IP BOX – kolejne „pozytywne” orzeczenie

Przychód jednoosobowego przedsiębiorcy może być opodatkowany skalą podatkową (18% [od 1 stycznia 2020 r. 17%] i 32%) albo podatkiem liniowym w wysokości 19%. Część przedsiębiorców może jednak skorzystać z preferencyjnej stawki w wysokości 5%. Mowa tutaj o osobach, które uzyskują dochody ze świadczenia usług niematerialnych w postaci udostępniania własności intelektualnej.

Wybór tego sposobu opodatkowania jest dostępny dla polskich podatników od 1 stycznia 2019 r. i stanowi swego rodzaju ulgę. Warto dodać, że podobny mechanizm funkcjonuje od lat w innych krajach Unii Europejskiej, z których część pozwala na całościowe zwolnienie uzyskiwanych dochodów. Fakt ten nie uszedł uwadze polskim obywatelom, którzy postanowili przenieść swój biznes na tamtejsze terytoria. Prym wiedzie tutaj Malta oferująca nie tylko obniżoną stawkę PIT, ale również całkowite zwolnienie dla dochodów związanych z wykorzystaniem własności intelektualnej.

Podatnicy, którzy nie zdecydowali się na zmianę jurysdykcji podatkowej, mogą skorzystać z rodzimego rozwiązania obwarowanego szeregiem wymogów formalnych. Z uwagi na nie podatnicy dosyć często zwracają się do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o potwierdzenie prawidłowości zastosowania omawianego mechanizmu. W jednym z najnowszych orzeczeń (0114-KDIP3-2.4011.457.2019.2.MG) podatnik zapytał o możliwość zastosowania 5% stawki do działalności polegającej na wytwarzaniu oprogramowania komputerowego.

IP BOX po polsku

Ustawa o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 2193) wprowadziła do ustaw o podatkach dochodowych korzystne rozwiązanie podatkowe dla przedsiębiorców, którzy uzyskują dochody z komercjalizacji wytworzonych lub rozwiniętych przez nich praw własności intelektualnej (tzw. IP BOX, Innovation Box).

W uzasadnieniu do projektu ustawy wskazano, że proponowane rozwiązanie polega na preferencyjnym opodatkowaniu (5%) dochodów uzyskiwanych z praw własności intelektualnej, których podatnik jest m.in. właścicielem lub użytkownikiem i które są chronione na podstawie obowiązującego prawa krajowego lub międzynarodowego m.in. przez patent, dodatkowe prawo ochronne na wzór użytkowy czy prawo z rejestracji wzoru przemysłowego.

Preferencyjne opodatkowanie dotyczy m.in. dochodu uzyskanego z tytułu należności/opłat licencyjnych lub innych należności związanych z wykorzystywaniem prawa autorskiego do programu komputerowego.

Jednym z warunków skorzystania z projektowanej preferencji jest wymóg prowadzenia przez podatnika działalności badawczo-rozwojowej, bezpośrednio związanej z wytworzeniem, komercjalizacją, rozwojem lub ulepszeniem kwalifikowanego prawa własności intelektualnej. Innymi słowy, oprogramowanie musi być wytwarzane, rozwijane i ulepszane w ramach prowadzonej działalności gospodarczej jako rezultat własnej, indywidualnej, twórczej działalności intelektualnej.

Kolejnym warunkiem skorzystania z ulgi jest prowadzenie szczegółowej ewidencji rachunkowej pozwalającej na obliczenie podstawy opodatkowania, w tym powiązanie ponoszonych kosztów prac badawczo-rozwojowych z osiąganymi dochodami z praw IP powstałymi w wyniku przeprowadzenia tych prac.

Wątpliwości podatnika

W jednym z najnowszych orzeczeń podatnik zapytał, czy preferencyjne opodatkowanie może znaleźć zastosowanie do dochodu uzyskiwanego z tytułu przeniesienia autorskich praw majątkowych do oprogramowania. Podatnik dodał, że jego działalność gospodarcza jest działalnością twórczą obejmującą badania naukowe lub prace rozwojowe, podejmowaną w sposób systematyczny w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania zasobów wiedzy do tworzenia nowych zastosowań. Tym samym podatnik potwierdził, że autorskie prawo do programu komputerowego jest wytwarzane i ulepszane w ramach prowadzonej przez niego działalności badawczo-rozwojowej.

Orzeczenie

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej zaaprobował stanowisko przedsiębiorcy i tym samym zaakceptował uprawnienie do zastosowania 5% stawki podatku.

Należy jednak dostrzec, że organ nie mógł postąpić inaczej, jako że podatnik na wstępie swojego wniosku zaznaczył, iż spełnia wszystkie przesłanki dla skorzystania z ulgi. Wniosek jest więc taki, że organ nie potwierdził, czy oprogramowanie jest rzeczywiście wytwarzane lub ulepszane w ramach działalności badawczo-rozwojowej, a właśnie ta okoliczność jest najważniejsza, by z ulgi skorzystać. W konsekwencji moc ochronna interpretacji może okazać się iluzoryczna, jeśli działalność badawczo-rozwojowa nie jest rzeczywiście prowadzona. Co istotne, o tym, czy warunek ten został spełniony, decyduje prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Skutkiem tego podatnik musi potrafić udowodnić, że w wyniku jego działalności powstaje coś specjalnego, będącego efektem wykorzystania dostępnej aktualnie wiedzy i umiejętności, co odróżnia taką działalność od działalności rutynowej. Należy zatem pamiętać, że prowadzenie tej ostatniej nie uprawnia do skorzystania w Polsce z przedmiotowej preferencji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak sprawnie korzystać ze wszystkich funkcjonalności BDO

Od 1 stycznia działa Baza Danych Odpadowych (BDO), której celem jest utransparentnienie i usprawnienie obiegu informacji i dokumentów związanych z obiegiem odpadów na każdym etapie ich powstawania, transportu i zagospodarowywania. Po analizie danych z pierwszych tygodni funkcjonowania systemu warto przypomnieć kilka podstawowych informacji na temat efektywnego korzystania z Bazy.

Od nowego roku, wpisu do BDO dokonuje się wyłącznie za pomocą systemu elektronicznego (Krajowego Węzła Identyfikacji Elektronicznej), z użyciem podpisu kwalifikowanego lub profilu zaufanego.

Użytkownicy bazy są podzieleni na dwie grupy: na użytkowników głównych (około 115 tys.) oraz na użytkowników podrzędnych (ok 40 tys.). Każdy z nich ma inny poziom uprawnień. Użytkownicy główni logują się przez login.gov.pl, a użytkownicy podrzędni przez login (którym jest adres e-mail).

Uwaga! Jeśli podmiot po raz pierwszy loguje się w systemie BDO powinien wykorzystać dane do powiązania podmiotu z użytkownikiem przez hasło tymczasowe nadane mu przez urząd marszałkowski, jeśli podmiot dokonał już pierwszego logowania w Rejestrze-BDO, to powinien podać aktualne hasło do Rejestru-BDO.

Twórcy systemu BDO, ze względu na wykorzystanie technologii JavaScript oraz CSS rekomendują korzystanie z przeglądarek Google Chrome lub Mozilla Firefox oraz wyczyszczenie historii przeglądarki.

Po zalogowaniu się do Bazy Danych Odpadowych użytkownicy będą mieli dostęp do systemu, który będzie umożliwiaj gospodarowanie odpadami firmy. W module ewidencji warto zaznaczyć, że cyfrową Kartę Przekazania Odpadu i Kartę Przekazania Odpadów Komunalnych można zaplanować na 30 dni wcześniej. Po zatwierdzeniu jest ona widoczna w systemie i zawiera informacje m.in. o rodzaju i ilości przewożonych odpadów, planowanej dacie i godzinie transportu oraz o miejscu, do którego należy dostarczyć odpady. Podmiot transportujący podczas przewożenia odpadów powinien posiadać, na przykład w telefonie, wygenerowane potwierdzenie KPO lub KPOK do okazania w trakcie kontroli.

Indeksy PMI wreszcie rosną. EBC nie zaskoczył rynków

Inwestorzy liczyli, że EBC poruszy rynkami. Konferencja nie wniosła jednak za wiele. Waluty trochę ruszyły po samej konferencji, ale był to raczej efekt wstrzymywania transakcji przed konferencją niż wpływ posiedzenia.

EBC nie zaskoczył rynków

Europejski Bank Centralny nie podjął żadnej decyzji o zmianach głównych parametrów. Mowa tutaj zarówno o stopach procentowych, jak i o programie skupu aktywów. Pojawił się banał o rozpoczęciu przeglądu strategii polityki pieniężnej. Jest to dużym zaskoczeniem, że dzieje się to tak późno po zmianie kierownictwa. Obecny poziom stóp procentowych ma być utrzymany, aż inflacja w długim okresie nie przekroczy 2%. Ostatni raz na dłużej działo się to (nie licząc kilku miesięcy 2018 roku) 7 lat temu. Po tych danych inwestorzy przychylniej spojrzeli na dolara. Ruch przenoszący kapitał za ocean zaczął się mniej więcej po konferencji. W efekcie dolar poszedł znów w górę, zbliżając się do 3,85 zł.

Indeksy PMI wreszcie rosną

Po wielu już negatywnych zaskoczeniach w końcu musiało się udać. Indeksy koniunktury mierzone za pomocą ankiet wśród menedżerów odpowiedzialnych za zakupy pokazały lepsze rezultaty. W dalszym ciągu nie pokazują one rozwoju w Unii Europejskiej, ale są znacznie bliższe tego punktu, wyznaczanego przez poziom 50 pkt. Dla całej Unii jest to 47,8 pkt wobec 46,3 pkt miesiąc temu. Co ciekawe, pomimo tak dobrych danych, euro kolejny dzień traci na wartości wobec dolara.

Co z wiekiem emerytalnym?

W ramach obietnic przed kampanią wyborczą prezydent Andrzej Duda kategorycznie wykluczył podwyżkę wieku emerytalnego. Problem w tym, że od początku przemian ustrojowych żyjemy już, oczywiście średnio, o niemal 7 lat dłużej jako naród. W tym czasie podstawowy wiek emerytalny nie drgnął, pojawiały się za to różne rozwiązania w ramach wcześniejszych emerytur. Zmienia się za to wysokość składek emerytalnych, jednak nie spowoduje to, że na emeryturze będziemy w stanie utrzymać obecną stopę życia. Problem w tym, że logika wyborcza nakazuje nadal skazywać nas na taką sytuację, by kupić głosy kolejnych grup osób i wątpliwym jest, aby pogląd ten nie został podchwycony przez większość liczących się kontrkandydatów.

Dzisiaj, dzień wolny w Rumunii z okazji Święta Zjednoczenia, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Komentarz ZPP ws. umożliwienia upadłości konsumenckiej przedsiębiorcom prowadzącym jednoosobową działalność gospodarczą

Uchwalona 30 sierpnia 2019 roku nowelizacja ustawy Prawo upadłościowe wprowadziła szereg istotnych zmian. W dużym stopniu ułatwiła ona procedurę tzw. upadłości konsumenckiej. Na przykład, według starych zasad możliwe było oddalenie przez sąd wniosku o ogłoszenie upadłości w przypadku ustalenia, iż dłużnik z własnej winy doprowadził do swojej niewypłacalności bądź zwiększył jej stopień. Nowy model przewiduje, że wina dłużnika w tym zakresie badana będzie dopiero na etapie ustalania planu spłat wierzycieli. Z pewnością przyczyni się to do wzrostu liczby wniosków o upadłość konsumencką.

Z punktu widzenia przedsiębiorców bardzo istotną, wręcz rewolucyjną zmianą jest jednak objęcie możliwością skorzystania z tego modelu upadłości również osobom fizycznym prowadzącym działalność gospodarczą.

Upadłość konsumencka cechuje się – z punktu widzenia dłużnika – szeregiem korzyści, w porównaniu do klasycznego postępowania upadłościowego. Przede wszystkim, celem upadłości konsumenckiej, poza zaspokojeniem roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu, jest również doprowadzenie do sytuacji, w której zobowiązania niewykonane w ramach postępowania upadłościowego zostaną umorzone. Tym samym, w postanowieniu o ustaleniu planu spłaty wierzycieli w ramach upadłości konsumenckiej, sąd określa zakres i termin spłaty długów nieuregulowanych na podstawie planu podziału funduszy masy upadłościowej. Termin ten nie może być dłuższy niż trzydzieści sześć miesięcy. Po wykonaniu przez upadłego planu spłaty wierzycieli, sąd wydaje postanowienie o stwierdzeniu wykonania planu oraz umorzeniu zobowiązań upadłego powstałych przed dniem ogłoszenia upadłości i niewykonanych w wyniku wykonania planu spłaty wierzycieli. Jednocześnie, jeśli osobista sytuacja upadłego „w oczywisty sposób” wskazuje na to, że nie byłby on w stanie dokonać jakichkolwiek spłat w ramach planu, sąd umarza jego zobowiązania bez ustalenia planu spłaty.

Innymi słowy – upadłość konsumencka wiąże się z utratą majątku (jednak nie bezdomnością – jeżeli w skład masy upadłości wchodzi lokal mieszkalny albo dom, w którym zamieszkuje upadły, a konieczne jest zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych jego i osób pozostających na jego utrzymaniu, z sumy uzyskanej ze sprzedaży lokalu lub domu wydziela się upadłemu kwotę przeciętnego czynszu najmu lokalu mieszkalnego w tej samej lub sąsiedniej miejscowości za okres od roku do dwóch). Jednocześnie, zobowiązania nieuregulowane w toku realizacji planu spłaty rozpisanego na okres maksymalnie trzydziestu sześciu miesięcy, zostają umorzone. Tymczasem, w przypadku w którym „regularne” postępowanie upadłościowe nie doprowadzi do całkowitego zaspokojenia wierzyciela, ustalona lista wierzytelności stanowi tytuł egzekucyjny przeciwko upadłemu. Nie przewiduje ono zatem możliwości „oddłużenia”, czyli umorzenia wierzytelności zgodnie z mechanizmem analogicznym do opisanego powyżej.

Objęcie przedsiębiorców prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze możliwością skorzystania z modelu upadłości konsumenckiej stanowi krok w kierunku, który zdecydowanie popieramy i aprobujemy. Przedsiębiorcy ci znajdują się w specyficznej sytuacji – są bowiem traktowani jak profesjonaliści w obrocie i w wielu przypadkach objęci są restrykcjami analogicznymi do tych dotyczących dużych firm, a jednocześnie ich możliwości finansowe i organizacyjne pozostają często bardzo niewielkie. Ustawodawca wydaje się w coraz większym stopniu dostrzegać tę dwoistość, o czym świadczy zarówno przedmiotowa ustawa, jak i np. również uchwalona w ubiegłym roku regulacja obejmująca w określonych przypadkach przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalnością ochroną właściwą dla konsumentów. W szczególny sposób wspomniany dysonans odznacza się właśnie w kwestii odpowiedzialności za zobowiązania. W formule jednoosobowej działalności gospodarczej, przedsiębiorca odpowiada za zobowiązania całym swoim majątkiem. Generuje to istotne ryzyko, choćby z uwagi na specyfikę tej formuły, którą wykorzystuje zdecydowana większość przedsiębiorców początkujących, w wyjątkowym stopniu narażonych na popełnianie błędów i podejmowanie nieroztropnych decyzji biznesowych. Do tej pory, rezultatem tego rodzaju postępowania mogła być rozciągnięta na wiele lat utrata całego dorobku życia. Wobec powyższego z zadowoleniem odnotowujemy, że od 24 marca ekspozycja najmniejszych przedsiębiorców na to ryzyko ulegnie znacznej redukcji.

Małe firmy rezygnują z dochodzenia wierzytelności przed sądem, koszty to nawet 13% roszczenia

    • Od sierpnia mocno podrożały opłaty z wpis sądowy za złożenie sprawy. W efekcie wiele firm rezygnuje z odzyskiwania swoich należności na drodze sądowej.
    • Rosnące koszty, ale także przewlekłość postępowań, w połączeniu z niepewnym wynikiem skutecznie odstręcza przedsiębiorców od tej drogi egzekwowania swoich należności.
    • Firmy szukają rozwiązań, które zadziałają z dnia na dzień nie wiążąc ich środków finansowych i nie obciążając płynności finansowej.

     

  • Wyższe opłaty sądowe obowiązują od drugiej połowy sierpnia. W listopadzie na mocy nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego pojawiły się dodatkowe zmiany – jest sporo takich, które mają usprawnić odzyskiwanie przez przedsiębiorców pieniędzy w sądach. Niestety wielu prowadzących własny biznes, szczególnie ten o mniejszych przychodach, tego nie sprawdzi, bo nie skorzysta z drogi sądowej ze względu na wzrost kosztów przy zakładaniu spraw przez przedsiębiorców. Początkowo nie doceniano negatywnego oddźwięku, jakie podniesione opłaty mogą spowodować, ale obecnie prawnicy potwierdzają, że wzrost kosztów działa wyraźnie zniechęcająco. Oczywiście dla dużych firm wzrost opłat jest niezauważalny, jednak małe podmioty mocno to odczuły.

    Sąd sądem, ale ja czekam na moje pieniądze – przedsiębiorcy umieją liczyć swoje pieniądze.

    Wzrost kosztów jest znaczący: na przykład w sprawie o wartości ponad 15 tys. zł koszt wpisu wynosi 1000 zł, czyli aż 6,6% wartości roszczenia. Wcześniej przy takiej sprawie opłata wynosiła znacznie mniej. Przy spawach o najniższej wartości, czyli ponad 4 000 zł trzeba wpłacić aż 400 zł, czyli aż 10% wartości (4 razy więcej niż przed zmianami).

    – Przedsiębiorcy umieją liczyć swoje pieniądze, a jeśli któryś z nich w sprawie o 1500 zł będzie musiał zapłacić 200 zł, czyli ponad 13% wartości raczej do sądu nie pójdzie, bo kiedy doda koszty prawnika może nic nie zyskać. Wiele małych firm ma problem z odzyskaniem nie 5000 zł, ale znacznie mniejszych kwot – 1 000 czy kilkuset złotych. Do faktoringu zgłaszane są u nas zobowiązania nawet na 100 zł, a to znaczy, że nawet taka kwota w określonych okolicznościach nie jest bez znaczenia dla najmniejszych biznesów. Przekazanie takiej faktury do faktoringu zazwyczaj oznacza to, że przedsiębiorca ma obawy, że płatność będzie bardzo opóźniona, a być może w ogóle będzie kłopot z przelewem tego zobowiązania. W przypadku faktoringu zgłoszenie faktury o wartości 1000 zł to koszt kilkunastu złotych za miesiąc lub mniej niż 100 zł za pół roku. W dodatku większą część kwoty z faktury przedsiębiorca otrzymuje w ciągu doby, a nie jak w przypadku drogi sądowej po kilku miesiącach lub nigdy – mówi Beata Krakowiak, Regionalny Kierownik ds. Sprzedaży w eFaktor.

    Zamiast się sądzić, lepiej zarządzić

    To nie jedyne podwyżki jakie w ostatnich miesiącach pojawiły się w sądach. Podniesiono opłatę za zawezwanie do próby ugodowej. Do niedawna przy sprawach poniżej 10 tys. zł wynosiła 40 zł, teraz jest to 1/5 stawki, jaką poniósłby wierzyciel wnosząc pozew do sądu. Nowa opłata jest za wydanie uzasadnienia orzeczenia (do tej pory jej nie było) teraz trzeba zapłacić 100 zł.

    – Trafia do nas w ostatnich miesiącach więcej przedsiębiorców, którzy odbili się od kasy w sądzie. Często to małe firmy, które wystawiają faktury na kilkaset złotych czy kilka tysięcy. Dla nich te pieniądze to często być albo nie być, ryzyko utraty płynności, a nawet upadku biznesu. W sytuacji, kiedy koszt sprawy sądowej to więcej niż prowizja za nawet najdroższy kredyt i stanowi tak duży procent roszczenia nic dziwnego, że szukają innych rozwiązań, w tym właśnie faktoringowych – mówi Beata Krakowiak z eFaktor.

    Właśnie firmy faktoringowe pełnią często rolę pośrednika między wystawcą faktury, a płatnikiem ociągającym się z zapłatą. Przedsiębiorca włączając dodatkową instytucję w rozliczenia z partnerem, zyskuje jego wsparcie, a praktyka pokazuje, że nawet jeśli nie jest to sąd, takie działania są skuteczne.

Zestresowani, równościowi i „niewierni” – oto pracownicy branży medialnej

Ze<a title=stresowani, równościowi i „niewierni” – oto pracownicy branży medialnej" title="Zestresowani, równościowi i „niewierni” – oto pracownicy branży medialnej" />

24 stycznia wypada Światowy Dzień Środków Masowego Przekazu. Zawody związane z mediami, takie jak redaktor czy dziennikarz to wyjątkowe profesje. Obowiązuje ich szczególny kodeks etyczny, mają też duży wpływ na kształtowanie opinii publicznej na istotne społecznie tematy. Co ciekawe, jak wynika z badań CBOS-u z 2019 roku, dziennikarze mogą cieszyć się 55 proc. poważaniem społeczeństwa. To mniej niż strażacy, policjanci czy adwokaci, ale więcej niż posłowie, maklerzy czy… księża. Pracownicy szeroko pojmowanych mediów są też w top 10 najbardziej stresujących zawodów według Career Cast.

Obecność stresu, związanego z pracą w mediach, potwierdza nie tylko ranking amerykańskiego portalu poświęconego karierze zawodowej. Jak wynika z badania ADP „Workforce view in Europe 2019”, pracownicy „mediowi” są jedną z najbardziej zestresowanych grup zawodowych. Pod tym kątem wyprzedzają ich jedynie medycy, finansiści oraz pracownicy związani z produkcją. Ponad 25 proc. ankietowanych odpowiada, że stresuje się codziennie, a 23 proc., że 2-3 razy w tygodniu. Co ciekawe, polscy pracownicy branży medialnej są bardziej zestresowani niż ich europejscy koledzy
– do codziennego stresu przyznaje się nieco ponad 20 proc. europejskich pracowników tej grupy zawodowej.

Pracownicy związani z branżą mediów to wyjątkowa grupa zawodowa, która posiada szeroki wachlarz wykonywanych specjalizacji – możemy zaliczyć do niej dziennikarzy, social media menagerów, ale też rzeczników prasowych, copywriterów czy PR-owców. Ich zawód opiera się przede wszystkim na przekazie medialnym i kontakcie z drugim człowiekiem, co może wywoływać stres. Dodatkowymi czynnikami stresogennymi w tej szeroko rozumianej profesji są szybkie tempo pracy i – niekiedy – działanie pod presją czasu, a także odpowiedzialność społeczna. To wszystko sprawia, że pracownicy związani z mediami są jedną z najbardziej zestresowanych grup zawodowych w Polsce – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Każdemu po równo albo wcale

Co jeszcze wyróżnia pracowników branży medialnej? Są uważni, pilnują czasu swojej pracy i definitywnie opowiadają się za zrównaniem pensji kobiet i mężczyzn. Jak wynika z badań ADP, aż 80 proc. ankietowanych deklaruje, że zmieniłoby prace, gdyby w ich obecnym miejscu pracy pensje kobiet i mężczyzn na tym samym stanowisku nie były równe. Pytani o to, czy zauważają ten problem
w swoim obecnym miejscu pracy, ponad 16 proc. przyznaje, że tak, a 62 proc, że podejrzewa taką możliwość.

Praca w mediach zmusza do dbania o każdy detal, opiera się na budowaniu relacji z drugim człowiekiem. Dlatego osoby pracujące w branży mediowej są zazwyczaj otwarte, dociekliwe i energiczne. Śledzą zmieniające się trendy i pojawiające się nowe technologie. To grupa zawodowa, która jest również wrażliwa na kwestie społeczne, znaczna ich część zauważa nierówności płacowe, zwraca też uwagę na dyskryminację w pracy – komentuje Anna Barbachowska.

I że cię nie opuszczę… przez dwa lata

Badania ADP pokazują, że pracujący w mediach nie są za bardzo skłonni do zmiany pracy… Przynajmniej nie w perspektywie kilku miesięcy czy roku. Najwięcej z nich deklaruje chęć zostania w obecnym miejscu zatrudnienia od roku do dwóch lat (ponad 28 proc.) lub od dwóch do pięciu lat (ponad 21 proc.). Jedynie 2,7 proc. deklaruje możliwość zostania w obecnej firmie przez więcej niż dziesięć lat, a nieco ponad 12 proc. – do końca kariery zawodowej. Mniej „wierni” od pracowników branży medialnej są tylko artyści, w tej grupie zawodowej tylko 4,2 proc. deklaruje możliwość pracownia do końca życia zawodowego na tym samym stanowisku.

Potęga Makro Indeksów

Fakt, że najbardziej komentowanym elementem konferencji prasowej prezes EBC Christine Lagarde była jej broszka, uwidacznia, jak mało interesujące było to wydarzenie. Bank jest dobrej myśli co do perspektyw gospodarczych, ale nie oszukuje się, że ryzyka przeważają po negatywnej stronie. Jak bardzo te myśli są słuszne, okaże się przy publikacji indeksów PMI z przemysłu i usług.

EBC utrzymał parametry polityki bez zmian i zapowiedział rozpoczęcie procesu przeglądu założeń swojej strategii. Rewizja strategii może mieć konsekwencje dla oceny przyszłej polityki (np. zmiana celu inflacyjnego), ale przegląd ma potrwa cod końca roku, więc na razie nie ma on żadnego przełożenia na rynki finansowe. Sama prezes Lagarde starała się nie wskazywać, że bank jest ukierunkowany na konkretne zmiany. W gospodarce sytuacja od grudnia nieco się poprawiła i EUR nawet na moment zareagowało optymistycznie na słowa, że „są oznaki umiarkowanego wzrostu podstawowej presji inflacyjnej”, ale rynek szybko powrócił do punktu wyjścia, kiedy prezes zaznaczyła, że generalnie inflacja pozostaje stłumiona. Podkreślenie negatywnych ryzyk w postaci protekcjonizmu, niepewności i geopolityki pokazało, że EBC na razie nie ma warunków, by odsunąć widmo dalszego luzowania, jeśli zajdzie taka konieczność. A jeśli bank chce zyskać pole manewru, to potrzebuje do tego przekonujących danych z gospodarki.

