Tarcza Antykryzysowa a prawo ochrony konkurencji i konsumentów

W dniu 26 marca 2020 r. na stronach Rządowego Centrum Legislacji zostały oficjalnie opublikowane dwa rządowe projekty ustaw mających na celu przeciwdziałanie kryzysowi wywołanemu koronawirusem. Tego samego dnia oba projekty zostały skierowane do Sejmu.

Mowa o następujących dokumentach:

  1. projekt ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw[1] (tzw. „Tarcza Antykryzysowa”) oraz
  2. projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie systemu ochrony zdrowia związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19[2] („Projekt Ustawy Nowelizującej”).

Lektura obu projektów potwierdza prawdziwość wcześniejszych doniesień medialnych dotyczących założeń projektowanych prawnych instrumentów przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19.
Oba projekty (w obecnym brzmieniu) nadają nowe uprawnienia Prezesowi UOKiK oraz zawierają rozwiązania, które mogą mieć znaczenie dla stosowania prawa ochrony konkurencji i konsumentów.

System cen maksymalnych

Obowiązująca od dnia 8 marca 2020 r. tzw. Specustawa COVID-19[3] nadała ministrowi właściwemu do spraw zdrowia kompetencję do ustalania w drodze obwieszczenia maksymalnych cen produktów leczniczych wydawanych bez przepisu lekarza (OTC) oraz z przepisu lekarza (Rp)[4], wyrobów medycznych[5] oraz środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego[6]. Zgodnie z założeniami Projektu Ustawy Nowelizującej katalog ten ma zostać rozszerzony o produkty biobójcze[7]. Dodatkowo, Projekt doprecyzowuje, że kompetencja ta ma obejmować ceny zbytu brutto (zawierających VAT), marżę hurtową oraz marże detaliczne. Celem uniknięcia wątpliwości, możliwość ustalania cen maksymalnych nie obejmuje produktów refundowanych, których ceny zostały ustalone w drodze decyzji administracyjnych ministra właściwego do spraw zdrowia[8].

 

Z kolei pierwotny projekt Tarczy Antykryzysowej został „wzbogacony” o rozwiązania postulowane przez UOKiK. Do Specustawy COVID-19 miałaby zostać wprowadzona delegacja dla ministra właściwego do spraw gospodarki, który – w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw zdrowia oraz ministrem właściwym do spraw rolnictwa i rozwoju wsi – mógłby również wydać rozporządzenie określające maksymalne ceny lub maksymalne marże hurtowe i detaliczne towarów lub usług mających znaczenie dla ochrony zdrowia lub bezpieczeństwa ludzi lub kosztów utrzymania gospodarstw domowych. Maksymalne ceny mogłyby dotyczyć różnych poziomów obrotu towarowego (wprowadzania do obrotu, hurtowego, detalicznego), jak również uwzględniać skalę sprzedaży albo świadczenia usług i uwarunkowania regionalne (np. inne poziomy dla ogólnopolskich sieci sklepów). Przy ustalaniu wysokości maksymalnych cen minister mógłby wziąć pod uwagę wysokość cen w okresie poprzedzającym wprowadzenie stanu zagrożenia epidemicznego, a także uzasadnione zmiany kosztów produkcji i zaopatrzenia. Rozporządzenie powinno również określać podstawę obliczania maksymalnych marż. Maksymalne poziomy określone w rozporządzeniu mogłyby dotyczyć marż dla poszczególnych rodzajów towarów lub marż naliczanych od ceny hurtowej.

Wprowadzenie mechanizmu cen maksymalnych na niezbędne dla konsumentów towary lub usługi jest działaniem uzasadnionym w świetle aktualnej sytuacji. Do stosowania mechanizmów cen maksymalnych, nawet bez urzędowej ingerencji, „zachęcają” samych producentów również organy antymonopolowe zrzeszone w Europejskiej Sieci Konkurencji[9].

Administracyjne kary pieniężne

Na podmioty stosujące wyższe niż maksymalne ceny mogłyby zostać nałożone kary pieniężne w wysokości od 5 tys. do 5 mln zł. Kary te wymierzane byłyby w drodze decyzji przez właściwe organy Inspekcji Farmaceutycznej, Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Inspekcji Sanitarnej lub Inspekcji Handlowej (w zakresie towarów lub usług objętych ich właściwością). Niepokojącym postulatem jest kwestia nadania decyzji o karze – uiszczanej w terminie 7 dni od uostatecznienia się decyzji – rygoru natychmiastowej wykonalności bez możliwości wstrzymania tego rygoru przez sąd administracyjny.

Jeszcze większe kontrowersje budzi możliwość ukarania za opisaną powyżej praktykę również przez Prezesa UOKiK, jeżeli naruszenie (chociażby nieumyślne) miało miejsce „wielokrotnie” w odniesieniu do „wielu towarów lub usług lub na dużą skalę”. W takiej sytuacji organ antymonopolowy miałby mieć możliwość nałożenia kary pieniężnej w wysokości do 10% rocznego obrotu przedsiębiorcy. Warto zwrócić uwagę, że możliwość wydania tzw. decyzji zobowiązującej („uzgodnionej” pomiędzy przedsiębiorcą a organem) miałaby być wyłączona. Ponadto, w przypadku nieudzielenia lub udzielenia organowi nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd informacji, jak również uniemożliwiania lub utrudniania kontroli Prezes UOKiK mógłby nałożyć na przedsiębiorcę karę w wysokości do 5% rocznego obrotu, ale nie więcej niż 50 mln zł.

Kredyty konsumenckie

Szczególne znaczenie dla sektora bankowego mogą mieć zaproponowane przez UOKiK przepisy Tarczy Antykryzysowej, zgodnie z którą – przez 1 rok od dnia wejścia w życie tejże zmiany – miałyby obowiązywać maksymalne limity pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego. Koszty te nie mogłyby przekroczyć poziomów obliczonych zgodnie ze wzorami zawartymi w ustawie, jednak nie mogłyby być wyższe niż 45% całkowitej kwoty kredytu. Z kolei, w przypadku, gdy kredytodawca lub podmiot z nim powiązany udzielił konsumentowi kolejnych kredytów w okresie 120 dni od wypłaty pierwszego z nich, na potrzeby ustalenia maksymalnej wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu za całkowitą kwotę uznawana miałaby być kwota pierwszego udzielonego kredytu. W takiej sytuacji maksymalny dopuszczalny poziom pozaodsetkowych kosztów kredytu dotyczyłby pozaodsetkowych kosztów wszystkich kredytów udzielonych w tym okresie.

Naruszenie ww. przepisów mogłoby zostać uznane za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów. Konsekwencją tej regulacji byłaby możliwość nałożenia przez Prezesa UOKiK kary w wysokości do 10% rocznego obrotu na kredytodawcę naruszającego tymczasowe przepisy o maksymalnych pozaodsetkowych kosztach kredytu. Należy pamiętać, że ustawa od 15 grudnia 2018 r. odpowiedzialność za naruszenie zakazu praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów rozciąga się również na osoby zarządzające przedsiębiorcy, przy czym w przypadku osób zarządzających podmiotami podlegającymi nadzorowi finansowemu kara ta może wynieść nawet 5 mln zł (dla osób zarządzających „pozostałymi” przedsiębiorcami maksymalny poziom kary wynosi 2 mln zł).

Dobrą wiadomością dla sektora finansowego jest fakt, że żaden z analizowanych projektów nie zawiera propozycji obowiązku kredytodawców do zawieszenia wykonania umowy o kredyt konsumencki na wniosek kredytobiorcy. Zgodnie bowiem z pierwotną inicjatywą UOKiK, okres kredytowania miał ulec wydłużeniu o okres zawieszenia (bez negatywnych konsekwencji dla kredytobiorcy), a naruszenie nowego obowiązku również miało stanowić praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów.

Autor: Szymon Gołębiewski, adwokat, senior associate w Taylor Wessing w Warszawie

[1] Link do procesu legislacyjnego na stronie: http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=RPL&Id=RM-10-29-20

[2] Link do procesu legislacyjnego na stronie: http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=RPL&Id=RM-10-28-20

[3] Ustawa z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zaopbieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz.U. 2020 poz. 374).

[4] Art. 23a ust. 1 pkt 1 i 2 ustawy z dnia 6 września 2001 r. – Prawo farmaceutyczne (tekst jednolity – Dz.U. 2019 r. poz. 499 z późn.zm.).

[5] Ustawa z dnia 20 maja 2010 r. o wyrobach medycznych (tekst jednolity – Dz.U. 2020 r. poz. 186 z późn.zm.).

[6] Ustawa z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia (tekst jednolity – Dz.U. 2019 r. poz. 1252 z późn.zm.).

[7] Ustawa z dnia 9 paźdzernika 2015 r. o produktach biobójczych (tekst jednolity – Dz.U. 2018 r. poz. 2231 z późn.zm.).

[8] Ustawa z dnia 12 maja 2011 r. o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego rpzeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych (tekst jednolity – Dz.U. 2020 r. poz. 357 z późn.zm.).

[9]https://www.concurrences.com/IMG/pdf/european_competition_network_antitrust-_joint_statement_by_the_european_competition_network_ecn_on_application_of_competition_law_during_the_corona_crisis_23_march_2020.pdf?58090/1c6c6dbef875f74d2336a1c1aa208cdfaef9b5fb

Ochrona europejskiej gospodarki powinna być priorytetem dla unijnych przywódców

Przed planowaną na 26 marca br. wideokonferencją Rady Europejskiej, Prezydent BusinessEurope Pierre Gattaz przypomniał o stanowisku federacji w związku z kryzysem: „W tym tygodniu europejscy przywódcy mają historyczną okazję, aby postawić unijną solidarność, działanie i odpowiedzialność w centrum naszej reakcji na kryzys. Długoterminowy dobrobyt Europy można zabezpieczyć tylko wtedy, gdy przywódcy europejscy zrobią wszystko co w ich mocy, aby zachować unię gospodarczą i walutową oraz jednolity rynek. Oba mają zasadnicze znaczenie dla dobrobytu naszej gospodarki, naszych firm i pracowników.”

Dyrektor Generalny BusinessEurope, Markus Beyrer dodał: „Zachowanie jak największej liczby firm i miejsc pracy podczas tego ogromnego kryzysu będzie miało kluczowe znaczenie dla ograniczenia jego długoterminowego wpływu na gospodarkę. EBC podjął zdecydowane działania w celu wsparcia stabilności finansowej i naszej wspólnej waluty. Rada i państwa członkowskie muszą teraz podążać za przykładem EBC, w tym poprzez wprowadzenie ambitnego i skoordynowanego bodźca fiskalnego „.

Chociaż władze muszą podjąć wszelkie niezbędne kroki, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się COVID-19, konieczne jest zdaniem BusinessEurope również:

  • Zwiększenie elastyczności i jasności zasad dotyczących pomocy państwa dot. wsparcia przekraczającego 800 000 EUR, które będzie wymagane w przypadku wielu większych przedsiębiorstw dotkniętych kryzysem.
  • Podjęcie wszystkich niezbędnych kroków, aby transport towarów na jednolitym rynku nie był blokowany. Oznacza to pilne zniesienie niedawno wprowadzonych przez niektóre państwa członkowskie zakazów wywozu środków ochrony osobistej, sprzętu medycznego i urządzeń medycznych, skrócenie czasu oczekiwania na granicach wewnątrz UE dzięki zharmonizowanym rozwiązaniom dla samochodów ciężarowych oraz utrzymanie mobilności pracowników transgranicznych poprzez szybkie wdrożenie zaproponowanej przez Komisję Europejską Inicjatywy „Green Lanes”.
  • Wdrożenie skoordynowanego podejścia UE do infrastruktury krytycznej oraz podstawowych towarów i usług.
  • Pilne opracowanie unijnego planu konwersji przemysłowej, aby szybko zwiększyć produkcję kluczowych towarów, w tym we wszystkich medycznych łańcuchach dostaw. Firmy dążące do zmiany orientacji produkcji na niezbędne towary muszą uzyskać tymczasowe odstępstwa od normalnych wymagań regulacyjnych oraz szybsze procedury wydawania zezwoleń i certyfikacji. Utrzymanie szeroko rozumianej działalności przemysłowej ma kluczowe znaczenie dla zminimalizowania zakłóceń.
  • Zapewnienie utrzymania międzynarodowych przepływów handlowych, biorąc pod uwagę rosnące ryzyko, że zakazy wywozu niezbędnych artykułów medycznych na całym świecie powodują dodatkowe niedobory dostaw.
  • Odroczenie konsultacji społecznych i propozycji legislacyjnych UE, poza niezbędnymi, aby móc skoncentrować wszystkie wysiłki na zwalczaniu kryzysu COVID19.

W liście do szefów państw i rządów krajów UE, razem z BusinessEurope i innymi federacjami pracodawców, zaapelowaliśmy o kluczowe i pilne rozwiązania. Musimy ochronić jednolity rynek i europejskie łańcuchy dostaw, potrzebujemy skoordynowanego podejścia w zakresie infrastruktury krytycznej i niezbędnych towarów i usług, elastyczności w zakresie wymogów regulacyjnych i przyspieszenia procedur wydawania zezwoleń i certyfikacji, jak również znacznego poprawienia cyfrowego potencjału w Unii – zauważa Kinga Grafa, dyrektorka przedstawicielstwa Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

Kluczowa w tym momencie dla całej UE jest synergia działań zmierzająca do zagwarantowania maksymalnego bezpieczeństwa zarówno zdrowotnego, jak i gospodarczego. Jedno warunkuje drugie, bo ciężko sobie wyobrazić, aby przykładowo w trakcie bardzo złej sytuacji gospodarczej udało się zapewnić wysokie standardy zdrowotne. – mówi Adam Dorywalski, ekspert Konfederacji Lewiatan ds. UE w Brukseli.

Apel Polskiej Grupy Supermarketów o wsparcie lokalnej przedsiębiorczości

Epidemia COVID-19, która rozprzestrzenia się po Polsce i świecie stała się niezapowiedzianym sprawdzianem dla polityków, przedsiębiorców oraz wszystkich obywateli. Polska gospodarka zaczyna coraz silniej odczuwać skutki kryzysu epidemiologicznego, choć – jak twierdzą eksperci – jego kulminacja jest jeszcze przed nami.

Polska Grupa Supermarketów zwraca się z apelem do wszystkich obywateli i rezydentów o wsparcie drobnych, lokalnych przedsiębiorców. Jednocześnie dziękuje współpracownikom, którzy każdego dnia obsługują tysiące Klientów.

Rozwaga oraz stosowanie się do odgórnych zaleceń bezpieczeństwa to dwa priorytety, którymi powinniśmy kierować się w celu ochrony zdrowia naszego i naszych bliskich. Jednak w tym krytycznym momencie waży się również przyszłość tysięcy mikro- i małych przedsiębiorców oraz ich pracowników, którzy codziennie starają się pełnić obowiązki, dostarczając nam swoje usługi i produkty.

Apelujemy o wsparcie dla tysięcy małych polskich firm –  sklepów i restauracji, których sytuacja jest coraz bardziej skomplikowana. Wybierajmy lokalne osiedlowe sklepy spożywcze, które od wielu lat znajdują się w trudnej sytuacji, borykając się z niską marżą i konkurencją światowych korporacji. Wspierajmy lokalne usługi, których przyszłość zależy od lokalnych społeczności.   Innymi słowy prosimy o wsparcie dla polskiej gospodarki, której kondycja zależy głównie od ciężkiej pracy wszystkich obywateli.

Polski Rząd ogłosił niedawno wdrożenie wartej około 212 mld złotych „Tarczy Antykryzysowej”, mającej złagodzić m.in. zdrowotne jak i ekonomiczne skutki kryzysu epidemiologicznego. Niestety, już dziś wiemy, że podjęte środki okażą się niewystarczające, by uchronić tysiące polskich firm przed upadłością oraz dziesiątki tysięcy osób przed utratą pracy.

Jako konsumenci mamy jednak niesamowitą moc. Wybierając polskie marki, polskie produkty i usługi pomagamy zachować produkcję i miejsca pracy, czyniąc jednocześnie polską gospodarkę silniejszą na tle światowego rynku. Wspomóżmy w tych ciężkich chwilach tych, którzy na co dzień budują wspólny dobrobyt.

KUPS: podatek cukrowy dobije ocalałe po epidemii COVID-19 polskie gospodarstwa sadownicze oraz firmy producentów napojów owocowych i nektarów

Sejm na posiedzeniu zdecyduje o losach ustawy cukrowej. Czy Sejm odrzuci ustawę cukrową, za czym opowiedział się Senat? To ostatni moment dla posłów na wycofanie się z tej szkodliwej dla osłabionej polskiej gospodarki ustawy. Stowarzyszenie KUPS i organizacje reprezentujące sadownictwo oraz przetwórstwo owoców i warzyw apelują do posłów o zagłosowanie za uchwałą Senatu o odrzuceniu ustawy w całości. – „Zwracamy się do posłów o jednomyślność z senatorami, by w obliczu negatywnych skutków wywołanych światową epidemią koronawirusa, z jakimi dodatkowo mierzą się dziś przedsiębiorcy – wesprzeć polskie rolnictwo i sadownictwo” – mówi Julian Pawlak, prezes Stowarzyszenia Krajowa Unia Producentów Soków. Odrzucenie ustawy przez Sejm, pozwoli przygotować regulację, której celem będzie rzeczywista,  a nie postulowana promocja nawyków prozdrowotnych wśród konsumentów. Ważnym elementem tej regulacji powinno być całkowite wykluczenie z opłaty wartościowych nektarów i napojów z wysoką zawartością soku czy przecieru.

– „Mimo naszych uwag, zgłaszanych w toku prac legislacyjnych w polskim parlamencie, do projektu ustawy cukrowej nie udało się wprowadzić poprawek, które zostałyby przyjęte z satysfakcją przez polskich rolników i sadowników, a dotyczących wycofania z objęcia opłatą nektarów i napojów z naturalnym wsadem z  owoców i/lub warzyw. W trakcie dyskusji publicznej dostrzeżono za to szereg absurdów, jak m.in. nieobjęcie podatkiem producentów słodyczy czy pominięcie słodzonych piw smakowych i radlerów. Wyrazem krytyki wobec zasadności dalszego procedowania ustawy, była decyzja Izby Wyższej Senatu o odrzuceniu ustawy w całości. Dodatkowo martwiące nas są słowa Pani Minister Jadwigi Emilewicz, w których wskazuje, że rządzący mają zamiar nadal forsować szkodliwy podatek od 1 lipca 2020, a nie jak deklarowano wcześniej od 1 stycznia 2021. Firmy i gospodarstwa rolne, których nie zniszczy pandemia, zostaną pogrążone przez te fatalne w skutkach decyzje rządzących. Upadłości polskich firm nie będą efektem siły wyższej, ale świadomej, antygospodarczej decyzji polityków” – mówi Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków.

Podzielamy zastrzeżenia senatorów i podtrzymujemy naszą opinię, że ustawa wymaga rzetelnej i spokojnej decyzji oraz wyboru takich mechanizmów, które przybliżą ustawodawcę do osiągnięcia celu prozdrowotnego, zakładanego w ustawie. Aby tak się stało, potrzebna jest na tym etapie jednomyślność obu izb polskiego parlamentu, czyli odrzucenie ustawy w całości także przez Sejm. – „W tych trudnych momentach powodowanych aktualną sytuacją epidemiologiczną, polscy przedsiębiorcy, rolnicy i sadownicy będą liczyć na wsparcie w postaci pakietu rozwiązań ujętych przez rząd w tzw. „tarczy antykryzysowej”, ale równocześnie zostanie im zadany kolejny cios w postaci nowej daniny, której efekty dodatkowo pogrążą branżę i zniwelują wszelkie efekty tarczy. Apelujemy o wsłuchanie się w głosy wielu organizacji pracodawców, którzy podkreślają, że oprócz rozwiązań „tarczy antykryzysowej”, kluczowe jest nienakładanie nowych podatków i opłat na przedsiębiorców” – przekonuje Julian Pawlak.

O naszych obawach związanych z przyszłością branży owoców i warzyw po wejściu w życie ustawy cukrowej wielokrotnie informowaliśmy.  W przypadku tak wrażliwej na wszelkie czynniki zewnętrzne branży  nałożenie dodatkowych obciążeń fiskalnych ma tym większe znaczenie. Negatywne skutki ustawy dotkną przede wszystkim sadowników, a także ważny dla polskiej gospodarki sektor małych i średnich przetwórców. Nie skorzystają na tym też konsumenci, ponieważ dowiedziono, że wyższe podatki nie wpływają na ograniczenie spożywania przez nich produktów zawierających dodany cukier. – „Warto przypomnieć, że  cała kategoria napojowa wykorzystuje tylko ok. 19 proc. cukru spożywanego w Polsce. W ustawie zabrakło zatem opłaty na słodycze oraz pozostałe kategorie napojów alkoholowych jak piwa smakowe i piwa radler” – wskazuje Julian Pawlak, prezes KUPS.

Kilkadziesiąt tys. ton owoców i warzyw pozostanie w sadach i na polach

Podniesienie podatku wywoła podwyżkę cen na napoje owocowe, a ich producenci szukając ratunku drastycznie obniżą zbyt na polskie owoce i warzywa. Prognozowany spadek jest niebagatelny – szacuje się go na kilkadziesiąt  tysięcy ton rocznie.  Sam ten efekt, bez dodatkowych strat spowodowanych epidemią, przełoży się na upadłość części gospodarstw sadowniczych (głównie zajmujących się uprawą jabłek, wiśni, malin, czarnej porzeczki czy aronii) oraz małych i średnich firm przetwórczych.  Ograniczanie zbytu na surowce od polskich dostawców, to poważny problem dla całego krajowego rynku sadowniczego. – „Polska jest jednym z największych producentów owoców i warzyw w Europie i jednym z największych na świecie. Ze względu na rosnącą konkurencję w eksporcie owoców i warzyw oraz ich przetworów bardzo ważne jest zagospodarowanie każdej tony polskich owoców i warzyw na rynku krajowym, także jako składnika do napojów i nektarów” – przypomina prezes Julian Pawlak.

Bankructwa rodzinnych sadów, małych i średnich firm przetwórczych

Skutki finansowe dla całej branży owocowo-warzywnej wynikające z podatku cukrowego, to straty liczone ostrożnie w setkach milionów złotych. W obliczu kryzysu wywołanego przez epidemię koronawirusa, świadome przyzwolenie na spadek konkurencyjności polskich firm wobec zagranicznych przetwórców, to igranie z ogniem i działanie na szkodę polskiego interesu gospodarczego.  Producenci napojów owocowych i warzywnych oraz nektarów to w większości polskie firmy, które po spadku ich wartości narażone są na zagraniczne  przejęcia.

Potrzebna spokojna i merytoryczna dyskusja, jak wpływać na nawyki prozdrowotne i zachęcać do reformulacji 

Odrzucenie ustawy przez Sejm, pozwoli przygotować regulację, której celem będzie rzeczywista, a nie postulowana promocja nawyków prozdrowotnych wśród konsumentów. Ważnym elementem tej regulacji powinno być całkowite wykluczenie z opłaty wartościowych nektarów i napojów z wysoką zawartością soku czy przecieru. Obecnej ustawy, z przyczyn obiektywnych, nie można poprawić z dnia na dzień. Wymaga ona daleko idących zmian, które w trosce o konsumentów niemożliwe są do wprowadzenia na jednym czy drugim posiedzeniu komisji, nawet przy zaangażowaniu wszystkich jej członków. Przygotowanie pakietu racjonalnych rozwiązań w dialogu ze stroną społeczną, daje szansę na poprawę kondycji zdrowotnej polskiego społeczeństwa i podnoszenie świadomości w zakresie właściwego sposobu odżywiania. Deklarujemy pełne wsparcie i zaangażowanie się w ten proces jako branża, która uczyniła wiele w kierunku reformulacji swoich produktów. Służymy naszym doświadczeniem, mając przekonanie, że wspólnie można zdziałać o wiele więcej i lepiej.

Dane tak złe, że aż dobre lub bez znaczenia

Reakcja rynku akcji w czwartek po szokująco złych danych o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA sugeruje, że albo dane są bez znaczenia (gdyż należało się spodziewać gwałtownego skoku bezrobotnych po nagłym zatrzymaniu gospodarki), albo będą zachętą dla rządu i Fed, by zrobić więcej. Wygląda też na to, że inwestorzy są zmęczeni pogrążaniem się w otchłani pesymizmu i chcą trwalszego odreagowania. Ale idzie weekend, a liczba zachorowań w USA już przewyższyła liczbę przypadków w Chinach.

Nastał niewygodny do analizowania okres na rynkach finansowych – kiedy każdą informację można interpretować jako dobrą lub złą i tylko od tego, za którą opcją stoi większa siła, w tamtym kierunku podążą ceny. Szokujący wzrost liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych o 3,28 mln w jedne tydzień bez wątpienia jest dowodem dramatycznego załamania aktywności gospodarczej i bez przemyślanego podejścia w realizacji pomocy fiskalnej może dojść do trwałych i dotkliwych szkód opóźniających powrót ożywienia. Ale jednocześnie terapia szokowa może przynieść skuteczniejszą odpowiedź ze strony władz, zapewnić lepszą ochronę Amerykanów przed utratą pracy, skutkować wprowadzeniem prawa odroczenia spłat kredytów i regulowania czynszów lub wzmocnić wsparcie dla służby zdrowia. Wszystko ma swoje jasne i ciemne strony i tylko od nas zależy, na których się skupimy. W tym tygodniu inwestorzy na rynku akcji są pełni nadziei na przyjście lepszego, co na Wall Street przerodziło się w odbicie indeksów od dołka o ponad 20 proc. Z definicji wkroczyliśmy w rynek byka, ale nie dajmy się ponieść magii liczb. Jeśli już, to wolę przywołać inna wartość: 85612 – tyle na wczoraj było przypadków potwierdzonych zachorowań na koronawirusa w USA. Chorych w USA jest już więcej niż w Chinach i gdziekolwiek na świecie. Boję się pomyśleć, jak te statystki będą wyglądać po weekendzie. Dla przypomnienia, ostatnie trzy poniedziałki przynosiły silne spadki indeksów.

Silnemu odbiciu rynku akcji towarzyszyła wyraźna wyprzedaż dolara i utrzymania tego tempa do końca dnia zapewni najgorszy tydzień w wykonaniu amerykańskiej waluty od 2009 r. Ale biorąc pod uwagę, że poprzedni tydzień był najlepszym dla dolara od 12 lat, nie ma co tu ogłaszać końca ery dolara. Silne wahania na rynku walutowym wzięły się z panicznego poszukiwania płynności w USD, porzucając w zamian wszystko, co jeszcze miało jakąś wartość. Teraz jednak, kiedy globalne banki centralne podjęły kroki na rzecz dostarczenia finansowania w USD, zaspokojenie niedoborów odbiera z crossów z dolarem istotny czynnik ryzyka. Ekstremalne przeceny pozostałych walut G10 są teraz do „odkręcenia”. Ale poziom równowagi zostanie w końcu osiągnięty i ponownie przyjdzie ewaluacja walut pod kątem innych ryzyk. Fatalne dane z USA nie powinny ciążyć na dolarze, jeśli za chwilę z innych gospodarek przyjdą podobnie ponure odczyty. Jeśli już dowody recesji i postepowanie pandemii koronawirusa będzie tyko podnosić awersję do ryzyka, co dla USD stanowi tarczę ochronną w relacji do ryzykownych walut. Najprędzej słabość USD względem JPY ma szanse utrzymać się w przypadku większości scenariuszy. Jestem mniej przekonany do trwałości wzrostów EUR/USD, a duże ryzyko powrotu spadków widzę w GBP/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

COVID-19: Europejski przemysł oponiarski spodziewa się długotrwałych skutków pandemii i wzywa do wspierania gospodarki

Coraz poważniejszy wpływ globalnej pandemii COVID-19 na nasze społeczeństwa i gospodarkę jest bezprecedensowy. Obawy o zdrowie, braki w dostawach, niski popyt i środki podejmowane przez rządy państw skłoniły europejski przemysł oponiarski do podjęcia zdecydowanych działań. W ciągu ostatniego tygodnia wiele firm członkowskich Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Opon i Gumy (ETRMA) ogłosiło tymczasowe zamknięcie swoich zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w Europie. Konsekwencje będą poważniejsze: odczują je również ośrodki badawczo-rozwojowe, inne obszary operacyjne i sieci detaliczne, które mają kluczowe znaczenie dla przyszłości branży. Ze względu na rozległe konsekwencje tego kryzysu dla gospodarki i ludzi, ETRMA wzywa do konstruktywnego dialogu na temat środków zaradczych i systemów wsparcia zarówno na szczeblu UE, jak i krajowym.

