Sankcje mogą doprowadzić jeszcze w tym roku do recesji

CEO Magazyn Polska

Wprowadzone przez USA i Unię Europejską sankcje jeszcze w tym roku mogą doprowadzić do recesji w Rosji. Na ewentualnym odwecie ucierpieć może jednak również druga strona, m.in. europejski sektor bankowy i koncerny samochodowe. W dłuższym terminie sankcje nałożone na inne kraje nie są zbyt skuteczne i nie doprowadzają do oczekiwanych zmian – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

USA, gdyby chciały, to są w stanie zepchnąć Rosję w recesję. Już obecne sankcje, o których zadecydowały Unia Europejska i USA, może jeszcze w tym roku, a już na pewno w przyszłym, powinny doprowadzić do recesji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński.

Sankcje obejmują m.in. embargo na broń i inne przedmioty dla rosyjskiego sektora obronnego, zakaz sprzedaży nowoczesnych technologii związanych z wydobyciem ropy naftowej. Ograniczają one rosyjskim państwowym bankom dostęp do rynków kapitałowych w Unii Europejskiej.

Zdaniem Kuczyńskiego najbardziej odczuje je rosyjski sektor energetyczny związany z wydobyciem ropy i gazu. Wywołanie turbulencji gospodarczych w Rosji może oznaczać jednak poważne problemy także dla nakładających sankcje. Ucierpieć może m.in. europejski sektor bankowy, który był źródłem kapitału dla rosyjskich instytucji finansowych. W najbliższych miesiącach banki rosyjskie będą miały do zrolowania dług o znacznej wartości.

Rzeczywiście banki pożyczyły sporo pieniędzy, jest to ponad 100 mld euro. Są dwie możliwości zrolowania tego długu: albo dostaną ten kapitał z chińskich lub hinduskich banków, raczej stawiałbym na tych pierwszych, albo Rosja zastosuje odwet za sankcje i powie, że nie będzie spłacać tych długów. Taka decyzja uderzyłaby w europejski sektor bankowy – mówi Piotr Kuczyński.

Odwetu za sankcje boją się również inne branże, m.in. sektor motoryzacyjny. Niemieckie koncerny ostrzegają przed ewentualnymi konsekwencjami utrudnień w eksporcie produktów do Rosji. Oszacowano, że zmniejszenie wymiany handlowej między dwoma krajami może doprowadzić do likwidacji 25 tys. miejsc pracy w Niemczech (dziś z wymianą handlową związanych jest 300 tys. miejsc pracy).

Można sobie wyobrazić, że Rosja w odwecie zrobi coś takiego, że nie będzie się opłacało importować europejskich samochodów, a azjatyckie będzie można, np. z Japonii czy z Korei. Wtedy jeszcze bardziej ucierpi gospodarka niemiecka – mówi główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

To z kolei może rykoszetem uderzyć w polską gospodarkę. Wprawdzie bezpośrednio sankcje nałożone na Kreml nie powinny zaszkodzić Polsce – polskie firmy nie pożyczały pieniędzy rosyjskim bankom, nie dostarczały uzbrojenia czy nowoczesnych technologii wydobywczych. Polska przez ścisłe powiązanie z gospodarką unijną będzie jednak pośrednio odczuwać zmniejszenie wymiany handlowej na linii UE–Rosja.

Jesteśmy na pierwszej linii frontu, jeżeli chodzi o odwet rosyjski, to jest jasne – mówi Piotr Kuczyński. – Byliśmy na czele tych, którzy domagali się sankcji, jesteśmy najbliżej Rosji i najłatwiej w nas uderzyć.

Pierwszym krokiem, a prawdopodobnie nie ostatnim – jak ocenia Kuczyński – jest wprowadzony 1 sierpnia zakaz importu polskich owoców i warzyw. Zdaniem analityka na razie nie jest to groźne, jednak kolejne ograniczenia dla polskiego eksportu mogą już zaszkodzić gospodarce.

Polska eksportuje do Rosji towary za około 10-11 mld dolarów rocznie, czyli ponad 30 mld złotych – 2 proc. PKB. Co prawda eksperci twierdzą, że Rosja na pewno nie nałoży embarga na przemysł elektromechaniczny i chemię, bo to jej samej by zaszkodziło. Z drugiej strony, jeżeli Rosja tak by rozumowała, to by w ogóle nie angażowała się we wschodniej Ukrainie, bo jej to szkodzi. Gdyby uderzyła w te sektory, to wtedy naprawdę bardzo byśmy to odczuli, na razie ten wpływ jest żaden – podkreśla Piotr Kuczyński.

Choć politycy europejscy podkreślają, że sankcje – mimo że mogą być bolesne też dla unijnej gospodarki – są jednak konieczne, to niektórzy analitycy wątpią w ich skuteczność. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego przykładem mogą być sankcje nakładane np. na Iran, Kubę czy Koreę Północną.

Wystarczy popatrzeć na te kraje i ocenić skuteczność sankcji. Te narody są przyduszone, ale co z tego? Dalej ci sami wodzowie, ten sam reżim, nic się nie zmienia. W Rosji jest podobnie – podsumowuje Piotr Kuczyński.

Owoce i warzywa tańsze nawet o połowę. Producenci narzekają na klęskę urodzaju

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny na rynku w Broniszach. Prawie wszystkie owoce i warzywa są tańsze niż przed rokiem. Wszystko przez wysoką podaż, której sprzyjały warunki pogodowe. To powoduje, że producenci nie są w stanie pokryć z zysków poniesionych kosztów. Sytuacji dodatkowo zaszkodzi wprowadzony przez Rosję zakaz importu prawie wszystkich owoców i warzyw z Polski.

 Ten rok jest dosyć korzystny pod względem produkcji sadowniczej, rolniczej i ogrodniczej. Były korzystne warunki atmosferyczne zimą, bardzo wcześnie zaczęła się wiosna. W związku z tym są duże dostawy warzyw i owoców – informuje Małgorzata Skoczewska, doradca ds. PR Warszawskiego Rolno-Spożywczego Rynku Hurtowego w Broniszach.

To, co cieszy konsumentów, martwi producentów, którzy ponoszą te same koszty bez względu na to, za ile uda im się sprzedać towar. A więcej niż rok temu jest prawie wszystkich owoców i warzyw.

– Jedynie czereśni i moreli, ze względu na to, że pojawiły się przymrozki w okresie kwitnienia, było mniej. Natomiast podaż pozostałych krajowych owoców, takich jak wiśnie, brzoskwinie, borówka amerykańska, jest bardzo duża – mówi Skoczewska.

Kilogram borówek amerykańskich kosztuje w hurcie od 10 do 12 zł, w ubiegłym roku o tej porze było podobnie. Czereśnie – ostatnie, późne odmiany są w hurcie droższe o ponad połowę w porównaniu z poziomami sprzed roku. Stosunkowo mocno trzymają się też ogórki gruntowe – rok temu były tańsze o ok. 20 proc.

O połowę tańsze są jednak na przykład krajowe brzoskwinie: za kilogram producenci biorą, w zależności od klasy owocu, od 1 do 3 zł, podobnie jest z wiśniami. Równie tanie są warzywa – papryka, cukinia, bakłażan czy cebula są o 20 do 50 proc. tańsze niż w ubiegłym roku.

Jak podkreśla Skoczewska, ten poziom cen jest nieopłacalny dla producentów.

– Niejednokrotnie koszty produkcji nie są pokrywane przez cenę sprzedaży hurtowej – mówi Skoczewska. – Jeżeli ziemniaki kosztują w ofercie hurtowej 6-8 zł za worek 15-kilogramowy, czyli 40 groszy za kilogram, to jak możemy mówić o opłacalności? Czerwona papryka, która w ofercie hurtowej na rynku w Broniszach sprzedawana jest po 4-5 zł za kilogram, w ubiegłym roku kosztowała 1 zł więcej. Bardzo tania jest fasola szparagowa  2-3 zł za kilogram. To są ceny nierzadko niepokrywające kosztów produkcji, nie mówiąc już o zysku producenta.

Tak niskie ceny to wynik dużej podaży w kraju – o tej porze roku występujących w Polsce owoców i warzyw nie sprowadza się z zagranicy, bo nie ma takiej potrzeby i byłoby to zupełnie nieopłacalne.

 Nie mówię o produktach, których Polska nie produkuje, czyli cytrusy, banany, arbuzy  te są sprowadzane przez cały rok. Natomiast w okresie głównym wegetacji dominują w ofercie hurtowej polskie owoce i warzywa – wyjaśnia rozmówczyni Newserii Biznes.

Dodatkowym bodźcem do obniżenia cen będzie zakaz wwozu do Rosji prawie wszystkich owoców i warzyw produkowanych w Polsce. Tym samym ich podaż na rynku będzie bowiem jeszcze większa.

Inwestycje w bitcoiny już tylko dla odważnych i ryzykantów

CEO Magazyn Polska

Niestabilny, nieuregulowany i wykorzystywany do nielegalnych transakcji – analitycy przestrzegają przed inwestowaniem w bitcoina. Łukasz Zembik z Forex-University ocenia, że bitcoiny nie mają przyszłości. W ubiegłym tygodniu Główny Inspektor Informacji Finansowej wszczął pierwsze postępowanie w sprawie prania brudnych pieniędzy przy pomocy tej kryptowaluty.

Przyszłość bitcoina jest dość wątpliwa przede wszystkim ze względu na brak regulacji. Można ją nazwać kryptowalutą. Już teraz bitcoin kojarzony jest z terroryzmem i środkiem służącym do prania brudnych pieniędzy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Zembik, specjalista Forex-University. ‒ Przestrzegamy przed inwestycjami w tę kryptowalutę, ponieważ jest ona bardzo niestabilna.

Bitcoiny to elektronicznie generowana waluta, którą tworzą użytkownicy podłączeni do specjalnej sieci za pomocą oprogramowania z otwartym źródłem. Nie stoi za nią żaden bank centralny, a waluta funkcjonuje jedynie jako elektroniczny kod. Ponieważ nie da się ustalić, kto jest właścicielem elektronicznego portfela bitcoinów, bardzo trudno jest ustalić tożsamość osób wykonujących transakcje tą walutą.

To rodzi problemy prawne. Jak podkreśla Zembik, bitcoiny mogą być wykorzystywane przez organizacje terrorystyczne i przestępcze, także do prania brudnych pieniędzy. Właśnie w tej sprawie pierwsze postępowanie wszczął w ubiegłym tygodniu Główny Inspektor Informacji Finansowej.

Zembik dodaje, że bitcoin nie tylko może być wykorzystywany do nielegalnych transakcji, lecz także jest zbyt zmienny, by mógł być traktowany jako inwestycja.

Świadczy o tym choćby końcówka 2013 roku, kiedy cena za jednego bitcoina powędrowała do 1200 dolarów, po czym nastąpiła drastyczna przecena. Nie możemy mówić o bitcoinie jako o aktywie pewnym, ponieważ występuje zbyt duża zmienność. Widzimy, że ten rynek jest mało efektywny i nie potrafi go w sposób rzetelny wycenić – podkreśla Zembik.

Bitcoinami handluje się na internetowych giełdach, gdzie można je kupić za tradycyjne waluty. Obecnie cena jednego bitcoina na jednej z największych giełd BitStamp oscyluje w okolicach 600 dolarów. Na takim poziomie utrzymuje się od czerwca. Jeszcze na początku roku wartość bitcoina na tej samej giełdzie przekraczała 900 dolarów, ale rok temu nie sięgała nawet 100 dolarów.

Zembik dodaje, że zmienność kursu wynika m.in. z braku realnego oparcia wartości waluty oraz nieuregulowania rynku. Wiele państw przygląda się jednak tej kryptowalucie, a w Tajlandii wszelkie transakcje w oparciu o bitcoiny zostały zakazane.

W tym momencie w Polsce nie ma żadnych regulacji porządkujących rynku bitcoina – podkreśla Zembik. ‒ Jeżeli ktoś ma wolne środki, lubi ryzyko i niepewność, to oczywiście nie można mu zabronić tego typu inwestycji. Ale podkreślam, że za tą kryptowalutą nie stoją żadne regulacje prawne, żadna wartość, tak jak w przypadku papierowego pieniądza.

Realny zysk z rocznej lokaty wynosi mniej niż 1 proc. Coraz mniej chętnych na depozyty

CEO Magazyn Polska

Polacy przestają inwestować w depozyty terminowe, bo przeciętna oferta nie pozwala zarobić w ciągu roku nawet 1 proc. Napływ nowych środków na lokaty był w czerwcu bliski zera. Wzrost wartości ulokowanych tam środków o 550 mln zł to głównie zasługa narastających odsetek. Z drugiej strony nie widać wzrostu zainteresowania bezpiecznymi funduszami inwestycyjnymi oraz detalicznymi obligacjami Skarbu Państwa.

Widać wyraźnie, że gospodarstwa domowe coraz mniej chętnie lokują środki na bankowych depozytach terminowych, czyli na lokatach. W czerwcu na lokatach przybyło około 550 mln, przy czym, jeśli uwzględnimy narastające odsetki od kończących się czy przedłużanych depozytów, to okazuje się, że wpłaty były wręcz symboliczne bądź wcale ich nie było. A tymczasem przez ostatnie 5-6 miesięcy widać było wyraźnie, że saldo lokat rosło każdego miesiąca o co najmniej 2 mld zł – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Sadrak, analityk Open Finance.

Coraz mniejsza popularność lokat wśród Polaków wynika ze spadającego realnego zysku netto (uwzględniającego inflację i podatek od zysków kapitałowych). Zapadające w styczniu 2014 r. 12-miesięczne lokaty miały średnią rentowność na poziomie ponad 3 proc., natomiast w czerwcu – o 1 pkt proc. mniej – wynika z obliczeń Open Finance. W rezultacie w krótkim terminie niektóre konta oszczędnościowe pozwalają zarobić więcej niż lokata.

Od stycznia obserwujemy spadek zainteresowania lokatami, to w pewien sposób jest spowodowane tym, że część klientów woli rachunki oszczędnościowe – wskazuje analityk.

Z dostępnych na rynku ofert oraz lipcowej projekcji inflacji NBP wynika, że rentowność lokat będzie w dalszym ciągu spadać. Ekonomiści NBP prognozują, że za rok średni poziom cen będzie wyższy o 1,3 proc. A zatem dostępne obecnie na rynku lokaty pozwolą osiągnąć średni realny zysk na poziomie 0,85 proc. w ciągu roku – twierdzą analitycy Open Finance. Według nich żaden bank nie oferuje obecnie depozytu terminowego, który pozwalałby zarobić realnie więcej niż 2 proc.

– Spadek zainteresowania lokatami wcale nie powoduje tego, że więcej pieniędzy płynie do funduszy, czy też rośnie sprzedaż obligacji skarbowych. Okazuje się, że w czerwcu tak samo mało pieniędzy trafiło na lokaty, jak do funduszy, nie mówiąc już o tym, że Polacy kupili niewiele obligacji skarbowych – ocenia Michał Sadrak.

Na rachunki detalicznych funduszy inwestycyjnych wpłynęło w tym czasie 0,5 mld zł, czyli niemal tyle samo, co wyniósł przyrost wartości lokat – wynika z danych Analiz Online i Open Finance. Warto podkreślić, że bezpieczne fundusze inwestycyjne już od III kwartału pozwalają zarobić więcej niż lokaty 3-miesięczne. Średnia kwartalna stopa zwrotu dla funduszy rynku pieniężnego wyniosła w II kwartale 2014 r. nieco ponad 1 proc., podczas gdy dla lokat 3M – niewiele ponad 0,5 proc.

Ryzyko inwestycyjne w przypadku funduszy rynku pieniężnego jest tylko nieznacznie większe, dlatego często są one traktowane jako substytut lokaty. Wartość środków na lokacie nie może ulec obniżeniu, tymczasem możliwe są niewielkie i okresowe spadki wyników funduszy, które inwestują w krótkoterminowe papiery wartościowe i gotówkę. Atrakcyjną alternatywą dla lokat mogą być także detaliczne obligacje skarbowe, choć i tu występuje ryzyko stopy procentowej.

Trudno powiedzieć, że klienci mimo wszystko wolą wybierać obligacje czy fundusze zamiast lokat, ponieważ to jednak na lokatach znajduje się znacznie więcej pieniędzy – ocenia analityk Open Finance.

Jak wynika z rankingu firmy, najlepiej ocenione fundusze rynku pieniężnego pozwoliły zarobić 15-17,7 proc. w okresie trzech lat, a te z końca stawki – 9-9,5 proc. Tymczasem realny zwrot z lokat był ujemny przez wiele miesięcy 2011 i 2012 r., kiedy inflacja przez 21 miesięcy pozostawała powyżej 3,5 proc. Z badań ekonomistów BGŻ wynika, że Polacy wciąż są przywiązani do lokat i przez 10 lat struktura lokowania oszczędności praktycznie się nie zmieniła. Nie zmienia tego fakt, że akcje i obligacje dają wyższe zyski w średnim i dłuższym terminie.

W tej chwili na depozytach w bankach jest około 556 mld zł, z czego 273 mld znajduje się właśnie na lokatach. Gdybyśmy to porównali do zadłużenia z tytułu obligacji, to okazuje się, że inwestorzy detaliczni nabyli niewiele ponad 9 mld obligacji. Natomiast jeśli chodzi o saldo aktywów funduszy inwestycyjnych detalicznych to jest to około 108 mld zł. Widać więc, że mimo wszystko depozyty królują – podsumowuje Sadrak.

Inżynierowie budownictwa chcą zyskać uprawnienia do wykonywania zawodu architekta

CEO Magazyn Polska

Od 10 sierpnia zwiększają się uprawnienia Izby Architektów. Samorząd zawodowy będzie nadzorował także osoby z ograniczonym prawem wykonywania zawodu architekta, jak choćby inżynierów budownictwa. Przedstawiciele architektów przestrzegają jednak przed deregulacją, która nadałaby tym osobom pełne uprawnienia projektowe. To po pierwsze mogłoby zwiększyć bezrobocie wśród architektów, a po drugie wpłynąć negatywnie m.in. na estetykę czy funkcjonalność budynków.

Deregulacja nie może polegać na tym, że jeden zawód uzyskuje uprawnienia do wykonywania innego zawodu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Gadomski, wiceprezes Krajowej Rady Izby Architektów RP. ‒ Inżynierowie liznęli trochę architektury na studiach, ale dla symetrii muszę powiedzieć, że architekci liznęli zasady konstrukcji budowlanej. To nie oznacza, że jesteśmy tożsamymi zawodami, my bez siebie nie istniejemy.

Do tej pory do Izby Architektów należeli architekci mający pełne, nieograniczone uprawnienia projektowe. Deregulacja umożliwi przynależność do Izby również osobom o ograniczonym prawie wykonywania zawodu architekta (które de facto reprezentują inny zawód, np. inżynierom budownictwa). To efekt podpisanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego 30 maja nowelizacji ustawy o samorządach zawodowych w ramach drugiej transzy deregulacyjnej. Równocześnie podpisana została nowelizacja Prawa budowlanego, która m.in. skraca o połowę wymiar praktyki projektowej i umożliwia zaliczenie praktyk studenckich jako część praktyk zawodowych.

Postulaty deregulacji idą dalej. Polska Izba Inżynierów Budownictwa postuluje, by umożliwić jej członkom nieograniczone wykonywanie zawodu architekta. Tymczasem wiceprezes Krajowej Rady Izby Architektów przestrzega, że choć inżynier budownictwa musi zagwarantować bezpieczeństwo konstrukcji, nie oznacza to, że jest w stanie poprawnie wykonywać projekty.

Inżynier budownictwa zajmuje się techniczną stroną budownictwa, fundamentowaniem, konstrukcjami, ich bezpieczeństwem oraz bezpieczeństwem ludzi, którzy te budynki użytkują. Architektura to są nie tylko techniczne zagadnienia, lecz także kulturotwórcze, krajobrazowe, urbanistyczne, architektoniczne, dotyczące formy, a także zagadnienia społeczne i prawne. Te wszystkie aspekty to jest zawód architekta, a tylko jeden z nich – ten techniczny – jest domeną także inżynierów budownictwa. Na tym polega różnica między nami – wyjaśnia Gadomski.

Podkreśla, że obydwa zawody są od siebie zależne, nie można jednak obydwu sprowadzać do roli budowlańca.

To tak jakby w ramach deregulacji pozwolić weterynarzom leczyć ludzi. Nie chodzi o dosłowność tego porównania, ale to też są dość bliskie sobie zawody, a jednak zupełnie odmienne ‒ mówi wiceprezes Krajowej Rady IARP.

Architekci są znacznie lepiej przygotowani do tego, by dbać o estetykę, a nie tylko o bezpieczeństwo konstrukcji. Gadomski podkreśla, że przedmioty związane z architekturą i urbanistyką, takie jak historia sztuki, malarstwo czy projektowanie krajobrazowe, to ponad 1000 godzin zajęć na studiach architektów, a tylko niecałe 100 godzin na studiach inżynierów budownictwa.

Gadomski ocenia, że sytuacja na rynku pracy nie jest dobra. Tylko ok. 30 proc. absolwentów architektury pracuje w zawodzie – wynika z danych Izby Architektów. Ponieważ samorząd inżynierów budownictwa jest znacznie liczniejszy (według Gadomskiego należy do niego ponad 100 tys. członków, a do Izby Architektów tylko 10-12 tys. osób), próby zyskania pełnych uprawnień nie dziwią.

Jest szpica zawodowa architektów, która wyrobiła już sobie markę, dlatego nie musi chwytać się każdego projektu, tylko potrafi stawiać warunki, ma swoją szkołę, wzór estetyczny i klienci muszą czasami czekać w kolejce, żeby się zapisać na projekt. Jest też oczywiście masa budownictwa popularnego, na którym konkurencja jest tak silna, że rynek jest bardzo ciasny, dlatego trudno naprawdę na nim dobrze funkcjonować – tłumaczy Gadomski. ‒ Katastrofą są zamówienia publiczne. Nacisk położony na najniższą cenę powoduje absolutną degradację pojęcia architekta.

 

100 000 zł odszkodowania za wypadek sprzed 15 lat

Kamil, 17to latek z Olsztyna nigdy nie poznał swoich rodziców. Matka chłopca zginęła w wypadku samochodowym w czerwcu 1999 roku. Ojciec bardzo podupadł na zdrowiu i nie mogąc pogodzić się ze stratą ukochanej żony, zmarł wkrótce potem na zawał serca. Kamil miał wówczas 2 lata i trafił pod opiekę dziadków. Całą prawdę poznał dopiero w 2010 roku.

