Ogromne przejęcie w sektorze finansowym. Franklin Resources kupuje konkurenta

Po wczorajszym dniu wolnym od handlu Amerykanie wrócili na giełdowe parkiety z nieco gorszymi nastrojami. Na początku notowań indeks S&P 500 stracił 0,4 proc., a Nasdaq i Dow Jones cofnęły się o 0,5 proc. Warto jednak pamiętać, że nim wczoraj w USA rozpoczęło się świętowanie z okazji Dnia Prezydentów, to wcześniej kontrakty terminowe wyznaczyły nowe historyczne szczyty hossy.

Do dzisiejszej korekty prowadzić może głównie ostrzeżenie płynące z największej spółki świata, czyli Apple. Firma z Cupertino poinformowała, że ustanowione do końca marca, czyli drugiego kwartału cele spółki, w tym ten związany z zyskiem mogą nie zostać osiągnięte z powodu koronawirusa. Inwestorzy zaczynają teraz zdawać sobie sprawę, że wpływ koronawirusa obniży wyniki pierwszego kwartału i może mieć znaczący wpływ na globalną gospodarkę. Apple ostrzega przed ograniczeniem w produkcji, sprzedaży oraz w zyskach, co także wpływa na firmy będące dostawcami podzespołów. Należy jednak pamiętać, że cena akcji firmy prowadzonej przez Tima Cooka od początku roku, mimo dzisiejszego cofnięcia, wzrosła o ponad 7,5 proc. Stąd też każdy niekorzystny news może być okazją do korekty notowań.

Po ogromnym wzroście notowań pozytywnie z kolei nie przestaje zaskakiwać Tesla. Dziś akcje spółki drożeją po otwarciu notowań o ponad 6 proc. Z jednej strony za wzrost ma odpowiadać zmiana wśród trzech głównych niedźwiedzio nastawionych analityków z Wall Street, którzy podnieśli swoje ceny docelowe. Mimo braku zmiany nastawienia, to już sama zmiana ceny to niewielki znak, że nawet niedźwiedzie potwierdzają, że szukają pioniera wśród pojazdów elektrycznych. Dodatkowo Tesla poinformowała, że dążąc do obniżenia kosztów produkcji, chce wprowadzić nowy rodzaj akumulatorów. Mowa o akumulatorach od firmy CATL, z którą Tesla ma prowadzić zaawansowane rozmowy, a które to nie zawierają kobaltu, który jest jednym z najdroższych metali stosowanych w akumulatorach pojazdów elektrycznych. Taka zmiana mogłaby oznaczać, że po raz pierwszy amerykański producent uwzględniłby w swojej ofercie tzw. baterie LFP. Cena akcji przekroczyła 850 USD.

Dziś informacją dnia jest najprawdopodobniej informacja o przejęciu przez Franklin Resources (prowadzącego np. znany w Polsce fundusz Franklin Templeton) swojego konkurenta Legg Mason za kwotę 4,5 mld dolarów. W ten sposób powstanie firma z aktywami wartymi 1,5 biliona dolara. Franklin poinformował, że kupi Legg Mason po 50 dolarów za akcję, co spowodowało dzisiejszy skok notowań o ponad 20 proc. Z kolei akcje Franklin Resources podrożały o ponad 8 proc. Konsolidacja rynku ucieszyła, jak widać, inwestorów obydwu spółek, ponieważ przeprowadzenie transakcji ma dać oszczędności rzędu 200 mln USD rocznie. Transakcja ma zostać sfinalizowana do końca trzeciego kwartału 2020 r., a do jej przeprowadzenia potrzebna jest jeszcze zgoda akcjonariuszy Leg Mason.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Policjanci będą trenować strzelanie replikami broni sprzężonymi z wirtualną rzeczywistością. Rozwiązanie polskiego start-upu znajdzie zastosowanie także w e-sporcie

Z wirtualnej rzeczywistości korzysta nie tylko przemysł gier i rozrywki. Coraz częściej nowa technologia sprawdza się w szkoleniach, chętnie sięgają po nią także służby mundurowe. Dzięki VR policjanci mogą wczuć się w ludzi, których mogli zabić. Inna aplikacja pozwala im trenować przesłuchania. Polska firma przygotowała zaś symulację treningów strzeleckich na realnych replikach broni, a specjalna kamizelka umożliwia odczucie wystrzału. Jednocześnie aplikacja mierzy czas przeznaczony na przygotowanie i wykonanie strzału.

– W 11Bullets stworzyliśmy unikalny projekt, w którym w wirtualnej rzeczywistości można postrzelać na realnych replikach broni. Ten projekt skierowany jest do służb mundurowych, które mogą realizować swój trening w VR, ale także na rynek sportowy, jak i na rynek rozrywkowy, np. turniejów e-sportowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Rut z 11Bullets.

Służby mundurowe już od kilku lat wykorzystują możliwości, jakie daje rozszerzona i wirtualna rzeczywistość. Wojsko stosuje VR, by przygotować żołnierzy do misji. Uczy ich w ten sposób podejmować decyzję w ciągu chwili. Także policjanci podczas szkoleń sięgają po wirtualną rzeczywistość. W Stanach Zjednoczonych biorą oni udział w obowiązkowych szkoleniach z empatii. Wczuwają się w rolę potencjalnej ofiary, w ten sposób ma się zmniejszyć odsetek liczby interwencji z użyciem broni. Zwłaszcza że, jak pokazują statystyki Ruderman Family Foundation, blisko połowa osób, które umierają z rąk policji, to niepełnosprawni.

Inne aplikacje pozwalają policjantom przećwiczyć technikę przesłuchań, jeszcze inne umożliwiają im walkę ze stresem, np. poprzez chodzenie po stalowej belce na ogromnej wysokości. Polacy stworzyli zaś zestaw elementów, który daje służbom mundurowym możliwość strzelania na prawdziwych replikach broni w VR.

– W naszym rozwiązaniu możemy nie tylko strzelać, ale też odczuwamy postrzał. Mamy specjalną kamizelkę, w której odczuwa się efekt postrzału. Na zestaw składają się: replika broni, która jest zgodna wagowo i pod względem zachowania z realną bronią, kamizelka sensoryczna oraz oprogramowanie, które daje możliwości symulacyjne różnych sytuacji strzeleckich lub ćwiczeń strzeleckich – tłumaczy Paweł Rut.

To rozwiązanie zarówno dla służb mundurowych, jak i dla wszystkich, którzy chcą sprawdzić swoje umiejętności strzeleckie. W przypadku policjantów pozwala jednak nie tylko przypomnieć charakterystyczne właściwości poszczególnych broni, lecz także zautomatyzować wszystkie procesy.

– Nasza autorska elektronika umożliwia śledzenie broni od wyjęcia z kabury, przez wszystkie czynności strzeleckie, czyli przeładowanie, odbezpieczenie broni, oddanie strzału, wymianę magazynka, zmianę trybu pracy broni czy trybu strzału. Jesteśmy w stanie mierzyć czasy tych czynności oraz wskazywać słabe punkty. To istotne dla służb mundurowych, gdzie w sytuacjach bojowych ten, kto szybciej wyciągnie broń, uzyskuje przewagę taktyczną – wskazuje ekspert.

Jak przekonuje, rozwiązanie 11Bulltes może też być traktowane jako zwykła rozrywka. Wystarczy niewielkie pomieszczenie, by ćwiczyć swoje umiejętności. Można też dołączyć do ligi sportowej, trenować i rywalizować z innymi graczami o zwycięstwa i puchary.

– Drugim rynkiem, też bardzo ciekawym, jest strzelectwo sportowe. Każdy zawodnik przygotowujący się do turnieju sportowego, gdzie strzela się ostrą amunicją, wystrzeliwuje około 400 naboi dziennie. Koszt jednego naboju to jedna złotówka, więc taki trenażer przeznaczony na rynek sportowy jest bardzo pożądany ekonomicznie – przekonuje Paweł Rut.

Z zapowiedzi wynika, że produkt może trafić na rynek jeszcze w tym roku.

Polacy chcą zrewolucjonizować diagnostykę obrazową w ortopedii. Tworzą pierwsze na świecie rozwiązanie do automatycznej oceny stanu ścięgna Achillesa

Rozwiązanie opracowywane przez polskich naukowców pozwoli na skrócenie czasu badania rezonansem magnetycznym z 30 do zaledwie 5 minut. Wykorzystanie sztucznej inteligencji do oceny obrazu ścięgna Achillesa zautomatyzuje proces diagnozowania, co usprawni pracę radiologów. Uczenie maszynowe już dziś pozwala opracowywać rozwiązania interpretujące wyniki badań obrazowych i umożliwiające redukowanie dawki promieniowania potrzebnego do przeprowadzenia badań.

– Skupiamy się na wykorzystaniu metod sztucznej inteligencji, w szczególności głębokiego uczenia i konwolucyjnych sieci neuronowych w analizie obrazów medycznych. Pracujemy z badaniami rezonansu magnetycznego ścięgna Achillesa. Nasze rozwiązanie pozwala w automatyczny sposób ocenić kilka standardowych cech, które radiolodzy oceniają w takim badaniu – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Borucki z Uniwersytetu Warszawskiego.

Opracowywane przez polskich naukowców rozwiązanie pozwoli w dużej mierze zautomatyzować proces wykonywania i interpretacji badania rezonansem magnetycznym. To z kolei może znacznie skrócić czas, jaki radiolog musi poświęcić na zajmowanie się jednym pacjentem, a w rezultacie – rozwiązać problem długiego oczekiwania na opis badania. W kwietniu minionego roku zostały zniesione limity na badania obrazowe rezonansem, co skróciło kolejki do pracowni RM. W wyniku niedoborów kadrowych znacznie wydłużył się jednak czas od badania do otrzymania jego wyników.

– Badanie rezonansu magnetycznego możemy skrócić mniej więcej do 5–10 minut zamiast 30 minut i zautomatyzować proces oceny. W związku z tym mniej czasu radiologa jest potrzebne do wykonania końcowej oceny, więc na pewno usprawniamy te procesy. Automatyzując część rzeczy, chcemy zwiększyć przepustowość systemu diagnostyki obrazowej. Chcemy też rozwiązać problem związany z wykorzystaniem technik obrazowania rezonansu magnetycznego w ortopedii. Kryje ono bardzo duży potencjał ciągłego wykorzystania. Jeżeli usprawnimy to badanie, zmniejszymy jego czas i obniżymy koszt, będzie można dużo częściej wykorzystywać tę technikę w ortopedii – mówi Bartosz Borucki.

Tymczasem naukowcy na świecie próbują opracowywać alternatywne dla RM metody badania pozwalające uzyskać trójwymiarowy obraz. Izraelski start-up Zebra Medical ogłosił współpracę z irlandzką firmą DePuy (spółką zależną Johnson & Johnson) w zakresie opracowywania i komercjalizacji opartych na pracy sztucznej inteligencji programów tworzących modele 3D na podstawie dwuwymiarowych zdjęć rentgenowskich. Ma to pozwolić uniknąć nadmiernej ekspozycji pacjenta na promieniowanie, z jakim mamy do czynienia w przypadku tomografii komputerowej lub rezonansu magnetycznego.

Zebra Medical już dziś wykorzystuje natomiast uczenie maszynowe do oceny ryzyka, a także występowania złamań osteoporotycznych poprzez klasyfikację i korelację różnych wyników gęstości kości, naśladując wyniki DXA (absorpcjometria rentgenowska podwójnej energii) i analizując strukturę kości. Polskie rozwiązanie może natomiast zrewolucjonizować proces diagnozowania urazów ścięgien i więzadeł.

– Na rynku istnieją cztery podobne rozwiązania w obszarze problematyki mięśniowo-szkieletowej i ortopedycznej. Żadna firma na tę chwilę nie oferuje jednak rozwiązań konkretnie dla ścięgna Achillesa ani w ogóle dla problemów ścięgien i więzadeł. Mamy rozwiązanie, które jest bardzo obiektywne. Daje ono numeryczne, ustrukturyzowane wyniki, zatem nie podlega subiektywizmowi oceny radiologicznej – zapewnia ekspert.

Odbiorcami tego rozwiązania mają być przede wszystkim centra diagnostyki obrazowej, ortopedzi i przychodnie medycyny sportowej. Uniwersytet Warszawski stara się o uzyskanie certyfikatu amerykańskiej Agencji ds. Leków i Żywności  (FDA). Dzięki niemu możliwa stanie się komercjalizacja rozwiązania.

Raport opracowany przez Mordor Intelligence wskazuje, że światowy rynek sztucznej inteligencji w medycynie został w 2019 roku wyceniony na 3,14 mld dol. Do 2025 roku przychody mają sięgnąć niemal 24 mld dol. przy zachowaniu  średniorocznego tempa wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Dobry wybór firmy kurierskiej – co porównać planując cykliczne przesyłki?

Dobry wybór firmy kurierskiej odpowiedzialnej za dostawy przesyłek jest szczególnie istotny jeśli to paczki cykliczne, regularne i dostarczane np. przez sklep internetowy. Jednak nawet nie działając w branży e-commerce, należy starannie przeanalizować rynek kurierski. Efektami będą niskie ceny, lepsza jakość obsługi i dodatkowe rozwiązania – np. powiązane z liczbą obsługiwanych przesyłek.

Firmy kurierskie w Polsce to kilka powszechnie znanych marek międzynarodowych i dziesiątki mniejszych firm – również działających lokalnie – o zdecydowanie mniejszym zasięgu. W sumie kurierzy obsługują, jak pokazują dane z 2018 r., ponad 400 mln paczek rocznie. Do największych marek na polskim rynku zaliczają się:

  • DPD – Dynamic Parcel Distribution
  • UPS – United Parcel Service
  • DHL Parcel
  • GLS – General Logistics Systems
  • FedEx
  • InPost
  • Poczta Polska

To tylko część z marek, które zapewniają usługi kurierskie w Polsce. Jak przy tak dużej konkurencji i możliwościach wyboru prawidłowo wybrać dobrą firmę dostarczającą paczki, przesyłki, koperty czy też produkty niestandardowe – np. całe palety? Chcesz zamówić kuriera, ale nie wiesz, na co zwracać uwagę? Sprawdź nasze porady.

Czynniki, które decydują o jakości firmy kurierskiej

Wybierając kuriera dla sklepu internetowego czy po prostu firmy regularnie zlecającej przesyłki standardowe i nietypowe, warto bardzo starannie przeanalizować oferty, cenniki i regulacje poszczególnych marek. Oczywiście naturalnym kryterium wyboru są stawki kurierskie i to, czy dana firma zapewnia np. specjalne pakiety dla firm lub cennik uzależniony od ilości zleceń. Niemniej istotne są jednak inne aspekty. To np. jakość usług – ogólna ocena dostawcy i opinie o obsłudze. Dobrym rozwiązaniem jest weryfikacja firmy kurierskiej pod kątem np. terminowości czy obsłudze dostawy pod kątem technicznym. Wiele firm zwraca też uwagę na szybkość, łatwość i intuicyjność składania zleceń – szczególnie w sytuacji, gdy kluczowym źródłem staje się internet. Istotny jest też rodzaj oferowanych usług – np. szerokie możliwości odbioru paczki od nadawcy, godziny dostarczeń do adresata.

Broker kurierski – porównanie cen i warunków dostawy

Kluczowe dla prawidłowego wyboru firmy przewozowej jest staranne porównanie warunków. Świetnie sprawdza się w tym przypadku broker kurierski. Tak działa serwis KurJerzy.pl – automatycznie generujący zestawienie wszystkich informacji o aktualnych cennikach danych podmiotów logistycznych. Przez internet wskazuje, które firmy kurierskie są gotowe podjąć przesyłkę o określonych gabarytach danego dnia. Na podstawie wewnętrznych danych operatorów generuje ceny i umożliwia automatyczne zlecenie usługi kurierskiej online – od wskazania marki po dokonanie płatności i wygenerowanie dokumentów. Co szczególnie ważne: dobry broker kurierski obsługuje w tym standardzie zarówno przesyłki krajowe jak i zagraniczne. Dotyczy to również paczek adresowanych poza granice Europy. Zdecydowanie ułatwia więc wybór firmy kurierskiej niezależnie od tego, jaka jest specyfika produktu, który podlega transportowi.

Darmowe pożyczki – kto może skorzystać z oferty?

W ofercie coraz większej liczby firm pozabankowych pojawiły się darmowe pożyczki. Oferty kuszą brakiem kosztów, ale czy są odpowiednie dla każdego i na wszystkie wydatki? O tym dowiesz się poniżej.

Dla kogo jest darmowa pożyczka?

Darmowa pożyczka jest przeznaczona dla osób, które chciałyby maksymalnie oszczędzić na pożyczaniu pieniędzy. Już sam fakt wnioskowania o pożyczkę daje nam informację, że sytuacja finansowa konkretnej osoby nie jest najlepsza, a więc siłą rzeczy takiemu klientowi będzie zależało na jak największym ograniczeniu kosztów pożyczki. Koszty te można całkowicie wyeliminować, jeśli skorzystamy z oferty darmowej pożyczki. Pożyczka za darmo oczywiście nie zdejmuje z nas konieczności spłaty kwoty pożyczonej, ale za to umożliwia wyeliminowanie jakichkolwiek kosztów pożyczki. Dokładniej rzecz ujmując, pożyczenie pieniędzy nic nas nie kosztuje. Darmowe pożyczki zebrane na 7pozyczki.pl/darmowe-pozyczki, są dostępne obecnie w niemalże każdej firmie pożyczkowej, ale tylko dla określonych klientów. Darmowa pożyczka to promocja dla nowych klientów, którzy nie pożyczali jeszcze pieniędzy w danej firmie. Każdy klient firmy pożyczkowej ma możliwość jeden raz skorzystać z oferty darmowej chwilówki do określonej kwoty. Każda kolejna pożyczka w tej firmie będzie już płatna, ale klienci nauczyli się sprytnie to obchodzić, mianowicie za każdym razem korzystają z innej oferty, dzięki czemu mogą wziąć kilka darmowych chwilówek. Sposób ten jest w pełni legalny, ale czy rozsądny – o tym trzeba zdecydować samodzielnie.

Darmowa pożyczka – czy na wszystkie wydatki?

Darmową chwilówkę można wydać na dowolne cele, a to dlatego, że firmy pożyczkowe nie stawiają żadnych warunków dotyczących wykorzystania pieniędzy pochodzących z pożyczek. W przypadku pożyczek pozabankowych nie funkcjonuje ich celowość, a więc mogą być one rozdysponowane na różne wydatki. Trzeba jednak zauważyć, że pierwsza pożyczka za darmo ma zwykle ograniczoną kwotę. W zależności od firmy może to być od 1000 do 6000 zł, ale zwykle darmowe pożyczki są udzielane do kwoty 3000 zł. Już sam fakt ograniczenia maksymalnej kwoty pierwszej pożyczki sprawia, że nie będzie ona odpowiednia na wszystkie wydatki, dlatego że na niektóre nam po prostu nie wystarczy. Za taką pożyczkę nie da się wykonać kompleksowego remontu mieszkania czy kupić kilkuletniego samochodu. Niska kwota pożyczki może być natomiast spożytkowana na mniejsze wydatki, na przykład malowanie mieszkania, zakup sprzętu AGD lub naprawę samochodu.

Kiedy darmowa pożyczka to za mało?

Są sytuacje, kiedy darmowe pozabankowe chwilówki to za mało, a nasze potrzeby są większe. W takich sytuacjach część klientów decyduje się na wzięcie dwóch pożyczek jednocześnie w różnych firmach lub zaciągnięcie pożyczki na raty. Jedno i drugie rozwiązanie ma swoje wady i zalety. Jeśli znajdziesz oferty pożyczek bez BIK w dwóch różnych firmach i uda Ci się wziąć dwie pożyczki za darmo, to na pewno unikniesz kosztów, ale też musisz mieć pewność, że spłacisz w terminie oba zobowiązania. Większość darmowych pożyczek jest udzielana maksymalnie na 30 dni, więc mocno zawęża to skalę możliwości finansowych.

Ogólne warunki pożyczki za darmo

Pożyczkę za darmo może otrzymać każdy nowy klient wybranej firmy pożyczkowej, o ile ta firma ma taką promocję. Listę firm z ofertą darmowej pożyczki znajdziesz w portalu 7POŻYCZKI.PL. Uzyskanie pozytywnej decyzji pożyczkowej wymaga spełnienia kilku zasadniczych warunków, a wśród tych warunków można wymienić między innymi posiadanie polskiego obywatelstwa i adresu na terenie Polski, określony wiek oraz dysponowanie numerem rachunku osobistego i numerem telefonu komórkowego. Większość firm pożyczkowych nie wymaga zaświadczeń o dochodach, ale trzeba być gotowym na przedstawienie oświadczenia o dochodach, czyli informacji o wysokości dochodów. Na podstawie tej informacji firma pożyczkowa ocenia, czy klient ma zdolność kredytową do spłaty pożyczki w określonej kwocie.

Zanim zdecydujesz się na wzięcie darmowej pożyczki, musisz sobie uzmysłowić, że oferta taka obowiązuje tylko w przypadku terminowej spłaty. W regulaminach firm pożyczkowych są punkty mówiące o tym, że klienci nie ponoszą żadnych kosztów związanych z pierwszymi pożyczkami tylko w sytuacji, kiedy spłacą je w terminie. Jeżeli przekroczysz termin spłaty pożyczki online, naliczone będą dodatkowe koszty, których wysokość może czasami przekroczyć standardowy koszt pożyczki. Możliwość wzięcia chwilówki za darmo nie znosi z pożyczkobiorcy obowiązku dbałości o terminową spłatę. Pożyczka taka jest jedynie ułatwieniem, ale tylko dla sumiennych klientów. Nieuważni mogą się narazić na niepotrzebne koszty.

Hakerzy Hamasu próbowali podsłuchać wojsko Izraela. Polscy żołnierze i pracownicy Resortu Obrony też mogą być narażeni

Hakerzy nie ustają w pomysłach. Tym razem ofiarą cyberbojówki Hamasu, padli żołnierze armii Izraela. Żołnierze otrzymywali liczne wiadomości na swoje telefony komórkowe, a korespondencja wysyłana była z fikcyjnych kont, należących do młodych, atrakcyjnych kobiet, popularnych w mediach społecznościowych. W rzeczywistości adresy należały do hakerów palestyńskiej organizacji polityczno-militarnej.

W podobny sposób – za pomocą scamu, czy innych odmian socjotechnik – mogą być atakowani żołnierze, politycy oraz cywile na całym świecie, ostrzegają specjaliści cyberbezpieczeństwa z Check Point.

O skali zagrożenia świadczy komunikat wysłany przez Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) pod koniec zeszłego roku (XI 2019), który ostrzega żołnierzy, pracowników wojska i urzędników MON przed używaniem popularnych komunikatorów. Z informacji ujawnionych przez portal tvn24.pl* wynika, że Wojskowy kontrwywiad wyraża obawy o wykorzystywanie komunikatorów internetowych (np. WhatsApp, Viber) przez kadrę i pracowników w Resorcie Obrony Narodowej w celach służbowych, gdyż nie zapewniają one bezpieczeństwa korespondencji. W ostrzeżeniu SKW dodaje, że dane o użytkownikach komunikatorów i treści rozmów przechowywane są na serwerach usługodawcy (zazwyczaj zagranicznego) co sprawia, że poufność zapewniana przez producentów jest pozorna.

Fakt wykorzystywania komunikatorów przez polityków oraz przedstawicieli służb wojskowych było głośno w 2019 roku. Teraz polski kontrwywiad prosi o zastosowanie się do zaleceń i służbowego wykorzystania.

W Izraelu wojskowe służby bezpieczeństwa odpowiednio wcześnie wykryły oszustwo Hamasu i uniemożliwiły dotarcie islamskiej grupie bojowników do poufnych i tajnych materiałów. Była to już trzecia próba wrogiego przejęcia informacji z kilkudziesięciu telefonów należących do wojskowych.

Oceniamy, że nie doszło do znaczącego naruszenia informacji – powiedział agencji Bloomberg rzecznik izraelskiego wojska ppłk Jonathan Conricus.

Obawy polskich służb są uzasadnione, biorąc pod uwagę analizy izraelskich specjalistów bezpieczeństwa, którzy ujawnili, że Hamas korzystał z wielu platform mediów społecznościowych, w tym WhatsApp, Facebook, Instagram i Telegram, aby nawiązać kontakt z niczego niepodejrzewającymi żołnierzami. Udając w mediach społecznościowych młode kobiety, grupa nawiązywała znajomości z żołnierzami, wysyłając im zdjęcia, SMS-y i wiadomości głosowe. „Kobiety” wysłały żołnierzom linki, aby przekonać ich do pobrania aplikacji podobnej do Snapchata, służącej wymianie zdjęć, które mogą szybko zniknąć. W rzeczywistości były to linki do trzech szkodliwych programów – Catch & See, ZatuApp i GrixyApp – które pozwalały Hamasowi uzyskać dostęp do telefonów żołnierzy.

Sukces tego typu mobilnych kampanii internetowych wynika z dwóch głównych czynników: Po pierwsze, rosnącej zależność od nas wszystkich od telefonów komórkowych i zainstalowanych na nich aplikacji; po drugie z braku świadomości na temat tego, jak łatwo można używać telefonów komórkowych jako wektorów ataków. Obecnie wszystkie znane złośliwe programy są przystosowane do telefonów komórkowych – mówi Jonathan Shimonovich szef działu Mobile Cyber Research w Check Point Software Technologie.

Rzecznik izraelskiego wojska nie chciał ujawnić ilu żołnierzy było celem hakerów. Poinformował jednak, że dziesiątki z nich pobrały złośliwe oprogramowanie, jednak żołnierze stosunkowo wcześnie zgłosili podejrzane aktywności, umożliwiając armii i służbie bezpieczeństwa wewnętrznego – Shin Bet – monitorowanie telefonów i ochronę danych wrażliwych.

