Inwestorzy coraz bardziej doceniają budownictwo ekologiczne. Stale przybywa budynków z zielonymi certyfikatami

W Polsce powstaje coraz więcej nieruchomości przyjaznych środowisku, w których oszczędnie zużywa się energię czy wodę. Z korzyści, jakie dają zielone certyfikaty, zdają sobie sprawę nie tylko inwestorzy na rynku powierzchni biurowych, lecz także firmy działające na rynku nieruchomości handlowych, przemysłowych czy mieszkaniowych. Trendy na tym rynku dotyczą również producentów materiałów budowlanych.

Na świecie obowiązują obecnie dwa systemy certyfikacji budynków – BREEAM (system brytyjski) i LEED (system amerykański). Systemy certyfikacji budynków na świecie wprowadzono już w latach 90. Polscy inwestorzy zaczęli z nich korzystać dopiero po roku 2000.

Dzisiaj certyfikat BREEAM posiada już 250 tys. budynków na całym świecie. W Polsce jest ich zdecydowanie mniej, ale sytuacja z roku na rok się poprawia.

W 2005 roku w Polsce były tylko dwa certyfikowane budynki, 10 lat później mamy ich już 154 – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Federico Tonetti, prezes zarządu LafargeHolcim w Polsce – Dzisiaj większość inwestorów w Polsce chce mieć zieloną pieczątkę na swojej inwestycji.

Zielony certyfikat to już standard na rynku powierzchni biurowych. W 2015 roku wśród certyfikowanych budynków w Polsce 72 proc. stanowią biurowce.

Coraz częściej są to budynki handlowe (15 proc.) oraz przemysłowe (13 proc.). W tym roku firma Skanska oddaje do użytku pierwsze certyfikowane osiedle mieszkaniowe – mówi Tonetti.

Budynek, którego jakość potwierdzono zielonym certyfikatem (np. BREEAM lub LEED), wymaga użycia nowoczesnych technologii związanych z odnawialnymi źródłami energii lub ograniczających zużycie wody czy energii. To nie tylko dowód uznania dla inwestora, lecz także potwierdzenie jakości nieruchomości, co jest częściej doceniane przez najemców.

Takie podejście daje wiele korzyści wszystkim stronom – mówi Federico Tonetti. – To m.in. korzyści środowiskowe wynikające z użycia technologii ponownego wykorzystania wody oraz wykorzystywania naturalnych źródeł energii do ogrzewania. W systemie certyfikacji ocenia się obieg wody, poziom zużycia energii i jej źródła, zarządzanie odpadami, aspekty ekologiczne terenów pod budowę budynku, a też aspekty wpływające na komfort życia mieszkańców.

Na komfort życia mieszkańców wpływają m.in. dostępność miejsc parkingowych, stojaków na rowery, odległość od komunikacji miejskiej, dostęp do szkół, przedszkoli i infrastruktury miejskiej.

Certyfikat gwarantuje, że deweloper zaplanował realizację swojej inwestycji tak, by spełnić szereg ściśle określonych kryteriów sprzyjających ekologii i ułatwić życie przyszłym użytkownikom. W procesie tym pomaga ścisła współpraca inwestora z wykonawcami i dostawcami materiałów.

Dla LafargeHolcim, który jest jednym z największych w Polsce dostawców cementu dla budownictwa, starania inwestorów o uzyskanie ekologicznych certyfikatów są motywacją do poszukiwania innowacyjnych rozwiązań w zakresie materiałów budowlanych. Użyte podczas budowy materiały mają bowiem duże znaczenie w procesie certyfikacji.

Dzisiaj pracujemy nad technologią ponownego wykorzystania betonu. Certyfikacja jest również gwarantem zrównoważonego rozwoju łańcucha dostaw – tłumaczy prezes LafargeHolcim w Polsce. – Jako pierwsza firma w naszej branży w Polsce uzyskaliśmy certyfikację BE S6001. To oznacza, że, używając naszych rozwiązań, inwestorzy, generalni wykonawcy i architekci mogą liczyć na dodatkowe punkty w procesie certyfikacji, zarówno w systemie BREEAM, jak i LEED. Dzisiaj wszystkie nasze rozwiązania dla budynków mają zielone certyfikaty. Bardzo cieszymy się, że temat ten staje się kluczowy dla inwestycji w Polsce.

Jak podkreśla, firma zmienia się wraz z oczekiwaniami klientów i rynku.

Obecnie jesteśmy zorganizowani według segmentów (budynki i infrastruktura) i kanałów (B2B, B2C). Jesteśmy też pierwszą firmą tego typu, która wprowadziła takie rozwiązanie w Polsce i jedną z nielicznych na świecie – wyjaśnia Federico Tonetti.