Przemysł oponiarski podejmuje wszelkie właściwe i niezbędne środki w celu ochrony zdrowia pracowników i społeczności oraz szybkiego podjęcia działań mających na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Przez tymczasowe zamykanie zakładów europejski przemysł oponiarski zastosował się do zaleceń organów międzynarodowych, krajowych i lokalnych w celu ochrony swoich pracowników, przerwania łańcuchów infekcji i pomocy w powstrzymaniu rozprzestrzeniania się pandemii.

„Zawieszenie głównych działań operacyjnych przyniesie niewątpliwie poważne, długotrwałe skutki dla naszej branży. Jest to jedno z największych wyzwań, przed jakimi kiedykolwiek stanął nasz przemysł” – potwierdza Fazilet Cinaralp, sekretarz generalny ETRMA, dodając: „nie mamy jeszcze pewności, kiedy europejski przemysł oponiarski będzie mógł wznowić swoją działalność produkcyjną, a międzynarodowy łańcuch dostaw zostanie przywrócony”.

Ze względu na bezprecedensowy charakter tego kryzysu europejski przemysł oponiarski wzywa do podjęcia zdecydowanych i szybkich działań zarówno na szczeblu UE, jak i krajowym, w celu wprowadzenia w życie polityki, która pozwoli złagodzić skutki tego kryzysu dla europejskich producentów opon. ETRMA wspiera konstruktywny dialog między przemysłem oponiarskim, instytucjami UE i rządami państw członkowskich w celu opracowania programów, które zapewnią wsparcie dla pracowników przemysłu oponiarskiego w czasie trwania pandemii wywołanej wirusem COVID-19, oraz które będą wspierały sprawne i pomyślne wznowienie działalności w tym ważnym dla całej gospodarki europejskiej sektorze, po zakończeniu bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia.

„Opony są kluczowe nie tylko dla przepływu towarów i osób, ale także dla gospodarki europejskiej. W Europie zatrudniamy bezpośrednio około 370 000 osób. Teraz konieczne jest określenie, w jaki sposób wspierać naszych pracowników i służyć sektorowi motoryzacyjnemu oraz naszym klientom, a także jak stymulować ożywienie w naszym sektorze, aby uniknąć trwałej utraty zdolności, potencjału badawczego i innowacji, przy zaangażowaniu wszystkich zainteresowanych stron w Europie” – zakończyła Fazilet Cinaralp.

ETRMA podkreśla swoje stałe poparcie dla środków, które zostały już podjęte zarówno na szczeblu europejskim, jak i krajowym oraz wyraża głęboką wdzięczność wszystkim, którzy znaleźli się na pierwszej linii walki z pandemią, w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa.

Tarcza antykryzysowa – konieczne są szybkie zmiany w prawie restrukturyzacyjnym

Tarcza antykryzysowa nie przewiduje póki co rozwiązań na czas tąpnięcia gospodarczego oraz masowych wniosków do sądów. Sądom – nie po raz pierwszy – grozi paraliż, zaś brak szybkich orzeczeń przynieść może fatalne skutki dla przedsiębiorców poszukujących ochrony. Niekorzystne jest również wejście w życie w dniu 24 marca 2020 r. przepisów liberalizujących przesłanki ogłoszenia upadłości konsumenckiej.

Przedsiębiorca w czasach kryzysu ekonomicznego wywołanego epidemią może nie tylko ochronić swoją firmę przed upadłością, lecz również uchronić się przed odpowiedzialnością odszkodowawczą za nieterminowe złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości, rozpoczynając postępowanie restrukturyzacyjne.

Prawo restrukturyzacyjne przewiduje cztery rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych: postępowanie o zatwierdzenie układu, przyspieszone postępowanie układowe, postępowanie układowe i postępowanie sanacyjne. Wybór konkretnego rodzaju postępowania zależy od indywidualnej oceny każdego przypadku.

Poddać pod rozwagę trzeba następujące postulaty:

  1. Zapewnienie szybszej ochrony majątku dłużnika możliwe bez ingerencji sądu. Temu służyć może ochrona przed egzekucją z mocy prawa na skutek samego złożenia wniosku restrukturyzacyjnego. Ochrona trwać będzie do nieprawomocnego rozpoznania wniosku i może być uchylona na wniosek wierzyciela. W jej trakcie firma nie może wyzbywać się majątku, a zatem wierzyciele są również chronieni.
  2. Likwidacja obowiązkowych rozpraw i dopuszczenie posiedzeń niejawnych, przy zachowaniu decyzyjności organu sądowego w tym zakresie. Chodzi o to, aby eliminować przestoje związane z organizacją rozprawy oraz wyłączyć konieczność osobistego uczestnictwa – co jest niewskazane, a obecnie niedopuszczalne.
  3. Wyraźne wskazanie, że wysyłka pism sądowych dla wielu wierzycieli może być przekazana zarządcy lub nadzorcy na mocy zarządzenia sędziego-komisarza. To ograniczy obciążenie pracy sekretariatu wydziału.
  4. W razie konieczności, dopuszczenie składania przez nadzorców sądowych i zarządców pism do sędziego-komisarza za pomocą poczty elektronicznej.
  5. Zmniejszenie liczby spraw podlegających kognicji sądu lub sędziego-komisarza. Przykładowo zbędne są orzeczenia w przedmiocie uprzednio rozpoznanym przez radę wierzycieli. Organ sądowy powinien rozpoznawać spory pomiędzy uczestnikami oraz organami pozasądowymi, a nie zajmować się podejmowaniem decyzji biznesowych.
  6. Uproszczenie wymogów formalnych wniosku o wszczęcie restrukturyzacji oraz innych wymogów – np. co do szczegółowości planu restrukturyzacyjnego – zwłaszcza wobec małych przedsiębiorców. Niektóre obowiązki są zbędne na etapie rozpoznania wniosku – stanowią obciążenie dla dłużnika, który musi je spełnić oraz dla sądu, który musi je zweryfikować.
  7. Wszelkie głosowania oraz posiedzenia odbywane przez wierzycieli muszą być dopuszczalne zdalnie lub drogą obiegową.

„Otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego, albo zatwierdzenie układu w postępowaniu o zatwierdzeniu układu pozwala na uchronienie się przed wszelkimi negatywnymi skutkami niezłożenia wniosku o ogłoszenie upadłości w terminie. Należy jednak zwrócić uwagę, iż nie wystarczy w tym przypadku samo złożenie wniosku – jak w przypadku wniosku upadłościowego. Konieczne jest przynajmniej wydanie przez sąd nieprawomocnego postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego, bądź o zatwierdzeniu układu w postępowaniu o zatwierdzenie układu. Może się to okazać problematyczne, gdyż z uwagi na epidemię wiele sądów odracza wszelkie posiedzenia z wyjątkiem spraw pilnych. Szczęśliwie jednak, zgodnie z § 2 pkt 5 lit. l Rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości – Regulamin urzędowania sądów powszechnych, za sprawy takie zostały uznane właśnie wnioski o zatwierdzenie układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu i otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego” – komentuje dr Patryk Filipiak, wspólnik w kancelarii Filipiak Babicz.

Nie oznacza to jednak, iż z decyzją co do złożenia wniosku restrukturyzacyjnego można zwlekać, albowiem przygotowanie takiego wniosku jest bardzo czasochłonne. W przeciwieństwie do innych pism sądowych – oprócz szczegółowej analizy prawnej wymaga również przeprowadzenia zaawansowanej analizy ekonomicznej przedsiębiorstwa.

Korzyści płynące z restrukturyzacji

Postępowania restrukturyzacyjne niosą za sobą korzyści, które pozwolą przedsiębiorcy na przetrwanie załamania koniunktury i uregulowanie swoich zobowiązań po powrocie rynku na właściwe tory. Przede wszystkim restrukturyzacja pozwala na zamrożenie zobowiązań powstałych przed otwarciem postępowania restrukturyzacyjnego i ich spłatę na warunkach, które co do zasady proponuje dłużnik. W grę może wchodzić m.in. częściowe umorzenie zobowiązań, rozłożenie na raty, odroczenie terminu płatności, czy konwersja wierzytelności na udziały lub akcje.

W zależności od konkretnego postępowania restrukturyzacyjnego dłużnik otrzymuje również m.in. ochronę przed egzekucją oraz gwarancję, że kluczowe dla działalności przedsiębiorstwa umowy nie zostaną wypowiedziane. Z drugiej strony możliwe jest wypowiedzenie przez dłużnika nierentownych kontraktów oraz przeprowadzenie redukcji zatrudnienia na zasadach, na jakich redukcję tę prowadzi się w upadłości.

Grupa CDRL podsumowała 2019 rok

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik w 2019 roku wypracowała rekordowe skonsolidowane przychody ze sprzedaży, które wyniosły 514,1 mln zł. Oznacza to wzrost o blisko 105 proc. z poziomu 251,3 mln zł rok wcześniej. EBITDA wyniosła 54,2 mln zł i była o 60 proc. wyższa niż rok wcześniej.

CDRL na początku 2019 roku zrealizował szereg akwizycji, które doprowadziły do dwukrotnego powiększenia skali działalności oraz przychodów Grupy. Od 2019 roku portfolio Grupy poza Coccodrillo tworzą również: Buslik (białoruska sieć sklepów z artykułami dla dzieci i niemowląt), Lemon Explore (odzież i obuwie dziecięce), Petit Bijou (akcesoria dziecięce), Broel (czapki) oraz Sale Zabaw Fikołki.

To pierwszy raz, kiedy możemy podsumować działalność nowej, powiększonej Grupy CDRL. W minionym roku koncentrowaliśmy się na intensywnych pracach związanych optymalizacją i konsolidacją Grupy po przejęciach nowych podmiotów. Procesy te nadal trwają, ale już dziś możemy powiedzieć, że jesteśmy znaczącym graczem na rynku międzynarodowym, a jednocześnie jednym z liderów wśród projektantów oraz dystrybutorów odzieży i akcesoriów dziecięcych w Europie Środkowo-Wschodniej. – mówi Marek Dworczak, prezes CDRL

Procesy optymalizacyjne wygenerowały w ubiegłym roku dodatkowe koszty, jednak wprowadzone zmiany już w 2020 r. pozytywnie przełożą się na rentowność Grupy. W 2019 roku CDRL wypracowało 12,7 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej. To wynik o 46 proc. niższy niż rok wcześniej.

Budowa liczącej się na arenie międzynarodowej spółki to praca bardzo żmudna i czasochłonna, wymagająca również nakładów finansowych, poniesienia dodatkowych kosztów w pierwszych kwartałach. Na spadek rentowności miała również wpływ wyjątkowo ciepła zima, która przełożyła się na sprzedaż zarówno w Cocodrillo, jak i w Busliku – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Obecnie spółka koncentruje się na rozbudowie i wzmacnianiu kanału e-commerce, który w związku z pandemią koronawirusa SARS-CoV-2 i obostrzeniami prawnymi związanymi z zamykaniem obiektów handlowych, stał się tymczasowo głównym kanałem sprzedaży na terenie Polski, Czech, Słowacji, Niemiec, Austrii i UE. W styczniu zostało wdrożone nowe oprogramowanie platformy sprzedażowej e‑commerce.

– W ostatnich dniach odnotowaliśmy istotny wzrost ruchu oraz dłuższy czas przebywania użytkownika w sklepie. Dodatkowo, rośnie zaangażowanie użytkownika z offline w online i już 52 proc. użytkowników planuje robić zakupy online. To duża szansa dla tego kanału, którą chcemy wykorzystać. Trudno jednak oszacować dokładną skalę wzrostu tego kanału w perspektywie kolejnych tygodni. – dodaje Marek Dworczak.

Sytuacja związana z rozprzestrzenianiem się wirusa COVID-19 sposób istotny wpłynie na wyniki Grupy, przede wszystkim przez znaczące zmniejszenie przychodów. Dokładny wpływ tej nadzwyczajnej sytuacji na wyniki CDRL, zależy w głównej mierze od długości trwania ograniczeń oraz zakresu ewentualnych państwowych pakietów pomocowych.

W najbliższych dniach przedsiębiorcy będą decydować o utrzymaniu lub cięciu etatów. Największa fala upadłości spodziewana jest latem

W kolejnych dniach przedsiębiorcy muszą zdecydować, czy stać ich na przedłużanie umów z pracownikami. W skali najbliższego miesiąca zagrożone są setki tysięcy miejsc pracy – zauważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Cięć etatów można spodziewać się zwłaszcza w branżach najbardziej zagrożonych bankructwem, czyli m.in. w handlu, gastronomii czy turystyce. Wiele firm już w tej chwili ma ogromne problemy z płynnością, ale największej fali upadłości można spodziewać się na przełomie lata i jesieni – prognozują eksperci kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

– Na pewno trzeba się spodziewać lawinowego wzrostu upadłości spółek i indywidualnych przedsiębiorców. Jest zbyt wcześnie, żeby określić, jaka będzie skala tych bankructw, ponieważ wszystko zależy od pomocy ze strony organów władzy publicznej. Jednak niewątpliwie po ustaniu pandemii sądy upadłościowe i restrukturyzacyjne zostaną zalane wnioskami – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Sierakowski, radca prawny kancelarii Zimmerman i Wspólnicy, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA.

Jak podkreśla, szczególnie narażone na problemy z niewypłacalnością będą te branże, które zostały de facto wyłączone z możliwości prowadzenia działalności, czyli m.in. hotelarstwo i branża turystyczna, dla której – wskutek rządowych ograniczeń dotyczących przemieszczania się – kryzys może być najbardziej dotkliwy. Ze stratami musi liczyć się też handel oraz właściciele restauracji, kawiarni i pubów, w których zakazane jest spożywanie posiłków na miejscu.

– Odpowiedź na pytanie, kiedy możemy spodziewać się lawiny bankructw, zależy od tego, jak długo będzie utrzymywać się pandemia. Wydaje się, że koniec lata i wczesna jesień to jest ten moment, kiedy fala bankructw istotnie wzrośnie – mówi Bartosz Sierakowski.

Przedsiębiorcy czekają na wsparcie w ramach tzw. tarczy antykryzysowej. Rządowy pakiet rozwiązań ochronnych obejmuje m.in.: dopłaty do pensji dla pracowników, świadczenia w wysokości około 2 tys. zł dla osób samozatrudnionych i na umowach cywilnoprawnych, które utraciły dochody, mikropożyczki do 5 tys. zł dla mikrofirm, możliwość automatycznego przedłużenia firmowego kredytu obrotowego oraz odroczenia czy nawet rezygnacji z obowiązku płacenia składek ZUS przez trzy miesiące. Rządowy pakiet antykryzysowy ma kosztować w sumie 212 mld zł, czyli ok. 9,2 proc. krajowego PKB.

Tarcza ma wejść w życie od kwietnia. Tymczasem Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że gros firm już w tej chwili ma problemy z płynnością finansową i nie stać ich na opłacanie swoich pracowników ani kontrahentów, z którymi powinny uregulować należności jeszcze za poprzedni miesiąc.

 Pojawienie się SARS-CoV-2 samo w sobie nie jest przesłanką do zerwania czy niewykonania umowy, ale w polskim systemie ponosimy odpowiedzialność za wykonanie umowy na tzw. zasadzie winy. Innymi słowy, jeżeli nie mamy pieniędzy, ponieważ nie możemy prowadzić działalności wskutek siły wyższej, a taką jest stan epidemii, wówczas będziemy mogli zwolnić się z obowiązku zapłaty odsetek za opóźnienie. Wynika to z faktu, że jako kontrahent nie ponosimy winy za nienależyte wykonanie zobowiązania. Nie jest to jednak generalna zasada, gdyż znajdzie ona zastosowanie w konkretnych, indywidualnych przypadkach – mówi Bartosz Sierakowski.

ZPP podkreśla, że ze względu na bliski koniec miesiąca część przedsiębiorców musi szybko zdecydować, czy stać ich na przedłużanie umów z pracownikami. To oznacza, że w skali najbliższego miesiąca zagrożone są setki tysięcy miejsc pracy.

Zdalne lekcje są dla nauczycieli testem cyfrowych kompetencji. Mogą też unowocześnić model nauczania

Blisko 70 proc. uczniów już w ubiegłym tygodniu uczestniczyło w lekcjach online, a 92 proc. z nich miało zadawane prace domowe – wynika z badania przeprowadzonego przez Brainly. Jednak połowie uczniów brakuje kontaktów z nauczycielami. Jak ocenia dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych, Piotr Stankiewicz, przymusowe zdalne lekcje będą testem cyfrowych kompetencji nauczycieli, ale stworzą również szansę na zmianę dotychczasowego, archaicznego modelu nauczania. – Od dawna mówi się o konieczności przejścia na bardziej angażujący model, w którym nauczyciel nie naucza, ale wspiera dziecko w poznawaniu świata, rozbudza jego pasje, pomaga kształtować kompetencje i samodzielnie się kształcić – podkreśla ekspert.

W związku z epidemią koronawirusa Ministerstwo Edukacji Narodowej zadecydowało 16 marca o zamknięciu szkół i placówek oświatowych. Od środy, 25 marca do 10 kwietnia obowiązują nowe przepisy MEN, które określają szczegółowe zasady nauczania na odległość oraz wprowadzają możliwość oceniania i klasyfikowania uczniów. Za organizację kształcenia na odległość odpowiada dyrektor szkoły, którego zadaniem jest m.in. powiadomienie rodziców, w jaki sposób będzie zorganizowana nauka, oraz ustalenie z nauczycielami zakresu materiału dla poszczególnych klas i tego, w jaki sposób będą monitorowane i sprawdzane wiedza uczniów i ich postępy w nauce.

– Sytuacja w szkołach jest bardzo zróżnicowana. Nauka zdalna z wykorzystaniem narzędzi online będzie wyglądała inaczej w topowym warszawskim liceum, a inaczej w małej wiejskiej podstawówce. Nie zapominajmy przy tym jeszcze o przedszkolach. Jednak w ostatnich latach wiele zostało zrobione w zakresie wyposażenia szkół w odpowiedni sprzęt i rozwiązania techniczne: zakupiono tablice interaktywne, stworzono platformę Epodreczniki.pl,  a w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej podłączono większość szkół do internetu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Stankiewicz, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych i profesor na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Jak podkreśla, osobną kwestią są jednak cyfrowe kompetencje nauczycieli i ich umiejętność wykorzystywania interaktywnych narzędzi nauczania. Obecna sytuacja będzie dla nich sprawdzianem i pokaże, jaki jest rzeczywisty efekt licznych kursów i szkoleń, w których masowo brali udział w ramach swojej ścieżki awansu zawodowego.

– Największym wyzwaniem będzie dostosowanie sposobu nauczania do nowej sytuacji. Uświadomienie sobie, że nauczanie zdalne nie polega na zadawaniu uczniom materiału z podręcznika do samodzielnego przerobienia, a następnie zlecaniu zadań przez e-mail i wyznaczaniu terminu na ich odesłanie. Nauka zdalna powinna być zindywidualizowana, oparta na kontakcie z każdym uczniem, interaktywna i angażująca. Zamiast przerabiania materiału z podręcznika powinna opierać się na ustalaniu projektów do samodzielnej pracy. Można przy tym wykorzystać dostępne platformy do nauczania zdalnego, które umożliwiają kontakt z całą klasą – mówi Piotr Stankiewicz.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Brainly, blisko 70 proc. uczniów w Polsce już w ubiegłym tygodniu uczestniczyło w lekcjach online prowadzonych przez ich nauczycieli. Placówki oświatowe najczęściej wykorzystują do nauki online takie platformy jak: dziennik elektroniczny, w tym Librus, ale także Skype, Google Classroom, Discord czy należący do Facebooka Messenger. Mimo przerwy od szkoły 92 proc. uczniów w dalszym ciągu ma zadawaną pracę domową. Samodzielna nauka stwarza jednak pewne problemy, ponieważ prawie połowie uczniów (48 proc.) brakuje wskazówek nauczyciela.

– Powinniśmy potraktować tę sytuację jako szansę, żeby zmienić archaiczny model nauczania, w którym to nauczyciele – będący posiadaczami całej wiedzy – przekazują ją uczniom za pomocą podręczników. W dzisiejszym świecie takie podejście jest nietrafione. Od dawna mówi się o konieczności odejścia od modelu podawczego na rzecz angażującego. W tym ujęciu nauczyciel nie naucza, ale wspiera dziecko w uczeniu się, w poznawaniu świata, rozbudza jego pasje, pomaga kształtować kompetencje i samodzielnie się kształcić, uczy pracy w zespole. Mamy szansę wyjść z tego kryzysu wzmocnieni, ale czy tak się stanie – to zależy przede wszystkim od postawienia sobie takiego celu – mówi dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych.

W czasie pandemii co trzeci Polak zwiększył liczbę płatności online. Rosną obawy o bezpieczeństwo takich transakcji

0

Stan epidemii sprawia, że Polacy boją się zarówno o swoje zdrowie, jak i finanse. 2/3 rodaków obawia się, że sytuacja negatywnie odbije się na ich domowym budżecie – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Biura Informacji Kredytowej. Zdaniem 40 proc. badanych zawirowania związane z koronawirusem mogą  także spowodować zmniejszenie bezpieczeństwa transakcji płatniczych w sieci. A tych w ostatnim czasie przybywa, szczególnie w związku z częstszymi zakupami produktów spożywczych online. Pozytywne jest to, że ponad połowa Polaków już podjęła albo zamierza podjąć działania zwiększające bezpieczeństwo haseł dostępu do kont bankowych czy poczty mailowej.

 Polacy boją się zarówno o swoje zdrowie, jak i o finanse. 2/3 rodaków obawia się negatywnych skutków epidemii koronawirusa dla ich sytuacji finansowej w najbliższej przyszłości – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego Biura Informacji Kredytowej.

Z badania opinii przeprowadzonego w dniach 18–19 marca br. na zlecenie BIK wynika, że ponad połowa ankietowanych uważa, że będzie zmuszona naruszyć swoje oszczędności, lokaty czy inwestycje, żeby mieć pieniądze na bieżące potrzeby. Z kolei 45 proc. obawia się, że pracodawca będzie miał problemy finansowe, które odbiją się na ich zatrudnieniu i płacy, co z kolei przełoży się na ich trudności z opłaceniem rachunków czy rat kredytów.

Badanie BIK pokazuje też, że z powodu zaniepokojenia zakażeniem i rządowych ograniczeń, które dotyczą przemieszczania się, wielu Polaków przeniosło dokonywanie zakupów do internetu. Niemal co trzeci zwiększył liczbę transakcji dokonywanych online. W sieci płacimy przede wszystkim za zakupy spożywcze (85 proc.), bieżące rachunki (39 proc.), jedzenie zamawiane z restauracji (36 proc.) i dostęp do rozrywki (24 proc.).

– Niepokój budzi bezpieczeństwo transakcji w cyberprzestrzeni. Polacy są coraz bardziej świadomi czyhających zagrożeń. Zdaniem 40 proc. badanych zwiększenie aktywności w internecie może spowodować zmniejszenie bezpieczeństwa transakcji płatniczych dokonywanych w sieci – mówi Joanna Charlińska

Jak podkreśla, zmieniło się podejście Polaków do bezpieczeństwa danych w sieci. Ponad połowa już podjęła albo zamierza podjąć działania zwiększające bezpieczeństwo haseł dostępu, zwłaszcza do kont bankowych, ale także poczty mailowej, telefonu, komputera i kont w serwisach społecznościowych.

– Badani wskazywali również, że będą zwracać dużą uwagę na linki, które otrzymują w wiadomościach mailowych, na adresy stron sklepów internetowych czy instytucji finansowych, jak również na konieczność instalowania programów antywirusowych. Można więc powiedzieć, że pandemia wpłynęła na zwiększenie świadomości Polaków w zakresie cyberbezpieczeństwa – mówi Joanna Charlińska.

Tak zwany phishing, czyli wysyłanie podejrzanych maili z prośbą o kliknięcie w link lub pobranie pliku, co prowadzi do zawirusowania komputera, to najczęstsza niebezpieczna sytuacja, z jaką Polacy stykają się w sieci. Co trzeci badany zetknął się z nią osobiście albo słyszał o tym od znajomych. Co dziesiąty miał natomiast styczność z kradzieżą tożsamości i bezprawnym wykorzystaniem danych.

– Trzeba zaznaczyć, że na dziś nie ma żadnych wiarygodnych statystyk, które wskazywałyby liczbę i skalę wyłudzeń w okresie pandemii. Należy jednak zachować czujność i słuchać komunikatów instytucji zaufania publicznego, które ostrzegają przed nowymi metodami, jakie stosują przestępcy, żeby pozyskać nasze dane – podkreśla ekspertka z Biura Informacji Kredytowej. – Policja i FinCERT, czyli Bankowe Centrum Cyberbezpieczeństwa Związku Banków Polskich, ostrzegają przed fałszywymi SMS-ami, linkami czy transakcjami online. Trzeba w tym czasie zachować wzmożoną czujność w zakresie wszelkich komunikatów, które otrzymujemy SMS-em czy e-mailem i dokładnie je weryfikować.

Dane BIK pokazują, że poczucie bycia narażonym na kradzież tożsamości towarzyszy niemal połowie Polaków, a 30 proc. dopuszcza prawdopodobieństwo stania się ofiarą cyberataku. Z kolei ponad 2/3 badanych czuje się niepewnie co do danych, które udostępniają w internecie. Pozytywnie należy odbierać deklarację, że 61 proc. Polaków przyznaje, że wie, jak postąpić i gdzie zgłosić się w razie podejrzenia kradzieży swoich danych.

Jak podkreśla Joanna Charlińska, we wszystkich niepokojących sytuacjach, gdy chodzi o bezpieczeństwo naszych danych, najlepsza jest prewencja. Metodą na ochronę swoich danych przed ich bezprawnym wykorzystaniem mogą być Alerty BIK, czyli SMS-owe ostrzeżenia o każdej próbie zaciągnięcia kredytu lub pożyczki na skradzione dane. Dotychczas BIK rozesłał już ponad 4 mln takich powiadomień kierowanych do użytkowników tej usługi.

 Alerty przychodzą w postaci SMS-a czy e-maila dokładnie w momencie, kiedy ktoś próbuje wykorzystać nasze dane w celu zaciągnięcia finansowania. Jeżeli nie byliśmy w banku czy instytucji pożyczkowej, a otrzymujemy taki alert, może to świadczyć o próbie wyłudzenia – mówi dyrektor ds. sprzedaży Biura Informacji Kredytowej. – Dzięki tej informacji możemy szybko zareagować, ponieważ w alercie znajdziemy nazwę instytucji, w której ktoś próbuje wyłudzić kredyt, i numer infolinii BIK. Współpracujemy z całym sektorem bankowym, więc informację o próbie wyłudzenia możemy bardzo szybko przekazać do właściwych instytucji w celu zablokowania udzielenia kredytu złodziejowi.

Alerty BIK można aktywować bez wychodzenia z domu, na stronie internetowej biura. Potwierdzenie tożsamości odbywa się z wykorzystaniem danych z dowodu osobistego oraz przelewu weryfikacyjnego na 1 zł, a cały proces nie trwa dłużej niż kilka minut. Po potwierdzeniu tożsamości użytkownika usługa zaczyna działać niemal natychmiast i jest aktywna przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy, a jej miesięczny koszt wynosi 2 zł.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość to przyszłość branży PR. Wykorzystanie Big Data pozwoli stworzyć lepsze kampanie reklamowe

Nowe technologie zmieniają branżę PR. Agencje wykorzystują analizę dużych zbiorów danych, aby uzyskać unikatowe informacje od konsumentów i stworzyć skuteczniejsze kampanie. Sztuczna inteligencja w połączeniu z wirtualną i rozszerzoną rzeczywistością pozwala z kolei na lepsze dotarcie do klientów. – Przyszłością branży PR jest przejście w kierunku integracji danych i zwiększone wykorzystanie technologii VR, AR i MR oraz technologii immersyjnych – ocenia John Dalton, założyciel London School of Public Relations.

