Fed tnie stopy procentowe zgodnie z oczekiwaniami

Fed ściął stopy o 25 pb. FOMC pozostaje przy tym pozytywnie nastawiony do perspektyw gospodarki, której ścieżka jest zgodna z oczekiwaniami z lipca. Fed widzi także rosnące ryzyka zewnętrzne, pogorszenie koniunktury w niektórych sferach życia gospodarczego i nie zawaha się ciąć kosztu pieniądza na podstawie napływających danych i informacji.

Polityka nie jest na z góry ustalonym kursie a decyzje będą podejmowane z posiedzenia na posiedzenie. Z projekcji stóp nie wynika by w tym roku miało dojść do kolejnych redukcji, ale siedmiu decydentów widzi stopy niżej. Zresztą grono decyzyjne jest mocno podzielone: trójka decydentów nie poparła decyzji o cięciu o 25 pb. W rezultacie dalsze obniżki nie są wykluczone, cały czas pozostają naszym scenariuszem bazowym. Dolar zanotował umiarkowane umocnienie, EUR/USD jest dziś rano około 25 pipsów niżej niż przed decyzją. Wydźwięk posiedzenia był nieco mniej łagodny niż zakładaliśmy, ale uważamy, że – choć nie zostało to zapowiedziane – to Rezerwa Federalna będzie dalej luzować. I to jeszcze w tym roku. Dlatego też podtrzymujemy nasze negatywne nastawienie do amerykańskiej waluty. Pasywna postawa Banku Japonii sprzyjać będzie naszym zdaniem rozwojowi spadkowej korekty w notowaniach USD/JPY. Przy nieodzownym luzowaniu ze strony RBA w obliczu nocnych danych z rynku pracy widzimy przestrzeń do pogłębienia zniżki przez AUD/JPY.

Warto odnotować decyzje Norges Banku i Szwajcarskiego banku Narodowego.Historycznie luzowanie przez EBC zmuszało SNB do wykonania podobnego kroku by nie dopuścić do zawężania się dyferencjału stóp procentowych, które nie sprzyja słabości franka. EUR/CHF jest obecnie pod 1,10. Nisko. Powinno to zmuszać SNB do działania, tym bardziej, że od marcowego posiedzenia rozczarowały dane o PKB i inflacji pomimo utrzymywania się stopy bezrobocia poniżej 4 proc. Nie można wykluczyć, że SNB zmieni język opisu siły waluty i powie wprost o przewartościowaniu franka. Jeśli chodzi o skalę cięcia stóp to oczekujemy decyzji lustrzanej do cięcia EBC, czyli rzędu 10 pb. Nie uważamy, że SNB jest gotów luzować bardziej agresywnie. Mimo to naszym scenariuszem bazowym jest stopniowe osłabienie szwajcarskiej waluty i mozolna wspinaczka EUR/CHF do strefy 1,1150 -1,12.

Z kolei w Norwegii w czerwcu podniesiono stopy i zasugerowano, że kolejny ruch będzie miał miejsce we wrześniu. Norges Bank idzie więc pod prąc globalnej fali luzowania polityki. Mimo narastania globalnych czynników zagrożenia za podniesieniem stóp przemawiają mocne argumenty. Wzrost powyżej trendu, zacieśniający się rynek pracy, na którym bardzo ostro rosną płace przy jednocześnie bardzo słabym NOK to kluczowe z nich. Dlatego też spodziewamy się podwyższenia stóp z o 25 pb, do 1,5 proc. Spodziewamy się również zasugerowania, że w tym roku władze monetarne nie wykonają kolejnych kroków, ale w 2020 roku bardziej prawdopodobnym jest kontynuacja zacieśniania niż powrót do luzowania. W połączeniu z wyższymi cenami ropy i oczekiwaniem poprawy koniunktury w Eurolandzie skutkuje to konstruktywnym spojrzeniem na perspektywy norweskiej waluty, atrakcyjnie wyglądają szczególnie pozycje w USD/NOK.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Nowa perspektywa UE będzie mniej hojna dla polskich samorządów. Muszą one szukać innych źródeł finansowania inwestycji

Nowa perspektywa UE będzie mniej hojna dla polskich samorządów. Muszą one szukać innych źródeł finansowania inwestycji 1

Szybka rozbudowa infrastruktury, konieczność wypełnienia luki mieszkaniowej czy zmiany w polityce energetycznej to tylko część wyzwań, którym polskie samorządy będą musiały sprostać w nadchodzących latach. Tymczasem nowa perspektywa finansowa Unii Europejskiej na lata 2021–2027 będzie dla nich mniej hojna. Samorządy już teraz powinny szukać nowych źródeł finansowania, aby utrzymać wysoką aktywność inwestycyjną z ostatnich lat – wynika z analizy Banku Gospodarstwa Krajowego, przygotowanej na 14. edycję konferencji „BGK dla JST”.

– Stoimy przed koniecznością innowacyjnego podejścia do zarządzania finansami samorządów. Słyszymy, że w nowej perspektywie finansowej UE będzie mniej pieniędzy, dlatego musimy szukać rozwiązań, które będą budować tzw. fundament kapitałowy i oszczędności w każdej gminie. Musimy też zastanowić się, jak uatrakcyjnić samorządy lokalne dla przedsiębiorstw, tych małych i średnich, które zasilają ich budżety poprzez podatki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Fundusze europejskie mocno wspomagają rozwój samorządów i finansują inwestycje nie tylko drogowe czy infrastrukturalne, ale również projekty społeczne i kulturalne. Nowa perspektywa finansowa nie będzie już jednak tak korzystna. Negocjacje dotyczące unijnego budżetu na lata 2021–2027 rozpoczęły się wiosną ubiegłego roku, kiedy Komisja Europejska przedstawiła swój projekt nowej siedmiolatki. KE liczy, że kształt nowego budżetu uda się wynegocjować i zamknąć jeszcze przed końcem tego roku, ale już wiadomo, że Polska dostanie z niego mniej pieniędzy niż w poprzedniej perspektywie.

BGK przygotował scenariusze, w których analizuje zdolność samorządów do utrzymania wysokiej aktywności inwestycyjnej z ostatnich lat w perspektywie do 2030 roku. Wynika z nich, że przede wszystkim miasta na prawach powiatu i województwa – nawet w dobrej sytuacji makroekonomicznej – w nadchodzących latach nie będą w stanie sfinansować swoich nakładów inwestycyjnych jedynie środkami dłużnymi. Stąd powinny już teraz szukać dodatkowych alternatywnych źródeł finansowania, jak np. partnerstwo publiczno-prywatne (PPP).

 Nasza analiza pokazuje, że przede wszystkim miasta na prawach powiatu i województwa nie będą w stanie sfinansować swoich nakładów inwestycyjnych jedynie środkami dłużnymi. Będą musiały sięgać po dodatkowe środki, nie generując zadłużenia. W mniejszym stopniu dotyczy to gmin i powiatów, ale one także – szczególnie w przypadku spadków nadwyżek operacyjnych, powodowanych np. sytuacją makroekonomiczną – będą musiały sięgać po inne, ale nie dłużne źródła finansowania – mówi Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK. 

– BGK w pierwszej i drugiej perspektywie dystrybuowania środków europejskich był przede wszystkim tym, który zapewniał wkład własny i domknięcie tego modelu finansowania dużych inwestycji infrastrukturalnych. Z drugiej strony bank jest również znakomitym partnerem w wyszukiwaniu alternatywnych modeli finansowania. Przykładem może być emisja obligacji przychodowych przez miasto Lublin, właśnie zrealizowana wspólnie z BGK przy bardzo trudnych uwarunkowaniach prawnych – mówi Krzysztof Żuk, prezydent Lublina.

Dla samorządów ogromnie istotne są też współfinansowane przez BGK programy wspierające budownictwo mieszkaniowe, bez których – jak podkreśla prezydent Lublina – byłoby ono na dużo mniej zaawansowanym poziomie.

 Praktyka pokazuje, że realizowane przez BGK programy wsparcia budownictwa mieszkaniowego są skuteczne i potrzebne na rynku. Przykładem jest choćby budownictwo socjalne i komunalne, adresowane do najsłabiej uposażonych. Z tego programu powstało do tej pory ponad 20 tys. lokali, współfinansowanych bezzwrotnym wsparciem z BGK. Z kolei w społecznym budownictwie czynszowym, które powstaje przy wsparciu taniego, preferencyjnego kredytu BGK, rozłożonego na 30 lat, powstało już 4 tys. mieszkań, a kolejne 6 tys. ma już przyznane finansowanie – mówi Włodzimierz Kocon, wiceprezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Raport dotyczący zdolności utrzymania aktywności inwestycyjnej samorządów w perspektywie do 2030 roku został przygotowany z okazji 14. edycji konferencji „BGK dla JST”, która odbyła się w ubiegłym tygodniu w Warszawie. To jedno z najważniejszych miejsc debaty na temat kierunków rozwoju JST i narzędzi ich finansowania, łączące świat samorządu i biznesu.

– 14. ogólnopolska konferencja samorządów, objęta patronatem prezydenta Andrzeja Dudy, to wydarzenie, w trakcie którego stwarzamy możliwość dialogu między przedstawicielami samorządów, banku i innych instytucji, na temat tego, jak można sfinansować potrzeby samorządów – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka. 

Temat tegorocznej konferencji to „Finansowanie rozwoju samorządów – potrzeby i możliwości”. Tradycyjnie już udział w niej wzięło blisko 500 samorządowców, w tym przedstawiciele władz samorządowych, pracownicy odpowiedzialni za finanse w JST, a także instytucji rządowych oferujących wsparcie w realizacji inwestycji. Tym razem wśród uczestników pojawili się także reprezentanci spółek komunalnych.

 Konferencja BGK oznacza możliwość podsumowania dotychczasowej współpracy, wymiany dobrych praktyk i zdefiniowania pewnych obszarów wspólnych działań, zwłaszcza scenariuszy finansowania strategii inwestycyjnych w samorządach – mówi Krzysztof Żuk.

Ponad 460 tys. Ukraińców płaci składki na ubezpieczenia społeczne. Tak samo liczna grupa pracuje na umowę o dzieło lub nielegalnie

prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

Składki na ubezpieczenia społeczne płaci rekordowa liczba cudzoziemców – blisko 680 tys. Wśród nich zdecydowaną większość stanowią Ukraińcy, prawie 464 tys., a według ostrożnych szacunków w Polsce przebywa ich ponad milion. Kontrole inspekcji pracy ujawniają tylko niewielki odsetek nieprawidłowości, tymczasem umowa o pracę to korzyść nie tylko dla pracownika, lecz także dla pracodawcy. Z porad dotyczących legalnego zatrudnienia będzie można skorzystać podczas organizowanego w ZUS Tygodnia Przedsiębiorcy.

– Mamy w rejestrze około 680 tys. cudzoziemców, którzy pracują legalnie, najczęściej na podstawie umowy o pracę, w mniejszym zakresie na podstawie umów-zleceń i jeszcze w mniejszym na podstawie działalności gospodarczej. W tej liczbie prawie 464 tys. stanowią obywatele Ukrainy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Jak podkreśla, od grudnia ubiegłego roku liczba Ukraińców w systemie ubezpieczeń społecznych wzrosła o blisko 70 tys. Większość z nich to osoby, które opłacają składki, rzadziej korzystają ze świadczeń emerytalno-rentowych.

– Jest raptem 32 tys. takich świadczeń, głównie krótkookresowych – chorobowych czy macierzyńskich. Ukraińcy wpłacili w ubiegłym roku ponad 300 mln zł składek, jeżeli chodzi o ubezpieczenie chorobowe, a około 178 mln pobrali z tytułu zasiłków chorobowych, w tym także macierzyńskich – wymienia prof. Uścińska.

Choć liczba cudzoziemców zatrudnionych w Polsce systematycznie rośnie, tylko część pracuje legalnie. Z różnych szacunków wynika, że w Polsce przebywa obecnie ok. 1–1,5 mln obywateli Ukrainy. Z kontroli PIP przeprowadzonych w 2018 roku wynika, że powierzenie nielegalnej pracy stwierdzono w przypadku ponad 4,5 tys. cudzoziemców z 39 państw. Same kontrole to za mało, dlatego PIP prowadzi kampanię „Pracuję legalnie”, a jej partnerem strategicznym jest ZUS. O korzyściach legalnego zatrudnienia będą przekonywali eksperci obu instytucji podczas Tygodnia Przedsiębiorcy organizowanego we wszystkich placówkach ZUS w dniach 23–27 września.

– Tydzień Przedsiębiorcy i kampania „Pracuję legalnie” mają wskazać przedsiębiorcom wszystkie ułatwienia, udogodnienia z tego legalnego zatrudnienia. ZUS wykonał wiele pracy, aby ułatwić nie tylko doradztwo, lecz także kwestie od strony biurokratycznej. Odchodzimy od rozwiązań, które wymagałyby większych nakładów pracy, na rzecz takich programów, jak e-Płatnik czy Platforma Usług Elektronicznych – przekonuje prezes ZUS.

Wprowadzane rozwiązania mają przede wszystkim ułatwiać życie przedsiębiorcom. Jednym z przykładów może być e-Składka, czyli wprowadzenie jednego prostego przelewu składek na ubezpieczenia społeczne na indywidualny rachunek. Uproszczenie płatności znacząco zmniejszyło liczbę popełnianych przez płatników błędów – z 271 tys. w 2017 roku do 346 w 2018 roku.

 Chcemy pokazać, że jesteśmy autorami i realizatorami różnych projektów o szerokim zasięgu dla płatników składek i pracodawców. To wszystko się im należy, bo są głównym filarem systemu ubezpieczeń społecznych, opłacają składki, tworzą miejsca pracy, a więc de facto ten kapitał społeczny od nich zależy. My jesteśmy odpowiedzialni za takie stosowanie prawa, żeby ono było dla nich przyjazne, jasne i zrozumiałe – podkreśla prof. Gertruda Uścińska.

Tydzień Przedsiębiorcy to także okazja do wyjaśnienia różnych zawiłości prawnych. Eksperci przypomną, kiedy i z jakich ułatwień można skorzystać, ale zwrócą też uwagę na konsekwencje wyboru niższych składek, które oznaczają niższe świadczenia w przyszłości. Standardowo prowadzący mają obowiązek opłacać składki od podstawy nie niższej od 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Mogą natomiast zawsze, jeżeli mają taką możliwość, opłacać składki od wyższej podstawy. Jednak ponad 90 proc. czyni to od ustawowego minimum. Dziś blisko 240 tys. przedsiębiorców opłaca składki od 30 proc. minimalnego wynagrodzenia (pierwsze dwa lata działalności). Dodatkowo przedsiębiorcy mogą skorzystać z rozbudowanego systemu ulg, m.in. ulgi na start, opłacania składek od przychodu czy działalności nierejestrowanej.

 Mamy kilkaset tysięcy osób, które korzystają z tych wszystkich ulg i zwolnień, z których można korzystać 5–5,5 roku. Trzeba mieć też na uwadze, że to wszystko przekłada się później na wysokość świadczeń – przypomina prof. Gertruda Uścińska.

Polscy menadżerowie coraz częściej decydują o strategiach zakupowych na skalę światową. Teraz muszą się przygotować na niestabilną sytuację w gospodarce

Polscy menadżerowie coraz częściej decydują o strategiach zakupowych na skalę światową. Teraz muszą się przygotować na niestabilną sytuację w gospodarce 2

Polska branża zakupowa jest w dobrej kondycji. Coraz więcej firm przenosi tutaj swoje centra usługowe i to menadżerowie z Polski decydują o strategiach zakupowych całych korporacji, często na poziomie globalnym. Wyzwaniem dla firm jest jednak przygotowanie się na coraz większą niepewność co do sytuacji na rynku i zachowań konsumentów. Przykładem zagrażającej stabilności sytuacji może być brexit czy podwyżki cen energii w przyszłym roku. – Odpowiednie przygotowanie oznacza, że w przypadku problemów dostawcy nie zaczynamy szukać alternatywy, tylko od razu mamy w zanadrzu nowe źródło zaopatrzenia – podkreślają eksperci OptiBuy.

– W ostatnich 2–3 latach w branży zakupowej powstawało więcej stanowisk strategicznych, czyli związanych z wyborem dostawców, kontrahentów. Na rynku polskim nadrobiliśmy też znaczną część dystansu, który dzielił nas od krajów Europy Zachodniej. Wiele dużych korporacji międzynarodowych zdecydowało się ulokować swoje centra zakupowe w Gdańsku, Krakowie czy Warszawie, więc coraz częściej to menadżerowie z Polski decydują o strategiach zakupowych swoich przedsiębiorstw na skalę światową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Borowiecki, prezes zarządu OptiBuy.

Z tym trendem związany jest wzrost kompetencji pracowników z tej branży. Jak podkreśla Borowiecki, coraz popularniejsze są studia podyplomowe czy certyfikaty z obszaru zakupów, czego jeszcze 5 czy 10 lat temu nie było na rynku.

Mimo dobrej kondycji branży zagrożeniem dla niej – podobnie jak i dla całej gospodarki – jest niestabilność geopolityczna. W biznesie dużą popularność zdobywa ostatnio pojęcie VUCA, które jest akronimem od słów volatility, uncertainty, complexity i ambiguity (zmienność, niepewność, kompleksowość, niejasność).

– To nie dotyczy wyłącznie działu zakupów, bo wszystkie przedsiębiorstwa muszą obserwować, co się wokół nich dzieje, a dzieje się dużo. Przykładem jest m.in. brexit. Nie wiemy, kiedy nastąpi, na jakich zasadach, a przedsiębiorstwa, które współpracują z rynkiem brytyjskim, muszą się w jakiś sposób przygotowywać na każdy scenariusz – wyjaśnia prezes zarządu OptiBuy.

Innym przykładem na polskim rynku jest kwestia cen energii dla przedsiębiorstw. W tym roku są one ustawowo zamrożone na stabilnym poziomie, ale rynek nie wie, czego spodziewać się w przyszłym, a szacunki mówią nawet o 30–50-proc. wzroście cen energii. To istotne o tyle, że cena energii jest jednym z głównych kosztów dla biznesu, zwłaszcza w sektorze produkcyjnym.

– W mojej ocenie firmy w Polsce są w niewielkim stopniu gotowe na VUCA. W ostatnich 10 latach mamy ciągły wzrost gospodarczy, dobrą sytuację firm i niewiele z nich przechodziło w tym czasie przez trudne momenty. Co za tym idzie, firmy są domyślnie przygotowane na wzrost, rozwój swoich przedsiębiorstw i nie są przygotowane na gorsze czasy. Większe zawirowania na rynku mogą spowodować problemy, tak jak to miało miejsce w 2008 roku –mówi Mateusz Borowiecki.

Eksperci podkreślają, że w reakcji na efekt VUCA firmy powinny przyspieszyć swoje procesy, w czym może im pomóc ich automatyzacja. Jest ona jednym z najważniejszych trendów w branży zakupowej. Wymusza ją m.in brak pracowników do zadań operacyjnych.

– Dlatego firmy decydują się na robotyzację procesów i rozwiązania typu e-procurement [obszar związany z elektronicznym procesem zamówień i zaopatrzenia – red.], które uwalniają zasoby ludzkie. Przykładowo, pracownik ma czas na poszukiwanie dostawców i spotykanie się z nimi, a zamówienia wysyła automat – mówi Mateusz Borowiecki.

Jak podkreśla, żeby przygotować się do zawirowań na rynku, firmy muszą najpierw zidentyfikować czynniki ryzyka, np. wzrost cen surowców czy możliwość upadłości kluczowych dostawców.

– Powinniśmy się zastanowić, co będziemy robić, jak będziemy działać w sytuacjach kryzysowych. W przypadku upadłości dostawcy nie zaczynamy wtedy poszukiwania alternatyw, ale mamy już w zanadrzu wcześniej i potem ewentualnie tylko zmieniamy dostawcę, przełączamy się na nowe źródło zaopatrzenia i niwelujemy trudności, które mogą nastąpić – mówi Mateusz Borowiecki.

Zmiany i wyzwania, które czekają branże zakupową, oraz wpływ nowych technologii, takich jak robotic process automation, będą szeroko omawiane podczas 6. edycji konferencji PROCON/POLZAK (2122 października 2019 w Hotelu Marriott w Warszawie) – największej konferencji dla branży zakupowej w Polsce, która co roku przyciąga kilkuset przedstawicieli działów zakupów i ekspertów.

Cukrzyca typu I atakuje coraz młodsze dzieci. Naukowcy z Polski chcą jej zapobiegać jako pierwsi na świecie

Cukrzyca typu I atakuje coraz młodsze dzieci. Naukowcy z Polski chcą jej zapobiegać jako pierwsi na świecie 3

Cukrzyca typu I to zaraz po celiakii najczęstsza choroba autoimmunologiczna u dzieci. Szacuje się, że może na nią chorować średnio 1 na 250 dzieci. Lekarze coraz częściej obserwują ją wśród dzieci młodszych, poniżej 9. roku życia. W momencie jej rozpoznania około 80–90 proc. komórek, które produkują insulinę, jest już zniszczonych, a powikłania sieją spustoszenie w organizmie dziecka. Polscy naukowcy wspólnie z ośrodkami z całej Europy prowadzą jeden z największych, międzynarodowych projektów ukierunkowany na prewencję i leczenie cukrzycy typu I u dzieci. 

– Cukrzyca typu I to choroba, która jest rozpoznawana głównie u dzieci. 99 proc. dzieci chorujących na cukrzycę ma właśnie jej I typ. Jest to choroba autoimmunologiczna. Jej podłożem jest nieprawidłowa reakcja układu odpornościowego dziecka, który niszczy komórki produkujące insulinę. Tym samym doprowadza do jej kompletnego braku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Agnieszka Szypowska, konsultant wojewódzki w dziedzinie diabetologii, zastępca ordynatora Oddziału Klinicznego Diabetologii Dziecięcej i Pediatrii Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie. – To bardzo specyficzna choroba, z grupy autoagresji, więc w rodzinie nie musi występować cukrzyca, ale inne schorzenia z tej grupy, najczęściej autoimmunizacyjne zapalenie tarczy, choroba Hashimoto, choroba Gravesa-Basedowa czy choroby tkanki łącznej typu, np. reumatoidalne zapalenie stawów lub łuszczyca.

Cukrzyca typu I jest rozpoznawana u dzieci w różnych grupach wiekowych. W tej chwili lekarze obserwują wzrost częstotliwości występowania tej choroby wśród dzieci najmłodszych, poniżej 9. roku życia.

– Ta grupa jest najtrudniejsza do zaopiekowania przez medycynę, placówki oświatowe i rodziców, którzy chcieliby wrócić do pracy – mówi prof. Agnieszka Szypowska. – Najwcześniejsze zachorowania mogą wystąpić już około 10. miesiąca życia, ale typowy do tej pory był okres nastoletni. Natomiast w tej chwili mamy coraz więcej dzieci malutkich, w młodszych grupach wiekowych.

Insulina to hormon, który umożliwia dostarczenie glukozy do wszystkich komórek organizmu i jest do życia niezbędny. W tej chwili jedynym sposobem leczenia tej choroby jest stała suplementacja insuliną, dostosowana do pory posiłków. Jak podkreśla prof. Szypowska, nowoczesne pompy insulinowe czy systemy do ciągłego monitorowania stężenia glukozy pozwalają uzyskiwać naprawdę dobre wyniki leczenia i uniknąć ciężkich powikłań, które są skutkiem ucukrzenia tkanek.

– Powikłania są okrutne i niestety mogą wystąpić w bardzo młodym wieku. Jeżeli w tkankach stężenia glukozy będą wysokie przez długi czas, wówczas dochodzi do zmian w strukturze naczyń i tzw. mikroangiopatii, czyli zmian dotyczących głównie oka, nerek i nerwów – mówi prof. Agnieszka Szypowska. – U dzieci z otyłością i zespołem metabolicznym może rozwinąć się podwójna cukrzyca, czyli połączenie cukrzycy typu I ze zmianami, które są obserwowane w przebiegu cukrzycy typu II. Wtedy pojawia się duże zagrożenie miażdżycą w młodym wieku, tzw. makroangiopatią, czyli zawałami i udarami u osób w młodym wieku.

Naukowcy z warszawskiego Instytutu Matki i Dziecka oraz Dziecięcego Szpitala Klinicznego z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego prowadzą jeden z największych, międzynarodowych projektów w dziedzinie ochrony zdrowia – „Świat bez jedynki” – ukierunkowany właśnie na prewencję i leczenie cukrzycy typu I u dzieci. Wspólnie z innymi ośrodkami z czterech państw (Niemiec, Belgii, Szwecji i Wielkiej Brytanii) przebadali już 100 tys. noworodków w kierunku podwyższonego ryzyka tej choroby. Docelowo bezpłatne badania przesiewowe obejmą w sumie 300 tys. maluchów z całej Europy.

– Jesteśmy jedynym ośrodkiem z Polski, który wziął udział w tym projekcie. Całość jest finansowana przez fundację charytatywną Helmsley – to fundacja rodzinna, w której są przypadki zachorowań na cukrzycę typu I, więc finansuje szereg inicjatyw związanych zarówno z zapobieganiem, jak i poprawą technik leczenia tej choroby – mówi prof. Agnieszka Szypowska.

Rodzicom tych dzieci, u których na podstawie badania przesiewowego zostanie zidentyfikowane podwyższone ryzyko cukrzycy typu I, jest proponowany udział w badaniu POInT (Doustna Insulina w Prewencji Pierwotnej Cukrzycy Typu 1). To próba zapobiegnięcia tej chorobie u zdrowych dzieci. Dotychczasowe próby zapobiegania zachorowaniu na cukrzycę u osób z już aktywną autoagresją jedynie opóźniają rozwój pełnoobjawowej cukrzycy. Naukowcy liczą, że doustne podanie insuliny dzieciom z niewykształconym układem odpornościowym spowoduje, że ich organizm nie będzie negatywnie reagować na ten hormon.

– Mamy nadzieję, że uda się dzięki temu zatrzymać rozwój choroby, czyli nauczymy układ odpornościowy, aby nie rozpoznawał już cząsteczki insuliny jako czegoś obcego i nie rozpoczynał reakcji autoagresji. Jeżeli to się nie uda, być może uda się chociaż wydłużyć czas do pełnoobjawowej cukrzycy. Każdy rok jest tutaj istotny, bo chorują bardzo maleńkie dzieci – mówi prof. Agnieszka Szypowska.

Badanie POInT prowadzą europejskie ośrodki działające w ramach międzynarodowej platformy GPPAD (Globalna Platforma ds. Prewencji Pierwotnej Cukrzycy Typu I). W Polsce zostały objęte honorowym patronatem m.in. Ministra Zdrowia i szeregu organizacji pacjenckich oraz ośrodków medycznych.

Jak podkreśla konsultant wojewódzki w dziedzinie diabetologii, już samo przebadanie 100 tys. noworodków w kierunku cukrzycy typu I jest ogromnym sukcesem, ponieważ ta choroba jest bardzo trudna do zdiagnozowania. Im wcześniej rodzice zdają sobie sprawę z ryzyka, tym lepiej.

