BADANIE: Handel znowu na minusie. Ruch w sklepach był mniejszy niż rok wcześniej o blisko 40%

W styczniu tego roku w porównaniu do ub.r. ruch w wielkopowierzchniowych sklepach spożywczych spadł o 36%. Z kolei liczba unikalnych klientów zmniejszyła się o 23%. Wizyt najbardziej ubyło i to o blisko połowę w sieciach convenience. Podobnie było w supermarketach i hipermarketach, tj. spadki sięgały ok. 41% i 40%. Najmniej straciły dyskonty i sieci cash & carry – niemal 32% i prawie 33%. Do tego widać, że najczęściej wybieranym dniem na zakupy nie są już soboty. Teraz największy ruch widać w piątki. Ponadto najmocniejszy spadek liczby wizyt zanotowano w woj. mazowieckim, małopolskim i pomorskim.   

Jak wynika z analizy Proxi.cloud i UCE RESEARCH, wykonanej na próbie 8,8 mln wizyt blisko 785 tys. konsumentów w 9 tys. placówek, w styczniu br. wielkopowierzchniowe sklepy spożywcze straciły rok do roku 36% swojego ruchu. Do tego o 23% obniżyła się liczba unikalnych klientów.

– To duży cios dla branży retailowej, który głównie jest efektem pandemii i zastosowanych obostrzeń. Oczywiście wcale nie jest to tożsame ze spadkiem obrotów, a przynajmniej nie w skali 1:1. Konsumenci rzadziej przychodzą do sklepów, ale za to wychodzą z większymi zakupami. Jednak w tej kwestii nie można mówić o wyrównaniu się przychodów, ponieważ społeczeństwo finalnie kupuje mniej. Polacy koncentrują się głównie na towarach pierwszej potrzeby – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Grupy BLIX.

W styczniu 2020 roku zakupy najchętniej były robione w sobotę, a w analogicznym okresie br. – w piątek. W tym dniu najbardziej też wzrósł ruch, bo aż o 13,6%. Lekko podniósł się również w czwartek – o 4,5%, a także w środę – o 0,6%. Z kolei największy spadek zaliczyła niedziela – o 14,2%. Obok niej była sobota z wynikiem 10,9%. Ponadto ruch zmniejszył się w poniedziałek – o 2,1%, a także we wtorek – o 1,5%.

– Przed wybuchem pandemii wiele osób robiło duże zakupy spożywcze w sobotę, ponieważ dla większości społeczeństwa jest ona dniem wolnym od pracy. Od marca ub.r. konsumenci, starając się unikać tłumów, zaczęli wybierać się do sklepów w mniej oblegane – ich zdaniem – dni, czyli w piątki i czwartki – wyjaśnia Weronika Piekarska z Proxi.cloud.

Największe spadki liczby wizyt odnotowały sklepy w formacie convenience – o 45,6%, a następnie supermarkety i hipermarkety – odpowiednio o 40,9% i 40,1%. Z kolei z najmniejsze straty zaliczyły dyskonty oraz sieci cash & carry – o 31,9% i 32,7%. Jak zaznacza Adam Grochowski z Proxi.cloud, od początku pandemii klienci unikali największych sklepów, choć – wbrew pozorom – zagęszczenie ludzi na jednym metrze kwadratowym w hipermarketach jest mniejsze. Starali się też znaleźć kompromis pomiędzy rozmiarem placówki a asortymentem. I z tego wynika najmniejszy spadek w dyskontach.

– Wyniki obrazują mocną pozycję dyskontów. W czasie pandemii konsumenci upatrzyli sobie ten format, a sieci wykorzystały sytuację, poszerzając asortyment. Zabrały klientów innym sklepom. Z kolei hipermarkety, które uplasowały się w środku rankingu, poprawiły swoją sytuację. A była ona trudna od dłuższego czasu. Udało się to, bo Polacy odważniej ruszyli do tych sklepów. Jeżeli ten trend się utrzyma, to hipermarkety z pewnością mocniej powalczą o rynek z konkurencją – stwierdza ekspert z Grupy BLIX.

Zaobserwowano też spadek liczby wizyt przypadającej na jednego klienta. W styczniu 2020 roku wynosiła ona 11,5, a w 2021 – 9,4. Tym samym znacznie zmniejszył się udział osób najczęściej robiących zakupy, czyli ponad 10 razy w miesiącu – o 20,6%. Natomiast przybyło konsumentów kupujących rzadziej, tj. 5 razy w ciągu 4 tygodni – o 21,5%.

– Ograniczenie liczby osób mogących przebywać w sklepach, strach klientów przez zarażeniem koronawirusem oraz lockdown spowodowały wyraźne zmiany w liczbie wizyt w sklepach. Konsumenci zaczęli realizować zakupy z mniejszą częstotliwością i prawdopodobnie z większym koszykiem. Nie można też zapominać o tym, że w dużych miastach mocno rozwinęła się usługa dostarczania produktów do domów. To również mogło mieć wpływ na ww. wskazania – tłumaczy Adam Grochowski.

Dodatkowo wyniki badania pokazują, że największe różnice w liczbie wizyt zostały zanotowane w woj. mazowieckim – 47%, małopolskim – 44%, a także pomorskim – 43%. Z kolei najmniejsze spadki były widoczne w woj. warmińsko-mazurskim – 24%, lubuskim – 25%, jak również zachodniopomorskim – 25%. Jak podkreśla dr Łuczak, największa różnica spadkowa może być powiązana z liczbą ludności i odsetkiem zakażeń. Może to też oznaczać, że tam konsumenci częściej rezygnują z robienia bezpośrednich zakupów.

– W największych województwach spadki wizyt są najmocniejsze, bo w ich obrębie znajduje się więcej galerii, w których mieszczą się sklepy wielkopowierzchniowe. Fakt, że w styczniu 2021 roku centra handlowe były zamknięte, oczywiście wpłynął na ruch. Ponadto wcześniejsze badania wykazały, że w dużych miastach ludzie w czasie pandemii rzadziej chodzili do sklepów spożywczych – podsumowuje Weronika Piekarska.

Analiza została przeprowadzona w oparciu o dane zarejestrowane w okresie 01-31.01.2021 roku i w analogicznym czasie w 2020 roku przez firmę technologiczną Proxi.cloud oraz platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH. Prowadzono obserwację zmian w ruchu ponad 9 tys. wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych, należących do 20 największych sieci handlowych w Polsce. Badaniem objęto blisko 785 tys. konsumentów (w wieku od 18 do 65 lat), którzy łącznie odbyli ponad 8,8 mln wizyt w sklepach. Dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.

Lockdown zmienił chwilowo nawyki w zarządzaniu oszczędnościami – analiza Allianz i Euler Hermes

Lockdown spowodowany pandemią Covid-19 zmienił zachowanie ludzi związane z oszczędzaniem – więcej dostępnych środków finansowych przekierowano na akcje i fundusze inwestycyjne. W ramach analizy Allianz Research i Euler Hermes obejmującej 6 krajów: Niemcy, Francję, Włochy, Hiszpanię, Austrię i USA, wykazano znaczący wzrost nabycia aktywów netto w porównaniu r/r.

  • W Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Austrii i USA wzrosła suma zakupów aktywów netto na rynku kapitałowym. W Niemczech o 35% i aż o 223% we Włoszech.
  • W większości badanych krajów, w czasie pandemii Covid-19, wzrósł udział akcji i funduszy inwestycyjnych w nowych oszczędnościach – Niemcy (z 15% do 24%), Francji (z 3% do 11%), Austrii (z 20% do 25%). Jedynie w USA spadł udział akcji i funduszy inwestycyjnych w nowych oszczędnościach, ale suma aktywów wzrosła o 25%.
  • Równocześnie 40% respondentów we Włoszech, Francji i Hiszpanii po zakończeniu pandemii chce nabyć mniej akcji niż dotychczas. Tylko kilkanaście procent deklaruje zwiększeniu zaangażowania w akcje.
  • Większość badanych (59%) uznaje, że niskie/ujemne stopy procentowe utrzymają się znacznie dłużej, niż wcześniej oczekiwano. Tylko 10% spodziewa się ich wzrostu, a 31% nie spodziewa się żadnych zmian.
  • Pomimo, iż miniony rok minął pod znakiem niepewności na rynkach to większość respondentów nie chciałaby zwiększać dotychczasowego zakres ochrony ubezpieczeniowej.
  • Z badania sondażowego Allianz Research i Euler Hermes wynika, że pandemia nie wydaje się mieć przełomowego i trwałego wpływu na decyzje inwestycyjne.