W pogodną, czerwcową sobotę 1999 roku, matka chłopca jechała jako pasażerka w samochodzie prowadzonym przez jej brata. Rodzeństwo miało odebrać babcię Kamila ze szpitala, w którym ta leczyła się na nerki. Dopiero po kilku godzinach bezowocnego oczekiwania w szpitalnym holu do starszej kobiety dotarły tragiczne wieści. Prowadzony przez 34o latka Polonez z nieustalonych przyczyn zjechał do rowu, dachował i ostatecznie uderzył w przydrożne drzewo. Zarówno kierowca jak i pasażerka ponieśli śmierć na miejscu.

„Mama i tata są w niebie”

Ojciec osieroconego chłopca nie był w stanie unieść ciężaru tragedii. Nagła utrata ukochanej żony doprowadziła do załamania nerwowego, w wyniku czego mężczyzna bardzo podupadł na zdrowiu. Rzeczywistą opiekę nad chłopcem sprawowali jego dziadkowie oraz siostra zmarłego w wypadku rodzeństwa. Według relacji członków rodziny, ojciec nie był w stanie się zajmować Kamilem, gdyż jego widok przywoływał wspomnienia o tragicznie zmarłej żonie. Mężczyźnie zdarzało się płakać podczas opieki nad synem. Kwietniowego poranka 2000 roku, teściowej nie udało się go obudzić. Wezwane na miejsce pogotowie ratunkowe stwierdziło zgon w wyniku rozległego zawału serca.

Dramatyczny splot zdarzeń zmusił dziadków chłopca do przejęcia nad nim pełnej opieki. Z początku nie było większych problemów, jednak sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać w momencie gdy chłopiec poszedł do szkoły. Kiedy Kamil zauważył jak rodzice odbierają jego kolegów po lekcjach, po raz pierwszy zapytał babcię „czemu ja nie mam mamy i taty”. Kobieta zaprowadziła go wówczas na grób rodziców, tłumacząc że znajdują się w niebie. Całą prawdę o okolicznościach ich śmierci wyjawiła jednak dopiero w 2010 roku, 11 lat po tragedii.

Proces o odszkodowanie

Brak normalnego domu w znaczny sposób zakłócił prawidłowy rozwój chłopca. Miał problemy z nauką, konieczne były też kosztowne wizyty u logopedy. Dziadkowie utrzymywali się z emerytury i mieli coraz większy problem z zapewnieniem chłopcu środków niezbędnych do prawidłowego rozwoju. Przez długie lata nie zdawali sobie sprawę, że mogą w jego imieniu ubiegać się o odszkodowanie za śmierć córki. Ostatecznie zdecydowali się na to w sierpniu ubiegłego roku i wysłali do Ubezpieczyciela odpowiedzialnego za likwidację szkody pismo z roszczeniem zapłaty 100 000 zł z tytułu odszkodowania za śmierć matki dziecka.

Niestety Towarzystwo Ubezpieczeniowe odmówiło wypłaty jakichkolwiek środków, w związku z czym sprawa trafiła do Sądu. Linia obrony Ubezpieczyciela opierała się na fakcie, iż przed dn. 3 sierpnia 2008 nie obowiązywał art. 446 § 4 K.C., przewidujący możliwość przyznania zadośćuczynienia za doznaną krzywdę dla najbliższych członków rodziny zmarłego. Sędziego jednak nie przekonała ta argumentacja i nakazał firmie wypłatę 100 000 zł zadośćuczynienia dla chłopca. – Fakt, iż w dniu tragedii nie obowiązywał art. 446 § 4 K.C, nie oznacza, iż brak jest podstawy prawnej do dochodzenia zadośćuczynienia za śmierć osoby bliskiej, zmarłej przed 3 sierpnia 2008 – mówi mec. Joanna Smereczańska-Smulczyk z Kancelarii Radców Prawnych EuCO, która prowadziła sprawę Kamila. –Nie można bowiem pominąć art. 448 K.C., który może być podstawą do przyznania zadośćuczynienia w przypadku, gdy śmierć osoby bliskiej stanowi działanie naruszające dobra osobiste członków rodziny zmarłego – tłumaczy.

Firma ubezpieczeniowa postanowiła wnieść apelację, jednak Sąd drugiej instancji podzielił opinię poprzednika i wyrok pozostał niezmieniony, co oficjalnie ogłoszono w lutym tego roku.

Dane bohaterów tekstu zostały celowo zmienione.

Na polski rynek wchodzą trójdzielne pojemniki GLT. Rozwiązanie pozwala zaoszczędzić w transporcie zwrotnym 80% przestrzeni ładunkowej

GLT – TRIPAK to trójczęściowy pojemnik składający się z palety i pokrywy wykonanych z polietylenu wysokiej gęstości (HDPE) oraz obwoluty wykonanej z polipropylenowych płyt komorowych. Wytrzymałe opakowania wielorazowego użytku dostępne są w 8 standardowych rozmiarach palet i w dowolnej wysokości. Pojemniki wykonane w innowacyjnej technologii TWINSHEET pozwalają na przewóz towarów o zróżnicowanych gabarytach i masie sięgającej 1,5 t. W zależności od charakterystyki transportowanych produktów, pojemniki TRIPAK są wyposażane w systemy przegród wykonane z tekstyliów lub płyt polipropylenowych.

Cechami wyróżniającymi oferowany przez firmę Igopak produkt są uniwersalność oraz konstrukcja pozwalająca zmniejszyć wysokość rozpakowanego pojemnika do 20% pierwotnej wartości. Rozwiązanie pozwala więc zaoszczędzić 80% przestrzeni ładunkowej i przy dobrej organizacji procesów spedycyjnych może przełożyć się na znaczące korzyści finansowe.
Oficjalna prezentacja pojemników GLT a także innych rozwiązań transportowych dla branży automotive będzie miała miejsce na Międzynarodowych Targach Techniki Pakowania i Logistyki TAROPAK na przełomie września i października bieżącego roku. Pojemniki GLT są jednak dostępne w ofercie firmy Igopak już teraz.

Od 1 sierpnia nowa spółka dostarczy gaz 6,5 mln klientów. Ceny bez zmian, ale lepsza obsługa

Od 1 sierpnia dostarczaniem gazu kilku milionom polskich gospodarstw domowych zajmie się PGNiG Obrót Detaliczny – spółka specjalnie wydzielona z Grupy PGNiG. Nie będzie wzrostu cen, za to powinna poprawić się jakość obsługi klientów. Do tej pory jedna spółka PGNiG zajmowała się sprzedażą gazu zarówno wielkim odbiorcom przemysłowym, jak i gospodarstwom domowym. Zmiana pozwoli zwiększyć efektywność całej grupy PGNiG, a także ułatwi jej wejście na rynek energii elektrycznej.

Cel powołania spółki PGNiG Obrót Detaliczny jest istotny: to lepsza obsługa klientów. Dziś 6,5 mln klientów jest obsługiwanych przez główną spółkę PGNiG. Teraz powstanie takie biuro obsługi klienta, które będzie się mogło skupić tylko na obsłudze klienta detalicznego. To jest zupełnie inny klient niż ponad trzydziestu dużych klientów, którzy zostają w PGNiG – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

PGNiG Obrót Detaliczny będzie kupować gaz na giełdzie od spółki PGNiG, która w tym roku musi sprzedać co najmniej 40 proc. gazu poprzez giełdę (tzw. obligo gazowe). To wymóg państwowego regulatora, który dąży do liberalizacji rynku gazu. Choć takie rozwiązanie, polegające na wydzieleniu osobnej spółki, zwiększa w pewnym stopniu koszty transakcyjne, to daje także wymierne korzyści, polegające na specjalizacji spółek –  wskazuje Szczęśniak.

Powstają koszty transakcyjne, które oczywiście będą bardzo podwyższone przez obowiązkowy obrót gazem na giełdzie, ale to daje szansę na utworzenie lepszego, może bardziej płynnego specjalizowania się spółek w swoich funkcjach. PGNiG Obrót Detaliczny będzie wyspecjalizowana w sprzedaży i obsłudze klientów, natomiast korporacyjna spółka powinna zajmować się czymś innym, a nie obsługą milionów klientów gazu ziemnego – uważa ekspert.

PGNiG sprzedaje co roku blisko 15 mld metrów sześciennych gazu ziemnego, z czego około 8,5 mld dostarcza klientom detalicznym. Reszta trafia do dużych odbiorców przemysłowych, na czele z zakładami azotowymi w Tarnowie i Puławach, które odpowiadają za blisko 1/5 zużycia gazu w Polsce.

Zmiany w strukturze organizacyjnej PGNiG prawdopodobnie zwiększą koszty w krótkim terminie, jednak w dłuższym pozwolą poprawić efektywność całej grupy kapitałowej. Andrzej Szczęśniak podkreśla jednak, że te koszty są i tak nie do uniknięcia, gdyż wynikają wprost z regulacji. Klienci nie muszą się jednak obawiać wzrostu rachunków za gaz w najbliższym czasie. Sama zmiana sprzedającego – z PGNiG na PGNiG Obrót Detaliczny – nie będzie w ogóle odczuwalna przez odbiorców, ponieważ dzięki nowelizacji prawa energetycznego zostaną oni automatycznie klientami nowej spółki.

1 sierpnia klient dostanie praktycznie ten sam rachunek, tylko że jednostką nie będzie już metr sześcienny, a kilowatogodzina jako podstawowy element rozliczeniowy. Dzięki temu klient będzie mógł sobie to porównać na przykład z rachunkiem za energię elektryczną, która też jest rozliczana w kilowatogodzinach – wskazuje Szczęśniak.

W dłuższej perspektywie gospodarstwa domowe muszą się liczyć z podwyżkami cen gazu, ponieważ marże w tym segmencie są niewielkie. Dalsze otwieranie rynku gazu będzie zwiększać presję konkurencyjną, a zatem i presję na osiągnięcie odpowiedniej rentowności sprzedaży. Z wypowiedzi członków zarządu PGNiG wynika, że ewentualne obniżki cen gazu są możliwe jedynie wtedy, gdy uda się wynegocjować korzystniejszą ofertę z Gazpromem.

PGNiG Obrót Detaliczny otwiera także możliwość sprawnego wejścia na rynek detaliczny energii elektrycznej. Wykorzystując efekty skali oraz korzyści związane ze posiadaniem oferty multi-utility (wieloproduktowej), spółka ma szansę pozyskać część z 6,5 mln klientów, którzy obecnie kupują od niej gaz. Prezes PGNiG Mariusz Zawisza nie wykluczył wejścia na rynek energii elektrycznej, a także sprzedaży innych usług.

Dla klienta będzie to przede wszystkim podwyższenie standardów obsługi, konkurencja ceną między firmami, chociaż nie przesadzałbym z oczekiwaniami obniżek, ponieważ cena energii czy gazu to jest głównie cena surowca, a nie marketing. W związku z tym dużych upustów nie będzie, ale jest szansa na to, że klient zamiast dwóch rachunków będzie dostawał jeden i że oferenci będą się o niego bardziej starać – twierdzi Andrzej Szczęśniak.

Rosnąca konkurencja na rynku energii wynika także z tego, że koncerny wytwarzające i handlujące energią elektryczną coraz częściej poszerzają swoją ofertę o gaz. Przeliczanie rachunków za zużycie błękitnego paliwa na kilowatogodziny zwiększy przejrzystość rynku energii, gdyż pozwoli odbiorcom na łatwe porównywanie cen. To także będzie sprzyjało wzrostowi konkurencji, na której skorzystają klienci.

Polskie koncerny energetyczne wchodzą na rynek gazu, dzisiaj jeszcze powoli i ostrożnie. Wchodzą też z ofertą sprzedaży kilku produktów energetycznych. Ten rynek będzie się rozwijał, w zachodnich państwach dominujące firmy mają w swoim portfolio ofert różne źródła energii dla klientów – podkreśla Szczęśniak.

Od dziś nowa spółka dostarczy gaz 6,5 mln klientów. Ceny bez zmian, ale lepsza obsługa

Od 1 sierpnia dostarczaniem gazu kilku milionom polskich gospodarstw domowych zajmie się PGNiG Obrót Detaliczny – spółka specjalnie wydzielona z Grupy PGNiG. Nie będzie wzrostu cen, za to powinna poprawić się jakość obsługi klientów. Do tej pory jedna spółka PGNiG zajmowała się sprzedażą gazu zarówno wielkim odbiorcom przemysłowym, jak i gospodarstwom domowym. Zmiana pozwoli zwiększyć efektywność całej grupy PGNiG, a także ułatwi jej wejście na rynek energii elektrycznej.

Cel powołania spółki PGNiG Obrót Detaliczny jest istotny: to lepsza obsługa klientów. Dziś 6,5 mln klientów jest obsługiwanych przez główną spółkę PGNiG. Teraz powstanie takie biuro obsługi klienta, które będzie się mogło skupić tylko na obsłudze klienta detalicznego. To jest zupełnie inny klient niż ponad trzydziestu dużych klientów, którzy zostają w PGNiG – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

PGNiG Obrót Detaliczny będzie kupować gaz na giełdzie od spółki PGNiG, która w tym roku musi sprzedać co najmniej 40 proc. gazu poprzez giełdę (tzw. obligo gazowe). To wymóg państwowego regulatora, który dąży do liberalizacji rynku gazu. Choć takie rozwiązanie, polegające na wydzieleniu osobnej spółki, zwiększa w pewnym stopniu koszty transakcyjne, to daje także wymierne korzyści, polegające na specjalizacji spółek –  wskazuje Szczęśniak.

Powstają koszty transakcyjne, które oczywiście będą bardzo podwyższone przez obowiązkowy obrót gazem na giełdzie, ale to daje szansę na utworzenie lepszego, może bardziej płynnego specjalizowania się spółek w swoich funkcjach. PGNiG Obrót Detaliczny będzie wyspecjalizowana w sprzedaży i obsłudze klientów, natomiast korporacyjna spółka powinna zajmować się czymś innym, a nie obsługą milionów klientów gazu ziemnego – uważa ekspert.

PGNiG sprzedaje co roku blisko 15 mld metrów sześciennych gazu ziemnego, z czego około 8,5 mld dostarcza klientom detalicznym. Reszta trafia do dużych odbiorców przemysłowych, na czele z zakładami azotowymi w Tarnowie i Puławach, które odpowiadają za blisko 1/5 zużycia gazu w Polsce.

Zmiany w strukturze organizacyjnej PGNiG prawdopodobnie zwiększą koszty w krótkim terminie, jednak w dłuższym pozwolą poprawić efektywność całej grupy kapitałowej. Andrzej Szczęśniak podkreśla jednak, że te koszty są i tak nie do uniknięcia, gdyż wynikają wprost z regulacji. Klienci nie muszą się jednak obawiać wzrostu rachunków za gaz w najbliższym czasie. Sama zmiana sprzedającego – z PGNiG na PGNiG Obrót Detaliczny – nie będzie w ogóle odczuwalna przez odbiorców, ponieważ dzięki nowelizacji prawa energetycznego zostaną oni automatycznie klientami nowej spółki.

1 sierpnia klient dostanie praktycznie ten sam rachunek, tylko że jednostką nie będzie już metr sześcienny, a kilowatogodzina jako podstawowy element rozliczeniowy. Dzięki temu klient będzie mógł sobie to porównać na przykład z rachunkiem za energię elektryczną, która też jest rozliczana w kilowatogodzinach – wskazuje Szczęśniak.

W dłuższej perspektywie gospodarstwa domowe muszą się liczyć z podwyżkami cen gazu, ponieważ marże w tym segmencie są niewielkie. Dalsze otwieranie rynku gazu będzie zwiększać presję konkurencyjną, a zatem i presję na osiągnięcie odpowiedniej rentowności sprzedaży. Z wypowiedzi członków zarządu PGNiG wynika, że ewentualne obniżki cen gazu są możliwe jedynie wtedy, gdy uda się wynegocjować korzystniejszą ofertę z Gazpromem.

PGNiG Obrót Detaliczny otwiera także możliwość sprawnego wejścia na rynek detaliczny energii elektrycznej. Wykorzystując efekty skali oraz korzyści związane ze posiadaniem oferty multi-utility (wieloproduktowej), spółka ma szansę pozyskać część z 6,5 mln klientów, którzy obecnie kupują od niej gaz. Prezes PGNiG Mariusz Zawisza nie wykluczył wejścia na rynek energii elektrycznej, a także sprzedaży innych usług.

Dla klienta będzie to przede wszystkim podwyższenie standardów obsługi, konkurencja ceną między firmami, chociaż nie przesadzałbym z oczekiwaniami obniżek, ponieważ cena energii czy gazu to jest głównie cena surowca, a nie marketing. W związku z tym dużych upustów nie będzie, ale jest szansa na to, że klient zamiast dwóch rachunków będzie dostawał jeden i że oferenci będą się o niego bardziej starać – twierdzi Andrzej Szczęśniak.

Rosnąca konkurencja na rynku energii wynika także z tego, że koncerny wytwarzające i handlujące energią elektryczną coraz częściej poszerzają swoją ofertę o gaz. Przeliczanie rachunków za zużycie błękitnego paliwa na kilowatogodziny zwiększy przejrzystość rynku energii, gdyż pozwoli odbiorcom na łatwe porównywanie cen. To także będzie sprzyjało wzrostowi konkurencji, na której skorzystają klienci.

Polskie koncerny energetyczne wchodzą na rynek gazu, dzisiaj jeszcze powoli i ostrożnie. Wchodzą też z ofertą sprzedaży kilku produktów energetycznych. Ten rynek będzie się rozwijał, w zachodnich państwach dominujące firmy mają w swoim portfolio ofert różne źródła energii dla klientów – podkreśla Szczęśniak.

Resort nauki jesienią uruchomi programy wspierające kreatywność uczniów, nauczycieli i studentów

Jesienią ruszają dwa programy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które mają zacieśnić współpracę uczelni ze szkołami średnimi oraz pobudzić kreatywność i innowacyjność wśród uczniów na wszystkich poziomach kształcenia. Budżet obu programów to 4,5 mln zł. Uczelnie mogą składać wnioski do końca września.

Pierwszy program to Uniwersytet Młodych Wynalazców. Ma pozwolić nauczycielom i uczniom gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych bliżej współpracować z uczelniami – prowadzić wspólne projekty naukowe oraz korzystać z bibliotek uniwersyteckich i laboratoriów.

 Często profesorowie filozofii narzekają, że mają mało zajęć i jest mało zainteresowanych. Niech otworzą uniwersytety i swoje wydziały na uczniów liceów – mówi Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Mamy nadzieję, że studenci, którzy liznęli wiedzy uniwersyteckiej jeszcze w szkołach średnich, będą bardziej twórczy i kreatywni.

Budżet tego programu to 2 mln zł. Wybranych zostanie 40 uczelni, a więc do każdej z nich trafi maksymalnie 50 tys. zł. Ten program na razie ma potrwać rok.

Drugi z uruchamianych jesienią programów to Akademickie Centra Kreatywności. Jest to część programu Kreatywny Uczeń-Student-Obywatel, który ma zmienić sposób nauczania w szkołach. Jest skierowany do przyszłych nauczycieli.

 Z jednej strony chcemy wprowadzić go tam, gdzie się uczy nauczycieli eksperymentalnych sposobów uczenia – tłumaczy minister. – Uczelnie muszą zaprezentować nowe, inne sposoby uczenia w szkołach, a potem je sprawdzić w tych szkołach, zobaczyć, jak się je stosuje i jak dzieci na nie reagują. Mamy nadzieję, że to będzie zaczyn nowego, innego, bardziej nowatorskiego podejścia do nauczania, żeby nie było ono sztampowe i techniczne.

Pula środków w tym programie to 2,5 mln zł, do każdej uczelni trafić może do 250 tys. zł. Także jest przewidziany na nadchodzący rok akademicki.

Oba programy zostały stworzone we współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Współfinansowane są z funduszy europejskich – z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Jak zaznaczyła rozmówczyni, to nie jedyne programy ministerstwa.

 Mamy kilkanaście programów wspierających studentów. To są z jednej strony nagrody, z drugiej strony możliwości wyjazdu, jak na przykład Top 500, do Doliny Krzemowej, by przyglądać się jak funkcjonują firmy amerykańskie – mówi Kolarska-Bobińska. – Generacja Przyszłości to są pieniądze na uczestnictwo w konkursach międzynarodowych, na prowadzenie własnych badań, na własne pomysły.

Minister dodaje, że ideą tych programów jest zniesienie barier organizacyjnych dla młodych naukowców, którzy mają wiele innowacyjnych pomysłów, ale nie byli do tej pory w stanie sfinansować zaprezentowania ich na forum innych uczelni, w tym zagranicznych.

Chilijska gospodarka atrakcyjna dla polskich firm, przede wszystkim branża górnicza i infrastruktura

Przemysł wydobywczy jest jednym z najważniejszych obszarów współpracy między Polską a Chile. Duże możliwości jej intensyfikacji daje uruchomiona w tym tygodniu przez KGHM produkcja miedzi w kopalni Sierra Gorda. Poza górnictwem współpraca rozwinąć może się także w branży chemicznej i spożywczej. Polskich eksporterów wspiera resortu skarbu państwa.

Szanse dla polskich przedsiębiorców w Chile stwarza przede wszystkim górnictwo ‒ to dominujący sektor chilijskiej gospodarki. Zgodnie z danymi Banku Centralnego Chile w 2013 r. górnictwo miało ponad 11 proc. udziału w PKB i stanowiło ponad 49 proc. całego eksportu, przynosząc krajowi 44 mld dolarów. Dominującym surowcem jest miedź.

W tym sektorze działa przede wszystkim KGHM. Wartość inwestycji w Sierra Gorda, największej polskiej zagranicznej inwestycji w historii, wyniesie 4 mld dolarów. W tym tygodniu KGHM rozpoczął przerób miedzi na koncentrat miedzi w zakładzie przeróbczym w Chile.

Na obecności koncernu w tym kraju skorzystać mogą inni polscy przedsiębiorcy. Mogą oni liczyć na wsparcie ze strony Ministerstwa Skarbu Państwa, ale jedynie wtedy, gdy sami wykażą się inicjatywą.

Jestem przekonany, że KGHM jest swoistą przepustką do tego kraju. Przy potencjale, jaki ma KGHM zapraszający polskich przedsiębiorców do współpracy, inni również nawiążą kolejne formy współpracy – prognozuje Zdzisław Gawlik, wiceminister skarbu państwa. ‒ Minister Skarbu Państwa będzie wychodził naprzeciw propozycjom, które pojawią się z zarządów spółek. Nie chciałbym, żeby było tak, że pomysł przychodził zza jakiegoś biurka, oczekuję ich od zarządów spółek.

Alfredo Garcia Castelblanco, ambasador Chile w Polsce, podkreśla, że sukces KGHM-u może stać się zachętą dla kolejnych inwestorów z Polski. Dodaje, że rząd w Santiago chce przyciągać nowe spółki nie tylko w obszarze górnictwa i innych już sprawdzonych sektorów, lecz także szukać zupełnie nowych.