– Mamy ogromny problem z diagnostyką cukrzycy. Objawy takie, jak zwiększone pragnienie, oddawanie zwiększonej ilości moczu, chudnięcie, umykają zarówno lekarzom, jak i rodzicom, bo łatwo je wytłumaczyć. Potem dochodzi do zakwaszenia organizmu dziecka i produkcji ketonu, przez co dzieci chudną, boli je brzuch, wymiotują, ale zawsze można zrzucić to na jakiegoś rotawirusa w otoczeniu. Dlatego bardzo ważna jest wczesna informacja dla rodziców. W momencie rozpoznania cukrzycy praktycznie 80–90 proc. komórek, które produkują insulinę, jest zniszczonych, więc tutaj trzeba działać szybko – podkreśla prof. Agnieszka Szypowska.

Polacy wybierają coraz lepsze i coraz większe smartfony. Szybko rośnie też sprzedaż smartwatchy

Polski rynek telefonii komórkowej rośnie nieprzerwanie od kilku lat, choć ostatnio wzrost jest odnotowywany raczej pod względem wartości, a nie ilości. Wynika to stąd, że Polacy coraz chętniej wybierają produkty premium. Po drugie, stawiają na wysoką jakość i wydajność, przez co zyskują m.in. smartfony z dużymi ekranami. W pierwszym półroczu br. prawie co drugi sprzedany ekran miał wyświetlacz o przekątnej powyżej 6 cali. Bardzo szybko rośnie też popyt na smartwatche i inne inteligentne dodatki do noszenia.

Jak wynika z analiz GfK, w pierwszym półroczu br. sprzedaż w tym segmencie spadła o 5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej. Z drugiej strony – obroty wzrosły o 4 proc.

Największym segmentem polskiego rynku telefonii komórkowej są smartfony, które odpowiadają za ponad 90 proc. obrotów w tym segmencie. W Polsce zaczynamy już obserwować to, co od pewnego czasu widać na Zachodzie i na całym świecie, czyli spadki sprzedaży w ujęciu ilościowym. Smartfonów sprzedaje się mniej, ale mimo to w ujęciu wartościowym rynek jest do przodu. Jest to spowodowane faktem, że przeciętna cena sprzedawanych smartfonów idzie w górę. Polacy coraz chętniej kupują wydajniejsze, droższe telefony, które podkreślają ich pozycję materialną czy społeczną, bo ich na to stać albo po prostu rosną ich aspiracje – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Piekarski, client business partner w GfK Polonia.

Zmiany technologiczne powodują, że Polacy coraz rzadziej sięgają po telefony komórkowe starej generacji – jest to jedyny segment rynku, którego wartość od lat systematycznie spada. Jak prognozuje GfK, w nadchodzących kilku latach telefony komórkowe starej generacji będą znikać z rynku coraz szybciej i niebawem odejdą do lamusa.

Z drugiej strony nasila się trend związany ze zwiększaniem się rozmiarów wyświetlaczy. W pierwszym półroczu br. już prawie połowa wszystkich sprzedanych smartfonów miała przekątną wyświetlacza powyżej 6 cali, podczas gdy w ubiegłym roku było ich niespełna 3 proc. Coraz lepsze stają się również pozostałe parametry technologiczne sprzedawanych smartfonów – od liczby tylnych aparatów i pojemności baterii po pamięć GB.

Urządzenia z dużym ekranem, powyżej 6 cali, bardzo dobrym aparatem – powyżej 20 Mpx, pojemną pamięcią – powyżej 128 Gb, stanowią kilkanaście procent rynku w Polsce i na świecie. Szukając analogii między polskim a globalnym rynkiem widzimy więc, że jesteśmy na tym samym poziomie, z jednym zastrzeżeniem. Przeciętne ceny w Polsce są nadal wyraźnie niższe niż globalnie. Drugi interesujący trend polega na tym, że bardzo wyraźnie rośnie sprzedaż urządzeń „noszalnych”, czyli smartwatchy oraz opasek. Rok do roku obserwujemy dwukrotny wzrost wartości tego segmentu i obecnie stanowią one już większą część rynku niż tradycyjne akcesoria do telefonów – mówi Maciej Piekarski.

Smartwatche i pozostałe urządzenia do noszenia wciąż stanowią niewielką część całego rynku telefonii komórkowej (prawie 4 proc. wartości rynku w pierwszym kwartale br,), ale to w tym segmencie ma miejsce najbardziej dynamiczny wzrost – w 2018 roku wzrost sprzedaży był dwukrotny w porównaniu z poprzednim, a w stosunku do 2013 roku liczba sprzedanych sztuk wzrosła 160 razy. W pierwszym półroczu br. wartość tego segmentu po raz pierwszy w historii polskiego rynku była większa od wartości pozostałych dodatków – te stanowiły niewiele ponad 3 proc. obrotów.

Z kolei na rynku IT od dłuższego czasu obserwujemy spadki. One w zeszłym roku trochę spowolniły i są na poziomie 1 proc. rok do roku. Oczywiście najważniejsze są komputery – one stanowią ponad 2/3 tego rynku i tak naprawdę ciągną go w dół. Natomiast rynek podtrzymują kategorie takie, jak monitory, urządzenia sieciowe, routery oraz akcesoria IT plus dyski – mówi Maciej Piekarski.

Jak podkreśla, sprzedaż komputerów spada zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym. Natomiast są jeszcze podkategorie, które ciągle notują wzrost, jak ultrabooki, których sprzedaż rośnie nieprzerwanie rok do roku o kilkadziesiąt procent.

 W ujęciu wartościowym prawie połowa rynku to są nowoczesne, lekkie komputery osobiste, które stylistyką czy sposobem używania nawiązują trochę do smartfonów. Druga sprawa to komputery i laptopy gamingowe. Tutaj obserwujemy trochę mniejsze wzrosty niż w poprzednich latach, ale wciąż rynek jest na plusie. Co ciekawe, do łask wracają duże ekrany – 17-calowe. Tak naprawdę one teraz napędzają ten rynek. Bardzo szybko rośnie też kategoria monitorów gamingowych, gdzie mamy kilkudziesięcioprocentowe wzrosty rok do roku, zarówno w ilościach, jak i wartościach – mówi Maciej Piekarski.

Podobnie jak w przypadku komputerów, spada również sprzedaż telewizorów, która w pierwszej połowie br. osiągnęła wartość 44 mld euro i była o 8 proc. niższa. Jednak ten spadek był spowodowany głównie wysoką bazą sprzedaży telewizorów w ubiegłym roku, kiedy utrzymywał się wysoki popyt przed mundialem w Rosji.

Rynek telewizorów w Polsce wykazuje podobną dynamikę jak rynek globalny, natomiast spadek jest znacznie mniejszy – rzędu 3 proc. w ujęciu ilościowym. W ostatnich miesiącach obserwujemy jednak powrót do pozytywnych trendów sprzedaży. W tym roku całkowita sprzedaż telewizorów może sięgnąć ok. 2,2 mln egzemplarzy. Na naszym rynku dominuje sprzedaż dużych telewizorów – te o przekątnej 55 cali i większej generują pozytywne trendy i one również będą dominować w popycie w ostatnim kwartale br. – mówi Arkadiusz Bicki, client business partner GfK Polonia.

Jak zauważa, wyraźnie rośnie sprzedaż telewizorów 4K, które w tym roku osiągnęły już około 60 proc. udziału ilościowego w całym rynku telewizyjnym i odpowiadają za ok. 3/4 jego obrotów. Druga wzrostowa kategoria to telewizory OLED, które w ujęciu wartościowym odpowiadają za ok. 10 proc. sprzedaży na rynku.

Maciej Piekarski podkreśla, że na globalnym rynku elektroniki konsumenckiej wyróżnia się obecnie kilka trendów. Po pierwsze, konsumenci coraz chętniej wybierają produkty premium, co jest efektem rosnących aspiracji i końca kryzysu. Po drugie, preferują te produkty, które mają wysoką efektywność, wysoką wydajność, przez co zyskują np. duże sprzęty AGD i smartfony z dużymi ekranami. Trzecim trendem jest z kolei rosnąca popularność produktów, które mają za zadanie ułatwiać życie konsumentom, jak np. roboty sprzątające.

– Znaczenia nabiera łączność pomiędzy urządzeniami. Widzimy to w przypadku smartwatchy i opasek, które łączą się ze smartfonem. Widzimy to także po urządzeniach AGD, którymi można sterować za pomocą telefonów spoza domu. Łączność pomiędzy urządzeniami osobistymi i domowymi to zalążek smart home’u – mówi Maciej Piekarski.

Jak ocenia, to właśnie smart home może być najszybciej rosnącym segmentem rynku w nadchodzących latach, do czego mocno przyczyni się upowszechnienie technologii 5G, która umożliwi bezproblemową łączność pomiędzy urządzeniami.

Polskie studio połączyło film z grą w wirtualnej rzeczywistości. Można decydować nie tylko o scenariuszu, lecz także poruszać się w filmowej przestrzeni

Polskie studio połączyło film z grą w wirtualnej rzeczywistości. Można decydować nie tylko o scenariuszu, lecz także poruszać się w filmowej przestrzeni 4

Wirtualna rzeczywistość stawia w centrum akcji gracza i widza. To zrewolucjonizuje sposób, w jaki opowiadane są historie. W filmie kamera przedstawia tylko wycinek rzeczywistości. Nawet w grze rozejrzenie się wymagałoby poruszenia joystickiem. Dzięki VR można niemal zamieszkać w przestrzeni. W miarę rozwoju technologii wirtualnej rzeczywistości mogą już niemal spróbować wszyscy. Projekt opracowywany przez Polaków pozwala na streaming gier w wirtualnej rzeczywistości. Nie jest potrzebny specjalistyczny i drogi sprzęt, wystarczą zwykłe gogle VR.

– Łączymy film z interakcją, można to nazwać doświadczeniem filmowo-growym lub doświadczeniem filmowym w wirtualnej rzeczywistości poprzez wprowadzenie w film 360 elementów interaktywnych lub aktorów czy przestrzeni zeskanowanych w 3D jakby w tzw. wolumetryczne wideo. Nie tylko możemy się rozglądać, reagować i wybierać historię, lecz także poruszać się po danej przestrzeni – mówi agencji Newseria Innowacje Paweł Jóźwiak-Rodan, fundator i prezes spółki Unsin Studio.

Wirtualna rzeczywistość rewolucjonizuje już różne branże. Jest wykorzystywana w leczeniu fobii i szkoleniach, wojsko w Wielkiej Brytanii i USA zastosowało w swoich szkoleniach VR, ponieważ pozwala im to na przeprowadzenie szerokiej gamy symulacji. Wirtualni pacjenci pozwalają zaś studentom medycyny i stomatologii w rozwijaniu umiejętności. Przede wszystkim jednak rzeczywistość VR wkroczyła do świata rozrywki. Stawia gracza w centrum wydarzeń, pozwalając mu zachować kontrolę nad akcją. Technologia pozwala połączyć świat filmu z rzeczywistością gry – fabuła wciąga, ale to gracz podejmuje decyzje i kreuje dalszy rozwój historii.

– Chcemy opowiadać dobre historie związane z przeszłością, na podstawie prawdziwych przeżyć. Siberian Run powstała  np. na podstawie historii mojej babci, która była wywieziona na Sybir. W tej chwili też powstaje film dokumentalny, a obok tego właśnie powstało doświadczenie VR. To niesamowite medium, które stwarza wiele możliwości łączenia między filmem, grą, to nowe medium interaktywne – przekonuje Paweł Jóźwiak-Rodan.

Polskie Unsin Studio rozwija projekt VR Storytales, czyli cykl opowieści pomiędzy doświadczeniem filmowym a growym w wirtualnej rzeczywistości. Siberian Run to gra przygodowa z doświadczeniem survivalowym. Celem jest ucieczka z obozu na Syberii. Polacy pracują już nad kolejnymi opowieściami: Memories of love pozwala wspominać z perspektywy kobiety lub mężczyzny miłosne chwile – pierwsze pocałunki, randki, rozstania, czy po ślub i narodziny dziecka, aż do starości. Eden VR pozwala odwiedzić Ogród Oliwny w momencie, gdy modlił się tam Jezus i Eden z Adamem i Ewą. After Effects z kolei pozwala poczuć się tak, jak po zażyciu narkotyków – podczas sylwestrowej zabawy sami decydujemy, czego chcemy spróbować i w ten sposób kreujemy rzeczywistość i kontakty z ludźmi.

Oprócz filmowej rzeczywistości Out of Body Polacy chcą opracować rozwiązanie, które pozwoli się zanurzyć w wirtualny świat bez konieczności wydawania tysięcy złotych na sprzęt.

– VR Flow to pomysł na streaming w wirtualnej rzeczywistości zarówno wideo, jak i gier. Jeśli ktoś chce zagrać w grę czy obejrzeć film, musi kupić nie tylko urządzenie do wirtualnej rzeczywistości, lecz także odpowiedni komputer. My wyeliminujemy jeden z tych zakupów, wystarczy tylko urządzenie VR i zwykły komputer z wejściem HDMI i z możliwością odtwarzania wideo 4K. Gra będzie strumieniowana do gogli poprzez nasz serwer, a gracz będzie wykonywał ruchy w  wirtualnej rzeczywistości i to będzie tylko obraz, który do niego dociera, a nie cała procedura instalacji gry – tłumaczy prezes spółki Unsin Studio.

To właśnie cena jest barierą przed szerszym wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości w grach. Wymaga zazwyczaj zaawansowanego technologicznie sprzętu. Choć ceny są już niższe niż jeszcze kilka lat temu, wciąż dla wielu stanowią barierę nie do przejścia. VR Flow może to zmienić.

– Oczywiście są urządzenia, które też mają w sobie komputer, ale nigdy nie będą tak wydajne jak dobry procesor i karta graficzna, dlatego chcemy udostępnić rozwiązanie serwerowe pod VR, a dodatkowo w planach mamy także live streaming wideo z koncertów czy z przedstawień – zapowiada Paweł Jóźwiak-Rodan.

Globalny rynek wirtualnej rzeczywistości może zanotować w najbliższych latach wzrost wartości o 33,5 proc. średniorocznie. Według analityków MarketsandMarkets jego wycena w 2024 r. może wynieść niemal 45 mld dol.

Naukowcy coraz bliżej odkrycia życia w kosmosie. Dzięki coraz dokładniejszym teleskopom można znacznie łatwiej znaleźć planety z wodą

Naukowcy coraz bliżej odkrycia życia w kosmosie. Dzięki coraz dokładniejszym teleskopom można znacznie łatwiej znaleźć planety z wodą 5

Za pomocą teleskopów nowej generacji i małych sond kosmicznych naukowcy szukają życia poza naszym układem słonecznym. Dotychczas znaleziono 47 egzoplanet pasujących do profilu Ziemi, która jest przyjazna do życia z racji tego, że nie otrzymuje zbyt wiele promieniowania słonecznego, a dzięki odległości od słońca woda może być w stanie ciekłym. Liczba planet, na których może istnieć życie, jest jednak znacznie większa. Dzięki nowoczesnym teleskopom będzie można je znacznie łatwiej odnaleźć.

– Co chwilę dowiadujemy się o kolejnym odkryciu kolejnej egzoplanety, czyli planety, która krąży wokół innej gwiazdy niż nasze Słońce. Ta lista jest naprawdę długa, bo planet pozasłonecznych znamy już ponad 4 tys. Odkrywamy dziś coraz mniejsze planety, więc możemy się pokusić o poszukiwania drugiej Ziemi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Pierwsze planety pozasłoneczne odkryto kilkadziesiąt lat temu. Od tego czasu odkrycia znacznie przyspieszyły. Choć zdecydowanie łatwiej zaobserwować planety gazowe, które przysłaniają światło gwiazdy, to odkrycie planet skalistych nie jest niemożliwe. Odkryto już ponad 4 tys. egzoplanet. Większość została zaobserwowana przez teleskop kosmiczny Keplera, wystrzelony w 2009 roku. Szacuje się, że 47 z egzoplanet potencjalnie nadaje się do zamieszkania, bo ich profil jest podobny do naszej planety.

Ukształtowanie Ziemi sprawia, że nie dociera do niej nadmierna ilość promieniowania słonecznego, a odległość od słońca jest na tyle bezpieczna, że woda pozostaje w stanie ciekłym. Jeszcze do niedawna wydawało się, że planet podobnych do Ziemi niemal nie ma, jednak dzięki nowoczesnym teleskopom o odkrycia jest coraz łatwiej – nowe teleskopy szukają planet w szerszych obszarach galaktyki niż kiedykolwiek wcześniej.

– Okazuje się, że jest mnóstwo planet, gdzie temperatura jest podobna jak na naszej Ziemi, gdzie średnia temperatura to 15 stopni Celsjusza, więc w takich warunkach teoretycznie może istnieć woda w stanie ciekłym. Nowo odkryta planeta wokół gwiazdy K2-18, czyli K2-18b, to ciekawe miejsce, bo tam w atmosferze jest para wodna, co może świadczyć o tym, że na powierzchni też jest woda w stanie stałym i ciekłym – tłumaczy Mateusz Borkowicz.

Naukowcy z UCL (University College London) wykryli parę wodną w atmosferze K2-18b. W świecie naukowym pojawiły się już komentarze, że planeta, która znajduje się 110 lat świetlnych od Ziemi i leży w granicach gwiazdozbioru Lwa, może się okazać drugą Ziemią. To jak na razie jedyna egzoplaneta, na powierzchni której występuje zarówno woda, jak i temperatury dogodne dla rozwoju i przetrwania życia. Do odkrycia wykorzystano dane zarejestrowane przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a. Na ich podstawie opracowano algorytmy, które pozwalają analizować światło gwiazdy przefiltrowane przez atmosferę jej planety. Wyniki ujawniły, że w atmosferze obecny jest wodór i hel, wszystko wskazuje na to, że również para wodna.

– To bardzo ciekawe odkrycie, choć nie świadczy o tym, że tam musi być życie, bo jak wiemy, nie w każdej kałuży pływa ryba. I mimo że znamy mnóstwo miejsc nawet w układzie słonecznym, gdzie jest mnóstwo wody, to życie jest tylko na Ziemi – ocenia ekspert Planetarium CNK.

Jednym ze sposobów, aby dowiedzieć się, czy na danej planecie może istnieć życie, jest poszukiwanie bioznaków. Gdy światło gwiazd odbija się od planety lub przechodzi przez jej atmosferę, gazy pochłaniają określone długości fal. Widmo obserwowane przez teleskop może pokazać, czy obecne są gazy związane z życiem, takie jak tlen, dwutlenek węgla lub metan.

Chlorofil w roślinach odbija światło bliskiej podczerwieni, niewidoczne dla ludzkich oczu, ale łatwe do zaobserwowania za pomocą teleskopów na podczerwień. To także może być wskazówka, że na danej planecie istnieje życie.

– Być może niekoniecznie odkryjemy życie już za chwilę, ale odkryjemy kolejny świat. Mamy coraz lepszą technologię. Naukowcy uczą się na tych przykładach, jak odkrywać takie światy, jak odszukiwać planety podobne do Ziemi, więc na pewno odkryją kolejną planetę, która będzie zbliżona do naszej, a być może za parę, paręnaście lat odkryjemy życie właśnie na takiej egzoplanecie – mówi Borkowicz.

Odkrycia są możliwe dzięki coraz lepszym i dokładniejszym teleskopom. TESS (Transiting Exoplanet Survey Satellite), uruchomiony w 2018, wykrywa małe planety krążące wokół jasnych gwiazd. JWST (James Webb Space Telescope), którego start zaplanowano na 2021 rok, będzie badać odległe gwiazdy i egzoplanety wykorzystujące cztery instrumenty, w tym podczerwień kamery i spektrografy.

WFIRST (Wide Field Infrared Survey Telescope) ma z kolei znajdować egzoplanety za pomocą światła zakrzywionego przez grawitację. Może być także stosowany w połączeniu ze Starshade. To tarcza świetlna w kształcie kwiatu o średnicy ponad stu stóp, będzie blokować światło gwiazdy macierzystej, umożliwiając astronomom bezpośredni widok na egzoplanetę. Teleskop WFIRST ma być gotowy w 2025 roku, Starshade jest jeszcze w fazie projektu.

Rząd otwiera się na „Głos przedsiębiorcy”

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców

Federacja Przedsiębiorców Polskich przy współpracy z Rzecznikiem MSP promuje specjalne narzędzie dla właścicieli średnich i małych firm. Na stronie www.biznes.gov.pl, za pomocą formularza w zakładce „Głos Przedsiębiorcy”, można zgłaszać pomysły na to, jak ułatwić działanie przedsiębiorstw w zakresie wymaganej dokumentacji i biurokracji. Dzięki zgłaszanym zażaleniom i pomysłom FPP oraz Rzecznik MSP, przy współpracy z ministerstwami i komisjami poselskimi zajmującymi się biznesem będą likwidować bariery, utrudniające firmom funkcjonowanie. Projekt już ma swoje sukcesy.

– Udało nam się już skutecznie uregulować kilka wniosków. Dzięki naszej interwencji Minister Energii zlikwidował obowiązujące dotychczas cztery wymagane sprawozdania. Obecnie wystarczy jedno sprawozdanie, a Prezes URE będzie przekazywać te informacje dalej – powiedział serwisowi eNewsroom Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. – Przedsiębiorcy w Polsce wiedzą najlepiej, które przepisy w największym stopniu ograniczają ich swobodę prowadzenia działalności gospodarczej lub stanowią zbędną biurokrację. Dlatego tak ważne jest, aby właściwe resorty wsłuchały się w ich głos i pomysły i uwzględniły te postulaty przy tworzeniu prawa. Prosimy wszystkich przedsiębiorców, by zgłaszali swoje problemy za pomocą tego narzędzia. Rzecznik MSP i Federacja Przedsiębiorców Polskich rozpatrzą, czy wniosek jest zasadny, po czym skierują go do odpowiednich ministerstw i posłów. Przedstawiciele ministerstw, także ważnego dla przedsiębiorców Ministerstwa Finansów oraz przewodniczący komisji poselskich zadeklarowali, że będziemy usuwali wszystkie zgłoszone bariery – zapewnia Abramowicz.

Liderzy firm przeznaczają mniej niż jeden dzień w roku na zagrożenia cybernetyczne: badanie Marsh, we współpracy z Microsoft

Większość członków zarządu lub kadry kierowniczej odpowiedzialnej za zarządzanie ryzykiem cybernetycznym w swojej organizacji poświęca nie więcej niż jeden dzień w roku na zagadnienia związane z ryzykiem cybernetycznym – wynika z raportu 2019 Global Cyber Risk Perception Survey przygotowanego przez Marsh we współpracy z Microsoft.

Badanie wykazało również, że wspomniany brak czasu na kwestie zagrożeń cybernetycznych pojawia się w momencie, gdy niepokój spowodowany cyber atakami osiągnął najwyższy dotychczas poziom, oraz gdy zaufanie do firm w zakresie zarządzania ryzykami cybernetycznymi znacząco spadło. Globalne badanie przeprowadzone wśród 1500 organizacji opisuje aktualne postrzeganie ryzyka cybernetycznego, a także sposoby zarządzania nim, porównując tym samym rezultaty uzyskane w poprzedniej edycji badania z 2017 roku.

Blisko 80% respondentów wymieniło ryzyka cybernetyczne wśród największych zagrożeń, (dla porównania – w 2017 r.: 62%.) Jednakże zaledwie 11% ankietowanych jest pewnych swoich umiejętności, co do prawidłowej oceny zagrożeń, przeciwdziałania atakom czy skutecznego reagowania (spadek z 19% w 2017 r.).

Dla wielu organizacji, strategiczne zarządzanie ryzykiem cybernetycznym nadal pozostaje wyzwaniem. Podczas gdy blisko 2/3 ankietowanych (65%) przypisało odpowiedzialność za zarządzanie ryzykami cybernetycznymi kadrze kierowniczej i zarządowi, zaledwie 17% z kierowników wyższego szczebla przyznało, że przeznaczyło więcej niż kilka dni w roku na te kwestie. Ponad połowa, bo 51% przeznaczyła zaledwie kilka godzin lub mniej.

Jednocześnie, 88% respondentów wskazało dział IT jako głównego decydenta ds. zarządzania ryzykiem cybernetycznym, podczas gdy 30% pracowników IT przyznało, że spędziło jedynie kilka dni lub mniej na analizie ryzyk cybernetycznych.

Warto dodać, że organizacje pomimo korzystania z nowych technologii, nie są w pełni świadome ryzyk jakie one niosą. Większość ankietowanych (77%) potwierdziło, że jest w trakcie adaptacji lub zaadaptowało nowe technologie, takie jak przechowywanie danych w chmurze, robotykę czy sztuczną inteligencję. Tylko 36% twierdzi, że dokonało oceny ryzyk zarówno przed, jak i po adaptacji nowych technologii, 11% przyznaje, że w ogóle nie dokonało oceny.

Anna Pluta – Lider Praktyki Cybernetycznej Marsh Polska podkreśla: „Badanie pokazało, że świadomość zagrożeń cybernetycznych w organizacji rośnie a cyberbezpieczeństwo jest jednym z najważniejszych priorytetów biznesowych. Firmy przykładają więcej uwagi do występujących zagrożeń jednak zdolności do zarządzania nimi, poczucie pewności w tym obszarze zmalało w stosunku do badań z roku 2017 .

Konsekwentnie wobec lat ubiegłych badanie wskazało zagrożenia atakiem hakerskim jako najpoważniejsze z wszystkich współczesnych zagrożeń dla biznesu. Pomimo tak poważnego postrzegania ryzyka w organizacji zdecydowana większość respondentów deleguje kwestie zarządzania bezpieczeństwem cybernetycznym wyłącznie do zespołów IT (aż 88% respondentów wobec 70% z badania w 2017), tylko 17% liderów i kadry zarządczej przyznało się, że w ostatnim roku poświecili na kwestie związane z cyber ryzykiem raptem klika dni. Wiele organizacji skupia się głównie na technologicznych rozwiązaniach i inwestycjach w narzędzia chroniące i zabezpieczające przed cyber ryzykiem, zapominając o ocenie ryzyka, możliwości jego transferu, reakcji na incydent czy naruszenie bezpieczeństwa danych – czyli o tych obszarach, które kształtują kulturę cyber bezpieczeństwa i budują odporność organizacji na potencjalne zagrożenia.

Innowacje IT wydają się być absolutnie konieczne dla większości biznesu, pozostawiają one jednak nierozłącznie technologiczny ślad w środowisku IT, organizacji włączając w to ryzyko cybernetyczne. Postęp naraża organizacje na zwiększenie powierzchni ataku, która rozszerza się w wyniku implementacji nowych rozwiązań technologicznych. Ponad ¾ respondentów potwierdziło zaadoptowanie lub rozważa wprowadzenie co najmniej jednego operacyjnego udogodnienia technologicznego, 50% przyznało, że zagrożenia cybernetyczne prawie nigdy nie stanowiły przeszkody we wdrożeniu nowych rozwiązań, jednakże dla 23% respondentów, włączając w to wiele mniejszych firm, koszty i ryzyko związane z wdrożeniem nowych technologii niestety przewyższa korzyści i możliwości z nich wynikające. Zagrożenia i ekspozycje związane z nowymi technologiami muszą być zatem wywarzone wobec potencjalnych benefitów będących efektem dokonanej transformacji technologicznej a tolerancją ryzyka, która jest różna dla każdej organizacji czy branży.

