Prywatyzacja PKP Intercity w 2016 r. Wcześniej sprzedaż PKP Energetyki, TK Telekomu i kolejnych udziałów w PKP Cargo

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku na giełdę może trafić kolejny pakiet akcji PKP Cargo. Rok 2014 będzie jednak trudny dla kolei w Polsce z powodu dużej liczby remontów linii, co może utrudnić pozyskanie inwestorów. W następnej kolejności PKP SA chce sprzedać pakiety akcji w PKP Energetyce, TK Telekom oraz PKP Intercity.

Intercity może wejść na giełdę dopiero, gdy zacznie przynosić zysk, a będzie to dopiero w 2015 roku, po tym jak Pendolino pojawi się na polskich torach – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jakub Karnowski, prezes zarządu PKP SA. – PKP Energetyka i TK Telekom tam pewne wewnętrzne zmiany muszą nastąpić, aby można było spółki sprzedać. Forma prywatyzacji nie jest jeszcze przesądzona.

PKP SA ma docelowo zmierzać do prywatyzacji wszystkich spółek z grupy. W tym roku sprzedane zostały Polskie Koleje Linowe, a na giełdę trafiło ponad 48 proc. akcji PKP Cargo. Sprzedaż udziałów w spółce towarowej była pierwszym debiutem giełdowym spółki z Grupy PKP. W ten sam sposób prywatyzowane ma być PKP Intercity.

Karnowski zapowiada, że spółka zajmująca się dalekobieżnymi przewozami pasażerskimi trafi na giełdę najwcześniej w 2016 r. Dopiero pod koniec 2014 r. na tory wyjadą szybkie pociągi Express InterCity Premium, czyli Pendolino, a w czerwcu 2015 r. sieć ich połączeń będzie gotowa. Dopiero dzięki temu PKP Intercity ma wypracować zysk. W 2012 r. spółka straciła ponad 20 mln zł.

Wcześniej sprywatyzowane zostaną PKP Energetyka oraz TK Telekom. W ubiegłym roku spółki te wypracowały odpowiednio 65,6 mln zł oraz 3,1 mln zł zysku.

– Z prywatyzacji TK Telekom na razie wycofaliśmy się, bo mieliśmy do czynienia z armagedonem usług telekomunikacyjnych. Wystarczy spojrzeć na akcje TP SA, co się stało na rynku. Oczywiście za bezcen sprzedawać nie będziemy. Wycofaliśmy się z tego, wracamy w 2014 po odrobieniu lekcji, tzn. wsłuchaniu się w to, czego chcieli inwestorzy. Będziemy chcieli przygotować TK Telekom do sprzedaży tak, aby interes PKP był zabezpieczony, a jednocześnie podmiot był przygotowany do prywatyzacji – zapowiada Karnowski.

Równocześnie cały czas trwa proces sprzedaży nieruchomości, których właścicielem jest PKP. Karnowski podkreśla, że to często bardzo niewielkie jednostkowo transakcje, ale z uwagi na bardzo dużą liczbę posiadanych nieruchomości, pozyskane środki zasilają rozwój innych spółek z Grupy PKP.

Niewykluczone jest też stopniowe zwiększanie liczby akcji PKP Cargo dostępnych na warszawskim parkiecie. Karnowski zapowiada, że zwróci się do ministra transportu o etapowe zmniejszanie pakietu akcji posiadanych przez Skarb Państwa.

Będziemy prawdopodobnie rekomendowali ministrowi schodzenie z pakietem w taki sposób, żeby zachować kontrolę nad spółką, ale zwiększać płynność giełdową spółki. W 2014 prawdopodobnie coś takiego nastąpi – mówi Karnowski, dodając, że przez pierwszych 180 dni po debiucie spółki zgodnie warunkami emisji nie jest możliwa sprzedaż kolejnych udziałów. Pierwsza taka transakcja byłaby zatem możliwa najwcześniej na przełomie kwietnia i maja przyszłego roku.

W 2014 r. zainteresowanie inwestorów może być jednak słabsze z uwagi na trwającą modernizację linii kolejowych. Karnowski przyznaje, że w przyszłym roku liczba zamknięć linii będzie największa, ale potem sytuacja się znacznie poprawi.

GIODO: szkoły powinny uczyć o ochronie danych osobowych i prywatności

CEO Magazyn Polska Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych przekonuje, że uczniowie powinni być edukowani w kwestii ochrony danych osobowych, zwłaszcza w internecie. Jednak nie chodzi tu o tworzenie osobnego przedmiotu dotyczącego edukacji medialnej. Lepszym rozwiązaniem jest wplatanie treści związanych z ochroną prywatności w inne, z pozoru niezwiązane z nią zajęcia.

–  Jeśli edukacja na temat internetu skończy się na edukacji medialnej jako specjalnym przedmiocie, to będziemy o nim wiedzieli tyle, co moje pokolenie wie o przysposobieniu obronnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Wiewiórowski. – Zajęcia te nie dały nam konkretnej wiedzy o tym, jak bronić się przed zagrożeniami.

GIODO wraz z ośrodkami metodologicznymi prowadzi program „Twoje dane, twoja sprawa”. Nauczyciele szkół podstawowych, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych zaznajamiani są w placówkach doskonalenia zawodowego z tematyką ochrony danych osobowych i prywatności. Tę wiedzę mają później przekazywać swoim uczniom.

–  W ramach programu przygotowywane są scenariusze lekcji o ochronie prywatności z nieoczywistych przedmiotów – wyjaśnia GIODO. – W końcu cóż szkodzi uczyć angielskiego na czytance dotyczącej ochrony prywatności. Albo dlaczego podczas lekcji biologii o genetyce nie wspomnieć, że genom jest również zestawem informacji o naszej prywatności – pyta Wiewiórowski.

Nie tylko szkoły

Edukacja dotycząca ochrony prywatności w sieci nie powinna się z resztą ograniczać do szkół, lecz docierać do różnych grup społecznych i zawodowych.

Czasem wychodzimy z założenia, że skoro ja nie przekazuję żadnych informacji o sobie do sieci, to znaczy, że mnie w internecie nie ma. To nieprawda – tłumaczy Wiewiórowski. – Wiele informacji na nasz temat, które są przetwarzane w sieci, zostały tam dostarczone przez kogoś innego. Rozmawiałem niedawno w panelu dyskusyjnym z politykiem, który twierdził, że w internecie nie ma żadnych danych o nim, ponieważ on tych danych nie umieszcza. Tymczasem wyszukiwarka pokazuje kilkadziesiąt tysięcy stron poświęconych właśnie tej osobie – dodaje Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

Zdaniem Wiewiórowskiego, dane osobowe nie powinny być traktowane jako rodzaj waluty, którą płacimy np. w zamian za możliwość korzystania z serwisu czy pobrania aplikacji.

–  Jestem ostatnią osobą, która zakazałaby komuś budowania swojej pozycji społecznej na informacjach nawet bardzo intymnych o samym sobie. Natomiast musi to robić osoba, która jest świadoma tego, do czego te dane będą wykorzystane – przekonuje rozmówca Newserii Biznes.

Rośnie sprzedaż tabletów. Urządzenia kosztują już od 400-450 zł

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż tabletów rośnie w tempie nawet 40 proc. w porównaniu do ubiegłego roku, ale równocześnie urządzenia znacznie potaniały. Ceny najtańszych tabletów ustabilizowały się obecnie na poziomie 400-450 zł. Z tego powodu szybciej rośnie wartość sprzedaży komputerów.

Jeśli chodzi o sprzedaż laptopów, to udało nam się we wrześniu sprzedać ich o ponad 20 proc. więcej niż rok wcześniej. Wzrost sprzedaży tabletów wyniósł około 40 proc. Natomiast zderzając to ze spadającą średnią ceną, wzrost wartościowo sprzedaży tabletów był nawet nieco mniejszy od wzrostu sprzedaży notebooków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Buczkowski, prezes Komputronika.

Buczkowski zaznacza, że na całym rynku sprzedaż notebooków zmalała. Także dynamika sprzedaży tabletów znacznie spadła w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Równocześnie te popularne urządzenia są coraz tańsze.

Najtańsze tablety kosztują obecnie 400-450 zł. Buczkowski przewiduje jednak, że na tym poziomie nastąpi stabilizacja. Rok temu urządzenia tej samej klasy kosztowały nawet 700 zł, więc obniżki w skali roku sięgają 30 proc. Dodaje jednak, że cena jest bardzo zróżnicowana z uwagi na wiele typów tabletów na rynku.

W ostatnim czasie ceny się stabilizują. Wynika to faktu, że jest pewna ograniczona możliwość obniżania cen przy zachowaniu wysokiej jakości. Producenci coraz częściej zwracają na to uwagę, żeby klienci mieli jak największy poziom zadowolenia z korzystania z tych urządzeń – przekonuje Buczkowski.

Dodaje, że w jego ocenie wkrótce na rynku pojawi się więcej tanich smartfonów. Umożliwi to wielu Polakom wymianę starszych telefonów na nowoczesne modele. Z punktu widzenia firmy to dobra wiadomość, bo tańsze smartfony umożliwią rozwój całego rynku nowoczesnych produktów i usług.

Urzędnicy skontrolują 15 tysięcy rolników. Grożą im cięcia dotacji

CEO Magazyn Polska

Przed końcem roku kontrole czekają jeszcze 5 tys. rolników. Do tej pory urzędnicy sprawdzili 10 tys. gospodarstw pod kątem przestrzegania zasad dotyczących uprawy rośli  i hodowli zwierząt. Rolnicy szkodzący środowisku i źle traktujący zwierzęta zapłacą kary.

 – Najwięcej kontroli, około 2 tys., zostanie przeprowadzonych w województwie mazowieckim. Nieco mniej skontrolowanych rolników, bo po około 1,8 tys. będzie w województwach lubelskim oraz małopolskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Mrozińska z Departamentu Kontroli na Miejscu Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Z kolei do ponad 1,2 tys. gospodarstw urzędnicy ruszą w województwach: łódzkim, podkarpackim, świętokrzyskim i wielkopolskim.

W tym roku do kontroli wzajemnej zgodności wytypowano łącznie 15 tys. rolników. To minimalny poziom, jaki jest wymagany przez unijne regulacje, czyli 1 proc. wszystkich gospodarzy, którzy złożyli określone wnioski o dotacje w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich 2007-2013.

Kontrole jeszcze trwają, a do końca października ARiMR sprawdziła blisko 10 tys. rolników.

 – Wszyscy rolnicy powinni spełniać wymogi oraz normy dobrej kultury rolnej, przy czym niektórzy, w zależności od położenia ich gospodarstw, mają dodatkowe wymogi. Przykładem tutaj są np. obszary szczególnie narażone na zanieczyszczenia azotanami pochodzenia rolniczego – informuje Anna Mrozińska.

Rolnicy, których gospodarstwa albo przynajmniej część z nich znajduje się na obszarze zagrożonym tymi zanieczyszczeniami, muszą spełniać dodatkowe wymagania.

 – Powinni przestrzegać wymogów, które dotyczą składowania nawozów naturalnych, kiszonek, pasz soczystych, jak również zasad nawożenia, dawek nawożenia oraz wykorzystania rolniczego osadów ściekowych – tłumaczy Anna Mrozińska.

Jeśli  podczas kontroli urzędnicy stwierdzą, że rolnik nie przestrzega wymagań, płatności bezpośrednie zostaną zredukowane proporcjonalnie do naruszeń. W przypadku, gdy stwierdzona niezgodność wyniknie z zaniedbania ze strony rolnika, obniżka ta wyniesie 3 proc. całkowitej kwoty płatności bezpośrednich. Jednak może zostać wydana decyzja o obniżeniu wielkości potrącenia do 1 proc. lub zwiększeniu go do 5 proc. całkowitej kwoty.

Obowiązek przestrzegania „Wymogów wzajemnej zgodności” wynika z przepisów Unii Europejskiej i są one jednakowe we wszystkich krajach Wspólnoty. Dzięki temu żywność wyprodukowana na jej terenie, niezależnie od kraju producenta, ma być takiej samej jakości. Zasady te nakazują prowadzenie działalności rolniczej w sposób nieszkodzący środowisku naturalnemu, przestrzeganie norm użycia nawozów i środków ochrony roślin oraz zachowywanie szczególnej troski  o zwierzęta gospodarskie.

Mniejsze rachunki za prąd dzięki mieszkaniom w technologii energooszczędnej

Jednym z najskuteczniejszych sposobów obniżenia zużycia energii jest promowanie budownictwa efektywnego energetycznie. Unia Europejska postawiła przed sobą cel zwiększenia efektywności energetycznej o 20 proc. do 2020 roku. To ambitne zadanie, wymagające dużych nakładów finansowych, ale też pozwalające na wzrost bezpieczeństwa energetycznego. Jednak bez woli politycznej i państwowych dotacji jego realizacja nie będzie możliwa.

 – Budynki, które można postawić w łatwy i dość ekonomiczny sposób, zużywają niewiele energii, a czasem nawet ją generują. Ale większy problem to modernizacja budynków już istniejących – mówi Christian Noll, dyrektor zarządzający i współzałożyciel DENEF, niemieckiej sieci skupiającej przedsiębiorstwwa zajmujące się efektywnością energetyczną. – To jest większość budynków z jakimi mamy do czynienia, dlatego ważna jest ich renowacja w taki sposób, aby było bardziej efektywne energetycznie. Można to robić poprzez izolacje, instalacje nowych kotłów grzewczych, nowych urządzeń. Jest cały szereg kwestii technicznych, które stanowią wyzwanie dla wielu krajów w Europie.

Aby przeprowadzić tego typu inwestycje, niezbędne są programy wsparcia ze strony państwa, ze względu na wysokie koszty.

 – Ten rynek ma ogromny potencjał wzrostu, ale sytuacja na nim jest uzależniona także od sytuacji politycznej – podkreśla Christian Noll. – W Niemczech ten rynek rozwija się dobrze, szacujemy, że w obszarze efektywności energetycznej (zarówno urządzeń domowych, jak i oszczędności w przemyśle) pracuje około 800 tys. osób. Każdy kraj europejski powinien stwarzać możliwości polityczne dla rozwoju tej właśnie dziedziny.

Efektywność energetyczna ma być silnikiem napędzającym wzrost PKB i zatrudnienia. DENEF publikuje dane mówiące, że potencjalny rynek dla energooszczędnych produktów i usług tylko w sektorze budowlanym wzrośnie ponad dwukrotnie na całym świecie w ciągu najbliższych dziesięciu lat (od 90 mld euro do 190 miliardów euro).

 – To także tworzenie miejsc pracy, przychody z tytułu podatków, które przy tej okazji będą musiały być zapłacone. A z drugiej strony daje korzyści w postaci uniezależnienia się ekonomicznego od importu paliw, np. z Rosji czy Arabii Saudyjskiej  – wyjaśnia w rozmowie z Newserią Biznes Christian Noll.

