Jacek Balicki rezygnuje z funkcji wiceprezesa w zarządzie Platformy CANAL+.

Jacek Balicki zrezygnował z funkcji wiceprezesa zarządu ds. marketingu Platformy CANAL+. Zarząd spółki ITI Neovision S.A., operatora Platformy CANAL+, podjął decyzję o nowym podziale obowiązków.

Jacek Balicki jest związany ze spółką od 2014 roku. Jako członek zarządu Platformy CANAL+ nadzorował działania marketingowe, w tym politykę produktową i cenową oraz badania rynku. W środę 23 października złożył rezygnację z pełnionej funkcji chcąc realizować nowy projekt poza strukturami firmy.

Zarząd spółki zdecydował, że nie będzie powoływał nowej osoby na stanowisko wiceprezesa zarządu ds. marketingu. Dotychczasowe obowiązki Balickiego zostaną rozdzielone pomiędzy Joannę Kloskowską, dyrektor ds. marketingu treści oraz Grzegorza Skowron-Moszkowicz, dyrektora działu zarządzania wartością klienta, którzy raportują bezpośrednio do członków zarządu.

Edyta Sadowska, platforma nc+
Edyta Sadowska, platforma nc+

Dziękuję Jackowi za lata wytężonej pracy i zaangażowania w rozwój marki CANAL+. Jego charyzma i kreatywność z pewnością będą wyznacznikiem dla działań marketingowych naszej firmy w nadchodzących latach – Edyta Sadowska, prezes zarządu Platformy CANAL+

To było pięć niezwykle intensywnych i ekscytujących lat. Miałem przyjemność pracować ze wspaniałymi ludźmi. To prawdziwi profesjonaliści, a dzięki ich ciężkiej pracy marka CANAL+ jest synonimem świetnej rozrywki i budzi pozytywne emocje – Jacek Balicki.

Obecnie, w czteroosobowym zarządzie spółki ITI Neovision S.A., oprócz Edyty Sadowskiej zasiada trzech wiceprezesów: Frederic Berardi – odpowiedzialny za finanse i logistykę, Jarosław Kordalewski – nadzorujący pion technologii i IT oraz Artur Przybysz – odpowiedzialny za sprzedaż i CRM.
Jacek Balicki formalnie pozostaje związany ze spółką do końca kwietnia 2020 roku, ale swoje obowiązki wykonawcze będzie przekazywał na przestrzeni kilku kolejnych dni.

Tenczyńska Okovita Janusza Palikota startuje z crowdfundingiem

Brantówka po raz pierwszy, Szumówka po raz drugi, Okowita po raz trzeci! Gotowi do sprzedaży! Dziś wystartowała kampania crowdfundingowa nowej spółki Janusza Palikota – Tenczyńska Okovita SA. Cel kampanii promowanej na Crowdway.pl to 4,18 mln zł. Przeznaczenie: zakup maszyn do destylacji, rozwój browaru czy budowa taproomu. Ceny pakietów zaczynają się od 220zł. To już trzecia firma z branży piwowarskiej, która organizuje zbiórkę na Crowdway. Letnia emisja PINTA Barrel Brewing pobiła rekord polskiego crowdfundingu udziałowego pod względem kwoty zbiórki.

Powrót do korzeni

Niegdyś okowita produkowana była wyłącznie w celach leczniczych, z czasem stała się wysokoprocentowym napojem alkoholowym. Zazwyczaj była destylowana trzy razy. Po pierwszej destylacji nazywana była brantówką, po drugiej – szumówką, a po trzeciej stawała się okowitą. Janusz Palikot – prezes spółki – planuje umieszczenie w Browarze w Tenczynku instalacji do destylacji słodu i zbóż w celu produkcji okovity wedle receptur z XIX w. w sposób rzemieślniczy. Będzie to pierwsza instalacja tego typu w Polsce.

– Jako pierwsi zaprezentujemy ‘prawdziwą wódkę’, czyli wódkę nieprzemysłową i spodziewamy się dużego sukcesu tego produktu. Zamierzamy powtórzyć wzorzec ze Stanów Zjednoczonych, gdzie jak grzyby po deszczu w poszczególnych miastach otwierane są małe destylarnie alkoholi mocnych powiedział Janusz Palikot, prezes spółki Tenczyńska Okovita SA.

Janusz Palikot stawia na dywersyfikację portfela Browaru Tenczynek i produkcję w dwóch najpopularniejszych w Polsce kategoriach alkoholi: piw i wódek. Oprócz okowity, nowa spółka przejmie od Browaru procesy warzenia i starzenia serii piw Barrel Aged, która miała premierę w ubiegłym roku oraz wprowadzi kolejne edycje piw leżakowanych w beczkach po mocnych alkoholach, w tym po Okovicie. W historycznych piwnicach Tenczynka powstanie wyjątkowy taproom – klimatyczne miejsce degustacji pełnej oferty piw oraz okowity.

Plany rozwoju

Strategia spółki przewiduje osiągnięcie pierwszych przychodów oraz progu rentowności już w 2020 roku. Do 2024 planowana sprzedaż wyniesie 6 tys. hektolitrów rocznie, z czego 5 tys. stanowić będzie okowita.Tenczyńska Okovita Janusza Palikota startuje z crowdfundingiem 2 Tenczyńska Okovita Janusza Palikota startuje z crowdfundingiem

Do pełna!

Na realizację swoich celów biznesowych Tenczyńska Okovita chce pozyskać od inwestorów crowdfundingowych kwotę 4,18 mln zł, z czego najwięcej pochłonie budowa wieży destylacyjnej (1 mln zł), i opłata akcyzy (2 mln zł). Pozostała część budżetu zostanie zainwestowana w remonty (0,5 mln zł) i zakup beczek do starzenia piw (400 tys. zł). Spółka planuje wypłacanie dywidendy po trzecim roku działalności, co oznacza, że pierwsza wypłata nastąpi za rok obrotowy 2022. – Jeśli sytuacja na rynku kapitałowym będzie sprzyjająca, weźmiemy pod uwagę możliwość debiutu spółki na warszawskim parkiecie w ciągu 5 lat od tej pory – dodał Janusz Palikot.

W kampanii crowdfundingowej promowanej na platformie Crowdway.pl pakiety inwestorskie Tenczyńskiej Okovity zostały przygotowane w dwóch opcjach: dla inwestorów indywidualnych i dla partnerów branżowych. Minimalna wartość inwestycji to 220 zł. W ramach benefitów crowdfundingowych spółka zaproponowała m.in. zniżkową kartę Inwestora, limitowaną butelkę RIS Barrel Aged czy noc w browarze połączoną z kolacją i degustacją alkoholi z portfolio Tenczynka. Z kolei pakiety dla branży obejmują możliwość odpłatnego uwarzenia piwa wg umówionej receptury, produkcję Okovity czy piwa barrel aged z indywidualną etykietą.

– Uważam, że rynek piw rzemieślniczych ma wyjątkową społeczność. To grono ludzi zaangażowanych emocjonalnie w rozwój tego segmentu, ale przede wszystkim sztab sympatyków i użytkowników, którzy doceniają jakość i wartość alkoholi kraftowych. Poprzednie akcje crowdfundingowe w Polsce potwierdzają tę tezę. Mamy nadzieję, że nasza kampania pozwoli na pozyskanie nie tylko funduszy, ale przede wszystkim ambasadorów naszych marek i produktów – dodaje Janusz Palikot.

Lekcja historii

Browar Tenczynek został stworzony w połowie XVI wieku przez braci Tenczyńskich w małopolskiej gminie Krzeszowice. Przez setki lat doskonalono w nim receptury, co przyniosło tenczyńskiemu browarowi sławę w Europie, potwierdzoną m.in. złotym medalem na prestiżowych targach piwnych w Londynie w 1862 r. oraz w Pilznie w 1904 r. Zawirowania obu wojen światowych sprawiły, że Browar Tenczynek został częściowo zniszczony i wstrzymał produkcję piwa, a w czasach PRL-u uruchomiono tam państwową wytwórnię owoców i warzyw.

Dzięki modernizacji w 2014 r. zakład przywrócił produkcję utrzymując tradycyjne sposoby warzenia piwa w warunkach na miarę XXI wieku. W 2018 roku Janusz Palikot odkupił browar od Grupy BRJ.

Już 12 tys. Polaków płaci kartami Twisto

  • Tydzień po debiucie karty wielowalutowej połączonej z aplikacją, w Twisto zarejestrowało się ponad 12 tys. osób.
  • Na różnych etapach rejestracji jest blisko 25 tys. użytkowników.
  • W programie poleceń Twisto można zdobyć 50 zł za każdą poleconą osobę

21 października na polskim rynku zadebiutowała karta Twisto do codziennych płatności, połączona z aplikacją. Z Twisto można bezpłatnie odroczyć termin zapłaty za zakupy do 45 dni, a za granicą transakcje są rozliczane po najlepszym kursie, bez opłat i prowizji. Karta Twisto jest bezpłatna i można nią płacić w każdym sklepie internetowym i stacjonarnym – wszędzie gdzie akceptowany jest Mastercard. Tydzień po debiucie karty i apki Twisto na polskim rynku, na usługę fintechu zarejestrowało się ponad 12 tys. osób.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego rezultatu. Zainteresowanie Twisto w Polsce okazało nawet większe niż zakładaliśmy. W ciągu 7 dni zgłosiło się do nas blisko 25 tys. osób, które obecnie są na różnym etapie rejestracji. Pierwsi klienci otrzymali już karty i wykonują transakcje. Cieszymy się, że nasza oferta jest atrakcyjna dla użytkowników. Polacy kochają nowości i są otwarci na nowoczesne metody płatności – mówi Michal Smida, założyciel i CEO Twisto. – Zachęcamy nowych klientów do udziału w programie poleceń Twisto – dodaje.

Aby skorzystać z programu poleceń Twisto wystarczy zarejestrować się w Twisto. Po otrzymaniu miesiecznego limitu, użtkownik ma możliwość polecenia aplikacji kolejnym osobom. Jeśli osoba, która otrzymała polecenie zarejestruje się w aplikacji i zostanie pozytywnie zweryfikowana, zarówno polecający jak i polecany otrzymają po 50 zł. Poleceń można dokonywać wielokrotnie, a zgromadzone pieniadze wykorzystać do spłaty zakupów dokonanych z Twisto w internecie lub sklepach stacjonarnych.

Płać po swojemu

Aby korzystać z karty Twisto należy pobrać aplikację na telefon i zarejestrować się. Po otrzymaniu miesięcznego limitu można robić zakupy. Limit przyznawany jest na podstawie deklaracji klienta oraz ocenie jego zdolności kredytowej i może sięgać kilku tysięcy złotych. Aplikacja i karta są darmowe, bez względu na liczbę wykonanych transakcji.

Twisto działa na polskim rynku od 2018 r. Dotychczas fintech oferował płatności w 300 sklepach internetowych. W ciągu roku obsłużył ponad 100 tys. klientów. Twisto przewiduje, że w 2022 r. z jego usług będzie korzystało 0,5 mln klientów w Polsce.

Od kilku lat Twisto z powodzeniem działa w Czechach. 80 proc. klientów firmy aktywnie korzysta z karty, średnio 20 razy w miesiącu. Przeciętna wartość transakcji wynosi 100 zł.

Analityka pozwoli zapanować nad danymi z inteligentnych liczników

Zgodnie z prognozami zawartymi w projekcie nowelizacji Prawa energetycznego, do 2026 roku firmy energetyczne będą musiały zainstalować inteligentne liczniki u 80% odbiorców prądu w Polsce. Na podstawie dostarczanych przez nie informacji, sprzedawca prądu będzie wystawiać rachunki za rzeczywiste, a nie szacunkowo prognozowane zużycie. Zdaniem ekspertów z firmy SAS jednym z warunków sukcesu tego przedsięwzięcia jest wykorzystanie zaawansowanej analityki.

(29 października 2019 r.) – Instalacja inteligentnych liczników w większości polskich domów oznacza, że dostawcy prądu będą musieli przygotować się na przetwarzanie dużych zbiorów danych, pochodzących z nowego źródła informacji. Inteligentne liczniki, w przeciwieństwie do tradycyjnych, wysyłają szyfrowane dane o zużyciu energii nawet co 15 minut, a odczyt ich wskazań nie wymaga wizyt inkasentów. Przewidywane zmiany oznaczają też koniec ery prognoz opartych o szacunki zużycia energii, które zdaniem Ministerstwa Energii często były zawyżane, co przekładało się na „darmowy kredyt” dla branży energetycznej o wartości sięgającej 1 mld zł.

Wprowadzenie inteligentnych liczników to konieczność, między innymi dlatego, że obecny model rozliczania opłat za energię elektryczną jest nieefektywny. Ogromna liczba punktów pomiarowych oraz konieczność comiesięcznego pozyskiwania danych do rozliczeń opłaty mocowej sprawiają, że koszty określenia prognozy dla pojedynczego lokalu są bardzo wysokie. Analityka danych w czasie rzeczywistym pozwoli na automatyzację tego procesu. System sam będzie w stanie obliczyć, jakie jest zużycie prądu i jakiej wysokości opłatę powinien uiścić konsument – mówi Maciej Chachulski, Senior Account Executive w SAS Polska.

Przewidywanie awarii sieci energetycznej

Systemy analityczne wykorzystywane w branży energetycznej umożliwiają nie tylko przetwarzanie danych dotyczących zużycia energii, ale również przewidywanie ewentualnych awarii skutkujących przerwami w dostawie prądu. Przykładem takiego rozwiązania jest SAS® Asset Performance Analytics. System pozwala na planowanie modernizacji i prac utrzymaniowych w oparciu o predykcję ryzyka awarii oraz prognozy obciążeń poszczególnych elementów sieci energetycznej w horyzoncie krótko-, średnio- i długoterminowym. Rozwiązanie to wspiera identyfikację miejsc szczególnie narażonych na wystąpienie usterki w różnych horyzontach czasowych. System analityczny SAS jest w stanie określić wpływ różnego rodzaju zdarzeń na wskaźniki niezawodnościowe. Dzięki nowym narzędziom dostawcy energii są w stanie zapewnić ciągłość usług odbiorcom końcowym.

Inteligentne liczniki zadbają o naszą planetę

Zgodnie z przewidywaniami opublikowanymi w „Prognozie zapotrzebowania na paliwa i energię do 2030 r.” zużycie energii elektrycznej w Polsce wzrośnie o 55%. Tymczasem Unia Europejska czyni starania, aby ograniczyć konsumpcję prądu w krajach Wspólnoty. Projekt dotyczący efektywności energetycznej ma na celu zmniejszenie zużycia energii elektycznej o 20% do 2020 roku. Jednym ze sposobów realizacji założonego planu ma być wprowadzenie inteligentnych liczników. Dostarczają one informacji o aktualnym poziomie poboru energii elektrycznej, co pozwala na lepsze zarządzanie jej zużyciem.

Zmniejszenie zużycia energii elektrycznej to ważny trend, który stanowi element większego planu mającego ograniczyć negatywny wpływ człowieka na środowisko naturalne. Osiągnięcie tego celu nie będzie możliwe bez zmiany codziennych nawyków konsumentów. Jednak, aby to nastąpiło, muszą oni mieć dostęp do danych o rzeczywistym zużyciu energii. Dotychczasowy system bazujący na cyklicznych prognozach nie dostarczał takich informacji. Dzięki inteligentnym licznikom konsument może łatwo przekonać się, ile zużywa energii i jaki jest rozkład zużycia w czasie. Z pewnością wiele osób będzie chciało obniżyć wysokość płaconych rachunków i w tym celu przyjmie proekologiczne postawy: zacznie stosować energooszczędne źródła światła, wymieni sprzęt AGD na modele o wyższej klasie efektywności energetycznej, wyłączy nieużywane urządzenia, które, znajdując się w trybie „stand-by”, wciąż pobierają energię. Zastosowanie inteligentnych liczników nie tylko pozwoli określić rzeczywiste ceny za zużycie energii, ale także przyczyni się do ochrony środowiska.

Marnowanie żywności: Ustawa już działa, ale sklepy mają pierwsze problemy. GIOŚ: Kontrole w marcu 2020 roku

Z audytu branży wynika, że sklepy intensywnie pracują nad wdrożeniem przepisów ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Jednocześnie sieci handlowe informują, że od lat przekazują tony niesprzedanych produktów zewnętrznym organizacjom. I dodają, że wbrew pozorom sporym wyzwaniem bywa szukanie takich odbiorców. Z kolei według ekspertów, handel ma też problem z określeniem, ile jedzenia faktycznie przepada. W szybkim i tanim monitorowaniu zapasów, a także raportowaniu strat pomocne mogą okazać się nowe technologie, które dodatkowo zabezpieczą firmy przed ewentualnymi karami. 

Działania sieci

Do 18 lutego 2020 roku przedsiębiorstwa o powierzchni powyżej 250 metrów kwadratowych, których sprzedaż żywności stanowi co najmniej połowę przychodów, mają obowiązek podpisania umów z organizacjami pozarządowymi. Jeśli nie wywiążą się z tego, będą płaciły kary. Jednak nie będzie to szybko, bo Inspekcja Ochrony Środowiska zapowiada wprowadzenie działań kontrolnych dopiero w marcu przyszłego roku. Do tego momentu branża ma czas na uporządkowanie tej kwestii. Tymczasem analitycy serwisu agencyjnego MondayNews zapytali działające w Polsce dyskonty, supermarkety, hipermarkety i cash&carry o to, jak odnoszą się do nowych przepisów.

– Dopracowujemy właśnie szczegóły naszej umowy z Federacją Polskich Banków Żywności. W wybranych sklepach w Szczecinie i Stargardzie przeprowadziliśmy już kilkumiesięczne testy. Organizacyjnie jesteśmy przygotowani do rozpoczęcia współpracy polegającej na przekazywaniu produktów żywnościowych – mówi Mariola Skolimowska z sieci Netto.

Jak informuje Aleksandra Robaszkiewicz z Lidl Polska, sieć już od 2002 roku współpracuje z Federacją Polskich Banków Żywności. Wspiera też Caritas. Jednocześnie na poziomie każdego sklepu optymalizowane są wielkości zamówień. Prowadzony jest też system przecen, aby skutecznie minimalizować ryzyko marnowania żywności. Wszystkie placówki monitorują termin przydatności do spożycia sprzedawanych art. Prowadzą też akcję „Kupuję, nie marnuję”, w ramach której o 50% przecenione jest m.in. świeże mięso i drób. Dotyczy to również ryb, produktów chłodniczych oraz części tzw. suchych artykułów o krótkiej dacie ważności.

– Już w grudniu 2014 roku podjęliśmy współpracę z Caritasem w zakresie przekazywania żywności. Od wielu lat przeceniamy też wybrane artykuły z regału chłodniczego 2 dni przed upływem daty ich ważności. Dbamy również o budowanie świadomości klientów poprzez promowanie rozwiązań zapobiegających marnowaniu żywności na łamach naszych gazetek tematycznych. Nieustannie optymalizujemy procesy zaopatrzeniowe sklepów, by zapobiegać sytuacjom zmuszającym nas do utylizowania produktów – zapewnia Agata Biernacka z ALDI Polska.

Z kolei Sylwia Krzyżycka z Biedronki zaznacza, że sieć już od 2016 roku rozwija program przekazywania niesprzedanych art. spożywczych na cele charytatywne. System został wdrożony w blisko 1500 sklepach w całej Polsce. Ich liczba stale rośnie. Tylko od stycznia do maja br. przekazano 3,5 ton żywności, czyli równowartość prawie 7 mln posiłków. Stosowana jest też wewnętrzna procedura segregacji odpadów odbieranych przez wyspecjalizowane firmy. Obecnie 99% takich towarów podlega recyclingowi, przetworzeniu lub odzyskowi. Dla przykładu, z owoców i warzyw robiony jest biogaz do wytwarzania energii i ciepła, a pieczywo trafia do gorzelni jako surowiec do produkcji alkoholu.

– Od 2017 roku współpracujemy z Federacją Polskich Banków Żywności, przekazując produkty z krótkim terminem ważności osobom potrzebującym. W 2018 roku ofiarowaliśmy ponad 1 mln 580 tys. kilogramów żywności, co pozwoliło na wytworzenie ponad 3 mln 160 tys. posiłków. Chcąc zapobiegać marnowaniu jedzenia, obniżamy również ceny na produktach, którym kończą się daty przydatności – podkreśla Dorota Patejko z Auchan Polska.

Warto dodać, że w 2018 roku Grupa Eurocash uratowała aż 37,7 ton artykułów spożywczych o wartości 405 tys. złotych. Żywność ta zapewniła 75 358 posiłków osobom potrzebującym. O swoich działaniach informuje też Carrefour Polska. Od 2013 roku sieć realizuje program „STOP Marnotrawstwu”, którego celem jest przeciwdziałanie stratom żywności na każdym szczeblu funkcjonowania firmy. W przypadku nadwyżek lub zbliżającego się końca terminu przydatności wszystkie supermarkety i hipermarkety regularnie przekazują art. spożywcze do Banków Żywności, Caritasu i innych OPP współpracujących lokalnie ze sklepami.

Nierozwiązane problemy

– W samym handlu przepada zaledwie 4-6% wyprodukowanej żywności. Dla porównania, producenci i konsumenci marnują łącznie ok. 80% artykułów żywnościowych. Zatem sklepy mają niewielki udział w trwonieniu jedzenia. Wprowadzone przepisy doprowadzą do tego, że sklepy będą uważniej przyjmowały towary. Postawią na wyższą jakość sprzedawanych produktów, ale to poskutkuje podwyżkami, które mocno odczują klienci – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Obecnie 270 sklepów Tesco w Polsce regularnie przekazuje nadwyżki żywności, zaś ok. 100 pozostałych jest operacyjnie i logistycznie do tego gotowych. W części lokalizacji brakuje partnerów do współpracy. Sieć aktywnie poszukuje takich instytucji. Wdraża specjalistyczną aplikację FoodCloud, upraszczającą komunikację i księgowanie przy współpracy z partnerami charytatywnymi. Nadal jednak nie wszystkie sklepy przekazują produkty. Zatem największym wyzwaniem jest brak chętnych do odbioru artykułów, mimo dobrej woli sieci, wdrożenia odpowiednich procedur i przeszkolenia pracowników.

– Z raportu jasno wynika, że poza nielicznymi wyjątkami większość sieci nie podaje, ile konkretnie marnuje żywności. Trudno im to określić, bo to są zmienne ilości. Poważnym problemem bywa też znajdowanie odbiorców nadwyżek. To ma związek ze sztywnymi i srogo rozliczanymi terminami przydatności oraz przepisami sanitarno-zdrowotnymi. Opanowanie wiedzy o zapasach, stopniu psucia się niektórych towarów i zmianach pogody jest bardzo trudne. W najbliższych latach handel będą wspierały w tym nowe technologie – prognozuje dr Faliński.

Natomiast Maciej Ćwikliński, Prezes Zarządu Dyrekcji Handlowej Intermarché w Polsce, stwierdza, że sieć prowadzi politykę sprzedaży towarów w taki sposób, aby jak najlepiej niwelować zjawisko marnowania żywności. Niemniej firma szacuje, że w skali miesiąca trzeba utylizować średnio ok. 35 kg produktów spożywczych na sklep. Jest to spowodowane głównie tym, że blisko 99% tej żywności to artykuły świeże z krótką datą ważności. Sieć też dokłada wszelkich starań, by jak najwięcej w pełni wartościowych towarów trafiało do instytucji charytatywnych.

Kolejny krok – digitalizacja

– Zmniejszanie odpadów wymaga lepszej organizacji pracy na wszystkich poziomach. Tam, gdzie przetwarzana jest żywność, bardzo często przestrzegane są normy HACCP. Sieci starają się je usprawniać, np. poprzez zakup urządzeń pomiarowych. Samo raportowanie, tj. generowanie i przetwarzanie informacji w czasie rzeczywistym, jest jednak ograniczone przez obecne sposoby komunikacji, czyli papier, długopis i e-mail. Takie podejście jest mało wydajne, bo zabiera pracownikowi dużo czasu. Jednak jest wymagane przepisami i dlatego się je stosuje – zwraca uwagę Sebastian Starzyński, prezes zarządu TakeTask.

Gdy sieci zaczną przystosować się do zmniejszenia strat żywności, zyskają więcej informacji. Początkowo może to powodować chaos komunikacyjny, który doprowadzi do fiaska nowych wdrożeń. Organizacje zewnętrzne mogą dostawać produkty nienadające się do spożycia i będą podważać sens współpracy. Dlatego dobre przygotowanie do nowych wymogów prawnych jest istotne. Ważne jest też ułatwienie pracownikom procesu zbierania danych. W obecnych realiach z pewnością poręczniejszy jest np. smartfon niż notes.

– Jeżeli wywróci się np. paleta z jogurtem i towar zostanie częściowo uszkodzony, to pracownik sieci odnotuje ten fakt w notesie. Jednak dla urzędnika może to nie być wystarczającym dowodem. W tym momencie sieci nie mają odpowiednich, szybkich sposobów dokumentowania strat, gdyż są one rozwiązywane na poziomie sklepu. Menedżer jest z tego rozliczany, a on swoje obowiązki i cele ceduje na kolejnych pracowników. W przypadku organów wewnętrznych tworzenie lepszej dokumentacji będzie zaletą, jeśli nowe procedury przyniosą oszczędność czasu – analizuje prezes Starzyński.

Natomiast dr Faliński uważa, że technologia w stosunkowo małym, ale istotnym stopniu pomoże w rejestrowaniu strat losowych i unikaniu kar. Marnotrawstwo żywności powstaje głównie z powodu kupowania zbyt dużych ilości jedzenia, które następnie wyrzucają konsumenci. Sprzyja temu oferowanie taniej żywności i nadmierne zatowarowanie.

– Do przeciwdziałania stratom potrzebne jest zbieranie danych nie tylko w celach dowodowych, ale również do analizy. Sieci inwestują w systemy analityczne. Jednak uzyskanie poprawnych predykcji wymaga dokładnego pozyskiwania informacji na poziomie sklepu. Mogą one dotyczyć np. tego, jaki produkt był promowany. To pozwala określić, co miało wpływ na jego sprzedaż i jak ją lepiej modelować w przyszłości. Wszystkie sieci, również nieobjęte nowymi przepisami, mogą zwiększyć swoją efektywność dzięki digitalizacji różnych procesów – stwierdza ekspert z TakeTask.

Samo marnotrawstwo żywności jest kosztem dla sieci. Jeśli połączą jego eliminację z digitalizacją innych obszarów, czyli zwiększą efektywność na kilku polach, to wtedy mogą wręcz obniżyć wydatki. Taka modernizacja będzie szerszym zareagowaniem na regulację. Jednak każda zmiana wymaga czasu na jej implementację, co obejmuje również przystosowanie pracowników do korzystania z nowej technologii lub procedur. Im szybciej zostaną wprowadzone innowacje, tym prędzej przyniosą efekty.

Czy powtórne referendum zmieniłoby losy brexitu?

