J. Chwedoruk (Rothschild): Przyszły rok powinien być dla banków stabilny. Zagrożeniem są dodatkowe koszty kredytów we frankach lub straty górnictwa
Na wyniki sektora bankowego w nadchodzącym roku mogą wpłynąć jedynie niespodziewane decyzje polityczne – twierdzi Jacek Chwedoruk z warszawskiego biura Rothschilda. Mogą być to przede wszystkim dodatkowe obciążenia podatkowe dla sektora oraz ewentualne koszty przewalutowania kredytów we frankach. Zagrożone są również banki państwowe, które zachęcane są przez państwo do pomocy w ryzykownej restrukturyzacji górnictwa.
– Przede wszystkim nie było jakiegoś zdecydowanego obniżenia zysków w sektorze bankowym. To są niewielkie, jednorazowe zdarzenia – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Chwedoruk, dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschilda. – Jednak w I półroczu niewątpliwie kwestia frankowa miała wpływ i banki poczyniły dodatkowe rezerwy na albo gorszą spłacalność tych kredytów, albo po prostu na ewentualne straty przy przewalutowaniu – dodaje.
Po ośmiu miesiącach roku, jak podał we wtorek KNF, zysk netto sektora bankowego z oddziałami zagranicznymi był niższy już o 11,7 proc. niż rok wcześniej i wyniósł 10,33 mld zł. Wynik z działalności bankowej w sektorze był mniejszy o prawie 5,8 proc. i wyniósł niecałe 37 mld zł. Banki na odsetkach zarobiły o 8,5 proc. mniej, a na opłatach i prowizjach o 3 proc. mniej. Również przychody z dywidend były mniejsze o 19 proc. Wzrosły natomiast koszty działalności o 1,7 proc. do 18,6 mld zł, a przede wszystkim koszty ogólnego zarządu, wynikające z wpłat banków na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, które wyniosły 8,5 mld zł, czyli o 4 proc. więcej niż przed rokiem.
Jak zaznacza Jacek Chwedoruk, następny rok dla sektora bankowego powinien być dosyć stabilny, a dużo będzie zależeć od nadchodzących wyborów parlamentarnych oraz sytuacji w przemyśle, a przede wszystkim w restrukturyzowanym górnictwie.
– Dużo było mowy o przewalutowaniu kredytów frankowych i podatkach bankowych czy quasi-podatkach, np. opłatach na Bankowy Fundusz Gwarancyjny – wymienia Jacek Chwedoruk. – Ponieważ przewalutowania w najbliższych miesiącach nie będzie, to nie będzie miało ono wpływu na wyniki banków, ale cały czas będzie miało wpływ na wycenę banków. Dlatego że rynek jednak spodziewa się jakichś działań i strat banków z tym związanych, ale być może nie w perspektywie obecnego półrocza – dodaje.
Według niego ostrożnie też należy podchodzić do kosztów związanych z nakładaniem na sektor kolejnych podatków. Choć w najbliższych miesiącach można się spodziewać nałożenia na banki np. podatku od aktywów czy podatku transakcyjnego, to w dłuższej perspektywie dodatkowe obciążenia banków okażą się dla państwa nieopłacalne.
– Jest znacznie bardziej prawdopodobne, że w najbliższych miesiącach jakieś konkretne decyzje podatkowe będą i one pogorszą wyniki banków, ale wydaje mi się, że nie będą miały kluczowego wpływu na wycenę. Historia takich podatków bankowych jest na szczęście krótka i Węgry są dobrym przykładem. Tam w tej chwili są zmniejszane obciążenia bankowe, dlatego że to po prostu zmniejsza aktywność i zmniejsza potencjał pożyczkowy – twierdzi Jacek Chwedoruk.
Ekspert zwraca uwagę na to, że najbardziej w tym momencie zagrożone są banki państwowe, które zachęcane są przez państwo do wspomagania trudnej i ryzykownej restrukturyzacji finansowej sektora górniczego.
– Zagrożenie przenosi się też na sektor energetyczny, a są to duże sumy. Do tej pory spółki energetyczne były podmiotami bardzo wiarygodnymi, więc ich ocena była wysoka, a ryzyko kredytowe niskie – twierdzi Jacek Chwedoruk.
Warszawska giełda skonsumowała już zwycięstwo PiS-u w wyborach. Ceny akcji uwzględniają zmianę rządu
Wynik wyborów parlamentarnych, który będzie zgodny z obecnymi sondażami, nie powinien wywołać poważniejszej reakcji inwestorów. Dużych zmian notowań akcji można oczekiwać, gdy wyborcy zaskoczą rynek. Ewentualne zwycięstwo PO oznaczałoby wzrosty, a brak wyraźnego zwycięzcy spadki cen. Ewentualna zmiana koniunktury na polskiej giełdzie wymaga jednak poprawy nastrojów także na światowych rynkach.
Po zwycięstwie w wyborach prezydenckich kandydata PiS-u ceny akcji na warszawskiej giełdzie zaczęły spadać. Obecne sondaże wskazują, że także wybory parlamentarne wygrają kandydaci Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie to stworzy nowy rząd. W rezultacie od pierwszej po wyborach prezydenckich sesji na warszawskiej giełdzie, 25 maja, WIG20 stracił ponad 20 proc. To oznacza, że inwestorzy uwzględnili już w swych wycenach zmianę rządu.
