają sezonowym wahaniom?
Czy firma planuje ekspansję geograficzną, która będzie wymagała nowych tras, zasobów i kompetencji logistycznych?
Czy kapitał zamrożony we własnej flocie nie przyniósłby większego zwrotu, gdyby został przeznaczony na rozwój core businessu?
Taka analiza pozwala lepiej ocenić, czy bardziej opłacalna będzie inwestycja we własny transport, czy współpraca z zewnętrznym operatorem logistycznym.
Coraz większa dynamika rynkowa i technologiczna sprawia, że firmy funkcjonują w niemal stałej presji adaptacji. Większość z nich zdaje sobie sprawę z konieczności dostosowania biznesu do nowej rzeczywistości – aż 85 proc. uważa za kluczowe zwiększenie zdolności organizacji i pracowników do dostosowania się do tempa rozwoju współczesnego świata. Jednak jedynie 7 proc. przyznaje, że robi w tym obszarze znaczne postępy[1]. Jednym z głównych powodów okazuje się nieskuteczne prognozowanie zdarzeń. Niemal 7 na 10 (67 proc.) liderów technologicznych przyznaje, że to właśnie ten czynnik ogranicza możliwość odpowiedniego reagowania na zmiany[2]. Źródłem problemu jest przede wszystkim jakość danych wykorzystywanych w analityce predykcyjnej i zarządzanie ich bazami.
Organizacje widzą korzyści prognozowania, ale wdrożenia dopiero planują
Analityka predykcyjna polega na prognozowaniu przyszłych zdarzeń i trendów w oparciu o historyczne i aktualne dane. Działanie to jest wykorzystywane między innymi do przewidywania wielkości sprzedaży, zachowań konsumentów czy rynkowych trendów. Aktualnie ze strategii tej korzysta ok. 22 proc. organizacji na świecie. Kolejne 62 proc. planuje jednak wdrożyć rozwiązania z tego obszaru w najbliższej przyszłości[3].
W globalnym badaniu liderzy technologiczni zostali zapytani o główną korzyść związaną z wykorzystaniem narzędzi do analiz predykcyjnych. Najwięcej z nich (29 proc.) wskazało na zwiększenie dokładności tych wyników. Co piąta organizacja (21 proc.) zyskała przede wszystkim mocniejsze podstawy do podejmowania decyzji. Taki sam odsetek badanych zwrócił uwagę na przyspieszenie tworzenia prognoz, a 13 proc. – na mniejsze nakłady związane z tym procesem[4]. Jak zauważa Maciej Wawrzyniak, dyrektor obszaru baz danych i inżynierii danych w Linux Polska, dobór odpowiednich rozwiązań pozwala więc osiągnąć cele analityki predykcyjnej szybciej i taniej.
– Rozwiązania służące do analiz predykcyjnych, opierające się na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, mogą skutecznie skrócić czas przygotowania analiz i raportów oraz zwiększyć efektywność zespołów. Przede wszystkim jednak redukują ryzyko związane ze zmianami rynkowymi i technologicznymi. Osiągnięcie tych celów wymaga jednak przemyślanego podejścia do wdrożenia. Narzędzia do przetwarzania danych, w tym przeprowadzania analiz predykcyjnych, powinny być przede wszystkim dostosowane do potrzeb, procesów i celów biznesowych organizacji. Nie wszystkie gotowe rozwiązania rynkowe dają taką możliwość. Co więcej, wybór właściwych modeli, narzędzi czy algorytmów musi być poprzedzony analizą sytuacji wyjściowej, w tym również istniejącego ekosystemu IT organizacji. Dopiero wtedy możliwa jest ich bezproblemowa integracja i osiągnięcie przez firmę oczekiwanych korzyści biznesowych – mówi Maciej Wawrzyniak, dyrektor obszaru baz danych i inżynierii danych w Linux Polska.
Barierą są nie tylko koszty – co jeszcze stopuje liderów przed stosowaniem analityki predykcyjnej?
Wyzwania związane z wykorzystaniem prognozowania opartego na danych różnią się w zależności od tego, czy organizacja dopiero planuje wdrożyć odpowiednie rozwiązania czy też ma ten krok już za sobą. W przypadku pierwszej grupy obawy dotyczą przede wszystkim kosztów (28 proc. odpowiedzi) oraz niejasnej wartości dodanej dla biznesu (20 proc.). Firmy, które już korzystają z narzędzi do analizy predykcyjnej, wskazują z kolei na problemy związane z integracją (25 proc.) i brakiem doświadczenia pracowników (25 proc.)[5]. Jak wyjaśnia Tomasz Dziedzic, Chief Technology Officer w Linux Polska, są to kwestie niezbędne do skutecznego wykorzystania analizy predykcyjnej.
– Rozproszenie źródeł danych to podstawowy błąd analiz predykcyjnych. Jeśli firma gromadzi informacje o klientach czy sprzedaży w różnych źródłach, cierpi na tym jakość danych – są one niepełne, niespójne, często również nieaktualne. Aby zwiększyć efektywność analiz, konieczna jest integracja baz danych – nie tylko tych istniejących wewnątrz organizacji, ale też zewnętrznych. Z tego typu wyzwaniem mierzyliśmy się między innymi podczas realizacji projektu dla jednej z firm obsługujących wierzytelności. Organizacja ta pozyskiwała dane z wielu różnych źródeł, m.in. systemów bankowych, systemów zarządzania należnościami, otwartoźródłowego systemu klasy contact center czy platformy online służącej do szybkiego odzyskiwania długów. Tak duże rozproszenie danych skutecznie utrudniało raportowanie i przeprowadzanie zaawansowanych analiz dotyczących przyszłych zdarzeń. Sytuację odwróciła budowa hurtowni danych, która zintegrowała informacje z tych wszystkich źródeł. Dzięki prognozowaniu opóźnień w spłacie długów i wcześniejszego wykrycia potencjalnego ryzyka, firma może lepiej przygotować się do podjęcia określonych działań – dodaje Tomasz Dziedzic, Chief Technology Officer w Linux Polska.
Suwerenne rozwiązania przyniosą lepsze efekty?
Firmy zdają się zauważać wpływ niskiej jakości danych na nieskuteczne prognozowanie przyszłych zdarzeń. Niemal 7 na 10 (67 proc.) liderów technologicznych przyznaje, że czynnik ten ogranicza zdolność ich organizacji do reagowania na zmiany[6]. Dostosowanie się do ewolucji technologicznej i rynkowej jest wyzwaniem dla co trzeciego przedsiębiorstwa osiągającego największą wydajność i charakteryzującego się dojrzałymi praktykami operacyjnymi. W przypadku pozostałych firm odsetek ten sięga 65 proc.[7]. Według Roberta Halaczka, Solutions Architecta w Linux Polska, przyczyną tych rozbieżności jest przede wszystkim strategia wyboru nowych narzędzi.
– Firmy, które dysponują środkami finansowymi i mają ugruntowaną pozycję na rynku, mogą zainwestować więcej pieniędzy w technologię i szkolenia dla pracowników. Jednak nie tylko kwestie finansowe wpływają na możliwość dostosowania się do zmian technologicznych. Dużą rolę odgrywa także przyjęta strategia wdrożeniowa. Małe firmy częściej korzystają z gotowych rozwiązań, podczas gdy te większe, lepiej rozwinięte stawiają na narzędzia suwerenne, tworzone specjalnie dla nich. W ten sposób ograniczają problemy związane z brakiem kompetencji technicznych wśród części zespołu – systemy są projektowane z myślą o wszystkich użytkownikach w organizacji, w tym również o pracownikach operacyjnych, analitykach i innych osobach nietechnicznych. Co więcej, modyfikacja i skalowanie takich rozwiązań jest dużo prostsze, co ma ogromne znaczenie w kontekście intensywnych zmian rynkowych i technologicznych – tłumaczy Robert Halaczek, Solutions Architect, Linux Polska.
Badania pokazują jednak, że liderzy technologiczni widzą konieczność modyfikacji dotychczasowego podejścia. Aż 7 na 10 z nich przyznaje, że główną strategią konkurencyjną na najbliższe 3 lata będzie szybkie dostosowywanie się do nowych potrzeb biznesowych oraz rynkowych[8]. Dla co trzeciej firmy priorytetem na 2026 rok będzie wykorzystanie analityki predykcyjnej[9]. To właśnie w niej liderzy technologiczni widzą szansę na usprawnienia procesu podejmowania decyzji operacyjnych i strategicznych.
Co tydzień hakerzy uderzają średnio 2.200 razy w firmy na świecie. W ciągu miesiąca liczba ataków wzrosła o 10 proc., a w ciągu roku o ponad 8 proc. – wynika z najnowszych danych firmy Check Point Research. W Polsce, najbardziej zagrożonych jest rodzimy sektor rządowy, który jest atakowany częściej niż średnia na świecie.
Kwiecień 2026 roku przyniósł gwałtowne przyspieszenie aktywności cyberprzestępczej na świecie, kładąc kres krótkotrwałemu uspokojeniu odnotowanemu w marcu. Z najnowszych danych Check Point Research wynika, że organizacje na całym świecie doświadczały średnio 2201 ataków tygodniowo, co oznacza wzrost o 10% w skali miesiąca oraz o 8% w porównaniu do roku ubiegłego. Choć polskie firmy odnotowują średnio 1751 cyberataków – poniżej światowej – to nadal jest to więcej niż przed rokiem…. Zdaniem ekspertów intensywność działań cyberprzestępczych i cyberwywiadowczych wynika w dużej mierze z kluczowej pozycji Polski na arenie międzynarodowej oraz oficjalnego wsparcia udzielanego Ukrainie, co czyni nasz kraj stałym celem ataków grup powiązanych z Rosją. Polski sektor rządowy należy bowiem do najbardziej atakowanych na świecie, znacznie przebijając średnią (2.900 ataków). Do sektorów o dużym zagrożeniu należą również usługi finansowe oraz usługi biznesowe.
W skali globalnej najbardziej narażony pozostaje sektor edukacji i badań, który w kwietniu odpierał średnio 4 946 ataków tygodniowo, notując 8-procentowy wzrost rok do roku. Na kolejnych miejscach zestawienia znalazły się organizacje rządowe z liczbą 2 797 ataków oraz sektor telekomunikacyjny z wynikiem 2 728 incydentów tygodniowo.
Eksperci wskazują, że odnotowują coraz więcej prób z wykorzystaniem AI. Badania wykazały, że 1 na każde 28 zapytań wysyłanych do narzędzi GenAI w środowiskach korporacyjnych niosło ze sobą wysokie ryzyko wycieku wrażliwych informacji, co bezpośrednio dotknęło 90% organizacji regularnie korzystających z tej technologii. Skalę wyzwania podkreśla fakt, że przeciętny użytkownik korporacyjny generuje 77 promptów miesięcznie, często wyprzedzając wdrażane mechanizmy kontroli i zarządzania bezpieczeństwem.
Równolegle rozwija się rynek ransomware, który w kwietniu odnotował 707 publicznie zgłoszonych ataków, co stanowi wzrost o 12% w ujęciu rocznym. Największą presję odczuły usługi biznesowe, odpowiadające za blisko 34% incydentów oraz sektor dóbr konsumpcyjnych i produkcji przemysłowej. Choć za jedną trzecią wszystkich zgłoszonych ataków odpowiadały zaledwie trzy grupy – Qilin, The Gentlemen oraz DragonForce – to na całym świecie aktywnych było aż 56 różnych grup ransomware, co potwierdza wysoką odporność i ciągłą ekspansję tego ekosystemu.
Jak zaznacza Omer Dembinsky z Check Point Research, kwietniowe dane dowodzą, że spowolnienie w marcu było jedynie tymczasowe, a napastnicy pozostają wysoce operacyjni, zmieniając cele i techniki, zamiast ograniczać swoją działalność. W obliczu tych trendów organizacje muszą skupić się na prewencji i rozwiązaniach opartych na sztucznej inteligencji, które są w stanie powstrzymać zagrożenia przed wywarciem realnego wpływu na strukturę firmy.
Najpoważniejsze ryzyka mogące wywołać globalny kryzys, a jednocześnie bezpośrednio związane logistyką zaczynają się kumulować. Logistycy najbardziej obawiają się geopolityki i zakłóceń gospodarczych, ponieważ luka niepewności jest tam największa. W badaniach widać, że swoboda warunków rynkowych tężeje, kurczy się optymizm, a wielu ekspertów jest zdania, że wysoka zmienność to już nowa normalność. Planowaniu działań nie pomagają nawet najbardziej wiarygodne prognozy, ponieważ brakuje do nich spójnego zestawu założeń, a termin ich ważności jest wyjątkowo krótki.
Ryzyko nr 1: Konfrontacja geoekonomiczna
Minęło zaledwie kilka tygodni od publikacji Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) na temat najpoważniejszych zagrożeń w 2026 r., a już na przełomie lutego i marca zaczęły się realizować dwa najniebezpieczniejsze scenariusze, które według raportu mają potencjał wywołania dotkliwego kryzysu o zasięgu globalnym. Najwięcej, bo 18% spośród 1 300 ekspertów m.in. ze świata nauki, biznesu i organizacji międzynarodowych wskazało w analizie, że czynnikiem, który może zainicjować taki kryzys jest konfrontacja geoekonomiczna. WEF definiuje ją jako wykorzystywanie lewarów ekonomicznych do przekształcenia relacji gospodarczych pomiędzy państwami za pomocą ograniczeń w przepływach handlowych towarów, usług, technologii lub wiedzy, z zamiarem ograniczenia rywali geopolitycznych, budowania samowystarczalności lub konsolidowania stref wpływów.
Ryzyko nr 2: Starcie kinetyczne
Oceniając zdarzenia mające możliwość zapoczątkowania poważnego światowego kryzysu niewiele mniej, bo 14% ekspertów stawiało w styczniu na konflikt zbrojny o charakterze międzypaństwowym. Toczący się od 28 lutego konflikt na Bliskim Wschodzie, z powodzeniem wypełnia znamiona obu zagrożeń wskazywanych przez WEF, zarówno konfrontacji geoekonomicznej jak i militarnej. Z jednej strony Iran niszczący infrastrukturę wydobywczą w Zatoce Perskiej i blokujący Cieśninę Ormuz wziął na zakładnika światową gospodarkę, z drugiej ograniczona w początkowej fazie wojna kinetyczna rozlała się już na inne kraje regionu. Skutki tych wydarzeń błyskawicznie odczuł rynek surowców, a Międzynarodowa Agencja Energii wielokrotnie podkreślała, że jesteśmy świadkami największego kryzysu energetycznego w historii.
Natychmiastowe i długotrwałe uderzenie w logistykę
Dotkliwe konsekwencje tych wydarzeń odczuł nie tylko rynek ropy i gazu, ale również światowy sektor transportowy, zarówno drogowy, morski jak i lotniczy. Szok surowcowy standardowo doprowadził do znaczących podwyżek cen frachtu, ubezpieczeń i paliw, a nawet wizji ich niedoborów w lotnictwie. Blokada Cieśniny Ormuz wymusiła również rekonfigurację światowych szlaków transportowych i zamknęła część floty handlowej w Zatoce Perskiej. Wystarczy wspomnieć, że według wyliczeń Project44 w ciągu dziewięciu tygodni (od 2 marca do 27 kwietnia) nawet 64 070 statków zostało zmuszonych do zmiany swoich tras. Z kwietniowych wypowiedzi szefa IMO wynika z kolei, że w Zatoce Perskiej mogło zostać uwięzionych nawet 1,6 tys. statków i 20 tys. marynarzy.
Chodzi nie tylko o gazowce, tankowce i ich załogi. Jeszcze w marcu analitycy Sea Intelligence policzyli, że pojemność jednostek oceanicznych, które miały planowo opuścić Zatokę, ale tego nie zrobiły z powodu zamknięcia przeprawy, może wynosić pomiędzy 156 074 TEU a 204 159 TEU. Przez Ormuz przepływa ok. 2–3% globalnych wolumenów kontenerowych, a demontaż regionalnego terminarza zawinięć szybko odczuły inne porty na świecie, gdzie przekierowano nie tylko kontenerowce, ale również inne ładunki, doprowadzając do ich zakorkowania. Dla przykładu na początku maja kontenery przeznaczone do przeładunku w Mumbaju czekały w porcie średnio 15 dni, co i tak stanowi poprawę wobec 30-dniowej średniej z końca kwietnia.
Postępuje kumulacja zagrożeń
Konsekwencje dla sektora transportowego i globalnych łańcuchów zaopatrzenia są znacznie rozleglejsze niż tylko zatory i przekierowania, a ich ostateczny kształt będzie ściśle uzależniony od czasu trwania wojny na Bliskim Wschodzie i utrzymania podwójnej już blokady Cieśniny Ormuz. Problemem osobnej kategorii jest natomiast fakt, że poważne turbulencje zaczynają się kumulować, a w drodze może być kolejny impuls, także powiązany z logistyką, na który w raporcie WEF wskazywali eksperci. Chodzi o ekstremalne zjawiska pogodowe, które według 8% respondentów mają potencjał wywołania kryzysu o światowym zasięgu.
Ryzyko nr 3: Ekstremalne zjawiska pogodowe
NOAA, czyli Narodowa Służba Oceaniczna i Atmosferyczna USA w majowym alercie informowała, że w okresie od maja do lipca prawdopodobieństwo wystąpienia zjawiska El Niño wynosi 82% i ma wzrastać do końca br., aby pomiędzy grudniem a lutym osiągnąć 96%. El Niño to oceaniczna anomalia pogodowa, polegająca na utrzymywaniu się wysokich temperatur na powierzchni wód w równikowej strefie Pacyfiku. To właśnie El Niño powoduje ograniczenia opadów w Ameryce Centralnej i jest przyczyną spadku poziomu wód, m.in. w Jeziorze Gatún, które jest bezpośrednio odpowiedzialne za zasilanie śluz w Kanale Panamskim. Kanał Panamski to z kolei jeden z najważniejszych punktów na mapie światowego handlu, a siłą rzeczy także globalnej logistyki. Przepływa przez niego 3-6% handlu morskiego i 40% ruchu kontenerowego USA o wartości 270 mld dol. rocznie. Susza z lat 2023-2024 wywołana przez El Niño była przyczyną największego zakłócenia operacyjnego w historii funkcjonowania kanału i zmusiła jego administrację do redukcji liczby przepływających jednostek z 36-38 dziennie najpierw do 24 statków, a w lutym 2024 r. do zaledwie 18 jednostek. Z 50 do 44 stóp ograniczono także zanurzenie, co automatycznie obniżyło dopuszczalną wagę ładunków. Tak jak w przypadku Cieśniny Ormuz, długotrwałe zakłócenia odbiły się na globalnych łańcuchach zaopatrzenia, spowodowały zatory, opóźnienia, zmiany tras i oczywiście podniosły ceny za przewóz frachtu.
Zdolności Kanału Sueskiego wciąż ograniczone o połowę
Myśląc o turbulencjach geopolitycznych wpływających na logistykę i kumulacji zakłóceń na kluczowych szlakach transportowych warto także pamiętać, że obok Cieśniny Ormuz, w której ruch wynosi obecnie 5-10% normalnych poziomów oraz wysokiego prawdopodobieństwa utrudnień w Kanale Panamskim, także Kanał Sueski wciąż nie odzyskał pełnej przepustowości z 2023 r., czyli od rozpoczęcia ataków przez jemeńskich Huti. W oficjalnych raportach publikowanych przez administrację kanału widać wyraźny spadek przepraw z 26 434 w 2023 r. do 13 213 w 2024 r. i kolejny spadek do 12 758 jednostek w 2025 r. W obu przypadkach to spadek o ponad 50%. Również w I kw. br. nie widać znaczącej poprawy i tylko 3 324 jednostki przepłynęły przez ten korytarz, co jest wyraźnym spadkiem wobec 6 305 statków z I kw. 2023 r. Według UNCTAD Kanał Sueski obsługuje ok. 22% globalnego wolumenu kontenerowego i 40% handlu pomiędzy Azją a Europą.
Logistycy dostrzegają zagrożenia i szacują własną gotowość
To zaledwie ułamek skomplikowanej rzeczywistości, w której obecnie funkcjonuje sektor TSL i niewiele wskazuje na to, aby sytuacja uległa szybkiej poprawie. Opinie logistyków i branżowe badania pokazują wręcz, że swoboda warunków rynkowych tężeje, przybywa pesymistów, a wysoka zmienność otoczenia geopolitycznego oraz atmosfera niepewności pozostanie z nami na dłużej. Wydaje się jednak, że specjaliści prawidłowo identyfikują kluczowe zagrożenia i są w stanie elastycznie reagować na zmiany.
Już w zeszłorocznej analizie Reuters Events dotyczącej kluczowych zagrożeń dla globalnych łańcuchów zaopatrzenia 74% ankietowanych spośród 450 managerów ds. logistyki określało napięcia geopolityczne jako czynnik, który generuje najpoważniejsze ryzyka. Był to wzrost z poziomu 33% w 2024 r. Na drugim miejscu, ze wskazaniem 59%, znalazły się zmiany regulacyjne, co oznacza wyraźny awans z 8% rok wcześniej. Na zakłócenia transportowe wskazywało 38%.
Zarządzający procesami dostaw deklarowali jednak, że ich organizacje są w dużej mierze przygotowane do radzenia sobie z potencjalnymi zakłóceniami (40%), choć tylko 5% zapowiadało, że przygotowanie jest kompleksowe. W osobnej analizie o podobnym profilu, realizowanej wspólnie z Maersk wśród 392 specjalistów w Europie, aż 90% ankietowanych twierdziło, że w odpowiedzi na znaczące zmiany warunków, jak zamknięcia portów lub wahania popytu, będą w stanie podjąć adekwatne decyzje w ciągu tygodnia, z czego aż 23% deklarowało, że będą to 24 godziny. Kolejne 26% zapowiadało, że odpowiednia reakcja nastąpi w przeciągu 48 godzin. Oczekiwania odnoszące się do przyszłości europejskiego środowiska łańcuchów zaopatrzenia były jednak jednoznaczne, bo 68% oczekiwało rosnącej zmienności.
Co się zmieniło w tym roku?
Na to pytanie częściowo odpowiada raport Supply Chain Compass 2026 opublikowany w marcu br. przez Blue Yonder. Badanie przeprowadzone wśród 678 managerów wysokiego szczebla, zarządzających procesami zaopatrzenia w firmach z rocznymi przychodami powyżej 500 mln dol. w sektorze logistyki, produkcji oraz sprzedaży detalicznej operujących w Ameryce Płn. i Europie, w tym również w Polsce. Tu także widać, że przyszła kondycja łańcuchów dostaw malowana jest raczej w ponurych barwach. Pesymistów jest więcej niż optymistów, a proporcja wynosi odpowiednio 54% do 46%. Sytuację ma jednak poprawić wybór odpowiednich priorytetów strategicznych, co dla 35% badanych oznacza zwiększenie produktywności i wydajności, szybsze podejmowanie decyzji oraz wzrost opłacalności (po 29%), a także zarządzanie kosztami (28%) i zwiększenie odporności na ryzyka i wyzwania (24%).
Rośnie gotowość do mierzenia się z wyzwaniami
W badaniu zapytano także o stopień przygotowania do poważnych zakłóceń, na co 12% managerów zadeklarowało, że jest do nich w pełni przygotowana. Stanowi to wzrost o 4 pp. względem tego samego badania z poprzedniego roku. Aż 45% badanych twierdzi także, że jest w stanie efektywnie zarządzać i podnieść się z nieoczekiwanych i istotnych szoków. To łącznie 57% respondentów gotowych do reagowania na znaczącą zmienność warunków w łańcuchu dostaw. Wciąż jednak 42% martwi się o odporność w obliczu dużych zakłóceń lub podjęła pewne środki zapobiegawcze, ale cały czas widzi miejsce do poprawy. Z kolei 1% otwarcie deklaruje nieprzygotowanie i oczekuje trudności w odzyskaniu sprawności po wystąpieniu szoków o dużej sile.
– Bez wątpienia nadszedł czas organizacji zwinnych, działających szybko i posiadających sprawny aparat decyzyjny. Wydarzenia ostatnich lat, w których obserwowaliśmy bardzo dużą zmienność warunków rynkowych dowiodły, że zdolność szybkiego dostosowywania własnych operacji do dynamiki makroekonomicznej i zakłóceń jest dziś elementem przewagi konkurencyjnej. Uważamy, że środowisko, w którym funkcjonuje obecnie branża logistyczna utrzyma się co najmniej w perspektywie średnioterminowej, wymuszając zarówno na operatorach, jak i ich kontrahentach większą elastyczność. Kluczową kwestią będzie również pogłębianie relacji z klientami, a z punktu widzenia odporności operacyjnej również dywersyfikacja obsługiwanych branż i zrównoważona ekspozycja geograficzna – mówi Magdalena Lubańska, 4PL Director, w spółce IDEO by ID Logistics, świadczącej usługi transportowe w ramach Control Tower.
– Choć nie prowadzimy działalności w regionach szczególnie wrażliwych geopolitycznie, takich jak kraje Zatoki Perskiej, jednak skutki generowanych tam napięć są przez nas odczuwalne i na bieżąco analizowane, za czym podążają odpowiednie decyzje i wprowadzanie adekwatnych rozwiązań. Jesteśmy dobrze przygotowani do utrzymania długoterminowego wzrostu, ale nie ignorujemy żadnych zagrożeń, a zwłaszcza tych, które mają duży potencjał generowania poważnych i długoterminowych zakłóceń, zarówno dla nas, jak i naszych klientów – dodaje Magdalena Lubańska.
Z jakich kierunków płyną obawy zarządzających logistyką?
Aż 68% managerów największe zagrożenie widzi w wyzwaniach natury gospodarczej, w tym np. inflacji. Drugim najpoważniejszym czynnikiem są elementy czysto operacyjne, związane m.in. z opóźnieniami transportów lub problemami z zapasami (60%). Nieco mniej, bo 59%, obawia się zakłóceń wynikających z geopolityki, do których zaliczają m.in. bariery nakładane na handel. W tej grupie nawet optymistycznie nastwieni managerowie obawiają się jej niekorzystnego wpływu. Jest ich aż 64%.
