Do końca 2016 roku zdolność przeładunkowa terminalu kontenerowego DCT w Gdańsku się podwoi. Pozwoli to konkurować mu z największymi portami w Europie

CEO Magazyn Polska

Trwa rozbudowa gdańskiego terminalu kontenerowego DCT. Łączny koszt inwestycji szacowany jest na 250 mln euro. Prace obejmują budowę nowego nabrzeża, które pozwoli na obsłużenie nawet największych kontenerowców. Uruchomienie nowego terminalu planowane jest na koniec 2016 roku. Dzięki inwestycji zdolność przeładunkowa DCT w Gdańsku podwoi się i wyniesie w sumie 3 mln TEU.

– DCT Gdańsk jest największym terminalem kontenerowym na Bałtyku. W tej chwili trwa projekt inwestycyjny warty ponad 200 mln euro, w wyniku którego powstanie kolejny terminal, właściwie nabrzeże dla największych statków pływających na świecie – mówi Adam Żołnowski, wiceprezes ds. finansowych DCT Gdańsk.

Po zakończeniu rozbudowy gdański terminal będzie w stanie przyjąć statki kontenerowe o długości nawet 400 m. Pozwoli to nie tylko umocnić pozycję lidera na Morzu Bałtyckim pod względem zdolności przeładunkowej, lecz także prowadzić skuteczną konkurencję z portami w Hamburgu i Rotterdamie.

– Dzięki tej inwestycji zyskuje nie tylko samorząd, lecz także zyskuje budżet państwa. Dzięki inwestycji wpływy z tytuły VAT-u i akcyzy, które trafiają do budżetu państwa, ulegną podwojeniu – zwraca uwagę Adam Żołnowski.

W 2014 roku DCT Gdańsk przeładował łącznie 1,2 mln kontenerów o długości 20 stóp (TEU), tym samym zbliżając się do maksymalnych możliwości przeładunkowych terminalu. Duże obłożenie posiadanych mocy było podstawą do podjęcia decyzji o budowie nowego nabrzeża. Po rozbudowie gdański terminal będzie mógł nominalnie przeładować do 3 mln TEU w ciągu roku. To tylko trzykrotnie mniej niż port w Hamburgu (największy po Rotterdamie port przeładunkowy w Europie).

– Inwestycja jest dosyć kompleksowa, ponieważ jest to realizowana w formule project finance, czyli z ograniczonym udziałem kapitału własnego oraz przy pewnego rodzaju ograniczeniach związanych z dzierżawą gruntu – wyjaśnia wiceprezes ds. finansowych DCT Gdańsk.

Ponieważ gdańska spółka nie posiada prawa własności do gruntu, na którym realizowana jest inwestycja, konieczne było nawiązanie partnerstwa publiczno-prywatnego. Finansowanie na realizację projektu udało się pozyskać od konsorcjum złożonego z 7 polskich i zagranicznych instytucji bankowych.

Zwiększenie mocy przeładunkowych ułatwi portowi obsłużenie klientów, których liczba w ostatnich kwartałach wyraźnie wzrosła.

– DCT do 2014 roku praktycznie współpracowało z jednym dużym klientem – największą linią oceaniczną na świecie. Od tego roku mamy tych klientów już praktycznie dziesięciu, a do grona naszych klientów dołączył kolejny z największych sojuszy oceanicznych, czyli G6 – wyjaśnia Żołnowski.

Rozbudowa terminalu kontenerowego DCT pozwoli zdywersyfikować portfel klientów oraz ułatwi liniom oceanicznym dostęp do swoich odbiorców. Do tej pory zmuszeni byli transferować swoje towary przy wykorzystaniu portu w Hamburgu. Nowe nabrzeże pozwoli na skrócenie czasu dostawy i obniży koszty transportu.

– Pierwszy krok, który wykonaliśmy, był bardzo istotny dla rozwoju regionu, a za nim idą kolejne. Myślę, że warto wspomnieć tutaj chociażby o budowie centrów logistycznych na zaplecze DCT. Są już magazyny, powstają chłodnie, tworzy się u nas prawdziwy klaster logistyczny związany z gospodarką portową – podsumowuje wiceprezes DCT Gdańsk.

Ardigen w ciągu najbliższego roku zaprezentuje pierwszy produkt z obszaru medycyny spersonalizowanej. Liczy na podbój USA i Europy Zachodniej

Należąca do Selvity spółka bioinformatyczna Ardigen zapowiada, że w ciągu roku zaprezentuje pierwszy produkt z obszaru medycyny spersonalizowanej. Najważniejszy dla firmy jest rynek amerykański, a w Polsce liczy na pozycję branżowego lidera.

– W najbliższym roku będziemy się koncentrować na części usługowej, równolegle pracujemy już nad produktem podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Janusz Homa, prezes zarządu spółki Ardigen. – Natomiast celem strategicznym ewidentnie jest produkt w obszarze medycyny spersonalizowanej. Liczę na to, że w przyszłym roku ten produkt już ujrzy światło dzienne i pierwsi klienci będą mogli z niego korzystać.

Medycyna spersonalizowana uważana jest za przyszłość lecznictwa na świecie. Opierając się na biologii molekularnej, pozwoli ona dobrać lek na chorobę konkretnego pacjenta. Jest to jednak metoda przyszłości, choć prace nad jej praktycznym zastosowaniem są bardzo zaawansowane. Ardigen jako firma bioinformatyczna będzie, jak informuje jej właściciel, kontynuować prace Selvity z dziedziny zarządzania informacją laboratoryjną, ale ma również poszerzyć jej ofertę o zindywidualizowane projekty bioinformatyczne i usługi z obszaru medycyny spersonalizowanej.

