Może być trudniej o odszkodowanie za opóźniony lot. Nawet 75 proc. pasażerów może stracić ochronę

Linie lotnicze odrzucają 93 proc. wniosków o odszkodowanie – wynika z danych AirHelp. Przysługuje ono m.in. w sytuacji, kiedy lot jest opóźniony o co najmniej trzy godziny i to z winy przewoźnika. Teraz o odszkodowanie może być jeszcze trudniej. Komisja Europejska chce wydłużyć czas opóźnienia lotu, przy którym linie muszą płacić odszkodowanie, z 3 do 5 godzin, a przy dłuższych lotach – do 12 godzin. Także przy usterkach technicznych przewoźnicy mają być zwolnieni z odpowiedzialności. – W efekcie tych propozycji nawet 75 proc. pasażerów może stracić ochronę – ostrzega Magdalena Bursa-Łapińska z AirHelp.

– W Komisji Europejskiej trwają dyskusje nad zmianą treści rozporządzenia nr 261/2004. Jedną z proponowanych zmian jest wydłużenie czasu opóźnienia lotów z 3 do 5, a nawet 12 godzin, zależnie od długości lotu. Dotyczy to opóźnień, za które linie lotnicze ponoszą odpowiedzialność – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Bursa-Łapińska, radca prawny AirHelp.

Zgodnie z obecnymi przepisami za opóźniony o przynajmniej trzy godziny lub odwołany lot pasażerowi należy się odszkodowanie. Jego wysokość zależy od odległości i kierunku podróży. W przypadku lotów wewnątrz Unii Europejskiej do 1,5 tys. km odszkodowanie wynosi 250 euro. W tych nieco dłuższych na terenie UE oraz poza jej terytorium o długości 1,5–3,5 tys. km jest to kwota 400 euro. Opóźnienie lotów poza terytorium UE o długości ponad 3,5 tys. km to obowiązek wypłaty odszkodowania od 300 euro (3–4 godz. opóźnienia) do 600 euro. Według proponowanych przepisów wysokość kar ma zostać utrzymana, wydłuży się jednak czas opóźnienia, przy którym pasażerowi będzie należało się odszkodowanie.

 Drugą z proponowanych zmian jest włączenie usterek technicznych do katalogu nadzwyczajnych okoliczności, za które linia lotnicza nie ponosi odpowiedzialności. Do tej pory linie ponosiły odpowiedzialność za jakość swojej floty, a pasażerowie cieszyli się szeroką ochroną swoich praw. Ta sytuacja może się zmienić – mówi radca prawny AirHelp.

W Unii Europejskiej trwają jeszcze prace nad rozporządzeniem, ale nowe przepisy mogą wejść w życie do końca czerwca 2020 roku. Zdaniem ekspertki  nowe prawo będzie chroniło linie lotnicze, stracą za to pasażerowie. Jest to ryzykowne zwłaszcza w kontekście pandemii koronawirusa i odwołanych w związku z tym lotów.

– Pasażerowie mogą zostać poszkodowani podwójnie. Po pierwsze z tego względu, że nawet 75 proc. z nich może być pozbawionych prawa do odszkodowania. Po drugie, wdrożenie rozporządzenia w 2004 roku w dotychczasowym kształcie doprowadziło do ograniczenia opóźnień nawet o 5 proc., a proponowane zmiany mogą odwrócić tę sytuację – ocenia Magdalena Bursa-Łapińska.

Jak wynika z raportu Komisji Europejskiej, w 2018 roku 17,6 mln pasażerów w UE doświadczyło odwołania swoich lotów, a 16,5 mln osób – długiego opóźnienia lotu. W obydwu przypadkach jest to ok. 1,5 proc. pasażerów w 2018 roku. Tylko 38 proc. uprawnionych zgłosiło roszczenie z tego powodu (w 2011 roku było to 8 proc.). AirHelp podkreśla, że linie lotnicze i tak odrzucają 93 proc. wniosków o odszkodowanie, tłumacząc się  tzw. nadzwyczajnymi okolicznościami. 8 proc. jest odrzucanych niemal automatycznie, bez podania przyczyny, a połowa czeka na rozpatrzenie ponad sześć tygodni.

– W relacji klient – linia lotnicza ten pierwszy jest zdecydowanie słabszy, zatem tylko jednoznaczne, silne ustawodawstwo, jak też możliwość egzekucji odszkodowania mogą zapewnić prawidłową ochronę praw pasażerów – przekonuje ekspertka.

Stowarzyszenie Rzeczników Praw Pasażera APRA przeprowadziło ankietę na ponad 10 tys. Europejczyków, również pasażerów z Polski, na temat planowanych zmian. Wynika z niej, że podróżni nie chcą przepisów w proponowanym kształcie. Ponad 90 proc. badanych uznaje obecne rozporządzenie za odpowiednie, a 72 proc. nie zgadza się na wydłużenie czasu opóźnienia lotów.

– 4 na 10 ankietowanych uważa, że odszkodowania powinny przysługiwać już w przypadku godzinnego opóźnienia. 80 proc. polskich pasażerów jest zdania, że linie lotnicze powinny ponosić odpowiedzialność za jakość swojej floty. Z kolei 90 proc. jest skłonnych dopłacić do biletu, aby zagwarantować sobie, że w razie potrzeby ich prawa będą respektowane, 7 na 10 z nich – nawet 10 euro. Wnioski z tej ankiety obrazują również skłonność linii lotniczej do przestrzegania prawa – podkreśla Magdalena Bursa-Łapińska.

