Branża budowlana w kryzysie klimatycznym

The World Economic Forum stawia kryzys klimatyczny na pierwszym miejscu listy wyzwań dla biznesu w 2021 roku i ogłasza „Net-Zero Challenge”. Najczęściej pojawiającym się hasłem działań proekologicznych na arenie międzynarodowej jest dekarbonizacja globalnych łańcuchów dostaw, z czego transport drogowy uznaje się za głównego winowajcę zanieczyszczenia środowiska. Tutaj też rozwijane są technologie związane z napędem pojazdów. Dlatego samochody elektryczne czy silniki wodorowe to tematy szeroko omawiane na szczeblach rządowych i komentowane w mediach. Tymczasem transport to nie jedyny sektor, który potrzebuje natychmiastowej zmiany. Branża budowlana odpowiada za 10 proc. światowej emisji gazów cieplarnianych. Co więcej od ponad pół wieku budujemy tak samo. Bill Gates miał rację, mówiąc, że to właśnie budownictwo będzie najtrudniejszym wyzwaniem w kryzysie klimatycznym. Czy samorządy i inwestorzy mają wybór?

Jak budować miasta w przyszłości?

Urbanizacja to jeden z megatrendów, który będzie miał największy wpływ na rynek nieruchomości w ciągu najbliższych 5-10 lat. Krajobraz branży budowlanej w czasach COVID-19 będzie kształtować dalszy wzrost populacji zamieszkującej tereny miejskie, która pomiędzy 2000 a 2018 rokiem zwiększyła się z 71 do 75 proc. Przewiduje się, że do 2030 roku osiągnie poziom 77,5 proc. Pandemia tylko przyspieszy to zjawisko, co przyczyni się do rozbudowy istniejących aglomeracji i kształtowania zupełnie nowych środowisk miejskich. Jakie wyzwanie stoi przed samorządami, urbanistami, architektami i inwestorami prywatnymi?

Obecnie biznes i samorządy mierzą się z dwoma kluczowymi wyzwaniami. Jest to kryzys klimatyczny oraz osłabienie gospodarek krajowych w wyniku pandemii. Obie sytuacje wymagają szczególnego reagowania ze strony rządów, ale też przedsiębiorców i sektora przemysłowo-produkcyjnego. Na poziomie ochrony środowiska mówimy przede wszystkim o wydajności. W branży budowlanej, choć nie tylko, określenie ‘efficiency’ staje się kluczem do strategii zrównoważonego rozwoju zarówno miast, jak i firm. Wydajność energetyczna samego procesu powstawania budynków jest tak samo ważna jak wdrożenie rozwiązań ekologicznych w gotowych obiektach. Dlatego budownictwo konwencjonalne, które do niedawna było traktowane jak etos i nie zmieniło się znacząco od ponad 50 lat, zaczyna dzielić się rynkiem nieruchomości z budownictwem modułowym. Technologia wolumetryczna pozwala tworzyć gotowe moduły i budynki w fabryce, co ogranicza oddziaływanie dwutlenku węgla na atmosferę w stosunku do tradycyjnych prac budowlanych. Ponadto nowoczesne moduły to oszczędność pieniędzy, a opłacalność inwestycji w erze pandemii to kolejny czynnik, który długo jeszcze będzie determinował światową gospodarkę, a tym samym decyzje samorządów i duże przedsięwzięcia inwestorów, wyjaśnia dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, DMDmodular.

Czy zrównoważone budownictwo jest możliwe?

Konferencja “United Nations Climate Change” 2021 przyniosła obiecujące deklaracje przedstawicieli największych gospodarek. Unia Europejska wraz z Wielką Brytanią podtrzymują swój plan klimatyczny, by osiągnąć poziom zero-emisyjności do 2050 roku. Korea Południowa oraz Japonia dołączyły się do tych celów klimatycznych, a Chiny, które wydzielają obecnie najwięcej gazów cieplarnianych, chcą zredukować swój negatywny wpływ na środowisko nie później niż do 2060 roku. Natomiast Stany Zjednoczone wyliczyły, że 75 proc. gałęzi przemysłu i produkcji tego kraju może osiągnąć zeroemisyjność w ciągu najbliższych kilku lat.

Tymczasem jednym z największych wyzwań dla ambitnych planów tych rządów jest budownictwo. Dane potwierdzają zjawisko marnowania zasobów naturalnych i zanieczyszczenia środowiska przez tradycyjne procesy projektowo-budowlane.

  • Według raportu Transparency Market Research ilość odpadów budowlanych wytwarzanych każdego roku na całym świecie podwoi się do 2,2 miliarda ton do 2025 roku.
  • W XX wieku nastąpił 23-krotny wzrost zasobów naturalnych wykorzystywanych do budowy.
  • Na całym świecie istnieje ponad 800 miliardów ton „zapasów” zasobów naturalnych uwiązanych w powstałych konstrukcjach, z czego dwie trzecie w samych krajach uprzemysłowionych.
  • Budownictwo (czyt. tradycyjne) jest drugim, po produkcji żywności, sektorem gospodarki, który odpowiada za największą liczbę ton gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery. Na przykład sama produkcja cementu stanowi około 5 proc. światowej emisji dwutlenku węgla.
  • Brytyjscy naukowcy wyliczyli, że tamtejsza branża budowlana odpowiada za około 55 proc. wykorzystania zasobów naturalnych, a konstruowanie kolejnych obiektów generuje 50 proc. emisji CO2 do atmosfery. Natomiast budowa jednego domu to aż 11 ton odpadów budowlanych.

Naszym zadaniem jako alternatywnej inżynierii budowlanej jest rozwijanie i oferowanie klientom technologii modułowej 3D[1], którą cechuje bardzo niski ślad węglowy oraz wysoki wskaźnik recyklingu. Dla przykładu 85 proc. stali używanej do naszych produkcji pochodzi z odzysku surowców wtórnych, a 98 proc. odpadu typu karton gips oddajemy do ponownego przetworzenia na płyty gipsowe. Ponadto około 90 proc. całej produkcji budynków modułowych powstaje w pełni kontrolowanych warunkach fabrycznych. Dlatego w ciągu ostatnich dwóch lat zainteresowanie wśród inwestorów – samorządowych i prywatnych – wzrosło niemal o 100 proc. Budownictwo modułowe to alternatywne, mądre i innowacyjne uzupełnienie tradycyjnego sektora budowlanego, znacznie bardziej wydajne i rozsądne w gospodarowaniu zasobami naturalnymi, przekonuje prezes DMDmodular, Woźniak-Szpakiewicz.

Technologia to nie wszystko

DMDmodular szacuje, że w ciągu 2-3 lat sektor budownictwa modułowego w Polsce przekroczy 1 proc. wartości całego rynku budowlanego, czyli około 700 mln złotych. Jednak potencjał tego segmentu biznesowego jest znacznie większy. W Wielkiej Brytanii udział technologii modułowej w nieruchomościach komercyjnych i prywatnych stanowi aż 8%. Natomiast Stany Zjednoczone zbliżają się do 5%. Polska podąża za globalnym trendem, stając się wewnętrznym rynkiem dla technologii modułowej. Buduje silną pozycję wyspecjalizowanego producenta i eksportera wykorzystującego własną technologię. Dowodem są takie realizacje jak choćby najwyższy modułowy hotel na świecie, do realizacji którego została wybrana m.in. polska firma ze Skawiny pod Krakowem. To także potwierdzenie, że moduły z powodzeniem mogą tworzyć prestiżowe projekty architektoniczno-budowlane.