Spółka zapowiada, że jej produkt dotyczyć będzie onkologii, oferowany ma być także za granicą, zarówno ośrodkom onkologicznym, szpitalom i klinikom, jak i firmom farmaceutycznym i pacjentom. Dla firmy jest to szansa na zdobycie nowych rynków.

– Mamy dwa zdefiniowane silne rynki mówi Janusz Homa. – Najważniejszy jest rynek amerykański i równolegle rynek Europy Zachodniej. Na rynku polskim jesteśmy liderem, jeśli chodzi o systemy rozwiązań laboratoryjnych, i tutaj jak najbardziej pozycję lidera chcemy utrzymać. Na rynku polskim będziemy również oferować te produkty, które uda nam się stworzyć w obszarze medycyny spersonalizowanej.

Obecnie rynek bioinformatyki jest rynkiem wzrostowym, rocznie powiększa się o ok. 20 proc. Dziś jest on wart ok. 4 mld dol., a w ciągu najbliższych 5 lat ma osiągnąć poziom 13-14 mld dol.

– Jest to młody rynek, w związku z tym nie ma jeszcze problemów z bardzo silną konkurencją ocenia prezes zarządu Ardigen. – W tej chwili mamy przygotowaną ofertę poza genomiką i proteomiką również w obszarze metabolomiki i immunomiki, która jest w tej chwili zupełnie nowością na rynku światowym. Patrzymy na rynek globalnie, dlatego zweryfikowaliśmy już to z klientami zagranicznymi.

W I półroczu przychody Selvity przekraczały 24,6 mln zł i były o ponad milion złotych wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto spółki przekraczał 3 mln zł i był o 1 mln zł wyższy niż rok wcześniej. Jej spółka córka, rozpoczynając działalność, ma zapewnione finansowanie na poziomie 3,7 mln zł, z czego 2,7 mln zapewni firma matka, a resztę pozostali akcjonariusze. Ardigen, przejmując dotychczasową działalność bioinformatyczną Selvity, otrzymuje też dostęp do jej bazy klientów m.in. z branży biotechnologicznej, farmaceutycznej, medycznej, chemicznej, spożywczej, kosmetycznej, wydobywczej oraz energetycznej. Na stałe współpracuje z laboratoriami usługowymi, kryminalistycznymi i ośrodkami akademickimi z Polski oraz innych krajów. To jednak nie oznacza, że przed nową spółką stoją łatwe zadania.

– Jest to biznes niewątpliwie kapitałochłonny. Planujemy większość kapitału założycielskiego i cały zysk generowany przez część usługową przeznaczyć na rozwój produktu – przyznaje Janusz Homa, prezes Ardigen.

Dodaje, że są też okoliczności sprzyjające temu przedsięwzięciu.

– To jest biznes wysokomarżowy. Trudno mi teraz mówić o konkretnych wartościach, ale kiedy produkty już będą, to spodziewamy się, że ich rentowność będzie bardzo wysoka. Jeśli mówimy o części usługowej, to tutaj możemy się spodziewać marży na poziomie ok. 30 proc.

MM Prime TFI: Indeksy na zachodnich giełdach powinny rosnąć, gdy inwestorzy zaczną kupować przecenione akcje chińskich spółek

CEO Magazyn Polska

Narastający w Chinach kryzys nie powinien uderzyć w polską gospodarkę. Bardziej ucierpią kraje wysoko rozwinięte, które mają szerokie kontakty z firmami Państwa Środka. Na dłuższą metę jednak ich problemy powinny zostać rozwiązane przez zdecydowane działania, jakie podejmą zarówno władze chińskie, jak i Europejski Bank Centralny. Adrian Apanel z MM Prime TFI uważa, że najlepiej można będzie zarobić na akcjach spółek, które tanieją w związku z problemami Chin.

Chińska gospodarka, która przed dekadą rosła o kilkanaście proc. rocznie, rozwija się coraz wolniej. W tym roku ekonomiści szacują, że tamtejsze PKB wzrośnie o mniej niż 7 proc. W sierpniu, jak przyznały chińskie władze, eksport tego kraju spadł o ponad 5 proc., a import o blisko 14 proc. Pęknięcie bańki inwestycyjnej na giełdzie w Szanghaju pociągnęło w dół indeksy głównych giełd. Od połowy lipca niemiecki DAX stracił ponad 18 proc. (co prawda w ostatnich dniach pomógł mu też Volkswagen), a amerykański Dow Jones 10 proc.

W przypadku indeksów światowych mamy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym w Chinach, które pokazało nam na przestrzeni ostatnich tygodni, jak bardzo istotne będzie przełożenie tego, co się dzieje w Chinach, na wszystkie giełdy światowe tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adrian Apanel, zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Zarówno spółki krajów rozwiniętych w Europie, jak i spółki amerykańskie bardzo dotkliwie zostały potraktowane właśnie przez to, co działo się w Chinach. To powolne pękanie bańki, które zostało już zapoczątkowane w połowie roku, sprawia, że pojawiło się ryzyko związane z inwestycjami, nawet w takich krajach, jak Niemcy, Francja czy Stany Zjednoczone.