Luka niepewności rośnie wraz ze skalą zagrożeń
Z geopolityką związany jest jeszcze jeden poważny problem, mianowicie taki, że sformułowanie stanowiska i wdrożenie odpowiedniej reakcji zajmuje najwięcej czasu. Rośnie zatem luka niepewności, czyli czas od wykrycia zagrożenia do wypracowania działającego rozwiązania. O ile połowa badanych managerów dowiaduje się o zakłóceniach geopolitycznych w ciągu zaledwie 24 godzin, to tylko 20% potrafi na nie odpowiedzieć w ciągu jednego dnia. Aż 43% potrzebuje na to do 7 dni, a 38% powyżej tygodnia. Zakłócenia tej kategorii częściej występują na skali makro, a zatem ich skutki są szersze i wymagają znaczących dostosowań strukturalnych. To samo dotyczy elementów gospodarczych, o których 44% managerów dowiaduje się w ciągu jednego dnia, natomiast opracowanie i wdrożenie rozwiązania w ciągu 24 godzin deklaruje tylko 22% badanych.
Zagrożenia i wysoka zmienność pozostaną na dłużej
Obszerną diagnozę zagrożeń dla operacji w łańcuchu dostaw zawarto również w tegorocznym raporcie Agility Emerging Markets Index. Wzięło w nim udział 503 przedstawicieli kadr kierowniczych z sektora logistycznego oraz managerów ds. zarządzania dostawami. W opracowaniu na pierwszy plan wybija się jeden bardzo wyraźny wniosek, mianowicie taki, że zmienność warunków rynkowych postrzegana jest już jako stały element środowiska logistycznego. Uważa tak blisko 86% badanych, z czego 54,6% jest zdania, że w 2026 r. i przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej sytuacja ulegnie pogorszeniu, zanim będzie można mówić o stabilizacji. Pozostała część tej grupy (31%) twierdzi, że na stabilizację nie ma co liczyć i raczej należy zaakceptować fakt, że obecny poziom zmienności to po prostu nowa rzeczywistość, która pozostanie na stałe.
Badani managerowie wskazują przy tym na podobny katalog zagrożeń, co w innych branżowych analizach. Wymieniając ryzyka, na które ich organizacje są przygotowane w najmniejszym stopniu na podium pojawiają się ograniczenia handlowe w postaci ceł i protekcjonizmu (16,6%), czynniki takie jak inflacja i rosnące koszty oraz niedobory kadrowe (po 13,1%). Wysoko na liście są także zakłócenia w łańcuchach zaopatrzeniowych (12%) oraz spowolnienie gospodarcze (8,1%). Nic więc dziwnego, że na szczycie priorytetów jest wzmacnianie odporności łańcuchów dostaw (19,6%), ochrona marż (19,5%) oraz utrzymanie wzrostu (15%).
Prognozy nie pomagają logistyce
W swoim raporcie na temat zagrożeń w 2026 r. Światowe Forum Ekonomiczne napisało wprost, że to właśnie niepewność jest głównym motywem prognozy. Ponadto ankietowani przez WEF eksperci negatywnie oceniali zarówno krótkoterminowe, jak i długoterminowe perspektywy globalne, a 50% z nich oczekuje burzliwego lub niespokojnego otoczenia w ciągu najbliższych dwóch lat. Odsetek ten wzrósł do 57% w odniesieniu do oczekiwań na kolejną dekadę. Za 10 lat niemal nikt nie spodziewa się również klimatu współpracy politycznej nad globalnymi zagrożeniami i jest w zasadzie odwrotnie. Oczekiwany jest protekcjonizm, strategiczna polityka przemysłowa oraz aktywny wpływ rządów na kluczowe łańcuchy dostaw, co uczyni świat jeszcze bardziej konkurencyjnym.
Wielobiegunowy lub rozdrobniony porządek, w którym średnie i wielkie mocarstwa rywalizują o ustanowienie i egzekwowanie regionalnych zasad i norm to wizja aż 68% badanych. Kolejne 14% widzi porządek dwubiegunowy ukształtowany przez strategiczną rywalizację między dwoma supermocarstwami, a 12% zapowiada przekształcenia w kierunku nowego porządku międzynarodowego pod przewodnictwem alternatywnego supermocarstwa. Pozostałe 6% spośród 1 300 badanych autorytetów liczy na wskrzeszenie opartego na zasadach ładu międzynarodowego, na czele którego stoją USA. Wizja ta wydaje się jednak co najmniej mało prawdopodobna w kontekście wypowiedzi sekretarza stanu USA, który już ponad rok temu mówił, że jednobiegunowa siła była anomalią, będącą produktem zimnej wojny.
Termin ważności przewidywań makroekonomicznych spada
Problem z prognozami, oprócz tego, że nie są zbyt optymistyczne, dotyczy także ich żywotności. Tak było w przypadku kwietniowej publikacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), która w każdym z przedstawionych scenariuszy zakładała pogorszenie kondycji światowej gospodarki, a jedną z głównych przyczyn jest wojna na Bliskim Wschodzie. Ta obok wysokich barier handlowych i wywindowanej niepewności na arenie międzynarodowej neutralizuje pozytywne zjawiska, w tym inwestycje w nowoczesne technologie. W komentarzu do swojego cyklicznego opracowania MFW zaznaczył nawet, że dokument z uwagi na trudności z ustaleniem w czasie rzeczywistym spójnego zestawu założeń, publikuje jedynie prognozę referencyjną, opartą na domniemaniu, że wojna będzie miała ograniczony czas, intensywność i zasięg, a zakłócenia nią wywołane ustąpią do połowy 2026 r.
W takim ujęciu średnia cena ropy w całym bieżącym roku miała osiągnąć poziom 82 dol. za baryłkę (bbl), a wzrost światowej gospodarki w 2026 r. miał spaść z poziomu 3,4% w 2025 r. do 3,1% i utrzymać się na poziomie 3,2% w 2027 r., czyli poniżej historycznej średniej z lat 2000–2019 wynoszącej 3,7%. Globalna inflacja bazowa miała wzrosnąć do 4,4%, a następnie planowany był spadek do 3,7%. Z prognoz niestety niewiele już pozostało, ponieważ krótko po ogłoszeniu danych zadeklarowano, że założenia mogą być już nieaktualne, co ostatecznie na początku maja potwierdziła szefowa MFW. Obowiązuje zatem tzw. scenariusz niekorzystny, w którym wzrost PKB w bieżącym roku spowalnia do 2,5%, a inflacja wynosi 5,4%. Średnia cena ropy sięga 100 dol./bbl. Oznacza to również, że koszt nawozów jest już wyższy o 30-40% wyższy, co może podnieść ceny żywności o 3-6%.
Należy jednocześnie pamiętać, że zmienność warunków gospodarczych i geopolitycznych, na którą wskazuje szereg ważnych analiz i prestiżowych instytucji wciąż pozostaje na bardzo wysokim poziomie, a na stole cały czas leży trzeci, najbardziej dotkliwy scenariusz przygotowany przez MFW. W takiej symulacji średnia cena ropy osiąga ok. 110 dol./bbl, wzrost PKB w tym roku spada do ok. 1,8%, a za rok wynosi 2,2%. Z kolei globalna inflacja skacze do 5,8%, a w 2027 r. osiąga 6,1%. Łącznie będzie to oznaczało, że świat stanie na skraju recesji, co miało miejsce zaledwie cztery razy od 1980 roku, przy czym dwa ostatnie przypadki zbiegły się w czasie ze światowym kryzysem finansowym oraz pandemią COVID-19.
O kryzysie mówią również inne liczące się ośrodki
O realizacji dalszych niekorzystnych scenariuszy zdecyduje konflikt na Bliskim Wschodzie, w tym utrzymujący się paraliż na kluczowych szlakach transportowych, ale o recesji mówią także inne instytucje. Dla przykładu Oxford Economics przeprowadził symulację zakładającą, że w wyniku wojny ceny ropy utrzymają się na średnim poziomie ok. 140 dol. przez dwa miesiące. Ten czynnik wraz z efektami wtórnymi doprowadziłby do zaostrzenia sytuacji na rynkach finansowych, pogorszenia nastrojów gospodarczych oraz dalszego nasilenia się zakłóceń w łańcuchach dostaw. Wystarczyłoby to w zupełności, aby pchnąć część światowej gospodarki w kierunku łagodnej recesji. Jeśli to się wydarzy, gwałtownie wzrośnie inflacja, osiągając średnią 5,1%, a w szczycie nawet 5,8%. Nastąpi także znaczny wzrost cen gazu ziemnego, a te i inne skutki uboczne doprowadzą do spadku globalnego realnego PKB o 0,7% na koniec 2026 r.
Ograniczenie dostaw surowców już teraz jest bardzo dotkliwe
Kpler podaje na przykład, że tylko do połowy kwietnia 2026 r. z powodu wstrzymania lub zakłóceń w dostawach, globalny rynek utracił ponad 500 mln baryłek ropy, co stanowi największe zakłócenie dostaw w historii. To jednocześnie utrata ok. 50 mld dol. przychodu z handlu surowcem, czyli mniej więcej tyle samo co PKB Łotwy (48,59 mld) lub Estonii (47 mld). Z innych analiz, tym razem Wood Mackenzie, wynika, że niewyprodukowane 500 mln baryłek stanowi ekwiwalent scenariusza zakładającego całkowite wstrzymanie ruchu drogowego wszystkich pojazdów na świecie przez 11 dni. Alternatywnie odpowiada to także ograniczeniu popytu na globalny transport lotniczy przez 10 tygodni lub całkowitemu odcięciu globalnej gospodarki od ropy przez 5 dni. Brakujący wolumen byłby także wystarczający do zasilenia całego światowego sektora żeglugi międzynarodowej przez ok. 4 miesiące. Z kolei skutki bieżących zakłóceń mogą być widoczne jeszcze przez wiele miesięcy lub nawet lat, oddziaływając nie tylko na światowy rynek energetyczny i handel, ale również na obsługującą go logistykę.
Majowe dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują umiarkowaną poprawę nastrojów w polskiej gospodarce. W większości badanych sektorów wskaźniki ogólnego klimatu koniunktury poprawiły się lub pozostały stabilne względem kwietnia. Jednocześnie obraz gospodarki pozostaje nierówny — przetwórstwo przemysłowe nadal znajduje się poniżej zera, a sektor finansów i ubezpieczeń, mimo najwyższego wyniku w badaniu, zanotował wyraźne pogorszenie ocen.
Według danych GUS opublikowanych 22 maja 2026 r. najlepsze nastroje utrzymują się w finansach i ubezpieczeniach, gdzie wskaźnik wyniósł +26,6 pkt. To nadal najwyższy wynik wśród analizowanych sektorów, choć niższy niż miesiąc wcześniej, gdy wynosił +29,3 pkt. Wyraźną poprawę odnotowały natomiast zakwaterowanie i gastronomia, gdzie wskaźnik wzrósł z +10,2 pkt w kwietniu do +14,7 pkt w maju.
Najtrudniejsza sytuacja nadal widoczna jest w przetwórstwie przemysłowym. Wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury wyniósł tam −4,1 pkt wobec −4,4 pkt miesiąc wcześniej. Oznacza to niewielką poprawę, ale sektor wciąż pozostaje najniżej ocenianym obszarem polskiej gospodarki spośród badanych przez GUS.
Usługi z lepszymi nastrojami, przemysł nadal na minusie
Majowe dane wskazują, że poprawa nastrojów jest szczególnie widoczna w części sektorów usługowych. Zakwaterowanie i gastronomia osiągnęły +14,7 pkt, przebijając zarówno wynik z kwietnia, jak i poziom sprzed roku. Może to być związane m.in. ze zbliżającym się sezonem letnim oraz utrzymującym się popytem konsumpcyjnym.
Poprawę zanotował także transport i gospodarka magazynowa. Wskaźnik wzrósł tam z −5,6 pkt w kwietniu do −1,1 pkt w maju. Branża pozostaje jeszcze poniżej zera, ale skala odbicia sugeruje złagodzenie wcześniejszego pesymizmu.
W handlu hurtowym wskaźnik wzrósł do +3,0 pkt wobec +1,7 pkt miesiąc wcześniej. Handel detaliczny wyszedł natomiast z ujemnego poziomu i osiągnął 0,0 pkt, po −1,3 pkt w kwietniu. Oznacza to stabilizację ocen w sektorze, który wcześniej znajdował się lekko pod kreską.
Przetwórstwo przemysłowe nadal słabym punktem
Największym problemem pozostaje przetwórstwo przemysłowe. Chociaż ogólny wskaźnik poprawił się nieznacznie, z −4,4 pkt do −4,1 pkt, dane nadal wskazują na przewagę negatywnych ocen. Co istotne, pogorszyła się składowa diagnostyczna, czyli ocena bieżącej sytuacji przedsiębiorstw. Spadła ona do −6,8 pkt wobec −5,4 pkt w kwietniu.
Nieco lepiej wygląda część prognostyczna. Wskaźnik oczekiwań poprawił się z −3,4 pkt do −1,4 pkt, co oznacza, że firmy przemysłowe nieco mniej pesymistycznie patrzą na kolejne miesiące. Nie zmienia to jednak faktu, że przemysł pozostaje wyraźnie poniżej swojej średniej długookresowej.
Sytuacja w przetwórstwie ma szczególne znaczenie dla całej gospodarki, ponieważ sektor ten jest silnie powiązany z eksportem, inwestycjami i zamówieniami zewnętrznymi. Utrzymujący się pesymizm w tej części gospodarki może ograniczać tempo szerszego ożywienia.
Finanse nadal najmocniejsze, ale z widocznym ochłodzeniem
Sektor finansów i ubezpieczeń pozostaje liderem badania. Wskaźnik +26,6 pkt oznacza, że nastroje w tej branży nadal są bardzo dobre i przewyższają średnią długookresową. Jednocześnie spadek z +29,3 pkt w kwietniu pokazuje, że także w tym obszarze widoczne jest pewne ochłodzenie.
Bieżąca ocena sytuacji w finansach i ubezpieczeniach pozostaje bardzo wysoka — wyniosła +46,1 pkt. Miesiąc wcześniej było to jednak +49,5 pkt. Spadła również część prognostyczna, z +9,0 pkt do +7,1 pkt.
Oznacza to, że sektor finansowy nadal bardzo dobrze ocenia swoją obecną kondycję, ale z większą ostrożnością patrzy na kolejne miesiące. Może to wynikać z niepewności dotyczącej popytu, kosztów finansowania, otoczenia regulacyjnego oraz tempa wzrostu gospodarczego.
Inwestycje: firmy częściej utrzymują poziom nakładów niż planują wzrost
Dodatkowe badanie GUS dotyczące inwestycji pokazuje, że przedsiębiorstwa podchodzą do nowych nakładów ostrożnie. We wszystkich sześciu analizowanych sektorach najczęściej deklarowano utrzymanie poziomu inwestycji na poziomie z 2025 r.
Największy odsetek firm planujących wzrost inwestycji odnotowano w przetwórstwie przemysłowym. Zwiększenie nakładów zapowiedziało tam 24,1 proc. respondentów, w tym 8,2 proc. mówiło o znaczącym wzroście. To ważny sygnał, ponieważ mimo słabych bieżących ocen część firm przemysłowych nadal widzi potrzebę inwestowania.
Najbardziej ostrożnie wygląda sytuacja w budownictwie. Tylko 12,2 proc. firm z tego sektora deklaruje wzrost inwestycji, a aż 42,6 proc. nie ma żadnych planów inwestycyjnych. Może to wskazywać na utrzymującą się niepewność dotyczącą popytu, kosztów realizacji projektów oraz otoczenia regulacyjnego.
Główne bariery: koszty, niepewność makroekonomiczna i przepisy
Najważniejszą barierą inwestycyjną pozostają wysokie koszty realizacji inwestycji. W zależności od sektora wskazywało je od 40,3 proc. do 49,9 proc. firm. Najczęściej problem ten pojawiał się w handlu detalicznym.
Drugą kluczową barierą jest niepewna sytuacja makroekonomiczna. W przetwórstwie przemysłowym wskazało ją 35,8 proc. badanych firm. W innych sektorach odsetek ten był niższy, ale nadal istotny.
Przedsiębiorcy zwracają też uwagę na niestabilność przepisów prawnych. Problem ten szczególnie mocno widać w budownictwie oraz transporcie. W budownictwie wskazało go 26 proc. firm, a w transporcie 24,8 proc.
Znacznie mniejsze znaczenie mają obecnie zerwane łańcuchy dostaw. W zależności od branży wskazywało je od 0,2 proc. do 2,8 proc. firm. To pokazuje, że problemy logistyczne, które były jednym z głównych wyzwań po pandemii i w pierwszych latach wojny w Ukrainie, mają dziś znacznie mniejszy wpływ na decyzje inwestycyjne.
Ceny skupu podstawowych produktów rolnych w Polsce w kwietniu 2026 r. wzrosły symbolicznie w porównaniu z marcem, ale w ujęciu rocznym pozostały wyraźnie niższe. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego ceny skupu były przeciętnie o 0,1 proc. wyższe niż miesiąc wcześniej, ale aż o 13,1 proc. niższe niż w kwietniu 2025 r. Najtrudniejsza sytuacja dotyczy producentów mleka, trzody chlewnej, ziemniaków oraz części zbóż. W tych segmentach ceny są znacznie niższe niż rok temu, co może pogarszać płynność gospodarstw i ograniczać możliwości inwestycyjne. Jednocześnie wzrost cen wołowiny pokazuje, że sytuacja na rynku rolnym jest nierównomierna i zależy od konkretnej kategorii produktu.
Ceny skupu lekko wzrosły, ale roczny spadek jest głęboki
W kwietniu 2026 r. przeciętne ceny skupu podstawowych produktów rolnych zwiększyły się względem marca jedynie o 0,1 proc. Taki wynik oznacza raczej zatrzymanie spadków niż wyraźne odbicie. W porównaniu z kwietniem ubiegłego roku ceny były jednak niższe o 13,1 proc., co wskazuje na utrzymującą się presję na dochody producentów rolnych.
Roczny spadek cen jest szczególnie istotny, ponieważ wiele gospodarstw nadal ponosi wysokie koszty produkcji. Niższe ceny sprzedaży przy kosztach energii, pracy, pasz, nawozów i obsługi finansowania oznaczają pogorszenie rentowności. Dotyczy to zwłaszcza tych sektorów, w których spadki cen są dwucyfrowe.
Zboża nadal wyraźnie tańsze niż rok temu
W segmencie zbóż widać poprawę w ujęciu miesięcznym, ale ceny pozostają znacznie niższe niż przed rokiem. Pszenica w skupie kosztowała w kwietniu 77,09 zł za dt. Było to o 1,8 proc. więcej niż w marcu, ale o 15 proc. mniej niż w kwietniu 2025 r.
Cena żyta wyniosła 62,03 zł/dt. W porównaniu z marcem wzrosła tylko o 0,1 proc., natomiast rok do roku spadła o 15,5 proc. Jęczmień kosztował 77,03 zł/dt, co oznacza wzrost miesięczny o 3,4 proc. i spadek roczny o 6,4 proc.
Jeszcze słabiej wygląda sytuacja pszenżyta i owsa. Pszenżyto kosztowało 69,54 zł/dt, czyli o 2,1 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, ale o 16,3 proc. mniej niż rok temu. Owies potaniał w skupie do 54,97 zł/dt. To spadek o 7,3 proc. miesiąc do miesiąca i aż o 25,2 proc. rok do roku.
Kukurydza była jedną z kategorii z najsilniejszym miesięcznym wzrostem. Jej cena w skupie wyniosła 79,39 zł/dt, czyli o 5,8 proc. więcej niż w marcu. Mimo tego w porównaniu z kwietniem 2025 r. była niższa o 9,2 proc.
Na targowiskach ceny zbóż również były niższe niż rok wcześniej. Pszenica kosztowała 104,63 zł/dt, żyto 79,23 zł/dt, jęczmień 99,79 zł/dt, pszenżyto 88,22 zł/dt, owies 86,67 zł/dt, a kukurydza 118,38 zł/dt. W większości przypadków oznaczało to spadki roczne od kilku do kilkunastu procent.
Ziemniaki mocno odbiły w skupie, ale nadal są tańsze niż rok temu
Największą miesięczną zmianę odnotowano w przypadku ziemniaków. Ich cena skupu wzrosła w kwietniu o 14,4 proc. i wyniosła 120,23 zł/dt. Tak silny wzrost może mieć związek z sezonowym ograniczeniem podaży i wyczerpywaniem zapasów.
Inaczej wyglądała sytuacja na targowiskach. Tam cena ziemniaków spadła miesiąc do miesiąca o 2,9 proc., do 165,75 zł/dt. W ujęciu rocznym zarówno skup, jak i targowiska pozostają jednak wyraźnie pod kreską. Ziemniaki w skupie były tańsze o 17,6 proc. niż rok wcześniej, a na targowiskach o 22 proc.
Wołowina pozostaje wyjątkiem
Na tle innych produktów rolnych wyróżnia się wołowina. Cena bydła w skupie wyniosła w kwietniu 14,92 zł/kg. Była o 0,2 proc. wyższa niż w marcu i o 10,7 proc. wyższa niż rok wcześniej.
To jedyna z analizowanych kategorii, która odnotowała wyraźny wzrost roczny w skupie. Może to wynikać z ograniczonej podaży bydła oraz zmian strukturalnych w produkcji. W przeciwieństwie do zbóż, mleka czy trzody chlewnej, rynek wołowiny nie znajduje się obecnie pod tak silną presją spadkową.
Na targowiskach cena bydła wyniosła 12,12 zł/kg. Wzrosła o 1 proc. względem marca, ale była o 1,4 proc. niższa niż rok wcześniej.
Trzoda chlewna i drób pod presją
Cena trzody chlewnej w skupie wyniosła w kwietniu 5,89 zł/kg. Była o 1,2 proc. wyższa niż miesiąc wcześniej, ale o 16,2 proc. niższa niż w kwietniu 2025 r. To jeden z większych rocznych spadków wśród monitorowanych kategorii.
Drób kosztował w skupie 5,72 zł/kg. W tym przypadku odnotowano zarówno spadek miesięczny, jak i roczny. Cena była o 0,4 proc. niższa niż w marcu i o 7,8 proc. niższa niż rok wcześniej.
Dane te pokazują, że rynek żywca rzeźnego jest silnie zróżnicowany. Wołowina utrzymuje wysokie ceny, natomiast producenci trzody i drobiu mierzą się ze słabszymi warunkami sprzedaży.
Mleko z największym spadkiem rocznym
Szczególnie trudna sytuacja dotyczy rynku mleka. Cena mleka krowiego w skupie wyniosła w kwietniu 182,64 zł/hl. Była o 0,3 proc. niższa niż w marcu i aż o 19,5 proc. niższa niż rok wcześniej.
To największy roczny spadek wśród głównych kategorii objętych danymi GUS. Dla gospodarstw mleczarskich oznacza to silną presję na marże, zwłaszcza przy utrzymujących się kosztach produkcji. Spadek cen mleka może szczególnie dotknąć mniejsze gospodarstwa, które mają mniejszą możliwość ograniczania kosztów jednostkowych.
Duże różnice między województwami
Dane GUS pokazują także znaczące zróżnicowanie regionalne. W przypadku pszenicy najwyższe ceny skupu odnotowano w województwie pomorskim, gdzie wyniosły 80,77 zł/dt, oraz zachodniopomorskim — 80,30 zł/dt. Najniższe ceny wystąpiły w województwie podkarpackim — 70,45 zł/dt — oraz lubelskim — 70,69 zł/dt.
W skupie żywca wołowego najwyższą cenę odnotowano w województwie mazowieckim — 18,00 zł/kg. To poziom wyraźnie wyższy od średniej krajowej. W przypadku mleka najwyższe ceny wystąpiły w województwie podlaskim, gdzie mleko skupowano przeciętnie po 197,31 zł/hl. Region ten pozostaje jednym z najważniejszych ośrodków produkcji mleczarskiej w Polsce.
W aplikacji mObywatel dostępna jest usługa Księgi wieczyste. Pozwala ona właścicielom, współwłaścicielom i współużytkownikom wieczystym nieruchomości sprawdzić numer księgi wieczystej oraz zamówić dokumenty dotyczące nieruchomości.
Księga wieczysta zawiera informacje o stanie prawnym nieruchomości. Można w niej sprawdzić m.in. właściciela, prawa związane z nieruchomością, roszczenia, ograniczenia oraz hipoteki.
Sprawdzenie księgi wieczystej jest jednym z podstawowych kroków przed zakupem mieszkania, domu lub działki. Dostęp do ksiąg wieczystych jest jawny i bezpłatny, ale do ich przeglądania potrzebny jest numer księgi.
Jak sprawdzić numer księgi w mObywatelu
Właściciel nieruchomości może sprawdzić numer księgi wieczystej w aplikacji mObywatel. Po zalogowaniu należy wejść w usługę Księgi wieczyste i wybrać sekcję Twoje księgi. Dzięki temu sprzedający może szybko przekazać kupującemu numer księgi wieczystej. Kupujący może następnie sprawdzić jej treść w systemie elektronicznych ksiąg wieczystych.
W aplikacji można zamówić:
odpis zwykły księgi wieczystej,
odpis zupełny,
wyciąg z wybranego działu,
zaświadczenie o zamknięciu księgi.
Dokument można zamówić, opłacić i otrzymać bezpośrednio w aplikacji.
Sprzedający może również przekazać dokument kupującemu przez aplikację. W tym celu wybiera zamówiony dokument i opcję Przekaż dokument do sprawdzenia. Kupujący wchodzi w usługę Księgi wieczyste, wybiera opcję Sprawdź dokument drugiej osoby i skanuje kod QR z telefonu sprzedającego.
Po zeskanowaniu kodu kupujący może sprawdzić dokument i pobrać jego kopię na swój telefon.
Usługa może być przydatna przy sprzedaży i zakupie nieruchomości. Ułatwia dostęp do numeru księgi wieczystej, zamawianie dokumentów oraz ich przekazywanie drugiej stronie.
Funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali trzech obywateli Polski podejrzanych o działanie na rzecz rosyjskiego wywiadu. Do zatrzymań doszło 12 maja 2026 r. na polecenie prokuratora z Podlaskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Białymstoku.
Zatrzymani to A.Ć., lat 62, D.C., lat 50, oraz A.P., lat 48. Prokuratura przedstawiła im zarzuty dotyczące m.in. działania na rzecz obcego wywiadu, udzielania mu informacji mogących wyrządzić szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, prowadzenia dezinformacji, przygotowań do dywersji i sabotażu oraz propagowania treści wspierających agresję Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie.
Zarzuty szpiegostwa i dezinformacji
Według ustaleń śledczych podejrzani mieli działać na rzecz rosyjskiego wywiadu i przekazywać informacje, których ujawnienie mogło wyrządzić szkodę Polsce. Zarzuty obejmują także wytwarzanie oraz udostępnianie materiałów propagandowych i dezinformacyjnych.