– Sondaże jak do tej pory wskazują dosyć jednoznaczny wynik, więc inwestorzy pewnie już zdążyli to uwzględnić w swoich portfelach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Antonik, członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI. – Sądzę, że jeśli wynik okazałby się niezgodny z prognozami, czyli Platforma Obywatelska odzyskałaby pole i wygrała te wybory, to byłby to przynajmniej dla części inwestorów dobra informacja, gdyż nie ma tego czynnika ryzyka.
Z punktu widzenia inwestorów obecnie rządząca partia jest dobrze znana i wiadomo, czego można po niej oczekiwać. Najgorszym scenariuszem natomiast byłoby – według Jarosława Antonika – takie rozstrzygnięcie, które spowodowałoby chaos na scenie politycznej. Brak wyraźnego zwycięzcy, jednoznacznego wskazania przez wyborców ugrupowania, które ma stworzyć rząd, mogłoby oznaczać kolejną falę spadków.
– Jeśli okazałoby się, że sytuacja jest trochę patowa, czyli że żadne z ugrupowań nie jest w stanie samodzielnie rządzić i kolejna pozycja w parlamencie będzie należała do jakiejś nowej partii czy do partii o dosyć radykalnym programie lub bez programu, bo to też wiadomo, że są takie ugrupowania, które chcą startować w wyborach, to to jest oczywiście duży czynnik ryzyka i wtedy reakcja rynku powinna być silniejsza i bardziej negatywna – ocenia Jarosław Antonik.
Takie scenariusze są jednak mało prawdopodobne i zdaniem członka zarządu KBC TFI odpowiedzialnego za inwestycje i rozwój produktów po wyborach nastroje na warszawskiej giełdzie powinny się uspokoić. Biorąc pod uwagę skalę spadków z ostatnich miesięcy, takie uspokojenie może oznaczać powrót do wzrostów cen akcji.
– Patrząc na wyceny niektórych spółek, można sądzić, że ta korekta, z którą mamy teraz do czynienia, stwarza dobry moment do budowania portfela. Należy jednak porzucić dążenie do tego, żeby ten portfel zbudować w jednym momencie i że się trafi w te najatrakcyjniejsze ceny.
Obecnie jest bardzo prawdopodobne, że na scenie politycznej nie stanie się nic zaskakującego i wyniki wyborów nie będą odbiegały od tego, na co obecnie wskazują sondaże. Problemem jest jednak to, że nie tylko sytuacja na scenie politycznej wywołuje niepokój inwestorów. Obserwują oni też spowolnienie gospodarcze w Chinach, pękniętą bańkę spekulacyjną na chińskiej giełdzie, spadki na giełdach zachodnich, problemy Volkswagena czy spadające ceny surowców.
– Na giełdę w ostatnim czasie nie tylko wpływały czynniki lokalne, do których należy zaliczyć okres kampanii wyborczej i składanych obietnic, lecz także czynniki zewnętrzne, które w niektórych przypadkach nawet silniej oddziaływały na sektory niż czynniki lokalne – zwraca uwagę Jarosław Antonik, członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI. – Dlatego niekoniecznie bym tutaj czekał z inwestycjami na rozstrzygnięcie wyborcze.
Niełatwe czasy dla obligacyjnych funduszy inwestycyjnych. Zarobią tylko te aktywnie zarządzające portfelem obligacji
Nadchodzące lata będą wymagały od funduszy inwestycyjnych znacznie większego wysiłku i nowatorskiego podejścia do zarządzania portfelami obligacji. Pieniądze klientów będzie znacznie trudniej pomnożyć. Trudniej też będzie na tym zarabiać na taką skalę jak kilka lat temu czy choćby w bardzo korzystnym 2014 roku. Fundusze inwestycyjne, które będą tylko kopiowały portfele innych, mogą mieć niebawem problem z przyciągnięciem inwestorów.
O ile jeszcze w 2014 roku obligacje skarbowe cieszyły się dużym powodzeniem, o tyle obecnie ich rentowność spadła do bardzo niskiego poziomu. Cały czas są one dobrą alternatywą dla lokat bankowych, jednak na 6-7-proc. zwroty z inwestycji nie ma co liczyć ani dziś, ani w najbliższej przyszłości.
– Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że wzrost gospodarczy jest znacznie niższy niż miało to miejsce jeszcze przed kryzysem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Gołębiewski, zarządzający BPH TFI. – Część krajów zamknęła się też na wymianę handlową. Obserwujemy do tego bardzo silne redukcje stopy bazowej ze strony głównych banków centralnych, często blisko zera, a również długoterminowe rentowności obligacji skarbowych, zarówno nominalne, jak i realne, oscylują blisko zera.
To oznacza, że trzeba zmienić oczekiwania wobec stóp zwrotu, twierdzi Paweł Gołębiewski. Nie będą one już tak wysokie jak te, do których inwestorzy przywykli w poprzednich latach. Mogą natomiast konkurować z lokatami bankowymi. Zwłaszcza jeśli inwestorzy myślą o 2-3-letnim horyzoncie inwestycyjnym. Banki bowiem, obawiając się podatku bankowego czy obciążenia kosztami przewalutowania kredytów, podniosły nieco oprocentowanie lokat. To jednak inwestycja na zaledwie kilka miesięcy.
– Banki pozyskują pieniądze, trochę podwyższają te stawki depozytowe i to rzeczywiście stwarza w tym momencie większą konkurencję dla rynku obligacji skarbowych. Natomiast moim zdaniem jest to sytuacja przejściowa, krótkoterminowa, a w analizie 2-3-letniej obligacje skarbowe są cały czas bardzo sensowną alternatywą.
