Komornik nie ma możliwości wstrzymania wydania paszportu dłużnikowi

Problemy z długami nie spowodują wstrzymania wydania lub unieważnienia paszportu przez komornika. Nie ma on bowiem uprawnień, które są wskazane w ustawie o dokumentach paszportowych. Tego typu kroki mogą podjąć sądy lub inne organy postępowania w określonych sprawach. Decyzję o odmowie lub o unieważnieniu podejmuje wojewoda. Można się od niej odwołać do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wówczas warto zaznaczyć, że nie zostały uwzględnione wszystkie okoliczności. Ponadto, mimo przesłanek uzasadniających odmowę wydania dokumentu, konsul może pozytywnie rozpatrzeć wniosek o paszport tymczasowy.

Komornik nie ma możliwości wstrzymania wydania paszportu dłużnikowi

Jak zaznacza Filip Powroźnik, prawnik z Kancelarii LEXADVISOR, ustawa z 13 lipca 2006 roku o dokumentach paszportowych jasno wskazuje przesłanki odmowy. Zgodnie z art. 17 ust. 1 ww. ustawy dotyczą one prowadzenia przeciwko wnioskującemu sprawy karnej, karnoskarbowej, z udziałem nieletniego lub będącej w ramach postępowania cywilnego. Z kolei art. 17 ust. 2 wskazuje, że uprawniony do złożenia wniosku o odmowę wydania dokumentu jest sąd lub organ postępowania karnego, np. prokurator. W regulacji nie ma mowy o komorniku.

– Sąd może uznać, że wstrzymanie wydania lub unieważnienie paszportu jest niezbędne dla zapewniania prawidłowego toku postępowania rozpoznawczego lub przygotowawczego, lub wykonania mogącego zapaść w wyniku orzeczenia. Nie dotyczy to jednak etapu egzekucyjnego. Procedura cywilna przewiduje przy tym możliwość wystąpienia przez wierzyciela do sądu o zabezpieczenie roszczenia poprzez orzeczenie zakazu opuszczania kraju przez osobę zadłużoną. Ocena wnioskującego jest badana przez sąd. Taki apel może być uwzględniony wyłącznie w przypadku roszczeń o charakterze niepieniężnym – mówi Krzysztof Szetela, radca prawny z Kancelarii Prawnej RAVEN P. Krupa.

Prawo do wnioskowania ma też prokurator w toku postępowania karnego, co podkreśla Konrad Rydel, prawnik z kancelarii Komornika Sądowego Dawida Palecznego. W takiej sytuacji można zastosować, w charakterze środka zapobiegawczego, zakaz opuszczania kraju przez oskarżonego. To może być połączone z zatrzymaniem paszportu lub innego dokumentu uprawniającego do przekroczenia granicy albo z zakazem wydania go. Uprawnienie takie mają jednak komornicy sądowi działający na obszarze Federacji Rosyjskiej.

– Dłużnik może zostać pozbawiony ważnego paszportu. Jednak przyczyną tego nie będzie sam fakt posiadania zadłużenia lub brak jego regulowania. Ta kwestia jest opisana w art. 38 ustawy z 13 lipca 2006 roku. Przewiduje on, że dokument podlega unieważnieniu, jeżeli został wydany z naruszeniem przepisów. Może też do tego dojść na wniosek sądu, organu prowadzącego postępowanie przygotowawcze lub organu postępowania wykonawczego – komentuje radca prawny Szetela.

Jak wskazuje mecenas Rydel, w każdym przypadku unieważnienie i odmowa wydania dokumentu paszportowego następuje poprzez wydanie decyzji przez wojewodę. Od niej przysługuje wnioskodawcy odwołanie do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Ma na to 14 dni od dnia doręczenia decyzji stronom.

– W odwołaniu należy zwrócić uwagę organu odwoławczego, że wydający decyzję nie uwzględnił wszystkich okoliczności. Można powoływać się na sytuacje charakterystyczne dla postępowania administracyjnego. To zasada prawdy obiektywnej, praworządności, zaufania obywatela do państwa, uwzględnienia interesu społecznego i jednostki – radzi prawnik z Kancelarii Prawnej LEXADVISOR.

Wniesienie odwołania nie wstrzymuje wykonania decyzji, o czym informuje mecenas Szetela. Obie sytuacje nie stanowią osobnych przesłanek dla wydania zainteresowanemu paszportu tymczasowego. Kwestię tę reguluje art. 23 ustawy o dokumentach paszportowych. Z kolei Filip Powroźnik przywołuje art. 17 ust. 2 ww. ustawy. Określono w nim, że w uzasadnionych przypadkach, pomimo istnienia przesłanek uzasadniających odmowę, konsul może wydać paszport tymczasowy. Jeśli zdecyduje się na taki krok, to informuje organ, który wystąpił z wnioskiem o niewydawanie dokumentu.

– Warto mieć też na uwadze kwestię praw i wolności obywatelskich. Zgodnie z art. 3 ustawy, każdy polski obywatel ma prawo do otrzymania paszportu, a jego pozbawienie lub ograniczenie może nastąpić wyłącznie w ściśle określonych przypadkach. Pomimo wydania jeszcze pod rządami poprzedniej ustawy o paszportach, aktualność zachowuje wyrok NSA w Warszawie z dnia 8 sierpnia 2006 roku. Sąd wówczas wskazał, że posiadanie tego dokumentu służy realizacji konstytucyjnej wolności do swobodnego opuszczania kraju. Ograniczenia tej wolności określone w ustawie muszą być stosowane ściśle – podsumowuje radca prawny z Kancelarii RAVEN P. Krupa.

Jak podsumowuje prawnik z Kancelarii LEXADVISOR, stosując reguły wykładni logicznej i funkcjonalnej, należy wyrazić pogląd, iż na etapie postępowania egzekucyjnego nie ma żadnych możliwości, aby wierzyciel wnioskował do komornika o odmowę wydania paszportu. W ustawie oraz w przepisach części egzekucyjnej kodeksu postępowania cywilnego nie ma prawnych przesłanek ku temu. Można natomiast zastanowić się, czy ustawodawca nie powinien wprowadzić takiej możliwości i przyznać wierzycielowi uprawnienie do złożenia wniosku o odmowę wydania paszportu, co przypominałoby procedurę wniosku o wyjawienie majątku.

Nowe wymogi dla banków oraz instytucji płatniczych w zakresie outsourcingu

Wytyczne Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA) w sprawie outsourcingu (zwane dalej „Wytycznymi”) zastąpią wkrótce wytyczne Komitetu Europejskich Urzędów Nadzoru Bankowego (CEBS) z 2006 r. dotyczące outsourcingu oraz Zalecenia EBA dotyczące zlecania zadań dostawcom usług w chmurze z 2018 r. Wytyczne EBA kierowane są do właściwych organów, a także – do instytucji kredytowych, instytucji płatniczych oraz instytucji pieniądza elektronicznego (zwanych dalej „instytucjami”).

Wejście w życie i przepisy przejściowe

Pierwotnie – Wytyczne EBA miały mieć zastosowanie od dnia 30 września 2019 r. do wszystkich umów outsourcingu zawartych, odnowionych lub zmienionych po tej dacie . Zgodnie jednak ze stanowiskiem KNF z dnia 16 września 2019 r. – oczekiwaniem organu nadzoru jest, aby banki dostosowały się do Wytycznych w terminie do 30 czerwca 2020 r. Termin ten został określony z uwzględnieniem konieczności dostosowania się banków do licznych wymogów zawartych w Wytycznych.

Definicja outsourcingu

Zgodnie z definicją zawartą w Wytycznych – outsourcing oznacza umowę w dowolnej formie zawartą między instytucją a usługodawcą, na mocy której usługodawca realizuje proces, usługę lub zadanie, które w przeciwnym razie byłoby realizowane przez samą instytucję.

W związku z powyższym, instytucje zobowiązane są ustalić, czy umowa zawarta z osobą trzecią wchodzi w zakres definicji outsourcingu. W ramach tej oceny należy w szczególności rozważyć czy zlecana funkcja (lub jej część) jest przez dostawcę wykonywana regularnie czy na bieżąco. – Stanisław Stefaniak, Associate, Deloitte Legal.

Wytyczne wskazują, jakich sytuacji instytucje nie powinny traktować jako outsourcingu; dotyczy to w szczególności:

funkcji, której wykonanie przez dostawcę usług jest wymagane na mocy prawa, nabycia usług, które w innym przypadku nie zostałyby wykonane przez instytucję (np. porada architekta, udzielenie opinii prawnej i reprezentacja przed sądem i organami administracyjnymi, usługi medyczne, serwisowanie samochodów służbowych, catering, usługi biurowe, usługi turystyczne, usługi pocztowe, usługi związane z obsługą recepcji, sekretariatu lub centrali), towarów (np. plastikowych kart, czytników kart, towarów biurowych, komputerów osobistych, mebli) lub mediów (np. energii elektrycznej, gazu, wody, linii telefonicznej).

Funkcje krytyczne lub istotne

Wytyczne EBA przewidują szczegółowe wymagania przewidziane dla outsourcingu funkcji krytycznych lub istotnych. Instytucje uznają funkcję za krytyczną lub istotną m.in.:

  • w sytuacji gdy przedmiotem outsourcingu ma być działalność bankowa lub usługi płatnicze w zakresie wymagającym udzielenia zezwolenia przez właściwy organ;
  • w sytuacji gdy zleca się zadania operacyjne funkcji kontroli wewnętrznej na zasadzie outsourcingu;
  • o ile błąd lub niepowodzenie w ich wykonaniu zagrażałyby w sposób istotny ciągłości wypełniania warunków zezwolenia, wynikom finansowym instytucji lub bezpieczeństwu i ciągłość świadczenia usług bankowych lub płatniczych przez instytucję.

Zasada proporcjonalności

Instytucje stosując Wytyczne EBA lub właściwe organy sprawując nadzór nad ich stosowaniem – uwzględniają zasadę proporcjonalności. Wymaga ona, aby zasady zarządzania, w tym te dotyczące outsourcingu, były spójne z indywidualnym profilem ryzyka, charakterem i modelem biznesowym instytucji oraz skalą i złożonością jej działalności, tak aby skutecznie osiągnąć cele wymogów regulacyjnych. – Agata Jankowska-Galińska, Radca prawny, Senior Managing Associate Deloitte Legal.

W którą stronę podąży dolar?

Inwestorzy wyczekiwali na posiedzenie FOMC, jako na wydarzenie, które może nadać kierunek rynkom. Jednak stanowisko mocno podzielonego FOMC nie rozjaśnia perspektyw dolara, rynków długu i akcji. Wszystko zależeć będzie teraz od danych i rozwoju negocjacji handlowych. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę, czy słabość sektora przemysłowego nie rozlewa się na usługi. Należy monitorować też kondycję sprzedaży detalicznej i siłę inflacji bazowej – optymizm Fed bazował właśnie na kondycji tych dwóch sfer. Najwyższą rangę utrzymają też publikacje z rynku pracy. Hamujące tempo tworzenia nowych etatów (średnio około 220 tys. miejsc pracy w 2018 i nieco ponad 150 w 2019 roku) zdaniem części decydentów wymaga reakcji.

Warto podkreślić, że choć rynki bardzo dalekie są od paniki takiej jak w sierpniu, to wciąż napływają niepokojące sygnały, że przedłużający się spór i irytująca niepewność z każdym miesiącem mocniej odciskają piętno na globalnym wzroście. W tym tygodniu OECD mocno ścięła prognozy ogólnoświatowej gospodarki na 2020 prognozując tarapaty m.in. Indii czy Brazylii, czyli ważnych przedstawicieli koszyka emerging markets. FedEx, którego kondycja jest często określana mianem pulsu koniunktury zrewidował projekcje swoich wyników finansowych, co przełożyło się na potężny, sięgający kilkunastu procent spadek kursu ma nowojorskiej giełdzie.

Zakładamy, że stopy procentowe będą w tym roku nadal obniżane. W dużej przestrzeni do działania władz monetarnych upatrujemy słabości dolara. W naszym scenariuszu bazowym widzimy kolejną odsłonę zwyżek cen złota, chociaż pewnie będzie ona mniej dynamiczna niż wystrzał z poprzedniego roku. W najbliższym czasie powinna być utrzymana presja na waluty antypodów, szczególnie dolara australijskiego, w którego uderzy cięcie stóp przez RBA. Spodziewamy się również spadkowej korekty USD/JPY. Bardzo sceptycznie podchodzimy zarazem do możliwości kontynuowania rajdu przez główne indeksy giełdowe. W przypadku EUR/USD, który podlega tendencji horyzontalnej widzimy potencjał do wznoszenia się na wyższe pułapy. Tempo tej tendencji będzie warunkowe informacjami z gospodarki Eurolandu. Oznacza to, że należy uzbroić się w cierpliwość.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Drogie, ciasne, ale własne

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy Polacy kupują coraz mniejsze mieszkania na rynku pierwotnym oraz wtórnym. Wyniki takiej analizy wydają się dość zaskakujące.

Już od dłuższego czasu, spada średnia powierzchnia mieszkań oddawanych do użytku przez deweloperów. Ten długookresowy trend wynika między innymi ze zmian demograficznych, które skutkują zmniejszaniem się średniej wielkości rodzin. Warto wiedzieć, że ciekawe informacje dotyczące metrażowych trendów możemy zaczerpnąć nie tylko ze statystyk na temat ukończonych mieszkań. Główny Urząd Statystyczny niedawno podał informacje o tym, jak duże lokale mieszkalne Polacy kupowali w minionym roku i wcześniejszych latach. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przeanalizować takie dane dotyczące rynku pierwotnego oraz rynku wtórnego. Wyniki analizy okazują się ciekawe i nie do końca oczywiste.

Na rynku wtórnym małe lokale są kupowane nieco częściej …

Informacje na temat wielkości sprzedawanych lokali czasem są pozyskiwane po sprawdzeniu wielu ogłoszeń z rynku pierwotnego i rynku wtórnego. Bardziej miarodajne wydają się dane bazujące na faktycznie dokonanych transakcjach. Właśnie takie informacje dotyczące 2018 r. niedawno podał Główny Urząd Statystyczny. Wspomniana instytucja podczas analizowania i sumowania powierzchni sprzedanych lokali, opierała się na danych notarialnych z Rejestrów Cen i Wartości Nieruchomości.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie „GUS-owskich” danych obliczyli rozkład powierzchni mieszkań kupowanych przez Polaków w 2018 r. Poniższy wykres przedstawia taki rozkład dotyczący wszystkich lokali mieszkalnych, nowych mieszkań oraz używanych lokali. Jeżeli chodzi o wszystkie lokale mieszkalne sprzedane w minionym roku, to ich udział ze względu na powierzchnię wyglądał następująco:

  • do 40,0 mkw. – 14,9%
  • od 40,1 mkw. do 60,0 mkw. – 41,4%
  • od 60,1 mkw. do 80,0 mkw. – 27,3%
  • od 80,1 mkw. – 16,4%

Powyższe wyniki są podobne do danych, które już od dłuższego czasu napływają z rynku mieszkaniowego. Bardziej interesujące wydaje się natomiast porównanie wyników obliczonych dla rynku pierwotnego i rynku wtórnego. Okazuje się bowiem, że używane mieszkania kupowane przez Polaków częściej mają powierzchnię do 40,0 mkw. (16,9% vs 12,2% w 2018 r.). Może to wynikać między innymi ze specyfiki starszego zasobu mieszkaniowego, w którym większy udział posiadają małe lokale. Kolejna ciekawa informacja dotyczy faktu, że na rynku pierwotnym częściej sprzedają się mieszkania o powierzchni 60,1 mkw. – 80,0 mkw. Udział nowych „M” z takim metrażem (30,4%) w 2018 r. był wyraźnie większy od wyniku z rynku wtórnego (25,1%). Wspomniana różnica może wynikać z mniejszej dostępności używanych lokali liczących sobie 60 mkw. – 80 mkw. (a zwłaszcza 70 mkw. – 80 mkw.). Nie można wykluczyć, że pewne znaczenie mają też różnice zamożności typowego nabywcy nowego i używanego mieszkania (rzutujące również na udział najmniejszych „M”).Rozkład metrażu lokali RP wyk.1

Wzrósł udział nowych „M” o powierzchni 60 mkw. – 80 mkw.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl w analogiczny sposób obliczyli rozkład powierzchni wszystkich mieszkań kupowanych przez Polaków przed 2018 r. (tzn. w latach 2015 – 2017). Poniższa tabela przedstawia szczegółowe dane na ten temat w podziale na rynek pierwotny i rynek wtórny. Takie informacje wskazują, że dość wyraźnie wzrósł udział sprzedawanych nowych mieszkań o powierzchni 60,1 mkw. – 80,0 mkw. (2015 r. – 26,9%, 2018 r. – 30,4%).

Wspomniana zmiana odbyła się kosztem mieszkań deweloperskich liczących sobie 40,1 mkw. – 60,0 mkw. Co ciekawe, na rynku wtórnym również były widoczne pozytywne zmiany związane ze spadkiem udziału najmniejszych mieszkań (patrz poniższa tabela). Takie zmiany miały jednak mniejszą skalę niż na rynku pierwotnym, który jest o wiele bardziej elastyczny pod względem metrażowym.

Dane z poniższej tabeli na pozór przeczą informacjom GUS – u o coraz mniejszym średnim metrażu ukończonego mieszkania deweloperskiego. Warto jednak pamiętać, że takie spadające wyniki Głównego Urzędu Statystycznego dotyczą zarówno oddawanych do użytku nowych lokali, jak i ukończonych domów z rynku pierwotnego, które dość szybko się kurczą. Informacje prezentowane w poniższej tabeli obejmują wyłącznie lokale mieszkalne. Te dane sugerują, że jeszcze do niedawna wzrost cen nowych mieszkań był kompensowany przez podwyżki wynagrodzeń.Rozkład metrażu lokali RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Prof. Witold Modzelewski: Wciąż da się wyłudzić zwrot VATu

Prognoza rządu na roczny dochód z podatku VAT wynosi w tym roku 180 miliardów złotych. Wyniki wykonania budżetu państwa po pierwszym półroczu zwiastują, że ten plan uda się zrealizować. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, jak mało ambitny jest plan rządu. Wykonanie tylko założonej prognozy sprawi, że tempo wzrostu dochodu z podatku VAT spadnie w stosunku do wyników z 2017 i 2018 roku. Mimo tego, że zamierzenia budżetowe się spełnią – z podatku VAT zarobimy mniej, niż moglibyśmy. Dlaczego tak się dzieje? Głównie dlatego, że narzędzia używane w poprzednich latach do załatania dziury w podatku VAT wyczerpały swoją użyteczność. Wysokie kary zadziałały odstraszająco na tych, którzy wyłudzali zwrot podatku VAT przez fałszerstwo faktur. Jednak po wyeliminowaniu najprostszych wyłudzeń wprowadzone przez państwo kary przestały spełniać swoje zadanie. Wciąż da się w Polsce unikać płacenia podatku VAT i wyłudzać jego zwrot, z powodzeniem sprawiając pozory legalnego działania.

– Efekt odstraszający pojawił się i spowodował, że prymitywne metody wyłudzania VATu przestały być metodami dominującymi. Natomiast nie zrobiliśmy do tej pory drugiego kroku, aby wyeliminować bardziej zaawansowaną formę unikania opodatkowania – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Nie zmniejszyliśmy liczby deklaracji, na podstawie których zwracamy VAT. Jest to prawie milion trzysta tysięcy deklaracji rocznie – nikt nie jest w stanie sprawdzić tyle przypadków. Taka liczba deklaracji zwrotu wynika stąd, że nie usunęliśmy najbardziej patologicznej części tego podatku – czyli tak zwanego odwróconego VATu, z którego korzystają branże stali, metali kolorowych i elektroniki. Niestety, chcąc odebrać możliwość uzyskiwania zwrotu VATu, trzeba było się narazić tym, którzy dzisiaj z tego korzystają – a na to nie zawsze starczyło odwagi – podsumowuje Modzelewski.

Wzrost wydatków na służbę zdrowia nie wystarczy. Problemem brak personelu i efektywne wydatkowanie pieniędzy

Wzrost wydatków na służbę zdrowia nie wystarczy. Problemem brak personelu i efektywne wydatkowanie pieniędzy 1

Mimo ustawy, która zwiększy środki przeznaczane na służbę zdrowia do 6 proc. PKB w 2024 roku, jej finansowanie w Polsce wciąż pozostaje wyzwaniem, a sytuację zaostrza niedobór personelu medycznego i starzejące się społeczeństwo. Dlatego potrzebne są mechanizmy zwiększające efektywność wydatkowania, a środki powinny trafiać w pierwszej kolejności do tych placówek, które potrafią je najlepiej spożytkować. W racjonalizacji wydatków przeznaczanych na ochronę zdrowia pomocne są również technologie, które optymalizują pracę lekarzy i personelu medycznego oraz umożliwiają generowanie oszczędności.

– Wzrost środków finansowych na system ochrony zdrowia widoczny jest już od kilku lat. Co roku przeznaczamy znacząco więcej, polepszamy sytuację w ochronie zdrowia. W najbliższym czasie będziemy przeznaczali więcej na wzrost wynagrodzeń personelu, inwestycje w ochronie zdrowia, skumulowanie świadczeń i farmakoterapię, która jest skuteczna i poprawia sytuację pacjentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia.

Według danych Komisji Europejskiej i OECD Polska nadal odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Z początkiem ubiegłego roku weszła jednak w życie ustawa, zgodnie z którą nakłady te nie spadną poniżej 4,67 proc., a do 2024 roku mają zrównać się ze średnią krajów OECD i wzrosnąć do 6 proc. krajowego PKB. Jednak z drugiej strony społeczeństwo się starzeje, co oznacza więcej chorób przewlekłych i większe nakłady na opiekę długoterminową, a w polskiej służbie zdrowia zaostrza się niedobór lekarzy i pielęgniarek. Jak ocenia wiceminister, finansowanie systemu wciąż jest w Polsce wyzwaniem.

– Cały czas mamy niezaspokojone potrzeby i coraz mniej personelu medycznego w każdej dziedzinie. Natomiast możemy zrobić rewolucję, czyli zdecydowanie lepiej wykorzystać dostępny personel i przeskoczyć wiele państw szybciej, niż nam się to wydaje. Wiele zależy wyłącznie od naszej kreatywności, determinacji i wykorzystania tego personelu, który jest, chce pracować i dobrze zarabiać. Im lepiej go wykorzystamy, tym lepiej będzie można go wynagradzać – mówi Maciej Miłkowski.

Według statystyk OECD, w Polsce na 1 tys. mieszkańców przypada 2,4 lekarza przy średniej europejskiej na poziomie 3,8, co jest jednym z niższych wyników wśród państw europejskich. Z kolei według majowego raportu Manpower Group („Niedobór talentów w służbie zdrowia”) 72 proc. polskich szpitali potrzebuje pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68 proc. szuka lekarzy.

Eksperci są zgodni, że obok wzrostu nakładów na służbę zdrowia potrzebne są jeszcze mechanizmy zwiększające ich efektywność. Środki powinny trafiać w pierwszej kolejności do tych placówek, które potrafią je najlepiej i najbardziej efektywnie wykorzystywać.

– Poprawa zarządzania w szpitalach jest tematem bardzo szerokim i zależy głównie od jakości kadry zarządzającej. Regulator systemu, ale także płatnik, powinien być żywo zainteresowany i zaangażowany w podnoszenie kompetencji personelu zarządzającego. Bardzo ważne jest to, że nie powinniśmy się ograniczać wyłącznie do poziomu dyrektorów, liderów podmiotów leczniczych, ale pamiętać też o personelu operacyjnym, czyli osobach zajmujących się kodowaniem i rozliczaniem świadczeń, kontaktami z płatnikiem, prowadzeniem statystyk. Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że dzisiaj to jest najsłabszym punktem w zarządzaniu podmiotami leczniczymi. Im większa będzie wiedza tych osób, im bliższe formy współpracy z płatnikiem, tym większe korzyści dla obu stron – mówi Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego.

W racjonalizacji wydatków przeznaczanych na ochronę zdrowia pomocne mogą być technologie, które stwarzają możliwość budowania bezpiecznego i efektywnego środowiska opieki medycznej dla pacjenta.

 Można tu podać przykład brytyjskiego NHS-u, który stwierdził w swojej strategii, że musi inwestować w nowoczesne technologie, ponieważ one przynoszą konkretne oszczędności. Te wyliczono na poziomie 12,5 mld funtów rocznie, co stanowi około 10 proc. wydatków NHS-u. Okazuje się, że można nawet policzyć, jakie środki i w jaki sposób należy zainwestować, żeby uzyskać konkretny zwrot z nowoczesnych technologii czy rozwiązań cyfrowych bądź też sprzętowych – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare Polska.

Nowe technologie nie tylko umożliwiają generowanie oszczędności, lecz także optymalizują pracę lekarzy i personelu medycznego. Po pierwsze, odciążają ich od wykonywania czynności, które mogą być zautomatyzowane, po drugie, umożliwiają zdalne wykonywanie pewnych świadczeń, czyli np. opisywania obrazów diagnostycznych. Dlatego mogą się okazać odpowiedzią na deficyty kadrowe w służbie zdrowia. Co więcej, również pacjenci oczekują nowych technologii i cyfryzacji środowiska opieki medycznej.

– Bardzo konkretnie wyrażają to chociażby dane z raportu Future Health Index, w którym zbadanych zostało 15 różnych krajów, w tym Stany Zjednoczone, Niemcy, Holandia i po raz pierwszy w tym roku Polska. Ankieta pokazuje, że pacjenci chcą wchodzić w świat nowych technologii. Chcą, aby cyfrowe dane medyczne były dostępne zarówno dla nich, jak i dla personelu medycznego. Co ciekawe, Polacy są nawet bardziej otwarci na te nowe pomysły technologiczne niż inne narody – mówi Michał Kępowicz.

Amerykański inwestor otwiera w Polsce swoje pierwsze centrum biznesowe. Kolejne inwestycje są w fazie negocjacji

Amerykański inwestor otwiera w Polsce swoje pierwsze centrum biznesowe. Kolejne inwestycje są w fazie negocjacji 2

Pomorze, a w szczególności Gdańsk znajduje się w czołówce regionów najbardziej atrakcyjnych dla zagranicznych inwestorów w Polsce. Składa się na to m.in. strategiczne położenie, dostępność wyspecjalizowanych kadr, boom na rynku nowoczesnych nieruchomości biurowych i szybki rozwój gospodarczy regionu. Dlatego JUUL Labs, start-up z Doliny Krzemowej, zdecydował się utworzyć w Gdańsku swoje centrum biznesowe, pierwsze poza USA. Centrum będzie świadczyć usługi finansowo-księgowe dla oddziałów firmy na całym świecie, a amerykański inwestor rozważa dalsze rozszerzenie inwestycji.

Polacy to wykształcony naród, który cechuje wysoka jakość wykonywanej pracy, co jest dla nas istotne. Polska od kilku lat notuje wysoki wzrost gospodarczy. Możemy zbudować tutaj bardzo profesjonalne centrum biznesowe przy znacznie mniejszych nakładach finansowych niż w przypadku drogich miast, jak chociażby Londyn. Mamy tutaj połączenie wysokiej jakości siły roboczej i wydajności dzięki dużej produktywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grant Winterton, prezes JUUL Labs w regionie EMEA.

JUUL Labs to start-up z Doliny Krzemowej, który w ostatnich latach zdominował rynek elektronicznych papierosów w USA i obecnie rozszerza działalność na kolejne kraje. Za cel stawia sobie wprowadzenie alternatywy dla tradycyjnych papierosów, co przyczyni się do poprawy jakości życia palaczy. Na polskim rynku firma zadebiutowała w sierpniu br.

Najlepszym wyjściem jest oczywiście rzucenie nałogu, ale wiemy, że około 80–90 proc. osób palących nałogowo nie jest w stanie tego zrobić – mówi Grant Winterton. – JUUL to rodzaj e-papierosa, w którym ciecz z zawartością nikotyny podgrzewana jest do temperatury parowania. Organy rządowe, takie jak Public Health England, oceniają, że palenie e-papierosów jest co najmniej 95 proc. mniej szkodliwe dla zdrowia niż tradycyjne papierosy. Naszym celem jest więc stworzenie alternatywy dla nałogowych palaczy, których na całym świecie jest ok. 1 mld.

Według danych Ministerstwa Zdrowia papierosy pali prawie 1/4 dorosłych Polaków, co daje 8–9 mln osób. Z powodu chorób wywołanych dymem tytoniowym co roku umiera ok. 60 tys. osób.

W Polsce odsetek palaczy jest niestety bardzo wysoki i przewyższa wartości notowane w kilku innych krajach – mówi Grant Winterton.