Powszechna cyfryzacja w łańcuchu dostaw, rosnąca współzależność gospodarcza ma wpływ na powstawanie cyber ryzyka w wśród wszystkich zaangażowanych podmiotów, nie jest to ryzyko dotykające tylko jednej strony czy jednego partnera biznesowego. Ciekawostką wśród wielu respondentów są rozbieżności w postrzeganiu ryzyka, na które są narażone firmy w ramach łańcucha dostaw: 39% respondentów stwierdziło, że zagrożenie ze strony ich parterów czy dostawców było wysokie lub dość wysokie, ale tylko 16% respondentów wskazało, że w łańcuchu dostaw to oni sami są wysokim lub dość wysokim „ nośnikiem” zagrożeń cybernetycznych.

Wśród respondentów bardziej prawdopodobne było ustalenie wyższych standardów dla własnych działań w zakresie zarządzania ryzykiem cybernetycznym niż podwyższanie standardów wobec innych kontrahentów w ramach łańcucha dostaw.

Generalnie organizacje wskazują na ograniczającą rolę nowowprowadzonych regulacji i prawa. Zdaniem respondentów mają one wpływ na efektywność i nie pomagają w zarządzaniu cyber ryzykiem. Wyjątkiem są ataki sponsorowane przez obce państwa – w zakresie tych zagrożeń ponad połowa respondentów oczekuje większego zainteresowania i pomocy z strony instytucji rządowych.

Wraz z rozwojem zagrożeń także ubezpieczenia od ryzyk cybernetycznych są na krzywej wznoszącej a organizacje prezentują otwartą postawę na ubezpieczeniowy transfer ryzyka. 47% badanych organizacji potwierdziło posiadanie ochrony ubezpieczeniowej (wzrost wobec 34% w roku 2017), niepewność co do możliwości uzyskania ochrony ubezpieczeniowej adekwatnej wobec potrzeb spadła do 31% z 41% w 2017 i aż 89% respondentów posiadających ochronę ubezpieczeniową zadeklarowało wysoką i dość wysoką pewność, że posiadane policy pokryłyby koszty związane z cyber incydentem”.

Przesłanki skłaniające polskich przedsiębiorców do zainwestowania w chmurę

Tegoroczne budżety firm na infrastrukturę informatyczną ulegną przetasowaniom. Zmaleją nakłady na centra danych (spadek o 3,5 proc. w porównaniu do 2018 roku) oraz urządzenia (spadek o 4,3 proc.). Wzrosną za to wydatki na oprogramowanie firmowe – aż o 9 procent. Jak podejść do planowania budżetów IT na 2020 rok?

Globalne nakłady pieniężne na IT mają wynieść ponad 3,7 bln dolarów w tym roku, jak wynika z analiz Gartnera. Jest to wzrost o 0,6 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Mimo, że roczna skala wydatków na IT nie ulegnie dużym zmianom, widać znaczne przetasowania w budżetach. Czy obecne trendy powinny być wskazówką dla CIO i CFO, podczas planowania wydatków na przyszły rok?

Wydatki maleją, chmura rośnie

Zmaleją wydatki na centra danych (203 mld dolarów – spadek o 3,5 proc.) oraz urządzenia (spadek o 4,3 proc. z 682 mld dolarów). Jednocześnie można zaobserwować zwiększenie nakładów na oprogramowanie biznesowe – do końca roku mają one osiągnąć poziom 457 mld dolarów, co stanowi wzrost o 9 proc. w porównaniu z 2018 rokiem[1].

Według ekspertów Gartnera, wydatki na stare segmenty technologiczne, takie jak własne serwerownie czy centra danych, nadal będą spadać. Ich zdaniem taki kierunek trendów budżetowych wynika z rosnącej popularności chmury obliczeniowej. Dyrektorzy IT już teraz pracują nad zrównoważeniem swoich portfeli technologicznych, przenosząc inwestycje z zasobów lokalnych (on-premise) na zewnętrzne (off-premise).

Gartner przewiduje, że w ciągu najbliższych kilku lat cloud computing, jako główny trend, jeszcze mocniej wpłynie na decyzje dotyczące infrastruktury systemowej. Wykorzystanie chmury zostanie rozszerzone o dodatkowe segmenty oprogramowania użytkowego, w tym pakiety biurowe do zarządzania treścią, komunikacją czy projektami.

Publiczna chmura obliczeniowa pozwala na nowo zdefiniować podejście CIO i CFO do sposobu planowania i utrzymania infrastruktury IT. Kilkuletni horyzont czasowy amortyzacji sprzętu sprawia, że firmy, które chcą dokonać modernizacji w tym obszarze, chętnie zerkają w kierunku chmury. Widzą w niej nowoczesną i pełną korzyści alternatywę dla budowy własnych serwerowni oraz szansę na redukcję całkowitego kosztu posiadania infrastruktury IT (TCO) – tłumaczy Maciej Kuźniar, COO Oktawave.

Infogafika przesłanki do zainwestowania w chmuręChmurowe budżety w Polsce

Wzrost zainteresowania cloud computing-iem potwierdzają wyniki badania “Chmura publiczna w Polsce 2019 – wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju”, zrealizowanego przez IDG we współpracy z Oktawave wśród firm, które korzystają lub planują skorzystać z rozwiązań chmurowych.

Niemal jedna trzecia (30 proc.) z przedsiębiorstw, które planują wzrost wydatków na usługi IaaS, widzi go na poziomie ok. 11-29 proc., podczas gdy co piąta (23 proc.) szacuje, że nakłady te będą większe o ok. 30-49 procent. Firmy, które planują zmniejszać stopień wydatków na chmurę, stanowią jednoprocentowy margines.

Najważniejsze przesłanki do inwestycji w chmurę to możliwość optymalizacji kosztów i procesów IT (55 proc.) oraz wysoka skalowalność rozwiązań projektowanych na jej fundamentach (44 proc.). Nieco mniej firm (43 proc.) postrzega chmurę jako istotne narzędzie w realizacji strategii cyfrowej transformacji w obszarze infrastruktury przedsiębiorstwa.

Planowanie przyszłorocznych budżetów jest idealnym czasem na audyt kosztów związanych z utrzymaniem infrastruktury informatycznej. Można tę usługę powierzyć profesjonalistom. Warto przy tym pamiętać, że nie należy wyłącznie porównywać kosztów posiadania własnej infrastruktury do usług IaaS. Dobrze jest poszukać dodatkowych rozwiązań chmurowych – zastosowania technologii opartych o konteneryzację, np. Oktawave Kubernetes Service, który pozwala zmaksymalizować inwestycję w chmurę i może korzystać z dowolnej infrastruktury, rozproszonej pomiędzy wieloma dostawcami – wyjaśnia Maciej Kuźniar, COO Oktawave.

Jakie są kierunki rozwoju chmury?

Dynamiczny wzrost udziału chmury w rynku nie oznacza jednak, że wszystkie przedsiębiorstwa będą korzystały z tego samego narzędzia. Raport Oktawave i IDG wskazuje, że nie ma jednego dominującego kierunku rozwoju chmury. Dla niemal dwóch piątych firm (36 proc.) optymalnym rozwiązaniem jest chmura oparta na modelu hybrydowym. Co trzecia firma (30 proc.) ma w planach zwiększyć swoje zaangażowanie w chmurze publicznej, zaś co piąta bazuje tylko na niej i nie zamierza tego zmieniać. Co ciekawe, nieco ponad jedna na dziesięć firm planuje inwestycje w środowiska chmurowe typu multi-cloud.

–  Duże przedsiębiorstwa i korporacje częściej wybierają modele hybrydowe, choć i one planują zauważalne zwiększenie udziału chmury publicznej w całości posiadanych systemów. Obawa przed vendor-lock oraz unikalna oferta dostawców w zakresie konkretnych usług i rozwiązań powodują, że część przedsiębiorstw rozważa i planuje inwestycje w środowiska chmurowe typu multicloud. Dlatego stale poszerzamy swoje kompetencje w tym zakresie, oferując migrację do chmur AWS, Azure czy Google Cloud, a także bieżące zarządzenie zmigrowaną infrastrukturą – komentuje Michał Paschalis-Jakubowicz, CEO Oktawave.Infografika kierunki rozwoju chmury

***

O raporcie:

Badanie „Chmura publiczna w Polsce 2019. Wykorzystanie, bezpieczeństwo, plany rozwoju”, przeprowadzone przez IDG Poland w marcu i kwietniu 2019 r. w partnerstwie z firmą Oktawave, miało na celu określenie poziomu wykorzystania publicznej chmury obliczeniowej w Polsce. Do wypełnienia ankiety zaproszono 676 przedstawicieli różnej wielkości przedsiębiorstw, z których: 324 podmiotów (48 proc.) nie korzysta, ani nie planuje wdrożenia publicznej chmury obliczeniowej. Firmy te zostały wyłączone z dalszej części badania. W grupie docelowej znalazły się 352 firmy działające na polskim rynku, które korzystają lub planują skorzystać z rozwiązań chmurowych. Zostały one podzielone na trzy kategorie ze względu na wielkość: małe firmy (10-50 zatrudnionych), średnie firmy (50-250) oraz największe przedsiębiorstwa i korporacje (powyżej 250 pracowników).

[1] Gartner, Gartner Says Global IT Spending to Grow 0.6% in 2019

Walutowe serwisy internetowe Currency One podsumowują okres letni

Tegoroczne miesiące wakacyjne cieszyły się szczególną intensywnością dla serwisów należących do Currency One – były wręcz rekordowe. Tego lata aż o 21% wzrosła liczba osób zainteresowanych wymianą online w porównaniu z wakacjami 2018. Obroty także były imponujące, wyższe o 12% r/r.

W miesiącach lipcu i sierpniu średnia wysokość transakcji w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl wyniosła 6445 złotych. Najwyższa wymiana w tym okresie wyniosła 1,7 mln zł – informuje Currency One, operator serwisów. To były bardzo dobre miesiące dla obu serwisów. Z czego wynika rosnąca popularność wymiany walut w Internecie? Jak tłumaczy główny ekspert walutowy Maciej Przygórzewski:

– W wakacje zakończył się marazm na rynkach. W drugiej połowie lipca zaczęły się niepokoje, powodujące silny spadek wartości złotego. Powodów strachu było kilka. Z jednej strony był to Brexit i ryzyko, że dojdzie do niego bez umowy. Z drugiej – alarmujące dane z Niemiec, mówiące o słabszych perspektywach rozwoju. Do tego wszystkiego Włosi nie mieli rządu i budowali nowy. To wszystko powodowało, że inwestorzy szukali bezpiecznych inwestycji i wycofywali się z Polski, osłabiając tym samym złotego.

W miesiącach wakacyjnych najwięcej wymieniano euro (69%). Jak podaje Currency One, poza 4 głównymi walutami, dużą popularnością cieszyły się także korony norweskie.

– W tym okresie zintensyfikowaliśmy działania reklamowe offline i online, uruchomiliśmy kampanie wakacyjne, nawiązaliśmy nowe partnerstwa – to wszystko, plus atrakcyjne kursy oraz rosnące zaufanie do naszych marek i jakości serwisów, przyniosło tak dobre wyniki – komentuje Magdalena Jasnoch, kierownik marketingu i PR w Currency One.
Najlepszym dniem w tym okresie był 14 sierpnia – tuż przed długim weekendem. Wtedy wymieniono najwięcej walut na kwotę ponad 108 milionów zł.

– 14 sierpnia złoty gwałtownie tracił na wartości. Pod koniec dnia euro podrożało aż o 4 grosze. Istotnym czynnikiem, wpływającym na obroty, okazał się strach, co się wydarzy w dniu wolnym, 15 sierpnia. W rezultacie wielu klientów postanowiło nie odkładać transakcji na później – tłumaczy M. Przygórzewski.

Kim jest wakacyjny klient, który wymienia walutę online? Z analizy serwisów wynika, że 69% klientów to mężczyźni, pochodzący z dużych miast, średnio w wieku 42 lat. Największą grupę korzystającą z wymiany walut w Internecie stanowią osoby w wieku 41-50 lat. Tak jak rok temu, najwięcej transakcji zostało zrealizowanych przez użytkowników e-kantorów mieszkających w województwie mazowieckim – aż 19,0%, natomiast najmniej, bo jedynie 1,6%, przez osoby z województwa podlaskiego. O 8% – w porównaniu z latem 2018 – wzrosła liczba obcokrajowców, korzystających podczas wakacji z internetowych kantorów wymiany walut. 19% użytkowników przy wymianie waluty skorzystało z urządzeń mobilnych.

Walutomat ma obecnie 327 000 klientów, a w Internetowykantor.pl wymienia ich już 306 000. To najdłużej działające serwisy wymiany walut w Polsce. Od niemal 10 lat kształtują ten rynek i należą do ścisłej czołówki kantorów internetowych pod względem liczby klientów i obrotów. Pomimo bankowej i zagranicznej konkurencji, jak pokazują powyższe wyniki, wciąż się rozwijają i zyskują nowych klientów.

Handel kryptowalutami – polscy podatnicy znów dostaną po kieszeni

Z dniem 1 stycznia 2019 roku doszło do znowelizowania ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych w zakresie obrotu wirtualną walutą. Na skutek pewnych zabiegów redakcyjnych nowych przepisów, podatnicy zostali pozbawieni możliwości rozliczenia straty podatkowej, wygenerowanej przed zmianą tych przepisów. Pociągnęło to za sobą pogorszenie sytuacji osób, którzy przed 2019 rokiem osiągnęli straty z tytułu handlu kryptowalutami. Przekonał się o tym niedawno jeden z podatników.

Strata podatkowa

Jedna z sierpniowych interpretacji indywidualnych wydana przez Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej nie pozostawiła złudzeń osobie handlującej wirtualną walutą. W jej stanie faktycznym sprawy zaprezentowano następującą sytuację.

Podatnik podlegający w Polsce nieograniczonemu obowiązkowi dokonywał w 2018 roku transakcji polegających na zakupie oraz sprzedaży walut wirtualnych. We wskazanym roku dokonywał także transakcji zamiany waluty wirtualnej jednego rodzaju na walutę wirtualną innego rodzaju. Z tytułu tych transakcji odnotował stratę, którą wykazał w zeznaniu podatkowym.

Podatnik zamierzał dokonywać transakcji, mających za przedmiot walutę wirtualną, także w latach kolejnych (tj. w 2019 r. i w latach następnych). Nie wykluczał, że walutę wirtualną zakupioną w danym roku (np. w 2019 r.) sprzeda dwa lata później (np. w 2021 r.), nie dokonując innych transakcji sprzedaży waluty wirtualnej pomiędzy tymi transakcjami.

Mając powyższe na uwadze, podatnik powziął w wątpliwość, czy strata osiągnięta w 2018 roku z handlu wirtualną walutą stanowi koszty uzyskania przychodów, a w konsekwencji czy kwota tej straty może zostać uznana za koszty uzyskania przychodów 2019 roku pod warunkiem ich wykazania w zeznaniu podatkowym za 2019 roku jako koszt uzyskania przychodów.

W opinii podatnika, przepisy nowelizujące należy rozumieć w ten sposób, że wydatkami poniesionymi i nieodliczonymi od przychodów jest także kwota odpowiadająca kwocie straty z obrotu walutami wirtualnymi, wygenerowana przed dniem 1 stycznia 2019 roku w zakresie, w jakim kwota ta nie obniżyła podstawy opodatkowania (dochodu) przed zmianą zasad opodatkowania. Podatnik uznał więc, że kwota takiej straty może zostać uznana za koszty uzyskania przychodów 2019 roku pod warunkiem jej wykazania jako koszt uzyskania przychodów tego roku w zeznaniu podatkowym. Jednocześnie podatnik nie będzie uprawniony do uznawania tej kwoty za stratę ze źródła „prawa majątkowe”. Miało zatem dojść do swoistego „przekonwertowania” straty z roku 2018 (źródło „prawa majątkowe”) na koszty uzyskania przychodów 2019 roku na cele obliczenia dochodu w zakresie handlu kryptowalutami.

Podatnik sygnalizował, że brak akceptacji ww. argumentacji prowadziłby do sytuacji, w której straciłby możliwość rozliczenia straty na transakcjach mających za przedmiot waluty wirtualne, wygenerowanej przed dniem 1 stycznia 2019 roku.

Stanowisko organu

Odnosząc się do stanowiska podatnika, organ skupił się na zapisach ustawy nowelizującej przepisy dotyczące obrotu wirtualną walutą. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wywiódł, że wydatki na nabycie tych walut poniesione przed dniem 1 stycznia 2019 roku w ramach transakcji zakupu waluty wirtualnej za środki pieniężne oraz zamiany waluty wirtualnej na inną walutę wirtualną, poniesione i nieodliczone od przychodów przed dniem 1 stycznia 2019 roku w myśl art. 23 ustawy nowelizującej, będą mogły – jako koszty uzyskania przychodów – być wykazane w zeznaniu o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) składanym za 2019 rok.

Dodał również, że o wysokość straty ze źródła przychodów, poniesionej w roku podatkowym, podatnik może: obniżyć dochód uzyskany z tego źródła w najbliższych kolejno po sobie następujących pięciu latach podatkowych.

Dyrektor wywiódł ostatecznie, że stratę poniesioną w 2018 roku, według obowiązujących od dnia 1 stycznia 2019 roku przepisów, można rozliczyć tylko z dochodami z tego źródła, które przyniosło stratę, tj. z praw majątkowych. Skoro jednak od dnia 1 stycznia 2019 r. przychody z odpłatnego zbycia walut wirtualnych zaliczone są do źródła przychodów kapitały pieniężne, to tym samym nie ma możliwości rozliczenia straty ze źródła przychodów z praw majątkowych z dochodami ze źródła przychodów kapitały pieniężne. W przedmiotowej sprawie, stratę poniesioną w 2018 roku można zatem rozliczyć tylko w sytuacji gdyby podatnik uzyskiwał dochody ze źródła „prawa majątkowe”.

Istota sporu

Jak wynika z sierpniowego orzeczenia główną przeszkodą w możliwości odliczenia straty podatkowej jest zmiana źródła przychodów do którego zaliczane są przychody z odpłatnego zbycia kryptowalut. Przed wprowadzeniem nowych przepisów źródłem tym były prawa majątkowe. Po wprowadzeniu tych przepisów są to kapitały pieniężne. Takie ukształtowanie regulacji skutkuje brakiem możliwości odliczenia straty podatkowej poniesionej w poprzednich latach.

Działanie ustawodawcy spotyka się obecnie z szeroką krytyką. Chodzi tutaj głównie o brak respektowania zasad płynących z Konstytucji, w szczególności poszanowania obowiązków ochrony interesów będących w toku.

Abstrahując od motywów działania prawodawcy, jego następstwem jest dalsze torpedowanie branży kryptowalut. Dla jasności: wcześniejszy cios polegał na braku możliwości zaliczenia do kosztów podatkowych wydatków poniesionych na tzw. koparkę, czyli sprzęt komputerowy.

W konsekwencji powyższego, nie może więc dziwić zamiar podatników do przeniesienia zysków pod kuratelę zagranicznych jurysdykcji podatkowych, które – w odróżnieniu od polskiej – pozwalają nawet na całkowite zwolnienie dochodów pochodzących z obrotu wirtualną walutą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polski rynek nieruchomości komercyjnych po 1. poł. 2019 r.

W I półroczu 2019 roku w polskie nieruchomości komercyjne zainwestowano aż 2,76 mld euro, czyli najwięcej w Europie Środkowo-Wschodniej. Aż 99% kapitału pochodziło z zagranicy, rodzimi inwestorzy to jedynie 1% – wynika z raportu CBRE „Market View. Rynek inwestycyjny IH19”. Eksperci CBRE podkreślają, że sytuację mogłoby zmienić odpowiednie ustawodawstwo, w tym rozpowszechnienie funduszy REIT (Real Estate Investment Trust). W Czechach wprowadzenie takiego rozwiązania przyniosło zmianę z ok. 1% do nawet 37% udziału lokalnego kapitału w inwestycjach na rynku nieruchomości komercyjnych.

– Polski rynek inwestycyjny nieustannie się rozwija, a potencjał, który mogłyby uwolnić zmiany w regulacjach prawnych jest gigantyczny. Udostępnienie polskim inwestorom odpowiednich narzędzi do lokowania kapitału, jak np. fundusze typu REIT, miałoby olbrzymie znaczenie i wpłynęłoby pozytywnie na wyrównanie dysproporcji pomiędzy udziałem kapitału zagranicznego a rodzinnego w naszym kraju. A pieniędzy i chęci do inwestowania nie brakuje, na co wskazuje m.in. liczba mieszkań zakupionych na wynajem  przez osoby indywidualne, czy popularność lokat w Polsce – mówi Przemysław Felicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, CBRE.

REIT-y to specjalne spółki lub fundusze inwestycyjne, które działając w oparciu o bardziej przyjazne regulacje prawne, ułatwiają inwestorom indywidualnym lokowanie kapitału na rynku nieruchomości komercyjnych na wynajem. Ich wyróżnikiem jest m.in. specjalny status podatkowy. REIT-y najbardziej rozpowszechnione są w Stanach Zjednoczonych, gdzie funkcjonują od 1960 roku.

Nie tylko przychylne prawo, ale też odpowiednia edukacja

Przykłady z innych krajów europejskich wyraźnie pokazują, w jaki sposób odpowiednim ustawodawstwem można zachęcić lokalnych inwestorów do lokowania swojego kapitału w kraju zamiast za granicą. W Europie jako pierwsza – już w 1969 r. – instytucję REIT wprowadziła Holandia. Dziś takie spółki istnieją w 16 państwach Unii Europejskiej, w tym u naszych sąsiadów – w Czechach, Niemczech oraz na Litwie.

Na przykład w Czechach REIT-y są dozwolone od 2004 r., jednak dopiero w 2013 r. rząd uchwalił ustawy, które regulowały ich funkcjonowanie. W efekcie udział rodzimego kapitału, który przed wprowadzeniem REIT-ów osiągał poziom podobny jak dziś w Polsce (ok. 1%), obejmuje obecnie aż 37% całej inwestowanej kwoty.

Maciej Wójcikiewicz MRICS, RICS Registered Valuer CIS HypZert (MLV), Senior Director CBRE
Maciej Wójcikiewicz

Należy jednak pamiętać, że wspomniane kraje nie tylko wprowadziły nowe możliwości, ale także odpowiednio je nagłośniły, edukując potencjalnych inwestorów. Nowe przepisy przyniosą realną zmianę na rynku, tylko przy odpowiedniej komunikacji, na czym polega taka lokata kapitału, jak przebiega proces oraz jakie są możliwości i ryzyka – mówi Maciej Wójcikiewicz, Senior Director Valuation Advisory, CBRE.

W polskie nieruchomości komercyjne inwestują głownie Azjaci

W I półroczu 2019 roku w polskie nieruchomości komercyjne zainwestowano aż 2,76 mld euro. Najwięcej kapitału napłynęło z Azji (38%), następnie z Europy Zachodniej (26%) i Afryki (17%). Ilość rodzimego pieniądza w tej puli wyniosła zaledwie 1%, co jest wynikiem utrzymującym się już od pewnego czasu.

W I półroczu 2019 roku Polska pod względem wielkości inwestycji w nieruchomości komercyjne znalazła się na pierwszym miejscu w Europie Środkowo-Wschodniej (2,76 mld euro). Na drugim miejscu znalazły się Czechy, w których zainwestowano 1,6 mld euro, a trzecie miejsce zajęły Węgry – z 0,43 mld euro inwestycji w I połowie br. roku.W polski rynek nieruchomości komercyjnych inwestuje się najwięcej, ale brakuje rodzimego kapitału

Globalny raport zamożności 2019 od Allianz

  • W 2018 roku, globalne zasoby finansowe zanotowały spadek – po raz pierwszy od czasu kryzysu finansowego
  • Zatrzymuje się konwergencja pomiędzy zamożnymi I biedniejszymi krajami
  • Wzrost zadłużenia pozostaje na wysokim poziomie
  • Polska: wzrost aktywów finansowych spada
  • Stagnacja w obszarze zamożności klasy średniej

Allianz ogłosił dziesiątą edycję globalnego raportu o zamożności (Global Wealth Report 2019), w którym zebrane są wnioski na temat zasobów finansowych i zadłużenia gospodarstw domowych z ponad 50 krajów na całym świecie. Smutna prawda płynąca z raportu jest taka, że w 2018 roku zasoby finansowe w krajach przemysłowych i wschodzących, po raz pierwszy od lat zanotowały symultaniczny spadek. Nawet w 2008 roku, który był szczytem światowego kryzysu finansowego nie było takiego spadku.

Z jednej strony eskalujący konflikt handlowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, niekończąca się „Brexitowa saga” i rosnące napięcia geopolityczne, a z drugiej strony zaostrzenie warunków monetarnych i (zapowiedziana) normalizacja polityki pieniężnej. Rynki akcji zareagowały odpowiednio. Globalne ceny akcji spadły o 12% w 2018 roku. To miało bezpośredni wpływ na wzrost aktywów. Globalne aktywa finansowe brutto prywatnych gospodarstw domowych spadły o 0,1% i pozostały mniej więcej na poziomie 172,5 bln EUR. Rosnąca niepewność zbiera żniwo – mówi Michael Heise, główny ekonomista Allianz.

Likwidacja, opartego na regułach, globalnego porządku ekonomicznego jest zagrażająca dla kumulacji bogactwa. Liczby, dotyczące wzrostu aktywów pokazują także, że handel nie jest grą o sumie zerowej. Albo wszyscy są po stronie zwycięzców – tak jak to miało miejsce w przeszłości – albo po stronie przegranej – jak to miało miejsce w ubiegłym roku. Agresywny protekcjonizm nie ma zwycięzców.

Zatrzymuje się konwergencja pomiędzy biedniejszymi i bogatszymi krajami

W 2018 roku aktywa finansowe brutto na rynkach wschodzących nie tylko spadły po raz pierwszy od lat, ale spadek o 0,4% był wyraźniejszy niż w krajach uprzemysłowionych (0,1%). Słaby rozwój w Chinach, gdzie aktywa spadły o 3,4%, odgrywał kluczową rolę. Jednak, inne znaczące kraje na rynkach wschodzących takie jak np. Meksyk i Afryka Południowa, także odnotowały znaczne straty w 2018 roku. Jest to niezwykłe odwrócenie dotychczasowego trendu. Przez ostatnie dwie dekady, wzrost aktywów finansowych w biedniejszych regionach był średnio o 11,2% wyższy niż w bogatszych – nawet jeśli wziąć pod uwagę dane z 2018 roku. Wygląda na to, że spory handlowe doprowadziły do zatrzymania procesu nadrabiania zaległości przez biedniejsze kraje. Jednak kraje uprzemysłowione również z tego nie skorzystały. Zarówno Japonia (-1,2%), Europa Zachodnia (-0,2%) jak i Ameryka Północna (-0,3%) także musiały poradzić sobie z ujemnym wzrostem aktywów.

