Bezpiecznie i szybko, czyli co liczy się dla kupujących online

Najnowsze badania przeprowadzone przez instytut opinii publicznej Infas na zlecenie Trusted Shops wskazują, że bezpieczeństwo oraz czas dostawy to kluczowe kryteria przy wyborze sklepów internetowych. Poczta Polska oraz Trusted Shops, firmy specjalizujące się w usługach dla branży e-commerce opracowały rozwiązania, które odpowiadają na główne obawy kupujących online.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Jak pokazują najnowsze badania, bezpieczeństwo jest dla Polaków najważniejszym kryterium wyboru sklepu zaraz za ceną – tak wskazało prawie 90% ankietowanych. Na drugim miejscu uplasowała się szybka dostawa. W pierwszej piątce znalazły się również aspekty związane z zaufaniem do sklepu internetowego, takie jak gwarancja zwrotu pieniędzy, wiarygodność oferty oraz ochrona danych osobowych.

Wyniki sondażu odzwierciedlają główne obawy konsumentów, które sprawiają, że chętniej wybierają te sklepy, którym uda się zbudować poczucie wiarygodności i bezpieczeństwa. Konsumenci coraz większą wagę przykładają również do ochrony danych osobowych. Zależy im bowiem, aby sklepy zarządzały danymi we właściwy sposób i nie udostępniały ich stronom trzecim. Z drugiej strony, widzimy, że zmieniają się oczekiwania wobec sklepów internetowych – kupujący wymagają szybkiej realizacji zamówienia. Jak sugerują badania, konsumenci nie postrzegają tego aspektu w kategoriach dodatkowego udogodnienia, ale standardu.

– Po raz kolejny konsumenci podkreślają jak ważne jest dla nich bezpieczeństwo transakcji i rzetelność sprzedawcy. Kupujący muszą czuć się bezpiecznie na każdym etapie zakupów, aby zdecydować na finalny krok, czyli złożenie zamówienia. Coraz częściej konsumenci wchodzą od razu na strony produktowe; to tam oraz na etapie płatności szukają potwierdzenia wiarygodności sprzedawcy. Trusted Shops bada nastroje konsumentów i zmieniające się trendy na rynku dostosowując prezentacje symboli zaufania do potrzeb zarówno kupujących, jak i sprzedawców. Na przykład dzięki gwarancji zwrotu pieniędzy w koszyku konsumenci mają poczucie bezpieczeństwa i chętniej dokonują zakupu – komentuje Anna Rak, Country Manager Trusted Shops w Polsce.

Im szybciej tym lepiej

Z roku na rok coraz większego znaczenia nabiera również czas dostawy. Kupujący wymagają bowiem, aby ich przesyłki docierały szybko i bez problemów. Tę potrzebę na rynku dostrzega Poczta Polska, która oferuje przesyłki pocztowe oraz kurierskie. Sprzedawcy internetowi mogą liczyć na elastyczne i indywidualne rozwiązania, takie jak: przesunięcie granicznej godziny wysyłania paczek priorytetowych, czy też na obsługę przesyłek w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu. Ponadto e-sprzedawcy otrzymują dostęp do aplikacji Elektroniczny Nadawca, która jest przydatna przy wysyłaniu dużej liczby przesyłek.

– Poczta Polska dynamicznie rozwija się w segmencie eCommerce, współpracując z niemal 60% e-sklepów. To z myślą o nich opracowaliśmy nową ofertę kurierską. Jednym z rozwiązań jest usługa Paczka EKSTRA24. Główną zaletą tego rozwiązania jest szybkość doręczenia przesyłek. Paczka nadana w placówce pocztowej dotrze do odbiorcy już następnego dnia. Wysoka jakość, terminowość oraz zaufanie sprawiają, że Polacy coraz częściej wybierają dostawę za pośrednictwem Poczty Polskiej – mówi Sławomir Żurawski, Dyrektor Biura Rozwoju Usług KEP Poczty Polskiej. W sondażu na temat decyzji zakupowych oraz zaufania do sklepów internetowych wzięło udział ponad 1000 internautów z Polski oraz ponad 4000 osób reprezentujących kluczowe rynki europejskie – Niemcy, Francję, Hiszpanię i Wielką Brytanię. Respondentów pytano między innymi o kryteria, jakimi kierują się podczas wyboru sklepu internetowego i częstotliwość zakupów.

Sprawozdanie finansowe Grupy Budimex za rok 2013

Dariusz Blocher - prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA
Dariusz Blocher – prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA

W roku 2013 Grupa Budimex osiągnęła sprzedaż na poziomie 4,75 miliarda złotych. Jest to sprzedaż niższa o 22% w stosunku do roku ubiegłego, kiedy Grupa Budimex odnotowała historyczne obroty w wysokości 6,1 miliarda złotych.

Spadki sprzedaży w roku 2013 nie są dla rynku zaskoczeniem. To rok spodziewanego spowolnienia i wyczekiwania na nowy budżet unijny na lata 2014-2020, który finalnie został zatwierdzony w listopadzie 2013 roku.

Rok 2013 to kolejny rok, w którym produkcja budowlano – montażowa odnotowuje ujemną dynamikę wzrostu (-13,6% rok do roku), spowodowaną głównie sytuacją w segmencie infrastrukturalnym, który skurczył się o 18,6%. Budownictwo infrastrukturalne stanowiło 59% sprzedaży segmentu budowlanego Grupy Budimex w roku 2013 oraz 63% w roku 2012.

W 2013 roku Grupa Budimex osiągnęła zysk z działalności operacyjnej na poziomie 333 milionów złotych z rentownością 7% w porównaniu do rentowności operacyjnej osiągniętej w roku 2012 na poziomie 3%.

Na wyniki istotny, aczkolwiek nie decydujący, wpływ miała sprzedaż spółki zależnej Budimex Danwood, lidera na rynku produkcji domów jednorodzinnych w konstrukcji szkieletowej. Sprzedaż spółki była elementem realizacji strategii koncentracji na podstawowej działalności Grupy Budimex i przygotowania jej struktury do nowej sytuacji rynkowej w nadchodzących latach.

Motorem wygenerowanego wyniku był w roku 2013 segment budowlany, który poprawił rentowność na każdym poziomie działalności. Rentowność segmentu na poziomie marży brutto to 7,3% w porównaniu do 6,4% rentowności osiągniętej w roku 2012. Rentowność operacyjna natomiast osiągnęła poziom 3,3% w porównaniu do 2,0% w roku 2012. Na sytuację tę wpływ miał głównie spadek cen materiałów budowlanych, dbałość o jakość podpisywanych kontraktów oraz fakt, iż najtrudniejsze kontrakty autostradowe zostały już zakończone.

Rok 2013 był dobrym rokiem dla działalności deweloperskiej pod względem przedsprzedaży mieszkań. Zmiany w wymaganiach kredytowych, stosunkowo niskie stopy procentowe skutkujące relatywnie tanim finansowaniem i mało atrakcyjnym oprocentowaniem lokat bankowych wpłynęły na istotny wzrost przedsprzedaży mieszkań. W roku 2013 Budimex Nieruchomości przedsprzedał 742 mieszkania w porównaniu do 515 mieszkań przedsprzedanych w roku 2012 odnotowując 44% wzrost. Poziom przedsprzedaży mieszkań odnotowany w roku 2013 to poziom bliski temu z okresu boomu na rynku mieszkaniowym.

W roku 2013 Budimex Nieruchomości sprzedał notarialnie 495 mieszkań, podczas gdy w tym samym okresie 2012 roku sprzedał 740 lokale. Należy pamiętać, że sprzedaż notarialna mieszkań zależy od terminów zakończenia projektów budowlanych oraz przekazywania gotowych mieszkań klientom, nie jest zjawiskiem sezonowym i porównywalnym rok do roku.

Spadek sprzedaży nie wpłynął na rentowność działalności deweloperskiej, która na poziomie marży brutto wynosi 20,0%, w porównaniu do 22,8% rentowności osiągniętej w roku poprzednim.

W roku 2013 dokonano w segmencie deweloperskim przeglądu aktywów, co skutkowało odpisem wartości części posiadanych gruntów w wysokości 61,8 miliona złotych. Odpis został dokonany głównie na dwóch największych działkach posiadanych przez spółkę Budimex Nieruchomości. Nie ma on wpływu na poziom gotówki. Pozwoli natomiast przygotować atrakcyjniejszą ofertę dla klientów, przyspieszając istotnie rozpoczęcie nowych projektów oraz ich przedsprzedaż.

W konsekwencji dokonanego odpisu wynik na poziomie netto segmentu deweloperskiego jest ujemny i wynosi -23,4 miliona złotych.

W roku 2013 Budimex Nieruchomości nadal koncentruje swoją działalność w trzech lokalizacjach: Warszawa, Kraków, Poznań. Obecnie posiada w swej ofercie 700 mieszkań gotowych do sprzedaży.

Grupa Budimex utrzymała bardzo wysoki poziom pozycji gotówkowej, który na koniec roku wyniósł 1,56 miliarda złotych (odnotowany wzrost rok do roku: 31%). Wpływ na pozycję gotówkową miał głównie bardzo dobry poziom gotówki w segmencie deweloperskim, spowodowany wysoką przedsprzedażą mieszkań oraz sprzedaż spółki Danwood.

W roku 2013 można było zaobserwować już wzrost średniej wartości ogłaszanych przetargów. Średnia wartość oferty złożonej przez Budimex SA na rynku infrastrukturalnym wyniosła w roku 2013 55 milionów złotych, podczas gdy w roku 2012 było to 32 miliony złotych. Jednak łączna wartość rozstrzygniętych przetargów w roku 2013 była porównywalna do wartości roku 2012.

Dzięki wysiłkowi oraz zwiększeniu skuteczności ofertowania Grupa Budimex podpisała w roku 2013 kontrakty o wartości 3,3 mld zł. To wartość wyższa od wartości kontraktów podpisanych w roku 2012 o blisko 0,5 mld złotych. Portfel zamówień Grupy na koniec roku 2013 wyniósł 4,3 mld zł.

Z nowej perspektywy unijnej ogłoszono już kontrakty drogowe o łącznej wartości ponad 40 miliardów złotych. Grupa Budimex znalazła się w prekwalifikacjach wszystkich ogłoszonych do tej pory przetargów. Obecnie naszym celem jest pozyskanie możliwie najwyższej wartości kontraktów dbając jednocześnie o ich rentowność. Chcemy również dobrze przygotować się do realizacji pozyskiwanych kontraktów stawiając w najbliższym czasie na rozwój i utrzymanie jak najlepszej kadry menadżerskiej.

W roku 2013 Budimex pozostaje najbardziej wartościową Spółką budowlaną notowaną na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. O zaufaniu jakim się cieszymy świadczą nie tylko otrzymywane wyróżnienia, ale przede wszystkim wzrost wartości akcji Budimex SA odnotowany w roku 2013 (wzrost o 89%, z 70 złotych do 132 złotych za akcję).

Wybrane dane finansowe ze skonsolidowanego sprawozdania Grupy Budimex sporządzonego zgodnie z Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) za rok 2013 oraz porównywalne dane za rok 2012.

Emmerson Evaluation zaliczył dobry rok i… liczy na jeszcze lepszy

Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation, ocenia, że rok 2014 będzie bardzo ciekawy dla jego firmy. Duży potencjał widzi w sytuacji rynkowej, która zwiększy popyt na dane o cenach transakcyjnych nieruchomości, przede wszystkim stawia jednak na dalszą intensywną pracę nad autorską bazą wycen transakcyjnych E-VALUER. W bazie będą pojawiać się kolejne dane dla mniejszych miejscowości, zaniedbywanych przez inne systemy. Ambicje Emmerson Evaluation obejmują też stworzenie nowych funkcjonalności – nie tylko dla instytucji, które są lub będą zainteresowane bazą, ale też dla osób indywidualnych.

W 2013 r. Emmerson Evaluation prowadził finalne prace nad E-VALUER, pierwszą w Polsce bazą cen transakcyjnych rynku nieruchomości. W końcówce minionego roku system zawierający ponad 400 tys. danych zaprezentowano potencjalnym klientom. To było najważniejsze wydarzenie z punktu widzenia całej firmy i rynku. Udało nam się wypracować produkt, który zawiera tylko i wyłącznie dane transakcyjne, a więc unikalny – mówi Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation. Oprócz tego został przygotowany nowy interfejs, który pozwala na łatwą, wielowymiarową analizę danych. System jest opracowany tak, aby można było z niego pozyskać wiele typów raportów. Kategorie wymagane w Rekomendacji J są oczywistością, ale poszliśmy o krok dalej. W E-VALUERZE jest kilka rzeczy wykraczających poza wymogi KNF, a bardzo użytecznych – dodaje Książak.

W 2013 r. Emmerson Evaluation zaczął zbierać dane z małych miast, których inne podmioty dotychczas nie obejmowały swoją analizą. W tym momencie mamy w bazie dane z 80 proc. miast pow. 30 tys. mieszkańców. To oznacza, że zapewniamy dużo szerszy i głębszy obraz rynku niż inni dostawcy. Tak jak w przypadku całej naszej bazy są to dane zbierane przez rzeczoznawców u źródeł, m.in. w urzędach gmin i powiatowych oraz z aktów notarialnych. Nie kupujemy i nie będziemy kupować baz danych o cenach, bo założeniem jest jakość, nie ilość – podkreśla Książak.

Plany Emmerson Evaluation na 2014 r. są ściśle powiązane z sytuacją rynkową, której spodziewają się eksperci firmy. Rzetelna, sprawdzona i jakościowa baza danych staje się podstawą dla banków. Z jednej strony chcą one zapewnić sobie wypełnienie zaleceń Rekomendacji J, ale z drugiej zależy im na łatwym operacyjnie narzędziu – mówi Książak. Według niego popyt na informację o cenach transakcyjnych będzie rósł w bankach w związku z możliwym ruchem w kredytach hipotecznych. Mamy MdM, mamy Rekomendację S, która z każdym kolejnym rokiem będzie utrudniać wzięcie kredytu poprzez wymóg wkładu własnego. Przede wszystkim mamy jednak stabilizację (w niektórych miastach nawet obniżkę) cen mieszkań. Wydaje się, że jeśli ktoś chce kupić mieszkanie, to teraz może być ten dobry moment – twierdzi Książak.

Jednocześnie jednak Książak zapowiada dalsze inwestycje w E-VALUERA. Mamy kilka ambitnych planów. Nie tylko banki widzą potencjał w naszej bazie. Coraz częściej rozmawiamy z innymi podmiotami, dla których rzetelna informacja o cenach nieruchomości jest kluczowa – mówi Dariusz Książak. Mocno stawiamy na rozpoczętą w minionym roku rozbudowę modułu nieruchomości komercyjnych, widzimy tu spory potencjał. Do końca 2014 r. roku chcemy pokazać bazę danych o czynszach za wynajem. Będziemy mieć też prezent dla osób indywidualnych, które szukają wiarygodnych informacji o realnych cenach nieruchomości – dodaje Książak.

Potrzeby rynkowe wpłyną na poziom zatrudnienia cudzoziemców

Polscy pracodawcy na przestrzeni ostatniej dekady diametralnie zmienili nastawienie do kwestii powierzania pracy obcokrajowcom, na co wpływ miały zarówno znaczne udogodnienia w przepisach, jak również odpływ polskiej siły roboczej w kierunku zachodnich rynków pracy. 2013 rok nie był przełomowy pod względem wzrostu zatrudnienia cudzoziemców – zarówno urzędy pracy, jak również urzędy wojewódzkie odnotowały wręcz pewien spadek liczby chętnych by zatrudnić obcokrajowca. W perspektywie m.in. alarmującej sytuacji politycznej na Ukranie, stanowiącej główny rynek źródłowy migracji zarobkowych, polski rynek pracy powinien być jednak przygotowany na dalsze zmiany dynamiki zatrudnienia obywateli państw trzecich – informują eksperci Agencji Pracy EWL.

O atrakcyjności polskiego rynku pracy dla cudzoziemców oraz zainteresowaniu ze strony pracodawców świadczą w dużym stopniu dane gromadzone i przetwarzane przez Powiatowe Urzędy Pracy, dotyczące liczby rejestrowanych w skali roku oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Oświadczenia umożliwiają obywatelom 6 państw podjęcie pracy w Polsce bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę na okres nieprzekraczający 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy. W związku rozporządzeniem Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 28 listopada 2013 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie przypadków, w których powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest dopuszczalne bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę (Dziennik Ustaw z 2013 r., poz. 1507) do państw objętych daną procedurą uproszczoną, w tym między innymi Ukrainy, Białorusi i Gruzji, dołączyła w styczniu bieżącego roku Armenia.

Pomimo pozytywnego sygnału ze strony instytucji państwowych, wskazującego na dalszą potrzebę rozszerzania grupy państw objętych procedurą uproszczoną, oficjalne dane wykazują niewielki spadek poziomu zapotrzebowania na pracę cudzoziemców. W porównaniu z rokiem 2012, polscy pracodawcy zdecydowali się powierzyć wykonywanie pracy w ramach procedury oświadczeń 235 tys. obywateli państw trzecich (235 616 zarejestrowanych dokumentów), co stanowi spadek o ponad 8 tysięcy. Tradycyjnie największą grupę cudzoziemców stanowili obywatele Ukrainy (217 571 oświadczeń), drugą co do liczebności grupą byli obywateli Republiki Mołdowy (9 248), na trzecim miejscu znaleźli się zaś obywatele Białorusi (5 194).

Na podobnym poziomie co w 2012 roku utrzymała się natomiast liczba wydanych zezwoleń na pracę, umożliwiających podjęcie pracy również obywatelom innych państw niż wspomniana szóstka. W 2013 roku urzędy wojewódzkie wydały 39 078 dokumentów zezwoleń, podczas gdy w 2012 roku zezwolenia na pracę otrzymało 39144 cudzoziemców. Po raz kolejny dominującą narodowością okazali się obywatele Ukrainy, dla których w ubiegłym roku zostało wydanych 20 416 zezwoleń (wzrost o 121 w porównaniu do roku poprzedniego).

