Inflacja kontratakuje i staje się inwestycyjną modą – analiza B. Sawickiego

Aby gospodarka przetrwała czas pandemicznych obostrzeń, rządy państw i banki centralne zdecydowały się na pomoc finansową w skali, która wcześniej wydawała się niewyobrażalna. W efekcie, na rynkach pojawiło się mnóstwo tzw. taniego pieniądza, co przy wychodzeniu z koronawirusowej zapaści przełoży się na wzrost inflacji. Okazuje się teraz, że jest to trend, w którym inwestorzy widzą źródło zysku.

Zapowiedzi wzrostu inflacji nie trzeba szukać daleko. W Polsce jej dynamika przez kilkanaście miesięcy z rzędu była powyżej celu Narodowego Banku Polskiego. W grudniu spadła minimalnie poniżej 2,5 proc. rok do roku, ale na początku 2021 r. wyraźnie przyspiesza. W poniedziałek, 15 lutego GUS poinformował, że w styczniu br. ceny koszyka dóbr konsumenckich były o 2,7 proc. wyższe niż przed rokiem. Choć podbicie wskaźników presji cenowej można częściowo przypisać „podatkowi cukrowemu” i wzrostowi stawek za energię elektryczną, to wpisują się one w tendencje globalne, widoczne gołym okiem także w Europie. Ceny w Niemczech, Norwegii i wielu innych państwach rosną szybciej, niż zakładano. Inflacja w Polsce nie będzie dawać za wygraną, przejściowo przekraczać może nawet 3,5 proc. rok do roku. Jest to jeden z kluczowych argumentów za utrzymaniem stóp procentowych przez RPP na niezmienionym poziomie.

Rynki finansowe także stawiają na inflację

Powrót inflacji, reflacja, trend reflacyjny – rynki finansowe od tygodni odmieniają te sformułowania przez wszystkie przypadki. Co stoi za tymi pojęciami?

Chodzi o ogólnoświatowy powrót inflacji. Ceny, zwłaszcza w gospodarkach rozwiniętych, mają rosnąć zdecydowanie szybciej, niż się do tego przyzwyczailiśmy w ostatniej dekadzie. Tendencja ta ma towarzyszyć wychodzeniu z covidowego dołka i być spotęgowana wysiłkami rządów i banków centralnych, które wszelkimi dostępnymi środkami walczą ze skutkami pandemii. Rządy były zmuszone głęboko sięgnąć do kieszeni, a banki centralne w wielu przypadkach przekroczyć granice, które wcześniej wydawały się nieprzekraczalne. Gdzie tylko było to możliwe, koszt pieniądza ścięto do zera. Zastosowano narzędzia, których rezultatem jest gwałtowne pęcznienie aktywów w rękach banków centralnych – tłumaczy Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Od globalnego kryzysu finansowego (2007-2009) władze monetarne były w dużej mierze osamotnione na froncie walki o wspieranie koniunktury. Nie mogły liczyć na wsparcie zaciskających fiskalnego pasa rządów. W rezultacie, łagodzenie polityki sprowadzało się do zwiększania płynności w systemie finansowym. Tym razem rządy ruszyły z fiskalną odsieczą, a efektem połączenia wysiłków już jest i nadal będzie gwałtowny wzrost podaży pieniądza.

W obliczu pandemii rządy zmieniły stanowisko o 180 stopni i przestały bać się przyrostu długu. Przykładowo, Unia Europejska przeznaczy na walkę z gospodarczymi skutkami pandemii łącznie 1,8 biliona euro w ramach nowego budżetu i Funduszu Odbudowy. Co więcej, przełamany został wieloletni opór przed uwspólnotowieniem ryzyka kredytowego. Dobitnie obrazuje to, jak mocno zmieniło się nastawienie względem ekspansji fiskalnej.

W rezultacie, dominującym motywem inwestycyjnym na 2021 r. jest oczekiwanie, że odbicie gospodarek z pandemicznego dołka napędzane gigantycznym wsparciem bodźca fiskalnego oraz ekstremalnie łagodną polityką banków centralnych będzie skutkować właśnie nasileniem się presji inflacyjnej. Gra na wyższą inflację nie jest jedynie pieśnią przyszłości. Przyjmuje wręcz postać rozpędzonej kuli śnieżnej. Już teraz globalne ceny żywności mierzone indeksem Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa są nie tylko o niemal jedną czwartą wyższe niż w pandemicznym dołku, ale także najwyższe od 2014 r. Tylko w tym roku ropa na giełdzie w Londynie podrożała o ponad 20 proc., a baryłka kosztuje ponad 63 dolary, mimo że w mocy pozostają restrykcje i ograniczenia tłumiące popyt na paliwa – zauważa analityk Cinkciarz.pl.

W otoczeniu, którego podstawową cechą są jednoznacznie ujemne realne stopy procentowe (rosnąca inflacja przy zerowych stopach banków centralnych), uczestnicy rynku stawiają na wysokie stopy zwrotu na rynkach akcji, surowców oraz napływy kapitału na rynki wschodzące. Nieodzownym punktem jest też spadek cen obligacji skarbowych, zwłaszcza długoterminowych, np. o dziesięcioletniej zapadalności.

A co na to dolar?

Początkowo kluczowym elementem reflacyjnej układanki miał być słaby dolar. Jednak w styczniu popularność zaczęły zyskiwać tezy, że Rezerwa Federalna porzuci ratunkową politykę, której fundamentami są zerowe stopy procentowe oraz skup obligacji i instrumentów związanych z rynkiem nieruchomości w tempie minimum 120 mld dolarów na miesiąc. Doprowadzić miały do tego silny wzrost gospodarczy i rosnące zagrożenia wybuchem inflacji.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje dynamikę PKB w 2021 r. na ponad 5 proc. i to bez uwzględnienia wpływu szykowanego przez administrację Joe Bidena pakietu fiskalnego. Przypomnijmy, że w dużej mierze bazuje on na transferach socjalnych, a wartością odpowiadać może 8-9 proc. największej światowej gospodarki.

Rezerwa Federalna nie pozwoli jednak, by inwestorzy zaczęli obstawiać szybką zmianę kursu. Będzie robić wszystko, by zapobiec korzystnemu dla dolara gwałtownemu wzrostowi rentowności obligacji skarbowych. Zresztą ostatnie dane z rynku pracy w USA brutalnie przypomniały, że zatrudnienie jest wciąż niemal 10 mln etatów niższe niż przed wybuchem pandemii, a inflacja na starcie roku rozczarowuje, co ewidentnie odebrało dolarowi czar. Presja cenowa nie okazuje żadnych oznak wymykania się spod kontroli. Nie ma zatem podstaw, by inwestorzy rzucali swoimi działaniami rękawicę Rezerwie Federalnej, kontestując oficjalną komunikację – analizuje Bartosz Sawicki.

W szerszej perspektywie gospodarcza dominacja USA nad innymi państwami rozwiniętymi, a także strefą euro, nie pozwoli w takiej sytuacji na umocnienie dolara. Siła odbicia koniunktury w największej światowej gospodarce będzie raczej podsycać apetyt na szukanie wysokich stóp zwrotu na ryzykownych rynkach. Powinna zatem oznaczać odwrót od amerykańskiej waluty i kontynuację jej osłabienia, lecz pewnie w tempie wolniejszym niż w 2020 r.

Jeśli nie dolar, to…

Długo faworytem inwestorów była wspólna waluta. W 2020 r. jej wartość względem dolara podniosła się aż o 8 proc. Jeszcze na początku stycznia za euro płacono ponad 1,23 dolara – najwięcej od 2018 r. Jednak rynki finansowe straciły część wiary w fundamenty tej tendencji. Po pierwsze, jest ona nie w smak Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który straszy rynki wizją obniżki stóp procentowych. Po drugie, mianem rozczarowania pierwszego kwartału można śmiało określić wolny przebieg europejskiego programu szczepień na Covid-19.

