Złe jest dobre, jeśli idą za tym pieniądze

Nowy rekordowy szczyt indeksu Nasdaq wyraźnie pokazuje, jak bardzo inwestorzy obawiają się drugiej fali zachorowań na koronawirusa. Niekończące się tnie finansowanie z banków centralnych, otwartość rządów na ekspansję fiskalną oraz niechęć władz do przywracania lockdownu są skutecznym lekarstwem na wszelkie obawy.

Publikowane wczoraj indeksy PMI też działają na wyobraźnię, nawet jeśli ich odbiór jest zniekształcony. Silny skok wskaźników, w niektórych przypadkach powyżej 50 pkt. (próg oddzielający ekspansję od kruczenia się sektora) nie oznacza od razu V-kształtnego odbicia PKB. PMI są indeksami dyfuzji, czyli poziom 50 oznacza tylko tyle, że ankietowani netto oceniają sytuacją w danym miesiącu na równi z tą z poprzedniego miesiąca. Pozostawanie wskaźnika pod 50, nawet jeśli z miesiąca na miesiąc skoczył o 10-15 pkt., dalej sygnalizuje, że większość przedsiębiorców ocenia swoją sytuację za gorszą niż miesiąc wcześniej. Po silnym załamaniu aktywności gospodarczej w okresie marzec-maj odbicie PMI w kierunku 50 jest jedynie oznaką, że biznes uklepuje dołek koniunkturalny. Za poprawę wskaźników głównie odpowiadają nadzieje na lepszą przyszłość i poprawę warunków prowadzenia działalności w kolejnych miesiącach. Bieżący popyt pozostaje słaby, a zamówienia nie odbudowują się w zadowalającym tempie. Szkody w niektórych gałęziach mogą być nieodwracalne. By nie wybrzmiewać ponuro, należy też dodać, że nowa rzeczywistość tworzy warunki dla powstania nowych zawodów i modeli biznesowych, których przez jakiś czas „stare” wskaźniki nie będą ujmować. Ogólnie jednak nie ma co ekscytować się skokami PMI, gdyż zaraz gorzki smak przywrócą recesyjne odczyty PKB za II kw.

Jednak dla rynków finansowych całą ta dyskusja jest drugorzędna. Inwestorzy wiedzą, że jest źle, ale skupiają się na dyskoncie jak szybko będzie lepiej. I w tym aspekcie nadzieje nie umierają. Obfitość wolnego kapitału (od banków centralnych i rządów) zmusza do potęgowania ruchów i jeśli optymizm jest na głównym planie, rajdy ryzykownych aktywów będą się napędzać. Z drugiej strony jednak wrażliwość na najmniejsze oznaki zawahania jest większa. Ucieczka od ryzyka i poszukiwanie bezpiecznych przystani będzie następować szybko i w ostrych ruchach. Może nie być trwałe i równie szybkie do wymazania (jak pokazało wczorajsze zachowanie rynków przy zamieszaniu wokół umowy handlowej Pierwszej Fazy między USA i Chinami), ale zmienność to zmienność. Nie można o tym zapominać przy analizie każdej pozycji na rynku, gdzie obserwujemy obecnie mocniejsze wybicia. EUR/USD, GBP/USD, czy nawet złoto – wszędzie tutaj we wzrostach wyrażona jest słabość USD i lesze nastroje. Do czasu pierwszego, mocniejszego skoku awersji do ryzyka.

Pomimo promocji V-kształtnego odbicia koniunktury przez odczyty PMI, złoty nie potrafił skorzystać z wzrostu apetytu na ryzyko na rynkach globalnych. Coraz mocniej wyczuwalny jest efekt ubiegłotygodniowego wyrażenia zaniepokojenia siłą PLN przez Radę Polityki Pieniężnej. W ocenie całego koszyka walut Europy Środkowo-Wschodniej nie pomaga też wczorajsza zaskakująca obniżka stopy procentowej na Węgrzech. Gołębie ryzyka zniechęcają do inwestycji w waluty regionu. Dla złotego tworzy to środowisko, w którym ryzyka rozkładają się asymetrycznie: poprawa nastrojów da niewiele, ale skok awersji do ryzyka będzie współgrał z fundamentami. W najlepszym przypadku EUR/PLN znajdzie krótkoterminowy poziom równowagi przy 4,45, ale inwestorzy będą czyhać na pretekst do wyskoku w stronę 4,50.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Fundusz Dopłat do Oprocentowania – dla kogo i na jakich warunkach?

Szczegóły działania funduszu dopłat do oprocentowania przybliża Elżbieta Stelmach z BGK.

Prezydent podpisał już tzw. tarczę 4.0. Ustawa powołuje przy BGK Fundusz Dopłat do Oprocentowania. To kolejne rozwiązanie pomocowe dla firm dotkniętych skutkami pandemii koronawirusa. Na co mogą liczyć przedsiębiorcy i jakie warunki muszą spełniać, by ubiegać się o wsparcie? Na pytania o Fundusz Dopłat do Oprocentowania odpowiada Elżbieta Stelmach z BGK.

Na czym będzie polegać wsparcie z Funduszu Dopłat do Oprocentowania?

BGK będzie wypłacać dopłatę, która pokryje część odsetek należnych bankowi kredytującemu. Kredytów z dopłatami będą udzielać banki komercyjne i spółdzielcze, współpracujące z BGK. Dzięki wsparciu z Funduszu Dopłat do Oprocentowania przedsiębiorca będzie spłacać tylko część odsetek należnych bankowi kredytującemu, stanowiących różnicę pomiędzy odsetkami naliczonymi według oprocentowania określonego w umowie kredytowej i kwotą dopłaty pokrywaną ze środków Funduszu.

Kto może ubiegać się o wsparcie?

O kredyt z dopłatą do oprocentowania będą mogli wnioskować wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od branży, oraz podmioty prowadzące działalność w sektorze produkcji podstawowej produktów rolnych. Wysokość wsparcia będzie zależała od wielkości firmy. Sektor MŚP może liczyć na dopłatę do oprocentowania w wysokości 2 punktów procentowych. Dla dużych przedsiębiorstw będzie to kwota odpowiadająca 1 punktowi procentowemu.

Na jakich zasadach będą udzielane dopłaty do odsetek kredytów?

Kredytów z dopłatami będą udzielały banki komercyjne i spółdzielcze, które podpiszą umowę z BGK. Dopłaty będą udzielane do kredytów obrotowych, odnawialnych i nieodnawialnych. Jeden przedsiębiorca będzie mógł skorzystać z dopłat tylko raz – do jednego kredytu. BGK będzie dopłacał do oprocentowania kredytu przedsiębiorcy maksymalnie przez 12 miesięcy. Środki przeznaczone na dopłaty będą wypłacane na pokrycie części oprocentowania kredytu zarówno w tym, jak i w przyszłym roku. Przedsiębiorcy powinni jednak pamiętać, że decyzje o przyznaniu kredytu z dopłatami do oprocentowania będą wydawane do końca 2020 r.

Jakie warunki muszą spełniać przedsiębiorcy, aby ubiegać się o kredyt z dopłatą?