Prokuratura wskazuje, że działania zatrzymanych były ukierunkowane na wspieranie rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie. Podejrzani mieli również angażować się w zbieranie środków przeznaczonych na zakup sprzętu dla wojsk rosyjskich.
Rozpoznanie wojsk NATO w Polsce
Z informacji przekazanych przez prokuraturę wynika, że zatrzymani mieli wykonywać zadania o charakterze wywiadowczym na zlecenie obywatela Federacji Rosyjskiej. Osoba ta, według śledczych, jest powiązana z Federalną Służbą Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.
Zadania miały obejmować m.in. rozpoznanie rozmieszczenia wojsk NATO stacjonujących na terytorium Polski. Prokuratura podaje również, że członkowie grupy przechodzili szkolenia strzeleckie oraz szkolenia z taktyki pola walki. Zdaniem śledczych miało to stanowić przygotowanie do realizacji zadań dywersyjnych i sabotażowych.
Propaganda wspierająca agresję Rosji
Podejrzanym zarzucono także publiczne pochwalanie prowadzenia wojny napastniczej oraz propagowanie symboli wspierających agresję Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie. Czynności te zakwalifikowano m.in. na podstawie przepisów Kodeksu karnego oraz ustawy z 13 kwietnia 2022 r. dotyczącej przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę i ochrony bezpieczeństwa narodowego.
Wśród podstaw prawnych prokuratura wskazała m.in. art. 130 § 1 i 2 Kodeksu karnego, dotyczący działania na rzecz obcego wywiadu i udzielania mu informacji, art. 130 § 8 w związku z art. 130 § 7, odnoszący się do przygotowań do dywersji i sabotażu, a także art. 130 § 9, dotyczący prowadzenia dezinformacji na rzecz obcego wywiadu.
Trzymiesięczny areszt dla podejrzanych
Po przedstawieniu zarzutów prokurator przesłuchał zatrzymanych w charakterze podejrzanych. Wszyscy trzej nie przyznali się do popełnienia zarzucanych im czynów i złożyli wyjaśnienia.
Prokurator skierował do sądu wnioski o zastosowanie wobec podejrzanych tymczasowego aresztowania na okres trzech miesięcy. Sąd Rejonowy w Białymstoku uwzględnił te wnioski.
Grozi im co najmniej 8 lat więzienia
Czyny kwalifikowane jako przestępstwa szpiegostwa przeciwko bezpieczeństwu państwa są zagrożone karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 8 lat albo karą dożywotniego pozbawienia wolności.
Prokurator Generalny Waldemar Żurek podjął decyzję o zawieszeniu zastępcy Prokuratora Generalnego ds. Wojskowych, prokuratora Prokuratury Krajowej Tomasza Janeczka, w czynnościach służbowych. Zawieszenie ma obowiązywać przez 6 miesięcy, od 21 maja do 21 listopada 2026 r.
Decyzja została wydana na podstawie przepisów Prawa o prokuraturze. Jak wynika z informacji przekazanej przez rzeczniczkę prasową Prokuratora Generalnego, prok. Annę Adamiak, ma ona związek z postępowaniem wyjaśniającym wszczętym 20 maja 2026 r. przez Rzecznika Dyscyplinarnego Prokuratora Generalnego.
Podejrzenie przewinienia dyscyplinarnego
Postępowanie wyjaśniające dotyczy uzasadnionego podejrzenia, że prokurator Tomasz Janeczek mógł dopuścić się oczywistej i rażącej obrazy przepisów prawa oraz uchybić godności urzędu. Chodzi o przewinienie dyscyplinarne określone w Prawie o prokuraturze.
Według komunikatu, zarzucane zachowanie miało miejsce 20 maja 2026 r. w Warszawie, w siedzibie Prokuratury Krajowej przy ul. Postępu 3. Sprawa dotyczy naruszenia procedur bezpieczeństwa oraz zasad wejścia do budynku Prokuratury Krajowej.
Wejście do strefy ochronnej bez wymaganych kart
Z informacji Prokuratury Generalnej wynika, że Tomasz Janeczek, używając własnej karty identyfikacyjnej, miał wprowadzić do strefy ochronnej siedziby Prokuratury Krajowej osoby, które nie posiadały wymaganych kart identyfikacyjnych „Wizyta”.
Chodziło o pracowników TV Republika: Michała Rachonia, Jarosława Olechowskiego, Adriana Stankowskiego, Miłosza Kłeczka i Janusza Życzkowskiego, a także posłów Jana Mosińskiego, Krzysztofa Lipca i Agnieszkę Wojciechowską van Heukelom.
Według prokuratury osoby te miały w sposób nieuprawniony przekroczyć bramki zabezpieczające oraz przebywać w holu budynku. Komunikat wskazuje również na naruszenie procedur związanych z rejestracją wizyt, kontrolą bagażu, kontrolą pirotechniczną oraz obowiązkiem nadzoru nad osobami przebywającymi w siedzibie Prokuratury Krajowej.
Wypowiedź dla TV Republika w siedzibie prokuratury
W komunikacie wskazano także, że Tomasz Janeczek udzielił w siedzibie Prokuratury Krajowej wywiadu pracownikowi TV Republika. W trakcie tej wypowiedzi miał odnieść się do działań organów państwa i prowadzonych postępowań.
Zdaniem Prokuratury Generalnej zachowanie prokuratora może wskazywać na brak poszanowania podstawowych zasad funkcjonowania prokuratury. W komunikacie podkreślono również, że mogło dojść do naruszenia godności urzędu oraz podważenia zaufania do obiektywizmu i bezstronności prokuratora.
Prokuratura wskazuje na standardy etyczne
Rzeczniczka Prokuratora Generalnego przypomniała, że prokuratorzy są zobowiązani do przestrzegania nie tylko przepisów ustawowych, lecz także regulacji wewnętrznych dotyczących organizacji pracy i bezpieczeństwa w jednostkach prokuratury.
W komunikacie zwrócono uwagę również na obowiązek zachowania powściągliwości w publicznych wypowiedziach dotyczących prowadzonych postępowań oraz działalności organów państwowych. Wynika on ze Zbioru Zasad Etyki Zawodowej Prokuratorów.
Prokuratura Generalna zaznaczyła ponadto, że Tomasz Janeczek nie posiada wiedzy na temat postępowania, do którego odnosił się publicznie, ponieważ nie jest prokuratorem referentem tej sprawy ani nie znajduje się ona w zakresie jego kompetencji nadzorczych.
Decyzja ma chronić autorytet prokuratury
Według komunikatu decyzja Waldemara Żurka została podjęta w celu ochrony autorytetu prokuratury oraz interesu publicznego. Ma także zapobiec negatywnym skutkom, które mogłyby wynikać z dalszego wykonywania przez Tomasza Janeczka obowiązków służbowych.
Prokurator Generalny miał poinformować Tomasza Janeczka o zawieszeniu podczas spotkania 22 maja 2026 r., przedstawiając szczegółowe uzasadnienie decyzji. Jak przekazano, prokurator Janeczek odmówił odbioru dokumentu.
Zawieszenie jest natychmiast wykonalne, co oznacza, że wywołuje skutki prawne od momentu wydania decyzji. Prokuratorowi przysługuje odwołanie do Sądu Dyscyplinarnego przy Prokuratorze Generalnym.
Międzynarodowa agencja doradcza Cushman & Wakefield podsumowała aktywność inwestorów na rynku nieruchomości biurowych w I kwartale tego roku. W tym czasie w sektorze podpisano umowy o wartości 248 mln EUR, co oznacza wzrost o 35% r/r.
Pierwsze trzy miesiące 2026 roku przyniosły najsilniejsze otwarcie roku dla inwestycji biurowych od 2022 roku. Łączny wolumen transakcji osiągnął 248 mln euro, co oznacza wzrost o 35% r/r oraz poziom o ponad 83% wyższy względem średniej z ostatnich trzech lat. Rynek stopniowo poprawia swoją płynność, czemu sprzyja rosnące zaangażowanie kapitału z regionu Europy Środkowo -Wschodniej oraz zwiększona aktywność krajowych inwestorów, komentuje Maciej Rostropowicz, Senior Consultant, Capital Markets Poland, Cushman & Wakefield.
Od stycznia do końca marca tego roku inwestorzy sfinalizowali dziewięć transakcji, w tym trzy w Warszawie oraz sześć na rynkach regionalnych. Aktywność inwestycyjna była jednak zdominowana przez stolicę, która odpowiadała za 74% całkowitego wolumenu, głównie za sprawą przejęcia kompleksu Royal Wilanów przez czeski fundusz Wood & Co. za ponad 100 mln euro.
Apetyt banków na finansowanie sektora biurowego w dalszym ciągu ma dwa kierunki: atrakcyjne parametry kredytowe dla budynków typu prime w Warszawie, dobre warunki dla budynków typu prime w miastach regionalnych i konserwatywne parametry dla budynków starszych, z pustostanami, albo krótkimi średnioważonymi okresami najmu. Nowe warszawskie powierzchnie biurowe z jednocyfrowym wakatem, a jednocześnie brak dalszych zwyżek pustostanów na rynkach regionalnych powodują nieznaczne zwiększenie optymizmu po stronie transakcyjnej, a także powrót niektórych inwestorów z rynków Europy Zachodniej, tłumaczy Mira Kantor-Pikus, Partner, Equity, Debt & Alternative Investments, Capital Markets, Cushman & Wakefield.
Przy finansowaniu nabycia starszych budynków banki oferują transzę na działania dekarbonizacyjne na pokrycie nakładów w celu doprowadzenie budynku do standardu spełniającego kryteria ESG. Widoczny jest też dużo większy apetyt na udzielanie kredytów przez banki w celu nabycia budynku biurowego, niż jego refinansowanie. Apetyt na finansowanie budowy wzrasta, ale jest mocno uzależniony od wielkości przednajmu, jakości dewelopera oraz planowanej strategii wyjścia z inwestycji.
Prokurator Zespołu Śledczego nr 2 Prokuratury Krajowej skierował 11 maja 2026 r. do Sądu Okręgowego w Opolu akt oskarżenia przeciwko Małgorzacie W. Sprawa dotyczy nieprawidłowości związanych z uzyskaniem dotacji z Funduszu Sprawiedliwości przez Fundację Ex Bono.
Oskarżonej zarzucono popełnienie czterech przestępstw. Najpoważniejszy zarzut dotyczy oszustwa oraz przedłożenia nierzetelnych dokumentów w celu uzyskania środków publicznych. Trzy pozostałe zarzuty odnoszą się do podrobienia podpisów na dokumentach kierowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości.
Zarzut wyłudzenia dotacji
Według prokuratury Małgorzata W. miała działać w celu osiągnięcia korzyści majątkowej dla Fundacji Ex Bono. Zarzut obejmuje doprowadzenie do złożenia w Ministerstwie Sprawiedliwości oferty zawierającej nieprawdziwe informacje dotyczące zasobów kadrowych i lokalowych fundacji.
Chodziło między innymi o dane dotyczące osób, które miały świadczyć pomoc prawną, psychologiczną, psychoterapeutyczną i mediacyjną. Oferta miała również zawierać nierzetelne informacje o lokalach, w których planowano prowadzenie punktów pomocy osobom pokrzywdzonym przestępstwem.
Zdaniem prokuratora informacje te miały istotne znaczenie dla oceny oferty i uzyskania dotacji z Funduszu Sprawiedliwości. Miały one wprowadzić pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości w błąd co do tego, że Fundacja Ex Bono dysponuje odpowiednim zapleczem do prawidłowej realizacji zadania.
Umowa na ponad 5 mln zł
W konsekwencji Minister Sprawiedliwości, działający jako dysponent Funduszu Sprawiedliwości, zawarł z Fundacją Ex Bono umowę dotacyjną na kwotę 5 124 689 zł. Fundacji wypłacono dwie transze środków w łącznej wysokości 834 811 zł.
W pozostałej części, czyli w zakresie niewypłaconych pieniędzy, prokuratura zarzuca oskarżonej usiłowanie doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Do wypłaty całej dotacji nie doszło, ponieważ umowa została wypowiedziana.
Zarzuty podrobienia podpisów
Trzy kolejne zarzuty dotyczą podrobienia dokumentów w październiku i listopadzie 2019 r. Według prokuratury chodzi o podpisy prezesa zarządu Fundacji Ex Bono na pismach kierowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości.
Fakt podrobienia podpisu ówczesnego prezesa fundacji miał zostać potwierdzony opinią biegłej z zakresu badania pisma ręcznego.
Rola oskarżonej w fundacji
Z ustaleń śledztwa wynika, że Małgorzata W. formalnie nie pełniła żadnej funkcji w Fundacji Ex Bono. Prokuratura twierdzi jednak, że faktycznie miała podejmować kluczowe decyzje dotyczące jej działalności.
Według śledczych oskarżona miała mieć wpływ przede wszystkim na przygotowanie oferty w konkursie Funduszu Sprawiedliwości oraz na późniejszą realizację zawartej umowy dotacyjnej. Miała również przekazać osobie przygotowującej ofertę dane dotyczące zasobów kadrowych i lokalowych fundacji, które — zdaniem prokuratury — nie odpowiadały rzeczywistemu stanowi przygotowania organizacji do wykonania zadania.
Oskarżona nie przyznaje się do głównego zarzutu
Małgorzata W. nie przyznała się do zarzutu dotyczącego wyłudzenia dotacji i złożyła w tej części wyjaśnienia. W odniesieniu do pozostałych zarzutów wyjaśnień nie złożyła.
Zarzucane jej czyny są zagrożone karą pozbawienia wolności do 10 lat. O winie lub niewinności oskarżonej zdecyduje sąd.
Rynki obawiają się, czy weekend nie przyniesie eskalacji działań w konflikcie USA i Izraela z Iranem. Indeksy koniunktury w Europie pokazują znacznie mniejszy optymizm niż za oceanem. W tle słabsze dane z australijskiego rynku pracy ciążą tamtejszemu dolarowi.
Koniunktura na świecie
Wczoraj poznaliśmy indeksy koniunktury dla wielu głównych gospodarek świata. Optymizm w strefie euro spadł. W przemyśle wynik wyniósł 51,4 pkt, czyli o 0,5 pkt mniej od oczekiwań. Z kolei w usługach zobaczyliśmy poziom 46,4 pkt. To najsłabsza wartość od wielu lat. Po południu poznaliśmy z kolei dane z USA. Za oceanem lepiej wypadł wskaźnik dla przemysłu, który niespodziewanie wyskoczył aż do 55,3 pkt. To nie tylko najwyższy wynik od 4 lat, ale również rezultat o 1,3 pkt wyższy niż prognozowano. Symbolicznie słabiej wypadły natomiast usługi. Mimo odczytu o 0,1 pkt poniżej oczekiwań trzeba pamiętać, że 50,9 pkt to nadal powyżej granicy 50 pkt. Rozdziela ona przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. Widać zatem wyraźniej, że ankietowani menedżerowie w USA patrzą w przyszłość dużo bardziej optymistycznie niż ich europejscy koledzy.
Na co czeka rynek?
We wtorek administracja prezydencka USA, pod presją państw arabskich, przedłużyła zawieszenie broni w Zatoce Perskiej o „2-3 dni, a może dłużej”. Taka niepewność mogłaby sugerować, że na rynkach zobaczymy panikę. Okazuje się, iż inwestorzy wierzą, że prowadzi to do trwałego porozumienia. Początek tygodnia przyniósł ceny ropy w okolicach 110 USD za baryłkę. Wraz ze wzrostem optymizmu surowiec wczoraj na chwilę spadł do 102 USD. Dzisiaj jednak znów idzie w górę i w momencie pisania tego tekstu jesteśmy przy poziomie 105 USD. Pokazuje to, że optymizm optymizmem, ale trzymanie otwartej pozycji na weekend jest jednak ryzykowne. Z tego powodu teraz rynek wraca trochę do ostrożniejszych wycen. Dlatego też po wczorajszych umocnieniach, kiedy złoty sięgnął 4,24 zł za 1 euro, dzisiaj mamy odbicie w górę europejskiej waluty.
Słabsze dane z australijskiego rynku pracy
Wczorajszy pakiet danych rozpoczął się od indeksów PMI. Koniunktura w Australii okazała się słabsza niż w kwietniu zarówno w przemyśle, jak i w usługach. Ważniejsze odczyty przyszły jednak chwilę później. Stopa bezrobocia wyskoczyła niespodziewanie z 4,3% do 4,5%. W tym kontekście nie dziwi, że zmiana zatrudnienia pokazała spadek, a nie wzrost liczby pracujących. Warto zauważyć, że rynek pracy w Australii jest mocno rozwarstwiony. Z jednej strony mamy wiele profesji fizycznych, gdzie brakuje pracowników. Do tego dochodzi presja polityczna na ograniczenie imigracji. Z drugiej strony w zawodach biurowych wraz z postępem technologicznym zachodzą coraz większe przeobrażenia. Jeżeli dodamy do tego duże uzależnienie gospodarki od wydobycia surowców, widzimy, że kraj ten czekają poważne zmiany albo poważne problemy. Dolar australijski po tych danych wyraźnie tracił na wartości.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Asseco Poland oraz Politechnika Poznańska podpisały porozumienie o współpracy, którego celem jest rozwój wspólnych inicjatyw w obszarze nowych technologii, badań oraz kształcenia przyszłych specjalistów IT. Partnerstwo zakłada połączenie doświadczenia biznesowego jednej z największych firm technologicznych w Europie z potencjałem naukowym i dydaktycznym jednej z czołowych uczelni technicznych w Polsce.
W ramach zawiązanej współpracy Asseco Poland oraz Politechnika Poznańska planują realizację projektów badawczo-rozwojowych, wymianę wiedzy i doświadczeń oraz wspólne działania związane z transferem oraz komercjalizacją technologii. Podpisane porozumienie obejmuje także możliwość organizacji praktyk i staży dla studentów oraz absolwentów Politechniki Poznańskiej, współpracę przy określaniu tematów prac dyplomowych, a także organizację wspólnych konferencji, seminariów oraz wydarzeń poświęconych nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym.
Istotnym elementem partnerstwa będzie również wzajemne wykorzystanie zaplecza badawczego i technologicznego obu stron oraz współpraca w zakresie rozwoju innowacyjnych rozwiązań odpowiadających na potrzeby rynku i gospodarki cyfrowej.
„Od wielu lat konsekwentnie rozwijamy współpracę ze środowiskiem akademickim, ponieważ wierzymy, że połączenie nauki i biznesu jest jednym z kluczowych elementów rozwoju innowacji. Uczelnie techniczne odgrywają niezwykle ważną rolę w budowaniu kompetencji przyszłości i przygotowywaniu młodych ludzi do pracy w dynamicznie zmieniającym się świecie technologii. Cieszymy się, że wspólnie z Politechniką Poznańską będziemy mogli realizować projekty, które łączą wiedzę naukową z praktyką biznesową” – mówi Adam Góral, Prezes Zarządu Asseco Poland.
Współpraca jest częścią realizowanej przez Asseco inicjatywy Asseco for the Future, w ramach której spółka angażuje się w działania wspierające rozwój młodych talentów, popularyzację nauki i nowych technologii oraz budowanie kompetencji cyfrowych przyszłych pokoleń.
„Współpraca z partnerami technologicznymi tej skali pozwala uczelni jeszcze skuteczniej odpowiadać na potrzeby współczesnej gospodarki i rynku pracy. Dla naszych studentów to możliwość kontaktu z praktyką biznesową, nowoczesnymi technologiami i ekspertami realizującymi projekty o międzynarodowej skali. Wierzymy, że wspólne inicjatywy z Asseco będą impulsem do rozwoju innowacyjnych projektów oraz kompetencji przyszłości” – podkreśla prof. dr hab. inż. Teofil Jesionowski, Rektor Politechniki Poznańskiej.
Porozumienie stanowi ramę dla dalszych wspólnych działań, których szczegółowy zakres będzie określany w odrębnych projektach i inicjatywach realizowanych przez obie strony.
Rozwój budownictwa mieszkaniowego napędzają w ostatnich miesiącach dwa wyraźne impulsy. W marcu skokowe odbicie liczby rozpoczynanych budów było zasługą gospodarstw domowych. W kwietniu na place budów z dużą siłą wróciły firmy deweloperskie. Według najnowszych danych GUS uruchomiły one budowę ponad 15,1 tys. lokali, co oznacza wzrost o 27,8% w ujęciu rocznym. Sytuację komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.
Najważniejsze informacje:
Mocne ożywienie firm deweloperskich: W kwietniu rozpoczęły one budowę 15,1 tys. mieszkań (+27,8% rok do roku).
Boom na pozwolenia na budowę lokali mieszkalnych: Od początku roku wydano ich 95 tys. (+15,8% rok do roku).
Spadek gotowych mieszkań: Pomimo fali nowych inwestycji, liczba lokali oddanych do użytku przez wszystkie grupy inwestorów spadła (w kwietniu o 3,7% rok do roku).
– Marcowe dane sugerowały przebudzenie rynku, ale to kwiecień udowadnia, że nie mamy do czynienia z jednorazowym zrywem. Wszystkie grupy inwestorów rozpoczęły budowę 24,9 tys. mieszkań, poprawiając wynik z ubiegłego miesiąca o 8,7%, a ten sprzed roku – o 24,3%. Szczególnie aktywne okazały się firmy deweloperskie. Liczba zainicjowanych przez nie budów wzrosła o 22,4% miesiąc do miesiąca. To zdecydowanie najlepszy tegoroczny rezultat tej grupy. Widzimy więc wyraźnie, że deweloperzy w szybkim tempie nadrabiają spokojniejszy początek roku – wyjaśnia Katarzyna Kuniewicz.
Rynek budownictwa wraca do formy z 2024 roku
Prawdziwą niespodzianką jest dynamika po stronie pozwoleń na budowę mieszkań. Jak wskazują dane GUS od stycznia do kwietnia 2026 w całej Polsce wydano ich 95 tys., co stanowi wzrost o 15,8% rok do roku. Co ciekawe, to wynik bardzo bliski poziomowi z analogicznego okresu 2024 roku (94,8 tys.). Za tegoroczny rezultat w 98% odpowiadają dwie grupy – gospodarstwa domowe i firmy deweloperskie. Inwestorzy indywidualni pozyskali urzędowe zgody na budowę blisko 28,9 tys. lokali mieszkalnych, co oznacza wzrost o 11,6% w ujęciu rocznym. Z kolei sami deweloperzy uzyskali ich ponad 64,2 tys., czyli o 22,5% więcej w skali roku.
– W samym tylko kwietniu wydano 27,5 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o 43% więcej niż rok temu. Należy jednak pamiętać, że wysoka liczba pozwoleń nie przekłada się automatycznie na nowe budowy. Różnica między pozwoleniami a uruchamianymi budowami utrzymuje się na poziomie ponad 20,7 tys. mieszkań, patrząc na skumulowane statystyki od początku roku – dodaje Katarzyna Kuniewicz.
Czy na rynku będzie brakować gotowych mieszkań?
Na tle bardzo optymistycznych danych o rozpoczętych budowach i rosnącej puli pozwoleń, statystyki mieszkań oddanych do użytkowania przez wszystkie grupy inwestorów pozostają na niewielkim minusie. Zgodnie z danymi GUS, w kwietniu oddano do użytkowania ponad 15,3 tys. mieszkań (spadek o 3,7% rok do roku). Z kolei w ujęciu od stycznia do kwietnia na rynek trafiło łącznie 60,6 tys. lokali, co oznacza wynik o 2% słabszy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Obraz ten łagodzą jednak wyniki firm deweloperskich w ujęciu miesięcznym. W samym kwietniu oddały one 9,7 tys. lokali, wyraźnie poprawiając swój wynik z marca.
Liczba oddanych mieszkań w kwietniu 2026 roku:
Firmy deweloperskie: 9 751 lokali (wzrost o 8,9% m/m oraz spadek o 0,2% r/r).
Gospodarstwa domowe: 5 483 lokale (spadek o 13,2% m/m oraz spadek o 8,0% r/r).
– Niewielki spadek liczby mieszkań oddanych do użytkowania rok do roku jest zjawiskiem, którego można było się spodziewać. Dzisiejsze statystyki gotowych lokali to w rzeczywistości echo decyzji inwestycyjnych podejmowanych przez firmy deweloperskie kilkanaście miesięcy temu. Z całą pewnością jednak wybór dla kupujących wciąż pozostaje duży. Na siedmiu największych rynkach w ofercie deweloperów znajduje się około 60 tys. nowych mieszkań. Tylko w kwietniu wprowadzili oni do sprzedaży 4,3 tys. lokali, czyli o 19% więcej niż w marcu i o 24% więcej niż rok wcześniej – mówi dyrektorka badań rynku Otodom.
W kwietniu br. najbardziej podrożały rdr. używki – o 8,1%. W TOP5 drożyzny widać też słodycze i desery ze wzrostem rdr. na poziomie 7,6%, napoje – 5,8%, produkty sypkie – 5,6%, a także mięso – 4,8% rdr. Najmniej zdrożał nabiał, bo o 0,6% rdr. Z kolei spadki cen zanotowały produkty tłuszczowe – o 9,5%, jak również dodatki spożywcze – o 1,5% rdr. Tak wynika z analizy blisko 104 tys. cen detalicznych. Jej autorzy ostrzegają, że jeśli nie ustabilizuje się sytuacja geopolityczna, to w ciągu kilku miesięcy może utrzymać się szybki trend wzrostowy cen nie tylko ww. liderów.
Jak wynika z raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, w kwietniu br. spośród 17 analizowanych kategorii najbardziej poszły w górę rdr. ceny używek – o 8,1% (w marcu – o 11,1%, w lutym – o 10,3%). W tej kategorii mamy m.in. herbatę, kawę, piwo i wódkę. Drugie miejsce na podium zajmują słodycze i desery, które zdrożały rdr. o 7,6% (w marcu – o 9,3%, w lutym – o 7,3%). Na trzeciej pozycji w rankingu znalazły się napoje ze wzrostem rdr. o 5,8% (wcześniej 2,2% i 4,5% na plusie).