Inwestor otworzył właśnie w Gdańsku regionalne centrum finansowo-księgowe na Europę, Bliski Wschód i Afrykę. To pierwsze takie centrum JUUL Laabs poza Stanami Zjednoczonymi. Pracuje w nim 70 osób, które będą się zajmować kluczowymi obszarami działalności JUUL o zasięgu globalnym. Centrum będzie świadczyć usługi w zakresie księgowości, wsparcia finansowego, obsługi transakcji płatniczych, wystawiania rachunków i usług informatycznych, ale niewykluczone, że ich wachlarz zostanie rozszerzony.

Jest to kompleksowa obsługa spółek JUUL Labs, które otwierają się w Europie. Zapewniamy całą infrastrukturę księgową i finansową, od płacenia dostawcom, wystawiania faktur i prowadzenia ksiąg do wszystkich lokalnych jurysdykcji w całej Europie. Wszystko to odbywa się właśnie z Gdańska – mówi Michał Gryglewski, szef Centrum Usług Wspólnych dla JUUL Labs na region Europy.

Amerykańska spółka jest już obecna na 20 rynkach, w tym w kilku krajach europejskich, m.in. we Francji, w Niemczech, Rosji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Hiszpanii, zatrudniając łącznie ponad 1,5 tys. pracowników w Europie i ok. 4 tysięcy na całym świecie.

– Konsultujemy się ze stroną rządową odnośnie do możliwości dalszego rozwoju naszej działalności w Polsce. Polska stanowi dla nas atrakcyjne miejsce do inwestowania i rozwijania działalności – mówi Grant Winterton. – Rozważamy różne opcje co do rodzaju działalności, którą możemy rozwijać w Polsce. Niektóre z nich mogą się wiązać z bardzo dużymi inwestycjami, ale musimy najpierw wszystko ustalić ze stroną rządową oraz pozostałymi partnerami.

Do końca 2019 roku amerykański inwestor planuje zainwestować w Polsce prawie 15 mln zł. Firma zatrudnia obecnie w Gdańsku 70 osób i blisko drugie tyle w Warszawie, gdzie znajduje się siedziba JUUL Labs w Polsce oraz siedziba regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Potrzebujemy przede wszystkim ludzi, którzy potrafią zarządzać projektami, wdrażaniem procesów księgowo-finansowych. Pod tym względem jest to wyjątkowy projekt, bo firma JUUL Labs przekazała nam pełną autonomię i odpowiedzialność za stworzenie tych procesów na skalę Europy – mówi Michał Gryglewski. – Na pewno nie jest to typowa praca od 9.00 do 17.00. Pozwalamy naszym pracownikom pracować właściwie skąd chcą, kiedy chcą i ta niezależność jest bardzo duża. Niemniej jednak odpowiedzialność jest ogromna.

Gdańskie centrum usług biznesowych JUUL Labs zostało otwarte na terenie Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Jest to pierwsza w PSSE inwestycja z sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

Mamy nadzieję, że ten sektor będzie się rozwijał. Trójmiasto jest dla niego naturalną lokalizacją ze względu na wykształcone kadry, szczególnie w kierunkach finansowych i technicznych. Centrum usług wspólnych ma tutaj rację bytu i potencjał do rozwoju. Mamy nadzieję, że centrum JUUL Labs będzie się rozwijać nie tylko w obszarze księgowości, lecz także w innych obszarach wsparcia – mówi Przemysław Sztandera, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Na Pomorzu jest wszystko, czego potrzebuje nowoczesny biznes. Oprócz całej infrastruktury technicznej, technologicznej jest doskonała łączność, powierzchnie biurowe, doskonale wykształceni ludzie, którzy mają chęć do pracy, kwalifikacje i polski etos do pracy. Tutaj jest również dobra oferta kulturalna i sportowa, przyjemnie się tutaj mieszka. To są elementy coraz częściej brane pod uwagę przez biznes, który tutaj przyjeżdża – mówi Wiesław Byczkowski, Wicemarszałek Województwa Pomorskiego.

Dezinformacja i fake newsy zagrożeniem dla demokracji i biznesu. Świadomość tego problemu wśród społeczeństwa jest coraz większa

– Trzeba wrócić do dyskusji nad wprowadzeniem w szkołach edukacji medialnej. Dzisiaj dzieci bardzo wcześnie dostają tablet, ale nie są uczulane na to, żeby weryfikować to, co czytają – mówi Magdalena Wrzosek, ekspert NASK. Jak pokazują badania, w Polsce ponad połowa internautów zetknęła się z manipulacją lub dezinformacją, a niemal tyle samo uważa je za zagrożenie dla demokracji. Ofiarą fake newsów i dezinformacji padają również firmy. W Polsce walka z tym zjawiskiem wpisuje się w działania podejmowane na szczeblu UE, ale wymaga międzysektorowej współpracy między administracją, instytucjami naukowymi, biznesem i dziennikarzami.

Problem dezinformacji w Polsce i Europie nabrał ostatnio nowej twarzy, bo jest powiązany z rozwojem technologii i cyberbezpieczeństwem. Na przykładzie wyborów w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku mieliśmy okazję zobaczyć, że ta dezinformacja była połączona z prostym tak naprawdę atakiem phishingowym, czyli wykradzeniem danych z serwerów partii i ujawnieniem informacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Wrzosek, kierownik Zespołu Analiz Strategicznych i Wpływu Nowoczesnych Technologii w NASK.

Od czasu wyborów prezydenckich w USA dezinformacja i fake newsy to nie tylko temat głośny medialnie, ale i jedno z największych wyzwań współczesnego internetu. Analiza serwisu BuzzFeed  pokazała, że dezinformacja ma większy zasięg i grono odbiorców niż prawdziwe informacje. W trakcie kilku miesięcy kampanii wyborczej ponad 8,7 mln użytkowników Facebooka lajkowało, dzieliło się lub komentowało 20 najbardziej popularnych fake newsów, podczas gdy prawdziwe informacje spotkały się z reakcją 7,3 mln internautów.

Badanie z marca ubiegłego roku na zlecenie Komisji Europejskiej pokazuje, że 68 proc. obywateli UE spotyka się ze zmanipulowanymi lub fałszywymi informacjami co najmniej raz w tygodniu. Natomiast z tegorocznego badania NASK wynika, że w Polsce ponad połowa internautów zetknęła się w ostatnich miesiącach z manipulacją lub dezinformacją. Co trzeci (35 proc.) natrafia w sieci na sfałszowane informacje przynajmniej w tygodniu lub częściej. Mimo to, co piąty internauta (19 proc.) nie sprawdza wiarygodności internetowych informacji ani ich źródeł.

Dzisiaj jesteśmy w miejscu, którego jeszcze kilka lat temu sobie nie wyobrażaliśmy. Całe nasze życie jest w smartfonie, technologia rozwija się szybko, jesteśmy społeczeństwem informacyjnym i z każdej strony atakuje nas bardzo wiele informacji i bodźców. Przeciętny obywatel nie ma czasu weryfikować, które z tych informacji są prawdziwe. Zdarza się, że nawet agencje prasowe podają fałszywego newsa, nie poświęcając wystarczająco dużo czasu na jego weryfikację, albo publikują za kimś, kto też go nie zweryfikował. W efekcie tworzy się szum informacyjny – mówi Magdalena Wrzosek.

Badanie NASK pokazało też, że duża część polskich internautów ma poważny problem z odróżnieniem opinii i faktów i prawdziwych informacji od fake newsów. Co trzeci twierdzi, że nie wie nawet, czy w ostatnich miesiącach zetknął się z informacjami fałszywymi lub zmanipulowanymi.

Dezinformacja sama w sobie nie jest nowym zjawiskiem. Natomiast to, że jest prowadzona w cyberprzestrzeni, znacznie utrudnia nam zadanie na wielu polach. Stoimy przed zupełnie nowym wyzwaniem, którego skutków jeszcze do końca nie rozumiemy i musimy się zorientować w tej nowej sytuacji i podjąć jakieś działania – dodaje Joanna Świątkowska, dyrektor programowa Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa, Instytut Kościuszki.

Jak podkreśla, podstawą w walce z tym zjawiskiem jest edukacja i podnoszenie społecznej świadomości.

Trzeba wrócić do dyskusji nad wprowadzeniem do szkół edukacji medialnej na podstawowym poziomie. Dzisiaj dzieci bardzo wcześnie dostają tablet, ale nie zawsze są uczulane na to, żeby weryfikować, co czytają. Mając dostęp do wielkiej ilości informacji, nie każdy ma umiejętność ich krytycznego weryfikowania. Stąd bardzo istotna jest współpraca administracji, środowiska akademickiego i dziennikarzy – mówi Magdalena Wrzosek.

Drugi istotny komponent to zastanowienie się, czy te same technologie, które obecnie są wykorzystywane do dezinformacji, mogłyby być użyte jako broń przeciwko temu zagrożeniu – dodaje Joanna Świątkowska.

Zmanipulowane bądź sfałszowane informacje są rozpowszechniane przez hejterów i trolli, często służą też celom zarobkowym (np. zwiększeniu wpływu z reklam) albo propagandowym i politycznym. W ubiegłorocznym badaniu Kantar Public prawie połowa Polaków (46 proc.) zadeklarowała, że widzi w dezinformacji zagrożenie dla demokracji. Jednak jej ofiarą coraz częściej pada też biznes.

Fałszywy, czarny PR powiązany bardzo z fake newsami i dezinformacją może się przyczynić się do tego, że firma – zamiast przynosić zyski – nagle zacznie ponosić straty, więc biznes też musi mieć tego świadomość – mówi Magdalena Wrzosek.

Jak podkreśla, w Polsce walka z dezinformacją wpisuje się w działania podejmowane na szczeblu Unii Europejskiej. W kwietniu ubiegłego roku Komisja Europejska opublikowała dokument, który zawiera propozycje konkretnych działań wymierzonych w zjawisko fake newsów (m.in. kontrola reklam, oznaczanie treści sponsorowanych, wspieranie edukacji medialnej i wysokiej jakości dziennikarstwa).

W ocenie KE ostatnie lata pokazały już, że kampanie dezinformacyjne miały wpływ na wybory i referenda przeprowadzane w krajach Unii Europejskiej, a 73 proc. internautów w krajach UE jest zaniepokojonych dezinformacją w okresie przedwyborczym. Dlatego w grudniu ubiegłego roku KE ogłosiła Plan Działań Przeciwko Dezinformacji. Wskazała w nim konkretne działania do realizacji dla unijnych instytucji i państw członkowskich (np. stworzenia Rapid Alert System – systemu szybkiego ostrzegania przed kampaniami dezinformacyjnymi). Te miały zapobiec manipulacjom w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego i przyszłych elekcjach, które będą odbywać się w krajach członkowskich UE. Walka z dezinformacją jest jednym z unijnych priorytetów w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Realizacja priorytetów w zakresie cyberbezpieczeństwa w UE wymaga przede wszystkim współpracy pomiędzy państwami i aktywnej roli Komisji Europejskiej w uzgadnianiu programów badań i certyfikacji dla produktów, które muszą być stosowane w infrastrukturze krytycznej. Wymaga również współpracy operacyjnej pomiędzy państwami, żeby budować świadomość sytuacyjną zagrożeń. Nie jest tak, że ataki ukierunkowane są na pojedyncze państwa czy przedsiębiorstwa. Wczesna wymiana informacji o nowych zagrożeniach czy celach ataków umożliwia lepszą ochronę infrastruktur w poszczególnych państwach, jak również całego Jednolitego Rynku Cyfrowego – podkreśla Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

Od września rośnie liczba gapowiczów. Bez biletu jeździ średnio co szósty pasażer

Od września rośnie liczba gapowiczów. Bez biletu jeździ średnio co szósty pasażer 3

W rejestrze BIG InfoMonitor znajduje się obecnie ponad 101 tys. gapowiczów, którzy nie kupili biletu na przejazd komunikacją miejską i nie zapłacili kary za jego brak. Ich łączne długi z tego tytułu przekraczają 128 mln zł. Najwięcej gapowiczów figurujących w rejestrze dłużników to stateczni 40-latkowie, chociaż to najmłodsi najczęściej deklarują, że zdarza im się jeździć bez biletu. Jazda bez biletu to też głównie domena mężczyzn, a najwięcej nieuczciwych pasażerów mieszka na Mazowszu, Śląsku oraz na Pomorzu. Koszty utrzymania transportu miejskiego są istotną pozycją w budżetach miast, stąd coraz więcej spółek transportowych korzysta z narzędzi, które mają skłonić gapowiczów do płacenia kar.

 W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor jest obecnie ponad 101 tys. osób, które nie tylko nie kupiły biletu, lecz także nie zapłaciły kary za jeżdżenie komunikacją miejską na gapę. Łączne zaległości tych osób przekraczają 128 mln zł i niestety z roku na rok mają tendencję rosnącą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspert Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. 16 proc. Polaków, czyli średnio co szósty, deklaruje bez ogródek, że zdarza im się nie kasować biletu i nie mają z tym problemu. W najmłodszej grupie wiekowej twierdzi tak nawet co czwarty.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor, dużo mniejszą skłonność do ryzykowania w autobusie czy tramwaju mają seniorzy, czyli osoby z grupy wiekowej 65–74 lata, spośród których tylko 6 proc. zdecydowałoby się z premedytacją nie kasować biletu.

– Mimo że młodzi najczęściej deklarują, że są gotowi łamać zasady, to w Rejestrze Dłużników największą grupę osób niepłacących kar za jazdę bez biletu stanowią osoby między 35. a 44. rokiem życia, czyli stateczni 40-latkowie, którzy stanowią 1/3 całej grupy dłużników. W ich grupie kwota zaległości jest wysoka, bo łącznie wynosi ponad 42 mln zł – mówi Halina Kochalska.

Jazda na gapę to też głównie domena mężczyzn, bo aż 4 na 5 dłużników z tego tytułu figurujących w rejestrze BIG InfoMonitor to właśnie panowie.

Najwięcej nieuczciwych pasażerów mieszka na Mazowszu (27,7 tys.), Śląsku (18,5 tys.) oraz na Pomorzu (8,6 tys.). Te regiony przeważają także pod względem łącznych kwot zaległości z tytułu nieopłaconych kar za jazdę bez ważnego biletu.

– Może nie do końca oznacza to, że tam moralność pasażerów jest najgorsza, za to pokazuje aktywność spółek transportowych z tych regionów w ściganiu osób, które nie kupują biletów, a później nie chcą płacić kar za ich brak – mówi Halina Kochalska.

Na przeciwległym biegunie są mieszkańcy województw opolskiego, lubuskiego i podlaskiego, gdzie dłużników-gapowiczów jest najmniej. Statystyki pokazują również, że przeciętna zaległość z tytułu nieopłaconych kar za jazdę bez biletu wynosi około 1 250 zł, ale są regiony, w których ta suma jest znacząco wyższa, np. w województwie łódzkim przekracza 1,5 tys. zł.

Koszty utrzymania transportu miejskiego są istotną pozycją w budżetach miast, stąd coraz więcej spółek transportowych korzysta z narzędzi, które mają skłonić nieuczciwych pasażerów do płacenia kar.

– Sezon na gapowicza zaczyna się wraz z rokiem szkolnym, wtedy otrzymujemy z zakładów komunikacji miejskich coraz więcej spraw i taka tendencja trwa do marca. Zakłady komunikacji na początku nie upubliczniają informacji o długach gapowiczów, natomiast wysyłają do nich wezwania do zapłaty. Przypominają, że mają niezapłaconą należność względem miasta, ale też pokazują, jakie konsekwencje mogą się pojawić, gdy nie wywiążą się z tego obowiązku po 30 dniach – mówi Łukasz Rączkowski, ekspert Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Wezwania do zapłaty pod groźbą wpisu do rejestru dłużników BIG są skuteczne w 67 proc. przypadków, bo taki odsetek dłużników reguluje należność względem miasta po otrzymaniu monitu.

– Pozostałą 1/3 spraw wprowadzamy do rejestru i upubliczniamy, dzięki czemu 26 proc. należności jest spłacanych w pierwszych 4 miesiącach od takiego wpisu – mówi Łukasz Rączkowski.

Jak podkreśla, z bazy BIG InfoMonitor aktywnie korzystają banki, firmy pożyczkowe, telekomy czy instytucje leasingowe, więc dłużnik, który w niej figuruje, może mieć problemy z późniejszym zaciągnięciem kredytu, podpisaniem umowy abonamentowej czy kupieniem sprzętu na raty.

 Raporty z Biura Informacji Gospodarczej są udostępniane bardzo często, średnio prawie co sekundę. W 2018 roku udostępniliśmy 22 mln informacji o konsumentach i przedsiębiorcach. Jeżeli bank czy firma pożyczkowa pyta o konsumenta, to znaczy, że on potrzebuje finansowania, chce skredytować jakiś zakup. Obecność w rejestrze dłużników najczęściej skutkuje odmową. Natomiast spłata długu powoduje całkowite usunięcie tej informacji z rejestru –mówi Łukasz Rączkowski.

Ceny ropy naftowej powoli się stabilizują po ataku w Arabii Saudyjskiej. Duże znaczenie dla notowań będzie mieć rozwój konfliktu w regionie

Ceny ropy naftowej powoli się stabilizują po ataku w Arabii Saudyjskiej. Duże znaczenie dla notowań będzie mieć rozwój konfliktu w regionie 4

Po czterech dniach notowań, jakie upłynęły od ataku na instalacje do wydobywania ropy w Arabii Saudyjskiej, cena czarnego złota spadła o połowę wartości, którą zyskała w poniedziałek. Zdaniem analityka DM mBanku Rafała Sadocha ważniejszym czynnikiem niż czasowe wyłączenie produkcji 5 proc. światowego zaopatrzenia będzie zapotrzebowanie na ropę, a tym rządzi tempo rozwoju gospodarki. Tymczasem ekonomiści od kwartałów ostrzegają przed spowolnieniem.

– Ostatnie wydarzenia z Arabii Saudyjskiej podbijają ceny ropy w krótkiej perspektywie. Niemniej trzeba mieć świadomość, że w dłuższym horyzoncie jest ona w większym stopniu determinowana sytuacją w globalnej gospodarce i obawami o perspektywę popytu na ten surowiec. Tutaj pojawia się sporo znaków zapytania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Widać, że sama Arabia Saudyjska czy kartel OPEC, ale i pozostali producenci robią wszystko, aby tej ropy produkować jak najwięcej, czyli to wydobycie wśród pozostałych producentów niezrzeszonych w ramach kartelu rośnie.

W sobotę 14 września atak dronów zniszczył należące do koncernu Saudi Aramco instalacje w dwóch rafineriach odpowiedzialną za produkcję 5,7 mln baryłek ropy na dobę, a to niemal połowa całej produkcji firmy. W dodatku Arabia Saudyjska jest największym obok Rosji eksporterem tego surowca. W efekcie w poniedziałek, po starcie rynków finansowych, ceny amerykańskiej ropy WTI skoczyły z niespełna 55 do niemal 63 dol. za baryłkę, a europejskiej ropy brent – z nieco ponad 60 do przeszło 69 dol. Saudyjczycy zapewnili jednak, że do końca września przywrócą zdolności produkcyjne rafinerii. Pozostaje pytanie, czy atak był pojedynczym incydentem.

– W Arabii pojawiają się komentarze, że w perspektywie 2–3 tygodni uda się odbudować dużą część mocy przesyłowych, co też powinno ograniczać perspektywę do wzrostów cen tego surowca – podkreśla Rafał Sadoch. – Z drugiej jednak strony ogromnym czynnikiem ryzyka jest napięcie w rejonie, jak będzie wyglądał konflikt pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem. Jeśli będzie eskalowany, to jest na dobrą sprawę jedyny czynnik, który może zdecydowanie podbić notowania ropy naftowej i doprowadzić do nowych tegorocznych szczytów.

Wystarczyło kilka dni, by ceny ropy spadły o połowę wartości, jaką zyskały po weekendzie. W czwartek teksański surowiec kosztował poniżej 58,5 dol. za baryłkę, a brent 64,5 dol. Jest to jednak wciąż o około 7 proc. więcej niż przed atakiem. Pojawia się więc pytanie, w jaki sposób przełoży się to na ceny na stacjach paliw, które podążają za cenami ropy z kilkutygodniowym opóźnieniem i zależą również od kursu dolara. Tuż przed atakiem średnia ceny benzyny Pb95 wynosiła 4,99 zł za litr, diesel był o złotówkę droższy, a za Pb98 trzeba było zapłacić 5,32 zł.

Jeśli efekt tego ataku będzie się utrzymywał w notowaniach ropy, to pewnie za tydzień, być może dwa tygodnie, zobaczymy wzrost notowań o kilkanaście, być może 20 czy 30 groszy – przewiduje analityk DM mBanku. – Niemniej te notowania powinny stopniowo wracać na niższe poziomy wraz z tym, jak te braki w wydobyciu ropy będą zasypywane przez innych producentów, to też to powinien być czynnik stabilizujący ceny benzyny w okolicy 5 zł, a nieprzemawiający za wzrostem w kierunku 5,30 czy 5,40 zł.

Paliwa do prywatnych środków transportu podrożały od stycznia do sierpnia 2019 roku włącznie o 4,1 proc., podczas gdy ogółem średnie ceny towarów i usług wzrosły tylko o 2,1 proc. W ubiegłym roku, po ograniczeniu wydobycia przez kraje OPEC i niektóre niezrzeszone w kartelu, w tym Rosję, ceny wzrosły o 7,8 proc., przy czym benzyna podrożała o 6,7 proc., a olej napędowy o 10,3 proc. Jednak kierowcy na razie nie powinni się obawiać skokowego wzrostu cen.

Ten czynnik związany z ropą naftową raczej nie powinien zasadniczo podbijać inflacji we wrześniu. Jeśli chodzi o wpływ wzrostu notowań ropy, ten element dopiero powinien się pojawić w samej końcówce września, co na inflację będzie miało bardzo umiarkowany wpływ – podsumowuje Rafał Sadoch.

Narzędzia do inwigilowania użytkowników internetu są coraz bardziej zaawansowane. Chętnie korzystają z nich zarówno reklamodawcy, jak i służby państwowe

Narzędzia do inwigilowania użytkowników internetu są coraz bardziej zaawansowane. Chętnie korzystają z nich zarówno reklamodawcy, jak i służby państwowe 5

Co najmniej kilkadziesiąt rządów państw wykorzystuje narzędzia działające w oparciu o sztuczną inteligencję do inwigilowania zachowań obywateli. Niedawno głośno było w Polsce o zakupie przez służby specjalne systemu szpiegowskiego Pegasus. Pozyskiwane w ten sposób dane mogą być wykorzystane chociażby do zwalczania terroryzmu. Tymczasem użytkownicy internetu i aplikacji mobilnych dzielą się swoimi danymi osobowymi bezwiednie i nieodpłatnie również z reklamodawcami. Roczna sprzedaż reklam, które spersonalizowano w oparciu o te informacje może sięgać ponad 200 mld dol.

– Powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że to, co robimy w świecie elektronicznym, jest monitorowane, może być zbierane i różnego rodzaju podmioty i instytucje mogą mieć do tego dostęp. Zarówno są to firmy, które oferują różnego rodzaju usługi w sieci, jak i służby, które wykorzystują coraz bardziej zaawansowane rozwiązania do tego, żeby monitorować aktywność użytkowników, żeby też czasem śledzić i podsłuchiwać korespondencję – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Niedawno doniesienia medialne wskazywały, że polskie Centralne Biuro Antykorupcyjne zakupiło izraelski system do permanentnego inwigilowania. Pegasus umożliwia przejęcie kontroli nad każdym urządzeniem elektronicznym, np. podsłuchiwać rozmowy na smartfonie czy włączyć kamerkę internetową w laptopie.

W inwigilacji coraz częściej wykorzystywane są narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję. Według danych zgromadzonych przez AI Global Surveillance (AIGS), co najmniej siedemdziesiąt pięć ze 176 krajów na całym świecie aktywnie wykorzystuje technologie SI w celów nadzoru. Obejmuje to wykorzystanie platform inteligentnego lub bezpiecznego miasta (pięćdziesiąt sześć krajów), systemy rozpoznawania twarzy (sześćdziesiąt cztery kraje) oraz wsparcie SI dla działań policyjnych (pięćdziesiąt dwa kraje).

Narzędzia do śledzenia odgrywają istotną rolę w zapobieganiu terroryzmowi. Dają władzom możliwość monitorowania krytycznych zagrożeń i odpowiedniego reagowania na nie. Postęp technologiczny wpłynął jednak na to, jakiego rodzaju dane są analizowane. To, co użytkownicy robią w internecie, pozwala na końcu uzyskać dostęp do danych transakcyjnych lub metadanych dotyczących osób fizycznych. To m.in. informacje o wysłanych i otrzymanych wiadomościach e-mail, identyfikacja lokalizacji, śledzenie sieci i inne działania online. Ujawnianie tych danych organom państwowym i ich wykorzystywanie jest w dużej mierze nieuregulowane.

– Przez wiele lat obszar nowych technologii był słabo uregulowany. W tej chwili w coraz większym stopniu widzimy potrzebę tej regulacji. I te regulacje już się dzieją, dotyczą danych osobowych, ale myślę, że to jest dopiero początek, dlatego że sfera cyfrowa jest obecnie istotnym elementem właściwie każdej sfery życia – twierdzi Dominik Batorski.

Skala zjawiska, jakim jest nieświadome udostępnianie swoich danych podczas przeglądania stron internetowych czy korzystania z aplikacji mobilnych, jest ogromna. Podniesieniu świadomości na temat udostępnianych przez użytkowników danych może służyć opracowana przez Polaków platforma ZAX, która służy do sprzedaży danych z inicjatywy samego użytkownika internetu. Osoba zainteresowana sprzedażą może dzięki niej wybrać dane, które chce udostępnić,  a co więcej – mieć z tej transakcji jakąś korzyść. Podobne rozwiązanie wcześniej wprowadziła gibraltarska firma Wibson.

– Rzeczywiście dobrze by było, żeby użytkownicy mieli świadomość tego, co się dzieje z ich danymi, kto może mieć do nich dostęp. Istnieje szereg rozwiązań, które pozwalają ograniczyć udostępnianie danych. To m.in. rozwiązania do przeglądarek internetowych, które pozwalają zminimalizować liczbę zostawianych ciasteczek czy skryptów, które śledzą użytkownika. Także możliwości tzw. serwisów VPN, które pozwalają ukryć przed dostawcą internetu to, co w sieci robimy. Również różnego rodzaju technologie szyfrujące pozwalają zabezpieczyć komunikację – wymienia ekspert.

Według szacunków sporządzonych przez ekspertów z Data Driven Marketing, rynek reklam personalizowanych w oparciu o dane osobowe użytkownika jest wart 210 mld dol. Według agencji SAS i analityków z Future Foundation nawet 69 proc. osób w wieku 16–34 lat byłoby skłonnych udostępnić swoje dane osobowe, jeśli ich sprzedaż przyniesie im rzeczywiste korzyści.

Eksploracja oceanu jest możliwa z domu. Wystarczy internet, by móc sterować podwodnym pojazdem

Eksploracja oceanu jest możliwa z domu. Wystarczy internet, by móc sterować podwodnym pojazdem 6

Więcej wiemy o kosmosie niż o morzach i oceanach. Ludziom udało się zbadać tylko około 5 proc. dna oceanu i ok. 20 proc. powierzchni oceanów. Mamy lepsze mapy Marsa i Wenus niż dna morskiego. Głębiny oceanów wciąż skrywają wiele tajemnic. Niewielki odsetek światowych raf koralowych zbadano głębiej niż na 40 metrów. Dzięki Aalto Explorer może się to zmienić. To sieć technologii podwodnej, która umożliwia odkrywanie głębin morskich z dowolnego miejsca przy wykorzystaniu sieci 5G. Dron Aalto Explorer pozwala eksplorować oceany za pomocą wirtualnej rzeczywistości.

– Aalto Explorer jest pierwszym pojazdem sterowanym za pośrednictwem platformy społecznościowej, przeznaczonym do eksploracji mórz i oceanów. Wyposażony jest on w panel słoneczny, który może wytworzyć wystarczającą ilość energii elektrycznej dla całego systemu. Komunikuje się, wykorzystując technologię 5G  – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Annie Tran, członek zespołu Aalto Explorer.

Aalto Explorer składa się z podwodnego drona lub zdalnie sterowanego pojazdu (z ang.ROV – Remotely Operated Vehicle), zwanego Find-X. Zespół niedawno zbudował prototypowy ROV trzeciej generacji, który może sięgać głębiej niż poprzednie wersje. Poprzedni ROV mógł podróżować na głębokość 50 metrów, ale nowa wersja może zejść już nawet do 100 metrów.