Od dawna wiemy, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będzie miało poważne gospodarcze konsekwencje. UE bardzo zdecydowanie walczy o dobrą umowę wyjścia, żeby jej państwa członkowskie nie zostały obciążone zmianą ceł i droższym handlem z Wielką Brytanią. Gospodarczymi stratami martwią się również sami Brytyjczycy. Już w tej chwili zmniejszyło się tempo wzrostu gospodarczego na Wyspach – a po oficjalnym wyjściu z UE Wielka Brytania może stanąć przed niebezpieczeństwem recesji. Brexit więc już przestał się Anglikom opłacać i będzie opłacał się coraz mniej. Na Wyspach pojawiły się więc głosy, by zorganizować powtórne referendum dotyczące wyjścia z UE. Większa świadomość konsekwencji wśród obywateli Wielkiej Brytanii mogłaby bowiem przynieść inny wynik referendum. Jednak eksperci uważają, że nie jest to taka pewna sprawa.

– W referendalnej decyzji o brexicie aspekty ekonomiczne miały mniejsze znaczenie, niż emocje. To emocje zdecydowały o tym, że Brytyjczycy chcieli – a część Brytyjczyków nadal chce – wyjść z Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – W związku z tym wynik ewentualnego drugiego referendum wciąż nie jest przesądzony. Mimo tego, że  Brytyjczycy zdają sobie sprawę ekonomicznych konsekwencji brexitu. Co więcej, wiedzą również o jego innych negatywnych konsekwencjach dla swojej gospodarki. Jednak większą wagę mają w tym przypadku emocje. W dobie Internetu to one napędzają współczesną politykę. Odegrały również znaczącą rolę w przypadku brexitu – podkreśla Sawulski.

Regionalne porty lotnicze zyskują na znaczeniu. Ich pozycji nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego

Regionalne porty lotnicze zyskują na znaczeniu. Ich pozycji nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego 1

Regionalne porty lotnicze zyskują na znaczeniu. Obsługują już 2/3 rynku przewozów lotniczych i liczba pasażerów ciągle rośnie. Wiąże się to m.in. ogólnym wzrostem polskiej branży lotniczej, dobrą koniunkturą i rosnącą zamożnością Polaków. Szacuje się, że w przyszłym roku – w związku ze zniesieniem wiz do Stanów Zjednoczonych – wielu z nich będzie chciało również polecieć do USA w celach turystycznych – mówi Damian Ostrowski, ekspert ds. logistyki i rynku lotniczego. Jak ocenia, coraz mocniejszej pozycji portów regionalnych nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, który już w pierwszym okresie działania ma obsługiwać nawet 45 mln podróżnych.

Tegoroczne wakacje były bardzo dobre dla portów lotniczych i obsługujących je przewoźników. Ogólny wzrost rynku był na poziomie 45 proc. dla ogólnego rynku, natomiast dla poszczególnych portów regionalnych zwłaszcza małych, typu Lublin, Łódź, Bydgoszcz czy Szczecin obserwujemy nawet kilkunastoprocentowe wzrosty ilości pasażerów – podkreśla Damian Ostrowski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Według Związku Regionalnych Portów Lotniczych, od stycznia do czerwca tego roku polskie lotniska obsłużyły już 22,3 mln pasażerów, z czego 38 proc. przypadło na największe, warszawskie Lotnisko Chopina, a 62 proc. – na porty regionalne. Te odprawiły w sumie w sumie 13,7 mln podróżnych, czyli o ponad 950 tys. więcej (wzrost o 7,5 proc.) w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Było to najlepsze jak dotąd półrocze w historii polskich portów regionalnych.

Kolejne rekordy padły w tegorocznym sezonie wakacyjnym. Dla przykładu podwarszawski Modlin tylko w sierpniu odprawił 303,13 tys. pasażerów, notując wzrost o blisko 7 proc. w ujęciu rocznym.

W okresie wakacyjnym najczęściej latamy do krajów południowych typu Hiszpania, Grecja, Tunezja czy Egipt. Zauważalna jest jednak zmiana w podejściu Polaków, którzy szukają różnych alternatyw spędzania wolnego czasu podczas wakacyjnej przerwy. W tym roku bardzo popularna była na przykład Skandynawia. Z kolei w okresach bożonarodzeniowych i świątecznych Polacy wybierają te destynacje, gdzie znajdują się ich bliscy, co oznacza, że prym wiedzie Wielka Brytania, Irlandia i inne kraje emigracyjne – mówi Damian Ostrowski.

Statystki pokazują, że małe, regionalne porty lotnicze z każdym rokiem zyskują na znaczeniu, notując przyrost liczby podróżnych. Wiąże się to m.in. z ogólnym wzrostem ruchu lotniczego – w ubiegłym roku wszystkie polskie lotniska obsłużyły w sumie 45,7 mln podróżnych, czyli o 14 proc. więcej w stosunku do poprzedniego. Natomiast w tym – według prognoz ULC – łączna liczba pasażerów polskich lotnisk powinna już przekroczyć 50 mln. Przy utrzymaniu dotychczasowej dynamiki wzrostu – do 2035 roku ta liczba ma się jeszcze podwoić i sięgnąć już blisko 100 mln.

Ekspert wrocławskiej WSB podkreśla, że na rozwój lotnisk wpływa m.in. dobra koniunktura i wzrost gospodarczy, rosnąca zamożność Polaków, którzy chcą poznawać nowe kraje i ogólny rozwój rynku turystycznego na świecie.

– Polacy pokochali latanie. Wielu do tej pory w ogóle nie latało, a teraz – kiedy zostali beneficjentami wzrostu gospodarczego – umożliwia im to opłacenie przelotów. Szacuje się, że w przyszłym roku – w związku ze zniesieniem wiz do Stanów Zjednoczonych – wielu Polaków będzie chciało również polecieć do USA w celach turystycznych. Przewiduje się, że zostaną otwarte nowe połączenia realizowane nie tylko przez naszego krajowego przewoźnika, lecz także przez amerykańskie linie lotnicze, które już zapowiedziały m.in. bezpośrednie połączenie z Krakowem – mówi Damian Ostrowski.

Ekspert ocenia również, że coraz mocniejszej pozycji portów regionalnych nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, który między 2025 a 2030 rokiem ma powstać w gminie Baranów, 40 km na zachód od Warszawy i początkowo ma obsługiwać 45 mln, a docelowo – według prognoz rządowych – nawet 100 mln pasażów rocznie. Wynika to z preferencji podróżnych – Polacy w pierwszej kolejności decydują się na wylot z lotniska położonego blisko miejsca zamieszkania. Poza tym linie lotnicze celowo tak układają siatki połączeń, żeby obejmowały również porty regionalne.

Centralny Port Komunikacyjny, który powstanie między Łodzią a Warszawą, to projekt długookresowy. Obejmuje nie tylko budowę portu lotniczego, lecz także tzw. projekt Airport City, który oprócz infrastruktury lotniczej będzie złożony z dużej liczby hoteli, miejsc konferencyjnych. Szacuje się, że będzie generow około 150 tys. miejsc pracy, nowy port lotniczy będzie miał wpływ na polskie PKB. W związku z prognozami Urzędu Lotnictwa Cywilnego – który ocenia, że w 2028 roku z polskich lotnisk będzie latać już ok. 80 mln pasażerów – ta inwestycja jest jak najbardziej wskazanym rozwiązaniem – mówi Damian Ostrowski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Co trzeci nastolatek uważa siebie za uzależnionego od mediów społecznościowych. Rodzice nie zdają sobie sprawy z zagrożeń

Co trzeci nastolatek uważa siebie za uzależnionego od mediów społecznościowych. Rodzice nie zdają sobie sprawy z zagrożeń 2

Co piąty nastolatek nałogowo korzysta z telefonu komórkowego, a ok. 25 proc. uważa się za fonoholika. Młodzi ludzie są często uzależnieni od mediów społecznościowych i przeładowani informacjami. Jednocześnie co trzeci z nich przyznaje, że jego rodzice nie wiedzą, w jaki sposób używa on internetu i smartfona – wynika z badania Fundacji Dbam o Mój Z@sięg. Nadużywanie mediów cyfrowych i internetu zagraża zdrowiu psychicznemu dzieci i budowanym przez nich relacjom międzyludzkim. Instytucje publiczne, organizacje pozarządowe i biznes łączą siły, aby chronić młodych użytkowników przed zagrożeniami w sieci. 

– Troska o dzieci powinna obejmować świat wirtualny na równi ze światem rzeczywistym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji. – Rodzice jednak nie mają dokładnej wiedzy, co robią ich dzieci w sieci. Nie mają także dobrego wyobrażenia o tym, ile czasu dzieci poświęcają na korzystanie z internetu.

Jak wynika z badania NASK „Rodzice Nastolatków 3.0”, dorośli widzą tylko wycinek aktywności swoich dzieci w sieci. Nie doszacowują czasu, jaki ich pociechy spędzają w internecie – według nich to ok. 2,5 godziny na dobę, natomiast same nastolatki wskazują, że jest to średnio 4 godziny dziennie. Co czwarty rodzic nie wie, czy dziecko ogląda treści wulgarne i zawierające przemoc. Ponad 65 proc. dzieci twierdzi, że w ich domu nie ma zasad dotyczących korzystania z internetu.

Jeżeli chcemy mieć wpływ na to, co się z dzieckiem dzieje, to musimy mieć większą wiedzę na temat tego, co ono robi. Rodzicom wydaje się, że jak mają dziecko w pokoju obok, jak ono siedzi tam sobie w internecie, pewnie gra lub rozmawia z kolegami, to nic mu nie jest, a to nie do końca prawda. Tym bardziej że rodzice też nie mają pełnej świadomości na temat zagrożeń, które mogą spotkać dzieci w sieci – przekonuje Marek Zagórski.

Działania budujące świadomość na temat korzyści i zagrożeń w sieci są konieczne, zwłaszcza że jak pokazuje badanie Fundacji Dbam O Mój Z@sięg, połowa młodzieży nie wyobraża sobie życia bez smartfona i czuje wewnętrzną potrzebę natychmiastowej reakcji na wiadomości w telefonie i w sieci. Co piąty nastolatek przyznaje, że ocenia swoje dotychczasowe życie jako niezbyt szczęśliwe lub nieszczęśliwe. Co dziesiąty deklaruje, że jest w związku z osobą, z którą ma kontakt wyłącznie za pośrednictwem internetu.

 Naszym obowiązkiem, jako globalnego operatora telekomunikacyjnego, jest promowanie bardziej zrównoważonego korzystania z telefonów komórkowych. W naszej kampanii „Mamy wielką moc. Mamy wielką odpowiedzialność” wyraźnie mówimy, że należy zachować równowagę między światem wirtualnym a realnym – podkreśla Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska. – Poprzez kampanię chcemy zwrócić uwagę na kwestię korzystania z urządzeń mobilnych przez dzieci i młodzież oraz pokazywać, jak można budować cyfrową świadomość w rodzinie. Są to bowiem bardzo potężne narzędzia. Umożliwiają nieustanną łączność z całym światem, należy jednak pamiętać, że mogą one zostać wykorzystane do niewłaściwych celów.

Badanie Fundacji Dbam o Mój Z@sięg „Młodzi cyfrowi” wskazuje, że prawie połowa uczniów w wieku 12–19 lat posiada nieograniczony dostęp do zasobów sieci, a co trzeci sięga po telefon kilkadziesiąt razy dziennie. Prawie połowa uczniów, jeśli przebudzi się w nocy, sprawdza swój smartfon. Co piąty uczeń nałogowo korzysta z telefonu komórkowego, 25 proc. określa samego siebie jako fonoholika, a 1/3 – jako osobę uzależnioną od mediów społecznościowych. Na syndrom FOMO (fear of missing out, czyli lęk przed ominięciem ważnej informacji) może cierpieć nawet 14 proc. młodzieży.

– Aż 1/4 nastolatków twierdzi, że doświadcza czegoś, co fachowo nazywa się information overload, czyli przeładowania informacjami. To w młodych ludziach, zresztą w dorosłych również, rodzi stres, lęk, napięcie, ponieważ nasz mózg w sposób naturalny chce dążyć do syntezy informacji, które otrzymujemy. A w dzisiejszym świecie młodzież czuje się przebodźcowana – tłumaczy Magdalena Bigaj, wiceprezes Fundacji Dbam O Mój Z@sięg.

Większość nastolatków jest świadoma zagrożeń, jakie niesie za sobą nadmierna obecność w internecie i mediach społecznościowych. Już co trzeci podejmuje próby ograniczenia korzystania ze smartfonu.

Pomiędzy wiedzą o tym, co niesie nadużywanie, a wprowadzeniem tego w życie jest jednak długa droga. I tu jest ogromna rola rodziców jako cyfrowych edukatorów. Trudno wymagać, żeby człowiek, który dopiero dorasta, poradził sobie z czymś, z czym często dorośli ludzie nie są w stanie sobie poradzić. Nowe technologie uzależniają nas od siebie, to zależy nie tylko od naszej silnej woli, lecz także od pewnych procesów biologicznych, od dopaminy, która się wydziela, od natychmiastowej gratyfikacji – wskazuje Magdalena Bigaj. – Młodzi sprawdzają, ile lajków dostały ich treści i potrafią je usunąć, jeśli nie zyskały wystarczającej aprobaty. To wpływa na budowanie poczucia własnej wartości.

To właśnie na rodzicach spoczywa obowiązek, aby wprowadzać dzieci w świat online. Tym bardziej że z cyfrowymi treściami mają już kontakt nawet roczne dzieci. Aby wesprzeć rodziców w roli cyfrowych przewodników swoich dzieci, Orange Polska uruchomił portal Razem w sieci. Udostępnia tam praktyczne porady, materiały edukacyjne oraz wskazówki, z których rodzice mogą bezpłatnie korzystać.

 Jesteśmy przekonani, że firmy telekomunikacyjne mają do odegrania ważną rolę w promocji odpowiedzialnego korzystania z urządzeń mobilnych – mówi Jean-François Fallacher. – Jako dostawca usług oferujemy także specjalne produkty, aplikacje pozwalające rodzicom dbać o bezpieczeństwo dzieci podczas korzystania z internetu – dodaje.

Kierowcy nie muszą się obawiać podwyżek cen paliw. W kolejnych miesiącach o sytuacji będą decydować globalne wydarzenia polityczne

Kierowcy nie muszą się obawiać podwyżek cen paliw. W kolejnych miesiącach o sytuacji będą decydować globalne wydarzenia polityczne 3

W najbliższych tygodniach ceny paliw na stacjach benzynowych powinny pozostać stabilne, ze zmianami na poziomie kilku groszy w dół lub w górę – ocenia dr Jakub Bogucki, analityk E-petrol.pl. Prognozy na kolejne miesiące są niepewne, bo zbyt wiele niewiadomych może wpłynąć na sytuację na rynku ropy naftowej. Najważniejsze z tych czynników to sytuacja na Bliskim Wschodzie, ustalenia grupy OPEC+, wojna celna Waszyngtonu z Pekinem oraz brexit.

– Ostatnie zmiany, jakie mamy na stacjach, są praktycznie niezauważalne, ponieważ cały czas utrzymujemy się na poziomach około 5 zł dla benzyny i oleju napędowego. Jedynym paliwem, które drożało w ostatnim czasie, jest autogaz, ale to jest zmiana rzędu 2 gr, więc niezbyt znacząca. Wszystko wskazuje na to, że kolejne tygodnie to będzie cały czas podobny poziom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z portalu e-petrol.pl.

W kolejnych miesiącach wiele zależeć będzie od sytuacji międzynarodowej, m.in. decyzji OPEC, organizacji zrzeszającej 14 eksporterów ropy naftowej oraz 10 innych państw dostarczających na globalny rynek ten surowiec, z których najważniejszy to Rosja. Najbliższe spotkanie zaplanowane jest na 5 i 6 grudnia. Ma na nim zapaść decyzja o utrzymaniu i przedłużeniu porozumienia o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej o 1,2 mln baryłek dziennie. Niewykluczone jest również wprowadzenie jeszcze ostrzejszego limitu, co przełożyłoby się na wzrost cen. Obecna umowa wygasa z końcem marca 2020 roku. Producenci współpracują od 2016 roku, by powstrzymać spadki cen, a od lipca 2019 roku mają porozumienie o „stałej współpracy”.

W połowie 2014 roku ropa brent kosztowała ponad 110 dol. za baryłkę. Półtora roku później było to niespełna 30 dol. Ograniczenie podaży doprowadziło do stopniowego wzrostu ceny do przeszło 80 dol. przed rokiem. Obecnie jednak jest o jedną czwartą niższa.

– Innymi wydarzeniami bardziej o charakterze politycznym, ale jednak znaczącymi dla rynków międzynarodowych, jest m.in. wojna celna między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która trochę się ślimaczy i nie wiadomo właściwie, jak wyglądają w niej rozstrzygnięcia – mówi Jakub Bogucki. – Istotna jest także europejska debata o brexicie. To może rzutować na rynki walutowe, a paradoksalnie także i pośrednio na rynki surowcowe. Z tej strony również można się spodziewać jakiejś zmiany. To są sytuacje z wieloma możliwymi scenariuszami, więc trudno powiedzieć jednoznacznie, czy to będzie działanie na plus, czy na minus dla rynku naftowego.

W połowie października amerykański prezydent Donald Trump zawiesił wprowadzenie ceł na chińskie towary o wartości 250 mld dol. i liczy, że Państwo Środka do połowy grudnia zrewanżuje się odblokowaniem wwozu produktów rolnych ze Stanów Zjednoczonych. Tak naprawdę ma jednak nadzieję, że stanie się to miesiąc wcześniej na szczycie APEC (Wspólnota Gospodarcza Azji i Pacyfiku), który odbędzie się w Chile. Trumpowi zależy na zniesieniu tej blokady, bo farmerzy, którzy w dużym stopniu przyczynili się do jego wyboru, mocno ucierpieli na wojnie handlowej. Chinom z kolei zależy na dostawach amerykańskiej wieprzowiny, bo z powodu afrykańskiego pomoru świń na rynku brakuje mięsa.

Kolejnym czynnikiem jest sprawa konfliktu w Syrii i próby powrotu Libii na rynek.

– Jeśli doszłoby do zdecydowanej eskalacji konfliktu syryjskiego, zaangażowania kolejnych państw czy działań militarnych na większą skalę, to tutaj mamy tę premię ryzyka, którą ropa szybko odzwierciedla, czyli po prostu wzrost cen spowodowany obawą o płynność tranzytu ropy czy jej stabilne wydobycie –tłumaczy analityk E-petrol.pl. – Z drugiej strony słyszymy, że Libia robi teraz wiele, żeby wrócić do czołówki światowych producentów. To jest kraj, który z powodu wewnętrznych konfliktów nie może się w ostatnich latach pozbierać i wrócić do wydajnej produkcji. Jeśli do tego by doszło, mamy do czynienia z ważnym graczem, eksporterem na rynki europejskie, którego większa produkcja mogłaby mocno obniżyć ceny.

W Polsce co 6,5 minuty ktoś doznaje udaru mózgu. Szybkie rozpoznanie objawów może pomóc uniknąć śmierci lub trwałej niepełnosprawności

W Polsce co 6,5 minuty ktoś doznaje udaru mózgu. Szybkie rozpoznanie objawów może pomóc uniknąć śmierci lub trwałej niepełnosprawności 4

Udar mózgu każdego roku dotyka około 75 tys. Polaków i powoduje ok. 30 tys. zgonów. Ryzyko jego wystąpienia jest bardzo wysokie. To trzecia, po chorobach serca i nowotworach, najczęstsza przyczyna śmierci i główny powód trwałej niepełnosprawności wśród dorosłych. W leczeniu udaru mózgu kluczowy jest czas reakcji. Im szybciej od jego wystąpienia zostanie wdrożone leczenie, tym większa szansa na uniknięcie powikłań i niepełnosprawności. Dlatego w tym roku w ramach ogólnopolskiej kampanii społecznej „Stop udarom” Polacy dostaną specjalny „Alert udarowe udarowy”, czyli wiadomość z informacją, jakie są podstawowe objawy i jak należy reagować w przypadku ich zauważenia.

– Spośród pacjentów, którzy dostaną udar mózgu, co drugi będzie osobą trwale niesprawną, natomiast co czwarty, niestety, nie przeżyje pierwszych trzech miesięcy. Udar mózgu jest chorobą bardzo dyskryminującą głównie mężczyzn, ponieważ to oni zapadają na niego częściej. Udar mózgu dyskryminuje również osoby starsze, dlatego że jest głównie chorobą osób w wieku podeszłym. Aczkolwiek na udar mózgu zapada też coraz więcej młodych osób – mówi agencji Newseria Biznes Michał Karliński, neurolog z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii.

Pomimo znaczących postępów w leczeniu i rehabilitacji poudarowej udar mózgu cały czas stanowi poważny problem społeczny. W krajach rozwiniętych to trzecia co do częstotliwości przyczyna zgonów, po chorobach serca i nowotworach, i główny powód trwałej niepełnosprawności wśród osób dorosłych. W Polsce ok. 85 proc. przypadków to udar niedokrwienny, w którym dochodzi do zatrzymania przepływu krwi przez jedną z tętnic wewnątrzczaszkowych.

Ryzyko wystąpienia udaru znacząco zwiększają zarówno cukrzyca,schorzenia układu sercowo-naczyniowego, w tym nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca, miażdżyca czy migotanie przedsionków, jak i niezdrowy styl życia. Zmiana trybu życia na zdrowszy ma większe znaczenie niż właściwa kontrola i leczenie innych schorzeń.

– Badania jednoznacznie pokazują, że wprowadzenie pięciu konkretnych zachowań prozdrowotnych pozwoliłoby wyeliminować połowę wszystkich udarów mózgu. Są to niepalenie tytoniu, utrzymanie prawidłowej masy ciała, unikanie alkoholu, regularna aktywność fizyczna i zdrowa dieta – mówi Michał Karliński.

Jak podkreśla, w leczeniu udaru mózgu kluczowy jest przede wszystkim czas. Im szybciej od jego wystąpienia zostanie wdrożone leczenie, tym większa szansa na uniknięcie powikłań i poważnych konsekwencji, takich jak krwotok śródczaszkowy, który radykalnie pogarsza rokowania pacjentów.

– Udar mózgu jest chorobą, której nie można przewidzieć. On z definicji przychodzi nagle, objawy u pacjenta pojawiają się znienacka, ale są one dość łatwe do identyfikacji. To przede wszystkim obniżenie kącika ust po jednej stronie, połowiczne osłabienie siły mięśniowej, czyli np. opadające jedno ramię lub słabsza noga, i zaburzenia mowy dotyczące zarówno artykulacji, jak i samego rozumienia. Te kluczowe objawy, które mogą występować pojedynczo albo na raz, pozwalają rozpoznać od 60 do 80 proc. wszystkich udarów mózgu. Widząc takie obawy u siebie czy członka rodziny, trzeba od razu dzwonić po pomoc medyczną i nie czekać aż ustąpią same – podkreśla Michał Karliński.

Statystycznie co 6,5 minuty ktoś w Polsce doznaje udaru mózgu, ryzyko jest więc bardzo wysokie. Początkowe objawy łatwo zbagatelizować, zwłaszcza że udar mózgu nie boli.

– Alert udarowy to pierwszy tego typu projekt w Polsce. Ma on pokazać, jak potężnym zagrożeniem jest udar mózgu – bardzo poważna choroba, na którą zapadalność jest coraz większa. Informacje, które będą docierać do Polaków przez SMS-y, e-maile i social media, mają pokazać, jak łatwo można rozpoznać objawy udaru mózgu – mówi Sebastian Szyper, prezes Stowarzyszenia „Udarowcy – Liczy się Wsparcie”. – W wiadomościach rozsyłanych do Polaków przekazujemy akronim słowa „udar”, który symbolizuje jego cztery podstawowe objawy. To U jak usta wykrzywione, D jak dłoń opadnięta, A jak artykulacja utrudniona i R jak rozmazane widzenie.

Alert udarowy będzie także zamieszczony w internecie w formie krótkiego spotu z udziałem Jacka Rozenka, aktora, który doznał udaru w maju bieżącego roku. Materiały dotyczące udarów mózgu będą również rozpowszechniane za pomocą banerów oraz infografik na stronach internetowych partnerów akcji.

– Im szybciej rozpoznamy objawy udaru, które nie zawsze muszą występować wszystkie razem, bo to może być jeden, dwa albo trzy symptomy, tym większa szansa na skuteczne leczenie. Lekarze, którzy pracują na oddziałach intensywnej terapii, będą mieć szansę zniwelować poważne konsekwencje, jakie niesie za sobą udar mózgu – podkreśla Sebastian Szyper.

Organizatorzy akcji Alert udarowy zapraszają każdego do udostępniania wiadomości Alert udarowy, by ostrzeżenie o groźnej chorobie, jaką jest udar mózgu, dotarło i zostało zapamiętane przez jak największe grono osób. Alert udarowy jest dostępny m.in. na: http://stopudarom.pl/alert-udarowy/ i FB Stop Udarom.

Reputacja wpływa na wycenę firmy. Może stanowić nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa

Reputacja wpływa na wycenę firmy. Może stanowić nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa 5

Reputacja może stanowić nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa. Choć dobrą reputację buduje się latami, a stracić można ją w jednej chwili, większość firm w Polsce reaguje dopiero wówczas, gdy pojawi się kryzys. Tymczasem posiadanie silnej reputacji korporacyjnej przekłada się na lepsze wyniki finansowe, lojalność klientów i buduje wizerunek. Jednym z kluczowych elementów budowania pozycji rynkowej organizacji jest zaufanie. Zwłaszcza w świecie mediów społecznościowych, gdzie jeden wpis może decydować o przyszłości.

– Nasze doświadczenia pokazują, że niewiele firm w Polsce ma strategię budowania i zarządzania reputacją. W przeciwieństwie do firm w zachodniej Europie, które robią to w sposób bardziej uporządkowany i świadomy. Zwłaszcza że w dzisiejszym cyfrowym świecie firmy komunikują się w wielu kanałach, co niesie ze sobą wiele wyzwań pod względem zarówno spójności, jak i skuteczności komunikacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Reck, dyrektor działu komunikacji korporacyjnej, On Board Think Kong.

Szacuje się, że reputacja może stanowić od 20 do nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa (opracowanie „Managing your company`s most valuable asset: its reputation”). Sposób działania firm można  podzielić na dwa rodzaje. Część firm działa aktywnie. Prowadzi projekty wizerunkowe, których celem jest umacnianie reputacji i tworzenie wartości dla otoczenia, dba o relacje z interesariuszami firmy, prowadzi komunikację w duchu dialogu i otwartości na opinie czy pytania. Tego rodzaju firmy są zwykle bardzo aktywne w kanałach social, w szczególności tych korporacyjnych, jak LinkedIn czy Twitter, ale również w tradycyjnych mediach. Dbają o wizerunek w wyszukiwarce, która jest dziś równie ważnym medium, jak Facebook czy YouTube. Druga grupa to firmy, które raczej koncentrują się na obronie reputacji niż jej umacnianiu, a w konsekwencji głównie monitorują otoczenie i koncentrują się na ograniczaniu ryzyk.