W 2015 roku Marriott wykorzystał konstrukcje modułowe w ponad 70 projektach w USA. Eric Jacobs, odpowiedzialny za strategię rozwoju sieci, przyznaje, że dzięki budownictwu modułowemu skrócili czas budowy swoich obiektów o pół roku, czyli zamiast 18-24 miesięcy mogli otworzyć hotel w mniej niż rok. Po tę technologię sięgają również inwestorzy działający w segmencie akademików, co-livingu czy sektorze mieszkalnym jedno- i wielorodzinnym. Wszędzie tam, gdzie liczą się czas, jakość, ekologia i rozsądne koszty budownictwo modułowe zaczyna być coraz bardziej atrakcyjnym wyborem.

Czy po COVID będziemy budować uważniej?

W 2019 roku odnotowano najwyższy od czasów drugiej wojny światowej poziom emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Podczas pandemii związanej z COVID-19 nastąpił spadek wydzielania dwutlenku węgla o około 5-10% w stosunku do roku poprzedniego. Jednak, aby wejść na drogę długoterminowej polityki ograniczania emisji CO2, takie spadki powinny następować każdego roku, a nie wyłącznie w momencie zamykania gospodarek krajowych. Dlatego sektory przemysłowe i produkcyjne najbardziej odpowiedzialne za zanieczyszczenie środowiska muszą teraz otworzyć się na rozwiązania i innowacje, które uzdrowią światową ekonomię, ale ze szczególnym uwzględnieniem ekologii.

Recykling materiałów i odpowiedzialność producentów za generowane odpady budowlane to jedno, ale branża jest gotowa na nowe rozwiązania, które dotychczas pozostawały w tle. Dojrzałe rynki – głównie holenderski i brytyjski – świadomie korzystają z innowacji i elastyczności technologii wolumetrycznej. Australia, Stany Zjednoczone i Chiny również idą w tym kierunku. W Polsce wciąż konieczne jest edukowanie i inspirowanie architektów, projektantów oraz inwestorów, a także władz samorządowych do podejmowania śmiałych decyzji w duchu ekologii. Rynek modułowy to konstruowanie nawet najbardziej skomplikowanych obiektów w sposób bardziej zrównoważony na każdym etapie. Musimy zacząć budować w Polsce wydajniej, a 2021 rok będzie przełomowy dla naszej branży, ocenia Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Sygnalista w firmie – nowe obowiązki pracodawców już od tego roku

Do 17 grudnia 2021 r. do polskiego porządku prawnego powinna zostać implementowana Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa Unii[1]. Jej celem jest ustanowienie standardu ochrony prawnej dla osób, które przekazują informację o nieprawidłowościach zauważonych w firmie.

Dyrektywa określa minimalne zasady ochrony sygnalistów, pozostawiając swobodę przyjęcia przepisów korzystniejszych dla osób dokonujących zgłoszenia niż przewidują to przepisy Dyrektywy. Nie wiadomo zatem jeszcze dokładnie, jak będzie kształtować się ta kwestia w prawie polskim i z jakimi obowiązkami będą musieli liczyć się pracodawcy, gdyż ustawodawca krajowy może je rozszerzyć względem tych, które wynikają z Dyrektywy. Już teraz jednak trzeba liczyć się z tym, że pracodawcy zatrudniający powyżej 50 pracowników będą musieli zmierzyć się z wdrożeniem w swoich firmach systemu zgłaszania nieprawidłowości.

Ochrona sygnalistów – wyzwanie 2021 r.

Założeniem Dyrektywy jest, by w przedsiębiorstwach istniały skuteczne kanały informowania o naruszeniach prawa, z których będą mogły bezpiecznie korzystać osoby dostrzegające nieprawidłowości (sygnaliści). Osoby te muszą zostać następnie poinformowane o sposobie załatwienia sprawy.  Będą mogły również liczyć na szeroką ochronę przed negatywnymi konsekwencjami zgłoszenia naruszeń. W szczególności sygnalistów nie powinny dotknąć żadne działania odwetowe, jak np. zwolnienie z pracy, degradacja, przymusowy urlop bezpłatny, zmiana miejsca pracy, obniżenie wynagrodzenia, zmiana godzin pracy, wstrzymanie szkoleń, negatywna ocena wyników lub o pracy, zastosowanie środka dyscyplinarnego – lista takich działań jest długa i ma charakter otwarty.

Ochroną przewidzianą w Dyrektywie objęci są zgłaszający naruszenie pracownicy, ale nie tylko. Dotyczy to także osób, które mogą uzyskać informacje o naruszeniu w kontekście związanym z pracą  – w tym np. zatrudnieni na podstawie umowy cywilnoprawnej, samozatrudnieni, wspólnicy, stażyści, wykonawcy, podwykonawcy, dostawcy, byli pracownicy, osoby w trakcie rekrutacji. Zakres podmiotowy jest więc bardzo szeroki.

Nie każdy rodzaj naruszenia podlega przepisom Dyrektywy. Ustala ona minimalne normy ochrony osób zgłaszających naruszenia aktów prawnych z zakresu konkretnych dziedzin, w tym m.in. zamówień publicznych, ochrony środowiska, zdrowia publicznego, czy ochrony konsumentów, a także naruszenia mogące mieć wpływ na interesy finansowe Unii, bądź naruszenia dotyczące rynku wewnętrznego, w tym zasad konkurencji, pomocy państwa, podatku od osób prawnych. Choć wydaje się, że zakres naruszeń, które Dyrektywa wymienia jest niezbyt obszerny, to trzeba pamiętać, że może on zostać rozszerzony przez przepisy krajowe.

Najważniejsze obowiązki pracodawców

Założenia Dyrektywy przekładają się oczywiście na obowiązki dla pracodawców. Muszą się oni liczyć  przede wszystkim z:

  • koniecznością utworzenia wewnętrznego kanału zgłoszeń,
  • opracowaniem procedur, przy wykorzystaniu których sygnaliści będą mieli możliwość dokonywania zgłoszeń naruszeń,
  • wyznaczeniem osoby lub jednostki organizacyjną odpowiedzialnej za przyjmowanie i zgłoszeń i przeprowadzanie działań następczych,
  • prowadzeniem rejestru zgłoszeń,
  • zapewnieniem ochrony sygnalistom.

Bez wątpienia pracodawców nie ucieszą nowe obowiązki, kolejne na długiej liście wymogów, które muszą być spełnione, by ich organizacja działała zgodnie z literą prawa. Jednocześnie dla wielu podmiotów sama koncepcja sygnalisty może być niezrozumiała. Może on kojarzyć się ze skarżypytą, czy kapusiem, który szuka dziury w całym i donosi na kolegów lub przełożonych. Jest to jednak negatywny stereotyp, nie odpowiadający rzeczywistej roli sygnalisty.

Korzyści dla pracodawców

Dzięki systemowi zgłaszania naruszeń pracodawca może odnieść wymierne korzyści.