Europa Wschodnia: nowy lider wzrostu

W 2018 roku, aktywa finansowe brutto gospodarstw domowych w Europie Wschodniej wzrosły o 8%. Po raz pierwszy od 2011 roku region rozwijał się szybciej niż dwa pozostałe wschodzące regiony: Ameryka Łacińska (+7,1%) oraz Azja bez Japonii (-0,9%). Znaczny wzrost wynikał głównie z szybkiego wzrostu w krajach nienależących do Unii Europejskiej takich jak Turcja i Rosja. Analizując struktury portfela, widać zaskakująco stabilne zachowanie oszczędnościowe we wschodniej Europie. Na przykład udział depozytów bankowych pozostał mniej więcej niezmieniony w ciągu ostatnich dwóch dekad i jest na poziomie ok. 55%. Na drugim biegunie jest Azja, gdzie udział depozytów spadł o 16%, ponieważ osoby oszczędzające korzystały z bardziej wyrafinowanych produktów oszczędnościowych. W Europie Wschodniej tak nie było – udział papierów wartościowych tj. oszczędności zainwestowanych na rynkach kapitałowych, nieznacznie nawet spadł. Udział ubezpieczeń i emerytur również spada stale od 2010 roku – z wartością na poziomie 10,5% jest znacznie niższy niż w dwóch pozostałych wschodzących regionach i stanowi tylko jedną trzecią poziomu globalnego.

Jest to pewien paradoks związany z zachowaniami oszczędnościowymi – mówi Michaela Grimm, współautorka raportu. – Kraje Europy Wschodniej szybko się starzeją i wiele osób oszczędza więcej, aby zwiększyć wartość emerytury. Wydaje się jednak, że nie obejmują one produktów, które zapewniają najskuteczniejszą ochronę na starość, a mianowicie ubezpieczeń na życie i rent. Cyfryzację należy zatem postrzegać jako pożądaną dźwignię, oferującą atrakcyjne rozwiązania w tej dziedzinie. Europa Wschodnia musi przygotować się na zbliżające się „tsunami demograficzne”.

Wzrost zobowiązań stabilizuje się na wysokim poziomie

W 2018 roku ogólnoświatowe zobowiązania gospodarstw domowych wzrosły o 5,7%. Jest to wartość nieco poniżej poziomu z poprzedniego roku (6%), ale znacznie powyżej długoterminowej średniej rocznej stopy wzrostu wynoszącej 3,6%. Globalny wskaźnik zadłużenia (zobowiązania jako procent PKB) pozostał jednak stabilny – na poziomie 65,1% – dzięki wciąż silnemu wzrostowi gospodarczemu. Większość regionów odnotowała podobny rozwój pod tym względem. W Europie Wschodniej wskaźnik zadłużenia nawet nie zmienił się znacząco od czasu kryzysu finansowego. Stanowi to wyraźny kontrast z Azją (bez Japonii), gdzie wzrósł on w ciągu ostatniej dekady o ponad 20%.

Niepokoi dynamika zadłużenia w Azji, a zwłaszcza w Chinach – mówi Patricia Pelayo Romero, współautorka raportu. – Chińskie gospodarstwa domowe są już relatywnie tak samo zadłużone jak, na przykład, niemieckie czy włoskie. Ostatni raz byliśmy świadkami tak szybkiego wzrostu zadłużenia prywatnego w USA, Hiszpanii i Irlandii na krótko przed kryzysem finansowym. W porównaniu z większością krajów uprzemysłowionych poziomy zadłużenia w Chinach są nadal znacznie niższe. Agencje nadzorcze nie powinny jednak tylko biernie obserwować tego procesu. Wzrost napędzany długiem nie jest zrównoważony – nawet Chiny nie są odporne na kryzys zadłużenia – dodaje.

Z powodu silnego wzrostu zobowiązań aktywa finansowe netto, tj. różnica między aktywami finansowymi brutto a długiem, spadły na całym świecie o 1,9% do 129,8 bilionów EUR na koniec 2018 r. Szczególnie kraje wschodzące odnotowały drastyczny spadek: aktywa finansowe netto zmniejszyły się o 5,7% (kraje uprzemysłowione: -1,1%); natomiast Europa Wschodnia odnotowała wzrost o 6,6%.

Polska: Wzrost aktywów finansowych spada

Aktywa finansowe brutto polskich gospodarstw domowych wzrosły zaledwie o 1,9% w 2018 r., co stanowi najniższy wzrost od czasu kryzysu finansowego; w ciągu dekady od tego czasu osiągnięto średni roczny wzrost w wysokości 8,3%. Ten fatalny wynik był spowodowany gwałtownymi spadkami w dwóch klasach aktywów: papiery wartościowe (-7,2%) oraz ubezpieczenia i emerytury (-7,4%). Z drugiej strony depozyty bankowe, stanowiące około połowę wszystkich aktywów finansowych, wzrosły gwałtownie o 10,0%. Wzrost zobowiązań przyspieszył do 7,1% i był najwyższym wynikiem w ciągu ostatnich siedmiu lat. Jednak dzięki wciąż silnemu wzrostowi gospodarczemu wskaźnik zadłużenia gospodarstw domowych pozostał mniej więcej na poziomie 35,6%; w rzeczywistości wynosi około 35% od 2010 r.

Rosną kraje Europy Wschodniej

W wyniku słabego wzrostu aktywów i szybko rosnących zobowiązań aktywa finansowe netto w Polsce spadły o 0,8% w 2018 r., i jest to pierwszy spadek od 2011 r. Przy aktywach finansowych netto na mieszkańca w wysokości 8 080 EUR Polska pozostała na 36. miejscu w rankingu najbogatszych krajów. Na szczycie zestawienia, USA ponownie zastąpiły Szwajcarię, co spowodowane jest w szczególności silnej pozycji dolara. Patrząc w dłuższej perspektywie na to, jak zmieniła się lista od przełomu wieków, widać wzrost krajów Europy Wschodniej: zwycięzcami są trzy kraje bałtyckie (+6 miejsc), ale także Rosja (+6 miejsc), Bułgaria (+4 miejsca) i Rumunia (+2 miejsca).

Tylko przeszkoda na drodze?

Po raz pierwszy od ponad dekady globalna klasa średnia bogactwa nie wzrosła: pod koniec 2018 r. około 1040 milionów ludzi (w tym około 11 milionów Polaków) należało do światowej klasy średniej bogactwa – mniej więcej taka sama liczba osób jak rok wcześniej. Na tle kurczących się aktywów w Chinach nie jest to wielką niespodzianką. Ponieważ do tej pory pojawienie się nowej globalnej klasy średniej było głównie sprawą chińską: prawie połowa ich członków mówi po chińsku, podobnie jak 25% bogatej klasy wyższej. – Nadal istnieje wiele możliwości globalnego dobrobytu – mówi Arne Holzhausen, współautor raportu. – Gdyby w innych gęsto zaludnionych krajach, takich jak Brazylia, Rosja, Indonezja, a w szczególności Indie, poziom i podział bogactwa był porównywalny z Chinami, globalna klasa średnia zostałaby wzmocniona przez około 350 milionów ludzi, a globalna klasa wyższa o około 200 milionów ludzi. Z kolei globalny podział bogactwa byłby nieco bardziej równy: pod koniec 2018 r. najbogatsze 10% ludności na świecie posiadało około 82% wszystkich aktywów finansowych netto. Kwestionowanie globalizacji i wolnego handlu pozbawia miliony ludzi na całym świecie ich możliwości awansu pomiędzy klasami.

Globalny raport zamożności 2019 (w wersji angielskiej):

https://www.allianz.com/en/economic_research/publications/specials_fmo/GWR2019_18092019.html

Interaktywna mapa aktywów I pasywów gospodarstw domowych:

https://www.allianz.com/en/economic_research/research_data/interactive-wealth-map

Top 20 w 2018 w podziale na…

  aktywa finansowe netto na mieszkańca     aktywa finansowe brutto na mieszkańca
 

 

w EUR y/y in % rank
2000
    w EUR y/y in % rank
2000
 #1   USA 184,410 -1.7 2    #1   Szwajcaria 266,320 -0.9 1
 #2   Szwajcaria 173,840 -2.4 1    #2   USA 227,360 -0.9 2
 #3   Singapur 100,370 4.4 16    #3   Dania 156,320 0.5 6
 #4   Tajwan 97,850 5.0 14    #4   Holandia 146,155 1.4 4
 #5   Holandia 97.345 1.4 6    #5   Singapur 136,940 3.3 10
 #6   Japonia 96,310 -1.7 3    #6   Szwecja 135,800 -1.5 14
 #7   Szwecja 92,320 -4.0 13    #7   Australia 129,030 2.0 17
 #8   Belgia 89,540 -3.6 4    #8   Kanada 120,280 -1.8 8
 #9   Nowa Zelandia 87,620 -1.0 9    #9   Japonia 118,350 -0.9 3
 #10 Dania 85,895 -3.6 12    #10 Tajwan 117,430 4.9 16
 #11 Kanada 80,670 -3.9 8    #11 Nowa Zelandia 115,050 0.5 11
 #12 Wlk. Brytania 79,760 -1.0 5    #12 Belgia 114,730 -2.2 5
 #13 Izrael 73,180 1.8 11    #13 Wlk. Brytania 112,870 0.4 7
 #14 Australia 68,670 1.3 19    #14 Izrael 91,990 2.4 18
 #15 Francja 57,095 -3.0 10    #15 Norwegia 91,430 2.0 20
 #16 Austria 53,980 -0.5 17    #16 Francja 83,295 -1.0 12
 #17 Włochy 53,140 -6.5 7    #17 Irlandia 77,580 -2.3 13
 #18 Niemcy 52,860 1.1 18    #18 Austria 75,880 0.2 19
 #19 Irlandia 47,060 -1.0 15    #19 Niemcy 74,620 1.7 15
 #20 Korea Płd. 29,720 -2.2 25    #20 Włochy 68,660 -4.7 9

Wyższe emerytury w 2020 roku

W przyszłym roku najbiedniejsi emeryci będą mogli liczyć nawet na 631 zł miesięcznie – rząd szykuje nie tylko waloryzację świadczeń emerytalnych, ale również dodatki 500 plus i 13. emerytury. Z szacunków Super Expressu wynika, że waloryzacja w 2020 roku wyniesie ok. 4,04  proc., a to oznacza, że najbiedniejsi emeryci zyskają około 57 zł miesięcznie. Niektórzy z nich, do powyższej kwoty, będą mogli doliczyć 500+ z programu dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji. O te środki będą mogli starać się nie tylko niepełnosprawni (jak dotychczas), ale również ci, którzy mają najniższe emerytury, a przekroczyli 75 lat. Rząd zapowiedział również wypłatę 13 emerytur. Eksperci szacują, że można mówić o jednorazowych wypłatach w kwocie ok. 888 zł, co daje 74 zł w skali miesiąca. Co jednak z seniorami, którzy nie załapią się na powyższe świadczenia? 

Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

To jak wygląda starość w Polsce, opisuje m.in. przygotowywany corocznie przez Ministerstwo Rodziny dokument „Informacja o sytuacji osób starszych w Polsce”. W raporcie za 2017 r. czytamy, że większość osób starszych to przede wszystkim kobiety (ponad 58 proc.). Na 100 mężczyzn przypada aż 140 kobiet (dla całej ludności Polski wskaźnik feminizacji wynosi 107). Okazuje się, że statystyczny Polak przeżywa coraz więcej swojego życia w starości. W 2016 r. „przeciętne trwanie życia noworodka” płci męskiej wynosiło 73,9 lat, natomiast płci żeńskiej 81,9 – odpowiednio o nieco ponad 8 lat i prawie 7 lat więcej niż w 1991 r. Resort wskazuje, że starszych osób będzie przybywać. W 2050 roku osób w wieku powyżej 60-tego roku życia będzie już 13,7 miliona i będą one stanowiły ponad 40 proc. ogółu ludności. Sytuacja finansowa osób starszych również nie jest kolorowa. W 2017 r. przeciętny miesięczny dochód na jedną osobę w gospodarstwach domowych zamieszkiwanych wyłącznie przez osoby starsze (w wieku 60 lat i więcej) wynosił 1888,76 zł. Z naszych badań i analiz wynika, że osoby starsze wydają większość środków na opłaty m.in. za czynsz i media oraz na leczenie i leki.

To właśnie dlatego każde wsparcie finansowe, które będzie stanowiło dodatkowy wpływ do senioralnego budżetu jest na wagę złota. Cieszą mnie zatem plany rządowe skierowane do osób, które są w najtrudniejszej sytuacji. Warto jednak pamiętać, że życie poniżej godziwego poziomu, na granicy egzystencji dotyczy znacznie większej grupy osób starszych niż moglibyśmy przypuszczać. Większość polskich emerytów pobiera świadczenia, które są znacznie niższe aniżeli ich zarobki z czasów, gdy byli czynni zawodowo. Źródeł finansowania na emeryturze powinno być moim zdaniem więcej. Świadczenia państwowe to dla mnie wciąż tylko podstawa. Jednym ze strumieni zapewniających wpływy do domowego budżetu powinna być renta dożywotnia, która mogłaby być nie tyle alternatywą dla 500+ lecz uzupełnieniem tegoż dodatku. Zresztą kwota 500 zł jest tylko symboliczna. By dostać 500 zł miesięcznie z tytułu renty dożywotniej wystarczy posiadanie mieszkania o metrażu ok. 27 metrów kwadratowych. Przykładowo, jeden z naszych klientów, który jest w posiadaniu mieszkania o powierzchni 26,7 m kw. otrzymuje 482 zł miesięcznie. Kolejny przykład to mieszkanie 34,2 m kw. i renta dożywotnia w wysokości 800 zł miesięcznie.[1] Tymczasem seniorzy są posiadaczami znacznie większych mieszkań, z których mogą uwalniać znacznie wyższe świadczenia. Średnia renta dożywotnia, według szacunków Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, to ok. 1000 zł miesięcznie, ale wypłacamy również świadczenia w wysokości 2000 zł lub więcej. Dotychczas wypłaciliśmy seniorom ponad 12 mln zł z tego tytułu.

[1] Przykład 1: Senior w wieku 78 lat, mieszkanie o powierzchni 26,7 m kw. (wartość rynkowa 160 tys. zł), renta dożywotnia = 482 zł oraz jednorazowa wypłata w momencie podpisania umowy w kwocie 5000 zł. Przykład 2: Senior w wieku 76 lat, mieszkanie o powierzchni 34 m kw. (wartość rynkowa 257 tys. zł), renta dożywotnia = 800 zł i jednorazowa wypłata przy podpisaniu umowy 5000 zł.

Atak dronów na saudyjskie rafinerie osłabił złotego, a wzmocnił rubla i dolara

Potężny wzrost cen ropy naftowej ma wpływ na rynek walutowy. Złoty osłabił się wobec dolara, podobnie jak inne europejskie waluty, z wyjątkiem rubla i korony norweskiej.

– Ropa jest najważniejszym globalnie surowcem, kraje, które ją wydobywają i eksportują, zyskują w okresie wzrostu cen, a kraje importujące pogarszają swoje bilanse handlowe i ma to niekorzystny wpływ na notowania ich walut – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Poza krajami Bliskiego Wschodu największym wygranym jest obecnie rosyjski rubel, bo Rosja korzysta na tym, że ropa jest obecnie droższa. Wzmocniła się korona norweska, a także dolar amerykański.

Korona norweska jest o tyle wyjątkiem, że tracą inne waluty europejskie.

– Dla Polski cena ropy nie jest katastrofą, od jej importu nie jesteśmy tak uzależnieni, jak Indie czy Korea Południowa, te kraje są jednym z głównych przegranych obecnej sytuacji – wyjaśnia ekspert XTB. – Jednak dla Europy ten wzrost cen jest niekorzystny, a złoty podobnie jak euro tracił wobec dolara.

Po ataku dronów na rafinerię w Arabii Saudyjskiej kurs dolara amerykańskiego wzrósł do 3,94 zł.

Czy czeka nas podwyżka cen paliw?

W sobotę miał miejsce pożar w rafinerii Abqaiq należącej do koncernu Aramco w Arabii Saudyjskiej. Zdarzenie to było przyczyną znacznego wzrostu cen ropy naftowej na światowych rynkach. Co to oznacza dla polskiego konsumenta?

– W piątek 13 września br. cena baryłki ropy naftowej wynosiła 60,20 USD. W wyniku incydentu, jaki miał miejsce w sobotę w Arabii Saudyjskiej, w poniedziałek cena za baryłkę wzrosła do 69 USD, co oznacza 15% skok.

Rynek ropy naftowej jest bardzo wrażliwy na różnego rodzaju zdarzenia czy incydenty. Na jej cenę w ostatnich miesiącach wpływały nawet wypowiedzi liderów światowej polityki. W przypadku pożaru w rafinerii Abqaiq mamy do czynienia przede wszystkim z efektem psychologicznym, który oddziałuje na rynki i w konsekwencji prowadzi do gwałtownych zmian cen surowców. W tej sytuacji nie doszło do istotnego w skali globalnej zmniejszenia podaży ropy naftowej, tym bardziej że wg wczorajszych informacji pełne przywrócenie mocy produkcyjnych ograniczonych atakami ma nastąpić zaledwie w ciągu kilku tygodni

Prowadząc rozważania na temat potencjalnych wzrostów cen paliw dla klientów detalicznych, należy pamiętać o tym, że połowa kwoty, którą konsument płaci na stacji benzynowej to różnego rodzaju podatki (m.in. VAT, akcyza czy opłata paliwowa), które są niezmienne. Druga połowa stanowi składową, która zależy przede wszystkim od światowych cen ropy i kursu dolara w stosunku do złotówki.

Istotnie, zauważyliśmy wzrosty cen na rynku hurtowym. Już we wtorek zanotowaliśmy skok sięgający 5-8 gr na litrze. W najbliższym czasie możliwe są dalsze podwyżki. Jeżeli cena ropy utrzymałaby się na poziomie z początku tygodnia, tj. 68-69 USD za baryłkę, to w ciągu kolejnych kilku dni  ceny hurtowe mogłyby zwiększyć się nawet o 10-15 gr na litrze. Oznaczałoby to, że w perspektywie ok. dwóch tygodni  ceny detaliczne również wzrosłyby o podobną wartość.  Jednak są to tylko spekulacje bazujące wg mnie na czarnym scenariuszu. Dziś obserwujemy stabilizację cen ropy w okolicy 65 USD za baryłkę, a ten poziom oznacza zdecydowanie mniejsze ryzyko podwyżek cen na stacjach paliw.

Zbigniew Łapiński, Dyrektor ds. Zaopatrzenia Logistyki i Klientów Kluczowych
Członek Zarządu Anwim SA

Decyzja FED-u w sprawie stóp procentowych

Coś, co jeszcze niedawno uważano za przesądzone, dzisiaj stoi pod dużym znakiem zapytania. Analitycy w dalszym ciągu spodziewają się obniżki stóp procentowych, ale inwestorzy nie potwierdzają tego optymizmu i powoli zmieniają pozycje na kontraktach na stopę procentową.

Co zrobi FED?

Jeszcze tydzień temu żyliśmy w świecie, w którym niemal nikt nie zastanawiał się, czy FED obniży stopy procentowe. Dzisiaj patrząc na zachowanie inwestorów i notowania kontraktów terminowych można dojść do wniosku, że decyzja ta nie jest pewna. Prawdopodobieństwo nieznacznie przekracza 55%, podczas gdy jeszcze tydzień temu ocierało się o 90%. Oznacza to, że na posiedzeniu wcale nie musi dojść do obniżki stóp. Mimo to analitycy wciąż uważają obniżki za bardziej prawdopodobny scenariusz, a powodem tego jest znaczna presja ze strony prezydenta USA. Warto natomiast zwrócić uwagę, że takie niezdecydowanie dostarcza wielu emocji. Dolar zyskuje od rana, a główne ruchy powinniśmy zobaczyć po decyzji o godzinie 20:00. Jeżeli dojdzie do obniżek stóp procentowych, będziemy świadkami osłabiania się dolara względem głównych walut. Nie należy jednak zapominać, że decyzji będzie towarzyszyć komentarz i on również może wpłynąć na notowania. Szczególnie jeżeli dowiemy się, czego możemy się spodziewać po FED w grudniu.

Rynek pracy w Polsce

Sierpień okazał się słabszym miesiącem dla polskiego rynku pracy. Liczba zatrudnionych spadła o 7,6 tysiąca. Warto jednak spojrzeć na to z innej strony. W dalszym ciągu jest to wzrost o 2,6% w skali roku, wobec oczekiwanych 2,7%, i to w warunkach bardzo niskiego bezrobocia. Wynagrodzenia, co nie powinno dziwić, utrzymują wysoką, niemal 7% dynamikę zmian. Średnia pensja dla przedsiębiorstw wynosi już 5 125 zł. Dane te zatem nie powinny budzić niepokoju na rynku.

Nie tak źle w Niemczech

Indeks instytutu ZEW wyniósł -22,5 pkt i jest to obiektywnie zły wynik. Warto jednak zwrócić uwagę, że analitycy oczekiwali -37,8 pkt, a miesiąc temu było to aż -44,1 pkt. W tym kontekście należy spojrzeć na powyższy odczyt znacznie przychylniejszym okiem. Nie można oczywiście mówić o stabilności sytuacji, ale jest wyraźnie lepiej niż sądzono. Efektem tych danych były wzrosty euro wobec dolara.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Trendy, które zmienią branżę transportową

W ciągu dekady branża transportowa istotnie się zmieni. Transformację wymuszą m.in. zmiany w prawie, technologie oraz niedobór kierowców.

Wyzwania, przed jakimi stoi obecnie polska branża transportowa, będą miały decydujący wpływ na rozwój tego sektora w najbliższej dekadzie. Do największych problemów należy niedobór zawodowych kierowców – w 2022 r. luka ta może wynieść nawet 200 tys. osób. Ogromny wpływ na usługi transportowe będą miały także przepisy europejskiego Pakietu Mobilności oraz postępująca digitalizacja i industrializacja – to wnioski z opracowania „Transport przyszłości. Raport o perspektywach rozwoju transportu drogowego w latach 2020-2030”, przygotowanego przez firmę doradczą PwC we współpracy ze Związkiem Pracodawców „Transport i Logistyka Polska”.

W ostatnich 10 latach obserwować można było dynamiczny wzrost branży transportowej, zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach europejskich. Jednak zmiany na polskim rynku pracy oraz bariery administracyjno-prawne wprowadzane w wielu państwach UE spowodowały, że nasza przewaga, oparta jeszcze do niedawna na kosztach pracy, została zniwelowana. Wielu przewoźników zadaje sobie także pytania o to, jak nowe technologie wpłyną na budowanie przewagi konkurencyjnej. Możliwych scenariuszy rozwoju branży jest kilka, ale warto podkreślić w tym miejscu, że bez współpracy z administracją utrzymanie dotychczasowej pozycji polskiego transportu drogowego nie będzie możliwe. Wspólne wysiłki powinny być skupione na umożliwianiu dalszego wzrostu, poprawie warunków socjalnych pracowników oraz efektywnych działaniach ukierunkowanych na ochronę środowiska – mówi Maciej Wroński, Prezes Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska”.

Autorzy raportu „Transport przyszłości” , którego partnerami są Santander Bank Polska, DAF i Uber wskazali na pięć głównych czynników, które w najbliższych latach będą najmocniej wpływać na rozwój branży transportowej.

Wzrost przewozów w kraju, w imporcie i eksporcie

Prognozowany wzrost gospodarczy i atrakcyjność inwestycyjna Polski przełożą się na całkowity wzrost tonażu obsługiwanego przez branżę na terenie kraju na poziomie przekraczającym ok. 23% na przestrzeni lat 2018-2022. Dynamika wolumenów obsługiwanych przez polskich przewoźników w latach 2018-2022 będzie dodatnia, ale zacznie zwalniać w porównaniu z dotychczasową z uwagi na prognozowane wyhamowanie wskaźników gospodarczych wpływających na branżę.

Z danych i analiz zebranych w raporcie wynika, że czynniki takie jak: przepisy Pakietu Mobilności, utrzymujący się na rynku pracy niedobór kierowców, wzrost kosztów w związku z regulacjami środowiskowymi i wzrost kosztów opłat drogowych, doprowadzą do wzrostu kosztów w branży w przedziale 7-15% do końca 2020 r. w porównaniu z 2018 r.

Reorganizacja przewozów międzynarodowych w konsekwencji zmian prawa UE

Unia Europejska przygotowuje fundamentalne zmiany regulacji dotyczących transportu drogowego, w tym przepisy Pakietu Mobilności oraz zmiany przepisów dotyczących koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego i innych regulacji socjalnych. Ich wdrożenie spowoduje m.in. zwiększenie kosztów sieci transportowych, spadek przychodów związany z ograniczeniem dostępu do rynku oraz przesunięcie usług polskich przewoźników z rynków UE na rynek polski.

Eksperci zwracają uwagę, że zmniejszenie pracy przewozowej w usługach transportu międzynarodowego np. o 20% oznaczałoby zmniejszenie całkowitej pracy przewozowej realizowanej przez polskich przewoźników o blisko 13%. Praca przewozowa realizowana przez polskich przedsiębiorców w przewozach zagranicznych stanowi aż 64% ich całkowitej pracy przewozowej, a więc większa część działalności polskich przewoźników jest zagrożona przez zmiany prawa.

Niedobór kierowców

Niedobór kierowców o pożądanych umiejętnościach będzie się pogłębiał i w 2022 r. może osiągnąć poziom nawet 200 tys. kierowców (20% popytu na pracę). Rewolucją dla branży będzie wdrożenie do użytku pojazdów autonomicznych, nie wypełni to jednak niedoboru w krótkiej perspektywie czasu. Szacuje się, że rozwiązania w zakresie pełnej autonomii pojawią się na rynku dopiero po 2025 r. W początkowej fazie wdrożenie rozwiązań z zakresu autonomii będzie wiązało się z nakładami inwestycyjnymi, jednak w długiej perspektywie umożliwi zwiększanie przewagi kosztowej.

Postępująca autonomizacja i cyfryzacja w długim okresie będzie wymagała rozwoju kadr o nowych umiejętnościach, w tym m.in. specjalistów w zakresie IT. Jest to także szansa na zwiększenie atrakcyjności pracy w branży transportowej dla młodych ludzi.

Przedsiębiorcy powinni przygotować się na rosnącą wielokulturowość kadr. W 2018 r. kierowcy z Ukrainy stanowili aż 72% kierowców spoza UE pracujących w Polsce. W przypadku wyczerpania w najbliższym czasie zasobów pracowników z Ukrainy, przewoźnicy mogą rozważyć pozyskiwanie pracowników również z Azji Środkowej czy Południowej i Wschodniej. Mimo że na niektórych zagranicznych rynkach obserwowane są braki kierowców, zatrudnienie w Europie pozostaje atrakcyjne dla pracowników spoza naszego kontynentu z uwagi na różnice w wysokości wynagrodzeń. Niezbędne stanie się również wprowadzenie profesjonalnego zarządzania zasobami ludzkimi, aby odpowiadać na rosnące wraz ze zmianą pokoleniową oczekiwania kierowców, zmniejszać ich rotację i zwiększać przywiązanie pracowników do pracodawcy – podkreśla Grzegorz Urban, dyrektor w zespole ds. transportu i logistyki w PwC.

Digitalizacja

Digitalizacja transportu w Polsce postępuje w czterech obszarach.