Dzięki Aalto Explorer nie ma potrzeby kupowania podwodnych dronów czy wzięcia udziału w wyprawach nurkowych. Wystarczy internet. Dzięki platformie uzyskuje się dostęp do drona i w ten sposób można go kontrolować. Do wyprawy można dołączyć jako zwykły pasażer i w ten sposób poznawać podwodny świat. Badacze mogą skorzystać na bieżąco z gromadzonych danych. Kapitan sam wybiera, dokąd ma popłynąć podwodny dron. Uczestnicy tworzą załogę, która może się komunikować ze sobą tak, jakby podróżowali razem, nawet jeśli znajdują się w zupełnie innych miejscach.

– Jako pasażer oczywiście nie ma się kontroli nad systemem, zaś bilety dla „pasażerów” kosztują obecnie 10 euro, lecz później możemy wycenić je na 40 lub 50 euro, kiedy system będzie w pełni gotowy. Może być on również dostępny nieodpłatnie. Jeśli danego dnia użytkownik ma wolną jedną godzinę, możemy udostępnić system na tę godzinę. System jest zdalnie sterowany i w przypadku wystarczającej ilości energii elektrycznej, możemy się udać tak daleko, jak chcemy – wskazuje Annie Tran.

Twórcy Aalto Explorer podkreślają, że ich celem jest zapewnienie możliwości eksploracji oceanu wszystkim, bez konieczności zakupu drogiego sprzętu lub dalekich podróży. Podwodny dron może się też okazać pomocny w zbadaniu tajemnic głębin oceanu. Członkowie załogi mogą korzystać z 360-stopniowej kamery ROV do podwodnej eksploracji oraz klawiatury i myszy, aby kontrolować widok. Efekty wizualne mogą też zostać przesłane do zestawu VR, dając członkom załogi perspektywę, jakby faktycznie znajdowali się w łodzi podwodnej.

Jak wynika z danych Biura Eksploracji i Badań Oceanicznych NOAA, ludziom udało się zbadać tylko około 5 proc. dna oceanu i maksymalnie 20 proc. ogółu powierzchni. Wiemy więcej o kosmosie niż o oceanach. Mapy Marsa i Wenus są znacznie dokładniejsze niż morskiego dna – 98 proc. powierzchni Wenus zostało zmapowane do rozdzielczości około 100 metrów. W przypadku dna oceanu – 10–15 proc. Jednocześnie tylko w USA budżet na eksplorację oceanów stanowi ok. 1 proc. budżetu na eksplorację kosmosu.

– Chcemy być takim Google Street View dla oceanu. Google już realizowało taki projekt w wersji Beta, mam nadzieję, że pozyskamy odpowiednie inwestycje, żeby rozwinąć ten pomysł. Możemy jednak udać się głębiej, do dna morskiego i w pewnym stopniu będziemy mogli zobaczyć, co znajduje się na dnie poszczególnych oceanów czy mórz. Obecnie jesteśmy na etapie trzeciego prototypu i w maju 2020 r. planujemy zakończyć prace – zapowiada Annie Tran.

Zespół chce rozszerzyć projekt – planuje zbudować pięć nowych ROV-ów, każdy do eksploracji innego oceanu. Obecnie przedsięwzięcie można finansować społecznościowo na Indiegogo.

Poznań odwiedza rocznie 1,5 miliona turystów

Poznań stał się miastem, w którym zdecydowanie warto inwestować w ofertę turystyczną. Według informacji przedstawionych przez BadaM Poznań w ciągu minionej dekady stolica Wielkopolski stała się jednym z najliczniej odwiedzanych spośród dużych polskich miast.

Pod tym względem wyprzedzają go jedynie Warszawa, Kraków, Gdańsk i Wrocław. Liczba zagranicznych gości od 2009 roku utrzymuje się na podobnym poziomie – około 300–400 tysięcy osób rocznie Zdecydowany wzrost odnotowano za to w grupie polskich turystów. Jeszcze 10 lat temu pojawiało się ich w Poznaniu około 650 tysięcy noclegów rocznie, a obecnie liczba ta sięga już 1,1 miliona.

Atrakcyjność turystyczna miasta wzrasta nie bez powodu. Poznań przyciąga gości dużą liczbą dorocznych wydarzeń, takich jak Poznań za Pół Ceny, Jarmark Świętojański, Dni Twierdzy Poznań czy Imieniny Ulicy Święty Marcin. Ogromnym zainteresowaniem cieszą się również festiwale – m.in. Poznań Malta Festiwal, Ethno Port Festiwal, Spring Break, Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku i Międzynarodowy Festiwal Rzeźby Lodowej. Potencjał turystyczny miasta podnoszą duże imprezy sportowe. Do tego od lat niezmiennie rośnie liczba osób z kraju i zagranicy przyjeżdżających w związku z Międzynarodowymi Targami Poznańskimi.

Jeśli chodzi o miejsca, jakie najchętniej odwiedzają goście Poznania, nie ma większych niespodzianek. Największą atrakcją pozostaje Stary Rynek, a tuż po nim – Katedra, Stary Browar i Malta. Turyści chętnie korzystają z bogatej oferty gastronomicznej miasta, przy czym lokalne specjały nie cieszą się większą popularnością, niż tajskie curry czy francuskie naleśniki. Poznań pod tym względem jest miastem multikulturowym, a goście szukają kuchni zgodnej z własnymi preferencjami. Poznańska baza noclegowa liczy około 13 tysięcy miejsc. Wielu przyjezdnych nocuje u rodziny lub znajomych, niemniej co trzeci decyduje się na nocleg w hotelu lub hostelu. Liczba ich gości to blisko 900 tysięcy osób rocznie.

W I poł. 2019 r konsumenci na całym świecie wydali na smartfony 210 mld EUR

Konsumenci na całym świecie wydali 210 mld EUR na smartfony w pierwszej połowie 2019 roku. W Polsce nadal większą popularnością cieszą się produkty z niższych półek cenowych.

W okresie od stycznia do czerwca tego roku, konsumenci na całym świecie zakupili smartfony warte 210 mld EUR. Utrzymuje się dynamiczny wzrost z zeszłego roku i według prognoz konsumenci w 2019 roku mają wydać bilion euro na techniczne dobra konsumpcyjne, z czego ok. 43 proc. przeznaczone zostanie na smartfony o coraz wyższych specyfikacjach.

Czynnikiem sukcesu na rynku smartfonów nadal jest możliwość wykonywania coraz wyższej jakości zdjęć i filmów. Smartfony wyposażone jednocześnie w wyświetlacz o przekątnej 6-7”, aparat 20MP+ i pamięć 128GB+ odpowiadały za 16 proc. przychodów sektora w pierwszej połowie 2019 roku, czyli 33 mld EUR. W analogicznym okresie ubiegłego roku odsetek ten wynosił zaledwie 3 proc.

Wysokie parametry zapewniają bogactwo doświadczeń

Nie tylko trwa wyścig o jak najwyższą rozdzielczość aparatów, ale coraz częściej rośnie także ich liczba. Smartfony z podwójnym aparatem tylnym odpowiadały za połowę globalnej wartości sprzedaży w tym sektorze w pierwszym półroczu 2019 roku, rośnie także udział w rynku modeli z potrójnym aparatem tylnym, które od stycznia do czerwca 2019 zapewniły 20 proc. wartości rynku (wzrost z 1 proc. w analogicznym okresie ubiegłego roku). Motorem wzrostu są telefony z pojedynczym aparatem z przodu i potrójnym z tyłu, których udział w pierwszej połowie 2019 roku wyniósł 16 proc.

Najważniejszy czynnik umożliwiający uzyskanie lepszych/wysokich parametrów to procesory smartfonów. 18 proc. modeli sprzedanych w pierwszej połowie 2019 roku wyposażonych było w procesory o mocy rzędu 2,5-2,8GHz, w tym samym okresie zeszłego roku odsetek ten wynosił zaledwie 5 proc. Przeskok w dostępności potężnych smartfonów wiąże się z popytem na bogate doświadczenia mobilne i rosnącym użyciem chłonących zasoby aplikacji takich jak gry. Procesory smartfonów nie tylko stały się przez lata szybsze, ale zmieniła się także ich podstawowa architektura. Na przykład dwie trzecie kupowanych na całym świecie modeli jest obecnie wyposażonych w ośmiordzeniowe procesory – to o 6 proc. więcej niż w roku 2018. Jedną z najbardziej niecierpliwie wyczekiwanych w tym roku funkcji smartfonów jest z pewnością 5G. Pierwsi operatorzy uruchomili usługi 5G od 1 kwietnia. Smartfony obsługujące 5G stanowiły 41 proc. wszystkich urządzeń zakupionych w czerwcu w Korei Południowej. Obok smartfonów o wysokich parametrach, modele w cenach premium zanotowały 8 proc. udział w sprzedaży w ujęciu liczby sztuk w pierwszej połowie 2019 roku. W analogicznym okresie roku 2018 udział ten wyniósł 6 proc.

Upraszczanie napędza wzrost

Branża smartfonów obejmuje nie tylko słuchawki. Smartwatche należą do urządzeń, które porwały wyobraźnię konsumentów, ponieważ mają potencjał uproszczenia sposobu, w jaki wykorzystywana jest technologia smartfonów. Z punktu widzenia sprzedaży, smartwatche zanotowały w pierwszej połowie 2019 roku wzrost o 47 proc. w ujęciu rok do roku.

Polska – więcej za mniej, czyli rozwój technologii na rynku polskiej telefonii komórkowej

W Polsce, w porównaniu z krajami Europy zachodniej, nadal większą popularnością cieszą się produkty z niższych półek cenowych. Spośród czterech segmentów rynku telefonii komórkowej (smartfony, telefony komórkowe, urządzenia do noszenia takie jak, np. smartwatche oraz pozostałe dodatki, np. ładowarki) największy (w pierwszym kwartale 2019 r. stanowił aż 91 proc. wartości rynku rynku) i najbardziej istotny jest segment smartfonów, w którym wartość sprzedaży (a także obrotów) w 2018 r. w stosunku do 2017 wzrosła prawie o 10 pkt. procentowych. Zmiany technologiczne oraz wzrost dostępności produktów z wyżej wymienionego segmentu sprawiają, że Polacy coraz rzadziej sięgają po telefony komórkowe starej generacji. Jest to jedyny segment rynku, którego wartość od lat systematycznie spada (w pierwszym półroczu stanowi ona już zaledwie niespełna 2 proc. rynku). Choć smartwatche i pozostałe urządzenia do noszenia (prawie 4 proc. wartości rynku w pierwszym kwartale) nadal są relatywnie mało istotne w kontekście całego rynku telefonii komórkowej, to właśnie w tym segmencie obserwujemy najbardziej dynamiczny wzrost. W ubiegłym roku liczba sprzedanych sztuk wyniosła sto sześćdziesiąt razy więcej niż w roku 2013, a pomiędzy rokiem 2017 i 2018 wzrost sprzedaży był ponad dwukrotny.

Bieżący rok związany jest z istotnymi zmianami technologicznymi, które sprawiają, że telefony komórkowe starej generacji najprawdopodobniej znikać będą z rynku coraz szybciej i niebawem odejdą do lamusa. Obserwowany trend związany ze zwiększaniem się rozmiarów wyświetlaczy nadal utrzymuje się i przybiera na sile. W pierwszej połowie 2019 roku już prawie połowa wszystkich sprzedanych smartfonów miała przekątną wyświetlacza powyżej 6 cali, podczas gdy w roku ubiegłym ten podsegment rynku stanowił niespełna 3 proc. Nadal obserwowany jest wzrost również i innych parametrów technologicznych kupowanych smartfonów – liczby tylnych aparatów, pojemności baterii, pamięci GB. Niewątpliwie na wybory Polaków, poza technologią, ma wpływ także cena urządzeń mobilnych. Choć w stosunku do pierwszego półrocza roku ubiegłego obserwowany jest nieznaczny wzrost średniej ceny kupowanych telefonów, to w przypadku smartfonów z ekranem powyżej 6 cali spadła ona prawie o połowę.

Maciej Piekarski, Client Business Partner i analityk GfK komentuje: „Spojrzenie na rynek w wieloletniej perspektywie, jak i rozwój technologii napawa optymizmem, ale w tej beczce miodu znajduje się również łyżka dziegciu. Liczba sprzedanych sztuk smartfonów od stycznia do czerwca br. spadła o 5 proc. w stosunku do tego samego okresu roku ubiegłego, co może oznaczać, że polski rynek w tym segmencie nasyca się. W przypadku smartfonów obroty wzrosły o 4 proc. mimo spadku sprzedaży. Dalszych wzrostów wartości sprzedaży możemy spodziewać się w przypadku urządzeń do noszenia – wartość tego segmentu w pierwszym półroczu wyniosła już ponad 82 proc. ubiegłorocznej wartości sprzedaży i po raz pierwszy w historii polskiego rynku jest większa od wartości pozostałych dodatków, które stanowiły niewiele ponad 3 proc. obrotów w pierwszym półroczu br.”

Nowa Komisja Europejska będzie miała olbrzymi wpływ na polską energetykę

Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie
Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie.pl

Polska ze swoją polityką energetyczną jest coraz bardziej osamotniona. Kraje UE chcą likwidacji subsydiowania górnictwa, a emisja CO2 ma być wysoko opodatkowana. Projekt nowelizacji dyrektywy o opodatkowaniu energii ma ujrzeć światło dzienne za 100 dni.

Frans Timmermans, który zainicjował i kontynuował wbrew opinii samego szefa odchodzącej KE, Jeana-Claude’a Junckera, postępowanie przeciwko Polsce o naruszenie praworządności, dostał tekę najbardziej drażliwą z punktu widzenia polskiego rządu. Dostał fotel pierwszego zastępcy Ursuli von der Leyen oraz tekę komisarza ds. klimatu. Będzie koordynował politykę klimatyczną na szczeblu całej Komisji i zaprowadzał „Europejski Zielony Ład” (European Green Deal, tak oficjalnie nazywa się jego portfolio).

Timmermans ma także koordynować powstanie nowego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (Just Transition Fund), który ma współfinansować odejście od węgla w regionach gospodarczo uzależnionych od tego surowca, takich jak Śląsk, Bełchatów, Konin, niemieckie Łużyce czy grecka Macedonia. Polska może być głównym beneficjentem tego funduszu, ale najpierw musimy jasno określić kiedy i jak chcemy odejść od węgla.

Zadanie prawnego zaprojektowania Funduszu dostała Elisa Ferreira, Portugalka odpowiedzialna za politykę spójności. Przypomnijmy, że od 25 do może nawet 30 proc. środków z nowej perspektywy budżetowej UE na lata 2021 -27 ma być przeznaczone na cele klimatyczne.

Timmermans (w zasadzie podległa mu Dyrekcja ds. Klimatu) ma także opracować pierwszy w UE akt prawny nazwany „europejskim prawem klimatycznym”. Nie wiadomo czy będzie to dyrektywa czy jakieś inne źródło prawa, list stwierdza tylko, że ma on zapewnić przejście do neutralności klimatycznej UE w 2050 r. Holender będzie koordynował także prace nad gospodarką obiegu zamkniętego.

– Ale najciekawsze jest kolejne zadanie, Timmermans ma koordynować prace nad nowym systemem podatkowym, który będzie uwzględniał cele klimatyczne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Złożą się na niego dwa elementy: „importowy podatek węglowy” (carbon border tax), który ma wyrównać warunki konkurencji między firmami z UE, a przedsiębiorstwami z krajów nie noszących w sercu walki ze zmianami klimatu i nowelizacja bardzo ważnej unijnej dyrektywy, dotyczącej opodatkowania energetyki.

Podatek jest starym postulatem Francuzów, popiera go także Polska, ale jego wprowadzenie może być problematyczne – Ursula von der Leyen zapowiada, że musi być zgodny z regułami Światowej Organizacji Handlu. Tymczasem na razie WTO nie przewiduje takiej możliwości. Za zaprojektowanie przepisów będą odpowiedzialni komisarz ds. gospodarki Włoch Paolo Gentiloni oraz unijny komisarz ds. handlu, Irlandczyk Phil Hogan, który ma też zabiegać o reformę samej WTO.

Druga sprawa jest znacznie bardziej konkretna. Chodzi o znowelizowanie unijnej Dyrektywy o Opodatkowaniu Energii, tak aby sprzyjała unijnym celom klimatycznym. Unijna maszyna legislacyjna w tej akurat kwestii chyba już ruszyła. Reuters opisał dokument, który omawiali 7.09 ministrowie finansów. Przygotowali go przewodzący UE w tym półroczu Finowie. Proponują m.in. aby opodatkowanie odzwierciedlało „wkład” poszczególnych paliw w emisję CO2, ale uważają także, że obecne minimalne stawki akcyzy na produkty energetyczne są za niskie i nie stymulują inwestycji. Podniesienie akcyzy na benzynę może być jednak trudne, zważywszy np. na protesty jakie wywołało ostatnio we Francji. Dużo bardziej prawdopodobne będzie podniesienie podatków od węgla, bo w Europie używa się go coraz mniej.

Finowie apelują także o likwidację subsydiów do paliw kopalnych. To oznacza z kolei dyskusję co jest subsydium, a co nie. Np. w Polsce rząd dopłaca kilka mld zł rocznie do emerytur górniczych, ale na razie w świetle przepisów trudno to uznać za subsydiowanie węgla. Projekt nowelizacji dyrektywy o opodatkowaniu energii ma ujrzeć światło dzienne w ciągu najbliższych 100 dni.

Matematyka i język polski to – zdaniem Polaków – najbardziej przydatne przedmioty szkolne

Polacy uznają za najbardziej przydatne w dorosłym życiu takie przedmioty, jak matematyka – 49%, język polski – 39%, języki obce – 33%, informatyka – 21%, a także geografia – 17%. Za mniej istotne są uważane podstawy przedsiębiorczości – 11%, wiedza o społeczeństwie – 7%, jak również wychowanie do życia w rodzinie – 4%. Dla osób do 35. roku życia na pierwszym miejscu są języki obce. Starsi wskazują głównie na matematykę. Jest ona też najważniejsza dla mężczyzn. Kobiety najbardziej preferują język polski. Gospodarstwa domowe o dochodach w wysokości co najmniej dwóch średnich krajowych pensji najczęściej wymieniają matematykę. W opinii badanych, język obcy jest bardziej potrzebny w zamożniejszych rodzinach.

Analiza Instytutu Badawczego ABR SESTA i firmy Syno Poland wykazała, że dla prawie połowy Polaków najważniejszym przedmiotem szkolnym w perspektywie całego życia jest matematyka – 49%. Na drugim miejscu jest język polski – 39%. Dalej respondenci wskazują na języki obce – 33%, informatykę – 21%, a także na geografię – 17%.

– Z badania omnibusowego wynika, że opinie o przydatności poszczególnych przedmiotów różnicuje płeć, wiek, wykształcenie oraz obecna sytuacja materialna. Kobiety bardziej cenią sobie znajomość języków, a mężczyźni – przedmioty ścisłe. Osoby o wyższych dochodach wskazują głównie na matematykę i języki obce – mówi dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Kilka innych wyników może zaskakiwać. Warto zauważyć, że mało praktyczne wydają się Polakom np. podstawy przedsiębiorczości – 11%. Podobna opinia funkcjonuje na temat wiedzy o społeczeństwie – 7%. Jeden z najniższych wskaźników ma też wychowanie do życia w rodzinie – 4%.

– Niskie notowania ww. przedmiotów mogą wynikać z faktu, że niektóre osoby ukończyły edukację przed wprowadzeniem ich do programów szkolnych. Trudno im oceniać przydatność życiową zajęć lekcyjnych, których nie mieli. Nie wszyscy też popierają propagowaną przez oświatę rolę zawodową przedsiębiorcy. Ponadto część badanych może być negatywnie nastawiona do nacechowanego ideologiczne wychowania do życia w rodzinie – tłumaczy dr Piotr Pilch z Akademii Leona Koźmińskiego.

Według Polaków do 35. roku życia, w codziennej egzystencji najbardziej przydają się języki obce – 22%. Dobrze jest też znać matematykę – 18%, a także język polski – 13%. Dr Jurowczyk przypomina, że ww. przedmioty są niezbędne do zdania matury i rozpoczęcia studiów. Bez wyższego wykształcenia dość trudno jest znaleźć dobrze płatną pracę, zgodną z zainteresowaniami. Znajomość przynajmniej jednego języka obcego nie jest niczym niezwykłym dla młodych ludzi otwartych na świat.

– Z kolei badani powyżej 36 lat na pierwszym miejscu wskazywali matematykę – 25%, a na drugim – język polski – 17%. Są to przedmioty, które mają największą liczbę godzin w programie i uniwersalną przydatność życiową oraz zawodową. Dopiero na trzeciej pozycji znalazły się – języki obce – 10%. Wynika to z tego, że starsze osoby musiały obowiązkowo uczyć się rosyjskiego, który potem nie znalazł w ich życiu uznania ani praktycznego zastosowania – wyjaśnia dr Pilch.

Z kolei dr Paweł Jurowczyk zwraca uwagę na to, że język polski pojawia się w czołówce niezależnie od wieku respondentów. Z tego wynika, że poprawna polszczyzna nie traci na znaczeniu. Jak widać, zdaniem Polaków, umiejętność odpowiedniego formułowania wniosków, pisania i wysławiania się przydaje się w życiu.

– Mężczyźni uważają, że najczęściej przydatne w życiu okazują się umiejętności zdobyte na matematyce, informatyce, historii, technice lub ZPT i fizyce. Wyróżniają też wychowanie fizyczne. Głównie wymieniają przedmioty ścisłe i praktyczne, które preferują ze względu na swoje predyspozycje umysłowe oraz zainteresowania. Odwrotną sytuację mamy wśród kobiet w odniesieniu do nauk humanistycznych. W ich opinii, kolejność wg ważności jest następująca – język polski, obcy, biologia lub przyroda, podstawy przedsiębiorczości i wychowanie do życia w rodzinie – informuje ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego.

Z badania wynika również, że osoby z gospodarstw domowych o dochodach w wysokości co najmniej dwóch średnich krajowych pensji częściej wymieniają matematykę niż pozostałe przedmioty. To jest efektem tego, że kompetencja w zakresie powyższych przedmiotów warunkuje uzyskiwanie wyższych zarobków. Znajomość matematyki jest kluczowa w zawodach technicznych.

– W ocenie Polaków, język obcy jest bardziej przydatny w gospodarstwach domowych o dochodach przewyższających średnią krajową. Podobnie jak kiedyś nauka rosyjskiego była standardem, tak teraz dzieje się w przypadku angielskiego. Władanie nim umożliwia zatrudnienie w firmach z kapitałem zagranicznym lub prowadzących międzynarodową współpracę. Znajomość dwóch języków obcych jest oczekiwana ze względu na perspektywy emigracji zarobkowej czy nowe typy karier – podsumowuje dr Pilch.

Dane zostały zebrane za pomocą badania internetowego (CAWI), przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ABR SESTA oraz firmę Syno Poland, na reprezentatywnej grupie 1001 mieszkańców Polski.

Wynajem mieszkania – o czym pamiętać

W Polsce liczba lokatorów w 2017 roku wynosiła ponad 2 mln, tendencja jest ciągle wzrostowa. Przed podjęciem decyzji o wynajęciu mieszkania warto dokładnie przeanalizować prawa i obowiązki zarówno właściciela jak i najemcy.  

Po pierwsze, umowa wynajmu mieszkania powinna być sporządzona pisemnie. Chroni to zarówno najemcę jak i właściciela lokalu. Według kodeksu cywilnego umowa najmu nieruchomości na okres dłuższy niż rok musi być zawarta w formie pisemnej. W przypadku innej formy, np. umowy ustnej, uznaje się, że umowa jest zawarta na czas nieokreślony.

Drugim dokumentem, który warto sporządzić jest protokół zdawczo- odbiorczy. Określa się w nim stan techniczny mieszkania, instalacji, zaznacza ewentualne usterki oraz podaje stan liczników. Taki dokument stanowi podstawę rozliczeń przy zwrocie lokalu właścicielowi.

Sama umowa najmu powinna składać się z kilku kluczowych elementów:

  • Określenie stron zawierających umowę, ich identyfikacja i podanie danych osobowych oraz adresu zameldowania. Takie informacje są szczególnie przydatne w sytuacji, gdy właściciel mieszkania straci kontakt z najemcą.
  • Określenie przedmiotu wynajmu, czyli podanie dokładnie czego dotyczy umowa. W przypadku mieszkania należy podać dokładny adres i dane „techniczne” (metraż, ilość pomieszczeń i wyposażenie). Najemca powinien zadbać o to, żeby wynajmujący oświadczył, że mieszkanie jest jego własnością, lub jest upoważniony do dysponowania nim.
  • Wynajmujący zobowiązany jest przekazać do użytku lokal w pełni sprawny z działającymi instalacjami. Jeżeli wymaga tego sytuacja, mogą być uwzględnione inne zobowiązania wynajmującego, dotyczące np. zakupu dodatkowych sprzętów czy przeprowadzenia remontu.
  • Zobowiązanie najemcy do zapłaty czynszu w wysokości określonej w umowie powinno znaleźć się informacja do którego dnia każdego miesiąca płatność należy regulować. Należy też zaznaczyć co składa się na czynsz i czy są dodatkowe koszty związane z dodatkowymi rachunkami. Oprócz ustawowych obowiązków najemcy, czyli utrzymania lokalu we właściwym stanie technicznym, można też dodać dodatkowe zobowiązania.
  • Ważną kwestią jest ustalenie wysokości kaucji. Według ustawy, jej wysokość to maksymalnie dwunastokrotność miesięcznego czynszu i powinna być wpłacona najpóźniej do dnia podpisania umowy. Kaucja jest zabezpieczeniem dla wynajmującego przed ewentualnymi szkodami. Warto też wskazać czy i kiedy jest ona zwracana najemcy.
  • Ostatni punkt dotyczy końca umowy najmu, należy określić czy umowa zawierana jest na czas nieokreślony czy określony. Jeżeli wybieramy drugą formę, należy jednoznacznie wskazać początkowy i końcowy dzień zakończenia umowy. Z końcem umowy związany jest też okres wypowiedzenia, zgodnie z kodeksem cywilnym, gdy czynsz jest płatny miesięcznie – na miesiąc naprzód na koniec miesiąca kalendarzowego; gdy czynsz jest płatny w krótszych odstępach czasu – na trzy dni naprzód; gdy decydujemy się na wynajem krótkookresowy, np. na doby, wypowiedzenie powinno być przedstawione osobie wynajmującej na jeden dzień naprzód.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus Sp. z o.o. zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami.

Amerykanie obniżają stopy

Pomimo pewnych wątpliwości, które pojawiły się na ostatnią chwilę, FOMC podjął decyzję o obniżce stóp procentowych. Znów trwają spekulacje, czy to naprawdę koniec ruchów na stopach procentowych, głosy są mocno podzielone.

FED nie zawiódł

Zgodnie z oczekiwaniami na wczorajszym posiedzeniu Komitetu Otwartego Rynku doszło do obniżki stóp procentowych o 0,25%. Co ciekawe o ile główna stopa spadła o 0,25% pozostałe zostały zredukowane o 0,3%. W komunikacie po decyzji w argumentacji dominowały czynniki zewnętrzne co może sugerować, że FED nie jest zaniepokojony sytuacją w USA. Warto natomiast zwrócić uwagę, że 2 na 9 członków nie było zwolennikami obniżek stóp. Co więcej, patrząc na długoterminowe prognozy stóp procentowych może się to okazać końcem cyklu obniżek. Właśnie to najprawdopodobniej było odpowiedzialne za umacnianie się dolara po posiedzeniu – skoro ma to być koniec obniżek, to inwestorzy dostosowywali pozycję. Z drugiej strony nie zabrakło oczywiście tweeta od prezydenta USA, który zganił Komitet. Patrząc na naciski na FOMC można się spodziewać presji na kolejne obniżki, co może wpłynąć na grudniową decyzję.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Analitycy spodziewali się, że wzrost produkcji przemysłowej w ujęciu rocznym spowolni, z 5,8% w zeszłym roku, do zaledwie 1,7% w tym. Nie spodziewali się jednak odczytu aż o 3% słabszego od oczekiwań. W wyniku tych danych złoty jest od rana pod presją i traci względem euro. Silniejsze są spadki względem franka, ale tam dodatkowo nałożyła się decyzja Banku Szwajcarii o pozostawieniu stóp procentowych bez zmian, co dodatkowo umacnia franka.

Zmiana w fotelu ministra finansów

To, że Marian Banaś w fotelu szefa finansów będzie zasiadać jedynie tymczasowo wiadomo było prawie od razu. Właśnie poznaliśmy nazwisko jego następcy. Piątym ministrem tego resortu w obecnej kadencji zostanie Jerzy Kwieciński. Warto zauważyć, że będzie on jednocześnie szefem ministrem inwestycji i rozwoju. Wątpliwe, by zdążył się on zapisać w historii ze względu na nadchodzące wielkimi krokami wybory – zapewne z tego względu rynki reagują na tą wiadomość neutralnie.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

“Jastrzębie cięcie” ze strony Rezerwy Federalnej wsparło dolara amerykańskiego

Podczas wczorajszego spotkania decyzyjnego, amerykański bank centralny po raz drugi w tym roku obniżył stopy procentowe. Retoryka Rezerwy Federalnej była jednak niespodziewanie jastrzębia, co może sugerować, że decydenci w najbliższym czasie nie będą obniżać stóp procentowych.