Polska i pozostałe kraje członkowskie UE w ramach dyrektywy w sprawie efektywności energetycznej zobowiązały się, że od stycznia nadchodzącego roku będą dokonywać renowacji budynków administracji rządowej, aby spełnić wymogi odpowiadające przynajmniej minimalnym standardom wyznaczonym dla nowych budynków.

Prawo zamówień publicznych już wkrótce korzystniejsze dla podwykonawców

CEO Magazyn Polska

Sejm pracuje nad podwyższeniem progu, do którego nie ma obowiązku stosowania Prawa zamówień publicznych. Ma on wzrosnąć z 14 tys. euro do 30 tys. euro. Eksperci uważają, że brak wymogu publikowania ogłoszeń w sprawie zamówień o małej wartości będzie utrudnieniem i problemem dla wykonawców.

Podniesienie progu do 30 tys. euro spowoduje zniknięcie z Biuletynu Zamówień Publicznych 1/4 ogłoszeń. To tylko jeden z projektów nowelizacji tej ustawy. Propozycje poselskie w tym zakresie idą jeszcze dalej.

Jeżeli zostanie przegłosowana poprawka poselska, to kto wie, być może zamawiający nie będzie musiał stosować ustawy aż do 50 tys. euro – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Czaban, ekspert firmy APEXnet. – Podniesienie progu bagatelności spowoduje, według szacunku Urzędu Zamówień Publicznych, wyjęcie z publikatora, jakim jest Biuletyn Zamówień Publicznych, 40 proc. dotychczas publikowanych w Polsce ogłoszeń. Te 40 proc. gdzieś będzie musiało się odnaleźć., wykonawca natomiast nie będzie miał dostępu do tych informacji tak precyzyjnego, jak to się dzieje przy okazji zamówień podlegających ustawie.

Z kolei wczoraj Sejm pracował nad poprawkami Senatu do uchwalonej w październiku nowelizacji Prawa zamówień publicznych, która określa zasady wypłacania wynagrodzeń podwykonawcom oraz zakres korzystania z ich zasobów przez wykonawców w trakcie realizacji inwestycji. Dziś odbędą się głosowania 11 poprawek zgłoszonych przez Senat.

Zmiany w prawie dla podwykonawców są podyktowane szeregiem bankructw firm budowlanych w ostatnich latach, którym wykonawcy nie zapłacili wynagrodzeń przy realizacji wielu inwestycji, głównie drogowych, w Polsce.

Chodzi o zmiany w dwóch obszarach. Pierwszy dotyczy wypłaty wynagrodzenia podwykonawcom. Podwykonawca, który nie otrzyma zapłaty od generalnego wykonawcy, będzie mógł wystąpić bezpośrednio do inwestora o zapłatę tego wynagrodzenia, co nie jest może rozwiązaniem nowym, bo znanym na gruncie prawa cywilnego, natomiast po raz pierwszy taki obowiązek następuje w przepisach Prawa zamówień publicznych – mówi Grzegorz Czaban.

W przypadku zamówień na roboty budowlane, których termin wykonywania jest dłuższy niż 12 miesięcy, warunkiem zapłaty przez zamawiającego drugiej i następnych części należnego wynagrodzenia za odebrane roboty budowlane będzie przedstawienie dowodów zapłaty wymagalnego wynagrodzenia podwykonawcom i dalszym podwykonawcom. Jeżeli wykonawca nie przedstawi dowodów zapłaty podwykonawcom, kwota wynagrodzenia oraz zaliczki należne wykonawcy będą wstrzymywane w części równej sumie kwot wynikających z nieprzedstawionych dowodów zapłaty.

Drugą istotną zmianą jest to, że zamawiający będzie mógł zastrzec obowiązek osobistego wykonania przez wykonawcę kluczowych części zamówienia na roboty budowlane lub usługi oraz prac związanych z rozmieszczeniem i instalacją, w ramach zamówienia na dostawy.

Wiele jednostek, które muszą stosować tę ustawę doświadcza takiego problemu, jak handel referencjami. Firmy, które nie mają doświadczenia bywa, że wchodzą w jakieś porozumienia w podmiotami, które mogą wykazać się wymaganym doświadczeniem, natomiast potem się nie angażują w realizację umów o zamówienie publiczne. Po zmianach, zamawiający będzie mógł zastrzec, aby przynajmniej kluczowa część zamówienia była wykonywana bezpośrednio przez wykonawcę, a jeżeli wykonawca korzystał z doświadczenia  podmiotu trzeciego, to będzie musiał tę część wykonać podmiot trzeci – wyjaśnia ekspert.

Nowelizacja nakłada nowe obowiązki na zamawiających.

Po wejściu w życie nowelizacji, zamawiający będzie swego rodzaju kontrolerem przebiegu realizacji umów o zamówienie publiczne w stosunkach pomiędzy pomiotami prywatnymi. Generalny wykonawca z podwykonawcą zawierają pomiędzy sobą umowę, a inwestor publiczny będzie musiał to wszystko kontrolować, nadzorować i sprowadzać, czy generalny zapłacił wynagrodzenie podwykonawcy. Jest to pewna uciążliwość dla zamawiających – stwierdza Grzegorz Czaban.

TOR: Do 2020 r. w Polsce powinna być spójna sieć autostrad i dróg ekspresowych

CEO Magazyn Polska

Brak współpracy państwa z wykonawcami oraz zły podział ryzyka przy inwestycjach infrastrukturalnych doprowadziły do bardzo złej sytuacji w branży budowlanej. W ciągu najbliższych lat pojawią się nowe problemy w związku z zawieszeniem przekazywania 18 proc. akcyzy na drogi oraz reformą OFE. Mimo to do 2020 r. powinna powstać spójna sieć dróg.

My się chwalimy, ile to po tej perspektywie kilometrów autostrad czy dróg ekspresowych zyska Polska, ale niestety pod tą na pewno dobrą statystyką kryje się bardzo duży problem sektora budownictwa, który w nową perspektywę wchodzi mniej rentowny, gorzej postrzegany przez banki, które obawiają się dzisiaj udzielania firmom kredytów i gwarancji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Jej źródłem nie są plany rozbudowy infrastruktury, bo wiadomo, że inwestycji będzie nadal bardzo dużo. Zmieniają się jednak zasady finansowania, a zarówno w tym, jak i w przyszłym roku w budżecie zapisano mniej środków na niezbędny wkład własny z polskiej strony. Państwo mniej przeznacza na dofinansowanie modernizacji linii kolejowych, zawieszone zostało też przekazywanie 18 proc. z podatku akcyzowego na inwestycje drogowe, a dofinansowanie na drogi lokalne obniżone z oczekiwanego 1 miliarda złotych do 250 milionów. Nie bez wpływu pozostaje też reforma OFE – fundusze nie będą mogły kupować obligacji infrastrukturalnych, a dziś aż 18 mld zł w Krajowym Funduszu Drogowym pochodzi z OFE.

Furgalski przekonuje, że priorytetem w inwestycjach musi być domknięcie sieci autostrad i dróg ekspresowych. Autostrady powinny być dokończone w 2015 r. Podaje przykład wyliczeń z 2009 r., według których Polska straciła 100 mld zł na przerwach w sieci autostrad. Składają się na to większe koszty paliwa oraz dłuższy czas przejazdu.

W przyszłej perspektywie to, na co możemy liczyć, z całą odpowiedzialnością to mówię, to jest domknięcie ciągów drogowych. A więc dzisiaj mamy dobre drogi, ale nie mamy jeszcze dobrej sieci dróg – prognozuje Furgalski. – Na zakończenie 2015 roku będziemy właściwie już na totalnej końcówce programu budowy autostrad. Zostanie nam tylko 400 kilometrów do wybudowania.

Dodaje, że gorzej sytuacja wygląda w sieci dróg ekspresowych, gdzie do wybudowania pozostaje ok. 70 proc. tras. To właśnie na nie przypadnie większość funduszy unijnych. Dużym wyzwaniem jest też kolei. Zgodnie z planem więcej środków ma być przeznaczonych na rewitalizację linii, czyli przywracanie ich pierwotnych parametrów i prędkości. Mniej będzie za to modernizacji, takich jak ciągnące się od 10 lat prace na trasie Warszawa-Gdańsk.

To będą znacznie krótsze, tańsze, mniej skomplikowane, jeżeli idzie o biurokrację, inwestycje. To jest bardzo dobra informacja przede wszystkim dla transportu towarowego. W przyszłej perspektywie to on ma zyskać lepsze czasy przejazdu, a więc to hasło konkurencji kolei względem dróg, to już nie będzie hasło tylko z konferencji czy z seminariów, ale wreszcie w praktyce będzie miało szansę zaistnieć – ocenia Furgalski.

Równocześnie przestrzega przed wciąż istniejącym ryzykiem zmarnowania unijnych środków na kolei. Choć rząd zapewnia, że uda się wykorzystać wszystkie fundusze dostępne w obecnej perspektywie budżetowej, Furgalski obawia się, że nawet 5 mld zł może przepaść. Rozliczenia muszą zostać zamknięte do końca przyszłego roku.

By uniknąć powtórnych problemów z wydawaniem pieniędzy oraz trudną sytuacją branży budowlanej, niezbędne są jego zdaniem zmiany procedur. Państwo musi wziąć na siebie część ryzyka, którym teraz obarczani są wykonawcy. Zgodnie z międzynarodowymi standardami FIDIC kontrakty powinny uwzględniać możliwość wahania cen choćby podstawowych materiałów budowlanych, takich jak stal czy asfalt.

Te ryzyka, które powinna wziąć na siebie administracja państwowa, związane są chociażby z wydawaniem decyzji administracyjnych. Większość ryzyk, jeśli nie wszystkie, przerzucane są na wykonawcę – krytykuje Furgalski. – Należy powiedzieć o braku dialogu, bo z tego niestety wynika niemożność rozwiązywania tych problemów. Jeżeli popatrzymy na cywilizowane kraje Europy Zachodniej, które też przecież rozwijały swoją infrastrukturę, to tam takiej ilości patologii w postaci zerwanych kontraktów, w postaci bankructw firm, czy wzrostu bezrobocia nie było.

Zakończyła się modernizacja Huty Miedzi Głogów II

0

Operacja była olbrzymim wyzwaniem technicznym i organizacyjnym. Przygotowania zajęły dwa lata. Siedemdziesiąt firm prowadziło prace remontowe i modernizacyjne przez trzy miesiące. To jeden z elementów Programu Modernizacji Pirometalurgii w KGHM Polska Miedź S.A. Zakład wznowił produkcję 22 października.

mBank: karta kredytowa z możliwością zamiany na gotówkę

Karta kredytowa to produkt, który klienci najczęściej wykorzystują do płatności bezgotówkowych. W sytuacji gdy potrzebne są „żywe” pieniądze, polecane są inne formy kredytu… albo karta kredytowa 2 w 1 w mBanku i MultiBanku, z której można skorzystać jak z pożyczki, i to na preferencyjnych warunkach.

Frisco.pl uruchamia pierwszy w Polsce wirtualny sklep w metrze

Frisco.pl, spółka portfelowa MCI Management, uruchomiła pierwszy e-supermarket w warszawskim metrze. Pasażerowie podróżujący przez Centrum I linią metra za pomocą smartfona będą mogli zamówić produkty spożywcze internetowych delikatesów.

Aplikacja umożliwiająca robienie zakupów w supermarkecie na stacji Metro Centrum jest udostępniana bezpłatnie w App Store dla IPhone’a i Google Play dla smartfonów działających w systemie Android. Ściany po obu stronach tej stacji zostały wyklejone grafikami przedstawiającymi sklepowe półki, na których znalazło się ponad 150 produktów w atrakcyjnych cenach. Zainstalowanie aplikacji umożliwia zeskanowanie barkodów produktów z wirtualnych półek, które następnie trafiają do wirtualnego koszyka właściwego sklepu, skąd po zatwierdzeniu zamówienia przez klienta zostaną dostarczone przez Frisco o wybranej godzinie pod wskazany adres.

– Wraz z rosnącą popularnością handlu w internecie zwiększają się również potrzeby i wymagania klienta w zakresie produktów spożywczych. Warto więc wyróżnić się w dzisiejszych czasach na tle branży i postawić na innowacyjność. Wirtualny sklep w metrze to pierwsze tego typu przedsięwzięcie na polskim rynku e-commerce. Działa z wykorzystaniem barkodów, które w ostatnich latach stały się bardzo popularne wśród użytkowników smartfonów – wyjaśnia Grzegorz Bielecki, prezes Frisco.pl. – Chcemy pokazać klientom, że po codzienne zakupy nie muszą już jechać specjalnie do supermarketu, bo za pomocą aplikacji mobilnej we Frisco mogą zamówić potrzebne produkty praktycznie z każdego miejsca i o dowolnej godzinie, nawet wykorzystując chwilę oczekiwania na metro. Dla nas wirtualny sklep to jednak przede wszystkim działanie wizerunkowe, które ma budować rozpoznawalność marki ­­­– dodaje.

Z supermarketu w metrze można zamówić różnorodne produkty spożywcze, począwszy od świeżego pieczywa, warzyw i owoców, przez nabiał i mięso po słodycze czy napoje. Na półkach e-sklepu na stacji Centrum znajdują się również artykuły higieniczne i chemia gospodarcza. Co istotne, dzięki mobilnej aplikacji klienci mogą rozpocząć zakupy w metrze i logując się później na swoje konto dokończyć je już w domu, bo wybrane wcześniej produkty zostaną zapamiętane w koszyku. Aplikacja Frisco.pl daje bowiem dostęp do pełnej oferty e-supermarketu, która obejmuje ponad 12 tys. produktów.

Z zadowoleniem obserwujemy dynamiczny wzrost Frisco. Od czasu naszej inwestycji spółka dzięki innowacyjnemu podejściu do zakupów w internecie i wyprzedzaniu potrzeb klientów robiących zakupy spożywcze, konsekwentnie umacnia się na pozycji lidera warszawskiego rynku e-delikatesów. Najnowsza kampania skutecznie utrwala ten wizerunek – mówi Tomasz Czechowicz, Partner Zarządzający MCI Management.

UOKiK wygrywa z RWE Polska i RWE Stoen Operator

We wzorcach umownych warszawskich spółek energetycznych RWE Polska oraz RWE Stoen Operator znalazły się niedozwolone klauzule nieprawidłowo określające termin płatności. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podtrzymał decyzje Prezes UOKiK, w tym nałożone na spółki kary pieniężne w łącznej wysokości ponad 2,2 mln zł

Wyrok sądu dotyczy decyzji Prezes UOKiK z grudnia 2010 r. Urząd stwierdził wówczas m.in., że w formularzach wykorzystywanych przez RWE Polska i RWE Stoen Operator  do zawierania z konsumentami umów o sprzedaż energii elektrycznej znalazły się postanowienia tożsame z wpisanymi rejestru klauzul niedozwolonych. Jeżeli tego rodzaju klauzule pojawią się w umowie, którą konsument zawarł z przedsiębiorcą, nie wiążą one stron tego kontraktu z mocy prawa. RWE Polska i RWE Stoen Operator zastrzegały m.in., że termin płatności za usługi będzie określony wyłącznie na fakturze. W konsekwencji gdyby konsument otrzymał fakturę z opóźnieniem, mógłby zostać obciążony karnymi odsetkami za nieterminową spłatę zobowiązań.