  • Podstawowa digitalizacja – informatyzacja procesów, automatyzacja obsługi administracyjnej, optymalizacja sieci transportowych dzięki wykorzystaniu rozwiązań do modelowania geograficznego sieci.
  • Platformizacja rynków – rozwój cyfrowych platform pozwalających na zamawianie usług online od dużej bazy usługodawców.
  • Cyfrowi giganci – wchodzenie na rynek transportu i logistyki dużych spółek, które powstały dzięki technologiom cyfrowym.
  • Zaawansowane technologie cyfrowe – oczekiwana po 2022 roku intensyfikacja wchodzenia na rynek zaawansowanych rozwiązań z obszaru telematyki, sztucznej inteligencji czy też rozwiązań opartych na blockchain. Obecnie są one dopiero w fazie testów.

Wdrożenie rozwiązań z zakresu digitalizacji będzie kluczowe dla obniżania kosztów działalności, dostosowania usług do zmieniających się potrzeb klienta oraz wdrażania rozwiązań o wysokiej wartości dodanej. W krótszej perspektywie czasowej będą one dostępne jednak dla dużych przewoźników, którzy będą mieli możliwości ich wdrożenia, co może stworzyć dodatkową barierę dla mniejszych przedsiębiorców i przyczynić się do wzrostu koncentracji rynku.

Industrializacja – autonomizacja pojazdów i rozwój napędów alternatywnych

Zdaniem autorów raportu przekształcanie branży transportowej z tradycyjnej w uprzemysłowioną nastąpi za sprawą dwóch czynników technologicznych. Pierwszy z nich to autonomizacja pojazdów, która pozwoli obniżyć koszty działalności o ok. 15% do 2025 r. dzięki zmniejszeniu kosztów pracy, a potencjalnie nawet do poziomu niższego o ok. 28% w okolicy 2030 r. w porównaniu z 2016 r. Przyczyni się również do spadku zapotrzebowania na kierowców i wzrostu zapotrzebowania na specjalistów zajmujących się obsługą systemów autonomicznych. Drugim decydującym czynnikiem jest rozwój napędów alternatywnych – dostosuje on branżę do rosnących wymagań w zakresie emisji CO2 i długookresowo umożliwi ograniczanie kosztów transportu, jednak wpływ ten będzie można zaobserwować nie prędzej niż w perspektywie 2025 r.

Rozwój nowych technologii wiąże się z wysokimi nakładami, dlatego rozwiązania w zakresie autonomii i nowych napędów będą łatwiej dostępne dla dużych przewoźników, o większych zdolnościach inwestycyjnych, co może stanowić czynnik zwiększenia poziomu koncentracji w branży.

Konsolidacja w branży transportu drogowego jest nieunikniona. Pozycja dużych przedsiębiorstw będzie się wzmacniać, z kolei małe, mniej efektywne firmy, będą miały coraz więcej trudności z utrzymaniem się na rynku. Dlatego już dziś budowanie odpowiedniej skali działalności, która umożliwi optymalizację kosztów, stanowi kluczowy czynnik sukcesu. Odpowiedzią mniejszych przedsiębiorstw na wyzwania sektorowe może być próba zmniejszenia kosztów, np. poprzez zrzeszanie się w grupy zakupowe, lub specjalizacja w niszach, co pozwoli generować wyższe marże – podsumowuje Bartosz Toczony, dyrektor departamentu sektorów strategicznych, Santander Bank Polska S.A.

O raporcie „Transport przyszłości. Raport o perspektywach rozwoju transportu drogowego w latach 2020-2030”

Raport został opracowany przez PwC na zlecenie i przy merytorycznej współpracy ze Związkiem Pracodawców Transport i Logistyka Polska. Partnerami raportu są Santander Bank Polska, DAF oraz Uber.

Analiza polskiej branży transportu drogowego przeprowadzona w raporcie dotyczy przewoźników drogowych świadczących usługi przewozów cało- i niepełnopojazdowych, prowadzących działalność w Polsce i poza jej granicami, a operujących z terytorium Polski. Raport zawiera przewidywania w zakresie trendów na lata 2020-2030. Raport został również wzbogacony o prognozę wzrostu rynku w okresie 5 lat od 2018 do 2022 r. Hipotezy dotyczące przyszłości zawarte w raporcie oparte są na obserwacji bieżących trendów i pierwszych oznak zmian widocznych w różnych obszarach. Raport stanowi niezależną ocenę przyszłości transportu drogowego w Polsce, jednak przewidywania oparte są również na wywiadach przeprowadzonych z przedstawicielami branży oraz na danych pochodzących z zewnętrznych źródeł. W toku realizacji prac przeprowadzonych zostało ok. 30 wywiadów z małymi, średnimi i dużymi przedsiębiorstwami transportu drogowego rzeczy.

Obniżka stóp procentowych w USA

Dla rynku walutowego najważniejszym wydarzeniem tygodnia bez wątpienia będzie spotkanie decyzyjne amerykańskiej Rezerwy Federalnej, które odbędzie się dziś wieczorem.

Po ostatniej obniżce stóp procentowych o 25 punktów bazowych, której Rezerwa Federalna dokonała podczas lipcowego spotkania decyzyjnego, inwestorzy wyczekują kolejnej obniżki stóp procentowych w USA. W ostatnich miesiącach Fed (podobnie jak istotna część najważniejszych banków centralnych świata) zmienił podejście do prowadzenia polityki monetarnej na bardziej akomodatywne. Miało to związek m.in. z niepewnością generowaną przez konflikt handlowy na linii USA-Chiny. Po lipcowym spotkaniu Rezerwy Federalnej, jej przewodniczący, Jerome Powell stwierdził, że perspektywy amerykańskiej gospodarki są korzystne, aczkolwiek dodał, że obniżka stóp procentowych była konieczna do wsparcia inflacji, jak i zabezpieczenia się przed ryzykiem związanym z napięciami w kontekście handlu międzynarodowego.

Podczas konferencji po lipcowym spotkaniu Rezerwy Federalnej, Jerome Powell nie potwierdził jednocześnie, jakoby Fed miał rozpocząć dłuższy cykl luzowania polityki monetarnej. Zgodnie ze słowami prezesa FOMC lipcowa obniżka stóp procentowych miała charakter „dostosowania” polityki w obecnym cyklu [mid-cycle adjustment]. Od tamtej pory doszło jednak do eskalacji konfliktu handlowego na linii USA-Chiny.

W związku z pogorszeniem nastrojów w kontekście relacji amerykańsko-chińskich, zaczęły rosnąć oczekiwania względem ponownej obniżki stóp procentowych Rezerwy Federalnej, którą rynki finansowe obecnie uznają za pewnik (bazując na wycenie kontraktów fedfans futures z Blooomberg). Zważywszy na to, że cięcie stóp procentowych w USA jest oczekiwane, reakcja rynku walutowego na najbliższe spotkanie będzie zależeć przede wszystkim od rozkładu głosów za obniżką stóp wśród członków FOMC oraz od tonu komunikacji ze strony Rezerwy Federalnej dotyczącej kolejnych kroków w polityce monetarnej.

Jesteśmy zdania, że decyzja podjęta przez Rezerwę Federalną nie będzie jednomyślna. Bardziej jastrzębi członkowie FOMC, w tym m.in. Eric Rosengren oraz Thomas Barkin, najpewniej zagłosują za utrzymaniem obecnego poziomu stóp procentowych, zważywszy na całkiem dobre dane makroekonomiczne napływające z amerykańskiej gospodarki.

Większość przesłanek sugerujących potrzebę bardziej agresywnego cięcia stóp procentowych jest związana bowiem z kwestią zewnętrznych ryzyk, a nie wynika właśnie z twardych danych z gospodarki USA. Dynamika wzrostu gospodarczego w USA pozostaje dość wysoka, w ujęciu zanualizowanym w drugim kwartale wyniosła 2%. Amerykański rynek pracy ma się dobrze, cały czas notujemy dość stabilny poziom kreacji nowych miejsc pracy. Co więcej, wskaźniki dynamiki cen w USA nie znajdują się na poziomach, które mógłby wywoływać wyraźne obawy wśród decydentów banku centralnego. O ile w 2019 roku inflacja CPI w USA spadła poniżej dwuprocentowego celu inflacyjnego Fed-u, tak wskaźnik inflacji bazowej w Stanach Zjednoczonych w sierpniu wyniósł 2,4% – wyższy od obecnego poziom notowaliśmy ponad dekadę temu. Wskaźnik inflacji bazowej w USA od osiemnastu miesięcy nie schodzi poniżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej.

Inflacja w USA (2010-2019)

Inflacja w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/09/2019

Uważamy, że podczas najbliższego spotkania Rezerwy Federalnej prognozy banku centralnego dotyczące wzrostu PKB oraz inflacji nie będą istotnie różnić się od tych z czerwca. Jest natomiast możliwe, że „dot plot”, czyli wykres obrazujący indywidualne oczekiwania decydentów z FOMC co do poziomu stóp procentowych na koniec kilku najbliższych lat, pokaże obniżkę oczekiwanej ścieżki kształtowania się stóp procentowych. Mediana oczekiwań decydentów z ostatniego „dot plotu” wskazywała, że nie spodziewają się oni obniżki stóp procentowych w 2019 roku, podczas gdy średnia z oczekiwań sugerowała, że w tym roku może dojść do jednej obniżki stóp procentowych. Przypominamy, że stopy faktycznie obcięto w lipcu, miesiącu następującym po publikacji ostatniego „dot plotu”.

Jeżeli podczas najbliższego spotkania FOMC dojdzie do cięcia stóp procentowych, możliwe, że co najmniej kilku decydentów zasugeruje jeszcze jedną obniżkę do końca bieżącego roku. Jeżeli nowy „dot plot” wskaże, że decydenci spodziewają się dodatkowego cięcia stóp procentowych do końca 2019 roku, będzie to gołębi sygnał ze strony Rezerwy Federalnej, który może doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Skala tej wyprzedaży byłaby większa, jeżeli decydenci zasugerowaliby, że oczekują spadku stóp procentowych w kolejnych latach – nie uważamy jednak, żeby taki scenariusz był bardzo prawdopodobny.

Z drugiej strony, uwzględniając dość wysokie oczekiwania rynków względem dalszych obniżek stóp procentowych, do umocnienia amerykańskiej waluty najpewniej doszłoby, jeśli po obcięciu stóp, bank centralny zasugerowałby, że nie spodziewa się dalszych obniżek, pod warunkiem, że nie wystąpi pogorszenie w danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych. Na dolara amerykańskiego pozytywnie powinien wpłynąć oczywiście również brak obniżki stóp procentowych podczas najbliższego spotkania. O ile nie można wykluczyć takiego scenariusza, nie uważamy go za zbyt realistyczny.

Podsumowując, nadal oczekujemy, że podczas dzisiejszego spotkania Rezerwy Federalnej dojdzie do obniżki stóp procentowych o 25 punktów bazowych, a sami członkowie banku centralnego utrzymają retorykę otwierającą drogę do potencjalnego dalszego luzowania polityki pieniężnej. O ile nie oznaczałoby ono, że Fed zobowiązuje się do dalszych obniżek stóp procentowych, takie oświadczenie pozostawiłoby decydentom z FOMC możliwość głębszego luzowania polityki monetarnej, jeżeli nagle doszłoby do pogorszenia sytuacji gospodarczej w USA.

Naszym zdaniem dane makroekonomiczne ze Stanów Zjednoczonych wskazują na dość dużą odporność amerykańskiej gospodarki, co sugeruje brak potrzeby prowadzenia agresywnego cyklu obniżania stóp procentowych.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Rosną wynagrodzenia członków rad nadzorczych w Polsce

Mediana wynagrodzeń członków rad nadzorczych spółek z głównych indeksów giełdowych zwiększyła się w roku 2018 o 5% w porównaniu z 2017 r., z 81 tys. zł do 85 tys. – wynika z przygotowanego przez firmę doradczą PwC raportu „Analiza wynagrodzeń Rad Nadzorczych spółek giełdowych 2018”, zaprezentowanego podczas kolejnego spotkania Forum Rad Nadzorczych.

Z danych zgromadzonych w raporcie PwC wynika, że w 2018 r. średnie roczne wynagrodzenie członków rad nadzorczych spółek notowanych na giełdzie w Polsce wynosiło 134 tys. zł, przy medianie na poziomie 85 tys. zł. Najwyższą medianę odnotowano w spółkach z indeksu WIG20, choć rokroczny wzrost był widoczny tylko w spółkach mWIG40. Eksperci PwC zwracają uwagę, że mimo stosunkowo wysokich kwot pokazujących średnie wynagrodzenie czy medianę, co czwarty członek rady nadzorczej otrzymuje roczne wynagrodzenie w przedziale 36 – 85 tys zł, a kolejne 30% otrzymuje wynagrodzenie niższe, w tym 10% nie pobiera za zasiadanie w radzie żadnego uposażenia.    

Można oczekiwać, że rosnące obowiązki członków rad nadzorczych w Polsce będą szły w parze z coraz większą ich profesjonalizacją rozumianą jako zasiadanie w większej liczbie rad nadzorczych, co stanowi główną aktywność zawodową. Analizując tegoroczne wyniki zauważyliśmy jednak zmniejszenie liczby osób zasiadających w wielu radach. W 2017 roku 15% członków zasiadało w co najmniej 3 radach nadzorczych, natomiast w 2018 roku odsetek ten spadł do 7%. Przyczyną mogą być rosnąca odpowiedzialność i wymogi regulacyjne, którym nie towarzyszy wystarczający wzrost wynagrodzenia. Tegoroczna dynamika wzrostu mediany na poziomie 5% była znacznie niższa od tej obserwowanej w roku poprzednim, kiedy wynosiła 25%” – mówi Krzysztof Szułdrzyński, partner zarządzający działem audytu i usług doradczych PwC, współtwórca Forum Rad Nadzorczych, członek Komitetu konsultacyjnego GPW ds. ładu korporacyjnego.

Na wysokość wynagrodzenia wpływa funkcja pełniona w radzie. Nadal liczy się też aktywność w komitetach. W 2018 r. mediana wynagrodzeń przewodniczących rad nadzorczych wynosiła 97 tys. zł  i była wyższa o 15% niż pozostałych członków rady. Osoby pracujące w komitetach mogły liczyć na wynagrodzenie co najmniej 30% wyższe od pozostałych członków. Tradycyjnie najlepiej płacącym sektorem są banki, zaraz za nimi plasują się spółki sektora spożywczego, chemicznego i budowlanego. Niezmiennie też najlepiej płacą największe spółki.

Nie wystąpiły istotne zmiany jeżeli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych (13%). Nie występują też istotne różnice jeżeli chodzi o poziom wynagrodzenia kobiet i mężczyzn członków rad nadzorczych, za wyjątkiem roli przewodniczącego, gdzie mężczyzna może liczyć na 20% wyższe wynagrodzenie.

Esaliens z 50 podmiotami PPK

Nasza propozycja PPK spotyka się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Już w pierwszym etapie zawarliśmy ponad 50 umów PPK z największymi firmami. Wśród nich są spółki o kapitale zagranicznym i krajowym – największa z nich zatrudnia obecnie ponad 10 tys. pracowników. Firmy przekonuje przede wszystkim kompleksowość wsparcia od Esaliens (dawniej Legg Mason), ponieważ pomyśleliśmy zarówno o odpowiednich narzędziach informatycznych, jak i o rozbudowanym pakiecie usług dodatkowych. Dla klientów ważne też jest, jaką politykę inwestycyjną będą realizować zarządzający funduszem zdefiniowanej daty. Nasze podejście do sposobu zarządzania aktywami – wypracowane w jednym z najstabilniejszych zespołów inwestycyjnych na polskim rynku – spotyka się z zainteresowaniem i aprobatą.

Szereg obowiązków natury administracyjnej, finansowej i komunikacyjnej, jakie ustawa o PPK nakłada na pracodawcę, każe zwrócić również szczególną uwagę na „client service” i kompetencje zespołu do obsługi. Okazuje się, że powyższe cechy także mogą stanowić istotną przewagę w przypadku firmy zarządzającej. Wyzwania obsługowe wiążące się z PPK wymagają bowiem nie tylko umiejętności precyzyjnej identyfikacji potrzeb, lecz również potwierdzonego know-how i dużej biegłości w zakresie zarządzania procesem dostarczania adekwatnych rozwiązań.

Szczególnie widać to zapotrzebowanie w przypadku dużych firm, które jako pierwsze muszą wprowadzić PPK. Co innego obsługiwać sprawnie pod względem finansowym, administracyjnym i komunikacyjnym grupę dziesięciu osób, a co innego złożoną korporacyjną strukturę, działającą w wielu regionach Polski i zatrudniającą tysiące lub dziesiątki tysięcy pracowników. Wymaga to specjalnego przygotowania organizacyjnego, informatycznego, prawnego, ale też oswojenia ze skalą klienta i doświadczenia we wdrażaniu programów emerytalnych w dużych firmach liczonego w wypracowanych wewnętrznych procedurach oraz przebytych setkach rozmów z załogą lub przedstawicielami związków zawodowych. Esaliens TFI ma tę przewagę, że jako pierwszy wprowadzał w Polsce, dwie dekady temu, Pracownicze Plany Emerytalne – uważane przez ekspertów za protoplastę PPK. To praktyczne doświadczenie pokazało jaki poziom wsparcia jest konieczny do sprawnego przeprowadzenia złożonego procesu wdrażania planu emerytalnego w firmach, które należą do największych krajowych pracodawców.

Klienci wyciągną dłoń w stronę Amazona. Nowy sposób płatności zrewolucjonizuje handel?

Lider handlu online – Amazon, testuje całkowicie nowy sposób identyfikacji swoich klientów, donosi New York Post. By rozróżnić Smitha od Johnsona, hipernowoczesny skaner wykorzystuje obrazowanie komputerowe oraz geometrię głębi. Brzmi skomplikowanie, ale tak naprawdę, wystarczy mu… Pomachać. Czy taki sposób płacenia za zakupy ma szansę się przyjąć? Wiele wskazuje na to, że tak, według badań Paysafe prawie połowa konsumentów na całym świecie korzysta już biometrii przy dokonywaniu płatności.

Według New York Post amerykański gigant rozpoczął testy skanera, który może identyfikować klientów na podstawie ich dłoni. – Taka funkcja to kolejny as w rękawie giganta, który co rusz testuje nowe technologie by jeszcze bardziej uprościć proces zakupowy. W tym przypadku atutem są jeszcze szybsze płatności, które będzie można potwierdzać błyskawicznym skanem dłoni – komentuje Sascha Stockem z Nethansy, sopockiego startupu, który wprowadza polskie i niemieckie firmy na międzynarodową platformę handlową Amazona, gdzie kompleksowo zarządza ich sprzedażą przy pomocy autorskiego systemu Cliperon, uzbrojonego w sztuczną inteligencję. – Dzięki temu całe doświadczenie zakupowe, stanie się jeszcze szybsze i przyjemniejsze. Amazon doskonale wie, że dla klientów liczy się nie tylko cena, ale również emocje. To za nie klienci są w stanie zapłacić krocie, mimo że często posiadają tańsze alternatywy produktowe – dodaje prezes zarządu Nethansy.

Technologia niszowa, pomysł już nie

Jest to na razie program pilotażowy, jeśli się powiedzie, może zostać wdrożony w punktach spożywczych Whole Foods, których właścicielem jest Amazon. Gigant ecommerce nie chce komentować przedstawionej przez NYP informacji. Jedyne co udało się dowiedzieć redakcji to fakt, że technologia o kryptonimie „Orville” jest testowana w biurowych automatach firmy w Nowym Jorku.

– Identyfikacja użytkownika za pomocą biometrii nie jest nowym rozwiązaniem. Acuity Market Intelligence szacuje, że do końca 2020 r. wszystkie smartphony będą standardowo wyposażone w czujniki biometryczne. Nowością jest za to sposób identyfikacji, dotychczas najpopularniejsze były czytniki linii papilarnych bądź skaner twarzy montowany w iPhone X i nowszych. Autoryzacja za pomocą dłoni jest więc swego rodzaju novum i na pewno wzbudzi zaciekawienie konsumentów, szczególnie młodych pokoleń, które kochają nowinki technologiczne – komentuje Sascha Stockem z Nethansy.

Według redakcji NYP wystarczy, że użytkownicy odwiedzający sklep przytrzymają rękę nad skanerem, który wykorzystuje elementy sztucznej inteligencji: łączy uczenie maszynowe oraz obrazowanie komputerowe, a dodatkowo geometrię przestrzeni. W ten sposób nastąpi identyfikacja unikalnego kształtu i rozmiaru każdej dłoni. By spróbować nowego sposobu identyfikacji w sklepie, klienci Amazon Prime będą musieli wpierw wybrać się do nich, aby ich ręce zostały zapisane w bazie, a następnie dopasowane do kont.

Kod PIN? Przepraszam, nie pamiętam

– Nowa metoda identyfikacji to ciekawe uzupełnienie oferty Amazon, która wzbogaci autorski systemem płatności – Amazon Pay. Wszystko wskazuje na to, że będzie to kolejne ułatwienie dla konsumentów, którzy już teraz mogą zrealizować swoje zakupy naprawdę szybko. Korzystają na tym sprzedawcy, gdyż dzięki temu, klienci stają się bardziej beztroscy i mniej zastanawiają się nad tym co wkładają do koszyka. Kartkę z Pinem możemy łatwo zgubić bądź może nam wypaść z głowy. Z własną dłonią raczej łatwo się nie rozstaniemy tłumaczy ekspert spółki Nethansa.

PIN do karty, do telefonu, do klatki schodowej, do bankowości elektronicznej miejsc w którym korzystamy z hasła numerycznego nieustannie przybywa. Nic dziwnego, że ludzie chętnie rezygnują z tej metody identyfikacji. Jak podaje The Telegraph, dorosła osoba musi zapamiętać średnio 10 kodów PIN. Pracownik jednego z wiodących banków w Polsce przyznaje: “Gdy zgubimy kartę, bądź zapomnimy kodu PIN to stajemy przed sporym problem. Najpierw musimy ją zastrzec, później zgłosić się do placówki banku z wnioskiem o wygenerowanie nowej karty i pozostaje jeszcze czas oczekiwania. Od 2 do 3 tygodni. Niestety nasz bank nie produkuje już kart na miejscu.

To, że klienci bez żalu żegnają plastikowe karty i coraz częściej stosują alternatywne sposoby płatności, wydaje się być całkiem zrozumiałe. Według badań Paysafe prawie połowa konsumentów na całym świecie do dokonywania płatności korzysta z danych biometrycznych – zwykle opartych na technologii rozpoznawania twarzy. Czym zasłużyły sobie one na taką popularność? 44% użytkowników Internetu ankietowanych w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Austrii, Bułgarii, Kanadzie i Niemczech wskazało na szybkość, jako jedną z głównych zalet nowych technologii płatniczych, podczas gdy mniej więcej jedna czwarta przyznała się do problemu z zapamiętywaniem haseł. Większa część (44%) respondentów stwierdziła, że ​​biometria jest od nich o wiele wygodniejsza.

Czy machanie dłonią wkrótce stanie się gestem symbolizującym płatność? O wszystkim zadecydują eksperymenty Amazona i to jak chętnie klienci wyciągną swoje dłonie w stronę skanerów i nowych technologii.

Ćwierć miliarda na konsolidację – komentarz prezesa Cedrob do ZM Henryk Kania

Na początku września Cedrob S.A. zawarł umowę produkcji na powierzonych surowcach z Zarządcą Zakładów Mięsnych Henryk Kania S.A. w restrukturyzacji. Mięsny potentat z Ciechanowa planuje wznowienie produkcji w zakładach przetwórczych restrukturyzowanej spółki w Goczałkowicach, Pszczynie i Mokrsku już na początku października. W pierwszym etapie planowane jest osiągnięcie produkcji na poziomie 1200 ton miesięcznie. Docelowo, po przeprowadzeniu procesu inwestycyjnego, zakłady te mają produkować 4 tys. ton miesięcznie. Łącznie z Zakładami Mięsnymi Silesia S.A., które już osiągnęły poziom 4 tys. ton i cały czas się rozwijają, Grupa Cedrob planuje mieć udział w rynku przetwórczym na poziomie 8-10 tys. ton miesięcznie w perspektywie 5-ciu lat
i nie wyklucza dalszej ekspansji.

Przystępując do rozmów z wierzycielami o umowie tzw. przerobowej, następnie wydzierżawieniu, a finalnie nabyciu przedsiębiorstwa Zakładów Mięsnych Henryk Kania i składając ofertę w tym zakresie, mieliśmy świadomość, że to nie będzie łatwe zadanie, ale rzeczywistość pokazała, że jest znacznie trudniejsze, niż się spodziewaliśmy – mówi Andrzej Goździkowski, prezes zarządu Cedrob S.A. – W pierwszej kolejności uruchomiliśmy środki finansowe, dzięki którym zarządca restrukturyzowanej spółki mógł zapłacić pracownikom zaległe i bieżące wypłaty oraz uregulował najpilniejsze zobowiązania, między innymi za media, dzięki czemu udało się uniknąć odcięcia dostaw prądu i gazu. Kolejnym krokiem jest zawarcie umowy dzierżawy przedsiębiorstwa Zakładów Mięsnych Henryk Kania oraz sprawne i transparentne przeprowadzenie procesu jego nabycia. Szacujemy,
że cały projekt nabycia majątku Kani, zapewnienia kapitału obrotowego oraz odbudowania rynku może pochłonąć ponad ćwierć miliarda złotych i takie środki zabezpieczyliśmy na ten cel.

Realizując ten ambitny plan, Cedrob już na początku musiał się zmierzyć z wieloma trudnościami, jak między innymi zabezpieczenie całości dokumentacji i sprzętu IT przez Centralne Biuro Śledcze Policji i Krajową Administrację Skarbową w związku z prowadzonym postępowaniem prokuratorskim, działaniami windykacyjnymi firm leasingowych skierowanymi do majątku przedsiębiorstwa, wielomilionowymi zobowiązaniami zaciągniętymi przez poprzedników, czy też brakiem głównego serwera z oprogramowaniem produkcyjnym i recepturami. Jednakże prezes Goździkowski nie traci wiary w powodzenie procesu i jest dobrej myśli:

Największą siłą zakładów z Pszczyny, Goczałkowic i Mokrska są ludzie. Dzięki wspólnej pracy odbudujemy tę firmę i zapewnimy wszystkim pracownikom stabilną pracę i godne warunki zatrudnienia. Mam nadzieję, że już niedługo produkty z zakładów Kani powrócą na półki sklepowe i obok produktów z Zakładów Mięsnych Silesii w Sosnowcu (Duda i Cedrob) będą cieszyły się popularnością wśród polskich rodzin. Zapraszamy do powrotu do pracy byłych pracowników Kani, a także liczymy na współpracę ze wszystkimi dotychczasowymi dostawcami oraz klientami. Patrzymy pozytywnie w przyszłość, wspólnymi siłami osiągniemy sukces.

Grupa kapitałowa Cedrob jest liderem rynku produkcji drobiu oraz wiodącym producentem trzody chlewnej w Polsce w 100% kontrolowanym przez polski kapitał. Dwa lata temu poprzez nabycie Zakładów Mięsnych Silesia S.A. Cedrob rozpoczął proces konsolidacji przetwórstwa mięsnego w grupie i dziś jest lokowany w pierwszej piątce tego segmentu rynkowego w Polsce.