Ponad 80 proc. Polaków obawia się utraty włosów. Mimo to osoby z problemami zbyt późno trafiają do specjalistów

Problem łysienia budzi obawy zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet. Dla wielu osób to bardzo wstydliwa dolegliwość, która uderza w ich samoocenę i negatywnie wpływa na funkcjonowanie w życiu prywatnym i zawodowym. Wypadanie włosów może być także objawem poważnych problemów ze zdrowiem, dlatego nie powinno się tego lekceważyć. Polacy mają jednak do tego tendencję – dwie trzecie badanych przez Instytut Trychologii przyznało, że nigdy nie kontrolowało stanu swoich włosów i nie wiedziało, że istnieje specjalista od włosów.  

Z badania „Polak u trychologa” przeprowadzonego przez Instytut Trychologii wynika, że co drugi Polak obawia się utraty włosów. Ponad 80 proc. boi się utraty włosów i z tego właśnie powodu zgłasza się po pomoc do specjalisty.

– Do trychologa najczęściej zgłaszają się pacjenci z problemem utraty włosów, czyli łysienia, a drugą najczęstszą przyczyną są problemy z kondycją łodygi włosa, czyli np. kruszenie się, łamanie się włosów. Na trzecim miejscu są problemy ze skórą głowy, czyli np. łuszczyca, łupież, suchość, świąd czy łojotok – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Anna Mackojć, trycholog i biotechnolog z Instytutu Trychologii.

W takich przypadkach pacjenci często sami próbują przeprowadzić kurację domową. Nie zawsze kończy się ona jednak oczekiwanymi rezultatami.

– Pacjenci nie do końca potrafią odróżnić łupież od łuszczycy czy też łojotokowego zapalenia skóry. Dlatego też bardzo często dobierają nieodpowiednie szampony, które dodatkowo przesuszają skórę głowy. Mylnie poprowadzona pielęgnacja domowa tylko pogarsza stan kondycji naszej skóry głowy – przekonuje ekspertka.

Podobnie jak w przypadku wypadania włosów zgłoszenie się do specjalisty odpowiednio wcześnie może być decydujące dla powodzenia całej terapii. Wciąż jednak niewiele osób wie, że istnieje taka specjalizacja.

Problemy z włosami mogą być przyczyną również gorszego samopoczucia. Dla 43 proc. respondentów badania „Polak u trychologa” jest to powód pogorszenia nastroju, a 23 proc. czuje się mniej atrakcyjnie. Według 10 proc. problemy z włosami odbijają się na ich wizerunku w życiu zawodowym i prywatnym, a 8 proc. z tego powodu traci pewność siebie w kontaktach z innymi.

– Wypadanie włosów jest spowodowane różnymi zaburzeniami, np. hormonalnymi, dietetycznymi, czyli niedoborem witamin, minerałów, elektrolitów, anemią, restrykcyjną dietą, odchudzaniem się czy brakiem snu. Na organizm należy jednak spojrzeć holistycznie, ponieważ dopiero zdrowe ciało i jego dobra kondycja pozwala na odrost pięknych włosów i zatrzymuje ich wypadanie. Włosy są barometrem naszego zdrowia. Jeżeli następuje jakiekolwiek zaburzenie w gospodarce naszego organizmu, one wypadają jako pierwsze – wskazuje Anna Mackojć.

Do kontaktu ze specjalistą powinny nas skłonić takie sygnały jak zbyt intensywne wypadanie włosów, duża ich liczba pozostająca na szczotce czy w wannie po umyciu głowy. Szukając przyczyn problemów, warto zrobić komplet dodatkowych badań, jak morfologia krwi, poziom witamin, żelaza, hormonów tarczycy czy określenie poziomu ferrytyny.

– Niektóre rodzaje łysienia powstają przez kilka lat. Prowadzą one do miniaturyzacji mieszka włosowego, co oznacza, że z dnia na dzień staje się on coraz mniejszy, słabszy i wypuszcza coraz cieńszy i krótszy włos. Ten proces trwa wiele lat i takiego łysienia nie jesteśmy w stanie w stu procentach odwrócić. Dlatego istotne jest, aby je jak najszybciej zatrzymać albo przynajmniej jak najszybciej spowolnić. Im szybciej rozpoczniemy terapię, tym będzie ona krótsza i bardziej efektywna – mówi ekspertka z Instytutu Trychologii.

Rozwiązania z zakresu e-administracji zyskują dzięki pandemii. Teraz można znacznie łatwiej założyć profil zaufany

Kiedy restrykcje pandemiczne uniemożliwiły nawiązanie bezpośredniego kontaktu z urzędnikami, rolę fizycznych placówek przejęły urzędy elektroniczne. Ministerstwo Cyfryzacji powołało do życia tymczasowy profil zaufany, który ułatwił korzystanie z e-administracji w czasie pandemii, wdrożono także szereg ułatwień, które pozwolą komunikować się z urzędnikami i przesyłać dokumenty za pośrednictwem narzędzi online.

Od początku roku liczba użytkowników profilu zaufanego zwiększyła się o blisko 2,4 mln. To większy wzrost niż ten zanotowany w całym 2019 roku, a obecnie z możliwości tego profilu korzysta przeszło 7 mln obywateli.

– Ostatnie miesiące to rekordowy czas w historii profilu zaufanego. To efekt nie tylko związanych z pandemią ograniczeń w działaniu urzędu, ale także wciąż rosnącego zaufania i przekonania Polaków do e-administracji. Liczymy na to, że ta tendencja się utrzyma. Chcielibyśmy, aby każdy dorosły Polak, podobnie jak ma dowód osobisty, miał także profil zaufany. Stale pracujemy nad nowymi e-usługami oraz udoskonalaniem obecnych – podkreśla minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Pandemia koronawirusa przyczyniła się do przyspieszenia procesu cyfryzacji administracji. W ramach ustawy o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 wdrożono tymczasowe przepisy dopuszczające m.in. osobiste stawienie się w urzędzie za pośrednictwem wideotransmisji realizowanej w czasie rzeczywistym bądź udostępnienie akt w formie elektronicznej.

