Creepy Jar: Sprzedaż Green Hell przekroczyła 1 000 000 kopii

Liczba sprzedanych kopii gry Green Hell przekroczyła 1 000 000 sztuk brutto, z czego 70 000 sztuk znalazło nabywców od dnia wprowadzenia trybu story mode w kooperacji.  Gra od ponad tygodnia ponownie znajduje się w czołówce najbardziej popularnych tytułów w serwisie Steam. Na tzw. wishliście znajduje się obecnie 884 tysięcy graczy. Do 9 lipca chętni mogą nabyć Green Hell z 20 proc. upustem w ramach letniej promocji „Summer Sale”.

Od premiery trybu kooperacyjnego liczba graczy, którzy kupili Green Hell powiększyła się o ponad 600 000 użytkowników. – Osiągnęliśmy pułap miliona sprzedanych kopii gry. To dla nas olbrzymie osiągnięcie. Co więcej, większość sprzedanych w minionych tygodniach kopii było w pełnej cenie, ponieważ już przed wejściem tryby story mode dla co-op, osiągnęliśmy pułap ponad 920 000. Teraz znowu rośnie zainteresowanie grą ze względu na letnią promocję- komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes Creepy Jar.

W najbliższym czasie spółka planuje dalsze prace nad grą, które obejmą wprowadzenie dwóch małych aktualizacji (New Stands oraz achievements) oraz jedną dużą (PVE mode).

Tytuł od debiutu w Steam Early Access jest stale rozwijany o nowe treści, które niezmiennie cieszą się dużą aprobatą grającej społeczności. Z blisko 17 000 recenzji, 86% jest bardzo pozytywnych. Spółka planuje wydać grę na konsole Sony i Microsoft oraz Nintendo Switch a także na gogle VR, które rosną na znaczeniu dzięki głośnej premierze najnowszej produkcji od Valve.

Motywacja ON, rotacja OFF. Do jakich biur będzie wracać branża technologiczna i kreatywna?

Jak wynika z ostatnich badań serwisu GumTree.pl, ponad dwie trzecie Polaków pracujących w ostatnich miesiącach zdalnie, przekracza standardowe godziny pracy, a ponad 30% uważa, że nie jest w stanie skupić się przy swoich zadaniach tak, jak robi to w biurze1. Zastanówmy się więc, jak po powrocie z home office’ów powinno wyglądać środowisko pracy dla branży IT czy szeroko pojętego sektora kreatywnego – firm szczególnie bazujących na motywacji swoich pracowników.

Sektor IT od zawsze uznaje się za siłę napędową innowacji. Ale każdy postęp ma swoją cenę. To nie przypadek, że specjaliści z tej branży są szczególnie narażeni na wypalenie zawodowe. Jak wynika z badań Fundacji Slowlajf, do problemu przyznaje się w Polsce aż 40% pracowników korporacji2. Fakt, że w dobie koronawirusa i „domowych” biur pracujemy dłużej (czyli niekoniecznie efektywnie), z pewnością w tej kwestii nie pomaga.

Dodatkowo, stagnację z pewnością potęgować może siedzący tryb życia. Naukowcy z Uniwersytetu Technicznego w Dortmundzie biją na alarm: blisko dwie trzecie pracowników, których uczelnia objęła badaniami, skarżyło się na dolegliwości mięśniowo-szkieletowe, najprawdopodobniej spowodowane wielogodzinną pracą przed komputerem. Ponad połowa wskazała zaś problemy natury psychologicznej, których podłożem również może być życie zawodowe3.

Środowisko pracy dla firm z branży IT i kreatywnej powinno więc stymulować zarówno umysł, jak i ciało. – W przestrzenie biurowe, jakie tworzymy dla naszych najemców, często wplatamy elementy zachęcające do ruchu. Użytkownicy budynku Teal Office mogą na przykład przyjechać do pracy rowerem – swój jednoślad zostawią pod zamykaną wiatą, a dzięki szatniom z prysznicami odświeżą się przed wejściem do biura. Do pokonania schodów samemu, zamiast czekać na windę, motywuje ich zaś wymalowana na klatce schodowej bieżnia – wymienia Monika Hryniewicz, Head of Leasing w firmie OPG Property Professionals zarządzającej projektami na rynku nieruchomości. – Analogiczną możliwość otrzymają najemcy przyszłego budynku Fern Office. Wraz z jego budową ruszy także realizacja parkingu wielopoziomowego, na dachu którego umieścimy instalacje sportowo-rekreacyjne – dodaje.

Po sąsiedzku z budynkiem Teal znajduje się elastyczna przestrzeń Co\Walk HUB. Do spaceru w jej kierunku skłania jednak nie tylko bliska odległość. – Coworking to dla wielu osób sposób na zerwanie z monotonią pracy w domu. Szczególnie, że nad projektami możemy popracować na sportowej bieżni, a stres i natłok negatywnych emocji rozładujemy na worku bokserskim. Dodatkowym atutem jest społeczność ludzi, którzy mówią w tym samym języku: języku technologii – dodaje Paulina Ostrowska, Operations Manager przestrzeni.

Kameralnie znaczy lepiej

A wspólny język zazwyczaj znajduje się łatwiej w kameralnej atmosferze. Wiedzą to mniejsze firmy, zaczynają dostrzegać korporacje. Wydaje się, że pandemia koronawirusa może ten trend jedynie wzmocnić i przyspieszyć – jak podkreślił w jednym z wywiadów Jes Staley, CEO Barclays, brytyjskiego giganta z obszaru usług finansowych, pomysł umieszczania w jednym biurowcu siedmiu tysięcy ludzi, należy już raczej przenieść do lamusa4.
Wygląda więc na to, że dla firmy z branży technologicznej czy kreatywnej lepszym wyborem będzie dobrze zlokalizowany, butikowy projekt, niż duże centrum biznesowe – i to nie tylko ze względów sanitarnych. – Identyfikacja pracownika z miejscem może być jednym z kluczowych czynników, dzięki którym uda się go przyciągnąć, zmotywować i zatrzymać w firmie. Dlatego w „nowej” rzeczywistości firmy większą uwagę będą zwracać na biura posiadające klimat, a także oferujące „coś więcej” w najbliższym otoczeniu – podkreśla Monika Hryniewicz.

W tę charakterystykę z pewnością wpisuje się przestrzeń OFF Piotrkowska Center – łódzkie zagłębie barów, restauracji, pracowni projektantów, designerów i architektów oraz kreatywnych firm z branży TECH. – Najemcy naszych biur doceniają to miejsce, ponieważ tu zawsze coś się dzieje, zarówno w, jak i po godzinach pracy. Atmosfera starych, pofabrycznych murów, znajdujące się na wyciągnięcie ręki lokale gastronomiczne oraz świetny dojazd komunikacją miejską lub samochodem to elementy, które składają się na unikatowe work/life balance. A to aspekt, wobec którego firmy z branży technologicznej i kreatywnej nigdy nie przechodzą obojętnie – podsumowuje specjalistka OPG Property Professionals.

1 https://biznes.interia.pl/praca/news-nadgodziny-skutkiem-ubocznym-pracy-zdalnej,nId,4515572
2 https://bulldogjob.pl/news/52-wypalenie-zawodowe-w-it-jak-sobie-z-tym-radzic
3 https://cordis.europa.eu/article/id/32602-study-finds-it-experts-particularly-prone-to-work-stress/pl
4 https://www.reuters.com/article/us-barclays-results-offices/barclays-ceo-says-putting-7000-people-in-a-building-may-be-thing-of-the-past-idUSKCN22B0ZE

Hazard zły, ale gdy płaci podatki, jest dobry

Określone rodzaje działalności gospodarczej, a dokładnie przedmioty tej działalności, są uznawane przez poszczególne państwa za szkodliwe dla społeczeństwa i zakazywane. Przy czym słowo „zakazywane” nie jest w tym kontekście najwłaściwsze. Bardziej pasuje „ograniczane”, bowiem władze mimo całej troski o zdrowie i bezpieczeństwo swoich obywateli „wspaniałomyślnie” dopuszczają prowadzenie takich działalności. Pod jednym warunkiem – że będą miały swoje udziały w zyskach.

Papierosy powodują liczne choroby i – tak jak alkohol – szkodzą. Ministerstwo Zdrowia ostrzega swoich obywateli przed tragicznymi skutkami stosowania obu używek. Władze wprost nazywają je śmiercionośnymi, ale sprzedaży ich nie zakazują. Stale monitorują, bacznie się przyglądają i pod takim opiekuńczym nadzorem dopuszczają do obrotu za niewielką opłatą – akcyzą. Rządy państw, nazywające się demokratycznymi i szanującymi regułę swobody gospodarczej, w niezbyt wyrafinowany sposób po prostu dokonują częściowej nacjonalizacji określonych branż działalności gospodarczej, rezerwując dla siebie pozycję rynkowego monopolisty. Takie opłaty noszą jeszcze inne nazwy np. koncesja.

Pomysł na biznes, który wypalił

W 2002 r. telewizja ESPN zamontowała kamerę bezpośrednio nad stołem, tak by miliony widzów mogły zobaczyć z bliska rozgrywkę pokerowych graczy. Do 2006 r. 8 773 pokerzystów wzięło udział w turnieju głównym World Series of Poker, a firma PokerStars była gospodarzem 38 milionów turniejów online. Zbudował ją Isai Scheinberg, Kanadyjczyk izraelskiego pochodzenia, który dorastał na Litwie. Tytuł magistra matematyki zdobył na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, a po wyjeździe do Izraela pracował w IBM. Utalentowany programista komputerowy odegrał kluczową rolę w rozwoju i przyjęciu uniwersalnego obecnie standardu obliczeń Unicode, który umożliwia komputerom na całym świecie przetwarzanie różnych języków. Podobnie jak wielu inteligentnych, posiadających umysł ścisły ludzi swojego pokolenia, Scheinberg lubił też grać w pokera.

W 2000 r. założył firmę PYR Software w Toronto, aby rozwijać oprogramowanie dla firm pokerowych online. Nie mógł jednak pozyskać nikogo z rodzącej się branży do licencjonowania swojego oprogramowania. W 2001 r. wraz ze swoim synem Markiem podjął decyzję o założeniu własnej firmy PokerStars. Podobnie jak wielu konkurentów z branży hazardu online, działalność uruchomili na Kostaryce.

Oprogramowanie opracowane przez Scheinberga było wyjątkowe, ponieważ zostało zaprojektowane do gry turniejowej. PokerStars oferował również tradycyjne stoły do gry w pokera online, pobierając prowizję za ich obsługę. Ale to właśnie turnieje sprawiły, że PokerStars stał się hitem wśród graczy. Za niewielką kwotę – często za mniej niż 25 dolarów – gracze mogli dołączyć do turnieju i zyskać szansę na wygranie fortuny, bez obawy o poniesienie dużych strat. PokerStars stał się drugą co do wielkości firmą w branży, ustępując miejsca tylko gibraltarskiej PartyGaming.

Władzom się to „nie spodobało”

Jednak amerykański Departament Sprawiedliwości nie zgodził się na działalność zagranicznych firm pokerowych online w USA. Oficjalnie przyjął stanowisko, że narusza ona ustawę Wire Act z 1961 r. PokerStars i PartyGaming nadal jednak obsługiwały gry w Stanach Zjednoczonych. Firmy argumentowały swoją działalność tym, że Wire Act zawiera tylko odniesienie do zakładów na wydarzenie sportowe lub konkursy. Nie ma więc zastosowania do pokera. W 2005 r. PokerStars przeniósł swoją siedzibę na Wyspę Man. Jednocześnie uzyskał opinie od czołowych amerykańskich kancelarii prawnych popierających to stanowisko. W 2006 r. po publikacji „Forbes’a” o miliarderze Calvinie Ayre, który również dorobił się fortuny dzięki organizacji pokera online z firmy na Kostaryce, amerykański Kongres uchwalił ustawę o egzekwowaniu przepisów dotyczących nielegalnego hazardu internetowego.

PokerStars – biznes, który cieszył miliony i przynosił miliardy

Scheinberg prowadził prywatną firmę, która oferowała tylko pokera. Prawo amerykańskie w rzeczywistości nie czyniło hazardu online nielegalnym. Skupiało się raczej na nieuprawnionych metodach regulowania płatności za hazard. Po wycofaniu się z rynku firmy PartyGaming w obawie przed restrykcjami nowej ustawy, amerykański rynek przejął PokerStars, stając się tym samym największą firmą pokerową online na świecie. Do 2010 r. PokerStars generował około 500 milionów dolarów rocznego zysku z 1,4 miliarda dolarów przychodu. Administracja państwowa ścigała błędne zakodowanie opłat za karty kredytowe w celu ukrycia transakcji hazardowych. PokerStars zawsze twierdził, że nigdy nie angażował się w takie błędne kodowanie.

Black Friday dla branży, czyli jak wyrzucić biznes za drzwi

W kwietniu 2011 r. prokuratorzy federalni z Manhattanu oskarżyli 11 biznesmenów związanych z branżą pokera online o łamanie amerykańskiego prawa. Wśród nich był Isai Scheinberg, którego rząd oskarżył o nielegalną działalność hazardową oraz o spiskowanie w celu popełnienia oszustw bankowych i prania pieniędzy. Jego syn nigdy nie został oskarżony. Agenci federalni, przejmując firmowe strony internetowe PokerStars, Full Tilt i Absolute Poker, jednego dnia pozbawili miliony graczy dostępu do zdeponowanych tam przez siebie środków. Scheinberg rozdzielił fundusze graczy PokerStar operacyjnie i szybko zwrócił im zdeponowane 150 milionów dolarów. Firma nie przyznała się do żadnego z zarzucanych jej naruszeń, ale w ramach ugody Scheinberg zgodził się nie zajmować już kierowniczego stanowiska w PokerStars.

W ciągu kolejnych kilku lat wszyscy oskarżeni poza Scheinbergiem w sprawie pokera online w Stanach Zjednoczonych uznani zostali za winnych. Postawiono im różne zarzuty, od niewielkich wykroczeń po oskarżenie o spisek w zakresie oszustw bankowych. Przy czym najdłuższe wyroki więzienia, w tym jeden trzyletni, zapadł w sprawie przetwarzania płatności.

Z otwartymi ramionami

Isai Scheinberg zbudował firmę z najwyższej światowej półki. Nawet po wyrzuceniu z USA zarabiała ona 400 milionów dolarów rocznie na 1,1 miliarda dolarów przychodu. PokerStars miał 89 milionów zarejestrowanych użytkowników, z czego około 5 milionów było aktywnych miesięcznie. Z Markiem Scheinbergiem jako oficjalnym dyrektorem generalnym PokerStars kontynuował swoją działalność z Wyspy Man, ograniczając się do graczy spoza USA. Regulatorzy prawa z New Jersey pozazdrościli obowiązujących w stanach Delaware i Nevada rozwiązań prawnych, przyciągających przedstawicieli lukratywnych biznesów, i zalegalizowali pokera online w 2013 r., jednocześnie namawiając PokerStars do kontynuowania działalności w swoim stanie. W sierpniu 2014 r. Scheinbergowie sprzedali PokerStars firmie Amaya Gaming, wspieranej przez Blackstone, za 4,9 miliarda dolarów.

Prowadzący dochodowy biznes przedsiębiorca to zły przedsiębiorca! No, chyba że podzieli się z państwem

W Polsce dekadę temu również kazano wynosić się organizatorom gier online. Chodziło dokładnie o zagranicznych bukmacherów. Wówczas stracił na tym przede wszystkim sport. Wskutek wprowadzenia 1 stycznia 2010 r. zakazu reklamy firm hazardowych rozliczających się za granicą grube miliony zamiast do polskich klubów popłynęły w całości do zagranicznych, takich jak Real Madryt czy AC Milan. Reklamować można było, ale tylko bukmacherów zarejestrowanych i płacących podatki w Polsce. Jaki był skutek? Walczący w pucharach Lech Poznań chciał pozywać Skarb Państwa, bo jedną ustawą został pozbawiony 4 mln zł rocznie, które miał otrzymywać od BetClicka jedynie w zamian za umieszczanie jego logo na koszulkach, stadionie i stronie internetowej klubu. A, jak wiadomo, dodatkowe miliony to dodatkowe środki na napędzanie gospodarki, lokalnego rynku, tworzenie nowych miejsc pracy.

W 2010 r. podczas meczu ligi mistrzów piłkarzy ręcznych Vive Kielce musiało zgodnie z nakazem europejskiej federacji umieścić w swojej hali reklamy sponsora turnieju zarejestrowanego na Malcie bukmachera. Adam Małysz skakał w Zakopanem podczas konkursu, którego głównym sponsorem była ta sama firma. W obu przypadkach urzędy celne wszczęły postępowania o milionowe kary za złamanie zakazu reklamy. W tym samym roku przedmiotami podobnych postępowań stały się zasłużone polskie kluby piłkarskie, takie jak Polonia Warszawa, Polonia Bytom, czy Odra Wodzisław. One również nie mogły realizować umów sponsorskich zawartych z zagranicznymi firmami bukmacherskimi. Dziś obie Polonie grają w amatorskiej czwartej klasie rozgrywkowej, Odra w piątej.

Nie rozstrzygając, czy wyrzucenie z kraju milionów złotych, jakie mogły wspierać polski sport, spowolniło jego rozwój, zamknęło drogę do tworzenia miejsc pracy wokół tego sportu, należałoby jednak zadać pytanie, czy ograniczenia działalności zagranicznych firm oferujących gry hazardowe wprowadzane są faktycznie w celu ochrony obywateli przed negatywnymi skutkami hazardu? Chyba nie, skoro w Polsce prężnie działa kilka firm bukmacherskich. Co więc odróżnia je od tych, którym zamknięto drzwi do polskiego rynku? Otóż mają zezwolenie na działalność od Ministra Finansów. Płacą mu za udzielenie licencji na organizację gier hazardowych, tak jak kasyna płacą za licencję na prowadzenie swojej działalności. Co więcej, taki legalny, dopuszczony przez fiskusa bukmacher pobiera na rzecz Skarbu Państwa 12% podatku od każdej złotówki postawionej przez gracza. Natomiast jeśli gracz ma szczęście i wygra swój zakład, wówczas na rzecz tego samego Skarbu Państwa zostanie mu zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych zabrane po wtóre – w postaci 10% podatku od wygranej (jeśli ta wyniosła min. 2 280 zł).

„Ochrona graczy przed negatywnymi skutkami hazardu i walka z szarą strefą – to według wiceministra finansów Wiesława Janczyka główne cele projektu nowelizacji ustawy hazardowej (…) Większość klubów opozycyjnych skrytykowała projekt, twierdząc, że w rzeczywistości rozszerza zakres legalnego hazardu, obejmując go monopolem państwa. A także, że głównym celem rządu, związanym z tą ustawą, jest zwiększenie dochodów budżetu” – relacjonowała we wrześniu 2016 r. „Gazeta Prawna” (artykuł pt. „Rząd: Cywilizujemy hazard. Opozycja: Chodzi tylko o dochody”).

Władza kontra przedsiębiorca

Trudno w obliczu takich działań władz nie podzielić frustracji przedsiębiorców, czyli jedynych autorów swoich biznesów i budowniczych ich sukcesów, twórców miejsc pracy, motorów napędowych gospodarek. Władze te, pod płaszczykiem dbałości o dobro obywateli, po prostu zagarniają dla siebie ich pomysły na biznes lub domagają się haraczu. Czynią to oczywiście całkowicie legalnie, wykorzystując do tego celu uprawnienie do tworzenia i zmiany prawa. I choć termin „haracz” może kojarzyć się negatywnie i przypisywany jest raczej grupom przestępczym, w rzeczywistości jest określeniem jak najbardziej trafnym. Jak przypomina bowiem słownik PWN, haracz oznaczał również w dawnej Polsce daninę ściąganą siłą.

Trudno się więc dziwić przedsiębiorcom, którzy przenoszą swoją działalność do przyjaznych dla ich biznesów rezydencji zagranicznych. Uciekają przed apetytem i żądaniami kogoś znacznie bardziej roszczeniowego i niebezpiecznego dla majątków ich firm. Władze domagają się bowiem swojej daniny także od przychodów osiąganych przez firmy poza granicami ich jurysdykcji, podczas gdy wspomniane grupy przestępcze żądają haraczu „tylko” za działalność na ich terenie.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego

Strategie „Od pola do stołu” oraz „Zielony Ład”. Jaka przyszłość czeka polskie rolnictwo?

Polska i europejska żywność będzie mniej konkurencyjna cenowo w stosunku do żywności z importu. Unia Owocowa informuje, że w ocenie ekspertów skupiających organizacje rolnicze i sadownicze, opublikowane przez Komisję Europejską strategie „Od pola do stołu” (Farm to Fork) oraz różnorodności biologicznej będące elementami Europejskiego Zielonego Ładu (European Green Deal), przyjęte w obecnym kształcie, sprawią, że europejskie i polskie rolnictwo może stać się niekonkurencyjne cenowo w stosunku do żywności pochodzącej spoza obszaru UE.

Zdaniem Komisji Europejskiej wdrożenie obu strategii: na rzecz bioróżnorodności i „od pola do stołu” ma łączyć przyrodę, rolników, firmy i konsumentów we wspólnym wysiłku na rzecz przyszłej zrównoważonej konkurencyjności. Strategie zgodnie z Europejskim Zielonym Ładem wdrażają zobowiązania UE mające na celu powstrzymanie utraty bioróżnorodności w Europie oraz przekształcenie systemów żywnościowych tak, aby stanowiły światowy wzorzec pod względem zrównoważonej konkurencyjności, ochrony zdrowia ludzi i planety oraz zapewnienia źródeł utrzymania wszystkim podmiotom w łańcuchu wartości żywności.

Nowa strategia na rzecz bioróżnorodności dotyczy głównych przyczyn utraty bioróżnorodności, takich jak niezrównoważone użytkowanie gruntów i morza, nadmierna eksploatacja zasobów naturalnych, zanieczyszczenie środowiska i inwazyjne gatunki obce. W strategii proponuje się m.in. ustanowienie wiążących celów w zakresie odtworzenia zdegradowanych ekosystemów i rzek, poprawy stanu siedlisk i gatunków chronionych w UE, powrotu owadów zapylających na grunty rolne, ograniczenia zanieczyszczeń, ekologizacji miast, wspierania rolnictwa ekologicznego i innych praktyk rolniczych sprzyjających różnorodności biologicznej, a także poprawy stanu zdrowia lasów europejskich. W ramach strategii przedstawiono konkretne działania do 2030 r., w tym przekształcenie co najmniej 30 proc. europejskich obszarów i mórz w skutecznie zarządzane obszary chronione oraz przywrócenie różnorodnych elementów krajobrazu na przynajmniej 10 proc. powierzchni użytków rolnych. Na rzecz bioróżnorodności uruchomione zostaną środki finansowe w wysokości 20 mld euro rocznie – z różnych źródeł, w tym funduszy unijnych, krajowych i prywatnych.

Według Komisji Europejskiej, strategia „od pola do stołu” umożliwi przejście na zrównoważony system żywnościowy w UE. W strategii określono konkretne cele dotyczące przekształcenia unijnego systemu żywnościowego, w tym zmniejszenie stosowania pestycydów i ryzyka z tym związanego o 50 proc., zmniejszenie stosowania nawozów o co najmniej 20 proc., zmniejszenie o 50 proc. sprzedaży środków przeciwdrobnoustrojowych stosowanych u zwierząt gospodarskich i w akwakulturze oraz zwiększenie udziału upraw ekologicznych w całkowitej powierzchni użytków rolnych do 25 proc. W strategii zaproponowano również ulepszone etykietowanie, lepiej zaspokajające potrzeby konsumentów w zakresie informacji na temat zdrowej i zrównoważonej żywności. Według KE, europejscy rolnicy, rybacy i producenci otrzymają wsparcie w ramach wspólnej polityki rolnej i wspólnej polityki rybołówstwa za pośrednictwem nowych źródeł finansowania i ekoprogramów w celu stosowania zrównoważonych praktyk. Strategia „od pola do stołu” ma spowodować widoczną pozytywną różnicę w sposobie produkcji, kupna i konsumpcji żywności, która przyniesie korzyści dla zdrowia obywateli.

Według organizacji rolniczych i sadowniczych, strategie zaprezentowane przez Komisję Europejską oparte zostały na błędnych założeniach, idą w kierunku ograniczania europejskiego rolnictwa, a nawet rezygnacji z produkcji rolnej przez wielu rolników. W przedstawionym przez porozumienie polskich organizacji rolniczych, spółdzielczych i przetwórczych na rzecz otwartego dialogu na temat Europejskiego Zielonego Ładu oraz strategii „Od pola do stołu” rolnicy podsumowują proponowane zmiany w następujący sposób:

„Proponowane zmiany pociągną za sobą wyższe koszty produkcji modelu europejskiego rolnictwa. Sprawią, że żywność europejska będzie mniej konkurencyjna cenowo w stosunku do żywności z importu. Uwzględniając ten fakt, UE musi w pełni zintegrować negocjacje i wdrażanie umów handlowych. Import żywności do UE musi odbywać się na tych samych zasadach dla wszystkich stron, nie tylko w zakresie wymagań, wprowadzania do obrotu, ale także produkcji. Rolnicy i przetwórcy przez nas reprezentowani oczekują wsparcia, zarówno w postaci niezbędnych narzędzi finansowania rolnictwa oraz stabilności legislacyjnej, by móc spokojnie patrzeć w przyszłość i inwestować w swoje gospodarstwa i przetwórnie.”

Zdaniem przedstawicieli Unii Owocowej, UE powinna zwrócić uwagę na środki zaproponowane w budżecie w stosunku do wymogów, jakie nowe strategie stawiają przed sadownikami. – Ograniczenie możliwości ochrony sadów i produkcji sadowniczej przy jednocześnie nasilających się problemach klimatycznych w żaden sposób nie jest rekompensowane przez proponowane programy UE. Jednocześnie środki zaplanowane w budżecie UE na rozwój obszarów wiejskich są niewspółmierne do środków przeznaczanych na ochronę przyrody, a to właśnie rolnictwo i sadownictwo zmaga się dziś z największymi wyzwaniami zapewnienia żywności Europejczykom w dobie pandemii COVID – podkreśla Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Projekt zakłada m.in. objęcie 10% gruntów rolnych obszarami nieprzeznaczonymi pod produkcję poza utratą plonów i dochodów rolników, taki cel prawdopodobnie ograniczy zdolność rolników do reagowania na sygnały rynkowe lub niedobory spowodowane niekorzystnymi warunkami klimatycznymi i rosnącym światowym popytem.

Według organizacji rolniczych KE powinna zobowiązać się do opracowania programów, które pozwolą rolnikom otrzymać wynagrodzenie z rynku za świadczone przez nich usługi ekosystemowe. Jednocześnie zdaniem rolników wyznaczanie celu 25 proc. gruntów rolnych w UE przeznaczonych na produkcję ekologiczną –  jest nierealistyczne w kontekście zaledwie 7 proc. realizowanych na dzień dzisiejszy. Projekt strategii nie uwzględnia również faktu, że produkcja ekologiczna charakteryzuje się zwykle plonami o 25 proc. niższymi od plonów konwencjonalnych w odniesieniu do średnich światowych. Ponadto należy wziąć pod uwagę dużą liczbę rolników, którzy co roku decydują się na powrót do produkcji konwencjonalnej ze względu na ograniczenia produkcji, związane z nią koszty, brak lokalnego popytu oraz biurokrację i koszty certyfikacji. Z danych UE wynika, że w okresie 2013-2017 przeciętnie 4500 producentów rocznie wycofywało się z produkcji ekologicznej, podczas gdy w tym samym okresie rejestrowano średnio 5400 nowych producentów ekologicznych na rok.