Polskie firmy z sukcesem dokonują ekspansji zagranicznej. Ich przykład jest zachętą dla innych przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

Produkty i usługi polskich firm coraz lepiej sprzedają się na zagranicznych rynkach. Prognozy KUKE mówią o 10-proc. wzroście eksportu – do 173 mld euro. Firmy, których działalność za granicą i najlepsze praktyki w tym zakresie mogą być punktem odniesienia dla innych przedsiębiorców, zostały nagrodzone podczas tegorocznego Europejskiego Forum Nowych Idei przez Fundację Kronenberga działającą przy Citi Handlowy. Zwycięzcami drugiej edycji konkursu zostali Grupa Nowy Styl i Samsung.

Przewagę konkurencyjną polskich produktów coraz częściej jest jakość. Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy taką strategię stosuje już 56 proc. firm. 41 proc. stara się zdobywać rynki, konkurując ceną.

82 proc. firm, które prowadzą ekspansję zagraniczną, jest zadowolonych z jej efektów. Większość chce ją kontynuować, a 41 proc. podkreśla, że będzie ją rozwijać na szerszą skalę. Tych, którzy myślą o dalszej ekspansji, jest o 2 punkty procentowe więcej niż rok temu. Prawie połowa firm prowadzi swój biznes w co najmniej trzech krajach.

Ideą konkursu Emerging Market Champions jest promowanie liderów przedsiębiorczości.

Chcemy w tym konkursie nagradzać, wspierać i pokazywać najlepsze przykłady polskich firm za granicą, a od tej edycji również ekspansję zagranicznych firm w Polsce, czyli inwestowania w przedsięwzięcia w Polsce i budowania rynku pracy, zatrudniania ludzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kaczmar, prezes Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowym.

Nagroda przyznawana jest w dwóch kategoriach – Polskie inwestycje zagraniczne i Zagraniczne inwestycje w Polsce. W pierwszej z nich nagradzane są polskie firmy z powodzeniem rozwijające działalność za granicą, bo – jak podkreślają jej przedstawiciele – ich sukcesy są najlepszą motywacją dla innych przedsiębiorców.

Szczególne znaczenie dla firm, które nagradzamy, ma to, że w pierwszym etapie wyłaniania zwycięzców grupą, która rekomenduje, jest rada ekspertów złożona z 260 ludzi biznesu, ekonomistów, specjalistów od przedsiębiorczości, czyli de facto w pierwszym etapie zwycięzcy są nominowani często przez swoich konkurentów – podkreśla Krzysztof Kaczmar. – To jest największy rodzaj wyróżnienia dla firm nagrodzonych. Oczywiście później, w drugim etapie, jest specjalna kapituła złożona z ważnych osób, które dokonują ostatecznego wyboru.

W tym roku laureatem nagrody jest Grupa Nowy Styl, producent i eksporter mebli.

W kategorii polskich firm dokonujących ekspansji zagranicznej zwyciężyła Grupa Nowy Styl, która dokonała bardzo znaczących przejęć zarówno w Szwajcarii, w Niemczech, jak i w innych krajach, w Holandii, w Anglii, i poszerzyła swój biznes na tamtych rynkach – uzasadnia wybór szef Fundacji Kronenberga.

Druga kategoria adresowana jest do przedsiębiorstw zagranicznych pochodzących z rynków wschodzących, które dokonują w Polsce znaczących inwestycji, stwarzając tym samym nowe miejsca pracy oraz wpływając na rozwój gospodarki. Nagrodę w tej kategorii otrzymała firma Samsung.

W kategorii firm, które są firmami zagranicznymi, a zainwestowały w Polsce, nagrodzony został Samsung ze swoimi inwestycjami w wytwórstwo sprzętu AGD oraz w rozwój centrum badawczo-rozwojowego, które umiejscowiono w Warszawie – mówi Krzysztof Kaczmar.

Z badania Fundacji Kronenberga wynika, że polskie firmy nie mają kompleksów wobec konkurentów z innych rynków. 90 proc. działających za granicą przedsiębiorstw postrzega siebie jako przynajmniej tak samo innowacyjnych jak lokalnie funkcjonujące firmy.

Prawa kupujących w e-sklepach są coraz lepiej zabezpieczone, a to przekłada się na wzrost obrotów

CEO Magazyn Polska

Już ponad 60 proc. e-sklepów poprawnie informuje konsumentów o prawie do rezygnacji z zakupionego towaru – podaje Europejskie Centrum Konsumenckie. Dostosowanie się do nowego prawa, szczególnie w zakresie przyjmowania zwrotów i ich weryfikacji, jest dla sprzedawców dużym wyzwaniem. Wprowadzenie tych przepisów działa jednak na korzyść e-sklepów, bo zwiększa zaufanie konsumentów, a tym samym obroty e-handlu. Pomaga także zdobyć klientów za granicą.