– Reputacja bardzo często jest kojarzona tylko z wizerunkiem organizacji na zewnątrz, ale wizerunek jest bardziej tym, co o nas myśli klient. Wizerunek jest zewnętrzny, ale nie do końca odzwierciedla reputację. Z reputacją jest jak z balonikiem – trzeba długo dmuchać, a potem nawet nie trzeba igły, wystarczy jakiś mniej ostry przedmiot, żeby w sekundę go zniszczyć – przekonuje dr Łukasz Przybysz z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii na Uniwersytecie Warszawskim.

Zarządzanie reputacją zmieniało się na przestrzeni lat. Dziś internet i kanały social odgrywają bardzo ważną rolę w budowaniu reputacji. Dane Pew Research Center pokazują, że 91 proc. ludzi ufa temu, co widzi i czyta w wynikach wyszukiwania. Dlatego firmy, które aktywnie zarządzają swoją reputacją, sięgają np. po aktywności z obszaru SERM. Search Engine Reputation Management, czyli działań, które mają na celu budowanie dobrego wizerunku w wynikach wyszukiwania Google.

– Silna reputacja to większy sukces na polu biznesowym i sukces w osiąganiu zamierzonych celów. To również większa lojalność klientów, większe zaangażowanie i odporność firmy w sytuacjach kryzysowych. Trzeci aspekt to na pewno wizerunek pracodawcy. Marki, które mogą się poszczycić silną reputacją, to marki, do których chętniej aplikujemy – tłumaczy Katarzyna Reck.

Kluczowym elementem budowania pozycji rynkowej organizacji jest zaufanie – nie tylko klientów, lecz także pracowników i współpracujących firm.

– Jednym twittem nie da się zniszczyć organizacji, lecz jeśli ta organizacja ma zbudowane zaufanie i wizerunek, a reputacja organizacji jest wysoka i jest mocno ugruntowana, wtedy jest bardzo trudno zaszkodzić jej z zewnątrz – mówi dr Łukasz Przybysz.

Raport agencji ASAP CARE 24 „Konsumenci, marki i nowa komunikacja” wskazuje, że niemal co czwarty internauta (23 proc.) kontaktuje się z markami przez social media, podobny odsetek na bieżąco śledzi tam profile marek, a znalezione opinie mają duży wpływ na decyzje o zakupie produktu.

– Strategia jest ważna, bo mówi o tym, co chcemy powiedzieć, do kogo i dlaczego. Ważne, żeby nie traktować działań digitalowych jako obowiązku, że jako firma powinniśmy wrzucić post na LinkedIna, czy na Facebooka, tylko raczej potraktować to jako ważny kanał do docierania do naszych odbiorców i wzmacniania przekazów, budowania reputacji – wymienia Katarzyna Reck.

Duże znaczenie dla konsumentów mają szybkość odpowiedzi oraz łatwość nawiązania kontaktu. W przypadku zetknięcia się z negatywnymi opiniami lub komentarzami na temat marki, aż 40 proc. osób rezygnuje z zakupu.

Media społecznościowe i publikowane tam materiały mogą jednak łatwo paść ofiarą hakerów. Trudniej też szybko reagować na pojawiające się poza profilem hejty. Dlatego tylko przygotowana strategia i stała obecność w social mediach może pomóc zażegnać kryzys. Wyzwaniem są jednak fake newsy, zwłaszcza że ich liczba w sieci szybko rośnie.

– Jeśli mamy firmę o ugruntowanej pozycji, do której ludzie żywią ogromne zaufanie i nagle jej prezes występuje w deepfake’owym wideo, bo nałożono na kogoś innego zarówno jego głos, jak i jego, twarz i on mówi np., że firma będzie produkować bomby, to firma upadnie. Bardzo trudno jest odkręcić taką sytuację. Raz puszczony fake jest bardzo trudny do odkręcenia. Wszelkiego rodzaju hejty, fake’i i deepfake’i są ogromnym wyzwaniem – wskazuje dr Łukasz Przybysz.

Sektor energetyczny potrzebuje innowacji. Urząd Dozoru Technicznego wdraża metody badań z wykorzystaniem dronów, robotów i algorytmów sztucznej inteligencji

Sektor energetyczny potrzebuje innowacji. Urząd Dozoru Technicznego wdraża metody badań z wykorzystaniem dronów, robotów i algorytmów sztucznej inteligencji 6

Drony wyposażone w kamerę pomagają w badaniach wymagających pracy na znacznych wysokościach, roboty bez problemu radzą sobie z badaniem dna wypełnionego paliwem zbiornika, a badania prowadzone w oparciu o pracę algorytmów sztucznej inteligencji pomogą wydłużyć pracę najstarszych bloków energetycznych nawet o 15 lat. Urząd Dozoru Technicznego w najbliższych latach postawi również na technologię blockchain w procesie wydawania certyfikatów, a już dziś wiele spraw można w UDT załatwić, korzystając z portalu informatycznego.

– My, jako jednostka inspekcyjna, chcemy wspierać przedsiębiorców, wdrażając innowacje. Wykorzystujemy już m.in. drony, mamy także roboty inspekcyjne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andrzej Ziółkowski, prezes zarządu Urzędu Dozoru Technicznego.

Urząd Dozoru Technicznego wykorzystuje specjalistycznego drona do przeprowadzania badań w trudno dostępnych obiektach. Urządzenie jest odporne na uszkodzenia, nie powoduje też uszkodzeń w infrastrukturze badanej instalacji. Drony znacznie ułatwiają prace inspekcyjne, ponieważ przedsiębiorca zamawiający badanie nie jest dzięki nim zmuszony do budowania rusztowania na wysokich obiektach. W przypadku trudno dostępnych fragmentów instalacji bezzałogowiec często okazuje się narzędziem koniecznym. Może się on przemieszczać wewnątrz zbiornika i sam oświetla sobie drogę. Kamera przekazuje obraz w czasie rzeczywistym do monitora. Inspektor przeprowadzający badanie nie jest więc narażony na ryzyko związane z pracą na wysokości, a zapisany obraz można później przeanalizować ponownie.

W przeprowadzaniu badań wykorzystywane są też roboty inspekcyjne, które mogą przeprowadzać np. badania dna zbiornika paliwowego bez konieczności usuwania z niego paliwa. Akustyczne lokalizatory umożliwiają im pełną orientację w przestrzeni i tworzenie mapy pomiarów. Robot może też czyścić podłoże bezpośrednio przed głowicą ultradźwiękową.

– Przygotowujemy się do dużego programu związanego z energetyką w oparciu o tzw. mikropróbki. To jest specjalna, bardzo innowacyjna metoda, która ma za zadanie sprawdzić, jak bardzo wyeksploatowane, zdegradowane są materiały w blokach energetycznych, zwłaszcza w tzw. „dwusetkach” (bloki energetyczne 200 MW – przyp. red.), które mają już po 40 lat. Na tych blokach będziemy się w najbliższej przyszłości koncentrować. Chcemy wspierać spółki energetyczne, żeby jak najdłużej bezpiecznie można było te bloki eksploatować – zapowiada Andrzej Ziółkowski.

Wysoka dyspozycyjność bloków energetycznych klasy 200 MW jest konieczna dla zapewnienia stabilności pracy Krajowego Systemu Energetycznego. Wydłużenie czasu ich eksploatacji jest kluczowe w procesie transformacji energetycznej, przynajmniej do momentu, w którym nie zastąpią ich wysoko wydajne magazyny energii. Bloki energetyczne pracują średnio przez 4 tysiące godzin rocznie. Znaczna ich część została wycofana z użytku po 250 tys. godzin pracy. Dzięki innowacyjnej diagnostyce opracowanej przez firmę Pro Novum, która oparta jest m.in. na mikropróbkach, możliwe jest jednak wydłużenie żywotności bloków klasy 200 MW do nawet 350 tys. godzin. Pozwoli to wykorzystywać najstarsze z nich jeszcze przez co najmniej 15 lat.

Dane służące do dokonywania diagnostyki są z kolei przetwarzane na platformie informatycznej, która rozwijana jest od 2004 roku. Obecnie trwają prace nad jej wersją 4.0, która będzie wyposażona w algorytmy zaawansowanej analityki data mining oraz maszynowego uczenia. Kolejnym krokiem UDT ma być wdrożenie technologii blockchain.

– Chcemy, żeby nasze certyfikaty były wydawane natychmiastowo, żeby osoba, która uzyskuje uprawnienia, wychodząc po egzaminie dostawała na telefon już swój certyfikat. W technologii blockchain można realizować kwestię rozliczeń z klientami, kreowania popytu i zarządzania nim. Ta technologia ma wiele możliwości, ale też wiele zagrożeń. Na pewno w najbliższej przyszłości energetyka ją zastosuje do zagwarantowania bezpieczeństwa – wskazuje prezes UDT.

Urząd oddał już do użytku portal eUDT, dzięki któremu przedsiębiorcy mają stały dostęp do informacji o swoich urządzeniach, mogą sprawdzić rozliczenia z UDT, a także wyświetlać i pobierać dokumenty. Alerty przypominają o zbliżającym się terminie przeglądu, a elektroniczna korespondencja pozwala załatwić wiele spraw bez wizyty w urzędzie.

– Dzisiaj można zarejestrować i umówić się na badanie zdalnie, nie trzeba przyjeżdżać do siedziby oddziału. Wchodzimy w cyfrowy UDT – mówi Andrzej Ziółkowski.

Pod dozorem UDT znajduje się obecnie 1,35 mln urządzeń. W specjalistycznych szkoleniach technicznych prowadzonych przez urząd w 2017 roku wzięło udział niemal 25 tys. uczestników.

Już wkrótce rewolucyjne testy pozwolą błyskawicznie zdiagnozować choroby zakaźne. Nad rozwiązaniem pracują m.in. Polacy

Już wkrótce rewolucyjne testy pozwolą błyskawicznie zdiagnozować choroby zakaźne. Nad rozwiązaniem pracują m.in. Polacy 7

Czas diagnozowania chorób takich jak gruźlica, zapalenie płuc czy borelioza można skrócić z kilku godzin do zaledwie kilkunastu minut. Będzie to możliwe dzięki szybkim testom diagnostycznym, nad którymi pracują m.in. Polacy. Tego rodzaju testy mogą się w znacznym stopniu przyczynić do uskutecznienia walki z chorobami zakaźnymi zwłaszcza w krajach rozwijających się.

 Chcemy przenieść technologię z centralnego laboratorium na format, który jest bardzo prosty w użyciu i bardzo tani. Większość z nas zna ten format z testów ciążowych. Pracujemy nad tym, by zwiększyć czułość takich testów, by można było używać ich przy wykrywaniu gruźlicy, malarii czy zapaleniu płuc – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Lech Ignatowicz, prezes zarządu pochodzącej z Polski, a działającej w Szwecji firmy Biopromic.

Biopromic specjalizuje się w diagnostyce chorób zakaźnych. Szybki test w formacie POC pozwala na podstawie badania próbki moczu zdiagnozować gruźlicę płucną i pozapłucną w czasie krótszym niż 30 minut. Diagnostyka tej choroby wykonywana tradycyjnymi metodami, czyli w oparciu o badanie mikrobiologiczne, może trwać natomiast od kilku godzin do nawet kilku dni i jest wykonywana na zlecenie lekarza w laboratorium diagnostycznym. Potrzebne jest więc drastyczne skrócenie i uproszczenie procesu diagnozowania tej choroby.

Większość świata potrzebuje testów bardzo szybkich i bardzo tanich, które można zrobić praktycznie w każdych warunkach bez elektryczności, bez specjalistycznego sprzętu i bez specjalistów – wskazuje Lech Ignatowicz.

Światowa Organizacja Zdrowia dąży do tego, by w latach 2020–2035 zredukować liczbę zgonów z powodu gruźlicy o 35 proc., a najpóźniej do 2020 roku zmniejszyć zapadalność na nią o 20 proc. W samym 2017 roku zanotowano 10 mln zachorowań na gruźlicę i 1,6 mln zgonów w jej następstwie.

Nasz model pokazuje, że jesteśmy w stanie zmniejszyć zachorowalność na gruźlicę o 25 proc. na całym świecie, a to się przekłada na dziesiątki milionów osób do 2035 roku. Taka mała zmiana z kilku godzin do kilkunastu minut w diagnostyce przekłada się na to, że o wiele więcej pacjentów może być zdiagnozowanych szybko i dzięki temu mogą dostać leczenie, antybiotyki. W ten sposób wyeliminujemy jedną z największych epidemii na świecie –zapowiada dr Lech Ignatowicz.

Gruźlica to nie jedyna choroba, jaką można wykrywać, używając szybkich testów. Na początku października w czasopiśmie „Journal of Clinical Microbiology” opublikowane zostały wyniki badania nad szybkim testem na boreliozę. Aktualnie używane testy na boreliozę, zwane standardowym podejściem dwupoziomowym lub STT, obejmują przeprowadzenie dwóch złożonych testów (ELISA i Western blot) w celu wykrycia przeciwciał przeciw bakterii. Wymagają one zaangażowania doświadczonego personelu w laboratorium oraz kilku godzin na przeprowadzenie i interpretację wyników.

Szybki test mikroprzepływowy opracowany przez zespół biomedyków kierowany przez prof. Samuela Sia z Columbia Engineering może wykryć boreliozę z podobną wydajnością jak STT, ale w znacznie krótszym czasie, bo zaledwie 15 minut.

Koncentrujemy się na chorobach, które uderzają głównie w kraje rozwijające się. Naszym flagowym projektem jest gruźlica, ale też jesteśmy zainteresowani malarią, brucelozą czy legionelozą. To są choroby, o których my już trochę zapominamy w Polsce, ale musimy pamiętać, że większość świata nadal się z nimi zmaga – zaznacza CEO Biopromic.

Projekt szybkiego testu na gruźlicę uzyskał wsparcie fundacji Billa Gatesa, która zajmuje się między innymi organizowaniem pomocy medycznej dla krajów rozwijających się. W bliskiej perspektywie możliwa jest jego finalizacja.

– Właśnie zakończyliśmy ogromne badanie kliniczne na próbie 600 osób w Ugandzie i przewidujemy, że test powinien się pojawić na rynku w przyszłym roku, również w Polsce. Oczywiście wszystko zależy od certyfikacji, od regulacji, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy tutaj w Polsce ten test mieli dostępny. Współpracujemy z Instytutem Chorób Płuc i Gruźlicy na ul. Płockiej w Warszawie. To jest nasz największy polski partner, dający ogromne wsparcie dla naszego projektu – mówi dr Lech Ignatowicz.

Według analityków z Allied Market Research światowy rynek szybkich testów diagnostycznych osiągnie do 2023 roku wartość 39,1 mld dol.

Fiskus wciąż „rozdaje” wielomilionowe ulgi dla podatników z zaległościami

40 mln zł wyniosły łącznie zaległości podatkowe, odsetki za zwłokę i opłaty prolongacyjne, które zostały umorzone w pierwszym półroczu br. przez skarbówkę w Warszawie. W analogicznym okresie 2018 roku było to ok. 19,5 mln zł. Z kolei w Katowicach „darowano” ostatnio blisko 58 mln zł, a wcześniej – ponad 11,5 mln zł. Natomiast w Szczecinie do tegorocznych statystyk wpisano prawie 600 tys. zł, czyli niemal 7 razy mniej niż w 2018 roku. Mniejsze kwoty umorzeń były też m.in. we Wrocławiu, w Gdańsku, Krakowie, Olsztynie, Opolu czy Białymstoku.

Więcej, czyli mniej

Izby skarbowe mają obowiązek oficjalnie informować, komu umorzono zaległości podatkowe, odsetki za zwłokę lub opłaty prolongacyjne w kwocie przewyższającej 5 tys. zł. Na wykazach są osoby prawne i fizyczne, a także jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej wraz z „darowanymi” sumami. Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews sprawdzili, jak sprawa tego typu ulg wygląda w poszczególnych województwach. Pozyskane dane pozwoliły na porównanie sytuacji w pierwszym półroczu 2019 roku z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Ulga w spłacie zobowiązań podatkowych w postaci umorzenia zaległości podatkowej ma szczególny charakter. Stosuje się ją w sytuacji, gdy z powodów równie wyjątkowych podatnik nie może wywiązać się z uiszczenia obciążającej go kwoty. Postępowanie wszczynane jest na wniosek. Na zainteresowanym spoczywa obowiązek udowodnienia okoliczności, którymi motywuje swoje żądanie – informuje Maciej Koniuszewski z Izby Administracji Skarbowej w Szczecinie.

Od stycznia do czerwca 2019 roku IAS w Warszawie umorzyła zaległości 951 podmiotom. Dało to sumę 40 095 381,76 zł, z czego 36 754 545,78 zł dotyczyło firm i jednostek organizacyjnych, a 3 340 835,98 zł – osób fizycznych. Najwyższa kwota umorzenia wyniosła 12 591 987,00 zł. Natomiast w analogicznym okresie 2018 roku była ona wyższa – 13 138 143,98 zł. Od stycznia do czerwca ub.r. z tego typu ulg skorzystały 652 podmioty na łączną sumę 19 519 325,38 zł. W tym przypadku 15 406 340,94 zł dotyczyło firm i jednostek organizacyjnych, a 4 112 984,44 zł ¬ – osób fizycznych.

– W pierwszym półroczu br. wydano 137 decyzji o umorzeniu zaległości, z czego 123 ws. osób fizycznych, a 14 – organizacji. Łączna kwota z tego tytułu wyniosła 57 903 677,22 zł, a najwyższa – 27 963 622,00 zł. Natomiast w okresie od 1 stycznia do 30 czerwca ub.r. było 219 takich rozstrzygnięć, z czego 190 dotyczyło osób fizycznych i 29 – organizacji. Te sprawy dały w sumie 11 542 652,40 zł, a najwyższa kwota umorzenia to 6 831 165,00 zł – mówi Michał Kasprzak z Izby Administracji Skarbowej w Katowicach.

Z kolei kwota 47 183 004 zł to najwyższa umorzona wartość w pierwszym półroczu br. przez IAS w Lublinie. W tym przypadku, decyzją sądu, przekreślono wszystkie zobowiązania upadłego. Od stycznia do czerwca 2019 roku „darowano” w sumie 47 648 472,39 zł. W analogicznym okresie ubiegłego roku umorzono łącznie 518 382,55 zł, a najwięcej – 346 920 zł.

– W pierwszej połowie ub.r. umorzona suma wyniosła 1 720 906,67 zł, w tym 1 422 145,63 zł dot. osób fizycznych, a 298 761,04 zł – pozostałych. Z kolei od stycznia do czerwca br. była to kwota 5 096 521,18 zł, z czego 746 645,56 zł ws. osób fizycznych oraz 4 349 875,62 zł ¬– innych. W analizowanych okresach podjęto po 37 decyzji o umorzeniu zaległości. Natomiast najwyższe kwoty wyniosły 322 655 zł oraz 2 861 038,99 zł – wylicza Agnieszka Pawlak z Izby Administracji Skarbowej w Łodzi.

Suma umorzona w połowie br. przez IAS w Kielcach również była większa niż w zeszłym roku. Ostatnio wyniosła 238 678,38 zł, natomiast wcześniej – 82 507,25 zł, czyli prawie 3 razy mniej. Od stycznia do czerwca br. wpłynęło 266 spraw i wydano 140 decyzji. W analogicznym okresie ub.r. były to 353 wnioski oraz 73 rozstrzygnięcia. W pierwszym półroczu tego roku najwyższa anulowana kwota to 36 171,33 zł. W minionym roku wyniosła ona 13 150,49 zł.

Gorsze półrocze

– Łączna kwota umorzona w okresie od stycznia do czerwca ub.r. wyniosła 10 743 253,48 zł, a najwyższa – 8 206 854,20 zł. Wartości te dla analogicznego okresu br. to 1 359 821,04 zł oraz 497 327 zł. Decyzje z ubiegłego roku dotyczą 34 podmiotów, natomiast z 2019 roku – 25. W tych okresach przeważały sprawy związane z osobami fizycznymi – komentuje Renata Kostowska z IAS w Olsztynie.

Natomiast Izba Administracji Skarbowej w Gdańsku informuje, że w pierwszym półroczu br. umorzono 1 467 508,91 zł na wniosek strony, a 1 600 946,55 zł – z urzędu. W 2018 roku sumy te były wyższe i wyniosły odpowiednio, tj. 1 712 156,91 zł oraz 4 789 080,99 zł. W pierwszej połowie 2019 roku wydano ponadto 127 decyzji na wniosek zadłużonych oraz 261 z urzędu. W analogicznym okresie 2018 roku takich rozstrzygnięć było 89 i 306. Najwyższa kwota „darowana” wnioskodawcy do końca czerwca 2019 roku wyniosła 246 702,69 zł, podczas gdy w tym samym okresie uprzedniego roku było to 497 843,65 zł. Zdecydowana większość spraw dotyczyła osób fizycznych.

– W pierwszym półroczu br. zostało podjętych 138 decyzji dot. umorzenia, czyli o 25 mniej niż w okresie od stycznia do czerwca 2018 roku. W statystykach za te okresy widnieją sumy wynoszące odpowiednio 634 584 zł oraz 1 438 563,94 zł. Natomiast kwoty najwyższych tego typu ulg to 79 893 zł w 2019 roku i 220 878 zł w 2018 roku – wskazuje Konrad Zawada z Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.

1 468 723,69 zł wyniosła łączna kwota umorzona w pierwszym półroczu br. przez IAS we Wrocławiu. Najwyższa z udzielonych ulg to 344 710,52 zł. Z kolei w analogicznym okresie ub.r. mamy odpowiednio 1 655 874,19 zł oraz 227 394,66 zł. Ostatnio wydano takich decyzji 2 332, czyli mniej niż od stycznia do czerwca 2018 roku, kiedy było ich 2 728. Zdecydowana większość wniosków dotyczyła spraw osób fizycznych.

– 577 050,87 zł to suma wszystkich umorzeń w pierwszym półroczu tego roku, a ¬3 942 162,61 zł – w okresie od stycznia do czerwca ub.r. W 2019 roku osoby fizyczne uzyskały ulgi w wysokości 462 655,87 zł, a organizacje – 114 395 zł. Poprzednio było to odpowiednio 317 904,10 oraz 3 624 258,51 zł. Natomiast najwyższe umorzone kwoty w analizowanych półroczach to 99 066,80 i 1 331 365,64 zł – wskazuje Maciej Koniuszewski z Izby Administracji Skarbowej w Szczecinie.

IAS w Opolu również umorzyła mniej zaległości w pierwszym półroczu 2019 r. niż w analogicznym okresie ub.r. 8 decyzji dotyczyło spraw związanych z budżetem państwa, a wcześniej było ich 28. Ostatnio łączna kwota ulg z tego tytułu wyniosła 37 612,91 zł, w tym 7 755 zł umorzono z urzędu (postępowanie upadłościowe firmy i brak możliwości zaspokojenia zaległości). Te statystyki w 2018 r. kształtowały się na poziomie 53 082 303,39 zł, w tym 52 876 911,27 zł (postępowania upadłościowe wobec czterech przedsiębiorstw). Ostatnio maksymalna kwota to 15 663,10 zł, a wcześniej – 52 423 233,70 zł.

– W pierwszym półroczu br. zostało podjętych 7 decyzji ws. umorzenia zaległości względem budżetu jednostek samorządu terytorialnego, a rok wcześniej ¬– 14. W 2019 roku mówimy o łącznej kwocie 37 610 zł, a maksymalnej – 14 144 zł. Natomiast w ubiegłym roku było to odpowiednio 66 173,18 zł oraz  15 922 zł. Wnioski w przeważającej mierze pochodzą od osób fizycznych – informuje Agnieszka Jóźwin-Dalecka z Izby Administracji Skarbowej w Opolu.

Decyzje IAS w Białymstoku podjęte w pierwszej połowie br. oznaczały umorzenia na łączną kwotę 197 071,60 zł. W analogicznym okresie 2018 r. była ona niemal dwukrotnie większa, wyniosła 331 059,09 zł. W analizowanych okresach z tych rozwiązań skorzystały tylko osoby fizyczne. W tym roku najwyższa z „darowanych” kwot to 117 111 zł, a na początku ubiegłego roku – 274 872,76 zł.

– Łączna kwota umorzeń w pierwszym półroczu br. była mniejsza niż w pierwszych sześciu miesiącach ub.r. Ostatnio wyniosła ona 164 888,26 zł, natomiast wcześniej – 687 531,95 zł. Od stycznia do czerwca br. 160 787,48 zł dot. osób fizycznych, a 4 100,78 zł – organizacji. Poprzednio było to odpowiednio 268 982,54 zł i 418 549,41 zł – podkreśla Adam Andrzejewski, dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Zielonej Górze.

Analizując dane z Bydgoszczy, również można dostrzec, że łączna kwota w pierwszej połowie br. była niższa od tej z ubiegłego roku. W tym roku darowano 510 381,12 zł, a wcześniej 1 190 682,38 zł. Na tegoroczną sumę składa się wartość 508 965,12 zł dot. osób prywatnych oraz 1 416 zł – organizacji. W 2018 roku było to odpowiednio 826 073,43 zł i 364 608,95 zł. Natomiast najwyższe kwoty umorzeń w ww. okresach to 158 196,90 zł oraz 333 687,20 zł.

– Nie można wiązać ilości złożonych wniosków z liczbą wydanych decyzji. Pisma, które wpłynęły w okresie I-VI 2018 roku, dotyczą również zaległości z wcześniejszych lat. Analogicznie przedstawia się sytuacja w 2019 roku. Ktoś, kto złożył podanie 30 stycznia 2019 roku, z pewnością wniósł o umorzenie starszych zaległości. Tak samo jest z decyzją  wydaną w styczniu czy w lutym. Prawdopodobnie dotyczy ona wniosków złożonych np. w sierpniu czy wrześniu 2018 roku – podsumowuje Michał Kasprzak z Izby Administracji Skarbowej w Katowicach.

Technoentuzjaści czy technosceptycy – jacy naprawdę są Polacy?

97% Polaków uważa innowacyjne rozwiązania za potrzebne, ale tylko 50% zdecydowałoby się na zdalną wizytę u lekarza, 34% poddałoby się operacji przeprowadzanej przez robota, a mniej niż 1/3 wsiadłoby do autobusu bez kierowcy. Czy jako społeczeństwo jesteśmy więc gotowi na cyfrową rewolucję? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Fundacji Digital Poland, który powstał we współpracy z firmą doradczą PwC, IQS i pod patronatem Polpharmy.

Raport „Technologia w służbie społeczeństwu. Czy Polacy zostaną społeczeństwem 5.0?” szczegółowo analizuje obecny stan rzeczy i stawia diagnozę oceniającą nastroje Polaków i ich gotowość na realizację wizji Społeczeństwa 5.0, które jest w stanie aktywnie wykorzystywać technologie celem rozwiązania strategicznych problemów kraju.