Jedna z możliwości wiąże się z sektorem wydobywczym, bo Chile to kraj górniczy. Rozwija się też u nas rynek owoców morza i rolnictwo. To obszar, którym polscy inwestorzy w Chile mogą się zainteresować. Poza tym perspektywiczna jest infrastruktura, ale nie tylko drogi, porty i lotniska. Mamy dobry sektor infrastruktury technologicznej i spodziewamy się polskich inwestycji w wysoko rozwiniętą technologię. Patrzymy również na sektor energetyczny, w którym polskie firmy rozwinęły technologie i mogą ją wdrożyć w Chile z dużym sukcesem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ambasador Chile w Polsce.

Liczy, że dzięki inwestycjom nie tylko utrzymany zostanie wzrost gospodarczy Chile, który według Banku Światowego wyniósł w latach 2010‒13 średnio 5,3 proc., lecz także powstaną nowe miejsca pracy dla Chilijczyków. Inwestorzy mogą z kolei liczyć na dobre zwroty z inwestycji, co sprawia, że kraj ten staje się bardzo atrakcyjny. Zgodnie z danymi Banku Światowego w 2013 r. wartość netto bezpośrednich inwestycji zagranicznych w tym kraju przekroczyła 20 mld dolarów. To wprawdzie mniej niż rekordowe ponad 30 mld dolarów rok wcześniej, ale niemal trzykrotnie więcej niż jeszcze w 2005 r.

Rośnie także wymiana handlowa między Polską a Chile. Wartość eksportu z Chile do Polski, według danych przedstawionych na Polsko-Chilijskim Seminarium Inwestycyjnym, wynosi 258 mln dolarów, a z naszego kraju do Chile trafiło ponad 94 mln dolarów towarów i usług. Do Polski trafiają głównie owoce morza, warzywa i wino z Chile.

Problemem jest duża odległość i pewne różnice kulturowe. Natomiast wydaje mi się, że przy polskich inwestycjach, przy polskim wsparciu biznesu, to wszystko są wyzwania, które można spokojnie pokonać – przekonuje Aleksandra Piątkowska, ambasador Polski w Chile. ‒ Barier gospodarczych nie mamy na szczęście za dużo. To są bardziej kwestie zmiany pewnej mentalności w działalności obydwu stron.

Piątkowska dodaje, że barier w handlu i inwestycjach pomiędzy Polską a Chile niemal nie ma. Nie ma też przeszkód wizerunkowych.

Oczywiście Polska nie jest znanym krajem w Chile. Staramy się przede wszystkim pokazywać Polskę dynamiczną, nowoczesną, ze świetną gospodarką, która dobrze sobie poradziła w kryzysie europejskim. To się Chilijczykom podoba. Drugim elementem jest promocja kultury. Kładziemy nacisk na pewne osobistości, które są w Chile już znane, takie jak Ignacy Domeyko, Jan Paweł II, Lech Wałęsa, ruch „Solidarności” – tłumaczy Piątkowska.

Przekonuje, że perspektywy współpracy gospodarczej Chile i Polski są bardzo dobre, a po uruchomieniu wydobycia przez KGHM w kopalni Sierra Gorda będą jeszcze lepsze.

Spłacalność krótkoterminowych pożyczek lepsza niż kredytów bankowych i pożyczek w SKOK-ach

Średnia kwota pożyczki jest blisko osiem razy niższa niż kredytu konsumpcyjnego. Niskie kwoty pożyczane klientom i dobra ocena ryzyka powodują, że odsetek niespłacanych pożyczek wynosi ok. 10 proc. i jest nieco niższy niż w bankach. Dla części klientów firmy pożyczkowe to jedyne źródło, z którego mogą pozyskać środki na potrzebne wydatki. Dla innych to wybór, bo cenią szybkość i minimum formalności.

Tradycyjne firmy pożyczkowe sprzedają około 3-3,5 mld złotych pożyczek rocznie. Wbrew faktom, budzi to bardzo dużo niepokojów dotyczących zadłużenia klientów. Jednocześnie jest to wielkość w granicach 2 proc. kredytów konsumpcyjnych, których udzielają banki. KNF w ostatnim raporcie po raz kolejny stwierdził, że występuje dosyć duża demonizacja tego rynku, ponieważ ma on marginalny wpływ na rynek i jest komplementarny wobec sektora bankowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbyszko Pawlak, dyrektor generalny Everest Finanse, firmy oferującej produkty finansowe pod marką Bocian Pożyczki.

Szybki wzrost rynku pożyczek na razie nie przekłada się na wzrost ryzyka w postaci niespłacanych zobowiązań klientów. Everest Finanse rozwija się w tempie 20-30 proc. rocznie, ale jak wskazuje Pawlak, odsetek niespłacanych pożyczek pozostaje poniżej 10 proc. Z danych Związku Firm Pożyczkowych z grudnia ubiegłego roku wynika, że wskaźnik niespłacanych pożyczek w firmach pożyczkowych to ok. 11-13 proc. W bankach odsetek ten wynosi dziś nieco ponad 14 proc., a jeszcze rok temu było to 17 proc. – wskazuje analiza Open Finance po pierwszych pięciu miesiącach roku.

W kontekście rezerw budowanych przez sektor bankowy, które są zawsze na poziomie kilkunastu procent, nie mówiąc już o SKOK-ach, w których, utracone kredyty stanowią 30 proc. udzielonych, jest to najzdrowsza część rynku kredytowego – twierdzi dyrektor generalny Everest Finanse.

Większość firm działających na rynku pożyczek krótkoterminowych (do 30 dni) oferuje kwoty od 100 do 3500 zł. Jak podkreślają ich przedstawiciele, to dzięki niskiej średniej wartości pożyczki i właściwej ocenie ryzyka nie ma problemów z ich spłacalnością.

Dla porównania można powiedzieć, że jeżeli średnia wartość kredytu konsumpcyjnego, z wyłączeniem hipotecznych, w sektorze bankowym wynosi 8-8,5 tys., to w tej branży jego wartość jest w granicach 100-1200 zł. W związku z tym, nawet jeżeli klient ma jakieś przejściowe kłopoty ze spłacalnością pożyczki, nie powoduje to rujnowania budżetu domowego, a odroczenie spłaty w czasie nie będzie dla żadnej ze stron bardzo kłopotliwe – uważa Pawlak.

Szybki rozwój rynku pożyczek ma wiele przyczyn. Dla części klientów jest to jedyny sposób na pokrycie np. nieprzewidzianych wydatków, bo nie mają oni zdolności kredytowej w ocenie banków. Dotyczy to zwłaszcza osób pracujących na umowach o dzieło lub zlecenie, które są postrzegane przez banki jako zbyt ryzykowne źródło dochodów.

Nie bez znaczenia jest też to, że stopień ubankowienia Polaków jeszcze nie jest zbyt wysoki. Tylko 68 proc. Polaków ma rachunek bankowy, w związku z czym nie mogą się tam udać po kredyt – wskazuje dyrektor Everest Finanse.

Często jednak pożyczki nie są substytutem kredytów bankowych, bo ze względu na mniejsze kwoty służą innym celom. Jednocześnie bankom nie opłaca się pożyczać kwot rzędu 500 zł, choć część z nich walczy o klientów, oferując kredyty na dowolne wydatki z szybką oceną wniosku. Według Pawlaka dla klientów pożyczek istotne znaczenie ma właśnie szybkość jej otrzymania oraz minimum formalności.

Klienci wybierają nas dla wygody, ponieważ to my do nich przychodzimy. Nie muszą szukać żadnej dokumentacji, nie muszą iść do banku dwa razy, trzy, pięć razy, bo zwykle nie jest prawdą, że kredyt można otrzymać w banku w pięć minut – uważa Zbyszko Pawlak.

Ze względu na wygodę i szybkość dynamicznie rozwija się także segment pożyczek przez internet.

Zdaniem Pawlaka obecne na rynku firmy raczej nie konkurują między sobą kosztami udzielanych pożyczek. Powodem jest istniejący limit wysokości oprocentowania na poziomie czterokrotności stopy lombardowej NBP. Trwają jednak prace nad ustawą, która ureguluje rynek pożyczek i ustanowi limit wysokości całkowitych kosztów pożyczki na poziomie 30 proc. Według ustawodawców pozwoli to ograniczyć wykorzystywanie opłat i prowizji do omijania limitu związanego z oprocentowaniem.

W związku z regulacjami wszyscy zmierzają do tego maksimum, które jest wyznaczone przez prawo. Konkurują ze sobą poziomem serwisu klienta, dbając o to, aby klient pożyczkę miał dostarczoną szybko i w wygodny sposób – uważa Zbyszko Pawlak.

OFE zadowolone z liczby deklaracji. Fundusze liczą teraz na korzystny wyrok Trybunału Konstytucyjnego

0

Sceptycy zakładali, że w OFE pozostanie jedynie garstka ludzi. Dzisiaj wiadomo, że fundusze wybrało około 1,5 mln osób, a więc branża – przynajmniej na razie – uniknie upadku. W dalszej perspektywie los OFE będzie zależał od decyzji przyszłych rządów oraz wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zbada m.in. zakaz reklamy oraz narzucone limity inwestycyjne. Korzystne rozstrzygnięcie w TK ułatwi funduszom efektywne inwestowanie, a w konsekwencji walkę o dotychczasowych i nowych klientów, którzy mogą napłynąć już za dwa lata.

Dzisiaj już wiemy, że ponad 1,3 mln osób zapisało się do OFE, ale jeszcze wszystkie oświadczenia nie spłynęły. Tego, ile konkretnie osób zdecydowało się pozostać w funduszach emerytalnych, dowiemy się na początku sierpnia. To nie jest zły wynik, biorąc pod uwagę zakaz reklamy, który obowiązywał otwarte fundusze emerytalne, i bardzo znikome informacje po stronie rządowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych.

Szacunki ZUS oraz analityków wskazują, że liczba klientów OFE wyniesie ok. 1,5 mln. To oznacza, że w II filarze pozostanie niecałe 10 proc. z blisko 16,7 mln ubezpieczonych, którzy mogli pozostawić część składki w funduszach. Co więcej pewna część z 1,5 mln będzie przez krótki czas odprowadzać składki do OFE, ponieważ ze względu na tzw. suwak ich pieniądze będą na 10 lat przed przejściem na emeryturę stopniowo przesuwane na pokrycie zobowiązań w ZUS. Część przedstawicieli OFE twierdzi jednak, że takich osób jest niewiele, ponieważ dominują osoby w wieku do 45 lat.

Nie mamy jeszcze pełnego obrazu, ale rzeczywiście możemy powiedzieć, że to byli przede wszystkim klienci świadomi, osoby z trochę lepszym wykształceniem, które pozyskiwały informacje na temat ZUS, OFE oraz konsekwencji podjęcia swojej decyzji. Zazwyczaj są to też osoby, które mają trochę lepsze zarobki – uważa Rusewicz.

Część analityków szacuje, że osoba wybierająca OFE odprowadza przeciętnie o 33 proc. wyższe składki w porównaniu do zwolennika ZUS. PTE nie mają jednak wątpliwości: nawet jeśli OFE wybierała zamożniejsza część z 16,7 mln ubezpieczonych, to i tak nie skompensuje to ubytku całkowitej liczby klientów.

Zdecydowanie mniej składek będzie płynęło w stosunku do 2013 roku i to będzie miało swoje konsekwencje dla rynku kapitałowego, a w długiej perspektywie również dla gospodarki. Przede wszystkim OFE będą miały mniej pieniędzy, aby móc inwestować na giełdzie i aby móc inwestować w rozwój polskich spółek – mówi prezes IGTE.

Inwestorzy na GPW prawdopodobnie już znacznie wcześniej uwzględnili taki scenariusz w swoich decyzjach, dlatego giełda nie powinna reagować na informacje dotyczące zapisów do OFE. To może mieć jeszcze znaczenie w przypadku niektórych spółek, gdzie OFE stanowią dużą część akcjonariatu i istnieje ryzyko, że będą musiały zmniejszyć swoje zaangażowanie bardziej, niż wcześniej prognozował rynek.

O ile rynek kapitałowy odczuł już mocno zmiany w systemie emerytalnym, to na rynku samych OFE dopiero odcisną one piętno. Na razie PTE czekają na ostateczne potwierdzenie, ilu będą mieć klientów i na jakie wpływy ze składek mogą liczyć. Rusewicz potwierdza, że konsolidacja rynku funduszy emerytalnych jest prawdopodobna. Zdaniem ekspertów, fuzje czekają najmniejsze OFE, które nie będą wystarczająco rentowne przy tej skali działalności.

Patrząc na doświadczenia od momentu wejścia w życie nowego systemu emerytalnego, mniej więcej o połowę zmniejszyła się liczba otwartych funduszy emerytalnych. Można w związku z tym domniemywać, że ta liczba też będzie się w miarę upływu czasu zmniejszać – ocenia Rusewicz.

OFE muszą przystosować się do nowego otoczenia także ze względu na limity dotyczące aktywów, które mogą nabywać. Do końca tego roku są one zobligowane do posiadania portfeli inwestycyjnych, w których akcje stanowią aż 75 proc. To naraża fundusze emerytalne – które z definicji powinny być bezpieczne i dbać o wartość powierzonych środków – na duże wahania wartości ich aktywów. Ryzyko wzrosło znacznie po tym, jak rząd zakazał nabywania papierów skarbowych i de facto znacjonalizował ponad 120 mld zł w postaci posiadanych już obligacji.

W kolejnym roku OFE  będzie mogło zróżnicować swoje inwestycje, tylko 50 proc. będzie musiało inwestować w akcje. Pozostałą część oszczędności będą mogły inwestować bezpieczniej, czyli na przykład w obligacje korporacyjne, listy zastawne, w jakieś długoterminowe inwestycje, które będą mniej ryzykowne niż akcje – wymienia Małgorzata Rusewicz.

Od sierpnia br. do końca 2015 roku dla OFE zostanie zniesiony zakaz reklamy, który wprowadziła nowelizacja ustawy. W praktyce od stycznia br. fundusze nie mogły na bieżąco informować klientów o swoich wynikach inwestycyjnych oraz porównywać stóp zwrotu do np. indeksów giełdowych czy waloryzacji w ZUS. To będzie miało szczególne znacznie w momencie, gdy Polacy ponownie za dwa lata będą wybierali między pozostawieniem części składki w OFE lub ZUS.

Otwartym pytaniem pozostaje to, co zdecyduje Trybunał Konstytucyjny, ponieważ prezydent zgłosił wniosek do Trybunału o uznanie zakazu reklamy za niekonstytucyjny. Możliwe, że nie tylko do końca 2015 roku, lecz także w kolejnych latach i kolejnych okienkach transferowych OFE będą mogły się reklamować  – mówi prezes IGTE.

Od dziś nowe zasady wypłaty świadczeń za odbycie ćwiczeń wojskowych przez pracownika

Dziś wchodzi w życie nowelizacja ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP. Jedna z głównych zmian zakłada, że pracodawca będzie miał 90, a nie jak dotychczas 30 dni, na to, by zwrócić się o rekompensatę kosztów poniesionych w czasie, gdy pracownik przebywał na ćwiczeniach wojskowych w ramach Narodowych Sił Rezerwowych.

Nowe przepisy wprowadzają korzystniejsze zasady wypłaty rekompensat dla pracodawców. Został wydłużony czas, w którym mogą oni ubiegać się o rekompensatę od wojska za pracownika – członka Narodowych Sił Rezerwowych, który został powołany na ćwiczenia wojskowe lub okresową służbę wojskową. Chodzi m.in. o zwrot kosztów poniesionych z tytułu zatrudnienia zastępcy za pracownika. Teraz pracodawca będzie mieć na to nie 30, a 90 dni od dnia zwolnienia żołnierza z ćwiczeń lub z pełnienia okresowej służby wojskowej. Prostsze stają się również procedury.

Pracodawca może złożyć stosowne dokumenty do szefa sztabu wojskowego właściwego dla siedziby pracodawcy. Dotychczas był to szef wojewódzkiego sztabu wojskowego właściwy dla siedziby jednostki, w której jest powołany pracownik – wyjaśnia Anna Kobacka, ekspert podatkowy w dziale doradztwa podatkowego, w zespole ds. PIT KPMG w Polsce.

Pracodawcy łatwiej zaplanują zastępstwo za powołanego pracownika, bo komendanci wojskowi będą mieli obowiązek informować ich o terminach zaplanowanych ćwiczeń i ich ewentualnych zmianach. Wyjątkiem będzie sytuacja, gdy pracownik zostanie zmobilizowany lub powołany w trybie natychmiastowym.

Firmy będą miały też wpływ na tematykę szkoleń, na które jest kierowany ich pracownik.

Szkolenia te oczywiście dotyczą tematyki przydatnej w służbie wojskowej. Pracownicy, którzy zawarli kontrakt z Narodowymi Siłami Rezerwowymi i zobowiązali się do bycia w gotowości nieprzerwanie przez trzy lata, mają obowiązek uczestniczyć w tego typu szkoleniach. Nowelizacja wprowadza możliwość konsultacji z pracodawcą, czy pracownik rzeczywiście powinien w takim szkoleniu brać udział – mówi agencji Newseria Biznes ekspertka KPMG w Polsce.

Jak podkreśla, nowelizacja ułatwi współpracę między NSR a pracodawcami, ale diametralnie jej nie zmieni.

To są zmiany pożądane, zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestie formalne, czyli rzeczywiście ułatwi to pracodawcom składanie wniosków o wypłatę tego rodzaju świadczeń – podkreśla Anna Kobacka.

Dobre CV nie wystarczy, by dostać pracę. Trzeba pokazać determinację i elastyczność

Nie wystarczy wysłać CV, by dostać pracę. Największe szanse na szybkie znalezienie zatrudnienia mają osoby, które osobiście udadzą się do pracodawcy, będą dzwonić i w ten sposób pokażą swoją determinację. Pomocne mogą być też agencje zatrudnienia, które są w stanie znaleźć pracę nawet w ciągu dwóch dni.

To jest mit, że pracy nie ma, trzeba jednak odrobić swoje lekcje. Odwiedzić kilka agencji i kilku pracodawców, a nie tylko wysłać CV. Wtedy jesteśmy w stanie pokazać swoją determinację i motywację, że nam zależy – zachęca w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland, firmy doradztwa personalnego.

Stopa bezrobocia rejestrowanego według GUS regularnie spada i od początku roku zmalała już z 14 proc. w styczniu do 12 proc. w czerwcu. Jak jednak podkreśla Wicha, Polacy wciąż muszą walczyć o pracę. Na ogłoszenia o jednym lub kilku wolnych miejscach napływa do pracodawców często nawet kilkaset aplikacji.

Dlatego osoby szukające pracy muszą się czymś wyróżnić na tle innych kandydatów. Dobrą metodą jest odwiedzenie firmy, rozmowa z potencjalnym pracodawcą i nawiązanie kontaktu z rekruterami. W taki sposób możemy pokazać, że zależy nam na tej pracy bardziej niż osobom, które ograniczyły się do wysłania dokumentów.

Nie do przecenienia jest też elastyczność i gotowość podjęcia pracy w innym obszarze. Dyrektor Adecco Poland dodaje, że elastyczności uczą się zwłaszcza te osoby, które współpracowały już z agencjami zatrudnienia. Szczególnie ci szukający pracy, którzy już poznali system pracy tymczasowej, są w dobrej sytuacji, by znaleźć pracę.

Takie osoby mają szansę na to, żeby sprawdzić się w innym środowisku pracy i w ten sposób dostając kilka czy kilkanaście szans, mają potencjalnie więcej okazji, żeby dostać pracę na stałe – przekonuje Wicha.

Agencje zatrudnienia mogą też pomóc spółkom znaleźć solidnych pracowników. Jak podkreśla Wicha, w niektórych przypadkach proces może potrwać zaledwie kilka dni, ale wydłuża się w przypadku poszukiwania osób o specjalistycznych umiejętnościach.

Jeżeli klient zamawia u nas pracownika dzisiaj, to najczęściej wysyłamy go do pracy jutro czy pojutrze. Jeżeli mówimy o zawodach bardzo specjalistycznych, gdzie trzeba przeprowadzić szereg testów, sprawdzić referencje i kompetencje pracownika, to trwa to od kilku do nawet kilkunastu tygodni – tłumaczy Wicha.

Szkoły stylu uczą polskich biznesmenów elegancji i klasy

Wśród młodych polskich biznesmenów rośnie zainteresowanie kursami w szkołach stylu, które są skierowane specjalnie do mężczyzn. Panowie uczą się tam zarówno zasad elegancji w ubieraniu się, jak i etykiety biznesowej. Zdaniem Agnieszki Świst-Kamińskiej, właścicielki Szkoły Męskiego Stylu, przedsiębiorcy są coraz bardziej świadomi, że wygląd i styl bycia pracownika mają ogromny wpływ na postrzeganie firmy przez kontrahentów.

Polskie korporacje coraz chętniej inwestują w szkolenia z zakresu stylizacji lub wizażu dla swoich pracowników. Na kursach pracownicy uczą się zasad dress code&HASH39;u, sposobu dobierania ubrań do sylwetki, dostosowania makijażu do okoliczności. W kursach coraz częściej biorą udział także mężczyźni. Zdaniem specjalistów wynika to ze zmian, jakie zachodzą w świadomości polskich przedsiębiorców.

Dzisiejsi polscy biznesmeni często wyjeżdżają, robią interesy na całym świecie, mają kontrakty międzynarodowe. Cały czas dążymy do tego, żeby dorównać Zachodowi. Mężczyźni bardzo dorównują swoim stylem na przykład Francuzom czy Włochom –przekonuje Agnieszka Świst-Kamińska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Nowością na polskim rynku jest szkoła stylu skierowana wyłącznie do mężczyzn. Młodzi biznesmeni i przedsiębiorcy mogą się tam nauczyć zarówno właściwego sposobu dobierania garderoby, zasad savoir-vivre&HASH39;u, etykiety biznesowej, jak i gotowania. Taka szkoła oferuje także zajęcia z zakresu motywacji, wiedzy o sztuce, a także o zagranicznych rynkach i ich potencjale gospodarczym.

Szkoła ma budować w nich poczucie pewności i rozbudzać zainteresowania, hobby. Mają tam przyjeżdżać, uczyć się, wypoczywać. Każdy weekend jest o innym zabarwieniu –  będziemy zatem mieli weekendy smaków, elegancji klasycznej, o zabarwieniu sportowym, a nawet erotycznym – mówi Agnieszka Świst-Kamińska.

Szkoła Męskiego Stylu współpracuje z Ambasadą Francji oraz Rosyjskim Ośrodkiem Nauki i Kultury. Ma to sprzyjać nawiązywaniu międzynarodowych relacji biznesowych przez uczestników kursu. Wykładowcami w szkole są przede wszystkim biznesmeni i przedsiębiorcy, którzy odnieśli sukces nie tylko w Polsce, lecz także na światowych rynkach. Pierwsze zajęcia w szkole odbędą się 6 i 7 września.