Dla funduszy inwestycyjnych to jednak słaba pociecha. Mimo że wygrywają z lokatami bankowymi, to stopy zwrotu, które oferują, są coraz niższe., a ich koszty pozostają bez zmian, dlatego są mniej atrakcyjne dla inwestorów.
– Z czasem koszty będą miały coraz większe znaczenie – ocenia zarządzający BPH TFI. – Im niższa rentowność obligacji skarbowych, teraz ona oscyluje około 2,5 proc. dla obligacji 5-letniej, tym udział kosztów za zarządzanie rośnie. Co innego pobieranie opłaty w wysokości 1 procenta za zarządzanie w środowisku stóp procentowych na poziomie 6-7 proc., co innego teraz. Klient musi mieć większą świadomość tego, że udział tych kosztów rośnie.
Rośnie więc też rola aktywnego zarządzania, aktywnego podejścia funduszy do rynku obligacji skarbowych, aktywnego zarządzania nie tylko alokacją, lecz także selekcją i budowaniem portfela.
– Taki portfel w mojej opinii powinien – inaczej niż kiedyś – być bardziej zdywersyfikowany co do klasy aktywów i w większej części składać się np. z obligacji przedsiębiorstw, z obligacji państwowych, ale innych niż Polska, czy np. z takich elementów, jak listy zastawne albo instrumenty pochodne, które są aktywnie wykorzystywane w procesie zarządzania – mówi Paweł Gołębiewski z BPH TFI.
Jak podsumowuje, będzie to czynnikiem kluczowym dla sukcesu funduszu.
– Fundusze, które bardziej pasywnie zarządzały, pasywnie kopiowały tylko benchmark, będą miały większe problemy z osiągnięciem takiej stopy zwrotu dla klientów.
Setki testów upraw i procesu produkcyjnego. Normy bezpieczeństwa dla pokarmów dla dzieci coraz ostrzejsze
Producenci posiłków dla niemowląt i małych dzieci są zobowiązani do przestrzegania restrykcyjnych norm bezpieczeństwa, dlatego stawiają dostawcom surowców coraz wyższe wymogi. Każda partia warzyw, owoców czy zbóż wykorzystywanych w produkcji posiłków BoboVita przechodzi nawet ponad 600 testów jakości. Surowce badane są jeszcze u dostawców, kolejne serie badań prowadzone są już w fabryce, aby mieć pewność, że surowce są bezpieczne i nie zawierają szkodliwych substancji, takich jak pestycydy, azotyny czy metale ciężkie.
– Niemowlę wymaga zupełnie innej diety z prostego powodu: to zupełnie inny organizm niż człowieka dorosłego. Gdy dziecko zaczyna być bardziej mobilne, opiekunowie usuwają z jego otoczenia niebezpieczne przedmioty, podobnie jest z dietą. Zabezpieczamy takiego dzieciaczka, żeby nie miał w swoim menu niepotrzebnych toksyn, zanieczyszczeń, które mogłyby zaszkodzić jego zdrowiu. Bariery ochronne i cały system ochronny organizmu dziecka są jeszcze nie w pełni sprawne – wyjaśnia Joanna Neuhoff-Murawska, specjalista ds. żywienia człowieka.
Jak twierdzą specjaliści zajmujący się żywieniem dzieci, ten wyjątkowy okres wzrostu i rozwoju, czyli 1000 pierwszych dni życia, wymaga szczególnej diety. Tym bardziej że jest to czas, w którym organizm dziecka jest szczególnie wrażliwy na działanie szkodliwych czynników. Ważne, aby żywność dla dzieci była bezpieczna, czyli wolna od toksyn, metali ciężkich i pestycydów.
– Organizm w pełni wykształcony ma szczelną śluzówkę jelita, która byle intruza nie przepuści. Ma sprawną wątrobę, nerki, system immunologiczny, więc daje sobie radę z różnymi toksynami. Poza tym każda toksyna i jej działanie są tym groźniejsze, im mniejszy organizm je spożył, ponieważ rozkładają się one na kilogram masy ciała. Dziecko nie jest jeszcze ani tak duże, ani tak sprawne w odtruwaniu organizmu – podkreśla specjalistka ds. żywienia człowieka.
Organizm dziecka jest bardzo wrażliwy, a w związku z tym ma inne potrzeby niż organizm osoby dorosłej. Jak wykazują badania, a także doświadczenie lekarzy, żywność zanieczyszczona pestycydami, metalami ciężkimi, azotynami czy metabolitami pleśni stanowi realne zagrożenie dla zdrowia dziecka i ma ogromny wpływ na układ neurologiczny. Konsekwencje zatrucia takimi substancjami mogą prowadzić do niedotlenienia organizmu, a także zwiększenia ryzyka zachorowania w przyszłości na poważne choroby.
Z tego powodów producenci żywności dla dzieci przykładają ogromną uwagę do tego, w jaki sposób i z jakich składników przyrządzane są posiłki przeznaczone dla niemowląt i małych dzieci. Muszą przestrzegać odgórnie ustalonych norm i zasad bezpieczeństwa, ale często wyznaczają również własne, wewnętrzne restrykcje, które są przestrzegane w fabryce, na etapie produkcji, ale obowiązują już na etapie uprawy, by zagwarantować właściwej jakości surowiec. Jak zapewniają, tu nie ma miejsca na przypadek ani oszczędności.