W tym czasie polski indeks WIG20 stracił 10,1 proc. Zdaniem analityków jednak przyczyn słabych notowań polskich spółek poszukiwać można raczej na miejscu niż w Azji. Polskie akcje tanieją z powodu wyborczej niepewności na scenie politycznej. Po głosowaniu sytuacja powinna się ustabilizować i bez względu na sytuację w Chinach polskie akcje powinny zacząć odrabiać straty.

Wydaje się, że Polska była trochę na uboczu, nasza gospodarka nie jest tak mocno związana z gospodarką chińską jak gospodarka amerykańska, niemiecka czy francuska podkreśla Adrian Apanel. Natomiast wydaje mi się, że w pewnym momencie, kiedy już te spadki zostaną wytracone, jeżeli dodatkowy stymulus, takie dodatkowe czynniki, na które liczę, że rząd chiński wprowadzi do gospodarki, sprawi, że te spółki, które zostały mocno przecenione, powoli powrócą do łask inwestorów, to również rynki krajów takich jak Polska będą beneficjentami tych wzrostów.

Obecne spadki na światowych giełdach oznaczają jednak, że tam można oczekiwać najpoważniejszego odbicia w wyniku działań interwencyjnych, które przy wytraceniu potencjału spadkowego na giełdzie w Chinach mogą spowodować, że głównie spółki niemieckie, francuskie, hiszpańskie i włoskie będą ponownie rosły. Dodatkowo wesprzeć je może EBC.

– Mamy tutaj przed sobą potencjalne dodrukowanie pieniądza w strefie euro, drugą fazę luzowania ilościowego, o którym powoli zaczyna się spekulować mówi zarządzający funduszami akcji i depozytowym MM Prime TFI. Na chwilę obecną prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi zapewnia, że przygląda się sytuacji na rynkach światowych, gospodarce chińskiej i presji deflacyjnej w Europie. Wydaje się, że kwestia zwiększenia tego programu QE w Europie, tego programu luzowania ilościowego, to kwestia dodatkowych stymulantów, ona może powrócić w kolejnym roku i z tego również korzystać będą spółki małe i średnie w rozwiniętych krajach Europy.

Obecnie europejska gospodarka zmaga się z niską inflacją, a niekiedy wręcz deflacją. Mimo realizowania programu QE, czyli skupu obligacji państw członkowskich strefy euro przez Europejski Bank Centralny, ceny nie zaczęły rosnąć, a we wrześniu nawet spadły o 0,1 proc. W tej sytuacji analitycy oczekują kontynuacji programu skupu obligacji, zwanego luzowaniem ilościowym. Dalsze pompowanie pieniędzy w rynek oznaczałoby ożywienie na europejskich giełdach.

Wydaje mi się, że będziemy na pewno zwracać uwagę nie tylko na sytuację na rynkach globalnych, lecz także na presję inflacyjną, a w tym momencie na środowisko deflacyjne w Europie, które niestety się pogłębia – podkreśla  Adrian Apanel z MM Prime TFI. Wydaje się, że to, co zostało zrobione do tej pory, czyli ta pierwsza faza programu QE, nie jest wystarczające i to na pewno będzie to miało wpływ na decyzje Europejskiego Banku Centralnego. Jeżeli inflacja nie będzie wracała do strefy euro, jeżeli nadal te wskaźniki aktywności gospodarczej będą na niskich poziomach, to możemy liczyć na poszerzenie tego programu w roku kolejnym.

Rośnie pozycja polskiego przemysłu chemicznego w Europie. Firmy z branży skupione są głównie na Mazowszu

Branża chemiczna jest jednym z motorów rozwoju gospodarczego. Tworzy nowe rozwiązania technologiczne i tym samym wspiera rozwój innych branż. Zatrudnienie jednej osoby w spółce chemicznej skutkuje stworzeniem czterech miejsc pracy w innych przedsiębiorstwach. Najwięcej firm z tej branży działa na Mazowszu. Wspierać je będzie Mazowiecki Klaster Chemiczny. O tym, jak to wsparcie powinno wyglądać, dyskutować będą eksperci z Polski i zagranicy podczas 6. Forum Rozwoju Mazowsza.

Branża chemiczna sprzyja innowacyjności, konkurencyjności oraz pomaga w rozwiązywaniu problemów technologicznych i pokonywaniu technologicznych barier w innych obszarach gospodarki. A polska chemia w niektórych obszarach należy do coraz silniejszych graczy w Europie.

– Jesteśmy szóstym rynkiem kosmetyków w Europie po takich potęgach jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, które są dosyć naturalnie uznawane za kraje wiodące w tym obszarze podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Popik, członek zarządu Agencji Rozwoju Mazowsza oraz Europejskiej Sieci Regionów Chemicznych (ECRN). Najwięcej firm kosmetycznych jest na Mazowszu. Są tu duże rozpoznawalne marki, jak Dr Irena Eris, Bell, Eveline, oraz cała masa firm średnich i małych. Dodatkowo mamy też tutaj do czynienia z operowaniem w ramach łańcucha wartości.

Rozwój polskiego przemysłu kosmetycznego pociąga za sobą również rozwój przemysłu opakowaniowego, współpracę z producentami tworzyw sztucznych. Branża staje się znakiem rozpoznawczym Polski w Europie i na świecie. Dzięki niej rośnie liczby wdrożeń innowacyjnych w polskim przemyśle.