  • Wychwycenie nieprawidłowości w działaniu organizacji na wczesnym etapie umożliwia szybkie wprowadzenie działań naprawczych.
  • Bez wątpienia lepiej jest dla organizacji, gdy naruszenie zostanie wykryte wewnątrz, niż gdy wyjdzie na jaw w wyniku działania organów państwa – zapewnia to czas na zbadanie sprawy, usunięcie naruszenia, wdrożenie działań zapobiegających na przyszłość, a często pozwala uniknąć negatywnych konsekwencji w postaci sankcji czy innego rodzaju odpowiedzialności (karnej, cywilnej, czy administracyjnej).
  • W wielu przypadkach wykrycie naruszenia w ogóle nie jest możliwe bez informacji od pracownika, jeśli więc nie będzie on przekonany, że może bezpiecznie zgłosić problem pracodawcy, nieprawidłowość może się utrzymywać, narażając pracodawcę na poważne ryzyka.
  • System zgłaszania naruszeń może działać odstraszająco na potencjalnych naruszycieli, którzy licząc się z ryzykiem ujawnienia przez sygnalistę powstrzymają się od działań niezgodnych z prawem.
  • Dobrze zorganizowany system zgłaszania naruszeń będzie wzmacniać zaufanie pracowników do pracodawcy, budować ich lojalność i wspierać uczciwość, z drugiej zaś strony może eliminować osoby, które poprzez działania niezgodne z prawem powodują szkody dla pracodawcy.

Jeśli pracodawcy uda się zbudować taką kulturę korporacyjną, w której fakt sygnalizowania naruszeń będzie spotykał się z pozytywnym i przychylnym odbiorem, może odkryć, że ten kanał komunikacji ze strony pracowników pozwala mu zaoszczędzić sobie kosztów i strat wizerunkowych, które poniósłby gdyby pracownik nie zwrócił uwagi na problem.

Nie tylko procedury – trzeba stworzyć klimat do zgłaszania naruszeń

Warto poświęcić czas na przekonanie pracowników, że pożądane jest zgłaszanie przez nich dostrzeżonych nieprawidłowości, że takie zgłoszenie nie pociągnie dla nich negatywnych konsekwencji, a pracodawca potraktuje je poważnie i przekaże pracownikowi informację o sposobie rozwiązania problemu. Jednocześnie jednak, by uniknąć zgłoszeń w spawach błahych, nieistotnych, lub będących jedynie przejawem złośliwości wobec współpracownika, należy też zapewnić jednoznaczny przekaz jakie rodzaje spraw powinny podlegać zgłoszeniu.
Wdrożenie systemu zgłoszeń nieprawidłowości nie może więc polegać jedynie na opracowaniu rozwiązań technicznych i stworzeniu procedur. Kluczowe będzie budowanie w pracownikach przekonania, że sygnalizowanie nieprawidłowości nie jest „donoszeniem”, lecz służy tworzeniu działającego zgodnie z prawem i zasadami uczciwości miejsca pracy. Pracownik musi wiedzieć, jakie naruszenia powinien zgłaszać, musi też być też pewien, że zgłaszając nieprawidłowość może liczyć na anonimowość i nie poniesie negatywnych konsekwencji. Ważne jest też, by zespół dedykowany do przyjmowania i obsługi zgłoszeń wiedział, że żadne zgłoszenie nie może pozostać bez odpowiedzi, tak by zgłaszający wiedzieli, że ich sygnały są traktowane poważnie. Warto zacząć więc budować w pracownikach speak-up culture (z ang. kultura mówienia), by system zgłaszania naruszeń choć wdrożony zgodnie z przepisami nie pozostawał jednak martwy.

Anna Gąsecka, adwokat, Certyfikowany Approved Compliance Officer (ACO). Zajmuje się obsługą korporacyjną firm z różnych branż, w tym telekomunikacyjnej, farmaceutycznej, dystrybucyjnej i usługowej, dbając o zgodność z prawem funkcjonowania biznesu klientów.

[1] Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937 z dnia 23 października 2019 r.

Google Play ponownie z niebezpiecznymi aplikacjami. Clast82 instalował trojana bankowego na urządzaniach ofiar

10 aplikacji dostępnych w sklepie Google Play zostało zainfekowanych programem zaprojektowanym do dostarczania złośliwych aplikacji mobilnych. Nazywany przez badaczy firmy Check Point „Clast82”, ominął zabezpieczenia Sklepu Play, instalując szkodliwe oprogramowanie drugiego etapu, które dawało hakerowi dostęp do kont finansowych ofiar, a także zapewniało kontrolę nad ich telefonami komórkowymi.

Check Point Research (CPR) zidentyfikowali nowy dropper (złośliwy program przeznaczony do dostarczania innego złośliwego oprogramowania na telefon ofiary) rozprzestrzeniający się w Sklepie Google Play. Clast82 instaluje na urządzeniach ofiar szkodliwe oprogramowanie drugiego etapu, które zapewnia hakerowi inwazyjny dostęp do kont finansowych ofiar, a także pełną kontrolę nad ich telefonami komórkowymi. Eksperci Check Pointa wykryli szkodnika w 10 aplikacjach użytkowych, takich jak nagrywanie ekranu czy VPN.

Clast82 ma za cel instalowanie trojana bankowego AlienBot, który atakuje aplikacje finansowe omijając ich kody uwierzytelniania dwuetapowego. Jednocześnie Clast 82 wyposażony został w trojana zdalnego dostępu zdolnego do kontrolowania urządzeń za pomocą usługi TeamViewer.

Opracowany przez hakera program wykorzystuje szereg technik, pozwalających uniknąć wykrycia przez Google Play Protect. Używa m.in. Firebase (należącego do Google) jako platformy do komunikacji C&C oraz wykorzystuje GitHub jako zewnętrzną platformę hostingową do pobierania docelowego ładunku.

Hakerzy użyli do ataków legalnych i znanych aplikacji typu open-source, takich jak Cake VPN, Pacific VPN, BeatPlayer, QR/Barcode Scanner MAX, Music Player czy QRecorder.

Check Point Research zgłosił swoje ustalenia Google’owi 28 stycznia, natomiast 9 lutego Google oficjalnie potwierdził, że wszystkie aplikacje Clast82 zostały usunięte ze Sklepu Google Play.

 Hakerowi stojącemu za Clast82 udało się ominąć zabezpieczenia Google Play za pomocą kreatywnej, ale niepokojącej metodologii. Dzięki prostej manipulacji łatwo dostępnymi zasobami stron trzecich – takimi jak konto GitHub lub FireBase – haker był w stanie wykorzystać łatwo dostępne zasoby, aby ominąć zabezpieczenia Sklepu Google Play. Ofiary myślały, że pobierają nieszkodliwą aplikację użytkową z oficjalnego sklepu Androida, ale tak naprawdę otrzymywali niebezpiecznego trojana, który miał za cel atakowanie ich kont finansowych. – mówi Avrian Hazum, menedżer działu badań mobilnych w Check Point.