Mimo że zakupy internetowe cieszą się coraz większą popularnością, wielu konsumentów nadal podchodzi do nich nieufnie. Szczególnie korzystanie z zagranicznych e-sklepów nadal nie jest popularne w Europie. 61 proc. mieszkańców wspólnoty wciąż woli kupować w e-sklepach we własnym kraju. Zmienić to nastawienie mogą obowiązujące we wszystkich krajach Unii przepisy, które lepiej chronią konsumentów w sieci. W Polsce weszły one w życie pod koniec grudnia ubiegłego roku. Wiążą się one z dodatkowymi obowiązkami informacyjnymi e-sprzedawców wobec klientów.

Sprzedawca internetowy zobowiązany jest poinformować konsumenta przed złożeniem zamówienia o przysługującym mu prawie do odstąpienia od umowy w terminie 14 dni i sposobie jego wykonania, a także wzorze formularza odstąpienia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Jędrzejak, specjalista ds. prawa e-commerce w Trusted Shops, europejskiej firmie oceniającej jakość e-sklepów. – Co istotne, termin jest liczony nie od daty sprzedaży, lecz od dnia otrzymania towaru przez konsumenta.

Konsument może odstąpić od umowy w dowolny sposób: poprzez wysłanie oświadczenia mailowo, telefonicznie, a nawet SMS-em. Jeżeli wybierze drogę elektroniczną, czyli wyśle e-mail bądź skontaktuje się za pomocą elektronicznego formularza odstąpienia dostępnego na stronie, to sprzedawca zobowiązany jest niezwłocznie potwierdzić otrzymanie takiego oświadczenia.

Potwierdzenia należy dokonać na trwałym nośniku, przy czym w rozumieniu ustawy o prawach konsumenta trwałym nośnikiem jest również e-mail – tłumaczy Marcin Jędrzejak. – Skutkiem odstąpienia jest uznanie, że umowa nie została zawarta. Strony zobowiązane są zwrócić sobie wzajemne świadczenia: konsument – towar, a sprzedawca – wszystkie uiszczone przez konsumenta opłaty. Jeżeli sprzedawca nie poinformował na stronie sklepu konsumenta o tym, że ponosi on koszty zwrotu, sprzedawca ponosi je we własnym zakresie.

Regulacje dotyczące zwrotów to spore wyzwanie dla e-sklepów, szczególnie tych mniejszych.

Ze zwrotami towarów wiąże się wiele czasochłonnych i generujących koszty działań sklepu takich jak korespondencja z klientem, przyjęcie zwracanego towaru, wykonanie przelewu wstecznego, korekta dokumentacji rachunkowej czy próba uzyskania prowizji od serwisu transakcyjnego – mówi specjalista ds. e-commerce w Trusted Shops.

To zwykłe obowiązki, które wiążą się z bezproblemowym zwrotem. Największe wyzwania i problemy zaczynają się, kiedy zwrócony towar jest uszkodzony lub nosi wyraźne oznaki nadmiernego niewłaściwego użycia.

W przypadku zwrotów uszkodzonych towarów należy podkreślić, że konsument powinien wykonywać swoje prawo do odstąpienia od umowy z poszanowaniem prawa sprzedawcy internetowego do dalszej ponownej sprzedaży takiej rzeczy bez konieczności obniżania jej ceny – mówi Jędrzejak.

W przeciwnym wypadku sprzedawca może ubiegać się o odszkodowanie.

Konsument ponosi odpowiedzialność za zmniejszenie wartości rzeczy wynikające z nieprawidłowego sprawdzenia takiej rzeczy, tj. w sposób wykraczający poza konieczne do stwierdzenia charakteru, cech i funkcjonowania takiej rzeczy – mówi ekspert Trusted Shops. – Dla sklepów, które chciałyby dowiedzieć się nieco więcej o możliwości uzyskania odszkodowania oraz sposobie i zakresie wyliczania kwoty odszkodowania, polecam bezpłatny poradnik Trusted Shops dotyczący realizacji zwrotów w praktyce.

Choć prokonsumenckie przepisy są dla e-sprzedawców wyzwaniem, to mogą też działać na ich korzyść. Kupujący, czując się bezpieczniej, chętniej robią zakupy w sieci. Z najnowszego raportu firmy Geminus wynika, że 55 proc. Polaków robiło zakupy w internecie, podczas gdy rok temu z e-sklepów korzystało 46 proc. Co piąty kupujący był jednak rozczarowany tym, co otrzymał, więc obowiązujące przepisy dotyczące zwrotów mogą rozwiać obawy sporej grupy nabywców.