Branże które najbardziej potrzebują cudzoziemców

Struktura zatrudnienia cudzoziemców w poszczególnych sektorach polskiej gospodarki uległa znacznym zmianom w stosunku do poprzednich lat. Uwagę natomiast warto zwrócić na znaczący, prawie dwukrotny spadek zatrudnienia obywateli państw trzecich w branży budowlanej. 2013 rok przyniósł sektorowi budowlanemu znaczne spowolnienie, co przyczyniło się do złożenia przez pracodawców w PUP zaledwie 29 734 oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy (o ponad 24 tys. mniej niż w 2012 roku). Również sektor transportowy odnotował mniejsze niż w latach poprzednich zapotrzebowanie na obcokrajowców, na poziomie 5 548 zarejestrowanych oświadczeń, co oznacza spadek o prawie jedną czwartą w porównaniu do roku poprzedniego.

Odżyły natomiast pozostałe branże, w szczególności sektor handlowy. Firmy handlu hurtowego i detalicznego wykazały zapotrzebowanie na pracowników ze wschodu w wysokości 12 130 zarejestrowanych oświadczeń, podczas gdy jeszcze w 2012 roku firmy handlowe zarejestrowały tych dokumentów o połowę mniej (6 511). Najbardziej pracochłonny i wykazujący się na najwyższym zapotrzebowaniem sektor rolny również odnotował wzrost liczby rejestrowanych oświadczeń (118 480), co stanowiło przyrost o prawie 5 tys. w porównaniu do 2012.

Interesujące dane dotyczą pracy cudzoziemców w branżach i zawodach wymagających wysokich kwalifikacji, przedstawiciele których coraz częściej decydują się na rekrutację kandydatów do pracy na rynkach państw trzecich. W przypadku zatrudniania cudzoziemców w oparciu o dokumenty oświadczeń, odnotowano znaczny wzrost zatrudnienia w firmach prowadzących działalność profesjonalną i naukowo-techniczną (1 452 oświadczeń, co stanowi wzrost o 54 procent w stosunku do roku poprzedniego) oraz firmach z branży IT i ICT (686 oświadczeń – przyrost o 49 procent). Cudzoziemcy zatrudniani w oparciu o zezwolenia na pracę to coraz częściej informatycy (333 zezwolenia, wzrost o 37 procent w porównaniu z 2012 rokiem) oraz zawody medyczne (214 zezwoleń – wzrost o 17 procent).

Uwarunkowania niższej dynamiki zapotrzebowania na pracę

Przedstawiony spadek liczby rejestrowanych dokumentów oświadczeń może być w pewnym stopniu tłumaczony zaostrzeniem przepisów w stosunku do nieuczciwych pracodawców lub pracodawców wykorzystujących oświadczenia niezgodnie z ich przeznaczeniem. Tym samym nieznaczne obniżenie liczby rejestrowanych oświadczeń może świadczyć korzystnie o sytuacji na polskim rynku pracy, jak również mieć bezpośrednio korzystny wpływ na warunki zatrudnienia obywateli państw trzecich w Polsce.

Alarmująca sytuacja na Ukrainie, państwie którego obywatele stanowią ponad 90 procent wszystkich migrantów zarobkowych podejmujących w Polsce pracę, może w długim okresie znacząco wpłynąć na strukturę zatrudnienia cudzoziemców na polskim rynku pracy. Niepewna sytuacja polityczna może przyczynić się w skrajnych przypadkach zarówno do zwiększenia jak i redukcji migracji zarobkowych z Ukrainy do Polski. Jednocześnie podkreślana wielokrotnie wysoka atrakcyjność polskiego rynku pracy dla obywateli Ukrainy wynika w dużym stopniu z obecnej od 2007 roku procedury rejestracji oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy, przyciągającej na polski rynek zarówno nisko- jak i wysoko wykwalifikowanych kandydatów do pracy. Biorąc pod uwagę zwracanie przez wielu obserwatorów uwagi na problem traktowania Polski jako kraju tranzytowego, stanowiącego przystanek w drodze do pracy w krajach Europy Zachodniej, istotnym pytaniem dla podmiotów kształtujących polski rynek jest kwestia dbałości o jego atrakcyjność w długim okresie czasu. Bez niej, polskie firmy mogą już niedługo pozostać bez rąk do pracy.

Demograficzne zagrożenia

Migracje zarobkowe Polaków przyczyniły się w przeszłości do wzrostu zainteresowania zatrudnianiem cudzoziemców, jednak prawdziwym zagrożeniem dla rynku pracy są przewidywane w perspektywie kolejnych 20 lat zmiany demograficzne związane ze starzeniem się polskiego społeczeństwa. Zakłada się (wg. danych GUS) obniżenie populacji w Polsce o 3 miliony osób do 2035 roku, co w połączeniu ze wzrostem liczby osób w wieku emerytalnym może wiązać się z tragicznymi konsekwencjami dla kondycji polskiej gospodarki.

Polska, podobnie jak i inne kraje europejskie znajduje się w niżu demograficznym, w odróżnieniu jednak od krajów Europy Zachodniej działania hamujące negatywny proces demograficzny są znacznie ograniczone. Jednym z proponowanych rozwiązań problemu starzenia się społeczeństwa jest szersze otwarcie się na imigrantów z krajów Europy Wschodniej i Azji. Według ekspertów konieczne jest podjęcie stosownych kroków, mających na celu nie tylko usprawnienie procedur związanych z legalizacją zatrudnienia w Polsce, ale również intensyfikację procesów integracyjnych skierowanych do obywateli państw trzecich podejmujących pracę na polskim rynku w krótkim okresie.

KOMENTARZ EWL

– „Zatrudnianie cudzoziemców pozostaje jednym z najbardziej efektywnych rozwiązań kadrowych, jakimi dysponują polskie przedsiębiorstwa. Możliwość zaspokojenia potrzeb kadrowych w zawodach na które jest w Polsce szczególne zapotrzebowanie stanowi kluczową wartość dodaną dla polskiej gospodarki, dlatego też pracodawcy tak chętnie sięgają po spawaczy z Ukrainy i informatyków z Indii.” – mówi Andrzej Korkus, dyrektor zarządzający Agencji Pracy EWL. – „W gestii wszystkich uczestników polskiego rynku pracy jest zwiększanie atrakcyjności pracy w Polsce, niezależnie od tego czy atrakcyjność ta wynika z dalszej liberalizacji prawa legalizującego pobyt i pracę, czy skutecznej walki z przypadkami nadużyć w stosunku do cudzoziemców ze strony nieuczciwych pracodawców. W interesie wszystkich grup jest wreszcie przyciąganie do Polski osób z wysokimi kwalifikacjami oraz redukcja braków kadrowych w branżach sezonowych.”

Źródło: MPiPS, EWL

Założona w 2004 roku Agencja EWL (East West Link) należy do liderów na polskim rynku usług z zakresu rekrutacji i kompleksowej obsługi zatrudnienia pracowników z Europy Wschodniej i Azji. Dostarcza rozwiązania kadrowe dla większości sektorów gospodarki, obejmujące formalności związane z obsługą pracowników i legalizacją pobytu (pozwolenia na pracę, karty pobytu). Więcej informacji o firmie i ofercie EWL można znaleźć na stronie internetowej www.ewl.com.pl

Zmowa na rynku farb drukarskich

0

Spółka Flint Group Polska, jeden z największych w kraju przedsiębiorców oferujących farby i akcesoria drukarskie, zawarła niedozwolone porozumienie z dystrybutorami swoich produktów. Prezes UOKiK nałożyła na przedsiębiorców kary w łącznej wysokości blisko 700 tys. zł

Zgodnie z prawem antymonopolowym zakazane są porozumienia, których celem lub skutkiem jest wyeliminowanie lub ograniczenie konkurencji. Jedną z niedozwolonych praktyk jest podział rynku. Spółki zamiast konkurować dzielą między siebie terytorium, towary lub grupy klientów. Na przykład podział według kryterium podmiotowego polega na uzgodnieniu, o jakich klientów dystrybutorzy nie będą konkurowali. Tracą na tym inni przedsiębiorcy oraz konsumenci, którzy nie mają możliwości wyboru dostawcy produktów lub usług. Maksymalna sankcja finansowa za udział w nielegalnym porozumieniu wynosi 10 proc. przychodu przedsiębiorcy.

Postępowanie antymonopolowe w sprawie zmowy na rynku farb drukarskich Urząd wszczął w grudniu 2012 roku. Zawiadomienie o zawarciu nielegalnego porozumienia polegającego na podziale rynku złożył jeden z uczestników zmowy, spółka Primar z Krakowa. Urząd przeanalizował dokumenty oraz informacje uzyskane m.in. podczas kontroli w siedzibach przedsiębiorców. Postępowanie UOKiK wykazało, że spółka Flint Group Polska oraz czterech przedsiębiorców zajmujących się dystrybucją jej produktów zawarło niedozwolone porozumienie dotyczące farb sprzedawanych drukarniom. Przedsiębiorcy ustalili, że nie będą oferować farb drukarskich odbiorcom, którzy są już klientami innych uczestników zmowy. Zrezygnowali z rywalizacji o kontrahentów.  Rezultatem był podział rynku i brak konkurencji cenowej pomiędzy dystrybutorami farb drukarskich marki Flint na terenie Polski. Niedozwolone porozumienie utrzymywało się przez kilka lat dzięki wzajemnej wymianie informacji m.in. pocztą elektroniczną i na spotkaniach.

Za udział w niedozwolonym porozumieniu na Flint Group Polska została nałożona kara pieniężna w  wysokości 449 402 zł. Sankcje nałożone na pozostałych uczestników zmowy wyniosły: spółka Scorpio z Łodzi – 216 412 zł, spółka Primar z Krakowa – 19 432  zł, Serwis Print z Łodzi – 5 381 zł i spółka GFG Lastadia z Gdyni – 2 391 zł. Prezes UOKiK obniżyła karę nałożoną na spółkę Primar, która poinformowała Urząd o zmowie. Urząd wziął pod uwagę również to, że wszyscy uczestnicy zaprzestali stosowania zakwestionowanych praktyk.

Content marketing, czyli marketing treści w sektorze usług finansowych

Tradycyjne metody marketingowe coraz częściej zawodzą. Uwagę konsumentów coraz trudniej udaje się skupić za pomocą telewizyjnych spotów czy reklamy na billboardach. Również w przypadku najpopularniejszego obecnie medium jakim jest Internet, przekazywanie informacji za pomocą pojawiających się okien czy zbyt natarczywych e-maili stało się dla użytkowników uciążliwe i tym samym mało skuteczne. W konkurencji do powyższych form przekazu narodziła się koncepcja udostępniania istotnych i wiarygodnych treści, mających na celu zainteresowanie konkretnej grupy odbiorców i skłonienie jej do pewnych kroków. Formuła ta nazywana jest marketingiem treści – content marketing.

W przeciwieństwie do tradycyjnych akcji reklamowych, jest to strategia oparta na wzajemnej komunikacji, a więc budująca długotrwałe relacje pomiędzy firmą a klientami. Jako jeden z podstawowych celów marketingu treści wymienić należy przede wszystkim zwiększenie świadomości marki czy też samego produktu, ale także zwiększenie zaangażowania samych odbiorców w jej popularyzowanie. Poza utrwalaniem korzystnego wizerunku i zwiększaniem świadomości marki, firma publikująca – na przykład w Internecie – fachowe artykuły czy porady, dzieli się wiedzą i doświadczeniem swoich ekspertów z szerokim gronem odbiorców. Korzystający z tych informacji użytkownicy często odwiedzają stronę autora interesującego tekstu, żeby dowiedzieć się więcej o oferowanych przez niego produktach czy usługach. Żeby otrzymywać podobne treści na bieżąco, czytelnicy podają adres na który firma wysyła swój newsletter czy też logują się na portalu, żeby uzyskać dostęp do większej ilości przydatnych publikacji. Jest to więc metoda marketingu, której efekty mogą być mierzone choćby za pomocą stopy konwersji, czyli stosunku ilości wywołanych akcji, takich jak na przykład zapisy na newsletter, do ilości wizyt na stronie internetowej. Content marketing zalicza się również do skutecznych sposobów pozycjonowania w wyszukiwarkach internetowych czyli osiągania jak najwyższego miejsca w wynikach wyszukiwarki dla podanych wyrazów kluczowych.

Taka długoterminowa relacja polegać może na podnoszeniu ogólnego poziomu wiedzy konsumentów na tematy związane z obszarem działalności firmy, ale też na prezentowaniu sposobów wykorzystania danego produktu czy rozwiązywaniu przydarzających się problemów. W konsekwencji, nie jest to wyłącznie forma reklamy mającej sprowokować zakup, ale też sposób na pielęgnowanie kontaktu z klientem, który tego zakupu już dokonał – rodzaj usługi posprzedażowej, pomoc w rozwiązywaniu problemów poprzez odpowiadanie na najczęściej zadawane pytania i informowanie o nowej ofercie. Podtrzymywanie relacji z klientem może się więc odbywać za pomocą tych samych środków, co pozyskiwanie nowych potencjalnych odbiorców. Za najwyższy poziom tego rodzaju marketingu uznaje się jednak nie treści publikowane przez samą firmę, a treści autorstwa wiernych marce użytkowników – strony poświęcone danemu produktowi, filmiki pokazujące jak go używać, internetowe fora przeznaczone dla fanów produktu czy firmy.

W sektorze usług finansowych zastosowanie marketingu treści może być stosunkowo szerokie, z uwagi na równie szerokie zapotrzebowanie na związane z tymi usługami informacje. Wysokiej jakości informacje zarówno o oferowanych produktach, jak i o zmieniających się warunkach gospodarczych wpływających na ten sektor okazują się być bardzo ważne, z punktu widzenia zainteresowania konsumentów. Ekonomiczne prognozy, a także komentarze odnoszące się do ogólnej kondycji rynku oraz do istotnych regulacji prawnych, są konsumentom zwyczajnie potrzebne, a mało kto jest w ich przekazywaniu tak wiarygodny, jak profesjonalista oferujący na danym rynku swoje usługi. Górnośląskie Towarzystwo Finansowe GTF Sp. z o.o. to podmiot, który w ramach outsourcingu procesowego realizuje zlecenia działających na polskim rynku banków w obszarze pośrednictwa kredytowego. Spółka jest organizatorem i koordynatorem lokalnych sieci sprzedaży, niezależnych biur pośrednictwa kredytowego, operatorem informatycznego systemu obsługi sieci sprzedaży kredytów, partnerem banków w dystrybuowaniu produktów finansowych skierowanych zarówno do odbiorców indywidualnych jak i firm. Obecnie GTF ma podpisane umowy o współpracy z ponad 1200 pośrednikami (ponad 1800 punktów sprzedaży) na terenie całego kraju, oferującymi poprzez GTF kredyty takich banków, jak: Meritum Bank, Alior Bank, Bank BPH, Vanquis Bank, Bank Pocztowy, FM Bank czy Getin Bank. Spółka w ramach swojej działalności wydaje także swój magazyn – „Kurier GTF”. Magazyn odbierany jest bardziej jako informacyjny i edukacyjny, niż reklamowy, co przesądza o sukcesie przedsięwzięcia. W Polsce coraz więcej firm, a w tym instytucji finansowych, wydaje swoje publikacje – miesięczniki, kwartalniki, które informują o najważniejszych wydarzeniach związanych z działalnością danej firmy, pokazują sukcesy, przedstawiają najlepszych swoich pracowników. Magazyny te jednak powielają formułę dość agresywnej reklamy, w niczym nie przypominają wspomnianego magazynu. Miesięcznik – „Kurier GTF” zdecydowanie odbiega od tej formuły. Owszem, papier kredowy i wysoki poziom graficzny to elementy zbieżne z większością tego typu wydawnictw. Jednak wgląd do publikowanych materiałów pozwala ocenić, że ambicje autorów magazynu są wyższe niż wydawanie czysto PR-owskich tekstów. „Kurier GTF” to narzędzie umożliwiające szerszy kontakt spółki z jej biznesowymi partnerami, którymi są przede wszystkim agencje pośrednictwa kredytowego. Prezentowane materiały to komentarze dotyczące bieżących spraw gospodarczych i zjawisk zachodzących na rynku consumer finance. Do współpracy z magazynem zaproszono przedstawicieli nauki – w każdym wydaniu zamieszczane są materiały przygotowane przez naukowców z różnych polskich uczelni. Redakcja zamieszcza także wywiady z przedstawicielami banków, których ofertę GTF dystrybuuje, prognozy i opinie rzeczoznawców zrzeszenia instytucji finansowych oraz fachowe porady udzielane przed ekspertów podatkowych i prawnych. Ponadto w każdym numerze Kuriera, czytelnicy mogą spotkać popularne postaci – gwiazdy filmu, piosenki i sportu.

Czytelnik „Kuriera GTF”, pośrednik kredytowy, do którego adresowany jest magazyn, otrzymuje wyważoną ekspercką informację o zaletach poszczególnych produktów finansowych, o zjawiskach zachodzących na rynku, które z punktu widzenia pośrednika kredytowego są istotne, korzysta z porad prawnych i podatkowych. To właśnie content marketing – skuteczna forma budowy pozycji marki, kształtowania wizerunku firmy. Udostępnianie ważnych i wiarygodnych treści, mających na celu zainteresowanie wybranej grupy odbiorców (w tym przypadku pośredników kredytowych), to forma marketingu oparta na wzajemnej komunikacji, pozwalającej na budowę długotrwałych relacji biznesowych. Oczywiście „Kurier GTF” to tylko jedno z narzędzi jakie GTF stosuje w ramach całego przyjętego przez spółkę programu dotyczącego content marketingu, ale dzisiaj, po kilkunastomiesięcznym doświadczeniu, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że jest to narzędzie skuteczne.

Autor: Paweł Kosmala, prezes zarządu Górnośląskiego Towarzystwa Finansowego GTF Sp. z o.o.

Wydawcy książek chcą jednolitej ceny na nowości wydawnicze

Przygotowany przez Polską Izbę Książki projekt ustawy, który w piątek został przekazany posłom, zakłada ustalenie jednolitej ceny na nowości wydawnicze. Miałaby ona obowiązywać przez 12 miesięcy. Celem jest ratowanie małych księgarń przed upadkiem, a jak przekonują twórcy projektu, wbrew pozorom nie stracą na tym czytelnicy. 

Zgodnie z projektem dozwolone byłoby odejście od ustalonej kwoty o 5 proc. Oprócz tego maksymalnie 15-procentowe upusty zostałyby dopuszczone na targach książki, a maksymalnie 25-procentowe – dla instytucji kultury i bibliotek. Mniej płacić mogłyby także stowarzyszenia rodziców kupujących podręczniki szkolne.