Punktem wyjścia do zbadania nastawienia Polaków wobec nowych technologii było zrozumienie i określenie strategicznych wyzwań, przed jakimi według badanych stoi Polska w XXI. Jak wskazują wyniki, obywatele są najbardziej świadomi kwestii dotyczących: środowiska i klimatu oraz zdrowia i opieki medycznej, zwłaszcza w kontekście starzejącego się społeczeństwa.

Co ciekawe, badani dostrzegają również to, że w rozwiązaniu tych problemów może pomóc rozwój nowych technologii. Aż 97% z nich odpowiedziało, że technologie są potrzebne, a ponad 90% dostrzega ich kluczową rolę w rozwoju polskiej gospodarki. Istotny jest dla nich również fakt, że innowacje pozwalają zaoszczędzić czas i pieniądze, co sprawia, że ludziom żyje się wygodniej.

I choć zdążyliśmy już oswoić się z mobilnym Internetem i smartfonami, bez których nie wyobrażamy sobie życia, w społeczeństwie wciąż dostrzegalny jest strach przed dalszym rozwojem cyfrowym i m.in. automatyzacją produkcji. Obawiamy się konkurencji ze strony robotów, które zdają się zagrażać redukcją miejsc pracy.

Z regularnie prowadzonych przez PwC badań wynika, że społeczeństwa są bardzo świadome zmian, jakie zachodzą w związku z transformacją cyfrową. Z jednej strony dostrzegają w technologiach szanse na rozwiązanie ważnych problemów, choćby tych związanych z klimatem czy opieką zdrowotną – za przykład mogą służyć pozytywnie oceniane panele fotowoltaiczne, czy opaski monitorujące stan zdrowia. Z drugiej zaś strony obawiają się o swoje miejsca pracy. W tym miejscu warto przypomnieć, że w Polsce do 2025 r. może brakować nawet 1,5 mln pracowników, zatem automatyzacja powinna być nieodłącznym elementem rozwoju naszej gospodarki. Odpowiedzialnym działaniem ze strony rządów, organizacji pozarządowych i pracodawców jest współpraca w zakresie podnoszenia kompetencji cyfrowych, których rola w przyszłości będzie rosła. Przykładem takiego działania jest program PwC „New World, new skills”. – Piotr Łuba, partner w PwC, lider front office transformation.

Od Entuzjastów po Odrzucających – jak Polacy postrzegają technologię?

Jak zauważa w raporcie dr. hab. Urszula Soler – socjolog badająca nowe technologie w kontekście interakcji społecznych i bezpieczeństwa – 90% Polaków widzi w technologiach szansę dla siebie i Polski. Nie jest to jednak grupa jednorodna. Wyniki badań przeprowadzonych przez IQS pozwoliły na podzielenie Polaków zgodnie z ich nastawieniem do nowoczesnych technologii na cztery grupy. Są to Entuzjaści, Sceptycy, Wybredni oraz Odrzucający.

Entuzjaści stanowią aż 40% badanych. Grupa ta trafnie diagnozuje współczesne problemy Polski, umiejscawiając je przede wszystkim w obszarze wyzwań demograficznych oraz problemów klimatycznych. Co nie powinno być zaskakujące, są to głównie ludzie młodzi i w średnim wieku (do 44 lat), z wykształceniem wyższym, najczęściej dobrze sytuowani, zamieszkujący miasta wielkości od 100 do 500 tysięcy.

Alina Lempa, prezes IQS
Alina Lempa, prezes IQS

Entuzjaści są najbardziej perspektywicznym segmentem dla budowy społeczeństwa 5.0. Jego przedstawiciele w rozwoju technologii upatrują szans na rozwój gospodarki oraz wprowadzenia kolejnych ułatwień w życiu codziennym. Rewolucja technologiczna, u progu której stoimy, ma więc w Polsce podwaliny w postaci osób pozytywnie nastawionych do nowych technologii, mających umiejętność poruszania się w cyfrowym świecie, świadomych i otwartych na różnego rodzaju technologiczne nowinki. – Alina Lempa, prezes IQS.

Drugą wyraźnie zaznaczającą się w raporcie grupą są Sceptycy (38%), którzy pozytywnie oceniają nowinki techniczne, ale jedynie w wąskim zakresie ograniczonym do takich zagadnień jak medycyna, motoryzacja i energetyka. Dla tej grupy, składającej się przede wszystkim z mieszkańców miast (do 100 tyś.) ze średnim wykształceniem, najważniejszymi wyzwaniami stojącymi przed Polską są problemy związane z pracą.

Wybredni stanowią trzecią grupę (12%) – akceptują nowe technologie w większym stopniu niż Sceptycy, ale nie tak bezwarunkowo jak Entuzjaści. Są to osoby starsze (powyżej 55 lat), częściej mieszkańcy wsi. Niespecjalnie interesują ich wyzwania, przed którymi stoi ich kraj, dostrzegają natomiast, że technologie mogą być użyteczne w codziennym życiu, szczególnie w kwestii oszczędności czasu i pieniędzy.

Co dziesiąty Polak należy natomiast do grupy czwartej, czyli Odrzucających. Najczęściej są to nisko wykształcone kobiety w wieku powyżej 65 lat. W ich opinii głównymi problemami Polski są kwestie zdrowotne oraz zła, nienaturalna dieta Polaków. Wszystkie zastosowania nowych technologii oceniają negatywnie, za wyjątkiem tych, które mogą poprawić sytuację energetyczną. Odrzucający nie potrafią poruszać się wśród nowych technologii i uważają, że prowadzą one do tego, że ludzie rzadko ze sobą rozmawiają.

Obawy, które dystansują nas od technologii

W ramach badań, przeprowadzonych na potrzeby raportu Fundacji Digital Poland, respondenci wskazywali również swoje obawy związane z nadejściem cyfrowej rewolucji. Aż 83% Polaków boi się tego, że nowe technologie doprowadzą do rozpadu więzi społecznych i alienacji. Niepokojący jest jednak fakt, że aż 45% uznało, że korzystanie z nowych technologii prowadzi do różnego rodzaju chorób.

Na aspekt zdrowia, jako tego co najbardziej interesuje Polaków, zwraca w raporcie uwagę prof. Janusz Czapiński, wieloletni kierownik projektu „Diagnoza społeczna”. Zauważa on, że z jednej strony chętnie zobaczylibyśmy nowoczesne technologie w systemie ochrony zdrowia, ale obawiamy się robotów, które miałyby przeprowadzać operacje (taką gotowość wyraża tylko 34% badanych).

Markus Sieger, prezes Polpharmy
Markus Sieger, prezes Polpharmy

Cyfryzacja może istotnie przyczynić się do rozwiązania problemów naszego systemu ochrony zdrowia oraz zwiększenia satysfakcji pacjenta. Telekonsultacje mogą ułatwić dostęp do lekarza i skrócić kolejki, a zdalne monitorowanie stanu zdrowia wpłynąć na lepszą profilaktykę i zmniejszenie liczby zachorowań. Ponadto, takie rozwiązania jak e-recepta czy e-zwolnienie, umożliwią bardziej efektywne wykorzystanie środków finansowych, a także zaoszczędzenie czasu lekarzy. Wyzwaniem jest jednak zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa informacji. – Markus Sieger, prezes Polpharmy.

Chęć Polaków do korzystania z innowacyjnych rozwiązań jest więc dość ograniczona. Podczas gdy połowa z badanych zdecydowałaby się na zdalną wizytę u lekarza, już mniej niż 1/3 z nas wsiadłaby do autobusu bez kierowcy czy zastąpiła produkty mięsne podobnie smakującą, ale sztucznie wyhodowaną żywnością. Z drugiej strony aż 95% z nas z chęcią widziałaby panele fotowoltaiczne na każdym dachu domu – to rozwiązanie miało jednak niebagatelnie dłuższy czas na zbudowanie świadomości korzyści jego zastosowania względem innych wymienianych innowacji.

Wnioski z badania pokazują wyraźnie, że Polska, choć w dużym stopniu toleruje nowe technologie i widzi w nich szansę na zbudowanie lepszej przyszłości, nadal stoi przed wieloma wyzwaniami. Z jednej strony Polacy uważają, że technologie są przydatne, z drugiej ich podejście bywa zachowawcze ze względu na obawy, jakie pojawiają się wraz z kolejnymi niuansami. Dlatego, by nasz kraj mógł zacząć zmierzać w kierunku skoncentrowanego na człowieku (ang. human-centric society) społeczeństwa 5.0, potrzebne jest rozwianie obaw społeczeństwa, zwiększenie jego świadomości oraz zaktualizowanie wiedzy Polaków w zakresie nowych technologii. Powszechne edukowanie w oparciu o dokładne zrozumienie obywateli przygotuje nasz kraj na cyfrową rewolucję.

Tego właśnie zadania podjęła się Fundacja Digital Poland wraz z partnerami: PwC, IQS oraz firmą Polpharma, tworząc raport „Technologia w służbie społeczeństwu. Czy Polacy zostaną społeczeństwem 5.0?”, który stanowi źródło niezależnej i obiektywnej wiedzy o nastrojach i świadomości społecznej odnośnie nowych technologii. Raport został przygotowany w ramach pierwszej edycji Festiwalu Cyfryzacji , który odbywał się w dniach 01-10.10.2019. Celem festiwalu jest zaktualizowanie wiedzy społeczeństwa na temat nowych technologii i cyfryzacji. Raport będzie wykonywany corocznie celem monitorowania gotowości Polaków do bycia Społeczeństwem 5.0.

W fundacji uważamy, że cyfryzacja jest siłą napędową rozwoju innowacji i kluczem do wzrostu konkurencyjności polskiej gospodarki. Wdrożenie nowych technologii nie odbędzie się bez szerokiej zgody społeczeństwa na ich stosowanie w życiu codziennym. Niestety coraz częściej społeczeństwo lekceważy wiedzę naukową w wyniku rosnącej dezinformacji w mediach społecznościowych i samym internecie. Obserwujemy też ze smutkiem coraz mniejszą rolą autorytetów naukowych. Dlatego powstał Festiwal Cyfryzacji, by przekonać Polaków co do benefitów wynikających z cyfryzacji. Wierzymy, że ten cykliczny raport przyczyni się do lepszej debaty w sferze publicznej i formułowania działań wspierających popularyzację nowych technologii w Polsce. – Aleksander Kutela, wiceprezes Ringier Axel Springer Polska oraz Przewodniczący Rady Fundacji Digital Poland

Boaz Haim nowym prezesem Ronson Development

Rada Nadzorcza Ronson Development powołała dotychczasowego członka zarządu Spółki, Boaza Haima, na stanowisko prezesa. Zastąpi on Nira Netzera, który we wrześniu zapowiedział rezygnację z pełnionej funkcji.

Boaz Haim, który od kwietnia br. pełni funkcję członka zarządu Ronson Development, obejmie stanowisko prezesa z dniem 1 grudnia 2019 r.

– Jako członek zarządu Ronson Development od ponad pół roku miałem okazję uczestniczyć w życiu Spółki i obserwować jej funkcjonowanie. Wiem, że przejmuję od Nira Netzera zarządzanie firmą o stabilnej pozycji, znajdującą się w dobrej sytuacji finansowej i mającą przed sobą bardzo dobre perspektywy. Jestem przekonany, że Ronson Development może się dalej rozwijać, budując pozycję wiodącej firmy deweloperskiej. Miałem już okazję poznać świetny zespół, z którym będę miał przyjemność pracować i jestem przekonany, że wspólnie odniesiemy wiele sukcesów. Wraz z pozostałymi członkami zarządu będziemy dążyć do umacniania pozycji Ronson Development na rynku, dbając o interesy naszych klientów oraz akcjonariuszy – powiedział Boaz Haim, nowo powołany prezes Ronson Development.

Boaz Haim jest pochodzącym z Izraela adwokatem z dwunastoletnim doświadczeniem w inwestycjach nieruchomościowych. Karierę zawodową rozpoczął w 2007 r. w kancelarii J.D. Shachor, jako adwokat specjalizujący się w prawie nieruchomości. W 2010 r. rozpoczął praktykę zawodową, jako adwokat w kancelarii Tik, Gilad, Keynan, trzy lata później został w niej partnerem, a w 2017 r. – wspólnikiem i partnerem zarządzającym. Obecnie kancelaria ta funkcjonuje pod nazwą Keynan, Haim & Co. i jest jedną z czołowych izraelskich firm prawniczych zajmujących się nieruchomościami.

W 2005 r. Boaz Haim ukończył studia prawnicze w Sha’arei Mishpat College (obecnie Akademickie Centrum Prawa i Nauki). Jest również absolwentem Uniwersytetu Bar-Ilan w Ramat Gan, gdzie w 2019 r. ukończył studia podyplomowe (Master’s degree) na kierunku Rozwiązywanie Konfliktów, Zarządzenie i Negocjacje.

Obecnie w skład zarządu Ronson Development wchodzą także: Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży i marketingu, związany ze spółką od 2003 r., Rami Geris, wiceprezes i dyrektor finansowy (CFO), w spółce od 2007 r., oraz Alon Haver, pełniący funkcję członka zarządu od 2017 r.

Przesunięcie brexitu pozytywnie wpływa na rynek

  • Rynki akcyjne pod historycznymi szczytami
  • Ostatnie tygodnie czasem niższej zmienności
  • Nowy termin brexitu  

Ostatnie tygodnie charakteryzują się niższą zmiennością, brakuje też jednoznacznych impulsów do konkretnych działań. Od początku miesiąca obserwujemy delikatny „risk-on”. Indeks MSCI World Index odnotował wzrost o 1,3 proc. Jeszcze mocniej wzrósł indeks MSCI Emerging Markets – blisko 3 proc. To zapewne efekt słabości dolara, który spadł o prawie 2 proc. Osłabienie amerykańskiej waluty może mieć związek z ekspansją bilansu FED. Co prawda na ostatnim posiedzeniu Rezerwy Federalnej jej szef Jerome Powell twierdził, że zakupy długu nie są nowym programem QE, a ich celem jest zapobieganie sytuacji, jaka miała miejsce we wrześniu, kiedy gwałtownie wzrosła stopa repo. Jednak skala tego procesu i gwałtowny wzrost bilansu może wpływać na słabość dolara.

Rynki akcyjne są pod szczytami cen. W USA uwagę inwestorów skupia sezon wyników S&P500. Do tej pory dane  opublikowało 168 spółek. Sprzedaż wzrosła o 2,8 proc., zyski spadły o 0,17 proc. Choć wyniki są słabe, to i tak są one powyżej oczekiwań analityków. Mamy więc specyficzną sytuację, w której wyceny na rynku są wysokie, wyniki spółek są słabe, natomiast ceny akcji rosną. Z czego to wynika? Po części związane jest to z ekspansywną polityką banków centralnych, wspierająco działa też temat umowy handlowej czyli, możliwość podpisania porozumienia tzw. „fazy pierwszej” pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Pozytywne ruchy obserwujemy z obu stron. Chiny mają zobowiązać się do zakupu amerykańskich produktów rolnych. Nastąpiła całkowita zmiana narracji – od wzajemnych gróźb do momentu, w którym obie strony wyraźnie szukają porozumienia.

Brexit wciąż bez finału. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej kolejny raz odsuwa się w czasie, co pozytywnie wpływa na rynek. Brytyjska Izba Gmin poparła projekt ustawy o porozumieniu w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej jednocześnie odrzucając wniosek o szybką pracę nad ustawą. Obecnie najbardziej realne wydaje się̨ przedłużenie okresu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Przewodniczący rady Unii Donald Tusk podał nawet, że może to nastąpić 31 stycznia 2020 r., chociaż samo rozstrzygnięcie tej sytuacji jest coraz bliżej.

Wyniki spółek bez symptomów spowolnienia

  • Poprawa nastrojów na akcjach
  • Spółki zaskoczyły wynikami
  • Pierwsze sądowe orzeczenia po decyzji TSUE bez wpływu na rynki

Ryszard Rusak, Dyrektor Inwestycyjny ds. Akcji Generali Investments TFI

Rozpoczął się sezon publikacji wyników za III kwartał. Solidne dane powinien dostarczyć sektor finansowy. Oczekujemy, że największe banki: PKO BP, Pekao, ING, Santander Polska zaraportują dwucyfrową dynamikę zysku netto. Z kolei spadku zysku oczekujemy w przypadku Alior Banku (wysoki poziom rezerw) oraz Banku Millennium (pierwszy kwartał konsolidacji Eurobanku). Sektorem, który pozytywnie wyróżnia się w kategorii dynamiki zysku, są dobra konsumpcyjne – tu w przypadku wybranych spółek wzrost może być nawet rzędu 30 proc. Oczekujemy dobrych wyników spółek paliwowych. Słabsze rezultaty może zanotować PGNiG, co wynika z niskich cen gazu. Mimo to spadek cen tego paliwa kopalnego pozytywnie wpływa na spółki chemiczne, spośród których na plus wybija się Grupa Azoty. Mocny spadek wyniku netto widzimy w przypadku JSW. W branży TMT oczekujemy dobrych wyników w Comarchu oraz Orange Polska, jednak w obu przypadkach są to zwyżki wsparte wydarzeniami jednorazowymi. Spółki przemysłowe – jako całość – nie będą błyszczeć. W niektórych przypadkach ujemna dynamika zysku netto może wynieść nawet 30-40 proc.

Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI

Co do wyników za III kwartał mamy jeszcze za mało informacji, aby pokusić się o większe podsumowanie, jednak pierwsze opublikowane wyniki wyglądają obiecująco. Nawet spółki koniunkturalne, w dużej mierze zależne od sytuacji w przemyśle europejskim, pokazały dobre odczyty, chociażby Grupa Kęty. Zaskoczyły one nawet niektórych analityków, którzy wskazywali, że wynikach za miniony kwartał będziemy mogli zauważyć symptomy spowolnienia.

Sytuacja na polskim rynku akcji jest pochodną tego, co dzieje się na rynkach globalnych. Obserwując zachowanie akcji polskich indeksów można powiedzieć, że w ostatnich dniach przynajmniej chwilowo przycichły problemy z którymi borykał się nasz rynek, takie jak np. kredyty hipoteczne indeksowane do CHF. Pojawiły się co prawda pierwsze niekorzystne dla banków orzeczenia sądu, ale rynek nie zareagował na nie nerwowo. W ostatnich dniach mieliśmy nawet do czynienia z mocnym odbiciem „banków frankowych”.

Trzeba jednak mieć na uwadze, że temat kredytów frankowych będzie jeszcze wracał w następnych miesiącach. Zapewne będziemy świadkami wzrostu liczby roszczeń klientów i spraw sądowych. To sprawia, że cały proces będzie rozłożony na lata i jeszcze nie wiemy, jak ostatecznie wpłynie na sektor.

Czy ECB czeka zmiana polityki monetarnej?

  • Europejski Bank Centralny nie zmienia stóp procentowych
  • Odczyty inflacji powyżej celu inflacyjnego NBP
  • Wynik wyborów parlamentarnych umiarkowanie pozytywny dla obligacji

Ostatnie posiedzenie z udziałem Mario Draghi w Europejskim Banku Centralnym za nami. Stery w ECB już 1 listopada przejmie Christine Lagarde. Rada pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie i trzyma się aktualnego pakietu środków luzujących, ogłoszonego w zeszłym miesiącu. Bank potwierdził również, że utrzyma stopy procentowe na ultraniskim poziomie do momentu, aż inflacja nie przybliży się do celu inflacyjnego (blisko, ale poniżej 2 proc). Potwierdzono też uruchomienie programu skupu aktywów w skali 20 mld euro miesięcznie. Program ruszy 1 listopada br. Coraz bardziej zaczynają być jednak widoczne podziały dotyczące tego, jak powinna wyglądać polityka monetarna tej instytucji w przyszłości.

Niskie stopy procentowe cieszą kredytobiorców, ale martwią bankowców. Ujemne stopy procentowe, – 0,5 proc. uderzają w zyski banków i nie prowadzą do wzmocnienia współczynników kapitałowych. Rozwiązaniem tego problemu miał być tzw. tiering, czyli umożliwienie bankom strefy euro lokowania części środków po stopie wyższej (0%) niż depozytowa. Wprowadzenie tego systemu w poprzednim miesiącu było umiarkowanym sukcesem – efektywnie doprowadziło do wzrostu stawek na rynku pieniężnym (czyli zadziałało w przeciwną stronę niż obniżka stóp procentowych). Przedstawiciele EBC coraz mocniej sugerują, że ratunkiem w obecnej sytuacji mogą być zmiany polityki fiskalnej i tutaj oczekuje się działań ze strony Niemiec.

Na 30 listopada zaplanowano kolejne posiedzenie FED. Rynek wycenia kolejną obniżka stóp na 90 proc. Stopy w USA są znacznie wyższe niż w Europie, więc amerykański bank centralny ma relatywnie dużą przestrzeń do obniżek stóp procentowych.

Za nami wybory parlamentarne. Wynik spodziewany i umiarkowanie pozytywny dla obligacji. Nic znacząco się nie zmieniło, co uspokoiło zagranicznych inwestorów. Przed nami jeszcze wybory prezydenckie w przyszłym roku, ale rynek nie oczekuje w związku z tym znacznych zmian w polityce fiskalnej.

Kolejny miesiąc inflacja CPI wzrosła powyżej celu inflacyjnego NBP. To oznacza, że w I kwartale przyszłego roku możemy spodziewać się inflacji na poziomie 3,8 – 4,2 proc., powyżej dopuszczalnego pasma odchyleń od celu inflacyjnego. Jej wysokość będzie związana m.in. z cenami energii. Nie przewidujemy jednak, aby Rada Polityki Pieniężnej w obecnym składzie podniosła stopy procentowe. Tak wysoka inflacja będzie przejściowa.

Rynki czekają na decyzję FOMC w sprawie ewentualnego obniżenia stopy procentowej

Ubiegły tydzień nie przyniósł zbyt wielu emocji na rynku walutowym, przynajmniej, jeśli chodzi o większość walut G10. Wyjątek stanowił jedynie funt brytyjski.

W ostatnich dniach funt szterling utracił część zysków, które waluta ta zdołała wypracować przez ostatnie kilka tygodni. Perspektywa ogłoszenia przyspieszonych wyborów stłumiła możliwość akceptacji porozumienia ws. Brexitu przez brytyjski parlament.

Stabilizację indeksów aktywności biznesowej PMI w strefie euro przyćmiła z kolei ostatnia wypowiedź prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego. Ustępujący przewodniczący EBC dość pesymistycznie ocenił w niej sytuację gospodarczą strefy euro. Tym samym wspólna europejska waluta, podobnie jak funt szterling, doświadczyła osłabienia w parze z dolarem amerykańskim.

Lepiej radziły sobie waluty gospodarek wschodzących. Wzrostom w tej grupie przewodził real brazylijski, którego aprecjacja wynikała z akceptacji przez tamtejszy Senat reformy systemu emerytalnego.

W tym tygodniu kluczowymi wydarzeniami będą decyzje największych banków centralnych. Najważniejsze będzie oczywiście spotkanie amerykańskiej Rezerwy Federalnej w środę 30 października, podczas którego decydenci zgodnie z oczekiwaniami powinni po raz kolejny obniżyć stopy procentowe. Bliżej końca tygodnia poznamy również decyzję Banku Japonii oraz Banku Kanady, a na zakończenie tygodnia w piątek po południu poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy.

PLN

Polski złoty w minionym tygodniu radził sobie całkiem dobrze, zwłaszcza biorąc pod uwagę spadek głównej pary. Ostatnie dni przyniosły dwa istotne odczyty z naszej gospodarki. Najnowsze dane o sprzedaży detalicznej rozczarowały, wpisując się w trend obserwowanego w ostatnich miesiącach stosunkowo łagodnego spowolnienia w tej branży i raczej nie powinny one budzić przesadnych obaw.

Poznaliśmy również symbolicznie istotną informację z polskiego rynku pracy – stopa bezrobocia we wrześniu spadła do 5,1%, tym samym schodząc do kolejnego najniższego poziomu od 29 lat.

W najbliższym tygodniu uwaga inwestorów zainteresowanych polskim złotym skupi się przede wszystkim na informacjach zewnętrznych.

Warto będzie również obserwować czwartkowy odczyt inflacji CPI w Polsce w październiku
– pomimo, że jego publikacja raczej nie przełoży się na wzrost zmienności złotego.

GBP

Boris Johnson wezwał Izbę Gmin do przeprowadzenia przyspieszonych wyborów parlamentarnych w dniu 12 grudnia br. Niemniej, uwzględniając opór ze strony Partii Pracy jego wniosek najpewniej nie uzyska wymaganego poparcia 2/3 członków niższej izby parlamentu.

Informacje o tym, że Unia Europejska zgadza się na elastyczne wydłużenie terminu Brexitu o 3 miesiące przynajmniej w krótkim terminie odsuwają groźbę Brexitu bez umow. Kalendarz ekonomiczny dla Wielkiej Brytanii w tym tygodniu nie obfituje w istotne publikacje z brytyjskiej gospodarki. W połączeniu z impasem w Izbie Gmin powinno pozwolić funtowi brytyjskiemu na chwilę spokoju w najbliższych dniach, w porównaniu z poprzednimi tygodniami charakteryzującymi się dużą zmiennością.

EUR

Ostatni odczyt wskaźników PMI dla strefy euro pokazał lekki wzrost aktywności biznesowej, co wskazuje, że dynamika wzrostu w strefie euro ustabilizowała się na poziomie cechującym się, bardzo niewielką, ale jednak ekspansją. Na losach wspólnej europejskiej waluty w minionych dniach zaważyła dość przygnębiająca ocena sytuacji gospodarek strefy euro wyrażona przez ustępującego przewodniczącego EBC, Mario Draghiego.

W tym tygodniu również poznamy serię istotnych publikacji makroekonomicznych dla stref euro, w tym między innymi dane z rynku bezrobocia we wrześniu, dane o inflacji w październiku i dane o dynamice PKB w trzecim kwartale br. W ostatnim czasie oczekiwania w stosunku do informacji z gospodarek strefy euro są tak niewielkie, że dane nawet nieznacznie lepsze od spodziewanych mogą zaowocować aprecjacją euro. Naszym zdaniem większe znaczenie dla euro powinno mieć jednak środowe spotkanie Rezerwy Federalnej.

USD

Ubiegły tydzień nie obfitował w publikacje makroekonomiczne z USA. W trakcie tego spokojnego okresu, rynki reagowały na postrzegane rosnące prawdopodobieństwo możliwości zawarcia przez USA oraz Chiny porozumienia dot. handlu, co pozwoliło na kontynuację wzrostów rynku akcji. W obliczu wzrostu rynkowego apetytu na ryzyko zachowanie dolara amerykańskiego w ostatnich dniach było niejednoznaczne. Dolar umocnił się w relacji do większości walut G10, podczas gdy w relacji do sporej części walut gospodarek wschodzących amerykańska waluta notowała spadki.