*źródło: https://tvn24.pl/polska/wojskowy-kontrwywiad-ostrzega-zolnierzy-pracownikow-wojska-i-urzednikow-mon-przed-uzywaniem-komunikatorow-ra985351-2294554

Pieniądz w grze

Rok 2020 przyniósł ze sobą wzrost płacy minimalnej. W związku z wyższymi kosztami zatrudnienia, pracodawcy mogą szukać sposobów na optymalizację kosztów. Może się to przełożyć na wynagrodzenia lepiej opłacanych pracowników, trudności ze zdobyciem awansu, czy premii. Mimo to, polscy pracownicy optymistycznie oceniają swoje szanse na rozwój kariery. Z ostatniego badania „Confidence Index” przygotowanego przez Michael Page wynika, że niemal 43 proc. ankietowanych liczy na poprawę swojej sytuacji zawodowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Gdy chodzi o pieniądze…

Badanie firmy rekrutacyjnej Michael Page „Confidence Index” za IV kwartał 2019 r. pokazuje, że z wysokości wynagrodzenia zadowolony jest więcej niż co drugi (54 proc.) Polak. W analogicznym okresie w 2018 r. pozytywnie wysokość pensji oceniało jedynie 38 proc. z nas. Dla 49 proc. Polaków, niesatysfakcjonująca pensja jest jednym z głównych pretekstów do zmiany pracy, obok chęci poszerzenia zakresu kompetencji i kwalifikacji (59 proc.) oraz braku perspektyw dalszego rozwoju zawodowego (40 proc.). Z analiz przeprowadzonych przez BCC wspólnie z Akademią Ekonomiczno-Humanistyczną w Warszawie wynika, że w 2019 r. aż 87 proc. firm miało problemy z pozyskaniem nowych pracowników, a jedną z głównych przyczyn był wzrost oczekiwań finansowych kandydatów.

Pensja minimalna w Polsce vs. w Europie

Wzrost płacy minimalnej, która od 1 stycznia 2020 r. wynosi 2600 zł brutto, w nieznacznym stopniu poprawił sytuację naszego rodzimego rynku pracy w porównaniu do standardów europejskich. Wg danych Eurostat, płaca minimalna w Polsce przekroczyła graniczną wartość 500 euro miesięcznie, co pod względem płac plasuje Polskę obok takich państw jak m.in. Grecja, Estonia, Czechy, czy Chorwacja. Do niedawna znajdowaliśmy się w ostatniej grupie państw z najniższą krajową nieprzekraczającą 500 euro miesięcznie.

– Z naszego badania „Confidence Index” wynika, że zadowolonych z warunków zatrudnienia i ogólnej sytuacji na rynku pracy jest 62 proc. Polaków. Pod tym względem przewyższamy europejską średnią o 4 p.p., a wśród wszystkich przebadanych krajów lepsze noty rodzimemu rynkowi pracy wystawili tylko Niemcy, Szwedzi, Austriacy i Luksemburczycy. Co więcej, aż 78 proc. z nas uważa, że sytuacja na polskim rynku pracy jeszcze się poprawi. To, zaraz po Szwecji (79 proc.), drugi najbardziej optymistyczny wynik wśród ankietowanych z 14 państw – mówi Piotr Dziedzic, senior dyrektor w Michael Page.

Kto zyska?

Wzrost pensji minimalnej będzie miał największe znaczenie dla firm, gdzie większość pracowników pracuje za najniższą stawkę krajową. Natomiast w przypadku specjalistów i kadry zarządzającej nie będzie miało to bezpośredniego przełożenia na ich wynagrodzenia.

– Co oczywiste, ich pensje mogą rosnąć, jednak na podwyżki bardziej oddziaływać będą inne czynniki, np. rozwój branży i firmy, niedobór kandydatów o pożądanych umiejętnościach, czy duża rotacja kadr na danym stanowisku. Deficyt pracowników szczególnie dotkliwy będzie nadal dla sektora IT, choć podejrzewamy, że pensje specjalistów nie będą zwiększać się tak drastycznie jak do tej pory. Rósł będzie także popyt na pracowników z doświadczeniem w obszarze e-commerce i digital, co wiąże się
z intensywnym rozwojem tych branż. Na brak ofert nie powinni narzekać specjaliści z rynku nieruchomości, zwłaszcza Asset Managerowie i Property Managerowie. Ich pensje w ciągu roku zwiększają się średnio o 10-15 proc. W obszarze łańcucha dostaw płace specjalistów rosną średnio 5 proc. w ciągu roku, a dodatkowych podwyżek mogą spodziewać się również kandydaci z doświadczeniem w logistyce e-commerce oraz eksperci ds. automatyzacji. W branży produkcyjnej, poza wzrostem wynagrodzeń na najniższych stanowiskach, spodziewamy się, że zwiększą się także płace osób technicznych, np. automatyków, elektromechaników, inżynierów, czy techników
– komentuje Piotr Dziedzic.

Wyzwania dla pracodawców

Utrzymująca się rekordowo niska stopa bezrobocia, która wg danych GUS, w grudniu 2019 r. wynosiła 5,2 proc., sprawia, że o kandydatów na rynku pracy jest coraz trudniej. Pracodawcy szukają nowych rozwiązań, które pozwolą im przyciągnąć talenty i utrzymać obecnych pracowników. W związku z tym oferują szeroki pakiet benefitów i dodatków pozapłacowych, które mogą stanowić uzupełnienie regularnego wynagrodzenia lub formę premii.

Z niedoborem pracowników boryka się wiele firm w Polsce. Rosnąca presja płacowa stanowi dodatkowe wyzwanie dla przedsiębiorców, dlatego coraz częściej chcą oni przyciągnąć nowych kandydatów rozmaitymi dodatkami. Nasze badanie „Confidence Index” pokazuje, że do najbardziej pożądanych benefitów należą prywatna opieka zdrowotna (91,9 proc.), ubezpieczenie na życie 80,3 proc.), zachowanie work-life balance (95,1 proc.) oraz dostęp do szkoleń branżowych (95,1 proc.). Dodatki pozapłacowe są negocjowalnym elementem naszego wynagrodzenia, podobnie jak sama pensja, dlatego często podwyżka może obejmować poszerzenie pakietu benefitów lub dofinansowanie różnych aktywności jak np. kursy językowe. – podsumowuje Piotr Dziedzic z Michael Page.

Koronawirus groźny dla Apple. Chorobowe zaburzenia nastroju inwestorów

Ostrzeżenie od Apple o niezrealizowaniu prognoz sprzedaży przerwało wczorajszy spokój na rynkach i posłużyło jako przypomnienie o ekonomicznych skutkach epidemii koronawirusa. Ale informacja o ryzykach, z jakimi mierzy się firma, dla której chiński rynek jest ważnym ośrodkiem produkcji i sprzedaży, nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Jeśli dotychczas rynki były gotowe bagatelizować skutki wirusa, tak i teraz powinny otrząsnąć się z mini-szoku.

Apple, spółka o największej wartości na Wall Street, obawia się, że powrót chińskiej gospodarki do stanu sprzed epidemii może potrwać dłużej niż wcześniej szacowano, fabryki produkujące komponenty dla Apple dłużej będą wracać do pełnej aktywności, a chiński popyt na produkty będzie słabszy. Ostrzeżenie zgasiło wcześniejszy optymizm inwestorów, którzy jeszcze w poniedziałek znajdowali ukojenie w działaniach pomocowych chińskich władz i banku centralnego. Jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podsycanie obaw na rynkach jest sztuczne i odstaje od tego, co widzieliśmy w poprzednich dniach, kiedy nawet gwałtowny skok liczby raportowanych przypadków zachorować w Chinach nie był w stanie na długo zepsuć nastrojów. Pogorszenie wyników finansowych Apple (oraz innych globalnych koncernów) nie powinno być obecnie dla nikogo zaskoczeniem. Nie zdziwiłbym się, że skok awersji do ryzyka z ostatnich godzin wyparuje, jak tylko na rynek wrócą dyktujący warunki dla wszystkich inwestorzy z USA. Bagatelizowanie ryzyk i poprawianie historycznych rekordów stało się domeną Wall Street, którą szybko kopiuje Azja i Europa.

Na rynku walutowym pogorszenie nastrojów odzwierciedla się w presji na waluty ryzykowne – w G10 uderza to w waluty Antypodów i skandynawskie. W nocy na ten podatny grunt trafił protokół z posiedzenia RBA, co dodatkowo osłabia AUD. Jednak sądzę, że odbiór minutek nie byłby taki gołębi, gdyby nie dzisiejsze warunki. Z dokumentu w zasadzie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego ponad to, co zawierał komunikat po posiedzeniu banku dwa tygodnie temu. W ocenie RBA wzrost gospodarczy będzie słabszy przez wpływ pożarów buszu i koronawirusa, ale jednocześnie odnotowano, że efekty będą tymczasowe, a podstawy globalnej gospodarki pozostają poprawne. W protokole podkreślono też ryzyka związane z dalszym luzowaniem polityki oraz zwrócono uwagę na role polityki fiskalnej. Ogólnie RBA pozostaje z optymistycznym poglądem na perspektywy gospodarki i wysoko ustawia poprzeczkę dla kolejnej obniżki stóp procentowych. Dzisiejsze osłabienie AUD wydaje się na wyrost i więcej ma w sobie ucieczki z długich pozycji niż celowego budowania krótkich pozycji. Powinno być łatwo o odbicie, kiedy nastroje się ustabilizują.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ITMAGINATION: W 2019 r. wzrost zysku o 88 proc., zdecydowana większość z rynku globalnego

W 2019 roku polska firma ITMAGINATION uzyskała skonsolidowane przychody na poziomie ponad 90 mln zł. Wyraźnej poprawie uległ zysk netto, który wyniósł ponad 9 mln zł, o 88 proc. więcej w ujęciu do roku. Wzrost zysków wynika głównie z rozwoju na rynkach zagranicznych. Ich udział wynosi już blisko 70 proc. To realizacja długoterminowej strategii spółki.

Po wprowadzeniu korekt do strategii na przełomie 2018 oraz 2019 roku, ITMAGINATION zaliczyła kolejny dobry rok. Jest to zasługa zmian w zarządzie oraz postawieniu na rozwój międzynardowy, oparty o świadczenie innowacyjnych usług w branży fintech oraz dla spółek technologicznych. Firma stale koncentruje się na budowaniu trwałych fundamentów, które pozwolą bezpiecznie realizować strategię międzynarodowej ekspansji.

– Rok temu zakładaliśmy, że kontrakty zagraniczne będą stanowiły około 70 proc. naszych przychodów. Dziś możemy powiedzieć, że zrealizowaliśmy ten cel. Jesteśmy dumni, że dotychczasowi klienci decydują się na przedłużenie współpracy oraz, że do naszego portfolio dołączają kolejne projekty. W minionym roku rozpoczęliśmy prace dla międzynarodowych liderów m. in. z branży finansowej i automotive. W większości świadczymy usługi dla dużych korporacji, którym zależy na solidnym partnerze. ITMAGINATION dostarcza oczekiwaną jakość od ponad 11 lat. Dzięki nowym kontraktom, rok 2020 jest obfity w nowe wyzwania – mówi Daniel Arak, współzałożyciel i członek zarządu ITMAGINATION.

W 2019 roku firma istotnie zwiększyła rentowność. Wpływ na taki wynik miała poprawa efektywności kosztowej i operacyjnej. Zespoły ITMAGINATION działają teraz w nowej formule, która polega na lepszym wykorzystaniu kompetencji każdego specjalisty oraz wprowadzeniu modelu Innovation as a Service. Firma postawiła na rozwój pracy zdalnej, co pozwoliło na alokację większych środków na wynagrodzenia
dla ekspertów.

ITMAGINATION jako innowacyjna firma technologiczna mocno stawia na rozwój usług w chmurze. Rozwiązania cloud są obecnie jednym z dominujących trendów na rynku IT, a technologia jest wykorzystywana przez firmy z większości sektorów gospodarki. ITMAGINATION świadczy usługi implementacji zarządzania danymi na najlepszych globalnych platformach – Microsoft, Google i AWS.

– Od początku istnienia ITMAGINATION wyróżnialiśmy się tym, że nasza firma jest elastyczna i efektywna. Zatrudniamy obecnie około 450 specjalistów. Możemy nazwać się dużą organizacją, ale wciąż jest w nas motywacja, aby działać zwinnie i pokazywać świeżość. Każdego roku dokładamy starań, aby reagować na zmiany rynkowe i oczekiwania klientów. Jeśli chmura staje się przyszłością biznesu IT, my już to widzimy i czekamy z gotowymi rozwiązaniami – dodaje Daniel Arak.

Na początku 2020 roku ITMAGINATION dokonała przejęcia firmy tworzącej interfejsy mobilne – Maise z Krakowa. Dzięki akwizycji spółka poszerzy portfolio świadczonych usług, a klienci firmy będą otrzymywali wsparcie najwyższej jakości w zakresie User Interface i User Experience.

ITMAGINATION to polski software house, należący do najbardziej dynamicznych uczestników rynku usług IT. Firma specjalizuje się w tworzeniu dedykowanego oprogramowania i systemów analizy danych Business Intelligence oraz outsourcingu. Świadczy usługi informatyczne dla międzynarodowych firm, banków oraz instytucji sektora finansowego, handlowego, budowlanego, energetycznego i technologicznego.

Metoda “na koronawirusa” – jak cyberprzestępcy wykorzystują nasz niepokój

Sytuacje kryzysowe i społeczny niepokój sprzyjają cyberprzestępcom. Wraz z powszechnym zainteresowaniem rozwijającą się w Chinach epidemią powodowaną przez koronawirusa i międzynarodowymi działaniami na rzecz jej powstrzymania, pojawiły się także nowe metody cyberataków. Wykorzystując zamieszanie i niepewność użytkowników przestępcy rozsyłają phishing[1] z logo Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

Niebezpieczne linki

W wiadomości, która rzekomo ma pochodzić od WHO, znajdują się informacje o najczęstszych objawach zarażenia koronawirusem, a także zachęta do pobrania dokumentu dotyczącego sugerowanych przez organizację środków bezpieczeństwa. Link przekierowuje na stronę wizualnie przypominającą serwis WHO, która od razu prosi o zweryfikowanie adresu e-mail oraz podanie hasła do skrzynki – w ten sposób przestępcy zyskują dostęp do danych logowania ofiary.Email_phishing

Sama wiadomość jest bardzo prosta, a jej stworzenie zajęło przestępcom najwyżej kilka minut.  Na szczęście osoby płynnie posługujące się językiem angielskim szybko zauważą popełnione przez hakerów błędy ortograficzne i gramatyczne, co powinno zapalić pierwsze “czerwone lampki”. Również strona, na którą kieruje link z e-maila, wygląda podejrzanie. Jej nazwa nawiązuje do serwisu muzycznego, nie wyświetla się też zielona “kłódka” przed adresem, wskazująca na fakt, że strona posiada zweryfikowany i właściwy certyfikat bezpieczeństwa (co obecnie praktycznie nie zdarza się już w przypadku oficjalnych serwisów internetowych).strona_phishing

Jak się chronić?

Pod presją strachu i niepewności stajemy się łatwym celem dla cyberprzestępców. Wiele osób ma przyjaciół lub rodzinę na terenach objętych epidemią, w niektórych firmach wysyłano też już pracownikom e-maile z poradami dotyczącymi ochrony przed zarażeniem. Zapoznanie się z dodatkowymi informacjami pochodzącymi od WHO wydaje się więc rozsądne i odpowiedzialne. Warto jednak pamiętać o kilku zasadach:

Nigdy nie należy klikać w linki czy załączniki w wiadomościach, o które nie prosiliśmy. Zawsze warto też zwracać uwagę na nazwę nadawcy oraz błędy ortograficzne i gramatyczne w samej treści maila. Zanim klikniemy w link, sprawdźmy też adres URL – jeśli cokolwiek w nazwie wyda się podejrzane, nie otwierajmy go. Ważne, aby nie podawać danych, o które strona nie powinna pytać, takich jak hasło do skrzynki pocztowej. Dla bezpieczeństwa warto również korzystać z dwuskładnikowego uwierzytelniania oraz stosować różne hasła w różnych serwisach. A jeśli doszło już do ujawnienia danych logowania, powinniśmy jak najszybciej zmienić hasło. Oszuści zazwyczaj natychmiast, często automatycznie, wypróbowują skradzione dane, więc im szybciej zareagujemy, tym lepiej – radzi Mariusz Rzepka, Senior Manager Eastern Europe w firmie Sophos.

[1] Podszywanie się pod instytucję lub osobę, w celu wyłudzenia danych logowania.

Europa liderem we wdrażaniu sztucznej inteligencji w przemyśle

Raport Instytutu Badawczego Capgemini pokazuje, że Europa przewodzi we wdrażaniu rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji (AI) w procesach produkcyjnych. 51% największych światowych producentów w Europie wdraża co najmniej jedno rozwiązanie z obszaru sztucznej inteligencji. Eksperci Capgemini rekomendują, aby producenci powinni skoncentrować się na trzech obszarach zastosowania AI: kontroli jakości produktu, planowania popytu i inteligentnego utrzymania i naprawy sprzętu.

Raport Capgemini dotyczący wdrożeń sztucznej inteligencji w procesach produkcyjnych, prezentuje wnioski z wdrożeń rozwiązań wykorzystujących AI w 75 największych światowych firmach produkcyjnych. Badanie wykazało, że zastosowania AI w przemyśle oferują ogromny potencjał w zakresie redukcji kosztów operacyjnych, poprawy wydajności i poprawy jakości produkcji. Według badań, czołowi światowi producenci w Niemczech (69%), Francji (47%) i Wielkiej Brytanii (33%) są liderami pod względem wdrażania AI w zakresie działalności produkcyjnej.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji wnosi wartość do całego łańcucha produkcyjnego

Wiodące przedsiębiorstwa stosują sztuczną inteligencję we wszystkich procesach produkcyjnych, co przynosi im znaczące korzyści. Przykładem może być firma spożywcza Danone, której udało się zmniejszyć liczbę błędów prognozowania o 20%, a straty w sprzedaży o 30%, dzięki wykorzystaniu uczenia maszynowego do przewidywania zmienności popytu. Tymczasem producent opon Bridgestone wprowadził nowy system montażu, oparty na zautomatyzowanej kontroli jakości, co zaowocowało ponad 15% poprawą w ujednoliceniu produktu.

W miarę jak wdrażanie sztucznej inteligencji w procesach produkcyjnych będzie powszechnieć, duże przedsiębiorstwa będą przechodzić od wersji pilotażowych do szerszego zastosowania. Całkiem słusznie, organizacje początkowo koncentrują swoje wysiłki na zastosowaniach, które zapewniają najszybszy, najbardziej wymierny zwrot z inwestycji, zwłaszcza w zakresie automatycznej kontroli jakości i inteligentnego utrzymania i naprawy.
-Mirosław Bartecki, główny architekt AI w Capgemini Business Services

Producenci koncentrują się zazwyczaj na trzech głównych obszarach w zastosowaniu sztucznej inteligencji

Producenci rozpoczynają wdrażać sztuczną inteligencję w trzech konkretnych obszarach, ponieważ oferują one jasną wartość biznesową, względną łatwość wdrożenia, dostępność danych i możliwości stworzenia skutecznych rozwiązań bazujących na AI.

Kontrola jakości produktu, inteligentna konserwacja i planowanie popytu to obszary, w których AI może być najłatwiej wdrożona i zapewni najlepszy zwrot z inwestycji, wynika z badania Capgemini.

Na przykład, koncern General Motors wypróbował system, aby wykrywać oznaki awarii robotów, zanim do nich dojdzie. Pomaga to firmie uniknąć kosztów nieplanowanych przestojów, które mogą sięgać nawet 20 000 dol. na minutę przestoju.

Są to funkcje, które mogą zapewnić znaczne oszczędności kosztów, poprawić dokładność produkcji i wyeliminować marnotrawstwo. Liderzy nie koncentrują się jednak wyłącznie na tych przypadkach zastosowania, ale równolegle z ich wdrożeniem przygotowują się na przyszłość, inwestując część oszczędności w budowę skalowalnej infrastruktury danych, infrastruktury IT i rozwijając systemy pomocnicze. -Mirosław Bartecki, główny architekt AI w Capgemini Business Services

Bańka na rynku nieruchomości a wzrost cen mieszkań

W ostatnim czasie bodaj najbardziej poruszającym krajowe media tematem, i to nie tylko w ramach problematyki nieruchomościowej, jest kwestia rzekomo coraz mocniej pompowanej bańki cenowej na rodzimym rynku mieszkaniowym. Czy mieszkaniówce faktycznie grozi powtórka z lat 2006-2008, a w konsekwencji koniunkturalne załamanie?

Punktem wyjścia do powszechnej już dyskusji na przedmiotowy temat stał się mocno przyśpieszony od trzech lat wzrost cen mieszkań, widoczny przede wszystkim na rynku pierwotnym, ale w równej mierze odnoszący się do lokali z drugiej ręki. Gdy w ostatnich miesiącach stawki za mkw. nominalnie osiągnęły lub w wybranych lokalizacjach podjęły próbę przekroczenia poziomów ze szczytu poprzedniej hossy sprzed 12 lat, niejako sam z siebie zrodził się medialny dylemat bańki cenowej.

Bez płaszczyzny porównania

Sęk w tym, że wg danych zebranych przez RynekPierwotny.pl takich jak: warunki rynkowe, realia gospodarcze, stan zaawansowania regulacji rynku nieruchomości, czy wreszcie poziom jego dojrzałości i wyedukowanie uczestników z lat 2006-2008, to dokładnie odwrotność tego, co krajowa mieszkaniówka wraz z całym swoim otoczeniem prezentuje obecnie.

Cieplarniane warunki do wykreowania pamiętnego, pierwszego w rodzimych realiach gospodarczych mieszkaniowego bąbla spekulacyjnego stworzył w głównej mierze sektor bankowy, który działając praktycznie bez jakichkolwiek prawnych regulacji i ograniczeń w kwestii kredytowania zakupów mieszkaniowych, ale przede wszystkim przy feralnym deficycie zdrowego rozsądku, poszedł na tzw. całość nie licząc się zupełnie z ryzykiem własnym czy też swoich klientów. Udzielanie na masową skalę niskooprocentowanych kredytów mieszkaniowych denominowanych/indeksowanych w obcych walutach bez wkładu własnego, za to często z LtV dochodzącym do 130 proc., musiało doprowadzić do zakupowej histerii skutkującej rekordową nierównowagą rynkową pomiędzy popytem a podażą. W efekcie od pierwszych symptomów koniunkturalnego ożywienia w roku 2004 do szczytu hossy w 2008 ceny mieszkań w Polsce poszybowały średnio o około 150 proc.

Z kolei deweloperzy nie będąc w stanie dostarczyć na rynek adekwatnej do lawinowo rosnącego popytu ilości mieszkań, windowali w najlepsze ceny tych posiadanych w ofercie, co jednak paradoksalnie zamiast ograniczyć popyt nakręcało go jeszcze bardziej. Zbyt wielu amatorów własnego „M” naraz chciało bowiem wskoczyć do odjeżdżającego pociągu.

Na ogromną skalę rozwinęła się spekulacja, nie tylko samymi mieszkaniami w postaci cesji rezerwacji itp., ale także ta giełdowa, która za główny cel wzięła sobie akcje notowanych na GPW deweloperów. Koronnym przykładem są tu walory giełdowego weterana Polnordu, których kurs w okresie zaledwie kilkunastu miesięcy na przełomie 2006/2007 wzrósł z niespełna 5 zł do 325 zł, czyli, bagatela, o 6800 procent(!)

Co ciekawe, niezwykle trudno w tamtych czasach było o jakiekolwiek sygnały ostrzegawcze przed przegrzaniem rynkowym czy jakąś bańką. Wręcz przeciwnie, media dodatkowo podgrzewały atmosferę zakupowej euforii wieszcząc rychłe zrównanie cen mieszkań w krajowych metropoliach z tymi europejskimi, bodajże z Madrytem na czele. Z kolei analitycy giełdowi na szczytach hossy akcji deweloperów często ponownie rekomendowali ich kupno z niebotycznymi cenami docelowymi (Polnord – 600 zł), czasami tuż przed samym krachem z jesieni 2008. Natomiast latem tego roku, gdy kurs CHF/PLN spadł na krótko poniżej historycznego poziomu 2 zł, z pełni wiarygodnych źródeł pojawiły się analizy, odczytujące ten fakt jako absolutnie pewny sygnał pogoni rodzimej waluty za parytetem z helwecką, zachęcając tym samym rodaków do beztroskiego zadłużania się we franku, czyli de facto gry na „nieruchomościowym forexie”.

W sumie diametralne różnice przy braku jakichkolwiek analogii obecnej sytuacji do tej sprzed lat dwunastu, czynią jakiekolwiek porównania ówczesnych cen mieszkań z obecnymi, całkowicie bezzasadne z analitycznego punktu widzenia.

Na tropie spekulacyjnej bańki

Prawdopodobnie bardzo trudno byłoby wskazać sytuację w historii rynków, kiedy to faktycznemu kreowaniu bańki spekulacyjnej towarzyszyłoby – podobne do widocznego obecnie w kraju – medialne larum intensywnie przed taką bańką ostrzegające. Przykładem świetnie obrazującym skutki tego typu aktywności tropicieli baniek jest nie tak dawna sytuacja S&P500, czyli głównego indeksu giełdy nowojorskiej.

Jak przypomina portal RynekPierwotny.pl dokładnie 5 lat temu, na przełomie 2013/2014 roku, w zagranicznych, a następnie także krajowych mediach bardzo intensywnie była lansowana teza o bańce spekulacyjnej na NYSE, która miała zaowocować krachem i spadkiem indeksów o 30-40 proc. praktycznie z dnia na dzień. S&P500 po pięcioletniej nieprzerwanej hossie osiągnął wówczas poziom ok. 1850 pkt. Różnego typu wyszukane metody badawcze w rodzaju opracowanych logarytmicznych modeli bańki spekulacyjnej, zaawansowanych modeli matematycznych czy wreszcie gruntowna i jakże fachowa analiza wskaźników giełdowych jednoznacznie potwierdzały tezę o zbliżającej się rynkowej katastrofie, która miała być tylko i wyłącznie kwestią czasu. Z jakim skutkiem? Ano z takim, że od tamtej chwili do dziś S&P500 nieprzerwanie rośnie o kolejne 80 proc., bijąc kolejne historyczne wartości, z tą najnowszą na poziomie 3392 pkt. O czym może świadczyć ten przykład?bańka na rynku nieruchomości

Zakłócony cykl koniunkturalny, czyli cenowy paradoks

Rynek nieruchomości należy do rynków, których cykliczność jest jedną z najbardziej charakterystycznych  cech. Po rekordowym sprzedażowo na rynku pierwotnym 2017 roku, wydawało się że krajowa mieszkaniówka po „standardowych” pięciu latach prosperity wkracza w fazę spowolnienia. Tego typu oczekiwania potwierdził kolejny rok 2018, w trakcie którego kontraktacja deweloperów mieszkaniowych zniżkowała o kilkanaście procent.