Stad tak duże znaczenie dzisiejszych odczytów PMI z Eurolandu. Oczekiwania są optymistyczne, bo podpisanie porozumienia handlowego USA-Chiny i generalny optymizm wyznaczany przez rynki finansowe może pokrzepić przedsiębiorców. Z drugiej strony może się objawić moje największe źródło niepokoju, że rynku przereagowały z optymizmem, a gospodarka realna jeszcze nie prezentuje takiej siły, jaka jest dyskontowana w cenach aktywów. To przede wszystkich zagrożenie dla rynku akcji, gdyż w przypadku EUR ewidentnie widać, że sceptycyzm dominuje. Nie oznacza to jednak, że EUR/USD nie może spaść pod 1,10, jeśli dane będą złe.

Inne, ale równie ważne znaczenie będą miały odczyty PMI z Wielkiej Brytanii. Tam do oddalenia widma wojen handlowych dochodzi pozytywne przyjęcie wysokiej wygranej torysów w wyborach parlamentarnych, co powinno wygładzić dalszy proces brexitu, a przynajmniej usunąć większość niepewności. Jeśli pomimo tego aktywność gospodarcza w przemyśle i usługach nie będzie przejawiać poprawy, oznacza to, że gospodarka ma głębsze problemy, na które Bank Anglii musi zareagować. Aktualne szanse na cięcie stopy procentowej za tydzień wyceniane są 50:50, więc dzisiejsze dane będą silnie ważyć w obu kierunkach. Rajd GPB z ostatnich sugeruje, że część inwestorów przewiduje pozytywną niespodziankę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ile mieszkań co roku sprzedają spółdzielnie i gminy?

Nie tylko osoby fizyczne oraz deweloperzy sprzedają swoje mieszkania. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak wygląda sprzedaż „M” realizowana przez różnego rodzaju instytucje (np. gminy i spółdzielnie). 

Transakcje dotyczące sprzedaży mieszkań przez osoby fizyczne (rynek wtórny) oraz deweloperów (rynek pierwotny), generują praktycznie cały obrót na polskim rynku mieszkaniowym. Warto jednak pamiętać, że nie tylko firmy deweloperskie i osoby fizyczne sprzedają swoje mieszkania. Branżowi eksperci dość rzadko zwracają uwagę na sprzedaż nieruchomości mieszkaniowych przez różnego rodzaju instytucje. Dlatego analitycy portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, ile mieszkań w 2017 r. oraz 2018 r. sprzedały na przykład spółdzielnie i gminy.

Informacji na temat instytucjonalnej sprzedaży mieszkań trzeba szukać w bazie danych GUS. Główny Urząd Statystyczny całkiem niedawno podał, że przez dwa lata (2017 r. oraz 2018 r.) różnego rodzaju instytucje sprzedały 133 997 mieszkań. Taka skala dwuletniej sprzedaży z pewnością zasługuje na pewną uwagę. Bardziej dokładne dane GUS-u informują, że łączna sprzedaż lokali przez różne instytucje w 2017 r. oraz 2018 r. wyglądała następująco:

  • spółdzielnie mieszkaniowe – 50 686 sprzedanych lokali/37,8% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
  • gminy – 34 794 sprzedane lokale/26,0% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
  • zakłady pracy – 6 626 sprzedanych lokali/4,9% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
  • Skarb Państwa – 1 159 sprzedanych lokali/0,9% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
  • towarzystwa budownictwa społecznego (TBS) – 336 sprzedanych lokali/0,3% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje
  • inne podmioty – 40 396 sprzedanych lokali/30,1% sprzedaży mieszkań realizowanej przez instytucje

Powyższe informacje wskazują, że instytucjonalna sprzedaż mieszkań w Polsce jest głównie domeną gmin oraz spółdzielni mieszkaniowych. Spore znaczenie ma także sprzedaż realizowana przez „inne podmioty” (patrz powyższe dane). Do tej grupy mogą zaliczać się np. różnego rodzaju fundacje oraz przedsiębiorstwa działające poza branżą mieszkaniową.

Zmiany w składzie Rady Nadzorczej ZFPF

21 stycznia 2020 roku Związek Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF), organizacja skupiająca największe firmy z branży pośrednictwa finansowego, podjął decyzję o zmianie składu Rady Nadzorczej, powołując na funkcję Przewodniczącego Pawła Komara (członka kadry menedżerskiej w Notus Finanse).

Walne Zgromadzenie ZFPF powierzyło również funkcje Członków Rady Tomaszowi Przyrowskiemu (Gold Finance, Alex T. Great) oraz Sławomirowi Rykalskiemu (FinPack). Rada w nowym składzie będzie kontynuowała współpracę z Zarządem Organizacji: Prezesem Adrianem Jaroszem (Expander Advisors) oraz Wiceprezesem Dominikiem Skrzyckim (mFinanse).

Paweł Komar: przedstawiciel młodego pokolenia menedżerów, jeden z najmłodszych członków zarządu spółek z GPW, nagrodzony w 2016 r. tytułem TOP MANAGER branży finansowej w Polsce. Z notowanymi na giełdzie spółkami z branży finansowej związany od 2006 r., odpowiadając w tym czasie za różne obszary zarządcze i projektowe, budując jednocześnie kilka organizacji od zera. Odpowiedzialny głównie za strategię, rozwój przedsiębiorstw i obszary sprzedaży. Zasiadał w radach nadzorczych spółek z branży ubezpieczeń, towarzystwach funduszy inwestycyjnych, związany także z funduszami typu Venture Capital czy Private Equity. Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na wydziale Zarządzania i Finansów oraz Master of Business Administration, Executive Studies na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Z firmą Notus Finanse związany jest od listopada 2018 r.

Tomasz Przyrowski: absolwent Politechniki Radomskiej na Wydziale Ekonomicznym. Związany z branżą finansową od początku swojej kariery zawodowej. Z Grupą Metrohouse związany od 2012 r., rozpoczął swoją karierę jako ekspert kredytowy, powoli osiągając kolejne szczeble w hierarchii firmy. Od 2015 r. zarządza spółkami z grupy Metrohouse, które zajmują się pośrednictwem kredytowym. Uczestniczył
w procesie zakupu przez Grupę Metrohouse spółek Gold Finance i Alex T. Great, gdzie aktualnie pełni funkcję Prezesa Zarządu.

Sławomir Rykalski: założyciel i członek zarządu FinPack sp. z o.o. oraz Lendi sp. o.o. Absolwent Wydziału Informatyki na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym w Szczecinie. Jeden z twórców systemu FinPack, wykorzystywanego w codziennej pracy przez wielu ekspertów kredytowych w Polsce. Posiada ponad 8-letnie doświadczenie w sektorze usług finansowych oraz w zarządzaniu siecią agencyjną.

Podatki dla przedsiębiorców do pilnej poprawki. Eksperci sugerują, co należy zmienić w 2020 roku

W tym roku konieczne są zmiany w przepisach podatkowych dla przedsiębiorców. Eksperci wskazują, co z negatywnych doświadczeń z ostatnich miesięcy należy bezwzględnie wyeliminować. Nowe regulacje nie powinny być wdrażane szybko i masowo, co obserwujemy od kilku lat. Błędem jest też likwidacja deklaracji w podatku VAT. Konieczne są modyfikacje dot. obowiązku raportowania schematów podatkowych (MDR) czy poboru podatku u źródła. Zastrzeżenia wzbudza również nowa matryca VAT. Najważniejszą zmianą byłaby rewolucja kadrowa w organach administracji skarbowej. Inaczej niż ostatnio trzeba podejść też do kwestii akcyzy. 

Od 2015 roku zmiany podatkowe są wprowadzane na zasadzie „dzisiaj musimy uszczelnić system”. To odbywa się w szybko i masowo, co podkreśla Przemysław Pruszyński, ekspert ds. podatków i doradca podatkowy z Konfederacji Lewiatan. Ekspert zaznacza, że Ministerstwo Finansów stara się konsultować kolejne pomysły, ale modyfikacji jest bardzo dużo. To powoduje, że firmy nie są w stanie na spokojnie przygotować się do nowych obowiązków. W 2020 roku takie podejście ustawodawcy powinno zostać definitywnie wyeliminowane.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– Na pewno błędem albo kompletnym nieporozumieniem jest likwidacja deklaracji w podatku VAT. To grozi załamaniem dochodów budżetowych. Jeżeli chcemy osiągnąć w tym roku 195 mld zł, to trzeba ten pomysł wyrzucić do kosza. Kiedy zlikwidowano deklaracje miesięczne w podatku dochodowym z tytułu zaliczek (CIT-2 i PIT-5), to wówczas natychmiast zmniejszyły się dochody budżetowe. My przecież żyjemy z zaliczek w podatkach dochodowych, a nie z rozliczenia rocznego. Każdy podatnik tej daniny płaci tyle w ciągu roku, ile chce. W VAT-cie będzie dokładnie tak samo – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Natomiast Paweł Mazurkiewicz, doradca podatkowy i partner w MDDP, przekonuje, że niezbędna jest gruntowna zmiana w zakresie obowiązku raportowania schematów podatkowych (MDR). W przeciwnym razie Ministerstwo Finansów dalej będzie zasypywane tysiącami bezużytecznych zwykle zgłoszeń. W ciągu dziesięciu miesięcy zeszłego roku wpłynęło ich do resortu ok. 3500, z czego tylko ok. 10% nadano numery porządkowe (tzw. NSP). Ekspert dodaje, że podatnicy generują często wnioski na wszelki wypadek. Robią to w obawie przed drakońskimi sankcjami.

Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski
Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski

– Z pewnością pilnie trzeba zmienić przepisy dotyczące raportowania schematów podatkowych. Moim zdaniem, akurat w tym przypadku mamy do czynienia z typowym bublem prawnym. Regulacje są bardzo nieprzejrzyste, stosowanie ich w praktyce, nawet po przeczytaniu objaśnień, jest trudne. Wielu podatników ma duży problem z tym, aby ocenić, kiedy schemat podatkowy wymaga raportowania. Za niedopełnienie obowiązku są absurdalnie wysokie sankcje, określone w kodeksie karnym skarbowym – mówi Wojciech Kotowski, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Natomiast Roman Namysłowski, ekspert BCC ds. podatków stwierdza, że na pewno modyfikacji wymagają dwa zagadnienia. Pierwsze to obowiązek raportowania tzw. schematów podatkowych (MDR). Natomiast drugie – zmiana zasad poboru podatku u źródła przy płatnościach za granicę. Dotyczy to trzech kategorii, tj. dywidend, odsetek i należności za tzw. usługi niematerialne. W odniesieniu do ostatniego tematu, trwały do tej pory prace w tym zakresie. Jednak trudno powiedzieć, co się z nimi dalej stanie, po tym jak zespół podatkowy w MF rozsypał się zupełnie.

– Od początku kompletnie nietrafionym pomysłem jest tzw. nowa matryca VAT. Ludzie ciągle pytają, po co zmieniać nomenklaturę towarów, którą stosujemy praktycznie od 26 lat. Coś się udało ustalić, wyjaśnić i nagle to wszystko mieszamy. Zastępujemy jedną klasyfikację drugą, a każda z nich ma swoje wady i zalety. Po co mamy przerabiać wszystkie kasy rejestrujące oraz fakturowanie i ustalać od nowa, który wyrób jest w tym zgrupowaniu na 5, 8 i 23%. To jest gigantyczna praca, licząca tysiące godzin. A te przepisy mają obowiązywać już od 1 kwietnia tego roku – zaznacza prof. Modzelewski.

Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan
Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan

Jak przekonuje Jerzy Martini, doradca podatkowy, najważniejszą zmianą dla podatników byłaby rewolucja kadrowa w organach administracji skarbowej. Przepisy są istotne, ale zdecydowanie ważniejsze jest to, kto je interpretuje. W opinii eksperta, nasza administracja skarbowa jest dosyć archaiczna, mimo niewątpliwych postępów w informatyzacji. Widać przerost zatrudnienia w porównaniu z innymi państwami UE. Ponadto jest problem z pozyskaniem i utrzymaniem najlepszych ludzi. Oni często zmuszeni są do szukania pracy poza administracją. Płace w skarbówce są bowiem skandalicznie niskie.

– Niestety, w ostatnich latach praktycznie nic się nie wydarzyło w akcyzie. A przecież dzięki niej można zyskać spore pieniądze. To jest podatek o największej efektywności fiskalnej jednostkowej. Był zastój w tym temacie i finał mamy w postaci podwyżki dziesięcioprocentowej dla napojów alkoholowych i papierosów. Akcyza wymaga pielęgnacji i doskonalenia, a tym się po prostu nikt nie zajmował od 2015 roku, ale też wcześniej. Jeżeli nie dba się o nią, to w naturalny sposób traci się pieniądze – podsumowuje prof. Modzelewski.

Czy 500+ zamieni się na 600+?

Jak widać zrównoważony budżet powoli przestaje być priorytetem polskiego rządu. Wzrost inflacji powoduje, że świadczenia socjalne wypłacane w sztywno ustalonej stałej kwocie tracą na atrakcyjności. Skoro inflacja wynosi obecnie 3,4% oznacza to, że 500+ w ciągu roku realnie okazuje się 483+. Pomijając oczywiście, że rodziny z małymi dziećmi mogą mieć inny koszyk wydatków niż standardowy gusowski. W rezultacie pojawiają się w rządzie pomysły podniesienia tego świadczenia do 600 zł. Pomysł taki właśnie sformułował wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed. Niewykluczone, że pomysł ten trafi do postulatów w nadchodzącej kampanii prezydenckiej.

Sprzedaż detaliczna przyspiesza

O ile dane na temat produkcji przemysłowej nie ucieszyły inwestorów, o tyle sprzedaż detaliczna wypadła bardzo solidnie. Rośnie ona o 7,5% wobec oczekiwanych 7,3%. Tak małe odchylenie nie spowodowało większego zawirowania na rynku. Jest to natomiast solidny poziom dla tego wskaźnika. Biorąc pod uwagę duże transfery środków w ramach kolejnych działań rządu nie powinno dziwić, że sprzedaż detaliczna ma się dobrze. Strach pomyśleć co się stanie, gdy strumień tych środków przyschnie.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Pracownicy 50+ potrzebni i cenieni

Polscy przedsiębiorcy chcieliby zatrudniać więcej osób z pokolenia 50+ Nie trzeba im powtarzać co robić i swoje obowiązki traktują serio – mówią pracodawcy. Muszą się jednak nauczyć jak z nimi rozmawiać, jak ich rekrutować i dopasować pracę do ich potrzeb.

– Osoba 50+ jest zaangażowana, nie ma większych zobowiązań, bo nie musi pilnować dzieci, do pracy przychodzi regularnie, jest dyspozycyjna, ma życiowe i zawodowe doświadczenie. I traktuje swoje zajęcie poważnie – wylicza Aneta Janik-Barciś, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). – Dlatego jest bardzo cennym pracownikiem. Ale żeby go zdobyć trzeba mu to okazać i stworzyć dla niego odpowiednie warunki zatrudnienia.

Coraz więcej przedsiębiorców rozumie potrzebę doszkalania się w zakresie zarządzania  komunikacji międzypokoleniowej i czerpania korzyści z różnorodnych zespołów. W wielu miejscach w Polsce powstają programy edukacyjne, które uczą przedsiębiorców, zwłaszcza młodych jak efektywnie rozmawiać i rekrutować osoby dojrzałe. W trakcie takich szkoleń przedsiębiorcy dostają niezbędne narzędzia, dzięki którym udaje im się pozyskać i utrzymać taką osobę na stanowisku. Co ważne, przedsiębiorcy dowiadują się też, że osobie starszej trzeba dać czas na zaaklimatyzowanie się w nowych warunkach i we współpracy z kolegami młodszymi od nich o 25-30 lat.

Chodzi przede wszystkim o zmianę mentalności – mówi Janik-Barciś. – Duża część projektu edukacyjnego, którego jestem współautorką, przygotowywanego dla pracodawców na Uniwersytecie im. Jana Długosza w Częstochowie, obejmuje właśnie podejście psychologiczne i wiedzę na temat możliwości i potrzeb ludzi dojrzałych.

Praca na produkcji lepsza niż w kasie 

Chociaż ofert na rynku pracy jest dużo, nie każde zajęcie cieszy się wzięciem wśród dojrzałych osób. Jak informują szefowie agencji zrzeszonych w SAZ, pokolenia 50+ nie interesuje towarowanie czy obsługa kas fiskalnych w marketach i sieciach handlowych. Ten rodzaj zajęć jest postrzegany przez nich jako zbyt ciężki. Odnajdują się za to na produkcji. Kobiety szukają zatrudnienia głównie w branży spożywczej związanej z gastronomią i jako opiekunki osób starszych. Mężczyźni chętnie biorą lekkie prace w branży budowlanej i automotive.

– Dla tych ludzi dobre są projekty tymczasowe, bo mogą dopasować harmonogram do swojej dyspozycyjności, która jest różna – mówi Michał Król, dyrektor regionalny agencji pracy JobmanGroup. – Często jest też tak, że ktoś chce sobie tylko dorobić i interesuje go tylko niepełny wymiar godzin.

Szuka wtedy ofert niewymagających dynamiki i w niepełnym wymiarze czasu, np. obsługi stoisk na halach marketowych lub wydawania asortymentu klientom.

Zmianę wymusza rynek i młodzież

O ile harmonogram pracy może być elastyczny, to jej rodzaj nie do końca może ulec przekształceniom.

– To pewien problem – przyznaje Michał Król. – Osoby 50+ są grupą, która może być aktywna zawodowo. Niestety, nie da się zmieniać czy dopasowywać charakterystyki danej pracy do wymagań każdego z osobna. Tym samym, choć jesteśmy otwarci na tę grupę, nie możemy zatrudnić tylu osób, ile byśmy chcieli.

Część przedsiębiorców, którzy opowiadają się za zatrudnianiem osób w wieku 50+ przyznaje, że wynika to także w dużej mierze z rozczarowania młodszym pokoleniem. Młodzi często mają wysokie wymagania i łatwo rezygnują z pracy. Zapewnienie ciągłości produkcji i usług to dla firm jedna z kluczowych kwestii, dlatego szukają pracowników właśnie wśród osób dojrzałych. Eksperci mówią wręcz o nieodzowności tego kierunku, ponieważ nasze społeczeństwo się starzeje, młodzi wyjeżdżają za granicę lub nie chcą wykonywać prostych zajęć.

– Sytuacja osób 50+ zmieniła się w ciągu kilku ostatnich lat. Wymusił to rynek pracy oraz rzeczywistość związana z zatrudnianiem młodych ludzi – mówi Martyna Kmiecik, kierownik agencji zatrudnienia Emat. – Kiedy rozmawiamy z pracodawcami, często mówią, że wolą zatrudniać osoby w średnim wieku, ponieważ są one zaangażowane w powierzone im obowiązki i lojalne wobec firmy. Nie generalizowałabym jednak, że tak jest wszędzie, to zależy od branży i specyfiki pracy.

Firma, która oferuje stanowiska w produkcji, budowlance czy branży automotive i ma doświadczenie z pokoleniem, które jest na rynku pracy od niedawna, chętniej zatrudnia osoby dojrzałe. Może nie zawsze mają tyle energii, co młodzi, ale za to nie trzeba im powtarzać co robić i swoje obowiązki traktują serio.

Regulacje dotyczące zakładu w zawartych przez Polskę umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania

Prowadzenie biznesu za granicą może przyczynić się do powstania tzw. zagranicznego zakładu podatkowego opodatkowanego na zasadach właściwych dla tego państwa. Przed rozpoczęciem działalności w innym państwie przedsiębiorcy powinni dowiedzieć się, jakie formy prowadzenia działalności skutkują powstaniem zakładu podatkowego za granicą oraz w jaki sposób prawidłowo dokonywać rozliczeń podatkowych w Polsce i w państwie prowadzenia zakładu.

Opodatkowanie zagranicznych dochodów

Kwestie dotyczące opodatkowania zagranicznych dochodów przedsiębiorstw zostały uregulowane w Modelowej Konwencji OECD w sprawie unikania podwójnego opodatkowania (dalej: Konwencja OECD), stanowiącej wzór dla większości umów o unikaniu podwójnego opodatkowania oraz w dwustronnych umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania, których stroną jest Polska (dalej: umowa UPO), z pewnymi odstępstwami określonymi w polskich ustawach PIT i CIT.

Zasada ogólna mówi, że przedsiębiorcy mający miejsce zamieszkania lub siedzibę w naszym kraju, podlegają w Polsce opodatkowaniu w odniesieniu do całości swoich dochodów, również od tych osiąganych z działalności prowadzonej za granicą. Reguła ta ma zastosowanie do przedsiębiorców opodatkowanych podatkiem od osób fizycznych oraz podatkiem od osób prawnych. Zgodnie z treścią Konwencji OECD oraz uregulowaniami umów UPO, których stroną jest Polska, zyski przedsiębiorstwa umawiającego się państwa podlegają opodatkowaniu tylko w tym państwie (państwie rezydencji), chyba że przedsiębiorstwo prowadzi w drugim umawiającym się państwie działalność gospodarczą poprzez położony tam zakład. W przypadku wykonywania działalności za granicą poprzez położony tam zakład zyski, jakie można przypisać takiemu zakładowi, mogą być również opodatkowane w państwie położenia tego zakładu. Opodatkowanie dochodów zagranicznego zakładu będzie możliwe tylko do takiej wysokości, w jakiej mogą być przypisane do tego zakładu.

W celu zapobieżenia podwójnemu opodatkowaniu jednocześnie w państwie rezydencji przedsiębiorcy i w państwie położenia zakładu zawierane przez Polskę umowy UPO przewidują podatkowe preferencje w tym zakresie. Dla przykładu w umowie UPO z Niemcami uwzględniono tzw. metodę wyłączenia polegającą na zwolnieniu zysków przedsiębiorstwa uzyskanych w tym państwie z opodatkowania podatkiem dochodowym w Polsce. Inną metodą uniknięcia zapłaty podwójnego podatku jest tzw. metoda zaliczenia (odliczenia proporcjonalnego), występująca np. w umowie UPO z Austrią lub Holandią, zgodnie z którą zyski zakładu położonego w tych krajach będą podlegały opodatkowaniu także w Polsce, ale podatnik zaliczy podatek zapłacony za granicą na poczet podatku należnego w kraju.

Przypisanie zysków do zagranicznego zakładu

Uregulowania umów UPO, których stroną jest Polska, wymagają od polskich podatników wykonujących działalność za granicą tzw. fikcyjnego wyodrębnienia w ramach jednego przedsiębiorstwa dwóch podmiotów – jednostki macierzystej położonej w Polsce oraz jednostki zagranicznej położonej w państwie zakładu. W ten sposób realizuje się nadrzędna zasada określona w umowach UPO o fikcyjnej samodzielności zakładu dla potrzeb rozliczeń podatkowych. Od tej pory – na gruncie podatkowym – zakład występuje w charakterze niezależnego przedsiębiorcy realizującego transakcje gospodarcze z jednostką macierzystą w Polsce.

W następstwie powyższego przedsiębiorca prowadzący zakład będzie zobowiązany przypisać zyski do zakładu w takiej wysokości, w jakiej powinny one odpowiadać zyskom, jakie zakład mógłby osiągnąć, gdyby:

  • spełniał przesłanki odrębnego i samodzielnego przedsiębiorstwa, całkowicie niezależnego od przedsiębiorstwa, którego jest zakładem;
  • wykonywał taką samą lub podobną działalność;
  • funkcjonował w takich samych lub podobnych warunkach prowadzenia przedsiębiorstwa (np. funkcje, aktywa, ponoszone ryzyka).

Definicja zakładu podatkowego

Jak już wspomniano, nie każda forma prowadzenia działalności gospodarczej za granicą wiąże się automatycznie z zaistnieniem przesłanek przesądzających o powstaniu zakładu podatkowego. Zgodnie z definicją określoną w Konwencji OECD oraz umowach UPO, których stroną jest Polska, zakład oznacza stałą placówkę, przez którą całkowicie lub częściowo prowadzona jest działalność gospodarcza przedsiębiorstwa. W szczególności pojęcie zakładu obejmuje miejsce zarządu, filię, biuro, fabrykę, warsztat i miejsce wydobywania zasobów naturalnych (np. kopalnię). Plac budowy, prace budowlane lub instalacyjne stanowią zakład podatkowy tylko wtedy, jeżeli trwają dłużej niż dwanaście miesięcy. Praktyka pokazuje jednak, że o stałej placówce możemy mówić również wtedy, gdy przedsiębiorca nie posiada tytułu prawnego do miejsca, w którym przebywają jego pracownicy, bądź do którego przemieszcza swoje towary (np. wynajmowane biuro, lokal itp.). Natomiast o „stałości” zagranicznej placówki można mówić wówczas, gdy działalność za jej pośrednictwem trwa dłużej niż sześć miesięcy, choć niektóre państwa mogą przyjmować inne okresy. Z chwilą upływu tego okresu konstytuuje się zakład zagraniczny w rozumieniu prawa podatkowego.

W myśl zapisów umów UPO nie każda forma działalności zagranicznej wpisuje się w definicję zakładu. Uregulowania umów UPO wyłączają z definicji zakładu czynności, które w głównej mierze odnoszą się do wykonywania działań o charakterze przygotowawczym lub pomocniczym w stosunku do swojej głównej działalności. Cech zakładu nie spełnia również użytkowanie placówek, które służą wyłącznie do składowania, wystawiania lub wydawania towarów należących do przedsiębiorstwa. Faktyczne cechy prowadzonej działalności za granicą trzeba jednak oceniać indywidualnie w odniesieniu do specyfiki branży, w której ta działalność jest prowadzona.

