TFI Capital Partners zyskuje na istniejącym rok funduszu CP FIZ. Nie myśli też na razie o dezinwestycjach z czterokrotnie starszego CP I FIZ

Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Capital Partners ma w nowym funduszu CP FIZ około 60 mln zł po roku działalności. W istniejącym od czterech lat Capital Partners Investment I FIZ natomiast 100 mln zł. W sumie fundusz planuje pozyskać w portfelach 250 mln zł. Według przedstawicieli TFI CP większe aktywa mogłyby utrudnić efektywne zarządzanie.

Zamknęliśmy we wrześniu pierwsze 12 miesięcy działalności funduszu CP FIZ. Stopa zwrotu w jednym subfunduszu – Private Equity – wyniosła prawie 29 proc., w drugim, Absolute Return – 21 proc., więc są bardzo wysokie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Chełchowski, prezes zarządu TFI Capital Partners. – Udało nam się osiągnąć to dzięki temu, że mamy kilka strategii, które stosujemy jednocześnie – dodaje.

Jak podaje Capital Partners, aktywa CP FIZ mają obecnie wartość przekraczającą 65 mln zł. Fundusz z jednej strony skupia się na strategii inwestowania private equity, poprzez którą kupuje większościowe pakiety przedsiębiorstw na rynku niepublicznym, a z drugiej strony realizuje, głównie na giełdzie, strategię absolutnej stopy zwrotu, czyli inwestowania w różnorodne aktywa w celu uzyskania wzrostu wartości jednostek funduszu bez względu na koniunkturę na rynku.

Mamy strategię absolute return – typowo giełdową, gdzie staramy się znaleźć spółki, które mają wewnętrzne przewagi konkurencyjne i dostarczą wzrostu wartości bez względu na to, co się dzieje na rynku – twierdzi Adam Chełchowski. – Było to bardzo dobrze widoczne w ostatnim kwartale, kiedy na rynkach światowych były istotne zniżki. Używamy też kontraktów na indeksy, żeby zabezpieczyć pozycje i starać się w trudnych kwartałach, takich jak właśnie ten, nie stracić – dodaje.

W trzecim kwartale 2015 roku oba subfundusze nawet minimalnie zyskały – 1,1 i 1,2 proc. W tym czasie indeks szerokiego rynku WIG stracił ponad 6,5 proc., a WIG20 niemal 11 proc.

Nasze oba subfundusze zrobiły, choć był to niewielki plus, procent z hakiem, ale ciągle plus. Szczególnie istotne jest, żeby w takich momentach nie tracić. Udało nam się to bardzo dobrze przy WIG-u, który w ciągu tego kwartału miał kilka procent na minusie – wylicza Adam Chełchowski. – Jest to ważniejsze od tego, czy się dużo więcej niż WIG zarobi, kiedy jest dobrze – dodaje.

TFI Capital Partners planuje głównie pozostać na polskim rynku. Jego prezes jest przekonany, że ze względu na korzystną sytuację gospodarczą w kraju, wciąż wiele spółek ma ogromny potencjał, by się rozwijać.

 Na razie polska gospodarka daje jednak miejsce na rozwój spółkom i wydaje się, że jest na tyle dużo atrakcyjnych projektów związanych z polskim rynkiem, że dzisiaj nie ma uzasadnienia do tego, by szukać okazji za granicą – twierdzi Adam Chełchowski. – Mamy tutaj bardzo duże, wieloletnie doświadczenie i to zarówno w inwestycjach private equity, jak i w inwestycjach giełdowych. Mieliśmy w ciągu tego roku jedną istotną inwestycję zagraniczną. Udało nam się znaleźć spółkę z sektora, który jest bardzo wzrostowy, ale to jest raczej sporadyczny przypadek – dodaje.

Do zarządzania w nowym funduszu funkcjonującym od roku pozyskano już 60 mln zł. W starszym Capital Partners Investment I FIZ znajduje się obecnie około 100 mln zł.

Stary fundusz to czyste private equity, tam było kilka projektów, starannie wyselekcjonowanych, w których byliśmy skupieni nad pracą wśród nich – Gekoplast, Onico, Duon. Tam jest portfel spółek dojrzałych, największą pracę nad nimi już wykonaliśmy – twierdzi Adam Chełchowski. – Natomiast one są w na tyle dobrej sytuacji i mają na tyle dobre perspektywy wzrostu, że wszystkie te spółki chcielibyśmy jeszcze raczej potrzymać niż je sprzedawać – dodaje.

Globtrex: Dojście PiS do władzy powinno pomóc notowaniom KGHM-u. Stracić mogą spółki z sektora finansowego

CEO Magazyn Polska

Dojście do władzy PiS-u może pomóc notowaniom KGHM-u. Inwestorzy liczą na to, że nowy rząd zajmie się m.in. zmniejszeniem obciążeń z tytułu podatku od kopalń. Kurs akcji zanotował w ostatnich 2 miesiącach solidne odbicie i już znajduje się ponad 30 proc. wyżej niż jeszcze w sierpniu. Mniej korzystnie wygląda natomiast sytuacja banków. Tutaj istnieje realne ryzyko, że instytucje bankowe zostaną obciążone podatkiem od transakcji finansowych. Ciągle otwarta jest także kwestia przewalutowania kredytów frankowych.