Wykres 1 – Procentowe zmiany r/r w ilości nabytych aktywów finansowych w I półroczu 2020 / Wykres 2 – Procentowy udział akcji i funduszy inwestycyjnych w oszczędnościach ogółem

Procentowe zmiany rr w ilości nabytych aktywów finansowych w I półroczu 2020
Źródła: Eurostat, Fed, Allianz Research

Biorąc pod uwagę powyższe dane, Allianz Research i Euler Hermes zbadali równocześnie, czy zaistniała zmiana preferencji oszczędzania jest wywołana nadzwyczajnymi okolicznościami, czy też początkiem trwałego przerzucania się na bardziej ryzykowne produkty. Uczestnikom ankiety przeprowadzonej w Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Austrii i USA zadano pytanie: „Jeśli chodzi o Twoje inwestycje w akcje, czy chciałbyś nabyć ich mniej, tyle samo czy więcej akcji po zakończeniu pandemii?” Z uzyskanych odpowiedzi wynika, iż praktycznie we wszystkich siedmiu krajach respondenci stwierdzili, że chcą inwestować w akcje w takim samym stopniu, jak przed pandemią. Jedynie 25,8% ankietowanych Amerykanów wykazywało zwiększone zainteresowanie oszczędzaniem poprzez inwestycje na giełdzie (Wykres 3).

W Europie giełda nie odrobiła jeszcze strat poniesionych w marcu 2020 r. W związku z tym nie dziwi fakt, że respondenci z krajów europejskich wykazują mniejszy entuzjazm inwestowania w akcje w przyszłości. Toteż niewielki procent ankietowanych chciałaby „sięgnąć po zyski”, które obecnie oferuje giełda, od 12% we Włoszech do 15% we Francji. Jednakże najbardziej zaskakujący jest wysoki odsetek respondentów (ponad 40%) w Hiszpanii, Francji i we Włoszech, którzy planują nabyć mniej akcji niż wcześniej. Tymczasem respondenci z Austrii, a zwłaszcza z Niemiec, są mniej skłonni do ograniczania swojego zaangażowania na rynku kapitałowym.

Wykres 3 – Zainteresowanie akcjami według kraju po pandemii Covid-19

Zainteresowanie akcjami według kraju po pandemii Covid-19
Źródła: Allianz Research

Większość badanych (59%) uznaje, że niskie/ujemne stopy procentowe utrzymają się znacznie dłużej, niż wcześniej oczekiwano. Tylko 10% spodziewa się, że Covid-19 przyspieszy wyjście ze środowiska niskich stóp procentowych, podczas gdy 31% nie spodziewa się żadnych zmian w dotychczasowej polityce monetarnej. Dość niezwykłe są różnice między poszczególnymi krajami. Wysokim pesymizmem odznaczają się respondenci z Niemiec oraz Austrii. Z drugiej strony respondenci francuscy i amerykańscy są nieco bardziej optymistyczni. W przypadku USA takie podejście jest zrozumiałe, gdyż Rezerwa Federalna USA była w stanie kilkakrotnie podnosić stopy procentowe w ciągu ostatniej dekady (Wykres 4).

Wykres 4 – Oczekiwania dotyczące czasu trwania środowiska niskich/ujemnych stóp zwrotu po pandemii Covid-19

Oczekiwania dotyczące czasu trwania środowiska niskich ujemnych stóp zwrotu po pandemii Covid-19
Źródła: Allianz Research

Covid-19 ujawnił kruchość naszego współczesnego życia i ujawnił rażące luki w zabezpieczeniu. W tym kontekście należałoby się spodziewać wzrostu świadomości ryzyka i zapotrzebowania na ochronę przed ryzykiem. Jednakże badanie Allianz Research i Euler Hermes ponownie rozwiewa te nadzieje – większość respondentów chciałaby utrzymać dotychczasowy zakres ochrony ubezpieczeniowej. Aby lepiej zrozumieć przyszłe zapotrzebowanie na ochronę przed ryzykiem, zadano pytanie: „Jeśli chodzi o Pana(i) ubezpieczenie, czy chciał(a)by Pan(i) zmniejszyć zakres ochrony ubezpieczeniowej, utrzymać ja czy zwiększyć, gdy pandemia się skończy?”. Preferowaną opcją respondentów jest powrót do poziomu ubezpieczenia sprzed kryzysu. Jednakże kraje, które najbardziej ucierpiały z powodu pandemii, mają najwyższy poziom zainteresowania zwiększeniem ochrony ubezpieczeniowej: Stany Zjednoczone (18%), Hiszpania (16%), Francja (15%) i Włochy (11%). W Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii, tych respondentów jest więcej niż tych, którzy twierdzą, że chcieliby zmniejszyć swoją ochronę ubezpieczeniową, aczkolwiek z niewielkim marginesem. Austria (7%) i Niemcy (8%) wykazują najmniejsze zainteresowanie zwiększeniem zakresu ochrony ubezpieczeniowej.

Zaskakujące jest to, że znaczna liczba respondentów, szczególnie we Włoszech (24%) i Francji (21%), chciałaby zmniejszyć zakres ochrony ubezpieczeniowej, którą posiadali przed pandemią. W Austrii i Niemczech liczby te są niższe, ale mimo to takich odpowiedzi było więcej niż tych wskazujących zwiększenie zakresu ubezpieczenia. W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy nie wszędzie zwiększyła się więc świadomość ryzyka.

Wykres 5 – Zainteresowanie ubezpieczeniem od ryzyka po Covid-19 według kraju

Zainteresowanie ubezpieczeniem od ryzyka po Covid-19 według kraju
Źródła: Allianz Research

Kolejny wniosek – pandemia wydaje się mieć mniej trwały wpływ na decyzje inwestycyjne, niż wielu obserwatorów przypuszcza. Wydaje się, że wielu respondentów postrzega Covid-19 jako chwilowy szok, który przeminie, nie powodując żadnych zmian w planach, rutynie czy preferencjach.

Pełna wersja analizy sytuacji w USA znajduje się w opracowaniu Działu Badań Ekonomicznych Grupy Euler Hermes dostępnym w języku angielskim na stronie www.eulerhermes.com

https://www.eulerhermes.com/en_global/news-insights/economic-insights/Change-What-change-Saving-behaviors-post-Covid-19.html

80% Polaków nie ma możliwości pracy zdalnej – robotyzacja i automatyzacja pomogą

Według danych GUS w kwietniu 2020 roku pracę zdalną wykonywało w Polsce 16,7% osób. Odsetek ten spadł do końca września do ok. 6%. [1]  Zgodnie z tymi danymi ok. 80% Polaków, z uwagi na charakter pracy, nie ma możliwości wykonywania jej w formie zdalnej. Czy ten odsetek ulegnie zmianie dzięki wprowadzeniu przepisów dotyczących pracy zdalnej do kodeksu pracy oraz dzięki szybszej adaptacji robotyzacji i automatyzacji w przedsiębiorstwach? Czy dzięki botom praca zdalna stanie się nie tylko możliwa, ale i łatwiejsza?