To, co jest ciężarem dla wspólnej waluty, czyli walka o szybkie i trwałe zniesienie restrykcji i perspektywy polityki pieniężnej, winduje funta. W Wielkiej Brytanii akcja szczepień przebiega sprawniej niż w UE. Niemal co czwarty Brytyjczyk został już zaszczepiony (dla porównania: niespełna co dwudziesty mieszkaniec UE jest już po szczepieniu), a Bank Anglii odżegnuje się od potrzeby sięgnięcia po ujemne stopy procentowe. Sprawia to, że waluta, z której zdjęto balast ryzyka bezumownego brexitu, wiedzie prym na rynkach finansowych. Kurs funta utrzymuje się w okolicy 5,15 zł i na razie nie widać przesłanek, żeby ten stan miał się odmienić. Wśród innych walut faworytem do skorzystania na tendencjach reflacyjnych jest np. korona norweska, a siłę zdobytą w 2020 r. powinny utrzymać korona szwedzka czy dolar australijski – komentuje analityk Cinkciarz.pl.

Złoty na uboczu globalnych tendencji

Opisywane środowisko sprzyja przepływowi kapitału w kierunku rynków wschodzących i było również korzystne dla złotego, ale do czasu. Polska waluta w IV kwartale ub.r. mocno zyskiwała względem euro i dolara, ale tendencje te przerwał bank centralny. Groźba interwencji walutowych ze strony Narodowego Banku Polskiego utrzymuje kurs euro blisko 4,50 zł.

Tolerancja władz monetarnych dla niższych poziomów kursu powinna rosnąć wraz z postępem programu szczepień i pojawianiem się ewidentnych oznak wychodzenia gospodarki z dołka. Złoty staje zatem przed szansą, by nadrabiać stracony w ostatnich tygodniach dystans, ale zapewne przyjdzie na to poczekać do wiosny – szacuje Bartosz Sawicki.

Wypadki drogowe: Wraca dyskusja nt. odbierania prawa jazdy. Blisko 40% Polaków jest na tak


Prawie 40% Polaków jest za obligatoryjnym odbieraniem prawa jazdy za spowodowanie wypadku. Ale tylko o 1,4% mniej rodaków ma przeciwne zdanie. Najwięcej zwolenników kary jest w grupie wiekowej 23-35 lat. Wśród orędowników tego rozwiązania najczęściej pojawiają się głosy o zatrzymywaniu dokumentów na okres do 2 lat. Ale są też ostrzejsze opinie, żeby dożywotnio pozbawiać uprawnień
.

Jak wynika z badania, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP, 39% ankietowanych uważa, że za spowodowanie wypadku drogowego powinno być obligatoryjnie zabierane prawo jazdy. Przeciwnego zdania jest tylko nieznacznie mniej rodaków – 37,6%. Natomiast 23,4% badanych nie ma opinii na ten temat.

– Podział społeczeństwa w tej kwestii może wynikać z braku wiedzy prawnej oraz przekazu medialnego. Bardzo często wypadek nie jest wynikiem działania jednostronnego, a błędów popełnionych przez kilka stron. Jeśli nasilenie winy nie jest duże, to sądy nie orzekają tego środka karnego. A typowy wyrok to rok w zawieszeniu na 3 lata. Mówimy o sytuacji, w której dochodzi do rozstroju zdrowia powyżej 7 dni, a sprawca nie był pod wpływem alkoholu i nie uciekł z miejsca zdarzenia – komentuje Janusz Popiel, prezes Alter Ego – Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych.

Jak stwierdza dr Wojciech Korchut, psycholog z Uniwersytetu SWPS, to jest bardzo optymistyczna statystyka. Byłoby gorzej, gdyby przewagę miały osoby broniące przywileju posiadania prawa jazdy nawet w sytuacji, gdy jest się sprawcą groźnego w skutkach wypadku, czy też jazdy pod wpływem alkoholu lub środków psychoaktywnych. Zdaniem eksperta, oczywiście należałoby opracować procedury prawne, które pozwalałyby przywracać uprawnienia do prowadzenia pojazdów. Do takich zdarzeń dochodzi przecież z różnych przyczyn. Czasami jest to przypadek, a niekiedy agresja wynikająca z dysfunkcji osobowościowych.

– Z jednej strony mamy pirata drogowego, którego bezmyślna jazda, np. na terenie zabudowanym doprowadziła do potrącenia na pasach pieszego. Z drugiej strony jest ktoś, kto spowodował wypadek, bo zwyczajnie się zagapił. Takie osoby należy inaczej traktować. W pierwszym przypadku uprawnienia powinny być od ręki zabierane i wydawane dopiero po dłuższym czasie, koniecznie po zdanym egzaminie. Natomiast w drugim przypadku prawo jazdy mogłoby być odbierane prewencyjnie, jednak na krótszy okres – zaznacza Maciej Kamiński, ekspert rynku motorycznego, prezes zarządu HELPER CPP.

Natomiast Janusz Popiel zwraca uwagę na Polaków, którzy utracili prawo jazdy, a mimo to dalej prowadzą. To problem, bo środek karny jednak nie działa. Zdaniem prezesa Alter Ego, warto więc zastanowić się nad innymi rozwiązaniami, np. dozorem. W niektórych krajach zakłada się opaskę na nogę, więc zachowanie sprawcy jest monitorowane. Jeśli szybko się przemieszcza, to oznacza, że może siedzieć za kierownicą.

– Gdy lekarz popełnia błąd podczas zabiegu operacyjnego czy też operuje po alkoholu, to większość z nas domaga się za taki czyn kary. Podobnie jest z innymi zawodami, jednak kierowców traktuje się z większym pobłażaniem. Prawo jazdy jest praktycznie dostępne dla każdego, kto uzyska odpowiedni wiek i lepiej lub gorzej zda egzamin. Rzadko jednak zdajemy sobie sprawę z faktu, że debiutant na drodze – często bardzo młody – dostaje do ręki broń, przy pomocy której może zakończyć czyjeś życie np. jako zabójca pieszego na pasach. Jest to problem, który się rozmywa, bo posiadanie samochodu nie jest postrzegane przez społeczeństwo w kategoriach odpowiedzialności – podkreśla dr Korchut.

Z badania również wynika, że kobiety częściej niż mężczyźni opowiadają się za obligatoryjnym zabieraniem prawa jazdy sprawcy wypadku. Do tego widać, że głównymi orędownikami takich kar są osoby z miast od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców, a także ze wsi i miejscowości do 5 tys. mieszkańców. Z kolei patrząc na wiek badanych, widać, że najwięcej zwolenników tego rozwiązania jest w grupie osób mających 23-35 lat, a najmniej – 18-22 lata.

– Ludzie mający 23-35 lat z pewnością są na etapie zakładania rodzin. Myślą o konsekwencjach nieodpowiedzialnych czynów i chcą surowego karania za wykroczenia czy przestępstwa drogowe. Natomiast grupa 18-22 lata to osoby, które dopiero wchodzą w dorosłe życie. Często nie zdają sobie sprawy z tego, jaką krzywdę może wyrządzić brawura na drodze i szpan przed znajomymi – dodaje ekspert z HELPER CPP.

Do tego zwolennicy obligatoryjnego odbierania prawa jazdy wskazują, na jaki okres powinna następować utrata uprawnień. Najczęściej pojawiają się odpowiedzi od roku do 2 lat – 21,8%, od 6 do 12 miesięcy – 19,3%, a także do pół roku – 14%. Dalej występują takie opinie, jak od roku do 4 lat – 9,4%, a także dożywotnio – 8,4%, Na dłuższy okres niż 6 lat wskazuje 6,6% ankietowanych, a na 4-6 lat – 6,1%. Z  kolei 14,5% badanych nie ma wyrobionego zdania w tej kwestii.