Konsekwencje podatkowe

Zagraniczna działalność gospodarcza wykonywana w sposób ciągły i zorganizowany poprzez stałą placówkę na terytorium innego państwa rodzi określone konsekwencje na gruncie prawa podatkowego kraju, w którym położony jest zakład. Podatnik taki będzie zobowiązany m.in. do rejestracji podatkowej (VAT i podatek dochodowy), prowadzenia odrębnych ksiąg rachunkowych, prawidłowej alokacji przychodów i kosztów do tego zakładu, obliczania zaliczek na podatek dochodowy i składania deklaracji podatkowych w terminach określonych w prawie podatkowym państwa położenia zakładu. Sprostanie tym obowiązkom powinno uchronić podatnika przed zakwestionowaniem jego rozliczeń podatkowych przez krajowe i zagraniczne organy podatkowe.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Co to jest pakiet mobilności, od kiedy będzie stosowany i co zmieni?

Do zatwierdzenia pakietu mobilności, czyli nowych zmian w prawie transportowym niekorzystnych dla polskich przedsiębiorców, pozostały dwa główne kroki. Czekamy jeszcze na pierwsze czytanie w Radzie UE i drugie czytanie w Parlamencie Europejskim. Eksperci OCRK i Inelo twierdzą jednak, że, jeśli nic niespodziewanego nie wydarzy się w Brukseli, to w pierwszej połowie 2020 roku prace nad unijnymi przepisami dla przewoźników będą zakończone. Jak przygotować się na wejście w życie kłopotliwej dyrektywy?

Długa droga do pakietu mobilności

Hasło „równa płaca za tę samą pracę” rozpoczęło dyskusję nad płacą minimalną i delegowaniem pracowników. Pierwsze kroki w kierunku nowego prawa zmieniającego reguły funkcjonowania międzynarodowego systemu transportu drogowego poczynili Niemcy, wprowadzając MiLoG. Od lipca 2016 roku obowiązuje też francuska ustawa Loi Macron. Natomiast w maju 2017 roku Komisja Europejska wystąpiła do Parlamentu z oficjalnym wnioskiem ustawodawczym nazwanym „pakiet mobilności 1”. Inicjatywa, mająca na celu zmianę i rozszerzenie przepisów UE tak, by znaleźć równowagę pomiędzy bezpieczeństwem, sprawiedliwością społeczną, zrównoważoną gospodarką
a opłacalnością i potrzebami rynków krajów Wspólnoty, od blisko trzech lat jest jednym z najbardziej dyskutowanych i kontrowersyjnych tematów w branży transportowej. Po licznych zmianach, poprawkach i aktualizacjach przepisów nadal skutki wprowadzenia pakietu mobilności nie zostały zbadane przez unijnego legislatora. To jednak nie przeszkodziło przedstawicielom tak zwanej starej Unii doprowadzić procedury do miejsca, z którego pozostały jedynie dwa najbardziej istotne głosowania do zakończenia całego procesu ustawodawczego.

Termin kolejnego głosowania w Radzie nie został jeszcze ustalony, ale można spodziewać się, że odbędzie się po około ośmiu tygodniach od ostatniego spotkania w Komisji TRAN. Tyle bowiem zajmuje prawno-językowe opracowanie postanowień zawartych w ramach ostatnich rozmów trójstronnych. Można się spodziewać, że cały proces zostanie zamknięty, czyli nastąpi publikacja przepisów w pierwszej połowie 2020 roku. Pomiędzy tymi głównymi głosowaniami mogą się wydarzyć jeszcze mniejsze spotkania oraz będą przekazywane informacje pomiędzy instytucjami. To jednak formalności i prawdopodobnie nie będą mieć wpływu na pakiet mobilności w obecnym kształciemówi Mateusz Włoch, ekspert Inelo.

Co to jest pakiet mobilności i od kiedy będzie stosowany?

Nowe prawo transportowe to, najprościej mówiąc, zmiany w trzech grupach przepisów:

  • Wymagania dotyczące maksymalnego dziennego i tygodniowego czasu prowadzenia pojazdu, minimalnych przerw oraz dziennych i tygodniowych okresów odpoczynków, a także przepisy dotyczące tachografów.
  • Delegowanie kierowców w sektorze transportu drogowego oraz kontrole drogowe.
  • Warunki wykonywania zawodu przewoźnika drogowego i dostęp do międzynarodowego rynku przewozów drogowych.

Najwcześniej znajdą wejdą w życie zmiany określające czas prowadzenia pojazdów, przerw
i okresów odpoczynków, bo możliwe, że już w drugiej połowie 2020 roku, czyli 20 dni po opublikowaniu rozporządzenia. Po 18 miesiącach zacznie obowiązywać nowa zasada, tj. kierowca będzie dokonywał wpisu kraju po przekroczeniu granicy, a także znajdą zastosowanie zapisy z grup zmian o delegowaniu i dostępie do rynku. Od końca 2024 roku kontrola drogowa będzie obejmować nie 28 jak obecnie, a 56 dni wstecz. Najdłuższy okres na przygotowanie się do nowości w funkcjonowaniu firmy transportowej będą mieli przewoźnicy z flotą pojazdów od 2,5 tony DMC w międzynarodowym transporcie rzeczy oraz kabotażu. Wymóg instalacji i użytkowania tachografów tak, jak w ciężarówkach, będzie obowiązywał od 1 lipca 2026 roku. Dla busiarzy będzie to prawdziwa rewolucja –
komentuje Mateusz Włoch, Inelo.

W ciągu 20 dni po opublikowaniu przyjętego pakietu mobilności wejdą w życie m.in.:

  • Doprecyzowanie zakazu dotyczącego odbierania regularnych tygodniowych odpoczynków w kabinie. Każdy odpoczynek ponad 45 godzin będzie musiał być spędzany poza kabiną w miejscu posiadającym odpowiednie zaplecze sanitarne.
  • Zaostrzenie reguł dotyczących odbieraniu odpoczynków tygodniowych skróconych, czyli kierowca międzynarodowy będzie mógł zrobić dwa skrócone tygodniowe okresy odpoczynku pod rząd (2x24h) pod warunkiem, że w każdych czterech tygodniach będzie miał co najmniej dwa odpoczynki tygodniowe regularne i dwa skrócone. Po wykonaniu dwóch skróconych odpoczynków tygodniowych pod rząd kolejny będzie odpoczynek tygodniowy regularny wraz z rekompensatami. Taki długi odpoczynek będzie odbierany obowiązkowo
    w bazie w kraju siedziby firmy lub miejscu zamieszkania kierowcy. Uwaga, w tym przypadku konieczne jest udokumentowanie powrotu.
  • Obowiązkowy powrót kierowcy do centrum operacyjnego firmy w kraju siedziby (baza) lub miejsca zamieszkania kierowcy maksymalnie co cztery tygodnie. Kierowca powinien wrócić przynajmniej na odpoczynek 45 godzinny.
  • Możliwość przerwania odpoczynków tygodniowych na promie – skróconych bez dodatkowych obostrzeń i regularnych – tylko gdy podróż jest zaplanowana na co najmniej osiem godzin, a kierowca ma do dyspozycji kabinę sypialną.
  • Możliwość przedłużenia jazdy dziennej oraz tygodniowej nawet o dwie godziny przy powrocie na bazę lub do domu na odpoczynek tygodniowy. Warunkiem jazdy dłuższej o dwie godziny jest zrobienie 30 minut przerwy przed dodatkowym czasem prowadzenia pojazdu oraz rekompensata tego czasu z innym dowolnym odpoczynkiem w ciągu trzech tygodni. Uwaga, przedłużenie możliwe wyłącznie ze względu na wyjątkowe sytuacje (np. zator, objazd, inne nieprzewidziane okoliczności).

Przepisy, jakie będą miały zastosowanie 18 miesięcy po opublikowaniu dyrektywy, to m.in.:

  • Powrót każdego pojazdu do centrum operacyjnego firmy w kraju siedziby raz na co najmniej osiem tygodni.
  • Ograniczenie dostępu do rynku w zakresie kabotażu. Dotychczasowe zasady dla transportu międzynarodowego to możliwość wykonania trzech operacji w ciągu siedmiu dni. UE w pakiecie mobilności dodała czterodniowy okres przerwy pomiędzy kabotażami tym samym pojazdem
    w tym samym kraju.
  • Nowy obowiązek kierowcy – wpis kraju po przekroczeniu granicy dokonywany
    w pierwszym możliwym bezpiecznym miejscu.
  • Możliwość utraty dobrej reputacji za naruszenia dotyczące kabotażu oraz delegowania pracowników.
  • Dodanie tzw. ratingu przedsiębiorstwa, określającego np. współczynnik występowania naruszeń do rejestru ERRU i KREPTD.
  • Wyłączenie z delegowania operacji tranzytowych, przewozów bilateralnych (z/do PL) oraz maksymalnie dwóch załadunków lub rozładunków towarzyszących przewozom bilateralnym (ten ostatni pod pewnymi warunkami np. inteligentny tachograf 2-gen, w drodze z polski dozwolona max. 1 dodatkowa operacja).
  • Objęcie delegowaniem przewozów cross-trade oraz wszelkich operacji kabotażowych.
  • Korzystanie z pełnych układów zbiorowych przy rozliczaniu płac minimalnych oraz brak możliwości zaliczania diet i ryczałtów.

Dodatkowe ważne ustalenia to:

  • 56 dni wstecz, czyli nowy okres kontroli drogowej, który będzie obowiązywał od końca 2024.
  • Montaż nowych inteligentnych tachografów drugiej generacji w nowych pojazdach w dwa lata po wejściu w życie przepisów technicznych.
  • Obowiązkowa wymiana tachografów w transporcie międzynarodowym na kolejną generację
    – analogowe i cyfrowe do trzech lat od wejścia w życie przepisów technicznych
    – inteligentne pierwszej generacji do czterech lat od wejścia w życie przepisów technicznych.
  • Wymóg stosowania się właścicieli firm przewozowych z tzw. flotą lekką do norm czasu jazdy
    i odpoczynków takich jak obecnie obowiązują kierowców ciężarówek (rozporządzenie 561),
    a także obowiązek instalacji i użytkowania tachografu będzie miał zastosowanie od lipca 2026 roku.
  • W ciągu 21 miesięcy od daty publikacji pakietu mobilności przewoźnicy, dysponujący busami, będą mieć obowiązek spełniania wszystkich wymogów dotyczących wykonywania zawodu przewoźnika drogowego, w tym m.in. posiadać licencję oraz zabezpieczenie finansowe na każdy pojazd.

Pakiet mobilności – jaki będzie transport drogowy?

Niepewny, ponieważ wszystko, co w gospodarce nie do końca poznane, po prostu budzi niepokój. Jednak transport również w kolejnych latach będzie notował wzrost zapotrzebowania i napędzał koniunkturę w Polsce. Z czego to wynika? Według szacunków w Europie ponad 50 proc. przewozu towarów odbywa się poprzez transport drogowy, co generuje około 500 miliardów euro zysku rocznie, a w samym TSL zatrudnionych jest około pięć milionów osób. Mimo dodatkowych utrudnień, jakie serwuje nam Unia, nie wypadniemy z rynku tak szybko, choć zagrożenie utraty płynności finansowej,
w szczególności przez małe firmy, jest rzeczywiście realne
mówi Łukasz Włoch z OCRK.Rodzimym przedsiębiorcom najbardziej będą doskwierać wzrost kosztów pracowniczych, nawet
o 30-40 proc., oraz znaczące ograniczenia dostępu do rynku, w tym głównie obostrzenia w zakresie kabotaży oraz konieczność powrotu do kraju po ośmiu tygodniach w trasie. Właściciele firm powinni rozważyć w przyszłości między innymi negocjowanie stawek za frachty objęte pakietem mobilności,
a także planowanie tras i operacji załadunek-rozładunek z większym wyprzedzeniem, jeśli to oczywiście możliwe. Ponadto współpraca z doświadczonym partnerem, znającym się na prawie międzynarodowym, oraz nowoczesne narzędzia telematyczne w dłuższej perspektywie okażą się pomocne i mogą stanowić o dodatkowej przewadze konkurencyjnej –
dodaje ekspert.

Istotne jest teraz także silne lobby, by rozpocząć zmiany legislacyjne w Polsce w celu zminimalizowania skutków pakietu mobilności. Chodzi tutaj głównie o dostosowanie zasad rozliczania kierowców do zapisów znowelizowanej dyrektywy o delegowaniu, czyli zmiany regulacji w ustawie o czasie pracy kierowców. Dzięki temu koszty pracowniczy zwiększą się, ale na przykład o 15 proc. podsumowuje Łukasz Włoch, OCRK.

Ferie zimowe najchętniej spędzamy w górach. Ceny noclegów są wyższe niż rok temu

Ceny noclegów w popularnych kurortach w okresie ferii zimowych przewyższają ubiegłoroczne stawki. Najdrożej zapłacimy w Kościelisku, Szklarskiej Porębie i Białce Tatrzańskiej, średnio ponad 100 zł za osobę. Nieco taniej wyjdzie nas pobyt w mniej znanych górskich miejscowościach – około 60 zł za osobę. W ten weekend wypoczynek kończą uczniowie z pierwszych pięciu województw,  ale do wyjazdów szykują się kolejni. Ci, którzy nie mają jeszcze wykupionych noclegów, powinni się spieszyć, bo im bliżej terminu, tym wyższe ceny.

Z raportu portalu Noclegi.pl wynika, że na ferie zimowe najchętniej wybieramy się do Zakopanego – 46 proc. rezerwacji dotyczy właśnie zimowej stolicy Polski. Jednak ceny za nocleg nie są tam najwyższe. Więcej zapłacimy na przykład w Białce Tatrzańskiej, która oferuje turystom atrakcję w postaci źródeł termalnych.

– Ceny noclegów najwyższe są obecnie w Kościelisku, Szklarskiej Porębie i Białce Tatrzańskiej. Tam za osobę zapłacimy od 100 do 130 zł. W popularnych miejscowościach, takich jak Zakopane, Wisła czy Karpacz, ceny są bardziej przystępne – od 70 do 95 zł za noc. Jeżeli chcemy zminimalizować wydatki, polecam poszukać mniej obleganych miejsc, takich jak Poronin czy Biały Dunajec. Tam za nocleg zapłacimy od 45 do 60 zł za osobę – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Rzeszutek, specjalistka ds. marketingu platformy rezerwacyjnej Noclegi.pl.

Wyjazdy zagraniczne także cieszą się sporą popularnością w tym okresie. Ceny za nocleg na Węgrzech czy w Austrii są porównywalne do tych, z którymi spotkamy się w Polsce.

Polacy coraz częściej planują ferie zimowe z wyprzedzeniem. W porównaniu z poprzednim rokiem liczba wczesnych rezerwacji wzrosła o jedną trzecią. To najlepszy wybór ze względu na koszty. Eksperci ostrzegają, że w przypadku cen noclegów nie należy liczyć na oferty typu last minute, dobrze jest zdecydować się jak najszybciej.

Ceny wyjazdu na ferie zimowe rosną nie tylko z roku na rok, lecz także z miesiąca na miesiąc, średnio o 19 proc. Im bliżej wyjazdu, tym cena jest wyższa. Obiekty noclegowe podnoszą standard oraz jakość usług. Turystyka krajowa rozwija się, a Polacy zarabiają coraz więcej, dlatego obserwujemy podwyżki cen. Jeżeli ktoś zarezerwował nocleg w Zakopanem w listopadzie, mógł cieszyć się ceną o 25 proc. niższą niż obecnie – tłumaczy Agnieszka Rzeszutek.

W tym roku ferie w województwie mazowieckim rozpoczną się jako ostatnie (potrwają od 10 do 23 lutego). Eksperci tłumaczą, że to w tym okresie ceny będą najwyższe, bo właściciele obiektów podwyższają wtedy ceny. Warszawiacy mogą zatem wydać na wypoczynek więcej niż reszta Polski.

Właściciele obiektów noclegowych często czekają na ferie województwa mazowieckiego i podnoszą ceny, licząc na większy zarobek. Cena może być wyższa nawet od 20 do 50 zł dla jednej osoby za noc – mówi Rzeszutek.

Nocleg najczęściej rezerwujemy na minimum pięć dni. Zdarzają się jednak wyjazdy dłuższe, 10-dniowe, a także krótsze, weekendowe.  Turyści, którzy rezerwują noclegi w górach, najczęściej decydują się na pobyt w drewnianych obiektach, które odzwierciedlają klimat danego regionu. Z kolei osobom spędzającym ferie w miastach najbardziej zależy na samodzielności – aż jedna czwarta rezerwujących wybrała osobne mieszkanie.

Jeżeli jedziemy do większych miejscowości, takich jak Warszawa czy Kraków, zazwyczaj wybieramy apartament. 25 proc. turystów, którzy dokonali już rezerwacji na portalu Noclegi.pl, wybrało mieszkanie. 15 proc. gości zdecydowało się na pensjonat, w którym można się spodziewać dobrego standardu i śniadania w cenie. Jedynie 14 proc. zdecydowało się na pokój gościnny w kwaterze prywatnej – wyjaśnia Rzeszutek.

Na wypoczynek w okresie ferii najczęściej wyjeżdżają rodziny z dziećmi, co też wpływa na ich oczekiwania co do wyposażenia i lokalizacji obiektu.

– Osoby szukające noclegu najczęściej pytają o odległość obiektu od wyciągu narciarskiego lub centrum miasta. Ważne są udogodnienia dla dzieci – łóżeczko, krzesełko do karmienia. Rodzice pytają również, czy na miejscu będzie obecna wykwalifikowana opiekunka. Niektóre obiekty mają w ofercie możliwość wynajęcia opiekunki, jednak jest to dodatkowy koszt w wysokości 100 zł za godzinę. Poza tym goście lubią atrakcje w postaci jacuzzi, sauny i masaży – zwraca uwagę ekspertka.

Ministerstwo Zdrowia: Będziemy pracować nad poprawą koordynowanej opieki nad wcześniakami. Od lipca będą też dostępne bezpłatne leki dla kobiet w ciąży

– Polska neonatologia jest już na światowym poziomie – mówi wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. Nie brakuje jednak problemów, których rozwiązanie jest konieczne dla prawidłowej opieki nad noworodkami. W lipcu 2020 roku kobiety w ciąży będą miały dostęp do bezpłatnych leków. Jeszcze w tym roku mają też ruszyć prace nad poprawieniem koordynowanej opieki nad wcześniakami. Konieczne jest też zwiększenie liczby neonatologów i zadbanie o ich odpowiednie wynagrodzenie.

– Opieka neonatologiczna w Polsce jest na najwyższym światowym poziomie i jest dobrze finansowana. Ale problemów jest oczywiście dużo, głównie dotyczą one rozproszenia udzielanych świadczeń i ich jakości pod kątem personelu. Mało jest wykwalifikowanego personelu w poszczególnych ośrodkach trzeciego poziomu referencyjnego, czyli najwyższego – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Jak wynika z danych Naczelnej Izby Lekarskiej, w zawodzie neonatologa pracuje ok. 1,5 tys. osób. Brak kadr wynika także z wysokości zarobków – często wynagrodzenie w szpitalach o I stopniu referencji jest wyższe niż w szpitalach wielospecjalistycznych o III stopniu referencji, gdzie trafiają kobiety w wysoko zagrożonej ciąży.

– Jest oczekiwanie, żeby dyrektorzy zwracali uwagę na wynagrodzenia personelu pielęgniarskiego i lekarskiego. Trudno jest zadekretować wysokość wynagrodzenia dla neonatologów, ale dyrektorzy powinni zadbać o tę kwestię – wskazuje Maciej Miłkowski.

Ministerstwo planuje też ułatwienia dla kobiet w ciąży oraz realizację programów, które mają poprawić opiekę nad noworodkiem. W lipcu 2020 roku przyszłe mamy będą mieć gwarantowany bezpłatny dostęp do najczęściej stosowanych przez nie leków. Takie zmiany wprowadza przyjęta przez rząd w połowie grudnia nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.

– Mamy już plany, jakie leki powinny być bezpłatne – zapowiada wiceminister zdrowia.

Dokładny wykaz tych leków znajdzie się w obwieszczeniu refundacyjnym ministra zdrowia. Resort szacuje, że z darmowych leków skorzysta rocznie ok. 400 tys. kobiet. W pierwszym roku obowiązywania ustawy będzie to kosztowało ok. 14,5 mln zł.

Ministerstwo chce też pracować nad poprawieniem koordynowanej opieki nad wcześniakami. W Polsce co roku przed terminem rodzi się ok. 25 tys. dzieci. Prawidłowa opieka medyczna tuż po porodzie jest kluczowa dla ich rozwoju.

 Chcemy, żeby opieka w tym pierwszym okresie była tak skoordynowana, żeby rodzic mógł podczas jednego wyjazdu umówić się na konsultacje ze wszystkimi lekarzami. Dziecko wcześniacze potrzebuje opieki wielu specjalistów. Ważne, żeby rodzic nie jeździł z tym dzieckiem po różnych szpitalach, tylko w ciągu jednego dnia w jednym miejscu miał wykonany pełny zakres badań – zapowiada Miłkowski.

Jak przekonuje wiceminister, do wprowadzenia takiego modelu potrzeba przede wszystkim zmian organizacyjnych.

– W pediatrii przez ostatnie dwa lata Narodowy Fundusz Zdrowia bardzo dużo zmienił i przemodelował cały system Jednorodnych Grup Pacjentów. Teraz już nie ma konieczności hospitalizowania przez trzy dni, tylko maksymalizujemy tę efektywność na oddziale i pacjent jest na nim tak długo, ile potrzebuje – mówi Maciej Miłkowski.

Niezależnie od tego, ile dni dziecko spędzi w placówce, NFZ pokrywa 100 proc. kosztów leczenia. Wcześniej, przy dwudniowym pobycie Fundusz zwracał 65 proc. kosztów.

W Polsce jest ponad 1 tys. ładowarek dla samochodów elektrycznych. W Niemczech ich liczba przekracza już 20 tys.

Wszystkie auta z napędem alternatywnym, mimo dynamicznych wzrostów sprzedaży, wciąż stanowią raptem kilka procent zarówno polskiego, jak i europejskiego rynku. Klienci nie mają wystarczającej wiedzy na ich temat, więc boją się je kupować. Zwłaszcza że zakup elektryka wiąże się też z większym wydatkiem i problemami z jego ładowaniem. Dlatego też część nabywców wraca do silników benzynowych, co znów prowadzi do większych emisji CO2. – Rynek wymaga edukacji i rozwiązań, które pozwolą na korzystanie z samochodów elektrycznych w modelu abonamentowym i szybkie ładowanie – podkreślają eksperci Bowkett Auto Consulting.

Sytuacja na europejskim rynku motoryzacyjnym w tym roku niewiele będzie różnić się od poprzednich: auta całkowicie elektryczne typu BEV będą zyskiwać na popularności. Obecnie ich udział w rynku wynosi 1–2 proc., ale szacuje się, że w przyszłym roku ten odsetek wzrośnie już do 3,5 proc. Hybrydy będą również umacniały swoją pozycję na rynku, choć wygląda na to, że hybrydy typu plug-in czasy świetności mają już za sobą – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dean Bowkett, międzynarodowy ekspert flotowy, dyrektor zarządzający Bowkett Auto Consulting.

Jak wynika z listopadowych danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA (raport „Vehicles in use – Europe 2019”), mimo wzrostu rejestracji w ostatnich latach wszystkie pojazdy z napędem alternatywnym wciąż stanowią zaledwie 3,8 proc. floty samochodowej w Unii Europejskiej. 0,7 proc. ogółu stanowią hybrydy, a 0,2 proc. – pojazdy całkowicie elektryczne. Hybrydy typu plug-in stanowią raptem 0,1 proc.

ACEA podaje też, że w III kwartale ubiegłego roku liczba rejestracji samochodów z napędem alternatywnym w UE wzrosła o 46 proc. Głównym motorem tego wzrostu był segment pojazdów w pełni elektrycznych typu BEV (+126,3 proc.), podczas gdy popyt na hybrydy typu plug-in (PHEV) spadł o 7,6 proc.

W Polsce – jak wynika z „Licznika elektromobilności” PSPA i PZPM – w okresie od stycznia do listopada ub.r. liczba rejestracji elektrycznych samochodów osobowych oraz hybryd typu plug-in osiągnęła 3591 sztuk, rosnąc o 98 proc. rok do roku. Z kolei na koniec grudnia po polskich drogach jeździło już w sumie 8637 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Z tego 59 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV – 5091 sztuk), a pozostałą część – hybrydy typu plug-in (PHEV – 3546 sztuk) ładowane z gniazdka, które na polskim rynku wciąż utrzymują stosunkowo dużą popularność.

Do największych barier dla tego rynku wciąż należą kwestie związane z infrastrukturą. Światowym liderem w budowie ultraszybkich stacji ładowania są Chiny, z kolei w Europie powstają przeważnie wolne lub umiarkowanie szybkie stacje ładowania. Polski rząd wprowadził przepisy, które mają skłaniać samorządy do inwestycji w elektryki, mimo braku wystarczającej liczby punktów ładowania dla takich aut. Z podobną sytuacją mamy do czynienia na innych dużych rynkach. Nie przekonamy nikogo, żeby przesiadł się do elektryka, jeśli ładowanie na stacji będzie trwało 2–3 godziny. To powinna być kwestia maksymalnie 25–30 minut. Gdy to stanie się faktem, z pewnością zaobserwujemy wzrost zainteresowania tymi pojazdami – mówi Dean Bowkett.

Jak podkreśla, wymogiem minimalnym jest 1 punkt ładowania na każde 10 pojazdów elektrycznych i więcej niż jedna stacja szybkiego ładowania w każdym mieście, niezależnie od jego wielkości. Jednak nawet ten poziom nie zapewnia kierowcom wygody.

Posiadanie elektrycznego samochodu mija się z celem, jeśli jedyna stacja ładowania w mieście, w którym planowaliśmy podładować auto podczas podróży, jest akurat zajęta albo zepsuta – mówi Dean Bowkett.