Dodatkowo przestrzeganie przepisów, które są wspólne dla całej UE, pomoże e-sklepom zdobywać klientów na rynkach zagranicznych. Do transgranicznych transakcji podchodzą sceptycznie zarówno e-sklepy, jak i konsumenci. W rozwiązywaniu ewentualnych sporów w zakresie zakupów transgranicznych bezpłatną pomoc oferuje sieć Europejskich Centrów Konsumenckich.

Ćwierć miliona aut jeździ bez ważnego OC. Ofiary wypadków spowodowanych przez nieubezpieczonych są podwójnie poszkodowane

CEO Magazyn Polska

Choć ubezpieczenie OC pojazdu jest obowiązkowe, po polskich drogach bez wykupionej polisy jeździ blisko 250 tys. pojazdów. W ubiegłym roku nieubezpieczeni i nieznani sprawcy byli odpowiedzialni za ponad 6 tys. wypadków. Poszkodowani w nich muszą się zmierzyć nie tylko ze skutkami wypadków. Proces uzyskiwania odszkodowania bywa znacznie dłuższy niż w wtedy, gdy sprawca wypadku posiada OC. W 2014 roku wartość spraw prowadzonych przez Europejskie Centrum Odszkodowań przeciwko UFG przekroczyła 4,7 mln zł. Do połowy września tego roku – już ponad 9 mln zł.

W Polsce zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych w Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczeń Komunikacyjnych ubezpieczenie OC pojazdu jest obowiązkowe. Mimo tego wiele pojazdów jeździ po polskich drogach bez polisy. Według danych UFG jest to około 250 tys. pojazdów, a tendencja jest wzrostowa – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Joanna Smereczańska-Smulczyk, ekspert Europejskiego Centrum Odszkodowań.

W ubiegłym roku w Polsce doszło łącznie do blisko 35 tys. wypadków drogowych. Ponad 6,1 tys., czyli 17,5 proc., spowodowali nieznani sprawcy i nieubezpieczeni kierowcy. Za ponad 4,7 tys. wypadków winę ponoszą osoby, które nie wykupiły ubezpieczenia OC. To o blisko 300 więcej niż w 2013 roku. Jeśli sprawca wypadku nie ma polisy (lub jest nieznany), roszczenie należy zgłosić do UFG za pośrednictwem dowolnego towarzystwa ubezpieczeniowego.

Rolą funduszu jest kompensowanie roszczeń odszkodowawczych na rzecz osób poszkodowanych w wypadkach spowodowanych przez osoby, które poruszały się nieubezpieczonym samochodem, lub przez nieznanych sprawców. To rola gwarancyjna funduszu wynikająca wprost z ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych – podkreśla ekspertka.

Zgodnie z przepisami fundusz powinien wypłacić odszkodowanie poszkodowanemu, czyli zadośćuczynienie, zwrot kosztów leczenia lub rehabilitacji. Może również wypłacić materialne – za uszkodzenie np. pojazdu, ale tylko pod warunkiem, że podczas wypadku doszło do obrażeń ciała u któregokolwiek z użytkowników, a rozstrój zdrowia trwał dłużej niż 14 dni.

Tak naprawdę proces likwidacji nie różni się od procesu likwidacji szkód z pojazdem, który ma ubezpieczenie OC. Różnica wynika z tego, że sprawa jest likwidowana poprzez zakład ubezpieczeń, do którego kierujemy to roszczenie. Problemy są inne, czas oczekiwania jest dłuższy, bo UFG musi sprawdzić, czy faktycznie pojazd, którym szkoda została wyrządzona, nie miał polisy OC, od 4 do 6 miesięcy. To przedłuża proces likwidacji szkody i tym samym ochronę osoby poszkodowanej – tłumaczy Smereczańska-Smulczyk.

Dla porównania sprawa likwidowana z towarzystwem ubezpieczeniowym trwa nie dłużej niż 30 dni, a najczęściej – 2 tygodnie. UFG ogranicza również okres czasu, w którym wypłaca odszkodowanie, do 3 lat od daty zdarzenia. Jeśli czas ten jest dłuższy, fundusz stwierdza, że sprawa uległa przedawnieniu i odmawia zbadania sprawy.