Zgodnie z oczekiwaniami rynku, Fed obniżył stopy procentowe o 25 punktów bazowych, w wyniku czego znalazły się ona w przedziale 1,75-2,00%. Za natychmiastową obniżką stóp głosowali niemal wszyscy członkowie FOMC, z wyjątkiem dwóch – Esther George oraz Eric Rosengren głosowali za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Z kolei jeden z najbardziej gołębich członków Rezerwy Federalnej, James Bullard, opowiedział się za głębszą obniżką stóp procentowych, czyli o 50 pb.

Wystąpienie przewodniczącego FOMC, Jerome’a Powella, po spotkaniu decyzyjnym banku centralnego należałoby określić jako raczej jastrzębie. Prezes Rezerwy Federalnej zwracał uwagę między innymi na dobrą kondycję amerykańskiego rynku pracy oraz wysokie wydatki gospodarstw domowych. Zgodnie z oświadczeniem Powella osłabił się natomiast eksport. Dodatkowe oznaki słabości z zewnątrz nie wystarczyły jednak, aby w istotny sposób wpłynąć na projekcje ekonomiczne banku centralnego. Rezerwa Federalna nieznacznie podniosła dotychczasowe prognozy wzrostu gospodarczego – według amerykańskiego banku centralnego w 2019 r. gospodarka Stanów Zjednoczonych urośnie o 2,2% (wcześniej szacowano wzrost na 2,1%).

Ponieważ decyzja o obniżce stóp procentowych Rezerwy Federalnej była oczekiwana przez inwestorów, ich uwaga skupiła się m.in. na publikacji nowego „dot plotu” FOMC, obrazującego indywidualne oczekiwania decydentów Rezerwy Federalnej względem kształtowania się stóp procentowych na przestrzeni najbliższych trzech lat i w dłuższym terminie. Nowy „dot plot” bardzo wyraźnie wskazuje na podział w kwestii oczekiwań członków amerykańskiego banku centralnego względem dalszych kroków w polityce monetarnej. Zgodnie z medianą „dotów” do końca 2019 roku nie zanosi się na więcej cięć stóp procentowych Rezerwy Federalnej, niemniej, siedmiu z siedemnastu członków FOMC uważa, że powinno dojść do ich obniżki. Pięciu decydentów stwierdziło natomiast, że do końca bieżącego roku stopy procentowe powinny wzrosnąć. Naszym zdaniem nie oznacza to, że część członków FOMC popiera podwyżki stóp procentowych – odbieramy to raczej jako sygnał pokazujący skalę opozycji do wczorajszej decyzji o obniżce stóp procentowych.

„Dot Plot” FOMC (wrzesień 2019)

Dot Plot FOMC
Źródło: Refinitiv Datastream/Rezerwa Federalna Data: 19/09/2019

Większa część apetytu amerykańskich decydentów na luzowanie polityki monetarnej była związana ze wzrostem niepewności w kontekście konfliktu handlowego na linii USA-Chiny. Ostatnie dane ekonomiczne dla USA wskazują jednak na odporność amerykańskiej gospodarki i naszym zdaniem, są one dalekie od poziomów, które uzasadniałyby podjęcie przez bank centralny agresywnego cyklu luzowania polityki monetarnej. Co istotne, w USA nadal notuje się wysokie tempo kreacji nowych miejsc pracy, a dynamika cen utrzymuje się w okolicy celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej. Ostatnie cięcia stóp procentowych w USA są tłumaczone jako kroki podejmowane z ostrożności i z wyprzedzeniem w kontekście możliwego pogorszenia się sytuacji w handlu międzynarodowym. Obniżki stóp mają też służyć ograniczeniu presji, jaką amerykańska gospodarka może odczuwać w związku z oczekiwanym spowolnieniem gospodarczym w dalszej części roku.

 

Podczas konferencji prasowej po spotkaniu decyzyjnym banku centralnego, Powell stwierdził, że Fed nie znajduje się na kursie, który byłby wyznaczony wcześniej, a jego decyzje będą w dużym stopniu zależne od napływających danych. Zgodnie ze słowami Powella, Fed będzie decydował o potrzebie działania spotkanie po spotkaniu. Powell stwierdził, że „szersze cięcia mogą być konieczne” na późniejszym etapie, dodając, że Fed będzie „podejmował odpowiednie działania w celu utrzymania ekspansji” amerykańskiej gospodarki, co jednak byłoby konieczne jedynie, jeśli sytuacja gospodarcza w USA się pogorszy. Naszym zdaniem sugeruje to koniec cięć stóp procentowych na ten moment, o ile nie dojdzie do kryzysu lub recesji w USA. Biorąc pod uwagę, że dostrzegamy niewielkie ryzyko zmaterializowania się któregoś z tych czarnych scenariuszy w najbliższym czasie, naszym zdaniem są większe szanse na to, że do końca 2019 roku Fed pozostawi stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Zachowanie dolara amerykańskiego zdawało się częściowo odzwierciedlać to, że Fed nie zobowiązał się do przeprowadzenia dodatkowych cięć stóp procentowych. W parze z polskim złotym amerykańska waluta po spotkaniu Rezerwy Federalnej doświadczyła umocnienia rzędu 0,5%, jednak dziś rano dolar utracił większość wczorajszych zysków. Brak większego i trwającego umocnienia waluty można powiązać z podziałami widocznymi w oczekiwaniach członków FOMC dotyczących kształtowania się stóp procentowych w przyszłości, które sugerują, że nie można całkowicie wykluczyć obniżek stóp procentowych w najbliższym czasie.

Kurs USD/PLN & USD/EUR (18/09-19/09)

Kurs USD PLN & USD EUR
Źródło: Bloomberg Data: 19/09/2019

Wycena kontraktów fed fund futures z Bloomberga sugeruje, że inwestorzy szacują prawdopodobieństwo kolejnej obniżki stóp procentowych przed końcem roku na ponad 60%. Naszym zdaniem prawdopodobieństwo to jest jednak wyraźnie przeszacowane. Jak wspomnieliśmy wyżej, naszym zdaniem Fed chce pozostawić sobie pole do obniżek stóp procentowych na wypadek, gdyby sytuacja w amerykańskiej gospodarce się pogorszyła. Jeśli dane gospodarcze nadal jednak będą wskazywać na odporność amerykańskiej gospodarki, a USA unikną recesji, której nadejście zdaje się sugerować zachowanie amerykańskiego rynku obligacji, w naszej opinii Fed nie powinien obniżać stóp procentowych, przynajmniej do końca tego roku.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Zarówno dłużnik, jak i wierzyciel mają swoje prawa

Z badania opinii, przeprowadzonego na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej KPF), wynika, że wiedza Polaków na temat windykacji jest znikoma. Aż 74 proc. ankietowanych przyznaje, że nie wie, jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny oraz jakie przepisy prawne chronią konsumentów w tym zakresie.[1] Rodacy nie wiedzą również, gdzie mogą zgłosić się po pomoc w przypadku wątpliwości co do profesjonalizmu stosowanych praktyk windykacyjnych.  

Związek Przedsiębiorstw Finansowych przeprowadził badanie opinii w ramach kampanii edukacyjnej „Windykacja? Jasna Sprawa!”. Jego celem było zweryfikowanie wiedzy Polaków na temat procesu windykacji oraz poznanie ich doświadczeń w kontakcie z firmami zarządzającymi wierzytelnościami. Okazało się, że 74 proc. respondentów nie wie, jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny oraz jakie prawa chronią ich w tym zakresie.

Warto wiedzieć jakie są podstawowe etapy windykacji, co powinniśmy zrobić, gdy dostaniemy wezwanie do zapłaty, w jaki sposób na nie odpowiedzieć, jak negocjować warunki spłaty zadłużenia, jak powinna wyglądać komunikacja z windykatorem lub kiedy firma windykacyjna może skierować sprawę do sądu. To podstawowe informacje, które każdy konsument powinien zgłębić. Nie tylko ten, który w danym momencie boryka się z zadłużeniem – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF.

Problem w tym, że wciąż jest zbyt mało edukacyjnych treści dotyczących windykacji, mówiących zarówno o samym procesie, jak i o przepisach prawnych. Realizując kampanię „Windykacja? Jasna Sprawa!” staramy się wypełnić tę lukę. Mówimy nie tylko o windykacji, ale również o tym, jak zarządzać domowym budżetem, jak pożyczać w sposób odpowiedzialny, jak wywiązywać się ze swoich zobowiązań – dodaje.

Wierzyciel tak jak dłużnik ma swoje prawa

Zgodnie z obowiązującym prawem wierzyciel może podejmować działania, które – prowadzone z poszanowaniem praw dłużnika – zmierzają do odzyskania swoich należności. Okazuje się jednak, że w rozumieniu dużej grupy konsumentów, wiele działań, w pełni zgodnych z prawem, traktowanych jest jako nieprofesjonalne, czy nieetyczne. Dobrym przykładem może być wizyta konsultanta w domu osoby zadłużonej, czyli tzw. windykacja terenowa. W badaniu ZPF 25,4 proc. ankietowanych uznało, że jest ona przykładem działania niewłaściwego. Tymczasem, taki rodzaj windykacji jest zgodny z prawem.

Wierzyciele lub w ich imieniu firmy windykacyjne decydują się najczęściej na takie czynności windykacyjne tylko dlatego, że dłużnik świadomie unika kontaktu, traktując to jako swoisty sposób na zwolnienie z długu, czy co do zasady, gdy nie mogą skontaktować się one z konsumentem w żaden inny sposób. Okazuje się, że samym osobom zadłużonym lepiej jest porozmawiać o swojej sprawie osobiście. Przekonują się bowiem w praktyce, że spłata długu jest możliwa i nie rujnuje budżetu domowego, a nawet wprost przeciwnie. Staje się to pozytywnym sposobem na przywrócenie spokoju w finansach domowych – przypomina Andrzej Roter.

Kolejnym przykładem jest to, w jaki sposób konsumenci postrzegają pisemne wezwania do zapłaty. Aż 15 proc. ankietowanych, którzy wzięli udział w badaniu, przyznało, że wysyłanie wezwań do zapłaty jest działaniem nieprofesjonalnym, tymczasem to naturalne działanie wierzycieli, lub w ich imieniu, wykonywane celem odzyskania swoich pieniędzy.

Konsumenci mają do kogo się odwołać

Aż 76 proc. uczestników badania przyznaje, że nie wie, gdzie może zgłosić wniosek o zbadanie konkretnych praktyk windykacyjnych. A przecież w Polsce funkcjonuje wiele podmiotów, do których można zwrócić się o pomoc w przypadku wątpliwości co do praktyk stosowanych przez wierzycieli, odzyskujących swoje należności. Na straży rzetelności wszystkich firm z branży finansowej stoi Biuro Rzecznika Finansowego, które przyjmuje skargi i pomaga konsumentom. Można odwołać się także do Federacji Konsumentów czy Rzeczników Konsumentów, a jeżeli czujemy się nękani, możemy ten fakt zgłosić na policję. Wnioski o zbadanie zgodności praktyk biznesowych z etycznymi standardami dotyczące Członków Związku Przedsiębiorstw Finansowych można zgłaszać do Komisji Etyki, która działa w ramach tej organizacji.

Warto zauważyć i podkreślić, że czynności windykacyjne podejmowane przez profesjonalne firmy windykacyjne są zgodne z prawem, a nawet więcej, bo zgodne z Zasadami Dobrych Praktyk Windykacyjnych, obowiązującymi w ZPF. W przypadku wątpliwości, czy tak jest rzeczywiście, konsumenci mają cały szereg możliwości, stwarzanych przez choćby profesjonalne grono Rzeczników Konsumentów, do tego, by sprawnie, merytorycznie zweryfikować sytuację, w jakiej się znaleźli i uzyskać konkretną pomoc – stwierdza Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF.

[1] Badanie opinii zrealizowane na zlecenie ZPF, przez agencję badawczą SW Research w czerwcu 2019 roku. Próba = 1000.

Bruksela znowu przygląda się inteligentnym tachografom

Konfederacja Organizacji Kontroli w Transporcie Drogowym (CORTE) uważnie przygląda się wdrożeniu inteligentnych tachografów. Przepis o smart tacho w każdym nowym pojeździe ciężarowym wszedł w życie i co dalej? O pierwszych problemach i nowych możliwościach opowiada Mateusz Włoch, ekspert Inelo, członek CORTE.

Problemy już na starcie

Liczba samochodów ciężarowych w Polsce rośnie z roku na rok. Zgodnie z raportem przygotowanym przez Polski Związek Przemysłu Motorowego (PZPM), w I połowie 2019 r. zarejestrowano 16,8 tys. samochodów ciężarowych[1]. To o ponad 1,7 tysiąca więcej niż w analogicznym okresie roku 2018[2]. Po europejskich drogach jeździ ponad 234 tys. polskich TIR-ów[3], czyli najwięcej ze wszystkich  krajów Wspólnoty. Niesie to jednak poważne konsekwencje w związku z omawianym obowiązkowym wyposażeniem nowych samochodów w smart tachografy. Pierwsze problemy pojawiły się w Polsce już w maju, kiedy to okazało się, że karty do tachografów drugiej generacji trafią do warsztatów zbyt późno. Podobny problem z zaopatrzeniem dotknął te same urządzenia. Komponenty inteligentnych tachografów, a zwłaszcza czujniki ruchu, bywały towarem deficytowym.

Warto pamiętać, że od 15 czerwca stopniowo – wraz z pojawianiem się na rynku nowych pojazdów, wkraczają do użytku smart tachografy. Brak kart warsztatowych stanowił pewien problem, jednak nie paraliżował on rynku. Zmiany związane z wprowadzeniem inteligentnych tachografów dla marki Inelo nie były problemem, gdyż już z wyprzedzeniem przygotowaliśmy aktualizację do oprogramowania rozliczającego czas pracy kierowców. Dzięki temu przedsiębiorcy wykorzystujący nowe tacho zyskali możliwość pobrania i analizy danych z nowej generacji urządzeń i kart – mówi Mateusz Włoch, ekspert marki Inelo.

Da się bezpieczniej

Eurostat podaje, że w 2017 roku na europejskich drogach zginęło 25 tys. osób. Z policyjnych statystyk wynika, że 1,9 proc. wypadków jest spowodowanych zmęczeniem lub nawet zaśnięciem kierowcy. Choć udział truckerów w tych wypadkach drogowych jest stosunkowo niewielki, bo oscyluje wokół 3,2 proc.[4], to konieczne jest ciągłe doskonalenie systemu podnoszącego poziom bezpieczeństwa na drogach.

Inteligentne tachografy są jedną z metod walki z nieuczciwymi praktykami manipulowania czasem jazdy. Służby kontrolne, mając możliwość sczytywania danych z urządzenia cyfrowego, są w stanie wskazać znacznie większą ilość pojazdów, w których mogą być naruszane normy czasu pracy lub inne przepisy prawa np. wykrycie wyłączonych tachografów. W wyniku takiej zdalnej preselekcji eliminuje się z dróg większy odsetek kierowców, którzy przez naruszenia mogą stwarzać niebezpieczeństwo w ruchu drogowym.

Takie działania mogą wykluczyć z rynku przewoźników, dopuszczających się nielegalnych praktyk. Truckerzy natomiast, unikną długich postojów związanych z kontrolą pojazdu, gdyż zatrzymywane będą głównie te samochody, w których najprawdopodobniej dochodzi do łamania przepisów – zauważa ekspert Inelo.

Federalny Urząd Transportu Towarowego przeprowadza mobilne kontrole na terenie Niemiec z poziomu radiowozów, jednak już wkrótce ruszą zdalne kontrole za pomocą czytników DSRC montowanych na bramownicach. Podczas zdalnej kontroli inspekcja nie ma dostępu do wszystkich informacji zarejestrowanych przez tachograf, a jedynie do 19 wybranych, w tym do:

  • Numeru rejestracyjnego pojazdu
  • Aktualnej prędkość pojazdu
  • Informacji o jeździe bez karty (ostatnie 10 dni)
  • Konflikcie ruchu pojazdu

Inteligentne tachografy kontra AETR

Wciąż jednym z problemów, na które nie ma jednoznacznego rozwiązania jest kwestia użytkowania tachografów w krajach spoza UE, które respektują postanowienia umowy AETR. Przypomnijmy, konwencja AETR to europejska umowa regulująca zasady pracy załóg pojazdów, wykonujących międzynarodowe przewozy drogowe. Problematyczny okazuje się zapis konwencji, z którego wynika, że pojazdy spoza państw członkowskich nie są w tym momencie zobligowane do posiadania inteligentnych tachografów. Może to prowadzić do stosowania nieuczciwych zachowań ze strony firm przewozowych, jak i przede wszystkim do obniżenia bezpieczeństwa na europejskich drogach. Co ciekawe, działa to również w drugą stronę, gdyż wysyłając pojazd z inteligentnym tachografem do krajów spoza Wspólnoty, przewoźnik naraża się na oskarżenia organów kontrolnych o przewóz z nieodpowiednim tachografem. Jednak wkrótce sytuacja może ulec zmianie, gdyż kraje AERT powoli interesują się zagadnieniem smart tachografów.

Sprawę komplikuje także fakt, iż w krajach spoza UE kalibracja smart rejestratorów nie jest możliwa ze względu na brak wyspecjalizowanych warsztatów, brak kart warsztatowych i przeszkolonych pracowników z zakresu obsługi tych urządzeń.

Co przyniesie przyszłość?

Już teraz trwają prace nad założeniami kolejnej generacji rejestratorów. Tachografy przyszłości zaoferują wiele usprawnień, m.in.

  • kontrolę przekraczania granic, co umożliwiłoby ograniczenie nadużyć firm świadczących usługę w kraju, w którym nie mają one swojej siedziby (tzw. transport kabotażowy).
  • rejestrację miejsc załadunku oraz rozładunku pojazdu

Co również istotne – projektowane zmiany dotyczą też większej ilości pojazdów objętych obowiązkiem instalacji nowych tachografów – mowa tutaj o pojazdach o DMC powyżej 2,4 tony.

W ostatnim czasie pojawiają się także dyskusje dotyczące dalszej przyszłości korzystania z tachografów – mówi się o wykorzystaniu w tym celu tabletów i smartfonów wyposażonych w specjalne aplikacje. Z racji, iż są to urządzenia powszechnie używane, koszty związane z kupnem, serwisowaniem i wymianą tachografów realnie uległyby obniżeniu. Jednak na ten moment dużą przeszkodą jest zapewnienie bezpiecznego korzystania ze smartfonów i tabletów podczas jazdy oraz zbyt duża ilość danych, które należałoby przechowywać – dodaje Mateusz Włoch, ekspert marki Inelo.

[1] https://www.pzpm.org.pl/Publikacje/Raporty/Raport-kwartalny-KPMG-w-Polsce-i-PZPM-Branza-motoryzacyjna-Edycja-Q3-2019

[2] https://www.pzpm.org.pl/pl/Publikacje/Raporty/Raport-kwartalny-KPMG-w-Polsce-i-PZPM-Branza-motoryzacyjna-Edycja-Q3-2018

[3] PZPM, Branża Motoryzacyjna Raport 2019/2020

[4] Raport Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Komenda Główna Policji – Biuro Ruchu Drogowego

Prywatne szpiegostwo rozkwita

Larry Kahaner, amerykański prekursor wywiadu gospodarczego, wygłosił kilka dekad temu tezę, iż wraz z końcem XX wieku skończy się era informacji wyparta przez wiek wywiadu. Wydaje się, iż to co obserwujemy obecnie na rynku wywiadowczym przerosło jego wyobrażenia.

Wiedza na temat narzędzi i oprogramowania szpiegującego, w tym hackerskiego, a przede wszystkim one same, są bardziej dostępne niż kiedykolwiek wcześniej. Nasze dane, jak nigdy wcześniej, podatne są na zagrożenia, a świat stał się przez to bardziej niebezpieczny. To nie jest już tylko problem państw, ale przede wszystkim zwykłych obywateli. Jesteśmy świadkami masowego upowszechnienia narzędzi i technik szpiegowskich, które pozostawały niegdyś wyłącznie w rękach wyselekcjonowanych służb specjalnych. Dzisiaj się to zmienia. Jak twierdzi Sharon Weinberger, dziennikarka „The New York Times”, specjalizująca się w kwestiach bezpieczeństwa, „prywatna inwigilacja to śmiertelna broń, którą obecnie każdy może kupić” (wydanie z 19 lipca 2019 r.).

Źródła szpiegowskiego boomu

Prywatne szpiegostwo to nic nowego, ale dzisiejszy problem polega na skali, wyrafinowaniu technicznym oraz szerokim spektrum aktywnych uczestników. Z czego on wynika? Spróbujmy uporządkować wiedzę.

Po pierwsze, szpiegowski biznes się globalizuje Jak donosi kwietniowy „The Times” technologia monitoringu zbudowana dla chińskiego systemu politycznego jest obecnie wykorzystywana – a w niektórych przypadkach nadużywana – aż przez 18 krajów, w tym Zimbabwe, Uzbekistan, Pakistan, Kenię, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Niemcy. To tylko jeden z przykładów globalizacji. Warto zwrócić uwagę, iż coraz częściej państwa stają się klientami profesjonalnych agencji szpiegowskich, co jest swoistym fenomenem przełomu XX i XXI wieku. Posłużmy się opisanym przez Sarah Weinberger przykładem Uzbekistanu. Otóż w 2014 roku rząd tego kraju zapragnął monitorować komunikację wszystkich swoich obywateli. I bez tej zdolności Human Rights Watch oceniało stan przestrzegania praw człowieka w Uzbekistanie pod przywództwem Islama Karimowa, jako fatalny. Chodziło o zakup zaawansowanej technologii inwigilacyjnej. Jednym z oferentów była amerykańska firma, specjalizująca się w technologii nadzorowania komunikacji telefonii mobilnej i stacjonarnej oraz internetowej. Rządzący nie mieli zamiaru odciąć ludzi od Internetu, a jedynie go kontrolować. Kontrakt trafił prawdopodobnie do izraelskich firm, co potwierdza raport z 2015 r. Privacy International, organizacji pozarządowej śledzącej eksport technologii szpiegowskiej, w którym stwierdzono, że dwie firmy działające w Izraelu utworzyły centra monitorowania w Uzbekistanie. Dzięki temu służby uzbeckie mogą m.in. namierzyć użytkownika telefonu na podstawie jego „unikalnego głosu”, niezależnie od tego, jakiego numeru telefonu używa. Nie sposób wprost udowodnić Izraelczykom udziału w tym procederze, ponieważ branża inwigilacyjna to wielce skomplikowana struktura, zaangażowane są w nią firmy produkujące oprogramowanie, dostawcy sprzętu, a nawet tradycyjni operatorzy telekomunikacyjni.

Po drugie, mamy do czynienia z łatwą dostępnością do wiedzy i technologii szpiegowskiej. Liczne grupy pozarządowe i osoby prywatne kupują narzędzia szpiegowskie i techniki do nielegalnych celów. Cyberprzestępcy są tego przykładem. Prawdziwa wiedza hackerska była niegdyś domeną komputerowych guru i wyrafinowanych służb wywiadowczych, ale dziś takie know-how można pozyskać na czarnym rynku. Kartele narkotykowe, terroryści i inne sieci przestępcze mogą wykorzystywać wysokiej jakości kamery i urządzenia do inwigilacji, nagrywania swoich konkurentów oraz państwowych „prześladowców”. Narzędzia wywiadowcze są też wykorzystywane do kradzieży informacji i technologii należących do firm i instytucji badawczych.

Zaawansowane technologie inwigilacji, niegdyś należące do wyspecjalizowanych służb w bogatych krajach, są obecnie oferowane przez prywatnych kontrahentów na całym świecie w ramach prywatnej tajnej branży wartej wiele miliardów dolarów. W ubiegłym roku pojawiły się co najmniej dwa głośne doniesienia, że państwa autorytarne wykorzystywały zachodnią technologię inwigilacji do tropienia dziennikarzy lub działaczy politycznych. Firma DarkMatter ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich rzekomo szpiegowała niezależnych dziennikarzy, zaś rząd saudyjski został oskarżony o wykorzystywanie programów szpiegujących izraelskiej firmy NSO Group, aby włamać się do telefonu bliskiego współpracownika Jamala Khashoggi, saudyjskiego pisarza i dziennikarza „The Washington Post”, zabitego w konsulacie swojego kraju w Stambule w październiku ubiegłego roku. Również w Stanach Zjednoczonych eksperci bezpieczeństwa alarmują, że prywatni użytkownicy korzystają z tańszych wersji tej technologii.

Po trzecie, terroryzm uaktywnił globalną działalność inwigilacyjną, a jednocześnie dał pretekst do wielu nadużyć w jej obszarze. Genezy tego szpiegowskiego fenomenu należy szukać w gorączkowych tygodniach bezpośrednio po atakach z 11 września 2001 r., kiedy Kongres amerykański uchwalając Patriot Act, ustanowił prawo znacznie poszerzające kompetencje inwigilacyjne rządu. W trakcie procesu legislacyjnego ustawodawcy, zdaje się w sposób niezamierzony, stworzyli rynek dla firm prywatnych, zainteresowanych świadczeniem usług i technologii gromadzących i analizujących wielkie zasoby danych. Firmy z branży szpiegowskiej zaczęły bez rozgłosu powstawać w Stanach Zjednoczonych i Europie. Niektóre były tradycyjnymi firmami telekomunikacjami, które od dawna współpracowały z organami rządowymi w zakresie inwigilacji, inne zaś mniejszymi start-upami.

Skala szpiegowskiej branży

Według opinii ekspertów firmy Booz Allen Hamilton, dla której niegdyś pracował E. Snowden, wartość prywatnego rynku szpiegowskiego jest trudna do oszacowania. Należałoby zebrać dane od jego uczestników, a to, ze względu na charakter ich działań, nie jest możliwe. Jeden z raportów ocenia branżę na 3,3 miliarda USD. Izraelska NSO Group, szacuje wartość sektora na około 12 miliardów USD. Jedno jest pewne: prywatny sektor inwigilacji kwitnie. Firma „Little Black Book of Electronic Surveillance”, która tworzy katalog technologii inwigilacyjnych, zmieniła w 2016 roku nazwę na „Big Black Book”. Edycja z 2017 roku obejmuje 150 dostawców tego rodzaju urządzeń i programów.

Na tym wschodzącym rynku mocno osadziły się firmy izraelskie. W 2010 r. premier Benjamin Netanjahu nadał priorytet opanowaniu cyberprzestrzeni. Natychmiast podjęto działania organizacyjne i prawne umożliwiające weteranom słynnej Jednostki 8200, odpowiedniczce amerykańskiej NSA, tworzenie prywatnych firm szpiegowskich. Netanjahu nie ukrywał, iż jego inspiracja wywodzi się z lat 70., kiedy studiował w amerykańskim MIT (Massachusetts Institute of Technology) i przekonał się o bliskich związkach wywiadu ze środowiskiem akademickim. W 2011 r. powołał specjalną grupę zadaniową, która zainicjowała rozwój prywatnego przemysłu cybernetycznego w Izraelu i usunęła „przeszkody eksportowe” w zakresie technologii cybernetycznej. Weterani z Jednostki 8200 i innych formacji izraelskiego wojska zaczęli tworzyć wyspecjalizowane firmy. Większość angażuje się w cyberbezpieczeństwo narodowe, ale kilka, w tym NSO Group, wkroczyło na drogę „legalnego” przestępstwa. Te ostatnie pomagają włamać się do obcych systemów komputerowych. Czas był dla nich pomyślny, bowiem w 2011 r. miała miejsce arabska „wiosna ludów” i wiele krajów oraz wywiadów poszukiwało takich usług.

Jeszcze kilkanaście lat temu branża trudniła się zbieraniem informacji przechwyconych głównie z telefonów komórkowych i stacjonarnych oraz skrzynek e-mailowych. Ostatnie kilka lat to rewolucyjna zmiana w komunikacji – najpierw Facebook, potem Skype, iPhone itp. Obecnie miliardy ludzi spacerują z urządzeniami, które wykonując szeroką gamę usług, pozwalają zgromadzić szczegółowe dane o ich posiadaczach.

W przeszłości, kiedy służby wywiadowcze chciały „zajrzeć do czyjegoś mózgu”, musiały z taką osobą rozmawiać, zorganizować jej obserwację, ewentualnie pojmać i przesłuchiwać. Nieco później dobrym rozwiązaniem było zdalne zainstalowanie złośliwego oprogramowanie na komputerze. Ale nawet wówczas istniały ograniczone możliwości dokładnego „prześwietlenia” człowieka. Obecnie, kiedy ludzie noszą w kieszeniach zaawansowane technologicznie urządzenia, które zawierają wymieniane wiadomości, kontakty, zdjęcia, informacje o zwyczajach i upodobaniach, zdradzają tym samym sposób ich rozumowania, obnażają osobowość.