 – Pomysł nie jest wymyślony przez nas, gdyż jest to rozwiązanie legislacyjne i gospodarcze stosowane w większości krajów europejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki, zrzeszającej wydawców, księgarzy i drukarzy, oraz prezes wydawnictwa Wolters Kluwer. – Istnieje on w takich państwach jak m.in.: Niemcy, Francja, Holandia, Hiszpania, Włochy czy Portugalia.

Celem takich regulacji przybierających postać rozwiązań prawnych lub porozumień branżowych jest, zdaniem szefa PIK, chęć ochrony mniejszych księgarni.

 – Jeśli traktujemy książkę jak zwykły towar, to okazuje się, że mali dostawcy książek znikają – zauważa Albin. – Z polskiego rynku w ciągu ostatnich lat zniknęło ponad 25 proc. księgarń. Nie zostały one zastąpione przez internet ani e-booki. Jeśli trend ten się utrzyma, to będziemy mieć lukę pokoleniową w dostępności do książek. Dlatego uważamy, że wspomniane regulacje powinny znaleźć się także w Polsce – dodaje.

Czytelnik też zyska

Jeśli parlament zdecyduje się na przyjęcie proponowanej ustawy, to jej głównym beneficjentem będą mniejsze księgarnie. Jak przekonuje Albin, ich zysk nie będzie się wiązać ze stratą dla czytelników.

 – Na pewno spadną ceny książek mających więcej niż rok – mówi prezes PIK. – Ponadto czytelnik będzie miał nadal dostęp do większej liczby punktów sprzedających książki, także tych, obok których codziennie przechodzi. Będzie mógł w nich zamówić każdą książkę, gdyż regulacja nakazuje także każdemu księgarzowi sprowadzenie na żądanie czytelnika każdej pozycji dostępnej na rynku – dodaje Włodzimierz Albin.

Za miesiąc na GPW pojawią się dwa nowe indeksy

CEO Magazyn Polska

24 marca na GPW pojawią się indeksy WIG50 i WIG250.  Z notowań znikną indeksy małych spółek sWIG80 i WIG-Plus. Natomiast do końca 2015 roku równolegle utrzymany zostanie mWIG40.

 Przede wszystkim to jest pewne rozszerzenie i kontynuacja tego, co wydarzyło się już w ubiegłym roku, czyli wprowadzenia indeksu WIG30, który w ciągu kilku kwartałów powinien zastąpić WIG20. Teraz mamy do czynienia z nowymi indeksami WIG50 i WIG250, które będą zastępować dawne indeksy mWIG40 i sWIG80 – podkreśla Dawid Czopek z mWealth Management.

sWIG80 i WIG-Plus znikną z notowań po zakończeniu sesji w piątek 21 marca. Dłużej pozostanie do dyspozycji inwestorów mWIG40, który będzie funkcjonował równolegle z nowym indeksem WIG50 do końca 2015 roku. W składzie WIG250 znajdą się małe spółki notowane na GPW. To właśnie ten indeks będzie kluczowym wskaźnikiem koniunktury w najmniejszych firmach. 

 – To będą indeksy cenowe, czyli obliczane na podobnych zasadach jak do tej pory, jak chociażby miało to miejsce w przypadku WIG20 – chodzi będzie przede wszystkim o to, że dywidendy nie są wliczane w absolutną stopę zwrotu tego indeksu – tutaj będziemy mieli do czynienia z podobnym zjawiskiem – komentuje dla Newserii Biznes Dawid Czopek. – Mniejsze spółki zwykle są mniej istotne niż duże spółki, te blue chipy, które zwykle wypłacają dywidendy wyższe, a że to będzie indeks cenowy bądź totalnej stopy zwrotu nie ma tutaj znaczenia wielkiego

Wprowadzenie na parkiet nowych indeksów to także zmiany w kontraktach terminowych. Wiąże się to ze zmianą instrumentów bazowych dla WIG-u 250. Pierwsze serie kontraktów na nowy indeks będą wprowadzone do obrotu 22 grudnia 2014 r. Jednocześnie nastąpi zaprzestanie wprowadzania do obrotu kolejnych (nowych) serii kontraktów na indeks mWIG40. W przypadku mWIG40 i WIG50 zmiana będzie trwała od grudnia 2014 do czerwca 2015 roku. W tym okresie, przez 6 miesięcy kontrakty terminowe na oba indeksy będą notowane równolegle. W końcowy sukces takich zmian powątpiewają eksperci.

 – Dzisiaj wciąż jeszcze podstawowym kontraktem notowanym na giełdzie jest kontrakt na WIG20. Pomimo tego, że indeks ten jest trochę schodzący, to nowy indeks WIG30 nie doczekał się jeszcze takiego statusu jak ma WIG20. Natomiast ze względów płynnościowych, myślę, że jeżeli chodzi o kwestie związane z kontraktami na WIG50 czy WIG250, to może być jednak pewien problem i nie będą to instrumenty cieszące się dużym powodzeniem,  nie będą też bardzo masowo w obrocie – podsumowuje Dawid Czopek.

W Polsce brakuje pracowników do nadzorowania elektrowni atomowej

CEO Magazyn Polska

W ciągu dekady ma ruszyć pierwsza polska elektrownia atomowa. Brakuje jednak wykwalifikowanych pracowników, bo w Polsce przemysł jądrowy nie istnieje. Część kadry do obsługi i nadzoru nad bezpieczeństwem elektrowni trzeba będzie szukać za granicą.

 – Przygotowujemy się intensywnie już od 5 lat, od momentu, kiedy rząd wyraził intencję opracowania programu jądrowego. Nie mamy problemu ze środkami finansowymi, ale z pozyskaniem nowych pracowników, ponieważ w Polsce nie istnieje przemysł jądrowy. Czyli właściwie nie ma naturalnego dostawcy wykwalifikowanej kadry – zwraca uwagę Janusz Włodarski, prezes Państwowej Agencji Atomistyki. 

Od 2009 roku Państwowa Agencja Atomistyki zatrudniła 37 nowych pracowników i poszukuje kolejnych, np. na stanowisko referendarza w Wydziale Analiz Obiektów Jądrowych czy specjalisty do spraw nadzoru i kontroli w zakresie ochrony radiologicznej istniejących obiektów jądrowych i budowanych w ramach realizacji Programu Polskiej Energetyki Jądrowej.

 – Przyjmujemy młodych, dobrze wykształconych ludzi i przygotowujemy dla nich odpowiednie programy szkoleniowe. Część tych programów już zrealizowaliśmy, część planujemy i to jest duże wyzwanie ze względu na to, że konieczny będzie udział instytucji zagranicznych, podobnych do naszej, dozorów jądrowych. Mamy podpisanych szereg umów, np. z dozorem amerykańskim, francuskim, i krajów ościennych. I przy pomocy tych organizacji będziemy prowadzić tzw. on the job training, czyli praktyczne szkolenia w trakcie wykonywania obowiązków, które w tym wypadku są jednymi z najważniejszych – mówi Janusz Włodarski agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Szkolenia mają dotyczyć wszystkich etapów życia elektrowni, poczynając od wyboru lokalizacji, poprzez budowę, rozruch, eksploatację, aż po związane z likwidacją. Prezes zapewnia, że PAA będzie egzekwować stosowanie rygorystycznych wymagań, zgodnych z polskimi przepisami.

 – Kiedy technologia będzie już wybrana, a dokumentacja przygotowana trzeba będzie przeprowadzić analizy bezpieczeństwa, w dużej części we własnym zakresie, aby zweryfikować informacje od inwestora. To bardzo istotny element w całym procesie wydawania zezwolenia na budowę instalacji jądrowej – tłumaczy Janusz Włodarski.

Pod uwagę brani są także wysoko wykwalifikowani pracownicy zagraniczni, którzy mogliby wypełnić lukę kadrową w Polsce. 

 – Przy prezesie PAA działa Rada ds. Bezpieczeństwa Jądrowego Ochrony Radiologicznej, składająca się z ekspertów wysokiej klasy, którzy mają prezesowi doradzać. Planujemy, żeby członkami tej rady byli także przedstawiciele zagranicznych dozorów, bardziej doświadczonych niż nasz – mówi Janusz Włodarski. 

Po zarzuceniu budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu na początku lat 90. część specjalistów mających w niej pracować wyjechała m.in. do Stanów Zjednoczonych. Prezes PAA zapewnia, że osoby te są chętne do pomocy przy nowym projekcie i PAA zamierza z tej pomocy korzystać.

Branża finansowa chce deregulacji zawodów i ulg podatkowych dla oszczędzających na emeryturę

CEO Magazyn Polska

Przedstawicieli branży finansowej cieszy planowana deregulacja zawodów, m.in. agenta ubezpieczeniowego. – Dla takich firm jak nasza to doskonała szansa – możemy zatrudnić pracowników i wyszkolić ich na konsultantów finansowych, co zwiększy zatrudnienie, ale i zasięg usług ubezpieczeniowych i produktów finansowych – podkreśla Abhishek Bhatia, prezes zarządu Prudential w Polsce. Dodaje, że popularność długoterminowego oszczędzania znacząco by wzrosła, gdyby rząd zaproponował zachęty dla oszczędzających.

Jestem mile zaskoczony zamianami w prawie, które już zostały uchwalone i tymi, które czekają na uchwalenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Abhishek Bhatia, prezes zarządu Prudential w Polsce. – Jedna z nich to kwestia deregulacji zawodów, wśród których jest agent ubezpieczeniowy.

W ramach tzw. drugiej transzy deregulacji zawodów mają zostać zmniejszone wymogi, które pozwalają na wykonywanie 91 zawodów z branż: budowlanej, transportowej i finansowej. Deregulacja obejmuje m.in. zawody aktuariusza, brokera ubezpieczeniowego i agenta ubezpieczeniowego. 

 – Dla firm takich jak nasza, które koncentrują się na wysokiej jakości szkoleniu pracowników i podnoszeniu ich kwalifikacji, jest to duża szansa. Możemy ich zatrudnić, wyszkolić na konsultantów finansowych, co z jednej strony podniesie zatrudnienie, a z drugiej zwiększy zasięg usług ubezpieczeniowych i nasz udział w rynku danego kraju – mówi Abhishek Bhatia. – To oni dotrą do klientów, którzy dzięki nim zaczną z nami oszczędzać, a my w ten sposób, bezpośrednio i pośrednio, wprowadzimy na rynek długoterminowy produkt.

Jak podkreśla, głównym zadaniem dla firm z branży finansowej jest przekonywanie Polaków do długoterminowego oszczędzania. Problem w tym, że na razie nie jest to w Polsce popularne. Przykłady innych państw europejskich pokazują, że rząd mógłby wprowadzić zachęty, które skłoniłyby Polaków do odkładania w dłuższej perspektywie.

 – Rząd przez zmiany w prawie podatkowym może pośrednio zachęcić obywateli do długoterminowych oszczędności – zauważa Bhatia. – Zachęty podatkowe mogą pomóc w myśleniu o swoich finansach w długiej perspektywie, jednak muszą one być bardzo konkretne. Ruchy w tym segmencie mogą być dobre i dla kraju, i dla samej branży ubezpieczeniowej – dodaje.  

Obecnie w ramach Indywidualnych Kont Emerytalnych – IKE – Polacy mogą inwestować w różnego typu aktywa, a jeśli nie wypłacą środków przed ukończeniem 60 lat (w niektórych przypadkach 55), to zostaną zwolnieni z tzw. podatku Belki. Z kolei w myśl zreformowanych zasad dotyczących Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego – IKZE – odkładający w jego ramach zapłacą podatek w zmniejszonej wysokości 10 proc. W międzyczasie istnieje możliwość corocznego odliczenia kwoty wpłat od podatku. Zgodnie z nowymi zasadami obowiązującymi od połowy stycznia br. maksymalny limit wpłat na IKZE w 2014 r. to 4495,20 zł.

Samochody jak Veturilo. System wypożyczalni Car2go może ruszyć w Warszawie jeszcze w tym roku

CEO Magazyn Polska

System Car2go, podobny do systemu wypożyczalni rowerów Veturilo, chce na warszawskie ulice wprowadzić Mercedes. Niewykluczone, że możliwość wypożyczenia auta na krótki czas pojawi się już w listopadzie tego roku. Trwają rozmowy z miastem. Dotyczą m.in. możliwości bezpłatnego parkowania i poruszania się buspasami.

 – Jest to system podobny do Veturilo, ale nie są to rowery, a samochody  marki Smart, które mają 2,5 metra długości. Będzie je można za pomocą aplikacji na smartfonie zlokalizować, bez żadnego problemu wypożyczyć i zostawić gdziekolwiek. To jest zaleta w stosunku do systemu Veturilo, że nie trzeba będzie ich dokować w konkretnym miejscu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor public relations Mercedes Benz Polska. – W tej chwili są prowadzone rozmowy z władzami Warszawy, ponieważ te auta mają parkować bezpłatnie i będą mogły jeździć buspasami.

Usługa polegająca na krótkoterminowym wynajmie konwencjonalnych lub elektrycznych samochodów miejskich zyskuje na popularności na całym świecie. Jak wynika z badań amerykańskiego think-tanku Navigant Research, w połowie 2013 r. na całym świecie było ok. 2,3 mln użytkowników takich systemów. Badacze przewidują, że do 2020 r. ich liczba wzrośnie do 12 mln.

Car2go jest spółką należąca w całości do Daimler AG, właściciela Mercedesa. System działa w 25 miastach na całym świecie i ma ponad 500 tys. użytkowników. Spółka nalicza opłaty minutowo i umożliwia wynajem samochodu na trasę w jedną stronę. Największy oddział Car2go znajduje się w Berlinie, gdzie w systemie jest ok. 1,2 tys. pojazdów. Podobne systemy działają również w innych dużych miastach, np.: w Paryżu, Londynie czy Oslo.

Z myślą o jeździe w mieście Mercedes stopniowo poszerza ofertę aut ekologicznych. Jednak sprzedaż samochodów hybrydowych i elektrycznych dopiero się w Polsce rozwija.

 – Do 2020 roku właściwie każdy model naszych samochodów będzie miał wersję hybrydową. Mamy taką wersję klasy S 500 Plug-in Hybrid [ładowana z gniazdka – red.]. Mamy również samochody elektryczne to już jest trzecia generacja Smarta. Można powiedzieć, że to nie jest bajka o przyszłości, te samochody już są – przekonuje Łabno-Falęcka. Zauważa jednak: – Niestety takich aut sprzedało się niewiele, i wydaje mi się że nie tutaj leżą największe możliwości.

Barierą w rozwoju pojazdów elektrycznych jest ich cena, która jest znacznie wyższa od cen innych typów aut. Również osoby zainteresowane hybrydą muszą liczyć się z dodatkowymi kosztami. Dyrektor PR w Mercedesie podkreśla, że nowe pojazdy o napędzie konwencjonalnym są znacznie tańsze, a ich spalanie jest również na bardzo niskim poziomie.

Zimowy urlop nad morzem coraz popularniejszy. Wszystko przez brak śniegu

CEO Magazyn Polska

Brak śniegu w tym sezonie nie powstrzymał Polaków przed zimowymi wyjazdami. Nie rezygnowali z wyjazdu do górskich miejscowości, a dodatkowo dużą popularnością cieszyły się nadmorskie kurorty. Turystów przyciągają tam ścieżki rekreacyjne i apartamenty z dostępem do saun, jacuzzi, basenów czy klubów fitness. 

 – W większości przypadków brak śniegu ma duże znaczenie, bo zimą goście dokonują rezerwacji przede wszystkim ze względu na pogodę panującą za oknem. Jednak większość rezerwacji dokonanych u nas utrzymywała się mimo braku śniegu i tego, że goście musieli zostawić deski czy narty w domu. Nie obniżaliśmy więc cen – utrzymały się na poziomie pierwotnie założonym – mówi Regina Juźko z działu rezerwacji Sun & Snow.

Ceny wynajmu apartamentów w polskich miejscowościach zimą 2014 roku w zasadzie nie zmieniły się w porównaniu do roku ubiegłego. Koszt wynajęcia dwupokojowego apartamentu w górskim kurorcie wyniósł między 220 a 300 zł za dobę, a trzypokojowego – od 330 do 400 zł za dobę. Ceny nad morzem były niższe i za dwupokojowy lokal wyniosły od 130 do 200 zł za dobę, a za trzypokojowy od 190 do 260 zł.

Sun & Snow, firma zarządzająca wynajmem apartamentów w popularnych miejscowościach wakacyjnych i dużych miastach, odnotowała wzrost w sezonie zimowym, mimo nieprzychylnej pogody. 

 – Sprzedaż oferty w górach na styczeń i luty wzrosła średnio o 60 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. W większości były to rezerwacje dokonywane z dużym wyprzedzeniem, także przez rodziny z dziećmi, które stosunkowo wcześnie muszą planować pobyt – Regina Juźko podsumowuje sezon zimowy.

Polacy decydują się na zimowe wyjazdy nie tylko w góry, lecz także do miejscowości wypoczynkowych w innych częściach Polski.

 – Mieliśmy bardzo duże zainteresowanie wypoczynkiem nad morzem – odnotowaliśmy tutaj około 200-proc. wzrost zysków ze sprzedaży noclegów w porównaniu do ubiegłego roku. Widać, że Polacy chcą spędzać ferie w dość nietypowy sposób. I często były to tak zwane rezerwacje spontaniczne, dokonywane z małym wyprzedzeniem – mówi Regina Juźko. 

Wśród nadmorskich kurortów największym zainteresowaniem cieszyły się: Trójmiasto, Kołobrzeg, Międzyzdroje i Świnoujście, i podobnie było w roku ubiegłym.

 – Polskie wybrzeże oferuje wiele atrakcji – mnóstwo ścieżek spacerowych, nordic walking oraz apartamenty zlokalizowane w tak zwanych obiektach hotelowych, gdzie goście mają bezpośredni dostęp do sauny, jacuzzi, basenów, fitness i siłowni. To jest dodatkowym atutem, który skłania gości do rozważenia pobytów nad morzem – uważa Regina Juźko.

Pogoda znowu krzyżuje plany producentom obuwia. CCC spodziewa się straty w I kwartale

CEO Magazyn Polska

Jak wynika z szacunków CCC, spółka pierwszy kwartał prawdopodobnie zakończy ze stratą, choć nie będzie ona tak znacząca jak przed rokiem. Firma straciła wówczas 40 mln zł, głównie z powodu przedłużającej się zimy, która zniechęciła klientów do kupowania butów przejściowych. W tym roku ze względu na ciepłą pogodę w sklepach szybciej pojawi się kolekcja wiosenna.

