Analiza stron internetowych światowych marek

Zgodnie z wynikami przeprowadzonych ostatnio badań niemal 2/3 największych marek dysponuje wielojęzycznymi stronami internetowymi, a witryna dostępna w 11 wersjach językowych dociera statystycznie do odbiorców 88,7% światowego PKB. Najnowsze dane pokazują również ciekawą zależność: wraz ze wzrostem liczby tłumaczeń firmowej strony na kolejne języki dostrzega się trend wzrostu rozpoznawalności, wartości i finansowej siły marki.

Raport języki stron internetowych największych światowych marekNiemal 2,5 tysiąca przeanalizowanych stron

Przez osiem ostatnich lat niezależny instytut analiz rynkowych Common Sense Advisory (CSA Research) przeprowadził kompleksowe badanie stron internetowych największych światowych marek. Podstawę do analizy stanowiły rankingi Forbes Global 2000, Interbrand 100 Best Brands oraz Alexa Top 500 Global Websites. Głównym celem było natomiast ocenienie wskaźnika MVP, który służy do określenia potencjalnej wartości rynkowej w przestrzeni internetowej.

Mogłoby się wydawać, że w mocno zglobalizowanym współczesnym świecie strona firmowa wyposażona w kilka wersji językowych to podstawa w prowadzeniu biznesu. Okazuje się, że 37% spośród największych marek dysponuje jednojęzyczną witryną, a 10% wiodących stron nie ma tłumaczenia na język angielski. Oznacza to, że firmy te świadomie pozostają nieosiągalne dla potencjalnych klientów i partnerów działających w obrębie internetowej społeczności. Tłumaczenia stron internetowych to stałe zlecenie w naszym biurze. Korzyści płynące z tego rozwiązania dostrzegają zarówno mali przedsiębiorcy, jak i rynkowi giganci – mówi pracownik Biura Tłumaczeń 123tłumacz.pl.

Strona internetowa a kondycja finansowa firmy

Wyniki badań wskazują, że 1506 na 2407 przeanalizowanych witryn dysponowało wersjami wielojęzycznymi, będąc zarazem przetłumaczonych średnio na 9,2 języków. Analizując dane zebrane przez CSA Research, można również zauważyć wyraźną korelację między liczbą dostępnych na stronie języków, a siłą finansową marki.

Średnią wartość marki dla firm posiadających wielojęzyczne strony internetowe (w przedziale tłumaczeń od 12 do 19 języków) określono w 2014 r. na 12 mld $. Autorzy badań obliczyli, że przedsiębiorstwo, które stawia sobie za cel wartość marki przekraczającą 10 mld $ powinno do 2018 r. przetłumaczyć swoją firmową witrynę na 12 języków, a jeśli zależy mu na ekstremalnie szybkim rozwoju – na co najmniej 20 języków i dialektów.

Wielojęzyczne strony światowych gigantów

Dane zebrane przez CSA Research pokazują, że największe firmy, które mieszczą się w pierwszym tysiącu rankingu Forbes, posiadają strony internetowe przetłumaczone średnio na 4,1 języków. Witryny światowych gigantów z pierwszej pięćdziesiątki mają natomiast statystycznie 17 wersji językowych. Podobny trend zaobserwować można na liście Aleksa. Okazuje się zatem, że im więcej tłumaczeń na stronie danej marki, tym większe prawdopodobieństwo, że pojawi się ona w czołówce rankingów.

Największe firmy, takie jak Toyota, IBM, Santander wysokie miejsca w klasyfikacji zawdzięczają swojemu doświadczeniu. Należy jednak zauważyć, że wiele stosunkowo młodych marek (m.in. Google, Facebook, LinkedIn) zdecydowało się, by wdrożyć zaawansowane strategie globalizacyjne, lokalizacyjne i tłumaczeniowe, zyskując dzięki temu udział w rynku kosztem dotychczasowych liderów.