– Mamy do czynienia z innowacją w samej chemii, bo producenci chemii szukają nowych formuł i nowych sposobów udoskonalania już istniejących produktów – tłumaczy Piotr Popik. – Natomiast ogromnym obszarem, który wydaje się być naprawdę niezwykle obiecujący, jest właśnie wzmacnianie oddziaływania chemii na inne obszary gospodarki, na inne branże, i poprawiania ich wyników, poziomu ich innowacyjności, ich konkurencyjności poprzez ciekawe rozwiązania chemiczne. Bo musimy pamiętać, że to oddziaływanie technologiczne jest niesamowite, ponieważ inne branże określają kierunek, w którym chciałyby iść, ale to chemia musi rozwiązać problemy, które przed nimi stoją. Pokazuje, w jaki sposób dojść do zamierzonego celu poprzez pokonanie dotychczasowych barier technologicznych.

Rozwój branży w regionie wspiera Mazowiecki Klaster Chemiczny, który jest wpisany w strategię działalności Płockiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. Został on stworzony wokół największej w tym regionie firmy chemicznej, czyli PKN Orlen.

– Zrozumienie działalności klastrowej jest coraz większe wśród przedsiębiorców mówi Zbigniew Bednarski, prezes zarządu Płockiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. – W tej chwili mamy już ponad 109 podmiotów i kilkanaście czeka w kolejce na przyłączenie się do klastra. Cieszymy się również, że klaster chemiczny reprezentuje bardzo wiele dziedziny, począwszy od chemii gospodarstwa domowego, poprzez bardzo dobrze reprezentowaną branżę kosmetyczną czy chemię gospodarstwa domowego, aż po przemysł stalowy, który współpracuje z branżą chemiczną. Mamy firmy z kilkunastu obszarów, które upatrują swoją przyszłość właśnie we współpracy z branżą chemiczną.

W ramach klastra ma powstać stowarzyszenie, które będzie mogło się ubiegać o środki unijne, zgłaszać projekty do programów, np. takich jak Innochem, realizowanych pod auspicjami NCBiR. Planowane jest też przygotowywanie dobrego środowiska badawczo-rozwojowego dla grup projektowych, które się na Mazowszu wykrystalizowały. Klaster ma być centrum i zapleczem badawczo-rozwojowym rozwiązującym problemy, które pojawiają się w branży chemicznej.

– Mazowiecki Klaster Chemiczny to dobre miejsce do upowszechniania wiedzy na temat open innovation, bardzo dobrej obecnie dla budowania pozycji konkurencyjnej dla wielu firm – ocenia Magdalena Jackowska-Rejman, CEO techBrainers. – Chemia ma to do siebie, że jest w zasadzie wszechobecna, dlatego rozwiązania w tym obszarze i dostęp do tej wiedzy są bardzo ważne dla firm, zwłaszcza dla tych, które nie mają zespołów, które mogłyby takie problemy rozwiązywać. Dlatego o chemii i jej ważności w budowaniu polskich mocnych marek będziemy rozmawiać na 6. Forum Rozwoju Mazowsza 7 i 8 października na Stadionie PGE Narodowym.

Chodzi o dobrą organizację przemysłu chemicznego, bo – jak podsumowuje Piotr Popik z Agencji Rozwoju Mazowsza – jest to szansa dla całego przemysłu w regionie.

– Przyjmuje się, że dwa nowo stworzone miejsca pracy w chemii skutkują ośmioma miejscami pracy wygenerowanymi w innych branżach. W związku z tym możemy przemysł chemiczny potraktować jako pewną oś rozwojową, zarówno pod kątem właśnie innowacji, jak i poziomu konkurencyjności. Natomiast to, co jest równie istotne, to wkład chemii, po pierwsze, w ochronę środowiska, ponieważ to chemia musi na siebie wziąć największy ciężar, jeśli chodzi o redukcję zanieczyszczeń i poprawę efektywności technologii, również pod kątem energetycznym. Po drugie sektor chemiczny jest też nadzieją w ścieżce Komisji Europejskiej do ponownego uprzemysłowienia Europy, reindustrializacji – podsumowuje Piotr Popik.

Na umowach cywilnoprawnych pracuje 2 mln osób. 15 proc. z nich powinno mieć etat

CEO Magazyn Polska

1,5 mln Polaków jest zatrudnionych na umowy-zlecenia, zaś 0,5 mln – na umowy o dzieło. Umowy cywilnoprawne ze względu na mniejsze obowiązki w zakresie płacenia składek są bardziej korzystne dla pracodawców, zdarzają się więc nieprawidłowości przy ich zawieraniu. Nawet 15 proc. z 2 mln pracowników powinno być zatrudnionych na etacie, bo wykonywana przez nich praca spełnia szereg przesłanek ku temu.

Za osoby wykonujące pracę na podstawie umowy o dzieło nie opłaca się żadnych składek. Natomiast w przypadków umów-zleceń zleceniodawca ma obowiązek zgłosić zleceniobiorców do obowiązkowych ubezpieczeń, czyli emerytalnego, rentowego i wypadkowego, i musi opłacać składkę na ubezpieczenie zdrowotne. Zleceniobiorca może zaś przystąpić do dobrowolnego ubezpieczenia chorobowego – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Okułowicz z Departamentu Ubezpieczeń i Składek w ZUS.

Od wynagrodzenia wypłacanego z tytułu umowy-zlecenia składki ZUS potrącane są w różny sposób, w zależności od innych tytułów do ubezpieczeń, jakie posiada zleceniobiorca. Umowy o dzieło z zasady nie podlegają oskładkowaniu. Jeśli jednak umowy cywilnoprawne zostały zawarte z własnym pracodawcą, to składki są odprowadzane łącznie z przychodem z umowy o pracę.