Taka praktyka w naszej ocenie jest zła i ogranicza, a wręcz uniemożliwia rekompensatę szkód osobom poszkodowanym. Znamy uchwałę Sądu Najwyższego z 2013 roku, która wskazuje, że jeżeli okoliczności zdarzenia mówią, że mogło dojść do zdarzenia, które jest przestępstwem, wówczas 20-letni okres przedawnienia roszczeń odnosić należy również do UFG – przekonuje ekspertka EuCO.

Obecnie, jeśli do wypadku dojdzie z winy kierowcy, którego samochód nie ma wykupionego OC, proces może się rozpocząć tylko wówczas, gdy zostanie ustalone, że pojazd faktycznie nie miał polisy. Znacznie wydłuża to cały proces. Tymczasem w dużej mierze wynika to tylko z praktyki stosowanej przez fundusz, zaś w samej ustawie nie ma takich uregulowań.

Może lepszą praktyką, która w pełni chroniłaby osoby poszkodowane, byłoby, gdyby UFG wypłacało to roszczenie na rzecz osób poszkodowanych, jeżeli jest ono uzasadnione. Dopiero zwrotnie natomiast poszukiwało i sprawdzało, czy faktycznie pojazd sprawcy zdarzenia nie miał ubezpieczenia OC w dniu zdarzenia – podkreśla Joanna Smereczańska-Smulczyk.

W latach 2010-2014 w sprawach przeciwko funduszowi firma wywalczyła dla klientów ponad 16,5 mln zł. Od początku tego roku do połowy września wartość spraw na etapie przedsądowym wyniosła 6,5 mln, a na etapie sądowym – ponad 2,8 mln zł. Łącznie to już ponad 9,3 mln zł.

Metody udrażniania zatok są coraz mniej inwazyjne. Nowoczesne zabiegi dostępne również w Polsce

CEO Magazyn Polska

Na przewlekłe zapalenie zatok cierpi ok. 15 proc. Polaków, a przyczyną 70 proc. bólów głowy, na które się uskarżamy, są chore zatoki. Stany zapalne nasilają się szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Od niedawna nowoczesna laryngologia dysponuje coraz mniej inwazyjnymi zabiegami, które udrażniają chore zatoki.

Lekarze tłumaczą, że zapalenie zatok najczęściej pojawia się po zwykłym przeziębieniu. Może też mieć podłoże alergiczne. O zapaleniu zatok mówimy wtedy, kiedy w okolicy czoła i nasady nosa pacjent odczuwa przewlekły ból, a dolegliwość nasilają się w godzinach porannych i przy pochylaniu, konieczna jest konsultacja ze specjalistą.

Okres jesienno-zimowy cechuje się zwiększoną zachorowalnością na infekcje zatok, sprzyja rozwijaniu się stanów zapalnych. Problemy związane z zatokami bezpośrednio przekładają się na zaburzenia wentylacji nosa. Możliwości leczenia są albo farmakologiczne, albo chirurgiczne. My proponujemy pacjentom zabieg udrożnienia zatok, zapewniający stały drenaż i stałą wentylację – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Michał Michalik, specjalista otolaryngologii w Centrum Medycznym MML.

Metody udrażniania zatok są coraz mniej inwazyjne. Przykładem może być balonoplastyka XprESS. W Stanach Zjednoczonych zostało wykonanych już ponad 100 tys. takich zabiegów. Od dwóch miesięcy mogą z nich również korzystać Europejczycy. Jedną z dwóch europejskich klinik, które włączyły do swojej oferty tę metodę, jest Centrum Medyczne MML w Warszawie.

Technika polega na tym, że po bardzo precyzyjnym podglądzie endoskopowym znajdujemy naturalne ujścia zatok, wprowadzamy tam delikatne sondy, a po nich balonik. Możemy go odpowiednio napełnić, poszerzając ujścia. Struktura ujść naturalnych zatok jest tak zbudowana, że po jej poszerzeniu ten wymiar już zostaje. To zwykle jest zabieg jednorazowy, który rozwiązuje problem praktycznie na zawsze – tłumaczy Michalik.

Specjaliści podkreślają, że w porównaniu do tradycyjnego balonikowania zatok, nowa metoda ma sporo ulepszeń. Przede wszystkim jest mniej inwazyjna.

Co istotne, jest jedno urządzenie do udrażniania wszystkich zatok. Dzięki temu zabieg jest bardziej precyzyjny i krótszy. Przy wcześniejszych technikach jest trochę większy próg skomplikowania, bo są różne urządzenia do różnych zatok – wyjaśnia dr n. med. Michał Michalik. – Zabiegi są funkcjonalne, czyli przywracające czynność – likwidujemy przyczynę i w ten sposób nie dopuszczamy do wystąpienia konsekwencji.