 – W tym roku znacznie wcześniej wejdziemy ze sprzedażą obuwia wiosennego i można spodziewać się mniejszej straty w pierwszym kwartale. Niemniej jednak nie unikniemy jej – tak wskazują wszystkie nasze szacunki. Natomiast nie będzie to strata rzędu 40 mln złotych jak przed rokiem – to było zbyt dużo, żeby to potem nadgonić – podkreśla Dariusz Miłek, prezes CCC SA

Brak typowej wiosny i ciepła końcówka roku pogorszył wyniki finansowe spółki za 2013 rok. Mimo to firma zarobiła 132 mln zł netto, a jej kapitalizacja wzrosła do niemal 5 mld zł. 

 – Budujemy powoli silną pozycję na rynkach zagranicznych i umacniamy firmę w Polsce, sprzedajemy coraz więcej par butów. Nie jesteśmy do końca zadowoleni z wyników finansowych. Liczyliśmy na coś więcej, ale skoro nie mieliśmy wiosny, nie handlowaliśmy butami przejściowym, więc wyniki pierwszego kwartału były bardzo słabe – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Biznes Dariusz Miłek.

Celem na ten rok jest umocnienie się na nowych rynkach, czyli w: Austrii, Niemczech, Turcji, Słowenii i Chorwacji. Prezes CCC podkreśla, że wyniki sprzedaży są satysfakcjonujące.  

 – Czechy, Słowacja, Węgry – to są rynki nasycone przez nas. Będzie mała kosmetyka w kilku lokalizacjach, kilka wymian, kilka powiększeń. Będziemy wchodzili na rynki, które otworzyliśmy w drugim półroczu 2013 roku, czyli do: Turcji, Austrii, Słowenii, Chorwacji i Niemiec – zapowiada Miłek. – O ile w Polsce być może dojdziemy do 20 proc. rynku w przyszłości, o tyle na rynkach zachodnich nigdy nie osiągniemy takiej skali. Jeżeli będziemy posiadać niecałe 10 proc. rynku, to będziemy bardzo zadowoleni.

Zgodnie z opublikowanymi w ubiegłym tygodniu skonsolidowanymi wynikami finansowymi za czwarty kwartał, CCC zarobiło w całym 2013 r. 132 mln zł netto. To o prawie jedną czwartą lepszy wynik niż w 2012 r., kiedy zysk netto wyniósł 106 mln zł. Ubiegły rok był dla CCC okresem dużych zmian oraz ekspansji. Firma otworzyła oddziały w pięciu nowych krajach, ale też zamknęła ok. 125 nierentownych sklepów. Miłek dodaje, że marża w 2013 r. nie była zadowalająca z uwagi na wahania kursów walut. Liczy jednak, że w tym roku zarówno kursy, jak i pogoda będą bardziej sprzyjające producentom butów.

Podkreśla, że CCC nie chce przyciągać tylko niską ceną, a nawet przyznaje, że na rynku są tańsi gracze. Wynika to z tego, że niska cena kojarzyła się klientom ze słabą jakością i firma chce od tego skojarzenia odejść. Według Miłka dobre wyniki sprzedażowe udaje się osiągać dzięki lokalizacjom sklepów oraz sposobem zarządzania nimi. Personel oraz logistyka dostaw również mają swój udział w zwiększaniu przychodów.

W ocenie prezesa CCC w tym roku ceny nie powinny wzrosnąć, choć niepewność wiąże się z wahaniami kursów walut. Szczególnie istotne dla spółki są kursy euro i dolara z uwagi na to, że wiele produktów powstaje w fabrykach w Indiach i Bangladeszu. Dlatego Miłek przewiduje, że jeśli ceny wzrosną, to jedynie z uwagi na kursy walut i koszty pracy, a to dotknie w równym stopniu wszystkich producentów obuwia.

Reklama w internecie tym skuteczniejsza, im jej mniej

Ograniczanie spamów i reklam przyniosło portalowi LinkedIn dwuipółkrotny wzrost liczby odwiedzających w ciągu jednego roku. Liczba profili wzrosła do 1,7 miliona. Portal zamiast na reklamę kierowaną do wszystkich, zdecydował się na adresowanie przekazów do osób zainteresowanych danymi dziedzinami.

 – Polityka reklamowa LinkedIn zakłada małą liczbę reklam na portalu i wykorzystywanie szablonów przygotowanych przez samą firmę, wkomponowujących się w interfejs portalu. Dzięki temu reklamy nie są agresywne, nachalne. LinkedIn dba w pierwszej kolejności o to, żeby portal zachował swoją funkcjonalność. Formaty są o wiele bardziej skuteczne niż te, które są w innych portalach – podkreśla Ewa Betkier, dyrektor sprzedaży w firmie BAN, który jest wyłącznym partnerem LinkedIn w Polsce.

Takimi szablonami są np. ankiety z logotypem klienta, reklamy zachęcające użytkowników, by dołączyli do grup dyskusyjnych. Zdaniem Betkier, to rozwiązanie pozwala zachować balans między skutecznością komunikacji z klientami a wygodą użytkowników portalu. 

 – Reklamodawca nie chce pojawić się obok dwóch różnych innych reklam, tylko chce, żeby reklama była skuteczna. Czyli jest skłonny zapłacić więcej, żeby wyniki były lepsze. Przykładowo LinkedIn ma produkt zbliżony do standardowego e-mailingu reklamowego, ale ma zupełnie inne wyniki. Przy standardowym e-mailingu, jeżeli mamy 10 proc. współczynnika otwarcia, to można powiedzieć, że to jest sukces. Natomiast my mamy go na poziomie 40 proc. – mówi Newserii Biznes Ewa Betkier. 

Taka reklama jest spersonalizowana, a użytkownik może ją otrzymać nie częściej niż raz na kilkadziesiąt dni. Za pomocą portalu reklamują się głównie branże B2B, czyli firmy, które chcą dotrzeć do dyrektorów marketingu czy do osób decyzyjnych w różnych branżach.

 – W Polsce przychody z reklamy rosną razem z przyrostem użytkowników. Gdy zaczynaliśmy w 2012 roku, to użytkowników zarejestrowanych w Polsce było 500 tys., a w tej chwili jest ich 1,7 mln. Tym samym rosną przychody z reklamy – mówi Ewa Betkier.

Podobnym rynkiem do polskiego jest Hiszpania, gdzie użytkowników tamtejszego portalu LinkedIn jest 6 mln. To daje firmie nadzieję na duże wzrosty w tym segmencie. BAN podaje, że portal odnotował 143-proc. wzrost oglądalności w skali roku. Miesięcznie odwiedza go 830 tys. użytkowników.

Polacy nie czytają etykiet i nie sugerują się wskazówkami producentów. Najważniejsza jest cena

CEO Magazyn Polska

Polacy nie czytają etykiet, a jeśli nawet zdarzy im się rzucić na nie okiem, nie rozumieją przeczytanych informacji – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Międzynarodowego Stowarzyszenia Producentów Mydeł, Detergentów i Środków Czystości „Czyste piękno”. Konsumenci nie wiedzą też, na co zwracać uwagę i jak wybierać wartościowe produkty. Głównym kryterium wyboru jest niska cena, atrakcyjne opakowanie i przywiązanie do marki.

Badania miały pokazać, jak zachowuje się klient w czasie zakupów środków czystości i czym się kieruje, wybierając ze sklepowej półki taki, a nie inny produkt.

 – Jeżeli na zakupy przyjechaliśmy samochodem, możemy kupić większe opakowania, jeżeli przyszliśmy na piechotę, wybieramy mniejsze. Następnie patrzymy na ulubione marki i cenę. Jest ona bardzo ważna, bo konsument, który stoi przed półką, kilkukrotnie ją sprawdza – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Anna Oborska ze Stowarzyszenia Producentów Kosmetyków i Środków Czystości „Czyste Piękno”.

Podczas zakupów cena jest głównym kryterium wyboru dla prawie 43 proc. konsumentów. Dużą rolę odgrywa też przywiązanie do danej marki i atrakcyjne opakowanie produktu.

 – Polski konsument cały czas jeszcze się uczy. Wiemy, że w momencie, kiedy kupujemy proszek do prania, to trzeba spojrzeć, czy on jest do prania kolorowego, czy do prania białego. Natomiast jest jeszcze szereg rzeczy, które powinniśmy przeczytać, na które musimy spojrzeć na etykiecie, zanim ten produkt kupimy –  mówi dr Anna Oborska.

Ze statystyk wynika, że tylko co trzeci Polak czyta etykiety i sugeruje się informacjami umieszczanymi na opakowaniach.

 – Bardzo rzadko zwraca uwagę na ikonę załadunku prania, która jest zazwyczaj w lewym dolnym rogu etykiety. To jest ikona kosza wypełnionego ubraniami z dużą liczbą, która wskazuje nam, ile prań możemy wykonać przy pomocy tego opakowania. Powinniśmy spojrzeć na cenę, spojrzeć na ikonę załadunku prania i przeliczyć, na ile prań wystarczy mi ten produkt. To jest bardzo ważna rzecz, dlatego że na rynku mamy różne formy produktów i żeby je porównać między sobą, możemy tak naprawdę porównywać tylko cenę za pranie – tłumaczy dr Anna Oborska.

Podobnie jest z zakupem żywności. Z danych Instytutu Żywności i Żywienia w Warszawie wynika, że ponad połowa Polaków nie zwraca uwagi na wartość energetyczną produktów, nie czyta tabel zawierających informacje o procentowej zawartości wybranych składników odżywczych i ich wartości kalorycznej. 

Sieć kin Helios z biletami przez komórkę

System płatności mobilnych SkyCash przygotował aplikację, która pozwala kupować i rezerwować bilety do wszystkich kin sieci Helios w Polsce. Rozwiązanie umożliwia też wygodne przeglądanie repertuaru, oglądanie zwiastunów filmów i samodzielny wybór miejsc na sali.

Obsługiwana przez SkyCash aplikacja Kino Helios to wygodny sposób na kupowanie biletów, bez konieczności stania w długich kolejkach do kas. Po dotarciu do kina można od razu udać się w kierunku sali, okazując obsłudze ekran telefonu z biletem zapisanym w postaci fotokodu. Aplikacja pozwala też szybko zapoznać się z opisami i zwiastunami filmów, jak również wygenerować widok sali i samodzielnie wybrać najlepsze miejsca. Jej dodatkowym wyróżnikiem jest prosty w obsłudze system rezerwacji biletów, który nie wymaga wchodzenia na stronę internetową kina i każdorazowego podawania danych osobowych.

W celu dokonania rezerwacji biletów wystarczy wybierać jeden z dostępnych tytułów, a następnie określić godzinę seansu oraz miejsca na sali. Podobnie wygląda proces zakupu, który jest realizowany przy użyciu podłączanej do systemu karty płatniczej. Zarówno zarezerwowane, jak i zakupione bilety są automatycznie zapisywane w telefonie. Dzięki temu w każdej chwili można sprawdzić wszystkie potrzebne informacje, takie jak numer sali, rząd, rodzaj zniżki czy numer rezerwacji. Z rozwiązania mogą korzystać klienci wszystkich 32 kin sieci Helios w całej Polsce.

Bezpłatna aplikacja Kino Helios działa na telefonach pracujących pod kontrolą systemów Android oraz iOS. Żeby móc kupować i rezerwować bilety, należy przejść jednorazowy proces rejestracji lub zalogować się przy pomocy danych dostępowych do SkyCash. Nie jest to jednak potrzebne do korzystania z podstawowych funkcji aplikacji, jak przeglądanie repertuaru i opisów wyświetlanych filmów. Kartę służącą do płatności za bilety można w każdej chwili dodać z poziomu komórki. Program umożliwia też automatyczne korzystanie z kart zarejestrowanych w SkyCash i posiada wszelkie wymagane mechanizmy zabezpieczające dla transakcji kartami płatniczymi w aplikacjach mobilnych.

PKO Bank Polski sponsorem 38. Biegu Piastów – Festiwalu Narciarstwa Biegowego w Szklarskiej Porębie

22 lutego rozpocznie się Festiwal Narciarstwa Biegowego w Szklarskiej Porębie. Tegoroczna impreza ma potrwać aż dziewięć dni i przebić wszystko, co do tej pory działo się w narciarstwie biegowym dla amatorów w Polsce. Najważniejszym wydarzeniem Festiwalu będzie rozgrywany już po raz 38. Bieg Piastów. PKO Bank Polski kontynuując wieloletnią tradycję po raz kolejny wspiera tę imprezę.

Prezes Netii po odejściu ze stanowiska chce się zająć restrukturyzacją innych firm

CEO Magazyn Polska

Po siedmiu latach pracy Mirosław Godlewski przestanie być prezesem zarządu Netii. Zrezygnuje on ze stanowiska najpóźniej do 31 sierpnia, chyba że wcześniej Rada Nadzorcza spółki znajdzie właściwego kandydata na jego miejsce. Godlewski podkreśla, że to dobry moment na zmianę i liczy na kolejne wyzwania związane z restrukturyzacją innych firm – niekoniecznie z branży telekomunikacyjnej.

 – Myślę, że po siedmiu latach to dobry moment dla mnie, dla spółki, dla akcjonariuszy, żeby taka zmiana zaszła, żeby nowy lider spojrzał na spółkę ze świeżej perspektywy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Godlewski, prezes zarządu Netia SA.

Godlewski pracuje w Netii od 2007 r. Wcześniej pracował jako prezes Opoczna (przez rok), spółki Dec, będącej dużym właścicielem cystern kolejowych, a także w PepsiCo. Prezes Netii przyznaje, że czas spędzony w firmie był wystarczająco długi.

 Netia była czwartą firmą, którą prowadziłem, w czwartej branży. Raczej patrzę na swój wkład w definiowanie strategii i przeprowadzenie restrukturyzacji. Mam nadzieję, że ponownie uda mi się znaleźć tego rodzaju przedsięwzięcie. A branża jest tutaj czynnikiem wtórnym – mówi Mirosław Godlewski.

Wczoraj spółka podała w komunikacie, że w ciągu siedmiu lat grupa podwoiła skalę operacji i umocniła pozycję największego alternatywnego operatora usług stacjonarnych w Polsce. W ramach porozumienia z Radą Nadzorczą Mirosław Godlewski pozostanie na stanowisku do 31 sierpnia br., chyba że wcześniej uda się wyłonić nowego prezesa.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 lutego 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 lutego 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Warszawskie biuro agencji ratingowej Standard and Poor’s ma stać się centralą na Europę Środkowo-Wschodnią

CEO Magazyn Polska

Niedawno uruchomione biuro agencji ratingowej Standard and Poor’s w Warszawie ma docelowo stać się centralą firmy na Europę Środkowo-Wschodnią. Agencja chce być bliżej klientów w Polsce i regionie, a jednocześnie zwiększyć swój wkład w rozwój lokalnych rynków kapitałowych.

Agencja ratingowa Standard & Poor’s (S&P) ma zamiar w najbliższym czasie przekształcić swoje nowo otwarte warszawskie biuro w centralę na Europę Środkowo-Wschodnią. Głównym celem S&P jest  zwiększenie swojego uczestnictwa w rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

 – Celem jest, żeby to była centrala przez duże C, co wiąże się z pewnymi planami ekspansji, ale potrzebujemy czasu, żeby określić, kiedy to będzie – mówi Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią Standard & Poor’s. – Będziemy traktować to biura jako miejsce, gdzie nasi analitycy, zarówno polskiego pochodzenia, jak i z regionu Europy Środkowo-Wschodniej będą raz na jakiś czas pracować i wykorzystywać infrastrukturę, którą tu zbudowaliśmy, po to, ażeby być bliżej naszych klientów.  

Petrykowski wyjaśnia, że dziś agencja przyznaje ratingi 70 emitentom w regionie Europy Centralnej, z czego 20 podmiotów działa w Polsce. Należą do nich zarówno korporacje, instytucje finansowe, jak i jednostki samorządowe. 

 – Biuro w Polsce otworzyliśmy po bardzo racjonalnej analizie biznesowej. Podjęliśmy decyzję, że chcemy bardziej bezpośrednio, w sposób zorganizowany działać na tym rynku, stając się uczestnikiem, który może na co dzień oferować serwis i zajmować się zarówno naszymi obecnymi i perspektywicznymi klientami, jak i szeroko rozumianymi partnerami rynkowymi – deklaruje dyrektor na Europę Środkowo-Wschodnią.

Jak podkreśla, plany związane z rozwojem warszawskiego biura dotyczą trzech głównych obszarów. Pierwsza kwestia to aktywny udział w rozwoju polskiego rynku kapitałowego.

 – Chcemy bardziej aktywnie pracować z rynkiem w ramach edukacji jego uczestników, zarówno emitentów, jak i inwestorów, z wykorzystaniem globalnej metodologii Standard & Poor’s w połączeniu z lokalnym podejściem. W ten sposób będziemy starali się pobudzać apetyt polskich przedsiębiorców do tego, by szukali finansowania poza Polską – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Petrykowski. – Po drugie, chcemy lepiej zorganizować nasze rozumienie tej części świata i zbudować pewien zespół ludzi, pewien zespół dodatkowych ekspertyz, które możemy docelowo jeszcze bardziej rozwijać z korzyścią zarówno dla rynku, jak i dla naszych klientów – zaznacza.

Trzecim celem agencji jest zacieśnianie relacji z jej klientami na lokalnych rynkach.

 – Chcemy obecnym klientom dać bardziej lokalne podejście, jeszcze większe partnerstwo i bardziej adekwatny model, a nie działać tylko przez pryzmat Londynu i dotychczasowej obecności w tej części świata – tłumaczy Marcin Petrykowski.

S&P stawia na Polskę ze względu na jej strategiczne położenie, coraz większą aktywność na rynkach międzynarodowych oraz dynamicznie rozwijający się rynek papierów dłużnych.

Choć Standard & Poor’s stawia głównie na współpracę z firmami poszukującymi alternatywnych źródeł finansowania na międzynarodowym rynku długu, zajmuje się również tworzeniem ratingu dla kilku miast w Polsce.

 – Oczywiście nie chcemy skreślać miast i podmiotów samorządowych. Z nimi też chcemy pracować, natomiast to wymaga od nas więcej pracy lokalnej, większego zaangażowania i ustrukturyzowania modelu obsługi tych podmiotów – wyjaśnia Petrykowski. – Docelowo będziemy chcieli ich też obsługiwać, angażując do tego lokalnych analityków, a nie tylko stosując zasoby, które wykorzystujemy w Londynie.