Polskie firmy nadążają za trendem globalizacji

Dostrzegamy, że polskie firmy wyczuwają trend globalizacji i coraz intensywniej inwestują w wielojęzyczne strony internetowe. Bardzo często witryny firmowe są przez nas nie tylko tłumaczone, ale również dopasowywane do danego rynku, czyli lokalizowane – mówi przedstawiciel Biura Tłumaczeń 123tłumacz.pl. Proces lokalizacji o tyle uskutecznia tłumaczenie, że pozwala wychwycić determinanty danego rynku, zwyczaje i specyfikę docelowych odbiorców.

Badania agencji Common Sense Advisor dowodzą, że przetłumaczenie strony internetowej na 11 języków pozwala dotrzeć do odbiorców 87,7% światowego PKB. Polskie przedsiębiorstwa dostrzegają zatem, że wielojęzyczna witryna to inwestycja, która szybko się zwraca i przynosi dodatkowe zyski. Coraz częściej otrzymujemy zlecenia tłumaczenia stron firmowych na języki takie jak turecki, japoński, chiński, czy nawet indonezyjski – dodaje przedstawiciel 123tłumacz.pl.

Źródło: 123tlumacz.pl

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 05.10.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Polski eksport do Holandii szybko rośnie

Choć Holandia to kraj „płaski jak stół”, to nasi eksporterzy wznoszą się tam obecnie na przysłowiowe wyżyny. Polski eksport do tego kraju rośnie obecnie najszybciej spośród pierwszej dziesiątki odbiorców naszych towarów. W okresie I-VII 2015 r. był wyższy aż o 18,5 proc. niż w tym samym okresie przed rokiem.

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Od stycznia do lipca 2015 r. wartość polskiego eksportu do Holandii wzrosła o 787,2 mln euro r/r. Tym samym Niderlandy wspięły się o jedno miejsce wyżej z 7. pozycji notowanej rok temu na 6. miejsce na obecnej liście naszych najważniejszych odbiorców towarów. Zwiększył się także udział kraju tulipanów w ogóle polskiego eksportu z 4 proc. do 4,5 proc. – Nie tylko przypadek Holandii pokazuje, że rok 2015 to rok zmian w polskim eksporcie. Gwałtownie malejące znaczenie Rosji, która na liście głównych odbiorców spadła z 6. pozycji zajmowanej rok temu na 7. spowodował, że inne kraje stają się dla naszych firm coraz ważniejsze. W tym roku w gronie 10 głównych odbiorców polskiego eksportu przywitaliśmy Hiszpanię (obecnie 9. miejsce), pożegnaliśmy za to Słowację. Dalszy, bardzo prawdopodobny, spadek znaczenia Rosji będzie generować kolejne zmiany. Możliwe, że na liście top odbiorców pojawią się inne kraje, np. USA – komentuje Radosław Jarema, szef instytucji płatniczej AKCENTA w Polsce, rozliczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Holandia – skąd te wzrosty?

Prosta odpowiedź: zewsząd. Według danych GUS za I półrocze 2015 r. wzrost całościowego eksportu do Holandii był efektem wyższych obrotów w większości kategorii eksportowanych produktów, w tym w najważniejszych. Dla maszyn i urządzeń mechanicznych i elektronicznych, które odpowiadają za 1/3 całości wywozu do Holandii wzrost wyniósł +11 proc. r/r, dla produktów mineralnych (11,4 proc. udziału w całym eksporcie do Holandii) wyniósł +76 proc. r./r. O prawie 1/3 wzrósł, w porównaniu do podobnego okresu rok wstecz, eksport artykułów przemysłowych (7,7 proc. udział) i o 27 proc. r/r w przypadku gotowych artykułów spożywczych, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz tytoniu i wyrobów tytoniowych (7,6 proc. udział). Wśród mniej istotnych kategorii eksportowych warto zwrócić uwagę na duży wzrost eksportu z Polski produktów chemicznych i przemysłów pokrewnych (+48 proc. r/r) oraz dzieł sztuki i antyków, które są w tym roku w Holandii hitem (+296 proc. r/r).