Kluczowym elementem, który umożliwia przeniesienie spraw administracyjnych z fizycznych placówek do internetu, jest dynamiczny rozwój usług dostępnych za pośrednictwem profilu zaufanego. Jego założenie pozwala korzystać ze wszystkich usług online dostępnych w serwisie GOV.PL, zarówno tych związanych z zakładaniem i prowadzeniem działalności gospodarczej, jak i składaniem wniosków o szereg świadczeń socjalnych czy logowaniem się do Internetowego Konta Pacjenta bądź Platformy Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

– Profil zaufany można założyć na dwa sposoby. Najprostszy to skorzystanie z bankowości elektronicznej. Umożliwiają to największe banki w Polsce. Drugi – to złożenie wniosku przez internet i potwierdzenie profilu zaufanego w jednym z ponad 1500 punktów potwierdzających, które znajdziemy na terenie całego kraju – mówi minister cyfryzacji.

W czasach pandemii usługi z zakresu e-administracji zyskały na popularności m.in. dzięki wdrożeniu tymczasowego profilu zaufanego. W przeciwieństwie do klasycznego PZ jego założenie nie wymaga posiadania konta w banku ani osobistego stawiennictwa w punkcie potwierdzającym. Wniosek o TPZ można złożyć przez internet i potwierdzić w czasie wideorozmowy z przedstawicielem urzędu weryfikującego, a jego ważność upływa dopiero po trzech miesiącach.

Mimo tak pozytywnych sygnałów płynących z rynku Polska nadal odstaje na tle unijnych państw w sektorze e-administracyjnym. Nasz kraj zajmuje 23. miejsce w rankingu DESI opisującym stan cyfrowego zaawansowania gospodarki oraz społeczeństwa krajów członkowskich. W najnowszym zestawieniu Polska uzyskała blisko 45 punktów na 100, odstając od unijnej średniej wynoszącej 52,6 punktu.

Ministerstwo Cyfryzacji planuje wdrożyć kolejne udogodnienia dla obywateli, które pomogą poprawić pozycję Polski w zestawieniu DESI. Rząd zamierza wprowadzić do powszechnego użytku aplikacje mobilne mUsługi oraz mDokumenty, które pozwolą załatwić większość spraw urzędowych za pośrednictwem urządzeń mobilnych.

– Nieważne, w jakim wieku jesteśmy i czym się w życiu zajmujemy –  profil zaufany przyda się wszystkim. Dzięki niemu można – bez wychodzenia z domu – złożyć online wniosek o dowód osobisty nie tylko dla siebie, ale i dla dziecka, zawnioskować o odpisy aktów stanu cywilnego, ale też sprawdzić swoje punkty karne czy zalogować się do aplikacji mObywatel, w której znajdziemy elektroniczne dokumenty – wylicza minister cyfryzacji Marek Zagórski.

W realizacji wizji projektu cyfrowej administracji ma pomóc projekt strony internetowej Portal RP, na której znajdą się wszystkie informacje publiczne udostępniane w ramach ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz wszystkie usługi elektroniczne.

Koronawirus przemodelował rynek pracownika. Dzięki najnowszym technologiom model pracy zdalnej zostanie utrzymany

W dobie restrykcji pandemicznych na popularności zyskały oferty pracy zdalnej, zwłaszcza w branży IT, która od lat eksploatuje ten model zatrudnienia. Pracodawcy przekonali się, że świadczenie pracy na odległość może być równie skuteczne, co zatrudnienie stacjonarne, a kilka tygodni izolacji społecznej pozwoliło wielu firmom przetestować narzędzia do zdalnej komunikacji. Pierwsi w postpandemicznej rzeczywistości odnajdą się pracownicy IT i to oni przetrą szlak dla upowszechnienia się pracy zdalnej.

– W branży IT od zawsze liczy się to, jak pracujesz i co potrafisz, a nie z jakiego miejsca pracujesz. To widać zwłaszcza w czasie pandemii, bo przed nią 10 proc. stanowiły ogłoszenia o pracę zdalną, co było znakomitym wynikiem, jeśli porównamy to z innymi branżami. W tej chwili odsetek ofert zdalnych publikowanych w No Fluff Jobs wzrósł dwukrotnie. Pracodawcy zauważają, że można pracować zdalnie i efektywnie. Mamy możliwość umówienia się na wizytę u lekarza zdalnie, nauczyciele potrafią i chcą korzystać z Teamsów, Zoomów i radzą sobie z tym świetnie. Pandemia przetarła nowe drogi komunikacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marta Steiner z No Fluff Jobs.

Pandemia koronawirusa była dla firm technologicznych impulsem, który pozwolił im w dużej mierze przestawić się na pracę zdalną. Większość pracowników Google i Facebooka do końca 2020 roku nie pojawi się w biurze, Microsoft do 2021 roku wszystkie konferencje będzie organizować w trybie online, a przedstawiciel Twittera poinformował, że ich pracownicy nawet po zdjęciu restrykcji pandemicznych będą mogli świadczyć pracę z domu, jeśli wysuną taką prośbę.

Przymusowa izolacja społeczeństwa wymusiła drastyczne ograniczenie kontaktów międzyludzkich, również tych w obrębie zakładów pracy. Z badań przeprowadzonych przez firmę Devire wynika, że w Polsce pracę zdalną udało się wprowadzić w 65 proc. przedsiębiorstw, a najchętniej na taki krok decydowały się firmy z sektora IT, nieruchomości, telekomunikacji czy usług dla biznesu. Co ciekawe, spośród firm, które przed pandemią nie oferowały takiego modelu współpracy, aż 67 proc. umożliwiło zatrudnionym osobom świadczenie pracy zdalnej.

Model pracy zdalnej może na dobre zakorzenić się w społeczeństwie nawet po wygaszeniu pandemii koronawirusa, gdyż pracownicy zaadaptowali się do takiego modelu współpracy. Z raportu „Praca z domu w czasie pandemii COVID-19” autorstwa firmy doradczej Colliers International wynika, że 82 proc. pracowników świadczących pracę zdalną chciałoby po zniesieniu restrykcji pandemicznych co najmniej przez jeden dzień w tygodniu pracować z domu.