Do 2013 roku wiedza o tym, co oferowały firmy szpiegowskie i co wykorzystywały rządy, była bardzo ograniczona. Ale w maju 2013 r. Edward Snowden ujawnił listę ściśle tajnych materiałów, które szczegółowo opisywały globalne programy nadzoru NSA, w tym program PRISM, który gromadził ogromną ilość komunikacji internetowej. Te rewelacje zmieniły z dnia na dzień sposób postrzegania elektronicznej branży szpiegowskiej.

Oczywiście niewiele krajów ma środki na budowę lub zakup programu takiego jak PRISM, ale stać ich na usługi izraelskiej NSO Group lub jej podobnych. Do 2013 roku jedna trzecia firm branży szpiegowskiej pochodziła z „krajów niezachodnich”, w tym z Chin, Indii, Arabii Saudyjskiej i Południowej Afryki.

Najgorsze, jak utrzymują eksperci, dopiero nadchodzi. Wielkie zasoby danych, sztuczna inteligencja, obliczenia kwantowe i sieci komórkowe 5G zmienią nasze społeczeństwa w sposób niewyobrażalny, na lepsze i na gorsze. Coraz potężniejsza, łatwo dostępna technologia będzie zwiększać konkurencję między państwami, wzmocni zarówno służby wywiadowcze, jak i przestępców oraz terrorystów.

Prywatne szpiegostwo wymaga prawnych regulacji

Inwigilacja to groźna broń, ale gdy inne rodzaje uzbrojenia podlegają surowym międzynarodowym normom i ograniczeniom – nawet jeśli są często łamane – to handel technologią szpiegowską jest w praktyce nieuregulowany. Bez większej przesady można stwierdzić, że tego rodzaju technologia w niepowołanych rękach daje taki sam efekt, jak sprzedaż śmiercionośnej broni. Możliwości zagranicznych służb wywiadowczych wciąż rosną, zwiększa się więc presja na rządy, aby kwestie te uregulowały prawnie.

W 2015 roku włamano się do Hacking Team, włoskiej firmy, która sprzedaje oprogramowanie do zdalnego włamywania się i monitorowania elektronicznych urządzeń użytkowników. Opublikowano w Internecie pięcioletni zasób wewnętrznych wiadomości e-mail i dokumentów firmy jednocześnie ujawniając, że zespół hakerów sprzedał swój produkt do krajów autorytarnych, w tym Syrii i Azerbejdżanu, i że włoskie przepisy eksportowe nie zabraniają takiej działalności.

Rosnące oburzenie związane z tego rodzaju sprzedażą zwiększyło wsparcie dla zaproponowanych przez Wielką Brytanię i Francję zmian do istniejącego porozumienia z Wassenaar (porozumienie w sprawie Kontroli Eksportu Broni Konwencjonalnej oraz Dóbr i Technologii Podwójnego Zastosowania z 1994 roku). Wśród nowych propozycji znalazł się postulat włączenia do porozumienia technologii inwigilacji, w tym oprogramowania szpiegowskie. Firmy mogłyby sprzedawać tego rodzaju technologie, ale po uzyskaniu pozwolenia, jak w przypadku innej broni. USA początkowo proponowały wymóg licencji eksportowych. Inni sygnatariusze Wassenaar, w tym Unia Europejska, posuwali się jeszcze dalej, ale z różnych powodów proponowane zmiany nie znalazły się w treści porozumienia.

Jak dotąd nikt nie wymyślił dobrego rozwiązania regulującego tę branżę, natomiast istnieją dowody na to, że prywatne szpiegostwo poczyna sobie coraz śmielej. Nawet sami zainteresowani uważają, że sektor wymaga nadzoru, zwłaszcza w Europie i Azji, gdzie najlepiej czują się firmy handlujące technologią szpiegowską. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić, ponieważ jest to skomplikowany, pełen niuansów problem. Politycy źle się czują w obliczu złożonych technologicznie kwestii.

  1. Snowden, którego informacje rzuciły światło na technologie napędzające ten rynek, proponuje radykalne wyjście: całkowicie zakazać obrotu oprogramowaniem szpiegowskim. Twierdzi, iż handel lukami w zabezpieczeniach oprogramowania ma niewielką wartość publiczną, a przynosi wyjątkowe publiczne szkody, jako że tworzy grupę najemników – cyfrowych sabotażystów – którzy równie dobrze mogą świadczyć usługi dla Saudyjczyków i Chińczyków, jak i dla Francuzów. Drastyczny zakaz handlu tego rodzaju technologami prawdopodobnie nie wejdzie w życie, ale obawy Snowdena są uzasadnione.

Niedawno wyszło na jaw, iż DarkMatter, cyberfirma ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, zatrudniająca byłych amerykańskich pracowników wywiadu, atakowała również obywateli amerykańskich. Potwierdza to tylko obawy, że zachodnie technologie ostatecznie są stosowane przeciwko obywatelom tych krajów. Znane firmy, jak NSO Group czy angielsko-niemiecka Gamma Group, sprzedają swoje technologie rządom, ale trafiają one również do prywatnych użytkowników. Dzieje się tak z programem FlexiSPY, którego producent ogłasza, że może potajemnie „włączyć mikrofon telefonu i nagrać jego otoczenie” oraz „szpiegować SMS-y, e-maile i zdjęcia”. Można go nabyć za 60-70 USD. Z kolei program szpiegujący FinSpy firmy Gamma Group, może rejestrować każde naciśnięcie klawisza, połączenie lub wiadomość tekstową na zainfekowanym urządzeniu. Może ponadto potajemnie nagrywać dźwięk za pomocą wbudowanego mikrofonu w komputerze.

Reasumując warto ponownie postawić pytanie: czy można zatrzymać ten szpiegowski Armagedon? Zapewne nie do końca, nie definitywnie, ale należy podejmować wysiłki w tym kierunku. Przede wszystkim systemy i technologie gromadzenia danych wywiadowczych winny być traktowane przez rządy jak broń. Ta zaś wymaga licencji eksportowych. Nie ma oczywiście gwarancji, że eksport nigdy nie trafi do krajów autorytarnych, takich jak Arabia Saudyjska, ale odpowiednie przepisy postawią tamę powszechności procederu. Decydującą rolę mogą odegrać tu Stany Zjednoczone, które są w stanie wywrzeć presję na sojusznikach – w tym na Niemcy, Włochy i Izrael – aby sprzedawali oprogramowanie tylko tym krajom, które respektują prawa człowieka.

Wymaga to zasadniczych przewartościowań w myśleniu, na które prawdopodobnie nie stać administracji Trumpa, prowadzącej rekordową sprzedaż uzbrojenia do Arabii Saudyjskiej. Zmiana i tak nie miałaby wpływu na amerykańskie firmy, które sprzedają oprogramowanie szpiegowskie na rynku wewnętrznym, ale byłby to dobry sygnał dla innych, silniejszych państw.

Warto pamiętać, iż eksport broni to w dalszym ciągu nieuporządkowany obszar. Nowe przepisy dotyczące technologii szpiegowskiej wywołałyby protest. Firmy zachodnie podniosą krzyk, że przynoszą korzyści takim konkurentom jak Chiny czy Rosja, zaś obrońcy praw człowieka będą utyskiwać, że Departament Stanu regularnie zezwala na sprzedaż broni dyktatorom. Jednak oznaczenie technologii i oprogramowania szpiegowskiego jako broni pozwoli uświadomić zainteresowanym, że narzędzia do szpiegowania prywatności są częścią nowego wyścigu zbrojeń.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Firmy rodzinne generują ponad 70% światowego PKB

Według badań rynkowych, firmy rodzinne stanowią dwie trzecie wszystkich firm na świecie, generują ponad 70% światowego PKB i zapewniają 50–80% miejsc pracy w wielu krajach. Europejska Organizacja Firm Rodzinnych (European Family Businesses Organization) twierdzi, że ​​firmy rodzinne stanowią od 60% do 90% wszystkich firm ogółem w różnych krajach Europy oraz zapewniają 40%-50% prywatnych miejsc pracy w regionie.

Dla przykładu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich firmy rodzinne stanowią dużą część lokalnej społeczności biznesowej i znacząco przyczyniają się do wzrostu gospodarki we wszystkich krajach z obszaru GCC (Rady Współpracy Zatoki Perskiej).

Jakie są główne cechy odnoszącego sukcesy biznesu rodzinnego?

„Jeśli coś jest dobre dla firmy, jest także dobre dla rodziny” – powiedział kiedyś André Hoffmann, wiceprezes Roche, przedstawiciel czwartego pokolenia założycieli firmy. Przedsiębiorcy tworzą lub nabywają biznes, rozbudowują go i rozwijają, a następnie przekazują kolejnym pokoleniom jako spadek. Rozwój opiera się na wartościach i ładzie rodzinnym, niemniej dostosowanie tych wartości do kultury zarządzania jest często dość trudnym zadaniem. Zdaniem Philippe Mueler Head, Investment Themes, Chief Investment Office, UBS Global Wealth Management UBS, firmy rodzinne, niezależnie od wielkości, branży i regionu geograficznego, w którym działają, łączą zazwyczaj pewne wspólne cechy, będące kluczowymi czynnikami sukcesu, jeżeli spojrzymy na nie z długoletniej perspektywy:

  • Przedsiębiorczość
  • Długoterminowa wizja, strategia i zaangażowanie zainteresowanych stron
  • Budowanie majątku i ochrona pokoleń
  • Wartości i ład rodzinny
  • Zgodność interesów biznesowych i rodzinnych
  • Połączenie własności, kontroli i zarządzania
  • Koncentracja majątku rodzinnego w firmie
  • Dobre relacje z interesariuszami i zaufanie umożliwiające budowanie dobrej reputacji w społeczeństwie
  • Wyzwania obejmują kwestie związane z ładem korporacyjnym, konflikty rodzinne o pieniądze i sukcesję oraz nepotyzm.

Firmy odnoszące największe sukcesy łączą silne wartości rodzinne, na kanwie których tworzone są solidne instytucje do zarządzania biznesem. Ład rodzinny pomaga chronić wartości przewodnie i łagodzić konflikty. Jest to szczególnie ważne, gdy cele niefinansowe i emocjonalne wywierają wpływ na konkretne działania, np. jeśli rodzina pragnie zachować kontrolę nad firmą. Jednocześnie firmy rodzinne, które odpowiednio wcześnie zajmą się kwestiami sukcesji i planowania majątku rodzinnego, mogą zmniejszyć ryzyko i zapewnić płynność sukcesji dzięki sprawiedliwemu i jasnemu planowaniu wewnętrznemu, jak i zewnętrznym poradom pochodzącym od zaufanych przyjaciół i profesjonalnych doradców.

Jakie są główne zagrożenia związane z inwestowaniem w firmę rodzinną?

Wielkość spółki

Firmy rodzinne to raczej mniejszych rozmiarów przedsiębiorstwa. Akcje spółek o mniejszej kapitalizacji charakteryzuje wyższe ryzyko biznesowe i zmienność cen w porównaniu z akcjami dużych spółek.

Płynność rynku

Jeśli rodzina posiada duży udział w spółce, wolny obrót może być ograniczony, co może sprawić, że akcje staną się mniej atrakcyjne, podlegając ponadprzeciętnej zmienności cen. Co więcej, wykorzystywanie rynków finansowych w celu uzyskania świeżego kapitału i długu, zdaniem analityków UBS, jest zazwyczaj trudniejsze i bardziej kosztowne dla spółek o ograniczonej płynności na giełdzie.

Konflikty rodzinne

Członkowie rodziny mogą narazić firmę na niestabilność w wyniku konfliktów osobistych. Aby zminimalizować to ryzyko, rodziny muszą posiadać narzędzia umożliwiające zarządzanie potencjalnymi konfliktami oraz radę rodzinną, która pomaga rozwiązywać takie sytuacje.

Kwestie ładu korporacyjnego

Firmy rodzinne mogą doświadczać problemów związanych z ładem, ponieważ kontrolę sprawuje kilka osób/członków rodziny.

Ryzyko związane z sukcesją

Sukcesja jest jednym z głównych zagrożeń, z którym borykają się wszystkie firmy rodzinne, ponieważ zarządzają procesem przeniesienia własności i zmianami pokoleniowymi, z którymi często wiąże się element emocjonalny. Planowanie sukcesji jest zatem kluczem do ograniczenia ryzyka, które obejmuje kwestie związane z przeniesieniem majątku, własności, kadry zarządzającej, jak i kwestie prawne oraz podatkowe.

Ryzyko krajowe i wewnątrzsektorowe

Ekspozycja wewnątrzsektorowa (podsektory w ramach sektorów) jest mniej zrównoważona niż w MSCI AC World. Dobra dywersyfikacja i aktywne zarządzanie inwestycjami mogą jednak zmniejszyć to ryzyko.

Ryzyko gospodarcze, recesja i wstrząsy

Firmy rodzinne stoją w obliczu takiego samego ryzyka gospodarczego, recesji i wstrząsów, jak inne przedsiębiorstwa. Jednak mniejsze firmy oraz rynki wschodzące są bardziej wrażliwe na zmienne trendy panujące w gospodarce.

Jak przedsiębiorcy mogą zbudować biznes odnoszący sukcesy i prowadzony w zrównoważonym rozwoju?

Reputacja: Ważne jest, aby wartości, zainteresowania i wizje rodziny były zgodne, ponieważ od tego zależna jest reputacja przedsiębiorstwa. Uczciwe praktyki zatrudnienia i wsparcie wysiłków społecznych pokazują, że zarówno rodzina, jak i firma są zaangażowane i dbają o lokalną społeczność. Zaangażowanie w stosunku do interesariuszy może pomóc firmom utrzymać dobrych pracowników, znaleźć nowych, utalentowanych pracowników i prowadzić zrównoważony rozwój.

Innowacje: Skupienie się na innowacjach i rozważenie współpracy, która przynosi obopólne korzyści, biorąc pod uwagę podwyższone ryzyko wstrząsów, na przykład wynikających z cyfryzacji, jest o wiele bardziej istotne niż kiedykolwiek wcześniej.

Plan biznesowy i ład korporacyjny: Gdy firma rozwija się i przechodzi na kolejne pokolenie, konieczne jest odpowiednie udokumentowanie zarówno planu biznesowego, jak i zasad ładu korporacyjnego. Nieformalne ustalenia mogą sprawdzać się tylko we wczesnych etapach istnienia firmy.

Sukcesja: Plan sukcesji powinien być dobrze udokumentowany i przygotowany odpowiednio wcześnie, aby uniknąć stresu, rozpadu firmy, a w najgorszym przypadku nawet bankructwa. Większość przedsiębiorców pragnie zbudować dziedzictwo, jednak ma tendencję do nieodpowiedniego zarządzania planami sukcesji.  Sytuacja taka może nastąpić nagle w razie wypadku lub śmierci głowy rodziny, skutkując brakiem przywódcy czy rodzinnymi sporami.

Przekazanie obowiązków: Budowanie i poszerzanie struktury organizacyjnej jest naturalnym etapem rozwoju firmy. Delegowanie obowiązków wspiera szkolenie i motywację pracowników, jednocześnie oszczędzając czas na właściwe zarządzanie biznesem.

Nepotyzm: Ważne jest, aby prowadzić zrównoważone zatrudnienie członków rodziny i zewnętrznych specjalistów, co pozwoli utrzymać dobrą reputację, a także zapewnić wysoki poziom możliwości zarządczych i pracowniczych.

Brak elastyczności kapitału: Firmy rodzinne muszą mądrze wydatkować zasoby, utrzymywać elastyczność finansową i równoważyć budżet, gdyż posiadają bardziej ograniczony dostęp do płynnych rynków finansowych. Działania te pozwolą im zachować kontrolę nad spółką.

Popularne jest powiedzenie: „Jeśli możesz założyć rodzinę, możesz zbudować firmę”. Podobnie jak w przypadku rodziny, twoja firma jest tym, co odziedziczyłeś lub stworzyłeś i równie naturalne jest dążenie do dalszej jej budowania i rozwoju z myślą o przyszłych pokoleniach.

Savills: wysyp biurowców w Łodzi

Łódź zamienia się powoli w wielki plac budowy. Do końca 2022 zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście mogą wzrosnąć o blisko połowę, podaje firma doradcza Savills w najnowszym raporcie analizującym rynek nieruchomości biurowych w Łodzi.

Łódź zaliczana jest do ośmiu głównych regionalnych rynków biurowych w Polsce. W drugiej połowie 2019 r. zasoby nowoczesnych powierzchni biurowych w Łodzi przekroczą 500 000 m kw. Oznacza to poziom zbliżony do Katowic i Poznania, ale plasuje ją za Trójmiastem, Wrocławiem i Krakowem. Dla porównania Warszawa dysponuje zasobami wynoszącymi 5,54 mln m kw. Na koniec czerwca 2019 r. w Łodzi znajdowało się dokładnie 496 700 m kw. powierzchni biurowej, z czego ponad 40% zostało wybudowane od 2015 r.

Historycznie pierwsze nowoczesne budynki biurowe w Łodzi powstawały w centrum miasta. Było to m.in. Centrum Biznesu Łódź, Łódź 1, Orion i Red Tower. Z biegiem lat na popularności zyskiwała dzielnica Widzew, z takimi budynkami jak Forum 76, i Symetris Business Park (do których wkrótce dołączy Imagine i Monopolis),  a w ostatnich latach również Nowe Centrum Łodzi (NCŁ), gdzie powstały takie projekty jak Nowa Fabryczna, Przystanek mBank i Brama Miasta.

Cechą wyróżniającą Łódź na tle innych rynków biurowych jest m.in. duża ilość postindustrialnej powierzchni. Na koniec pierwszej połowy 2019 roku ok. 20% zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście znajdowało się w zaadaptowanych na potrzeby biznesowe fabrykach i kamienicach.

Zgodnie z danymi Savills na koniec pierwszej połowy 2019 r. w budowie znajdowało się 96 000 m kw. W latach 2020-2022 deweloperzy planują dostarczyć na rynek ok. 210 000 m kw. nowej powierzchni biurowej, wśród której znajdują się takie projekty jak: Targowa 2 (HB Reavis; 30 000 m kw.), Textorial Park II (St. Paul’s Development; 26 000 m kw.), P22 (Ghelamco i Budomal; 26 000 m kw.), Fuzja (Echo Investment; 20 000 m kw. I faza) oraz pierwsza faza Nowego Soho (Ghelamco; 15 200 m kw.).

Dariusz Karwański, dyrektor w dziale powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills
Dariusz Karwański, dyrektor w dziale powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills

„Deweloperzy dostrzegli w Łodzi potencjał. Do 2022 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście mogą wzrosnąć do ponad 700 000 m kw. Nigdy wcześniej w perspektywie trzyletniej nie prognozowano tu tak wysokiego poziomu nowej podaży. Wzrost dostępności wysokiej jakości przestrzeni biurowej może pomóc w przyciągnięciu do Łodzi nowych firm” – mówi Dariusz Karwański, dyrektor w dziale powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills.

Popyt na powierzchnię biurową w Łodzi rośnie. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku wynajęto 32 200 m kw., 13% więcej niż przed rokiem. Tym samym ustanowiono nowy rekord najwyższego popytu odnotowanego w pierwszej połowie roku w historii łódzkiego rynku. Do największych transakcji najmu zawartych od stycznia do czerwca 2019 roku należą: przednajem firmy New Work w budynku Hi Piotrkowska (5000 m kw.), dwie umowy Nordea Operations Centre: nowa umowa w budynku Red Tower (3300 m kw.) oraz przednajem w budynku Cross Point C (3300 m kw.) oraz renegocjacja umowy firmy Flint Group w budynku Łódź 1 (2600 m kw.).

Z analiz Savills wynika, że firmy wynajmujące w ostatnich latach biura w Łodzi najczęściej reprezentowały sektor IT. Biorąc pod uwagę jedynie ostatnie sześć miesięcy najbardziej aktywny był jednak sektor finansowy oraz nowy rodzaj najemców – operatorzy powierzchni elastycznych, którzy oferują następnie swoim klientom mniejsze moduły biurowe w formie coworkingu lub biur serwisowanych. W perspektywie najbliższych lat kluczowe znaczenie dla Łodzi będzie miał prognozowany rozwój sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

Jak podaje firma doradcza Savills w raporcie „Rynek biurowy w Łodzi” od 2015 do 2018 roku stopa pustostanów w Łodzi pozostawała niska, utrzymując się poniżej 10%. Jednak na koniec czerwca 2019 roku odnotowano wzrost wskaźnika do 12,1% spowodowany głównie przez wysoką dostępność wolnej powierzchni w projektach oddanych do użytkowania w pierwszej połowie 2019 r.

Łódź oferuje konkurencyjny koszt wynajmu nowoczesnej powierzchni biurowej w porównaniu np. do najbardziej popularnych lokalizacji w Warszawie. Czynsze bazowe w najlepszych budynkach biurowych w Łodzi na koniec czerwca 2019 roku wynosiły od 12,00 euro/m kw./miesiąc do 13,50 euro/m kw./miesiąc, gdy w stolicy dochodzą nawet do 25,50 euro/m kw./miesiąc. W przypadku powierzchni poprzemysłowych czy kamienic zaadaptowanych na cele biurowe czynsze w Łodzi są zazwyczaj niższe i wahają się w przedziale od 8,00 euro/m kw./miesiąc do 10,00 euro/m kw./miesiąc.

„Rosnący wskaźnik pustostanów w połączeniu z dużą liczbą nowych projektów biurowych planowanych przez deweloperów rodzi pytanie o zasadność tak szybkiego rozwoju rynku biurowego w Łodzi, jaki aktualnie obserwujemy. Deweloperzy zdecydowali się skorzystać z dostępności atrakcyjnych gruntów w mieście, skuszeni niewątpliwym potencjałem, jaki oferuje Łódź. Dzięki większej liczbie nowych projektów dostępnych w mieście popyt na powierzchnie generowany będzie nie tylko przez debiuty nowych firm oraz ekspansję tych, które są już obecne na tym rynku, ale również przez najemców, którzy nie posiadają w tej chwili biura w budynku klasy A i chcieliby się przenieść do nowoczesnych obiektów” – dodaje Dariusz Karwański z firmy doradczej Savills.

„Ogromną przewagą Łodzi nad innymi regionalnymi rynkami biurowymi jest bliskość stolicy. Strategiczne położenie Łodzi sprawiło, że stała się ona logistycznym centrum Europy. Rozwój rynku magazynowego w regionie Polski Centralnej będzie również stymulował popyt na powierzchnie biurowe w obrębie samego miasta. To również od lat jeden z największych w Polsce ośrodków nowoczesnych usług dla biznesu. Moim zdaniem Łódź jest skazana na sukces” – podsumowuje Adam Pustelnik, dyrektor ds. rozwoju biznesu, Savills.

Wzrost ataków w Polsce

W Polsce nastąpił gwałtowny wzrost ataków hakerskich. Obecnie nasz kraj zajmuje 19. miejsce w rankingu bezpieczeństwa sieciowego – wyprzedzają nas m.in. Słowenia, Cypr i Malta. W sierpniu hakerzy rozpoczęli zakrojoną na szeroką skalę kampanię przeciw urządzeniom IoT, zagrażając zarówno firmom jak i użytkownikom indywidualnym – takie wnioski płyną z danych firmy Check Point Software Technologies, dotyczących bieżących zagrożeń w cyberprzestrzeni.

 

Zespół badawczy Check Pointa ostrzega organizacje przed nowym wariantem Mirai IoT Botnet – Echobotem, który przeprowadził szeroko zakrojone ataki na szereg urządzeń IoT. Po raz pierwszy zaobserwowany w maju 2019 roku, Echobot wykorzystał już ponad 50 różnych podatności, powodując gwałtowny wzrost wykorzystania „Command Injection Over HTTP”, co przełożyło się na ataki na 34% organizacji na całym świecie.

W sierpniu ponownie uaktywniła się również szkodliwa infrastruktura botnetu Emotet, po tym jak dwa miesiące temu zamknął on swoje usługi. Emotet był największym botnetem działającym w pierwszej połowie 2019 roku.  Mimo, że jak dotąd nie zaobserwowano większych kampanii, prawdopodobnie zostanie on wkrótce wykorzystany do rozpoczęcia kampanii spamowych.

Echobot po raz pierwszy zauważony został w połowie maja jako nowy wariant osławionej sieci Mirai IoT Botnet. Należy zwrócić uwagę na gwałtowny wzrost eksploatacji narzędzia, które obecnie jest ukierunkowane na ponad 50 różnych podatności. Echobot ma wpływ na 34% firm na całym świecie, co pokazuje, jak ważne jest dla organizacji, aby zapewnić wszystkie poprawki i aktualizacje dla sieci, oprogramowania i urządzeń IoT – powiedziała Maya Horowitz, dyrektor ds. wywiadu i zagrożeń w firmie Check Point.

Jak informuje Check Point, najbezpieczniejszymi krajami w sierpniu były Dania, Luksemburg i Finlandia. Polska została sklasyfikowana na 19 miejscu w Europie i odnotowała znaczący wzrost aktywności cyberprzestępców. Zostaliśmy wyprzedzeni m.in. przez Słowenię, Cypr oraz Maltę. Za naszymi plecami znalazły się Francja, Węgry czy Serbia. Zdecydowanie najgroźniejszą ponownie okazała się sieć macedońska.

Top 3 najpopularniejszego malware:

W tym miesiącu XMRig utrzymuje pozycję lidera na szczycie listy złośliwego oprogramowania, na drugim miejscu znalazł się Jsecoin, z globalnym wpływem na poziomie 7%. Dorkbot zajmuje trzecie miejsce, wpływając na 6% organizacji na całym świecie.

  1. ↔ XMRig – cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary. Wykryte po raz pierwszy w maju 2017 roku.
  2.    ↔ Jsecoin – cryptominer JavaScript, który może być osadzony na stronach internetowych. JSEcoin może uruchomić koparkę bezpośrednio w przeglądarce.
  3.    ↔ Dorkbot – Oparty na IRC robak umożliwiający zdalne wykonywanie kodu przez operatora oraz pobieranie dodatkowego złośliwego oprogramowania do zainfekowanego systemu. Jest to bankowy trojan, którego głównym zadaniem jest kradzież poufnych informacji i przeprowadzanie ataków typu denial-of-service

Sierpniowe Top 3 mobilnych szkodników:

W sierpniu najbardziej powszechnym typem mobilnego malware był Lotoor, za którego plecami uplasował się Lotoor oraz AndroidBauts.

  1. Lotoor – narzędzie hakerskie, które wykorzystuje luki w systemie operacyjnym Android, aby uzyskać uprawnienia roota.
  2. AndroidBauts – adware skierowany na użytkowników systemu Android, który eksfiltruje informacje o IMEI, IMSI, GPS Location i innych urządzeniach oraz umożliwia instalację aplikacji i skrótów firm trzecich na urządzeniach mobilnych.
  3. Triada – modułowy backdoor na systemy Android, który przyznaje uprawnienia administratora pobranemu szkodliwemu oprogramowaniu, pomagając wbudować go w procesy systemowe. Zaobserwowano również, że Triada fałszuje adresy URL otwarte w przeglądarce.

Najczęściej wykorzystywane podatności:

W tym miesiącu pierwsze miejsce na szczycie listy wykorzystywanych luk należy do SQL Injection oraz OpenSSL TLS DTLS Heartbeat Information Disclosure, które mają wpływ na 39% organizacji na całym świecie. Za nimi znalazło się MVPower DVR Remote Code Execution z globalnym wpływem 38% organizacji na całym świecie.

Mniejsze miejscowości na celowniku inwestorów nieruchomości magazynowo-przemysłowych

Na polskim rynku nowoczesnych powierzchni magazynowo-przemysłowych powinno szybko rosnąć znaczenie nowych lokalizacji – wynika z raportu „Small town, big deal”, przygotowanego przez firmę JLL we współpracy z Hillwood Polska i ManpowerGroup. Tzw. Wielka Piątka nadal pozostaje motorem wzrostu i przyciąga najwięcej inwestycji, ale miasta takie jak m.in. Konin, Kielce czy Częstochowa to wschodzące gwiazdy polskiego rynku magazynowego.

Każdą z wytypowanych lokalizacji eksperci ocenili według pięciu głównych kryteriów tematycznych: dostępności transportowej, rynku pracy, warunków finansowych, kompetencji regionalnych oraz dojrzałości rynku nieruchomości. Każdemu z nich nadano wagę odzwierciedlającą istotność dla teoretycznego – uniwersalnego rodzaju najemcy. Eksperci JLL za najbardziej istotne uznali dostępność transportową oraz rynek pracy, które łącznie odpowiadały za 60% całkowitej oceny lokalizacji.