Umiarkowany trend spadkowy sprzedaży nowych mieszkań miał być kontynuowany także w roku ubiegłym. Jednak jego rewelacyjna końcówka zadecydowała o wyniku minimalnie dodatnim rdr, wobec czego rok 2019 okazał się drugim po 2017 najlepszym sprzedażowo na rodzimym mieszkaniowym rynku pierwotnym. Co więcej, pomimo mało optymistycznych prognoz, także rynek hipotek cudownie eksplodował do rekordowych od lat statystyk udzielonych kredytów mieszkaniowych. Pytanie, skąd ten stan rynkowej euforii zakupów w kolejnym, siódmym już roku koniunkturalnej prosperity.

Otóż rok 2019 jako wyborczy zaowocował kolejnym pakietem rządowych deklaracji transferów socjalnych połączonych z wyznaczeniem ścieżki wzrostu płacy minimalnej w tempie dotąd niespotykanym w 30-letniej historii III RP. W ten sposób beneficjenci programu 500+ doczekali się dopłat na pierwsze dziecko, młodzi Polacy zwolnienia z PIT, emeryci dodatkowej emerytury, a najmniej zarabiający rodacy perspektywy pensji brutto w wysokości 4 tys. zł już w roku 2024. I to ten ostatni czynnik najprawdopodobniej poważnie zakłócił bieg cykli koniunkturalnych w mieszkaniówce poprzez swoiste odwołanie cyklicznego spowolnienia. Tym samym najprawdopodobniej bardzo poważnie zaważy na koniunkturze rynkowej w najbliższych latach. Rynek kupuje przyszłość, a przyszłość to za sprawą silnie przyspieszonego wzrostu płac, także silnie przyspieszony wzrost cen. Wygląda więc na to, że w kraju na dobre ruszył wyścig po wciąż „tanie” w dobie nieruchomościowej drożyzny mieszkania. Ot, taki cenowy paradoks…

„Kupuj! – taniej nie będzie” reaktywacja

Ceny mieszkań zależą od szeregu czynników, ale tym głównym, pełniącym rolę zasadniczego elementu fundamentów mieszkaniówki są krajowe zarobki oraz ich zmiana w czasie. W trakcie pięciolatki boomu z lat 2004-2008 średnia płaca w Polsce wzrosła o 28,5 proc., minimalna o 36,6 proc., natomiast ceny nowych mieszkań wystrzeliły o prawie 150 proc. Tym samym dynamika ich cen przekroczyła dynamikę płac aż pięciokrotnie, co musiało skutkować oderwaniem wyceny od fundamentów rynkowych, katastrofalną nierównowagą popytowo-podażową, a w konsekwencji wyhodowaniem bąbla spekulacyjnego (patrz wykres).

Jak przypomina RynekPierwotny.pl z kolei w trakcie sześciu lat obecnej prosperity (2014-2019) średnia płaca zwyżkowała o 31 proc., minimalna o 34 proc., natomiast średnia stawka za mkw. lokum z pierwszej ręki w 7-miu głównych ośrodkach kraju od dołka z 2014 roku do końca 2019 poszła w górę o dokładnie jedną trzecią (33,3 proc,). W ten sposób od roku 2011, gdy to sytuacja po poprzedniej „super hossie” powróciła do normalności, dynamika cen mieszkań utrzymuje się dokładnie pomiędzy dynamiką płacy średniej a minimalnej (patrz wykres). W powiązaniu z niemal perfekcyjnie utrzymywaną przez deweloperów równowagą popytowo-podażową, trudno tu dostrzec jakiekolwiek symptomy kreowania bańki cenowej, czy też początków odrywania cen od fundamentów.

Jeśli ta korelacja wraz z obowiązującymi proporcjami zostanie utrzymana w czasie, a absolutnie nic na dziś dzień nie wskazuje na to, by miało być inaczej, dość łatwo jest przewidzieć średnią cenę mieszkania deweloperskiego w 2024 roku. Jeżeli wzrost płacy minimalnej ponad dwukrotnie przyspieszy w stosunku do dotychczasowej dynamiki, a w efekcie wyniesie bez mała 80 proc. w latach 2019-2024, musi to skutkować analogicznym  impulsem wzrostowym średniej płacy, a następnie także cen mieszkań (wykres linie przerywane). Na tej podstawie można z grubsza oszacować średnią zwyżkę przeciętnej pensji oraz cen mieszkań w Polsce do roku 2024 o minimum 50-60 proc. W ten sposób podszyte dziś ironią dyżurne hasło mieszkaniowego boomu z lat 2006-2008 „Kupuj! Taniej nie będzie”, powraca niczym bumerang, niestety tym razem już całkiem na poważnie.

 Mieszkaniowa drożyzna a cenowa bańka

Jak więc widać, nawet w pełni obiektywne odczucie drożyzny na rynku mieszkaniowym, z jakim zapewne mamy do czynienia obecnie, nie musi oznaczać, że trwa pompowanie cenowej bańki. Bardzo trudno byłoby też znaleźć w pełni wiarygodne argumenty za takim stanem rzeczy w aktualnej sytuacji rynkowej. Silnie w kraju utrwalona korelacja pomiędzy średnią ceną mieszkań a poziomem płac, jest tylko jednym z szeregu argumentów zdecydowanie osłabiających retorykę narastania ryzyka bańki. Natomiast jeżeli dochodzi do powszechnej medialnej komunikacji tego typu zagrożenia, tak jak to się właśnie dzieje, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest utrzymanie w dłuższym terminie tendencji wzrostowej cen, a co gorsza nawet jej przyśpieszenie.

Bynajmniej nie oznacza to jednak braku ryzyka inwestycyjnego na krajowym rynku mieszkaniowym. Wręcz przeciwnie, wraz ze wzrostem cen mamy obecnie sytuację proporcjonalnie rosnących problemów wszelkiej maści. Ryzyko interwencji rządowej na rynku kredytów mieszkaniowych w ramach walki z wyimaginowaną bańką, ryzyko wzrostu stóp procentowych, ryzyko przesilenia na rynku wynajmu, czy też ryzyko wprowadzenia podatku katastralnego, to tylko wybrane pozycje z katalogu grożących uczestnikom rynku nieruchomości mieszkaniowych zagrożeń.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Hakerzy wyłudzają miliardy dolarów haraczu. FBI otrzymuje 1,3 tys. zgłoszeń dziennie

FBI w najnowszym raporcie zdradza, że otrzymuje ponad 1,3 tys. zgłoszeń o popełnieniu cyberprzestępstwa każdego dnia. Najczęściej chodzi o phishing. Xopero Software, producent rozwiązań do backupu danych z kolei przypomina, że jest on również najchętniej wykorzystywanym wektorem ataków ransomware. A te, tylko w 2019 roku wygenerowały globalne szkody dla biznesu szacowane na 11,5 mld dolarów!

Cyberprzestępcy podwajają liczbę udanych oszustw internetowych. Tylko w minionym roku na biurka agentów FBI spłynęło 467 361 zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa internetowego – to ponad 1300 zdarzeń dziennie! Według tego samego raportu biznes i użytkownicy indywidualni zapłacili przestępcom 3,5 mld dolarów. I to tylko w wyniku takich sztuczek jak phishing, Business Email Compromise (BEC), romance scam czy wyłudzenia.

Same ataki BEC przyniosły im 1,7 mld dolarów. Wyjaśniamy – ataki Business Email Compromise to kampanie mailowe, w których przestępcy podszywają się pod osoby zarządzające przedsiębiorstwami, aby skłonić pracownika lub kontrahenta do wykonania przelewu pieniężnego na wskazane konto bądź ujawnienia poufnych informacji. Taka wiadomość nie zawiera żadnych załączników przez co omija zabezpieczenia i nie budzi podejrzeń.

Zwycięzca w kategorii – największa ilość zgłoszeń

W niechlubnej kategorii największej ilości zgłoszeń wciąż zwycięża phishing. Niestety, nadal nabieramy się na kampanie mailowe ze złośliwymi załącznikami lub linkami. Klikamy w fałszywe faktury, listy przewozowe czy linki do śledzenia paczki. Nawet, gdy ich w ogóle nie zamawialiśmy.

Skuteczność phishingu może wynikać z braku szkoleń pracowników i nie mówimy tutaj jedynie o dziale IT, ale o wszystkich, którzy mają dostęp do systemów komputerowych – mówi Grzegorz Bąk, Presales Engineer w Xopero Software.

Największe straty dla biznesu – ransomware na podium

Chociaż przestępstw w sieci jest więcej i generują coraz większe straty nie oznacza to, że hakerzy znaleźli nowy sposób na przeprowadzanie ataków. Można powiedzieć, że wciąż „pracują” na starych, dobrych i sprawdzonych metodach.

A jedną z nich jest ransomware. W 2019 roku do ataków szyfrujących dochodziło co 14 sekund. Szacuje się, że do 2021 roku czas ten skróci się do 11 sekund. Z raportu Cyberbezpieczeństwo: Trendy 2020 wynika, że ransomware wywołuje poważny niepokój u 79,8% małych i średnich firm, a ponad 50% firm otwarcie przyznaje, że nie jest przygotowanych na atak hakerów.

Nic dziwnego, ransomware wciąż generuje rekordowe straty dla biznesu. Tylko w zeszłym roku globalnie kosztował firmy 11,5 mld dolarów. Do tych kosztów zaliczamy wartość zniszczonych/skradzionych danych, koszty przestoju, utraconej produktywności, postępowania karne czy utratę reputacji.

Na baczności powinny mieć się nie tylko prywatne przedsiębiorstwa, ale też instytucje publiczne. Przypomnijmy: w 2019 roku ofiarami ataków ransomware padły Urząd Gminy w Kościerzynie, Urząd Gminy w Lututowie oraz klinika dziecięca “Budzik”. Dlaczego to właśnie instytucje i organizacje  publiczne pojawiły się na celowniku cyberprzestępców? Dostarczają one ogromne ilości danych dotyczących milionów ludzi, a z reguły korzystają z przestarzałych i łatwych do obejścia technologii, co dla przestępców oznacza niekiedy szybki i prosty zysk, który wart jest swojego ryzyka.

Ransomware zaczyna wkraczać na nową drogę, która niesie za sobą zdecydowanie poważniejsze konsekwencje. Poza procesem szyfrowania danych lub nawet zamiast szyfrowania, wykrada on ważne i poufne dane. Następnie przestępcy grożą opublikowaniem tych informacji, jeśli ofiara nie zgodzi się na płatność okupu. Oznacza to dla niej poważne problemy – począwszy od utraty zaufania wśród swoich klientów, przez możliwe konsekwencje z tytułu RODO – zwraca uwagę Grzegorz Bąk, Presales Engineer w Xopero Software – Ofiarą w tym przypadku staje się także osoba, której dane zostały wykradzione, gdyż mogą być przedmiotem dalszych nadużyć – dodaje.

Ransomware atakuje już od ponad 30 lat i wciąż nie zwalnia tempa. Przewiduje się, że w tym roku nie tylko zwiększy się częstotliwość ataków, ale również skala strat, jakie wywołuje. Koncentracja na biznesie i organizacjach publicznych, ransomware-as-a-service, rozwój ataków szyfrujących na urządzenia mobilne oraz rozwój praktyk leakware – to najważniejsze aspekty, na które należy się przygotować w tym roku.

Inwestowanie na giełdzie wraca do łask. Liczba rachunków inwestycyjnych rośnie

Rosnąca inflacja i wciąż niskie stopy procentowe, a wraz z nimi oprocentowanie lokat powodują, że osoby trzymające oszczędności na depozytach realnie tracą, zamiast zarabiać. Dlatego też po latach odwrotu Polacy znów zaczynają się interesować akcjami na warszawskim parkiecie. Liczba rachunków inwestycyjnych w ostatnich miesiącach rośnie, wprawdzie nieznacznie, ale od 2012 roku spadała. Temu zainteresowaniu nie sprzyja zachowanie indeksu WIG20, ale małe i średnie spółki, rynek alternatywny i coraz szerszy dostęp do akcji zagranicznych spółek mogą być szansą na zwroty z inwestycji.

– Wszyscy bardzo byśmy sobie życzyli, żeby liczba inwestorów indywidualnych z roku na rok rosła. Ostatnie lata pokazują, że niestety tak nie jest, ale też zachowanie rynku temu nie sprzyja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Emil Łobodziński, analityk Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego. – Oczywiście zmieniają się rynki, bo teraz możemy więcej inwestować za granicą, pojawiają się nowe usługi w postaci chociażby doradztwa inwestycyjnego. Takie czynniki pomagają, natomiast nowych inwestorów nie przyciągną. Jeżeli na polskim rynku będzie hossa, to zainteresowanie wzrośnie. Z drugiej strony przed nami jest duża praca organiczna, u podstaw, czyli edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja.

Do pierwszej połowy 2012 roku, mimo kryzysu z końca pierwszej dekady XXI wieku i załamania w sierpniu 2011 roku, liczba rachunków inwestycyjnych w Polsce rosła, osiągając rekordową jak dotąd liczbę 1,53 mln. Potem jednak zaczęła się zmniejszać, by siedem lat później spaść do 1,24 mln. W dodatku aktywnych jest tylko kilkanaście procent z nich. Jednak z rynku dochodzą pierwsze sygnały, że trend zaczyna się odwracać. Przy inflacji rzędu 4,4 proc. (w styczniu) i oprocentowaniu lokat na poziomie ok. 1 proc. depozyty przynoszą bowiem realne straty. Na koniec 2019 roku w Polsce było 1245 tys. rachunków, o 3 tys. więcej niż pół roku wcześniej.

Najlepszą metodą na przyciągnięcie inwestorów na rynek jest pokazanie, co oni z tego mogą mieć. Przykładowo, posiadając akcje danej spółki, po pierwsze, możesz zarobić na wzroście kursu, po drugie, możesz zarobić na dywidendzie, po trzecie, uczysz się, a po czwarte, możesz taniej kupić produkt danej spółki, bo jako akcjonariusz masz zniżkę – wylicza Emil Łobodziński. – Uświadomienie ludziom, jakie są korzyści z tego, że oni zaczną się interesować tym rynkiem, może ich przyciągnąć. Historycznie widać, że magnesem na pewno jest zachowanie rynku. Jeżeli w danym roku notowaliśmy bardzo dużą stopę zwrotu, np. 30 proc., to faktycznie zainteresowanie ludzi zdecydowanie wtedy rosło.

Na takie zwroty na polskiej giełdzie na razie się nie zanosi. W ciągu ostatnich 12 miesięcy indeks największych spółek WIG20 stracił ponad 9 proc. Jednak w przypadku średnich spółek było to już tylko 0,5 proc., a indeks małych spółek wzrósł o niemal 12 proc. Mimo to udział inwestorów indywidualnych w obrotach jest dwa razy niższy niż dekadę temu i wynosi 13 proc. Znacznie lepiej jest na rynku NewConnect, gdzie to właśnie ta grupa dominuje z 84-proc. udziałem.

 Na tle rynków zachodnich krajowy inwestor nadal dysponuje relatywnie małym kapitałem. To wynika z uwarunkowań historyczno-kulturowych, natomiast z drugiej strony na pewno rośnie wiedza inwestorów. To widać chociażby po tym, że zaczynają się coraz bardziej dopytywać o rynki zagraniczne, które jednak nie są wyborem inwestora, który dopiero co przyszedł na rynek, tylko raczej tych, którzy już od pewnego czasu są i szukają czegoś innego – komentuje analityk Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Domy maklerskie oferują także coraz większe możliwości inwestowania za granicą. Amerykański indeks S&P 500 bije kolejne rekordy, a tylko w ciągu ostatniego roku zyskał ponad 21,5 proc.

– Na rynkach zachodnich zachęcanie inwestorów to również był długotrwały proces. U nas też jest to kwestia połączenia edukacji, rosnących dochodów społeczeństwa z rosnącą zdolnością do oszczędzania i chęcią inwestowania. W dłuższym terminie to będzie powodowało, że tych inwestorów będzie więcej – podkreśla Emil Łobodziński.

Jak wynika z „Ogólnopolskiego Badania Inwestorów 2019” Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych statystyczny polski inwestor to mężczyzna w wieku 41–42 lata. Inwestuje od ośmiu lat (duża grupa – prawie 40 proc. – jest na rynku dopiero od pięciu lat), zwykle samodzielnie, najczęściej w akcje. Jego kapitał to najczęściej nieco ponad 50 tys. zł, a w portfelu ma do siedmiu spółek. Już ponad połowa inwestorów przyznaje, że zakupione akcje trzyma ponad rok – po raz pierwszy odsetek takich odpowiedzi przekroczył 50 proc. Dla porównania, statystyczny inwestor w Niemczech ma 52 lata, inwestuje od 22 lat, zwykle długoterminowo, w akcje spółek dywidendowych i ma w portfelu ok. 19 akcji.

Ponad 9 tys. elektrycznych aut na drogach. Polska jednym z nielicznych krajów bez dopłat do ich zakupu

Uruchomienie rządowych dopłat do zakupu pojazdów elektrycznych będzie istotnym wsparciem dla wzrostu sprzedaży. Mimo to rząd zapowiedział, że będą one niższe, niż pierwotnie zakładano. – Jesteśmy jednym z ostatnich państw, które nie wprowadziły jeszcze takiego systemu – mówi Maciej Mazur z PSPA. Do rozwoju tego segmentu rynku motoryzacyjnego z pewnością przyczyniłoby się również wprowadzenie e-taryfy za energię elektryczną, dzięki której operatorom stacji ładowania będzie się opłacało w nie inwestować, oraz wdrożenie do polskiego prawa unijnej dyrektywy, która zapewni infrastrukturę do ładowania w budynkach mieszkalnych i użyteczności publicznej.

Jak pokazuje ostatni „licznik elektromobilności” uruchomiony przez PSPA i PZPM, z końcem stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 9099 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. 60 proc. z nich (5415 sztuk) stanowiły pojazdy w pełni elektryczne, a pozostałą część (3684 sztuk) hybrydy typu plug-in. Tylko w styczniu na polskim rynku zarejestrowano 462 nowe auta z napędem elektrycznym, co stanowi blisko 200-proc. wzrost w porównaniu ze styczniem 2019 roku.

Jesteśmy cały czas na początkowym etapie rozwoju elektromobilności i wciąż jest wiele do zrobienia, żeby dojść do poziomu miliona samochodów elektrycznych. Jesteśmy w stanie osiągnąć go dopiero po 2030 roku. Ale i to będzie wymagać wytężonej pracy – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Mazur, prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Przy optymalnym wykorzystaniu środków z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu do 2025 roku liczba elektryków w optymistycznym wariancie może sięgnąć ok. 300 tys. – szacują PSPA i firma doradcza Frost & Sullivan w raporcie „Polish EV Outlook 2019”. Osiągnięcie poziomu miliona elektryków jest możliwe pięć lat później i przy dodatkowym wsparciu, np. czasowym zwolnieniu z VAT.

Decydujące dla tej liczby będą jednak właśnie dopłaty z FNT. Były resort energii zaproponował dopłatę w wysokości 37,5 tys. zł do zakupu pojazdu elektrycznego i 150 tys. zł do infrastruktury ładowania, ale już mówi się o ich ograniczeniu nawet o połowę.

Potrzebujemy stabilnych przepisów, które pozwolą jasno stwierdzić, w którym kierunku zmierzamy. Są też wyzwania związane ze specjalną taryfą dystrybucyjną, tzw. e-taryfą, której wprowadzenie postulujemy. Ona odciąży tych, którzy rozwijają ten rynek na pierwszym etapie, czyli  operatorów stacji ładowania – mówi Maciej Mazur.

W przypadku szybkich ładowarek na prąd stały o mocy 50 kW, które są niezbędne do poruszania się samochodami elektrycznymi na dłuższych trasach, stałe opłaty dystrybucyjne za energię elektryczną wynoszą obecnie ok. 1 tys. zł miesięcznie i są zbyt wysokie dla operatorów infrastruktury ładowania. To w praktyce uniemożliwia rozbudowę infrastruktury na większą skalę, konieczną do szerszej popularyzacji elektryków, i stanowi w Polsce jedną z głównych barier dla rozwoju niskoemisyjnego transportu.

Co istotne, operatorzy sieci stacji ładowania w innych krajach UE (np. we Francji czy Holandii) ponoszą niższe koszty utrzymania infrastruktury. Dlatego też PSPA – wspólnie z przedstawicielami branży – złożyło do resortu energii projekt zmian, które mają na celu utworzenie specjalnej e-taryfy dla elektromobilności, pozbawionej stałej opłaty dystrybucyjnej przy trzykrotnie wyższych opłatach zmiennych dystrybucyjnych.

Zaproponowaliśmy specjalną, progresywną e-taryfę, która będzie dopasowana do tego, w jakim momencie znajduje się rynek – mówi Maciej Mazur.

Jak podkreśla, ważna dla rynku jest również implementacja unijnej dyrektywy EPBD 2018/844, na co Polska ma czas do 10 marca br. Zgodnie z nowymi przepisami w budynkach mieszkalnych, zarówno nowych, jak i poddawanych renowacji, będzie wymagana odpowiednia infrastruktura kanałowa, umożliwiająca zainstalowanie na późniejszym etapie okablowania i punktów ładowania pojazdów elektrycznych. Z kolei w przypadku budynków niemieszkalnych dyrektywa nakazuje zapewnienie minimalnej liczby punktów ładowania.

Każdy nowy obiekt użyteczności publicznej będzie musiał 20 proc. miejsc przygotować pod rozwój elektromobilności – mówi Maciej Mazur.

Implementacja europejskiej dyrektywy do polskiego prawodawstwa jest istotna o tyle, że – według „Barometru Nowej Mobilności 2019/2020” – aż 92 proc. kierowców samochodów elektrycznych preferuje ładowanie swoich pojazdów właśnie w miejscu zamieszkania.

Do rozwiązania wciąż pozostają też kwestie związane z podatkami, rozliczaniem energii elektrycznej, gdy w domu chcemy ładować służbowy samochód elektryczny – wskazuje prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Niezależnie od tego, czy będziemy mieć milion czy 300 tys. elektryków, wciąż trzeba zrobić bardzo wiele, żeby te cele zrealizować, bo polskie miasta i ich mieszkańcy potrzebują zeroemisyjnego transportu. To nie są skomplikowane rzeczy, tylko małe kroczki, które  trzeba wykonać, żeby zdynamizować cały proces.

Jak podkreśla prezes Krajowej Izby Gospodarczej Andrzej Arendarski, rozwój elektromobilności to również wyzwanie dla polskich firm z branży motoryzacyjnej. W interesie producentów samochodów i podzespołów samochodowych jest to, aby aktywnie włączyć się w ten proces.

Upatruję szans dla polskiego przemysłu w kooperacyjnym włączeniu się do całego łańcucha dostaw dla elektromobilności. My już w tej chwili to robimy: produkujemy zarówno samochody jako wytwór finalny, jak i mnóstwo podzespołów, z którymi jeżdżą najbardziej znane marki na świecie. Podobnie widzę przyszłość polskiego przemysłu elektromobilnego – mówi Andrzej Arendarski. – Musimy z jednej strony wyprodukować te samochody, a z drugiej – zapewnić dostęp do energii. I to jest wciąż wielki problem, żeby była to energia czysta, niepochodząca z węgla i dystrybuowana w całej Polsce tak, żeby każdy właściciel samochodu elektrycznego nie miał problemów z naładowaniem akumulatora.

Eksperci: Obowiązkowa mediacja przedsądowa w sprawach frankowych utrudni dochodzenie praw i zwiększy koszty

Coraz częściej pojawiają się pomysły na wprowadzenie obowiązku mediacji między klientem a bankiem jeszcze przed złożeniem pozwu. To miałoby odciążyć sądy, np. w sprawach frankowych. Jednak prawnicy uważają, że takie rozwiązanie utrudni dochodzenie praw. Wydłuży drogę sądową i zwiększy koszty prowadzenia postępowań. Może też finalnie przynieść gorsze warunki ugodowe. Ponadto jeszcze bardziej sparaliżuje już niewydolny wymiar sprawiedliwości. Eksperci dodają, że sytuacja jest dość niebezpieczna. Dlatego sugerują, że mediacja jednak powinna być dobrowolna.

Słabe „plusy”

W ocenie Ministerstwa Sprawiedliwości, pożądane jest każde rozwiązanie, które usprawni pracę sądów, także poprzez ograniczenie ich obciążenia. Niezależnie od tego mediacja, rozumiana jako fachowa pomoc w rozwiązaniu sporu prawnego, jest także elementem łagodzącym napięcia społeczne. To zostanie wzięte pod uwagę przez kierownictwo resortu przy podejmowaniu decyzji co do ewentualnych zmian w procedurze cywilnej.

– Obowiązkowa mediacja to pomysł na rozmydlanie tematu i grę na czas. Obecnie banki próbują wszelkich metod na wydłużenie postępowań. Klienci, którzy złożyli pozwy, w większości próbowali porozumiewać się z nimi w drodze reklamacji czy też zawezwania do próby ugodowej przed sądem. W mojej opinii, takie rozwiązanie jeszcze bardziej zapcha już niewydolny wymiar sprawiedliwości – mówi Arkadiusz Szcześniak, prezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu (SSBB).