– Nie powinno być administracyjnych przedziałów, że np. jednemu zabierzemy uprawnienia na 6 miesięcy, a drugiemu – na rok, bo temu poszkodowanemu urwało nogę, a ktoś inny stracił oko. W tych kategoriach nie należy stopniować czy też eskalować kary. Poza tym jeszcze jest recydywa, przez co rozumiem pewną uporczywą skłonność do takich samych zachowań – stwierdza ekspert z SWPS.

Jak zaznacza Janusz Popiel, w Polsce okres zatrzymania prawa jazdy liczy się w latach. Zdaniem eksperta, rodzi się więc pytanie, dlaczego nie w tygodniach czy miesiącach. Tak jest w innych krajach. Kara np. na 14 czy 30 dni nie dezorganizowałaby całkowicie życia ludziom. Bardzo często takie uprawnienia są warunkiem wykonywania pracy. A penalizacja jest ostatnim elementem, jeżeli chodzi o poprawę bezpieczeństwa. Według prezesa Kamińskiego, brak krótszych kar niż rok to duży problem. Ustawodawca mógłby uzupełnić istniejącą w przepisach lukę i wówczas można byłoby je stosować wobec lżejszych przewinień. Byłyby one wymierzane od razu i miałyby też wymiar edukacyjny.

– Kary liczone w dniach, czy nawet miesiącach, raczej nie mają sensu. One trochę przypominają małżeńskie restrykcje, np. przyszedłeś po alkoholu, to przez tydzień będę unikać rozmowy z tobą albo śpimy oddzielnie. To są takie przepychanki. To nie ma nic wspólnego z profilaktyką ani z dojrzałym podejściem do sytuacji. Lepiej od razu skierować sprawcę wypadku na terapię, jaką się stosuje np. u osób, które chcą pozbyć się uzależnień – podsumowuje dr Wojciech Korchut z Uniwersytetu SWPS.

Badanie zostało zrealizowane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP pod koniec stycznia 2021 roku. W ankiecie wzięła udział reprezentatywna grupa 1009 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Badani na wstępie otrzymali czytelną informację, czym dokładnie jest wypadek, a czym – kolizja drogowa. Dopiero na tej podstawie wyrażali swoje opinie.

NWZA Farm Fotowoltaiki SA – z Berg Holding SA – wyraziło zgodę na wprowadzenie akcji na NewConnect

W dniu 15 lutego NWZA Farm Fotowoltaiki – z Berg Holding SA – podjęło uchwałę, w której wyraziło zgodę na wprowadzenie akcji spółki na rynek NewConnect. Debiut planowany jest do 12 miesięcy, czyli najpóźniej na początku 2022 roku. Farmy Fotowoltaiki na przełomie lutego i marca zwrócą się do inwestorów indywidualnych – w ramach kampanii crowdfundingu udziałowego promowanego przez Crowdway – po 4,05 mln na budowę nowej farmy o mocy 1 MW zlokalizowanej na Podkarpaciu. Stworzą ją wraz z Columbus Energy.

Jesteśmy w fazie dynamicznego wzrostu i rozwoju kolejnych projektów fotowoltaicznych. Spółka w najbliższym czasie skieruje propozycję nabycia akcji do inwestorów społecznościowych na kwotę 4,05 mln zł. Środki posłużą na realizację farmy w Nagoszynie na Podkarpaciu. Do 12 miesięcy planujemy debiut akcji spółki na rynku NewConnect, to z pewnością dodatkowy atut subskrypcji otwartej – mówi Kamil Kita, prezes Farm Fotowoltaiki SA i jednocześnie członek zarządu Berg Holding SA.

Projekty fotowoltaiczne cieszą się rosnącą popularnością w zagranicznych kampaniach  crowdfundingu udziałowego. W najbliższych tygodniach w ramach Crowdway będziemy promować pierwszy projekt tego typu. OZE cieszą się coraz większym zainteresowaniem ze strony inwestorów i w związku z tym należy spodziewać się kolejnych emitentów z tej branży – mówi Marcel Rowiński, dyrektor operacyjny w Crowdway.

Odnawialne źródła energii stanowią najmłodszą, lecz niezwykle prężnie rozwijającą się gałąź działań Berg Holding SA. Spółka Farmy Fotowoltaiki została założona z myślą o budowie farm fotowoltaicznych na terenie całego kraju. W tym celu, we współpracy z Columbus Energy, realizuje poszczególne projekty farm w ramach spółek celowych. Aktualnie planowaną inwestycją na lata 2021/22 jest nowa farma o mocy 1 MW, położona w Nagoszynie na Podkarpaciu. Instalacja docelowo będzie produkowała energię elektryczną, która zaspokoi zapotrzebowanie 200 gospodarstw domowych. Spółka posiada obecnie zawartą umowę przedwstępną na nabycie projektu farmy, wraz z dzierżawą gruntu. Uruchomienie instalacji planowane jest na początek 2022 roku.

Spółka obecnie dewelopuje farmy o łącznej mocy 72 MW. Nabywane przez inwestora – w ramach crowdfundingu udziałowego – akcje Farm Fotowoltaiki nie będą ograniczały jego zysków jedynie do tych uzyskiwanych z tytułu aktualnie realizowanych inwestycji, lecz dadzą mu także udział we wszystkich, które w przyszłości będą generowane przez spółkę.

W dniu 10 lutego Farmy Fotowoltaiki poinformowały o podpisaniu umowy dzierżawy działki na okres 29 lat w celu budowy trzech farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 3 MW. Umowa jest częścią strategii, która zakłada powstanie co najmniej 25 projektów farm fotowoltaicznych. Powstają one w ramach spółek celowych w konsorcjum zawiązanym przez Farmy Fotowoltaiki oraz Columbus Energy pod nazwą Columbus&Farmy Sp. z o.o.

Strategiczne partnerstwo z Columbus Energy

Farmy Fotowoltaiki w lipcu 2020 roku zawarły z Columbus Energy umowę o współpracy. W ramach partnerstwa podmioty zobowiązały się do wspólnej realizacji projektów, które będą polegały m.in. na znalezieniu lokalizacji, zaprojektowaniu, budowie i uruchomieniu farm fotowoltaicznych. Spółki zobowiązały się do 50-procentowego finansowania kosztów inwestycji oraz podzieliły się kompetencjami. Columbus Energy będzie odpowiedzialny za projekt techniczny, budowę i uruchomienie farm, natomiast Farmy Fotowoltaiki skupią się na wyszukiwaniu lokalizacji do projektów i pozyskiwaniu prawa do nieruchomości w celu ich realizacji.

Rynek fotowoltaiki

Polska w 2019 roku osiągnęła przyrost nowych mocy na poziomie około 0,9 GW, zajmując 5. miejsce wśród krajów Unii Europejskiej pod kątem przyrostu mocy fotowoltaicznej. Nowe moce w PV zainstalowane w Polsce stanowiły 5,5% nowych mocy w Unii Europejskiej[1]. Według Grzegorza Wiśniewskiego, prezesa Instytutu Energetyki Odnawialnej od 2019 roku polski sektor fotowoltaiki (PV) był w stanie zmobilizować więcej kapitału na realizację inwestycji niż cała energetyka konwencjonalna[2]. W roku 2022 wartość inwestycji PV przekroczy 5 mld zł[3], a większość ekspertów jest zgodna, że rynek dużych farm PV w Polsce dopiero się rozwija[4].Rynek fotowoltaiki

[1] Źródło: Instytut Energetyki Odnawialnej, Raport IEO Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020, 07.2020

[2] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[3] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[4] https://biznesalert.pl/rapacka-blokada-bariery-farmy-fotowoltaika-oze-rynek-dekarbonizacja-instalacje-energetyka/

Przedsiębiorcy pominięci w tarczach upominają się o wsparcie. Pomaga im Rzecznik MŚP

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz wystąpił na konferencji prasowej wraz z przedstawicielami przedsiębiorców, którzy wystosowali petycję o uwzględnienie ich w tarczach pomocowych. Zwracali oni uwagę na istnienie licznej grupy firm, które mimo spadków obrotów rzędu 70-80% nie otrzymały od rządu wsparcia. Tuż przed konferencją przedsiębiorcy i Rzecznik MŚP spotkali się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Zapowiedział on podjęcie kroków, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70%.