Sąd zgodził się ze stanowiskiem Prezes UOKiK. Wyroki SOKiK w Warszawie z dnia 15 października 2013 r. w sprawie z powództwa RWE Polska (XVII Ama 8/12) i z 25 października 2013 r. w sprawie z powództwa RWE Stoen Operator (XVII Ama 10/12) nie są prawomocne, przedsiębiorcom przysługuje apelacja.

Źródło:

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów

Komentarz dzienny, 7 listopad 2013

Zgodnie z oczekiwaniami RPP pozostawiła na wczorajszym posiedzeniu stopy bez zmian. Stopa bazowa wynosi dalej 2,5%. Również zgodnie ze swoimi zapowiedziami tzw. forward guidance, czyli wskazówka co do przyszłej polityki pieniężnej została przeformułowana i teraz RPP zapowiada utrzymanie stóp bez zmian co najmniej do połowy 2014 (wcześniej był to koniec 2013). Ton komunikatu RPP jest raczej neutralny w warstwie dotyczącej wzrostu gosp. (niższa aktywność w USA i Chinach, powolne ożywienie w Polsce). Komunikat jest natomiast bardzo łagodny w części dotyczącej inflacji, co potwierdzone jest przez projekcję Instytutu Ekonomicznego NBP (patrz wykresy). Pomimo, iż ścieżka projekcji inflacji kształtuje się powyżej tej z lipca, na całej swojej długości nie przebija ona celu inflacyjnego. Takiego scenariusza właśnie oczekiwaliśmy, jednak – sądząc po reakcji rynku – nie był to scenariusz powszechnie oczekiwany. Implikacje projekcji zostały dodatkowo wzmocnione w czasie konferencji po posiedzeniu Rady: prezes Belka praktycznie wykluczył szybkie podwyżki stóp i wielokrotnie podkreślał utrzymywanie się PKB poniżej PKB potencjalnego, a więc i ewidentny brak presji inflacyjnej. Belka wskazywał też na fakt poparcia nowego forward guidance przez całą RPP. I znów, forward guidance nie jest do końca efektywny  – otwarcie większość Rady jest za utrzymaniem stóp bez zmian przez znacznie dłuższy okres niż do drugiej połowy 2014 (i tak też wycenia zacieśnienie rynek).

MON zmieni warunki przetargu na okręty podwodne, bo nie spełnia ich niemiecki koncern

CEO Magazyn Polska

Narastają kontrowersje wokół wartego ponad 1,5 miliarda euro postępowania dotyczącego zakupu okrętów podwodnych dla polskiej armii. Chociaż niemiecki okręt typu 212A nie spełnia obowiązkowych wymagań taktyczno-technicznych dotyczących m.in. uzbrojenia rakietowego, systemu ratownictwa i napędu, to Ministerstwo Obrony Narodowej nie odrzuciło oferty niemieckiego koncernu ThyssenKrupp Marine Systems. Zamiast tego zdecydowało się na zmianę wymagań przetargu.

 – Zakup okrętów podwodnych jest jednym z kluczowych elementów modernizacji Marynarki Wojennej RP – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kister, ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Ten rodzaj uzbrojenia jest kluczowy do tego, by Marynarka Wojenna odzyskała w ogóle zdolność do realizacji zadań operacyjnych.

Wiceminister obrony narodowej, generał Waldemar Skrzypczak w odpowiedzi na interpelację posła Jacka Sasina przyznał, że MON zmieni obligatoryjne wymagania taktyczno-techniczne, których nie spełnia niemiecki okręt. Zdaniem niektórych komentatorów faworyzowanie strony niemieckiej może być efektem listu intencyjnego podpisanego 27 maja 2013 r. przez ministrów obrony narodowej Polski i Niemiec. Strony zobowiązują się w nim do współpracy dotyczącej Marynarki, w tym okrętów podwodnych. Sprawę jako pierwszy ujawnił portal defence24.pl.

 – Sytuacja, w której zamawiający dostosowuje swoje założenia nie do własnych potrzeb, tylko do produktu, który jest na rynku, jest niebywała i niespotykana – twierdzi Kister. – Zakrawa ona na patologię.

Zdaniem eksperta jedyną sytuacją, która uzasadniałaby zmianę wymagań, byłoby pojawienie się nowych technologii i dostosowanie wymagań do nich. W tym przypadku jednak taka sytuacja nie ma miejsca.

Tym bardziej, że może to budzić obawy konkurentów niemieckiego koncernu.

 – A co z innymi oferentami, co z innymi okrętami, które stają do postępowania i które spełniają te niezmienione jeszcze wymagania? – pyta Łukasz Kister. – Kluczowym kontrkandydatem jest francuski okręt podwodny Scorpene Class, więc warto byłoby zapytać ministerstwa, czy ten okręt spełnia te wymagania. Jeżeli tak, a taką informację podają eksperci, tym bardziej ta decyzja ministerstwa jest dziwna i niezrozumiała i może wywoływać perturbacje międzynarodowe, o czym już francuska prasa dość głośno pisze. 

Olgierd Dziekoński: Mongolia zainteresowana polskim górnictwem i przemysłem spożywczym

CEO Magazyn Polska

Inwestycje i współpraca z krajami azjatyckimi mogą okazać się intratne dla polskich firm. Chodzi tu nie tylko o Chiny czy Koreę, ale także o Mongolię. Kraj ten jest zainteresowany ofertą polskiego przemysłu – zarówno wydobywczego, jak i spożywczego oraz transportowego.

–  Wymierne efekty październikowej wizyty prezydenta Polski w Mongolii właściwie już są – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP. – Chodzi tu o podpisanie przez firmę górniczą Famur kontaktu na dostawę maszyn górniczych dla mongolskiego przemysłu wydobywczego, który to kontrakt jest wyceniany na ok. 100 mln dolarów – dodaje Dziekoński.

W ramach kontraktu Famur nawiąże współpracę z trzema mongolskimi firmami wydobywczymi.  Polskie przedsiębiorstwo wykona m.in. studium wykonalności dla podziemnej kopalni Nalaikh należącej do firmy Tsagaan Shonkhor Holding; a także sprzeda stację zakładową i przenośniki taśmowe firmie Tsetsens Mining and Energy.

Nie tylko górnictwo

Mongołowie są zainteresowani także współpracą z innymi niż górnictwo obszarami polskiego przemysłu.

 – Prezydent Mongolii Cachiagijn Elbegdordż wyraził zainteresowanie całością oferty polskiego przemysłu, szczególnie w sferze wydobywczej, ale również w dziedzinie produkcji żywności, i co ciekawe, w sferze np. lekkich samolotów – mówi Dziekoński.

Podczas spotkania prezydenta Komorowskiego z przedstawicielami administracji podkreślono także rolę wsparcia obecności polskich firm w Mongolii kredytami eksportowymi. Rozmawiano także o ewentualnym wsparciu udziału Mongolii w rynku polskim.

 – Problemem jest tu bardzo wysoka nadwyżka eksportu ze strony Polski przy minimalnym imporcie towarów mongolskich – mówi prezydencki minister. – Ta nierównowaga nie jest nigdy dobrym rozwiązaniem na dłuższą metę. Kwestię tę warto rozwiązać także dlatego, że Mongolia posiadająca bardzo bogate zasoby mineralne mogłaby być interesującym partnerem dla niektórych polskich przedsiębiorstw specjalizujących się w problematyce surowcowej.

Polska żywność, meble i usługi informatyczne mają szansę na sukces za oceanem

CEO Magazyn Polska

Firmy komputerowe, ale też meblarskie czy przemysł spożywczy – zdaniem prezesa Amerykańskiej Izby Handlowej mogą liczyć na sukces w Stanach Zjednoczonych. Szansę na zwiększenie wymiany handlowej ma stworzyć porozumienie o wolnym handlu między UE a USA. Na jej drodze mogą stanąć jednak problemy polityczne i skandal związany z podsłuchiwaniem europejskich przywódców przez amerykański wywiad, który spowodował kryzys zaufania.

  Już teraz polscy inwestorzy coraz śmielej wchodzą na rynki w Stanach Zjednoczonych czy w Kanadzie, ale ja uważam, że to dopiero początek. Jeżeli będzie dużo mniej hamulców, mniej barier, to handel międzynarodowy, eksport, import będzie się rozwijał w jedną i w drugą stronę – mówi Józef Wancer, prezes Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.

Jego zdaniem o Stanach Zjednoczonych jako kierunku rozwoju mogą myśleć nie tylko ogromne koncerny, ale również mniejsze firmy.

 – One są bardziej elastyczne. To jest taka motorówka, a nie krążownik, dużo łatwiej zakręcić w lewo, w prawo, znaleźć sobie odpowiednią głębokość – przekonuje Józef Wancer.

Na liście branż, w których unijne firmy mogą stanowić konkurencję dla Amerykanów i szukać rynku zbytu za oceanem, figuruje między innymi sektor informatyczny.

 – Młodzi Polacy są bardzo znani z tego, że świetnie sobie w tym sektorze dają radę, po prostu wciąż jest za mało prywatnego biznesu w tym, żeby oni mogli zaistnieć na rynku – tłumaczy Wancer.

Szansę na rozwój ma także przemysł meblarski, który opiera się spowolnieniu gospodarczemu i elastycznie reaguje na zmiany na światowych rynkach. Renomę w USA może też zdobyć polska żywność.

 – Jest to świetna możliwość i szansa dla Polski. Zdrowa żywność  jesteśmy znani już, że rzeczywiście dbamy o jakość. Jeżeli tego nie stracimy, ale jednocześnie nasza efektywność będzie większa, czyli będziemy bliżej tych benchmarków na Zachodzie, to powinniśmy odnieść sukces – podkreśla prezes Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.

Wolny handel między USA a Unią Europejską byłby jednym ze sposobów na przyspieszenie ożywienia gospodarek po obu stronach oceanu. Z wyliczeń ekonomistów wynika, że tylko w krajach Unii mogłoby to zwiększyć dynamikę PKB o 0,5-1,0 pkt. proc. rocznie. Teraz politycy muszą jednak przywrócić zaufanie na linii Waszyngton – Bruksela, które zostało nadszarpnięte przez doniesienia o podsłuchiwaniu unijnych liderów przez amerykańskie służby.

 – Jeżeli to zaufanie między UE a USA będzie większe w przyszłości, to rzeczywiście takie zielone światło ktoś naciśnie – przewiduje Józef Wancer. – Ja wierzę bardzo w integrację Europy, więc to, co jest dobre dla Europy, powinno być również bardzo dobre dla Polski.

 – Polska jest ekonomiczną potęgą – mówił na spotkaniu z biznesmenami i naukowcami amerykański sekretarz stanu John Kerry, który wczoraj zakończył swoją wizytę w Polsce. Wymienił przy tym polskie firmy, które odniosły sukces w Stanach.

Najłatwiejszą kwestią są cła, które w przypadku handlu między USA a UE w wielu kategoriach produktów zostały maksymalnie zredukowane. Na liście barier są jednak normy jakości i inne przepisy, będące pozacelnymi barierami w handlu. Wejście w życie znoszących je rozwiązań ułatwiłoby nie tylko wymianę handlową, ale też inwestycje.

Banki kuszą promocjami na kredyty mieszkaniowe. Na razie sprzedaż nie rośnie

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż kredytów hipotecznych przez banki może nie wrócić do poziomu sprzed kryzysu finansowego – podkreślają przedstawiciele sektora bankowego. Na wzrost zainteresowania klientów tymi produktami nie wpłyną w znaczący sposób ani zachęty i promocje stosowane przez banki, ani rządowy program Mieszkanie dla Młodych. 

 – Analizując miesięczną sprzedaż kredytów hipotecznych z perspektywy ostatniego półrocza, można powiedzieć, że jednoznacznego trendu wzrostowego jeszcze w tej chwili nie widać. W polskim systemie bankowym stanęliśmy na sprzedaży rzędu średnio około 3 miliardów złotych miesięcznie i tak w dalszym ciągu funkcjonujemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Obłękowski, wiceprezes nadzorujący Obszar Rynku Detalicznego PKO Banku Polskim.

Na rynku kredytów hipotecznych panuje stagnacja. Zdaniem eksperta, wynika to przede wszystkim z wątpliwości klientów, a te spowodowane są przez kilka czynników.

 – W społeczeństwie funkcjonuje jeszcze przeświadczenie, że kryzys jeszcze się nie skończył. Klienci zastanawiają się też, czy ceny mieszkań jeszcze nie pójdą w dół – uważa Jacek Obłękowski.

Ekspert dodaje, że choć ceny nieruchomości w ostatnim czasie spadły, dla części klientów spadek jest jeszcze zbyt skromny, stąd też czekają z decyzją o zaciągnięciu kredytu na mieszkanie. 

Ożywieniem na rynku nie skutkują nawet liczne zachęty i promocje ze strony banków. W ocenie Jacka Obłękowskiego, także uruchomienie wkrótce programu Mieszkanie dla Młodych będzie miało ograniczony wpływ na rynek kredytów hipotecznych.

 – Banki robią bardzo dużo, aby sprzedaż kredytów hipotecznych z powrotem weszła na istotnie wyższe tory, oferują np. wakacje kredytowe, czy „happy days”, permanentne obniżanie marży, obniżanie prowizji – podkreśla ekspert. – Na pewno będą wykorzystywały również programy rządowe, natomiast miejmy świadomość, że zakres wpływu tych programów raczej będzie ograniczony. Liczyłbym najbardziej na fakt utrzymywania przez relatywnie dłuższy czas rynkowych stóp procentowych na takim poziomie, jak są w tej chwili i stabilizacji na rynku cen mieszkań – podsumowuje Jacek Obłękowski.

Z analizy Open Finance obejmującej dane z drugiego kwartału 2013 r. wynika, że dziewiąty raz z rzędu kwartalna sprzedaż kredytów hipotecznych jest niższa niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W okresie kwiecień-czerwiec 2013 r. działające na polskim rynku banki sprzedały 43 124 kredytów hipotecznych. Łącznie przez ostatnie 12 miesięcy banki udzieliły 172,8 tys. kredytów mieszkaniowych, co jest najsłabszym wynikiem od 2007 r. To o 2,3 proc. mniej niż w 12-miesięcznym okresie zakończonym 31 marca 2013 r. Także w tym ujęciu jest to ósmy z rzędu okres spadkowy.

W ciągu 5-10 lat prawie całkowiecie znikną niezależne małe sklepy. Zastąpią je sklepy należące do sieci

0

W perspektywie 5-10 lat całkowicie zmieni się struktura segmentu sklepów niskopowierzchniowych. Większość małych sklepów będzie należała do sieci. Ta utrata niezależności przyniesie im jednak konkretne korzyści. 