Aby przedsiębiorca mógł ubiegać się o kredyt z dopłatą, musi uwiarygodnić, że kryzys wpłynął lub niebawem wpłynie na kondycję finansową firmy. Bank kredytujący podejmuje decyzję o udzieleniu kredytu zgodnie z własnymi procedurami oraz z uwzględnieniem postanowień ustawy. Ponadto wysokość dopłaty do kredytu jest traktowana jako pomoc publiczna. Dlatego bank kredytujący weźmie pod uwagę kwotę dotychczasowej pomocy publicznej, z której skorzystał przedsiębiorca w związku z COVID-19. Jej suma, po wliczeniu wsparcia z rządowego Funduszu Dopłat do Oprocentowania, nie może przekroczyć limitu ustalonego przez Komisję Europejską. Dla większości firm jest to równowartość 800 tys. euro. Wyjątek stanowią przedsiębiorcy prowadzący działalność w sektorze produkcji podstawowej produktów rolnych (limit to 100 tys. euro) i firmy działające w sektorze rybołówstwa i akwakultury (limit 120 tys. euro).

Kiedy wsparcie będzie dostępne dla przedsiębiorców?

Ustawa przeszła cały proces legislacyjny, a więc jesteśmy już na ostatniej prostej do uruchomienia Funduszu Dopłat do Oprocentowania. BGK musi teraz zawrzeć umowy z bankami kredytującymi, które będą udzielać kredytów z dopłatami. Wtedy rozwiązanie będzie już dostępne dla firm. Listę banków, które będą udzielać kredytów z dopłatami, opublikujemy na stronie internetowej BGK.

Czy Fundusz Dopłat do Oprocentowania można łączyć z innymi programami pomocowymi BGK?

Kredyt z dopłatą nie wyklucza skorzystania z innych programów pomocowych, jakie oferuje BGK. Ważną informacją dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców jest możliwość łączenia wsparcia z Funduszu Dopłat do Oprocentowania z gwarancjami de minimis. To bardzo korzystny sposób finansowania, szczególnie dla firm, które bez gwarancji spłaty kredytu z BGK w ogóle nie mogłyby starać się o finansowanie. Dla dużych firm też mamy dobrą informację. Ci przedsiębiorcy mogą łączyć dopłaty z gwarancjami z Funduszu Gwarancji Płynnościowych.

Co z firmami, które już spłacają kredyty obrotowe? Czy dla nich też jest przewidziane wsparcie z FDO?

O wsparcie z Funduszu Dopłat do Oprocentowania mogą ubiegać się także firmy, które już spłacają kredyt obrotowy. W tym przypadku przedsiębiorca powinien udać się do banku, w którym zaciągnął zobowiązanie i zapytać o możliwość uzyskania rządowego wsparcia w spłacie odsetek.  W takiej sytuacji konieczne będzie podpisanie aneksu do umowy kredytowej. Można je zawierać do 31 grudnia 2020 r.

Czy banki komercyjne będą udzielać kredytów na preferencyjnych warunkach?

Bank kredytujący podejmuje decyzję o udzieleniu kredytu zgodnie z własnymi procedurami oraz z uwzględnieniem postanowień ustawy. Jeśli chodzi o warunki udzielania kredytów z dopłatami ustawa wskazuje jedynie, że procentowanie kredytu nie może być wyższe niż średnie oprocentowanie pozostałych kredytów obrotowych udzielanych przez bank.

Ile pieniędzy trafi do przedsiębiorców za pośrednictwem Funduszu Dopłat do Oprocentowania?

Zgodnie z ustawą, limit wydatków na dopłaty do oprocentowania na 2020 rok to ok. 296 mln zł, a na 2021 r. – 271 mln zł z budżetu państwa.

Wpływ COVID-19 na branżę budowlano-nieruchomościową

Polskie firmy budowlano-nieruchomościowe zaskakująco dobrze radzą sobie w obliczu pandemii koronawirusa. Po niewielkich początkowych stratach sektor odnotowuje systematyczne wzrosty. Pojawia się jednak pytanie, jak rynek zareaguje na drastyczny spadek liczby udzielanych kredytów hipotecznych.

Sektor budowlano-nieruchomościowy w Polsce

Polski sektor budowlano-nieruchomościowy zareagował na pandemię nadzwyczaj łagodnie notując w połowie marca spadek w granicach 21-26%. Co więcej, indeksy wskazują na pozytywną tendencję w postaci wysokiego tempa odrabiania strat. Szczególnie dynamiczne wzrosty, bo aż o 16% w stosunku do początku roku, obserwujemy w sektorze budowlanym. Firmy nieruchomościowe odrabiają straty nieco wolniej, ale systematycznie.

– Pozytywne nastroje wobec firm budowlanych można tłumaczyć przede wszystkim wieloletnią perspektywą realizowanych projektów. – wyjaśnia Szymon Balcerzak, Szef Zespołu Doradztwa Transakcyjnego i Analiz w Kochański & Partners.

Wpływ COVID-19 na rynek mieszkaniowy

Powstaje jednak pytanie, jak firmy budowlano-nieruchomościowe zareagują na obserwowany obecnie dramatyczny spadek udzielanych kredytów hipotecznych. Restrykcje w polityce kredytowej banków oraz niechęć kredytobiorców do zaciągania zobowiązań finansowych mogą wpłynąć na poziom cen mieszkań w kolejnych miesiącach, a w efekcie na wyniki finansowe przedsiębiorstw. Utrzymujący się kryzys w sektorze bankowym pozwala jednak przypuszczać, że banki zdecydują się niebawem na uelastycznienie swojego podejścia.

Interesujący jest przyszły efekt zderzenia wieloletniego trendu wzrostowego na rynku cen nieruchomości z gwałtownym spadkiem liczby udzielanych kredytów hipotecznych zaobserwowanym w kwietniu. W długiej perspektywie rynek będzie się kształtował między innymi w oparciu o politykę kredytową banków. Utrzymanie przez nie silnych restrykcji może przyczynić się do pogorszenia wyników finansowych firm budowlano-nieruchomościowych wywołanych spadkiem popytu na nieruchomości – zauważa Adrian Grzegorzewski, analityk z kancelarii Kochański & Partners.

Kontekst międzynarodowy

Sytuacja polskiego sektora budowlano-nieruchomościowego przedstawia się stosunkowo dobrze, szczególnie w porównaniu do rynków zagranicznych. Wpływ COVID-19 szczególnie silnie odczuł rynek amerykański, na którym w marcu obserwowaliśmy spadki rzędu 36-39% w porównaniu z początkiem roku. Niepokojąco prezentuje się również dosyć wolne tempo odrabiania strat: do 1 czerwca indeksy wróciły do poziomu 13-15% poniżej wartości ze stycznia.

Mimo to nastroje na rynku amerykańskim pozwalają optymistycznie patrzeć na przyszłość branży. Na lokalnym rynku mieszkaniowym pojawia się coraz więcej ofert najmu, a ceny nieruchomości powoli wracają do poziomu sprzed wybuchu pandemii. Analitycy przewidują również stopniowy rozwój amerykańskiego sektora budowlanego do 2024 roku.

W ostatnim okresie obserwujemy też poprawę kondycji rynku budowlano-nieruchomościowego w Niemczech. W czerwcu indeks firm budowlanych był o 26% niższy niż na początku roku, natomiast indeks nieruchomości odnotował stratę wynoszącą zaledwie 4%. Wpłynęło to na umocnienie pozycji sektora, a w efekcie również wzrost cen nieruchomości.

Tendencje na światowych rynkach nieruchomościowo-budowlanych wróżą więc powolny powrót do normalności. Jak tłumaczy Paweł Cholewiński, Partner, Szef Praktyki Nieruchomości w kancelarii Kochański & Partners:

Problemy wynikające z Covid-19 najmocniej odczuły firmy budowlano-nieruchomościowe w gospodarkach nastawionych na eksport. Był to skutek zamknięcia granic przez większość państw świata. Długotrwały charakter umów zawieranych w tym sektorze pozwala jednak przypuszczać, że po zniesieniu restrykcji funkcjonowanie przedsiębiorstw wróci do normy a realizacja rozpoczętych projektów zostanie jedynie nieznacznie odsunięta w czasie.