Według danych prezentowanych przez COPA I COCEGA z raportu Zespołu ds. Przyszłości Nauki i Techniki (STOA), znaczne ograniczenie stosowania środków ochrony roślin i nawozów spowoduje duży spadek plonów. Brak środków ochrony roślin, w tym biopestycydów, zagrozi bezpieczeństwu żywnościowemu 11 miliardów osób oraz rentowności gospodarstw rolnych. Projekt strategii nie uwzględnia tych potencjalnych konsekwencji ani nie wspomina, że w tym przypadku rolnicy potrzebowaliby dostępu do odpowiedniego zestawu bezpiecznych, skutecznych oraz przystępnych cenowo rozwiązań alternatywnych, jak również dostępu do najnowszej wiedzy, technologii i najlepszych usług doradczych.

Zdaniem rolników, KE w zbyt dużym stopniu opiera się na turystyce i rekreacji jako głównych źródłach nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego na obszarach wiejskich. Ponadto, wskazując korzyści gospodarcze obszarów chronionych, które są w dużej mierze związane z turystyką i rekreacją, Komisja nie wspomina, że korzyści gospodarcze generowane przez te sektory mogą mieć również negatywny wpływ na różnorodność biologiczną i ekosystemy.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że większość z wyżej wymienionych działań jest ukierunkowana na działalność rolniczą i leśną, podczas gdy inne przedsiębiorstwa, sektory, a także obszary miejskie będą zachęcane jedynie do dobrowolnego działania i udziału w różnych platformach i partnerstwach, co może spowodować, że Europa nie zajmie się niektórymi pośrednimi przyczynami utraty różnorodności biologicznej.

KE nie powinna zapominać, że gospodarstwa rolne różnią się od innych przedsiębiorstw, gdyż muszą działać w ramach ograniczeń narzuconych przez naturę. Oznacza to, że niekorzystne warunki pogodowe lub zmiany warunków klimatycznych mogą mieć ogromny wpływ na różnorodność biologiczną i dostępność dostaw, a rolnicy mają jedynie ograniczoną kontrolę nad tym, jak wyglądają ich plony w danym roku. Ponadto, produkty rolne potrzebują czasu by „urosnąć”, dlatego też reakcja na wzrost lub spadek popytu może potrwać lata. Zwracają uwagę również na fakt, że w obliczu COVID-19 i jego skutków nie należy ryzykować przenoszenia naszej produkcji rolnej za granicę, ze względu bezpieczeństwa żywnościowego.

Unia Owocowa wspiera postulaty organizacji rolniczych i zgadza się, że strategia osłabia rentowność ich sektorów poprzez zmniejszanie ich produktywności i zdolności do inwestowania, w tym w narzędzia bardziej przyjazne dla środowiska, oraz zmuszając sektor rolniczy do dalszego ograniczania sposobów użytkowania gruntów, nakładając dodatkowe podatki oraz wdrażając kampanie piętnujące branżę.

Potrzebna jest większa liczba wspólnych działań na szczeblu unijnym oraz udzielenie znaczącego wsparcia dla rolnictwa i sadownictwa w ramach Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). W sektorze rolnym należy wdrożyć i uruchomić wszystkie niezbędne narzędzia dotacje, pożyczki i instrumenty finansowe by zachęcać do wsparcia inwestycyjnego, którego sektor tak bardzo potrzebuje, by wyjść z kryzysu. – Od rolników i sadowników wymaga się o wiele więcej w kwestii zobowiązań w zakresie polityki klimatycznej, strategii zielonego ładu i „od pola do stołu”. Dlatego nie możemy akceptować cięć budżetowych w zakresie polityki rolnej. Pandemia COVID-19 potwierdziła, że zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego oraz jej swobodnego przepływu jest kluczowe – dodaje Arkadiusz Gaik, Prezes Unii Owocowej.

Grow Uperion zapowiada emisję akcji i plany debiutu na NewConnect w 2021 roku

Grow Uperion, technologiczna spółka oferująca platformę grywalizacyjną, mającą na celu wzrost motywacji i zaangażowania pracowników w realizację celów i zadań, zakłada przeprowadzenie w lipcu emisji akcji na platformie Crowdconnect.pl. Spółka planuje pozyskać 0,5-1 mln zł, dedykowanych rozwojowi oprogramowania oraz globalnych kanałów sprzedaży. Produkt odpowiadający potrzebom dużych korporacji, pierwsze wdrożenia, nowe możliwości sprzedaży
w sektorze edukacji wskutek pandemii i wsparcie głównego udziałowca – grupy TenderHut to główne czynniki budujące potencjał rynkowy Grow Uperion w branży HR Tech.

Spółka Grow Uperion oferuje innowacyjną platformę do realizacji celów, motywacji i doceniania pracowników. Jej założenia powstały w oparciu o połączenie technik grywalizacyjnych znanych w sektorze gamingowym, psychologii motywacji oraz elementów z dziedziny marketing automation. Co szczególnie ważne w postpandemicznej rzeczywistości biznesowej, rozwiązanie to pozwala osiągać zakładane KPI pracowników i całych zespołów bez zwiększania nakładów na benefity finansowe i pozafinansowe
w organizacji. Jednocześnie podtrzymuje motywację poprzez regularne, dostosowane indywidualnie pozytywne wzmocnienia. Grow Uperion w oparciu o algorytmy grywalizacyjne w wizualizacji poziomu rozwoju pracownika wykorzystuje prostą i uniwersalną symbolikę rosnącego obiektu, np. drzewa. Każdy pracownik ma własny obiekt osiągnięć pokazujących jego cele indywidualne lub grupowe.

– Rozwiązanie Grow Uperion to odpowiedź na potrzeby średnich i dużych przedsiębiorstw, zwłaszcza międzynarodowych korporacji szukających możliwości bardziej efektywnego i mniej kosztochłonnego motywowania swoich pracowników. Produkt oparty o rozwiązania Microsoftu, dotychczasowa współpraca z koncernami Unilever i Mondelez, kontrakt z Raben, prowadzone rozmowy z kolejnymi graczami, czy obserwowane światowe trendy rosnącej popularności technik grywalizacyjnych i zapotrzebowania na platformy z zakresu motywacji to wybrane czynniki pozwalające nam z optymizmem patrzeć na przyszłość Grow Uperion. Myślimy jednak o przyspieszeniu naszego rozwoju, czemu mogą pomóc potencjalnie pozyskane środki z emisji akcji – mówi Małgorzata Celarek, Prezes Zarządu Grow Uperion SA.

Grow Uperion funkcjonuje na rynku rozwiązań grywalizacyjnych, którego wartość według States Fortune Business Insights w 2019 roku na świecie wyniosła 5,4 mld USD i w okresie do 2027 roku wzrośnie do 37 mld USD. Według autorów raportu, coraz większa koncentracja na rozwiązaniach edukacyjnych opartych na grach dla procesów szkoleniowych i rekrutacyjnych zwiększy szanse biznesowe podmiotów na rynku, czemu sprzyja coraz częstsze stosowanie przez firmy rozwiązań gamifikacyjnych w celu promowania produktów i poprawy relacji z klientami.

Grow Uperion, to kolejny corp-up grupy TenderHut, który osiągając dojrzałość i gotowość do komercjalizacji, może stawiać kolejne bardziej samodzielne kroki biznesowe, budując brand
i zyskując własnych inwestorów. Strategicznym celem całej grupy jest debiut na giełdzie. Wycena części outsourcingowej biznesu, czyli spółek SoftwareHut, ExtraHut, LegalHut czy ProtectHut, to zastosowanie mnożników na przychodach bądź EBITDA. Spółkę Solution4Labs także można w ten sposób wyceniać. Z kolei nasze corp-upy potrzebują potrzebują wyceny rynkowej, smart money i wsparcia inwestorów, są to firmy mogące  zmieniać świat w swoich dziedzinach. Funkcjonowanie w grupie to dla start-upu z jednej strony efektywny akcelerator z dostępem do technologii i klientów, ale po fazie seed jego wyniki są w cieniu dużych rozwiniętych spółek jak SoftwareHut czy Solution4Labs. Dlatego przygotowujemy nasz kolejny corp-up do kampanii crowdfundingowej i cieszy mnie, że inwestorzy również dostrzegają wartość naszych spółek produktowych.” –
mówi Robert Strzelecki, Prezes Zarządu TenderHut SA.

Holo4Labs, inna technologiczna spółka  z Grupy TenderHut oferująca rozwiązanie Mixed Reality dla branży laboratoryjnej w czerwcu w ciągu 10 dni pozyskała w kampanii crowdfundingu udziałowego na platformie Smartfunds maksymalną zakładaną kwotę 1,2 mln zł. Ostatecznie, blisko 170 inwestorów obejmie 12 proc. udziałów spółki przy wycenie post-money 11,2 mln zł.

Po osiągnięciu kolejnych kroków milowych rozwoju naszej spółki Grow Uperion, planujemy zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku. Nie wykluczamy również prób pozyskania inwestora branżowego – uzupełnia Małgorzata Celarek.

W ostatnich miesiącach spółka pomimo dynamicznej rzeczywistości pandemii, przystosowała platformę do pomocy uczniom, nauczycielom i rodzicom w wyzwaniach nauczania zdalnego związanych z pandemią COVID-19. Mając na celu zwiększenie zaangażowania uczniów w naukę zdalną firma przeprowadziła pierwsze pilotażowe wdrożenia w szkołach na terenie województwa podlaskiego i mazowieckiego. Pomysł ten został doceniony poprzez wsparcie ze strony Microsoft oraz GovTech i włączony do ogólnopolskiego projektu #akcjaedukacja. Co zostało potwierdzone listem intencyjnym pomiędzy Grow Uperion i Gov-Tech.

Good Shepherd Entertainment wydawcą gry ICE CODE GAMES

Digital Avenue S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2007 r., otrzymała informację od spółki ICE CODE GAMES Sp. z o.o., z którą podpisała porozumienie o podstawowych warunkach połączenia, o ujawnieniu nazwy wydawcy gry o kodowej nazwie „Projekt W”. Będzie nim światowe wydawnictwo Good Shepherd Entertainment.

ICE CODE GAMES Sp. z o.o. przekazała Digital Avenue S.A. informację o zaakceptowaniu przez wydawcę gry o kodowej nazwie „Projekt W” – Good Shepherd Entertainment – tzw. kamieni milowych, związanych z procesem jej tworzenia. ICE CODE GAMES otrzymał w ten sposób prawo do posługiwania się nazwą wydawcy tej gry. Good Shepherd Entertainment jako wydawca gry zobowiązany jest pokryć koszty jej produkcji, odpowiada za globalną dystrybucję i marketing oraz udziela wsparcia w procesie produkcji w celu zachowania wysokiej jakości gry. ICE CODE GAMES będzie otrzymywać od Good Shepherd Entertainment wynagrodzenie płatne po spełnieniu „kamieni milowych” oraz po wydaniu gry w postaci tantiem od sprzedaży.

„Wybór wydawcy dla gry o kodowej nazwie „Projekt W”, którym będzie Good Shepherd Entertainment, to bardzo dobra informacja. Udział w projekcie tak znanego na całym świecie partnera z pewnością wpłynie na jakość gry, jej marketing i tym samym na poziom sprzedaży. Jestem przekonany, że w ten sposób uda się osiągnąć tej grze sukces rynkowy, co jest celem zarówno dla ICE CODE GAMES, jak i Digital Avenue.”ocenia Łukasz Górski, Prezes Zarządu Spółki Digital Avenue S.A.

Zgodnie z podpisanym w kwietniu br. Term Sheet Digital Avenue S.A. oraz ICE CODE GAMES Sp. z o.o. zamierzają przeprowadzić proces połączenia poprzez przeniesienie całego majątku ICE CODE GAMES Sp. z o.o. jako spółki przejmowanej na Digital Avenue S.A. jako spółki przejmującej w zamian za akcje, które spółka przejmująca wyda wspólnikom spółki przejmowanej. Na potrzeby planowanego połączenia, wartości obu spółek określone zostaną przez niezależnego biegłego rewidenta oraz zostaną ustalone w Planie Połączenia, który będzie także obejmował parytet przydziału akcji.

Obie strony transakcji ustaliły, że będą negocjowały na zasadzie wyłączności w zakresie przeprowadzenia połączenia w okresie do dnia 30 września 2020 r. Do tego dnia żadna ze stron nie będzie brała udziału w procesie negocjacyjnym ze stronami trzecimi w zakresie potencjalnego zbycia w całości lub w części prowadzonego przez nią przedsiębiorstwa. Po połączeniu Digital Avenue S.A. będzie działała w oparciu o działalność ICE CODE GAMES Sp. z o.o., czyli w branży gier komputerowych i konsolowych.

ICE CODE GAMES to studio deweloperskie z branży gier komputerowych, będące twórcą cyberpunkowej strategii – gry „Re-Legion” oraz kilku mniejszych tytułów na PC, urządzenia mobilne oraz VR. Aktualnie studio pracuje nad niezapowiedzianym tytułem o kodowej nazwie „Projekt W” opartym o znane IP, który będzie największą produkcją w całej historii ICE CODE GAMES. W celu maksymalnego wykorzystania dużego potencjału tego IP, studio podpisało umowę wydawniczą z czołowym światowym wydawcą gier komputerowych, który pokryje koszty produkcji gry, będzie odpowiedzialny za globalną dystrybucję i marketing oraz aktywnie wesprze ICE CODE GAMES w procesie produkcji w celu zachowania wysokiej jakości gry.

W 2019 r. ICE CODE GAMES otrzymało dofinansowanie w ramach Programu GameINN na realizację projektu „DEMIURG – Wspierany sztuczną inteligencją system kreacji treści do gier z widokiem z lotu ptaka”. Całkowity koszt projektu wynosi ponad 5,41 mln zł, a wartość dofinansowania przekracza 3,95 mln zł. Jego efektem będzie zarówno opracowanie systemu wykorzystywanego do tworzenia własnych produkcji, jak i planowana komercjalizacja systemu. W ramach projektu stworzony zostanie także prototyp kolejnego tytułu, nad którym prace koncepcyjne rozpoczną się jeszcze w tym roku. Docelowo z wykorzystaniem systemu planowane jest stworzenie dwóch kolejnych gier z budżetem produkcyjnym sięgającym kilku milionów złotych każda.

Digital Avenue S.A. jest jedną z pierwszych pięciu spółek notowanych na rynku NewConnect. Zadebiutowała ona na nim podczas inauguracyjnej sesji w dniu 30 sierpnia 2007 r.

Kierowcy na stacjach paliw najbardziej zainteresowani reklamą alkoholu. Ceny paliw daleko z tyłu

Przybyło kierowców, którzy chcieliby dostawać informacje o promocjach na stacjach benzynowych. Już prawie połowa badanych wyraża taką chęć. Najczęściej oczekują oni rabatów na alkohol. Rośnie również zainteresowanie ofertą gastronomiczną. Z kolei maleje znaczenie sprzętu oraz części eksploatacyjnych do samochodów. Konsumenci zaczęli natomiast nieco bardziej interesować się zniżkami na paliwo. Eksperci zauważają, że ogólną przyczyną tego może być sytuacja związana z pandemią i nadchodzącym kryzysem, ale także to, że np. alkohol jest mocno eksponowanym produktem w tych placówkach. I dlatego budzi tak duże zainteresowanie.

W ramach badania, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i firmę technologiczną Proxi.cloud, ankieterzy zapytali konsumentów, czy chcieliby odbierać na telefonach informacje o promocjach zaraz po wjeździe na stację benzynową. 48% badanych odpowiedziało twierdząco (rok temu – 38%), a 36% – przecząco (poprzednio – 35%). 6% nie miało na ten temat zdania (wcześniej – 9%). 10% twierdziło, że w ogóle nie korzysta z komórki na stacji (przedtem – 18%).

– Widać, że nowe technologie budzą coraz większe zaufanie Polaków. Stacje benzynowe i inne sklepy mogą im wysyłać kontekstowe informacje. Ważne jest, aby oferowały klientom realne korzyści, np. rabaty, przy zapewnieniu bezpieczeństwa i anonimowości przetwarzania danych lokalizacyjnych. Można też zauważyć, że pandemia przyspieszyła popularyzację rozwiązań pozwalających na płacenie za pomocą telefonu już przy dystrybutorze. To na pewno zwiększyło odsetek osób korzystających ze smartfonów na stacjach – mówi dr Paweł Prociów z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Co ciekawe, tuż po wjeździe na stację benzynową kierowcy najczęściej chcieliby otrzymywać informacje o promocjach alkoholu. Tak zadeklarowało 33% konsumentów (w poprzedniej edycji badania – 31%). Na drugim miejscu respondenci wspominali o rabatach na szybkie jedzenie bądź o ofercie gastronomicznej – 26% (wcześniej – 19%). Następnie wskazywali na wiadomości dot. sprzętu i części eksploatacyjnych do samochodu – 16% (przedtem – 27%).

– Większość stacji na pierwszym planie eksponuje trunki za kasami. Dlatego wizyty w takich miejscach kojarzą się klientom z olbrzymią półką z alkoholami, na tle której stoi sprzedawca. Duży wybór napojów wyskokowych i ich dostępność przez 24 godziny na dobę to czynniki zachęcające do zakupów. Z tego też wynika największe zainteresowanie zniżkami na ww. produkty. Ich popularność widać po ilości nietrzeźwych kierowców na drogach. Jednak nie można obwiniać o to stacji i zakazać im praktyk przynoszących zyski – komentuje dr Wojciech Korchut z Uniwersytetu SWPS.

Natomiast Monika Klimczewska z Havas Media Group Poland zaznacza, że alkohol jest ważnym segmentem dla stacji benzynowej. Do niedawna szacowano, że na tego typu wyrobach, również tytoniowych, stacje benzynowe wypracowują nawet 40% marży. Ich oferta w tym zakresie jest coraz bogatsza. Dzięki temu klienci wiedzą, że nie muszą specjalnie jechać do sklepu po alkohol. Mogą go kupić po drodze. Dobre zarządzanie ofertą promocyjną w tym zakresie dodatkowo pogłębi ten segment.

– Sam wzrost zainteresowania promocjami to nic nadzwyczajnego, bo konsumenci mają w naturze chęć oszczędzania. Niepokojące jest to, że kierowców najbardziej interesują zniżki na alkohol. Ale to może wskazywać na ich ograniczoną sprzedaż w innych miejscach w niedziele, święta czy w nocny. Podobnie jest przecież z ofertą gastronomiczną, której popularność też wzrosła na stacjach paliw – zwraca uwagę Arkadiusz Kuzio z Akademii Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

Natomiast dr Krzysztof Łuczak z Proxi.cloud podkreśla, wzrost zainteresowania ofertą gastronomiczną wynika z konsekwentnego podnoszenia jej jakości na stacjach. Obecnie wszystkie tego typu placówki posiadają wysokiej klasy ekspresy do kawy i zestawy dań na ciepło. Polacy coraz częściej przy okazji tankowania kupują gorący napój i zapiekankę.

– Z uwagi na poszerzanie oferty gastronomicznej na stacjach i zmianę w trendach rozwoju placówek, znaczący spadek zainteresowania art. motoryzacyjnymi nie jest zaskakujący. Oczekiwania zakupowe konsumentów przesuwają się w kierunku innych kategorii. Sprzęt i części eksploatacyjne do samochodów są kupowane raczej w nagłej potrzebie niż regularnie – dodaje Monika Klimczewska.

Z badania wynika też, że wzrosło zainteresowanie promocyjnymi cenami paliwa – z 5% w ub.r. do 11% obecnie. – Coraz głośniej mówi się o nadchodzącym kryzysie spowodowanym pandemią. Z tego powodu Polacy intensywniej będą szukać rabatów. Przewiduję, że będą coraz żywiej reagować na pojawiające się okazje cenowe, w tym m.in. obejmujące paliwo – stwierdza dr Łuczak.

Jak podsumowuje Monika Klimczewska, według danych GUS, w maju br. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2,9% w porównaniu do analogicznego miesiąca 2019 roku. Chociaż ceny paliwa w ostatnim czasie spadły, to konsumenci wciąż szukają oszczędności. Umiejętne zarządzanie tym zjawiskiem przez stacje benzynowe pozwoli im zwiększyć „koszyk” przeciętnego klienta.

Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH wspólnie z firmą technologiczną Proxi.cloud w dniach 08-14 czerwca br. w pobliżu 7 największych sieciowych stacji benzynowych na terenie 16 województw. Próbą objęto 1006 dorosłych Polaków. Zebrane dane porównano z wynikami bliźniaczego badania przeprowadzonego rok temu.

Przedsiębiorcy: ocena sytuacji na rynku pracy dopiero jesienią. Wracają zobowiązania, a nie zawsze wracają klienci

Nie było masowej fali zwolnień i skokowego wzrostu bezrobocia, ale nie ma też wielkiego optymizmu wśród przedsiębiorców. Niektórzy nawet komentują, że negatywne efekty pandemii koronawirusa dla rynku pracy „pełzają”. Dlaczego? Bo programy pomocowe i pożyczki pomagają przetrwać czas bezpośrednio po lockdownie, ale wiele firm przyznaje, że klienci nie wracają, a niebawem wrócą zobowiązania podatkowe, ubezpieczenia społeczne i stawki czynszowe i dzierżawne sprzed pandemii.  Patrząc na obecne statystyki dotyczące bezrobocia w województwie zachodniopomorskim można stwierdzić, że wielkiej tragedii jeszcze nie ma, ale specjaliści Północnej Izby Gospodarczej sugerują – poczekajmy z ocenami do jesieni.

Prezes Tarczyński: „Wzrost bezrobocia tak naprawdę jest dopiero przed nami”

Najnowsze dane przekazane przez Wojewódzki Urząd Pracy w Szczecinie za maj 2020 pokazują obraz regionu, który radzi sobie dobrze w dość trudnych czasach. Bezrobocie wynosi 7,7% i jest najwyższe od 2014 roku, ale z drugiej strony wzrost rok do roku o 0,6% przy turystycznym charakterze Pomorza Zachodniego nie należy oceniać jako wzrost „skokowy”. Z informacji Powiatowych Urzędów Pracy w regionie wynika, że liczba osób bezrobotnych to 49,9 tysiąca. Jest to wzrost o 1,6 tysiąca w porównaniu miesiąc do miesiąca i ponad 7 tysięcy gdy spojrzymy na perspektywę roczną. Prognozy zwiastują, że do końca roku bezrobocie w regionie może przekroczyć 8%

– Wzrost bezrobocia tak naprawdę jest dopiero przed nami. Firmy aktualnie korzystają z ze wsparcia różnych instrumentów finansowych i toczą walkę, by utrzymać jak najdłużej własny personel. To czy bezrobocie ulegnie wzrostowi będziemy mogli zobaczyć dopiero na jesień, kluczowe miesiące przed nami. W dłuższej perspektywie najbardziej istotny będzie początek przyszłego roku. Jak pokazują wyniki naszego województwa bezrobocie wzrosło niewiele, ale za wcześnie by wyciągać z tego wnioski. Jedną z najbardziej dotkniętych branż jaką jest turystyka bardzo powoli podnosi się z „kolan”, trudno w czerwcu oceniać jaki będzie sezon, który skończy się we wrześniu. Jeżeli będzie zły, bo pogoda nie dopisze i turyści zostaną w domach, to przed nami zapaść – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

Jak mówi Prezes Izby kluczowe będzie również czy jesienią czeka nas druga fala koronawirusa. Jeżeli pociągnęłaby ona za sobą następny lockdown to niewątpliwie zmiany na rynku pracy byłyby jeszcze dalej idące.

Nie wszyscy bezrobotni od razu idą do Urzędu Pracy

Branże, które najmocniej odczuły skutki koronawirusa, czyli turystyka, gastronomia i hotelarstwo, w tym momencie raczej nie zwalniają – trwa sezon, rośnie obłożenie w hotelach i pojawiają się nawet prognozy, że turyści krajowi w tym roku raczej dopiszą. Więcej zwolnień odnotowywanych jest w branży transportowej, przemyśle czy np. w administracji. Docierają do nas informacje o redukcjach zatrudnienia w branży BPO lub o tym, że wiele firm decyduje się na zaproponowanie pracownikom nowych umów ze zdecydowanie mniejszym wynagrodzeniem. W kryzysie jest branża kreatywna oraz kultura. Przedsiębiorcy uważają, że programy pomocowe powinny być utrzymane na kolejne miesiące i Północna Izba Gospodarcza już w ubiegłym miesiącu o to apelowała.

– Mamy wciąż zbyt mało informacji, które mogłyby pozwolić nam na horyzontalną ocenę sytuacji na rynku pracy. Nie wiemy czy to trwały wzrost bezrobocia, są też komentarze, że te informacje o bezrobociu są nieobiektywne, bo np. ludzie tracący pracę nie rejestrują się w urzędzie, a szybko próbują znaleźć inne zatrudnienie i dopiero gdy nie uda się to przez kilka miesięcy to np. po zakończeniu okresu odprawy rejestrują się jako bezrobotni – mówi Krzysztof Osiński, Sekretarz Północnej Izby Gospodarczej  i Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego. – Letnie miesiące dla naszego regionu są lepsze niż jesień i zima, budzi się gospodarka sezonowa i turystyczna, stąd też najbliższy czas może przynieść pewne zniekształcenie w statystykach. Realną ocenę sytuacji będziemy mogli dokonać jesienią. Wiele zależy także od tego jaki będzie stan epidemii – dodaje Krzysztof Osiński.

Ostatnie lata to czas rekordowo niskiego bezrobocia w Szczecinie i regionie. Statystyki miejskie pokazywały spadek poniżej 3%, a specjaliści branży HR mówili wprost, że mamy do czynienia ze szczytem rynku pracownika. Koronawirus diametralnie zmienił sytuację.

Bardzo złe nastroje w branży motoryzacyjnej – ponad 50 % firm obniżyło wynagrodzenia i planuje ograniczenie zatrudnienia

Niezwykle trudna sytuacja w branży motoryzacyjnej przekłada się na pesymizm wśród przedstawicieli firm motoryzacyjnych obecnych na polskim rynku. W najnowszej edycji badania KPMG i PZPM wskaźnik nastrojów zatrzymał się na poziomie zaledwie 20 punktów i jest niższy aż o 46 punktów w stosunku do badania przeprowadzonego pod koniec grudnia 2019 roku. COVID-19 negatywnie wpływa na firmy motoryzacyjne w Polsce – wszystkie badane firmy odnotowały spadek przychodów, a 61% było zmuszonych obniżyć wynagrodzenia. W dłuższej perspektywie firmy planują ograniczać zatrudnienie oraz zamrozić inwestycje w rozwój biznesu. Zdaniem 80% menedżerów, dojście do sytuacji jaka panowała w branży motoryzacyjnej przed wybuchem pandemii zajmie do 2 lat.

Wyniki najnowszego badania KPMG i PZPM nie pozostawiają złudzeń na temat skali negatywnego wpływu COVID-19 na rynek motoryzacyjny w Polsce. Wskaźnik nastrojów menedżerów branży motoryzacyjnej wynosi zaledwie 20 punktów, co oznacza spadek aż o 46 pkt. w stosunku do badania przeprowadzonego pod koniec grudnia 2019 roku. Wskaźnik nastrojów producentów motoryzacyjnych obniżył się od tego czasu o 36 pkt. do poziomu 25 punktów, a nastroje dystrybutorów pogorszyły się aż o 52 pkt. osiągając wartość zaledwie 16 punktów. Firmy motoryzacyjne bardzo negatywnie oceniają sytuację branży – 70% producentów oraz 71% dystrybutorów uważa, że obecna sytuacja branży jest raczej zła lub bardzo zła.