Rozwój przydomowych ekologicznych instalacji energetycznych może obniżyć rachunki konsumentów

CEO Magazyn Polska

Zainstalowanie ekologicznych rozwiązań w domu może przynieść oszczędności rzędu nawet 8 tys. zł rocznie na ogrzewaniu domu i wody. BOŚ Bank proponuje program, dzięki któremu Polacy ograniczą rachunki, tym samym zwiększając swoją zdolność kredytową. Rozwój rynku niewielkich instalacji OZE może być korzystny dla całej gospodarki. Eksperci BOŚ Banku szacują, że może dać impuls do wzrostu gospodarczego nawet o 0,4 pkt proc. PKB rocznie.

 – Podstawowym elementem systemu jest pompa ciepła, czyli urządzenie, które produkuje energię cieplną, wykorzystując energię elektryczną. W standardowych rozwiązaniach nie płacimy wtedy za gaz, węgiel czy olej opałowy, ale zwiększają się rachunki za energię elektryczną. Połączyliśmy to więc z małą instalacją fotowoltaiczną, czyli z małą elektrownią słoneczną na dachu, która produkuje taką ilość energii, która wystarcza właśnie na zaspokojenie potrzeb pompy ciepła – mówi Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Bank przygotował nowy produkt dla osób posiadających dom lub go budujących – BOŚ EKOsystem. To kredyt, w ramach którego instalowany jest hybrydowy system grzewczy, który składa się z czterech modułów: kotłowni montowanej w domu (o wielkości niewielkiej szafy), paneli słonecznych i fotowoltaicznych oraz pompy ciepła. Współpraca tych wszystkich urządzeń ma przynieść oszczędności pozwalające na zwiększenie zdolności kredytowej, bo koszty ponoszone przez mieszkającą w średniej wielkości domu czteroosobową rodzinę mogą spaść do nawet 0 zł miesięcznie.

 – Układ się nam bilansuje, nie potrzebujemy dodatkowo płacić za energię elektryczną do zasilenia pompy ciepła, czyli nie ponosimy kosztów ogrzewania – tłumaczy Mariusz Klimczak. – Dziś oferowane są rozwiązania indywidualne – można kupić osobno pompę ciepła, osobno instalację solarną czy panel fotowoltaiczny, a jeśli byśmy chcieli połączyć to z kominkiem, to mamy kolejną usługę. Niestety bardzo często powoduje to, że elementy ze sobą nie współgrają, a co za tym idzie –  nie są efektywne.

Pakietowe dostarczenie tych wszystkich systemów i niższe koszty ogrzewania mają być tym, co przyciągnie klientów do banku. 

 – W przypadku domu nowo budowanego wygrywamy ze wszystkimi źródłami ciepła. W przypadku zamiany istniejącego źródła ciepła, konkurencyjny jest tylko węgiel. Ale mówimy tutaj o zupełnie innym porównaniu – malucha do mercedesa – zachwala prezes BOŚ Banku.

Z kalkulacji ekspertów banku wynika, że dzięki obniżeniu miesięcznych wydatków na ogrzewanie, minimalny wymagany dochód rodziny ubiegającej się o kredyt na dom może być o kilkaset złotych niższy. W przypadku ubiegania się o pożyczkę na budowę domu o powierzchni ok. 100 m2 wraz z zainstalowanym w nim systemem grzewczym, ta sama czteroosobowa rodzina, która wybierze np. ogrzewanie olejowe, może liczyć na niewiele ponad 170 tys. zł 30-letniego kredytu hipotecznego. W innym wariancie, gdy w grę wchodziłby gaz ziemny, jej maksymalna zdolność rośnie do ok. 200 tys. zł. Natomiast wybór BOŚ EKOsystemu podnosi ten próg do ponad 270 tys. zł.

Jak podkreśla prezes banku, zainteresowanie programem wśród klientów jest bardzo duże. Tym bardziej że po stronie klienta jest tylko decyzja o zakupie systemu, resztę bierze na siebie bank.

 – Zgłoszenia do zakładu energetycznego, przygotowania wniosków o dofinansowanie – to powoduje, że ludziom wydaje się, że ten proces jest trudny. Dlatego postanowiliśmy przejąć to wszystko od klienta. Klient chce mieć ciepło, tanio, wygodnie i to jest podstawowy element, który staramy się w ramach tego programu spełnić – zapowiada w rozmowie z Newserią Biznes Mariusz Klimczak.

Rozwój rynku niewielkich odnawialnych źródeł energii w ciągu kolejnych kilku mógłby dać impuls do wzrostu gospodarczego nawet o 0,4 pkt proc. PKB rocznie. Oznacza to również realne oszczędności – sięgające nawet 2 mld zł rocznie w perspektywie 2020 roku – w kosztach krajowego systemu wsparcia produkcji energii z OZE. 

Mimo niskich stóp procentowych kredyty gotówkowe w bankach są wciąż drogie

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe przełożyły się na obniżenie oprocentowania lokat i niższe raty kredytów hipotecznych, których oprocentowanie jest zmienne. W przypadku kredytów gotówkowych banki niechętnie obniżają oprocentowanie – nawet najkorzystniejszy kredyt wciąż kosztuje w bankach znacznie powyżej 10 proc. rocznie. Do obniżek w bankach może się przyczynić konkurencja, czyli firmy pożyczkowe.

 Kredyty gotówkowe w dalszym ciągu są dość wysoko oprocentowane, przeciętnie na około 15 proc., a więc blisko maksymalnego dopuszczalnego poziomu oprocentowania, który wynosi obecnie 16 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander.

Z najnowszego rankingu Comperii wynika, że nawet najkorzystniejszy kredyt gotówkowy w banku, zaciągnięty na rok na 4 tys. zł kosztuje ponad 12 proc. Koszt najdroższych przekracza 15 proc. Dlatego często bardziej opłaca się korzystanie z limitu na karcie kredytowej lub limitu w rachunku.

 – Kredyt na kartach kredytowych znacznie potaniał. W tym przypadku prowizje się bowiem nie zmieniły, a oprocentowanie, wcześniej wynoszące powyżej 20 proc., spadło do 16 proc. – mówi ekspert. – Nie ma w tym przypadku żadnych rat, a dług spłacamy, kiedy chcemy, nawet po kilku dniach. Kredyty gotówkowe mają raty i harmonogram spłaty. Jest to opcja dla tych, którzy chcą spłacać dług przez kilka lat, a przynajmniej przez kilka miesięcy.

Główny analityk Expandera zwraca uwagę na to, że zaciągając kredyt gotówkowy, powinno się sprawdzać wszystkie koszty kredytu, a więc nie tylko oprocentowanie, lecz także odsetki, prowizje, koszty obowiązkowych ubezpieczeń i inne opłaty. Dopiero uwzględnienie tego wszystkiego pozwala na trafne porównanie propozycji różnych banków. Jednak wielu klientów nie robi żadnych porównań.

 – Podstawową pułapką jest to, że bierzemy pierwszy dostępny kredyt, nie porównując w ogóle ofert, czyli albo korzystamy z propozycji swojego banku, albo z tej reklamowanej właśnie w telewizji czy w gazecie – mówi Sadowski. – Niestety nie zawsze oferta reklamowana jest tą najlepszą.

Jak przekonuje, porównywanie i szukanie najlepszej możliwości może się opłacić.

 – Banki konkurują z firmami pożyczkowymi, które dosyć agresywnie działają na rynku i oferują na przykład pierwszą pożyczkę za darmo. Dlatego banki starają się pokazać, że też mają atrakcyjne produkty – mówi Sadowski. – Właśnie ta gra konkurencyjna, walka o klienta sprawia, że czasami możemy uzyskać bardzo tani, a nawet darmowy kredyt.

Małe i średnie firmy niechętnie zaciągają kredyty inwestycyjne. Ostrożność przedsiębiorców hamuje wzrost gospodarczy

CEO Magazyn Polska

70 proc. polskich mikro-, małych i średnich przedsiębiorców nie korzysta z kredytów inwestycyjnych i finansuje się z własnych środków. Choć jest to bezpieczne rozwiązanie dla samych firm, nieco hamuje rozwój gospodarczy. Gdyby przeciętny kredyt w małym przedsiębiorstwie, który dziś wynosi 25 tys. zł, wzrósł o 5-10 tys. zł, to impuls do wzrostu PKB byłby ogromny.

 – 70 proc. podmiotów gospodarczych w Polsce w mikro- i małej przedsiębiorczości w ogóle nie bierze kredytu inwestycyjnego. I to samo 70 proc. tworzy ponad połowę PKB w kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Janiszewski, przewodniczący rady programowej Stowarzyszenia „Integracja i Współpraca”.

To właśnie dzięki tej konserwatywnej polityce przedsiębiorców polska gospodarka w znacznym stopniu uniknęła kryzysu. Jednocześnie jednak nieco hamuje wzrost gospodarczy.

 – Gdyby nagle te ostrożne przedsiębiorstwa zdecydowały się na przyspieszenie własnego rozwoju poprzez wzięcie kredytu inwestycyjnego, to połowa gospodarki zaczęłaby rosnąć znacznie szybciej. Obecnie przeciętne przedsiębiorstwo z sektora MŚP ma kredyt na 25 tysięcy. Jeśli wzrósłby on o 5-10 tysięcy, to impuls do wzrostu PKB byłby ogromny – przekonuje Janiszewski.

Rządowe zachęty na start

Impulsem do rozwoju byłoby również zwiększenie liczby powstających firm. Zdaniem eksperta rząd powinien na tym skoncentrować swoją uwagę, by ułatwiać Polakom, szczególnie młodym ludziom, wejście na rynek z własnym biznesem.

 – Ponad połowa młodych ludzi zamieszkujących tereny całej Unii Europejskiej jest bez pracy, to oznacza, że jeżeli nie tworzymy dla nich miejsc pracy, musimy stworzyć warunki do tego, ażeby oni stworzyli sobie sami te miejsca pracy. To jest podstawa – mówi Jacek Janiszewski.

Dziś często zniechęcają ich do tego skomplikowane prawo i procedury.

 – Musimy przestać widzieć w obywatelu potencjalnego przestępcę – dodaje Janiszewski.

Kwestia roli małych i średnich przedsiębiorstw w rozwoju gospodarczym kraju będzie jednym z tematów XXI Forum Gospodarczego, które odbędzie się w Toruniu w dniach 3-4 marca. Jego głównym organizatorem jest Stowarzyszenie „Integracja i Współpraca”. Partnerem honorowym są Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a partnerem strategicznym województwo kujawsko-pomorskie.

Rękodzieło z certyfikatem ochroni prawa twórców

CEO Magazyn Polska

Polacy doceniają rękodzieło i coraz częściej decydują się na zakup droższych, ale unikatowych produktów. Aby odróżnić faktyczne wyroby hand-made od podróbek i zabezpieczyć prawa autorskie artystów, zostanie powołana komisja, która będzie przyznawała certyfikaty takim wyrobom.

 – Walczymy razem z Ogólnopolskim Cechem Rzemieślników Artystów o utracony etos rękodzieła, by to, co stworzą ręce, a nie maszyny było cenione i pożądane. Polacy odwracają się od produkcji masowej, od tego, co jest powszechnie dostępne, tłoczone w miliardach egzemplarzy – mówi Zofia B. Borucińska, założycielka Lasu Rąk Laboratorium Rękodzieł. – Coraz rzadziej musimy klientom tłumaczyć, dlaczego broszka kosztuje 35 zł, a nie 15 zł, jak na bazarku, mimo że są w podobnym kształcie i kolorze. Ludzie doceniają to, że rękodzieło to nie tylko oryginalny wygląd, design, lecz także jakość. To, co wytworzą ręce, jest zdecydowanie lepsze, trwalsze, bardziej efektowne i stabilne jakościowo niż to, co wytworzy maszyna.

„Razem wspieramy rękodzieło” – pod tym hasłem Ogólnopolski Cech Rzemieślników Artystów, we współpracy z Lasem Rąk, rozpoczyna przyznawanie certyfikatów wyrobom mającym charakter rękodzieła artystycznego wykonanym na obszarze Polski z zastosowaniem tradycyjnych technik rękodzielniczych.

Ten certyfikat ma wypromować twórców, pomóc im w podwyższeniu statusu rękodzielnika i utrzymaniu go na wysokim poziomie. Pomoże też im zabezpieczyć swój interes finansowy, również od strony praw autorskich: zdjęcia i opisy tych wyrobów będą ogólnodostępne – informuje Olga Werbeniec, prezes Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów. 

Na internetowych stronach Lasu Rąk i OCRA zostanie zamieszczona lista twórców certyfikowanych oraz ich wyrobów. Dzięki temu nabywcy będą mogli sprawdzić, czy dany produkt posiada certyfikat. Ten dokument będzie przyznawany przez Komisję Certyfikującą składającą się z trzech osób wybieranych przez zarząd OCRA spośród dyplomowanych rzemieślników artystów, mistrzów w swym rzemiośle oraz niekwestionowanych autorytetów w środowisku rzemiosła artystycznego. 

 – Certyfikat będzie można uzyskać na dany wyrób, czyli na pojedynczą sztukę bądź serię wyrobów. Będziemy mogli się nim posługiwać przez wiele lat, ale przy wprowadzeniu nowej serii czy nowego produktu będziemy musieli otrzymywać nowy certyfikat – tłumaczy Olga Werbeniec. 

Koszt certyfikatu to 20 zł dla wyrobów o wartości do 100 zł, 35 zł dla tych o wartości do 200 zł i 50 zł dla produktów od 201 zł wzwyż. Pomysłodawcy przyznawania certyfikatów zastrzegają, że komisja może kontrolować wytwórców, a w przypadku utraty przez wyrób charakteru rękodzieła prawo do korzystania z certyfikatu zostanie odebrane.

Twórcy rękodzieła liczą, że przyciągną nowych klientów. Sama idea hand-made staje się też alternatywą dla wykluczonych z rynku pracy.

 – Znacząco zwiększa się zainteresowanie Polaków wyrobami rękodzielniczymi. Osoby, które wypadają z rynku pracy, mogą otworzyć taką działalność, bo rękodzieło mogą wykonywać również osoby z różnymi niepełnosprawnościami – to bardzo tym osobom pomaga, a poza tym mogą one z tego uczynić sposób na życie – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes OCRA.

Branża metalurgiczna zagrożona z powodu polityki klimatycznej UE

CEO Magazyn Polska

Przedstawiciele branży metalurgicznej i przetwórstwa metali obawiają się skutków unijnej polityki klimatycznej. Przestrzegają, że zbyt ambitne cele Komisji Europejskiej negatywnie wpłyną na globalną konkurencyjność przedsiębiorstw, a tym samy zmuszą biznes do przeniesienia się poza Europę. Branża liczy, że podejście UE ulegnie zmianie po wyborach do Europarlamentu i wybraniu nowego składu KE.

 – Wszystko, co jest związane z metalurgią i z przetwórstwem metali, jest narażone na zwiększanie kosztów energii, któremu sprzyja obecna unijna polityka energetyczna – mówi Newserii Biznes Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej Impexmetal SA i członek rady nadzorczej Boryszew SA.

Zgodnie z przyjętym w grudniu 2008 r. pakietem  klimatyczno-energetycznym, do 2020 r. należące do UE państwa mają zwiększyć o 20 proc. efektywność energetyczną, osiągnąć 20-procentowy udział energii z odnawialnych źródeł i zmniejszyć o 20 proc. emisję gazów cieplarnianych. Komisja Europejska proponuje dalsze zaostrzenia pakietu. Według Krężla unijne wymogi klimatyczne wpływają negatywnie na konkurencyjność przedsiębiorstw.

 – Dzisiaj globalna konkurencyjność daje gwarancje przetrwania i funkcjonowania, więc z pewnym dystansem podchodzimy do tak ambitnych i wyidealizowanych zadań, jakie stawia obecna Komisja. Mogą one doprowadzić do tego, że zmianie ulegną nasze strategiczne plany, związane do tej pory przede wszystkim z Unią Europejską – przestrzega Krężel w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Przedstawiciele branży podkreślają, że istnieje sprzeczność między europejską polityką klimatyczną a dążeniami do reindustrializacji Europy. Zgodnie z zapowiedziami KE, udział przemysłu w PKB Unii powinien do 2020 roku wzrosnąć do 20 proc.

Najpierw poprzez działania systemowe w Unii Europejskiej doprowadziliśmy do wyeliminowania przemysłu. Dziś jego udział w PKB wynosi 15 proc. Teraz zaś okazało się, że bez przemysłu żyć nie można, i że trzeba to raptownie zmieniać – mówi Krężel. – Łatwo coś zniszczyć poprzez rosnące ceny i koszty, a trudniej to odbudować, mając na uwadze konieczność globalnego konkurowania.

Podkreśla, że to będzie wyzwanie dla nowego składu Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej.

Mimo tych trudności polska gospodarka ma szansę na przyciągnięcie nowych inwestycji. Zdaniem Krężla jednym z głównych gospodarczych atutów Polski są niskie koszty pracy, które idą w parze z wykwalifikowaną siłą roboczą. Pozwala to Polsce zachować konkurencyjność na globalnym rynku. 

 – Polska może być ziemią obiecaną dla przedsiębiorców europejskich w nowym programie reindustrializacji gospodarki – twierdzi Krężel. – Po pierwsze dzięki niskim kosztom pracy. Godzina pracy wraz ze wszystkimi kosztami to u nas koszt 10 euro. Tymczasem we Francji to 38 euro. Po drugie naszą siłą jest kapitał ludzki, czyli wykwalifikowani pracownicy. Jednak politycy mają jeszcze dużo do zrobienia, choćby w kwestii promocji kraju – dodaje.

Nakłady na infrastrukturę mogą się nie zwrócić. Jej odpowiednie wykorzystanie zależy od dobrych relacji międzynarodowych

CEO Magazyn Polska

Polska powinna skoncentrować się nie tylko na budowie infrastruktury drogowej i kolejowej, lecz także na takim prowadzeniu relacji handlowych z sąsiadami i innymi krajami UE, by tę infrastrukturę wykorzystać. Przykład Niemiec i Rosji, które transportując swoje towary, omijają Polskę, pokazuje, że dotychczasowa polityka była błędna, a sama infrastruktura nie wystarcza.