Spadek bezrobocia w Polsce. Jak na razie kryzys omija polski rynek pracy

Dane na temat bezrobocia nie są tak dobre jak w zeszłym roku, ale wzrost liczby bezrobotnych zaskakuje analityków. Spodziewano się istotnych problemów, a taki wzrost nie jest niczym złym, szczególnie gdy spojrzymy na poziomy z poprzedniej kadencji Sejmu.

Dane zza oceanu

Wczorajszy odczyt indeksów PMI w USA nie był tak miłym zaskoczeniem jak w Europie. Dane okazały się jednak lepsze (choć niewiele) od oczekiwań. PMI dla przemysłu zatrzymało się na poziomie 49,6 pkt (tylko nieznacznie poniżej granicy 50 pkt oddzielającej symbolicznie rozwój od recesji). Lepiej niż prognozy wypadła również sprzedaż nowych domów. Po tych danych dolar odzyskał część tego, co stracił w pierwszej połowie dnia względem euro po dobrych danych z Europy.

Spadek bezrobocia w Polsce

Majowe dane pokazały, że stopa bezrobocia w Polsce ponownie spadła. Tym razem do 6%. Pamiętajmy, że na korzyść działa nie tylko odmrożenie gospodarki, ale i początek prac sezonowych w turystyce. Obawy przed koronawirusem powodują, że do Polski zapewne przyjedzie mniej niż w zeszłym roku turystów zza granicy. Jednak z tych samych powodów również Polacy nie wybiorą się tak licznie na wakacje zagraniczne i skorzystają z oferty krajowej.

Węgry obniżyły stopy procentowe

Niespodziewanie na Węgrzech bank centralny MNB obniżył stopy procentowe o 0,15%. Efektem tej decyzji było wczoraj osłabianie się forinta względem walut. Co ciekawe, nawet pomimo obniżki utrzymywana jest relatywnie wysoka (jak na sytuację gospodarczą kraju) stopa procentowa wynosząca 0,75%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Porozumienie między Millennium Leasing i ARP Leasing

W dniu 23 czerwca br. w siedzibie Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. w Warszawie, podpisane zostało porozumienie pomiędzy Zarządami Spółek Millennium Leasing a ARP Leasing. W porozumieniu ustalono zasady i tryb współpracy dotyczące sprzedaży środków transportu, stanowiących przedmioty leasingu w Umowach Leasingu zawartych przez Millennium Leasing, w związku z podjęciem przez ARP Leasing decyzji o udzieleniu refinansowania leasingu realizowanego na podstawie tych umów w ramach Tarczy Antykryzysowej dla przedsiębiorców branży transportowej.

To bardzo dobra wiadomość dla polskich firm transportowych korzystających dotychczas z leasingu u naszego partnera biznesowego. Dzięki wspólnym ustaleniom w zakresie formy i trybu współpracy, przedsiębiorcy mogą liczyć na spójne podejście do możliwości uzyskania refinansowania aktualnych umów leasingowych w ramach oferowanego przez nas instrumentu wsparcia, w przypadku dokonania takiego wyboru. Porozumienie o współpracy w ramach działań Tarczy Antykryzysowej z Millennium Leasing jest pierwszym jakie materializujemy po kilkunastu dniach intensywnej i znakomitej współpracy zespołów roboczych naszych spółek. Myślę, że to wzorcowy przykład profesjonalizmu i zrozumienia  pomiędzy sektorem komercyjnym a państwowym, których wspólnym interesem jest zapewnienie optymalnego wsparcia dla przedsiębiorców w trudnej sytuacji spowodowanej pandemią COVID-19 – mówi Wojciech Miedziński, Prezes Zarządu ARP Leasing.

Porozumienie podpisane z ARP Leasing w ramach oferowanego przez ARP instrumentu wsparcia Tarczy Antykryzysowej określa operacyjne ramy dla skorzystania z tego instrumentu, który mieści się w całym pakiecie rozwiązań, wspierających płynność polskich przedsiębiorców. Cieszę się, że udało się do tego doprowadzić w tak krótkim czasie. Jednocześnie wierzę, że ten pierwszy krok jest dobrym prognostykiem na przyszłość, kiedy to oprócz wsparcia płynności, będziemy mogli uczestniczyć w kolejnych etapach wspierania polskiej gospodarki. Branża leasingowa od lat wspiera inwestycje polskich przedsiębiorców, a w znacznej mierze również sprzedaż realizowaną przez polskich producentów oraz dystrybutorów maszyn i urządzeń czy taboru kolejowego i drogowego – mówi Marcin Balicki, Prezes Zarządu Millennium Leasing.

Ponad jedna czwarta managerów w Polsce uważa, że w ciągu 3 lat więcej niż połowa pracowników firmy będzie wymagała przekwalifikowania

Wybuch pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 zmusił firmy do natychmiastowej reorganizacji pracy, czyli przejścia na zdalny i wirtualny tryb, wdrożenia nowych metod działania oraz powierzenia pracownikom zadań o krytycznym znaczeniu. Z tegorocznej, 10. edycji badania firmy doradczej Deloitte „Human Capital Trends” wynika, że najważniejszym zadaniem, jakie stoi teraz przed organizacjami jest określenie, w jaki sposób utrzymać wprowadzone działania i zakorzenić je w DNA firmy. To będzie jednak wymagało zmian w kulturze organizacyjnej przedsiębiorstwa. Tymczasem globalnie jedynie 17 proc. respondentów jest w stanie w dużym stopniu przewidzieć, na jakie umiejętności będzie zapotrzebowanie. W Polsce uważa tak ponad jedna trzecia zapytanych.

W tegorocznej edycji badania „Human Capital Trends” wzięło udział niemal 9 tys. respondentów ze 119 krajów i różnych sektorów gospodarki. Na przestrzeni ponad 10 lat w ankiecie Deloitte wzięło udział blisko 55 tysięcy liderów biznesu, dzięki czemu jest to największe badanie zarządzania kapitałem ludzkim na świecie.

Wybuch pandemii przyspieszył przejście firmy odpowiedzialnej z koncepcji w namacalną rzeczywistość biznesową. – Pytaniem pozostaje, czy skutki, które niesie ze sobą COVID-19 na stałe zmienią rynek pracy. Nasz raport pokazuje, że organizacje doświadczyły przeprowadzonego w skrajnych warunkach testu swoich deklaracji i działań. W najbardziej dynamicznym otoczeniu biznesowym, z jakim wielu z nas miało do czynienia po raz pierwszy, zostały sprawdzone ich umiejętności m.in. integrowania ludzi z technologią. O ile czas kryzysu może prowadzić do heroicznych i nigdy wcześniej nie podejmowanych działań, to sukces odnalezienia się w nowej rzeczywistości zależy już od trwałości tych działań. Dobre intencje to za mało, konieczna jest znacząca zmiana – mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce.