– Liderami drożyzny są kategorie obciążone specyficznymi czynnikami. Surowce, z których pochodzą kawa i herbata, są wrażliwe na kursy walut i warunki klimatyczne, a alkohol podlega podwyżkom akcyzy. Efekt fiskalny nie zniknie w najbliższym czasie i będzie nadal podnosił koszty zakupu napojów alkoholowych. W przypadku słodyczy i deserów kluczową rolę odgrywa drożejące kakao. Choć na rynkach światowych tanieje, sklepy reagują na te spadki z dużym opóźnieniem – mówi dr Joanna Myślińska-Wieprow z Uniwersytetu WSB Merito.
Jak komentuje dr Artur Fiks z Uniwersytetu WSB Merito, wśród używek prym wiedzie herbata, która w ostatnim czasie dość radyklanie ciągnie średni wzrost cen w kategorii używek, drożejąc o ponad 20%. Jeśli chodzi o słodycze i napoje to tu duże znaczenie mają zmiany przede wszystkim ceny półproduktów i koszty produkcji oraz transportu, które rosną. Kategorie te już od dłuższego czasu utrzymują się w czołówce najmocniej drożejących, co też może mieć przyczyny w tym, że ich ceny były nieco niższe rok temu.
– Na tle pozostałych kategorii wyróżniają się także napoje. W ich przypadku widoczny wzrost dynamiki cen może być efektem jednoczesnego zwiększenia kosztów surowców, opakowań i logistyki. Dodatkowo producenci mogli w ostatnich miesiącach ograniczać skalę promocji, które wcześniej tłumiły wzrost cen detalicznych – dodaje ekspertka.
Wśród najbardziej drożejących kategorii w marcu uplasowały się też produkty sypkie ze wzrostem na poziomie 5,6% rdr. (wcześniej 4,3% i 0,8% na plusie). Zestawienie TOP5 drożyzny zamyka mięso, które podrożało o 4,8% rdr. (poprzednie wzrosty rdr. – 5,4% i 5,4%). – Wyniki obu kategorii są efektem wzrostu cen na światowych rynkach hurtowych. Może nie są one jeszcze spektakularne, ale mogą wskazywać na niekorzystne tendencje dla konsumentów. Jeżeli nie nastąpi stabilizacja sytuacji geopolitycznej, to w ciągu kilku miesięcy może utrzymać się szybki trend wzrostowy cen nie tylko tych, ale też innych produktów żywnościowych – ostrzega dr Artur Fiks.
Natomiast na samym końcu tabeli są produkty tłuszczowe, które potaniały rdr. o 9,5% (poprzednie spadki rdr. – 7,7% i 4,8%). Ta kategoria obejmuje masło, margarynę i olej itp. Ujemny wynik zanotowały też dodatki spożywcze. Staniały o 1,5% rdr. (w marcu 3,7% na minusie, a w lutym 5,1% na plusie rdr.). Tu są m.in. ketchupy, majonezy i musztardy. Natomiast najmniej zdrożał w całym zestawieniu nabiał, bo o 0,6% rdr. (w marcu na minusie 0,7%, a w lutym na plusie 2,3% rdr.).
– W przypadku produktów tłuszczowych obecne obniżki są w dużej mierze efektem wysokiej bazy z ubiegłego roku. W 2025 roku ceny masła wzrosły średnio o 11,5% rok do roku, dlatego dzisiejsze spadki są w pewnym sensie statystycznym odbiciem po wcześniejszych podwyżkach. Rynek tłuszczów mógł również osiągnąć chwilowe nasycenie, a dodatkowym czynnikiem sprzyjającym obniżkom były niższe ceny części surowców, mimo że notowania rzepaku nadal pozostają relatywnie wysokie – analizuje dr Joanna Myślińska-Wieprow.
Z kolei dr Artur Fiks przypomina, że ceny produktów tłuszczowych są ważnym elementem strategii stosowanych przez poszczególne sieci sklepów w wojnie cenowej. Prym wiedzie tutaj między innymi masło, którego promocje sięgają nawet kilkudziesięciu procent, co ewidentnie wpływa na wysoki poziom spadku cen w tej kategorii. W przypadku cen dodatków spożywczych sytuacja często bywa podobna, choć obniżki nie są aż tak spektakularne. Należy jednak pamiętać, że już zaczął się sezon grillowy, a zwiększony popyt może spowodować wzrost cen w tej kategorii.
– W kategorii dodatków spożywczych decydującą rolę odgrywa przede wszystkim silna konkurencja między producentami. Istotne są też działania promocyjne sieci handlowych. Produkty tego typu często wykorzystywane są jako element walki o klienta, ponieważ należą do artykułów kupowanych regularnie i szybko rotujących na sklepowych półkach. Obniżki cen są więc bardziej efektem strategii marketingowych i promocji niż konsekwencją trwałego spadku kosztów produkcji czy cen surowców – uzupełnia ekspertka.
Natomiast przyczyn tak niewielkich wzrostów cen nabiału dr Artur Fiks szuka we wzroście podaży mleka na rynkach i w efekcie spadku jego cen. Zgodnie z prognozami na ten rok, sytuacja ta powinna się utrzymać.
***
Opis metody analitycznej/badawczej
Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetu WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z kwietnia 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą blisko 104 tys. cen detalicznych z przeszło 48 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.
Polacy ruszyli po zakup nieruchomości. Ofert na rynku pierwotnym i wtórnym jest więcej niż w roku 2025, a podaż jest mniej więcej wyrównana z większym popytem. Co ciekawe, zainteresowanie nieruchomościami nie zamyka się tylko i wyłącznie do mieszkań i kawalerek, ale także do domów, segmentów poza dużymi miastami, a także do bliźniaków. Z czego wynika taka tendencja? – Czasem bliźniak w okolicach dużego miasta, opłaca się bardziej niż mieszkanie w centrum. Przykładem mogą być takie miasta jak Kraków, Wrocław, Poznań czy Szczecin. Oczywiście wszystko zależy od standardu, metrażu i lokalizacji, ale znam sytuacje, że rodziny zrezygnowały z zakupu dużego mieszkania, bo bliźniak pod miastem był lepszym pomysłem – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.
Bliźniak pod Warszawą jest tańszy niż mieszkanie w stolicy. Tak jest w większości dużych miast
Trudno mówić o tendencjach, ale na pewno wybór mieszkania czy domku lub mieszkania w szeregowcu pod miastem, staje się coraz częstszy i coraz bardziej zasadny.
Dlaczego? Ceny mieszkań na rynku deweloperskim w dużych miastach są rekordowe i coraz częściej plasują się na poziomie powyżej 15 tysięcy złotych za metr kwadratowy.
– Nominalna cena domu pod miastem, domu w szeregowcu lub bliźniaka na pewno jest wyższa niż mieszania w mieście, ale jak przeliczymy to na metry kwadratowe to nagle okazuje się, że zakup obiektu poza miastem daje nam zdecydowanie lepszą ofertę. Jeżeli więc szukamy dobrej przestrzeni do życia, a budżet inwestycji nie jest priorytetem to zdecydowanie widzimy, że rodziny przychodzące do biur nieruchomości zastanawiają się i podejmują decyzje, by szukać i odwiedzać mniej standardowe lokalizacje – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.
Przykłady?
– Dom w zabudowie szeregowej 110 metrów kwadratowych pod Szczecinem można kupić za 800 tysięcy złotych. Bliźniak 40 kilometrów od Poznania można kupić za milion złotych. Nawet na tak gęstym rynku jak Warszawa zdarzają się bliźniaki czy szeregowce o metrażu około 110 metrów za 1,5 czy 1,6 miliona złotych. Te ceny pokazują, że można mieć mieszkanie w klimacie domu, z małym ogródkiem, tarasem i zielenią za kwoty analogicznie, a w przeliczeniu na metr kwadratowy mniejsze niż mieszkania w centrach – przyznaje Mirosław Król.
Warto dodać, że podmiejskich ofert jest całkiem sporo, ale to liczba zdecydowanie mniejsza niż np. mieszkań w miastach. Mowa tutaj zarówno o rynku wtórnym jak i pierwotnym.
Wady i zalety mieszkania poza miastem
Czy wybór mieszkania czy domu poza miastem jest zawsze oczywisty? Może wydawać się, że dom czy bliźniak to gwarancja spokoju i komfortu, ale eksperci zawsze przestrzegają i zwracają uwagę, by każda taka decyzja była przemyślana.
– Mieszkanie poza miastem ma wiele zalet. Jeżeli ktoś poszukuje spokojniejszej przestrzeni, zieleni i odpoczynku od wielkomiejskich bodźców to jest to rozwiązanie idealne. Jeżeli jednak będziemy mieszkać poza miastem, a jednocześnie codziennie żyć w mieście to zawsze radzę, by zastanowić się czy codzienne dojazdy do pracy, do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne itp. Nie zabiorą nam radości z nowego domu. Takie sytuacje zdarzają się naprawdę często – przyznaje ekspert.
– Wykończenie domu poza miastem jest dużo droższe niż mieszkania w centrum. Mieszkanie w bliźniaku czy szeregowcu również nie daje nam niezależności np. od sąsiadów, a to czasem ważny argument. Tutaj jest wiele „za” i „przeciw” i na pewno każdy musi zastanowić się na jakie poświęcenia jest gotów, a na jakie nie – przyznaje ekspert.
– Najbardziej zachęcam do przemyśleń jeżeli planujemy zakup domu na rynku wtórnym, a ma on już swoje lata. Bardzo często atrakcyjna cena to jedno, a np. koszty remontu to drugie. Znam sytuacje, że remont instalacji, kuchni, łazienek, pokojów itp. Miał kosztować więcej niż sam dom. Takich decyzji musimy unikać, a przynajmniej być nich świadomi – dodaje ekspert.
Pierwszy kwartał 2026 roku potwierdził, że sektor farb dekoracyjnych w Polsce wkroczył w fazę korekty strukturalnej. Najnowsze dane z panelu SellFiK, wiodącego instrumentu monitoringu rynku prowadzonego przez Polski Związek Producentów Farb i Klejów, pokazują spadki w ujęciu wartościowym i ilościowym. Na te wyniki mają wpływ złożone czynniki makroekonomiczne, surowcowe i konsumenckie, które kształtują dziś warunki prowadzenia działalności w branży.
Wyniki z panelu SellFiK za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują, że wartość sprzedaży całego rynku farb dekoracyjnych obniżyła się o 3,5% rok do roku. Jednocześnie spadek wolumenu sprzedaży okazał się głębszy niż spadek wartości, co stanowi istotny sygnał dla całej branży. Ta różnica może wskazywać, że część spadków sprzedaży jest kompensowana wyższymi cenami produktów, lecz te możliwości stopniowo się wyczerpują. Przyczyn należy szukać w uwarunkowaniach makroekonomicznych. Spowolnienie aktywności w sektorze budowlanym, będące pochodną wcześniejszego cyklu wysokich stóp procentowych, przełożyło się na wyraźne ograniczenie liczby realizowanych inwestycji i remontów. Choć realne dochody gospodarstw domowych wykazują poprawę, nie przekłada się to jeszcze na ożywienie w segmencie dekoracyjnym.
Kategorie produktowe i kanały dystrybucji: gdzie widoczne są największe zmiany?
Monitoring prowadzony w ramach panelu SellFiK pozwala nie tylko na ocenę kondycji całego rynku, lecz także na precyzyjną diagnozę jego poszczególnych segmentów. W pierwszym kwartale 2026 roku obraz ten jest wyraźnie zróżnicowany. Rozpiętość wyników między kategoriami jest znacząca, od ponad -12% wartościowo r/r w kategorii ochrony drewna (woodcare), która najmocniej odbiega od średniej rynkowej, aż po wzrosty w segmencie farb uniwersalnych i farb do metalu. Znaczące spadki dotknęły również farby emulsyjne (kluczową kategorię dla całego rynku) oraz grunty. Na tym tle relatywną odporność wykazują też koloranty, które utrzymały wzrostową dynamikę wartości sprzedaży. Odporność tych segmentów może wskazywać na preferencje konsumentów w kierunku produktów wielofunkcyjnych, oferujących lepszy stosunek wartości do ceny w warunkach ograniczonej siły nabywczej. W przekroju kanałów dystrybucji SellFiK rejestruje zbliżoną skalę trudności zarówno w kanale tradycyjnym (TRD), jak i kanale DIY, żaden z nich nie stanowi wyraźnej strefy wzrostu. Powszechność zjawiska świadczy o tym, że mamy do czynienia z systemową zmianą zachowań nabywczych, a nie efektem przesunięcia popytu między kanałami. Szczegółowe wyniki dla wszystkich kategorii produktowych oraz kanałów dystrybucji, w tym pełne zestawienie wyników wartościowych i ilościowych, dostępne są w raporcie SellFiK.
Nożyce kosztowe: kiedy podwyżki przestają być rozwiązaniem
Producenci farb mierzą się dziś ze spiętrzeniem presji kosztowej. – Rynek jest pod presją z kilku stron jednocześnie. Ceny podstawowych komponentów wzrosły w nienotowanej dotąd skali: aceton i monomer VAM podrożały o około 300%, nafta o blisko 60%, a wybrane dyspersje o 80%. Do tego dochodzą rosnące koszty opakowań oraz logistyki, która podrożała o ok. 15%. Przy jednoczesnym ograniczeniu możliwości przenoszenia tych kosztów na ceny produktów końcowych, jest to wyzwanie, z którym branża nie mierzyła się dotąd w takiej skali – podkreśla Michał Czekaj, Prezes Zarządu Polskiego Związku Producentów Farb i Klejów (PZPFK).
Historycznie branże o charakterze procesowym (oparte na przetwarzaniu surowców chemicznych według stałych receptur, gdzie koszt komponentów stanowi o rentowności) reagowały na wzrosty kosztów surowców, przenosząc je na ceny produktów końcowych. Ta ścieżka jest dziś poważnie utrudniona: słabnący popyt i malejąca inflacja drastycznie zawężają przestrzeń do dalszych podwyżek bez ryzyka utraty wolumenu sprzedaży. Producenci stoją zatem przed realnym wyborem między ochroną marż a utrzymaniem udziałów rynkowych. Jak wskazuje Adrian Miałkowski, Dyrektor Zarządzający PZPFK, wyzwanie wykracza już poza wymiar czysto cenowy – To, co widzimy w wynikach za pierwszy kwartał, to nie jednorazowe odchylenie, a wyraźny sygnał zmiany strukturalnej. Coraz większym wyzwaniem staje się fizyczna dostępność surowców oraz brak przewidywalności dostaw, co bezpośrednio ogranicza możliwość stabilnego planowania produkcji. Producenci, którzy będą w stanie szybko odczytać, które segmenty zachowują odporność, a które wchodzą w głębszą korektę, zyskają realną przewagę. Strategiczne planowanie produkcji staje się dziś zatem równie istotnym obszarem zarządzania ryzykiem, co optymalizacja polityki cenowej.
Dane jako przewaga: rola rzetelnego monitoringu w zarządzaniu niepewnością
W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu zdolność do podejmowania decyzji opartych na twardych danych nabiera strategicznego znaczenia. Panel SellFiK, opracowywany przez PZPFK na podstawie informacji od czołowych producentów działających na polskim rynku, stanowi w tym zakresie unikalny zasób informacyjny. Dzięki temu kadra zarządzająca może rzetelnie oceniać pozycję rynkową firmy, weryfikować skuteczność działań sprzedażowych na tle dynamiki całego rynku oraz identyfikować kategorie i kanały, które w danym momencie wykazują relatywną odporność lub przyspieszenie. W praktyce oznacza to możliwość optymalizacji portfela produktowego w oparciu o kompleksowe dane, a nie wyłącznie na podstawie wewnętrznych wskaźników sprzedaży.
Perspektywy: stabilizacja przy niskim wolumenie jako nowe środowisko operacyjne
Sygnały płynące z danych SellFiK za pierwszy kwartał br. wskazują, że przed polskim rynkiem farb dekoracyjnych stoi perspektywa stabilizacji, jednak na niższym niż dotychczas poziomie popytu. Nie jest to scenariusz głębokiego kryzysu, lecz trwała normalizacja po latach relatywnie wysokiej aktywności rynkowej. W tych warunkach efektywność operacyjna, precyzja alokacji zasobów i trafność decyzji w zakresie portfolio stają się czynnikami różnicującymi pozycję rynkową. Dla podmiotów aspirujących do roli liderów sektora kluczowe będzie nie tylko zarządzanie kosztami, lecz także zdolność do szybkiego reagowania na zmiany zachowań w zakresie popytu, a to wymaga z kolei wiarygodnego, bieżącego obrazu rynku. Wyniki za kolejne kwartały, systematycznie monitorowane przez panel SellFiK, pokażą, czy korekta ma charakter przejściowy, czy utrwala się jako nowa norma dla branży.
– Zatwierdzenie kolejnego prospektu przez Komisję Nadzoru Finansowego to pozyskanie dla Victorii Dom ważnego narzędzia umożliwiającego elastyczne kształtowanie finansowania działalności deweloperskiej na kolejne 12 miesięcy. Wpisuje się to w długoterminową strategię rozwoju Victoria Dom w zakresie pozyskiwania środków na nowe inwestycje, rozwój banku ziemi jak i refinansowanie części zapadających zobowiązań – mówi Waldemar Wasiluk, wiceprezes Victoria Dom. I dodaje, że po 4 miesiącach 2026 r. widzi także pozytywne sygnały płynące z rynku mieszkaniowego, które pozwalają z umiarkowanym optymizmem patrzeć w przyszłość.
Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt Victoria Dom S.A. sporządzony w związku z IV Publicznym Programem Emisji Obligacji o łącznej wartości nominalnej do 500 mln zł. Spółka planuje ubiegać się o wprowadzenie obligacji do alternatywnego systemu obrotu Catalyst organizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie.
Priorytetem rozwój i bank ziemi
Wiceprezes Victoria Dom podkreśla, że środki pozyskane z emisji mają wspierać dalszy rozwój działalności operacyjnej i inwestycyjnej spółki. Jednym z priorytetów pozostaje zabezpieczanie atrakcyjnych gruntów pod przyszłe projekty mieszkaniowe w Warszawie, Krakowie oraz Trójmieście.
– Bank ziemi jest podstawą rozwoju każdego dewelopera. To dzięki niemu możemy planować inwestycje z kilkuletnim wyprzedzeniem i stabilnie rozwijać skalę działalności – podkreśla Waldemar Wasiluk.
Trzy kluczowe czynniki
Spółka zwraca uwagę, że sytuacja na rynku mieszkaniowym stopniowo się stabilizuje. Jak zaznacza wiceprezes Victoria Dom, rynek nieruchomości rozwija się wtedy, gdy spełnione są trzy kluczowe warunki: istnieją realne potrzeby mieszkaniowe, gospodarka zapewnia wzrost oraz bezpieczeństwo wynagrodzeń, a koszt pieniądza pozostaje na poziomie akceptowalnym dla kredytobiorców.
– Potrzeby mieszkaniowe w największych aglomeracjach w Polsce nadal są bardzo duże. Jeśli ludzie mają poczucie stabilności finansowej i odpowiedni poziom dochodów, są gotowi podejmować decyzje o zakupie mieszkań i zaciągać kredyty hipoteczne. Trzecim elementem jest rozsądny koszt pieniądza. Gdy wszystkie te czynniki współgrają, rynek wraca do równowagi. Pierwsze miesiące tego roku właśnie takie były, co daje nadzieję na stabilizację rynku mieszkaniowego. Nie spodziewamy się boomu, ale raczej zbalansowanego i przewidywalnego rozwoju – ocenia Waldemar Wasiluk.
Pozytywne sygnały
Victoria Dom zakończyła ubiegły rok z wynikiem sprzedażowym wyższym o 35 proc. rok do roku. Spółka sprzedała 1365 mieszkań, a – jak podkreśla zarząd – również pierwsze miesiące 2026 r. przynoszą pozytywne sygnały z rynku.
Victoria Dom to deweloper z 28-letnim doświadczeniem. Posiada rozbudowany bank ziemi i zgodnie z planem na 2026 r systematycznie wprowadza do oferty kolejne etapy rozbudowywanych inwestycji oraz nieruchomości w nowych lokalizacjach. W Polsce aktualnie realizuje projekty na terenie Warszawy, Krakowa i Trójmiasta. Spółka rozwija także działalność w Niemczech: w Berlinie i Lipsku.
Światowa branża technologiczna mierzy się z krytycznym niedoborem kadr, który może zahamować tempo innowacji. Jak wynika z najnowszego raportu Manpower „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, sam sektor półprzewodników musi pozyskać milion dodatkowych pracowników do 2030 roku, aby zaspokoić popyt na układy scalone. Kluczowym wyzwaniem jest też „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% doświadczonej kadry.
Gwałtowny rozwój technologii cyfrowych sprawił, że półprzewodniki stały się zasobem o kluczowym znaczeniu. Jednocześnie w branży rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników, które przekracza zdolności ich pozyskania i rozwoju. Do 2030 roku sektor będzie potrzebować około 1 mln dodatkowych specjalistów na świecie, przy czym obecne niedobory obejmą ponad 100 tys. inżynierów w Europie oraz ponad 200 tys. w regionie Azji i Pacyfiku. Szczególnie trudna sytuacja dotyczy stanowisk specjalistów i starszych specjalistów, gdzie wymagane są zarówno zaawansowane kompetencje techniczne, jak i doświadczenie operacyjne.
„Srebrne tsunami” i przyszłość talentów
Kluczowym wyzwaniem jest „srebrne tsunami”, czyli masowe odejścia doświadczonych pracowników na emeryturę. W ciągu najbliższej dekady, w skali globalnej z rynku pracy zniknie nawet 20% kadry. Problem pogłębia kryzys mentoringu – aż 57% pracowników nigdy nie otrzymało wsparcia od bardziej doświadczonych współpracowników. Aby zachować ciągłość kompetencji, firmy muszą postawić na rozwój talentów inżynieryjnych, m.in. poprzez aktywizację kobiet oraz odejście od rekrutacji opartej wyłącznie na dyplomach na rzecz podejścia opartego na kompetencjach, w szczególności modelowania cyfrowych bliźniaków czy biegłości w pracy z AI.
Jak zaznacza Tomasz Walenczak, dyrektor generalny ManpowerGroup, Polska jest ważnym ośrodkiem na mapie globalnego łańcucha dostaw branży półprzewodników, głównie w obszarze R&D, projektowania układów, rozwoju oprogramowania. – W Polsce mamy silne kompetencje inżynierskie, softwarowe oraz rozwinięty sektor elektroniki. Jednocześnie w wyniku coraz większej globalizacji rynku pracy konkurujemy o tych samych ekspertów, co USA, kraje nordyckie czy Niemcy. A firmy rywalizują nie tylko wynagrodzeniem, ale też projektami i możliwościami rozwoju, środowiskiem pracy. W praktyce oznacza to, że odpływ doświadczonych specjalistów jest realnym ryzykiem dla firm nad Wisłą i pracodawcy muszą walczyć o ich utrzymanie. Z punktu widzenia rynku pracy kluczowe jest także to, że obecny już niedobór talentów dotyczy doświadczonych inżynierów. Na zbudowanie kompetencji na tym poziomie potrzeba około 5-10 lat. Żeby jednak skorzystać na boomie w branży półprzewodników potrzebujemy zwiększyć skalę kształcenia i przyciągać doświadczonych pracowników z zagranicy – dodaje szef ManpowerGroup.
Presja na energetykę i infrastrukturę
Szacuje się, że globalne zapotrzebowanie na moc w centrach danych podwoi się do 2030 roku, co czyni inżyniera elektryka jednym z najbardziej poszukiwanych zawodów na świecie. W nadchodzących latach światowe zapotrzebowanie na energię wzrośnie średnio o ponad 3,5% rocznie, co wymusi intensywny rozwój produkcji energii elektrycznej z OZE, gazu ziemnego i źródeł jądrowych.
Z kolei jak zaznacza Marta Szymańska, lider specjalizacji, ekspert rynku pracy w Manpower, skala inwestycji w infrastrukturę cyfrową i energetyczną przekłada się bezpośrednio na rynek pracy. – Dynamiczny rozwój centrów danych będących fundamentem rozwoju AI generuje dziś miliony miejsc pracy, jednak aż 58% operatorów ma trudności z obsadzeniem ról technicznych. Równocześnie rosnący popyt na energię, napędzany między innymi elektryfikacją transportu i gwałtownym wzrostem zapotrzebowania ze strony technologii cyfrowych, prowadzi do przyspieszonego tworzenia wyspecjalizowanych ról inżynieryjnych w obszarach takich jak systemy zasilania, efektywność energetyczna czy zarządzanie sieciami. W efekcie największe przyrosty zatrudnienia koncentrują się dziś w segmentach infrastrukturalnych obejmujących przesył, generację energii oraz optymalizację jej wykorzystania, które odpowiadają nawet za 75% nowych miejsc pracy powstających w ramach transformacji energetycznej – dodaje ekspertka.
Nowe podejście do wydajności
W obliczu niedoboru zasobów oraz wykwalifikowanych kadr branża musi szukać wsparcia w technologii i zrównoważonym planowaniu. Odpowiedzią na te wyzwania jest model „inżyniera wspomaganego technologią”, w którym automatyzacja zadań z wykorzystaniem AI pozwala zwiększyć produktywność nawet o 30-40%. Równolegle, sektor odchodząc od modelu liniowego na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego, reaguje na rosnącą presję surowcową i skalę odpadów, które mogą sięgnąć 3,4 mld ton do 2050 roku. To nie tylko wyzwanie środowiskowe, ale też impuls dla rynku pracy – rośnie zapotrzebowanie na inżynierów i specjalistów tworzących zrównoważone rozwiązania.
– Zmienia się również sama natura pracy inżyniera. W sektorach najmocniej narażonych na wpływ sztucznej inteligencji rola ta ewoluuje z wykonawczej w kierunku projektowej i integracyjnej: inżynier staje się architektem rozwiązań, który potrafi wykorzystywać technologie cyfrowe do budowania bardziej złożonych systemów. Automatyzacja stopniowo eliminuje zadania rutynowe, jednocześnie znacząco zwiększając zapotrzebowanie na kompetencje wyższego rzędu, takie jak analiza danych, projektowanie systemów czy integracja rozwiązań technologicznych. W praktyce oznacza to przesunięcie środka ciężkości z pracy operacyjnej na strategiczną, gdzie kluczowe staje się łączenie wiedzy inżynierskiej, cyfrowej i biznesowej – uzupełnia Szymańska.
O raporcie
Raport „Global Engineering World of Work Outlook 2026”, opracowany przez Manpower, analizuje siedem kluczowych trendów, które do 2030 roku będą kształtować globalny rynek inżynieryjny.