Dodatkowe baterie i banki energii do urządzeń mobilnych hitem wakacyjnych zakupów w sklepach z elektroniką

Smartfony i inne urządzenia mobilne stały się niezbędnym elementem wakacyjnego wyposażenia. Duże zużycie energii przez sprzęt elektroniczny zmusza często urlopowiczów do sięgania po dodatkowe baterie wmontowane w obudowy lub tzw. banki energii. Tym bardziej jeśli mają oni ograniczony dostęp do prądu. Sprzedaż takich urządzeń rośnie.

Dodatkowe baterie w obudowie dostępne są dla smartfonów większości marek. Urządzenia mają różną pojemność, w zależności od ceny. Najmniejsze z nich zawierają akumulator o pojemności 1500 mAh, największe przekraczają 2000 mAh.

W sprzedaży mamy dużą ofertę akcesoriów, które przydadzą się na kempingach, biwakach, gdzieś gdzie możemy być odcięci od energii, a potrzebujemy naładować nasze urządzenia – wyjaśnia Jan Trzpil z salonu iSpot. – Są to przykładowo dodatkowe obudowy do smartfonów z wbudowaną drugą baterią, z której możemy korzystać w dowolnym momencie.

Alternatywą dla baterii w obudowie są przenośne akumulatory, tzw. banki energii, które pozwolą w łatwy sposób naładować urządzenie, kiedy nie ma dostępu do innych źródeł prądu.

Power bank to urządzenie, które podłączamy do naszego smartfona, a ono oddaje mu swoją energię – tłumaczy Trzpil w rozmowie z agencją Newseria.

Według badań przeprowadzonych w ubiegłym roku przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych aż 75 procent Polaków zabiera ze sobą na urlop przynajmniej jedno urządzenie mobilne. Najczęściej jest to telefon komórkowy, aparat fotograficzny oraz laptop. Producenci sprzętu wychodzą na przeciw urlopowym potrzebom Polaków, dostarczając im różne przydatne akcesoria.

Ciekawym gadżetem jest też specjalna obudowa wraz ze zdalnym pilotem do robienia zdjęć. Wystarczy, że ustawimy się ze znajomymi i wciśniemy przycisk. Urządzenie nie potrzebuje żadnych aplikacji, gdyż łączy się przez Bluetooth. Dodatkowo obudowa dobrze chroni telefon przed upadkami – mówi Trzpil.

Dużą popularnością wśród klientów cieszą się również inne akcesoria, takie jak m.in. mała, przenośna kamera. Sprzęt ten został stworzony z myślą głównie o osobach, które zajmują się sportem wyczynowym. Działa zarówno pod systemami iOS oraz Android.

To bardzo przydatne i poręczne urządzenie, które bez problemu podłączymy do tabletu lub komputera za pomocą Wi-Fi, kabla lub kart SD. Pozwala nagrywać w dobrej jakości nasze wypady wakacyjne oraz ekstremalne wyczyny, jak skoki spadochronowe czy nurkowanie głębinowe. Sprzęt ma wodoszczelną obudowę, dlatego nie musimy się martwić zalaniem. Do kupienia są trzy wersje jakościowe sprzętu, każdy więc może dostosować swoje potrzeby do możliwości finansowych. Najniższy pułap zaczyna się od niecałego 1 tys. złotych – dodaje Trzpil.

W crowdfundingu warto wspierać świadomie. 6 rad, które pozwolą Tobie rozsądniej wydawać pieniądze

Ostatnie wydarzenia na rynku finansowania społecznościowego pokazały, że praktycznie każdy z nas jest w stanie zebrać dowolną kwotę na swój projekt w kilkanaście godzin. Zanim jednak wpłacimy ciężko zarobione pieniądze na czyjeś konto i zrealizujemy jego marzenie, sprawdźmy czy warto.

Ostatnie doniesienia zza oceanu dotyczące projektu „NeuroON” pokazują, że zanim przeleje się pieniądze, warto dowiedzieć się więcej na temat pomysłu. Użytkownicy dopiero kilka miesięcy po zakończeniu akcji na portalu zaczęli interesować się technicznymi aspektami projektu.

Wystawieni na odstrzał

Sytuacje, w których założyciele projektów crowdfundingowych pojawiają się na celownikach ekspertów, są coraz częstsze. Nie powinniśmy jednak winić za to ani projektodawców, ani właścicieli platform.
– Pierwszym i często najważniejszym filtrem jesteśmy my sami, czyli wspierający. Jeśli wraz z rozpoczęciem zbiórki nie pokusimy się o odpowiednie sprawdzenie projektu, to potem może być już na to za późno. Co prawda otrzymamy produkt, za który zapłaciliśmy, ale możemy nie być w pełni usatysfakcjonowani – a nie o to chodzi. Czasami mimo początkowego hype’u warto więcej poczytać o projekcie i posłuchać, co mają do powiedzenia projektodawcy. W crowdfundingu warto wspierać świadomie – mówi Marcin Galicki, założyciel platformy Wspieram.to.

Uniknij pułapek

Pierwszym krokiem do sprawdzenia projektu jest jego odpowiednia analiza. Czasami wpisanie kilku fraz w Google potrafi całkowicie rozwiać nasze wątpliwości. Na co jeszcze powinniśmy zwrócić uwagę? Poniżej 5 wskazówek:

1. Czy projektodawca jest wiarygodny?
Warto wiedzieć kto finalnie dostanie nasze pieniądze. Osoby, które w merytoryczny sposób przedstawią siebie i swoją kampanię, mają większą szansę na przekonanie do siebie internautów. Im więcej przydatnych dla wspierających informacji usłyszymy z filmu promującego projekt, tym lepiej.
2. Czy opis projektu jest rzetelny?
Im staranniej jest przygotowany projekt, tym większe ma szanse na sukces. Zwracajmy uwagę na formę i sposób, w jaki są opisane cele oraz poszczególne etapy zbiórki danej kwoty. Dobrze przygotowane filmy i grafiki najczęściej świadczą o rzetelności i dużo cięższej pracy przy opracowaniu projektu na portalu crowdfundingowym.
3. Na czym opiera się relacja z uczestnikami?
Sposób, w jaki prowadzona jest komunikacja, bardzo dużo mówi o podejściu do wspierających i ich uczciwości. Bardzo dobrze do rozmów z fanami podeszli twórcy gry „Franko 2”. Podczas trwania kampanii, jak i poza nią, prowadzili nieustający dialog z fanami, rozwiewali wątpliwości, informowali zarówno o postępach, jak i ewentualnych opóźnieniach. Internauci mieli realny wpływ na przeciwników i lokacje, jakie pojawią się w grze. Nie pozostawali bez odpowiedzi, czuli się częścią inicjatywy, wręcz jej współtwórcami.
4. Jaką kwotę chcą zebrać organizatorzy zbiórki?
Jako wspierający powinniśmy dobrze sprawdzić, czy pieniądze, jakich potrzebuje projektodawca, są adekwatne do oferowanych nagród i celów. Im więcej szczegółów finansowych jest podanych w projekcie, tym większa szansa, że twórcy odpowiednio przeliczyli wszystkie koszty.
5. W jaki sposób projekt jest komentowany przez niezależnych ekspertów/dziennikarzy?
W celu uniknięcia sytuacji, jaka spotkała maskę NeuroON, powinniśmy nie bać się wysyłać projektu do skomentowania przez niezależnego eksperta. Opinia osoby trzeciej zawsze będzie rzetelniejsza. Jeśli projekt wzbudzi duże zainteresowanie mediów, to najczęściej nie będzie potrzebne wsparcie w tym obszarze. Zainteresowani znajdą się sami.
6. Kto skorzysta na zrealizowanym projekcie?
Wbrew pozorom to bardzo ważny punkt. Bardzo często wspierający rozpatrują swoją wpłatę z perspektywy tego, co otrzymają w zamian bądź komu pomogą. Zawsze starajmy się sprawdzać, czy projektodawcy właściwie określają przeznaczenie zbiórki. Celem samym w sobie nie jest zebranie potrzebnej kwoty, tylko finalny efekt prac prowadzonych przez organizatorów.
Bądźmy wymagający
Jeśli będziemy egzekwować od projektodawców realizacji powyższych zasad, to z pewnością nasze inwestycje w marzenia innych będą bardziej owocne, a Polskie finansowanie społecznościowe wzniesie się o poziom bliżej Kickstartera.

Najwyższa Izba Kontroli ponownie sprawdziła przygotowanie szkół do przyjęcia sześciolatków

Wszystkie szkoły zatrudniają kadrę nauczycielską wykwalifikowaną do kształcenia najmłodszych uczniów oraz posiadają odpowiednio wyposażone sale lekcyjne potrzebne do prowadzenia zajęć z sześciolatkami. Dalszego dostosowania wymagają jednak stołówki i toalety. NIK sygnalizuje, że istotnym problemem dla niektórych szkół może być konieczność organizacji zajęć dla oddziałów klas I-III w systemie zmianowym.

Kontrolerzy NIK sprawdzili 88 szkół oraz dodatkowo pozyskali informacje w trybie ustawy o NIK z 6881 innych szkół publicznych. NIK sprawdzała wykonanie wniosków pokontrolnych Izby z roku 2013. Większość z nich została przez kontrolowane szkoły zrealizowana.

Wszystkie objęte kontrolą szkoły zatrudniają kadrę nauczycielską wykwalifikowaną do kształcenia najmłodszych uczniów oraz posiadają sale lekcyjne potrzebne do prowadzenia zajęć z sześciolatkami.

Sale te w ponad 90 proc. skontrolowanych szkół są odpowiednio wyposażone, m.in. w pomoce, gry i zabawki dydaktyczne (98 proc.), oraz posiadają zgodne z wymogami ergonomii meble uczniowskie (90 proc.). W tym zakresie nastąpiła zdecydowana poprawa w stosunku do stanu ujawnionego w ubiegłorocznej kontroli NIK. Obecnie kontrolerzy odnotowali: niewydzielenie rekreacyjnej części sali w 9,1 proc. szkół, brak biblioteczki dla uczniów najmłodszych w 5,7 proc. szkół oraz gier i zabawek dydaktycznych w 2,3 proc. szkół, niewyposażenie sal w sprzęt audiowizualny w 18,2 proc. szkół oraz w komputer(y) z dostępem do Internetu w 36,3 proc. szkół.

Problemy z ergonomią wyposażenia występują w ponad 30 proc. stołówek i 26 proc. toalet szkolnych.

NIK sygnalizuje, że istotnym problemem dla szkół może być konieczność organizacji zajęć dla oddziałów klas I-III w systemie zmianowym. W całym kraju wzrośnie bowiem, nawet o 70 proc., liczba uczniów w klasach pierwszych. W miastach powyżej 50 tysięcy mieszkańców liczba zorganizowanych klas z pierwszakami będzie w wielu szkołach większa od liczby sal lekcyjnych przygotowanych na przyjęcie najmłodszych uczniów. NIK odnotowuje, że problem ten wystąpi przede wszystkim w szkołach położonych na terenie miast na prawach powiatu (24,2 proc.) oraz w gminach miejskich (26,4 proc.). W najmniejszym stopniu problem ten dotknie szkół położonych w gminach wiejskich (6,8 proc.). Dlatego dyrektorzy szkół, zwłaszcza w dużych miastach, muszą zadbać o ułożenie planów lekcji w sposób uwzględniający dobro najmłodszych uczniów.

Opieka świetlicowa została zapewniona dzieciom w niemal wszystkich kontrolowanych szkołach (97 proc.). Prawie wszystkie szkoły zorganizowały też dla najmłodszych uczniów ciepły posiłek. W tym zakresie (opieki świetlicowej i przygotowania ciepłego posiłku) szkoły zrealizowały zalecenia Najwyższej izby Kontroli, które w ubiegłym roku zostały rozesłane do wszystkich 2479 gmin w Polsce.

W zdecydowanej większości szkół zorganizowano również miejsca (91 proc.) i place zabaw (70 proc.) dla najmłodszych.
Izba pozytywnie ocenia podjęte przez szkoły działania w celu zapewnienia właściwych warunków do edukacji i opieki nad najmłodszymi uczniami.

Niemal we wszystkich skontrolowanych szkołach liczba uczniów w oddziale klasy I nie przekraczała 26 uczniów (80 proc.), a w części szkół wydzielono specjalną bezpieczną przestrzeń dla najmłodszych uczniów (odrębne szatnie – 81 proc., toalety – 67 proc., specjalne miejsca w świetlicach, a nawet wejścia do szkół).

Wyniki bezpośredniej kontroli 88 szkół są zbieżne z informacjami pozyskanymi dodatkowo przez Izbę (w trybie ustawy o NIK) z 6881 innych szkół publicznych. Kadra jest przygotowana, sale lekcyjne odpowiednio wyposażone (ponad 90 proc.). Opiekę świetlicową zapewnia zdecydowana większość szkół (85 proc.). Problemy z niedostosowaniem wyposażenia występują w stołówkach (63 proc.) i toaletach (38 proc.). Liczba uczniów w ponad 93 proc. klas pierwszych nie przekraczała 26 osób. NIK potwierdziła w bezpośrednim badaniu (na losowej próbie) wiarygodność nadesłanych ze szkół informacji.

Izba ponownie wysyła swoją informację do wszystkich gmin w Polsce. Ubiegłoroczny raport, który dotarł do wójtów, burmistrzów i prezydentów miast miał niewątpliwie wpływ na usuniecie wielu nieprawidłowości występujących w szkołach w całym kraju. Dziś są one znacznie lepiej przygotowane na przyjęcie sześciolatków niż przed rokiem.

Nowe przepisy ordynacji podatkowej mogą źle wpłynąć na konkurencyjność polskiej gospodarki

Ministerstwo Finansów RP 17 lipca br. opublikowało projekt nowelizacji ordynacji podatkowej, który zakłada wprowadzenie klauzuli obejścia prawa podatkowego. W praktyce oznacza to implementację przepisów, które pozwolą kwestionować sposoby zawierania transakcji oraz jej opodatkowania. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte regulacje te stwarzają organom podatkowym zbyt duże pole do swobodnej interpretacji. Polski system podatkowy stanie się mniej stabilny i przewidywalny, co może negatywnie wpłynąć na konkurencyjność naszej gospodarki.

Projekt nowelizacji ordynacji podatkowej ma niebawem trafić pod obrady Rady Ministrów. Według założeń ustawa ma zostać zmieniona do końca bieżącego roku. „Biorąc pod uwagę wagę zmian, które będą konsekwencją nowelizacji, czasu na dokładne przygotowanie nowych przepisów zostało niewiele. Tymczasem naszym zdaniem projekt ten w wielu miejscach wymaga istotnych zmian i doprecyzowania” – mówi Maciej Guzek, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Projekt Ministerstwa Finansów zakłada, że za unikanie opodatkowania będzie można uznać działanie zamierzone, wykorzystujące sztuczną konstrukcję prawną (tzn. nadmiernie zawiłą i pozbawioną treści ekonomicznej), którego głównym celem jest uzyskanie (nieprzewidzianej w przepisach prawa) „znacznej” korzyści podatkowej, która poprzez swój rozmiar „w istotnej mierze” poprawia sytuację finansową podatnika. Jeżeli organ podatkowy wykaże, że podatnik unikał opodatkowania, oraz że w danej sytuacji istnieje i jest możliwa do zastosowania inna konstrukcja prawna (bardziej odpowiednia zdaniem organu), to organ może wówczas nałożyć na podatnika nowe, wyższe zobowiązanie podatkowe.

Co to oznacza w praktyce? Klauzula może znaleźć zastosowanie np. do twórców, którzy dotychczas część swojego wynagrodzenia otrzymują z tytułu przeniesienia praw autorskich, dzięki czemu płacony przez nich podatek jest niższy. Po wejściu w życie klauzuli organ podatkowy może uznać, że była to zbyt skomplikowana konstrukcja prawna i powinna być zawarta standardowa umowa o pracę. W takim przypadku po stronie twórcy powstanie zaległość podatkowa, a po stronie jego pracodawcy odpowiedzialność za nieprawidłowe naliczenie składek. Innym przykładem są przedsiębiorcy, których dotyczy konwersja wierzytelności na udziały.

Eksperci Deloitte przywołują także przykład firmy Optimus, któremu pod koniec lat 90. fiskus, przy jednej z transakcji zarzucił obejście prawa i wyłudzenie VAT. Po kilkuletniej batalii sądowej spółka wygrała sprawę. Gdyby jednak już wtedy istniała w polskim prawie klauzula obejścia prawa podatkowego, Optimus prawdopodobnie przegrałby ten spór.

„Powstaje pytanie czy klauzula nie będzie stosowana zbyt restrykcyjnie. Już dziś organy podatkowe mają tendencję do stosowania prawa na niekorzyść podatnika. Najlepiej świadczy o tym fakt, że tylko w samym 2013 roku fiskus przegrał blisko 45 proc. spraw przed wojewódzkimi sądami administracyjnymi, dotyczących podatku dochodowego i prawie 59 proc. spraw w przypadku interpretacji podatkowych wydawanych przez ministra finansów ” – wyjaśnia Mariusz Stefaniak, Starszy Konsultant w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Eksperci podkreślają także, że istnieje duże ryzyko zakwestionowania nowych przepisów ordynacji podatkowej przez Trybunał Konstytucyjny, jako niezgodnych z Ustawą Zasadniczą. Polska Konstytucja mówi wyraźnie, że „nakładanie podatków, innych danin publicznych, określanie podmiotów, przedmiotów opodatkowania i stawek podatkowych, a także zasad przyznawania ulg i umorzeń oraz kategorii podmiotów zwolnionych od podatków następuje w drodze ustawy”, a nie zależy od decyzji organu.

Dodatkowo orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego zwraca uwagę na to, aby interpretowanie pojęć nie leżało w gestii organów stosujących te przepisy, ponieważ w konsekwencji może to prowadzić do niedozwolonego prawotwórstwa ze strony tych organów.

„Tymczasem zaproponowany przez resort finansów projekt zawiera liczne pojęcia niedoprecyzowane, których interpretacja i uszczegółowienie będzie leżało po stronie organów podatkowych. Ponadto zbyt dużo znalazło się tam elementów stwarzających możliwość oceny, jakie działanie jest racjonalne i jaką konstrukcję prawną można uznać za typową. W takiej sytuacji trudno przewidzieć decyzję organu. Dlatego w fazie przygotowywania projektu wprowadzenia klauzuli do polskiego systemu prawnego niezbędna jest dogłębna analiza i szereg konsultacji” – tłumaczy Maciej Guzek.

W uzasadnieniu do projektu nowelizacji napisano, że podobne konstrukcje prawne istnieją w innych krajach, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA, Australii czy Kanadzie. Są jednak kraje takie jak Indie, które nie chcąc stracić dużego zainteresowania inwestorów zagranicznych, przesunęły o kilka lat wprowadzenie takiej klauzuli do swojego systemu prawnego. Zdaniem Deloitte pojawienie się klauzuli w polskich przepisach może zniechęcić potencjalnych inwestorów branżowych i strategicznych czy też fundusze inwestycyjne. Unia Europejska zaleca swoim członkom wprowadzenie takiej konstrukcji prawnej, ale to zalecenie nie jest w żadnym stopniu dla Polski wiążące.

Zdaniem ekspertów Deloitte przed wprowadzeniem klauzuli należałoby przeanalizować kilka zjawisk, które uzasadniałyby jej implementację do polskiego systemu prawnego. „Jednym z nich są stosowane przez przedsiębiorców optymalizacje podatkowe. Nie ma żadnych wiarygodnych badań, które pokazywałyby ile faktyczne Skarb Państwa traci z tytułu ich stosowania. Szczególnie dotyczy to CIT, bo to w przypadku tego podatku najczęściej sięga się po to rozwiązanie” – tłumaczy Mariusz Stefaniak.

W proponowanej nowelizacji brak jest także jasnych kryteriów stosowania klauzuli, a także przepisu, który mówiłby, że w razie wątpliwości, powinny być one rozstrzygnięte na korzyść podatnika. Zabrakło również reguły, podobnej do tej, która obowiązuje w systemach anglosaskich. Chodzi o odpowiednik tzw. „Westminster principle” – zasady, która mówi, że każdy jest uprawniony do prowadzenia swoich interesów w taki sposób, aby zapłacić jak najniższy podatek (zgodnie z literą prawa).

„Polski system podatkowy już teraz jest skomplikowany i nieprzyjazny podatnikowi. Proponowane rozwiązania mogą doprowadzić do sytuacji, w której potencjalny inwestor, podejmując jakiekolwiek działania, będzie się obawiał, czy na pewno nie ma innej konstrukcji prawnej, która przyniesie taki sam skutek, ale będzie mniej korzystna podatkowo dla niego, i z której ostatecznie organ wyciągnie konsekwencje podatkowe. Proponowane przepisy są zbyt nieprecyzyjne i oddają organom podatkowym za duże pole do subiektywnej oceny” – podsumowuje Maciej Guzek.

Zmowa milczenia w polskich firmach. Na świecie cztery razy częściej wykrywa się przestępstwa dzięki pracownikom

CEO Magazyn Polska

Zaledwie 6 proc. przypadków korupcji, kradzieży majątku lub oszustw księgowych w polskich firmach zostało wykrytych dzięki informacji pracowników. Na świecie jest to 24 proc. stwierdzonych nadużyć – wynika z analiz PwC. Eksperci nie mają wątpliwości, że nowe regulacje nie zmienią sytuacji. Niezbędna jest edukacja, dzięki której firmy i pracownicy zrozumieją, że wysokie standardy etyczne to dla firmy nie koszt, lecz wartość.

W Polsce są nadużycia różnego rodzaju, bo są to zarówno sprzeniewierzenia finansowe, jak i przypadki nepotyzmu, promocji funkcjonariuszy partyjnych na stanowiska w sektorze publicznym i tak dalej. Z tym się często spotykamy, sygnalizują o tym media. Można im przeciwdziałać przede wszystkim poprzez edukację. Świetnym przykładem będzie porównanie Chiny, które są przeżarte korupcją, i Hongkongu, który też jest etnicznie chiński, ale poprzez to, że przez wiele lat był pod kuratelą Wielkiej Brytanii, jest jednym z miejsc na świecie o najniższym poziomie korupcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

W 2013 r. Hongkong zajął 15., a Chiny – 80. miejsce na 177 państw, które objął Indeks Percepcji Korupcji przygotowywany przez Transparency International. Według Arendarskiego różnice wynikają stąd, że Hongkong odziedziczył wiele anglosaskich standardów dotyczących etyki biznesowej, ponadto edukacja w dziedzinie korupcji zaczyna się tam już w wieku przedszkolnym.