W tym tygodniu uwaga rynku będzie skupiona na środowym spotkaniu Rezerwy Federalnej. Podobnie jak konsensus rynkowy oczekujemy, że decydenci FOMC postanowią obciąć stopy procentowe, przy czym spodziewamy się, że komunikat towarzyszący tej decyzji okaże się raczej “jastrzębi” – wygląda na to, że od czasu ostatniego spotkania Fedu ryzyka dla perspektyw zmalały. W krótkim okresie może to przynieść umocnienie dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Jak wzrost płacy minimalnej wpłynie na rynek pracy i polską gospodarkę

Wzrost płacy minimalnej będzie powodował zmniejszenie zatrudnienia i zwiększenie inflacji, ale w ograniczonym stopniu. Przede wszystkim wzrosną średnie wynagrodzenia, bo firmy podniosą płace dość dobrze zarabiających.

Kilka tygodni temu PiS zapowiedział, że płaca minimalna zostanie podniesiona do 3 tys. zł. brutto na koniec 2020 r. i 4 tys. zł na koniec 2023 r. Oznacza to jej silny wzrost, o 78% z obecnego poziomu równego 2250 zł, w horyzoncie 5 lat. Taka polityka niesie za sobą poważne implikacje m.in. dla poziomu wynagrodzeń ogółem, zatrudnienia i poziomu cen.

Płaca minimalna wywiera wpływ na przeciętny poziom płac w gospodarce w ramach trzech kanałów oddziaływania. Pierwszy z nich, to wpływ czysto arytmetyczny – część pracowników otrzymuje wyższą pensję, co podnosi średni poziom wynagrodzeń w gospodarce.

– 10-procentowy wzrost płacy minimalnej powoduje zwiększenie przeciętnego wynagrodzenia w przetwórstwie przemysłowym (w firmach zatrudniających co najmniej 10 pracowników) o 1,26% i o 4,39% w budownictwie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski.

Po drugie, wzrost płacy minimalnej oddziałuje w kierunku wzrostu wynagrodzeń nie tylko osób zarabiających mniej niż ta kwota, ale również innych pracowników. Pracownicy dotąd zarabiający więcej czują niezadowolenie związane ze spadkiem swoich płac w relacji do mniej wykwalifikowanych pracowników, co może prowadzić do zmniejszenia ich wydajności w pracy. W celu uniknięcia takiego scenariusza pracodawcy podnoszą ich pensje aby zachować odpowiednie zależności pomiędzy wynagrodzeniami różnych stanowisk w ramach siatki płac.

Po trzecie, przedsiębiorcy w celu utrzymania rentowności swojej działalności, w reakcji na wzrost płacy minimalnej podnoszą ceny swoich produktów. W skali całej gospodarki prowadzi to do zwiększenia inflacji, co nasila żądania płacowe gospodarstw domowych w celu utrzymania siły nabywczej swoich dochodów (tzw. efekty drugiej rundy).

Nowa spółka założona przy UW – data science w służbie firm

Project 42 to nowa spółka typu spin-off założona przy Uniwersytecie Warszawskim. Jej celem jest wspieranie przedsiębiorstw poprzez narzędzia i rozwiązania wykorzystujące techniki data science, sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe.

Spółkę założyli doktoranci z Wydziałów Fizyki i Wydziału Zarządzania UW. Chcą oni wykorzystać doświadczenie w zarzadzaniu i kompetencje dziedzinowe, a jednocześnie dać biznesowi szerszy dostęp do uniwersyteckiego potencjału naukowego w zakresie analizy dużych zbiorów danych. Wszystko po to, by wspierać różnego rodzaju cele biznesowe, których osiągnięcie wymaga zastosowania zaawansowanych metod matematycznych lub technologii przetwarzania danych.

„Potencjał naukowy polskich uczelni w obszarze data science jest ogromny. Jednocześnie biznes ma świadomość, że jego wykorzystanie nie jest łatwe. Relacje między światem naukowców i przedsiębiorstw nigdy nie należały do najłatwiejszych, a my działamy właśnie na ich styku. Wywodzimy się ze środowiska naukowego, mamy odpowiednie kompetencje merytoryczne oraz przygotowanie i doświadczenie biznesowe” – mówi Maciej Ciemny, współzałożyciel Project 42 i doktorant na Wydziale Fizyki UW.

Portfolio Project 42 obejmuje analizę eksploracyjną, modelowanie i predykcję, symulacje komputerowe, tworzenie algorytmów i narzędzi oraz scientific consulting. „Potrafimy szukać i znajdujemy rozwiązania dla realnych, skomplikowanych problemów biznesowych przy pomocy najnowszych osiągnięć nauk matematycznych. Drugim kluczowym polem działania spółki jest tworzenie rozwiązań i zespołów naukowych do realizacji projektów R&D prowadzonych przez polskie i zagraniczne przedsiębiorstwa” – mówi Kamil Mieszkowski, współzałożyciel Project42 i doktorant na Wydziale Zarządzania UW.

Lepsza współpraca UW z biznesem w obszarze data science

Potencjał gromadzonych przez firmy danych i potrzeba ich przetwarzania sprawiają, że zainteresowanie specjalistami i usługami data science już od kilku lat przekracza dostępne na rynku zasoby osobowe i kompetencyjne. Z jednej strony coraz trudniej jest znaleźć specjalistów, natomiast z drugiej pojawia się coraz więcej firm świadczących w tym zakresie usługi. Co wyróżnia Project 42 i stanowi o jej przewadze konkurencyjnej? Przede wszystkim dostęp do potencjału naukowego UW.

Działalność Project 42 ma być alternatywą dla modelu działania, w którym firmy samodzielnie rekrutują naukowców z dziedziny data science. Spin-off pełni rolę łącznika, który poprzez szybki i łatwy dostęp do potencjału naukowego Uniwersytetu Warszawskiego pozwala szybko zawiązać współpracę firm z dedykowanymi specjalistami. Jednocześnie Project 42 świadczy usługi w obszarze data science: rozwiązuje konkretne problemy, poszukuje odpowiedzi na pytania w oparciu o analizę udostępnionych danych, albo samodzielnie na podstawie analiz poszukuje istotnej dla przedsiębiorstw wartości dodanej.

Doświadczenia wielu menedżerów pokazują, że zarządzanie zespołami złożonymi z naukowców niesie różnego rodzaju ograniczenia. Ludzie ci związali swoje życie z nauką, przez co nie są zainteresowani poświęceniem dużej ilości czasu na pracę z przedsiębiorcami. Jedynie przy odpowiednim podejściu są skłonni angażować się w projekty biznesowe. Z kolei z perspektywy naukowców i specjalistów sam biznes niekiedy nie potrafi zaprezentować swoich problemów, tak by przekonać naukowców do udzielenia wsparcia. Problematyka data science ma to do siebie, że jeszcze przed zleceniem projektu firmy nie do końca wiedzą, czego potrzebują. Wynika to m.in. z faktu, że przedsiębiorcy nie zdają sobie sprawy, co obecnie można osiągnąć przy pomocy najnowszych metod naukowych, a co wciąż pozostaje w sferze fantazji. Często nie wiedzą też dokładnie, jaka wartość może być ukryta w zgromadzonych przez firmy danych.

„Dziś w obszarze data science nauka wyprzedza o kilka lat. Dla przykładu, zastosowanie sieci neuronowych, jednego z przypadków uczenia maszynowego, z perspektywy biznesu jest stosunkowo nowe. W ośrodkach akademickich pracuje się nad tymi zagadnieniami od lat 60-tych ubiegłego wieku. Dzisiaj na Wydziałach Matematyki UW poszukuje się nowych teorii i rozwiązań. Biznes odkryje te możliwości dopiero w przyszłości. Zapewne części z tej przewagi nie można jeszcze wykorzystać, jednak jeśli mówimy o pionierskich, niestandardowych projektach, to trudno znaleźć do ich realizacji zespół lepszy niż złożony z pracowników naukowych, których pracą zarządza doświadczony menedżer” – dodaje Kamil Mieszkowski.

Nowa nauka o danych

Wiele firm poszukując specjalistów od data science kieruje się w stronę świata akademickiego. Przeglądając ogłoszenia w serwisach agregujących oferty pracy widać, że od osób na poważnie zajmujących się przetwarzaniem danych wymaga się minimum doktoratu i potwierdzonej kariery naukowej. Wynika to z faktu, że praca nad danymi wymaga posiadania zaawansowanych umiejętności matematycznych a przy tym bardzo przypomina pracę naukową.

Data Science to stosunkowo nowa, ale błyskawicznie rozwijająca się dziedzina. Obejmuje trzy obszary: zaawansowaną matematykę i statystykę, informatykę i inżynierię IT oraz wiedzę biznesową. Specjalista – data scientist lub jak mówią niektórzy, danolog – to osoba, która posiada wysokie umiejętności w każdej z tych dziedzin. Choć tacy ludzie istnieją, wciąż jest ich bardzo niewielu. Jednym z pomysłów uzupełniania luk kompetencyjnych na tym polu jest budowanie interdyscyplinarnych zespołów, które łączą różnego rodzaju specjalistów. W różnorodności łatwiej kreować rozwiązania, o jakich wcześniej nikt jeszcze nie pomyślał.

Polacy nie kontrolują swoich… przychodów

Wyniki raportu ADP „Workforce View in Europe” wskazują, że aż 27 procent Polaków nie zorientowałoby się gdyby pensja, która wpłynęła na ich konto, różniła się od kwoty zawartej w umowie. Co szósty zatrudniony przyznaje też, że nie sprawdza wpłat od pracodawców. Polacy są również konserwatywni w kwestii nowych standardów płatności wynagrodzenia. W przeciwieństwie do mieszkańców Azji, tak jak mieszkańcy całej Europy wciąż z rezerwą podchodzą do przelewów dokonywanych poprzez systemy typu PayPal.

Kontrola wydatków to temat często pojawiający się przy okazji walki z domowym zadłużeniem. Z danych Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor wynika, że w rejestrze dłużników figuruje obecnie 150 tys. młodych Polaków pomiędzy 18 a 24 rokiem życia. Jednak jak wynika z badań ADP, firmy zajmującej się usługami kadrowo-płacowymi, Polacy nie kontrolują także swoich przychodów. Tylko 73 proc. Polaków sprawdza, czy wysokość pensji, która wpływa na ich konto jest prawidłowa.

 Coraz większa część płatności na świecie oparta jest na przelewach bankowych. Nawyk sprawdzania przelewów powinien być jednak dla nas rutyną. Pomimo postępującej cyfryzacji należy pamiętać, by kontrolować wysokość otrzymywanego wynagrodzenia. Zwłaszcza w przypadkach korzystania ze zwolnienia lekarskiego. Z mojego doświadczenia wynika, że wciąż wielu pracowników nie wie na przykład, jak prawidłowo rozliczony został okres zwolnienia lekarskiego, czy w jaki sposób odliczane będą składki PPK – mówi Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.

Niestandardowe formy płatności wciąż mało popularne

Choć przelewy bankowe są dominującą formą płatności na całym świecie coraz częściej słychać głosy o rosnącej popularności płatności niestandardowych takich jak: karty przedpłacone, cyfrowe platformy typu PayPal, płatności mobilne czy kryptowaluty. Według raportu ADP „Future of Pay”, aż 88 proc. azjatyckich pracowników zaakceptowałoby takie „nowe” formy transakcji. Europa jednak pozostaje na drugim biegunie nowoczesności. Tylko 44 proc. Europejczyków zaakceptowałoby niestandardowe sposoby płatności. W Ameryce Północnej za nowoczesnymi formami opowiedziało się 49 proc. spośród badanych pracowników, a w Ameryce Południowej 66 proc.

– Choć banki rozwijają swoją ofertę, płatności niestandardowe zaczynają zyskiwać przewagę technologiczną. Są one szybsze i łatwiejsze do wykonania, co daje poczucie większej kontroli nad pieniędzmi oraz możliwość natychmiastowej reakcji na nieprzewidziane wydatki. Pracodawca oferujący elastyczne i nowoczesne formy płatności może dla pracownika wydawać się bardziej atrakcyjny, co w wielu branżach może stanowić dodatkowy atut w procesie rekrutacji – stwierdza Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.

Milenialsi – szansa na zmianę

Najchętniej po alternatywne metody płatności sięgają tzw. milenialsi. Zakłada się, że w przyszłości coraz częściej będą oni oczekiwać od pracodawców płatności niestandardowych. Pojawiają się również głosy mówiące o ryzyku płynącym z nowych metod płatności. Zarówno dla pracowników, jak i pracodawców kwestia bezpieczeństwa będzie kluczowa, choć jak wskazują badania ADP jest ona istotniejsza dla użytkowników powyżej 50 roku życia. Osoby w przedziale 18-35 lat czują się bezpiecznie, jeśli mogą śledzić swoje środki na bieżąco bez przesyłania pieniędzy między kontami.

Zmiany w akcyzie od 2020 r.

17 września 2019 r. został opublikowany projekt z dnia 12 września 2019 r. o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw. Projekt wprowadza szereg bardzo istotnych zmian dla przedsiębiorców mających na co dzień do czynienia z kwestiami akcyzy. Co do zasady dla części podatników nowe przepisy miałyby wejść w życie od 1 stycznia 2020 r. Zatem czasu zostało niewiele, a zakres regulacji, które będzie trzeba zaimplementować, jest dość duży. Artykuł przedstawia główne zmiany dotykające przedsiębiorców.

Ewidencje oraz deklaracje wyłącznie w formie elektronicznej

Jedną z kluczowych zmian mających wpływ na przedsiębiorców jest wprowadzenie ewidencji i deklaracji w formie elektronicznej. W pierwszej kolejności zmiana dotknie dużych podatników, a w kolejnych latach zostaną nią objęte pozostałe grupy. Dzięki elektronicznemu dostępowi do danych usprawnione zostaną kontrole w podmiotach prowadzących działalność w zakresie podatku akcyzowego. Dodatkowo projekt zakłada wprowadzenie obowiązku składania deklaracji akcyzowych za pomocą środków komunikacji elektronicznej. Automatyzacja procesów powinna doprowadzić do poprawy jakości danych oraz wpłynąć na efektywność zarówno komórek zajmujących się obsługą podatnika, jak i komórek kontrolnych.

Dodatkowe warunki obrotu towarami akcyzowymi

W praktyce obrotu w zakresie towarów objętych akcyzą zdarzało się, że osoby kierujące działalnością podmiotów posiadających zezwolenia akcyzowe mogły być tzw. słupami tj. osobami, które nie gwarantują wywiązania się przez podmiot z obowiązku rozliczania się z akcyzy. Projekt przewiduje rozszerzenie warunków dotyczących osób kierujących działalnością podmiotu o warunek niekierowania przez te osoby innymi podmiotami lub niereprezentowania przez nie oddziałów przedsiębiorców zagranicznych z siedzibą na terytorium kraju, które w tym czasie w sposób uporczywy nie regulowały w terminie należności budżetowych, wobec których było prowadzone postępowanie egzekucyjne, likwidacyjne lub upadłościowe, lub którym zostało cofnięte, ze względu na naruszenie przepisów prawa, koncesja lub zezwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej, lub została wydana decyzja o zakazie wykonywania działalności regulowanej.

Efektem tych zmian będą bardziej restrykcyjne warunki prowadzenia działalności w zakresie wyrobów akcyzowych i samochodów osobowych. W szczególności dodatkowy wymóg może wydłużyć proces rejestracji i uzyskania zezwoleń, a także prowadzić do dodatkowych wymagań administracyjnych po stronie przedsiębiorców.

Zmiany WIA

Zmiana przepisów w zakresie wiążącej informacji akcyzowej ma na celu określenie nowych przypadków, w których WIA utraci swoją ważność. Ponadto projekt wprowadza w określonych sytuacjach możliwość zmiany z urzędu lub na wniosek wydanej decyzji w sprawie WIA, jeżeli przestaje ona być zgodna z interpretacją Nomenklatury Scalonej. Decyzja WIA ma być ważna przez okres 3 lat od dnia jej wydania.

Ponadto bardzo istotnym uszczegółowieniem przepisów jest fakt, iż oprócz organów podatkowych również podmiot, na rzecz którego wydana została WIA, będzie zobowiązany do jej stosowania w odniesieniu do wyrobów akcyzowych i samochodów osobowych, wobec których czynności podlegające opodatkowaniu akcyzą zostały dokonane po dniu, w którym WIA została wydana.

Zmiany w zakresie WIA bardzo ograniczają możliwość stosowania tego narzędzia. Jeżeli projekt wejdzie w życie, WIA będzie mogła zostać w każdej chwili zmieniona. W szczególności podatnik będzie zobowiązany do śledzenia nomenklatury i wyroków sądów, aby być na bieżąco oraz mieć wiedzę na temat tego, kiedy jego WIA jest „zagrożona”.

Nowe czynności opodatkowane akcyzą – samochody osobowe

Znaczącej zmianie ulegną także przepisy akcyzowe w zakresie samochodów osobowych. Wprowadzone zostaną nowe czynności opodatkowane akcyzą, tj. (i) dokonanie w pojeździe samochodowym zarejestrowanym w kraju zmian konstrukcyjnych zmieniających rodzaj pojazdu na samochód osobowy oraz (ii) nabycie lub posiadanie samochodu osobowego niezarejestrowanego na terytorium kraju w przypadku, gdy nie można ustalić podmiotu, który dokonał wcześniejszej czynności podlegającej opodatkowaniu, a w wyniku kontroli np. podatkowej nie ustalono, czy podatek akcyzowy został zapłacony w należnej wysokości, oraz wprowadzenie obowiązku uzyskania dla celów związanych z rejestracją samochodów ciężarowych oraz specjalnych o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 t dokumentu potwierdzającego brak obowiązku zapłaty akcyzy.

Szczególnie druga czynność jest niekorzystna dla przedsiębiorców, którzy często mogą nie mieć świadomości odnośnie do tego, czy akcyza została uregulowana, czy nie i w konsekwencji mogą zostać zobowiązani do jej zapłaty w wysokości 3,1% lub 18,6% od wartości.

Zwiększenie sankcji karno-skarbowych za przestępstwa oraz wykroczenia związane z obrotem wyrobami akcyzowymi

Projekt przewiduje wprowadzenie szeregu zmian w kodeksie karno-skarbowym. Mają one na celu usprawnienie i poprawę efektywności prowadzonych postępowań, ale też wykonywania orzeczonych kar. Proponuje się co do zasady podwyższenie górnych granic zagrożenia sankcjami w postaci kary pozbawienia wolności lub kary grzywny za wybrane przestępstwa skarbowe. Ograniczona ma zostać m.in. możliwość korzystania z instytucji czynnego żalu. Wydłużone mają być okresy przedawnień przestępstw i wykroczeń skarbowych. Do KKS mają zostać wprowadzone nowe typy przestępstw skarbowych. Ponadto ma zostać wdrożony szereg innych zmian w KKS.

Podsumowanie

Projekt zmian w ustawie o podatku akcyzowym oraz kodeksie karno-skarbowym świadczy o dużej determinacji organów podatkowych w dążeniu do uregulowania kwestii podatku akcyzowego. Czasu jest bardzo mało, dlatego przedsiębiorcy już teraz powinni przystąpić do analizy projektu pod kątem prowadzonej działalności. Z uwagi na materię zmian warto skonsultować te kwestie z doświadczonym doradcą podatkowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Które benefity pozapłacowe są najbardziej pożądane przez pracowników z Ukrainy?

Obcokrajowcy, którzy przyjechali do pracy w Polsce, zwracają uwagę nie tylko na możliwość wyższego zarobku, ale także na atrakcyjność benefitów pozapłacowych oferowanych przez pracodawców. Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie OTTO Work Force Polska prywatna opieka medyczna to najpopularniejszy i zarazem najbardziej pożądany dodatek do pensji wśród Ukraińców. Taki benefit oferuje niemal połowa polskich przedsiębiorstw, przy czym aż 61 procent pracowników z Ukrainy uznaje opiekę medyczną jako najbardziej atrakcyjne i motywujące świadczenie.

Pracodawcy dbają o zdrowie i dobre samopoczucie pracowników

Na współczesnym rynku pracy trudno znaleźć ofertę zatrudnienia, która nie zawierałaby zachęcających benefitów. Działy HR upatrując w nich sposób na skuteczne utrzymanie pracowników w organizacjach i pozyskanie nowych kandydatów. Polski pracodawca na pierwszym miejscu stawia zdrowie i dobre samopoczucie pracownika – prawie połowa badanych przedsiębiorstw (49%) oferuje swoim pracownikom karty sportowe, umożliwiające wstęp do fitness klubów, siłowni oraz prywatną opiekę medyczną. Bardzo chętnie proponują pracownikom także dodatkowe ubezpieczenia grupowe (46%). Nieco mniejszą popularnością cieszą się benefity związane z kulturą i dofinansowaniami do konkretnych usług. Bilety do kin i teatrów proponowane są w 27% badanych przedsiębiorstw, dofinansowanie do posiłków w pracy w 18% podmiotów, zniżki i rabaty do sklepów w 13% firm, a dofinansowanie do żłobków i przedszkoli jest standardem tylko dla 8% instytucji. Co ciekawe jedynie co piąta badana firma nie oferuje żadnych benefitów (18%). Czy wprowadzając wymienione świadczenia dodatkowe polscy pracodawcy spełniają oczekiwania Ukraińców – największej grupy zagranicznych pracowników w Polsce?

Rysunek 1 Benefity (świadczenia dodatkowe), jakie oferują przedsiębiorstwa swoim pracownikom według opinii badanych (% wskazań) (N=336).Benefity świadczenia dodatkowe, jakie oferują przedsiębiorstwa swoim pracownikom według opinii badanych

Źródło: Raport OTTO Work Force Polska Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?, 2019.

Jakich benefitów oczekują pracownicy z Ukrainy?

W obliczu zbliżającej się liberalizacji przepisów w zakresie zatrudnienia obcokrajowców w Niemczech oraz wyższych zarobków u naszych południowych sąsiadów (zarobki w Czechach i na Słowacji są średnio o 10-15% wyższe niż w Polsce) Ukraińcy coraz większą uwagę zwracają na atrakcyjność polskich ofert pracy. Interesuje ich już nie tylko sama możliwość podjęcia legalnego zatrudnienia za wyższe niż na Ukrainie wynagrodzenie, ale także benefity zachęcające do podjęcia pracy w Polsce. Dla większości z nich (61%), najbardziej motywującym dodatkiem pozapłacowym jest prywatna opieka medyczna. Na drugim miejscu znalazło się dofinansowanie do posiłków w pracy (53%), na kolejnych: zniżki/rabaty do sklepów (44%), karty sportowe (wstęp do fitness klubów, siłowni itp.) (43%), ubezpieczenie grupowe (28%), bilety do kin
i teatrów (22%), dofinansowanie do szkół i przedszkoli (13%).

Ukraińcy decydują się na emigracje głównie z powodów ekonomicznych. Zarabiają, by podnieść jakość nie tylko swojego życia, ale także swoich najbliższych, którzy zostali na Ukrainie. Z tego powodu ważne są dla nich benefity, które pozwalają im możliwie jak najwięcej zaoszczędzić. Nieco mniejszym zainteresowaniem cieszą się te związane ze spędzaniem czasu wolnego, choć oczywiście również są bardzo ważne. Polscy pracodawcy stają przez trudnym zadaniem. Ze względu na niedobory siły roboczej na rynku pracy oraz na wyższe wynagrodzenia za granicą powinni w możliwie jak największym stopniu dopasować benefity pozapłacowe do oczekiwań swoich pracowników, by zatrzymać ich na dłużej – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Polska.

Rysunek 2 Benefity (świadczenia dodatkowe) oferowane przez pracodawcę, które byłyby, zdaniem badanych, atrakcyjne i motywujące (N=514).Benefity (świadczenia dodatkowe) oferowane przez pracodawcę, które byłyby, zdaniem badanych, atrakcyjne i motywujące

Źródło: Raport OTTO Work Force Polska Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zatrudnienia w Polsce i w innych krajach oraz zadowolenia z pracy, 2018.

Argentyna wybrała. Karuzela na kryptowalutach

Argentyńczycy w tym roku zbankrutowali już po raz 9 w swojej historii. W związku z tym postanowili odejść od ścieżki reform i postawili na centrolewicę, która obiecuje wzrost gospodarczy już po 180 dniach rządów. Jest to odważna deklaracja, ale zdaniem wielu analityków, powinniśmy raczej przygotowywać się na jubileuszowe 10 bankructwo.

Fernandez zwycięzcą

W weekend w Argentynie odbyły się wybory prezydenckie. Zwyciężył centrolewicowy kandydat – Alberto Fernandez. Prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z powrotem do polityki z lat 2007-2015, o czym najlepiej świadczy stanowisko wiceprezydenta dla byłej prezydent Cristiny Fernandez de Kirchner, która właśnie wtedy pełniła tę funkcję. Toczące się przeciwko niej postępowanie karne wydaje się nie być problemem dla większości obywateli, pomimo że zarzut dotyczy korupcji (ona sama określa się jako “ofiara prześladowania”). O tym, że rynki są zaniepokojone takim rezultatem wyborczym, świadczą notowania walut. Argentyńskie peso wyraźnie traci do dolara. W przyszłości ten proces prawdopodobnie spowolni, gdyż prezydent-elekt Fernandez zapowiedział ściślejszą kontrolę kapitału. Każdy obywatel będzie mógł kupić maksymalnie 200 USD miesięcznie w przypadku posiadania ich na koncie bankowym, natomiast w gotówce limit ma wynosić 100 USD.

Kolejny problem chińskiego smoka?

O ile ogólne dane z Chin wyglądają bardzo dobrze, o tyle możemy znaleźć na tym pięknym obrazie pewne rysy. Jedną z nich są zyski przedsiębiorstw. Problem w tym, że od początku roku spadają one względem roku poprzedniego. Nie jest to oczywiście zapowiedź tego, że mamy spodziewać się fali bankructw, ale mniejsze zyski powodują, że firmy mają mniejszą zdolność do inwestowania. To z kolei może dosyć szybko uwidocznić się w danych makroekonomicznych. Oczywiście alternatywą jest większe zadłużanie, ale ono też ma swoje granice. Możliwe, że do zaistniałej sytuacji będzie się chciał odnieść Komitet Centralny Komunistycznej Partii Chin, który właśnie dziś rozpoczął czterodniowe plenum.

Karuzela na kryptowalutach

Ostatnie tygodnie były raczej mało pozytywne dla posiadaczy kryptowalut. Jednak piątek okazał się bardzo korzystny. Przyczyny gwałtownych wzrostów upatruje się w przemówieniu prezydenta Chin Xi Jinpinga o konieczności postawienia na technologię blockchain. Jest to o tyle dziwna zależność, że Chiny pracują nad cyfrowym juanem, a handel innymi kryptowalutami jest tam zakazany. Najwyraźniej to, co jest dobre dla popularyzacji blockchaina, jest też dobre dla kryptowalut, bo inwestorzy w ciągu jednego dnia wywindowali bitcoina z poziomu 7500 USD powyżej 10000 USD. Po tak silnym ruchu przyszły spadki, ale dzisiaj wciąż znajduje się on powyżej 9000 dolarów.