Bardzo złe nastroje w branży motoryzacyjnejMenedżerowie wykazują mniejszy pesymizm co do przyszłej sytuacji branży motoryzacyjnej
Zdecydowanie mniejszy pesymizm w porównaniu do styczniowej edycji badania przeprowadzonego w grudniu 2019 roku. widać w przypadku oceny przyszłej sytuacji w branży motoryzacyjnej. Na przełomie roku w badaniu znalazło odzwierciedlenie spodziewane wtedy obniżenie koniunktury w nadchodzących okresach w branży, związane z rosnącymi cenami samochodów ze względu na dostosowanie ich do wzrostu wymagań w zakresie emisji CO2. W aktualnej edycji badania z przełomu maja i czerwca br. nastąpiło już lekkie oswojenie się z pierwszym szokiem wywołanym pandemią COVID-19. Po uruchomieniu narzędzi zaradczych i wsparcia przez państwo (nawet jeśli są one niewystarczające) oraz przy trwającym uruchamianiu gospodarki i znoszeniu wcześniejszych obostrzeń, firmy mają więcej informacji do pełniejszej oceny przyszłości branży. Wskaźnik nastrojów przyszłości branży zatrzymał się na 44 punktach i pozostaje ciągle na poziomie poniżej 50 punktów co oznacza, że przeważają oceny pesymistyczne nad optymistycznymi.

Następne 12 miesięcy producenci firm motoryzacyjnych oceniają ostrożnie – 40% z nich (wzrost o 34 p.p. w porównaniu do poprzedniego badania) uważa, że sytuacja w branży poprawi się lub poprawi się znacząco. Bez wątpienia wpływ na taką oceną ma fakt odmrożenia gospodarki oraz ponowne rozpoczęcie produkcji. Z drugiej strony należy pamiętać, że 45% przedstawicieli producentów (spadek o 38 p.p.) wyraża obawę, że sytuacja w branży motoryzacyjnej jeszcze bardziej się pogorszy – z czego 5% obawia się zdecydowanego pogorszenia. Dystrybutorzy motoryzacyjni obecni w Polsce przejawiają nieco większy pesymizm niż producenci. 32% firm zajmujących się dystrybucją uważa, że sytuacja branży ulegnie poprawie lub zdecydowanej poprawie w najbliższych 12 miesiącach, ale blisko połowa (49%) jest przekonana o dalszym pogorszeniu, z czego co 10. dystrybutor uważa, że sytuacja branży ulegnie zdecydowanemu pogorszeniu.

Prognozowana sytuacja gospodarcza Polski w ciągu najbliższych 12 miesięcy również nie będzie najlepsza w opinii przedstawicieli branży motoryzacyjnej. Wskaźnik nastrojów w tym obszarze wyniósł 38 punktów dla obydwu badanych grup łącznie i zdecydowanie poniżej neutralnego poziomu. Zaledwie 25% producentów motoryzacyjnych uważa, że sytuacja gospodarcza przez najbliższy rok ulegnie poprawie lub zdecydowanej poprawie. Przeciwnego zdania jest 55% firm, które spodziewają się dalszego pogorszenia sytuacji ekonomicznej, z czego 15% uważa, że polska gospodarka ulegnie zdecydowanemu pogorszeniu. Dystrybutorzy motoryzacyjni przejawiają nieco mniejszy pesymizm – 29% spodziewa się poprawy lub zdecydowanej poprawy, a 49% pogorszenia sytuacji gospodarczej w Polsce, z czego co 10. firma obawia się zdecydowanego pogorszenia.

Bardzo ciekawy jest fakt, że menedżerowie, mimo tego, że sektor branży motoryzacyjnej jest jednym z najbardziej dotkniętych skutkami COVID-19, wykazują mniejszy pesymizm w porównaniu do edycji sprzed pół roku. Uwzględniając wstrzymanie produkcji w większości zakładów na średnio ponad miesiąc i podobne problemy u dostawców części i podzespołów – należałoby się spodziewać, że oceny będą znacznie bardziej pesymistyczne. Mając świadomość, że dochodzenie sektora do stanu sprzed pandemii potrwa na pewno kilka lat, menedżerowie zapewne pozytywnie ocenili programy pomocowe uruchomione w Polsce i w innych krajach europejskich. Nie bez znaczenia pozostają deklaracje pomocy liczonej w setkach miliardów euro dla gospodarek UE, która ma być udzielona przez Komisję Europejską. Biorąc to wszystko pod uwagę, wyrażam nadzieję, że nie spełnią się czarne scenariusze, które były kreślone kilka tygodni po rozpoczęciu pandemii. Ostrożny optymizm menedżerów nie oznacza również, że branża motoryzacyjna jest obecnie w dobrej kondycji. W salonach wciąż jest bardzo niewielu nabywców – zarówno indywidualnych jak i instytucjonalnych – a dopóki klienci nie zaczną kupować samochodów, nie będzie mowy o powrocie produkcji do poziomu sprzed pandemii – mówi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Wszystkie badane firmy motoryzacyjne odnotowały spadek sprzedaży

Wszystkie firmy biorące udział w badaniu KPMG i PZPM przyznały, że wybuch pandemii i jej gospodarcze następstwa skutkowały spadkiem sprzedaży. 88% firm musiało zmierzyć się z problemami związanymi z zakłóceniem łańcucha dostaw. 61% firm motoryzacyjnych było zmuszonych obniżyć wynagrodzenia swoich pracowników. W blisko 4 na 10 firmach zredukowano etaty i nastąpiły problemy z utrzymaniem płynności finansowej.

Blisko co 7. firma (69% wskazań) wystąpiła z wnioskiem o pomoc oferowaną w ramach Tarcz Antykryzysowych. Warto podkreślić, że zaledwie co piąta firma motoryzacyjna uznała, że rozwiązania w nich zawarte są wystarczające. Dla ponad połowy firm pomoc oferowana w ramach tarczy jest raczej lub zdecydowanie niewystarczająca. Co czwarta firma motoryzacyjna nie ma zdania na ten temat.

Długotrwałymi skutkami pandemii zdaniem przedstawicieli firm motoryzacyjnych będzie przede wszystkim konieczność ograniczenia zatrudnienia (67% wskazań) lub zamrożenia inwestycji w rozwój firmy (61%). COVID-19 zmienił również zachowania konsumentów, z tego powodu 57% firm motoryzacyjnych uważa, że efektem tego będzie wzrost znaczenia wirtualnych salonów, które zapewnią sprzedaż aut bez konieczności fizycznej obecności w salonie. 80% firm motoryzacyjnych prognozuje, że dojście do sytuacji sprzed pandemii zajmie im nie więcej niż 2 lata (35% uważa, że uda się to osiągnąć szybciej – maksymalnie w ciągu roku). Wszystkie badane firmy motoryzacyjne odnotowały spadek sprzedażyOstrożne plany firm motoryzacyjnych na najbliższe pół roku

Z powodu COVID-19 produkcja i sprzedaż nowych aut osiągnęła spadki na niespotykaną wcześniej skalę. W okresie od stycznia do maja br. liczba rejestracji nowych aut w Polsce była niższa o 38,3% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. W całej Unii Europejskiej ten spadek wyniósł 41,5%. Mając to na uwadze, nie powinny dziwić plany producentów motoryzacyjnych na nadchodzące 6 miesięcy. Zaledwie 37% producentów motoryzacyjnych, prognozuje zwiększenie poziomu sprzedaży, a 33% firm z tej grupy w ciągu najbliższego półrocza planuje zwiększyć poziom eksportu. Z drugiej strony ponad połowa producentów uważa, że przez najbliższe 6 miesięcy poziom sprzedaży pogorszy się lub zdecydowanie pogorszy. Połowa firm prognozuje również spadek przychodów, z czego co piąta uważa, że jej przychody zdecydowanie się zmniejszą. Jeszcze gorzej wygląda najbliższe półrocze w kontekście planów dystrybutorów motoryzacyjnych – ponad połowa z nich (52%) planuje zmniejszenie zatrudnienia, 58% spodziewa się spadku przychodów, z czego blisko co czwarty prognozuje zdecydowany spadek przychodów. 19% planuje w ciągu najbliższych 6 miesięcy zmniejszyć liczbę serwisów oraz salonów samochodowych. W przypadku tych ostatnich dodatkowe 3% dystrybutorów planuje znacząco zmniejszyć ich liczbę.

Sytuacja z jaką mamy do czynienia w związku z COVID-19 oraz następstwami związanymi z zamrożeniem gospodarki, spadkiem popytu oraz wstrzymaniem produkcji odbija się w negatywny sposób na firmach motoryzacyjnych nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, która jest dla polskiej branży motoryzacyjnej bardzo ważnym rynkiem zbytu. Tym bardziej cieszą odpowiedzi tych niewielu firm, które planują zwiększać poziom zatrudnienia, sprzedaż i przychody. Najbliższe miesiące będą dla firm motoryzacyjnych kluczowe, aby zminimalizować negatywne skutki kryzysu w największym możliwym stopniu. Należy pamiętać, że oprócz ryzyk związanych z bezpośrednimi konsekwencjami COVID-19 firmy motoryzacyjne będą zmuszone sprostać niepewnej sytuacji polityczno-gospodarczej, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Będzie to wyzwanie dla ponad 70% organizacji biorących udział w badaniu – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

O raporcie:
Barometr nastrojów menedżerów sektora motoryzacyjnego jest badaniem ankietowym przeprowadzonym przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego i KPMG w Polsce w maj i czerwcu 2020 r. Jego celem było poznanie opinii kadry zarządzającej firm motoryzacyjnych na temat bieżącej i przyszłej sytuacji branży w Polsce. Ankieta skierowana była do menedżerów firm produkcyjnych i dystrybutorów pojazdów, przyczep i naczep, zabudów lub podzespołów, części i akcesoriów. W badaniu internetowym wzięło udział 51 respondentów.

Gig economy jako odpowiedź na rewolucję w zatrudnieniu?

Rynek pracownika czy pracodawcy? Żadne z tych określeń nie odzwierciedla obecnej sytuacji na rynku. Coraz więcej pracowników oczekuje od firmy większej elastyczności i niezależności. Zamiast budować work- life balance, oczekują work-life integration. Współpraca ma określać stosunki między pracodawcą a pracownikiem. Rewolucji nie wprowadziła pandemia, a jedynie ją przyśpieszyła. Pokolenie Milenialsów i Generacji Z oczekuje zmiany starych schematów i podkreślają przy tym konieczność zmian.

Czas na rewolucję w zatrudnieniu

W ciągu ostatnich 10 lat nastąpiła globalna zmiana kulturowa, która polegała na zmianie nastawienia do pracy pracowników. Milenialsi i Generacja Z podkreślają znaczenie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Biorąc pod uwagę, że w 2020 r. dochodzi do sytuacji, w którym te pokolenia stanowić będą 59% globalnej siły roboczej, zrozumienie potrzeb i oczekiwań tej grupy powinno być na pierwszym miejscu wśród priorytetów każdego rekrutera i menedżera.

Czego oczekuje pracownik?

Badanie Aon przeprowadzone w marcu 2020 pokazało, że tylko 20% konsumentów w Wielkiej Brytanii i USA (spadek do 10% wśród generacji Z) jest zaniepokojonych wpływem COVID-19 na ich finanse osobiste. Zamiast tego wyrazili większą troskę o zdrowie i dobre samopoczucie swoich bliskich i grup wysokiego ryzyka. Współczesny pracownik chce być szczęśliwy w pracy i oczekuje od pracodawcy pozwolenia na elastyczność, aby móc realizować się w życiu prywatnym. Ankieta przeprowadzona przez Deloitte wykazała, że Milenialsi wykazują niewielką lojalność wobec obecnych pracodawców, stawiając na pierwszym miejscu swoje osobiste wartości przed celami firmy. Jeśli pracodawca chce utrzymać pracownika, musi zmienić swoje dotychczasowe, tradycyjne podejście do pracy.

Gig economy

Gig Economy odnosi się do platform cyfrowych, które pozwalają freelancerom łączyć się z osobami lub firmami w celu świadczenia usług krótkoterminowych. Platformy do zatrudniania pracowników tymczasowych cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Dlaczego? Ponieważ rozwój technologii i globalizacja za szybko przekształcają poszczególne branże. Tymczasem ta grupa pracowników umożliwia firmom ze wszystkich sektorów wykorzystanie innowacyjnych, elastycznych i wyspecjalizowanych talentów dokładnie wtedy, gdy są im potrzebne. Firmy unikają przy tym długotrwałego i kosztownego wdrożenia. Badanie z 2019 r. przeprowadzone na zlecenie Kongresu Związków Zawodowych (TUC) szacuje, że co dziesiąta osoba dorosła w wieku produkcyjnym w Wielkiej Brytanii przynajmniej raz w tygodniu pracuje za pośrednictwem platform, przy czym większość korzysta z tego rodzaju pracy, aby uzupełniać inne formy dochodu.

Gig economy nie jest nowością, ale widzimy z każdym rokiem większe zainteresowanie takimi rozwiązaniami. Tikrow to aplikacja, która właśnie działa w tym systemie. Dajemy firmom dorywczych pracowników na godziny, którzy posiadają pożądane przez pracodawcę kompetencje. Dla firmy, jest to wygodne, ponieważ dostarczamy pracowników dokładnie wtedy, kiedy są potrzebni. Firmy czasami potrzebują dodatkowych pracowników tylko w jednym dniu (np. przy inwentaryzacji), na zastępstwo przy wakacyjnych rotacjach albo osobę o określonych kwalifikacjach do konkretnego projektu w firmie. W Tikrow znalezienie takich osób nie jest problemem. Pracownicy zaś wybierają pracę, wtedy, kiedy im to pasuje. Taka praca pozwala na elastyczność, której coraz więcej pracowników oczekuje.- mówi Krzysztof Trębski, wiceprezes Tikrow

Kto szuka pracy przez platformy pracy tymczasowej?

Freelancer, pracownik tymczasowy, na godziny – to tylko kilka określeń tzw. gika. Ta ilość terminów to tylko kilka sposobów definiowania nietradycyjnego statusu pracy. Pracownicy na żądanie zawsze odgrywali ważną rolę w globalnej gospodarce – od pracowników au pair do pracowników sezonowych, nauczycieli i kierowników projektów – zawsze istniała potrzeba elastycznych rozwiązań w miejscu pracy, zależnie od potrzeb. Platformy pracy (gig economy) to umożliwiają. Mają pozwalać na interakcje online, dostarczając innowacyjnych rozwiązań, które łączą pracodawcę z pracownikiem.

Zalety Gig Economy

Firmy czasami muszą uzupełnić lukę kadrową do momentu zatrudnienia stałego pracownika lub w odpowiedzi na szybką zmianę sytuacji w firmie. Platformy takie jak np. w naszym kraju Tikrow pozwalają na szybkie znalezienie pracowników i uniknięcie, długiego i kosztownego ich wdrożenia. Dodatkowo, platformy do pracy tymczasowej, oferują usługi typu „sprawdź & zatrudnij”, co pozwala na zatrudnienie tymczasowe w celu stałej rekrutacji (pomaga zarówno pracownikom, jak i pracodawcom ustalić, czy są dobrze dopasowani).

Pracownicy, którzy chcą zachować równowagę między życiem zawodowym a prywatnym wymagają większej elastyczności. Chcą sami kontrolować godziny pracy, aby dostosować je do swojego stylu życia – to umożliwia im platforma gig economy, gdzie sami wybierają zlecenia, wtedy, kiedy im to pasuje. Zgodnie z informacjami Gallupa, w Stanach Zjednoczonych. prawie ⅔ ludzi zaangażowanych w gig economy uważa, że wykonują preferowany przez siebie rodzaj pracy, a około 60% czuje się niezależnych, podczas gdy takiego zdanie jest tylko 34% osób zatrudnionych ‘tradycyjnie’.

Pandemia a poszukiwania pracy

W związku z pandemią, kto tylko mógł przeniósł się z biura do swojego domu, by zacząć okres kilkutygodniowego, a nawet kilkumiesięcznego trybu pracy zdalnej – granice między pracą a domem się zatarły. Wszyscy stanęli przed nowym wzywaniem, jak pogodzić ze sobą dwa życia w jednym miejscu. Pracownicy zrozumieli, że pracując zdalnie mogą pracę wykonywać elastycznie – wybierać dogodne dla siebie godziny na wykonanie powierzonych zadań. Dla wielu, odkrycie tej możliwości było kluczem do sukcesu i do przetrwania home office.

Do niedawna hasło „praca zdalna” w wielu firmach sprowadzało się do formuły trudno osiągalnej nagrody „tylko dla wtajemniczonych”. Ale firmy widzą właśnie, że ich pracownicy w domach też pracują efektywnie, więc wprowadzenie rotacyjnego trybu pracy wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. Dodatkowo pracownicy zmienią swoje nastawienie do pracy. Jest bardzo prawdopodobne, że bezpośrednim skutkiem pandemii będzie potrzeba zapewnienia większej elastyczności w miejscu pracy.- dodaje Krzysztof Trębski.

Jak wygląda przyszłość Gig Economy?

Dane Mastercard potwierdzają szybki rozwój globalnej platformy gig economy, przewidując dwucyfrowy roczny wzrost w ciągu najbliższych pięciu lat. Mastercard wraz z Kaiser Associates ustalili, że w 2018 r. wielkość gig economy wynosiła ~ 204 mld USD rocznie – liczba, która podsumowuje całkowitą wartość transakcji klientów za usługi z gig platform. Z tych 204 mld dolarów około dwie trzecie zostało wypłacone milionom pracownikom, którzy pracowali przez platformę typu gig economy; inna część jest pobierana albo jako prowizja przez platformę cyfrową, albo dystrybuowana do stron trzecich w ekosystemie (np. partnerów restauracji w usługach dostarczania żywności). Oczekuje się, że do końca 2023 r., globalna wartość Gig Economy co najmniej się podwoi i wyniesie ~ 455 mld dolarów.

W czasie pandemii wzrosła sprzedaż elektronicznych wydań gazet. Mimo to wydawnictwa prasowe są w trudnej sytuacji

0

Zamknięte lub zawieszone tytuły, zwolnienia i obniżone pensje dla pracowników to skutki pandemii koronawirusa dla wydawnictw prasowych. Sytuacja wydawców wciąż jest trudna. – W okresie izolacji znacząco spadła sprzedaż wydań papierowych gazet, natomiast wyraźnie wzrosła sprzedaż wydań cyfrowych w różnych postaciach oraz dostępu do e-wydań – mówi Marek Frąckowiak, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy. Czytelnicy jednak przyznają, że częściej sięgali po prasę i poświęcali jej więcej uwagi. To pokazuje, że gazetom nie grozi całkowita eliminacja z rynku.

W czasie, kiedy ludzie nie mogli wychodzić z domu, z konieczności sięgali po wydania cyfrowe i sprzedaż e-gazet znacznie wzrosła. Jednocześnie pandemia pokazała także wartość prasy drukowanej – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Frąckowiak. – Większość tytułów  odnotowała spadki sprzedaży, ale wzrosło zainteresowanie ich treściami i większe niż zwykle  jest zrozumienie wartości prasy jako wiarygodnego źródła informacji oraz wszelkich treści  publicystycznych, a nawet rozrywkowych.

Potwierdzają to badania dotyczące odbioru prasy w czasach pandemii przeprowadzone przez firmę ARC Rynek i Opinia dla Ringier Axel Springer Polska. Ponad połowa badanych przyznała, że w tym czasie chętniej sięgała po gazety albo że czytała więcej tytułów prasowych. Średnio 2/3 badanych potwierdzało, że w tym czasie poświęcało czytaniu prasy więcej uwagi. Respondenci przyznają, że w prasie drukowanej treści wydają się być mniej „agresywne” i bardziej wartościowe niż w internecie. Gazety to nie tylko sposób na zdobywanie informacji – 85 proc. badanych traktuje czytanie jako rozrywkę i relaks, taki sam odsetek utożsamia je z przyjemnością.

Jak podkreśla dyrektor Izby Wydawców Prasy, wiarygodność i rzetelność to największe zalety prasy, które ujawniają się zawsze, nie tylko w czasach pandemii, i decydują o jej znaczeniu i trwałości w każdych czasach.

Spadek nakładów prasy drukowanej postępuje od zawsze, pandemia go trochę przyspieszyła, ale to jest – mam nadzieję – tylko zjawisko okresowe. Obserwujemy już powrót czytelników do kupowania prasy i myślę, że drukowane gazety nie znikną z rynku ani teraz, ani w przyszłości – zaznacza.

Również z badania przeprowadzonego przez Polskie Badania Czytelnictwa „Właściciele mikro i małych firm w czasie koniunktury i recesji” wynika, że podczas pandemii wzrosło czytelnictwo prasy wśród właścicieli mikro- i małych firm (zatrudniających do 50 osób). W porównaniu do podobnego badania z 2018 roku odsetek czytelników wzrósł z 54 do 65 proc. Aż 32 proc. badanych zadeklarowało, że czyta prasę od jednej do dwóch godzin dziennie, a 9 proc. – ponad trzy godziny dziennie. Z kolei odsetek kupujących płatny dostęp do artykułów prasowych w internecie wzrósł z 26 do 41 proc. Z badania PBC wynika także, że im większa firma, tym jej właściciel częściej korzysta z prasy cyfrowej. Płatną prasę cyfrową, poprzez wykupiony dostęp, czyta 26 proc. właścicieli najmniejszych, dwu–trzyosobowych firm i aż 67 proc. właścicieli firm o obrocie ponad 2 mln euro.

Nie zmienia to jednak trudnej sytuacji wydawców, którzy podobnie jak cała gospodarka borykają się z problemami. Niższej sprzedaży tytułów towarzyszyły też mniejsze nakłady reklamodawców.

Kondycja mediów jest trudna, ale lepsza, niż obawialiśmy się na początku pandemii. Jednak wydawcy ponieśli znaczne straty, odnotowaliśmy zamknięcia kilku tytułów prasowych. Niektóre zamknęły się ostatecznie, inne czasowo, choć trudno przypuszczać, by mogły wrócić. Nie jest to zjawisko masowe, ale niestety nieuniknione. W niektórych wydawnictwach mamy też do czynienia ze zwalnianiem pracowników lub obniżaniem pensji – informuje Marek Frąckowiak.

Przed zamykaniem tytułów nie ustrzegli się jednak najwięksi gracze obecni na rynku prasy w Polsce. W kwietniu Agora poinformowała o zakończeniu wydawania „Avanti” oraz „Logo” w dotychczasowym cyklu wydawniczym. Ostatnimi numerami były podwójne majowo-czerwcowe wydania, które ukazały się 5 maja. Agora nadal prowadzi internetowe serwisy czasopism Avanti24.pl oraz Logo24.pl. Wydawnictwo Bauer zdecydowało o zamknięciu 34 tytułów i zwolnieniu 27 osób, ok. 50 osób straciło pracę w Burda Media Polska, a obniżki pensji wprowadziło wydawnictwo Polska Press. Zwolnienia i cięcia wynagrodzeń dotknęły także pracowników Edipresse Polska oraz Grupy ZPR Media.

Trudne warunki działalności w poprzednich miesiącach zmusiły wydawców do szukania nowych sposobów dotarcia do czytelników.

W czasie pandemii pojawiły się pomysły, aby dostarczać prasę przez kurierów lub przy okazji zakupu innych towarów. Te sposoby mają jednak znikomy udział w dystrybucji prasy, bo najczęściej czytelnicy korzystają jednak z internetu. Część sprzedaży prasy przeniosła się z salonów prasowych w inne miejsca, np. do sklepów spożywczych, gdzie handel w czasie pandemii funkcjonował – dodaje ekspert.

Jego zdaniem pandemia pokazała również, że dystrybucja prasy w Polsce od wielu lat wymaga systemowego wsparcia. Izba Wydawców Prasy od dawna apeluje do rządu o to, aby wspomógł dystrybucję zwłaszcza w takich miejscowościach, gdzie kolporterom z powodów czysto finansowych nie opłaca się dowozić gazet.

Stawiamy na wzmocnienie tradycyjnych źródeł dystrybucji prasy. Temu m.in. służyło zaangażowanie Izby Wydawców Prasy w ratowanie Ruchu przed upadkiem, ale przy tej okazji zwracaliśmy uwagę, że jest to kwestia ogólna, dotycząca nie tylko konkretnej firmy kolporterskiej. W Polsce wciąż istnieje problem z dotarciem prasy do pewnych regionów, gdzie czytelnicy mogą być wykluczeni z dostępu nie tylko do prasy informacyjnej, ale także edukacyjnej czy rozrywkowej – zauważa Marek Frąckowiak.

Na początku czerwca Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się na przejęcie spółki Ruch przez PKN Orlen. Urząd stwierdził, że działalność obu podmiotów pokrywa się w zakresie sprzedaży prasy i artykułów konsumpcyjnych codziennego użytku, ale ze względu na różne modele sprzedaży i odmienność misji zakupowych realizowanych w ich punktach sprzedaży przedsiębiorców nie można uznać za bezpośrednich konkurentów, zatem transakcja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji. W wyniku przejęcia udziałów PKN Orlen stanie się większościowym akcjonariuszem Ruchu z pakietem 65 proc. akcji, a pozostałymi udziałowcami będą PZU, PZU Życie i Alior Bank.

Firmy najczęściej korzystały ze zwolnienia ze składek ZUS i pożyczki w wysokości 5 tys. zł

Największą popularnością wśród firm, które skorzystały z tarczy antykryzysowej, cieszyły się zwolnienie (zawieszenie) ze składek ZUS oraz pożyczka w wysokości 5 tys. zł dla mikroprzedsiębiorstw ze środków Funduszu Pracy. Z pierwszej formy wsparcia skorzystało 43% przedsiębiorstw, z drugiej ponad 58% mikro firm – wynika z badania Konfederacji Lewiatan.

Badaniem, które odbyło się na przełomie maja i czerwca, objęto ok. 300 firm z całego kraju i wszystkich województw, a zróżnicowanie struktury wielkości i sektorów działalności pozwala uogólnić wyniki i wnioski do reprezentacji polskiego biznesu.

Partnerzy społeczni po ponad miesiącu oczekiwania otrzymali informację jak realizacja wsparcia dla firm i ochrona miejsc pracy jest realizowana przez rząd i jakie środki dotychczas przeznaczono na te działania. Na koniec maja br. limity środków przeznaczonych z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych na ochronę miejsc pracy i tzw. postojowe wynoszą blisko 5,2 mld złotych, zaś na wsparcie sektora MŚP w postaci jednorazowej pożyczki, tzw. świadczeń postojowych i dofinansowania miejsc pracy w związku ze spadkiem obrotów z Funduszu Pracy blisko 15,7 mld złotych. Równocześnie zgodnie z deklaracją rządu na działania finansowe z Funduszu Pracy i FGŚP mogą zostać przeznaczone dodatkowe środki z Funduszu Przeciwdziałania COVID.

W przypadku świadczeń postojowych przez ZUS, do 9 czerwca wypłaconych zostało blisko 1,5 mln świadczeń na kwotę około 2,87 mld zł, z czego 1,2 mln dla osób prowadzących działalność gospodarczą, a dla osób wykonujących umowy cywilnoprawne ponad 260 tys. świadczeń. ZUS zrealizował też w marcu i kwietniu zwolnienie z opłacania składek dla 1,7 mln firm, umarzając składki na kwotę 7,4 mld złotych.

Przeznaczone przez rząd środki na ochronę zatrudnienia w firmach i świadczenia dla pracowników oraz umorzenia składek przez ZUS wydają się być na tym etapie wystarczające. Niemal dokładnie po miesiącu od uruchomienia przepisów o pomocy dla przedsiębiorców na przełomie kwietnia i maja br. Konfederacja Lewiatan uruchomiła badanie nt. korzystania przedsiębiorców z instrumentów wsparcia, ocenie adekwatności i skuteczności pomocy, sytuacji firm oraz oceny perspektyw rozwojowych i skutków gospodarczych kryzysu spowodowanego pandemią. Jego wyniki pokazywały zagrożenia dla gospodarki i rynku pracy, równocześnie wskazywały, że szybka i zgodna z oczekiwaniami pomoc pozwoli uniknąć wielu zagrożeń. Druga fala badania odbyła się na przełomie maja i czerwca.