W analizie, która objęła 34 ośrodki z miastami powyżej 100 tys. mieszkańców wraz z otaczającymi je powiatami, najlepiej ocenione zostały cztery lokalizacje z Wielkiej Piątki: Centralna Polska, Warszawa, Poznań i Górny Śląsk. Najwyższą ocenę łączną na poziomie 79% otrzymał Stryków. Wysokie oceny uzyskały też mniej oczywiste lokalizacje: Konin i Kraków (po 68%), Kielce (67%), Okręg Legnicko-Głogowski (66%) oraz Zielona Góra, Częstochowa i Bydgoszcz (po 65%). W pierwszej dziesiątce najbardziej atrakcyjnych nowych lokalizacji znalazły się także: Włocławek, Tarnów i Rzeszów (po 64%). W czołówce rankingu zabrakło Wrocławia, na którego finalnej ocenie zaważyła niska nota za lokalny rynek pracy.

Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce
Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce

Pod względem wielkości rynku magazynowego zajmujemy obecnie siódme miejsce w Unii Europejskiej. Pomimo wyzwań rekrutacyjnych czy rosnących kosztów budowy, sektor rozwija się dynamicznie, a wraz z rozwojem infrastruktury drogowej pojawiają się nowe możliwości ekspansji w lokalizacjach dotychczas leżących poza zainteresowaniem uczestników rynku. Nasza analiza kluczowych kryteriów wyboru lokalizacji przez firmy produkcyjne i logistyczne pokazała, że – poza pięcioma głównymi rynkami regionalnymi – najwięcej atutów posiadają m.in. Konin czy Kielce. Potencjał dotyczy nie tylko relatywnie dużych miast, ale także doskonale zlokalizowanych mniejszych miejscowości, takich jak np. Kutno czy Częstochowa. – Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce.

Różnica pomiędzy pierwszym a ostatnim miejscem w rankingu nie jest duża, a wszystkie przeanalizowane w raporcie lokalizacje wschodzące posiadają zestaw cech, który pozwala przypuszczać, że międzynarodowi inwestorzy będą w nich budować nowe obiekty, a lokalne firmy będą skłonne korzystać z nowo powstałych magazynów. Oto 10 najlepiej ocenionych nowych lokalizacji:
deweloperów nieruchomości logistyczno-magazynowych

Do gry wchodzą mniejsi

Raport „Small town, big deal” potwierdza, że filarami polskiego rynku magazynowego pozostają regiony tworzące Wielką Piątkę. Jednak ich udział, zarówno w popycie, jak i w podaży, systematycznie spada – z 90% w 2013 r. do 74% w 2018 r. w przypadku powierzchni będącej przedmiotem najmu oraz z 92% do 83% jeśli chodzi o istniejące zasoby powierzchni magazynowej.

Hubert Michalak, Prezes Zarządu Hillwood Polska
Hubert Michalak, Prezes Zarządu Hillwood Polska

Rosnący udział mniejszych polskich miast w rynku powierzchni magazynowo-produkcyjnych to efekt rozbudowy infrastruktury transportowej, która z kolei ułatwia realizację inwestycji na dużą skalę. Wielka Piątka utrzyma swoją dominującą pozycję, ale wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach hale magazynowe zaczną wyrastać częściej niż dotąd w mniejszych lokalizacjach. Dzięki spadkowi bezrobocia, szczególnie w największych miastach, mniejsze ośrodki zdobywają ważny atut w postaci wykwalifikowanych rezerw kadrowych. Nie bez znaczenia jest także koszt gruntów, który jest znacznie bardziej atrakcyjny niż w przypadku głównych aglomeracji. – Hubert Michalak, Prezes Zarządu Hillwood Polska

W wielu nowych lokalizacjach najemcami nowoczesnych powierzchni magazynowych i produkcyjnych stają się lokalne firmy, których dotychczasowe siedziby przestały spełniać wymagania jakościowe, techniczne czy lokalizacyjne. Można więc mówić o popycie organicznym, który dotychczas nie miał możliwości realizacji.

Rynek pracy jak zwykle kluczowy

Marek Wróbel, Dyrektor ds. Kluczowych Klientów, ManpowerGroup
Marek Wróbel, Dyrektor ds. Kluczowych Klientów, ManpowerGroup

Dynamiczny rozwój rynku powierzchni przemysłowych jest możliwy w niektórych mniejszych ośrodkach, które charakteryzują się przede wszystkim atrakcyjną i dostępną lokalizacją oraz wystarczającą liczbą potencjalnych pracowników.

Zasobność regionalnych rynków pracy – ten element przemawia obecnie na korzyść mniejszych, czy też do tej pory mniej popularnych lokalizacji. Dowodzi tego przede wszystkim stopa bezrobocia, która historycznie była najniższa w największych aglomeracjach, takich jak Warszawa, Poznań, Wrocław czy Trójmiasto. Natomiast najwyższa była w mniejszych miastach przemysłowych, w których w okresie transformacji doszło do procesów restrukturyzacji np. w Radomiu, Elblągu czy Włocławku. Zasoby ludzkie w tych ośrodkach charakteryzuje nie tylko duża liczebność, ale również wysokie kwalifikacje. Jednak z powodu braku miejsc pracy wiele osób opuściło swoje miejsce zamieszkania, do którego chętnie by wróciły, gdyby pojawiły się ciekawe oferty zatrudnienia. – Marek Wróbel, Dyrektor ds. Kluczowych Klientów, ManpowerGroup.

Według danych ManpowerGroup, które zostały wykorzystane do oceny, rekrutacja 100-osobowej załogi zakładu produkcyjnego będzie najkrótsza w Białymstoku i potrwa ok. 40 dni. 50 dni zajmie w Bielsku-Białej, Bydgoszczy, Częstochowie, Elblągu, Gorzowie, Kaliszu, ale także w Krakowie czy wschodnich okolicach Łodzi. Najdłużej, bo aż 90 dni, potrwa rekrutacja we Wrocławiu oraz Warszawie i jej okolicach.

Znaleźć równowagę

Na decyzję lokalizacyjną, zarówno obiektu produkcyjnego jak i stricte logistycznego, składa się szereg czynników. Niektóre z nich wynikają z natury prowadzonej działalności, kryteriów geograficznych, a niektóre z prostego rachunku ekonomicznego, w którym jednym z kluczowych elementów są koszty wynajmu. Wynikają one w pierwszej kolejności z lokalizacji oraz typu powierzchni i kształtują się w oparciu o aktualne trendy popytu i podaży, ceny gruntów oraz koszty budowy. Czynniki te wykazują także zróżnicowanie regionalne. Nie bez znaczenia jest także dojrzałość danego rynku lokalnego przekładająca się na większy wybór dla najemców. Dodatkowymi atutami danego rynku będą zachęty inwestycyjne, lub ogólniej – klimat inwestycyjny panujący w danym regionie. Warto jednak zauważyć, że spośród wszystkich pozycji składających się na ogólny koszt łańcucha dostaw, koszty transportu stanowią średnio ok. 50%. Tym większe znaczenie dla wyniku operacyjnego przedsiębiorstwa ma wybór optymalnej lokalizacji centrum dystrybucyjnego lub zakładu produkcyjnego. Według autorów raportu, wraz z rozwojem polskiej gospodarki, popyt na nowoczesne powierzchnie przemysłowe będzie generowany także w mniejszych ośrodkach. W raporcie wskazano silne strony każdej z lokalizacji, aby stworzyć narzędzie do ich oceny przez potencjalnych inwestorów.

Aby podjąć racjonalną decyzję lokalizacyjną, należy przeanalizować które z badanych w niniejszej publikacji kryteriów mają największe znaczenie dla działalności firmy. Znalezienie odpowiedniej równowagi pomiędzy kosztami transportu, dostępnością pracowników, a kosztami najmu jest więc kluczowe. Przy pewnej dozie elastyczności, skorzystanie z możliwości oferowanych przez mniejsze ośrodki może okazać się atrakcyjną alternatywą dla najbardziej popularnych obecnie rynków Wielkiej Piątki. – Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL

Dotacje unijne. Dowiedz się jak uzyskać pieniądze z UE na firmę!

Masz pomysł na biznes i chciałbyś założyć własną firmę? W takim przypadku warto zainteresować się dotacjami unijnymi na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Obecnie bardzo wiele osób nie może znaleźć pracy lub rezygnuje z możliwości zatrudnienia na etacie, by rozpocząć własne przedsięwzięcie. Często jednak problemem jest brak wystarczających środków finansowych na start. Z tego powodu warto zainteresować się dotacjami z Funduszy Unijnych, które stanowią jednorazową, bezzwrotną formę pomocy dla początkującego przedsiębiorcy.

Czym są dotacje unijne?

Unia Europejska dysponuje własnym budżetem, w ramach którego wydzielone są Fundusze Unijne – środki finansowe przeznaczone na wsparcie gospodarek państw członkowskich. Służą one między innymi wyrównywaniu różnic między poszczególnymi regionami, promowaniu innowacji i przedsiębiorczości i walce z bezrobociem. Najpopularniejszymi formami wsparcia z Funduszy Unijnych są dotacje dla przedsiębiorstw –  w tym na założenie i rozwój działalności gospodarczej.

Obecnie jest to jedna z popularniejszych form zewnętrznego finansowania działalności dla początkujących przedsiębiorców. Są one bezzwrotne – oznacza to, że nie musisz oddawać otrzymanych pieniędzy, jak ma to miejsce w przypadku kredytów i pożyczek. Jeżeli jednak nie wywiążesz się z warunków umowy, będziesz musiał oddać całą kwotę.

Choć wiedza o dotacjach unijnych staje się coraz większa i na co dzień często możemy obserwować rezultaty poszczególnych programów, uzyskanie wsparcia finansowego nie jest wcale takie proste – choć nie niemożliwe. Podstawą sukcesu będzie dobry pomysł, spełnienie szczegółowych warunków projektu i dobrze przygotowany biznesplan.

Kto może starać się o dotacje unijne na założenie i rozwój działalności gospodarczej?

W ramach Funduszy Unijnych przewidziane są różnego rodzaju dotacje dla przedsiębiorców. Bardzo popularną formą wsparcia jest dotacja z Urzędu Pracy dla osób, które dopiero pragną założyć działalność gospodarczą. Środki z tej puli kierowane są dla dwóch grup:

  • osób poniżej trzydziestego roku życia, które nie pracują i nie uczą się;
  • osób powyżej trzydziestego roku życia, które nie pracują.

W przypadku dotacji przeznaczonych dla osób powyżej trzydziestego roku życia szczegółowe warunki mogą różnić się w zależności od programów realizowanych w poszczególnych województwach. Wiele z nich ma za zadanie wspierać osoby o szczególnych potrzebach na rynku pracy: kobiety, osoby po 45. roku życia, niepełnosprawnych, długotrwale bezrobotnych czy o niskim wykształceniu.

Przedsiębiorcy, którzy już prowadzą działalność, mogą starać się o wsparcie na jej rozwój. Dotacje bardzo często adresowane są do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, a także firm wdrażających innowacje czy prowadzących badania.

Znajdź odpowiedni konkurs

Zanim zdecydujemy się na złożenie wniosku, należy dobrze przemyśleć swój pomysł na biznes. Pamiętajmy o tym, że to jest przedsięwzięcie, którym będziesz zajmować się przez najbliższe lata – dlatego też wymaga Twojego pełnego zaangażowania i starannej kalkulacji kosztów. Nigdy nie wypełniajmy wniosku tylko dlatego, że dana dotacja jest akurat dostępna. Gdy posiadasz już pomysł na biznes i wiesz dokładnie, czym chciałbyś się zajmować, należy poszukać odpowiedniego konkursu. Zorientuj się, jakie projekty realizowane są aktualnie w Twoim regionie. W tym celu warto skorzystać ze specjalnej wyszukiwarki dotacji, dostępnej na stronie: http://www.funduszeeuropejskie.gov.pl/. Informacje i opis warunków najważniejszych konkursów znajdziesz też w zestawieniu dotacji unijnych dla mikro i małych firm na blogu zaradnyfinansowo.pl. Innym dobrym źródłem informacji może być Urząd Pracy, gdzie możemy znaleźć również inne formy wsparcia.

Dobry biznesplan podstawą sukcesu przedsięwzięcia

Do wniosku o dotację zawsze należy dołączyć biznesplan. To właśnie on oceniany jest przede wszystkim przez Komisję Oceny Wniosków. To dokument, który zawiera opis przedsięwzięcia i ocenę jego opłacalności. Choć biznesplan przygotowuje się często do celów zewnętrznych – na przykład, gdy staramy się o kredyt lub właśnie dotację, rzetelny stanowi ważny drogowskaz dla przedsiębiorcy. Powinniśmy w nim opisać wizję firmy, przedstawić jej nazwę i logo, strukturę organizacyjną oraz zaprezentować przedmiot działalności (produkt, usługę).  Bardzo ważną częścią każdego biznesplanu jest plan marketingowy i analiza rynku. W razie wątpliwości, czy biznesplan został dobrze napisany, możesz skonsultować się w tej kwestii z doradcą.

Wkład własny i zabezpieczenie zwrotu dotacji z Unii

Ubiegając się o dotacje unijne, należy mieć świadomość, że nigdy nie pokrywają one kosztów przedsięwzięcia w całości. Zawsze należy dysponować wkładem własnym. Unia Europejska w ten sposób chce uniknąć finansowania projektów, które są organizowane wyłącznie ze względu na dotację. Jeżeli więc chcesz starać się o dotację, musisz już dysponować pewnymi środkami finansowymi. Poziom wymaganego wkładu własnego jest różny w zależności od poszczególnych projektów. Co jednak ważne, nie muszą być to środki na Twoim koncie – wkład może pochodzić na przykład z kredytu. Nie można jednak łączyć ze sobą różnych dotacji.

Bardzo ważną kwestią jest również zabezpieczenie zwrotu dotacji. Jeżeli nie wywiążesz się z warunków umowy, wszystkie środki będziesz musiał oddać, dlatego też konieczne jest pewne zabezpieczenie. Może mieć ono różną formę, na przykład:

  • poręczenia;
  • weksla z poręczeniem;
  • zastawu;
  • gwarancji bankowej;
  • hipoteki.

Kryteria oceniania wniosku o dotację z UE

Podczas oceny wniosku brane są pod uwagę różnego rodzaju kryteria. Na początku dokładnie sprawdzane są wszelkie informacje o beneficjencie oraz przeprowadzana jest ocena formalna wniosku, podczas której weryfikowane jest na przykład, czy wniosek został złożony w terminie, zawiera wszystkie wymagane załączniki, czy spełnia warunki projektu. Kolejnym etapem jest ocena merytoryczna (doświadczenie, koszty inwestycji, analiza rynkowa i konkurencja). Jeżeli twój wniosek ma szansę na realizację, zostaniesz zaproszony na rozmowę o projekcie, która także jest oceniana. Po otrzymaniu pozytywnej informacji możesz podpisywać umowę i zakładać działalność gospodarczą.

Rynek ubezpieczeń zdrowotnych po II kw. 2019 r.

Ponad 430 mln zł wydaliśmy w I półroczu 2019 r. na prywatne ubezpieczenia zdrowotne. To o 12 proc. więcej niż rok wcześniej.

Z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych korzystało na koniec czerwca br. ponad 2,7 mln osób, czyli 20 proc. więcej niż przed rokiem. Polacy wskazują ochronę zdrowia jako priorytet, stąd rosnąca chęć do ubezpieczeń. Ponadto świadczenia w prywatnej opiece zdrowotnej (kupowane poza ubezpieczeniami, z własnej kieszeni) stają się coraz droższe. Jak wynika z danych GUS, usługi medyczne były w lipcu br. droższe niż rok wcześniej o 5,6 proc., a kolejki do specjalistów wciąż się wydłużają.

Rośnie także liczba osób objętych ubezpieczeniem grupowym. Pracodawcy chcą zapewnić swoim pracownikom szerszy dostęp do świadczeń medycznych. Podyktowane jest to z jednej strony kwestiami medycznymi, z drugiej strony walką o pracownika. Z raportu „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników w 2019 roku” firmy Sedlak&Sedlak wynika, że dodatkowy pakiet opieki medycznej był najpowszechniejszym świadczeniem dodatkowym pożądanym przez pracowników – wyjaśnia Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Popularność ubezpieczeń zdrowotnych to również odpowiedź na strach przed zachorowaniem. Jest to ryzyko, którego najbardziej obawiają się mieszkańcy wszystkich krajów OECD. W badaniu „Risks That Matter”, przeprowadzonym w 21 krajach OECD w 2018 r., aż 54 proc. respondentów zadeklarowało, że najbardziej boi się choroby lub niepełnosprawności.

CBRE: Inwestorzy dywersyfikują portfel i wchodzą na rynek alternatywny

Inwestorzy coraz chętniej lokują środki w sektory alternatywne – wynika z raportu CBRE “Global Investor Intensions Survey 2019”. Trend dotarł również do Polski, gdzie liderzy rynku dywersyfikację aktywów i inwestycje w alternatywne sektory traktują priorytetowo. W związku z tym CBRE, doradca na rynku nieruchomości komercyjnych, rozszerza swoje struktury o nowe departamenty, obejmujące sektory alternatywne. Dział Rynków Kapitałowych, pod kierownictwem Seana Doyle’a, obejmuje teraz kompetencje: doradztwo inwestycyjne w nieruchomości komercyjne, doradztwo dla sektora hotelowego, a także dwóch nowych: Sektor Alternatywny i Grunty Inwestycyjne (Alternatives & Land) pod kierownictwem Marcina Jańskiego i Finansowanie Inwestycji (Debt & Structured Finance) pod kierownictwem Adama Łuciuka.

Rynek nieruchomości w Polsce, pomimo spowolnienia odczuwalnego na innych rynkach, nadal silnie się rozwija. Zainteresowanie inwestorów nie słabnie, ale widać, że mają oni większą skłonność do minimalizowania ryzyka i dywersyfikacji zasobów. Stąd zwiększone zainteresowanie sektorami alternatywnymi. Z raportu „Global Investor Intensions Survey 2019” wynika, że inwestorzy w regionie EMEA aktywnie lokują kapitał m.in. w sektor mieszkaniowy, mieszkania studenckie czy domy seniora.

Zmiany organizacyjne w strukturze naszej firmy to pochodna trendów, które dostrzegamy na rynku. W ostatnich latach rozwinęliśmy doradztwo w sektorze mieszkaniowym, czy inwestycjach hotelowych, bo widzieliśmy zarówno globalne, jak i lokalne trendy wzrostowe w tych obszarach. Chcemy oferować naszym klientom jak najbardziej kompleksową ofertę. Już teraz mogą u nas liczyć na doradztwo inwestycyjne nie tylko na rynku mieszkaniowym, ale też w zakresie zakwaterowania dla studentów czy seniorów – mówi Sean Doyle, dyrektor Działu ds. Rynków Kapitałowych CBRE.

Zespół Działu Rynków Kapitałowych CBRE świadczy w pełni zintegrowane usługi, na które składają się doradztwo, pośrednictwo w kupnie i sprzedaży nieruchomości komercyjnych, fuzje i przejęcia oraz organizacja finansowania inwestycji. Wprowadzone zmiany w dziale mają na celu usprawnienie procesu obsługi klienta i zwiększenie wydajności.

Biorąc pod uwagę wczesny etap rozwoju inwestycji alternatywnych w Polsce, podjęliśmy decyzję o połączeniu działu Alternatywnego i Gruntów Inwestycyjnych, ze względu na możliwe synergie. Spodziewamy się, że w kolejnych latach, polski kapitał będzie lokowany w nieruchomości komercyjne o średniej kapitalizacji, a polscy inwestorzy będą szukali sposobów na dywersyfikację portfela, wychodząc poza inwestycje w nieruchomości mieszkaniowe. Ten rozwijający się segment rynku zostaje objęty właśnie przez sektor Alternatywny i Gruntów Inwestycyjnych. Natomiast dział Finansowania Inwestycji będzie odgrywał kluczową rolę w zapewnieniu naszym klientom jak najlepszej jakości doradztwa finansowego – mówi Sean Doyle, dyrektor Działu ds. Rynków Kapitałowych CBRE.

W celu zapewnienia płynności zmiany oraz ciągłego rozwoju usług, firma CBRE Polska wyznaczyła Adama Łuciuka na nowego szefa działu Finansowania Inwestycji Finance oraz Marcina Jańskiego na nowego szefa działu Alternatywnego i Gruntów Inwestycyjnych.

Adam Łuciuk dołączył do CBRE Polska po 15 latach spędzonych w sektorze bankowym. Adam Łuciuk specjalizował się w nieruchomościach komercyjnych i finansowaniu dla korporacji. Karierę zawodową rozpoczął w 2004 roku jako analityk ds. ryzyka korporacyjnego w Raiffeisen Bank. W 2007 roku dołączył do ING, gdzie pełnił szereg funkcji w dziale finansowania nieruchomości zarówno w Warszawie, jak i Holandii. Pracując w ING, Adam był odpowiedzialny za pozyskiwanie, inicjowanie i przeprowadzanie transakcji kredytowych dla wiodących inwestorów. Był także odpowiedzialny za zorganizowanie i strukturyzowanie transakcji finansowania konsorcjalnego z wieloma bankami działającymi w Polsce. Jest absolwentem Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Marcin Jański ma ponad 15-letnie doświadczenie w sektorze nieruchomości. Karierę rozpoczął w Arcadia Group, gdzie był odpowiedzialny za rozwój sieci detalicznej w Polsce i na Węgrzech. W 2004 roku dołączył do Cushman&Wakefild, gdzie zaczynał jako Lider Zespołu, odpowiedzialny za powstanie i rozwój dużego centrum handlowego oraz koordynację projekt rozwoju sieci bankowej poprzez znalezienie 40 lokali w całej Polsce. Został awansowany na stanowisko Associate w dziale inwestycyjnym, gdzie odpowiadał za inwestycje handlowe i biurowe. Od 2008 roku jest partnerem spółki Crownway Investments w Polsce, gdzie odpowiada zarówno za transakcje inwestycyjne oraz deweloperskie, w tym budowy biurowca Wrocław101.

Przybywa gapowiczów, już co szósta osoba nie kasuje biletu

Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego wyraźnie zwiększa się liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej. Niestety przybywa również jeżdżących za darmo i to wcale nie dlatego, że należą im się ulgi, po prostu nie kupują biletu. Z badania wykonanego na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że co szóstej osobie zdarza się jeździć „na gapę”, a w grupie do 24 roku życia nawet co czwartej. Efekt? Tłok jest nie tylko w komunikacji, ale też w rejestrze dłużników. Na liście BIG InfoMonitor znajduje się obecnie ponad 101 tys. „gapowiczów”, najwięcej z Mazowsza, Śląska i Pomorza. Łączny dług z tytułu kar za jazdę bez biletu przekracza 128 mln zł.

W wakacje pojeździli koleją, teraz przesiadają się na komunikację miejską. Jak informuje Michał Porada, Kierownik Działu Obsługi Pasażera MPK w Częstochowie, w częstochowskim MPK sezon na gapowiczów trwa od września do marca. Spryciarze, oszczędni, roztargnieni? Na pewno kosztowni dla firm transportowych i podatników, którzy składają się na utrzymanie komunikacji miejskiej. Nie wszędzie jednak oszczędności na biletach uchodzą pasażerom na sucho.

W Rejestrze Dłużników, zgłoszonych jest już 101 074 osób, które nie tylko nie kupiły biletu, ale również nie zapłaciły potem kary za jego brak. Łączne zaległości gapowiczów wpisanych do BIG InfoMonitor przez koleje i firmy transportu miejskiego wynoszą 128 044 879 zł. Choć kwota spora, z pewnością ukazuje jedynie fragment rzeczywistości. Bo skłonnych do ryzyka, aby zaoszczędzić na biletach nie brakuje.

Świadomie bez biletu jeżdżą głównie młodzi…

Jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie BIG InfoMonitor przez firmę Quality Watch, w którym respondenci odnieśli się do różnego rodzaju zachowań związanych z gospodarowaniem pieniędzmi, na stwierdzenie – „nigdy świadomie nie jeżdżę bez ważnego biletu” przecząco odpowiedziało aż 16 proc. ankietowanych, czyli co szósty.

Świadomie bez biletu

Jeszcze więcej osób na świadomą jazdę bez ważnego biletu zdecydowałoby się w grupie wiekowej do 24 lat, bo aż 26 proc. czyli co czwarty. Na pocieszenie w gronie 65-74 latków na tego typu zachowanie zdobyłoby się jedynie 6 proc. ankietowanych. W ujęciu geograficznym największą skłonność do ryzyka w pociągu, autobusie czy w tramwaju mają mieszkańcy województwa opolskiego – 21 proc. oraz lubelskiego i zachodniopomorskiego – po 20 proc. Najmniej amatorów jazdy na gapę mają natomiast województwa świętokrzyskie (10 proc.), podkarpackie (11 proc.) i warmińsko-mazurskie (12 proc.).

…ale typowy dłużnik gapowicz wcale nie ma 18 lat

Choć skłonność do korzystania z komunikacji bez biletu najczęściej deklarują młodzi, to jednak w Rejestrze BIG InfoMonitor najwięcej dłużników gapowiczów – 32 611, czyli jedna trzecia – ma między 35 a 44 lata. Wartość ich opłat karnych, zgłoszonych do BIG, dochodzi do 42 mln zł, z całej sumy wynoszącej 128 mln zł. Dlatego też profil statystycznego gapowicza to wbrew pozorom nie osoba, która niedawno odebrała dowód osobisty, lecz stateczny 40-latek i to koniecznie mężczyzna. Wśród gapowiczów czterech na pięciu obecnych w rejestrze to właśnie panowie.

dłużnik gapowicz

Najwyższe średnie zadłużenie za jazdę na gapę w województwie łódzkim

Gdyby przypisać gapowiczowi adres, to w pierwszej kolejności byłoby to Mazowsze, dalej Śląsk, a na trzecim miejscu Pomorze. Najwięcej nieuczciwych pasażerów widniejących w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, zamieszkuje właśnie woj. mazowieckie – 27,7 tys., śląskie – 18,5 tys. oraz pomorskie – 8,6 tys. osób. Regiony te dominują również pod względem kwot zaległości. Najmniej dłużników – gapowiczów pochodzi z województw: opolskiego, lubuskiego i podlaskiego. Najwyższe średnie zadłużenie na osobę widać natomiast w województwie łódzkim – 1 636 zł, podlaskim – 1 594 zł oraz kujawsko-pomorskim – 1 524 zł.

zadłużenie za jazdę na gapę w województwie

Przymykać oko, czy być czujnym?

Coraz więcej firm zajmujących się przewozem osób już wie jak sobie skutecznie radzić z dłużnikami. M.in. w częstochowskie MPK, wysyła swoim dłużnikom wezwania do zapłaty jeśli dług wynosi co najmniej 200 zł, a termin wymagalności przekracza 30 dni. Wezwania informują o możliwości wpisu do BIG i gdy to nie zadziała, MPK zgłasza uporczywie niepłacących kar do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Jest ich obecnie 5754, a ich łączny dług wynosi ponad 4,5 mln zł. Średnia wartość zadłużenia mieszkańca Częstochowy wynikająca z braku opłaty karnej za przejazd bez biletu to 853 zł. – Mobilizujemy w ten sposób miejskich dłużników. Obecnie mamy około 8100 dłużników-gapowiczów i 40 500 nieopłaconych kar za jazdę bez ważnego biletu, czyli przeciętnie po pięć na osobę. Miesięcznie średnio przybywa około 1000 nowych spraw. Największy ruch notujemy od września do następnego roku do marca – wskazuje Michał Porada, Kierownik Działu Obsługi Pasażera MPK w Częstochowie.

Jak daleko dojeżdżają gapowicze?

Praktyka pokazuje, część osób ignoruje wpis o długu do momentu, gdy przeszkodzi im to np. w zaciągnięciu kredytu, zakupie abonamentu telekomunikacyjnego, czy podpisaniu umowy na telewizje kablową.

– W zależności od miesiąca wysyłamy dłużnikom od 200 do 500 wezwań do zapłaty. Część z tych osób ostatecznie trafia do Rejestru Dłużników. Metoda się sprawdza, bo obserwujemy, że osoby, którym np. banki odmówiły udzielenia kredytu są skłonne spłacić zadłużenie – zaznacza Michał Porada.