Od wybuchu wojny tysiące obywateli Ukrainy przeniosło swoje życie do Polski. Wielu nadal pracuje zdalnie dla ukraińskich firm – szczególnie w branży IT, finansach czy usługach specjalistycznych. Problem w tym, że część z nich wciąż rozlicza podatek wyłącznie w Ukrainie, zakładając, że skoro pracodawca jest z Kijowa, polski fiskus „nie ma nic do tego”. To jeden z najczęstszych i najdroższych błędów.
Doradcy podatkowi coraz częściej spotykają się z sytuacjami, w których po kilku latach pobytu w Polsce ukraińscy obywatele zgłaszają się do nich z zaległymi zeznaniami podatkowymi i naliczonymi odsetkami. Zdarza się, że są narażeni na ryzyko odpowiedzialności karno-skarbowej. Często o tym nie wiedzą, ale kluczowe znaczenie ma bowiem nie kraj pracodawcy, ale miejsce życia i wykonywania pracy.
– Wielu Ukraińców żyje dziś w przekonaniu, że skoro podatek pobiera ukraiński pracodawca, to temat polskiego PIT ich nie dotyczy. Tymczasem po przekroczeniu 183 dni pobytu w Polsce albo przeniesieniu tutaj centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może zmienić się diametralnie – wskazuje Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato.
183 dni, które zmieniają wszystko
Polskie przepisy są w tej kwestii jasne. Rezydentem podatkowym w Polsce jest osoba fizyczna, która:
przebywa w Polsce dłużej niż 183 dni w roku lub
posiada tu centrum interesów życiowych, w szczególności mieszkanie, rodzinę, szkołę dzieci czy główne źródło dochodu, przy czym decydujący jest całokształt jej sytuacji.
Wystarczy spełnienie jednego z tych warunków, aby Polska mogła oczekiwać rozliczenia całego dochodu – również tego uzyskiwanego z pracy dla zagranicznego pracodawcy. W praktyce problem dotyczy często osób, które od 2022 r. mieszkają w Polsce niemal na stałe, wynajmują mieszkania, pracują zdalnie z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, ale formalnie nadal rozliczają się wyłącznie w Ukrainie.
– Należy pamiętać, że organy podatkowe mogą skrupulatnie przeanalizować stan faktyczny danego rezydenta, czyli w jakim kraju posiada konta bankowe, gdzie opłacane są rachunki lub nawet z jakimi operatorami sieci komórkowych posiada umowy. Te z pozoru drobne aspekty mogą mieć zasadniczy wpływ na to, jaka rezydencja podatkowa faktycznie zostanie wpisana w rejestr – mówi Mateusz Zubik Project Manager w Smart Solutions HR.
– Dla polskiego fiskusa istotne są dwa pytania: czy dana osoba jest polskim rezydentem podatkowym oraz gdzie faktycznie wykonywana jest praca. Jeżeli odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi „tak”, a na drugie: „w 100% z terytorium Polski”, to bez wątpliwości powstaje obowiązek rozliczenia podatku od tego wynagrodzenia w Polsce. Co więcej, opodatkowanie w Polsce będzie mieć miejsce również w wielu przypadkach, gdy tylko na jedno z tych pytań odpowiedź jest twierdząca. Polsko-ukraińska umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania przewiduje, że dochód z pracy najemnej wykonywanej w Polsce może być opodatkowany w Polsce, nawet gdy wykonuje ją osoba, która nie jest w niej rezydentem podatkowym, a Ukraina może nadal uważać taką osobę za swojego rezydenta. Od strony technicznej powinien zadziałać mechanizm eliminacji podwójnego opodatkowania, ale nie dzieje się to automatycznie – mówi Tomasz Prokurat, partner w kancelarii Litigato
Największe mity
Najczęściej problemy wynikają z błędnego przekonania, że skoro podatek został zapłacony w Ukrainie, polski fiskus nie może go ponownie zażądać. Zapisy w umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania pozwalają ustalić, który kraj ma prawo opodatkować dochód w danej sytuacji, a jeśli wynika z nich, że prawo to mają obydwa kraje, wówczas dopiero zastosowanie znajdują mechanizmy unikania podwójnego opodatkowania: odliczenia lub zwolnienia. Aby uniknąć podwójnego podatku, trzeba prawidłowo rozliczyć dochód również w Polsce i ewentualnie wykazać podatek zapłacony za granicą. Brak działania może oznaczać podwójny problem: podatek pobrany w Ukrainie i zaległość podatkową w Polsce.
– Sam fakt pracy w Polsce nie zawsze oznacza, że powstaje obowiązek pełnego rozliczania wszystkich dochodów w Polsce, jednak po przekroczeniu 183 dni pobytu lub przeniesieniu centrum interesów życiowych sytuacja podatkowa może się całkowicie zmienić. Z perspektywy agencji pracy tymczasowej to obecnie jeden z najczęstszych problemów przy rozliczeniach PIT pracowników z Ukrainy. Przykładowo, pracownik często mieszka i pracuje w Polsce przez większą część roku, ale nadal uważa, że rozlicza się wyłącznie na Ukrainie. W efekcie pojawiają się zaległości podatkowe, błędy w deklaracjach lub konieczność składania korekt. Kluczowe są również prawidłowa analiza rezydencji podatkowej, bieżąca kontrola dokumentów oraz edukacja pracowników już na etapie rozpoczęcia współpracy – mówi Mariana Zubryk Project Manager w Smart Solutions HR.
Inny rozpowszechniony mit to przekonanie, że dopóki pracodawca jest ukraiński, Polska nie ma prawa do podatku od dochodu. W polskim PIT kluczowe są przede wszystkim dwa czynniki: rezydencja podatkowa oraz miejsce faktycznego wykonywania pracy. Jeżeli ktoś pracuje fizycznie z terytorium Polski – nawet zdalnie, dla pracodawcy z Kijowa czy Lwowa, ale też z Berlina czy Londynu – to z perspektywy polskiego fiskusa jego wynagrodzenie ma bardzo silny związek z naszym krajem.
Konsekwencje braku rozliczenia w Polsce
Zaniedbanie obowiązków w Polsce może mieć kilka wymiarów. Po pierwsze, finansowy – powstają zaległości podatkowe powiększone o odsetki, często za kilka lat, co przy dobrze opłacanych zawodach w branży IT może oznaczać bardzo znaczące kwoty. Po drugie, karno-skarbowy – dłuższe nieujawnianie dochodów w Polsce, przy jednoczesnym stałym pobycie, może zostać ocenione jako przestępstwo lub wykroczenie skarbowe. Po trzecie, międzynarodowy – im dłużej trwa taki stan, tym trudniej odzyskać podatek zapłacony na Ukrainie albo prawidłowo go rozliczyć w Polsce.
Ryzyko dotyczy również ukraińskich firm. Jeżeli kluczowi pracownicy stale wykonują pracę z Polski, to polskie organy mogą uznać, że zagraniczna spółka prowadzi tu działalność poprzez tzw. zakład podatkowy. To może oznaczać obowiązek rozliczania CIT w Polsce również przez te ukraińskie firmy.
Co warto zrobić?
Najgorszym rozwiązaniem jest ignorowanie problemu. W pierwszej kolejności warto:
policzyć rzeczywisty czas pobytu w Polsce,
przeanalizować, gdzie znajduje się centrum interesów życiowych,
sprawdzić, czy nie powstał obowiązek złożenia zaległych deklaracji PIT,
uporządkować model współpracy z zagranicznym pracodawcą.
W wielu przypadkach możliwe jest ograniczenie ryzyka i uniknięcie sankcji, szczególnie jeśli podatnik sam podejmie działania, zanim zrobi to urząd skarbowy. W dobie pracy zdalnej granice państw mogą być mniej widoczne na co dzień, ale dla fiskusa nadal mają ogromne znaczenie. Jeśli życie i praca od lat toczą się w Polsce, samo przekonanie, że „podatek jest w Kijowie”, może okazać się bardzo kosztowne.
Alfred Hitchcock zwykł mawiać, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Obecna sytuacja na linii USA–Iran pokazuje, jak ogromny potencjał filmowy ma ten konflikt. Wczoraj pojawiały się doniesienia medialne, że irańskie władze miały nakazać pozostawienie uranu w kraju, co zagroziło wizji jakiegokolwiek porozumienia. Prezydent Donald Trump zagroził, że USA dopilnują, aby Iran nie zdobył broni jądrowej, albo będą musiały podjąć „bardzo drastyczne” kroki. Chwilę później do opinii publicznej dotarła informacja o zarysie wstępnej umowy między krajami, którą następnie zdementowała strona irańska. Rozmowy między USA a Iranem pokazują więc, że przestrzeń do dyplomacji nadal istnieje, ale skala nierozwiązanych sporów pozostaje bardzo duża. Sygnały płynące z Teheranu sugerują, że najnowsza propozycja Waszyngtonu mogła częściowo zmniejszyć różnice między stronami, jednak nie oznacza to jeszcze realnego przełomu. Najważniejsze punkty sporne dotyczą irańskiego programu nuklearnego, przyszłości wzbogaconego uranu, bezpieczeństwa żeglugi przez cieśninę Ormuz oraz szerszego zakończenia walk w regionie.
Stanowiska obu stron pozostają odległe. USA oczekują, że Iran przekaże wzbogacony uran i wstrzyma proces wzbogacania na co najmniej dekadę. Dla Teheranu są to warunki politycznie bardzo trudne do zaakceptowania, co potwierdzają publiczne wypowiedzi irańskich przywódców. Prezydent Masud Pezeszkian deklaruje, że Iran „nigdy się nie cofnie”, co ogranicza pole manewru negocjatorów i zwiększa ryzyko fiaska rozmów. Z kolei Donald Trump utrzymuje presję na Teheran, ostrzegając, że USA mogą wznowić ataki, jeśli Iran nie zaakceptuje amerykańskich warunków. Taka retoryka wzmacnia niepewność, ponieważ dyplomacja toczy się równolegle z groźbą dalszej eskalacji militarnej.
Szczególne znaczenie ma spór o cieśninę Ormuz. Pomysł stałych opłat za przepływ przez ten akwen spotyka się ze sprzeciwem USA, ponieważ mógłby zwiększyć koszty transportu surowca i stworzyć niebezpieczny precedens dla globalnego handlu energią. Każde napięcie wokół cieśniny natychmiast przekłada się na rynek ropy, co widać po silnych wahaniach cen. Ropa Brent we wczorajszym najwyższym punkcie zyskiwała ponad 4%, a dzień zakończyła stratą w wysokości 2,32%, schodząc poniżej 102,60 USD za baryłkę. Dzisiaj znów znajduje się powyżej 105 USD i zyskuje 2,29%, co pokazuje, że inwestorzy reagują zarówno na groźbę eskalacji, jak i na nawet ograniczone sygnały dyplomatycznego postępu.
Ryzyko gospodarcze pozostaje wysokie, ponieważ cena ropy przekłada się na wzrost cen energii, presję inflacyjną i pogorszenie nastrojów na rynkach finansowych. Dodatkowym czynnikiem niepewności są malejące globalne zapasy ropy i produktów naftowych. Oznacza to, że światowy rynek surowcowy ma mniejszy bufor bezpieczeństwa na wypadek nagłego kryzysu podażowego.
Istotną rolę w całej układance odgrywa również Izrael, który pozostaje sceptyczny wobec ewentualnego porozumienia z Iranem. Izraelskie władze sugerują, że Teheranowi nie można ufać, a jego potencjał wojskowy powinien zostać jeszcze bardziej osłabiony. Taka postawa może utrudniać stabilizację sytuacji, zwłaszcza jeśli Izrael uzna, że dyplomacja nie daje wystarczających gwarancji bezpieczeństwa, i zdecyduje się na dalsze działania militarne.
Obecny etap rozmów należy więc oceniać ostrożnie. Z jednej strony pojawiły się sygnały, że dialog nie został zerwany i że propozycja USA w pewnym stopniu zmniejszyła dystans między stronami. Z drugiej strony najważniejsze kwestie pozostają nierozwiązane, a publiczne deklaracje przywódców ograniczają możliwość kompromisu. Dopóki USA i Iran nie zbliżą stanowisk w sprawie programu nuklearnego, a napięcie wokół cieśniny Ormuz i Izraela pozostanie wysokie, rynki będą funkcjonować w warunkach podwyższonej niepewności. Największym zagrożeniem gospodarczym pozostaje wzrost cen ropy, który mógłby ponownie wzmocnić inflację oraz zwiększyć presję na banki centralne i gospodarki importujące energię.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski przedstawił uwagi do projektu zmian w Prawie oświatowym. Organ nadzorczy popiera kierunek działań zmierzających do ograniczenia wykorzystywania przez dzieci i młodzież telefonów komórkowych oraz innych urządzeń elektronicznych podczas pobytu w szkole. Jednocześnie wskazuje, że projektowane przepisy powinny zostać doprecyzowane, aby były zgodne z zasadami ochrony danych osobowych i prywatności.
Zdaniem Prezesa UODO problem korzystania z telefonów w placówkach oświatowych nie powinien być rozwiązywany wyłącznie na poziomie pojedynczych statutów szkół. Potrzebne są rozwiązania systemowe, wpisane w przepisy Prawa oświatowego. Mają one ograniczać ryzyka związane z nagrywaniem obrazu i dźwięku, publikowaniem materiałów w internecie oraz wykorzystywaniem nowych technologii do naruszania prywatności uczniów i nauczycieli.
Telefony w szkołach a ochrona danych osobowych
Prezes UODO zwrócił uwagę, że dzieci i młodzież coraz częściej przetwarzają dane osobowe innych osób przy użyciu prywatnych urządzeń elektronicznych. Chodzi przede wszystkim o wykonywanie zdjęć, nagrywanie filmów i dźwięku, a następnie publikowanie takich materiałów w internecie lub przesyłanie ich innym osobom.
Tego typu działania mogą prowadzić do poważnych naruszeń prywatności. Na zdjęciach i nagraniach mogą znajdować się inni uczniowie, nauczyciele lub pracownicy szkoły, którzy nie wyrazili zgody na utrwalanie i rozpowszechnianie swojego wizerunku. W ocenie UODO rejestrowanie obrazu i dźwięku jest szczególnie inwazyjną formą przetwarzania danych osobowych, ponieważ może naruszać prawa i wolności osób nagrywanych.
Organ nadzorczy wskazuje również na szersze zagrożenia związane z korzystaniem przez małoletnich z internetu i narzędzi cyfrowych. Wśród nich wymienia ryzyko uzależnień behawioralnych, w tym uzależnienia od pornografii czy hazardu internetowego.
Deepfake jako nowe zagrożenie dla uczniów
Jednym z problemów, które szczególnie niepokoją Prezesa UODO, jest wykorzystywanie technologii deepfake. Pozwala ona na tworzenie fałszywych, ale realistycznie wyglądających zdjęć, nagrań wideo lub nagrań głosowych. W praktyce może być używana do ośmieszania, szantażowania, nękania albo naruszania godności i prywatności konkretnych osób.
UODO podkreśla, że takie działania mogą prowadzić do krzywdzącego i nielegalnego przetwarzania danych osobowych. Problem ten jest szczególnie poważny w środowisku szkolnym, gdzie materiały z udziałem uczniów mogą szybko rozprzestrzeniać się w mediach społecznościowych i komunikatorach.
Prezes UODO już wcześniej zwracał uwagę na konieczność wprowadzenia rozwiązań ustawowych, które zapewnią skuteczną ochronę przed szkodliwym wykorzystaniem deepfake’ów. Temat ten był także omawiany podczas posiedzenia sejmowej Komisji do Spraw Dzieci i Młodzieży.
Statut szkoły nie wystarczy
Projekt zmian w Prawie oświatowym przewiduje możliwość regulowania w statutach szkół zasad korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych. Prezes UODO wskazuje jednak, że takie rozwiązanie wymaga większej precyzji.
Zdaniem organu nadzorczego należy jasno określić, czy dopuszczenie korzystania z urządzeń elektronicznych oznacza również możliwość nagrywania obrazu i dźwięku. To istotne, ponieważ samo używanie telefonu do kontaktu z rodzicem, korzystania z aplikacji edukacyjnej czy sprawdzenia planu lekcji jest czymś innym niż nagrywanie innych osób.
UODO podkreśla, że statut szkoły nie może samodzielnie określać warunków przetwarzania danych osobowych na prywatnych urządzeniach uczniów. Oznacza to, że ustawodawca powinien precyzyjnie wskazać ramy, w jakich szkoły mogą regulować korzystanie z telefonów, zwłaszcza gdy chodzi o rejestrowanie dźwięku i obrazu.
Potrzebne jasne zasady wnoszenia i przechowywania urządzeń
Prezes UODO zaproponował także doprecyzowanie pojęć używanych w projektowanych przepisach. W szczególności chodzi o sformułowanie „warunki wnoszenia” telefonów i innych urządzeń elektronicznych na teren szkoły.
Zdaniem organu nadzorczego pojęcie to powinno zostać wyjaśnione albo zastąpione bardziej jednoznacznymi określeniami. Pozwoliłoby to uniknąć nieporozumień dotyczących tego, czy szkoła może jedynie określać zasady korzystania z telefonu, czy również wymagać jego zdeponowania lub ograniczać możliwość posiadania urządzenia podczas zajęć.
UODO wskazuje, że projekt można uzupełnić o regulacje dotyczące bezpiecznego przechowywania telefonów i innych urządzeń elektronicznych w czasie pobytu dziecka w placówce. Takie rozwiązanie mogłoby ograniczyć ryzyko nagrywania uczniów i nauczycieli, ale musiałoby być odpowiednio opisane, aby nie prowadziło do kolejnych wątpliwości prawnych.
Inaczej należy ocenić sytuację uczniów pełnoletnich
Osobną kwestią są uczniowie pełnoletni. Prezes UODO zwrócił uwagę, że projektowane regulacje dotyczące wnoszenia i używania telefonów przez takie osoby powinny zostać ocenione z punktu widzenia konstytucyjnych wolności i praw podstawowych.
Pełnoletni uczniowie mają inny status prawny niż osoby małoletnie. Nie oznacza to jednak, że szkoła nie może wprowadzać wobec nich ograniczeń. Takie ograniczenia muszą jednak mieć jasno określony cel, być proporcjonalne i służyć ochronie dobra wszystkich osób przebywających na terenie placówki.
W opinii UODO takim celem może być m.in. zapewnienie dobrostanu uczniów, ochrona prywatności oraz ograniczenie ryzyka naruszeń danych osobowych. Warunkiem jest jednak właściwe wyważenie interesów szkoły, uczniów małoletnich, uczniów pełnoletnich i innych osób przebywających w placówce.
UODO chce regulacji systemowych
Prezes UODO ocenia, że problem bezpiecznego korzystania z telefonów przez dzieci i młodzież powinien zostać rozwiązany całościowo. Oznacza to potrzebę uregulowania tej kwestii nie tylko w statutach szkół, ale przede wszystkim w przepisach Prawa oświatowego.
Organ nadzorczy przypomniał również swoje wcześniejsze uwagi do projektu zmian w rozporządzeniu dotyczącym wypoczynku dzieci i młodzieży. Zdaniem UODO zasady korzystania z telefonów komórkowych powinny zostać określone także podczas kolonii, obozów i innych form zorganizowanego wypoczynku.
W praktyce chodzi więc o stworzenie spójnych zasad dotyczących korzystania z urządzeń elektronicznych przez dzieci i młodzież zarówno w szkole, jak i poza nią, gdy pozostają pod opieką placówek lub organizatorów wypoczynku.
Edukacja nadal pozostaje kluczowa
UODO podkreśla, że same przepisy nie rozwiążą wszystkich problemów związanych z korzystaniem z telefonów przez uczniów. Ważnym elementem powinny być działania edukacyjne skierowane do dzieci, młodzieży, rodziców i nauczycieli.
Edukacja powinna obejmować nie tylko zasady ochrony danych osobowych, ale także odpowiedzialność za publikowanie zdjęć i nagrań, skutki naruszania prywatności innych osób, zagrożenia związane z deepfake’ami oraz bezpieczne korzystanie z internetu.
Z perspektywy organu nadzorczego ograniczenia w korzystaniu z telefonów powinny więc iść w parze z budowaniem świadomości cyfrowej. Tylko takie podejście może realnie zmniejszyć skalę naruszeń prywatności i danych osobowych w środowisku szkolnym.
Wyrok w sprawie kradzieży kabli o łącznej wartości niemal 15,5 tys. zł ze stacji ładowania należącej do sieci Powerdot pokazuje, że przestępstwa wymierzone w infrastrukturę elektromobilności spotykają się z realnymi konsekwencjami prawnymi i finansowymi. W ramach kary ograniczenia wolności oskarżony skazany został na prace społeczne o łącznym wymiarze 240 godzin, musi też zwrócić operatorowi pełną wartość skradzionego mienia.
Zapadł wyrok w sprawie kradzieży infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych – Sąd Rejonowy w Głogowie uznał sprawcę za winnego kradzieży dwóch kabli ładujących ze stacji ładowania należącej do sieci Powerdot, największego europejskiego operatora ładowarek pojazdów elektrycznych, dostawcy ponad połowy punktów szybkiego ładowania w Polsce. Do zdarzenia doszło w miejscowości Przemków w województwie dolnośląskim. Wartość obu skradzionych kabli wyniosła blisko 15,5 tys. zł.
Sąd wymierzył sprawcy karę ośmiu miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania nieodpłatnej pracy na cele społeczne, łącznie przez 240 godzin. Dodatkowo orzeczono obowiązek naprawienia szkody poprzez zwrot pełnej wartości skradzionego mienia na rzecz operatora stacji. Podczas tych ośmiu miesięcy skazany bez zgody sądu nie może zmieniać stałego miejsca zamieszkania i ma obowiązek udzielania kuratorowi wyjaśnień odnośnie przebiegu odbywania kary.
To ważny sygnał dla wszystkich – rynku, użytkowników pojazdów elektrycznych i złodziei – że przestępstwa wymierzone w infrastrukturę ładowania są traktowane poważnie przez organy ścigania i wymiar sprawiedliwości – mówi Grigoriy Grigoriev, General Manager Powerdot Polska. – Tego typu działania powodują czasowe wyłączenia stacji z użytkowania i wpływają na komfort kierowców samochodów elektrycznych oraz generują koszty dla operatorów infrastruktury. Ten wyrok pokazuje, że nie pozostają one bez konsekwencji, a sprawcy muszą liczyć się z odpowiedzialnością zarówno karną, jak i finansową.
Kable do ładowania aut elektrycznych mają dużą zawartość miedzi, której ceny w skupach złomu wynoszą ok. 40 zł za kilogram. Jeden taki kabel to od 1,5 kg do 7 kg miedzi, co przekłada się na zysk o wartości kilkuset złotych – niewspółmierny w stosunku do potencjalnej kary, która tylko w finansowym aspekcie może być kilkudziesięciokrotnie wyższa, jak pokazuje opisany przypadek. Nielegalne jest również sprzedawanie i kupowanie miedzi z nieudokumentowanego źródła.
Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej aktywnych i dojrzałych regionalnych rynków biurowych w Polsce. W I kwartale 2026 roku rynek wyróżniał się bardzo silnym popytem przy jednocześnie ograniczonej nowej podaży, co przełożyło się na dalszy spadek pustostanów do jednego z najniższych poziomów wśród największych miast regionalnych.
Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Trójmieście na koniec I kwartału 2026 roku wyniosły 1,07 mln mkw.. Największym rynkiem pozostaje Gdańsk, który koncentruje około 75% całkowitych zasobów biurowych regionu.
Ograniczona nowa podaż wzmacnia rynek biurowy w Trójmieście
Aktywność deweloperska w Trójmieście pozostaje bardzo ograniczona. W I kwartale 2026 roku oddano do użytkowania tylko jeden budynek biurowy – Punkt o powierzchni blisko 13 000 mkw.. Był to jednocześnie pierwszy projekt ukończony w regionie od sześciu kwartałów.
Skala realizowanych inwestycji pozostaje niewielka. Obecnie w budowie znajduje się jedynie około 17 600 mkw. powierzchni biurowej w ramach trzech projektów. Ograniczona podaż nowych biur w Trójmieście przy utrzymującym się wysokim popycie będzie w kolejnych kwartałach wspierać dalsze ograniczanie dostępności powierzchni.
„Trójmiasto pozostaje jednym z najbardziej stabilnych rynków regionalnych w Polsce. Bardzo ograniczona aktywność deweloperska, przy utrzymującym się popycie, będzie sprzyjać dalszemu spadkowi pustostanów i wzmacniać pozycję właścicieli najlepszych projektów”, – komentuje Dorota Lachowska, head of research, Knight Frank.
Trójmiasto liderem popytu wśród rynków regionalnych
W I kwartale 2026 roku Trójmiasto odpowiadało za 41% całkowitego wolumenu najmu odnotowanego na regionalnych rynkach biurowych w Polsce. Łącznie wynajęto około 49 500 mkw. powierzchni, co oznacza wzrost o 19% względem poprzedniego kwartału oraz aż o 88% rok do roku.
Struktura popytu wyraźnie przesunęła się w kierunku nowych umów, które odpowiadały za niemal 53% całkowitego wolumenu najmu. Jednocześnie spadł udział renegocjacji, które w poprzednich latach dominowały w strukturze transakcji. Pozytywnym sygnałem pozostaje również udział ekspansji, wskazujący na rozwój części najemców obecnych już na rynku.
Największą aktywność wykazywały firmy z sektora produkcyjnego oraz IT, jednak struktura popytu pozostawała bardzo zróżnicowana, co potwierdza szeroką bazę potencjalnych najemców funkcjonujących w regionie.
„Firmy coraz częściej patrzą na biuro nie tylko przez pryzmat kosztów, ale także dostępności talentów, jakości otoczenia i możliwości dalszego rozwoju. Trójmiasto bardzo dobrze odpowiada dziś na te potrzeby”, – uzupełnia Joanna Gomułkiewicz, associate director, Knight Frank.
Pustostany w Trójmieście należą do najniższych w Polsce
Wskaźnik pustostanów w Trójmieście kontynuował trend spadkowy i na koniec I kwartału 2026 roku wyniósł 10,8%. Oznacza to spadek o 1,1 punktu procentowego względem poprzedniego kwartału oraz o 1,8 punktu procentowego rok do roku.
Poziom pustostanów pozostaje jednym z najniższych wśród głównych rynków regionalnych w Polsce, ustępując jedynie mniejszym rynkom, takim jak Szczecin i Lublin.