Dzisiaj dzień wolny w Czechach, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów makroekonomicznych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Strategia Lean wkracza na uczelnie wyższe

Nowe kierunki na uczelniach wyższych to odpowiedź na zapotrzebowanie dynamicznie zmieniającego się rynku. Wśród kompetencji i umiejętności, jakich poszukują obecnie pracodawcy, znajduje się znajomość Strategii Lean – koncepcji zarządzania z powodzeniem wdrażanej w wielu globalnych przedsiębiorstwach. – Akademia Lean Leadera, dzięki zaangażowaniu doświadczonych ekspertów, pozwala nie tylko na transfer wiedzy teoretycznej, ale również praktyczne wykorzystanie narzędzi leanowych – przekonuje Tomasz Bereźnicki, prezes firmy DPC i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowości w Toruniu. Placówka od nowego roku akademickiego otwiera podyplomowy kierunek w całości poświęcony Lean Managementowi.

Koncepcja Lean Management, rozwijana i udoskonalana na świecie od wielu lat, do Polski dotarła stosunkowo niedawno. Początkowo była to zasługa zagranicznego kapitału, który po transformacji ustrojowej, a następnie akcesji naszego kraju do Unii Europejskiej, coraz chętniej decydował się na inwestowanie nad Wisłą. W powstających fabrykach i biurach, polski personel poznawał nowe techniki zarządzania produkcją czy budowania kultury pracy opartej na ciągłym doskonaleniu. Tylko nieliczni wiedzieli wówczas, że mowa o Lean Manufacturing i Learning Culture – czyli podstawowych terminach w Strategii Lean. – Dla polskich menadżerów, często ludzi bardzo młodych i ambitnych, była to okazja do sięgnięcia po wiedzę z całego świata. Częste rozmowy ze współpracownikami i partnerami zza granicy, wymiana doświadczeń, wyjazdy do siedzib firm na zachodzie – wszystko to powiększało zasób wiedzy i umiejętności przyszłych właścicieli rodzimych przedsiębiorstw – przekonuje Tomasz Bereźnicki, prezes firmy DPC, współautor programu nowego kierunku studiów poświęconego Lean Managamentowi w Wyższej Szkole Bankowości w Toruniu.

Pierwsze wzmianki na wykładach

Prezes DPC Polska doskonale pamięta moment, kiedy po raz pierwszy usłyszał o coraz popularniejszej koncepcji zarządzania, koncentrującej się na przebudowie relacji panujących w organizacjach i angażującej pracowników wszystkich szczebli w, minimalizujące marnotrawstwo, usprawnianie procesów. – Ponad dekadę temu, studiując na Politechnice Wrocławskiej pracowałem jednocześnie w General Electric – u amerykańskiego giganta, który swoje zakłady lokalizował również w Polsce. Moi wykładowcy zaczynali wówczas, początkowo nieśmiało i zdawkowo, opowiadać o nowinkach przybywających do Polski z krajów zachodnich. Zauważyłem, że to, o czym uczą, wcielane jest w życie w General Electric. Mój ówczesny pracodawca na globalną skalę wdrażał bowiem narzędzia i techniki Lean Management – wspomina Tomasz Bereźnicki.

Początkowo temat Lean Managementu pojawiał się na uczelniach, zwłaszcza technicznych i ekonomicznych, incydentalnie – jako ciekawostka opowiedziana przez profesora na zajęciach dydaktycznych czy jedno z pytań na teście zaliczeniowym. – Nie mieliśmy dostępu do szerokiej listy lektur. Tak wykładowcy, jak i ich studenci, bazowali na dosłownie kilku książkach: „Maszyna która zmieniła świat” czy „Odchudzanie firmy” Jamesa P. Womacka i Daniela T. Jonesa. Wówczas odkrywaliśmy idee zupełnie nowe, wręcz rewolucyjne – dziś wiemy, że są to absolutne podstawy – mówi prezes DPC. Następnie, już na początku drugiej dekady XXI wieku, Strategii Lean poświęcano cały, półtoragodzinny wykład. W dalszej kolejności, koncepcja doczekała się osobnego, semestralnego przedmiotu aż wreszcie dziś szereg placówek, łącznie z Wyższą Szkołą Bankowości, tworzy dla niej cały kierunek. Proces przekonywania środowiska naukowego i samych studentów do tematyki zarządzania leanowego miał więc charakter ewolucyjny. Jednak, według Tomasza Bereźnickiego, koncepcja ta już na dobre zagościła w gmachach najbardziej szacownych uczelni. – Inżynieria produkcji czy metody efektywnego organizowania pracy są stale modyfikowane i usprawniane. To kwesta cyfryzacji oraz coraz powszechniejszego, niemal nieograniczonego dostępu do informacji. W związku z tym, kierunki studiów poświęcone Strategii Lean, napędzającej wprowadzanie modyfikacji i generującej usprawnienia, stanowią naturalną odpowiedź na aktualne potrzeby rynku. Przeglądając CV, pracodawcy coraz częściej zwracają uwagę na wiedzę danego kandydata dotyczącą terminologii leanowej i sposobów jej wykorzystania. To również argument dla pracownika ubiegającego się o awans i podwyżkę – przekonuje Bereźnicki.

Po co uczyć się o Lean?

Akademia Lean Leadera, gdyż tak nazywa się nowy kierunek otwierany na początku października przez Wyższą Szkołę Bankowości, będzie miała charakter studiów podyplomowych realizowanych w weekendy. W ciągu dwóch semestrów uczestnicy zdobędą wiedzę zarówno teoretyczną, jak i praktyczną. Wszystko dzięki partnerom merytorycznym – firmom wyspecjalizowanym we wdrażaniu Strategii Lean w przedsiębiorstwach, niezależnie od ich wielkości czy branży. To właśnie szefem jednej z nich, DPC Polska, jest Tomasz Bereźnicki. Poza opracowaniem programu studiów, przyjął on również propozycję prowadzenia jednego z wykładów. – Moim celem jest pokazanie uczestnikom jak Strategia Lean sprawdza się w rzeczywistości. Dlatego dwukrotnie zaproszę studentów do przedsiębiorstw, z którymi współpracują eksperci DPC. Dzięki temu będą mogli na własne oczy przekonać się, że teoria którą przekazuję im na sali wykładowej wytrzymuje konfrontację z rzeczywistością i generuje określone, wymierne korzyści tak dla całych organizacji, jak i poszczególnych pracowników – deklaruje Tomasz Bereźnicki. I dodaje: – Wierzę, że najlepszym nauczycielem Lean jest „gemba”. Terminem tym określamy miejsce wykonywania rzeczywistej pracy przynoszącej konkretną wartość dla klienta. W produkcji to hala produkcyjna, w usługach – miejsce ich świadczenia. To właśnie ono powinno kształtować ramy w jakich funkcjonuje i rozwija się dana organizacja. Chciałbym, aby absolwenci naszego kierunku transferowali zdobytą wiedzę do swoich firm i wykorzystywali ją, usprawniając realizowane procesy.

Studia dla każdego

Co znajdziemy w programie nowego kierunku? Przyszli studenci będą mieli okazję do spojrzenia na Strategię Lean z wielu perspektyw, między innymi: budowania przewagi konkurencyjnej firmy, wykorzystania metody zarządzania wizualnego, standaryzacji procesów w dobie robotyzacji. Jak podkreśla Wyższa Szkoła Bankowości: „Program Studiów Podyplomowych o kierunku „Akademia Lean Lidera” dedykowany jest do szerokiego grona słuchaczy, niezależnie od ich stanowiska co do skuteczności metody Lean”. – Nie chodzi o przekonywanie już przekonanych czy bezkrytyczne podejście do istoty tej koncepcji. Zamierzamy pokazywać również nieudane przypadki wdrażania rozwiązań leanowych. Ta metoda, jak żadna inna, opiera się na człowieku – a wszyscy przecież popełniamy błędy i ponosimy porażki – tłumaczy Tomasz Bereźnicki.

Akademia Lean Leadera kończy się przyznaniem dyplomu potwierdzającego nabyte podczas rocznych studiów umiejętności. Co ważne – istnieje możliwość zapisania się na kierunek w charakterze wolnego słuchacza. Umożliwia to naukę osobom nieposiadającym wyższego wykształcenia. W ich przypadku nagrodą za pomyślne zdanie wszystkich egzaminów jest certyfikat, honorowany przez pracodawców w Polsce i poza jej granicami.

Z doświadczenia wiem, że frekwencja na takich studiach podyplomowych dopisuje – miałem okazję prowadzić zajęcia poświęcone tematyce Lean Management między innymi w filiach Wyższej Szkoły Bankowości w Chorzowie i Opolu oraz podczas wykładów na Akademii Leona Koźmińskiego. Wśród uczestników byli nie tylko przedstawiciele „średniego szczebla” kadry zarządzającej, których obecność w kontekście tematyki jest naturalna, ale również właściciele i członkowie zarządów dużych przedsiębiorstw. Świadczy to o rosnącym zainteresowaniu tematyką Lean Managementu i zapotrzebowaniu na umiejętności z nią związane – mówi Tomasz Bereźnicki.

Split payment pogarsza płynność co szóstej firmy

W przypadku ponad 42 proc. mikro, małych i średnich firm dostawcy zaczęli przelewać należny od danej transakcji podatek VAT na odrębny rachunek. Do podzielonej płatności (split payment) najczęściej skłaniany jest handel i to ten sektor obok transportu w jednym na pięć przypadków skarży się na negatywny wpływ tych rozwiązań na płynność finansową – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Dobrowolny od połowy zeszłego roku mechanizm rozliczeń od 1 listopada będzie obowiązkowy w przypadku branż szczególnie narażonych na nieprawidłowości z podatkiem VAT, ale środkami zgromadzonymi na rachunku VAT firmy będą mogły uregulować więcej zobowiązań niż dotychczas.

Mechanizm podzielonej płatności VAT obowiązuje od 1 lipca 2018 r. Teoretycznie wejście w ten system jest dobrowolne, ale w praktyce w dużym stopniu to od nabywców towarów i usług zależy czy dostawca zostanie włączony w takie rozwiązanie. Nabywca decyduje bowiem, czy płaci całą kwotę z VAT na jeden rachunek czy też rozdziela ją na netto i podatek, który przelewa na kontrolowany przez skarbówkę rachunek VAT swojego kontrahenta. – Wyniki naszego badania przeprowadzone wśród przedsiębiorstw handlujących z odroczonym terminem płatności potwierdzają, że mechanizm rozszerzył się wskutek działań kontrahentów. Przez rok ponad 42 proc. mikro, małych i średnich firm zostało skłonionych przez kontrahentów do stosowania mechanizmu podzielonej płatności. Największą presję na podzieloną płatność ze strony kontrahentów odczuł handel – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Aż 50,4 proc. respondentów tego sektora przyznało, że zostali włączeni w mechanizm podzielonej płatności. Na kolejnej pozycji sektorów, w których split payment został najbardziej rozpowszechniony, znalazł się przemysł (46,8 proc.) oraz transport (43,4 proc.). Dalej są budownictwo – 37,2 proc. i usługi – 32,5 proc.

15 proc. firm miało kontakt z przestępcami podatkowymi

Tym samym spełniły się założenia ustawodawcy, liczącego na to, że w pierwszym, dobrowolnym etapie wdrażania split payment będzie on w naturalny sposób zwiększał swój zasięg. Należy przypomnieć, że inicjatorami tego procesu stały się z jednej strony spółki z udziałem Skarbu Państwa, z drugiej zaś firmy działające w sektorach narażonych na nadużycia związane z VAT, dla których stosowanie podzielonej płatności jest sposobem na uniknięcie solidarnej odpowiedzialności za rozliczenie tego podatku, w przypadku gdyby ich kontrahent okazał się nieuczciwy.

Ryzyko spotkania na biznesowej drodze oszusta jest całkiem spore, bo jak deklarują przedsiębiorcy w badaniu wykonanym przez Instytut Keralla Research na zlecenie BIG InfoMonior, z przestępcami podatkowymi miało do czynienia blisko 15 proc. firm. Inne plusy split payment? Przedsiębiorca dostaje zwrot VAT szybciej, bo po 25 dniach i wykazuje przez urzędem skarbowym należytą staranność.

Ale jest też minus. Aktualnie firma, która otrzymała podatek na wydzielony rachunek, może z niego opłacać jedynie VAT fiskusowi i kontrahentom. Nadwyżka jest zamrożona, jej wykorzystanie na inwestycje i inne płatności nie wchodzi w grę, chyba że uzyska się zgodę naczelnika urzędu skarbowego. Trzeba czekać, a to może wywierać negatywny wpływ na płynność finansową.

Split payment z perspektywy firm

Jak widzą to przedsiębiorcy? W pytaniu, na które odpowiadali zarówno przedstawiciele firm, które zostały skłonione przez partnerów biznesowych do tego rozwiązania, jak i tych, które same zaczęły go stosować, ponad połowa uważa, że split payment nie ma znaczenia dla płynności finansowej prowadzonego biznesu. Nieco ponad jedna czwarta nie spotkała się z mechanizmem podzielonej płatności, więc trudno w ich przypadku mówić o jakichkolwiek konsekwencjach.Split payment z perspektywy firm

Co szósty przedsiębiorca – 16,9 proc. uznał jednak, że wpływ split payment jest negatywny, z czego 10,9 proc. firm określiło go jako raczej negatywny, a 6 proc. jako zdecydowanie negatywny. Najwięcej krytycznych ocen pada ze strony firm transportowych (22,6 proc.) oraz handlowych (19,6 proc.). Najmniej negatywnych opinii w kwestii pogorszenia płynności finansowej przez split payment pojawia się ze strony przedstawicieli przemysłu (12,8 proc.) , budownictwa (14 proc.) i usług (16,6 proc.).

Większe możliwości rachunku podatkowego mogą ograniczyć negatywny wpływ na płynność

Ankietowane firmy odpowiadały chwilę po tym jak Ministerstwo Finansów poinformowało, że w ciągu 12 miesięcy działania split payment (od 1 lipca 2018 do 30 czerwca 2019) na specjalne rachunki trafiło nieznacznie ponad 10 proc. należnego za ten okres podatku VAT (65,8 mld zł). Gdy kwota ta wzrośnie, wpływ podzielonej płatności na płynność finansową przedsiębiorstw też może się zmienić. – Jak na razie wyniki badania skłaniają do wniosku, że split payment nie pogarsza w znaczący sposób sytuacji płynnościowej większości firm, choć dla części przedsiębiorstw jest jednak problemem. Pewne obawy rodzi perspektywa rosnącej skali rozliczeń w tym mechanizmie idąca w parze z wciąż utrzymującym się niekorzystnym zjawiskiem nieterminowego regulowania należności między firmami, które według naszych analiz zmusza połowę firm do czekania na pieniądze od odbiorców przez ponad dwa miesiące od wyznaczonego terminu – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Z drugiej jednak strony warto podkreślić, że od 1 listopada z rachunku VAT będzie można regulować wszelkie zobowiązania publiczno-prawne (podatki, składki ZUS), wobec tego pieniądze na nim zgromadzone nie będą już zamrożone w takim stopniu, jak do tej pory – dodaje.

Od 1 listopada 2019 r. obowiązkowe będzie stosowanie podzielonej płatności, przy transakcjach o wartości powyżej 15 tys. zł brutto – w przypadku 150 pozycji ujętych w załączniku nr 15 do ustawy o podatku VAT. Różnego rodzaju kategorie towarów i usług obejmują m.in. węgiel, koks, wyroby ze stali, komputery, procesory, telefony komórkowe, konsole do gier, części i akcesoria do pojazdów samochodowych, odpady, surowce wtórne oraz prace budowlane.

Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, lipiec 2019 r.

Typowy start tygodnia z FOMC

Kiedy wkraczamy w tydzień, w którym odbywa się posiedzenie FOMC, zwykle można spokojnie założyć, że pierwsze dni przebiegnie w sennym wyczekiwaniu środowej decyzji. Gdzieś w tle przemyka kwestia brexitu i szczątki informacji z rozmów handlowych USA-Chiny, ale ogólnie rynki czekają na mocniejsze impulsy, a takie zawsze oferuje Fed.

Nie ma się co oszukiwać, że z kalendarza makro zawierającego dziś podaż pieniądza z Eurolandu, a po południu dane o zapasach hurtowników i regionalne indeksy koniunktury z USA zadań z figur nie rozhuśta rynków. Kiedy wiadomo, że kolejne dni przyniosą decyzje FOMC, Banku Japonii i Banku Kanady oraz NFP i ISM z USA, a także PMI z Chin, inwestorzy będą oszczędzać energię.

Po posiedzeniu FOMC (śr) spodziewamy się wspólnie z rynkiem, że stopy procentowe zostaną obniżone o 25 pb, co z resztą od tygodni jest niemal w pełni zdyskontowane. Istotne będzie, jak Fed ocenia warunki wewnętrzne i zewnętrzne oraz szanse na dalsze luzowanie. Rynek wycenia kolejne cięcie do kwietnia przyszłego roku, ale wątpimy, aby prezes Powell zasygnalizował, że Fed już teraz spodziewa się wcześniejszej reakcji. W efekcie USD może przetrwać posiedzenie bez uszczerbku. Jeśli jednak Powell podkreśli, że „dostosowanie w środku cyklu” zostało zakończone, będzie to niespodzianka pozytywna dla dolara.

Dane mogą mieć większe znaczenie mogą mieć dane publikowane w piątek: ISM i NFP. W skrócie: jeśli z danych nie wynikałoby, że gospodarka dalej hamuje, czemu Fed miałby być bardziej gołębi? Po zaskakującym tąpnięciu we wrześniu do 10-letnich dołków w najnowszej odsłonie indeks ISM dla przemysłu powinien nieco odbić, choć prawdopodobnie dalej będzie sygnalizował kurczenie się sektora. Raport z rynku pracy będzie obciążony wpływem strajku w fabrykach General Motors (strajkujący nie zaliczają się do aktywnie pracujących), stąd konsensus dla zmiany zatrudnienia na 90 tys. i wzrost stopy bezrobocia do 3,6 proc. Wzrost płac ma jednak pozostać mocny (0,3 proc. m/m), w przeciwnym razie raport NFP zostanie odebrany negatywnie.

Utrzymanie chińskich wskaźników PMI dla przemysłu (czw, pt) jest warunkiem minimum dla podtrzymania nadziei odbicia globalnego ożywienia. Może być jednak za wcześnie, aby w danych uchwyciło się ocieplenie relacji handlowych USA-Chiny, stąd dane niosą ryzyko podkopania wątłego apetytu na ryzyko.

Poza tym nie uciekniemy od tematu brexitu. UE prawdopodobnie dziś udzieli Wielkiej Brytanii zgody na odsunięcie daty brexitu na koniec stycznia, choć pozytywną niespodzianką jest umieszczenie w dokumencie klauzuli wcześniejszego wyjścia, jeśli „wszystkie strony porozumienia dokonają wcześniej ratyfikacji procedury”. Wówczas brexit będzie mógł nastąpić od pierwszego dnia miesiąca następującego po miesiącu ratyfikacyjnym, tj. najwcześniej 1 grudnia. Odsunięcie widma chaotycznego brexitu we wcześniejszym terminie jest pozytywnym dla GBP rozstrzygnięciem, choć obecnie trudno to dyskontować, gdyż po drodze wszytko „zepsuć” mogą przedterminowe wybory. Premier Johnson ma zamiar podjąć próbę rozwiązania parlamentu, ale potrzebuje do tego 2/3 głosów Izby Gmin, jednak Partia Pracy jest przeciwna. Johnson może jednak skłonić mniejsze partie opozycyjne do złożenia wniosku o wotum nieufności, do którego przegłosowania potrzeba tylko 50 proc. głosów. Jakkolwiek wynik wyborów z racjonalnego punktów widzenia nie powinien być szkodliwy dla GBP (1. wygra Johnson i doprowadzi do ratyfikacji swojej umowy, 2. wygra opozycja, która w kampanii musi zaoferować coś lepszego niż Johnson, czyli nowe referendum), tak nie można zapominać o tendencji brytyjskiej sceny politycznej do zaskakiwania w najdziwniejszy sposób. Stąd informacja o przyspieszonych wyborach może uderzyć dziś w funta, ale trzymamy się zdania, że taka słabość będzie przejściowa i szybko wygaszana.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Romans klientów z Amazonem. Prawdziwa miłość czy zauroczenie?

Szybkie, impulsywne, nacechowane emocjami. Powodują drżenie rąk, szybsze bicie serca i pojawienie się kropelek potu na czole. Okazuje się, że podobne uczucia jak randki, mogą zagwarantować zakupy online. Czy jednak romans klientów z platformą Amazona jest trwałym uczuciem, czy tylko zauroczeniem? Według badań Mintel, konsumenci są zachwyceni ofertą giganta. Zachwyt ten szczególnie widać u subskrybentów Prime, drugiej po Netflixie, największej na świecie usługi abonamentowej.

Mimo że mija już ćwierć wieku odkąd Amazon pojawił się na rynku, wciąż jest to największy gracz w światowej branży e-commerce. Jej założyciel, Jeff Bezos, nie spoczywa na laurach i nieustannie rozbudowuje swoje imperium, oferując nowe funkcjonalności i usługi, które mają za zadanie przyciągnąć i zatrzymać klienta. Wybitnie z tym zadaniem radzi sobie program członkowski Amazon Prime, który posiada już 105 milionów abonentów, co czyni go drugim co do wielkości modelem opartym na subskrypcji po Netflixie. Czy taki stan rzeczy potrwa długo? Jak bardzo trwałe jest to “uczucie”? Postanowiła to sprawdzić firma Mintel.

Związek z rozsądku

W sierpniowym badaniu firmy badawczej Mintel – “How Amazon Continues to Raise the Bar” (Jak Amazon nie przestaje podwyższać poprzeczki), poddano analizie jak postrzegany jest przez konsumentów amerykański serwis i jaka jest trwałość tej relacji.

Wyniki badań korespondują z pozycją rynkową spółki Bezosa – jedna piąta ankietowanych przyznaje, że nie wyobraża sobie życia bez Amazona, a co trzecia zapytana osoba twierdzi, że to jej ulubione miejsce na zakupy. Jak bardzo trwała jest ta relacja i czy bliżej jej do bezwarunkowej miłości, czy zauroczenia?

Specjaliści Mintela twierdzą, że tę relację powinno się określić bardziej jako zakochanie się niż prawdziwą miłość, ponieważ większość kupujących najmocniej kojarzy Amazon z oszczędzaniem pieniędzy i czasu – oba atuty można zdefiniować jako praktyczne. Myślę, że w Ameryce doskonale o tym wiedzą, dlatego tak wielką uwagę przykłada się do kwestii polityki cenowej, promocji, jak i rozwoju usług logistycznych. W USA już wdrażany jest system one day delivery, który zakłada, że niektóre towary, gigant dostarczy jeszcze w dzień zakupu.” – mówi Aleksandra Szarmach, Marketing Manager z Nethansy, sopockiego startupu, który wprowadza polskie i niemieckie firmy na międzynarodową platformę handlową Amazon, gdzie kompleksowo zarządza ich sprzedażą przy pomocy autorskiego systemu Cliperon, uzbrojonego w sztuczną inteligencję.

Taka miłość zdarza się tylko raz w życiu

Czymś, co przez lata stało się niemal symbolem amerykańskiej korporacji jest usługa Prime, jaką mogą wykupić użytkownicy serwisu. Taka subskrypcja daje im dostęp do darmowej wysyłki, specjalnych ofert i priorytetowego traktowania. Według badań Mintel, zadowolenie posiadaczy Prime jest szczególnie wysokie, dwie trzecie z nich twierdzi, że są „bardzo zadowoleni” z tego, co oferuje im wspomniana usługa. A przecież, nie tak dawno firma wprowadziła podwyżkę do 119 USD rocznie. Co więc sprawia, że pozycja firmy Bezosa jest tak silna, że nawet wzrost cen, nie zniechęca kupujących?

Amazon to przede wszystkim całościowe doświadczenie, to połączenie emocji, zaufania i wygody. W badaniach Mintel, kupujący oceniają platformę zakupową Bezosa ponad wszystkich głównych konkurentów pod niemal każdym względem: dostawy, łatwości użytkowania i wyboru produktu. Firma cały czas usprawnia model zakupu, odbudowując swojego odbiorcę nowymi usługami, które uczynią cały proces, jak i doświadczenie – kompletnym i spójnym. Istnieje powiedzenie, że od lepszych wymaga się więcej, oczekiwania są wysokie, czterech na dziesięciu ankietowanych przyznaje, że Amazon na nowo zdefiniował, co oznacza wygoda, jeśli chodzi o zakupy.” – mówi ekspertka Nethansy.

Rewolucję, jaką zapoczątkował Jeff Bezos, przeklinają inni gracze rynkowi, ponieważ ze względu na popularność Amazona, nie tylko spadły ich dochody, ale również wzrosły oczekiwania klientów. Na skutek oddziaływania platformy 27% konsumentów oczekuje więcej od innych sprzedawców detalicznych. Siła z jaką gigant oddziaływuje na rynek i konsumentów zyskała już nawet swoją nazwę: efekt Amazona. Jednak gigant ecommerce to nie tylko niskie ceny i szybka wysyłka – to również doświadczenia, czyli emocje.

Między nimi jest chemia

Specjaliści od chemii mózgu, wielokrotnie realizowali badania, mające na celu ustalenie, jakie reakcje zachodzą podczas procesu zakupu. Odkryto, że popularny shopping powoduje pojawienie się wzmożonej ilości hormonu szczęścia – dopaminy, którego mózg używa do nagradzania i wzmacniania zachowań, które postrzega jako dobre. Ten sam proces zachodzi podczas udanej randki, jak i strzeleniu gola w ważnym meczu. To tłumaczy, dlaczego działalność Amazona tak mocno odciska swoje piętno na funkcjonowaniu nowoczesnych społeczeństw. A może coś innego stoi za sukcesem Bezosa?

Uczucia na pewno są ważne, jednak porozmawiajmy o tym, co jest ich źródłem. Kluczem do sukcesu Amazona jest zaufanie, jakim darzą go klienci. Te natomiast buduje się poprzez wiarygodność. Amerykański serwis to już nie tylko sklep online, ale również największa na świecie wyszukiwarka recenzji produktów. Badania LoyaltyLion pokazują, że 91% osób zanim dokona zakupu, czyta recenzje. Taka praktyka, pozwala zamknąć działania użytkownika w granicach jednej platformy.” – przekonuje Aleksandra Szarmach.

W sklepie fizycznym klient często ma możliwość rozmowy z konsultantem lub innymi ludźmi, którzy w danej chwili, przebywają wokół niego. W świecie online taka interakcja jest niemożliwa bądź o wiele trudniejsza, dlatego funkcję tę przejęły serwisy gromadzące opinie. 84% ankietowanych w badaniu LoyaltyLion twierdzi, że zaufało opinią online, tak samo, jak osobistej rekomendacji. Co istotne – wspomniane badanie pokazuje, że firmy korzystające z funkcjonalności recenzji, mogą zwiększyć współczynnik konwersji niemal 10-krotnie, z 2% do 26,83%.