 – Handel drobnopowierzchniowy zawsze będzie istniał w Polsce, bo tego potrzebują konsumenci. Choć będzie tylko nieznacznie tracił na znaczeniu, to bardzo zmieni się jego struktura – uważa Grzegorz Łaptaś, project manager w firmie doradczej Roland Berger. Sklepy niezależne, drobnopowierzchniowe, które dzisiaj mają ponad połowę udziałów w tym kanale, w perspektywie 5-10 lat prawie całkowicie znikną. Zastąpią je sklepy franczyzowe, należące do sieci.

Grzegorz Łaptaś szacuje, że sklepów drobnopowierzchniowych jest w Polsce jest około 70 – 80 tys. i ubywa ich w tempie kilku tysięcy rocznie.

 – Ten spadek nie jest istotny, biorąc pod uwagę cały rynek. Jeżeli chodzi o strukturę pomiędzy tymi zrzeszonymi i tymi niezależnymi, to te pierwsze dziś stanowią mniej niż połowę, prawdopodobnie między 30 a 50 proc. Spodziewamy się, że w perspektywie 5-7 lat proporcje między usieciowionymi a niezależnymi odwrócą się, co oznacza, że tych pierwszych będzie pewnie 3/4, a niezależnych około 1/4 – wylicza Grzegorz Łaptaś w rozmowie z agencją informacyjnej Newseria Biznes.

Zmiany na rynku determinowane są przez zachowania konsumentów, którzy zmieniają miejsce dokonywania zakupów. A także z profitów, jakie ma dać właścicielom sklepów przystąpienie do sieci.

 – Sklep drobnopowierzchniowy, który przystąpił do sieci albo do franczyzy, zyskuje skalę zakupową, dzięki temu lepsze ceny, a także profesjonalizację zarządzania i tym samym lepszy układ sklepu, lepiej dobrany asortyment. Zyskuje też dostęp do marek własnych, które są bardziej ekonomiczne i znane konsumentowi – wymienia w rozmowie z Newserią Biznes Grzegorz Łaptaś.

Ważne jest wsparcie marketingowe i organizacyjne, oferowane z centrali, oraz możliwość korzystania ze znanej marki.

 – Usieciowienie handlu powoduje, że rola hurtu, czyli etapu pośredniego pomiędzy producentem a sklepem, zanika. Sieci kupują bezpośrednio u producentów. Poza tym, jeżeli mówimy o usieciowieniu handlu detalicznego, to często wynika ono z konsolidacji hurtowników – tłumaczy Łaptaś.

Największy hurtownik spożywczy w Polsce, grupa Eurocash, ma kilkanaście miliardów złotych obrotów i wysoki udział w rynku dystrybucyjnym. Jest też największym franczyzodawcą.

 – Pod jej szyldami działa około 10 tys. sklepów detalicznych drobnopowierzchniowych w Polsce i będą się przyłączały kolejne. To oznacza, że inni hurtownicy, którzy nie mają takiej kontroli nad własnością dystrybucyjną, mają strategiczny problem. Albo muszą się połączyć, albo pozwolić przejąć się innemu graczowi, albo wycofać się z biznesu – zaznacza przedstawiciel firmy Roland Berger.

Kiepski rok dla polskiej motoryzacji. Branża chce zmian w prawie

CEO Magazyn Polska

Jak podkreślają przedstawiciele branży motoryzacyjnej, polski przemysł samochodowy potrzebuje pilnego wsparcia ze strony rządu. Branża chciałaby ułatwień podatkowych oraz usprawnienia kontroli technicznej pojazdów, bo w tym roku rekordowo niska będzie zarówno produkcja aut, jak i liczba rejestracji. Z polskich fabryk może wyjechać prawie o połowę mniej pojazdów niż w rekordowym 2008 r.

 – Branża oczekuje szybkich, że decyzje, które zostaną podjęte przez rząd, poprawią rynek wewnętrzny, a po poprawieniu rynku wewnętrznego inwestorzy chętniej będą produkowali nowe modele samochodów w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Takie kraje jak Czechy, Słowacja, Rumunia czy Węgry są znacznie bardziej przyjazne dla branży motoryzacyjnej.

Faryś dodaje, że przygotowany przez KPMG raport dla PZPM opisuje znaczenie branży motoryzacyjnej dla polskiej gospodarki. Pracuje w niej ponad 760 tys. osób, których zarobki sięgają 34 mld zł, czyli 8,6 proc. polskiej produkcji dodanej brutto. Wartość branży to ok. 120 mld zł, a budżet rocznie zyskuje 27 mld zł dzięki podatkom odprowadzanym przez przedsiębiorców i pracowników tego sektora.

Jednak dane ujawniają również, że ten rok może być dla branży jednym z najgorszych w ostatnich latach. Produkcja spadnie do poziomu ok. 560 tys. pojazdów, podczas gdy w rekordowym 2008 r. wyprodukowano prawie 1 mln aut. Zarówno w Czechach, jak i na Słowacji w tym roku z fabryk wyjedzie ponad 2 mln pojazdów. To w ocenie Farysia dowód na to, że zmiany w polskim prawie są niezbędne.

 – Mówimy o wprowadzeniu rozwiązań  podatkowych, m.in. o możliwości pełnego odliczenia podatku VAT od samochodów służbowych, czy też likwidacji akcyzy i zastąpienia jej podatkiem, który będzie uzależniony od parametrów ekologicznych. W związku  z tym samochody, które są przyjaźniejsze dla środowiska, będą niejako promowane, a samochody, które bardzo trują, będą eliminowane z rynku. Drugim ważnym obszarem jest kontrola pojazdów – mówi Faryś.

Dzięki usprawnieniu systemu stacji kontroli pojazdów z dróg powinny zniknąć stare, niebezpieczne auta, które stopniowo zostaną wyparte przez samochody przyjazne środowisku i wyposażone w nowoczesne systemy. Faryś zaznacza, że takie rozwiązania wprowadziły już kraje ościenne.

 – Tam rozwiązania takie, jak  pełne odliczenie podatku VAT dla samochodów służbowych kupowanych przez firmy czy wprowadzenie podatku zależnego od parametrów ekologicznych, wprowadzono już dość dawno, w związku z czym producenci postrzegają te kraje jako bardzo przyjazne. Myślę, że warto pójść śladem tych krajów, sprawdzić, jakie tam są rozwiązania i wprowadzić je w Polsce – ocenia prezes PZPM.

W jego ocenie zmiany powinny doprowadzić do wzrostu liczby rejestracji pojazdów. W tym roku zarejestrowanych zostanie tylko 250-260 tys. samochodów – to najmniej od kilkunastu lat. Wynika to nie tylko ze zmniejszonej produkcji i sprzedaży, ale także ze zjawiska reeksportu, czyli sprzedaży samochodów używanych za granicę.

Wzrośnie akcyza na papierosy. Paczka zdrożeje o ok. 1 zł.

0

CEO Magazyn Polska

Rząd chce podwyższyć akcyzę na papierosy o 5 proc. od początku 2014 r. Eksperci ostrzegają, że zmiana wpłynie na zmniejszenie wpływów do budżetu. Rozwinie się szara strefa oraz rynek papierosów elektronicznych. Polska już teraz ma jedne z najwyższych stawek podatków w stosunku do wartości paczki papierosów w Europie.

 – Można się spodziewać, że obecne zmiany na 2014 rok będą miały negatywny wpływ na dochody budżetu państwa. Będzie to wynikało i z rozwoju szarej strefy, i z odejścia do e-papierosów, a także z jakichś nowatorskich rozwiązań, które na pewno się pojawią – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Pośniak, partner i doradca podatkowy w CMS Cameron McKenna.

Zgodnie z danymi zebranymi przez Komisję Europejską w lipcu br., niemal 85 proc. średniej ceny paczki papierosów w Polsce to podatki. W tym rankingu przed nami są jedynie Grecja i Wielka Brytania. Ok. 40 proc. opodatkowania papierosów w Polsce to akcyza, wynosząca 188 zł za 1000 papierosów. Resztę stanowią akcyza od ceny sprzedaży (ponad 31 proc. całkowitej ceny detalicznej) oraz podatek VAT.

Resort finansów szacuje, że po podwyżce akcyzy na wyroby tytoniowe o kolejne 5 proc., paczka papierosów zdrożeje średnio o 1 zł.

Komisja Europejska w ramach walki o ograniczenie palenia w Unii Europejskiej nałożyła na państwa członkowskie minimalną akcyzę wynoszącą łącznie 60 proc. średniej ważonej ceny paczki papierosów, ale co najmniej 90 euro od 1000 papierosów.

 – Warto zauważyć, że jeżeli obecne plany rządu zostaną wprowadzone w życie, te 90 euro w 2014 roku zostanie przekroczone. Istotne w tym jest to, że czas, w którym państwa wspólnotowe mają na dostosowanie się do tych 90 euro upływa z końcem 2018 roku, a co za tym idzie, Polska ewidentnie będzie tutaj przodowała – podkreśla Pośniak.

Dodaje, że rząd powinien przede wszystkim nałożyć akcyzę również na papierosy elektroniczne, które są coraz popularniejsze, a obecnie nie są obłożone tym podatkiem. Niezbędna jest również walka z szarą strefą.

Zdaniem Andrzeja Pośniaka, zamiast akcyzy procentowej od ceny papierosów podwyższona powinna zostać akcyza kwotowa. Taki model został przyjęty m.in. w Danii, Holandii, Irlandii i Szwecji. We wszystkich tych krajach akcyza procentowa wynosi mniej niż 10 proc. ceny paczki papierosów. Znacznie wyższe są za to akcyzy kwotowe – w Irlandii wynosi niemal 240 euro od 1000 papierosów, a w pozostałych wymienionych krajach – ok. 160 euro.

 – Taką zmianę można wprowadzić, żeby to nie miało zasadniczego wpływu średnio na ceny papierosów, a bardziej uniezależniło budżet państwa od wahań cen papierosów – postuluje Pośniak i krytykuje obecny model: – Zapewne powodów trzymania się przez Ministerstwo Finansów tego modelu jest kilka, przy czym w praktyce pierwsze jest na pewno to, że jeżeli chcemy coś zmienić, to trzeba mieć silne uzasadnienie ku temu, więc łatwiej jest zostać przy modelu, który już jakoś funkcjonuje, nawet jeśli nie za dobrze.

Dodaje, że nie bez znaczenia jest lobbing koncernów tytoniowych, zwłaszcza tych, które produkują tańsze wyroby tytoniowe. Dla nich obecne przepisy są bardziej korzystne z uwagi na stosunkowo duży udział akcyzy procentowej. W przypadku podwyższenia akcyzy kwotowej wszyscy producenci byliby tak samo obciążeni.

Operatorzy kablowi wchodzą na rynek telekomunikacyjny

0

CEO Magazyn Polska

Operatorzy kablowi korzystają z mniejszej liczby regulacji dotyczących ich działalności i rozwijają ofertę w obszarze telefonii tradycyjnej oraz dostępu do internetu. Usługi mobilne są jednak wciąż zarezerwowane dla operatorów telekomunikacyjnych.

 – Z punktu widzenia zarówno Netii, jak i TP SA, głównym rywalem dla obu tych podmiotów są przedsiębiorcy kablowi, dostawcy usług telewizji kablowej i także dostawcy usług internetu oraz usług głosowych. Ponieważ jest to segment rynku nieregulowany, to telekomunikacyjni operatorzy są na pozycji nieco mniej korzystnej niż operatorzy kablowi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Sawala-Uryasz, analityk CAIB Unicredit.

Podkreśla, że operatorzy kablowi mogą rywalizować w usługach telefonii stacjonarnej i tradycyjnego dostępu do internetu. Jednak są ograniczeni infrastrukturą, która nie pozwala im na rozwój usług mobilnych. Ten obszar to wciąż domena operatorów telekomunikacyjnych.

Sawala-Uryasz ocenia, że w najlepszej sytuacji na rynku są operatorzy, którzy mają w ofercie zarówno usługi tradycyjne, jak i mobilne. Z drugiej strony przewagą operatorów kablowych jest mniejsza regulacja ich działalności. Dzięki temu mogą stworzyć bardziej konkurencyjną ofertę pod względem cen oraz zasięgu geograficznego.

Przejęciem Netii może być zainteresowany niemiecki Deutsche Telekom. Na razie nie ma jednak żadnych potwierdzonych informacji dotyczących transakcji. Mimo konkurencji ze strony operatorów kablowych, wciąż rozbudowane usługi tradycyjne mogłyby zachęcić tego inwestora do kupna Netii.

 – Netia jest takim puzzlem w układance innego operatora, któremu ta część usług tradycyjnych jest obca i jej nie posiada. Byłaby potencjalnym celem do przejęcia dla takiego operatora, aczkolwiek w przeszłości wielokrotnie o tym mówiono i niewiele się w tym kierunku działo – twierdzi Sawala-Uryasz.

o2 po przejęciu Wirtualnej Polski skupi się na rozwoju treści wideo oraz dostęp mobilny

CEO Magazyn Polska

Po przejęciu Wirtualnej Polski o2 zamierza rozwijać treści wideo, a także dostęp mobilny do tego portalu. Nie będzie treści płatnych, bo serwisy mają utrzymywać się z reklam. Nowy właściciel Wirtualnej Polski zapewnia, że portale wp.pl oraz o2.pl będą nadal funkcjonować jako konkurencyjne serwisy i nie planuje ich połączenia.

 – Wideo to jeden z filarów naszych dalszych wzrostów. Doceniamy dotychczasowe osiągnięcia Wirtualnej Polski. Chcemy je wzmocnić zdwojeniem inwestycji po połączeniu i ten kierunek jest wysoko na liście naszych priorytetów. Na pewno będziemy inwestować i rozwijać mobile, czyli dostęp przez smartfony do naszych treści – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Świderski, prezes o2.

Wirtualna Polska została przejęta przez o2 za 375 mln zł. Dotychczasowym właścicielem był Orange. Zakup zostanie dokonany za środki funduszu private equity Innova Capital. Na przejęcie zgodę musi jeszcze wyrazić UOKiK.

Struktury obydwu firm zostaną połączone w ramach Grupy Wirtualna Polska. Świderski zapewnia jednak, że centrala WP nie zostanie przeniesiona z Gdańska do Warszawy. W stolicy zostaną jednak utrzymane biura portalu, które już się tam znajdują. Świderski nie chce jeszcze precyzować, czy pracownikom grożą zwolnienia, ale zapewnia, że każdy dostanie szansę na rozwój w nowej firmie.

 – Po tym jak uzyskamy zgodę regulatora, będziemy chcieli przystąpić do wspólnej pracy z managerami Wirtualnej Polski i managerami o2, i zastanowić się, jak nowy lider na rynku potencjalnie mógłby wyglądać, jaka organizacja musiałaby stać za taką spółką, aby realizować nasze założone cele biznesowe. Natomiast jeszcze jest za wcześnie, żeby mówić o konkretnych ruchach personalnych – mówi Świderski.