Elastyczne ramy zatrudnienia jako jedne z najcenniejszych świadczeń pozapłacowych wskazali także respondenci „Raportu płacowego Hays 2020”. Według niego w 2019 roku dostęp do takiego modelu współpracy deklarowało 40 proc. pracowników oraz 50 proc. pracodawców. Raport „Doświadczenia kandydatów IT” autorstwa No Fluff Jobs wskazuje kolei, że współpraca zdalna jest także atrakcyjna z punktu widzenia osób ubiegających się o nową pracę.

– To, co może być dla kandydatów w branży IT wyzwaniem, to przede wszystkim praca zdalna w ujęciu menadżerskim i zarządzania zespołem – wskazuje ekspertka.

43 proc. ankietowanych uważa, że najlepszym sposobem na kontakt z rekruterem jest kontakt za pośrednictwem e-maila. Z kolei aż 80 proc. pracodawców przeprowadza obecnie rekrutację całkowicie zdalnie, a na początku roku odsetek ten wynosił zaledwie 10 proc.

– Małe firmy otworzą się na rozwiązania online, bo będzie to mniej kosztowne i skuteczniejsze. W tej chwili wizyta w banku ze względu na ograniczenia nie jest popularną formą załatwiania spraw, użytkownicy będą próbować je załatwiać, siedząc w domu przed komputerem. Co z nami zostanie po pandemii? Ludzie zrozumieją i przekonają się na własnej skórze, że zdalny znaczy dostępny i łatwiejszy, co nie znaczy mniej efektywny. A kiedy świat jeszcze szerzej otworzy się na rozwiązania online, przybędzie cyfrowych nomadów, czyli takich ludzi, którzy mogą pracować z każdego miejsca na świecie nie tylko w branży IT – podsumowuje Marta Steiner.

Zatrudnienie spada. Płace rosną wolniej

Tegoroczny maj jest kolejnym miesiącem, w którym obserwujemy ograniczenie zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. Liczba pracujących, w porównaniu do kwietnia, spadła o 1,4% i wynosiła 6173,9 tys. osób. Rok temu przedsiębiorstwa zatrudniały 6380,2 tys., co oznacza zmniejszenie zatrudnienia o 3,2% w ciągu roku – podał GUS.

GUS nie publikuje informacji dotyczących przyczyn odejścia pracowników – nie wiadomo czy przyczyną są zwolnienia z pracy czy leżą po stornie pracownika np. przejście na emeryturę. W obecnej sytuacji na rynku pracy, ograniczenie liczby pracowników przez przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 9 osób, może być prognostykiem zwiększonego bezrobocia w kolejnych miesiącach. Z uwagi na epidemię koronawirusa raczej nie należy się spodziewać, że te osoby, które zostały zwolnione lub zakończyła się ich umowa, łatwo znajdą zatrudnienia w mikrofirmach lub zdecydują się na podjęcie własnej działalności gospodarczej.

Redukcja liczby zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw może być oznaką zarówno zmniejszenia wielkości produkcji z uwagi na ograniczony popyt jako skutek pandemii, jak i przyspieszenia procesów automatyzacji, które w ostatnim czasie mogą się nasilić z uwagi na rosnące koszty pracy, wcześniejszy niedobór pracowników oraz niepewność co do dalszego przebiegu epidemii, również wśród osób pracujących.

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie (brutto) wyniosło 5119,94 zł i było wyższe o 1,2% w stosunku do płacy wypłaconej rok wcześniej. Widać wyraźnie, że dynamika wzrostu płac w następstwie sytuacji epidemicznej bardzo wyhamowała. Pracodawcy przede wszystkim ograniczyli wypłatę wszelkiego rodzaju nieobligatoryjnych premii i dodatków. Na wartość wskaźnika przeciętnego wynagrodzenia niewątpliwie wpłynął fakt, ze część przedsiębiorców skorzystała z możliwości, jakie oferowała ustawa antykryzysowa i wprowadziła przestój ekonomiczny lub obniżony wymiar czasu pracy, co wiązało się z redukcją wynagrodzeń pracowników, objętych tymi rozwiązaniami. Dla porównania rok wcześniej wynagrodzenia wzrosły rok do roku wynosił o 7,7%.

Patrząc na sytuację ekonomiczną, wzrost płac jest niższy niż inflacja, co oznacza, realny spadek wartości wynagrodzeń. Być może wskaźnik przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto wzrośnie po zakończeniu obowiązywania rozwiązań antykryzysowych, ale wydaje się, że epidemia koronawirusa zakończyła okres szybkiego wzrostu wynagrodzeń i znacznych rotacji na polskim rynku pracy.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Nastroje konsumenckie trochę się poprawiły

Koniunktura konsumencka w czerwcu nadal znajduje się na minusie (-19,4) – wciąż dominują pesymiści – ale ogólny sentyment konsumentów poprawia się (wzrost wskaźnika ufności o 10,7 pkt. proc.) – podał dzisiaj GUS.

Jest to przyrost niemal identyczny do tego obserwowanego w maju. Pozwala to wnioskować, że sytuacja epidemiczna i gospodarcza daje oddech, ale nie ulega poprawie na tyle, aby Polacy nagle uwierzyli w powrót do starej rzeczywistości i przedkryzysowych wzorców konsumpcji. W szczególności, wciąż jeszcze odracza się dokonywanie ważnych zakupów.