Wszyscy tu obecni przedsiębiorcy reprezentują sektor MŚP. Przed epidemią ich działalność doskonale się rozwijała i pozwalała utrzymać siebie oraz najbliższą rodzinę. Dopiero koronawirus i zamknięcie gospodarki sprawiły, że firmy te zaczęły borykać się z problemami. Od czterech miesięcy, nie mogąc normalnie pracować, znalazły się na krawędzi bankructwa. Dotychczas nie wypłacono im ani złotówki rekompensaty ponieważ nie mają właściwego numeru PKD – powiedział na wstępie konferencji Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Jako następna głos zabrała Pani Magdalena Leszczak-Wardęga. Jej firma wynajmuje namioty wraz z wyposażeniem na targi i imprezy rozrywkowe. Od marca 2020 roku Pani Magdalena jest niemal pozbawiona przychodów, a mimo to nie została objęta rekompensatami, gdyż jej kod PKD – 77.39 Z (wynajem i dzierżawa pozostałych maszyn, urządzeń oraz dóbr materialnych) – nie został zakwalifikowany do tarczy. Stało się tak pomimo tego, że pod tym kodem działa wielu przedsiębiorców ściśle współpracujących z zamkniętymi branżami, a tym samym także pozbawionych przychodów.

Zamarcie ruchu turystycznego i trudności w przekraczaniu granicy były źródłem problemów firm Pani Barbary Bielinowicz i Pani Moniki Tęczy. Pani Barbara zajmuje się handlem przygranicznym na zachodzie Polski. Przez wprowadzone obostrzenia niemieccy kupujący nie mogą przekroczyć granicy i jej firma straciła swoje główne źródło dochodu. Natomiast Pani Monika prowadzi sklep z pamiątkami na krakowskim rynku. W 2020 roku liczba turystów odwiedzających Kraków zmniejszyła się o połowę, a pod koniec roku, z powodu zamknięcia hoteli i atrakcji turystycznych, spadła niemal do zera. Mimo braku przychodu spowodowanego decyzją o blokadzie części gospodarki, z powodu nieuwzględnienia posiadanych przez obie firmy kodów PKD, państwo odmówiło im jakiekolwiek pomocy.

Pan Paweł Churzępa jest jubilerem, lecz podczas konferencji prasowej reprezentował ogół przedsiębiorców prowadzących działalność w galeriach handlowych. Pan Paweł podkreślił, że w ciągu ostatnich miesięcy rząd dwukrotnie – w listopadzie i styczniu – radykalnie ograniczył działalność w centrach handlowych, pozwalając działać tylko wybranym sklepom. Nie wszystkie zamknięte firmy w galeriach mogą składać wnioski o pomoc. Pominięte zostały chociażby sklepy z zabawkami, sprzętem elektronicznym czy właśnie jubilerzy.

Sala zabaw dla dzieci, prowadzona przez Panią Ewelinę Szmit, rozpoczęła działalność dopiero w 2020 roku. Pierwszy lockdown zatrzymał rozwój firmy, jednak odmrożenie gospodarki pozwoliło biznesowi wyjść na prostą. Ostatni kwartał przepełniony był rezerwacjami na imprezy na dzieci, które niestety w wyniku drugiego zamknięcia trzeba było odwołać. Brak możliwości porównania spadku przychodów, z powodu braku prowadzenia działalności w 2019 roku, wyeliminował Panią Ewelinę z przeważającej większości programów pomocowych.

Pani Joanna Dłużniewska prowadzi firmę w branży sprzedaży odzieży. Ten konkretny rodzaj działalności znalazł się w Tarczach. Niestety, w wyniku niedopatrzenia, przedsiębiorstwu Pani Joanny wpisano inny dominujący kod PKD. Tylko z tego powodu, mimo ponad 70% spadku obrotów, Pani Joanna musi wciąż uiszczać składki na ubezpieczenia społeczne i jednocześnie nie otrzyma świadczenia postojowego ani dotacji na prowadzenie działalności.

To tylko kilka spośród wielu historii przedsiębiorców poszkodowanych przez lockdown i dziurawe tarcze antykryzysowe.

Przed konferencją prasową Rzecznik MŚP wraz z delegacją przedsiębiorców spotkał się z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Przedsiębiorcy złożyli w ministerstwie petycję podpisaną przez ponad 2 000 firm w sprawie włączenia do obydwu tarcz przedsiębiorstw ze spadkiem obrotów powyżej 70 % – bez względu na kod PKD. Podczas spotkania wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział podjęcie kroków, zmierzających do objęcia pomocą szerszej grupy firm, w tym rozpoczęcie prac nad objęciem rekompensatami przedsiębiorców, których przychody spadły o ponad 70%. Co istotne, uzyskanie wsparcia ma być niezależne od posiadanego kodu PKD i daty rozpoczęcia działalności. Adam Abramowicz i przedsiębiorcy liczą na to, że zapowiedziane działania w tej sprawie będą szybkie. Na pomoc czeka, tysiące firm pozbawionych przychodu przez lockdown i pozostających poza tarczami. Te przedsiębiorstwa są w tej chwili na krawędzi bankructwa i tylko niezwłoczne objęcie ich wsparciem może temu zapobiec.

Sztuczna inteligencja wykryje raka piersi

Według najnowszych danych WHO, rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem złośliwym na świecie. W samym 2020 roku wykryto go u 2,3 mln kobiet. AILIS, startup medyczny z Krakowa, stworzył pionierską w skali świata technologię w celu wczesnego diagnozowania zmian nowotworowych oraz szacowania ryzyka zachorowania. Projekt otrzymał niemal 5 mln złotych dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i budzi zainteresowanie kolejnych inwestorów.

Rak piersi coraz częściej dotyka kobiety w pełni aktywne zawodowo, rodzinnie i społecznie. Wykryty i leczony w początkowej fazie może być całkowicie wyleczalny, natomiast w przypadku rozwoju guza do IV stadium, wskaźnik przeżycia spada do zaledwie 22%. Wczesna diagnoza jest kluczowym elementem walki z rakiem piersi.

Technologia opracowana przez krakowski startup jest odpowiedzią na ten problem. AILIS wykorzystuje sieci neuronowe sztucznej inteligencji, rozwiązania telemedyczne oraz POD (Parametryczne Obrazowanie Dynamiczne). Innowacyjny projekt został doceniony przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które przekazało jego twórcom grant w wysokości prawie 5 mln złotych. Obecnie trwają także rozmowy z kolejnymi potencjalnymi inwestorami. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na dalszy rozwój technologii, w tym zwiększenie zespołu badawczego do 60 osób oraz przeprowadzenie badań klinicznych.

Startup już wcześniej zdobył zaufanie inwestorów, otrzymując grant w wysokości 1,4 mln złotych od NCBR oraz wsparcie inwestora prywatnego, co umożliwiło stworzenie prototypu urządzenia oraz przeprowadzenie badań przedklinicznych.