Po przeprowadzeniu procesu restrukturyzacyjnego i włączeniu przedsiębiorstwa Zakłady Mięsne Henryk Kania w swoje struktury, Cedrob będzie niekwestionowanym numerem trzy na rynku sprzedaży wędlin i przetworów z mięsa, z aspiracjami do miejsca drugiego.

Brak waloryzacji kontraktów budowlanych to ponad 8 mld zł straty budżetu państwa

Łączny koszt waloryzacji rekompensującej dotychczasowy wzrost cen, w odniesieniu do kontraktów zawartych przez GDDKiA i PKP PLK, wyniósłby państwo 2,3 mld zł brutto. Niecałe 0,8 mld zł z tej kwoty bezpośrednio wróciłoby do budżetu państwa, w związku z czym finalny koszt waloryzacji dla sektora finansów publicznych ukształtowałby się na poziomie niewiele ponad 1,5 mld zł. FPP i CALPE przedstawiły analizę braku waloryzacji kontraktów na prace budowlane – wynika z niej, że zaniechując waloryzacji państwo poniesie koszty związane z m.in. dalszymi opóźnieniami inwestycji i ponownymi przetargami.

„Choć szacunkowa łączna wartość brutto potencjalnej waloryzacji kontraktów na budowę dróg i linii kolejowych kształtuje się na poziomie 2,3 mld zł, to kwota ostatecznie obciążająca wynik netto sektora finansów publicznych jest wyraźnie mniejsza. Konieczne jest przede wszystkim uwzględnienie kwoty VAT bezpośrednio wracającej do budżetu państwa, wynoszącej w tym przypadku ponad 430 mln zł. Waloryzacja miałaby ponadto wpływ na wynik finansowy wykonawców – poprzez zmniejszenie ponoszonych przez nich strat związanych z realizacją kontraktów. W związku z tym podmioty te, na skutek rozszerzenia zakresu waloryzacji, wykazywałyby niższe kwoty straty podatkowej, którą mogłyby rozliczyć w przyszłych okresach, co pozwala oczekiwać zwiększenia przyszłych wpływów z tytułu CIT o ponad 350 mln zł” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

W obecnych warunkach można szacować, że zrywanie kontraktów związane z brakiem adekwatnej waloryzacji przyczyniłoby się do wzrostu kosztów obecnie realizowanych inwestycji o 4,7 mld zł, a w przypadku realizacji negatywnego scenariusza nawet ponad 10 mld zł. Ponadto upadłość firm budowlanych wiązałaby się z dodatkowym zmniejszeniem wpływów do finansów publicznych o 3,5 mld zł oraz likwidacją 85 tys. miejsc pracy.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich

„W sumie z 2,3 mld zł wydanych z tytułu waloryzacji kontraktów budowlanych, 785 mln zł bezpośrednio wróciłoby z powrotem do sektora finansów publicznych. Pozytywne efekty pośrednie, uwzględniające skutki ekonomiczne terminowej i niezakłóconej realizacji przedsięwzięć inwestycyjnych, byłyby natomiast jeszcze większe. Zaniechanie waloryzacji wiązałoby się jednak z szeregiem negatywnych konsekwencji dla państwa. Należałoby bowiem oczekiwać zrywania kontraktów, które stały się nierentowne. Przyczyni się to do opóźnienia realizacji inwestycji o 20-26 miesięcy oraz wzrostu ostatecznego kosztu średnio o 23-89%” – dodaje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Brak waloryzacji kontraktów budowlanych ma także poważne skutki społeczne. FPP i CALPE szacują, że opóźnienia w oddawaniu bezpieczniejszych dróg mogą przyczynić się do wystąpienia ok. 200 wypadków więcej (ok. 30 zabitych i 250 rannych) oraz straty ekonomicznej 60 mln zł. Negatywny wpływ na zdrowie Polaków będą miały też dodatkowe emisjie CO2 – utrudnienia w realizacji inwestycji przyczyniłyby się do wyemitowania dodatkowych ponad 510 tys. ton dwutlenku węgla do atmosfery. Szacowane wydłużenie czasu podróży pojazdów w związku z opóźnieniami prac wynosi 28,3 mln godz. – oznacza to utratę czasu o ekwiwalentnej wartości ok. 2,1 mld zł.

Czego nie wiemy o sztucznej inteligencji

Ponad 40% z nas ma codziennie do czynienia ze sztuczną inteligencją, ale tylko co druga osoba jest w stanie wytłumaczyć czym w ogóle ów termin właściwie jest, podaje firma Entrata. Być może dlatego coraz częściej zdarza się, że zaawansowane algorytmy zaskakują ludzi swoimi wnioskami, a przecież to syntetyczna inteligencja stworzona przez człowieka. To, że nie rozumiemy SI, nie oznacza jeszcze, że katastroficzna wizja o Terminatorze może stać się rzeczywistością.

Termin „sztuczna inteligencja” ma już ponad pół wieku. Po raz pierwszy użył go amerykański informatyk John McCarthy w 1956 r. Od tego czasu prace nad SI nabrały tempa, a efekty tych starań wykorzystywane są w e-marketingu, produkcji, czy przy opracowywaniu nowatorskich aplikacji.

W sierpniu amerykańska firma IT Entrata przeprowadziła badanie, co zwykli ludzie wiedzą o sztucznej inteligencji. Choć wielu pytanych zna szeroką definicję tego terminu, to większość nie pojmuje jej realnego wpływu na naszą rzeczywistość. Efekt? Brak zrozumienia skutkuje błędnym postrzeganiem, a takie warunki sprzyjają powstawaniu fałszywych informacji, które mają więcej wspólnego z kinem rozrywkowym, np. Terminatorem, niż realną oceną sytuacji.

SI, czyli cyfrowy zryw w branży IT

Według niedawno zaktualizowanego raportu IDC (International Data Corporation) wydatki na SI osiągną w tym roku blisko 40 mld USD. Natomiast już za 4 lata wzrosną o 2,5 raza do wartości 100 mld USD. Jak twierdzą specjaliści z firmy analitycznej na tę popularność wpływa uniwersalność i skuteczność działania inteligentnych algorytmów. SI stało się katalizatorem dla rozwiązań z pogranicza świata IT i biznesu.

  • Prawdziwym poligonem doświadczalnym dla SI była reklama internetowa. Dzięki Big Data oraz programatycznemu zakupowi mediów reklama on-line całkowicie zmieniła swoje oblicze.  Algorytmy SI zaczęto wykorzystywać do tworzenia spersonalizowanych kampanii, które osiągają dużo lepszą skuteczności, niż działania o szerokim zasięgu. Dziś, pierwszy raz w historii marka może prowadzić dialog ze swoim odbiorcom, tyle że pośrednikiem w komunikacji jest algorytm.” – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, firmy specjalizującej się w analityce Big Data.

Sztuczna inteligencja działa jak domino, gdzie akcja natychmiast wywołuje reakcję – by mogła nastąpić automatyzacja pewnych procesów, np. zakup reklam w modelu programmatic, algorytmy uczenia maszynowego muszą nieustannie doskonalić swoje działanie, by stawać się coraz lepszymi. Jednak nie osiągną tego celu tak długo, aż nie otrzymają odpowiedniej ilości danych – o zachowaniu, nawykach, punktach stycznych użytkownika z systemem. Te mogą pochodzić z źródeł tworzonych przez firmę samodzielnie, bądź też mogą być uzupełnione z baz zewnętrznych.

Korzystając z uczenia maszynowego i analizy dużych zbiorów danych, SI jest w stanie zapewnić firmom głęboki wgląd w swoich klientów. Biznes nie tylko będzie w stanie hiper-personalizować interakcje, ale jest również w stanie przewidzieć przyszłe zachowania klientów na podstawie zebranych informacji.

Ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy…

Dziś sztuczna inteligencja nie jest już pojęciem awangardowym – to wręcz technologiczna rzeczywistość XXI wieku do której firmy muszą przywyknąć. Nowa ankieta Gartnera ujawniła, że liczba organizacji wdrażających SI wzrosła w ciągu ostatnich czterech lat o 270% i trzykrotnie w ciągu ostatniego roku. To coraz powszechniejsze rozwiązanie, biznes zwracając się w stronę algorytmów, poszukuje realnego wsparcia. Namierzanie newralgicznych punktów na ścieżce zakupowej klienta, automatyzacja procesów produkcji czy zmniejszenie ryzyka operacyjnego i przeciwdziałanie kryzysom to podstawowe zastosowania SI.

  • “Dzięki sztucznej inteligencji firmy mogą zoptymalizować budżet marketingowy oraz zwiększyć zwrot z inwestycji w reklamę on-line, na przykład umieszczając reklamy tylko odpowiednim użytkownikom. Jedną z kluczowych korzyści z wykorzystania dziś SI w branży reklamowej jest możliwość analizy nawet tysięcy nieustrukturyzowanych informacji i na tej podstawie dostarczanie precyzyjnych wniosków i rekomendacji” – komentuje Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Sztuczna inteligencja padła jednak ofiarą własnej popularności. Z badań przeprowadzonych przez Entrata wynika, że spośród tych, którzy twierdzili, że są ekspertami w zakresie rozumienia sztucznej inteligencji, 20% nie tylko pomyliło definicję, ale znacznie częściej błędnie zdefiniowali te pojęcie niż inne grupy, które zadeklarowały, że niewiele wiedzą lub dopiero co o niej słyszały. Jak podkreślają twórcy raportu, ponad 38% respondentów albo właśnie słyszało o sztucznej inteligencji, albo nie ma pojęcia, co to jest.

Pomimo tego braku zrozumienia ponad połowa (52%) osób twierdzi, że czuje się swobodnie w interakcji z AI, co jest ważne, ponieważ ponad 40% osób korzysta z jakiejś formy AI na codzień, czy to Gmail, Siri lub Alexa, Netflix, ale też i wiele innych.

Sztuczna inteligencja, nie znaczy ani sztuczna, ani inteligencja

Podczas gdy zagrożenia wynikające z opracowania SI coraz częściej stają się przedmiotem publicznej debaty, warto zauważyć, że w obecnej formie jest ona ograniczona przez algorytmy, tj. reguły, wzory matematyczne, opracowane przez ludzi i dane, które zostaną do tego systemu wprowadzone. Na razie technologia ta ogranicza się do roli mediatora, pozbawionego możliwości wykonywania prawdziwie niezależnych działań. To tak zwana wąska SI. Tworzy ona inteligencję maszynową, która nas otacza i nieśmiało wspiera w codziennych działaniach.

  • “Pewne formy sztucznej inteligencji towarzyszą nam każdego dnia. Alexa, Siri czy asystent Google’a za pośrednictwem urządzeń mobilnych, są z nami zarówno w domu, jak i w pracy. Wraz z rozwojem tych technologii w formie komercyjnej, będzie rosło ich znaczenie w pracy i biznesie. Już teraz widzimy, że firmy technologiczne projektują swoich asystentów pod konkretne wymagania rynków. Asystent głosowy Amazona – Alexa już doczekał się swojej wersji dla biznesu.” – komentuje Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska. – “W wielu przedsiębiorstwach stosuje się ponadto inteligentne aplikacje, które analizują pracownikowi dane w czasie rzeczywistym.” – dodaje.

Firma VMware w ostatnich tygodniach ogłosiła, że ich platformę cyfrowego miejsca pracy, będzie wspierał wirtualny konsjerż, bazujący na algorytmach uczenia maszynowego. Jego zdaniem będzie wsparcie pracownika w codziennych zadaniach. Eksperci VMware studzą jednocześnie emocje – SI nie jest niezależnym, omnipotentnym bytem.

  • “Według badań przeprowadzonych przez VMware 45 proc. konsumentów uważa, że sztuczna inteligencja to bardziej „rzecz” niż zbiór inteligentnych algorytmów, usprawniających działanie systemów IT czy usług. Optymalizacja biznesu nie brzmi jednak tak ekscytująco jak superinteligentny robot. Rzecz w tym, że to właśnie w tym usprawnianiu leży prawda o rewolucji jaka czeka przedsiębiorstwa. Wykorzystują one w coraz większym stopniu chmury obliczeniowe, analitykę big data i nowoczesną infrastrukturę IT. A tym wszystkim trzeba zarządzać. Wówczas z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja i machine learning” – tłumaczy Joe Baguley, wiceprezes ds. technologii w VMware.

SI to główny atrybut przemysłu w walce o metkę 4.0

Według ekspertów z IDC najprawdopodobniej to sektor przemysłowy będzie czerpał najwięcej z technologii SI. Za cztery lata wartość rozwiązań technologii opartej na sztucznej inteligencji dla przemysłu, sięgnie 4,9 mld dolarów. To ponad siedmiokrotny wzrost w porównaniu do roku 2018. Klaus Schwab, założyciel i prezes World Economic Forum (WEF), przyznał w wywiadzie, że SI to jeden z najistotniejszych atrybutów nowoczesnego przemysłu i fundamentalny element koncepcji Przemysłu 4.0, a jej wdrożenie spowoduje duże zmiany. Czas przyszły, ponieważ przemysłowy świat oszczędnie korzysta z SI. Jak czytamy w raporcie Factories of the Future, mniej niż jeden na dziesięciu (8%) producentów wykorzystuje w swoim zakładzie technologię opartą na sztucznej inteligencji.

To jedna strona medalu, druga jest bardziej optymistyczna. Ponieważ już w 2020 roku, w co drugim (50%) przedsiębiorstwie produkcyjnym będą funkcjonowały rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, deklarują menedżerowie biorący udział w badaniu. Czy to możliwe? Wydaje się, że tak, co potwierdzają dane Vanson Bourne. Z badania tej niezależnej brytyjskiej agencji badawczej wynika, że aż 93% światowych liderów IT, sztuczną inteligencję postrzega jako technologię kluczową w przyszłości swoich firm.

Dlaczego w krótkim czasie możemy spodziewać się tak znaczącego wzrostu wdrożeń SI? Zdaniem Lucjana Gizy, dyrektora ds. rozwoju ze śląskiej firmy BPSC powodów jest kilka.

“Za rozwojem sztucznej inteligencji w przemyśle stoi koncepcja Industry 4.0. SI pomaga m.in. w analizie ogromnych ilości danych w czasie rzeczywistym, a to poprawia dokładności prognoz i kontroli w procesach operacyjnych, szczególnie tych służących do poprawy wydajności produkcji. – mówi ekspert z BPSC i dodaje – Redukcja błędów w funkcjonowaniu linii produkcyjnej to kolejna korzyść. Przekłada się ona nie tylko na szybkość i dokładność, ale też skutkuje znaczącym zmniejszeniem przestojów i awarii.” – kończy Giza.

To dopiero początek, a sama sztuczna inteligencja zmieni nie tylko przemysłowy ekosystem, ale też transport ze swoimi autonomicznymi samochodami, reagowaniem na katastrofy z inteligentnym prognozowaniem pogody oraz medycyną, handlem detalicznym i finansami.

Programiści oglądają plecy uciekającej sztucznej inteligencji. Na szczęście nie oznacza to, że stworzone przez człowieka cyfrowe życie, uciekło z laboratorium, a przerażeni naukowcy, muszą ruszyć w pościg. Jeszcze nie. Jednak zastanawiający jest fakt, że coraz częściej zdarza się, że nie rozumiemy wniosków, jakie wysnuwają algorytmy na podstawie wprowadzonych danych, ale to tylko kwestia czasu, kiedy się to zmieni. Jedno jest pewne – SI opłaci się. To podkreślają eksperci na całym świecie. Oxford Insights prognozuje, że może to być nawet 15 bilionów dolarów, których wypracują inteligentne algorytmy.

IX Kongres Kobiet

– W tym roku Kongres Kobiet od wyborów parlamentarnych dzielą zaledwie trzy tygodnie. To za mało czasu, by partie włączyły nasze postulaty do swoich programów, jednak o kwoty w zarządach i radach przedsiębiorstw będziemy konsekwentnie walczyć – mówi Henryka Bochniarz, założycielka Kongresu Kobiet i Konfederacji Lewiatan.

Według ostatniego raportu CWDI nt. roli kobiet w radach nadzorczych i zarządach instytucji finansowych, od 2005 r. ich obecność w tych ciałach wzrosła z 10,3% w 2005 roku do prawie 25% w 2018 roku. Przy czym w krajach, w których obowiązują kwoty udział ten w 2018 r. osiągnął ponad 36%, a w tych, w których kwoty nie obowiązują wynosił 21%.

Liderem jeśli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych instytucji finansowych jest Francja, a prym wiodą AXA (50% kobiet), BNP Paribas (42,9% kobiet), Societe Generale (42,9% kobiet).

– Na tym tle polskie banki i instytucje finansowe wyglądają nieciekawie. Co więcej, nie tylko podmioty z kapitałem polskim, przeważnie należące do skarbu państwa, wypadają blado. Córki francuskich czy niemieckich firm, niestety, nie trzymają standardów spółek-matek i zwykle nie osiągają wyniku lepszego niż dwie kobiety w radzie lub zarządzie. W zarządach większości banków w Polsce nie ma żadnej kobiety, wyjątkiem jest bank Citi Handlowy, gdzie funkcje tę sprawują trzy kobiety. Trochę lepsza jest sytuacja jeśli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych, gdzie liderami są Pekao SA i BOŚ Bank – mówi Henryka Bochniarz.

Sektor finansowy w większości krajów rozwiniętych odgrywa bardzo istotną rolę. Interesujące jest dlaczego po kryzysie finansowym, do którego przyczyniły się instytucje zarządzane w dominującej mierze przez mężczyzn, udział kobiet zasadniczo się nie zwiększył. Przez ten czas opublikowano wiele raportów (m.in. McKinsey, Credit Suisse, Peterson Institute) wskazujących, że firmy, w których znaczącą rolę odgrywają kobiety, mają lepsze wyniki finansowe, są lepiej zarządzane i mają lepszą kulturę korporacyjną.

Widać więc wyraźnie, że mimo spektakularnych akcji takich jak #MeToo, #PayMeToo, #TimesUp, wobec braku narodowych programów kwotowych, udział kobiet we władzach spółek jest ciągle niewystarczający.

Wszystkie działania, które mają na celu zwiększenie różnorodności, a zwłaszcza udziału kobiet w organach nadzorczych firm, zasługują na poparcie. Omawiając skuteczność różnych instrumentów trzeba jednak stwierdzić, że jedyne kraje, w których nastąpiły jakościowe zmiany to te, w których ustawowo wprowadzono kwoty. Bez przyjęcia konkretnych celów i dat niewiele się zmieni. Dlatego tak istotne jest zatwierdzenie i wdrożenie dyrektywy unijnej z 2013 r., która przewidywała wprowadzenie do 2020 r. 40% kwot w radach nadzorczych spółek giełdowych, które zatrudniały więcej niż 250 pracowników i miały obroty powyżej 50 mln euro. Wcześniej, bo do 2018 r. takie same kwoty miały być wprowadzone w spółkach skarbu państwa.

Fakt, że w 17 europejskich krajach kwoty funkcjonują przeczy stereotypom zobrazowanym w badaniach, że kobiety nie chcą pełnić tych funkcji i nie są do tego przygotowane.

Rynek powierzchni handlowych w aglomeracjach po I połowie roku

Rynek centrów handlowych w największych polskich aglomeracjach jest dojrzały i dobrze rozwinięty. Około 10 mln konsumentów o rocznej sile nabywczej bliskiej 410 mld zł ma duże możliwości wyboru lokalizacji, oferty i formatu obiektu, w którym robi zakupy. Na koniec czerwca br. w ośmiu największych ośrodkach miejskich działało 215 centrów handlowych o łącznej powierzchni najmu 6,7 mln mkw.

Przyrost powierzchni handlowej w ostatnim półroczu nie był znaczący, ale warto zwrócić uwagę na zachodzące w obiektach zmiany jakościowe – nowe funkcje i przebudowy. Rozwój e-commerce i wchodzenie sieci handlowych w omnichanel wymusza na centrach handlowych stopniowe zmiany w zakresie rozwiązań technologicznych.

– Nowe życie zyskują także lokalizacje o funkcjach mieszanych z rozbudowanym handlem, usługami i gastronomią. Modernizacje i remonty znajdują się w centrum uwagi większości centrów handlowych, które ukończyły 15 lat – mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International.

Poznań i Wrocław najbardziej nasycone

W ciągu ostatniego roku w ośmiu największych aglomeracjach oddano do użytku 8 nowych centrów handlowych i tyle samo rozbudowano. Ich łączna powierzchnia wyniosła ponad 240 tys. mkw. powierzchni najmu. Biorąc pod uwagę jedynie ostatnie sześć miesięcy, podaż wyniosła ponad 130 tys. mkw.

Największe, zarówno pod względem liczby obiektów, jak i ich powierzchni, są rynki aglomeracji warszawskiej (52 centra o łącznej powierzchni ponad 1,7 mln mkw.) i Górnego Śląska (49 centrów, ponad 1,2 mln mkw.), zaś najmniejszym pozostaje Szczecin (305 tys. mkw. w 11 obiektach). Najwyższe nasycenie powierzchnią centrów handlowych odnotowano we Wrocławiu (885 mkw./1000 mieszkańców) i w Poznaniu (857 mkw./1000 mieszkańców).

Najwięcej rekomercjalizacji i renegocjacji

W związku z ograniczeniem aktywności deweloperskiej w największych aglomeracjach w strukturze popytu dominują rekomercjalizacje i renegocjacje umów. Współczynnik pustostanów dla największych aglomeracji pozostaje na średnim poziomie 3,8%, przy czym najwyższe jego wartości notowane są w Łodzi (6,6%), a najniższe w Szczecinie (1,0%).

Lata 2018-2019 na rynku handlowym to czas dyskontów niespożywczych. Dynamiczną ekspansję prowadzą zarówno debiutanci, jak i podmioty o ugruntowanej pozycji, tacy jak: Kik, Dealz, czy Pepco.

W związku z boomem na rynku mieszkaniowym obserwujemy rozwój podmiotów z sektora wszystko dla domu (IKEA, Komfort, Jysk, Home&You, Duka). W dalszym ciągu rosną też sieci klubów fitness. Widać to na przykładzie Poznania, gdzie w okresie lipiec 2018 – czerwiec 2019 umowy w centrach handlowych podpisało aż pięć podmiotów. Otwierają się także kina oraz centra rozrywki lub edukacji.

Polska staje się krajem atrakcyjnym dla marek o profilu budżetowym, co potwierdzają zapowiadane wejścia sieci Primark (Galeria Młociny w Warszawie), Monki (Galeria Katowicka, Bonarka w Krakowie) oraz Weekday (Elektrownia Powiśle w Warszawie).

Pakiety zachęt dla strategicznych najemców

Czynsze w największych aglomeracjach pozostają stabilne, z tendencją wzrostową za najlepsze lokale w pierwszorzędnych centrach handlowych. Praktyką rynkową staje się większa elastyczność w warunkach najmu, szczególnie w przypadku obiektów drugorzędnych. Najemcom o strategicznym znaczeniu dla centrum oferowane są pakiety zachęt, takie jak: partycypacja w kosztach aranżacji powierzchni, najem oparty jedynie o czynsz od obrotu, krótsze okresy najmu, czasowe obniżki czy zamrażanie kosztów eksploatacyjnych.

Zmiany w warunkach najmu w najbliższym czasie przynieść mogą nowe regulacje prawne.

– Wprowadzony zakaz handlu w niedziele  wzmacnia dominujące centra i obniża odwiedzalność obiektów drugorzędnych. Kolejnym czynnikiem mogącym mieć wpływ na rynek handlowy w Polsce jest prawdopodobne wejście w życie nowego podatku od sprzedaży detalicznej, zwanego „podatkiem od hipermarketów” – mówi Katarzyna Michnikowska.

Które kompetencje miękkie są najbardziej poszukiwane przez pracodawców

Nie tylko wiedza i doświadczenie zawodowe świadczą o atrakcyjności kandydata na rynku pracy. Podczas rekrutacji nowego pracownika coraz większą wagę przykłada się do kompetencji miękkich danej osoby – jej charakteru, zdolności interpersonalnych i dopasowania do organizacji. Eksperci z firmy rekrutacyjnej Michael Page przewidują, że w przeciągu kilku najbliższych lat, większość pracodawców niektóre kompetencje miękkie będzie uznawać za obowiązkowe na określonym stanowisku. Które z nich będą najbardziej istotne?

Do kompetencji miękkich zaliczamy cechy charakteru, zdolności interpersonalne i społeczne oraz wszystko to, co określa nasze zachowania, postawy czy system wartości. To one w głównej mierze decydują o tym, czy dana osoba będzie pasować do organizacji i efektywnie współpracować lub zarządzać zespołem. Szeroko rozwinięte kompetencje miękkie już teraz są szczególnie istotne na stanowiskach menedżerskich, w sprzedaży, marketingu, handlu, czy HR – czyli w tych obszarach, gdzie dominującą rolę odgrywa kreatywność oraz relacje międzyludzkie.

„Miękki pracownik”

Badanie przeprowadzone przez LinkedIn w 2018 r. wykazało, że dla 57 proc. ankietowanych pracodawców, kompetencje miękkie są ważniejsze niż twarde. Wg portalu, najbardziej poszukiwane są osoby ze zdolnościami przywódczymi, komunikacyjnymi, łatwe we współpracy i potrafiące zarządzać czasem. Natomiast zgodnie z raportem amerykańskiej firmy informatycznej iCIMS, trzema najbardziej poszukiwanymi cechami u kandydatów są rozwiązywanie problemów, co zaznaczyło 62 proc. rekruterów, umiejętność przystosowania się (49 proc.) i zarządzanie czasem (48 proc.).

Obecnie jedną z największych bolączek pracodawców jest duża rotacja pracowników. Dlatego poszukiwane są osoby dobrze dopasowane do organizacji, gdyż to zwiększa szansę na związanie się z firmą na dłużej. W związku z tym, umiejętności miękkie mogą być mocną kartą przetargową w rozmowie kwalifikacyjnej. Od wielu lat do najważniejszych z nich należy również poziom motywacji i zaangażowania w pracę oraz chęć do nauki. Kandydaci wyróżniający się takimi cechami uznawani są za osoby o dużym potencjale, które będą mieć pozytywny wpływ na rozwój organizacji i całego zespołu mówi Radosław Szafrański, Senior Director w Michael Page.

Przyszłość kompetencji miękkich

Według raportu Future Work Skills 2020, w przyszłości najbardziej pożądanymi kompetencjami miękkimi będą umiejętności komunikacyjne i interpersonalne, inteligencja emocjonalna oraz crossowanie, czyli łączenie wiedzy z wielu dziedzin i wykorzystywanie jej podczas pracy. Duże znaczenie będzie mieć również gotowość do pracy w wielokulturowym i międzynarodowym zespole, a także zdolność działania w szumie informacyjnym i prawidłowa selekcja danych. Osoby, które nie będą w stanie opanować tych umiejętności, mogą mieć większy problem w znalezieniu i utrzymaniu satysfakcjonującej pracy.