Czy praca zdalna to chwilowa, wymuszona okolicznościami zewnętrznymi moda, czy też nowa normalność, która zostanie z nami na stałe? Wydarzenia ostatnich miesięcy wskazują, że możliwość pracy z własnego domu stanie się jednym ze standardowych sposobów wykonywania pracy. Pandemia koronawirusa sprawiła, że praca zdalna jest coraz częściej wykorzystywanym rozwiązaniem, które przynosi zyski zarówno pracownikom, jak i pracodawcom. Jednak aktualnie obowiązujące w Polsce przepisy nie regulują wprost zasad pracy zdalnej, dlatego też polski rząd chce wprowadzić tego typu przepisy do kodeksu pracy. Według informacji PAP odpowiednie przepisy mają wejść w życiu już w przeciągu najbliższych tygodni, jeszcze w pierwszym kwartale 2021 r. [2]

– To bardzo dobry i potrzebny ruch, szczególnie w kontekście uregulowania zasad bezpieczeństwa czy kosztów wykonywania pracy zdalnej. Do tej pory możliwość świadczenia pracy na odległość wynikała z nieformalnej umowy pomiędzy pracownikiem a pracodawcą – dobrze, że zostanie to uregulowane ustawowo. Niestety ok. 80% Polaków nie ma możliwości pracy z domu, charakter wykonywanej pracy i zlecane im obowiązki wymagają fizycznej obecności w firmie. Jednak są mocne argumenty za tym, że dzięki wdrożeniu botów automatyzujących, które przejmą niektóre nasze obowiązki, ulegnie to szybkiej zmianie.  – mówi Mariusz Gołębiewski, wiceprezes Abile Consulting.

W opublikowanych we wrześniu 2020 wynikach badania Grafton Recruitment oraz CBRE[3] chęć wykonywania pracy zdalnej przez cały czas deklaruje 45% pracowników. Zaś 75% zatrudnionych twierdzi, że w ich firmach patrzy się teraz przychylniej na pracę zdalną. Natomiast aż 90% szukających nowego zatrudnienia sprawdza możliwość pracy zdalnej i traktuje to jako warunek przystąpienia do rekrutacji.  Warto zaznaczyć, że osoby, którym odpowiada praca zdalna są jednocześnie bardziej zaangażowane w obowiązki zawodowe. Według badań SWPS[4] osoby takie nie mają problemów z realizacją celów wyznaczonych przez przełożonych i nie odczuły zmiany poczucia przynależności do organizacji, w której pracują.

Dobrym przykładem na możliwość wykorzystania pracy zdalnej bez konieczności stania w korkach i fizycznej obecności w biurze jest np. wystawianie faktur z danych z kilku systemów. Często systemy te nie ze sobą zintegrowane – a operatorzy ręcznie łączą dane z systemów CRM, sprzedaży, rabatów, księgowych i wystawiają faktury w postaci pdf, a następnie rozsyłają maile do kontrahentów. Równie dobrze proces ten mógłby wykonywać robot w nocy, a pracownik kolejnego dnia rano otrzymywałby jedynie jednostkowy raport z wysyłki faktur do klienta. – dodaje Mariusz Gołębiewski.

Przejście na pracę zdalną w przedsiębiorstwach nie jest prostą sprawą. Okoliczności pandemii koronawirusa wskazują jednak, że właściwą drogą jest przyspieszenie transformacji cyfrowej. Automatyzacja procesów biznesowych zapewnia możliwość przetwarzania informacji przez 24h na dobę. Ręczne wystawianie faktur, modyfikacja zasad dotyczących płatnych urlopów, zasiłków opiekuńczych czy dni chorobowych, których zasady zmieniają się dynamicznie jest niezwykle trudna i czasochłonna. Z drugiej strony, zaprogramowanie botów do wykonywania tych czynności jest szybkie, a po wdrożeniu pracownicy mogą poświęcić więcej czasu i energii na zajęcia przynoszące konkretny zysk przedsiębiorstwu. I to bez konieczności fizycznej obecności w biurze.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/popyt-na-prace/wplyw-epidemii-covid-19-na-wybrane-elementy-rynku-pracy-w-polsce-w-trzecim-kwartale-2020-roku,4,3.html

[2] https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C785992%2Cmichalek-zakladam-ze-w-i-kwartale-2021-roku-uda-sie-uzgodnic-ze-strona

[3] https://biuroprasowe.cbre.pl/108988-praca-zdalna-nie-jest-juz-benefitem-dla-9-na-10-pracownikow-to-warunek-przy-rekrutacji

[4] https://www.swps.pl/centrum-prasowe/informacje-prasowe/22678-samotni-ale-zaangazowani-praca-zdalna-w-pandemii

Pandemia a polski eksport – czy 2021 r. będzie lepszy?

Według wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego w 2020 r. polski eksport zanotował spadek o 0,3% rok do roku, a jego wartość sięgała 237,5 mld euro. Tym samym, pandemia przerwała wieloletni okres wzrostu obrotów sprzedaży zagranicznej. Jednak, jak podkreślają analitycy instytucji płatniczej Akcenta, polscy eksporterzy poradzili sobie z koronakryzysem dość dobrze i szybko odrabiają straty.

Wybuch pandemii wywołał duże zamieszanie na rynkach międzynarodowych. Szczególnie trudny dla handlu zagranicznego okazał się sam początek kryzysu epidemiologicznego, gdy z dnia na dzień wprowadzane były nowe obostrzenia, a swoją działalność wstrzymywało wiele firm. Ostatnim miesiącem, w którym eksport rósł rok do roku, był luty. Potem nastąpił głęboki spadek wywozu. Od czerwca jednak sytuacja się poprawiła.

Znaczący spadek obrotów handlu zagranicznego w okresie od marca do maja eksporterzy byli jednak w stanie odrobić dzięki silnemu ożywieniu w drugiej połowie roku. Nie spełniły się tym samym wiosenne, pesymistyczne prognozy mówiące o spadkach sprzedaży nawet o 10% rok do roku. Ogólne wyniki handlu zagranicznego za cały ubiegły rok w obliczu pandemii należy zatem ocenić pozytywnie – zaznacza Miroslav Novák, główny analityk instytucji płatniczej Akcenta.

Ekspert zaznacza, że na wyniki polskiego eksportu istotny wpływ miała także sytuacja na rynku walut. W obliczu światowego kryzysu osłabieniu uległy waluty krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym polski złoty. Słabsza złotówka wspierała konkurencyjność polskich firm, których oferta dzięki temu była atrakcyjna cenowo dla państw posługujących się głównymi walutami, np. euro.

Osłabienie na najważniejszych kierunkach

Motorem ożywienia polskiego eksportu w drugiej połowie roku były Niemcy. Na koniec roku do wartość wysłanych naszego zachodniego sąsiada towarów wzrosła o 3,9% rok do roku, do poziomu 68,6 mld euro. Na pozostałych dziesięciu najważniejszych rynkach zbytu wartość sprzedaży zmalała. Wyjątkiem, oprócz Niemiec, była tu jeszcze Szwecja, ze wzrostem 4,2% r/r. Wśród najważniejszych destynacji największe spadki sprzedaży były widoczne na kierunku czeskim i włoskim, gdzie wartość polskiego eksportu spadła odpowiednio o 5% i 4,7% r/r. Podobne wyniki eksporterzy zanotowali w sprzedaży do Wielkiej Brytanii i Francji (spadek o 4,5% r/r).

Rok 2020 przyniósł także mniejszy import. Jego wartość zmalała o 4,8% rok do roku i wyniosła 225,5 mld euro. Bilans handlowy w polskim handlu zagranicznym był więc dodatni, a nadwyżka wyniosła 12 mld euro.

Nadzieje na lepszy 2021 r.