Międzynarodowy zespół, światowe aspiracje

AILIS współtworzone jest m.in. przez specjalistów ze znanego z pracy nad Bozonem Higgsa ośrodka CERN pod Genewą, naukowców z Politechniki Gdańskiej, Instytutu Fizyki Jądrowej czy onkologów z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Jak zapowiadają twórcy, innowacyjna technologia to przełom w obszarze diagnostyki, zwłaszcza w przypadku tzw. gęstych piersi, czyli tych o gruczołowej budowie, charakterystycznych dla młodych kobiet oraz Azjatek.

Szacuje się, że na świecie 43% kobiet w wieku 40-74 lat ma gęste piersi, które ze względu na swoje zbite struktury stanowią największe wyzwanie diagnostyczne. Z wielu badań wynika, że u takich kobiet wykrywane nowotwory są większe i częściej stanowią przyczynę przerzutów. Ten problem jest szczególnie istotny w Azji, gdzie aż 70% kobiet posiada piersi o gęstej tkance. To tam technologia AILIS znajdzie największe zapotrzebowanie – tłumaczy dr n. med. Marcin Mika.

Rewolucja w diagnostyce

System monitoringu stanu zdrowia piersi AILIS porównuje standaryzowane wyniki badań każdej kobiety w czasie i wykrywa nawet najmniejsze anomalnie przy wykorzystaniu algorytmów AI. Dzięki temu możliwe jest uzyskanie precyzyjnego wyniku na bardzo wczesnym etapie rozwoju choroby, co jest niemożliwe w przypadku standardowych technik. Ponadto, na podstawie analizy struktury piersi oraz wywiadu rodzinnego, sieci neuronowe rozpoznają ryzyko wystąpienia choroby w przyszłości.

Badanie z wykorzystaniem urządzenia AILIS jest w pełni bezpieczne, bezdotykowe i bezbolesne. Trwa zaledwie 4 minuty, a wynik dostępny jest w dedykowanej aplikacji już po 10 minutach. Dla porównania czas trwania standardowego badania wynosi ok. pół godziny, a procedura diagnostyczna w niektórych krajach zajmuje nawet kilka miesięcy.

Brakuje specjalistów

Szacuje się, że do 2040 roku na świecie zanotuje się 27,5 mln nowych przypadków raka piersi, co stanowi wzrost o 61,7% w stosunku do roku 2018. Obecnie stosowane techniki diagnostyczne nie są w stanie sprostać tym wyzwaniom, zwłaszcza ze względu ogromne koszty, które generują oraz ograniczony dostęp do specjalistów na całym świecie. Przykładowo, w USA, uwzględniając jedynie czas pracy radiologa, koszt wykrycia raka piersi u jednej osoby z wykorzystaniem mammografii wynosi średnio 1 562 dolary. Dzięki AILIS ta kwota zostaje obniżona do ok. 6 dolarów. Automatyzacja nowoczesnej diagnostyki jest koniecznością.

Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS
Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS

W technologii AILIS badanie wykonywane jest za pomocą superprecyzyjnej sztucznej inteligencji bez udziału personelu medycznego. Jedynie pacjentki z pozytywnym wynikiem zostają automatycznie skierowane do lekarza specjalisty, który zaplanuje dalsze postępowanie. Jest to szczególnie ważne ze względu na utrudniony dostęp do badań. Na całym świecie odnotowywane są alarmujące niedobory radiologów, co przyczynia się do znaczących opóźnień w uzyskaniu diagnozy czy wręcz braku możliwości odbycia niezbędnej diagnostyki. W dodatku, niedoskonałość standardowych technik jest przyczyną wzrostu liczby fałszywie dodatnich wyników i biopsji, co dodatkowo podwyższa koszty opieki zdrowotnej – zauważa Michał Matuszewski, pomysłodawca i CEO AILIS.

AILIS planuje zmienić również podejście do diagnostyki raka piersi, skupiając się na doświadczeniach kobiet podczas badania, tym samym zachęcając je do stałego monitorowania stanu zdrowia swoich piersi dzięki tej nowoczesnej i komfortowej metodzie.

Niemcy: Rollercoaster wzrostu gospodarczego będzie trwać w 2021 r.

Niemiecka gospodarka skurczyła się o -5,0% w 2020 r., co mimo wszystko sugeruje, że pomimo drugiego lockdownu aktywność gospodarcza w ostatnim kwartale utrzymała się na stosunkowo dobrym poziomie. Niestety, jak przewidują eksperci Allianz Research i Euler Hermes na początku 2021 roku – z powodu nowych obostrzeń – niemiecką gospodarkę czeka ostre załamanie, a w przekroju całego roku prawdziwa jazda na rollercoasterze.

  • Niemiecka gospodarka, po słabym początku 2021 roku spowodowanym twardym lockdownem, po Wielkanocy zacznie nabierać rozpędu. Głównie dzięki postępującej liczbie szczepień i w konsekwencji poluźnianiu obostrzeń.
  • Prognoza wzrostu PKB Niemiec w 2021 r. oscyluje na poziomie +3,5%, a w 2022 r. +3,8%. W efekcie niemiecka gospodarka powinna osiągnąć poziom PKB sprzed kryzysu w I połowie 2022 r.
  • Główne czynniki ryzyka to trudny do całkowitego przewidzenia rozwój pandemii oraz wybory parlamentarne w 2021 roku i w konsekwencji odłożenie kluczowych decyzji na okres po uformowaniu nowego rządu.

W 2021 roku niemiecka gospodarka będzie w szybkim tempie przechodzić przez całą paletę cyklu koniunkturalnego, od krótkotrwałego zduszenia w I kwartale 2021 r. do napędzanego szczepionkami boomu konsumpcyjnego w drugiej połowie roku. Ekonomiści Allianz Research oraz Euler Hermes oczekują, że sekwencja będzie przebiegać następująco:

Ostre spowolnienie gospodarcze w Q1 2021 r.

Twardy lockdown obejmujący zamknięcie mniej kluczowych gałęzi handlu detalicznego będzie trwać sądząc po rozwoju sytuacji tj. utrzymującym się wysokim poziomie nowych przypadków Covid-19, znacznym obłożeniu oddziałów intensywnej terapii oraz rosnącymi obawami o rozprzestrzenianie się nowego, zakaźnego szczepu Covid-19. Stąd spodziewać się można, iż złagodzenie restrykcji przyniesie efekty najwcześniej w marcu. W sytuacji, gdy każdy tydzień blokady kosztuje niemiecką gospodarkę około 4 mld EUR, co oznacza utratę do -0,5% kwartalnego wzrostu, znaczący spadek PKB jest niemal pewny, nawet jeśli perspektywy sektora produkcyjnego powinny pozostać korzystne.

Techniczne odrodzenie gospodarcze w II kwartale 2021 r.

Gospodarka Niemiec wyjdzie z hibernacji dopiero przed lub po Wielkanocy, ponieważ bardziej sprzyjające efekty sezonowe (tj. cieplejsze temperatury) wraz z postępami w kampanii szczepień pozwolą na stopniowe rozluźnienie ograniczeń, a w konsekwencji uwolnienie popytu skumulowanego w miesiącach zimowych. Efekty bazowe powinny dodatkowo pomóc w osiągnięciu kwartalnego tempa wzrostu w kierunku +3% kw/kw – najsilniejszego kwartalnego wzrostu PKB w historii, z wyjątkiem tego, który obserwowano w III kw. 2020 r.

Wzrost wydatków socjalnych w III i IV kwartale 2021 r.