Stabilny popyt oraz ograniczona nowa podaż powinny sprzyjać utrzymaniu wskaźnika pustostanów na relatywnie niskim poziomie również w kolejnych kwartałach.
Czynsze biurowe w Trójmieście pozostają stabilne
W I kwartale 2026 roku czynsze wywoławcze w Trójmieście utrzymały się na stabilnym poziomie i najczęściej mieściły się w przedziale od 11 do 16 EUR/mkw. /miesiąc. W najlepszych projektach oraz nowopowstających budynkach stawki mogą jednak przekraczać górną granicę tego zakresu.
Stabilne pozostawały również opłaty eksploatacyjne, które wynosiły zazwyczaj od 18 do 31 PLN/mkw. /miesiąc.
Komisja Europejska kończy konsultacje nowej Strategii Lotniczej UE, która zdefiniuje długoterminowe kierunki rozwoju sektora lotniczego w państwach członkowskich.
Swoje stanowisko w ramach konsultacji przedstawił Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM, zrzeszający kluczowych interesariuszy sektora w Polsce.
PSNM wskazuje, że nowa strategia powinna łączyć cele dekarbonizacyjne z utrzymaniem konkurencyjności europejskiego lotnictwa, odpornością infrastruktury oraz otwarciem regulacji na wyzwania technologiczne i geopolityczne.
Sektor transportu lotniczego w Unii Europejskiej jest kluczowy dla gospodarek państw członkowskich: bezpośrednio zapewnia 2 mln miejsc pracy i generuje wpływy do unijnego PKB na poziomie 174 mld euro. W 2015 r. UE przyjęła swoją pierwszą Strategię Lotniczą dla Europy, której celem była poprawa łączności, przepustowości i dostępu do rynku. Po upływie ponad 10 lat sytuacja europejskiego sektora lotniczego diametralnie się zmieniła w związku z narastającą konkurencją, wyścigiem o surowce, dążeniem do dekarbonizacji i wyzwaniami geopolitycznymi. W odpowiedzi na te wyzwania Komisja opracowała projekt nowej strategii, którą skierowała do konsultacji w państwach członkowskich. Swoją opinię do strategii opracował Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM.
– Do dyskusji o nowej, unijnej strategii wnosimy perspektywę jednego z najszybciej rosnących rynków lotniczych w Europie. Krajowe lotniska obsłużyły w 2025 r. ponad 66 mln pasażerów, a sektor lotniczy generuje ponad 500 tys. miejsc pracy i wnosi prawie 58 mld zł wartości dodanej brutto do krajowej gospodarki. W naszej opinii podkreśliliśmy przede wszystkim konieczność równoległego realizowania celów dekarbonizacyjnych oraz zapewnienia konkurencyjności operacyjnej, spójności regulacyjnej i odporności strategicznej sektora – mówi Łukasz Witkowski, Wiceprezes PSNM.
Polska branża lotnicza zwraca szczególną uwagę na kwestię zrównoważonych paliw (SAF). Rozporządzenie ReFuelEU Aviation wprowadza obowiązkowe progi udziału SAF w tankowanym paliwie – od 2% w 2025 r. do 70% w 2050 r. Ze stanowiska PSNM wynika, że europejskie moce produkcyjne pozostają dalece niewystarczające, a ceny SAF wielokrotnie przewyższają koszt konwencjonalnego paliwa Jet-A1. Dodatkowo, ciężar zapewnienia wolumenów SAF i rozliczenia obowiązków spoczywa dziś na dostawcach paliwa i liniach lotniczych.
– Dyskusja o paliwach SAF nie może ograniczać się do wyznaczania kolejnych progów obowiązkowego blendingu – musi objąć całą ekonomikę łańcucha dostaw. Dziś cena SAF jest trzy- do pięciokrotnie wyższa od Jet-A1, a europejskie moce produkcyjne pokrywają ułamek zapotrzebowania wynikającego z rozporządzenia ReFuelEU. To oznacza, że bez mechanizmów wyrównujących tę lukę cenową – takich jak kontrakty różnicowe (CfD) na SAF, dedykowane linie gwarancyjne EBI dla nowych biorafinerii czy preferencyjne stawki opłat lotniskowych dla operatorów tankujących paliwo zrównoważone – europejscy przewoźnicy będą de facto subsydiować transformację klimatyczną z własnych marż operacyjnych. A marże w lotnictwie rzadko przekraczają 3–5 procent. Efekt będzie paradoksalny: zamiast globalnej dekarbonizacji, uzyskamy relokację ruchu do krajów, gdzie obowiązek SAF po prostu nie istnieje. Hub-switching to nie scenariusz teoretyczny – to proces, który już obserwujemy na trasach dalekiego zasięgu. Polska perspektywa jest tu szczególnie istotna, bo nasz rynek jest w fazie intensywnego wzrostu i każde dodatkowe obciążenie kosztowe uderza w niego proporcjonalnie mocniej niż w rynki dojrzałe, które swoją skalę budowały przez dekady w zupełnie innych warunkach regulacyjnych – mówi dr hab. inż. Remigiusz Jasiński, Przewodniczący Komitetu ds. Zrównoważonego Lotnictwa PSNM oraz Kierownik Zakładu Lotnictwa, Politechnika Poznańska.
Istotnym problemem jest również brak europejskich regulacji umożliwiających certyfikację paliw SAF do zastosowań wojskowych. Obowiązujące przepisy, w tym rozporządzenie ReFuelEU Aviation, obejmują wyłącznie lotnictwo cywilne, podczas gdy operacje prowadzone przez siły powietrzne państw NATO – również na samolotach F-16 i F-35 – pozostają poza zakresem regulacji. W stanowisku postuluje się harmonizację procedur certyfikacyjnych SAF dla zastosowań wojskowych i cywilno-wojskowych (dual-use) jako element strategicznej autonomii energetycznej państw członkowskich. W opinii podkreślono również, że infrastruktura lotniskowa powinna zostać uznana za element infrastruktury krytycznej Unii Europejskiej – zarówno w wymiarze cywilnym, jak i obronnym. Doświadczenia pandemii COVID-19, wojny w Ukrainie i eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie ukazały strategiczną rolę lotnisk w operacjach ewakuacyjnych, humanitarnych i logistycznych. Rekomendacje obejmują dedykowane wsparcie finansowe UE (m.in. w ramach TEN-T) dla rozbudowy infrastruktury dual-use – dróg startowych, dróg kołowania i płyt postojowych – wdrożenie systemów nawigacyjnych odpornych na zakłócenia i degradację sygnału GNSS/GPS, szczególnie istotnych przy wschodniej granicy NATO, a także pilne uregulowanie ochrony portów lotniczych przed bezzałogowymi statkami powietrznymi. Strategia powinna również wspierać cyfryzację usług lotniskowych, w tym wdrażanie systemów AI i automatyzacji, a także przyspieszać prace nad Single European Sky i systemem SESAR jako elementami efektywności zarządzania ruchem lotniczym.
Konieczna jest także rewizja ram regulacyjnych rynku lotniczego. Przegląd rozporządzenia 261/2004 w sprawie praw pasażerów powinien uwzględniać realny podział odpowiedzialności pomiędzy przewoźników, zarządzających lotniskami i służby ruchu lotniczego. Z kolei rewizja rozporządzenia 1008/2008 musi zapewnić ochronę europejskich przewoźników przed przejęciami przez podmioty spoza UE korzystające ze znaczącego wsparcia państwowego. Przegląd Airport Package powinien natomiast wprowadzać wyłącznie ukierunkowane zmiany zachowujące równowagę interesów lotnisk, linii lotniczych i podmiotów obsługi naziemnej.
– Polska ma dziś argumenty, których jeszcze kilka lat temu nie miała: jesteśmy jednym z najdynamiczniej rosnących rynków lotniczych w Europie, budujemy nowe lotnisko centralne, a ORLEN jako pierwszy w regionie uruchomił dostawy paliwa SAF. To daje nam prawo – i obowiązek – współkształtowania europejskich standardów. Nie możemy pozwolić, aby transformacja klimatyczna lotnictwa odbywała się kosztem konkurencyjności europejskich przewoźników albo była projektowana z myślą wyłącznie o dojrzałych, nasyconych rynkach Europy Zachodniej. Naszym celem było pokazanie Komisji, że odpowiedzialna dekarbonizacja i dynamiczny rozwój sektora nie wykluczają się nawzajem – pod warunkiem, że regulacje będą tworzone w dialogu z rynkiem, a nie ponad nim – mówi Aleksander Rajch, Członek Zarządu PSNM.
Wśród rekomendacji przekazanych Komisji znalazły się również postulaty dotyczące europejskiego sektora obsługi technicznej (MRO), który zmaga się z narastającym deficytem wykwalifikowanego personelu. Autorzy stanowiska wskazują m.in. na potrzebę utworzenia europejskich instrumentów finansujących szkolenie kadr lotniczych oraz przyspieszenie cyfryzacji procesów compliance – w tym wdrożenia elektronicznej dokumentacji technicznej i cyfrowych logbooków. Odrębną część poświęcono uwarunkowaniom geopolitycznym. Zamknięcie rosyjskiej przestrzeni powietrznej dla przewoźników UE, zagrożenia spoofingiem i jammingiem GPS oraz nieprzewidywalność konfliktów regionalnych generują poważne straty operacyjne. W ramach konsultacji zgłoszono potrzebę równego dostępu wszystkich przewoźników do tras transyberyjskich, wzmocnienia europejskiej odporności cybernetycznej oraz uznania connectivity za podstawowy wskaźnik (KPI) polityki lotniczej.
Komitet ds. Zrównoważonego Lotnictwa to platforma współpracy kluczowych interesariuszy sektora lotniczego w Polsce. W jego obradach brali udział przedstawiciele m.in. Polskiej Grupy Lotniczej, Polskich Portów Lotniczych, Polskich Linii Lotniczych LOT, Portu Polska, Grupy ORLEN, a także portów regionalnych, firm MRO (ang. Maintenance, Repair and Overhaul), producentów statków powietrznych oraz administracji centralnej i instytucji akademickich.
Nvidia zakończyła kolejny bardzo mocny kwartał, napędzany popytem na infrastrukturę sztucznej inteligencji.
Prognozy przebiły oczekiwania, ale Chiny oraz wysokie oczekiwania rynku ograniczyły początkową reakcję kursu akcji.
Najważniejsze pytanie inwestorów dotyczy dziś trwałości: jak długo ten cykl wydatków może utrzymać tak silne tempo?
Nvidia nie tylko opublikowała wyniki 20 maja 2026 roku – przekazała inwestorom kolejny raport z postępów w zakresie rozwoju sztucznej inteligencji.
Wyniki były imponujące. Nvidia odnotowała w pierwszym kwartale przychody w wysokości 81,6 mld USD, co stanowi wzrost o 85% w porównaniu z rokiem poprzednim. Przychody z centrów danych, stanowiące trzon działalności w zakresie sztucznej inteligencji, osiągnęły poziom 75,2 mld USD, co oznacza wzrost o 92%. Według danych zebranych przez agencję Bloomberg firma prognozuje, że przychody w drugim kwartale przekroczą oczekiwania.
Ruben Dalfovo, strateg inwestycyjny w Saxo Bank wskazuje, że początkowa reakcja rynku po ogłoszeniu wyników była lekko negatywna, co sugeruje, że inwestorzy docenili dobre wyniki, ale już patrzyli dalej niż tylko na przekroczenie prognoz. Może to zabrzmieć surowo. Tak właśnie się dzieje, gdy firma staje się nieoficjalnym barometrem jednego z największych trendów inwestycyjnych na rynkach. Kwestia zysków nie dotyczy już tego, czy popyt jest realny. Chodzi o to, czy popyt może pozostać na tak wysokim poziomie wystarczająco długo, aby uzasadnić oczekiwania już uwzględnione w cenie akcji.
Silne wyniki, bardziej wymagający rynek
Główny wniosek jest jasny: popyt pozostaje bardzo silny.
Przychody wzrosły o 20% wobec poprzedniego kwartału i o 85% r/r. Skorygowana marża brutto wyniosła 75%, co oznacza, że Nvidia nadal zatrzymuje bardzo dużą część każdego dolara sprzedaży po uwzględnieniu bezpośrednich kosztów produkcji. Pokazuje to, że klienci wciąż są gotowi płacić premię za wydajność, dostępność podaży i dostęp do platformy Nvidii.
Nvidia ogłosiła również dodatkowy program skupu akcji własnych o wartości 80 mld USD oraz podniosła kwartalną dywidendę z 0,01 USD do 0,25 USD na akcję. Nie będzie to głównym tematem dla inwestorów nastawionych na wzrost, ale pokazuje, jak duże zasoby gotówki generuje boom w dziedzinie sztucznej inteligencji.
Powściągliwa początkowa reakcja rynku wynika zatem nie tyle ze słabych wyników, co z wysokich oczekiwań. Firma Nvidia stała się tak ważna, że dobre wyniki nie są już wystarczające. Inwestorzy chcą dowodów na to, że cykl ten potrwa do 2027 roku i dłużej, że marże mogą pozostać wysokie, a klienci nie składają po prostu zamówień z wyprzedzeniem przed kolejną zmianą generacji chipów.
Centra danych są dziś środkiem ciężkości
Przychody Nvidii z obliczeń w centrach danych wyniosły 60,4 mld USD, rosnąc o 77% r/r. Przychody z rozwiązań sieciowych sięgnęły 14,8 mld USD, co oznacza imponujący wzrost o 199%. Ten drugi wynik ma duże znaczenie, ponieważ systemy sztucznej inteligencji nie opierają się wyłącznie na jednym potężnym chipie. Wymagają wielu układów, które muszą szybko współpracować.
Wyniki Nvidii mają znaczenie nie tylko dla samej firmy. Silna aktualizacja centrów danych wspiera szerszy łańcuch dostaw sztucznej inteligencji: producentów chipów, firmy zajmujące się pamięcią, specjalistów od sieci, operatorów centrów danych, producentów sprzętu zasilającego i platform chmurowych. Pomaga to również wyjaśnić, dlaczego temat ten przesunął się od ekscytacji związanej z oprogramowaniem do rzeczywistości infrastrukturalnej.
Dla inwestorów długoterminowych ta zmiana jest istotna. Historia sztucznej inteligencji nie dotyczy już tylko chatbotów i efektownych demonstracji. Dotyczy nakładów inwestycyjnych, łańcuchów dostaw i zwrotu z zainwestowanego kapitału. Mówiąc prościej: firmy wydają ogromne kwoty, a inwestorzy muszą teraz ocenić, kto osiąga na tych wydatkach atrakcyjne zyski.
Chiny pozostają cichym czynnikiem ryzyka
Nvidia poinformowała, że jej prognoza na drugi kwartał nie uwzględnia żadnych przychodów z obliczeń dla centrów danych w Chinach. Oznacza to, że prognoza przebiła oczekiwania nawet bez uwzględnienia wkładu jednego z największych rynków technologicznych na świecie.
Z jednej strony czyni to wynik jeszcze bardziej imponującym, z drugiej pokazuje, gdzie nadal leży niepewność. Kontrole eksportu, ograniczenia produktowe i decyzje geopolityczne mogą zmieniać rynek docelowy Nvidii. Rynek docelowy oznacza realną skalę przychodów, do której firma może dążyć. W przypadku spółki tej wielkości nawet niewielkie zmiany dostępu do rynku mogą przekładać się na bardzo duże kwoty.
Kolejnym czynnikiem jest konkurencja. Istotne znaczenie mają firmy Advanced Micro Devices, Broadcom, niestandardowe układy od firm zajmujących się chmurą obliczeniową oraz nowe rozwiązania wewnętrzne. Być może nie zdołają one szybko odebrać Nvidii pozycji lidera, ale z czasem mogą osłabić jej siłę cenową. Nie chodzi o to, czy Nvidia ma konkurencję, ale o to, czy jej kompletny system – od układów scalonych, przez oprogramowanie, aż po rozwiązania sieciowe – nadal jest nie do zastąpienia.
Ryzyka, które warto obserwować
Pierwszym ryzykiem są oczekiwania. Nvidia może pokazać doskonałe wyniki, a mimo to znaleźć się pod presją, jeśli inwestorzy oczekiwali niemal perfekcyjnego kwartału. To nie jest niesprawiedliwe – tak po prostu wygląda sytuacja, gdy kurs akcji odzwierciedla bardzo wysoki poziom zaufania rynku.
Drugim ryzykiem są wydatki klientów. Największe firmy chmurowe intensywnie inwestują w infrastrukturę sztucznej inteligencji. Jeśli spowolnią wydatki, opóźnią zamówienia albo będą miały trudności z monetyzacją usług opartych na sztucznej inteligencji, skutki może odczuć cały łańcuch dostaw.
Trzecim ryzykiem jest geopolityka. Warto uważnie śledzić komentarze dotyczące Chin, licencje eksportowe oraz wszelkie zmiany w założeniach spółki dotyczących przychodów z centrów danych w Chinach. W tym przypadku polityka może zmieniać się szybciej niż plan rozwoju produktów.
Scenariusz dla inwestorów
Jeżeli akcje spadają po mocnych wynikach, warto porównać skalę ruchu z prognozami, marżami i założeniami dotyczącymi Chin.
Jeżeli marże utrzymują się w pobliżu obecnych poziomów, sugeruje to, że Nvidia nadal ma siłę cenową, a klienci odczuwają pilną potrzebę dostępu do jej rozwiązań.
Jeżeli rozwiązania sieciowe rosną szybciej niż segment obliczeniowy, wspiera to tezę, że systemy sztucznej inteligencji są skalowane.
Jeżeli firmy chmurowe spowalniają nakłady inwestycyjne, warto testować odporność całego łańcucha dostaw sztucznej inteligencji, a nie tylko samej Nvidii.
Podsumowanie
Kwartał Nvidii pokazuje, że rozbudowa infrastruktury sztucznej inteligencji pozostaje bardzo realna, bardzo duża i bardzo dochodowa dla firm znajdujących się najbliżej warstwy infrastrukturalnej. Pierwsza reakcja rynku pokazuje jednak też, że inwestorom coraz trudniej zaimponować. To zdrowy sygnał.
Nawet świetne spółki muszą sprostać świetnym oczekiwaniom, a raport Nvidii nie dotyczy już wyłącznie przychodów za jeden kwartał. Dotyczy długości, rentowności i odporności całego cyklu inwestycyjnego. Lekcja dla inwestorów nie polega na zgadywaniu jutrzejszego kursu akcji. Polega na zrozumieniu mechanizmu stojącego za tą historią, bo dziś to właśnie ten mechanizm stał się całą historią.
– Wyniki Nvidii pokazują, że sztuczna inteligencja przeszła z etapu narracji technologicznej do fazy realnych, wielomiliardowych inwestycji infrastrukturalnych. Tak silna koncentracja uwagi rynku wokół jednego tematu i wąskiej grupy spółek zwiększa jednak znaczenie dywersyfikacji, ponieważ nawet bardzo dobre wyniki mogą nie wystarczyć, gdy oczekiwania są wyjątkowo wysokie. W obecnych warunkach zasadna jest ekspozycja nie tylko na liderów sztucznej inteligencji, ale także na szerszy ekosystem – od producentów chipów i rozwiązań sieciowych, po centra danych, energetykę i infrastrukturę. Taka struktura portfela pozwala lepiej równoważyć potencjał długoterminowego trendu z ryzykiem krótkoterminowej zmienności, regulacji i geopolityki – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.
Wstępny odczyt PMI dla przemysłu w USA w maju 2026 r. wskazuje na wzrost tego wskaźnika do wartości 55,3 pkt, osiągając tym samym najwyższy poziom od połowy 2022 r., co sygnalizuje na wyraźne przyspieszenie aktywności tego sektora. Wzrost napędzały produkcja oraz nadal silny napływ nowych zamówień. Jednocześnie część poprawy wynika z odbudowy zapasów w obawie przed rosnącymi kosztami i zakłóceniami dostaw. W tle utrzymuje się presja inflacyjna oraz wydłużające się terminy dostaw. W efekcie koniunktura jest bardzo dobra, choć jej trwałość pozostaje pod pewnym znakiem zapytania.
W I kwartale 2026 r. przychody ze sprzedaży grupy Develia wyniosły 892,1 mln zł w porównaniu do 253,5 mln zł w analogicznym okresie ubiegłego roku.
Zysk netto grupy wyniósł 177,1 mln zł wobec 65,2 mln zł zysku netto w I kwartale 2025 r.
W okresie styczeń-marzec 2026 r. deweloper sprzedał 860 lokali wobec 951 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Na wynik miała wpływ niska baza rezerwacji na koniec 2025 r. Cel Develii na ten rok to sprzedaż 3600-3800 mieszkań.
Develia przekazała 1205 lokali, czyli 130% więcej r/r. Cel przekazań na 2026 r. to 3750-3950 mieszkań.
Na koniec marca 2026 r. Develia posiadała łącznie 729,6 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych wobec 610,4 mln zł na koniec 2025 r.
– Mamy za sobą mocny początek roku – wypracowaliśmy najwyższy w historii spółki wynik za I kwartał. Wysoka aktywność klientów pozwala nam systematycznie budować bazę rezerwacji. Jednocześnie obserwujemy impulsy kosztowe, przede wszystkim związane z niestabilną sytuacją geopolityczną, które mogą zwiększać presję kosztową w kolejnych kwartałach. Spodziewamy się stopniowego ograniczenia przestrzeni na rabaty w nadchodzących miesiącach – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii. – Zgodnie z naszymi zapowiedziami w I połowie tego roku koncentrujemy się na uzupełnianiu oferty i uruchamianiu nowych projektów. W I kwartale wprowadziliśmy do sprzedaży ponad 1350 mieszkań – dodaje Andrzej Oślizło.
W okresie styczeń-marzec 2026 r. Develia sprzedała 860 mieszkań (w tym 131 lokali w inwestycjach pozyskanych dzięki przejęciu Bouygues Immobilier Polska oraz 8 lokali w projektach realizowanych w ramach joint venture). Najwięcej mieszkań znalazło nabywców w projektach Unii Lubelskiej Vita w Poznaniu, M Bemowo i Aleje Praskie w Warszawie, Południe Vita w Gdańsku oraz Centralna Vita w Krakowie. W I kwartale br. Develia przekazała 1205 mieszkań w porównaniu do 523 lokali rok wcześniej.
W lutym br. Develia zawarła umowę o współpracy joint venture z Mosaic Poland Holding, należącą do Mosaic World, międzynarodowej grupy działającej w sektorze micro-living. Jej celem jest realizacja akademika z ponad 620 pokojami i lokalami usługowymi oraz infrastrukturą towarzyszącą. Maksymalna powierzchnia użytkowa obiektu wyniesie 11,8 tys. mkw. Dom studencki powstanie w centrum Wrocławia przy pl. Orląt Lwowskich, na gruncie należącym do Develii. Docelowo deweloper będzie posiadać 25% udziałów w spółce joint venture, a Mosaic 75% udziałów.
W kwietniu br. Develia zawarła z Gdansk Development Holding N.V., utworzonym przez dwóch belgijskich deweloperów: Alides i Revive, przedwstępną umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów spółki Stocznia Cesarska Development, będącej użytkownikiem wieczystym nieruchomości stanowiącej tereny dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Wartość transakcji wyniesie ok. 550 mln zł. Po finalizacji transakcji Develia na terenach Stoczni Cesarskiej planuje zrealizować wielofunkcyjny projekt obejmujący co najmniej 3000 mieszkań i dodatkowo lokale usługowe.
Wyniki finansowe
Dane finansowe (tys. zł)
1Q2026
1Q2025
Zmiana
Przychody
892 109
253 530
251,88%
Zysk brutto ze sprzedaży
279 748
80 814
246,16%
EBITDA
226 445
47 515
376,58%
EBITDA skorygowana*
226 493
49.589
356,74%
Udział w zyskach (stratach) jednostek ujmowanych metodą praw własności JV
(20)
13.271
n/d
Zysk netto
177 105
65 176
171,73%
Skorygowany zysk netto*
177 072
67 160
163,66%
ROE
8,37%
3,65%
+4,72 pp.
ROE skorygowane*
8,37%
3,76%
+4,61 pp.
(*) – skorygowany zysk netto, liczony według wzoru: skorygowany zysk netto = zysk netto skorygowany o sumę przeszacowań netto z tytułu nieruchomości inwestycyjnych i zapasów – przychody/koszty finansowe z tytułu wycen zobowiązań finansowych w EUR – podatek odroczony utworzony od korygowanych pozycji (odpowiednio ROE i EBITDA)
Przychody grupy za I kwartał 2026 r. wyniosły 892,1 mln zł i były o 252% wyższe wobec 253,5 mln zł rok wcześniej. Zysk netto grupy wyniósł 177,1 mln zł i był o 172% wyższy od 65,2 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku.
– Rekordowy wynik za I kwartał wypracowaliśmy dzięki wysokiej liczbie przekazań mieszkań w pierwszych miesiącach roku – 1 205 lokali. Nasz cel na ten rok to przekazanie 3750-3950 mieszkań, czyli 30% więcej niż w 2025 r. – mówi Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii. – Zgodnie z przyjętą polityką dywidendową chcemy podzielić się ubiegłorocznym, rekordowym zyskiem z akcjonariuszami. W maju zarekomendowaliśmy walnemu zgromadzeniu wypłatę dywidendy na poziomie 342,8 mln zł, czyli 0,73 zł na akcję – najwyższej w historii spółki – dodaje Paweł Ruszczak.
Zarząd Develii zarekomendował walnemu zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 342,8 mln zł, w tym 7,1 mln zł z kapitału rezerwowego utworzonego z zysku z roku 2019 z przeznaczeniem na wypłaty dywidend i zaliczek na poczet dywidend w przyszłości, co oznacza wypłatę 0,73 zł na akcję. Proponowany dzień dywidendy to 25 września 2026 r., a dzień wypłaty dywidendy – 30 września 2026 r.
W grudniu 2025 r. Develia zaoferowała inwestorom 4-letnie obligacje o wartości 180 mln zł z marżą na poziomie 2,0% ponad WIBOR 3M. Emisja została sfinalizowana w styczniu 2026 r. Z kolei w maju br. Develia wyemitowała obligacje o wartości 150 mln zł. Oprocentowanie obligacji zostało ustalone w oparciu o WIBOR 3M powiększony o najniższą w historii spółki marżę na poziomie 1,95% w skali roku. Emisja została przeprowadzona w ramach programu emisji obligacji o wartości powiększonej w kwietniu br. do 850 mln zł.