– W branży PR w przyszłości będzie można dostrzec zdecydowane przejście w kierunku integracji danych i zwiększone wykorzystanie technologii XR (ang. cross reality, krzyżówka VR, AR i MR – przyp. red.) i technologii immersyjnych. Firmy będą musiały zacząć stosować te technologie i coraz bieglej je wykorzystywać – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje John Dalton, założyciel London School of Public Relations, który przyjechał do Polski na zaproszenie Związku Firm Public Relations.

Technologie immersyjne są coraz częściej stosowane w różnych branżach. Jeszcze kilka lat temu wirtualna czy rozszerzona rzeczywistość urozmaicały gry, teraz są już niemal powszechne. Wykorzystują je medycyna, przemysł czy turystyka. Także firmy, żeby dotrzeć do klientów, używają nowych technologii. Przykładem może być włoska marka mebli Natuzzi, która połączyła wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość, aby wyświetlać swoje produkty w wirtualnych pokojach. Volvo stworzyło aplikację, która pozwala użytkownikowi prowadzić SUV-a XC90 podczas jazdy testowej bez wychodzenia z domu. Sieć Marriott, aby zachęcić do podróżowania, pokazuje w VR atrakcje położone najbliżej swoich hoteli.

To jednak dopiero początek, gdyż już wkrótce branża reklamy i PR praktycznie nie będzie funkcjonować bez nowych technologii.

– Popularność zyska podejście oparte na dowodach, a zadowolenie klientów będzie rosło, ponieważ akcent zostanie przeniesiony z podejścia jakościowego na ilościowe, w którym dostępne są dowody empiryczne. Wzrośnie też zainteresowanie naukami behawioralnymi i ekonomią behawioralną. Zastosowanie technologii w tych naukach z pewnością zmieni sposób dostarczania treści PR i ich ukierunkowania, a satysfakcja klientów wzrośnie – przekonuje John Dalton.

Nowe technologie pozwalają klientom bezpośrednio, empirycznie doświadczać produktów. Wirtualna czy rozszerzona rzeczywistość umożliwia też lepiej zaktywizować klientów i przywiązać ich do marki. Dzięki wielu aplikacjom i programom dostępnym online, takim jak Hootsuite i Mention, agencje PR mogą zaś być na bieżąco z informacjami o marce i wydarzeniami. VR to szansa dla firm i marek na wykorzystanie technologii, opowiadanie historii i kontaktowanie się z odbiorcami. Także zastosowanie zbiorów danych może być dla agencji PR ogromną szansą, jednak zdaniem eksperta firmy nie potrafią jeszcze w pełni korzystać z tych możliwości.

– Agencje PR muszą trochę zaczekać, zanim będą mogły stosować duże zbiory danych. Potrzeba określonego rodzaju umiejętności, aby je analizować. Jest to więc kwestia pozyskania odpowiednich kadr. Agencje PR muszą dopiero zdobyć umiejętności korzystania z dużych zbiorów danych – ocenia ekspert.

Szersze wykorzystanie zgromadzonych danych to dla agencji PR szansa na lepsze, spersonalizowane kampanie reklamowe, dostosowane do różnych grup odbiorców. Według badania Gartnera już prawie 75 proc. firm używa dużych zbiorów danych do poprawy wydajności, lepszego zrozumienia klientów, konkurencji czy pracowników.

– Zaletą dużych zbiorów danych są wielce interesujące wnioski, które można następnie połączyć, zyskując bardzo ciekawą perspektywę. To oznacza możliwość dotarcia do jednej grupy i w wyniku tego wywarcie wpływu na inną. To fascynująca sieć możliwości – podkreśla John Dalton.

Według analiz ARtillery Intelligence rynek rozszerzonej rzeczywistości w reklamie do 2022 roku osiągnie wartość 2,6 mld dol. Według Technavio obecne tempo wzrostu tego rynku przekracza 31 proc. średniorocznie.

Ratujmy miejsca pracy! Bez pomocy rządu, za kilka dni zacznie się fala zwolnień

Sytuacja polskich pracowników i przedsiębiorców jest dramatyczna! Z badania Lewiatana wynika, że 69% pytanych firm planuje redukcje zatrudnienia. Prawie połowa, jeżeli nie otrzyma wsparcia od państwa, będzie zmuszona zwalniać pracowników w ciągu trzech tygodni. 55% już dziś odczuwa bardzo poważnie skutki pandemii. W tej sytuacji Rząd musi działać skutecznie i błyskawicznie.

Projekt tzw. Tarczy Antykryzysowej wciąż nie jest odpowiedzią na realne potrzeby wielu przedsiębiorców. Zawiera wiele pozytywnych rozwiązań, ale one nie wystarczą do uratowania polskiej gospodarki. Trzeba dużo więcej. Rozmiar pomocy jest za mały, a jej otrzymanie ogromnie uzależnione od biurokratycznych procedur, których nie można stosować w takiej chwili.

Po pierwsze – pomoc musi trafić do firm do 10 kwietnia. Najbliższe 2-3 tygodnie zdecydują o przyszłości dziesiątek tysięcy firm. W najbliższych dniach pracownikom trzeba wypłacić wynagrodzenia. Firmy, które dzisiaj są w kłopotach muszą natychmiast dostać pomoc. Bez względu na ich wielkość. Wsparcie musi obejmować okres od 13 marca, gdy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego, a nie od dnia wejścia w życie ustawy.

Po drugie – dziś każdy musi wiedzieć, jaką pomoc otrzyma i jak może działać. Potrzebne jest niezwłoczne, jasne zapewnienie rządu, z jakich danin i obowiązków będą zwolnieni przedsiębiorcy, i to od 13 marca 2020 r. Przedsiębiorcom brakuje również precyzyjnych informacji na jakich zasadach mogą działać, aby – tu gdzie to możliwe – nie zamykać działalności.

Po trzecie – stosujmy proste procedury. Pomoc nie może być uzależniona od rozbudowanych procedur, oczekiwania na decyzje itp. Musi być dostępna na podstawie oświadczenia, które składa przedsiębiorca (weryfikowanego ex post).

Po czwarte – w tarczy musi się znaleźć:

  • zwolnienie na 3 miesiące z danin publicznych, płaconych do ZUS i US, dla wszystkich firm przeżywających trudności ekonomiczne w związku ze skutkami COVID-19, bez ograniczeń co do ich wielkości. Konieczna jest gwarancja utrzymania uprawnień dla ubezpieczonych. Musi też zapewnić możliwość przedłużenia zwolnień na kolejne miesiące.
  • natychmiastowe umożliwienie wszystkim firmom do tego zmuszonym, wprowadzenia przestoju ekonomicznego lub obniżonego wymiaru czasu pracy oraz zagwarantowanie dopłat wynagrodzeń do wysokości połowy przeciętnego wynagrodzenia wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne. Rozwiązanie to musi być wprowadzone bez limitu de minimis, z uwzględnieniem pracy tymczasowej, z dwudniowym terminem konsultacji z pracownikami, obowiązkiem utrzymania zatrudnienia maksymalnie przez okres równy okresowi wsparcia i niezależnie od wielkości firmy.
  • uwolnienie środków z kont split payment VAT i przyspieszony zwrot VAT (14 dni), zagwarantowane w przepisach, a nie oddane uznaniowości urzędów.

Nie mamy już czasu. Aby uratować miejsca pracy i gospodarkę przed zapaścią, potrzebne są natychmiastowe, radykalne i skuteczne działania rządu. Muszą one wykraczać daleko poza obecny projekt Tarczy Antykryzysowej. Sama Tarcza musi być na bieżąco nowelizowana w kolejnych dniach i tygodniach.

W związku z dramatyczną sytuacją w polskich firmach, Zarząd Konfederacji Lewiatan wystosował dziś apel, w którym zwraca się do rządu o niezwłoczne podjęcie działań ratujących miejsca pracy i przedsiębiorstwa przed upadkiem. W swoim stanowisku przedstawia najważniejsze rozwiązania, które muszą znaleźć się w Tarczy Antykryzowej, aby była skuteczna.

Epidemia gwałtownie zwiększy liczbę bezrobotnych w Polsce

Jedną z największych konsekwencji gospodarczych epidemii koronawirusa będzie gwałtownie rosnące bezrobocie. Dane przedstawiające poziom bezrobocia w lutym są już teraz całkowicie nieaktualne. Problemy finansowe małych i dużych przedsiębiorstw szybko przekładają się na masowe zwolnienia. Statystyki zarejestrowanych bezrobotnych urosną – a jeszcze większa będzie liczba osób praktycznie bezrobotnych, których system nie zdoła policzyć. Walka z rozprzestrzenianiem się koronawirusa wygasza kolejne sektory gospodarki. Sytuacja w Polsce nie osiągnęła jeszcze poziomu włoskiego – ale epidemiolodzy przewidują, że również nas czeka całkowity lock-down. A nawet jeśli tak się nie stanie, recesja na rynkach partnerskich będzie miała ogromny wpływ na żywotność gospodarki.

– Pojawia się groźba recesji w Niemczech, Stanach zjednoczonych, Anglii, we Włoszech i w Wielkiej Brytanii. To nasi główni partnerzy handlowi. Brak zamówień i kontraktów z tych rynków sprawi, że zapotrzebowanie na kadrę w Polsce będzie mniejsze. To – obok wygaszania kolejnych gałęzi gospodarczych, gdzie zapasy finansowe nie będą starczać na utrzymanie zatrudnienia – poskutkuje galopującym bezrobociem – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jednak skala tego zjawiska jest bardzo trudna do określenia. Mamy różne scenariusze, związane z rozwojem epidemii. Epidemiolodzy przewidują, że czeka nas na pewno kilka tygodni silnej izolacji społecznej, która hamuje rozprzestrzenianie się wirusa. Ale może to być także kilka miesięcy, a nawet cały rok. Te długoterminowe scenariusze oznaczają, że także w Polsce docelowo pojawi się recesja. Ciężko jest jednak w tak zmiennej sytuacji przewidzieć, jakiego poziomu bezrobocia mamy się spodziewać – twierdzi Kubisiak.

Koronawirus działa na umysły inwestorów

Media ekonomiczne od dawna, z ogromnym upodobaniem zajmują się wytrącaniem rynków finansowych ze stanu równowagi. Koronawirus to świetna okazja, żeby namieszać inwestorom w głowach jeszcze bardziej. A inwestorzy, słuchając rad szukających sensacji dziennikarzy, stadnie podejmują nieracjonalne decyzje.d

O wpływie koronawirusa na gospodarkę napisano już prawie wszystko. Wiemy, że kłopoty mają sieci hoteli, restauracje i linie lotnicze. Wiemy też, że powstają nowe szanse rynkowe dla sektora e-commerce. Zastanówmy się jednak, jak można rozwiązać najważniejszy problem dzisiejszych rynków, jakim jest skokowy wzrost ryzyka. A ryzyko wzrosło ostatnio tak bardzo, że wielu inwestorów zaczyna na poważnie myśleć o chowaniu gotówki pod materacem. Jest jednak jedno wyjście. Kompasem na wzburzonym oceanie powinno być konsekwentne opieranie strategii inwestycyjnych na danych fundamentalnych.

Czy dolar przestaje być bezpieczną przystanią?

Przeglądając ostatnio światową prasę biznesową można dojść do wniosku, że jedynym problemem inwestorów było to, czy w związku z epidemią koronawirusa, amerykańska rezerwa federalna po raz kolejny obniży stopy procentowe. Wysokość stóp w USA jest ustalana przez Federalny Komitet Otwartego Rynku (FOMC), który spotyka się według określonego wcześniej harmonogramu, z reguły mniej więcej raz na dwa miesiące.

W związku z epidemią koronawirusa, 3 marca komitet spotkał się w trybie awaryjnym i obniżył stopy procentowe. Najważniejsza z nich – Federal Funds Base Rate spadła z 1,75 do 1,25%. Rynki finansowe już kilka dni wcześniej spodziewały się tej obniżki, co doprowadziło do panicznej wyprzedaży dolara. Za 1 euro 21 lutego trzeba było zapłacić około 1,08 dolara. Pod koniec dnia, 9 marca, było to już 1,15 dolara. Inwestorzy skoncentrowali się na prasowych doniesieniach o obniżeniu stóp procentowych i kompletnie zapomnieli, że gospodarka USA rozwija się znacznie szybciej niż strefa euro, sytuacja budżetu jest dużo lepsza a podatki niższe. Jeżeli ktoś pod wpływem doniesień prasowych kupił parę walutową EUR/USD, popełnił bardzo poważny błąd, gdyż po trzech dniach intensywnych wzrostów doszło do dużego spadku. 15 marca kurs wrócił w okolice 1,11. Wtedy FED zareagował, ponownie obniżając główną stopę procentową do 0,25%. Wbudziło to entuzjazm grupy inwestorów czekającej na wzrosty. Jednak kurs zamiast wzrosnąć spadł dalej, aż w okolice 1,06. Reakcją FED było ogłoszenie praktycznie nieograniczonego dodruku pieniądza w dniu 23 marca. Rynek na moment zareagował logocznie, czyli niewielkim spadkiem wartości dolara (i wzrostem kursu EUR/USD). Jednak w dalszej perspektywie, wątpliwe jest, czy polityka monetarna ma jeszcze jakikolwiek wpływ na wartość dolara. Nawet po obniżce do 0,25%, amerykańska podstawowa stopa procentowa jest nieskończoną ilość razy wyższa od europejskiej, wynoszącej zero. Nie ma też wątpliwości, że aktualnie strefa euro jest znacznie bardziej narażona na działanie gospodarczych skutków epidemii.

Te wszystkie czynniki dają podstawę do przypuszczeń, że póki co, dolar wcale nie przestał być bezpieczną przystanią. Inwestorom jednak zdarza się tracić orientację tworząc doskonałe okazje inwestycyjne na rynku walutowym. Okazje te dostępne są jednak tylko dla tych, którzy zamiast bezmyślnie czytać, samodzielnie analizują procesy gospodarcze.

Każdy krach giełdowy to bańka spekulacyjna

Bardzo twardy orzech do zgryzienia inwestorzy będą mieć w przypadku najważniejszego rynku finansowego świata, czyli amerykańskich giełd papierów wartościowych o łącznej kapitalizacji około 30 bilionów dolarów. Duża część inwestorów jest przekonana, że epidemia koronawirusa doprowadzi do ogromnych strat.

Na razie ten scenariusz się sprawdza. Indeksy amerykańskie do 25 marca straciły prawie jedną trzecią swojej wartości sprzed kryzysu. Aby przewidzieć przyszłość, dobrze jest przeanalizować historię wcześniejszych krachów giełdowych. We wszystkich przypadkach zaczęło się tak samo. Wielki kryzys lat 30-tych zaczął się od spadków na poziomie 38% pomiędzy sierpniem a listopadem 1929. W 1987 roku indeksy zanurkowały o około 32% pomiędzy sierpniem i listopadem. W 2008 roku spadki były głębsze, bo wyniosły około 43% od sierpnia do listopada.

Największe zniszczenia w gospodarce spowodował kryzys lat trzydziestych. W tamtym czasie rezerwa federalna nie zdecydowała się na zapewnienie płynności instytucjom finansowym upadającym w wyniku krachu na giełdzie. Doprowadziło to do masowej utraty oszczędności przez ludność a także do utraty płynności przez ogromną część podmiotów gospodarczych. Kryzys rozlał się na całą gospodarkę a giełda zanurkowała ponownie. Spadki w sumie osiągnęły ponad 90%.

Zupełnie odwrotna sytuacja miała miejsce w roku 1987. FED, prawdopodobnie nauczony doświadczeniem z lat trzydziestych aktywnie wsparł instytucje finansowe, które straciły płynność w wyniku krachu giełdowego z 19 października. Zdecydowana reakcja władz monetarnych pozwoliła na ograniczenie strat do sektora finansowego.

Obecny kryzys ma cechy obu poprzednich. Z jednej strony władze monetarne działają bardzo aktywnie, z drugiej nie są w stanie zapobiec rozlaniu się kryzysu na całą gospodarkę, gdyż to już się stało. Można więc wysnuć wniosek, że będziemy mieli do czynienia z dalszymi spadkami. Prawdopodobnie, dzięki postawie władz, będą one jednak mniejsze niż w latach trzydziestych.

Cały czas będzie się zwiększać ilość pieniądza w obiegu. Banki centralne, zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych będą wprowadzać kolejne programy stymulacyjne. Przynajmniej część tych środków będzie musiała być zainwestowana w akcje. Niewiadomą pozostaje tylko moment, w którym indeksy ponownie przyjmą kierunek „na północ”.

Wielu inwestorów już od dawna krytykowało model, w którym napędzana w ogromnym tempie podaż pieniądza nakręca giełdy. Jednak nic nie wskazuje na to, żeby miał on się w najbliższym czasie zmienić, przynamniej tak długo, jak czołowe banki centralne nie zdecydują się na podwyżki stóp procentowych. Jeżeli w najbliższych miesiącach dojdzie do wzrostów giełdowych, błędem może się okazać rozumienie tego procesu jako symbol siły gospodarki. To, z czym będziemy mieli do czynienia, to raczej spadek wartości dolara w stosunku do indeksów giełdowych.

Autor: Łukasz Blichewicz, Senior Partner w firmie Assay

Globalne trendy zagrożeń pokazują polityczne i ekonomiczne intencje cyberprzestępców

Fortinet, ogłosił wyniki opracowanego przez FortiGuard Labs najnowszego raportu „Threat Landscape”, przedstawiającego aktualne zagrożenia, obecne w cyberprzestrzeni na całym świecie w IV kwartale 2019 r. Informacje poddane analizie zostały zebrane z miliardów czujników obecnych w rozwiązaniach ochronnych firmy Fortinet. Raport pokrywa globalne i regionalne zagadnienia, a skupia się na trzech głównych aspektach: exploitach, złośliwym oprogramowaniu oraz sieciach botnet.

Przeprowadzone badania pokazują, że cyberprzestępcy nie tylko nadal starają się wykorzystywać wszelkie nadarzające się okazje do ataku w infrastrukturze cyfrowej, ale także uważnie obserwują aktualne globalne realia ekonomiczne i polityczne, aby zmaksymalizować korzyści i jeszcze bardziej zwiększyć prawdopodobieństwo realizacji swoich celów.

Według globalnych trendów częstotliwość występowania i wykrywania zagrożeń może różnić się w zależności od położenia geograficznego, ale wyrafinowanie i automatyzacja ataków na całym świecie są spójne. Ponadto, priorytetowa pozostaje konieczność edukowania użytkowników w zakresie cyberhigieny, ponieważ jest to jedna z najskuteczniejszych metod eliminacji ryzyka sprowadzenia na firmę zagrożenia w czasach, gdy siła podejmowanych ataków rośnie szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Oto najważniejsze wnioski z badania:

1) Kociak nie jest aż tak czarujący: Wyniki badań pokazują, że w IV kwartale 2019 r. nadal miał miejsce znaczący poziom aktywności cyberprzestępczej w regionach, w których operuje powiązana z Iranem grupa Charming Kitten (Czarujący kociak), specjalizująca się w zaawansowanych, uporczywych atakach (APT). Ten działający od około 2014 r. podmiot jest odpowiedzialny za liczne kampanie cyberprzestępcze. Jego ostatnie działania sugerują, że rozszerzył swoją działalność o akcje związane z zakłócaniem wyborów, po tym jak został powiązany z serią ukierunkowanych ataków na konta poczty elektronicznej należących do osób prowadzących prezydencką kampanię wyborczą w USA. Ponadto zaobserwowano, że grupa Charming Kitten przyjęła nową strategię przeciwko przyszłym ofiarom, które miały na celu ich zmanipulowanie, aby udostępniły wrażliwe informacje.

2) Coraz więcej zagrożeń dla urządzeń IoT: Internet rzeczy to wciąż relatywnie młoda dziedzina, a przez to wiele używanych w tego typu systemach urządzeń (często nie postrzeganych jako potencjalny cel, np. kamer IP) nie jest odpowiednio zabezpieczonych. Sytuację pogarsza fakt, że wiele urządzeń IoT, oferowanych przez różnych dostawców i pod różnymi markami, posiada wbudowane komponenty i oprogramowanie stworzone przez jednego producenta, co w przypadku powodzenia ataku znacznie ułatwia zwiększenie jego zasięgu. Często też są powszechnie dostępne fragmenty kodu (np. bazują na otwartym źródle oprogramowania), przez co cyberprzestępcy z łatwością mogą przeanalizować je i wykryć ewentualne luki. Rosnąca popularność i skala wdrożeń Internetu rzeczy, w połączeniu z częstym brakiem możliwości łatwego wgrania aktualizacji do tych urządzeń, stanowi coraz większe wyzwanie. Brak świadomości dostępności łatek, częste występowanie luk w niektórych urządzeniach IoT oraz udokumentowane próby przejęcia kontroli nad nimi przez botnety – wszystkie te czynniki przyczyniły się do tego, że w ciągu IV kwartału 2019 r. odnotowano trzecią co do wielkości liczbę luk w rozwiązaniach IoT, wykrytych przez wszystkie systemy przeciwdziałania włamaniom (IPS).

3) Starsze zagrożenia pomagają młodszym: W obliczu ciągłej presji, by być gotowym na pojawianie się nowych zagrożeń, często zapomina się o tym, że te starsze nie mają daty ważności, a cyberprzestępcy będą korzystać ze znanych im luk tak długo, jak będzie to opłacalne. Przykładem jest exploit EternalBlue, który był wykorzystywanych w wielu kampaniach, w tym przede wszystkim w atakach ransomware WannaCry i NotPetya. Ponadto, w maju ubiegłego roku wydano łatkę dla luki BlueKeep, która mogłaby być wykorzystana na tak dużą skalę jak miało to miejsce w przypadku ataków WannaCry i NotPetya. Tymczasem w IV kwartale 2019 r. pojawiła się nowa wersja trojana EternalBlue Downloader, który wykorzystuje właśnie lukę BlueKeep. Na szczęście rozsyłana obecnie wersja tego złośliwego kodu nie jest całkowicie dopracowana, przez co zaatakowane urządzenia zawieszają się, zanim zostanie on uruchomiony. Ale należy zakładać, że zdeterminowani cyberprzestępcy prawdopodobnie szybko naprawią swój błąd i będą mieli funkcjonalną wersję tego potencjalnie szkodiwego pakietu w niedługiej przyszłości. I, choć łatka dla BlueKeep jest dostępna od maja ub.r., zbyt wiele przedsiębiorstw nadal nie przeprowadziło aktualizacji swoich krytycznych systemów

4) Nowe spojrzenie na globalną dystrybucję spamu: Niechciane wiadomości nadal są jednym z najważniejszych wyzwań, z którymi muszą radzić sobie firmy i osoby prywatne. W najnowszym raporcie Fortinetu porównano wielkość przepływu spamu pomiędzy krajami z danymi pokazującymi stosunek ilości wysłanego spamu do liczby otrzymanych wiadomości, co umożliwiło nowe spojrzenie na stary problem. Większość wysyłanego spamu wydaje się podążać za trendami gospodarczymi i politycznymi. Przykładowo, oprócz USA, do największych spamowych „oferentów” należą takie kraje jak Polska, Rosja, Niemcy, Japonia i Brazylia. Ponadto, jeśli chodzi o proporcje w ilości spamu wysyłanego wobec otrzymywanego w poszczególnych regionach geograficznych, Europa Wschodnia wiedzie prym na całym świecie, zaś na kolejnych miejscach uplasowały się różne podregiony w Azji. Z kolei znacznie więcej spamu otrzymują niż wysyłają pozostałe podregiony europejskie, za nimi zaś są kraje obu Ameryk i Afryka.

5) Śledzenie cyberprzestępców w celu poznania ich planów: Spojrzenie na sytuacje, w których w danym regionie systemy przeciwdziałania włamaniom (IPS) generowały alarmy, nie tylko pokazuje, jakie zasoby były atakowane, ale także pozwala domniemywać na czym cyberprzestępcy będą skupiać się w przyszłości. Prawdopodobieństwo słuszności tego typu wniosków wynika z faktu, że wystarczająco wiele takich ataków zakończyło się sukcesem oraz że w niektórych regionach stosuje się więcej rozwiązań konkretnego rodzaju. Ale nie zawsze tak jest. Na przykład, według wyszukiwarki shodan.io, zdecydowana większość wdrożeń systemu CRM ThinkPHP zrealizowanych zostało w Chinach – prawie 10 razy więcej niż w Stanach Zjednoczonych. Zakładając, że firmy łatają swoje oprogramowanie w podobnym tempie w każdym regionie, jeśli przed wdrożeniem exploita botnet po prostu sondował podatne na zagrożenia instancje ThinkPHP, liczba alertów powinna być znacznie większa w regionie APAC. Jednak prób instalacji exploita w całym regionie APAC wykryto tylko 6% więcej niż w Ameryce Północnej,. Ponadto, przyjmując podobny styl analizy dotyczącej wykrywania złośliwego oprogramowania, większość zagrożeń kierowanych przeciwko firmom obecnych jest w makrach VBA (Visual Basic for Applications). Jest to prawdopodobne, ponieważ ta technika atakowania nadal jest skuteczna i przynosi efekty.

Potrzebna jest szeroko zakrojona, zintegrowana i zautomatyzowana ochrona

W miarę szybkiego wzrostu liczby aplikacji oraz połączonych ze sobą urządzeń, powstają miliardy nowych kombinacji, a wraz z nimi rośnie prawdopodobieństwo ataku. Konieczne jest więc zapewnienie odpowiedniego zarządzania i chrony. Ponadto, przedsiębiorstwa stają w obliczu coraz bardziej wyrafinowanych ataków wymierzonych w rozszerzającą się infrastrukturę cyfrową, z których część wykorzystuje sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe. Aby skutecznie zabezpieczyć swoje rozproszone sieci, firmy muszą przejść od ochrony konkretnych rozwiązań do zabezpieczania danych rozsianych na brzegu sieci, znajdujących się u użytkowników, w systemach IT, urządzeniach i krytycznych aplikacjach. Tylko platforma cyberochronna, zaprojektowana w celu zapewnienia kompleksowych informacji co do stanu infrastruktury oraz parametrów prowadzonego właśnie ataku – wdrożona na urządzeniach użytkowników (także mobilnych), w środowiskach wielochmurowych i infrastrukturze SaaS – jest w stanie zabezpieczyć dzisiejsze szybko rozwijające się sieci, umożliwiające uzyskanie cyfrowej innowacyjności.

Derek Manky, Chief, Security Insights & Global Threat Alliances, FortiGuard Labs

„W cyberprzestępczym wyścigu zbrojeń wyraźną przewagę często ma ta zła strona, ze względu na rosnące umiejętności, rozszerzającą się powierzchnię cyfrowych ataków oraz dzięki zaskakiwaniu niczego nie podejrzewających użytkowników za pomocą takich taktyk, jak inżynieria społeczna. Aby zminimalizować wpływ coraz bardziej wyrafinowanych i zautomatyzowanych zagrożeń, firmy muszą korzystać z tego samego jak cyberprzestępcy rodzaju narzędzi i strategii w celu obrony swoich sieci. Oznacza to konieczność wdrożenia zintegrowanych platform, które wykorzystują siłę sztucznej inteligencji do walki z zagrożeniami. Powinno się także postępować zgodnie ze zdefiniowanymi mechanizmami w celu zapewnienia ochrony całej cyfrowej infrastruktury oraz możliwości wglądu w parametry jej pracy.”