Zadanie, jakie teraz stoi przed liderami, to sprawić, aby technologia (w którą inwestycje znacznie przyspieszyły w ostatnich miesiącach) i ludzie potrafili współistnieć. – Jestem pewien, że integracja maszyn i ludzi będzie źródłem trwałych korzyści i nie tylko zapewni pracownikom większe poczucie przynależności, ale też pozytywnie wpłynie na ich samopoczucie. Prawie połowa z naszych respondentów przyznała, że ich organizacje zaczynają szerzej patrzeć na cele swojej działalności i chcą uwzględniać potrzeby wszystkich interesariuszy, w tym lokalnych społeczności i całego społeczeństwa – mówi John Guziak. Z badania Deloitte wynika, że firmy odpowiedzialne powinny uwzględnić w swoim DNA trzy następujące elementy: cel (zakorzenianie misji i wartości wśród zespołów, poszczególnych pracowników oraz w samym środowisku pracy), potencjał (pobudzanie możliwości drzemiących w pracownikach, aby mogli wykazać się w nowych obszarach) oraz perspektywę (podejmowanie odważnych decyzji w czasie nieustających zmian). Wprowadzenie każdego z nich wymaga istotnych modyfikacji strategii i programów pracowniczych, ale też oferuje firmom przejrzysty kierunek działań, który umożliwi im odbudowę i powrót na ścieżkę rozwoju.

Bezpieczeństwo i dobre samopoczucie

W przeszłości organizacje były odpowiedzialne za bezpieczeństwo swoich pracowników. W najnowszej edycji badania prawie wszyscy respondenci (96 proc. globalnie i 97 proc. w Polsce) uważają, że obowiązkiem organizacji jest dbanie o dobre samopoczucie pracowników. W ocenie 71 proc. respondentów w Polsce i aż 80 proc globalnie tzw. well-being pracowników jest ważnym lub bardzo ważnym elementem warunkującym sukces firmy, przy czym tylko 10 proc. (globalnie 12 proc.) jest gotowych wdrożyć takie podejście. – We wszystkich kategoriach tegorocznego badania, największe rozbieżności zauważamy między postrzeganiem tej koncepcji jako ważnej a gotowością do wprowadzenia jej w życie. Może dlatego, że well-being to nie tylko, jak najczęściej rozumiemy to pojęcie, zdrowie fizyczne. Odnosi się również do świadomości celu, jaki przyświeca pracy i poczucia przynależnościIrena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Według 69 proc. respondentów (79 proc. globalnie) wspieranie poczucia przynależności jest istotne dla ich organizacji w perspektywie osiągnięcia sukcesu w kolejnych 12-18 miesiącach. Aż 95 proc. (globalnie 93 proc.) przyznało, że poczucie przynależności ma pozytywny wpływ na wyniki osiągane przez organizację. Co ciekawe jest to jeden z najwyższych wskaźników jednomyślności, jaki odnotowano w raporcie „Global Human Capital Trends” w jego dziesięcioletniej historii. Jednocześnie trzeba zauważyć, że jedynie 14 proc. (13 proc. globalnie) jest gotowe wdrożyć takie podejście.

Do celów firmy odpowiedzialnej eksperci Deloitte zaliczają także utrzymanie wielopokoleniowego zespołu. – W ciągu kolejnych trzech lat zatrą się różnice pokoleniowe dotyczące poglądów na równowagę między pracą a życiem prywatnym, oczekiwań w zakresie lojalności i stabilności zatrudnienia oraz rozwoju. Bardziej wyraźne z kolei staną się różnice w biegłości w posługiwaniu się nowymi technologiami, gotowości do zmiany pełnionej roli, oczekiwaniach dotyczących wpływu społecznego – dodaje Irena Pichola.

Ponad połowa respondentów tegorocznego badania w Polsce i na świecie przyznała, że bierze pod uwagę różnice pokoleniowe przy opracowywaniu i wdrażaniu programów pracowniczych. Jednak jedynie 10 proc. w Polsce, a jeszcze mniej na świecie (6 proc.) respondentów deklaruje, że ich kierownictwo dysponuje środkami umożliwiającymi efektywne zarządzanie wielopokoleniowymi zespołami pracowników. To nasuwa pytanie, czy strategie zarządzania talentami powinny być oparte o segmentację pracowników uwzględniającą grupy pokoleniowe.

Wspólna płaszczyzna

Wraz z szybkim wprowadzaniem do organizacji sztucznej inteligencji (AI) pracownicy stają w obliczu nowej rzeczywistości wymagającej od nich współpracy z maszynami, przy pełnym wykorzystaniu możliwości obydwu stron. Zgodnie z wynikami tegorocznego badania, zaledwie 15 proc. respondentów (12 proc. globalnie) uważa, że ich organizacje wykorzystują AI przede wszystkim, aby zastąpić pracowników, podczas gdy 72 proc. (58 proc. globalnie) uważa, że wykorzystuje AI z naciskiem na poprawę spójności i jakości pracy. – Podobnie jak w przypadku zeszłorocznego konceptu „superstanowisk”, tegoroczny model „superzespołów” jest połączeniem ludzi i maszyn, wykorzystującym wzajemnie uzupełniające się umiejętności do rozwiązywania problemów, pozyskiwania informacji i tworzenia wartości. To wszystko na nowo definiuje potencjał oraz tworzy nowe możliwości – mówi John Guziak.

Rozwój technologii wymaga nieustannego podnoszenia umiejętności technicznych pracowników. Decyzje kadry zarządzającej i inwestorów w zakresie ich przekwalifikowania są podejmowane z uwzględnieniem przyszłych potrzeb firmy. Tymczasem z ankiety Deloitte wynika, że tylko 13 proc. ankietowanych (17 proc. globalnie) wskazało, że ich organizacje dokonują znaczących inwestycji w zakresie przekwalifikowania pracowników w ramach wspierania swojej strategii AI. Ten wynik zaskakuje tym bardziej, że 53 proc. respondentów na świecie i ponad jedna czwarta z Polski uważa, że ponad połowa wszystkich pracowników firmy będzie wymagała przekwalifikowania w ciągu trzech najbliższych lat. Jednocześnie w tym okresie tylko 13 proc. (16 proc. globalnie) liderów biznesowych zamierza znacząco zwiększyć nakłady na inwestycje wspierające proces przekwalifikowania pracowników. – Jako że wiedza techniczna szybko się dezaktualizuje, organizacje powinny inwestować w rozwój umiejętności miękkich, które pracownicy będą mogli wykorzystać w dłuższej perspektywie, takich jak kreatywność, zdolność współpracy, krytycznego myślenia czy inteligencję emocjonalną – dodaje John Guziak.

Etyczne dylematy

63 proc. organizacji (56 proc. globalnie) w ciągu ostatnich 3 lat wprowadziło zmiany do swojej strategii wynagradzania, a kolejne 69 proc. z nich (64 proc. globalnie) zamierza to zrobić jeszcze raz. Aby przełamać, wydawać by się mogło, niekończący się cykl reform systemu wynagrodzeń, firmy potrzebują wskazówek do dalszego działania. – Ważne, by były one oparte nie tylko na danych i wskaźnikach porównawczych, ale również brały pod uwagę czynnik ludzki. Takie podejście umożliwi firmom podejmowanie odważnych decyzji, nie tylko na podstawie wyliczeń, ale też wniosków odzwierciedlających, jak organizacje cenią pracowników oraz jak pracownicy cenią organizacje – mówi Sylwia Dębińska, Dyrektor, Talent Leader, Deloitte. – Wybuch epidemii pokazał, że wynagrodzenie jest nie tyle odzwierciedleniem kultury organizacyjnej, co wskaźnikiem jej wartości rynkowej. Co więcej, pandemia przyczyniła się do zwrócenia większej uwagi na usługi podstawowe. Okazało się, że istnienie niektórych dotychczas mniej płatnych czy niżej waloryzowanych profesji jest wręcz niezbędne w czasach kryzysu.