Wiele kompetencji miękkich ma charakter wrodzony, choć niektóre z nich można kształtować i rozwijać. Może to być jednak trudniejsze niż poszerzanie umiejętności twardych, gdyż często wiąże się z pracą nad własnym charakterem. Osoby, które mają szeroko rozwinięte zdolności interpersonalne i potrafią łatwo dostosować się do otoczenia, lepiej radzą sobie w sytuacjach społecznych i w środowisku zawodowym. Będzie to szczególnie istotne w dobie dynamicznych zmian wynikających z rozwoju technologii. Roboty i maszyny coraz częściej przejmują automatyczne i powtarzalne zadania, dając tym samym pracownikom przestrzeń do zajmowania się zajęciami wymagającymi typowo ludzkich kompetencji, takich jak kreatywność, zarządzanie relacjami, czy wyciąganie trafnych wniosków. I to właśnie tacy kandydaci będą w przyszłości najbardziej cenieni na rynku – mówi Radosław Szafrański z Michael Page.

Przedsiębiorcy obawiają się wzrostu płacy minimalnej

„Zlikwiduję firmę i będę po 25 latach szukał etatu” – to jeden z najostrzejszych komentarzy przedsiębiorców do politycznych deklaracji podnoszenia płacy minimalnej. W przeprowadzonej przez Pracodawców RP we wrześniu br. anonimowej ankiecie cztery piąte respondentów oceniło, że wzrost płacy spowoduje pogorszenie perspektyw ich przedsiębiorstw.

Ankieta wśród firm zrzeszonych w Pracodawcach RP została przeprowadzona kilka dni po ogłoszeniu politycznych deklaracji o skokowym wzroście płacy minimalnej.

Na pytanie „Czy polska gospodarka jest gotowa na wzrost płacy minimalnej do 3 tys. złotych?” przecząco odpowiedziało ponad 83 proc. respondentów, twierdząco – nieco ponad 10 proc., a „nie wiem” – nieco ponad 6 proc. Ponad 82 proc. negatywnie oceniło perspektywy ich firm w roku 2020 w związku zapowiedziami podniesienia płacy minimalnej, a ponad 15 proc. stwierdziło, że podwyżki nie będą mieć wpływu. 2,3 proc. respondentów stwierdziło, że perspektywy ich firm będą lepsze.

PracodawcyRP_sonda_placa-minimalna_1 v2 PracodawcyRP_sonda_placa-minimalna_2 v2Zapytaliśmy również, jak zadeklarowane przez polityków podnoszenie płacy minimalnej w przyszłych latach może wpłynąć na plany rozwoju firm. Wielu odpowiadających zapowiedziało ograniczenie inwestycji lub zatrudnienia. Wśród rozważanych scenariuszy są m.in. przeniesienie działalności za granicę, przebranżowienie w celu zmniejszenia zatrudnienia, czy też robotyzacja i wprowadzenie automatyki. Zwracano ponadto uwagę, że podniesienie płacy minimalnej wymusi podwyżki również dla osób bardziej wykwalifikowanych, których pensje muszą być stosunkowo większe w stosunku do najniższej płacy.

Czy zapowiedzi wzrostu płacy minimalnej w przyszłym i kolejnych latach mogą wpłynąć na plany rozwoju waszej firmy?

  • Tak, wymusi zmniejszenie zatrudnienia, ograniczy niskomarżowe usługi. Należy spodziewać się pogorszenia wyników firmy – wzrost kosztów i utrata zamówień eksportowych z powodu konieczności podniesienia cen usług co poważnie zmniejszy możliwości rozwoju, a być może zagrozi istnieniu firmy. A nade wszystko pamiętać trzeba góralskie porzekadło: owce się strzyże, a nie goli!
  • Z pewnością wpłyną na ograniczenie zatrudnienia i zwiększenie obciążenia pracą dla pracowników. Większa płaca – większe wymagania.
  • Tak drastyczny wzrost płacy minimalnej na pewno wpłynie na wzrost nakładów inwestycyjnych na usprzętowienie i robotyzację.
  • Przewidujemy nieznaczny wzrost przychodów w związku z możliwym niewielkim wzrostem cen usług.
  • Tak. Wyniesienie produkcji poza Polskę.
  • Wzrost płacy minimalnej, a także zniesienie limitów ZUS, spowodują spadek rentowności firmy, konieczność renegocjacji długoterminowych umów, spadek inwestycji.
  • Pieniądze przeznaczone na wzrost płac, nieoparte o wzrost gospodarczy czy naturalną rywalizację o pracowników, mogą jedynie doprowadzić do wzrostu inflacji, szarej strefy oraz ograniczenia wydatków na rozwój firm.
  • Na naszą firmę nie, gdyż poziom płacy jest już na poziomie lub powyżej sugerowanej przez rząd nowej płacy minimalnej. Jednak dla wielu przedsiębiorstw może to oznaczać istotne ograniczenie możliwości inwestycji czy wzrostu zatrudnienia.

Polacy mocno podzieleni w kwestii wysyłania przez galerie handlowe reklam na telefony

Ankieta, przeprowadzona wśród klientów centrów handlowych, wykazała, że ponad 80% z nich nie zna pojęcia geofencingu. Jednak po otrzymaniu wyjaśnienia, blisko połowa badanych stwierdziła, że chciałaby odbierać spersonalizowane wiadomości zaraz po wejściu do obiektu. Niecałe 40% ankietowanych było temu przeciwnych. Najbardziej pożądane są komunikaty o ofercie lub o promocjach pochodzących od aptek. Na drugim miejscu są wiadomości od kin, a na trzecim – od gastronomi. Konsumentom najmniej zależy na powiadomieniach o usługach telekomunikacyjnych, dotyczących bieżącego działania obiektu, a także na informacjach od branży turystycznej.

Aż 85% ankietowanych nie zna pojęcia geofencingu. Jak zauważa Andrzej Wojciechowicz, ekspert Komisji Europejskiej, to narzędzie jest stosowane nie tylko w handlu, ale też w innych obszarach wirtualnej rzeczywistości, np. jako usługa lokalizacji znajomych w serwisach społecznościowych. Jednak sam termin może brzmieć nieco obco dla użytkowników urządzeń mobilnych. Musimy też pamiętać o tym, że jest to mechanizm skrojony na potrzeby marketingu dla firm. Udzielają one tylko nakazanych prawem informacji podczas instalacji stosownych aplikacji. Słowo nie ma znaczenia. Liczą się finalne efekty.

– Usługi lokalizacji często kojarzą się ze śledzeniem pozycji GPS. Natomiast geofencing działa w ten sposób, że po wejściu użytkownika na dany teren, aplikacja mobilna ma możliwość wykonania określonego działania. Najczęściej jest to wyświetlenie wiadomości push. To może spełniać oczekiwania osób, które dbają o swoją prywatność. Brak znajomości terminu nie stanowi problemu dla branży handlowej, ale warto informować Polaków, czym tak na prawdę jest geofencing – mówi dr Krzysztof Łuczak z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
W trakcie realizacji badania, po wyjaśnieniu ww. pojęcia, ankieter zapytał konsumenta, czy chciałby otrzymywać na swój telefon, za pomocą geofencingu, dodatkowe informacje zaraz po wejściu do galerii. Ankietowani byli dość podzieli, z lekką przewagą na tak – 48%. Przeciwnych takiemu rozwiązaniu było 37%. Dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku retailowego, uważa, że blisko 50% przekonanych osób to bardzo dobry wynik. W praktyce zakupowej i komunikacyjnej użyteczność oraz wiarygodność tego instrumentu może tylko się polepszyć, więc ów wskaźnik będzie rósł.

– Można wnioskować, że prawie połowa badanych jest już świadoma korzyści, które niesie komunikacja marketingowa w centrum handlowym za pośrednictwem smartfonów. W mojej ocenie, również ten wynik będzie się poprawiał. Duży wpływ na tempo zmian będą miały działania samych galerii. Powinny być one skoncentrowane na dostarczeniu użytkownikom realnej wartości z takiego kontaktu, np. kuponów rabatowych czy też innych benefitów – podpowiada dr Łuczak.

Było też trochę niezdecydowanych osób, tj. 12%. Dr Faliński przewiduje, że dobrze wykorzystywany instrument w połączeniu z atrakcyjnymi promocjami na zakupy zmieni niepewność w zaufanie do geofencingu. Z kolei Andrzej Wojciechowicz dodaje, że brak zdania może wynikać z niepełnego zrozumienia tematu. Podobnie może być z przeciwnikami geofencingu. Popularyzacja korzyści płynących ze stosowania różnorodnych aplikacji powinna w sposób pośredni przekonać użytkowników do tego rozwiązania.

– Z analizy wynika również, że tylko 3% badanych w ogóle nie korzysta z telefonu w centrum handlowym. Dla galerii oznacza to, że powinny absolutnie wykorzystywać smartfony do kontaktów z klientami. 97% użytkowników tak elastycznego i często wykorzystywanego narzędzia to oczywista podpowiedź. Należy inwestować w aplikacje, SMS-y i reklamy geofencingowe – radzi dr Faliński.

Jeżeli już konsumenci mieliby dostawać jakieś komunikaty, to najchętniej od aptek – 22%, następnie od kin – 18%, od gastronomi – 14%, a także od sklepów z ubraniami – 12%. Według Andrzeja Wojciechowicza, te wyniki w szczególności świadczą o sile i efektywności kampanii reklamowych przemysłu farmaceutycznego. Sprzedaż suplementów w naszym kraju przebija wszystkie rynki europejskie. Generalnie badani wybrali obszary aktywności, z których zwykle korzystają w galeriach. Zakupom często towarzyszą wizyty w restauracjach i kinach. Jednak ww. branże nie reklamują się tak intensywnie, jak FMCG. To wyraźny sygnał o luce komunikacyjnej dla wymienionych operatorów.

– Najmniejszym zainteresowaniem cieszą się oferty i promocje telekomunikacyjne – 1%, komunikaty o bieżącym działaniu samej galerii – 1%, a także informacje od branży turystycznej – 3%. Konsumenci nie są też specjalnie otwarci na powiadomienia o promocjach na obuwie – 4%, czy na sprzęt elektroniczny i AGD – 4%. Geofencing zawęża potrzeby klienta do tych, które może zrealizować w danym miejscu. Będąc w centrum handlowym bardziej koncentruje się na innych rzeczach niż na abonamencie telefonicznym czy zagranicznych wyjazdach – analizuje dr Faliński.

Jak podsumowuje ekspert z Proxi.cloud, oferty turystyczne czy sprzęt AGD nie są sprawami pierwszej potrzeby. Konsumenci chcą otrzymywać najważniejsze dla nich informacje. Nie kupują co tydzień elektroniki, telefonów, wycieczek czy nawet butów. Inaczej jest np. z apteką, która często stanowi stały punkt odwiedzin. Z obserwacji rynku wynika przecież, że ceny suplementów często znacznie różnią się między sobą. Niektórzy klienci stale je sprawdzają i dlatego chcą otrzymywać informacje o aktualnych promocjach na tego rodzaju produkty.

Badanie zostało zrealizowane przez firmę technologiczną Proxi.cloud we współpracy z brytyjską spółką doradczą UCE GROUP LTD. Działania były prowadzone na terenie 10 dużych miast, a także 11 średnich i mniejszych miejscowości. Łącznie przeprowadzono 846 wywiadów bezpośrednich w 126 galeriach. W ankiecie wzięło udział 58% kobiet i 42% mężczyzn, w wieku od 18. do 49. roku życia.

Najłatwiej o nową pracę w Polsce południowo-zachodniej, trudniej w północnej i centralnej

Ostatni kwartał 2019 roku to więcej ofert pracy w Polsce południowo-zachodniej i południowej – w tych regionach firmy będą poszukiwać najwięcej nowych pracowników i tam czeka na nie największa rywalizacja o kadry. Duże chęci do powiększania swoich zespołów zgłaszają też przedsiębiorstwa ze wschodniej i północno-zachodniej części kraju. W których regionach Polski będzie łatwiej lub trudniej o nową pracę i gdzie firmy będą najbardziej odczuwać niedobór talentów? Zobacz więcej w analizie przygotowanej przez ManpowerGroup.

Od października do grudnia największe chęci na powiększanie swoich zespołów zgłaszają firmy zlokalizowane w województwach Polski południowo-zachodniej. Prognoza netto zatrudnienia wskazywana przez tutejszych pracodawców (różnica pomiędzy odsetkiem firm deklarujących wzrost a spadek zatrudnienia) wynosi +17% i jest to najwyższy wynik od blisko trzech lat (źródło: raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”). Optymistyczne plany zatrudnienia deklarują też przedsiębiorstwa z Południa (+14%). – To właśnie na te regiony powinny zwrócić uwagę osoby rozważające zmianę zawodową, ponieważ tam w końcówce roku o nową pracę będzie najłatwiej. Nie są to jednak dobre wieści dla pracodawców, szczególnie tych, którzy na czwarty kwartał roku zaplanowali więcej aktywności rekrutacyjnych. Dla nich pozyskanie nowego pracownika może być nawet trudniejsze niż w roku ubiegłym. Tak duża konkurencja w walce o nowego pracownika może być też zapowiedzią zwiększonej rotacji w firmach i zwiększonych kosztów prowadzenia biznesu – mówi Dominik Malec, dyrektor z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Warunki sprzyjające znalezieniu nowego zatrudnienia będą też w województwach Polski wschodniej (+9%) i północno-zachodniej (+8%). Nieco mniej optymistyczni są pracodawcy z północnej (+3%) i centralnej (+4%) części kraju. Choć większość firm planuje powiększać niż redukować swoje zespoły, to końcówka roku nie będzie aż tak korzystna dla kandydatów. Dla Północy to wynik najsłabszy od ponad dwóch lat, dla Centrum od ponad trzech.

– Kandydaci, którzy mają kompetencje aktualnie poszukiwane na rynku, będą mogli liczyć na wybór w ofertach pracy, nawet w tych regionach, gdzie firmy prognozują mniejsze potrzeby personalne. Do tej grupy możemy zaliczyć specjalistów, inżynierów oraz informatyków, a także pracowników niewykwalifikowanych oraz wykwalifikowanych pracowników fizycznych na takie stanowiska jak operator maszyn, operator wózka widłowego, technik i spawacz – tłumaczy ekspert. – Różnice w prognozach firm wynikają między innymi z przewag innego rodzaju biznesów alokowanych w określonych miejscach. W Polsce południowo-zachodniej i południowej mamy największe natężenie firm produkcyjnych, które właśnie w końcówce roku z reguły wchodzą w okres największych potrzeb produkcyjnych i dlatego wciąż będą potrzebować pracowników. Również w tych częściach kraju mamy duże skupienie firm e-commerce, które w czwartym kwartale roku odnotowują największą sprzedaż, a co za tym idzie będą potrzebować dużej liczby nowych pracowników. Słabsze prognozy w pozostałych regionach świadczą o delikatnej stagnacji, stabilizacji związanej z gospodarką nie tylko krajową, ale również niepewnościami wynikającymi z sytuacji w Europie Zachodniej – dodaje Dominik Malec.Najłatwiej o nową pracę w Polsce południowo-zachodniej, trudniej w północnej i centralnej

Porównując najnowsze dane z tymi z czwartego kwartału 2018 roku, to optymizm rekrutacyjny polskich firm jest wyraźnie słabszy niż przed rokiem, a plany pracodawców pogorszyły się w 4 z 6 regionów. Największa zmiana na minus, o 12 punktów procentowych nastąpiła w regionie północno-zachodnim. Osoby poszukujące nowej pracy lub rozważające zmianę pracodawcy mogą spodziewać się zdecydowanie mniejszej liczby ofert zatrudnienia w najbliższym kwartale. W stosunku do ubiegłego kwartału plany rekrutacyjne firm pozostają na zbliżonym poziomie. Zielonym punktem na mapie kraju pozostaje jedynie część południowo-zachodnia, gdzie w stosunku do poprzedniego roku odnotowano wzrost o 6 punktów procentowych.

– Pracodawcy obserwując dynamiczną sytuację na rynku pracy, borykając się od 3 lat z brakiem kandydatów i ciągłą presją na wzrost wynagrodzeń po prostu zaczęli realnie dopasowywać potrzeby biznesowe do warunków rynku. Stąd już bardziej ostrożne i stabilne prognozy, bo nie sposób jest założyć wzrostów, jeśli nie ma kim ich wykonać. Część z przedsiębiorstw zaspokoiła już swoje potrzeby kadrowe, inne z kolei bacznie przyglądają się kondycji niemieckiej gospodarki i decyzjom brytyjskiego rządu dotyczącym Brexitu rozważnie szacują swoje plany rekrutacyjne. Jednocześnie w Polsce nadal brakuje rozwiązań systemowych dotyczących chociażby prostej, szybkiej legalizacji pobytu i pracy obcokrajowców, które mogłyby pomóc firmom szybko reagować na ich bieżące potrzeby personalne. – podsumowuje ekspert.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 60 000 pracodawców w 44 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla IV kwartału 2019 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 18 do 30 lipca 2019 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

Rynki oczekują cięcia stóp przez Fed o 25 pb.

Rynki często przed ważnymi rozstrzygnięciami, takimi jak dzisiejsza decyzja Fed wchodzą w kilkudniową fazę uśpienia i wyciszenia. W tym tygodniu nie było to dane.

Dawkę chaosu w przypadku wszystkich rynków wprowadziły weekendowe ataki na Arabię Saudyjską. Nie bez wpływu na wycenę walut miały również problemy z płynnością na amerykańskim rynku międzybankowym, które poprowadziły do wyraźnego podbicia stawek rynku pieniężnego. Wynikały one w dużej mierze z popytu na dolara w okresie płatności podatków korporacyjnych. Efektywna stopa Fed w poniedziałek przekroczyła nawet górną granicę przedziału Fed i podbiła ponad 10 pb powyżej poziomu z piątku. W odpowiedzi nowojorski Fed przeprowadził pierwsze od globalnego kryzysu operacje repo. Wczoraj skupił papiery skarbowe o wartości ponad 50 mld USD. Dziś zabieg zostanie powtórzony a jego maksymalna wartość to ponownie 75 mld USD. Pomogło to obronić EUR/USD 1,10. By otwarta była droga do silniejszego odreagowani, kurs musi wyjść trwale nad 1,11. Widzimy duże prawdopodobieństwo kontynuacji wzrostów EUR/USD, nasz cel na koniec roku to 1,13, co pokazuje, że nie będzie to droga usłana różami i bez poprawy koniunktury wspólna waluta nie może liczyć na silną aprecjację. Widzimy również przestrzeń do krótkoterminowego umocnienia jena oraz osłabienia walut Antypodów, przede wszystkim dolara australijskiego.

Fed na kończącym się w środę posiedzeniu zetnie stopy procentowe o 25 pb – do przedziału 1,75-2,00 procent. Taka ocena nie budzi kontrowersji wśród inwestorów, ale rynek jest mocno podzielony w sprawie retoryki i przyszłych kroków władz monetarnych. Zakładamy, że z prognoz optymalnego poziomu stóp procentowych wyniknie sugestia jeszcze jednej obniżki stóp procentowych w 2019 roku, a prezes Fed zapewni, że polityka będzie prowadzona tak, by zapewnić trwałość ożywienia. Nie wykluczamy, że ostatecznie Fed dokona większej redukcji niż zakładają prognozy. Taka kombinacja powinna być negatywna dla dolara.

Przestrzeń do kontynuacji luzowania na tle innych banków centralnych – nawet po najbliższym dostosowaniu – będzie wciąż gigantyczna. Upraszczając: dolara w ostatnich latach wspierało to, że Fed jako pierwszy podnosił stopy. Teraz Rezerwa Federalna będzie je obniżać dłużej i mocniej niż inne główne banki centralne, które już teraz w większości prowadzą najłagodniejszą politykę w historii i mogą jedynie trzymać kciuki, by spór handlowy nie ulegał dalszemu zaognieniu…

Podsumowując nasz pogląd na dzisiejszą decyzję: zakładamy cięcie stóp o 25 pb. Uważamy, że projekcje poziomu stóp wskażą na dodatkowe cięcie w czwartym kwartale. FOMC nie wykluczy kolejnych redukcji, ale również ich nie zapowie wprost. Spodziewamy się dość pozytywnej oceny kondycji gospodarki i podkreślania, że nie zmierza ona ku recesji. Odbiór posiedzenia powinien być negatywny dla dolara, ale jednocześnie mniej więcej zgodny z rynkowymi założeniami.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers

Pierwsze oznaki spowolnienia w branży meblarskiej. Rosnące koszty i mniejszy eksport pogarszają płynność finansową polskich producentów

W branży meblarskiej widać pierwsze oznaki spowolnienia. Wpływają na to m.in. pogorszenie sytuacji gospodarczej w Niemczech, które są głównym odbiorcą polskich mebli, oraz problemy z dostępnością pracowników, które powodują presję płacową. W I połowie 2019 roku wzrost kosztów pracy w branży meblarskiej wyniósł 8 proc. – wynika z danych Euler Hermes. Na dodatek nakładają się na niego również rosnące ceny materiałów i energii, która jest jedną z głównych pozycji w kosztach firm produkcyjnych. Branżę czeka trudniejszy czas, którego część z działających w niej 27 tys. firm może nie przetrwać.

Sytuacja w branży meblarskiej w ostatnich miesiącach się zmienia. W ostatnim półroczu mieliśmy wzrost rzędu 3,2 proc. rok do roku. Natomiast kiedy rozbijemy półrocze na kwartały, wyraźnie widać, że pierwszy był zdecydowanie lepszy niż drugi, w którym widać już pierwsze oznaki spowolnienia. Najsłabszy był czerwiec, kiedy mieliśmy do czynienia ze spadkami w produkcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Szewczyk, zastępca dyrektora Biura Analiz i Oceny Ryzyka w Euler Hermes Polska.

Branża meblarska jest bardzo silnym sektorem gospodarki i czempionem polskiego eksportu. Polska jest trzecim największym eksporterem mebli na świecie, plasując się zaraz za Chinami i Niemcami i wyprzedzając Włochy. Na zagraniczny rynek trafia 9 na 10 wyprodukowanych w Polsce mebli, a największymi odbiorcami są kraje Unii Europejskiej, głównie Niemcy.

Na rynku niemieckim obserwujemy już pierwsze oznaki pogorszenia koniunktury. Tę zadyszkę można było odczuć już w II kwartale, natomiast płyną sygnały, że także sierpień i wrzesień były słabe. Niemcy kiedyś wymieniali meble średnio co kilka lat. Teraz sytuacja wygląda inaczej. Producenci tłumaczą ją dużym napływem obcokrajowców z mniej zasobnym portfelem, przez co ta częstotliwość spada. Ponieważ Niemcy są naszym głównym rynkiem eksportowym, to wszelkie wahnięcia po tej stronie są odczuwane dla naszych rodzimych producentów – mówi Magdalena Szewczyk.

Pogorszenia sytuacji gospodarczej za zachodnią granicą rodzimym producentom nie jest w stanie zrekompensować nawet trwający na polskim rynku boom mieszkaniowy i wzrost liczby oddawanych mieszkań.

Sytuacji sektora nie poprawiają też rosnące koszty. Meblarstwo mocno odczuwa skutki podwyżek cen energii elektrycznej, która jest jedną z głównych pozycji w kosztach wszystkich firm produkcyjnych. Kolejny czynnik to wzrost kosztów pracy, który – według danych Euler Hermes – w pierwszym półroczu wyniósł w branży meblarskiej 8 proc.

Jest też problem z dostępnością pracowników. Jest ich coraz mniej, więc pojawia się presja płacowa – mówi Magdalena Szewczyk. – Kolejnym czynnikiem, który pojawił się właśnie na horyzoncie i może mieć przełożenie na kondycję zwłaszcza tych firm, które eksportują dużo do Niemiec, są planowane zmiany w akceptowalnych normach formaldehydu w meblach. To oznacza, że trzeba będzie zmienić proces produkcyjny, żeby polskie meble były akceptowane na Zachodzie. Bolączek meblarzy jest wiele i nie zapowiada się na to, żeby było im w najbliższych miesiącach łatwiej.

Pierwsze oznaki spowolnienia są już odczuwalne w całej branży meblarskiej – nie tylko przez producentów mebli, lecz także przez dostawców materiałów i komponentów do ich produkcji.

Z naszego raportu wynika, że dostawcy komponentów starają się szybciej odzyskiwać pieniądze z rynku. To oznacza, że realnie wyczuwają już spowolnienie – mówi Magdalena Szewczyk. – Wartość trudnych długów, czyli należności przeterminowanych powyżej 120 dni, wyraźnie rośnie. W pierwszym półroczu ten wzrost był nawet dwukrotny. Sytuacja nie jest jeszcze na tyle dramatyczna, żeby się niepokoić, ale na pewno jest to sygnał, żeby podchodzić ostrożniej, obserwować swoich odbiorców i badać pozycję finansową kontrahentów.

Polska branża meblarska jest zróżnicowana i mocno rozdrobniona. Działa w niej około 27 tys. podmiotów, z czego gros, bo około 25 tys., to małe firmy zatrudniające maksymalnie 9 osób. Presja kosztowa i płacowa oraz słabnący eksport mogą spowodować, że część z nich nie poradzi sobie z trudniejszą sytuacją i zniknie z rynku.

Przed branżą meblarską trudny czas i dużo wyzwań związanych przede wszystkim z ich działalnością eksportową. To będzie czas dywersyfikacji geograficznej, jeżeli chodzi o rynki zbytu. Trzeba też będzie poszukać pewnych optymalizacji, bo presja na marżę jest ogromna. Nie zanosi się na to, żeby koszty pracy, energii i materiałów spadały, dlatego trzeba będzie szukać sposobów na utrzymanie rentowności – podkreśla zastępca dyrektora Biura Analiz i Oceny Ryzyka w Euler Hermes Polska.

Przez rosnące koszty krajowi producenci tracą jedną z najważniejszych przewag konkurencyjnych, czyli niską cenę.

Firmy z branży będą się musiały wykazać dużą kreatywnością i elastycznością, żeby dostosować się do tych zmieniających się warunków na rynku – mówi Magdalena Szewczyk.

Biznes modowy walczy z plastikowymi odpadami. Do 2025 roku LPP wyeliminuje plastikowe opakowania niepodlegające recyklingowi lub kompostowaniu

Duży biznes w coraz większym stopniu włącza się w walkę z plastikiem. Dotyczy to również przemysłu odzieżowego. W sprzedaży są już ubrania wykonane z bardziej przyjaznych dla środowiska materiałów lub przetworzonych odpadów. W sklepach organizowane są także zbiórki używanej odzieży. Kolejna kwestia to zarządzanie plastikowymi odpadami. Firma LPP – jako pierwsza w Polsce – przystąpiła do inicjatywy New Plastics Economy Global Commitment. Zobowiązała się, że do 2025 roku będzie w 100 proc. korzystać wyłącznie z opakowań, które nadają się do ponownego użycia, recyklingu lub kompostowania.

– Dzisiaj używamy plastiku zbyt powszechnie, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wygląda jego dalsze życie, podczas gdy tylko 14 proc. jest poddawane recyklingowi. Jeżeli wyszlibyśmy na plażę i zebrali kilka kilogramów śmieci, okazałoby się, że aż 30 proc. z nich to plastikowe siatki foliowe. Jeżeli będziemy dalej działać w ten sposób, w 2050 roku w morzu znajdować się będzie więcej folii niż ryb – mówi agencji Newseria Biznes Anna Miazga, koordynatorka ds. CSR w firmie LPP.