Natomiast adwokat Anna Wolna-Sroka z Kancelarii Adwokackiej dr Jacek Czabański i Partnerzy przewiduje, że wprowadzenie obowiązkowej przedsądowej mediacji utrudni konsumentom dochodzenie ich praw. Wydłuży drogę sądową, a także zwiększy koszty prowadzenia spraw. Postępowanie mediacyjne jest płatne, a wynagrodzenie mediatora może wynieść nawet 2 tys. zł. Według eksperta, korzystanie z tego rozwiązania powinno być dobrowolne. Oczywiście ma ono swoje plusy, o czym też nie wolno zapominać. Dzięki niemu można np. uniknąć stresu związanego ze stawiennictwem w sądzie. Należy jednak pamiętać, że ideą ugody jest wzajemne ustępstwo stron, a zatem nie uzyska się tego, co można na podstawie korzystnego wyroku.

– Art. 187 §1 pkt 3 k.p.c. już teraz zobowiązuje do podania w pozwie informacji, czy strony podjęły próbę mediacji lub innego pozasądowego sposobu rozwiązania sporu. W przypadku braku takiego działania należy wyjaśnić, dlaczego do tego nie doszło. Z mojego doświadczenia wynika, że wzywanie banków do rozmów ugodowych jest całkowicie nieskuteczne. W prowadzonych przez nas sprawach nigdy nie otrzymaliśmy pozytywnej odpowiedzi na taką propozycję. Argumentowano, że umowy nie są wadliwe, pomimo wyroków innych sądów czy TSUE – podkreśla adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.

Z kolei radca prawny Barbara Garlacz przekonuje, że frankowicze powinni jak najszybciej składać pozwy, zanim wejdzie w życie ustawa o obowiązkowej mediacji. Według eksperta, banki prędzej czy później będą musiały zawierać ugody z kredytobiorcami występującymi do sądów. Natomiast klienci będący jeszcze na etapie przedsądowym mogą nie wynegocjować dla siebie dobrych warunków ugodowych. Dlatego jest to niebezpiecznym dla nich rozwiązaniem.

– Banki odrzucają jakąkolwiek możliwość zawarcia ugody, ponieważ byłby to sygnał dla kolejnych tysięcy kredytobiorców, że warto wystąpić z roszczeniami. Z uwagi na masowy charakter tego typu spraw jest to odmienna sytuacja niż w innych sporach, w których obie strony mogą ustąpić bez dalszych konsekwencji. W przypadku banków stanowisko zajęte w jednej sprawie przekłada się na inne. Chodzi o zniechęcenie jak największej liczby kredytobiorców przed inicjowaniem postępowań – tłumaczy mec. Bartosiak.

Światełko w tunelu

Adwokat Anna Wolna-Sroka z całą stanowczością podkreśla, że frankowicze nie oczekują wprowadzenia obowiązkowej mediacji przedsądowej. Tego typu zapis jedynie utrudni dochodzenie roszczeń w sądzie i będzie stanowił dodatkową barierę prawną. Natomiast mec. Jakub Bartosiak dodatkowo ostrzega przed brakiem skuteczności tego rozwiązania w sprawach frankowiczów. I dodaje, że problemem nie jest pojedyncza sprawa indywidualnego klienta, tylko skala zjawiska rażąco wadliwych umów kredytowych.

– W całej tej kwestii jednak trzeba zaznaczyć, że osoby, które są zagrożone licytacją nieruchomości, mogą oczekiwać obowiązkowej mediacji. Wielokrotnie rozmawialiśmy z prezesami banków o systemowym rozwiązaniu. Niestety sektor bankowy oprotestował każdą możliwą metodę, w tym również zrównanie tych zadłużeń z kredytami złotowymi – dodaje prezes SSBB.

W ocenie adwokata Jakuba Bartosiaka, banki raczej nie czekają na wprowadzenie ww. rozwiązania. Niemniej przedłużenie postępowania choćby o kolejny miesiąc czy dwa jest w ich interesie. Jeśli po ustanowieniu obowiązkowej mediacji jej koszt ponosiliby kredytobiorcy, to mogłoby zniechęcić ich do walki o swoje prawa. Do tego mec. Garlacz dodaje, że banki mogłyby łatwiej wprowadzać frankowiczów w błąd co do kształtującej się linii orzeczniczej, gdyby negocjowali oni ugody bez prawników przed złożeniem pozwów.

– Dwie strony procesu powinny podjąć decyzję, czy są zainteresowane polubownym rozwiązaniem sporu. Warto podkreślić, że na każdym etapie sprawy sądowej można rozpocząć negocjacje ugodowe, które nie będą wiązały się z dodatkową opłatą, a wprowadzenie bariery w postaci obowiązkowych płatnych mediacji jedynie utrudni konsumentom dochodzenie sprawiedliwości w sądzie – podkreśla adwokat Wolna-Sroka.

Na początku grudnia 2019 r. odbyło się spotkanie przedstawicieli Ministerstwa Sprawiedliwości ze Związkiem Banków Polskich, a niedługo zostanie zorganizowane kolejne – ze Stowarzyszeniem Stop Bankowemu Bezprawiu. Ma to pomóc w ustaleniu, czy strony potencjalnych sporów widzą możliwość rozwiązywania ich poza sądem. Decyzję co do ewentualnych dalszych prac podejmie kierownictwo resortu sprawiedliwości w zależności od przedstawionych stanowisk.

– Nie sądzę, aby Ministerstwo Sprawiedliwości mogło uzgodnić stanowisko, które zadowoli obie strony na poziomie ogólnokrajowym. Umowy kredytobiorców, zakres ich wykonania, etapy sporów sądowych, argumentacje w pozwach i indywidualne oczekiwania kredytobiorców są różne. Prawnicy specjalizujący się w tym temacie znają siłę swoich argumentów i powinni rekomendować swoim klientom odpowiednie ugody rzeczywiście dla nich korzystne – dodaje mec. Garlacz.

Media niedawno też donosiły, że kilka banków prawdopodobnie wkrótce złoży propozycję ugód na masową skalę dla frankowiczów. Wśród nich może być m.in. PKO Bank Polski, który informuje, że nie komentuje spekulacji medialnych. Jednak dodaje, że jeśli będzie planował jakiekolwiek zmiany, jak zawsze w pierwszej kolejności poinformuje o tym swoich klientów. Zatem widać, że szansa na szersze porozumienie istnieje.

– Frankowicze którzy są już w sądach, oczekują realnych ugód, ale póki co nie powinni na nie liczyć ze strony banków. Muszą czekać na rozstrzygnięcia sądów. Należy zakładać, że klienci, którzy będą mieli korzystne wyroki albo mocno zaangażują się w swój proces, otrzymają najlepsze warunki ugodowe w ramach postępowań sądowych – podsumowuje Barbara Garlacz.

Szpitale potrzebują 100 mld zł na znaczącą poprawę jakości leczenia. Niezbędne są też zmiany w organizacji pracy

Niedofinansowanie, rosnące koszty i zadłużenie w NFZ, a także brak kadr i zła organizacja pracy – to bariery, które hamują rozwój polskich szpitali, a wraz z nimi również systemu opieki zdrowotnej. – Jest bardzo wiele działań do podjęcia, począwszy od poprawy finansowania. Mówimy o wielkich pieniądzach rzędu 100 mld zł – uważa Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali.

– Polskie szpitale są w różnej kondycji finansowej. Mamy placówki, które osiągają dobry wynik finansowy i nie mają kłopotów kadrowych, ale mamy też placówki, które mają duże problemy. Tych drugich jest oczywiście więcej z uwagi na to, że to są przede wszystkim szpitale działające na pierwszym i drugim poziomie zabezpieczenia w sieci szpitali. Mają one dosyć słabe możliwości finansowe z uwagi na to, że ich budżety są niewielkie – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, członek Pracodawców RP.

Trudną sytuację szpitali skupionych w ramach sieci potwierdza raport NIK. Spośród 29 badanych w 2018 roku placówek większość (23) odnotowała ujemny wynik finansowy, a ich koszty przekraczały przychody. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że zadłużenie wszystkich samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej we wrześniu 2019 roku wynosiło 14,3 mld zł, podczas gdy rok wcześniej – 12,6 mld.

Według raportu Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych w Polsce zobowiązania tego typu placówek od 2015 roku wzrosły z poziomu 1,3 mld zł do 1,7 mld zł na koniec I półrocza 2019 roku. W 2015 roku strata w 120 placówkach wynosiła około 192 mln zł, w 2018 roku było to już 396 mln zł, a szacunki dotyczące pierwszej połowy 2019 roku to już 593 mln zł. Z apelem do resortu zdrowia o natychmiastowe działanie wystąpiła także Polska Unia Szpitali Klinicznych. W ubiegłym roku przeanalizowano sytuację w 32 placówkach klinicznych i okazało się, że ich skumulowany wynik finansowy netto był o 26,2 mln zł niższy niż w 119 szpitalach powiatowych, a zobowiązania krótkoterminowe o 1,1 mld zł wyższe.

Odpowiedzią na te problemy mają być rosnące nakłady na służbę zdrowia. Zgodnie z ustawą przyjętą w 2018 roku w 2024 roku mają one sięgnąć 6 proc. PKB.

– Nasze oczekiwania są bardzo wysokie w stosunku do tego, ile jako społeczeństwo przeznaczamy na ochronę zdrowia. Zatem mamy dwa wyjścia: albo zweryfikować te oczekiwania i znacznie je obniżyć, co uważam za niemożliwe, albo też podjąć walkę na wszystkich frontach, aby polskie szpitalnictwo miało się dużo lepiej. Tych działań jest bardzo wiele, począwszy od znacznej poprawy finansowania. Mówimy o pieniądzach rzędu 100 mld zł, które pozwoliłyby naszym szpitalom dzisiaj dokonać skoku w tę przestrzeń, której oczekuje społeczeństwo – mówi Jarosław Fedorowski.

Zadłużenie szpitali powiatowych wynika m.in. z rosnących kosztów kadrowych. Według szacunków Związku Powiatów Polskich szpitale na wynagrodzenia w 2018 roku wydały 83 proc. swoich przychodów, a w 2019 roku ten odsetek mógł sięgnąć 90 proc. Podobnego zdania jest Polska Unia Szpitali Klinicznych, która ocenia, że zmieniające się regulacje płacowe zdegradowały system płac w szpitalach. Dyrektorzy obawiają się zapowiedzianej w 2020 roku podwyżki płacy minimalnej, która ich zdaniem wymusi kolejne roszczenia płacowe.

– Bardzo dużo pieniędzy wydajemy na kadry. Z jednej strony mamy niedobory, ale z drugiej – także duże problemy z organizacją pracy i optymalnym wykorzystaniem czasu personelu. Lekarze wykonują czynności, które może wykonać pielęgniarka, a pielęgniarki wykonują czynności, które może wykonać asystent medyczny. W sferze organizacyjnej jest sporo do zrobienia – mówi prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Inny obszar oszczędności, który jednak wymaga na początku sporych nakładów, to transformacja cyfrowa szpitali. Prezes ocenia, że elektroniczną dokumentację prowadzi około 60 proc. placówek. Dobrze zinformatyzowane są obszary administracyjne, takie jak księgowość czy gospodarka zasobami szpitala, ale problem jest z dokumentacją medyczną.

Przenoszenie zasobów do wersji elektronicznych wymaga pieniędzy i nakładów pracy, a tych brakuje. Problemem są też sami informatycy – szpitale z niewielkimi budżetami nie mogą konkurować z dużymi korporacjami w przyciąganiu do pracy specjalistów z branży IT.

– Kolejny obszar wyzwań jest związany z kosztami obsługi działalności szpitala, np. utylizacji śmieci, serwisowania aparatury medycznej czy utrzymywania czystości – wymienia Jarosław Fedorowski.

Polska Federacja Szpitali zwraca uwagę również na zmianę podejścia – odejście od myślenia oddziałowego, które określa szpital jako zbiór oddziałów różnych specjalności, w kierunku myślenia wieloprofilowego. Taki model sprawdza się w innych krajach i można go wdrażać również w Polsce.

– Kolejną sprawą jest współpraca szpitali i medycyny ambulatoryjnej. Szpitale nie zajmują się tylko hospitalizacją, bo wiele z nich prowadzi ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, POZ. Tutaj widziałbym pewną szansę w konsolidacji i tworzeniu konsorcjów opieki koordynowanej – postuluje prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Na początku lutego Narodowy Fundusz Zdrowia przedstawił Kodeks dobrych praktyk zarządczych w szpitalach przygotowywany przez ponad rok wspólnie z Polską Federacją Szpitali.

Stwierdziliśmy, że skoro są szpitale, w których stosowane są dobre praktyki – czy to z obszaru informatyzacji, czy zarządzania, księgowości i finansowania, zarządzania kadrami – to warto je popularyzować, zebrać w kodeks i przedstawić innym szpitalom – mówi Jarosław Fedorowski.

Z kodeksu wynika, że zmiany w zarządzaniu placówkami medycznymi zwiększają zaufanie pacjentów, skracają czas hospitalizacji i przynoszą oszczędności.

Wystąpienie prezesa Fed utrwaliło oczekiwania na stabilizację stóp procentowych w USA

Prezes Fed w czwartek (13.02.2020) wygłosił przed Izbą Reprezentantów półroczny raport na temat polityki monetarnej. Podczas wystąpienia J. Powell powiedział, że gospodarka rozwija się w umiarkowanym tempie, a czynniki wspierające wydatki gospodarstw domowych są solidne. W kontekście prowadzonej polityki pieniężnej dodał, że obecne stanowisko Fed skupia się na wsparciu dalszego wzrostu gospodarczego, silnego rynku pracy oraz powrotu inflacji do celu na poziomie 2%. Jego zdaniem tak długo, jak napływające informacje o gospodarce będą zasadniczo zgodne z prognozami Fed, obecne stanowisko polityki pieniężnej prawdopodobnie nie zmieni się. Odnosząc się do ryzyka związanego z rozprzestrzenianiem się koronawirusa prezes

J. Powell powiedział, że Fed uważnie monitoruje rozwój epidemii i będzie oceniać jej skutki dla krajowej i światowej gospodarki.

W ubiegłym tygodniu GPW w Warszawie zanotowała lekki wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości w ciągu tygodnia 0,14%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco wyższy wzrost równy 0,24%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 zyskał na wartości 0,99%, natomiast mWIG40 lekko osłabił się – o 0,43%.

Na tle powyższego, nasz fundusz Superfund UCITS Green Financial Futures stosując aktywne zarządzanie portfelem dostarczył inwestorom nieco wyższy zysk: + 1,06%.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z Polski. W środę (19.02.2020) poznamy dane o dynamice zatrudnienia oraz o średnim i przeciętnym wynagrodzeniu. W czwartek (20.02.2020) będą ujawnione dane o produkcji przemysłowej. Z kolei w piątek (21.02.2020) poznamy dane o produkcji budowlano-montażowej oraz sprzedaży detalicznej.

Interesujące dane będą również napływały ze Stanów Zjednoczonych. W środę (19.02.2020) zostanie upubliczniony protokół z posiedzenia FOMC. Natomiast w piątek (21.02.2020) poznamy indeks PMI dla przemysłu oraz usług.

Również nie można pozostawić bez uwagi publikacje protokołu posiedzenia ECB, którą oczekuje się w czwartek (20.02.2020) oraz wstępny odczyt indeksów PMI dla przemysłu i usług w Strefie Euro, który poznamy w piątek (21.02.2020).

Departament Zarządzania i Analiz, SUPERFUND TFI S.A.

Węgiel zalega na hałdach, a koszty wydobycia wciąż rosną

Jak informuje Ministerstwo Aktywów Państwowych, od stycznia do listopada ub.r. wydobyto ponad 56 mln ton węgla kamiennego i 46 mln ton brunatnego. Wiele wskazuje na to, że wyniki z pełnych 12 miesięcy będą niższe w porównaniu z tymi z 2018 roku. Zdaniem ekspertów, w Polsce zmierzamy w kierunku kryzysu energetycznego. W efekcie za ok. 10 lat mogą nastąpić wyłączenia. Rosną też koszty wydobycia. Z kolei import pozostaje wciąż tańszym rozwiązaniem. Odejście od węgla wydaje się być nieuniknione, jednak nie nastąpi to z dnia na dzień. I będzie wymagało dużych nakładów finansowych.

Z danych Ministerstwa Aktywów Państwowych wynika, że w Polsce wydobycie węgla kamiennego wyniosło 56,69 mln ton, a brunatnego – 46,38 mln ton. To podsumowanie jedenastu miesięcy ubiegłego roku. Natomiast w całym 2018 roku było odpowiednio 63,38 mln ton oraz 58,57 mln ton. Z kolei w statystykach Jastrzębskiej Spółki Węglowej z 2019 roku pojawia się 14,76 mln ton, a z wcześniejszego roku – 15,01 mln ton. W przypadku LW Bogdanka wydobycie 2 lata temu wyniosło 9 mln ton, a w ubiegłym roku – 9,4 mln ton.

– W Polsce zmierzamy w kierunku kryzysu energetycznego. Według prognoz rządowych, to nie jest sprawa natychmiastowa, ale za około 10 lat mogą nastąpić wyłączenia prądu. Obecna sytuacja ma związek nie tylko ze spadkiem wydobycia węgla, ale też z małymi przyrostami produkcji energii w oparciu o inne metody, a więc o wiatr i fotowoltaikę – komentuje prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

Prawdopodobny spadek wydobycia rok do roku nie jest zaskoczeniem dla prof. Krystyny Bobińskiej. Ekspert z Instytutu Sobieskiego w dziedzinie gospodarki i energetyki podkreśla, że zasoby węgla brunatnego kończą się w Bełchatowie. Natomiast w przypadku węgla kamiennego spada eksport. W związku z tym część wydobytego surowca leży na hałdach, a z drugiej strony rośnie import z dużo tańszych źródeł. U nas węgiel kosztuje 70-80 dolarów za tonę, a w Rosji – 60.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista

– W Polsce rosną koszty wydobycia, szczególnie węgla kamiennego. Mamy do czynienia z coraz trudniej dostępnymi złożami. Więcej trzeba też płacić za energię potrzebną w kopalniach. Do tego koszty pracy są coraz wyższe. Konkurencja zewnętrzna pozostaje tańsza i to powoduje, że w Polsce wydobywa się mniej węgla. W dalszym ciągu będą rosły wynagrodzenia, choć może tempo wzrostów spadnie. Do tego dojdą podwyżki cen energii. Choćby z tytułu tych dwóch elementów będą zwiększały się koszty pozyskiwania surowca – mówi ekonomista Marek Zuber.

Jak zaznacza prof. Gomułka, z własnych surowców energetycznych produkujemy około 70% energii. To nowa sytuacja, bo jeszcze parę lat temu była mniejsza zależność od importu, zwłaszcza z Donbasu. Natomiast prof. Bobińska podkreśla, że sprowadzanie tego surowca w stosunku do zimy 2017-2018 spadło. Ponadto Minister Sasin wydał ostatnio zakaz importu węgla przez państwowe podmioty gospodarcze. Ekspert z Instytutu Sobieskiego stwierdza, że obecna władza dąży do utrzymania prawie pełnej samodzielności energetycznej, co jest słusznym kierunkiem ze względu na bezpieczeństwo energetyczne.

– Rząd nie przyjął jak dotąd jakiegoś długofalowego planu w obszarze produkcji energii elektrycznej. Do niedawna jeszcze było przekonanie, że podstawowym surowcem może być węgiel. Ostatnie poważne reformy przeprowadził rząd Jerzego Buzka. I od tego czasu niewiele się działo, dlatego odbiegamy od Europy Zachodniej. Wielka Brytania ma zaprzestać produkcji energii elektrycznej w oparciu o węgiel już w 2025 roku, natomiast Niemcy mówią o latach 2038-2040 – dodaje główny ekonomista BCC.

Według prof. Bobińskiej, spadek produkcji generalnie nie może się bezpośrednio przełożyć na wzrost ceny węgla, ponieważ sporo jest go na hałdach. Ponadto zima była wyjątkowo ciepła, w związku z tym popyt na energię elektryczną znacząco zmalał. Doszła do tego decyzja ArcelorMittal, ws. zamknięcia w listopadzie zakładu przemysłowego w Nowej Hucie. A to był ważny odbiorca tego surowca. Produkcja powróci tam dopiero w marcu.

– Podczas niedawnej dyskusji w Narodowej Radzie Rozwoju wypowiadał się jeden z ekspertów. Stwierdził, że zasoby węgla w Polsce pod ziemią są bardzo duże, nawet na jakieś 200 lat. Ale wybudowanie nowych kopalni to jest sprawa nawet kilkunastu lat – podkreśla prof. Gomułka.

Natomiast ekspert z Instytutu Sobieskiego zwraca uwagę na sprawę budowy kopalni węgla brunatnego w Złoczewie, o czym mówi się m.in. w kontekście spełnienia wymagań UE. I jak dodaje, to nie jest głupi pomysł, ponieważ dopiero do roku 2050 roku mamy uzyskać neutralność energetyczną. Taka kopalnia wyczerpie się w ciągu maksymalnie 20 lat. To byłoby dla nas opłacalne, bo węgiel brunatny jest najtańszym źródłem energii w Polsce.

– Mieliśmy gigantyczny projekt australijski z gotowym biznesplanem dotyczącym wydobycia węgla na południe od Lublina. On powstał przy wyraźnie niższej cenie węgla niż dzisiaj. I wskazywał na dużą rentowność przedsięwzięcia. Jednak wiązał się z bardzo dużymi, wielomiliardowymi inwestycjami, żeby zwiększyć wydobycie. Ponadto ten projekt nie był specjalnie kochany na Śląsku z uwagi na konkurencję – zwraca uwagę Marek Zuber.

Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC
Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC

Z kolei prof. Gomułka zaznacza, że sytuacja Polski coraz bardziej zależy od importu węgla i energii, a to niewątpliwie jest problemem. Ekspert nie wyklucza, że w najbliższych latach nastąpi poszerzenie wydobycia w oparciu o istniejące kopalnie. To oczywiście jest związane z rosnącymi kosztami, a import pozostaje tańszy. Są też plany z wykorzystaniem innych metod niż węgiel. Zdaniem głównego ekonomisty BCC, najbliższe 10 lat to czas rosnących cen energii, a później nawet konieczności dużego jej importu lub wyłączeń dostaw prądu.

– Koszty rezygnacji z węgla kamiennego czy brunatnego i próba wejścia w obszar energii odnawialnej czy atomowej wynoszą setki miliardów złotych. Takie zmiany nastąpią, ale raczej w perspektywie 50 lat, a nie pięciu. Nie mamy innego wyjścia, bo ten kierunek nadała UE. Pojawiają się głosy ze strony Ursuli von der Leyen i innych europejskich polityków, że trzeba pomóc Polsce w tym procesie. Jednak czas pokaże jak to będzie finalnie wyglądało – podsumowuje ekonomista Marek Zuber.

Pracownicy z Ukrainy mogą liczyć na coraz większe zarobki i benefity. Tylko 8 proc. z nich myśli o zamieszkaniu w Polsce na stałe

Już co piąta polska firma zatrudnia pracowników z Ukrainy – wynika z Barometru Imigracji Zarobkowej za II półrocze 2019 roku. Większość pracuje na stanowiskach niskiego szczebla, ale rośnie zapotrzebowanie także w obszarze kompetencji specjalistycznych. Dynamicznie rosną też zarobki pracowników ze Wschodu, a w związku z tym, że coraz trudniej ich pozyskać, 17 proc. polskich przedsiębiorców byłoby skłonnych płacić im więcej niż Polakom. – Ukraińcy postrzegają nasz kraj jako atrakcyjny do emigracji zarobkowej, ale przed nami jednak sporo do zrobienia – ocenia Kinga Marczak z Grupy Personnel Service.

 Szacujemy, że pracowników z Ukrainy zatrudnia około 40 proc. dużych firm, co piąta średnia i około 15 proc. małych firm, przy czym tendencja jest wzrostowa – mówi agencji Newseria Biznes Kinga Marczak, dyrektor operacyjny Grupy Personnel Service.

W Polsce pracuje niemal 2 mln osób zza naszej wschodniej granicy. Z Barometru Imigracji Zarobkowej za II półrocze 2019 roku Grupy Personnel Service wynika, że łącznie 18 proc. polskich firm zatrudnia obecnie pracowników z Ukrainy. Zdecydowana większość z nich (72 proc.) oferuje im stanowiska niższego szczebla. W co piątej firmie Ukraińcy pracują na stanowiskach średniego szczebla,  a w kolejnych 4 proc. – na wyższych pozycjach, które wymagają odpowiednich kwalifikacji zawodowych.

– Następuje przesunięcie w stronę bardziej specjalistycznych procesów, zarówno produkcyjnych, jak i usługowych – ocenia Kinga Marczak. – Poszukiwane są kompetencje specjalistyczne w obszarze outsourcingu procesów biznesowych, IT czy medyczne. Jest to bardzo dobra tendencja rozwoju polskiego rynku, która pokazuje, że zmieniamy się z montowni Europy w dojrzały rynek pracy i usług.

Ukraińcy coraz lepiej zarabiają. Co druga firma oferuje im stawkę od 14,7 do 16 zł brutto na godzinę, a 15 proc. – 17–21 zł brutto na godzinę. W co piątej firmie mogą liczyć na ponad 21 zł brutto na godzinę. 65 proc. naszych wschodnich sąsiadów zarabia w Polsce co najmniej 2,5 tys. zł netto miesięcznie, a tylko co dziesiąta – poniżej 2 tys. zł netto.

Widzimy tendencję wzrostu wynagrodzeń prawie do 90 proc. W 2014 roku stawka godzinowa netto wynosiła około 8,4 zł, w tym momencie dzięki tegorocznemu wynagrodzeniu minimalnemu wynosi ona około 13 zł netto i oscyluje do około 17 zł netto przy bardziej wyspecjalizowanych pozycjach, więc ten wzrost jest bardzo dynamiczny – przekonuje ekspertka Personnel Service.

Ukraińcy mogą też liczyć na benefity. Najczęściej pracodawcy decydują się na zapewnienie pomocy w załatwieniu formalności (49 proc.), świadczeń socjalnych (39 proc.) oraz mieszkania (30 proc.). Co piąta firma zapewnia kadrze ze Wschodu darmowy transport do miejsca pracy, a 14 proc. – wyżywienie.