Ponieważ wciąż zmieniają się strategie zarządzania talentami i rośnie niepewność co do przyszłości pracy, pracowników, jak i miejsc pracy, firmy potrzebują wiedzy na temat przyszłych trendów kształtujących podejście do kapitału ludzkiego. Organizacje, które zaczną zadawać zasadniczo nowe pytania, będą w stanie podejmować odważne decyzje dotyczące kluczowych obszarów ryzyka związanych z kapitałem ludzkim oraz możliwości w tym zakresie. Już teraz 95 proc. respondentów (97 proc. globalnie) zgłasza potrzebę posiadania dodatkowych informacji na temat kompetencji i oczekiwań swoich pracowników, a 40 proc. (53 proc. globalnie) uważa, że wśród liderów nastąpił wzrost zainteresowania takimi informacjami, na przykład dotyczącymi gotowości do spełnienia nowych wymagań. Jednak wciąż tylko 18 proc. (11 proc.) z nich pozyskuje te informacje w czasie rzeczywistym.

W ocenie zdecydowanej większości respondentów, bo aż 92 proc. w Polsce i 85 proc. na świecie, przyszłość pracy będzie wiązała się z dylematami etycznymi dotyczącymi ochrony poufności, kontroli danych pracowników oraz traktowania pracowników świadczących usługi w ramach alternatywnych form zatrudnienia. Jednocześnie 36 proc. ankietowanych w Polsce i o 9 pp. mniej na świecie zapewnia, że ich organizacje mają jasno określone zasady i osoby odpowiedzialne za zarządzanie problemami etycznymi związanymi z przyszłością pracy. Jak zauważają eksperci firmy doradczej pomimo szybkiego rozwoju tego segmentu wiele organizacji wciąż nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia alternatywnych form zatrudnienia. Niemniej te wszystkie czynniki sprawią, że działy HR przejdą poważną metamorfozę. Tak też uważa ponad połowa respondentów w Polsce i na świecie. – Już w ciągu kilku ubiegłych miesięcy zakres działań i możliwości zespołu HR zostały szczególnie docenione. Rola działu HR była nieodzowna w różnych obszarach. Otwarte jednak pozostaje pytanie o to, czy i w jaki sposób zespoły te będą poszerzały zakres swoich kluczowych działań i obszarów wpływu. Czy będą w stanie przejąć wiodącą rolę w procesie dostosowywania się do zmieniających się wymagań organizacyjnych i biznesowych. Aby to osiągnąć działy HR powinny zwiększać swoje kompetencje zawodowe, rozwinąć styl pracy oparty na zwinności i pracy zespołowej, poprawiać efektywność poprzez automatyzację oraz zwiększanie roli liderów HR – dodaje Sylwia Dębińska. Badanie wykazuje, że 17 proc. respondentów (26 proc. globalnie) nie ma pewności, co do zdolności działu HR do wprowadzenia oczekiwanych zmian.

Tematy kapitału ludzkiego przestają być jedynie w centrum zainteresowań działów HR i w interesie całej organizacji leży, aby znalazły się na agendzie ich zarządów. Przyszłość rynku pracy i pracownika wymaga zaangażowania całej organizacji – podsumowuje John Guziak.

Omnichannel w obliczu pandemii – z ewolucji w rewolucję

Firma Colliers International przeprowadziła ankiety wśród przedstawicieli polskich oraz zagranicznych sieci i marek działających na polskim rynku handlu detalicznego. Wśród firm objętych ankietą najliczniejszą grupę stanowili reprezentanci sektorów: gastronomii, zdrowia i urody, mody i elektroniki, na co dzień funkcjonujących w centrach i parkach handlowych, jak również w lokalizacjach przy ulicach handlowych. Badanie miało na celu poznanie opinii przedstawicieli sieci i marek handlowych na temat przewidywań i planów dotyczących inwestycji w poszerzenie kanałów sprzedaży i komunikacji z klientem w najbliższych przyszłości. Wyniki ankiet opublikowano w raporcie „Omnichanel – z ewolucji w rewolucję”.

Zmiany przyśpieszyły

Na pytanie dotyczące poziomu digitalizacji firmy, kanałów sprzedaży i komunikacji z klientem, niemal połowa, bo 49% ankietowanych, oceniła dotychczasowy jej poziom jako wysoki, zaś 33% jako przeciętny. Potwierdza to dotychczasowe obserwacje, że na polskim rynku handlowym proces ewolucyjnej transformacji w kierunku sprzedaży wielokanałowej rozpoczął się już kilka lat przed pandemią COVID-19. Przyczyniły się do tego rozwój technologii, jak również zmiany potrzeb i zachowań konsumenckich. Obecny kryzys stał się zaś impulsem, który znacznie przyspieszył ten proces.

– Od kilku lat e-commerce rósł w siłę, notując olbrzymie wzrosty. Jednak obecna sytuacja sprawiła, że dynamika rozwoju przyspieszyła gwałtownie. Ci, którzy zastanawiali się, jaki procent biznesu powinna zajmować sprzedaż on-line, znaleźli obecnie odpowiedź – jak największą – mówi Jadwiga Żurek, dyrektor sprzedaży w Arvato Supply Chain Solutions Polska.

Do końca 2019 roku, czyli jeszcze przed wybuchem pandemii, jako główne kanały komunikacji z klientem ankietowani wskazywali stronę www oraz Facebook. Głównym narzędziem sprzedaży on-line u 43% badanych był własny sklep internetowy, zaś najpopularniejszą formą dostaw towarów zakupionych on-line wg ankietowanych były usługi kurierskie lub paczkomaty. W ubiegłym roku tylko 8% sklepów w Polsce nie prowadziło żadnej formy sprzedaży on-line. Okres pandemii przyczynia się do przyspieszenia wprowadzanych zmian, wykorzystania nowych kanałów sprzedaży, komunikacji z klientami czy dostaw towarów.

Sprzedaż wielokanałowa przyszłością handlu

Pandemia nie jest powodem zmian, ale ma wpływ na dynamikę ewolucji handlu w kierunku sprzedaży wielokanałowej, znacząco ją przyspieszając. Od początku roku do końca kwietnia liczba sklepów internetowych w Polsce zwiększyła się o 1,7 tys. i osiągnęła poziom 40 tys. Na samej platformie Allegro sprzedaż rozpoczęło 15 tys. nowych firm, a Facebook uruchomił nową opcję Facebook Shops.

Według 32% badanych udział sprzedaży internetowej w pierwszych miesiącach pandemii wzrósł o ponad 100%. Warto wziąć jednak pod uwagę, że nie były to nominalnie duże poziomy sprzedaży, ponieważ udział e-commerce w handlu detalicznym w Polsce wynosi obecnie jedynie około 10%. Z pewnością jednak trend sprzedaży on-line będzie w przyszłości wzrostowy. Eksperci prognozują, że dla wielu firm osiągnie w perspektywie kilku lat poziom ok. 20 -25% całości sprzedaży.

Okres pandemii sprawił, że strategia digitalizacji stała się fundamentem utrzymania rozwoju i stabilności biznesowej. Na pytanie o zwiększenie inwestycji w digitalizację z powodu sytuacji związanej z pandemią, 69% ankietowanych odpowiedziało twierdząco. W odpowiedzi na społeczną izolację, sieci handlowe wprowadziły wiele ciekawych i niekonwencjonalnych rozwiązań sprzedaży i dostaw. Z zebranych odpowiedzi wynika jednak, że upłynęło zbyt mało czasu, aby podać konkretne rozwiązania w zakresie nowych technologii, które zostaną wprowadzone na stałe.