Jak podkreśla, dzisiaj przed każdą branżą, również odzieżową, stoją wyzwania środowiskowe, w tym właśnie kwestie zarządzania plastikiem. Według danych Komisji Europejskiej, plastikowe tworzywa stanowią obecnie blisko 80 proc. odpadów w morzach i oceanach. Na przestrzeni ostatnich 60 lat produkcja plastiku zwiększyła się ponaddwustukrotnie. Każdego roku do mórz i oceanów trafia go około 8 mln ton.

– Każda odpowiedzialna firma działająca zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju powinna założyć sobie ambitne cele w zakresie zarządzania plastikiem – mówi Anna Miazga. – Dla nas przyłączenie do inicjatywy New Plastics Economy Global Commitment jest swego rodzaju inwestycją, również tą finansową. Ale w wartości warto inwestować. To nasza odpowiedzialność etyczna w stosunku do naszych pracowników, klientów i przyszłych pokoleń.

New Plastics Economy Global Commitment to międzynarodowe porozumienie, zainicjowane przez fundację Ellen MacArthur we współpracy z ONZ. Jego celem jest całkowita eliminacja plastikowych odpadów niepodlegających obiegowi zamkniętemu. Porozumienie jest wspierane m.in. przez Fransa Timmermansa, Stellę McCartney, czy szefa organizacji WWF Pavana Sukhdeva, którzy podpisali list otwarty do przedstawicieli biznesu i rządów, apelując o wspólne działania na rzecz eliminacji odpadów i zanieczyszczeń z tworzyw sztucznych u ich źródła.

W ramach inicjatywy już ok. 400 organizacji przyłączyło się do walki z odpadami plastikowymi, które nie podlegają obiegowi zamkniętemu. LPP zobowiązało się, że do 2025 roku będzie w 100 proc. korzystać już wyłącznie z opakowań, które nadają się do ponownego użycia, recyklingu lub kompostowania.

– Głównym celem podpisanego porozumienia jest realna zmiana w sposobie myślenia o plastiku i tym samym jego użytkowania. Z drugiej strony to też jasna informacja dla naszych klientów, że jesteśmy firmą działającą odpowiedzialnie i stawiającą sobie odważne cele, które w prosty sposób nasze otoczenie będzie mogło wkrótce zweryfikować. Chcemy być dla nich transparentni. Liczymy też na to, że nasze działanie zmobilizuje innych do podjęcia podobnych zmian w swoim życiu i do bardziej racjonalnego korzystania z plastiku na co dzień – wyjaśnia Anna Miazga.

Pierwszy etap realizacji zobowiązań to zastąpienie od września br. darmowych toreb foliowych płatnymi torbami papierowymi, wykonanymi z papieru pochodzącego z recyklingu. Zmiana zostanie wprowadzona we wszystkich salonach w Polsce. Następnie obejmie sieć ponad 1,7 tys. salonów zlokalizowanych w ponad 20 krajach, gdzie klienci będą mogli korzystać już wyłącznie z toreb wykonanych z folii pochodzącej z recyklingu.

– Drugi krok to przygotowanie mapy działań, którą opublikujemy już w przyszłym roku i w której jasno wskażemy, jakie stawiamy sobie cele. Zaczniemy od eliminacji plastiku tam, gdzie nie jest on potrzebny lub może być zastąpiony przez materiał bardziej przyjazny dla środowiska. Kolejnym etapem będzie opracowanie na nowo systemu zarządzania plastikiem w całym łańcuchu dostaw – mówi Anna Miazga.

Dołączenie do New Plastics Economy to dla odzieżowej firmy LPP kolejny krok w kierunku zrównoważonego rozwoju, który ma determinować rozwój spółki. Firma zobowiązała się, że do 2025 będzie nie tylko rozsądniej wykorzystywać plastik, lecz także całkiem wyeliminuje opakowania niepodlegające przetworzeniu ze sprzedaży internetowej i operacji logistycznych, w tym z przesyłek produktów od dostawców.

– Dzisiaj cała gospodarka stoi przed wyzwaniami związanymi z ochroną środowiska. W LPP ten temat jest bardzo ważny, staramy się działać zgodnie z ideą zrównoważonego rozwoju i wprowadzać działania proekologiczne na każdym etapie naszej działalności. Zaczynając już od wyboru surowca, z którego powstaje ubranie. Mamy specjalną linię Eco Aware – w salonach Reserved 10 proc. kolekcji ma już zieloną metkę. Oznacza ona, że produkt powstał z bardziej przyjaznego środowisku surowca albo w procesie produkcyjnym, w którym zadbano o zrównoważone wykorzystanie zasobów wodnych i energetycznych lub mniejszą emisję gazu cieplarnianego do atmosfery – mówi Anna Miazga.

W ubiegłym roku w 2 mln sztuk odzieży LPP zastąpiło konwencjonalną bawełnę odmianą organiczną. Już niebawem w sklepach Reserved dostępna będzie też kolekcja premium w 100 proc. wykonana z materiałów bardziej przyjaznych środowisku.

 W naszych salonach Reserved już od ubiegłego roku można oddać używane tekstylia, które LPP przekazuje osobom potrzebującym przebywającym w schroniskach dla osób bezdomnych. Podobne rozwiązanie wprowadzamy od września także w wybranych salonach marek House i Mohito – mówi koordynatorka ds. CSR w LPP.

Jak wyjaśnia Anna Miazga, troska o środowisko to nie tylko kwestia produktu, lecz wszystkich innych obszarów działalności firmy. LPP korzysta także z bardziej przyjaznego dla środowiska transportu morskiego, a  kartony wykorzystywane w dystrybucji są przetwarzane wielokrotnie.

Zrównoważone podejście dotyczy także poszczególnych sklepów.

– Obecnie mamy już ponad 1 mln mkw. powierzchni salonów na całym świecie. Są to zwykle miejsca bez dostępu do światła dziennego, więc musimy je oświetlać i wentylować w sposób sztuczny. Robimy to w oparciu o zintegrowany system zarządzania energią tak, aby energochłonność naszych salonów była jak najmniejsza. W praktyce pozwala nam to zmniejszać zużycie energii nawet do 70 proc. – mówi Anna Miazga.

Jak wyjaśnia Anna Miazga, świadomość potrzeby wprowadzania zmian, które przyczynią się do poprawy stanu otoczenia naturalnego, nie dociera jeszcze do wszystkich, ale zyskuje coraz szerszy krąg zwolenników, także wśród biznesu.

– To nie tylko troska o środowisko, lecz przede wszystkim o jakość naszego życia w przyszłości. Mamy nadzieję, że w ślad za naszymi działaniami pójdą także inni  dodaje.

E. Mączyńska (PTE): Zerowy deficyt oznacza, że nie zwiększamy długu publicznego. Jednak zadłużanie się na inwestycje prorozwojowe nie jest negatywnym zjawiskiem

E. Mączyńska (PTE): Zerowy deficyt oznacza, że nie zwiększamy długu publicznego. Jednak zadłużanie się na inwestycje prorozwojowe nie jest negatywnym zjawiskiem 6

Nie milkną komentarze po przyjęciu projektu przyszłorocznego budżetu, który zakłada zerowy deficyt, czyli dochody na poziomie wydatków. Zdaniem prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Elżbiety Mączyńskiej jest on nie tylko realny, choć trudny do wykonania, ale też mniej zaskakujący, niż wskazywałyby powszechne reakcje. Jak podkreśla, zerowy deficyt oznacza, że nie powiększamy długu publicznego, jednak zadłużanie się na rzecz inwestycji prorozwojowych, np. na edukację czy ochronę zdrowia, nie jest złym zjawiskiem.

Projekt budżetu na 2020 rok został potraktowany jako ewenement z kilku względów. Na świecie mamy do czynienia z wyraźnie zarysowującymi się zjawiskami spowolnienia gospodarczego, a w tych warunkach zwykle w polityce społeczno-gospodarczej zakłada się wzrost wydatków publicznych po to, żeby nie dopuścić do tego spowolnienia, czyli żeby stymulować gospodarkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Uważam jednak, że nie jest to tak bardzo zaskakujące, ponieważ w 2018 roku zakładany deficyt w wysokości około 40 mld zł zmniejszył się czterokrotnie w rzeczywistości. W związku z tym ze statystyk wynika stopniowe ograniczanie rok w rok tego deficytu.

W 2018 roku deficyt, zaplanowany na prawie 41,5 mld zł ostatecznie zamknął się kwotą 10,42 mld zł. Od stycznia do lipca obecnego roku nadwyżka wydatków nad dochodami wyniosła niespełna 4,8 mld zł, co stanowi zaledwie 16,8 proc. założonego deficytu. W 2020 roku według projektu zarówno wydatki, jak i dochody budżetu państwa mają wynieść po 429,48 mld zł.

– Zerowy deficyt oznacza, że nie powiększamy długu publicznego, co jest dobrą wiadomością, ale z drugiej strony do wydatków budżetowych nie można podchodzić jednolicie. Trzeba odróżniać wydatki, które są prorozwojowe od wydatków, które ograniczają możliwość elastycznej polityki społeczno-gospodarczej państwa – mówi prof. Elżbieta Mączyńska.

Jak podkreśla, wydatki budżetowe dzielą się na trzy rodzaje: wydatki sztywne, wydatki na utrzymanie instytucji państwowych i wydatki na inwestycje prorozwojowe, np. na edukację czy ochronę zdrowia.

– O ile dobrze trzymać wydatki sztywne w ryzach, a wydatki na państwo nie powinny rosnąć w tempie wyższym niż tempo wzrostu produktu krajowego brutto, to zadłużanie się na rzecz inwestycji prorozwojowych można pochwalić. To są inwestycje, które w przyszłości dają możliwość poprawy jakości życia ludzi, ale też efektywności ekonomicznej – tłumaczy prof. Elżbieta Mączyńska.

Zdaniem prezes PTE założenia wzrostu gospodarki przyjęte przez rząd w projekcie są ostrożne (3,7 proc.) i dynamika PKB może być wyższa – z projekcji inflacji Narodowego Banku Polskiego wynika prognoza 4-proc. Zważywszy na wzrost nominalnego PKB, to różnica między obiema prognozami opiewa na ponad 7 mld zł – niewiele mniej niż ubiegłoroczny deficyt. Natomiast tempo wzrostu inflacji rząd przyjął na poziomie celu inflacyjnego, czyli 2,5 proc., podczas gdy zarówno projekcja, jak i ostatnie dwa odczyty wskazywały na 2,9 proc. To zaś oznaczałoby większe wpływy do budżetu.

– Rząd wskazuje na różne źródła, które spowodują, że ta równowaga budżetowa może zostać osiągnięta. Jednym ze źródeł są opłaty przekształceniowe związane z OFE, większe składki emerytalne wpływające do budżetu państwa w związku z likwidacją limitu trzydziestokrotności. Poza tym rząd proponuje zwiększenie akcyzy, oczekuje większych wpływów podatkowych związanych z działalnością hazardową. Moim zdaniem nie jest to niemożliwe, ale będzie trudne do osiągnięcia – ocenia prezes PTE.

Podatek od towarów i usług ma według projektu przynieść w przyszłym roku ponad 200 mld zł (w 2019 roku 179,6 mld zł, natomiast wzrost akcyzy m.in. od tytoniu i alkoholu powinien dać dodatkowe prawie 2 mld zł, natomiast z tytułu gier wzrost ma wynieść ponad 0,5 mld zł. O 7 mld zł wzrośnie CIT, a podatek od osób fizycznych będzie wyższy o 2,2 mld zł. Po drugiej stronie znajdą się koszty związane m.in. z wypłatą 500+ na pierwsze dziecko. Według Elżbiety Mączyńskiej są one niezbędne bez względu na to, kto wygra wybory.

Trzeba na to patrzeć nie tylko jako na wydatki socjalne, obciążenie budżetu, ale też jako swego rodzaju inwestycje, bo część wydatków wraca w formie podatków, np. podatku VAT. Część wydatków profituje później tym, że jeżeli rodzice zapewnią dziecku lepszą edukację, to jako dorosły człowiek będzie miał większe szanse na lepsze warunki życia i pracy – tłumaczy ekonomistka. – Na pewno żadna partia nie odważy się zredukować wydatków socjalnych, dlatego że to byłoby sprzeczne z trendami światowymi. Problemem świata są narastające nierówności społeczne. Jeżeli pomagamy biednym, to te pieniądze natychmiast idą na rynek.

Wcześnie wykryty czerniak może być uleczalny. Po lecie warto zbadać znamiona u dermatologa

Lato to trudny czas dla skóry – nadmierna ekspozycja na słońce powoduje większe ryzyko zachorowania na czerniaka. Dlatego po zakończeniu sezonu warto zbadać powierzchnię skóry, np. wideodermatoskopem, przy użyciu kamery i komputera w celu oceny znamion na ciele. Z kolei osoby, które planują jesienią wyjazd do ciepłych krajów, powinny na razie zrezygnować z niektórych zabiegów medycyny estetycznej, np. peelingów laserowych. Wysoka temperatura i ostre słońce powodują, że czas gojenia po zabiegu trwa znacznie dłużej.

Czerniak to nowotwór złośliwy powstający w komórkach barwnikowych, tzw. melanocytach. Najczęściej rozwija się w skórze, zwłaszcza nóg, pleców i karku, może jednak wystąpić także w obrębie ust, nosa i gałki ocznej, a nawet warg sromowych. Choroba ta może dotknąć każdego, w grupie podwyższonego ryzyka znajdują się jednak przede wszystkim osoby o jasnej karnacji, blond lub rudych włosach, mające piegi lub dużą ilość znamion na skórze, oraz regularnie korzystające z solarium lub przebywające na słońcu dłużej niż godzinę dziennie. Podstawowym czynnikiem ryzyka jest bowiem ekspozycja na promieniowanie słoneczne, zarówno naturalne, jak i sztuczne, występujące w lampach opalających.

 Ponadto czynnikiem ryzyka są czynniki genetyczne, czyli występowanie czerniaka skóry w rodzinie, a także oparzenia słoneczne, zwłaszcza do 18. roku życia. Kolejnym czynnikiem jest także olbrzymie wrodzone znamię barwnikowe czy zespół znamion dysplastycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Małgorzata Marcinkiewicz, dermatolog w Medicover.

Zachorowalność na czerniaka stale wzrasta. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Nowotworów, w Polsce co roku nowotwór ten diagnozuje się u blisko 3,5 tys. osób, podczas gdy w połowie lat 90. liczba ta wynosiła niespełna 1,5 tys. Dla ponad tysiąca Polaków rocznie czerniak okazuje się chorobą śmiertelną. Nowotwór ten charakteryzuje się agresywnym przebiegiem i dość szybkim rozwojem. Rozpoznany we wczesnym stadium może być jednak całkowicie uleczalny. Przyczyną wysokiej liczby zgonów jest zbyt późna diagnoza i brak profilaktyki.

– Ekspozycji na promieniowanie słoneczne nie unikniemy. Codziennie jesteśmy na nią narażeni, idąc do pracy czy spacerując z psem, ale możemy różnymi sposobami spowodować, że to ryzyko będzie o wiele mniejsze. Jednym z takich sposobów, który powinniśmy na co dzień wykorzystywać, są kremy z filtrami przeciwsłonecznymi – mówi dr Małgorzata Marcinkiewicz.

Kremy powinny zawierać dobre jakościowo i wysokie filtry przeciw UVA, UVB, promieniowaniu podczerwonemu oraz światłu widzialnemu, o którym coraz częściej się mówi w kontekście stresu oksydacyjnego. Preparaty należy nakładać na 20 minut przed ekspozycją na promieniowanie, powtarzając aplikację po każdych 2 godzinach spędzonych na słońcu. Istotna jest ilość preparatu – na całe ciało powinno się zużyć ok. 35 ml kremu, czyli mniej więcej dwie pełne łyżki stołowe.

Istotnym elementem zapobiegania chorobie jest regularne poddawanie się badaniom profilaktycznym znamion. Warto to zrobić po zakończeniu sezonu letniego. Dermatolodzy zalecają wykonywanie przynajmniej raz w roku takich badań, jak dermatoskopia czy wideodermatoskopia. W przypadku pierwszego z nich lekarz dokonuje oględzin z pomocą dermatoskopu, ręcznego urządzenia pozwalającego na obejrzenie znamion w powiększeniu. W drugim z tych badań wykorzystywany jest komputer i specjalna kamera umożliwiająca wykonanie skanu ciała. Dermatoskop pozwala uzyskać dziesięciokrotne powiększenie znamienia, w wideodermatoskopii możliwe jest natomiast osiągnięcie od dwudziestokrotnego do ponadstukrotnego powiększenia.

– Dzięki temu możemy dokładnie spojrzeć w dane znamię – mówi dr Małgorzata Marcinkiewicz. – Jest to dokładniejsze narzędzie i pozwala nam na archiwizację zdjęć. Kiedy zgłosimy się na ponowną kontrolę, możemy porównać znamię i ewentualne zmiany, które w nim zaszły.

Dermatolodzy radzą także, by osoby, które planują jeszcze wyjazd do ciepłych krajów, wstrzymały się jeszcze z niektórymi zabiegami z zakresu laseroterapii, choćby lubianych przez kobiety peelingami laserowymi i fotoodmładzaniem. Paniom, które mimo wszystko zdecydują się na tego rodzaju zabiegi, zaleca się bezwzględne unikanie słońca przez minimum 4 tygodnie oraz stosowanie wysokiej ochrony przeciwsłonecznej w kremach.

 Jeżeli jest ciepło na zewnątrz i słońce operuje cały czas, to musimy pamiętać, że zakres ochrony przeciwsłonecznej musi być w takim okresie pozabiegowym bardzo intensywny. Powinniśmy stosować kremy z wysokim filtrem, co najmniej pięćdziesiątką, bądź kremy z filtrami mineralnymi, które odbijają każde promieniowanie słoneczne – mówi dr n. med. Patrycja Wachowska-Kelly, lekarz medycyny estetycznej w Medicover.

Jak podkreśla, nie oznacza to, że kobiety muszą rezygnować ze wszystkich zabiegów. Do tych bezpiecznych należą m.in. mezoterapia oraz zabiegi z wykorzystaniem toksyny botulinowej.

W 2035 roku lotnisko w Gdańsku może obsługiwać niemal 10 mln pasażerów. Nowe inwestycje mają poprawić przepustowość portu

W 2035 roku lotnisko w Gdańsku może obsługiwać niemal 10 mln pasażerów. Nowe inwestycje mają poprawić przepustowość portu 7

W I półroczu tego roku polskie lotniska regionalne obsłużyły 13,7 mln pasażerów. Blisko 2,5 mln z nich odprawiło się w porcie lotniczym w Gdańsku. Władze lotniska liczą na to, że w tym roku przekroczy ono liczbę 5 mln podróżnych. W ciągu kilkunastu lat może za to podwoić liczbę zarówno obsługiwanych pasażerów, jak i operacji lotniczych. Zaplanowane inwestycje – rozbudowa terminalu pasażerskiego o dodatkowy pirs i budowa Airport City – mają poprawić przepustowość i zwiększyć komfort pasażerów.

 Rośnie ruch lotniczy, więc musimy rozbudowywać infrastrukturę. Dlatego podpisujemy umowę na rozbudowę terminalu o pirs pasażerski, a jednocześnie realizujemy unikatowy w skali polskiej i europejskiej projekt Airport City, czyli budujemy miasteczko biurowe przy samym terminalu lotniczym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Kloskowski, prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Z gdańskiego lotniska w I połowie roku skorzystało niemal 2,5 mln (wzrost o prawie 6 proc. rdr., czyli 138 tys.). To oznacza, że w całym roku może obsłużyć rekordowe 5 mln osób. Prognozy władz portu prognozują, że za 6 lat z Gdańska będzie latać 6,6 mln pasażerów rocznie, a w 2035 roku – 9,5 mln. Przetarg na rozbudowę Terminalu Pasażerskiego T2 o dodatkowy pirs ma zwiększyć przepustowość lotniska, które w ciągu kilkunastu lat może niemal podwoić liczbę obsługiwanych operacji lotniczych – z szacowanych 48,5 tys. w tym roku do 89 tys. w 2035 roku.

– Jeszcze dwa lata i będziemy odprawiać pasażerów w nowym pirsie z nowymi bramkami biometrycznymi – zapowiada Tomasz Kloskowski.

Lotnisko przygotowuje się też do rozpoczęcia budowy Airport City, kompleksu biurowców z funkcją usługową, gastronomiczną i hotelową. Takie lotniskowe dzielnice powstają w Europie Zachodniej, wzorem dla Gdańska były te z Dusseldorfu, Monachium, Frankfurtu czy Paryża.

– Wyprzedzamy rozwój ruchu lotniczego. Dzisiaj to my infrastrukturą przygotowujemy się na zwiększony ruch pasażerów w przyszłości. Do roku 2012 było odwrotnie, liczba pasażerów rosła, a my z terminalami i obiektami infrastrukturalnymi goniliśmy ten ruch – tłumaczy Tomasz Kloskowski.

Większa liczba pasażerów w Gdańsku to efekt zwiększenia częstotliwości połączeń realizowanych przez przewoźników i uruchomienie kilku nowych połączeń: do Zurychu (Swiss), Berlina (easyJet), Barcelony (Ryanair), Bodo, Bremy, Kutaisi, Londynu-Gatwick, Oslo-Gardermoen (Wizz Air). Wizz Air poinformował, że zwiększy z 39 do 55 częstotliwość połączeń do 9 obsługiwanych miast (nowerskich: Oslo, Alesund, Bodo, Stavanger, Trondheim i Haugesung, szwedzkiego Malmo, niemieckiej Bremy i na Islandię). Od czerwca 2020 roku węgierskie linie lotnicze będą latały do Bari nad Adriatykiem. Zapowiedziały też rozbudowę w przyszłym roku bazy w Gdańsku o ósmy samolot i wymianę czterech maszyn na nowocześniejsze Airbusy A320neo.

 Z pewnością będzie się rozwijał zarówno niskokosztowy ruch lotniczy, jak i ruch przewoźników tradycyjnych. Jest to związane z rozwojem regionu gdańskiego, trójmiejskiego i całego Pomorza – podkreśla Kloskowski.

Jak wskazuje prezes gdańskiego lotniska, dla branży lotniczej w Polsce duże znaczenie w najbliższych latach będą miały dwie kwestie – decyzja o przyszłości LOT-u oraz budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego. Na port lotniczy im. Lecha Wałęsy centralny hub nie powinien mieć jednak znaczącego wpływu.

– Pasażer z Pomorza nie będzie jechał do żadnego innego portu hubowego. Jeżeli wsiądzie na lotnisku w Gdańsku, to w ciągu 2 godzin, kiedy miałby dotrzeć do bram CPK, będzie już w Kopenhadze, Amsterdamie, czy Monachium i będzie leciał dalej – przekonuje Tomasz Kloskowski. – CPK może ewentualnie zabrać nam trochę pasażerów z Bydgoszczy, którzy będą mieli teraz bliżej do CPK niż do nas.

W erze sieci 5G atak hakerów może mieć katastrofalne skutki. Polska podejmuje działania w celu ochrony usług kluczowych, takich jak dostawy energii

W erze sieci 5G atak hakerów może mieć katastrofalne skutki. Polska podejmuje działania w celu ochrony usług kluczowych, takich jak dostawy energii 8

Atak cybernetyczny może być równie zabójczy jak broń nuklearna. Ataki, które miały miejsce w ostatnich latach, m.in. w Europie czy USA, świadczą, że hakerzy są coraz bardziej niebezpieczni. Cyberprzestępcy atakują także w Polsce – w 2018 roku CERT Polska zanotował ponad 3,7 tys. incydentów. Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa i podpisana deklaracja z USA dotycząca bezpieczeństwa sieci 5G mają zmniejszyć ryzyko ataków. Sieci 5G będą miały bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki. Istotne jest więc podniesienie wymagań bezpieczeństwa.

Zagrożenie ze strony hakerów jest coraz większe. Będzie rosło wraz z upowszechnianiem sieci 5G, która ma zmienić korzystanie z internetu, spowodować rozwój na szeroką skalę rozwiązań smart city i internetu rzeczy. Podpisana niedawno polsko-amerykańska deklaracja na temat 5G ma zwiększyć bezpieczeństwo.

– Umowa podpisana przez Polskę ze Stanami Zjednoczonymi w zakresie bezpieczeństwa sieci 5G jest jednym z działań podejmowanych na całym świecie w zakresie podnoszenia odporności infrastruktur na ataki cybernetyczne, w tym oczywiście takim obszarem są sieci budowane w oparciu o nowe technologie, tzw. sieci 5G. W odróżnieniu od poprzednich generacji te sieci będą miały bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki z punktu widzenia inteligentnych miast czy pojazdów autonomicznych. Stąd podniesienie wymagań bezpieczeństwa dla tych sieci jest bardzo istotne – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

O tym, jakie skutki może mieć zaatakowanie przez hakerów firm z kluczowych obszarów, np. energetyki, można było się już przekonać. W 2017 roku hakerzy przejęli kontrolę nad saudyjską fabryką petrochemiczną w Arabii Saudyjskiej. Kilka miesięcy później przestępcy zamknęli systemy monitorowania rurociągów naftowych i gazowych w USA. W 2018 roku nieznani cyberprzestępcy uzyskali dostęp do całego systemu elektroeneretycznego w Wielkiej Brytanii.

Obecnie eksperci ds. bezpieczeństwa z grupy non-profit Electric Information Sharing and Analysis Center (E-ISAC) i firmy ochroniarskiej Dragos oceniają, że rośnie ryzyko uzyskania dostępu do amerykańskiej sieci energetycznej przez grupę Xenotime. Według innych doniesień hakerzy umieścili już złośliwe oprogramowanie w amerykańskich systemach zasilania, czekają tylko na odpowiedni moment, by je uruchomić.

Jednym z elementów, które mają w Polsce zapewnić bezpieczeństwo usług kluczowych, takich jak dostawa energii, ma być ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, przyjęta w sierpniu 2018 roku. Wprowadziła ona narzędzia, które mają zwiększać bezpieczeństwo zwłaszcza w instytucjach państwowych. Zgodnie z przepisami wyznaczeni operatorzy usług kluczowych muszą w ciągu 24 godzin od momentu wykrycia zagrożenia zgłosić takie przypadki do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego.

– Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa zapoczątkowała prace, które zmierzały do wskazania operatorów usług kluczowych i dostawców usług cyfrowych, tych najważniejszych dla wszystkich sektorów gospodarki i z punktu widzenia funkcjonowania administracji publicznej – mówi Robert Kośla.

Jednocześnie ustawa nakłada na operatorów usług kluczowych obowiązek wdrażania odpowiednich środków bezpieczeństwa. Uszczelnianie systemu jest konieczne, zwłaszcza że – jak podaje CERT – tylko w 2018 roku doszło do 3,7 tys. incydentów bezpieczeństwa (wzrost o 17,5 proc. rdr.).

– Przez ten rok zidentyfikowano ponad 150 operatorów usług kluczowych, którzy musieli podjąć działania zarówno techniczne, jak i organizacyjne w celu zabezpieczenia usług kluczowych, które świadczą dla gospodarki i administracji publicznej – wskazuje ekspert.