Eugeniusz Grzybek rezygnuje z pełnienia funkcji w Zarządzie INEA

Eugeniusz Grzybek, współtwórca INEA, podjął decyzję o rezygnacji z pełnienia funkcji Członka Zarządu spółki. Pozostanie w niej jednak obecny, służąc wsparciem i wiedzą merytoryczną. Zarząd INEA tworzyć będą: Michał Bartkowiak oraz Marta Wojciechowska i Piotr Sujecki.

Eugeniusz Grzybek razem z Januszem Kosińskim współtworzył INEA, a od 2005 roku pełnił w niej funkcję Członka Zarządu ds. Techniki. Rolę tę będzie sprawował tylko do 1 lipca 2020 roku. Nie jest to jednak koniec współpracy Eugeniusza Grzybka ze spółką – będzie on pełnił funkcję doradczą w INEA, służąc wsparciem merytorycznym.

– INEA wkracza w zupełnie nowy etap w swojej historii. Takie przełomowe chwile są dobrymi momentem na zmiany, nie tylko zawodowe, ale też prywatne. Stąd właśnie moja decyzja o rezygnacji z Zarządu INEA. Chciałbym przede wszystkim pogratulować Michałowi, Marcie i Piotrowi zaangażowania oraz odwagi, jaką kierują się w zarządzaniu INEA. W miarę możliwości będę oczywiście nadal wspierał jej działania swoim doświadczeniem i wiedzą – komentuje swoją decyzję Eugeniusz Grzybek, Członek Zarządu ds. Techniki INEA S.A.

– W imieniu całego Zarządu INEA chciałbym podziękować Eugeniuszowi za wielkoletnią współpracę. Jesteśmy świadomi tego, że przed nami niełatwy, pełen wyzwań rok, dlatego nadal mocno liczymy na jego wsparcie oraz na to, że będziemy mogli korzystać z ogromnej wiedzy i doświadczenia Eugeniusza – komentuje zmianę Michał Bartkowiak, Prezes INEA S.A.

Pozostały skład Zarządu INEA nie ulegnie zmianie i poza Prezesem – Michałem Bartkowiakiem tworzą go: Marta Wojciechowska i Piotr Sujecki. Marta Wojciechowska odpowiada w INEA za całokształt spraw prawnych, compliance, dział ochrony danych osobowych, cyberbezpieczeństwo oraz EHS. Piotr Sujecki odpowiedzialny jest z kolei za księgowość, skarbiec, kontroling, a także zakupy operacyjne i HR.

Znów kryzys na rynku nieruchomości?

Rynki stabilizują się, ale poziomy, na których to się dzieje, nie przypominają tych sprzed miesiąca. Kolejne rekomendacje przygotowują nas by minimalizować negatywnie skutki sytuacji. Amerykanie ograniczają zakupy nieruchomości.

Spadek zmienności

Dla osób bojących się rosnących kursów walut obcych są dwie wiadomości. Jak to często bywa w takich sytuacjach jedna jest dobra, druga zła. Dobra to ta, że zmienność powoli słabnie. Oznacza to, że kurs staje się trochę bardziej przewidywalny. Druga wiadomość to, że stabilizacja ta następuje na relatywnie bardzo wysokich poziomach. Euro znajduje się niewiele poniżej 4,60 zł, frank na 4,32 zł, dolar 4,20 zł a funt 5,00 zł.

KNF ogranicza dywidendy banków

Ostatnia wiadomość szefa KNF nawołująca do wstrzymania dywidend przez banki nie zachwyciła inwestorów. Warto jednak zwrócić uwagę, że w obecnej sytuacji wypłata dywidend może nie być najlepszym pomysłem. Spadek aktywności obywateli może się przełożyć również na spadek korzystania z usług bankowych, a te z kolei pogorszyć wyniki banków. W rezultacie także inwestorom powinno się opłacać nie pobierać teraz dywidendy, mając na uwadzę wartość akcji banku w przyszłości.

Znów kryzys w nieruchomościach?

Symbolem kryzysu w 2008 roku były nieruchomości. Fakt, że tam temat bardzo mocno pogłębiały instrumenty pochodne o kredyty hipoteczne nie zmienia tego, że dane z tego rynku są pilnie obserwowane. W ciągu tygodnia w USA liczba wniosków o kredyt spadła o 29,4%. Biorąc pod uwagę co się dzieje łatwo sobie wyobrazić, że ludzie odsuwają decyzję o zakupie domów na później. Efektem tej decyzji może być z kolei nadmiar podaży nad popytem, który spowoduje spadek cen. Jeżeli w tej sytuacji ludzie tracący pracę, a tacy mogą się pojawić będą zmuszeni sprzedawać mieszkania mogą nie być w stanie spłacić kredytu. W ten sposób możemy mieć podobny problem jak w 2008 roku….

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,

13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,

13:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Czy Ukraincy wyjada z Polski? Czy pracodawcy mają się czego obawiać?

Prawie 80% Ukraińców jest zadowolonych z pracy w Polsce, a jeszcze więcej docenia życie w kraju nad Wisłą, jak wynika z raportu „Doświadczenia i plany zawodowe obywateli Ukrainy pracujących w Polsce”. Pomimo dużego zadowolenia część Ukraińców zamierza wyjechać, co stwarza realne zagrożenie dla polskich pracodawców. Nie bez znaczenia jest również obecna sytuacja wywołana epidemią. Czy pracodawcy mają się czego obawiać?

Z 200 tys. do 900 tys. wzrosła liczba obywateli Ukrainy pracujących w Polsce w latach 2013-2018, według szacunków NBP. Ten znaczący napływ częściowo pomógł rozwiązać problemy kadrowe w firmach działających w Polsce. Bez pracowników z Ukrainy rozwój branży budowlanej, produkcyjnej czy usługowej byłby zahamowany. Sytuacja się jednak zmienia. Od ponad roku do Polski przyjeżdża coraz mniej osób z Ukrainy. Stopniowo zmniejsza się także liczba Ukraińców ubezpieczonych w ZUS-ie. Ponadto niemiecki rynek pracy otworzył się na osoby spoza Unii Europejskiej, a panująca epidemia już zmusiła do wyjazdu na Ukrainę ok. 3,5 tysiąca osób z powodu utraty pracy. W obliczu tych zmian część pracodawców w Polsce obawia się masowego odpływu pracowników. Czy słusznie?

Odpowiedź na powyższe pytanie daje raport „Doświadczenia i plany zawodowe obywateli Ukrainy pracujących w Polsce” przygotowany przez spółkę Sanpro Synergy (Grupa Impel) przy współpracy z Fundacją Ukraina. Aby dowiedzieć się, czy warto jeszcze zatrudniać Ukraińców w polskich firmach, przeprowadzono ankietę wśród 500 pracowników z Ukrainy. ­

Wyniki badania prezentują deklarowany poziom zadowolenia z życia, pracy i zarobków, plany sprowadzenia rodziny do Polski, wyjazdu za zachodnią granicę czy powrotu do ojczyzny – przybliża raport Natalia Myskova, dyrektor rynków zagranicznych w Sanpro Synergy.

Chcą sprowadzać rodziny

Blisko dziewięciu na dziesięciu Ukraińców jest zadowolonych z życia w Polsce. To bardzo optymistyczny obraz. Obywatele Ukrainy czują się tu dobrze przede wszystkim ze względu na bliskość kulturową (tylko 8% wskazało odmienność kulturową jako problem). Potwierdza to fakt, że co trzecia z ankietowanych osób już sprowadziła swoją rodzinę do Polski, a dalszych 21% planuje to zrobić. Natalia Myskova podkreśla, że polskie firmy powinny im w tym pomóc: – Niektórzy obywatele Ukrainy traktują pobyt w Polsce jako czasowy wyjazd zarobkowy w celu poprawienia finansowej sytuacji całej rodziny. Tęsknią jednak za domem. Zdarza się, że niektórzy  wracają na Ukrainę, ale nie mogą tam znaleźć odpowiedniej pracy. Starając się zatrzymać takich pracowników, należy pomóc im sprowadzić rodzinę do Polski oraz zapewnić warunki sprzyjające stabilizacji życiowej np. pomóc w zakupie mieszkania.

Mieszkanie lub dom w Polsce kupiło tylko 7% ankietowanych. Zdecydowana większość ukraińskich emigrantów (78%) mieszka w wynajętym mieszkaniu lub domu (64%) albo pokoju (14%). Pracodawcy zapewniają zakwaterowanie tylko co siódmemu z nich.

Zdaniem eksperta z Sanpro Synergy, Polska powinna kształtować długodystansową politykę sprzyjającą trwałemu włączeniu Ukraińców w nasz system edukacji, socjalny czy finansowy itd. Powinna stwarzać możliwości rozwoju i awansu zawodowego.

Związanie tych pracowników na stałe z naszym krajem leży w żywotnym interesie polskiego rynku pracy – zaznacza Natalia Myskova. I dodaje: – Ogromna rola przypada pracodawcom, którzy skutecznie mogą działać na rzecz zatrzymania Ukraińców w naszym kraju zapewniając warunki sprzyjające.

Wśród ankietowanych dominują osoby, które nie planują powrotu do swojej ojczyzny (42%). Co trzeci pracownik z Ukrainy jest jeszcze niezdecydowany, a tylko co dziesiąty chce definitywnie zakończyć emigrację. – Mimo, że zarobki na Ukrainie osiągnęły w ostatnim czasie dynamikę najwyższą w Europie, nadal odbiegają od wynagrodzeń w Polsce – zaznacza Natalia Myskova.

Zostaną, czy wyjadą do Niemiec?

Zarobki w naszym kraju są wyraźnie mniej atrakcyjne niż w Niemczech, co może być argumentem decydującym. W kontekście otwarcia niemieckiego rynku pracy, m.in. dla obywateli Ukrainy, nasuwa się więc pytanie: jak wielu z nich i kiedy zamierza wyjechać za naszą zachodnią granicę? – Niemiecka gospodarka zgłasza aż 1,2 mln wakatów, więc najczarniejsze scenariusze przewidywały, że pracownicy z Ukrainy wyjadą od nas w błyskawicznym tempie. Nasze badanie rozwiewa mgłę niepewności. Pokazuje, że wprawdzie musimy się liczyć z dość istotnym odpływem Ukraińców, ale jednak na poziomie bezpiecznym dla naszego rynku pracy – analizuje Natalia Myskova.

Z badania wynika, że o wyjeździe z Polski za naszą zachodnią granicę myśli co piąty obywatel Ukrainy pracujący dziś w naszym kraju. Co dziesiąty, spośród ogółu badanych,  chce to zrobić już przed końcem 2020 roku. Mniej więcej połowa planujących wyjazd zaczęła już szukać w Niemczech pracodawcy i uczyć się języka.

Wszystko wskazuje na to, że osób zainteresowanych pracą w Niemczech mogło być więcej, jednak rynek pracy nad Łabą, Menem i Renem nie został otwarty bezwarunkowo. W Niemczech wprowadzono precyzyjne zasady dla obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. Regulują to, w których landach mogą oni podjąć pracę, na jakiego rodzaju stanowiskach i w jakich okresach, wymagają też znajomości języka na określonym poziomie. Z ankiety wynika, że 18% Ukraińców nie rozważa wyjazdu do Niemiec właśnie ze względu na wymienione bariery, a 33% nie wyjedzie z innych powodów.

Wpływ epidemii

Wpływ na decyzję Ukraińców o wyjeździe z Polski ma również przestój w niektórych branżach wywołany obecną sytuacją związaną z wirusem, szczególnie w branży turystycznej i produkcyjnej. Część firm i zakładów jest zmuszonych do wstrzymania lub ograniczenia działalności, przez co Ukraińcy zatrudnieni na umowy zlecenie tracą źródła dochodu. – Te osoby podejmą próbę znalezienia pracy w innych branżach lub powrotu do ojczyzny. Jest to jednak bardzo utrudnione, po tym jak w połowie marca zostały wstrzymane regularne połączenia pomiędzy Polską a Ukrainą – podkreśla Natalia Myskova. – Osoby, które chcą wyjechać, muszą organizować wyjazdy grupowe poprzez konsulaty, co może skłonić ich do pozostania w Polsce. Ruch na innych granicach również nie jest płynny. Kiedy sytuacja wróci do normy, pracownicy z Ukrainy chętnie wrócą do przerwanych prac. Znów będą pracodawcom bardzo potrzebni – twierdzi.

Kluczowe wyniki badania

  • 87% obywateli Ukrainy jest zadowolonych z poziomu życia w Polsce.
  • 55% posiadających rodzinę, sprowadziło lub planuje sprowadzić ją do Polski.
  • 42% badanych nie planuje powrotu na Ukrainę.
  • 18% rozważa wyjazd do Niemiec.
  • 7% ankietowanych kupiło w Polsce mieszkanie lub dom.

Natalia Myskova podsumowuje:  –  Aby podnosić zadowolenie pracowników z Ukrainy i odwieść ich od pomysłu wyjazdu z Polski, należy konsekwentnie dbać o odpowiednie warunki aklimatyzacji, tworzyć systemy onboardingowe, a przede wszystkim pomagać w sprowadzeniu rodziny. Trzeba przy tym pamiętać o wsparciu w znalezieniu zakwaterowania i w procesie legalizacji pobytu. Dobrym rozwiązaniem na niedobory kadrowe są też nowe kierunki rekrutacji i kandydaci z Azji czy Afryki chętni do podjęcia pracy w Polsce. Najlepszym ich źródłem są firmy outsourcingowe, które znają rynek i umiejętnie poprowadzą procesy.

Cały raport do pobrania: https://raporty.sanprosynergy.pl/ukraincy

Pracodawcy RP: „Tarcza Antykryzysowa” to nie tarcza, tylko sito

Rozczarowujący – tak Pracodawcy RP oceniają rządowy projekt tzw. “Tarczy Antykryzysowej”, nieuwzględniający większości postulatów strony przedsiębiorców. To ponad 200 propozycji i uwag do projektu zgłoszonych przez Pracodawców RP i inne organizacje biznesowe.

Pracodawcy RP nie są zadowoleni z pakietu – rząd poszedł w innym kierunku niż proponowała to strona przedsiębiorców. Nasze propozycje poparliśmy rzeczową i dogłębną argumentacją, oparliśmy się na logice i na liczbach. Byliśmy przekonani, że wszystkie nasze uwagi i uzupełnienia znajdą się w ostatecznym projekcie ustaw – a jeśli nie wszystkie, to większość. Tymczasem nie zostały one uwzględnione. Z merytorycznego punktu widzenia bardzo trudno to zrozumieć.

W projekcie ustaw brakuje przede wszystkim zdecydowanych rozwiązań utrzymujących płynność finansową przedsiębiorstw (a jej brak grozi falą upadłości, likwidacją miejsc pracy i ograniczeniem wpływów do budżetu w wymiarze długofalowym). Brakuje np. uwolnienia należnego VAT-u w ramach tzw. split paymentu. Bardzo oszczędne jest proponowane wsparcie dla dużych firm – a należy pamiętać, że  tworzą one 24% PKB (a 32%, gdy weźmiemy pod uwagę tylko wkład przedsiębiorców w PKB)! Duże firmy mają też większy wpływ na rozwój gospodarki, ponoszą relatywnie większe nakłady na inwestycje, a także częściej zatrudniają pracowników na podstawie stosunku pracy, zdecydowanie częściej eksportują swoją produkcję, wprowadzają innowacje czy podejmują prace badawczo-rozwojowe.

Zapowiadano, że pakiet bezpośredniego wsparcia wyniesie nawet 80 mld zł, że finanse publiczne na to stać. W projekcie przewidziano działania na kwotę ok. 38 mld zł w 2020 r. Nasze propozycje to  przeznaczenie pozostałych 42 mld zł na wsparcie płynności, wsparcie utrzymania miejsc pracy. Na wsparcie, które w warunkach szoku podażowego najskuteczniej radzi sobie z przyczynami kryzysu. Jest to także przestrzeń do szerszego zakresu zniesienia danin ponoszonych przez najbardziej potrzebująced firmy i dla ochrony w nich  miejsc pracy.

W obszarze rynku pracy wprowadzono… dodatkowe ograniczenia w udzielanej pomocy. W efekcie uzyskanie wsparcia będzie dla przedsiębiorców jeszcze trudniejsze i będzie wymagało porozumienia ze stroną społeczną. Oznacza to, że wiele z rządowych rozwiązań okaże się fikcją.

W zakresie niezbędnych rozwiązań administracyjno-prawnych (otoczenie biznesu) projektowane regulacje nadal są niewystarczające i nieczytelne. Zabrakło wielu niezbędnych rozwiązań w tym obszarze – m.in. zniesienia zakazu handlu w niedziele, ograniczenia uznaniowości procedur, umożliwienia wnioskowania o odroczenie terminu płatności zobowiązań podatkowych o 3 miesiące bez konieczności wydawania decyzji, czy zniesienia opłat prolongacyjnych.

W rządowym pakiecie brakuje informacji o funduszu Rozwoju i Bezpieczeństwa, który miał wydatkować 30 mld zł na projekty inwestycyjne. Inwestycje rozwojowe są ważne i powinny być priorytetem w kolejnych latach, lecz w nadchodzących miesiącach, przy uwzględnieniu ograniczonych środków, pakiet inwestycyjny nie jest najlepszym rozwiązaniem. Naszym zdaniem, środki te powinny być wydatkowane w pierwszej kolejności na obniżenie klina podatkowego.

W obszarze ochrony zdrowia nasze postulaty także pozostają aktualne. Zabrakło np. jednoznacznej regulacji dotyczącej  wystawiania przez lekarzy zwolnień podczas porad telemedycznych. Nie zaproponowano stworzenia specjalnych warunków pracy dla personelu medycznego. Zapowiadana kwota wsparcia finansowego (7,5 mld zł) także nie znajduje potwierdzenia w przygotowanych rozwiązaniach legislacyjnych. Zabrakło też środków pomocowych dla podmiotów leczniczych, które w związku z pandemią będą zmagać się z ogromnymi komplikacjami (od obciążenia pracą po wzrost kosztów funkcjonowania) czy przedłużenia okresu ważności orzeczeń lekarskich do 90 dni, zabrakło również przepisów dotyczących uzyskania w obecnej sytuacji tzw. książeczki sanepidowskiej – niezbędnej chociażby w branży spożywczej. Projekt należało uzupełnić także m.in. o rozwiązania rozszerzające możliwość wykonywania diagnostycznych badań laboratoryjnych w pojazdach i w obiektach przenośnych.

Zauważyliśmy też, że tam, gdzie przedsiębiorcy postulowali zmniejszenie ograniczeń w stosowaniu pomocy, zadziałano dokładnie odwrotnie – wprowadzono dodatkowe obostrzenia. Stało się tak m.in. w zapisach dotyczących ochrony rynku pracy.

Nie dość tego, nie uwzględniono nawet niezbędnych poprawek redakcyjnych – czyli pozamerytorycznych. Rodzi to pytanie. Czy nadesłane propozycje zostały w ogóle przeczytane w całości?

Okazuje się, że zapowiedziane 212 mld zł pomocy to raczej pokaz fajerwerków dla gapiów niż faktyczna armata na kryzys gospodarczy” – komentuje dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP. „Oprócz potrzebnych instrumentów kapitałowo-finansowych, obiecano najpierw 66 mld zł bezpośredniego wsparcia dla firm i pracowników, a potem mówiono nawet o 80 mld zł bezpośredniego wsparcia. Tymczasem w ocenie skutków regulacji widzimy kwotę mniejszą niż 40 mld zł. Więc jaka ta tarcza jest naprawdę?” – pyta dr Dudek.

Wygrani i przegrani w branży dóbr konsumenckich w czasach pandemii koronawirusa SARS-CoV-2

Jednym z efektów ubocznych pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 są problemy, z którymi zmaga się branża dóbr konsumenckich. Z uwagi na skokowo zwiększony popyt konsumentów zmuszonych do pozostania w domach, producenci żywności, szczególnie kasz, ryżu, mąki czy zdrowych produktów gotowych mierzą się z wyzwaniem, jak sprostać oczekiwanej skali produkcji. Okazję do wzrostu zyskały także e-sklepy spożywcze czy segment food tech, czyli aplikacje, dzięki którym możemy cieszyć się jedzeniem dostarczanym bezpośrednio pod drzwi. Tymczasem przyszłość firm oferujących dobra trwałe, takie jak odzież, obuwie, dobra luksusowe oraz komercyjne nieruchomości czy też usługi branży dóbr konsumenckich, takie jak restauracje, hotelarstwo, transport, turystyka oraz rozrywka stoi przed wielkim znakiem zapytania. Jednak niezależnie od dzisiejszego położenia, wszyscy uczestnicy rynku muszą wprowadzić zmiany w zarządzaniu łańcuchem dostaw i w zarządzaniu operacyjnym – i to jak najszybciej.

Sytuację, z którą obecnie mamy do czynienia, czyli pandemii spowodowanej wirusem SARS-CoV-2 należy rozpatrywać w trzech wymiarach czasowych: krótko-, średnio- i długoterminowym. Pierwsza perspektywa obejmuje przede wszystkim dynamiczną, negatywną reakcję na światowych rynkach finansowych. Musimy pamiętać, że dziś nie tylko panika inwestorów decyduje o tym, że rynki dołują. Coraz większy wpływ na to, jak obecnie wyglądają światowe giełdy mają algorytmy – maszyny wykorzystywane do tradingu dużego wolumenu oraz dużej częstotliwości. Handel algorytmiczny to metoda wykonywania zleceń przy użyciu zautomatyzowanych, zaprogramowanych instrukcji uwzględniających takie zmienne jak czas, cena i wolumen oraz oczywiście zmienność kursu instrumentu bazowego. W odróżnieniu od ludzi algorytmy nie ulegają panice, ale kiedy kursy spadają poniżej określonych poziomów, uruchamiają procedury, mogące w efekcie dodatkowo pogłębić istotne już spadki wartości aktywów.

Wygrani

W perspektywie średnioterminowej firmy będą musiały zmierzyć się z licznymi wyzwaniami w zarządzaniu operacyjnym. Pamiętajmy jednak, że nie wszyscy w sektorze dóbr konsumenckich są dziś dokładnie w tej samej sytuacji. Są przedsiębiorstwa, dla których obecny kryzys zrodził dużą szansę na to, by ten rok zakończyć lepszym niż przewidywany wynikiem finansowym. Należą do nich niewątpliwie wytwórcy produktów z długą datą przydatności do spożycia: kasz, ryżu, makaronu, mąk czy konserw. Dziś nie są w stanie sprostać gigantycznemu popytowi, który jest skutkiem masowego wykupowania tego typu produktów z półek sklepowych. Produkty te muszą na nowo wrócić do sklepów, aby klienci mieli do nich dostęp już w normalnym, nie-kryzysowym trybie. Niektóre z firm spożywczych nie muszą więc obawiać się najbliższych tygodni czy miesięcy, oczywiście jeżeli będą w stanie zapewnić potrzebne do zrealizowania zamówień, „nadprogramowe” moce produkcyjne.

Zwycięsko z obecnej sytuacji wyjdą również firmy z sektora e-grocery. W tej chwili, przez rosnącą liczbę zamówień, internetowe markety oferują klientom terminy z odległym, dochodzącym nawet do 3-4 tygodni, terminem realizacji dostaw. W normalnym trybie funkcjonowania zakupy można było zamówić z jedno- lub dwudniowym wyprzedzeniem.

W obecnej sytuacji makroekonomicznej, relatywnie stabilne mogą okazać się również firmy cateringowe, specjalizujące się w tzw. dietach pudełkowych. Wielu ludzi, nie chcąc wychodzić z domu, a jednocześnie nielubiących lub niemogących gotować we własnym zakresie, decyduje się na dostawę pod drzwi zestawów z jedzeniem na cały dzień. Duże wyzwanie, z którym musi jednak zmierzyć się ta branża, to obawa konsumentów o bezpieczeństwo sanitarne przygotowywanego jedzenia.

Firmy z segmentu food tech również pierwszy kwartał tego roku prawdopodobnie zaliczą do udanych. Po zamknięciu przez rząd restauracji, pubów czy barów, polskie ulice zapełniły się dostawcami z charakterystycznymi zielonymi i żółtymi plecakami. Firmy te postawiły na „bezdotykową” i bezgotówkową formę kontaktów z klientem, aby chronić zarówno swoich pracowników, jak i ostatecznego konsumenta.

Przegrani

W zupełnie odmiennej sytuacji są producenci tzw. produktów trwałych, nie wspominając już o dobrach luksusowych. Konsumenci w kryzysowych momentach wstrzymują się z kupowaniem rzeczy, które nie są im niezbędne do życia. Produkty konieczne do „przetrwania” okresu coraz bardziej rygorystycznych zasad współżycia społecznego oraz poruszania się to dla przykładu jedzenie, picie oraz środki higieniczne. Cała reszta, nawet obuwie czy odzież nie są produktami pierwszej potrzeby.

W obecnej sytuacji odłożymy też ewentualne inwestycje w remont, nowe umeblowanie, zakup auta. Zastanowimy się też dodatkowe dwa razy nad zakupem nieruchomości, szczególnie biorąc pod uwagę niepewność związaną z reakcją banków komercyjnych na sytuację makroekonomiczną. W jeszcze większych kłopotach znajduje się cała branża usługowa dóbr konsumenckich: restauratorzy, hotelarstwo, transport, turystyka, salony fryzjerskie i kosmetyczne, siłownie, kina – większość z nich niemal z dnia na dzień musiały zamknąć swoje placówki i na razie nie wiadomo, kiedy będą mogły wrócić do normalnego funkcjonowania. Co gorsza, ostatnie dni pokazują, że zarówno w Polsce, jak i szerzej, w Unii Europejskiej, już zaczęły pojawiać się informacje o ogłaszaniu bankructw w obszarze usług FMCG.

Co dalej?

Otwartym pytaniem pozostaje, czy po uporaniu się z pandemią koronawirusa, trwale nie zmienią się przyzwyczajenia i preferencje konsumentów. Czy równie chętnie jak do tej pory, będziemy wychodzić z domu do restauracji, jadać na mieście i spotykać się ze znajomymi? Czy być może praca zdalna spodoba nam się na tyle, że przynajmniej w części naszego czasu pracy, zamienimy biurowce na domowy gabinet? Na te i wiele innych pytań będzie musiała znaleźć odpowiedź branża dóbr konsumenckich w czasie kolejnych miesięcy.

Zmiany zasad gry
Globalizacja doprowadziła do bardzo szerokiej sieci współzależności krajów i gospodarek. Wielkie korporacje polegają na centrach produkcyjnych znajdujących się w odległych krajach, w tym krajach azjatyckich. Do tej pory pozwalało to minimalizować koszty, tym samym zwiększać zyski. Obecny kryzys pandemiczny pokazał, jak bardzo globalne firmy są w swoim łańcuchu dostaw uzależnione od Chin. Odczuli to niemal wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od branży, w której funkcjonują, w tym także technologiczni giganci. W efekcie, odczuli to również klienci końcowi.

Jaka nauka płynie dla biznesu z pandemii wirusa SARS-CoV-2? Firmy muszą zwracać większą uwagę na dywersyfikację łańcucha dostaw. Kwestia ta będzie zyskiwała na znaczeniu również w ocenie inwestorów, którzy w obawie przed paraliżem produkcji i sprzedaży, będą baczniej przyglądać się temu, jak łańcuch dostaw wygląda, gdzie dana firma produkuje i jakich ma poddostawców. Klasyczne stwierdzenie „Business as a going concern”, czyli prowadzenie działalności na dotychczasowych zasadach, na naszych oczach przestaje mieć rację bytu.