– Wczytując się w wyniki badania powinniśmy dostrzegać, że realne zagrożenia mogą być dopiero przed nami, dlatego pomoc nie kończy się na kwietniu, czy maju i czerwcu – o mądrej strategii radzenia sobie gospodarki w perspektywie co najmniej dwóch lat musimy myśleć z jeszcze większą wyobraźnią – prof. Jacek Męcina doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan

Z perspektywy celu badania, kluczowe było pytanie, czy firma skorzystała z form wsparcia wymienionych w katalogu zamkniętym 11 instrumentów uruchomionych przez administracje rządową i samorządową oraz banki.

Duże firmy rzadziej korzystały z pomocy
Łącznie nieco ponad 1/3 badanych nie skorzystało z żadnej formy wsparcia, co oznacza, że blisko 2/3 firm ubiegało się o pomoc. Im większa firma, tym większy odsetek deklarował, że firma nie korzystała z pomocy. W przypadku mikrofilm w tylko 14,6% nie ubiegało się o pomoc.

Z analizy ankiet wynika, że największą popularnością cieszyło się: zwolnienie (zawieszenie) ze składek ZUS – łącznie blisko 43%, przy czym ubiegało się o tę pomoc aż 66,7% mikro firm i ponad 35% małych przedsiębiorstw. Znacznie mniejszy odsetek, także ze względu na kształt rozwiązań prawnych i dostępność, dotyczył firm średnich i dużych, które mogły występować o odroczenie na zasadach ogólnych.

Drugim najczęściej wykorzystywanym instrumentem była pożyczka w wysokości 5 000 zł dla mikroprzedsiębiorstw ze środków Funduszu Pracy – z tej formy skorzystało ponad 58% mikro firm. Mniejsza grupa, za to głównie średnich i dużych firm korzystała z dofinansowania przestojowego oraz ochrony miejsc pracy z FGŚP – łącznie z przestojowego skorzystało zgodnie z deklaracjami odpowiednio 16% średnich i 17% dużych firm, a z ochrony miejsc pracy 22% średnich i blisko 17% dużych firm. Rzadziej z tego instrumentu korzystały firmy mikro i małe – od 2 do 6%.

Relatywnie wysoki odsetek przedsiębiorstw występował o odroczenie płatności podatków – 12% małych, 28% średnich i ponad 21% dużych firm. Niewielkie znaczenie miały inne instrumenty wsparcia, jak pomoc płynnościowa z BGK, czy pomoc ze środków miasta lub gminy.

– Największa dostępność charakteryzowała instrumenty kierowane do mikroprzedsiębiorstw w postaci zawieszenia składek ZUS oraz pożyczek z urzędu pracy, które zresztą najczęściej też były wykorzystywane – odpowiednio 67% i 58% – mikro i małych firm wystąpiło o tę formę pomocy. Inne omawiane instrumenty wspierania zatrudnienia, związane postojowym i ochroną miejsc pracy były ważne, choć odsetek firm przede wszystkim średnich i dużych, które ubiegały się o tę pomoc był już znacznie mniejszy od 16% do 22%. Pozostałe instrumenty – jak wynika z deklaracji, nie odgrywały istotnego statystycznie znaczenia – podkreśla prof. Jacek Męcina.

Jak firmy oceniają procedurę ubiegania się o pomoc?
Firmy, które ubiegały się o pomoc zapytaliśmy też jak oceniały sam proces i procedurę starania się o pomoc. Brak oceny z powodu braku doświadczeń związanych z procedurą ubiegania się o pomoc deklarowało 34% firm. Największy odsetek firm, które dzieliły się swoimi doświadczeniami wskazywał, że procedura ubiegania się o pomoc jest trudna, ale możliwa do przejścia – blisko 30% firm, przeważnie były to firmy duże i średnie, a więc te ubiegające się o instrumenty tzw. postojowe i związane z ochroną miejsc pracy. Z kolei ponad 20% badanych firm deklarowała, że procedura jest łatwo dostępna i niezbyt trudna – twierdziło tak łącznie blisko 50% mikroprzedsiębiorstw, które przecież najczęściej ubiegały się o pomoc z ZUS i pożyczkę z urzędu pracy.

– Dziś najbardziej aktualne wydaje się pytanie, jak będzie wyglądał proces rozliczania różnych form pomocy, bo z informacji firm wynika, że mają one problemy z rozliczaniem otrzymanych dotacji i dofinansowań. Niejasne przepisy mogą utrudnić rozliczenie, a każda decyzja o konieczności zwrotu środków, tylko z powodu nieprecyzyjnych przepisów oznaczać może falę zwolnień, a nawet upadłości. Dlatego apelujemy o rozsądną współpracę i otwartość na rozliczenie pomocy zgodnie z celem ochrony zatrudnienia. Jeszcze ważniejsza jest perspektywa kolejnych miesięcy, bo firmy mimo odmrażania działalności wciąż mają problemy z poprawą rentowności, a obroty nie wracają do stanu sprzed epidemii. Jeśli dodamy do tego problemy z przerwanymi łańcuchami dostaw, z ekspertem oraz coraz wyraźniej pojawiający się kryzys popytowy – to możemy spodziewać się poważnych trudności z utrzymaniem zatrudnienia w perspektywie IV kwartału br. Nie wspominam nawet o wciąż realnym zagrożeniu nawrotem pandemii, która z pewnością radykalnie wpłynie na wzrost zagrożenia kryzysem. Dlatego bardzo aktualne staje się pytanie, czy rząd będzie w stanie na ten nadchodzący okres przygotować wsparcie i instrumenty ochrony miejsc pracy – dodaje prof. Jacek Męcina.

Co jest najważniejsze dla przedsiębiorców?

Z deklaracji firm wynika, że najważniejsze są rozwiązania związane z ograniczeniem kosztów pracy i zawieszeniem składek ZUS – łącznie ponad 2/3 firm wskazują na taką potrzebę, z czego ponad 70% to firmy mikro i małe, a około 50% to firmy średnie i duże, które dotychczas nie korzystały z tego rozwiązania, gdyż pomoc ta kierowana jest do mikro i małych firm.
Kolejnym ważnym instrumentem jest utrzymanie dopłat do wynagrodzeń – łącznie blisko 46% oczekuje tego instrumentu. Na to rozwiązanie wskazuje ponad 30% firm mikro, 47% małych i ponad 60% firm średnich i dużych.
Firmy uważają, że w perspektywie następnych miesięcy konieczne będzie odroczenie terminów płatności podatków – deklaruje taką potrzebę ponad 1/3 firm (34,3%), odsetek jest podobny we wszystkich kategoriach podmiotów. Blisko ¼ badanych firm (22,6%) wskazuje na konieczność utrzymania wysokości płacy minimalnej co najmniej na poziomie tegorocznym (2.600 zł).

Firmy chcą elastycznie korzystać ze środków zgromadzonych na kontach VAT oraz szybszego zwrotu VAT. Wzorem coraz większej liczby przedsiębiorstw warto rozważyć zmniejszenie, przynajmniej czasowe stawki podatku VAT, co mogłoby znacząco pomóc gospodarce.

Firmy wskazują też na znaczenie niektórych rozwiązań w prawie pracy. I tak -18% widzi pilną potrzebę wdrożenia elastycznego czasu pracy i kont czasu pracy. Te postulaty są najistotniejsze dla średniego i dużego biznesu – wskazuje na to rozwiązanie średnio co czwarta większa firma – aż 22% firm średnich i ponad 26% dużych firm. Podobnie blisko 18% firm uważa, że w perspektywie kolejnych miesięcy konieczne będzie zawieszenie ograniczeń w zatrudnieniu na czas określony, przy czym na rozwiązanie to wskazuje, aż 26% firm małych, 30% firm średnich i 24% firm dużych. Część firm, zwłaszcza dużych i średnich wskazuje także na konieczność zniesienia ograniczeń związanych ze stosowaniem pracy tymczasowej (ok. 8% respondentów).

Wyniki badań z jednej strony pokazują, że pomoc musi dotyczyć ograniczenia kosztów pracy (ZUS, dopłaty do zatrudnienia) i ogólnych kosztów funkcjonowania (podatki, pożyczki częściowo umarzalne), z drugiej firmy średnie i duże, rzadziej korzystające z instrumentów wsparcia z Tarczy, potrzebować będą nowych rozwiązań uelastyczniających gospodarowanie zasobami pracy, czyli elastyczny czas pracy, zniesienie limitów stosowania umów na czas określony i pracy tymczasowej oraz subsydiowanie wynagrodzeń.

Pierwsze objawy koronawirusa widoczne w zaległościach przedsiębiorstw – dwa razy szybszy niż zwykle wzrost przeterminowanych zobowiązań – do 33,73 mld zł

Pojawiły się pierwsze objawy koronawirusa w zaległościach przedsiębiorstw. W kwietniu, pełnym miesiącu lockdownu, nieobsługiwane zadłużenie wzrosło o 572 mln zł, czyli dwukrotnie bardziej niż przeciętnie miesięcznie w poprzednim roku. Najwięcej nieopłaconych kredytów i faktur przybyło w sektorze kultury, rozrywki i rekreacji – wzrost o ponad 12 proc. Źle wypadł też sektor administrowania i działalności wspierającej obejmującym m.in. organizatorów turystyki, zaległości zwiększyły się tu o ponad 7 proc. Przeterminowane zobowiązania wszystkich przedsiębiorstw wobec kontrahentów i banków podwyższyły się w kwietniu o 1,7 proc. z 33,16 do 33,73 mld zł – wynika z danych BIG InfoMonitor i BIK.Pierwsze objawy koronawirusa widoczne w zaległościach przedsiębiorstwPo tym jak w połowie marca doszło do zamrożenia gospodarki i stan ten utrzymał się przez cały kolejny miesiąc, nieobsługiwane zadłużenie firm podwyższyło się w kwietniu dwukrotnie szybciej, niż wynosiła przeciętna miesięczna z poprzedniego roku. Wtedy niespłacane długi rosły mniej więcej o 200-300 mln zł co miesiąc w każdym z poszczególnych kwartałów. Tym razem w kwietniu były to 572 mln zł.

Należące do Grupy BIK Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor gromadzi dane o niesolidnych kontrahentach. Natomiast dane o kredytach i terminach spłaty – zarówno tych prawidłowych, jak i opóźnionych – znajdują się w bazach Biura Informacji Kredytowej i to głównie zaległości kredytowe wzrosły tym razem.zaległości firm kwiecień 2020Zgodnie z definicją długu, który można wpisać do rejestru BIG, w zestawieniu uwzględnione jest zadłużenie wynikające z nieopłaconych przez minimum 30 dni od wyznaczonej daty rat kredytów na co najmniej 500 zł. Termin ten nie oznacza jeszcze, że są to tzw. złe kredyty, bo za takie uznaje się długi niespłacane od co najmniej 90 dni. Jest to jednak pierwszy negatywy sygnał, który może niepokoić. Skala kredytowych problemów byłaby znacznie wyższa gdyby nie możliwość skorzystania z wakacji kredytowych. W kwietniu za zgodą banków firmy zawiesiły spłatę ponad 11,9 mld zł kredytów. W puli 572 mln zł niewiele jest zaległości pozakredytowych, wynikających z nieopłaconych faktur. Takie zobowiązania potrzebują więcej czasu, by trafić do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, bo wierzyciel przed wpisem długu niespłaconego przez min. 30 dni musi wcześniej powiadomić dłużnika o takim zamiarze.

Na koniec kwietnia bazy BIG InfoMonitor oraz BIK otwierają: handel, którego niespłacone w terminie zobowiązania wynoszą 7,87 mld zł (23 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł z 5,76 mld zł (17 proc.) oraz budownictwo z 5,16 mld zł (15 proc.).
Zaległości spadły w kwietniu w dwóch z sektorach: obsłudze rynku nieruchomości oraz górnictwie.
Udział przedsiębiorstw opóźniających płatności wobec banków i kontrahentów wyniósł na koniec kwietnia 5,9 proc. po wzroście od marca o 0,1 p.p. Tym samym wrócił do poziomu z końca 2019 r. Liczba firm z kłopotami w rozliczeniach (działających, zawieszonych i zamkniętych) doszła do 318,4 tys.

zaległości firm kwiecień 2020 r – Nowe przeterminowane zobowiązania to przede wszystkim niespłacane długi wobec banków. W rozbiciu na poszczególne sektory widać, że największe procentowe przyrosty w kwietniu dotyczyły tych branż, które na pandemii ucierpiały najbardziej, czyli kultury i rekreacji. W tym przypadku wzrost wyniósł ponad 12 proc. – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Drugi najpoważniejszy skok, o ponad 7 proc., jest widoczny w usługach administrowania i działalności wspierającej, które obejmują m.in. organizatorów turystyki, pilotów i przewodników wycieczek. To oni przyczynili się do tak znaczącego pogorszenia statystyk sektora w którym znajdują się również wynajem i dzierżawa maszyn i pojazdów, wsparcie biur czyli ochrona, firmy sprzątające a także . Zaległości turystyki w miesiąc podwyższyły się bowiem o niemal połowę z 81,2 mln zł do 117,5 mln zł – dodaje.

Natomiast na wzrost przeterminowanych zobowiązań sektora kultury, rozrywki i rekreacji złożyły się przede wszystkim kłopoty firm skoncentrowanych na działalności sportowej. Zaległości obiektów sportowych są jeszcze większe niż turystyki – zwiększyły się o ponad połowę z 28,3 do 44,3 mln zł. – Warto tutaj zwrócić uwagę, że te przyrosty oznaczają kompletne odwrócenie dotychczasowego trendu i pokazują prawdziwy dramat obecnej sytuacji. Porównując koniec 2019 r. z rokiem wcześniejszym widzimy, że przeterminowane zobowiązania kultury i rekreacji obniżyły się wtedy o 8 proc., czyli ponad 11 mln zł – mówi Sławomir Grzelczak.

W kwietniu zaczął również przyspieszać wzrost zaległości budownictwa. Po tym jak przez pierwszy kwartał branży przybyło 72 mln zł długów, w kwietniu wzrosły one o ponad 103 mln zł. O połowę szybciej niż na początku roku zaczęły przyrastać zaległości handlu oraz w sektorze zakwaterowania i gastronomii. W efekcie, już co dziesiąta firma prowadząca hotele ma problemy z terminowym rozliczaniem się. Co do gastronomii, to lockdown dał się najmocniej we znaki ruchomym punktom gastronomicznym, ich długi tylko w kwietniu zwiększyły się o niemal jedną dziesiątą. Problemy ma tu jednak wyłącznie co trzydziesta tego typu firma, podczas gdy w restauracjach co dwunasta. Kolejny miesiąc nie najlepiej prezentuje się sytuacja rolnictwa – zaległości wzrosły o 4 proc. Tempo przyrostu zadłużenia na podobnym poziomie jak w pierwszym kwartale utrzymuje natomiast transport, co akurat należy uznać za niezły wynik biorąc pod uwagę podatność branży na wszelkie zawirowania.

zaległości firm kwiecień 2020 r raport – Wstępne dane pokazują, którym firmom już pierwsze tygodnie przestoju dały się we znaki, a przecież dla wielu przedsiębiorstw blokada trwała nawet powyżej dwóch miesięcy. Skalę problemów ma szansę ograniczyć pomoc państwa, ale nie sprosta im w całości i za kilka miesięcy się skończy. Dlatego po danych dotyczących zaległości, na koniec maja, można się spodziewać gorszych wieści. Z czasem, wraz z wyczerpaniem pomocy z tarcz antykryzysowych, przedsiębiorcy pozostaną sam na sam z wyższymi kosztami i mniejszymi obrotami, a to będzie już naprawdę duży kłopot – mówi Sławomir Grzelczak.

Obroty wielu przedsiębiorstw spadły o kilkadziesiąt procent i nie zanosi się, by nawet po kilku miesiącach od rozruchu udało się je przywrócić do poziomu sprzed pandemii. Klienci i firmy zmieniają podejście do wydatków, szukając oszczędności tną koszty. Upowszechnienie pracy zdalnej ma znaczące konsekwencje m.in. dla branży odzieżowej i obuwniczej. Z kolei brak pewności dochodów i większe wymagania banków wobec zainteresowanych kredytami już przekładają się też na spadek zakupu mieszkań, a to z kolei na spadek zainteresowania meblami i sprzętem AGD. Z pewnością mniej zainteresowanych będzie też kupnem samochodów. W częściowym uśpieniu nadal pozostaje branża rozrywkowa – nie ma koncertów czy imprez tanecznych, a niepewne frekwencji kina zwlekają z premierami. – Nie zanosi się, by szybko do pracy wrócili organizatorzy targów i konferencji. Ich sytuacja jest wyjątkowo trudna, bo z dystansem do tego typu wydarzeń podchodzą potencjalni uczestnicy i można się obawiać, że do stanu sprzed pandemii długo nie będą chcieli wrócić. Dodatkowo jesień, która mogłaby przynieść pewną pozytywną zmianę, budzi lęk falą wzrostu zachorowań na koronawirusa i tym samym przedłużeniem blokady na organizację różnego rodzaju imprez – mówi Sławomir Grzelczak.

zaległości firm kwiecień 2020 raportNa razie pozytywnie zaskakuje fakt, że firmy w trudnej obecnie sytuacji mobilizują się, by nie dopuszczać do opóźnień, więcej uwagi przykładają do sprawdzania kondycji zleceniodawcy, zaczęły częściej korzystać z przedpłat i skracają terminy płatności. Niektórzy przedsiębiorcy deklarują też szybsze płatności niż wcześniej, by nie przyczyniać się do problemów dostawców. – Z badań realizowanych na zlecenie BIG InfoMonitor wśród mikro, małych i średnich firm wynika, że problem zatorów płatniczych w rozliczeniach B2B w drugim kwartale zmniejszył skalę. Na opóźnienia płatności w spływie należności skarży się 35 proc. badanych, wobec 50 proc. w zeszłym roku. Pytanie, jak długo uda się utrzymać taki stan – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

W tym roku 9 na 10 Polaków planujących urlop spędzi go w kraju. Spodziewany jest wzmożony ruch na drogach

Jak wynika z danych Polskiej Organizacji Turystycznej, aż 87 proc. Polaków, którzy planują urlop w najbliższych miesiącach, chce spędzić go w kraju, najczęściej w górach, nad morzem lub nieopodal jezior. Część osób planuje odwiedzić zagraniczne kurorty, wybierając się w trasę własnym autem. – To oznacza, że latem na drogach może być tłoczniej niż w ubiegłych latach. Jadąc na wakacje, nie możemy myśleć życzeniowo, tylko racjonalnie planować podróż – mówi Marcin Borkowski ratownik medyczny i ambasador kampanii Trzeźwo myślę.

– Zdarza się, że za wszelką cenę chcemy np. w 16 godzin dojechać do Chorwacji. W praktyce okazuje się jednak, że po drodze stanęliśmy w korku, złapaliśmy gumę, natknęliśmy się na wypadek lub remont wiaduktu i podróż wydłuża się o kilka godzin. Myśląc racjonalnie, przygotowujemy się na takie sytuacje jeszcze w domu, nie myślimy życzeniowo, planujemy podróż, przygotowujemy się na różne ewentualności, bierzemy pod uwagę odpoczynek, który dla kierowcy jest niezwykle ważny – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Borkowski, mistrz Europy w ratownictwie medycznym.

Eksperci zwracają uwagę na to, że zmęczona i niewyspana osoba stwarza na drodze takie samo zagrożenie jak osoba będąca pod wpływem alkoholu. Dlatego mniej więcej co trzy godziny każdy kierowca powinien robić postój. Pierwszy powinien trwać co najmniej kwadrans.

– Postój nie może wyglądać tak, że najadamy się w fast foodzie, krew spływa do żołądka, my stajemy się ospali i wtedy ruszamy dalej. Trzeba wysiąść z auta, zrobić przysiady na świeżym powietrzu. To nas pobudzi. Po kolejnych trzech godzinach jazdy robimy drugą piętnastominutową przerwę z ruchem, a na każdą kolejną planujemy już 30–60 minut. Wtedy zwiększa się nasza percepcja i obniża poziom zmęczenia – mówi ratownik medyczny.

Przy planowaniu każdej wyprawy autem trzeba także skontrolować jego stan techniczny. Przed ruszeniem w drogę należy sprawdzić, czy w samochodzie jest apteczka i co się w niej znajduje.

– Przed wyjazdem, niezależnie od tego, czy planujemy podróż na terenie Polski, czy wybieramy się poza granice kraju, warto dokonać przeglądu technicznego auta. Sprawdzamy też czystość, a co za tym idzie przejrzystość szyb, czy fotel jest prawidłowo ustawiony, czy działają światła stopu, awaryjne, pozycyjne i mijania – wylicza Marcin Borkowski, ambasador kampanii Trzeźwo myślę.

Weryfikujemy też zawartość apteczki.

– Warto ją wcześniej rozpakować. Cała rodzina powinna wiedzieć, gdzie są w niej bandaż, plastry, chusta trójkątna, nożyczki. To taka rodzinna praca domowa przed wakacjami. Dobrze także sprawdzić i zapisać numery alarmowe w kraju, do którego jedziemy – mówi ratownik medyczny.

W żadnym wypadku nie należy wsiadać za kierownicę po spożyciu alkoholu lub dzień po wypiciu jego znacznej ilości. To w wakacje pijani kierowcy powodują najwięcej wypadków. W ubiegłym roku było ich ponad 560, zginęły w nich 63 osoby, a 665 zostało rannych.

– Trzeźwe myślenie to przewidywanie tego, co może się wydarzyć na trasie, ale także branie odpowiedzialności za siebie i innych. W trakcie letniego wypoczynku nad wodą czy w górach to także zachowanie rozsądku w ilości spożywanego alkoholu – podkreśla Marcin Borkowski.

Ratownicy medyczni przyznają, że w miesiącach letnich mają ręce pełne roboty nie tylko na drogach. Następuje bowiem wakacyjne rozprężenie, a ludzie są skupieni na wypoczynku i zabawie, co usypia ich czujność, przez co nie zachowują należnej ostrożności. Dodatkowo liczbę urazów, wypadków i zranień zwiększa spożywanie alkoholu. Ludzie rzadko też biorą pod uwagę to, że upał, wraz z wydzielaniem potu, usuwa z organizmu wodę oraz sole mineralne, które są niezbędne do jego prawidłowego funkcjonowania. A to może doprowadzić do odwodnienia, zaburzeń pracy układu pokarmowego i krążenia.

– Trzeba stronić od mocnych, wysokoprocentowych alkoholi, a wybierać te słabsze. Ale mimo wszystko należy pamiętać, że one także zamienią się w promile we krwi, dlatego tego typu trunki powinniśmy konsumować z głową – mówi ratownik medyczny. – Jeżeli jesteśmy w towarzystwie, dobrze byłoby, gdyby ktoś pozostawał trzeźwy, obserwował resztę grupy, pilnował dzieci, przewidywał niebezpieczne sytuacje. Osoba taka może zareagować, np. zabrać kluczyki od samochodu komuś, kto po alkoholu chciałby wsiąść za kierownicę – dodaje.

Marcin Borkowski jest ambasadorem kampanii edukacyjnej Trzeźwo myślę organizowanej przez Carlsberg Polska, która promuje odpowiedzialną konsumpcję alkoholu. Akcja ma na celu uzmysłowić konsumentom, że trzeźwe, rozsądne myślenie i mocne stąpanie po ziemi jest ważne w codziennym życiu, a w szczególności w trakcie wakacyjnych podróży samochodem.

Przedsiębiorcy będą zwolnieni z podatku minimalnego

Kryzys wywołany epidemią COVID-19 bardzo mocno uderzył w branżę wynajmu nieruchomości komercyjnych. Czasowe, całkowite zamknięcie obiektów handlowych, spowodowało dramatyczne spadki sprzedaży najemców, renegocjację umów i rezygnację z wielu wynajmowanych powierzchni. Niektóre obiekty biurowe wciąż stoją puste, a pracownicy pracują zdalnie. Taka sytuacja powoduje, że właściciele tych obiektów ponoszą poważne straty.

– Pozytywnie przyjmujemy uwzględnienie naszego postulatu i wyrażamy nadzieję, że w przypadku dalszych trudności branży objętej podatkiem minimalnym, zwolnienie zostanie przedłużone. Jego istota polega na tym, że jeżeli podmiot wynajmujący powierzchnie handlowe nie płaci podatku CIT/PIT (ponosi straty), to zobowiązany jest zapłacić tzw. podatek minimalny, naliczany nie od dochodu uzyskanego z najmu nieruchomości, a od jej wartości. Dlatego tak istotne i uzasadnione jest odstąpienie, przynajmniej w 2020 r., od pobierania podatku minimalnego. Zgodnie z interpretacjami prezentowanymi przez Ministra Finansów podatek minimalny zobowiązani są płacić również właściciele hoteli, którzy także znaleźli się w trudnej sytuacji – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Zwolnienie z podatku dotyczy właścicieli: galerii handlowych, domów towarowych, biurowców, magazynów, hoteli i innych budynków wynajmowanych, dzierżawionych lub leasingowanych.

Czy niższa stawka VAT może wspomóc gospodarkę po pandemii?

Jednym z pomysłów na wspomożenie gospodarki po kryzysie koronawirusa jest obniżenie podatku VAT. Mniejszy podatek nałożony na konsumpcję oznaczałby niższe ceny produktów i usług, bez straty przedsiębiorców i firm. Takie rozwiązanie na pewno zasługuje na uwagę – jednak eksperci podatkowi wskazują, że bez równoległych zmian w całym systemie podatkowym obniżka VATu może dotknąć niektóre grupy społeczne. Podatek VAT jest bowiem skorelowany z podatkiem dochodowym PIT i CIT. Obniżka podatku od konsumpcji mogłaby sprawić, że osoby zarabiające najmniej koniec końców zapłaciłyby w podatkach więcej. Dlatego eksperci radzą, by obniżkę VATu gruntownie przemyśleć i wykorzystać tę okazję do reformy całego systemu podatkowego – zamiast wprowadzać nagłe, punktowe zmiany. 

– Temat podatku VAT warto rozważać równolegle ze zmianami w podatku PIT. Jeżeli stwierdzilibyśmy, że warto uprościć system VATowski – na przykład polegać na jednolitej, powszechnej stawce, rezygnując z preferencji na część towarów – musimy pomyśleć o osłonach dla osób najmniej zarabiających, którym efektywnie podatek by wzrósł – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jestem zwolennikiem tego, by odrobinę odczekać. Zastanowić się, jak wygląda gospodarka po pandemii – po czym zaproponować całościowy system nowych podatków. Warto przemyśleć również, co zrobić z innymi obciążeniami pracy – czyli ze składkami na ubezpieczenie społeczne. Podnoszenie się po pandemii sprzyjałoby nowemu podejściu do całego systemu podatkowego. Zazwyczaj myślimy o zmianach w systemie podatkowym, gdy jesteśmy pod jakąś presją – budżet potrzebuje dodatkowych środków lub istnieje konieczność zapewnienia ulgi określonej grupie podatników. Zazwyczaj jest to działanie “na łapu capu”. W tej chwili ewidentnie mamy okazję, żeby ten system w całości przemyśleć na nowo – zaleca Soroczyński.

Ameryka stała się dla Polski najważniejszym sojusznikiem i gwarantem bezpieczeństwa. Według ekspertów można już mówić o uzależnieniu

Cztery dni przed wyborami w Polsce prezydent Andrzej Duda spotka się w Białym Domu z Donaldem Trumpem i będzie to pierwsza wizyta zagranicznej głowy państwa w USA od początku globalnej pandemii koronawirusa. Rozmowy mają dotyczyć głównie rozwoju współpracy obronnej Polski i Stanów Zjednoczonych, a także handlu, energetyki i bezpieczeństwa telekomunikacyjnego. – Uczyniliśmy Amerykę głównym gwarantem naszego bezpieczeństwa – mówi dr hab. Bohdan Szklarski, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, amerykanista z Ośrodka Studiów Amerykańskich.

– Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie jest rozważana na różnych poziomach: gospodarczym, dyplomatycznym, ale również pod kątem tego, czy nie jest aby symptomem narastającego uzależnienia Polski od Stanów Zjednoczonych jako gwaranta naszego bezpieczeństwa. Jednoznacznie tak jest, że kiedy Polska mówi NATO, myśli Stany Zjednoczone, kiedy mówi stosunki transatlantyckie, myśli stosunki polsko-amerykańskie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Bohdan Szklarski.

Według eksperta zarówno obecna ekipa rządząca, jak i poprzednie rządy przez lata traktowały Stany Zjednoczone jako kluczowego sojusznika i gwaranta polskiego bezpieczeństwa. Stąd dążenie do maksymalnego zwiększenia liczby amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce.

– W myśl założenia, że gdyby miał zginąć choć jeden z nich, to cała Ameryka rzuci się na agresora, który zabił amerykańskiego żołnierza. Obyśmy tego nigdy nie musieli sprawdzać, bo wydaje się to wydumane założenie. Teoretycznie słuszne, ale w praktyce jest wiele różnorodnych wariantów takiej sytuacji – mówi .

W Polsce stacjonuje w tej chwili około 4,5 tys. amerykańskich żołnierzy – większość w zachodniej części kraju, ale część z nich przebywa nad Wisłą pod flagą NATO, w ramach struktur międzynarodowych. Ich obecność nie jest stała, ale rotacyjna. Zgodnie z deklaracją, którą w czerwcu ubiegłego roku podpisali prezydent Andrzej Duda i Donald Trump, ich liczba ma się zwiększyć o dodatkowy ok. 1 tys. w ramach umocnienia wschodniej flanki Sojuszu i zapewnienia w Polsce dodatkowych zdolności obrony i odstraszania. Równolegle do Stanów Zjednoczonych płynie strumień pieniędzy, które MON wydaje na zakupy uzbrojenia.

– Ta wizyta utwierdza przekonania analityków – nie tylko w Polsce, tych bardziej krytycznie nastawionych do tak silnego uzależnienia naszego bezpieczeństwa od deklaracji i spodziewanych działań amerykańskich. Obie strony – opozycyjna i rządowa – prowadzą w tej chwili dość podobną politykę. Sami zapędziliśmy się w ten kozi róg i uczyniliśmy Amerykę kluczowym, najważniejszym sojusznikiem i dostarczycielem gwarancji bezpieczeństwa dla naszych obywateli – mówi amerykanista z UW.

Jak podkreśla, na forum unijnym i europejskim głos Polski wielokrotnie był bliższy Waszyngtonowi niż Brukseli, przez co nasz kraj był nazywany „koniem trojańskim Ameryki”. Poluzowanie tej polityki i ścisłego powiązania z USA, o ile miałoby nastąpić, musiałoby przebiegać stopniowo, aby nie podważyć polskiego bezpieczeństwa.

– Czy to jest już uzależnienie, czy jeszcze sytuacja w jakiś sposób kontrolowana w Warszawie? Niestety skłaniam się do tezy o uzależnieniu. Dlatego też Donald Trump tak chętnie wspiera prezydenta Dudę i PiS jako ekipę rządzącą. Ta wizyta tylko potwierdza szalenie uprzywilejowaną sytuację Stanów Zjednoczonych w relacjach z Polską – mówi dr hab. Bohdan Szklarski. – Łagodzenie tej perspektywy musi mieć charakter stopniowy, inaczej wytworzy się poczucie radykalnego obniżenia bezpieczeństwa Polski. Szczególnie w kontekście tego, co Rosja – nasz jedyny przeciwnik na arenie międzynarodowej – robi na Bałtyku i w okolicach naszych granic.

3 mld zł dotacji unijnych dla średnich firm zmagających się z koronawirusem. Do końca lipca mogą się starać o dofinansowanie na kapitał obrotowy

W ramach łagodzenia gospodarczych skutków pandemii SARS-CoV-2 do końca lipca br. przedsiębiorstwa mogą ubiegać się o unijne dotacje na kapitał obrotowy. Aby otrzymać wsparcie, firma musi spełnić tylko dwa warunki: odnotować przynajmniej 30-proc. spadek obrotów wskutek pandemii oraz mieścić się w definicji średniego przedsiębiorstwa. Kwota dotacji jest uzależniona od skali zatrudnienia, a firma może przeznaczyć ją na zaspokojenie bieżących potrzeb maksymalnie przez okres trzech miesięcy. Na wsparcie przedsiębiorców Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej przeznaczy w sumie 3 mld zł z unijnych funduszy, z czego 2,5 mld zł trafi do średnich firm za pośrednictwem PARP.

Unijne dotacje są wykorzystywane także do walki z koronawirusem. Są to m.in. środki, które mamy do dyspozycji w ramach polityki spójności i które Komisja Europejska pozwoliła przeznaczyć na działania antycovidowe dla przedsiębiorców i sektora ochrony zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. – Trzeba też pamiętać o programie odbudowy zaproponowanym przez KE – to kolejne co najmniej 64 mld euro, które mają trafić do Polski na łagodzenie skutków pandemii i odbudowę gospodarki po kryzysie. Są to środki, które będziemy mogli wykorzystać właśnie na cele związane z przedsiębiorczością i inwestycjami w gospodarkę tak, aby mogła wrócić na właściwe tory po pandemii.

Jednym z elementów rządowej tarczy antykryzysowej, finansowanym ze środków unijnych, są dotacje na kapitał obrotowy. Łączny budżet tego programu przeznaczony na wsparcie przedsiębiorców to 3 mld zł (w ramach unijnych programów operacyjnych). Dotacje na kapitał obrotowy mają wesprzeć i pomóc utrzymać działalność firmom z sektora MŚP, które wskutek pandemii koronawirusa znalazły się w trudnej sytuacji, a ich obroty spadły o co najmniej 30 proc. w dowolnym miesiącu po 1 lutego br. w porównaniu do poprzedniego miesiąca lub analogicznego miesiąca rok wcześniej. Środki w wysokości 500 mln zł mają wesprzeć bieżącą działalność mikro- i małych przedsiębiorców – za ich dystrybucję w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych będą odpowiadali marszałkowie województw. Pozostałe 2,5 mld zł z programów Inteligentny Rozwój i Polska Wschodnia ma trafić do przedsiębiorstw średniej wielkości za pośrednictwem Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Przykładowo, jeżeli w kwietniu obroty firmy spadły o 1/3 wobec marca 2020 bądź kwietnia 2019 roku, kwalifikuje się ona do wsparcia właśnie w ramach tego programu – tłumaczy Mikołaj Różycki, wiceprezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

O wsparcie w PARP mogą wnioskować średnie przedsiębiorstwa, które mają siedzibę lub oddział na terenie Polski, zatrudniają mniej niż 250 pracowników, a ich roczny obrót nie przekracza 50 mln euro (lub roczna suma bilansowa nie przekracza 43 mln euro).

Program wystartował 15 czerwca i pierwszych pięć dni jego działania pokazało duże zainteresowanie. Do 22 czerwca wpłynęło do nas około 3 tys. wniosków od średnich firm. Udało się nam, przy bardzo dużym wysiłku pracowników, którzy wielokrotnie pracowali nad tym po godzinach i wieczorami, ocenić prawie tysiąc tych wniosków. Dzięki temu do 22 czerwca już 847 firm zostało objętych pomocą – mówi Mikołaj Różycki.

– Skorzystaliśmy z dotacji na kapitał obrotowy i wniosek został rozpatrzony pozytywnie – mówi Marek Bala, właściciel firmy Kratki.pl i jeden z beneficjentów programu. – Procedura była bardzo prosta. Dotacja na kapitał obrotowy pozwoli nam przekazać te środki na opłaty bieżące i kolejne inwestycje. To dla nas naprawdę duże wsparcie w tym ciężkim okresie, który nie wiadomo, jak długo potrwa. Bez tego byłoby nam dużo trudniej utrzymać miejsca pracy i się rozwijać.

Dotację na kapitał obrotowy firma może przeznaczyć na pokrycie swoich kosztów funkcjonowania i związanych z finansowaniem kapitału obrotowego, jak np. opłacenie mediów, najem powierzchni, zakup towarów czy ubezpieczenie działalności. Jej wysokość jest uzależniona od skali zatrudnienia w przedsiębiorstwie. Zastrzyk środków ma pomóc firmie maksymalnie przez okres trzech miesięcy.

Program ma funkcjonować do 31 lipca tego roku. Do tego czasu można aplikować o wsparcie. Apelujemy, żeby pilnować tego terminu, który na dziś jest graniczną datą. Z kolei obowiązkiem PARP-u będzie podpisać i przekazać te środki do końca tego roku – mówi wiceprezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Jak podkreśla, wniosek o dotację na kapitał obrotowy jest bardzo uproszczony, opiera się na oświadczeniach i zajmuje raptem dwie strony w generatorze elektronicznym. Jest to proste i szybkie narzędzie i jeśli przedsiębiorca ma przygotowane odpowiednie dane, wypełnienie go trwa około 40 minut. W przypadku wątpliwości lub problemów może skorzystać z udostępnionej na stronie PARP instrukcji wypełniania wniosku.

Wypłacamy 100 proc. środków, co jest dość niespotykane w instrumentach publicznych. Z reguły funkcjonujemy w modelu małej zaliczki albo refundacji, czyli wykładam swoje, rozliczam się i dostaję dotację. W tym przypadku firma otrzymuje z góry 100 proc. środków. Te pieniądze mają wpłynąć na konto, żeby firma mogła szybko zareagować na bieżące okoliczności i płacić swoje zobowiązania – tłumaczy Mikołaj Różycki.

Szanse i wyzwania sektora IT. Przed jakimi możliwościami stoi sektor technologiczny w czasach pandemii?

Pandemia SARS-CoV-2 okazała się szokiem nie tylko dla służby zdrowia, ale również całej gospodarki. Jednym z jej długofalowych efektów będzie nasilenie procesu informatyzacji w różnych dziedzinach życia społecznego i biznesu. Ta sytuacja stwarza ogromne możliwości dla sektora IT, a także wyzwania dla firm, które chcą zadbać o konkurencyjność w nowym, cyfrowym środowisku ekonomicznym.

W internecie krąży mem w postaci pytania testowego z trzema wariantami odpowiedzi. Pytanie brzmi: Kto przeprowadził cyfrową transformację twojej firmy? Opcje wyboru są następujące:

a) CEO
b) CTO
c) COVID-19

Trudno o bardziej trafne i zwięzłe podsumowanie sytuacji, w jakiej znalazł się obecnie biznes.

Mem jest w języku angielskim, ale płynące z niego wnioski dotyczą przedsiębiorstw na całym świecie – w nie mniejszym stopniu w Polsce niż USA. Pandemia sprawiła, że globalna gospodarka znalazła się w punkcie zwrotnym. Nowy kierunek rozwoju jest ściśle związany z informatyzacją, a przyszłość firm zależy obecnie od ich umiejętności przejścia przez cyfrową transformację. To sytuacja, która stwarza gigantyczne szanse dla branży IT – ale również wyzwania związane z tempem i sprawnością wdrażania rozwiązań opartych na nowych technologiach.

Pandemia przyspiesza cyfryzację

Od początku pandemii pojęcie cyfrowej transformacji odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Jednak zagadnienie nie jest przecież nowe. Z badania firmy Tech Pro Research wynika, że już w 2018 r. 70 proc. firm opracowywało lub wdrażało strategię digitalizacji. Z poprawką na fakt, że priorytet przypisany tym działaniom nie zawsze był wysoki.

To poniekąd naturalne. W biznesie – jak w życiu – górę zwykle biorą bieżące potrzeby. Implementacja nowych rozwiązań wymaga środków i czasu, więc „chętnie” odkładana jest na później. Do tego dochodzi inercja, spowodowana siłą przyzwyczajenia i przywiązaniem do procedur, a w efekcie niechęć do wprowadzania zmian, które wymagają reorganizacji pracy.

Jednak usprawnienia można odkładać tylko do momentu, gdy nie da się bez nich funkcjonować. Na przykład współpracować w trybie zdalnym, przetwarzać dokumenty elektroniczne czy efektywnie obsługiwać klientów online. Nagły zwrot akcji spowodowany epidemią koronawirusa pokazał, że firmy, które opierały się zmianom, stąpały kruchym lodzie. Jednocześnie przedsiębiorstwa, które wyszły z tej próby zwycięsko, uświadomiły sobie, jak bardzo korzystanie z cyfrowych narzędzi ułatwia pracę, zmniejsza koszty i uwalnia biznesowy potencjał, często zablokowany przez niechęć do innowacji.

Te branże cyfryzują się najszybciej

Wiele branż, które prowadziły znaczną część swojej działalności offline, zostało zmuszonych do przejścia częściowo bądź całkowicie do sieci. Takim przykładem jest sektor edukacyjny czy kulturalny – zarówno w części publicznej, jak i prywatnej. W trybie przyspieszonym przewagę konkurencyjną zyskały firmy, które najlepiej odnalazły się w cyfrowym środowisku i potrafią sprawnie świadczyć w nim usługi. Lista branż i dziedzin, objętych przyspieszoną cyfrową transformacją, jest długa, ale kilka z nich zwraca szczególną uwagę.

1. E-commerce wygrywa na pandemii

Handel online to jeden z największych wygranych czasu pandemii. Domowa izolacja, zamknięcie galerii handlowych oraz obawy klientów przed kontaktem bezpośrednim dodały branży wiatru w żagle. Przykładowo e-sklepy działające na platformie Shoper odnotowały w kwietniu obroty wyższe o 122 proc. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Pandemia wymusiła zmianę nawyków zakupowych, które długo będą procentować dla e-commerce. Tym bardziej że kanał online stanowi tańszą i wygodniejszą opcję dla klientów. Nie oznacza to jednak bonanzy dla wszystkich firm. Zyskają przede wszystkim te, które wykorzystają przewagę technologiczną do sprawniejszej realizacji zamówień, obsługi klienta i promocji w internecie. To rola dla branży IT, oferującej liczne narzędzia wspierające e-handel.

2. Telepraca: wygoda pracownika, oszczędność pracodawcy

Epidemia zmusiła większość firm do przejścia w tryb pracy zdalnej. Wiele przedsiębiorstw nie było przygotowanych do tej sytuacji. Wdrożenie telepracy i zarządzanie rozproszonym zespołem wymaga zarówno zmian organizacyjnych, jak i umiejętności z zakresu posługiwania się narzędziami cyfrowymi. Obecna sytuacja nie pozostawia jednak wyboru. Firmy już na stałe muszą być przygotowane do działania w trybie online. Ta konieczność przekłada się na wzrost popularności narzędzi cyfrowych umożliwiających zdalną komunikację i współpracę, takich jak programy do wideokonferencji, wirtualnych spotkań, organizacji pracy przez internet, technologie chmurowe czy usługi streamingowe.

3. Zdalna edukacja, kultura i rekreacja

Do sieci przeniosła się również edukacja. Nawet w większym stopniu niż handel – w końcu przekazywanie wiedzy nie wymaga kontaktu w przestrzeni fizycznej. Według danych UNESCO w kwietniu w trybie distance learning naukę pobierało 1,57 miliarda uczniów i studentów ze 191 krajów. Przeprowadzka do sieci dotyczy nie tylko szkół państwowych i prywatnych, ale również rozmaitych zajęć odbywających się dotychczas w przestrzeni fizycznej, takich jak kursy językowe czy szkolenia zawodowe. W cyberprzestrzeni świetnie odnalazła się również kultura i rozrywka, a nawet branża fitness. Okazało się, że ekran nie stanowi przeszkody, a nawet jest wygodnym pośrednikiem w serwowaniu treści edukacyjnych czy instruktażowych.

4. Płatności online coraz bardziej niezbędne

Przeprowadzka biznesu do sieci w oczywisty sposób wymusza wdrożenie płatności online. Integracja e-sklepu z systemem umożliwiającym szybkie opłacenie zakupu zwyczajnie ułatwia klientowi życie – a brak takiego narzędzia może go zniechęcić. Nic dziwnego, że firmy oferujące aplikacje do obsługi płatności mają ręce pełne roboty. Jak podaje serwis Thinknum.com, Paypal w tym roku podwoił liczbę ofert pracy. Gigant rozwija m.in. swój zespół analityczny, zajmujący się badaniem zmian w zachowaniach konsumenckich.

5. Telemedycyna otrzymała silny impuls rozwojowy

Medycyna również musiała przejść w tryb zdalny. To oczywiste, w czasie epidemii fizyczne wizyty u lekarza stwarzają zagrożenie – zarówno dla lekarzy, jak i pacjentów. Choć perspektywy telemedycyny rysują się świetnie od dłuższego czasu, to jednak dopiero pandemia COVID-19 dostarczyła jej potężnego impulsu rozwojowego. „Telezdrowie” to jeden z aspektów szerszego trendu związanego z cyfryzacją lecznictwa, który wymaga ścisłej współpracy sektora medycznego z branżą IT.

Chcesz być konkurencyjny? Zadbaj o know-how

Procesy cyfryzacji nasilone w związku z pandemią COVID-19 dotkną znacznie więcej branż i obszarów naszego życia. W niektórych przypadkach wpływ będzie bezpośredni, w innych mniej ewidentny, związany z udoskonalaniem już istniejących rozwiązań, np. z zakresu automatyzacji, uczenia maszynowego czy sztucznej inteligencji.

Dynamika zmian zależy od konkurencyjności firm i ich zdolności mierzenia się z procesami cyfrowej transformacji. Ta z kolei zależy nie tylko od modelu biznesowego czy dostępnej infrastruktury, ale również kompetencji ich personelu. Przedsiębiorstwa, które chcą radzić sobie z wyzwaniami globalnego rynku usług cyfrowych i dostarczać skutecznych, atrakcyjnych dla klientów rozwiązań, muszą zadbać o know-how i umiejętności swoich pracowników.

Kursy programowania i podnoszenie cyfrowych kompetencji

Nie musi się to wiązać z potrzebą przeprowadzenia kosztownych procesów rekrutacyjnych. W wielu przypadkach odpowiedzią na te wyzwania jest reskilling i upskilling – zmiana lub zwiększenie kwalifikacji obecnych kadr. W czasach powszechnej cyfryzacji oznacza to m.in. konieczność nabycia kompetencji programistycznych, analitycznych czy managerskich – w zakresie zarządzania projektami cyfrowymi.

Tego typu wiedzy nie zdobywa się z dnia na dzień, ale można ją pozyskać w ramach specjalistycznych szkoleń, organizowanych przez doświadczone firmy. Na rynku dostępne są kursy programowania, kursy analizy danych, kursy testowania czy zarządzania projektami. Zapewniają one zestaw umiejętności o kluczowym znaczeniu dla biznesu próbującego zachować konkurencyjność w warunkach cyfrowej transformacji.

Wartość cyfrowej gospodarki: 11,5 biliona dolarów

Tego typu oferta jest atrakcyjna nie tylko dla indywidualnych osób, próbujących zwiększyć swoją szansę na znalezienie lepszej pracy. To przede wszystkim świetne rozwiązanie dla firm, które dzięki rozwijaniu kwalifikacji całych zespołów mogą wejść na wyższy poziom rozwoju.

Możliwości, jakie stwarza przyspieszona przez pandemię cyfryzacja dla dynamicznych, innowacyjnych przedsiębiorstw są kolosalne. Jak wyliczyli eksperci z Oxford Economics i Huawei, wartość cyfrowej gospodarki wynosi 11,5 biliona dolarów. Gra wydaje się więc warta świeczki – a inwestycje w rozwój kompetencji cyfrowych nie mogą być chybione.

Kosmos dla turystów coraz bliżej. Dzięki umowie NASA z Virgin Galactic już wkrótce mogą wystartować loty komercyjne

To może być przełomowy rok dla komercyjnych lotów w kosmos. Największe firmy już od kilku lat zapowiadały start kosmicznej turystyki i wszystko wskazuje na to, że już wkrótce pierwsi turyści obejrzą Ziemię z kosmosu. Amerykańska firma Virgin Galactic podpisała umowę z NASA, a jej efektem mogą być właśnie prywatne loty do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Firma ma trenować kosmonautów amatorów, którzy będą chcieli wziąć udział w komercyjnych lotach. – Chcemy przybliżyć perspektywę planetarną wielu tysiącom ludzi – zapowiada George Whitesides, dyrektor generalny Virgin Galactic.

– Cieszymy się na możliwość współpracy z NASA w prywatnym programie lotów orbitalnych, który nie tylko pozwoli nam korzystać z naszej platformy lotów kosmicznych, lecz także umożliwi podzielenie się z NASA i innymi agencjami naszą infrastrukturą do szkolenia kosmonautów – wskazuje George Whitesides, dyrektor generalny Virgin Galactic.

Już od lat największe firmy na świecie pracowały nad turystyką kosmiczną. Po pierwszych podbojach w kosmosie wydawało się, że komercyjne loty poza ziemską atmosferę to kwestia najbliższych lat. Kiedy w 2001 roku Dennis Tito wykupił podróż na Międzynarodową Stację Kosmiczną za pośrednictwem amerykańskiej firmy Space Adventures, wszystko wskazywało na to, że niebawem każdy chętny turysta będzie mógł podziwiać Ziemię z kosmosu. Do tej pory jednak zorganizowano jedynie kilka komercyjnych lotów w kosmos za pośrednictwem rosyjskiego statku kosmicznego Sojuz. Każdy z lotów kosztował  minimum 20 mln dol.

Rosyjski program lotów komercyjnych został jednak wstrzymany w 2010 roku i do tej pory turystyka kosmiczna w zasadzie nie istniała. W 2019 roku NASA zapowiedziała pierwsze prywatne loty kosmiczne za pośrednictwem statków kosmicznych SpaceX i Boeinga. Jeden dzień pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ma kosztować 35 tys. dol., nie wliczając w to kosztów przelotu w obie strony.

O tym, że komercyjne loty w kosmos to kwestia najbliższych miesięcy, przekonała udana próba wystrzelenia statku Crew Dragon w maju 2020 roku, dzięki czemu SpaceX dostarczyła dwóch astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Teraz umowę z NASA na prywatne loty w kosmos podpisała także firma Virgin Galactic.

Umowa między Virgin Galactic i NASA może być milowym krokiem w turystyce kosmicznej, choć w ostatnich latach nie brakowało eksperymentalnych lotów. Pojazd suborbitalny New Shepard firmy Blue Origin odbył już kilkanaście lotów. Do tej pory z lotów testowych skorzystało ok. 100 osób. Rocket Lab jest kolejną prywatną firmą, która oferuje pionierskie misje dedykowane dla małych satelitów za pośrednictwem rakiety elektronowej.

Firma Virgin Galactic opracowała program Future Astronaut Readiness. Jej doświadczenie w przestrzeni kosmicznej może odegrać ważną rolę w szkoleniu do podróży orbitalnych, przede wszystkim umożliwiając pasażerom zapoznanie się z przeciążeniami podczas lotów kosmicznych. To wszystko sprawia, że już wkrótce komercyjne loty w kosmos staną się znacznie częstsze.

– Podjęliśmy do tej pory niezrównaną liczbę zobowiązań w zakresie komercyjnych lotów kosmicznych. Na podstawie tych doświadczeń możemy podzielić się naszą wiedzą w rozwoju kolejnego segmentu nowego przemysłu kosmicznego. Chcemy przybliżyć perspektywę planetarną wielu tysiącom ludzi – podkreśla George Whitesides.

Pandemia koronawirusa przyspieszy rozwój technologii telemedycznych. Roboty przejmują część zadań lekarzy i pielęgniarek [DEPESZA]

Pandemiczne restrykcje wymusiły na służbie zdrowia wdrożenie nowych procedur postępowania z pacjentami, aby ograniczyć ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa. Do powszechnego użytku weszły rozwiązania z pogranicza robotyki i telemedycyny, które umożliwiają prowadzenie zdalnej opieki nad pacjentami oraz przeprowadzanie dezynfekcji pomieszczeń szpitalnych bez konieczności narażania się na kontakt z koronawirusem.

– Pandemia SARS-CoV-2 wywarła ogromny wpływ na przemysł opieki zdrowotnej, przytłaczając szpitale, przeciążając zasoby medyczne oraz zmuszając pracowników służby zdrowia i pacjentów do ograniczenia fizycznej interakcji z innymi ludźmi – wskazuje Thuc Vu, dyrektor generalny OhmniLabs.

– W czasach pandemii wielu pacjentów jest w ścisłej izolacji, a pielęgniarki potrzebują pełnego zestawu środków ochrony osobistej tylko w celu przeprowadzenia wizyt w pokoju – dodaje dr Jonathan Wirjo, dyrektor medyczny i partner zarządzający Focus Mental Health Solutions.

Narodowy Fundusz Zdrowia już na początku pandemii koronawirusa w Polsce wydał zalecenie o korzystaniu z narzędzi telemedycznych w celu ograniczenia ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa. W komunikacie z 12 marca 2020 roku wskazano, aby część świadczeń ambulatoryjnych wykonywać za pośrednictwem nowych technologii komunikacyjnych. Decyzja ta dała podstawy do wdrożenia opieki telemedycznej na szerszą skalę. Jednak nie wszystkim pacjentom można udzielić porady zdalnie. Inteligentne roboty przejęły część prac wykonywanych dotychczas przez personel medyczny, ograniczając ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa wśród pacjentów oraz lekarzy.

– W OhmniLabs uważamy, że roboty z funkcją teleobecności są idealnym sposobem na przezwyciężenie problemów związanych z barierami geograficznymi, niepełnosprawnością fizyczną i chorobami. Teraz bardziej niż kiedykolwiek staramy się dostarczać takie roboty, które spełniają wymagania pracowników służby zdrowia w tych trudnych czasach – mówi Thuc Vu.

Roboty w trakcie pandemii mogą zastąpić tych pracowników służby zdrowia, którzy mają bezpośredni kontakt z osobami chorymi. Dobrym przykładem takiego rozwiązania jest humanoidalny robot Ginger od CloudMinds, który wyręczy w pracy personel pielęgniarski. Maszynę przystosowano do monitorowania podstawowych czynności życiowych pacjentów oraz zdalnego dostarczania leków.

W rozwój zautomatyzowanych systemów komunikacji interpersonalnej zainwestowała również firma OhmniLabs. Robot teleprezencyjny Ohmni wyposażono w system dwustronnej komunikacji, który pozwala wykonywać bezpieczny obchód medyczny bez konieczności bezpośredniego wizytowania pacjentów. Zdalnie sterowana maszyna może swobodnie przemieszczać się po szpitalnych korytarzach, a kamera o wysokiej rozdzielczości ułatwia monitorowanie wskazań przyrządów medycznych oraz kondycji psychofizycznej pacjenta.

– Robot Ohmni minimalizuje obciążenie pracą personelu medycznego, zmniejsza zależność od ograniczonych zasobów i pozwala nam znacznie zmniejszyć ryzyko narażenia pacjentów i pracowników służby zdrowia – przekonuje dr Jonathan Wirjo.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 14 proc. w skali roku.

Cyberprzestępcy wykorzystują hasło „Black Lives Matter” do ataków phishingowych na całym świecie

Cyberprzestępcy często wykorzystują wydarzenia o globalnym zasięgu, aby przeprowadzać nowe ataki phishingowe. Cały świat przekonał się o tym podczas pandemii Covid-19, przekonuje się o tym także teraz, kiedy hakerzy wykorzystują hasło „Black Lives Matter” w kolejnej kampanii wymierzonej w użytkowników internetu na całym świecie.

10 czerwca 2020 roku analitycy z FortiGuard Labs firmy Fortinet wykryli globalną kampanię spamową, skierowaną do osób zainteresowanych ostatnimi wydarzeniami związanymi z hasłem „Black Lives Matter”. W ramach tej kampanii na skrzynki mailowe użytkowników trafiają wiadomości e-mail z załączonym złośliwym dokumentem Microsoft Word. Treść maila jest napisana po angielsku w widocznym pośpiechu, bowiem zawiera liczne błędy gramatyczne. Złośliwe wiadomości mają różne tematy i nazwy nadawców, aby obejść filtry antyspamowe, albo po prostu stworzyć zamieszanie. Przykład różnorodności tematów i nadawców jest pokazany poniżej:black lifes matter

Załącznik jest standardowym dokumentem programu Microsoft Word zachęcającym użytkownika do włączenia makr, które są chronione hasłem, jak to ma miejsce w przypadku wielu złośliwych dokumentów. – Należy pamiętać o tym, aby w przypadku otrzymania podejrzanie wyglądającej wiadomości z załącznikiem pakietu Office, nigdy nie włączać makr – przypomina Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.