Przy umowach o pracę, jest szerszy zakres obowiązkowych ubezpieczeń. Osoba zatrudniona na etacie podlega ubezpieczeniom na zasadach określonych dla pracowników, czyli obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnym, rentowym, chorobowemu, wypadkowemu, a także ubezpieczeniu zdrowotnemu – zaznacza ekspert ZUS.

W przypadku, gdy dana osoba wykonuje umowę-zlecenie i jednocześnie pracuje na umowę o pracę u innego pracodawcy, obowiązki ubezpieczeniowe są uzależnione od wysokości przychodu. Jeśli z umowy o pracę osiąga wynagrodzenie co najmniej równe minimalnemu, to z tytułu umowy-zlecenia będzie podlegała obowiązkowo tylko ubezpieczeniu zdrowotnemu. Jeśli wynagrodzenie jest niższe od minimalnego, ubezpieczenia emerytalne i rentowe będą obowiązkowe.

Umowy cywilnoprawne, takie jak umowa-zlecenie i umowa o dzieło są związane z Kodeksem cywilnym i wszelkie rozpatrywanie spraw ma miejsce w sądzie. Umowy-zlecenia są popularne, dotyczą wykonania określonej czynności w określonym czasie i dlatego często powtarzają się po sobie – wskazuje Maria Kacprzak-Rawa, rzecznik prasowy Okręgowego Inspektora Pracy w Warszawie. – Umowa o dzieło jest umową rezultatu, czyli wykonania dzieła, utworu czy statuetki.

Z danych GUS wynika, że na umowach cywilnoprawnych pracuje ok. 2 mln Polaków, z czego 1,5 mln jest zatrudnionych na umowy-zlecenia, zaś 0,5 mln na umowy o dzieło. Pracodawcy często jednak nadużywają umów śmieciowych. Przeprowadzone w ubiegłym roku kontrole PIP wykazały, że 15 proc. zawartych umów-zleceń spełniało warunki charakterystyczne dla umów o pracę, czyli wykonywanie czynności w miejscu i czasie wskazanym przez zleceniodawcę, pod jego ścisłą kontrolą.

Zlecenie ma wówczas znamiona stosunku pracy, w związku z tym można się zwrócić do inspektora pracy, który prosi pracodawcę o zawarcie umowy o pracę. Jeżeli to nie pomaga, pracownik może w sądzie pracy domagać się zawarcia umowy o pracę. Inspektor reprezentuje pracownika i zwraca się do sądu o ustalenie istnienia stosunku pracy – tłumaczy ekspertka PIP.

Wszelkie wątpliwości związane z prawidłowością umowy można omówić z prawnikami PIP. Pomogą oni też napisać pozew do sądu. W latach 2012–2013 ponad 12 tys. osób otrzymało umowę o pracę zamiast posiadanych umów-zleceń czy umów o dzieło.

Umowy cywilnoprawne nie są umową o pracę. Nie przysługuje ani urlop wypoczynkowy, ani odprawa, czyli świadczenia, które należą się osobom nawiązującym stosunek pracy – przypomina Kacprzak-Rawa.

Grupa Muszkieterów modernizuje sklepy i planuje otwarcie 500 kolejnych. Obroty w tym roku mają wynieść ponad 5,8 mld zł

CEO Magazyn Polska

Grupa Muszkieterów, zrzeszająca właścicieli sklepów Intermarché i Bricomarché, w pierwszym półroczu wygenerowała 2,75 mld zł obrotów. W całym roku mają one sięgnąć 5,85 mld zł. Żeby utrzymać tempo rozwoju na trudnym rynku i przy utrzymującej się deflacji, Grupa zmienia koncept sklepów Intermarché. Wprowadza też możliwość zamawiania zakupów przez internet i ich odbiór w sklepie. Przyjęta przez Bricomarché polityka cenowa przynosi bardzo dobre efekty. W ciągu pięciu lat pod szyldami obu sieci powstanie 500 nowych sklepów.

W najbliższych pięciu latach chcielibyśmy zwiększyć liczbę naszych placówek, zarówno dla sieci Intermarché, jak i Bricomarché, o 500 sklepów – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Patrick Renault, prezes zarządu Grupy Muszkieterów w Polsce. – Do końca tego roku przybędzie 15 sklepów Intermarché i 17 Bricomarché.

Grupa w pierwszym półroczu wygenerowała 2,75 mld zł obrotów. Do końca roku mają one oscylować wokół 5,85 mld zł. Sama sieć Intermarché wypracowała 2,09 mld zł obrotów.

Nasz rynek jest bardzo trudny. Wpływa na to deflacja, która na produktach spożywczych występuje od marca ubiegłego roku – mówi Krzysztof Waligórski, prezes dyrekcji handlowej Intermarché. – Nasza sieć i sklepy w nowym koncepcie radzą sobie przyzwoicie na tym rynku, notujemy wzrost obrotów.

Nowy koncept sklepów Intermarché uwzględnia zmieniające się preferencje klientów. Supermarkety będą miały nową aranżację, nowoczesny design, a także wzbogacą się o specjalne strefy produktowe.

Stawiamy na produkty świeże, dlatego w naszych sklepach jest wędzarnia (mięso rozbieramy na miejscu), piekarnia, cukiernia oraz stoisko z warzywami i owocami. Te działy zostały przez nas zaakcentowane. Duży nacisk położyliśmy też na produkty gotowe, czyli do szybkiego przygotowania, oraz na produkty bio. Jako sieć francuska chcieliśmy wyróżnić się także szerokim asortymentem win – wymienia Waligórski.