Utrzymane zostaną obydwa portale – o2.pl oraz wp.pl. Świderski przyznaje, że w pewnym stopniu są one konkurencyjne, ale przekonuje, że razem umożliwiają dotarcie do szerszego grona odbiorców.

 – Na pewno przejrzymy portfolio serwisów. Widzimy, że niektóre serwisy, które konkurują ze sobą, doskonale się uzupełniają. Trafiają do innych grup użytkowników, więc te decyzje też będą poprzedzone głęboką analizą – ocenia Świderski.

Dodaje, że w strategii nowej Grupy Wirtualna Polska bardzo ważne będą treści wideo. Umożliwiają one pozyskanie reklamodawców, a to właśnie reklamy mają być głównym źródłem przychodu dla spółki. Świderski zapewnia, że nie ma planów, by portale oferowały treści płatne, bo spółka stawia na szeroki dostęp do treści.

W strategii spółki przewidziany jest też rozwój dostępu mobilnego do portali. Duże znaczenie będą miały też portale tematyczne, które są dobrze rozwinięte w ramach o2. Niewykluczone, że zostaną wprowadzone usługi e-commerce, które pozwolą na dodatkowy przychód poza reklamami.

LW Bogdanka S.A. po III kwartałach 2013: wydobycie i wyniki finansowe zgodne z planem

Grupa Kapitałowa Lubelskiego Węgla BOGDANKA, której jednostką dominującą jest Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. – najnowocześniejsza i najbardziej efektywna kopalnia węgla kamiennego w Polsce oraz krajowy lider rynku producentów węgla energetycznego, wypracowała w III kwartale 2013 roku przychody ze sprzedaży w wysokości 539,40 mln zł  (wzrost o 11,05% w stosunku do III kwartału 2012 roku), zysk operacyjny (EBIT) sięgający 119,40 mln zł oraz zysk netto w wysokości 82,70 mln. Narastająco po trzech kwartałach przychody ze sprzedaży wyniosły 1,42 mld zł, zysk operacyjny: 307,56 mln zł, a zysk netto: 224,73 mln zł.

Zysk brutto osiągnięty w III kwartale 2013 roku był najwyższym kwartalnym zyskiem brutto od IV kwartału 2011 roku, który był wyjątkowo korzystny dla Spółki. Rentowność zysku brutto za trzeci kwartał 2013 roku wyniosła 33,55%, czyli kształtowała się na poziomie wyższym niż w trzecim kwartale 2012 roku (26,45%), pomimo niekorzystnych tendencji rynkowych. Było to związane z konsekwentnie realizowaną polityką kontroli kosztów.

UOKiK: Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej w Sieradzu

Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej w Sieradzu nadużyło swojej siły rynkowej utrudniając przyłączenie do sieci ciepłowniczej nowego przedsiębiorcy – uznała Prezes UOKiK. Przedsiębiorca zaniechał stosowania kwestionowanej praktyki

Spółki, które nie posiadają własnej sieci ciepłowniczej, mogą sprzedawać ciepło po uzyskaniu dostępu do urządzeń przesyłowych istniejących na danym terenie. Zgodnie z prawem właściciel sieci ciepłowniczej powinien umożliwić korzystanie z niej nowym wytwórcom ciepła, jeżeli spełnią wymogi przyłączenia. Dzięki temu konsument ma możliwość wyboru przedsiębiorcy wytwarzającego ciepło.

Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej w Sieradzu zaopatruje w ciepło mieszkańców tego miasta będąc jednocześnie dysponentem jedynej sieci ciepłowniczej na jego terenie. Postępowanie UOKiK zostało wszczęte po skardze spółki Bioelektrociepłownia, która chcąc jako nowy producent wejść na rynek ciepła w Sieradzu, napotkała ze strony PEC na utrudnienia w dostępie do urządzeń przesyłowych.

Analiza przeprowadzona przez Urząd wykazała, że PEC w Sieradzu niezgodnie z prawem blokował wejście nowego przedsiębiorcy na rynek m.in. poprzez odmawianie przekazania mu informacji niezbędnych do przygotowania wniosku o określenie warunków przyłączenia do sieci ciepłowniczej. Od sierpnia 2010 r. do czerwca 2012 r. monopolista uchylał się od udzielenia kompletnych odpowiedzi na pisma konkurenta jako powody wskazując m.in. nieobecność kompetentnych osób.

Prezes UOKiK uznała, że Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej z Sieradza ograniczało konkurencję stwarzając nieuzasadnione bariery dla pojawienia się nowego przedsiębiorcy na rynku produkcji ciepła w Sieradzu. Urząd nie ma kompetencji do rozstrzygania sporów pomiędzy przedsiębiorcami, jednak może interweniować kiedy spółka nadużywa  dominującej pozycji na danym rynku przeciwdziałając rozwojowi konkurencji. Na PEC w Sieradzu nałożona została kara pieniężna w wysokości 104 571 zł. Przedsiębiorca zaprzestał stosowania niedozwolonej praktyki przed wszczęciem postępowania antymonopolowego m.in. poprzez udostępnienie na swojej stronie internetowej wzoru wniosku o określenie warunków przyłączenia źródła ciepła do sieci ciepłowniczej. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.

Źródło:

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów

Komentarz dzienny, 6 listopada 2013

Indeks ISM dla sektorów innych niż przetwórstwo przemysłowe niespodziewanie wzrósł z 54,4 do 55,4 w październiku (oczekiwano minimalnej korekty w dół, do 54,0), sygnalizując dalszą poprawę koniunktury w szerokiej grupie branż. W przeciwieństwie do indeksu dla przemysłu, raport tym razem wskazuje na negatywny wpływ październikowych batalii budżetowych na aktywność gospodarczą, był on jednak ograniczony do wybranych branż (handel detaliczny i usługi gastronomiczne), dotkniętych przez gwałtowne pogorszenie nastrojów konsumenckich.

Kongo chce współpracować z polskimi firmami

CEO Magazyn Polska

Władze Konga, jednej z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek Afryki Środkowej, chcą zachęcić polskich przedsiębiorców do robienia wspólnych interesów. Stawiają na przemysł wydobywczy, infrastrukturę kolejową i sektor rolno-spożywczy. Pierwszy szlak przetarł już Jan Kulczyk, który był jednym z gości pierwszego w historii forum polsko-kongijskiego w Warszawie.

4 listopada 2013 r., w Ministerstwie Gospodarki, odbyło się forum gospodarcze z udziałem przedstawicieli rządu Kongo Brazzaville z wicepremierem Januszem Piechocińskim oraz czołowymi przedstawicielami polskiego biznesu m.in. z dr Januszem Steinhoffem i dr Janem Kulczykiem. Spotkanie było częścią oficjalnej wizyty przedstawicieli rządu Kongo w Polsce. Dyskutowano przede wszystkim o potencjale współpracy gospodarczej między Polską i Kongo.

 – W ciągu ostatnich 10 lat sześć na dziesięć najprężniej rozwijających się gospodarek świata to kraje afrykańskie. Charakteryzują się one chłonnym rynkiem, na którym polscy przedsiębiorcy mają olbrzymie szanse rozwoju, szczególnie w Republice Konga. Polska ma zaś stabilną gospodarkę, która doskonale poradziła sobie w dobie światowego kryzysu oraz duży rynek zbytu – prawie 40 mln ludzi. Jesteśmy ponadto ósmą populacją w UE i 34. na świecie – powiedział wicepremier Janusz Piechociński podczas forum, dodając, że organizowane w Warszawie pierwsze w historii Polsko-Kongijskie Forum Gospodarcze stanie się platformą służącą budowaniu nowych relacji oraz określaniu wzajemnych możliwości.

Polskie firmy mają szanse w Afryce

 – Rozmawialiśmy z wicepremierem i ministrem gospodarki Januszem Piechocińskim o możliwej współpracy dwustronnej, zarówno jeżeli chodzi o udział państwa, jak i udział przedsiębiorstw, które serdecznie zapraszamy do Konga, by mogły zobaczyć, jakie są możliwości rozwoju i wzajemnych kontaktów – podkreśla Gilbert Ondongo, minister stanu, gospodarki, finansów, planowania oraz budżetu i integracji Republiki Konga.

 – Dzisiaj polskie doświadczenia z okresu transformacji są naszym eksportowym know-how, które może nam ułatwić ekspansję na rynkach wschodzących i szybko rozwijających się. Dzięki temu możemy skutecznie rywalizować nie tylko w naszym regionie Europy Środkowej i Wschodniej, ale także w Afryce – powiedział podczas panelu dyskusyjnego Jan Kulczyk, założyciel CEED Institute i  globalny przedsiębiorca, który od lat realizuje duże inwestycje w Afryce.

Zdaniem wicepremiera Piechocińskiego, Kongo to duża szansa dla polskich przedsiębiorców, tym bardziej że jest to jeden z najprężniej rozwijających się krajów Afryki Subsaharyjskiej. Do 2015 roku chce uzyskać status gospodarki wschodzącej, ale też centrum transportowego o szczególnym znaczeniu dla regionu. To jedyne państwo w Afryce Środkowej, które posiada port oceaniczny.

Jednym z najbardziej perspektywicznych i znanych sektorów w Kongo jest przemysł surowcowy. Ale nie tylko na tym polu polscy przedsiębiorcy mogą szukać możliwości dla siebie. Zdaniem przedstawicieli polskich i kongijskich władz potencjalnych dziedzin współpracy jest jeszcze więcej, tym bardziej, że oba kraje mają już dobre doświadczenia.

 – W przeszłości Polska istotnie wspierała rozwój naszego kraju, szkoląc naszych ludzi. To była współpraca przede wszystkim o charakterze edukacyjnym – przypomina Gilbert Ondongo. – Chcielibyśmy rozszerzyć tę współpracę na kolejne sektory, przede wszystkim rolnictwo, przemysł, bezpieczeństwo i infrastrukturę kolejową – wymienia.

Z danych resortu gospodarki wynika, że w 2012 roku obroty handlowe między Polską i Kongiem osiągnęły 11,8 mln euro. W porównaniu z 2011 rokiem eksport wzrósł o 65 proc., a import o 35 proc.

Zacieśnianiu współpracy między firmami sprzyjają liczne kontakty polityczne. Odbywające się właśnie Dni Konga Brazzaville w Polsce i wizyta delegacji kongijskiej to już trzecie spotkanie w tym roku na najwyższym szczeblu. We wrześniu podpisano porozumienie o konsultacjach politycznych pomiędzy rządami Polski i Konga.

Najbogatszy Polak przetarł już szlak

 – Dzięki zacieśnieniu współpracy gospodarczej, Afryka i Europa wspólnie mogą osiągnąć pozycję lidera w światowej rozgrywce gospodarczej. Europa nie jest w stanie dalej sama się rozwijać – posiadamy kapitał ludzki, finansowy i przemysłowy, ale potrzebujemy znaleźć na niego odbiorców – powiedział Jan Kulczyk.

Jan Kulczyk, jako jeden z pierwszych, wskazał Afrykę jako kierunek ekspansji zagranicznej firm z regionu Europy Środkowo-Wschodniej i zainicjował międzynarodową dyskusję na ten temat. Założony przez niego CEED Institute w maju 2013 r. wydał raport poświęcony najważniejszym  trendom gospodarczym, politycznym i społecznym Afryki Subsaharyjskiej. W ramach Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach CEED Institute zorganizował również pierwsze w regionie Europy Środkowo-Wschodniej forum poświęcone relacjom gospodarczym Europy i Afryki.

Firma Kulczyk Investments jest obecna m.in. w Kongu, Nigerii, Tunezji, Tanzanii i Gwinei Równikowej. Jedna ze spółek z grupy, Zanaga Iron Ore Company (ZIOC), dzięki posiadanym zasobom rudy żelaza w Kongu i możliwościom produkcyjnym, ma szansę być jednym z sześciu największych producentów tego surowca na świecie.

 Wspólnie z Glencore, jedną z największych na świecie firm zajmujących się produkcją i obrotem zasobami naturalnymi, o kapitalizacji rzędu 70 miliardów dolarów, realizujemy potężne inwestycje. Być może to będzie największa kopalnia rudy żelaza w świecie, a na pewno w Afryce, z produkcją na początek 12 mln ton, a potem 30 mln ton rudy żelaza. To inwestycja warta 3 mld dolarów, ważna również dla naszej gospodarki i gospodarki europejskiej – mówi dr Jan Kulczyk.

Na konferencji klimatycznej ONZ w Warszawie ma powstać światowy zielony fundusz

CEO Magazyn Polska

W czasie 19. szczytu klimatycznego ONZ, który rozpocznie się w przyszłym tygodniu w Warszawie, ma powstać światowy fundusz ds. walki ze zmianą klimatu. Już wiadomo, że globalnego porozumienia ws. klimatu w Warszawie nie będzie, ale toczyć będą się negocjacje, które umożliwią jego podpisanie w 2015 roku.

 – Założyliśmy, jako społeczność międzynarodowa, że w 2015 roku na konferencji w Paryżu zostanie podpisane to porozumienie globalne, które będzie dotyczyło wszystkich krajów. Naszym priorytetem jest przede wszystkim doprowadzenie do tego, żeby określić drogę dojścia do Paryża, do konferencji, która ureguluje wszystkie kwestie w skali globalnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Zaleski, wiceminister środowiska.

Szczyt COP 19 odbędzie się w Warszawie na Stadionie Narodowym w dniach 11-22 listopada. Będą w nim uczestniczyć przedstawiciele wszystkich państw członkowskich ONZ oraz wielu organizacji pozarządowych. Szczyt w Paryżu w 2015 roku (COP 21) ma być przełomowy.

Jednym z zadań stojących przed uczestnikami szczytu klimatycznego jest sfinalizowanie porozumień wypracowanych na poprzednich konferencjach, m.in. w Durbanie, Doha i Cancun. Najważniejszym jest stworzenie globalnego, „zielonego” funduszu przeznaczonego na walkę ze zmianą klimatu.

 – Tu chodzi jak zwykle o pieniądze, czyli żeby uruchomić fundusze przeznaczone na ochronę klimatu, najczęściej fundusze skierowane do krajów rozwijających się. Chodzi o zielony fundusz, o którym bez przerwy mówimy, że musimy go uruchomić, a ciągle jeszcze nie funkcjonuje. Gdyby nam się to udało w Warszawie, to byłby bardzo ważny krok naprzód, pokazanie krajom rozwijającym się dobrej woli całej społeczności globalnej – przekonuje Zaleski.

Wiceminister dodaje, że stworzenie takiego funduszu to sprawdzian odpowiedzialności krajów rozwiniętych. Podkreśla, że w czasie kryzysu decyzja o przeznaczeniu środków na ochronę środowiska jest szczególnie trudna, bo nie daje wymiernych efektów, a pieniądze trafią głównie do dalekich krajów.

Jednym z zadań polskiej prezydencji konferencji będzie wypracowanie kompromisu między uczestnikami szczytu. Porozumienie musi objąć wszystkie kraje i nałożyć na nie obowiązki proporcjonalne do możliwości. Zaleski zauważa, że podpisany w 1997 r. protokół z Kioto, który wszedł w życie w 2005 r., nie dotyczy wszystkich krajów. Nie ratyfikowały go Stany Zjednoczone, a w 2011 r. z paktu wystąpiła Kanada. Zmienił się też układ sił w światowej gospodarce.