Analitycy z FortiGuard Labs badając domeny i infrastrukturę wykorzystywaną przez cyberprzestępców, odkryli, że wszystkie one znajdują się na terenie Republiki Czeskiej (CD-Telematika a.s.). Głównymi celami cyberprzestępców były Stany Zjednoczone i Kanada, ale złośliwe maile trafiały także, w zależności od wariantu kampanii, do internautów na całym świecie, również w Polsce[1].

Specjaliści Fortinet przypominają, że w czasie wydarzeń o globalnym zasięgu należy być ostrożnym wobec wszystkich podejrzanych maili odwołujących się do tych tematów. Najrozsądniej jest w ogóle nie otwierać maili od nieznanych nadawców, a już na pewno nie wolno klikać w przesyłane za ich pomocą linki ani nie otwierać załączników.

[1]https://www.fortinet.com/blog/threat-research/global-malicious-spam-campaign-using-black-lives-matter-as-a-lure/_jcr_content/root/responsivegrid/image_920486497.img.png/1592239049385/picture9.png

https://www.fortinet.com/blog/threat-research/global-malicious-spam-campaign-using-black-lives-matter-as-a-lure/_jcr_content/root/responsivegrid/image_1903809454.img.png/1592238984422/picture8.png

https://www.fortinet.com/blog/threat-research/global-malicious-spam-campaign-using-black-lives-matter-as-a-lure/_jcr_content/root/responsivegrid/image_1626992610.img.png/1592239093490/picture11.png

Poprawa koniunktury w Europie, słabsze dane z Polski

Indeksy koniunktury zaczynają pokazywać coraz lepsze dane. Jak widać optymizm rośnie znacznie szybciej niż sądzili analitycy. Jeżeli tempo się utrzyma zamiast poważnego kryzysu możemy mieć zaledwie spowolnienie w tym roku.

Indeksy PMI

Dzisiaj od rana opublikowano wyniki indeksów PMI zarówno dla usług jak i dla przemysłu. Są to dane wstępne za czerwiec. Okazały się one jednak znacznie lepsze od oczekiwań w przypadku Unii Europejskiej. Najpierw Francja niespodziewanie pokazała wyniki powyżej 50 punktów (to poziom oddzielający teoretycznie recesję od rozwoju). Niemcy również wypadły powyżej oczekiwań, ale nie tak dobrze jak Francuzi. W rezultacie łączny wynik powyżej oczekiwań dla całej strefy euro pozostał już tylko formalnością. Reakcją na te dane było umocnienie się euro względem dolara.

Słabsze dane z Polski

Po wczorajszych dobrych danych o sprzedaży detalicznej wielu obserwatorów spodziewało się równie dobrych danych z rynku nieruchomości. Te jednak wbrew oczekiwaniom spadku o 1,6% pokazały aż 5,1% spadku w skali roku. Co ciekawe, inwestorzy w przypadku złotego za ważniejsze uznali dobre dane z Unii Europejskiej niż słabe z budowlanki polskiej. W rezultacie złotówka od rana delikatnie zyskuje na wartości.

Dobre dane z Wielkiej Brytanii

Również opuszczający Unię Europejską Brytyjczycy pokazali dzisiaj bardzo dobre wyniki indeksów PMI. Optymizm na Wyspach był wyraźnie powyżej oczekiwań. Co ciekawe, przemysł pokazał odczyt delikatnie powyżej progu 50 pkt (które oddzielają rozwój od recesji). Inwestorzy zignorowali jednak te dane i funt od rana traci zarówno względem euro jak i złotego.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Pomoc antykryzysową dla firm trzeba zwolnić z podatku – apel Pracodawców RP

Jedne instrumenty pomocowe są objęte podatkiem, inne nie, a nie ma żadnego powodu, by stosować wobec nich różne standardy – wynika z analizy Pracodawców RP. Dlatego należy zwolnić wszystkie instrumenty z podatku i skończyć z sytuacją, w której państwo wypłaca pieniądze z jednej kieszeni, a potem zabiera jako podatek do drugiej. 

W walce z gospodarczymi skutkami pandemii uchwalono już cztery Tarcze Antykryzysowe oraz Tarczę Finansową. Ich generalnym celem jest  przeciwdziałanie głębokiej recesji gospodarczej oraz likwidacji miejsc pracy. „Okazuje się jednak, że zależnie od tego, w jakiej tarczy znalazł się dany instrument pomocowy, jest lub nie jest on obłożony podatkiem” – mówi Łukasz Czucharski, ekspert podatkowy Pracodawców RP.

I tak ustawowe zwolnienie z podatku dochodowego obejmuje przede wszystkim umorzenie mikropożyczki wraz z odsetkami (art. 15 zzd ust. 10 specustawy COVID-19), świadczenia postojowe (art. 52m pkt 1 ustawy o PIT) czy zwolnienie z obowiązku płacenia składek (art. 31zo specustawy COVID-19).

Zgodnie z przekazaną do Senatu Tarczą Antykryzysową 4.0 również dopłaty do oprocentowania kredytów bankowych nie stanowią  przychodu w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych.

Wsparcie a podatek dochodowy

Inaczej jednak wygląda kwestia wsparcia otrzymywanego w ramach Tarczy Finansowej, określanego jako subwencja finansowa. Subwencja ta co do zasady podlega zwrotowi, jednakże w określonych przypadkach może zostać umorzona nawet do wysokości 75 proc. Na stronach rządowych wskazuje się, że dla celów podatku dochodowego pomoc finansowa z PFR traktowana jest jak pożyczka. Przedsiębiorcy po otrzymaniu środków z Tarczy Finansowej nie zaliczają ich więc do przychodów podatkowych. „W obecnym stanie prawnym do przychodów zalicza się jednak wartość umorzonych zobowiązań, w tym z tytułu uzyskanego finansowania. Zatem umorzenie kwoty subwencji stanowić będzie przysporzenie dla przedsiębiorcy, co paradoksalnie, biorąc pod uwagę przeznaczenie przyznawanych środków, będzie się wiązać z powstaniem zobowiązania podatkowego i koniecznością zapłaty podatku z tego tytułu” – tłumaczy Łukasz Czucharski. „Podatek zmniejszy więc wydatnie faktyczną wartość pomocy, jaką dana firma otrzyma i może zniweczyć jej efekty” – dodaje.

Jego zdaniem biorąc pod uwagę cel działań osłonowych i potrzebę wsparcia przedsiębiorców w dobie kryzysu, zwolnienie z podatku powinno zostać wprowadzone jako ogólna zasada w odniesieniu do wszystkich instrumentów mających zapobiegać skutkom COVID-19. Trudno bowiem znaleźć uzasadnienie dla opodatkowywania środków wypłacanych w związku epidemią, których przeznaczeniem jest utrzymanie miejsc pracy i zapobieganie fali upadłości.

„Pracodawcy RP apelują więc do rządu o ujęcie wprost w ustawie zwolnienia z opodatkowania wszystkich środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku z przeciwdziałaniem skutkom pandemii COVID-19. Takie działanie wpłynie pozytywnie przede wszystkim na płynność finansową przedsiębiorstw, co jest kwestią fundamentalną w dobie kryzysu” – mówi Łukasz Czucharski.

Niezbędne w ocenie Pracodawców RP jest również wydanie przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej przepisów prawa podatkowego w zakresie opodatkowania środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku ze skutkami COVID-19 w celu jednoznacznego rozwiania wszelkich wątpliwości dot. rozliczeń z administracją skarbową. Pozwoli to uniknąć ewentualnych sporów z administracją w przyszłości i zapewni przedsiębiorcom poczucie pewności prawa.

Rzecznik MŚP zwraca uwagę na sytuację przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne

Uchwalona 4 czerwca 2020 r. ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw przewiduje m.in. (na dzień 8 czerwca 2020 r. trwają prace w Senacie RP) ograniczenie wysokości wypłacanych pracownikowi wynagrodzeń przez pracodawcę, u którego wystąpił spadek obrotów gospodarczych lub istotny wzrost obciążenia, w związku z rozwiązaniem umowy o pracę, do kwoty wynoszącej dziesięciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Powyższe rozwiązanie rozciągnięto na wypowiedzenie albo rozwiązanie umowy agencyjnej, umowy zlecenia (lub innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), umowy o dzieło albo w związku z ustaniem odpłatnego pełnienia funkcji.

Rzecznik MŚP w związku z sygnałami otrzymanymi od przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne zwrócił się o dokonanie stosownych korekt i nierozciąganie na nich problematycznej regulacji.

Obecnie polski rynek składa się w przeważającej większości z agentów będących mikroprzedsiębiorcami, podczas gdy dającymi zlecenie są najczęściej duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Ponadto dysproporcje te znacząco utrudniają dochodzenie roszczeń agentom od ich kontrahentów. W efekcie przedmiotowa regulacja powoduje nie tylko rozciągnięcie na umowę agencyjną zasad, które dotyczyć mają docelowo stosunku pracy, co powodować może problemy interpretacyjne, ale także utrudnia już i tak niełatwą ścieżkę dochodzenia roszczeń przez agentów.

Rzecznik MŚP w swojej opinii z 2 czerwca 2020 r. oraz w wystąpieniu do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju zwrócił ponadto uwagę na długi czas tych ograniczeń (mają obowiązywać przez czas stanu epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego ogłoszonego z powodu COVID-19) oraz potencjalną niezgodność z regulacjami Unii Europejskiej.

Omni-commerce 2020

Rok temu, tj. w czerwcu 2019. roku zgodnie z wynikami badania „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, w Internecie zakupy robiło 57% polskich internautów. Dziś okazuje się, że od tego czasu zaszły ogromne zmiany na korzyść handlu elektronicznego.

Szturm na e-sklepy

Odsetek kupujących w sieci wzrósł o +15p.p. Oznacza to, że obecnie już 72% polskich internatów to e-klienci. Ruch w kierunku e-zakupów zaczął się już w marcu tego roku, gdy ogłoszono pandemię i konsumenci zostali poddani kwarantannie. W tamtym czasie, wyniki badania „E-commerce w czasie kryzysu 2020” pokazały, że 38% internautów zrobiło zakupy na czas kwarantanny w Internecie. Z kanału online skorzystała w tym celu niemal połowa badanych w wieku 35-44 lata. Również mieszkańcy mniejszych miast wybrali Internet w celu zaopatrzenia się w niezbędne produkty, przede wszystkim środki higieniczne lub detergenty. Oprócz chemii domowej i produktów spożywczych najczęściej kupowanymi kategoriami w Internecie w okresie kwarantanny były odzież i obuwie oraz produkty z kategorii zdrowie.

„Migracja kupujących z offline’u do e-commerce, to wyzwanie, ale i szansa dla rynku. Do sklepów online trafiła nowa grupa klientów – osoby, które do tej pory z różnych względów nie kupowały przez Internet. Restrykcje związane z COVID-19 zmusiły je do eksploracji tego kanału sprzedaży. Zaoferowanie tej grupie prostych, intuicyjnych i bezpiecznych procesów zakupowych oraz płatniczych, może sprawić, że częściej będą wybierać zakupy online również po pandemii. Także wielu sprzedawców, działających dotychczas offline, zdecydowało się na przeniesienie lub rozszerzenie dotychczasowej działalności o kanał online, co okazało się szansą na utrzymanie sprzedaży i pozyskanie klientów z dotychczas niewykorzystywanych obszarów.” – mówi Magdalena Grablewska, Marketing Manager w Przelewy24.

Shopping po pandemii

Okazuje się, że pomimo mniej restrykcyjnych zasad kwarantanny i etapowego zdejmowania zakazów dotyczących zakupów stacjonarnych, popularność e-zakupów nie spada. Wzrosła też wartość internetowych koszyków zakupowych. Co 4. Internauta kupuje w sieci więcej niż 5 razy w miesiącu, a co 3. 2-5 razy w miesiącu. Zwiększyła się także nieco liczba wykorzystywanych zakupowo miejsc w Intrenecie, choć wciąż Polacy w sieci kupują głównie w sklepach internetowych (52% vs 46% w 2019. roku) i na platformach zakupowych (38% vs 36% w 2019. roku). Restrykcje nałożone na sklepy stacjonarne spowodowały natomiast osłabienie zjawiska zakupów wielokanałowych. W procesie ostatniego zakupu 36% konsumentów wykorzystało przynajmniej 2 kanały zakupowe (offline / online / mobile). Jest to o -20p.p. mniej niż rok temu. Do 43% spadł udział internautów kupujących te same marki w wielu kanałach, tj. online, mobilnie bądź stacjonarnie. Rok temu 54% internautów wskazywało na takie omni-channelowe zakupy.

„Wyniki badania pokazują wyraźnie, że klienci zmienili swoje nawyki zakupowe. Pandemia koronawirusa ma na to ogromny wpływ. Kluczowe jest zachowanie bezpieczeństwa, a to dają zakupy przez Internet. Raport pokazuje również, że po powrocie do rzeczywistości sprzed COV-19, będziemy nadal starali się ograniczać nasze kontakty bezpośrednie prywatnie i zawodowo. W związku z tym, sektor e-handlu będzie nadal szybko rósł, ponieważ wiele osób, które przekonały się do zakupów przez Internet, będzie je kontynuować ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne, ale również bezpieczeństwo transakcji cyfrowej oraz wygodę i szybkość.” – mówi Patrycja Sass-Staniszewska, Prezes Zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej

Pełne e-koszyki

Zwiększa się skłonność do robienia w Internecie dużych zakupów. Już między 67% a 78% kupujących w sieci konsumentów (w zależności od kategorii) deklaruje, że wartość ich koszyka zakupowego jest taka sama lub wyższa niż offline. Oznacza to, że Polacy przestali bać się droższych e-zakupów. Najczęściej wciąż kupujemy w Internecie produkty modowe, elektronikę i produkty urodowe, ale to kategoria spożywcza – do tej pory będąca mocno na końcu internetowego peletonu – zyskała najbardziej. W związku z COVID-19 produkty spożywcze w sieci zaczęło kupować 14% internautów, a 34% osób, które kupowały dotychczas w sieci w innych kategoriach. Dodatkowo, ta właśnie kategoria, najlepiej – zdaniem internautów – poradziła sobie z nową sytuacją pandemii i ograniczeń z nią związanych. Podczas, gdy jeszcze w marcu tego roku, czyli na początku kwarantanny, badani wskazywali, że często nie mogą dokonać zakupów spożywczych online ze względu na braki produktowe i długie terminy dostawy, teraz są z tych aspektów zadowoleni. W marcu 59% internautów oceniało dostępność produktów spożywczych w e-sklepach źle lub bardzo źle. Obecnie aż 71% ocenia ją dobrze lub bardzo dobrze.

„Polscy konsumenci potrafią się bardzo szybko dostosować do nowej sytuacji. Obostrzenia związane z pandemią wyraźnie to pokazały. Zamknięci w domach Polacy zaczęli testować zakupy online. Jeszcze w marcu „początki” nie były łatwe. Wyniki badania „E-commerce w czasie kryzysu 2020” wyraźnie pokazały wtedy, że wiele osób było niezadowolonych
z dostępności towarów i długich czasów dostaw. Jednak dzięki dynamicznym działaniom po stronie marek i firm logistycznych ta sytuacja znacznie się poprawiła, a konsumenci chwalą sobie zakupy online, w szczególności spożywcze, do których tak ciężko było się im przyzwyczaić przez ostatnie lata.” – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca Mobile Institute.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Pandemia i zagrożenie koronawirusem spowodowały również zmiany w preferencjach dotyczących metod dostawy i płatności. Polscy konsumenci coraz częściej zamawiają towary do dedykowanych punktów odbioru – paczkomatów, coolomatów, lodówkomatów. W kontekście metod płatności, w stosunku do 2019. roku, wzrosła jeszcze popularność BLIKA
i szybkich przelewów, które są uważane za bezpieczniejsze i wygodniejsze.

„Odchodzenie od gotówki widoczne w okresie pandemii dotyczy także branży wymiany walut. Klienci rezygnowali z wymiany gotówkowej w kantorach stacjonarnych i przenosili się do internetu. Zauważyliśmy wzmożony ruch w naszych serwisach. Wiele osób, które wcześniej miały obawy przed wymianą walut w sieci, przełamały się i zdecydowały na wygodny i bezpieczny przelew waluty na swoje konto lub konto innej osoby.” – mówi Katarzyna Moszko-Stachowska, PR Manager Currency One, operatora serwisów Walutomat i InternetowyKantor.pl.

Zmieniły się też metody płatności w sklepach stacjonarnych. Następuje dalszy, wyraźny spadek płatności gotówkowych. Gotówką płaci 43% klientów sklepów stacjonarnych, kartą płatniczą – 30%, a zbliżeniowo – 26%. Płatności typu Apple Pay i Google Pay wykorzystuje co 8. badany. Ich popularność wzrosła o +3p.p. Zapytani o najwygodniejszą formę płatności w sklepach stacjonarnych, konsumenci zdecydowanie wskazują płatność zbliżeniową (54%), a gotówkową wybrało jedynie 17% (vs 29% w 2019 roku).

„Widoczny spadek płatności gotówkowych w coraz bardziej cyfrowym świecie sprawił, że właściciele firm, próbują zadowolić swoich klientów, oferując im wachlarz dostępnych metod płatności i upewniając się, że ich dane, oraz dokonywane przez nich płatności są bezpieczne. Dla wielu oznacza to długie i staranne poszukiwanie równowagi między bezpieczeństwem klientów a wygodą zakupów. Warto współpracować z wiarygodnymi firmami, które pomagają w przetwarzaniu płatności i utrzymywaniu bezpieczeństwa danych swoich klientów. Wybór odpowiedniego partnera płatności może pomóc w zminimalizowaniu ryzyka i zaspokojeniu potrzeb klientów w odpowiedni sposób.” – mówi Jakub Czerwiński, Wiceprezes ds. sprzedaży w Adyen.

Zagraniczne platformy zakupowe

Korzystanie z zagranicznych platform zakupowych deklaruje 12% internautów. Co ciekawe, koronawirus miał raczej pozytywny wpływ na zakupy na takich platformach. 27% klientów zadeklarowało, że w wyniku pandemii zwiększyli zakupy zagraniczne, a w przypadku 37% pozostały one bez zmian. Główne powody zakupów na platformach to możliwość kupienia produktów, których w Polsce nie ma (34%), konkurencyjny czas i koszty dostawy (31%) i atrakcyjne ceny (28%). Duży wybór produktów zachęca 24% kupujących, a atrakcyjne warunki zwrotów – 22%.

Partnerami głównymi raportu są Adyen oraz Przelewy24.

Partnerem raportu jest Walutomat.

Źródło: Dane pochodzą z badania i raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020” zrealizowanego na zlecenie Izby Gospodarki Elektronicznej przez firmę badawczą Mobile Institute. Badanie przeprowadzone zostało na próbie 2069 internautów. Opinie zebrano metodą CAWI, wykorzystując responsywne ankiety elektroniczne. Dane zostały zebrane w dniach 20-29 maja 2020 roku. Są reprezentatywne dla internautów w Polsce po względem struktury płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania. Raport jest do pobrania bezpłatnie na stronie Izby Gospodarki Elektronicznej pod adresem https://eizba.pl/wp-content/uploads/2020/06/Omni-commerce-Kupuje-wygodnie-2020.pdf

Koniec globalizacji? Nową rzeczywistość gospodarczą będą tworzyć egoizmy narodowe

Zaczynamy przyzwyczajać się do nowej normalności gospodarczej, ukształtowanej przez kryzys. Epidemia koronawirusa obnażyła słabe strony globalizacji. Gdy większość leków i substancji aktywnych, a także środków ochrony osobistej produkowanych jest w jednym miejscu na świecie – obrona przed epidemią w wielu krajach staje się dużo trudniejsza. Wiemy z doświadczenia, że rozprzestrzeniający się koronawirus uruchomił w wielu państwach gospodarkę egoistyczną – kraje zaczęły się ścigać i walczyć o dostęp do strojów ochronnych oraz przyrządów niezbędnych do testowania pacjentów. Francja i Niemcy zablokowały eksport środków ochrony osobistej do Włoch, by pozostawić je do dyspozycji swoim obywatelom. Takie unaradawianie gospodarek to efekt epidemii, który może pozostać z nami na dłużej.

– Nową rzeczywistość gospodarczą będą tworzyć egoizmy narodowe. Globalizacja niektórych sektorów powoduje długofalowe ryzyko. Będziemy obserwować rozproszenie produkcji w tych sektorach na więcej krajów – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – W sytuacjach kryzysowych, takich jak epidemia, zaczynamy się zastanawiać nad rzeczami, które są bezpośrednio związane z niebezpieczeństwem. Dotyczy to zarówno gospodarki państwowej, jak i zachowań konsumpcyjnych poszczególnych obywateli. Możliwe, że będziemy trochę mniej chodzić do kawiarni. Na pewno będziemy konsumować dużo mniej dóbr luksusowych i to jeszcze przez długi czas. Jesteśmy skonstruowani w ten sposób, że w sytuacji zagrożenia patrzymy na elementy niezbędne do przetrwania. To odegra swoją rolę w zachowaniach konsumenckich oraz w przyszłych decyzjach dotyczących gospodarki krajowej – przewiduje Roszkowski.

Najbardziej pożądani specjaliści IT. Zarobki. Oczekiwania. Wymagania

Oczekiwania płacowe pracowników IT rosną, a specjaliści nie narzekają obecnie na brak ofert pracy. Potwierdza to najnowszy raport portalu rekrutacyjnego No Fluff Jobs, z którego wynika, że najbardziej doświadczeni chcieliby zarabiać o 40 proc. więcej niż teraz, czyli nawet 27 tys. netto na fakturze i 15 tys. zł netto na umowie o pracę. W maju w stosunku do stycznia aż o 14 proc. wzrosła liczba ofert kierowanych do seniorów. Gorzej wygląda sytuacja juniorów – tu ofert pracy chwilowo jest mniej i utrzymuje się trend spadkowy.najpopularniejsze_kategorie

Zarobki

Portal rekrutacyjny No Fluff Jobs postanowił zbadać, jaka przyszłość czeka specjalistów IT zależnie od poziomu ich doświadczenia i kompetencji oraz jakie specjalizacje są obecnie najbardziej pożądane w branży. W IT zarobki uzależnione są od doświadczenia, lokalizacji, wielkości firmy oraz specjalizacji. Najwięcej zarabiają pracownicy seniorzy i eksperci, czyli specjaliści z ponad 8-letnim doświadczeniem. Już 39 proc. ankietowanych z tej grupy zaczęło przygodę z programowaniem w szkole podstawowej. To pokolenie dzisiejszych 30-35 latków.

Z analizy oczekiwań płacowych pracowników IT wynika, że seniorzy (czyli osoby z doświadczeniem powyżej 8 lat) jeszcze w lutym deklarowali, że chcieliby zarabiać ok. 40 proc. więcej niż dziś. Ich średnie zarobki wynoszą około 19,5 tys. zł netto na umowie B2B, a w przypadku umowy o pracę ponad 11 tys. zł netto. Tymczasem oczekiwania to odpowiednio 27 tys. i 19 tys. (uśrednione zarobki na umowach B2B i etacie). Nieco mniej doświadczeni (5-8 lat) przyznają się, że dostają na rękę 10 tys. zł, a oczekują 12 tys. zł. Osoby pracujące w branży 2-5 lat deklarują, że ich pensja netto wynosi 8 tys. zł, a chcieliby, aby wynosiła prawie 10 tys. zł.

Najwyższe zarobki zadeklarowały osoby pracujące w Backendzie oraz Mobile, czyli w najbardziej pożądanych specjalizacjach. Co ciekawe, średnie deklarowane zarobki netto w Backendzie wynoszą 11 tys. zł na umowie B2B. To ok. 10 proc. więcej niż we Frontendzie.

start_programowaniaCzy to koniec rynku dla juniorów?

Obecnie oferty niejuniorskie stanowią prawie 95 proc. wszystkich ogłoszeń w IT. Na rynku intensywnie poszukiwani są doświadczeni pracownicy IT*,  którzy  – najprościej rzecz ujmując – są w stanie pomóc firmom przejść na nowe technologie.

-Branża IT rozwija się dynamicznie i równie dynamicznie reaguje na kryzys. W No Fluff Jobs praktycznie natychmiast odczuliśmy wzrost liczby ofert dla programistów w takich sektorach jak ecommerce, mobile i gaming (bo poza zakupami, zamknięci w domach zapragnęliśmy też rozrywki). Spodziewam się, że w najbliższym czasie te gałęzie IT jeszcze bardziej zyskają na znaczeniu. Część przyzwyczajeń konsumenckich, które wykształciły się w trakcie lockdownu zostanie z nami na dłużej: chętniej będziemy kupować online, kształcić się online i jeszcze intensywniej korzystać z urządzeń mobilnych. To będzie miało swoje odzwierciedlenie w zapotrzebowaniu na wyspecjalizowanych pracowników. Obserwujemy znacznie większą ilość ofert pracy dla osób o większym doświadczeniu w branży IT (poziom mid, senior i ekspert).  To efekt zwiększonego zapotrzebowania na szybkie wdrożenia projektów i cyfrową transformację w sektorach, które do tej pory działały poza siecią lub które w związku z pandemią musiały przyspieszyć swoje plany rozwojowe. Nie oznacza to jednak, że ofert dla juniorów nie ma w ogóle. Kryzys to zwykle dobry sprawdzian kompetencji. Dla talentów w branży zawsze znajdzie się miejsce. W takiej sytuacji warto na pewno zadbać o swój rozwój, zdefiniować swoje słabe strony i dążyć do rozwoju kompetencji w tych dziedzinach. Warto również poszukać mentora lub przyjaznej grupy, która pomoże rozwiązać niektóre dylematy związane z tworzeniem kodu – mówi Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs.

Marzenia o karierze

Zdecydowana większość, bo aż 70 proc. ankietowanych przez No Fluff Jobs pracowników branży IT bardziej niż zarobki ceni sobie możliwość rozwoju i awansu. Aż 63 proc. ankietowanych pracowników IT awansowało w ciągu ostatnich kilku lat, ale tylko 41 proc. jest z tego faktu zadowolonych. Prawie co drugi ankietowany z ponad 8-letnim doświadczeniem pełni funkcję team leadera lub managera.

– Biorąc pod uwagę wciąż rosnącą liczbę pracowników IT na rynku nie dziwi mnie fakt, że ci z większym doświadczeniem (a tych jest zdecydowanie mniej na rynku) pełnią dziś funkcję menedżerskie. Szybko przyrasta liczba pracowników w IT, więc potrzebujemy zwiększonej ilości menedżerów. Ale nie jest to jedyna opcja dla senior deweloperów. Organizacje potrzebują wąsko-specjalizowanych profesjonalistów. Prowadzą innowacyjne projekty: chmura, bezpieczeństwo, wszechobecna potrzeba mikroserwisowania usług, pozbywanie się legacy kodu, itp., więc tworzy się przestrzeń dla architektów rozwiązań technologicznych. To równie atrakcyjna ścieżka rozwoju i potencjalnego awansu. Również finansowo korzystna, nie mniej niż menedżerska – komentuje Eliza Stasińska – Dyrektor Departamentu IT w mBanku.

W kierunku menedżerskim chce rozwijać się 40 proc. badanych i tu motywem jest też podwyżka: 51 proc. sądzi, że na stanowisku kierowniczym zarobi więcej. Co ciekawe, aż 60 proc. badanych uważa, że praca specjalisty jest pewniejsza.