Zmiany wprowadzono już w czterech sklepach: w Poznaniu, Zielonej Górze, Kluczborku i Międzychodzie. Do końca października nowym wizerunkiem zyskają kolejne cztery placówki: w Obornikach Wielkopolskich, Śremie, Turku oraz Brzesku. Jak podkreśla Waligórski, na razie reakcja klientów na nowy koncept jest bardzo pozytywna.

90 proc. respondentów odpowiedziało, że koncept jest bardzo przyjazny. 50 proc. klientów zadeklarowało – co nas bardzo cieszy  że będą robili częściej niż do tej pory zakupy w tym sklepie. To też się przekłada na wyniki – przekonuje Krzysztof Waligórski.

I dodaje, że wszystkie nowe placówki będą uruchamiane już w zmienionym koncepcie.

Sieć we wrześniu wprowadziła także usługę Drive, czyli możliwość zamówienia zakupów przez internet i odbioru w sklepie. W ofercie jest blisko 7,5 tys. produktów.

W przypadku Bricomarché obroty w I półroczu sięgnęły 669 mln zł, to aż o 25 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku. Na tle rynku DIY (do it yourself) sieć rozwija się bardzo dynamicznie. Przewagą konkurencyjną jest polityka cenowa Bricomarché, która polega przede wszystkim na utrzymaniu cen na jak najniższym poziomie.

W I półroczu tego roku, dzięki zachowaniu takiej polityki, uzyskaliśmy aż 25-proc. przyrost obrotów – wylicza Marian Słomiak, pełnomocnik zarządu Grupy Muszkieterów ds. Bricomarché. – Daje nam to pierwsze miejsce na rynku supermarketów DIY i mocne czwarte miejsce na rynku hipermarketów i supermarketów.

Grupa Muszkieterów chce także rozwijać sieć przymarketowych stacji paliw Intermarché. W pierwszym półroczu otwarto pięć nowych placówek.

Grupa podjęła niedawno współpracę z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu w celu otwarcia podyplomowego kierunku studiów „Zarządzanie sieciami handlowymi”. W ramach współpracy zajęcia prowadzić będą najlepsi specjaliści z Grupy Muszkieterów wraz z wykładowcami UEP.

Będą to zajęcia, które – mamy nadzieję – w najbliższej przyszłości przyniosą rezultaty i być może wejdą na stałe do program studiów na tej uczelni – twierdzi Patrick Renault, prezes Grupy. – Korzyści są dwojakie – uniwersytet zyska na kontakcie ze światem biznesu, a nam będzie łatwiej poznać świat studentów i dostosować ofertę zatrudnienia – dodaje.

Grupa Muszkieterów jest największą siecią franczyzową w kategorii supermarketów spożywczych i typu dom i ogród w kraju. Zrzesza ponad 270 przedsiębiorców zarządzających 224 supermarketami Intermarché, 57 stacjami paliw i 116 supermarketami Bricomarché. W centrali Grupy w dwóch magazynach logistycznych i 340 supermarketach pracuje ponad 14 tys. osób.

Duże nadzieje związane z uruchomieniem produkcji nowej Astry w Gliwicach. Opel liczy na znaczący wzrost sprzedaży, a resort gospodarki na przyspieszenie w branży

CEO Magazyn Polska

Opel spodziewa się, że produkowana w Polsce Astra piątej generacji pozwoli znacząco zwiększyć udział koncernu w polskim rynku. Rozpoczęcie montażu zaawansowanego technologicznie modelu jest ważne także dla regionu i całej gospodarki. Ministerstwo liczy na wzrost eksportu, nowe zamówienia i inwestycje w branży motoryzacyjnej.

Polska należy do szóstki największych producentów samochodów w Europie. Jest też liderem w produkcji i eksporcie części samochodowych. W zeszłym roku z krajowych fabryk na eksport trafiły samochody, części, akcesoria i podzespołów motoryzacyjnych warte ponad 18 mld euro.

W tym roku, także dzięki GM i wzrostowi produkcji w Gliwicach, przekroczymy 20 mld. Od trzech lat przemysł motoryzacyjny goni największą polską branżę eksportową, czyli wieś i rolnictwo, które w tym roku będzie miało 25,5 mld euro – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

Seryjna produkcja Astry piątej generacji, którą Opel rozpoczął 29 września, ma duże znaczenie zarówno dla branży, jak i dla całej gospodarki.

Przy montażu tych samochodów pracuje 3,9 tys. osób, a w fabryce silników już pracuje 500 osób. Wiele miejsc pracy powstanie wśród tych, którzy produkują opony, felgi, zawieszenia, tworzą odlewy, przekładnie i tak możemy wyliczać dalej. Mało kto o tym wie, że z 26 typów silników do samochodów osobowych produkowanych w Europie 16 powstaje w Polsce – podkreśla Piechociński.

Opel zajmuje czwartą pozycję na polskim rynku. Szefowie koncernu liczą jednak na to, że nowy model pomoże Oplowi w zdobyciu miejsca w pierwszej trójce. W ciągu ośmiu miesięcy 2015 roku sprzedaż Opla wzrosła o 18 proc. i osiągnęła poziom 21 700 samochodów, zwiększając udział koncernu do 7,8 proc.