Zdaniem analityka Akcenty perspektywy dla polskiego handlu zagranicznego na bieżący rok są względnie optymistyczne. – Pojawiła się szczepionka, firmy są już lepiej przygotowane do funkcjonowania w pandemicznej rzeczywistości. Jednocześnie należy podkreślić, że prognoza na ten rok jest obarczona dużą niepewnością. Na ten moment można szacować, że dynamika eksportu w tym roku będzie dodatnia, a jej wzrost będzie zawierać się w przedziale 4-6% rok do roku. Dodatkowo, od drugiego kwartału bieżącego roku spodziewam się ożywienia aktywności inwestycyjnej w Polsce, co przełoży się na wzrost importu dóbr kapitałochłonnych. Wwóz towarów do Polski, podobnie jak eksport, będzie wyższy niż w 2020 r., a jego prawdopodobna dynamika może wynieść ok. 5-7% rok do roku – prognozuje Miroslav Novák.

Dla eksporterów i importerów ważny będzie także kurs złotego w 2021 r. – Na razie wszystko wskazuje na to, że Rada Polityki Pieniężnej nie da się polskiemu złotemu wyraźnie umocnić. Najbardziej prawdopodobny scenariusz na pierwsze półrocze 2021 roku to kurs na parze z euro w przedziale 4,50-4,55. Natomiast druga połowa roku będzie zależeć od rozwoju pandemii i tempa ożywienia gospodarczego. Jeżeli się sytuacja poprawi, to RPP może już nie interweniować i złoty może kierować się w kierunku poziomu 4,40 – dodaje analityk Akcenty.

Wzrosty w świątecznym wydaniu

Mimo że handel w Azji był uszczuplony pod nieobecność świętujących Nowy Rok Księżycowy, udało się utrzymać pozytywne nastroje, a motorem zmian pozostają doniesienia o rosnącej liczbie zaszczepionych i nadzieje na przyspieszenie globalnego ożywienia. To dobry prognostyk na resztę tygodnia, choć z uwagi na zamknięte dziś rynki w USA najbliższe godziny raczej nie zaoferują wiele zmienności.

Strategia reflacyjna pozostaje w mocy, czego odzwierciedleniem są nowe rekordy indeksów akcji, a także wyższe ceny surowców, np. miedzi i ropy naftowej. Takie informacje, jak pierwszy od 3 miesięcy spadek liczby nowych przypadków zakażenia w USA poniżej 100 tys. (średnia 7-dniowa), czy wzrost liczby zaszczepionych w Wielkiej Brytanii do 15 mln wzmacniają oczekiwania na wkrótce realizowane przyspieszenie ożywienia. A nawet jeśli w temacie walki z COVID-19 trafiają się okresy bez nowych doniesień, zawsze można szukać punktu zaczepienia dla optymizmu w postępach prac nad pakietem fiskalnym w USA. Wprawdzie korekty i momenty realizacji zysków są możliwe (i konieczne dla zdrowego trendu), jak na razie cofnięcia bywają płytkie.

Od strony FX oznacza to wznowienie trendu deprecjacyjnego dolara, choć wzrost apetytu na ryzyko nakazuje porzucać także inne bezpieczne przystanie, jak jen czy frank. Perspektywa szybszego wzrostu i rosnącego popytu na surowce pomaga walutom pozytywnie skorelowanym z tym zjawiskiem, głównie AUD i NOK. Silny jest GBP dzięki imponującemu tempu zaszczepień. EUR/USD jest wyżej, ale niewiele. Zaprzysiężenie Mario Draghiego na premiera Włoch jest lepsze niż przeciąganie okresu bez funkcjonującego rządu, ale nie jest to informacja, która wywoła silniejszy rajd ulgi. Do umacniania się wraca złoty po tym, jak w ubiegłym tygodniu na 4,5080 za euro ustanowił górną granicę dla nowego zakresu trendu bocznego, ale zakładamy, że finalnie ucieknie z niego dołem w kierunku 4,45.

Rozpoczynający się tydzień jest poszarpany przez święta, co z pewnością wpłynie na płynność handlu. Z najważniejszych: rynki w Chinach są zamknięte przez większość tygodnia, a inwestorzy w USA dziś obchodzą Dzień Prezydenta. W kolejnych dniach nie zabraknie jednak impulsów do handlu. Dane będą przypominać, jak trudny jest pierwszy kwartał, szczególnie w objętej restrykcjami Europie. W strefie euro uwagę zwracają indeksy PMI (pt), gdzie pozytywnie będzie oddziaływać poluzowanie restrykcji we Włoszech i Hiszpanii. W Wielkiej Brytanii lutowy PMI powinien obniżyć się z powodu zamknięcia gospodarki i brexitu (redukcja zapasów), ale wskaźnik dla usług może odbijać po negatywnym szoku z poprzedniego miesiąca (39,5). W USA sprzedaż detaliczna (śr) powinna wzrosnąć pierwszy raz od września z pomocą wypłaty czeków pomocowych dla Amerykanów. Wzrost produkcji przemysłowej (śr) zwiastują dobre odczyty indeksów PMI za styczeń. Z minutek FOMC (śr) powinien płynąć równie gołębi przekaz, co z ostatnich wypowiedzi prezesa Powella – zmian w polityce nie zobaczymy jeszcze przez wiele miesięcy, dopóki nie dojdzie do poprawy we wskaźnikach rynku pracy i inflacji. W Polsce dziś czekamy na odczyt inflacji CPI, gdzie podwyżki cen administrowanych i podatków poskutkują miesięczną inflacją 0,9-1,0 proc., ale wskaźnik roczny powinien pozostać na 2,4 proc.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czas na bankowość zdecentralizowaną, czyli usługi finansowe na brzegu sieci

Sektor usług finansowych przeszedł w ubiegłym roku poważne zmiany. Podobnie jak w przypadku innych branż nastąpiło przejście do środowiska cyfrowego. Taka sytuacja oznacza jednak również okazję do sprawdzenia możliwości nowych technologii i nowych sposobów działania, gwarantujących większą elastyczność w zmieniających się warunkach rynkowych. Dzięki dużej skalowalności, a zatem możliwości obsługi spadków i wzrostów liczby przetwarzanych transakcji cyfrowych, związanej z migracją do chmury w ramach realizowanych projektów transformacji, wiele banków może szybciej zrezygnować z monolitycznych rozwiązań i przejść na bardziej elastyczną architekturę podstawową. Pozwala to uzyskać poziom reaktywności niemożliwy do osiągnięcia we wcześniejszych systemach.

Koncepcja modernizacji systemów podstawowych nie jest niczym nowym, pojawiała się już wielokrotnie w branży. Przedsiębiorstwo ma do wyboru wiele sposobów realizacji takiego przedsięwzięcia z uwzględnieniem występującego obecnie „cyfrowego przyspieszenia”. Zależy to od przyjętej strategii organizacyjnej, dostępnych kompetencji specjalistycznych i wsparcia ze strony kadry kierowniczej. Jednym z pierwszych etapów modernizacji może być zmiana platformy aplikacji i uzyskanie oferowanej przez chmurę elastycznej skalowalności, co pozwala usprawnić działanie istniejących środowisk mainframe. Z takim podejściem wiążą się różne korzyści operacyjne, z których najistotniejszą wydaje się możliwość uzyskania nowych danych analitycznych niezbędnych do budowania interakcji z klientami. Inne banki, a czasami jednostki w ramach tego samego banku, wybierają model rekonstrukcji, w którym zamiast złożonych modyfikacji stosuje się dostępne w chmurze funkcje integracji, a w kolejnej fazie zastępuje podstawowe mechanizmy nowszymi wersjami oferowanymi przez producentów. Istnieją również przedsiębiorstwa, które decydują się na całkowitą przebudowę systemów podstawowych i konstrukcję usług bankowych w postaci niezależnych biznesowych elementów składowych. Niniejszy artykuł skupia się na tym ostatnim podejściu. Niezależne funkcjonalnie usługi biznesowe mogą zostać w naturalny sposób przekształcone w elementy zdecentralizowanego systemu, w którym da się szybko zdefiniować usługi finansowe świadczone przedsiębiorstwom niezależnie od ich rodzaju.