Z kolei za wzrost popytu Holendrów na import z Polski w dużej mierze odpowiada… Rosja. Holenderski import z tego kraju spadł w I półroczu 2015 r. o prawie 28 proc. r/r., zaś eksport zmniejszył się o 37 proc. r/r. – Kryzys na kierunku wschodnim dotknął nie tylko Polski. Inne kraje UE także odczuwają głębokie spadki obrotów handlowych z Rosją i tak jak my starają się rekompensować je dywersyfikacją i intensyfikacją współpracy z dotychczasowymi partnerami. W taki sposób Rosja wpływa na zacieśnianie wewnątrzwspólnotowych relacji gospodarczych  – mówi przedstawiciel AKCENTY.

Polskie produkty na każdym kroku

– Patrząc z perspektywy historycznej gospodarka Holandii od stuleci opiera się na handlu międzynarodowym. Długa lista produktów, które wysyłamy z Polski do kraju tulipanów cieszy tym bardziej, że Holandia sama jest potężnym eksporterem a z kolei na rynku holenderskim konkurencją dla Polski jest cały świat – wskazuje Jarema.

W poprzednim roku Królestwo Niderlandów było m.in. głównym odbiorcą polskiego eksportu jachtów i łodzi rekreacyjnych oraz drugim w kolejności (po Niemczech) dla motocykli i motorowerów. To właśnie do Holandii wysyłamy najwięcej jaj, piwa, zup i bulionów oraz przetworów spożywczych homogenizowanych. Kraj ten jest też jednym z najważniejszych rynków dla eksporterów sosów, mieszanek przyprawowych, musztardy, słodzonych warzyw, owoców i orzechów, bydła, mięsa, nabiału, rzepaku oraz melasy. Holendrów także ubieramy, w tym w odzież zwykłą (z dzianiny i innych materiałów) i sportową a także dostarczamy bieliznę i dodatki np. futerały i walizki. Urządzamy także holenderskie domy akcesoriami takimi jak: firanki i zasłony oraz dywany, meble czy oświetlenie. Polska jest mocna w eksporcie do Holandii urządzeń i materiałów dla przemysłu m.in.: paliwa, lin oraz kabli z żeliwa lub stali, łożysk tocznych, silników i innych elementów dla produkcji i przesyłania prądu czy elektronicznych układów scalonych.

Immofinanz planuje duże inwestycje w Polsce. Chce budować biurowce i centra handlowe

CEO Magazyn Polska

Wielki biurowiec w Warszawie, vis-à-vis Galerii Mokotów, kompleks handlowo-biurowo-mieszkaniowy w pobliżu starej stacji kolejowej Warszawa Główna oraz liczne obiekty handlowe w całej Polsce planuje wybudować austriacki deweloper Immofinanz. Firma działa na wielu europejskich rynkach, ale dziś to Polska jest terenem jej największych inwestycji.

Immofinanz Group to jak podaje Polska Rada Centrów Handlowych jedna z największych w Europie firm z branży nieruchomości. Jest notowana na giełdzie w Wiedniu. Firma buduje bardzo zróżnicowane obiekty, głównie komercyjne, ale też mieszkaniowe. Jej specjalność to wielkie centra handlowe, biurowce i magazyny dla logistyki, ale też mniejsze sklepy typu dyskontowego. W sześciu europejskich krajach, m.in. w Polsce, buduje sieć parków handlowych Stop.Shop.

Mamy bardzo sprecyzowane oczekiwania inwestycyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Wesołowski, country manager development Immofinanz Group Poland. Chcemy robić dalej nasze parki handlowe Stop.Shop., których mamy już 56 w całej Europie Środkowej. Budujemy właśnie obiekt w Świnoujściu, za chwilę zaczniemy w Szczytnie, kolejny jest w przygotowaniu w Gdyni. Budujemy również obiekty o nazwie VIVO!, za chwilę otworzymy obiekt w Stalowej Woli. Mamy przygotowane grunty pod następny w Krośnie i ten format będziemy propagowali dalej.

Obok sieci niewielkich parków handlowych, przeznaczonych głównie dla indywidualnego handlu, Immofinanz ma też w planach znacznie większe inwestycje, niekiedy zmieniające całe kwartały miasta.