Komentarz Kamila Kucharczyka, Wicedyrektora w zespole M&A, Lidera sektora dóbr konsumenckich Działu Doradztwa Finansowego Deloitte w regionie Europy Środkowej

Przyszłość dla Gastronomii – branża łączy siły – petycja do rządu

Mijają dwa tygodnie, od kiedy rząd poinformował o zawieszeniu działalność restauracji, pubów, kawiarni, klubów i wszelkich miejsc rozrywki. Według portalu horecatrends.pl w pierwszych dniach kwarantanny większość miejsc gastronomicznych zanotowało spadek w obrotach o ok. 60%. Nowa rzeczywistość branży może okazać się kluczowym momentem. Dane jednoznacznie wskazują, że sytuacja jest wyjątkowa. Na Facebooku powstała grupa, do której w przeciągu zaledwie kilku dni dołączyło prawie dwa tysiące członków związanych zawodowo i sympatyzujących z gastronomią. Według przeprowadzonej wśród nich ankiety ponad połowa restauratorów musiała zamknąć lokale lub zawiesić działalność. Stowarzyszenie „Przyszłość dla Gastronomii” to inicjatywa firmy Stalgast sp. z o.o.

Branża gastronomiczna przeżywa ogromny kryzys. Najprawdopodobniej bardzo dużo biznesów zakończy swoją działalność. Natomiast, te które przetrwają będą odczuwały długotrwałe problemy finansowe. Gastronomia jest istotnym elementem naszej gospodarki. Warto podkreślić, że w ostatnim badaniu GUS oszacował liczbę placówek gastronomicznych (stałych i sezonowych) na ponad 69,8 tys., z czego 38,2% stanowiły punkty gastronomiczne, 28,2% – restauracje, 27,6% – bary. Według raportu pt. Rynek dostawców HORECA w Polsce (opracowanego przez PMR) wartość branży szacuje się na ponad 33 mld zł.  Obecnie dużo punktów zostało zamkniętych lub to rozważa. Warto pamiętać, że wiele z nich to firmy rodzinne. Dla 83% przedsiębiorców firma jest jedynym źródłem utrzymania ich rodziny – wynika z danych udostępnionych przez „Fundację Firmy Rodzinne”. Wskazują one ponadto, że jeżeli obecny stan i blokada gospodarcza potrwają̨ do kwietnia br. prawie podwoi się̨ liczba firm, które będą̨ zmuszone zwolnić wszystkich pracowników. Co więcej, 45% ankietowanych z grupy „Przyszłość dla Gastronomii” zadeklarowało, że prowadzą dostawę na wynos. Należy jednak podkreślić, że nie zawsze takie rozwiązania pozwalają na ekonomiczne przetrwanie firmy.

Sektor nie poddaje się i zaczyna działać w wspólnej sprawie. W trudnych chwilach ważne, by cała branża zachowała jedność oraz wzajemnie wsparcie. Aby to ułatwić powstała grupa „Przyszłość dla Gastronomii”, umożliwiająca nie tylko wymianę doświadczeń, sposobów radzenia sobie w obecnej sytuacji, ale także wspólne poszukiwanie rozwiązań. Do grupy cały czas dołączają m.in. kolejni importerzy, producenci, dystrybutorzy oraz restauratorzy, ale również pracownicy, którzy są istotnym elementem całego gastronomicznego systemu. Założyciel grupy – firma Stalgast – zapewnia indywidualną pomoc prawną.

Powstała szeroka reprezentacja branży, ale nie tylko – wskazuje Maciej Kotecki, Prezes Zarządu Stalgast sp. z o.o. Stworzyliśmy możliwość wymiany sposobów radzenia sobie w obliczu pandemii COVID-19 oraz miejsce, w którym wspólnie wypracujemy Rządowi RP propozycje ratujące branżę i zatrudnionych w niej ludzi. Propozycje, które nie tylko będą dotyczyły najbliższych dni i tygodni, ale również przyszłości gastronomii w Polsce – dodaje.

Grupę na Facebooku można znaleźć tutaj:  https://www.facebook.com/groups/PrzyszloscDlaGastronomii/

Stowarzyszenie „Przyszłość dla Gastronomii” wraz z podmiotami współpracującymi opracowało propozycję pomocy dla zagrożonego sektora nazwaną „Piątka dla gastro” i wysuwa następujące postulaty:

  1. Zwolnienie przedsiębiorców prowadzących Placówki Gastronomiczne oraz współpracujących z nimi na rynku gastronomicznym producentów, importerów i dystrybutorów, zarówno żywności, jak i wyposażenia („Przedsiębiorcy Współpracujący”) ze składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne bez względu na formę zatrudnienia i wielkości przedsiębiorstwa – na okres minimum 3 miesięcy.
  2. Dofinansowanie przez państwo wynagrodzenia pracowników Placówek Gastronomicznych i Przedsiębiorców Współpracujących – w wymiarze 65% wynagrodzenia przez okres 6 miesięcy, poczynając od dnia wprowadzenia zakazu prowadzenia działalności. Wsparcie osób już zwolnionych w wymiarze 80% minimalnego wynagrodzenia miesięcznego obowiązującego w roku 2020 – przez okres minimum 3 miesięcy od dnia zakończenia świadczenia pracy na rzecz danego pracodawcy.
  3. Dofinansowanie kosztów najmu lokali wynajmowanych przez przedsiębiorców prowadzących Placówki Gastronomiczne od osób fizycznych lub przedsiębiorców w wymiarze 90% czynszu należnego na podstawie umowy najmu – przez cały okres zakazu prowadzenia wyszczególnionej w rozporządzeniu działalności gospodarczej, a w przypadku Przedsiębiorców Współpracujących, którzy po dniu 1 marca 2020 roku odnotowali spadek obrotu o minimum 40% w okresie wybranych kolejno przypadających po sobie 30 dni – dofinansowanie czynszu najmu na poziomie 50% wskazanych wyżej kosztów. Co więcej, zwolnienie na powyższych zasadach z opłat za czynsz najmu w przypadku lokali należących do miast. Po uchyleniu zakazu prowadzenia działalności – dofinansowanie dla ww. przedsiębiorców w wysokości 50% należności z tytułu czynszu najmu na kolejne 3 miesiące. Analogicznie w przypadku zwolnienia z czynszu kosztów najmu odnośnie lokali należących do miasta.
  4. Uproszczenie procedur przyznawania wsparcia finansowego dla przedsiębiorców prowadzących Placówki Gastronomiczne oraz Przedsiębiorców Współpracujących z gwarancją de minimis i podwyższenie jej do minimum 80%.
  5. Uproszczenie procedur związanych ze zwolnieniem ww. grup przedsiębiorców z podatków PIT i CIT, składek na ubezpieczenie społeczne, jak i otrzymania wsparcia z innych programów, które mają być rozdysponowane na podstawie ustaw z tzw. pakietu antykryzysowego.

Petycję można znaleźć tutaj: https://www.petycjeonline.com/przyszloscdlagastronomii

Postulaty poprały następujące firmy:

  1. PLASTMET Sp. z o.o. Sp. k.; ul. Chrobrego 1; 64-720 Lubasz;
  2. STALGAST Sp. z o.o.; Plac Konesera 9; 03-736 Warszawa;
  3. KOMAT Mieczysław Kozłowski; 64-704 Romanowo Dolne 105;
  4. SPOMASZ NAKŁO Sp. z o.o.; ul. Potulicka 1; 89-100 Nakło nad Notecią;
  5. RM GASTRO POLSKA Sp. z o.o.; ul. Sportowa 15a; 43-450 Ustroń;
  6. PRIMULATOR Sp. z o.o.; ul. Lodowa 128; 93-232 Łódź;
  7. KROSNO-METAL Sp. z o.o.; ul. Kamień 16 m; 66-600 Krosno Odrzańskie;
  8. DAJAR Sp. z o.o.; ul. Poznańska 129/133; 05-850 Ożarów Mazowiecki;
  9. FUNDACJA FIRM RODZINNYCH; ul. Bukowska 12 lok. 124; 60-810 Poznań; Poland;
  10. HENDI Polska sp. z o.o.; ul. Magazynowa 5; 62-023 Gądki;
  11. POLGAST Sp. z o.o.; ul. Przemysłowa 2; 64-730 Wieleń;
  12. OPTIMET Sp. z o.o.; Brzeźno, Krótka 3; 64-700 Czarnków;
  13. ONNERA POLAND Sp. z o.o.; Palmiry ul. Warszawska 9; 05-152 Czosnów;

Materiał wideo z apelem reprezentanta Stowarzyszenia – Maciejem Koteckim – został wyświetlony na Facebooku prawie 300 tys. razy. Można znaleźć go tutaj:

Facebook: https://www.facebook.com/stalgast/videos/2630217533878160/

Stowarzyszenie „Przyszłość dla Gastronomii” jest zrzeszeniem osób fizycznych, zawiązanym dla wspierania osób i organizacji prowadzących przedsięwzięcia gospodarcze na rynku HORECA oraz osób i organizacji, podejmujących działania na tym Rynku. Celami Stowarzyszenia jest m.in. pomoc przedsiębiorcom dotkniętym, zdarzeniami losowymi ze szczególnym uwzględnieniem wydarzeń związanych z epidemią wirusa COVID – 19, wsparcie podmiotów w poszukiwaniu nowych możliwości biznesowych, ochrona polskiego rynku HORECA, podnoszenie kwalifikacji i kompetencji członków oraz ich reprezentacja wobec instytucji Państwowych w zakresie celów statutowych Stowarzyszenia.

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych apeluje o dodatkowe instrumenty wsparcia dla przedsiębiorców

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) docenia podjęcie przez rząd działań osłonowych dla przedsiębiorców i pracodawców w postaci tzw. Tarczy Antykryzysowej, jednak zawarte tam rozwiązania ocenia za niewystarczające. Zdaniem PINK, reprezentującej największych deweloperów biurowych, magazynowych i handlowych, zarządców i właścicieli nieruchomości, inwestorów instytucjonalnych oraz firmy doradcze, niezbędne jest wprowadzenie dodatkowych instrumentów wsparcia dla przedsiębiorców.

PINK postuluje o zwiększenie kwoty wsparcia z uwagi na przestój ekonomiczny oraz czasowe zaniechanie pobierania zaliczek i przesyłania deklaracji dotyczących podatku VAT, PIT i CIT. Zdaniem PINK, czasowe zwolnienie z obowiązku płacenia składek na ZUS powinno dotyczyć bezwarunkowo wszystkich przedsiębiorców i innych osób zatrudnionych (obecnie zwolnieniem objęci są mikroprzedsiębiorcy, którzy osiągnęli w lutym 2020 r. określony przychód), oraz stać się podstawowym mechanizmem wsparcia pracodawców.

Oczekujemy także wprowadzenia rozwiązań dedykowanych konkretnie branży nieruchomości komercyjnych. Tarcza antykryzysowa powinna zagwarantować branży możliwość finansowego, symetrycznego wsparcia zarówno wynajmujących jak i najemców, np. poprzez dopłaty do czynszów lub określenie tzw. wakacji czynszowych. Mamy nadzieję, że projektowane przepisy zostaną doprecyzowane tak, aby w należyty sposób uchronić przedsiębiorców przed skutkami panującego obecnie kryzysu.

Agnieszka Jachowicz, Dyrektor Operacyjna PINK

Giełda w USA pnie się w górę mimo rekordowych wniosków o zasiłek

Jesteśmy świadkami historii, która tworzy się na naszych oczach. Dziś na rynek trafiły pierwsze dane z rynku pracy, pokazujące wstępnie, jaki wpływ może mieć epidemia koronawirusa na gospodarkę Stanów Zjednoczonych. Mowa liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, które sięgnęły najwyższego poziomu w historii. Liczba Amerykanów, która wypełniła wniosek o zasiłek dla bezrobotnych, wzrosła do poziomu 3,28 miliona w tygodniu zakończonym 21 marca. Żeby uzmysłowić sobie skalę, oznacza to, że 1 proc. Amerykanów jest na bezrobociu.

Wbrew pozorom to jest bardzo dobra wiadomość dla amerykańskiej giełdy. Indeks Dow Jones Industrial Average rośnie dziś o ponad 4 proc., S&P 500 zwyżkuje o ponad 3,6 proc., a Nasdaq o 3,2 proc. Do znanych spółek, które sobie dziś bardzo dobrze radzą, możemy zaliczyć Boeinga, który rośnie o ponad 15 proc., American Express oraz Coca Colę. Te spółki drożeją o 7-8 proc.

Skąd ten optymizm? Przerabialiśmy już to dawno temu, podczas kryzysu finansowego, a także podczas kryzysu w strefie euro związanego z Grecją. Wtedy dominującym podejściem inwestorów było podejście na zasadzie — czym jest gorzej, tym lepiej. Zatem im gorzej w gospodarce, tym lepiej dla inwestorów i sektora finansowego, a teraz także i dla obywateli, ponieważ gorsze dane mogą wzmagać oczekiwania odnośnie kolejnych programów pomocowych. Amerykański Senat już zaakceptował pomoc dla gospodarki rzędu 2 bln dolarów i może się okazać, że to jeszcze nie koniec.

To oczekiwanie na pomoc jest dobrze widoczne na przykładzie akcji spółki Boeing, który tylko w tym tygodniu zyskał 90 proc. Wzrost odzwierciedla właśnie optymizm w zakresie wsparcia rządowego, które powinno odrzucić kilka najgorszych scenariuszy. Jak podają analitycy JPMorgan, firma otrzyma kilkanaście miliardów dolarów pomocy, a następne kilka lat firma spędzi na naprawie swojej struktury kapitałowej.

Dla spółki pojawiła się także pozytywna rekomendacja od Bernsteina. Cena docelowa została ustanowiona na poziomie 202 USD względem poprzedniej wynoszącej 173 USD. Obecnie na giełdzie za akcję BA należy zapłacić 181 USD. Na Wall Street spółka ma 11 rekomendacji kupna, 16 trzymaj i 2 sprzedaj.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Holistyczne zarządzanie API rozwinie potencjał otwartej bankowości

Indeks Open Banking Opportunity[1] przewiduje, że ten rodzaj bankowości naprawdę ruszy za trzy do pięciu lat, ale to może się szybko zmienić. Jak wskazują dane Urzędu ds. Konkurencji i Rynków[2] – liczba użytkowników otwartej bankowości podwoiła się w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, a regulacje wspierają wzrost. Europejska dyrektywa PSD2 ma na celu promowanie innowacji, pomoc usługom bankowym w integracji nowych technologii i zapewnienie bezpieczeństwa płatności. Co ważne, PSD2 zawiera nowe wymagania dotyczące uwierzytelniania wieloskładnikowego podczas wykonywania operacji bankowych. Otwarta bankowość jest zasadniczo praktyką dzielenia się informacjami finansowymi elektronicznie, bezpiecznie i w warunkach zaakceptowanych przez klientów. Budzi nieustanne zainteresowanie, ponieważ może być znaczącym katalizatorem innowacji – w tym lepszej obsługi dla użytkowników poprzez usprawnienie pożyczek, automatyzację księgowości i zapewnienie nowych opcji płatności.

Azja entuzjastycznie adaptuje tę koncepcję, napędzana przez kraje digitalizujące się w czasie rzeczywistym, dużą bazę doświadczonych technologicznie konsumentów i wszechobecność cyfrowej platformy płatniczej. Europejczycy są nieco bardziej ostrożni. Nadal istnieje tu niechęć do udostępniania danych osobowych, za co częściowo odpowiada kultura, ale co jest także reakcją na częste przypadki naruszeń. Niska jest też świadomość nt. otwartej bankowości. Według badania Splendid Unlimited[3] zaledwie 20% respondentów wie, co to jest „open banking”. Z jej usług korzystało jedynie 9% uczestników ankiety.

Otwarta bankowość będzie się rozwijała najlepiej wtedy, gdy będzie przydatna dla klientów. W końcu to ich wymagania dotyczące większej zwinności i lepszego „user experience” popychają dostawców usług do konkurowania i wprowadzania innowacji. W tym miejscu wkraczają interfejsy aplikacji (API). Mówiąc najprościej, interfejs API stanowi zestaw procedur, protokołów i narzędzi do tworzenia aplikacji oraz określa sposób interakcji komponentów oprogramowania.

W dziedzinie bankowości korzystanie z otwartych interfejsów API umożliwia programistom zewnętrznym tworzenie podstawowych technologii dla aplikacji i stron internetowych.Open Banking Europe opublikował w listopadzie zeszłego roku katalog z listą wszystkich publicznie dostępnych interfejsów API banków w UE. Katalog przejrzystości PSD2 zaspokaja potrzebę dostawców zewnętrznych (TPP) i dostawców usług płatniczych prowadzących rachunek (ASPSP) na przechowanie wszystkich kluczowych informacji na temat interfejsów API banków w jednym miejscu. Obecnie zawiera informacje o ponad 1500 portalach dla deweloperów związanych z bankami i będzie rozbudowywany.

Ciężar definiowania, publikowania, zabezpieczania, monitorowania i analizowania interfejsów API spoczywa teraz na infrastrukturze, operacjach i zespołach DevOps.  Rozwiązania do zarządzania interfejsami API umożliwiają autorom publikowanie tych interfejsów w różnych środowiskach, takich jak produkcja czy testy. Zapewnia to spójność dla każdego środowiska i zapobiega błędnym konfiguracjom.  Kluczowe przykłady to:

Bramki interfejsu API zabezpieczają i pośredniczą w ruchu między końcowymi użytkownikami API. Funkcjonalność bramki API obejmuje uwierzytelnianie wywołań API, kierowanie żądań do odpowiednich backendów, stosowanie limitów prędkości w celu zapobiegania przeciążeniom systemu. Mogą one także łagodzić ataki DDoS, odciążać ruch SSL/TLS w celu poprawy wydajności oraz obsługi błędów i wyjątków.

Tradycyjne bramki API mogą być nieefektywne podczas obsługi ruchu w środowiskach rozproszonych (np. mikrousługi lub obsługa ruchu IoT dla analizy w czasie rzeczywistym). Do przetwarzania wywołań API w tego typu scenariuszach wymagane są mikrobramki, które są lżejszymi bramkami API, odpowiednimi dla architektur mikrousług.Dzisiejsze rozwiązania mogą zapewnić analitykę – dokładny wgląd we wskaźniki operacyjne dla poszczególnych interfejsów API, umożliwiając nowy poziom rozwiązywania problemów i optymalizacji wydajności. Zabezpieczenia infrastruktury interfejsu API powinny obejmować uwierzytelnianie, autoryzację, kontrolę dostępu opartą na rolach (RBAC) i ograniczanie szybkości (poprzez nakładanie ograniczeń na liczbę żądań, które osoba dzwoniąca może wykonać w określonym czasie).

Dobrze zaprojektowany portal dla programistów ma kluczowe znaczenie dla sukcesu każdego programu API. Powinien ułatwić szybkie wdrożenie konsumentów, zawierać katalog zewnętrznych interfejsów API, obszerną dokumentację i przykładowy kod. Niektóre rozwiązania zapewniają również mechanizm interakcji programistów.

Otwartą bankowość będzie budować API. Warto już teraz ją obserwować, jeśli biznes ma aspiracje w tym kierunku.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

[1] https://www.finance-monthly.com/2019/12/2020-will-be-the-year-of-reckoning-for-open-banking-2/

[2] regulator otwartej bankowości w Wielkiej Brytanii

[3] https://www.finance-monthly.com/2019/12/2020-will-be-the-year-of-reckoning-for-open-banking-2/

Rynek mieszkaniowy w 2020 r. przed koronawirusem

Jak szła deweloperem sprzedaż mieszkań w pierwszych miesiącach bieżącego roku? Czy wyniki były lepsze od ubiegłorocznych? Czy popyt na rynku mieszkaniowym wciąż utrzymywał się na wysokim poziomie? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Początek każdego roku to okres wzmożonego zainteresowania klientów i sporej liczby zawieranych umów. Sytuacja była podobna także w tym roku. W okresie styczeń-luty br. odnotowaliśmy rekordową liczbę zapytań, zarówno ze strony klientów kupujących mieszkania na użytek własny, jak i w celach inwestycyjnych. Spowolnienie widać od marca, co jest zgodne z trendem na rynku i niewątpliwie potęgowane sytuacją związaną z koronawirusem.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

W pierwszych miesiącach 2020 roku utrzymywał się trend, który notowany był w sprzedaży w roku ubiegłym. W styczniu i lutym podpisaliśmy o ponad 29 proc. więcej umów deweloperskich niż w tym samym czasie w 2019 roku.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W pierwszych miesiącach tego roku nie zaobserwowaliśmy żadnych symptomów spowolnienia. Oczywiście nowa sytuacja, związana z epidemią wirusa COVID-19, nie pozwala na formułowanie jakichkolwiek, zdecydowanych prognoz na najbliższe miesiące. Można jedynie domniemywać, że jeżeli epidemia będzie miała znaczący wpływ na całą gospodarkę, to również może mieć wpływ na popyt na rynku nieruchomości. Nie wydaje się jednak, by było to zjawisko trwałe, bo lokowanie wolnych środków w lokalach jest najbezpieczniejszą inwestycją, a mieszkanie jest i pozostanie dla Polaków jednym z najważniejszych dóbr.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Jesteśmy bardzo zadowoleni, zarówno z wyników sprzedaży na rynku warszawskim, jak i pierwszych tygodni sprzedaży nowego projektu na rynku krakowskim. Z naszych obserwacji wynika, że struktura i dynamika popytu w naszych projektach w styczniu i lutym bieżącego roku była bardzo podobna do tej w analogicznym okresie w roku ubiegłym.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Z perspektywy dwóch miesięcy poprzedzających wyjątkową sytuację związaną z zagrożeniem epidemiologicznym koronawirusem, mogę powiedzieć, że ten rok zaczął się dla nas dobrze, również w porównaniu z analogicznym okresem roku minionego. Duży popyt na mieszkania w wieżowcu ST_ART Piątkowo utrzymał się względem końcówki roku. Poza tym, zaobserwowaliśmy wyraźnie większy ruch w sprzedaży po ogłoszeniu informacji o rozpoczęciu budowy kolejnego etapu Osiedla Księżnej Dąbrówki, które od 20 lat sukcesywnie rozbudowujemy w podpoznańskiej Dąbrówce.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Popyt na mieszkania na początku roku utrzymywał się na wysokim poziomie. Średnia sprzedaż w dwóch pierwszych miesiącach roku była o ponad 40 proc. większa niż średnia sprzedaż w całym 2019 roku, jak również w styczniu i lutym minionego roku. W omawianym czasie popyt zdecydowanie nie osłabł.

Karolina Guzik, menadżer ds. sprzedaży w spółce mieszkaniowej Skanska

Zgodnie z przewidywaniami rynek mieszkaniowy wciąż odnotowuje wzrost, a popyt utrzymuje się na wysokim poziomie. Wyniki sprzedaży mieszkań osiągnięte przez Skanska w pierwszych dwóch miesiącach tego roku są równie zadowalające, jak te zeszłoroczne. Z uwagi na obecną sytuację związaną z pandemią COVID-19 za wcześnie jednak na przedstawienie finalnych wniosków i ocenę sprzedaży za I kwartał 2020. Nieustannie obserwujemy dynamikę rozwoju bieżącej sytuacji i analizujemy wpływ, jaki pandemia koronawirusa będzie mieć na gospodarkę w Polsce.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Robyg SA.

Rok 2019 potwierdził niesłabnący popyt na mieszkania w Polsce. Niewątpliwie przewagę mieli deweloperzy mający rozbudowaną ofertę i dużą liczbę różnorodnych lokali w sprzedaży. Grupa Robyg w 2019 roku istotnie zwiększyła geograficzny zakres działania. Weszliśmy na rynek wrocławski i poznański. Tym samym działamy w czterech kluczowych miastach w Polsce. Na początku tego roku popyt na mieszkania utrzymywał tendencję wzrostową. Było to wynikiem dobrej oferty kredytów mieszkaniowych, rosnącego popytu inwestycyjnego oraz utrzymującej się na wysokim poziomie podaży, w tym ofert w atrakcyjnych lokalizacjach i nowych formatach – np. typu mikroapartamenty.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Na początku tego roku popyt utrzymywał się na wyższym poziomie niż w ubiegłym roku, aczkolwiek trzeba pamiętać, że w przypadku projektów deweloperskich niemożliwe jest dokładane porównanie krótkich okresów sprzedaży ze względu na różnice w cyklu życia każdego produktu.

W pierwszych miesiącach bieżącego roku obserwowaliśmy znaczący wzrost zainteresowania mieszkaniami w Łomiankach, gdzie uruchomiliśmy sprzedaż lokali realizowanych w drugim etapie projektu. Nie jest to dla nas zaskoczenie, ponieważ mieszkania w Osiedlu Łomianki należą do najtańszych na podstołecznym rynku nieruchomości. Z kolei w Osiedlu Natura w Wieliszewie w ciągu dwóch pierwszych miesięcy tego roku sprzedane zostało dwukrotnie więcej mieszkań niż w tym samym okresie rok wcześniej. W trzecim etapie tej inwestycji w ofercie zostały już ostatnie trzy i czteropokojowe lokale w cenie od 4290 zł/mkw.

Michał Płoucha, dyrektor zarządzający By Made

Legnicka 60C to nasza pierwsza inwestycja aparthotelowa, więc nie możemy odnieść się do lat poprzednich, ale z pewnością możemy być zadowoleni z zainteresowania podczas początkowego okresu realizacji projektu. Popyt na lokale inwestycyjne konsekwentnie rośnie, a mikroapartamenty mają szansę stać się najgorętszym towarem na rynku nieruchomości. Był to idealny moment na debiut, co potwierdzają wyniki sprzedaży w pierwszych miesiącach 2020 roku. W styczniu i w lutym podpisaliśmy umowy rezerwacyjne z kilkunastoma inwestorami, którzy nabywali jeden lub więcej lokali. Inwestorzy docenili możliwość obejrzenia gotowego lokalu pokazowego, który wykończyliśmy i urządziliśmy w wysokim standardzie na bardzo wczesnym etapie realizacji budynku.

Krzysztof Jabłoński, prezes spółki Iglica Nieruchomości

Ubiegły rok był to dla nas, jako firmy prowadzącej sprzedaż mieszkań w inwestycjach deweloperskich, bardzo udany. Uzyskaliśmy więcej niż zadowalające wyniki, nie tylko pod względem ilości sprzedanych mieszkań, ale również wartości transakcyjnych. Klienci nabywali apartamenty w prestiżowych lokalizacjach równie chętnie, jak mieszkania w segmencie popularnym. Pierwsze miesiące bieżącego roku przyniosły bardzo dobre wyniki w odniesieniu do inwestycji, których sprzedaż prowadzimy, zaowocowały kilkudziesięcioma zawartymi umowami rezerwacyjnymi i deweloperskimi. Co więcej, zanotowaliśmy wysokie wskaźniki zapytań ofertowych.

Autor: Dompress.pl

ORLEN: Produkcja płynu do dezynfekcji rąk przebiega bez zakłóceń

Stanowczo podkreślamy, że nie jest prawdą informacja o wstrzymaniu produkcji płynu do dezynfekcji rąk w Zakładzie ORLEN Oil w Jedliczu opublikowana 25.03.2020 r. na portalu wyborcza.pl w artykule pt. „Orlen ma problemy z produkcją płynu dezynfekcyjnego? Spółka zaprzecza.”

Linie produkcyjne ORLEN Oil w Jedliczu pracują na pełnych mocach wytwórczych. Produkcja płynu do dezynfekcji rąk trwa bez jakikolwiek zakłóceń, a instalacja jest na bieżąco monitorowana przez wewnętrzne służby techniczne ORLEN Oil. Sugerowanie, że PKN ORLEN ma jakiekolwiek problemy techniczne z linią produkującą płyn do dezynfekcji jest nieuzasadnione i wprowadza czytelników w błąd.

Kwestia produkcji środków do dezynfekcji jest obecnie szczególnie wrażliwą społecznie kwestią. Przytoczony w publikacji cytat anonimowego informatora, dotyczący rzekomego rozszczelnienia uszczelek na liniach produkcyjnych w związku z użyciem alkoholu w produkcji, stanowi nadużycie i nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym. Pragniemy z całą mocą podkreślić, że linie produkcyjne są w pełni dostosowane do rozlewu produktów zawierających alkohol etylowy i jakiekolwiek spekulacje na ten temat są nieuzasadnione.

Jednocześnie w odniesieniu do spekulacji zawartych w artykule na portalu wyborcza.pl dotyczących potencjalnej współpracy PKN ORLEN ze spółką Boryszew przy produkcji płynu do dezynfekcji rąk, informujemy, że taka współpraca nie ma miejsca.