PZPM zauważa, że w Polsce rozwój ogólnodostępnej infrastruktury do ładowania elektrycznych aut powoli przyspiesza. Na koniec ubiegłego roku sieć ładowarek przekroczyła liczbę 1 tys. sztuk, co oznacza 200-proc. wzrost rok do roku. Blisko 1/3 stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym, a 72 proc. – wolne ładowarki prądu przemiennego, o mocy mniejszej lub równej 22 kW.

Eksperci zwracają uwagę, że uruchomienie dopłat do zakupu elektryków z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu sprawi, że ich liczba na polskich drogach zdecydowanie wzrośnie. Dlatego też niezbędne jest przyspieszenie rozbudowy sieci ładowarek poprzez dalsze inwestycje w infrastrukturę i zmiany legislacyjne. W przeciwnym razie brak punktów ładowania będzie czynnikiem hamulcowym dla rozwoju elektromobilności.

Rządy muszą kłaść większy nacisk na zachęty do budowy infrastruktury szybkiego ładowania aut elektrycznych. Potrzebne są też działania w kierunku standaryzacji. W większości krajów europejskich korzystanie ze stacji ładowania odbywa się w modelu abonamentowym. To oznacza, że doładowanie elektryka nie jest tak proste jak nalanie paliwa do auta z silnikiem benzynowym lub dieslem, trzeba mieć wykupiony abonament u danego dostawcy usługi. W krajach wielkości Polski, Niemiec czy Francji może to oznaczać konieczność wykupienia abonamentu u czterech–pięciu dostawców, aby móc dotrzeć z jednego krańca kraju na drugi. Taki model nie sprawdzi się w dłuższej perspektywie. Trzeba więc opracować rozwiązanie, które umożliwi korzystanie na dowolnej stacji i płacenie za usługę kartą debetową lub kredytową – mówi Dean Bowkett.

Statystyki pokazują, że Polskę wciąż dzieli duży dystans m.in. do Niemiec, gdzie na koniec ubiegłego roku liczba publicznych punktów ładowania przekroczyła już 20 tys. Z kolei w samym Londynie zainstalowano do tej pory ponad 1,5 tys. ładowarek, więcej niż w całej Polsce.

Ekspert podkreśla, że obok rozwoju infrastruktury rynek potrzebuje też edukacji i zwiększania społecznej świadomości dotyczącej korzyści i zalet samochodów elektrycznych.

Producenci aut też mają tu swoją rolę do odegrania. Ludzie często obawiają się, że auto elektryczne nie spełni ich potrzeb, a będą z nim związani na kolejnych kilka lat. Odpowiedzią na te obawy może być abonamentowy model użytkowania. Użytkownik wykupuje abonament na miesiąc i nie musi się o nic więcej martwić. Jeśli elektryk  okaże się dobrym rozwiązaniem, może wykupić abonament na kolejne miesiące. Jeśli potrzebny będzie większy samochód na urlop, na miesiąc wykupi abonament na większe auto, a potem zamieni je z powrotem na mniejszy model. Ta potrzeba elastyczności i mobilności sprawia, że przed całą branżą motoryzacyjną stoi wyzwanie, które wymaga opracowania nowatorskich rozwiązań – mówi dyrektor zarządzający Bowkett Auto Consulting.

Duże zmiany dla spółek publicznych. Będą one musiały upubliczniać szczegóły wynagrodzeń władz firmy

Nowelizacja ustawy o ofercie publicznej to rewolucja, która ustanawia kilka nowych obowiązków dla blisko pół tysiąca spółek publicznych notowanych na głównym parkiecie GPW. Część z nich emitenci już mają obowiązek stosować, ale najistotniejsze – czyli dotyczące wynagrodzeń wszystkich członków ich zarządów i rad nadzorczych – muszą zostać poddane głosowaniu przez ich akcjonariuszy do 30 czerwca br. Do tego czasu spółki muszą opracować sformalizowane polityki wynagrodzeń, które następnie będą zatwierdzać ich akcjonariusze w bezpośrednich głosowaniach na walnych zgromadzeniach. Drugi ważny obowiązek to konieczność wdrożenia z końcem listopada ub.r. specjalnych procedur dla pracowników zgłaszających nieprawidłowości, zapewniających im anonimowość. Obie te zmiany mają zapobiec nadużyciom oraz zapewnić większą przejrzystość.

Mamy od pewnego czasu falę regulacji, którymi obejmowane są spółki publiczne notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych. Te obowiązki wynikają w znacznej mierze z rosnącej liczby regulacji unijnych, czyli efektu realizacji polityki wprowadzania tych samych zasad funkcjonowania rynków kapitałowych wśród państw członkowskich UE tak, abyśmy w pełni mogli korzystać z walorów wspólnego europejskiego rynku. Wśród nowych tego typu europejskich regulacji bardzo ważna jest druga dyrektywa o prawach akcjonariuszy z 2017 roku, która do polskiego porządku prawnego została wdrożona 30 listopada ub.r. – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Bieżuński, prezes firmy konsultingowej Nobili Partners.

Dyrektywę tę (SRD II) implementuje do polskiego prawodawstwa nowelizacja m.in. ustawy o ofercie publicznej i Kodeksu spółek handlowych. Zgodnie z nowymi przepisami spółki publiczne, których akcje są notowane na rynku regulowanym, są zobligowane do opracowania formalnej polityki wynagrodzeń, obejmującej wszystkich członków zarządów i rad nadzorczych. Zgodnie z zasadą „say on pay” o kształcie i szczegółach ich wynagrodzeń – m.in. okresie obowiązywania umów czy warunkach rozwiązania – będą decydować bezpośrednio akcjonariusze. Będą to robić, podejmując uchwałę zatwierdzającą opracowaną przez zarząd tzw. politykę wynagrodzeń. Ma być ona podejmowana ponownie w przypadku każdej istotnej zmiany w tym obszarze, ale nie rzadziej niż co cztery lata.

Ten nowy obowiązek nie dotyczy spółek z rynku NewConnect, choć nie ma przeciwwskazań, aby one również wdrożyły polityki wynagrodzeń, zwłaszcza te z nich, które planują debiut na rynku głównym GPW. Zasada „say on pay” została wcześniej wprowadzona w wielu państwach, m.in. Australii, Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych.

– Wydaje się, że najwięcej wyzwań jest związanych z wdrożeniem polityk wynagrodzeń. Ich treść, a zwłaszcza coroczne sprawozdania na temat ich wykonywania, mają pokazywać wszelkiego rodzaju aspekty dotyczące wypłacania pensji, bonusów czy innego typu dodatków członkom władz spółek – zarówno zarządów, jak i rad nadzorczych. Bardzo ważne jest też to, że ustawodawca zdecydowanie narzucił obowiązek ujawniania każdej formy wynagradzania. A będące na etapie projektu kolejne normy unijne, tzw. wytyczne Komisji Europejskiej, mówią o bardzo szczegółowym, wręcz drobiazgowym poziomie sprawozdawczości spółek na ten temat – mówi Piotr Bieżuński.

Co istotne, uchwalona przez akcjonariuszy polityka wynagrodzeń musi wskazywać, w jaki sposób przyczynia się do realizacji strategii biznesowej, długoterminowych interesów i stabilności spółki. Dla firm oznacza to konieczność pilnej rewizji aktualności i zakresu ujawnianych informacji na temat ich strategii rozwoju.

Nowe wymogi mają przede wszystkim zapewnić większą transparentność i bardziej efektywną kontrolę akcjonariuszy nad członkami władz spółek publicznych. W intencji ich twórców ma to zapobiegać m.in. sytuacjom znanym zwłaszcza z kryzysu finansowego 2007–2009, w których ci przyznawali sobie nadmierne wynagrodzenia, przedkładając własny interes nad interes spółki i jej interesariuszy.

– Kluczowym elementem dla bezpiecznego wdrożenia nowych obowiązków wydaje się właściwa komunikacja z firmowymi interesariuszami. Mówimy o kwestii, która dotyka bardzo wrażliwego obszaru wynagrodzeń. Nie bez kozery na rynku mówi się, że najczęściej czytanym fragmentem prospektów emisyjnych spółek przeprowadzających IPO jest punkt o wysokości wynagrodzeń członków władz. Dlatego warto rozmawiać z akcjonariuszami, zarządzającymi, analitykami, inwestorami indywidualnymi i innymi interesariuszami spółki, z wyprzedzeniem wytłumaczyć im intencje projektu polityki wynagrodzeń i na pewno nie zaskakiwać ich projektem uchwały forsowanej na walnym zgromadzeniu – mówi Piotr Bieżuński.

Dla spółek publicznych wdrożenie sformalizowanej polityki wynagrodzeń dla członków zarządu, rady nadzorczej i najważniejszych menadżerów nie jest nowością – rekomendacja jej stworzenia wynika z zasad ładu korporacyjnego ogłoszonych dla warszawskiego parkietu giełdowego, czyli obecnie „Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016”. Jest on jednak zbiorem reguł postępowania i w przeciwieństwie do ustawy o ofercie publicznej nie jest źródłem obowiązków.

W przypadku niewdrożenia przez spółkę nowych obowiązków ustawodawca przewidział sankcje finansowe. To ważne, gdyż wydaje się, że w ostatnim czasie polityka nadzorcy nad rynkiem kapitałowym uległa pewnemu zaostrzeniu – mówi Piotr Bieżuński.

Jak podkreśla ekspert, zmiany w przepisach – obok opracowania nowej polityki wynagrodzeń – będą wymagać także przeglądu umów i kontraktów menedżerskich z członkami zarządu i rady oraz regulaminów, statutów czy upublicznienia strategii rozwoju spółek. Pozostało na to niewiele czasu, bo nowe rozwiązania muszą zostać wdrożone przed 30 czerwca 2020 roku.

– Pierwsze realizacje pokazują, że projekty te wymagają wiele pracy. Pułapką może być więc kwestia niewielkiej ilości czasu. Wiele spółek sygnalizuje już, że np. trzeba zmienić statut, regulacje wewnętrzne, przygotować właściwą komunikację do rady nadzorczej i akcjonariuszy i oczywiście zwołać walne zgromadzenie. Jeżeli akcjonariusze nie zgodzą się na pierwszy projekt, trzeba będzie podejmować kolejne próby przegłosowania uchwał. To wszystko zajmie co najmniej od trzech do sześciu miesięcy, dlatego wszystkie spółki, które dotąd nie rozpoczęły prac, powinny je niezwłocznie rozpocząć – podkreśla prezes Nobili Partners.

Nowelizacja wprowadziła również nowe obowiązki dla spółek giełdowych w zakresie transakcji z podmiotami powiązanymi. Pojawi się obowiązek zamieszczania na stronach internetowych informacji o transakcjach z podmiotami powiązanymi, których wartość przekracza 5 proc. aktywów firmy. Co więcej, uprzednio musi wyrazić na nie zgodę rada nadzorcza.

– Jeszcze jednym obowiązkiem, który dotyczy spółek publicznych i wszedł w życie 30 listopada, jest konieczność stworzenia procedur dla tzw. sygnalistów. Dotyczy on zarówno spółek z GPW, jak i rynku NewConnect – dodaje Piotr Bieżuński.

W praktyce oznacza to, że firmy muszą wdrożyć dla pracowników specjalną procedurę służącą zgłaszaniu nieprawidłowości (tzw. whistleblowing), która będzie gwarantować im anonimowość i tym samym ochronę przed ewentualnymi represjami.

– Najważniejsze jest sięgnięcie do sprawdzonych rozwiązań, skorzystanie z technologii, ale też dopasowanie procedur wewnętrznych do charakteru i DNA każdej firmy. W każdej spółce warto pochylić się nad tym w sposób indywidualny, nie stosować gotowych wzorców, bo dotykamy tutaj bardzo wrażliwej kwestii, czyli zawiadamiania o nieprawidłowościach – mówi Piotr Bieżuński.

Jak podkreśla, implementacja do polskiego prawa dyrektywy SRD II i zmian, które się z nią wiążą, wymusi na spółkach dużo większe skupienie na obszarze compliance i będzie oznaczać dużo pracy dla działów odpowiedzialnych za ten obszar oraz inne, takie jak dział prawny, biuro zarządu, HR i relacje inwestorskie.

Nowe zadania stoją w tej chwili przed blisko 500 spółkami stanowiącymi elitę polskiej gospodarki. Przy tej liczbie nowych regulacji należałoby zastanowić się nad wyspecjalizowanymi strukturami, które wspierają i chronią zarząd. W spółkach coraz częściej zatrudniani są wyspecjalizowani eksperci wewnętrzni i zewnętrzni z obszaru compliance, czyli zajmujący się zgodnością z przepisami i normami. Owa zgodność jest hasłem-kluczem, które w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat z pewnością będzie najlepszą odpowiedzią, jak dobrze i bezpiecznie dla spółki zarządzić falą regulacji, wypełnić nowe obowiązki i uniknąć strat finansowych czy reputacyjnych – mówi Piotr Bieżuński.

Prezes firmy konsultingowej Nobili Partners ocenia też, że – mimo wielu zmian i ograniczonego czasu na ich wdrożenie – duża część spółek giełdowych w Polsce jest jednak do nich dobrze przygotowana.

– Można spółkom publicznym bić brawo. To są zazwyczaj dobrze zorganizowane firmy, które są organizacyjnie nieźle przygotowane do wdrażania wszelkiego rodzaju procedur. Jestem przekonany, że spółki w większości sobie poradzą. Jednak pewnym wyzwaniem jest fakt, że są to całkowicie nowe regulacje i na rynku brakuje doświadczonych ekspertów. Tutaj więc na pewno bardzo ważne będą: polityka nadzorcy, mądre, edukacyjne wsparcie dla rynku i rozsądne podejście do pierwszych błędów – podsumowuje Piotr Bieżuński.

Polacy wciąż niewiele wiedzą o stanie środowiska. Prawie połowa neguje fakt, że klimat się ociepla

Jedynie co trzeci internauta interesuje się stanem środowiska i zagrożeniami związanymi ze zmianami klimatu. Blisko połowa neguje globalne zmiany klimatyczne, a aż 80 proc. nie zna pojęcia śladu węglowego. To wnioski z badania „Green Generation” przeprowadzonego przez Mobile Institute wśród polskich internautów. – Niezbędna jest edukacja i zmiana przyzwyczajeń, która przyniesie pozytywne skutki w przyszłości – apelują twórcy badania.

Z raportu prezentującego wyniki badania ,,Green Generation. Wspólnie na rzecz Ziemi” wynika, że Polacy raczej nie śledzą informacji o stanie środowiska. Tym tematem interesuje się jedynie 32 proc. badanych. Co zaskakujące, szczególnie niskie zainteresowanie widać wśród nastolatków (24 proc.) oraz w grupie wiekowej 19–24 lata (14 proc.). Informacje dotyczące środowiska naturalnego śledzą częściej kobiety (43 proc.) niż mężczyźni (23 proc.).

To duży problem – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Czuchaj-Łagód, właścicielka firmy Mobile Institute, która przeprowadziła badanie. – Zaskoczył szczególnie wynik dotyczący młodych ludzi. Okazuje się, że młode pokolenie to nie jest „green generation”, bo znacznie mniej interesuje się tematami ekologii niż osoby w wieku 25–34 lat. Młodzi nie są pokoleniem, które może uratować świat. Wydaje się, że przynajmniej w Polsce muszą to zrobić starsi.

Aż 80 proc. internautów nie zna pojęcia śladu węglowego, a tylko 16 proc. skorzystało z możliwości obliczenia emitowanego przez siebie CO2. Brak wiedzy w tym zakresie ma swoje konsekwencje – respondenci najczęściej deklarowali, że nie są skłonni ograniczyć np. podróży samolotem w obliczu dużej emisji dwutlenku węgla (48 proc.).

Jak przyznaje ekspertka, powód, dla którego Polacy w tak niewielkim stopniu interesują się ekologią i środowiskiem naturalnym, pozostaje zagadką. Zaskakująca jest również nieufność ankietowanych wobec informacji o niekorzystnym stanie środowiska.

Było dla mnie oczywiste, że na pytanie: czy wierzysz, że klimat się ociepla, większość odpowie: „jasne”, a tymczasem tylko 47 proc. ankietowanych powiedziało, że zgadza się z tą opinią. Gdzieś jest problem: albo w edukacji, albo w komunikacji – zauważa Katarzyna Czuchaj-Łagód.

Jej zdaniem to przede wszystkim organizacje i państwo powinny działać na rzecz poprawy tej sytuacji. Respondenci wskazali również na rolę marek, które powinny promować ekologię i zasadę zrównoważonego rozwoju, a przez to edukować konsumentów. Niemalże co czwarty badany oczekuje wsparcia z ich strony. Co trzeci polski internauta chętniej kupuje produkty lub usługi marki, która działa proekologicznie i jest przyjazna środowisku.

Edukacja ekologiczna w Polsce jest niezbędna – przekonuje Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Należy mówić otwarcie o tym, że problem istnieje oraz że konieczne są działania zbiorcze. My wszyscy musimy się zmobilizować i zrobić coś dobrego na co dzień, aby zmienić nasze życie.

Jednocześnie 80 proc. respondentów przyznaje, że stara się podejmować działania na rzecz środowiska w codziennym życiu. Największe trudności sprawiają Polakom: rezygnacja ze spożycia mięsa, ograniczenie ilości zużywanego plastiku, a także przesiadka z samochodu na autobus, tramwaj lub rower. Jednak deklarują, że stosują oświetlenie LED, starają się zużywać mniej wody, użytkują sprzęt AGD o wysokiej klasie energetycznej oraz segregują śmieci.

Proekologiczna postawa Polaków ujawnia się także przy innych czynnościach – 56 proc. badanych posiadających smartfon deklaruje, że odłącza telefon od gniazdka, gdy tylko zostanie naładowany. Z kolei 46 proc. użytkowników smartfonów korzysta z jakiejś aplikacji, która sprzyja ekologicznemu podejściu, np. wspierającej odpowiednią segregację śmieci. Kolejna kwestia to zakupy w sieci.

Polacy zwracają uwagę na to, w jaki sposób docierają do nich produkty kupione przez internet – wyjaśnia Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Dostrzegają, że są w za dużych, plastikowych opakowaniach i dostarcza je kurier. Rozumieją, że lepszym rozwiązaniem z punktu widzenia ekologii byłoby odebranie przesyłki w paczkomacie lub podobnym miejscu.

Z badania Mobile Institute wynika, że osoby kupujące w sieci (57 proc. ogółu internautów) są bardziej świadome stanu środowiska i zainteresowane tym tematem. 83 proc. uznaje Polskę za obszar zagrożony ekologicznie, a 89 proc. zdaje sobie sprawę, że klimat na świecie się ociepla. Odsetek wśród ogółu internautów w obu tych kwestiach jest mniejszy niż 50 proc.

Opinie dotyczące wpływu proekologicznej postawy na budżet domowy nie wróżą jednak rychłych zmian. Ponad połowa badanych (52 proc.) jest zdania, że życie ekologiczne wiąże się z dodatkowymi wydatkami. To przeświadczenie jest szczególnie silne wśród osób z najstarszej grupy wiekowej (55 lat i więcej), ale też wśród mieszkańców dużych miast. Wśród osób, które wykazują się największą aktywnością proekologiczną na co dzień, odsetek uznających działania eko za źródło oszczędności nie przekracza 53 proc.

97 proc. firm chroni dane, najczęściej przechowując je w chmurze. Przyszłością mogą być jednak mniej narażone na ataki i wycieki danych inteligentne urządzenia pamięci

Ponad 65 proc. osób straciło dane w wyniku przypadkowego usunięcia, awarii sprzętu lub problemów z oprogramowaniem. Jednocześnie tylko 7 proc. twierdzi, że nigdy nie tworzy kopii zapasowych. Także 97 proc. firm chroni swoje dane, a najczęściej wykorzystuje do tego rozwiązania chmurowe. W zarządzaniu nimi pomaga platforma zarządzania danymi NAS. To rozwiązanie, bezpieczniejsze niż przechowywanie danych wyłącznie w chmurze, pozwala uniknąć konsekwencji ataków hakerskich wymuszających okup za odblokowanie dostępu do danych.

– W przyszłości technologia NAS (Network Attached Storage – red.) zastąpi zewnętrzne dyski twarde. Urządzenia NAS są bardziej niezawodne i bezpieczne. Z kolei dzięki rozwiązaniom typu RAID w przypadku awarii jednego z dysków nie dochodzi do utraty danych. Technologia NAS będzie coraz powszechniej adaptowana i stosowana, znajdując coraz szersze grono użytkowników, korzystających choćby z jej najbardziej podstawowych wersji – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Elijah Rhyne, specjalista ds. PR i marketingu w Synology.

Coraz więcej osób i firm chroni swoje dane – badanie Acronis przeprowadzone podczas Światowego Dnia Zapasowego 2019 pokazuje, że 93 proc. konsumentów i 97 proc. firm tworzy kopie zapasowe swoich danych przynajmniej raz w roku. Większość korzysta z rozwiązań chmurowych, ale przyszłością może okazać się NAS, czyli inteligentne urządzenie pamięci podłączone do sieci domowej lub biurowej.

Na serwerze NAS można przechowywać wszystkie pliki. Podstawą platformy zarządzania danymi od Synology jest nowy system operacyjny DiskStation Manager (DSM) 7.0, który usprawnia lokalne zarządzanie pamięcią masową i monitorowanie w chmurze. Zawiera też kilka aktualizacji najważniejszych pakietów – Synology Drive i Active Backup for Business.

– Technologia NAS daje pewność, że dostęp do sieci wewnętrznej mają tylko osoby do tego upoważnione. Innymi słowy, nie ma możliwości, by ktokolwiek zyskał do niej dostęp przez internet, o ile nie udzielimy mu dostępu. Tym samym zyskujemy pełną kontrolę nad poszczególnymi usługami i urządzeniami. Pod pewnymi względami jest to więc rozwiązanie dające większe bezpieczeństwo – podkreśla Elijah Rhyne.

Nowy system DSM 7.0 proaktywnie ostrzega o anomaliach na dowolnym serwerze, daje też szczegółowe porady dotyczące naprawy. Dzięki Active Insight, czyli pierwszej chmurowej usłudze monitorowania i zapobiegania problemom w Synology, serwery są cały czas monitorowane. Synology C2, własna usługa chmury publicznej firmy, obecnie chroni dane kopii zapasowej ponad 28 tys. użytkowników biznesowych i prywatnych.

– Dzięki temu mamy większy komfort psychiczny. Możemy być spokojni, mając świadomość, że nasze zdjęcia są bezpieczne, że żadna korporacja nie wykorzystuje naszych danych do tworzenia algorytmów na swoje potrzeby – przekonuje ekspert.

Dla firm tylko godzina przestoju związana z utratą danych może oznaczać 300 tys. dol. straty (dane Gartnera). Co trzecie przedsiębiorstwo decyduje się na ochronę swoich danych poprzez tworzenie kopii zapasowych co miesiąc, a co czwarte – każdego dnia. W rezultacie 68 proc. firm podaje, że nie ucierpiało w ciągu ostatniego roku w wyniku utraty danych.

– W Stanach Zjednoczonych wiele urzędów wciąż korzysta ze starszych technologii. Dosyć często słyszy się ostatnio o przypadkach zablokowania systemów komputerowych w urzędach przez oprogramowanie szantażujące ransomware. Rozwiązaniem tego problemu mogą być urządzenia NAS. Dzięki nim w przypadku ataku ransomware wystarczy odłączyć sieć i przywrócić z NAS zapasową kopię systemu sprzed ataku. Pozwala to na powrót do normalnej pracy jeszcze tego samego dnia – mówi Elijah Rhyne.

Sztuczna inteligencja zoptymalizuje ładowanie samochodów elektrycznych. Polskie firmy ważnymi graczami na tym rynku

Polacy opracowują wspierane przez sztuczną inteligencję systemy optymalizacji wykorzystania ładowarek dla samochodów elektrycznych. To obecnie jedna z większych barier dla rozwoju elektromobilności. Algorytmy uczenia maszynowego doradzą kierowcy, kiedy i jak najlepiej ma ładować swoje auto. Już dziś sieci neuronowe są natomiast wykorzystywane w uczeniu samochodów autonomicznych zachowania na drodze.

– Rozwiązania problemów elektromobilności wymagają analizy dużych zbiorów danych, nie tylko rozkładów jazdy, nie tylko załadowania baterii, ale również ludzkich nawyków. Do tego trzeba uwzględnić jeszcze pogodę. Dopiero uczenie maszynowe czy metody data science pozwalają na to, żeby właściwie odpowiedzieć na pewne pytania, które pojawiają się, kiedy próbujemy przeprowadzić transformację energetyczną w transporcie, więc w elektromobilności – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kamil Mieszkowski, członek zarządu Project42.

Spółka zajmuje się opracowaniem narzędzia, które pozwoli na optymalizację sposobów ładowania samochodów na podstawie schematów ludzkich zachowań i danych dotyczących prognoz pogody. Wszystkie dane wejściowe opracowywane są przez algorytmy uczenia maszynowego, czego efektem są spersonalizowane zalecenia dla obsługującego pojazd człowieka.

– Nasze narzędzie pozwala uwzględniać m.in. to, w jaki sposób ludzie używają samochodów – kiedy jeżdżą daleko, a kiedy blisko. W efekcie może im sugerować ładowanie, tym samym zmniejszając zużycie prądu i czas potrzebny na naładowanie. W kwestii sieci energetycznej algorytmy generują dla samorządów czy dla miast raporty pokazujące warunki i koszty związane z budową sieci – wyjaśnia Kamil Mieszkowski.

Project42 nie jest jedyną polską firmą zajmującą się rozwiązaniami z zakresu sztucznej inteligencji dla elektromobilności. Synerise tworzy oparty na sztucznej inteligencji ekosystem dla firm. Krakowska firma opracowuje nowe produkty dedykowane elektromobilności jako partner Pilot Maker Elektro ScaleUp. Synerise rozpoczyna w tym celu współpracę z VivaDrive, start-upem specjalizującym się w transporcie i mobilności. Celem współpracy jest zbudowanie platformy ułatwiającej elektryfikację floty samochodowej, a także zarządzanie flotami mieszanymi, składającymi się z pojazdów tradycyjnych i elektrycznych. Jest to rozwiązanie cyfrowe, które łączy analizę jazdy, grywalizację i opartą na sztucznej inteligencji platformę w celu optymalizacji zużycia paliwa i ładowania akumulatora, kosztów serwisu samochodu, ubezpieczenia i wartości rezydualnej pojazdu.