Silny wpływ procesów historycznych kształtujących postawy społeczne i instytucje jest wyraźnie widoczny także w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W stosunku do sąsiadujących państw, przechodzących transformację po 1989 r., Polska wypada relatywnie dobrze. W światowym rankingu korupcji Polska zajęła 38. miejsce, drugie najlepsze po Estonii (28. miejsce) wśród byłych państw socjalistycznych.

To nie oznacza, że poziom korupcji i innych nadużyć jest w Polsce na niskim poziomie. Zdaniem prezesa KIG, wykrywanie takich przestępstw jest nad Wisłą trudne, bo utrzymuje się solidarność stron. W efekcie osoby trzecie nie czują obowiązku, by poinformować o przypadku korupcji, o którym mieli okazję się dowiedzieć.

W Polsce dzieje się tak wskutek takiej, a nie innej historii. W czasie, kiedy nie byliśmy suwerenni, wszelkie sygnalizowanie władzom czegoś było postrzegane jako coś przeciwko narodowi, wysługiwanie się obcemu. Teraz jesteśmy suwerenni, ale ta mentalność pozostała. I rzeczywiście w Polsce tego typu funkcje nie są społecznie do końca akceptowane – mówi prezes KIG.

To sprawia, że w Polsce słabo działa społeczna instytucja sygnalizującego (whistle-blowera), czyli pracownika firmy lub urzędu, który informuje organy ścigania o korupcji. Z tego względu zdaniem Arendarskiego Polska powinna skorzystać z doświadczeń Hongkongu i postawić na wczesną edukację, która będzie kształtowała właściwe postawy społeczne.

Moim zdaniem nie wystarczy wyłącznie wprowadzenie nowego ustawodawstwa, które będzie chroniło sygnalistów, i chociażby zapobiegało usunięciu ich z pracy, jeśli będą skutecznie wykonywali swoje funkcje. Chodzi o coś innego, chodzi o zmianę nastawienia społecznego, poprzez kampanię informacyjną trzeba pokazać, że to są ludzie, którzy działają dla naszego dobra wspólnego – tłumaczy prezes KIG.

Walka z korupcją powinna mieć charakter systemowy, dlatego obok edukacji, kluczem jest stworzenie swoistej mapy ryzyka, gdzie należy skoncentrować monitoring i ewentualne działania policji, CBA czy ABW.

Myślę, że przyszłościowe rozwiązania nie polegają na tym, żeby zwiększać liczbę policjantów ścigających korupcję, ale żeby tak zmieniać strukturę instytucji, aby tych miejsc korupcjogennych było jak najmniej. Krajowa Izba Gospodarcza przygotowała taki program działań antykorupcyjnych, który będzie analizował przede wszystkim strukturę i wyłapywał te punkty, które są wrażliwe na działania korupcyjne, i poprzez wprowadzenie zmian organizacyjnych te punkty się eliminuje – wyjaśnia Andrzej Arendarski.

Korupcja jest tylko jednym z wielu rodzajów przestępstw, z jakim spotykają się firmy czy pracownicy urzędów. Raport PwC z 2014 r. pokazuje dynamiczny wzrost przestępczości gospodarczej w Polsce. Jej ofiarą padło już niemal co drugie badane przedsiębiorstwo.

Przedsiębiorstwa po czasach kryzysu gospodarczego przyglądają się obecnie kosztom. I właśnie w trakcie szukania przyczyn rosnących kosztów okazuje się, że za część z tych kosztów odpowiadają nadużycia. Druga rzecz jest taka, że firmy w Polsce coraz chętniej inwestują na rynkach zagranicznych, również takich, na których ryzyko korupcji czy innego rodzaju nadużyć jest wysokie. Wobec tego same narażają się na takie ryzyko i same doświadczają tych nadużyć częściej – ocenia Katarzyna Kreft, manager w PwC Polska.

Najczęściej popełnianym przestępstwem była kradzież majątku (72 proc. wskazań), gdzie nastąpił wzrost w porównaniu z 2011 r. o 11 proc. Kolejne miejsca zajęły nadużycia w obszarze zakupów (33 proc. wskazań), korupcja (21 proc.), cyberprzestępczość (19 proc.) oraz manipulacje księgowe (19 proc.). Z badania PwC wynika, że większość nadużyć została wykryta przy pomocy audytu wewnętrznego i rutynowych systemów, które funkcjonują w spółkach. Sporą część wykryto również przez przypadek, natomiast jedynie 6 proc. nadużyć zostało ujawnionych dzięki sygnalistom lub osobom związanym ze spółką.

Dlaczego ta cyfra jest interesująca? Dlatego, że jest dużo niższa niż podobna cyfra na świecie, gdzie w ten sposób wykrywa się 24 proc. nadużyć. Problem polega na tym, że w Polsce informowanie o nadużyciach przez sygnalistów wciąż nie jest zbyt popularne, co wynika też właśnie troszeczkę z kontekstu kulturowego i z tego, jak sygnaliści są w Polsce postrzegani – uważa Kreft.

Jedną z pierwszych firm w Polsce, które zaczęły wdrażać kompleksowy plan zapobiegania nadużyciom, było PKP. Stworzono praktycznie od podstaw dział audytu wewnętrznego, wypracowano wspólnie z pracownikami kodeks etyczny, który obowiązuje w dziesięciu głównych spółkach grupy. Następnie wprowadzono szczegółowe procedury.

To były procedury przede wszystkim dotyczące naruszeń, czyli procedury antykorupcyjne, procedury dotyczące konfliktu interesu, procedury dotyczące przyjmowania i dawania korzyści i prezentów oraz procedury dotyczące mobbingu. To oczywiście trzeba było zakomunikować pracownikom, czyli przeszkolić wszystkich. Stworzona została struktura zarządzania etyką, czyli zostali powołani rzecznicy etyki w spółkach oraz rzecznik etyki grupy PKP, którym mam przyjemność być – mówi Jacek Wojciechowicz, rzecznik etyki w PKP.

Temat polityki sygnalistów był poruszany podczas debaty zorganizowanej przez Krajową Izbę Gospodarczą i portal RaportCSR.pl pt. „Jak walczyć z korupcją i przestępczością w biznesie? Kodeksy etyczne i polityka sygnalistów na świecie”. W debacie udział wzięli przedstawiciele Fundacji im. Stefana Batorego, PwC, EY Polska, Grupy PKP i PKP SA, Uniwersytetu Gdańskiego, Instytutu Badań nad Demokracją i Przedsiębiorstwem Prywatnym i Krajowej Izby Gospodarczej.

Szansa na rekordową liczbę transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w tym roku

CEO Magazyn Polska

O jedną trzecią wzrosła wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w pierwszej połowie tego roku. Od stycznia do czerwca sięgnęła ona 1,4 mld euro (5,8 mld zł), a działania inwestorów miały miejsce nie tylko w Warszawie, lecz także w innych miastach. Połowę rynku stanowią powierzchnie biurowe, rośnie jednak udział sektora logistycznego. Inwestorzy liczą na stopę zwrotu w przedziale od 6 do 9 proc.

Polska jest dominującym rynkiem w regionie. Wartość transakcji zrealizowanych w naszym kraju stanowi około 40 proc. wartości transakcji w całym regionie, wliczając Rosję. Jest to rynek bardzo płynny, który charakteryzuje się rosnącą liczbą inwestorów i coraz większą płynnością aktywów na rynku – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Mirowski, dyrektor grupy usług inwestycyjnych na region Europy Środkowo-Wschodniej w Colliers International.

Łączny wolumen inwestycji w nieruchomości komercyjne w pierwszym półroczu tego roku wyniósł 1,4 mld euro i był o 33,3 proc. większy rok do roku. Od stycznia do czerwca 2013 r. inwestorzy przeprowadzili transakcje na sumę 1,05 mld euro. Większość rynku nadal stanowią nieruchomości biurowe – w tym półroczu powierzchnie biurowe stanowiły 50-52 proc. wolumenu inwestycji. Ich udział jednak spada, bo rok temu wynosił 58 proc.

Rośnie znaczenie sektora logistycznego, co skutkuje większymi inwestycjami w powierzchnie magazynowe. W pierwszym półroczu 2013 r. miały one tylko 15 proc. udział w wolumenie transakcji, ale w tym roku to już ok. 22 proc. Ok. 26 proc. wolumenu transakcji od stycznia do czerwca tego roku stanowiły powierzchnie handlowe.

Popyt jest nieustannie silny, co chwilę pojawiają się nowi inwestorzy, którzy są zainteresowani alokacją kapitału w Polsce. Tak naprawdę jedynym znakiem zapytania może być strona podażowa w tym roku. Jeśli pułap transakcji z ubiegłego roku [łącznie 3,3 mld euro – red.] nie zostanie osiągnięty, będzie to wyłącznie wynikiem tego, że na rynku zmniejszyła się podaż nieruchomości na sprzedaż – podkreśla Mirowski.

Podkreśla, że Colliers oczekuje, że ze strony popytowej jest potencjał na przekroczenie ubiegłorocznego wyniku. Do Polski ciągną inwestorzy z kapitałem europejskim, ale nie tylko. Są wśród nich również inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych, Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Wolumen transakcji może sięgnąć nawet 4 mld euro, choć podaż nieruchomości może ograniczyć ten wzrost.

Mirowski wylicza, że w pierwszym półroczu rynek napędziły duże inwestycje w sektorze biurowym (m.in. warszawskie Rondo 1 o wartości ok. 300 mln euro oraz Lipowy Office Park za ok. 110 mln euro). Rynek nie koncentruje się jednak tylko w Warszawie, czego dowodem była sprzedaż galerii handlowej Poznań City Center za nieujawnioną kwotę.

Rynki stołeczny i pozawarszawskie mają zbliżone udziały w inwestycjach. Mirowski podkreśla, że chwilowa przewaga jednego z nich zależy głównie od bieżących ofert, natomiast nie ma charakteru stałej dominacji. Choć stopy zwrotu dla inwestorów są podobne, na nieco wyższe zyski mogą liczyć poza Warszawą.

W Warszawie jest przedział pomiędzy 6 a 6,25 proc. na najlepszej nieruchomości biurowej zlokalizowanej w centrum. Na Mokotowie, czyli drugiej dzielnicy biurowej w mieście, jest to przedział pomiędzy 7 a 7,75 proc. W miastach regionalnych jest to przedział pomiędzy 7 a 9 proc. W przypadku nieruchomości handlowych najlepsze centra handlowe w Warszawie to poziom od 5,75 proc. do 6 proc., natomiast w miastach regionalnych ten przedział jest większy i waha się od 6 proc. do 8,5 proc. – wylicza Mirowski.

Na podobną stopę zwrotu mogą liczyć inwestorzy w sektorze logistycznym. Na powierzchniach magazynowych wynajętych na długi czas można zarobić ok. 7 proc., a na krótszych kontraktach – pomiędzy 7,5 a 8,5 proc. To zbliżone stopy zwrotu do tych notowanych w ubiegłym roku. Z danych Colliers International wynika, że stopy zwrotu z najlepszych nieruchomości utrzymują się na poziomie poniżej 8 proc. od 2005 r., a najbardziej zyskowne są powierzchnie magazynowe. Jeszcze w 2001 r. stopy zwrotu przekraczały 10 proc., a w nieruchomościach logistycznych sięgały nawet 12 proc.

‒ Na rynku biurowym w Warszawie nadal widzimy dużą aktywność ze strony najemców, natomiast czynsze wywoławcze odnotowały lekki spadek. Jeśli chodzi o nieruchomości magazynowe na większości rynków widzimy stabilizację, natomiast spodziewamy się, że czynsze za powierzchnie handlowe ponownie zaczną rosnąć z uwagi na powrót Polski na ścieżkę dynamicznego wzrostu gospodarczego, zgodnie z prognozami to jest 3,1 proc. w tym roku, 3,4 proc. w przyszłym – prognozuje Mirowski.

Firmy pożyczkowe boją się nadużyć przy ogłaszaniu upadłości konsumenckiej. Jej koszty spadną na klientów

Nawet 1 mln osób może skorzystać z łagodniejszych warunków ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Instytucje finansowe obawiają się, że Sejm, chcąc ułatwić zadłużonym „nowy start”, obciąża pożyczkodawców zbyt dużymi kosztami upadłości. Ich argumentację podzielił częściowo Senat, który podkreślił znaczenie ochrony interesów wierzycieli. Zanim ustawa trafi do prezydenta, o losie poprawek Senatu zdecyduje Sejm.

– Boimy się jako branża bardzo dużej liczby realizacji przepisów i umożliwienie wystąpienia o upadłość również tym pożyczkobiorcom, którzy nadmiernie się zadłużają w sposób świadomy i nie potrafią dobrze zarządzać majątkiem. Obawiamy się jednocześnie obciążenia pożyczkobiorców kosztami niespłaconych pożyczek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Tokarek, prezes zarządu SMS Kredyt Holding.

Senat przychylił się do części uwag ze strony branży finansowej i 24 lipca br. wprowadził osiem poprawek do ustawy o zmianie ustawy Prawo upadłościowe i naprawcze, ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych. Najważniejsza zmiana z punktu widzenia instytucji finansowych dotyczy art. 1. W uzasadnieniu do poprawek senatorzy zwrócili uwagę na to, że cel ustawodawcy w postaci umożliwienia konsumentom „nowego startu” nie może naruszać interesów wierzycieli. Ich zdaniem proces upadłościowy musi prowadzić do zaspokojenia roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu, o ile jest to możliwe.

To dookreślenie celu postępowania upadłościowego może zmniejszyć krąg potencjalnych beneficjentów ustawy, pod warunkiem, że Sejm nie odrzuci poprawek Senatu. W przeciwnym wypadku nawet milion osób mogłoby dokonać restrukturyzacji zadłużenia ocenia prezes SMS Kredyt Holding.

Dzisiaj mamy ponad 2 mln osób, które widnieją w biurach informacji gospodarczej. Zakładam, że około połowa z nich miałaby szansę skorzystać z upadłości konsumenckiej i w najbardziej skrajnym wypadku zakładam, że to mogłoby być nawet milion polskich rodzin, które zgłosiłyby upadłość przy tak liberalnych przepisach – ocenia Tokarek.

Obawy branży finansowej dotyczą tego, jak w praktyce sądy będą stosowały przepisy znowelizowanej ustawy. W myśl nowych regulacji upadłość konsumencką będzie mógł ogłosić każdy, kto nie jest przedsiębiorcą i nie doprowadził do stanu niewypłacalności poprzez umyślną winę lub rażące niedbalstwo. Według krytyków takie warunki tworzą sporą przestrzeń do arbitralnych decyzji sądów. Co więcej, zwracają oni uwagę na to, że przeprowadzenie upadłości według sejmowej wersji ustawy nie pozwoliłoby już zaspokoić roszczeń poprzez zwykłe postępowanie komornicze.

Byłyby to pożyczki, których nigdy byśmy nie odzyskali. Zresztą nie dotyczy to tylko firm pożyczkowych. Taki sam problem miałyby banki, dostawcy mediów i wszystkie instytucje, które świadczą usługi z odroczoną płatnością względem osób fizycznych – uważa Marcin Tokarek.

Prawdopodobnym skutkiem nadmiernego obciążenia wierzycieli upadłością konsumenta jest wzrost cen usług, jakie świadczą firmy. To oznacza, że za większe bezpieczeństwo części klientów banków czy firm pożyczkowych zapłacą klienci, którzy nie mają problemu z regulowaniem zobowiązań lub dopiero planują wzięcie kredytu lub pożyczki.

– Firmy pożyczkowe, banki, dostawcy mediów i firmy świadczące usługi na rzecz konsumentów prowadzą komercyjny biznes i koszty zobowiązań, których nie zapłacą niesolidni, będą doliczane do opłat tych, którzy płacą, w sposób świadomy zarządzając swoim majątkiem i regularnie spłacają zobowiązania – przekonuje prezes SMS Kredyt Holding.

Z drugiej strony nie brakuje opinii, że bardziej liberalne przepisy dotyczące upadłości konsumenckiej skłonią instytucje finansowe do ostrożniejszego badania zdolności kredytowej swoich klientów. Podstawowym powodem nowelizacji jest jednak to, że ustawa w dotychczasowym kształcie nie była praktycznie wykorzystywana, bo zawierała zbyt rygorystyczne wymogi. To utrudniało i wciąż utrudnia wielu osobom restrukturyzację zadłużenia, przez co widnieją one w rejestrach dłużników.

Zdaniem prezesa SMS Kredyt Holding duża część z ponad 2 tys. wniosków o upadłość konsumencką w ostatnich latach była odrzucana z przyczyn formalnych. Dlatego działania legislacyjne powinny pójść w kierunku uproszczenia samej procedury, ewentualnie doposażenia organizacji konsumenckich w narzędzia, które pozwalałyby wspierać pożyczkobiorców, jak i dłużników innych firm w składaniu tych wniosków.

Czasami jest tak, że to nie błędne prawo powoduje jego niestosowanie, tylko brak narzędzi, które pomogłyby tym osobom, które dziś mogą korzystać z upadłości, w złożeniu prawidłowego wniosku i przeprowadzeniu całego procesu upadłości – uważa Tokarek.

Wskazuje także kilka pozytywnych punktów, jakie zawiera nowe prawo. Postępowanie sądowe stanie się prostsze i szybsze, bo będzie prowadzone przez jednego sędziego, spadną też opłaty sądowe z 200 zł do 30 zł.

Rynek przelewów natychmiastowych rośnie w tempie dwucyfrowym. Polska w czołówce światowej

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z przelewów natychmiastowych. Choć wartość wszystkich zrealizowanych przelewów tego typu była w I kwartale 2014 blisko 1000 razy mniejsza niż tradycyjnych, to rynek rośnie w tempie dwucyfrowym. Atrakcyjność usługi wynika z tego, że klienci nie muszą czekać do następnego dnia roboczego na realizację przelewu. To pozwala lepiej zarządzać środkami na koncie zarówno konsumentom, jak i firmom.

Według danych na koniec czerwca 2014 roku, w tym półroczu przetworzyliśmy 750 tys. przelewów natychmiastowych, czyli prawie dwa razy więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Jeżeli weźmiemy pod uwagę całość rynku przelewów natychmiastowych od początku istnienia ich w Polsce, to nasz system płatności przetworzył blisko 75 proc. wszystkich przelewów natychmiastowych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Ptak, członek zarządu Blue Media SA, operator Systemu Płatności BlueCash (SPBC) do wykonywania szybkich przelewów międzybankowych.

W maju w ramach SPBC wykonano 134 tysiące takich przelewów. Drugi operator systemów przelewów natychmiastowych, czyli Krajowa Izba Rozliczeniowa, w ramach Express ELIXIR rozliczył 70 tys. transakcji, trzy razy więcej niż przed rokiem. Z miesiąca na miesiąc rośnie nie tylko liczba, lecz także wartość transakcji.

Przelewy natychmiastowe stają się coraz popularniejszą usługą, bo pozwalają dokonać płatności na rachunki innych banków w czasie kilkunastu sekund. Ptak wyjaśnia, że 99 proc. takich przelewów przechodzi w czasie poniżej 12 sekund. Dodaje, że sama operacja nie jest bardziej skomplikowana niż w przypadku tradycyjnego przelewu poprzez system ELIXIR, klienci nie muszą obawiać się o bezpieczeństwo, bo system rozliczeniowy BlueCash jest nadzorowany przez Narodowy Bank Polski.

Tradycyjny przelew rozliczany w systemie ELIXIR może zostać zaksięgowany na koncie odbiorcy dopiero następnego dnia. To, czy uda się przelać pieniądze do innego banku w tym samym dniu roboczym, zależy od godziny, w jakiej przelew zostały zlecony. W zależności od banku ostatnie sesje wychodzące dla przelewów są przeważnie w godzinach 16-18. To oznacza, że jeśli klient wystawi polecenie przelewu w piątek o godz. 20, to pieniądze znajdą się na koncie odbiorcy dopiero w poniedziałek.

Ta niedogodność jest jedną z przyczyn tak dynamicznego rozwoju rynku szybkich przelewów. Dane NBP za I kwartał 2014 r. pokazują, że 36,3 proc. przelewów w systemie BlueCash zlecono między godz. 16 a 24. Ponadto najwięcej zleceń rozliczono w piątki (20,4 proc.) i w poniedziałki (19,9 proc.). W przypadku pozostałych dni roboczych, udział wahał się między 16 a 17 proc.

Średnia kwota przelewu natychmiastowego to jest około 750-800 zł, co pokazuje, że jest to przede wszystkim narzędzie do przekazywania środków w sytuacjach awaryjnych, kiedy potrzebujemy szybko zapłacić za wakacje, za ratę kredytu – wymienia Ptak.

Przelewy natychmiastowe są użyteczne także z punktu widzenia przedsiębiorców, którzy muszą dotrzymywać terminów wobec kontrahentów, urzędów czy dostawców usług. Dzięki temu możliwość płacenia w czasie rzeczywistym pomaga małym podmiotom w zarządzaniu płynnością finansową. Dalszy rozwój rynku płatności natychmiastowych może być także korzystny z punktu widzenia sklepów internetowych. Część klientów wciąż wybiera tradycyjne sklepy m.in. z tego względu, że większość sklepów w internecie zaczyna wysyłać zamówienie dopiero po zaksięgowaniu środków.

Jest to usługa, którą banki oferują swoim klientom jako usługę premium. Całkowita wartość zleceń w systemach przelewów natychmiastowych w Polsce była niższa niż 1 mld zł w I kwartale 2014 r. – wynika z danych NBP. W tym samym okresie wartość tradycyjnych przelewów rozliczanych poprzez ELIXIR wyniosła 955 mld zł.

To jest jak porównywanie liczby sprzedanych Porsche z liczbą sprzedanych rowerów. Jedno i drugie służy do przemieszczania się, natomiast różnica jest ewidentna. Płatności natychmiastowe będą usługą premium, ponieważ one wymagają większych nakładów ze strony banków, większego nadzoru bezpieczeństwa i mają być wykorzystywane głównie w sytuacjach awaryjnych. Tak zapewne będzie jeszcze przez kilka lat – przewiduje członek zarządu Blue Media.

Dane banku centralnego pokazują jednak, że rynek przelewów natychmiastowych dynamicznie rozwijał się w ostatnim roku, podczas gdy przelewów tradycyjnych – skurczył się.W I kwartale 2014 r. wartość transakcji rozliczonych poprzez BlueCash była wyższa o 11,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem sprzed roku. W tym samym czasie wartość przelewów rozliczonych w ramach ELIXIR wzrosła o 4,7 proc. (z 9 11 942,1 mln zł do 955 364,9 mln zł )

Analizując dane historyczne, możemy stwierdzić stałą tendencję wzrostową i jesteśmy w stanie określić, ile tych przelewów natychmiastowych będzie realizowanych przez nasz system. Dzisiaj prognozujemy, że do końca tego roku przetworzymy 2,5 mln transakcji, do końca 2015 roku prawdopodobnie 5 mln transakcji, co pokazuje, że choć jest to usługa premium, to dynamika wzrostu jest bardzo duża – uważa Ptak.