Na koniec marca 2026 r. Develia posiadała łącznie 729,6 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych wobec 610,4 mln zł na koniec 2025 r. Na koniec I kwartału 2026 r. zobowiązania finansowe wyniosły 874,5 mln zł w porównaniu z 903,9 mln zł na koniec 2025 r.
Przychody ze sprzedaży Grupy ZUE wyniosły w I kwartale 2026 roku 148,1 mln zł wobec 180,1 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Mimo spadku przychodów, Grupa poprawiła marżę brutto na sprzedaży, która wzrosła do 3,1 proc. z 3 proc. przed rokiem. Marża brutto na sprzedaży na poziomie spółki ZUE wzrosła z kolei do 3,7 proc. z 2,4 proc. rok wcześniej.
Aktualny portfel zamówień Grupy ZUE wynosi łącznie ok. 3,7 mld zł netto, a wartość najkorzystniejszych złożonych ofert w przetargach to ok. 1,6 mld zł. Grupa intensywnie pracuje nad dalszą rozbudową portfela i aktywnie uczestniczy w przetargach zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych.
Jesteśmy zadowoleni z naszego aktualnego wysokiego poziomu portfela zamówień, niemniej skupiamy się na dalszej jego rozbudowie i bierzemy udział w licznych nowych postępowaniach przetargowych zarówno w segmencie kolejowym, jak i tramwajowym.Od początku roku podpisaliśmy nowe umowy na roboty budowlane o wartości ok. 212 mln zł, w tym umowy w Rumunii i w Niemczech, kilka inwestycji tramwajowych na Śląsku oraz kontrakt utrzymaniowy w Krakowie. Dodatkowo, mamy złożone najlepsze oferty w przetargach na łączną kwotę ok. 1,6 mld zł. Rozbudowujemy nasz portfel szeroko, uwzględniając przyjęte kierunki dywersyfikacji– mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.
Portfel zamówień Grupy ZUE wynosi obecnie 3,75 mld zł netto, w tym zakontraktowane roboty budowlano montażowe ZUE, ZUE Bahnbau, Energopol oraz NTB Systemy to wartość 3,72 mld zł.
Grupa konsekwentnie stawia na dywersyfikację geograficzną, dążąc do ograniczenia zależności od koniunktury krajowego rynku budowlanego. W tym miesiącu Spółka wraz z konsorcjantami pozyskała w Rumunii nowy kontrakt kolejowy o łącznej wartości ok. 386 mln zł, z 3-letnim terminem realizacji.
Aktywnie poszukujemy nowych projektów za granicą i składamy oferty na rynku niemieckim oraz rumuńskim. Nasza niemiecka spółka ZUE Bahnbau z powodzeniem realizuje pierwsze kontrakty, dotyczące modernizacji sieci trakcyjnej dla Deutsche Bahn – jednego z największych przewoźników kolejowych w Europie. Z kolei w Rumunii prowadzimy prace na projektach już o łącznej wartości ok. 590 mln zł. Z optymizmem patrzymy na kolejne kwartały 2026 roku – mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.
WYNIKI FINANSOWE – SZCZEGÓŁY
Łączna wartość przychodów wygenerowanych przez Grupę ZUE w pierwszym kwartale 2026 roku wyniosła 148,1 mln zł wobec 180,1 mln zł w analogicznym okresie roku poprzedniego. Podobnie jak w poprzednich okresach głównym źródłem przychodów Grupy była działalność budowlana.
Z uwagi na sezonowość prac w branży budowlanej, pierwszy kwartał jest zwykle najsłabszym kwartałem w roku. Dodatkowo, warunki pogodowe podczas zimy 2026 roku były wyjątkowo niekorzystne, co wpłynęło negatywnie na część procesów budowlanych i – co za tym idzie – obniżyło rdr poziom przychodów.
Mimo niższych rdr wyników i przychodów, spółka ZUE poprawiła marżę brutto na sprzedaży, która wzrosła w pierwszym kwartale 2026 roku do 3,7% z 2,4% rok wcześniej.
Szczegóły dotyczące wyników przedstawia tabela:
w tys. zł
Grupa ZUE
ZUE S.A.
I kw. 2026
I kw. 2025
I kw. 2026
I kw. 2025
Przychody ze sprzedaży
148 133
180 134
131 865
162 507
Wynik brutto na sprzedaży
4 531
5 425
4 927
3 943
Marża brutto na sprzedaży
3,1%
3%
3,7%
2,4%
EBIT
-3 695
-4 544
-1 383
-4 573
EBITDA
302
-432
2 363
-700
Wynik netto
-4 413
-4 804
– 2 022
-4 352
KOMENTARZ RYNKOWY
Głównym źródłem przychodów ZUE jest budownictwo infrastrukturalne w zakresie inwestycji kolejowych i miejskich (głównie tramwajowych). Dlatego rezultaty operacyjne i finansowe Grupy w największym stopniu zależą od sytuacji na tych dwóch rynkach.
Rok 2026 zapowiada się korzystnie dla sektora infrastruktury kolejowej. Widzimy wyraźne ożywienie inwestycyjne zarówno w Polsce, jak i na pozostałych rynkach europejskich. Krajowe długoterminowe programy inwestycyjne tworzą solidne podstawy dla dalszego rozwoju rynku. To właśnie z tymi inwestycjami, wspieranymi środkami unijnymi, wiążemy największe oczekiwania. Dodatkowo liczymy na pojawienie się kolejnych postępowań przetargowych związanych z projektem Port Polska, który zakłada szeroką rozbudowę polskiego systemu kolejowego – mówi Wiesław Nowak, Prezes Zarządu ZUE.
W ramach Krajowego Programu Kolejowego PKP PLK zamierza ogłosić w 2026 roku ponad 40 przetargów na łączną kwotę ok. 11,5 mld zł. Nakłady inwestycyjne PKP PLK w 2026 roku mają wynieść ok. 20 mld zł, a w 2027 ok. 21 mld zł.
Pozytywny scenariusz rysuje się także na rynku tramwajowym. Obecnie w Polsce systemy tramwajowe posiada 15 ośrodków miejskich. Nowe inwestycje, dotyczące zarówno tras tramwajowych, jak nowych zajezdni, planuje większość największych polskich miast.
Poza głównymi rynkami, czyli kolejowym oraz tramwajowym, Grupa spodziewa się także wzrostu możliwości na rynku drogownictwa lokalnego i pozyskanie kolejnych kontraktów dla swojej spółki Energopol, która również jest aktywna na rynku ofertowym.
Rynek pożyczek pozabankowych w Polsce utrzymuje wysoką dynamikę roczną, choć po wiosennym odbiciu w kwietniu 2026 r. widoczne było lekkie wyhamowanie aktywności. Z najnowszych danych Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz CRIF wynika, że wartość udzielonych pożyczek spadła w ujęciu miesięcznym, ale nadal była wyraźnie wyższa niż rok wcześniej. Jednocześnie sektor pozostaje bardzo selektywny w ocenie ryzyka – w kwietniu odrzucono aż 80 proc. wniosków.
Raport „Kondycja rynku pożyczkowego w Polsce”, przygotowany przez ZPF i CRIF, obejmuje około 90 proc. rynku pożyczek pozabankowych. Dane pokazują, że instytucje pożyczkowe nadal notują duże zainteresowanie finansowaniem, ale jednocześnie koncentrują się głównie na klientach znanych, sprawdzonych i ocenianych jako mniej ryzykowni.
W kwietniu udzielono pożyczek za ponad 2 mld zł
Wartość pożyczek udzielonych w kwietniu 2026 r. wyniosła 2,03 mld zł. Było to o 4,4 proc. mniej niż w marcu, ale jednocześnie o 22,9 proc. więcej niż w kwietniu poprzedniego roku. Oznacza to, że mimo miesięcznego spadku rynek utrzymuje wyraźny wzrost w ujęciu rocznym.
Podobny obraz widać w liczbie wypłaconych pożyczek. W kwietniu instytucje pozabankowe udzieliły 433,54 tys. pożyczek. To spadek o 3,6 proc. miesiąc do miesiąca, ale wzrost o 12,1 proc. rok do roku.
Według Jolanty Pytel, ekspertki CRIF odpowiedzialnej za współpracę z sektorem pożyczkowym, fintech i e-commerce, obecne dane nie pozwalają jeszcze mówić o zmianie trendu. Jak wskazuje, wiosenne ożywienie obserwowane w poprzednich miesiącach nieco wyhamowało, ale jest to zbyt krótki okres, aby wyciągać daleko idące wnioski.
Średnia wartość pożyczki wyniosła 4 675 zł
Z danych ZPF i CRIF wynika, że średnia wartość pożyczki pozabankowej udzielonej w kwietniu 2026 r. wyniosła 4 675 zł. Była więc o 0,8 proc. niższa niż miesiąc wcześniej, ale o 9,6 proc. wyższa niż rok temu.
Wzrost przeciętnej kwoty pożyczki pozostaje wyższy niż dynamika inflacji. Jak zwraca uwagę Agnieszka Kozioł, Dyrektor Departamentu Badań i Analiz ZPF, inflacja konsumencka w kwietniu 2026 r. wyniosła 3,2 proc. rok do roku, a przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w marcu o 6,6 proc. rok do roku. Na tym tle średnia kwota pożyczki rośnie relatywnie szybko.
Może to oznaczać, że konsumenci sięgający po finansowanie pozabankowe potrzebują dziś wyższych kwot niż rok wcześniej. Jednocześnie nie przekłada się to automatycznie na większą dostępność pożyczek, ponieważ firmy bardzo restrykcyjnie podchodzą do oceny zdolności i wiarygodności klientów.
Firmy pożyczkowe wybierają mniej ryzykownych klientów
Jednym z najważniejszych wniosków z raportu jest bardzo wysoki odsetek odrzuconych wniosków. W kwietniu 2026 r. instytucje pożyczkowe odmówiły finansowania w 80 proc. przypadków. Oznacza to, że tylko co piąty wniosek zakończył się pozytywną decyzją.
Wskaźnik udziału nowych klientów wyniósł zaledwie 8,6 proc. To pokazuje, że sektor w dużej mierze opiera się na osobach już znanych firmom pożyczkowym, których profil ryzyka można łatwiej ocenić. Nowi klienci mają znacznie trudniejszy dostęp do finansowania, zwłaszcza jeśli ich historia kredytowa, dochody lub inne dane budzą wątpliwości.
Według ekspertów CRIF selektywność rynku jest elementem odpowiedzialnego podejścia do udzielania finansowania. Jolanta Pytel podkreśla, że mimo wysokiego popytu większość wniosków kończy się odmową, ponieważ firmy konsekwentnie stawiają na klientów mniej ryzykownych. Potwierdzeniem tego trendu ma być utrzymujący się od kilkunastu miesięcy spadek wartości zadłużenia przeterminowanego.
Mniej złych długów, ale większe ryzyko wykluczenia finansowego
Ostrożna polityka instytucji pożyczkowych może pozytywnie wpływać na jakość portfela i ograniczać ryzyko nadmiernego zadłużania się konsumentów. Z perspektywy sektora oznacza to bardziej stabilny rozwój i mniejsze ryzyko narastania niespłacanych zobowiązań.
Z drugiej strony tak wysoki odsetek odmów rodzi pytania o dostępność legalnego finansowania dla części konsumentów. Z danych ZPF i CRIF wynika, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy prawie 500 tys. osób nie otrzymało finansowania, o które wnioskowało.
Eksperci zwracają uwagę, że skala ta wymaga stałego monitorowania. Jeżeli osoby odrzucane przez legalnie działające instytucje nie znajdą alternatywnych, bezpiecznych źródeł finansowania, część z nich może szukać środków poza regulowanym rynkiem. To z kolei zwiększa ryzyko rozwoju szarej strefy oraz korzystania z ofert mniej przejrzystych i potencjalnie bardziej kosztownych.
Regulacje mogą wpłynąć na dostępność finansowania
ZPF i CRIF wskazują, że problem dostępności finansowania powinien być analizowany również w kontekście prac nad nową ustawą o kredycie konsumenckim. Według przedstawicieli sektora obecnie proponowane rozwiązania mogą dodatkowo ograniczyć dostęp części konsumentów do legalnych pożyczek.
Jolanta Pytel podkreśla, że skala odmów jest na tyle duża, iż powinna stać się przedmiotem debaty regulacyjnej. Jej zdaniem zbyt restrykcyjne przepisy mogą pogłębić zjawisko wykluczenia finansowego, zwłaszcza wśród osób, które nie mają dostępu do kredytu bankowego, ale jednocześnie potrzebują krótkoterminowego, legalnego finansowania.
Rynek pozostaje mocny, ale bardzo ostrożny
Kwietniowe dane pokazują rynek, który z jednej strony nadal rośnie w ujęciu rocznym, a z drugiej zachowuje dużą ostrożność. Spadek wartości i liczby pożyczek względem marca może oznaczać chwilowe wyhamowanie po wcześniejszym odbiciu, ale nie przekreśla pozytywnej dynamiki rocznej.
Najważniejszym sygnałem pozostaje jednak selektywność sektora. Odrzucenie 80 proc. wniosków pokazuje, że instytucje pożyczkowe nie dążą do wzrostu za wszelką cenę, lecz skupiają się na ograniczaniu ryzyka. Dla rynku może to oznaczać większą stabilność, ale dla części konsumentów – trudniejszy dostęp do legalnego finansowania.
Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała sytuację w pierwszym kwartale 2026 roku, który przyniósł wyraźne sygnały umocnienia polskiego rynku magazynowo-przemysłowego. Jak wynika z najnowszych danych, popyt netto wzrósł aż o 78% rok do roku, a całkowita aktywność najemców sięgnęła 1,58 mln mkw. W efekcie po raz pierwszy od 2022 roku wskaźnik pustostanów spadł już w pierwszym kwartale, osiągając poziom 7,3%. Ożywienie widać również w sektorze inwestycyjnym, gdzie wolumen transakcji logistycznych zanotował skok o 120% w porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 roku, potwierdzając silną pozycję Polski w regionie.
POPYT: wysoka aktywność przy widocznej zmianie udziału renegocjacji
W pierwszym kwartale 2026 roku łączna aktywność najemców osiągnęła 1,58 mln mkw., co oznacza wzrost o 47% r/r. Popyt netto (bez umów przedłużenia) przekroczył 850 tys. mkw., co oznacza znaczący wzrost aż o 78% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Po okresie przewagi ostrożnych strategii, których efektem była przewaga przedłużeń najmu w wolumenie transakcji brutto w 2025 roku, widzimy wyraźną zmianę. Zgodnie z naszymi przewidywaniami, na znaczeniu zyskują projekty „szyte na miarę”. Pod względem struktury transakcji w pierwszych trzech miesiącach 2026 roku nowe umowy odpowiadały za 42% całkowitego wolumenu, ekspansje za 12%, natomiast przedłużenia oraz transakcje typu sale & leaseback łącznie stanowiły 46%”, komentuje Szczepan Gowin, Head of Industrial & Logistics, Cushman & Wakefield.
Najwyższą aktywność najemców odnotowano w województwach mazowieckim i wielkopolskim, gdzie wolumeny przekroczyły odpowiednio 316 tys. mkw. oraz 309 tys. mkw.
W pierwszym kwartale struktura popytu na powierzchnie magazynowe była zdominowana przez operatorów logistycznych (3PL), odpowiadających za 30,2% aktywności najemców, podczas gdy kolejne miejsca zajęły sektory furniture, homeware & DIY (7,6%) oraz engineering, construction & machinery i FMCG (po 7,3%), co podkreśla rosnącą dywersyfikację branżową popytu na powierzchnie logistyczne
PODAŻ: deweloperzy coraz mocniej stawiają na BTS
W pierwszym kwartale 2026 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęły 37,44 mln mkw., co odpowiada wzrostowi o 6% r/r. W analizowanym okresie oddano do użytku ponad 653 tys. mkw. nowej powierzchni, co wyraźnie przewyższa wynik z poprzedniego kwartału (138 tys. mkw.) i pozostaje zbliżone do poziomu odnotowanego rok wcześniej. Łącznie ukończono 27 projektów, a budowę rozpoczęto w ramach kolejnych 18 inwestycji o łącznej powierzchni przekraczającej 331 tys. mkw. Do największych nowo rozpoczętych projektów należą Prologis Park Poznań III oraz Panattoni Park Katowice Airport, o powierzchniach odpowiednio ok. 46 tys. mkw. i 40 tys. mkw.
Wolumen projektów w budowie wyniósł 1,45 mln mkw. Aktywność deweloperska staje się coraz bardziej selektywna, co znajduje odzwierciedlenie w wysokim udziale powierzchni zabezpieczonej umowami najmu typu pre-let. Około 37% realizowanego wolumenu pozostaje dostępne na rynku. Wskazuje to na utrzymującą się ostrożność deweloperów oraz rosnące znaczenie projektów opartych na realnym, zakontraktowanym popycie”, mówi Ewa Derlatka-Chilewicz, Head of Research, Cushman & Wakefield.
W ujęciu regionalnym liderem aktywności deweloperskiej pozostaje województwo mazowieckie, z ponad 542 tys. mkw. w budowie, wyraźnie wyprzedzając znajdujące się na drugim miejscu województwo śląskie, gdzie w realizacji znajduje się ok. 216 tys. mkw.
Największym deweloperem pod względem liczby prowadzonych projektów w budowie jest nadal Panattoni, realizujący obecnie 16 inwestycji o łącznej powierzchni ok. 427 tys. mkw.
PUSTOSTANY: pierwszy kwartał z korektą w dół ilości powierzchni dostępnej w ujęciu r/r
Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku całkowita dostępna powierzchnia wyniosła 2,72 mln mkw., co odpowiadało wskaźnikowi pustostanów na poziomie 7,3% istniejących zasobów. Oznacza to nieznaczny spadek względem poprzedniego kwartału o 0,1 p.p. oraz wyraźną korektę w ujęciu rocznym – o 1,2 p.p.”, komentuje Zuzanna Seger, Analityk Rynku, Cushman & Wakefield.
Zróżnicowanie regionalne pozostaje widoczne, wskazując na odmienną dynamikę podaży i popytu w poszczególnych częściach kraju. Najniższe poziomy dostępności utrzymują się w województwach opolskim (1,1%) oraz zachodniopomorskim (1,4%). Z kolei najwyższe wskaźniki pustostanów utrzymują się w województwach lubuskim (15,0%) i świętokrzyskim (17,9%).
Na uwagę zasługują również zmiany kwartalne w kluczowych regionach logistycznych. W województwie dolnośląskim odnotowano istotną poprawę sytuacji rynkowej – wskaźnik pustostanów spadł z 11% do 8%, co wskazuje na skuteczną absorpcję istniejącej powierzchni.
Pomimo utrzymującego się podwyższonego poziomu dostępności w wybranych regionach, rynek wykazuje oznaki stabilizacji, wspieranej przez stopniowe ograniczanie aktywności spekulacyjnej oraz stabilny udział popytu netto.
CZYNSZE: presja na zachęty dla najemców
Czynsze bazowe dla najlepszych powierzchni magazynowych (prime) pozostają relatywnie stabilne na wszystkich głównych rynkach, jednak rosnąca presja na oferowanie zachęt dla najemców (incentives) w dalszym ciągu obniża efektywne poziomy czynszów.
RYNEK INWESTYCYJNY: mocne otwarcie roku
Polski rynek inwestycyjny w sektorze logistycznym zanotował mocny początek 2026 roku, z wolumenem transakcyjnym na poziomie ok. 447 mln euro, oznaczającym wzrost o ponad 120% r/r.
Było to w dużej mierze efektem finalizacji procesów rozpoczętych w drugiej połowie 2025 roku, jednak skala wzrostu wskazuje również na realne odbudowanie aktywności inwestorów oraz poprawę płynności rynku. Struktura zawartych transakcji obejmowała zarówno pojedyncze aktywa o wartości przekraczającej 50 mln euro, jak i portfeli logistycznych, co potwierdza powrót większych ticketów oraz rosnącą gotowość inwestorów do angażowania kapitału w sektorze”, tłumaczy Jakub Grabara, Associate, Capital Markets Poland, Cushman & Wakefield.
Jednocześnie wyraźnie zarysował się dominujący trend inwestycyjny, którym pozostaje koncentracja na strategiach typu long-income.
Większość zrealizowanych transakcji dotyczyła aktywów oferujących stabilny cash flow, w szczególności projektów typu BTS oraz transakcji sale & leaseback z długimi umowami najmu, zazwyczaj przekraczającymi 12 lat”, dodaje Jakub Grabara.
Równolegle obserwowana jest umiarkowana, lecz stabilna aktywność inwestorów w segmencie value-add, koncentrująca się na aktywach oferujących potencjał wzrostu czynszów, poprawy parametrów najmu lub repozycjonowania, choć segment ten pozostaje wyraźnie drugorzędny względem strategii long-income.
Pomimo utrzymującej się selektywności, widocznej w podejściu do jakości najemców i długości WAULT, stopy kapitalizacji pozostały stabilne – dla najlepszych aktywów na poziomie ok. 6,00%, a dla większości core’owych produktów w przedziale ok. 6,00%–6,75%, przy czym w horyzoncie średnioterminowym widoczna jest potencjalna przestrzeń do ich kompresji. Mocny start roku oraz dominacja produktów o charakterze „bond-like” wskazują na utrzymujący się popyt na bezpieczne strategie dochodowe i tworzą solidną bazę pod dalszy wzrost aktywności inwestycyjnej w kolejnych kwartałach 2026 roku.
Czwartkowy handel nie przebiega w pozytywnych nastrojach, ale ruchy nie są mimo wszystko zbyt mocne. Inwestorom nie pomagają coraz słabsze dane, zarówno ze strefy euro, jak i z Polski. Dolar wciąż nie potrafi wykonać kolejnego dużego kroku umocnienia, dzięki czemu złoty pozostaje w niezłej pozycji.
Nastroje coraz gorsze
Przedłużający się konflikt na Bliskim Wschodzie coraz wyraźniej wpływa na nastroje w europejskich przedsiębiorstwach. A przynajmniej taki wniosek można wyciągnąć z najnowszych wskaźników PMI, badających nastawienie menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia. Wręcz o tąpnięciu można mówić we Francji, gdzie przemysłowy subindeks zleciał z 52,8 pkt do 48,9 pkt (prognoza 52,1 pkt). Jednak to i tak była ta lepsza informacja znad Sekwany, bo tragicznie zaprezentował się odczyt dla gałęzi usługowej. Oczekiwano, że rezultat pozostanie bliski poprzedniej publikacji (46,5 pkt), a on tąpnął i zatrzymał się dopiero na 42,9 pkt. To najgorszy wynik od listopada 2020 roku, czyli czasu pandemicznych restrykcji. Niektórzy mogą szukać pocieszenia w usługowym PMI z Niemiec, które wzrosło powyżej konsensusu do 47,8 pkt. Niestety dla równowagi przemysłowy wskaźnik spadł za Odrą zdecydowanie poniżej poprzedniego odczytu i oczekiwań – wykazał 49,9 pkt, czyli na dodatek przebił granicę 50 pkt, która oddziela ekspansję od recesji. Skoro dwie największe gospodarki wypadły tak blado, to publikacje dla całej strefy euro nie mogły przynieść za wiele dobrego. Przemysłowe PMI jeszcze znalazło się po dobrej stronie mocy z 51,4 pkt (widać mimo wszystko negatywny trend), ale usługi to już tylko 46,4 pkt, czyli najsłabiej od lutego 2021 roku. Wyraźnie dostrzegamy, że sektor usług znalazł się już w odwrocie, obawy o koszty energii, słabnący popyt i ciągła niepewność nie pozwalają na pozytywne przewidywania. Jeszcze jakoś trzyma się przemysł, ale w miarę zmniejszania się zapasów i równoczesnego przedłużania turbulencji mających źródło w Zatoce Perskiej, także ten sektor powinien osuwać się w danych. Taki obraz utrudnia EBC podjęcie decyzji o podwyżce stóp, która będzie jeszcze bardziej chłodzić aktywność gospodarczą. W ten sposób pakiet dzisiejszych publikacji nie mógł pomóc wspólnej walucie.
Polskie dane twardym orzechem dla RPP
Czwartkowy kalendarz makro jest całkiem obfity, także w przypadku Polski. Negatywnie pokazała się inflacja producencka, która w kwietniu w ujęciu rocznym wyniosła +1,9%. To najwyższy rezultat tego wskaźnika od maja 2023 roku, a od tamtego momentu PPI znajdowało się cały czas w strefie deflacyjnej. Niestety należy tę publikację traktować jako sygnał przed dalszym wzrostem inflacji konsumenckiej, ponieważ producenci w pewnym momencie muszą zacząć przenosić wyższe koszty na końcowego odbiorcę. Taki odczyt staje się też przyczynkiem do dyskusji o podwyżkach stóp procentowych w naszym kraju. Chłodząco na te oczekiwania mogłaby wpływać produkcja przemysłowa, która rosła zdecydowanie poniżej prognoz, czyli o 3,1% rdr. Jednak zdecydowanie ważniejszą publikacją w tym kontekście są płace w sektorze przedsiębiorstw (+9 pracowników). Urosły one tylko o 5,4% rdr, co jest najsłabszym wynikiem od początku 2021 roku. Oznacza to, że presja płacowa jest w dalszym ciągu w odwrocie, więc chociaż ten aspekt nie wywołuje potrzeby nagłych ruchów ze strony RPP. Mimo wszystko bankierzy centralni stają przed coraz trudniejszym wyzwaniem ważenia bardzo przeciwstawnych czynników. Powyższy pakiet danych miał ograniczony wpływ na złotego, który pozostaje głównie pod wpływem wydarzeń na szerokim rynku.
Czwartkowy negatywny zastój
W czwartek nastroje znowu się pogarszają i to pomimo otoczenia przynajmniej w teorii pozytywnych sygnałów. Nie pomaga jako takie zmniejszenie napięcia na Bliskim Wschodzie. Nie pomógł raport kwartalny Nvidii oraz mocarstwowe plany największej spółki świata. Nie pomogło ogłoszenie przez Elona Muska rekordowego IPO na Wall Street. Spacex chce zebrać z wejścia na giełdę skromne 75 mld USD. Może dzisiejsze rynkowe ruchy nie są spektakularne, ale nie napawają optymizmem. Jeszcze w Azji obraz był mieszany, mocne spadki w Chinach rekompensowały pokaźne wzrosty w Japonii (+3,14%) i Australii (+1,4%). W Europie króluje już czerwień, od skromnego Amsterdamu (-0,2%) po coraz bardziej dołujące Frankfurt i Madryt (-0,7%). Za rynkami bazowymi podąża Warszawa, gdzie WIG20 spada o 0,5%. Kontrakty na Wall Street wskazują na negatywne otwarcie także za oceanem. Na rynku walutowym dolar znowu przeciąga linę na swoją stronę, ale wciąż ma problem z trwałym zejściem poniżej 1,16 na EUR/USD. Przekłada się to na symboliczne straty polskiego złotego. Kurs dolara nie może wyjść powyżej 3,66 zł, kurs euro jest poniżej 4,25 zł, kurs franka to 4,64 zł, a kurs funta przekracza 4,91 zł. Odbija rynek ropy naftowej, za lipcowy kontrakt na europejską odmianę Brent trzeba płacić znowu 107 USD, a amerykańska WTI przekroczyła ponownie okrągłe 100 USD.