Mamy już złożonych 30 tys. zamówień. W kolejnych miesiącach nowa Astra będzie wprowadzana na poszczególne rynki w Europie i wtedy zaczniemy prawdziwą sprzedaż. Astra stanowi 20 proc. naszej sprzedaży – informuje Peter Christian Küspert, wiceprezes ds. sprzedaży i obsługi posprzedażowej w Grupie Opel. – Nie chcemy mówić o prognozach sprzedaży nowej generacji, ale jesteśmy przekonani, że dilerzy i klienci pokochają nowy model, co wpłynie na wyniki sprzedażowe.

Rocznie w Polsce kupowanych jest ok. 350 tys. nowych samochodów. Zdaniem Piechocińskiego polski rynek stopniowo zwiększa swoją chłonność – ze względu na średni wiek pojazdów na polskich drogach można spodziewać się zwiększonych zakupów w kolejnych latach.

Dzięki inwestycji Opla w przyszłym roku produkcja samochodów w Polsce może przekroczyć 700 tys. Zyska na tym eksport, bo za granicę nadal trafiać powinno 98 proc. aut z Polski.

Jak podkreśla Andrzej Korpak, dyrektor General Motors Manufacturing Poland, większość produkcji z Gliwic trafia do Niemiec i Wielkiej Brytanii. Stopniowo po latach kryzysowych odradza się rynek hiszpański.

Także Turcja jest dla nas ważnym rynkiem. Turcy kupują od nas jeszcze poprzednią generację – wyjaśnia Korpak. – Będziemy też produkować kabriolet dla Amerykanów. Seryjną produkcję rozpoczniemy dopiero w listopadzie, ale auto już teraz budzi sensację i jest jednym z najczęściej reklamowanych samochodów.

Zdaniem Piechocińskiego rozpoczęcie produkcji nowej Astry będzie mieć duże znaczenie także dla innych firm z branży motoryzacyjnej. Wicepremier liczy na większe zamówienia dla przedsiębiorców i większe zainteresowanie polskim rynkiem innych koncernów motoryzacyjnych.

Dzisiaj w polskiej przestrzeni motoryzacyjnej brakuje nam jeszcze blachy na karoserię, stąd program Kraków Nowa Huta. Po modernizacji wielkiego pieca razem z Mittalem przystępujemy do modernizacji walcowni po to, żeby móc tam produkować blachę najnowszej generacji dla europejskich i nie tylko europejskich samochodów. Jeśli nam się to powiedzie, to tym samym potwierdzimy, że w Polsce warto otwierać nowe zakłady i nowe montownie bez nadmiernego finansowania ze strony publicznej – mówi Piechociński.

Zmiany w prawie autorskim czekają na podpis prezydenta. Twórcy zyskają na wypożyczeniach w bibliotekach

CEO Magazyn Polska

W tym roku duże zmiany w prawie autorskim. W sierpniu w życie weszła mała nowelizacja przepisów, kolejna – tzw. duża nowelizacja – czeka jeszcze tylko na podpis prezydenta. Zmiany będą dotyczyć m.in. dzieł sierocych i kwestii dozwolonego użytku. 

Nowelizacja ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych pozwoli na dostosowania polskich przepisów do wymogów prawa unijnego. Dotyczy m.in. kwestii dozwolonego użytku publicznego, czyli sytuacji, kiedy można skorzystać z utworu bez zgody twórcy i zapłaty wynagrodzenia. Takie prawo będą miały jak do tej pory wyłącznie instytucje oświatowe, ale będą mogły z niego skorzystać w większej liczbie przypadków, np. przy kursach online. Dokument reguluje też możliwość wykorzystania dzieł przez osoby fizyczne czy biblioteki.

Druga rzecz dotyczy wprowadzenia opłat bibliotecznych. Wydawca czy autor będzie dostawał rekompensatę z tego tytułu, że jego książka jest wypożyczana przez bibliotekę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy.

Szacowane wydatki na wynagrodzenia dla twórców i wydawców to 4-5 mln zł. Będą one pochodzić z dofinansowania przekazywanego przez resort kultury ze środków Funduszu Promocji Kultury. Tego typu rozwiązania wprowadziła już większość państw UE. Wynagrodzenie będzie przysługiwać autorom piszącym w języku narodowym, tłumaczom na język polski oraz twórcom grafik, ilustracji czy zdjęć, które są częścią danego utworu.

Kolejny punkt dużej nowelizacji dotyczy tzw. dzieł sierocych, czyli utworów, do których prawdopodobnie nie wygasły autorskie prawa majątkowe i jednocześnie nie ma możliwości dotarcia do właścicieli tych praw w celu uzyskania ich zgody na legalną eksploatację. W zbiorach polskich instytucji kulturalnych znajduje się wiele książek, czasopism czy utworów muzycznych i filmowych, które z powodu nieznajomości autora są wyłączone z użytkowania.

Przyjęto rozwiązania, które pozwolą wykorzystać to dzieło sieroce, a jednocześnie zobowiążą organizacje zbiorowego zarządu do tego, żeby wyszukała autora, twórcę czy wydawcę, po to, żeby potem zrekompensować płatność, która wpłynęła na jego konto za wykorzystanie tego dzieła sierocego – wyjaśnia Hoffman. – To samo dotyczy utworów niedostępnych w handlu.

Zgodnie z ustawą są to utwory wydane przed 1994 rokiem, których nie można kupić ani w internecie, ani w tradycyjnym obrocie. Archiwa, instytucje kultury, oświaty i jednostki naukowe będą mogły je digitalizować i udostępniać w sieci pod określonymi warunkami.