Inwestycje dystryktowe, tak jak planowana właśnie inwestycję przy Warszawie Głównej, w których powstaną wielofunkcyjne obiekty, czyli nie tylko handel, lecz także biurowce, hotel i mieszkania mówi Jacek Wesołowski. To są takie formaty, w których chcemy się pojawiać. Oprócz tego będziemy budowali obiekty biurowe, przejęliśmy teren po Emparku. Będziemy tam realizowali bardzo dużą inwestycję, częściowo zmieniając funkcję obiektów, które stoją, a częściowo wyburzając i budując nowe. To potężna inwestycja, którą będziemy realizowali w najbliższym czasie.

Generalnie swoje wszechstronne inwestycje Immofinanz tłumaczy koniecznością dopasowania inwestycji do miejsca, w którym ma powstać. Firma stara się dla każdej lokalizacji znaleźć odpowiedni i potrzebny lokalnej społeczności obiekt.

Szukamy właśnie zdefiniowanych formatów i lokalizacji pod te zdefiniowane formaty. Te pomysły, które już się sprawdziły, chcemy powielać tłumaczy country manager development Immofinanz Group Poland. – Nasza firma jest przygotowana do każdego rozmiaru, co zresztą widać, bo ten najmniejszy format , czyli Stop.Shop., wchodzi nawet do miast poniżej 30 tys., gdy te największe lokujemy w stolicach województw, bo one wymagają takiej społeczności i takiego cashmentu, który dają tylko te duże miasta. Jesteśmy obecni we wszystkich formatach i do każdego miasta próbujemy się z jakimś, który mamy w planach, dopasować.

Immofinanz działa na trzech głównych rynkach  w Austrii, Niemczech i Polsce, a także na mniejszych rynkach, takich jak Czechy, Słowacja, Rumunia. Jak mówi Jacek Wesołowski z Immofinanz, Polska dzisiaj jest największym rynkiem inwestycyjnym dla firmy.

Te inwestycje czasami są rozłożone w czasie. Przykładowo inwestycje, czy to w Emparku, czy przy Warszawie Głównej, mogą być realizowane nawet przez 10 lat. Wszystko zależy od tempa rozmów w mieście, od tego, czy znajdziemy zrozumienie co do planu miejscowego, czas to pokaże. Nasza firma jest jednym z potężniejszych graczy w Europie, dlatego środki finansowe nie są dla problemem i tę przewagę inwestycyjną chcemy właśnie wykorzystywać.

HSM Polska inwestuje w serwis i zwiększa zatrudnienie

CEO Magazyn Polska

HSM Polska planuje inwestycje w rozwój sieci serwisowej. Niemiecki producent niszczarek do dokumentów i utylizacji odpadów zamierza też zwiększyć zatrudnienie w Polsce. Firma chce bronić pozycji czołowego producenta urządzeń do zgniatania odpadów.  

Firma HSM Polska powstała w 2008 roku jako przedstawicielstwo niemieckiego producenta niszczarek. Rozpoczęła od zatrudnienia 12 osób, a dziś jej zespół zwielokrotnił się i ciągle rośnie.

Z biegiem kolejnych lat zatrudnienie wzrastało i dziś spółka generuje obrót roczny rzędu 43 mln zł i zatrudnia 43 pracowników, w przyszłości również planujemy zwiększyć zatrudnienie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Sobaniec, ekspert HSM Polska. Przede wszystkim będziemy inwestować w rozwój sieci serwisowej. Sprzedajemy urządzenia do niszczenia dokumentów, ale mamy również dział technologii ochrony środowiska, który dystrybuuje urządzenia do zagęszczania, zmniejszania objętości odpadów. W związku z dynamicznym rozwojem sieci handlowych w Polsce pojawiła się potrzeba zapewnienia tym klientom jak najlepszego serwisu. W związku z tym dalej zamierzamy rozwijać serwis tak, aby był on jak najszybciej dostępny i jak najlepszy, tego wymagają klienci.