– Pracownik z Ukrainy jest ceniony, często zaprasza się go do pogłębiania swoich kompetencji, kończenia kursów, certyfikatów i to jest naprawdę atrakcyjna oferta. Polska jest krajem najczęściej wybieranym dla emigracji zarobkowej spośród obywateli Ukrainy – ocenia Kinga Marczak.

Jednocześnie rekordowe 46 proc. firm dostrzega, że obecnie trudniej rekrutuje się kadrę ze Wschodu. To o 31 pp. więcej niż w poprzedniej edycji badania. Dlatego coraz więcej pracodawców deklaruje, że byłoby skłonnych płacić Ukraińcom więcej niż Polakom.

– Dla pracowników ze Wschodu to oferta finansowa jest kluczowa i motywuje ich do przyjęcia danej oferty pracy. Tendencja wzrostu wynagrodzeń jest bardziej dynamiczna niż ogólna średnia statystyczna wzrostu wynagrodzeń dla obywateli Polski – tłumaczy dyrektor operacyjny Grupy Personnel Service.

Ukraińcy doceniają Polskę za bliskość geograficzną, kulturową i językową, ale tylko 8 proc. myśli, żeby osiąść w niej na stałe. To, co mogłoby zatrzymać ich w naszym kraju na dłużej, to podniesienie poziomu wynagrodzeń, ułatwienia w legalizacji stałego pobytu i uproszczenie procedur. Sami Ukraińcy podkreślają, że Polska powinna bardziej promować siebie jako dobre miejsce do pracy i życia. Uważa tak 71 proc. z nich.

 Powinniśmy zawalczyć o lepszy wizerunek Polski jako miejsca emigracji zarobkowej na Ukrainie. Nie mamy spójnej polityki migracyjnej, nie pokazujemy wystarczająco wyraźnie naszych atutów, a w końcu Polska to kraj o bardzo stabilnej sytuacji społeczno-ekonomicznej, wysokiej stopie życia w porównaniu do byłego bloku wschodniego, kraj przyjazny kulturowo i językowo – podkreśla Kinga Marczak. – Z punktu widzenia ekonomii i polityki byłoby wskazane, żeby wzmocnić wizerunek Polski i Polaków w przekazie medialnym już na Ukrainie.

Nadmierna biurokracja utrudnia organizacjom pozarządowym dostęp do unijnych funduszy. Tracą ważne źródło finansowania

Wiele organizacji pozarządowych finansuje swoje działania przy wsparciu funduszy unijnych, ale ich wykorzystanie hamują nadmierna biurokracja i niesprawny system informowania o ich dostępności. W przyszłej perspektywie finansowej na lata 2021–2027 NGO-sy chcą bardziej włączyć się w proces dysponowania środkami z unijnego budżetu. Apelują też o ograniczenie papierologii i większą swobodę we wdrażaniu nowatorskich rozwiązań.

Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych oraz Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia” wypracowały pięć postulatów generalnych oraz dwanaście szczegółowych odnoszących się do przyszłej architektury funduszy europejskich. Postulaty zawierają ogólne zasady, które według organizacji powinny obowiązywać w nowym systemie dysponowania funduszami. Wśród nich są m.in. zasady partnerstwa w zarządzaniu środkami oraz równości szans w programowaniu i wdrażaniu funduszy europejskich.

– Unijne fundusze są bardzo ważnym źródłem finansowania dla organizacji pozarządowych – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Domagała, prezes zarządu Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych. – Szczególnie dla takich organizacji, które mają odpowiednie kompetencje, aby prowadzić np. przedszkole, hospicjum oraz świadczyć usługi edukacyjne oraz dla osób z niepełnosprawnościami.

Jak podkreśla, pozyskiwanie funduszy unijnych wiąże się z trudnościami dotyczącymi przygotowania wniosku, rozliczenia projektu, ale pozwalają one na realizację dużo większych przedsięwzięć niż środki finansowe przekazywane przez samorządy lokalne.

– W ramach Europejskiego Funduszu Społecznego Plus w nowej perspektywie finansowej jest do rozdysponowania około 100 mld zł przez siedem lat, a więc są to bardzo duże środki – zauważa Łukasz Domagała. – Myślę, że ta kwota jest wystarczająca. Będą to fundusze na projekty dotyczące m.in. zatrudnienia, ubóstwa, zdrowia i edukacji. Najważniejsze jest to, żeby te pieniądze były łatwo dostępne. Trzeba pamiętać, że organizacje społeczne są najbliżej osób potrzebujących i najbardziej efektywnie rozpoznają potrzeby lokalne.

Dziś często narzekają jednak na nadmierną biurokrację, która nie tylko utrudnia pozyskiwanie unijnego wsparcia, jego rozliczenie, ale też podnosi koszty tego procesu. Dlatego też postulują o uproszczenie procedur na każdym etapie systemu (projektowania, dystrybucji i rozliczania).

– Szefowie organizacji mówią: mieliśmy 10 osób pracujących i musieliśmy zwiększyć kadrę o kolejne pięć–siedem osób, których praca polega właściwie tylko na zajmowaniu się dokumentami. Na pewno miejsce na uproszczenie procedur i zniwelowanie biurokracji jest bardzo duże. Liczymy, że to się uda – mówi Łukasz Domagała. – Kiedyś było dobre rozwiązanie, które częściowo zaczynało się sprawdzać, ale rząd się z niego wycofał, dotyczące małych projektów i możliwości rozliczania ich ryczałtem lub czasem jednym dokumentem.

Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych koncentruje się na tym, aby włączyć organizacje pozarządowe w proces planowania wydatkowania funduszy unijnych oraz w  mechanizm monitorowania, jak są wydawane te środki. Federacja chce zapewnić dostępność, transparentność oraz efektywność w ich wydawaniu i to są najważniejsze wyzwania na najbliższe miesiące. Ponadto potrzebnych jest szereg innych zmian, aby fundusze Unii Europejskiej były lepiej wykorzystane.

– Ważna jest nauka płynąca z obecnego okresu programowania, że punkty informujące o środkach unijnych prowadzone przez administrację publiczną nie spełniły swojej roli – podkreśla Łukasz Domagała. – W poprzednich latach funkcjonował specjalny system regionalnych ośrodków Europejskiego Funduszu Społecznego prowadzony przez same organizacje. Działał on dużo efektywniej, a środki finansowe trafiały do bardzo małych społeczności. Teraz niestety tak się nie dzieje. Konieczny jest powrót do poprzedniego systemu informowania o dostępności środków unijnych, który aktywizował społeczników i samorządy w małych miejscowościach.

Organizacje postulują także stworzenie przestrzeni dla upowszechniania innowacji społecznych.

– Słyszałem o takich postulatach, żeby było więcej środków, by dana organizacja społeczna była w stanie prowadzić przedszkole czy wybudować budynek, który jest dostępny dla całej społeczności. Myślę, że środki, które budowałyby potencjał instytucjonalny i zasoby dobrze działających organizacji, są bardzo ważne – podkreśla Domagała.

Nowa perspektywa budżetowa Unii Europejskiej jest zaplanowana na lata 2021–2027. Pierwsze nabory ruszą najwcześniej w przyszłym roku. Jednak organizacje zainteresowane dofinansowaniem mogą już teraz uzyskać jak najwięcej informacji w urzędzie marszałkowskim, aby przygotować się do złożenia wniosku.

Nowe technologie coraz szerzej wchodzą do teatru. Reżyserzy spektakli chętnie sięgają po rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość

Teatr coraz częściej eksperymentuje z nowymi technologiami. W spektaklach wykorzystuje wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość. Dzięki nowym technikom widzowie sami decydują, co oglądają i w jakiej kolejności. Wystarczy zmienić okulary, by zmienić perspektywę. Największe sceny stosują technologię przechwytywania ruchu do stworzenia obrazu następnie projektowanego na scenę. Także polskie teatry sięgają po wirtualną rzeczywistość. Biesy VR” w STUDIU teatrgalerii to spektakl-wystawa, który zaciera granicę między teatrem a sztukami wizualnymi.

– „Biesy VR” to próba znalezienia nowej formy spektaklu, reforma wieczoru w teatrze, która też odpowiadałaby rewolucji, jakiej dokonał Dostojewski w ramach powieści. Stworzył on powieść polifoniczną, gdzie jest wiele niezależnych głosów,  głos autorski jest tylko jednym z nich, a każdy ma prawo, żeby dochodzić do pełnej świadomości i być w niezgodzie z poglądami autora. Próbuję znaleźć w teatrze taką formę i dlatego w tym przedstawieniu widz jest współautorem – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Korczakowska, reżyser spektaklu „Biesy VR” i dyrektor artystyczna STUDIA teatrgalerii.

Teatr coraz chętniej wprowadza do spektakli elementy wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Już w 2016 roku londyński Teatr Narodowy uruchomił Immersive Storytelling Studio, aby zbadać, jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość może poprawić wrażenia odbiorców. Przykładem może być doświadczenie VR towarzyszące „All Kinds of Limbo”, gdzie  użytkownicy mogą oglądać głównego wykonawcę pod dowolnym kątem w 360 stopniach. Royal Shakespeare Company stworzył z kolei cyfrowego awatara, którym aktor steruje poprzez własny ruch w czasie rzeczywistym. Innym przykładem może być produkcja „Cosmos Within Us”, czyli eksperyment opowiadający historię, która zaciera granice między VR a rzeczywistością. Uczestnicy zostają wciągnięci w umysł 60-letniego mężczyzny z chorobą Alzheimera, który stara się zachować wspomnienia z dzieciństwa.

W ślady największych teatrów na świecie idzie też STUDIO teatrgaleria. „Biesy VR” łączą sztukę z elementami wirtualnej rzeczywistości, w której widz sam decyduje, w jaki sposób ogląda teatr.

– Dzięki wirtualnej rzeczywistości udało nam się przetłumaczyć spektakl na wystawę. To właśnie zabawa, czy to wystawa, czy to spektakl, jest głównym źródłem przyjemności. Całe przedstawienie opiera się na ruchu, tzn. można swobodnie chodzić po różnych instalacjach, które są w teatrze, jedną z nich jest świat wirtualny, ale poza tym jest też bardzo bogata przestrzeń wokół – mówi Natalia Korczakowska.

„Biesy VR” to sztuka-wystawa. Na wszystko widz patrzy z perspektywy jednej z postaci sztuki – Szygalewa, uznawanej przez krytyków za autora systemu totalitarnego i wcielenie zła. W izolatce można wziąć udział w jego przesłuchaniu (w sztuce Szygalew jest kobietą), a w świecie wirtualnym wybrać się w podróż po jego umyśle. Zmiana okularów wirtualnej rzeczywistości oznacza jednocześnie zmianę perspektywy.

–  Szygalew mówi, że potrzebowałaby 10 wieczorów, żeby przedstawić treść swojego wykładu, przekazać, dlaczego taka jest, dlaczego od całkowitej wolności wychodząc, skończyła na absolutnym despotyzmie. Te 10 wieczorów to 10 stanowisk z 10 Oculusami (okularami VR – przyp. red.) i 10 wejść w świat wirtualny. 10 punktów widzenia, z których każdy jest inny i w których zawarte są dialogi i rozmowy z „Biesów” Dostojewskiego, nagrane w technologii VR – mówi reżyserka.

„Biesy VR” to już kolejny eksperyment formalny w STUDIU teatrgaleria, którego celem jest zniesienie granicy między teatrem a sztukami wizualnymi. Sztuka miała swoją premierę 14 lutego, będzie można ją jeszcze zobaczyć 28 marca.

Sztuczna inteligencja poinformowała o rozprzestrzenianiu się koronawirusa przed władzami. Techniki przetwarzania tekstu pozwalają przewidzieć przyszłość

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji mogą przewidywać przyszłość. Analizując miliardy danych z całego świata, kanadyjska platforma monitorowania zdrowia powiadomiła o rozprzestrzenianiu się koronawirusa, jeszcze zanim zrobiły to światowe organizacje. Polacy opracowują z kolei opartą na SI aplikację, która na podstawie wyglądu dokumentu identyfikuje najważniejszy fragment tekstu i wychwytuje jego kontekst. Po metody przetwarzania i wychwytywania danych coraz chętniej sięga biznes.

Koronawirus 2019–nCoV pochłonął już blisko 1800 ofiar. W styczniu okazało się, że kanadyjski start-up, którego platforma monitorowania zdrowia oparta na sztucznej inteligencji analizowała miliardy punktów danych, powiadomił swoich klientów o początkach choroby 31 grudnia, na długo przed ostrzeżeniami Światowej Organizacji Zdrowia i amerykańskich Centrów Kontroli i Zapobiegania Chorobom. Algorytm BlueDot wykorzystuje techniki przetwarzania w języku naturalnym i techniki uczenia maszynowego do przeglądania globalnych wiadomości, danych linii lotniczych i raportów o epidemiach chorób zwierząt. Prawidłowo przewidział, gdzie po Wuhanie rozprzestrzeni się wirus – w  Bangkoku, Seulu, Tajpej i Tokio.

To tylko przykład sztucznej inteligencji, która skutecznie zastępuje setki tysięcy ludzi. Także firmy coraz częściej korzystają z technologii opartych na SI i uczeniu maszynowym, żeby usprawnić i przyspieszyć pracę oraz zminimalizować przy tym ryzyko pomyłki. Polska Applica opracowała Contextual Awareness, czyli technologię, która działa podobnie jak ludzki mózg, jest jednak znacznie szybsza i dokładniejsza.

– Tak jak człowiek, kiedy ma za zadanie przeanalizować dłuższy dokument, najpierw skanuje go wzrokiem, a następnie odnajduje właściwy fragment, tak technologia Contextual Awareness na podstawie wyglądu dokumentu i jego znaczenia identyfikuje fragment tekstu, który jest istotny z punktu widzenia wykonywanego zadania, i następnie ekstrahuje z niego znaczenie. To zaś jest używane do podejmowania decyzji czy też do automatyzacji całego procesu biznesowego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Surma, współzałożyciel firmy Applica.

Polska aplikacja o 75 proc. zmniejsza wysiłek pracowników. Na jeden dokument przeznacza ok. jednej sekundy, a przy tym o ponad 90 proc. niweluje możliwość błędu. Przeskanowanie dokumentu w poszukiwaniu tego, co najważniejsze, trwa tylko chwilę.

– Nasza aplikacja ma zastosowanie w domenie bankowej, w dużej części procesów, które wymagają rozumienia dokumentów. Te procesy są związane z kredytami konsumenckimi, hipotecznymi czy pożyczkami korporacyjnymi. Mamy również kolejny duży obszar zastosowań, w których używamy naszej platformy Robotic Text Automation do automatyzacji procesów windykacji prawnej. Tam obsługujemy setki tysięcy dokumentów miesięcznie – wymienia Piotr Surma.

Szwajcarska firma Iprova wykorzystuje za to sztuczną inteligencję do poszukiwania w internecie wiadomości, aby móc opracować nowe rozwiązania. Z kolei jeden z większych detalistów na świecie korzysta z automatyzacji HR z ParseHub i Google Cloud Vision do analizy zdjęć. Wcześniej firma zlecała pracownikom badania HR w lokalizacji geograficznej wokół swoich sklepów, monitorując lokalne reklamy i oferty pracy, aby zobaczyć, jaka jest typowa płaca dla pracownika detalicznego w okolicy.

Takich firm i inteligentnych rozwiązań jest coraz więcej. Polska aplikacja sprawdza się przede wszystkim w bankowości, ale ułatwi pracę także w innych branżach.

– Koncentrujemy się na procesach biznesowych, które wymagają rozumienia tekstu. Mamy już w tej chwili klientów z różnych branż, np. mediowej i produkcyjnej. Właściwie każde zadanie, które wymaga przeczytania dokumentu, wyciągnięcia z niego  mówiąc kolokwialnie  jakiejś informacji, a następnie podjęcia decyzji, przynajmniej potencjalnie może podlegać automatyzacji – przekonuje Piotr Surma.

Według analityków Mordor Intelligence globalny rynek systemów przetwarzania ze świadomością kontekstową w 2019 roku był warty ponad 42,5 mld dol. W ciągu najbliższych lat ma rosnąć w tempie 30 proc. średniorocznie, by w 2025 roku osiągnąć wartość przeszło 205 mld dol.

Ochrona własności prywatnej – klucz do dobrobytu

Analizując historię gospodarki na świecie można wnioskować, że najważniejsze dla jej rozwoju jest prawo własności. W krajach, gdzie prawnie zabezpiecza się własność prywatną i odpowiednio ją chroni, nastąpił największy rozwój gospodarczy w dziejach świata. Własność prywatna okazała się kluczem do przyrostu dobrobytu i bogactwa. Tam, gdzie nie jest szanowana – a prawo nie zapewnia jej należytej ochrony – zauważyć można problemy gospodarcze i niższy poziom życia. Brak poszanowania własności prywatnej przez współobywateli oraz przez państwo sprawia, że nie możemy w pełni korzystać z owoców swojej pracy. Praca przestaje być wartościowa, co zahamowuje rozwój. Tę prawidłowość można zaobserwować przyglądając się współczesnym gospodarkom, w których nie szanuje się własności prywatnej.

– Wenezuela ma niebywałe zasoby surowcowe, które teoretycznie powinny uczynić ją jednym z  najbogatszych państw na świecie. W rzeczywistości jest jednak inaczej, a przyczyn można doszukiwać się właśnie w upaństwowieniu biznesu, który nie pozwala na rozwój finansowy obywateli. Za to tam, gdzie nie ma tylu surowców, ale jest ochrona własności prywatnej – mamy do czynienia z kwitnącymi oazami bogactwa – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Dlatego warto o tym pamiętać, reformując gospodarki przyszłości. Wszystkie nowe pomysły na odrodzenie – jeżeli nie zakładają utrzymania i ochrony własności prywatnej, są skazane na porażkę. Dzieje naszej cywilizacji pokazują, że ci, którzy odchodzili od tych fundamentów, prędzej czy później budowali zamki na piasku, które się rozpadały – ostrzega Sadowski.

2019 był najlepszym rokiem dla małych firm usługowych

W 2019 r. najwyższą dynamikę wzrostu odnotowały w Polsce małe firmy usługowe, które zwiększyły zatrudnienie aż o 8,26 proc. w stosunku do 2018 r. Zdecydowane wyhamowanie nastąpiło natomiast w sektorze produkcyjnym, gdzie w IV kw. 2019 r. zatrudnienie zwiększyło się o zaledwie 2,94 proc. – jest to najniższy wynik w 8-letniej historii raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce” przygotowanego przez ADP Polska.   

W skali całego 2019 r. firmy Nowoczesnej Gospodarki, czyli przedsiębiorstwa stale wdrażające innowacyjne rozwiązania, odnotowały wyższą dynamikę zatrudnienia (+5,5 proc. vs 2018 r.) niż ogół rynku (+2,7 proc. vs 2018 r. wg Głównego Urzędu Statystycznego) – wynika z najnowszego raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q4 / FY 2019” opracowanego przez ADP Polska. Biorąc pod uwagę ostatni kwartał ubiegłego roku lepiej z wyzwaniami na rynku pracy radziły sobie również innowacyjne przedsiębiorstwa (+5,72 proc. NG vs +2,3 proc. wg GUS). W efekcie tego Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki wzrósł i wyniósł 111,29[1].nowoczesna gospodarka

– Największym wyzwaniem, z jakim w 2019 r. zmagali się polscy pracodawcy, jest niewątpliwie niedobór pracowników. Chociaż grudzień zakończył się z 5,2 proc. stopą bezrobocia, co oznaczało wzrost w stosunku do wcześniejszych miesięcy, to jednak nie można być pewnym, że tendencja ta utrzyma się również w 2020 r. Zestawiając ze sobą rezultaty firm Nowoczesnej Gospodarki i ogół rynku, widzimy, że to właśnie innowacyjne przedsiębiorstwa skuteczniej przyciągają do pracy nowych pracowników oraz lepiej radzą sobie z rosnącymi kosztami prowadzenia biznesu oraz zmianami na rynku pracy. A tych w 2019 r. było wiele, m.in. zmiany w prowadzeniu dokumentacji pracowniczej, uruchomienie PPK w największych przedsiębiorstwach czy wprowadzenie PIT 0 – wymienia Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.  zmiany zatrudnienia

Zadyszka firm produkcyjnych

Przez cały 2019 r., z kwartału na kwartał firmy produkcyjne odnotowywały coraz niższą dynamikę wzrostu zatrudnienia. W I kw. 2019 r. innowacyjne przedsiębiorstwa produkcyjne zwiększyły zatrudnienie o 5,95 proc., w II kw. było to już 5 proc. (vs I i II kw. 2018 r.). W III kw., mimo wzrostu prac sezonowych w tym czasie, firmy produkcyjne zatrudniły tylko o 3,89 proc. więcej osób niż w III kw. 2018 r. Tendencja ta utrzymała się również w ostatnim kwartale 2019 r., kiedy sektor produkcyjny odnotował najniższy wzrost dynamiki zatrudnienia w historii raportu – 2,94 proc.(vs IV kw. 2018 r.). W rezultacie, w całym 2019 r. firmy produkcyjne zatrudniły o 4,45 proc. więcej osób niż w 2018 r.

– Chociaż firmy Nowoczesnej Gospodarki wciąż lepiej radzą sobie z wyzwaniami rynku, to jednak widoczne jest wyhamowanie dynamiki wzrostu zatrudnienia w sektorze produkcyjnym. Przedsiębiorstwa zajmujące się wytwarzaniem, podobnie jak ogół rynku, są bardziej wrażliwe na zmiany na rynku pracy, również trudniej jest im się do nich dostosować – jak choćby np. uatrakcyjniając metody rekrutacji, na co często decydują się przedsiębiorstwa usługowe. Firmy produkcyjne i ogół rynku silniej odczuwają także wyższe koszty produkcji, związane z np. droższym prądem, surowcami itp. Z drugiej strony wydaje się natomiast, że już doszliśmy do momentu, gdy poziom osób pozostających stale nieaktywnych zawodowo osiągnął najniższy możliwy pułap, dlatego konieczne będzie zwiększenie konkurencyjności firm na międzynarodowym rynku pracy. Z tego względu w 2020 r. kluczowe będą prace nad wydłużeniem możliwego czasu pracy cudzoziemców w ramach uroszczonej procedury zatrudniania. Obecne pół roku wydaje się za krótkie, ponieważ po tym okresie obcokrajowiec wraca do rodzimego państwa, aby po pół roku ponownie przyjechać do Polski – wymienia Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Małe firmy usługowe siłą napędową Nowoczesnej Gospodarki

Drugi rok z rzędu usługowe firmy Nowoczesnej Gospodarki zakończyły rok z wyższą dynamiką wzrostu zatrudnienia (+6,02 proc. vs 2018 r.) niż przedsiębiorstwa produkcyjne (+4,45 proc. vs 2018 r.). W znacznym stopniu do sukcesu sektora usługowego przyczyniły się małe firmy, które w skali roku odnotowały aż 8,26 proc. wzrost zatrudnienia (vs 2018 r.). Jednak koniec 2019 r. przyniósł wyhamowanie dynamiki zatrudnienia w tych firmach i po raz pierwszy od II kw. 2018 r. przyjęły one do pracy mniej osób niż duże przedsiębiorstwa (+7,02 proc. vs +7,07 proc. w IV kw. br.). Tym samym dystans między małymi a dużymi firmami zmalał i wyniósł 0,05 p.p. Dla porównania w poprzednim kwartale było to rekordowe 5,13 p.p.

[1] Metodologia opracowywania Wskaźnika bazuje na analizie różnicy w poziomu zatrudnienia w firmach Nowoczesnej Gospodarki oraz ogółu rynku. Dane do obliczenia wskaźnika gromadzone są na podstawie analiz własnych ADP oraz ogólnodostępnych źródeł (np. raportów Głównego Urzędu Statystycznego). Wartość bazowa wskaźnika wynosząca 100 przypada na 1.01.2019 r. Dane aktualizowane są w ujęciu kwartalnym.

Czy branżę logistyczną czeka recesja w 2020 roku? – Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących Agility

Menedżerowie i eksperci z branży logistycznej przygotowują się na spowolnienie i przewidują recesję w 2020 roku, na co ma wpływ presja na obniżenie obrotów handlowych, niepewna perspektywa wzrostu i tarcia na linii USA – Chiny. To jeden z najważniejszych wniosków Indeksu Logistycznego Rynków Wschodzących Agility na rok 2020, przygotowanego w oparciu o ankietę, w której uczestniczyło 780 respondentów z całego świata. Indeks po raz 11 został przygotowany przez Agility, globalnego dostawcę zintegrowanych rozwiązań logistycznych i spedycyjnych.

64 proc. spośród przebadanych ekspertów z branży logistycznej dostrzega wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Tylko 12 proc. z nich uważa, że jest ono niewielkie. Jednocześnie, większość przebadanych menedżerów wierzy, że ich przedsiębiorstwa przetrwają turbulencje w relacjach handlowych między dwiema największymi światowymi gospodarkami. 70 proc. firm prowadzących działalność i inwestujących na rynku chińskim twierdzi, że tu pozostaną i nie zmienią planów, mimo trwającej wojny handlowej między Chinami a USA. Gdyby zostały zmuszone do zmiany miejsca zaopatrzenia lub przeniesienia produkcji z Chin, to, według respondentów, najprawdopodobniej wybrałyby Wietnam lub Indie. Uczestnicy ankiety uznali też, że najpoważniejsze ograniczenie dla dalszych wzrostów na rynkach wschodzących stanowić będą istniejące bariery handlowe.

„Obawy o możliwość wystąpienia recesji należy traktować poważnie, szczególnie ze względu na potencjalne konsekwencje epidemii koronawirusa” uważa Essa Al-Saleh, CEO Agility Global Logistics. „Pozytywnym sygnałem natomiast jest to, że większość gospodarek rynków wschodzących poradziła sobie z licznymi problemami, takimi jak niepokoje polityczne i społeczne, problemy strukturalne, a nawet międzynarodowe sankcje, jednocześnie unikając poważniejszych strat w ubiegłym roku.”