Bankowość zdecentralizowana

Wiemy, czym są podstawowe, centralne systemy bankowe, słyszeliśmy o przetwarzaniu bezserwerowym, ale czym może być coreless banking, czyli bankowość zdecentralizowana? Ogólnie rzecz biorąc, w takiej architekturze nie występuje centralny system. W bankowości zdecentralizowanej nie pojawia się zależność od wielu odrębnych mechanizmów transakcyjnych. Każdy aspekt usług świadczonych przez bank jest zdefiniowany jako pojedyncza funkcja biznesowa, która może być aktualizowana i modyfikowana niezależnie od innych (jak się można domyślić, mikrousługi są ważnym elementem tego rozwiązania). To całkowicie inny sposób działania niż w przypadku typowych systemów monolitycznych, w których wszystkie moduły oprogramowania są ze sobą zintegrowane. Niestety jest to jeden z problemów, jakie napotykamy w trakcie transformacji cyfrowej — modernizacja tylko jednego elementu wcześniejszego systemu może okazać się trudna właśnie ze względu na ścisłą integrację. Budowa nowego środowiska cyfrowego w przedsiębiorstwie, którego działalność koncentruje się na odrębnych produktach, a systemy są w wysokim stopniu zintegrowane, to zadanie trudne, kosztowne i czasochłonne. Integracja firmy niesie wiele korzyści, jednak utrudnia szybką adaptację. Dlatego warto pomyśleć o bankowości zdecentralizowanej, w ramach której elementy składowe o właściwej wielkości, odpowiadające poszczególnym funkcjom biznesowym, są łączone w sposób umożliwiający obsługę ścieżek interakcji klientów. Powstaje architektura biznesowa i techniczna, w której usługi bankowe nie są zależne od głównego systemu podstawowego. Każdy fragment systemu bankowego można zaktualizować lub przebudować niezależnie od pozostałych elementów, co pozwala skrócić czas transformacji dowolnego obszaru działania przedsiębiorstwa.

Zaletą bankowości zdecentralizowanej jest możliwość łączenia, wielokrotnego używania i ponownego łączenia elementów składowych w celu szybkiego definiowania i wdrażania odpowiednich mechanizmów interakcji z klientami. Ponadto przedsiębiorstwo potrafi zrobić to na dużą skalę, co jest możliwe dzięki spójnej infrastrukturze pozafunkcjonalnej stanowiącej wspólny fundament, na którym buduje się komponowalne usługi biznesowe.  Architektura oparta na mikrousługach pozwala zapewnić niezależność elementów, a funkcje integracji w kontenerach i narzędzia automatyzacji biznesowej uwzględniają kompleksowe mechanizmy zabezpieczeń nawet w sytuacji, gdy interakcja obejmuje wiele lokalizacji w chmurze i na styku z otoczeniem. Bank może mieć pewność, że zachowa kontrolę nad sposobem, czasem i miejscem wdrożenia usług.

Usługi na brzegu sieci

Internet rzeczy (IoT), czyli komunikacja między fizycznymi przedmiotami za pośrednictwem internetu, to koncepcja istniejąca od pewnego czasu. Ostatnio coraz częściej znajduje miejsce także w biznesowych zastosowaniach w bankach i innych instytucjach finansowych. Biorąc pod uwagę ilość przetwarzanych codziennie newralgicznych z punktu widzenia przedsiębiorstwa informacji oraz wrażliwych danych klientów, wdrożenie najnowszych rozwiązań technologicznych do obsługi klientów indywidualnych nie zawsze jest zadaniem wykonalnym i prostym. W działaniach banków brzeg sieci ma jednak coraz większe znaczenie, mimo że technologie IoT, czyli interakcje między urządzeniami w ramach usług bankowych, nie są na razie rozbudowane. Możemy spodziewać się, że w bieżącym roku brzeg sieci stanie się jeszcze bardziej istotnym obszarem dla firm z sektora finansowego.

Interesującym aspektem brzegu sieci jest łatwiejsza ochrona danych dzięki ograniczeniu ich transferu. Transakcja może zostać zrealizowana bliżej źródła interakcji, co pozwala zmniejszyć ryzyko przechwycenia informacji przez nieuprawnione osoby. Bardziej rozproszona sieciowa infrastruktura informatyczna związana z projektami migracji do chmury umożliwia przetwarzanie danych bliżej miejsca ich wygenerowania i przechowywania. Korzyścią jest także zmniejszenie opóźnienia samego zdarzenia transakcji. Musimy jednak pamiętać, że kluczem do usprawnienia działania środowiska jest zastosowanie właściwej infrastruktury, czyli systemu operacyjnego zoptymalizowanego pod kątem działania w obszarach brzegowych, wyposażonego w możliwości udostępniania funkcji na żądanie (w formie mikrousług w kontenerach) oraz odpowiednie mechanizmy bezpieczeństwa i kontroli. Dzięki technologii 5G dodatkowo zwiększy się możliwość przeniesienia części przetwarzania do brzegowych regionów sieci. Możemy powiązać to z systemami IoT — jesteśmy w stanie wyobrazić sobie udzielanie przez klienta zgody (przewidzianej w dyrektywie PSD2 i rozporządzeniu RODO) także na działania realizowane w imieniu banku przez algorytm. To szansa na zmniejszenie kosztów i świadczenie klientom usług doradztwa finansowego z poziomu należących do nich urządzeń.

Bankowość zdecentralizowana i usługi świadczone na brzegu sieci

Według przeprowadzonych niedawno przez firmę IDC badań ponad 90% banków przyjęło strategię opartą na platformie. To wyższy wskaźnik niż w przypadku innych sektorów. Kluczowym elementem umożliwiającym zaistnienie na rynku usług powinno zatem być zróżnicowanie oferty. W jaki sposób to osiągnąć? Atutem może być szczególny obszar specjalizacji danego przedsiębiorstwa, wynikający ze stosowanych procedur, z doświadczenia i kompetencji personelu. W świecie rozwiązań cyfrowych taka specjalizacja oznacza możliwość szybkiego uzyskiwania informacji analitycznych na podstawie danych, a następnie wykorzystania ich w czasie rzeczywistym w sposób ułatwiający obsługę klientów. Wiele banków nadal buduje platformy, na których chce oferować swoje usługi, jednak współpracuje także z zewnętrznymi podmiotami spoza branży finansowej, dążąc do zbudowania mechanizmów bezproblemowej interakcji z klientami. Nowe platformy usług finansowych stanowią miejsce interakcji klientów, firm z sektora fintech, agregatorów, banków, usługodawców i urządzeń. Współpraca obejmująca wszystkie branże pozwala zbudować jednolite, zintegrowane, zautomatyzowane środowisko obsługi klientów. Możemy oczekiwać, że instytucje finansowe będą odgrywać istotną rolę na rynku zbudowanym wokół doświadczenia klienta dzięki oferowaniu wartościowych usług zarządzania ryzykiem i zarządzania funduszami. Funkcje zintegrowanej obsługi realizowane są między innymi przez różnych dostawców usług działających w jednej lub wielu chmurach publicznych. Integracja biznesowa będzie najprawdopodobniej odbywać się w środowiskach chmury hybrydowej preferowanych przez większość uczestników rynku.

Kolejnym etapem może być bezpośrednie oddanie klientom do dyspozycji takich komponowalnych usług po to, by mogli z nich korzystać w swoim środowisku. Możemy spodziewać się tego w dalszej perspektywie czasowej, jednak koncepcja bankowości zdecentralizowanej funkcjonującej na brzegu sieci jest zgodna z mechanizmami współpracy między bankami i firmami z sektora fintech, z którą już wkrótce zetkniemy się na rynku. Oznacza to dodawanie funkcji w centrum przetwarzania danych, na platformach handlowych, na urządzeniach i we wszystkich pośrednich lokalizacjach, włączanie i przełączanie usług zgodnie z potrzebami (mówimy o połączonych usługach banków i przedsiębiorstw fintech).  Transformacja zajmie pewien czas, jednak widzimy już, że banki starają się ograniczyć zależność od wcześniej stosowanych monolitycznych systemów podstawowych i zbudować pakiet bezpiecznych, niezawodnych, komponowalnych usług biznesowych. W ciągu najbliższego roku możemy oczekiwać wzrostu liczby wdrożeń mikrousług działających w chmurze i niezależnych od platformy, a także większej liczby projektów modernizacji podstawowych systemów w bankach, które łączą swoje usługi z produktami innych podmiotów w celu zbudowania bardziej elastycznych środowisk interakcji z klientami. Spodziewamy się, że takie elementy składowe pojawią się także na cyfrowych platformach klientów, ułatwiając im samodzielną realizację usług finansowych na brzegu sieci.