Złagodzenie restrykcji związanych z Covid-19 od II kwartału i zaszczepienie zagrożonej populacji do połowy roku, przygotuje grunt dla niemieckiej gospodarki, która zacznie się rozpędzać, a wzrost PKB prawdopodobnie wyniesie ponad +2% kw/kw zarówno w IV kwartale, jak i w III kwartale. Wraz ze zmniejszaniem się niepewności co do perspektyw gospodarczych i relatywnie dobrej sytuacji na rynku pracy – stopa bezrobocia powinna wynieść 5,8% w 2021 r., po 5% w 2019 r. i 6% w 2020 r., dobrze to wróży wykorzystaniu oszczędności zawiązanych z powodu pandemii, realizacji odłożonych wydatków. W rezultacie oczekiwać można, że do końca roku stopa oszczędności zbliży się do poziomu sprzed pandemii. W szczególności skorzystają na tym „wydatki socjalne”, które będą napędzać ponowną konwergencję między sektorami usług i produkcji. Gwałtowne przyspieszenie cen konsumpcyjnych do poziomu 2% r/r w II poł. 2021 r. w związku z wyraźnym przyspieszeniem tempa wzrostu, rosnącymi cenami energii i silnymi efektami bazowymi wynikającymi z obniżki VAT w II poł. 2020 r. powinno okazać się przejściowe, a wszelkie wezwania do zacieśnienia polityki pieniężnej na tym etapie byłyby zdecydowanie przedwczesne.

Allianz Research i Euler Hermes podtrzymują prognozę wzrostu PKB Niemiec na poziomie +3,5% w 2021 r. jednocześnie dostrzegając rosnące ryzyko pogorszenia sytuacji w pierwszej połowie roku, jeśli blokada zostanie zaostrzona i / lub przedłużona na drugą połowę roku, jeśli liczba szczepień nie osiągnie zakładanego poziomu. W 2022 r. spodziewany wzrost PKB utrzyma się znacznie powyżej potencjału (z „normalnych” czasów) na poziomie +3,8%, ponieważ osiągnięcie odporności stadnej pozwolił na powrót do normalności gospodarczej, a polityka monetarna i fiskalna wciąż będą wspierające. W efekcie niemiecka gospodarka powinna osiągnąć poziom PKB sprzed kryzysu w I połowie 2022 r.

Główne zagrożenia dla perspektyw gospodarczych Niemiec dotyczą z jednej strony rozwoju sytuacji sanitarnej, a z drugiej strony reakcji decydentów politycznych w całym spektrum (zdrowotnym, fiskalnym, monetarnym itd.). W tej ostatniej kwestii ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes dostrzegają ryzyko zaniechania działań w kwestiach fiskalnych i europejskich w kluczowej fazie ożywienia gospodarczego w okresie Covid-19. Połączenie paraliżu politycznego i samozadowolenia może sprawić, że niemiecka mantra polityczna Covid-19 zmieni się z „wszystko, co trzeba” na „wszystko, co jest absolutnym minimum”. W końcu, gdy kadencja kanclerz Angeli Merkel dobiega końca po 16 latach rządów, Niemcy zwrócą się do wewnątrz i skupią na polityce krajowej. Do września wyścig o jej sukcesję będzie przyciągał całą uwagę, a po wyborach, prawdopodobnie nastąpią skomplikowane rozmowy koalicyjne między CDU a Zielonymi. W związku z tym wszystkie ważne długoterminowe decyzje polityczne zostaną odłożone do 2022 r.

Pełna wersja analizy sytuacji w Niemczech znajduje się w opracowaniu Działu Badań Ekonomicznych Grupy Euler Hermes dostępnym w języku angielskim na stronie www.eulerhermes.com

https://www.eulerhermes.com/en_global/news-insights/economic-insights/Germany-The-economic-growth-rollercoaster-continues-in-2021.html

I zdalnie, i w biurze. Idzie nowe

Praca zdalna stała się rzeczywistością wielu firm, niosąc za sobą jednocześnie szereg wyzwań, którym codziennie starają się sprostać m.in. liderzy zespołów. Mimo tej istotnej zmiany, która towarzyszy nam od początku pandemii, w długofalowych planach dotyczących organizacji zatrudnienia, pracodawcy nie planują całkowitego przejścia na model home office. Jak będzie więc wyglądała nasza służbowa rzeczywistość w przyszłości?

Ostatni rok przyniósł wiele nieoczekiwanych i w dużej mierze zaskakujących zmian. Dotknęły one praktycznie każdej dziedziny naszego życia, wpłynęły na światową gospodarkę, funkcjonowanie biznesu, a także rynek pracy. W 2020 roku pojawiło się wiele nowych trendów. Niektóre z nich funkcjonowały w określonym czasie i warunkach, inne zostały z nami na dłużej. Jednym z nich, wzbudzającym wiele emocji zarówno po stronie pracodawcy jak i pracowników, jest model pracy zdalnej wprowadzony w wielu organizacjach praktycznie z dnia na dzień. Mimo, iż wielomiesięczne funkcjonowanie na zasadach home office usprawniło wiele procesów i stało się codziennością dla całej rzeszy pracowników, firmy postrzegają ten model pracy jako „przejściowy”.

Hybrydowa przyszłość

Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez EY Polska wśród firm, które przynajmniej częściowo korzystają z rozwiązania pracy zdalnej – żadna z organizacji nie planuje przejścia w przyszłości na ten system w pełnym wymiarze[1]. – Jeszcze przed rokiem home office był w wielu firmach traktowany jako benefit, z którego pracownicy mogli korzystać w określonym wymiarze. Dziś praca z domu to codzienność wielu firm. Zarządzanie rozproszonym zespołem i realizowanie projektów wyłącznie w modelu wirtualnym niesie za sobą wiele różnorodnych wyzwań, dlatego w perspektywie długofalowej najbardziej optymalnym wydaje się być model pracy hybrydowej, który odpowiada także na oczekiwania samych pracowników – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Aż 64 proc. z nas opowiada się za pracą w systemie hybrydowym. Z najnowszych badań wynika, że prawie połowa respondentów (44 proc.) chciałaby 3 dni w tygodniu pracować z domu, a dwa pozostałe w biurze[2]. Co ciekawe, tylko 10 proc. respondentów wybiera wykonywanie obowiązków służbowych wyłącznie stacjonarnie w siedzibie firmy. Duże zainteresowanie modelem hybrydowym wynika m.in. z faktu, że całkowity home office wprowadzony w wielu firmach, niesie za sobą szereg wyzwań także dla zatrudnionych. Głównym z nich jest ograniczony kontakt z innymi pracownikami, na który wskazuje 4 na 10 badanych, ale także trudność w wyraźnym oddzieleniu życia zawodowego od prywatnego oraz zmniejszenie kontaktu z innymi osobami.

Zmiany w funkcjonowaniu szeroko pojętego biznesu, które rozpoczęły się na globalnym rynku wraz z wybuchem pandemii z pewnością będą jeszcze ewoluowały. Pracodawcy diagnozują i starają się reagować na potrzeby zarówno firmy, jak i pracowników. Jedną z odpowiedzi na bieżące wyzwania będzie postawienie na model pracy hybrydowej, jako docelowej w przyszłości.

[1] https://www.ey.com/pl_pl/news/2021/01/sposrod-firm-ktore-stosuja-rozwiazania-pracy-zdalnej

[2] https://biuroprasowe.cbre.pl/124088-praca-zdalna-zostanie-ale-tesknimy-za-biurem-64-pracownikow-chce-hybrydowego-modelu

Zestaw pandemicznego kibica. Jak wygląda życie miłośników rozgrywek w dobie zamkniętych stadionów?

Ostatnie miesiące nie rozpieszczały fanów sportu. Oprócz wciąż zamkniętych siłowni i klubów fitness również śledzenie zmagań sportowców stało się w dużym stopniu ograniczone. Zamrożona działalność stadionów i hal widowiskowych to niemały cios zarówno dla widzów, jak i gwiazd rozgrywek — drużyn i zawodników. O ile same zgrupowania i mecze są możliwe, to na trybunach nadal zadomawia się nienaturalna cisza. Jak w takiej scenerii odnajdują się sami kibice?