Zdaniem ekspertów zdolność droppera do pozostania niewykrytym pokazuje, jak ważne jest wykorzystywanie rozwiązań zabezpieczających urządzenia mobilne. Okazuje się, że nie wystarczy jedynie skanować aplikację w okresie testowym, ponieważ cyberoszuści mogą zmieniać zachowanie aplikacji za pomocą łatwo dostępnych narzędzi innych firm.

Dzień korekt na rynku. Kryptowaluty znów w górę

Po wielu dniach słabości zarówno euro względem dolara, jak i złotego względem euro dzisiaj mamy dzień oddechu. Kolejne dni pokażą, czy będziemy dalej wracać w stronę poprzednich poziomów, czy to tylko krótka anomalia.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane z niemieckiej gospodarki. Eksport idzie w górę o 1,4% wobec oczekiwań spadku o 1,2%. Z kolei import spada o 4,7%, podczas gdy oczekiwano spadku o zaledwie 0,5%. Rynki przyjęły te dane jako dobrą informację. Dlaczego inwestorzy preferują niespodziankę w danych o eksporcie, a ignorują większe odchylenie w imporcie? Gospodarka, która przestawia się na konsumpcję wewnętrzną, a przy okazji więcej eksportuje, ma zdrowy sektor produkcyjny. Import nie jest tak korzystny. Nadwyżka handlowa naszego zachodniego sąsiada przebiła nawet górkę sprzed pandemii. Nie może zatem dziwić, że inwestorzy wykorzystali te dane do odbicia na dolarze. Dzisiaj pierwszy raz od ponad tygodnia jesteśmy świadkami drożejącego euro względem dolara.

Euro nie przekroczyło 4,60 zł

Odbicie widzimy nie tylko na parze EURUSD, ale również na polskim złotym. Po wielu dniach słabości podsycanej dodatkowo przez prezesa NBP informacjami o interwencjach walutowych mamy dzisiaj korektę. Polski złoty jest w specyficznej sytuacji. Z danych makroekonomicznych wynika, że rodzima waluta mogłaby być znacznie silniejsza. Z drugiej strony determinacja NBP do jej osłabiania jest zadziwiająca. Widać to chociażby po nagłym wzroście rezerw walutowych, które się znikąd nie wzięły.

Kryptowaluty znów w górę

Bitcoin zapomniał już o gwałtownej przecenie, kiedy to w ciągu kilku dni spadł z 57 000 dolarów poniżej 45 000 dolarów. Dzisiaj znów pnie się w górę, osiągając 55 000 dolarów. Należy zwrócić uwagę, że dzieje się to przy znacznie silniejszym dolarze niż na ostatnich szczytach bitcoina, zatem ceny najpopularniejszej kryptowaluty wyrażone w innych walutach mogą być jeszcze bardziej atrakcyjne. Analitycy wskazują, że za wzrostami na bitcoinie stoi napływ dużych firm finansowych. Chcą one podłączyć się do pociągu, zanim po raz kolejny odjedzie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Profesjonalny personal branding, czyli jak mądrze zbudować markę osobistą?

Silna marka osobista to nie tylko duży zasięg w serwisach społecznościowych, lajki czy sława w wybranych kręgach. Jest to przede wszystkim zespół wartości oraz cech stojących za konkretną osobą i będących swego rodzaju obietnicą wysokiej jakości. W jaki sposób mądrze budować wizerunek?

Czym jest personal branding?

Personal branding to strategia budowania własnej marki poprzez odpowiednie zarządzanie swoim wizerunkiem. Nie obawiaj się, że pojęcie to dotyczy jedynie osób na wyższych szczeblach, polityków, sportowców czy celebrytów. Może z niego korzystać każdy, kto dba o swoją karierę, np. freelancerzy próbujący wybić się na rynku, studenci lub poszukujący zatrudnienia. Silna marka osobista pozwala rozwijać karierę i zwiększać rozpoznawalność w branży.

Jak budować markę osobistą?

Nigdy wcześniej zaistnienie w szerszej świadomości społeczeństwa nie było tak proste, jak dzisiaj. Dzięki powszechnemu dostępowi do internetu wystarczy niewiele, by praktycznie z dnia na dzień zaistnieć w sieci. Skuteczne budowanie wizerunku to jednak coś więcej niż tylko założenie kanału w mediach społecznościowych i publikowanie postów. Aby mądrze zarządzać marką osobistą, należy działać według przemyślanego, starannie opracowanego planu.

Przede wszystkim ważne jest sprecyzowanie grupy docelowej. Określ, jakim językiem posługują się Twoi docelowi odbiorcy, za pośrednictwem jakich mediów się komunikują, skąd czerpią informacje czy też jakie mają zainteresowania. Wiedza ta pozwoli Ci lepiej dostosować formę przekazu do odbiorcy.

Kolejny krok to stworzenie przemyślanej strategii działania, aby Twój image był spójny, niezależnie od kanału komunikacji, którego używasz. Postaw na autentyczność. Znajdź coś, co Cię wyróżnia na tle konkurencji, uczyń z tego swój znak rozpoznawczy i komunikuj to światu.

Pamiętaj, że personal branding to działania długofalowe, w których liczy się konsekwencja. Jeśli chcesz zbudować wizerunek eksperta w swojej dziedzinie, potrzebujesz czasu, aby zdobyć zaufanie odbiorców i zaprezentować im swoje umiejętności oraz wiedzę.

Personal branding z profesjonalistami

Działania związane z budowaniem marki osobistej możesz prowadzić samodzielnie lub powierzyć ich realizację ekspertom. Doświadczona, wyspecjalizowana w tym zakresie agencja PR może w Twoim imieniu prowadzić komunikację i dbać o Twoją obecność w mediach. Specjaliści dysponują wiedzą i narzędziami, które pomogą Ci w kreowaniu wizerunku. Agencja PR przeprowadzi audyt Twojej marki osobistej oraz Twojej głównej konkurencji, pomoże w zdefiniowaniu grup docelowych oraz stworzeniu kluczowych przekazów. Kompetentni eksperci wesprą Cię w opracowywaniu komunikatów i właściwym dotarciu do odbiorców. Pomogą, gdy będziesz potrzebować doradztwa wizerunkowego i strategicznego.

Możesz również zdecydować się na wsparcie jedynie w początkowym okresie budowania marki osobistej. Agencja PR przygotuje dla Ciebie strategię personal brandingową oraz przeszkoli w zakresie kluczowych obszarów, np. właściwej komunikacji z odbiorcami.

Mądre budowanie osobistej marki to inwestycja, która przyniesie Ci korzyści na wielu polach. Dzięki niej zyskasz wyższy kredyt zaufania w oczach klientów i kontrahentów oraz rozszerzysz sieć kontaktów biznesowych.

Jak kuchnia skandynawska wpływa na nastrój?

Wnętrza w stylu skandynawskim cieszą się ogromną popularnością na całym świecie. Moda na aranżacje inspirowane Skandynawią pojawiła się kilka lat temu, jednak sam charakterystyczny skandynawski design narodził się w latach 50. XX wieku i wciąż jest numerem jeden wśród mieszkańców tamtego regionu.

Co takiego ma w sobie styl skandynawski?