W odniesieniu do wskazanych w publikacji wolumenów produkcji płynu do dezynfekcji rąk przez PKN ORLEN zapewniamy, że poziom produkcji w marcu (2,5 mln litrów) zostanie zrealizowany. PKN ORLEN ma świadomość, jak ogromne jest zapotrzebowanie na płyn. Przestawienie linii produkujących płyn do spryskiwaczy na produkcję płynu i uruchomienie dystrybucji trwało zaledwie 10 dni. Uruchomiona została druga linia produkcyjna, co oznacza, że płynu będzie więcej. W kwietniu Zakład w Jedliczu wyprodukuje ok. 4,5 mln litrów.

Ze względu na wysoką wrażliwość społeczną tematu i próbę podważenia stanu faktycznego, mimo natychmiastowego zdementowania doniesień Gazety Wyborczej przez spółkę, PKN ORLEN rozważa podjęcie kroków prawnych w celu ochrony dobrego imienia spółki.

Jak prawidłowo komunikować zmiany?

Wszelkie zmiany, w szczególności te nagłe i narzucone odgórnie, budzą opór pracowników. Jednak w czasie panującej epidemii komunikacja zmian jest nieunikniona. Przedsiębiorstwa, chcąc utrzymać biznes, muszą dostosować się do okoliczności i wdrożyć nowe systemy oparte o pracę zdalną, automatyzację, nowe technologie czy sprzedaż on-line. Przedłużające się spowolnienie może również doprowadzić do zapaści gospodarki i masowych zwolnień. Wielu ekspertów ekonomicznych już prognozuje, że kryzys, z którym obecnie mamy do czynienia będzie związany z długofalowym oddziaływaniem na gospodarkę oraz, że rynek nie powróci szybko do stanu wyjściowego. Duża grupa przedsiębiorstw będzie musiała sięgnąć po narzędzia związane z komunikacją zmiany. Podpowiadamy organizacjom, jak przeprowadzić ten proces sprawnie i efektywnie.

Każda zmiana rodzi opór

„Zmiany kojarzą się z czymś przełomowym i zwykle ryzykownym. W ocenie globalnych firm doradztwa biznesowego nawet 70% inicjatyw związanych ze zmianami w biznesie kończy się porażką. Do każdej zmiany warto się przygotować, a działania w zmianie powinny być świadome i zaplanowane, co stanowi gwarancję sukcesu. Są jednak takie zmiany w otoczeniu organizacji, na które nie mamy wpływu np. epidemia i stan klęski żywiołowej. W takiej sytuacji warto sięgnąć po gotowe scenariusze, które wynikają z modeli komunikacji zmiany
i znajdują podłoże w badaniach psychologicznych. W procesie tym kluczowa jest zwykle rola liderów. Ich zadaniem jest usprawnienie funkcjonowania przedsiębiorstwa oraz regularne informowanie pracowników o wdrażanych zmianach.”
– mówi Iwona Kubicz, Prezes Procontent Communication.

Jak adresować obawy pracowników?

Pracownicy opierają się zmianom, gdyż postrzegają je, jako zagrożenie dla znanych wzorców zachowań, jak również dla własnego statusu i wynagrodzenia. Do głównych przyczyn oporu pracowników wobec zmian należy zaliczyć: szok spowodowany nową sytuacją, obawy ekonomiczne, niewygodę, niepewność, zagrożenie dla relacji interpersonalnych, zagrożenie dla statusu lub umiejętności, obawy związane z kompetencjami – nowe wymagania, opanowanie nowych umiejętności, ale też lęki symboliczne – np. utrata własnego biura, miejsca parkingowego lub innych przywilejów. Podejmując komunikację z pracownikami warto wiedzieć, jakie są ich główne obawy oraz jak one ewoluują. Jeszcze tydzień temu główną obawą wśród naszych pracowników mogłoby być podróżowanie do pracy komunikacją publiczną i możliwość zarażenia się koronawirusem w drodze do firmy lub podczas spotkań z klientami, dziś główną obawą mogą być obniżki wynagrodzeń, a za moment zwolnienia grupowe i obawa o własne miejsce pracy.

W pierwszej kolejności należy określić, czy zmiana ma charakter strategiczny, czyli czy dotyczy problemów o szerokim zasięgu, związanych z całą organizacją, czy też ma charakter operacyjny i wiąże się z nowymi systemami, procedurami, strukturami lub technologiami.

W przypadku koronawirusa pierwsze zmiany w organizacjach miały zapewne charakter operacyjny – nowe metody pracy, nowe zasady logistyczne, bezpieczeństwa etc. Według szacunków Związku Przedsiębiorców i do końca marca pracę może stracić 1-3 mln Polaków. W wielu firmach konieczne będą, więc zmiany strukturalne dotykające całej organizacji np. redukcje wynagrodzeń, zwolnienia, zamknięcia linii produkcyjnych. Takie zmiany o charakterze strategicznym wymagają komunikacji na poziomie zarządu oraz wszystkich liderów organizacji.

Modele i narzędzia w komunikacji zmiany

Ze względu na fakt, iż kryzys, z którym mamy do czynienia może mieć bardzo poważne konsekwencje biznesowe warto sięgnąć do modelu komunikacji opracowanego przez amerykańską tanatolog Elisabeth Kübler-Ross, która w oparciu o swoje doświadczenia
w komunikacji z pacjentami paliatywnymi opracowała psychologiczną teorię reakcji pacjenta na wiadomość o nieuleczalnej chorobie i bliskiej perspektywie śmierci: Ta teoria psychologiczna znajduje dziś szerokie zastosowanie w komunikacji zmiany nie tylko
w medycynie, ale również w zarządzaniu organizacjami. Kubler-Ross wyróżniła pięć etapów, przez które przechodzi człowiek za nim pogodzi się z informacją o czekającej go śmierci. Należą do nich: szok i zaprzeczenie, gniew, targowanie się (negocjacje), depresja i w końcu akceptacja.

Podobnie przebiega proces komunikacji zmiany, w którym od świadomości pracowników iż czeka ich zmiana, poprzez zaprzeczanie i lęk, a w końcu pierwsze próby dostosowania się
i uczenia nowych umiejętności – cześć z nich dochodzi do etapu internalizacji zmiany. Na stworzoną w ten sposób krzywą komunikacji nałożono odpowiednie narzędzia, które korespondują ze stanem emocjonalnym pracowników na kolejnych etapach akceptacji zmiany.

W pierwszej fazie, w której tworzy się świadomość zmiany istotne jest zakomunikowanie, dlaczego zmiana jest konieczna, jak będzie przebiegać, kogo ta zmiana dotyczy, ile czasu potrwa. Dobrym zabiegiem jest często ukazanie, że zmiana jest wymuszona przez zewnętrzne okoliczności w tym wypadku np. otwarte komunikowanie finansowych skutków pandemii dla organizacji. Ważne jest też pokazanie, do czego dążymy na końcu zmiany. Dobrze jest również określić finalny efekt zmiany – do czego jest nam potrzebna zmiana
w organizacji.

Na etapie zaprzeczania tłumaczymy pracownikom zmianę, pokazujemy konsekwencje związane z brakiem dostosowania się do zmiany oraz korzyści z przystąpienia do niej. Na etapie lęku adresujemy wszystkie obawy pracowników na przykład, jeśli pracownik obawia się nowych technologii do pracy zdalnej, pomagamy mu się z nią zapoznać, szkolimy, odpowiadamy na pytania, przeprowadzamy próby i testy, aby mógł się z nią oswoić. Budujemy również zaplecze składające się z ambasadorów zmiany, czyli osób, które dobrze radzą sobie z nową sytuacją i technologiami i mogą pomagać wdrażać się pozostałym pracownikom.

Na etapie eksploracji i zapoznawania się ze zmianami istotne jest dalsze szkolenie szczególnie w formule warsztatowej, w której pracownicy sami wypracowują sposoby dostosowania się do zmieniającej się rzeczywistości. Na poziomie aktywnego uczenia się przechodzimy do silnego komunikowania benefitów oraz w fazie adopcji do utrwalania zmian poprzez nagradzanie i wyróżnianie jej liderów spośród pracowników. Komunikujemy również efekty płynące ze zmian dla całej organizacji.

Na poziomie budowania świadomości zmiany można wykorzystywać narzędzia takie jak: informacje od zarządu, maile i newslettery, firmowe kanały wideo i kanały społecznościowe wspierane nowoczesnymi technologiami zdalne spotkania firmowe (town hall meetings). Możemy tu również wykorzystać badania przeprowadzone na klientach i otoczeniu zewnętrznym, aby wesprzeć informacje dotyczące oczekiwań rynku w stosunku do organizacji.

Na drugim etapie komunikacji zmiany możemy wykorzystać narzędzia on-line: przewodniki po zmianie, wideoporadniki, wywiady z kluczowymi osobami w organizacji, infografiki
i mailingi do pracowników oraz w wersji stacjonarnej plakaty informacyjne. Na kolejnym etapie możemy przechodzić do grup focusowych, warsztatów i szkoleń. Na ostatnim etapie mamy do wykorzystania rozmowy one-to one, coaching dla liderów oraz grupy projektowe, jak również badania pracownicze pokazujące końcowe efekty zmiany.

Opisane narzędzia stanowią jedynie część dostępnych sposobów w temacie komunikacji zmiany. Do tych narzędzi możemy dokładać inne, takie jak gry, aplikacje czy wydarzenia firmowe. Będą one miały jednak ograniczone znaczenie na pierwszym etapie walki ze skutkami pandemii. Najbardziej istotne jest to, aby pamiętać, że od komunikacji jednostronnej, w której zarząd komunikuje wizję zmian i kaskaduje ją do pracowników niższego szczebla, przechodzimy do komunikacji opartej na budowaniu zaangażowania
i dialogu z pracownikami poprzez narzędzia umożliwiające interakcję.

Innym często przywoływanym w zmianie modelem komunikacji jest trójfazowy model wprowadzania zmian Kurta Lewina, polegający na rozmrażaniu, wprowadzeniu zmian
i ponownym zamrażaniu. Rozmrożenie to proces identyfikowania obecnych oraz pożądanych zachowań. Analizujemy różnice pomiędzy stanem istniejącym a stanem pożądanym. Komunikacja na tym etapie jest dyrektywna i związana z pokazaniem nieuchronności zmiany. Zmiana (Changing/Moving) związana jest z rozwijaniem nowych zachowań, wartości i postaw. Wdrożenie zmiany odbywa się poprzez ułatwianie organizacji przyjęcia nowych zachowań: szkolenia, warsztaty, gry i symulacje. Konieczna jest tu ciągła ewaluacja osiągnięć.  Ostatnim etapem jest ponowne zamrożenie (Refreezing). Oznacza ono utrwalenie nowych zachowań grupowych, wartości i postaw. Zamrożenie jest zwykle osiągane przez system nagradzania zachowań zgodnych ze zmianą, edukację i ciągłą komunikację pożądanych postaw.

Mapowanie interesariuszy

Przygotowanie do zmiany powinno obejmować identyfikację kluczowych interesariuszy wraz z określeniem ich opinii i postaw oraz dobór najważniejszych argumentów. Bardzo ważne jest zidentyfikowanie liderów zmian, które jest zależne zwykle od dwóch czynników: postrzegane przez pracowników poziomu osobistego ryzyka w zmianie oraz poziomu niezadowolenia z obecnej sytuacji. Największą chęć do zmian będą wykazywały osoby niezadowolone z obecnego stanu rzeczy, postrzegające przy tym zagrożenia płynące ze zmiany dla siebie, jako stosunkowo niewielkie. Ważne dla całego procesu jest jednoczesne ustalenie spójnej komunikacji wśród osób reprezentujących na zewnątrz interesy całej organizacji.

Podchodząc do komunikacji zmiany warto zwrócić uwagę  na wszystkie kanały komunikacji , odwołać się do symboli i języka obowiązującego  w grupie docelowej, a także zbudować wiarygodność np. pokazując wyniki czy wspierając się wypowiedziami eksperckimi. . Istotne jest zidentyfikowanie i wykorzystywanie największej korzyści, która może przemawiać na rzecz zmiany.  Niezwykle ważna jest również komunikacja zrozumienia dla emocji, jakie towarzyszą pracownikom w nowej sytuacji To, o czym często liderzy zapominają to również komunikacja rzeczy, które w organizacji pozostaną niezmienne, czyli np. odwołanie się  do wspólnie wypracowanych  wartości oraz wspólnie  odniesionych sukcesów całego zespołu.

Ze względu na duże emocje towarzyszące trudnym decyzjom podejmowanym przez zarządy oraz wzmożoną pracę zespołów ds. komunikacji wewnętrznej, w wprowadzeniu komunikacji zmiany przydaje się również spojrzenie na organizację z zewnątrz. Warto pomyśleć i wykorzystać zewnętrznych konsultantów do wsparcia wewnętrznego teamu komunikacji. Najlepiej zaangażować ich na etapie tworzenia planu działań i jego akceptacji przez Zarząd.

Każda zmiana organizacyjna wymaga nie tylko planowania, ale również zatwierdzenia odpowiedniego budżetu na realizację procesu zmiany. Proces biznesowy w zmianie to jedno, ale istotna jest również komunikacja całego procesu. Zespół komunikacji powinien być obecny przy wszystkich zebraniach komitetu sterującego zmianą.

Wykorzystanie kanałów komunikacji on-line

Rozprzestrzeniająca się epidemia koronawirusa wymusza na firmach zmianę sposobu funkcjonowania oraz komunikacji zarówno z pracownikami, jak i otoczeniem zewnętrznym. Przedsiębiorstwa mają świadomość konieczności wprowadzenia zmian, pozwalających im na kontynuowanie pracy. Dlatego dążą do dostosowania się do potrzeb rynkowych, czyli
w miarę możliwości przeniesienia swojej działalności do internetu oraz wdrożenia systemów wspierających pracę zdalną. Poszukują nowych kanałów, dzięki którym będą mogli docierać do klientów, interesariuszy, pracowników oraz zapewnić ciągłość biznesu.

„Firma przede wszystkim powinna skupić się na komunikacji poprzez dostępne kanały: You Tube, Facebook, LinkedIn lub stronę internetową, gdzie może prezentować swoje produkty, komunikować o bieżących działaniach oraz budować świadomość marki. Przedsiębiorstwo powinno również rozważyć wykorzystanie profesjonalnych narzędzi do prowadzenia spotkań online zarówno z klientami, interesariuszami, jak i pracownikami. Przydatnymi aplikacjami są GetResponse Webinary, ClickMeeting, Slack, Asana czy Zoom Meeting. Ponadto w komunikacji wewnętrznej świetnie sprawdzą się systemy do komunikacji zespołowej, Intranet, mailing, sieć VPN, oraz oprogramowanie CRM. Narzędzia te usprawnią funkcjonowanie firmy i umożliwią pracę zdalną. Wszystkie te kanały mogą być również wykorzystane w komunikacji zmiany z otoczeniem wewnętrznym i zewnętrznym organizacji” – tłumaczy Iwona Kubicz, Prezes Procontent Communication.

Wspólny cel

W zmianie warto również myśleć o jednoczeniu zespołu i poszukiwaniu wspólnego celu. Taką rolę mogą odgrywać działania pomocowe i CSR organizacji. Już dziś przedsiębiorstwa mimo strat biznesowych, chętnie włączają się w walkę z epidemią koronawirusa. Wśród nich są zarówno duże oraz średnie firmy, jak i te małe, lokalne. Ich solidarna walka o pomoc polskiej służbie zdrowia dowodzi, że działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu mogą pomagać organizacjom również wewnętrznie w utrzymaniu przez nie poczucia wspólnoty, motywacji do działania i sensu istnienia organizacji.

„Zmiany są zarówno szansą m.in. na wykreowanie wizerunku marki, zoptymalizowanie kosztów działalności, jak i ogromnym wyzwaniem – mogą spowodować redukcję etatów, spadek wartości marki bądź utratę klientów. Niekiedy są jednak konieczne do dalszego funkcjonowania organizacji. Należy uświadomić sobie potrzebę ich wprowadzenia, znaleźć alternatywne rozwiązania organizacyjne i komunikacyjne oraz wdrożyć je w życie. Działania te pozwolą na kontynuowanie biznesu” – podsumowuje Iwona Kubicz, Prezes Procontent Communication.

Koronawirus: Utrudnienia na granicach. Jakie kroki powinny zostać podjęte w sektorze warzywno – owocowym?

Pandemia koronawirusa ma znaczący wpływ na polskie rolnictwo i sadownictwo. W jaki sposób utrudniona sytuacja na granicach wpływa na sektor owocowo – warzywny? Co z dostępnością pracowników sezonowych na przyszłe zbiory? Stowarzyszenie Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw Unia Owocowa uczestniczyło w przeglądzie sytuacji w Europie i na świecie w sektorze produkcji, handlu i sprzedaży detalicznej świeżych owoców i warzyw.

Wsparcie polskich rolników

Celem wsparcia rolników, w Polsce zezwolono na zniesienie składek KRUS na czas jednego kwartału. Decyzja ta została uargumentowana faktem, że rolnicy powinni uzyskać konieczną pomoc, podobnie jak samozatrudnieni i mikroprzedsiębiorcy, którzy zostali zwolnieni z opłat ZUS. Konieczny jest jednak dopracowany program pomocowy, który zmniejszy straty rolników i sadowników. Zmianie uległ również termin składania wniosków na dopłaty w ramach wspólnej polityki rolnej. Zanim decyzja jednak została podjęta, w większości krajów członkowskich nastąpił rozwój epidemii – mieszkańcy zobowiązani są do pozostania w domach. Stwarza to nowe ograniczenia dla podmiotów i jednostek ubiegających się o dopłaty.

Pracownicy sezonowi

Kolejną, istotną kwestią dla Polski jest problem z pracownikami sezonowymi, głównie z Ukrainy. Na początku, z racji najwcześniejszych zbiorów, stanowić on będzie największe utrudnienia dla sektora truskawek, malin, borówek i porzeczek. Jak podkreśla Unia Owocowa, jabłka zbierane są później, lecz kwestia zapewnienia siły roboczej, która jest również zatrudniana do działalności operacyjnej w grupach producenckich, jest dla naszego kraju priorytetem, by zminimalizować straty. Dostępność pracowników sezonowych uzależniona jest od ekspansji koronawirusa, zamykania i przyszłościowego otwierania granic. Należy umożliwić pozostanie tym pracownikom, którzy obecnie w Polsce jeszcze są i chcą w niej pozostać, by na przyszłe zbiory nie zabrakło rąk do pracy. Problem jest szczególnie istotny w przypadku zbiorów niezmechanizowanych, m.in. jabłek, gdzie pracy człowieka nie możemy zastąpić kombajnem.

Kwarantanna, której poddani są niektórzy pracownicy operacyjni, również może przeszkodzić w codziennej, efektywnej pracy.

Sytuacja na granicach

Pojawiają się również utrudnienia na granicach kraju, które cały czas mogą ulegać nieprzewidywalnym zmianom. Kontrole graniczne w zakresie kontroli dokumentów, kontroli wizualnych i fizycznych uległy znacznemu spowolnieniu, co może mieć negatywny wpływ na jakość importowanych owoców. Komisja Europejska uruchomiła stronę, poprzez którą można monitorować sytuację na granicach, również polskich: https://ec.europa.eu/transport/coronavirus-response_en.

Trzy z unijnych zielonych korytarzy przebiegają przez Polskę. Jeden z nich prowadzi z Holandii i Belgii przez Niemcy i przejście graniczne we Frankfurcie nad Odrą aż do Poznania i Warszawy, a następnie do państw bałtyckich i Finlandii lub na Białoruś. Dwa pozostałe łączą Bałtyk i południową część Europy. Częścią tych szlaków jest Świnoujście i Gdynia. Według ekspertów Unii Owocowej, przekraczanie granicy, w tym wszelkie kontrole, nie powinny trwać dłużej niż 15 minut. Procedury na przejściach granicznych i w zielonym korytarzu, należy zminimalizować i usprawnić do tego, co jest absolutnie konieczne. Kontrole powinny być przeprowadzane bez opuszczania pojazdu przez kierowców. Dodatkowo, Komisja Europejska zaleca, aby każde z państw członkowskich podjęło działania w celu zapewnienia oraz utrzymania swobodnego przepływu towarów.

Unia Owocowa wskazuje jednocześnie na wiele wyzwań logistycznych, które mogą pojawić się podczas dalszego rozwoju epidemii, m.in. dostępność kontenerów, ograniczanie lotów i frachtów lotniczych przez wiele krajów w ramach UE oraz w państwach trzecich, które mogą wpływać na import i eksport szybko psujących się owoców i warzyw w Polsce. Sytuacja cały czas ulega zmianie, stąd niedobór ciężarówek związany z kontrolami granicznymi w całej Europie zaczyna również wpływać na operacje portowe – podczas rozładunku statków wiele towarów jest teraz przechowywanych w portach (ma to wpływ np. na import bananów, którego szczyt przypada zwykle przed Wielkanocą).

– Sytuacja cały czas ulega zmianie, jeśli zaobserwujemy w Polsce niedobór ciężarek, operatorzy międzynarodowi będą czekać na podniesienie cen przez firmy transportowe i przedłużające się czasy tranzytu. Jednym z rozwiązań poprawiających sytuację mogą być wspólne dla całej UE wytyczne, dotyczące kontroli granic na jednolitym rynku dodaje Arkadiusz Gaik, Prezes Unii Owocowej.

Zamknięte zostały restauracje, wcześniej zaopatrujące się w znaczące ilości owoców i warzyw. Zmieniają się wzorce konsumpcji – konsumenci przeszli od konsumpcji poza domem do konsumpcji domowej, co również zmienia zapotrzebowanie na świeże warzywa i owoce. Unia Owocowa zachęca, więc zarówno swoich członków i władze publiczne do uspokajania klientów oraz ciągłego informowania nt. wysiłków podejmowanych u źródła w celu zapewnienia dostaw. Konieczna jest mobilizacja w celu zapewnienia swobodnego przepływu w łańcuchu dostaw.

– Państwa członkowskie UE, w tym Polska, powinny zapewnić stałe zaopatrzenie w celu zaspokojenia potrzeb społecznych, aby podczas zakupów uniknąć niebezpiecznego przeludnienia sklepów. Polskie supermarkety wprowadzają obostrzenia odnośnie m. in. liczby klientów w sklepie czy możliwej dezynfekcji na miejscu zaznacza Arkadiusz Gaik z Unii Owocowej.

Środki ochrony roślin

Jak informuje Unia Owocowa, ceny nawozów i środków ochrony roślin mogą wzrosnąć, jednak nie powinniśmy zaobserwować zagrożenia ich dostępności – w Chinach znów powoli rozpoczyna się produkcja. Dodatkowo, wielu dystrybutorów posiada zapasy jeszcze z zeszłego sezonu.

Ekologia a koronawirus

Jak informuje Unia Owocowa, wizyty kontrolno-sanitarne zostają odwołane. Certyfikaty ekologiczne mogą być wydawane z weryfikacją zgodności przeprowadzaną na podstawie kontroli dokumentów i analizy ryzyka. Jednostki certyfikujące wdrażają specjalną procedurę weryfikacji podmiotów gospodarczych w obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę akredytacje. Każda jednostka ma swoją określoną procedurę wykorzystującą formę zdalną i elektroniczną w celu ochrony pracowników i klientów. Certyfikaty wydawane są na krótsze okresy, natomiast po zakończeniu pandemii nastąpią kontrole fizyczne ze szczególnym uwzględnieniem tego okresu.

– Unia Owocowa współpracując z sektorem będzie cały czas monitorowała sytuację. Opracowuje i przedstawi punkty, które wesprą sektor, zarówno producentów jak i grupy producenckie – podkreśla Arkadiusz Gaik.

Sytuacja w Europie

W związku z powyższymi, pojawiającymi się utrudnieniami, stowarzyszenia producentów owoców i warzyw, w tym reprezentująca Polskę Unia Owocowa, pracują obecnie nad planem działania obejmującym kluczowe kwestie dla obrotu na rynku owoców i warzyw w UE. Do priorytetów zaliczono m.in.:

  1. Ochronę i dostępność pracowników (dostępność sprzętu ochronnego, ustalenia dotyczące pracowników sezonowych do zbierania i pakowania na okres kolejnych zbiorów, mobilność kierowców ciężarówek między państwami członkowskimi oraz ich czas pracy)
  2. Wdrażanie wytycznych Unii Europejskiej przez państwa członkowskie w sprawie rozwiązania problemów tranzytowych i logistycznych zapobiegających ryzyku zakłócenia łańcucha dostaw, zachowujące integralność jednolitego rynku i zapewniające dobre funkcjonowanie zielonych i szybkich pasów na granicach między państwami członkowskimi.
  3. Przedłużenie międzynarodowych certyfikatów, takich jak IFS International Food Standard (Międzynarodowy Standard Bezpieczeństwa Żywności) oraz BRC Global Standard Food (Globalny Standard Bezpieczeństwa Żywności) – standard przeznaczony dla wszystkich firm oraz zakładów spożywczych dostarczających produkty pod marką handlową do brytyjskich sieci handlowych, w przypadku braku audytu wywołanego pandemią.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, ostrzegła, że nałożenie kontroli granicznych przez państwa członkowskie UE może zagrozić łańcuchowi dostaw i zwiększyć ryzyko niedoborów produktów w sklepach. Do kluczowego przesłania z jej oświadczenia należy zaliczyć utrzymanie przepływu towarów w całej Europie podczas, gdy tysiące kierowców autobusów i ciężarówek utknęło na parkingach i przy granicach wewnętrznych stwarzając zagrożenie dla zdrowia i zakłócając łańcuchy dostaw. Przewodnicząca podkreśliła również, że jeśli w całej UE nie podejmie teraz odpowiednich działań to sklepy zaczną mieć trudności z uzupełnianiem zapasów niektórych produktów. Jej zdaniem należy obecnie zawalczyć o utrzymanie rynku wewnętrznego.

Nowe zasady bezpieczeństwa wprowadzane są jednocześnie w całym sektorze spożywczym. Ograniczono m.in. liczbę pasażerów w samochodach dostawczych oraz pojazdach używanych do zbierania owoców. Z powodu braku sprzętu ochronnego dla pracowników (takiego jak maski i rękawiczki), wzmocniono inne środki higieny i podjęto zwiększone środki „dystansowania”, w tym ograniczenia zmiany liczby pracowników. Istotnym aspektem jest priorytetowe potraktowanie bezpieczeństwa pracowników w terenie, a także w stacjach pakowania i sieciach handlowych. Zapewnienie wyposażenia ochronnego dla personelu, który jest niezbędny do zapewnienia ciągłości dostaw środków spożywczych (np. rękawiczek lub masek), musi zostać zagwarantowane w pierwszej kolejności.

Terapia szokowa

W czwartek rajd ulgi dobiega końca, a zadowolenie z pakietów fiskalnych ginie w cieniu powracających obaw o ekonomiczne skutki pandemii. A dziś inwestorzy muszą się nastawić na terapię szokową, którą zapewnią dane z rynku pracy USA.

Jakkolwiek wczoraj rynki były relatywnie spokojne, tak kontynuacja rajdu ulgi przychodziła w bólach i inwestorzy szybko tracili pewność siebie przy najmniejszych oznakach zachwiania optymizmu. To tylko potwierdza nasze obawy, że najgorsze jeszcze nie minęło, a momenty risk-on powinny być oczekiwane jako przejaw podwyższonej dwukierunkowej zmienności. W kolejnych tygodniach rynki będą musiały zmierzyć się z informacjami o rozprzestrzenianiu się pandemii, która w wielu miejscach jeszcze nie sięgnęła szczytu. Doniesienia o przekroczeniu pułapu 1000 ofiar wirusa w USA były wczoraj jednym z czynników przerywających rajd ulgi.