Należy zauważyć, że poprawę widać zarówno w odniesieniu do deklarowanej sytuacji finansowej gospodarstwa domowego, jak i sytuacji ekonomicznej w kraju. W opinii respondentów, stan gospodarki w horyzoncie roku będzie kiepski, ale relatywna ocena uległa znaczącej poprawie od kwietnia. Szczególnie dobrym sygnałem jest poprawiająca się perspektywa wysokości bezrobocia – po fatalnych wynikach kwietniowych i majowych, w czerwcu odsetek pesymistów nieco spada. Pytanie o indywidualne ryzyko bezrobocia daje podobne (choć systematycznie lepsze) wyniki – 28,3% pracujących widzi takie zagrożenie (w porównaniu do 48,0% w kwietniu).

Przekłada się to na ocenę niższego zagrożenia dla sytuacji finansowej gospodarstwa domowego – o dużym zagrożeniu mówi 20,7% ankietowanych, o przeciętnym – 41,8%. Jedynie trzech na ośmiu konsumentów uznaje zagrożenie za małe lub żadne. Sygnalizowałoby to, że adekwatność programów pomocowych oraz zaangażowanie samych firm oceniane są dość pozytywnie. Warto podkreślić, że brak wiary konsumentów w stabilność zatrudnienia i dochodów może prowadzić do samospełniającej się prognozy kryzysu. Z tej perspektywy czerwcowe dane mają szczególnie dobry wydźwięk.

Trochę większy niepokój budzi szybko rosnące przekonanie o niewielkim zagrożeniu COVID-19 dla zdrowia osobistego czy publicznego. W tym pierwszym przypadku między kwietniem a czerwcem odnotowaliśmy wzrost o 19,9 pkt proc. (z 10,6 do 30,5%), w tym drugim – o 15,7 pkt proc. (z 3,2 do 18,9%). Naturalnie, przekonanie o bezpieczeństwie jest jednym z czynników sprzyjających konsumpcji. Z drugiej jednak strony dane o wykrytych przypadkach i nowych ogniskach sugerują studzić hurraoptymizm i narzucić większą ostrożność. W przeciwnym przypadku nawet jeśli nie nastąpi drugi lockdown, koszty ekonomiczne tej niefrasobliwości mogą być duże.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Firmy w obliczu nowych i zmienionych przepisów podatkowych CIT w 2020 roku

Teoretycznie zmian w podatku CIT na 2020 r. nie było wiele, natomiast odzwierciedlają one szersze zmiany systemowe. Jedną z nich jest tzw. ulga na złe długi, która jest elementem pomocy przedsiębiorcom w walce z tzw. zatorami płatniczymi. Z jednej strony jest to ułatwienie dla wierzycieli, którzy przy braku płatności zyskują możliwość efektywnego odzyskania podatku już wykazanego na skutek dostawy towaru lub świadczenia usługi. Z kolei od strony dłużnika brak płatności powoduje obligatoryjną korektę kosztów. Warto także pamiętać o wymogach związanych z tzw. „białą listą” – przelew na niezweryfikowany rachunek może skutkować utratą kosztów podatkowych. Przepisy te będą w najbliższym czasie korzystnie zmienione, jeszcze w trakcie obecnego roku. Jednocześnie wiele firm będzie musiało stawić czoła nowym przepisom w zakresie cen transferowych m.in. z nowymi obowiązkami dotyczącymi składania oświadczenia o sporządzeniu lokalnej dokumentacji.

Charakter i liczba zmian, z którymi mieliśmy do czynienia w latach poprzednich wynikała m.in. z konieczności wdrożenia przez Polskę m.in. regulacji Dyrektywy tzw. ATAD 1, czyli dyrektywy harmonizującej rozwiązanie zmierzające do ograniczenia szkodliwych optymalizacji podatkowych. Natomiast opóźnione pozostaje wdrożenie rozwiązań Dyrektywy ATAD 2, czyli m.in. instrumentów antyhybrydowych – regulacji, które zapobiegają przykładowo rozpoznaniu w jednym państwie kosztu przy braku rozpoznania przychodów po drugiej stronie transakcji (odliczenie bez opodatkowania), czy też sytuacji podwójnego rozpoznania kosztu (podwójne odliczenie).

Liczba tegorocznych zmian w przepisach ustawy o podatku CIT była znacznie niższa w porównaniu do liczby zmian w latach 2018-2019. Nie były to zmiany równie rewolucyjne, niektóre z nich okazują się natomiast w praktyce bardzo istotne dla niemal wszystkich podatników i są elementem szerszych zmian systemowych. Należy zaliczyć do nich np. ulgę na złe długi, powracającą po kilku latach i w nowej odsłonie, a stanowiącą element bardzo istotnej nowelizacji przepisów administracyjnych zwalczających zatory płatnicze. Bezpieczeństwu obrotu i systemu podatkowego mają także w założeniu sprzyjać przepisy nakazujące (w celu rozpoznania kosztów) dokonywanie płatności na rachunek z tzw. „białej listy”, które natomiast zostaną zliberalizowane – np. płatność w split-payment wyłączy dodatkowe obowiązki. Jeśli chodzi o kontrowersyjne przepisy dotyczące podatku u źródła (WHT), to zgodnie z zapowiedziami ma dojść do kolejnego ich odroczenia (do 2021 r.), warto natomiast wykorzystać ten czas aby uzyskać urzędowe opinie o możliwości stosowania zwolnienia z podatku oraz upewnić się, że płatności podlegające opodatkowaniu u źródła dokonywane są przy uwzględnieniu obowiązujących już (nieodroczonych) wymogów należytej staranności – mówi Wojciech Majkowski, dyrektor w zespole ds. podatku dochodowego od osób prawnych w KPMG w Polsce.

W obszarze cen transferowych mamy do czynienia z właściwie pierwszym rokiem, gdy w praktyce mają zastosowanie nowe obowiązki w zakresie składania oświadczenia o sporządzeniu lokalnej dokumentacji oraz o raportowaniu transakcji z podmiotami powiązanymi w formie elektronicznej.