Przez mniej więcej połowę roku kalendarzowego mieszkańcy Skandynawii cierpią z powodu małej ilości światła słonecznego, dlatego dbają, by ich mieszkania były możliwie, jak najbardziej przytulne i jasne. Wszystkie meble znajdujące się w pomieszczeniach powinny być jasne bądź w kolorze naturalnego drewna, by dodawać wnętrzu więcej ciepła, gdy za oknami ciemno i ponuro. Wybierając meble Skandynawowie kierują się przede wszystkim funkcjonalnością i prostotą – powinny tworzyć wygodną, estetyczną przestrzeń, ale raczej być tłem dla kilku wyrazistych akcentów. Takim mocny dodatkiem mogą na przykład być lampy.

Kuchnia skandynawska – serce każdego domu

Kuchnia w stylu skandynawskim kojarzy się z prostotą, czystością i jasnymi kolorami. Nie można jednak przy tym rezygnować z funkcjonalności. Jeśli pomieszczenie, w którym chcemy urządzić kuchnię jest wyjątkowo małe lub ma nietypowy kształt, warto postawić na kuchnie na zamówienie. W Meble Prato mają Państwo pewność, że projekt zostanie stworzony i dopasowany specjalnie do naszego wnętrza. Dzięki takim personalizowanym projektom jak https://www.mebleprato.pl/kuchnie-na-wymiar/ unikniemy wielu przykrych niespodzianek, jakie czekałyby nas przy montażu standardowego kompletu mebli. Kuchnie za zamówienie to też rozwiązanie dla wszystkich, którzy mają swoją własną wizję aranżacji i potrzebują firmy, która wcieli ją w życie.

Jasna kuchnia poprawia humor

Przy wyborze projektu często kierujemy się tylko praktycznymi względami, dlatego w naszym kraju kuchnie są ciemne i smutne, ale za to funkcjonalne. Warto wiedzieć, że jasna kuchnia nie musi być od razu bardzo niepraktyczna – wszystko zależy od materiałów, z jakich zostanie wykonana. Warto zdawać sobie sprawę, że kolory, jakimi się otaczamy mają wpływ na nasz nastrój. Styl skandynawski to neutralne, jasne barwy oraz drewniane elementy, dzięki którym wnętrze staje się bardziej przytulne. Kolor biały kojarzy się z czystością, łagodzi emocje i przynosi spokój i poczucie bezpieczeństwa. Białe meble w kuchni rozjaśnią wnętrze i sprawią, że wyda się optycznie większe.  Biała kuchnia z naturalnymi drewnianymi elementami i ciepłym światłem sprawi, że nawet w bardzo pochmurny dzień poczujemy się lepiej.

Styl skandynawskim jest uniwersalny

Wnętrze utrzymane w jasnych barwach nie tylko wpływa na nasz pozytywny nastrój, ale jest też świetną bazą do tworzenia oryginalnych aranżacji. Kolor biały świetnie łączy się z wyrazistymi kolorami, jak czerwień, czerń czy granat. Pasuje też to koloru żółtego, błękitu czy nawet fuksji. Styl skandynawski może stanowić całą aranżację lub być jedynie punktem wyjścia – wszystko zależy od naszej fantazji. Jeśli jednak kuchnia lub inne pomieszczenie w naszym domu ma być przytulne i funkcjonalne, warto postawić na sprawdzone rozwiązania – proste  białe meble z naturalnymi drewnianymi elementami. Klasyczne rozwiązania nigdy nie wyjdą z mody – warto to wziąć pod uwagę projektując wystrój naszej kuchni. Dzięki projektom kuchni na wymiar możemy spełnić nasze najskrytsze marzenia o aranżacji, zachowując jednocześnie jej pełną funkcjonalność. Dobry projektant weźmie pod uwagę każdy najmniejszy szczegół wnętrza, tak by meble na wymiar idealnie pasowały do pomieszczenia, a kuchnia wciąż była praktyczna i estetyczna.

Polski e-handel może wzrosnąć w tym roku nawet o 25 proc. Wejście nowych graczy na rynek może rozpocząć wyścig zbrojeń w zakresie IT

Wartość polskiego e-commerce sięga 100 mld zł, co odpowiada za ok. 10 proc. handlu detalicznego. Pandemia okazała się znaczącym katalizatorem wzrostu. Od marca do końca 2020 roku powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. W zależności od rozwoju pandemii w Polsce w tym roku wzrost handlu internetowego może wynieść od 10 proc., przy pełnej dostępności galerii handlowych, do nawet 25 proc., jeśli spotka nas kolejny lockdown – szacują eksperci Unity Group. Duże znaczenie dla rynku będzie mieć wejście Amazona oraz możliwa ekspansja chińskich platform. To powinno przyspieszyć rozwój nowych narzędzi cyfrowych w sprzedaży, m.in. rozwiązań mobilnych.

– Obroty detaliczne w handlu internetowym w 2020 roku wyniosły około 100 mld zł i przekroczyły 10 proc. obrotów ogółem w handlu detalicznym. W 2021 roku spodziewamy się dalszego wzrostu tego udziału – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający w Unity Group.

Wartość polskiego rynku e-commerce wzrosła w 2020 roku znacznie szybciej, niż prognozowano. Izba Gospodarki Elektronicznej podaje, że od marca do końca ub.r. powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. Z raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020″ wynika, że o 15 pkt proc.  wzrósł odsetek kupujących w sieci. Obecnie już 72 proc. polskich internautów to e-klienci. Z danych NBP wynika zaś, że w ciągu trzech kwartałów 2020 roku przeprowadzono w internecie 104,7 mln transakcji, a wartość transakcji z użyciem kart płatniczych sięgnęła 13,9 mld zł (wzrost o 3,7 mld r/r). Także ten rok zapowiada się rekordowo, dużo jednak zależy od sytuacji pandemicznej.

 Są dwa skrajne scenariusze. Jeśli bardzo szybko wrócimy do normalności przedcovidowej, m.in. jeśli na stałe otworzą się galerie, wtedy należy spodziewać się wzrostu e-commerce rok do roku rzędu 10 proc. Natomiast jeśli obostrzenia pozostaną na obecnym poziomie lub zostaną pogłębione, co rynek potraktuje jako stan docelowy, wtedy należałoby spodziewać się wzrostów bardziej rzędu 20–25 proc. – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński.

Raport e-Izby pokazuje także, że pandemia zmieniła zwyczaje zakupowe konsumentów. Wzrosła wartość internetowych koszyków zakupowych. Co czwarty internauta kupuje w sieci więcej niż pięć razy w miesiącu, a co trzeci – między dwa a pięć razy. Wzrosła skłonność do robienia w sieci dużych zakupów. Nawet 78 proc. kupujących w sieci konsumentów deklaruje, że wartość ich koszyka zakupowego jest taka sama lub wyższa niż offline. Najczęściej kupujemy w internecie produkty modowe, elektronikę i produkty urodowe, zyskały też produkty spożywcze.

 Game changerem na rynku będzie nasza gotowość jako klientów do kupowania nowych towarów – zaznacza partner zarządzający w Unity Group. – Wchodzenie nowych technologii, które pozwalają nam na wirtualne przymierzanie, czy systemów rekomendacyjnych powoduje, że ta granica się przesuwa i coraz częściej sprzedają się rzeczy, które dawniej były uznawane za niestandardowe dla kanałów elektronicznych. Przykładowo na rynku chińskim już nawet domy sprzedaje się online.