Pracownicy IT coraz drożsi w pozyskaniu. Rekrutacja programistów może kosztować nawet 60 tys. zł

Znalezienie nowego pracownika w IT staje się coraz droższe. Według najnowszego raportu No Fluff Jobs na samą rekrutację firmy wydają nawet 60 tysięcy złotych rocznie. Blisko 40 proc. badanych przedsiębiorstw wskazuje, że w 2019 roku budżety przeznaczane na poszukiwania nowych specjalistów rosną. Przyczynami takiego stanu rzeczy są niedobory pracowników oraz wysokie wymagania finansowe. 

Koszta rekrutacji

Z przeprowadzonej ankiety wynika, że nawet 38 proc. firm przeznacza na rekrutacje od 2 do 20 tysięcy złotych. Budżety 16 proc. badanych firm przekroczyły próg 60 tys. zł. Badani wskazali na pojawienie się coraz większej potrzeby inwestycji w nowe metody prowadzenia działań rekrutacyjnych.  40 proc. przebadanych firm zwiększyło swoje wydatki w stosunku do roku poprzedniego. Na spadek wskazało zaś tylko 5,9 proc. ankietowanych.

– Szacuje się, że w Polsce brakuje wciąż około 50 tys. specjalistów IT. Biorąc pod uwagę dynamiczne tempo rozwoju polskich firm oraz fakt, że coraz więcej zagranicznych korporacji chce tworzyć swoje siedziby w naszym kraju, możemy stwierdzić, że rzeczywiście stan ten będzie się utrzymywał jeszcze co najmniej przez kolejne kilka lat – mówi Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs.

Jakich pracowników poszukują rekruterzy

W tym samym czasie zauważalny jest wzrost zapotrzebowania na nowych pracowników. Zdecydowana większość, bo 71 proc. ankietowanych zadeklarowało chęć zatrudnienia nowych ekspertów z branży IT. Najbardziej poszukiwanymi fachowcami są programiści technologii tradycyjnych (53 proc.), na przykład  Javascript, Java, Angular, PHP, .NET, Phython. Z kolei mniej poszukiwani są pracownicy ze znajomością technologii wschodzących (14 proc.) takich jak: Machine Learning, Deep Learning, Natural Language Processing. Najmniejszy popyt jest na testerów, architektów systemów oraz ekspertów ds. bezpieczeństwa.

Proces rekrutacji programistów stanowi dziś jedno z największych wyzwań. W branży IT problem ten jest szczególnie dotkliwy na tle innych branż. Rekruterzy muszą wykazywać się wyjątkową kreatywnością. Programiści z reguły są dobrze opłacani, nie narzekają na brak nowych ofert, a na dodatek mają często swoje własne preferencje dotyczące godzin i sposobów pracy. Dlatego powstają coraz to nowsze narzędzia jak na przykład video prezentacje oferty pracy – podkreśla Magda Gawłowska-Bujok COO No Fluff Jobs.

Trudno o nowego pracownika

Mimo zapotrzebowania na rynku IT, rekrutacja nowych osób wcale nie jest łatwa. 73 proc. badanych rekruterów spodziewa się trudności w znalezieniu nowych osób. Na pytanie: „które z poniższych wyzwań w rekrutacji IT jest najważniejsze”, HR-owcy wskazali, że problemem jest m.in.: brak odpowiednich narzędzi rekrutacyjnych, brak możliwości dotarcia do specjalistów nieposzukujących pracy, a także brak źródeł pozyskiwania kandydatów.

Jako trzy główne wyzwania ankietowani wskazali:
– niedobór wykwalifikowanych specjalistów – 33,7 proc.
– wysokie wymagania finansowe – 23,9 proc.
– dużą konkurencję – 16,7 proc.

Sposoby na wyławianie kandydatów

Z przeprowadzonego badania wynika, że 54 proc. rekruterów przyznało, że przy poszukiwaniu nowych specjalistów, najczęściej korzysta z portali ogłoszeniowych. Jednocześnie połowa (51 proc.) z nich korzysta z portalu LinkedIn jako narzędzia do odnajdywania kandydatów, a 42,8 proc. badanych wskazało, że przeprowadziło rekrutację na podstawie rekomendacji. Ta ostatnia forma zyskuje na popularności wśród rekruterów. Znikomym zainteresowaniem (3 proc.) cieszą się takie formy jak: artykuły sponsorowane czy płatne bazy kandydatów. Ankietowani wskazali w badaniu, że w poszukiwaniu nowych talentów korzystają także z własnych kanałów, takich jak np. strona „Kariera” (27,4 proc.). Korzystanie z witryny pozwala w dużym stopniu zaoszczędzić na ogłoszeniach publikowanych na zewnętrznych portalach.

Efektywność poszukiwań to już druga strona medalu. Okazuje się, że najskuteczniejszym źródłem jest portal LinkedIn – taki wynik wskazało 34% badanych. Na drugim miejscu znalazła się rekomendacja, a tuż za nią portale ogłoszeniowe o branży IT. Jeśli chodzi o wspomnianą już wcześniej stronę „Kariera”, tylko 3,3 proc. ankietowanych ocenia ją jako skuteczne źródło rekrutacji. Za najmniej efektywne sposoby zainteresowania potencjalnych kandydatów ofertą pracy, uznane zostały artykuły

– Wyniki, które uzyskaliśmy w ankiecie, pozwoliły nam wyciągnąć kluczowe wnioski dotyczące działań rekrutacyjnych, wśród firm zatrudniających specjalistów z branży IT. Przede wszystkim obecnie najpopularniejszym źródłem wykorzystywanym przez rekruterów podczas poszukiwania kandydatów są portale z ogłoszeniami. Z kolei najskuteczniejszy headhunting na LinkedIn jest metodą sprawdzoną, ale wymaga od rekrutera sporo zaangażowania i czasu, a sami kandydaci są obecnie zmęczeni ilością pytań i propozycji. Dlatego platformy ogłoszeniowe takie jak No Fluff Jobs sięgają po innowacyjne metody zwiększenia ich wydajności. Są to między innymi wymagane widełki płacowe w każdym ogłoszeniu, dopasowywany format ogłoszenia do potrzeb kandydata, jasno określone wymagania czy możliwość porównania ofert. To wszystko sprawia, że odpowiedni kandydaci aplikują na dopasowane do ich kompetencji stanowiska – wskazuje Tomasz Bujok, CEO No Fluff  Jobs.

Badanie było prowadzone na przestrzeni ośmiu miesięcy – od stycznia do końca października 2019 r. Składało się wyłącznie z pytań zamkniętych. Opcja wielokrotnego wyboru odpowiedzi była możliwa tylko w przypadku pytania o źródła wykorzystywane do poszukiwania nowych pracowników. Ankietowani to w przeważającej większości osoby odpowiedzialne za prowadzenie rekrutacji specjalistów IT w swoich firmach.

Polska strategia energetyczna – wciąż brakuje kluczowych decyzji

Co najbardziej negatywnie wpływa na polską energetykę? Ogromnym problemem jest brak decyzyjności. Obecna polityka energetyczna to rozwiązania przyjęte jeszcze na początku dekady. Do tej pory nie została zrewidowana. Projekt ten obejmuje czas do 2040 roku, a tymczasem dyskusja nad nim trwa już cztery lata. Politycy nie potrafią sprawnie podejmować rozstrzygających decyzji w tym ważnym obszarze. Do dzisiaj nie wiadomo, czy powstanie elektrownia jądrowa. Nieznany jest także los energetyki odnawialnej. Wynik wyborów może wnieść jeszcze więcej niepewności.

– Strategia energetyczna istnieje tylko na papierze i może zmienić się z dnia na dzień w coś zupełnie nieoczekiwanego – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Obecna sytuacja nie jest żadnym konkretnym sygnałem dla rynku. Inwestorzy wolą czekać lub umieszczać kapitał gdzieś indziej. Do tego teraz partia rządząca będzie musiała podzielić się fruktami wyborczymi z frakcjami wewnętrznymi, a być może także z koalicjantami z zewnątrz – np. w zamian za poparcie w Senacie. Oznacza to mniej stabilny niż w poprzedniej kadencji rząd, który będzie musiał dawać koncesję partnerom politycznym – a przez to niemożliwe będzie prowadzenie jednorodnej, zdecydowanej polityki. Czynniki zewnętrzne – jak zwiększające się ambicje unijnej polityki klimatycznej czy oczekiwania Komisji Europejskiej wobec przedstawienia strategii energetycznej Polski do końca roku – sprawią, że na rząd wywierana będzie jednak coraz większa presja w tym obszarze – zaznaczył Jakóbik.

Co czwarty Polak uważa, że zachoruje na raka. Coraz popularniejsze stają się ubezpieczenie na wypadek choroby nowotworowej

Co czwarty Polak uważa, że zachoruje na raka. Coraz popularniejsze stają się ubezpieczenie na wypadek choroby nowotworowej 8

Zachorowanie na chorobą nowotworową jest prawdopodobne dla co czwartego Polaka. Niemal 40 proc. przyznaje, że ciężka choroba ich lub bliskich zmusiła do nieobecności w pracy. Co więcej poważna choroba, zwłaszcza onkologiczna, generuje dodatkowe koszty. Blisko połowa rekomendowanych terapii lekowych jest niedostępna dla polskich pacjentów. Popularne stają się więc ubezpieczenia na wypadek choroby nowotworowej, które zapewniają nie tylko świadczenie w wysokości nawet pół miliona złotych, lecz także dodatkowe środki na leczenie specjalistyczne.

Nowotwory złośliwe to druga najczęstsza przyczyna zgonów w Polsce. Nie tylko polskie statystyki potwierdzają rosnącą skalę tych zachorowań, lecz także badania Globacon mówią, że ich skala w 2025 roku wzrośnie z 14 mln do 19 mln rocznie, a w 2035 roku liczba tych zachorowań wyniesie już 25 mln rocznie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Morańska, rzecznik prasowy Unum Życie TUiR.

Badania Unum Insight wskazują, że Polacy najczęściej martwią się o życie prywatne i rodzinne (26 proc.), stan zdrowia najbliższych (23 proc.), sytuację finansową (22 proc.) i swój stan zdrowia (21 proc.). Co czwarta osoba dostrzega u siebie prawdopodobieństwo choroby nowotworowej. Co więcej, już teraz blisko 40 proc. przyznaje, że poważna choroba zmusiła ich lub ich bliskich do nieobecności w pracy. Z tej grupy co czwarty korzystał ze zwolnienia dłuższego niż pół roku.

Po tym okresie świadczenia z ZUS-u znacznie maleją. Ale, co ważne, poważna choroba generuje dodatkowe koszty w rodzinie, i to nie tylko wynikające z zakupu leków czy dojazdów na badania specjalistyczne, lecz bardzo często są to koszty prywatnej opieki medycznej, drugiej konsultacji czy powtórnej opinii medycznej. Przy chorobach takich jak nowotwór także opieka nad osobą chorą wymaga ograniczenia pracy osoby opiekującej się pacjentem i to też znacznie wpływa na domowy budżet – przekonuje Małgorzata Morańska.

Fundacja Alivia podaje, że oncoindex – wskaźnik mierzący poziom dostępności do terapii onkologicznych w Polsce ma wartość -70 (gdzie -100 oznacza zupełny brak dostępu do terapii, a poziom 0 – pełną możliwość leczenia). W 17 najbardziej śmiertelnych grupach chorób nowotworowych, 47 z 102 rekomendowanych terapii lekowych nie jest w ogóle dostępnych dla polskich pacjentów, co oznacza, że NFZ nie zapłaci za leczenie nimi. Tym samym polscy pacjenci często są zmuszeni płacić za leczenie z własnej kieszeni i szukać pomocy za granicą.

Opieka medyczna w Polsce jest powszechna i bezpłatna, ale przy leczeniu onkologicznym bardzo dużo leków w Polsce jest niedostępnych, tak wynika z najnowszej kontroli NIK-u i to często zmusza pacjentów do poszukiwania prywatnej opieki medycznej bądź sięgania po leki z zagranicy, co generuje również dodatkowe koszty – tłumaczy ekspertka.

Jak pokazują dane NIK, skuteczność leczenia onkologicznego w Polsce jest gorsza niż w większości pozostałych krajów Unii Europejskiej. Choć liczba zachorowań na nowotwory złośliwe jest w Polsce niższa niż w większości krajów europejskich, to umieralność dużo wyższa. Polska razem z Węgrami i Chorwacją jest w pierwszej trójce krajów Unii z największą umieralnością na nowotwory złośliwe.

Dobrym rozwiązaniem dla osób, które obawiają się rosnących kosztów w obliczu diagnozy nowotworu, jest ubezpieczenie na wypadek choroby nowotworowej. Nie tylko zapewnia świadczenie w wysokości nawet pół miliona złotych, lecz także dodatkowe środki na leczenie specjalistyczne. Ubezpieczenie pomaga również zorganizować nieodpłatnie szereg usług, jak diagnoza nowotworu w rodzinie, druga opinia medyczna poza granicami kraju, organizacja leczenia, organizacja pobytu w sanatorium, pomoc psychologa czy organizacja i pokrycie kosztów transportu na badania specjalistyczne – wymienia Małgorzata Morańska.

Do końca przyszłego roku połowa odpadów musi być kierowanych do recyklingu. Tymczasem co trzeci Polak wciąż nie segreguje śmieci

Do końca przyszłego roku połowa odpadów musi być kierowanych do recyklingu. Tymczasem co trzeci Polak wciąż nie segreguje śmieci 9

Zgodnie z unijnymi wymogami, w 2020 roku w Polsce 50 proc. wytwarzanych odpadów komunalnych powinno być kierowanych do recyklingu. Obecnie ten wskaźnik wynosi 36 proc., ale z każdym rokiem rośnie. Badania pokazują jednak, że świadomość dotycząca selektywnej zbiórki i recyklingu odpadów jest wśród Polaków wciąż zbyt niska – 1/3 w ogóle nie segreguje śmieci. Co istotne, ceny za odbiór odpadów komunalnych będą rosnąć, co wiąże się z faktem, że w części gmin są po prostu źle skalkulowane, a ponadto rosną też koszty energii, wody czy paliwa.

– Recykling w Polsce jak najbardziej działa, selektywna zbiórka się pięknie rozwija także na poziomie mieszkańców. Niestety, z jej jakością wciąż jest problem. Mieszkańcy wciąż nie do końca wiedzą, co i do jakiego koloru pojemnika mają wrzucić. To jest głównie problem braku świadomości i wprowadzenia selektywnej zbiórki na poziomie ogólnopolskim, żeby wszędzie były te same standardy – mówi Katarzyna Błachowicz, członek zarządu Klastra Gospodarki Odpadowej i Recyklingu.

Według informacji Ministerstwa Środowiska w 2017 roku większość polskich gmin (96 proc.) osiągnęła wymagany 20-procentowy poziom recyklingu odpadów, a z każdym rokiem osiągany przez Polskę poziom recyklingu i przygotowania odpadów komunalnych do ponownego użycia systematycznie rośnie.

Z drugiej strony najnowsze, październikowe badanie ARC Rynek i Opinia dla Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazuje jednak, że świadomość dotycząca selektywnej zbiórki i recyklingu wśród Polaków wciąż jest niewystarczająca. Tylko 15 proc. potrafiłoby poprawnie posegregować przykładowe artykuły podczas wyrzucania. Ponad połowa (52 proc.) myje opakowania z metalu i tworzyw sztucznych przed ich wyrzuceniem i jest błędnie przekonana, że to konieczne. Co więcej, odpady segreguje tylko 66 proc. Polaków, co oznacza, że 1/3 nie robi tylko w ogóle i raptem 58 proc. uważa, że ma to jakikolwiek sens.

– W skali kraju mamy teraz 36-procentowy poziomu recyklingu – mówi Katarzyna Błachowicz. – Docelowo w 2020 roku powinniśmy zbierać i przetwarzać 50 proc. odpadów. Według informacji za 2018 rok było to 36 proc., ale jeszcze rok wcześniej – 27 proc., więc jednak poziom selektywnej zbiórki wzrasta. Tendencje są coraz lepsze, natomiast wciąż segregujemy zbyt mało, bo czasami nam się nie chce, nie myślimy o tym, że trzeba np. zbierać bioodpady i je segregować w domach. Co więcej, nie każdy rozumie sens i nie każdy wie, co się z tymi odpadami dalej dzieje, to jest chyba największy problem.

Jak podkreśla, zmian wymaga również system finansowania selektywnej zbiórki i recyklingu odpadów komunalnych. Z jednej strony – mieszkańcy muszą zdawać sobie sprawę, że odbiór kubła śmieci wiąże się z kosztami, w których muszą partycypować. Z drugiej – ten koszt nie może być przerzucany tylko i wyłącznie na mieszkańców, a producenci powinni ponosić większą odpowiedzialność za opakowania wprowadzane na rynek.

– Po pierwsze, ten system powinien się finansować, nie może być obciążenia tylko dla mieszkańca, który płaci za odbiór odpadów. Chociaż ten musi zdawać sobie sprawę, że to będzie kosztować – bo po odbiór jednego kubła śmieci musi przyjechać ciężarówka, ktoś go musi załadować, więc to jest koszt m.in. paliwa, transportu, pracy,  ktoś to musi później zagospodarować. To cały, złożony system, natomiast nie może być przerzucony tylko na mieszkańca., bo ktoś produkuje te odpady i powinien robić to tak, żeby one się nadawały do recyklingu. Niestety, jako konsumenci często tez nie zwracamy uwagi na to co kupujemy, a nawet szczoteczki do zębów są pakowane tak, że bardzo trudno rozdzielić to papierowe opakowanie od części z tworzywa i generalnie wyrzucamy to jako odpad zmieszany – mówi Katarzyna Błachowicz.

Jak ocenia, ceny za odbiór odpadów komunalnych będą rosnąć, co wiąże się z faktem, że w części gmin są po prostu źle skalkulowane. Ponadto, rosną również koszty energii, wody, transportu czy paliwa, co również przełoży się na wzrost kosztów za odbiór odpadów komunalnych.

– Włodarze tych gmin, którzy zdawali sobie sprawę jak ten system ma wyglądać i jakie są jego koszty, właściwie skalkulowali ceny selektywnej zbiórki odpadów dla mieszkańców. Natomiast niektórzy zastosowali ceny – trudno mi tutaj wyrokować dlaczego – na poziomie 4-5 zł. Stąd te podwyżki – nawet trzykrotne, o których się słyszy – muszą zaistnieć, ponieważ ceny powinny być standardowe i odpowiadać rynkowi zagospodarowania odpadów. Ponadto, rosną ceny rosną energii, wody, transportu, paliwa, więc również opłaty za zagospodarowanie odpadów trochę wzrosną. Natomiast ważne jest to, żeby te odpady trafiały z powrotem do recyklingu, do wykorzystania i wtedy jest szansa, że one po prostu zaczną spadać – mówi Katarzyna Błachowicz.

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku) nakłada na producentów opakowań obowiązek stosowania się do ROP (rozszerzona odpowiedzialność producentów), której zasady zostały ujednolicone w dyrektywach. Zakładają one m.in., że producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu. Pakiet ustanawia wyższe również cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych – w 2020 roku państwa członkowskie UE powinny osiągnąć 50-procentowy poziom recyklingu odpadków, w 2025 r. – 55 proc., w 2030 r. – 60 proc., a w 2035 r. aż 65 procent odpadów powinno ulegać recyklingowi.  Tym, które nie zmieszczą się w limitach, grożą finansowe kary.

– Mamy bardzo dobre instalacje i recykling się rozwija, tylko problem jest z popytem na materiały przetworzone – mówi Katarzyna Błachowicz – Czasami ten niski popyt na materiały z recyklingu, które są wykorzystywane w innych produktach, wynika z naszej nieświadomości, a czasami z wyższej ceny. Jeżeli ta sama butelka wody z recyklingu jest droższa, a z surowców pierwotnych tańsza – to wybierzemy oczywiście tę tańszą. Wynika to z faktu, że system rozszerzonej odpowiedzialności producentów nie jest w Polsce dofinansowywany, często te surowce pierwotne są tańsze od tych surowców wtórnych. Po stronie rządów i Komisji Europejskiej leży wypracowanie instrumentów wsparcia czy zniżek podatkowych dla tych, którzy recyklingują i zamykają obieg albo zachęty, żeby nie tworzyli opakowań czy produktów, które nie będą się nadawały do recyklingu.

Choć luka płacowa w Polsce należy do najmniejszych w UE, na wyższych stanowiskach kobiety zarabiają nawet o 4 tys. zł mniej. Rzadko zgłaszają też mobbing i przypadki molestowania

0

Choć luka płacowa w Polsce należy do najmniejszych w UE, na wyższych stanowiskach kobiety zarabiają nawet o 4 tys. zł mniej. Rzadko zgłaszają też mobbing i przypadki molestowania 10

Luka płacowa w Polsce sięga 20 proc. Na najwyższych stanowiskach różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn sięga nawet 4 tys. zł brutto. Nawet połowa pracowników nie zgłasza przełożonym przypadków mobbingu, przede wszystkim ze względu na strach prze utratą pracy. Kobiety rzadko też informują o molestowaniu, bo nie mają wiary, że cokolwiek to zmieni. Projekt „Równość w biznesie” ma pomóc to zmienić.

W projekcie „Równość w biznesie” chodzi o zrównanie płac, zrównanie warunków pracy kobiet i mężczyzn, jak również osób niepełnosprawnych, osób innego wyznania, osób starszych. Istnieją różne formy dyskryminacji, zwłaszcza w biznesie – mówi agencji Newseria Biznes Paulina Domińska, ekspertka projektu „Równość w biznesie”, Konfederacji Lewiatan.

Z badania CBOS „Kobiety i mężczyźni na rynku pracy" wynika, że sytuacja kobiet na rynku pracy z roku na rok się poprawia. Mniej jest kobiet, które uważają, że mają mniejsze szanse na awans niż mężczyźni. Nieco ponad 40 proc. osób jest zdania, że kobiety są traktowane na równi z mężczyznami, jeśli chodzi o możliwości awansu. Co czwarty Polak jest zdania, że kobiety uzyskują takie same zarobki jak mężczyźni. Wciąż jednak, mimo podobnego wykształcenia i zajmowanego stanowiska, panie zarabiają mniej niż panowie.

Pod względem luki płacowej jest jeszcze dużo do zrobienia – przekonuje Paulina Domińska. – W ruchu HASHPayMeeToo  chodzi o zrównanie płac kobiet i mężczyzn, bo tutaj jest rzeczywiście duża nierówność płacowa na tych samych stanowiskach. Ale to wynika nie tylko np. ze złej woli mężczyzn, ale też z tego, że kobiety po prostu nie żądają odpowiedniej płacy za swoją pracę i czasami w ogóle się boją startować na pewne stanowiska.

Według Eurostatu luka płacowa w Polsce wynosi 7,2 proc.(dane za 2016 rok), w badaniu jednak nie uwzględnia się mikroprzedsiębiorstw, gdzie zatrudnionych jest około 40 proc. pracowników . Skorygowana luka płacowa, gdzie bierze się pod uwagę nie tylko najmniejsze firmy, ale też wykształcenie, doświadczenie, czy rodzaj wykonywanej pracy, wynosi nawet 20-30 proc.

W Polsce luka płacowa jest cztery razy wyższa w sektorze prywatnym niż w publicznym. Przeciętna różnica w miesięcznym wynagrodzeniu kobiet i mężczyzn w Polsce to 764 złote. Z kolei na stanowiskach decyzyjnych najwyższego szczebla różnica w zarobkach sięga 4 tys. zł brutto.

Polska ma dużo do zrobienia w kwestii równości, chociażby ze względu na to, że w radach nadzorczych np. banków dużych firm często nie zasiada żadna kobieta, albo na wysokich stanowiskach jest bardzo mało kobiet, ponieważ nie ma jeszcze przepisów ustalonych takich, że jak np. we Francji, w innych krajach, że jest obowiązek, po prostu wymóg, takie parytety. U nas tego nie ma, ale mam nadzieję, że to się zmieni – przekonuje Paulina Domińska.

Problemem w Polsce jest też mobbing. Około 5 proc. pracowników jest ofiarą notorycznego prześladowania w miejscu pracy, częściej kobiety. Jednocześnie ponad połowa osób boi się powiadomić o tym fakcie przełożonego, przede wszystkim ze względu na lęk przed utratą pracy.

W całej UE ok. 55 proc. doświadczyło jakiejkolwiek formy molestowania seksualnego. W Polsce, biorąc pod uwagę wszystkie możliwe przypadki uznane za molestowania, ok. 11 proc. stanowią przypadki molestowania seksualnego. Według ekspertów dane mogą być jednak zaniżone, zwłaszcza że pokrzywdzeni rzadko zgłaszają się do wymiaru sprawiedliwości.

Trzeba wdrożyć konkretny plan. Każdy z nas tak powinien go w swoim przedsiębiorstwie, żeby zmienić sytuację. Samo z siebie nic się nie zmienia, więc my musimy to zrobić – podkreśla Paulina Domińska.

Projekt „Równość w biznesie” ma na celu wypracowane konkretnych narzędzi i materiałów umożliwiających wdrożenie takich rozwiązań, które zagwarantują równe traktowanie kobiet i mężczyzn i przyjazne środowisko pracy.

Nawet 1/5 procesów finansowych w firmach zostanie zautomatyzowana. Pracownicy nie nadążają jednak z rozwijaniem cyfrowych kompetencji

Nawet 1/5 procesów finansowych w firmach zostanie zautomatyzowana. Pracownicy nie nadążają jednak z rozwijaniem cyfrowych kompetencji 11

Ponad 20 proc. zadań finansowych w firmach zostanie zautomatyzowanych w nadchodzących kilku latach – wynika z badania Instytutu Rachunkowości Zarządczej CIMA. Firmy korzystające ze wsparcia technologii takich jak chmura, sztuczna inteligencja czy analityka danych wykazują się większą umiejętnością dostosowywania się do zmian i rozwijają szybciej niż podobne przedsiębiorstwa. Za rozwojem technologicznym nie nadążają jednak kompetencje specjalistów z dziedziny finansów – 90 proc. zespołów finansowych nie ma w tej chwili odpowiednich umiejętności cyfrowych.

– Termin „agile”, czyli zwinny, jest ostatnio bardzo modny w świecie biznesu. Odnosi się do tego, jak szybko możemy dostosować się do zmian. Użyliśmy terminu „agile finance” w badaniach, opisując w ten sposób finansowy model operacyjny, za pomocą którego finanse mogą być napędzane technologią w celu wsparcia działań firmy. Zarządzanie finansami oparte na technologii pomaga firmie zwiększyć zwinność, rozumianą jako gotowość do przystosowania się do zmian, próbowanie nowych rozwiązań, nieustanne uczenie się – mówi agencji Newseria Biznes Peter Simons z CIMA (Instytutu Rachunkowości Zarządczej, Chartered Institute of Management Accountants).