Indeks Rynków Wschodzących Agility na rok 2020 (Agility Emerging Markets Logistics Index 2020) ocenia 50 krajów pod względem czynników atrakcyjnych z perspektywy operatorów logistycznych, firm spedycyjnych, armatorów, linii lotniczych oraz dystrybutorów.

Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących na rok 2020 – wyniki rankingu i ankiety

Wśród 10 najwyżej notowanych rynków wschodzących w 2020 roku znajdują się Chiny, Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Indonezja, Malezja, Arabia Saudyjska, Katar, Meksyk, Tajlandia i Turcja. W zakresie logistyki wewnętrznej najwyższe pozycje zajęły Chiny, Indie oraz Indonezja, w logistyce międzynarodowej Chiny, Indie i Meksyk, a rynkami o najlepszych fundamentach biznesowych są Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malezja i Arabia Saudyjska.

Sklasyfikowane na czele rankingu Chiny i Indie, ze względu na wielkość i znaczenie jako międzynarodowe i krajowe rynki logistyczne, pozostają w tyle za mniejszymi konkurentami w obszarze podstaw działalności biznesowej – kategorii, która klasyfikuje kraje w oparciu o otoczenie regulacyjne, dynamikę kredytów i zadłużenia, egzekwowanie umów, zabezpieczenia antykorupcyjne, stabilność cen oraz dostęp do rynku. Tu Chiny zajęły 8, a Indie 18 miejsce. Najsilniejsze klastry rynków wschodzących znajdują się w Zatoce Perskiej i Azji Południowo-Wschodniej, dzięki sprzyjającym warunkom prowadzeniu biznesu oraz najważniejszym atutom – bogactwu energetycznemu krajów Zatoki i mocom produkcyjnym Azji Południowo-Wschodniej, co przyciąga firmy logistyczne. Spośród krajów rejonu Zatoki Perskiej – ZEA (3), Arabia Saudyjska (6), Katar (7), Oman (14), Bahrajn (15) i Kuwejt (19) znalazły się wśród najbardziej przyjaznych dla biznesu rynków wschodzących. Jeśli chodzi o rejon Azji Południowo-Wschodniej, najwyżej notowane są Indonezja (4), Malezja (5),Tajlandia (9) i Wietnam (11). Uczestnicy ankiety uznali Indie za kraj o największym potencjale, większym od Chin, które znalazły się na 2. miejscu. Kilka znaczących zmian dostrzeżono także w obszarze najlepszych warunków prowadzenia biznesu – Egipt poprawił wyniki o 10 pozycji, plasując się na 17 miejscu, podobnie jak Ukraina, która znalazła się na miejscu 27. Z kolei Ghana spadła o 13 pozycji na 32 miejsce, a Iran o 12 pozycji na miejsce 38. Zdaniem 42 proc. ankietowanych przedłużający się impas w relacjach handlowych USA – Chiny może być korzystny dla państw Azji Południowo-Wschodniej, stanowiących alternatywne dla Chin źródło zaopatrzenia i miejsce produkcji. To jednak spadek, w porównaniu z 56 proc. pytanych, którzy wyrazili podobną opinię w ubiegłym roku. Egipt, mimo niepokojów społecznych w 2019 roku, zanotował wzrosty wszystkich wskaźników. W ogólnym indeksie awansował o 6 pozycji (miejsce 20), o 10 pozycji w kategorii podstaw działalności biznesowej (17), o 6 w kategorii możliwości wewnętrznych (13) a 5  możliwości zewnętrznych (23). Za kraje o najniższym potencjale logistycznym w 2020 roku uznano Syrię, Iran, Wenezuelę, Irak oraz Libię. Pięć największych centrów logistycznych (“megacity”) na rynkach wschodzących to Szanghaj, New Delhi, Sao Paulo, Dżakarta i Mexico City. Aglomeracje miejskie o populacji przekraczającej 10 milionów, wymagają złożonych operacji logistycznych na dużą skalę, tak by zapewnić im odpowiednie funkcjonowanie i możliwości wymiany handlowej.

Bariery i perspektywy rozwoju rynków wschodzących

Zdaniem ankietowanych ekspertów z branży logistycznej, trzy najważniejsze czynniki utrudniające małym firmom dostęp do rynków światowych to biurokracja w handlu (17 proc.), niestabilność rządów/granic (14 proc.) i brak możliwości konkurowania z większymi przedsiębiorstwami (14 proc).

Mimo przekonania o nadchodzącej recesji, w 2019 rynki wschodzące odnotowały wzrost na poziomie 3,7 proc., zaś w 2020 roku, według przewidywań MFW, ma on wynieść nawet 4,4 proc. Jeśli chodzi o czynniki napędzające rozwój rynków wschodzących, to 23 proc. uczestników badania wskazała na modernizację systemów i procesów celnych, 18 proc. na większy dostęp do Internetu, 16 proc. na modernizację systemów logistycznych (WMS, TMS, itp.), zaś 15 proc. na coraz powszechniejsze wykorzystanie systemów płatności internetowych.

Zdaniem ankietowanych, najważniejszym czynnikiem, który pozwoli w przyszłości utrzymać i zwiększać wzrost w obszarze logistyki będzie obsługa handlu internetowego. Będzie ona miała znacznie większe znaczenie niż dostawy krajowe czy międzynarodowe przesyłki ekspresowe.

 

„W tym roku po raz pierwszy do udziału w ankiecie Indeksu Logistycznego dla Rynków Wschodzących Agility zaprosiliśmy menedżerów z Polski. Wielu z naszych klientów działa na tych rynkach, chcieliśmy więc, aby podzielili się swoim doświadczeniem i obserwacjami. Od wielu już lat śledzimy wyniki Indeksu, wskazujące kierunki, w jakich podąża światowa gospodarka. Jesteśmy globalnym operatorem logistycznym, więc dla nas są to ważne wskazówki, dzięki którym lepiej dostosować ofertę do zmieniających się warunków rynkowych i łańcuchów dostaw” mówi Karolina Gasińska-Byczkowska, country manager Agility Logistics w Polsce.

Indeks Logistyczny Agility dla Rynków Wschodzących na rok 2020 jest dorocznym przeglądem nastrojów panujących w branży, połączonym z rankingiem 50 czołowych rynków wschodzących na świecie. Indeks pozwala ocenić ich konkurencyjność w oparciu o krajowe i międzynarodowe znaczenie logistyczne oraz ogólne fundamenty biznesowe rynku.

Indeks Logistyczny Agility dla Rynków Wschodzących na rok 2020 dostępny jest na: www.agility.com/2020index

Jak blockchain i sztuczna inteligencja zrewolucjonizują podróże

Czasy, gdy podróż za ocean była niebywałym wyczynem, minęły dawno temu. Dziś wyjeżdżamy coraz dalej, częściej i szybciej. Biura turystyczne konkurują o klienta, oferując coraz ciekawsze kierunki i wygodniejsze metody rezerwacji. Dawniej nikt nie pomyślałby, że rezerwacji wyjazdu można będzie dokonać w czasie rzeczywistym bez wychodzenia z domu. Niebawem czeka nas przełom – wszystko dzięki technologii blockchain, sztucznej inteligencji, wirtualnej rzeczywistości i coraz bardziej wymyślnym apartamentom. Jak technologie zrewolucjonizują nasze wyjazdy w ciągu najbliższych 10 lat?podrozowanie

Robot jako drugi pilot

Amerykanie skonstruowali już robota, zdolnego do samodzielnego sterowania samolotem. Nowa technologia ma już za sobą testy, polegające na sterowaniu lotem o długości dwóch godzin samolotem typu Cessna . Robot używając kamer monitorujących, będzie w stanie samodzielnie pilotować samolot pasażerski. Minie jednak sporo czasu i długie godziny testów, zanim będzie kierować samolotami z prawdziwymi pasażerami.

Virtual Reality

Dzięki technologii VR będziemy mogli podróżować również…z własnej kanapy. Nie straszne będą nam przygody jak zwiedzanie wnętrza wulkanu. Nie będziemy też potrzebować dużych zasobów finansowych, by odbyć taką podróż w dowolnym miejscu i czasie. Oczywiście nie zastąpi to podróży w rzeczywistości, ale z pewnością stanowi ciekawą alternatywę produktywnego spędzania czasu i poznawania najdalszych zakątków świata z dowolnego miejsca na świecie przeznaczając na to dokładnie tyle czasu, ile chcemy.

Podwodne hotele

Wszyscy kochamy pokoje z pięknymi widokami. Na rynku pojawiły się apartamenty, które przenoszą termin ,,pokój z widokiem’’ na zupełnie nowy poziom. Podwodne hotele są w stanie zaoferować nam obserwację morskiej fauny i flory w najbardziej luksusowych warunkach. Takie hotele są już dostępne, jednak cena może powalać. Przykładowo, za luksusowy apartament The Muraka na Malediwach, zanurzony na ponad 16 stóp pod wodą zapłacimy od 22 000 dolarów za noc . W cenę wliczone są takie dodatki jak basen bez krawędzi czy kamerdyner, a miejsca do spania wystarczy aż dla 9 osób. Innymi hotelami oferującymi podwodne noclegi są m.in. Manta Resort w Tanzanii, Huvafen Fushi na Malediwach czy hotel Resort World Sentosa w Singapurze.

Blockchain

Technologia blockchain znalazła zastosowanie również w turystyce. Dzięki niej za jakiś czas wyjeżdżając na wakacje, będziemy mogli zapomnieć o dokumentach. Jak to możliwe? Technologia umożliwi nam stworzenie systemu, który będzie przechowywał nasze dane biometryczne. Blockchain zapewnia nam trwałość zapisu i bezpieczeństwo danych, dzięki czemu tożsamość wyjezdnych będzie wykrywana automatycznie, a ich dane zostaną odpowiednio zabezpieczone.

Automatyzacja

Postępy technologiczne zapewniają nam coraz bardziej innowacyjne narzędzia do zarządzania i planowania podróży. Już dziś mamy już możliwość rezerwowania wszystkich składowych wyjazdu takich jak przelot, hotel, transfer z hotelu czy ubezpieczenie w jednym miejscu dobierając każdy z tych komponentów dokładnie pod siebie. Dzieje się to zupełnie tak, jak gdybyśmy rezerwowali wszystko samodzielnie, ale mamy możliwość uiszczenia jednej opłaty za cały wyjazd nie rezygnując ze standardów, jakie daje rezerwacja przez biuro podróży. Dzięki temu możemy dopasować oferty dokładnie pod swoje potrzeby. Wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym, dzięki dynamicznemu pakietowaniu, czyli systemowi, na jakim buduje swoją ofertę już kilku touroperatorów w Polsce i na świecie.

Dynamiczne pakietowanie to świetny produkt dla osób ceniących sobie niezależność i jednocześnie lubiących komfort i wygodę – cały proces rezerwacji odbywa się na jednej stronie, dokonujemy jednej płatności. Dzięki tej technologii Click&Go umożliwia zaplanowanie wakacji na kilkunastu europejskich kierunkach bez wychodzenia z domu. Warto pamiętać że możliwości budżetowego podróżowania stale wzrastają ze względu na prężnie rozwijającą się siatkę połączeń tanich linii lotniczych! – komentuje Michał Głowa, Country Manager w Click&Go Polska.

Chatboty i cyfrowi agenci

Cyfrowi agenci nieustannie rozwijają się w zakresie funkcjonalności, podobnie chatboty, oparte na technologiach konwersacyjnych. Niektóre z nich na tym etapie rozwoju potrafią już dopilnować rezerwacji, zmian terminu, odwołania lotu, podają informacje dotyczące rezerwacji czy sugerują atrakcje w miejscu pobytu. Umożliwiają klientom niezwykle szybkie uzyskanie informacji, z drugiej strony odciążając całe zespoły pracowników firm turystycznych.

Turystyka kosmiczna

Loty w kosmos na ten moment są zarezerwowane dla astronautów, sponsorowanych przez najbogatszych ludzi na świecie. Ta prawidłowość ma ulec zmianie już w niedalekiej przyszłości. Technologia pozwoli nam pozostać w kosmosie wystarczająco długo, by nacieszyć się stanem nieważkości i pozaziemskimi widokami, jednak według futurologa, Daniela Burrusa najbardziej przystępne cenowo mają być wyloty na niską orbitę okołoziemską i będą trwały zaledwie kilka minut.

Jak jest teraz?

Na ten moment Polacy wybierają raczej standardowe kierunki. Z najnowszego raportu fly.pl wynika, że aż ⅓ rezerwacji dokonanych na rok 2020 przypada na Turcję (30,5 proc.). Bardzo popularna jest również Grecja, gdzie wybierze się 20,27 proc. wyjezdnych. W czołówce znajduje się również Egipt (10,8 proc.). Coraz popularniejsza jest również daleka turystyka – według Polskiej Izby Turystyki takie rezerwacje na okres ferii zimowych 2020 stanowiły aż 17 proc. Najpopularniejszymi kierunkami w tej kategorii były: Tajlandia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malediwy, Chiny oraz Kuba.

Rynek Turystyczny nieustannie się rozwija, w czym bez wątpienia pomagają mu nowe technologie. W przyszłości czeka nas kilka innowacji, na które z pewnością już oczekują fani nowych technologii oraz touroperatorzy. Pewne jest jedno-będziemy sięgać po coraz bardziej wymyślne wyjazdy, przy czym mają się one stać coraz bardziej przystępne dla zwykłych zjadaczy chleba.

Koronawirus budzi mniejsze obawy rynków finansowych

W ostatnich dniach aktywa uznawane za bardziej ryzykowne, w tym waluty gospodarek wschodzących, doświadczały ożywienia. Rynki finansowe przyjęły bowiem, że zagrożenie, jakie mogło wynikać z epidemii koronawirusa, powinno pozostać pod kontrolą.

Zmiana w metodologii, która spowodowała gwałtowny wzrost liczby zarażonych, nie wpłynęła na zmianę tego poglądu. Nie zdołało to jednak wesprzeć euro, którego kurs w parze z dolarem amerykańskim w ostatnim tygodniu spadł do najniższego poziomu od 2017 roku. Dane napływające ze strefy euro rysują obraz bliski stagnacji w bloku walutowym. Inwestorzy wykorzystują waluty krajów z niskimi stopami w celu inwestowania w waluty bardziej ryzykowne. W zeszłym tygodniu najlepiej radzącą sobie walutą w grupie G10 okazał się funt brytyjski. Szterlinga wspierały sygnały docierające z rządu Borisa Johnsona, który po rezygnacji kanclerza skarbu, Sajida Javida, wydaje się być skłonny do przyjęcia bardziej ekspansywnej polityki fiskalnej.

Najbliższe dni będą kluczowe dla strefy euro. W piątek poznamy wstępne odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w lutym oraz zrewidowane dane o styczniowej inflacji w bloku walutowym. Indeksy PMI ze strefy euro będą pierwszymi istotnymi odczytami makroekonomicznymi spoza Chin, które pokażą, jak firmy zareagowały na wybuch epidemii koronawirusa. W tym kontekście piątkowy poranek może przynieść większą zmienność na rynku walutowym.

PLN

Polski złoty w minionym tygodniu radził sobie dobrze, umacniając się w parze z euro. Złotemu pomogła wspomniana poprawa sentymentu, która wspierała też inne waluty rynków wschodzących. Informacje z Polski były istotne, jednak reakcja złotego na nie była ograniczona. Dane o PKB w końcówce roku okazały się lepsze od oczekiwań, natomiast inflacja w styczniu – podobnie jak w kilku innych krajach regionu – wystrzeliła. W tym kontekście, z jeszcze większą uwagą będziemy obserwować zachowanie polskiego banku centralnego. Dotychczasowa retoryka decydentów nie sugeruje, żeby w kontekście stóp procentowych coś miało ulec zmianie w najbliższym czasie.

W tym tygodniu również nie zabraknie odczytów istotnych danych z Polski, jednak ich ranga jest niższa niż tych opublikowanych w zeszłym tygodniu. Pojawią się też „minutki” z ostatniego spotkania RPP. Mimo to, rynek prawdopodobnie skupi się głównie na informacjach zewnętrznych.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Wypłaszczenie krzywej i wzrost spreadów Polskich obligacji względem USA i Niemiec

W pierwszej połowie lutego 2020 r. rentowności obligacji naszego kraju pozostawały w czołówce pod kątem ratingu i bezpieczeństwa w relacji do rentowności, która wzrosła do poziomu 2,2 proc. dla obligacji 10-letnich. Nieznaczny wzrost oprocentowania jest zauważalny od momentu, gdy oprocentowanie polskiego długu osiągnęło minimum na poziomie 1,693 proc. w sierpniu 2019 r.

Prowadzona bardzo luźna polityka monetarna na świecie wraz z obawami o wzrost gospodarczy związanymi z wybuchem epidemii koronawirusa spowodował, że inwestorzy od początku roku byli zainteresowani długiem emitowanym przez największe gospodarki świata. Rentowność obligacji 10-letnich Stanów Zjednoczonych spadła z 1,95 proc. na początku roku do 1,50 proc. Z kolei rentowność niemieckiego długu spadła z -0,16 do -0,4 proc. Jest to również poniekąd podyktowane tym, że rynki coraz bardziej oczekują kolejnych działań banków centralnych i tego, że podejmą się, zwłaszcza w Europie, kolejnego luzowania polityki pieniężnej.

Tymczasem Rada Polityki Pieniężnej na tę chwilę wypowiada się w sposób stonowany zarówno o możliwych obniżkach, jak i podwyżkach stóp procentowych, również może wpływać na stabilizację oprocentowania polskich obligacji. W rezultacie spread do obligacji Niemiec wzrósł do najwyższego poziomu od drugiej połowy września 2019 r., wynosząc 260,6 pkt bazowego. Z kolei spread wobec 10-letnich obligacji Stanów Zjednoczonych podskoczył z okolic zera (obligacje Polski i USA były w pewnym momencie prawie tak samo oprocentowane) do najwyższego poziomu od lutego 2018 r., wynosząc nieco powyżej 60 pb.

Oprócz najkrótszego końca krzywej, cała jej reszta uległa nieznacznemu wypłaszczeniu w relacji do tego, co obserwowaliśmy miesiąc temu. Różnica w spadku oprocentowania od 3 do 10-letnich obligacji jest podobna na całej długości krzywej i wyniosła około 0,14 pb. Wypłaszczenie krzywej może mieć także związek z ostatnim wstępnym odczytem PKB naszego kraju. W czwartym kwartale 2019 r. PKB Polski wzrósł o 3,1 procent rok do roku. Była to najniższa roczna stopa wzrostu od czwartego kwartału 2016 r. W ujęciu kwartalnym skorygowanym sezonowo gospodarka wypracowała o 0,2 procent więcej niż w poprzednim kwartale, dzięki czemu udało się uniknąć przewidywanego spadku PKB o -0,1 proc., choć było to wyraźne spowolnienie z 1,2 procentowego wzrostu w trzecim kwartale. W całym 2019 roku polski produkt krajowy brutto wzrósł o 4 proc. wobec 5,1 proc. w 2018 r.

Z kolei inflacja w styczniu wystrzeliła do poziomu 4,4 proc. z 3,4 w poprzednim miesiącu, co oznacza najwyższą stopę inflacji od grudnia 2011 r. Jak wynika z danych wzrost cen żywności, napojów i wyrobów tytoniowych wyniósł aż 6,7 proc. Koszty związane z mieszkaniem wzrosły o 4,9 proc., co ma związek również z podwyżkami cen energii oraz wywozu odpadów. Jednak mimo tak silnego wzrostu cen, RPP na razie nie ma zamiaru zmieniać stóp procentowych, ponieważ czynniki te są poza kontrolą polityki monetarnej. Tak samo wycenia to rynek, ponieważ kontrakt FRA 9×12 znajduje się tuż nad obecnym poziomem WIBORu 3M.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Nadzór udziałowca nie jest przychodem z nieodpłatnego świadczenia

W praktyce gospodarczej występują sytuacje, gdy w ramach grupy kapitałowej spółka matka deleguje do zarządu lub rady nadzorczej spółki córki swoich pracowników. Takie działania mają na celu zapewnienie większej kontroli spółek zależnych oraz dostęp spółki matki do szerszego zakresu informacji dotyczących funkcjonowania spółek córek. Aby nie generować dodatkowych kosztów, pracownicy spółki matki często pełnią swoje funkcje w spółkach córkach nieodpłatnie, nie pobierając za swoją pracę wynagrodzenia od spółki, którą zarządzają. Czy w takiej sytuacji powstaje przychód z tytułu nieodpłatnych świadczeń pracowników? Z pewnością jest to sytuacja, która każdorazowo wymaga odrębnej analizy.

Pojęcie „nieodpłatnych świadczeń”

Na wstępie warto zaznaczyć, że pojęcie „nieodpłatnych świadczeń” nie zostało zdefiniowane w ustawach o podatku dochodowym PIT/CIT. W związku z tym należy bazować na orzecznictwie, które w tym przypadku jest bardzo bogate. Warto zwrócić uwagę w szczególności na uchwałę Składu 7 Sędziów NSA z 18 listopada 2002 r., sygn. FPS 9/02, w której NSA wskazał, że nieodpłatne świadczenia na gruncie prawa podatkowego powinny być rozumiane szerzej niż na gruncie kodeksu cywilnego. Jak orzekł Sąd, pojęcie „nieodpłatnych świadczeń” „obejmuje bowiem wszystkie zjawiska gospodarcze i zdarzenia prawne, których następstwem jest uzyskanie korzyści kosztem innego podmiotu lub te wszystkie zdarzenia prawne i zdarzenia gospodarcze, których skutkiem jest nieodpłatne, to jest niezwiązane z kosztami lub inną formą ekwiwalentu, przysporzenie majątkowe, mające konkretny wymiar finansowy”. Warto zauważyć, że NSA słusznie wskazał, iż przy ocenie nieodpłatności świadczenia bardzo istotne jest istnienie ekwiwalentu w postaci np. wynagrodzenia za świadczone usługi.

Uchwała Składu 7 Sędziów NSA stała się podstawą innych wyroków sądów administracyjnych. Przykładowo WSA we Wrocławiu w wyroku z 22 stycznia 2014 r., I SA/WR 2061/13, wskazał, że nieodpłatnym świadczeniem jest uzyskana przez podatnika „wymierna korzyść majątkowa niezwiązana z poniesieniem wydatków, powstaniem kosztów, z obowiązkiem uiszczenia wynagrodzenia lub inną formą ekwiwalentu, w związku z czym ustalenie, czy określone świadczenie uzyskane przez podatnika stanowi dla niego przychód, o którym mowa w art. 12 ust. 1 pkt 2 u.p.d.o.p., wymaga oceny charakteru dokonanego rodzaju czynności, w szczególności zbadania, czy należy ona do czynności przysparzających, w przypadku których strona dokonująca przysporzenia otrzymuje w zamian korzyść majątkową”. WSA zwrócił uwagę, że każdorazowo w przypadku nieodpłatnego świadczenia konieczna jest indywidualna analiza przypadku w celu weryfikacji, czy określone świadczenie rzeczywiście jest nieodpłatne i nie występuje żaden ekwiwalent.

Sądy o nieodpłatnym oddelegowaniu pracownika

W wyroku z dnia 23 lipca 2019 r., sygn. akt II FSK 2881/17, NSA stwierdził, że nieodpłatne delegowanie przez akcjonariusza swoich pracowników do spółki zależnej celem przeprowadzenia w niej czynności kontrolnych nie powoduje powstania przychodu z nieodpłatnego świadczenia. Tym samym NSA nie dopatrzył się nieodpłatnego świadczenia, ponieważ praca pracownika spółki matki była wykonywana w ramach uprawnień nadzorczych oraz kontrolnych.

Podobne stanowisko zajął Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z 2 marca 2016 r., sygn. akt., III SA/Wa 981/15), wskazując, że reprezentujących spółkę członków zarządu, będących pracownikami udziałowca, należy traktować jako samego udziałowca. W związku z tym czynności wykonywane przez członków zarządu nieodpłatnie nie powinny być uznawane za nieodpłatne świadczenia, chyba, że w sytuacji powiązania członka zarządu z udziałowcem. Innymi słowy, w innych przypadkach, gdzie członek zarządu nie byłby pracownikiem udziałowca, może powstawać przychód z nieodpłatnych świadczeń.

Stanowisko organów podatkowych

W ostatnim czasie nastąpiła zmiana linii interpretacyjnej organów podatkowych, w ramach której organy podatkowe potwierdzają powyżej zaprezentowaną wykładnię nieodpłatnego świadczenia dokonywaną przez sądy administracyjne. W interpretacji podatkowej z dnia 20 listopada 2019 r. nr 0111-KDIB1-1.4010.395.2019.1.ŚS Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wskazał, że w przypadku zrzeczenia się wynagrodzenia z tytułu pełnienia funkcji członka rady nadzorczej oraz komitetu audytu przez jej członków, spółka zależna nie powinna rozpoznać przychodu z tytułu nieodpłatnego świadczenia. Dyrektor KIS podkreślił, że „z uwagi na pełnienie funkcji w radzie nadzorczej przez pracownika akcjonariusza, po stronie spółki córki nie powstaną dodatkowe świadczenia, ponieważ w takich okolicznościach tak naprawdę to akcjonariusz (spółka powiązana) deleguje swojego pracownika, aby objął on funkcję członka zarządu w celu efektywnego zarządzania daną spółką”. Słusznie wskazał Dyrektor KIS, że poprzez pełnienie przez swojego pracownika funkcji w radzie nadzorczej, akcjonariusz liczy na korzyści ekonomiczne w postaci dywidendy.

Podobne stanowisko zajmują organy podatkowe w stosunku do członków zarządu. Przykładowo w interpretacji nr 1462-IPPB6.4510.574.2016.3.AG z dnia 14 lutego 2017 r. organ wskazał, że pełnienie funkcji w zarządzie spółki zależnej daje wymierne korzyści w postaci chociażby dywidendy, dlatego nie można mówić o nieodpłatnym świadczeniu usług.