Duży wpływ na polski rynek e-commerce może mieć wejście Amazona, który w ubiegłym tygodniu zaprezentował stronę w polskiej wersji językowej. Eksperci oceniają, że ten krok może ożywić krajowy rynek z korzyścią dla odbiorców, ale również dla sprzedawców. Tym bardziej że krok amerykańskiego giganta może też zachęcić do ekspansji w Polsce również innych graczy, np. z Azji.

– Dużo się mówi o tym, że Chiny razem ze swoją gospodarką mają bardzo aktywne plany dotyczące całości świata i przeszły z fazy przyjacielskiego rozwoju do form bardziej agresywnych – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński. – Zobaczymy, jak zareagują obecni na rynku gracze. Mogą przyjąć bardzo różne strategie, albo typowo obronne, obrony marży, skupienia się na rozwoju tam, gdzie mają już klientów i odbudowaniu zysku utraconego przez COVID, albo podejmą rękawicę i przeciwstawią się strategii, której możemy spodziewać się od Amazona, czyli typowego blitzscalingu, czyli skalowania organizacji bez patrzenia na rentowność.

Nowe marketplace’y mogą także przyspieszyć wyścig zbrojeń w zakresie rozwiązań IT. W ubiegłym roku w tym zakresie widoczne były na rynku duże zmiany. Wśród podmiotów działających w segmencie B2B jako główne powody wprowadzania nowych rozwiązań najwięcej firm wymieniało podniesienie efektywności działania firmy (51 proc.) oraz zmiany zachowań konsumentów na rynku (48 proc.). Z kolei na pandemię wskazało 26 proc. badanych (raport Unity Group „Polski rynek B2B vs. Cyfrowy Megatrend. Sytuacja branży post COVID-19”).

– W 2020 roku wiele firm przeszło do internetu, co było dla nich nowością, ale też odbiło się na marżowości obrotu. To element, który na pewno wywoła dalszy efekt zbrojeń w zakresie IT. Lepsze rozwiązania mobilne wpłyną na obniżenie kosztu pozyskania klienta i rentowność na koszyku. Na pewno obszary data science czy business intelligence mogą nam pomóc w zwiększaniu marżowości czy wartości koszyka, ale też zadowolenia klientów, o których walka w sieci będzie teraz coraz bardziej zacięta – wymienia partner zarządzający w Unity Group.

W tym roku firmy postawią także na dostosowanie rozwiązań do najbardziej aktywnych w e-sklepach pokoleń, czyli Igreków i Zetek. To właśnie preferencje młodych klientów wpłyną na sposób sprzedaży, m.in. na rozwój rozwiązań mobilnych..

– Z drugiej strony sprzedawcy bardzo dużą pracę wykonują po stronie tego, czego jako klienci nie widzimy, czyli przebudowując centra logistyczne, integrując wszystkie kanały sprzedażowe i pozostałe systemy tak, aby czas dostawy i jakość była dla nas coraz wyższa – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Polacy coraz chętniej uczestniczą w zrzutkach internetowych. Rynek finansowania społecznościowego w tym roku podwoi swoją wartość do 2 mld zł

– Polacy najchętniej angażują się w zbiórki, które mocno wpływają na ich emocje, stąd ogromną popularnością cieszą się projekty charytatywne. W tym roku ten segment rynku urośnie do wartości 1,572 mld zł – prognozuje Tomasz Chołast, członek zarządu Zrzutka.pl. W czasie pandemii spore zainteresowanie budziły akcje organizowane na rzecz medyków, osób starszych i przedsiębiorców, np. restauratorów, którzy są na skraju bankructwa. Według prognoz Zrzutka.pl cały rynek finansowania społecznościowego wzrośnie w tym roku do ponad 2 mld zł. Serwis uruchomi pierwszą na świecie kartę wpłatniczą do takich zrzutek.

Finansowanie społecznościowe bardzo się popularyzuje na całym świecie, również w Polsce. Ludzie przyzwyczaili się do tej formy wsparcia, a płatności online stają się coraz bardziej popularne. Poza tym z powodu pandemii dużo czasu spędzamy w domach i mieliśmy okazję poznać różne formy wsparcia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chołast.

Polacy coraz chętniej organizują i finansują zbiórki w sieci na każdy cel, od charytatywnych, poprzez biznesowe, naukowe, społeczne, a skończywszy na indywidualnych, np. na realizację wyjątkowego hobby. Według szacunków serwisu Zrzutka.pl w ubiegłym roku wartość rynku crowdfundingu przekroczyła 1 mld zł. W tym roku ta kwota może się podwoić. Stuprocentowy wzrost odnotują dwa subrynki: zbiórki charytatywne, które w tym roku urosną do wartości 1,572 mld zł, oraz rynek cyklicznych zbiórek, choć jego wartość jest dużo niższa i wyniesie 50 mln zł. Z kolei rynek finansowania społecznościowego udziałowego wzrośnie o 50 proc., do blisko 138 mln zł.

W Polsce najbardziej popularną i najszybciej rosnącą kategorią jest forma finansowania społecznościowego oparta na darowiznach, kiedy wpłacający otrzymują zwrotnie pewną nagrodę. I to jest wyjątkowe w skali świata. Dynamicznie rośnie również rynek equity crowdfunding, gdzie projekt wspiera się w zamian za udziały – wyjaśnia członek zarządu Zrzutka.pl.

Serwis Zrzutka.pl. zakończył ubiegły rok z bardzo dobrym wynikiem. Liczba wpłat na platformie wzrosła o 89 proc. w porównaniu z 2019 rokiem i wyniosła prawie 2,7 mln. Wartość transakcji była na poziomie 192 mln zł, przy dynamice 102 proc. w stosunku do 2019 roku. Średnio wpłata dokonana w serwisie wynosiła niecałe 70 zł, ale w ekstremalnych przypadkach sięgały nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

– Pozytywny wpływ na aktywność Polaków na portalach crowdfundingowych miała pandemia koronawirusa. Podczas pierwszego lockdownu Polacy bardzo mocno zaangażowali się w pomoc medykom i seniorom, a podczas drugiej kwarantanny powstało wiele projektów wspierających osoby w potrzebie, np. przedsiębiorców – dodaje Tomasz Chołast.

Jak podkreśla, nowością na rynku finansowania społecznościowego jest powstawanie platform dedykowanych konkretnym branżom, np. wrocławska platforma, która debiutowała w styczniu, osiągnęła wynik wsparcia dla jednej gry planszowej na poziomie 5 mln dol. i od początku była dostępna globalnie.