Zabieg przeznaczony jest dla pacjentów, u których występują przewlekłe lub ostre stany zapalne zatok. Może być wykonywany nawet u pacjentów z poważnymi chorobami serca, u których nie może być wykonywane znieczulenie ogólne.

Zabieg wykonuje się w warunkach gabinetu, co najwyżej w lekkiej sedacji, czyli w nadzorze anestezjologicznym, głównie ze względu na polepszenie komfortu pacjenta. To jest też technika, którą na pewno będziemy wykorzystywać w leczeniu najmniejszych pacjentów, bo czym mniejsza inwazyjność zabiegu, tym lepiej – mówi specjalista otolaryngologii.

Po dwóch godzinach od wykonania zabiegu pacjent może opuścić klinikę. Maksymalnie w ciągu dwóch dni wraca do normalnej aktywności.

Po wszystkich zabiegach zatokowych pacjent ma nos zatkany. Przy tej technice, nos działa od razu i zatoki w miarę możliwości jak najszybciej zaczynają się drenować i wentylować. Nie stosujemy żadnych opatrunków – dodaje dr n. med. Michał Michalik.

Zabieg kosztuje około 9 tys. zł. Podobnie jak starsza metoda balonoplastyki zatok nie jest on refundowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Kapitał wraca na rynki, ale za wcześnie na hurraoptymizm

Sytuacja na globalnych rynkach wydaje się niezbyt optymistyczna. Czy można wskazać jakiekolwiek pozytywne okoliczności?

Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI

R.Ś.: Szukając symptomów optymizmu, warto podkreślić, że po ekstremalnie wysokich odpływach z rynków rozwijających się, a wcześniej Chin i USA, obserwujemy odwrócenie dynamiki napływów kapitału do ETF-ów. Od tygodnia czy dwóch ich beneficjentem są rynki wschodzące, z których wcześniej inwestorzy ewakuowali się w obawie o nikłe perspektywy gospodarcze i osłabienie lokalnych walut wraz z umacnianiem dolara napędzanym przez Fed. Tak było m.in. w Brazylii, gdzie w ciągu roku – dwóch lat real osłabił się w stosunku do amerykańskiej waluty o 100%. Kapitał portfelowy częściowo powraca także do Chin. Niektóre banki inwestycyjne uznały, że spadki w Państwie Środka były na tyle dotkliwe, że spora część negatywnych informacji została już zdyskontowana. Oczywiście napływy, które obserwujemy, nie świadczą o tym, że koniunktura na rynkach akcji nagle się poprawi, bo do tego potrzeba potwierdzenia w postaci rosnących odczytów z gospodarki i poprawiających się wyników spółek. Mimo wszystko to pozytywny sygnał.

Po niedawnym wystąpieniu szefowej Fed, Janet Yellen, dolar znów zaczął się umacniać. Które aktywa najbardziej odczuwają skutki postępowania tego trendu?

Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.

M.S.: Oprócz negatywnego wpływu na rynki akcji krajów emerging markets silny dolar amerykański wywołuje także presję na cenę surowców, zwłaszcza metali przemysłowych. W połączeniu z tanią ropą naftową przyczynia się to do obniżenia kosztu produkcji tych surowców. Firmy wydobywcze są zmuszone do zwiększania produkcji, aby regulować swoje zobowiązania, co łącznie ze słabnącym popytem ze strony Chin powoduje ciągłą nadpodaż na rynku surowcowym. Na tym tle pozytywnie przedstawiają się jedynie perspektywy dla wybranych surowców rolnych, na przykład kukurydzy, która jest względnie odporna na wahania waluty amerykańskiej. W naszej opinii słaba sytuacja na rynku surowcowym może potrwać jeszcze dłużej, dopóki podaż nie zrówna się z popytem.

Czy coś jeszcze przykuwa Panów szczególną uwagę?

R.Ś.: Warto przyjrzeć się ostatniej reakcji rynków na decyzję Fed, bo różni się ona znacząco od reakcji obserwowanych przez ostatni rok lub dwa. Dotąd inwestorzy odbierali dobre informacje z amerykańskiej gospodarki jako niekoniecznie pozytywne, ponieważ oznaczały one wyższe prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych przez Fed. Z kolei gorsze dane paradoksalnie postrzegali bardziej pozytywnie, bo oddalały perspektywę takiego ruchu. Po wrześniowym posiedzeniu Fed oraz przemówieniu Janet Yellen reakcja rynków okazała się diametralnie inna od dotychczasowych, wręcz książkowa. Komunikat o wstrzymaniu się z podwyżką stóp procentowych w obawie przed zduszeniem zbyt kruchego wzrostu gospodarczego spowodował, że rynki się zaniepokoiły, a indeksy zaczęły się osuwać. Potem nadeszły jeszcze dwa ciosy ze strony Volkswagena i BMW. Z uwagi na skalę biznesu tych spółek istnieje ryzyko, że samochodowa ekoafera odbije się rykoszetem na całej branży motoryzacyjnej. Jeśli tak się stanie, będzie to dodatkowe obciążenie dla rynków akcji, które już teraz znajdują się pod presją.