Project42 swoim rozwiązaniem chce natomiast zainteresować nie tylko klientów indywidualnych, ale i samorządy.

– Obecnie rozmawiamy z kilkoma dużymi miastami powiatowymi, ale również z biurami architektonicznymi i dużymi aglomeracjami. Zwłaszcza te ostatnie chętnie zastosują rozwiązanie we własnych gminach. Zainteresowanie jest znacznie większe, niż się spodziewaliśmy. Pierwsze wdrożenia przewidujemy w marcu tego roku, a od maja chcemy prowadzić szerszą kampanię i wdrażać w poszczególnych gminach, których jest ponad 2400. W tym roku może 10 proc. z nich uda się nakłonić do skorzystania z rozwiązania i do zoptymalizowania swoich sieci – wskazuje ekspert.

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji wykorzystywane są w elektromobilności nie tylko w celu optymalizacji, lecz także uczenia samochodów autonomicznych zachowania się w ruchu drogowym. Między innymi Nvidia prezentowała na ubiegłorocznych targach CES system inteligentny oparty na przetwarzaniu danych przez karty graficzne, w których algorytmy uczą się poruszania na drodze.

Według analityków z Global Market Insights rynek sztucznej inteligencji dedykowanej motoryzacji wygeneruje do 2026 roku przychody sięgające 20 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu utrzymanym na poziomie 35 proc.

Działalność gospodarcza a start-up. Różnice, podobieństwa

Największe polskie startupy, notują rekordowe wzrosty w 2020 i być może już niedługo doczekamy się pierwszego polskiego jednorożca (wyceniany na co najmniej miliard dolarów amerykańskich). Nie każda działalność gospodarcza może zostać nazwana start-upem, choć widoczna stała się tendencja do takiego upraszczania. Start-up to odrębne zjawisko, pod wieloma względami niezwykłe, cechujące się innowacyjnością i działaniem w nie do końca zbadanej przestrzeni. Czym więc różnią się wymienione przedsięwzięcia?

Wiele osób, słysząc określenie start-up, myśli o nowo powstałym przedsiębiorstwie, budującej się firmie. I choć jest w tym sporo prawdy, nie każde nowe przedsięwzięcie może uzurpować sobie prawo do nazywania się startupem. Każdego dnia pojawiają się nowe firmy, kolejne osoby postanawiają spróbować swoich sił w biznesie, jednak nie każda z nich będzie miała do czynienia ze start-upem, większość otworzy po prostu kolejną podobną do wielu innych firmę usługową czy produkcyjną. Start-up to działalność, którą wyróżnia nowoczesność, innowacyjność, a której celem jest dostarczenie odbiorcom całkiem nowej usługi czy produktu.

W czym start-up przypomina zwykłą działalność gospodarczą?

Niezależnie od tego, czy w planach jest założenie firmy podobnej do wielu innych funkcjonujących na rynku, czy też stworzenie start-upu dającego ludziom całkiem nowy produkt lub usługę, założyciele potrzebują dobrego pomysłu, biznesplanu i odpowiednich funduszy. Zanim pojawi się nowy organizm w postaci przedsiębiorstwa czy start-upu konieczne jest zdobycie środków na rozpoczęcie działalności. O całkowitym wkładzie własnym może pomyśleć bardzo wąska grupa osób, reszta wspiera się pożyczkami, kredytami i programami obejmującymi wsparcie unijne (dotacje z UE). I tak, zarówno młodzi przedsiębiorcy, jak i start-upowcy sięgają po przeznaczone dla nich sposoby dofinansowania, by w ogóle móc zacząć realizować ambitne plany. To, czego potrzebują obie grupy to także wsparcie merytoryczne, wiedza osób trzecich, którym udało się osiągnąć swój własny sukces. Tzw. mentoring to narzędzie, po które warto sięgać zawsze wtedy, gdy wiadomo, że niewiedza i nieznajomość zasad rządzących rynkiem mogą drogo kosztować.

Czym start-up różni się od innych przedsiębiorstw?

Mówiąc start-up (przeczytaj więcej o startupach na https://www.startup.pfr.pl/pl/) należy mieć na myśli innowacyjność, rozwiązania dotąd nieznane, nieistniejące. To właśnie wyróżnia go spośród tysięcy innych przedsiębiorstw – nowoczesność, nowe technologie, pomysły, których nie sposób szukać na rynku. Zaraz za innowacyjnością nieuchronnie podąża ryzyko, które w przypadku start-upów jest znacznie wyższe, niż gdy mowa o zwykłej działalności gospodarczej. Czemu tak się dzieje? Zakładając firmę zbliżoną charakterem do innych, oferującą podobne usługi czy towary, założyciel może posiłkować się wiedzą innych, znacznie precyzyjniej może dobrać grupę docelową, oszacować ryzyko niepowodzenia i strat. Inaczej rzecz ma się w przypadku start-upu, który jest zupełnie nowym organizmem, co sprawia, że założyciele nie mają punktu odniesienia, nie mogą oprzeć się na sprawdzonych obliczeniach i istniejących danych. Trudniej jest w tym przypadku cokolwiek zaplanować i przewidzieć, bardziej skomplikowane jest też zbadanie potrzeb grupy docelowej.

System SCM – poznaj wszystkie zalety jego wdrożenia

Samodzielne zarządzanie łańcuchem dostaw w przedsiębiorstwie to skomplikowana sprawa. Bez prawidłowo zorganizowanych zasobów nie ma mowy o właściwej kontroli przepływów produktów, informacji i usług. Dlatego też, aby zyskać na czasie i zwiększyć efektywność działań, a także usprawnić procesy w obrębie przedsiębiorstwa warto wdrażać odpowiednie systemy usprawniające pracę. Jednym z takich systemów, który ma bardzo wiele zalet jest SCM – Supply Chain Management. Przekonaj się już teraz jak wdrożenie tego systemu, przełoży się na lepsze zarządzanie łańcuchem dostaw w Twojej firmie.

Czym jest SCM? 

System SCM, z języka angielskiego „Supply Chain Management” to sposób na zarządzanie łańcuchem dostaw w przedsiębiorstwie. Ten zaawansowany system planowania i optymalizowania łańcucha dostaw pozwala na sprawną kontrolę przepływu produktów, informacji i usług. System SCM tworzony jest przez grupy zintegrowanych aplikacji, które obsługują poszczególne obszary logistyczne. 

Głównym celem wdrożenia systemu SCM w przedsiębiorstwie jest zapewnienie sprawności procesu tworzenia łańcucha dostaw. Co więcej, systemy SCM skupiają się głównie na procesach zorientowanych na klienta. 

Zalety wdrożenia SCM w przedsiębiorstwie

Istnieje wiele potwierdzonych w praktyce korzyści, które przynoszą systemu SCM. Po pierwsze, dzięki wdrożeniu systemu można w łatwiejszy sposób planować globalny poziom popytu na określone wyroby. Po drugie, dzięki SCM istnieje możliwość dokonywania bieżących symulacji rynkowych, które umożliwiają szybką reakcję na ciągle pojawiające się nowe zapotrzebowania klientów. 

Po trzecie – optymalizacja źródeł dostaw. Po czwarte, dzięki SCM możliwe jest zapewnienie przejrzystości między poszczególnymi ogniwami łańcucha dostaw. Po piąte – możliwość tworzenia zbiorczych planów związanych z zaopatrzeniem oraz po szóste, określanie ograniczeń w obrębie istniejących sieci dostaw. 

Szkolenie z SCM – dlaczego warto

Ze względu na liczne korzyści dla firmy, płynące z wdrożenia systemu zarządzania łańcuchem dostaw warto dowiedzieć się jak ten system dokładnie działa i jak krok po kroku wdrożyć go u siebie w przedsiębiorstwie. Warto wybrać się na jedno z wielu dostępnych na rynku szkoleń z SCM. Takie szkolenia przeznaczone są zarówno dla pracowników jak i menedżerów. 

Na szkoleniu dowiesz się jak przełamać opór we wdrażaniu SCM, jak przekonać inne działy, że ten system to strzał w dziesiątkę oraz jak zostać ekspertem w zakresie Supply Chain Management i pokazać innym, że dzięki wdrożeniu systemu firma wiele zyska.

Jeśli zainteresowało Cię opisane tutaj działanie systemu SCM i spodobały Ci się zalety wdrożenia takiego rozwiązania, koniecznie zapoznaj się z ofertą szkoleń z zakresu SCM oferowanych przez: mpm24.com . Wybierz jedno z pośród kilku oferowanych szkoleń i poznaj wszystkie tajniki systemu SCM. Sprawdź w praktyce jak wdrożenie zaawansowanego systemu planowania i optymalizowania łańcucha dostaw może przełożyć się na większe zyski w obrębie Twojej działalności. Nie czekaj – zapoznaj się już dziś!

Zasady pobytu Brytyjczyków w Polsce po brexicie

Wielka Brytania prawdopodobnie opuści Unię Europejską 1 lutego br. na podstawie umowy o wystąpieniu. Dokument ten zawiera między innymi przepisy regulujące zasady pobytu obywateli Wielkiej Brytanii w Polsce po brexicie. 

22 stycznia br. brytyjski parlament przyjął projekt ustawy implementującej umowę o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Po stronie UE do zawarcia umowy konieczna jest zgoda Parlamentu Europejskiego oraz Rady UE, jednak nie przewiduje się żadnych trudności w ich uzyskaniu. Głosowanie w Parlamencie Europejskim zaplanowane jest na 29 stycznia br.

Główne założenia umowy wystąpienia to: 

– wprowadzenie okresu przejściowego od daty wejścia w życie umowy do 31 grudnia 2020 r. W jego trakcie zasady pobytu oraz pracy obywateli Wielkiej Brytanii i członków ich rodzin w Polsce pozostaną bez zmian. Swoboda przepływu osób pomiędzy Wielką Brytanią a UE zostanie zatem w tym okresie utrzymana;

– po zakończeniu okresu przejściowego obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin będą posiadać prawo pobytu w Polsce jeśli: korzystali z prawa pobytu w Polsce zgodnie z prawem UE przed zakończeniem okresu przejściowego oraz w dalszym ciągu mieszkają w Polsce;

– prawo stałego pobytu będzie przysługiwać, co do zasady, po upływie 5 lat nieprzerwanego pobytu. Okresy legalnego pobytu lub pracy zgodnie z prawem Unii, przypadające na’utb5fd czas przed zakończeniem okresu przejściowego i po nim, będą wliczane do wymaganego okresu uprawniającego do nabycia prawa stałego pobytu;

– potwierdzeniem posiadania prawa pobytu lub prawa stałego pobytu będzie dokument zawierający adnotację, że został wydany zgodnie z umową wystąpienia;

– dokumenty (w formie przypominającej dowód osobisty) będą wydawały urzędy wojewódzkie właściwe ze względu na miejsce pobytu.

Obecnie planuje się, że obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin przebywający w Polsce będą mogli ubiegać się o wydanie wspomnianych dokumentów po zakończeniu okresu przejściowego. Dokumenty będą identyfikowały beneficjentów umowy wystąpienia po okresie przejściowym.

Podsumowując, po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej na podstawie umowy wystąpienia, Brytyjczycy przebywający w Polsce powinni udać się do urzędu wojewódzkiego, żeby uzyskać dokument pobytowy.

Rozwój talentów i nowych technologii szansą dla gospodarek państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej

Czy gospodarka krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej może być motorem rozwoju gospodarczego dla całego kontynentu? Jak powinien zmienić się jej model po to, by wciąż mogła przyciągać potencjalnych inwestorów? To pytania, na które odpowiedzi szukali uczestnicy zorganizowanej przez Bank Pekao w ramach Światowego Forum Ekonomicznego w Davos debaty „Rosnące ambicje Europy Środkowej, czyli jak wyzwolić nowy potencjał wzrostu Starego Kontynentu?”

Od 1996 r. w regionie CEE PKB na mieszkańca wzrosło średnio o 114 proc. W tym samym czasie średni wzrost największych gospodarek Unii Europejskiej wyniósł tylko 27 proc. Europa Środkowa stała się jednym z najbardziej atrakcyjnych na świecie miejsc do inwestowania, zmniejszyła lukę ekonomiczną w stosunku do Europy Zachodniej i przyczyniła się do znacznej poprawy lokalnych standardów życia. Dzisiaj kraje Europy Środkowej wytwarzają razem 1,4 bln EUR, co odpowiada wielkości 12. największej gospodarki świata. Po 30 latach może się jednak okazać, że potencjał krajów regionu oparty w dużej mierze na niskich kosztach pracy jest na wyczerpaniu, a inwestorzy zaczynają szukać nowych, bardziej atrakcyjnych rynków. Co więc należy zrobić, by zatrzymać ewentualne spowolnienie korzystnej dla Europy środkowej dynamiki? Zdaniem uczestników organizowanej przez Bank Pekao debaty nadszedł czas, by kraje regionu poważnie zastanowiły się nad tym, jak dalej chcą i mogą się rozwijać w tym samym tempie, co dotychczas.

– Europa Środkowa i Wschodnia rozwija się stale prawie dwa razy szybciej niż reszta UE. Z badań wynika, że wciąż istnieje niewykorzystany potencjał. Koszty pracy są nadal niższe niż w Europie Zachodniej. Wydaje się jednak, że powoli słabnie siła „starych motorów” wzrostu w Europie Środkowej, takich jak nieograniczona podaż taniej siły roboczej czy nieco mniej rygorystyczne normy środowiskowe. W celu utrzymania bezprecedensowego wzrostu, jaki obserwowaliśmy w ciągu ostatnich kilku dekad, musimy odkryć siebie na nowo – podkreślał w Davos Marek Lusztyn, prezes zarządu Banku Pekao. Jak dodawał, przed krajami regionu stoi teraz szereg wyzwań, na które muszą jak najszybciej odpowiedzieć. Najważniejsze z nich to m.in. negatywne trendy demograficzne, ryzyko zmniejszenia dostępności funduszy europejskich po 2020 r., a także niska wydajność pracy. – Kraje CEE powinny przekształcić swoje gospodarki zorientowane na pracowników w wysoce innowacyjny, oparty na wiedzy i technologii model. By tak się stało, konieczna jest zarówno automatyzacja procesów w celu zmniejszenia presji na rynek pracy i poprawy efektywności, ale także szeroko pojęta digitalizacja sektora prywatnego i publicznego – zaznaczył Marek Lusztyn. W nowym modelu gospodarki krajów regionu, zdaniem prezesa Pekao, należy również położyć większy nacisk na badania i rozwój oraz promocję i wsparcie ekspansji zagranicznej firm, które mają szansę stać się globalnymi championami.

Zgodnie z analizami ekspertów firmy doradczej McKinsey, którzy zaprezentowali w Davos wyniki analiz dotyczących potencjalnego modelu rozwoju Europy Środkowej, kraje regionu muszą skoncentrować się na nowych czynnikach wzrostu, wykorzystując swoje naturalne atuty. Analiza McKinsey pokazuje, że aż 51 proc. działań w miejscu pracy w Europie Środkowej można potencjalnie zautomatyzować zaledwie w ciągu najbliższych 10 lat. Wykorzystując znane nam technologie możemy złagodzić presję na rynek pracy, zwiększyć produktywność i wzrost PKB, ale także spowodować znaczną zmianę popytu na umiejętności i strukturę zatrudnienia.

Kapitał ludzki to bez wątpienia jedna z największych przewag konkurencyjnych regionu Europy Środkowo-Wschodniej, gdy mówimy o potrzebie transformacji naszego modelu gospodarki. To właśnie te kraje mogą pochwalić się lepszymi od przeciętnych wskaźnikami wykształcenia w zakresie przedmiotów ścisłych, relatywnie dużą pulą talentów
w dziedzinie technologii, inżynierii, matematyki oraz sektorze ICT. Oczywiście, aby odpowiednio wykorzystać ten potencjał, kraje regionu – w tym Polska – muszą wykonać jeszcze sporo pracy.

Płynne przejście do gospodarki opartej na wiedzy będzie wymagało spełnienia szeregu warunków, takich jak zapewnianie odpowiedniego poziomu wykształcenia
i umiejętności technologicznych. To oznacza konieczność wprowadzenia szeregu zmian, choćby w systemie edukacji, w zakresie przyciągania zagranicznych talentów, a także przeciwdziałania odpływowi najzdolniejszych pracowników z kraju –
powiedział Marek Lusztyn.

Innym ważnym wyzwaniem w tym zakresie będzie również zapewnienie źródeł finansowania oraz stworzenie odpowiedniego otoczenia regulacyjnego, które z jednej strony umożliwi wdrażanie innowacyjnych technologii, a z drugiej będzie stymulować przedsiębiorców do ich poszukiwania.

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej, by osiągnąć sukces i skutecznie zmienić model swojej gospodarki, mogą i powinny wykorzystać również swoje położenie geograficzne, dynamiczny rozwój infrastruktury, czy łatwość wdrażania nowych technologii cyfrowych w stosunku do krajów starej UE. Najlepszym przykładem może być polski sektor bankowy, który jest liderem cyfrowej transformacji sektora w Europie. Jak zgodnie podsumowują uczestnicy debaty, to właśnie cyfryzacja i wdrażanie nowych technologii będą kluczem do ewentualnego sukcesu naszego regionu. Według danych McKinsey, dzięki wykorzystaniu potencjału cyfryzacji PKB Europy Środkowej mógłby zwiększyć się o 200 mld EUR w ciągu kolejnych pięciu lat.

W tym scenariuszu cyfryzacja oznaczałaby dodatkowy punkt procentowy wzrostu PKB każdego roku. Cyfrowa gospodarka regionu może wzrosnąć z 6,5 proc. PKB dzisiaj do 16 proc. PKB do 2025 r.

W organizowanej przez Bank Pekao debacie wzięli udział: ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher; odpowiedzialny za finanse i strategię wiceprezes OTP Bank László Bencsik; członek zarządu Adris Grupa Marko Remenar; prezes GPW Marek Dietl; Jurica Novak, partner zarządzający w McKinsey & Company; prezes PZU Paweł Surówka; szef rady nadzorczej Ten Square Games, Maciej Zużałek; prezes i założyciel spółki Netguru Wiktor Schmidt.

Efektywna sprzedaż i wzrost konkurencyjności. Nowoczesne, globalne wyzwania tradycyjnych polskich sklepów

Rozwój technologii i nowoczesnych sposobów sprzedaży, a także zmiany makroekonomiczne i społeczne powodują, że rynek detaliczny w Polsce ulega i ulegać będzie dalszym zmianom. Czy w tej sytuacji małe, niezależne sklepy detaliczne mogą skutecznie konkurować z dużymi, sieciowymi punktami handlowymi? Jak mogą efektywniej sprzedawać i skutecznie przyciągać więcej klientów? Czy znajomość najnowszych trendów pomoże w odpowiedzi na te pytania?

Tomasz Jasinkiewicz
Tomasz Jasinkiewicz, Członek zarządu Comp Platforma Usług S.A.

Nowe, wielkie wyzwania

Od okresu transformacji, handel w Polsce notuje rokroczne wzrosty. Motorem tego zjawiska jest ciągły wzrost zamożności polskiego konsumenta idący w parze ze wzrostem konsumpcji, która z kolei ma znaczący wpływ na wzrost polskiego PKB (udział handlu w polskim PKB szacuje się na ok. 18%, a udział firm handlowych na ponad 23% ogólnej liczby przedsiębiorstw). Rynek zareagował na zmiany gospodarcze wzrostem konkurencyjności, zwiększeniem nakładów inwestycyjnych oraz konsolidacją przedsiębiorstw. Po początkowym boomie na supermarkety i hipermarkety, w którym to rozmiar sklepu decydował, co nazywamy handlem tradycyjnym, a co nowoczesnym, w ostatnich latach wzrósł udział dyskontów i sieci sklepów typu „convenience”, gdzie to nie rozmiar, ale model działania decyduje o nowoczesności. Wiele sklepów wielkopowierzchniowych w odpowiedzi na utratę udziałów w rynku zaczęło upodabniać się do dyskontów i sieci convenience, wprowadzając własne małoformatowe placówki oferujące ograniczony asortyment w obniżonych cenach. Równocześnie, wszystkie te duże podmioty gospodarcze przestały ograniczać się do centralnych obszarów miejskich i śmiało wkraczają do coraz odleglejszych dzielnic i coraz mniejszych miejscowości. Wkraczają z coraz większą siłą do tradycyjnego bastionu małych sklepików osiedlowych, wiejskich czy sąsiedzkich.

Handel detaliczny w Polsce podlega też wpływom globalnych trendów technologicznych i społecznych, które kształtują zachowania konsumentów. Przykładem jest tzw. „smart shopping”. „Smart shopper” to klient, które ceni swój czas, korzysta w przemyślany sposób z dostępnych promocji i porównuje ze sobą oferty. Aby sprostać tym oczekiwaniom i zatrzymać takiego klienta, detalista musi zapewnić nie tylko niską cenę, ale także szybko dotrzeć do konsumenta z atrakcyjną ofertą. Ten trend, początkowo utożsamiany z mieszkańcami dużych aglomeracji miejskich, również upowszechnił się na terenie całego kraju i obecnie już połowa Polaków postępuje zgodnie z zasadami „smart shoppingu”.

Kombinacja tych lokalnych i globalnych trendów, rosnących oczekiwań konsumenckich oraz konkurencji na niskie ceny stała się codziennością na rynku detalicznym. Równolegle towarzyszy jej rosnąca presja na wdrażanie innowacji technologicznych, zwiększających efektywność przedsiębiorstw handlowych. Zjawiska te przyczyniają się do nieustannego powiększania nierównowagi konkurencyjnej na rynku detalicznym pomiędzy segmentem nowoczesnym i tradycyjnym. Znaczenie handlu tradycyjnego, obejmującego niezrzeszone lub luźno zrzeszone małe i średnie sklepy, zlokalizowane najczęściej na osiedlach, w małych miastach oraz na obszarach wiejskich, spada z roku na rok zarówno pod względem wartości sprzedaży (ok 6-8% rocznie), jak i liczby sklepów (co roku ubywa około 4 tys. tradycyjnych sklepów spożywczych).

Czy wobec takich wyzwań należy ogłosić apokalipsę polskiego handlu tradycyjnego? Raczej na to za wcześnie, gdyż te same lokalne i globalne trendy, które rzucają małym sklepom duże wzywania, są zarazem źródłem ich siły. Wystarczy wiedzieć, jak je wykorzystać.

Siła małych sklepów

Najmniejsze sklepy w Polsce nadal odpowiadają za ponad jedną trzecią całego rynku detalicznego i na stałe wpisały się w polski ekosystem handlowy. Jest ku temu wiele powodów.

Sklepy sąsiedzkie doskonale wpisują się w ogólnopolskie zjawisko rosnącej konsumpcji i zmieniający się wraz z nią trend zakupowy wśród konsumentów, którzy mając coraz więcej pieniędzy i coraz mniej czasu na zakupy, wolą kupować mniej, ale częściej i bliżej domu (czyli najchętniej w sklepie sąsiedzkim, jeśli tylko będzie miał atrakcyjną ofertę). Konsolidacja w hurcie i rozwój sieci franczyzowych, postrzegane przez niektórych jako niekorzystne dla tradycyjnego handlu, również okazują się pomocne dla tych detalistów, którzy potrafią właściwie skorzystać ze wsparcia większych graczy, posiadających sprawdzone know-how w kwestii logistyki, marketingu czy sprzedaży. Przykładowo, współpraca drobnego detalisty z dużą siecią w formule tzw. miękkiej franczyzy zapewnia mu wsparcie logistyczno-marketingowe, ale nie ogranicza mu (w odróżnieniu od tzw. twardej franczyzy) swobody podejmowania decyzji handlowych i rozwijania własnego, rodzinnego biznesu. Silna pozycja najmniejszych punktów handlowych jest też, jak się okazuje, istotna dla producentów, szczególnie w branży spożywczej, którzy chętnie organizują dla nich rozmaite programy wsparcia w ramach tzw. trade marketingu. Dzieje się tak, gdyż handel tradycyjny jest dla producentów nadal ważnym i rentownym kanałem sprzedaży, choć stanowi dla obu stron duże wyzwanie z uwagi na koordynację działań na tak rozdrobnionym rynku.

Sklepy sąsiedzkie doskonale wpisują się też w specyfikę polskiej demografii, która charakteryzuje się wysokim (jak na skalę europejską) rozproszeniem ludności. Średnia liczba sklepów na liczbę mieszkańców w Polsce jest ponad 6-krotnie wyższa niż w Niemczech (dwukrotnie ludniejszych), zaś w Hiszpanii (o zbliżonej do Polski liczbie mieszkańców) liczba ta jest ponad dwukrotnie niższa niż w Polsce. Różnica ta wynika między innymi z faktu, że w Hiszpanii jest niewiele ponad 8 tys. miejscowości, podczas gdy w Polsce jest ich ponad 52 tys. To typowo polskie rozdrobnienie obszarów zamieszkania pociąga za sobą potrzebę na równie rozdrobnioną strukturę sprzedaży produktów podstawowej potrzeby, a co za tym idzie tworzy przestrzeń dla małych, sąsiedzkich sklepów.

Skoro obok dyskontów, supermarketów i sklepów convenience wciąż pozostaje przestrzeń dla tradycyjnych punktów handlowych, a każdy z segmentów ma swoją grupę odbiorców, to jak powinny działać małe, rodzinne przedsiębiorstwa detaliczne, aby wobec nowych, wielkich wyzwań jak najlepiej wykorzystać siłę małych sklepów? Czy mały sąsiedzki sklep może być równocześnie tradycyjny i nowoczesny?