Kwiecień przyniósł wyraźne ożywienie w budownictwie mieszkaniowym. Rozpoczęto budowę ponad 15 tys. mieszkań – najwięcej od października 2024 r. i o ponad 22 proc. więcej niż rok wcześniej. Branża studzi jednak optymizm: to raczej odbicie po zimowym spowolnieniu niż trwała zmiana trendu.
O dalszej aktywności inwestycyjnej zdecydują nastroje kupujących oraz sytuacja gospodarcza i geopolityczna.
Rozpoczęte budowy
W kwietniu deweloperzy zainicjowali budowę 15 118 nowych lokali mieszkalnych, co stanowi najlepszy miesięczny wynik od października 2024 r. Porównując do kwietnia rok wcześniej, liczba nowo budowanych lokali wzrosła o 22,4%.
– Jest jednak zdecydowanie za wcześnie, aby ogłaszać na tej podstawie większą zmianę trendu. Przyczyn tak dobrego rezultatu należy raczej upatrywać w próbie odbicia po kiepskich pierwszych dwóch miesiącach roku, na co z pewnością wpływ miały niekorzystne warunki atmosferyczne tej zimy – komentuje Patryk Kozierkiewicz, radca prawny w Polskim związku Firm Deweloperskich.
Warto podkreślić że, względem pierwszych czterech miesięcy poprzedniego roku, dynamika wprowadzeń w sektorze deweloperskim spadła o 4,9%, co w świetle utrzymującej wysokich poziomów oferty dostępnych mieszkań, należy odbierać pozytywnie.
– Oznacza to, że deweloperzy nie zwalniają znacząco tempa w obawie przed niskim tempem wyprzedaży gotowej oferty i decydują się sukcesywnie wprowadzać na rynek nowe lokale – dodaje radca prawny PZFD.
Nie jest jednak jasne, czy taki stan będzie utrzymywać się na przestrzeni całego roku. Będzie to uzależnione m.in. od nastrojów popytowych, które mogą wahać się w zależności od działań geopolitycznych i ich wpływu na gospodarkę.
Pozwolenia na budowę
W zakresie pozwoleń na budowę w sektorze deweloperskim, w kwietniu zaobserwować możemy niemal identyczny wynik w ujęciu miesiąc do miesiąca. Deweloperzy uzyskali zgodę na budowę 18 372 lokali, raptem 0,5% mniej niż miesiąc wcześniej.
Dzięki pozytywnym wynikom w minionym marcu i kwietniu, liczba pozwoleń r/r wzrosła o 22,5% względem pierwszych czterech miesięcy 2025.
– Świadczy to o kontynuowaniu przygotowań deweloperów do wprowadzania nowych inwestycji w niedalekiej przyszłości, choć trudno oszacować, czy silna dynamika z marca i kwietnia utrzyma się również w pozostałych miesiącach – uważa Patryk Kozierkiewicz.
Za taką narracją przemawiać mogłyby pozytywne dane sprzedażowe i rosnąca liczba rezerwacji. Jednak eksperci Otodom Analytics oceniają, że wzrost popytu mógł być jednorazowy i został wywołany obawą przed pogorszeniem sytuacji makroekonomicznej, np. w skutek długotrwałego konfliktu w Iranie.
Pozwolenia na użytkowanie
Dane dotyczące pozwoleń na użytkowanie zachowują największą stabilność. Liczba mieszkań oddanych do użytkowania w okresie od stycznia do kwietnia spadła w sektorze deweloperskim r/r o 4,4%.
– Z uwagi na średni czas budowy budynków wielorodzinnych i wzrost dynamiki nowych budów w 2024 r., liczba ta powinna jednak w naszej ocenie sukcesywnie zwiększać się z każdym miesiącem bieżącego roku, domykając obecną, kilkuprocentową lukę – podsumowuje ekspert PZFD.
PIAP Space ogłosiła swój udział w projekcie ESA Smart Skin for Exploration Cobots, którego celem jest opracowane zaawansowanej osłony ochronnej dla ramion robotycznych przeznaczonych do misji księżycowych, marsjańskich oraz operacji orbitalnych. W ramach projektu spółka udostępnia swoje kompetencje w obszarze robotyki kosmicznej oraz rozwijane dla ESA ramiona robotyczne, wokół których projektowana jest nowa technologia smart skin.
Przyszła eksploracja kosmosu będzie w coraz większym stopniu opierać się na robotach jako podstawowej sile roboczej. Oznacza to jednak konieczność lepszego przygotowania ich do pracy w ekstremalnych środowiskach Księżyca, Marsa oraz przestrzeni orbitalnej, gdzie muszą funkcjonować w warunkach ściernego pyłu, intensywnego promieniowania słonecznego oraz temperatur sięgających od minus 150°C do plus 120°C.
W tym celu Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) powierzyła konsorcjum kierowanemu przez Duński Instytut Technologiczny (Danish Technological Institute – DTI) opracowanie nowej generacji osłony ochronnej dla ramion robotycznych. Projekt o nazwie Smart Skin for Exploration Cobots ma na celu rozwinięcie technologii do poziomu umożliwiającego jej demonstrację w warunkach zbliżonych do kosmicznych.
– Potencjał robotów w eksploracji kosmosu jest ogromny. Mogą wspierać działania od wydobycia surowców na Księżycu po serwisowanie satelitów na orbicie i aktywne usuwanie śmieci kosmicznych. Wymaga to jednak, aby roboty były wyjątkowo wytrzymałe i zdolne do autonomicznej pracy lub bezpiecznej współpracy z człowiekiem – mówi Christian Dalsgaard, Senior Consultant w DTI.
Technologia smart skin jest projektowana tak, aby mogła być dostosowana do różnych ramion robotycznych, zarówno dla przyszłych misji księżycowych, przyszłych misji marsjańskich, jak i operacji orbitalnych. Jej podstawę stanowi drukowana w 3D struktura nośna, którą można zamontować na ramieniu robotycznym. Pełni ona funkcję platformy integrującej cztery główne elementy: warstwę ochrony termicznej i przeciwpyłowej zabezpieczającą przed ekstremalnymi zmianami temperatur oraz penetracją ściernego pyłu, elastyczne przewody zasilające i transmisji danych, sensory zdolne do wykrywania i zapobiegania kolizjom, a także rozwiązania wspierające interakcję człowiek-maszyna.
Technologia druku 3D została wybrana ze względu na swobodę projektowania, jaką oferuje, jednak w tym projekcie będzie wykorzystywana w sposób wykraczający poza dotychczasowe standardy, z zastosowaniem całkowicie nowych podejść do projektowania i doboru materiałów. Tradycyjnie materiały typu Multi-Layer Insulation (MLI) stosowane są na wszystkich statkach kosmicznych, zapewniając wysokowydajną ochronę termiczną całej konstrukcji lub poszczególnych instrumentów. Są to jednak rozwiązania statyczne, niewystępujące w elementach ruchomych. Opracowanie podobnego typu izolacji termicznej dla ruchomych komponentów jest znacznie bardziej wymagające, ale jednocześnie otwiera szerokie możliwości przyszłych zastosowań w systemach robotycznych.
– Zastosowanie zaawansowanego systemu ochronnego może umożliwić budowę ramion robotycznych z wykorzystaniem komercyjnie dostępnych komponentów. Może to stworzyć efektywny kosztowo sposób dostarczania nowych rozwiązań dla klientów działających w wielu obszarach sektora kosmicznego – od misji dalekiego kosmosu, przez serwisowanie orbitalne, aż po kolonizację Księżyca. W Admatis wspieramy wszystkie działania zapewniające Europie przewagę konkurencyjną, a ten projekt jest w pełni zgodny z naszą strategią – wskazuje Tamás Bárczy, CEO firmy Admatis.
– Udział w projekcie Smart Skin for Exploration Cobots jest dla nas bardzo wartościowym doświadczeniem, ponieważ łączy kompetencje rozwijane przez PIAP Space od lat w obszarze robotyki kosmicznej z nowymi technologiami ochrony i interakcji systemów robotycznych. To również potwierdzenie jakości rozwijanych przez nas rozwiązań i zaufania, jakim europejscy partnerzy obdarzają technologie PIAP Space rozwijane na potrzeby przyszłych misji ESA – zaznacza Kamil Grassmann, CTO PIAP Space.
Ramię robotyczne TITAN produkcji PIAP Space
Choć technologia smart skin rozwijana jest z myślą o wyjątkowych wyzwaniach środowiska kosmicznego, część rozwiązań może w przyszłości znaleźć zastosowanie również w innych sektorach przemysłu.
– Widzimy duży potencjał tej technologii w zastosowaniach przemysłowych, szczególnie tam, gdzie roboty pracują w ekstremalnych warunkach. Dobrym przykładem są odlewnie metali, w których pył i wysokie temperatury wpływają negatywnie na działanie urządzeń. Rozwijana przez nas technologia może potencjalnie wydłużyć żywotność kluczowego sprzętu i obniżyć koszty utrzymania – wyjaśnia Christian Dalsgaard.
Projekt o budżecie 1,65 mln EUR i potrwa 24 miesiące. Konsorcjum bazuje na wcześniej zrealizowanej, udanej fazie pilotażowej, łączącej czołowe europejskie firmy sektora kosmicznego oraz specjalistów z pokrewnych dziedzin. DTI odpowiada za koordynację działań i wnosi kompetencje w zakresie robotyki, funkcjonalnych materiałów oraz przemysłowego druku 3D. Admatis (Węgry) rozwija system ochrony termicznej, natomiast PIAP Space (Polska) oraz Redwire Space Europe (Luksemburg) udostępniają swoje kompetencje oraz ramiona robotyczne – te same, które są obecnie rozwijane na potrzeby przyszłych księżycowych misji ESA. Dzięki temu technologia smart skin od początku projektowana jest z myślą o konkretnych systemach, które ma chronić.
Chociaż połowa Polaków nadal czuje się pewnie w swoim miejscu zatrudnienia, obawy o zawodową stabilność rosną – deklaruje je 33,3% pracujących. Niepewność przekłada się na gotowość do aktywnego poszukiwania nowej pracy i otwartość na przebranżowienie – wśród osób obawiających się utraty pracy aż 66% bierze pod uwagę zmianę zawodu, wynika z raportu „Barometr rynku pracy 2026” Gi Group Holding.
Wzrost obaw o utratę pracy a plany firm
Obawy o stabilność zatrudnienia wzrosły, szczególnie w porównaniu z sytuacją sprzed dwóch czy trzech lat. Obecnie mówi o nich 33,3% aktywnych zawodowo, podczas gdy jeszcze dwa lata temu było to 26%. Jednocześnie spadł odsetek osób, które są spokojne o swoją pracę – z 55% rok temu do 50,7% obecnie, wynika z ,,Barometru rynku pracy 2026” Gi Group Holding. Co istotne, niepewność coraz częściej dotyczy najbliższych miesięcy, a nie odległej przyszłości.
– Choć nadal większość Polaków czuje się stabilnie w swoim miejscu zatrudnienia, obawy rosną. Wiąże się to z ogólną niepewnością, wynika też z obserwacji rynku. Rosnące koszty działalności, w tym koszty pracy oraz nieprzewidywalność koniunktury sprawiają, że firmy ograniczają skalę rekrutacji, skupiając się na stanowiskach kluczowych z punktu widzenia efektywności – wyjaśnia Agnieszka Żak, Dyrektor ds. kluczowych klientów Gi Group.
Obecnie firmy ostrożnie podchodzą do planowania rekrutacji. Podobnie jak rok czy dwa lata temu najczęściej zamierzają utrzymać obecny poziom zatrudnienia, co deklaruje ponad 72,7% z nich. Zwiększenie etatów w najbliższym kwartale zapowiada 13,7% organizacji (rok wcześniej 16,7%), a dwukrotnie wzrósł odsetek przewidujących redukcje – z 4,9% rok temu do 9,8%. Nie są to dane alarmujące, jednak świadczą o dużej uważności firm i bardziej zachowawczym podejściu do rozbudowywania zespołów w warunkach rosnących kosztów i niepewnego otoczenia gospodarczego.
Najpewniej czują się pracownicy sektora publicznego oraz usług
Obawy przed utratą pracy są wyraźnie częstsze wśród kobiet. Deklaruje je 37,7% z nich, aż o 7 p.p. więcej w stosunku do ub. roku. Wśród mężczyzn odsetek ten jest nie tylko niższy (29%), ale też zmniejszył się w porównaniu z 2025 rokiem (o 3,6 p.p.).
Najczęściej o zawodową stabilność martwią się są osoby w wieku 25‒44 lata, przy czym odsetek deklarujących takie obawy znacząco wzrósł w tej grupie– z 31% do prawie 40%. Częściej niepokoją się także osoby do 24 lat (37,3%). Najbezpieczniej czują natomiast się starsi pracownicy, powyżej 55 lat – aż 65,6% z nich nie obawia się utraty pracy, podczas gdy niepokoi się o to 20%. Wśród osób w wieku 45-54 lata wskaźniki te wynoszą odpowiednio 61% i 24,5%.
Podobnie jak rok temu, największą niepewność dotyczącą swojej sytuacji zawodowej odczuwają osoby zarabiające powyżej 10 tys. zł netto – obecnie wskazuje na nią 48,7% z nich. Najspokojniejsi są natomiast pracownicy osiągający dochody w przedziale 7–9,9 tys. zł netto. W tej grupie obawy deklaruje 22,6% badanych.
Z „Barometru rynku pracy” Gi Group Holding wynika, że niepokoją się głównie pracownicy transportu i logistyki (46,6%) oraz handlu (42%) i produkcji (39,3%). Najpewniej czują się natomiast pracujący w sektorze publicznym (20,7%) oraz w usługach (28,2%). To też jedyne branże, w których obawy są mniejsze w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jeśli chodzi o poziom stanowiska, niepewność wzrosła niemal we wszystkich grupach, szczególnie wśród pracowników niższego szczebla (aż 40,4% wskazań). Wyjątkiem są starsi specjaliści, wśród których odsetek obawiających się spadł do 26,2%.
– Poziom obaw wyraźnie różni się w zależności od wieku, płci, stanowiska czy branży. Starsi pracownicy nie tylko czują się pewniej niż młodsi, ale także rzadziej niż rok temu odczuwają niepokój związany z utrzymaniem zatrudnienia. Bardziej widoczna jest również różnica między kobietami a mężczyznami. O ile w ubiegłym roku nastroje w obu grupach były zbliżone, o tyle dziś kobiety sygnalizują niepewność zdecydowanie częściej. Największą zmianę odnotowano w sektorze transportu i logistyki, gdzie udział osób obawiających się utraty pracy wzrósł o blisko 16 p.p. – komentuje Agnieszka Żak, Dyrektor ds. kluczowych klientów w Gi Group.
Najrzadziej utraty stanowiska boją się mieszkańcy regionu północnego (23%). Mniej obaw niż przed rokiem widać w regionie południowym – spadek z 40% do 34,2%. Najbardziej zaniepokojeni są natomiast mieszkańcy regionu południowo-zachodniego (43%) oraz centralnego (36,5%) i wschodniego (36,3%) – we wszystkich tych przypadkach wyższy niż rok temu.
Niepewność a poszukiwanie nowej pracy i gotowość na przebranżowienie
Wśród osób, które obawiają się utraty pracy lub zamierzają ją zmienić, odsetek aktywnie szukających nowego zajęcia, przewyższa udział tych, którzy nie zamierzają podjąć takich kroków (odpowiednio 56,7% i 43,4%). Proaktywność stopniowo jednak słabnie – pracownicy ostrożniej podejmują decyzje zawodowe, odkładając ewentualną zmianę zatrudnienia.
– Polacy uważniej analizują dziś za i przeciw zmianie pracy, jednak trend „brania spraw w swoje ręce” wydaje się trwały. Wynika to zarówno ze zmian pokoleniowych, jak i rosnącej elastyczności i zdolności adaptacji. Nie bez znaczenia są też doświadczenia z okresu pandemii, która zmieniła sposób wykonywania obowiązków zawodowych i pokazała, jak szybko mogą zmieniać się realia rynku pracy – komentuje Agata Naklicka, Regional Manager Grafton Recruitment.
Pracownicy, którzy nie czują się pewnie, częściej myślą nie tylko o zmianie miejsca zatrudnienia, ale także o zmianie zawodu. W tej grupie podjęcie takich kroków rozważa aż 66% badanych. Dla porównania – wśród osób, które nie obawiają się utraty pracy lub nie planują jej zmienić, odsetek ten wynosi znacząco mniej – niespełna 40%, wynika z „Barometru rynku pracy” Gi Group Holding. Pokazuje to, że niepewność zatrudnienia może skłaniać do szerszego spojrzenia na swoją sytuację zawodową. W takim kontekście coraz większego znaczenia nabiera rozwój kompetencji, które zwiększają elastyczność na rynku pracy i pozwalają odnaleźć się w nowych obszarach zawodowych. Zgodnie z przewidywaniami Światowego Forum Ekonomicznego (raport „Future of Jobs”) do 2030 roku blisko 60% pracowników stanie przed koniecznością zdobycia nowych umiejętności lub zmiany kwalifikacji.
– Rozwój technologii sprawia, że zmienia się zapotrzebowanie na kompetencje – jedne role tracą na znaczeniu, a rośnie popyt na nowe specjalizacje i umiejętności. Oznacza to nie tylko konieczność ciągłego uczenia się, ale też zdobywania nowych kwalifikacji, a czasem także zmiany zawodu. Przebranżowienie przestaje być dziś sytuacją wyjątkową i staje się jednym ze sposobów budowania bezpieczeństwa zawodowego w zmieniających się realiach rynku. Potwierdzają to deklaracje osób, które nie czują się pewnie w obecnym miejscu pracy – w tej grupie aż 66% rozważa zmianę zawodu – podsumowuje Piotr Wajgielt, Executive Manager Wyser Executive Search.
Link do raportu: https://www.gigroupholding.com/polska/insights/barometr-rynku-pracy-2026/?utm_source=media&utm_medium=komunikat&utm_campaign=barometr_20
O raporcie:
„Barometr Rynku Pracy 2026” to już 20. edycja raportu przygotowywanego od 2014 roku. Został opracowany przez ekspertów Gi Group Holding na podstawie badań przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research. Badanie wśród pracodawców zostało zrealizowane metodą CATI (25.02–09.03.2026 r.), a wśród pracowników metodą CAWI (23.02–03.03.2026 r.). Partnerami raportu są: Federacja Przedsiębiorców Polskich, Polskie Forum HR oraz Konfederacja Lewiatan.
Nvidia znów pokazała wyniki, które jeszcze niedawno mogłyby wystarczyć do wywołania kolejnej fali euforii na Wall Street. Przychody i zyski okazały się lepsze od oczekiwań, prognoza na bieżący kwartał wyraźnie przebiła konsensus, a segment centrów danych nadal rośnie w tempie imponującym nawet jak na spółkę będącą symbolem boomu na sztuczną inteligencję. Mimo to kurs akcji prawie nie drgnął. Ta chłodna reakcja rynku pokazuje, że inwestorzy przyzwyczaili się już do perfekcji i dziś nie pytają wyłącznie o to, czy AI będzie zmieniać gospodarkę, lecz także o to, ile tej przyszłości jest już w cenach akcji. Nvidia próbuje przekonywać, że sztuczna inteligencja wychodzi poza wielkie centra danych i zaczyna realnie zmieniać biznes, administrację oraz świat fizyczny. Coraz mocniej powraca jednak pytanie, czy w tej nowej, bardziej masowej fazie rozwoju AI spółka utrzyma swoją obecną dominację. Ten sceptycyzm widać również wśród polskich inwestorów indywidualnych, po raz pierwszy więcej osób spodziewa się spadków niż wzrostów cen akcji z segmentu AI.
Same liczby trudno nazwać rozczarowaniem. Przychody Nvidii wyniosły 81,6 mld dolarów i były o 85 proc. wyższe niż w analogicznym kwartale poprzedniego roku. Najważniejszy segment centrów danych przyniósł 75,2 mld dolarów przychodów, co oznacza wzrost o 92 proc. Dla firmy tej wielkości utrzymywanie takiego tempa rozwoju jest czymś wyjątkowym. Prognoza na kolejny kwartał (kończący się w lipcu 2026) wynosi około 91 mld dolarów, czyli wyraźnie więcej niż oczekiwane przez rynek 87 mld dolarów. Skorygowana marża brutto sięgnęła 75 proc., co pokazuje, że Nvidia nie tylko szybko rośnie, ale nadal potrafi bardzo dobrze zarabiać na tym wzroście. Zarząd podniósł także kwartalną dywidendę z 1 centa do 25 centów na akcję oraz zatwierdził kolejny skup akcji własnych o wartości 80 mld dolarów. To jasny sygnał wysłany do akcjonariuszy: firma chce dzielić się gotówką i podtrzymać zaufanie rynku, nawet jeśli powtórzenie spektakularnych wzrostów kursu z ostatnich lat będzie coraz trudniejsze.
Rynek oczekuje jednak od Nvidii coraz więcej. Spółka przez ostatnie lata przyzwyczaiła inwestorów do tego, że przebija prognozy, podnosi oczekiwania i pozostaje głównym beneficjentem globalnego wyścigu o infrastrukturę sztucznej inteligencji. Dlatego nawet bardzo dobre dane mogą dziś wywoływać ograniczoną reakcję kursu. Wycena akcji zaczęła przypominać bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę. By ponownie rozpalić entuzjazm, nie wystarczy już osiągnięcie świetnych wyników. Trzeba jeszcze przekonać rynek, że kolejne lata przyniosą równie szybki wzrost, a konkurencja nie odbierze spółce najważniejszej części rynkowego tortu.
Wyniki pokazały jednocześnie, że historia wzrostu Nvidii coraz mocniej wychodzi poza same układy graficzne. Przychody z segmentu sieciowego wyniosły 14,8 mld dolarów i były wyraźnie wyższe od oczekiwanych przez analityków 12,7 mld dolarów. To ważny sygnał, bo wraz z budową wielkich „fabryk sztucznej inteligencji” sama warstwa sieciowa staje się czymś więcej niż technicznym dodatkiem do procesorów graficznych. Jednocześnie na rynku coraz wyraźniej widać zwrot w stronę tzw. agentowej sztucznej inteligencji, czyli systemów AI zdolnych do bardziej samodzielnego wykonywania zadań. To kolejna warstwa obecnego boomu, bo AI przestaje być wyłącznie narzędziem odpowiadającym na pytania, a zaczyna działać jak cyfrowy pracownik wykonujący konkretne procesy. Nvidia nadal zajmuje pierwsze miejsce w tym wyścigu, ale na rynku procesorów silną pozycję mają także Intel i AMD. Nieprzypadkowo akcje obu tych spółek wzrosły w tym roku ponad dwukrotnie. Inwestorzy zaczęli dostrzegać, że wraz z rozwojem AI wartość będzie rozlewać się szerzej po całym rynku technologii obliczeniowych, a nie tylko po segmencie układów graficznych.
Kolejną falą może być fizyczna implementacja sztucznej inteligencji, czyli roboty, autonomiczne pojazdy, inteligentne maszyny i systemy działające w realnym świecie. To moment, w którym AI wychodzi z serwerowni, ekranów komputerów i aplikacji, a zaczyna trafiać do fabryk, magazynów, samochodów, szpitali czy urzędów. Dla Nvidii jest to ogromna szansa, ale także nowe wyzwanie. Im bardziej sztuczna inteligencja staje się technologią powszechną, tym więcej firm będzie próbowało przejąć część tego rynku. Dominacja w pierwszej fazie rewolucji AI nie musi automatycznie oznaczać równie silnej pozycji w każdej kolejnej fazie.
Ostrożniejsze podejście do AI widać także wśród polskich inwestorów indywidualnych. Po wielu kwartałach, w których sztuczna inteligencja była niemal synonimem wzrostu, nastroje zaczynają się wyraźnie chłodzić. Najnowszy raport eToro Puls Inwestora Indywidualnego pokazuje, że tylko 26 proc. Polaków oczekuje wzrostu cen akcji spółek związanych z AI w 2026 roku, podczas gdy jeszcze w I kwartale 2025 roku było to 33 proc. Co ważniejsze, po raz pierwszy więcej inwestorów spodziewa się spadków niż wzrostów w tym segmencie — odpowiednio 29 proc. wobec 26 proc. To istotna zmiana, szczególnie na tle globalnym, gdzie optymiści nadal mają przewagę. Podobne ochłodzenie widać w podejściu do największych amerykańskich spółek technologicznych. Obecnie 43 proc. polskich inwestorów uważa, że „Magnificent 7” poradzi sobie w 2026 roku lepiej niż szeroki rynek, podczas gdy na początku 2025 roku było to 52 proc.
W kontekście Nvidii oznacza to, że nawet bardzo dobre wyniki finansowe mogą już nie wystarczać do utrzymania jednoznacznie pozytywnej narracji. Rynek zaczyna zadawać trudniejsze pytania. Nie tylko o to, czy sztuczna inteligencja zmieni gospodarkę, bo co do tego inwestorzy mają coraz mniej wątpliwości. Kluczowe staje się pytanie, kto najwięcej na tej zmianie zarobi i czy obecne wyceny nie zakładają już zbyt dużej części przyszłego wzrostu. Nvidia nadal pozostaje w centrum rewolucji AI, ale inwestorzy coraz wyraźniej odróżniają wiarę w technologię od bezwarunkowej wiary w dalszy wzrost każdej spółki z nią związanej. A wraz z dojrzewaniem rynku sztucznej inteligencji kapitał może coraz częściej płynąć także do spółek dostarczających sieci, procesory, pamięci, energię, oprogramowanie, robotykę i infrastrukturę potrzebną do działania AI w realnej gospodarce.