Teraz wszyscy podatnicy, którzy sporządzają dokumentację, muszą oświadczyć nie tylko, że jest ona już gotowa, ale również, że transakcje odbywają się na warunkach rynkowych. Ponadto podatnicy będą musieli zaraportować swoje transakcje w nowej formie z wykorzystaniem elektronicznego formularza TPR. Informacja taka będzie o wiele bardziej obszerna i szczegółowo opisująca nie tylko metodologię cenową, ale również np. wskaźniki zyskowności określone w analizach porównawczych jako rynkowe i mające zastosowanie do danej transakcji. W ten sposób władze podatkowe będą miały dostęp do pełnej informacji o transakcjach z podmiotami powiązanymi. Informacje takie mają zostać wykorzystane nie tylko do analiz statystycznych, ale również do identyfikacji podmiotów, które powinny zostać poddane kontroli z uwagi na generowanie w transakcjach rezultatów odbiegających od standardów rynkowych. Nowe obowiązki podkreślają konieczność weryfikacji rynkowości transakcji już na etapie jej planowania, bowiem wszelkie zaniedbania mogą mieć dla podatnika bolesne konsekwencje – mówi Jacek Bajger, partner, szef zespołu ds. cen transferowych w KPMG w Polsce.

Rynek nieruchomości dziś i za rok

Pandemia koronawirusa odcisnęła mocne piętno na rynku mieszkań w Polsce i na świecie. Chociaż wszyscy spodziewali się znacznych obniżek, póki co nie możemy na nie liczyć. Rewolucja widoczna jest najbardziej na poziomie technologicznym (praca zdalna, mniejsze zapotrzebowanie na najem powierzchni biurowych, przeniesienie do online procesu kupna i sprzedaży nieruchomości), ale także światopoglądowym (nieruchomości jako bezpieczna lokata kapitału i inne priorytety mieszkaniowe Polaków). O tym, czego możemy się spodziewać w najbliższych miesiącach i latach, porozmawialiśmy z praktykami z branży podczas pierwszej Debaty Otodom. Gośćmi Jarosława Krawczyka byli:

  • Artur Polak (Naczelnik Wydziału Wspierania Mieszkalnictwa i Analiz, Departament Mieszkalnictwa, Ministerstwo Rozwoju)
  • Agnieszka Banaszak (Członek Zarządu Polskiego Związku Firm Deweloperskich)
  • Zbigniew Kubiński (Prezydent Powszechnego Towarzystwa Ekspertów i Doradców Rynku Nieruchomości)
  • dr prof. R. pr. Dariusz Szostek (prof. Uniwersytetu Opolskiego)
  • Sebastian Wielgus (Pośrednik Roku 2019 w konkursie Lider Nieruchomości Otodom)
  • Monika Rudnicka (General Manager segmentu nieruchomości na Europę w OLX Group i General Manager Otodom)

Poniżej zestawienie najciekawszych wypowiedzi w poszczególnych sekcjach tematycznych debaty.

  1. Rynek nieruchomości przed 1 marca 2020

Początek 2020 roku miał zadatki na kolejny świetny rok w sektorze nieruchomości w Polsce.

Rok 2019 był absolutnie rekordowym rokiem jeśli chodzi o mieszkania oddane do użytkowania – 207 tys., z czego 131 tys. oddali deweloperzy. To był najlepszy rok od 1980 roku. A jeśli patrzymy na powierzchnie tych mieszkań, to był ogólnie najlepszy rok w historii polskiego mieszkalnictwa. I właśnie pierwsze dwa, trzy miesiące wskazywały na to, że w 2020 pobijemy kolejne rekordy – powiedział Artur Polak, Naczelnik Wydziału Wspierania Mieszkalnictwa i Analiz, Departament Mieszkalnictwa, Ministerstwo Rozwoju.

Już wtedy dało się jednak zauważyć pewne analogie do kryzysu z 2008 roku.

Stosunek sprzedanych lokali do tych, które są w ofercie i były wprowadzane jest kluczowy do analizy stanu sprzed i w trakcie pandemii. W 2019 roku wprowadzono do sprzedaży w stosunku do sprzedanych o 2 tys. mniej mieszkań, a w I kwartale tego roku sprzedano o 6 tys. więcej mieszkań niż wprowadzono. W poprzednim kryzysie wprowadzonych pod koniec 2007 roku było o 20 tys. więcej mieszkań niż sprzedano. Ta kwestia podażowa jest bardzo ważna, bo należy podkreślić, że deweloperzy są w zupełnie innym miejscu niż przy poprzednim kryzysie – mówi Agnieszka Banaszak, Członek Zarządu PZFD.

  1. Rynek nieruchomości aktualne

Po lockdownie wszystkie statystyki w Otodom pikowały w dół. Ruch na stronie drastycznie się zmniejszył, a liczba§ zapytań spadła. Jednak dosyć szybko, bo po ok. tygodniu klienci wrócili na serwis, szukając nieruchomości, w nieco innych kryteriach. Notujemy blisko 100% wzrost jeśli chodzi o zainteresowanie działkami rekreacyjnymi i domami z ogrodami. Takich wyników nie mieliśmy w naszej kilkunastoletniej historii jeszcze nigdy. Widzimy też zwiększone zainteresowanie najmem oraz mieszkaniami o większej powierzchni za niższą cenę. Klienci liczą na korektę cen ze względu na epidemię, jednak w naszych statystykach tych obniżek jeszcze nie widać – dodała Monika Rudnicka, General Manager Otodom.

Epidemia sprawiła, że zupełnie inaczej zaczęliśmy podchodzić do inwestycji.