Sklep mały, ale doskonały

Miła obsługa, dobra lokalizacja, pełne półki, dobrze dobrany asortyment i atrakcyjne ceny to główne elementy, które decydują o biznesowym powodzeniu tradycyjnego sklepu na coraz bardziej konkurencyjnym polskim rynku. Elementy te są zasadniczo takie same jak w dużych przedsiębiorstwach handlu nowoczesnego, w których już od lat stawia się na tzw. „perfect store” – sklep doskonały – czyli zestaw usystematyzowanych praktyk wpływających na zwiększenie sprzedaży w sklepach detalicznych. Opierają się one zwykle o podstawowe pojęcia takie jak dostępność, widoczność, przystępność i jakość produktu oraz o dodatkowe takie jak promocje, rekomendacje i inne działania informacyjne.

W przypadku niewielkich sklepów osiedlowych kupujący zwracają szczególną uwagę na dostępność poszukiwanych produktów we właściwym miejscu i w odpowiedniej liczbie. Jeśli określonego produktu nie ma na półce, klient może zdecydować się na zamiennik, ale mały sklep z reguły ma małe półki, więc może okazać się, że zrezygnuje całkowicie z zakupu, bo zamiennika również nie znajdzie. Poza tym zamiennik może okazać się mniej rentowny dla detalisty, więc w tym scenariuszu również ponosi on stratę, statystycznie w połowie przypadków. Sklepy handlu nowoczesnego od wielu lat radzą sobie z tym poprzez zaawansowane rozwiązania informatyczne, zarządzające stanami magazynowymi i zintegrowane z kasami, które pozwalają na bieżąco analizować rotację towaru i stopień jego zróżnicowania. Dobrą wiadomością dla drobnych detalistów jest to, że istnieją już na rynku podobne rozwiązania dostosowane do potrzeb (i budżetu) małych sklepów. Tańszą, ale dość skuteczną alternatywą jest wykorzystanie samego urządzenia fiskalnego, jeśli posiada opcję raportowania statystyk sprzedaży. Dzięki nim również można oszacować potrzebne zapasy (w tym zamienników) i zaplanować swoje zakupy w hurtowni tak, by niczego nie zabrakło na półce, choć wymaga to trochę więcej wysiłku od detalisty.

Oczywiście, prowadząc niewielki osiedlowy sklep właściciel jest w stanie dość szybko określić profil swojego typowego klienta bez żadnego systemu informatycznego i dopasować do klienteli swój asortyment, ale wiedza o własnych klientach niekoniecznie przekłada się na pełną wiedzę o reszcie rynku i o tym, co jeszcze mogłoby się sprzedawać dobrze u nas, bo sprzedaje się dobrze w innych podobnych sklepach. Tego typu rekomendacje mogą pozytywnie wpłynąć na wynik przedsiębiorstwa, czego przykładem są choćby Amazon i Netflix, które zwiększają swoje obroty oraz lojalność klientów rekomendacjami w stylu „klienci tacy jak ty kupili również tę książkę” albo „jeśli obejrzałeś ten film, to spróbuj koniecznie ten nowy serial”. Działania tego typu sprawdzają się również w handlu tradycyjnym, gdzie podobne rekomendacje umożliwiają drobnemu detaliście zaopatrzenie się w produkty, które dobrze sprzedają się w podobnych sklepach i dzięki temu zaoferować je swoim klientom. Warunkiem do tego jest przyłączenie się do platformy cyfrowej, która oferuje takie możliwości jak analiza sprzedaży, podpowiedzi, które produkty sprzedają się najlepiej, a które rotują trochę wolniej, i co jeszcze dobrze się sprzedaje u innych.

Na efektywność sprzedaży wpływ ma też określona ekspozycja produktów. Przy czym nie wystarczy, by tylko produkt był widoczny dla klienta, ale potrzebna jest też stosowna informacja o produkcie, w tym komunikacja cenowa. Częstym przewinieniem właścicieli małych sklepów jest brak „cenówki” przy produkcie, po który przyszedł klient. Może to spowodować, że klient zrezygnuje z zakupu produktu, którego ceny nie zna, a w przypadku nieprawidłowej ceny przy półce może doprowadzić do kłopotliwych sytuacji, gdy klient dotrze już z koszykiem do kasy. Szczególnym przypadkiem jest odpowiednie eksponowanie i informowanie o produktach promocyjnych – jeśli brak przy nich poprawnej informacji o zasadach promocji oraz promocyjnej cenie, to klient je ignoruje, zaś inwestycja w całą akcję idzie na marne. Nad starannym umieszczaniem winietek cenowych można dość łatwo zapanować, szczególnie korzystając z rozwiązań, w których baza kodów produktów załadowanych na kasie współpracuje z aplikacją do wydruku cenówek, choć zwykłe ręczne opisanie na odpowiednio widocznej podkładce do cenówki bywa wystarczające (pod warunkiem, że nie zapomnimy umieścić jej w dobrze widocznym miejscu).

Kiedy detalista stworzy już miejsce, w którym konsument może zrobić zakupy wygodnie i blisko, kiedy obsługa podejdzie do klienta indywidualnie, a produkty będą dostępne i dobrze wyeksponowane, to przystępność produktu, czyli cena dla ostatecznego nabywcy, wciąż pozostaje elementem, który może spowodować, że klient pójdzie na zakupy do innego sklepu. Rozwiązań dla właścicieli małych sklepów pozwalających na zaoferowanie swoim klientom atrakcyjnych cen nie ma wiele, ale istnieją. Dość powszechne jest przystąpienie do grupy zakupowej lub sieci franczyzowej, dzięki której można sprawniej negocjować rabaty u hurtowników lub producentów. Inną, zupełnie nową alternatywą jest skorzystanie z platformy cyfrowej, która umożliwia bezpośredni dostęp do promocji producentów. W przypadku uczestniczenia w takich akcjach promocyjnych ważne jest, by oprócz tradycyjnych obniżek cen sklep mógł oferować mechanizmy promocyjne, wypróbowane w handlu nowoczesnym, które motywują konsumenta do zwiększenia średniej wartości koszyka zakupowego.

Polski konsument odwiedza małe sklepy spożywcze bardzo często (w porównaniu do pozostałych europejskich krajów), średnio do kilkunastu wizyt miesięcznie. Ta podwyższona częstotliwość wizyt oznacza, że typowa wartość koszyka podczas jednej wizyty jest relatywnie niska, średnio około 18 zł. Wyzwaniem dla detalisty jest więc próba zwiększenia tej wartości podczas każdej wizyty o dosłownie kilka złotych. Jednym z wypróbowanych sposobów, zapożyczonych z sektora handlu nowoczesnego, jest rozwinięcie oferty promocyjnej w kierunku mechanizmów „kup więcej sztuk lub specjalny zestaw, a cena jednostkowa produktu będzie niższa”. Ważne jest, by zadziało się to na odpowiednio szerokim asortymencie tak, aby konsument przy każdej wizycie, niezależnie od misji zakupowej, z jaką przyszedł do sklepu, miał okazję wybrać choć jeden atrakcyjny dla niego produkt promocyjny w takim właśnie mechanizmie. Z danych empirycznych platformy cyfrowej M/platform wynika, że skuteczne wprowadzenie takich mechanizmów do sklepów tradycyjnych skutkuje zwiększeniem wartości koszyka nawet o 60%, jeżeli znalazł się w nim choć jeden produkt promocyjny.

Tradycyjny sklep nowoczesny

Czy tradycyjny polski sklep może już dzisiaj być sklepem działającym nowocześnie? Czy może działać według najlepszych praktyk handlu nowoczesnego, nie rezygnując przy tym ze swoich tradycyjnych wartości takich jak miła obsługa i sąsiedzka lokalizacja?

Od niedawna staje się to możliwe dzięki rozwojowi technologii cyfrowych, które, bazując na doświadczeniach dużych przedsiębiorstw, uwzględniają potrzeby małych firm. Rozwiązania, które kilka lat temu dostępne były tylko dla największych graczy na rynku handlu nowoczesnego, stają się dziś powszechnym standardem w polskim handlu tradycyjnym. Pomagają zwiększać efektywność sprzedaży i utrzymać konkurencyjność tradycyjnych placówek handlowych, które często prowadzone są jako lokalne firmy rodzinne, tworzące lokalne miejsca pracy dla lokalnej społeczności. Odpowiednio wsparte tradycyjne polskie sklepy są w stanie na bieżąco spełniać potrzeby swoich klientów i rozwijać się, a nie tylko walczyć o „utrzymanie się na powierzchni”.

Tomasz Jasinkiewicz, Członek zarządu Comp Platforma Usług S.A.

ZPP: Należy powstrzymać trend upadania małych sklepów

Konsekwentnie spada sprzedaż w małych sklepach. W rezultacie maleje ich liczba. Ekspertyzy wskazują, że to negatywne zjawisko, pogłębia ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele. Pomimo apelów organizacji pracodawców, ustawodawca nie planuje żadnych prób liberalizacji zakazu handlu. Należy podejmować wszelkie działania mogące powstrzymać likwidacje małych, polskich sklepów – apeluje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jako jedno z rozwiązań, ZPP proponuje szerokie wdrażanie innowacji technologicznych w małym handlu.

Handel w Polsce notuje rokroczne wzrosty. Motorem tego zjawiska jest rosnąca konsumpcja, która jest głównym komponentem w strukturze wzrostu polskiego produktu krajowego brutto. Pomimo korzystnego otoczenia, likwidowane są kolejne małe sklepy. Notuje się konsekwentny spadek sprzedaży w segmencie tradycyjnym (niezorganizowane, pojedyncze sklepy zlokalizowane przede wszystkim w małych miastach i na obszarach wiejskich) na poziomie ok 7,7 proc. rocznie. Ekspertyzy wskazują na wpływ ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele, na pogłębianie negatywnego trendu w zakresie spadku roli handlu tradycyjnego – zaznacza w opublikowanym raporcie pt. „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce” Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

– Ustawa, która miała pomóc małym sklepom, przynosi odwrotny skutek. Zauważa się, że 49 proc. drobnych handlowców prowadzi dwa lub więcej sklepów. Przepisy dotykają ich więc bezpośrednio – mówi Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców i dodaje, że – rośnie udział dyskontów, które prowadzą aktywną politykę marketingową, zmieniając zachowania zakupowe Polaków. Ponadto duże sieci, korzystając z efektu skali, posiadają silną pozycję negocjacyjną w stosunku do producentów i są w stanie szybko dotrzeć z promocjami do konsumentów. Duzi producenci z kolei nie poświęcają czasu na negocjacje i realizowanie promocji z drobnymi partnerami.

ZPP zauważa w raporcie, że liczba małoformatowych sklepów spożywczych systematycznie maleje, podczas gdy tzw. mały format pozostawał dotychczas główną siłą polskiego rynku FMCG, co jest ewenementem w skali europejskiej. W konsekwencji rekomenduje podjęcie działań mających na celu powstrzymanie likwidacji kolejnych małych sklepów. Aby sprostać temu zadaniu ZPP wskazał na istotę wdrażania innowacji technologicznych mających na celu wyjście naprzeciw oczekiwaniom konsumentów.

– Trzeba powstrzymać negatywny trend wszystkimi możliwymi sposobami. Polacy nadal chcą robić zakupy w okolicznych, osiedlowych sklepach. Obiekty te, jeśli chcą przetrwać, muszą wykorzystywać praktyki stosowane np. przez convenience store. W tym zakresie ciekawą inicjatywą wydaje się M/platform polskiej spółki Comp Centrum Innowacji, do sieci której należy już 9 tysięcy małych sklepów. Narzędzie, które dostarcza spółka umożliwia organizowanie i zarządzanie promocjami i konkurencyjną walkę cenową. To duża szansa do małego polskiego handlu – zauważa Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP. Szef Związku dodaje – wykorzystanie technologii musi być połączone z modernizacją działania zbliżoną do praktyk convenience store. Te dwa elementy mogą spowodować, że wiele małych polskich sklepów będzie miało szanse przetrwać i być rentowne.

ZPP ocenia, że stosowanie narzędzia M/Platform może przyczynić się do zmiany struktury i charakteru polskiego handlu. Przytoczony w raporcie case study pokazuje, że mały sklep decydując się na wykorzystanie platformy, otrzymuje moduł fiskalny połączony z oprogramowaniem do zarządzania sprzedażą. Sklep ma dzięki temu do dyspozycji oprogramowanie rejestrujące sprzedaż oraz dane dotyczące m.in. sprzedaży historycznej, rozliczenia płatności, indeksacji towaru czy też raporty analityczne pozwalające na śledzenie trendów w zakupach klientów. W ramach aplikacji otrzymuje on oferty promocyjne bezpośrednio od producentów.

Dzięki wykorzystaniu narzędzia, klient otrzymuje produkt o cenie niższej, mały sklep oferuje promocje dotychczas dla niego niedostępne, przy równoczesnym utrzymaniu marży na sprzedawanych towarach. Producent zwiększa sprzedaż.

– Jest to rozwiązanie zapewniające sklepom detalicznym dostęp do promocji oferowanych bezpośrednio przez producentów FMCG. W konsekwencji małe sklepy są w stanie podjąć konkurencję cenową ze sklepami wielkopowierzchniowymi, dyskontami oraz dużymi sieciami detalicznymi – dodaje Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

– Należy wszelkimi sposobami powstrzymać trend upadku małych sklepów. Jeśli Rząd nie chce im pomóc liberalizując ustawę o zakazie handlu w niedziele, sklepikarze muszą znów wziąć sprawy w swoje ręce i wdrażać wszelkie dostępne narzędzia, które mogą być pomocne w konkurowaniu z dużymi podmiotami. Równolegle ZPP nie odpuści swoich działań mających na celu wprowadzenie zmian w ustawie o zakazie handlu – konkluduje Cezary Kaźmierczak.

4 wyzwania, z którymi muszą się zmierzyć polskie MŚP w 2020 r.

Rok 2020 może przynieść wiele zmian dla polskiego sektora MŚP. Firmy powinny odpowiednio przygotować się na najważniejsze wyzwania. Które mogą być najdotkliwsze i wpływać na większość sektora? Zdaniem eksperta Siemens Financial Services spowolnienie gospodarcze, gorsza kondycja finansowa, sytuacja na rynku pracy i potrzeba inwestycji to cztery najtrudniejsze z nich.

Spowolnienie gospodarcze

Jednym z głównych wyzwań dla sektora MŚP będzie spowolnienie gospodarcze. Jak wynika z danych GUS, PKB wzrosło w III kw. o 3,9 proc. (w porównaniu do ubiegłego roku). Wcześniejszy kwartał zakończył się z wynikiem 4,6 proc. Co ważne, analizując dane kwartalne od połowy 2018 r., widzimy stały spadek tempa wzrostu PKB, co jest jedną z najważniejszych przesłanek potwierdzających zbliżające się spowolnienie.

Warto także zwrócić uwagę na strukturę ostatnich danych, ponieważ wszystkie części składowe wzrostu się pogorszyły. Co najbardziej zaskoczyło rynek, popyt krajowy urósł o 3,3 proc. – o 1,3 pkt. proc. mniej niż w II kw.  Niepokojący spadek dynamiki widać także w inwestycjach. Według danych GUS wzrosły one rok do roku o 4,7 proc. W poprzednim kwartale dynamika wynosiła 9,1 proc. Jeszcze w II kw. 2019 r. popyt inwestycyjny odpowiadał za 1,5 pkt. proc. PKB, w III kw. już tylko 0,8 pkt. proc.

Niepokojące dane sprawiły, że większość ekspertów spodziewa się spowolnienia. Komisja Europejska jeszcze w lecie prognozowała wzrost PKB na poziome 4,4 proc. w 2019 r. i 3,6 w następnym. Niedawno zrewidowała je do 4,1 proc. w 2019 r. oraz 3,3 proc. w 2020 r. Z kolei według OECD wzrost gospodarczy spowolni do 3 proc. w 2021 r.

– Spowolnienie wzrostu gospodarczego wpłynie na większość firm z sektora MŚP. Najbardziej niepokojące są dane o spadku inwestycji, które są konieczne do zachowania konkurencyjności przedsiębiorstw. Na razie spowolnienie przebiega powoli, dlatego firmy powinny przygotować się na spadek koniunktury – mówi Grzegorz Jarzębski, Szef linii biznesowej Asset Finance w Siemens Financial Services.

Gorsza kondycja finansowa i więcej zatorów płatniczych

Kolejnym wyzwaniem jest systematycznie pogarszająca się kondycja finansowa firm z sektora MŚP. Jak wynika z badania Diners Club Polska, co czwarty przedsiębiorca spodziewa się pogorszenia w 2020 r. Niestety, spada także odsetek firm, które liczą na poprawę.

– Gorsza kondycja finansowa nie wróży najlepiej i jest kolejnym elementem, który dodatkowo utrudni rozwój firm z sektora MŚP. Przedsiębiorcy będą musieli zmierzyć się ze spadkiem wpływów oraz wzrostem kosztów, powodowanych między innymi sytuacją na rynku pracy, słabszą koniunkturą oraz inflacją. Pozytywnym sygnałem jest jednak to, że część przedsiębiorców przewiduje pogorszenie z odpowiednim wyprzedzeniem, co może pozwolić im zminimalizować negatywne skutki trudniejszego okresu – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services.

Gorsza kondycja finansowa firm i w konsekwencji problemy z płynnością mogą się przenieść także na partnerów biznesowych. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor, w III kw. 2019 r. co drugi przedsiębiorca otrzymał płatność od kontrahentów blisko dwa miesiące po terminie. Co ważne, ponad 58 proc. przedsiębiorców przyznało się, że nie płaci w terminie ze względu na własne problemy z płynnością.

– Jak wynika z badań rynkowych, w tym roku więcej firm będzie zmagać się z pogorszeniem sytuacji finansowej, która z kolei przeniesie się na problemy z płatnościami dla kontrahentów. W konsekwencji będzie to powodować efekt domina – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services. – Liczbę zatorów płatniczych mogą zmniejszyć wprowadzane regulacje prawne. Jednak na tym etapie trudno jest ocenić, w jakim zakresie ograniczą one liczbę niezapłaconych na czas faktur – dodaje.

Rynek pracy

Następnym wyzwaniem dla MŚP w 2020 r. będzie kadra pracownicza. Z jednej strony utrzymujące się od dłuższego czasu rekordowo niskie bezrobocie wymusza na przedsiębiorcach presję płacową. Z drugiej strony, w części firm, gdzie płace nie wzrosły, podwyżkę zobligowały regulacje prawne. Od stycznia 2020 r. płaca minimalna została podwyższona do kwoty 2600 zł. Sytuacja mogła zaskoczyć część przedsiębiorców, ponieważ wstępnie płaca minimalna miała urosnąć do 2450 zł. Podwyżka dotyczy w sumie około 1,6 mln osób. Wzrostowi ulegnie również minimalna stawka godzinowa – do 17 zł brutto. Przedsiębiorcy mogą się także spodziewać dalszego wzrostu płacy minimalnej. Ze wstępnych zapowiedzi ma ona wzrosnąć do kwoty 3000 zł brutto do końca 2020 r. Dodatkowo, podwyżka płacy minimalnej może spowodować wzrost wyższych wynagrodzeń.

– Spowolnienie gospodarcze i gorsza kondycja sektora mogą przynieść niewielkie zmiany na rynku pracy. Proces będzie jednak przebiegał bardzo powoli. W 2020 r. nadal będziemy mieć do czynienia z rynkiem pracownika, który w połączeniu z pogorszeniem kondycji finansowej oraz spowolnieniem gospodarczym, może być dla części firm bardzo trudny – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services. Od stycznia 2020 r. małe i średnie firmy są zobligowane także do wdrażania Pracowniczych Planów Kapitałowych, co również będzie wyzwaniem dla części przedsiębiorstw – dodaje.

Potrzeba inwestycji

Najbliższy rok będzie stał także pod znakiem inwestycji. W dobie silnej konkurencji, większych kosztów pracowniczych i rosnących kosztów zewnętrznych (m.in. energii elektrycznej), w trosce o swoją pozycję na rynku firmy powinny inwestować.

– Inwestycje nadal są daleko na liście priorytetów dla części firm. W obecnej sytuacji, gdzie z jednej strony rosną wszystkie koszty, a konkurencja uniemożliwia podniesie cen, przedsiębiorcy powinni inwestować w nowoczesne technologie. Dotyczy to zwłaszcza branży przemysłowej. Aby utrzymać się na rynku firmy muszą produkować więcej przy takich samych nakładach lub tyle samo przy niższych kosztach. Kluczem jest przemysł 4.0. – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services.

Potrzebę inwestycji potwierdzają badania. Jak wynika z raportu „Smart Industry Polska 2019” przygotowanego przez Siemens i Ministerstwo Technologii i Przedsiębiorczości, w 31,6 proc. polskich MŚP z branży przemysłowej są już wdrożone innowacyjne technologie oparte na koncepcji Przemysłu 4.0., a kolejne 38,3 proc. chce je wdrożyć w ciągu najbliższych 3 lat. Natomiast według globalnego raportu Siemens Financial Services „Countdown to The Tipping Point for Industry 4.0”, w ciągu 9-11 lat ponad połowa producentów z sektora MŚP zaadaptuje nowe technologie i przejdzie na model Przemysłu 4.0. W przypadku dużych firm będzie to jeszcze szybciej (5-7 lat).

– Inwestycje w dobie słabszej koniunktury często są dużym wyzwaniem dla przedsiębiorstw. Jednak jak pokazują badania, aby utrzymać konkurencyjność firmy muszą inwestować. Często problemem jest brak środków. Najlepszym rozwiązaniem jest wtedy skorzystanie z kapitału zewnętrznego np. leasingu lub pożyczki i inwestycja w nowoczesne technologie, które umożliwią spłatę udzielonego finansowania z kapitału zaoszczędzonego dzięki wdrożonym rozwiązaniom – mówi Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services.

Wahania nastrojów

Wstrzymanie działania komunikacji miejskiej, dworca i lotniska w dużym chińskim mieście nie może umknąć uwadze inwestorów i rynki ponownie ogarnia awersja do ryzyka. Perspektywa zamkniętych rynków w Chinach na czas obchodów Chińskiego Nowego Roku w nocy spotęgowała ucieczkę od ryzyka, ale ostrożny podejście inwestorów w Europie i USA raczej skłoni ich, by nie zbagatelizować obaw zbyt łatwo.

Najbliższe 24 godziny będą trudne do przeczekania rosnących obaw, czy epidemia wirusa będzie nieść poważne konsekwencje dla globalnej gospodarki i czy będzie to wystarczający argument dla korekty po ostatnim rajdzie ryzykownych aktywów. Jednocześnie jeszcze przed weekendem może się udać całkowicie zdławić niepokoje i wrócić do optymizmu. Kluczowe będą jutrzejsze odczyty indeksów PMI z Eurolandu, Wielkiej Brytanii i USA. Jeśli wszystkie pokażą, że aktywność gospodarcza na świecie rozkręca się w obliczu porozumienia handlowego USA-Chiny (i zwycięstwie torysów/wyklarowaniu ścieżki brexitu), będzie to zdecydowanie silniejszy czynnik, który pozwoli hossie trwać. Ale dane muszą być lepsze od oczekiwań, a rynki w międzyczasie nie mogą ulec panice. Wymagające warunki.
Giełda w Szanghaju ucierpiała najwięcej, ale dziś była ostatnia sesja przed tygodniową przerwą związaną z obchodami Chińskiego Roku Księżycowego, więc oczywistym jest, że dla inwestorów ryzyko pozostawiania pozycji mogło być za duże. Dziś rano Europa zaczyna na czerwono, ale kontrakty na indeksy na Wall Street trzymają się neutralnych poziomów. Zatem panika nie jest ostra i powszechna, ale niewiele potrzeba, by wzniecić pożar. Na FX wrócił asekuracyjnie popyt na JPY i CHF, ale nie mamy jeszcze przesadzających przełamań poziomów, by wieścić głębszą korektę.

W międzyczasie (tj. do publikacji PMI w piątek) uwagę rozpraszać mogą decyzje banków centralnych. Norges Bank powinien utrzymać stopę procentową bez zmian. Styczeń przynosi międzyokresowe posiedzenie bez aktualizacji prognoz gospodarczych, więc służy zmianom w polityce tylko w nagłych przypadkach. Od posiedzenia w grudniu z Norwegii napłynęły mieszane dane, ale co najważniejsze, bez jednorazowego przechylenia szali za zmianą nastawienia w którymkolwiek kierunku. To powinno pozwolić NB do utrzymania stanowiska, że „stopa procentowa najprawdopodobniej pozostanie na tym poziomie w nadchodzącym okresie”.

Poznamy też decyzję EBC, gdzie także nie zanosi się na fajerwerki. Bank w ostatnich tygodniach nie otrzymał żadnych nowych informacji, które zmuszałyby go to zmiany nastawienia. EBC prawdopodobnie podtrzyma optymistyczny ton z nadzieją na przyspieszenie ożywienia, choć będzie to bez wpływu na kierunek polityki w krótkim terminie. Na konferencji prasowej po posiedzeniu bardziej niż ocena przez bank gospodarki będą interesować założenia szykowanego przeglądu strategii EBC. Ale dla EUR nie będzie to pretekst do zmienności.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czynny żal za pośrednictwem ePUAP-u lub e-maila nie działa

Instytucja czynnego żalu pozwala uniknąć kary za przestępstwo lub wykroczenie skarbowe i jest rozwiązaniem często stosowanym, ale wielu zainteresowanych robi to nieprawidłowo. Nie brakuje osób, które o popełnionych czynach zawiadamiają poprzez ePUAP lub za pomocą e-maila. Ale urzędnicy uznają tę formę za nieskuteczną. Zawiadomienie należy złożyć na piśmie lub ustnie do protokołu. Jednak eksperci podkreślają, że czynny żal jest potrzebny zarówno z punktu widzenia podatników, jak również organów skarbowych. Dlatego w obopólnym interesie warto pomyśleć o tym, żeby szerzej dopuścić zgłaszanie tego typu spraw przez elektroniczne narzędzia.  

Podatnik, który popełnił przestępstwo lub wykroczenie skarbowe, może uniknąć kary. Taką szansę stwarza tzw. czynny żal, opisany w art. 16 kodeksu karnego skarbowego (k.k.s.). Według dr. Radosława Piekarza, doradcy podatkowego z Kancelarii A&RT, ta instytucja przydaje się głównie w prostych sprawach. Ekspert zaznacza, że jest stosunkowo często stosowana, ale w wielu przypadkach jednak nieprawidłowo.