Marek Straszak dołączył do zespołu asset allocation w Union Investment TFI

W lipcu do zespołu asset allocation kierowanego przez Radosława Piotrowskiego dołączył nowy doradca inwestycyjny – Marek Straszak.

Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.
Marek Straszak, zarządzający funduszami w Union Investment TFI.

Nowy członek komórki odpowiadającej za globalne inwestycje jest absolwentem Doradztwa Inwestycyjnego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, licencjonowanym doradcą inwestycyjnym oraz maklerem papierów wartościowych. Niedawno zaliczył także pierwszy etap trzyletniego egzaminu Chartered Financial Analyst (CFA) Doświadczenie w pracy maklera i analityka akcji zdobywał w takich firmach, jak Alior Bank, Erste Securities oraz Dom Maklerski BPS.

W Union Investment TFI Marek Straszak zajmuje się m. in. doradztwem inwestycyjnym, zarządzaniem portfelami inwestycyjnymi i wsparciem w zarządzaniu funduszami inwestycyjnymi o strategii asset allocation.

Zespół asset allocation Union Investment TFI gromadzi profesjonalistów zarządzających produktami opartymi o różne klasy aktywów (tzw. multi-asset investing) na rynkach globalnych, przy aktywnym wsparciu pozostałych działów departamentu zarządzania oraz z wykorzystaniem globalnego know-how spółki matki z Frankfurtu – Union Asset Management Holding AG. Komórka kierowana przez Radosława Piotrowskiego zarządza także portfelami klientów i doradza im w oparciu o profile ryzyka (tzw. individual risk profiling) oraz proces asset allocation.

Szwajcaria cierpi na mocnym franku

Indeksy PMI nie spowodowały rewolucji na rynkach. Gorsze dane nadeszły za to ze Szwajcarii, oprócz koniunktury spada tam sprzedaż detaliczna. Również dane z USA nie zachwyciły rynków, ale inwestorzy dali dolarowi kredyt zaufania przed dzisiejszymi odczytami.

Wczorajszy dzień na rynkach upłynął pod dyktando indeksów koniunktury. Warto zwrócić tutaj uwagę na odczyt dla Węgier. Kraj ten zaliczył bardzo duży wzrost, a jego indeks jest na najwyższym poziomie w regionie. Wynosi aż 55,8 pkt i jest wzrostem o 4,8 pkt względem poprzedniego okresu. Delikatnie słabiej od oczekiwań wypadły Niemcy i Włochy. Lepiej wypadła z kolei Francja. W efekcie indeks dla całej Unii Europejskiej trafił dokładnie w oczekiwania analityków. Co ciekawe inwestorzy musieli mieć inny pogląd, gdyż po tych danych euro zaczęło umacniać się wobec dolara.

Gorsze dane nadeszły ze Szwajcarii. Indeks PMI wyniósł 49,5 pkt. Nie jest to wiele poniżej symbolicznej bariery 50 pkt rozdzielającej wzrost od recesji. Warto natomiast zwrócić uwagę, ze analitycy spodziewali się osiągnięcia 51,8 pkt. Druga ważna informacja z tego kraju do spadek sprzedaży detalicznej o 0,3% w skali roku. Szczególnie te ostatnie dane nie mogą dziwić. Mocna waluta wpływa na to, że z jednej strony kraj ten jest bardzo drogi na zewnątrz a z drugiej strony dla samych obywateli zakupy za granicą są znacznie atrakcyjniejsze. Jest to dobra wiadomość dla kredytobiorców frankowych, o których zapomniała ostatnio kampania wyborcza. Słabsze dane z gospodarki osłabiają bowiem franka, a zatem kupimy walutę na ratę kredytu odrobinę taniej. Nie jest to oczywiście reakcja podobna do tej ze stycznia, aczkolwiek wczorajszy ruch o około pół centima osłabienia na EUR/CHF powoduje, że przy niezmienionym kursie euro frank powinien być o 1,5-2 groszy tańszy.