Obecnie HSM ma w Polsce mocną pozycję. Planowane inwestycje mają spowodować jej utrzymanie, a firma liczy, że zachowa to, co udało się jej przez ostatnie siedem lat osiągnąć.

W zakresie urządzeń do niszczenia dokumentów nasze kalkulacje wskazują, że mamy pozycję wicelidera ocenia Marcin Sobaniec. Biorąc pod uwagę asortyment, trudno nam będzie osiągnąć pozycję lidera. W zakresie urządzeń do prasowania odpadów sytuacja jest lepsza, ponieważ nasze kalkulacje wskazują, że mamy pozycję lidera. W związku z tym to raczej my będziemy gonieni, niż będziemy zdobywać wyższe pułapy.

Ekspert HSM Polska szacuje, że polski rynek niszczarek wart jest kilkadziesiąt milionów złotych. Zdecydowana większość odbiorców tego typu sprzętu, między 50 a 70 proc., to jednak klienci z sektora publicznego. Reszta to głównie firmy prywatne, a zupełnie marginalną część stanowią klienci indywidualni. Gdy chodzi o  urządzenia do przetwarzania odpadów, głównym odbiorcą są sieci handlowe oraz regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych, gdzie instalowane są największe urządzenia do zagęszczania i prasowania odpadów.

Rynek zdobywa się wytrwałą pracą, w związku z tym od ośmiu lat intensywnie poszukujemy i wyłuskujemy kolejnych klientów, którzy są zainteresowani naszym produktem lub usługą. Kolejna rzecz to utrzymanie tego klienta, czyli właściwy serwis posprzedażowy. Mówiąc o właściwym serwisie, mam na myśli jego jakość. Właśnie nią chcemy utrzymać klienta, żeby w przyszłości kupił kolejne nasze urządzenia.

Zarówno HSM Polska, jak i cała grupa spodziewa się w tym roku jednocyfrowego wzrostu przychodów, przy czym polska filia generuje około 10 proc. przychodów całego przedsiębiorstwa. Na rynku panuje spora konkurencja, ale firma liczy, że przekona klientów do swojej oferty

Urządzenia niemieckie w porównaniu do pozostałych produktów na rynku cechują się dłuższą gwarancją deklaruje Marcin Sobaniec z HSM Polska. Oferujemy 3-letnią gwarancję, podczas gdy pozostali producenci oferują 2-letnią. Dodatkowo udzielamy dożywotniej gwarancji na jednoelementowe wałki tnące, co nie jest standardem w przypadku urządzeń konkurencyjnych.

Po wyborach notowania spółek na GPW mogą rosnąć. Najbardziej tych, które potaniały po wypowiedziach polityków

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy mają w Polsce problem z korzystnym ulokowaniem swoich pieniędzy. Bankowe lokaty są bardzo nisko oprocentowane, a akcje spółek tanieją zarówno w Warszawie, jak i na świecie. Analitycy radzą jednak, by przygotowywać się do inwestycji w papiery wartościowe. Tuż po wyborach polskie spółki powinny zacząć odrabiać straty.

Od niemal dwóch lat ceny w sklepach spadają, a roczna deflacja sięgała we wrześniu 0,8 proc. Stopy procentowe w Narodowym Banku Polskim są najniższe w historii III RP, zaś oprocentowanie lokat bankowych nie przekracza dziś (w najlepszym przypadku) 3 proc. Na rynku akcji po wyborczym zwycięstwie kandydata PiS-u panuje bessa i od 25 maja WIG20 stracił ponad 20 proc. Nie lepiej dzieje się na giełdach zagranicznych, gdzie jeszcze niedawno ceny rosły.

Ta tendencja została wyhamowana przez złą sytuację na giełdach krajów azjatyckich podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adrian Apanel, zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Tam, głównie przez spadki w Chinach, które miały duże przełożenie na wyniki spółek europejskich, jak i innych zagranicznych. To spowodowało, że przypływy do tych funduszy zostały ograniczone. Ogólnie wydaje mi się, że w dalszej części roku, po uspokojeniu sytuacji w Chinach, te wpływy powinny nadal być na stabilnych poziomach i w przyszłości, w kolejnym roku, w przypadku poszerzenia luzowania ilościowego w Europie na pewno te wyniki powinny być znacznie lepsze niż w II połowie 2015 roku.