– Żeby nasze posiłki dla niemowląt i małych dzieci spełniały ostre wymagania, musimy mieć pewność, że surowce, których użyjemy do produkcji, są odpowiedniej jakości. Dlatego normy dla naszych warzyw są nawet 5000 razy ostrzejsze niż dla warzyw ogólnodostępnych, które spożywają dorośli – mówi Anna Galonska z działu kontroli jakości i rozwoju dostawców NUTRICIA.
Jak zapewnia, surowce są kontrolowane od samego początku, czyli od siewu, aż do zbioru. Dostawcy zaczynają od wyboru odpowiednich pól, później kontrolują jakość upraw przez cały okres ich wzrostu, a dodatkowo po zbiorze każda partia warzyw, owoców czy zbóż przechodzi nawet ponad 600 testów jakości. Systemy kontroli jakości nie kończą pracy w momencie przyjęcia surowców.
– Owoce i warzywa będą przechodziły kolejne kontrole już w zakładzie. Zostaną dopuszczone do produkcji dopiero wtedy, gdy spełnią wszystkie wymagania, co zostanie potwierdzone przez dział jakości naszej fabryki, a następnie kolejne testy będą kontynuowane na całym etapie produkcji – podkreśla Galonska.
Wśród dostawców warzyw dla marki BoboVita jest Klaudiusz Matejka, który współpracuje z firmą od ponad 10 lat. Za priorytet swojej działalności uważa przede wszystkim jakość surowców.
– Badamy warzywa pod względem zawartości pozostałości metali ciężkich, azotynów, pestycydów. Przeprowadzamy bardzo wiele badań, żeby nasze warzywa spełniały bardzo restrykcyjne wymagania, które są stawiane żywności dla niemowląt i małych dzieci – podkreśla dostawca.
Wszystko, jak mówi, zaczyna się od wyboru właściwego pola uprawnego, które jest dokładnie sprawdzane pod kątem jakości gleby czy zanieczyszczeń. Dostawca zwraca uwagę m.in. na mit domowego ogródka, który wydawałoby się jest najbezpieczniejszymi miejsce do uprawy warzyw dla najmłodszych.
– Nie wiemy, czy w przydomowym ogródku, w którym produkujemy warzywa, nie jest przekroczony poziom metali ciężkich, czy stosując kompost, nie damy go zbyt dużo, możemy przez przypadek przekroczyć zawartość azotynów w marchewce i tym sposobem podać dziecku warzywa, które nie spełniają wysokich norm, opracowanych specjalnie z myślą o wrażliwych organizmach dzieci. Tylko szczegółowe badania dają pewność, że żywność jest zdrowa – podkreśla Klaudiusz Matejka.
– Wiemy już dzisiaj, to nam mówi nauka, że odżywianie we wczesnym okresie życia ma swoje skutki w dorosłym życiu. To wiedza, która nakłada na nas odpowiedzialność, aby dobrze żywić swoje najmłodsze dzieci. Jeśli mają dożyć 100 lat , to muszą być dobrze odżywianie podczas 1000 pierwszych dni życia – podsumowuje Joanna Neuhoff-Murawska.
Wrocław rozwija ideę smart city. W mieście powstaje osiedle przyszłości
Wrocławski rynek nieruchomości ma potencjał. Na inwestycje nad Odrą decyduje się coraz więcej deweloperów. Miasto wdraża w budownictwie stopniowo ideę smart city. Rozwijana jest też koncepcja osiedla przyszłości, które ma ułatwiać budowanie więzi społecznych i sprostać normom budownictwa ekologicznego.
– Do niedawna istotne było, czy miasto ma odpowiednią liczbę miejskich planów zagospodarowania przestrzennego. Procedowanie inwestycji deweloperskiej w oparciu o plan jest o wiele bardziej jednoznaczne, a Wrocław, jako jedno z niewielu miast w Polsce, ma bardzo dużą powierzchnię pokrytą planami. Władze skonstruowały też program mieszkaniowy, który określa zasady partycypacji inwestorów mieszkaniowych w uzbrojeniu drogowym, co również jest zachętą do inwestowania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dorota Jarodzka-Śródka, prezes wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
Raport PwC o stanie i perspektywach polskich metropolii wskazuje, że Wrocław szybko się rozwija. Na przestrzeni ośmiu lat, od 2004 do 2012 roku, zanotował wzrost PKB o 45 proc. (wyższy wskaźnik miał tylko Rzeszów). W ciągu dekady bezrobocie spadło z 12,3 do 4,3 proc. Z raportu wynika, że Wrocław wyróżnia się na tle innych miast prorynkowym nastawieniem do mieszkańców. Pojawia się dużo nowych miejsc pracy, przybywa studentów i zagranicznych inwestorów, a to sprawia, że miastu potrzebne są nowe inwestycje mieszkaniowe.
– Rynek deweloperski rozwija się już długo. Lokalne firmy, które nie były za duże, teraz są już w stanie budować całe osiedla, co jest cenne dla mieszkańców. Mogą wykreować przestrzeń wokół budynków – mówi Jarodzka-Śródka. – Nasza oferta deweloperska jest teraz związana z placami zabaw i klubami mieszkańców. Dzięki temu wspólnoty mieszkaniowe tworzą ludzie, którzy są zżyci ze sobą i z deweloperem i razem z nim zastanawiają się, w jaki sposób urządzać małą architekturę i zieleń.