Autorka: Fiona McNeill, senior manager, product, Red Hat Financial Services

Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju – raport PIE

Grupa Wyszehradzka powstała 15 lutego 1991 r. W latach 1991-2019 jej PKB wzrósł o 155 proc. Wartość eksportu towarów wzrosła między 1995 a 2019 r. ponad 19-krotnie, importu 16-krotnie, a inwestycje w środki trwałe rosły 3-krotnie szybciej niż w krajach UE-15. Jednocześnie, w 2019 r. PKB na mieszkańca stanowił blisko 72 proc. poziomu państw „starej UE”. Obecnie region jest szóstą siłą gospodarczą i trzecim rynkiem konsumenckim w Europie – wynika z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju”.

Ostatnie trzy dekady to okres znaczących przemian w państwach Grupy Wyszehradzkiej. Atrakcyjność inwestycyjna regionu pozwoliła na włączenie się gospodarek V4 w globalne łańcuchy wartości. Szczególnie silna stała się więź handlowa i gospodarcza z Niemcami – dziś wolumen eksportu i importu między V4 a Niemcami stanowi 1,5-krotność wymiany niemiecko-chińskiej. Sukcesem jest także niska, nawet w porównaniu do krajów zachodnich UE, stopa bezrobocia. Jednocześnie, region wciąż musi nadrabiać dystans rozwojowy dzielący go od najlepiej rozwiniętych krajów UE. Ponadto, problemem jest starzenie się społeczeństw, spadek ludności oraz niewielki napływ migrantów.

Akcesja do UE zbliżyła V4 do najbogatszych

W 2019 r. wartość PKB (w cenach bieżących) krajów V4 wyniosła 996 mld EUR, wzrastając o 155 proc. wobec 1991 r. Na tle krajów regionu dynamiką wzrostu wyróżniała się Polska, której gospodarka urosła ponad trzykrotnie. Wyraźnie zwiększyło się znaczenie państw V4 w gospodarce UE – z 4,6 proc. w 2004 r. do 6,2 proc. w 2019 r. Wśród kluczowych czynników wspierających proces konwergencji był popyt zagraniczny obejmujący przede wszystkim produkty wytwarzane w umiędzynarodowionych gałęziach przemysłu przetwórczego, głównie w branży motoryzacyjnej i maszynowej. O ile w latach 90. XX w. proces konwergencji był powolny, to zmniejszanie luki dochodowej przyspieszyło po akcesji państw V4 do UE w 2004 r.

Jeszcze w 2000 r. wartość PKB per capita krajów Grupy mierzona parytetem siły nabywczej wynosiła 45 proc. średniego poziomu dla UE-15, ale już w 2019 r. wskaźnik wzrósł do 72 proc. Najbliżej tego poziomu są Czechy, które w 2019 r. osiągnęły PKB na mieszkańca odpowiadający 92 proc. średniej dla państw UE-28. Ważnym elementem podnoszenia konkurencyjności gospodarek oraz poprawy jakości życia w krajach V4 były fundusze unijne. W latach 2004-2019 z budżetu UE, głównie w ramach wspólnej polityki rolnej oraz polityki spójności, do Polski, Czech, Węgier i Słowacji trafiło niemal 328 mld EUR. Najwięcej (55,2 proc.), trafiło do Polski.

Kraje Grupy Wyszehradzkiej dokonały ogromnego postępu na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Na płaszczyźnie politycznej kluczowa była integracja z Zachodem dzięki dołączeniu do NATO i UE. Do czynników wpływających na podniesienie pozycji gospodarczej V4 oprócz funduszy unijnych należy zaliczyć przede wszystkim napływ ogromnych środków inwestycyjnych w postaci zagranicznego kapitału prywatnego. Skumulowana wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych zwiększyła się aż 118-krotnie, z 5 mld USD w 1991 r. do 565 mld USW w 2019 r. Grupa Wyszehradzka ma szansę na utrzymanie dotychczasowych trendów zmniejszania luki dochodowej. Wyzwaniem pozostaje niwelowanie różnic w zakresie innowacyjności: Czechy zmniejszyły lukę w wydatkach na badania i rozwój między 2000 a 2019 rokiem z 0,7 pkt. proc. do 0,26 pkt. proc., a Polska z 1,17 pkt. proc. do 0,88 pkt. proc. Wciąż też znacznie mniejszy odsetek publikacji naukowych trafia do czasopism o najwyższych wskaźnikach cytowalności  –  powiedział Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Rynek pracy odporny na wstrząsy, ale trendy demograficzne tworzą ryzyko rozwojowe

Jeszcze w latach 2003-2004 stopa bezrobocia w krajach V4 była prawie dwukrotnie wyższa niż w państwach „starej Unii” (15,4 proc. wobec 8 proc.). Jednak w dłuższej perspektywie i w następstwie światowego kryzysu finansowego z lat 2008-2010, to rynki pracy krajów UE-15 mocniej ucierpiały. Trwały punkt przełamania miał miejsce w 2012 r., od tego czasu stopa bezrobocia w państwach Grupy Wyszehradzkiej utrzymuje się na niższym poziomie niż w UE-15.W ciągu 30 lat eksport Grupy Wyszehradzkiej wzrósł 19-krotnie

Jednocześnie, na przestrzeni ostatnich 30 lat populacja krajów V4 spadła o 1 proc., podczas gdy w krajach UE wzrosła o 12 proc. Duży odpływ młodych i dobrze wykształconych obywateli państw V4 w pierwszych latach po akcesji do UE pogorszył prognozy demograficzne regionu. Trendy migracyjne zbiegły się w czasie z przemianami społeczno-kulturowymi, czego skutkiem był m.in. ujemny przyrost naturalny.

Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Radykalna zmiana modelu gospodarczego w państwach Grupy Wyszehradzkiej pociągnęła za sobą znaczne koszty społeczne, na czele z bezrobociem strukturalnym wynikającym
z zamykania nierentownych branż przemysłu. Jednak oprócz negatywnych skutków społecznych, na przestrzeni ostatnich 30 lat udało się doprowadzić do znaczącego obniżenia (o 23 proc.) emisji gazów cieplarnianych. Stało się tak głównie dzięki modernizacji i urynkowieniu przemysłu oraz sektora energetycznego, a także wzrostowi znaczenia sektora usług.Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Rośnie zainteresowanie płatnościami internetowymi w czasie pandemii. To wyzwanie zwłaszcza dla małych i średnich firm e-commerce

Pandemia COVID-19 napędziła rozwój e-commerce, lecz także wzrost konkurencji w tym kanale zakupowym. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, ale również coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności. Wdrożenie wygodnych, elektronicznych rozwiązań w tym zakresie jest warunkiem sukcesu zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, bo zakres oferowanych kanałów płatności może zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje i skieruje się do konkurencji.

– Sytuacja epidemiologiczna w Polsce może spowodować, że odsetek osób korzystających z płatności elektronicznych będzie wzrastał w nieco szybszym tempie niż dotychczas. Zmiany w codziennym funkcjonowaniu społeczeństwa związane z częściowym zamknięciem handlu czy koniecznością zachowania dystansu społecznego przyspieszyły transformację cyfrową przedsiębiorstw – tłumaczy w komentarzu do raportu „Płatności cyfrowe 2020” Joanna Pieńkowska-Olczak, prezes PayU SA.