W ramach perspektywy finansowej na lata 2014-2020 60 proc. środków miało być przeznaczonych na kolej, a 40 proc. na infrastrukturę drogową. 

 – To nie współgra z wielkościami przyjętymi w rządowej strategii rozwoju transportu, gdzie mamy do czynienia z jednoznacznym preferowaniem dróg. Konsekwencje takiej polityki mogą być niezbyt ciekawe, dlatego że zmieszczenie nawet na zmodernizowanej infrastrukturze drogowej dodatkowo 500 mln ton towarów nie pozostanie bez konsekwencji – mówi Krzysztof Niemiec, wiceprezes Track Tec.

Jako przykład przemyślanej polityki podaje Niemcy, które rozwijają swoją infrastrukturę, biorąc pod uwagę wymianę handlową z Rosją. 

 – Wydawałoby się, że wagony, które jadą z towarami z Rosji do Niemiec, powinny przejeżdżać przez Polskę w tranzycie, bo to najkrótsza droga. Ale one jadą do portu rosyjskiego, tam są ładowane na promy i statki i płyną do portu niemieckiego. Niemiecka polityka aktywizuje ich porty, powoduje, że kolej dociera stamtąd w głąb kraju. Wydawałoby się, że jest to bardziej kosztowne, ale dzięki temu Niemcy mają z Rosją autostradę morską i większość towarów właśnie tamtędy jeździ – tłumaczy Niemiec w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes podczas forum „Zmieniamy polski przemysł”.

Jego zdaniem Polska wiele inwestuje w układ równoleżnikowy, czyli kolejowe trasy europejskie ze wchodu na zachód – E20 i E30. Ten wkład raczej się nie zwróci w kontekście przewozów pasażerskich.

 – Trudno sobie wyobrazić, że w 2020 czy 2030 roku ludzie będą jeździli z Moskwy do Berlina pociągiem. Raczej będą korzystać z usług linii samolotowych. W związku z tym te trasy powinniśmy wykorzystać jako transportowy korytarz – podkreśla Krzysztof Niemiec. – Jednak trzeba pamiętać, że nie wystarczy mieć dobrą infrastrukturę, nowoczesne lokomotywy czy wagony. Ważne jest takie zorganizowanie sobie relacji, ażeby ta infrastruktura była wykorzystana.

Przykładem może być pogłębienie relacji w ramach Trójkąta Weimarskiego, czyli między Polską, Niemcami i Francją.

Szansą dla Polski jest również to, że korytarze południkowe do krajowych portów zostały zakwalifikowane do dofinansowania w ramach unijnego instrumentu „Łącząc Europę” (ang. Connecting Europe Facility – CEF). To fundusz, przeznaczony na realizację projektów dotyczących rozwoju, budowy lub modernizacji infrastruktury w dziedzinie transportu, energetyki i telekomunikacji. 

 – Jest to duża szansa na to, ażeby z Czech, Słowacji i Węgier próbować przeciągać towary do obsługi przez nasze porty – uważa Krzysztof Niemiec.

Zgodnie z nowymi przepisami wezwania na akcje lepiej ochronią inwestorów

CEO Magazyn Polska

Zmiany w sposobie przeprowadzania wezwań na akcje mają chronić interesy mniejszych inwestorów i sprawić, że proces ten będzie bardziej przejrzysty. Ograniczone zostaną możliwości omijania skomplikowanych obecnie przepisów. Powstaną dwa rodzaje wezwań  dobrowolne i obowiązkowe, a przy obu progach (33 i 66 proc.) wezwania będą dotyczyły wszystkich pozostałych akcji.

 – Polskie przepisy o wezwaniach są w czołówce europejskiej, jeżeli chodzi o ich stopień skomplikowania. Przepisy wielu państw europejskich przewidują tylko jeden rodzaj wezwania, polskie przepisy – aż pięć – tłumaczy Konrad Konarski, partner, szef zespołu rynków kapitałowych kancelarii Baker & McKenzie. – Unia Europejska też wymaga od nas tylko jednego rodzaju wezwania.

W Polsce obecnie inwestor musi ogłosić wezwanie aż w pięciu przypadkach. Istnieją dwa główne rodzaje wezwań – po przekroczeniu progu posiadania 33 proc. i 66 proc. akcji. Dziś przy przekroczeniu pierwszego z tych progów inwestor zobowiązany jest do ogłoszenia wezwania na taką liczbę akcji, aby osiągnąć próg 66 proc.

 – Po zmianie, przy obydwu progach będzie wezwanie na wszystkie akcje. Tak więc inwestorzy mniejszościowi, którzy posiadają akcje, będą mieli dwie szanse wyjścia ze spółki – mówi Konarski. – Przy obecnych przepisach dało się łatwo ominąć wymóg wezwania na przykład w ten sposób, że kupowało się pośrednio duży pakiet akcji tak, żeby być minimalnie poniżej progu 66 proc. i później ogłaszało się wezwanie na minimalną liczbę akcji. Mały inwestor nie miał więc szansy wyjść ze spółki po godziwej cenie. Po tych zmianach już to nie będzie możliwe – tłumaczy ekspert.

Dobrowolne nabycie akcji spółki będzie mogło nastąpić w wyniku wezwania do zapisywania się na sprzedaż lub zamianę akcji spółki, ogłoszonego na co najmniej 5 proc. ogólnej liczby głosów. W wezwaniu dobrowolnym wzywający będzie mógł określić minimalną liczbę akcji objętą zapisami złożonymi w odpowiedzi na wezwanie, po której osiągnięciu zobowiąże się do ich nabycia, ale w sumie nie może przekroczyć 50 proc. ogólnej liczby głosów. 

Nowe przepisy doprecyzują również budzącą wątpliwości kwestię ceny wezwania.

 – Przepisy określają, jaka musi być minimalna cena w wezwaniu, którą można zaoferować inwestorom mniejszościowym. Te przepisy też dało się łatwo ominąć w ten sposób, że robiło się pośrednie przejęcie spółki. Nie kupowało się akcji spółki bezpośrednio, tylko kupowało się podmiot, który z kolei miał akcje tej spółki giełdowej – wyjaśnia Konarski. – W takich okolicznościach wymóg określenia ceny nie obowiązywał i w konsekwencji inwestor, który przejmował duży pakiet akcji, mógł określić cenę poniżej poziomu, który byłby satysfakcjonujący dla inwestorów mniejszościowych.

Znowelizowana ustawa o ofercie publicznej ma też doprecyzować zasady ujawniania informacji poufnej przez spółkę.

75 tysięcy aktywnych kart Inteligo „Dobro procentuje”

Karta płatnicza Visa payWave „Dobro procentuje” jest dostępna w ofercie Inteligo od roku. W tym czasie wspólnie z 75 tysiącami klientów Inteligo Fundacja PKO Banku Polskiego przekazała łącznie prawie 440 tysięcy złotych na pomoc potrzebującym.

Rynek wodociągowo-kanalizacyjny – Podsumowanie 2013 roku

63 decyzje i ponad 600 tys. zł kar — to podsumowanie ubiegłorocznych działań UOKiK wobec przedsiębiorców funkcjonujących na rynkach wodociągowo-kanalizacyjnych. Jedne z najnowszych decyzji dotyczą przedsiębiorstw komunalnych z województw: zachodniopomorskiego, dolnośląskiego i mazowieckiego

39 rozstrzygnięć dotyczących nadużycia pozycji dominującej, 24 w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, ponad 600 tys. zł łącznych kar — to efekt działań UOKiK w 2013 r. wobec przedsiębiorców dostarczających wodę i odbierających ścieki. Część z nich dobrowolnie zobowiązała się do zmiany zakwestionowanych praktyk, unikając sankcji finansowych. Obecnie trwa 6 kolejnych postępowań oraz 21 wyjaśniających. Wobec przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych UOKiK prowadzi postępowania zarówno w sprawie nadużywania pozycji dominującej, jak i naruszania zbiorowych interesów konsumentów. Spółki zaopatrujące konsumentów w wodę mają zawsze pozycję dominującą na lokalnym rynku, więc ich klienci nie mają możliwości wyboru korzystniejszego dostawcy. Sytuacja ta może być wykorzystywana przez przedsiębiorców stosujących niedozwolone praktyki rynkowe. Za takie naruszenia grozi im jednak kara w wysokości do 10 proc. ubiegłorocznych przychodów.

Jedna z najnowszych decyzji dotyczy spółki Miejskie Wodociągi i Kanalizacja w Koszalinie (MWiK). Uzależniała ona zawarcie umowy na zbiorową dostawę wody i odprowadzanie ścieków od nieodpłatnego przekazania na jej rzecz odcinków sieci i urządzeń wybudowanych przez odbiorców z ich własnych środków, a także od poniesienia przez nich kosztów tego przekazania. Przedsiębiorca wyłączał też swoją odpowiedzialność odszkodowawczą za przerwy w dostawie wody spowodowane jej brakiem na ujęciu lub awarią zasilania urządzeń wodociągowych. Ponadto spółka zobowiązywała odbiorców do budowy odcinków sieci i przyłączy przy użyciu osprzętu pochodzącego wyłącznie od wskazanych przez nią producentów. W ten sposób kontrahenci pozbawieni zostali możliwości dowolnego wyboru osprzętu, a konkurenci wskazanych producentów — dostępu do rynku. Za nadużywanie pozycji dominującej, Prezes UOKiK nałożyła na MWiK w Koszalinie karę w łącznej wysokości 121 692 zł. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.

Niedozwolone działania stosowało również Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji „WODNIK” w Jeleniej Górze. Postępowanie UOKiK wykazało, że przedsiębiorca nie obniżał odpowiednio opłat za dostawę jakościowo gorszej wody, warunkowo dopuszczonej do spożycia. Według Urzędu, długotrwałe dostarczanie wody o pogorszonej jakości powinno skutkować automatycznym obniżeniem jej ceny, natomiast „Wodnik” ustalił wspólną taryfę zarówno dla wody spełniającej wymagania, jak i tej dopuszczonej warunkowo przez inspektora sanitarnego. Kara nałożona na przedsiębiorstwo wyniosła 9 120,62 zł. Decyzja nie jest prawomocna, „Wodnik” odwołał się do sądu.

Jednym z podmiotów ukaranych przez UOKiK w 2013 r. za stosowanie postanowień naruszających zbiorowe interesy konsumentów było Miejskie Przedsiębiorstwo Komunalne w Gostyninie. Przedsiębiorca nie zamieszczał w umowach informacji wymaganych przez ustawę, w tym m.in. postanowień dotyczących procedur i warunków kontroli urządzeń wodociągowych, dotyczących odpowiedzialności przedsiębiorstwa za niedotrzymanie warunków umowy, czy postanowień dotyczących warunków usuwania awarii przyłączy wodociągowych będących w posiadaniu odbiorców usług. MPK w Gostyninie zostało ukarane przez Prezes UOKiK kwotą 7 514 zł. Decyzja jest prawomocna.

Szczegółową analizę sektora wodno-kanalizacyjnego, w tym dokładny opis przykładów łamania prawa można znaleźć w raporcie UOKiK Kierunki rozwoju ochrony konkurencji i konsumentów w sektorze wodociągowo-kanalizacyjnym.

Polska branża węglowa i energetyczna szuka kontraktów w Indiach

Polscy przedsiębiorcy z branż energetycznej i węglowej szukają kontraktów w Indiach. Władze w New Delhi z kolei poszukują kontrahentów, którzy dostarczą kompleksowe rozwiązania związane z wydobyciem węgla, produkcją energii i tworzeniem miejsc pracy. Są szanse na duże kontrakty oraz zatrudnienie dla polskich inżynierów.

W ubiegłym tygodniu do Indii udała się 70-osobowa delegacja, w której poza przedsiębiorcami z 23 firm znaleźli się przedstawiciele resortów gospodarki i spraw zewnętrznych.

 – Indie w obszarze energetycznym mają wielkie plany. Mają ogromny deficyt energii, węgla, którego importują ilości większe niż cała produkcja w Polsce. W związku z tym mają ujemny bilans płatniczy i trudności z tym związane. Mają wysoką inflację na poziomie około 10 proc. Indie stoją przed koniecznością rozbudowy swojego potencjału energetycznego. I my możemy tutaj zaoferować kompleksowe rozwiązania – naszą technologię, wiedzę, przygotowanie i umiejętności, zarówno te przygotowawcze, jak i eksploatacyjne – podkreśla w rozmowie z agencja informacyjną Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Polska delegacja uczestniczyła w Polsko-Indyjskim Szczycie Energetycznym oraz w targach przemysłu węglowego i wydobywczego. To właśnie z tym sektorem polski rząd wiąże duże nadzieje. Zasoby węgla w Indiach należą do największych na świecie, jednak kraj ten zmaga się ze spadkiem wydobycia i niedoborami mocy. Teraz prawie 40 proc. polskiego eksportu do Indii to wyroby przemysłu elektromaszynowego – wynika z danych Ministerstwa Gospodarki.

Pietrewicz podkreśla, że na razie nie można mówić o podpisanych w wyniku delegacji kontraktach. Strona indyjska jest jednak zainteresowana współpracą, podobnie jak polscy przedsiębiorcy. Według wiceministra wyjazd do Indii zbliżył przedstawicieli przemysłu z obydwu krajów.

 – Rząd widzi rynek indyjski jako bardzo perspektywiczny. Zresztą trudno odrzucać perspektywę współpracy z rynkiem, który zamieszkuje 1,2 mld mieszkańców. To pokazuje skalę. Ale to też pokazuje skalę potrzebnych tam dostaw. W związku z tym czasami nasza oferta postrzegana jest jako nieco mikroskopijna w stosunku do tego, czego oczekuje strona indyjska – przyznaje Pietrewicz.

Mimo to Polska jest atrakcyjnym partnerem dla Indii, bo może dostarczyć technologie sprzyjające wzrostowi zatrudnienia. Tego właśnie oczekują władze w New Delhi. Jak wynika z danych CIA World Factbook, w 2012 r. w Indiach bezrobocie wynosiło 8,5 proc. Szacunki są jednak zawsze bardzo trudne z uwagi na duży udział gospodarki nieformalnej w tym kraju.

 – Oni oczekują technologii, które będą też rozwiązywały problemy związane z zatrudnieniem, zwiększaniem zatrudnienia. Liczą w związku z tym na to, że technologie z Polski, gdzie problem bezrobocia też ma miejsce, siłą rzeczy też będą dostarczały wiele miejsc pracy – ocenia Jerzy Pietrewicz.

Dodaje, że Indie najchętniej wybrałyby rozwiązania kompleksowe. W zamian za dostarczenie technologii oraz zapewnienie produkcji i miejsc pracy są w stanie podpisywać długie, nawet 20-letnie kontrakty na zakup węgla. Takie inwestycje są bardzo atrakcyjne, lecz wymagają bardzo dużych środków na starcie.

W polskiej delegacji znaleźli się przedstawiciele największych firm, takich jak: Orlen, JSW czy Kopex. Ich wyborem zajęła się Krajowa Izba Gospodarcza. Jak podkreśla Pietrewicz, zainteresowanie ze strony przedsiębiorców było bardzo duże.

Polska wymiana handlowa z Indiami jest stosunkowo nieduża. W okresie od stycznia do września 2013 r. zgodnie z danymi GUS wyeksportowaliśmy towary warte 1,2 mld zł (niecałe 0,3 proc. polskiego eksportu), podczas gdy wartość importu z Indii sięgnęła 3,5 mld zł (ok. 0,7 proc. całego importu).

W UE coraz więcej osób nie stać na opłacanie rachunków za prąd i gaz

CEO Magazyn Polska

Rosnące ceny energii w Unii Europejskiej sprawiają, że zwiększa się liczba osób, których nie stać na opłacenie rachunków za prąd i gaz. Oszczędzanie na ogrzewaniu przekłada się na pogorszenie ich stanu zdrowia i absencję w pracy. Pomóc w walce z tym zjawiskiem mogą mechanizmy zapobiegające ubóstwu energetycznemu. Polska może czerpać z doświadczenia innych unijnych krajów.

 – Ceny energii rosną i dla coraz większej liczby gospodarstw problemem jest zapłacenie rachunków za prąd. Część budżetu, którą wydają na energię, jest coraz większa i coraz trudniej jest im nabyć taką ilość energii, aby zapewnić sobie normalne warunki funkcjonowania – zwraca uwagę Ute Dubois, profesor ekonomii ISG International Business School w Paryżu, która gościła w Warszawie na konferencji Instytutu na rzecz Ekorozwoju.

Z raportu opublikowanego przez Komisję Europejską pod koniec stycznia wynika, że w latach 2008-2012 ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w UE rosły średnio o 4 proc. rocznie, a gazu o 3 proc. rocznie. Polska plasuje się wśród krajów o umiarkowanej cenie energii. Konsumenci z USA i Kanady średnio za gaz w 2012 r. płacili 2,5 razy mniej niż ci z UE, natomiast za prąd prawie dwukrotnie mniej.

Rosnące rachunki za prąd, ogrzewanie i gaz przyczyniają się do wzrostu poziomu ubóstwa energetycznego w Unii. Ośrodek Studiów Wschodnich szacuje, że ten problem dotyczy od 50 mln do nawet 125 mln osób.

Ute Dubois wskazuje na rozwiązania, które mogą temu przeciwdziałać.

 – Wiele krajów europejskich pomaga odbiorcom energii w zapłaceniu tych należności poprzez różnego rodzaju dodatki energetyczne, zasiłki na opłacenie rachunku za energię. Jest to jednak rozwiązanie krótkoterminowe, które sprawdza się w sytuacjach awaryjnych, natomiast w dłuższej perspektywie nie poprawia sytuacji – mówi ekonomistka agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Innym rozwiązaniem są taryfy socjalne czy ochrona tzw. wrażliwych odbiorców (osób o niskich dochodach) przed odłączeniem prądu. Zgodnie z unijną dyrektywą z 2009 roku dotyczącą wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej, państwa członkowskie powinny podjąć niezbędne środki, aby chronić takich konsumentów. W myśl tej dyrektywy rząd po długich pracach w połowie ubiegłego roku znowelizował ustawę Prawo energetyczne, wprowadzając od tego roku możliwość skorzystania z dodatku energetycznego. Mają do niego prawo osoby otrzymujące dodatek mieszkaniowy. Przy czym określony został limit energii elektrycznej, jaką można zużyć, by otrzymać takie wsparcie.

Najbardziej korzystnym rozwiązaniem, według Dubois, jest poprawa efektywności energetycznej budynków.