Mimo niekorzystnej sytuacji na rynkach inwestorzy coraz chętniej wracają do funduszy inwestycyjnych. Liczą, że z powszechnym spadkiem cen poradzą sobie pracujący tam specjaliści.

Widzimy dość mocne zainteresowanie produktami depozytowymi, produktami płynnościowymi mówi Adrian Apanel. Widać, że inwestorzy, którzy trzymali swoje pieniądze w bankach na nisko oprocentowanych lokatach, powoli przyzwyczajają się do tej sytuacji i starają się szukać dodatkowych zysków na produktach, które są tworzone przez fundusze inwestycyjne. Widać dużą popularność produktów depozytowych płynnościowych.

W ocenie zarządzającego funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI to dobry wybór. Jego zdaniem akcje w Polsce powinny wkrótce zacząć drożeć.

– Jest spore ryzyko związane z wyborami w Polsce, widzieliśmy w przeszłości, jak nawet kilkuzdaniowe obietnice mogą mieć wpływ na ceny akcji spółek na Giełdzie Papierów Wartościowych. Myślę, że należy przeczekać teraz sytuację, podejść z rezerwą do rynku akcji. Natomiast im bliżej wyborów, im bliżej tego ostatecznego rozwiązania, tym lepiej przyjrzeć się tym spółkom, które zostały najbardziej przecenione, i powoli zajmować pozycje długie obliczone na wzrosty cen na tych walorach. Wyniki wyborów nawet w przypadku zwycięstwa PiS-u nie powinny sprawić, że te spółki będą dalej spadały i warto w tych sektorach poszukiwać takich spółek, które mogą mieć potencjał dwucyfrowego odbicia.

Na zwycięzcę tegorocznych wyborów rynek typuje partię Jarosława Kaczyńskiego. Z tą oceną wiąże się przecena sektorów najbardziej zagrożonych przez rządy tego ugrupowania, które zgodnie z deklaracjami liderów PiS-u zostaną dotknięte decyzjami nowego rządu. Chodzi o banki oraz sektor energetyczny.

Wśród najbardziej przecenionych spółek są banki – podkreśla Adrian Apanel z MM Prime TFI. Przełożenie na cały sektor ma obietnica Prawa i Sprawiedliwości związana z wprowadzeniem podatku bankowego i wszystkie banki poczuły w swoich kursach te plany. Problemem jest też kwestia przewalutowania kredytów frankowych. Inwestorzy starają się unikać banków z dużym udziałem takich kredytów w okresie przedwyborczym. Natomiast po wyborach wydaje mi się, że już presja na wprowadzenie takiej ustawy będzie na pewno mniejsza, więc skupimy się właśnie na takich najbardziej przecenionych walorach, jak Banku PKO BP czy Millennium.

W ocenie analityka nie należy się też obawiać zapowiedzi polityków dotyczących energetyki. Zapowiedź połączenia tych wielkich spółek z kopalniami przyniosła spadek indeksu WIG-energia o 23 proc., a to już dyskontuje te scenariusze negatywne.

Takie spółki, jak Energa, która zazwyczaj jest postrzegana jako firma energetyczna, która głównie skupia swoją działalność na energii odnawialnej, ale również takie spółki, jak Tauron czy PGE – ich wyceny również są obecnie atrakcyjne.

Polskie firmy zbrojeniowe są w stanie dostarczyć 90 proc. sprzętu potrzebnego armii. Przemysł liczy na kontrakty z MON

CEO Magazyn Polska

130 mld zł, które Polska wyda do 2022 roku na modernizację armii, może mieć ożywczy wpływ na krajową gospodarkę – uważają eksperci i przedstawiciele branży zbrojeniowej, którzy liczą na zamówienia z resortu obrony narodowej. Przekonują, że w polskich fabrykach można wyprodukować niemal wszystko, czego potrzebuje wojsko. Stworzone dzięki temu produkty i technologie będą później mogły służyć także cywilom.