Kolejnym z istotnych założeń zmian w ustawie jest ułatwienie publikowania utworów nieobjętych ochroną praw autorskich, czyli pozostających w domenie publicznej. Nowe przepisy zdejmą z wydawców obowiązek odprowadzania 5 proc. uzyskiwanych w ten sposób przychodów, które do tej pory przekazywane były na Fundusz Promocji Twórczości. Fundusz ten zostanie zlikwidowany.

Duża nowelizacja została 11 września przyjęta przez Sejm po poprawkach Senatu. Teraz czeka na podpis prezydenta. Przepisy mają wejść w życie w styczniu 2016 roku.

To kolejna w tym roku zmiana w prawie. Mała nowelizacja weszła w życie 1 sierpnia br. Reguluje ona m.in. to, jak obliczać czas ochrony autorskich praw majątkowych do utworów słowno-muzycznych. Wydłuża też z 50 do 70 lat okres ochrony fonogramów i utrwalonych na nich wykonań, dzięki czemu twórcy będą mogli czerpać korzyści ze swoich dzieł znacznie dłużej.

Tych zmian w prawie na pewno potrzeba o wiele więcej. To jest np. kwestia uszczegółowienia dozwolonego użytku. Powstaje rozbieżność interesów twórców, wydawców i rynku, który chciałby mieć do wszystkiego dostęp, pobrać treści, miksować i robić na tej podstawie utwory. Ten problem będzie następował i trzeba go w sposób rozsądny załatwić – mówi Maciej Hoffman. – W Europie też dyskutują o tym, czy wprowadzić np. opłatę internetową. Tylko kto się na to zgodzi. Myślę, że problem ten będzie narastał.

Jak podkreśla, potrzebne są również zmiany w prawie prasowym, m.in. nowa definicja prasy czy dziennikarza.

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek Inwestycyjny w Europie Środkowej z potencjałem wzrostu w średnio-terminowej perspektywie

Według najnowszego raportu Rynek Inwestycyjny w Europie Środkowej I połowa 2015, przygotowany przez Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa BNP Paribas Real Estate Poland, pomimo wzrostu wolumenu kapitału poszukującego atrakcyjnych nieruchomości w Europie Centralnej, silnych podstaw ekonomicznych regionu, wyższych zwrotów w porównaniu do rynków zachodnich, całkowita wartość transakcji inwestycyjnych spadnie do końca roku o ok. 10-15%. Jednakże w kolejnych kwartałach można spodziewać się powrotu do trendu wzrostowego z uwagi na zwiększoną ilość produktów inwestycyjnych dostępnych na rynku w perspektywie 12-24 miesięcy.

W pierwszej połowie 2015 całkowita wartość transakcji w Europie Środkowej osiągnęła poziom 2.6 miliarda euro, 13.5% mniej w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Pomimo ogromu kapitału i większej ilości inwestorów zainteresowanych rynkami Europy Środkowej, do końca 2015 roku, wartość transakcji osiągnie poziom 6.8-7.1 miliarda euro, notując spadek o  10-15% w stosunku do tego samego okresu w 2014 r.

Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland
Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Niezaleznie od ilości kapitału zainteresowanego inwestycjami w regionie Europy Środkowej, w tym roku zauważymy spadek wartości transkacji w stosunku do ubiegłego roku. Głównych przyczyn należy upatrywać w ograniczonej ilości portefli transakcyjnych, niedostatku nieruchomości typu prime oraz dychotomii w oczekiwaniach właścicieli i inwestorów.” – komentuje autorka raportu, Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland.

W ciągu pierwszego półrocza całkowita wartość transkacji w Czechach po raz pierwszy w historii była wyższa niż w Polsce osiągając poziom prawie 1.3 miliarda euro w stosunku do 800 millionów euro na polskim rynku. Zmiana na pozycji lidera spowodowana została spektakularną transakcją o wartości 570 millionów euro w Pradze. Węgry odnotowały 10 % udział w rynku, a Rumunia uplasowała się na nastepnym miejscu z ośmioma punktami procentowymi i  całkowitą wartością transakcji na pozimie 200 milionów euro. Pozostałe  1% zostało alokowane w Słowacji. Dotychczasowe zainteresowanie inwestorów, dostepność produktów inwestycyjnych oraz ich finansowania dla poszczególnych krajów powinny pozostać na podobnym poziomie w ciągu kolejnych kwartałów. Jednak wraz z końcem roku Polska ma szansę na odzyskanie pozycji lidera.

Kraje Europy Środkowej w ciągu ostatnich sześciu miesięcy zanotowały już kompresję stóp kapitalizacji w najważniejszych sektorach o 25-50 p.p.  Trend powinien utrzymać umiarkowane tempo zmian, szczególnie wobec ograniczonej perpektywy wzrostów poziomu czynszów w ciągu najbliższych 2-3 lat.

Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Capital Markets, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Capital Markets, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

“Kompresja stóp kapitalizacji w krajach i regionach zmusza inwestorów do poszukiwań na rynkach drugo-, a nawet trzeciorzędnych oraz brania pod uwagę projektów z dużym potencjałem rozwoju.” – mówi  Mateusz Skubiszewski, Dyrektor, Capital Markets, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland.

W toku budowy jest ogromna ilość produktów wysokiej jakości, których realizacja przewidziana jest w latach 2015-2018, szczególnie w Polsce, gdzie znajduje się 80% całkowitej podaży. Te wysokiej klasy nieruchomości powstające we wszystkich sektorach rynku będą magnesem dla potencjalnych inwestorów w średniookresowej perspektywie.