Przyjazne osiedla, traktowane nie tylko jako sypialnie miasta, lecz także dobre miejsce do życia, to jeden z czynników smart city, miasta atrakcyjnego i użytecznego, z dobrą komunikacją publiczną i czystym powietrzem. Inteligentne miasto powinno jednak nie tylko stale poprawiać jakość życia mieszkańców, lecz także przyciągać ludzi przedsiębiorczych, firmy i turystów.
– Wrocław jest jednym z liderów i jednym z prekursorów wdrażania programu smart city na terenie kraju. Biorąc pod uwagę statystyki, jesteśmy w jednych aspektach na drugim, w innych – na trzecim miejscu, jeśli chodzi o wdrażanie poszczególnych elementów tego programu – ocenia Mirosław Półtorak, wiceprezes wrocławskiego oddziału PZFD.
Przykładem rozwiązań smart city wprowadzonych we Wrocławiu są bezpłatne punkty z dostępem do internetu czy sieć monitoringu w szkołach. Sieć światłowodów liczy ok. 130 km, wykorzystuje ją inteligentny system transportu, który obejmuje większość wrocławskich skrzyżowań.
– Poziom pokrycia internetem mobilnym i szerokopasmowym jest bardzo wysoki. Można na tym budować wiele technologii użytecznych zarówno na poziomie budynków mieszkalnych, jak i na poziomie komunikacji. Miasto szczyci się wdrażanym programem inteligentnego zarządzania ruchem i komunikacją, w którym za pomocą właściwych technologii sterowania światłami drogowymi można usprawnić komunikację i udrożnić ją nawet o 30 proc. – wyjaśnia Półtorak.
Wrocław rozwija też koncepcję osiedli przyszłości. Na zachodzie miasta, blisko Stadionu Miejskiego, powstaje osiedle Nowe Żerniki. Inspiracją dla projektu była wystawa WuWA z 1929 roku. Wrocław korzysta też z przykładów innych miast, w których powstały takie wzorcowe osiedla – np. Lilac w Wielkiej Brytanii, w Leeds, Ackermannbogen w Monachium, Borneo i Sporenburg w Amsterdamie czy Västra Hamnen w szwedzkim Malmö.
– Mamy wiele wzorców w Europie. Wzorcem z przeszłości była WuWa 1, która była próbą pokazania, że miasto może stanowić nie tylko miejsce do mieszkania, lecz także do życia i samorealizacji – podkreśla wiceprezes wrocławskiego PZFD. – Najbardziej zrównoważony rozwój prezentują miasta skandynawskie: Sztokholm, Helsinki, Malmö, Kopenhaga. Są to kraje o dosyć podobnej kulturze jak nasza, o podobnym modelu funkcjonowania i podobnych potrzebach mieszkańców. Myślę, że to może być bardzo dobry wzorzec dla nas w przyszłości.
Wrocławskie osiedle ma pomóc w budowaniu więzi społecznych, na jego terenie mają znaleźć się szkoły, przedszkola, dom kultury i dom seniora. Nowe Żerniki mają też sprostać normom budownictwa ekologicznego – alejki rowerowe mają ograniczyć ruch samochodów, część deszczówki zostanie wprowadzona jaka szara woda do obiegu gospodarczego. Budynki mają zużywać czterokrotnie mniej energii niż standardowe, a osiedle zostanie wyposażone w infrastrukturę, która umożliwi generowanie energii ze źródeł odnawialnych.
Banery z kampanii wyborczej nie muszą trafić na wysypiska śmieci. Są pomysły na ich recykling
Po każdych wyborach na słupach i ogrodzeniach pozostają tysiące plakatów, mimo że ordynacja wyborcza nakłada na komitety wyborcze obowiązek ich sprzątnięcia. Większość tych wielkich i ciężkich płatów z tworzywa sztucznego po odegraniu swej krótkiej roli trafia na wysypiska śmieci. Są jednak pomysły na ich powtórne wykorzystanie i to z korzyścią dla potrzebujących, np. przez schroniska dla zwierząt.
Ordynacja wyborcza mówi, że po zakończeniu głosowania komitety wyborcze mają 30 dni na usunięcie z przestrzeni publicznej swoich materiałów agitacyjnych. Jeżeli tego nie zrobią, to samorządy, które będą musiały ich w tym zadaniu zastąpić, obciążą ich kosztami.
Stare banery można jednak twórczo wykorzystać. Kinga Gajewska, która w wyborczych zmaganiach uczestniczy już kolejny raz, materiały z kampanii stara się przekazać tym, którym mogą się jeszcze przydać. Kandydatka PO do Sejmu prywatnie startuje w zawodach motocrossowych, więc transparenty z jej podobizną służyły już jako ekologiczne maty pod motocykle. Prawdziwym przebojem jednak plakaty stały się w schroniskach dla zwierząt.
– Pierwsze banery przekazałam po kampanii samorządowej. Wiele osób wtedy pisało do mnie i dzwoniło, że nie da się tego ukryć i nie zauważyć, że byłam w tym schronisku. Wszystkie budy są okryte moimi banerami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kinga Gajewska, radna Sejmiku Województwa Mazowieckiego, startująca do Sejmu z listy PO.
Choć tamte transparenty są jeszcze w dobrym stanie i nadal służą zwierzętom, potrzebnych jest kolejne 40 banerów. Gajewska zapowiada, że będzie zachęcała swoich znajomych kandydatów, żeby również oddawali do schroniska swoje plakaty, tym bardziej że zbliża się zima.