Program modernizacji polskiej armii rozpoczął się dwa lata temu. Do 2022 roku Polska przeznaczy na zbrojenia 130 mld zł. Budżet ten jest znacznie wyższy niż wsparcie z UE dla polskich firm.

Pomoc unijna dla przedsiębiorców w latach 2007-2013 wyniosła trochę ponad 10 mld euro. W kolejnych latach będzie to kolejne kilkanaście miliardów. To razem jest dużo mniejsza kwota niż te pieniądze wydane na modernizację – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, dyrektor zarządzający PZL-Świdnik, prezes Związku Pracodawców Klastry Polskie. – Gdybyśmy z rozmysłem wydawali te pieniądze, moglibyśmy podnieść poziom nowoczesności polskiej armii, a jednocześnie poziom technologiczny i wytwórczy polskiego przemysłu. Mielibyśmy zatem dwóch wygranych.

Obecnie wdrażanych jest 14 programów modernizacyjnych, wśród nich program obrony powietrznej, artyleryjski czy program wozów bojowych. MON poszukuje też dostawców m.in. śmigłowców, a niedługo ma ruszyć również przetarg na okręty podwodne.

Armia się modernizuje, jest coraz nowocześniejsza. Można mieć pretensję o tempo tych przemian, natomiast nakreślony kierunek jest dobry, bo co roku modernizacja jest korygowana – mówi gen. dyw. prof. dr hab. inż. Zygmunt Mierczyk, rektor-komendant Wojskowej Akademii Technicznej. – 130 mld zł to są środki, które mogą poruszyć polską gospodarkę, nie tylko polskie firmy zbrojeniowe, lecz także firmy kooperujące.

Wsparcie dla przemysłu obronnego to nie tylko poprawa jego kondycji. To także umożliwienie mu tworzenia produktów i technologii, które później mogą być wykorzystywane przez cywilów.

Przemysł lotniczy ma bardzo dużą zdolność generowania technologii podwójnego zastosowania – zapewnia Krzysztof Krystowski. – Ten sam śmigłowiec, który początkowo jest budowany jako wojskowy, bardzo szybko uzyskuje wersję cywilną i jest sprzedawany w setkach, tysiącach egzemplarzy do zastosowań cywilnych. Podobnie jest z samolotami.

Eksperci i przedstawiciele branży przekonują, że polskie firmy mają potencjał, by odgrywać kluczową rolę w procesie modernizacji armii – posiadają duży potencjał produkcyjny i technologiczny oraz szeroki asortyment produktów i systemów.

Właściwie jesteśmy w stanie zrealizować co najmniej 90 proc. zamówień armii w zakresie realizowanej obecnie modernizacji – deklaruje prezes PZL-Świdnik. – Polski przemysł obronny potrafi produkować: od okrętów poprzez urządzenia, systemy pancerne po artyleryjskie, nawet rakietowe, tylko tutaj akurat ograniczone w zasięgu. Jesteśmy jednym z pięciu krajów w Europie, które mają u siebie potencjał intelektualny i technologiczny, żeby produkować śmigłowce. A to nie jest rzecz banalna.

Zdaniem generała Mierczyka sektor obronny jest – obok medycznego i farmaceutycznego – jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów polskiej gospodarki. To oddziałuje także na inne dziedziny – przemysł zbrojeniowy może korzystać z technologii powstających w małych firmach czy start-upach.

Widzimy bardzo duży potencjał w wielu firmach w zakresie dostarczania innowacji, produktów, półproduktów do innych dużych firm działających w sektorze zbrojeniowym. Bardzo nam zależy na inicjowaniu takiej współpracy, która może przyczynić się do rozwoju nie tylko zbrojeniówki, lecz także innych dziedzin – mówi Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

O szansach i wyzwaniach stojących przed polskim przemysłem zbrojeniowym dyskutowano podczas zorganizowanej 30 września debaty na Wojskowej Akademii Technicznej pt. „Przemysł zbrojeniowy – motor rozwoju gospodarczego”. Organizatorem był Instytut Biznesu.