Jak wynika z tegorocznego raportu CIMA „Future of Finance” – 61 proc. specjalistów z dziedziny finansów przewiduje, że co najmniej 20 proc. zadań finansowych zostanie zautomatyzowana w ciągu najbliższych trzech lat. Z kolei ponad połowa (55 proc.) już zauważyła przestawienie się na automatyzację procesów. Badania CIMA wykazały, że firmy korzystające ze wsparcia cyfrowych technologii w obszarze finansowym to podmioty, które wykazują się największą zwinnością biznesową, zwiększając swoje przychody i rozwijając się szybciej niż podobne przedsiębiorstwa.

– Są technologie, które nie rozprzestrzeniły się w równym stopniu. Niektóre przedsiębiorstwa już z nich korzystają, inne nie – mówi Peter Simons. – Nadal jesteśmy na etapie wdrażania chmury obliczeniowej. Przewidujemy, że ta technologia zyska na popularności i coraz więcej firm będzie korzystać z systemów ERP (planowanie zasobów przedsiębiorstwa – przyp. red.) w chmurze. Będziemy też obserwować wzrost popularności analityki biznesowej w celu automatycznego gromadzenia i zestawiania informacji, które w innym razie musiałyby być zestawiane w arkuszu kalkulacyjnym. Podejmowane są również próby automatyzacji procesów z zastosowaniem robotów – dodaje.

Jak podkreśla ekspert, przyszłością w obszarze finansów i księgowości jest wykorzystanie sztucznej inteligencji w analityce danych. Choć prace nad tą technologią są jeszcze na wczesnym etapie, sztuczna inteligencja może być stosowana na potrzeby analizy danych m.in. w celu usprawniania procesów czy wskazania nieprawidłowości w sprawozdawczości. Z czasem mogłaby też wspomóc wdrażanie cyfrowych platform doradztwa finansowego (robo-advisers).

– Liderzy technologii cyfrowych w finansach już korzystają z chmury obliczeniowej. Już teraz stosują również cyfryzację danych i narzędzia analityki biznesowej. To właśnie oni rozpoczęli eksperymenty z przetwarzaniem kognitywnym (cognitive computing), wdrożyli automatyzację procesów z zastosowaniem robotów i zaczynają wprowadzać inteligentną automatyzację procesów (Intelligence Process Automation). Wreszcie eksperymentują z platformami cyfrowego doradztwa finansowego – wskazuje Peter Simons.

Badania CIMA pokazują, że większość zespołów finansowych i specjalistów z dziedziny finansów nie rozwija jednak swoich umiejętności na tyle szybko, żeby uwzględniały one wpływ sztucznej inteligencji, automatyzacji procesów i innych technologii na branżę. Ponad 50 proc. globalnych liderów finansów uważa, że w ciągu najbliższych 3 lat kompetencje ich zespołów będą musiały się znacząco zmienić w wyniku przejmowania tradycyjnych zadań przez nowe technologie.

Potwierdza to również badanie „Agile Finance Unleashed” przeprowadzone przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości i firmę Oracle. Wynika z niego, że 90 proc. zespołów finansowych nie ma w tej chwili odpowiednich kompetencji, aby wspierać cyfrową transformację i zdolność firm do rozwoju oraz podejmowania lepszych korporacyjnych decyzji.

Samobójstwo popełnia w Polsce codziennie 15 osób. Są to głównie mężczyźni

0

Samobójstwo popełnia w Polsce codziennie 15 osób. Są to głównie mężczyźni 12

Każdego dnia w Polsce odbiera sobie życie 15 osób, 12 z nich to mężczyźni. Jesteśmy też na drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw nieletnich. Kwestia samobójstw jest bardzo skomplikowana, a powody załamania mogą być bardzo różne. Wśród nich są problemy rodzinne, nieumiejętność radzenia sobie z wyzwaniami zawodowymi, wygórowane ambicje, niespełnienie lub brak akceptacji ze strony otoczenia. Jest też duże prawdopodobieństwo, że na własne życie targną się osoby zmagające się z depresją, załamaniem nerwowym czy innymi podobnymi chorobami.

Psychoterapeuci tłumaczą, że osoby zagrożone podjęciem próby samobójczej same zazwyczaj nie mają odwagi, by prosić o pomoc, wsparcie czy nawet zwykłą rozmowę. W czterech ścianach mierzą się ze swoimi problemami, które z czasem tylko się nawarstwiają, a sytuacja staje się wręcz dramatyczna. Dlatego też, jeśli ktoś zauważy, że osoba z bliskiego otoczenia całkowicie zmienia swoje zachowanie, staje się skryta, nie radzi sobie z codziennymi obowiązkami i miewa czarne myśli, absolutnie nie można tego bagatelizować.  

– Nie ma jednej przyczyny. Aby doszło do samobójstwa, zazwyczaj składa się na to bardzo dużo różnych czynników. Są to nasze umiejętności radzenia sobie z trudnościami, cechy osobowości, ale również sytuacje, z którymi przyszło nam się mierzyć. I jeśli szczególna konfiguracja dopadnie konkretnego człowieka, może on po prostu nie mieć siły, żeby sobie z nią poradzić – mówi agencji Newseria Małgorzata Łuba, psychoterapeuta z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Zdaniem psychologów to, co powinno nas zaniepokoić, to diametralna zmiana zachowania, zazwyczaj na gorsze. W dużej mierze może ona wskazywać na to, że dana osoba zmaga się z jakimś poważnym problem.

– Jeśli bliska osoba ostatnim czasem nie ma na nic siły, zdarza jej się mówić dziwne jak dla niej rzeczy albo unika tego, co zazwyczaj sprawiało jej satysfakcję, przestaje radzić sobie z obowiązkami, wyzwaniami dnia codziennego lub mówi rzeczy, które brzmią dziwnie, niepokojąco, to może być dla nas sygnał. Po prostu trzeba reagować, jeśli widzimy, że coś się zmieniło, ten ktoś wydaje się być trochę inny niż był do tej pory – mówi Małgorzata Łuba.

W takiej sytuacji nie warto zwlekać, tylko trzeba zacząć działać natychmiast. Kluczowa jest tutaj szczera rozmowa, dzięki której możemy zebrać sporo ważnych informacji. Aby skutecznie zapobiegać samobójstwom, trzeba m.in. wiedzieć, w jaki sposób rozmawiać zarówno z ludźmi w kryzysie, jak i osobami z ich otoczenia.

–  Z boku możemy widzieć różne rzeczy, ale zamiast szukać odpowiedzi w swojej głowie, warto zwrócić się do tego człowieka, u którego coś się zmieniło i powiedzieć mu, co widzimy, zapytać, co się u niego dzieje. Warto dodać, że się martwimy, troszczymy i chcielibyśmy wiedzieć, że jesteśmy ciekawi. Takie proste słowa to jest pierwsza możliwość naszego zareagowania. Dzięki prostej rozmowie bardzo często jesteśmy w stanie dowiedzieć się, jak ten ktoś doświadcza swojego życia, jak widzi swoją sytuację. Być może ma jakieś trudności, których my nie byliśmy w stanie uchwycić, a dzięki rozmowie może nam o tym powiedzieć – mówi Małgorzata Łuba.

Warto takiej osobie zaoferować swoją pomoc, czas i rozmowę. Trzeba jednak zachować cierpliwość i konsekwentnie dążyć do tego, by taka osoba zdecydowała się na spotkanie z nami.

– Czasami pierwsza rozmowa to jak pukanie do zamkniętych drzwi i nawet, jeśli ktoś nam nie otworzy, już dowie się, że za tymi drzwiami jest ktoś, kto się nim interesuje. Więc czasami, żeby ktoś się otworzył, warto spróbować zapukać do drzwi drugi, a może trzeci raz, a może dopiero za czwartym razem te drzwi się uchylą i będzie szansa na kontakt. Natomiast, jeśli ten czas się przedłuża i faktycznie człowiek, któremu chcemy pomóc, nie chce z nami rozmawiać, warto dyskretnie podsunąć numery telefonów miejsc pomocowych – mówi Małgorzata Łuba.

Również my sami, kiedy mamy jakiś problem, z którym nie do końca sobie radzimy, a nawet przychodzą nam do głowy najgorsze, najczarniejsze myśli, nie powinniśmy się wstydzić, by poprosić o pomoc.

– Najważniejsza rzecz to spróbować popatrzeć na sam akt proszenia o pomoc jako na dowód swojej siły, a nie słabości. Bo nam się wydaje, że jeżeli prosimy kogoś o pomoc, to znaczy, że z nami coś jest nie tak, że czegoś nam brakuje. Dla mnie najważniejszym w rozwoju człowieka nie jest niezależność, tylko umiejętność bycia z innymi, czyli współzależność. Ja sama nie piekę chleba, tylko wolę, żeby zrobił go piekarz za mnie, bo zrobi to lepiej. I tak samo czasami przychodzą takie sytuacje, z którymi sami sobie nie poradzimy, ale towarzystwo drugiej osoby, która nic za nas nie zrobi, ale będzie albo nawet odpowiednio sformułowanym pytaniem może odmienić naszą sytuację o 180 stopni. Więc kiedy czujemy, że z czymś sobie nie radzimy, dajmy sobie prawo sięgnąć po wsparcie, żeby dostać od drugiej osoby moc i mądrość słowa – mówi Małgorzata Łuba.

Psychoterapeuci podkreślają, że wielu tragediom udałoby się zapobiec, ale często w sytuacji kryzysowej boimy się rozmawiać ze swoimi bliskimi, bo czujemy się zakłopotani i nie wiemy, w jaki sposób to robić. Wtedy najlepiej skierować ich do odpowiedniego specjalisty.

– U specjalistów, którzy zajmują się zdrowiem psychicznym, pojawia się coraz więcej młodszych i starszych osób, które sięgają po pomoc. I w tej liczbie jest trochę dobrego, bo to znaczy, że otwieramy się na taką formę wsparcia, ale jest też w tym trochę niepokojących myśli, bo skoro jest więcej ludzi, to znaczy, że więcej ludzi potrzebuje pomocy. Myślę sobie, że w tym zaganianiu często jesteśmy po prostu osamotnieni. Dla najbliższych chcemy pokazywać taką swoją najlepszą twarz, nie chcemy kogoś obciążać swoimi trudnościami – mówi Małgorzata Łuba.

W Polsce codziennie popełnia samobójstwo 15 osób. Są to głównie mężczyźni

W Polsce codziennie popełnia samobójstwo 15 osób. Są to głównie mężczyźni 13

Każdego dnia w Polsce odbiera sobie życie 15 osób, 12 z nich to mężczyźni. Jesteśmy też na drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw nieletnich. Kwestia samobójstw jest bardzo skomplikowana, a powody załamania mogą być bardzo różne. Wśród nich są problemy rodzinne, nieumiejętność radzenia sobie z wyzwaniami zawodowymi, wygórowane ambicje, niespełnienie lub brak akceptacji ze strony otoczenia. Jest też duże prawdopodobieństwo, że na własne życie targną się stresu-nerwicy/”>osoby zmagające się z depresją, załamaniem nerwowym czy innymi podobnymi chorobami.

Psychoterapeuci tłumaczą, że osoby zagrożone podjęciem próby samobójczej same zazwyczaj nie mają odwagi, by prosić o pomoc, wsparcie czy nawet zwykłą rozmowę. W czterech ścianach mierzą się ze swoimi problemami, które z czasem tylko się nawarstwiają, a sytuacja staje się wręcz dramatyczna. Dlatego też, jeśli ktoś zauważy, że osoba z bliskiego otoczenia całkowicie zmienia swoje zachowanie, staje się skryta, nie radzi sobie z codziennymi obowiązkami i miewa czarne myśli, absolutnie nie można tego bagatelizować.

– Nie ma jednej przyczyny. Aby doszło do samobójstwa, zazwyczaj składa się na to bardzo dużo różnych czynników. Są to nasze umiejętności radzenia sobie z trudnościami, cechy osobowości, ale również sytuacje, z którymi przyszło nam się mierzyć. I jeśli szczególna konfiguracja dopadnie konkretnego człowieka, może on po prostu nie mieć siły, żeby sobie z nią poradzić – mówi agencji Newseria Małgorzata Łuba, psychoterapeuta z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Zdaniem psychologów to, co powinno nas zaniepokoić, to diametralna zmiana zachowania, zazwyczaj na gorsze. W dużej mierze może ona wskazywać na to, że dana osoba zmaga się z jakimś poważnym problem.

– Jeśli bliska osoba ostatnim czasem nie ma na nic siły, zdarza jej się mówić dziwne jak dla niej rzeczy albo unika tego, co zazwyczaj sprawiało jej satysfakcję, przestaje radzić sobie z obowiązkami, wyzwaniami dnia codziennego lub mówi rzeczy, które brzmią dziwnie, niepokojąco, to może być dla nas sygnał. Po prostu trzeba reagować, jeśli widzimy, że coś się zmieniło, ten ktoś wydaje się być trochę inny niż był do tej pory – mówi Małgorzata Łuba.

W takiej sytuacji nie warto zwlekać, tylko trzeba zacząć działać natychmiast. Kluczowa jest tutaj szczera rozmowa, dzięki której możemy zebrać sporo ważnych informacji. Aby skutecznie zapobiegać samobójstwom, trzeba m.in. wiedzieć, w jaki sposób rozmawiać zarówno z ludźmi w kryzysie, jak i osobami z ich otoczenia.

–  Z boku możemy widzieć różne rzeczy, ale zamiast szukać odpowiedzi w swojej głowie, warto zwrócić się do tego człowieka, u którego coś się zmieniło i powiedzieć mu, co widzimy, zapytać, co się u niego dzieje. Warto dodać, że się martwimy, troszczymy i chcielibyśmy wiedzieć, że jesteśmy ciekawi. Takie proste słowa to jest pierwsza możliwość naszego zareagowania. Dzięki prostej rozmowie bardzo często jesteśmy w stanie dowiedzieć się, jak ten ktoś doświadcza swojego życia, jak widzi swoją sytuację. Być może ma jakieś trudności, których my nie byliśmy w stanie uchwycić, a dzięki rozmowie może nam o tym powiedzieć – mówi Małgorzata Łuba.

Warto takiej osobie zaoferować swoją pomoc, czas i rozmowę. Trzeba jednak zachować cierpliwość i konsekwentnie dążyć do tego, by taka osoba zdecydowała się na spotkanie z nami.

– Czasami pierwsza rozmowa to jak pukanie do zamkniętych drzwi i nawet, jeśli ktoś nam nie otworzy, już dowie się, że za tymi drzwiami jest ktoś, kto się nim interesuje. Więc czasami, żeby ktoś się otworzył, warto spróbować zapukać do drzwi drugi, a może trzeci raz, a może dopiero za czwartym razem te drzwi się uchylą i będzie szansa na kontakt. Natomiast, jeśli ten czas się przedłuża i faktycznie człowiek, któremu chcemy pomóc, nie chce z nami rozmawiać, warto dyskretnie podsunąć numery telefonów miejsc pomocowych – mówi Małgorzata Łuba.

Również my sami, kiedy mamy jakiś problem, z którym nie do końca sobie radzimy, a nawet przychodzą nam do głowy najgorsze, najczarniejsze myśli, nie powinniśmy się wstydzić, by poprosić o pomoc.

Najważniejsza rzecz to spróbować popatrzeć na sam akt proszenia o pomoc jako na dowód swojej siły, a nie słabości. Bo nam się wydaje, że jeżeli prosimy kogoś o pomoc, to znaczy, że z nami coś jest nie tak, że czegoś nam brakuje. Dla mnie najważniejszym w rozwoju człowieka nie jest niezależność, tylko umiejętność bycia z innymi, czyli współzależność. Ja sama nie piekę chleba, tylko wolę, żeby zrobił go piekarz za mnie, bo zrobi to lepiej. I tak samo czasami przychodzą takie sytuacje, z którymi sami sobie nie poradzimy, ale towarzystwo drugiej osoby, która nic za nas nie zrobi, ale będzie albo nawet odpowiednio sformułowanym pytaniem może odmienić naszą sytuację o 180 stopni. Więc kiedy czujemy, że z czymś sobie nie radzimy, dajmy sobie prawo sięgnąć po wsparcie, żeby dostać od drugiej osoby moc i mądrość słowa – mówi Małgorzata Łuba.

Psychoterapeuci podkreślają, że wielu tragediom udałoby się zapobiec, ale często w sytuacji kryzysowej boimy się rozmawiać ze swoimi bliskimi, bo czujemy się zakłopotani i nie wiemy, w jaki sposób to robić. Wtedy najlepiej skierować ich do odpowiedniego specjalisty.

– U specjalistów, którzy zajmują się zdrowiem psychicznym, pojawia się coraz więcej młodszych i starszych osób, które sięgają po pomoc. I w tej liczbie jest trochę dobrego, bo to znaczy, że otwieramy się na taką formę wsparcia, ale jest też w tym trochę niepokojących myśli, bo skoro jest więcej ludzi, to znaczy, że więcej ludzi potrzebuje pomocy. Myślę sobie, że w tym zaganianiu często jesteśmy po prostu osamotnieni. Dla najbliższych chcemy pokazywać taką swoją najlepszą twarz, nie chcemy kogoś obciążać swoimi trudnościami – mówi Małgorzata Łuba.

Opracowana przez Polaków aplikacja usprawni proces opieki nad osobami z demencją. Przyszłością są rozwiązania internetu rzeczy i roboty

Opracowana przez Polaków aplikacja usprawni proces opieki nad osobami z demencją. Przyszłością są rozwiązania internetu rzeczy i roboty 14

Opiekunowie osób dotkniętych demencją będą mieli stały dostęp do kluczowych informacji o podopiecznych. Aplikacja mobilna tworzona przez polski start-up pozwoli m.in. na lepsze zapoznanie z potrzebami i zwyczajami podopiecznych, dostęp do informacji o przyjmowanych lekach czy szybki kontakt z bliskimi chorego. Na rynku dostępnych jest już wiele rozwiązań wspierających opiekę senioralną, ale większość z nich dedykowana była najbliższej rodzinie chorego. Tworzona przez polski start-up aplikacja daje profesjonalnym opiekunom dostęp do informacji, które zazwyczaj leżą w papierowej dokumentacji w ośrodkach zdrowia.

– Aplikacja Minnity jest przeznaczona dla profesjonalnych opiekunów domowych. Dzięki niej można lepiej zrozumieć konkretnych podopiecznych, poznać ich potrzeby i historię ich życia, a tym samym lepiej się z nimi komunikować. Pozwala to na nawiązanie relacji. Jednocześnie mamy też możliwość skomunikowania się zarówno w zespole opiekuńczym, jak i z członkami rodziny tej osoby, którą się opiekujemy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Katarzyna Hess-Wiktor, współzałożycielka Minnity.

Aplikacja jest narzędziem wspomagającym opiekę nad osobami z demencją. Ułatwia zindywidualizowanie opieki nad podopiecznym. Dzięki niej opiekun może w łatwy sposób dotrzeć np. do informacji o dawkowaniu leków, preferencjach żywieniowych chorego, a także do szybkiego kontaktu z najbliższą rodziną. Rozwiązanie umożliwia też odtwarzanie plików zdjęciowych czy audio, dzięki czemu jeszcze lepiej można poznać podopiecznego.

– Narzędzia do opieki skoncentrowanej na osobie, która jest najlepszym standardem opieki w tym momencie, są w większości papierowe. Oznacza to, że w lepszych ośrodkach mamy spisaną historię życia i wskazówki, w jaki sposób się kimś opiekować. My udostępniamy w formie cyfrowej to, co zazwyczaj jest właśnie w tej papierowej formie i gdzieś jest przechowywane. Robimy to w dużo bardziej dostępny, prostszy sposób. Dzięki cyfrowym rozwiązaniom ułatwiamy komunikację – wyjaśnia Katarzyna Hess-Wiktor.

Aplikacja umożliwia uzyskanie dostępu do danych z poziomu dowolnego smartfona, tabletu czy komputera. Platforma logowania jest w pełni zgodna ze standardami, jakie narzucają przepisy RODO, dzięki czemu dane pacjentów są należycie zabezpieczone. Minnity planuje jednak rozszerzyć funkcjonalność aplikacji o moduł szkoleniowy.

– Pracujemy obecnie nad funkcjonalnościami związanymi z mikroszkoleniami, czyli krótkimi jednostkami szkoleniowymi. Będą to krótkie filmiki, które pozwolą uczyć się np. reakcji w sytuacji gdy osoba z demencją jest np. pobudzona, czy w jaki sposób udzielać informacji. Pozwoli to rozwinąć kompetencje opiekuńcze – zapowiada współzałożycielka Minnity.

Na rynku dostępne są już aplikacje mobilne przeznaczone do pracy z osobami dotkniętymi demencją. Są one jednak skierowane głównie do najbliższej rodziny i znajomych chorej osoby. Jedną z takich aplikacji jest Carring Village. Rozwiązanie pozwala tworzyć dzienny lub tygodniowy harmonogram opieki nad osobą starszą. Znajdą się w nim informacje o przyjmowanych lekach, skany kluczowych dokumentów czy zadania do wykonania, takie jak chociażby wizyta u lekarza. Aplikacja może być współdzielona przez większą grupę osób piastujących opiekę nad chorym.

Bardziej zaawansowane możliwości zapewnia natomiast eCare21. To system całodobowego monitoringu pacjenta za pomocą bezprzewodowych i noszonych na ciele urządzeń, takich jak inteligentny zegarek czy opaska FitBit. Można śledzić poziom glukozy, tętno, przyjmowanie leków, masę ciała, a także spożycie kalorii i długość snu. Tak zbierane dane można przedstawić lekarzowi podczas wizyty, co pozwoli wygenerować dla niego kompleksowy zestaw informacji przydatnych w ustaleniu dalszego leczenia.

Można się spodziewać, że tego typu rozwiązań będzie się na rynku pojawiało coraz więcej, a to z powodu coraz bardziej narastających wymagań co do opieki senioralnej.

– Problem demencji jest ogromny i rośnie. W tym momencie na świecie jest ponad 50 mln ludzi, którzy żyją z demencją. Przewiduje się, że do 2050 roku ta liczba zwiększy się trzykrotnie. Wiąże się to ze starzejącymi się społeczeństwami i sposobem, w jaki żyjemy. My wierzymy, że osoby z demencją mają prawo do pełni życia, a ich życie jest wartościowe. Dlatego pomagamy profesjonalnym opiekunom lepiej zrozumieć potrzeby osób żyjących z demencją –twierdzi Katarzyna Hess-Wiktor.

Według danych Persistence Market Research rynek usług opiekuńczych nad osobami starszymi zostanie w 2026 roku wyceniony na 1,2 bln dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 8,5 proc. Według twórców raportu na znaczeniu coraz bardziej będą zyskiwały zautomatyzowane rozwiązania wspierające opiekę senioralną. Szczególnie duże nadzieje rynku wiązane są z robotami opiekuńczymi.

W biurowcach zaczyna się sezon grzewczy

  • Najtrudniejsze jest przejście z jednego w drugi.
  • Wbrew stereotypom nie ogrzewanie, a chłodzenie bardziej obciąża instalacje i pobiera więcej prądu.
  • Wyzwaniem są ciepłe zimy, które utrudniają możliwość przewidzenia zapotrzebowania na ciepło, dlatego biurowce stosują nowoczesne, zdalnie sterowane systemy grzewcze budynku.

Dostawcy ciepła na sezon grzewczy byli przygotowani już we wrześniu. Październik okazał się ciepły, ale przed nami jeszcze sześć miesięcy ogrzewania. Przygotowanie do nadchodzącej zimy wymaga od zarządców biurowców wiele pracy. Instalacje grzewcze przechodzą specjalistyczny serwis, sprawdzana jest również szczelność okien i drzwi.

Utrzymanie odpowiedniej temperatury w wielkopowierzchniowych obiektach wykorzystywanych np. przez część doby, często nieregularnie, przy jednoczesnym racjonalnym użytkowaniu energii jest dużym wyzwaniem dla zarządców biurowców w tym okresie, podobnie jak przejście z chłodzenia w ogrzewanie.

W okresie grzewczym zużycie energii elektrycznej jest znacznie mniejsze niż w okresie chłodniczym, ponieważ klimatyzacja po prostu pobiera jej więcej. Z oczywistych względów obecnie wzrasta za to pobór ciepła, które w okresie chłodniczym jest wykorzystywane wyłącznie do ogrzewania wody. Urządzenia chłodnicze ze względu na większą złożoność są bardziej awaryjne niż urządzenia grzewcze, a ich naprawy niosą za sobą większe koszty. Przed zimą muszą być skontrolowane i zabezpieczone – mówi Piotr Szwedzicki, Kierownik Serwisu w SPIE Building Solutions.

Ciepło-zimno

Okres jesienno-zimowy właśnie się rozpoczyna, a zarządcy biurowców powinni odpowiednio wcześniej być przygotowani do sezonu grzewczego w swoim budynku. W tym celu obowiązkowo muszą przeprowadzić każdego roku, przed i po sezonie, specjalistyczny serwis, który odpowiednio sprawdza instalacje cieplne.

Przed chłodniejszymi dniami zarządca biurowca powinien również sprawdzić szczelność okien i drzwi w celu zminimalizowania strat cieplnych budynku. Duży wpływ na komfort cieplny w pomieszczeniu ma także fakt, czy dana strona budynku jest nasłoneczniona. Należy też pamiętać o tym, że większe pomieszczenia, takie jak open space, generują stosunkowo mniejsze koszty ogrzewania w porównaniu do małych – mówi Piotr Szwedzicki, Kierownik Serwisu w SPIE Building Solutions.

W większości przypadków w biurowcach stosowane jest mechaniczne ogrzewanie powietrzne. Umożliwia ono łatwą regulację temperatury i strumienia powietrza, a samo powietrze dostarczane do pomieszczeń jest wcześniej filtrowane oraz nawilżane lub osuszane.

Ciepłe zimy i ciepłe biura

Optymalizacja zużycia energii zimą może być trudnym zadaniem przy zmieniających się temperaturach i nieregularnym przebywaniu ludzi w biurowcach. W tym celu stosuje się zdalne systemy sterowania zaprogramowane tak, że większość ciepła dostarczana jest w „godzinach szczytu”, gdy pomieszczenia są wykorzystywane przez pracowników. W obiektach stosowana jest także rekuperacja powietrza, czyli wentylacja mechaniczna z odzyskiem ciepła, która w przeciwieństwie do wentylacji grawitacyjnej nie wychładza pomieszczeń i utrzymuje odpowiednią wilgotność powietrza.

Nieregularne „ciepłe zimy” powodują jednak okresowo mniejsze zapotrzebowanie na ciepło. Wcześniej w latach „chłodniejszych” stosowane były mało skomplikowane systemy grzewcze zaprogramowane na dostarczanie ciepła w godzinach szczytu podczas całego okresu grzewczego. W tej chwili, aby zmniejszyć pobór ciepła i z drugiej strony odpowiednio wcześniej reagować na zmiany temperatury na zewnątrz, wykorzystuje się nowoczesne, zdalnie sterowane systemy grzewcze budynku.