– Trudno obecnie o konkretne scenariusze wzrostu zakupów on-line, jednak pewne jest, jakie czynniki będą odgrywać kluczową rolę w kształtowaniu zachowań zakupowych – to wygoda i jakość doświadczeń klientów oraz poziom obsługi. Okres pandemii i zwiększona w jego trakcie aktywność zakupów on-line tyko wyostrzyła znaczenie jakości obsługi i doświadczeń, także dla kanału e-commerce. Bez inwestycji w bardziej sprawne systemy nawigacji, czytelne layouty, trafniejsze wyszukiwarki, dobre zdjęcia, pełne opisy produktów, klienci nie utrzymają się na stałe w określonych sklepach on-line – mówi Marta Machus-Burek, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers International.

Nowy format sklepów

W opinii ankietowanych teorie o końcu handlu w formule tradycyjnej są znacznie przesadzone, spodziewają się natomiast zmiany strategii co do liczby punktów stacjonarnych, wyboru lokalizacji oraz formatu. Dla rynku polskiego eksperci Colliers przewidują trend stopniowego wzrostu zainteresowania i popularności lokalizacji handlowych i usługowych położonych blisko miejsc zamieszkania i dzielnicowych punktów komunikacyjnych, z naturalnym ruchem pieszych. Dynamiczny rozwój parków handlowych, jaki obserwowaliśmy w ostatnich latach, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów i sieci handlowych, oceniających tego typu obiekty jako bezpieczne. Sektor gastronomiczny natomiast zwrócił swoją uwagę na projekty typu mixed-use – 23% respondentów w tej grupie ankietowanych przygląda się lokalizacjom w projektach wielofunkcyjnych w największych aglomeracjach.

Creepy Jar: Sprzedaż Green Hell przekroczyła 1 000 000 kopii

Liczba sprzedanych kopii gry Green Hell przekroczyła 1 000 000 sztuk brutto, z czego 70 000 sztuk znalazło nabywców od dnia wprowadzenia trybu story mode w kooperacji.  Gra od ponad tygodnia ponownie znajduje się w czołówce najbardziej popularnych tytułów w serwisie Steam. Na tzw. wishliście znajduje się obecnie 884 tysięcy graczy. Do 9 lipca chętni mogą nabyć Green Hell z 20 proc. upustem w ramach letniej promocji „Summer Sale”.

Od premiery trybu kooperacyjnego liczba graczy, którzy kupili Green Hell powiększyła się o ponad 600 000 użytkowników. – Osiągnęliśmy pułap miliona sprzedanych kopii gry. To dla nas olbrzymie osiągnięcie. Co więcej, większość sprzedanych w minionych tygodniach kopii było w pełnej cenie, ponieważ już przed wejściem tryby story mode dla co-op, osiągnęliśmy pułap ponad 920 000. Teraz znowu rośnie zainteresowanie grą ze względu na letnią promocję- komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes Creepy Jar.

W najbliższym czasie spółka planuje dalsze prace nad grą, które obejmą wprowadzenie dwóch małych aktualizacji (New Stands oraz achievements) oraz jedną dużą (PVE mode).

Tytuł od debiutu w Steam Early Access jest stale rozwijany o nowe treści, które niezmiennie cieszą się dużą aprobatą grającej społeczności. Z blisko 17 000 recenzji, 86% jest bardzo pozytywnych. Spółka planuje wydać grę na konsole Sony i Microsoft oraz Nintendo Switch a także na gogle VR, które rosną na znaczeniu dzięki głośnej premierze najnowszej produkcji od Valve.

Motywacja ON, rotacja OFF. Do jakich biur będzie wracać branża technologiczna i kreatywna?

Jak wynika z ostatnich badań serwisu GumTree.pl, ponad dwie trzecie Polaków pracujących w ostatnich miesiącach zdalnie, przekracza standardowe godziny pracy, a ponad 30% uważa, że nie jest w stanie skupić się przy swoich zadaniach tak, jak robi to w biurze1. Zastanówmy się więc, jak po powrocie z home office’ów powinno wyglądać środowisko pracy dla branży IT czy szeroko pojętego sektora kreatywnego – firm szczególnie bazujących na motywacji swoich pracowników.

Sektor IT od zawsze uznaje się za siłę napędową innowacji. Ale każdy postęp ma swoją cenę. To nie przypadek, że specjaliści z tej branży są szczególnie narażeni na wypalenie zawodowe. Jak wynika z badań Fundacji Slowlajf, do problemu przyznaje się w Polsce aż 40% pracowników korporacji2. Fakt, że w dobie koronawirusa i „domowych” biur pracujemy dłużej (czyli niekoniecznie efektywnie), z pewnością w tej kwestii nie pomaga.

Dodatkowo, stagnację z pewnością potęgować może siedzący tryb życia. Naukowcy z Uniwersytetu Technicznego w Dortmundzie biją na alarm: blisko dwie trzecie pracowników, których uczelnia objęła badaniami, skarżyło się na dolegliwości mięśniowo-szkieletowe, najprawdopodobniej spowodowane wielogodzinną pracą przed komputerem. Ponad połowa wskazała zaś problemy natury psychologicznej, których podłożem również może być życie zawodowe3.

Środowisko pracy dla firm z branży IT i kreatywnej powinno więc stymulować zarówno umysł, jak i ciało. – W przestrzenie biurowe, jakie tworzymy dla naszych najemców, często wplatamy elementy zachęcające do ruchu. Użytkownicy budynku Teal Office mogą na przykład przyjechać do pracy rowerem – swój jednoślad zostawią pod zamykaną wiatą, a dzięki szatniom z prysznicami odświeżą się przed wejściem do biura. Do pokonania schodów samemu, zamiast czekać na windę, motywuje ich zaś wymalowana na klatce schodowej bieżnia – wymienia Monika Hryniewicz, Head of Leasing w firmie OPG Property Professionals zarządzającej projektami na rynku nieruchomości. – Analogiczną możliwość otrzymają najemcy przyszłego budynku Fern Office. Wraz z jego budową ruszy także realizacja parkingu wielopoziomowego, na dachu którego umieścimy instalacje sportowo-rekreacyjne – dodaje.

Po sąsiedzku z budynkiem Teal znajduje się elastyczna przestrzeń Co\Walk HUB. Do spaceru w jej kierunku skłania jednak nie tylko bliska odległość. – Coworking to dla wielu osób sposób na zerwanie z monotonią pracy w domu. Szczególnie, że nad projektami możemy popracować na sportowej bieżni, a stres i natłok negatywnych emocji rozładujemy na worku bokserskim. Dodatkowym atutem jest społeczność ludzi, którzy mówią w tym samym języku: języku technologii – dodaje Paulina Ostrowska, Operations Manager przestrzeni.

Kameralnie znaczy lepiej

A wspólny język zazwyczaj znajduje się łatwiej w kameralnej atmosferze. Wiedzą to mniejsze firmy, zaczynają dostrzegać korporacje. Wydaje się, że pandemia koronawirusa może ten trend jedynie wzmocnić i przyspieszyć – jak podkreślił w jednym z wywiadów Jes Staley, CEO Barclays, brytyjskiego giganta z obszaru usług finansowych, pomysł umieszczania w jednym biurowcu siedmiu tysięcy ludzi, należy już raczej przenieść do lamusa4.
Wygląda więc na to, że dla firmy z branży technologicznej czy kreatywnej lepszym wyborem będzie dobrze zlokalizowany, butikowy projekt, niż duże centrum biznesowe – i to nie tylko ze względów sanitarnych. – Identyfikacja pracownika z miejscem może być jednym z kluczowych czynników, dzięki którym uda się go przyciągnąć, zmotywować i zatrzymać w firmie. Dlatego w „nowej” rzeczywistości firmy większą uwagę będą zwracać na biura posiadające klimat, a także oferujące „coś więcej” w najbliższym otoczeniu – podkreśla Monika Hryniewicz.