– Interpretacja zmierzająca do uznania, że czynny żal złożony z wykorzystaniem ePUAP jest nieskuteczny to nadmierny formalizm urzędników. Jeśli taka tendencja się utrzyma, z pewnością powinien to być asumpt do ingerencji ustawodawcy w obowiązujące przepisy. Należałoby w ustawie kodeks karny skarbowy wprowadzić możliwości składania wszelkiej korespondencji, również poprzez ePUAP – komentuje Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak informuje Konrad Zawada, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Krakowie, aby skorzystać z instytucji czynnego żalu, sprawca musi spełnić określone przesłanki. Jedną z nich jest zawiadomienie organu powołanego do ścigania o fakcie popełnienia czynu zabronionego. Łączy się to z ujawnieniem istotnych okoliczności tego czynu, w szczególności osób współdziałających w jego popełnieniu.

– Istota ePUAP-u sprowadza się do uproszczenia zasad kontaktu podatnika z administracją skarbową we wszystkich aspektach jej działalności. Dotyczy to również zadań organów związanych ze ściganiem przestępstw i wykroczeń skarbowych z jednoczesnym zapewnieniem pełnej identyfikacji podmiotu składającego pismo w takiej formie. W takim przypadku nie może budzić wątpliwości nie tylko treść pisma, ale też oznaczenie jego autora i adresata – zaznacza Marek Niczyporuk.

Natomiast Agata Bloch, rzecznik prasowy IAS w Gdańsku, zaznacza, że obecnie złożenie czynnego żalu za pośrednictwem np. platformy ePUAP lub poczty elektronicznej nie może być uznane za skuteczne. W przypadku przyznania się do winy w formie elektronicznej, organ postępowania przygotowawczego winien poinformować składającego zawiadomienie o warunkach skorzystania z możliwości wskazanej w art. 16 k.k.s.

– Zawiadomienie może być złożone na piśmie lub ustnie do protokołu, co zostało wprost opisane w art. 16 § 4 k.k.s. Dodatkowo należy zaznaczyć, że w momencie zebrania dokumentacji czy wykonania czynności kontrolnej przez organ, nie można już skorzystać z instytucji czynnego żalu. Szczegóły wskazuje art. 16 § 5 k.k.s. Należy mieć to na uwadze – podkreśla Joanna Kępa z Izby Administracji Skarbowej w Kielcach.

Z kolei Agnieszka Pawlak, rzecznik prasowy IAS w Łodzi, zaznacza, że zawiadomienie powinno spełniać wymogi pisma, wskazane w art. 119 kodeksu postępowania karnego. Należy więc podać m.in. oznaczenie organu, do którego jest skierowane, oraz sprawy, jakiej dotyczy. Natomiast radca prawny Marek Niczyporuk podkreśla, że k.k.s. nie zawiera uregulowań dotyczących wnoszenia pism przez podatników w wersji elektronicznej. One znajdują się jednak w przepisach ordynacji podatkowej, które wskazują, że termin uważa się za zachowany w przypadku wysłania dokumentu elektronicznego do organu podatkowego.

– Załóżmy, że ktoś chce skorzystać z czynnego żalu, bo dokonał błędnych wyliczeń i w efekcie miał zapłacić większy podatek. Z tego, co obserwuję, sporo osób myśli, że wystarczy przyznać się do nieprawidłowego wypełnienia deklaracji. A w takiej sytuacji potencjalnych naruszeń jest jednak więcej, np. zaniżenie podstawy opodatkowania czy nieprawidłowe prowadzenie ksiąg rachunkowych – stwierdza dr Radosław Piekarz.

Jak zaznacza mec. Niczyporuk, warunkiem skuteczności czynnego żalu jest spełnienie przez podatnika również obowiązku, którego wcześniej nie wykonał. Jeżeli spóźnił się z zapłatą podatku, to musi uregulować należność z odsetkami. Natomiast Agnieszka Pawlak dodaje, że nieujawnienie istotnych okoliczności czynu to jeden z błędów formalnoprawnych. Jest nim również złożenie zawiadomienia wtedy, gdy organ miał już wyraźnie udokumentowaną wiadomość o popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia skarbowego. Pojawiają się też błędy formalne, takie jak m.in. brak podpisu.

– Istnienie instytucji czynnego żalu jest nie tylko przydatne z punktu widzenia podatników, ale również pożądane przez organy skarbowe. Pozwala bowiem na naprawienie przez podatników błędów, które mają charakter np. oczywistych omyłek lub nie wynikają z celowego działania. Ogranicza to biurokrację, związaną ze ściganiem nawet najdrobniejszych przewinień – podsumowuje radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

FPP apeluje: koniec z nieoskładkowanymi umowami zlecenie

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do rządu o uporządkowania systemu ubezpieczeniowego. Jednym z kroków, które FPP proponuje rządowi, jest ujednolicenie oskładkowania ZUS na umowach zlecenie. Aktualnie płacenie składek od tych umów jest wymagane do wysokości minimalnego wynagrodzenia, a inne umowy mogą pozostać nieoskładkowane. Wiąże się to z niższym wynagrodzeniem emerytalnym pracownika. Brak odprowadzania składek ZUS od umów zlecenie ma również wpływ na konkurencyjność firm na rynku. Ci przedsiębiorcy, który od umów zlecenie nie płacą składek, mogą zaoferować tańsze produkty i usługi. FPP przekonuje, że obowiązkowe objęcie wszystkich umów zlecenie oskładkowaniem na ubezpieczenie społeczne wyszłoby na dobre wszystkim zaangażowanym stronom.

– Każda umowa zlecenie powinna stanowić tytuł do płacenia składek rentalnych i emerytalnych w pełnej wysokości. Jako Federacja Przedsiębiorców Polskich opowiadamy się za takim rozwiązaniem od dłuższego czasu, ponieważ takie rozwiązanie gwarantuje pewność i bezpieczeństwo prawne dla przedsiębiorców – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich FPP. – Ozusowanie do kwoty minimalnego wynagrodzenia zostało wprowadzone na początku 2016, przyniosło jednak tylko krótkotrwałą poprawę. Wartość umów nieobjętych ubezpieczeniem społecznym spadła wtedy do około 7 miliardów złotych – ale w kolejnych latach zaobserwowaliśmy ponowne odradzanie się tego precedensu. Tworzy to nierówne warunki konkurencyjne na rynku i wpływa na wysokość emerytur zleceniobiorców. Dlatego też sądzimy, że objęcie umów zlecenie pełnymi ubezpieczeniami społecznymi będzie korzystne zarówno dla ubezpieczonych – którzy będą mieli wyższe emerytury w przyszłości, jak i dla przedsiębiorców – przekonuje Kozłowski.

Innowacyjne terapie trychologiczne rozwiązują problemy z wypadaniem włosów. W ciągu kilku miesięcy mogą pomóc cierpiącym na łuszczycę czy łysienie

Trychologia to coraz popularniejsza dziedzina zajmująca się problemami owłosionej skóry głowy i włosów. Pomaga pacjentom borykającym się z wypadaniem włosów, brakiem ich porostów, łuszczycą owłosionej skóry głowy, łojotokiem i łupieżem. Stale rozwijane są technologie stosowanych zabiegów, które dobierane są do indywidualnych problemów klienta. Gama zabiegów trychologicznych jest bardzo szeroka, te najbardziej skuteczne to m.in. bezbolesna mezoterapia igłowa skóry głowy lub zabieg laserem excimerowym. Celem zabiegów trychologicznych jest uzyskanie zewnętrznego efektu estetycznego u klienta trychologicznego.

– Podstawą terapii trychologicznej jest konsultacja. Dopiero po dokładnym wywiadzie i pełnej diagnostyce jesteśmy w stanie dopasować odpowiednie terapie. Terapie mogą być rozwiązaniem różnych problemów. Dobieramy je indywidualnie do danej osoby, jej schorzenia i problemu owłosionej skóry głowy lub włosów. Ich innowacyjność sprawia, że może skorzystać z nich właściwie każdy i są personalizowane do konkretnego problemu – mówi agencji Newseria Anna Mackojć, trycholog i biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Warto podkreślić, że trycholog spogląda na problem owłosionej skóry głowy w sposób holistyczny (kompleksowy). Co ważne, współpracuje z innymi specjalistami, jak endokrynolog, dermatolog, ginekolog, dietetyk czy psycholog. Włosy są papierkiem lakmusowym naszego organizmu, więc jeśli coś złego dzieje się z jego stanem, to zaczynają one wypadać. Stąd tak ważna jest prawidłowa diagnostyka trychologiczna oraz współpraca wielu specjalistów, którzy kompleksowo spojrzą na dany przypadek.

Zabiegi trychologiczne są doskonałą spersonalizowaną terapią dla pacjentów zmagających się z wypadaniem włosów, brakiem ich porostu, łysieniem plackowatym, łojotokiem, świądem skóry głowy czy łuszczycą.

– W zależności od problemu oraz intensywności danego schorzenia terapia może trwać od miesiąca do pół roku. Należy zwrócić uwagę, że włos rośnie w wolnym tempie. Stąd też ważna jest cierpliwość. Ważna jest również systematyka, gdyż zabiegi należy powtarzać w zaleconym odstępie czasowym. Jeśli przyczyna problemu jest wewnątrzustrojowa, wówczas równolegle należy skorzystać z pomocy lekarskiej. Lekarz działa farmakologicznie, a trycholog działa, by uzyskać zewnętrzny efekt estetyczny – mówi Anna Mackojć.

Zabiegi trychologiczne są bezbolesne. Nawet mezoterapia igłowa, jeśli jest wykonywana za pomocą najnowocześniejszych urządzeń jest bezbolesna oraz kilkakrotnie skuteczniejsza. Urządzenie zasysa skórę głowy, odrywając ją od wieńca nerwowego, wówczas dziewięć bardzo cienkich igieł wpuszcza preparat pod skórę głowy. Mezoterapia igłowa jest bardzo efektywna, gdyż w czasie kilku minut możemy wykonać kilkaset mikronakłuć.

– Polega ona na zassaniu skóry głowy i wpuszczeniu igły, która dozuje odpowiednią dawkę preparatu. Jest to zupełnie bezbolesne, a jednocześnie dużo bardziej skuteczne niż klasyczna mezoterapia. Jej efektywność jest aż dziewięć razy większa, ponieważ dziewięć igieł podaje naraz precyzyjną ilość preparatu. Doza podawana jest również na konkretną głębokość, więc środek dociera bezpośrednio do mieszka włosowego. Skład preparatu zależy od indywidualnego problemu. Najczęściej jednak stosuje się koktajle zawierające m.in. peptydy biomimetyczne, które są skuteczne na wiele schorzeń owłosionej skóry głowy – tłumaczy Anna Mackojć.

Szczególnym wyzwaniem są problemy estetyczne wywołane przez choroby autoimmunologiczne. Jedną z najskuteczniejszych terapii służących wyeliminowaniu efektu estetycznego powstałego przez choroby autoimmunologiczne (łysienie plackowate, łuszczyca, bielactwo) jest terapia laserem excimerowym exciplex. Należy podkreślić, że zabieg nie eliminuje choroby autoimmunologicznej, ale działa jedynie na zewnętrzny efekt estetyczny.

– System excimerowy exciplex pomaga osobom, które zmagają się z chorobami autoimmunologicznymi, jak łysienie plackowate, łuszczyca czy bielactwo. Wpływa jedynie na efekt estetyczny. Ma ponad 200 badań klinicznych przeprowadzonych w różnych krajach. Jest to dziś jedna z najbardziej skutecznych terapii ogólnoświatowych. Polega na emitowaniu wiązki 308 nm, co prowadzi do apoptozy limfocytów T, które niwelują stan zapalny w miejscu naświetlenia.  – zwraca uwagę ekspertka.

Zabieg z wykorzystaniem systemu exciplex pozwala między innymi zażegnać nieestetyczne i uciążliwe objawy łuszczycy, bielactwa czy łysienia plackowatego. Często znacząco poprawia to jakość codziennego życia pacjentów i ich komfort psychiczny.

– W przypadku łuszczycy efektem jest prawidłowa proliferacja komórek skórnych i poprawa jakości skóry, która przestaje się łuszczyć. W przypadku łysienia plackowatego apoptoza limfocytów T powoduje zniwelowanie stanu zapalnego w miejscu okołomieszkowym, czego efektem jest odrost włosów. System exciplex w przypadku łysienia plackowatego sprawdzi się zarówno na drobne zmiany, jak i na całą powierzchnię skóry głowy – mówi trycholog.

Kolejne proekologiczne zmiany w McDonald’s. Od dziś znikają plastikowe słomki

Każdego roku ok. 8 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych trafia do mórz i oceanów. W walce ze skażeniem dużą rolę ma do odegrania globalny biznes. Ze względu na skalę oddziaływania wprowadzane przez niego zmiany przyczyniają się do ograniczenia zanieczyszczeń i wpływają na nawyki klientów. Sieć restauracji McDonald’s walkę z plastikiem rozpoczęła od wymiany sztućców na 100-proc. recyklingowane. Teraz przyszedł czas na plastikowe słomki, kubeczki do lodów McFlurry i patyczki do balonów, które zostaną wymienione na papierowe odpowiedniki. Takich zmian będzie więcej. Sieć pracuje nad nowymi rozwiązaniami i podkreśla, że nie będą one zauważalne dla klientów, ale odczuwalne dla środowiska.

– Obecny stan planety sprawia, że firmy muszą angażować się w działania na rzecz środowiska i podejmować wyzwania ekologiczne, a nie czekać  na obowiązek, który zostanie nałożony na nie w wyniku działań ustawodawczych. Muszą podchodzić do tego kreatywnie, wykorzystując wszelkie możliwości, które wiążą się z ograniczeniem zużycia zasobów, zmniejszeniem emisji gazów cieplarnianych, wspieraniem różnorodności biologicznej, a przede wszystkim ze zmniejszaniem zanieczyszczania, również zanieczyszczania plastikiem – mówi agencji Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Według Ellen MacArthur Foundation na całym świecie tylko około 14 proc. opakowań z tworzyw sztucznych jest zbieranych i poddawanych recyklingowi. Na poziomie legislacyjnym UE podejmuje coraz więcej działań, które mają podnieść ten wskaźnik. Przykładem jest przyjęta przez Parlament Europejski dyrektywa SUP, która wprowadza zakaz sprzedaży wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych od roku 2021. Ten obejmie m.in. sztućce, talerze, kubki i mieszadła do napojów, pojemniki na żywność, patyczki higieniczne, uchwyty do balonów i plastikowe słomki. Od 2025 roku również nakrętki do butelek i kartonów na napoje będą musiały być do nich na stałe przytwierdzone, co ułatwi recykling. Część firm już w tej chwili jeszcze przed wejściem w życie nowych przepisów zaczęła wprowadzać takie zmiany.

Jak podkreśla dyrektor Centrum UNEP/GRID, globalny biznes ma do odegrania dużą rolę w walce  ze skażeniem plastikiem. Koncerny i duże firmy – ze względu na swoją skalę oddziaływania – mogą z jednej strony wprowadzać zmiany, które przyczyniają się do ograniczenia zanieczyszczeń. Z drugiej – kreują trendy konsumenckie, mają wpływ na decyzje podejmowane przez swoich klientów i przecierają szlaki dla kolejnych przedsiębiorstw.

– Działania firm mają ogromny wpływ na edukację ekologiczną konsumentów. Pokazują rozwiązania, które klienci przyjmują i zaczynają traktować jako standard. Ten z czasem staje się standardem dla kolejnych firm, które też muszą wprowadzać zmiany. One rozszerzają się na kolejne grona odbiorców, partnerów, podwykonawców i podmioty, które funkcjonują w całym łańcuchu wartości – mówi Maria Andrzejewska. – Takie działania mają szczególne znaczenie w przypadku tych firm, które mają bezpośredni kontakt z konsumentem. Wtedy firma może pokazać, w jaki sposób segregować śmieci czy jak zastąpić pewne produkty innymi, które są bardziej przyjazne dla środowiska.

Biznes dostrzegł już potrzebę zaangażowania w akcje prośrodowiskowe i zrównoważony rozwój. Jak podaje ONZ, 93 proc. z 250 największych firm na świecie udostępnia sprawozdania na temat swoich działań w zakresie zrównoważonego rozwoju. Jest wśród nich globalna sieć restauracji McDonald’s, która od 2018 roku wdraża strategię Scale for Good – jako odpowiedź na globalne problemy dotyczące środowiska i zmian klimatycznych. Jej cele to między innymi znacząca redukcja gazów cieplarnianych z restauracji, biur i w łańcuchu dostaw, recykling wszystkich odpadów z sal jadalnych oraz wprowadzenie opakowań wykonanych ze źródeł odnawialnych, certyfikowanych bądź z odzysku.

– Bieżący rok rozpoczął się od zmian środowiskowych dla McDonald’s. Od 23 stycznia we wszystkich restauracjach w Polsce dostępne będą już wyłącznie papierowe słomki, papierowe kubeczki do lodów McFlurry oraz papierowe patyczki do balonów. Wymieniamy nasze opakowania, a przy ich projektowaniu uwzględniliśmy aspekt ekologiczny – mówi Tomasz Kurpiewski, menadżer ds. zrównoważonego rozwoju w McDonald’s Polska.

Restauracyjna sieć działa na ponad 120 rynkach i w ponad 37 tys. restauracji obsługuje dziennie ok. 69 mln gości. W przypadku takiej skali działania każda zmiana ma duże przełożenie na ochronę środowiska, choć konsumenci nie odczują przy tym żadnej różnicy.

– Sama wymiana słomek to 160 mln sztuk w ciągu roku. Do tego 23 mln papierowych kubków do lodów McFlurry i 3,5 mln patyczków do balonów, które zamieniliśmy na papierowe odpowiedniki. Patrząc przez pryzmat skali, ta jedna słomka to naprawdę dużo dla redukcji plastiku. Ten system cały czas się doskonali i będziemy go stale ulepszać, żeby osiągać kolejne wyznaczone cele – mówi Tomasz Kurpiewski.

Polska będzie pierwszym krajem w systemie McDonald’s, gdzie zostaną wprowadzone papierowe słomki najnowszej generacji. Firma do zmian podchodzi całościowo – od projektowania opakowań i kreowania nowych technologii z dostawcami, aż po recykling.

– Przy projektowaniu słomek przeprowadzono liczne testy dotyczące ich funkcjonalności i wytrzymałości. Mają wszystkie certyfikaty związane z dostępem do żywności, w 100 proc. nadają się do recyklingu. Są przyjazne dla planety i nie obniżają komfortu konsumpcji dla gości naszych restauracji. Słomki mogą bowiem wytrzymać w wodzie 5,5 godziny bez namakania – to dwukrotnie dłużej niż ich poprzednia wersja – mówi Tomasz Kurpiewski.

McDonald’s przykłada dużą wagę również do segregacji i odzysku odpadów. W większości restauracji dostępne są kosze do segregacji. Trwają również prace nad technologią recyklingu dostosowaną bezpośrednio do potrzeb McDonald’s. Zużyte papierowe opakowania w przyszłości zostaną ponownie wykorzystane w formie ręczników papierowych. Strategia sieci zakłada, że do 2025 roku już 100 proc. opakowań we wszystkich restauracjach McDonald’s na świecie będzie poddawanych recyklingowi.

– Zaczęliśmy traktować nasze posegregowane opakowania nie jako odpady, ale jako surowce nadające się do recyklingu. Rozpoczęliśmy współpracę z recyklerami, którzy dysponują specjalistyczną technologią dla naszych opakowań.  To bardzo dobry przykład gospodarki obiegu zamkniętego – podkreśla menadżer ds. zrównoważonego rozwoju sieci.

W ramach strategii Scale for Good w 2018 roku jednorazowe sztućce – łyżeczki, noże i widelce z trudnego do recyklingu polistyrenu – zostały wymienione w polskich restauracjach na czarne odpowiedniki z polipropylenu, który jest w 100 proc. przetwarzalny. Klienci mogą wrzucić je do odpowiedniego pojemnika na odpady. Do 2030 roku McDonald’s obniży też emisję gazów cieplarnianych z biur i restauracji o 36 proc., a w odniesieniu do całego łańcucha dostaw – o 31 proc. W efekcie do atmosfery nie trafi 150 mln ton dwutlenku węgla, co odpowiada rocznej emisji gazów cieplarnianych emitowanych przez 32 mln samochodów osobowych.

Najem drożeje, choć nie tak szybko jak mieszkania. Stawki w największych miastach są podobne do zachodnioeuropejskich

Koszty najmu w grudniu były o 6 proc. wyższe niż rok wcześniej. Przy 13-proc. tempie wzrostu cen mieszkań może się to wydawać niewiele, ale i tak stawki najmu w największych miastach są porównywalne z tymi w miastach Europy Zachodniej. – Przy obecnych cenach stopa zwrotu wynosi średnio 7 proc., ale jak ktoś kupił mieszkanie taniej dwa–trzy lata temu, to może zarobić ok. 1012 proc. – mówi Jarosław Sadowski z Expandera. Na opłacalność tych inwestycji wpływ będzie mieć skala ewentualnego spowolnienia gospodarczego.

Trudno prognozować, jak opłacalność inwestycji w nieruchomości na wynajem będzie się zmieniała w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors. – Spowolnienie gospodarcze, które nadchodzi, może spowodować, że zmniejszy się liczba imigrantów zarobkowych napływających do Polski albo część z nich wróci do swojego kraju z uwagi na brak pracy. A imigranci stanowią obecnie bardzo istotny czynnik stymulujący popyt na rynku najmu.

Wiele zależy od tego, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze i jak wpłynie na rynek pracy.

Istotną grupę najemców stanowią też młodzi Polacy z mniejszych miejscowości, którzy najpierw przenoszą się na studia do dużych miast, a potem rozpoczynają tam pracę. Zarówno w okresie studiów, jak i na początku kariery zawodowej generują popyt na mieszkania na wynajem. Najczęściej dopiero po latach, kiedy zdobywają pozycję zawodową, decydują się na zakup mieszkania – zauważa Jarosław Sadowski.

Z raportu Expandera i Rentier.io za grudzień 2019 roku wynika, że najem zdrożał średnio o 6 proc. w ujęciu rocznym, najwięcej w Katowicach i Lublinie (odpowiednio o 14 i 13 proc. r/r), a najmniej w Łodzi (o 2 proc.). W tym samym czasie ceny nieruchomości w Polsce wzrosły o 13 proc.

– Ceny mieszkań rosną szybciej niż stawki najmu, a to powoduje, że jeżeli ktoś myśli teraz o inwestycji w mieszkanie na wynajem, to jej rentowność będzie trochę mniejsza niż w przeszłości – mówi główny analityk Expander Advisors.

Inwestowanie w nieruchomości na wynajem to wciąż lepsze rozwiązanie niż np. lokata bankowa, gdyż w obecnej sytuacji na rynku przynosi zwrot na poziomie średnio około 7 proc. brutto w skali roku. Jednak jest to możliwe przy założeniu, że mieszkanie jest wynajmowane przez pełnych 12 miesięcy, bez uwzględnienia dodatkowych kosztów, np. remontów czy spłaty kredytu.

Według wyliczeń Expandera i Rentier.io na 8 proc. w skali roku mogą już liczyć tylko wynajmujący nowo zakupione mieszkania w Sosnowcu i Częstochowie. Więcej zarabiają ci, którzy kupili lokale sześćsiedem lat temu, kiedy ceny na rynku były o jedną czwartą niższe. Ich zyski często przekraczają 10 proc. rocznie.

Obecne stawki najmu są bardzo wysokie, bo w największych miastach są porównywalne ze stawkami w miastach Europy Zachodniej – mówi Jarosław Sadowski. – Często się okazuje, że rata kredytu na własne mieszkanie jest niższa niż koszt najmu. Różnica między ratą kredytu a kosztem miesięcznym najmu może wynieść w niektórych przypadkach nawet 50 proc. na niekorzyść najmu. Wiele zależy od tego, czy chcemy się związać z konkretnym miastem. Zakup mieszkania to długoterminowe zobowiązanie i zmiana miejsca zamieszkania może w takiej sytuacji stanowić problem oraz generować koszty. 

Na razie popyt na mieszkania na wynajem jest na wysokim poziomie, dzięki czemu inwestorzy uzyskują atrakcyjne stopy zwrotu. Problemem może być sytuacja, gdy zainteresowanie najmem się zmniejszy. Osiągnięcie średniej stopy zwrotu jest też utrudnione przez okres przestoju między kolejnymi najemcami, ale również przez niezbędne remonty.

Jeśli zakup finansowany jest kredytem, stopa zwrotu z inwestycji również może być niższa. Tego rodzaju inwestycje są najbardziej ryzykowne, bo jeżeli wzrastają stopy procentowe, to rosną także comiesięczne koszty kredytu – wyjaśnia Sadowski. – Warto też pamiętać o tym, żeby mieszkanie na wynajem nie znajdowało się na drugim końcu miasta lub w innym mieście, bo dojazdy zabierają czas i mogą być kłopotliwe.

Do 2050 roku domy jednorodzinne w Polsce z zakazem emisji dwutlenku węgla. Osiągnięcie celu wymaga zwiększenia skali termomodernizacji i wdrożenia skutecznych przepisów

Wszystkie budynki w Unii Europejskiej do 2050 roku mają zostać zdekarbonizowane. To cel znowelizowanej unijnej dyrektywy dotyczącej charakterystyki energetycznej budynków (EPBD), którą Polska powinna wprowadzić w życie do 10 marca 2020 roku. Tymczasem w naszym kraju tylko 1 proc. budynków jednorodzinnych jest energooszczędnych, a niemal 70 proc. jest ogrzewanych przy użyciu węgla i wymaga modernizacji. Eksperci przekonują, że aby osiągnąć ten cel, konieczne jest zwiększenie skali termomodernizacji do minimum 3 proc. A do tego potrzebne są skuteczne wdrożenie przepisów i wzrost świadomości społecznej.