Koszty tej usługi zależą zarówno od banku, jak i kwoty przelewu. W przypadku przelewu o wielkości kilkuset złotych zazwyczaj zamykają się w kwocie do 10 zł.

Również na świecie nie jest to jeszcze rozpowszechniona usługa. Jedynie w 16 krajach można zlecać przelewy natychmiastowe, a są one wciąż niedostępne m.in. w Stanach Zjednoczonych. Ciekawostką jest to, że w 2008 r. Polska wraz z Wielką Brytanią była pierwszym krajem, gdzie wdrożono rozwiązania pozwalające realizować przelewy natychmiastowe. To efekt sprawnego nadzoru nad rynkiem finansowym ze strony KNF i NBP oraz tzw. premii za opóźnienie.

Banki działają w bardzo bezpiecznym środowisku, które jednocześnie umożliwia im inwestowanie w innowacje. W Stanach Zjednoczonych nie ma takiego systemu, nie jest on tak rozwinięty, cały czas jest oparty o bardzo popularne czeki i karty kredytowe. W Polsce nastąpiła tzw. premia za opóźnienie. My wdrażaliśmy systemy bankowe wtedy, kiedy inne kraje miały już za sobą problemy związane z pierwszymi wdrożeniami, więc od razu mamy dostęp do gotowych biznesowo rozwiązań – tłumaczy Ptak.

Parytety uwolnią przedsiębiorczość polskich kobiet

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Gospodarki zachęca polskie firmy do zatrudniania większej liczby kobiet w radach nadzorczych. Urzędnicy proponują wprowadzenie parytetów, które mają obowiązywać w UE od 2020 r. Państwa członkowskie zobowiązały się, że w radach nadzorczych spółek publicznych będzie co najmniej 40 proc. kobiet. Obecnie w Polsce jest ich cztery razy mniej, przez co traci cała gospodarka – przekonują zwolennicy parytetów.

Obiema rękami podpisuję się pod tym pomysłem, jako że sama uczestniczyłam swego czasu w tworzeniu takiej rządowej akcji zachęcającej kobiety, by były bardziej aktywne w życiu publicznym. Polki są niezwykle przedsiębiorcze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Beata Stelmach, prezes zarządu General Electric w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Kobiety stanowią zaledwie 10 proc. zatrudnionych w radach nadzorczych polskich firm – wynika z danych Komisji Europejskiej. Średnia dla 28 państw UE wynosi 17,6 proc., a celem Brukseli jest osiągniecie poziomu 40 proc. w 2020 r. Problem dostrzegło Ministerstwo Gospodarki, które stara się przekonać biznes do akceptacji parytetów.

Według zwolenników wprowadzania kwot i parytetów firmy dbające o większą różnorodność na stanowiskach kierowniczych (w tym odpowiedni udział kobiet) osiągają przeciętnie lepsze wyniki finansowe. Obok zapewnienia równowagi płci w ramach zarządzania różnorodnością, firma tworzy środowisko, które umożliwia zatrudnianie i rozwój pracowników z różnych grup wiekowych, o różnym pochodzeniu, odmiennej sytuacji rodzinnej itp. Oparte jest na założeniu, że większa różnorodność zwiększa efektywność działania i trafność podejmowania decyzji wewnątrz organizacji, ponieważ rośnie szansa uwzględnienia różnych punktów widzenia.

Zarządzanie różnorodnością nie jest jeszcze powszechną praktyką w polskich firmach. Jak wynika z Barometru Różnorodności za 2013 r. publikowanego przez PKPP „Lewiatan”, jedynie 21 proc. polskich przedsiębiorstw stosuje pewne rozwiązania z zakresu zarządzania różnorodnością w miejscu pracy. Częściej robią to duże firmy (28 proc.) niż te średniej wielkości (20 proc.). W przypadku 17 proc. ankietowanych podmiotów elementy strategii zarządzania różnorodnością były ujęte w kodeksie etyki lub w innych dokumentach strategicznych. Odrębny dokument będący strategią zarządzania różnorodnością ma zaledwie 2 proc. firm – wynika z badania PKPP „Lewiatan”.

Jeśli popatrzymy na zaangażowanie i udział kobiet w większych korporacjach na najwyższych stanowiskach, to jest ich zdecydowanie mniej i dominują mężczyźni. Z czegoś ten problem się bierze. I to nie dotyczy tylko Polski – uważa Stelmach.

Równa liczba kobiet i mężczyzn na stanowiskach kierowniczych to rzadkość w polskich firmach. Według Barometru Różnorodności, w 2013 r. było ich zaledwie 8 proc. W 82 proc. przebadanych przedsiębiorstw dominowali mężczyźni, a w co dziesiątym – kobiety. Jednocześnie zaledwie 7 proc. firm odpowiedziało, że prowadzi monitoring wynagrodzeń kobiet i mężczyzn. To samo zjawisko – choć w różnym natężeniu – występuje praktycznie we wszystkich krajach UE, dlatego Komisja Europejska zdecydowała się uregulować problem na poziomie wspólnotowym.

W Unii Europejskiej powstała inicjatywa i za chwilę będziemy wdrażać w życie dyrektywę, która zachęca kraje członkowskie do tego, by zapraszano kobiety do rad nadzorczych spółek publicznych – mówi prezes General Electric w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Według dyrektywy KE państwa członkowskie mają możliwość wyboru środków, dzięki którym będą egzekwować przestrzeganie kwoty 40 proc. Wśród możliwych sankcji wymienia się m.in. kary administracyjne, wykluczenie z przetargów publicznych czy pozbawienie pomocy publicznej.

Przyjęcie regulacji ws. kobiet w radach nadzorczych prywatnych spółek wywołało protesty kilku państw, m.in. Wielkiej Brytanii i Szwecji. Krytycy wskazują, że odgórne ustalanie parytetów nadmiernie ingeruje w wolność gospodarczą, w tym prawo własności i autonomię spółek. Część obaw dotyczyła także negatywnego wpływu tej regulacji na małe i średnie spółki, ale KE zdecydowała już, że dyrektywa nie obejmie spółek zatrudniających poniżej 250 osób lub osiągających dochód poniżej 50 mln euro.

Inicjatywa Ministerstwa Gospodarki i szereg innych inicjatyw ze strony organizacji pozarządowych jest w tym samym nurcie, co debata publiczna w Unii Europejskiej, by zachęcić kobiety, ale jednocześnie wytłumaczyć mężczyznom, że to nic strasznego, jeżeli kobiet będzie więcej – ocenia Beata Stelmach.

Polacy zwiększają wydatki na naturalne i zdrowe soki

CEO Magazyn Polska

Rynek soków, nektarów i napojów jest dziś wart 3,5 mld zł i względnie stabilnie się rozwija. W ostatnim czasie zmieniła się jednak jego struktura – w okresie od czerwca 2013 roku do maja br. o ponad 15 proc. wzrosła kategoria soków. Polacy coraz częściej sięgają po naturalne soki, które zastępują im jedną porcję owoców.

Polacy będą sięgali po soki, napoje i nektary z prostego powodu: jest to ekwiwalent jednej porcji owoców. Jeżeli chcemy utrzymać dietę, w której powinno być co najmniej pięć porcji owoców lub warzyw, soki są dobrym wyborem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Dariusz Badełek, kierownik marki DrWitt w Agros-Nova.

Rynek soków, nektarów i napojów w Polsce jest wart obecnie ok. 3,5 mld zł i w ostatnich latach ma niewielką dynamikę wzrostu. W okresie od kwietnia 2013 r. do marca 2014 r. konsumpcja napojów tych kategorii wyniosła 960 mln litrów. To oznacza, że sprzedaż mierzona wartościowo wzrosła o 1,5 proc, a ilościowo – 0,5 proc. w porównaniu z tym okresem w poprzednich latach – wynika z badań GfK Polonia. Wzrost wartości sprzedaży napojów była spowodowany tym, że konsumenci częściej wybierali tę kategorię produktów (wzrost o 2 proc.), a także tym, że wzrosły ich ceny (o 1 proc.).

W ostatnim czasie zmieniła się także struktura rynku. Z danych firmy Nielsen wynika, że w okresie od czerwca 2013 roku do maja 2014 segment soków urósł wartościowo o 15,4 proc. (w ujęciu rocznym). W tym  samym czasie segment nektarów spadł o 5,7 proc., a napoje utrzymały stabilna pozycję (spadek o 1,5 proc.).

Dariusz Badełek spodziewa się, że te trendy się utrzymają, ponieważ konsumenci będą chętniej kupowali zdrowsze produkty.

Przewidujemy rozwój kategorii soków, nektarów, napojów niegazowanych. Nie będzie to rozwój wyłącznie podstawowego portfela, lecz przede wszystkim w zakresie produktów specyficznych dla konsumenta. Mam tutaj na myśli nie tylko produkty o charakterze prozdrowotnym, lecz także nowości produktowe, które możemy rozwijać zarówno w ofercie stałej, jak i czasowej – przewiduje kierownik marki DrWitt w Agros-Nova.

Ponad połowę rynku w kategorii ilościowej stanowią napoje owocowe. W badanym okresie przeciętne gospodarstwo domowe sięgało po nie 24 razy. Nie zmieniła się przy tym penetracja całego rynku napojów bezalkoholowych, czyli odsetek osób, które przynajmniej raz kupiły sok, nektar lub napój niegazowany. W okresie od kwietnia 2013 do marca 2014 wyniosła ona 97 proc, co oznacza, że rynek obejmował 13,1 mln gospodarstw domowych w Polsce.

Choć Polacy są wciąż mocno przywiązani do klasycznych soków jabłkowych i pomarańczowych, to coraz więcej osób poszukuje nowości lub przynajmniej innych odmian tych owoców.

Coraz częściej konsumenci sięgają po jabłka gatunkowe bądź po pomarańczę, która dzięki dodatkom funkcjonalnym staje się powoli żywnością prozdrowotną, co ważne, o potwierdzonym wpływie na organizm – uważa Badełek.

W sytuacji wolno rosnącego rynku szansą na zwiększenie przychodów dla producentów – obok zmian asortymentu – są także produkty specjalne, oferowane przez ograniczony czas.

– To mogą być nowe smaki, które dla polskich konsumentów dotychczas były nieznane. W 2014 roku były to na przykład smaki powiązane z Brazylią i tym, co działo się wokół piłkarskich mistrzostw świata. W przyszłym roku będą kolejne okazje do rozwijania dodatkowej konsumpcji – uważa Dariusz Badełek.

W dłuższym okresie dla producentów ważniejszy będzie jednak rozwój produktów w segmencie prozdrowotnym. Z tego powodu starają się oni propagować zdrowe nawyki żywieniowe oraz aktywność fizyczną. Przykładem jest kampania Agros-Nova w ramach akcji „Rusz się po zdrowie”.

Przez ponad pół roku propagowaliśmy zdrowy tryb życia, korzystne dla zdrowia Polek zachowania. Akcję uruchomiliśmy w listopadzie zeszłego roku i aż do połowy tego roku podawaliśmy Polkom szereg porad prozdrowotnych – mówi Badełek.

Według kierownika marki DrWitt w Agros-Nova konsumenci będą coraz częściej postrzegać soki jak produkty, które mają nie tylko walory smakowe, lecz także prozdrowotne. Dariusz Badełek sądzi, że będzie wzrastało przekonanie, że soki nie tylko służą gaszeniu pragnienia, lecz także są istotną częścią diety.

Jazda motocyklami będzie możliwa bez specjalnego prawa jazdy

0

CEO Magazyn Polska

Od 24 sierpnia kierowcy posiadający od minimum trzech lat prawo jazdy kategorii B będą mogli legalnie poruszać się motocyklami o pojemności silnika do 125 cm sześc. Nowe przepisy dotyczące uprawnień do prowadzenia jednośladów mogą wpłynąć na poziom sprzedaży. Sprzedawcy motocykli spodziewają się, że małe skutery stracą popularność na rzecz jednośladów wyposażonych w silniki właśnie o pojemności 125 cm sześc.

Dilerzy jednośladów pozytywnie odnoszą się do tych zmian i liczą na większą sprzedaż. Równocześnie jednak spodziewają się spadku popularności skuterów o pojemności do 50 cm sześc., którymi już teraz można poruszać się po drogach bez konieczności posiadania uprawnień.

Oceniamy, że zasadność zakupienia „pięćdziesiątek” zniknie, klienci będą raczej wybierać pojazdy z silnikami o pojemności 125 cm sześc. – uważa Jakub Rymkiewicz, dyrektor działu motocykli Honda Poland. – Pojazdy obu kategorii dostępne są w porównywalnych cenach, podobny jest też poziom zużycia paliwa, a większe motory oferują oczywiście lepszą dynamikę jazdy.

Grupa potencjalnych klientów na motory 125 cm sześc. jest duża. Mieszczą się w niej niemal wszystkie osoby, które posiadają samochód osobowy.

– Poruszanie się autem po dużych miastach jest coraz bardziej uciążliwe – mówi Jakub Rymkiewicz. – Kierowcy spędzają mnóstwo czasu w korkach, a skuterem lub małym motocyklem można dojechać z jednego końca miasta na drugi bardzo szybko, nawet w trakcie największego ruchu. Ich popularność, szczególnie w świetle nowych przepisów, będzie więc rosła.

Zmiany w przepisach powinny wpłynąć też pozytywnie na bezpieczeństwo na drogach. Specjaliści oceniają, że poruszanie się pojazdem o pojemności 125 cm sześć. jest bezpieczniejsze niż małymi skuterami.

– Skuter z jednostką 50-centymetrową jest stosunkowo wolny – tłumaczy Rymkiewicz. – To stwarza problemy na przykład podczas ruszania spod świateł. Taki pojazd często nie jest w stanie utrzymać tempa wyznaczanego przez samochody i bywa traktowany jako przeszkoda na drodze. W przypadku nieco większych, a więc dynamiczniejszych jednośladów, tego problemu nie ma. 

Producenci i dystrybutorzy jednośladów liczą, że nowe przepisy wpłyną pozytywnie na rynek i przyczynią się do ogólnego wzrostu sprzedaży. Bieżący rok jest dla branży stosunkowo udany, wciąż jednak motocykl traktowany jest w Polsce w dużej mierze jako dobro luksusowe.

 Ten rok jest specyficzny, bo zima była bardzo krótka i sprzedaż energicznie ruszyła od pierwszych miesięcy – mówi Jakub Rymkiewicz. – Później sytuacja się ustabilizowała. Biorąc jednak pod uwagę wielkość populacji w naszym kraju, popularność motocykli wciąż jest niewielka.

Głównymi klientami salonów są osoby w średnim wieku, które kupując motocykl, realizują niespełnione marzenia z młodości. Drugą grupę stanowią osoby szukające skuterów do szybkiej komunikacji w mieście lub poruszania się rekreacyjnego.

– Polskim rynkiem jednośladów rządzi sezonowość – mówi przedstawiciel Honda Poland. – Im wcześniej sezon się zacznie, tym wyższa sprzedaż. Średnio większy ruch w salonach zaczyna się w marcu i kwietniu, by osiągnąć szczyt w lipcu i sierpniu. Później kupujących przyciągają już głównie promocje.

Sposobem na przyciągnięcie uwagi kierowców mają być częste zmiany w ofercie. Honda w tym roku zaproponowała kilkanaście nowości. Był to m.in. nowy model PCX 125, nowe SH Mode, w ubiegłym roku pojawił się natomiast MSX. Kolejne modele mają być zaprezentowane podczas jesiennej wystawy w Mediolanie.

Kolejne miliony dla młodych naukowców na realizację badań

Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju
Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju

Znani są laureaci piątej edycji programu Lider, prowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. 36 młodych naukowców otrzyma w sumie 40 mln złotych na realizację swoich projektów. To będą ich debiuty jako samodzielnych kierowników projektów, a wyniki ich badań mają być potem wdrożone w gospodarce. NCBR do ten pory rozdysponował już 184 mln zł wśród 178 uczestników.

– Dzięki temu programowi młodzi naukowcy mają szansę, żeby po raz pierwszy w swoim życiu zawodowym realizować duże przedsięwzięcie badawcze ułożone według własnego planu, własnych ocen tego, jaka linia tematyczna jest przyszłością w nauce – tłumaczy Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Lena Kolarska-Bobińska podkreśla, że program Lider ma przyciągnąć młodych naukowców, którzy zbliżają naukę do przemysłu, mają pomysł na dobry projekt naukowy i wiedzą, jak wyniki ich badań praktycznie wykorzystać.

– Ich przykład może też oddziaływać na innych: zachęcać do podejmowania inicjatyw, których celem jest wykorzystanie wyników badań naukowych w gospodarce. Innowacyjne mogą być bowiem nie tylko produkty i wynalazki, lecz także postawy i zachowania – mówi prof. Lena Kolarska-Bobińska.

W piątej edycji programu, której uczestnicy zostali właśnie wyłonieni, bezzwrotne granty przyznano 36 naukowcom na łączną kwotę ok. 40 mln zł. Maksymalna wartość projektu to 1,2 mln zł.

– NCBR w ten sposób chce dać szansę młodym naukowcom po pierwsze na zrealizowanie ambitnego planu badawczego, a po drugie na sprawdzenie się w roli menadżera – mówi Grabarczyk.

Uczestnicy programu mają szanse na to, by być kierownikiem własnego projektu badawczego, rekrutować do niego współpracowników, ustalać jego budżet i etapy realizacji. To bardzo ważne umiejętności i w przeszłości niełatwo było przekonać komisję do tego, że jest się właściwą osobą do realizacji takiego zadania.

– Procedura, w wyniku której wyselekcjonowaliśmy zwycięzców, jest bardzo rygorystyczna i wymagająca zaproponowania czegoś o naprawdę dużej jakości – zauważa zastępca dyrektora NCBR. – Ale oprócz tego wymagająca i odporności fizycznej, i odwagi, żeby po raz pierwszy przed komisją złożoną ze znakomitych polskich naukowców stanąć i obronić: po pierwsze swój pomysł na projekt badawczy od strony naukowej, po drugie obronić siebie jako tego, który będzie w stanie dobrze zarządzić tym projektem i ma kompetencje osobowe, charakterologiczne, żeby taki projekt zrealizować.

W wyniku postępowania kwalifikacyjnego wyłoniono naukowców ze wszystkich dziedzin – technicznych, przyrodniczych i szeroko pojętej nauki o życiu – wylicza rozmówca Newserii Biznes.

Zainteresowanie programem jest duże – wpłynęło 240 wniosków, z których ze względów formalnych odrzucono 11, a dofinansowanie otrzymał co szósty projekt.

Polacy wolą krajowe owoce, nawet jeśli muszą zapłacić za nie więcej

CEO Magazyn Polska

Polacy bardziej cenią owoce krajowe niż z importu. Wybierają je ze względu na niższe ceny i walory smakowe. Sięgaliby po nie również wtedy, gdyby musieli płacić więcej. Z tego powodu polscy sadownicy nie obawiają się konkurencji z zagranicy.

Gust konsumentów zmienia się cyklicznie. Obserwujemy to na przykładzie truskawek. Kiedyś konsumenci byli zachwyceni importowanymi, ale dzisiaj uważają, że krajowe mają zdecydowanie lepszy smak. Często są w stanie zapłacić za nie nawet wyższą cenę. Podobnie jest z malinami i czereśniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Najbardziej widać to jednak na przykładzie jabłek. Mirosław Maliszewski podkreśla, że wybory konsumentów sprawiły, że nie ma dużych dostaw tych owoców z zagranicy na rynek polski.

Polacy najczęściej wybierają jabłka krajowe – mówi prezes Związku Sadowników RP. – Są najtańsze, najlepsze i najsmaczniejsze – tak wynika z ankiet, które prowadzimy wśród konsumentów zarówno polskich, jak i zewnętrznych. Ładnie wyglądają i pachną, a do tego są relatywnie tanie.

Polskie jabłka wybierają nie tylko Polacy. W sezonie 2012/2013 eksport jabłek wyniósł 1,2 mln ton. Według danych GUS w I kwartale br. sadownicy sprzedali za granicę 374 tys. ton jabłek, czyli o 20 proc. mniej niż przed rokiem (468 tys. ton). Największym odbiorcą tych owoców pozostaje Rosja, mimo że na rosyjski rynek trafiło o jedną trzecią owoców mniej. Sytuacja może się jeszcze pogorszyć, ponieważ rosyjska inspekcja Rossielchoznadzor poinformowała o wprowadzeniu tymczasowego embarga na import polskich owoców i warzyw od 1 sierpnia br.

Sprzedajemy za granicę nieraz nawet ponad 1 mln ton, a kupujemy około 100 tys. ton – tłumaczy Mirosław Maliszewski.

Producenci owoców chcą jeszcze mocniej promować krajowe produkty na polskim rynku.

Akcje promocyjne kierujemy szczególnie do młodych ludzi, aby wyrobić w nich nawyki zdrowego odżywiania. Mamy nadzieję, że kiedy dorosną, częściej będą wybierać do swojego koszyka zakupowego owoce i warzywa – mówi prezes Związku Sadowników RP.

Według zaleceń Instytut Żywności i Żywienia warzywa i owoce powinny wchodzić w skład codziennej diety, ponieważ są źródłem cennych witamin, zwłaszcza witaminy C oraz beta-karotenu. Ponadto dostarczają znacznych ilości wapnia, potasu, magnezu i sodu oraz kwasu foliowego, a zawarty w nich błonnik pokarmowy ma zdolność regulowania pracy przewodu pokarmowego, zapobiega zaparciom i korzystnie wpływa na stężenie cholesterolu oraz glukozy we krwi.

Rekordowe wyniki finansowe Grupy IPF (właściciel Provident Polska)

Grupa International Personal Finance, właściciel Provident Polska, w ciągu pierwszych 6 miesięcy 2014 roku osiągnął zysk przed opodatkowaniem na poziomie ok. 246,8 mln PLN (47,1 mln GBP). Jest to rekordowy, 11% wzrost. Zysk polskiej spółki wyniósł ok. 148,2 mln PLN (28,5 mln GBP) i wzrósł o ok. 28 mln PLN (5,4 mln GBP), w stosunku do roku ubiegłego.

Polski Provident osiągnął znaczny wzrost wartości udzielonych pożyczek i przychodów, a dzięki dalszemu obniżeniu wskaźnika kosztów do dochodów spółka zwiększyła zysk przed opodatkowaniem o 23% do ok. 148,2 mln PLN (28,5 mln GBP). Wynika to z wyraźnego wzrostu zysku bazowego o ok. 44,2 mln PLN (8,5 mln GBP) przed uwzględnieniem dodatkowych inwestycji na Litwie w kwocie ok. 10,92 mln PLN (2,1 mln GBP) i niekorzystnego wpływu kursów walutowych, który wyniósł ok. 5,2 mln PLN (1,0 mln GBP).