W tę charakterystykę z pewnością wpisuje się przestrzeń OFF Piotrkowska Center – łódzkie zagłębie barów, restauracji, pracowni projektantów, designerów i architektów oraz kreatywnych firm z branży TECH. – Najemcy naszych biur doceniają to miejsce, ponieważ tu zawsze coś się dzieje, zarówno w, jak i po godzinach pracy. Atmosfera starych, pofabrycznych murów, znajdujące się na wyciągnięcie ręki lokale gastronomiczne oraz świetny dojazd komunikacją miejską lub samochodem to elementy, które składają się na unikatowe work/life balance. A to aspekt, wobec którego firmy z branży technologicznej i kreatywnej nigdy nie przechodzą obojętnie – podsumowuje specjalistka OPG Property Professionals.

1 https://biznes.interia.pl/praca/news-nadgodziny-skutkiem-ubocznym-pracy-zdalnej,nId,4515572
2 https://bulldogjob.pl/news/52-wypalenie-zawodowe-w-it-jak-sobie-z-tym-radzic
3 https://cordis.europa.eu/article/id/32602-study-finds-it-experts-particularly-prone-to-work-stress/pl
4 https://www.reuters.com/article/us-barclays-results-offices/barclays-ceo-says-putting-7000-people-in-a-building-may-be-thing-of-the-past-idUSKCN22B0ZE

Hazard zły, ale gdy płaci podatki, jest dobry

Określone rodzaje działalności gospodarczej, a dokładnie przedmioty tej działalności, są uznawane przez poszczególne państwa za szkodliwe dla społeczeństwa i zakazywane. Przy czym słowo „zakazywane” nie jest w tym kontekście najwłaściwsze. Bardziej pasuje „ograniczane”, bowiem władze mimo całej troski o zdrowie i bezpieczeństwo swoich obywateli „wspaniałomyślnie” dopuszczają prowadzenie takich działalności. Pod jednym warunkiem – że będą miały swoje udziały w zyskach.

Papierosy powodują liczne choroby i – tak jak alkohol – szkodzą. Ministerstwo Zdrowia ostrzega swoich obywateli przed tragicznymi skutkami stosowania obu używek. Władze wprost nazywają je śmiercionośnymi, ale sprzedaży ich nie zakazują. Stale monitorują, bacznie się przyglądają i pod takim opiekuńczym nadzorem dopuszczają do obrotu za niewielką opłatą – akcyzą. Rządy państw, nazywające się demokratycznymi i szanującymi regułę swobody gospodarczej, w niezbyt wyrafinowany sposób po prostu dokonują częściowej nacjonalizacji określonych branż działalności gospodarczej, rezerwując dla siebie pozycję rynkowego monopolisty. Takie opłaty noszą jeszcze inne nazwy np. koncesja.

Pomysł na biznes, który wypalił

W 2002 r. telewizja ESPN zamontowała kamerę bezpośrednio nad stołem, tak by miliony widzów mogły zobaczyć z bliska rozgrywkę pokerowych graczy. Do 2006 r. 8 773 pokerzystów wzięło udział w turnieju głównym World Series of Poker, a firma PokerStars była gospodarzem 38 milionów turniejów online. Zbudował ją Isai Scheinberg, Kanadyjczyk izraelskiego pochodzenia, który dorastał na Litwie. Tytuł magistra matematyki zdobył na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, a po wyjeździe do Izraela pracował w IBM. Utalentowany programista komputerowy odegrał kluczową rolę w rozwoju i przyjęciu uniwersalnego obecnie standardu obliczeń Unicode, który umożliwia komputerom na całym świecie przetwarzanie różnych języków. Podobnie jak wielu inteligentnych, posiadających umysł ścisły ludzi swojego pokolenia, Scheinberg lubił też grać w pokera.

W 2000 r. założył firmę PYR Software w Toronto, aby rozwijać oprogramowanie dla firm pokerowych online. Nie mógł jednak pozyskać nikogo z rodzącej się branży do licencjonowania swojego oprogramowania. W 2001 r. wraz ze swoim synem Markiem podjął decyzję o założeniu własnej firmy PokerStars. Podobnie jak wielu konkurentów z branży hazardu online, działalność uruchomili na Kostaryce.

Oprogramowanie opracowane przez Scheinberga było wyjątkowe, ponieważ zostało zaprojektowane do gry turniejowej. PokerStars oferował również tradycyjne stoły do gry w pokera online, pobierając prowizję za ich obsługę. Ale to właśnie turnieje sprawiły, że PokerStars stał się hitem wśród graczy. Za niewielką kwotę – często za mniej niż 25 dolarów – gracze mogli dołączyć do turnieju i zyskać szansę na wygranie fortuny, bez obawy o poniesienie dużych strat. PokerStars stał się drugą co do wielkości firmą w branży, ustępując miejsca tylko gibraltarskiej PartyGaming.

Władzom się to „nie spodobało”

Jednak amerykański Departament Sprawiedliwości nie zgodził się na działalność zagranicznych firm pokerowych online w USA. Oficjalnie przyjął stanowisko, że narusza ona ustawę Wire Act z 1961 r. PokerStars i PartyGaming nadal jednak obsługiwały gry w Stanach Zjednoczonych. Firmy argumentowały swoją działalność tym, że Wire Act zawiera tylko odniesienie do zakładów na wydarzenie sportowe lub konkursy. Nie ma więc zastosowania do pokera. W 2005 r. PokerStars przeniósł swoją siedzibę na Wyspę Man. Jednocześnie uzyskał opinie od czołowych amerykańskich kancelarii prawnych popierających to stanowisko. W 2006 r. po publikacji „Forbes’a” o miliarderze Calvinie Ayre, który również dorobił się fortuny dzięki organizacji pokera online z firmy na Kostaryce, amerykański Kongres uchwalił ustawę o egzekwowaniu przepisów dotyczących nielegalnego hazardu internetowego.

PokerStars – biznes, który cieszył miliony i przynosił miliardy

Scheinberg prowadził prywatną firmę, która oferowała tylko pokera. Prawo amerykańskie w rzeczywistości nie czyniło hazardu online nielegalnym. Skupiało się raczej na nieuprawnionych metodach regulowania płatności za hazard. Po wycofaniu się z rynku firmy PartyGaming w obawie przed restrykcjami nowej ustawy, amerykański rynek przejął PokerStars, stając się tym samym największą firmą pokerową online na świecie. Do 2010 r. PokerStars generował około 500 milionów dolarów rocznego zysku z 1,4 miliarda dolarów przychodu. Administracja państwowa ścigała błędne zakodowanie opłat za karty kredytowe w celu ukrycia transakcji hazardowych. PokerStars zawsze twierdził, że nigdy nie angażował się w takie błędne kodowanie.