Z danych Gemiusa wynika, że jeszcze na samym początku pandemii, w marcu 2020 roku, zakupy w sieci robiło już 73 proc. polskich internautów, czyli ponad 20 mln Polaków. Z roku na rok ten odsetek rośnie w coraz szybszym tempie. COVID-19 i związane z nim ograniczenia w stacjonarnym handlu tylko ten wzrost przyspieszyły, napędzając migrację klientów do kanału online. Według raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie” Izby Gospodarki Elektronicznej 27 proc. internautów w czasie pandemii zaczęło częściej wybierać ten kanał zakupowy. Wraz z klientami do online’u musieli przenieść się też przedsiębiorcy.

– Wiele sklepów i usługodawców przeniosło swoją działalność do świata online, co jednocześnie wpłynęło pozytywnie na nastawienie konsumentów do płatności online, które są wygodne, szybkie i bezpieczne – wskazuje we wpisie „Polska dwóch płatności” Joanna Pieńkowska-Olczak. – Wolumen transakcji opłacanych online będzie się sukcesywnie zwiększał, choć rzecz jasna płatności elektroniczne szybko nie zastąpią gotówki. Jednak z pewnością e-commerce w najbliższych latach będzie rósł znacznie szybciej niż tradycyjna sprzedaż w punktach stacjonarnych i utrzyma przynajmniej kilkunastoprocentową dynamikę. Równolegle udział gotówki w transakcjach e-commerce będzie nadal spadał.

Dla wielu firm w czasie lockdownu przymusowa migracja do e-commerce była warunkiem utrzymania działalności. Badanie przeprowadzone przez KRD pokazało, że już w pierwszej fali pandemii (w maju ub.r.) rozbudowę swoich kanałów sprzedażowych w sieci planowało 42 proc. firm budowlanych i 40 proc. firm produkcyjnych, czyli branż, które wcześniej nawet nie były kojarzone z internetem i prowadziły w większości stacjonarną działalność. Dane zawarte w raporcie Gemiusa pokazują z kolei, że tylko w kwietniu ubiegłego roku na platformie Shoper, która dostarcza gotowe oprogramowanie dla e-sklepów, zostało założonych o 137 proc. więcej nowych sklepów internetowych niż rok wcześniej.

W czasie zamrożenia gospodarki wyceniany już na ok. 100 mld zł rynek e-commerce stał się siłą napędową zwłaszcza dla przedsiębiorstw małych i średnich. Jednak jego szybki rozwój – dodatkowo napędzony pandemią – sprawił, że w tym kanale konkurencja jest coraz ostrzejsza. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, lecz także coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności.

– Wzrost zainteresowania płatnościami internetowymi wśród konsumentów to zarazem szansa, jak i wyzwanie. Sprzedawcy powinni skupić się na dopracowaniu kwestii doświadczeń klientów, na prostocie i niezawodności oferowanych rozwiązań, także w zakresie płacenia za zakupy. W obecnej sytuacji te aspekty mogą okazać się decydujące w kontekście przełamania bariery nieufności i przekonania osób korzystających dotychczas z gotówki do wyboru płatności elektronicznych – wskazuje w swoim komentarzu prezes PayU SA.

Z grudniowego raportu Izby Gospodarki Elektronicznej („Płatności cyfrowe 2020”) wynika, że blisko połowa Polaków, którzy kupują online (47 proc.), korzysta z płatności elektronicznych. To o 3 pkt proc. więcej niż w zeszłym roku. Jako najczęściej wybierany sposób zapłaty za zakupy przez internet z wykorzystaniem komputera wskazywano przede wszystkim szybkie przelewy przez serwis płatności (35 proc.), a w dalszej kolejności płatności Blikiem (26 proc.), które również są oferowane przez agregatorów płatności, takich jak np. PayU. Oprócz BLIK-a zakres usług płatniczych dostarczanych przez tego operatora obejmuje jeszcze m.in. płatności jednym kliknięciem (one-clickowe), mobilne, raty online, płatności odnawialne oraz portfele elektroniczne takie jak Google Pay, Apple Pay, Click to Pay czy MasterPass.

 W 2020 roku niemal każda osoba kupująca online w Polsce przynajmniej raz skorzystała z płatności PayU – podkreśla cytowana w komunikacie prasowym Joanna Pieńkowska-Olczak. – Podczas gdy konsumenci mogą wybierać z coraz szerszego wachlarza udostępnianych przez nas kanałów płatności, my pracujemy również nad tym, aby zapewnić odpowiedni sposób ich uwierzytelniania, mając jednocześnie na uwadze zwiększanie konwersji w sklepie.

Jak podkreśla, maksymalne uproszczenie procesu płacenia za zakupy w sieci jest dla e-sklepów warunkiem utrzymania satysfakcji kupujących. Zakres oferowanych kanałów płatności może też zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje, np. ze względu na brak opcji płatności mobilnych albo niewystarczające środki na koncie bankowym. Dlatego wdrożenie wygodnych, elektronicznych kanałów płatności jest ważne zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, które chcą się utrzymać w coraz bardziej konkurencyjnej branży e-commerce.

– Zapewniamy odpowiednie rozwiązania płatnicze dla każdego modelu biznesowego funkcjonującego w e-handlu, a dla początkujących sprzedawców oferujemy preferencyjne warunki na start – przekonuje cytowana w komunikacie prasowym prezes PayU SA. – Rozumiemy, jak ważna w przypadku małych i średnich sklepów może być szybkość nawiązania współpracy. Dlatego też od strony sklepu proces ten jest w pełni zautomatyzowany: przedsiębiorca otwiera stronę PayU i wypełnia formularz, który kończy się wygenerowaniem i podpisaniem umowy elektronicznej. Firmy mogą liczyć także na preferencyjne warunki finansowe i do 28 lutego w prosty sposób ustawić bramkę płatności dla swojego e-sklepu, ponosząc jedynie połowę standardowej prowizji.

Czy Tarcza 7.0 osłoni przed falą bankructw?

Przedsiębiorcy z kolejnych branży mogą od 1 lutego składać wnioski o pomoc w ramach Tarczy 7.0 i uzyskać od państwa m.in. świadczenie postojowe, mikropożyczkę czy zwolnienie z ZUS. Jednak jak wskazują eksperci z firmy inFakt, proponowany zakres pomocy dla wielu firm, zwłaszcza z branży hotelarskiej i turystycznej, może okazać się niewystarczający.

Zakres pomocy z Tarczy 7.0

Przepisy siódmej odsłony rządowego programu wsparcia dla przedsiębiorców dotkniętych przez pandemię przewidują możliwość skorzystania z dobrze znanych już rozwiązań. Są to: dofinansowanie do wynagrodzenia pracownika w kwocie 2 000 zł przez trzy miesiące, mikropożyczka w wysokości 5 000 zł (bezzwrotna, jeśli przedsiębiorca utrzyma działalność przez 3 miesiące od jej otrzymania), świadczenie postojowe w kwocie 2 080 zł oraz zwolnienie ze składek ZUS – tym razem za styczeń 2021 lub grudzień 2020 i styczeń 2021, jeśli przedsiębiorca był zgłoszony jako płatnik składek przed 1 listopada 2020 r. W przypadku wcześniejszego opłacenia tych składek, ZUS na wniosek zwróci je lub zostaną one zaliczone na poczet przyszłych zobowiązań.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt, podkreśla, że nowa Tarcza zawiera instrumenty, które będą realnym wsparciem dla części przedsiębiorców, jednak w wielu przypadkach proponowane kwoty nie będą wystarczające. – Wyobraźmy sobie sytuację właściciela zamkniętego hotelu, który zatrudnia 40 pracowników na umowę o pracę i przez cały czas, kiedy hotel był zamknięty, on to wynagrodzenie wypłacał. Poza tym musiał wciąż opłacać bieżące rachunki, podatki i inne zobowiązania – wskazuje ekspert. – Zaproponowana przez rząd pomoc na pewno nie pokryje w tej sytuacji całych kosztów. Może być za to wsparciem dla podmiotów, które posiadają oszczędności. Pozostaje jednak pytanie, ile środków jeszcze zostało przedsiębiorcom? Czy mają zapasy wystarczające na tyle, aby przetrwać?