Pomimo dynamicznie zmieniającego się otoczenia, polska spółka osiągnęła wzrost liczby klientów o 3%, do 853 tysięcy oraz przyrost wartości udzielonych pożyczek o 10%. Zarówno średni stan należności netto, jak i przychody wzrosły o 15%, wskaźnik utraty wartości należności od klientów jako procent przychodów w ujęciu rocznym pozostał natomiast w założonym przedziale na poziomie 29,7%.

Robimy duże postępy biznesowe, a nasza strategia nadal przynosi silny wzrost przychodów i zysków – skomentował Gerard Ryan, Dyrektor Zarządzający IPF. Mam również przyjemność ogłosić, że wchodzimy na rynek hiszpański, który otwiera nowe możliwości znaczącego zwiększenia skali naszej działalności w Europie. Na wielu rynkach zwiększyły się wymogi regulacyjne i nasiliła się konkurencja, ale jesteśmy przekonani, że będziemy nadal rosnąć i zwiększać stopę zwrotu dla naszych akcjonariuszy. – dodał Ryan.

W pierwszej połowie 2014 r. Provident Polska skupił się również na dalszym rozszerzaniu działalności na Litwie, gdzie liczba klientów zwiększyła się do 3 700, a liczba przedstawicieli do około 150.

W drugiej połowie roku firma planuje osiągnąć dalsze wzrosty w Polsce i na Litwie, inwestując więcej w marketing i zachęty oraz zyskując ogólnokrajowy zasięg na Litwie.

W II kwartale 2014 r. mBank zarobił 324,8 mln zł netto, co oznacza wzrost o niemal 47 mln zł w skali roku

Każdy kolejny miesiąc potwierdza, że strategia oparta na organicznym rozwoju biznesu przynosi doskonałe rezultaty. Bank wypracował w II kwartale miliard złotych przychodów i 325 mln zł zysku netto, niemal 17 proc. więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku – mówi Cezary Stypułkowski, prezes mBanku. Pomimo środowiska niskich stóp procentowych wynik z tytułu odsetek w II kwartale wyniósł 617,2 mln zł, podczas gdy w pierwszych trzech miesiącach roku było to 591 mln. Z kolei w skali roku wzrost wynosi ponad 12 proc. Stopniowej poprawie ulega również wynik z tytułu opłat i prowizji. W II kwartale 2014 r. wyniósł on 243,7 mln zł, podczas gdy w analogicznym okresie roku ubiegłego było to 209,3 mln zł.

– Dodatkowe powody do zadowolenia z pewnością przynosi akcjonariuszom niski współczynnik kosztów do dochodów, który po pierwszej połowie 2014 r. wyniósł 44,7 proc. Plasuje to mBank w ścisłej czołówce najbardziej efektywnych instytucji finansowych – mówi Cezary Stypułkowski.

mBank nieustannie zwiększa również liczbę obsługiwanych klientów, zarówno detalicznych (wzrost w II kwartale o 62,8 tys. osób do 4,49 mln), jak i korporacyjnych (406 nowych firm zdecydowało się na współpracę z bankiem, a ich łączna liczba przekroczyła poziom 17 tys.).

Bank sprzedaje również coraz więcej kredytów. Portfel należności od klientów detalicznych na koniec II kwartału osiągnął wartość 39,6 mld zł, co oznacza wzrost o 1,8 proc. w porównaniu do stanu z końca marca. Największą dynamiką charakteryzuje się kategoria kredytów hipotecznych. W II kwartale bank sprzedał 863 mln zł „hipotek” (wzrost w skali roku o 76 proc.). Z kolei wartość kredytów korporacyjnych udzielonych przez mBank osiągnęła 27,9 mld zł (z wyłączeniem transakcji reverse repo/buy sell back), czyli o 3,5 proc. więcej niż w I kwartale.

Klienci coraz aktywniej korzystają z nowoczesnych form komunikacji z mBankiem. Po drugim kwartale z bankowości mobilnej korzystało już 775 tys. użytkowników. Ponadto już co 10 klient kontaktuje się z mBankiem za pośrednictwem Eksperta online.

Również tradycyjna sieć naziemna banku jest doskonale oceniana. W trzeciej edycji rankingu „Jakość na bank”, przygotowanego przez TNS Polska oraz Puls Biznesu, mBank po raz trzeci zajął pierwsze miejsce, wyraźnie deklasując konkurencję.

Program lojalnościowy – gra warta świeczki?

Firmy z przeróżnych branż bombardują swoich klientów rozmaitymi programami lojalnościowymi. Rzeczywiście, dobre tego rodzaju narzędzie jest świetnym sposobem budowania lojalności klientów. Niestety, wiele programów nie spełnia żadnej ze swoich podstawowych funkcji, nie są one bowiem ani skuteczne ani opłacalne, a błędy popełniane są już na etapie ich projektowania.

O tym, że utrzymanie stałego klienta wiąże się ze znacznie niższymi kosztami niż przyciągnięcie nowego, przekonuje zarówno teoria, jak i praktyka. Klienci lojalni to tacy, których konkurencja łatwo nie skusi. Są oni najlepszymi ambasadorami danego produktu czy usługi, a jednocześnie najlepszymi krytykami, przywiązani do wysokiej jakości preferowanej marki zauważą każdą zmianę, każdy szczegół – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Key Account Manager GRUPA 365 NET. Co zatem zrobić aby zyskać lojalnych klientów? Sposobów jest oczywiście wiele, jednak podstawa to dobry produkt i doskonała obsługa. Świetnym elementem strategii może być też właśnie program lojalnościowy. Należy jednak pamiętać, że to przedsięwzięcie długookresowe, wymagające czasu i zaangażowania. By wysiłek nie poszedł na marne, należy zatem na wstępie rozważyć kilka kwestii.

Cel

Na wstępie należy dokładnie przeanalizować to, czy rzeczywiście program lojalnościowy jest firmie potrzebny, czy ją na to stać, a w końcu jakie chce się osiągnąć cele. Oczywiście ogólnie rzecz ujmując chodzi kreowanie satysfakcji klienta, która przełoży się na jego wierność danej marce. Należy jednak skupić się na dokładnym określeniu celów szczegółowych z uwzględnieniem rozmaitych kryteriów, zarówno o wymiernym, jak i niewymiernym charakterze.

Grupa docelowa

Kolejnym elementem jest identyfikacja grupy docelowej. Właściwie wykorzystanie posiadanej bazy klientów (przy zastosowaniu odpowiedniej segmentacji) może być strzałem w dziesiątkę. Konieczna jest bowiem znacząca indywidualizacja strumienia korzyści kierowanych do poszczególnych grup klientów, nie wszystkich w końcu zachęca dokładnie to samo.

Forma – wdrożenie – komunikacja

Znajomość klientów, koszyki korzyści skonstruowane w odniesieniu do grup konsumentów, model biznesowy firmy, budżet, cele i możliwe sposoby ich osiągnięcia – wszystko to ma znaczenie w procesie wyboru konkretnej formy programu. Wpływ na tą decyzję musi mieć również planowana komunikacja z klientami. Program lojalnościowy to w końcu przecież specyficzna forma platformy komunikacyjnej. Konkretna forma programu wymaga więc odpowiednich sposobów komunikacji i właściwych działań wdrożeniowych, bez nich nie może okazać się sukcesem nawet najlepszy model narzędzia promocji konsumenckiej.

Monitoring

Programy lojalnościowe, jak każde narzędzie tego rodzaju, wymagają bieżącej obserwacji, pomiaru wyników i wprowadzania koniecznych modyfikacji/ korekt. Ze względu na sporą dynamikę realizacji tego rodzaju projektu, której utrzymanie jest konieczne by był on czymś naprawdę wyjątkowym, konieczne jest stałe zaangażowanie. Praktyka pokaże co należy zmienić, co wycofać albo czym uzupełnić zabiegi dążące do budowy cennych relacji. Im jednak lepiej program zostanie zaprojektowany, tym większa szansa, że modyfikacje nie będą duże, a co za tym idzie nie pociągną za sobą dodatkowych kosztów.

Od samego początku warto, a nawet trzeba w realizowany projekt wdrożyć i zaangażować wszystkich pracowników firmy, przynajmniej na poziomie zmiany ich myślenia. Taka spójność zarówno z polityką wewnętrzną, jak i z całą realizowaną strategią marketingową stanowi podstawę sprostania wyzwaniu, a co za tym idzie osiągnięcia korzyści, które od początku były celem jego podjęcia.

Co czwarty Polak każdego roku spędza wakacje za granicą, z tego co drugi z gotówką

W maju br. na zlecenie Euronet Polska, niezależny instytut badawczy TNS przeprowadził badania dotyczące częstotliwości wyjazdów zagranicznych Polaków i związanych z nimi nawyków płatniczych. Ich wyniki pokazały, że niemal 50% osób wypoczywających za granicą zabiera ze sobą cały budżet wakacyjny w gotówce. Natomiast zdecydowana większość respondentów, bo aż 63% podczas wakacji za granicą w ogóle nie wypłaca pieniędzy ani z bankomatu, ani w lokalnej placówce banku.

Jak się okazuje, w portfelach zabieramy niebagatelne kwoty, przeciętnie jest to równowartość ok. 2250 zł, bez względu na to czy jest to urlop trwający tydzień czy dwa tygodnie. Przy wyjeździe dłuższym niż dwa tygodnie wartość zabieranej gotówki rośnie już do niemal 3200 zł. Co ciekawe, niezależnie od czasu trwania urlopu, 10% ankietowanych na zagraniczne wakacje zabiera w portfelu walutę o wartości nawet ponad 4000 zł!

– Polacy planują swoje wakacje również od strony finansowej. Dając możliwość wypłaty euro z naszych bankomatów wyszliśmy na przeciw potrzebom rynku oferując wygodę, szybkość i całodobową dostępność. Widząc ubiegłoroczne zainteresowanie klientów wypłatą euro w naszych bankomatach na terenie Warszawy, zdecydowaliśmy się na wdrożenie tej usługi w całej Polsce – powiedział Paweł Trocki, Dyrektor Sprzedaży Produktów Innowacyjnych w Euronet Polska.

Potwierdzeniem tych słów są wyniki badania, które pokazują, że jedynie 10% badanych w ogóle nie zabiera gotówki na urlop za granicę, decydując się na wypłaty z tamtejszych bankomatów lub realizację płatności bezgotówkowo. Ograniczoną skłonność do korzystania z bankomatów za granicą potwierdzają również wyniki porównawcze dla wakacji krajowych i zagranicznych. Polacy częściej korzystają z wypłat gotówki z bankomatu spędzając wakacje w kraju – 81%, rzadziej za granicą – 37%.

Co istotne, proces realizacji transakcji wypłaty euro w bankomatach Euronet przebiega analogicznie do wypłaty złotówek, z tą jedną różnicą, że wypłacający proszony jest o akceptację kursu, po którym realizuje wypłatę. Kurs po jakim można wypłacić euro z bankomatu Euronet, jest korzystny i atrakcyjniejszy od kursu wymiany oferowanego przez kantory. W jednej transakcji można wypłacić kwotę od 50 do 2000 euro.

Euronet oferuję usługę po jednolitym kursie w każdym z bankomatów. Informacja o bieżącym kursie, po jakim można wypłacić środki dostępna jest na ekranach bankomatów, w których usługa jest dostępna pod przyciskiem „Sprawdź kurs Euro”. Z usługi skorzystać może każdy, kto posiada kartę wydaną w Polsce do rachunku prowadzonego w PLN. Do dyspozycji klientów jest ponad 550 bankomatów w całej Polsce, w których dostępna jest usługa wypłaty euro. Urządzenia te są zazwyczaj zlokalizowane przy głównych arteriach komunikacyjnych w okolicach dworców kolejowych, autobusowych czy lotnisk.

Do czego potrzebna jest Polakom gotówka podczas wakacji za granicą? Najwięcej osób podczas zagranicznego urlopu wykorzystuje gotówkę podczas zakupów w sklepach (52%) oraz płacąc za posiłki w restauracjach lub innych punktach gastronomicznych (48%). Ważną pozycję w liczbie transakcji gotówkowych stanowią w 26% bilety wstępu do obiektów turystycznych, w 17% prezenty i upominki oraz opłaty za transport – 14%.

Badanie przeprowadzono przez TNS Polska na próbie 400 wywiadów telefonicznych wspomaganych komputerowo (CATI) na zlecenie Euronet Polska. Przebadana grupa to pełnoletni mieszkańcy miast liczących powyżej 200 tysięcy mieszkańców. Próba jest reprezentatywna ze względu na wiek, płeć, wykształcenie, wielkość miasta oraz województwo. Dodatkowe kryterium rekrutacyjne, które musiały spełnić osoby biorące udział w badaniu, to posiadanie konta osobistego ROR w banku oraz korzystanie z karty płatniczej.

Zmiany klimatu, ulewy i… rynki finansowe

Piotr Minkina, dyrektor ds. produktów inwestycyjnych Union Investment TFI

Od wieków klimat kształtował dzieje ludzkości. Upały, powodzie, susze oraz związane z nimi zjawiska pogodowe determinują mentalność całych narodów, a od kaprysów i anomalii pogody zależy byt wielu ludzi. Wpływ pogody na gospodarkę widoczny jest w szczególności w szeroko pojętym rolnictwie stanowiącym poprzez produkcję żywności podstawę ludzkiej egzystencji. Uprawy zbóż takich jak pszenica, kukurydza czy soja, roślin oleistych takich jak rzepak czy palmy oleiste bądź też używek w postaci kawy, kakao lub cukru zajmują olbrzymie połacie naszego globu zagospodarowane przez człowieka. Od produkcji surowców i towarów najbardziej uzależnione są przede wszystkim kraje trzeciego świata oraz gospodarki rozwijające się, choć i w krajach rozwiniętych ten segment gospodarki, pomimo przeważenia w kierunku produkcji i usług, stanowi ważną część życia gospodarczego. Gwałtowne wzrosty cen żywności potrafią wywoływać nawet niepokoje społeczne, o czym mogliśmy się przekonać podczas arabskiej wiosny ludów.
Uprawy roślin, o których mowa, skoncentrowane są naturalnie w obszarach najbardziej optymalnych dla ich wymogów. Podstawowymi determinantami rzutującymi na plony jest temperatura oraz ilość opadów w określonym czasie życia rośliny. To właśnie anomalii w postaci zbyt suchej wiosny czy zbyt ulewnego lata najbardziej boją się plantatorzy a ceny produktów rolnych uzależnione są od oczekiwań co do wielkości zbiorów i podaży.

Jedną z anomalii klimatycznych zmieniających warunki pogodowe na obszarach upraw ważnych dla gospodarki światowej produktów rolnych jest zjawisko zwane El Niño. Pod tą nazwą kryje się cykliczna zmiana temperatury wody w rejonie międzyzwrotnikowym na Oceanie Spokojnym, zaburzająca tradycyjny układ wyży i niżów, a następnie poprzez mechanizm łańcuchowy oddziałująca na inne części naszego globu.

Amerykańskie Centrum Prognozowania Klimatu ocenia, że na kontynencie północnoamerykańskim El Niño wpływa na pogodę na zachodnim brzegu Kanady (wyższe temperatury) oraz części obszarów Wielkich Prerii (na północy wyższe temperatury, na południu większe opady). W Ameryce Południowej znacznie podwyższa opady na zachodnim, zazwyczaj pustynnym wybrzeżu oraz w Argentynie. Ponadto wywołuje susze (i w efekcie pożary lasów) w Amazonii oraz obniża opady na wschodnim i północnym wybrzeżu kontynentu. W pasie od Półwyspu Indochińskiego poprzez Indonezję po Wschodnią i Południową Australię przynosi susze.

Choć nie udowodniono bezpośredniego związku, to wydaje się, że czasami również Europa odczuwa skutki El Niño. Przykładowo, niektórzy łączą z tym zjawiskiem powódź w 1997 r., kiedy pod wodą znalazła się znaczna część Wrocławia.

To właśnie w wymienionych powyżej obszarach znajduje się wiele upraw np. kawy i pszenicy, stąd anomalie pogodowe związane z El Niño mają znaczący wpływ na plony.
Analiza pokazuje, że w okresach silnego lub średniego natężenia El Niño zbiory kawy na świecie potrafiły spaść nawet o 17%. W tym samym czasie historyczne spadki produkcji pszenicy w Australii, kraju należącym do czołówki jej eksporterów, sięgały 50%.

Ze względu na skutki El Niño, na rynku przewagę miał ten, komu udało się przewidzieć to zjawisko. W ostatnich latach nastąpił duży postęp zarówno w rozpoznaniu mechanizmu działania El Niño jak i w rozwoju metod jego prognozowania. Najnowsze badania i prognozy wskazują, że prawdopodobieństwo zaistnienia El Niño w tym roku wynosi ponad 70%. Oczekiwania, co do jego potencjalnej siły również są mniejsze, choć nie wykluczają, że zjawisko może przybrać na sile. Bieżący okres wg naukowców jest kluczowy dla mocy El Niño. Jest to ważne, bowiem historycznie największe skutki wywoływały zjawiska o średniej bądź dużej sile, choć zdarzały się epizody, że i słabe El Niño potrafiło poprzestawiać szyki w globalnej pogodowej układance.

Z uwagi na to, że trafność prognoz stale rośnie, również rynki finansowe stały się bardziej wyczulone na doniesienia instytutów meteorologicznych. W tym roku, od czasu kiedy instytuty meteorologiczne zaczęły na przełomie lutego i marca publikować informacje o potencjalnym wystąpieniu El Niño, ceny produktów rolnych z rejonów upraw wrażliwych na anomalie pogodowe – w obawie przed spadkiem podaży – mocno rosły. Najbardziej od początku roku zyskały towary, których uprawy są skoncentrowane, np. kawa (+55%) czy kakao (+19%). Mini hossa pociągnęła w górę również ceny pszenicy i kukurydzy. Wartość rynkowa tych zbóż w kulminacyjnym momencie 2014 r., wzrosła o ponad 20%, licząc od początku roku, po czym powróciła w rejony z początku stycznia. Wzrosła również wartość szerokich indeksów towarów takich jak DJ UBS Commodity.

Wakacje na koszt firmy – informacja poradnikowa

Każdy z pracodawców wybiera sposób, w jaki chce dofinansować wypoczynek swoich pracowników. Mogą to być świadczenie urlopowe lub tzw. „wczasy pod gruszą”. Jaka jest między nimi różnica i jak może z nich korzystać pracownik tłumaczy Marta Kosakowska, aplikant adwokacki TGC Corporate Lawyers.

Wczasy pod gruszą

„Wczasy pod gruszą” to potoczna nazwa dofinansowania do wypoczynku dla pracowników, które pochodzi z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (ZFSŚ). Fundusz ten może być założony przez Spółkę zatrudniającą co najmniej 20 pracowników w przeliczeniu na pełny etat, a założenie go jest obligatoryjne jedynie dla zakładów budżetowych oraz jednostek samorządowych. Zasady przyznawania i wysokość świadczenia są różne w stosunku do każdego z pracowników, a jego wysokość jest uzależniona od sytuacji materialnej (wysokości dochodów), socjalnej i życiowej pracownika. Wczasy pod gruszą jako świadczenie z ZFŚS nie są opodatkowane do kwoty 380 zł rocznie, co oznacza, że jeśli ktoś otrzyma 500 zł, to od 380 zł nie jest odprowadzany podatek, lecz od reszty już tak.

Co zrobić by otrzymać świadczenie pod gruszą?

By otrzymać to świadczenie pracownik powinien w pierwszej kolejności złożyć, np.
w dziale kadr swojego pracodawcy, stosowny wniosek o dofinansowanie „wczasów pod gruszą” wraz z oświadczeniem dotyczącym jego sytuacji osobisto-materialnej. Dofinansowanie będzie mu się należało wtedy, gdy spełni wymogi zawarte w firmowym regulaminie ZFŚS. Trzeba również pamiętać, że wszelkie świadczenia finansowane ze środków ZFSŚ mają charakter nieobligatoryjny i pracownikowi nie może zażądać ich przyznania i wypłaty.

Wczasy pod gruszą a świadczenia urlopowe

Generalną zasadą jest to, że w danym zakładzie pracy jest wypłacana albo świadczenie tzw. grusza, albo świadczenie urlopowe. Gdy w zakładzie pracy wypłacane są świadczenia urlopowe przysługują one wszystkim pracownikom. Warunkiem jego otrzymania jest skorzystanie przez pracownika z urlopu wypoczynkowego w wymiarze minimum
14 kolejnych dni kalendarzowych. Od strony praktycznej, istotne jest to, że by je uzyskać pracownik nie musi składać żadnego wniosku, a podatek odprowadza się od całej jego wysokości. Pracodawca może również podjąć decyzję o niewypłacaniu świadczenia urlopowego.

Wypłata przed czy po urlopie?

Dofinansowanie do „wczasów pod gruszą’’ zasadniczo powinno być wypłacone
w okresie bezpośrednio poprzedzającym lub następującym po wypoczynku. Natomiast wypłata świadczenia urlopowego, powinna nastąpić nie później niż w ostatnim dniu poprzedzającym rozpoczęciem przez pracownika urlopu wypoczynkowego.

Co z rachunkami?

W przypadku tzw. ,,gruszy’’, pracodawca może domagać się od pracownika dowodów np. rachunków za pensjonat, za pokoje gościnne potwierdzających fakt spożytkowania otrzymanych środków na różne formy wypoczynku. Jest to jednak możliwe, tylko wtedy gdy, gdy odpowiedni zapis odnoszący się do takiej praktyki będzie znajdował się w regulaminie ZFŚS. Odnosząc się natomiast do świadczenia urlopowego pracownik nie ma takiej konieczności.

Choroba a urlop

Zdarza się, że choroba krzyżuje plany wypoczynkowe pracownika. W sytuacji, gdy otrzymał on dofinansowanie do wypoczynku ,,wczasy pod gruszą’’, o tym czy pracownik jest zobowiązany zwrócić pracodawcy kwotę dofinansowania decydują zapisy które znajdują się w regulaminie ZFŚS. Jednak, gdy chodzi o zwrotu świadczenia urlopowego, już z mocy ustawy, pracodawca ma prawo żądać od pracownika zwrotu wypłaconego mu świadczenia.

Szczególnie w sezonie urlopowym każdy z pracowników powinien więc sprawdzić, czy należą mu się dodatkowe pieniądze od pracodawcy, które przeznaczy na urlop, a także dokładnie zapoznać się z regulaminami ich przyznawania.