– Dużo osób mówi, że nie chciałyby, żeby plakaty z ich wizerunkiem był rozdrapywane lub gryzione przez psy, ale mi to nie przeszkadza. Najważniejsze jest to, że jest im ciepło – podkreśla Kinga Gajewska.
Kinga Gajewska w 2014 roku została powołana do reprezentacji Polski w motocrossie. Jak mówi, jej największym osiągnięciem jest szersze otwarcie tej dyscypliny dla kobiet, umożliwienie im startu w mistrzostwach Polski. W Sejmiku działa m.in. w Komisji ds. Kobiet i tam promuje ten sport.
– W kampanii wyborczej stawiam są przede wszystkim na młodych i ich zarobki – deklaruje kandydatka PO do Sejmu. – Uważam, że bardzo trudno jest w tym momencie wejść na rynek pracy. A jak już to im się uda, to bardzo długo pracują na umowy śmieciowe. Moim zdaniem powinno się to zamienić na jednolity kontrakt, zresztą to znalazło się już w programie Platformy Obywatelskiej.
Jak podkreśla, osoba, która rozpoczęła pracę, przez dwa lata powinna dostawać dodatkowo około 4 tys. zł rocznie. Byłoby to ułatwienie dla tych osób, które jednocześnie pracują i studiują, mogłyby z tego opłacić częściowo studia. Zdaniem kandydatki należy też podwyższyć transze kredytów studenckich. Z obecnych 600 zł jednorazowej wypłaty do 1,8 tys. zł.
– Ponieważ mamy bardzo duży problem z demografią, powinniśmy także dużo uwagi poświęcać rodzinom, szczególnie młodym. Wielkim ułatwieniem byłoby tworzenie coraz większej liczby żłobków i przedszkoli. Platforma Obywatelska od wielu lat tworzy takie miejsca. Natomiast powinno być ich jeszcze więcej i powinny być przede wszystkim koło uczelni. O to będę walczyła w przyszłej kadencji Sejmu – zapowiada Kinga Gajewska.
Polski rynek windykacyjny ma potencjał. W Polsce na zewnątrz zlecana jest obsługa 30 proc. długów, w Skandynawii – nawet 85 proc.
Rośnie rynek windykacji w Polsce. Na koniec ubiegłego roku wartość przeprowadzonych transakcji zakupów wierzytelności sięgnęła blisko 15 mld zł. W ciągu pięciu lat liczba długów zarządzanych przez firmy wzrosła 2,5-krotnie, a ich nominalna wartość – 3-krotnie. Rynek powinien wciąż się rozwijać, bo outsourcing windykacyjny cieszy się coraz większą popularnością. W krajach skandynawskich na zewnątrz zlecana jest obsługa 80-85 proc. długów, w Polsce tylko 30 proc.
– Rynek windykacyjny jest wciąż rozwojowy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jolanta Piasecka, dyrektor sprzedaży i marketingu w firmie Intrum Justitia. – Ugruntowały się procedury windykacyjne, duże firmy, takie jak banki, firmy telekomunikacyjne czy ubezpieczeniowe, prowadzą regularne procesy windykacyjne, które zlecają firmom zewnętrznym, a także regularną sprzedaż portfeli.
Z danych branży wynika, że w ubiegłym roku wartość przeprowadzonych transakcji wzrosła o 40 proc. względem 2013 roku i wyniosła ok. 15 mld zł. Raport Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych „Wielkość polskiego rynku wierzytelności” wskazuje, że od 2010 roku branża notuje stabilny, wysoki wzrost. Liczba wierzytelności zarządzanych przez firmy w ciągu pięciu lat wzrosła 2,5-krotnie. Nominalna wartość na początku 2015 roku wyniosła ponad 58 mld zł, w porównaniu z końcem 2010 roku (20,5 mld zł) oznacza to trzykrotny wzrost.
– Ważnym dostarczycielem portfeli do kupna są banki, firmy telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe czy sprzedające mandaty komunikacyjne. Firmy, które zlecają nam obsługę wierzytelności, ale nie nabywamy ich portfeli, to wszelkie inne branże: branża wodociągowa, firmy kosmetyczne, biblioteki czy firmy pożyczkowe. To wszystkie firmy, które generują wierzytelności, ale nie są obsługiwane administracyjnie – wskazuje Piasecka.
W ubiegłym roku znacznie wzrosła podaż długu hipotecznego. Łącznie banki oferowały ponad 2 mld zł wierzytelności hipotecznych. Getin Bank sprzedał pakiet długów o wartości 1 mld zł za kwotę 340 mln zł, zaś BZ WBK sprzedał pakiet o wartości 443 mln zł za 70,2 mln zł.
Zdaniem ekspertów rynek windykacji czeka dalszy rozwój. Perspektywy są dobre, bo choć coraz więcej firm korzysta z outsourcingu windykacji, to wciąż znacznie mniej niż na Zachodzie. Raport „Global Collections Review” firmy Atradius Collections wskazuje, że zainteresowanie usługami firm windykacyjnych sięga 60 proc., w Europie Środkowo-Wschodniej to średnio 27 proc.
– W Szwecji, która jest naszym macierzystym krajem, poziom outsourcingu usług windykacyjnych to 80-85 proc., w Polsce niecałe 30 proc. Myślę, że w branży B2B to nawet mniej, ponieważ 30 proc. zawiera również faktoring i bezpośrednią obsługę prawną. Wciąż wiele firm obsługuje sprawy we własnym zakresie, nie ma potrzeby ani nawyku zlecania tego wyspecjalizowanej firmie windykacyjnej. Dlatego z mojego punktu widzenia jest to rynek rozwojowy – przekonuje ekspertka Intrum Justitia.