– Ze spółek na naszej giełdzie dosyć ciekawie wygląda KGHM, który wcześniej mocno zniżkował, a potem doszło do sporego odbicia. I tutaj, jeśli chodzi o tę spółkę, to być może inwestorzy będą liczyli na to, że nowy rząd, który niedługo powoła PiS, będzie w stanie np. zmniejszyć obciążenia podatkowe dla tej spółki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sławomir Dębowski, główny analityk Globtrex.com.

Od połowy maja 2015 roku kurs akcji KGHM-u znajdował się w silnym trendzie spadkowym. Po utracie ponad 45 proc. wartości i osiągnięciu minimów w końcu sierpnia zanotowały jednak dość mocne odbicie. Obecnie inwestorzy płacą za jedną akcję miedziowej spółki ponad 95 złotych. Jest to ponad 30 proc. więcej niż 2 miesiące temu.

– KGHM jest to spółka, która wcześniej, w ciągu kilku ostatnich miesięcy, bardzo dużo straciła, więc tutaj widziałbym jakiś potencjał wzrostowy na tej spółce – ocenia Sławomir Dębowski.

Analityk Globtrex.com inaczej postrzega szanse na zysk z inwestycji w PZU. Według niego akcje ubezpieczyciela w chwili obecnej nie stwarzają dobrych perspektyw do zakupu. Powodem jest przede wszystkim odcięcie prawa do dywidendy, które miało miejsce we wrześniu oraz także ryzyko polityczne. Inwestorzy mogą obawiać się obecności we władzach spółki przedstawicieli nowej władzy.

– W związku z tym w tej chwili nie ma jakichś poważniejszych przesłanek do tego, żeby grać na wzrosty i to widać właśnie po kursie, który jest na dosyć niskich poziomach – zaznacza.

Akcje największego polskiego ubezpieczyciela od końca stycznia straciły ponad 25 proc. i są najtańsze od trzech lat.

W ostatnich miesiącach słabo radzi sobie również sektor bankowy. Indeks WIG-banki w ciągu pół roku stracił ponad 20 procent i jest najniżej od maja 2013 r. Tłumaczy się to obawami inwestorów przed wprowadzeniem przez nowy rząd podatku od transakcji bankowych. Notowań nie wspiera również ryzyko związane z obarczeniem banków kosztami przewalutowania kredytów frankowych.

– Musimy poczekać na pierwsze plany nowego rządu odnośnie do wprowadzenia tego podatku. Być może on już jest dosyć mocno zdyskontowany przez obecne wyceny spółek i może się potem okazać, że wcale nie będzie dla nich dużym obciążeniem, wtedy można byłoby liczyć na jakieś odbicie – podsumowuje Dębowski.

System płatności mobilnych BLIK ma już milion użytkowników. W ciągu dwóch–trzech lat liczba ma się zwielokrotnić

Ponad milion zarejestrowanych użytkowników oraz blisko 10 tys. transakcji dziennie obsługuje już uruchomiony w lutym br. przez spółkę Polski Standard Płatności system płatności mobilnych BLIK. Oprócz banków mogą dołączać do niego także placówki handlowe. Założyciele systemu liczą na masowy udział w nim uczestników rynku nie tylko finansowego.

Przekroczyliśmy pierwszy milion użytkowników zarejestrowanych w bazach danych systemu płatności mobilnych BLIK – informuje agencję Newseria Inwestor Grzegorz Długosz, prezes zarządu spółki Polski Standard Płatności. – Chwalimy się tym, bo po pół roku od uruchomienia systemu mamy już ponad milion transakcji i zbliżamy się do około 10 tys. dziennie. Każdego miesiąca banki dokładają nam prawie sto tysięcy nowych użytkowników. Ale liczymy, że rozwój poparty akcjami promocyjnymi dopiero następuje w takiej skali, jakiej byśmy sobie życzyli.

System płatności mobilnych BLIK wystartował na początku lutego br. Dwa lata wcześniej Alior Bank, Millennium, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski, mBank i PKO Bank Polski podpisały porozumienie w sprawie strategicznej współpracy – utworzenia wspólnego standardu płatności mobilnych. Uzgodniono, że jego podstawą będzie system IKO PKO Banku Polskiego, który funkcjonuje na rynku od marca 2013 roku, rozbudowany o elementy umożliwiające dołączenie do niego innych partnerów. W połowie października 2013 roku w projekt włączyła się Krajowa Izba Rozliczeniowa, która obecnie zapewnia infrastrukturę teleinformatyczną oraz odpowiada za realizację rozrachunku w systemie ELIXIR na rzecz uczestników systemu BLIK.

Oczywiście interesują nas miliony użytkowników – zapewnia Grzegorz Długosz. – Obecnie nasi założyciele mają około czterech milionów klientów w swojej bankowości mobilnej. Liczymy, że większość z nich, jeśli nie wszyscy, w ciągu roku, dwóch lat, zaczną korzystać z systemu BLIK. Mamy nadzieję na kilka milionów użytkowników do końca 2017–2018 roku.

BLIK, jak przekonuje Grzegorz Długosz, jest otwartym systemem płatności mobilnych. W maju br. dołączyła do niego pierwsza instytucja finansowa niebędąca właścicielem Polskie Płatności Mobilne – Getin Bank. Jeszcze w br., jak przypuszcza Grzegorz Długosz, jego klienci powinni uzyskać dostęp do BLIK.

Zapraszamy wszystkie banki i instytucje płatnicze w Polsce, obecnie prowadzimy rozmowy z dziesięcioma uczestnikami tego rynku – mówi Grzegorz Długosz. – Ale widzimy chęć pozycjonowania nas jako nie tylko rozwiązania dla banków, lecz także właśnie dla handlu. Nie mamy problemu z akceptacją BLIK-a w sklepach internetowych, stacjonarnych czy sieciach bankomatowych. Wszyscy są chętni, więc można powiedzieć, że mamy kolejkę. Długi okres wdrożenia jeszcze przed nami.

Obecnie w systemie funkcjonuje ponad 130 tys. terminali POS (z ang. Point of Sale, czyli punkty sprzedaży) w stacjonarnych placówkach handlowych, ponad 25 tys. w sklepach internetowych i przeszło 15 tys. bankomatów.

BLIK jest systemem kompleksowym, czyli może być używany w bankomatach, od których zazwyczaj użytkownicy telefonów komórkowych zaczynają przygodę z BLIK-iem, przez internet, sklepy stacjonarne i przelewy P2P [między poszczególnymi osobami – red.] – tłumaczy Grzegorz Długosz ze spółki Polski Standard Płatności. – Uważamy, że tylko kompleksowość i uniwersalność może spowodować, że BLIK będzie lepszym rozwiązaniem niż inne płatności bezgotówkowe. Nie stawiamy tylko na jeden segment, na przykład internet, chociaż daje on w tej chwili świetne wskaźniki wzrostu. Chcemy, by w każdym z czterech segmentów użytkownicy znaleźli coś dla siebie. Po pewnym czasie okaże się, który jest najbardziej popularny.

Pod koniec października projekt „Od IKO do BLIK-a” został nagrodzony wyróżnieniem za najlepszą innowację dotyczącą płatności na świecie w trzeciej edycji prestiżowego konkursu „Distribution & Marketing Innovation in Retail Financial Services” organizowanego przez Efma, organizację skupiającą ponad 3,3 tys. instytucji finansowych z ponad 130 krajów oraz firmę Accenture świadczącą usługi doradcze w zakresie nowoczesnych technologii i outsourcingu. System płatności mobilnych opracowany i wdrożony przez sześć banków z Polski pokonał w tej kategorii 52 zgłoszone do konkursu pozostałe innowacje.

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

ZUS wysyła za granicę 42 tys. emerytur. Emeryci muszą co roku poświadczać prawo do świadczeń, część może to już robić elektronicznie

CEO Magazyn Polska

Co roku ZUS wysyła za granicę ok. 42 tys. emerytur. Emeryci muszą co roku przesłać do urzędu poświadczenie o istnieniu dalszego prawa do świadczeń, czyli druk, który zaświadcza, że dany świadczeniobiorca żyje. Aby emeryci mogli uniknąć uciążliwej procedury, jaką jest wizyta w lokalnym urzędzie, ZUS stara się zdobywać takie poświadczenia w zagranicznych instytucjach. Podpisane już zostało porozumienie z Niemcami, dzięki któremu udało się zmniejszyć liczbę wysyłanych poświadczeń o 7 tys. i zapobiec wypłacie 1,3 mln zł na rachunki zmarłych już emerytów.

Raz do roku ZUS wysyła ubezpieczonym, którzy przebywają za granicą, do wypełnienia formularz poświadczenia dalszego prawa do pobierania świadczeń. ZUS zabezpiecza się w ten sposób przed sytuacją, w której wypłacałby świadczenia osobom, które już prawa do uzyskania takich świadczeń nie mają, bo albo nie żyją, albo utraciły uprawnienia określone ustawą – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Czerwińska, radca prawny w kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Poświadczenie zazwyczaj wysyłane jest po raz pierwszy zwykłym listem, a emeryt powinien go odesłać w odpowiednim terminie. W formularzu znajdują się dane, które pozwalają zidentyfikować ubezpieczonego. Jeśli nie zostanie on odesłany do ZUS-u, następny list jest przesyłany za potwierdzeniem odbioru. Jeśli i wówczas przesyłka nie trafi we wskazanym terminie do urzędu, uznaje się, że dana osoba nie żyje.

Jeżeli z jakichś względów ubezpieczony nie mógł formularza odesłać, ale żyje iw dalszym ciągu ma uprawnienia do pobierania świadczeń, to może ten formularz odesłać później. Będzie to skutkowało tym, że ZUS prawdopodobnie przywróci prawo do pobierania świadczenia, ale ubezpieczony musi liczyć z tym, że jeżeli tego obowiązku nie dochowa, to co najmniej przez jakiś okres nie będzie otrzymywać tych pieniędzy – zaznacza Małgorzata Czerwińska.

Aby ZUS miał pewność, że emeryt, do którego wysyłane jest poświadczenie, żyje, na formularzu musi znaleźć się własnoręczny podpis ubezpieczonego. W wyjątkowych sytuacjach, kiedy np. emeryt jest obłożnie chory, może to zrobić jego faktyczny opiekun. Zazwyczaj jednak na druku musi się podpisać ubezpieczony, a własnoręczność podpisu powinna zostać poświadczona przez urząd danego kraju, który zajmuje się ubezpieczeniami społecznymi, czy upoważnioną osobę w polskiej placówce dyplomatycznej lub konsularnej. Wówczas takie poświadczenie będzie wystarczającą przesłanką, by ZUS nadal wypłacał należne świadczenie.

Udaje nam się porozumieć z niektórymi państwami czy ich instytucjami ubezpieczeniowymi, aby dokonywać sprawdzenia pozostawania przy życiu emerytów i rencistów bez konieczności angażowania w to klientów, poprzez elektroniczną wymianę informacji. Mamy wówczas odpowiednie listy emerytów i rencistów, które sprawdzane są pod kątem pozostawania ich przy życiu przez instytucję zagraniczną drugiego państwa. Klient zaś jest wówczas zwolniony z obowiązku dostarczania nam formularza poświadczenia życia – tłumaczy Andrzej Szybie, wicedyrektor Departamentu Rent Zagranicznych w Centrali ZUS.

ZUS co roku wysyła ok. 42 tys. emerytur poza granice Polski. Z upływem czasu ich liczba będzie rosła, z racji na coraz większą emigrację.

Jak podkreśla Szybkie, kontakt z urzędami pozwoli na szybszą reakcję, jeśli okaże się, że dany ubezpieczony nie żyje. Dotychczas uzyskanie takiej informacji było czasochłonne, na konta zmarłych trafiały świadczenia, które później trudno było odzyskać.

Od grudnia 2014 roku takie rozwiązanie weszło w życie w Niemczech, dzięki wymianie danych między ZUS a jego niemieckim odpowiednikiem. Numer identyfikacyjny stosowany przez Deutsche Post umożliwia sprawdzenie, czy dana osoba wciąż żyje.

Z 15 tys. emerytów, którzy mieszkają obecnie za naszą zachodnią granicą, o 7 tys. ZUS dostaje informacje drogą elektroniczną.

Oznacza to korzyści z punktu widzenia finansów publicznych. Udało nam się zidentyfikować dotychczas 231 zgonów i zapobiegliśmy powstaniu nadpłaty na 1,3 mln zł, czyli pieniędzy, które wpłynęłyby na zagraniczne rachunki bankowe po śmierci klienta. Potem byłby bardzo duży problem z ich odzyskaniem – podkreśla ekspert ZUS.

ZUS uruchamia wymianę informacji z Chorwacją i Australią. Trwają też prace, by w ten sposób uzyskiwać informacje o ubezpieczonych mieszkających w Szwecji, Holandii, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii.

Płace mogą rosnąć jeszcze szybciej. Dziś największe wzrosty notowane są w IT i energetyce

CEO Magazyn Polska

Stopa bezrobocia w Polsce już jest jednocyfrowa, a perspektywy na kolejne miesiące też są dobre. W niektórych branżach takich jak IT czy energetyka zapotrzebowanie na pracowników jest większe niż podaż. To w tych sektorach  wynagrodzenia rosną najszybciej. Dynamika płac na rynku pracy pod koniec roku powinna utrzymywać się na poziomie 3–4 proc., a w dłuższej perspektywie przyspieszy jeszcze bardziej.

Cały czas bezrobocie się zmniejsza, inwestycje rosną, w związku z tym idziemy w kierunku rynku pracy pracownika, a nie pracodawcy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Marek Jurkiewicz, dyrektor generalny serwisu InfoPraca.pl.

Z danych GUS wynika, że we wrześniu bezrobocie spadło do 9,7 proc. z 9,9 proc. w sierpniu. Niektóre branże mają wręcz problem ze znalezieniem pracowników.

Cały czas bardzo dobrze rozwijają się takie branże, jak IT, energetyka i nowe technologie – tu brakuje specjalistów. Mówimy nie tylko o branżach wysokorozwiniętych, lecz także podstawowych, np. produkcji. Brakuje w Polsce pracowników specjalistycznych, chociażby technicznych – ślusarzy, szlifierzy – wymienia Jurkiewicz.

Już w ubiegłym roku, zgodnie z raportem ManpowerGroup, 36 proc. pracodawców miało problem ze znalezieniem kadry. Na pierwszym miejscu znaleźli się właśnie wykwalifikowani pracownicy fizyczni, m.in. spawacze, tokarze, szwaczki, operatorzy wózków widłowych czy mechanicy.

Jednym z sektorów, które bardzo mocno poszukują pracowników, są centra usług wspólnych. Staliśmy się już europejską potęgą pod tym względem i praktycznie większość dużych globalnych korporacji ma swoje centra usług wspólnych w Polsce – podkreśla dyrektor InfoPraca.pl. – Poszukują one młodych ludzi ze znajomością minimum dwóch języków obcych. To obszar, który bardzo dynamicznie rośnie, głównie w Trójmieście, Łodzi i na południu Polski: we Wrocławiu, Katowicach i Krakowie.

W branżach, gdzie popyt na pracowników jest największy, płace rosną najszybciej. We wrześniu przeciętne wynagrodzenie brutto wyniosło 4 059 zł i było o 4,1 proc. wyższe niż rok wcześniej.

Płace rosną. Ten wzrost płac nie jest jeszcze dynamiczny, ale one będą musiały rosnąć ze względu na mniejszą podaż pracowników. Pracodawcy będą musieli zwrócić na to uwagę jako na jeden z elementów zachęcania pracowników do tego, żeby pracowali u nich w firmach – mówi Marek Jurkiewicz.

Ocenia, że dynamika płac do końca roku powinna pozostać na podobnym poziomie. W dłuższej perspektywie powinna być jednak wyższa.

Płace nadal najszybciej rosną w obszarze IT i nowych technologii. Stosunkowo szybko rosną w energetyce. Produkcja też zwiększa swoje wynagrodzenia ze względu właśnie na brak pracowników produkcyjnych – mówi Jurkiewicz.

Poprawa na rynku pracy przekłada się na lepsze nastroje konsumentów, to z kolei wpływa na lepszą kondycję firm. Świadczą o tym choćby dane o upadłościach. Jak podaje KUKE na podstawie danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego, we wrześniu opublikowano 45 orzeczeń o upadłości firm. To prawie 30 proc. mniej niż w sierpniu i ponad 36 proc. mniej niż we wrześniu 2014 roku.

Jak podkreśla Jurkiewicz, polski rynek pracy prezentuje się dobrze na tle innych rynków regionu i całej Europy. Zgodnie z metodologią Eurostatu w Polsce bezrobocie wyniosło we wrześniu 7,1 proc., a w całej UE – 9,3 proc.

Dzięki sieciom aptek spadają ceny leków. Apteki indywidualne nauczyły się wspólnie walczyć o klienta i rabaty w hurtowniach

CEO Magazyn Polska

Sieci apteczne stanowią jedną trzecią polskiego rynku. Statystycznie to placówki sieciowe mają niższe ceny leków, co przekłada się na większą liczbę klientów i wyższe przychody. Jednak indywidualne apteki coraz lepiej radzą sobie z konkurencją z sieciami – w ramach porozumień operacyjnych lub grup zakupowych potrafią skutecznie negocjować z dostawcami niższe ceny.

Tak naprawdę apteki się podzieliły na apteki nowego modelu, czyli te, które potrafią sprostać coraz bardziej wyśrubowanym wymaganiom klientów i pacjentów przy coraz trudniejszych warunkach prowadzenia tego biznesu, oraz na apteki starego modelu, które nie bardzo potrafią się w tej rzeczywistości odnaleźć i moim zdaniem ten trend będzie dalej postępował – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

Jak wynika z raportu Konfederacji Lewiatan i Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET „Sieci apteczne w Polsce”, przygotowanego wspólnie z firmą PharmaExpert, w Polsce działa 330 sieci aptecznych zrzeszających po pięć i więcej aptek. Stanowią one 34 proc. rynku liczącego łącznie 14,5 tys. aptek. W większości są to małe i średnie przedsiębiorstwa z polskim kapitałem. Z 330 sieci tylko 11 posiada więcej niż 50 aptek. Największa z sieci ma ponad 4 proc. udział w  rynku, dwie mają po 2 proc., a pozostałe mniej niż 1 proc. udziału w rynku.

Jak wyjaśnia Piskorski, sieci apteczne były pierwszą strukturą, która wytworzyła presję cenową na hurtownie i producentów, co w konsekwencji przełożyło się na obniżki cen leków nierefundowanych dla pacjentów.

Apteki indywidualne dosyć szybko się zorientowały, że mogą robić to samo i poza sieciami, czyli organizacjami powiązanymi w sposób kapitałowy, należącymi do jednego właściciela, mamy też szereg sieci wirtualnych i grup zakupowych – mówi Marcin Piskorski.

Na taki krok decyduje się większość z aptek indywidualnych, które stanowią 66 proc. rynku. Największe grupy zakupowe liczą po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset aptek, dzięki czemu uzyskują porównywalne warunki handlowe i cenowe jak sieci. Z zestawienia 30 najlepiej sprzedających się leków OTC wynika jednak, że sieci apteczne mają lepsze ceny leków niż apteki indywidualne,

Naszym zdaniem wynika to z większej otwartości na dzielenie się marżą z pacjentami i klientami. Apteki indywidualne często mają możliwość osiągnięcia podobnych, a nawet lepszych warunków handlowych, natomiast sieci przez to, że działają w większej grupie, mogą sobie pozwolić na obniżenie zyskowności na jednej aptece, ponieważ działają w kilku, dlatego mają większą skłonność do dzielenia się tą obniżką z pacjentami – podkreśla prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

Jak podkreśla, wciąż istniejące różnice w cenach przekładają się na większą liczbę klientów i wyższe obroty w aptekach sieciowych. Według danych PharmaExpert w 2014 roku do takiej placówki przychodziło miesięcznie średnio ok. 4,5 tys. pacjentów, podczas gdy aptekę indywidualną odwiedzało 3,2 tys. pacjentów. Dominacja sieci staje się jednak coraz mniej wyraźna.

Apteki indywidualne nauczyły się tego nowoczesnego sposobu prowadzenia i zaczynają stosować te same techniki, co apteki sieciowe, dlatego ta różnica się zmniejsza, można powiedzieć, że widać to nawet w comiesięcznych badaniach – podkreśla Marcin Piskorski.

Pacjentów i klientów przyciąga do aptek nie forma ich własności, ale przede wszystkim lokalizacja, dostępność leków, poziom cen i obsługi.

Aplikacje 3.0 stają się coraz popularniejsze. Pozwalają zaoszczędzić czas i ułatwiają życie

CEO Magazyn Polska

Z badania zleconego przez firmę Libentis wynika, że prawie połowa Polaków ma wyłącznie dla siebie tylko dwie godziny dziennie. Dlatego poszukiwane i doceniane są wszelkie narzędzia, które pozwalają zaoszczędzić kilka dodatkowych minut. Temu służyć mają mobilne aplikacje 3.0, które wykorzystując lokalizację i zachowania użytkownika, analizują dane i dostarczają mu spersonalizowane informacje. Dzięki temu oszczędza ona czas, a czasem także pieniądze.

Internet 3.0 to kolejny punkt zwrotny w technologii. Jest odpowiedzią na potrzeby ludzi zapracowanych i żyjących w zbyt szybkim tempie.

Jesteśmy w przededniu internetu 3.0. Zakłada on, że dane zebrane w internecie będą semantyczne (oparte na znaczeniach). Dla użytkownika końcowego oznacza to, że komputery będą oszczędzać nasz czas – mówi agencji informacyjnej Newseria Mateusz Mikulski, manager ds. mobile w serwisie ZnanyLekarz.pl.

Dane zaczerpnięte z sieci w określonym kontekście nabierają nowego znaczenia. Analizując dane o zachowaniu użytkownika i jego położenie, aplikacje 3.0 mogą więc dostarczać mu spersonalizowanych informacji, przydatnych w danym momencie. Mogą też „podpowiadać” szyte na miarę usługi czy produkty.

Już dziś wiele popularnych aplikacji, z których korzystamy na co dzień, wpisuje się w trend 3.0, choć użytkownicy nie zdają sobie z tego sprawy.

To m.in. Siri albo JakDojade.pl. Te aplikacje, które idą w stronę Web 3.0, pomagają użytkownikowi szybciej dotrzeć do jakichś informacji albo zdobywają te informacje za niego. Dlatego też są bardzo popularne – tłumaczy Mateusz Mikulski. – Flagowym przykładem aplikacji Web 3.0 jest Google Now, asystent, który działa proaktywnie. Zakłada, że w danym momencie powinniśmy wiedzieć o tym, że mamy spotkanie lub musimy wyjść teraz do domu, bo inaczej na przykład nie zdążymy zrobić obiadu.

Google Now wskazuje więc informacje, które uznaje za przydatne użytkownikowi – robi to w oparciu o lokalizacje GPS, hasła wyszukiwane w Google i wiadomości Gmail).

Założeniem aplikacji mobilnych jest ułatwianie użytkownikowi życia. Ci, którzy dbają o dietę i chcą utrzymać szczupłą sylwetkę, w aplikacji mogą liczyć kalorie, poprzez kody kreskowe sprawdzać wartość energetyczną produktów i komponować własne przepisy.

Innym sposobem na oszczędność czasu jest rezerwacja online wizyt u lekarza zamiast oczekiwania na infolinii czy w rejestracji. W ubiegłym roku za pośrednictwem portalu ZnanyLekarz.pl zarezerwowano ponad 800 tys. wizyty lekarskich.

W różny sposób różne aplikacje mogą ludziom ułatwić życie. Istnieją już aplikacje do umawiania wizyt lekarskich, wyznaczania tras czy wskazujące, gdzie zostawiliśmy samochód – dodaje Mateusz Mikulski.

Dużą popularnością cieszą się również wirtualne biblioteki z tysiącem książek do przeglądania na telefonie lub tablecie. Mają one wiele dodatkowych funkcji, jak chociażby liczenie stron czy czasu spędzonego na lekturze.

W Warszawie otwarto nową galerię handlową. W nowoczesną powierzchnię przekształcono zabytkowe hale dawnej fabryki

0

CEO Magazyn Polska

Nowa galeria handlowa Ferio Wawer ma 12 tys. mkw. oraz blisko 50 sklepów i punktów usługowych. To pierwsza tego typu inwestycja w tej dzielnicy. Inwestor, austriacki deweloper, chce by było to nie tylko miejsce zakupów, lecz także miejsce spotkań i rozrywki. Klientów przyciągać ma również architektura. Ferio Wawer mieści się w odnowionych wnętrzach zabytkowej fabryki.

Ferio Wawer to piąte centrum handlowo-usługowe Ferio. Bardzo mocno akcentujemy, że nie chcemy być tylko centrum handlowym, lecz raczej centrum usługowo-handlowym. Chcemy ofertę rozszerzać o część rozrywkową, fitness, plac zabaw dla dzieci, kawiarnie, żeby ludzie nie tylko przychodzili na codzienne zakupy, lecz także spędzali tu wolny czas i spotykali się – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Krenek, członek zarządu RE Project Development, inwestora Ferio Wawer.

Nowa galeria jest zlokalizowana u zbiegu ulic Szpotańskiego i Żegańskiej w Wawrze, w sąsiedztwie Urzędu Dzielnicy i stacji kolejowej Międzylesie. To obszar o powierzchni 12 tys. mkw. W centrum będzie ok. 50 różnych sklepów, punktów usługowych i gastronomicznych.

Mamy zarówno sieci ogólnopolskie, jak i lokalne pomysły z dzielnicy Wawer. Jest to bardzo ważny element, ponieważ nie tylko logo jest ważne, lecz także to, co za nim stoi, a więc przedsiębiorca, który dokładnie wie, czego społeczeństwo lokalne naprawdę oczekuje – mówi Krenek.

Dziś wynajęte jest 88 proc. powierzchni. Do końca tego roku inwestor zakłada, że będzie to 95 proc.

– De facto oznacza to, że jesteśmy w pełni skomercjalizowani i mam nadzieję, że lokalna społeczność będzie chciała odwiedzać to centrum – mówi Krenek. – Według nas potencjał tej dzielnicy jest bardzo duży. Dziś brakuje tu nowoczesnej powierzchni handlowej.

Klientów przyciągać mają nie tylko duże firmy wynajmujące w Ferio powierzchnię, lecz także wnętrza. Galeria powstała bowiem w zabytkowych halach dawnej Fabryki Aparatów Elektrycznych K. Szpotańskiego. Projekt architektoniczny, który łączy hale z nowoczesnymi rozwiązaniami budowlanymi przygotowała pracownia Kuryłowicz & Associates.

Historia tego miejsca była dla nas inspiracją. Chcieliśmy przywrócić społeczeństwu bardzo wartościową i piękną zabudowę. Podstawowym założeniem było jak najbardziej pieczołowite odtworzenie każdego fragmentu fabryki – mówi architekt Piotr Kuczyński, wiceprezes zarządu Kuryłowicz & Associates. – W naszej opinii taka szkoła konserwowania zabytków, która pozwoli nadawać zabytkowym miejscom funkcję komercyjne i socjologiczne, jest jak najbardziej wskazana.

W galerii utrzymano więc klasyczny układ hal poprzemysłowych: oryginalne słupy konstrukcyjne, trakty i lampy.

Ferio Wawer jest piątym centrum zbudowanym przez RE project development w ciągu ostatnich 10 lat. Pozostałe zlokalizowane są we Wrocławiu, w Puławach, Legnicy i Koninie. Wśród najemców powierzchni w warszawskim obiekcie są Alma, Apteka dr Zdrowie, Calypso Fitness, Carry, CCC, Egurrola Dance Studio, H&M, Play, Restauracja Stacja Wawer, Rossmann, RTV Euro AGD.

Statystyczny Polak zjada średnio 7 kg bananów rocznie. To mniej niż średnia europejska

CEO Magazyn Polska

Konsumpcja bananów w Polsce sięga średnio 7 kg rocznie na osobę, ale importerzy tych owoców oceniają, że mogłaby być nawet trzy razy większa. Dla przykładu w Skandynawii wynosi ona 18 kg na osobę. Sprzedaż detaliczna rośnie, bo banany wpisują się w zdrowy tryb życia. Owoce te trafiają do Polski głównie z Ekwadoru i Kolumbii. Import w 2014 roku wyniósł 326,5 tys. ton o łącznej wartości ponad 907 mln zł (liczony wraz z bananami suszonymi).

W Polsce konsumpcja bananów jest nadal na stosunkowo niskim poziomie, mówimy o około 7 kg bananów rocznie na głowę, a przykładowo na rynku skandynawskim, który jest pod tym względem rekordowy, ten wynik wynosi około 18 kg. Mamy jeszcze co robić – możemy zwiększyć poziom sprzedaży praktycznie trzy razy, aby osiągnąć chociażby poziom skandynawski – mówi agencji informacyjnej Newseria Bartosz Szatkowski, dyrektor zarządzający firmy Quiza, jednego z największych polskich importerów bananów.

Średnia dla UE to ok. 10 kg. Wielkość sprzedaży bananów w Polsce zależy w dużej mierze od sezonowości i dostępności innych owoców krajowej produkcji. Banany są drugim po jabłkach najpopularniejszym owocem, choć ze względu na promocję spożycia jabłek ze względu na rosyjskie embargo dystans między nimi się zwiększył.

Również moda na zdrowy i aktywny tryb życia ma duży wpływ na poziom sprzedaży. Banany są bardzo ważnym elementem codziennej diety, ponieważ zawierają bardzo dużo witamin i minerałów, które wpływają na dobre samopoczucie i w znaczący sposób poprawiają naszą aktywność – wyjaśnia Szatkowski.

Jak podkreśla, przy zakupie polski konsument zwraca uwagę przede wszystkim na ceny owoców. Jednak bardzo istotna jest także ich jakość.

Jeżeli rozmawiamy o jakości bananów, mówimy przede wszystkim o ich czystości, czyli braku ewentualnych uszkodzeń i oznak chorobowych. Owoce mają być czyste, atrakcyjne pod względem wyglądu, na to patrzą przede wszystkim Polacy, ale to cena determinuje sprzedaż – mówi Bartosz Szatkowski.

Banany są jednym z dominujących produktów importowanych do Polski z krajów regionu Ameryki Środkowej i Południowej. W okresie od stycznia do sierpnia br. import z tego regionu wzrósł o 18,4 proc. – z 2,06 mld euro do 2,44 mld euro. Udział tych krajów w imporcie wynosi nieco ponad 2 proc. Z kolei eksport polskich produktów do tych państw wyniósł blisko 1,75 mld euro (wzrost o 40,8 proc. w skali roku).

Polska prowadzi współpracę handlową ze wszystkimi 33 krajami Ameryki Południowej, w szczególności mówimy o Ameryce Łacińskiej i krajach obszaru Pacyfiku. Poziom importu rokrocznie wzrasta, może odnotować stabilny wzrost. Produkty, które eksportujemy do krajów Ameryki Południowej, to przede wszystkim produkty technologiczne, czyli maszyny, urządzenia przemysłowe, również samochody. Produkty importowane to przede wszystkim produkty spożywcze: owoce świeże i przetworzone, owoce morza i ryby, ale także wysokie technologie – wyjaśnia Szatkowski.

Jak wynika z danych Eurostatu, na rynki Unii Europejskiej trafiło w ubiegłym roku ponad 5 mln ton bananów (z rynków pozaeuropejskich). Głównym dostawcą są Ekwador i Kolumbia (odpowiednio 1,47 mln i 1,08 mln ton).

Na poziom sprzedaży bananów mają wpływ również inne owoce, które są dostępne na polskim rynku. Owoce lokalne rodzimej produkcji są znaczącym konkurentem dla bananów. W tym roku wynikało to z embarga Rosji na import owoców pochodzących z krajów UE i tu przykładem są nasze polskie jabłka – mówi Quiza.

Wobec zamknięcia dostępu do rosyjskiego rynku większy odsetek jabłek trafił na rynek krajowy.

Firma Quiza zajmuje się importem bananów i ich dystrybucją na europejskie rynki. Z dostawcami z Ameryki Południowej współpracuje od ponad 20 lat.

Mamy dwa kanały dystrybucji. Jeden kanał to sprzedaż bananów zielonych, które bezpośrednio z portu wyładunku w Europie trafiają do klientów zagranicznych na wszystkich rynkach Unii Europejskiej, począwszy od Wielkiej Brytanii po Szwecję – wyjaśnia dyrektor zarządzający firmy Quiza.

Drugi kanał dystrybucji to sprzedaż bananów żółtych, które po zakończonym procesie dojrzewania w centrum dystrybucyjnym spółki w Gdyni trafiają do sieci handlowych w Polsce i krajach ościennych, głównie na Litwie i Łotwie.

Plany na przyszłość to przede wszystkim utrzymanie pozycji rynkowej i próba rozwoju na silnie skoncentrowanym rynku detalicznym. Rynek ten w Polsce w ostatnich latach zmienił się diametralnie, przede wszystkim mówimy o ekspansji międzynarodowych sieci handlowych, które wprowadziły dystrybucję produktów spożywczych poprzez sklepy w ramach jednej sieci handlowej – mówi Szatkowski.