Już nie na trybunach

Adam (33) i Sebastian (31) poznali się w trakcie studiów na jednym z meczów organizowanych na warszawskiej Agrykoli. Dla wówczas dwudziestoparoletnich zawodników AZS Szkoły Głównej Handlowej rozgrywki z innymi uczelniami były wyłącznie jedną stroną medalu. Po sparingach zawodnicy mogli przejść do górującego nad boiskiem kompleksu stołecznej Legii, aby śledzić poczynania profesjonalnych drużyn. Dla Sebastiana i Adama studencki zwyczaj zmienił się w cotygodniową tradycję również po odebraniu dyplomów.

— Oprócz samego oglądania meczu, dużą frajdę sprawia nam typowanie wyników. Pamiętam, że przy bramie wejściowej od strony Łazienkowskiej zapisywaliśmy naszym zdaniem najbardziej prawdopodobną punktację i tuż przed zajęciem miejsc niemiłosiernie ugniataliśmy te kartki, aby ograniczyć pokusę dopisania innego scenariusza już podczas spotkania. Dawało nam to sporo funu, choć po 90 minutach z naszych zapisków nic nie mogliśmy wyczytać [śmiech] — wspomina 31-letni Sebastian.

Pandemia koronawirusa brutalnie zakończyła wypady Sebastiana i Adama. Wiosenny, a następnie jesienny lockdown obiektów widowiskowych odbił się na grafikach tysięcy kibiców. Początkowo fani pokładali swoje nadzieje w spotkaniach barowych, jednak po rozporządzeniu władz o zamrożeniu działalności gastronomii, miłośnikom rozgrywek pozostały spotkania we własnych czterech ścianach.

Przejście do sieci

Według obecnie obowiązujących przepisów na terenie obiektów sportowych mogą przebywać uczestnicy zawodów, osoby odpowiedzialne za organizację oraz ściśle ograniczona liczba dziennikarzy. Przed wejściem do obiektu każdy musi przejść pomiar temperatury oraz zdezynfekować ręce. Z wyjątkiem samych sportowców, management i przedstawiciele mediów są zobligowani do zakrywania ust i nosa. Kibice z kolei są zdani wyłącznie na relację telewizyjną lub stream w internecie.

— Jeszcze latem nasze wyjścia przypominały po prostu mniej intensywny scenariusz leniwego weekendu. Wieczorne śledzenie Ligi Mistrzów w barach nie było złe, choć brakowało atmosfery prawdziwych trybun. Nasz zwyczaj zapisywania wyników w notatnikach, albo serwetkach przeszedł do lamusa. Nieco “higienicznej” wypada opcja obstawiania w aplikacji. Nie chodzi jednak o dedykowane buchmarcherce platformy, ale apki, takie jak chociażby NOINN. Faktycznie, kibicowanie idzie z duchem czasu, a w momencie całkowitego zamknięcia gastronomii, nie musieliśmy wysyłać wyników SMS-ami — wyjaśnia 33-letni Adam.

Na pomysł stworzenia aplikacji umożliwiającej wspólne obstawianie rozgrywek sportowych wpadli trzej znajomi, którzy jeszcze podczas studiów próbowali swoich sił w tzw. typingu. Architekt Piotr Lewicki, scenarzysta Mateusz Zimnowodzki oraz prawnik Bartłomiej Szczepański doszli do wniosku, że nie trzeba iść do bukmachera, aby poczuć dreszczyk emocji, oglądając mecz, czy śledząc rozgrywki. Co więcej, panowie zaobserwowali brak narzędzi, które umożliwiałyby wspólne obstawianie wyników w większym gronie. Wspólna burza mózgów zaowocowała powstaniem aplikacji NOINN.

Z aplikacją również na stadionach

Początkowo NOINN był dostępny wyłącznie w języku polskim, ale twórcy postanowili rozszerzyć swoją ofertę o kolejne wersje. Nawet będąc tysiące kilometrów od znajomych użytkownicy, mają możliwość połączenia się z osobami anglo i hiszpańskojęzycznym współtworząc społeczność fanów nie tylko piłki nożnej, ale i siatkówki, koszykówki, skoków narciarskich, a nawet… MMA. Wkrótce zespół NOINN chce wprowadzić również opcję śledzenia rozgrywek, tenisowych, skoków narciarskich oraz żużla. Tylko w ciągu ostatniego półrocza propozycją zespołu zainteresowało się blisko 500 tys. odwiedzających.

— Szczególnie w dobie covidu kontakt z przyjaciółmi mamy znacznie utrudniony, ale dwa lata temu zakładając spółkę, nie myśleliśmy o scenariuszu powszechnej izolacji. Na szczęście zakończyliśmy prace długo przed pojawieniem się hasła “koronawirus”. Teraz wiemy, że NOINN jest potrzebny, jak nigdy dotąd. Nie chodzi nawet o obstawianie wyników, łączenie się w drużyny, czy zdobywanie bonusów. Przyczyniliśmy się do powstania darmowego narzędzia, które integruje i daje choć namiastkę realnego spotkania przy meczu — podkreśla Bartłomiej Szczepański, założyciel i Dyrektor Operacyjny NOINN.

Z poziomu aplikacji zrealizowano już 3,75 mln zakładów, a dostęp do wszystkich opcji NOINN jest całkowicie darmowy. Sami twórcy deklarują, że platforma jest bardziej nastawiona na współpracę z reklamodawcami oraz integrację środowiska kibiców, aniżeli rozwój hazardu online. Co więcej, wśród samych użytkowników pojawiają się głosy, że nawet po powrocie na stadiony, śledzenie rozgrywek będzie dopełniane nie tylko popcornem, ale i aplikacjami mobilnymi.

— Federacje zapowiadają powrót dużych rozgrywek, takich jak Copa America, Euro 2021, czy Igrzyska w Tokio. Środowisko kibiców znacząco odczuło skutki pandemii, ale covid nauczył nas kilku rzeczy. Przede wszystkim kontakt ze znajomymi z poziomu dedykowanych aplikacji sprawdza się lepiej, niż uniwersalne komunikatory, a jeśli na koncertach większość osób nagrywa solówki ulubionych zespołów smartfonem, to czy większym faux paux będzie wyciągnięcie telefonu podczas meczu? Oczywiście, że nie — puentuje Sebastian.

Dwa miliardy złotych na crowdfunding w 2021 r.

Polski rynek finansowania społecznościowego w tym roku praktycznie się podwoi, uzyskując wartość przekraczającą 2 miliardy złotych. Najdynamiczniej, bo aż o 100%, urośnie w  tym roku sub-rynek zrzutek charytatywnych i cyklicznych. Co kształtuje zmianę jakościową polskiego rynku crowdfundingu, która właśnie zachodzi, jakie trendy aktualnie na nim dominują i co nas jeszcze czeka w 2021 r.?Green and Blue Let’s Go Shopping Inforgraphics

Zbiórki w internecie osiągnęły już status polskiej zrzutko-manii. Rodacy masowo organizują i chętnie finansują zbiórki w sieci na każdy cel, od charytatywnych poprzez biznesowe, naukowe, społeczne, a skończywszy na indywidualnych, np. na realizację mniej lub bardziej wyszukanego hobby czy pasji. Rosnąca popularność zrzutek była obserwowana w Polsce przez ostatnie lata. Jednak to, co się działo w zeszłym roku oraz to, co z czym będziemy mieli do czynienia w bieżącym, spowoduje, że śmiało można uznać, iż ten rynek przechodzi poważną przemianę, którą śmiało można określić mianem zmiany jakościowej.