Rynki finansowe będą też wrażliwe na lawinę fatalnych danych makro odzwierciedlających zatrzymanie aktywności gospodarczej. Dziś terapię szokową zapewni raport o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Jeszcze niedawno dane te były śledzone w kontekście odnotowywania najniższych poziomów od pół wieku (ok. 200 tys.), dowodząc silnej kondycji rynku pracy. Jednak dziś inwestorzy nastawiają się na nowe rekordy. Konsensus oczekuje 1,6 miliona nowych wniosków, jednak trafiły się pojedyncze prognozy na aż 4 miliony. Ryzyko zdecydowanie leży po stronie wyższych od konsensusu odczytów i jedyne, co może sprawić, że liczba wniosków będzie „niska”, to zatory urzędów pracy w procesowaniu masowo składanych formularzy.

Szokujące dane z pewnością zatrząsną Wall Street i będą wywierać presję na USD w relacji do innych walut defensywnych (głównie wobec JPY). Ale nie spodziewałbym się załamania dolara na całej szerokości. W końcu dane z USA pokażą jedynie to, co w niedługim czasie czeka cały świat – mocne negatywne uderzenie COVID-19 w aktywność gospodarczą. Awersja do ryzyka powinna wygrać, co wciąż będzie dawać przewagę dolarowi nad aktywami ryzykownymi.

Bank Anglii w tym miesiącu ma już za sobą dwa nadzwyczajne posiedzenia, po których doszło do obniżek stopy procentowej (łącznie do 0,1 proc.), uruchomienia programu wsparcia finansowania przedsiębiorstw i ogłoszenia nowego QE na 200 mld GBP. Bank prawdopodobnie kupił sobie trochę czasu na obserwowanie rozwoju sytuacji. Nie spodziewamy się dalszego luzowania po dzisiejszej decyzji. W ostatniej fali wyprzedaży na FX funt brytyjski był jedną z walut, które najmocniej ucierpiały. Biorąc pod uwagę, że Wielka Brytania jest postrzegana jako jeden z krajów o najgorszej trajektorii rozwoju epidemii COVID-19, premia za ryzyko będzie blokować funta przed pełnym wykorzystaniem okresów risk-on, podczas gdy jego wrażliwość na deprecjację pozostanie podwyższona.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy warto teraz inwestować w złoto?

Złoto odgrywa ważną rolę w portfelach inwestycyjnych jako źródło płynności i zabezpieczeń. Działania Fed pokazały, że niższe ceny królewskiego metalu zostały wykorzystane do ponownego jego zakupu, więc mimo ostatniej przeceny – złoto nie powinno stracić statusu bezpiecznej przystani. Czy warto w nie inwestować? 

Złoto na samym początku wybuchu pandemii Covid-19 zyskiwało na wartości. Przez chwilę nawet notowania metalu osiągnęły poziom 1700 dolarów za uncję. I nagle nastąpiła silna wyprzedaż. Od 9 marca obserwowaliśmy dynamiczną przecenę surowca, która w szybkim czasie sprowadziła notowania do poziomu 1450 dolarów za uncję, czyli do dołków z listopada 2019 roku. Czy nadal jest szansa na historyczne poziomy, wieszczone przed wybuchem pandemii?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo sytuacja jest bezprecedensowa. Przecenom złota towarzyszył spadek cen amerykańskich 10-letnich obligacji, czyli wzrost ich oprocentowania. Obecna rentowność papierów skarbowych USA jest na poziomie 0.85 proc., ale jeszcze 9 marca na wykresie widzieliśmy wartość 0.33 proc.

Czy nadal warto inwestować w złoto
Złoto, mimo marcowej przeceny, w tym roku radzi sobie relatywnie dobrze na tle innych klas aktywów. Stopa zwrotu od początku 2020 r. Źródło: WGC

Skąd zatem tak silna wyprzedaż złota, skoro – teoretycznie – powinno zyskiwać na wartości, gdy na rynku jest panika i reagować na dodatkowe wsparcie ze strony banków centralnych, które masowo poluzowały politykę monetarną. Rezerwa Federalna obniżyła stopę rezerw obowiązkowych do zera, wprowadziła nielimitowany skup aktywów i pakiet fiskalny za 2 bln dolarów. – Działanie Fedu osłabiło dolara i wzmocniło wycenę złota – czyli powróciliśmy do silnej, ujemnej korelacji pomiędzy tymi dwoma aktywami. To tylko kwestia czasu kiedy ponownie zobaczymy poziom 1700 dolarów za uncję. Jego przebicie otworzy drogę do historycznych poziomów – ocenia Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w DM TMS Brokers.

Wycofanie kapitału

Jedna z teorii silnej wyprzedaży złota mówi o wycofywaniu przez inwestorów kapitału z kruszcu, z powodu uzupełnienia depozytów zabezpieczających na pozycjach na innych instrumentach. Inna, po części związana z tą pierwszą, tłumaczy, że wszyscy ci, którzy kupili złoto (głównie poprzez transakcje spekulacyjne za pomocą instrumentów pochodnych) zdecydowali się po prostu na realizację zysków przez domykanie długich pozycji.

Druga wskazuje na to, że wiele pozycji spekulacyjnych na instrumentach pochodnych zostało zamkniętych z zyskiem. Wszyscy inwestorzy, którzy kupili złoto w styczniu lub w lutym po prostu zrealizowali krótkoterminowe zyski.

Patrząc chociażby na pozycjonowanie się inwestorów na giełdzie COMEX na kontraktach futures, widzimy, że było ono ekstremalnie wysokie na przełomie lutego i marca.

Czy nadal warto inwestować w złoto koronawirus
Pozycjonowanie inwestorów na kontraktach futures na złocie na giełdzie COMEX, źródło WGC, Bloomberg.

Złoto, mimo chwilowych spadków, na tle innych aktywów radzi sobie bardzo dobrze. Od początku roku do 20 marca królewski metal stracił zaledwie 1,75 proc, natomiast S&P500 – amerykański indeks giełdowy – zanotował spadek o ponad 25 proc., z kolei ropa została przeceniona o prawie 60 proc.

– Można zatem przypuszczać, że złoto było spieniężane, bo inwestorzy potrzebowali gotówki, a jeszcze do niedawna surowiec ten, jako jedno z niewielu aktywów na rynku, charakteryzował się dodatnią stopą zwrotu w tym roku – mówi Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w DM TMS Brokers.

Co z tego wynika?

– Wniosek jest więc taki, że korelacja między złotem a rynkiem akcyjnym jest ujemna w czasie, gdy ceny akcji spadają – tłumaczy Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w DM TMS Brokers. Na rynku od czasu do czasu zachodzi odstępstwo od tej reguły. Zwłaszcza wówczas, gdy wyprzedaż jest bardzo silna i chaotyczna, kiedy na rynku dominuje ogromny strach, a zmienność osiąga ekstremalnie wysokie wartości. Przykładem jest okres między 2008 r. a2009 r., kiedy indeks VIX (oparty o zmienność opcji na indeks S&P500) mocno urósł, a złoto znalazło się pod presją. – Obecnie mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. W długim terminie, spadki surowca należy traktować jedynie jako korektę – ocenia Zembik.

Czy nadal warto inwestować w złoto 2
Notowania złota oraz indeksu VIX z CBOE. Źródło: WGC, Bloomberg

Spekulacje wokół złota

Złoto to aktywo spekulacyjne charakteryzujące się wysoką płynnością, dzięki czemu pozwala łatwo wejść na rynek. A teraz – zdaniem ekspertów jest na to dobry moment – gdyż po solidnej przecenie w połowie marca czekają nas wzrosty.  – Korekta spadkowa na złocie zatrzymała się w nie przypadkowym miejscu. W okolicach 1450 USD/oz przebiega popularny poziom zniesienia wewnętrznego Fibonacciego 38.2 proc. To wartość, na której często dochodzi do zatrzymania spadków w trendzie wzrostowym. Nie sposób również nie wspomnieć o dużej regularności na wykresie metalu. Korekta marcowa, która prawdopodobnie już się zakończyła, przeceniła złoto o około 250 dolarów. Poprzednia tak silna przecena ( w II połowie 2016 roku) skorygowała cenę tego aktywa o podobną wartość. Wszystkie przesłanki- zarówno techniczne, jak i fundamentalne – wskazują, że złoto nie powinno zejść przez najbliższe miesiące ze ścieżki wzrostowej – tłumaczy Zembik.

– Po fazie załamania płynności, kruszec wraca do wzrostów. Odgrywa się podobny scenariusz jak w 2008 roku. Pozostajemy pozytywnie nastawieni do perspektyw złota i oczekujemy wyjścia ponad 1700 USD za uncję. Przywrócenie płynności rynkom finansowym przez banki centralne oznacza ostre spadki rentowności obligacji skarbowych, a niepewność związana z perspektywami gospodarek napędzać będzie powrót kapitału do bezpiecznych przystani. Duża liczba długich pozycji spekulacyjnych po ostatnim załamaniu nie jest już przeszkodą – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

notowania złota
Notowania złota, lata 2016 – 2020. Źródło TMS Brokers

Pierwszy raz od czasu II wojny światowej interwencja państwa jest absolutnie niezbędna w gospodarce

Nie wiadomo, jak sytuacja epidemiczna się rozwinie. To oznacza, że pod znakiem zapytania stoi również przyszłość przedsiębiorstw – szczególnie małych i średnich – oraz ich pracowników. Żeby zapobiec masowym bankructwom państwo powinno przyjść tym firmom z natychmiastową i szczodrą pomocą. “Tarcza”, którą teraz proponuje rząd, jest zdecydowanie za mała. Przedsiębiorcy potrzebują całkowitego uchylenia obowiązku opłaty ZUSu i podatków. Trzymiesięczne odroczenie oznacza, że za trzy miesiące zacznie się fala bankructw. Firmy bez obrotów nie zarobią na skumulowany ZUS w czerwcu. Czas kryzysu przeżyją wielkie korporacje i ich pracownicy. Tam skumulowane są oszczędności i zasoby, a banki na jedno skinienie udzielą im pomocy. Kłopoty dotkną niskomarżowych, małych firm, które co miesiąc generują zysk pozwalający przedsiębiorcom utrzymać rodzinę.

Państwo powinno powiedzieć przedsiębiorcom tak: na czas, w którym zawieszona jest działalność, nie macie wobec nas żadnych zobowiązań. Nie płacicie podatków, nie płacicie ZUSu. W ogóle. A my was wspomagamy – na przykład czymś w rodzaju karty dochodu minimalnego – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Krzysztof Obłój, ekonomista. – Osobiście uważam, że państwo stanie na wysokości zadania. Przykład będzie szedł z krajów wyżej rozwiniętych – Ameryki i Europy. Dopóki nie jesteśmy w sytuacji kompletnego lock-downu, firmy również szukają dla siebie nowych rozwiązań. Na przykład na rynku warszawskim jest w tej chwili nadmiar kurierów. To jest nowa kategoria pracowników, na którą pojawiło się wielkie zapotrzebowanie. Ponieważ bardzo dużo zaczynamy dowozić do domów, z rynku można zabrać ludzi, którzy będą wykonywać nową pracę. Ale w sytuacji kompletnego lock-downu, tak jak jest w tej chwili we Włoszech, gospodarka stanie całkowicie. Pierwszy raz od czasu II wojny światowej państwo jest absolutnie niezbędne w gospodarce – diagnozuje Obłój.

Po pandemii co trzeci zdalny pracownik nie wróci już do biura

Wraz z pandemią szykuje nam się rewolucja na miarę wprowadzenia 8-godzinnego dnia pracy w XIX w. W ciągu zaledwie kilku tygodni firmy musiały zmienić swoje podejście do wykonywania obowiązków służbowych przez pracowników. Praca zdalna stała się koniecznością. I to koniecznością, która wielu osobom, do tej pory przyzwyczajonym do pracy przy biurku, może spodobać się już na stałe.

Jedną z nieoczekiwanych, pozamedycznych konsekwencji pandemii koronawirusa COVID-19 jest nagłe przejście wielu pracowników do pracy zdalnej. Miliony ludzi, którzy do tej pory każdy obowiązek służbowy wykonywali z poziomu firmowego biurka, a spotkania odbywali w firmowych salach konferencyjnych odkrywają, że wszystko to można zrobić w domu, w kapciach, z poziomu wygodnego tapczanu.

Jak wykazały najnowsze badania firmy analitycznej Gartner ten stan rzeczy wielu z nas może przypaść do gustu już na stałe. Nawet 30 proc. pracowników, którzy obecnie korzystają z możliwości pracy zdalnej, może nie chcieć wrócić do wykonywania swoich obowiązków w firmowym biurze.

Bunt przeciwko biurkom

Jak prognozują specjaliści Gartnera koronawirus i sytuacja na rynku pracy mogą odcisnąć  realny i trwały ślad na sposobie funkcjonowania ogromnej liczby firm na całym świecie. I to może być miecz obosieczny dla całego rynku pracy, jeśli nagle wielu pracowników uzna, że nie chce wracać do pracy w open space’ach, przy firmowych biurkach.

Przechodzimy teraz wielki, globalny test pracy zdalnej i tego jak można wykonywać swoje obowiązki. Spośród wszystkich pracowników, którzy mogliby wykonywać swoją pracę zdalnie, do tej pory robiło to tylko około 5 proc. z nich, ale po pandemii to się zmieni Będziemy mieli bardziej dojrzałe, sprawdzone w boju technologie. Kierownicy będą pewniejsi, że pracownicy zdalni są produktywni. A wielu pracowników po prostu zacznie preferować pracę z domu – mówi Brian Kropp, dyrektor badań nt. Human Resources w Gartnerze.

Urlop na przeczekanie

Gartner przeprowadził wywiady z grupą 800 kierowników ds. HR i zapytał jak ich firmy radzą sobie z pandemią. Oprócz wniosków dotyczących przyszłości okazało się, że 88 proc. firm zaleciło swoim pracownikom pracę zdalną i prawie wszystkie (97 proc.) zawiesiły podróże służbowe. Najciekawsze jest jednak to, że ponad 48 proc. firm w pierwszej kolejności poprosiło swoich pracowników o wykorzystanie zwolnień lekarskich lub zaległych urlopów wypoczynkowych, by w ten sposób przeczekali pandemię.

Firmy reagują na obecny kryzys szybciej niż na jakiekolwiek inne wstrząsy, które do tej pory mogliśmy zaobserwować. To co jest jednak szczególnie ciekawe to fakt, że wiele firm stara się nie ciąć zatrudnienia i to mimo obaw o kondycję gospodarki. Stanowi to wyraźny kontrast do globalnego kryzysu finansowego z 2008 r. Wtedy zmniejszenie zatrudnienia było głównym środkiem zaradczym. Dzisiaj firmy starają się wykorzystać każdą możliwą opcję, aby tego uniknąć – komentuje Brian Kropp z Gartnera.

Na ratunek technologie

Badania wykazały, że większość ankietowanych pracodawców planuje obniżyć wydatki, ale nie kosztem pracowników oraz ich pensji. 70 proc. firm chce m.in. wykorzystać nowe technologie, by pomóc zatrudnionym w pracy zdalnej. Także w Polsce dostrzec można silny wzrost zainteresowania technologiami z zakresu cyfrowego miejsc pracy.

Cała społeczność specjalistów ds. tzw. End User Computing stoi dzisiaj w pierwszej linii walki z kryzysem wywołanym pandemią COVID-19. Nasi eksperci tylko w ostatnich dniach zbudowali środowisko pracy zdalnej m.in. dla 200-osobowego biura call center jednej z krajowych sieci handlowych. 800 pracowników jednego z banków i 1700 osób zatrudnionych w krajowej instytucji publicznej również może sprawnie i bezpiecznie pracować w domu. Wszyscy z zachowaniem dostępu do wszystkich kluczowych systemów i aplikacji – opowiada Roch Norwa, ekspert ds. End User Computing w VMware Polska.

Firma VMware, by pomóc firmom przetrwać trudny czas, wszystkie swoje produkty z obszaru wirtualizacji miejsc pracy i pracy zdalnej udostępniła w bezpłatnych, trzy miesięcznych wersjach próbnych. Są one  dostępne nawet dla 100 użytkowników. Firma organizuje również darmowe szkolenia techniczne umożliwiające nabycie umiejętności do obsługi kluczowych technologii End User Computing w portfolio firmy VMware.

Krajobraz przed pandemią

Według badań Owl Labs, przed globalną pandemią koronawirusa, ponad 44 proc. organizacji na świecie nie umożliwiało swoim pracownikom pracy zdalnej. Wśród wielu pracodawców nadal silne jest przekonanie, że taka forma pracy nie jest efektywna.

W dzisiejszych czasach sama obecność pracownika w biurze nie jest gwarancją jego skuteczności. Z badań VMware wynika, że znacznie ważniejszy jest swobodny dostęp do technologii i narzędzi służących do wykonywania naszych obowiązków. Gdzie to robimy jest sprawą drugorzędną. A technologii nam nie brakuje.  Tylko dzięki Internetowi możemy pracować na wiele nowych sposobów. Telekonferencje możemy zorganizować zarówno z poziomu specjalistycznych platform, jak i zwykłych komunikatorów social media. Codzienne zadania możemy z kolei wykonywać z poziomu aplikacji chmurowych dostępnych na smartfonie – przekonuje Stanisław Bochnak, strateg biznesowy w VMware Polska.

Według badań VMware firmy, które zapewniają więcej cyfrowych doświadczeń, w tym swobodny dostęp do urządzeń, narzędzi, aplikacji oraz pracy zdalnej mają znacznie wyższe wskaźniki wzrostu.

Czy rynek sztuki poradzi sobie w czasie pandemii COVID-19?

Trwa debata na temat tego jak finalnie zachowają się rynki w trakcie i po pandemii COVID-19. Niedawno ogłoszono rekordowe wyniki rynku sztuki w Polsce. Czy poradzi sobie w czasach zarazy?

W momencie pojawienia się informacji o pandemii koronawirusa, rozpoczęły się spekulacje nad kondycją i przyszłością rynków, w tym również rynku sztuki. Głosy są podzielone, jednak przeważające w stronę optymistyczną. Głównie ze względu na doświadczenia zachowań rynku sztuki w minionych kryzysach. Kathryn Brown, brytyjska ekspertka rynku sztuki, jest optymistyczna. – Ten segment jest bardzo odporny, częściowo dlatego, że jako klasa aktywów, nie jest zależny od łańcuchów produkcyjnych – powiedziała w wywiadzie dla niemieckiego portalu DW. To, że rynek sztuki bywa w niepewnych czasach alternatywną lokaty kapitału twierdzi również ekspert bliskowschodniego rynku sztuki Saleh Barakat. – Prawdą jest, że wraz ze spadkiem wartości inwestycji bankowych inwestorzy mogą ulec pokusie, aby kupić więcej dzieł sztuki, zamiast zostawiać zablokowane pieniądze w bankach – mówi Barakat w wywiadzie dla francuskojęzycznego portalu Le Commerce.

Eksperci wskazują jednak, że jeśli na rynek sztuki spojrzymy w zbyt krótkiej perspektywie to możemy szybko stracić. Dopiero podejście do inwestycji  za założeniem perspektywy 5 czy 10-letniej pozwoli mówić o bezpieczeństwie. Ważna jest także dywersyfikacja koszyka. Warto dodać, że średnia stopa wzrostu w przypadku 15-letniej inwestycji w sztukę na polskim rynku w 2015 roku wyniosła 46,6%.

Czy polski rynek sztuki oprze się obecnym zawirowaniom? Patrząc wstecz na to co działo się w czasach kryzysu finansowego w Polsce i na świecie, rynek sztuki zawsze radził sobie bardzo dobrze. To właśnie w czasach krachów inwestorzy jeszcze chętniej działali na rynku inwestycji alternatywnych. – Przemawiają za tym wszystkie dostępne nam dane. Polski rynek sztuki jest, mimo nieustannych wzrostów, wciąż niedoszacowany w porównaniu do rynku zachodniego. Tym razem to może być również dobry kierunek dla zagranicznych inwestorów – twierdzi Juliusz Windorbski, prezes domu aukcyjnego DESA Unicum.

Gwałtowne zainteresowanie rynkiem sztuki nastąpiło w 2007 roku, w momencie rozpoczęcia ogólnoświatowych zawirowań na giełdach. Jak się okazało już później, to właśnie inwestycje alternatywne wykazały  się najmniejszą zależnością od tradycyjnych rynków i odpornością na inflację. Nie tylko zresztą w Polsce. Ceny dzieł sztuki na świecie faktycznie spadły o 7,5% w pierwszym kwartale 2008 roku w porównaniu z czwartym kwartałem 2007 roku. Nie wydaje się to jednak dużo w porównaniu z ogólnymi spadkami na światowych giełdach, które w I kwartale 2008 roku oszacowano na około 14,1 procent.

W ciągu pięciu kolejnych lat, od 2009 do 2013 roku, sprzedaż dzieł sztuki na świecie wzrosła o około 60%. Jak mówił o tamtych wydarzeniach Thierry Ehrmann, założyciel i prezes Artprice, platformy online będącej największą bazą prezentującą ceny na rynkach sztuki, ujemne lub prawie zerowe stopy procentowe, które osłabiły wartość oszczędności, pchnęły kapitał w kierunku właśnie inwestycji alternatywnych, wśród których to dzieła sztuki zaczęły generować bardzo atrakcyjne zyski. Zaletą rynku sztuki jest niska wrażliwość na działanie cykli koniunkturalnych. Niepoddający się presji rynku indeks dzieł sztuki wyraźnie zwyżkował również w okresach dekoniunktury gospodarczej w latach 2000–2001 i 2007–2009.

Z kolei na polskim rynku sztuki gwałtowny wzrost sprzedaży nadszedł w 2015 roku, w momencie kolejnego zawirowania na światowych giełdach. W porównaniu do roku 2014 był to wzrost o blisko 50%. Wtedy po raz pierwszy rodzimy rynek przekroczył barierę obrotów wynoszącą 100 mln zł. Później było już tylko lepiej. W okresie ostatnich zaledwie trzech lat rynek aukcyjny w Polsce urósł o blisko 80%.

Branża spirytusowa chce pomóc w walce z pandemią COVID-19

Związek Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy (ZP PPS) i firmy w nim zrzeszone, w czasie trwającego w naszym kraju stanu epidemii, deklarują gotowość wsparcia polskich władz, służb medycznych i sanitarnych w walce o łagodzenie skutków pandemii COVID-19, zwracając jednocześnie uwagę na trudną sytuację, w jakiej nasza branża również się znalazła.

  1. PRODUKCJA ŚRODKÓW ODKAŻAJĄCYCH

W ostatnich tygodniach zauważamy gwałtowny wzrost zapotrzebowania na spirytus biobójczy, używany do dezynfekcji. Przedsiębiorstwa zrzeszone w ZP PPS deklarują gotowość do pomocy władzom w zwiększeniu dostaw produkowanego w naszych zakładach alkoholu etylowego. Niestety, na przeszkodzie stoją bariery administracyjne, które uniemożliwiają wsparcie Państwa w tym zakresie. Jednym z przykładów jest skomplikowana i czasochłonna administracyjna procedura zamiany alkoholu używanego do produkcji spożywczej, na taki który można przekazać do wytwarzania środków biobójczych. Jako branża apelujemy o uproszczenie procedur i umożliwienie nam wykorzystania części bieżącej produkcji do przeciwdziałania epidemii.

  1. WSPARCIE DLA FIRM Z BRANŻY SPIRYTUSOWEJ

Działający w Polsce producenci napojów spirytusowych bazują na zakupach alkoholu etylowego, który jest następnie rektyfikowany w zakładach. Załamanie dostaw spirytusu (zrozumiałe w sytuacji, gdy jest on w pierwszej kolejności kierowany do produkcji płynów dezynfekujących) stawia naszą branżę w bardzo trudnej  sytuacji. Brak dostępu do podstawowego surowca grozi spadkiem produkcji, przez co sprzedaży, a co za tym idzie zmniejszeniem wpływów akcyzowych do budżetu Państwa.

W tej trudnej sytuacji, Krajowa Izba Gospodarcza zaapelowała o nienakładanie na przedsiębiorców dodatkowych obciążeń. „Postulujemy zawieszenie wejścia w życie wszelkich ustaw w okresie vacatio legis, które nakładają na przedsiębiorców dodatkowe obowiązki administracyjne. Równocześnie wnioskujemy o zawieszenie prac nad projektami ustaw, takimi jak tzw. podatek cukrowy oraz uchyleniem, a co najmniej czasowym zawieszeniem zakazu handlu w niedzielę. Obecnie przedsiębiorcy powinni się skoncentrować na zapewnieniu ciągłości dostaw i kanałów dystrybucji, a nie na kolejnych działaniach związanych z dostosowywaniem swoich operacji biznesowych do nowej rzeczywistości prawno-gospodarczej. Powyższe dotyczy zarówno nakładania nowych danin publicznoprawnych, jak i nowych obowiązków administracyjnych” – proponuje Krajowa Izba Gospodarcza.

  • Pragniemy przypomnieć, że od 1 stycznia br. wyroby spirytusowe zostały niespodziewanie obłożone wysoką, 10 proc. podwyżką stawki akcyzy, co zwiększyło dysproporcje cenowe pomiędzy mocnymi alkoholami a – przede wszystkim – piwem, które umocniło swoją pozycję najtańszego alkoholu dostępnego na rynku.
  • Rosnące koszty produkcji i pracy jeszcze przed wybuchem pandemii postawiły pod znakiem zapytania funkcjonowanie wielu zakładów produkcyjnych w Polsce (przede wszystkich tych mniejszej lub średniej wielkości). Grozi nam również ograniczenie planowanych inwestycji w rozbudowę linii produkcyjnych, a co za tym idzie rezygnacja z zatrudniania dodatkowych pracowników.
  • Na olbrzymie straty narażone są także sektory z nami powiązane. Bardzo martwi nas sytuacja firm HoReCa – lokali gastronomicznych, restauracji, hoteli, klubów. Licząc, że rządowe propozycje pozwolą przetrwać tej branży, zwracamy uwagę, iż stanowi ona również około 15% dochodów naszego przemysłu.

W obecnej sytuacji, każde dodatkowe obciążenie może doprowadzić do załamania rynku. Dlatego podpisujemy się pod apelem Krajowej Izby Gospodarczej i zwracamy się o zaprzestanie prac nad ustawą nakładającą dodatkową opłatę na małe formaty alkoholowe. Jesteśmy tu solidarni z innymi branżami, m.in. producentami soków i napojów  które ucierpią w skutek wprowadzenia tzw. podatku cukrowego. Nie jesteśmy w stanie oszacować, jak bardzo negatywny wpływ na gospodarkę będzie miała pandemia, dlatego prosimy polski rząd o zmniejszenie ryzyk biznesowych, które mogą utrudnić wyjście naszej branży z kryzysu.

  1. UMOŻLIWIENIE HANDLU WYROBAMI SPIRYTUSOWYMI PRZEZ INTERNET

Jak pokazuje obecna sytuacja, duża część aktywności gospodarczej przenosi się w warunkach kryzysowych do Internetu. Tradycyjny handel naraża klientów i pracowników na ryzyko zarażenia koronawirusem, a wiele sklepów zlokalizowanych w galeriach handlowych zostało zamkniętych. E-commerce pozwala przynajmniej częściowo rozładować kolejki w sklepach i zmniejszać ryzyko dla klientów i pracowników związanych z bezpośrednim, bliskim kontaktem. Nasza branża pozostaje jedyną spośród innych branż spożywczych z nieuregulowaną możliwością handlu za pośrednictwem Internetu. Dlatego proponujemy wdrożenie zmian prawnych, które umożliwią legalną sprzedaż wyrobów spirytusowych przez Internet.

Podsumowując, w imieniu wszystkich firm zrzeszonych w naszym Związku zwracamy się z apelem o pomoc i wdrożenie rozwiązań, które umożliwią branży włączenie się w walkę z pandemią, jak również pozwolą producentom oraz importerom wyrobów spirytusowych przetrwać ten trudny czas.

Apelujemy o nie nakładanie na naszą branżę dodatkowych obciążeń, które były projektowane w zupełnie odmiennej sytuacji społecznej i ekonomicznej, niż ta, z którą przychodzi nam się dzisiaj mierzyć. Sugerujemy odrzucenie rządowego projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów, zarówno w części dotyczącej napojów alkoholowych, jak i bezalkoholowych.