20 tys. zł odszkodowania za upadek na nierównym chodniku

Jakość i stan polskich dróg to jeden z tych tematów, w przypadku których zdecydowana większość Polaków wykazuje rzadko spotykaną zgodność opinii. Niestety jednak niewiele mówi się uszkodzonych i zdewastowanych chodnikach, na których nie trudno o poważny upadek. Boleśnie przekonała się o tym 33-o latka z Poznania, która skutkiz pozoru niegroźnego potknięcia będzie odczuwać do końca życia.

Pogodny, czerwcowy dzień 2011 roku, ulica Zagrodnicza w Poznaniu. Pani Katarzyna, 33-o letnia mieszkanka okolicznych bloków śpieszy się na autobus do pracy. Od lat pokonuje tą samą trasę w drodze na przystanek i można by powiedzieć, że „zna jąna pamięć”. Jednak tego dnia zdarzyło się czego przewidzieć nie mogła. Po nastąpieniu na jedną z szerokich płyt chodnikowych, ta gwałtownie poruszyła się w wyniku czego kobieta straciła równowagę i boleśnie upadła. – Z początku poczułam jedynie zażenowanie z powodu upadku na oczach przechodniów. Chciałam natychmiast wstać i dopiero kiedy próbowałam sięgnąć po torebkę, dotarła do mnie fala przeszywającego bólu – wspomina dziś.

Ubezpieczyciel: „Nie zachowała Pani należytej ostrożności!”

Pani Katarzyna została przetransportowana do miejskiego szpitala, gdzie stwierdzono złamanie lewego barku oraz rozległe otarcie prawego podudzia. Po tygodniowej hospitalizacji została zwolniona do domu, jednak jej stan skutecznie uniemożliwiał jej normalne funkcjonowanie. Największym problemem okazał się brak możliwości opieki nad ojcem, który z powodu podeszłego wieku wymagał stałej pomocy osób trzecich. Nie dość, że kobieta sama była zmuszona podjąć kosztowną rehabilitację, to jeszcze konieczne okazało się zatrudnienie osoby do opieki nad ojcem.

W obliczu rosnących wydatków Pani Katarzyna zdecydowała się wystąpić o odszkodowanie do odpowiedzialnego za likwidację szkody Towarzystwa Ubezpieczeniowego. Po kilku tygodniach otrzymała szokującą odpowiedź. Firma uznała, że zważywszy na generalnie słaby stan nawierzchni chodnikowej w tamtym miejscu, Pani Katarzyna mogła zauważyć nierówną, ruchomą płytę i uniknąć upadku. W związku z tym uznano, iż w 50% procentach przyczyniła się do powstałej szkody i zaproponowano jedynie 6000 zł tytułem zadośćuczynienia. Wobec nieadekwatnej do poniesionej krzywdy kwoty oraz absurdalnej argumentacji Ubezpieczyciela, kobieta zdecydowała o dochodzeniu swoich praw na drodze sądowej.

Finał sprawy

W toku sprawy, powołani biegli z zakresu medycyny wskazali, że mimo podjętej rehabilitacji po złamaniu barku, jej sprawność ruchowa nie będzie już taka jak wcześniej. Noszenie nawet lekkiej torebki damskiej na lewym ramieniu powoduje u kobiety ból. Ponadto, rozległe otarcie prawego podudzia pozostawiło po sobie szeroką bliznę sięgającą niemal w okolice kolana. Aby ją maskować, Pani Katarzyna zmuszona jest do noszenia spodni i ciemnych rajstop. Taka sytuacja z pewnością byłaby przyczyną dużego dyskomfortu u każdej kobiety.

W trakcie postępowania Sąd ustalił, że 33-latka doznała w sumie 8% trwałego, a więc nie rokującego poprawy uszczerbku na zdrowiu. ­– Udało się również znieść 50% przyczynienie do powstania szkody, na które powoływali się pełnomocnicy Ubezpieczyciela. Sąd uznał, że nasza klientka obiektywnie nie była w stanie przewidzieć, że płyta chodnikowa okaże się ruchoma – komentuje sprawę mec. Joanna Smereczańska-Smulczyk z Kancelarii Radców Prawnych EuCO, która reprezentowała Panią Katarzynę przed Sądem. W sumie przyznano 20 000 zł odszkodowania, a więc po 2500 zł za każdy 1% uszczerbku na zdrowiu. Udało się również odzyskać 1120 zł z tytułów kosztów rehabilitacji oraz opieki osoby trzeciej nad ojcem kobiety. Ubezpieczyciel nie zgodził się z wyrokiem i w styczniu br. odbyła się rozprawa apelacyjna, jednak i tym razem Sędzia uznał zasadność roszczeń Pani Katarzyny i podtrzymał wyrok Sądu pierwszej instancji.

Dane bohaterki tekstu zostały celowo zmienione.
Aleksander Biernacki, toktu.pl

Do końca roku LOT przedstawi strategię na kolejne lata

CEO Magazyn Polska

Oficjalna zgoda Komisji Europejskiej na pomoc publiczną dla LOT-u to ważna decyzja formalna, ale niezmieniająca wiele w działaniach spółki. Przewoźnik już od ponad roku realizuje plan restrukturyzacji, który – o czym świadczy wczorajsza decyzja – został uznany przez Brukselę za skuteczny. Do końca roku LOT przedstawi strategię na kolejne lata, ale nowe połączenia uruchomi najwcześniej jesienią 2015 r.

Z punktu widzenia naszej codziennej pracy decyzja Komisji Europejskiej wbrew pozorom niewiele zmienia. Jesteśmy w połowie drogi, czyli musimy konsekwentnie realizować plan restrukturyzacji, a z punktu widzenia formalnego ta restrukturyzacja kończy się w październiku 2015 roku. Ta decyzja jest potwierdzeniem tego, że wszystko dzieje się i działo się zgodnie z planem i zgodnie z prawem – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Pijanowska-Kuras, rzeczniczka prasowa Polskich Linii Lotniczych LOT.

Formalna zgoda Komisji Europejskiej oznacza, że LOT nie musi zwracać otrzymanej pomocy publicznej od Skarbu Państwa. Przewoźnik otrzymał pierwszą transzę w wysokości 400 mln zł w grudniu 2012 r. Druga rata, która ma wynieść 381 mln zł, jest zarezerwowana przez resort, ale na razie nie było jeszcze konieczności przelania tych środków przewoźnikowi. Zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami władze spółki we wrześniu mają zadecydować, czy kolejne wsparcie będzie w ogóle potrzebne, a jeśli tak – to w jakiej wysokości.

Drugą transzę pomocy udało się tak bardzo opóźnić, bo plan restrukturyzacyjny LOT-u już przynosi efekty. W ubiegłym roku przewoźnik po raz pierwszy od 2008 r. zanotował zysk netto w wysokości 26 mln zł i niewielką stratę na działalności podstawowej w wysokości 4 mln zł. Pijanowska-Kuras zauważa jednak, że formalna zgoda nie kończy restrukturyzacji. To tylko oficjalna akceptacja ze strony Komisji Europejskiej, ale przewoźnik ma jeszcze przed sobą ponad rok zmian.

Ten rok jest pełen wyzwań m.in. dlatego, że trzeba zrealizować założenia dotyczące finansów, a przede wszystkim opracować do końca roku długoterminową strategię rozwoju. Właśnie teraz toczą się najgłębsze, najbardziej wnikliwe analizy, by móc do końca roku przedstawić, przede wszystkim właścicielowi, długoterminową strategię rozwoju, czyli wypowiedzieć się na temat tego, jaka jest koncepcja w sprawie otwierania nowych połączeń i floty – dodaje Pijanowska-Kuras.

Rzeczniczka LOT-u zwraca też uwagę na to, że od rozpoczęcia restrukturyzacji spółka wprowadziła już wiele inicjatyw zarówno ograniczających koszty, jak i zwiększających przychody. Podkreśla, że plan jest tak ułożony, by poprawa wyników finansowych opierała się na obydwu działaniach. Przykładem jest niedawna zmiana klas podróży i wprowadzenie nowej oferty trzech produktów w klasie ekonomicznej na trasach krótkodystansowych: Economy Simple (m.in. bez darmowego bagażu rejestrowanego), Economy Class (bez darmowego posiłku) oraz Economy Plus (zbliżona do klasy biznes).

LOT jest też zobowiązany do wprowadzenia środków kompensacyjnych, czyli dobrowolnego oddania części rynku innym przewoźnikom, którzy nie otrzymują wsparcia publicznego. Zgodnie ze złożonym w czerwcu ubiegłego roku planem łączne oferowanie miejsc przez polską linię ma się zmniejszyć o ok. 15-18 proc. Wczorajsza decyzja Brukseli nie oznacza zniesienia tego ograniczenia.

Do momentu formalnego zakończenia procesu restrukturyzacji, czyli do października 2015 roku LOT nie może otwierać nowych połączeń – podkreśla Pijanowska-Kuras. ‒ Konsekwentnie musimy zrealizować to, co sami wpisaliśmy do planu.

Dodaje, że jeśli udałoby się uniknąć konieczności wypłaty drugiej transzy pomocy publicznej lub zmniejszyć jej wysokość, środki kompensacyjne będą niższe i LOT będzie mógł utrzymać więcej połączeń.

Pijanowska-Kuras dodaje, że LOT podtrzymuje prognozy finansowe na ten rok, które mówią o 70 mln zł zysku. Od przyszłego roku spółka ma być trwale rentowna.

Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych: rynek oczekuje zdecydowanego przywództwa na rynku kapitałowym

CEO Magazyn Polska

Warszawski parkiet potrzebuje silnego przywódcy, który po pierwsze rozkręci rynek kapitałowy, a po drugie pogodzi interesy wszystkich uczestników rynku – uważa Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Nowy prezesem GPW został Paweł Tamborski, były wiceminister skarbu państwa.

Paweł Tamborski to osoba od początku funkcjonująca na rynku kapitałowym i mająca doświadczenie w bankowości inwestycyjnej – mówi Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. – To człowiek, który czuje rynek i ma fachową wiedzę w tym zakresie.

Jak podkreśla, rynek znajduje się w ciekawym momencie – odczuwalne są na nim zmiany w systemie emerytalnym, procesy globalizacyjne i zwiększenie konkurencji.

Na pewno przydatną cechą jest zdecydowane przywództwo na rynku kapitałowym – mówi Dominiak. – Jest wiele grup, które mają własne pomysły na ten rynek, jak on powinien wyglądać i funkcjonować. Przez to kilku potrzebnych działań nie udało się zrealizować do dziś. Nawet takich, co do których nie było żadnych wątpliwości, że przyniosłyby korzyści wszystkim.

Prezes SII przyznaje, że to będzie jednak wymagało umiejętności godzenia często sprzecznych interesów różnych użytkowników rynku. Jako przykład podaje ciągnącą się od lat dyskusję na temat opłat pobieranych przez giełdę między GPW a domami maklerskimi. Środowisko maklerskie uważa, że to opłaty czynią nasz rynek jednym z najdroższych i powinny one spaść, jeśli giełda chce być konkurencyjna.

Jeśli rynek będzie rósł, coraz więcej instytucji i osób fizycznych będzie zainteresowanych inwestowaniem, to będzie miejsce dla każdego i pojawi się przestrzeń do wypracowywania zysków, co jest dla GPW ważne od momentu debiutu giełdy – mówi Dominiak.

Jak podkreśla, z funkcjonowaniem GPW jako spółki giełdowej wiąże się też jeszcze jedno wyzwanie.

Przez lata giełda była odbierana, kojarzona, i sama się tak pozycjonowała, jako instytucja infrastrukturalna, mająca misję organizowania obrotu i aktywizowania wszystkich. Od momentu debiutu bardzo często w przekazie zarządu były podnoszone argumenty, że GPW stała się spółką giełdową, nasi akcjonariusze oczekują zysku i dywidendy, więc już nie możemy tyle czasu i zaangażowania poświęcić temu, by ten rynek rozkręcać. Toteż bardzo często powstawała konsternacja, bo część uczestników miała problem z odnalezieniem się w takiej konfiguracji – mówi Jarosław Dominiak.

Liczba wybierających OFE rośnie lawinowo. Zyskają na tym małe i średnie spółki giełdowe

CEO Magazyn Polska

W czwartek kończy się czas na podjęcie decyzji w sprawie przeznaczenia 1/7 składki emerytalnej. Im bliżej 31 lipca, tym więcej deklaracji ws. pozostania w OFE spływa do ZUS. Eksperci szacują, że klientami funduszy będzie ok 1,2-1,3 mln Polaków. Jeszcze niedawno pesymiści zakładali, że w OFE będzie mniej niż 1 mln ubezpieczonych. To dobra wiadomość dla polskiej giełdy, a zwłaszcza małych i średnich firm.

Liczba składanych oświadczeń o dalszym przekazywaniu składek do OFE rośnie lawinowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Pytel, prezes zarządu Aviva Powszechne Towarzystwo Emerytalne SA.

Według ostatnich danych ZUS do 28 lipca ponad 1 067 tys. Polaków zdecydowało się pozostawić część składki w OFE. To zaledwie niecałe 6 proc. z 16,7 mln uprawnionych. Jeżeli potwierdzą się prognozy mówiące o tym, że OFE wybierze 1,2-1,3 mln osób, to wciąż będzie to mniej niż 10 proc. (odpowiednio 7,2 i 7,8 proc.).

Dla nas najważniejsze jest, aby wszyscy do końca lipca podjęli świadomą decyzję. Większość klientów OFE otrzymało od swoich funduszy deklarację, teraz jest moment, kiedy powinni się nad tym zastanowić, odnaleźć je, wypełnić, podpisać i jeżeli chcą, wysłać. Aviva zakłada, że uda nam się uzyskać wynik powyżej naszego udziału rynkowego – mówi Paweł Pytel.

Krytycy zmian w systemie emerytalnym wskazują, że rząd sugerował wybór ZUS, m.in. prowadząc kampanię informacyjną dotyczącą usług państwowej instytucji czy też wielokrotnie krytykując fundusze emerytalne. Ponadto od połowy stycznia OFE straciły możliwość reklamowania się, a więc także informowania swoich klientów o możliwych skutkach decyzji o przeznaczeniu części składki.

Choć wśród ekspertów nie ma zgody, który wariant jest lepszy z punktu widzenia ubezpieczonego (to zależy od wielu niepewnych czynników), to marginalizacja OFE już teraz negatywnie wpływa na warszawską giełdę. Dotyczy to szczególnie małych i średnich spółek, którym w porównaniu z tzw. blue chipów trudniej jest zdobyć długoterminowy kapitał. Dotyczy to zwłaszcza silnego wpływu OFE na rynek pierwotny.

To jest polski kapitał, który pozwala realizować projekty inwestycyjne tym spółkom. Duże spółki, jak PKN Orlen czy KGHM, mają również inwestorów zagranicznych. Kapitał rodzimy musi opierać się głównie na oszczędnościach Polaków. I tutaj największym z graczy są otwarte fundusze emerytalne, i należy o tym pamiętać – wskazuje prezes Aviva PTE SA.

Pomimo wyraźnego przyspieszenia liczba dotychczas złożonych deklaracji nie rozwiewa obaw dotyczących długookresowego wpływu OFE na giełdę. Nawet jeśli na pozostanie w OFE zdecydują się głównie bogatsi klienci, prawdopodobnie nie wystarczy to, aby skompensować ubytek pieniędzy z tytułu tzw. suwaka. Mechanizm ten polega na tym, że na 10 lat przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego, pieniądze mają stopniowo trafiać z OFE do ZUS. Z punktu widzenia ubezpieczonego de facto jest to zmiana aktywów wycenianych rynkowo na zapisy w ZUS, które nie mogą być przedmiotem obrotu.

Część analityków wnioskuje na tej podstawie, że OFE będą zmuszone zmienić strukturę swoich portfeli akcji. Przede wszystkim większym zainteresowaniem funduszy emerytalnych mają cieszyć się spółki dywidendowe, dzięki czemu stabilny w czasie strumień dywidend mógłby (przynajmniej częściowo) równoważyć odpływ pieniędzy z powodu tzw. suwaka. Prezes Aviva PTE uważa jednak, że ostateczna liczba klientów nie wpłynie na politykę inwestycyjną funduszy.

OFE w dalszym ciągu będą realizowały swoją politykę inwestycyjną w najlepszej wierze i z korzyścią dla swoich klientów, niezależnie od tego, jak dużo ostatecznie składek będzie napływało do OFE. Nie przewiduję żadnych zmian w strukturze portfela w związku z liczbą osób, które złożą deklarację o przekazywaniu składki do OFE – przewiduje Pytel.

Ogromne zmiany w portfelach inwestycyjnych OFE już miały miejsce, co wynikało z wprowadzenia ustawowego zakazu nabywania obligacji skarbowych i transferu części środków na zagraniczne rynki. Zakaz kupowania relatywnie bezpiecznych instrumentów, jak papiery dłużne, wymusza jednak zaostrzenie kryteriów selekcji bardziej ryzykownych aktywów, takich jak akcje.

Aby teraz wybrać kolejną spółkę, będziemy musieli dokonywać dodatkowej selekcji. Te spółki będą musiały stworzyć dobre projekty inwestycyjne i wtedy będą one miały szanse na finansowanie z OFE – twierdzi prezes Aviva PTE SA.

W przypadku branży funduszy emerytalnych dodatkowym czynnikiem ryzyka są okienka transferowe. Jeśli do końca lipca, np. z przyczyn losowych, dana osoba nie mogła złożyć w ZUS deklaracji o pozostaniu w OFE, będzie miała taką szansę za dwa lata. Wtedy otworzy się okienko transferowe od początku kwietnia do końca lipca. W późniejszym okresie według obowiązującego obecnie prawa okienka będą otwierane co cztery lata.

Potencjalną szansą dla OFE jest to, że rośnie świadomość wśród Polaków, że ZUS (a w konsekwencji i budżet państwa) będzie pod coraz większą presją z powodu niekorzystnych zmian w demografii.

Większość Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że będzie coraz większa liczba emerytów, a mniejsza liczba pracujących. Natomiast ta świadomość nie przekłada się na realną postawę. Dużo osób mówi o tym, że należy oszczędzać, ale nie przechodzą do czynów – uważa Pytel.

Po marginalizacji OFE więcej klientów może zdecydować się na oszczędzanie indywidualne w III filarze. Na ich decyzje na pewno wpłynęłoby zwiększenie atrakcyjności inwestowania poprzez Indywidualne Konto Emerytalne i Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego.

Oba te produkty umożliwiają skorzystanie z ulgi od zysków kapitałowych, natomiast IKZE umożliwia również odliczanie od podstawy opodatkowania w naszych zeznaniach rocznych PIT. Najważniejsze jest, aby to oszczędzanie rozpocząć relatywnie wcześnie, tak żebyśmy mogli zgromadzić te środki, które będą stanowiły ważny element naszego zabezpieczenia emerytalnego – mówi Paweł Pytel.

Do sądów coraz częściej trafiają sprawy związane z mobbingiem. Tylko nieliczne są rozpatrywane na korzyść pracowników

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba spraw dotyczących mobbingu. W ubiegłym roku do sądów rejonowych trafiło ich ponad 600. Nie przekłada się to jednak na większą liczbę spraw rozstrzyganych na korzyść pracowników. Zdaniem ekspertów ma to związek ze zbyt szczegółową definicją mobbingu w kodeksie pracy. Często także pojęcie to jest nadużywane, tak, by uzyskać odszkodowanie.

Od dziesięciu lat w kodeksie pracy obowiązują przepisy dotyczące mobbingu. Co roku wzrasta liczba spraw dotyczących przemocy psychicznej i fizycznej w pracy – dane Ministerstwa Sprawiedliwości wskazują, że w 2013 do sądów rejonowych trafiło ich 603, natomiast do okręgowych – 131. Mimo to wciąż niewiele spraw rozstrzyganych jest na korzyść pracowników – odpowiednio 4 i 3 proc.

Parlamentarzyści definiując mobbing, zrobili to tak precyzyjnie, że pracownikom trudno jest go udowodnić w sądzie – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Raczkowski, adwokat i partner w kancelarii Raczkowski i Wspólnicy. – Sądom łatwiej jest powiedzieć, że dane działania nie spełniają kryteriów mobbingu, niż udowodnić, że stan faktyczny pod tę definicję podpada.

Jak zaznacza ekspert, pewnym rozwiązaniem może być orzecznictwo Sądu Najwyższego, które stanowi, że choć dane zachowanie nie nosi cech mobbingu, to jest naruszeniem dóbr osobistych. Jest wówczas podstawą do dochodzenia roszczeń przez pracownika.

Ekspert podkreśla, że pracownicy również nadużywają tego pojęcia. Często wydaje im się, że jakakolwiek krytyka ze strony pracodawcy jest formą przemocy. Nie należy jednak mylić zwykłego konfliktu z uciążliwym i długotrwałym nękaniem. Aby można było mówić o mobbingu, nękanie i zastraszanie powinno trwać minimum pół roku, pracownik jest wówczas izolowany od grupy, często wykonuje pracę poniżej kwalifikacji bądź liczba zadań przekracza jego możliwości.

– Mamy często takie sprawy, gdzie pracownicy odwołują się od wypowiedzenia, zwolnienia dyscyplinarnego i do wniosku dołączają zarzut mobbingu. Nie dlatego, że faktycznie czują się przez niego poszkodowani, ale dlatego, że chcą uzyskać odszkodowanie – tłumaczy Raczkowski.

Zdarza się również, że do sądu zwracają się nie rzeczywiste ofiary, lecz mobberzy, czyli osoby, które same stosują przemoc. Kiedy pracodawca zdecyduje się zwolnić takiego pracownika, właśnie ze względu na nieodpowiednie zachowanie, twierdzi on, że padł ofiarą mobbingu.

Eksperci radzą, by pracownik przy pierwszych oznakach mobbingu próbował rozwiązać problemy polubownie – rozmawiając z agresorem lub przełożonym. Jeśli nie przyniesie to skutku, powinien zgłosić to w kadrach bądź dziale prawnym, może też zwrócić się bezpośrednio do zarządu.

Każda z tych jednostek powinna zadziałać. W interesie pracodawcy jest sprawę rozpoznać i w przypadku mobbingu podjąć odpowiednie działania: przeprosić pokrzywdzoną osobę, zapewnić może finansowe odszkodowanie, tak, by zadziałać zgodnie z prawem i by sprawa nie trafiła na forum sądowe – podkreśla ekspert.

Gdyby takie działania nie przyniosły rezultatu, pracownik powinien zgłosić się po pomoc do adwokata lub radcy prawnego. Warto także pamiętać, że jeśli sprawa trafi na forum sądowe, należy przedstawić dowody na mobbing – pisemne groźby, nagrania z kamer, relacje świadków, prowadzone notatki z zapisem rozmów i sytuacji, które mogą być uznane za przemoc.