Dane z USA zaniepokoiły rynki. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych okazała się o 3% większa od oczekiwań, aczkolwiek taki błąd nie jest niczym nadzwyczajnym przy tych danych. Większym problemem jest indeks ISM dla przemysłu, który w ciągu miesiąca spadł aż o 0,9 pkt do najniższego poziomu od przeszło dwóch lat. Rynki na razie nie zareagowały. Jeżeli poznamy kolejny gorszy pakiet z USA można spodziewać się sporej przeceny gdy inwestorzy będą odwracać pozycję. W chwili obecnej inwestują oni pod podniesienie stóp procentowych w USA. Gorsze dane powinny oddalać ten scenariusz.

Od rana poznaliśmy dane z Japonii. Stopa bezrobocia wzrosła i wynosi już 3,4%. Z drugiej strony wydatki gospodarstw domowych rosną o 2,9% wobec oczekiwanych 0,4%. Popyt wewnętrzny jest ważnym problemem Japonii, której obywatele mają silne skłonności do oszczędzania.

Dzisiaj na rynkach powinno być spokojniej. Zakończenie tygodnia przy dniach wolnych zarówno w Chinach jak Indiach zawiera właściwie tylko dane z USA:

  • 14:30 – USA – stopa bezrobocia i zmiany zatrudnienia,
  • 16:00 – USA – zamówienia na dobra i zamówienia w przemyśle

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

JR HOLDING S.A. dołącza do segmentu NewConnect Lead

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., decyzją GPW w Warszawie została zakwalifikowana do segmentu NewConnect Lead. Emitent dołączył tym samym do grona 26 największych i najpłynniejszych spółek z alternatywnego rynku.

GPW w Warszawie już po raz kolejny dokonała okresowej weryfikacji wskaźników i warunków, a Emitenci zostali zakwalifikowani do segmentu NewConnect Lead począwszy od dnia 01.10.2015 r. W ramach analizy ilościowej wyznaczane są wskaźniki rynkowe spółek za okres ostatnich 6 miesięcy i tylko te z nich, które spełniają określone kryteria, mogą trafić do segmentu NewConnect Lead. Do kryteriów tych można zaliczyć m.in.: średnią wartość kapitalizacji spółki, która musi przekraczać 5 mln EUR, a w wolnym obrocie musi znajdować się co najmniej 10% akcji spółki oraz średni kurs akcji spółki, który powinien być wyższy niż 50 gr, a jego średnia zmienność nie może przekraczać 15%. Akcje Emitenta muszą być również notowane na rynku NewConnect od co najmniej 12 miesięcy kalendarzowych. Spółki zakwalifikowane do segmentu NewConnect Lead mogą liczyć na szczególne oznaczanie w serwisach informacyjnych GPW oraz odrębną prezentację spółek w wynikach notowań.

„Zakwalifikowanie do segmentu NewConnect Lead to dla nas ogromne wyróżnienie. Bycie w gronie największych i najpłynniejszych spółek z alternatywnego rynku, które mają największe szanse spełnić kryteria dopuszczeniowe do przejścia na rynek regulowany powinno być także dla naszych Akcjonariuszy czytelnym sygnałem, że prowadzone przez Spółkę działania przekładają się na oczekiwane rezultaty. Świadczy to również spełnianiu  wysokich kryteriów w zakresie wykonywania obowiązków informacyjnych oraz stosowania zasad ładu korporacyjnego. W dalszym ciągu zamierzamy dbać o wysoki poziom komunikacji z rynkiem, bowiem przekłada się on pozytywnie na wizerunek Spółki oraz większe zaufanie do niej.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

Spółka zmieniła w ostatnim czasie nazwę, co wynika z jej większej aktywności w różnych segmentach biznesowych oraz koncentracji na branżach stabilnych oraz dochodowych. Obecnie Emitent funkcjonuje jako Holding, w obrębie którego znajdują się podmioty działające w różnych branżach, m.in. nieruchomości oraz Odnawialnych Źródeł Energii. Każda ze spółek wchodzących w skład Grupy Kapitałowej jest rentowna dzięki efektywnemu sposobowi zarządzania. JR HOLDING S.A. zamierza koncentrować się na projektach inwestycyjnych, które cechują się stabilnością oraz posiadają dobre perspektywy do osiągania wysokich stóp zwrotu.

W skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. wchodzą głównie podmioty działające na rynku nieruchomości komercyjnych. Ich głównym przedmiotem działalności jest nabywanie nieruchomości w atrakcyjnych cenach, a następnie ich modernizacja oraz zmiana struktury najemców, co pozwala na wzrost generowanych przychodów i uzyskiwanie wyższej kwoty ze sprzedaży tak zrestrukturyzowanych budynków. JR HOLDING S.A. poszerzył również prowadzoną działalność poprzez zwiększenie zaangażowania kapitałowego w branżę OZE.