Wśród klientów zaobserwowaliśmy pewien mechanizm: szok, wycofanie, a następnie inwestowanie gotówki, np. w walutę, antyki i właśnie w nieruchomości. Rynek więc zareagował tak, jak powinien. Oczywiście zmieniła się też mentalność Polaków, w przyspieszonym tempie rozpoczął się proces cyfryzacji, zarówno dzieci (e-learning), jak i pracy, która przeszła w tryb zdalny. Ma to oczywiście znaczący wpływ na najem nieruchomości, w tym powierzchni biurowych — podkreślał dr hab. r. pr. Dariusz Szostek, prof. Uniwersytetu Opolskiego. 

Wykazujemy też dużo większą otwartość na nowinki technologiczne.

W aspekcie samej cyfryzacji pandemia pokazała, że Polska jest słabo scyfryzowana. Nawet jeśli jakieś aspekty były wdrażane, to słabo. A przez te dwa miesiące pokazaliśmy, że jesteśmy gotowi. Przywykliśmy do zdalnego komunikowania się, do zawierania umów przy pomocy podpisu elektronicznego, którego popularność w ostatnim czasie wzrosła o kilkaset procent. Zmienia się także myślenie konserwatywnego dotąd notariatu. Dwa miesiące temu, wspólnie z prof. Fryderykiem Zollem i prof. Ewą Rott-Pietrzyk, przygotowaliśmy rekomendacje dla notariuszy. Dotyczyły m.in. możliwości sporządzania aktu notarialnego online na podstawie obecnych przepisów czy ich ewentualnego liftingu. Spotkaliśmy się wtedy z odpowiedzią odmowną bez uzasadnienia. Jednak po dwóch miesiącach, gdy okazało się, że kancelarie notarialne funkcjonują na pół gwizdka, a niektóre wręcz przez dwa miesiące były zamknięte, diametralnie zmieniło się podejście notariuszy do nowych technologii. Dyskusja została podjęta, a notariat przyznaje, że nie ma innego wyjścia, jak tylko się zreformować – dodał Dariusz Szostek.

Pandemia zrewolucjonizowała również proces zakupu nieruchomości.

Wraz z początkiem pandemii rynek zmienił się diametralnie, prawdopodobnie już na stałe.  W marcu otrzymaliśmy około 70% zapytań mniej niż rok wcześniej. Następnie rynek był przez 2-3 tygodnie mocno zmrożony. Obecnie mamy więcej zapytań niż w tym samym okresie w 2019 roku. Rynek jest ponownie rozgrzany, a ceny dużo bardziej elastyczne i sprzedający skłonni do negocjacji. Przez to jednak, że część naszych klientów utknęła w domach czy za granicą, na szybko musieliśmy organizować m.in. tłumaczenia, dokumenty online. Przeprowadzaliśmy transakcje na podstawie pełnomocnictwa. W praktyce wyglądało to tak, że organizowaliśmy wideospotkanie klienta z notariuszem. Klient mógł z nim porozmawiać, zadawać pytania, natomiast pełnomocnik podpisywał za niego umowę. Doszło już nawet do tego, że klient nie oglądał mieszkania osobiście. Korzystał wyłącznie z wirtualnego spaceru. W okresie marzec-kwiecień przeprowadziliśmy trzy transakcje, w których kupujący zobaczył nieruchomość na żywo, dopiero przed podpisaniem aktu notarialnego. We wszystkich trzech przypadkach cena nieruchomości przekraczała 1,5 mln zł — powiedział Sebastian Wielgus, Kierownik Oddziału White Wood Nieruchomości i Pośrednik Roku 2019 w konkursie Lider Nieruchomości Otodom.

  1. Rynek nieruchomości 2021

Wszystko uzależnione będzie jednak od kondycji gospodarki w kraju.

Ta perspektywa roku jest za mała. Moim zdaniem w sektorze nieruchomości niewiele się zmieni. Instrumenty prawne zostaną takie, jakie są. Owszem, technologia, innowacje i postęp cywilizacyjny, którego jesteśmy świadkami zostanie, ale nie wywróci do góry nogami branży – mówił Zbigniew Kubiński, Prezydent PTEiDRN.

Kto wie, czy ten kryzys i spadek transakcji na rynku nie będzie mieć dobrego wpływu na to, jak ukształtuje się on w przyszłości. W ostatnim czasie dostępność mieszkań spadała, bo obserwowaliśmy niepokojący rozjazd między możliwościami dochodowymi Polaków a cenami lokali, które oderwały się od realiów. Może to ratunek przed jeszcze gorszymi konsekwencjami, które nam groziły wraz z pęknięciem bańki cenowej – dodał Artur Polak.

Jak wynika z danych zgromadzonych przez Otodom, w I kw. 2020 r. średnia cena ofertowa mieszkań w siedmiu największych miastach wyniosła 9,5 tys. zł za m kw., tymczasem cena transakcyjna tylko 7,9 tys. zł. Wydaje mi się, że będziemy z miesiąca na miesiąc obserwowali jeszcze większy „rozjazd” cen. Z ankiet zebranych od użytkowników serwisu Otodom wynika jednak, że obecna fala jest „pozamrożeniowa”. Maj i czerwiec to pokłosie dwóch miesięcy zawieszenia. Przeprowadzane są te transakcje, do których nie doszło w marcu czy kwietniu. Teraz wszystko zależy od kondycji gospodarki. Realne skutki pandemii będą widoczne na rynku mieszkań najwcześniej jesienią — ocenia Monika Rudnicka.

  1. Rynek nieruchomości – idealny scenariusz

Narzędzia są, a ruch w segmencie cyfryzacji jest większy niż zazwyczaj (nawet większy niż przy RODO). Zmieniła się nasza mentalność. Chcemy być paperless również ze względu na aspekty ekologiczne. Dostrzeżono chaos, bałagan i polską papierologię. Mamy do odrobienia ogromne zaległości w zakresie cyfryzacji, bo to jest nasza teraźniejszość, nie przyszłość, a my jako kraj jesteśmy daleko w tyle – podsumował Dariusz Szostek.