Popularne technologie i języki IT

66 proc. ankietowanych pracowników IT w grupie z minimum 2-letnim doświadczeniem pracuje w czterech najbardziej rozpoznawalnych obszarach IT: Backend, Frontend, Fullstack oraz Testing. Największą grupę stanowią pracownicy programujący w technologiach Backendowych (26 proc.) oraz kolejno: Fullstack (18 proc.),  Frontend (14 proc.) i Testing (8 proc.). Co ważne ankietowani midzi (średniozaawansowani), seniorzy i eksperci znają średnio 5 języków programowania. Wśród najczęściej wymienianych pojawiają się języki, Java, Javascript, Python, PHP, SQL. Zadaniem przebadanych przez No Fluff Jobs seniorów technologie przyszłości  to zdecydowanie JavaScript, Python, Java i React.

W jakich sektorach gospodarki będzie praca dla Ukraińców – badanie Gremi Personal

Dla większości sektorów polskiej gospodarki brak strat do końca roku i przysłowiowe „wyjście na zero” uznano by za duży sukces. Istnieje jednak wiele branż, które są w nieco bardziej korzystnej sytuacji niż inne. Mówimy o przemyśle spożywczym, logistyce, obróbce drewna, produkcji sprzętu AGD. To w ich przypadku obecnie obserwuje się popyt na siłę roboczą z Ukrainy. Do takich wniosków doszło Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, które przeprowadziło badanie ofert pracy dla pracowników na polskim rynku pracy.

Opracowanie oparte jest na danych uzyskanych z badania przeprowadzonego wśród klientów firmy, analizie ogólnodostepnych danych polskich stowarzyszeń przedsiębiorców branżowych, a także oficjalnych statystyk.

Biorąc pod uwagę dane z czerwca 2020 r. można przewidzieć, że do końca tego roku wolne miejsca pracy dla ukraińskich migrantów zarobkowych wyrażone procentowo pozostaną w następujących sektorach gospodarki:

  • Przemysł spożywczy – 38%
  • Logistyka – 17%
  • Przemysł drzewny i meblarski – 15%
  • Przemysł budowlany – 11%
  • Produkcja sprzętu AGD -10%
  • Sezonowe prace rolnicze – 10%
  • Działalność restauracyjna i hotelowa (HoReCa) – 5%

Przemysł spożywczy: produkcja i przetwórstwo jest liderem wśród branż gotowych zaoferować Ukraińcom największą liczbę wolnych miejsc pracy.

Wiele firm spożywczych odnotowało rekordową sprzedaż na początku pandemii, a także tradycyjnie wysoki popyt w okresie Wielkanocy. Według Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce produkcja niektórych produktów spożywczych wzrosła do prawie 200%. Dotyczyło to głównie produktów o długim okresie ważności – konserwy, płatki zbożowe i mąka. Teraz firmy spożywcze rozpoczęły już przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Fabryki przetwórstwa ryb i drobiu, fabryki słodyczy potrzebują rąk do pracy latem, ale nawet jesienią nie przewiduje się spadku popytu na siłę roboczą w przypadku drugiej fali pandemii.

W przypadku logistyki, znaczną liczbę wolnych miejsc pracy tłumaczy fakt, że pandemia zmieniła zachowanie konsumentów, a dla wielu firm internetowych nadeszły „złote czasy” handlu. Wiele sklepów i sieci spożywczych, które dotychczas koncentrowały się wyłącznie na tradycyjnych kanałach sprzedaży, zachęca klientów do zakupów online. Duże sieci spożywcze nadal otwierają centra dystrybucyjne, w których potrzebni są specjaliści z branży logistycznej, pracownicy magazynu lub operatorzy załadunku.

Zupełnie nieoczekiwanie przemysł meblarski i obróbka drewna zajęły trzecie miejsce pod względem nowych ofert pracy, ponieważ początkowo nastrój był znacznie bardziej pesymistyczny. Dzisiaj branża ma szansę wyjść na zero i nie ponieść strat. Polscy konsumenci zaczęli aktywnie kupować meble, ale taniej. Dlatego teraz branża poważnie koncentruje się na krajowym nabywcy, podczas gdy eksport pozostaje pod znakiem zapytania.

W branży AGD nastąpił również duży skok w tym obszarze ze względu na efekt odroczonego popytu. W rezultacie producenci osiągają nawet minimalny (0,5%) wzrost rocznie.

Sama produkcja była zasadniczo ukierunkowana na eksport. Ale polscy producenci mają nadzieję, że ich produkty będą bardziej konkurencyjne ze względu na niższe ceny w porównaniu do konkurentów z innych krajów UE.

Stabilna sytuacja pod kątem wolnych miejsc pracy dla Ukraińców panuje w branży budowlanej, która w znacznie mniejszym stopniu niż przemysł ucierpiała z powodu pogorszenia koniunktury gospodarczej. Inwestycje w infrastrukturę finansowaną ze środków publicznych i Unii Europejskiej stymulują branżę w tym okresie.

Nieoczekiwanie wolne miejsca dla ukraińskich pracowników pojawiły się w biznesie hotelowym i restauracyjnym. Sytuacja będzie stopniowo ulegać poprawie w okresie wakacyjnym w miejscowościach turystycznych – w obliczu trudności z wyjazdami zagranicznymi w tym roku Polacy preferują turystykę krajową. Odroczony popyt z powodu pandemii spowodował już boom turystyczny w czerwcu. W sezonie pracownicy będą potrzebni w obszarach wypoczynkowych do pracy w hotelach, pensjonatach, obiektach gastronomicznych (restauracje, kawiarnie, food trucki, lody i stragany z fast foodami), punktach wynajmu.

A sektor rolny zapewnia stabilne sezonowe oferty pracy. Ukraińcy stopniowo zaczęli wracać na pola, ale niedobór siły roboczej jest nadal znaczny. Teraz potrzebujemy pracowników do zbierania truskawek i jagód, warzyw i później jabłek.

Wyraźne odbicie w budownictwie mieszkaniowym po kwietniowych spadkach

Najnowsza informacja GUS, dotycząca wyników budownictwa mieszkaniowego w maju oraz w okresie pierwszych pięciu miesięcy bieżącego roku, zakomunikowała dość wyraźne odbicie statystyk inwestycyjnych pierwotnego rynku mieszkaniowego po kwietniowym załamaniu. Pytanie, czy to sygnał szybkiego odradzania się potencjału budownictwa mieszkaniowego, czy też tylko jednorazowe odreagowanie przed kontynuacją osłabienia.Infografika – wyniki deweloperów

Generalnie w majowych danych GUS widać istotną, bo dwucyfrową poprawę w relacji miesiąc do miesiąca zarówno w przypadku mieszkań oddanych, rozpoczętych, jak i nowych pozwoleń na budowę. Taki obraz rynku może robić jak najlepsze wrażenie i sugerować jedynie przejściowy charakter osłabienia związanego z pandemią. Tymczasem dokładniejsze wczytanie się w gusowskie dane już takim optymizmem nie napawa.

Statystyki GUS prezentujące wolumen mieszkań, których budowę rozpoczęto najlepiej obrazują stan bieżącej kondycji rynkowej. W tegorocznym maju inwestorzy ogółem ruszyli z budową 15 tys. lokali. Jest to zdecydowanie gorszy miesięczny wynik w relacji r/r o ponad 28 proc., ale wyraźnie lepszy – rzędu prawie 16 proc. – licząc m/m. Z kolei ilość mieszkań, których budowę rozpoczęto ogółem (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) w pierwszych pięciu miesiącach br., zamknęła się liczbą 81,2 tys., co oznacza regres względem wyniku osiągniętego w analogicznym okresie ub. roku o blisko 16 proc.

Co warte podkreślenia, na tak wyraźnym osłabieniu danych nowych inwestycji zaważył przede wszystkim powtórnie bardzo słaby miesięczny wynik deweloperów, którzy w tegorocznym maju ruszyli z budową zaledwie 6,2 tys. mieszkań, czyli aż o 45 proc. mniej niż w analogicznym miesiącu 2019 roku. Wynik ten bardzo mocno kontrastuje z nowymi budowami inwestorów indywidualnych, w przypadku których wpływ pandemii na wolumeny rozpoczynanych inwestycji wydaje się symboliczny.

Analogicznie wygląda sytuacja w przypadku statystyk dotyczących nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym. Poziom ogółem 19,3 tys. decyzji administracyjnych w maju oznacza spadek rok do roku rzędu ponad 28 proc., przy 16-procentowym wzroście w stosunku do miesiąca poprzedniego. Tu także zanotowany regres wynika z dużo gorszego wyniku deweloperów na poziomie 10,7 tys. pozwoleń, co oznacza spadek w stosunku do maja ub. roku aż o 36 procent. A tego typu sytuacja zdecydowanie już daje do myślenia.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, a także najlepszym barometrem optymizmu inwestorów reprezentujących wszystkie formy budownictwa. Bieżące dane GUS wyraźnie więc sygnalizują perspektywę oczekiwanych trudności w utrzymaniu pozytywnych trendów rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie.

Jak się okazuje, perturbacje związane z zagrożeniem epidemicznym nie nadwyrężyły jedynie danych, na których dotychczas można było niezawodnie polegać, czyli tych dotyczących mieszkań oddanych do użytkowania. Szczególnie dobrze zaprezentowali się w tej kategorii statystyk deweloperzy, którzy w maju oddali 11,2 tys. lokali, czyli o ponad 21 proc. więcej licząc rok do roku. W sumie od stycznia do maja br. do użytkowania trafiło już bez mała 80 tys. mieszkań, co jest wynikiem niemal identycznym z wypracowanym w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Niestety gusowskie dane budownictwa mieszkaniowego za maj potwierdzają tendencję utrwalania stanu cyklicznego spowolnienia koniunktury inwestycyjnej w pierwotnym segmencie mieszkaniówki. Najwyraźniej widać to w przypadku deweloperów, którzy drugi miesiąc z rzędu niemal o połowę ograniczyli swoją aktywność w uruchamianiu nowych budów w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu mieszkaniówki są bowiem w decydującym stopniu wypadkową koniunktury sprzedażowej nowych mieszkań, a ta w przewidywanej przyszłości nie rokuje najlepiej. Prawdopodobnie potwierdzeniem tego będą wyniki sprzedażowe deweloperów za II kwartał tego roku i całe pierwsze półrocze, które poznamy już w najbliższym czasie. Na ich podstawie będzie można nieco więcej powiedzieć o bieżącym stanie koniunktury rynkowej oraz jej perspektywach w bliższej i dalszej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Rusza rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth

  • Rozpoczyna się rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth– giełdowego programu, którego celem jest wsparcie rozwoju małych i średnich firm
  • Udział w programie wzmocni kompetencje liderów i pomoże wyznaczyć nowy kurs w rozwoju firm w czasach pandemii

23 czerwca rozpoczęła się rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth – programu wspierającego rozwój polskiego sektora MSP. GPW Growth należy do najważniejszych inicjatyw strategicznych zawartych w strategii rozwoju Grupy Kapitałowej GPW do 2022 roku.

Przed nami druga edycja Akademii GPW Growth. W trakcie poprzedniej edycji,  uczestnicy programu zostali zainspirowani do tworzenia dodatkowej wartości dla właścicieli, klientów, pracowników i społeczeństwa. Otrzymali też pakiet skutecznych narzędzi pozwalających zarządzać spółką dzięki wartościom.  Tysiące polskich przedsiębiorców, prezesów czy menedżerów z sektora MŚP wciąż potrzebuje wskazówek, jak w pełni wykorzystać potencjał organizacji, szczególnie w dobie obecnej pandemii. Akademia dostarczy uczestnikom wiedzy, umiejętności oraz sieci kontaktów biznesowych, które będą pomocne w pozyskiwaniu kapitału. – powiedział Marek Dietl, prezes GPW.

Uczestnicy Akademii będą mogli wymienić doświadczenia z zarządzania z uznanymi ekspertami biznesowymi, skorzystać z ich wiedzy, a wypracowane rozwiązania wprowadzić w swoich firmach.

Niesamowitym doświadczeniem związanym z Akademią, są – wplecione w program wykładowo-warsztatowy – spotkania „z ciekawymi osobowościami”. Są to zarówno teoretycy jak i praktycy, którzy częstokroć tworzyli swój biznes od małej rodzinnej firmy, aż po giganta giełdowego. Taka wymiana opinii oraz doświadczeń to świetna okazja do poszerzania wiedzy, ale – co nie mniej ważne – inspiracja do budowania własnych pomysłów i przyszłości biznesowej.  – powiedział Piotr Ferszka, uczestnik pierwszej edycji Akademii GPW Growth.

GPW Growth to kompleksowy program nastawiony na wspieranie rozwoju małych i średnich firm w oparciu o zidentyfikowane potrzeby przedsiębiorstw. W ramach projektu odbędą się spotkania networkingowe z ekspertami i praktykami biznesu, warsztaty, case studies, a także zagraniczne sesje wyjazdowe. Program jest adresowany do prezesów, członków zarządów i dyrektorów odpowiedzialnych za realizację kluczowych celów w firmach.

W pierwszej edycji Akademii GPW Growth uczestniczyło 21 uczestników z 13 spółek. Kolejna edycja programu obejmuje 110 godzin warsztatów i wykładów oraz liczne wydarzenia towarzyszące. W czerwcu 2021 roku, na zakończenie szkolenia, uczestnicy otrzymają certyfikat „Ready for Growth”.

Organizatorem inicjatywy jest GPW we współpracy z partnerami, wśród których znajdują się m.in: Polski Fundusz Rozwoju S.A., EY Academy of Business, Baker McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy sp. k., Grabowski i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych Sp. k., NBS Communications, CFA Society, Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, Business Dialog.

Osoby zainteresowane szkoleniem mogą zgłaszać się do drugiej edycji Akademii pod adresem [email protected].

Więcej informacji: https://gpwgrowth.pl/

Akcje Apple rekordowo drogie. Nowy historyczne szczyty indeksu Nasdaq

Nowy zestaw publikacji optymistycznych danych gospodarczych i nowe deklaracje Donalda Trumpa stwierdzające, że umowa handlowa USA-Chiny pozostała w pełni nienaruszona, podnoszą rynki akcji po drobnym nieporozumieniu z interpretacją słów doradcy prezydenta USA Petera Navarro.

We wtorek indeksy giełdowe w USA otworzyły się wyżej, gdyż są napędzane optymizmem dotyczącym ponownego otwarcia gospodarki i postępami w umowie handlowej na linii USA-Chiny. Dow Jones Industrial Average na otwarciu zyskał 227 pkt lub 0,9 proc., aby otworzyć się blisko 26 252 pkt, podczas gdy S&P 500 wzrósł o 25 punktów lub 0,8 proc., otwierając się blisko 3 143 pkt. Indeks Nasdaq otworzył się około 10,131, zyskując 74 punkty lub 0,7 proc., ustanawiając nowy rekord w ciągu trwania sesji.

Tymczasem akcje Apple Inc. wzrosły do najwyższego poziomu w historii po udanej konferencji online. Dane rynkowe pokazują, że rozbieżność między Nasdaqiem a pozostałymi dwoma głównymi indeksami jest największa od 1983 r., odzwierciedlając opinie inwestorów, że firmy technologiczne oferują rozwiązania dla świata zarówno w czasie, jak i po pandemii.

Wracając do Apple, spółka powiedziała w poniedziałek, że planuje wyprodukować komputery Mac pod koniec tego roku ze stworzonymi przez siebie układami scalonymi, co stanowi zakończenie 15-letniej współpracy technologicznej z Intel Corp. Apple powiedział, że własne układy są bardziej wydajne i oferują wyższą wydajność grafiki.

Plan wpisuje się w szerszą strategię Apple polegającą na zastępowaniu wielu części innych firm komponentami zaprojektowanymi we własnym zakresie. Według Wayne Lam, niezależnego analityka technologicznego, gigant technologiczny produkuje obecnie około 42 proc. podstawowych komponentów w iPhone’ach. Jest to ogromny wzrost z około 8 proc. jeszcze pięć lat temu. Głównym mottem firmy staje się zatem własna produkcja zarówno firmware, jak i hardware.

Komponenty własne obniżyły koszty, zwiększyły wydajność i zwiększyły kontrolę Apple nad przyszłymi wersjami produktów. Nowy procesor Mac obniży koszty budowy komputera o 75 do 150 USD, oceniają analitycy, którzy twierdzą, że Apple może przekazać te oszczędności klientom i akcjonariuszom. Ta strategia, wywodząca się jeszcze z myśli Steve’a Jobsa może także chronić Apple przed chińskimi rywalami, którzy kupują powszechnie dostępne części.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Edukacja dzieci to jeden z głównych priorytetów dla polskich rodzin

Według 44% respondentów badania „Równy dostęp do edukacji dzieci i młodzieży” zrealizowanego przez Fundację Świętego Mikołaja i partnerów, edukacja jest najważniejszym czynnikiem określającym przyszłość dzieci. Wciąż jednak aż 43% respondentów uważa, że dzieci w Polsce nie mają równych szans edukacyjno-rozwojowych, z czego ponad 35% to respondenci z dwojgiem lub większą liczbą dzieci. Niestety według co drugiego respondenta, biorącego udział w badaniu szanse edukacyjne dzieci zależą przede wszystkim od dochodów rodziców.

Fundacja Świętego Mikołaja, która od 20 lat nieprzerwanie pomaga dzieciom w potrzebie, przeprowadziła wraz z partnerami ogólnopolskie badanie dotyczące równego dostępu do edukacji i rozwoju cztery lata po wprowadzeniu rządowego programu Rodzina 500+. Wnioski z raportu pokazują, że pieniądze z rządowego programu znacznie zmniejszyły wskaźniki biedy w polskiej rodzinie, ale wciąż niezamożnym rodzicom brakuje średnio 242 zł miesięcznie, aby sprostać wszystkim wydatkom edukacyjnym.

Raport z badania „Równy dostęp do edukacji dzieci i młodzieży”, którego inicjatorem jest fundacja prowadząca od 10 lat program Stypendia św. Mikołaja, wspierający dzieci i młodzież z niezamożnych rodzin pokazał, że pieniądze, które rodzice wydają na edukację i rozwój dzieci stanowią dużą część rodzinnego budżetu, także w rodzinach o niewielkich dochodach.

Pomimo trudnej sytuacji finansowej wielu polskich rodzin, rodzice priorytetowo traktują rozwój i potrzeby edukacyjne swoich dzieci. Środki z rządowego programu 500+ są ważne – 60% rodziców korzystających z programu deklarowało, że otrzymywane co miesiąc świadczenie stanowi znaczącą część budżetu domowego. Niektóre wydatki przerastają jednak niezamożnych rodziców. Zakup laptopa, opłacenie kursu językowego czy rozwój talentu dziecka – te koszty badani najczęściej wskazywali jako trudne do pokrycia.

Edukacja i rozwój zainteresowań kosztują

Mimo, że edukacja szkolna w Polsce jest bezpłatna, to jednak rodzice muszą ponosić dodatkowe koszty związane z nauką swoich dzieci, od podstawowych takich jak zakup niektórych książek, zeszytów, wszelkiego rodzaju przyborów do pisania, przez akcesoria sportowe, plastyczne, opłaty za wycieczki szkolne i bilety wstępu, aż po długofalowe wydatki związane z rozwojem indywidualnych predyspozycji, zainteresowań i pasji. – mówi Antonina Grządkowska z Fundacji Świętego Mikołaja, koordynator projektu Stypendia Św. Mikołaja.

Umożliwianie dostępu do rozwoju zarówno talentów, jak i pasji dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin wciąż pozostaje wyzwaniem. Odpowiednim narzędziem do poprawy sytuacji dzieci i młodzieży mogą być programy stypendialne, jak np. program Stypendia św. Mikołaja i budowanie nieodpłatnej oferty kursów i zajęć dla uzdolnionych dzieci. Są to niezmiernie pilne zadania – konieczne, aby dobrze przygotować kolejne pokolenia do podejmowania efektywnych, twórczych i innowacyjnych działań na polu nauki, sztuki, sportu czy biznesu. Jest to też nasza wspólna odpowiedzialność, aby szczególnie tym zdolnym dzieciom z niezamożnych rodzin, które wyróżnia wyjątkowy potencjał umożliwić harmonijny rozwój.

Budżet edukacyjny w niezamożnych rodzinach

Prawie połowa (46%) badanych niezamożnych rodziców uważa, że potrzeby edukacyjne stanowią podstawową pozycję budżetu, w tej grupie aż 38% to respondenci z dwojgiem lub więcej dzieci. Rodzice, bez względu na swoją trudną sytuację, faktycznie każdego miesiąca ponoszą opłaty na rozwój i edukację jednego dziecka w wysokości średnio 419 zł. Co więcej, wskazują, że w budżecie rodziny wciąż brakuje ok. 242 zł, aby uregulować wszystkie wydatki edukacyjne jednego dziecka.

Wnioski z zrealizowanego badania są dla nas jako fundacji, prowadzącej program stypendialny dla dzieci z niezamożnych rodzin niezwykle cenne. Potwierdzają, że średnie stypendium św. Mikołaja, które przyznajemy w wysokości 200 zł miesięcznie, wypłacanego uczniom przez cały rok szkolny, może skutecznie pomóc niezamożnym rodzicom, którym brakuje średnio 242 zł miesięcznie, aby sprostać wszystkim wydatkom edukacyjnym dzieci. Jesteśmy przekonani, że przyszłość dzieci to nasza wspólna sprawa, dlatego do programu Stypendia św. Mikołaja zapraszamy kolejne szkoły z całej Polski. – wyjaśnia Joanna Paciorek, dyrektor Fundacji Świętego Mikołaja.

Jak pokazały wyniki badania, rodzice twierdzący, że edukacja stanowi najważniejszy czynnik rozwoju dzieci i traktujący wydatki związane z edukacją priorytetowo, mają wielokrotnie problem z poniesieniem jednorazowego i niezaplanowanego wcześniej wydatku na rzecz dziecka. Umożliwianie dostępu do rozwoju zarówno talentów, jak i pasji dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin wciąż pozostaje wyzwaniem. Odpowiednim narzędziem do poprawy sytuacji dzieci i młodzieży mogą być programy stypendialne i budowanie nieodpłatnej oferty kursów i zajęć dla uzdolnionych dzieci.

*Fundacja Świętego Mikołaja zleciła realizację badania agencji 4P. Składało się ono z części ilościowej i jakościowej. Opracowanie zrealizował dr Bartosz Łukaszewski z Collegium Humanum i Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Podstawę badania stanowiła ogólnopolska próba celowa – rodzice dzieci w wieku 7-13 lat, w rodzinach, których dochód na osobę nie przekracza 1700 zł.

Fundusz Sunfish Partners zainwestował w Aether Biomedical. Na celowniku ma kolejne 3 startupy

Niemiecko-polski fundusz venture capital, Sunfish Partners zainwestował w spółkę Aether Biomedical z Poznania, która konstruuje robotyczne urządzenia rehabilitacyjne na bazie Biosignal-Processing. W transakcji udział wzięły także indyjski fundusz Chiratae Ventures i Joyance Partners z oddziałami w Kalifornii, Europie i Azji, a jej wartość wyniosła 750 tys. euro (ponad 3,3 mln zł). To już trzecia, po PerfOps i Molecule.one, inwestycja funduszu VC z Berlina w polskie startupy z sektora deep tech.

Spółkę Aether Biomedical założyli dr Faith Jiwakhan i Dhruv Agrawal. Obecnie startup wprowadza na rynek swój pierwszy produkt: wielofunkcyjną protezę bioniczną dłoni „Zeus”, przeznaczoną dla osób po amputacji kończyny górnej. Rehabilitacja oparta na danych może odmienić życie milionów osób. Na całym świecie ponad 10 mln ludzi potrzebuje protez kończyn górnych. Według szacunków spółki, około 80 proc. z nich mieszka w krajach rozwijających się, gdzie dostępność urządzeń nie pokrywa nawet jednej dziesiątej zapotrzebowania na nie.

„Zeus” będzie jedną z protez o największej na rynku sile chwytu, bo aż 150 niutonów i jest o 30-50 proc. tańszy od większości konkurentów. Niższą cenę umożliwia wykorzystanie najnowszych osiągnięć techniki w różnych dziedzinach, m.in. druku przestrzennego, przetwarzania biosygnałów i uczenia maszynowego. Najpierw proteza trafi na rynek w Polsce i Indiach. Spółka chce wprowadzić na rynek kolejne rozwiązania oparte na przetwarzaniu biosygnałów, które wspierać będą także rehabilitację pacjentów z urazami kończyn.

Jesteśmy pod wrażeniem dotychczasowych prac i potencjału Aether Biomedical. Dhruv i Faith stworzyli niezwykle silny zespół specjalistów odpowiedzialnych za sprzęt, oprogramowanie, po zarządzanie biznesem – powiedział dr Marcus Erken, partner w funduszu Sunfish Partners. – Naszą uwagę przykuła śmiała wizja, a do inwestycji przekonał zapał, z jakim dzień po dniu realizują swój projekt – dodał.

Sunfish Partners to niemiecki fundusz venture capital założony przez Maxa Moldenhauera, Artura Karczykowskiego, dr. Marcusa Erkena i Christiana Weissa. Posiada biura w Warszawie i Berlinie. Jest jednym z największych funduszy inwestującym w firmy na etapie wczesnego rozwoju w Polsce. Kapitał funduszu wynosi obecnie ponad 71 mln zł, a środki pochodzą od kilkunastu inwestorów z Niemiec i Szwajcarii oraz Polskiego Funduszu Rozwoju.

Aether Biomedical to już nasza trzecia inwestycja w ciągu roku  naszej obecności w Polsce. Aktywnie poszukujemy kolejnych projektów wykorzystujących najnowsze technologie z zakresu deep tech, które pozwalają fundamentalnie zmienić branże, w jakich będą wykorzystywane. Nie wstrzymaliśmy działań także w czasie pandemii. Aktualnie analizujemy potencjał trzech kolejnych podmiotów i niebawem ogłosimy kolejną inwestycję – zapowiada Artur Karczykowski, Senior Partner w funduszu Sunfish Partners.

Pierwszym projektem funduszu w Polsce była spółka programistyczna PerfOps, która dostarcza analitykę dla firm zajmujących się infrastrukturą internetową. Łączną kwotę 3 mln zł, pozyskaną w dwóch rundach finansowania od Sunfish Partners przeznacza na rozwój opartego na chmurze narzędzia FlexBalancer, służącego do kierowania ruchem sieciowym w oparciu o dane dostarczane w czasie rzeczywistym.

We wrześniu 2019 roku Sunfish Partners zainwestował 1 mln zł w polską firmę Molecule.one. Oprogramowanie tworzone przez spółkę jest pierwszym w pełni opartym o dane i sztuczną inteligencję podejściem do projektowania syntezy chemicznej. Celem projektu jest automatyzacja części czasochłonnych i powtarzalnych działań i w rezultacie przyspieszenie procesów powstawania nowych leków.

Umowa zerwana albo nie

Sporo zamieszania w nocy wywołały komentarze doradcy handlowego Białego Domu Petera Navarro, który zasugerował, że podpisana w styczniu umowa handlowa z Chinami jest skończona. Szybkie dementi ze strony samego prezydenta Trumpa pozwoliło na uspokojenie nastrojów na rynkach, ale mogliśmy otrzymać przedsmak nowej strategii Białego Domu w kontaktach z Chinami pod kampanię prezydencką.