 – Dzisiaj niektóre państwa, które wówczas były w gronie państw słabo rozwiniętych, są liderami światowej gospodarki. Inne państwa wypadły z grona tych gospodarek dobrze rozwiniętych, w związku z tym trzeba przemodelować wszystkie zobowiązania i uznać, że wszyscy jednakowo odpowiadamy za klimat – podkreśla wiceminister środowiska. – Dzisiaj trzeba by określić możliwe do poniesienia przez każdy kraj obowiązki i obciążenia w dziedzinie ochrony klimatu. To jest najtrudniejsza kwestia, bo to kosztuje.

Dodaje, że kraje rozwijające się upominają się o rekompensaty za historyczne emisje rozwiniętych gospodarek. Kraje uprzemysłowione produkowały znacznie więcej dwutlenku węgla w czasach swojego gwałtownego rozwoju niż inne państwa, które dopiero teraz dołączają do grona rozwiniętych.

 – Sytuacja się zmieniła o tyle, że dzisiaj już cała ludzkość odpowiada za zmiany klimatyczne i ta świadomość przebija się do wszystkich uczestników procesu. Będzie tylko trudno wyspecyfikować te zadania i nałożyć obowiązki na każdy kraj oddzielnie – ocenia Zaleski, jednocześnie podkreślając, że jest optymistą co do rezultatu konferencji w Warszawie.

Minister rolnictwa: Kontrole wykazały, że Polska jest wolna od GMO

CEO Magazyn Polska

Kontrole pól zlecone przez resort rolnictwa po roku od wprowadzenia zakazu upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych nie wykazały, by zostały na nich zasiane transgeniczne rośliny. Minister rolnictwa podkreśla, że dzięki nowym przepisom zezwalającym na obrót nasionami GMO i ich rejestrację, Polska uniknęła nawet 1,5 mld zł kary ze strony UE. Jednak Komisja Europejska do tej pory nie zajęła stanowiska w sprawie zakazu samych upraw.

Co roku inspektorzy mają przeprowadzać około 9 tys. kontroli, co odpowiada poziomowi 5 proc. upraw kukurydzy w Polsce. Według  GUS (za 2010 r.) w Polsce kukurydza uprawiana jest w około 180 tys. gospodarstwach (ziarno i kiszonka razem) na łącznej powierzchni około 700 tys. ha. Ziemniak Amflora (opatentowany przez BASF) praktycznie nie jest uprawiany w Europie. W przeciwieństwie do kukurydzy MON 810 (patent Monsanto), która według szacunków rośnie na ok. 100 tys. ha w całej UE (80 proc. z tych upraw przypada na Hiszpanię).

 – Te próby zostały przeprowadzone i w kilku przypadkach stwierdzono minimalną zawartość GMO. Natomiast nigdzie nie było takiego poziomu, który, zgodnie z przepisami, można by uznać, że jest to kukurydza MON 810 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Kalemba, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

28 stycznia tego roku Polska wprowadziła zakaz upraw roślin GMO, które dopuszczone zostały na unijny rynek (są to wspomniane: Amflora i MON 810). Zgodnie z rozporządzeniami do ustawy o nasiennictwie, rolnik, który zasiał odmianę rośliny genetycznie zmodyfikowanej, zostanie ukarany. Sankcja, jaka grozi w takim przypadku, wynosi 200 proc. wartości zastosowanego materiału siewnego oraz zniszczenie tej uprawy na koszt gospodarza. Pola mają kontrolować pracownicy Inspektoratu Ochrony Roślin i Nasiennictwa.

 – Możemy po latach sporów powiedzieć, że Polska jest wolna od wysiewu i uprawy roślin GMO, w tym głównie kukurydzy MON 810 – podkreśla minister rolnictwa. – To dobrze, bo mamy duże rozdrobnienie pól, bioróżnorodność, świetną markę naturalnej, zdrowej, ekologicznej polskiej żywności, i trzeba o tę markę dbać.

W styczniu szef resortu rolnictwa poinformował Komisję Europejską o wprowadzonych w Polsce zakazach. Uzasadnił w dokumencie, że takie uprawy stanowią zagrożenie dla hodowców pszczół i rynku miodu, wskazał także na brak autoryzacji pyłku genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy MON 810 zgodnie z przepisami UE.

 – Trwa wymiana korespondencji na poziomie uwag, co do tych rozporządzeń, ale oficjalnego stanowiska Komisji Europejskiej nie ma – mówi Stanisław Kalemba.

Przepisy zakazujące upraw GMO towarzyszyły zmianom w ustawie o nasiennictwie, która dopuściła obrót nasionami roślin genetycznie modyfikowanych oraz ich rejestrację. Ustawa wdrożyła unijne dyrektywy oraz wykonała wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 2009 r., który dotyczył uchybień stwierdzonych w poprzedniej ustawie o nasiennictwie (z 26 czerwca 2003 r.).

 – Tymi decyzjami uniknęliśmy kar w granicach 1-1,5 mld zł. To są inteligentne rozwiązania, bo do tej pory nie było ustawy, która by regulowała te kwestie i nie było instytucji, które by je kontrolowały – uważa Stanisław Kalemba.

W Polsce potrzeba systemowych zachęt do oszczędzania

CEO Magazyn Polska

Polacy nie mają nawyku oszczędzania nie tylko z braku pieniędzy, ale i złych doświadczeń z poprzednich dziesięcioleci. Z powodu ustrojowych zmian i rządowych reform w ciągu kilkudziesięciu lat kilkakrotnie tracili swoje oszczędności. Dlatego zdaniem prezes Union Investment TFI należy wprowadzić rozwiązania, które będą zachęcać obywateli do gromadzenia oszczędności na własną rękę.

Zaledwie co trzeci Polak odkłada jakiekolwiek pieniądze z bieżącej pensji. Jak przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Góra-Dubiela, prezes Union Investment TFI, żeby zwiększyć ten odsetek potrzeba zachęt systemowych ze strony państwa.

 – Podstawą powinny być  systemy obligatoryjnego oszczędzania na emeryturę wprowadzone przez państwo takie  jak np. OFE. Ważne jest, by wsparte były przez systemy zachęcające do oszczędzania  np. poprzez odpisywanie od podstawy opodatkowania składek. To byłby skuteczny bodziec dla Polaków, by systematycznie budować pulę oszczędności – podkreśla Małgorzata Góra-Dubiela w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Systemy te muszą być przy tym zbudowane w sposób jasny i łatwy do zrozumienia. Zdaniem prezes Union Investment TFI, dobrym pomysłem są rządowe propozycje zmian dotyczące Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego, które są elementem III filaru systemu emerytalnego.

 – Planowane zmiany w IKZE to  krok w dobrym kierunku. Oznaczają duże uproszczenie i to już prawdopodobnie spowoduje, że wzrośnie zainteresowanie nimi – dodaje Małgorzata Góra-Dubiela.

Zgodnie z projektem przedstawionym przez ministerstwo pracy do oszczędzania w IKZE miałyby zachęcać kwotowy limit wpłat (zamiast procentowego), a także znana z góry stawka podatku (w wysokości 10 proc.), jakim objęte zostałyby wypłaty oszczędności.

Według Małgorzaty Góry-Dubieli kluczowym elementem jest właśnie stabilność wprowadzanych zmian prawnych. Dotychczasowe systemy oszczędzania nauczyły Polaków, że czasem za sprawą niezależnej od nich decyzji łatwo mogą utracić oszczędności całego życia.

 – Paradoksalnie można powiedzieć, że Polacy w czasie swojej ostatniej historii byli uczeni tego, żeby nie oszczędzać, a jeżeli oszczędzać, to na krótki termin – podkreśla prezes Union Investment TFI. – Pomijam wydarzenia związane z wojną czy z wymianą pieniędzy w 1950 roku. Na pewno niektórzy z nas pamiętają podwyżki w latach 70., 80., słynne książeczki mieszkaniowe, gdzie ludzie latami odkładali i potem nic nie mogli za to kupić, ale także i hiperinflację w latach 1988-89.

Ostatnie zmiany w reformie emerytalnej to, zdaniem Małgorzaty Góry-Dubieli, także czynnik odstraszający od oszczędzania na emeryturę.

 – Bez względu na to, jak się ocenia zmiany w systemie emerytalnym, trzeba jasno powiedzieć, że mogą one podważyć zaufanie do długoterminowego oszczędzania. Coś, co zostało wprowadzone jako system obligatoryjnego oszczędzania na emeryturę, ponownie zostaje zmienione – tłumaczy prezes Union Investment TFI.

Główną zmianą, proponowaną przez rząd w systemie emerytalnym, jest nacjonalizacja obligacji z portfela OFE. Miałyby one zostać w całości przeniesione do ZUS-u. Kolejna to tzw. „suwak bezpieczeństwa”, polegający na stopniowym przekazywaniu do ZUS-u aktywów zgromadzonych w otwartym funduszu emerytalnym przez okres 10 lat poprzedzających przejście na emeryturę. Taki zabieg eliminowałby tzw. ryzyko złej daty, związane z przechodzeniem na emeryturę w czasie nagłego załamania koniunktury. Według ostatniej opinii do projektu ustawy przygotowanej przez resort pracy, po wejściu w życie reformy członkowie OFE będą mieli cztery miesiące na zadeklarowanie chęci pozostania w funduszu. Jeśli tego nie zrobią, ich oszczędności automatycznie trafią do ZUS.

Emisja obligacji PKP PLK najpóźniej na początku grudnia

0

CEO Magazyn Polska

PKP Polskie Linie Kolejowe wyemitują obligacje jeszcze przed końcem tego roku. Rząd znowelizował „Wieloletni Program Inwestycji Kolejowych”, na który przeznaczone będą pozyskane środki. W ciągu kilku dni Skarb Państwa powinien udzielić odpowiednich gwarancji.

 – W ostatni dzień października, podpisaliśmy umowę dotyczącą emisji obligacji z BGK, tym samym realizując zapowiedź, że emisja obligacji zostanie zapięta i zrealizowana w czwartym kwartale – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Remigiusz Paszkiewicz, prezes PKP PLK. – Liczę na to, że to będzie jeszcze w tym miesiącu, żeby też specjalnie nie wydłużać pewnych terminów płatności, natomiast nie będzie też nic złego w tym, jeśli będzie to początek grudnia.

Emisja obligacji została wymuszona nowelizacją tegorocznego budżetu. Dotacja państwa dla PKP PLK została zmniejszona o 1 mld zł. Objęcie emisji obligacji przez Bank Gospodarstwa Krajowego to największa jak do tej pory inwestycja w ramach rządowego programu Inwestycje Polskie.

Rząd przyjął we wtorek nowelizację „Wieloletniego Programu Inwestycji Kolejowych”, co było jednym z warunków niezbędnych do finalizacji emisji obligacji. Zgodnie z nim do 2015 r. zrealizowane zostaną projekty za niemal 25 mld zł.

 – Drugą rzeczą jest dopięcie sprawy udzielenia gwarancji przez Skarb Państwa. To też jest na dobrej drodze, myślę że w ciągu kilku dni ten warunek również zostanie wypełniony. Wtedy nie będzie żadnego kłopotu, żebyśmy mogli wykorzystać na finansowanie inwestycji w tym roku i częściowo w przyszłym roku pieniądze z obligacji – zapowiada Paszkiewicz.

Dodaje, że dzięki środkom uzyskanym z obligacji uda się sfinansować wszystkie planowane inwestycje kolejowe. Zgodnie z rządowym projektem do 2015 r. z obligacji PKP PLK ma pozyskać łącznie 3,6 mld zł.

McDonald’s dołącza książki do zestawów. Promuje w ten sposób czytanie wśród dzieci

Sieć restauracji McDonald’s rozpoczyna dziś ogólnopolską akcję edukacyjną „Czytam sobie”.  W ponad 300 restauracjach do zestawów będą bezpłatnie dołączane książki dla dzieci napisane przez znanych autorów. Nakład wyniesie 400 tysięcy egzemplarzy.

W książkowej promocji dla najmłodszych będzie można uzbierać aż siedem tytułów, podzielonych na trzy poziomy trudności, w zależności od umiejętności młodego czytelnika.

 – Akcja „Czytam sobie” to duży projekt – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych McDonald’s Polska. – Linia przygotowana dla  McDonald’s Polska to siedem książek na trzech poziomach trudności i 400 tys. nakładu rozprowadzanego przez sieć naszych restauracji – wymienia.

Książki z pierwszego poziomu trudności zawierać będą 150–200 wyrazów ułożonych w krótkie zdania, bez takich znaków jak ą, ę, ó czy sz, cz i ch.

 – Na pierwszych dwóch poziomach są to książki, w których nie mogą występować wszystkie litery, jedynie podstawowe 23 – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zofia Stanecka, autorka książek dla dzieci. – To jest nie lada łamigłówka, bo książka musi być tak samo ciekawa, jak gdyby była napisana ze wszystkimi literami.

Na pierwszym poziomie nie znajdziemy również dialogów, a jedynie zdania opisowe.

 – Teksty muszą być tak skonstruowane, żeby dziecko miało poczucie czytania czegoś płynnego i naprawdę wciągającego, a jednocześnie bez tych wszystkich znaczków. Na drugim poziomie na szczęście mogą być dialogi, co czasem ułatwia sprawę – dodaje Zofia Stanecka.

Na drugim poziomie dziecko przeczyta już kilkakrotnie więcej wyrazów (800–900) ułożonych w bardziej skomplikowane zdania. Z kolei trzeci poziom – adresowany do dzieci czytających już na co dzień – zawiera 2500–2800 wyrazów w tekście i pełny alfabet.

W ocenie Agnieszki Carrasco–Żylicz, psychologa dziecięcego, korzyści dla najmłodszych z tej serii wydawniczej są w zasadzie nieograniczone.

 – Przede wszystkim dziecko rozwija swój umysł, spostrzegawczość, pamięć, fantazję, wyobraźnię – tłumaczy. – Dla mnie jako psychologa dziecięcego, chyba największa korzyść jest taka, że dziecko uczy się skupienia, uczy się koncentrować na swoich myślach, na swoich emocjach. Uczy się przeżywania, co w dzisiejszych czasach jest bardzo dzieciom potrzebne.

Jeśli akcja spotka się z zainteresowaniem klientów, to niewykluczone, że będzie przedłużona lub powtórzona.

 – Na razie potrwa do wyczerpania nakładu – 400 tys. książek. Gorąco wierzymy, że mądrość tej akcji, celność, dobry pomysł i fajne książki spowodują, że to nie będzie trwało długo – dodaje Krzysztof Kłapa, dyrektor ds. korporacyjnych McDonald’s Polska. – Dla nas przede wszystkim ma to wymiar pewnych pożytecznych działań, również związanych z wizerunkiem. Chcemy, żeby McDonald’s był obecny wszędzie tam, gdzie dzieje się coś mądrego i wartościowego.