Ocenia, że rynek czeka konsolidacja, zwłaszcza że w Polsce rośnie liczba zagranicznych windykatorów. To oznacza, że szanse na przetrwanie będą mieli tylko najwięksi i najlepsi gracze. Jeszcze w latach 2000-2003 na rynku działało ok. 800 podmiotów, obecnie jest ich ok. 300.
– Rynek konsoliduje się od kilku lat. Jeszcze niedawno było ich 600, począwszy od małych kancelarii prawnymi, które między innymi usługami oferują też windykację wierzytelności, po duże firmy, takie jak Intrum, zatrudniające kilkaset osób i obsługujące wierzytelności masowe. Obecnie widzimy przejęcia, przede wszystkim przez kapitały zagraniczne, także wewnętrzne konsolidacje, inne firmy idą na giełdę – wskazuje Piasecka.
Na dalszy rozwój rynku może mieć wpływ ustawa o komornikach. Ograniczone zostały uprawnienie komornika do prowadzenia postępowań egzekucyjnych wobec dłużników mających miejsce zamieszkania poza jego rewirem. Oznacza to, że komornik, który w danym roku wszczął 5 tys. postępowań, a jego skuteczność w roku poprzednim nie przekroczyła 35 proc., nie będzie mógł wszcząć egzekucji wobec dłużnika spoza własnego rewiru. Firmy windykacyjne nie mogą więc przekazywać spraw hurtowo danemu komornikowi, a to może utrudnić pracę.
– To na pewno zmieni rynek. Może zdarzyć się, że ceny nabywcze portfeli staną się niższe. Odzyskiwanie pieniędzy będzie trwało dłużej i bardziej kłopotliwe – podkreśla Jolanta Piasecka.
Pfizer wydaje rocznie 7 mld dolarów na badania i rozwój. W onkologii stawia na terapie spersonalizowane
Onkologia, choroby przewlekłe o charakterze autoimmunologicznym i neurologia to główne obszary, w których koncern farmaceutyczny Pfizer inwestuje w badania i rozwój. Rocznie na ten cel przeznacza 7 mld dolarów. W onkologii stawia na leki do spersonalizowanych terapii molekularnych. Pozwalają one stworzyć genetyczny obraz choroby i w oparciu o rodzaj mutacji dopasować leczenie, co jest skuteczniejsze niż terapie normatywne.
– Podejmowane są próby odchodzenia od medycyny normatywnej, gdzie wszyscy dotknięci daną chorobą dostają te same leki w tej samej dawce. Obecnie coraz częściej chodzi o uzyskanie obrazu genetycznego choroby, aby we oparciu o rodzaj mutacji zastosować terapię indywidualną – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes zarządu Pfizer Polska.
Raport PwC wskazuje, że skuteczność leków u pacjentów wynosi od 20 do maksymalnie 75 proc. Dlatego firmy farmaceutyczne pracują nad lekami, które mogłyby mieć większą skuteczność w terapii. Coraz częściej na rynku pojawiają się leki z informacją od firmy farmaceutycznej, które pozwalają ocenić lekarzowi, czy dany lek zadziała u konkretnego pacjenta. W Europie takie dane ma ok. 12 leków.
Wciąż jednak przeważa medycyna normatywna, choć coraz częściej szuka się zaawansowanych technologicznie rozwiązań, które mogłyby odpowiadać na większe potrzeby chorych.
– Pfizer wydaje na badania kliniczne około 7 mld dolarów rocznie. Główne obszary terapeutyczne badań klinicznych Pfizera to przede wszystkim onkologia, choroby przewlekłe o podłożu autoimmunologicznym, leczenie bólu i neurologia – wyjaśnia prezes Dorota Hryniewiecka-Firlej.
Z danych epidemiologicznych wynika, że u 3-5 proc. populacji pacjentów z niedrobnokomórkowym rakiem płuca występuje nieprawidłowość w genie ALK. Ratunkiem dla takich osób może być specjalistyczny lek z grupy TKI.
– Pfizer odegrał tu niemal pionierską rolę. Uzyskano lek o nazwie Xalkori na niedrobnokomórkowego raka płuca ALK+. Jest to lek tak obiecujący, że zarówno Unia Europejska, jak i Amerykańska Agencja ds. Rejestracji Leków przyspieszyły wprowadzenie leku na rynek. Lek ten w większości krajów Europy jest refundowany, bo jest przełom w leczeniu chorych, dla których do tej pory nie było alternatywy – wskazuje prezes Pfizera.
Trwają też badania nad lekiem na raka piersi. Lek ten może zostać zarejestrowany już w przyszłym roku. Pierwsze testy wykazały, że kombinacja palbociclibu i letrozolu pozwala wydłużyć czas bez progresji choroby o 18,6 miesiąca.
– Decydujące znaczenie w wyborze terapii będzie miał obraz genetycznego pacjentki. Taka kombinacyjna terapia będzie przeznaczona dla pacjentek, u których rozpoznano ER-pozytywny, HER2-ujemnym rak piersi – wskazuje Dorota Hryniewiecka-Firlej.