Podsumowując, stanowisko organów w zakresie nieodpłatnych świadczeń zarządczych/kontrolnych wykonywanych przez pracowników udziałowca/akcjonariusza na skutek orzecznictwa sądów zaczyna się liberalizować. Warto jednak podkreślić, że takie świadczenia każdorazowo wymagają odrębnej analizy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy ujemne stopy procentowe pomagają gospodarkom?

We współczesnej gospodarce podstawową rolą banków centralnych jest kontrolowanie ilości pieniądza w obiegu. Właściwa polityka w tym zakresie zapewnia zaufanie do pieniądza oraz stabilność cen. Podstawowym narzędziem dla banku centralnego jest krótkoterminowa stopa procentowa. Konsekwencją jej obniżenia jest zwiększenie ilości pieniądza w obiegu dzięki temu, że banki komercyjne mogąc pożyczać taniej, pożyczają więcej. Odwrotnie jest w przypadku podwyższenia stopy procentowej. Taki krok pomaga bankom centralnym walczyć z inflacją.

Powszechnie uważa się, że obniżenie stóp procentowych i zwiększenie ilości pieniądza, powinno doprowadzić do większej aktywności gospodarczej. Wiedząc o tym, władze różnych krajów chętnie próbują w ten sposób stymulować gospodarkę, tym bardziej, że koszt takiej operacji jest niewielki.

Efekt jest łatwy do przewidzenia. Stopy procentowe w większości krajów rozwiniętych są bliskie zera. Dalsze ich obniżanie nie ma sensu, tym bardziej, że efekt jest mizerny. Podwyższanie również, bo może doprowadzić do recesji.

Dziesięć lat temu bank centralny Szwecji – Riksbank, jako pierwszy na świecie wprowadził ujemną krótkoterminową stopę procentową. Banki komercyjne musiały płacić za możliwość utrzymywania depozytów w banku centralnym. Miało to skłonić banki do tego, aby pożyczały pieniądze przedsiębiorcom i konsumentom, zamiast deponować je w banku centralnym. Tak też się stało. Banki rozszerzyły akcję kredytową do tego stopnia, że zaczęło to zagrażać ich wynikom finansowym. Rentowność całego sektora znacznie spadła. Pod koniec 2019 roku Riksbank zdecydował się na podniesienie swojej najważniejszej stopy procentowej do zera.

Obecnie ujemne stopy procentowe są stosowane w Japonii i Szwajcarii. Szczególnie w tym ostatnim kraju wydaje się to niebezpieczne. SNB – bank centralny Szwajcarii emituje ogromne ilości swojej waluty i kupuje za nie zagraniczne instrumenty finansowe. Ilość franków szwajcarskich w obiegu w stosunku do wielkości produktu krajowego brutto jest około dwa razy większa, niż w przypadku Stanów Zjednoczonych i Strefy Euro. Szwajcaria ma stosunkowo niewielką gospodarkę, mniej więcej wielkości polskiej, co powoduje, że w razie kryzysu może być podatna na manipulacje. Krach franka szwajcarskiego może nastąpić w każdej chwili, a Szwajcaria powita go z radością, gdyż zwiększy on opłacalność eksportu dóbr i usług oraz zaawansowanej technologii.

Czy ujemne stopy procentowe są tylko wymysłem ekonomistów z banków centralnych? Niekoniecznie. Aktualna rentowność niemieckich 10-letnich obligacji kształtuje się na poziomie -0,212%. I nie ustala jej ani niemiecki rząd, ani bank centralny. Ustala ją rynek. Okazuje się, że w rozwiniętym świecie jest dziś tyle pieniędzy, że instytucje finansowe są gotowe zapłacić, żeby choć na chwilę pozbyć się odpowiedzialności za nie. Najwyraźniej nie widzą bardziej rentownych alternatyw, a koszty i tak poniosą ich klienci.

Ponieważ obniżanie stóp procentowych przestało działać na gospodarkę, ekonomiści wymyślają coraz nowsze metody jej ożywienia. Luzowanie ilościowe, kredytowe, czy tak zwane pieniądze z helikoptera (to koncepcja zakładająca płatności z banku centralnego bezpośrednio dla obywateli). Jednak władze, oprócz emisji pieniądza, mają też do dyspozycji inny instrument mogący ożywić gospodarkę – obniżenie podatków. Korzystają z niego niechętnie, bo w przeciwieństwie do dodruku pieniądza jest kosztowny dla budżetów państw. Jednak, jeżeli cały wysoko rozwinięty świat wpadnie w pułapkę zerowego wzrostu, zerowych stóp procentowych i zerowej inflacji, nie będzie wyjścia.

Analiza EY Polska – szara strefa w Polsce stanowiła 10,8% PKB w 2018 roku

Według badań przeprowadzonych przez EY Polska, w 2018 r. całkowita wartość szarej strefy w Polsce wyniosła 10,8% PKB, czyli 229 mld PLN. Gotówkowa szara strefa stanowiła 9,9% PKB, a resztę (0,9% PKB) stanowiła niemonetarna szara strefa (związana przede wszystkim z produkcją gospodarstw domowych na własny użytek). Straty dla finansów publicznych z tytułu gotówkowej szarej strefy szacowane, w postaci utraconych dochodów z VAT oraz z podatków dochodowych od działalności gospodarczej, szacowane są na 38,4 – 48,8 mld PLN (1,82% – 2,31% PKB w 2018 r.).

Szara strefa to wartość dodana (≈PKB) generowana w różnych rodzajach nierejestrowanej działalności. Jest ona odpowiedzialna za istotną część luki podatkowej w Polsce, która stanowi różnicę pomiędzy wartością wpływów podatkowych, które teoretycznie powinny zostać uzyskane (przy założeniu pełnej zgodności ze wszystkimi obowiązującymi przepisami) a rzeczywistą wartością uzyskanych dochodów podatkowych. Choć sama szara strefa ma wiele różnych „odcieni”, to wspólnym elementem dla zdecydowanej większości nierejestrowanych transakcji jest to, że są one realizowane w formie gotówkowej. W rezultacie badanie EY koncentruje się na nierejestrowanej wartości dodanej brutto powiązanej z płatnościami gotówkowymi, którą definiujemy jako gotówkową szarą strefą.

Ze względu na rolę, jaką odgrywa pieniądz gotówkowy, gotówkową szarą strefę można podzielić na jej część aktywną i pasywną. W przypadku usługi budowlanej czy naprawy samochodu po obniżonej cenie pod warunkiem braku wystawienia faktury, mamy do czynienia z aktywną szarą strefą. W tej sytuacji obie strony świadomie korzystają z dodatkowego zysku i dążą do ukrycia transakcji poprzez płatność gotówkową. Z kolei w pasywnej szarej strefie tylko jedna ze stron – sprzedawca, osiąga korzyść z tytułu niezarejestrowania transakcji. Przykładem może być płatność za usługę w restauracji gotówką przy równoczesnym braku wydania paragonu. Brak paragonu nie wpływa na cenę zapłaconą przez klienta, ale umożliwia usługodawcy ukrycie transakcji i osiągnięcie dodatkowych korzyści z tytułu niezapłacenia podatku. W aktywnej szarej strefie gotówka jest skutkiem, konsekwencją występowania szarej strefy i w tym przypadku promowanie płatności elektronicznych nie rozwiąże problemu, gdyż obie strony transakcji konsekwentnie będą korzystać z gotówki. Inna sytuacja ma miejsce w pasywnej szarej strefie, gdzie płatność gotówkowa jest źródłem, czynnikiem sprzyjającym niezarejestrowaniu transakcji. Wówczas wprowadzenie zachęt czy innych mechanizmów promujących płatności elektroniczne mogłoby istotnie ograniczyć możliwości ukrycia transakcji, a tym samym sprzyjać obniżeniu pasywnej szarej strefy.

Z naszych szacunków wynika, że w 2018 r. gotówkowa szara strefa w Polsce wyniosła 9,9% PKB (228,7 mld PLN) i objęła prawie całą wartość dodaną wytworzoną w następujących obszarach: ukryta działalność, działalność nieformalna oraz działalność nielegalna – wyjaśnia Marek Rozkrut, Partner, Główny Ekonomista EY.

Do jej wyliczenia EY zastosował zmodyfikowaną i rozszerzoną analizę popytu na gotówkę (Currency Demand Analysis).

Według naszych wyliczeń, pasywna część gotówkowej szarej strefy stanowiła 7,9% PKB (168,0 mld PLN), natomiast aktywna szara strefa odpowiadała za 2,0% PKB (41,4 mld PLN) w 2018 roku. Niemonetarna szara strefa wyniosła natomiast 0,9% PKB (19,3 mld PLN) – dodaje Marek Rozkrut.

Szara strefa odpowiada za znaczną część luki podatkowej. W przypadku podatku VAT luka jest generowana nie tylko przez szarą strefę, ale także wyłudzenia podatku VAT, bankructwa firm, błędy czy spory dotyczące rozliczeń. Według wyliczeń EY, w 2018 r. z powodu gotówkowej szarej strefy utracone dochody z VAT w Polsce wyniosły 1,24% PKB (26,3 mld PLN), z czego 1% PKB (21,1 mld zł) wynikało z pasywnej szarej strefy. Był to równocześnie pierwszy rok, w którym oszacowany przez EY ubytek dochodów z VAT z tytułu szarej strefy był wyższy (choć nieznacznie) niż wstępnie szacowany przez Ministerstwo Finansów poziom całej luki VAT w 2018 r. (24,6 mld PLN). Możliwe są następujące wyjaśnienia tej różnicy: (1) faktyczna luka VAT jest większa niż szacunek MF, (2) faktyczna gotówkowa szara strefa jest mniejsza niż szacunek EY i/lub (3) utracone dochody z VAT z powodu szarej strefy są mniejsze niż szacunek EY (np. gdyby się okazało, że szara strefa jest skoncentrowana w sektorach o relatywnie niskiej efektywnej stawce VAT).
szara strefa w PolsceDekompozycja poziomu i zmian luki VAT pokazuje, że od wielu lat systematyczny spadek gotówkowej szarej strefy, m.in. w wyniku wzrostu popularności płatności elektronicznych, przyczyniał się do stopniowego obniżania luki VAT w Polsce. Najsilniejszy spadek luki odnotowano w latach 2016 i 2017 (i – w nieco mniejszym stopniu – w 2018 r.), który jednak wynikał przede wszystkim z ograniczenia wyłudzeń podatkowych, a nie z obniżenia szarej strefy. Struktura luki VAT sugeruje jednocześnie, że możliwości dalszego ograniczania wyłudzeń podatkowych wydają się być (niemal) wyczerpane, natomiast dalsza redukcja luki wymaga przede wszystkim działań ukierunkowanych na obniżanie szarej strefy – tłumaczy Marek Rozkrut.

szara strefa w Polsce 2018W opracowaniu EY oszacowano także utracone wpływy z podatków dochodowych od działalności gospodarczej, wynikające z występowania gotówkowej szarej strefy w Polsce w 2018 r. Związane z tym koszty dla finansów publicznych – w zależności od rozpatrywanego wariantu – wyniosły 0,57%-1,06% PKB (12,1-22,5 mld PLN), z czego 0,46%-0,86% PKB (9,7-18,1 mld PLN) wynikało z pasywnej szarej strefy.

W rezultacie łączne straty dla finansów publicznych z tytułu gotówkowej szarej strefy, w postaci utraconych dochodów z VAT oraz z podatków dochodowych od działalności gospodarczej, zostały oszacowane w 2018 r. między 1,82% PKB (38,4 mld PLN) i 2,31% PKB (48,8 mld PLN), z czego pasywna szara strefa odpowiadała za ubytek dochodów w wysokości 1,46%-1,85% PKB (30,8-39,8 mld PLN).

szara strefa w Polsce 2018 EY O badaniu:

Analiza jest kontynuacją realizowanych od wielu lat badań nad szarą strefą, które Zespół Analiz Ekonomicznych EY prowadzi zarówno na poziomie całej gospodarki, jak i wybranych sektorów. W tym celu Zespół opracował szereg metodyk, udoskonalających dotychczas stosowane w literaturze podejścia. Zastosowane przez Zespół rozwiązania są często przedmiotem dyskusji w środowisku naukowym, a następnie publikowane w renomowanych czasopismach naukowych.

Polacy i niedzielny zakaz handlu

Od stycznia 2020 roku obowiązuje kolejne zaostrzenie zakazu handlu w niedziele. Od początku roku zakaz dotyczy większości niedziel – zakupy zrobimy tylko w 7 niedziel objętych wyjątkiem. Jakie podejście do zakazu handlu mają Polacy w trzecim roku obowiązywania regulacji? Na to i inne pytania spróbował odpowiedzieć zespół badawczy Havas Media Group – Intelligence Team w badaniu zrealizowanym w lutym 2020 r.

Kolejne zaostrzenie handlu na ogół nie jest przyjmowane przez Polaków z entuzjazmem. Niemal połowa dorosłych Polaków wskazuje, że kolejne zaostrzenie handlu ocenia negatywnie. Szczególnie niezadowoleni z tego faktu są mieszkańcy największych miast – blisko 64% mieszkańców miast powyżej 500 tys. mieszkańców ocenia zaostrzenie zakazu handlu negatywnie. W ocenie zaostrzenia zakazu handlu najbardziej podzieleni są mieszkańcy wsi – około 40% z nich ocenia zaostrzenie zakazu negatywnie, a 43,5% pozytywnie.

zakaz handlu

Kolejne zaostrzenie zakazu handlu nie wpłynęło pozytywnie na ogólne nastawienie Polaków do funkcjonowania tego zakazu – podobnie jak w ubiegłym roku – blisko połowa dorosłych Polaków uważa, że zakaz handlu powinien zostać zniesiony. Największymi zwolennikami zniesienia zakazu handlu są mieszkańcy największych miast (pow.500 tys. mieszkańców) – w tej grupie ponad 60% osób chciałoby, by w niedziele sklepy były otwarte.zakaz handlu zniesienie

Mimo że Polacy na ogół nie są zwolennikami niedzielnego zakazu handlu, wydaje się, że przyzwyczailiśmy się już do jego istnienia i jesteśmy odpowiednio przygotowani do braku możliwości zrobienia zakupów w niedzielę. Blisko połowa badanych Polaków robi zakupy z odpowiednim wyprzedzeniem. Tylko 11% badanych poszukuje sklepów otwartych w niedziele.HMG_zakaz handlu_3

Do braku możliwości zrobienia zakupów w niedzielę trochę lepiej przygotowane są kobiety oraz starsi Polacy – to te grupy częściej deklarują robienie zakupów klika dni wcześniej. Z kolei sklepów otwartych w niedziele częściej poszukują mężczyźni oraz młodsi respondenci – osoby do 34. roku życia.

Zakaz handlu w niedziele nie ograniczył też naszej konsumpcji. Tylko 1/5 badanych Polaków zadeklarowała, że wprowadzenie niedzielnego zakazu handlu sprawiło, że kupuje znacznie mniej. Ograniczenie konsumpcji szczególnie widocznie jest wśród najmłodszych badanych – do 24. roku życia – w tej grupie blisko 30% badanych deklaruje, że przez zakaz handlu kupują mniej.HMG_zakaz handlu_4

Dla części Polaków zakaz handlu wiąże się z szeregiem utrudnień. Ponad 35% badanych Polaków deklaruje, że odczuwa negatywne skutki obowiązywania zakazu handlu. Znaczące utrudnienia spowodowane zakazem handlu deklarują głównie mężczyźni, młodzi Polacy (do 24. r.ż.) oraz mieszkańcy największych miast (pow. 500 tys. mieszkańców) – w tej grupie na negatywne skutki obowiązywania zakazu handlu w niedziele wskazuje ponad 50% osób.HMG_zakaz handlu_5

­– Zakaz handlu obowiązuje od 2018 r., w tym roku poza kilkoma wyjątkami, obejmie już wszystkie niedziele w miesiącu. Nasze badania pokazują, że nastawienie Polaków do zakazu handlu w niedziele nie zmienia się znacząco. Polacy wciąż deklarują, że chcieliby zniesienia zakazu handlu, a nowe zaostrzanie przepisów oceniają negatywnie. Mimo że stopniowo przyzwyczailiśmy się do braku możliwości zakupów w niedziele i planujemy zakupy wcześniej, to dla 1/3 Polaków stanowi on w dalszym ciągu duże utrudnienie – komentuje Anna Ostrowska, Insight Specialist w Havas Media Group.

O badaniu: Badanie zostało przeprowadzone przez Havas Media Group w lutym 2020 r. na ogólnopolskim panelu badawczym wśród 1122 dorosłych Polaków.

Metodologia: CAWI

Wielkość próby: n=1122

Fieldwork: luty 2020

W których branżach pracownicy są naprawdę szczęśliwi?

Nie odczuwają stresu i nie cierpią na bezsenność, bo jako jedni z nielicznych nie muszą bać się automatyzacji. W dodatku zarabiają wystarczająco dużo, by nie martwić się o finanse, a gdy chcą zmienić pracodawcę, poszukiwanie nowego zwykle zajmuje im nie więcej niż kilka tygodni. Czy są branże, w których pracownikom wiedzie się aż tak dobrze? Sprawdź wyniki najnowszego badania!

Obraz przedstawicieli najszczęśliwszych zawodów w Polsce wyłania się z raportu firmy Devire, udostępnionego na zlecenie szkoły programowania online Kodilla.com. Skąd biorą się tak pozytywne deklaracje i czy statystyki są zgodne z realną sytuacją na rynku pracy?

Arbejdsglaede, czyli pracoszczęście

Okazuje się, że dla 50% Polaków najważniejszym aspektem, którym powinien legitymować się idealny pracodawca, jest stabilność finansowa jego firmy. Poza tym powinien dawać możliwość swobodnego działania (48% twierdzących odpowiedzi) oraz być otwartym na inicjatywy i feedback (40%).wykres1

Czy istnieją branże i zawody, w których można to wszystko znaleźć? Tak, i to aż trzy, bo IT, marketing i reklama oraz inżynieria – dowiadujemy się z raportu Devire. To tu pracownicy doświadczają tzw. arbejdsglaede, czyli pracoszczęścia.

Arbejdsglaede to słowo pochodzenia duńskiego, które w 2014 roku zapoczątkowało nowy trend na rynku pracy. Idea z powodzeniem przyjęła się na zachodzie i znajduje coraz więcej sympatyków w Polsce – tłumaczy Michalina Jabłońska-Sprawnik, chief happiness officer w Devire. Jak dodaje, pracownicy ponad połowę swojego czasu spędzają w pracy i to, czy są w niej szczęśliwi znacząco wpływa nie tylko na komfort ich życia, ale i na sytuację firmy, dla której świadczą usługi.

Im większą satysfakcję praca sprawia, tym jej jakość jest po prostu wyższa. Poza tym szczęśliwy pracownik jest bardziej zaangażowany i częściej wychodzi z inicjatywami. Taka osoba jest lojalna i rzadziej myśli o zmianie pracodawcy. W branżach, jak np. IT, w których trudno o specjalistów i które nie tolerują błędów podczas pracy, wymagając precyzji i dokładności, to niezwykle ważne, aby pracownicy byli doceniani, a co za tym idzie i szczęśliwi –  uzupełnia Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com.wykres2

Szczęście w pracy to dobra kasa? Zależy dla kogo

Arbejd…co? Nigdy nie słyszałam takiego słowa, nawet nie wiem, jak je wymówić – śmieje się Marta, która od 2 lat pracuje w firmie projektującej strony internetowe. Wcześniej studiowała, co nie przyniosło jej większej satysfakcji zawodowej. Najpierw miała być akademia muzyczna, ale się nie dostała. Potem był licencjat na politechnice, z zarządzania. Tam poznała chłopaka, programistę i to on pchnął ją w stronę IT.

Szczęście w pracy to podstawa. O ile zgadza się kasa. Mam 35 lat. Byłam kelnerką, barmanką, sprzedawczynią w sklepie z ciuchami, a potem nawet asystentką prezesa w firmie produkującej betoniarki. Perspektywy słabe, miesięcznie 2800 zł na rękę i straszliwa nuda. A teraz w końcu robię coś, co mnie kręci i co zaczyna przynosić konkretne pieniądze. Jestem po pierwszej podwyżce, ale wiem, że to dopiero początek, bo za rok-dwa będę zarabiać 2 razy tyle, ile wyciągam obecnie.

Marta zajmuje się tworzeniem front-endu w języku JavaScript, a wieczorami uczy się testowania oprogramowania, chcąc podwyższyć swoje kwalifikacje i zyskać wyższą pensję. Dla jej pokolenia (urodzonego w latach 80.-90. XX wieku) , to właśnie wysokość wynagrodzenia jest najważniejsza (aż 72% wskazań w badaniu Devire). Zupełnie odwrotnie jest w przypadku pokolenia Z (18-25 lat). Dla nich stabilność finansowa jest na dalszym planie, a najważniejsza jest możliwość rozwoju zawodowego (70%).

Programiści śpią spokojnie, trochę stresu w marketingu

Bez względu na to, gdzie są zatrudnieni, czy pracują dla korporacji, w małej lub średniej firmie, start-upie czy jako freelancerzy, aż 76% programistów oraz po 74% przedstawicieli pozostałych dwóch branż przyznaje, że obecna praca sprawia im radość. Nieco inaczej wyglądają jednak deklaracje związane z pytaniem: “Czy odczuwasz stres i bezsenność spowodowane pracą?”, na które twierdząco odpowiedziało 27% pracowników IT, 36% inżynierów i aż 47% przedstawicieli marketingu i reklamy.

Tym, co stresuje programistów, z pewnością nie jest lęk związany z utratą posady. Choć niemal połowa z nich (49%) nie szuka aktywnie nowego zajęcia, to aż 93% otrzymało zaproszenie do rekrutacji w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Ci, którzy nowej posady szukali, nie poświęcili temu zbyt dużo czasu – aż 36% programistów potrzebowało na to mniej niż miesiąc, a kolejne 35% – mniej niż 3 miesiące.

Chętni do zmiany pracy są za to marketingowcy i inżynierowie – aż 48% przedstawicieli tych branż dziś aktywnie szuka nowego zatrudnienia. Popyt na osoby o ich kompetencjach jest jednak niemały, o czym świadczy choćby fakt, że w ciągu ostatniego pół roku do udziału w procesie rekrutacyjnym zaproszono aż 83% specjalistów od marketingu i reklamy oraz 80% inżynierów. Ze znalezieniem nowej pracy w czasie krótszym niż 3 miesiące nie miało problemu 65% przedstawicieli marketingu i reklamy oraz 51% inżynierów.

Szczęśliwi pracownicy robotyzacji się nie boją

Z prognoz Kodilla.com wynika, że w ciągu najbliższych 5 lat zapotrzebowanie na przedstawicieli niektórych zawodów znacząco zmniejszy się lub zupełnie wygaśnie. Pracę księgowych, kasjerów, telemarketerów, recepcjonistów i pracowników biurowych mają zastąpić maszyny. Postępującej automatyzacji i robotyzacji nie muszą bać się z kolei specjaliści od IT, marketingu, reklamy i inżynierowie, co bez wątpienia ma ogromny wpływ na stopień zadowolenia z wykonywanej pracy.

– Przedstawiciele branży IT, marketingu i reklamy oraz inżynierowie mają bardzo komfortową sytuację na rynku pracy. Mogą liczyć na stabilne zarobki oraz systematyczne podwyżki. Nie grozi im utrata pracy. Co więcej, to oni mogą przebierać w ofertach od rekruterów. Badania to potwierdzają – obaw, że robot może odebrać pracę nie ma 89% programistów, 84% specjalistów od marketingu i reklamy oraz 81% inżynierów – podsumowuje Magdalena Rogóż.

Źródło: Kodilla.com

Czy skacząca inflacja ma znaczenie dla RPP? Podatkiem w gospodarkę

Japonia w objęciach recesji, tydzień pełen protokołów oraz konsternacja po piątkowym odczycie inflacji.

Podatkiem w gospodarkę

Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny prezentuje się wyjątkowo ubogo. Amerykanie (jak i Kanadyjczycy) mają wolne i do handlu wrócą dopiero jutro, reszta rynku widocznie postanowiła to uszanować i nie szarżować ze zmiennością. W tych warunkach na kluczowe wydarzenie dnia wyrósł niespodziewanie odczyt dotyczący japońskiej gospodarki. Ta w ostatnim kwartale 2019 roku skurczyła się o 1,6%. Jest to efekt podwyższenia podatku od sprzedaży, co bezpośrednio uderzyło w konsumpcję, a pośrednio w praktycznie każdy element składowy PKB, z wyjątkiem rządowych wydatków. Annualizowany wynik na poziomie -6,3% można już nazywać małą katastrofą i rosną obawy, czy zapowiedziany w grudniu potężny pakiet stymulacyjny, będzie w stanie zniwelować tę dziurę. Na domiar złego późniejszy odczyt dotyczący produkcji przemysłowej również był grubo pod kreską. Co ciekawe, jen faktycznie traci, jednak nieznacznie, co może mieć związek z amerykańskim świętem.

Co tam w bankach piszczy?

Jak już wszyscy wrócą do handlu, to bieżący tydzień może być co najmniej interesujący. Przede wszystkim poznamy protokoły z posiedzeń najważniejszych banków centralnych. Już w środę swoje minutki opublikuje FED, choć tu akurat powinno obyć się bez większych sensacji. Po ostatnich wypowiedziach oficjeli Rezerwy dało się wyczuć, że czeka nas okres względnej stabilizacji stóp procentowych. Ciekawy może być jedynie fragment dotyczący programu płynnościowego i terminu jego zakończenia. Więcej emocji może wzbudzić protokół z posiedzenia EBC, który zostanie opublikowany w czwartek. Zresztą pod koniec tygodnia odczytów makroekonomicznych będzie na rynku pod dostatkiem.

Sztuka zamykania oczu

Nie milkną echa piątkowego odczytu dotyczącego inflacji w Polsce. Ta po raz kolejny skokowo przyspieszyła, drastycznie wybijając się ponad próg tolerancji NBP. Tyle teoria, bo w praktyce wcale nie zanosi się na zmianę nastawienia RPP. Według prezesa Glapińskiego to przyspieszenie jest oczekiwane i przejściowe, a jego powody są poza domeną działań Rady. Dlatego jej członkowie wierzą, że już niebawem zacznie ona spadać. Ta wiara to marne pocieszenie dla Polaków, którym coraz trudniej bronić oszczędności przed inflacją. Przejadany w coraz większym stopniu jest też wzrost wynagrodzeń.