Oxford, Samsung i Adobe – trzy znane marki wykorzystane do przeprowadzenia kampanii hakerskiej

Hakerzy projektując swoje ataki phishingowe potrafią doskonale podszywać się pod osoby prywatne lub firmy, aby ominąć filtry bezpieczeństwa i dotrzeć do sieci korporacyjnych – ostrzegają specjaliści z Check Pointa. Jedna z najbardziej imponujących kampanii phishingowych ostatnich miesięcy obejmowała m.in. przejęcie serwerów Uniwersytetu w Oksfordzie oraz wykorzystanie domeny Samsunga!

Na początku kwietnia 2020 r. badacze z firmy Check Point zaobserwowali wiadomości e-mail zatytułowane „Poczta głosowa Office 365”.  Widniała w nich informacja o czekającej wiadomości głosowej w portalu użytkownika. Wiadomości zachęcały odbiorców do kliknięcia przycisku, który rzekomo przekierowywał ich na konto Office 365 w celu podjęcia dalszych działań. Jednak w rezultacie, ofiary zostały przekierowane były jednak na stronę phishingową udającą stronę logowania do Office 365.

W kampanii wymierzonej przeciw firmom z Europy (43%), Bliskiego Wschodu i Azji, hakerzy przejęli serwer pocztowy Uniwersytetu Oksfordzkiego, aby wysyłać złośliwe wiadomości e-mail do ofiar, które zawierały linki przekierowujące na serwer Adobe używany wcześniej przez Samsunga.

Nagłówki wiadomości pokazują, że hakerzy znaleźli sposób na nadużycie jednego z oksfordzkiego SMTP (prosty protokół przesyłania poczty), aplikacji, której głównym celem jest wysyłanie, odbieranie i/lub przekazywanie poczty wychodzącej między nadawcami i odbiorcami wiadomości e-mail. Korzystanie z uniwersyteckich serwerów SMTP pozwoliło hakerom przejść tzw. „kontrolę reputacji” wymaganą przez środki bezpieczeństwa firm.

Hakerzy wykorzystują przekierowania Adobe i Samsunga

W ciągu ostatniego roku kampanie phishingowe korzystały głównie z otwartych przekierowań Google i Adobe w celu zwiększenia wiarygodności adresów URL używanych w wiadomościach spamowych. Otwarte przekierowanie to adres URL witryny, który może być wykorzystywany przez każdego do przekierowywania użytkowników do innej witryny.

W tym przypadku łącza w wiadomości e-mail przekierowały do serwera Adobe, z którego wcześniej korzystał Samsung podczas kampanii marketingowej w 2018 r. Innymi słowy, link osadzony w oryginalnej wiadomości phishingowej był częścią zaufanej podstawy domeny Samsung – takiej, która niestety przekierowywała nieświadome ofiary na stronę hostowaną przez hakerów. Korzystając z określonego formatu linku kampanii Adobe oraz ich legalnej domeny, osoby atakujące zwiększyły szansę na ominięcie rozwiązań zabezpieczeń poczty e-mail opartych na reputacji czy czarnych listach.

– To, co na początku wydawało się klasyczną kampanią phishingową Office 365, okazało się mistrzostwem w oszustwie, dzięki wykorzystaniu znanych i renomowanych marek w celu uniknięcia zabezpieczeń drodze do ofiar. Dostęp do firmowej poczty mógł pozwolić hakerom na nieograniczoną eksplorację transakcji czy raportów finansowych; umożliwiał wysyłanie wiadomości e-mail z wiarygodnych źródeł, przejmowanie haseł, a nawet zasobów firmy w chmurze. Aby przeprowadzić swój atak, haker musiał zdobyć dostęp do serwerów Samsunga i Oxfordu, co oznacza, że miał czas na zrozumienie ich wewnętrznego działania, które pozwoliły mu pozostać niezauważonym. – mówi Lotem Finkelsteen, menedżer wywiadu zagrożeń w Check Point.

Check Point o swoich odkryciach poinformował Uniwersytet Oksfordzki, Adobe oraz Samsunga.

Na razie o konsumpcję możemy być spokojni

Pogorszyły się dane epidemiologiczne, a jednocześnie poprawiły się nastroje konsumentów. Zarówno w Polsce, jak i w USA. Wydatki gospodarstw domowych są mało przewidywalne, co potwierdza, że obecny kryzys jest wyjątkowy.

Dobre wieści z USA zaskoczyły analityków. W maju sprzedaż detaliczna wzrosła o ponad 17 proc., a więc dwukrotnie więcej niż przewidywali analitycy.

– W USA bardzo wzrosły wydatki konsumentów na ulepszenie domów i ogrodów, a przecież nie są to wydatki pierwszej potrzeby, co tylko potwierdza, że obecny kryzys globalny jest bardzo nietypowy i tym trudniej skonstruować modele przewidujące zachowania konsumentów – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB

W Polsce koniunktura konsumencka w czerwcu nadal znajduje się na minusie (-19,4). Wciąż dominują pesymiści , ale jak podał GUS ogólny sentyment konsumentów poprawia się: wzrost wskaźnika ufności o 10,7 pkt. proc.

W kraju szybko rośnie przekonanie o niewielkim zagrożeniu COVID-19 dla zdrowia osobistego czy publicznego. Przekonanie o bezpieczeństwie jest jednym z czynników sprzyjających konsumpcji, choć koszty ekonomiczne tej niefrasobliwości mogą być duże.

– Z tego co przekazują banki o zakupach opłacanych kartami, zwłaszcza podczas długiego czerwcowego weekendu, wynika że polski konsument nie popadł w przesadny pesymizm i jest to dobra wiadomość dla polskiej gospodarki – komentuje ekspert XTB. – Jednak realny jest taki scenariusz, że do konsumentów dopiero dotrze, poprzez pogorszenie ich dochodów, że sytuacja gospodarcza jest trudna, że wzrasta bezrobocie i spadają przeciętne wynagrodzenia.