Można spekulować, na ile komentarze Navarro, które w jego opinii zostały wyraźnie wyrwane z kontekstu, były nieświadomą pomyłką, a na ile celowym zabiegiem. Navarro zasugerował, że Trump rozważa zerwanie umowy przez sposób, w jaki Chiny informowały o rozwoju epidemii koronawirusa. Taka narracja przenosi winę za ekspansję wirusa w USA na Chiny (ale też może odwracać uwagę od głośnej w ostatnich dniach książki byłego doradcy Trumpa Michaela Boltonia). Z perspektywy rynków interesująca była reakcja. Choć nie obyło się bez perturbacji i skoku awersji do ryzyka, nie doszło do ostrej paniki, a później inwestorom łatwo było wymazać całość spadków. Rynki już przyzwyczaiły się do niekonwencjonalnych działań administracji Trumpa i w roku wyborczym są przygotowane na więcej „zaczepek” w stosunku do Chin. Ponadto całkowite zerwanie umowy handlowej m.in. gwarantującej eksport towarów rolnych przyniosłoby Trumpowi więcej szkód niż korzyści w staraniach o reelekcję. Mimo tego warto zahaczyć, że na informacje o zerwaniu umowy USD zyskał na wartości, co pokazuje, że dla dolara nie liczy się sens umowy (i płynące z niej korzyści ekonomiczne), a bardziej powrót wojny handlowej i odkreślenie statusu USD jako bezpiecznej przystani.

Rynki szybko odsuwają na bok zamieszanie wokół umowy handlowej przy ponownym skupieniu uwagi na temacie odbicia gospodarczego. Już opublikowane indeksy PMI z Francji i pokazały imponujące odbicie powyżej 50 pkt.. Trzeba jednak pamiętać, że odczyty lekko powyżej 50 pkt. oznaczają, że przedsiębiorcy oceniają bieżącą sytuację tylko jako niegorszą niż miesiąc wcześniej a kondycja biznesu utrzymuje się tylko blisko dołka po zapaści wywołanej pandemią koronawirusa. Wzrosty indeksów dla niemieckiego sektora przemysłowego i usługowego zatrzymały się przy 45 pkt., sugerując większą rezerw niemieckich przedsiębiorców. Popyt pozostaje słaby, a nowe zamówienia nie napływają, choć z raportów przebija się silny optymizm firm, że kolejne miesiące przyniosą zdecydowaną poprawę. Nadzieja na przyjście lepszego to jedyna rzecz, na które można się opierać w czasie podwyższonej niepewności. Dzisiejsze dane jak na razie podsycają te nadzieje i podbijają kurs EUR/USD.

W Wielkiej Brytanii odsetek zaniepokojonych firm także powinien się zmniejszać, a z poziomów indeksów PMI po załamaniu w marcu i kwietniu odbicie teraz jest naturalną konsekwencją. Gorsze od oczekiwań dane będą miały większy wpływ na GBP, gdyż podkreślą słabość fundamentów i utrudnią podczepianie funta pod globalny rajd ryzyka. W USA wskaźniki PMI nie mają takiej renomy jak indeksy ISM, ale nadal mogą dostarczyć istotnych danych o sytuacji ekonomicznej. Chęć amerykańskich władz do odmrożenia gospodarki była w ostatnich tygodniach wyjątkowo silna, co powinno przełożyć się na wyraźne odbicie wskaźników aktywności. Jednocześnie słabszy niż przed kryzysem popyt, utracone miejsca pracy, fale protestów społecznych i rosnąca liczba nowych przypadków zachorowań będą tonować optymizm przedsiębiorców.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ponad 90 proc. polskich firm wykorzystało nowoczesne technologie w trakcie pandemii

Pandemia koronawirusa zmusiła 70 proc. polskich firm do zwrócenia się w kierunku nowoczesnych form komunikacji z klientami, a 10 proc. dużych firm wdrożyło systemy do zarządzania pracą zdalną (nie korzystając z nich wcześniej) – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Nowoczesne technologie w przedsiębiorstwach przed, w trakcie i po pandemii COVID-19”. Po pandemii 69 proc. firm zamierza nadal komunikować się z klientami przy użyciu nowoczesnych technologii, a 45 proc. planuje wykorzystywać internetowe kanały sprzedaży i obsługi klienta. Ponad ¼ badanych przedsiębiorstw (27 proc.) pragnie nadal używać systemów do monitorowania pracy zdalnej.

Blisko 1/4 przedsiębiorstw, które wzięły udział w badaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonym pod koniec 2019 r. na próbie 1050 firm o różnej wielkości i z różnych branż, stwierdziła, że w porównaniu z 2018 r. w ich przedsiębiorstwach nastąpił wzrost wykorzystania nowoczesnych technologii (przede wszystkim duże firmy z sekcji informacja i komunikacja). Jednocześnie tylko około 1/5 przedstawicieli firm uważała, że niski poziom kompetencji cyfrowych pracowników nie stanowił bariery w działalności. Analiza wyników tego badania pozwoliła pokazać, na ile przedsiębiorstwa pod koniec 2019 r. były przygotowane do wykorzystania nowoczesnych technologii w niespodziewanej sytuacji związanej z funkcjonowaniem w okresie pandemii.

Nowoczesne technologie okazały się bardzo użyteczne w funkcjonowaniu przedsiębiorstw w dobie lockdownu, ale nie wszystkie firmy w równym stopniu takie rozwiązania wykorzystują. Podobnie jest z kompetencjami cyfrowymi pracowników, których poziom często bywa niewystarczający, mimo coraz większej obecności narzędzi cyfrowych w życiu społecznym – komentuje Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Ponad 90 proc. polskich firm wykorzystało nowoczesne technologie w trakcie pandemii

Zakres nowych technologii wprowadzonych do firm w okresie pandemii jest stosunkowo szeroki, ale występuje przewaga technologii służących do kontaktów z klientami i budowania relacji z partnerami biznesowymi oraz zapewnienia pracownikom firmy możliwości pracy zdalnej.

Uczestnicy badania podkreślali, że kryzys z jednej strony spowolnił prace w firmie nad nowymi technologiami, które były podjęte wcześniej i zostały ocenione jako mało istotne. Z drugiej – przyspieszył wdrożenie nowych, których posiadanie okazało się kluczowe dla funkcjonowania firmy w nowej rzeczywistości – komentuje Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jak firmy będą funkcjonowały po kryzysie?

Wyniki  badań jakościowych (indywidualne wywiady pogłębione z 26 przedstawicielami przedsiębiorstw) i ilościowych (badania ankietowe 400 przedsiębiorstw), które Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził w czasie pandemii, wskazują, że koronawirus na stałe zmieni sposób patrzenia na biznesowe zastosowanie nowoczesnych technologii. Niemal wszyscy badani, bez względu na wielkość reprezentowanego przedsiębiorstwa oraz sektor, wskazali, że na stałe wprowadzą wykorzystywanie w swoich firmach nowoczesnych systemów komunikowania się na odległość.

Z kolei w przypadku elektronicznego obiegu dokumentów i systemów do zarządzania przedsiębiorstwem po pandemii odsetek firm wykorzystujących te systemy wróci do poziomów sprzed kryzysu.

Skłonność do wykorzystywania nowoczesnych technologii rośnie wraz ze wzrostem wielkości przedsiębiorstwa, ale przedstawiciele mikro i małych przedsiębiorstw również deklarowali, że w przyszłości bardziej nastawią się na działalność internetową, w szczególności wykorzystując internetowe kanały sprzedaży i obsługi klientów (e-commerce). Takie plany nie zaskakują, gdyż można się spodziewać, że po okresie pandemii obecne zachowania klientów i interesantów preferujących zdalne załatwianie spraw mogą pozostać już na trwałe w życiu społecznym – dodaje Katarzyna Dębkowska.

Epidemia mocno uderza w prywatne usługi medyczne

Ograniczenie liczby zabiegów, redukcja etatów, podniesienie cen usług oraz mniejsza liczba pacjentów to nowy krajobraz prywatnego rynku usług medycznych w okresie „odmrażania gospodarki”. Przyczyniły się to tego nie tylko wyższe koszty zabiegów, które wzrosły z powodów takich jak konieczność zakupu środków zabezpieczających czy dezynfekcji. Dodatkowo zbliżające się spowolnienie gospodarcze ma negatywny wpływ na decyzje pacjentów. Zdaniem ekspertów popyt na usługi medyczne, powróci do poziomu sprzed wybuchu epidemii, dopiero w czwartym kwartale br.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę MediRaty, 73 proc. gabinetów i klinik oferujących usługi komercyjne w zakresie stomatologii, medycyny estetycznej, okulistyki, ortopedii czy kosmetologii, deklaruje ograniczenie działalności i redukcję etatów o co najmniej 20 proc. Mimo, iż rządowy program wsparcia w postaci tarczy antykryzysowej pomógł w kwestii składek ZUS, dopłat oraz pożyczek (chęć skorzystania z niego wyraziło 46 proc. podmiotów), to do największych obciążeń należą zobowiązania kredytowe, leasingowe czy czynsze. Ponad 70 proc. gabinetów, klinik czy przychodni nie planuje zamknięcia czy zawieszenia działalności, ale 90 proc. nie podejmie się ekspansji rynkowej, ani przyłączenia do większej sieci.

Nowe przepisy sanitarne przyczyną podwyżek

Wraz z procesem luzowania restrykcji gabinety oraz kliniki musiały się zmierzyć z zaostrzonym rygorem sanitarnym, co łączy się koniecznością zakupu dodatkowych materiałów jak maski, przyłbice, kombinezony oraz środków dezynfekujących. Efektem czego jest kilkunastoprocentowy wzrost średniego poziomu cen usług w porównaniu ze stawkami sprzed roku. mówi Jakub Czarzasty, Prezes MediRaty. Cześć prywatnych przychodni oraz gabinetów medycznych wyszczególniła opłaty związane z nowymi przepisami w cennikach. W pozostałych przypadkach została ona wliczona w koszty zabiegu.

Potwierdzają to dane GUS, z których wynika, iż zabiegi dentystyczne i stomatologiczne zdrożały o 14 proc., natomiast usługi lekarskie średnio o 8,8 proc. Z prawie 500 biorących udział w badaniu firmy MediRaty klinik oraz gabinetów, 67,7 proc. oświadcza, iż poza wprowadzeniem opłaty dezynfekcyjnej nie podniesie cen usług. Natomiast 17 proc. deklaruje podwyżki, a 15 proc. nie ma sprecyzowanych planów tym zakresie.

Nastroje dalekie od optymistycznych

W kwestii spodziewanej liczby klientów nastroje są dalekie od optymistycznych. 64,4 proc. prywatnych podmiotów medycznych przewiduje o min. 20 proc mniej pacjentów. Natomiast 63 proc. gabinetów oraz klinik deklaruje zmniejszenie liczby wykonywanych zabiegów. Jako główną przyczynę wskazują zbliżające się spowolnienie gospodarcze, które negatywnie wpływa na decyzje pacjentów dotyczące skorzystania z wielu usług medycznych.

Psychologiczny efekt kwarantanny może spowodować bardzo powolny powrót to stanu z przed wprowadzenia restrykcji, który może wynieść nawet 3 czy 4 miesiące. – dodaje Jakub Czarzasty. Jako wyjście z sytuacji branża prywatnych usług medycznych widzi możliwość odroczenia płatności oraz rozłożenie jej na raty. Blisko 80 proc. badania zmierza skorzystać z takiego rozwiązania, aby przyciągnąć pacjentów.

Obrazy, rzeźby, pamiątki. Kiedy jest kryzys, to dzieła sztuki idą pod młotek jako pierwsze

Inwestorzy i kolekcjonerzy zacierają ręce. Przez koronawirusa na rynku pojawiają się dzieła sztuki, które przez dekady były niedostępne na wolnym rynku.

Już 25 czerwca w jednym z warszawskich domów aukcyjnych odbędzie się jedna z największych licytacji dzień sztuki w ostatnich miesiącach. Sytuacja jest wyjątkowa, bo jak mówią specjaliści wiele dzieł trafia „pod młotek” właśnie wskutek pandemii koronawirusa. Z czego to wynika? Banki czy kolekcjonerzy chcą spieniężyć elementy ich majątku, które nie wiążą się z ich bezpośrednią działalnością. Licytacje, które będą miały miejsce w najbliższych miesiącach to prawdziwa gratka dla miłośników dzieł sztuki, kolekcjonerów i inwestorów. Specjaliści z Kancelarii Kiżuk & Michalska również zajmują się obrotem dziełami sztuki i doradztwem w tym zakresie. – Inwestor w dzieła sztuki jest zwykle osobą świadomą materii z jaką obcuje. To nie jest łatwa inwestycja i to nie jest lokowanie pieniędzy nastawione na szybki zysk. Inwestycje w dzieła obliczone są zwykle na lata i towarzyszą im wyższe cele np. chęć podtrzymania dziedzictwa narodowego czy po prostu posiadanie w swoim zbiorze dzieła unikatowego – mówi Katarzyna Michalska, doradca ekonomiczny.

  • 25 czerwca odbędzie się licytacja 30 dzieł należących do kolekcji mBanku. Wiele z nich przez dekady znajdowało się w depozytach największych galerii i muzeów. To sytuacja absolutnie niecodzienna
  • W czasach kryzysu gospodarczego przedsiębiorcy i osoby indywidualne pozbywają się dzieł sztuki, obrazów, rzeźb, fotografii i cennych pamiątek by podreperować domowy budżet
  • Nie należy się spodziewać niskich cen licytowanych obrazów. Dla kolekcjonerów samo ich pojawienie się na rynku jest powodem do ożywienia
  • Inwestowanie w sztukę to w Polsce trudny temat. Nie wszyscy odnajdują się na rynku wartym ponad 64 miliardy złotych. Tutaj poza biznesową intuicją potrzebna jest konkretna wiedza

Najpierw „pod młotek” idzie majątek bez którego funkcjonowanie firmy jest dalej możliwe.

Licytacji szczególnie uważnie przyglądać się będą mieszkańcy Szczecina, bo to właśnie wtedy wystawione na sprzedaż zostaną dwa cenne obrazy, które mBank przekazał w depozyt Muzeum Narodowemu w Szczecinie. O sztuce rzadko rozmawia się poruszając aspekty ekonomiczne czy inwestycyjne, a dzieła potrafią być cenną lokatą pieniędzy. Czy każdy może być inwestorem w sztukę? Wydaje się, że tak, wszak zakup obrazu to zakup obrazu. Jak przekonują doradcy z kancelarii Kiżuk & Michalska sprawa jednak wcale nie jest taka prosta, bo kupienie cennego dzieła z zyskiem wymaga wiedzy, doświadczenia i znajomości trudnego rynku.

Czy fakt, że na rynku pojawiło się wiele dzieł sztuki może być tłumaczony pandemią koronawirusa? Pozbywanie się cennych dzieł może być efektem kryzysu gospodarczego: – Sprzedaż ponad 30 dzieł sztuki zdarza się dość rzadko. Zwykle sprzedawane były kolekcje małe, indywidualne, ewentualnie korporacyjne. W momencie kryzysu jest to ciekawa forma uzyskania gotówki, bo można uzyskać szybko wysokie pieniądze, wspierające finanse danego przedsiębiorstwa czy gospodarstwa domowego – mówi Katarzyna Michalska. – Mieliśmy kiedyś sytuację, że zgłosiła się do nas osoba z oryginalnymi skrzypcami Stradivariusa. Potrzebowała szybko gotówki, a to była najcenniejsza rzecz jaką posiadała. W firmie czasem tak jest, że trzeba pewne dobro spieniężyć w imię inwestycji czy dalszego funkcjonowania. To zwykle bardzo trudne sytuacje. Czas kryzysu to złote czasy dla funduszy inwestycyjnych czy dla indywidualnych inwestorów sztuki. Jeżeli mają oni wolne środki, to jest to okazja do nabycia dzieł, które tak naprawdę na wolnym rynku pojawiają się bardzo rzadko – dodaje Filip Kiżuk.

Czy należy spodziewać się, że dzieła z kolekcji mBanku będą sprzedawane z dużym dyskontem cenowym? Specjaliści Kancelarii Kiżuk & Michalska zaprzeczają. – Sam fakt, że są one dostępne podczas aukcji należy traktować jako ofertę interesującą. Nie spodziewam się niskich cen. Jak ktoś liczy na „wielką wyprzedaż” to może się rozczarować – dodaje Katarzyna Michalska.

Rynek warty miliardy złotych zostanie przez pandemię „rozruszany”. Na rynek trafią dzieła, które przez dekady stanowiły ozdoby muzeów

Ruch na stronach domów aukcyjnych w Polsce jest zdecydowanie większy w ostatnich miesiącach. To może oznaczać, że dzieł trafiających do marszandów jest więcej. Jak wyjaśniają specjaliści z kancelarii Kiżuk & Michalska, również do inwestorów prywatnych docierają zapytania o możliwość sprzedaży obrazów, rzeźb, fotografii czy pamiątek po znanych osobistościach.  To efekt pandemii koronawirusa. Przedsiębiorcy, ale i osoby indywidualne chcą podreperować swój budżet. Mówimy o dziełach sztuki, których ceny wywoławcze mogą osiągać kwoty idące w dziesiątki tysięcy złotych. Rynek obrotu dziełami sztuki jest ogromny. W 2018 roku było to… ponad 60 miliardów złotych. Paradoksalnie w roku kryzysu gospodarczego transakcji może być jeszcze więcej, a co za tym idzie rynek również wzrośnie.

– Inwestowanie w sztukę to nie jest pierwsza myśl człowieka, który planuje inwestycje. Najpierw są nieruchomości, udziały w  spółkach, przejęcia firm. Sztuka to daleki wybór, ale mamy klientów, którzy nadwyżki mają ulokowane w tak szeroki portfel, że oczekują czegoś więcej. Najpierw jest edukacja, potem zwykle zainteresowanie lub pasja, a następnie decyzja, że to jest ciekawa inwestycja – mówi Katarzyna Michalska. – Obrazy są podziwiane, wiąże się z nimi pewna historia, otoczka towarzyska. Wartość sztuki to więc nie tylko wartość materialna. To obcowanie z kulturą, często bezcenne – dodaje Filip Kiżuk.

Ile więc wynosi „czas zwrotu” dzieła sztuki? Eksperci wyjaśniają, że to kwestia kilku lat. Pod tym kątem wartość sztuki jest podobna do wartości nieruchomości – trudno o szybki zysk, ale jednocześnie tego rodzaju inwestycje nie tracą szybko na wartości, wręcz przeciwnie bywają inwestycjami ponadczasowymi. Czas kryzysu to może być czas żniw dla inwestorów w sztukę.

Czy grozi nam wzrost inflacji?

Według Bartosza Tomczyka – przewodniczącego rady nadzorczej w polskim fintechu Provema – po całkowitym odmrożeniu gospodarki prędkość obiegu pieniądza znacząco się zwiększy, co w połączeniu ze wzrostem jego ilości w obiegu powinno doprowadzić do dynamicznego wzrostu inflacji.

Dla większości państw rozwiniętych, inflacja stała się zjawiskiem zapomnianym. Dawniej celem banków centralnych z Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych czy Japonii było jej zwalczanie i stanie na straży wartości pieniądza. Dziś jest dokładnie odwrotnie, głównym zmartwieniem władz staje się pobudzenie inflacji. I okazuje się, że to zadanie wcale nie jest takie łatwe. Jeden z poprzednich szefów amerykańskiej Rezerwy Federalnej rozważał nawet, zapewne żartem, rozrzucanie pieniędzy z helikopterów w celu pobudzenia inflacji. Ku zaskoczeniu wielu ekonomistów, nawet szalony dodruk pieniądza z okresu kryzysu finansowego w 2008 roku nie spowodował wzrostów cen. Banki centralne, zachęcone tym faktem, od tego czasu nieustannie zwiększają bazę monetarną. Dla wielu krajów, stało się to wygodnym sposobem na finansowanie wzrostu wydatków publicznych.

Teoria ekonomiczna zaproponowana na przełomie XIX i XX wieku przez amerykańskiego ekonomistę Irvinga Fishera zakładała spadek wartości pieniądza w wyniku wzrostu jego ilości w obiegu. Przed 2008 rokiem bardzo niewielu ekonomistów miało odwagę ją negować. Słusznie zresztą, równanie Fishera jest bez wątpienia ekonomiczną oczywistością.

Co więc stało się w roku 2008? Dziś ekonomiści uważają, że znają odpowiedź. Fakt, że pieniądz został formalnie wyemitowany przez bank centralny nie oznacza, że ktoś go zarobił i może wydać. Jeżeli wyemitowany pieniądz pozostaje w systemie bankowym, nie wpłynie na wartość wskaźnika inflacji. Aby inflacja wzrosła, banki komercyjne muszą pożyczyć wydrukowane pieniądze konsumentom lub przedsiębiorstwom. A banki doskonale wiedzą o tym, że w czasie kryzysu ryzyko kredytowe wzrasta. W związku z tym zaostrzają kryteria dla potencjalnych kredytobiorców. Również konsumenci i przedsiębiorcy w czasie kryzysu nie mają apetytu na kredyt. Wolą poczekać z zakupami i inwestycjami na lepsze czasy.

W teorii, zwiększenie podaży pieniądza jest czynnikiem inflacyjnym, jej zmniejszenie powinno mieć skutki deflacyjne. Drugim czynnikiem kształtującym wartość pieniądza jest prędkość jego obrotu. Jej zwiększenie napędza inflację, podczas gdy zmniejszenie ma skutek odwrotny. Oznacza to, że jeżeli wraz ze wzrostem podaży pieniądza, wzrośnie jego prędkość obrotu, nie zaobserwujemy zwiększonej inflacji. Prędkość obrotu jest pozytywnie skorelowana ze wzrostem gospodarczym, a więc – z reguły uważa się, że inflację zaobserwujemy wtedy, gdy wzrost bazy monetarnej jest większy od wzrostu PKB.

W odniesieniu do obecnego kryzysu, czynnikiem pobudzającym inflację, bez wątpienia jest wzrost ilości pieniądza w obiegu. NBP przeznacza ogromne kwoty na wspieranie płynności sektora bankowego. Z kolei rząd próbuje aktywnie wspierać przedsiębiorstwa. Sama emisja obligacji Narodowego Funduszu Rozwoju o wartości 100 miliardów złotych, przeznaczona na program tarczy antykryzysowej, powiększa bazę monetarną M3 o prawie 9% w porównaniu ze stanem na koniec stycznia 2020. Podobna kwota, w ciągu najbliższych lat ma być wydana na program „Czyste powietrze”. Kolejne 100 miliardów jest wart program budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Wpływy z podatków nie zapewnią budżetowi państwa takich kwot. Oznacza to, że baza monetarna może w najbliższych latach wzrosnąć o kilkadziesiąt procent.

Z kolei podstawowym czynnikiem deflacyjnym jest obserwowane na całym świecie spowolnienie gospodarcze. W przypadku Stanów Zjednoczonych wartość produktu krajowego brutto spadła w kwietniu o ponad 12% w porównaniu z marcem oraz o 16,5% w porównaniu z lutym tego roku. Był on też o prawie 14% niższy niż w kwietniu 2019. Wielkość amerykańskiego PKB w ciągu dwóch miesięcy skurczyła się poziomu notowanego w 2016 roku. GUS nie opublikował jeszcze danych dla polskiej gospodarki, ale wiemy na przykład, że wartość sprzedanej produkcji przemysłowej w kwietniu spadła o prawie 25% w porównaniu z marcem. W tym samym czasie ilość zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o 6,2%. Obniżenie poziomu aktywności gospodarczej powoduje spadek prędkości obiegu pieniądza, co przynosi skutki deflacyjne.

Na razie, według dostępnych danych, zarówno na świecie, jak i w Polsce przeważają deflacyjne skutki kryzysu. Polski wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych spadł o 0,1% w kwietniu i 0,2% w maju. W USA, w maju było to 0,1%.

Jest jednak dość jasne, że po całkowitym odmrożeniu gospodarki prędkość obiegu pieniądza znacząco się zwiększy, co w połączeniu ze wzrostem jego ilości w obiegu powinno doprowadzić do dynamicznego wzrostu inflacji. Wątpliwe jest, czy w ciągu najbliższych kilku lat osiągniemy kilkudziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy, tym bardziej że powinien on być liczony w stosunku do stanu sprzed kryzysu. Ilość pieniądza w stosunku do wielkości PKB bez wątpienia wzrośnie. W dodatku, władze będą się obawiać jej zmniejszenia i spowodowania spowolnienia gospodarczego.

Autor: Bartosz Tomczyk – przewodniczący rady nadzorczej w polskim fintechu Provema

Dobrze Cię rozumiem, czyli o trudnej sztuce komunikacji

Każdego dnia komunikujemy się z innymi ludźmi. Na kształt wiadomości wpływ ma nie tylko mówiący, ale również słuchacz. To, co słyszy adresat, ale przede wszystkim to, jak odbiera on daną wypowiedź, oddziałuje znacznie na jego reakcję. Jak zatem mówić, by zostać właściwie zrozumianym?

Istotą komunikacji jest wymiana informacji na linii nadawca – odbiorca. Równie ważnym jej składnikiem jest umiejętność wypowiedzi, jak i zdolność słuchania, czyli jej przyjęcia. Niemiecki psycholog prof. Friedman Schulz von Thun, stworzył teorię, według której każdy komunikat składa się z czterech płaszczyzn, a do jego odbioru mamy do dyspozycji aż cztery rodzaje uszu!

Obok zróżnicowania na ucho lewe i prawe, naukowiec wyłonił dodatkowo: ucho rzeczowe (wyłapuje kluczowe fakty), relacyjne (skupia się na emocjach, stosunku nadawcy do odbiorcy), ujawniające siebie (zwraca uwagę na oceny, opinie, odczucia) i apelowe (odbiera potrzeby i oczekiwania nadawcy). Warto zaznaczyć, że typ relacyjny doszukuje się ukrytych przekazów także w tonie głosu, doborze słów czy gestach. Zazwyczaj jedno z ”uszu” jest wykształcone silniej niż pozostałe, co wpływa na odbiór płynących do nas komunikatów. Jak wykorzystać tę wiedzę w codziennej pracy zespołu?

Wprost czy między wierszami?

W praktyce łatwo sprawdzić, które „ucho” w nas dominuje. Wyobraźmy sobie sytuację, że przełożony przychodzi do naszego biurka i mówi zdanie: „Ten raport trzeba przygotować na środę.” Nasza reakcja i pierwsza myśl po usłyszeniu takiego komunikatu wiele wyjaśni. Ucho rzeczowe przyjmie do wiadomości, na kiedy potrzebny jest dokument, a uchem apelu usłyszymy, że szef oczekuje przygotowania raportu na konkretny dzień (to jego prośba). Ucho ujawniania siebie natomiast oceni, że nasz zwierzchnik dba o terminowość wykonania zadania, zaś ucho relacji zwróci uwagę na to, że zlecając zadanie, chce przyspieszyć i skontrolować pracę. Przykład ten pokazuje, że cztery różne osoby zupełnie inaczej odbiorą to samo proste zdanie.

Trafne rozpoznanie, którym z typów „ucha” dysponuje nasz rozmówca, może skutecznie ułatwić formułowanie zrozumiałego przekazu i uniknąć niepotrzebnych nieporozumień. Odpowiednio dopasowując komunikat oraz kładąc nacisk na kluczowe elementy wypowiedzi mamy większą szansę na wzajemne zrozumienie z odbiorcą. Właściwy przepływ wiadomości jest bardzo istotny szczególnie w pracy grupowej, gdzie efektywna komunikacja to podstawa funkcjonowania zespołu. – Wymiana informacji jest niezbędnym elementem w relacjach nie tylko na gruncie prywatnym, ale również zawodowym i biznesowym. Umiejętność tworzenia przekazu w taki sposób, by odbiorca zinterpretował go zgodnie z naszymi intencjami, jest niezbędna w każdego rodzaju współpracy. Aby wspólne wysiłki w dążeniu do osiągnięcia założonego celu były owocne, muszą opierać się na wzajemnym zrozumieniu i odpowiedniej reakcji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Warto przy kolejnej okazji przyjrzeć się reakcjom rozmówców na wysyłane przez nas komunikaty. Uważna obserwacja ułatwi dopasowanie przekazu i jego formy w zależności od typu „ucha” odbiorcy. Dzięki temu nasza wypowiedź zostanie dobrze zrozumiana i odpowiednio zinterpretowana.