– Taki wpis może nieprzyjemnie zaskoczyć, bardziej niż sam kontroler biletów. Z powodu obecności w rejestrze można nie otrzymać kredytu w banku, pożyczki w firmie pożyczkowej, usłyszeć odmowę rozłożenia opłaty za zakupy na raty, nie podpisać umowy na telefon, internet czy telewizję, bo firmy przed podpisaniem umowy sprawdzają wcześniej wiarygodność potencjalnego klienta – podkreśla Łukasz Rączkowski ekspert Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. – Już sama groźba dopisania informacji o długu do rejestru, do którego tak często zaglądają banki i inne przedsiębiorstwa powoduje, że 67 proc. dłużników dokonuje płatności do 30 dni po otrzymaniu wezwania. Z kolei w przypadku zobowiązań dłużników wpisanych już do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, nawet 26 proc. reguluje dług w ciągu pierwszych czterech miesięcy. Po całkowitej spłacie zadłużenia informacja o długu jest usuwana i nie pozostaje po niej w rejestrze żaden ślad, co dodatkowo motywuje dłużnika. Poza tym cały proces trwa znacznie krócej niż skierowanie sprawy do sądu czy windykacji, o czym coraz częściej przekonują się zarządcy transportu miejskiego i kolejowego – dodaje.

Rynek ubezpieczeń zdrowotnych po I półroczu 2019

Według opublikowanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń danych liczba osób objętych ochroną oferowaną przez dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne na koniec I półrocza 2019 roku wynosiła ponad 2,7 mln. To o 20% więcej niż rok wcześniej. Wydaliśmy na nie w tym roku łącznie 430 mln zł.

Jak pokazują publikowane cyklicznie przez PIU wyniki, polisy te cieszą się nieustannie rosnącą popularnością. Uważam, że drzemiący w nich potencjał cały czas nie jest jednak w pełni wykorzystywany, zwłaszcza w obszarze ubezpieczeń grupowych. Firmy cały czas traktuję je przede wszystkim jako benefit, a zapominają, jak znaczącym wsparciem mogą być w zakresie medycyny pracy. Owszem, w polisach uwzględniane są tego typu świadczenia, jednak pracodawcy traktują je jedynie jako jeden z ich elementów, a nie najważniejszą część.

Uważam, że takie podejście nie jest właściwe. Dobrze skonstruowana ochrona w ramach medycyny pracy, wsparta grupowym ubezpieczeniem zdrowotnym, może mieć wymierny wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Przyczynia się nie tylko do zminimalizowania absencji chorobowej, ale też wspiera przeciwdziałanie chorobom zawodowym. Dlatego wybierając wariant polisy, pracodawcy powinni zmienić swoje nastawienie i przeanalizować, jakie świadczenia są najbardziej pożądane z perspektywy funkcjonowania firmy, a nie tylko zadowolenia pracownika. Żeby ubezpieczenie spełniło swój cel, musi być odpowiednio dopasowane do charakteru pracy wykonywanej przez zatrudnionych i ich struktury demograficznej. Najlepszym rozwiązaniem pozwalającym to osiągnąć jest uzupełnienie usług medycznych, wiążących się z obowiązkowymi badaniami okresowymi, o odpowiednie pracownicze programy profilaktyczne, które także będą kwalifikowane jako medycyna pracy. Chciałabym również zaznaczyć, że taka konstrukcja ubezpieczenia może wpłynąć na ostateczny jego koszt, ponieważ usługi z zakresu medycyny pracy nie podlegają opodatkowaniu PIT i ZUS. Oczywiście zakres ubezpieczenia można też rozszerzyć o świadczenia ambulatoryjne pożądane przez pracowników.

Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Apart i condohotele w polskich miastach

Rynek apart i condohoteli w miastach wyraźnie zwalnia. Na przestrzeni ostatniego roku ogłoszono do realizacji lub rozpoczęto budowę 17 nowych inwestycji, na w sumie 2 952 jednostki condo. Wzrost rynku nieruchomości w systemie condo w dużych miastach wyniósł 36 proc. r/r, podczas gdy rok wcześniej stanowił 174 proc. Dobra wiadomość jest taka, ze rynek się profesjonalizuje.

Polski rynek nieruchomości condo rośnie dynamicznie od kilku lat. Ostatnie lata przyniosły prawdziwy wysyp tego typu inwestycji w kurortach i dużych miastach. Jednak dynamika ta wyraźnie słabnie. Jak wynika z najnowszego Raportu: Aparthotele i condohotele w dużych miastach w ciągu roku deweloperzy ogłosili do budowy lub już rozpoczęli realizację 17 nowych projektów. Podczas, gdy rok wcześniej tych nowych inwestycji było aż 29.

Nowe projekty aparthoteli mają dostarczyć na rynek w sumie 2 952 jednostki condo rozumiane jako pokoje hotelowe i apartamenty.

Nowe inwestycje wchodzą do realizacji i planów, ale aż 9 projektów planowanych jeszcze rok temu zostało wycofanych. Powodów rezygnacji z planów budowy jest kilka. Część deweloperów postanowiła na razie zawiesić plany, inni zdecydowali się w ogóle nie realizować inwestycji typu aparthotel, a jeszcze inny porzucili  plany, i planują sprzedaż gruntów. Dwie inwestycje w Gdańsku, wstępnie planowane do sprzedaży w formule condo, powstaną i to w ramach międzynarodowych sieci hotelowych, ale deweloper wybuduje je w całości i nie będzie sprzedawał lokali inwestorom indywidualnym. – Deweloperzy, którzy nie mieli przemyślanych planów i doświadczenia w branży hotelowej chyba dość szybko się zorientowali, iż hotele to biznes dużo bardziej złożony niż budowa mieszkań. Dodatkowo zwolniła dynamika sprzedaży. Kupujący lokale, mają tysiące ofert condo, także z kurortów, i innych form lokowania środków w nieruchomości – wyjaśnia Marlena Kosiura, analityk portalu InwestycjewKurortach.pl.

I jak podkreśla, powodem rezygnacji jest również fakt, iż polskim rynkiem hotelowym na poważnie zaczął się interesować duży, zagraniczny kapitał. – A to oznacza tylko jedno, może się okazać że deweloperom bardziej opłaci się wybudować hotel i sprzedać go w całości funduszowi, niż przez długi czas zajmować się sprzedażą pojedynczych pokoi – komentuje Kosiura.

Wielkość rynku – planowana i realna

Biorąc pod uwagę korektę związaną z wycofaniem projektów oraz dodając nowe, planowane aparthotele wielkość rynku w dużych miastach wynosi dziś 11 185 jednostek condo (na różnym etapie: oddane, w budowie, w planach). Oznacza to wzrost rok do roku o 36 proc. Podczas gdy w zeszłym roku dynamika rynku condo w miastach notowana była na poziomie 174 proc.

Największa część inwestycji typu aparthotel ulokowana jest w Warszawie – 43 proc. (w sumie 4 814 jednostek condo, rozumianych jako pokoje i apartamenty), drugą pozycję zajmuje Gdańsk – 21 proc. (2 392 jednostki), a trzecią Wrocław – 17 proc. rynku (1 920 jednostek). Nowością na mapie condo w miastach jest Poznań, gdzie planowane są 2 aparthotele.

Coraz bardziej profesjonalnie

Wyraźnie widać też profesjonalizację branży. Planując nowe obiekty deweloperzy sięgają po międzynarodowe marki hotelowe, lub sprawdzone firmy, które specjalizują się w obsłudze wynajmu krótkoterminowego. Coraz mocniej branża skręca w kierunku pobytów na długie okresy. – To model jest znany i z powodzeniem funkcjonujący od wielu lat na rynkach zagranicznych. Obiekty aparthotelowe spełniają wówczas zarówno potrzeby turystów, którzy zatrzymują się 1-2 noce, ale również gości np. biznesowych, którzy zostają na przedłużone pobyty i oczekują hotelowej jakości obsługi – wyjaśnia Krzysztof Wiśniewski, współzałożyciel WIK Capital. M.in. dlatego spółka projekty condohotelowe w Warszawie realizuje właśnie w formule tzw. extanded stay (przedłużony pobyt). Obie inwestycje powstają zresztą pod franczyzą międzynarodowych marek hotelowych. Jedna z nich – Staybridge Suites – będzie pierwszym hotelem tej marki w Polsce.

– Szansą, a dla wielu inwestycji condo jedynym rozwiązaniem umożliwiającym osiągniecie satysfakcjonującej rentowności tj. dla dewelopera wysokiej ceny sprzedaży metra, a dla nabywcy wysokich wpływów z najmu – jest powiązanie inwestycji z marką i siecią hotelową. Siły sprzedażowej systemów rezerwacyjnych największych sieci hotelowych nie da się porównać z niczym innym. Dlatego od dawna rekomendujemy inwestorom korzystanie z profesjonalnych rozwiązań i planowanie inwestycji od samego początku jako markowych obiektów hotelowo-apartamentowych – przyznaje Marcin Podobas, partner zarządzający w Fortech Consulting.

 

Dynamika branży aparthoteli w miastach jest ogromna. Będzie się jednak nadal bardzo zmieniać, bowiem w siłę rośnie segment mieszkań wynajmowanych krótkoterminowo przez platformy typu Booking i Airbnb. Z jednej strony ten rynek jest jeszcze w Polsce mały, patrząc na skalę innych krajów. Z drugiej jego problemem jest brak określenia skali zjawiska. – Brak odpowiednich regulacji i jasnych definicji nie pozwala sprawować choćby minimalnej kontroli. Przyznają to otwarcie nawet urzędnicy miejscy i przedstawiciele organów nadzoru budowalnego – informuje Dorota Kaczyńska, analityk rynkowy, firma VERA Insight.  Pozytywnym sygnałem jest jednak fakt, że rynek firm zarządzających najmem krótkoterminowym również się profesjonalizuje. Zarządcy podejmują działania, by minimalizować ewentualne sytuacje konfliktowe, m.in. poprzez wyjście
z obsługi indywidualnych lokali w budynkach mieszkalnych gdzie mieszkańcy niechętnie widzą turystów, i skupiają się na zarządzaniu całymi budynkami dedykowanymi wyłącznie pod najem turystyczny.

11 185 jednostek condo w dużych miastach – wielkość rynku (projekty w różnej fazie realizacji: oddane, w budowie, w planach), stan: wrzesień 2019 r.condohotele w miastach

Ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności – nowe przepisy

Zgodnie z podpisaną przez Prezydenta Ustawą o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności właściciele dużych sklepów są zobowiązani do zawarcia umowy dotyczącej nieodpłatnego przekazywania żywności, która nie nadaje się już do sprzedaży. Za każdy wyrzucony kilogram sprzedawcy będą musieli zapłacić 10 groszy.

Według szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego Polska znajduje się w niechlubnej czołówce pod względem marnowania żywności – jest na 5. miejscu w Unii Europejskiej. Do tej pory przepisy dotyczące przekazywania żywności obejmowały Francję, Włochy, Czechy i Belgię. A jak wskazuje Greenpeace, kraje unijne powinny dążyć do zmniejszenia ilości odpadów żywności o 30 proc. do 2025 roku i o 50 proc. do 2030 roku.

Marnowana  żywność

Z Raportu Federacji Polskich Banków Żywności – Nie marnuję jedzenia 2018 wynika, że do wyrzucania żywności przyznaje się 42 proc. społeczeństwa. Najczęściej wyrzucanymi produktami są:

  • pieczywo (49 proc.),
  • owoce (46 proc.),
  • wędliny (45 proc.),
  • warzywa (37 proc.).

Już od kilku lat główną przyczyną wyrzucania produktów spożywczych są przeoczenie terminu przydatności do spożycia (29 proc.) oraz zbyt duże zakupy (20 proc.).

Jak wynika z raportu Polskich Banków Żywności rocznie z powodu wyrzucanej na świecie żywności trafia do atmosfery 3,3 miliarda ton gazów cieplarnianych. Wprowadzając do atmosfery gazy cieplarniane, ogrzewamy atmosferę, co powoduje wzrost temperatury na Ziemi. Konsekwencjami mogą być susze czy powodzie, a zmian związanych z wyższą temperaturą doświadczyliśmy już chociażby podczas tego lata w całej Europie.

Zmiany w prawie

Zgodnie z nowymi regulacjami właściciele dużych sklepów są zobowiązani do zawarcia z organizacją pozarządową umowy, dotyczącej nieodpłatnego przekazywania żywności spełniającej wymogi prawa żywnościowego, a nieprzeznaczonej do sprzedaży. Do zawarcia umowy zobowiązane będą sklepy o powierzchni sprzedaży powyżej 250 m2, w których przychody ze sprzedaży żywności stanowią co najmniej 50 proc. przychodów ze sprzedaży wszystkich towarów.

Ustawa dotyczy produktów, które mają wady wyglądu albo uszkodzone opakowania oraz tych, którym kończy termin przydatności do spożycia, z wyjątkiem alkoholu. W umowie muszą być zawarte informacje m.in. o czasie i sposobie przekazania tych produktów, podziale kosztów odbioru i dystrybucji. Jednostkami, z którymi będzie można podjąć współpracę, są ośrodki pomocy społecznej, w tym pomocy rodzinom i osobom w trudnej sytuacji życiowej czy organizacje o charakterze działalności charytatywnej, polegającej w szczególności na przekazywaniu żywności osobom potrzebującym.

Sprzedawca żywności jest obowiązany do ponoszenia opłaty za marnowanie żywności. Stawka opłaty wynosi 0,1 zł za 1 kg marnowanej żywności. Zgodnie z nowymi przepisami, kto w ogóle nie zawrze z organizacją pozarządową umowy dotyczącej nieodpłatnego przekazywania żywności, podlega karze pieniężnej w wysokości 5000 zł.

Jak dbać o żywność

A jak w życiu codziennym zapobiec marnowaniu żywności? Przede wszystkim warto na zakupy wybierać się z listą produktów i zwracać uwagę na terminy przydatności do spożycia. Produkty w lodówce warto układać zgodnie z zasadą FIFO, czyli first in first out (pierwsze weszło – pierwsze wyszło). Jeśli w domu jest za dużo pieczywa, można część zamrozić. Z miękkich warzyw można ugotować zupę, a z owoców, które za chwilę mogą się popsuć, można zrobić koktajl czy lemoniadę. Warto rozsądnie planować posiłki i przygotowywać je z tego, co nam zostało. I jeśli mamy za dużo, zawsze możemy się podzielić.

Z kolei hurtownie i sklepy powinny zapewnić odpowiednie przechowywanie i transport produktów spożywczych. Priorytetem jest utrzymanie prawidłowych warunków zgodnie z normami GHP/GMP i HACCP. Istotne jest również dostosowanie odpowiedniej temperatury dla różnych produktów. Jeśli zgodnie z najnowszymi przepisami sklepy na podstawie umowy zawartej z organizacją, muszą ustalić zasady transportu żywności, powinny to zrobić w taki sposób, by produkty nie uległy zepsuciu. Rozwiązaniem może być system opracowany przez polskich konstruktorów firmy Blulog, który pozwala stale monitorować temperaturę i w razie potrzeby na bieżąco reagować.

Nasz system umożliwia automatyczny proces pomiaru. Temperatura znajduje się pod stałą i ścisłą kontrolą, pomiar odbywa się bezprzewodowo, w czasie rzeczywistym. Rejestratory mierzą ją z dokładnością +/- 0,2°C w zakresie od 0 do 30°C oraz +/-0,4°C w pozostałym przedziale. Zależnie od potrzeb, odczytu można dokonać za pomocą dowolnego telefonu z NFC lub dedykowanych czytników. Dane są także stale przechowywane w chmurze – mówi Jérémy Laurens, CEO firmy Blulog. Nowoczesne technologie są ważnym wsparciem branży spożywczej i gastronomicznej – pozwalają nie tylko podnosić jakość świadczonych usług, lecz także mogą skutecznie zapobiegać marnowaniu żywności. A warto dodać, że firmie Blulog oficjalnie przyznano prestiżowy certyfikat Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w kategorii E006: Urządzenia do monitorowania temperatury.

Managerowie z branży IT tworzą związek pracodawców SoDA

Polski rynek IT stał się swoistym polem bitwy i zaczyna przypominać scenariusz „Gry o Tron”. W toczących się bataliach wcale nie chodzi o klientów, bo tych raczej nie brakuje zarówno w Polsce, jak i za granicą. Kluczem do polskiego „żelaznego tronu” stali się pracownicy i to właśnie o nich walczą między sobą managerowie firm IT. Czy średnie i mniejsze software house’y mają szansę konkurować z dużymi graczami? Zamiast toczyć batalie, grupa firm doszła do prostego wniosku – w kooperacji siła! Z takiego założenia narodził się związek pracodawców SoDA – Software Development Association, którego członkowie wymieniają się wiedzą, doświadczeniem, a co ciekawsze – niejednokrotnie pracownikami i kontraktami.

  • 4,8% to dynamika wzrostu wartości rynku IT
  • 50 tys. pracowników w branży IT – tyle specjalistów brakuje obecnie w Polsce
  • Wzrost wynagrodzeń w granicach 7–12 % rok do roku

Powyższe dane wskazują, że obecny rok, jak i nadchodzące lata z pewnością będą rynkiem pracownika. W walce o niego zwyciężą nie najwięksi, a ci, którzy najlepiej odnajdą się w otaczającej rzeczywistości. Członkowie SoDA podczas cyklicznych spotkań zaczęli zadawać pytania, jak poradzić sobie z klęską urodzaju? Jak znaleźć pracowników oraz jak ich zatrzymać?

Klęska urodzaju

4,8% wzrost rynku usług IT rok do roku w zestawieniu z brakami kadrowymi dla przedsiębiorcy oznacza jedno – części projektów nie będzie on w stanie zrealizować. Z taką swoistą klęską urodzaju dość często spotykają się mniejsze firmy, które nie mają odpowiednich rezerw w zasobach ludzkich. Ciężko także oczekiwać od mniejszej firmy tego, że będzie miała ekspertów z pełnego spektrum zagadnień, jakie można spotkać przy realizacji złożonych projektów. W dodatku rekrutacja nowych pracowników jest kosztowna i długotrwała, a projekt nie może czekać. Z pomocą w takiej sytuacji może przyjść zaprzyjaźniona firma. – Możliwość korzystania z „ławeczki” specjalistów dostępnych w ramach SoDA okazała się dla nas dużą pomocą. Realizacja ciekawego i wartościowego międzynarodowego projektu byłaby niemożliwa bez „posiłków”, którymi wspomogli moją firmę członkowie SoDA – mówi Przemysław Grzywa z Revolve. Sytuacja ta jest także korzystna dla firmy „wypożyczającej” pracowników. – Takie użyczenie pracownika to niezwykle ciekawe doświadczenie, z którego moi programiści, jeżeli tylko mogą, korzystają. Gdy realizuje się duże projekty to często po ich zakończeniu mamy chwilę do rozpoczęcia kolejnego wyzwania. Pożyczając danego specjalistę moja firma zyskuje, ponieważ dany pracownik nie stanowi dla mnie kosztu, a on sam ma okazję nauczyć się nowych rzeczy pracując nad nowym projektem z innymi ludźmi – to zawsze wartość dodana – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu Grupy TenderHut. Dzięki temu mniejsze, bardziej elastyczne firmy mogą także realizować różnorodne projekty.

Wymiana doświadczeń

Branża IT to jeden z najbardziej zmieniających się sektorów gospodarki. Z punktu widzenia pracownika wartościowa firma to taka, która zapewnia mu rozwój i dostęp do ciekawych projektów. Tu doskonale sprawdzają się oddolne inicjatywy. Konferencje branżowe, meet–upy, spotkania i networking to niezwykle cenna oferta dla specjalistów z IT, nie zawsze dostępna w dużych korporacjach. – Po pierwsze SoDA to możliwość wymiany know–how pomiędzy firmami z branży. Kolejną wartością jest obustronna wymiana zasobów – dzięki SoDA zarówno skompletowaliśmy zespół do naszego projektu, jak i znaleźliśmy zaangażowanie dla developerów, dla których w danym czasie nie mieliśmy komercyjnego projektu. Ponadto cenię bardzo cykliczne spotkania, na których w świetnym gronie mogę wymienić się doświadczeniami, pomysłami, czy bolączkami – mówi Paweł Janda z mobitouch. Zdanie to podziela także Robert Strzelecki. – Takie inicjatywy to sytuacja win–win. Specjaliści mają niepowtarzalną okazję do wymiany wiedzy i nauki, a managerowie dzielą się ze sobą swoimi doświadczeniami biznesowymi – dodaje. Członkowie organizacji przy jej pomocy mają możliwość poszukiwania wartościowych ekspertów, co znacznie ułatwia proces rekrutacyjny. Szkolenia, rozwój i dostęp do wiedzy na najwyższym poziomie to podstawowe oręże, jakie mają do zaoferowania firmy działające w ramach SoDA.

Rozwój biznesu

Managerowie z branży IT muszą liczyć się z tym, że koszty pracownicze to spora pozycja w firmowym budżecie. W skali roku płace w tym sektorze rosną w granicach 7–12%. Co ciekawe, mniejsze i średnie firmy z sektora IT realizują projekty głównie za granicą. Poprzez swoją elastyczność i innowacyjne podejście bez problemu konkurują na zagranicznym rynku, zapewniając odpowiedni przychód i możliwość utrzymania zespołu pracowników. Taka strategia biznesowa pozwala im na pozostawanie konkurencyjnym pod względem wynagrodzeń. Praca w średniej wielkości software housie z pewnością wiąże się z dobrym wynagrodzeniem i brakiem korporacyjnej otoczki spotykanej w dużych firmach, co szczególnie jest doceniane przez młodych programistów. Możliwości biznesowe stwarzane przez networking w ramach stowarzyszenia powodują, że managerowie rozwijają swój biznes, nie martwiąc się tym, że ich pracownicy odejdą z powodu zbyt niskich płac.

Czy zjednoczenie wokół wspólnych wyzwań przyczyni się do sukcesu polskich firm IT? – Tajemnica Doliny Krzemowej polega na kooperacji pomiędzy firmami. Wspólnym realizowaniu projektów, wymianie doświadczeń. Tak rodziła się legenda tego miejsca. Inicjatywy takie jak SoDA pozwalają nam poczuć ducha otwartości i współpracy, a to jedyna recepta na sukces – podsumowuje Strzelecki z TenderHut.

Fed tnie stopy procentowe zgodnie z oczekiwaniami

Fed ściął stopy o 25 pb. FOMC pozostaje przy tym pozytywnie nastawiony do perspektyw gospodarki, której ścieżka jest zgodna z oczekiwaniami z lipca. Fed widzi także rosnące ryzyka zewnętrzne, pogorszenie koniunktury w niektórych sferach życia gospodarczego i nie zawaha się ciąć kosztu pieniądza na podstawie napływających danych i informacji.

Polityka nie jest na z góry ustalonym kursie a decyzje będą podejmowane z posiedzenia na posiedzenie. Z projekcji stóp nie wynika by w tym roku miało dojść do kolejnych redukcji, ale siedmiu decydentów widzi stopy niżej. Zresztą grono decyzyjne jest mocno podzielone: trójka decydentów nie poparła decyzji o cięciu o 25 pb. W rezultacie dalsze obniżki nie są wykluczone, cały czas pozostają naszym scenariuszem bazowym. Dolar zanotował umiarkowane umocnienie, EUR/USD jest dziś rano około 25 pipsów niżej niż przed decyzją. Wydźwięk posiedzenia był nieco mniej łagodny niż zakładaliśmy, ale uważamy, że – choć nie zostało to zapowiedziane – to Rezerwa Federalna będzie dalej luzować. I to jeszcze w tym roku. Dlatego też podtrzymujemy nasze negatywne nastawienie do amerykańskiej waluty. Pasywna postawa Banku Japonii sprzyjać będzie naszym zdaniem rozwojowi spadkowej korekty w notowaniach USD/JPY. Przy nieodzownym luzowaniu ze strony RBA w obliczu nocnych danych z rynku pracy widzimy przestrzeń do pogłębienia zniżki przez AUD/JPY.

Warto odnotować decyzje Norges Banku i Szwajcarskiego banku Narodowego.Historycznie luzowanie przez EBC zmuszało SNB do wykonania podobnego kroku by nie dopuścić do zawężania się dyferencjału stóp procentowych, które nie sprzyja słabości franka. EUR/CHF jest obecnie pod 1,10. Nisko. Powinno to zmuszać SNB do działania, tym bardziej, że od marcowego posiedzenia rozczarowały dane o PKB i inflacji pomimo utrzymywania się stopy bezrobocia poniżej 4 proc. Nie można wykluczyć, że SNB zmieni język opisu siły waluty i powie wprost o przewartościowaniu franka. Jeśli chodzi o skalę cięcia stóp to oczekujemy decyzji lustrzanej do cięcia EBC, czyli rzędu 10 pb. Nie uważamy, że SNB jest gotów luzować bardziej agresywnie. Mimo to naszym scenariuszem bazowym jest stopniowe osłabienie szwajcarskiej waluty i mozolna wspinaczka EUR/CHF do strefy 1,1150 -1,12.

Z kolei w Norwegii w czerwcu podniesiono stopy i zasugerowano, że kolejny ruch będzie miał miejsce we wrześniu. Norges Bank idzie więc pod prąc globalnej fali luzowania polityki. Mimo narastania globalnych czynników zagrożenia za podniesieniem stóp przemawiają mocne argumenty. Wzrost powyżej trendu, zacieśniający się rynek pracy, na którym bardzo ostro rosną płace przy jednocześnie bardzo słabym NOK to kluczowe z nich. Dlatego też spodziewamy się podwyższenia stóp z o 25 pb, do 1,5 proc. Spodziewamy się również zasugerowania, że w tym roku władze monetarne nie wykonają kolejnych kroków, ale w 2020 roku bardziej prawdopodobnym jest kontynuacja zacieśniania niż powrót do luzowania. W połączeniu z wyższymi cenami ropy i oczekiwaniem poprawy koniunktury w Eurolandzie skutkuje to konstruktywnym spojrzeniem na perspektywy norweskiej waluty, atrakcyjnie wyglądają szczególnie pozycje w USD/NOK.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Nowa perspektywa UE będzie mniej hojna dla polskich samorządów. Muszą one szukać innych źródeł finansowania inwestycji

Nowa perspektywa UE będzie mniej hojna dla polskich samorządów. Muszą one szukać innych źródeł finansowania inwestycji 7

Szybka rozbudowa infrastruktury, konieczność wypełnienia luki mieszkaniowej czy zmiany w polityce energetycznej to tylko część wyzwań, którym polskie samorządy będą musiały sprostać w nadchodzących latach. Tymczasem nowa perspektywa finansowa Unii Europejskiej na lata 2021–2027 będzie dla nich mniej hojna. Samorządy już teraz powinny szukać nowych źródeł finansowania, aby utrzymać wysoką aktywność inwestycyjną z ostatnich lat – wynika z analizy Banku Gospodarstwa Krajowego, przygotowanej na 14. edycję konferencji „BGK dla JST”.

– Stoimy przed koniecznością innowacyjnego podejścia do zarządzania finansami samorządów. Słyszymy, że w nowej perspektywie finansowej UE będzie mniej pieniędzy, dlatego musimy szukać rozwiązań, które będą budować tzw. fundament kapitałowy i oszczędności w każdej gminie. Musimy też zastanowić się, jak uatrakcyjnić samorządy lokalne dla przedsiębiorstw, tych małych i średnich, które zasilają ich budżety poprzez podatki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Fundusze europejskie mocno wspomagają rozwój samorządów i finansują inwestycje nie tylko drogowe czy infrastrukturalne, ale również projekty społeczne i kulturalne. Nowa perspektywa finansowa nie będzie już jednak tak korzystna. Negocjacje dotyczące unijnego budżetu na lata 2021–2027 rozpoczęły się wiosną ubiegłego roku, kiedy Komisja Europejska przedstawiła swój projekt nowej siedmiolatki. KE liczy, że kształt nowego budżetu uda się wynegocjować i zamknąć jeszcze przed końcem tego roku, ale już wiadomo, że Polska dostanie z niego mniej pieniędzy niż w poprzedniej perspektywie.

BGK przygotował scenariusze, w których analizuje zdolność samorządów do utrzymania wysokiej aktywności inwestycyjnej z ostatnich lat w perspektywie do 2030 roku. Wynika z nich, że przede wszystkim miasta na prawach powiatu i województwa – nawet w dobrej sytuacji makroekonomicznej – w nadchodzących latach nie będą w stanie sfinansować swoich nakładów inwestycyjnych jedynie środkami dłużnymi. Stąd powinny już teraz szukać dodatkowych alternatywnych źródeł finansowania, jak np. partnerstwo publiczno-prywatne (PPP).

 Nasza analiza pokazuje, że przede wszystkim miasta na prawach powiatu i województwa nie będą w stanie sfinansować swoich nakładów inwestycyjnych jedynie środkami dłużnymi. Będą musiały sięgać po dodatkowe środki, nie generując zadłużenia. W mniejszym stopniu dotyczy to gmin i powiatów, ale one także – szczególnie w przypadku spadków nadwyżek operacyjnych, powodowanych np. sytuacją makroekonomiczną – będą musiały sięgać po inne, ale nie dłużne źródła finansowania – mówi Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK. 