ZP PPS jest otwarty na dialog z przedstawicielami władz w celu wypracowania rozwiązań, które przełożą się na zmniejszenie ryzyk związanych z nieodpowiedzialną konsumpcją każdego rodzaju alkoholu, przy jednoczesnym zapewnieniu odpowiedniego poziomu wpływów fiskalnych. Uważamy jednak, że takie długofalowe podejście powinno zostać przygotowane w toku merytorycznej dyskusji w momencie, w którym nie będą nam groziły krytyczne problemy, z jakim mierzymy się wszyscy w obecnej chwili.

Proponowane przez nas rozwiązania ochronią miejsca pracy dla tysięcy naszych Pracowników oraz Pracowników branż powiązanych (jak handel, dostawcy czy HoReCa), pozwolą zachować bezpieczeństwo i ciągłość dostaw oraz utrzymać ważną część dochodów Skarbu Państwa, jaką jest akcyza od wyrobów spirytusowych.

Zmienność na rynku obligacji wróciła do normy

Rentowności obligacji na całym świecie, w tym także w Polsce, charakteryzowały się w pierwszej połowie marca bardzo dużą zmiennością. Dług USA, Niemiec, Włoch czy Polski zdecydowanie wtedy potaniał, co z kolei przełożyło się na silny wzrost rentowności (oprocentowanie POLGBs w pewnym momencie wzrosło do 2,3 proc.).

Obecnie sytuacja się ustabilizowała, czemu sprzyja polityka banków centralnych. W Stanach Zjednoczonych ogłoszono nielimitowany skup obligacji skarbowych, co zdecydowanie uspokoiło inwestorów, którzy mogą upłynnić bez większych problemów posiadane papiery i zamienić je na gotówkę. W Polsce NBP również jest już obecny na rynku, co także mogło prowadzić do spadku oprocentowania. 10-latki wróciły w stronę 1,8 proc., czyli do poziomów, przy których znajdowały się jeszcze pod koniec lutego.

W spadku rentowności i wzroście ceny naszego długo mogą pomagać oczekiwania odnośnie dalszych działań Rady Polityki Pieniężnej. Spoglądając na rynek stopy procentowej, widzimy, że w drugim/trzecim kwartale wyceniane są łącznie obniżki o 50 p.b. z 1 proc. do 0,5 proc. dla stopy referencyjnej. Spadek stóp procentowych w Polsce, jeśli do niego dojdzie, wraz z aktywnością NBP na rynku może podnieść ceny obligacji i tym samym obniżyć oprocentowanie długu. W przypadku ogromnych potrzeb finansowych państwa jest to pożądane zjawisko.

Należy również odnotować fakt, że w krótkim terminie krzywa rentowności w Polsce odwróciła się. Dotyczy to papierów o zapadalności od 1 miesiąca do 5 lat. W dalszej części krzywa ma już normalny kształt, a oprocentowanie w dłuższym terminie jest na podobnych poziomach nawet jak pół roku temu. Niemniej jednak stale wzrasta wartość 5-letniego CDS, czyli ubezpieczenia od niewypłacalności kraju. Jeszcze w lutym CDS był notowany w rejonie 47,00, a obecnie jest to wartość równa prawie 62,00.

Spread względem niemieckich obligacji, ze względu na silny wzrost oprocentowania u naszego zachodniego sąsiada, zawęził się do 214 p.b., co jest najniższą wartością od 2015 r. Z kolei względem rentowności USA spread utrzymuje się powyżej 100 p.b., co jest wciąż najwyższym poziomem od końca 2017 r.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Ratujmy miejsca pracy

Poziom bezrobocia w Norwegii skoczył w marcu z 2,3 do 10,9 proc., w Niemczech szacuje się, że może zniknąć nawet milion miejsc pracy. Polska musi być przygotowana na podobny rozwój wypadków i za wszelką cenę wspomóc firmy w utrzymaniu miejsc pracy – uważają Pracodawcy RP. Ratujmy firmy, żeby za około 2 miesiące zacząć „po przerwie”, a nie „od zera”.

W Norwegii w ciągu zaledwie 30 dni liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła z 65 do ponad 290 tysięcy osób! Zdaniem cytowanej przez zagraniczne media Sigrun Vageng z Norweskiego Urzędu Pracy i Zatrudnienia, to „największy wzrost od czasów II wojny światowej”, który „nie przypomina niczego z historii”. Clemens Fuest z Instytutu Badań Ekonomicznych przy Uniwersytecie Monachijskim (IFO) ocenia z kolei, że – w zależności od scenariusza – niemiecka gospodarka poniesie od 255 do 729 miliardów euro kosztów pandemii. Jego zdaniem, kryzys ten jest w stanie „przebić wszystko, czego Niemcy doświadczyły dotąd w wyniku kryzysów gospodarczych i katastrof naturalnych” i wstrząśnie rynkiem pracy, przyćmiewając nawet konsekwencje kryzysu z 2008 roku. W scenariuszach rozważanych przez IFO w Niemczech może zniknąć nawet 1,8 miliona miejsc pracy podlegających składkom na ubezpieczenie społeczne, a negatywny wpływ odczuje ponad sześć milionów pracowników pracujących na krótkotrwałych umowach.

„Jest niestety całkiem możliwe, że tak podobnie dotkliwy cios może uderzyć i w polski rynek pracy” – uważa dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP. „Koszty pracy, czyli wynagrodzenie, składki ubezpieczeniowe, to koszty stałe. Trzeba je ponosić niezależnie od uzyskiwanych przychodów. Jeśli perspektywa zamrożenia lub ograniczenia działalności jest długa, to pracodawca nie ma wyjścia. Rachunek ekonomiczny zmusi go do cięć, czyli do zwolnień” – mówi ekspert. Jego zdaniem, w okresie zamrożenia gospodarczego należy kierować wszelkie możliwe środki na pomoc właśnie firmom. Po to, by przedsiębiorcy nie musieli sięgać po tak drastyczne środki i aby gospodarka ruszyła „z kopyta”, kiedy tylko blokady zostaną zniesione.

„Zaproponowane w Tarczy rozwiązania są niewystarczające w zakresie wsparcia ochrony miejsc pracy i płynności firm. Nie znam jeszcze ostatecznej wersji tego pakietu, ale ogłoszona przez Prezydenta w mediach propozycja ulżenia firmom w płatności składek na ubezpieczenia społeczne jest ograniczona do mikro firm. Zapomniano o firmach średnich i dużych, które również odczuwają kryzys. Koronawirus nie wybiera – on infekuje wszystkie firmy” – mówi ekspert Pracodawców RP.

„Być może jedna na dziesięć firm ma kapitał, żeby bez dochodów przetrwać dwa – trzy miesiące. Zresztą gospodarka to układ naczyń połączonych. Jeżeli upadną duże firmy, to upadną ich kooperanci, czyli mikro firmy. Już teraz mamy informacje, że firmy średnie i duże, będące w kłopotach, ‘wycinają’ w swoich kosztach outsourcing i usługi wsparcia, które świadczą dla nich właśnie mikro firmy. To jest system naczyń połączonych i selektywne wsparcie dla biznesu będzie nieskuteczne” – wyjaśnia dr Sławomir Dudek.

Zdaniem eksperta, konieczne jest też szukanie oszczędności w budżecie, bo wydatki, które można ponosić tylko w czasie rozkwitu gospodarki i świetnej formy budżetu muszą być przekierowane na wsparcie miejsc pracy. Takim wydatkiem jest m.in. 13. emerytura. „Wybór jest taki: czy ‘bonus’ w postaci 13. emerytury, czy miliony miejsc pracy. Za te 11 mld zł, bo tyle to kosztuje, można sfinansować dopłaty do wynagrodzeń przez kwartał, a nawet dłużej, dla ponad miliona miejsc pracy” – wyjaśnia główny ekonomista Pracodawców RP. „Nie jest tak, że pieniądze leżą sobie w budżecie i czekają na emerytów na kupce pt. ’13. emerytura’. Emeryci otrzymują te pieniądze, które do budżetu trafiają na bieżąco – a więc głównie z podatków i składek płaconych przez biznes. A jeśli biznes upadnie, to co wtedy?” – podkreśla ekspert.

Międzynarodowa Organizacja Pracy (MOP) szacuje tymczasem, że koronawirus zwiększy światowe bezrobocie od 5,3 miliona (scenariusz „łagodny”) do 24,7 miliona osób (scenariusz „ostry”) z poziomu podstawowego (188 mln w 2019 r.). Scenariusz „średni” sugeruje wzrost o 13 mln (7,4 mln w krajach wysokorozwiniętych). Spadki wzrostu PKB to odpowiednio ok. 2 proc. w scenariuszu łagodnym, 4 proc. w średnim i 8 proc. w ostrym. Dla porównania, globalny kryzys finansowy z lat 2008–2009 zwiększył bezrobocie o 22 miliony osób. Według MOP, walkę z pandemią należy oprzeć na trzech filarach:

  1. ochronie pracowników w miejscu pracy w celu zmniejszenia bezpośrednich skutków wirusa (przykładowe środki: telepraca, zwiększony dostęp do płatnych urlopów, nacisk na bhp w miejscach pracy),
  2. pobudzeniu gospodarki i popytu na pracę (polityka fiskalna i pieniężna, pożyczki i wsparcie finansowe dla konkretnych sektorów, np. 5 miliardów funtów w Wielkiej Brytanii na państwową służbę zdrowia itd.),
  3. ochronie zatrudnienia i dochodów (płatne skrócenie czasu pracy, częściowe zasiłki dla bezrobotnych, np. we Francji, Niemczech [„Kurzarbeit”], Włoszech, Holandii itp.).

Ponad 50 proc. firm szkoleniowych traci wszystkie dochody. Branżę dzieli kilka tygodni od bankructwa

Ponad połowa firm szkoleniowych i doradczych już odnotowała opóźnienia w płatnościach za zrealizowane wcześniej usługi, niemal tyle samo straciło niemal 100 proc. swoich dochodów. Pozostałe wciąż pracują zdalnie, ale w mocno ograniczonym zakresie. Co trzecia planuje bądź spodziewa się zwolnień, a to oznacza, że zagrożonych jest prawie 100 tys. miejsc pracy – wynika z danych Polskiej Izby Firm Szkoleniowych. Przedsiębiorcy podkreślają, że nie ma więcej czasu do stracenia, a cała branża dramatycznie potrzebuje szybkich działań, w przeciwnym razie dziesiątkom tysięcy podmiotów będzie grozić bankructwo.

 Cała branża firm szkoleniowych i doradczych to około 70 tys. podmiotów i ok. 100 tys. pracowników z dużą przewagą samozatrudnionych. Według naszych danych połowa tych podmiotów właśnie stanęła, a druga połowa straciła dochody prawie o 100 proc. W tej pierwszej grupie większość pracuje z domów, często nawet nie możemy tego nazwać pracą, dlatego że większość szkoleń została odwołana. Jedynie częściowo świadczone są już tylko usługi zdalne, e-learningowe – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Piasecki, prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych.

Ponad połowa (54 proc.) firm z sektora usług szkoleniowych spodziewa się całkowitej utraty dochodów na skutek środków bezpieczeństwa wprowadzonych w związku z pandemią koronawirusa – wynika z badania przeprowadzonego w miniony weekend dla PIFS na grupie 470 przedsiębiorstw. 84 proc. z nich spodziewa się anulacji zamówień, prawie tyle samo ma duże problemy z pozyskiwaniem nowych kontraktów, a 55 proc. już odnotowało opóźnienia w płatnościach za zrealizowane wcześniej usługi.

 Trzeba podkreślić, że firmy szkoleniowe to bardzo małe podmioty. Zdecydowana większość zatrudnia do dziewięciu osób, bardzo duży jest także udział samozatrudnionych, którzy świadczą usługi osobiście. Mamy do czynienia z dość rozdrobnionym sektorem i większość pracowników bezpośrednio doświadcza konsekwencji tej sytuacji – podkreśla Piotr Piasecki.

Konsekwencją obecnych trudności będą m.in. masowe zwolnienia. Z badania PIFS wynika, że firmy spodziewają się także kłopotów z wypłacaniem pensji (43 proc.) i problemów w rozliczeniach z dostawcami (29 proc.).

– Zatrzymanie sprzedaży i świadczenia usług od razu uderza w płynność finansową tych podmiotów, a zaraz potem także w pracowników i podwykonawców, którym te firmy nie są w stanie płacić. Odwoływanie lub przekładanie zajęć na wiele miesięcy skutkuje tym, że firmy po prostu nie działają – mówi prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych.

Zdaniem przedsiębiorców w poradzeniu sobie z obecną sytuacją najbardziej pomocne byłyby: odroczenie płatności i zobowiązań wobec Skarbu Państwa (56 proc.), finansowanie wynagrodzeń i rozliczeń z podwykonawcami (43 proc.) oraz pomoc w zmianie modelu biznesu i inwestycjach w tym zakresie (35 proc.). Część tych rozwiązań uwzględnia tzw. tarcza antykryzysowa, którą przygotował rząd, jednak przedsiębiorcy podkreślają, że nie ma więcej czasu do stracenia. Cała branża dramatycznie potrzebuje szybkich i doraźnych działań, w przeciwnym razie dziesiątkom tysięcy podmiotów będzie grozić bankructwo.

– Rozwiązania, które proponuje rząd, trzeba wdrożyć jak najszybciej. Mówimy tutaj o najbliższym tygodniu, a nie o miesiącach. To jest najważniejsze. Druga rzecz: te rozwiązania muszą być bardzo proste, czyli nie mogą być obarczone biurokracją czy zbędnymi formalnościami, bo to opóźni ich wdrożenie. Firmy potrzebują natychmiastowej reakcji rządu – podkreśla Piotr Piasecki.

Wartość sektora usług szkoleniowych i doradczych w Polsce to ok. 6–10 mld zł i jest ona porównywalna choćby z branżą sportową. Nawet 70 proc. podmiotów jest w tej chwili zupełnie pozbawionych przychodów i – jeżeli nie otrzymają szybkiej pomocy – zaczną bankrutować w ciągu maksymalnie dwóch miesięcy.

– Warto też pamiętać, że branża usług rozwojowych spełnia szczególną rolę. W przypadku dużych zmian społeczno-gospodarczych, jakie mamy właśnie teraz, ten sektor wspomaga ludzi, przedsiębiorstwa i instytucje w zmienianiu kwalifikacji, dopasowaniu się do sytuacji, uczeniu się – mówi ekspert.

Długofalowo w konsekwencji obecnego kryzysu wiele firm zdecyduje się przenieść swoje usługi do internetu. Prezes PIFS ocenia, że powinien być to jednak dobrze przygotowany proces. Jednak nie wszystkie firmy mogą to zrobić, ponieważ na rynku jest też wiele szkoleń praktycznych, np. dotyczących kompetencji zawodowych, w których potrzebne są umiejętności manualne.

– Nie da się ich wyszkolić przez internet. Tylko pewna część usług może być świadczona zdalnie i uważamy, że przejście tej części sektora do internetu wymaga dobrego przygotowania. Nie możemy po prostu powiesić kilku plików w sieci i uważać, że to już jest szkolenie – tłumaczy Piotr Piasecki.

W II kwartale globalny PKB może spaść nawet o 15 proc. w ujęciu rocznym. W całym 2020 roku tempo będzie trzy razy wolniejsze, niż wcześniej prognozowano

W marcu wskaźnik PMI – łącznie dla przemysłu i usług – w strefie euro odnotował rekordowy spadek do 31,4 pkt, podczas gdy jeszcze w lutym wyniósł 51,6 pkt. Dane te obrazują nastroje osób odpowiedzialnych za zakupy w firmach, co ma przełożenie na zamówienia, a zatem i działalność firm w kolejnych miesiącach. To najniższy odczyt od początku badań, czyli od lipca 1998 roku. Poprzednie najniższe wskazanie padło w lutym 2009 roku i wyniosło 36,2 pkt.

Działalność gospodarcza w strefie euro załamała się w marcu w stopniu znacznie przekraczającym poziom obserwowany nawet w szczycie światowego kryzysu finansowego. Gwałtowne pogorszenie koniunktury zaobserwowano we Francji, Niemczech i pozostałej części strefy euro, gdy rządy tych krajów podejmowały coraz trudniejsze działania w celu powstrzymania rozprzestrzeniania się koronawirusa. W marcu wstępny wskaźnik PMI dla przemysłu strefy euro spadł do 44,8 pkt z 49,2 w lutym, a dla sektora usług – z 52,6 pkt w lutym do 28,4 pkt w marcu. Indeks PMI composite obniżył się z 51,6 pkt do 31,4 pkt. To rekordowe spowolnienie, znacznie poważniejsze, niż oczekiwali analitycy. Według IHS Markit, mierzącego poziom PMI, taki spadek wskazuje na 2-proc. obniżenie światowego wzrostu gospodarczego.

– Spowolnienie gospodarcze może się nasilić, ponieważ w najbliższych miesiącach mogą zostać wdrożone jeszcze bardziej drakońskie strategie walki z wirusem – komentują analitycy. – Marcowa ankieta wskazuje, że popyt na wiele towarów i usług dramatycznie spadł, podczas gdy rekordowe opóźnienia łańcucha dostaw utrudniają produkcję, a zamykanie firm oznacza, że ​​coraz większa część gospodarki jest zablokowana.

Szczególnie mocno ucierpiał sektor usług, zwłaszcza w takich branżach jak podróże, turystyka i gastronomia. Wskaźnik aktywności biznesowej w tych dziedzinach spadł do poziomu 28,4 pkt; ostatni najniższy odczyt zanotowano 11 lat temu, ale było to 39,2 pkt. Mniej spadła produkcja, ale i tak jest to najniższy poziom od kwietnia 2009 roku. Przypomnijmy, że poziom, który oddziela rozwój sektora od regresu, wynosi 50 pkt.

Najszybciej od 2009 roku spada też zatrudnienie. W Niemczech dane wskazują na najsłabszą koniunkturę od 2009 roku, we Francji – od 22 lat. Jeszcze gorzej działo się na peryferiach strefy euro. Analitycy ISH Markit przewidują jednak, że ze względu na efekt bazy w trzecim kwartale zamówienia wzrosną. Dłużej może potrwać problem z zatrudnieniem. Eksperci Allianz Research i Euler Hermes oceniają, że nawet 65 mln pracowników w całej Unii Europejskiej może potrzebować pomocy.

Zweryfikowaliśmy scenariusze perspektyw gospodarczych na rok 2020. Od stycznia skutki gospodarcze epidemii koronawirusa SARS-CoV-2 rozwinęły się w trzech fazach: od szoku podażowego, w centrum którego były Chiny oraz który wywołał fale sejsmiczne w światowym handlu i zakłócił łańcuch dostaw, przez rozprzestrzenienie się go na rynki finansowe, gdy inwestorzy zdali sobie sprawę z nieuniknionej recesji, po gwałtowny szok popytowy, uderzający w konsumpcję i inwestycje w Chinach, Europie i Stanach Zjednoczonych – piszą eksperci spółek w komunikacie.

Według Allianz Research i Euler Hermes każdy kwartał zakłóceń w handlu międzynarodowym będzie kosztować handel światowy 722 mld dol., głównie z powodu obostrzeń wprowadzonych na granicach Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych.

Zmniejszyliśmy nasze szacunki dotyczące wzrostu światowego PKB w 2020 roku do 0,8 proc. z wcześniejszych 2,4 proc. Spodziewamy się, że w II kwartale światowy PKB skurczy się o 15 proc. w ujęciu rocznym, czyli o tyle samo, co w latach 2008–2009 łącznie. W tym kontekście spodziewamy się wzrostu PKB o 0,5 proc. w USA i spadku PKB o 1,8 proc. w strefie euro i w Niemczech – mówi główny ekonomista w Allianz i Euler Hermes Ludovic Subran.

Zakładając, że działania ograniczające rozprzestrzenianie się wirusa zakończą się sukcesem, Allianz i Euler Hermes spodziewają się ożywienia działalności gospodarczej w II połowie 2020 roku. Jednak i tak liczba bankructw firm na świecie wzrośnie o 13 proc.

– Po kryzysie świat będzie innym miejscem. SARS-CoV-2 z pewnością zmieni nasze postrzeganie inwestycji w zdrowie, zmieni definicję kapitalizmu na sprzyjający integracji społecznej oraz spowoduje inne spojrzenie na „miękką siłę Chin”, globalizację, walkę ze zmianami i być może także to, w jaki sposób oszczędzamy na różne, także nieprzewidziane wydarzenia życiowe – podsumował Subran.

Ważna zmiana dla małych i średnich firm. Z powodu koronawirusa obowiązki związane z PPK przesunięte o pół roku

W tym roku małe i średnie firmy muszą włączyć zatrudnionych do pracowniczych planów kapitałowych. W związku z ogłoszoną pandemią koronawirusa i trudną sytuacją przedsiębiorstw, na wniosek Polskiego Funduszu Rozwoju, terminy wdrożenia programu mogą zostać przesunięte o pół roku. Termin zawarcia umowy o zarządzanie PPK zostałby wówczas wydłużony do 27 października, a zawarcia umowy o prowadzenie – do 10 listopada 2020 roku. Tym samym drugi i trzeci etap PPK, który obejmie firmy zatrudniające między 20 a 49 osób, byłyby prowadzone równolegle.

Od początku tego roku obowiązkiem wprowadzenia pracowniczych planów kapitałowych objęte zostały małe i średnie przedsiębiorstwa, które zatrudniają między 50 a 249 pracowników. Szacuje się, że takich firm jest w Polsce ok. 15 tys. Do 24 marca br. ta grupa pracodawców miała podjąć decyzję o wyborze instytucji finansowej, która będzie zarządzać oszczędnościami pracowników. W ostatnim czasie sytuacja na rynku zmienia się dynamicznie pod wpływem rozprzestrzeniającego się wirusa SARS-CoV-2. PPK narzucają na firmy obowiązki, które oznaczają dla nich również dodatkowe koszty. Zmiana terminów ma im pomóc w kompleksowym przygotowaniu się do wprowadzania programu. Jest ona jednym z punktów tzw. tarczy antykryzysowej, która ma chronić biznes przed negatywnymi skutkami ekonomicznymi koronawirusa.

Pomimo epidemii wdrażanie pracowniczych planów kapitałowych jest jednak możliwe w całkowicie zdalny sposób. Zgodnie z wymogiem ustawy umowy o zarządzanie i prowadzenie PPK pracodawcy będą zawierać w formie elektronicznej.

 W Nationale-Nederlanden udostępniamy naszym klientom także szereg narzędzi online, które będą wspierać ich na każdym etapie programu. Przedstawiciele firmy codziennie w formie tele- i wideokonferencji udzielają pracodawcom odpowiedzi na pojawiające się z ich strony pytania bądź wątpliwości. Jednocześnie przesłaliśmy im zestaw merytorycznych materiałów informacyjnych. Konsultacje prowadzimy również poprzez infolinię – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Madej, dyrektor ds. procesów i obsługi klienta Nationale-Nederlanden.

Wdrożenie w firmie PPK trwa co najmniej kilka tygodni. Podczas niego trzeba przede wszystkim trzymać się nieprzekraczalnych terminów ustawowych. Pracodawca, który przekracza terminy na zgłoszenie pracowników czy na zawarcie umowy o zarządzanie PPK, naraża się na kary.

– Należy też zwrócić uwagę, czy wszystkie procesy, które nakłada na pracodawcę ustawa o PPK, są odpowiednio umiejscowione we właściwych działach. Trzeba też sprawdzić, czy system kadrowo-płacowy działa poprawnie w związku z wdrożeniem pracowniczych planów kapitałowych, czyli czy generuje poprawne pliki i czy wymiana danych między pracodawcą a instytucją finansową na tej płaszczyźnie przebiega poprawnie – dodaje Małgorzata Madej.

Pracownicze plany kapitałowe tworzą pracownicy, pracodawcy i państwo. Podstawowa składka na rachunek uczestnika PPK z jego strony to 2 proc. comiesięcznego wynagrodzenia brutto. Kolejne 1,5 proc. pensji dopłaci firma. Jednocześnie na konto uczestnika PPK będą też wpływać pieniądze z budżetu państwa. Roczna dopłata z Funduszu Pracy wynosi 240 zł, a uczestnicy dostaną też jednorazową wpłatę powitalną w wysokości 250 zł.

Pracownicze plany kapitałowe mają zwiększyć stopę oszczędności Polaków i zapewnić im dodatkowe pieniądze na emeryturze. Uczestnictwo w nich jest dla pracowników dobrowolne, uprawnionych do niego jest ok. 13 mln Polaków. Pracownicy w wieku od 18 do 55 lat są automatycznie zapisywani do programu. Ci, którzy ukończyli 55 lat, ale nie przekroczyli jeszcze 70. roku życia, mogą do niego dołączyć na swój wniosek. Każdy uczestnik może też w każdej chwili zrezygnować z PPK.

– Udział w pracowniczych planach kapitałowych jest obowiązkowy, ale wyłącznie dla pracodawców. W ramach terminów określonych w ustawie poszczególne grupy pracodawców, w zależności od wielkości zatrudnienia, muszą kolejno wdrażać program PPK w swoich przedsiębiorstwach. Z kolei po stronie pracowników uczestnictwo w PPK jest absolutnie dobrowolne i zależy od indywidualnej decyzji. Dodatkowo mogą ją zawsze zmienić i to dowolną liczbę razy – mówi dyrektor ds. procesów i obsługi klienta Nationale-Nederlanden.

Obowiązkiem wdrożenia pracowniczych planów kapitałowych w październiku ubiegłego roku zostały w pierwszej kolejności objęte największe firmy, zatrudniające powyżej 250 osób. Od początku tego roku do wdrożenia PPK zostały natomiast zobowiązane małe i średnie przedsiębiorstwa, które zatrudniają między 50 a 249 pracowników.

W kwestii wyboru instytucji finansowej obsługującej pracownicze plany kapitałowe z pomocą przychodzi sama ustawa o PPK. Są w niej wskazane podstawowe kryteria, którymi pracodawca powinien się kierować. To m.in. doświadczenie instytucji finansowej w zarządzaniu aktywami emerytalnymi, efektywność tego zarządzania, czyli przeszłe wyniki, warunki zarządzania, czyli po prostu cena, wysokość opłaty za zarządzanie. Pod tym czwartym punktem można rozumieć szeroko pojęte wsparcie, jakie instytucja finansowa powinna zapewnić zarówno pracownikom, jak i działom kadrowo-płacowym – mówi Małgorzata Madej.

Jak podkreśla, pracownicze plany kapitałowe narzucają na pracodawców dodatkowe obowiązki, z których główne to m.in.: zbieranie deklaracji i zgłoszenie pracowników do PPK, naliczenie pierwszych wpłat na listach płac i ich późniejsze korekty, przekazanie pliku rozliczeniowego oraz wpłat do instytucji finansowej, a także właściwa komunikacja skierowana do pracowników.

To wyzwanie m.in. dla działów HR i finansowo-księgowych. Stąd pracodawcy wciąż postrzegają pracownicze plany kapitałowe głównie jako dodatkowe obciążenie i koszt, a niewielu z nich deklaruje dodatkowe wpłaty na rzecz swoich pracowników. Tymczasem – jak podkreśla ekspertka Nationale-Nederlanden – PPK mogą stanowić dobre narzędzie motywacyjne i benefit dla pracowników w warunkach konkurencyjnego rynku pracy.

– Nie ma też obaw, że PPK podzielą losy otwartych funduszy emerytalnych. Te programy są zupełnie inaczej zbudowane. Pracownicze plany kapitałowe są absolutnie dobrowolne dla uczestników. Ponadto środki zgromadzone w PPK są naszym kapitałem prywatnym, który w każdej chwili możemy wypłacić, podobnie jak w bankowości elektronicznej. Dodatkowo możemy je wypłacać dowolną liczbę razy w ciągu całego uczestnictwa w programie. Podobnych rozwiązań nigdy nie było w otwartych funduszach emerytalnych. To są kompletnie inne i zupełnie do siebie nieporównywalne rozwiązania – podkreśla Małgorzata Madej.