Kluczowe czynniki zmian

Tę znaczącą przemianę zawdzięczamy przede wszystkim Covid-19, który wraz z dwoma lockdown-ami spowodował, że Polacy zaczęli spędzać bardzo dużo czasu w domach przed komputerami, czyli się na masową skalę digitalizować. Dodatkowo, będąc z natury wrażliwymi na nieszczęścia innych, w jakiś sposób chcieli pomóc finansowo wielu potrzebującymi. Wraz z początkiem pandemii, w sieci pojawiło się wiele bardzo dobrze wypromowanych i nagłośnionych zrzutek, np. dla medyków, seniorów czy na przełomie 2020 i 21 roku przedsiębiorców, m.in. dla branży HORECA czy właścicieli stoków i wyciągów.

W efekcie, pandemia i zamknięcie gospodarki czy jej poszczególnych sektorów, w bardzo dużym stopniu przyczyniły się do popularyzacji finansowania społecznościowego w naszym kraju. Spowodowały także, rewolucyjną zmianę w świadomości Polaków na temat crowdfundingu i stopnia zaangażowania w jego rozwój. Tę przemianę jakościową będzie także dobrze widać w bieżącym roku.

– Wartość rynku crowdfundingu w 2021 roku zwiększy się do poziomu 2,033 miliarda z 1,089 miliarda w 2020 roku, przy dynamice na poziomie 86,6%. – mówi Tomasz Chołast, współzałożyciel zrzutka.pl. – Na tak duży wzrost w br. wpływa kilka czynników, w tym m.in. dynamiczny bo aż 100% r/r wzrost wartości największego sub-rynku, tj. zbiórek charytatywnych, który w tym roku urośnie do wartości 1,572 miliarda złotych. Także 100% dynamiką będzie mógł się pochwalić rynek cyklicznych zbiórek, choć jego wartość nie będzie jeszcze aż tak znacząca, gdyż w br. wyniesie 50 milionów złotych. Trzecią co do wielkości dynamiką wzrostu, na poziomie 50%, będzie mógł się poszczycić rynek finansowania społecznościowego udziałowego, który w 2021 roku zwiększy swoją wartość do poziomu blisko 138 milionów złotych. – dodaje Chołast ze zrzutka.pl.

Lider rośnie jeszcze szybciej

Zrzutka.pl miniony rok, pomimo pandemii, zalicza do bardzo udanych. Liczba wpłat na platformie wzrosła o 89% w porównaniu z rokiem 2019 i wyniosła 2 696 175, a wartość transakcji była na poziomie 192 milionów złotych, przy dynamice 102% w stosunku do 2019 r. Zgodnie z planami i zapowiedziami zostały uruchomione nowe narzędzia na platformie, w tym zbiórki cykliczne i patronatowe. W IV kwartale 2020 r. zostało przetestowane unikatowe rozwiązanie zrzutka.pl, tj. pierwsza na świecie karta wpłatnicza. Dodatkowo, pod koniec 2020 r. wystartowały internetowe skarbonki. Na masową skalę zostały wykorzystane, z resztą z dużym sukcesem, podczas organizacji #rozgrzewkaprzedfinałem, ponad miesięcznego okresu poprzedzającego finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, jak i w jego trakcie. Także najbliższy rok zapowiada się bardzo dobrze.

– Pomimo faktu, że jesteśmy platformą numer jeden w Polsce, dzięki której internauci finansują każdy rodzaj projektu, a także wiceliderem rynku crowdfundingu w bieżącym roku nie osiadamy na laurach. Wartość transakcji na zrzutka.pl w 2021 r. wzrośnie o 108% i przekroczy kwotę 400 mln zł, podczas gdy liczba transakcji wyniesie 5 milionów, przy dynamice na poziomie 85%. – zapowiada Tomasz Chołast z zrzutka.pl. – W 2021 r. uruchomimy wersję międzynarodową naszej platformy. Jej start został przesunięty na ten rok, gdyż sprawy prawno-licencyjne wydłużyły się i przekroczyły zakładane przez nas terminy. Także w ciągu najbliższych kilku miesięcy nastąpi komercyjny start globalnej innowacji, tj. pierwszej na świecie karty wpłatniczej. – dodaje Chołast ze zrzutki.

Stymulatory wzrostu

Duża dynamikę sub-rynku zbiórek cyklicznych, zawdzięczamy przede wszystkim liderowi tego rynku w Polsce, który urósł w 2020 roku ponad 3-krotnie. Wynika, to z dwóch faktów, tj. po pierwsze popularyzacji tego rodzaju finansowania społecznościowego wśród gwiazd i celebrytów, którzy z powodu lockdown-ów utracili swoje źródła zarobkowania. Druga z przyczyn związana jest z prowadzeniem dwóch, dużych i dobrze nagłośnionych zrzutek, a przeznaczonych na start konkurencyjnych stacji radiowych, m.in. stacji 357, organizowanych przez dziennikarzy, którzy wcześniej pracowali dla Trójki Polskiego Radia. Zgromadzone wokół nich całkiem pokaźnych rozmiarów społeczności, bardzo mocno zaangażowały się w wypromowanie, a także sfinansowanie tych zbiórek.

– Już nie tylko skala, tj. liczba organizowanych zrzutek czy też poziom ich finansowanie implikuje stan rozwoju rynku finansowania społecznościowego w Polsce. Także, a może przede wszystkim wysoki stopień świadomości na temat samego rynku, mechanizmów na nim działających oraz zaangażowania się bardzo dużej grupy internautów, nie tylko fanów poszczególnych projektów, w promocję w internecie, w tym w mediach społecznościowych, można uznać za nowy trend na rynku crowdfundingu w Polsce. – zauważa Tomasz Chołast ze zrzutka.pl. – Także w bieżącym roku ten czynnik będzie napędzał dynamiczny rozwój rynku finansowania społecznościowego – podsumowuje Chołast.

Dodatkowo, bardzo intensywnie w tym roku w Polsce będzie rósł rynek zbiórek reward crowdfunding, reprezentowany globalnie m.in. przez lidera tego rynku tj. Kickstartera. Firma ta oficjalnie w br. zadebiutuje nad Wisłą. Do wzrostów całego rynku przyczynia się także fakt, że już 75% transakcji na rynku finansowania społecznościowego będzie realizowanych mobilnie, tj. za pomocą inteligentnych telefonów i tabletów.

O dojrzałości rynku finansowania społecznościowego w Polsce świadczy także fakt, iż zaczynają powstawać i udanie debiutować serwisy dedykowane konkretnym sektorom tego rynku. Dla przykładu, w styczniu 2021 r., wystartowała wrocławska platforma finansowania społecznościowego, przeznaczona dla zbiórek na gry planszowe, która sama w modelu reward crowdfunding zebrała kwotę blisko 5 milionów dolarów.

Polskie PKB w IV kw. -2.8%

Za nami spokojny tydzień na rynkach kapitałowych. W piątek poznaliśmy odczyt PKB w Polsce za IV kw. Gospodarka w ostatnim kwartale 2020 roku skurczyła się o 2,8% i był to lepszy wynik od oczekiwań ekonomistów, którzy prognozowali spadek o 3%. Z kolei na rynkach globalnych w środę poznaliśmy odczyt inflacji w USA za styczeń. Odczyt na poziomie 1,4% był niższy od oczekiwań, analitycy spodziewali się wzrostu cen o 1,5%. Warto zwrócić uwagę, że mimo niższego tempa wzrostu cen narracja rynkowa się nie zmienia i inwestorzy spodziewają się przyśpieszenia inflacji w kolejnych miesiącach. W ślad za tymi oczekiwaniami spadają ceny obligacji skarbowych długoterminowych na rynkach bazowych (USA, Niemcy).

W tym tygodniu najciekawsze dane pojawią się w piątek, kiedy poznamy odczyty wskaźników PMI za luty dla Niemiec, Francji oraz Strefy Euro. Tego dnia również publikacja danych o sprzedaży detalicznej i produkcji montażowej w Polsce. Ponadto w czwartek poznamy poziom produkcji przemysłowej w Polsce za styczeń.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.