Dla kogo pomoc z Tarczy 7.0?

O pomoc w ramach nowej Tarczy mogą się ubiegać przedsiębiorcy z blisko 50 branży. Rząd wprowadził sześć nowych klasyfikacji PKD, odnoszących się do działalności hotelarskiej i turystycznej. Aby uzyskać wsparcie, przeważająca działalność przedsiębiorcy powinna być zaklasyfikowana według jednego z PKD ujętych w rozporządzeniu i prowadzona na dzień 30 listopada 2020 roku. Ponadto przedsiębiorca powinien wykazać spadek przychodu o co najmniej 40 proc. W tym celu porównywane są różne okresy w zależności od rodzaju pomocy, z której wnioskodawca chciałby skorzystać.

  • Świadczenie na rzecz ochrony miejsc pracy w wysokości 2 000 zł – w jednym z trzech miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do przychodu uzyskanego w miesiącu poprzednim lub w analogicznym miesiącu roku poprzedniego;
  • Dotacja 5 000 zł na pokrycie bieżących kosztów – w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej;
  • Ponowne świadczenie postojowe i zwolnienie z opłacania składek ZUS – w jednym z dwóch miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Wnioski o świadczenia można składać do 31 marca 2021 r. włącznie. Wyjątkiem jest świadczenie postojowe, o które można się ubiegać do 3 miesięcy po zakończeniu stanu epidemii.

Wyzwania w branży logistycznej – employer branding oraz onboarding pracowników

Jeszcze 5 lat temu szacowano wartość rynku „food delivery” oraz branży spożywczej zamawianej online na 200 mln zł. Aktualnie rynek ten może być wart nawet 7 mld zł*. Podobne wzrosty widać w e-commerce – jego wartość wyniosła ok. 100 mld zł, czyli 30 mld więcej niż przewidywano**. Jest to sygnał m.in. dla branży logistycznej, że ma przed sobą ogromne wyzwanie, jakim jest gwałtowny wzrost popytu na usługi kurierskie i logistyczne. Problemem stało się jednak znalezienie odpowiednich kandydatów: z kompetencjami i chęcią do pracy. Czy promocja pracodawcy oraz procedury wdrożeniowe są przyszłością branży logistycznej? Odpowiadamy poniżej.

Szukanie pracy w branży logistycznej

Wydarzenia wywołane przez pandemię w dużej mierze wpłynęły także na branżę logistyczną.  Do głównych zmian należą m.in. jak najszybsze spełnianie potrzeb odbiorców, ale także integracja łańcucha logistycznego. Ze względu na dynamikę oraz niepewność zmian prawno-gospodarczych, sytuacji nie poprawił także niedobór kierowców czy kurierów – część z nich nie mogła wrócić do kraju, a cześć przebywała na kwarantannie. Fakt, że popyt na pracownika w logistyce, wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a potencjalni pracownicy rozważają pracę w branży, potwierdzają wyszukiwania w przeglądarce Google: ***.

  • „Logistyk, ile zarabia?”

W tym przypadku także zanotowano wzrost zainteresowania w ostatnim kwartale roku. Od najniższego poziomu tj. 60 wyszukiwań miesięcznie poziom wzrósł ponad dwukrotnie.

  • „Ile zarabia kierowca tira?”

Widać tutaj ogromne zainteresowanie – w ostatnim kwartale roku 2020, ponad 2,4 tysiąca osób miesięcznie wpisywało w wyszukiwarkę Google powyższe zapytanie.

  • „Ile zarabia kurier?”

W tym przypadku także zaobserwować można ponad dwukrotny wzrost zainteresowania – miesięcznie w grudniu 2020 roku, powyższe hasło wpisywało w wyszukiwarkę Google aż 2,4 tysiąca osób.

Firmy logistyczne stanęły przed wyzwaniem, jakim jest znalezienie odpowiednich pracowników wspierających rozwój ich biznesu. Chociaż są w stanie oferować różnorodne i zróżnicowane stanowiska ze względu na szeroki zakres działalności, wielu z nich traci na konkurencyjności ze względu na wizerunek. Właśnie dlatego warto zadbać o obszar employer brandingu, dzięki któremu zyskają miano „firmy z wyboru”.

W jaki sposób firmy mogą wspierać działania rekrutacyjne?

Zainteresowanie pracownika danym rynkiem czy branżą, nie jest jednoznaczne z dużą liczbą kandydatów na dane stanowisko. Już od pewnego czasu, mówi się o „rynku pracownika”, a nie o „rynku pracodawcy”. Dlatego, tak ważne jest inwestowanie w nowe narzędzia komunikacji. Jedną z form, jest employer branding, który buduje markę pracodawcy. Celem takich działań jest dotarcie do potencjalnych klientów.

Marka pracodawcy jest niezbędna do rekrutacji nowych pracowników, ale także do zatrzymania tych, których już zatrudniono. Pracownicy mają możliwość wyboru tego, co chcą robić w życiu zawodowym.

To oni decydują, dla kogo chcą pracować. Tymczasem połowa polskich firm wciąż nie ma strategii dotyczącej kształtowania swojego wizerunku, a 25% nie dostrzega nawet takiej potrzeby. Pracodawcy, powinni zacząć być świadomi, że aż 84% kandydatów przed aplikowaniem o pracę sprawdza opinie o przyszłym pracodawcy (raport z badania „Percepcja wizerunku pracodawców w oczach kandydatów”).

– Budowanie wizerunku opartego na employer branding wspiera strategiczne cele biznesowe firmy. Właśnie dlatego działania z zakresu EB powinny być dostosowane do specyfiki pracy. Warto zadać sobie pytanie – jakie potrzeby mają osoby, które pracują w branży logistycznej? I choć narzędzia, które zostaną użyte mogą być prawie takie same, jak w przypadku rekrutacji na inne stanowisko, to kluczem jest historia, którą opowiadamy. Jej celem jest precyzyjne dotarcie do świadomości potencjalnych kandydatów i skuteczne zachęcenie do wejścia w szeregi firmy – podsumowuje Sebastian Kopiej, ekspert agencji Commplace.

Onboarding – czyli adaptacja pracownika do firmy

Skuteczne zrekrutowanie pracownika to pierwszy krok – drugim, nierzadko trudniejszym, jest utrzymanie go. Zapewnienie nowym pracownikom dobrego samopoczucia i odpowiednich informacji, których potrzebują na wczesnym etapie wdrożenia (pomocne może okazać się opracowanie procedur komunikacji wewnętrznej lub przeprowadzenie warsztatów z zakresu budowania relacji).

W ciągu pierwszych kilku dni, większość nowych pracowników, czuje się nieco przytłoczonych, przyzwyczajając się do nowej roli. Ten etap ma jednak kluczowe znaczenie dla długoterminowego utrzymania pracowników. Specjaliści wskazują, że „pierwsze dobre wrażenie” będzie trwać, a doświadczenie podczas pierwszych kilku dni, będzie tym, o czym będą rozmawiać poza pracą (w tym na forach dyskusyjnych). Dlatego tak ważny jest dobrze zaplanowany onboarding dla wszystkich nowych pracowników, jeszcze przed ich pierwszym dniem pracy.

Najważniejsze o czym należy pamiętać, to fakt, że pracownicy stają się ambasadorami firmy. Ich opinie stanowią najbardziej wiarygodne źródło informacji. Dla wszystkich: kandydatów, klientów oraz partnerów biznesowych.niedobór kierowców

Źródła:

* na podstawie szacunków przeprowadzonych przez portal Pyszne.pl

** jak podają wyniki badań przeprowadzonych przez Catchers za pośrednictwem panelu badawczego Ariadna

*** na podstawie danych zebranych z Google Keyword Planner