Black Friday dla branży, czyli jak wyrzucić biznes za drzwi

W kwietniu 2011 r. prokuratorzy federalni z Manhattanu oskarżyli 11 biznesmenów związanych z branżą pokera online o łamanie amerykańskiego prawa. Wśród nich był Isai Scheinberg, którego rząd oskarżył o nielegalną działalność hazardową oraz o spiskowanie w celu popełnienia oszustw bankowych i prania pieniędzy. Jego syn nigdy nie został oskarżony. Agenci federalni, przejmując firmowe strony internetowe PokerStars, Full Tilt i Absolute Poker, jednego dnia pozbawili miliony graczy dostępu do zdeponowanych tam przez siebie środków. Scheinberg rozdzielił fundusze graczy PokerStar operacyjnie i szybko zwrócił im zdeponowane 150 milionów dolarów. Firma nie przyznała się do żadnego z zarzucanych jej naruszeń, ale w ramach ugody Scheinberg zgodził się nie zajmować już kierowniczego stanowiska w PokerStars.

W ciągu kolejnych kilku lat wszyscy oskarżeni poza Scheinbergiem w sprawie pokera online w Stanach Zjednoczonych uznani zostali za winnych. Postawiono im różne zarzuty, od niewielkich wykroczeń po oskarżenie o spisek w zakresie oszustw bankowych. Przy czym najdłuższe wyroki więzienia, w tym jeden trzyletni, zapadł w sprawie przetwarzania płatności.

Z otwartymi ramionami

Isai Scheinberg zbudował firmę z najwyższej światowej półki. Nawet po wyrzuceniu z USA zarabiała ona 400 milionów dolarów rocznie na 1,1 miliarda dolarów przychodu. PokerStars miał 89 milionów zarejestrowanych użytkowników, z czego około 5 milionów było aktywnych miesięcznie. Z Markiem Scheinbergiem jako oficjalnym dyrektorem generalnym PokerStars kontynuował swoją działalność z Wyspy Man, ograniczając się do graczy spoza USA. Regulatorzy prawa z New Jersey pozazdrościli obowiązujących w stanach Delaware i Nevada rozwiązań prawnych, przyciągających przedstawicieli lukratywnych biznesów, i zalegalizowali pokera online w 2013 r., jednocześnie namawiając PokerStars do kontynuowania działalności w swoim stanie. W sierpniu 2014 r. Scheinbergowie sprzedali PokerStars firmie Amaya Gaming, wspieranej przez Blackstone, za 4,9 miliarda dolarów.

Prowadzący dochodowy biznes przedsiębiorca to zły przedsiębiorca! No, chyba że podzieli się z państwem

W Polsce dekadę temu również kazano wynosić się organizatorom gier online. Chodziło dokładnie o zagranicznych bukmacherów. Wówczas stracił na tym przede wszystkim sport. Wskutek wprowadzenia 1 stycznia 2010 r. zakazu reklamy firm hazardowych rozliczających się za granicą grube miliony zamiast do polskich klubów popłynęły w całości do zagranicznych, takich jak Real Madryt czy AC Milan. Reklamować można było, ale tylko bukmacherów zarejestrowanych i płacących podatki w Polsce. Jaki był skutek? Walczący w pucharach Lech Poznań chciał pozywać Skarb Państwa, bo jedną ustawą został pozbawiony 4 mln zł rocznie, które miał otrzymywać od BetClicka jedynie w zamian za umieszczanie jego logo na koszulkach, stadionie i stronie internetowej klubu. A, jak wiadomo, dodatkowe miliony to dodatkowe środki na napędzanie gospodarki, lokalnego rynku, tworzenie nowych miejsc pracy.

W 2010 r. podczas meczu ligi mistrzów piłkarzy ręcznych Vive Kielce musiało zgodnie z nakazem europejskiej federacji umieścić w swojej hali reklamy sponsora turnieju zarejestrowanego na Malcie bukmachera. Adam Małysz skakał w Zakopanem podczas konkursu, którego głównym sponsorem była ta sama firma. W obu przypadkach urzędy celne wszczęły postępowania o milionowe kary za złamanie zakazu reklamy. W tym samym roku przedmiotami podobnych postępowań stały się zasłużone polskie kluby piłkarskie, takie jak Polonia Warszawa, Polonia Bytom, czy Odra Wodzisław. One również nie mogły realizować umów sponsorskich zawartych z zagranicznymi firmami bukmacherskimi. Dziś obie Polonie grają w amatorskiej czwartej klasie rozgrywkowej, Odra w piątej.

Nie rozstrzygając, czy wyrzucenie z kraju milionów złotych, jakie mogły wspierać polski sport, spowolniło jego rozwój, zamknęło drogę do tworzenia miejsc pracy wokół tego sportu, należałoby jednak zadać pytanie, czy ograniczenia działalności zagranicznych firm oferujących gry hazardowe wprowadzane są faktycznie w celu ochrony obywateli przed negatywnymi skutkami hazardu? Chyba nie, skoro w Polsce prężnie działa kilka firm bukmacherskich. Co więc odróżnia je od tych, którym zamknięto drzwi do polskiego rynku? Otóż mają zezwolenie na działalność od Ministra Finansów. Płacą mu za udzielenie licencji na organizację gier hazardowych, tak jak kasyna płacą za licencję na prowadzenie swojej działalności. Co więcej, taki legalny, dopuszczony przez fiskusa bukmacher pobiera na rzecz Skarbu Państwa 12% podatku od każdej złotówki postawionej przez gracza. Natomiast jeśli gracz ma szczęście i wygra swój zakład, wówczas na rzecz tego samego Skarbu Państwa zostanie mu zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych zabrane po wtóre – w postaci 10% podatku od wygranej (jeśli ta wyniosła min. 2 280 zł).

„Ochrona graczy przed negatywnymi skutkami hazardu i walka z szarą strefą – to według wiceministra finansów Wiesława Janczyka główne cele projektu nowelizacji ustawy hazardowej (…) Większość klubów opozycyjnych skrytykowała projekt, twierdząc, że w rzeczywistości rozszerza zakres legalnego hazardu, obejmując go monopolem państwa. A także, że głównym celem rządu, związanym z tą ustawą, jest zwiększenie dochodów budżetu” – relacjonowała we wrześniu 2016 r. „Gazeta Prawna” (artykuł pt. „Rząd: Cywilizujemy hazard. Opozycja: Chodzi tylko o dochody”).

Władza kontra przedsiębiorca

Trudno w obliczu takich działań władz nie podzielić frustracji przedsiębiorców, czyli jedynych autorów swoich biznesów i budowniczych ich sukcesów, twórców miejsc pracy, motorów napędowych gospodarek. Władze te, pod płaszczykiem dbałości o dobro obywateli, po prostu zagarniają dla siebie ich pomysły na biznes lub domagają się haraczu. Czynią to oczywiście całkowicie legalnie, wykorzystując do tego celu uprawnienie do tworzenia i zmiany prawa. I choć termin „haracz” może kojarzyć się negatywnie i przypisywany jest raczej grupom przestępczym, w rzeczywistości jest określeniem jak najbardziej trafnym. Jak przypomina bowiem słownik PWN, haracz oznaczał również w dawnej Polsce daninę ściąganą siłą.

Trudno się więc dziwić przedsiębiorcom, którzy przenoszą swoją działalność do przyjaznych dla ich biznesów rezydencji zagranicznych. Uciekają przed apetytem i żądaniami kogoś znacznie bardziej roszczeniowego i niebezpiecznego dla majątków ich firm. Władze domagają się bowiem swojej daniny także od przychodów osiąganych przez firmy poza granicami ich jurysdykcji, podczas gdy wspomniane grupy przestępcze żądają haraczu „tylko” za działalność na ich terenie.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego