Bezpieczne zakupy w e-sklepie

Wedle przeprowadzanych w ostatnich latach badań rynku, już około 15 mln Polaków przynajmniej raz w życiu zrobiło zakupy przez Internet. Dawne obawy wirtualnych klientów zastępowane są przekonaniem o wygodzie, szybkim czasie i atrakcyjnych warunkach cenowych e-sprawunków. Sytuację nabywców poprawiła również obowiązująca od niemal roku nowa ustawa o prawach konsumenta, która zakłada m.in. konieczność posiadania przejrzystego regulaminu e-sklepu.

W związku z komputeryzacją i wirtualizacją życia codziennego, coraz większą popularnością cieszą się sklepy internetowe. Proponują nieograniczone możliwości zakupów, oferując różnorodne produkty i usługi. Jako że zawarcie takiej umowy kupna-sprzedaży odbywa się bez fizycznej obecności stron, ale za to przy pomocy różnorodnych instrumentów (tzw. aplikacji), które umożliwiają dokonanie wyboru produktu, jego kupna i ostatecznego sfinalizowania umowy, konieczne stało się zastosowanie szczególnych wymagań w tym zakresie.

Aktualnie obowiązująca ustawa wprowadziła do przepisów dotychczas obowiązującego prawa liczne udogodnienia dla klientów i jednocześnie nałożyła na podmioty prowadzące sklepy internetowe wiele zadań – w tym obowiązek dostosowania regulaminu do nowego stanu prawnego – mówi Adam Puchacz, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Regulamin zgodny z zasadami

Regulamin sklepu internetowego powinien być zgodny z aktualnym stanem prawnym. Jednak mimo upływu dość długiego czasu od wejścia w życie ustawy o prawach konsumenta, wciąż często mają miejsce przypadki niedostosowania regulaminu do aktualnie obowiązujących przepisów.

Po pierwsze, dzięki ustawie większe są obowiązki informacyjne sprzedawców wobec konsumentów. Klienci powinni uzyskać wszelkie informacje dotyczące przedmiotu umowy najpóźniej do chwili wyrażenia woli związania się umową. Informacje w języku polskim powinny być przekazane w sposób jasny, zrozumiały i niewprowadzający w błąd. Istotnym punktem regulaminów powinny być również dokładnie określone prawa konsumenta, w tym prawo odstąpienia od umowy wraz z procedurą takiego postępowania. Co ważne, wszelkie informacje dotyczące transakcji, w tym regulamin sklepu, muszą zostać przedstawione konsumentowi na trwałym nośniku, takim jak wydruk, nagrana płyta CD lub pendrive. Nie może to nastąpić później niż w chwili dostarczenia produktu lub przed rozpoczęciem świadczenia usługi.

Zwiększone obowiązki informacyjne przejawiają się również w dokładnym opisaniu przedmiotu umowy. – Sprzedawca musi podać główne cechy świadczenia (z uwzględnieniem przedmiotu świadczenia oraz sposobu porozumiewania się z konsumentem), swoje dane (np. adres, numer telefonu), łączną cenę za świadczenie (lub sposób, w jaki cena zostanie ustalona) oraz informacje dotyczące sposobu zapłaty, terminu realizacji i czasu trwania umowy – mówi Adam Puchacz z kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu. – Oczywiście liczba kryteriów, które należy podać zależna jest od przedmiotu umowy – dodaje ekspert.

Najważniejsze zmiany na korzyść klienta

Ustawa o prawach konsumenta wprowadziła szereg zmian, które sprzedawca powinien uwzględnić we własnym regulaminie. Poniżej wymieniamy najważniejsze z nich.

Odstąpienie od umowy

Wydłużony został termin na odstąpienie konsumenta od umowy bez podawania przyczyny i bez ponoszenia kosztów takiego odstąpienia. Wyjątkiem są wydatki takie, jak wybrany przez klienta koszt sposobu dostarczenia rzeczy czy zapłata za świadczenia spełnione do chwili odstąpienia od umowy. Obecnie termin na odstąpienie od umowy wynosi 14 dni.

Odesłanie towaru

Koszt odesłania towaru, np. w razie odstąpienia od umowy, ponosi kupujący. Oczywiście możliwe jest odrębne uregulowanie powyżej kwestii między stronami w drodze umowy.

Reklamacje

Istotną zmianą jest przemodelowanie procedury reklamacyjnej. Zmiana wiąże się z wadliwością towaru. Szczególnie ważnym jest wydłużenie z 6 do 12 miesięcy okresu domniemania, że wada towaru występowała już podczas jego wydania.

Stosowanie poprzedniego regulaminu

W uaktualnionym regulaminie powinien znaleźć się zapis, iż do umów zawartych przed dniem wejścia w życie ustawy o prawach konsumenta stosuje się przepisy, które obowiązywały w momencie zawarcia umowy.

Kara grzywny

Ustawodawca umożliwia karanie przedsiębiorców, którzy nie spełniają wymagań dotyczących udzielenia informacji lub wydania dokumentów poprzez możliwość nałożenia na nich grzywny w wysokości do 5.000 zł.

Uwaga na klauzule niedozwolone

Podczas tworzenia regulaminu, należy zwrócić szczególną uwagę na jego zgodność z obowiązującym prawem. Bardzo często jego naruszenie polega na zamieszczaniu formuł, które określane są jako tzw. klauzule niedozwolone (klauzule abuzywne). Są to postanowienia, które nie zostały indywidualnie uzgodnione z konsumentem i które kształtują jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami, rażąco naruszając jego interes. Skutkiem wystąpienia takiej formuły jest jej niewiążący charakter.

Rejestr klauzul niedozwolonych prowadzony jest przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W razie stwierdzenia, iż dany zapis umowy (regulaminu) narusza interes konsumenta, Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie wydaje wyrok, na podstawie którego wpisywany jest on do publicznego rejestru, dostępnego dla każdego (na stronie https://uokik.gov.pl/). – Mnogość klauzul sprawia, że nie jest możliwe przytoczenie ich wszystkich, jednak należy zdawać sobie sprawę, iż w rejestrze bardzo często znajdują się wpisy postanowień, które pojawiają się w większości regulaminów tworzonych na bazie wzorów internetowych bez uprzedniej konsultacji z prawnikiem – tłumaczy ekspert kancelarii JKP Adwokaci.

Przykładowe klauzule niedozwolone:

„Zwracany towar nie może nosić śladów użycia i musi posiadać nienaruszone oryginalne opakowanie. Razem ze zwracanym produktem należy przesłać kopię faktury.”

„Artykuły zamówione przez stronę www i odebrane osobiście nie podlegają zwrotowi.”

„Składając reklamację, Kupujący powinien dostarczyć reklamowany towar należycie zapakowany, wraz z wszelkimi dokumentami wydanymi przy zakupie towaru.”

Polacy rejestrują coraz więcej „anglików”

Od przeszło dwóch miesięcy można w Polsce zarejestrować tzw. anglika. Z dniem 15 sierpnia br. weszło w życie rozporządzenie Ministra Infrastruktury i Rozwoju, które zezwoliło na rejestrację pojazdów z kierownicą zamontowaną po prawej stornie bez konieczności jej przenoszenia. Czy zniesienie tego dotychczasowego wymogu sprawiło, że Polacy zaczęli chętniej sprowadzać auta z Wielkiej Brytanii i Irlandii?Vauxhall Insignia Hatchback

Zmiana przepisów wymuszona przez Unię Europejską

Władze państwowe od samego początku odnosiły się bardzo krytycznie do możliwości rejestracji „anglików” bez tzw. przekładki, czyli dokonania zmiany położenia układu kierowniczego. Niechęć wobec takiej możliwości argumentowano przede wszystkim względami bezpieczeństwa (np. problem z wyprzedzaniem na typowej w polskich warunkach drodze z jednym pasem ruchu w każdym kierunku) i nieprzystosowaną infrastrukturą (np. obsługa szlabanów i bramek autostradowych).

Zmianę w tym względzie przyniosło orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z marca 2014 roku. Wymusiło ono nowelizację przepisów, gdyż – jak stwierdzono – dotychczasowy wymóg przeniesienia kierownicy był niezgodny z unijnym prawem i zarazem ograniczał swobodę przepływu towarów wewnątrz UE. We wrześniu 2014 roku w resorcie infrastruktury ruszyły prace legislacyjne nad zmianą uregulowań prawnych, które ostatecznie zakończono 31 lipca br. opublikowaniem w Dzienniku Ustaw stosownych rozporządzeń.

Ile kosztuje dostosowanie „anglika” do ruchu prawostronnego?

Zgodnie z nowymi przepisami pojazd wyposażony w kierownicę po prawej stronie może zostać zarejestrowany pod warunkiem, że zostanie odpowiednio dostosowany do ruchu prawostronnego i poruszania się po polskich drogach. Najważniejsze są w tym względzie trzy elementy: przednie reflektory (i ewentualnie przeniesienie tylnego światła przeciwmgielnego na lewą stronę), lusterka wsteczne i zegary pokazujące prędkość w kilometrach (a nie milach) na godzinę.

Jak obliczono, takie przeróbki mogą wiązać się z wydatkiem od 700 do 1,5 tys. złotych. Oznacza to dużą oszczędność, gdyż koszt wymaganego dotąd przełożenia układu kierowniczego z prawej strony na lewą i dostosowania innych elementów waha się od 5 do 10 tys. złotych w zależności od modelu pojazdu.

Jak kształtują się pozostałe opłaty związane z rejestracją „anglików”? Za wydanie dowodu rejestracyjnego w wydziale komunikacji urzędu gminy zapłacimy tyle samo, jak w przypadku „europejczyków”, czyli 256 złotych. Koszt obowiązkowego ubezpieczenia OC jest natomiast w pełni uzależniony od firmy ubezpieczeniowej i przez to bardzo zróżnicowany. Niektóre agencje podnoszą cenę polisy dla „anglików” nawet trzykrotnie, ale można znaleźć też takiego ubezpieczyciela, który oferuje jednakową cenę zarówno dla typowych pojazdów z kierownicą po lewej stronie, jak i tych w wersji angielskiej.

Niewielki, ale systematyczny wzrost zainteresowania rejestracją „anglików”

Chociaż od momentu zmiany przepisów nie zaobserwowano wielkiego boomu w sprowadzaniu aut z Wielkiej Brytanii i Irlandii, to jednak z dnia na dzień systematycznie zwiększa się zainteresowanie ich rejestracją. Eksperci rynku motoryzacyjnego zauważają, że na największych stronach motoryzacyjnych pojawia się coraz więcej ogłoszeń dotyczących sprzedaży „anglików”.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy nasi wykwalifikowani tłumacze przysięgli zaobserwowali wzrost zleceń na przekłady dokumentów samochodowych – mówi przedstawiciel Biura Tłumaczeń 123tłumacz.pl. Największą grupę w obrębie tego rodzaju dokumentacji stanowią dowody rejestracyjne, akty własności, certyfikaty kontroli technicznej i karty pojazdów pochodzących z Wielkiej Brytanii i Irlandii. To pokazuje, że rośnie zapotrzebowanie na profesjonalne tłumaczenia przysięgłe w związku z wprowadzoną niedawno możliwością zarejestrowania samochodów z kierownicą po prawej stronie – dodaje ekspert.

Analitycy rynku motoryzacyjnego zauważyli, że dotąd z Wysp Brytyjskich sprowadzano najczęściej samochody marki Land Rover. Praktyka pokazała, że przeniesienie w nich kierownicy z prawej na lewą stronę nie stanowiło większego kłopotu i było stosunkowo tanie. Okazuje się, że zmiana przepisów przyniosła również zmianę preferencji klientów z Polski. Obecnie wśród używanych „anglików” najbardziej poszukiwane są średnio 10-letnie samochody, głównie produkcji niemieckiej – Volkswagen, Audi, Opel i BMW. Eksperci przekonują, że można je kupić nawet o 8–10 tys. złotych taniej w porównaniu do tych, które są dostępne na rynku europejskim. Należy jednak pamiętać, że sprowadzenie samochodu z Wysp Brytyjskich to dość skomplikowana operacja, która ze względu na duży dystans do pokonania może kosztować nawet 3 tys. złotych. Oznacza to, że cena tej usługi staje się nawet trzykrotnie wyższa, niż w przypadku „ściągnięcia” używanego auta z Niemiec czy Francji.

Źródło: Biuro Tłumaczeń 123tlumacz.pl

APS Energia czeka na otwarcie rynku irańskiego, chce też otworzyć spółkę w Stanach Zjednoczonych

CEO Magazyn Polska

Zajmująca się produkcją i instalacją przemysłowych systemów zasilania awaryjnego APS Energia jeszcze w tym roku utworzy spółki zależne w Turcji, dzięki którym będzie obsługiwać od przyszłego roku rynek irański. Trwają także intensywne prace nad wejściem na rynek amerykański, który ma szczególny potencjał. Ocenia się, że do 2018 roku rynki europejski i amerykański wygenerują aż 45 proc. przychodów firm produkujących przemysłowe awaryjne systemy zasilania.

Jeszcze w tym roku planujemy otworzyć spółki w Turcji. W związku z potencjalnym otwarciem rynku irańskiego w styczniu przyszłego roku i dołączeniem irańskich banków do systemu SWIFT obsługiwalibyśmy ten rynek poprzez spółki w Turcji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Szewczyk, prezes zarządu APS Energia. – Jeśli to nie byłoby możliwe, planujemy otworzyć organizację APS Energia w Dubaju.

Jak dodaje, spółka intensywnie pracuje nad wejściem na rynek amerykański. W tym momencie trwa proces certyfikacji urządzeń w systemie UL.

Analizując inwestycje w nafcie i gazie, niewątpliwie w polu naszych zainteresowań będzie Bliski Wschód i oczywiście Ameryka Północna – Stany Zjednoczone i Kanada – wymienia prezes APS Energia – Ale nie uciekamy od obecności na rynkach zachodnich. Są tam pewne problemy związane z barierą wejścia na te rynki, ale mam nadzieję, że sobie z tym poradzimy – dodaje.

Według danych z raportu Frost & Sullivan coraz więcej firm będzie inwestować w przemysłowe zasilacze awaryjne, które ograniczają braki w dostawach energii. Światowy rynek wyceniany jest na 1,13 mld dol., a do 2018 roku ma być warty 1,38 mld dol.

Raport Frost & Sullivan wskazuje, że właśnie z powodu niskiego zasilania i braku w jego dostawach europejskie firmy tracą nawet do 150 mld euro rocznie. W Stanach Zjednoczonych jest to nawet 188 mld dol. rocznie. Do 2018 roku rynki europejski i amerykański będą generowały 45 proc. zapotrzebowania na przemysłowe systemy awaryjnego zasilania, zaś region Azji i Pacyfiku 26 proc.

Firma APS Energia już teraz działa na wielu zagranicznych rynkach. W wielu przypadkach poprzez filie, partnerów handlowych, ale także poprzez spółki zależne: OOO APS Energia RUS, APS Energia Caucasus LLC działająca w Azerbejdżanie, TOO APS Energia Kazachstan, APS Energia Czech s.r.o. oraz OOO APS Energia Ukraina.

W Rosji spółka APS Energia ma 10 proc. udziału w całym rynku, który wart jest nawet 500 mln zł rocznie. W 2015 roku całkowity eksport APS Energia powinien osiągnąć około 50 proc. przychodów.

Eksport w tym roku nie stanowi tak dużej wartości jak chociażby w roku poprzednim. Wynika to z tego, że w Polsce jest teraz bardzo dużo inwestycji w energetyce i zarówno APS Energia w dziedzinie systemów zasilania, jak i nasza spółka portfelowa ENAP SA mają bardzo dobre wyniki i dużo projektów do zrealizowania – wyjaśnia Piotr Szewczyk.

Szacunkowa wartość polskiego rynku zasilania awaryjnego waha się w zależności od roku między 25 a 40 mln zł. W ostatnich latach oscyluje jednak wokół górnej granicy, głównie z powodu apogeum inwestycji w dużej energetyce systemowej.

Złoty umocni się po wyborach. Reformy w Chinach i opóźnienie podwyżki stóp w USA powinny wesprzeć polską walutę

CEO Magazyn Polska

Odsunięcie podwyżek stóp procentowych w USA oraz reformy gospodarcze zapowiadane przez chińskie władze powinny w najbliższych tygodniach wspomagać waluty rynków wschodzących. W tej grupie znajduje się także polski złoty, który jest jednak dodatkowo obarczony czynnikiem ryzyka politycznego. Po ogłoszeniu wyniku wyborów i strategii nowego rządu niepokój wokół złotego powinien zniknąć, gdyż obietnice wyborcze zwykle przegrywają z realiami ekonomicznymi.

– Wartość złotego obecnie kształtują trzy główne czynniki. Pierwszym jest tempo wzrostu gospodarczego na świecie, drugim polityka pieniężna Rezerwy Federalnej oraz ECB, a trzecim wybory parlamentarne w Polsce – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mirosław Boniecki, prezes zarządu Wspólnego Rynku, organizatora społecznościowej wymiany walut dla firm.

Polski złoty w dalszym ciągu zaliczany jest przez inwestorów do kategorii walut rynków wschodzących. Sprawia to, że wszelkie międzynarodowe zawirowania negatywnie odbijają się na jego wartości. Takim negatywnym czynnikiem były ostatnio chociażby pogarszające się dane płynące z chińskiej gospodarki.

– Chiny są importerem netto wielu surowców i ropy. Osłabienie importu spowodowało na tych rynkach spadek cen, który uderzył w gospodarki rynków wschodzących. Z kolei w USA wzrost gospodarczy spowodował ożywienie oczekiwań na wzrost stóp procentowych, co grozi wzrostem kosztów obsługi zadłużenia krajów rynków wschodzących – wyjaśnia Boniecki.

Z najnowszych danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że w 2015 roku z rynków wschodzących odpłynie netto 540 mld dol. kapitału, co oznacza pierwszy ujemny bilans od lat 80. Dodatkowo MFW stwierdził, że firmy prywatne w tych krajach mają zadłużenie przekraczające bezpieczny poziom o 3 bln dol.

Z drugiej strony prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych uległo ostatnio przesunięciu na początek przyszłego roku. Powodem są zarówno gorsze od oczekiwań dane z tamtejszego rynku pracy i niska inflacja, jak i negatywny wpływ globalnego spowolnienia gospodarczego i zawirowań na rynkach finansowych.

– Ważne jest również to, że rząd Chin zapowiada też nowy pakiet reform, który ma uchronić ten kraj przed spadkiem wzrostu gospodarczego. Te zapowiedzi i oczekiwania, jeżeli się zmaterializują, a myślę, że prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza jest obecnie relatywnie wysokie, to mogą uchronić rynki wschodzące od dalszego odpływu kapitału – ocenia prezes firmy Wspólny Rynek.

Realizację tegorocznych celów gospodarczych chińskich władz wspierają ostanie prognozy banku Goldman Sachs i Deutsche Banku. Taki scenariusz byłby pozytywny dla notowań polskiej waluty, która w przeciągu najbliższych tygodni może zyskać na wartości. Pozytywnym czynnikiem będzie także rozstrzygnięcie wyborów parlamentarnych i zmniejszenie presji związanej z niepewnością dotyczącą polityki gospodarczej nowego rządu.

– W tej chwili panuje duża niepewność związana z wieloma obietnicami wyborczymi, które padają z ust różnych partii. To powoduje wzrost ryzyka wokół naszego kraju – twierdzi Boniecki.

Dlatego jego zdaniem polski złoty praktycznie w ogóle nie wziął udziału w ostatnim umocnieniu walut rynków wschodzących i na tle chociażby węgierskiego forinta czy czeskiej korony pozostaje w ostatnich dniach relatywnie słaby. Powodem są właśnie nadchodzące wybory.

– Zmniejszenie tej niepewności i podanie większej liczby konkretów na temat przyszłej polityki nowego rządu rozwieje wiele wątpliwości i zmniejszy tę niepewność, co może dobrze wpłynąć na złotego – podsumowuje Boniecki.

Michael Page: Nadchodzą dobre czasy dla firm zawodowo rekrutujących pracowników dla innych podmiotów

CEO Magazyn Polska

Już 14,7 proc. pracodawców deklaruje zwiększenie poziomu zatrudnienia w ciągu najbliższych 3 miesięcy – wynika z raportu „Barometr Rynku Pracy 4”. Rosnący popyt na pracowników stwarza pole do rozwoju dla firm wyspecjalizowanych w prowadzeniu rekrutacji, takich jak Page Group. Grupa świadczy swoje usługi na wszystkich szczeblach zawodowych – począwszy od absolwentów, a skończywszy na wyższej kadrze menadżerskiej.  

– Warszawskie biuro otworzyliśmy jako pierwsze w Polsce w 2005 roku. To były nasze początki. Z drugiej strony jesteśmy firmą globalną, która działa na rynku już niemal 40 lat. Know-how, z którym weszliśmy, rzeczywiście pozwolił nam osiągnąć wiele sukcesów w stosunkowo krótkim czasie – mówi Paweł Wierzbicki, dyrektor w Michael Page, jednym z trzech brandów Page Group w Polsce.

Mimo kryzysu, który przypadł na pierwsze lata działalności w Polsce, firma Michael Page skutecznie obsłużyła blisko 2 tysiące organizacji, zarówno z kapitałem krajowym, jak i firm międzynarodowych, mających w Polsce swoje oddziały.

– Dzisiaj mamy biura w Warszawie, Katowicach i we Wrocławiu. Planujemy też otwarcie kolejnych, ale jeszcze nie mogę podać szczegółów. Zatrudniamy już kilkudziesięciu konsultantów w kilkunastu dywizjach i z dużą nadzieją patrzymy w przyszłość – tłumaczy Wierzbicki.

W ocenie dyrektora Michael Page Polska jest dla firm z branży rekrutacyjnej bardzo atrakcyjnym miejscem. W porównaniu do innych europejskich państw rynek ten cechuje się stabilną gospodarką i dynamicznym wzrostem.

– Cały polski rynek rekrutacyjny będzie rósł. Obserwujemy, że za granicą, we Francji czy w Niemczech, firmom rekrutacyjnym powierza się w zasadzie około 45 proc. rekrutacji w gospodarce. W Polsce jest to około 20 proc., takie są szacunki – prognozuje Wierzbicki.

Michael Page International rozpoczął swoją działalność w Polsce od świadczenia usług rekrutacji finansowo-księgowych. Oprócz tego spółka zajmuje się procesem rekrutacji dla instytucji finansowych, banków czy w obszarze sprzedaży i marketingu, zakupów i logistyki. Dodatkowo od dwóch lat obsługiwane są także spółki z sektora IT.

– Jeżeli chodzi o nasz zakres usług, to dziś jest to pozyskiwanie i selekcja. Mamy dość unikalny i ciekawy model biznesowy, ponieważ oprócz tych specjalizacji merytorycznych, mamy także trzy brandy w Polsce – wyjaśnia dyrektor Michael Page International.

Pierwszą z marek jest Page Personnel – zajmująca się rekrutacjami na poziomie specjalistycznym. Usługami tego typu objęci są głównie absolwenci uczelni wyższych z co najmniej rocznym doświadczeniem zawodowym. Po kilku latach zdobywania doświadczeń zawodowych i przejściu na szczebel menedżerski trafiają pod opiekę zespołu Michael Page.

– Kiedy pracownik dochodzi do najwyższych pozycji zarządczych, wchodzi pod skrzydła naszego zespołu Page Executive. Dzisiaj mamy trzy brandy w Polsce, trzy biura i grupę kilkudziesięciu konsultantów – dodaje Wierzbicki.

Michael Page to międzynarodowa spółka z główną siedzibą w Wielkiej Brytanii. Firma została założona w 1976 roku. Obecnie osiąga przychody przekraczające 1 miliard funtów rocznie. Akcjami spółki można handlować na londyńskiej giełdzie papierów wartościowych (LSE).

Nowa zapora na Wiśle zwiększy bezpieczeństwo energetyczne i przeciwpowodziowe Polski

CEO Magazyn Polska

Budowa drugiego stopnia wraz z elektrownią wodną na Wiśle, a docelowo postulowana przez ekspertów kaskada Dolnej Wisły znacząco zwiększą bezpieczeństwo energetyczne i przeciwpowodziowe. Budowa II stopnia wodnego w okolicach Ciechocinka mogłaby się rozpocząć w ciągu 3 lat od uzyskania prawomocnej decyzji środowiskowej. Jest ona bardzo ważna dla regionu Kujaw i Pomorza, którym przyniesie wiele korzyści gospodarczych i społecznych.

– Projekt stworzenia drugiego stopnia na Wiśle jest obecnie na etapie procedury środowiskowej. Raport o oddziaływaniu inwestycji na środowisko został złożony w lutym tego roku w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Bydgoszczy. Do końca października złożymy uzupełnienie i jeszcze w tym roku powinna zostać wydana decyzja, która umożliwi rozpoczęcie etapu projektowania. Ukończenie budowy II stopnia na Wiśle jest możliwe w ciągu 9-10 lat od uzyskania prawomocnej decyzji środowiskowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Janusz Granatowicz, dyrektor Projektu Wisła w Energa Invest SA.

Planowany drugi stopień wodny ma być zlokalizowany w miejscowości Siarzewo koło Ciechocinka, około 30 km od Włocławka, gdzie znajduje się pierwsza zapora na Wiśle. Według planów powstanie tam elektrownia wodna o mocy ok. 80 MW, co pozwoli na wyprodukowanie nawet 350-400 GWh zielonej energii rocznie.

Cel drugi to bezpieczeństwo Doliny Włocławsko-Ciechocińskiej. Na tym odcinku będziemy mieli pełne bezpieczeństwo powodziowe. Dzięki podniesieniu poziomu wody o 3 metry poprawi się także bezpieczeństwo zapory i elektrowni wodnej we Włocławku, której stabilność może być zagrożona – wskazuje Granatowicz.

Inne ważne korzyści to poprawa stabilności i bezpieczeństwa krajowego systemu energetycznego. W sierpniu 2015 r. z uwagi na wielodniową falę upałów PSE na kilka dni wprowadziło najwyższy, 20. poziom zasilania, który oznacza rosnące ryzyko wystąpienia krytycznej awarii krajowego systemu elektroenergetycznego (blackoutu). Efektywne działanie polskich elektrowni było zagrożone, ponieważ poziom wody w rzekach był zbyt niski.

Działająca elektrownia wodna we Włocławku o mocy 160 MW ma zawartą umowę na podniesienie czterech elektrowni systemowych: Pątnowa, Adamowa, Konina i Bełchatowa. Według Polskich Sieci Elektroenergetycznych jest ona ważnym elementem bezpieczeństwa energetycznego Polski. Powstanie drugiego takiego źródła – jak stopień i elektrownia w Siarzewie – dodatkowo poprawi sytuacje na tym obszarze – twierdzi dyrektor Energa Invest SA.

II stopień na Wiśle wraz z elektrownią wodną w pobliżu Ciechocinka będzie nie tylko pozytywnym impulsem dla energetyki i przemysłu w dolnej części Wisły, lecz także ważnym wsparciem dla rolnictwa. Obecnie na terenie Kujaw poważnym problemem jest niedobór wody. Skutkuje to stepowieniem dużych obszarów, co prowadzi do spadku jakości gleb i dalszych niekorzystnych zmian w ekosystemach.

– Oczywiście inwestycja pozwoli niwelować też takie sytuacje, jakie wystąpiły w tym roku m.in. na Wiśle, czyli obniżenie poziomu wody do rzadko spotykanych stanów. Trzeba pamiętać, że niesie to ze sobą wiele negatywnych skutków, a odpowiednie zagospodarowania Wisły pozwala temu przeciwdziałać – mówi dyrektor Granatowicz.

Funkcjonująca zapora we Włocławku oraz planowany II stopień w okolicy Ciechocinka wpisują się w postulowaną przez ekspertów koncepcję budowy kaskady na Wiśle. Byłby to system kilku kolejnych stopni wodnych, który podniesie poziom wody na rzece i tym samym umożliwi jej wszechstronne wykorzystanie, m.in. do żeglugi, nawodnień rolniczych czy produkcji energii. Taka kaskada na Dolnej Wiśle mogłaby przynieść ogromne korzyści gospodarcze, środowiskowe i społeczne. Jako przykład może posłużyć polityka UE w dziedzinie transportu, która premiuje zwiększenie udziału alternatywnych rodzajów transportu wobec drogowego. Biała księga KE ds. transportu z 2011 r. zawiera cel w postaci przeniesienia do 2050 r. 50 proc. transportu towarów na dalekie odległości z dróg na inne rodzaje transportu. Budowa kaskady na Wiśle w kontekście europejskiej polityki transportowej jest zatem koniecznym minimum.

Dzięki wspomnianej kaskadzie na Wiśle powstanie droga wodna klasy międzynarodowej, która pozwoli na przeniesienie dużej części transportu drogowego na wodę. Oczywiście tego typu inwestycja to ważny gospodarczo i strategicznie dla Polski projekt. Jednym z jego pozytywnych skutków będą miejsca pracy. Eksperci szacują, że na stałe, oprócz etapu budowy, co najmniej 10 tys. osób będzie miało zatrudnienie tylko przy obsłudze gospodarczej portów, które się rozwiną, stoczni, oraz całego przemysłu transportowo-wytwórczego – wymienia Granatowicz.

J. Granatowicz (Energa Invest): Nowa zapora na Wiśle zwiększy bezpieczeństwo energetyczne i przeciwpowodziowe Polski

CEO Magazyn Polska

Budowa drugiego stopnia wraz z elektrownią wodną na Wiśle, a docelowo postulowana przez ekspertów kaskada Dolnej Wisły znacząco zwiększą bezpieczeństwo energetyczne i przeciwpowodziowe. Budowa II stopnia wodnego w okolicach Ciechocinka mogłaby się rozpocząć w ciągu 3 lat od uzyskania prawomocnej decyzji środowiskowej. Jest ona bardzo ważna dla regionu Kujaw i Pomorza, którym przyniesie wiele korzyści gospodarczych i społecznych.

– Projekt stworzenia drugiego stopnia na Wiśle jest obecnie na etapie procedury środowiskowej. Raport o oddziaływaniu inwestycji na środowisko został złożony w lutym tego roku w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Bydgoszczy. Do końca października złożymy uzupełnienie i jeszcze w tym roku powinna zostać wydana decyzja, która umożliwi rozpoczęcie etapu projektowania. Ukończenie budowy II stopnia na Wiśle jest możliwe w ciągu 9-10 lat od uzyskania prawomocnej decyzji środowiskowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Janusz Granatowicz, dyrektor Projektu Wisła w Energa Invest SA.

Planowany drugi stopień wodny ma być zlokalizowany w miejscowości Siarzewo koło Ciechocinka, około 30 km od Włocławka, gdzie znajduje się pierwsza zapora na Wiśle. Według planów powstanie tam elektrownia wodna o mocy ok. 80 MW, co pozwoli na wyprodukowanie nawet 350-400 GWh zielonej energii rocznie.

Cel drugi to bezpieczeństwo Doliny Włocławsko-Ciechocińskiej. Na tym odcinku będziemy mieli pełne bezpieczeństwo powodziowe. Dzięki podniesieniu poziomu wody o 3 metry poprawi się także bezpieczeństwo zapory i elektrowni wodnej we Włocławku, której stabilność może być zagrożona – wskazuje Granatowicz.

Inne ważne korzyści to poprawa stabilności i bezpieczeństwa krajowego systemu energetycznego. W sierpniu 2015 r. z uwagi na wielodniową falę upałów PSE na kilka dni wprowadziło najwyższy, 20. poziom zasilania, który oznacza rosnące ryzyko wystąpienia krytycznej awarii krajowego systemu elektroenergetycznego (blackoutu). Efektywne działanie polskich elektrowni było zagrożone, ponieważ poziom wody w rzekach był zbyt niski.

Działająca elektrownia wodna we Włocławku o mocy 160 MW ma zawartą umowę na podniesienie czterech elektrowni systemowych: Pątnowa, Adamowa, Konina i Bełchatowa. Według Polskich Sieci Elektroenergetycznych jest ona ważnym elementem bezpieczeństwa energetycznego Polski. Powstanie drugiego takiego źródła – jak stopień i elektrownia w Siarzewie – dodatkowo poprawi sytuacje na tym obszarze – twierdzi dyrektor Energa Invest SA.

II stopień na Wiśle wraz z elektrownią wodną w pobliżu Ciechocinka będzie nie tylko pozytywnym impulsem dla energetyki i przemysłu w dolnej części Wisły, lecz także ważnym wsparciem dla rolnictwa. Obecnie na terenie Kujaw poważnym problemem jest niedobór wody. Skutkuje to stepowieniem dużych obszarów, co prowadzi do spadku jakości gleb i dalszych niekorzystnych zmian w ekosystemach.

– Oczywiście inwestycja pozwoli niwelować też takie sytuacje, jakie wystąpiły w tym roku m.in. na Wiśle, czyli obniżenie poziomu wody do rzadko spotykanych stanów. Trzeba pamiętać, że niesie to ze sobą wiele negatywnych skutków, a odpowiednie zagospodarowania Wisły pozwala temu przeciwdziałać – mówi dyrektor Granatowicz.

Funkcjonująca zapora we Włocławku oraz planowany II stopień w okolicy Ciechocinka wpisują się w postulowaną przez ekspertów koncepcję budowy kaskady na Wiśle. Byłby to system kilku kolejnych stopni wodnych, który podniesie poziom wody na rzece i tym samym umożliwi jej wszechstronne wykorzystanie, m.in. do żeglugi, nawodnień rolniczych czy produkcji energii. Taka kaskada na Dolnej Wiśle mogłaby przynieść ogromne korzyści gospodarcze, środowiskowe i społeczne. Jako przykład może posłużyć polityka UE w dziedzinie transportu, która premiuje zwiększenie udziału alternatywnych rodzajów transportu wobec drogowego. Biała księga KE ds. transportu z 2011 r. zawiera cel w postaci przeniesienia do 2050 r. 50 proc. transportu towarów na dalekie odległości z dróg na inne rodzaje transportu. Budowa kaskady na Wiśle w kontekście europejskiej polityki transportowej jest zatem koniecznym minimum.

Dzięki wspomnianej kaskadzie na Wiśle powstanie droga wodna klasy międzynarodowej, która pozwoli na przeniesienie dużej części transportu drogowego na wodę. Oczywiście tego typu inwestycja to ważny gospodarczo i strategicznie dla Polski projekt. Jednym z jego pozytywnych skutków będą miejsca pracy. Eksperci szacują, że na stałe, oprócz etapu budowy, co najmniej 10 tys. osób będzie miało zatrudnienie tylko przy obsłudze gospodarczej portów, które się rozwiną, stoczni, oraz całego przemysłu transportowo-wytwórczego – wymienia Granatowicz.

Skomplikowane bariery prawne największą barierą rozwojową dla małych i średnich firm

CEO Magazyn Polska

W Polsce zarejestrowanych jest około 1,8 mln firm, z czego 99,8 proc. stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa. Ten sektor tworzy ponad 6 mln miejsc pracy i wytwarza blisko połowę polskiego PKB. Jak wynika z raportu czasopisma „My Company Polska”, sektor napotyka liczne bariery rozwoju, z których największą są skomplikowane regulacje prawne. Na kolejnych miejscach znalazły się wysokie koszty pracy, podatki i biurokracja.

Małe i średnie przedsiębiorstwa to jest fundamentalna sprawa dla każdej gospodarki, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. To są gazele gospodarki, przedsiębiorstwa sprytne, które wciskają się w takie obszary i nisze, co do których wielkie przedsiębiorstwo się nie wciśnie – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Jak zaznacza prof. Mączyńska, silny sektor MŚP jest podstawą zachowania zasady konkurencji, która nie pozwala na pełne zdominowanie rynku przez duże korporacje. To fundament gospodarki rynkowej. Cechą dobrze zarządzanej gospodarki jest istnienie systemu reguł prawnych, który wspiera działanie MSP.

Małe i średnie przedsiębiorstwa napotykają bariery w rozwoju. Z badania „Biznes a polityka” zrealizowanego na zlecenie czasopisma „My Company Polska” wynika, że tych barier rozwojowych jest wiele – zauważa prof. Mączyńska.

52 proc. małych i średnich firm wskazało, że największą z barier są niejasne reguły prawne.

Przedsiębiorstwa małe czują się dyskryminowane w związku z tym, jak w Polsce funkcjonuje prawo. Małe przedsiębiorstwa nie mogą sobie pozwolić na to, na co stać wielkie przedsiębiorstwa, a mianowicie na bardzo rozbudowaną profesjonalną obsługę prawną – wyjaśnia prezes PTE.

Skomplikowane otoczenie prawne, w którym funkcjonuje przedsiębiorstwo, przekłada się na wzrost kosztów zarządzania. Wynika to ze znacznych nakładów czasu i środków finansowych koniecznych do przebrnięcia przez szereg aktów prawnych.

W skrajnym przypadku te zawiłości prawa mogą prowadzić do upadłości. Wiele mamy takich przypadków, że przedsiębiorstwo wskutek niezrozumienia rozwiązań w VAT albo niewłaściwej ich interpretacji po latach muszą płacić ogromne odsetki, na które je nie stać. Wtedy dochodzi do upadłości – tłumaczy prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Blisko połowa małych i średnich przedsiębiorców wskazała, że rozwój biznesu w Polsce hamują wysokie koszty pracy i biurokracja. 42 proc. podkreśliło, że przeszkodą są wysokie podatki. Co trzeciemu przeszkadza uznaniowość interpretacji prawa.

W ocenie profesor Mączyńskiej w Europie przykładem modelowego wsparcia małych i średnich przedsiębiorstw są Niemcy. Nasi zachodni sąsiedzi rozwinęli odpowiednie systemy pomocowe dla sektora w formie kredytów czy poręczeń majątkowych.

Charakterystyczne jest to, że w Niemczech istnieją do tej pory środki z Funduszu Marshalla, tyle lat po wojnie. Bo udziela się pomocy na zasadzie zwrotnej, czyli te pieniądze ciągle są wykorzystywane na pomoc, a równocześnie są zwracane – tłumaczy ekonomistka. – Moim zdaniem darowane jest nieszanowane i tym bardziej trzeba znaleźć środki pomocowe, które by mobilizowały przedsiębiorstwa do racjonalnych działań i odpowiedzialności.

Oprócz form wsparcia materialnego niemieckie przedsiębiorstwa mogą liczyć także na pomoc prawną. Przykładem jest instytut działający przy Uniwersytecie w Mannheim. Jednostka we współpracy z izbami handlowo-przemysłowymi zajmuje się badaniem barier rozwojowych, które napotyka rodzimy biznes, i pracują nad ich rozwiązaniem.

To jest też odpowiedź na pytanie, dlaczego Niemcom udaje się przeciwdziałać różnym nieprawidłowościom w gospodarce i dlaczego w stosunkowo niewielkim stopniu gospodarka niemiecka ucierpiała z powodu kryzysu globalnego. Dużą rolę w tym odgrywają właśnie małe i średnie przedsiębiorstwa – podsumowuje prof. Elżbieta Mączyńska.

Ugoda coraz popularniejszym i bardziej skutecznym rozwiązaniem na rynku zarządzania wierzytelnościami

0

CEO Magazyn Polska

Tylko 2–3 proc. osób, które utraciły płynność finansową, jest w stanie w ciągu pierwszych sześciu miesięcy spłacić swoje zobowiązania. Pozostała grupa przestaje regularnie spłacać zadłużenie. Uruchomienie procedury sądowej lub komorniczej wobec takich osób generuje dodatkowe koszty, więc szanse na spłatę zobowiązań jeszcze maleją. Dlatego firmy zarządzające wierzytelnościami starają się dążyć do ugody, która skutkuje np. rozłożeniem zobowiązań na mniejsze raty i wydłużeniem okresu spłaty.

Zarządzanie wierzytelnościami na przestrzeni lat bardzo się zmieniło. Dzisiaj polska branża zajmująca się obrotem bardzo stara się wpasować w trendy obecne już od wielu lat na rynkach zachodnich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Różycki z firmy Casus Finanse.

Ekspert zwraca uwagę na zmianę mentalności w postrzeganiu zadłużonej osoby. Dziś mowa jest raczej o konsumencie, który z różnych przyczyn stracił płynność finansową, a nie o osobie, która z pełną świadomością unika regulacji zaciągniętych zobowiązań.

Tym bardziej że na utratę możliwości wywiązania się z zaciągniętych zobowiązań wpływa wiele różnych czynników. Należą do nich m.in. utrata pracy, kwestie zdrowotne czy problemy rodzinne. Choć dłużnik nie ma obowiązku informowania o przyczynach trudnej sytuacji, to negocjator firmy zarządzającej wierzytelnościami wspiera konsumentów, którzy potrafią przyznać się do problemów i zadeklarować chęć współpracy.

– Naszym celem jest zbudowanie w społeczeństwie świadomości, że w nowoczesnym zarządzaniu wierzytelnościami najbardziej liczy się stały kontakt i współpraca między osobą, która ma problemy finansowe, a wierzycielem – wyjaśnia Różycki.

Najpopularniejszym narzędziem wykorzystywanym na polskim i europejskim rynku wierzytelności jest ugoda. Dzięki niej możliwe jest utrzymanie dobrego kontaktu pomiędzy stronami oraz możliwie szybkie doprowadzenie do zakończenia sprawy i spłaty zobowiązania.

Ugoda jest uniwersalna z dwóch powodów: zapewnia poczucie szacunku, godności, dzięki wywiązaniu się ze zobowiązania, a jednocześnie daje pewność, że tak długo, jak klient realizuje postanowienia ugody, nie spotka go żadna przykrość w postaci działań sądowych czy komorniczych – tłumaczy przedstawiciel Casus Finanse.

Z badań wynika, że ponad 90 proc. osób, które straciły płynność finansową, nie jest w stanie w krótkim czasie spłacić zadłużenia.

Przymuszanie sądowne czy egzekucyjne generuje tylko jeszcze wyższe koszty po stronie konsumenta, a nie przynosi nikomu tak naprawdę szybkiej korzyści. Tą szybką korzyścią dla obu stron jest ugoda. Daje gwarancję, daje bezpieczeństwo, ale też daje stabilizację branży – ocenia Krzysztof Różycki.

Koniecznym czynnikiem jest jednak dobra wola zadłużonego. W przypadku braku kontaktu z jego strony jedynym rozwiązaniem pozostaje ścieżka formalna, na drodze powództwa sądowego czy późniejszej egzekucji komorniczej.

Najważniejsze dla Grupy Casus Finanse, podobnie jak dla całej branży, jest nakłonienie i przekonanie wszystkich konsumentów, którzy mają problemy finansowe, do tego, że kontakt z wierzycielem to szansa na spokojne i najtańsze rozwiązanie problemu – zaznacza dyrektor operacyjny wrocławskiej firmy.

Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez firmę Casus Finanse przeciętny polski dłużnik to mężczyzna w średnim wieku, a przeciętna kwota niespłaconego zobowiązania wynosi około 5900 zł.

Eksperci Casus Finanse przeanalizowali też wybraną pulę 33 tys. obsługiwanych spraw z sześciu kwartałów kończących się ugodą. Są to sprawy dotyczące zobowiązań finansowych wobec banków, firm pożyczkowych, telekomów i dostawców energii.

Jak wynika z analizy, najwięcej spraw kończących się ugodą dotyczy zobowiązań bankowych. Stanowią one 48 proc. wszystkich spraw doprowadzonych do ugody. Drugie miejsce zajmują firmy pożyczkowe, stanowiąc 40 proc. całości. Ugody związane ze zobowiązaniami wobec dostawców usług telefonicznych i energii mieszczą się w pozostałych 12 proc. Pokazuje to, że osoby ze zobowiązaniem dłużnym najchętniej decydują się na porozumienie z instytucjami, w których mają największe zaległości w spłacie – faktem jest bowiem, że sprawy z banków lub parabanków są najczęściej wyższe kwotowo niż zaległe rachunki za telefony czy energię.

Ruszyła nowa akcja w ramach programu Polskie Nadzieje Olimpijskie. Zebrane środki zostaną przeznaczone na rozwój młodych sportowców i pomoc dzieciom niepełnosprawnym

0

CEO Magazyn Polska

Do końca roku kupując określone produkty Procter & Gamble w sklepach sieci Eurocash oraz Piotr i Paweł, można wesprzeć młodych sportowców i rozwój dzieci chorych i niepełnosprawnych. Ambasadorką akcji została Otylia Jędrzejczak.

Polskie Nadzieje Olimpijskie to program prowadzony przez Polską Fundację Olimpijską przy PKOL oraz Fundację Polsat we współpracy z Procter & Gamble, Telewizją Polsat, PGNIG i Grey Group. Właśnie ruszyła nowa akcja na rzecz programu, trwająca do końca grudnia br., do której włączyli się także klienci P&G – firmy Eurocash i Piotr i Paweł.

Dzięki współpracy z firmami Eurocash, Procter & Gamble oraz Piotr i Paweł klienci, kupując wybrane produkty, będą wspierali akcję Polskie Nadzieje Olimpijskie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Włodzimierz Kleniewski, dyrektor Polskiej Fundacji Olimpijskiej. – Zebrane fundusze trafią do Polskiej Fundacji Olimpijskiej i Fundacji Polsat. W ciągu dwóch lat trwania programu przekazano 22 granty instytucjom, które organizują zajęcia sportowe dla dzieci i młodzieży w całej Polsce.

Program Polskie Nadzieje Olimpijskie wspiera nie tylko młodych sportowców, lecz także pomaga niepełnosprawnym i chorym dzieciom, dla których sport jest formą rehabilitacji i szansą na uczestnictwo w życiu publicznym.

Obecnie 20 proc. pieniędzy z programu trafia do dzieci niepełnosprawnych – zaznacza Krystyna Aldridge-Holc, prezes Fundacji Polsat. To już kolejny projekt, w którym współpracujemy z firmą Procter & Gamble – dodaje.

Procter & Gamble jest jednym z założycieli programu i od kilku lat angażuje się w inicjatywy związane ze sportem. Jako globalny partner Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest sponsorem Igrzysk Olimpijskich, podczas których prowadzi kampanię „Dziękuję Ci, Mamo”, mającą na celu nie tylko wsparcie sportowców, lecz także będącą ukłonem w stronę ich mam.

Zostaliśmy partnerem-współzałożycielem programu „Polskie Nadzieje Olimpijskie, bo jako firmie odpowiedzialnej społecznie zależy nam na tym, żeby wspierać młodych sportowców w rozwoju ich profesjonalnej kariery i żeby pomagać dzieciom poprzez sport w rehabilitacji – podkreśla Justyna Rymkiewicz, manager komunikacji korporacyjnej Procter & Gamble Polska.

W październiku ruszyła akcja na rzecz programu prowadzona w sklepach sieci Piotr i Paweł oraz Eurocash. Może dołączyć do niej każdy, kto do końca roku odwiedzi sklepy i kupi wybrane produkty marek P&G – produkty dla kobiet marki Always, Discreet, Naturella i Gillette Venus, pieluszki i chusteczki Pampers, produkty do pielęgnacji włosów Head & Shoulders, Pantene i Wella, środki do pielęgnacji tkanin Ariel, Bonux, Vizir, Lenor, Fairy, odświeżacze Ambi Pur, produkty dla mężczyzn Gillette i Old Spice, środki do higieny jamy ustnej Oral-B i Blend-a-med i produkty Duracell.

Znając potrzeby polskiego sportu i jego znaczenie w rozwoju dzieci niepełnosprawnych, postanowiliśmy nadać programowi większą skalę. Dlatego włączyliśmy w to naszych partnerów handlowych, chcieliśmy zaangażować również konsumentów i dać im możliwość włączenia się w sposób czynny we wspieranie polskiego sportu oraz dzieci i młodzieży, której sport potrzebny jest do rehabilitacji – tłumaczy Rymkiewicz.

– Programy takie jak ten zasługują na szczególną uwagę. Prosty mechanizm akcji (wystarczy kupić wybrane produkty w odpowiednim sklepie) pomoże dzieciom najbardziej utalentowanym w ich sportowym rozwoju, a one któregoś dnia sięgną po medale – mówi Otylia Jędrzejczak, ambasadorka programu. – Każdy może być częścią programu Polskie Nadzieje Olimpijskie. Kupując produkty, może pomóc spełnić zawodnikom ich marzenia o medalach – dodaje.