– Celem dyrektywy w sprawie charakterystyki energetycznej budynków jest pomoc w dekarbonizacji zasobów budowlanych do roku 2050. Zgodnie z założeniami w 2050 roku sektor budowlany powinien nie emitować dwutlenku węgla, tylko być neutralny – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Szymon Firląg z Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej, przedstawiciel na Polskę Buildings Performance Institute Europe.

Państwa członkowskie mają czas do 10 marca 2020 roku na wdrożenie zmienionej dyrektywy w sprawie charakterystyki energetycznej budynków. Według nowych przepisów domy budowane po 31 grudnia 2020 roku mają być budynkami o niemal zerowym zużyciu energii (tzw. NZEB, czyli nearly zero energy building).

– Długoterminowa strategia jest kluczowa z punktu widzenia osiągnięcia celów tej dyrektywy. Dlatego ważne jest, aby rząd przygotował strategię, która realnie połączy efektywność energetyczną budynków z komfortem i klimatem panującym wewnątrz – podkreśla Adam Ambrozik, dyrektor ds. korporacyjnych VELUX Polska.

Jak  wynika z piątej edycji „Barometru zdrowych domów”, który powstał z inicjatywy Grupy VELUX, zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) budynki o niekorzystnym klimacie określane są mianem „chorych budynków”, gdzie więcej niż 30 proc. osób uskarża się na złe warunki. Szacuje się, że 10–30 proc. obiektów należy do tej grupy. W niezdrowym domu mieszka co trzecie europejskie dziecko. W Polsce problem dotyczy ok. 1,5 mln najmłodszych. U dzieci przebywających w złych warunkach mieszkaniowych o 25 proc. zwiększa się ryzyko wystąpienia chorób wieku dziecięcego oraz chorób w późniejszych latach. Nadmierna wilgoć, brak światła czy niskie temperatury mogą doprowadzić do poważnych chorób. Nawet 25 proc. zgonów dzieci przed piątym rokiem życia jest spowodowanych przez zanieczyszczenie środowiska. Modernizacja starszych domów jednorodzinnych jest więc koniecznością.

– Te budynki są słabej jakości, zużywają dużo energii, są głównym źródłem smogu, czyli zanieczyszczeń powietrza spowodowanych przez niską emisję – wskazuje dr Szymon Firląg.

– Istnieje ścisłe powiązanie efektywności energetycznej budynku z klimatem i jakością wewnątrz niego. Poprawiając efektywność energetyczną, nie tylko redukujemy zanieczyszczenie powietrza, smog, ale też poprawiamy jakość, komfort, a tym samym zdrowie – dodaje Adam Ambrozik.

O ile budynki użyteczności publicznej czy wielorodzinne w dużej mierze zostały już zmodernizowane, o tyle problemem jest stan domów jednorodzinnych. W Polsce nawet 70 proc. z nich jest ogrzewanych przy użyciu węgla, a tylko 1 proc. można uznać za energooszczędne. W efekcie, jak wynika z „Krajowego Programu Ochrony Powietrza do roku 2020”, udział gospodarstw domowych w emisji pyłów PM10 i PM2,5 wynosi ok. 40 proc., a w emisji benzo(a)pirenu – 78 proc.

– Budynki jednorodzinne przez wiele lat były pozostawione same sobie, nie było żadnego programu, który byłby im dedykowany. Dochodzi do tego jeszcze źle pojęte poczucie wolności, że w swoim domu jednorodzinnym mogę palić, czym mi się podoba, nikt nie nakłada na mnie zobowiązań, ograniczeń, regulacji. W wyniku tego stan budynków jednorodzinnych jest zły, 70 proc. wymaga termomodernizacji, remontów, wymiany starych kotłów węglowych – przekonuje Szymon Firląg.

Dyrektywa w sprawie charakterystyki energetycznej budynków wskazuje, jakie narzędzia są konieczne, aby przeprowadzić termomodernizację budynków. To m.in. kampanie edukacyjne, indywidualna pomoc, a w nowych budynkach – bardziej czytelne świadectwa charakterystyki energetycznej.

– Nawet najlepsze regulacje, aby osiągnęły zamierzone cele, muszą być praktycznie wdrożone przez osoby bezpośrednio zainteresowane. Potrzebna jest długoterminowa strategia renowacji budynków. Tylko długofalowe podejście do celów wynikających z dyrektywy EPBD ma szansę przynieść skutek w niej zapisany – podkreśla Adam Ambrozik.

Istotne jest przede wszystkim wsparcie finansowe. Przykładem może być rządowy program Czyste Powietrze, który ma zmniejszyć emisję pyłów poprzez wymianę starych pieców i kotłów na paliwo stałe oraz termomodernizację budynków jednorodzinnych. Do 2029 roku taką modernizację ma przejść 4 mln domów, czyli ok. 80 proc. zasobów. Żeby utrzymać to zobowiązanie, co roku powinno zostać zmodernizowanych co najmniej 3 proc. budynków jednorodzinnych, a zdaniem eksperta dziś ten odsetek wynosi 1 proc. Konieczne jest więc zintensyfikowanie działań.

– O ile mamy system zachęt, np. w postaci programu Czyste Powietrze czy ulg termomodernizacyjnych, o tyle bardzo mocno kuleje system kar. W większości są teoretyczne, tylko na papierze, często gminy kontrolują pewne rzeczy, ale nie wystawiają mandatów, bo nie mają podstaw. Tutaj jest bardzo dużo do zrobienia. Aby dyrektywa przyniosła oczekiwane efekty, głównie w zakresie dekarbonizacji, musimy te przepisy wdrożyć tak, żeby były funkcjonalne, efektywne i akceptowalne przez ludzi – podkreśla Szymon Firląg.

Obecnie kary za świadome zanieczyszczenie powietrza, np. poprzez palenie śmieciami, mogą sięgać 5 tys. zł. Straż miejska może teoretycznie wejść do domu, a próbkę popiołu wysłać do laboratorium, jednak wielu osób to nie odstrasza. Dlatego tak istotna jest edukacja.

– Dekarbonizacja ma na celu zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i zahamowanie globalnego ocieplenia. Z punktu widzenia Polski ma to na celu ograniczenie emisji zanieczyszczeń z sektora budowlanego, żeby nie było pyłów, benzo(a)pirenu, tlenków siarki, azotu, zanieczyszczeń – tłumaczy Szymon Firląg. – Edukacja społeczeństwa polega na tym, żeby pokazać, że te przepisy nie są przeciwko nam, to nie jest jakaś głupia biurokracja. W wyniku mądrej implementacji dyrektywy będziemy żyli w zdrowszym środowisku.

Koncerny farmaceutyczne nie nadążają z produkcją szczepionek. Niedługo może zabraknąć też preparatów stosowanych w medycynie podróży

W aptekach i hurtowniach brakuje szczepionek m.in. przeciwko ospie, śwince i HPV, ponieważ koncerny farmaceutyczne nie nadążają z ich produkcją. Problemy ciągną się od listopada, ale niektórych preparatów nie ma już od wielu miesięcy. W trudnej sytuacji znaleźli się zarówno pacjenci, którzy nie mogą kontynuować cyklu szczepień, jak i część samorządów. Z kolei lekarze spodziewają się, że niedługo zabraknie również szczepionek stosowanych w medycynie podróży, ponieważ w okresie ferii wielu Polaków wyjeżdża na egzotyczne wakacje za granicą.

Są problemy z dostępnością szczepionek przeciwko odrze, śwince i różyczce. Od jakiegoś czasu brakuje też szczepionek przeciwko HPV i ospie wietrznej. Spodziewamy się, że zabraknie również szczepionek stosowanych w medycynie podróży, ponieważ w tej chwili Polacy w większej liczbie wyjeżdżają za granicę i po prostu zapotrzebowanie przekracza podaż – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Ernest Kuchar, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Problemy z dostępnością szczepionek w aptekach, hurtowniach i przychodniach ciągną się już od listopada. W trudnej sytuacji znalazły się m.in. pacjentki, które na własną rękę rozpoczęły szczepienie przeciwko HPV chroniące przed zachorowaniem na raka szyjki macicy, natomiast teraz nie mogą kontynuować cyklu szczepień.

Problemy mają również samorządy, które prowadzą refundowane programy szczepień dla mieszkańców, a z powodu kłopotów z dostępnością preparatów nie mogą ich kontynuować. W takiej sytuacji znalazł się m.in. Kalisz, który w ubiegłym roku wprowadził miejski program bezpłatnego i dobrowolnego szczepienia przeciwko HPV dla dziewczynek powyżej 12 lat. W grudniu urząd miasta poinformował, że 49 z nich może nie otrzymać drugiej dawki, ponieważ preparat nie jest dostępny na rynku. Miasto zaangażowało w rozwiązanie problemu resort zdrowia, a objęte programem młode pacjentki powinny zostać zaszczepione najpóźniej w marcu br., żeby ta forma profilaktyki była skuteczna.

Koncerny farmaceutyczne tłumaczą, że chwilowe braki szczepionek są spowodowane tym, że zwyczajnie nie nadążają z produkcją, która zaspokoiłaby potrzeby rynku.

Produkcja szczepionek jest bardzo skomplikowanym, długotrwałym procesem, ponieważ chodzi o zapewnienie maksymalnego bezpieczeństwa, więc nie można z dnia na dzień jej zwiększyć. Poza tym sytuacja epidemiologiczna jest zmienna. Jeżeli prognozy dotyczące zapotrzebowania choćby minimalnie różnią się od realiów, to mogą powstawać chwilowe braki – mówi dr Ernest Kuchar.

Szczepionki od producentów kupuje Ministerstwo Zdrowia, nadzór nad ich stanami magazynowymi i dystrybucją sprawuje Główny Inspektorat Sanitarny. Resort już w listopadzie zwołał sztab kryzysowy w sprawie brakujących szczepionek, ale urzędnicy de facto nie mają prawnych możliwości skłonienia koncernów farmaceutycznych do zwiększenia dostaw.

Wszyscy nas uspokajają, że niedługo sytuacja powinna się poprawić, co bez wątpienia nastąpi – mówi dr Ernest Kuchar. – Ten brak szczepionek wynika trochę z naszych reakcji, bo bardzo trudno przewidzieć, jaki odsetek osób będzie się szczepił. Zazwyczaj w przypadku planowych szczepień ten odsetek jest trochę niższy niż optymalny, a potem te osoby, które się nie zaszczepiły, w sytuacji zagrożenia nagle chcą te wszystkie zaległości nadrobić.

Co istotne, osoby chcące zaszczepić się na własną rękę chwilowo nie mają takiej możliwości, a z drugiej strony – rośnie liczba ludzi uchylających się od obowiązkowych szczepień. Dane Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny wykazują, że na koniec III kwartału ub.r. takich osób w Polsce było już prawie 45,5 tys. (w porównaniu do nieco ponad 40 tys. jeszcze na koniec 2018 roku). Liczba niezaszczepionych osób zwiększa się stale od 2010 roku, kiedy wynosiła jeszcze niecałe 3,5 tys.

– Ruch antyszczepionkowy rośnie, ale skutki niepożądane na szczęście nie. Nowe szczepionki są coraz bezpieczniejsze, coraz rzadziej powodują jakiekolwiek działania niepożądane. Jednak ludzie wymagają subiektywnego poczucia bezpieczeństwa. To oznacza, że kiedy takie choroby jak polio czy odra występowały powszechnie, dobrowolnie godzili się na zapobiegające im szczepienia, które sporadycznie powodowały działania niepożądane. W momencie, kiedy te choroby stały się rzadsze, wymagania w stosunku do bezpieczeństwa po prostu się zwiększyły – mówi dr Ernest Kuchar.

Jak ocenia, szczepionki padły ofiarą własnego sukcesu – pacjenci, którzy nie stykają się z chorobami zakaźnymi, przestają się ich obawiać, zaczynają wątpić w skuteczność tej formy profilaktyki i obawiać się działań niepożądanych.

– Działania niepożądane na szczęście są zazwyczaj przejściowe i łagodne, choć sporadycznie trafiają się i cięższe. Kiedy choroby nie występują, to znaczenie tych działań bardzo wzrasta. Rozumiem rodziców bojących się, że zaszczepienie dziecka, które w danym momencie jest zdrowe, będzie wiązało się z jakimiś działaniami niepożądanymi – mówi dr Ernest Kuchar.

Cyberataki groźniejsze niż zmiany klimatyczne. Już w 2020 roku możemy się spodziewać wojny komputerów wywołanej przez sztuczną inteligencję

Dynamiczny rozwój technologii uczenia maszynowego przyczynił się do ewolucji narzędzi wykorzystywanych przez cyberprzestępców. Ataki ransomware coraz rzadziej kierowane są w stronę przypadkowych użytkowników, a na popularności zyskują systemy inteligentne. Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa przygotowują się na wdrożenie nowych metod zabezpieczeń, które będą odpowiedzią na rosnące zagrożenie ze strony hakerów wspieranych sztuczną inteligencją.

Najnowszy raport „Global Risks Report” opracowany przez Światowe Forum Ekonomiczne uznaje ataki cybernetyczne za największe wyzwanie, z jakim będziemy mierzyć się w 2020 roku. Działalność cyberprzestępców uznano nawet za groźniejsze zjawisko niż katastrofy środowiskowe czy zmiany klimatyczne. Co ciekawe, nie jest to odosobniona opinia – aż 39 proc. respondentów przebadanych w ramach „Barometru Ryzyk Allianz 2019” uznało cyberprzestępczość za największe zagrożenie dla prowadzenia biznesu.

– 2019 rok był związany z oddaleniem się przestępców od wykorzystywania ransomware’u. To nie znaczy, że ransomware został wygaszony i potrafimy sobie z nim radzić, cały czas słyszymy o kolejnych przypadkach zaszyfrowania organizacji. Z punktu widzenia przestępców jest to doskonały sposób na monetyzację dorobku i wiedzy w zakresie cyberbezpieczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Marcin Wodziński, prezes zarządu ISSA Polska.

Firma Check Point w ramach „Raportu bezpieczeństwa bybernetycznego 2020" nakreśliła zmiany, jakie w ostatnich miesiącach zaszły w sektorze cyberbezpieczeństwa. Znamienny okazał się m.in. spadek liczby ataków typu ransomware przy jednoczesnym wyspecjalizowaniu narzędzi tego typu. Cyberprzestępcy odeszli od atakowania rozległego grona przypadkowych użytkowników sieci i skupili się na precyzyjnym dobieraniu celów, aby zmaksymalizować szansę na pozyskanie okupu. Z analiz firmy Emsisoft wynika, że w 2019 roku straty wywołane atakami typu ransomware, które blokują dostęp do danych do czasu zapłacenia okupu, mogły przekroczyć 7,5 mld dol.

– Jednym z bardziej dotkliwych problemów, które dotyczą Polski, są tzw. dopłaty wysyłane SMS-em. Po scrackowaniu jednego ze sklepów internetowych dane kupujących zostały udostępnione przestępcom. Widzimy szereg spamu, który zalewa adresy mailowe i SMS-owe, klienci stali się łatwym celem – zauważa ekspert.

Według Check Point ataki typu Magecart polegające na umieszczaniu złośliwego oprogramowania na stronach e-commerce dotknęły szereg firm z całego świata. W 2019 roku była to jedna z najpopularniejszych metod kradzieży danych umożliwiających przejęcie kontroli nad kontami bankowymi klientów. Z kolei „Raport bezpieczeństwa cybernetycznego 2020" zwraca uwagę na jeszcze jedną bardzo istotną kwestię: wzrost aktywności botnetów. W 2019 roku zetknęło się z nimi 28 proc. organizacji, co oznacza, że ich liczba na przestrzeni ostatniego roku zwiększyła się o 50 proc.

Przyszłością branży cyberbezpieczeństwa mogą okazać się systemy bazujące na sztucznej inteligencji. Firma Synack opisała w raporcie „Trust at Scale” potencjał harmonijnej współpracy człowieka oraz narzędzi automatyzujących pracę. Eksperymentalne ataki wykazały, że człowiek wspierany sztuczną inteligencją wykrywa potencjalne luki i zagrożenia ze skutecznością o 73 proc. większą niż w przypadku pracy bez wykorzystania systemów inteligentnych.

– Możemy się spodziewać, że w 2020 roku liczba automatów, które pracują po stronie obrońców i atakujących, wyeliminuje działanie człowieka. Będziemy mogli obserwować ścierające się pomiędzy sobą systemy komputerowe. Można to porównać do filmu „Gry wojenne”, w którym to komputer podjął ostateczną decyzję o wyłączeniu programu nuklearnego, bo z punktu widzenia równania nie miał on sensu – wskazuje Tomasz Marcin Wodziński.

Aby usprawnić systemy bezpieczeństwa, instytucje często nawiązują współpracę z etycznymi hakerami. Z ich pomocy skorzystała m.in. amerykańska armia, która w ramach programu Hack the Army 2.0 zaprosiła 52 hakerów do zinfiltrowania systemów informatycznych Departamentu Obrony USA. Akcja miała pomóc w identyfikacji luk bezpieczeństwa i zidentyfikowaniu słabych punktów infrastruktury sieciowej.

Podobny program zrealizował Instytut Wymiaru Sprawiedliwości w ramach konkursu Capture The Flag „153+1”. Do zawodów przystąpiło przeszło 1200 uczniów szkół ponadpodstawowych, którzy rozwiązywali łamigłówki kryptograficzne, próbowali przejąć kontrolę nad oprogramowaniem oraz wykazać się umiejętnościami związanymi z przeprowadzaniem inżynierii wstecznej. Celem akcji było zachęcenie uczestników do zainteresowania się branżą cyberbezpieczeństwa, która wciąż zmaga się z niedoborem pracowników.

– Jednym z kluczowych elementów jest brak zasobów ludzkich i niewielka ilość zasobów, które są w stanie najszybciej zrealizować obronę dla celów biznesowych. Rok 2019 zakończył się kilkoma spektakularnymi wdrożeniami rozwiązań automatyzujących. W 2020 roku sztuczna inteligencja w końcu pojawi się w tych narzędziach. Dzisiejszy sposób jej implementacji pozostawia jednak dużo do życzenia. Chciałbym móc w podsumowaniu 2020 roku powiedzieć: tak, mamy sztuczną inteligencję, broni nas i umożliwia bycie o krok przed atakującymi, a nie pół kroku za nimi – podsumowuje prezes zarządu ISSA Polska.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Polska firma chce produkować biodegradowalny plastik z fusów po kawie. Z kawowych odpadów już powstaje ekologiczny brykiet do grilla i kominków

W obliczu zmian klimatycznych gospodarka obiegu zamkniętego stanowi jedno z największych wyzwań. Z plastikowych butelek powstają zabawki, produkuje się też buty. Odpady spożywcze mogą służyć jako baza do produkcji tkanin, a ze starych opon można stworzyć wytrzymały asfalt. Do 2030 roku globalna populacja zbliży się do 9 mld ludzi, a już teraz zużywamy więcej zasobów, niż może zapewnić Ziemia. Przyszłość zależy więc od ich ponownego wykorzystania w zrównoważony sposób. Polska firma wykorzystuje fusy po kawie, by stworzyć wydajne brykiety, a w przyszłości technologia posłuży do produkcji  biodegradowalnego plastiku.

– Europa musi iść w kierunku gospodarki zamkniętego obiegu, żeby nie generować odpadów. Trzeba myśleć o tym, żeby właściwie każdy odpad stał się czymś innym. Trzeba próbować, by jak najszybciej stawał się półproduktem, surowcem do czegoś następnego, żebyśmy mogli go ponownie wykorzystać. Mówimy tutaj na razie o recyklingu metali, ale odpowiednio segregując ogromne ilości odpadów spożywczych, możemy je ponownie wykorzystać – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Koziorowski, prezes EcoBean.

Na świecie marnuje się coraz więcej żywności. Jednocześnie przy coraz większej liczbie ludzi, która już w 2030 roku może sięgnąć 9 mld, zużywamy coraz więcej zasobów. Tylko gospodarka zamknięta, wykorzystywanie odpadów i dawanie im drugiego życia może poprawić sytuację. Dlatego powstają firmy, które przekształcają plastikowe butelki do produkcji butów, inne oczyszczają ścieki, a oprócz czystej wody uzyskują też biogaz.

Także odpady spożywcze da się ponownie wykorzystywać. Z przejrzałych owoców, których nikt nie zbiera, można tworzyć mąkę. Ze skóry drobiowej powstają chipsy, a z zużytego ziarna przy warzeniu piwa piecze się chleb. Wegański majonez wytwarzany przez Sir Kensington’s zastępuje z kolei jajka płynem z gotowania ciecierzyc.

Polski start-up znalazł sposób, by wykorzystać fusy po kawie. Tworzy z nich wysokowydajny i kaloryczny brykiet kawowy.

– Odpad kawowy może być doskonałym biopaliwem i do tego jeszcze wysoce energetycznym. Nasze brykiety kawowe dają więcej ciepła i wyższą temperaturę niż brykiety drzewne. Standardowo dziś jest to 15–17 tys. kJ/kg, nasze mogą dojść nawet do 19–21 tys. – podkreśla Marcin Koziorowski.

EcoBean podaje, że 100 sieciowych kawiarni produkuje rocznie 180 ton odpadów. Można z nich wyprodukować 500 tys. brykietów, które umożliwią ok. 100 tys. grillowań. Jeden brykiet robi się z 25 filiżanek kawy. Jest on nie tylko ekologiczny i zmniejsza emisję CO2, lecz pali się też dłużej i wytwarza więcej ciepła niż tradycyjny brykiet.

– Można to paliwo doskonale wykorzystać do ogrzewania, chociażby fabryk, obiektów przemysłowych, po prostu wytwarzania ciepła, które może być zastosowane w przemyśle. Mieliśmy już takie zapytania z elektrociepłowni, niestety nie jesteśmy jeszcze na takim etapie, żeby dostarczać tak ogromną ilość gotowego produktu – zaznacza prezes EcoBean.

Podobny brykiet z odpadów kawowych tworzy także brytyjski start-up. Polska firma zapewnia jednak, że ekologiczny brykiet nie jest jedynym zastosowaniem kawowych odpadów.

– Pracujemy już dalej nad szczepami bakterii, dla których ten odpad będzie fantastycznym pożywieniem do tego, aby przetworzyć znajdujące się w fusach kawowych cukry na kwas mlekowy. Możemy z niego później tworzyć plastiki biodegradowalne – tłumaczy Marcin Koziorowski. – Możemy więc sobie wyobrazić w niedalekiej przyszłości kubeczki czy talerzyki jednorazowe, z których będziemy mogli skorzystać w kawiarni.

Konferencja „IT w Ubezpieczeniach” już 3-go marca 2020 r.

Rok 2020 będzie pełen wyzwań dla branży ubezpieczeniowej. Jest to czas cyfrowej transformacji tego sektora.

Z jednej strony jest to perspektywa dynamicznego rozwoju, z drugiej konieczność dostosowania rozwiązań i podejścia do klienta oraz do zmieniających się wymagań rynku.
Wyzwaniem jest zrozumieć klienta, jego potrzeby i oczekiwania, aby umieć jak najlepiej na nie odpowiedzieć.

Cyfryzacja ubezpieczeń to także dodatkowe zagrożenia, na które trzeba się przygotować m.in. wyłudzenia, kradzież danych.

Zapraszamy do wzięcia udziału w kolejnej edycji konferencji „IT w Ubezpieczeniach”, która odbędzie się 3 marca 2020 r. w hotelu Novotel Airport w Warszawie.

Podczas konferencji pokażemy najnowsze rozwiązania technologiczne, a nasi goście opowiedzą o nowościach w branży.

Będzie również czas na wymianę doświadczeń z innymi uczestnikami konferencji.

Konsumentowi, który spłaci wcześniej kredyt należy się proporcjonalny zwrot poniesionych kosztów

Konsumentowi, który spłaci wcześniej kredyt należy się proporcjonalny zwrot poniesionych kosztów. To orzeczenie TSUE może dotyczyć nawet kilkudziesięciu milionów kredytów w Polsce. Jest równie ważne, jak to dotyczące frankowiczów.

TSUE wydał w 2019 r. słynne orzeczenie dotyczące frankowiczów. Kolejne orzeczenie Trybunału może wywołać zdarzenia, których skala będzie niewiele mniejsza.

– Mało kto jednak wie, że ten sam Trybunał w 2019 r. zajął również istotne stanowisko w innej kwestii dotyczącej kredytobiorców. Otóż 11 września 2019 r. TSUE wydał orzeczenie w sprawie kredytów konsumenckich spłaconych przed czasem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Wójcik, członek zarządu Robin Lawyers SA. – Zgodnie z treścią opublikowanego wyroku, konsumentowi, który spłaci wcześniej kredyt należy się proporcjonalny zwrot poniesionych kosztów. Co więcej, uprawnienie, którego źródło znajduje się w przepisie art. 49 ustawy o kredycie konsumenckim dotyczy wszystkich kosztów, w tym jednorazowych opłat i prowizji.

Dotychczas banki kwestionowały treść tego zapisu, wskazując, że odnosi się jedynie do ubezpieczeń wprost powiązanych z okresem kredytowania. Trybunał jasno dał do zrozumienia, że również prowizje i inne opłaty powinny zostać w części zwrócone kredytobiorcom.

Co istotne, prawo do roszczeń przysługuje nie tylko konsumentom zaciągającym kredyt w bankach lub SKOK-ach, ale również osób korzystającym z usług „parabanków” i innych instytucji pożyczkowych.

– Skala zagadnienia jest zatem ogromna. Tzw. „małe TSUE” może dotyczyć nawet kilkudziesięciu milionów kredytów – wyjaśnia P.Wójcik z Robin Lawyers SA. – Wartość roszczenia zależy od wysokości naliczonych opłat oraz terminu spłaty kredytu i może oscylować od kilkuset do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

O zwrot może starać się osoba, która zaciągnęła kredyt konsumencki po 17 grudnia 2011 r. lub kredyt hipoteczny po 22 lipca 2017 r. i dokonała jego wcześniejszej spłaty.