Aby otrzymać książkę za darmo, wystarczy kupić zestaw rodzinny, czyli zwykły zestaw dla dorosłego wraz z dziecięcym zestawem „Happy Meal”.

Prof. Ćwiąkalski: obowiązujący zakaz reklamy aptek jest sprzeczny z prawem europejskim

CEO Magazyn Polska

Żadna inna działalność nie jest tak surowo regulowana prawnie jak działalność aptek i sprzedaż leków – twierdzi prof. Zbigniew Ćwiąkalski. Na obowiązującym od dwóch lat zakazie aptek traci nie tylko branża, ale i pacjenci, którym aptekarze, obawiając się konsekwencji, przestali nawet udzielać informacji o tańszych zamiennikach. Ministerstwo Zdrowia pracuje nad nowelizacją ustawy refundacyjnej, ale nic nie wskazuje na razie, żeby przepis ten zmienił się w najbliższym czasie.

 – Aktualnie prowadzone są prace zmierzające do nowelizacji prawa farmaceutycznego, ale nie dotyczą one art. 94, który właśnie jest przedmiotem sporu, czyli całkowitego zakazu reklamy aptek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Zbigniew Ćwiąkalski.

Przedstawiciele branży farmaceutycznej i eksperci podkreślają, że na przepisie zakazującym reklamy nie skorzystali ani pacjenci, ani apteki, bo ceny leków nie spadły i nie zwiększyła się ich dostępność. Jak wynika z raportu firmy IMS Health – ustawa refundacyjna w czasie swojego obowiązywania (od początku 2012 r.) doprowadziła do zwolnienia 15 tys. osób pracujących w przemyśle farmaceutycznym, z czego 8 tys. pracowników zwolniły apteki.

 – Problem polega na tym, że nie ma innego produktu czy działalności, które tak surowo, restrykcyjnie byłyby traktowane, bo jeżeli popatrzymy na alkohol, tytoń czy gry hazardowe, to nie ma tak surowych zakazów jak tutaj – tłumaczy prof. Ćwiąkalski.

Podkreśla, że zakaz reklamy odebrał aptekom możliwość konkurowania na równych zasadach z supermarketami, sklepami spożywczymi czy stacjami benzynowymi, bo one mogą reklamować środki medyczne dostępne bez recepty, które posiadają w swojej ofercie.

Jego zdaniem, na obecnych przepisach tracą również pacjenci, którzy nie mogą liczyć na fachową pomoc czy informację o lekach np. podczas zakupów w punktach sprzedaży pozaaptecznej.

 – De facto ten całkowity zakaz reklamy aptek to jest zakaz konkurencji, który jest wygodny dla części środowiska, ale nie jest wygodny dla konsumentów dlatego, że oni chcą być informowani o lekach, o ich cenach i możliwości tańszego ich nabycia. Przy czym od razu muszę zastrzec, że nikt nie kwestionuje zakazu reklamy leków refundowanych – zaznacza.

Ćwiąkalski podziela opinię, że zakaz reklamy aptek jest niezgodny z unijnym prawem. Konfederacja Lewiatan w ubiegłym tygodniu złożyła do Komisji Europejskiej skargę w tej sprawie. Motywuje je tym, że przepisy ustawy refundacyjnej naruszają m.in. zasadę swobody przepływu towarów i stanowią nieusprawiedliwione ograniczenie konkurencji.

 – Państwo jest odpowiedzialne za to, żeby ustawodawstwo krajowe było zgodne z ustawodawstwem europejskim, natomiast ten totalny zakaz jest całkowicie niezgodny z ustawodawstwem europejskim, stąd też dwie skargi, które zostały złożone do Komisji Europejskiej. KE może wydać zalecenia. Jeżeli rząd polski do tych zaleceń się nie dostosuje, to wtedy skarga trafi do Trybunału Sprawiedliwości UE i Trybunał orzeknie o naruszaniu przepisów unijnych przez Polskę – podkreśla prof. Ćwiąkalski.

Z szacunków Lewiatana wynika, że ok. połowy asortymentu aptek stanowią leki i produkty medyczne, które mogłyby być reklamowane.

„Samospłacający się dom” nadal czeka na nowe prawo

CEO Magazyn Polska

Bank Ochrony Środowiska opracował program wspierający budowę domów jednorodzinnych wyposażonych w instalacje fotowoltaiczne. Dzięki temu spłata kredytu, zaciągniętego na budowę domu, ma być opłacana ze sprzedaży energii do sieci oraz niższych rachunków za prąd. Jego uruchomienie blokują jednak regulacje prawne. 

 – Zakład energetyczny nie może odmówić przyłączenia mikroinstalacji OZE (odnawialne źródła energii), czyli do 40 kW, i odbioru wyprodukowanej przez nią energii. Jednak opłata, która jest dzisiaj proponowana, czyli 16 groszy za odsprzedaną kilowatogodzinę, nie jest zachęcająca dla klienta indywidualnego. Koszt tej inwestycji jest wciąż dosyć wysoki, w związku z tym przy takich przychodach mamy długi okres zwrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Żyła, główny ekolog banku, zastępczyni dyrektora Departamentu Ekologii i Strategii w BOŚ.

Z danych banku wynika, że rynek prosumencki rośnie, choć powoli. Przyspieszyć proces jego rozwoju miała ustawa o odnawialnych źródłach energii, nad którą prace trwają trzeci rok. Ułatwienie produkcji i sprzedaży energii miało nastąpić poprzez zwolnienie prosumentów z obowiązku prowadzenia działalności gospodarczej i posiadania koncesji na produkcję energii elektrycznej. Same mikroinastalacje mają zostać objęte systemem wsparcia, a na operatorów sieci zostać nałożony ma być obowiązek zakupu nadwyżki energii za 80 proc. średniej ceny rynkowej.

W oparciu o założenia do ustawy o OZE z 2012 roku BOŚ wraz z ekspertami stworzył program „Samospłacajacy się dom”, gdzie instalacja fotowoltaiczna ma przynieść kapitał na spłatę rat za nieruchomość.

 – Program nie został jeszcze uruchomiony, ponieważ czekamy na ostateczny kształt ustawy o odnawialnych źródłach energii. Pewne rozwiązania tylko formalnoprawne znalazły się w zapisach „małego trójpaku”, czyli nowelizacji Prawa energetycznego z tego roku, natomiast wprowadzony tam mechanizm finansowy i poziom opłat, które można uzyskać odsprzedając energię, utrudnia realizację programu w takim kształcie, w jakim był przez nas zaplanowany. Stąd bank cały czas pracuje nad jego modyfikacją i dostosowaniem do możliwych warunków rynkowych – informuje Anna Żyła.

Szykuje się więcej inwestycji infrastrukturalnych

Branża budowlana liczy na falę nowych inwestycji infrastrukturalnych w związku nową unijną perspektywą finansową. Unijny budżet na lata 2014-2020 zakłada, że 17,5 mld euro będzie przeznaczonych na przebudowę i rozwój polskiej infrastruktury transportowej. To powoduje, że firmy budowlane już dzisiaj przygotowują się do pozyskania nowych zleceń.

 – Mamy pełną świadomość, że w nowym rozdanie unijnym bardzo duży nacisk jest kładziony na komunikację szynową, na rozwój kolejnictwa i oczywiście przygotowujemy się do tego, żeby uczestniczyć w realizacji tych zadań w jak największym zakresie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesław Nowak, prezes ZUE, firmy zajmującej się budową infrastruktury komunikacji miejskiej i kolejowej.

Wciąż jednak realizowane są inwestycje z obecnej „siedmiolatki”.

 – Jeżeli idzie o rynek kolejowy, to co przez lata było piętą achillesową na tym rynku, czyli mała liczba przetargów puszczanych na rynek w latach poprzednich, w tej chwili stała się czymś dobrym dla wykonawców. PKP dysponuje jeszcze nie wykorzystanymi środkami z funduszy unijnych z tego rozdania. W związku z tym cały czas są ogłaszane nowe zadania, które poszczególni wykonawcy mogą podejmować i realizować, co zresztą robimy – zapewnia Wiesław Nowak.

Grupa Kapitałowa ZUE jest jednym głównych graczy na rynku budownictwa infrastruktury komunikacji miejskiej i kolejowej. Na rynku infrastruktury tramwajowej ZUE z prawie 50–procentowym udziałem, jest niekwestionowanym liderem. Z kolei projekty realizowane w ramach budowy i modernizacji linii kolejowych, dają spółce 10 proc. udziału w rynku kolejowym.

W ostatnich dniach złożyliśmy na rynku kolejowym najkorzystniejszą ofertę na rewitalizacji odcinka Koniecpol–Częstochowa, na kwotę ponad 35 mln złotych. Także jest to rynek, na którym cały czas są zlecenia do wzięcia – dodaje Wiesław Nowak. – Pracujemy w bardzo podobnych segmentach: w segmencie infrastruktury miejskiej i infrastruktury kolejowej. Potencjał, który posiadamy, możemy w sposób w miarę swobodny przemieszczać z jednego rynku na drugi.

Branża liczy również na korzystne zmiany w prawie zamówień publicznych, które skutecznie wyeliminują oferentów proponujących zbyt niskie ceny w przetargach. Ocenia przy tym, że obecne regulacje nie rozwiązują tego problemu.

 – W chwili obecnej rażąco niskie ceny pojawiają się częściej na rynku infrastruktury miejskiej niż na rynku infrastruktury kolejowej. Tym niemniej również w tym segmencie rywalizacja jest bardzo duża. W przetargu bierze udział zawsze od kilku do kilkunastu oferentów. Nie można powiedzieć, że wprowadzono regulacje prawne, które zapobiegałyby składaniu ofert z rażąco niską ceną. Ja tego nie widzę – dodaje Nowak.

W prawie zamówień publicznych nadal brakuje definicji rażąco niskiej ceny, mimo że w Polsce jest to główne kryterium brane pod uwagę w przetargach. Istnieje jednak szansa, że jakość zamówień publicznych w infrastrukturze już wkrótce poprawi nowelizacja tej ustawy. Parlament i Urząd Zamówień Publicznych pracują nad kilkunastoma projektami.

Korzystne zmiany w prawie mają przynieść również nowe unijne przepisy, które prawdopodobnie zaczną obowiązywać w 2016 r. Zgodnie z nimi kryterium najniższej ceny zostanie zastąpione wyborem oferty najbardziej konkurencyjnej ekonomicznie. Oznacza to, że w przetargach brana będzie pod uwagę też jakość przedstawianego projektu.

Oświadczenie dot. transakcji w Grupie Kapitałowej MCI Management opisanej w raporcie bieżącym nr 49/2013

0

MCI poinformowało w nawiązaniu do treści raportu bieżącego nr 49/ 2013 z dnia 1 listopada 2013 r. informującego o transakcji wewnątrz Grupy Kapitałowej MCI Management i pomiędzy jednostkami w 100% zależnymi kapitałowo MCI Management SA, Zarządu MCI Management wyjaśnia, że decyzja o realizacji ww. transakcji została podyktowana zapowiadanymi zmianami w Ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych.

W wyniku zdarzeń opisanych w raporcie bieżącym akcje obecnie istniejącej spółki komandytowo – akcyjnej zostaną wniesione do nowej spółki komandytowo-akcyjnej. Ponieważ obie spółki komandytowo-akcyjne są w 100% zależne od MCI Management SA, struktura biznesowa Grupy Kapitałowej MCI nie ulegnie zmianie.

Komentarz dzienny, 5 listopada 2013

Wskaźnik
PMI dla polskiego przemysłu wzrósł w październiku z 53,1 do 53,4 pkt., po raz
kolejny zaskakując analityków (konsensus: 52,8; nasza prognoza: 52,7).
Większość prognoz (w tym i nasza) opierała się zapewne na korelacji z indeksami
niemieckimi (tu odnotowano niewielkie wzrosty bądź stabilizację) i przekonaniu
o możliwej korekcie subindeksu Zatrudnienie po zaskakująco dużym wzroście w
poprzednim miesiącu. Efekty te zrealizowały się jedynie częściowo. 

W grudniu rolnicy dostaną 1,4 mld zł płatności bezpośrednich

CEO Magazyn Polska

W grudniu na konta polskich rolników wpłynie 1,4 mld złotych w ramach dopłat bezpośrednich. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa czeka jeszcze na rozporządzenia, w których zostaną określone stawki płatności. Zgodnie ze wstępnymi założeniami, jeden gospodarz otrzyma maksymalnie prawie 1 tys. zł do jednego hektara. Jednak część rolników może otrzymać kary, jeśli kontrole wykażą, że nieprawidłowo wypełnili wnioski.

 – Stawka jednolitej płatności obszarowej (JPO) wynosi ok. 830 złotych, natomiast uzupełniającej podstawowej wynosi ok. 139 złotych. Czyli łącznie rolnik będzie mógł otrzymać ok. 969 złotych do hektara uprawy np. zbóż – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Renata Mantur, dyrektor Departamentu Płatności Bezpośrednich Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Agencja jest przygotowana do wypłaty płatności bezpośrednich od 1 grudnia. Planowana na dziś kwota do wypłaty to 1,4 mld zł.

ARiMR czeka jeszcze na rozporządzenia ministra rolnictwa w sprawie stawek płatności.

Do końca czerwca 2014 roku wypłaty powinny zostać zakończone i łącznie do polskich rolników ma trafić ok. 3,5 mld euro, tj. 14,8 mld złotych.

W poprzednich latach niektórzy rolnicy musieli zwrócić dopłaty z powodu problemów z tzw. ortofotomapami (są sporządzane na podstawie zdjęcia satelitarnego lub lotniczego), które są częścią systemu identyfikacji działek rolnych. W oparciu o te dane agencja rozpatruje wnioski o przyznanie płatności.

 – Jeżeli rolnik otrzymuje załącznik graficzny wraz z wnioskiem spersonalizowanym [częściowo uzupełnionym o jego dane znane z poprzednich naborów wniosków – red.], jest zobowiązany zweryfikować te dane, które są zgodne ze stanem rzeczywistym występującym na gruncie – tłumaczy Renata Mantur. – Jeżeli stwierdzi, że obszar, który jest widoczny na ortofotomapie nie kwalifikuje się do płatności, powinien taką zmianę na tym załączniku graficznym nanieść.

Jeżeli gospodarz nie wprowadzi takiej zmiany, musi się liczyć z tym, że jego dopłata zostanie pomniejszona lub będzie musiał zwrócić pieniądze.

 – Ortofotomapy są wymieniane co trzy lata. Zatem jeżeli w okresie jej obowiązywania na gruncie pojawią się budynki, albo zostanie ten grunt przeznaczony na inne cele niż rolnicze, gospodarz powinien takie zmiany nanieść na załączniku graficznym. Tym samym uniknie konsekwencji związanych  z ewentualnym pomniejszeniem płatności, które może być stwierdzone podczas kontroli na miejscu [czyli w gospodarstwie – red.] – doradza dyrektor.