 – W tym przypadku mamy do czynienia z wieloma korzyściami, także zdrowotnymi. Często osoby mające niskie dochody mieszkają w budynkach o złym stanie technicznym i mają problemy z zadłużeniem. W Wielkiej Brytanii nazwano to problemem „heat or eat’’, czyli „ogrzewanie albo jedzenie”. Ludzie muszą dokonywać takich wyborów, jednak podjęcie działań, które poprawiają efektywność energetyczną, pozwala rozwiązać ten problem w dłuższej perspektywie – podkreśla Ute Dubois.

Przytacza przykład Francji, gdzie w roku 2011 wprowadzono program pod nazwą „Mieszkać Lepiej’’, polegający na działaniach termomodernizacyjnych realizowanych w domach jednorodzinnych.

 – Zysk z efektywności energetycznej w wyniku takiej termomodernizacji musi wynosić co najmniej 25 proc. Po paru latach realizacji tego programu, czyli wdrażaniu działań poprawiających efektywność energetyczną, okazało się że ten zysk był nawet wyższy niż to planowano, średnio osiągał 38 proc. – mówi Ute Dubois. – Gospodarstwa o niskich dochodach nie mają pieniędzy na to, żeby inwestować w działania zwiększające efektywność energetyczną i to państwo musi je sfinansować.

Ubezpieczyciele i banki jeszcze co najmniej przez dwa lata będą ostrożniej udzielać gwarancji

CEO Magazyn Polska

Dzięki restrykcyjnym zasadom przy udzielaniu gwarancji ubezpieczeniowych dla projektów inwestycyjnych rynek kolejowy ma szansę uchronić się przed zapaścią, która dotknęła branżę budowlaną. Ubezpieczyciele, którzy zaostrzyli kryteria po bankructwach firm budowlanych, raczej nie zamierzają ich łagodzić jeszcze przez kolejny rok lub dwa lata.

 – Niestety przy dzisiejszych dużych inwestycjach kolejowych obserwujemy próby takich samych zachowań, jakie były w 2012 przy inwestycjach drogowych. Jeżeli nie będziemy restrykcyjni, to za dwa lata możemy mieć powtórkę w branży kolejowej. Przez najbliższy rok, może i dwa lata musimy uważniej patrzeć na ryzyko – mówi Elżbieta Urbańska, dyrektor Biura Ubezpieczeń Finansowych PZU. – Nasze restrykcje będą naturalnym czynnikiem przesiewającym oferentów i będą miały pozytywny wpływ na rynek.

Sytuacja na rynku jest nadal jest na tyle niestabilna, że nie należy spodziewać się poluzowania tych restrykcji. Jak wyjaśnia Elżbieta Urbańska, to efekt doświadczeń z 2012 roku, kiedy branżę budowlaną dotknęły masowe upadki firm, również dużych spółek.

 – Bardzo dużo się zmieniło w ciągu ostatnich lat, w pewnym momencie praktycznie wszyscy wystawiający gwarancje – banki, firmy ubezpieczeniowe – wstrzymali ich wydawanie. Zwłaszcza po ogłoszeniu upadłości przez znaczące firmy budujące drogi – powiedziała Elżbieta Urbańska podczas forum „Zmieniamy Polski Przemysł”.

Dziś udzielający gwarancji są szczególnie ostrożni, a kryteria oceny zaostrzone.

 – Badamy nie tylko zdolność finansową podmiotu, wykonawcy, lecz także opłacalność samego kontraktu – tłumaczy Elżbieta Urbańska. – Te dwa elementy na końcu służą nam do oceny zdolności tego wykonawcy do realizacji danego kontraktu. Jest jeszcze szereg ryzyk, które wpływają na to, że często odmawiamy udzielenia gwarancji. Różnią się one w zależności od podbranży budowlanych.

Dziś uzyskanie gwarancji ubezpieczeniowej należytego wykonania kontraktu jest znacznie trudniejsze niż jeszcze cztery lata temu. Mimo że branża budowlana najpoważniejsze turbulencje ma za sobą. Jak wyjaśnia dyrektor Biura Ubezpieczeń Finansowych, dany podmiot musi wykazać, że jest zdolny do zarabiania na kontraktach. 

 – Czyli badamy cały jego portfel zamówień i przychód jaki z niego generuje, jakie osiąga rentowności, jaka jest efektywność tych kontraktów. Nie chcemy udzielać gwarancji podmiotom, które są ukierunkowane tylko na uzyskiwanie kontraktów. W związku z tym te podmioty, które nie kierują się przede wszystkim ceną, mają większe szanse na uzyskanie gwarancji – wyjaśnia Elżbieta Urbańska.

Pod uwagę brane są też kompetencje specjalistyczne danego przedsiębiorcy. Oznacza to, że ci, którzy nie mają doświadczania w danej dziedzinie, a dopiero chcą w niej zaistnieć, mają mniejsze szanse na uzyskanie gwarancji. Im mniejsze doświadczenie, tym wyższe ryzyko takiej inwestycji.

Polacy coraz chętniej dokonują rezerwacji wyjazdów turystycznych. To może oznaczać poprawę koniunktury w całej gospodarce

CEO Magazyn Polska

Zainteresowanie Polaków wyjazdami zagranicznymi rośnie, zarówno w przypadku wycieczek letnich, jak i zimowych. Coraz więcej osób rezerwuje wakacje w opcji first minute, a także decyduje się na wyjazd do hoteli o wyższym standardzie. Zdaniem ekspertów świadczy to o tym, że koniunktura w gospodarce się poprawia, a konsumpcja będzie rosła. 

Rosnący ruch w biurach podróży może świadczyć o tym, że Polacy chętniej wydają pieniądze, również na przyjemności. To może oznaczać, że przestali się bać utraty pracy lub innych konsekwencji spowolnienia gospodarczego, i zwiększają konsumpcję.

 – Trzeba zwrócić uwagę na to, że wydatki na turystykę są realizowane w ramach tak zwanego funduszu swobodnej konsumpcji – zauważa Daniel Puciato, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Są one realizowane dopiero po zaspokojeniu potrzeb podstawowych. Poprawa koniunktury na rynku  turystycznym świadczy więc o poprawie nastrojów konsumentów i kondycji finansowej gospodarstw domowych.

Aktualne prognozy dla rynku turystycznego na 2013/2014 rok (od 1 listopada 2013 do 31 października 2014 r.) to, według Polskiego Związku Organizatorów Turystyki, wzrost liczby klientów o 44 proc.

 – Jak wynika z danych biur podróży w styczniu zainteresowanie wyjazdami zagranicznymi wzrosło w przypadku wyjazdów zimowych o 40 procent, a w przypadku wyjazdów letnich aż o 70 procent – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Puciato, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Według badania KPMG, na wyjazdy zimowe w sezonie 2013/2014 Polacy zamierzali przeznaczyć łącznie 4 mld złotych. 54 proc. osób połączy wypoczynek z uprawianiem sportów zimowych, zwłaszcza jazdą na nartach. Znaczna część turystów uda się za granicę. W tym sezonie rezerwacji na wyjazdy lotnicze jest o 80 proc. więcej niż w ubiegłym roku.

Rośnie też liczba osób rezerwujących wycieczki letnie w ramach first minute i chociaż obniżki na wyjazdy letnie nie są już tak wysokie, jak jeszcze kilka tygodni temu, to ruch w biurach podróży nie słabnie. Często polscy turyści wybierają też wycieczki o wyższym standardzie. 

 – Największy odsetek Polaków kupuje wycieczki za około 5 tys. zł. Najbardziej popularne kierunki to wciąż Egipt, Grecja, Tunezja oraz Hiszpania – mówi Puciato. – Z danych z biur podróży wynika, że Polacy zatrzymują się w hotelach cztero-, pięcio- i trzygwiazdkowych. Najczęściej wprawdzie w trzygwiazdkowych, jednak i tam wykupują opcję all-inclusive.

Spada sprzedaż komputerów w Polsce. Tylko niektórzy producenci na plusie

CEO Magazyn Polska

Polski rynek komputerów osobistych w IV kwartale skurczył się o 10 proc. – wynika z danych firmy IDC. Spada zarówno sprzedaż komputerów stacjonarnych (o 2 proc.), jak i notebooków (o 15 proc.). Liderem na rynku jest Lenovo, które – mimo tendencji spadkowych na rynku – odnotowało w tym czasie 35-proc. wzrost. Spółka zapowiada dynamiczny rozwój również w segmencie tabletów i smartfonów. 

Na koniec 2013 roku Lenovo osiągnęło w globalnym rynku PC udział na poziomie 18,5 proc., co oznacza wzrost o 2,4 pkt proc. rok do roku. Na zwiększenie udziału wpłynęły bardzo dobre wyniki sprzedaży w regionach EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), Azji i Pacyfiku oraz Chin. Dostawy komputerów w ostatnim kwartale roku wyniosły 15,3 mln sztuk.

 – W Polsce w ostatnim kwartale mieliśmy ponad 21 proc. udziału rynkowego i bardzo dynamiczny wzrost jako największy dostawca komputerów osobistych na polski rynek – urośliśmy o ponad 35 proc. na rynku, który skurczył się o 10 proc. – mówi Andrzej Sowiński, dyrektor generalny Lenovo Polska.

Lenovo coraz mocniej chce się rozwijać również w innych segmentach. Zajmuje już drugą pozycję na światowym rynku tabletów i trzecią na szerszym rynku urządzeń łączących się z internetem (PC, tablety i smartfony). W ostatnim kwartale ujętym w sprawozdaniach firma dostarczyła więcej urządzeń mobilnych (17,3 mln) niż komputerów stacjonarnych (15,3 mln).

Ten rok – zgodnie z zapowiedziami firmy – ma również stać pod znakiem rozszerzania oferty w nowych obszarach.

 – Będziemy kładli bardzo duży nacisk na rozwój kategorii all-in-one, ze szczególnym uwzględnieniem urządzeń wyposażonych w ekrany dotykowe. Również będziemy oferować urządzenia konwertowalne, urządzenia hybrydowe, łączące w sobie cechy klasycznego peceta czy notebooka i elementy bardziej mobilnego urządzenia, zbliżonego do tabletu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sowiński.

Przy tworzeniu nowej oferty duże znaczenia mają ostatnie przejęcia. Dzięki planowanej akwizycji Motorola Mobile (transakcja czeka na zatwierdzenie przez odpowiednie urzędy) Lenovo poszerzy portfolio sprzedawanych smartfonów. W ostatnim kwartale roku 2013 firma była czwartym pod względem wielkości dostawcą smartfonów – z udziałem w rynku na poziomie 4,8 proc. Dostawy wzrosły o blisko 50 proc. w ujęciu rocznym, głównie dzięki wprowadzaniu urządzeń na nowe rynki.

 – Będziemy mogli zaoferować urządzenia naszej produkcji, z którymi planowaliśmy wejść na rynek, ale i smartfony Motorola – zapowiada Andrzej Sowiński. – Patenty, które pozyskuje firma, przejmując Motorola Mobile, będą wykorzystywane do unowocześnienia i ulepszenia produktów naszej własnej marki. Myślę, że taki ruch będzie z korzyścią dla wszystkich na rynku, zarówno dla odbiorców indywidualnych końcowych, jak i dla całego kanału, ponieważ poprawi się konkurencyjność rynku.

Cena zakupu to blisko 3 mld dolarów. Poprzez planowane przejęcie Motoroli Lenovo wejdzie na rynek Europy Zachodniej i zapewni sobie znaczącą obecność na rynkach Ameryki Północnej i Łacińskiej.

W tym roku Lenovo Polska chce ruszyć również z ofertą enterprise, skierowaną do przedsiębiorców. Wszystko to dzięki planowanemu przejęciu działu serwerów x86 od IBM. Ta transakcja również czeka na zatwierdzenie przez regulatorów prawnych.

 – Wejdziemy w tę ofertę na bazie tego, co już mamy w naszym portfolio, a więc urządzeń storage’owych [do przechowywania danych – red.], które są kontynuacją dawnej firmy Iomega. Plus oferta serwerowa związana z akwizycją działu serwerów x86 firmy IBM – wylicza Sowiński. – Do tej pory firma nie oferowała takich rozwiązań swoim partnerom i klientom. Dzięki tej akwizycji będziemy mogli poszerzyć portfolio naszych produktów i poprawić naszą pozycję rynkową.

Avon będzie rozwijać sprzedaż online. Zamierza też nadal inwestować w sprzedaż bezpośrednią

CEO Magazyn Polska

Avon zamierza rozwijać sprzedaż w internecie. Ma to być dodatkowy kanał wobec tradycyjnego, czyli sprzedaży bezpośredniej, która – jak zapewnia dyrektor generalna Avon Cosmetics Polska – dobrze sobie radzi i w dalszym ciągu wpływy z niej będą rosnąć. Producent kosmetyków zapowiada ponadto intensyfikację akcji marketingowych i reklamowych oraz częste zmiany w ofercie produktowej.

Główną siłą Avon w Polsce jest największa w porównaniu do konkurencji sieć konsultantek prowadzących sprzedaż bezpośrednią kosmetyków. W kolejnych latach firma planuje inwestować w jej dalszy rozwój. Zdaniem Oksany Zharkovej ten kanał dystrybucji ma w Polsce duży potencjał. 

W ubiegłym roku sprzedaż Avon rosła szybciej niż cały rynek kosmetyczny. Aby utrzymać swoją przewagę, firma zamierza równolegle rozwijać uruchomioną w ubiegłym roku platformę internetową, która umożliwia zakup kosmetyków online, ale jest elementem łańcucha sprzedaży bezpośredniej.

 – Plany sprowadzają się do inwestowania, rozwoju i wzrostu. Mam nadzieję, że z czasem nasza sieć konsultantek oraz klientów będzie rosła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Oksana Zharkova, dyrektor generalny Avon Cosmetics Polska. – Mówiąc o naszych głównych inicjatywach i działaniach, mam na myśli to, że będziemy rozwijać zdecydowanie naszą obecność w sieci. Większość firm stara się wdrożyć internet do swojego modelu biznesowego, ponieważ dziś trudno jest rozwijać się bez tego kluczowego elementu. To naturalny dla nas etap rozwoju biznesu, jednak pozostajemy jednocześnie przy kanale sprzedaży bezpośredniej – wyjaśnia.

Firma kosmetyczna zapowiada intensyfikację swoich akcji marketingowych i reklamowych. 

 – Takie dni jak walentynki czy Dzień Kobiet są okazją, by pomóc naszym klientom w kupieniu upominków dla bliskich im osób. W tym celu opracowujemy wyjątkowe oferty bogate w nowe produkty w atrakcyjnych cenach – mówi dyrektor generalna Avon Cosmetics Polska.

Podobnie jak w poprzednich latach Avon stawia również na nowości produktowe. Co roku na rynku pojawia się ok. 1500 premierowych kosmetyków i na ten rok plan jest równie ambitny.

 – To dopiero początek roku, trudno więc mówić o nowych trendach. Na razie wszystkie kategorie cieszą się popularnością wśród naszych klientów, ze szczególnym uwzględnieniem kategorii zapachowej – podkreśla Zharkova.

Polska jest strategicznym rynkiem dla firmy, dlatego też między innymi inwestuje mocno w infrastrukturę. W 1997 roku Avon wybudował fabrykę w Garwolinie, z której produkty trafiają na 60 rynków świata. Firma kosmetyczna ma również w Polsce Centrum Usług Finansowych, odpowiedzialne za obsługę procesów finansowo-księgowych w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA).

W Polsce powstaje właśnie 40 nowych centrów handlowych

CEO Magazyn Polska

W Polsce w budowie jest ok. 40 centrów handlowych, co oznacza dodatkowe 900 tys. metrów kwadratowych powierzchni najmu. W niektórych miastach nie ma już miejsca na nowe obiekty tego typu, niewykluczone jednak, że mimo to będą tam powstawać. Szczególnie, że centra handlowe zmieniają swoją specyfikę i coraz częściej stawiają na specjalizacje – np. proponują szerszą ofertę leczniczą dla osób starszych lub rozrywkową dla dzieci oraz dorosłych.

Według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) w kraju działają 404 centra handlowe, wynajmujące blisko 9,5 mln metrów kwadratowych powierzchni handlowej i usługowej. 180 centrów znajduje się w ośmiu największych miastach w Polsce. 

 – Zgodnie z naszymi szacunkami w budowie znajduje się około 40 obiektów, przy czym 11 powstaje w największych ośmiu aglomeracjach. To blisko jedna trzecia powierzchni centrów przewidzianych do oddania. W sumie powstanie dodatkowe 900 tysięcy metrów kwadratowych – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Knap, wicedyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

W wielu starszych obiektach trwają przebudowy i modernizacje, tak, by po zmianach były lepiej dostosowane do potrzeb rynku i by spełniały oczekiwania klientów. Zmiany na rynku centrów handlowych wiążą się ze zmianami demograficznymi i zmianą podejścia konsumentów.

 – Centra będą bardziej specjalistyczne, ze zróżnicowaną ofertą kierowaną do którejś z grup społecznych. Na przykład będą ukierunkowane bardziej na osoby starsze, z szerszą ofertą leczniczą i farmaceutyczną, albo pojawi się więcej projektów rozrywkowych, m.in. oferta kinowa czy propozycje rozrywki dla dzieci – tłumaczy Radosław Knap.

Wciąż dominującą branżą w wynajmowanych powierzchniach jest moda i odzież. Knap szacuje, że to ok. 30 proc. najemców, nie licząc sklepów z galanterią skórzaną czy akcesoriami. Z roku na rok w miksie najemców pojawia się coraz więcej firm usługowych, gastronomicznych (tzw. food courty)  i związanych z rozrywką.

Zmiana specyfiki powstających centrów powoduje, że trudno szacować, ile takich obiektów może jeszcze powstać i w których miastach.

 – W centrach średniej wielkości obiektów o powierzchni najmu około 30 tysięcy metrów kwadratowych liczba odwiedzających waha się między 400 a 500 tysięcy osób rocznie – informuje wicedyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Wskazuje też, że w przypadku większych obiektów, rzędu 70 tysięcy metrów kwadratowych, liczba odwiedzających przekracza nawet kilkanaście milionów rocznie. Decyduje o tym jednak nie tylko wielkość centrum handlowego, lecz także jego lokalizacja i popularność.