W ciągu dekady sprzedaż wina w Polsce wzrosła o połowę. Coraz większy udział w rynku mają wina portugalskie
W ciągu dekady sprzedaż wina w Polsce wzrosła o 56 procent. Polacy z roku na rok piją coraz więcej tego trunku. Rocznie na głowę wypada już ok. 7 litrów, z czego połowa to wina gronowe. Większość importowanych win pochodzi z Europy, w ostatnich latach ważnym dostawcą stały się kraje Półwyspu Iberyjskiego. W 2014 roku z Portugalii sprowadzono blisko 7,5 mln litrów, podczas gdy 10 lat wcześniej było to mniej niż 170 tys. litrów. Trunki z Portugalii chce wypromować w Polsce Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza razem z ViniPortugal – Profesjonalnym Zrzeszeniem Portugalskiego Przemysłu Winiarskiego.
Choć do winiarskich potęg Polsce jeszcze sporo brakuje, to spożycie tego trunku w naszym kraju systematycznie rośnie. Z raportu KPMG „Rynek napojów alkoholowych w Polsce w 2014 roku” wynika, że już co dziesiąta złotówka wydana w naszym kraju na alkohol przeznaczana jest właśnie na wino. Rocznie Polak wypija ok. 7 litrów wina, z czego 3,5 litra stanowi wino gronowe. W międzynarodowych rankingach pod względem spożycia wina zajmujemy 35. miejsce, ale od 2004 roku sprzedaż win gronowych wzrosła w Polsce o 56 proc.
– Ostatnie dane pokazują, że 9 proc. wina sprzedawanego w Polsce pochodzi z Portugalii, jeżeli chodzi o wolumen win, i 6 proc., jeżeli chodzi o wartość wina, więc wydaje mi się, że jesteśmy całkiem dobrze pozycjonowani – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jorge Monteiro, prezes ViniPortugal – Profesjonalnego Zrzeszenia Portugalskiego Przemysłu Winiarskiego.
Znaczenie polskiego rynku szybko rośnie. Obecnie jesteśmy 13. największym importerem portugalskich win, dla porównania w 2004 roku zajmowaliśmy dopiero 35. pozycję. Pod względem wolumenu eksport wzrósł o kilka tysięcy procent. Jednocześnie średnie ceny spadły o kilkadziesiąt procent.
– Polski rynek jest bardzo ważny dla Portugalii. W pierwszym półroczu udało nam się tu sprzedać wino za 7 mln euro, co sprawia, że jesteśmy szóstym dostawcą wina w Polsce – podkreśla Maria Amélia Paiva, ambasador Portugalii w Polsce.
Prezes ViniPortugal podkreśla, że Portugalia stawia w eksporcie nie na ilość (2,2 proc. w światowym eksporcie), ale na jakość. Dlatego średnio wino portugalskie jest nawet dwa razy droższe od hiszpańskiego.
– Portugalia nie jest dużym producentem, produkujemy mniej niż 2 proc. całkowitego produkowanego wina na świecie. Jesteśmy dwunastym producentem, natomiast dziewiątym eksporterem wina. Połowę całej naszej produkcji eksportujemy, pod względem wartości pieniężnej to ok. 60 proc. – wskazuje Monteiro.
Większy eksport portugalskiego wina do Polski to efekt zacieśniania współpracy gospodarczej między naszymi krajami. W ubiegłym roku obroty handlowe sięgnęły 1,1 mld euro. W dużej mierze to zasługa Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.
– Już od blisko ośmiu lat promujemy relacje gospodarcze bilateralne pomiędzy Polską a Portugalią. Jednym z największych wydarzeń jest tydzień portugalski „Flavours of Portugal”, w ramach którego promujemy naszą kulturę, kuchnię i przede wszystkim wino – mówi Pedro Pereira da Silva, prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.
Jak podkreśla, wina portugalskie są jednymi z najbardziej docenianych win na świecie, a ich spożycie w Polsce rośnie. Stąd pomysł współpracy między PPCC a ViniPortugal.
Zdaniem prezesa PPCC coraz mocniejszym wzajemnym relacjom polsko-portugalskim sprzyja podobieństwo temperamentów i tradycji.
– Mamy ze sobą wiele wspólnego jako dwa narody, mamy wspólne wartości, wspólne przyzwyczajenia, takie jak rodzina, jak przebywanie wspólnie przy stole, biesiadowanie. Dlatego też coraz większy jest wzrost zainteresowania wśród firm z obu krajów. Obserwujemy coraz większe zainteresowanie ze strony Portugalii Polską, ale również zainteresowanie ze strony Polski Portugalią, a także rynkami portugalskojęzycznymi. Niedawno nasza izba gospodarcza została wybrana najlepszą portugalską izbą gospodarczą na świecie. I to także pokazuje to zainteresowanie – dodaje Pedro Pereira da Silva.
Targi Win Portugalskich, odbywające się po raz pierwszy Warszawie, to kolejne wydarzenie, podczas którego promowana jest Portugalia.
– Zdajemy sobie sprawę z tego, że w Polsce konsumpcja wina wciąż nie jest duża. Dlatego chcielibyśmy dać polskim konsumentom możliwość odkrycia różnorodności portugalskich win – podkreśla Jorge Monteiro.
W ramach targów, 8 października, podczas zorganizowanych degustacji można było pogłębić swoją wiedzę o rynku win i nawiązać relacje biznesowe z 31 producentami. Była to także dobra okazja do spróbowania portugalskich win produkowanych z ponad 250 gatunków winorośli. Udział wzięło w nich liczne grono profesjonalistów z branży winiarskiej (sommelierów, importerów, właścicieli restauracji).