Dodaje, że takie przypadki zdarzają się coraz rzadziej. Należy jednak pilnować, by dane przedstawiane we wnioskach były zawsze aktualne i zgodne ze stanem faktycznym w gospodarstwie.

Te najważniejsze dla rolników dotacje w tym roku przeliczane są po korzystniejszym dla nich kursie niż w minionym. Europejski Bank Centralny ogłosił, że wyniesie 4,2288 złotych za euro i jest wyższy o 3 proc. niż w ubiegłym roku (wtedy wynosił 4,1038 zł za euro). Taki sam kurs obowiązuje we wszystkich państwach członkowskich, w których oficjalną walutą nie jest euro.

Polscy rolnicy deklarują, że przeznaczają to wsparcie na zakup nawozów i środków ochrony roślin, co ma rekompensować wzrost ich cen po przystąpieniu Polski do UE. Ponad 14 mln hektarów gruntów rolnych jest objętych w kraju dopłatami bezpośrednimi.

Będą zmiany w systemie aktywizacji bezrobotnych. Dziś zajmie się nimi rząd

CEO Magazyn Polska

Urzędy pracy będą współpracować z prywatnymi agencjami zatrudnienia. Ma być to ważny element nowego systemu aktywizacji zawodowej bezrobotnych. Resort pracy liczy, że z około 20 tys. długotrwale bezrobotnych, do których będzie skierowana taka pomoc, połowa znajdzie pracę. Dziś rząd ma zająć się projektem nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.

 Zmiana od przyszłego roku ma polegać na innej aktywizacji bezrobotnych najbardziej oddalonych od rynku pracy, których bardzo często nie udaje się przywrócić trwale na rynek pracy dzięki działaniom standardowym. Im trzeba poświęcić więcej czasu, bardziej zindywidualizować wsparcie, dostarczyć usług, których urząd nie dostarcza. To jest np.  kompleksowe badanie lekarskie, pomoc psychologa czy trening interpersonalny, czasami pomoc w rozwiązaniu spraw osobistych, rodzinnych – wyjaśnia Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Takie niestandardowe działania mają zapewniać prywatne agencje zatrudnienia. Ich współpraca z państwowymi urzędami pracy od kilku miesięcy jest testowana w trzech województwach: podkarpackim, dolnośląskim i mazowieckim. Jak podkreśla wiceminister, pierwsze efekty są zadowalające. Wskaźniki efektywności są na poziomie ponad 50 proc.

 – Program podkarpacki, który ruszył w maju, ma już bardzo dobre efekty, łącznie około 500 osób zatrudnionych, czyli ponad połowa skierowanych do programu – mówi Jacek Męcina. – Dwa pozostałe projekty są jeszcze w fazie wstępnej, ponieważ one rozpoczęły się dopiero w sierpniu. Na koniec roku pewnie dopiero będziemy próbowali zbadać tę efektywność.

Choć na ostateczne wyniki prowadzonych testów trzeba jeszcze poczekać, to według resortu pracy, takie rozwiązania powinny na stałe wejść do systemu aktywizacji osób bezrobotnych.

 – Szacujemy, że przeciętnie około 40 proc. osób skierowanych na takie programy może znaleźć pracę. Gdybyśmy zmultiplikowali taki program na poziom całego kraju, to liczymy na to, że rocznie będziemy mogli skierować do tych programów do 20 tys. bezrobotnych, a około 10 tys. znajdzie zatrudnienie. To dużo biorąc pod uwagę trudności z aktywizacją tych osób na rynku pracy – podkreśla wiceminister pracy.

Resort pracy chce, żeby na poziomie regionalnym marszałkowie województw wspólnie z urzędami pracy podejmowali decyzje, na jakich lokalnych rynkach pracy wsparcie prywatnych służb zatrudnienia jest potrzebne. Środki na ten cel będą zagwarantowane w Funduszu Pracy. Męcina podkreśla, że jest to korzystne pod względem kosztowym rozwiązanie, ponieważ agencje będą wynagradzane za efekty, czyli wyniki w aktywizacji bezrobotnych.

 – Znaczna część wynagrodzenia będzie się należeć agencji wtedy, gdy szeroko pojęte finanse publiczne będą już odczuwać pozytywne skutki tego, że ktoś podjął zatrudnienie, bo będą rosły wpływy podatkowe, będą rosły chociażby składki na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych – mówi Jacek Męcina.

PKP CARGO uruchomi połączenie do Włoch. Chce zwiększać liczbę linii poza Polskę

CEO Magazyn Polska

PKP CARGO S.A. chce zwiększyć udział w rynkach poza Polską. Spółka, która jest drugim największym kolejowym przewoźnikiem towarowym w Europie pod względem pracy przewozowej, planuje uruchomienie wahadłowego połączenia z Polski do Włoch. Przy sprzyjających warunkach może ono ruszyć już w przyszłym roku.

Już w tej chwili PKP CARGO razem z partnerami uruchamia liczne połączenia międzynarodowe, a w ciągu najbliższego roku planuje zwiększyć ich liczbę.

 – Pracujemy z partnerami nad uruchamianiem połączeń wahadłowych. W szczególności dotyczy to przewozu kontenerów. Mamy takie połączenie Rotterdam-Poznań, połączenie między Niemcami, okolice Duisburga, a Warszawą. Mamy także połączenia z Łodzi do Chin. Połączenie z Włochami to interesujący kierunek i badamy możliwość uruchomienia połączeń wahadłowych na linii północ-południe – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Boroń, prezes zarządu PKP CARGO S.A.

Łukasz Boroń ocenia, że wielu przewoźników oferuje połączenia wschód-zachód, ale na trasach północ-południe jest znacznie mniejsza konkurencja. Takie połączenie mogłoby zapewne uzyskać wsparcie Unii Europejskiej, która kładzie coraz większy nacisk na transport kolejowy. Równocześnie byłoby szansą dla polskich portów, które mają rosnące wyniki pod względem przeładunku kontenerów.

 – Te towary można transportować nie tylko na Śląsk i tam rozdystrybuować do klientów finalnych, ale także przekroczyć granice Polski i dojechać dalej – podkreśla Boroń. – Jeśli analiza możliwości i opłacalności takiego połączenia wypadnie pozytywnie, to zdecydowanie uruchomimy je w przyszłym roku. Pamiętajmy jednak, że połączenia zagraniczne to dziś nie jest gros naszych przychodów, ale są interesującą propozycją, która pozwala na przejmowanie ruchu towarów z dróg na kolej.

PKP CARGO zadebiutowało pod koniec października na warszawskiej giełdzie. Wartość oferty publicznej, która objęła 48,3 proc. udziałów należących wcześniej do PKP S.A., sięgnęła ok. 1,4 mld zł. Dzięki udanemu debiutowi oraz stabilizacji udziału spółki w polskim rynku kolejowych przewozów towarowych na poziomie ok. 60 proc. pod względem pracy przewozowej (według danych UTK), spółka rozważa rozwój na innych rynkach.

 – Przede wszystkim patrzymy na rynki ościenne. W naszej ocenie to tutaj najwięcej możemy zyskać i tutaj mamy największe przewagi. Prawie 40 proc. naszych przewozów wewnątrz kraju to przewozy, które odnoszą się do eksportu, importu, lub też do tranzytu. W ubiegłym roku przewieźliśmy 2,5 mln ton ładunków za granicą, podczas gdy w kraju przewieźliśmy 116,7 mln ton – mówi Boroń.

Spółka ostrożnie patrzy na kierunek wschodni, gdzie problemem są nie tylko przepisy (brak liberalizacji rynku), ale także warunki techniczne, np. inny rozstaw torów. W Europie dominują tory o rozstawie 1435 mm, w krajach byłego ZSRR pociągi jeżdżą po liniach szerokotorowych o rozstawie 1520 mm.

 – A zatem gdzie? Niemcy, bo to największy rynek europejski, i kraje na południe od Polski: Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, czyli kraje, do których docierają najczęściej nasze ładunki, które przekraczają granice i dzisiaj są przejmowane przez innych przewoźników. Przede wszystkim definiujemy siebie jako lidera na rynku polskim, ale wierzymy, że mamy też potencjał i podstawę do tego, żeby być graczem europejskim, silnym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – wylicza prezes PKP CARGO.

Prezes zarządu spółki dodaje, że najbardziej interesujące są Czechy i Słowacja, bo tam PKP CARGO notuje największe wzrosty. W Niemczech dużym rywalem jest DB Schenker, największy europejski przewoźnik towarowy, jednak Łukasz Boroń szacuje, że na niemieckim rynku wciąż jest miejsce na wzrost. Rozwój nie jest zbyt szybki, bo spółka woli wzrost organiczny niż przejęcia. Przy czym, pomimo tego, że obecnie nie ma żadnych konkretnych planów w tym zakresie, spółka nie wyklucza również możliwości dokonywania przejęć innych podmiotów w przyszłości. Wzrost organiczny jest wolniejszy, ale tańszy, bo wymaga jedynie uzyskania pozwoleń i przeszkolenia załóg.

PKO BP: Polska gospodarka rozpędza się. Siłą napędową w 2014 r. może stać się wyższy deficyt

CEO Magazyn Polska

Wzrost gospodarczy na koniec 2014 roku osiągnie 3 proc. – wynika z prognoz PKO Banku Polskiego. Głównym czynnikiem pobudzającym wzrost będzie poluzowanie polityki budżetowej państwa, co doprowadzi do zwiększenia deficytu. W pewnej mierze przyczynią się do tego także tegoroczne obniżki stóp procentowych. Ekonomiści banku prognozują, że pierwsza podwyżka nastąpi w IV kwartale przyszłego roku.

 – Przez większość przyszłego roku stopy procentowe będą stabilne, natomiast pod koniec roku, po tym, jak wzrost gospodarczy przyspieszy, polityka  pieniężna będzie stopniowo zacieśniana – zaznacza Radosław Bodys, główny ekonomista PKO BP. – Zakładamy, że pierwsza podwyżka i początek tego cyklu zacieśnienia polityki pieniężnej nastąpi w czwartym kwartale przyszłego roku w skali 50 pkt. bazowych. Czyli przyszły rok skończymy z główną stopą na poziomie 3 proc., i cykl będzie trwał w 2015, kiedy stopy wzrosną do 4 proc. – dodaje. 

Obecnie główna stopa procentowa wynosi 2,50 proc. Według zgodnych przewidywań ekonomistów i zapowiedzi samych członków RPP, na rozpoczynającym się dziś posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej nie zmieni poziomu stóp procentowych.

Tegoroczne obniżki stóp procentowych przyczynią się do odbicia w polskiej gospodarce. Ekonomiści PKO Banku Polskiego szacują, że w trzecim kwartale wzrost sięgnął ok. 2 proc. W II kwartale – według danych GUS – wzrost PKB wyniósł 0,8 proc. rok do roku. Prognozy banku mówią, o 3-procentowej dynamice PKB w przyszłym roku.

 – Na rok 2014 zakładamy kontynuację przyspieszenia wzrostu, co wynika w części z  poluzowania polityki fiskalnej, którą zakładamy w przyszłym roku, w części z opóźnionych efektów poluzowania polityki pieniężnej z tego roku, a w części z ożywienia, które obserwujemy na świecie – wyjaśnia Radosław Bodys w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Ocenia, że rola polityki pieniężnej w napędzaniu gospodarki znacząco zmaleje kosztem poluzowania polityki fiskalnej, czyli np. zwiększania wydatków budżetowych.

 – Wydaje się, że ważniejszym obszarem od polityki pieniężnej w przyszłym roku będzie polityka fiskalna, ponieważ ona przejmie rolę głównego stymulusu dla gospodarki –  tłumaczy główny ekonomista PKO BP. – Widzimy już, że działania rządu zmierzają ku temu, żeby poluzować gospodarkę poprzez poluzowanie polityki fiskalnej, a przypomnijmy, że było to główne źródło spowolnienia gospodarczego w ciągu ostatnich 6 kwartałów – podkreśla.

Trzy na cztery faktury płacone są po terminie. Opóźnia to inwestycje w 1/3 firm

CEO Magazyn Polska

W Polsce trzy na cztery faktury płacone są z opóźnieniem. Zatory płatnicze u ok. 7 proc. firm prowadzą do zmniejszenia zatrudnienia.  Dlatego rozwinął się rynek usług faktoringowych. Obroty firm, zajmujących się skupowaniem od przedsiębiorców wierzytelności i ich późniejszym ściąganiem, rosną od 2008 roku. W III kwartale były o blisko 15 proc. większe niż przed rokiem.

 – Faktoring znakomicie się sprawdza w trudnych czasach, gdy firmom jest trudniej pozyskać finansowanie na rozwój. Jest on mniej wrażliwy na spowolnienie gospodarcze, gdyż skupia się bardziej na strumieniu wierzytelności, który posiadają przedsiębiorcy, a mniej na ich zdolności kredytowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kuniewicz, dyrektor generalny Bibby Financial Services.

Po trzech kwartałach 2013 roku obroty 20 firm należących do Polskiego Związku Faktorów doszły do poziomu 70 mld zł – to o 59 proc. więcej niż po II kwartale oraz o 14,8 proc. więcej niż po III kwartale 2012 r.

Faktoring to coraz popularniejszy sposób na zapewnienie firmom płynności finansowej.

 – Faktor, w przeciwieństwie do banku rozważającego udzielenie kredytu, nie patrzy do tyłu, na historię, tylko na ten biznes, który firma robi – przekonuje dyrektor generalny Bibby Financial Services. – Jeśli przedsiębiorca ma kontrahentów, którym sprzedaje z odroczonym terminem płatności, to pieniądze z wierzytelności może dostać teraz, a nie w momencie spełnienia kolejnych wymogów czy uzyskania kolejnych zabezpieczeń.

Firma faktoringowa skupuje wierzytelności od przedsiębiorców i sama zajmuje się ich ściąganiem oraz ewentualnymi problemami z tym związanymi.

 – Można więc powiedzieć, że wchodzimy w funkcję bankiera, której przedsiębiorcy nie chcą pełnić – mówi Kuniewicz. – Oni chcą po prostu prowadzić biznes i nie martwić się o pieniądze. Faktoring daje firmom szybciej potrzebne im pieniądze i bierze na siebie problemy związane z odzyskiwaniem należności, wydłużaniem okresów płatności przez kontrahentów itd.

Koszty związane z nieterminowym regulowaniem należności wynoszą przeciętnie 7,2 proc. wszystkich kosztów ponoszonych przez firmy.

 – Niewątpliwie ponosimy ryzyko – mówi Kuniewicz. – Jednak jest to ryzyko, które ponosi każdy przedsiębiorca sprzedający z odroczonym terminem płatności. Różnica polega na tym, że my nie dostarczamy towarów, tylko zajmujemy się stroną finansową – dodaje.

Bibby Financial Services zostało nagrodzone przez „Home&Market” jako „Najlepszy Partner w Biznesie”. Doceniono wykorzystywanie skutecznych i niestandardowych rozwiązań finansowych wspomagających działanie małych i średnich polskich firm.