– Spodziewamy się, że platform dedykowanych konkretnym dziedzinom lub branżom będzie coraz więcej. Poza tym coraz bardziej popularne stają się formy zrzutek cyklicznych, czyli takich, w których np. radia, muzycy lub twórcy wspierani są stałą opłatą. Dlatego stworzyliśmy nowy produkt wykorzystywany w sytuacjach, kiedy darczyńcy nie dysponują gotówką. Wprowadzamy na rynek kartę wpłatniczą, poprzez którą będzie można przyjmować wpłaty bez posiadania terminala płatniczego – zapowiada członek zarządu Zrzutka.pl.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy nastąpi komercyjny debiut tej globalnej innowacji, czyli pierwszej na świecie karty wpłatniczej. Pod koniec 2020 roku wystartowały internetowe skarbonki, które z dużym sukcesem były wykorzystywane podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W 2021 roku uruchomimy także wersję międzynarodową naszej platformy. Jej start został przesunięty na ten rok, gdyż sprawy prawno-licencyjne wydłużyły się i przekroczyły zakładane przez nas terminy. Zakładamy, że wartość transakcji na Zrzutka.pl w tym roku wzrośnie o 108 proc i przekroczy kwotę 400 mln zł, a liczba transakcji wyniesie 5 mln, przy dynamice na poziomie 85 proc. – podsumowuje Tomasz Chołast.

Polska europejskim liderem w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. Ruszające wiosną badania przesiewowe noworodków są kolejnym przełomem w walce z tą chorobą

– Wdrażamy badania przesiewowe w kierunku SMA. Liczymy na to, że tylko w tym roku uda się nam przebadać 140 tys. dzieci, ale to jest pierwszy krok – mówi Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia. Badania noworodków w kierunku SMA ruszą wiosną na Mazowszu, a do końca przyszłego roku mają objąć wszystkie województwa. Polska jest trzecim krajem w Europie z tak szerokim programem przesiewowym. Przesiew jest kolejnym – po udostępnieniu leczenia w ramach programu lekowego – przełomem w walce z tą ciężką chorobą genetyczną. Od momentu jego wdrożenia noworodki błyskawicznie otrzymają nusinersen, zanim jeszcze wystąpią objawy. Badania kliniczne NURTURE z tym lekiem wykazują, że podany przedobjawowo pozwala dzieciom z SMA na rozwój podobny do ich zdrowych rówieśników.

 Decyzja o włączeniu badań przesiewowych pod kątem SMA do grona już 29 dotychczas obowiązujących badań przesiewowych w zakresie chorób występujących u dzieci to jest kwestia przynajmniej ostatniego roku, jeżeli nie dłużej. Jako jedni z pierwszych w Europie wprowadziliśmy terapię lekiem Spinraza, który niweluje możliwe następstwa rozwoju choroby i powstrzymuje jej bieg. To był pierwszy krok. Drugim krokiem było właśnie badanie przesiewowe pod kątem SMA, które można leczyć pod warunkiem wczesnego zdiagnozowania. Przed wystąpieniem pierwszych objawów mamy dużo większe szanse na wyleczenie. Dlatego tak ważna jest konsekwencja w walce z tą chorobą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Rdzeniowy zanik mięśni to ciężka i rzadka choroba o podłożu genetycznym, która m.in. uniemożliwia samodzielne poruszanie się i powoduje osłabienie mięśni odpowiadających za oddychanie czy przełykanie, prowadząc do ciężkiej niepełnosprawności i przedwczesnej śmierci. W Polsce jest łącznie około tysiąca pacjentów z SMA w różnym wieku. W ponad 90 proc. przypadków objawy tej choroby pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni, w tym ok. 30–40 z najcięższą postacią.

– Mamy już potwierdzoną informację z Ministerstwa Zdrowia, że program badań przesiewowych zostanie sfinansowany – mówi Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA. – Dzięki temu będziemy ratować rocznie ok. 50 niemowląt, które urodzą się z rdzeniowym zanikiem mięśni. Leczenie tej choroby przedobjawowo, czyli jeszcze zanim niemowlęta wykażą jakiekolwiek objawy SMA, jest najbardziej skuteczne, więc stwarza dużą szansę, że te dzieci będą rozwijać się prawidłowo.

Nieleczony rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia. Jednak dzieci, u których został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać szybko włączone do leczenia i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– W tej chwili badania genetyczne są podstawową metodą diagnostyki rdzeniowego zaniku mięśni. Są absolutnie kluczowe dla postawienia diagnozy. Takie badanie wykonuje się z DNA wyizolowanego z krwi obwodowej, czyli od dziecka pobiera się krew, z której następnie izoluje się materiał do badań genetycznych i poddaje go dalszym procedurom. Dzięki temu tuż po urodzeniu wiemy, czy dana osoba może rozwinąć objawy rdzeniowego zaniku mięśni, czy nie – wyjaśnia dr n. med. Maria Jędrzejowska z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego PAN. – Liczymy na to, że badania przesiewowe ruszą już wiosną, być może od marca, kwietnia.

Jak informuje rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia, najprawdopodobniej już w tym roku w kierunku SMA zostanie przebadanych około 140 tys. noworodków.

 To tak naprawdę pierwszy krok, bo w przyszłym roku liczymy już na przebadanie ok. 200 tys. dzieci – mówi Wojciech Andrusiewicz. – W najbliższych dniach podpisujemy umowę z Instytutem Matki i Dziecka w Warszawie, pod którego kierunkiem będą w Polsce prowadzone badania przesiewowe w kierunku SMA. Z racji tego, że ta placówka zlokalizowana jest na Mazowszu, zaczynamy właśnie od tego województwa. Potem chcemy przynajmniej co jeden–dwa miesiące włączać kolejne, tak aby docelowo badaniami przesiewowymi objąć już cały kraj.

Co istotne, jeszcze kilka lat temu nie istniała żadna metoda przyczynowego leczenia SMA. Po postawieniu diagnozy lekarze mogli zalecać chorym wyłącznie leczenie objawowe i rehabilitację. Zmieniło się to pięć lat temu wraz z pojawieniem się nusinersenu – pierwszej skutecznej terapii w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. W 2019 roku została ona objęta refundacją również w Polsce w ramach programu lekowego. Resort zdrowia zdecydował, że leczeniem zostaną objęci wszyscy chorzy bez względu na wiek czy stopień zaawansowania choroby. Tempo wdrażania tej terapii jest tak szybkie, że Polska staje się europejskim liderem w leczeniu SMA – jest jedynym krajem, który włączył do leczenia nusinersenem tak dużą liczbę chorych w tak krótkim czasie. Obecnie trwają prace nad opracowywaniem danych płynących z rzeczywistych doświadczeń klinicznych (RWE) polskich ekspertów po dwuletnim okresie leczenia chorych.

Pierwsze wyniki analiz statystycznych wskazują, że w programie mamy nie tylko zahamowanie postępu choroby, czyli spełnienie tego kryterium minimum, ale również poprawę. Średnio ta poprawa wynosi około 4 punktów dla dzieci ocenianych w skali dostosowanej dla niemowląt i młodszych dzieci. Te 4 punkty są przy pierwszej ocenie skuteczności, a każda kolejna ocena przynosi większą poprawę. Pacjenci mogą więc mieć nadzieję na coraz większą poprawę w miarę postępu leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

– Najnowsze wyniki badania NURTURE potwierdzają wcześniejsze obserwacje, z których wynika, że terapię lekiem nusinersen należy rozpoczynać, zanim u pacjentów pojawią się pierwsze objawy choroby. Dzięki temu dzieci otrzymują szansę na rozwinięcie zdrowego fenotypu. Na zależność tę wskazuje biorąca udział w badaniu grupa 25 dzieci, które zostały zdiagnozowane i poddane leczeniu w pierwszych sześciu tygodniach życia, zanim wystąpiły u nich objawy. Po trwającej pięć lat nieprzerwanej terapii 100 proc. z nich pozostaje przy życiu. Leczone dzieci czują się bardzo dobrze, wszystkie oddychają samodzielnie i siedzą bez pomocy, a 88 proc. z nich także samodzielnie chodzi – wyjaśnia cytowana w komunikacie prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

W tej chwili program lekowy „Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni” jest realizowany w 29 ośrodkach w Polsce (w 13 dedykowanych osobom dorosłych i 16 pediatrycznych). W ramach programu leczonych jest w tej chwili 687 pacjentów, a kolejnych 58 jest do niego zakwalifikowanych. Oznacza to, że w Polsce leczeniem objętych jest ponad 70 proc. wszystkich chorych na SMA.