– BGK w pierwszej i drugiej perspektywie dystrybuowania środków europejskich był przede wszystkim tym, który zapewniał wkład własny i domknięcie tego modelu finansowania dużych inwestycji infrastrukturalnych. Z drugiej strony bank jest również znakomitym partnerem w wyszukiwaniu alternatywnych modeli finansowania. Przykładem może być emisja obligacji przychodowych przez miasto Lublin, właśnie zrealizowana wspólnie z BGK przy bardzo trudnych uwarunkowaniach prawnych – mówi Krzysztof Żuk, prezydent Lublina.

Dla samorządów ogromnie istotne są też współfinansowane przez BGK programy wspierające budownictwo mieszkaniowe, bez których – jak podkreśla prezydent Lublina – byłoby ono na dużo mniej zaawansowanym poziomie.

 Praktyka pokazuje, że realizowane przez BGK programy wsparcia budownictwa mieszkaniowego są skuteczne i potrzebne na rynku. Przykładem jest choćby budownictwo socjalne i komunalne, adresowane do najsłabiej uposażonych. Z tego programu powstało do tej pory ponad 20 tys. lokali, współfinansowanych bezzwrotnym wsparciem z BGK. Z kolei w społecznym budownictwie czynszowym, które powstaje przy wsparciu taniego, preferencyjnego kredytu BGK, rozłożonego na 30 lat, powstało już 4 tys. mieszkań, a kolejne 6 tys. ma już przyznane finansowanie – mówi Włodzimierz Kocon, wiceprezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Raport dotyczący zdolności utrzymania aktywności inwestycyjnej samorządów w perspektywie do 2030 roku został przygotowany z okazji 14. edycji konferencji „BGK dla JST”, która odbyła się w ubiegłym tygodniu w Warszawie. To jedno z najważniejszych miejsc debaty na temat kierunków rozwoju JST i narzędzi ich finansowania, łączące świat samorządu i biznesu.

– 14. ogólnopolska konferencja samorządów, objęta patronatem prezydenta Andrzeja Dudy, to wydarzenie, w trakcie którego stwarzamy możliwość dialogu między przedstawicielami samorządów, banku i innych instytucji, na temat tego, jak można sfinansować potrzeby samorządów – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka. 

Temat tegorocznej konferencji to „Finansowanie rozwoju samorządów – potrzeby i możliwości”. Tradycyjnie już udział w niej wzięło blisko 500 samorządowców, w tym przedstawiciele władz samorządowych, pracownicy odpowiedzialni za finanse w JST, a także instytucji rządowych oferujących wsparcie w realizacji inwestycji. Tym razem wśród uczestników pojawili się także reprezentanci spółek komunalnych.

 Konferencja BGK oznacza możliwość podsumowania dotychczasowej współpracy, wymiany dobrych praktyk i zdefiniowania pewnych obszarów wspólnych działań, zwłaszcza scenariuszy finansowania strategii inwestycyjnych w samorządach – mówi Krzysztof Żuk.

Ponad 460 tys. Ukraińców płaci składki na ubezpieczenia społeczne. Tak samo liczna grupa pracuje na umowę o dzieło lub nielegalnie

prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

Składki na ubezpieczenia społeczne płaci rekordowa liczba cudzoziemców – blisko 680 tys. Wśród nich zdecydowaną większość stanowią Ukraińcy, prawie 464 tys., a według ostrożnych szacunków w Polsce przebywa ich ponad milion. Kontrole inspekcji pracy ujawniają tylko niewielki odsetek nieprawidłowości, tymczasem umowa o pracę to korzyść nie tylko dla pracownika, lecz także dla pracodawcy. Z porad dotyczących legalnego zatrudnienia będzie można skorzystać podczas organizowanego w ZUS Tygodnia Przedsiębiorcy.

– Mamy w rejestrze około 680 tys. cudzoziemców, którzy pracują legalnie, najczęściej na podstawie umowy o pracę, w mniejszym zakresie na podstawie umów-zleceń i jeszcze w mniejszym na podstawie działalności gospodarczej. W tej liczbie prawie 464 tys. stanowią obywatele Ukrainy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Jak podkreśla, od grudnia ubiegłego roku liczba Ukraińców w systemie ubezpieczeń społecznych wzrosła o blisko 70 tys. Większość z nich to osoby, które opłacają składki, rzadziej korzystają ze świadczeń emerytalno-rentowych.

– Jest raptem 32 tys. takich świadczeń, głównie krótkookresowych – chorobowych czy macierzyńskich. Ukraińcy wpłacili w ubiegłym roku ponad 300 mln zł składek, jeżeli chodzi o ubezpieczenie chorobowe, a około 178 mln pobrali z tytułu zasiłków chorobowych, w tym także macierzyńskich – wymienia prof. Uścińska.

Choć liczba cudzoziemców zatrudnionych w Polsce systematycznie rośnie, tylko część pracuje legalnie. Z różnych szacunków wynika, że w Polsce przebywa obecnie ok. 1–1,5 mln obywateli Ukrainy. Z kontroli PIP przeprowadzonych w 2018 roku wynika, że powierzenie nielegalnej pracy stwierdzono w przypadku ponad 4,5 tys. cudzoziemców z 39 państw. Same kontrole to za mało, dlatego PIP prowadzi kampanię „Pracuję legalnie”, a jej partnerem strategicznym jest ZUS. O korzyściach legalnego zatrudnienia będą przekonywali eksperci obu instytucji podczas Tygodnia Przedsiębiorcy organizowanego we wszystkich placówkach ZUS w dniach 23–27 września.

– Tydzień Przedsiębiorcy i kampania „Pracuję legalnie” mają wskazać przedsiębiorcom wszystkie ułatwienia, udogodnienia z tego legalnego zatrudnienia. ZUS wykonał wiele pracy, aby ułatwić nie tylko doradztwo, lecz także kwestie od strony biurokratycznej. Odchodzimy od rozwiązań, które wymagałyby większych nakładów pracy, na rzecz takich programów, jak e-Płatnik czy Platforma Usług Elektronicznych – przekonuje prezes ZUS.

Wprowadzane rozwiązania mają przede wszystkim ułatwiać życie przedsiębiorcom. Jednym z przykładów może być e-Składka, czyli wprowadzenie jednego prostego przelewu składek na ubezpieczenia społeczne na indywidualny rachunek. Uproszczenie płatności znacząco zmniejszyło liczbę popełnianych przez płatników błędów – z 271 tys. w 2017 roku do 346 w 2018 roku.

 Chcemy pokazać, że jesteśmy autorami i realizatorami różnych projektów o szerokim zasięgu dla płatników składek i pracodawców. To wszystko się im należy, bo są głównym filarem systemu ubezpieczeń społecznych, opłacają składki, tworzą miejsca pracy, a więc de facto ten kapitał społeczny od nich zależy. My jesteśmy odpowiedzialni za takie stosowanie prawa, żeby ono było dla nich przyjazne, jasne i zrozumiałe – podkreśla prof. Gertruda Uścińska.

Tydzień Przedsiębiorcy to także okazja do wyjaśnienia różnych zawiłości prawnych. Eksperci przypomną, kiedy i z jakich ułatwień można skorzystać, ale zwrócą też uwagę na konsekwencje wyboru niższych składek, które oznaczają niższe świadczenia w przyszłości. Standardowo prowadzący mają obowiązek opłacać składki od podstawy nie niższej od 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Mogą natomiast zawsze, jeżeli mają taką możliwość, opłacać składki od wyższej podstawy. Jednak ponad 90 proc. czyni to od ustawowego minimum. Dziś blisko 240 tys. przedsiębiorców opłaca składki od 30 proc. minimalnego wynagrodzenia (pierwsze dwa lata działalności). Dodatkowo przedsiębiorcy mogą skorzystać z rozbudowanego systemu ulg, m.in. ulgi na start, opłacania składek od przychodu czy działalności nierejestrowanej.

 Mamy kilkaset tysięcy osób, które korzystają z tych wszystkich ulg i zwolnień, z których można korzystać 5–5,5 roku. Trzeba mieć też na uwadze, że to wszystko przekłada się później na wysokość świadczeń – przypomina prof. Gertruda Uścińska.

Polscy menadżerowie coraz częściej decydują o strategiach zakupowych na skalę światową. Teraz muszą się przygotować na niestabilną sytuację w gospodarce

Polscy menadżerowie coraz częściej decydują o strategiach zakupowych na skalę światową. Teraz muszą się przygotować na niestabilną sytuację w gospodarce 8

Polska branża zakupowa jest w dobrej kondycji. Coraz więcej firm przenosi tutaj swoje centra usługowe i to menadżerowie z Polski decydują o strategiach zakupowych całych korporacji, często na poziomie globalnym. Wyzwaniem dla firm jest jednak przygotowanie się na coraz większą niepewność co do sytuacji na rynku i zachowań konsumentów. Przykładem zagrażającej stabilności sytuacji może być brexit czy podwyżki cen energii w przyszłym roku. – Odpowiednie przygotowanie oznacza, że w przypadku problemów dostawcy nie zaczynamy szukać alternatywy, tylko od razu mamy w zanadrzu nowe źródło zaopatrzenia – podkreślają eksperci OptiBuy.

– W ostatnich 2–3 latach w branży zakupowej powstawało więcej stanowisk strategicznych, czyli związanych z wyborem dostawców, kontrahentów. Na rynku polskim nadrobiliśmy też znaczną część dystansu, który dzielił nas od krajów Europy Zachodniej. Wiele dużych korporacji międzynarodowych zdecydowało się ulokować swoje centra zakupowe w Gdańsku, Krakowie czy Warszawie, więc coraz częściej to menadżerowie z Polski decydują o strategiach zakupowych swoich przedsiębiorstw na skalę światową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Borowiecki, prezes zarządu OptiBuy.

Z tym trendem związany jest wzrost kompetencji pracowników z tej branży. Jak podkreśla Borowiecki, coraz popularniejsze są studia podyplomowe czy certyfikaty z obszaru zakupów, czego jeszcze 5 czy 10 lat temu nie było na rynku.

Mimo dobrej kondycji branży zagrożeniem dla niej – podobnie jak i dla całej gospodarki – jest niestabilność geopolityczna. W biznesie dużą popularność zdobywa ostatnio pojęcie VUCA, które jest akronimem od słów volatility, uncertainty, complexity i ambiguity (zmienność, niepewność, kompleksowość, niejasność).

– To nie dotyczy wyłącznie działu zakupów, bo wszystkie przedsiębiorstwa muszą obserwować, co się wokół nich dzieje, a dzieje się dużo. Przykładem jest m.in. brexit. Nie wiemy, kiedy nastąpi, na jakich zasadach, a przedsiębiorstwa, które współpracują z rynkiem brytyjskim, muszą się w jakiś sposób przygotowywać na każdy scenariusz – wyjaśnia prezes zarządu OptiBuy.

Innym przykładem na polskim rynku jest kwestia cen energii dla przedsiębiorstw. W tym roku są one ustawowo zamrożone na stabilnym poziomie, ale rynek nie wie, czego spodziewać się w przyszłym, a szacunki mówią nawet o 30–50-proc. wzroście cen energii. To istotne o tyle, że cena energii jest jednym z głównych kosztów dla biznesu, zwłaszcza w sektorze produkcyjnym.

– W mojej ocenie firmy w Polsce są w niewielkim stopniu gotowe na VUCA. W ostatnich 10 latach mamy ciągły wzrost gospodarczy, dobrą sytuację firm i niewiele z nich przechodziło w tym czasie przez trudne momenty. Co za tym idzie, firmy są domyślnie przygotowane na wzrost, rozwój swoich przedsiębiorstw i nie są przygotowane na gorsze czasy. Większe zawirowania na rynku mogą spowodować problemy, tak jak to miało miejsce w 2008 roku –mówi Mateusz Borowiecki.

Eksperci podkreślają, że w reakcji na efekt VUCA firmy powinny przyspieszyć swoje procesy, w czym może im pomóc ich automatyzacja. Jest ona jednym z najważniejszych trendów w branży zakupowej. Wymusza ją m.in brak pracowników do zadań operacyjnych.

– Dlatego firmy decydują się na robotyzację procesów i rozwiązania typu e-procurement [obszar związany z elektronicznym procesem zamówień i zaopatrzenia – red.], które uwalniają zasoby ludzkie. Przykładowo, pracownik ma czas na poszukiwanie dostawców i spotykanie się z nimi, a zamówienia wysyła automat – mówi Mateusz Borowiecki.

Jak podkreśla, żeby przygotować się do zawirowań na rynku, firmy muszą najpierw zidentyfikować czynniki ryzyka, np. wzrost cen surowców czy możliwość upadłości kluczowych dostawców.

– Powinniśmy się zastanowić, co będziemy robić, jak będziemy działać w sytuacjach kryzysowych. W przypadku upadłości dostawcy nie zaczynamy wtedy poszukiwania alternatyw, ale mamy już w zanadrzu wcześniej i potem ewentualnie tylko zmieniamy dostawcę, przełączamy się na nowe źródło zaopatrzenia i niwelujemy trudności, które mogą nastąpić – mówi Mateusz Borowiecki.

Zmiany i wyzwania, które czekają branże zakupową, oraz wpływ nowych technologii, takich jak robotic process automation, będą szeroko omawiane podczas 6. edycji konferencji PROCON/POLZAK (2122 października 2019 w Hotelu Marriott w Warszawie) – największej konferencji dla branży zakupowej w Polsce, która co roku przyciąga kilkuset przedstawicieli działów zakupów i ekspertów.

Cukrzyca typu I atakuje coraz młodsze dzieci. Naukowcy z Polski chcą jej zapobiegać jako pierwsi na świecie

Cukrzyca typu I atakuje coraz młodsze dzieci. Naukowcy z Polski chcą jej zapobiegać jako pierwsi na świecie 9

Cukrzyca typu I to zaraz po celiakii najczęstsza choroba autoimmunologiczna u dzieci. Szacuje się, że może na nią chorować średnio 1 na 250 dzieci. Lekarze coraz częściej obserwują ją wśród dzieci młodszych, poniżej 9. roku życia. W momencie jej rozpoznania około 80–90 proc. komórek, które produkują insulinę, jest już zniszczonych, a powikłania sieją spustoszenie w organizmie dziecka. Polscy naukowcy wspólnie z ośrodkami z całej Europy prowadzą jeden z największych, międzynarodowych projektów ukierunkowany na prewencję i leczenie cukrzycy typu I u dzieci. 

– Cukrzyca typu I to choroba, która jest rozpoznawana głównie u dzieci. 99 proc. dzieci chorujących na cukrzycę ma właśnie jej I typ. Jest to choroba autoimmunologiczna. Jej podłożem jest nieprawidłowa reakcja układu odpornościowego dziecka, który niszczy komórki produkujące insulinę. Tym samym doprowadza do jej kompletnego braku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Agnieszka Szypowska, konsultant wojewódzki w dziedzinie diabetologii, zastępca ordynatora Oddziału Klinicznego Diabetologii Dziecięcej i Pediatrii Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie. – To bardzo specyficzna choroba, z grupy autoagresji, więc w rodzinie nie musi występować cukrzyca, ale inne schorzenia z tej grupy, najczęściej autoimmunizacyjne zapalenie tarczy, choroba Hashimoto, choroba Gravesa-Basedowa czy choroby tkanki łącznej typu, np. reumatoidalne zapalenie stawów lub łuszczyca.

Cukrzyca typu I jest rozpoznawana u dzieci w różnych grupach wiekowych. W tej chwili lekarze obserwują wzrost częstotliwości występowania tej choroby wśród dzieci najmłodszych, poniżej 9. roku życia.

– Ta grupa jest najtrudniejsza do zaopiekowania przez medycynę, placówki oświatowe i rodziców, którzy chcieliby wrócić do pracy – mówi prof. Agnieszka Szypowska. – Najwcześniejsze zachorowania mogą wystąpić już około 10. miesiąca życia, ale typowy do tej pory był okres nastoletni. Natomiast w tej chwili mamy coraz więcej dzieci malutkich, w młodszych grupach wiekowych.

Insulina to hormon, który umożliwia dostarczenie glukozy do wszystkich komórek organizmu i jest do życia niezbędny. W tej chwili jedynym sposobem leczenia tej choroby jest stała suplementacja insuliną, dostosowana do pory posiłków. Jak podkreśla prof. Szypowska, nowoczesne pompy insulinowe czy systemy do ciągłego monitorowania stężenia glukozy pozwalają uzyskiwać naprawdę dobre wyniki leczenia i uniknąć ciężkich powikłań, które są skutkiem ucukrzenia tkanek.

– Powikłania są okrutne i niestety mogą wystąpić w bardzo młodym wieku. Jeżeli w tkankach stężenia glukozy będą wysokie przez długi czas, wówczas dochodzi do zmian w strukturze naczyń i tzw. mikroangiopatii, czyli zmian dotyczących głównie oka, nerek i nerwów – mówi prof. Agnieszka Szypowska. – U dzieci z otyłością i zespołem metabolicznym może rozwinąć się podwójna cukrzyca, czyli połączenie cukrzycy typu I ze zmianami, które są obserwowane w przebiegu cukrzycy typu II. Wtedy pojawia się duże zagrożenie miażdżycą w młodym wieku, tzw. makroangiopatią, czyli zawałami i udarami u osób w młodym wieku.

Naukowcy z warszawskiego Instytutu Matki i Dziecka oraz Dziecięcego Szpitala Klinicznego z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego prowadzą jeden z największych, międzynarodowych projektów w dziedzinie ochrony zdrowia – „Świat bez jedynki” – ukierunkowany właśnie na prewencję i leczenie cukrzycy typu I u dzieci. Wspólnie z innymi ośrodkami z czterech państw (Niemiec, Belgii, Szwecji i Wielkiej Brytanii) przebadali już 100 tys. noworodków w kierunku podwyższonego ryzyka tej choroby. Docelowo bezpłatne badania przesiewowe obejmą w sumie 300 tys. maluchów z całej Europy.

– Jesteśmy jedynym ośrodkiem z Polski, który wziął udział w tym projekcie. Całość jest finansowana przez fundację charytatywną Helmsley – to fundacja rodzinna, w której są przypadki zachorowań na cukrzycę typu I, więc finansuje szereg inicjatyw związanych zarówno z zapobieganiem, jak i poprawą technik leczenia tej choroby – mówi prof. Agnieszka Szypowska.

Rodzicom tych dzieci, u których na podstawie badania przesiewowego zostanie zidentyfikowane podwyższone ryzyko cukrzycy typu I, jest proponowany udział w badaniu POInT (Doustna Insulina w Prewencji Pierwotnej Cukrzycy Typu 1). To próba zapobiegnięcia tej chorobie u zdrowych dzieci. Dotychczasowe próby zapobiegania zachorowaniu na cukrzycę u osób z już aktywną autoagresją jedynie opóźniają rozwój pełnoobjawowej cukrzycy. Naukowcy liczą, że doustne podanie insuliny dzieciom z niewykształconym układem odpornościowym spowoduje, że ich organizm nie będzie negatywnie reagować na ten hormon.

– Mamy nadzieję, że uda się dzięki temu zatrzymać rozwój choroby, czyli nauczymy układ odpornościowy, aby nie rozpoznawał już cząsteczki insuliny jako czegoś obcego i nie rozpoczynał reakcji autoagresji. Jeżeli to się nie uda, być może uda się chociaż wydłużyć czas do pełnoobjawowej cukrzycy. Każdy rok jest tutaj istotny, bo chorują bardzo maleńkie dzieci – mówi prof. Agnieszka Szypowska.

Badanie POInT prowadzą europejskie ośrodki działające w ramach międzynarodowej platformy GPPAD (Globalna Platforma ds. Prewencji Pierwotnej Cukrzycy Typu I). W Polsce zostały objęte honorowym patronatem m.in. Ministra Zdrowia i szeregu organizacji pacjenckich oraz ośrodków medycznych.

Jak podkreśla konsultant wojewódzki w dziedzinie diabetologii, już samo przebadanie 100 tys. noworodków w kierunku cukrzycy typu I jest ogromnym sukcesem, ponieważ ta choroba jest bardzo trudna do zdiagnozowania. Im wcześniej rodzice zdają sobie sprawę z ryzyka, tym lepiej.

– Mamy ogromny problem z diagnostyką cukrzycy. Objawy takie, jak zwiększone pragnienie, oddawanie zwiększonej ilości moczu, chudnięcie, umykają zarówno lekarzom, jak i rodzicom, bo łatwo je wytłumaczyć. Potem dochodzi do zakwaszenia organizmu dziecka i produkcji ketonu, przez co dzieci chudną, boli je brzuch, wymiotują, ale zawsze można zrzucić to na jakiegoś rotawirusa w otoczeniu. Dlatego bardzo ważna jest wczesna informacja dla rodziców. W momencie rozpoznania cukrzycy praktycznie 80–90 proc. komórek, które produkują insulinę, jest zniszczonych, więc tutaj trzeba działać szybko – podkreśla prof. Agnieszka Szypowska.

Polacy wybierają coraz lepsze i coraz większe smartfony. Szybko rośnie też sprzedaż smartwatchy

Polski rynek telefonii komórkowej rośnie nieprzerwanie od kilku lat, choć ostatnio wzrost jest odnotowywany raczej pod względem wartości, a nie ilości. Wynika to stąd, że Polacy coraz chętniej wybierają produkty premium. Po drugie, stawiają na wysoką jakość i wydajność, przez co zyskują m.in. smartfony z dużymi ekranami. W pierwszym półroczu br. prawie co drugi sprzedany ekran miał wyświetlacz o przekątnej powyżej 6 cali. Bardzo szybko rośnie też popyt na smartwatche i inne inteligentne dodatki do noszenia.

Jak wynika z analiz GfK, w pierwszym półroczu br. sprzedaż w tym segmencie spadła o 5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej. Z drugiej strony – obroty wzrosły o 4 proc.

Największym segmentem polskiego rynku telefonii komórkowej są smartfony, które odpowiadają za ponad 90 proc. obrotów w tym segmencie. W Polsce zaczynamy już obserwować to, co od pewnego czasu widać na Zachodzie i na całym świecie, czyli spadki sprzedaży w ujęciu ilościowym. Smartfonów sprzedaje się mniej, ale mimo to w ujęciu wartościowym rynek jest do przodu. Jest to spowodowane faktem, że przeciętna cena sprzedawanych smartfonów idzie w górę. Polacy coraz chętniej kupują wydajniejsze, droższe telefony, które podkreślają ich pozycję materialną czy społeczną, bo ich na to stać albo po prostu rosną ich aspiracje – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Piekarski, client business partner w GfK Polonia.

Zmiany technologiczne powodują, że Polacy coraz rzadziej sięgają po telefony komórkowe starej generacji – jest to jedyny segment rynku, którego wartość od lat systematycznie spada. Jak prognozuje GfK, w nadchodzących kilku latach telefony komórkowe starej generacji będą znikać z rynku coraz szybciej i niebawem odejdą do lamusa.

Z drugiej strony nasila się trend związany ze zwiększaniem się rozmiarów wyświetlaczy. W pierwszym półroczu br. już prawie połowa wszystkich sprzedanych smartfonów miała przekątną wyświetlacza powyżej 6 cali, podczas gdy w ubiegłym roku było ich niespełna 3 proc. Coraz lepsze stają się również pozostałe parametry technologiczne sprzedawanych smartfonów – od liczby tylnych aparatów i pojemności baterii po pamięć GB.

Urządzenia z dużym ekranem, powyżej 6 cali, bardzo dobrym aparatem – powyżej 20 Mpx, pojemną pamięcią – powyżej 128 Gb, stanowią kilkanaście procent rynku w Polsce i na świecie. Szukając analogii między polskim a globalnym rynkiem widzimy więc, że jesteśmy na tym samym poziomie, z jednym zastrzeżeniem. Przeciętne ceny w Polsce są nadal wyraźnie niższe niż globalnie. Drugi interesujący trend polega na tym, że bardzo wyraźnie rośnie sprzedaż urządzeń „noszalnych”, czyli smartwatchy oraz opasek. Rok do roku obserwujemy dwukrotny wzrost wartości tego segmentu i obecnie stanowią one już większą część rynku niż tradycyjne akcesoria do telefonów – mówi Maciej Piekarski.

Smartwatche i pozostałe urządzenia do noszenia wciąż stanowią niewielką część całego rynku telefonii komórkowej (prawie 4 proc. wartości rynku w pierwszym kwartale br,), ale to w tym segmencie ma miejsce najbardziej dynamiczny wzrost – w 2018 roku wzrost sprzedaży był dwukrotny w porównaniu z poprzednim, a w stosunku do 2013 roku liczba sprzedanych sztuk wzrosła 160 razy. W pierwszym półroczu br. wartość tego segmentu po raz pierwszy w historii polskiego rynku była większa od wartości pozostałych dodatków – te stanowiły niewiele ponad 3 proc. obrotów.

Z kolei na rynku IT od dłuższego czasu obserwujemy spadki. One w zeszłym roku trochę spowolniły i są na poziomie 1 proc. rok do roku. Oczywiście najważniejsze są komputery – one stanowią ponad 2/3 tego rynku i tak naprawdę ciągną go w dół. Natomiast rynek podtrzymują kategorie takie, jak monitory, urządzenia sieciowe, routery oraz akcesoria IT plus dyski – mówi Maciej Piekarski.

Jak podkreśla, sprzedaż komputerów spada zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym. Natomiast są jeszcze podkategorie, które ciągle notują wzrost, jak ultrabooki, których sprzedaż rośnie nieprzerwanie rok do roku o kilkadziesiąt procent.

 W ujęciu wartościowym prawie połowa rynku to są nowoczesne, lekkie komputery osobiste, które stylistyką czy sposobem używania nawiązują trochę do smartfonów. Druga sprawa to komputery i laptopy gamingowe. Tutaj obserwujemy trochę mniejsze wzrosty niż w poprzednich latach, ale wciąż rynek jest na plusie. Co ciekawe, do łask wracają duże ekrany – 17-calowe. Tak naprawdę one teraz napędzają ten rynek. Bardzo szybko rośnie też kategoria monitorów gamingowych, gdzie mamy kilkudziesięcioprocentowe wzrosty rok do roku, zarówno w ilościach, jak i wartościach – mówi Maciej Piekarski.

Podobnie jak w przypadku komputerów, spada również sprzedaż telewizorów, która w pierwszej połowie br. osiągnęła wartość 44 mld euro i była o 8 proc. niższa. Jednak ten spadek był spowodowany głównie wysoką bazą sprzedaży telewizorów w ubiegłym roku, kiedy utrzymywał się wysoki popyt przed mundialem w Rosji.

Rynek telewizorów w Polsce wykazuje podobną dynamikę jak rynek globalny, natomiast spadek jest znacznie mniejszy – rzędu 3 proc. w ujęciu ilościowym. W ostatnich miesiącach obserwujemy jednak powrót do pozytywnych trendów sprzedaży. W tym roku całkowita sprzedaż telewizorów może sięgnąć ok. 2,2 mln egzemplarzy. Na naszym rynku dominuje sprzedaż dużych telewizorów – te o przekątnej 55 cali i większej generują pozytywne trendy i one również będą dominować w popycie w ostatnim kwartale br. – mówi Arkadiusz Bicki, client business partner GfK Polonia.

Jak zauważa, wyraźnie rośnie sprzedaż telewizorów 4K, które w tym roku osiągnęły już około 60 proc. udziału ilościowego w całym rynku telewizyjnym i odpowiadają za ok. 3/4 jego obrotów. Druga wzrostowa kategoria to telewizory OLED, które w ujęciu wartościowym odpowiadają za ok. 10 proc. sprzedaży na rynku.

Maciej Piekarski podkreśla, że na globalnym rynku elektroniki konsumenckiej wyróżnia się obecnie kilka trendów. Po pierwsze, konsumenci coraz chętniej wybierają produkty premium, co jest efektem rosnących aspiracji i końca kryzysu. Po drugie, preferują te produkty, które mają wysoką efektywność, wysoką wydajność, przez co zyskują np. duże sprzęty AGD i smartfony z dużymi ekranami. Trzecim trendem jest z kolei rosnąca popularność produktów, które mają za zadanie ułatwiać życie konsumentom, jak np. roboty sprzątające.

– Znaczenia nabiera łączność pomiędzy urządzeniami. Widzimy to w przypadku smartwatchy i opasek, które łączą się ze smartfonem. Widzimy to także po urządzeniach AGD, którymi można sterować za pomocą telefonów spoza domu. Łączność pomiędzy urządzeniami osobistymi i domowymi to zalążek smart home’u – mówi Maciej Piekarski.

Jak ocenia, to właśnie smart home może być najszybciej rosnącym segmentem rynku w nadchodzących latach, do czego mocno przyczyni się upowszechnienie technologii 5G, która umożliwi bezproblemową łączność pomiędzy urządzeniami.