Region, miasto i dzielnica, w jakiej znajduje się dane centrum handlowe, determinują również stawki czynszu za wynajem. Inne stawki obowiązują w centrach miast, inne na terenach podmiejskich i pozamiejskich. Ważna jest też konkurencyjność – ile obiektów jest w mieście, jaka jest siła nabywcza i nasycenie oraz zróżnicowanie oferty handlowej.

 – Najwyższe czynsze za lokal o powierzchni 100-150 metrów kwadratowych w Warszawie dochodzą nawet do 100 euro za metr kwadratowy. W pozostałych miastach mogą one wynosić 30-40 euro. Im mniejsze miasto, tym liczba centrów jest mniejsza i czynsze są niższe – podsumowuje Radosław Knap. 

Spada fizyczna sprzedaż gier komputerowych. O kilkaset procent rośnie ich cyfrowa dystrybucja

CEO Magazyn Polska

Rynek gier komputerowych w Polsce dynamicznie się rozwija. I to mimo spadku sprzedaży fizycznej gier i konsoli. Coraz większą popularnością cieszy się dystrybucja cyfrowa, a więc zakupy gier bez płyty i pudełka, bezpośrednio na komputer. W ubiegłym roku wzrosła o kilkaset procent.

 Według oficjalnych danych rynek gier w tym roku nieco się skurczył, jednak naszym zdaniem nie dają one pełnego obrazu sytuacji, bo dane te monitorują jedynie rynek fizyczny, a nie uwzględniają rynku cyfrowej dystrybucji, która wzrosła nawet o kilkaset procent w ostatnim roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Ogrodnik, redaktor naczelny gram.pl – portalu i sklepu poświęconego grom. – Według naszych szacunków rynek wzrósł właśnie dzięki cyfrowej dystrybucji.

Fizyczny rynek gier obejmuje gry pudełkowe oraz konsole. Przy statystykach nie uwzględnia się sprzętu komputerowego ani sprzedaży cyfrowej.

 – Rynek w takim ujęciu jest wart 700-800 mln w skali roku – mówi Ogrodnik. – Nie ma tu cyfrowej dystrybucji, która pewnie dorzuciłaby jeszcze kilkadziesiąt milionów złotych. W całym rynku gier zmieniają się proporcje w stronę cyfrowej dystrybucji, która zdobywa coraz większą część tego tortu.

Cyfrowa dystrybucja oznacza sprzedaż gier bez płyt i pudełka. W jej ramach sklep internetowy przekazuje towar drogą elektroniczną, bezpośrednio do klienta. To również są mikrotranskacje z gier, zakupy różnych dodatków cyfrowych drogą elektroniczną. Jak podkreśla Ogrodnik, choć w przeważają wciąż gry pudełkowe, to niektóre tytuły sprzedają się lepiej cyfrowo.

 – W tym roku „kilerem” będzie na pewno „Wiedźmin 3”. To bezdyskusyjnie będzie najlepiej sprzedająca się gra w Polsce w tym roku. Również dodatek do „Diablo” będzie mocny, oczywiście „Fifa” i stare gry, które zawsze się sprzedają, czyli „Simsy”, „Assassin’s Creed” również w tym roku będą rządzić – wymienia Krzysztof Ogrodnik. – Polacy ogólnie lubią gry, w których trzeba trochę pomyśleć. Nawet jeśli to są strzelanki, to z wydźwiękiem taktycznym. Lubią też historyczne tło, jak  na przykład w „World of Tanks”.

Choć polski rynek gier rośnie dynamicznie, nadal jest on stosunkowo słabo rozwinięty. Według raportu firmy badawczej Newzoo, specjalizującej się w badaniach rynku gier, w 2013 r. w Polsce było 13,4 mln graczy. Jedynie 6 na 15 z nich ma pracę na pełny etat. Za gry płaciło 52 proc. polskich graczy, a kwoty, jakie przeznaczali na ten cel były stosunkowo niewielkie. Najbardziej popularnym narzędziem służącym do grania jest w Polsce pecet.

Gram.pl zamierza nadal rozwijać cyfrową dystrybucję gier, nie tylko dla klientów indywidualnych, lecz także biznesowych. Chce również poszerzać ofertę dotyczącą sprzętu dla graczy – od kart graficznych i innych akcesoriów, poprzez konsole i pecety, aż do telewizorów.  

 – Będziemy również rozwijać portal, idąc jeszcze bardziej w stronę serwisu społecznościowego – zapowiada Ogrodnik.

W tym roku podatek od nieruchomości będzie minimalnie wyższy

CEO Magazyn Polska

Do 1 marca każdy właściciel domu lub mieszkania powinien dostać z urzędu miasta lub gminy informację o wysokości podatku od nieruchomości, a do 15 marca – zapłacić pierwszą jego ratę. W tym roku niska inflacja spowodowała, że stawki wzrosły minimalnie.

Konstrukcja podatku zakłada dwustopniowe obliczanie stawek. Zgodnie z ustawą pojawiają się stawki maksymalne, natomiast na terenie każdej gminy obowiązują stawki, które przyjmuje dana gmina.

 – W praktyce oczywiście te stawki oscylują w granicach maksymalnych. Trudno się dziwić – taki jest interes gminy – tłumaczy Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w Instytucie Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Stawki rosną systematycznie w zależności od poziomu inflacji. Za 1 m2 mieszkania w 2014 roku maksymalna stawka to 0,74 zł. Natomiast rozliczenia stawek zależą od statusu podatkowego, czyli od tego kto jest jakim podatnikiem.

 – Podatek od nieruchomości jest świadczeniem publiczno-prawnym, które każdy właściciel nieruchomości, budynku, lokalu, gruntu, jest zobowiązany ponieść. Osoby fizyczne płacą podatek na podstawie otrzymanych z gminy decyzji. Osoby prawne, jednostki organizacyjne, spółki, fundacje, stowarzyszenia płacą ten podatek na podstawie samodzielnie składanych rok do roku deklaracji – informuje Mariusz Unisk.

To podatek płacony do samorządu lokalnego w odróżnieniu od takich podatków jak dochodowy czy VAT odprowadzanych do urzędu skarbowego.

Podatek od nieruchomości płaci osoba fizyczna, osoba prawna, która jest właścicielem gruntu budynku, budowli, ewentualnie użytkownikiem wieczystym. W wyjątkowych sytuacjach także każdy posiadacz na podstawie umowy najmu lub dzierżawy.

 – Ale to dotyczy wyjątkowych sytuacji, w których jesteśmy najemcą czy dzierżawcą gruntów czy budynków komunalnych albo państwowych – wyjaśnia Unisk.

Ustawa o podatkach i opłatach lokalnych zawiera wiele zwolnień z tego podatku, ale dotyczą one niewielkiej grupy właścicieli i dzierżawców.

 – W praktyce zwolnienia dotyczą takich obszarów, jak grunty użyteczności publicznej w rodzaju lotnisk, budowli kolejowych czy altanek w ogródkach działkowych do pewnego metrażu – tłumaczy przedstawiciel ISP Modzelewski i Wspólnicy.

Dodatkowo każda gmina może decydować samodzielnie, jaki będzie ich zakres zwolnień z tego podatku.

Pokolenie Y stawia na innowacyjność, odrzuca tradycyjny model organizacji firmy

Pracownicy wywodzący się z pokolenia Y (urodzeni w 1983 roku i później) mają wysokie oczekiwania wobec miejsca zatrudnienia. Dla 70 proc. z nich tym, co decyduje o atrakcyjności miejsca pracy jest mniej sformalizowany, a bardziej samodzielny i niezależny styl pracy, który umożliwiają m.in.: nowoczesne technologie. Jak wynika z trzeciej edycji badania „The Millennial Survey 2014”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w 26 krajach świata, pokolenie Y zwraca coraz baczniejszą uwagę na stopień innowacyjności przyszłego pracodawcy, społeczną odpowiedzialność prowadzonego przez niego biznesu oraz oczekuje, że ich firmy w większym niż dotychczas stopniu zaangażują się w rozwiązywanie ważnych problemów, takich jak: bezrobocie, nierówność społeczna i gospodarcza, walka ze skutkami zmian klimatycznych.

Przedstawiciele pokolenia Y, którzy wkraczają obecnie w szeregi kadry kierowniczej, w 2025 roku będą stanowić aż 75 proc. aktywnej zawodowo części społeczeństwa. Ich wpływ na kształt biznesu będzie systematycznie wzrastał. Już teraz pokolenie Y przejmuje coraz większą odpowiedzialność w firmach, zajmując stopniowo miejsce odchodzących na emeryturę reprezentantów pokolenia powojennego (z tzw. generacji Baby Boomers). Ta przemiana pokoleniowa dla wielu przedsiębiorstw, chcących zatrudnić i utrzymać wykwalifikowanych pracowników, będzie wiązała się z potrzebą znaczących zmian. Firmy będą musiały wyjść naprzeciw oczekiwaniom pokolenia Y, które w zdecydowanej większości wybiera zawodową niezależność i odrzuca tradycyjny model organizacji firmy. Zjawisko to widoczne jest szczególnie na rynkach wschodzących, gdzie takiej odpowiedzi udzieliło aż 82 proc. badanych. W krajach rozwiniętych była to nieco więcej niż połowa respondentów.

Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, przedstawiciele generacji Y stawiają na innowacje. Aż ponad trzy czwarte z nich wyraża pogląd, że innowacyjność jest ważnym argumentem, którym kierują się przy wyborze pracodawcy. Jest to widoczne szczególnie na rynkach wschodzących, jak Chiny czy Indie, gdzie ten wskaźnik sięga nawet 90 proc. „W świetle tych wyników niepokojącym jest, że w tak znacznej przewadze uczestnicy badania negatywnie oceniają obecnych pracodawców pod kątem ich zdolności do motywowania i stymulowania innowacyjnego myślenia. Zapytani o najpoważniejsze przeszkody hamujące ten proces badani wymienili postawę kierownictwa (63 proc.), struktury i procedury operacyjne (61 proc.), kwalifikacje i postawy pracowników oraz brak różnorodności (39 proc)”– mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.„Jednocześnie, to właśnie w biznesie młodzi ludzie widzą źródło innowacyjnych rozwiązań (takiego wyboru dokonało 44 proc. respondentów). Wśród miejsc, wskazywanych jako źródło innowacyjnych rozwiązań, badani wymienili również uczelnie wyższe i ośrodki akademickie (23 proc.) oraz rządy (22 proc.)”, dodaje Magdalena Burnat-Mikosz.

Dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są świadomymi członkami swoich społeczności. Choć większość z nich (74 proc.) jest zdania, że działalność gospodarcza pozytywnie wpływa na społeczeństwo, ponieważ tworzy miejsca pracy (46 proc.) i podnosi stopę życiową (71 proc.), to jednocześnie przedstawiciele tego pokolenia oceniają, że biznes może znacznie bardziej przyczynić się do rozwiązania problemów społecznych w najbardziej newralgicznych obszarach: racjonalnym gospodarowaniu zasobami naturalnymi (56 proc.), walce ze skutkami zmian klimatycznych (55 proc.) i wyrównywaniu nierówności ekonomicznych (48 proc.). Dziewięciu na dziesięciu badanych jest zdania, że biznes powinien skuteczniej walczyć z bezrobociem, a trzy czwarte wyraziło opinię, że przedsiębiorcy powinni dążyć do zniwelowania znaczących różnic w dochodach. Ponadto połowa respondentów chce pracować w firmach, które przestrzegają określonych standardów etycznych. „Młodzi ludzie zdają sobie sprawę, że biznes nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów samodzielnie. Oczekują raczej współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, rządem a organizacjami pozarządowymi. Zdaniem ankietowanych to władze państwowe mają największe możliwości w zakresie rozwiązywania podstawowych problemów społecznych, ale zdecydowana większość tego nie robi” – zauważa Małgorzata Wnęk-Kolaska, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, Deloitte.

Niemal połowa badanych jest zdania, że działalność rządów ma negatywny wpływ na obszary stanowiące największe wyzwania: bezrobocie (47 proc.), niedobory zasobów naturalnych (43 proc.) i nierówności ekonomiczne (56 proc.). Jeżeli chodzi o biznes, to w opinii ankietowanych jego wpływ jest negatywny w zakresie takich problemów jak: niedobory zasobów naturalnych (28 proc.), skutki zmian klimatycznych (25 proc.) oraz różnice w dochodach (18 proc.). Za to jego pozytywny wpływ respondenci dostrzegają w obszarze edukacji (38 proc.), stabilności gospodarek narodowych (27 proc.) i niwelowaniu bezrobocia (12 proc.).

Zdaniem respondentów sukces działalności firmy powinno mierzyć się nie tylko wynikami finansowymi, ale również tym, w jakim zakresie wpływa ona na poprawę jakości życia społeczeństwa. Zdaniem pokolenia Y powinien to być jeden z podstawowych celów działania przedsiębiorstwa. Młodzi ludzie interesują się działalnością charytatywną i udziałem w „życiu publicznym”. Aż 63 proc. badanych zadeklarowało, że przekazuje pieniądze na cele charytatywne, 43 proc. działa w wolontariacie lub organizacjach społecznych, a 52 proc. podpisuje różnego rodzaju petycje.

Przedstawiciele pokolenia Y uważają, że w biznesie za mało wagi przywiązuje się do rozwijania umiejętności przywódczych oraz, że firmy powinny bardziej dbać o swoją przyszłą kadrę kierowniczą, która nie ma zamiaru biernie czekać, aż zwolnią się dla niej stanowiska. Zdaniem 50 proc. badanych pracodawcy mogliby więcej inwestować w proces kształcenia przyszłych liderów. Ponad jedna czwarta deklaruje ponadto chęć otrzymania szansy wykazania się swoimi umiejętnościami przywódczymi.

„Aby przyciągnąć i utrzymać młodych pracowników firmy muszą wyjść naprzeciw ich potrzebom. Kluczowym jest zrozumienie wizji świata, jaką ma pokolenie Y i umiejętność komunikowania się z nim jego językiem. To jest warunek zatrzymania najlepszych specjalistów i zdobycia przewagi konkurencyjnej. Badanie pokazało wyraźnie, że dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie są gotowi na zmianę pokoleniową w biznesie. Chcą samodzielnie pracować, przyjąć na siebie odpowiedzialność i mieć wpływ na rozwój gospodarczy i społeczny” – podsumowuje Małgorzata Wnęk-Kolaska

Pełna wersja raportu znajduje się na stronie www.deloitte.com/MillennialSurvey.

Strategia, zarządzanie i zespół. 6 rzeczy o których zapominają przedsiębiorcy

Pozyskanie kapitału na rozwój firmy to dopiero początek pracy nad wzrostem jej wartości. Każdym biznesem rządzą bowiem pewne reguły. Przedsiębiorstwa walczące o swoją pozycję na rynku oraz chcące się rozwijać powinny reguły te znać, ale też wyciągać wnioski z błędów innych i się tych błędów wystrzegać. Rozwijając spółkę nie należy zapominać o pokorze i ciężkiej pracy również nad samym sobą.

Jakie błędy popełniane są przez zarządzających przedsiębiorstwami? Specjaliści WSI Capital, jako najczęstsze wskazują brak planu działania oraz niewłaściwą organizację pracy zespołu.

– Brak strategii to brak kierunku, w którym chcemy żeby rozwijała się firma. Nie mając takiego drogowskazu łatwo zgubić drogę. A firma to ludzie, których należy odpowiednio poprowadzić, co jest zadaniem zarządzających. Ponadto w firmach dużą wagę przykłada się do komunikacji z otoczeniem i klientami, wciąż jednak zaniedbuje się komunikację we własnym zespole. A nieumiejętne zarządzanie i motywowanie zespołu nawet składającego się z najlepszych specjalistów może przyczyniać się do znacznego zmniejszenia jakości pracy. W efekcie firma staje się mniej wydajna i mniej konkurencyjna – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner WSI Capital.

Kolejne, choć równie istotne problemy przedsiębiorców to brak dostatecznej wiedzy nt. branży, w której działają, jak i monitorowania działań konkurencji, czy nieumiejętność optymalizowania kosztów. Często bagatelizowane są kwestie dopilnowania formalności prawno-podatkowych. Firmy zapominają również o podnoszeniu twardych i miękkich kompetencji swoich pracowników. Warto pamiętać również żeby nie palić za sobą mostów. Dbałość o dobre relacje z byłymi kontrahentami i pracownikami mogą bowiem zaprocentować w przyszłości.

Mając wieloletnie doświadczenie w rozwijaniu przedsiębiorstw i ich wartości łatwo zauważyć powtarzające się schematy działań, które stanowią znaczne utrudnienia dla firm w realizowaniu ich celów i założeń strategicznych. Z mojej obecnej perspektywy, mógłbym powiedzieć, że są to błędy oczywiste. Z obserwacji wynika jednak, że są to błędy częste. Szczególnie zauważalne w młodych przedsiębiorstwach, czy popełniane przez zarządy w trakcie intensywnych zmian. A unikając ich możemy tylko zyskać – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

WSI Capital to podmiot zarządzający funduszami Venture Capital/Private Equity, specjalizujący się w inwestycjach kapitałowych na rynku publicznym i niepublicznym. W ramach funduszy inwestycyjnych kapitał lokowany jest w spółki na różnych etapach rozwoju, z naciskiem na projekty, które cechuje biznesowa dojrzałość i udokumentowana historia rynkowa.

Misją WSI Capital jest budowanie sprawnie funkcjonującego podmiotu inwestycyjnego, który dzięki umiejętnemu wykorzystaniu wiedzy, doświadczenia, kontaktów biznesowych oraz wytrwałej pracy, jest źródłem wysokojakościowych przedsięwzięć biznesowych i projektów inwestycyjnych o najwyższym potencjale wzrostu.

WSI Capital zostało zbudowane na fundamentach wieloletnich doświadczeń i sukcesów biznesowych. Historia sięga 1998 roku i założonej oraz rozwijanej z sukcesem przez obecnych partnerów WSI Capital firmy kurierskiej Siódemka.

Najbardziej znaczące sukcesy inwestycyjne partnerów WSI Capital, jak Siódemka, Grupa PTWP, czy Nicolas Entertainment Group potwierdzają słuszność przyjętych kierunków myślenia i metod działania, które także w WSI Capital znajdują swoje zastosowanie.

W 2012 roku spółka powołała WSI Capital Venture Fund I z kapitalizacją 40 mln PLN. Za pośrednictwem funduszu zainwestowano do tej pory w takie spółki jak: Numed, OS3 Group, Sports Hospitallity, Hello Coffee, ANT, D35.
Więcej informacji na stronie www.wsicapital.pl