Złoty dzisiaj wyraźnie traci. Euro z łatwością przebiło poziom 4,25 zł. Dolar sięga nowych maksimów tegorocznych i kosztuje obecnie 3,93 zł. Frank szwajcarski testuje pułap okrągłych 4 zł i wiele wskazuje na to, że uda mu się go sforsować. Drożeje także funt, za który obecnie należy zapłacić 5,11 zł.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Ruszyła nowa odsłona strony skierowanej do pacjentów w badaniach klinicznych

Polacy nadal ze sporą rezerwą przystępują do badań klinicznych, co w dużym stopniu wiąże się z brakiem dostatecznej wiedzy dotyczącej korzyści i ryzyka. Coraz więcej osób poszukuje informacji na ten temat. Odpowiedzią na to zapotrzebowanie jest realizacja  projektu Pacjent w badaniach klinicznych i stworzenie strony internetowej  https://pacjentwbadaniach.abm.gov.pl/, na której można znaleźć wiele materiałów na temat badań klinicznych i odszukać interesujące nas badania w międzynarodowych bazach.

Strona powstała dzięki pomysłowi Urszuli Jaworskiej (Prezes Fundacji Urszuli Jaworskiej) oraz współpracy organizacji pozarządowych, sektora nauki, administracji publicznej oraz branży biotechnologicznej i farmaceutycznej. Strona  stanowi wiarygodne źródło informacji
o badaniach klinicznych oraz wszystkich związanych z nim procedurach. Pacjenci, lekarze oraz organizacje pozarządowe działające na rzecz ochrony zdrowia znajdą tam szczegółowe informacje na temat standardów, procedur i wymagań dotyczących procesu prowadzenia  badań klinicznych, szczegółowe informacje dla pacjenta dotyczące udziału w badaniu klinicznym, historie pacjentów, jak również odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania zaprezentowane w przystępny sposób. Portal powstał po to, by pacjenci, po uzyskaniu wiarygodnych informacji na temat badań klinicznych, w pełni świadomie mogli podejmować decyzje związane z uczestnictwem w badaniu. Rzetelna i pełna informacja o badaniach klinicznych jest dla pacjentów niezmiernie ważna. Pacjenci powinni móc ją otrzymać już na początku diagnozy, tak by mogli świadomie podejmować decyzje jak ma przebiegać ich ścieżka leczenia. Obecnie często badania kliniczne traktowane są jako leczenie ostatniej szansy, może to powodować u pacjentów trudności w ocenie korzyści i ryzyka związanego z badaniami klinicznymi.  Powinniśmy to zmienić – podkreśla Pan Mariusz Błaszczyk – przedstawiciel Fundacji Urszuli Jaworskiej.

Pacjenci bardzo często nie wiedzą, gdzie szukać informacji o prowadzonych badaniach klinicznych. Strona, udostępniona użytkownikom ma za zadnie ułatwić im dostęp do baz informujących o aktualnie prowadzonych badaniach klinicznych. Na stronie można znaleźć informacje na temat serwisów zawierających oficjalne bazy badań klinicznych w różnych fazach realizacji. W przypadku zagranicznych baz badań klinicznych zniknie również problem bariery językowej, ponieważ instrukcje korzystania z nich zostały opisane w języku polskim. Mamy nadzieję, że dzięki zmianom zaproponowanym w projekcie ustawy o badaniach klinicznych, który złożyliśmy w styczniu br. do Ministra Zdrowia, już w przyszłym roku możliwe będzie uruchomienie powszechnie dostępnej bazy badań klinicznych, z której pacjenci będą mogli czerpać informacje o prowadzonych badaniach. Dzięki niej pacjenci z określoną chorobą będą mogli stosunkowo łatwo znaleźć badanie, które ich interesuje i odpowiada ich potrzebom – podsumowuje dr n. med. Radosław Sierpiński – p.o. Prezesa Agencji Badań Medycznych.

Badania w Polsce w ciągu roku rozpoczyna około 30 tys. pacjentów, dla porównania w Wielkiej Brytanii około 300 tys. Niski odsetek udziału pacjentów wynika między innymi z braku wiedzy o prowadzonych badaniach lub obawach związanych z  przystąpieniem do nich. Strona https://pacjentwbadaniach.abm.gov.pl/ ma za zadanie wspierać pacjentów w przypadku wątpliwości i stanowić odpowiedź na pojawiające się pytania dotyczące badań klinicznych.

Chorzy i ich rodziny stale czekają na nowe, coraz skuteczniejsze i bezpieczniejsze terapie. Dzięki badaniom dokonuje się postęp w medycynie, a pacjenci mogą być leczeni innowacyjnymi lekami. Jednak, aby chorzy mieli szansę na skorzystanie z badań klinicznych, muszą rozumieć wszystkie „za i przeciw” – podkreśla Bogna Cichowska-Duma, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA

W projekt zaangażowały się wspólnie instytucje publiczne i prywatne: Ministerstwo Zdrowia, Agencja Badań Medycznych, Fundacja Urszuli Jaworskiej, Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA, Stowarzyszenie Na Rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych w Polsce GCPpl, Polski Związek Pracodawców Firm Prowadzących Badania Kliniczne na Zlecenie POLCRO, Polska Unia Organizacji Pacjentów „Obywatele dla Zdrowia”, Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego PZPPF oraz Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Mamy nadzieję, że strona https://pacjentwbadaniach.abm.gov.pl/ ułatwi pacjentom poruszanie się w obszarze tematyki  badań klinicznych, jak również  umożliwi dostęp do aktualnej wiedzy na ten temat.

Zapowiada się spokojny dzień

Rynki spokojnie podchodzą do kolejnych doniesień dotyczących ekspansji epidemii koronawirusa, a nowe działania płynnościowe chińskiego banku centralnego pomagają tonować obawy. Indeksy w Europie zaczynają od umiarkowanych wzrostów, rynek walutowy pozostaje stabilny. Z powodu święta w USA zapowiada się spokojny dzień.

Pusty kalendarz makro na dziś dodatkowo sugeruje senny przebieg handlu w kolejnych godzinach. Jedyny istotny odczyt dnia jest już za nami, który jednak pozostawił po sobie ślad. W czwartym kwartale PKB Japonii skurczyło się aż o 6,3 proc. w ujęciu zannualizowanym. Spadek był spodziewany, ale dużo mniejszy, bo o 3,8 proc. Podwyżka podatku konsumpcyjnego w październiku okazała się mieć dużo większy negatywny efekt na prywatną konsumpcję, inwestycje mieszkaniowe i inwestycje w aktywa trwałe. Dodatkowo słabość gospodarki przejawiła się jeszcze przed nałożeniem podatku – dane za III kw. zrewidowano w dół do 0,5 proc. z 1,8 proc. Biorąc pod uwagę, że na początku 2020 r. gospodarka odczuje negatywne efekty epidemii koronawirusa, Japonia prawdopodobnie wejdzie w techniczną recesję. Inwestorzy zareagowali na ponure informacje wyprzedażą na tokijskiej giełdzie (Nikkei225 spadł o 0,69 proc.), ale po jenie nie widać przeceny. A to dlatego, że mało kto zakłada, aby Bank Japonii miał w swoim arsenale cokolwiek więcej do wykorzystania. BoJ już jest najbardziej ekspansywnym bankiem centralnym z ujemnymi stopami procentowymi, skupem obligacji skarbowych i pompowaniem pieniędzy w krajowy rynek akcji. Zadanie wsparcia gospodarki leży po stronie rządu, który już planuje obszerny pakiet gospodarczy. Ale to nie coś, co aktualnie pokieruje jenem. Wciąż dominujące jest znaczenie JPY jako bezpiecznie przystani. Jeśli nastroje rynkowe ponownie ulegną pogorszeniu, jen będzie mocny.

Doniesienia o spowalniającym tempie przyrostu nowych przypadków zachorowań w Chinach pomaga złagodzić obawy, ale ukazanie ekonomicznych skutków epidemii może przyczynić się do powrotu nerwowości. W kolejnych dniach uważnie obserwowane będą indeksy koniunktury. W USA odczyty indeksów PMI (pt) będą pierwszą wskazówką, czy epidemia zachwiała obraz solidnego ożywienia. Większy test dotyczyć będzie strefy euro, biorąc pod uwagę jak silnie traci ostatnio EUR w związku z porzucaniem nadziei na odbicie gospodarki. We wtorek poznamy niemiecki ZEW, a w piątek – PMI. W Wielkiej Brytanii raport z rynku pracy (wt) jeszcze nie w pełni uwzględni powyborczą euforię, tak w indeksach PMI (pt) będzie poszukiwane podtrzymanie optymizmu przedsiębiorców. Po rajdzie GBP w reakcji na zmianę kanclerza skarbu sądzimy, że teraz waluta jest bardziej wrażliwa na cofnięcie. Sporo danych z Polski (najważniejsza produkcja przemysłowa w czwartek), ale nie spodziewamy się wyraźnego wpływu odczytów na złotego. Na EUR/PLN od strony taktycznej widzimy wzrost ryzyka na powrót osłabienia złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polaków najbardziej frustrują rosnące ceny, hejt i mowa nienawiści w mediach

Co najbardziej frustruje Polaków? Podwyżki frustrują połowę rodaków, a na drugą pozycję najbardziej irytujących spraw przesunęły się niskie zarobki, które w zeszłym roku denerwowały najbardziej – wynika z badania zleconego przez Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor. Na kolejnych miejscach listy frustracji znalazła się też perspektywa niskiej emerytury, dalej negatywne informacje w mediach, które nieznacznie wyprzedziły nawet nienajlepszy stan zdrowia. Powodów do narzekań nie widzi jedynie co dwudziesty badany.

Jeszcze rok temu jako przyczynę największej frustracji 40 proc. badanych wskazywało zbyt niskie zarobki. Dziś niezadowalające płace wciąż denerwują, ale już mniejszą część osób, bo 35 proc. Na pierwszy plan wysunął się wzrost cen produktów i usług, który drażni co drugą osobę – wynika z badania przeprowadzonego przez Quality Watch dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Według wstępnych danych GUS, przy celu na poziomie 2,5 proc., inflacja wzrosła w styczniu 2020 w ujęciu rocznym o 4,4 proc. Głównie za sprawą cen żywności, która zdrożała w ciągu dwunastu miesięcy o 6,7 proc. To utrzymująca się tendencja, jeszcze w ubiegłym roku w niektórych przypadkach jak np. mięsa wieprzowego czy cukru wzrosły to ponad 20 proc. Jeśli mogłoby to być dla kogokolwiek pocieszające to według Eurostatu w UE, bardziej niż w Polsce inflacja w ostatnim czasie wzrosła na Węgrzech, w Rumunii, w Czechach na Słowacji i w Bułgarii, ale już w pozostałych krajach UE zmiany były mniej zauważalne.

Inflacja zagrożeniem dla budżetu

Niestety, w najbliższych miesiącach można spodziewać się kolejnych podwyżek. Nadal mogą drożeć nie tylko produkty spożywcze czy używki, ale także opłaty za prąd czy wywóz śmieci.[1] Ceny podniesie m.in. wzrost akcyzy na tytoń, a także podatek cukrowy oraz wyższy koszt energii elektrycznej. – Kumulacja w czasie różnego rodzaju podwyżek stała się tematem licznych medialnych doniesień, a także rozmów towarzyskich i rodzinnych. Stąd zapewne pierwsze miejsce na liście denerwujących spraw. Szczególnie, że wzrost kosztów życia to nienajlepsza prognoza dla domowych budżetów. Zamiast planować ekstra wydatki, trzeba będzie rozważniej dysponować pieniędzmi na bieżące niezbędne potrzeby. Osobom, którym już dzisiaj kilka razy w miesiącu brakuje pieniędzy na opłacanie bieżących rachunków czy rat kredytów – co 12. badany – z czasem może przybyć kłopotów – mówi Sławomir Grzelczak, Prezes BIG InfoMonitor. – O tym, że nawet w sprzyjających gospodarczo warunkach unikanie problemów finansowych nie jest łatwe, najlepiej widać to po Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor. W ostatnich 12 miesiącach liczba niesolidnych dłużników przyrastała miesięcznie średnio o ok. 5 tys. osób. Obecnie w BIG InfoMonitor widnieje ponad 2,2 mln osób z zaległościami przekraczającymi 42 mld zł – dodaje.

Płace wciąż solą w oku 35 proc. badanych, ale denerwują też media

Mimo podwyżki płac w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 9 osób, przekraczającej w 2019 r. nominalnie 6 proc. – z 5 275 zł na 5604 zł, a także wzrostów płac w wielu innych miejscach zatrudnienia (dane o wysokości płac w gospodarce narodowej, czyli dla osób zatrudnionych na etatach GUS poda w połowie lutego) niskie wynagrodzenia nadal frustrują co trzeciego Polaka. Niezadowolonych z zarobków w porównaniu z wypowiedziami sprzed roku ubyło, ale wciąż jest to duża grupa osób. Odsetek rozczarowanych jest dokładnie taki sam jak udział respondentów mówiących, że mają problemy z regulowaniem rat kredytów i bieżących rachunków: co najmniej kilka razy w miesiącu, raz w miesiąc oraz raz na kilka miesięcy. Osoby te w wyższych wynagrodzeniach najwyraźniej upatrują rozwiązania swoich kłopotów finansowych.

Jaki temat potrafi jeszcze zepsuć nastrój? Perspektywa niskiej emerytury – martwi się nią blisko co trzeci badany. Powody są, ZUS wskazuje, że o ile dzisiaj stopa zastąpienia wypłacana na emeryturze wynosi około 56 proc., w 2040 r. może spaść poniżej 40 proc, a w 2060 r. poniżej 30 proc.[2]

Tuż za podium frustrujących spraw, za trzema poważnymi kwestiami finansowymi znalazły się… negatywne informacje przekazywane w mediach. Ma ich dość aż jedna czwarta badanych. Przygnębiające newsy nieznacznie wyprzedziły nawet słabe zdrowie i wydatki na leczenie.

co budzi frustracje
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Stresująca kradzież tożsamości

W wynikach badania uwagę zwraca całkiem spory odsetek osób obawiających się kradzieży danych osobowych. Przykładów wycieków danych jest coraz więcej, a konsekwencją co już każdy niejednokrotnie wśród negatywnych informacji medialnych zdążył zobaczyć, jest później zaciąganie pożyczki, kredytu, czy też zakup telefonu przez złodzieja cudzej tożsamości. Raty czy rachunki obciążają jednak konto osoby, której dane zostały wykorzystane. Myśl o takiej ewentualności potrafi frustrować już co dziewiątego badanego. Ale o ile zahamować inflację czy też załatwić podwyżkę nie jest łatwo, to na tę akurat frustrację istnieje stosunkowo łatwy sposób. Informacje o próbie uzyskania kredytu można dostawać SMSem. Podobnie jak o sprawdzeniach w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, gdzie potencjalnych klientów, zanim zaoferują im usługi czy produkt weryfikują firmy pożyczkowe, telekomy i wiele innych firm. SMS o sprawdzeniu przez firmę w której nie byliśmy to czerwona lampka, alert o próbie wyłudzenia. Informacja w czasie rzeczywistym, że coś dzieje się poza nami pozwala szybko interweniować i ustrzec się długotrwałych kłopotów. Usługę pod nazwą Alerty BIK za 24 zł rocznie oferuje Biuro Informacji Kredytowej.

Problemy zmieniają się z wiekiem, myślenie o urodzie zastępują problemy ze zdrowiem

Ciekawie prezentują się różnice odpowiedzi w zależności od wieku badanych. O ile w grupie osób do 35 lat również na pierwszej pozycji jest wzrost cen, a następnie zbyt niskie zarobki, to dalej pojawia się brak wolnego czasu. Tuż za nim, obok perspektywy niskiej emerytury irytuje niezadowalający wygląd.

frustracje polaków
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Tymczasem u respondentów w wieku co najmniej 35 lat, w pierwszej piątce spraw psujących nastrój, w miejsce niezadowalającego wyglądu i braku wolnego czasu dla najbliższych, weszły negatywne doniesienia medialne i słabe zdrowie. Rzadziej też martwią niskie zarobki, bo te wraz ze stażem już nieco zyskały. Wizja świadczeń, po zakończeniu aktywności zawodowej przygnębia jednak prawie czterech na 10 badanych podczas gdy przed 35 rokiem życia jedynie dwóch.

co irytuje polaków
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor
Badanie zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor przez Quality Watch, techniką wywiadów internetowych (CAWI) wspomaganych komputerowo na reprezentatywnej próbie 1017 dorosłych mieszkańców Polski, grudzień 2019
[1] https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1449597,wzrost-cen-a-spowolnienie-gospodarcze.html
[2] https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/emerytury/emerytury-w-polsce-w-przyszlych-latach-prezes-zus-kresli-czarny-scenariusz/5fwl2z1

Do 5 marca trwa nabór wniosków w konkursie PowerUp! Challenge

Innowacyjne firmy mogą zdobyć finansowanie i rozwinąć skrzydła w konkursie PowerUp! Challenge. Chętni wciąż mają czas na złożenie wniosku. Organizator konkursu, fundusz InnoEnergy, poszukuje najlepszych startupów, scaleupów oraz małych i średnich przedsiębiorstw z Europy Środkowo-Wschodniej.

  • InnoEnergy, fundusz wspierany przez Europejski Instytut Innowacji i Technologii (EIT), zapewnia innowacyjnym firmom finansowanie, know-how i dostęp do sieci renomowanych partnerów biznesowych.
  • Startupy, które wezmą udział w PowerUp! Chellanege walczyć będą o tytuł Startupu Roku, a także o dostęp do finansowania i atrakcyjne nagrody ufundowane przez partnerów branżowych.
  • Nabór wniosków trwa do 5 marca i odbywa się poprzez stronę powerup.innoenergy.com

Z inicjatywy mogą skorzystać przedsiębiorstwa na dowolnym etapie rozwoju. Uczestnicy mają szansę zyskać dostęp do unikatowej oferty europejskiego funduszu InnoEnergy. Firma pomaga przedsiębiorcom realizować ich innowacyjne pomysły wspierając podczas wejścia na rynek, rozszerzania skali działalności czy ekspansji na rynki globalne. Przedsiębiorstwa zainteresowane dołączeniem do ekskluzywnego ekosystemu InnoEnergy powinny złożyć wniosek online na stronie https://powerup.innoenergy.com do 5 marca 2020.

– Uczestnicy mają szansę otrzymać pomoc naszego profesjonalnego zespołu w zamienianiu swoich pomysłów w dochodowy biznes. Mogą liczyć także na wsparcie w ekspansji zagranicznej. Główne obszary tematyczne konkursu to energetyka, mobilność, czyste technologie i inteligentne miasta, ale wielomilionowe dofinansowanie i atrakcyjne nagrody ufundowane przez partnerów branżowych mają szansę uzyskać wszelkie niekonwencjonalne pomysły. – mówi Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe.

W ciągu ostatnich 5 lat trwania programu InnoEnergy wsparło około 200 przedsięwzięć, z których 121 już skomercjalizowało swoje rozwiązania, a 42 złożyło wnioski patentowe. Przykładem polskiego startupu, który w 2019 otrzymał wsparcie InnoEnergy jest firma Wheelme, oferująca aplikację zestawiającą oferty firm z obszaru shared mobility na jednej mapie.

Startupy, które zgłoszą się do PowerUp! Challenge wezmą także udział w rywalizacji o tytuł polskiego Startupu Roku. Zwycięzcy konkursów krajowych będą konkurować ze sobą w Wielkim Finale podczas impact’20 – największej konferencji ekonomicznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Najlepsze startupy otrzymają nagrody pieniężne (pierwsze miejsce: 50 tys. euro), zaś wszyscy finaliści będą mieli możliwość zaprezentować swoje pomysły przed przedstawicielami największych firm przemysłowych i funduszy venture capital. Najlepsze projekty mogą liczyć również na nagrody ufundowane przez partnerów konkursu, wśród których jest m.in. firma Amazon Web Services. Dla wybranych uczestników globalna marka przekazała dostęp do usług AWS Activate w wysokości 100 000 euro.

Wnioski o uczestnictwo w PowerUp! Challenge należy składać do 5 marca 2020 za pośrednictwem strony: https://powerup.innoenergy.com 

W Europie brakuje miodu. Skala fałszowania tego produktu jest coraz większa

Europejscy konsumenci odczuwają niedobór miodu na rynku, ale pszczelarze nie są w stanie dostarczyć wystarczającej ilości tego produktu. Podobnie jest w Polsce, gdzie jest mało pasiek profesjonalnych, a liczba rodzin pszczelich rośnie zbyt wolno. Problemy i uwarunkowania branży sprawiają, że na sklepowe półki trafia miód importowany m.in. z Ukrainy i Chin. Rośnie też skala zjawiska fałszowania tego produktu.

Produkcja miodu w Europie nie zaspokaja potrzeb konsumentów. Największymi dostawcami na rynki unijne są Polska, Niemcy i Szwecja, ale zaczyna na nich przeważać miód z importu, głównie z Ukrainy i Chin.

Obecnie 60 proc. miodu używanego w Unii Europejskiej pochodzi spoza Unii – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Janek z Honey Revolution. – Mimo że nie chcielibyśmy go importować, to nie mamy wyjścia, bo kraje unijne nie produkują wystarczającej ilości miodu, a powodem jest wymieranie pszczół. Przyczyn jest wiele – pestycydy, ograniczenie naturalnego habitatu oraz monokultura rolnicza.

Habitat – określany często jako adres ekologiczny – to zestaw specyficznych warunków siedliska właściwych dla określonych gatunków. W przypadku pszczół naturalny habitat jest ograniczany przez działalność człowieka, w tym stosowanie monokultur w uprawach rolniczych.

Jeśli na określonym obszarze rośnie wyłącznie rzepak, to w momencie jego kwitnienia pszczoły mają bardzo dużo pokarmu, a po przekwitnięciu tracą źródło pożywienia, co prowadzi do osłabienia kolonii i śmierci pszczół – tłumaczy Wojciech Janek. – Jest wiele powodów cywilizacyjnych, które tworzą nieprzyjazne warunki dla pszczół.

Instytut Ogrodnictwa Zakład Pszczelnictwa w Puławach w opracowaniu z 2018 roku podaje, że w Polsce jest około 1,63 mln rodzin pszczelich, o ok. 5,2 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej rodzin znajduje się na terenie województwa lubelskiego (12 proc.). Przeciętnie na 1 km2 powierzchni kraju przypada 5,2 rodzin pszczelich. Ich największe zagęszczenie występuje w województwie małopolskim, a najmniejsze w województwie podlaskim.

– Pszczelarze są bardzo rozproszeni. Średnia wielkość pasieki w Polsce to 22 ule, w Niemczech jest nawet gorzej, bo tylko siedem uli. To są małe przychody, taki side business, jak mówią Amerykanie. Przez to nie jest to gałąź rolnictwa, w którą się inwestuje, jest to raczej branża hobbystyczna i skrajnie nieefektywna – mówi Wojciech Janek.

W Polsce działa ponad 76 tys. pszczelarzy. Przeciętna obsada pasieki to 22 rodziny pszczele. Największe gospodarstwa pszczelarskie funkcjonują na Warmii i Mazurach (około 39 rodzin), a najmniejsze (poniżej 13 rodzin) na Śląsku. Dominują pasieki liczące od 11 do 20 pni (28,9 proc.), a najliczniej reprezentowane są pasieki liczące od 21 do 50 rodzin (38,1 proc.). Pasieki powyżej 80 rodzin stanowią tylko 2 proc ogółu (12,3 proc. wszystkich rodzin pszczelich).

Tylko ok. 470 pasiek w Polsce posiada obsadę powyżej 150 rodzin pszczelich i uznawanych jest za zawodowe, ok. 120 z nich ma ponad 300 rodzin pszczelich. Najwięcej znajduje się w województwie warmińsko-mazurskim, a najmniej w województwie podlaskim.

– Te wszystkie czynniki powodują, że mamy do czynienia ze zjawiskiem fałszowania miodu na ogromną skalę. Można zaryzykować stwierdzenie, że fałszowanie miodu jest obecnie większym biznesem niż handel kokainą. W dodatku jest to również biznes w niewielkim stopniu penalizowany w porównaniu z narkotykami. Nawet jeśli mówi się w mediach o tym, że złapano fałszerzy miodu, to policja nie wyprowadza ich w kajdankach. Dlatego ten problem jest ogromny, bo na stoły trafia miód importowany, który nie spełnia żadnych norm, a ponadto spożywamy produkt, który tak naprawdę nie jest miodem – zaznacza przedstawiciel Honey Revolution, firmy, która opracowała system optymalizujący produkcję miodu i dający konsumentowi pewność jego pochodzenia.

Fałszowanie miodu może dotyczyć m.in. sposobu jego produkcji, np. kiedy pszczoły są dokarmiane sacharozą, a do gotowego wyrobu dodawane są syropy glukozowo-fruktozowe. Producenci czasem podają również nieprawdziwe informacje na etykietach, np. dotyczące pochodzenia miodu. Jednak, jak podkreśla Wojciech Janek, rośnie świadomość konsumentów w tym zakresie. Miód staje się produktem luksusowym, za który konsumenci będą skłonni zapłacić więcej, aby mieć pewność, że nabywają produkt wysokiej jakości.

Obecnie miód, który trafia na półki sklepowe, jest opisywany jako mieszanka miodów z krajów Unii Europejskiej i spoza Unii, ale nie ma nawet udziału procentowego – dodaje Wojciech Janek. – To powinno się zmienić, bo nieznajomość pochodzenia powoduje u konsumentów pewien niepokój dotyczący jakości produktu.

Eksperci Głównego Inspektoratu Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych podkreślają, że miody są importowane na dużą skalę z Azji i Ameryki Łacińskiej lub innych regionów Europy. Są one zwykle tańsze od wyrobów krajowych, ale też ich walory jakościowe są gorsze.