 Nie oznacza to jednak, że pozostałych 300 pacjentów nie otrzymuje żadnego leczenia. Mamy również w Polsce grupę pacjentów objętych badaniami klinicznymi innych, nowych leków, w związku z czym znakomita większość pacjentów w Polsce jest w tej chwili objęta dostępem do terapii – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

Fundacja SMA wskazuje, że nusinersen zapoczątkował przełom w leczeniu pacjentów cierpiących na tę chorobę. Kolejnym przełomom jest wprowadzenie badań przesiewowych, które stanowią uzupełnienie właściwej ścieżki leczenia dającej szanse na pokonanie SMA.

Kryzys zaczął wpływać na ceny nieruchomości. Wciąż jednak wiele przemawia za coraz wyższymi stawkami

Według danych Narodowego Banku Polskiego w IV kwartale ub.r. średnie ceny 1 mkw. mieszkania w siedmiu największych miastach zmniejszyły się o 0,81 proc., do 8325 zł, a na pięciu z tych rynków były niższe niż w poprzednim kwartale. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w I kwartale 2017 roku. I choć rynkowi komentatorzy poczuli się zaskoczeni, zdaniem ekonomisty Ignacego Morawskiego jest za wcześnie na ogłaszanie rynku kupującego. Większość oczekuje jednak dalszego wzrostu cen, ale na rynku pojawia się szereg zagrożeń z tym związanych.

IV kwartał roku 2020 to był okres bardzo intensywnych restrykcji przeciwepidemicznych, kiedy generalnie liczba transakcji mogła być mniejsza, więc ja bym nie wysuwał daleko idących wniosków – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData, główny ekonomista „Pulsu Biznesu”. – Natomiast rzeczywiście fakt, że ceny lekko się obniżyły, jest intrygujący. Kiedy wybuchła epidemia, to powszechne prognozy mówiły o spadkach bądź stabilizacji ceny nieruchomości po wielu latach wzrostu. Tymczasem one przez wiosnę, lato i jesień rosły i to była pewna niespodzianka. Ale w końcu późną jesienią i zimą ceny lekko się obniżyły. Wydaje mi się więc, że była to opóźniona reakcja na kryzys gospodarczy.

Jeśli się uważnie przyjrzeć zmianom cen, to na ich spadek miała wpływ Warszawa, gdzie są one najwyższe, a w IV kwartale zmniejszyły się o 2,2 proc. Dla pozostałych sześciu miast z tej grupy – Gdańska, Gdyni, Krakowa, Wrocławia, Łodzi i Poznania – średnia wzrosła, co prawda niewiele, bo o 19 zł. W tej grupie za wzrost odpowiada głównie stolica Dolnego Śląska, w której nastąpiła wyjątkowo wysoka zwyżka – o 9,2 proc. W Krakowie ceny podniosły się o 18 złotych, czyli 0,22 proc., w Gdańsku spadły, ale ruch był jeszcze mniejszy i wyniósł zaledwie -0,09 proc., w Poznaniu spadły o 0,9 proc., w Gdyni o 1,1 proc., a w Łodzi o 1,6 proc. Zmiany były więc w większości niewielkie i trudno ocenić, w którą stronę podążą w kolejnych miesiącach. Ponadto w 10 kolejnych miastach, tylko nieco mniejszych (Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra), ceny wzrastały.

 Ceny mieszkań jest niezmiernie trudno przewidywać. Generalne oczekiwanie na rynku jest takie, że będą rosły dalej. Po pierwsze z tego względu, że mamy szybki wzrost gospodarczy i relatywnie wysoki wzrost płac. Po drugie ze względu na fakt, że mamy bardzo niskie stopy procentowe, szczególnie realne, i wiele osób kupuje mieszkania jako formę lokaty kapitału – tłumaczy Ignacy Morawski. – Jednocześnie w ostatnim czasie zaczęto coraz więcej mówić o podwyżkach stóp procentowych. Wątpię, czy do nich dojdzie już w przyszłym roku, ale może to nastąpić szybciej, niż wydawało się jeszcze kilka miesięcy temu. Co więcej, epidemia trwa dłużej, niż się spodziewaliśmy, i to też w jakiś sposób może ograniczać sentyment na rynku nieruchomości.

W sumie ekspert zauważa jednak przewagę czynników wzrostowych. W ujęciu rocznym ceny transakcyjne mieszkań na rynkach wtórnych wzrosły we wszystkich miastach, przy czym w Warszawie o 2,7 proc., w pozostałych sześciu największych miastach – o 5,4 proc., a w 10 kolejnych poszły w górę aż o 10,1 proc. Z kolei indeks hedoniczny cen (uwzględniający różnice w parametrach mieszkań, takich jak ich wielkość, liczba pokoi, otwarta lub wydzielona kuchnia, stan, okolica, balkon, położenie według stron świata itp.) wskazuje na spadek cen rok do roku tylko w Opolu, zaś na najmocniejszy wzrost w Poznaniu, Katowicach i Lublinie.

Ceny ofertowe i transakcyjne zawsze się różnią, dlatego że inne jest oczekiwanie sprzedającego, a inne kupującego. Jeżeli cena transakcyjna jest dużo niższa od ceny ofertowej, to znaczy, że rynek zaczyna się odwracać na niekorzyść sprzedających. Ale na razie z danych za jeden kwartał nie wysnuwałbym takich wniosków – ocenia dyrektor SpotData.

Jak podkreśla, zagrożeniem dla rynku może być sytuacja, kiedy popyt na nieruchomości rośnie tylko dlatego, że wszyscy oczekują dalszych podwyżek cen.

Niebezpiecznie robi się wtedy, kiedy ceny rosną nie dlatego, że klienci są w lepszej sytuacji finansowej i mogą sobie pozwolić na kupno droższego mieszkania, ale kiedy klienci kupują mieszkania tylko dlatego, że one mają być jeszcze droższe. Rok temu były głosy, że pojawia się takie ryzyko. Wydaje mi się, że teraz, po lekkiej stabilizacji cen w IV kwartale, takich głosów jest mniej. Ale jeżeli stopy procentowe będą bardzo niskie przez bardzo długi czas, to taka sytuacja może powrócić – mówi ekonomista. – To jest coś, co instytucje publiczne takie jak Narodowy Bank Polski, Ministerstwo Finansów, Komisja Nadzoru Finansowego powinny stale monitorować i monitorują.